Globalny raport zamożności 2019 od Allianz

  • W 2018 roku, globalne zasoby finansowe zanotowały spadek – po raz pierwszy od czasu kryzysu finansowego
  • Zatrzymuje się konwergencja pomiędzy zamożnymi I biedniejszymi krajami
  • Wzrost zadłużenia pozostaje na wysokim poziomie
  • Polska: wzrost aktywów finansowych spada
  • Stagnacja w obszarze zamożności klasy średniej

Allianz ogłosił dziesiątą edycję globalnego raportu o zamożności (Global Wealth Report 2019), w którym zebrane są wnioski na temat zasobów finansowych i zadłużenia gospodarstw domowych z ponad 50 krajów na całym świecie. Smutna prawda płynąca z raportu jest taka, że w 2018 roku zasoby finansowe w krajach przemysłowych i wschodzących, po raz pierwszy od lat zanotowały symultaniczny spadek. Nawet w 2008 roku, który był szczytem światowego kryzysu finansowego nie było takiego spadku.

Z jednej strony eskalujący konflikt handlowy pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami, niekończąca się „Brexitowa saga” i rosnące napięcia geopolityczne, a z drugiej strony zaostrzenie warunków monetarnych i (zapowiedziana) normalizacja polityki pieniężnej. Rynki akcji zareagowały odpowiednio. Globalne ceny akcji spadły o 12% w 2018 roku. To miało bezpośredni wpływ na wzrost aktywów. Globalne aktywa finansowe brutto prywatnych gospodarstw domowych spadły o 0,1% i pozostały mniej więcej na poziomie 172,5 bln EUR. Rosnąca niepewność zbiera żniwo – mówi Michael Heise, główny ekonomista Allianz.

Likwidacja, opartego na regułach, globalnego porządku ekonomicznego jest zagrażająca dla kumulacji bogactwa. Liczby, dotyczące wzrostu aktywów pokazują także, że handel nie jest grą o sumie zerowej. Albo wszyscy są po stronie zwycięzców – tak jak to miało miejsce w przeszłości – albo po stronie przegranej – jak to miało miejsce w ubiegłym roku. Agresywny protekcjonizm nie ma zwycięzców.

Zatrzymuje się konwergencja pomiędzy biedniejszymi i bogatszymi krajami

W 2018 roku aktywa finansowe brutto na rynkach wschodzących nie tylko spadły po raz pierwszy od lat, ale spadek o 0,4% był wyraźniejszy niż w krajach uprzemysłowionych (0,1%). Słaby rozwój w Chinach, gdzie aktywa spadły o 3,4%, odgrywał kluczową rolę. Jednak, inne znaczące kraje na rynkach wschodzących takie jak np. Meksyk i Afryka Południowa, także odnotowały znaczne straty w 2018 roku. Jest to niezwykłe odwrócenie dotychczasowego trendu. Przez ostatnie dwie dekady, wzrost aktywów finansowych w biedniejszych regionach był średnio o 11,2% wyższy niż w bogatszych – nawet jeśli wziąć pod uwagę dane z 2018 roku. Wygląda na to, że spory handlowe doprowadziły do zatrzymania procesu nadrabiania zaległości przez biedniejsze kraje. Jednak kraje uprzemysłowione również z tego nie skorzystały. Zarówno Japonia (-1,2%), Europa Zachodnia (-0,2%) jak i Ameryka Północna (-0,3%) także musiały poradzić sobie z ujemnym wzrostem aktywów.

Europa Wschodnia: nowy lider wzrostu

W 2018 roku, aktywa finansowe brutto gospodarstw domowych w Europie Wschodniej wzrosły o 8%. Po raz pierwszy od 2011 roku region rozwijał się szybciej niż dwa pozostałe wschodzące regiony: Ameryka Łacińska (+7,1%) oraz Azja bez Japonii (-0,9%). Znaczny wzrost wynikał głównie z szybkiego wzrostu w krajach nienależących do Unii Europejskiej takich jak Turcja i Rosja. Analizując struktury portfela, widać zaskakująco stabilne zachowanie oszczędnościowe we wschodniej Europie. Na przykład udział depozytów bankowych pozostał mniej więcej niezmieniony w ciągu ostatnich dwóch dekad i jest na poziomie ok. 55%. Na drugim biegunie jest Azja, gdzie udział depozytów spadł o 16%, ponieważ osoby oszczędzające korzystały z bardziej wyrafinowanych produktów oszczędnościowych. W Europie Wschodniej tak nie było – udział papierów wartościowych tj. oszczędności zainwestowanych na rynkach kapitałowych, nieznacznie nawet spadł. Udział ubezpieczeń i emerytur również spada stale od 2010 roku – z wartością na poziomie 10,5% jest znacznie niższy niż w dwóch pozostałych wschodzących regionach i stanowi tylko jedną trzecią poziomu globalnego.

Jest to pewien paradoks związany z zachowaniami oszczędnościowymi – mówi Michaela Grimm, współautorka raportu. – Kraje Europy Wschodniej szybko się starzeją i wiele osób oszczędza więcej, aby zwiększyć wartość emerytury. Wydaje się jednak, że nie obejmują one produktów, które zapewniają najskuteczniejszą ochronę na starość, a mianowicie ubezpieczeń na życie i rent. Cyfryzację należy zatem postrzegać jako pożądaną dźwignię, oferującą atrakcyjne rozwiązania w tej dziedzinie. Europa Wschodnia musi przygotować się na zbliżające się „tsunami demograficzne”.

Wzrost zobowiązań stabilizuje się na wysokim poziomie

W 2018 roku ogólnoświatowe zobowiązania gospodarstw domowych wzrosły o 5,7%. Jest to wartość nieco poniżej poziomu z poprzedniego roku (6%), ale znacznie powyżej długoterminowej średniej rocznej stopy wzrostu wynoszącej 3,6%. Globalny wskaźnik zadłużenia (zobowiązania jako procent PKB) pozostał jednak stabilny – na poziomie 65,1% – dzięki wciąż silnemu wzrostowi gospodarczemu. Większość regionów odnotowała podobny rozwój pod tym względem. W Europie Wschodniej wskaźnik zadłużenia nawet nie zmienił się znacząco od czasu kryzysu finansowego. Stanowi to wyraźny kontrast z Azją (bez Japonii), gdzie wzrósł on w ciągu ostatniej dekady o ponad 20%.

Niepokoi dynamika zadłużenia w Azji, a zwłaszcza w Chinach – mówi Patricia Pelayo Romero, współautorka raportu. – Chińskie gospodarstwa domowe są już relatywnie tak samo zadłużone jak, na przykład, niemieckie czy włoskie. Ostatni raz byliśmy świadkami tak szybkiego wzrostu zadłużenia prywatnego w USA, Hiszpanii i Irlandii na krótko przed kryzysem finansowym. W porównaniu z większością krajów uprzemysłowionych poziomy zadłużenia w Chinach są nadal znacznie niższe. Agencje nadzorcze nie powinny jednak tylko biernie obserwować tego procesu. Wzrost napędzany długiem nie jest zrównoważony – nawet Chiny nie są odporne na kryzys zadłużenia – dodaje.

Z powodu silnego wzrostu zobowiązań aktywa finansowe netto, tj. różnica między aktywami finansowymi brutto a długiem, spadły na całym świecie o 1,9% do 129,8 bilionów EUR na koniec 2018 r. Szczególnie kraje wschodzące odnotowały drastyczny spadek: aktywa finansowe netto zmniejszyły się o 5,7% (kraje uprzemysłowione: -1,1%); natomiast Europa Wschodnia odnotowała wzrost o 6,6%.

Polska: Wzrost aktywów finansowych spada

Aktywa finansowe brutto polskich gospodarstw domowych wzrosły zaledwie o 1,9% w 2018 r., co stanowi najniższy wzrost od czasu kryzysu finansowego; w ciągu dekady od tego czasu osiągnięto średni roczny wzrost w wysokości 8,3%. Ten fatalny wynik był spowodowany gwałtownymi spadkami w dwóch klasach aktywów: papiery wartościowe (-7,2%) oraz ubezpieczenia i emerytury (-7,4%). Z drugiej strony depozyty bankowe, stanowiące około połowę wszystkich aktywów finansowych, wzrosły gwałtownie o 10,0%. Wzrost zobowiązań przyspieszył do 7,1% i był najwyższym wynikiem w ciągu ostatnich siedmiu lat. Jednak dzięki wciąż silnemu wzrostowi gospodarczemu wskaźnik zadłużenia gospodarstw domowych pozostał mniej więcej na poziomie 35,6%; w rzeczywistości wynosi około 35% od 2010 r.

Rosną kraje Europy Wschodniej

W wyniku słabego wzrostu aktywów i szybko rosnących zobowiązań aktywa finansowe netto w Polsce spadły o 0,8% w 2018 r., i jest to pierwszy spadek od 2011 r. Przy aktywach finansowych netto na mieszkańca w wysokości 8 080 EUR Polska pozostała na 36. miejscu w rankingu najbogatszych krajów. Na szczycie zestawienia, USA ponownie zastąpiły Szwajcarię, co spowodowane jest w szczególności silnej pozycji dolara. Patrząc w dłuższej perspektywie na to, jak zmieniła się lista od przełomu wieków, widać wzrost krajów Europy Wschodniej: zwycięzcami są trzy kraje bałtyckie (+6 miejsc), ale także Rosja (+6 miejsc), Bułgaria (+4 miejsca) i Rumunia (+2 miejsca).

Tylko przeszkoda na drodze?

Po raz pierwszy od ponad dekady globalna klasa średnia bogactwa nie wzrosła: pod koniec 2018 r. około 1040 milionów ludzi (w tym około 11 milionów Polaków) należało do światowej klasy średniej bogactwa – mniej więcej taka sama liczba osób jak rok wcześniej. Na tle kurczących się aktywów w Chinach nie jest to wielką niespodzianką. Ponieważ do tej pory pojawienie się nowej globalnej klasy średniej było głównie sprawą chińską: prawie połowa ich członków mówi po chińsku, podobnie jak 25% bogatej klasy wyższej. – Nadal istnieje wiele możliwości globalnego dobrobytu – mówi Arne Holzhausen, współautor raportu. – Gdyby w innych gęsto zaludnionych krajach, takich jak Brazylia, Rosja, Indonezja, a w szczególności Indie, poziom i podział bogactwa był porównywalny z Chinami, globalna klasa średnia zostałaby wzmocniona przez około 350 milionów ludzi, a globalna klasa wyższa o około 200 milionów ludzi. Z kolei globalny podział bogactwa byłby nieco bardziej równy: pod koniec 2018 r. najbogatsze 10% ludności na świecie posiadało około 82% wszystkich aktywów finansowych netto. Kwestionowanie globalizacji i wolnego handlu pozbawia miliony ludzi na całym świecie ich możliwości awansu pomiędzy klasami.

Globalny raport zamożności 2019 (w wersji angielskiej):

https://www.allianz.com/en/economic_research/publications/specials_fmo/GWR2019_18092019.html

Interaktywna mapa aktywów I pasywów gospodarstw domowych:

https://www.allianz.com/en/economic_research/research_data/interactive-wealth-map

Top 20 w 2018 w podziale na…

  aktywa finansowe netto na mieszkańca     aktywa finansowe brutto na mieszkańca
 

 

w EUR y/y in % rank
2000
    w EUR y/y in % rank
2000
 #1   USA 184,410 -1.7 2    #1   Szwajcaria 266,320 -0.9 1
 #2   Szwajcaria 173,840 -2.4 1    #2   USA 227,360 -0.9 2
 #3   Singapur 100,370 4.4 16    #3   Dania 156,320 0.5 6
 #4   Tajwan 97,850 5.0 14    #4   Holandia 146,155 1.4 4
 #5   Holandia 97.345 1.4 6    #5   Singapur 136,940 3.3 10
 #6   Japonia 96,310 -1.7 3    #6   Szwecja 135,800 -1.5 14
 #7   Szwecja 92,320 -4.0 13    #7   Australia 129,030 2.0 17
 #8   Belgia 89,540 -3.6 4    #8   Kanada 120,280 -1.8 8
 #9   Nowa Zelandia 87,620 -1.0 9    #9   Japonia 118,350 -0.9 3
 #10 Dania 85,895 -3.6 12    #10 Tajwan 117,430 4.9 16
 #11 Kanada 80,670 -3.9 8    #11 Nowa Zelandia 115,050 0.5 11
 #12 Wlk. Brytania 79,760 -1.0 5    #12 Belgia 114,730 -2.2 5
 #13 Izrael 73,180 1.8 11    #13 Wlk. Brytania 112,870 0.4 7
 #14 Australia 68,670 1.3 19    #14 Izrael 91,990 2.4 18
 #15 Francja 57,095 -3.0 10    #15 Norwegia 91,430 2.0 20
 #16 Austria 53,980 -0.5 17    #16 Francja 83,295 -1.0 12
 #17 Włochy 53,140 -6.5 7    #17 Irlandia 77,580 -2.3 13
 #18 Niemcy 52,860 1.1 18    #18 Austria 75,880 0.2 19
 #19 Irlandia 47,060 -1.0 15    #19 Niemcy 74,620 1.7 15
 #20 Korea Płd. 29,720 -2.2 25    #20 Włochy 68,660 -4.7 9

Wyższe emerytury w 2020 roku

W przyszłym roku najbiedniejsi emeryci będą mogli liczyć nawet na 631 zł miesięcznie – rząd szykuje nie tylko waloryzację świadczeń emerytalnych, ale również dodatki 500 plus i 13. emerytury. Z szacunków Super Expressu wynika, że waloryzacja w 2020 roku wyniesie ok. 4,04  proc., a to oznacza, że najbiedniejsi emeryci zyskają około 57 zł miesięcznie. Niektórzy z nich, do powyższej kwoty, będą mogli doliczyć 500+ z programu dla osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji. O te środki będą mogli starać się nie tylko niepełnosprawni (jak dotychczas), ale również ci, którzy mają najniższe emerytury, a przekroczyli 75 lat. Rząd zapowiedział również wypłatę 13 emerytur. Eksperci szacują, że można mówić o jednorazowych wypłatach w kwocie ok. 888 zł, co daje 74 zł w skali miesiąca. Co jednak z seniorami, którzy nie załapią się na powyższe świadczenia? 

Komentarz Roberta Majkowskiego, Prezesa Funduszu Hipotecznego DOM

To jak wygląda starość w Polsce, opisuje m.in. przygotowywany corocznie przez Ministerstwo Rodziny dokument „Informacja o sytuacji osób starszych w Polsce”. W raporcie za 2017 r. czytamy, że większość osób starszych to przede wszystkim kobiety (ponad 58 proc.). Na 100 mężczyzn przypada aż 140 kobiet (dla całej ludności Polski wskaźnik feminizacji wynosi 107). Okazuje się, że statystyczny Polak przeżywa coraz więcej swojego życia w starości. W 2016 r. „przeciętne trwanie życia noworodka” płci męskiej wynosiło 73,9 lat, natomiast płci żeńskiej 81,9 – odpowiednio o nieco ponad 8 lat i prawie 7 lat więcej niż w 1991 r. Resort wskazuje, że starszych osób będzie przybywać. W 2050 roku osób w wieku powyżej 60-tego roku życia będzie już 13,7 miliona i będą one stanowiły ponad 40 proc. ogółu ludności. Sytuacja finansowa osób starszych również nie jest kolorowa. W 2017 r. przeciętny miesięczny dochód na jedną osobę w gospodarstwach domowych zamieszkiwanych wyłącznie przez osoby starsze (w wieku 60 lat i więcej) wynosił 1888,76 zł. Z naszych badań i analiz wynika, że osoby starsze wydają większość środków na opłaty m.in. za czynsz i media oraz na leczenie i leki.

To właśnie dlatego każde wsparcie finansowe, które będzie stanowiło dodatkowy wpływ do senioralnego budżetu jest na wagę złota. Cieszą mnie zatem plany rządowe skierowane do osób, które są w najtrudniejszej sytuacji. Warto jednak pamiętać, że życie poniżej godziwego poziomu, na granicy egzystencji dotyczy znacznie większej grupy osób starszych niż moglibyśmy przypuszczać. Większość polskich emerytów pobiera świadczenia, które są znacznie niższe aniżeli ich zarobki z czasów, gdy byli czynni zawodowo. Źródeł finansowania na emeryturze powinno być moim zdaniem więcej. Świadczenia państwowe to dla mnie wciąż tylko podstawa. Jednym ze strumieni zapewniających wpływy do domowego budżetu powinna być renta dożywotnia, która mogłaby być nie tyle alternatywą dla 500+ lecz uzupełnieniem tegoż dodatku. Zresztą kwota 500 zł jest tylko symboliczna. By dostać 500 zł miesięcznie z tytułu renty dożywotniej wystarczy posiadanie mieszkania o metrażu ok. 27 metrów kwadratowych. Przykładowo, jeden z naszych klientów, który jest w posiadaniu mieszkania o powierzchni 26,7 m kw. otrzymuje 482 zł miesięcznie. Kolejny przykład to mieszkanie 34,2 m kw. i renta dożywotnia w wysokości 800 zł miesięcznie.[1] Tymczasem seniorzy są posiadaczami znacznie większych mieszkań, z których mogą uwalniać znacznie wyższe świadczenia. Średnia renta dożywotnia, według szacunków Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, to ok. 1000 zł miesięcznie, ale wypłacamy również świadczenia w wysokości 2000 zł lub więcej. Dotychczas wypłaciliśmy seniorom ponad 12 mln zł z tego tytułu.

[1] Przykład 1: Senior w wieku 78 lat, mieszkanie o powierzchni 26,7 m kw. (wartość rynkowa 160 tys. zł), renta dożywotnia = 482 zł oraz jednorazowa wypłata w momencie podpisania umowy w kwocie 5000 zł. Przykład 2: Senior w wieku 76 lat, mieszkanie o powierzchni 34 m kw. (wartość rynkowa 257 tys. zł), renta dożywotnia = 800 zł i jednorazowa wypłata przy podpisaniu umowy 5000 zł.

Atak dronów na saudyjskie rafinerie osłabił złotego, a wzmocnił rubla i dolara

Potężny wzrost cen ropy naftowej ma wpływ na rynek walutowy. Złoty osłabił się wobec dolara, podobnie jak inne europejskie waluty, z wyjątkiem rubla i korony norweskiej.

– Ropa jest najważniejszym globalnie surowcem, kraje, które ją wydobywają i eksportują, zyskują w okresie wzrostu cen, a kraje importujące pogarszają swoje bilanse handlowe i ma to niekorzystny wpływ na notowania ich walut – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Poza krajami Bliskiego Wschodu największym wygranym jest obecnie rosyjski rubel, bo Rosja korzysta na tym, że ropa jest obecnie droższa. Wzmocniła się korona norweska, a także dolar amerykański.

Korona norweska jest o tyle wyjątkiem, że tracą inne waluty europejskie.

– Dla Polski cena ropy nie jest katastrofą, od jej importu nie jesteśmy tak uzależnieni, jak Indie czy Korea Południowa, te kraje są jednym z głównych przegranych obecnej sytuacji – wyjaśnia ekspert XTB. – Jednak dla Europy ten wzrost cen jest niekorzystny, a złoty podobnie jak euro tracił wobec dolara.

Po ataku dronów na rafinerię w Arabii Saudyjskiej kurs dolara amerykańskiego wzrósł do 3,94 zł.

Czy czeka nas podwyżka cen paliw?

W sobotę miał miejsce pożar w rafinerii Abqaiq należącej do koncernu Aramco w Arabii Saudyjskiej. Zdarzenie to było przyczyną znacznego wzrostu cen ropy naftowej na światowych rynkach. Co to oznacza dla polskiego konsumenta?

– W piątek 13 września br. cena baryłki ropy naftowej wynosiła 60,20 USD. W wyniku incydentu, jaki miał miejsce w sobotę w Arabii Saudyjskiej, w poniedziałek cena za baryłkę wzrosła do 69 USD, co oznacza 15% skok.

Rynek ropy naftowej jest bardzo wrażliwy na różnego rodzaju zdarzenia czy incydenty. Na jej cenę w ostatnich miesiącach wpływały nawet wypowiedzi liderów światowej polityki. W przypadku pożaru w rafinerii Abqaiq mamy do czynienia przede wszystkim z efektem psychologicznym, który oddziałuje na rynki i w konsekwencji prowadzi do gwałtownych zmian cen surowców. W tej sytuacji nie doszło do istotnego w skali globalnej zmniejszenia podaży ropy naftowej, tym bardziej że wg wczorajszych informacji pełne przywrócenie mocy produkcyjnych ograniczonych atakami ma nastąpić zaledwie w ciągu kilku tygodni

Prowadząc rozważania na temat potencjalnych wzrostów cen paliw dla klientów detalicznych, należy pamiętać o tym, że połowa kwoty, którą konsument płaci na stacji benzynowej to różnego rodzaju podatki (m.in. VAT, akcyza czy opłata paliwowa), które są niezmienne. Druga połowa stanowi składową, która zależy przede wszystkim od światowych cen ropy i kursu dolara w stosunku do złotówki.

Istotnie, zauważyliśmy wzrosty cen na rynku hurtowym. Już we wtorek zanotowaliśmy skok sięgający 5-8 gr na litrze. W najbliższym czasie możliwe są dalsze podwyżki. Jeżeli cena ropy utrzymałaby się na poziomie z początku tygodnia, tj. 68-69 USD za baryłkę, to w ciągu kolejnych kilku dni  ceny hurtowe mogłyby zwiększyć się nawet o 10-15 gr na litrze. Oznaczałoby to, że w perspektywie ok. dwóch tygodni  ceny detaliczne również wzrosłyby o podobną wartość.  Jednak są to tylko spekulacje bazujące wg mnie na czarnym scenariuszu. Dziś obserwujemy stabilizację cen ropy w okolicy 65 USD za baryłkę, a ten poziom oznacza zdecydowanie mniejsze ryzyko podwyżek cen na stacjach paliw.

Zbigniew Łapiński, Dyrektor ds. Zaopatrzenia Logistyki i Klientów Kluczowych
Członek Zarządu Anwim SA

Decyzja FED-u w sprawie stóp procentowych

Coś, co jeszcze niedawno uważano za przesądzone, dzisiaj stoi pod dużym znakiem zapytania. Analitycy w dalszym ciągu spodziewają się obniżki stóp procentowych, ale inwestorzy nie potwierdzają tego optymizmu i powoli zmieniają pozycje na kontraktach na stopę procentową.

Co zrobi FED?

Jeszcze tydzień temu żyliśmy w świecie, w którym niemal nikt nie zastanawiał się, czy FED obniży stopy procentowe. Dzisiaj patrząc na zachowanie inwestorów i notowania kontraktów terminowych można dojść do wniosku, że decyzja ta nie jest pewna. Prawdopodobieństwo nieznacznie przekracza 55%, podczas gdy jeszcze tydzień temu ocierało się o 90%. Oznacza to, że na posiedzeniu wcale nie musi dojść do obniżki stóp. Mimo to analitycy wciąż uważają obniżki za bardziej prawdopodobny scenariusz, a powodem tego jest znaczna presja ze strony prezydenta USA. Warto natomiast zwrócić uwagę, że takie niezdecydowanie dostarcza wielu emocji. Dolar zyskuje od rana, a główne ruchy powinniśmy zobaczyć po decyzji o godzinie 20:00. Jeżeli dojdzie do obniżek stóp procentowych, będziemy świadkami osłabiania się dolara względem głównych walut. Nie należy jednak zapominać, że decyzji będzie towarzyszyć komentarz i on również może wpłynąć na notowania. Szczególnie jeżeli dowiemy się, czego możemy się spodziewać po FED w grudniu.

Rynek pracy w Polsce

Sierpień okazał się słabszym miesiącem dla polskiego rynku pracy. Liczba zatrudnionych spadła o 7,6 tysiąca. Warto jednak spojrzeć na to z innej strony. W dalszym ciągu jest to wzrost o 2,6% w skali roku, wobec oczekiwanych 2,7%, i to w warunkach bardzo niskiego bezrobocia. Wynagrodzenia, co nie powinno dziwić, utrzymują wysoką, niemal 7% dynamikę zmian. Średnia pensja dla przedsiębiorstw wynosi już 5 125 zł. Dane te zatem nie powinny budzić niepokoju na rynku.

Nie tak źle w Niemczech

Indeks instytutu ZEW wyniósł -22,5 pkt i jest to obiektywnie zły wynik. Warto jednak zwrócić uwagę, że analitycy oczekiwali -37,8 pkt, a miesiąc temu było to aż -44,1 pkt. W tym kontekście należy spojrzeć na powyższy odczyt znacznie przychylniejszym okiem. Nie można oczywiście mówić o stabilności sytuacji, ale jest wyraźnie lepiej niż sądzono. Efektem tych danych były wzrosty euro wobec dolara.

W kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

20:00 – USA – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Trendy, które zmienią branżę transportową

W ciągu dekady branża transportowa istotnie się zmieni. Transformację wymuszą m.in. zmiany w prawie, technologie oraz niedobór kierowców.

Wyzwania, przed jakimi stoi obecnie polska branża transportowa, będą miały decydujący wpływ na rozwój tego sektora w najbliższej dekadzie. Do największych problemów należy niedobór zawodowych kierowców – w 2022 r. luka ta może wynieść nawet 200 tys. osób. Ogromny wpływ na usługi transportowe będą miały także przepisy europejskiego Pakietu Mobilności oraz postępująca digitalizacja i industrializacja – to wnioski z opracowania „Transport przyszłości. Raport o perspektywach rozwoju transportu drogowego w latach 2020-2030”, przygotowanego przez firmę doradczą PwC we współpracy ze Związkiem Pracodawców „Transport i Logistyka Polska”.

W ostatnich 10 latach obserwować można było dynamiczny wzrost branży transportowej, zarówno na rynku krajowym, jak i na rynkach europejskich. Jednak zmiany na polskim rynku pracy oraz bariery administracyjno-prawne wprowadzane w wielu państwach UE spowodowały, że nasza przewaga, oparta jeszcze do niedawna na kosztach pracy, została zniwelowana. Wielu przewoźników zadaje sobie także pytania o to, jak nowe technologie wpłyną na budowanie przewagi konkurencyjnej. Możliwych scenariuszy rozwoju branży jest kilka, ale warto podkreślić w tym miejscu, że bez współpracy z administracją utrzymanie dotychczasowej pozycji polskiego transportu drogowego nie będzie możliwe. Wspólne wysiłki powinny być skupione na umożliwianiu dalszego wzrostu, poprawie warunków socjalnych pracowników oraz efektywnych działaniach ukierunkowanych na ochronę środowiska – mówi Maciej Wroński, Prezes Związku Pracodawców „Transport i Logistyka Polska”.

Autorzy raportu „Transport przyszłości” , którego partnerami są Santander Bank Polska, DAF i Uber wskazali na pięć głównych czynników, które w najbliższych latach będą najmocniej wpływać na rozwój branży transportowej.

Wzrost przewozów w kraju, w imporcie i eksporcie

Prognozowany wzrost gospodarczy i atrakcyjność inwestycyjna Polski przełożą się na całkowity wzrost tonażu obsługiwanego przez branżę na terenie kraju na poziomie przekraczającym ok. 23% na przestrzeni lat 2018-2022. Dynamika wolumenów obsługiwanych przez polskich przewoźników w latach 2018-2022 będzie dodatnia, ale zacznie zwalniać w porównaniu z dotychczasową z uwagi na prognozowane wyhamowanie wskaźników gospodarczych wpływających na branżę.

Z danych i analiz zebranych w raporcie wynika, że czynniki takie jak: przepisy Pakietu Mobilności, utrzymujący się na rynku pracy niedobór kierowców, wzrost kosztów w związku z regulacjami środowiskowymi i wzrost kosztów opłat drogowych, doprowadzą do wzrostu kosztów w branży w przedziale 7-15% do końca 2020 r. w porównaniu z 2018 r.

Reorganizacja przewozów międzynarodowych w konsekwencji zmian prawa UE

Unia Europejska przygotowuje fundamentalne zmiany regulacji dotyczących transportu drogowego, w tym przepisy Pakietu Mobilności oraz zmiany przepisów dotyczących koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego i innych regulacji socjalnych. Ich wdrożenie spowoduje m.in. zwiększenie kosztów sieci transportowych, spadek przychodów związany z ograniczeniem dostępu do rynku oraz przesunięcie usług polskich przewoźników z rynków UE na rynek polski.

Eksperci zwracają uwagę, że zmniejszenie pracy przewozowej w usługach transportu międzynarodowego np. o 20% oznaczałoby zmniejszenie całkowitej pracy przewozowej realizowanej przez polskich przewoźników o blisko 13%. Praca przewozowa realizowana przez polskich przedsiębiorców w przewozach zagranicznych stanowi aż 64% ich całkowitej pracy przewozowej, a więc większa część działalności polskich przewoźników jest zagrożona przez zmiany prawa.

Niedobór kierowców

Niedobór kierowców o pożądanych umiejętnościach będzie się pogłębiał i w 2022 r. może osiągnąć poziom nawet 200 tys. kierowców (20% popytu na pracę). Rewolucją dla branży będzie wdrożenie do użytku pojazdów autonomicznych, nie wypełni to jednak niedoboru w krótkiej perspektywie czasu. Szacuje się, że rozwiązania w zakresie pełnej autonomii pojawią się na rynku dopiero po 2025 r. W początkowej fazie wdrożenie rozwiązań z zakresu autonomii będzie wiązało się z nakładami inwestycyjnymi, jednak w długiej perspektywie umożliwi zwiększanie przewagi kosztowej.

Postępująca autonomizacja i cyfryzacja w długim okresie będzie wymagała rozwoju kadr o nowych umiejętnościach, w tym m.in. specjalistów w zakresie IT. Jest to także szansa na zwiększenie atrakcyjności pracy w branży transportowej dla młodych ludzi.

Przedsiębiorcy powinni przygotować się na rosnącą wielokulturowość kadr. W 2018 r. kierowcy z Ukrainy stanowili aż 72% kierowców spoza UE pracujących w Polsce. W przypadku wyczerpania w najbliższym czasie zasobów pracowników z Ukrainy, przewoźnicy mogą rozważyć pozyskiwanie pracowników również z Azji Środkowej czy Południowej i Wschodniej. Mimo że na niektórych zagranicznych rynkach obserwowane są braki kierowców, zatrudnienie w Europie pozostaje atrakcyjne dla pracowników spoza naszego kontynentu z uwagi na różnice w wysokości wynagrodzeń. Niezbędne stanie się również wprowadzenie profesjonalnego zarządzania zasobami ludzkimi, aby odpowiadać na rosnące wraz ze zmianą pokoleniową oczekiwania kierowców, zmniejszać ich rotację i zwiększać przywiązanie pracowników do pracodawcy – podkreśla Grzegorz Urban, dyrektor w zespole ds. transportu i logistyki w PwC.

Digitalizacja

Digitalizacja transportu w Polsce postępuje w czterech obszarach.

  • Podstawowa digitalizacja – informatyzacja procesów, automatyzacja obsługi administracyjnej, optymalizacja sieci transportowych dzięki wykorzystaniu rozwiązań do modelowania geograficznego sieci.
  • Platformizacja rynków – rozwój cyfrowych platform pozwalających na zamawianie usług online od dużej bazy usługodawców.
  • Cyfrowi giganci – wchodzenie na rynek transportu i logistyki dużych spółek, które powstały dzięki technologiom cyfrowym.
  • Zaawansowane technologie cyfrowe – oczekiwana po 2022 roku intensyfikacja wchodzenia na rynek zaawansowanych rozwiązań z obszaru telematyki, sztucznej inteligencji czy też rozwiązań opartych na blockchain. Obecnie są one dopiero w fazie testów.

Wdrożenie rozwiązań z zakresu digitalizacji będzie kluczowe dla obniżania kosztów działalności, dostosowania usług do zmieniających się potrzeb klienta oraz wdrażania rozwiązań o wysokiej wartości dodanej. W krótszej perspektywie czasowej będą one dostępne jednak dla dużych przewoźników, którzy będą mieli możliwości ich wdrożenia, co może stworzyć dodatkową barierę dla mniejszych przedsiębiorców i przyczynić się do wzrostu koncentracji rynku.

Industrializacja – autonomizacja pojazdów i rozwój napędów alternatywnych

Zdaniem autorów raportu przekształcanie branży transportowej z tradycyjnej w uprzemysłowioną nastąpi za sprawą dwóch czynników technologicznych. Pierwszy z nich to autonomizacja pojazdów, która pozwoli obniżyć koszty działalności o ok. 15% do 2025 r. dzięki zmniejszeniu kosztów pracy, a potencjalnie nawet do poziomu niższego o ok. 28% w okolicy 2030 r. w porównaniu z 2016 r. Przyczyni się również do spadku zapotrzebowania na kierowców i wzrostu zapotrzebowania na specjalistów zajmujących się obsługą systemów autonomicznych. Drugim decydującym czynnikiem jest rozwój napędów alternatywnych – dostosuje on branżę do rosnących wymagań w zakresie emisji CO2 i długookresowo umożliwi ograniczanie kosztów transportu, jednak wpływ ten będzie można zaobserwować nie prędzej niż w perspektywie 2025 r.

Rozwój nowych technologii wiąże się z wysokimi nakładami, dlatego rozwiązania w zakresie autonomii i nowych napędów będą łatwiej dostępne dla dużych przewoźników, o większych zdolnościach inwestycyjnych, co może stanowić czynnik zwiększenia poziomu koncentracji w branży.

Konsolidacja w branży transportu drogowego jest nieunikniona. Pozycja dużych przedsiębiorstw będzie się wzmacniać, z kolei małe, mniej efektywne firmy, będą miały coraz więcej trudności z utrzymaniem się na rynku. Dlatego już dziś budowanie odpowiedniej skali działalności, która umożliwi optymalizację kosztów, stanowi kluczowy czynnik sukcesu. Odpowiedzią mniejszych przedsiębiorstw na wyzwania sektorowe może być próba zmniejszenia kosztów, np. poprzez zrzeszanie się w grupy zakupowe, lub specjalizacja w niszach, co pozwoli generować wyższe marże – podsumowuje Bartosz Toczony, dyrektor departamentu sektorów strategicznych, Santander Bank Polska S.A.

O raporcie „Transport przyszłości. Raport o perspektywach rozwoju transportu drogowego w latach 2020-2030”

Raport został opracowany przez PwC na zlecenie i przy merytorycznej współpracy ze Związkiem Pracodawców Transport i Logistyka Polska. Partnerami raportu są Santander Bank Polska, DAF oraz Uber.

Analiza polskiej branży transportu drogowego przeprowadzona w raporcie dotyczy przewoźników drogowych świadczących usługi przewozów cało- i niepełnopojazdowych, prowadzących działalność w Polsce i poza jej granicami, a operujących z terytorium Polski. Raport zawiera przewidywania w zakresie trendów na lata 2020-2030. Raport został również wzbogacony o prognozę wzrostu rynku w okresie 5 lat od 2018 do 2022 r. Hipotezy dotyczące przyszłości zawarte w raporcie oparte są na obserwacji bieżących trendów i pierwszych oznak zmian widocznych w różnych obszarach. Raport stanowi niezależną ocenę przyszłości transportu drogowego w Polsce, jednak przewidywania oparte są również na wywiadach przeprowadzonych z przedstawicielami branży oraz na danych pochodzących z zewnętrznych źródeł. W toku realizacji prac przeprowadzonych zostało ok. 30 wywiadów z małymi, średnimi i dużymi przedsiębiorstwami transportu drogowego rzeczy.

Obniżka stóp procentowych w USA

Dla rynku walutowego najważniejszym wydarzeniem tygodnia bez wątpienia będzie spotkanie decyzyjne amerykańskiej Rezerwy Federalnej, które odbędzie się dziś wieczorem.

Po ostatniej obniżce stóp procentowych o 25 punktów bazowych, której Rezerwa Federalna dokonała podczas lipcowego spotkania decyzyjnego, inwestorzy wyczekują kolejnej obniżki stóp procentowych w USA. W ostatnich miesiącach Fed (podobnie jak istotna część najważniejszych banków centralnych świata) zmienił podejście do prowadzenia polityki monetarnej na bardziej akomodatywne. Miało to związek m.in. z niepewnością generowaną przez konflikt handlowy na linii USA-Chiny. Po lipcowym spotkaniu Rezerwy Federalnej, jej przewodniczący, Jerome Powell stwierdził, że perspektywy amerykańskiej gospodarki są korzystne, aczkolwiek dodał, że obniżka stóp procentowych była konieczna do wsparcia inflacji, jak i zabezpieczenia się przed ryzykiem związanym z napięciami w kontekście handlu międzynarodowego.

Podczas konferencji po lipcowym spotkaniu Rezerwy Federalnej, Jerome Powell nie potwierdził jednocześnie, jakoby Fed miał rozpocząć dłuższy cykl luzowania polityki monetarnej. Zgodnie ze słowami prezesa FOMC lipcowa obniżka stóp procentowych miała charakter „dostosowania” polityki w obecnym cyklu [mid-cycle adjustment]. Od tamtej pory doszło jednak do eskalacji konfliktu handlowego na linii USA-Chiny.

W związku z pogorszeniem nastrojów w kontekście relacji amerykańsko-chińskich, zaczęły rosnąć oczekiwania względem ponownej obniżki stóp procentowych Rezerwy Federalnej, którą rynki finansowe obecnie uznają za pewnik (bazując na wycenie kontraktów fedfans futures z Blooomberg). Zważywszy na to, że cięcie stóp procentowych w USA jest oczekiwane, reakcja rynku walutowego na najbliższe spotkanie będzie zależeć przede wszystkim od rozkładu głosów za obniżką stóp wśród członków FOMC oraz od tonu komunikacji ze strony Rezerwy Federalnej dotyczącej kolejnych kroków w polityce monetarnej.

Jesteśmy zdania, że decyzja podjęta przez Rezerwę Federalną nie będzie jednomyślna. Bardziej jastrzębi członkowie FOMC, w tym m.in. Eric Rosengren oraz Thomas Barkin, najpewniej zagłosują za utrzymaniem obecnego poziomu stóp procentowych, zważywszy na całkiem dobre dane makroekonomiczne napływające z amerykańskiej gospodarki.

Większość przesłanek sugerujących potrzebę bardziej agresywnego cięcia stóp procentowych jest związana bowiem z kwestią zewnętrznych ryzyk, a nie wynika właśnie z twardych danych z gospodarki USA. Dynamika wzrostu gospodarczego w USA pozostaje dość wysoka, w ujęciu zanualizowanym w drugim kwartale wyniosła 2%. Amerykański rynek pracy ma się dobrze, cały czas notujemy dość stabilny poziom kreacji nowych miejsc pracy. Co więcej, wskaźniki dynamiki cen w USA nie znajdują się na poziomach, które mógłby wywoływać wyraźne obawy wśród decydentów banku centralnego. O ile w 2019 roku inflacja CPI w USA spadła poniżej dwuprocentowego celu inflacyjnego Fed-u, tak wskaźnik inflacji bazowej w Stanach Zjednoczonych w sierpniu wyniósł 2,4% – wyższy od obecnego poziom notowaliśmy ponad dekadę temu. Wskaźnik inflacji bazowej w USA od osiemnastu miesięcy nie schodzi poniżej celu inflacyjnego Rezerwy Federalnej.

Inflacja w USA (2010-2019)

Inflacja w USAŹródło: Refinitiv Datastream Data: 17/09/2019

Uważamy, że podczas najbliższego spotkania Rezerwy Federalnej prognozy banku centralnego dotyczące wzrostu PKB oraz inflacji nie będą istotnie różnić się od tych z czerwca. Jest natomiast możliwe, że „dot plot”, czyli wykres obrazujący indywidualne oczekiwania decydentów z FOMC co do poziomu stóp procentowych na koniec kilku najbliższych lat, pokaże obniżkę oczekiwanej ścieżki kształtowania się stóp procentowych. Mediana oczekiwań decydentów z ostatniego „dot plotu” wskazywała, że nie spodziewają się oni obniżki stóp procentowych w 2019 roku, podczas gdy średnia z oczekiwań sugerowała, że w tym roku może dojść do jednej obniżki stóp procentowych. Przypominamy, że stopy faktycznie obcięto w lipcu, miesiącu następującym po publikacji ostatniego „dot plotu”.

Jeżeli podczas najbliższego spotkania FOMC dojdzie do cięcia stóp procentowych, możliwe, że co najmniej kilku decydentów zasugeruje jeszcze jedną obniżkę do końca bieżącego roku. Jeżeli nowy „dot plot” wskaże, że decydenci spodziewają się dodatkowego cięcia stóp procentowych do końca 2019 roku, będzie to gołębi sygnał ze strony Rezerwy Federalnej, który może doprowadzić do wyprzedaży dolara amerykańskiego. Skala tej wyprzedaży byłaby większa, jeżeli decydenci zasugerowaliby, że oczekują spadku stóp procentowych w kolejnych latach – nie uważamy jednak, żeby taki scenariusz był bardzo prawdopodobny.

Z drugiej strony, uwzględniając dość wysokie oczekiwania rynków względem dalszych obniżek stóp procentowych, do umocnienia amerykańskiej waluty najpewniej doszłoby, jeśli po obcięciu stóp, bank centralny zasugerowałby, że nie spodziewa się dalszych obniżek, pod warunkiem, że nie wystąpi pogorszenie w danych makroekonomicznych ze Stanów Zjednoczonych. Na dolara amerykańskiego pozytywnie powinien wpłynąć oczywiście również brak obniżki stóp procentowych podczas najbliższego spotkania. O ile nie można wykluczyć takiego scenariusza, nie uważamy go za zbyt realistyczny.

Podsumowując, nadal oczekujemy, że podczas dzisiejszego spotkania Rezerwy Federalnej dojdzie do obniżki stóp procentowych o 25 punktów bazowych, a sami członkowie banku centralnego utrzymają retorykę otwierającą drogę do potencjalnego dalszego luzowania polityki pieniężnej. O ile nie oznaczałoby ono, że Fed zobowiązuje się do dalszych obniżek stóp procentowych, takie oświadczenie pozostawiłoby decydentom z FOMC możliwość głębszego luzowania polityki monetarnej, jeżeli nagle doszłoby do pogorszenia sytuacji gospodarczej w USA.

Naszym zdaniem dane makroekonomiczne ze Stanów Zjednoczonych wskazują na dość dużą odporność amerykańskiej gospodarki, co sugeruje brak potrzeby prowadzenia agresywnego cyklu obniżania stóp procentowych.

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Rosną wynagrodzenia członków rad nadzorczych w Polsce

Mediana wynagrodzeń członków rad nadzorczych spółek z głównych indeksów giełdowych zwiększyła się w roku 2018 o 5% w porównaniu z 2017 r., z 81 tys. zł do 85 tys. – wynika z przygotowanego przez firmę doradczą PwC raportu „Analiza wynagrodzeń Rad Nadzorczych spółek giełdowych 2018”, zaprezentowanego podczas kolejnego spotkania Forum Rad Nadzorczych.

Z danych zgromadzonych w raporcie PwC wynika, że w 2018 r. średnie roczne wynagrodzenie członków rad nadzorczych spółek notowanych na giełdzie w Polsce wynosiło 134 tys. zł, przy medianie na poziomie 85 tys. zł. Najwyższą medianę odnotowano w spółkach z indeksu WIG20, choć rokroczny wzrost był widoczny tylko w spółkach mWIG40. Eksperci PwC zwracają uwagę, że mimo stosunkowo wysokich kwot pokazujących średnie wynagrodzenie czy medianę, co czwarty członek rady nadzorczej otrzymuje roczne wynagrodzenie w przedziale 36 – 85 tys zł, a kolejne 30% otrzymuje wynagrodzenie niższe, w tym 10% nie pobiera za zasiadanie w radzie żadnego uposażenia.    

Można oczekiwać, że rosnące obowiązki członków rad nadzorczych w Polsce będą szły w parze z coraz większą ich profesjonalizacją rozumianą jako zasiadanie w większej liczbie rad nadzorczych, co stanowi główną aktywność zawodową. Analizując tegoroczne wyniki zauważyliśmy jednak zmniejszenie liczby osób zasiadających w wielu radach. W 2017 roku 15% członków zasiadało w co najmniej 3 radach nadzorczych, natomiast w 2018 roku odsetek ten spadł do 7%. Przyczyną mogą być rosnąca odpowiedzialność i wymogi regulacyjne, którym nie towarzyszy wystarczający wzrost wynagrodzenia. Tegoroczna dynamika wzrostu mediany na poziomie 5% była znacznie niższa od tej obserwowanej w roku poprzednim, kiedy wynosiła 25%” – mówi Krzysztof Szułdrzyński, partner zarządzający działem audytu i usług doradczych PwC, współtwórca Forum Rad Nadzorczych, członek Komitetu konsultacyjnego GPW ds. ładu korporacyjnego.

Na wysokość wynagrodzenia wpływa funkcja pełniona w radzie. Nadal liczy się też aktywność w komitetach. W 2018 r. mediana wynagrodzeń przewodniczących rad nadzorczych wynosiła 97 tys. zł  i była wyższa o 15% niż pozostałych członków rady. Osoby pracujące w komitetach mogły liczyć na wynagrodzenie co najmniej 30% wyższe od pozostałych członków. Tradycyjnie najlepiej płacącym sektorem są banki, zaraz za nimi plasują się spółki sektora spożywczego, chemicznego i budowlanego. Niezmiennie też najlepiej płacą największe spółki.

Nie wystąpiły istotne zmiany jeżeli chodzi o udział kobiet w radach nadzorczych (13%). Nie występują też istotne różnice jeżeli chodzi o poziom wynagrodzenia kobiet i mężczyzn członków rad nadzorczych, za wyjątkiem roli przewodniczącego, gdzie mężczyzna może liczyć na 20% wyższe wynagrodzenie.

Esaliens z 50 podmiotami PPK

Nasza propozycja PPK spotyka się z bardzo pozytywnym przyjęciem. Już w pierwszym etapie zawarliśmy ponad 50 umów PPK z największymi firmami. Wśród nich są spółki o kapitale zagranicznym i krajowym – największa z nich zatrudnia obecnie ponad 10 tys. pracowników. Firmy przekonuje przede wszystkim kompleksowość wsparcia od Esaliens (dawniej Legg Mason), ponieważ pomyśleliśmy zarówno o odpowiednich narzędziach informatycznych, jak i o rozbudowanym pakiecie usług dodatkowych. Dla klientów ważne też jest, jaką politykę inwestycyjną będą realizować zarządzający funduszem zdefiniowanej daty. Nasze podejście do sposobu zarządzania aktywami – wypracowane w jednym z najstabilniejszych zespołów inwestycyjnych na polskim rynku – spotyka się z zainteresowaniem i aprobatą.

Szereg obowiązków natury administracyjnej, finansowej i komunikacyjnej, jakie ustawa o PPK nakłada na pracodawcę, każe zwrócić również szczególną uwagę na „client service” i kompetencje zespołu do obsługi. Okazuje się, że powyższe cechy także mogą stanowić istotną przewagę w przypadku firmy zarządzającej. Wyzwania obsługowe wiążące się z PPK wymagają bowiem nie tylko umiejętności precyzyjnej identyfikacji potrzeb, lecz również potwierdzonego know-how i dużej biegłości w zakresie zarządzania procesem dostarczania adekwatnych rozwiązań.

Szczególnie widać to zapotrzebowanie w przypadku dużych firm, które jako pierwsze muszą wprowadzić PPK. Co innego obsługiwać sprawnie pod względem finansowym, administracyjnym i komunikacyjnym grupę dziesięciu osób, a co innego złożoną korporacyjną strukturę, działającą w wielu regionach Polski i zatrudniającą tysiące lub dziesiątki tysięcy pracowników. Wymaga to specjalnego przygotowania organizacyjnego, informatycznego, prawnego, ale też oswojenia ze skalą klienta i doświadczenia we wdrażaniu programów emerytalnych w dużych firmach liczonego w wypracowanych wewnętrznych procedurach oraz przebytych setkach rozmów z załogą lub przedstawicielami związków zawodowych. Esaliens TFI ma tę przewagę, że jako pierwszy wprowadzał w Polsce, dwie dekady temu, Pracownicze Plany Emerytalne – uważane przez ekspertów za protoplastę PPK. To praktyczne doświadczenie pokazało jaki poziom wsparcia jest konieczny do sprawnego przeprowadzenia złożonego procesu wdrażania planu emerytalnego w firmach, które należą do największych krajowych pracodawców.

Klienci wyciągną dłoń w stronę Amazona. Nowy sposób płatności zrewolucjonizuje handel?

Lider handlu online – Amazon, testuje całkowicie nowy sposób identyfikacji swoich klientów, donosi New York Post. By rozróżnić Smitha od Johnsona, hipernowoczesny skaner wykorzystuje obrazowanie komputerowe oraz geometrię głębi. Brzmi skomplikowanie, ale tak naprawdę, wystarczy mu… Pomachać. Czy taki sposób płacenia za zakupy ma szansę się przyjąć? Wiele wskazuje na to, że tak, według badań Paysafe prawie połowa konsumentów na całym świecie korzysta już biometrii przy dokonywaniu płatności.

Według New York Post amerykański gigant rozpoczął testy skanera, który może identyfikować klientów na podstawie ich dłoni. – Taka funkcja to kolejny as w rękawie giganta, który co rusz testuje nowe technologie by jeszcze bardziej uprościć proces zakupowy. W tym przypadku atutem są jeszcze szybsze płatności, które będzie można potwierdzać błyskawicznym skanem dłoni – komentuje Sascha Stockem z Nethansy, sopockiego startupu, który wprowadza polskie i niemieckie firmy na międzynarodową platformę handlową Amazona, gdzie kompleksowo zarządza ich sprzedażą przy pomocy autorskiego systemu Cliperon, uzbrojonego w sztuczną inteligencję. – Dzięki temu całe doświadczenie zakupowe, stanie się jeszcze szybsze i przyjemniejsze. Amazon doskonale wie, że dla klientów liczy się nie tylko cena, ale również emocje. To za nie klienci są w stanie zapłacić krocie, mimo że często posiadają tańsze alternatywy produktowe – dodaje prezes zarządu Nethansy.

Technologia niszowa, pomysł już nie

Jest to na razie program pilotażowy, jeśli się powiedzie, może zostać wdrożony w punktach spożywczych Whole Foods, których właścicielem jest Amazon. Gigant ecommerce nie chce komentować przedstawionej przez NYP informacji. Jedyne co udało się dowiedzieć redakcji to fakt, że technologia o kryptonimie „Orville” jest testowana w biurowych automatach firmy w Nowym Jorku.

– Identyfikacja użytkownika za pomocą biometrii nie jest nowym rozwiązaniem. Acuity Market Intelligence szacuje, że do końca 2020 r. wszystkie smartphony będą standardowo wyposażone w czujniki biometryczne. Nowością jest za to sposób identyfikacji, dotychczas najpopularniejsze były czytniki linii papilarnych bądź skaner twarzy montowany w iPhone X i nowszych. Autoryzacja za pomocą dłoni jest więc swego rodzaju novum i na pewno wzbudzi zaciekawienie konsumentów, szczególnie młodych pokoleń, które kochają nowinki technologiczne – komentuje Sascha Stockem z Nethansy.

Według redakcji NYP wystarczy, że użytkownicy odwiedzający sklep przytrzymają rękę nad skanerem, który wykorzystuje elementy sztucznej inteligencji: łączy uczenie maszynowe oraz obrazowanie komputerowe, a dodatkowo geometrię przestrzeni. W ten sposób nastąpi identyfikacja unikalnego kształtu i rozmiaru każdej dłoni. By spróbować nowego sposobu identyfikacji w sklepie, klienci Amazon Prime będą musieli wpierw wybrać się do nich, aby ich ręce zostały zapisane w bazie, a następnie dopasowane do kont.

Kod PIN? Przepraszam, nie pamiętam

– Nowa metoda identyfikacji to ciekawe uzupełnienie oferty Amazon, która wzbogaci autorski systemem płatności – Amazon Pay. Wszystko wskazuje na to, że będzie to kolejne ułatwienie dla konsumentów, którzy już teraz mogą zrealizować swoje zakupy naprawdę szybko. Korzystają na tym sprzedawcy, gdyż dzięki temu, klienci stają się bardziej beztroscy i mniej zastanawiają się nad tym co wkładają do koszyka. Kartkę z Pinem możemy łatwo zgubić bądź może nam wypaść z głowy. Z własną dłonią raczej łatwo się nie rozstaniemy tłumaczy ekspert spółki Nethansa.

PIN do karty, do telefonu, do klatki schodowej, do bankowości elektronicznej miejsc w którym korzystamy z hasła numerycznego nieustannie przybywa. Nic dziwnego, że ludzie chętnie rezygnują z tej metody identyfikacji. Jak podaje The Telegraph, dorosła osoba musi zapamiętać średnio 10 kodów PIN. Pracownik jednego z wiodących banków w Polsce przyznaje: “Gdy zgubimy kartę, bądź zapomnimy kodu PIN to stajemy przed sporym problem. Najpierw musimy ją zastrzec, później zgłosić się do placówki banku z wnioskiem o wygenerowanie nowej karty i pozostaje jeszcze czas oczekiwania. Od 2 do 3 tygodni. Niestety nasz bank nie produkuje już kart na miejscu.

To, że klienci bez żalu żegnają plastikowe karty i coraz częściej stosują alternatywne sposoby płatności, wydaje się być całkiem zrozumiałe. Według badań Paysafe prawie połowa konsumentów na całym świecie do dokonywania płatności korzysta z danych biometrycznych – zwykle opartych na technologii rozpoznawania twarzy. Czym zasłużyły sobie one na taką popularność? 44% użytkowników Internetu ankietowanych w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Austrii, Bułgarii, Kanadzie i Niemczech wskazało na szybkość, jako jedną z głównych zalet nowych technologii płatniczych, podczas gdy mniej więcej jedna czwarta przyznała się do problemu z zapamiętywaniem haseł. Większa część (44%) respondentów stwierdziła, że ​​biometria jest od nich o wiele wygodniejsza.

Czy machanie dłonią wkrótce stanie się gestem symbolizującym płatność? O wszystkim zadecydują eksperymenty Amazona i to jak chętnie klienci wyciągną swoje dłonie w stronę skanerów i nowych technologii.

Ćwierć miliarda na konsolidację – komentarz prezesa Cedrob do ZM Henryk Kania

Na początku września Cedrob S.A. zawarł umowę produkcji na powierzonych surowcach z Zarządcą Zakładów Mięsnych Henryk Kania S.A. w restrukturyzacji. Mięsny potentat z Ciechanowa planuje wznowienie produkcji w zakładach przetwórczych restrukturyzowanej spółki w Goczałkowicach, Pszczynie i Mokrsku już na początku października. W pierwszym etapie planowane jest osiągnięcie produkcji na poziomie 1200 ton miesięcznie. Docelowo, po przeprowadzeniu procesu inwestycyjnego, zakłady te mają produkować 4 tys. ton miesięcznie. Łącznie z Zakładami Mięsnymi Silesia S.A., które już osiągnęły poziom 4 tys. ton i cały czas się rozwijają, Grupa Cedrob planuje mieć udział w rynku przetwórczym na poziomie 8-10 tys. ton miesięcznie w perspektywie 5-ciu lat
i nie wyklucza dalszej ekspansji.

Przystępując do rozmów z wierzycielami o umowie tzw. przerobowej, następnie wydzierżawieniu, a finalnie nabyciu przedsiębiorstwa Zakładów Mięsnych Henryk Kania i składając ofertę w tym zakresie, mieliśmy świadomość, że to nie będzie łatwe zadanie, ale rzeczywistość pokazała, że jest znacznie trudniejsze, niż się spodziewaliśmy – mówi Andrzej Goździkowski, prezes zarządu Cedrob S.A. – W pierwszej kolejności uruchomiliśmy środki finansowe, dzięki którym zarządca restrukturyzowanej spółki mógł zapłacić pracownikom zaległe i bieżące wypłaty oraz uregulował najpilniejsze zobowiązania, między innymi za media, dzięki czemu udało się uniknąć odcięcia dostaw prądu i gazu. Kolejnym krokiem jest zawarcie umowy dzierżawy przedsiębiorstwa Zakładów Mięsnych Henryk Kania oraz sprawne i transparentne przeprowadzenie procesu jego nabycia. Szacujemy,
że cały projekt nabycia majątku Kani, zapewnienia kapitału obrotowego oraz odbudowania rynku może pochłonąć ponad ćwierć miliarda złotych i takie środki zabezpieczyliśmy na ten cel.

Realizując ten ambitny plan, Cedrob już na początku musiał się zmierzyć z wieloma trudnościami, jak między innymi zabezpieczenie całości dokumentacji i sprzętu IT przez Centralne Biuro Śledcze Policji i Krajową Administrację Skarbową w związku z prowadzonym postępowaniem prokuratorskim, działaniami windykacyjnymi firm leasingowych skierowanymi do majątku przedsiębiorstwa, wielomilionowymi zobowiązaniami zaciągniętymi przez poprzedników, czy też brakiem głównego serwera z oprogramowaniem produkcyjnym i recepturami. Jednakże prezes Goździkowski nie traci wiary w powodzenie procesu i jest dobrej myśli:

Największą siłą zakładów z Pszczyny, Goczałkowic i Mokrska są ludzie. Dzięki wspólnej pracy odbudujemy tę firmę i zapewnimy wszystkim pracownikom stabilną pracę i godne warunki zatrudnienia. Mam nadzieję, że już niedługo produkty z zakładów Kani powrócą na półki sklepowe i obok produktów z Zakładów Mięsnych Silesii w Sosnowcu (Duda i Cedrob) będą cieszyły się popularnością wśród polskich rodzin. Zapraszamy do powrotu do pracy byłych pracowników Kani, a także liczymy na współpracę ze wszystkimi dotychczasowymi dostawcami oraz klientami. Patrzymy pozytywnie w przyszłość, wspólnymi siłami osiągniemy sukces.

Grupa kapitałowa Cedrob jest liderem rynku produkcji drobiu oraz wiodącym producentem trzody chlewnej w Polsce w 100% kontrolowanym przez polski kapitał. Dwa lata temu poprzez nabycie Zakładów Mięsnych Silesia S.A. Cedrob rozpoczął proces konsolidacji przetwórstwa mięsnego w grupie i dziś jest lokowany w pierwszej piątce tego segmentu rynkowego w Polsce.

Po przeprowadzeniu procesu restrukturyzacyjnego i włączeniu przedsiębiorstwa Zakłady Mięsne Henryk Kania w swoje struktury, Cedrob będzie niekwestionowanym numerem trzy na rynku sprzedaży wędlin i przetworów z mięsa, z aspiracjami do miejsca drugiego.

Brak waloryzacji kontraktów budowlanych to ponad 8 mld zł straty budżetu państwa

Łączny koszt waloryzacji rekompensującej dotychczasowy wzrost cen, w odniesieniu do kontraktów zawartych przez GDDKiA i PKP PLK, wyniósłby państwo 2,3 mld zł brutto. Niecałe 0,8 mld zł z tej kwoty bezpośrednio wróciłoby do budżetu państwa, w związku z czym finalny koszt waloryzacji dla sektora finansów publicznych ukształtowałby się na poziomie niewiele ponad 1,5 mld zł. FPP i CALPE przedstawiły analizę braku waloryzacji kontraktów na prace budowlane – wynika z niej, że zaniechując waloryzacji państwo poniesie koszty związane z m.in. dalszymi opóźnieniami inwestycji i ponownymi przetargami.

„Choć szacunkowa łączna wartość brutto potencjalnej waloryzacji kontraktów na budowę dróg i linii kolejowych kształtuje się na poziomie 2,3 mld zł, to kwota ostatecznie obciążająca wynik netto sektora finansów publicznych jest wyraźnie mniejsza. Konieczne jest przede wszystkim uwzględnienie kwoty VAT bezpośrednio wracającej do budżetu państwa, wynoszącej w tym przypadku ponad 430 mln zł. Waloryzacja miałaby ponadto wpływ na wynik finansowy wykonawców – poprzez zmniejszenie ponoszonych przez nich strat związanych z realizacją kontraktów. W związku z tym podmioty te, na skutek rozszerzenia zakresu waloryzacji, wykazywałyby niższe kwoty straty podatkowej, którą mogłyby rozliczyć w przyszłych okresach, co pozwala oczekiwać zwiększenia przyszłych wpływów z tytułu CIT o ponad 350 mln zł” – wskazuje Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

W obecnych warunkach można szacować, że zrywanie kontraktów związane z brakiem adekwatnej waloryzacji przyczyniłoby się do wzrostu kosztów obecnie realizowanych inwestycji o 4,7 mld zł, a w przypadku realizacji negatywnego scenariusza nawet ponad 10 mld zł. Ponadto upadłość firm budowlanych wiązałaby się z dodatkowym zmniejszeniem wpływów do finansów publicznych o 3,5 mld zł oraz likwidacją 85 tys. miejsc pracy.

Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich

„W sumie z 2,3 mld zł wydanych z tytułu waloryzacji kontraktów budowlanych, 785 mln zł bezpośrednio wróciłoby z powrotem do sektora finansów publicznych. Pozytywne efekty pośrednie, uwzględniające skutki ekonomiczne terminowej i niezakłóconej realizacji przedsięwzięć inwestycyjnych, byłyby natomiast jeszcze większe. Zaniechanie waloryzacji wiązałoby się jednak z szeregiem negatywnych konsekwencji dla państwa. Należałoby bowiem oczekiwać zrywania kontraktów, które stały się nierentowne. Przyczyni się to do opóźnienia realizacji inwestycji o 20-26 miesięcy oraz wzrostu ostatecznego kosztu średnio o 23-89%” – dodaje Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Brak waloryzacji kontraktów budowlanych ma także poważne skutki społeczne. FPP i CALPE szacują, że opóźnienia w oddawaniu bezpieczniejszych dróg mogą przyczynić się do wystąpienia ok. 200 wypadków więcej (ok. 30 zabitych i 250 rannych) oraz straty ekonomicznej 60 mln zł. Negatywny wpływ na zdrowie Polaków będą miały też dodatkowe emisjie CO2 – utrudnienia w realizacji inwestycji przyczyniłyby się do wyemitowania dodatkowych ponad 510 tys. ton dwutlenku węgla do atmosfery. Szacowane wydłużenie czasu podróży pojazdów w związku z opóźnieniami prac wynosi 28,3 mln godz. – oznacza to utratę czasu o ekwiwalentnej wartości ok. 2,1 mld zł.

Czego nie wiemy o sztucznej inteligencji

Ponad 40% z nas ma codziennie do czynienia ze sztuczną inteligencją, ale tylko co druga osoba jest w stanie wytłumaczyć czym w ogóle ów termin właściwie jest, podaje firma Entrata. Być może dlatego coraz częściej zdarza się, że zaawansowane algorytmy zaskakują ludzi swoimi wnioskami, a przecież to syntetyczna inteligencja stworzona przez człowieka. To, że nie rozumiemy SI, nie oznacza jeszcze, że katastroficzna wizja o Terminatorze może stać się rzeczywistością.

Termin „sztuczna inteligencja” ma już ponad pół wieku. Po raz pierwszy użył go amerykański informatyk John McCarthy w 1956 r. Od tego czasu prace nad SI nabrały tempa, a efekty tych starań wykorzystywane są w e-marketingu, produkcji, czy przy opracowywaniu nowatorskich aplikacji.

W sierpniu amerykańska firma IT Entrata przeprowadziła badanie, co zwykli ludzie wiedzą o sztucznej inteligencji. Choć wielu pytanych zna szeroką definicję tego terminu, to większość nie pojmuje jej realnego wpływu na naszą rzeczywistość. Efekt? Brak zrozumienia skutkuje błędnym postrzeganiem, a takie warunki sprzyjają powstawaniu fałszywych informacji, które mają więcej wspólnego z kinem rozrywkowym, np. Terminatorem, niż realną oceną sytuacji.

SI, czyli cyfrowy zryw w branży IT

Według niedawno zaktualizowanego raportu IDC (International Data Corporation) wydatki na SI osiągną w tym roku blisko 40 mld USD. Natomiast już za 4 lata wzrosną o 2,5 raza do wartości 100 mld USD. Jak twierdzą specjaliści z firmy analitycznej na tę popularność wpływa uniwersalność i skuteczność działania inteligentnych algorytmów. SI stało się katalizatorem dla rozwiązań z pogranicza świata IT i biznesu.

  • Prawdziwym poligonem doświadczalnym dla SI była reklama internetowa. Dzięki Big Data oraz programatycznemu zakupowi mediów reklama on-line całkowicie zmieniła swoje oblicze.  Algorytmy SI zaczęto wykorzystywać do tworzenia spersonalizowanych kampanii, które osiągają dużo lepszą skuteczności, niż działania o szerokim zasięgu. Dziś, pierwszy raz w historii marka może prowadzić dialog ze swoim odbiorcom, tyle że pośrednikiem w komunikacji jest algorytm.” – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, firmy specjalizującej się w analityce Big Data.

Sztuczna inteligencja działa jak domino, gdzie akcja natychmiast wywołuje reakcję – by mogła nastąpić automatyzacja pewnych procesów, np. zakup reklam w modelu programmatic, algorytmy uczenia maszynowego muszą nieustannie doskonalić swoje działanie, by stawać się coraz lepszymi. Jednak nie osiągną tego celu tak długo, aż nie otrzymają odpowiedniej ilości danych – o zachowaniu, nawykach, punktach stycznych użytkownika z systemem. Te mogą pochodzić z źródeł tworzonych przez firmę samodzielnie, bądź też mogą być uzupełnione z baz zewnętrznych.

Korzystając z uczenia maszynowego i analizy dużych zbiorów danych, SI jest w stanie zapewnić firmom głęboki wgląd w swoich klientów. Biznes nie tylko będzie w stanie hiper-personalizować interakcje, ale jest również w stanie przewidzieć przyszłe zachowania klientów na podstawie zebranych informacji.

Ważne są tylko te dni których jeszcze nie znamy…

Dziś sztuczna inteligencja nie jest już pojęciem awangardowym – to wręcz technologiczna rzeczywistość XXI wieku do której firmy muszą przywyknąć. Nowa ankieta Gartnera ujawniła, że liczba organizacji wdrażających SI wzrosła w ciągu ostatnich czterech lat o 270% i trzykrotnie w ciągu ostatniego roku. To coraz powszechniejsze rozwiązanie, biznes zwracając się w stronę algorytmów, poszukuje realnego wsparcia. Namierzanie newralgicznych punktów na ścieżce zakupowej klienta, automatyzacja procesów produkcji czy zmniejszenie ryzyka operacyjnego i przeciwdziałanie kryzysom to podstawowe zastosowania SI.

  • “Dzięki sztucznej inteligencji firmy mogą zoptymalizować budżet marketingowy oraz zwiększyć zwrot z inwestycji w reklamę on-line, na przykład umieszczając reklamy tylko odpowiednim użytkownikom. Jedną z kluczowych korzyści z wykorzystania dziś SI w branży reklamowej jest możliwość analizy nawet tysięcy nieustrukturyzowanych informacji i na tej podstawie dostarczanie precyzyjnych wniosków i rekomendacji” – komentuje Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

Sztuczna inteligencja padła jednak ofiarą własnej popularności. Z badań przeprowadzonych przez Entrata wynika, że spośród tych, którzy twierdzili, że są ekspertami w zakresie rozumienia sztucznej inteligencji, 20% nie tylko pomyliło definicję, ale znacznie częściej błędnie zdefiniowali te pojęcie niż inne grupy, które zadeklarowały, że niewiele wiedzą lub dopiero co o niej słyszały. Jak podkreślają twórcy raportu, ponad 38% respondentów albo właśnie słyszało o sztucznej inteligencji, albo nie ma pojęcia, co to jest.

Pomimo tego braku zrozumienia ponad połowa (52%) osób twierdzi, że czuje się swobodnie w interakcji z AI, co jest ważne, ponieważ ponad 40% osób korzysta z jakiejś formy AI na codzień, czy to Gmail, Siri lub Alexa, Netflix, ale też i wiele innych.

Sztuczna inteligencja, nie znaczy ani sztuczna, ani inteligencja

Podczas gdy zagrożenia wynikające z opracowania SI coraz częściej stają się przedmiotem publicznej debaty, warto zauważyć, że w obecnej formie jest ona ograniczona przez algorytmy, tj. reguły, wzory matematyczne, opracowane przez ludzi i dane, które zostaną do tego systemu wprowadzone. Na razie technologia ta ogranicza się do roli mediatora, pozbawionego możliwości wykonywania prawdziwie niezależnych działań. To tak zwana wąska SI. Tworzy ona inteligencję maszynową, która nas otacza i nieśmiało wspiera w codziennych działaniach.

  • “Pewne formy sztucznej inteligencji towarzyszą nam każdego dnia. Alexa, Siri czy asystent Google’a za pośrednictwem urządzeń mobilnych, są z nami zarówno w domu, jak i w pracy. Wraz z rozwojem tych technologii w formie komercyjnej, będzie rosło ich znaczenie w pracy i biznesie. Już teraz widzimy, że firmy technologiczne projektują swoich asystentów pod konkretne wymagania rynków. Asystent głosowy Amazona – Alexa już doczekał się swojej wersji dla biznesu.” – komentuje Stanisław Bochnak, strateg ds. biznesowych w VMware Polska. – “W wielu przedsiębiorstwach stosuje się ponadto inteligentne aplikacje, które analizują pracownikowi dane w czasie rzeczywistym.” – dodaje.

Firma VMware w ostatnich tygodniach ogłosiła, że ich platformę cyfrowego miejsca pracy, będzie wspierał wirtualny konsjerż, bazujący na algorytmach uczenia maszynowego. Jego zdaniem będzie wsparcie pracownika w codziennych zadaniach. Eksperci VMware studzą jednocześnie emocje – SI nie jest niezależnym, omnipotentnym bytem.

  • “Według badań przeprowadzonych przez VMware 45 proc. konsumentów uważa, że sztuczna inteligencja to bardziej „rzecz” niż zbiór inteligentnych algorytmów, usprawniających działanie systemów IT czy usług. Optymalizacja biznesu nie brzmi jednak tak ekscytująco jak superinteligentny robot. Rzecz w tym, że to właśnie w tym usprawnianiu leży prawda o rewolucji jaka czeka przedsiębiorstwa. Wykorzystują one w coraz większym stopniu chmury obliczeniowe, analitykę big data i nowoczesną infrastrukturę IT. A tym wszystkim trzeba zarządzać. Wówczas z pomocą przychodzi sztuczna inteligencja i machine learning” – tłumaczy Joe Baguley, wiceprezes ds. technologii w VMware.

SI to główny atrybut przemysłu w walce o metkę 4.0

Według ekspertów z IDC najprawdopodobniej to sektor przemysłowy będzie czerpał najwięcej z technologii SI. Za cztery lata wartość rozwiązań technologii opartej na sztucznej inteligencji dla przemysłu, sięgnie 4,9 mld dolarów. To ponad siedmiokrotny wzrost w porównaniu do roku 2018. Klaus Schwab, założyciel i prezes World Economic Forum (WEF), przyznał w wywiadzie, że SI to jeden z najistotniejszych atrybutów nowoczesnego przemysłu i fundamentalny element koncepcji Przemysłu 4.0, a jej wdrożenie spowoduje duże zmiany. Czas przyszły, ponieważ przemysłowy świat oszczędnie korzysta z SI. Jak czytamy w raporcie Factories of the Future, mniej niż jeden na dziesięciu (8%) producentów wykorzystuje w swoim zakładzie technologię opartą na sztucznej inteligencji.

To jedna strona medalu, druga jest bardziej optymistyczna. Ponieważ już w 2020 roku, w co drugim (50%) przedsiębiorstwie produkcyjnym będą funkcjonowały rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji, deklarują menedżerowie biorący udział w badaniu. Czy to możliwe? Wydaje się, że tak, co potwierdzają dane Vanson Bourne. Z badania tej niezależnej brytyjskiej agencji badawczej wynika, że aż 93% światowych liderów IT, sztuczną inteligencję postrzega jako technologię kluczową w przyszłości swoich firm.

Dlaczego w krótkim czasie możemy spodziewać się tak znaczącego wzrostu wdrożeń SI? Zdaniem Lucjana Gizy, dyrektora ds. rozwoju ze śląskiej firmy BPSC powodów jest kilka.

“Za rozwojem sztucznej inteligencji w przemyśle stoi koncepcja Industry 4.0. SI pomaga m.in. w analizie ogromnych ilości danych w czasie rzeczywistym, a to poprawia dokładności prognoz i kontroli w procesach operacyjnych, szczególnie tych służących do poprawy wydajności produkcji. – mówi ekspert z BPSC i dodaje – Redukcja błędów w funkcjonowaniu linii produkcyjnej to kolejna korzyść. Przekłada się ona nie tylko na szybkość i dokładność, ale też skutkuje znaczącym zmniejszeniem przestojów i awarii.” – kończy Giza.

To dopiero początek, a sama sztuczna inteligencja zmieni nie tylko przemysłowy ekosystem, ale też transport ze swoimi autonomicznymi samochodami, reagowaniem na katastrofy z inteligentnym prognozowaniem pogody oraz medycyną, handlem detalicznym i finansami.

Programiści oglądają plecy uciekającej sztucznej inteligencji. Na szczęście nie oznacza to, że stworzone przez człowieka cyfrowe życie, uciekło z laboratorium, a przerażeni naukowcy, muszą ruszyć w pościg. Jeszcze nie. Jednak zastanawiający jest fakt, że coraz częściej zdarza się, że nie rozumiemy wniosków, jakie wysnuwają algorytmy na podstawie wprowadzonych danych, ale to tylko kwestia czasu, kiedy się to zmieni. Jedno jest pewne – SI opłaci się. To podkreślają eksperci na całym świecie. Oxford Insights prognozuje, że może to być nawet 15 bilionów dolarów, których wypracują inteligentne algorytmy.

IX Kongres Kobiet

– W tym roku Kongres Kobiet od wyborów parlamentarnych dzielą zaledwie trzy tygodnie. To za mało czasu, by partie włączyły nasze postulaty do swoich programów, jednak o kwoty w zarządach i radach przedsiębiorstw będziemy konsekwentnie walczyć – mówi Henryka Bochniarz, założycielka Kongresu Kobiet i Konfederacji Lewiatan.

Według ostatniego raportu CWDI nt. roli kobiet w radach nadzorczych i zarządach instytucji finansowych, od 2005 r. ich obecność w tych ciałach wzrosła z 10,3% w 2005 roku do prawie 25% w 2018 roku. Przy czym w krajach, w których obowiązują kwoty udział ten w 2018 r. osiągnął ponad 36%, a w tych, w których kwoty nie obowiązują wynosił 21%.

Liderem jeśli chodzi o udział kobiet w radach nadzorczych instytucji finansowych jest Francja, a prym wiodą AXA (50% kobiet), BNP Paribas (42,9% kobiet), Societe Generale (42,9% kobiet).

– Na tym tle polskie banki i instytucje finansowe wyglądają nieciekawie. Co więcej, nie tylko podmioty z kapitałem polskim, przeważnie należące do skarbu państwa, wypadają blado. Córki francuskich czy niemieckich firm, niestety, nie trzymają standardów spółek-matek i zwykle nie osiągają wyniku lepszego niż dwie kobiety w radzie lub zarządzie. W zarządach większości banków w Polsce nie ma żadnej kobiety, wyjątkiem jest bank Citi Handlowy, gdzie funkcje tę sprawują trzy kobiety. Trochę lepsza jest sytuacja jeśli chodzi o udział kobiet w radach nadzorczych, gdzie liderami są Pekao SA i BOŚ Bank – mówi Henryka Bochniarz.

Sektor finansowy w większości krajów rozwiniętych odgrywa bardzo istotną rolę. Interesujące jest dlaczego po kryzysie finansowym, do którego przyczyniły się instytucje zarządzane w dominującej mierze przez mężczyzn, udział kobiet zasadniczo się nie zwiększył. Przez ten czas opublikowano wiele raportów (m.in. McKinsey, Credit Suisse, Peterson Institute) wskazujących, że firmy, w których znaczącą rolę odgrywają kobiety, mają lepsze wyniki finansowe, są lepiej zarządzane i mają lepszą kulturę korporacyjną.

Widać więc wyraźnie, że mimo spektakularnych akcji takich jak #MeToo, #PayMeToo, #TimesUp, wobec braku narodowych programów kwotowych, udział kobiet we władzach spółek jest ciągle niewystarczający.

Wszystkie działania, które mają na celu zwiększenie różnorodności, a zwłaszcza udziału kobiet w organach nadzorczych firm, zasługują na poparcie. Omawiając skuteczność różnych instrumentów trzeba jednak stwierdzić, że jedyne kraje, w których nastąpiły jakościowe zmiany to te, w których ustawowo wprowadzono kwoty. Bez przyjęcia konkretnych celów i dat niewiele się zmieni. Dlatego tak istotne jest zatwierdzenie i wdrożenie dyrektywy unijnej z 2013 r., która przewidywała wprowadzenie do 2020 r. 40% kwot w radach nadzorczych spółek giełdowych, które zatrudniały więcej niż 250 pracowników i miały obroty powyżej 50 mln euro. Wcześniej, bo do 2018 r. takie same kwoty miały być wprowadzone w spółkach skarbu państwa.

Fakt, że w 17 europejskich krajach kwoty funkcjonują przeczy stereotypom zobrazowanym w badaniach, że kobiety nie chcą pełnić tych funkcji i nie są do tego przygotowane.

Rynek powierzchni handlowych w aglomeracjach po I połowie roku

Rynek centrów handlowych w największych polskich aglomeracjach jest dojrzały i dobrze rozwinięty. Około 10 mln konsumentów o rocznej sile nabywczej bliskiej 410 mld zł ma duże możliwości wyboru lokalizacji, oferty i formatu obiektu, w którym robi zakupy. Na koniec czerwca br. w ośmiu największych ośrodkach miejskich działało 215 centrów handlowych o łącznej powierzchni najmu 6,7 mln mkw.

Przyrost powierzchni handlowej w ostatnim półroczu nie był znaczący, ale warto zwrócić uwagę na zachodzące w obiektach zmiany jakościowe – nowe funkcje i przebudowy. Rozwój e-commerce i wchodzenie sieci handlowych w omnichanel wymusza na centrach handlowych stopniowe zmiany w zakresie rozwiązań technologicznych.

– Nowe życie zyskują także lokalizacje o funkcjach mieszanych z rozbudowanym handlem, usługami i gastronomią. Modernizacje i remonty znajdują się w centrum uwagi większości centrów handlowych, które ukończyły 15 lat – mówi Katarzyna Michnikowska, dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku Colliers International.

Poznań i Wrocław najbardziej nasycone

W ciągu ostatniego roku w ośmiu największych aglomeracjach oddano do użytku 8 nowych centrów handlowych i tyle samo rozbudowano. Ich łączna powierzchnia wyniosła ponad 240 tys. mkw. powierzchni najmu. Biorąc pod uwagę jedynie ostatnie sześć miesięcy, podaż wyniosła ponad 130 tys. mkw.

Największe, zarówno pod względem liczby obiektów, jak i ich powierzchni, są rynki aglomeracji warszawskiej (52 centra o łącznej powierzchni ponad 1,7 mln mkw.) i Górnego Śląska (49 centrów, ponad 1,2 mln mkw.), zaś najmniejszym pozostaje Szczecin (305 tys. mkw. w 11 obiektach). Najwyższe nasycenie powierzchnią centrów handlowych odnotowano we Wrocławiu (885 mkw./1000 mieszkańców) i w Poznaniu (857 mkw./1000 mieszkańców).

Najwięcej rekomercjalizacji i renegocjacji

W związku z ograniczeniem aktywności deweloperskiej w największych aglomeracjach w strukturze popytu dominują rekomercjalizacje i renegocjacje umów. Współczynnik pustostanów dla największych aglomeracji pozostaje na średnim poziomie 3,8%, przy czym najwyższe jego wartości notowane są w Łodzi (6,6%), a najniższe w Szczecinie (1,0%).

Lata 2018-2019 na rynku handlowym to czas dyskontów niespożywczych. Dynamiczną ekspansję prowadzą zarówno debiutanci, jak i podmioty o ugruntowanej pozycji, tacy jak: Kik, Dealz, czy Pepco.

W związku z boomem na rynku mieszkaniowym obserwujemy rozwój podmiotów z sektora wszystko dla domu (IKEA, Komfort, Jysk, Home&You, Duka). W dalszym ciągu rosną też sieci klubów fitness. Widać to na przykładzie Poznania, gdzie w okresie lipiec 2018 – czerwiec 2019 umowy w centrach handlowych podpisało aż pięć podmiotów. Otwierają się także kina oraz centra rozrywki lub edukacji.

Polska staje się krajem atrakcyjnym dla marek o profilu budżetowym, co potwierdzają zapowiadane wejścia sieci Primark (Galeria Młociny w Warszawie), Monki (Galeria Katowicka, Bonarka w Krakowie) oraz Weekday (Elektrownia Powiśle w Warszawie).

Pakiety zachęt dla strategicznych najemców

Czynsze w największych aglomeracjach pozostają stabilne, z tendencją wzrostową za najlepsze lokale w pierwszorzędnych centrach handlowych. Praktyką rynkową staje się większa elastyczność w warunkach najmu, szczególnie w przypadku obiektów drugorzędnych. Najemcom o strategicznym znaczeniu dla centrum oferowane są pakiety zachęt, takie jak: partycypacja w kosztach aranżacji powierzchni, najem oparty jedynie o czynsz od obrotu, krótsze okresy najmu, czasowe obniżki czy zamrażanie kosztów eksploatacyjnych.

Zmiany w warunkach najmu w najbliższym czasie przynieść mogą nowe regulacje prawne.

– Wprowadzony zakaz handlu w niedziele  wzmacnia dominujące centra i obniża odwiedzalność obiektów drugorzędnych. Kolejnym czynnikiem mogącym mieć wpływ na rynek handlowy w Polsce jest prawdopodobne wejście w życie nowego podatku od sprzedaży detalicznej, zwanego „podatkiem od hipermarketów” – mówi Katarzyna Michnikowska.

Które kompetencje miękkie są najbardziej poszukiwane przez pracodawców

Nie tylko wiedza i doświadczenie zawodowe świadczą o atrakcyjności kandydata na rynku pracy. Podczas rekrutacji nowego pracownika coraz większą wagę przykłada się do kompetencji miękkich danej osoby – jej charakteru, zdolności interpersonalnych i dopasowania do organizacji. Eksperci z firmy rekrutacyjnej Michael Page przewidują, że w przeciągu kilku najbliższych lat, większość pracodawców niektóre kompetencje miękkie będzie uznawać za obowiązkowe na określonym stanowisku. Które z nich będą najbardziej istotne?

Do kompetencji miękkich zaliczamy cechy charakteru, zdolności interpersonalne i społeczne oraz wszystko to, co określa nasze zachowania, postawy czy system wartości. To one w głównej mierze decydują o tym, czy dana osoba będzie pasować do organizacji i efektywnie współpracować lub zarządzać zespołem. Szeroko rozwinięte kompetencje miękkie już teraz są szczególnie istotne na stanowiskach menedżerskich, w sprzedaży, marketingu, handlu, czy HR – czyli w tych obszarach, gdzie dominującą rolę odgrywa kreatywność oraz relacje międzyludzkie.

„Miękki pracownik”

Badanie przeprowadzone przez LinkedIn w 2018 r. wykazało, że dla 57 proc. ankietowanych pracodawców, kompetencje miękkie są ważniejsze niż twarde. Wg portalu, najbardziej poszukiwane są osoby ze zdolnościami przywódczymi, komunikacyjnymi, łatwe we współpracy i potrafiące zarządzać czasem. Natomiast zgodnie z raportem amerykańskiej firmy informatycznej iCIMS, trzema najbardziej poszukiwanymi cechami u kandydatów są rozwiązywanie problemów, co zaznaczyło 62 proc. rekruterów, umiejętność przystosowania się (49 proc.) i zarządzanie czasem (48 proc.).

Obecnie jedną z największych bolączek pracodawców jest duża rotacja pracowników. Dlatego poszukiwane są osoby dobrze dopasowane do organizacji, gdyż to zwiększa szansę na związanie się z firmą na dłużej. W związku z tym, umiejętności miękkie mogą być mocną kartą przetargową w rozmowie kwalifikacyjnej. Od wielu lat do najważniejszych z nich należy również poziom motywacji i zaangażowania w pracę oraz chęć do nauki. Kandydaci wyróżniający się takimi cechami uznawani są za osoby o dużym potencjale, które będą mieć pozytywny wpływ na rozwój organizacji i całego zespołu mówi Radosław Szafrański, Senior Director w Michael Page.

Przyszłość kompetencji miękkich

Według raportu Future Work Skills 2020, w przyszłości najbardziej pożądanymi kompetencjami miękkimi będą umiejętności komunikacyjne i interpersonalne, inteligencja emocjonalna oraz crossowanie, czyli łączenie wiedzy z wielu dziedzin i wykorzystywanie jej podczas pracy. Duże znaczenie będzie mieć również gotowość do pracy w wielokulturowym i międzynarodowym zespole, a także zdolność działania w szumie informacyjnym i prawidłowa selekcja danych. Osoby, które nie będą w stanie opanować tych umiejętności, mogą mieć większy problem w znalezieniu i utrzymaniu satysfakcjonującej pracy.

Wiele kompetencji miękkich ma charakter wrodzony, choć niektóre z nich można kształtować i rozwijać. Może to być jednak trudniejsze niż poszerzanie umiejętności twardych, gdyż często wiąże się z pracą nad własnym charakterem. Osoby, które mają szeroko rozwinięte zdolności interpersonalne i potrafią łatwo dostosować się do otoczenia, lepiej radzą sobie w sytuacjach społecznych i w środowisku zawodowym. Będzie to szczególnie istotne w dobie dynamicznych zmian wynikających z rozwoju technologii. Roboty i maszyny coraz częściej przejmują automatyczne i powtarzalne zadania, dając tym samym pracownikom przestrzeń do zajmowania się zajęciami wymagającymi typowo ludzkich kompetencji, takich jak kreatywność, zarządzanie relacjami, czy wyciąganie trafnych wniosków. I to właśnie tacy kandydaci będą w przyszłości najbardziej cenieni na rynku – mówi Radosław Szafrański z Michael Page.

Przedsiębiorcy obawiają się wzrostu płacy minimalnej

„Zlikwiduję firmę i będę po 25 latach szukał etatu” – to jeden z najostrzejszych komentarzy przedsiębiorców do politycznych deklaracji podnoszenia płacy minimalnej. W przeprowadzonej przez Pracodawców RP we wrześniu br. anonimowej ankiecie cztery piąte respondentów oceniło, że wzrost płacy spowoduje pogorszenie perspektyw ich przedsiębiorstw.

Ankieta wśród firm zrzeszonych w Pracodawcach RP została przeprowadzona kilka dni po ogłoszeniu politycznych deklaracji o skokowym wzroście płacy minimalnej.

Na pytanie „Czy polska gospodarka jest gotowa na wzrost płacy minimalnej do 3 tys. złotych?” przecząco odpowiedziało ponad 83 proc. respondentów, twierdząco – nieco ponad 10 proc., a „nie wiem” – nieco ponad 6 proc. Ponad 82 proc. negatywnie oceniło perspektywy ich firm w roku 2020 w związku zapowiedziami podniesienia płacy minimalnej, a ponad 15 proc. stwierdziło, że podwyżki nie będą mieć wpływu. 2,3 proc. respondentów stwierdziło, że perspektywy ich firm będą lepsze.

PracodawcyRP_sonda_placa-minimalna_1 v2 PracodawcyRP_sonda_placa-minimalna_2 v2Zapytaliśmy również, jak zadeklarowane przez polityków podnoszenie płacy minimalnej w przyszłych latach może wpłynąć na plany rozwoju firm. Wielu odpowiadających zapowiedziało ograniczenie inwestycji lub zatrudnienia. Wśród rozważanych scenariuszy są m.in. przeniesienie działalności za granicę, przebranżowienie w celu zmniejszenia zatrudnienia, czy też robotyzacja i wprowadzenie automatyki. Zwracano ponadto uwagę, że podniesienie płacy minimalnej wymusi podwyżki również dla osób bardziej wykwalifikowanych, których pensje muszą być stosunkowo większe w stosunku do najniższej płacy.

Czy zapowiedzi wzrostu płacy minimalnej w przyszłym i kolejnych latach mogą wpłynąć na plany rozwoju waszej firmy?

  • Tak, wymusi zmniejszenie zatrudnienia, ograniczy niskomarżowe usługi. Należy spodziewać się pogorszenia wyników firmy – wzrost kosztów i utrata zamówień eksportowych z powodu konieczności podniesienia cen usług co poważnie zmniejszy możliwości rozwoju, a być może zagrozi istnieniu firmy. A nade wszystko pamiętać trzeba góralskie porzekadło: owce się strzyże, a nie goli!
  • Z pewnością wpłyną na ograniczenie zatrudnienia i zwiększenie obciążenia pracą dla pracowników. Większa płaca – większe wymagania.
  • Tak drastyczny wzrost płacy minimalnej na pewno wpłynie na wzrost nakładów inwestycyjnych na usprzętowienie i robotyzację.
  • Przewidujemy nieznaczny wzrost przychodów w związku z możliwym niewielkim wzrostem cen usług.
  • Tak. Wyniesienie produkcji poza Polskę.
  • Wzrost płacy minimalnej, a także zniesienie limitów ZUS, spowodują spadek rentowności firmy, konieczność renegocjacji długoterminowych umów, spadek inwestycji.
  • Pieniądze przeznaczone na wzrost płac, nieoparte o wzrost gospodarczy czy naturalną rywalizację o pracowników, mogą jedynie doprowadzić do wzrostu inflacji, szarej strefy oraz ograniczenia wydatków na rozwój firm.
  • Na naszą firmę nie, gdyż poziom płacy jest już na poziomie lub powyżej sugerowanej przez rząd nowej płacy minimalnej. Jednak dla wielu przedsiębiorstw może to oznaczać istotne ograniczenie możliwości inwestycji czy wzrostu zatrudnienia.

Polacy mocno podzieleni w kwestii wysyłania przez galerie handlowe reklam na telefony

Ankieta, przeprowadzona wśród klientów centrów handlowych, wykazała, że ponad 80% z nich nie zna pojęcia geofencingu. Jednak po otrzymaniu wyjaśnienia, blisko połowa badanych stwierdziła, że chciałaby odbierać spersonalizowane wiadomości zaraz po wejściu do obiektu. Niecałe 40% ankietowanych było temu przeciwnych. Najbardziej pożądane są komunikaty o ofercie lub o promocjach pochodzących od aptek. Na drugim miejscu są wiadomości od kin, a na trzecim – od gastronomi. Konsumentom najmniej zależy na powiadomieniach o usługach telekomunikacyjnych, dotyczących bieżącego działania obiektu, a także na informacjach od branży turystycznej.

Aż 85% ankietowanych nie zna pojęcia geofencingu. Jak zauważa Andrzej Wojciechowicz, ekspert Komisji Europejskiej, to narzędzie jest stosowane nie tylko w handlu, ale też w innych obszarach wirtualnej rzeczywistości, np. jako usługa lokalizacji znajomych w serwisach społecznościowych. Jednak sam termin może brzmieć nieco obco dla użytkowników urządzeń mobilnych. Musimy też pamiętać o tym, że jest to mechanizm skrojony na potrzeby marketingu dla firm. Udzielają one tylko nakazanych prawem informacji podczas instalacji stosownych aplikacji. Słowo nie ma znaczenia. Liczą się finalne efekty.

– Usługi lokalizacji często kojarzą się ze śledzeniem pozycji GPS. Natomiast geofencing działa w ten sposób, że po wejściu użytkownika na dany teren, aplikacja mobilna ma możliwość wykonania określonego działania. Najczęściej jest to wyświetlenie wiadomości push. To może spełniać oczekiwania osób, które dbają o swoją prywatność. Brak znajomości terminu nie stanowi problemu dla branży handlowej, ale warto informować Polaków, czym tak na prawdę jest geofencing – mówi dr Krzysztof Łuczak z firmy technologicznej Proxi.cloud.

Dr Andrzej Maria Faliński, były dyrektor generalny POHID
Dr Andrzej Maria Faliński, były dyrektor generalny POHID
W trakcie realizacji badania, po wyjaśnieniu ww. pojęcia, ankieter zapytał konsumenta, czy chciałby otrzymywać na swój telefon, za pomocą geofencingu, dodatkowe informacje zaraz po wejściu do galerii. Ankietowani byli dość podzieli, z lekką przewagą na tak – 48%. Przeciwnych takiemu rozwiązaniu było 37%. Dr Maria Andrzej Faliński, wieloletni obserwator rynku retailowego, uważa, że blisko 50% przekonanych osób to bardzo dobry wynik. W praktyce zakupowej i komunikacyjnej użyteczność oraz wiarygodność tego instrumentu może tylko się polepszyć, więc ów wskaźnik będzie rósł.

– Można wnioskować, że prawie połowa badanych jest już świadoma korzyści, które niesie komunikacja marketingowa w centrum handlowym za pośrednictwem smartfonów. W mojej ocenie, również ten wynik będzie się poprawiał. Duży wpływ na tempo zmian będą miały działania samych galerii. Powinny być one skoncentrowane na dostarczeniu użytkownikom realnej wartości z takiego kontaktu, np. kuponów rabatowych czy też innych benefitów – podpowiada dr Łuczak.

Było też trochę niezdecydowanych osób, tj. 12%. Dr Faliński przewiduje, że dobrze wykorzystywany instrument w połączeniu z atrakcyjnymi promocjami na zakupy zmieni niepewność w zaufanie do geofencingu. Z kolei Andrzej Wojciechowicz dodaje, że brak zdania może wynikać z niepełnego zrozumienia tematu. Podobnie może być z przeciwnikami geofencingu. Popularyzacja korzyści płynących ze stosowania różnorodnych aplikacji powinna w sposób pośredni przekonać użytkowników do tego rozwiązania.

– Z analizy wynika również, że tylko 3% badanych w ogóle nie korzysta z telefonu w centrum handlowym. Dla galerii oznacza to, że powinny absolutnie wykorzystywać smartfony do kontaktów z klientami. 97% użytkowników tak elastycznego i często wykorzystywanego narzędzia to oczywista podpowiedź. Należy inwestować w aplikacje, SMS-y i reklamy geofencingowe – radzi dr Faliński.

Jeżeli już konsumenci mieliby dostawać jakieś komunikaty, to najchętniej od aptek – 22%, następnie od kin – 18%, od gastronomi – 14%, a także od sklepów z ubraniami – 12%. Według Andrzeja Wojciechowicza, te wyniki w szczególności świadczą o sile i efektywności kampanii reklamowych przemysłu farmaceutycznego. Sprzedaż suplementów w naszym kraju przebija wszystkie rynki europejskie. Generalnie badani wybrali obszary aktywności, z których zwykle korzystają w galeriach. Zakupom często towarzyszą wizyty w restauracjach i kinach. Jednak ww. branże nie reklamują się tak intensywnie, jak FMCG. To wyraźny sygnał o luce komunikacyjnej dla wymienionych operatorów.

– Najmniejszym zainteresowaniem cieszą się oferty i promocje telekomunikacyjne – 1%, komunikaty o bieżącym działaniu samej galerii – 1%, a także informacje od branży turystycznej – 3%. Konsumenci nie są też specjalnie otwarci na powiadomienia o promocjach na obuwie – 4%, czy na sprzęt elektroniczny i AGD – 4%. Geofencing zawęża potrzeby klienta do tych, które może zrealizować w danym miejscu. Będąc w centrum handlowym bardziej koncentruje się na innych rzeczach niż na abonamencie telefonicznym czy zagranicznych wyjazdach – analizuje dr Faliński.

Jak podsumowuje ekspert z Proxi.cloud, oferty turystyczne czy sprzęt AGD nie są sprawami pierwszej potrzeby. Konsumenci chcą otrzymywać najważniejsze dla nich informacje. Nie kupują co tydzień elektroniki, telefonów, wycieczek czy nawet butów. Inaczej jest np. z apteką, która często stanowi stały punkt odwiedzin. Z obserwacji rynku wynika przecież, że ceny suplementów często znacznie różnią się między sobą. Niektórzy klienci stale je sprawdzają i dlatego chcą otrzymywać informacje o aktualnych promocjach na tego rodzaju produkty.

Badanie zostało zrealizowane przez firmę technologiczną Proxi.cloud we współpracy z brytyjską spółką doradczą UCE GROUP LTD. Działania były prowadzone na terenie 10 dużych miast, a także 11 średnich i mniejszych miejscowości. Łącznie przeprowadzono 846 wywiadów bezpośrednich w 126 galeriach. W ankiecie wzięło udział 58% kobiet i 42% mężczyzn, w wieku od 18. do 49. roku życia.

Najłatwiej o nową pracę w Polsce południowo-zachodniej, trudniej w północnej i centralnej

Ostatni kwartał 2019 roku to więcej ofert pracy w Polsce południowo-zachodniej i południowej – w tych regionach firmy będą poszukiwać najwięcej nowych pracowników i tam czeka na nie największa rywalizacja o kadry. Duże chęci do powiększania swoich zespołów zgłaszają też przedsiębiorstwa ze wschodniej i północno-zachodniej części kraju. W których regionach Polski będzie łatwiej lub trudniej o nową pracę i gdzie firmy będą najbardziej odczuwać niedobór talentów? Zobacz więcej w analizie przygotowanej przez ManpowerGroup.

Od października do grudnia największe chęci na powiększanie swoich zespołów zgłaszają firmy zlokalizowane w województwach Polski południowo-zachodniej. Prognoza netto zatrudnienia wskazywana przez tutejszych pracodawców (różnica pomiędzy odsetkiem firm deklarujących wzrost a spadek zatrudnienia) wynosi +17% i jest to najwyższy wynik od blisko trzech lat (źródło: raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”). Optymistyczne plany zatrudnienia deklarują też przedsiębiorstwa z Południa (+14%). – To właśnie na te regiony powinny zwrócić uwagę osoby rozważające zmianę zawodową, ponieważ tam w końcówce roku o nową pracę będzie najłatwiej. Nie są to jednak dobre wieści dla pracodawców, szczególnie tych, którzy na czwarty kwartał roku zaplanowali więcej aktywności rekrutacyjnych. Dla nich pozyskanie nowego pracownika może być nawet trudniejsze niż w roku ubiegłym. Tak duża konkurencja w walce o nowego pracownika może być też zapowiedzią zwiększonej rotacji w firmach i zwiększonych kosztów prowadzenia biznesu – mówi Dominik Malec, dyrektor z agencji rekrutacyjnej Manpower.

Warunki sprzyjające znalezieniu nowego zatrudnienia będą też w województwach Polski wschodniej (+9%) i północno-zachodniej (+8%). Nieco mniej optymistyczni są pracodawcy z północnej (+3%) i centralnej (+4%) części kraju. Choć większość firm planuje powiększać niż redukować swoje zespoły, to końcówka roku nie będzie aż tak korzystna dla kandydatów. Dla Północy to wynik najsłabszy od ponad dwóch lat, dla Centrum od ponad trzech.

– Kandydaci, którzy mają kompetencje aktualnie poszukiwane na rynku, będą mogli liczyć na wybór w ofertach pracy, nawet w tych regionach, gdzie firmy prognozują mniejsze potrzeby personalne. Do tej grupy możemy zaliczyć specjalistów, inżynierów oraz informatyków, a także pracowników niewykwalifikowanych oraz wykwalifikowanych pracowników fizycznych na takie stanowiska jak operator maszyn, operator wózka widłowego, technik i spawacz – tłumaczy ekspert. – Różnice w prognozach firm wynikają między innymi z przewag innego rodzaju biznesów alokowanych w określonych miejscach. W Polsce południowo-zachodniej i południowej mamy największe natężenie firm produkcyjnych, które właśnie w końcówce roku z reguły wchodzą w okres największych potrzeb produkcyjnych i dlatego wciąż będą potrzebować pracowników. Również w tych częściach kraju mamy duże skupienie firm e-commerce, które w czwartym kwartale roku odnotowują największą sprzedaż, a co za tym idzie będą potrzebować dużej liczby nowych pracowników. Słabsze prognozy w pozostałych regionach świadczą o delikatnej stagnacji, stabilizacji związanej z gospodarką nie tylko krajową, ale również niepewnościami wynikającymi z sytuacji w Europie Zachodniej – dodaje Dominik Malec.Najłatwiej o nową pracę w Polsce południowo-zachodniej, trudniej w północnej i centralnej

Porównując najnowsze dane z tymi z czwartego kwartału 2018 roku, to optymizm rekrutacyjny polskich firm jest wyraźnie słabszy niż przed rokiem, a plany pracodawców pogorszyły się w 4 z 6 regionów. Największa zmiana na minus, o 12 punktów procentowych nastąpiła w regionie północno-zachodnim. Osoby poszukujące nowej pracy lub rozważające zmianę pracodawcy mogą spodziewać się zdecydowanie mniejszej liczby ofert zatrudnienia w najbliższym kwartale. W stosunku do ubiegłego kwartału plany rekrutacyjne firm pozostają na zbliżonym poziomie. Zielonym punktem na mapie kraju pozostaje jedynie część południowo-zachodnia, gdzie w stosunku do poprzedniego roku odnotowano wzrost o 6 punktów procentowych.

– Pracodawcy obserwując dynamiczną sytuację na rynku pracy, borykając się od 3 lat z brakiem kandydatów i ciągłą presją na wzrost wynagrodzeń po prostu zaczęli realnie dopasowywać potrzeby biznesowe do warunków rynku. Stąd już bardziej ostrożne i stabilne prognozy, bo nie sposób jest założyć wzrostów, jeśli nie ma kim ich wykonać. Część z przedsiębiorstw zaspokoiła już swoje potrzeby kadrowe, inne z kolei bacznie przyglądają się kondycji niemieckiej gospodarki i decyzjom brytyjskiego rządu dotyczącym Brexitu rozważnie szacują swoje plany rekrutacyjne. Jednocześnie w Polsce nadal brakuje rozwiązań systemowych dotyczących chociażby prostej, szybkiej legalizacji pobytu i pracy obcokrajowców, które mogłyby pomóc firmom szybko reagować na ich bieżące potrzeby personalne. – podsumowuje ekspert.

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 44 krajów i terytoriów, a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę, są dostępne na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich oddziale w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, aktualnie wśród 60 000 pracodawców w 44 krajach i jest jednym z najbardziej wiarygodnych badań rynku pracy na świecie. Raport dla IV kwartału 2019 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 18 do 30 lipca 2019 r. W Polsce wyniki raportu ManpowerGroup publikowane są od II kwartału 2008 r. Badanie jest przeprowadzane na reprezentatywnej grupie co najmniej 750 pracodawców. Więcej informacji na temat raportu dostępnych jest na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy.

Rynki oczekują cięcia stóp przez Fed o 25 pb.

Rynki często przed ważnymi rozstrzygnięciami, takimi jak dzisiejsza decyzja Fed wchodzą w kilkudniową fazę uśpienia i wyciszenia. W tym tygodniu nie było to dane.

Dawkę chaosu w przypadku wszystkich rynków wprowadziły weekendowe ataki na Arabię Saudyjską. Nie bez wpływu na wycenę walut miały również problemy z płynnością na amerykańskim rynku międzybankowym, które poprowadziły do wyraźnego podbicia stawek rynku pieniężnego. Wynikały one w dużej mierze z popytu na dolara w okresie płatności podatków korporacyjnych. Efektywna stopa Fed w poniedziałek przekroczyła nawet górną granicę przedziału Fed i podbiła ponad 10 pb powyżej poziomu z piątku. W odpowiedzi nowojorski Fed przeprowadził pierwsze od globalnego kryzysu operacje repo. Wczoraj skupił papiery skarbowe o wartości ponad 50 mld USD. Dziś zabieg zostanie powtórzony a jego maksymalna wartość to ponownie 75 mld USD. Pomogło to obronić EUR/USD 1,10. By otwarta była droga do silniejszego odreagowani, kurs musi wyjść trwale nad 1,11. Widzimy duże prawdopodobieństwo kontynuacji wzrostów EUR/USD, nasz cel na koniec roku to 1,13, co pokazuje, że nie będzie to droga usłana różami i bez poprawy koniunktury wspólna waluta nie może liczyć na silną aprecjację. Widzimy również przestrzeń do krótkoterminowego umocnienia jena oraz osłabienia walut Antypodów, przede wszystkim dolara australijskiego.

Fed na kończącym się w środę posiedzeniu zetnie stopy procentowe o 25 pb – do przedziału 1,75-2,00 procent. Taka ocena nie budzi kontrowersji wśród inwestorów, ale rynek jest mocno podzielony w sprawie retoryki i przyszłych kroków władz monetarnych. Zakładamy, że z prognoz optymalnego poziomu stóp procentowych wyniknie sugestia jeszcze jednej obniżki stóp procentowych w 2019 roku, a prezes Fed zapewni, że polityka będzie prowadzona tak, by zapewnić trwałość ożywienia. Nie wykluczamy, że ostatecznie Fed dokona większej redukcji niż zakładają prognozy. Taka kombinacja powinna być negatywna dla dolara.

Przestrzeń do kontynuacji luzowania na tle innych banków centralnych – nawet po najbliższym dostosowaniu – będzie wciąż gigantyczna. Upraszczając: dolara w ostatnich latach wspierało to, że Fed jako pierwszy podnosił stopy. Teraz Rezerwa Federalna będzie je obniżać dłużej i mocniej niż inne główne banki centralne, które już teraz w większości prowadzą najłagodniejszą politykę w historii i mogą jedynie trzymać kciuki, by spór handlowy nie ulegał dalszemu zaognieniu…

Podsumowując nasz pogląd na dzisiejszą decyzję: zakładamy cięcie stóp o 25 pb. Uważamy, że projekcje poziomu stóp wskażą na dodatkowe cięcie w czwartym kwartale. FOMC nie wykluczy kolejnych redukcji, ale również ich nie zapowie wprost. Spodziewamy się dość pozytywnej oceny kondycji gospodarki i podkreślania, że nie zmierza ona ku recesji. Odbiór posiedzenia powinien być negatywny dla dolara, ale jednocześnie mniej więcej zgodny z rynkowymi założeniami.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers

Pierwsze oznaki spowolnienia w branży meblarskiej. Rosnące koszty i mniejszy eksport pogarszają płynność finansową polskich producentów

W branży meblarskiej widać pierwsze oznaki spowolnienia. Wpływają na to m.in. pogorszenie sytuacji gospodarczej w Niemczech, które są głównym odbiorcą polskich mebli, oraz problemy z dostępnością pracowników, które powodują presję płacową. W I połowie 2019 roku wzrost kosztów pracy w branży meblarskiej wyniósł 8 proc. – wynika z danych Euler Hermes. Na dodatek nakładają się na niego również rosnące ceny materiałów i energii, która jest jedną z głównych pozycji w kosztach firm produkcyjnych. Branżę czeka trudniejszy czas, którego część z działających w niej 27 tys. firm może nie przetrwać.

Sytuacja w branży meblarskiej w ostatnich miesiącach się zmienia. W ostatnim półroczu mieliśmy wzrost rzędu 3,2 proc. rok do roku. Natomiast kiedy rozbijemy półrocze na kwartały, wyraźnie widać, że pierwszy był zdecydowanie lepszy niż drugi, w którym widać już pierwsze oznaki spowolnienia. Najsłabszy był czerwiec, kiedy mieliśmy do czynienia ze spadkami w produkcji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Szewczyk, zastępca dyrektora Biura Analiz i Oceny Ryzyka w Euler Hermes Polska.

Branża meblarska jest bardzo silnym sektorem gospodarki i czempionem polskiego eksportu. Polska jest trzecim największym eksporterem mebli na świecie, plasując się zaraz za Chinami i Niemcami i wyprzedzając Włochy. Na zagraniczny rynek trafia 9 na 10 wyprodukowanych w Polsce mebli, a największymi odbiorcami są kraje Unii Europejskiej, głównie Niemcy.

Na rynku niemieckim obserwujemy już pierwsze oznaki pogorszenia koniunktury. Tę zadyszkę można było odczuć już w II kwartale, natomiast płyną sygnały, że także sierpień i wrzesień były słabe. Niemcy kiedyś wymieniali meble średnio co kilka lat. Teraz sytuacja wygląda inaczej. Producenci tłumaczą ją dużym napływem obcokrajowców z mniej zasobnym portfelem, przez co ta częstotliwość spada. Ponieważ Niemcy są naszym głównym rynkiem eksportowym, to wszelkie wahnięcia po tej stronie są odczuwane dla naszych rodzimych producentów – mówi Magdalena Szewczyk.

Pogorszenia sytuacji gospodarczej za zachodnią granicą rodzimym producentom nie jest w stanie zrekompensować nawet trwający na polskim rynku boom mieszkaniowy i wzrost liczby oddawanych mieszkań.

Sytuacji sektora nie poprawiają też rosnące koszty. Meblarstwo mocno odczuwa skutki podwyżek cen energii elektrycznej, która jest jedną z głównych pozycji w kosztach wszystkich firm produkcyjnych. Kolejny czynnik to wzrost kosztów pracy, który – według danych Euler Hermes – w pierwszym półroczu wyniósł w branży meblarskiej 8 proc.

Jest też problem z dostępnością pracowników. Jest ich coraz mniej, więc pojawia się presja płacowa – mówi Magdalena Szewczyk. – Kolejnym czynnikiem, który pojawił się właśnie na horyzoncie i może mieć przełożenie na kondycję zwłaszcza tych firm, które eksportują dużo do Niemiec, są planowane zmiany w akceptowalnych normach formaldehydu w meblach. To oznacza, że trzeba będzie zmienić proces produkcyjny, żeby polskie meble były akceptowane na Zachodzie. Bolączek meblarzy jest wiele i nie zapowiada się na to, żeby było im w najbliższych miesiącach łatwiej.

Pierwsze oznaki spowolnienia są już odczuwalne w całej branży meblarskiej – nie tylko przez producentów mebli, lecz także przez dostawców materiałów i komponentów do ich produkcji.

Z naszego raportu wynika, że dostawcy komponentów starają się szybciej odzyskiwać pieniądze z rynku. To oznacza, że realnie wyczuwają już spowolnienie – mówi Magdalena Szewczyk. – Wartość trudnych długów, czyli należności przeterminowanych powyżej 120 dni, wyraźnie rośnie. W pierwszym półroczu ten wzrost był nawet dwukrotny. Sytuacja nie jest jeszcze na tyle dramatyczna, żeby się niepokoić, ale na pewno jest to sygnał, żeby podchodzić ostrożniej, obserwować swoich odbiorców i badać pozycję finansową kontrahentów.

Polska branża meblarska jest zróżnicowana i mocno rozdrobniona. Działa w niej około 27 tys. podmiotów, z czego gros, bo około 25 tys., to małe firmy zatrudniające maksymalnie 9 osób. Presja kosztowa i płacowa oraz słabnący eksport mogą spowodować, że część z nich nie poradzi sobie z trudniejszą sytuacją i zniknie z rynku.

Przed branżą meblarską trudny czas i dużo wyzwań związanych przede wszystkim z ich działalnością eksportową. To będzie czas dywersyfikacji geograficznej, jeżeli chodzi o rynki zbytu. Trzeba też będzie poszukać pewnych optymalizacji, bo presja na marżę jest ogromna. Nie zanosi się na to, żeby koszty pracy, energii i materiałów spadały, dlatego trzeba będzie szukać sposobów na utrzymanie rentowności – podkreśla zastępca dyrektora Biura Analiz i Oceny Ryzyka w Euler Hermes Polska.

Przez rosnące koszty krajowi producenci tracą jedną z najważniejszych przewag konkurencyjnych, czyli niską cenę.

Firmy z branży będą się musiały wykazać dużą kreatywnością i elastycznością, żeby dostosować się do tych zmieniających się warunków na rynku – mówi Magdalena Szewczyk.

Biznes modowy walczy z plastikowymi odpadami. Do 2025 roku LPP wyeliminuje plastikowe opakowania niepodlegające recyklingowi lub kompostowaniu

Duży biznes w coraz większym stopniu włącza się w walkę z plastikiem. Dotyczy to również przemysłu odzieżowego. W sprzedaży są już ubrania wykonane z bardziej przyjaznych dla środowiska materiałów lub przetworzonych odpadów. W sklepach organizowane są także zbiórki używanej odzieży. Kolejna kwestia to zarządzanie plastikowymi odpadami. Firma LPP – jako pierwsza w Polsce – przystąpiła do inicjatywy New Plastics Economy Global Commitment. Zobowiązała się, że do 2025 roku będzie w 100 proc. korzystać wyłącznie z opakowań, które nadają się do ponownego użycia, recyklingu lub kompostowania.

– Dzisiaj używamy plastiku zbyt powszechnie, nie zdając sobie sprawy z tego, jak wygląda jego dalsze życie, podczas gdy tylko 14 proc. jest poddawane recyklingowi. Jeżeli wyszlibyśmy na plażę i zebrali kilka kilogramów śmieci, okazałoby się, że aż 30 proc. z nich to plastikowe siatki foliowe. Jeżeli będziemy dalej działać w ten sposób, w 2050 roku w morzu znajdować się będzie więcej folii niż ryb – mówi agencji Newseria Biznes Anna Miazga, koordynatorka ds. CSR w firmie LPP.

Jak podkreśla, dzisiaj przed każdą branżą, również odzieżową, stoją wyzwania środowiskowe, w tym właśnie kwestie zarządzania plastikiem. Według danych Komisji Europejskiej, plastikowe tworzywa stanowią obecnie blisko 80 proc. odpadów w morzach i oceanach. Na przestrzeni ostatnich 60 lat produkcja plastiku zwiększyła się ponaddwustukrotnie. Każdego roku do mórz i oceanów trafia go około 8 mln ton.

– Każda odpowiedzialna firma działająca zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju powinna założyć sobie ambitne cele w zakresie zarządzania plastikiem – mówi Anna Miazga. – Dla nas przyłączenie do inicjatywy New Plastics Economy Global Commitment jest swego rodzaju inwestycją, również tą finansową. Ale w wartości warto inwestować. To nasza odpowiedzialność etyczna w stosunku do naszych pracowników, klientów i przyszłych pokoleń.

New Plastics Economy Global Commitment to międzynarodowe porozumienie, zainicjowane przez fundację Ellen MacArthur we współpracy z ONZ. Jego celem jest całkowita eliminacja plastikowych odpadów niepodlegających obiegowi zamkniętemu. Porozumienie jest wspierane m.in. przez Fransa Timmermansa, Stellę McCartney, czy szefa organizacji WWF Pavana Sukhdeva, którzy podpisali list otwarty do przedstawicieli biznesu i rządów, apelując o wspólne działania na rzecz eliminacji odpadów i zanieczyszczeń z tworzyw sztucznych u ich źródła.

W ramach inicjatywy już ok. 400 organizacji przyłączyło się do walki z odpadami plastikowymi, które nie podlegają obiegowi zamkniętemu. LPP zobowiązało się, że do 2025 roku będzie w 100 proc. korzystać już wyłącznie z opakowań, które nadają się do ponownego użycia, recyklingu lub kompostowania.

– Głównym celem podpisanego porozumienia jest realna zmiana w sposobie myślenia o plastiku i tym samym jego użytkowania. Z drugiej strony to też jasna informacja dla naszych klientów, że jesteśmy firmą działającą odpowiedzialnie i stawiającą sobie odważne cele, które w prosty sposób nasze otoczenie będzie mogło wkrótce zweryfikować. Chcemy być dla nich transparentni. Liczymy też na to, że nasze działanie zmobilizuje innych do podjęcia podobnych zmian w swoim życiu i do bardziej racjonalnego korzystania z plastiku na co dzień – wyjaśnia Anna Miazga.

Pierwszy etap realizacji zobowiązań to zastąpienie od września br. darmowych toreb foliowych płatnymi torbami papierowymi, wykonanymi z papieru pochodzącego z recyklingu. Zmiana zostanie wprowadzona we wszystkich salonach w Polsce. Następnie obejmie sieć ponad 1,7 tys. salonów zlokalizowanych w ponad 20 krajach, gdzie klienci będą mogli korzystać już wyłącznie z toreb wykonanych z folii pochodzącej z recyklingu.

– Drugi krok to przygotowanie mapy działań, którą opublikujemy już w przyszłym roku i w której jasno wskażemy, jakie stawiamy sobie cele. Zaczniemy od eliminacji plastiku tam, gdzie nie jest on potrzebny lub może być zastąpiony przez materiał bardziej przyjazny dla środowiska. Kolejnym etapem będzie opracowanie na nowo systemu zarządzania plastikiem w całym łańcuchu dostaw – mówi Anna Miazga.

Dołączenie do New Plastics Economy to dla odzieżowej firmy LPP kolejny krok w kierunku zrównoważonego rozwoju, który ma determinować rozwój spółki. Firma zobowiązała się, że do 2025 będzie nie tylko rozsądniej wykorzystywać plastik, lecz także całkiem wyeliminuje opakowania niepodlegające przetworzeniu ze sprzedaży internetowej i operacji logistycznych, w tym z przesyłek produktów od dostawców.

– Dzisiaj cała gospodarka stoi przed wyzwaniami związanymi z ochroną środowiska. W LPP ten temat jest bardzo ważny, staramy się działać zgodnie z ideą zrównoważonego rozwoju i wprowadzać działania proekologiczne na każdym etapie naszej działalności. Zaczynając już od wyboru surowca, z którego powstaje ubranie. Mamy specjalną linię Eco Aware – w salonach Reserved 10 proc. kolekcji ma już zieloną metkę. Oznacza ona, że produkt powstał z bardziej przyjaznego środowisku surowca albo w procesie produkcyjnym, w którym zadbano o zrównoważone wykorzystanie zasobów wodnych i energetycznych lub mniejszą emisję gazu cieplarnianego do atmosfery – mówi Anna Miazga.

W ubiegłym roku w 2 mln sztuk odzieży LPP zastąpiło konwencjonalną bawełnę odmianą organiczną. Już niebawem w sklepach Reserved dostępna będzie też kolekcja premium w 100 proc. wykonana z materiałów bardziej przyjaznych środowisku.

 W naszych salonach Reserved już od ubiegłego roku można oddać używane tekstylia, które LPP przekazuje osobom potrzebującym przebywającym w schroniskach dla osób bezdomnych. Podobne rozwiązanie wprowadzamy od września także w wybranych salonach marek House i Mohito – mówi koordynatorka ds. CSR w LPP.

Jak wyjaśnia Anna Miazga, troska o środowisko to nie tylko kwestia produktu, lecz wszystkich innych obszarów działalności firmy. LPP korzysta także z bardziej przyjaznego dla środowiska transportu morskiego, a  kartony wykorzystywane w dystrybucji są przetwarzane wielokrotnie.

Zrównoważone podejście dotyczy także poszczególnych sklepów.

– Obecnie mamy już ponad 1 mln mkw. powierzchni salonów na całym świecie. Są to zwykle miejsca bez dostępu do światła dziennego, więc musimy je oświetlać i wentylować w sposób sztuczny. Robimy to w oparciu o zintegrowany system zarządzania energią tak, aby energochłonność naszych salonów była jak najmniejsza. W praktyce pozwala nam to zmniejszać zużycie energii nawet do 70 proc. – mówi Anna Miazga.

Jak wyjaśnia Anna Miazga, świadomość potrzeby wprowadzania zmian, które przyczynią się do poprawy stanu otoczenia naturalnego, nie dociera jeszcze do wszystkich, ale zyskuje coraz szerszy krąg zwolenników, także wśród biznesu.

– To nie tylko troska o środowisko, lecz przede wszystkim o jakość naszego życia w przyszłości. Mamy nadzieję, że w ślad za naszymi działaniami pójdą także inni  dodaje.

E. Mączyńska (PTE): Zerowy deficyt oznacza, że nie zwiększamy długu publicznego. Jednak zadłużanie się na inwestycje prorozwojowe nie jest negatywnym zjawiskiem

E. Mączyńska (PTE): Zerowy deficyt oznacza, że nie zwiększamy długu publicznego. Jednak zadłużanie się na inwestycje prorozwojowe nie jest negatywnym zjawiskiem 1

Nie milkną komentarze po przyjęciu projektu przyszłorocznego budżetu, który zakłada zerowy deficyt, czyli dochody na poziomie wydatków. Zdaniem prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego prof. Elżbiety Mączyńskiej jest on nie tylko realny, choć trudny do wykonania, ale też mniej zaskakujący, niż wskazywałyby powszechne reakcje. Jak podkreśla, zerowy deficyt oznacza, że nie powiększamy długu publicznego, jednak zadłużanie się na rzecz inwestycji prorozwojowych, np. na edukację czy ochronę zdrowia, nie jest złym zjawiskiem.

Projekt budżetu na 2020 rok został potraktowany jako ewenement z kilku względów. Na świecie mamy do czynienia z wyraźnie zarysowującymi się zjawiskami spowolnienia gospodarczego, a w tych warunkach zwykle w polityce społeczno-gospodarczej zakłada się wzrost wydatków publicznych po to, żeby nie dopuścić do tego spowolnienia, czyli żeby stymulować gospodarkę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. – Uważam jednak, że nie jest to tak bardzo zaskakujące, ponieważ w 2018 roku zakładany deficyt w wysokości około 40 mld zł zmniejszył się czterokrotnie w rzeczywistości. W związku z tym ze statystyk wynika stopniowe ograniczanie rok w rok tego deficytu.

W 2018 roku deficyt, zaplanowany na prawie 41,5 mld zł ostatecznie zamknął się kwotą 10,42 mld zł. Od stycznia do lipca obecnego roku nadwyżka wydatków nad dochodami wyniosła niespełna 4,8 mld zł, co stanowi zaledwie 16,8 proc. założonego deficytu. W 2020 roku według projektu zarówno wydatki, jak i dochody budżetu państwa mają wynieść po 429,48 mld zł.

– Zerowy deficyt oznacza, że nie powiększamy długu publicznego, co jest dobrą wiadomością, ale z drugiej strony do wydatków budżetowych nie można podchodzić jednolicie. Trzeba odróżniać wydatki, które są prorozwojowe od wydatków, które ograniczają możliwość elastycznej polityki społeczno-gospodarczej państwa – mówi prof. Elżbieta Mączyńska.

Jak podkreśla, wydatki budżetowe dzielą się na trzy rodzaje: wydatki sztywne, wydatki na utrzymanie instytucji państwowych i wydatki na inwestycje prorozwojowe, np. na edukację czy ochronę zdrowia.

– O ile dobrze trzymać wydatki sztywne w ryzach, a wydatki na państwo nie powinny rosnąć w tempie wyższym niż tempo wzrostu produktu krajowego brutto, to zadłużanie się na rzecz inwestycji prorozwojowych można pochwalić. To są inwestycje, które w przyszłości dają możliwość poprawy jakości życia ludzi, ale też efektywności ekonomicznej – tłumaczy prof. Elżbieta Mączyńska.

Zdaniem prezes PTE założenia wzrostu gospodarki przyjęte przez rząd w projekcie są ostrożne (3,7 proc.) i dynamika PKB może być wyższa – z projekcji inflacji Narodowego Banku Polskiego wynika prognoza 4-proc. Zważywszy na wzrost nominalnego PKB, to różnica między obiema prognozami opiewa na ponad 7 mld zł – niewiele mniej niż ubiegłoroczny deficyt. Natomiast tempo wzrostu inflacji rząd przyjął na poziomie celu inflacyjnego, czyli 2,5 proc., podczas gdy zarówno projekcja, jak i ostatnie dwa odczyty wskazywały na 2,9 proc. To zaś oznaczałoby większe wpływy do budżetu.

– Rząd wskazuje na różne źródła, które spowodują, że ta równowaga budżetowa może zostać osiągnięta. Jednym ze źródeł są opłaty przekształceniowe związane z OFE, większe składki emerytalne wpływające do budżetu państwa w związku z likwidacją limitu trzydziestokrotności. Poza tym rząd proponuje zwiększenie akcyzy, oczekuje większych wpływów podatkowych związanych z działalnością hazardową. Moim zdaniem nie jest to niemożliwe, ale będzie trudne do osiągnięcia – ocenia prezes PTE.

Podatek od towarów i usług ma według projektu przynieść w przyszłym roku ponad 200 mld zł (w 2019 roku 179,6 mld zł, natomiast wzrost akcyzy m.in. od tytoniu i alkoholu powinien dać dodatkowe prawie 2 mld zł, natomiast z tytułu gier wzrost ma wynieść ponad 0,5 mld zł. O 7 mld zł wzrośnie CIT, a podatek od osób fizycznych będzie wyższy o 2,2 mld zł. Po drugiej stronie znajdą się koszty związane m.in. z wypłatą 500+ na pierwsze dziecko. Według Elżbiety Mączyńskiej są one niezbędne bez względu na to, kto wygra wybory.

Trzeba na to patrzeć nie tylko jako na wydatki socjalne, obciążenie budżetu, ale też jako swego rodzaju inwestycje, bo część wydatków wraca w formie podatków, np. podatku VAT. Część wydatków profituje później tym, że jeżeli rodzice zapewnią dziecku lepszą edukację, to jako dorosły człowiek będzie miał większe szanse na lepsze warunki życia i pracy – tłumaczy ekonomistka. – Na pewno żadna partia nie odważy się zredukować wydatków socjalnych, dlatego że to byłoby sprzeczne z trendami światowymi. Problemem świata są narastające nierówności społeczne. Jeżeli pomagamy biednym, to te pieniądze natychmiast idą na rynek.

Wcześnie wykryty czerniak może być uleczalny. Po lecie warto zbadać znamiona u dermatologa

Lato to trudny czas dla skóry – nadmierna ekspozycja na słońce powoduje większe ryzyko zachorowania na czerniaka. Dlatego po zakończeniu sezonu warto zbadać powierzchnię skóry, np. wideodermatoskopem, przy użyciu kamery i komputera w celu oceny znamion na ciele. Z kolei osoby, które planują jesienią wyjazd do ciepłych krajów, powinny na razie zrezygnować z niektórych zabiegów medycyny estetycznej, np. peelingów laserowych. Wysoka temperatura i ostre słońce powodują, że czas gojenia po zabiegu trwa znacznie dłużej.

Czerniak to nowotwór złośliwy powstający w komórkach barwnikowych, tzw. melanocytach. Najczęściej rozwija się w skórze, zwłaszcza nóg, pleców i karku, może jednak wystąpić także w obrębie ust, nosa i gałki ocznej, a nawet warg sromowych. Choroba ta może dotknąć każdego, w grupie podwyższonego ryzyka znajdują się jednak przede wszystkim osoby o jasnej karnacji, blond lub rudych włosach, mające piegi lub dużą ilość znamion na skórze, oraz regularnie korzystające z solarium lub przebywające na słońcu dłużej niż godzinę dziennie. Podstawowym czynnikiem ryzyka jest bowiem ekspozycja na promieniowanie słoneczne, zarówno naturalne, jak i sztuczne, występujące w lampach opalających.

 Ponadto czynnikiem ryzyka są czynniki genetyczne, czyli występowanie czerniaka skóry w rodzinie, a także oparzenia słoneczne, zwłaszcza do 18. roku życia. Kolejnym czynnikiem jest także olbrzymie wrodzone znamię barwnikowe czy zespół znamion dysplastycznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. med. Małgorzata Marcinkiewicz, dermatolog w Medicover.

Zachorowalność na czerniaka stale wzrasta. Jak pokazują dane Krajowego Rejestru Nowotworów, w Polsce co roku nowotwór ten diagnozuje się u blisko 3,5 tys. osób, podczas gdy w połowie lat 90. liczba ta wynosiła niespełna 1,5 tys. Dla ponad tysiąca Polaków rocznie czerniak okazuje się chorobą śmiertelną. Nowotwór ten charakteryzuje się agresywnym przebiegiem i dość szybkim rozwojem. Rozpoznany we wczesnym stadium może być jednak całkowicie uleczalny. Przyczyną wysokiej liczby zgonów jest zbyt późna diagnoza i brak profilaktyki.

– Ekspozycji na promieniowanie słoneczne nie unikniemy. Codziennie jesteśmy na nią narażeni, idąc do pracy czy spacerując z psem, ale możemy różnymi sposobami spowodować, że to ryzyko będzie o wiele mniejsze. Jednym z takich sposobów, który powinniśmy na co dzień wykorzystywać, są kremy z filtrami przeciwsłonecznymi – mówi dr Małgorzata Marcinkiewicz.

Kremy powinny zawierać dobre jakościowo i wysokie filtry przeciw UVA, UVB, promieniowaniu podczerwonemu oraz światłu widzialnemu, o którym coraz częściej się mówi w kontekście stresu oksydacyjnego. Preparaty należy nakładać na 20 minut przed ekspozycją na promieniowanie, powtarzając aplikację po każdych 2 godzinach spędzonych na słońcu. Istotna jest ilość preparatu – na całe ciało powinno się zużyć ok. 35 ml kremu, czyli mniej więcej dwie pełne łyżki stołowe.

Istotnym elementem zapobiegania chorobie jest regularne poddawanie się badaniom profilaktycznym znamion. Warto to zrobić po zakończeniu sezonu letniego. Dermatolodzy zalecają wykonywanie przynajmniej raz w roku takich badań, jak dermatoskopia czy wideodermatoskopia. W przypadku pierwszego z nich lekarz dokonuje oględzin z pomocą dermatoskopu, ręcznego urządzenia pozwalającego na obejrzenie znamion w powiększeniu. W drugim z tych badań wykorzystywany jest komputer i specjalna kamera umożliwiająca wykonanie skanu ciała. Dermatoskop pozwala uzyskać dziesięciokrotne powiększenie znamienia, w wideodermatoskopii możliwe jest natomiast osiągnięcie od dwudziestokrotnego do ponadstukrotnego powiększenia.

– Dzięki temu możemy dokładnie spojrzeć w dane znamię – mówi dr Małgorzata Marcinkiewicz. – Jest to dokładniejsze narzędzie i pozwala nam na archiwizację zdjęć. Kiedy zgłosimy się na ponowną kontrolę, możemy porównać znamię i ewentualne zmiany, które w nim zaszły.

Dermatolodzy radzą także, by osoby, które planują jeszcze wyjazd do ciepłych krajów, wstrzymały się jeszcze z niektórymi zabiegami z zakresu laseroterapii, choćby lubianych przez kobiety peelingami laserowymi i fotoodmładzaniem. Paniom, które mimo wszystko zdecydują się na tego rodzaju zabiegi, zaleca się bezwzględne unikanie słońca przez minimum 4 tygodnie oraz stosowanie wysokiej ochrony przeciwsłonecznej w kremach.

 Jeżeli jest ciepło na zewnątrz i słońce operuje cały czas, to musimy pamiętać, że zakres ochrony przeciwsłonecznej musi być w takim okresie pozabiegowym bardzo intensywny. Powinniśmy stosować kremy z wysokim filtrem, co najmniej pięćdziesiątką, bądź kremy z filtrami mineralnymi, które odbijają każde promieniowanie słoneczne – mówi dr n. med. Patrycja Wachowska-Kelly, lekarz medycyny estetycznej w Medicover.

Jak podkreśla, nie oznacza to, że kobiety muszą rezygnować ze wszystkich zabiegów. Do tych bezpiecznych należą m.in. mezoterapia oraz zabiegi z wykorzystaniem toksyny botulinowej.

W 2035 roku lotnisko w Gdańsku może obsługiwać niemal 10 mln pasażerów. Nowe inwestycje mają poprawić przepustowość portu

W 2035 roku lotnisko w Gdańsku może obsługiwać niemal 10 mln pasażerów. Nowe inwestycje mają poprawić przepustowość portu 2

W I półroczu tego roku polskie lotniska regionalne obsłużyły 13,7 mln pasażerów. Blisko 2,5 mln z nich odprawiło się w porcie lotniczym w Gdańsku. Władze lotniska liczą na to, że w tym roku przekroczy ono liczbę 5 mln podróżnych. W ciągu kilkunastu lat może za to podwoić liczbę zarówno obsługiwanych pasażerów, jak i operacji lotniczych. Zaplanowane inwestycje – rozbudowa terminalu pasażerskiego o dodatkowy pirs i budowa Airport City – mają poprawić przepustowość i zwiększyć komfort pasażerów.

 Rośnie ruch lotniczy, więc musimy rozbudowywać infrastrukturę. Dlatego podpisujemy umowę na rozbudowę terminalu o pirs pasażerski, a jednocześnie realizujemy unikatowy w skali polskiej i europejskiej projekt Airport City, czyli budujemy miasteczko biurowe przy samym terminalu lotniczym – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Kloskowski, prezes Portu Lotniczego Gdańsk im. Lecha Wałęsy.

Z gdańskiego lotniska w I połowie roku skorzystało niemal 2,5 mln (wzrost o prawie 6 proc. rdr., czyli 138 tys.). To oznacza, że w całym roku może obsłużyć rekordowe 5 mln osób. Prognozy władz portu prognozują, że za 6 lat z Gdańska będzie latać 6,6 mln pasażerów rocznie, a w 2035 roku – 9,5 mln. Przetarg na rozbudowę Terminalu Pasażerskiego T2 o dodatkowy pirs ma zwiększyć przepustowość lotniska, które w ciągu kilkunastu lat może niemal podwoić liczbę obsługiwanych operacji lotniczych – z szacowanych 48,5 tys. w tym roku do 89 tys. w 2035 roku.

– Jeszcze dwa lata i będziemy odprawiać pasażerów w nowym pirsie z nowymi bramkami biometrycznymi – zapowiada Tomasz Kloskowski.

Lotnisko przygotowuje się też do rozpoczęcia budowy Airport City, kompleksu biurowców z funkcją usługową, gastronomiczną i hotelową. Takie lotniskowe dzielnice powstają w Europie Zachodniej, wzorem dla Gdańska były te z Dusseldorfu, Monachium, Frankfurtu czy Paryża.

– Wyprzedzamy rozwój ruchu lotniczego. Dzisiaj to my infrastrukturą przygotowujemy się na zwiększony ruch pasażerów w przyszłości. Do roku 2012 było odwrotnie, liczba pasażerów rosła, a my z terminalami i obiektami infrastrukturalnymi goniliśmy ten ruch – tłumaczy Tomasz Kloskowski.

Większa liczba pasażerów w Gdańsku to efekt zwiększenia częstotliwości połączeń realizowanych przez przewoźników i uruchomienie kilku nowych połączeń: do Zurychu (Swiss), Berlina (easyJet), Barcelony (Ryanair), Bodo, Bremy, Kutaisi, Londynu-Gatwick, Oslo-Gardermoen (Wizz Air). Wizz Air poinformował, że zwiększy z 39 do 55 częstotliwość połączeń do 9 obsługiwanych miast (nowerskich: Oslo, Alesund, Bodo, Stavanger, Trondheim i Haugesung, szwedzkiego Malmo, niemieckiej Bremy i na Islandię). Od czerwca 2020 roku węgierskie linie lotnicze będą latały do Bari nad Adriatykiem. Zapowiedziały też rozbudowę w przyszłym roku bazy w Gdańsku o ósmy samolot i wymianę czterech maszyn na nowocześniejsze Airbusy A320neo.

 Z pewnością będzie się rozwijał zarówno niskokosztowy ruch lotniczy, jak i ruch przewoźników tradycyjnych. Jest to związane z rozwojem regionu gdańskiego, trójmiejskiego i całego Pomorza – podkreśla Kloskowski.

Jak wskazuje prezes gdańskiego lotniska, dla branży lotniczej w Polsce duże znaczenie w najbliższych latach będą miały dwie kwestie – decyzja o przyszłości LOT-u oraz budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego. Na port lotniczy im. Lecha Wałęsy centralny hub nie powinien mieć jednak znaczącego wpływu.

– Pasażer z Pomorza nie będzie jechał do żadnego innego portu hubowego. Jeżeli wsiądzie na lotnisku w Gdańsku, to w ciągu 2 godzin, kiedy miałby dotrzeć do bram CPK, będzie już w Kopenhadze, Amsterdamie, czy Monachium i będzie leciał dalej – przekonuje Tomasz Kloskowski. – CPK może ewentualnie zabrać nam trochę pasażerów z Bydgoszczy, którzy będą mieli teraz bliżej do CPK niż do nas.

W erze sieci 5G atak hakerów może mieć katastrofalne skutki. Polska podejmuje działania w celu ochrony usług kluczowych, takich jak dostawy energii

W erze sieci 5G atak hakerów może mieć katastrofalne skutki. Polska podejmuje działania w celu ochrony usług kluczowych, takich jak dostawy energii 3

Atak cybernetyczny może być równie zabójczy jak broń nuklearna. Ataki, które miały miejsce w ostatnich latach, m.in. w Europie czy USA, świadczą, że hakerzy są coraz bardziej niebezpieczni. Cyberprzestępcy atakują także w Polsce – w 2018 roku CERT Polska zanotował ponad 3,7 tys. incydentów. Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa i podpisana deklaracja z USA dotycząca bezpieczeństwa sieci 5G mają zmniejszyć ryzyko ataków. Sieci 5G będą miały bardzo istotny wpływ na funkcjonowanie gospodarki. Istotne jest więc podniesienie wymagań bezpieczeństwa.

Zagrożenie ze strony hakerów jest coraz większe. Będzie rosło wraz z upowszechnianiem sieci 5G, która ma zmienić korzystanie z internetu, spowodować rozwój na szeroką skalę rozwiązań smart city i internetu rzeczy. Podpisana niedawno polsko-amerykańska deklaracja na temat 5G ma zwiększyć bezpieczeństwo.

– Umowa podpisana przez Polskę ze Stanami Zjednoczonymi w zakresie bezpieczeństwa sieci 5G jest jednym z działań podejmowanych na całym świecie w zakresie podnoszenia odporności infrastruktur na ataki cybernetyczne, w tym oczywiście takim obszarem są sieci budowane w oparciu o nowe technologie, tzw. sieci 5G. W odróżnieniu od poprzednich generacji te sieci będą miały bardzo istotny wpływ na funkcjonowanie gospodarki z punktu widzenia inteligentnych miast czy pojazdów autonomicznych. Stąd podniesienie wymagań bezpieczeństwa dla tych sieci jest bardzo istotne – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Robert Kośla, dyrektor Departamentu Cyberbezpieczeństwa w Ministerstwie Cyfryzacji.

O tym, jakie skutki może mieć zaatakowanie przez hakerów firm z kluczowych obszarów, np. energetyki, można było się już przekonać. W 2017 roku hakerzy przejęli kontrolę nad saudyjską fabryką petrochemiczną w Arabii Saudyjskiej. Kilka miesięcy później przestępcy zamknęli systemy monitorowania rurociągów naftowych i gazowych w USA. W 2018 roku nieznani cyberprzestępcy uzyskali dostęp do całego systemu elektroeneretycznego w Wielkiej Brytanii.

Obecnie eksperci ds. bezpieczeństwa z grupy non-profit Electric Information Sharing and Analysis Center (E-ISAC) i firmy ochroniarskiej Dragos oceniają, że rośnie ryzyko uzyskania dostępu do amerykańskiej sieci energetycznej przez grupę Xenotime. Według innych doniesień hakerzy umieścili już złośliwe oprogramowanie w amerykańskich systemach zasilania, czekają tylko na odpowiedni moment, by je uruchomić.

Jednym z elementów, które mają w Polsce zapewnić bezpieczeństwo usług kluczowych, takich jak dostawa energii, ma być ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, przyjęta w sierpniu 2018 roku. Wprowadziła ona narzędzia, które mają zwiększać bezpieczeństwo zwłaszcza w instytucjach państwowych. Zgodnie z przepisami wyznaczeni operatorzy usług kluczowych muszą w ciągu 24 godzin od momentu wykrycia zagrożenia zgłosić takie przypadki do właściwego Zespołu Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego.

– Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa zapoczątkowała prace, które zmierzały do wskazania operatorów usług kluczowych i dostawców usług cyfrowych, tych najważniejszych dla wszystkich sektorów gospodarki i z punktu widzenia funkcjonowania administracji publicznej – mówi Robert Kośla.

Jednocześnie ustawa nakłada na operatorów usług kluczowych obowiązek wdrażania odpowiednich środków bezpieczeństwa. Uszczelnianie systemu jest konieczne, zwłaszcza że – jak podaje CERT – tylko w 2018 roku doszło do 3,7 tys. incydentów bezpieczeństwa (wzrost o 17,5 proc. rdr.).

– Przez ten rok zidentyfikowano ponad 150 operatorów usług kluczowych, którzy musieli podjąć działania zarówno techniczne, jak i organizacyjne w celu zabezpieczenia usług kluczowych, które świadczą dla gospodarki i administracji publicznej – wskazuje ekspert.

Postęp technologii medycznych i inteligentnego domu wymusza miniaturyzację baterii. Opracowano już ogniwa o grubości mniejszej niż 1 milimetr

Postępująca miniaturyzacja wymusza na producentach baterii opracowywanie coraz to mniejszych ogniw. Coraz popularniejsze na rynku stają się baterie pastylkowe, charakteryzujące się znacznie mniejszymi rozmiarami niż popularne paluszki. Znajdują zastosowanie przede wszystkim w urządzeniach inteligentnego domu czy internetu rzeczy, ale mogą także zrewolucjonizować medycynę. Miniaturowe ogniwa można zastosować m.in. w implantach czy diagnostycznych soczewkach kontaktowych, a także w inteligentnych domowych systemach bezpieczeństwa.

– Baterie pastylkowe są ważne dla rynku smart home, nie tylko dlatego, że ich rozmiar jest mniejszy, lecz także dlatego, że są litowe. Stawiamy na inny skład chemiczny. Jeśli baterię pastylkową zastosujemy w dzwonku do drzwi, wytrzyma ona w temperaturach od -20 do +50 stopni. Warunki pogodowe mają mniejszy wpływ na ten rodzaj baterii niż na baterie tradycyjne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jan Vis z GP Batteries.

Baterie pastylkowe znajdują zastosowanie już m.in. w najnowszych, inteligentnych domowych systemach bezpieczeństwa. Przykładem może być zestaw Kami Home, na który składa się stacja bazowa, czujniki montowane na drzwiach, czujniki ruchu i bezprzewodowe kamery. Wszystkie urządzenia mogą być zasilane z sieci lub dzięki małym bateriom. Sprawia to, że system jest niezależny od zdarzeń takich jak odcięcie zasilania przy próbie włamania.

Zasilany tego typu bateriami jest też inteligentny przycisk do oświetlenia Philips Hue. Urządzenie montowane jest w miejscu, w którym użytkownikowi najwygodniej będzie go obsługiwać. Mogą to być np. drzwi lodówki, a urządzenie na jednej baterii może przepracować nawet trzy lata.

– Dotychczas sprzedawaliśmy duże baterie, były to baterie AA oraz AAA, ale teraz urządzenia stają się coraz mniejsze, przez co większe baterie już do nich nie pasują. Można to obserwować zwłaszcza w przypadku rynku smart home, który prężnie się rozwija. Baterie pastylkowe możemy zastosować także w kluczykach samochodowych oraz zegarkach. Ale również w pilotach do urządzeń, które również stają się coraz mniejsze. Jest to zaledwie kilka przykładów – wymienia ekspert.

Rozwój rynku baterii pastylkowych postępuje coraz szybciej przede wszystkim z uwagi na miniaturyzację urządzeń elektronicznych. Trend ten sprawia, że poszukiwane są alternatywy również dla tych najmniejszych baterii. Przykładem mogą być tak zwane baterie papierowe. Są to giętkie ogniwa cechujące się napięciem 1,5 V i pojemnością od 0,5 do 40 mAh oraz grubością od 0,6 do 1,3 mm. Cechy te pozwalają na ich zastosowanie np. kartach RFID czy plastrach do fizykoterapii.

Miniaturyzacja jest szczególnie pożądana w przypadku urządzeń medycznych. To zarazem jedno z najtrudniejszych środowisk dla akumulatorów.

Ilika plc ogłosiła w tym roku wprowadzenie na rynek baterii Stereax M50 mm, które przeznaczone są do implantów medycznych. Bateria zapewnia o 50 proc. większą gęstość energii, niż ma to miejsce w przypadku innych baterii. Do tego produkt jest o 70 proc. mniejszy niż konkurencyjne. Z uwagi na grubość wynoszącą 0,6 mm i biokompatybilność jest to idealne rozwiązanie do zastosowania w implantach. Żywotność ogniwa jest szacowana na 10 lat, a jego funkcjonalność zwiększa się z uwagi na możliwość pozyskiwania energii z czynności organizmu takich, jak bicie serca czy oddychanie.

Mikrobaterie mogą też posłużyć do zasilania soczewek kontaktowych. Naukowcy z francuskiego uniwersytetu IMT Atlantique, we współpracy z LCS, producentem soczewek kontaktowych, opracowali sposób na zintegrowanie elastycznej baterii z soczewką. Mikrobateria jest w stanie zapewnić wystarczającą moc, aby zasilić diodę LED przez kilka godzin. To pozwala natomiast na zastosowanie soczewki do pomiaru ciśnienia wewnątrzgałkowego lub analizy łez pod kątem poziomu glukozy.

– Zapotrzebowanie na tego rodzaju baterie staje się coraz większe. Ich udział w rynku wzrósł z 5 proc. do nawet 10–15 proc. Widzimy, że popyt na baterie pastylkowe rośnie – przekonuje Jan Vis.

Według analityków z MarketsandMarkets światowy rynek mikrobaterii wzrośnie ze 128 mln dol. w 2019 roku do 631 mln dol. w 2025 roku.

W. Kruszewski: Ustawa o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności do poprawy

Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności. Nakłada ona na sklepy prowadzące sprzedaż produktów spożywczych obowiązek zawarcia umowy z organizacją pozarządową. Placówki handlowe będą nieodpłatnie przekazywać artykuły spełniające wymogi prawa żywnościowego.

 – W naszej ocenie idea ustawy jest niewątpliwie słuszna, ponieważ według szacunków w Polsce co roku marnuje się około 9 mln ton żywności. W przeliczeniu na statystycznego Polaka daje to 235 kg zmarnowanego jedzenia rocznie, podczas gdy, według danych GUS za 2018 rok, 2 mln Polaków to osoby doświadczające biedy – mówi Wojciech Kruszewski, prezes Polskiej Sieci Handlowej Lewiatan. Dodaje jednak, że ustawa w przyjętym kształcie tylko w niewielkim stopniu rozwiąże kwestię marnowania żywności, gdyż obejmuje jedynie sektor handlu, w którym ów problem jest najmniej znaczący, a nie dotyczy ona produkcji, przetwórstwa, gastronomii i, przede wszystkim, konsumentów. Według danych organizacji EU Fusion działającej dla Komisji Europejskiej, głównymi źródłami marnotrawstwa żywności są gospodarstwa domowe (53 proc.), przetwórstwo (19 proc.), gastronomia (12 proc.), produkcja (11 proc.), handel (5 proc.).

Przez pierwsze dwa lata obowiązywania ustawy zapisy ustawy dotyczyć będą placówek handlowych o powierzchni sprzedaży przewyższającej 400 m2. W późniejszym okresie obejmie ona również mniejsze sklepy, o powierzchni ponad 250 m2. W ocenie prezesa sieci Lewiatan będzie to duże obciążenie administracyjne nałożone na małych i średnich przedsiębiorców.

– Ustawa powinna obejmować placówki handlowe o znacznie większej powierzchni sprzedażowej, ponieważ tam psuje się najwięcej żywności, ponieważ generują wysoki obrót towarów. W małych sklepach, z uwagi na zdecydowanie niższą skalę prowadzenia działalności, problem marnowania produktów jest marginalny – komentuje Wojciech Kruszewski.

Wskazuje także na pewne nieścisłości w zapisach ustawy dotyczących braku sprecyzowania warunków umów, jakie będą musieli zawrzeć przedsiębiorcy z organizacjami odbierającymi żywność.

– Obawiam się, że brak konkretnych regulacji w tym zakresie może spowodować, że przedsiębiorcy będą zmuszani do ich zawierania nawet na niekorzystnych warunkach, by uniknąć kary. Dotyczy to zwłaszcza mniejszych miejscowości i obszarów wiejskich, gdzie tego typu organizacji jest zwyczajnie mniej – wskazuje prezes Lewiatana. Dodaje również, że w ustawie nie został zapisany sposób przekazywania żywności organizacjom.

– Z ustawy nie wynika, czy organizacja zajmująca się zbiórką żywności odbierze tego typu towary bezpośrednio od sklepu, czy też sklep będzie zobligowany do ich dostarczenia. Jest to istotne zwłaszcza na wsiach, gdzie koszt transportu produktów z mniejszych sklepów może wielokrotnie przewyższać wartość samych towarów – dodaje prezes Lewiatana.

Przedsiębiorca, który we wskazanym w ustawie czasie nie zawrze umowy z organizacją przyjmującą żywność, podlega karze w wysokości 5 tysięcy złotych. To także budzi wątpliwości prezesa Kruszewskiego, ponieważ przewidziana w prawie sankcja jest wartościowo taka sama zarówno dla gigantów handlowych, jak i mniejszych punktów prowadzonych przez drobnych przedsiębiorców. Z kolei, za każdy kilogram zmarnowanej a nieprzekazanej żywności, na właściciela sklepu zostanie nałożona kara w wysokości 10 groszy. – Przedsiębiorcy na mocy ustawy zostali zobligowani do prowadzenia ewidencji i niejako samodzielnego naliczania sobie kary. To w mojej ocenie jest mało skutecznym rozwiązaniem – komentuje.

Bez wątpienia problem marnowania żywności istnieje i należy podejmować działania, które pomogą w jego rozwiązaniu, zwłaszcza że Polska znajduje się w czołówce państw tego niechlubnego rankingu. Ważne jest jednak zbudowanie całościowej i efektywnej strategii na rzecz przeciwdziałania marnowaniu żywności, która na etapie jej tworzenia powinna być szeroko konsultowana ze wszystkimi zainteresowanymi stronami. Taka kampania mogłaby przyczynić się do podniesienia skuteczności działań promujących oszczędność żywności i wpisać się w światowy trend „zero waste”.

Centralny Port Lotniczy wcale nie taki drogi. Ale czy konieczny?

Budowa Centralnego Portu Lotniczego między Warszawą a Łodzią nie będzie wcale tak dużym obciążeniem dla polskich finansów. Wydatki na inwestycje infrastrukturalne stanowią bowiem od lat 18% dochodu narodowego – co przekłada się na sumę około 400 miliardów złotych rocznie. Koszt lotniska, plasujący się w okolicach 40 miliardów złotych – rozłożony na lata – nie jest dużym obciążeniem dla takiego budżetu. Nie zmienia to jednak faktu, że rosnące potrzeby w obszarze transportu lotniczego mogą być zaspokojone innymi, mniej kosztownymi i łatwiejszymi do zrealizowania inwestycjami. Eksperci podkreślają, że zanim weźmiemy się za budowę nowego portu lotniczego pod Warszawą, warto rozbudować i powiększyć przepustowość lotniska w Modlinie i na warszawskim Okęciu.

– W dyskusji o CPK nie chodzi tylko o koszt i o wpływ na finanse publiczne. Zastanawiamy się, czy jest to sensowna inwestycja. Czy nie ma alternatywnych projektów – takich, jak inwestycja w Modlin i rozbudowa portu lotniczego Okęcie, które zastąpiłyby konieczność budowy wielkiego lotniska między Warszawą a Łodzią – powiedział serwisowi eNewsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista BBC. – Jeżeli okaże się, że rozbudowa tych lotnisk nie zaspokoi rosnących potrzeb lotniczych Polski – budowa nowego, dużego lotniska pod Warszawą może być konieczna. Nie jest jednak wykluczone, że zanim będziemy budować Centralny Port Lotniczy, spróbujemy lepiej wykorzystywać możliwości, jakie oferuje nam Okęcie i Modlin – przewiduje Gomułka.

Ile na pakiecie mobilności straci polska branża transportu drogowego?

Jeśli pakiet mobilności zostanie przyjęty, to koszty prowadzenia działalności przewozowej w Niemczech mogą wzrosnąć nawet o 250 mln euro rocznie[1]. Jak informuje profesor Peter Klaus, ekspert z dziedziny zwanej statystyką logistyki, dojdą do tego jeszcze koszty pośrednie z opłat parkingowych czy wyższego ubezpieczenia. Z kolei Belgowie wyliczyli, że każdy dzień  na przykład „zamrożenia” kabotażu, będzie kosztować belgijskiego przewoźnika około 679 euro[2]. Unia Europejska wraca do pracy nad nowym prawem dla sektora międzynarodowego transportu drogowego. Ile straci na tym polski przedsiębiorca?

Nie ma wiążących obliczeń, jak bardzo regulacje zawarte w pakiecie mobilności odczuje przewoźnik z Polski i wydaje się, że nie są one niezbędne, aby przewidzieć możliwe skutki. Aktywność polskich transportowców na arenie międzynarodowej pokazuje, że zarówno w przewozach cross trade, jak i kabotażu jesteśmy liderem w krajach Wspólnoty, co przekłada się na PKB, którego filarem jest między innymi transport drogowy. Przedsiębiorcy z Europy Środkowo-Wschodniej zostaną zepchnięci na peryferia, jeśli będą wprowadzone obostrzenia dotyczące wykonywania kabotażu lub konieczność bezwzględnego powrotu kierowców czy pojazdów do kraju po trzech tygodniach w trasie. Mniejsze firmy nie będą mieć ani czasu na adaptację do nowych warunków, ani pieniędzy, by utrzymać płynność finansową i nie potrzeba tutaj skomplikowanych wyliczeń, aby to stwierdzić. Jednak nie da się ukryć, że liczby najlepiej przemawiają do wyobraźni, której posłom w Brukseli najwyraźniej zabrakło – wyjaśnia Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców, OCRK.

Jak wynika z najnowszych danych Eurostat, Polska odpowiedzialna jest za przewożenie rocznie około 266,7 milionów ton towarów w ramach systemu transportu po drogach Europy. Dalej jest Holandia, 132,5 milionów ton, oraz Niemcy 122,6 milionów ton. Skoro obsługujemy 22,6 proc. rynku międzynarodowych przewozów drogowych i około 40 proc. wszystkich kabotaży to, kto będzie jeździł zamiast kierowców ciężarówek na polskich numerach rejestracyjnych?

Polski kierowca okrąża Ziemię dwa razy

Według raportu TLP Pakiet mobilności I. Wpływ na europejski system transportu drogowego, ponad 80 proc. z szacunkowej liczby 600 tysięcy pojazdów ciężarowych, które regularnie przekraczają granice państw Wspólnoty, obsługiwanych jest przez małe i średnie przedsiębiorstwa. Zatrudniają one większość z 740 tysięcy kierowców międzynarodowych, których codzienna praca to fundament gospodarek krajów UE. Brak wykwalifikowanych pracowników to obecnie, obok pakietu mobilności,  największa bolączka branży. Profesor Peter Klaus, autor opracowania, wyliczył, że zapotrzebowanie na kierowców wśród krajów, w których jest największy ruch samochodów ciężarowych, czyli Niemcy, Francja, kraje Beneluksu, Włochy, Szwajcaria i Austria, osiąga poziom 520 tysięcy miejsc pracy. Około 310 tysięcy truckerów potrzebnych jest do obsługi operacji transportu transgranicznego.

Kamil Wolański
Kamil Wolański

Jak wynika z badania OCRK, największym wyzwaniem dla polskich przewoźników jest właśnie brak rąk do pracy. W 2018 roku na ten problem wskazało blisko 20  proc. pracodawców, a w 2019 aż 50 proc. Pakiet mobilności w obecnym brzmieniu nie poprawi sytuacji. Przeciwnie. Jeżeli kierowcy będą zobligowani w przyszłości do bezwzględnego powrotu do kraju zamieszkania raz na cztery tygodnie, zwiększy się liczba tak zwanych pustych przejazdów, a luka między popytem a podażą na usługi przewozowe tylko wzrośnie. Co jeszcze? Zwiększy się znacząco ruch na drogach, co wpłynie niekorzystnie na środowisko oraz bezpieczeństwo, a firmy, które wyspecjalizowały się w dalekich trasach po prostu znikną z rynku. Polski kierowca potrafi w ciągu roku okrążyć Ziemię ponad dwa razy, pokonując 87 tysięcy kilometrów[3], podczas gdy Francuzi czy Belgowie są zdecydowanie krótkodystansowi. Kto zatem będzie za nich jeździł? Na to pytanie europosłowie nie potrafią odpowiedzieć  – wyjaśnia Kamil Wolański, OCRK.

Warto rozmawiać, ale nikt nie pyta?

Najczęściej poruszaną kwestią wydaje się temat odpoczynków tygodniowych. Oprócz przedsiębiorstw transportowych nie o samych można zapomnieć kierowcach, dla których proponowane zmiany też będą miały bardzo duży wpływ. Co ciekawe, w wielu obszarach stanowisko właścicieli firm transportowych, jak i pracowników jest takie samo. Na przykład czy odpoczywanie poza kabiną pojazdu jest konieczne? Komu ten przymus miałaby się tak właściwie przysłużyć? Przedsiębiorcom transportowym, którzy inwestują w coraz lepiej wyposażoną flotę czy kierowcom, którzy zostaną zobligowani do noclegów w warunków często zwyczajnie gorszych niż kabina ciężarówki, bo infrastruktura parkingów nie jest dostosowana do przyjęcia tylu truckerów na drogach Europy? – mówi Wolański.

Kolejny przymus to konieczność powrotu do „bazy” w ściśle określonym czasie. To jeden z głównych elementów pakietu mobilności, którego przewoźnicy obawiają się najbardziej. Dlaczego?

Bo zagraża płynności finansowej firm, które wyspecjalizowały się w dalekich przewozach transgranicznych, spowoduje utratę wielu kontraktów, a także wzrost kosztów prowadzenia działalności. Małe firmy zlokalizowane na peryferiach Europy po prostu upadną lub wielkim kosztem przeniosą swoje siedziby do krajów na Zachodzie i w środkowej części kontynentu. Cross trade realizowany wschodnioeuropejskimi przewoźnikami w krajach wysokorozwiniętych, jak Francja czy Niemcy przynosi największe dochody. Zatem powrót, wynikający ze nieprzemyślanego prawa, wymusi na właścicielach firm ściągnięcie samochodu często bez załadunku po trzech lub czterech tygodniach w trasie. Oprócz wzrostu  na drogach, przyczyni się to do spadku rentowności małych i średnich przedsiębiorstw, a także może spowodować zatory na drogach, opóźnienia na granicach, problem z niedoborem kierowców. To same straty, a jednak nikt w Parlamencie Europejskim nie zadbał o to, by odpowiednio zbadać skutki takich zmian i zapytać, co sądzą osoby, które na co dzień przewożą towary, dzięki którym gospodarki krajów Starej Unii tak dobrze prosperują – komentuje ekspert OCRK.

Wszelkie działania, które pozwolą na nowo rozpocząć dyskusję na temat zasadności niektórych zapisów w nowym prawie drogowym, proponowanym przez unijnego legislatora, są potrzebne. Wydaje się bowiem, że mieszkańcy państw założycielskich Wspólnoty nie zdają sobie sprawy, że konsekwencje pakietu mobilności bezpośrednio odczują również prowadzone przez nich firmy.

[1] Artykuł profesora Pertera Klausa opublikowany w Deutsche Verkehrs-Zeitung, 2019.

[2] Belgijski Instytut Transportu Drogowego i Logistyki, Skutki wejścia w życie pakietu mobilności dotyczących nowych zasad kabotażu, 2019.

[3] Badanie OCRK, Kim jest kierowca ciężarówki w Polsce, 2018.

Polski rynek mieszkaniowy bije kolejne rekordy

Rosnące ceny metrażu sprawiają, że wartość polskiego rynku mieszkań bije kolejne rekordy. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, jak ta wartość zmieniała się w ostatnich latach.

Dane takich instytucji jak na przykład KNF wskazują, że już od dłuższego czasu systematycznie wzrasta średnia wartość kredytu mieszkaniowego. Podobne dodatnie zmiany dotyczą również łącznej wartości polskiego rynku lokali mieszkalnych. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl na podstawie niedawno opublikowanych informacji GUS sprawdzili, jak taka łączna wartość obrotu rynkowego zmieniała się przez ostatnie lata. Ciekawa analiza RynekPierwotny.pl informuje również o tym, jaki udział w całkowitej wartości sprzedawanych mieszkań mają największe polskie miasta.

Na rynkowe dane trzeba czekać prawie trzy kwartały …  

Do sprawdzenia łącznej wartości lokali kupowanych przez Polaków, zachęca niedawna publikacja danych Głównego Urzędu Statystycznego za 2018 r. Takie informacje GUS – u są podawane z dość dużym opóźnieniem wynoszącym prawie trzy kwartały, ponieważ bazują na aktach notarialnych. Konkretniej rzecz ujmując, GUS podczas sumowania liczby oraz wartości sprzedanych mieszkań bierze pod uwagę Rejestry Cen i Wartości Nieruchomości prowadzone przez samorządy (powiaty oraz miasta na prawach powiatu).

Przez rok wartość obrotu mieszkaniami wzrosła o 19%

Informacje pozyskane przez GUS z samorządowych rejestrów, wskazują na systematyczny wzrost wartości polskiego rynku mieszkań. Suma zapłacona za wszystkie lokale mieszkalne zmieniała się następująco:

  • 2015 r. – 36,67 mld zł
  • 2016 r. – 40,88 mld zł
  • 2017 r. – 45,51 mld zł
  • 2018 r. – 54,33 mld zł

Powyższe informacje wskazują, że ubiegłoroczny wzrost wartości polskiego rynku lokali mieszkalnych wyniósł aż 19%. Nie cała ta zmiana była efektem podwyżki przeciętnych cen metrażu. Warto pamiętać, że w 2018 r. sprzedano o 13% więcej mieszkań względem 2017 r. (wzrost ze 180 071 do 203 603). Kolejne ciekawe spostrzeżenie dotyczy skali zmian z rynku pierwotnego oraz wtórnego. Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl okazuje się, że wartość obrotu rynkowego nowymi lokalami wzrosła nieco bardziej (+22% względem 2017 r.), niż w przypadku rynku wtórnego (+18%). Informacje prezentowane na poniższym wykresie potwierdzają, że szybkie wzrosty wartości obrotu rynkowego dotyczyły zarówno nowych, jak i używanych „M”.

 Wartość obrotu mieszkaniami RP wyk.1

Warszawa wciąż generuje 20% wartości polskiego rynku

 

Publikacja danych GUS dotyczących minionego roku stanowi dobrą okazję do sprawdzenia, jakie rynki lokali mieszkalnych z miast na prawach powiatu oraz powiatów obecnie mają największą wartość. Poniższa tabela przedstawia piętnaście lokalizacji, które w ciągu czterech lat (2015 r. – 2018 r.) odnotowały najwyższe wyniki. Wg portalu RynekPierwotny.pl zdecydowana przewaga Warszawy nad kolejnymi metropoliami (Krakowem, Wrocławiem, Gdańskiem, Poznaniem i Łodzią) raczej nie powinna dziwić. Bardziej istotny jest spadek wyniku stolicy z 26% (2015 r./2016 r.) do 21% (2018 r.).

Trzeba odnotować, że jednocześnie zmniejszył się też udział Krakowa w ogólnopolskiej wartości rynku lokali mieszkalnych. Ujemna zmiana dotyczyła również wszystkich piętnastu wiodących rynków z poniższej tabeli (traktowanych łącznie). Ich udział w całym polskim rynku mieszkań spadł bowiem z 70% (2015 r.) do 64% (2018 r.). Ten spadek potwierdza, że ostatnie lata przyniosły wyraźną aktywizację mniejszych rynków nieruchomości. Była to między innymi zasługa szybkiej obniżki stopy bezrobocia.

Jeżeli chodzi o wyniki prezentowane w poniższej tabeli, to warto zasygnalizować jeszcze jedną ciekawą kwestię. Mowa o obecności w czołowej piętnastce dwóch lokalizacji, które nie są miastami na prawach powiatu (zobacz: powiat poznański oraz powiat wołomiński). Okazuje się, że dwa wymienione powiaty mają duże znaczenie nie tylko w kontekście budowy domów. Bardzo sugestywny jest fakt, że pod względem udziału w całym polskim rynku lokali mieszkalnych wspomniane powiaty (wołomiński oraz poznański) wyprzedziły takie miasta jak np. Rzeszów, Kielce, Katowice, Toruń i Opole.Wartość obrotu mieszkaniami RP tab.1

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Sytuacja frankowiczów znacznie się poprawia! Jest szansa na niższe raty

Stopa procentowa LIBOR CHF dla szwajcarskiej waluty spada, więc kredytobiorcy mogą się spodziewać dobrych wiadomości. Część frankowiczów może w najbliższych dniach uzyskać obniżenie raty kredytu. Dowiedz się, jak reagować na zmieniającą się sytuację by wyjść obronną ręką z zadłużenia!

Banki na bieżąco aktualizujące oprocentowanie kredytów powinny od razu zmniejszyć wysokość rat. Osoby z kredytem w bankach, które działają w ten sposób co kwartał, będą musiały zaczekać do końca września. Prędzej czy później, frankowicze mogą być jednak dobrej myśli. Jak zmienia się ich sytuacja?

Frank najtańszy od 3 lat

LIBOR 11 września 2019 roku osiągnął najniższą od 3 lat wartość. To bardzo dobra wiadomość dla frankowiczów. W zależności od warunków umowy, raty kredytu zostaną obniżone już teraz lub na koniec kwartału. LIBOR (oprocentowanie pożyczek na rynku międzybankowym) spada, ponieważ Szwajcaria ma w ostatnim czasie najniższe stopy procentowe na świecie. Według wielu specjalistów, na obniżenie notowań franka szwajcarskiego będzie miała wpływ także interwencja Szwajcarskiego Banku Narodowego.

Kiedy można się spodziewać orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE?

Frankowicze czekają także na ostateczny wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE. Można się go spodziewać najwcześniej na przełomie października i listopada. Najbardziej miałby on uderzyć w sektor bankowy. Szacuje się straty na poziomie nawet 60 mln złotych.

„Wyrok miałoby ułatwić frankowiczom prowadzenie spraw w sądzie o odfrankowienie kredytu lub unieważnienie umowy. Dotychczas sądy postępowały bardzo różnie, więc wyrok wpłynie na kształtowanie się linii orzecznictwa” – powiedział nam radca prawny Michał Śląski. Zdaniem specjalistów nie jest to jednak przełomowy moment – wstępne orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej oraz Sądu Najwyższego w tej sprawie wystarczająco poprawiły położenie frankowiczów. Wyrok Trybunału UE będzie jednak ostatecznym potwierdzeniem.

Jak uwolnić się od kredytu frankowego?

Nadchodzi najlepszy od dawna czas dla frankowiczów. Poszkodowani koniecznie powinni udać się do sądu, by złożyć pozew o odfrankowienie lub unieważnienie umowy zawierającej szkodliwe zapisy. Wtedy mają oni szansę na otrzymanie nadpłaconych rat kredytowych i/lub zmniejszenie salda kredytu. Obecne warunki niezwykle sprzyjają powodzeniu w sądzie!

Kredyt frankowy jest problemem dotykającym wielu Polaków. Na horyzoncie pojawia się szansa na pozytywne wybrnięcie z tej sytuacji. By uzyskać jak najlepszy efekt, warto skorzystać z pomocy doświadczonego radcy prawnego, który profesjonalnie i bezpiecznie przeprowadzi frankowicza przez cały ten proces.

Afera GetBack podważyła zaufanie inwestorów, a konsekwencje odczuje cała gospodarka

Ostatnimi czasy domy maklerskie przeżywają trudne chwile. Eksperci tłumaczą to m.in. zmianami w otoczeniu prawnym. Implementacja wciąż nowych i restrykcyjnych regulacji zwiększa koszty funkcjonowania. Z kolei wyniki finansowe mniejszych podmiotów są bardzo wrażliwe na skutki negatywnych zdarzeń na rynku kapitałowym. Jednym z nich była afera GetBack. Analitycy przewidują konsolidację i przejmowanie małych graczy przez duże podmioty. I dodają, że spadnie konkurencyjność i podrożeją usługi maklerskie. Zmniejszy się też liczba giełdowych debiutów. Przedsiębiorcy praktyczne przestaną pozyskiwać kapitał na drodze emisji akcji lub obligacji. Zyskają na tym banki. A ucierpi cała gospodarka.

Zagrożenia rynkowe

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych

Według raportu KNF-u, w ub. roku po raz kolejny spadła liczba domów maklerskich. Sektor generuje straty na podstawowej działalności. Jak wyjaśnia Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych, doprowadziło do tego przede wszystkim bardzo słabe zachowanie GPW. Polskie indeksy stały się jednymi z najsłabszych na świecie, co znacznie obniżyło aktywność inwestorów indywidualnych. Zagraniczni również omijali nas szeroki łukiem. Mało też było ofert pierwotnych. To wszystko zmniejszyło przychody domów maklerskich, utrzymujących się głównie z prowizji od transakcji.

Krzysztof Michrowski
Krzysztof Michrowski

– Trudną sytuację domów maklerskich można tłumaczyć także zmianami w otoczeniu prawnym, które z jednej strony mają zapewnić ochronę klientom i przejrzystość działań firm inwestycyjnych, a z drugiej – miały znaczny wpływ na wielkość i strukturę przychodów z działalności maklerskiej. Odmienne interpretacje wprowadzonych regulacji oraz różne interesy poszczególnych uczestników rynku doprowadziły do zastoju na linii producentów, czyli TFI, a także dystrybutorów, tj. domów maklerskich, w związku z trudnościami w rozliczeniach za świadczone usługi – mówi Krzysztof Michrowski z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Obserwatorzy branży twierdzą, że już od kilku lat problemem domów maklerskich są restrykcyjne rozwiązania regulacyjne i interpretacje przepisów unijnych. Ich implementacja na polu prawodawstwa krajowego nie zawsze uwzględnia realia rynku firm inwestycyjnych. Dom maklerski, będący mikroprzedsiębiorstwem lub małą firmą, musi nieustannie rozwijać działy prawne kosztem podstawowego obszaru działalności, by odnaleźć się w gąszczu przepisów.

Z kolei ekonomista Marek Zuber alarmuje, że rodzimy rynek kapitałowy jest w największym kryzysie od swojego powstania. Głównym powodem takiego stanu rzeczy są szybko i łatwo wprowadzane zmiany przez polskich polityków, np. związane z likwidacją OFE czy z podatkiem bankowym. Nawet jeśli w jakimś obszarze podjęto racjonalne decyzje, to brak przewidywalności otoczenia zwiększa ryzyko dotyczące inwestowania w papiery wartościowe. W Polsce brakuje popytu, a to powoduje niskie wyceny przy projektach IPO i małe obroty na rynku wtórnym.

Pokłosie GetBack-u

– Zdarzenia związane z działalnością GetBack S.A. w 2018 roku podważyły zaufanie inwestorów do rynku kapitałowego. To oczywiście znalazło odzwierciedlenie w wynikach finansowych domów maklerskich, które zanotowały spadek przychodów. Poziom straty z działalności podstawowej znacząco się pogłębił, tj. o ponad 89%, w porównaniu do 2017 roku – dodaje ekspert z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Jak stwierdza Piotr Kuczyński, Polacy wreszcie uświadomili sobie, że ryzyko inwestowania w obligacje korporacyjne jest o wiele większe niż przy kupowaniu papierów wartościowych emitowanych przez rząd. Paradoksalnie więc można powiedzieć, że ta sytuacja pozytywnie wpłynęła na rynek ze względu na jej wartość edukacyjną. Oczywiste jest jednak to, że chwilowo znacznie zmniejszyła przychody domów maklerskich.

Marek Zuber, ekonomista
Marek Zuber, ekonomista

– Zawsze po tego typu aferze obserwujemy wzrost awersji do ryzyka. Nawet dużo mniejsze niewykupione emisje rynek odczuwał tygodniami. Trudno było plasować choćby niewielkie transze. Musiało minąć trochę czasu, aby sytuacja istotnie się poprawiła. W przypadku GetBack-u straty klientów są na niespotykanym do tej pory poziomie, w dodatku całej sprawie towarzyszy olbrzymi szum medialny. A to oznacza, że powrót do normalności musi potrwać znacznie dłużej – przewiduje Marek Zuber. 

Skutkiem afery było także wprowadzenie nowych przepisów dot. emisji prywatnych. Jedna z najważniejszych zmian polega na tym, że od 1 lipca br. obligacje nowych emisji nie mogą mieć formy dokumentu i podlegają obowiązkowi rejestracji w depozycie papierów wartościowych. Ponadto w przypadku nieemitowanych w drodze oferty publicznej lub takich, w odniesieniu do których emitent nie zamierza ubiegać się o dopuszczenie do obrotu na rynku regulowanym lub wprowadzenia do ASO, podmioty wystawiające papiery wartościowe muszą korzystać z pośrednictwa tzw. agenta emisji – banku lub domu maklerskiego.

– Przede wszystkim powoduje to wzrost kosztów emisji. Samo wynagrodzenie agenta waha się obecnie między 10 a 20 tys. zł. To kwota za cały proces rejestracji papierów wartościowych w KDPW. Na zmianach zyskają inwestorzy indywidualni, a stracą małe i średnie przedsiębiorstwa, chcące pozyskać finansowanie na drodze emisji długu. Wszystko wskazuje na to, że zmiany jeszcze bardziej zahamują rozwój, liżącego rany po GetBack-u, rynku prywatnych emisji obligacji i ograniczą wpływy z podstawowej działalności domów maklerskich – uważa Krzysztof Michrowski.

W ocenie Marka Zubera, reakcja polityków i nadzoru na aferę GetBack sprowadza się do próby zmniejszenia ryzyka związanego z emisjami obligacji korporacyjnych, które z założenia wiążą się z większą niepewnością niż papiery skarbowe. Prowadzi to do ograniczenia swobody funkcjonowania branży. Zdaniem ekonomisty, istnieje realna obawa, że pod hasłem obrony tzw. „przeciętnych Kowalskich” zostanie zahamowany rozwój rynku papierów dłużnych, który jeszcze kilka lat temu wydawał się bardzo perspektywiczny. A to przyniesie kolejne straty domom maklerskim.

Czarne scenariusze

– Do poprawy sytuacji domów maklerskich trzeba wielu czynników – sprzyjającej koniunktury, stabilnego otoczenia prawnego i powrotu zaufania inwestorów do rynku kapitałowego. Jednak na razie nic nie zapowiada takich zmian. Jednak trzeba wziąć pod uwagę czarne scenariusze. Z rynku mogą znikać kolejne podmioty. Spadnie konkurencyjność i wzrosną koszty usług maklerskich. Zmniejszy się liczba giełdowych debiutów, a spółki praktycznie nie będą pozyskiwać kapitału na drodze emisji akcji lub obligacji – ostrzega Krzysztof Michrowski.

Natomiast Piotr Kuczyński podkreśla, że sytuacja jest szczególnie groźna dla małych domów maklerskich. Wymusi ona konsolidację i przejmowanie mniejszych podmiotów przez większe. Co do tego nie ma wątpliwości. Analityk zapewnia jednak, że to nie powinno mieć negatywnego wpływu na cały rynek kapitałowy, jak również na inwestorów.

– Bieżąca działalność maklerska od dawna jest nieopłacalna. Na tzw. brokerce w zasadzie trudno jest zarobić, a problem pogłębia jeszcze duża konkurencja i wzrost kosztów działalności. To groźna sytuacja, która może doprowadzić do tego, że rynek kapitałowy przestanie być istotnym elementem finansowania rozwoju gospodarki. Trudno jest np. uzyskać środki na rozwój nowych technologii przy pomocy samego systemu bankowego. W przypadku startupów to wręcz niemożliwe – zaznacza Marek Zuber.

Ekspert z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office zwraca uwagę na to, że zyski wykazują największe podmioty, powiązane kapitałowo z bankami. Generują je dzięki operacjom nabywania i zbywania na własny rachunek instrumentów finansowych. A to nie stanowi podstawowej działalności maklerskiej, która jest schyłkowa. Włączanie jej w struktury bankowe może tylko ograniczyć rolę całego rynku kapitałowego.

Wchodzimy w finał wyników II kwartału

  • Końcówka sezonu publikacji wyników spółek
  • Zapowiadany wzrost płacy minimalnej może wpłynąć na rynek pracy
  • Niepewność w sprawie frankowiczów
Maciej Kik, Zarządzający funduszami akcji Generali Investments TFI
Maciej Kik, Zarządzający funduszami akcji Generali Investments TFI

Jesteśmy w trakcie sezonu publikacji wyników finansowych. Spółki – szczególne te małe – raczej rozczarowują. Z kolei zgodnie z oczekiwaniami banki poprawiają wyniki nawet o kilka, kilkanaście procent.

Głośno było także o kredytach konsumenckich. Zgodnie z orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości UE w sytuacji wcześniejszej spłaty kredytu konsumenckiego, kredytodawca powinien zwrócić tzw. „front fee” i dodatkowe opłaty ubezpieczeniowe, co jak dotąd nie było standardem.

Słabo wyglądają wyniki spółek przemysłowych – spadają marże i spółki negatywnie zaskakują zyskami. Odbija się to na całym sektorze MŚP. Pozytywnym zaskoczeniem są wyniki spółek handlowych, zarówno pod względem nominalnym, jak i oczekiwań analityków. Dobre wyniki publikuje Dino Polska, którego trajektoria wzrostu jest bardzo dobra. Pozytywnie zaskoczyła także Grupa Eurocash, która po niezbyt udanym okresie pokazała bardzo dobre wyniki.

Wpływ na kondycję polskiej gospodarki mogą mieć także propozycje wyborcze. Obietnica wyborcza w postaci szybkiego wzrostu pensji minimalnej wywiera wpływ na firmy i sprawia, że rośnie presja na rynek pracy. Chociaż trzeba zauważyć, że wiele spółek broni się tym, że ich wynagrodzenia i tak są wyższe od płacy minimalnej. Nie mniej jednak, cały rynek pracy będzie wywierał presję na firmy. Z drugiej strony tak gwałtowna podwyżka może wspierać najuboższą część społeczeństwa, co może przełożyć się na wzrost konsumpcji. W sektorach, w których konkurencja jest mniejsza, można spodziewać się także wzrostu cen.

Większość analityków spodziewa się decyzji TSUE na korzyść kredytobiorców. Niemniej jednak jej ostateczne skutki jeszcze długo nie będą znane, ponieważ orzeczenie nie będzie wiążące. Trudno ocenić w tej chwili, ilu kredytobiorców faktycznie złoży pozwy i jakie będzie podejście polskich sądów do tej sprawy.

Ostatnie tygodnie to czas poprawy sentymentu na rynkach amerykańskich i oczekiwania na pozytywne wiadomości o złagodzeniu wojny handlowej. Spadło także prawdopodobieństwo twardego brexitu, co spowodowało, że wzrósł apetyt na ryzyko – widać to głównie w Stanach Zjednoczonych. W Polsce indeksy także odbiły, jednak trochę mniej niż na światowych giełdach.

Wyprawka szkolna 2019 – sprzedawcy online nie przygotowali dla klientów atrakcyjnych ofert

Siedmiu na dziesięciu rodziców zaplanowało zrobić zakupy szkolne w sierpniu. Czy pod względem finansowym taka strategia się opłaciła? Analiza ofert 550 sklepów internetowych przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą Dealavo pokazała, że na największe promocje konsumenci mogli liczyć w trzecim i czwartym tygodniu sierpnia. Polska rodzina deklarowała, że na wyprawkę szkolną przeznaczy średnio 1 718 zł. Decydując się na zakupy online i wybierając tylko produkty w promocji mogła zaoszczędzić ponad 200 zł. Zdaniem autorów „Szkolnego barometru cenowego” ruchy cenowe sprzedawców wskazują no to, że na prawdziwe obniżki artykułów szkolnych możemy liczyć dopiero we wrześniu.

Z badania Deloitte „Wyprawka szkolna 2019” wynika, że 69 proc. rodziców planowało zaopatrzyć swoje dzieci w produkty szkolne w sierpniu. Jedynie 2 proc. zostawiło zakupy na wrzesień. – W sierpniu byliśmy też świadkami bardzo dużej ofensywy marketingowej sieci handlowych, które kusiły rodziców korzystnymi ofertami i promocjami. Sprawdziliśmy więc, czy w przypadku sklepów online rzeczywiście były one tak atrakcyjne, jak w przekazach reklamowych – mówi Agnieszka Szapiel, Menedżer w dziale konsultingu Deloitte.

Dzięki raportowi „Wyprawka szkolna 2019” znane są kategorie produktów, które znajdują się w szkolnym koszyku zakupów polskiego ucznia. Z tego powodu do analizy wybrano te z nich, na które rodzice zamierzali wydać najwięcej. Były to artykuły szkolne (m.in. plecaki, zeszyty, piórniki), ubrania i obuwie oraz elektronika (smartfony, laptopy, smartwatch). Za pomocą narzędzi do monitoringu cen dostarczanych przez firmę Dealavo wyszukano konkretne oferty tych produktów, które poddano codziennemu monitoringowi. Łącznie przebadano ponad 200 produktów, które znajdują się w ofercie ponad 550 sklepów online.

Symboliczne obniżki i niewielkie oszczędności

W ramach „Szkolnego barometru cenowego” w ciągu miesiąca (ostatnie dni lipca – 31 sierpnia) eksperci Deloitte i Dealavo przeanalizowali łącznie ponad 6 000 cen produktów. Sklepy internetowe największe promocje zaplanowały na drugą połowę sierpnia, czyli zyskali ci, którzy z zakupami wstrzymali się niemal do końca wakacji. – Jednak w tym samym czasie, gdy obniżano ceny niektórych produktów i intensywnie je promowano, ceny innych szły w górę. Nie możemy więc mówić o  masowych promocjach. Raczej dotyczyły one pojedynczych grup produktów. Ten sam mechanizm daje się zauważyć również w grudniu przed Bożym Narodzeniem, czyli jest to stała strategia sieci handlowych – mówi Agnieszka Szapiel. Tym razem dotyczyło to szczególnie artykułów i przyborów szkolnych, czyli kategorii które zajmowały bardzo dużą część w szkolnym koszyku. Zarówno obniżki jak i podwyżki cen sięgały kilkunastu procent (maksymalnie średnio 17 proc. podwyżki i średnio 13 proc. obniżki).

Im bliżej było do końca sierpnia, tym potencjalne oszczędności przy zakupach wyprawki szkolnej mogły być większe. W przypadku analizowanego koszyka potencjalnie mogły one wynieść od 126 do ponad 220 zł w czwartym tygodniu sierpnia, co stanowi od 7 do 13 proc. średniej kwoty wydanej w gospodarstwie domowym na wyprawkę szkolną (1 718 zł). Największy udział w tych oszczędnościach miała odzież, aż 33 proc. W przypadku obuwia było to 15 proc., a  podręczników i lektur 17 proc. Jeżeli chodzi o udział artykułów szkolnych (piórniki, zeszyty, kredki, farby, zakreślacze) to wynosił on około 12 proc. – Należy jednak pamiętać, że takie kwoty mogły zaoszczędzić jedynie te osoby, które zdecydowałyby się na zakup produktów w cenach promocyjnych. Tymczasem akurat przybory szkolne czy ubrania i buty, szczególnie dla dzieci, w dużym stopniu kupowane są pod wpływem emocji. Do koszyka wkładamy to, co odpowiada nam i podoba się dzieciom, a niekoniecznie to, co akurat jest w promocji – wyjaśnia Mateusz Mańkowski, Konsultant w dziale konsultingu Deloitte.

Uwaga na ceny podręczników i lektur

Na najlepsze oferty mogli liczyć ci klienci, którzy zdecydowali się zrobić zakupy szkolne w czwartym tygodniu sierpnia. Dotyczy to zarówno artykułów szkolnych, jak i odzieży i obuwia. Nie zmienia to faktu, że im bliżej końca wakacji, tym ceny niektórych produktów szły w górę w porównaniu na przykład z lipcem. W drugiej połowie sierpnia największe wzrosty cen były widoczne w kategoriach: drukarki / skanery, tablety, czytniki e-booków, plecaki / tornistry, podręczniki i lektury.

Jak zauważają eksperci Deloitte fluktuacje cen (czyli zarówno obniżki, jak i podwyżki) były widoczne we wszystkich kategoriach. Największe dotyczyły odzieży i obuwia (wzrosty lub obniżki cen nawet do 35 proc.). W przypadku bidonów czy śniadaniówek obniżki i podwyżki cen sięgały nawet 20 proc. – Przed rozpoczęciem roku szkolnego sklepy są pod presją konkurencji, co wymusza rabaty. Z kolei po 1 września sytuacja się odwraca i obniżki cen tracą na znaczeniu. Teraz to rodzice są pod presją czasu, więc kluczowa staje się dostępność produktów w danym sklepie. Korzyści wynikające z wygody usprawiedliwiają wtedy wyższe ceny, przynajmniej w tej chwili, bo w czasie tak intensywnych sezonów zakupowych sytuacja potrafi zmieniać się nawet co godzinę – mówi Jakub Kot, Prezes Dealavo.

Analizie poddano również różnice w maksymalnych i minimalnych cenach tych samych artykułów. Największe z nich dało się zauważyć w kategorii artykułów szkolnych, gdzie średnio wynosiły one 75 proc. Rekordową różnicę odnotowano w przypadku popularnych lektur i podręczników szkolnych, wśród których różnice sięgały ponad 200 proc.  Dla przykładu  „W pustyni i w puszczy” w jednej z księgarń kosztowało 12,29 zł, w innej 29,33 zł, czyli różnica wyniosła 239 proc. W przypadku „Chłopców z placu broni” było to 220 proc., a „Krzyżaków” 212 proc.

Najmniejsze rozbieżności cenowe dotknęły ubrań, gdzie maksymalne ceny były wyższe średnio o około 15 proc. od cen minimalnych. W przypadku elektroniki było to z kolei 60 proc.

Jak wynika z badania „Wyprawka szkolna 2019” aż 65 proc. rodziców zanim udało się na zakupy, planowało najpierw sprawdzić ofertę internetową, a 42 proc. zamówić artykuły szkolne w internecie, by potem odebrać je w sklepie. – Dla ponad 40 proc. ankietowanych zakupy szkolne to przyjemność, a dla ponad połowy sposób na spędzanie czasu z dziećmi. Czy oferta sklepów internetowych była na tyle atrakcyjna, by zrezygnować z tradycyjnych zakupów na rzecz online? Naszym zdaniem nie. Sieci handlowe mają swoje strategie, oparte na doświadczeniach z poprzednich lat. Jednak biorąc pod uwagę jedynie czynniki cenowe, które analizowaliśmy, w sierpniu nie zaproponowały one takich promocji, które mogłyby do sieci przyciągnąć dużą grupę klientów. Czy bardziej atrakcyjnych ofert należy spodziewać się dopiero we wrześniu, na co wskazują komunikaty sieci detalicznych, sprawdzimy w naszym kolejnym barometrze – podsumowuje Mateusz Mańkowski.

Miłe złego początki

Na tapecie jest szereg istotnych wydarzeń, ale gwoździem programu w tym tygodniu może być tylko polityka monetarna USA. Fed na kończącym się w środę posiedzeniu zetnie stopy procentowe o 25 pb i do przedziału 1,75-2,00 proc. Taka ocena nie budzi kontrowersji wśród inwestorów, ale rynek jest mocno podzielony odnośnie do retoryki władz monetarnych i ich przyszłych kroków. Zakładamy, ze prognoz optymalnego poziomu stóp procentowych wyniknie sugestia jeszcze jednej obniżki stóp procentowych w 20119 roku a prezes Fed zaprezentuje stanowisko, że polityka będzie prowadzona w taki sposób by zapewnić trwałość ożywienia. Taka kombinacja powinna być negatywna dla dolara.

Dolara, który jest mocny w ostatnich kilkudziesięciu godzinach, ale postrzegamy to jako „miłe złego początki.” EUR/USD zszedł ponownie do 1,10. Dziś przed południem zostaną opublikowane ważne dane ze strefy euro. ZEW wskazuje na najsłabsze perspektywy wzrostu od siedmiu lat i brak poprawy w tym zakresie byłby dla euro negatywny. Wspólna waluta potrzebuje wsparcia pod postacią pozytywnych sygnałów z gospodarki by rozpocząć trwałą wspinaczkę na wyższe pułapy. 1,11 to na razie sufit dla kursu i dopiero jego sforsowanie pozwalałoby myśleć o mocniejszym odreagowaniu miesięcy słabości.

Ostatnie umocnienie korygują także waluty Antypodów. Dolar australijski powinien być pod presją rodzących się i rosnących oczekiwań na trzecią w tym roku obniżkę stóp procentowych. Naszym preferowanym sposobem na zdyskontowanie tej pozycji są spadki AUD/JPY. Wynika to z faktu, że jen po najsilniejszym osłabieniu od stycznia doświadczonym w ubiegłym tygodniu jest predysponowany do umocnienia w obliczu kolejnych oczekiwań na łagodzenie ze strony głównych banków centralnych. Dodatkowo widzimy ryzyko pogorszenia się nastrojów inwestycyjnych i dostrzegamy niepokojące symptomy w notowaniach kontraktów na główne indeksy giełdowe. Na marginesie dodajmy, że powinno to skutkować skromnym wzrostem rentowności polskiego długu i osłabieniem EUR/PLN w kierunku 4,35. W koszyku EM w prawdziwych tarapatach znajdzie się natomiast lira turecka. Wystrzał ropy w naszej ocenie nie zostanie wymazany. Okres obniżenia mocy produkcyjnych w Arabii Saudyjskiej przełoży się na spadek zapasów i zacieśnienie rynku. Inwestorzy będą również zmuszeni wyceniać większą dozę ryzyka geopolitycznego. Przecież dotychczas produkcja w Arabii Saudyjskiej była postrzegana jako bezpieczna, wręcz niemożliwa do zachwiania. Wyższe ceny ropy będą zatem ciosem w borykającą się z nierównowagą w bilansie płatniczym lirą. Będą natomiast wsparciem dla dolara kanadyjskiego, korony norweskiej oraz rubla.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers

Nadchodzą czarne chmury

Jeszcze pod koniec zeszłego tygodnia wiele osób cieszyło się z uspokojenia na świecie i umacniającego się złotego. Ten tydzień zupełnie zmienił sytuację. Mamy bardzo istotny dla rynków zamach na saudyjskie rafinerie, ograniczający światową produkcję ropy o 5%. Mamy strajki we Francji, a “na deser” jeszcze słabsze perspektywy na temat pieniędzy, jakie otrzymamy z UE.

Czy zamach na rafinerie rozpocznie światowy kryzys?

Ekonomiści zwracają uwagę, że wstrząs w postaci wzrostu cen ropy o 15%, który obserwujemy od wczoraj, nie będzie neutralny dla światowej gospodarki. Jeżeli ceny szybko się nie uspokoją, poczujemy bardzo silny bodziec inflacyjny. Wzrost cen paliw nie będzie oczywiście równie silny, głównie ze względu na zawarte tam podatki. Nie mniej powinien być zauważalny.

Warto zwrócić uwagę, że wzrost kosztów transportu, który jest z cenami paliw de facto związany, wpływa negatywnie na wzrost gospodarczy. Teoretycznie naprawa uszkodzeń rafinerii powinna być szybka. Problem w tym, że widząc wpływ tego wydarzenia na ceny w wielu miejscach na świecie, może powstać idea zwiększenia zapasów, a to długotrwale zwiększy popyt na ropę i pozwoli dłużej utrzymać zwyżkę cen.

Strajki we Francji

Prezydent Macron pomimo wielu trudności nie porzucił idei reform gospodarczych. Problem w tym, że bardzo często spotyka się z silnymi protestami tych grup, które na tym tracą. Obecnie we Francji trwa próba ujednolicenia systemów emerytalnych, których w tym kraju funkcjonuje aż 42. Jak nietrudno się domyślić, część grup zawodowych straci na tym rozwiązaniu. Na ulice wyszli lekarze, prawnicy i mniej liczni, ale zauważalni, piloci linii lotniczych. Rezultatem jest spotkanie premiera za związkowcami, ale jego zdaniem reformy są konieczne.

Warto przypomnieć, że Francja jest kolejnym krajem, który żyje na kredyt. O ile po kryzysie w 2010 roku dług względem PKB wynosił 85%, teraz znajduje się, pomimo dobrej koniunktury w tym czasie, niewiele poniżej 100%. Warto w tym miejscu przypomnieć, że warunkiem znajdowania się kraju w strefie euro jest znajdowanie się tego parametru poniżej 60%. Jak bardzo jest to fikcja, widać po średniej dla strefy euro, która przekracza 85%.

Mniej dla Polski w unijnym budżecie?

Strumień pieniędzy płynący do Polski z Unii Europejskiej zgodnie z przewidywaniami przysycha. Nie spodziewano się jednak, że będzie się zmniejszał tak szybko. W nowej perspektywie budżetowej na lata 2021-2027 będzie dla Polski przeznaczone średnio o ponad 10 mld złotych mniej niż w obecnym planie 6-letnim. Co więcej, biorąc pod uwagę planowane projekty ekologiczne, może to oznaczać dalszą redukcję tych środków. Warto przypomnieć, że Polska, rozwijając się zdecydowanie szybciej niż średnia Unii Europejskiej, nie może liczyć, że cały czas będzie tak samo preferowana. W długim okresie to negatywna wiadomość dla złotego, aczkolwiek analitycy wiedzieli, że to nie będzie trwać dłużej.

W kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

15:15 – USA – produkcja przemysłowa.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Banki centralne tną stopy

  • ECB obniża stopy procentowe
  • Biała flaga w stosunkach handlowych USA-Chiny
  • Borys Johnson bez większości w brytyjskim parlamencie
Marek Straszak, Portfolio Manager Generali Investments TFI
Marek Straszak, Portfolio Manager Generali Investments TFI

Na rynek akcji i obligacji pozytywnie wpływają decyzje banków centralnych. W czwartek Rada Prezesów Europejskiego Banku Centralnego obniżyła stopy procentowe o 10 punktów bazowych, co było zgodne z prognozami inwestorów. Pod koniec miesiąca spodziewana jest także druga obniżka stóp procentowych przez amerykańską Rezerwę Federalną. Rynki spodziewają się obniżki stóp procentowych o 25 pb.

Borys Johnson, premier Wielkiej Brytanii i orędownik „twardego brexitu”, nie ma już większości w parlamencie. Inwestorzy oceniają porażkę brytyjskiego premiera jako szansę na postęp w procesie negocjacyjnym z Unią Europejską. Kwestią otwartą pozostaje jednak ogłoszony na 31 października ostateczny termin opuszczenia przez Brytyjczyków unijnych struktur.

Po ogłoszeniu wprowadzenia ceł na wybrane towary eksportowe obie strony konfliktu handlowego – USA i Chiny – wysyłają sygnały ocieplania stosunków. Jak podaje Agencja Bloomberg wkrótce mają odbyć się rozmowy bilateralne amerykańskich i chińskich administracji rządowych. Informacje o ociepleniu stosunków pozytywnie wpływają na rynek akcji.

Spowolnienie gospodarcze widać także za oceanem. Sezon wyników za 2Q w Stanach Zjednoczonych (4% wzrost EPS), Japonii (-10% spadek EPS) i w Europie (spadek o -1% EPS) wskazuje na zahamowanie wzrostów na rynku finansowym, a nawet spadki. Uwagę zwracają też dane dotyczące inflacji bazowej, która wbrew prognozom w sierpniu wzrosła.

Spadające stopy procentowe to dobre środowisko dla złota, które jest silnie skorelowane z poziomem stóp procentowych w USA. Na wysoką cenę tego kruszcu, ostatnio ponad 1500 dolarów za uncję, wpływa niespokojna sytuacja rynkowa i poluzowanie polityki monetarnej przez banki centralne.

Gołębia polityka ECB zgodna z oczekiwaniami rynku

Europejski Bank Centralny obniża stopy depozytowe o 10 pb. i zapowiada program luzowania ilościowego

Rekordowa sprzedaż obligacji detalicznych w sierpniu finansuje budżet i prefinansowania na rok 2020

Tomasz Pawluć, Zarządzający Funduszami Dłużnymi Generali Investments TFI
Tomasz Pawluć, Zarządzający Funduszami Dłużnymi Generali Investments TFI

Europejski Bank Centralny nie zaskoczył rynków. Przed posiedzeniem rady prognozowano obniżki stopy depozytowej o 10 pb. (konsensus ankiety Bloomberga). Zakładano także uruchomienie programu QE w skali 30 mld euro netto miesięcznie.

Zgodnie z oczekiwaniami Rada Prezesów podjęła kolejne działania zmierzające do luzowania polityki pieniężnej. Obniżono stopę depozytową o 10 pb. (z poziomu -0,40 do -0,50). Rada wydłużyła też preferencyjne warunki pożyczek dla banków (TLTR3) i ponownie uruchomiła program skupu aktywów. W ramach programu luzowania ilościowego (QE) Europejski Bank Centralny przeznaczy 20 mld euro netto miesięcznie na skup obligacji. Program QE zostanie uruchomiony w listopadzie. Zaskoczeniem był fakt, iż nie określono jego końcowego terminu informując, że będzie prowadzony „tak długo jak będzie to konieczne”, co w praktyce będzie oznaczać, że zakończy się, kiedy oczekiwania inflacyjne zbliżą się do poziomu 2 procent. W komunikacie ECB poinformował także o wprowadzeniu tak zwanego tieringu, czyli mechanizmu dotyczącego oprocentowania rezerw banków komercyjnych na rachunkach w banku centralnym. Mechanizm ma zapobiegać stratom banków. W naszej opinii decyzja ECB ma umożliwić stymulus fiskalny rządom strefy euro. Niższe koszty obsługi długu publicznego pomogą głównie państwom peryferyjnym, chociaż i tak w powszechnej opinii spowolnieniu wzrostu gospodarczego w całym Eurolandzie może przeciwdziałać zwiększenie wydatków budżetowych przez Niemcy.

Na lokalnym rynku resort finansów w sierpniu przeprowadził jedną aukcję zamiany  sprzedając obligacje skarbowe o wartości 5,52 mld zł. Planowana jest jeszcze jedna aukcja zamiany. Już dziś dzięki tej transakcji Ministerstwo sfinansowało potrzeby finansowe na ten rok i prefinansowało 20 proc. potrzeb pożyczkowych na przyszły rok.

W sierpniu Ministerstwo Finansów sprzedało detaliczne obligacje oszczędnościowe o łącznej wartości 1,75 mld zł – to najwyższy poziom w historii. Największą popularnością cieszyły się obligacje 4-letnie. To bardzo dobry wynik i spodziewam się, że będzie jeszcze poprawiany w kolejnych miesiącach.

18 września swoją decyzję w sprawie stóp procentowych ogłosi Fed. Rynki spodziewają się kolejnej obniżki stóp procentowych o 25 pb.

Ponad 8 tys. złotych pensji i kolejki po usługi specjalistów – rynek programistów w Polsce

Małe firmy, które nie potrzebują programistów na co dzień lub nie mogą pozwolić sobie na ich zatrudnienie, korzystają zwykle z usług zewnętrznego specjalisty. Takie przedsiębiorstwa coraz częściej są gotowe dostosować się do wolnych terminów wykonawcy usługi. Najczęściej zlecają mu stworzenie dedykowanego oprogramowania, a najbardziej poszukiwani są ci, którzy znają języki C/ C++ oraz JAVA – wynika z raportu Oferteo.pl. Specjaliści w tych obszarach mogą liczyć na miesięczne dochody przekraczające przeciętnie 8 tysięcy złotych.

Rynek pracy programistów i zarobki w branży

Zapotrzebowanie na specjalistów IT jest wciąż bardzo duże. Według danych Komisji Europejskiej liczba wakatów czekających na obsadzenie przez programistów wyniesie w Europie w 2020 roku aż 825 tysięcy. KE wskazuje, że wynika to między innymi z faktu, że systemy edukacji nie nadążają za zachodzącymi zmianami w sektorze nowych technologii.

Branża IT kusi więc nie tylko perspektywą łatwego znalezienia zatrudnienia, ale też zarobkami. Wynagrodzenia programistów różnią się w zależności od wielu czynników, takich jak staż pracy i doświadczenie, wykształcenie czy też wielkość firmy, w której są zatrudnieni lub na rzecz której świadczą usługi. Jak natomiast wyglądają zarobki specjalistów posługujących się konkretnymi językami programowania[1]?

  • Programista C/C++ – 8 150 zł
  • Programista Java – 8 200 zł
  • Programista Python – 8 230 zł
  • Programista Ruby – 7 390 zł
  • Programista aplikacji mobilnych – 7 930 zł
  • Programista aplikacji iOS – 7 510 zł
  • Programista baz danych – 8 040 zł
  • Programista Perl – 7 980 zł

Jakich usług potrzebują firmy?Czego dotyczy zlecenie

Według analizy Oferteo.pl, największego polskiego portalu łączącego poszukujących usług z ich dostawcami, małe firmy bardzo chętnie korzystają z usług zewnętrznego specjalisty. Najczęściej zlecają one stworzenie dedykowanego oprogramowania (53% zapytań), aplikacji mobilnej (32%) lub bazy danych (10%).

Programy mają być tworzone głównie z myślą o komputerach osobistych z systemem Windows – z takim zleceniem zgłaszało się w ciągu ostatniego roku 45% firm. Z kolei 29% użytkowników Oferteo oczekiwało produktu dostosowanego do systemu Android, a 17% – IOS. Jedynie 9% badanych szukało specjalisty do stworzenia programu dla MAC’a.

Pilne zapotrzebowanie

Czas jest bardzo ważny dla przedsiębiorców zlecających usługi programistyczne. 49% z nich deklarowało, że zależy im na jak najszybszej realizacji zlecenia, a tylko 9% zleceniodawców było gotowych na kilka dni oczekiwania. Firmy zdają sobie jednak sprawę z tego, że informatycy muszą realizować bardzo dużo zleceń dla różnych podmiotów i aż 39% z nich oświadczyło, że dostosuje się do wolnych terminów specjalisty.

To, jak priorytetową sprawą dla firm jest szybka realizacja usługi informatycznej, nie powinno nikogo dziwić. Często brak odpowiedniego przygotowania w dziale IT blokuje duży obszar działania całego przedsiębiorstwa – zwraca uwagę Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. – Firmy powinny być na to przygotowane i konkretne działania oraz zlecenia planować z odpowiednim wyprzedzeniem.

Języki programowania, których znajomości najczęściej oczekiwano od programistów, to C/C++ wskazywane przez 21% ankietowanych, PHP z wynikiem 19% oraz JAVA, którą zaznaczało 18% zleceniodawców.

Metodologia badań

Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 300 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl przez podmioty poszukujące usług programistycznych.

[1] Https://wynagrodzenia.pl/moja-placa, wszystkie podane kwoty są medianami miesięcznych wynagrodzeń brutto. Mediana, a więc wartość środkowa, dzieli badaną populację na pół. Poniżej i powyżej mediany znajduje się dokładnie po 50% danych.