Olle Segerdahl, główny konsultant ds. bezpieczeństwa w F-Secure
– Badacze ds. cyberbezpieczeństwa z F-Secure odkryli problem w zabezpieczeniach komputerów największych producentów, który umożliwia hakerom przejęcie danych z dysku, nawet jeżeli były zaszyfrowane. Cyberprzestępcom wystarczy zaledwie 5 minut fizycznego dostępu, aby przeprowadzić atak.
Problem wynika z braku odpowiednich zabezpieczeń w procesie uruchamiania systemu, co pozwala wykonać znany już od dekady atak nazywany „Cold Boot” (ang. cold – zimny, boot – uruchomienie komputera) [1]. Producenci sprzętu wprowadzili między innymi szyfrowanie dysku za pomocą narzędzi takich jak BitLocker, aby uniemożliwić uzyskanie dostępu, jednak eksperci F-Secure odkryli, że z niewielką modyfikacjąCold Boot można nadal skutecznie przeprowadzić.
Laptopy na celowniku
Problem dotyczy niemal wszystkich użytkowników komputerów, ale szczególnie zagrożone są firmy i organizacje. W świetle nowego odkrycia każdy zgubiony czy skradziony służbowy laptop stanowi ryzyko, gdyż najprawdopodobniej zawiera wrażliwe dane, np. uwierzytelniające dostęp do firmowej sieci.
– Firmy rzadko przygotowane są na fizyczny atak hakerów – mówi Olle Segerdahl, główny konsultant ds. bezpieczeństwa w F-Secure, który odkrył problem. – Tymczasem zagrożenie może stanowić każdy komputer zostawiony w pokoju hotelowym czy skradziony na lotnisku podczas podróży służbowej. Przetestowaliśmy laptopy największych producentów i za każdym razem uzyskaliśmy dostęp. To oznacza, że zdecydowana większość organizacji jest w grupie ryzyka – dodaje Segerdahl.
Jednocześnie nie ma prostego sposobu ochrony urządzeń przed zagrożeniem. O swoim odkryciu F-Secure powiadomił firmy Intel, Microsoft i Apple, jednak problem nie wynika z pojedynczej luki w oprogramowaniu i Sagerdahl nie spodziewa się natychmiastowego rozwiązania. Jak zaznacza, producenci powinni lepiej chronić użytkowników przed atakami, w których zakładamy fizyczny dostęp hakerów do komputera. Jednak w niektórych przypadkach może to wymagać zmian na poziomie sprzętowym, niemożliwych do zastosowania w modelach dostępnych obecnie na rynku.
Jak chronić się przed atakiem?
Największe ryzyko wiąże się z zostawianiem „uśpionego” komputera. Ma to związek z kluczami szyfrującymi dane – w tym trybie pozostają one w pamięci RAM, więc są możliwe do odczytania przez cyberprzestępcę. W celu uzyskania praktycznie nieograniczonego dostępu do zawartości komputera: haseł, dokumentów czy danych, wystarczy wówczas uruchomić odpowiedni program za pomocą pamięci USB lub w inny sposób skopiować zawartość nadal zasilanej pamięci RAM, w której znajdują się klucze szyfrujące. Natomiast gdy komputer przechodzi w stan hibernacji lub zostaje wyłączony, klucze szyfrujące przenoszone są z pamięci RAM na zaszyfrowany dysk twardy. Użytkownicy powinni więc tak skonfigurować sprzęt, aby laptopy automatycznie wyłączały się lub przechodziły w stan hibernacji, gdy nie są używane. Warto również zadbać o funkcję dodatkowego uwierzytelniania przed startem systemu, np. przez nadanie kodu PIN w programie BitLocker.
– Równie ważne jest uświadamianie o zagrożeniu pracowników, zwłaszcza kadry kierowniczej i podróżujących służbowo. Działy IT powinny mieć także gotowy plan działania w sytuacji zgubienia czy kradzieży firmowego komputera, aby zdalnie zablokować konto użytkownika i starać się zminimalizować ryzyko wycieku danych. Wierzymy, że upublicznienie naszego odkrycia to najszybszy sposób dotarcia do użytkowników, a także zwrócenia uwagi na problem niewystarczających zabezpieczeń w obecnych modelach komputerów – podsumowuje Olle Segerdahl.\
Konsultanci ds. bezpieczeństwa F-Secure Olle Segerdahl i Pasi Saarinen przedstawią wyniki swoich badań 13 września na konferencji SEC-T w Szwecji oraz 27 września na konferencji Microsoft BlueHat v18 w USA.
[1] Atak polega na odczytaniu danych z pamięci RAM po odcięciu zasilania, np. gdy komputer zostaje ponownie uruchomiony bez zamknięcia systemu. Wymaga schłodzenia pamięci do minusowych temperatur, co daje hakerowi kilka minut na odczytanie danych.
Temat bezpiecznej aparatury niskiego napięcia był szeroko omówiony na konferencji prasowej zorganizowanej przez Sekcję Producentów Aparatury Elektrycznej (SPAE) przy Krajowej Izbie Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji (KIGEiT) podczas drugiego dnia 31 Międzynarodowych Targów Energetycznych Energetab 2018. Konferencja zgromadziła liczną grupę przedstawicieli mediów branżowych oraz stowarzyszeń, izb gospodarczych, producentów i innych uczestników rynku. Konferencję otworzył i zebranych powitał Stefan Kamiński, Prezes KIGEiT. Wśród prelegentów byli członkowie Sekcji SPAE oraz przedstawiciele Departamentu Nadzoru Rynku Urzędu Ochrony Konkurencji, Biura Badawczego ds. Jakości SEP-BBJ oraz SHE Związku Pracodawców Dystrybucji Elektrotechniki.
Celem konferencji było m.in. zwrócenie uwagi uczestników rynku na coraz bardziej powszechną obecność na europejskim rynku elektrotechnicznym, aparatów elektrycznych niskiego napięcia, które nie spełniają wymogów technicznych i deklarowanych parametrów. Z jednej strony ww. aparaty mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia i mienia użytkowników, z drugiej, poprzez nieuczciwą konkurencję, wypierają z rynku aparaty bezpieczne i pełnowartościowe.
Na poziomie Europy, na ww. problem zwrócili uwagę członkowie inicjatywy MSSI Electrical, którą przedstawił Wojciech Świątek, Przewodniczący Sekcji SPAE w KIGEiT. Inicjatywa powstała w 2012r. Wśród zaangażowanych firm są ABB, Benedict, Dehn, Eaton, Hager, Legrand, Schneider Electric, Siemens oraz europejskie (m.in. Orgalime, CECAPI) i krajowe organizacje branżowe (w Polsce KIGEiT). Dziś inicjatywa jest obecna w ponad 20 krajach Europy i można stwierdzić, że rozpatrywane problemy są bardzo podobne. Mają jednak różne nasilenie, w zależności od dojrzałości lokalnego rynku elektrotechnicznego i jego historycznego ukształtowania. W niektórych rozwiniętych krajach, jak Niemcy, duży nacisk kładzie się na to, aby produkty posiadały nie tylko znak CE, ale także, aby ich jakość była potwierdzona przez niezależne jednostki badawcze np. VDE czy TUV.
Ważnym zadaniem inicjatywy MSSI Electrical, jest więc monitorowanie lokalnych rynków w zakresie ww. produktów, zlecanie wykonania badań celowych produktów, oraz informowanie lokalnych organów nadzoru rynku (w Polsce m.in. UOKiK) o możliwych zagrożeniach. Przedstawiciele MSSI Electrical współpracują z odpowiednimi organami Unii Europejskiej, aby zwrócić uwagę na powszechny problem z bezpieczeństwem aparatów elektrycznych niskiego napięcia i wspólnie szukać jego rozwiązania.
W Polsce, inicjatywa MSSI Electrical została wdrożona przez Sekcję SPAE KIGEiT. Działalność Sekcji przedstawił Marek Tabaka, Członek Zarządu SPAE. Na początku Sekcja skupiła się na dwóch typach aparatów: wyłącznikach nadprądowych i różnicowoprądowych, szeroko dostępnych zarówno dla konsumentów, jak i fachowców branżowych, stosowanych w budownictwie mieszkaniowym i przemysłowym. W wyniku przeprowadzonych w SEP-BBJ wybranych typów badań dla 23 produktów każdego typu wyłącznika, pobranych z rynku, otrzymano zatrważające dane: w przypadku wyłączników nadprądowych badań nie przeszło 43% aparatów, w przypadku różnicowoprądowych aż 56% (opis badań oraz analiza wyników zostały szeroko opisane w oddzielnych artykułach, które są dostępne min. na stronie internetowej KIGEiT). Informacja na temat wyników ww. badań została przekazana do UOKiK, który podjął niezbędne działania, zarówno jeśli chodzi o wyłączniki nadprądowe, jak i różnicowoprądowe, w wyniku których wydane zostały stosowne decyzje administracyjne (https://decyzje.uokik.gov.pl/bp/dec_prez.nsf).
Ważnym punktem konferencji było wystąpienie Katarzyny Bednarz, przedstawicielki Departamentu Nadzoru Rynku UOKiK pt. „System nadzoru rynku w obszarze sprzętu elektrycznego niskiego napięcia – zmiany przepisów”. Przypomniano kluczowe obowiązki uczestników rynku: producenta, importera oraz dystrybutora zwracając uwagę na zakres ich odpowiedzialności za wprowadzanie produktów na rynek w świetle obowiązujących przepisów; wspomniano o możliwości nałożenia kar za niedopełnienie obowiązków i wprowadzenie na rynek lub dystrybucję produktu niezgodnego z obowiązującymi wymaganiami.
Zwrócono także uwagę na nową ustawę z dnia 15 czerwca 2018 r. o zmianie ustawy o systemach oceny zgodności i nadzoru rynku oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. z 2018 r. poz. 1338). Znowelizowane przepisy nt. krajowego systemu nadzoru rynku obowiązują niespełna 2 miesiące, od 19 lipca 2018 r. Ważną zmianą, o której trzeba wspomnieć jest „możliwość wszczęcia postępowania administracyjnego na podstawie innych dostępnych informacji, gdy wynika z nich, że wyrób nie spełnia wymagań, a został wprowadzony do obrotu przez podmiot gospodarczy mający siedzibę na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej”. Innymi słowy do wszczęcia postępowania Urząd będzie mógł wykorzystywać otrzymane materiały/dowody np. wyniki już przeprowadzonych badań w akredytowanym laboratorium, co powinno w znacznym stopniu przyczynić się do skrócenia czasu reakcji organu nadzoru rynku i przyspieszyć proces eliminowania z rynku nieprawidłowości.
Temat bezpieczeństwa aparatów elektrycznych niskiego napięcia kontynuował pan Marcin Ocioszyński, Dyrektor Biura Badawczego ds. Jakości Stowarzyszenia Elektryków Polskich w wystąpieniu pt. „Zapewnienie bezpieczeństwa aparatów elektrycznych niskiego napięcia poprzez badania w akredytowanym laboratorium”. Dyrektor BBJ zwrócił uwagę, że znakowanie CE, bazujące tylko na samoocenie, nie gwarantuje bezpieczeństwa wyrobu. Tej gwarancji nie daje również samo badanie próbki wyrobu przez akredytowane laboratorium, nawet jeżeli towarzyszy mu certyfikat zgodności. Jest to tylko informacja dla producenta/dostawcy. Właściwe zapewnienie jakości i bezpieczeństwa wprowadzanych do obrotu wyrobów daje dopiero certyfikacja na zastrzeżony znak akredytowanej jednostki certyfikującej, np. „SEP-BBJ”. Certyfikacja taka obejmuje badanie typu wyrobu wg właściwej normy, ocenę warunków produkcji oraz nadzór w całym okresie ważności certyfikacji, połączony z coroczną oceną w miejscu produkcji i badaniami kontrolnymi wyrobów. Dyrektor BBJ rozwinął na tym tle informację na temat różnych typów programów certyfikacji oraz głównych obszarów ich wykorzystania
Interesującym dopełnieniem omawianego tematu było wystąpienie pana Tomasza Boruca Dyrektora Zarządzającego SHE Związku Pracodawców Dystrybucji Elektrotechniki pt. „Jak dystrybucja jako uczestnik rynku włącza się w proces dbania o jakość i bezpieczeństwo produktów”. Obecnie dystrybucja pełni bardzo ważną rolę w udostępnianiu na rynek szerokiej gamy oferty materiałów technicznych z różnych dziedzin (elektrycznej, sanitarnej, grzewczej, budowlanej itd.) – wraz z produktami pracownicy dystrybucji przekazują klientom szereg ważnych informacji, jak certyfikaty, dane techniczne, instrukcje i wytyczne montażu. Podjęta przez związki hurtowni branży elektrycznej: SHE, instalacyjno-grzewczej: ZHI oraz budowlanej: Polskie Składy Budowlane, inicjatywa firm dystrybucyjnych „Nie wstydzę się tego co sprzedaję” stawia sobie za cel eliminację z profesjonalnej dystrybucji materiałów niespełniających wymagań technicznych lub formalnych, obejmującą nie tylko aparaty elektryczne, ale także szeroką ofertę dystrybucji dla rynku budownictwa. To podkreśla, jak ważny jest spojrzenie na bezpieczeństwo z punktu widzenia różnych produktów oraz różnych uczestników rynku w tym dystrybucji.
Należy także wspomnieć o podobnych inicjatywach jak MSSI Electrical, które mają miejsce na rynku polskim: Związek Producentów Sprzętu Oświetleniowego Pol-Lighting bada produkty w zakresie oświetlenia LED, a Polska Izba Gospodarcza Elektrotechniki w zakresie produktów instalacyjnych niskiego napięcia m.in. kabli.
Więcej informacji o inicjatywie można znaleźć na stronie internetowej www.kigeit.org.pl oraz pod linkami:
Artykuł na temat wyników przeprowadzanych badań dotyczących wyłączników nadprądowych
Vienna House, największa austriacka sieć hotelowa, inwestuje w podniesienie standardu hoteli w Krakowie i Katowicach. Goście korzystają z odnowionych obiektów, które oferują stylowy design, odzwierciedlający najnowsze trendy.
W 2018 r. Vienna House zainwestowała ponad 4 miliony EUR w renowację trzech z pięciu hoteli w Polsce – Vienna House Andel’s Cracow oraz Vienna House Easy Cracow i Katowice. Obiekty oferują podniesiony standard, znakomity design oraz wiele usług, aby zaspokoić potrzeby gości biznesowych i turystycznych. Wszystkie zmiany zostały zrealizowane z myślą o wymaganiach nowoczesnych, kosmopolitycznych podróżujących, którzy oczekują od obiektów noclegowych unikalnej atmosfery, nowoczesnych technologii i unikalnego stylu.
„Polski rynek hotelarski staje się coraz bardziej konkurencyjny. Vienna House jest jedną z największych sieci hotelowych w Polsce, jednakże każdy z naszych hoteli posiada swój własny charakter i design. Naszym głównym celem jest inspirować naszych gości, również poprzez ciągłe udoskonalanie standardu i oferowanie nowych usług.” – przyznaje Tomasz Piórkowski, Dyrektor Regionalny Vienna House. Dodaje: „W 2019 r. Vienna House będzie kontynuować inwestycje w Polsce. Planujemy odświeżenie pokoi w Vienna House Andel’s Cracow i remont części wspólnej w Vienna House Easy Cracow. Również nadmorski Vienna House Amber Baltic Miedzyzdroje przejdzie generalną renowację.”
Vienna House Easy – nowy miejski design
Dwa polskie hotele Vienna House Easy w Krakowie i Katowicach reprezentują swobodny i świeży styl linii hotelowej Vienna House Easy. Całkowicie odnowione pokoje Vienna House Easy Cracow są teraz bardziej nowoczesne i jeszcze bardziej funkcjonalne. Zostały one przygotowane w trzech kolorach: pomarańczowym, niebieskim oraz żółto-zielonym. Otrzymały również krakowskie akcenty w wystroju wnętrz. Wszystkie pokoje zostały wyposażone w modułowe łóżka z możliwością łączenia ich materacy. Wartość inwestycji wynosi 1820000 EUR. W przyszłym roku planowana jest renowacja lobby oraz centrum konferencyjnego.
W Vienna House Easy Katowice cały parter zyskał nowe oblicze. Wystrój lobby jest kombinacją elementów drewnianych i industrialnych oraz przytulnych, kolorowych mebli. Lobby płynnie łączy się z nowoczesnym Lobby Barem. W ramach remontu zostały wymienione również wszystkie meble, żyrandole oraz wykładziny w lobby, barze i restauracji. Renowacja była przygotowana przez dział Projektowy Vienna House. W przyszłym roku planowane jest odświeżenie części konferencyjnej.
Nowy, jeszcze bardziej nowoczesny wygląd Vienna House Andel’s Cracow
Parter Vienna House Andel’s Cracow, który jest wizytówką hotelu, został kompletnie wyremontowany w 2018 r. Nie tylko restauracja uzyskała nowy wygląd i stała się lokalem oddającym hołd kulturze kalifornijskiej. Lobby jako serce hotelu otrzymało stół do wspólnej pracy, eleganckie żyrandole, przyciągające wzrok graffiti na ścianie między lobby a restauracją, oraz mnóstwo roślin. Bar stał się przytulnym Barem Smok, który oferuje unikalną możliwość przygotowania własnego przepisu na koktajl, który zostaje włączony do sprzedaży. Jego nazwa odwołuje się do kultowego lokalu, który znajdował się w tej lokalizacji w czasach PRL.
Z kolei wystrój restauracji Mavericks Cracow stanowi połączenie drewnianych i industrialnych, stalowych elementów dekoracyjnych z motywami roślinnymi i nawiązuje do stylu kalifornijskiego. Również kuchnia jest mieszanką wpływów europejskich, meksykańskich i azjatyckich, niczym w Słonecznym Stanie.
Nowy design hotelu został zaprojektowany przez wiedeńskie biuro BEHF Architects. W przyszłym roku prace remontowe obejmą wszystkie pokoje Vienna House Andel’s Cracow.
Technologia blockchain wprowadzona, aby zaktualizować działanie Portalu VGM (Verified Gross Mass)
Praktyczne doświadczenie z technologią blockchain w ramach produkcji magazynowej
Ulepszone rozwiązanie z nowymi funkcjami i uwydatnioną przejrzystością
Kuehne + Nagel po raz pierwszy wykorzystuje korzyści technologii blockchain na wielką skalę operacyjną, obsługując przy jej pomocy 800.000 transakcji miesięcznie, jednocześnie firma aktualizuje swój ugruntowany już portal VGM. Ulepszone rozwiązanie zapewnia spedytorom nowe funkcje, które zwiększyły wygodę ich działań, jak i, stopień transparentności statusów VGM wszystkich przesyłek klientów i historii przechowywanych informacji. Wszystkie informacje wprowadzane przez portal są przechowywane w łańcuchu, co umożliwia korzystanie z wewnętrznych interfejsów blockchain w celu wymiany danych z trzecimi stronami, pozbywając się tym samym konieczności wykorzystywania dodatkowych kanałów komunikacyjnych. Kuehne + Nagel zaprojektowało rozwiązanie, aby w pełni odpowiedzieć na wymagania branżowe dotyczące poufności i prywatności danych, z dopełnieniem natury technologii blockchain, którymi są trwałość i identyfikowalność danych.
Martin Kolbe, Dyrektor IT Kuehne + Nagel International AG: “Lista obietnic związanych z wykorzystaniem technologii blockchain w branży logistycznej jest długa, ale rzadko spotykane jest jej praktyczne wykorzystanie. Portal VGM, rozwiązanie Kuehne + Nagel, wspólnie zaprojektowane przez ekspertów spedycji morskiej oraz nasz zespół IT pozwala nam zdobyć praktyczne doświadczenie w wykorzystaniu technologii blockchain przy wielu transakcjach w wewnętrznym środowisku produkcyjnym. Technologia przynosi korzyści naszym klientom, stanowiąc w pełni bezpieczne rozwiązanie do wymiany informacji z trzecimi stronami, ze zwiększoną efektywnością i wyższą transparentnością. Kuehne + Nagel angażuje się w wiele projektów z użyciem technologii blockchain, prowadzonych z naszymi Klientami, dostawcami, jak i, organami rządowymi, odnoszących się do wymagań branży logistycznej w ramach najróżniejszych aspektów, jako że pełen potencjał technologii blockchain może być wykorzystany jedynie współpracując z partnerami biznesowymi. Najlepszym tego przykładem jest nasze zaangażowanie w konsorcjum pracujące nad digitalizacją dokumentu przewozowego dla spedycji morskiej. Korzystanie z portalu VGM w oparciu o technologię blockchain w środowisku wysokiego zaangażowania operacyjnego systemu dostarcza wartościowej wiedzy i ekspertyzy w rozwijaniu wspólnej implementacji blockchain.”
Kuehne + Nagel udostępniło pierwszą wersję portalu VGM w 2016 roku, aby umożliwić spedytorom wygodne rozwiązanie do wypełniania deklaracji VGM, które są wymagane przy przesyłkach morskich w wyniku Międzynarodowej Konwencji o Bezpieczeństwie Życia na Morzu (SOLAS). Teraz, wykorzystanie technologii blockchain umożliwia dalszą wymianę danych między różnymi partnerami.
Porządkując samochód czy biuro, niejednokrotnie zdarza się przedsiębiorcom odnaleźć faktury kosztowe sprzed kilku miesięcy. Powstaje wówczas pytanie – czy można je jeszcze zaksięgować? Szkoda tracić szansę na obniżenie podatku, dlatego warto sprawdzić, jak postępować w takich przypadkach.
Dwa aspekty rozliczeń
Na gruncie podatkowym faktura kosztowa podlega zarówno przepisom ustawy o VAT, jak również ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (PIT). Rozpatrując możliwość księgowania odnalezionej faktury, należy zatem pamiętać o różnicach w księgowaniu dla celów podatku VAT oraz PIT.
ASPEKT 1. – Księgowanie odnalezionej faktury kosztowej w VAT
Odliczenie VAT z odnalezionej faktury jest możliwe jeśli:
zakup służył działalności opodatkowanej,
jest prawidłowo udokumentowany, czyli faktura posiada dane wymagane przepisami (m.in. określenie nabywcy i sprzedawcy, stawkę i kwotę VAT, wartość sprzedaży).
Jednak to, czy zaksięgowanie będzie wymagało cofnięcia się do okresu pierwotnego otrzymania faktury czy też nie, zależy od tego, kiedy faktura po raz pierwszy trafiła do przedsiębiorcy.
Faktura z poprzedniego miesiąca
Odliczenie z faktury zakupowej podatku naliczonego VAT przysługuje w dacie otrzymania faktury lub w jednym z dwóch kolejnych okresów rozliczeniowych (miesiącach lub kwartałach, w zależności od zadeklarowanego w urzędzie sposobu rozliczania VAT). Zatem w sytuacji, gdy fakturę otrzymano w miesiącu poprzednim, za który złożono już deklarację VAT i JPK_VAT, można ująć ją w rejestrze zakupów VAT w bieżącym miesiącu, ponieważ nie minęły jeszcze ustawowe dwa okresy rozliczeniowe.
Przykład 1,:
Pan Karol rozlicza VAT miesięcznie. W sierpniu otrzymał fakturę kosztową, ale przez natłok obowiązków zapomniał ją zaksięgować. Odnalazł dokument dopiero we wrześniu. Czy może go zaksięgować w rejestrze zakupów VAT?
Tak, podatnik może ująć fakturę zakupu w Rejestrze zakupów VAT w dacie wrześniowej (a nawet październikowej), jako że odliczenie VAT przysługuje w dacie otrzymania faktury lub w jednym z dwóch kolejnych miesięcy.
Faktura sprzed dwóch miesięcy/kwartałów
W sytuacji, kiedy od daty pierwotnego otrzymania faktury upłynęły więcej niż dwa okresy rozliczeniowe, przedsiębiorca nie traci bezwzględnie szansy na odliczenie VAT. Mimo, że ustawowy okres minął, VAT z odnalezionej faktury po dwóch miesiącach/kwartałach wciąż można odliczyć. Wymaga to jednak cofnięcia się do okresu pierwotnego, a następnie sporządzenia korekt deklaracji VAT-7/VAT-7K oraz korekt JPK_VAT, a następnie ponownego ich przesłania do Ministerstwa Finansów. Warto pamiętać, że odliczenie VAT od zakupów jest prawem podatnika. Dlatego też jeżeli przedsiębiorca nie chce korygować złożonych wcześniej deklaracji, nie musi korzystać z odliczenia VAT przy tej fakturze. Oczywiście taka możliwość dotyczy wyłącznie faktur kosztowych.
Przykład 2.:
Pan Karol rozlicza VAT miesięcznie. W lutym otrzymał fakturę kosztową, ale została w schowku samochodowym i nie zaksięgowano jej. Pan Karol odnalazł ją dopiero we wrześniu. Czy może ją zaksięgować w rejestrze zakupów VAT?
Tak, podatnik może ująć fakturę zakupu w Rejestrze zakupów VAT, ale konieczne będzie cofnięcie się do okresu, w którym pierwotnie otrzymał fakturę, czyli do lutego. Spowoduje to konieczność złożenia korekty deklaracji VAT-7 oraz pliku JPK_VAT za luty. W wyniku złożonej korekty może powstać nadpłata w podatku VAT – do rozliczenia w kolejnych okresach.
Wyjątki na gruncie VAT
Od opisanych wyżej możliwości odliczenia VAT z odnalezionych faktur istnieją wyjątki. Zasady te nie dotyczą faktur zagranicznych oraz krajowych z odwrotnym obciążeniem. Zatem jeżeli odnaleziona faktura dotyczy zakupu towarów lub usług objętych odwrotnym obciążeniem na gruncie podatku VAT, należy przede wszystkim cofnąć się do okresu, w którym powstał obowiązek podatkowy i wykazać VAT należny po stronie Rejestru sprzedaży. VAT do odliczenia zaksięgujemy natomiast w zależności od tego, jak długo faktura leżała zapomniana. Jeżeli mniej niż trzy miesiące wraz z VAT-em należnym można wykazać VAT naliczony. Jest to transakcja neutralna dla podatku VAT, ale wymaga złożenia korekt deklaracji VAT oraz JPK_VAT. Gdy minęło jednak więcej niż trzy miesiące, wówczas VAT należny (czyli po stronie sprzedaży) wykazuje się w wstecz, a VAT naliczony (po stronie zakupów) – na bieżąco. Poza koniecznością złożenia korekt deklaracji i pliku JPK, powoduje to również konieczność dopłaty podatku wraz z odsetkami.
Przykład 3.:
Pan Karol rozlicza VAT miesięcznie. W lutym zakupił usługę reklamową i otrzymał fakturę kosztową od kontrahenta zagranicznego z Irlandii, ale zapomniał ją wydrukować i nie zaksięgowano jej. Pan Karol przypomniał sobie o niej dopiero we wrześniu. Czy może ją zaksięgować dla celów VAT we wrześniu?
Nie, ponieważ od daty powstania obowiązku podatkowego z tytułu importu usług minęło już ponad trzy miesiące. Podatnik musi cofnąć się do lutego i dokonać naliczenia VAT według polskiej stawki w Rejestrze sprzedaży VAT za luty. Następnie może ująć zapis w Rejestrze zakupów VAT, ale nie może tego dokonać w lutym. Fakturę po stronie Rejestru zakupów VAT podatnik ujmuje w miesiącu bieżącym, czyli wrześniu. Spowoduje to konieczność złożenia korekty deklaracji VAT-7 oraz pliku JPK_VAT za luty. W wyniku złożonej korekty wystąpi konieczność dopłaty podatku VAT do urzędu wraz z ewentualnymi odsetkami.
ASPEKT 2 – Księgowanie odnalezionej faktury kosztowej w podatku dochodowym
W przypadku podatku dochodowego, stałym okresem rozliczeniowym jest rok (najczęściej rok kalendarzowy). Stąd też dla celów ustalenia czy odnalezioną fakturę można zaksięgować w pierwszej kolejności, należy sprawdzić datę jej wystawienia – czy dotyczy roku bieżącego czy też lat ubiegłych.
Faktura kosztowa odnaleziona w roku, którego dotyczy
Jeżeli odnaleziona faktura dotyczy tego samego roku co data jej wystawienia, wówczas można ją zaksięgować do księgi przychodów i rozchodów w dacie odnalezienia, czyli bez konieczności cofania się do poprzednich okresów i korygowania wyliczonych już zaliczek na podatek dochodowy.
Przykład 4.:
Pan Karol w sierpniu 2018 roku otrzymał fakturę kosztową dotyczącą zakupu materiałów biurowych, ale przez natłok obowiązków zapomniał jej zaksięgować. Odnalazł ją dopiero we wrześniu 2018 roku. Czy może ją zaksięgować w KPiR?
Tak, podatnik może ująć fakturę zakupu w KPiR w dacie wrześniowej, jako że koszt dotyczy roku 2018, który jeszcze nie uległ zamknięciu.
Faktura kosztowa odnaleziona w latach kolejnych
W przypadku gdy faktura kosztowa, którą odnaleźliśmy przy okazji robienia porządków, dotyczy lat ubiegłych – nie można jej zaksięgować w okresie odnalezienia. Koszt nie jest utracony, jednak aby móc z niego skorzystać, konieczne jest cofnięcie się do roku, którego koszt dotyczy, dokonanie wpisu w podatkowej księdze przychodów i rozchodów pod datą ostatniego dnia roku, a następnie skorygowanie złożonych już zeznań rocznych (czyli PIT-36 lub PIT-36L, jeżeli przedsiębiorca wybrał rozliczanie podatkiem liniowym).
Przykład 5.:
Pan Karol w lutym 2017 roku otrzymał fakturę kosztową dotyczącą zakupu wycieraczek i oleju do samochodu firmowego, ale została w schowku samochodowym i nie zaksięgowano jej. Pan Karol odnalazł ją dopiero we wrześniu 2018 roku. Czy może ją zaksięgować w KPiR?
Podatnik nie może ująć faktury zakupu w KPiR we wrześniu 2018 roku, jako że koszt dotyczy roku 2017. Zatem jedyną możliwością ujęcia odnalezionej faktury w kosztach jest cofnięcie się do roku 2017. Wówczas należy zaksięgować ją w KPiR pod datą 31.12.2017, a następnie sporządzić korektę deklaracji rocznej PIT-36 lub PIT-36L, jeżeli w roku 2017 podatnik rozliczał się na zasadach podatku liniowego.
Pan Karol może również zrezygnować całkowicie z ujmowania takiej faktury w kosztach.
Zakup towarów handlowych jako wyjątek
Koszty dotyczące zakupu towarów handlowych i materiałów podstawowych zawsze ujmowane są najpóźniej w dacie przyjęcia towaru. Czy dotyczy to również sytuacji w której nie otrzymaliśmy w terminie albo zgubiliśmy fakturę? Tak. Wynika to z Rozporządzenia w sprawie prowadzenia podatkowej księgi przychodów i rozchodów: “§ 17. 1. Zakup materiałów podstawowych oraz towarów handlowych musi być wpisany do księgi, z zastrzeżeniem § 30, niezwłocznie po ich otrzymaniu, najpóźniej przed przekazaniem do magazynu, przerobu lub sprzedaży.” Zatem w przypadku zakupu towarów handlowych, nawet jeżeli w momencie ich otrzymania podatnik nie posiada faktury, to ujmuje ich koszt w KPiR na podstawie protokołu przyjęcia (oczywiście później faktura musi zostać otrzymana/odnaleziona). Dotyczy to natomiast jedynie podatku dochodowego. Zatem w tym przypadku VAT nie podlega on odliczeniu aż do momentu otrzymania faktury zakupu.
Czwartkowy handel upłynie pod dyktando decyzji trzech banków centralnych, które decydować będą o wysokości stóp procentowych. Złotówka od rana traci.
Początek dnia nienajlepszy
Od rana złotówka traci wobec głównych walut. Może być to zasługa zaplanowanych na dziś decyzji banków centralnych, gdyż pomimo przekonań analityków co do wyników posiedzeń, pewna niepewność występuje na rynkach. Frank szwajcarski podrożał do 3,82 zł. Funt brytyjski kosztuje 4,84 zł. Za euro zapłacimy 4,31 zł, a za dolara amerykańskiego 3,71 zł. Co prawda
Inflacja z rana
Środowy kalendarz makroekonomiczny pełen jest istotnych odczytów gospodarczych. Jako pierwsze poznaliśmy dane inflacyjne z Europy. Inflacja konsumencka zarówno we Francji jak i w Niemczech nie zaskoczyła analityków. Również zgodna z oczekiwaniami okazała się inflacja producencka w Szwajcarii. Nie wpłynęły jednak one znacząco na notowania ponieważ, pozostaną ona w cieniu rozgrywek banków centralnych.
BoE, CBRT, EBC
Na godzinę 13:00 planowane jest ogłoszenie decyzji ws. zmian stóp procentowych w Wielkiej Brytanii oraz Turcji. Z kolei 45 minut później poznamy głosy z Europejskiego Banku Centralnego. O tyle o ile inwestorzy przekonani są co do komunikatu z Europy, to pozostałe dwa mogą zaskoczyć rynki, a co za tym idzie przynieść większą zmienność. Mario Draghi najprawdopodobniej podtrzyma swoje poprzednie stanowisko i program QE będzie jeszcze chwilę kontynuowany, a na najbliższe podwyżki stóp procentowych poczekamy do przyszłego roku. Najprawdopodobniej również członkowie tureckiego banku centralnego nie zdecydują się na podniesienie kosztu pieniądza pomimo trudnej sytuacji w kraju. Tym samym nie sprzeciwiając się polityce prezydenta Erdogana, który jest zwolennikiem niskiego kosztu pozyskania pieniądza. Najciekawiej zapowiada się zatem moment decyzji w Wielkiej Brytanii. Chociaż i tutaj może nie dojść do zmian, a to ze względu na, prawdopodobnie, kończące się negocjacje w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Należy zatem w godzinach popołudniowych bacznie obserwować notowania powiązane z euro, funtem oraz lirą turecką.
Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Więcej niż połowa Polaków korzysta zarówno z prywatnej, jak i publicznej opieki zdrowotnej, a tylko co trzeci wyłącznie z usług świadczonych w ramach publicznego finansowania – wynika z danych PIU. Sektor prywatny szybciej wprowadza nowinki technologiczne i innowacje, stawia też na spersonalizowaną opiekę medyczną. Eksperci podkreślają, że polska służba zdrowia potrzebuje nie tylko większych nakładów finansowych, lecz także współpracy z prywatnym sektorem. W krajach, które wprowadziły mechanizm współpłacenia za usługi medyczne, łatwiejszy stał się też dostęp do specjalistów.
– Sektor prywatny dużo łatwiej i dużo szybciej wprowadza różnego rodzaju innowacje: sprzętowe, proceduralne czy telemedyczne. Ta łatwość wprowadzania innowacji jest często związana z poszukiwaniem efektywności kosztowej. Prywatni inwestorzy są zainteresowani tym, żeby wprowadzać i wykorzystywać nowe technologie, przenosić je z innych krajów i zaadoptować do polskich warunków – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Wachnicki, wiceprezes Związku Pracodawców Medycyny Prywatnej.
Z raportu firmy PwC „Pacjent w świecie cyfrowym” wynika, że służba zdrowia nowej generacji będzie wykorzystywała coraz więcej nowinek technologicznych – urządzeń mobilnych, telediagnostyki czy sztucznej inteligencji. Raport Deloitte „2018 Global Health Care Outlook. The Evolution of Smart Health Care” wśród 12 innowacyjnych rozwiązań, które będą mieć największy wpływ na opiekę zdrowotną, wskazuje właśnie telemedycynę, robotyzację i sztuczną inteligencję. Z kolei priorytetem dla pacjentów jest spersonalizowana opieka medyczna. W takich innowacjach przoduje prywatny sektor.
Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że ponad połowa Polaków korzysta z prywatnej i publicznej opieki zdrowotnej. Tylko 38 proc. decyduje się na usługi wyłącznie sektora publicznego. Eksperci podkreślają, że polska służba zdrowia potrzebuje współpracy obu sektorów – obecny system jest mało wydajny, a na przyznawaniu świadczeń korzystają przede wszystkim placówki publiczne.
– Najważniejszą barierą jest to, że świadczeniodawcy są dzieleni na prywatnych i publicznych. Od tego powinniśmy odejść i skupić na tym, czy świadczeniodawca oferuje dobrej jakości usługi. Pacjenta, który jest chory, nie powinno interesować to, w jakim podmiocie się leczy. Dzisiaj ten podział powoduje to, że pacjenci są zagubieni w systemie, nie wiedzą, czy u świadczeniodawcy prywatnego będą musieli zapłacić za usługę – przekonuje Tomasz Wachnicki.
Brak współpracy z sektorem prywatnym to nie jest jedyna bolączka polskiej służby zdrowia. Niewystarczające są także publiczne środki przeznaczane na ten obszar. Obecnie do systemu trafia 4,5 proc. PKB. Pod tym względem gorzej od nas wypadają jedynie Rumunia, Litwa, Łotwa i Cypr. Do 2024 roku ma to być już 6 proc. PKB, nie rozwiąże to jednak wszystkich problemów, zwłaszcza w kontekście starzejącego się społeczeństwa i większych wydatków na leczenie, które się z tym wiążą. Zdaniem ekspertów rozwiązaniem mogłoby być dopuszczenie konkurencji między ubezpieczycielami czy wprowadzenie mechanizmu współpłacenia za usługi medyczne. W krajach, gdzie takie mechanizmy wprowadzono, np. w Czechach czy Holandii, kolejki do specjalistów znacznie się zmniejszyły.
– Nawet jeśli zwiększymy wydatki publiczne na opiekę zdrowotną do 6 proc. PKB, nie wystarczy to, żeby sprostać wszystkim wyzwaniom. Musimy szukać alternatywnych źródeł finansowania. Jednym z rozwiązań są dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne, które moim zdaniem powinny pełnić w systemie rolę uzupełniającą. Obecnie stanowią zbyt małą część rynku, by mogły w znaczący sposób odciążyć sektor publiczny – tłumaczy Anna Rulkiewicz, prezes Związku Pracodawców Medycyny Prywatnej.
Jak wskazuje badanie „Współfinansowanie służby zdrowia”, przeprowadzone przez Havas Media Group dla PIU, ponad 60 proc. osób korzystających z prywatnej opieki wydaje na ten cel ponad 100 zł, a co piąty – ponad 200 zł.
Jeszcze w tym roku do Rady Europejskiej ma trafić wniosek o rozpoczęcie oficjalnych prac nad Strategią Karpacką. Będzie to piąta strategia makroregionalna w ramach Unii Europejskiej i druga, z której skorzysta Polska. Ma się to przełożyć na skokowy rozwój tego obszaru. Dziś jest on znacznie poniżej średniej dla 28 państw UE. Porozumienie w tej sprawie zostało podpisane na Forum w Krynicy przez przedstawicieli rządów Polski, Ukrainy, Węgier i Słowacji.
– Strategia Karpacka jako strategia makroregionalna będzie drugą, z której Polska skorzysta. Wspólne działania wielu krajów i regionów nadbałtyckich w ramach Strategii Bałtyckiej doprowadziły do tego, że wokół Morza Bałtyckiego mamy w tej chwili najsilniej rozwinięte obszary w Unii Europejskiej i – z pewnością można tak powiedzieć – najwyższy poziom życia. To pokazuje, jak skuteczna może być tego typu polityka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju.
Zainicjowany przez Polskę projekt Strategii Karpackiej zyskał poparcie krajów regionu i został podpisany podczas zakończonego w ubiegłym tygodniu XXVIII Forum Ekonomicznego w Krynicy. Dokument sygnowali przedstawiciele rządów Polski, Ukrainy, Węgier i Słowacji. Otwiera to drogę do wystąpienia na forum UE z wnioskiem o rozpoczęcie oficjalnych prac nad makroregionalną strategią dla regionu Karpat, co przełoży się na konkretne projekty rozwojowe dla tego obszaru i dostęp do funduszy UE. Efektem będzie podniesienie konkurencyjności regionu i podniesienie standardów życia mieszkańców.
– Chcemy przenieść poziom współpracy z lokalnego na poziom unijny, bo Strategia Karpacka – jako strategia makroregionalna – jest instrumentem unijnym – mówi Jerzy Kwieciński.
Wniosek o rozpoczęcie oficjalnych prac nad Strategią Karpacką ma zostać złożony do Rady Europejskiej jeszcze w tym roku. Jeżeli uda się wpisać ją do nowej perspektywy finansowej UE, to po 2020 roku otworzy to drogę do finansowania projektów opartych na tym dokumencie.
Będzie to piąta strategia makroregionalna w ramach UE (obecnie funkcjonują cztery – Bałtycka, Adriatycko-Jońska, Alpejska i dla regionu Dunaju) oraz druga, na której skorzysta Polska, obok Strategii Bałtyckiej. Strategią Karpacką zostałyby objęte dwa województwa w Polsce: podkarpackie oraz małopolskie.
– Zależy nam, żeby Strategia Karpacka pełniła podobną rolę dla tego regionu. Jest to obszar, który obejmuje wiele krajów, możemy mówić o 8, a nawet o 9 państwach, z których 5–6 jest członkami Unii Europejskiej, a pozostałe są spoza wspólnoty. Jednocześnie są to obszary bardzo ubogie, na poziomie połowy rozwoju, który mamy w UE. Tak więc ta współpraca i tego typu podejście jest bardzo potrzebne dla Karpat – mówi Jerzy Kwieciński.
Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju podaje, że w 2014 roku PKB per capita w wielu regionach Karpat nie przekraczała 63 proc. średniej dla 28 państw UE. Region ma stosunkowo słabo rozwinięty transport, a duży odsetek ludności pracuje w rolnictwie. Z drugiej strony – makroregion Karpat to obszar o ważnym znaczeniu strategicznym, stanowiący zewnętrzną, wschodnią granicę UE. Pełni także ważną rolę dla rozwoju współpracy na osi Północ-Południe, pomiędzy Bałtykiem a Morzem Adriatyckim.
Jak poinformował podczas Forum w Krynicy minister Kwieciński, jednym z priorytetów w ramach Strategii Karpackiej ma być utrzymanie dziedzictwa kulturowego tego regionu. Dodał również, że w przyszłości w prace nad strategią mogą się włączyć również inne państwa – Czechy, Rumunia, Austria, Serbia i Mołdawia.
Polska jest już sygnatariuszem podpisanej w 2009 roku Strategii Bałtyckiej, która była pierwszą, unijną strategią makroregionalną. Oprócz Polski zrzesza jeszcze państw położonych nad Morzem Bałtyckim: Niemcy, Łotwę, Litwę, Szwecję, Estonię, Danię i Finlandię. Strategia skupia się na kilku kluczowych obszarach, wśród których są m.in. zrównoważony transport, ochrona wód Bałtyku i zwiększanie konkurencyjności gospodarczej regionu. W czerwcu 2019 roku odbędzie się w Gdańsku 10. Forum Strategii Unii Europejskiej dla Regionu Morza Bałtyckiego, podczas którego zostanie podsumowane 10 lat funkcjonowania tego dokumentu. Ponad 800 gości – polityków, naukowców i przedstawicieli biznesu – będzie także rozmawiać o przyszłości regionu Morza Bałtyckiego.
Polski rynek stomatologiczny zdominowany jest przez usługi prywatne. Z gabinetów prywatnych korzysta zdecydowana większość pacjentów. To dlatego na rynku pojawia się coraz więcej podmiotów, a te istniejące łączą się w większe sieci. Taką strategię obrała też firma Medicover, która konsoliduje prywatne gabinety, szczególnie te wysoko wyspecjalizowane. Wybiera kliniki oferujące najwyższą jakość opieki oraz indywidualne, partnerskie podejście do pacjentów.
Jak pokazuje najnowszy sondaż CBOS, 82 proc. Polaków, którzy w półroczu poprzedzającym badanie skorzystali z usług stomatologa lub protetyka, zdecydowało się na wizytę w gabinecie prywatnym. Od kilku lat rynek ten ulega konsolidacji, mniejsze podmioty coraz częściej dołączają do większej sieci, co pozwala na zapewnienie wysokiego standardu usług, m.in. poprzez wymianę know-how oraz kontrolę jakości wysokospecjalistycznych prac dentystycznych. W dużej mierze dzięki tego rodzaju akwizycji Medicover Stomatologia dysponuje obecnie ponad setką gabinetów dentystycznych na terenie całej Polski, oferujących kompleksową opiekę dentystyczną dla dzieci i dorosłych.
– Po StomaDental i Yellow-Med przejęliśmy również laboratorium protetyczne, które jest w pełni scyfryzowane, oparte na technologii CAD/CAM. Otworzyliśmy pracownię protetyczną przygabinetową w Warszawie. Spójny ekosystem stomatologiczny pozwala nam na pełną kontrolę jakości prac protetycznych dostarczanych pacjentom – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wioletta Januszczyk, dyrektor zarządzająca Medicover Stomatologia.
Obecnie marka umacnia swoją pozycję na rynku stomatologicznym we Wrocławiu. W lipcu Medicover przejął tamtejszą klinikę Royal Dent, wysoko wyspecjalizowaną w usługach implantoprotetycznych, implantologicznych oraz ortodontycznych. Jednym z głównych powodów, które przesądziły o akwizycji wrocławskiego gabinetu, jest doświadczenie szkoleniowe placówki. Marka wierzy, że w ten sposób zwiększy kompetencje wszystkich pozostałych specjalistów w ramach Medicover Stomatologia. Równie istotna była wizja komunikacji z klientem, wpisująca się w strategię marki Medicover.
– Specjaliści Royal Dent, tak jak specjaliści Medicover, przywiązują bardzo dużą wagę do komunikacji z pacjentem, opierają ją o partnerstwo i upewniają się, że posługują się językiem zrozumiałym dla pacjenta – mówi Wioletta Januszczyk.
Decydując się na przejęcie nowej kliniki, Medicover kupuje 100 proc. udziałów. Marka dąży jednak do zatrzymania właścicieli i pracowników tych placówek, wierząc, że to ludzie tworzą wysokiej klasy stomatologię. Istotne jest więc nawiązanie i utrzymanie pozytywnych relacji z dotychczasową kadrą medyczną. Decydując się na rozmowy z kolejnymi gabinetami, marka zwraca ponadto uwagę na spójną z własną wizję tworzenia rynku stomatologicznego w Polsce, opartą przede wszystkim na kadrze wysoko wyspecjalizowanych pracowników.
Medicover Stomatologia stawia na indywidualne podejście do pacjenta i dostosowywanie planu leczenia do jego potrzeb. Marka chce, by klient od początku był aktywnie zaangażowany w proces leczenia, rozumiał go i akceptował. Do tego niezbędny jest dobry kontakt między pacjentem a prowadzącym go lekarzem.
– Dlatego też od placówek, z którymi nawiązujemy współpracę, oczekujemy nie tylko inwestycji w innowacje i nowe technologie, które są ważne dla komfortu pacjenta, lecz także w umiejętności miękkie, pozwalające na efektywną komunikację z pacjentem – mówi Wioletta Januszczyk.
Zainstalowane ładowarki posłużą m.in. do uruchomienia usługi car-sharingu. To jeden z elementów rozwoju elektromobilności w ramach spółki. Kolejnym jest związana z budową infrastruktury do ładowania elektryków oferta dla portów lotniczych działających w zasięgu obszaru dystrybucji spółki. Dzięki podpisanemu z krakowskim lotniskiem porozumieniu TAURON będzie liderem pod względem takiej infrastruktury w południowej Polsce.
– TAURON jest od początku obecny w inicjatywach związanych z elektromobilnością. Jako jedna z czterech największych grup energetycznych w kraju jesteśmy też udziałowcem w spółce ElectroMobility Poland, ale również aktywnie realizujemy program instalacji naszych ładowarek dla samochodów elektrycznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kamil Kamiński, wiceprezes TAURON Polska Energia ds. klienta i wsparcia korporacyjnego. –Priorytet teraz jest podporządkowany szczytowi klimatycznemu w Katowicach, gdzie dzięki TAURONOWI kilkadziesiąt ładowarek zostanie zainstalowanych jeszcze w tym roku.
W Katowicach powstanie system 22 terminali złożony z 4 szybkich stacji ładowania oraz 18 stacji przyspieszonego ładowania. Kolejne 20 ładowarek TAURON postawi w ramach przetargu przeprowadzonego przez władze miasta. Na bazie tej infrastruktury koncern chce uruchomić przed szczytem klimatycznym także usługę car-sharingu aut elektrycznych.
– Rozmawiamy także z portami lotniczymi, które działają na terenie naszego OSD, czyli obszaru dystrybucji. Dotyczą one posadowienia na ich terenie ładowarek do samochodów elektrycznych, ale to jest pierwszy krok. Mamy w naszej ofercie działania, które mogą być atrakcyjne dla portów lotniczych w obszarze usług, np. związanych z oszczędnością energii, dzieleniem się korzyściami z oszczędności energii. Możemy rozmawiać również o posadowieniu paneli fotowoltaicznych na wielkokubaturowych pomieszczeniach, jakimi są terminale czy inne obiekty w obrębie portów lotniczych – wyjaśnia Kamil Kamiński.
Podczas ubiegłotygodniowego Forum Ekonomicznego w Krynicy TAURON podpisał list intencyjny w tej sprawie z lotniskiem w podkrakowskich Balicach. Jeszcze w tym roku powstanie tam stacja ładowania, która umożliwi naładowanie auta w ciągu 30 minut. Kolejnym portem lotniczym, z którymi koncern będzie chciał współpracować, jest lotnisko w Pyrzowicach. Tam również miałyby stanąć stacje ładowania samochodów elektrycznych. Trwają też rozmowy z samorządami i sieciami supermarketów.
– Ładowarki dla samochodów elektrycznych w Katowicach będą gotowe przed szczytem klimatycznym. Jeśli chodzi o posadowienie ładowarek w Krakowie, w Balicach, również nastąpi to w perspektywie najbliższych tygodni, w tym kontekście będziemy liderem na terenie Polski Południowej – mówi Kamil Kamiński.
Władze spółki przyznają, że inwestycja w sektor elektromobilności to decyzja, która w przyszłości ma postawić firmę na strategicznym miejscu na rynku – jako podmiot sprzedający usługi powiązane z elektromobilnością, ale też jako operator systemu ładowania pojazdów elektrycznych. Wiceprezes firmy zaznacza jednak, że równie ważną motywacją jest walka z zanieczyszczeniem powietrza.
– TAURON nie tylko wpisuje się w inicjatywy rządowe w zakresie walki ze smogiem, lecz także sam podejmuje szerokie działania na rzecz czystego powietrza. W ramach programu realizowanego przez Grupę programu „Oddychaj powietrzem” prowadzimy działania edukacyjne i pokazujemy paletę możliwości, które daje TAURON, w zakresie ekologicznego ogrzewania – dodaje Kamiński.
W IV kwartale rozwijana będzie oferta ogrzewania domów i mieszkań z wykorzystaniem nowoczesnych technologii grzewczych proponowane są przez TAURON i jego partnerów.
Ponad jedna trzecia kierowców zarabia miesięcznie powyżej 6 tys. zł na rękę – wynika z badania „Zarobki kierowców zawodowych w Polsce 2018” TransJobs.eu. Na to składają się przede wszystkim diety i ryczałty, które są nieoskładkowane. Połowa kierowców zawodowych ma bowiem w umowie o pracę wpisaną kwotę do 2 tys. zł netto. Pojawiają się propozycje zmierzające do tego, by oskładkowane kwoty stanowiły znacznie większą część wynagrodzeń, ale może to zaszkodzić branży, a w rezultacie także samym kierowcom – podkreślają eksperci.
– Pojawiają się propozycje zmian i to zarówno ze strony związków zawodowych, jak i pracodawców. Niedawno pojawiła się też propozycja bezpośrednio z Ministerstwa Infrastruktury. Wszystkie sprowadzają się do tego, aby jak największą część zarobków kierowców ozusować i opodatkować – mówi Marcin Wolak z Transjobs.eu. – Należy jednak podchodzić do tego tematu bardzo ostrożnie, żeby nie spowodować nagłego uderzenia w branżę transportową.
Jak pokazał Raport TransJobs.eu „Zarobki kierowców zawodowych w Polsce 2018”, średnie wynagrodzenie, jakie trafia do kieszeni zawodowego kierowcy, wynosi 5 032 zł na rękę. To o 232 zł więcej niż rok wcześniej i o blisko 1 750 zł (65 proc.) więcej niż średnia pensja w gospodarce narodowej. Według danych GUS przeciętne wynagrodzenie w drugim kwartale br. w gospodarce narodowej wyniosło 4 521,08 zł.
Jak podkreśla Marcin Wolak, należy jednak pamiętać o tym, że struktura wynagrodzeń kierowców jest dość specyficzna.
– Podstawa w przypadku 50 proc. zatrudnionych w tym zawodzie nie przekracza 2 tys. zł netto, a cała reszta jest wypłacana w dodatkach typu diety, ryczałty, które są nieoskładkowane, nieopodatkowane, co z kolei przekłada się na niższe wynagrodzenie chorobowe czy urlopowe – mówi Marcin Wolak.
Na największe zarobki mogą liczyć kierowcy pracujący w transporcie międzynarodowym. Za każdy dzień przebywania za granicą otrzymują około 50 euro diety. Jak pokazało badanie, ten dodatek otrzymuje 58 proc. zatrudnionych w branży w ogóle.
Taka struktura powoduje, że mają stosunkowo wysokie zarobki do zagospodarowania, ale jednocześnie negatywnie wpływa to na wysokość wynagrodzenia urlopowego czy wysokość przyszłej emerytury. Rodzi też problemy przy staraniu się o kredyt. Jak podkreślają autorzy raportu, dyskusja o sposobie wynagradzania kierowców jest potrzebna, ale trzeba brać pod uwagę nie tylko interes firm oraz zatrudnionych, lecz także całej – bardzo istotnej dla gospodarki – branży. Mogłaby ona utracić swoją konkurencyjność na europejskim rynku na rzecz firm z Rumunii czy ze Wschodu.
– Wielu przedsiębiorców nie udźwignęłoby tych kosztów [powstałych po ozusowaniu większych kwot – red.] – dodaje Marcin Wolak. – Spowodowałoby to na pewno bankructwa firm, które nie mają na tyle płynności finansowej, żeby zabezpieczyć nagłą zmianę. To by spowodowało, że na rynku pracy na pewno pojawiłoby się trochę więcej kierowców zawodowych, czyli można powiedzieć, że poradzilibyśmy sobie w ten sposób z problemem braku kierowców, ale znowu ucierpieliby kierowcy, bo przełożyłoby się to na pewno na spadek wynagrodzeń.
Do tej pory wynagrodzenia w branży raczej rosły. Podwyżki to jedna z metod przyciągnięcia do firmy pracowników, bo braki kadrowe w transporcie są znaczące. Większość przewoźników deklaruje, że w ich firmach na przestrzeni ostatnich trzech lat zarobki wzrosły i był to nawet wzrost dwucyfrowy.
Coraz bardziej zaawansowana technologia wyświetlania obrazu pozwala na oglądanie filmów i telewizji w coraz lepszej jakości. Zaprezentowano już pierwsze telewizory w rozdzielczości 8K, a na targach IFA 2018 pokazano pierwszy na świecie projektor w tej rozdzielczości. Choć na razie jest to technologia uzyskana poprzez skalowanie, to dzięki zaawansowanym algorytmom sztucznej inteligencji wkrótce może stać się rynkowym standardem. Barierą jak na razie jest brak źródeł materiałów zarejestrowanych w tak wysokiej rozdzielczości, choć producenci przekonują, że nowa technologia skalowania pozwala wyświetlać w 8K materiały o niższej jakości.
– W tym roku prezentujemy natywny projektor DLP o rozdzielczości 4K, ale również pierwszy na świecie projektor 8K w technologii eShift do zastosowania jako kino domowe. Wykorzystujemy w nich 100-milimetrowy obiektyw o wysokiej rozdzielczości, który jest podstawą naszego topowego projektora za 35 tys. euro. Ten sam obiektyw trafia teraz do projektorów domowych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Wataru Saegusa z JVCKenwood.
Na początku roku podczas targów CES w Las Vegas Samsung zaprezentował pierwszy telewizor z systemem skalowania obrazu do rozdzielczości 8K, a kilka miesięcy później na targach IFA w Berlinie znacznie większa liczba producentów zaprezentowała konsumenckie wersje telewizorów 8K, jak i projektorów pracujących w tej rozdzielczości. Tak wysoka rozdzielczość uzyskiwana jest poprzez skalowanie obrazu.
– Technologia eShift polega na stworzeniu dwóch klatek, z których każda ma rozdzielczość 4K. Skalujemy je o pół piksela po przekątnej, wirtualnie podwajając w ten sposób rozdzielczość do 8K – tłumaczy przedstawiciel JVCKenwood.
Najnowsze technologie skalowania wspierane sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym pozwalają na uzyskanie coraz lepszych efektów. Chociaż nie ma na rynku materiałów źródłowych w jakości 8K, to jak zapewniają producenci, zaawansowana technologia skalowania pozwala na uzyskanie jeszcze lepszej jakości wyświetlanego obrazu nawet ze źródeł o niższej jakości.
– W chwili obecnej wciąż nie ma kontentu w natywnej rozdzielczości 8K, nie mamy żadnych źródeł, ale materiały Ultra HD z Blu-ray są w jakości 4K. To jest wystarczające, ponieważ dzięki funkcji kontrolowania wielu pikseli jesteśmy w stanie polepszyć ich jakość. Zatem filmy na Blu-ray można oglądać w jakości 8K – twierdzi Wataru Saegusa.
Na rynku standardem staje się powoli rozdzielczość 4K. Także w Polsce nadawany jest już sygnał telewizyjny w tej rozdzielczości, a w sklepach można już kupić telewizory Ultra HD. Poprawienie jakości wyświetlanego obrazu nie jest jednak kwestią jedynie rozdzielczości. Za jego poziom odpowiadają również technologie budowy wyświetlaczy stosowanych w telewizorach.
Producenci prześcigają się w opracowywaniu coraz to nowszych technologii. Firmy Samsung i LG zaprezentowały już telewizory w technologii microLED, w której każdy piksel rozświetlany jest niezależnie (jak w przypadku technologii OLED), ale diody są nieorganiczne, zatem mogą świecić jaśniej i są mniej podatne na wypalenie od tych organicznych.
Kolejną technologią, mogącą poprawić jakość obrazu jest format HDR 10+, który niezależnie dopasowuje parametry wyświetlania obrazu do każdej klatki filmu. Są nią zainteresowane takie firmy, jak Samsung czy Philips. Coraz lepszą jakość zapewniają także projektory, mogące stanowić centrum domowej rozrywki i zapewnić prawdziwie kinowe doświadczenia przy oglądaniu filmów.
Coraz częściej pozwalają odtwarzać materiały w natywnej rozdzielczości 4K i współpracują z technologią HDR. Na rynku można także znaleźć inteligentne projektory pracujące pod kontrolą Androida, które pozwolą korzystać z najpopularniejszych aplikacji mobilnych czy gier.
– Największą różnicą pomiędzy telewizorami a projektorami do kina domowego jest taka, że telewizory wyświetlają światło prosto w oczy użytkownika. Dzięki temu mają wyższą jasność, ale za to przy projektorze patrzy się na odbite światło, jest to bardziej kinowe doświadczenie i nie męczy oczu. Telewizory zostały zaprojektowane do przekazywania transmisji, projektory zaś wyłącznie do wyświetlania filmów – przekonuje ekspert.
Analitycy z firmy Index Markets Research szacują, że wartość rynku projektorów do kina domowego w 2017 roku wyniosła 190 mln dol. Według ich prognoz do 2022 roku wzrośnie do 242 mln dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 4,39 proc.
Rowery stają się coraz bardziej smart. Na rynku pojawił się inteligentny rower z systemem operacyjnym Android i lokalizatorem GPS, dzięki któremu użytkownik zawsze zna lokalizację pojazdu. E-rowery z kolei coraz częściej wyposażane są w szereg czujników, pozwalających lepiej kontrolować elektryczne napędy. Inteligentne są już także akcesoria dla rowerzystów. Francuski start-up zaprojektował inteligentne światło rowerowe. Dzięki zintegrowanemu przyspieszeniomierzowi będzie w czasie rzeczywistym monitorować prędkość pojazdu i automatycznie włączy się, kiedy rowerzysta zwolni lub zahamuje. Automatycznie włączy też kierunkowskazy i poinformuje innych o wypadku.
– Cosmo Bike to światło rowerowe, które można przymocować z tyłu kasku lub do samego roweru. Ma ono wbudowany przyspieszeniomierz, który wykrywa zmiany prędkości i włącza czerwone światło, gdy rowerzysta zwalnia. Jest to dobry sposób na zasygnalizowanie innym użytkownikom drogi czy kierowcom samochodów, że prędkość pojazdu się zmniejsza – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Alexandra Weil, dyrektor marketingu Cosmo Connected.
Francuski start-up zaprojektował inteligentne oświetlenie, które automatycznie reaguje na wykonywane manewry, aby zmniejszyć śmiertelność wypadków kierowców jednośladów. Na polskich drogach każdego roku dochodzi do tysięcy wypadków z udziałem rowerzystów. Jak podają policyjne statystyki, w 2017 roku zarejestrowano ponad 4 tys. zdarzeń drogowych, w których zginęło 220 rowerzystów, a aż 3 800 zostało rannych. Części z nich dałoby się uniknąć, gdyby rowerzyści prawidłowo sygnalizowali wykonywane manewry.
Oprócz sygnalizowania światła stopu, urządzenie jest również wyposażone w inne tryby, takie jak światło ciągłe, zapewniające widoczność na drodze przez cały czas, albo światło ostrzegawcze. Co więcej światła Cosmo Bike wyposażono także w system automatycznego rejestrowania wypadków, który może ocalić życie poszkodowanemu rowerzyście.
– System jest połączony z aplikacją, w której można wpisać adresy e-mail lub numery telefonu przyjaciół. W razie wypadku rowerzysty, aplikacja wysyła wiadomości z lokalizacją danej osoby. Chodzi więc o większą widoczność i bezpieczeństwo podczas jazdy rowerem – tłumaczy ekspertka.
Połączenie urządzenia z aplikacją mobilną pozwala na automatyczne aktywowanie świateł. Wystarczy wprowadzić trasę przejazdu, a system będzie śledził położenie rowerzysty za pośrednictwem modułu GPS i włączy kierunkowskaz, kiedy osoba prowadząca pojazd zbliży się do skrzyżowania. Rowerzysta może również ręcznie aktywować lampkę zmiany kierunku np. podczas manewru wymijania, jednak przez większość czasu system może działać autonomicznie. Dzięki temu rowerzysta będzie mógł się skupić wyłącznie na jeździe.
Rozwiązania inteligentne coraz częściej pojawiają się w rowerach nowej generacji i nie ograniczają się tylko do inteligentnego oświetlenia. Firma LeEco w zeszłym roku rozpoczęła sprzedaż rowerów z Androidem wyposażonych w system antykradzieżowy z modułem lokalizacyjnym GPS. Z kolei Xiaomi dystrybuuje składane rowery elektryczne z czujnikiem momentu obrotowego, automatycznie dopasowujących system wspomagania pedałowania. Technologia Cosmo szansę trafić także na wyposażenie rowerów elektrycznych.
– Firmy Michelin i Mobivia Group są bardzo zainteresowane naszą technologią. Wspólnie wprowadzają one na rynek nowy rower elektryczny i zgłosiły się do nas, abyśmy połączyli nasze czerwone światło z akumulatorem roweru. Ten produkt będzie dostępny na początku przyszłego roku – zapowiada Alexandra Weil.
Cosmo Bike ma być budżetową wersją inteligentnych kasków rowerowych z automatyczną sygnalizacją. Kosztuje 69 €, czyli przeszło 100 € mniej niż np. inteligentny kask Lumos Smart Bike Helmet, oferując przy tym podobny zakres funkcji.
Według raportu Persistence Market Research globalny rynek rowerowy do 2024 roku osiągnie wartość 62 mld dol. i będzie rozwijał się w tempie 37,5 proc. w skali roku. Z kolei analitycy z firmy badawczej Research and Markets szacują, że przez najbliższe trzy lata sektor inteligentnych hełmów rowerowych wykaże średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 16 proc.
Spółka technologiczna Synerise wzmacnia kompetencje w obszarach tworzenia i rozwijania produktu oraz UX/UI. Do zespołu dołączył Marcin Zaremba, dotychczas odpowiedzialny m.in. za zarządzanie rozwojem aplikacji iTaxi oraz PizzaPortal.pl. Jako Chief Product Officer będzie dbać o zapewnienie jak najlepszego doświadczenia w pracy z platformą dla biznesu Synerise AI Growth Cloud.
Marcin Zaremba specjalizuje się w zarządzaniu produktami cyfrowymi. Zanim dołączył do Synerise, był Chief Product Officerem w iTaxi, a wcześniej zajmował stanowisko Head of Product w PizzaPortal.pl. Nowy Chief Product Officer Synerise posiada certyfikat Google Product Strategy Expert, jest także autorem książki “Mobile dla Menedżerów”, współzałożycielem elektronicznego magazynu dla inwestorów i przedsiębiorców technologicznych Proseed, współorganizatorem Auli Polskiej oraz współtwórcą i wykładowcą na App Academy. Jego pasją jest zegarmistrzostwo.
W Synerise Marcin Zaremba będzie odpowiedzialny za harmonijny rozwój produktu na przecięciu biznesu, technologii i UX zgodnie z wizją organizacji.
Gdy Jarek pokazał mi możliwości, jakie już teraz oferuje Synerise oraz jakie są plany całej organizacji, wiedziałem, że to miejsce dla mnie. Jestem podekscytowany, że mogę dołączyć do topowego zespołu i uczestniczyć w globalnej rewolucji, w której pierwsze skrzypce już teraz zaczyna grać ta firma. -powiedział Marcin Zaremba, Chief Product Officer w Synerise
W Synerise mamy holistyczne podejście do biznesu i dobrze wiemy, że sukces zależy od wielu elementów, tak jak w zegarku. Potrzeba tylko kogoś, kto będzie umiał je ze sobą połączyć. Nasza platforma AI dla biznesu jest odzwierciedleniem naszego charakteru jako firmy i jednostek oraz olbrzymiej inwestycji w wartość intelektualną. Trzeba ten potencjał ukierunkować i ułożyć, aby dać użytkownikom jak największą wartość. Wierzę, że Marcin wniesie do Synerise dużo dobrego. Nie tylko ma olbrzymie doświadczenie, ale także potrafi zrozumieć i łączyć ze sobą oba światy: biznesu i IT. Z dopasowywaniem do siebie elementów jako pasjonat zegarków także nie ma problemu, więc liczę na owocną współpracę. -powiedział Jarosław Królewski, CEO Synerise
Synerise to spółka technologiczna wykorzystująca dane i sztuczną inteligencję, aby pomóc markom lepiej reagować na potrzeby swoich klientów. Narzędzia, które oferuje, obejmują m.in. automatyzację, business intelligence i personalizację komunikacji, a także zarządzanie polityką cenową w czasie rzeczywistym, niezależnie od skali prowadzonej działalności.
Synerise intensywnie inwestuje we własność intelektualną, rozwój zespołu AI oraz najnowsze technologie. Niedawno firma została wybrana przez EY do udziału w programie Accelerating Entrepreneurs 2018 dla 30 światowych firm technologicznych o największym potencjale wzrostu oraz otrzymała od Microsoft tytuł Partnera Roku na Polskę.
Spółka została założona w 2013 roku w Krakowie przez Jarosława Królewskiego, Miłosza Balusia i Krzysztofa Kochmańskiego. Od tego czasu osiągnęła wycenę 75 mln dolarów i obecnie zatrudnia 110 osób w biurach w Krakowie i Warszawie. W latach 2018/2019 zainwestuje 25 mln dolarów w badania i rozwój produktów opartych na sztucznej inteligencji.
Do nowych obowiązków Bartosza Sroki, który dotychczas wspierał dział korporacyjny Grayling Poland, będzie należał nadzór nad projektami z zakresu komunikacji kryzysowej oraz rozwój dotychczasowej oferty agencji w tym obszarze.
Grayling – Bartosz Sroka
– Polski rynek z roku na rok dojrzewa, a działające na nim firmy coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, jak ważne jest nie tylko umiejętne i sprawne zarządzanie sytuacjami kryzysowymi, ale przede wszystkim odpowiednie przygotowanie się do ich wystąpienia. W rezultacie już od dłuższego czasu obserwujemy wzmożoną liczbę zapytań dotyczących różnego rodzaju szkoleń z zarządzania komunikacją w kryzysie czy opracowania skrojonych na miarę procedur kryzysowych. Każda firma i każda sytuacja kryzysowa jest inna i jako taka wymaga indywidualnego podejścia. W przypadku kryzysów szablonowe rozwiązania nie działają – mówi Bartosz Sroka.
Frank Schönrock, szef europejskiej kompetencji kryzysowej Grayling, dodaje:
– Usługi z zakresu zarządzania sytuacjami kryzysowymi zawsze stanowiły ważną część naszej oferty. Nowa rola Bartosza to naturalny krok w kierunku budowania silnego europejskiego zespołu ekspertów z jednej strony posiadających szeroką wiedzę z zakresu komunikacji kryzysowej, a z drugiej – doskonale znających poszczególne rynki i ich uwarunkowania. Dzięki połączeniu międzynarodowego doświadczenia i lokalnego know-how oferujemy naszym klientom kompleksowe i unikalne rozwiązania dostosowane do ich potrzeb i oczekiwań.
Bartosz Sroka posiada wieloletnie doświadczenie w tworzeniu i wdrażaniu strategii komunikacji korporacyjnej i kryzysowej w różnych obszarach biznesowych. Pracował dla firm z takich sektorów jak nieruchomości, finanse, energetyka, TMT, przemysł, logistyka, handel czy branża spożywcza. Ma także doświadczenie w działaniach z zakresu relacji inwestorskich i ofert publicznych akcji (IPO). Do Grayling Poland dołączył w 2016 r.
Wydatki na reklamę digital video z roku na rok rosną, a udział wideo w rynku digital w ubiegłym roku sięgnął 12,6%[1]. Już przeszło połowa największych polskich reklamodawców decyduje się na promocję w tym kanale, by poszerzyć zasięg swoich kampanii[2]. Ten trend widoczny jest również na platformie PAYBACK. Tylko w ciągu pierwszego półrocza 2018 roku PAYBACK Video odnotowało większą liczbę emisji spotów reklamowych niż w ciągu całego 2017 roku. Dodatkowo w tym czasie grono użytkowników platformy powiększyło się o blisko 60%.
– Cały rynek online wideo cechuje w ostatnim czasie wysoka dynamika wzrostu. Zainteresowanie tego typu reklamą jeszcze nigdy nie było tak duże jak teraz – mówi Marek Biernacki, Head of Relationships & CRM PAYBACK Polska. – Klienci wybierają kampanie wideo na naszej platformie ze względu na możliwość dotarcia do dokładnie określonych grup docelowych. Naszą przewagą jest precyzyjne targetowanie kampanii reklamowych oparte na ponad 100 milionach transakcji zakupowych dokonywanych rocznie przez 10 milionów uczestników Programu PAYBACK. Zwiększa to efektywność tego kanału komunikacji, co potwierdzają wskaźniki rynkowe – dodaje Marek Biernacki.
Rekordowy VTR (współczynnik pełnych wyświetleń spotów) jednego ze spotów z branży motoryzacyjnej wyniósł w tym roku 99,4%, a CTR (wskaźnik kliknięć) najlepszej kampanii osiągnął 5,6%. PAYBACK Video wyróżnia się też ponadprzeciętnym wynikiem dla tzw. Affinity Index, czyli wskaźnika dopasowania rzeczywistych odbiorców reklamy do zakładanej wcześniej grupy docelowej.
– Zdecydowaliśmy się na kampanie z wykorzystaniem PAYBACK Video, ponieważ Klientom zależało na dotarciu do osób definiowanych nie tylko demograficznie, ale również przez zachowania zakupowe. Żadna inna platforma wideo nie ma tak dokładnych danych o decyzjach zakupowych konsumentów, co jest szczególnie ważne w planowaniu kampanii w branży retail. Dodatkową zaletą jest rozliczenie w modelu CPV, czyli płatność tylko za pełne obejrzenie reklam. Dzięki temu marka ma pewność, że jej przekaz był rzeczywiście widziany – mówi Maja Biniewicz, Digital Chief Officer w grupie MullenLowe Media Hub.
PAYBACK Video cały czas się rozwija i wprowadza dodatkowe funkcje. Od kilku miesięcy reklamodawcy mogą skorzystać z opcji brandingu playera, czyli bannera i tła projektowanego indywidualnie na potrzeby każdej kampanii. Te elementy nie tylko dopełniają narrację spotu i wzmacniają przekaz, ale podnoszą również liczbę przejść na stronę internetową reklamodawcy.
Jedną z marek, która w pełni wykorzystuje takie rozwiązania jest Amica.
– Wydaje się, że odbiorcą reklam sprzętu AGD mogą być wszyscy, bo każdy korzysta z tych produktów i raz na jakiś czas je kupuje. W rzeczywistości jednak ich sprzedaż także wymaga segmentacji, aby dobrać jak najbardziej adekwatnych konsumentów. Dzięki targetowaniu opartemu na danych transakcyjnych pochodzących zarówno ze świata online, jak i offline, mogliśmy wybrać dla każdej z naszych kampanii różne, choć na pozór bardzo podobne, grupy docelowe – tłumaczy Monika Kuźnik, Strategiczny Menedżer ds. Mediów, Amica Handel i Marketing. – Dodatkowo, biorąc pod uwagę panujący w sieci natłok reklam istotne jest, żeby w obrębie spotu nie pojawiały się inne treści. Oznacza to, że w trakcie jednego przekazu promowana jest tylko jedna marka – mówi o funkcjonowaniu kanału PAYBACK Video Monika Kuźnik.
Spoty w kanale PAYBACK Video są wyświetlane w modelu opt-in pozwalającym użytkownikom decydować o czasie i miejscu obejrzenia reklamy, co przekłada się na stosunkowo wysoki wskaźnik viewability oscylujący w granicach 80%-100%.
PAYBACK Video wykorzystały już w swojej komunikacji takie marki jak m.in. Amica, Samsung, CCC, Decathlon, Audi, Škoda, Warner Bros., Disney, Kompania Piwowarska, Nestlé, PepsiCo, PZU czy Microsoft.
[1] Raport Strategiczny Internet 2017/2018, IAB Polska www.iab.org.pl/badania-i-publikacje/raport-strategiczny-internet-20172018/
[2] Online Video Forecasts 2018, badanie domu mediowego Zenith, www.press.pl/tresc/53961,zenith_-rosnie-czas-ogladania-wideo-online
Burze i huragany szaleją po świecie. Te tradycyjne na Atlantyku i Pacyfiku, oraz metaforyczne związane z wojnami handlowymi i polityczną karuzelą wokół Brexitu. Aura niepewności zblokowała inwestorów i na głównych parach nie widać jasnego kierunku.
Rynki trochę utknęły w miejscu, gdyż ostatnie 24 godziny nie ruszyły nas mocniej w którymkolwiek kierunku. Choć powiew optymizmu pomógł we wzrostach na Wall Street, Azja nie zdecydowała się na kontytuowanie pro-ryzykownego handlu. Podkreśla to, jak niektóre rynki pozostają w odrębnych światach. Inwestorzy USA skupiają się na kondycji swojej gospodarki. Wczoraj liczba otwartych procesów rekrutacyjnych skoczyła do nowego historycznego poziomu, gdyż pracownicy chętniej rezygnują z pracy w poszukiwaniu lepszych warunków, a siła rynku pracy zwiększa zaufanie w przyspieszenie wzrostu płac. Jednak Azja jest bardziej zaniepokojona werbalnymi pogróżkami, jakimi wymieniają się Chiny i USA. Chiny zamierzają zwrócić się do Światowej Organizacji Handlu o zezwolenie na nałożenie sankcji handlowych na USA w wysokości do 7 mld USD rocznie. Ma to być odwet za nierespektowanie wyroku WTO dotyczącego stosowania antydumpingowych ceł przez USA na niektóre towary z Chin. Tamten spór rozpoczął się w 2013 r., a wyrok zapadł dopiero w zeszłym roku, także i teraz może nas czekać wieloletni proces co do ustalenia zasadności i wysokości sankcji. Jednak temperatura w wojnie handlowej się podnosi, a prezydent Trump odpowiedział, że USA przyjmuje twarde stanowisko wobec Chin. Podsumowując, rynki są hamowane przed rozwinięciem apetytu na ryzyko, choć dobre i to, że nie popadają w głębszą panikę.
Główne pary walutowe poruszają się raz w górę, raz w dół i nic konkretnego z tego nie wynika. EUR/USD dryfuje pod 1,16, USD/JPY utknął na 111,50, a GBP/USD przykleił się do 1,30. Pomimo pozytywnych wieści związanych z Brexitem, funt nie jest w stanie przyciągnąć kupujących. To potwierdza moje wcześniejsze przeczucia, że poniedziałkowy rajd odbył się przeważanie na domykaniu krótkich pozycji spekulacyjnych niż był podyktowanym budową nowych długich pozycji. To rozróżnienie jest istotne, gdyż inwestorzy uciekający z krótkich pozycji po coś tam byli i będą bardziej skłonni wrócić ze sprzedażą. Szczególnie że tło polityczne wokół funta pozostaje mętne. Z jednej strony dostajemy sygnały, że UE i Wielka Brytania pracują nad zorganizowaniem specjalnego szczytu w listopadzie, na którym doszłoby do formalnego podpisania umowy rozwodowej. Co wygląda jak zbliżanie się do zamknięcia przynajmniej jednego (ale ważnego) etapu negocjacji (część kwestii zostanie odroczona do późniejszych ustaleń), to według brytyjskiej prasy jednocześnie zachęca to oponentów premier May w Partii Konserwatywnej do usunięcia jej ze stanowiska i odrzucenia kontrowersyjnego projektu porozumienia z UE. W skrócie, nawet jak idzie ku lepszemu, to jest gorzej. Premia za ryzyko polityczne na GBP może łatwo nie zniknąć.
W biznesie przestaje obowiązywać tradycyjny podział na firmy produkcyjne i usługowe. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte inwestorzy w coraz większym stopniu zwracają uwagę nie tylko na zasoby materialne, takie jak fabryki czy maszyny, ale częściej wysoko wyceniają te spółki, które inwestują w innowacyjność i kapitał intelektualny. Przedsiębiorstwa, które tworzą nowe modele biznesowe oparte na technologii mogą mieć kilkukrotnie wyższą wartość niż spółki działające w oparciu o tradycyjne modele.
W biznesie od dziesięcioleci źródła tworzenia wartości wydawały się jasne i intuicyjne: stwórz produkt lub usługę, której wymaga rynek i sprzedaj ją z zyskiem. W dzisiejszej gospodarce pojawiły się jednak firmy, które jeszcze nie wytworzyły żadnego zysku, a ich rynkowa wycena już sięga miliardów. Zdaniem ekspertów Deloitte inwestorzy doceniają obecnie nie tylko wytworzony produkt lub usługę, ale również sam model biznesowy oparty na nowych technologiach, który daje nadzieję na duże zyski w przyszłości.
Rośnie znaczenie wartości niematerialnych
Analiza indeksu S&P 500 z ostatnich 40 lat pozwoliła na stwierdzenie silnej korelacji między wyceną a modelami biznesowymi spółek. Umożliwiło to wyłonienie czterech podstawowych modeli biznesowych: budowanie aktywów (w tym specjalizują się głównie firmy produkcyjne, ale też handel), świadczenie usług (np.: usługi finansowe, ubezpieczenia, konsulting), opracowywanie technologii (firmy softwarowe, biotechnologiczne oraz farmaceutyczne) i modele sieciowe (np. media społecznościowe).
W analizie opracowanej przez Williama Ribaudo, eksperta Deloitte, spółki działające w tym ostatnim modelu były wyceniane nawet od dwóch do czterech razy lepiej niż firmy koncentrujące się na budowie aktywów. Modele oparte na technologiach rosną szybciej i mają wyższy poziom mnożnika przychodów. Inwestorzy rozpoznają wartość technologii i „nagradzają” te firmy, które się na niej opierają. Rezultatem tego jest „podział technologiczny” w wycenie spółek . – Coraz bardziej zauważalne jest stopniowe ujednolicanie branż gospodarki, czemu sprzyja wszechobecna technologia, zmieniająca, a czasem zacierająca tradycyjne granice rynku. Błyskawiczne innowacje tworzą miejsce na nowe modele biznesowe, które pojawiają się w niemal wszystkich branżach – mówi William Ribaudo, Partner zarządzający w Digital Risk Venture Portfolio w Deloitte Risk and Financial Advisory w Bostonie.
W 1975 r. aż 83 proc. wartości rynkowej w grupie 300 spółek z indeksu S&P 500 było powiązanych z ich zasobami fizycznymi: fabrykami, sprzętem i inwentarzem. Czterdzieści lat później te same czynniki stanowiły już tylko 16 proc. wartości. Z kolei aż 84 proc. było reprezentowane przez wartości niematerialne, takie jak własność intelektualna, baza klientów czy technologia, która jest czynnikiem wspólnym dla wszystkich analizowanych sektorów.
Perspektywa mikro- i makro-
Zdaniem ekspertów Deloitte, zarówno w Polsce, jak i na świecie obserwuje się stopniowe ujednolicanie branż gospodarki. Przyczyną tego zjawiska jest wszechobecna technologia: internet, media społecznościowe, technologie mobilne czy przetwarzanie w chmurze. – W ostatnich latach liczba rozwiązań cyfrowych drastycznie wzrosła. Niesie to szereg benefitów dla biznesu. Pozyskanie nowych konsumentów, sprzedaż dodatkowych produktów lub usług czy celniejsze zidentyfikowanie klientów to tylko niektóre z nich. To wszystko przekłada się na wzrost przychodów – mówi Wojciech Górniak, Dyrektor, Lider Obszaru Strategii i Transformacji Cyfrowych w Deloitte.
Jego zdaniem można wymienić wiele obszarów digitalizacji w małych i średnich firmach, począwszy od dystrybucji i księgowości, a na HR i obsłudze klienta skończywszy. – Z naszych badań wynika, że małe przedsiębiorstwa są bardzo otwarte na nowości . I nie mówię tu o startupach czy technologicznie zaawansowanych biznesach, tylko „tradycyjnych” firmach, które widzą w tych procesach realną wartość – dodaje Wojciech Górniak. Jak podkreśla, choć digitalizacja postępuje szybko, to wciąż jednak będzie ona głównym kierunkiem zmian w przedsiębiorstwach przez następnych kilka lat.
W opinii ekspertów Deloitte zjawisko to ma charakter globalny i dotyczy w podobnym stopniu firm, jak i całych gospodarek. – Gospodarki ukierunkowane na tradycyjne modele biznesowe ponoszą ryzyko pozostania w tyle. Nasze badanie wskazało na silną korelację między przyjętym modelem biznesowym a PKB. Z analizy wynika, że zrównoważone wsparcie, umożliwiające firmom – obok wypracowania modeli produkcji i świadczenia usług – wykorzystanie zasobów danych lub zestrojenie sieci, mogą przyczynić się do wzrostu produktu krajowego brutto – mówi William Ribaudo.
Colliers International wzmacnia swój zespół w Warszawie. Stanowisko Senior Associate w Dziale Powierzchni Biurowych objęła Katarzyna Włodek-Makos, która będzie odpowiedzialna za reprezentację najemców.
Katarzyna Włodek-Makos
— Największą wartością firmy Colliers są jej pracownicy. Nasz zespół budują najlepsi eksperci w swojej dziedzinie, a zarazem ludzie ambitni, pełni pasji i chęci rozwoju. Cieszymy się, że teraz dołączyła do niego również Katarzyna, która wzmocni nas swoim bogatym doświadczeniem zdobytym na wysokich szczeblach struktur samorządowych i państwowych — mówi Paweł Skałba, Senior Partner, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych w Colliers International.
Katarzyna Włodek-Makos posiada 11 lat doświadczenia w pracy dla instytucji publicznych. Przed dołączeniem do firmy Colliers International zajmowała stanowisko Dyrektora Biura Rozwoju Gospodarczego w Urzędzie Miasta st. Warszawy, gdzie odpowiedzialna była m.in. za stworzenie zespołu ds. obsługi inwestora, pozyskiwanie nowych inwestycji dla miasta czy obsługę działających na rynku inwestorów. Ponadto koordynowała działania związane z międzynarodową promocją Warszawy, w tym organizację i udział w targach nieruchomości MIPIM i EXPO REAL. Do jej obowiązków należała również koordynacja projektów dotyczących rozwoju gospodarczego miasta, obejmujących m.in. ulice handlowe, osiedla mieszkaniowe, rewitalizacje czy dzielnice biznesowe, a także prowadzenie działań na rzecz warszawskiego ekosystemu start-upowego i miejskich centrów przedsiębiorczości.
Swoją karierę Katarzyna rozwijała, pracując również w spółce PGE EJ 1, gdzie pełniła funkcję Zastępcy Dyrektora, a w późniejszym czasie Dyrektora Biura Komunikacji i Relacji Zewnętrznych. Do jej głównych zadań należało m.in. opracowanie i realizacja strategii działań marketingowych i komunikacyjnych projektu budowy pierwszej w Polsce elektrowni jądrowej. Wcześniej pracowała w Ministerstwie Skarbu Państwa – najpierw jako Zastępca Dyrektora Departamentu Relacji Inwestorskich, a później jako Dyrektor Biura Ministra. Koordynowała działania związane z promocją procesów prywatyzacyjnych, a także współpracą z zagranicznym i krajowym środowiskiem inwestorów kapitałowych, których celem była promocja polskich rynków finansowych na świecie i Warszawy jako regionalnego centrum finansowego. Była również odpowiedzialna m.in. za koordynowanie działań w zakresie współpracy ministerstwa z Unią Europejską, OECD i innymi organizacjami międzynarodowymi.
Katarzyna jest absolwentką Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego na kierunku zarządzanie i marketing, ukończyła także podyplomowe studia Akademii Spółek w Szkole Głównej Handlowej.
Z danych GUS za II kwartał 2018 r. dotyczących popytu na pracę[1] wynika, że najwięcej wolnych miejsc pracy zanotowano w przedsiębiorstwach zajmujących się przetwórstwem przemysłowym – 38,4 tys., co stanowi 23% wszystkich wakatów na rynku. Z kolei najnowszy „Barometr Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018” opracowany przez Personnel Service wskazuje, że aż 30% firm z sektora produkcyjnego planuje zatrudniać kadrę ze Wschodu w ciągu najbliższych 12 miesięcy.
– W najbliższym czasie może nastąpić jeszcze szybszy wzrost zatrudnienia pracowników z Ukrainy w branży produkcyjnej.Aż 88% pracodawców z tego obszaru twierdzi, że ma wolne miejsca pracy, na które brakuje Polaków. Dla nich zatrudnianie Ukraińców to często jedyny sposób, by utrzymać ciągłość produkcji i funkcjonowania instytucji. Dodatkowo co czwarta firma przyznała, że niektórymi z nieobsadzonych stanowisk Polacy w ogóle nie są zainteresowani. Nic dziwnego, że produkcja to sektor, który deklaruje także największe zainteresowanie pracownikami z Białorusi – 9% takich instytucji planuje zatrudniać Białorusinów – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.
Z „Barometru Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018” wynika, że branża produkcyjna deklaruje największy popyt na pracowników z Ukrainy – kadrę ze Wschodu planuje zatrudniać 30% takich firm. Podobne plany ma tylko co piąta usługowa i handlowa oraz 3% z sektora publicznego. Już teraz 38% przedsiębiorstw zajmujących się produkcją ma w swoich szeregach Ukraińców, a 57% przyznaje, że ma lub miało takie doświadczenia. Relacje są bardzo dobre – 45% pracodawców ma pozytywny stosunek do ukraińskich pracowników, a zdecydowanie negatywny niespełna 1%.
Trudniej zatrudnić Ukraińca
14% polskich firm twierdzi, ze obecnie jest trudniej o pracownika z Ukrainy, jednak warto zauważyć, że wśród przedsiębiorców z branży produkcyjnej więcej trudności dostrzega aż 28%. Zarówno polscy pracodawcy jak i pracownicy z Ukrainy zgodnie przyznają, że konieczne są kolejne zmiany w polityce migracyjnej, które pozwolą wypełnić wolne miejsca na rynku pracy. 73% naszych wschodnich sąsiadów chciałoby pracować w Polsce dłużej niż pół roku. Wydłużenia okresu legalnej pracy chce też 66% pracodawców. Ważne jest także ułatwienie formalności administracyjnych – to największa trudność w zatrudnianiu Ukraińców, na którą wskazuje 41% polskich przedsiębiorców. Narzekają na nie także nasi wschodni sąsiedzi.
Co z pozostałymi wakatami?
Według danych GUS na podium branż, w których najbardziej brakuje pracowników, znajdują się także budownictwo – 30,8 tys. wolnych miejsc pracy, oraz handel i naprawa pojazdów samochodowych – 27,9 tys. wakatów. Zapotrzebowanie w tych branżach potwierdzają dane Personnel Service – obecnie 28% pracowników z Ukrainy zajmuje się w Polsce budownictwem i remontami. Natomiast w branży handlowej prawie połowa firm twierdzi, że ma wolne stanowiska, którymi nie są zainteresowani Polacy. Przyznaje tak również 36% przedsiębiorców zajmujących się usługami.
Alior otwiera specjalną przestrzeń, w której wraz ze startupami z branży fintech wdroży nowe rozwiązania w ramach autorskiego programu akceleracyjnego RBL_START. Przestrzeń ta posłuży także do badania opinii klientów oraz testowania nowych produktów i usług banku.
Program RBL_START Alior Banku, którego celem jest wypracowanie produktów oraz usług docenianych przez klientów i wspierających automatyzację procesów, będzie trwał 3 miesiące. Najlepsze z rozwiązań zostaną wdrożone w Alior Banku. W trakcie programu akceleracyjnego startupy będą wypracowywać rozwiązania we współpracy z mentorami banku oraz partnerami zewnętrznymi. W specjalnie zaprojektowanej przestrzeni w Warsaw Spire autorstwa studia Robert Majkut Design, startupy będą mogły wraz z klientami banku przeprowadzać testy swoich rozwiązań. Tam też będą odbywać się warsztaty oraz mentoring. Uczestnicy otrzymają również dostęp do środowiska testowego z usługami API związanymi z PSD 2 (Alior Bank Developer Portal). Partnerami programu są: PZU, Giełda Papierów Wartościowych, Huge Thing, Mastercard, IBM, Google Cloud, Amazon oraz Microsoft.
–Jednym z wyznaczników innowacyjnej firmy jest umiejętność współpracy ze startupami. Wdrażając autorski program RBL_START po raz kolejny udowodnimy, że „Cyfrowy Buntownik” to nie frazes, a realne zobowiązanie. Po testach z technologią blockchain i modelem Open API wchodzimy na następny poziom zaawansowania: chcemy wypracować rozwiązania, które zrewolucjonizują rynek – mówi Katarzyna Sułkowska, prezes zarządu Alior Banku.
Alior Bank z powodzeniem łączy biznes i niecodzienne podejście do technologii. Wraz ze startupem VoicePin z sukcesem wprowadził rozwiązanie DRONN – sztuczną inteligencję, która w banku wspiera m.in. monitoring klientów kluczowych oraz podwyższonego ryzyka, procesy zamykania ROR i wysyłkę ponagleń w ramach zajęć egzekucyjnych. Obecnie „Cyfrowy Buntownik” jest w trakcie tworzenia paneuropejskiej platformy opartej na modelu Open API we współpracy z firmą Mastercard oraz zagranicznymi fintechami: Raisin i solarisBank.
Wraz ze startem programu RBL_START, wprowadzany jest nowy brand Alior Banku: RBL_. Jego zadanie to spajać ze sobą wszystko, co innowacyjne, cyfrowe i świeże. Pod marką RBL_ (skrót od REBEL) działają obecnie dwa podmioty: RBL_START – program akceleracyjny dla startupów oraz RBL_LAB – laboratorium do pracy nad rozwiązaniami technologicznymi.
RBL_START
Ponad 80 dni, ponad 100 spotkań i kilkadziesiąt telekonferencji zajęło wyłonienie 8 spośród blisko 100 startupów z całego świata, które zaledwie w ciągu miesiąca zgłosiły się do programu akceleracyjnego RBL_START. Niełatwego wyboru dokonywali menedżerowie oraz dyrektorzy jednostek biznesowych i działu IT. Tegoroczna edycja upłynie pod hasłem Open Banking, ponieważ profil wielu zgłoszonych startupów nawiązuje do tego modelu. Wśród startupów zakwalifikowanych do programu RBL_START znalazły się innowacyjne rozwiązania m.in. w obszarze agregacji rachunków i kategoryzacji wydatków, robo advisory, odroczonych płatności, sztucznej inteligencji czy zdalnej weryfikacji w oparciu o PSD2 i technologię blockchain.
–Akcelerator Alior Banku to ogromna szansa dla startupów. Ich członkowie nabędą nowe kompetencje, zaprezentowane przez nich rozwiązania zostaną dopracowywane we współpracy z mentorami, a następnie wybrane projekty dostaną szansę na wdrożenie w banku lub w PZU, który jest głównym partnerem tej edycji. Jednak to nie wszystko. Startupy biorące udział w programie mogą ubiegać się w Alior Banku o finansowanie na rozwój działalności. Planujemy także wyjazd do Londynu, podczas którego nasi uczestnicy będą mieli okazję zapoznać się z tamtejszym rynkiem fintechowym – mówi Kamila Wincenciak, menedżer ds. partnerstw FinTech w Alior Banku.
Przestrzeń RBL_
Nowoczesna przestrzeń w Warsaw Spire to miejsce, w którym – poza programem akceleracyjnym – będą odbywać się także warsztaty, spotkania, eventy oraz badania nad produktami i usługami banku. Takie aktywności umożliwią m.in. strefa networkingowa oraz specjalne laboratorium.
W wydzielonej przestrzeni Alior Bank stworzył jedno z najnowocześniejszych w Polsce laboratoriów do pracy nad rozwiązaniami cyfrowymi, w tym do badań z użytkownikami. RBL_LAB to wszechstronne, elastyczne miejsce w pełni dopasowane do procesu budowy innowacji – mają temu służyć między innymi inteligentne tablice, zestawy wideokonferencyjne czy kamery. Twórcom przyświecała idea zwinnego podejścia do projektów, która charakteryzuje się szybkim uwzględnianiem rekomendacji użytkowników
w procesie tworzenia rozwiązań.
W RBL_LAB będą odbywać się m.in. warsztaty z design thinking, w trakcie których specjaliści będą wypracowywać praktyczne rozwiązania dla banku. W ciągu kolejnych kilku dni projektanci zwizualizują te pomysły lub przygotują ich robocze prototypy. Finalnie koncepcje zostaną zaprezentowane w trakcie badań z użytkownikami. Taki cykl działań znacznie przyspieszy czas wdrażania rozwiązań. Ułatwi on także identyfikację pomysłów, które nie mają szans, aby trafić w potrzeby klientów.
Laboratorium będzie również wykorzystywane do ulepszania standardowych rozwiązań wewnętrznych i testowania nowych technologii oraz w pracach nad pomysłami zgłaszanymi przez pracowników. Dzięki nowoczesnej technologii, w bieżących działaniach będą mogli zdalnie brać udział pracownicy z centrali
w Krakowie oraz Gdańsku.
– Chcemy ciągle udoskonalać nasze usługi i wchodzić na coraz to wyższy szczebel innowacyjności – ma w tym pomagać koncept RBL_. Przygotowując przestrzeń pomyśleliśmy także o rynku, który – tak samo jak my – chce rozwijać się w kierunku nowych technologii. Dlatego w nowym obiekcie, poza akceleratorem
i laboratorium, znajdzie się również przestrzeń networkingowa. Będą tam organizowane wydarzenia edukacyjne i spotkania dla naszych klientów, a także eventy wewnętrzne, przybliżające pracownikom tematykę innowacji – mówi Marcin Jaszczuk, wiceprezes zarządu Alior Banku.
Dubaj stał się nowym kierunkiem emigracji zarobkowej wśród Polaków. Wymarzona, słoneczna pogoda oraz ekskluzywne, zapierające dech w piersiach wieżowce, a przede wszystkim pewna i bezpieczna praca sprawiają, że oprócz wakacyjnego wyjazdu, coraz więcej Polaków decyduje się opuścić rodzimy kraj na dłużej. Arabscy pracodawcy gwarantują wyżywienie, zakwaterowanie, a nawet zakup biletu lotniczego do Polski, aby pracownik mógł się spotkać z rodziną. Dzięki temu każdy pracownik może odłożyć zarobione pieniądze, bez konieczności wydawania ich na codzienne potrzeby i po powrocie do Polski mieć zasoby finansowe na najbliższe miesiące, bez konieczności szukania nowej pracy jak najszybciej.
Kamila Gutowski, współwłaścicielka agencji pracy Skills Net
WARUNKI PRACY
Różnorodne oferty pracy na rynku sprawiają, że przed Polakami otwiera się coraz więcej ścieżek zawodowych, nie tylko w rodzimym kraju, ale również za granicą. Coraz częściej młodzi ludzie decydują się na karierę na „obczyźnie” nie tylko ze względu na warunki płacowe, ale również chęć przeżycia ciekawej przygody, poznania nowych ludzi, kultur i obyczajów. Nie wybierają już Anglii czy Irlandii, a swoje kroki kierują w stronę Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Tak odległy kierunek może budzić jednak obawy dotyczące znalezienia pracy, zakwaterowania itp. Dlatego warto podjąć współpracę z agencją pracy, która sprawdzi za nas czy pracodawca jest godny zaufania i czy praca, którą podejmujemy jest legalna i uczciwa i czy na miejscu będziemy mieli obiecane zakwaterowanie i zatrudnienie.
– Tym co przyciąga Polaków do wyjazdu do Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest możliwość pracy w jednym z najbogatszych miejsc na świecie. Nie wybierają już Wielkiej Brytanii, jak było przez ostatnie kilkanaście lat. Teraz coraz częściej kierujemy osoby do Dubaju. W Londynie pracując na osławionym zmywaku pracownik musiał sam znaleźć mieszkanie, zapewnić sobie jedzenie, więc ta pensja szybko topniała, a do Polski wracał z mniejszą kwotą niż się spodziewał. W Dubaju jest inaczej, na miejscu pracodawca zapewnia zakwaterowanie oraz wyżywienie, dzięki czemu możemy oszczędzić wszystkie zarobione pieniądze. Co więcej, opłaca również raz w roku przelot do Polski, więc pracownik może wrócić do rodziny, np. na Święta. Przede wszystkim rekrutujemy osoby do hoteli, oferując im stanowiska kelnerów, recepcjonistów czy barmanów. Doświadczenie w branży hotelarskiej nie jest konieczne, choć oczywiście jest dużym atutem, jednak przeprowadzamy również odpowiednie szkolenia i kursy. Oferujemy 2-letni kontrakt z możliwością przedłużenia, a nawet perspektywą awansu. Taki wyjazd to jednak przede wszystkim wspaniała okazja dla młodych osób do poznania nowej kultury i nowych ludzi oraz przeżycia niesamowitej przygody – mówi Kamila Gutowski, współwłaścicielka agencji pracy Skills Net Emirates.
Dodatkowo praca za granicą jest niezwykle cennym doświadczeniem, szczególnie dla młodych osób, które dopiero rozpoczynają swoją ścieżkę zawodową. Poza nauką samodzielności i odpowiedzialności, mają ogromną możliwość rozwoju zarówno osobistego, jak i zawodowego oraz efektywnej nauki języka, ze względu na ciągłe przebywanie w środowisku, w którym angielski jest powszechnie używany. Pozwala to nie tylko przełamać bariery w mówieniu oraz oswoić się z różnymi akcentami, ale również poznać język potoczny, dzięki któremu można poznać nowych przyjaciół. Życie w dotychczas obcej kulturze, nauka nowych tradycji, obyczajów, wszystko to prowadzi do naszego rozwoju, przy jednoczesnej możliwości zarobku. A przyszli pracodawcy zwykle bardzo dobrze patrzą na pracowników, którzy poradzili sobie w pracy za granicą.
W dzisiejszych czasach wszyscy narzekamy na brak czasu. Nic więc dziwnego, że wciąż wybieramy najszybsze środki transportu. Wśród nich samochody wciąż górują nad rowerami czy komunikacją miejską. Co jednak w sytuacji, w której nie stać nas na sfinansowanie zakupu własnego auta? Okazuje się, że mamy dogodne alternatywy na każdą kieszeń. Jedną z nich jest auto na abonament.
Czym jest usługa auto na abonament?
Mówiąc o autach na abonament warto byłoby przybliżyć czym jest ta usługa. Mówiąc najprościej polega ona na podpisaniu umowy na określony czas, w ramach której możemy korzystać z udostępnionego, wybranego przez nas auta. W ramach abonamentu, który musimy zapłacić znajdziemy nie tylko opłatę za użytkowanie samochodu, ale również OC, AC oraz serwis gwarancyjny. Możemy więc czuć się w pełni bezpiecznie korzystając z takiej możliwości.
Rynek samochodowy aut na abonament ma się coraz lepiej
Choć usługa auta na abonament jest w naszym kraju nowością nie oznacza to, że nie korzystamy z niej chętnie. Wprost przeciwnie. Coraz częściej właśnie na takie rozwiązanie decydują się osoby, które chcą korzystać ze sprawnego auta bez dużych wydatków. Tym bardziej, że firmy oferujące wynajem auta na abonament dopasowują swoje oferty do potrzeb klientów. Z powodzeniem znajdziesz więc auto, za które opłata miesięczna będzie dopasowana do twoich możliwości finansowych.
Idealna alternatywa dla wypożyczalni
Nie każdy z nas może pozwolić sobie na leasing samochodu, podobnie jest z kupnem auta na własną rękę. Pozostają wypożyczalnie, których ceny są jednak dość duże, zwłaszcza jeśli nie zależy nam na wynajmie auta na kilka dni a na dłuższy okres. Auto na abonament jest w takim przypadku najlepszą alternatywą. Jest bowiem znacznie tańsze od wynajmu auta oraz nie stanowi tak długotrwałego obciążenia jak leasing auta. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, cenne informacje na temat aut na abonament znajdziesz na stronie https://paniala.pl/wiedza/auto-na-abonament/.
Podsumowując, jeśli lubisz lub musisz przemieszczać się samochodem i poszukujesz bezpiecznego rozwiązania, które nie obciąży twojego budżetu – auto na abonament to ciekawa propozycja, którą warto rozważyć.
25 maja 2018 r. weszło w życie unijne rozporządzenie RODO regulujące zasady przetwarzania danych osobowych. Zgodnie z nim w wielu przypadkach podmioty przetwarzające takie dane mają obowiązek powołać inspektora ochrony danych osobowych. W praktyce pojawiła się wątpliwość, czy pełnienie takiej funkcji w ramach działalności gospodarczej może podlegać zwolnieniu z podatku od towarów i usług.
Kim jest inspektor ochrony danych osobowych?
Niektóre podmioty (administratorzy danych) wymienione w rozporządzeniu Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, RODO) mają obowiązek powołania inspektora ochrony danych osobowych. Do tej grupy zgodnie z art. 31 RODO należą organy i podmioty publiczne z wyjątkiem sądów w ramach sprawowania przez nie wymiaru sprawiedliwości, jak również podmioty, których główna działalność polega na przetwarzaniu danych osobowych. Obligatoryjnie inspektora ochrony danych powołują także administratorzy, których główna działalność obejmuje przetwarzanie tzw. danych wrażliwych oraz danych osobowych dotyczących wyroków skazujących i naruszeń prawa. Inspektor musi posiadać fachową wiedzę, zarówno teoretyczną, jak i praktyczną, dotyczącą przepisów RODO oraz krajowych regulacji z zakresu przetwarzania danych osobowych. Zakres tej wiedzy zgodnie z motywem 97 RODO powinien być ustalany w kontekście konkretnych potrzeb danego administratora. Winien zatem uwzględniać np. specyfikę działalności gospodarczej podmiotu przetwarzającego dane. Rozporządzenie określa szeroki i otwarty katalog zadań inspektora, do których należy m.in. informowanie administratora danych o jego obowiązkach wynikających z przepisów, jak również monitorowanie ich przestrzegania. Z uwagi na fakt, iż opisany w przepisach zakres zadań inspektora obejmuje również doradztwo w zakresie przepisów dotyczących ochrony danych osobowych dyskusyjne jest, czy wykonywanie takich obowiązków w ramach działalności gospodarczej może podlegać zwolnieniu z VAT z uwagi na wielkość obrotu.
Inspektor to nie doradca
Z takim problemem zetknął się pewien przedsiębiorca, który wystąpił z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej prawa podatkowego dotyczącej możliwości zwolnienia z VAT usługi polegającej na pełnieniu przez niego funkcji inspektora ochrony danych osobowych w rozumieniu przepisów RODO. Uznał on, iż zarówno przed, jak i po wejściu w życie rozporządzenia prowadził działalność szkoleniową z zakresu przepisów o ochronie danych, która może podlegać zwolnieniu z uwagi na wartość sprzedaży nieprzekraczającą 200 tysięcy złotych. Podatnik był świadomy tego, że do zadań inspektora ochrony danych osobowych należy m.in. doradztwo, które jako usługa nie podlega zwolnieniu zgodnie z ustawą o VAT, niezależnie od wielkości sprzedaży. Zdaniem przedsiębiorcy wykonywane przez niego czynności będą miały odmienny charakter. W jego opinii do zadań inspektora należy kontrola i ocena przestrzegania przepisów o ochronie danych osobowych, co należy uznać za pomoc administratorowi danych, a nie usługę doradztwa w rozumieniu przepisów ustawy o VAT. Według przedsiębiorcy nie ma także znaczenia okoliczność, iż wśród rodzajów działalności gospodarczej w zgłoszeniu rejestracyjnym wymieniono m.in. usługi doradztwa, gdyż decydujące znaczenie ma to, jaką działalność przedsiębiorca faktycznie wykonuje, a nie jak zaklasyfikował tę działalność według Polskiej Klasyfikacji Działalności.
Fiskus uważa inaczej
W interpretacji z dnia 27 czerwca 2018 r. nr 0111-KDIB3-1.4012.344.2018.1.RSZ Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej uznał stanowisko podatnika za nieprawidłowe. Zwrócił uwagę, iż pojęcie „doradztwa” nie zostało wprost zdefiniowane w przepisach, dlatego należy je rozumieć szeroko, również jako udzielanie fachowych zaleceń i porad np. finansowych czy ekonomicznych. Odwołując się do treści przepisów RODO, organ wskazał, że w ramach obowiązków inspektora ochrony danych osobowych podatnik będzie doradzał administratorowi danych i innym podmiotom, jak również udzielał zaleceń co do oceny skutków dla ochrony danych oraz monitorował ich wykonanie. Tym samym w ocenie Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej działalność gospodarczą prowadzoną przez Wnioskodawcę należy uznać za usługi doradztwa, które bez względu na wysokość sprzedaży nie będą podlegały zwolnieniu z podatku VAT. Omawiana sprawa pokazuje, że wejście w życie rozporządzenia dotyczącego ochrony danych osobowych otworzyło przed ekspertami w tej dziedzinie nowe możliwości. Ich sytuacja prawno-podatkowa może nieoczekiwanie ulec diametralnej zmianie. O ile dotychczasowa działalność szkoleniowa w zakresie obowiązujących przepisów mogła po zmieszczeniu się w ustawowym limicie podlegać zwolnieniu z podatku od towarów i usług, o tyle już określone w RODO usługi tego rodzaju najprawdopodobniej będą opodatkowane bez względu na ich skalę. Zarówno dostosowanie prowadzonej działalności gospodarczej do nowych przepisów o ochronie danych osobowych, jak i opodatkowanie usług doradztwa w tym zakresie warto powierzyć kompetentnemu specjaliście. Z uwagi na fakt, iż niniejsza tematyka budzi nieustanne emocje, a niekiedy nawet kontrowersje, trzeba być również przygotowanym na spory z organami odpowiedzialnymi za kontrolę przestrzegania nowych przepisów.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Od 2008 roku liczba zasadniczych szkół zawodowych i techników spadła w Polsce o 20 proc. Licząc od 2000 roku, spadek sięgnął 50 proc. Stworzenie sprawnego modelu kształcenia zawodowego ma kluczowe znaczenie, zwłaszcza w obecnej sytuacji na rynku pracy, który zmaga się z brakiem wykwalifikowanych fachowców. Nie obejdzie się jednak bez współudziału biznesu i samych pracodawców. Problemem jest jednak wciąż małe zainteresowanie młodych ludzi takim kształceniem.
– Mamy duży niedobór pracowników z wykształceniem zawodowym i specjalistycznym. Ministerstwo przygotowuje barometr zawodów deficytowych – wykaz, który wyraźnie pokaże, w jakich zawodach są deficyty, a w jakich nadwyżki. Dobre kształcenie zawodowe czy też branżowe jest nam niezwykle potrzebne. Problem jednak w tym, że choć przygotowywany i wdrażany jest nowy model kształcenia branżowego, to ciągle nie jest ono zbyt popularne. Kształcenie zawodowe nie cieszy się dużym zainteresowaniem. To jest poważny problem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Elżbieta Rafalska, minister pracy, rodziny i polityki społecznej.
Polski rynek pracy od miesięcy notuje rekordowy, historycznie niski poziom bezrobocia, które od czerwca utrzymuje się na poziomie 5,9 proc. Tylko od lipca ubiegłego roku liczba osób bez pracy zmniejszyła się o 178,5 tys. osób. Według wyliczeń Eurostatu Polska jest w tej chwili w pierwszej trójce państw Unii Europejskiej z najniższym bezrobociem. Niska podaż pracy zaczyna jednak hamować rozwój przedsiębiorstw, które mają problemy z pozyskaniem kadry – zwłaszcza specjalistów i fachowców w swoich branżach. Przyczynia się do tego również niski poziom szkolnictwa zawodowego i jego niewielka popularność. Z największymi problemami borykają się zwłaszcza branża budowlana i produkcyjna.
– Potrzeby są ogromne. Mówimy w tej chwili o braku 500 tys. specjalistów na rynku w każdej branży. Najlepiej świadczy o tym fakt, że osoby po szkołach zawodowych praktycznie już na ostatnim roku dostają oferty pracy. Brakuje kierowców, spawaczy, stolarzy, hydraulików – wylicza Tomasz Wróblewski, ekspert Warsaw Enterprise Institute.
Szkolnictwo zawodowe w Polsce ma w tej chwili przed sobą wiele wyzwań. Przez ostatnie dekady było zaniedbane, co spowodowało spadek liczby szkół zawodowych oraz absolwentów, którzy wchodzą na rynek pracy. Jak wynika z danych GUS, w roku szkolnym 2014/2015 działały w Polsce 3 954 zasadnicze szkoły zawodowe i technika. To oznacza, że od 2008 roku ich liczba spadła o ok. 20 proc. Licząc od 2000 roku – spadek sięgnął aż 50 proc. W roku szkolnym 2016/2017 było ich nieco ponad 3 500.
– Mamy również problem z tym, że spadła jakość kształcenia zawodowego, ponieważ nie inwestowaliśmy w ten system. Z jednej strony wymagania rynku, oczekiwania co do kwalifikacji wzrosły, natomiast w systemie kształcenia trend był spadkowy. Wyzwaniem jest również struktura szkolnictwa zawodowego, ponieważ zawody, które kształcimy, nie są tymi, które są dziś potrzebne w biznesie i w gospodarce. Należy też wymienić spadek prestiżu i ogólnej opinii o kształceniu zawodowym, który powoduje, że trudno jest pozyskać nowych kandydatów – mówi Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.
– Myślę, że te wszystkie poprzednie lata, kiedy osoby, które kończyły kształcenie zawodowe, były stygmatyzowane i znajdowały się w rejestrach powiatowych urzędów pracy, doprowadziły do tego, że ucieka się od tego kształcenia zawodowego. Tymczasem ono dzisiaj daje gwarancję zatrudnienia, ci pracownicy są wyczekiwani na rynku pracy. Jest bardzo istotne, aby stworzyć taki model kształcenia branżowego, który na żadnym etapie nie będzie zamykał młodym osobom szans na dalszy rozwój – dodaje Elżbieta Rafalska.
Minister pracy podkreśla również, że szkolnictwo branżowe musi nadążać za wyzwaniami rynku pracy, rozwojem technologii i innowacji, „iść z duchem czasu”. Dlatego stworzenie sprawnego modelu kształcenia zawodowego w Polsce nie ma szans bez współudziału biznesu i samych pracodawców.
– Jeżeli biznes zaangażuje się, będzie przyjmował uczniów, kształcił ich zawodowo i jeżeli oni będą mieć dostęp do nowoczesnych urządzeń i technologii, to równocześnie przedsiębiorca ma gwarancję, że ten uczeń do niego wróci, ponieważ zna tę pracę, kształcił się u niego, odbywał staż. Buduje się taka relacja między uczniem a nauczycielem – w tym przypadku nauczycielem zawodu – mówi Elżbieta Rafalska.
– System musi być odwrócony, tak jak funkcjonuje to w Niemczech i Wielkiej Brytanii, że najpierw uczymy się zawodu, wykonywania pracy i doświadczenia w zakładach produkcyjnych, a potem uczymy się teorii. W Polsce jest odwrotnie, właściwie całe studia czy całą szkołę zawodową uczymy się teorii, a dopiero potem na koniec mamy te wątłe praktyki – mówi Tomasz Wróblewski. – Po drugie, egzaminy muszą się pokrywać z wymogami branży, cechów, a nie z wizją profesorów, która rozmija się z rynkiem.
Grupa VELUX i jej spółki siostrzane rokrocznie potrzebuje więcej pracowników (w 2017 roku grupa zatrudniła w sumie 500 nowych pracowników, co stanowiło 12-proc. wzrost rdr.). Fundacje VELUX zadecydowały właśnie o utworzeniu programu grantowego, który będzie wspierać szkolnictwo zawodowe w Polsce. Celem jest zapewnienie większej podaży odpowiednio wykwalifikowanych fachowców.
– Założenia tego programu są długofalowe, co oznacza, że będą mieć pozytywne oddziaływanie na rynek, przyspieszać zmiany systemowe w tym zakresie. W ramach programu grantowego Fundacji będą wspierane nowe programy edukacyjne, edukacja w pracy, mobilność, zarówno uczniów, jak też nauczycieli, kształcenie umiejętności miękkich. To wszystko powinno mieć pozytywne oddziaływanie na cały system – podkreśla Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.
Program grantowy Fundacji VELUX jest obliczony na kolejnych 10 lat – potrwa do 2028 roku. Nabór grantów będzie się odbywał w trybie ciągłym, a ich beneficjentami mogą być wszelkie organizacje pozarządowe, szkoły, samorządy, organy administracji publicznej czy innowatorzy, którzy chcieliby wpisać się w rozwój i poprawę sytuacji w segmencie szkolnictwa zawodowego w Polsce.
W październiku wchodzi w życie ustawa o dystrybucji ubezpieczeń, która wdraża zapisy unijnej dyrektywy IDD. Dla ubezpieczycieli i pośredników oznacza to poważne zmiany. Nowe przepisy rozwijają m.in. wymóg badania potrzeb klienta i dopasowywania do nich odpowiedniego ubezpieczenia oraz wprowadzają obowiązek informowania klienta o charakterze wynagrodzenia pośrednika. Prezes Vienna Life Paweł Ziemba ocenia, że zmiany pokrywają się z oczekiwaniami klientów, którzy chcą większej transparentności przy zawieraniu umowy ubezpieczeniowej.
Ustawa o dystrybucji ubezpieczeń, która wdraża do polskiego prawodawstwa zapisy unijnej dyrektywy IDD, została uchwalona w grudniu ubiegłego roku. Pierwotnie miała wejść w życie 23 lutego 2018 roku, ale ten termin został przesunięty na 1 października.
– Daje to czas całemu środowisku ubezpieczeniowemu, aby właściwie przygotować się do tej dyrektywy, która niesie ze sobą bardzo wiele zmian. Dla ubezpieczycieli oznacza to konieczność doregulowania kilku kwestii, zwrócenia jeszcze większej uwagi na standardy i jakość. Natomiast dla środowiska czysto dystrybucyjnego niesie wiele zupełnie nowych zmian, z którymi polski rynek do tej pory się nie mierzył – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Ziemba, prezes zarządu Vienna Life.
Ustawa o dystrybucji ubezpieczeń obejmie wszystkie podmioty zaangażowane w sprzedaż produktów ubezpieczeniowych – zarówno pośredników, agentów, jak i pracowników zakładów ubezpieczeń. Jej główny cel to zapewnienie klientom odpowiedniej opieki i porady w zakresie usług ubezpieczeniowych, opartej na badaniu jego rzeczywistych potrzeb.
– Badanie potrzeb jest istotne z uwagi na konieczność rozpoznania tego, co rzeczywiście klient chciałby otrzymać. Znajomość preferencji i oczekiwań klienta jest niezmiernie ważna – zwłaszcza w ubezpieczeniach, które są produktem długoterminowym. Całe środowisko ubezpieczeniowe zmierza w tę stronę, aby produkty ubezpieczeniowe były dobrze zrozumiane i odpowiadały na określony obszar potrzeb klienta – mówi Paweł Ziemba.
Jedne z najważniejszych zmian, które wprowadza nowa ustawa, to nakaz postępowania w najlepiej pojętym interesie klienta i wymóg dopasowywania produktu ubezpieczeniowego do jego indywidualnych potrzeb, zakaz współpracy brokerów i agentów ubezpieczeniowych oraz obowiązek informowania klienta o charakterze wynagrodzenia pośrednika. Jak ocenia prezes zarządu Vienna Life – ten zapis budzi w środowisku szczególnie duże kontrowersje, ale z drugiej strony – dobrze dobrany produkt, z odpowiednim zakresem i ceną, zawsze się obroni, niezależnie od wysokości prowizji pośrednika.
Z badań konsumenckich wynika, że nowa ustawa o dystrybucji ubezpieczeń pokrywa się z oczekiwaniami klientów. Jak wynika z danych firmy doradczej Deloitte, 82 proc. klientów uważa, że najważniejszą cechą obsługi klienta jest dokładność́ i jakość́ informacji. Natomiast trzy czwarte (73 proc.) wskazuje, że najważniejsze jest szanowanie ich czasu.
– Od produktów ubezpieczeniowych klienci oczekują przede wszystkim transparentności przy zawieraniu umowy, jak również rozumienia wszystkich jej zapisów. Jest to jednak język prawny, który stara się przewidzieć wiele sytuacji, dlatego tak ważne jest, aby go jak najbardziej uprościć, by nie był skomplikowany w interpretacji – mówi Paweł Ziemba.
– Dla wielu klientów sprawna obsługa jest czynnikiem decydującym o wyborze lub pozostaniu z daną firmą. Niesprostanie oczekiwaniom klienta często powoduje rezygnację z produktu i usługi. Dlatego staramy się, również w przypadku naszej firmy, załatwiać sprawy klientów w możliwie najkrótszym czasie, dostarczając im precyzyjne wskazówki i odpowiedzi – dodaje Agnieszka Książek, dyrektor marketingu Vienna Life.
Na przestrzeni ostatnich dwóch lat Vienna Life wprowadziła szereg usprawnień w swojej ofercie i nowy standard obsługi klienta.
– Najbardziej istotna – jeśli chodzi o innowacje w ramach świadczonego serwisu – jest Rada Klientów, którą powołaliśmy w ubiegłym roku. Rada składa się z przedstawicieli naszych obecnych klientów, z którymi regularnie się spotykamy. Są to osoby z całego kraju, które przedstawiają nam konkretne rekomendacje, wskazując też pewne błędy i pokazując sposoby ich naprawy. Dzięki temu wzbogacamy naszą ofertę i poprawiamy jakość obsługi klienta – dodaje Agnieszka Książek.
Język komunikacji w pismach reklamacyjnych został zmieniony na prostszy. Zaraz po podpisaniu umowy klient otrzymuje pakiet pięć e-maili z informacjami, które są istotne i przydatne do prowadzenia jego polisy („welcome pack”). Natomiast tydzień po podpisaniu umowy firma kontaktuje się z nim telefonicznie, żeby sprawdzić, czy dostał już komplet dokumentów i czy ma dodatkowe pytania związane ze swoją polisą („welcome call”). Wszystkie opisy produktów na stronie internetowej zostały zmienione na prostsze i bardziej klarowne. Ubezpieczyciel promuje też polubowne rozwiązywanie sporów reklamacyjnych poprzez mediacje.
– Te zmiany wynikają z długich przygotowań. W ubiegłym roku przeprowadziliśmy wśród klientów dwumiesięczne badanie dotyczące ich oczekiwań w stosunku do produktów, roli towarzystwa ubezpieczeniowego i dystrybutora. To dało nam dostęp do wielu praktycznych informacji. W efekcie zmieniliśmy sposób komunikowania się z rynkiem, sposób opisywania produktów na bardziej jasny, klarowny i krótszy, co jest bardzo ważne, bo nikt nie przeczyta dziesięciu stron małym drukiem – mówi prezes Vienna Life.
Jak podkreśla, zmiany zostały bardzo dobrze odebrane przez klientów, co ma potwierdzenie w statystykach. W porównaniu do ubiegłego roku liczba reklamacji spadła o 25 proc. W 2017 roku wysłano do klientów o 92 proc. więcej e-maili niż tradycyjnych listów, a czas oczekiwania na tzw. kartę klienta, zawierającą pakiet podstawowych informacji, skrócił się z 4 tygodni do 2 dni. Do tej pory Vienna Life zamknęła też 350 postępowań mediacyjnych w ramach polubownego rozwiązania sporów reklamacyjnych.
Prywatne firmy z sektora ochrony zdrowia są pionierem we wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań w opiece nad pacjentem. Mobilne utrasonografy, wideokonsultacje czy elektroniczna dokumentacja medyczna ułatwiają i przyspieszają postawienie diagnozy, a następnie leczenie. Medicover pracuje także nad wykorzystaniem sztucznej inteligencji do diagnostyki. Z doświadczeń prywatnych placówek mogą czerpać publiczne placówki.
– Rozwiązaniem, które miałoby szansę na wdrożenie w publicznej służbie zdrowia, jest elektroniczna dokumentacja medyczna. Mamy w tym obszarze 13 lat doświadczenia i możemy się podzielić wynikami swojej pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Iwona Pokwicka, wiceprezes Medicover Polska. – Od czerwca br. zintegrowaliśmy nasze systemy z ZUS w zakresie e-zwolnienia, pracujemy z Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia nad projektem e-recepta, a w przyszłości liczymy nad e-skierowaniem. Wydaje się, że elektroniczna dokumentacja medyczna jest podstawą do tego, aby później korzystać z innych rozwiązań, takich jak telemedycyna.
Czaty z lekarzami, porady telefoniczne czy wideokonsultacje to usługi telemedyczne, które Medicover Polska oferuje od lat. Zatrudnia w tym celu blisko 150 lekarzy i przekonuje, że rozwiązania te można wdrożyć do publicznej służby zdrowia.
– Kolejnym rozwiązaniem, nad którym pracujemy, jest wykorzystanie sztucznej inteligencji w procesie leczenia pacjenta. Takie metody jak symptom checker [rozwiązania wspomagające diagnozę, oparte na sztucznej inteligencji] czy patient flow manager [kontroler ruchu pacjentów – red.] i inne, które wspomagają diagnostykę pacjenta, zanim jeszcze trafi on do lekarza, pomagają nam przekierować pacjenta do właściwego kanału obsługi medycznej. Jest to jeszcze u nas w fazie testów. W przyszłości mamy nadzieję, że również system publicznej opieki zdrowotnej skorzysta z takich propozycji – zapowiada Iwona Pokwicka.
Elektroniczna dokumentacja medyczna dała Medicover dostęp do danych, które można interpretować i podejmować działania, dzięki temu firma stworzyła kodeks dobrych praktyk, najlepszych standardów postępowania, i wdrożyła go do systemu medycznego. Dzięki temu lekarz, mając do czynienia z określoną jednostką chorobową, otrzymuje od systemu podpowiedź, jak postępować, aby osiągnąć sukcesy w leczeniu lub postępowaniu medycznym.
– Dzięki nowoczesnym technologiom wdrożyliśmy także system MQI, czyli Medical Quality Indicators, które sprawdzają, czy lekarze stosują standardy postępowania jako best practice i jak skutecznie leczą naszych pacjentów. To jest pierwsza wartość dodana nowoczesnych technologii.
Kolejną, nie mniej istotną, jest szybka diagnoza. Przykładem może być użycie mobilnego USG, dzięki któremu w czasie jednej wizyty domowej przeszkolony lekarz dowolnej specjalności może sprawdzić stan zdrowia pacjenta bez konieczności odsyłania go do oddzielnej pracowni ultrasonograficznej i czekania na wynik. Do tego dochodzą urządzenia do monitorowania pacjenta w domu, jak domowe KTG dla kobiet w ciąży czy domowe EKG lub holter.
– Prywatny sektor zdrowia jest pionierem we wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań w opiece nad pacjentem. Monitorujemy jakość medyczną dostarczaną dzięki nim. Mamy nadzieję, że nasze doświadczenia i wyniki naszych prac zostaną docenione również przez Ministerstwo Zdrowia, które będzie mogło je w stosunkowo łatwy sposób zaimplementować do opieki publicznej i w ten sposób również tam podnosić jakość obsługi.
Włoski koncern Leonardo chce współpracować ze spółkami Polskiej Grupy Zbrojeniowej przy realizacji programu Kruk, który zakłada pozyskanie 32 nowoczesnych śmigłowców bojowych dla polskich Sił Zbrojnych. Koncern zaoferował polskiemu Ministerstwu Obrony Narodowej śmigłowce AW249. Jeśli oferta Leonardo zostanie wybrana przez MON, spółki PGZ będą uczestniczyć w produkcji oraz serwisowaniu tych maszyn. – Polski przemysł mógłby się zaangażować w tę inicjatywę od samego początku, tak na etapie projektowania, produkcji, jak i późniejszego wsparcia logistycznego eksploatacji tych maszyn – mówi Marco Lupo, wiceprezes Leonardo na region Bałkanów i Europy Wschodniej.
– Jednym z proponowanych obszarów współpracy jest program nowego śmigłowca bojowego AW249, który Leonardo opracowuje dla włoskiego ministerstwa obrony. Przy wsparciu tego ministerstwa śmigłowiec ten jest proponowany również Polsce. Aby odpowiednio zabezpieczyć się od strony przemysłowej w zakresie realizacji tego programu, podpisaliśmy w lipcu list intencyjny z Polską Grupą Zbrojeniową. Teraz czekamy na decyzję polskiego ministerstwa obrony w sprawie postępowania Kruk – mówi agencji informacyjnej Marco Lupo, wiceprezes Leonardo na region Bałkanów i Europy Wschodniej.
List intencyjny, który określa zasady współpracy w ramach programu AW249, Leonardo i Polska Grupa Zbrojeniowa podpisały w połowie lipca br. Spółki określiły w nim formułę wspólnych działań dotyczących projektowania, produkcji, montażu i sprzedaży śmigłowca AW249. Jak podają strony porozumienia, dokument potwierdza zainteresowanie PGZ oraz Leonardo rozwojem oraz produkcją nowego śmigłowca bojowego, tworzonego na potrzeby armii włoskiej, oraz jego polskiego wariantu w ramach programu Kruk.
Program Kruk zakłada pozyskanie śmigłowców uderzeniowych nowego typu dla polskich Sił Zbrojnych. MON zamierza kupić 32 takie maszyny, które docelowo mają zastąpić stare śmigłowce Mi-24.
– Zdecydowanie zaangażowanie polskiego przemysłu w ten projekt byłoby ogromną szansą dla branży. Polskie firmy mogłyby się zaangażować w tę inicjatywę od samego początku, tak na etapie projektowania, jak i produkcji oraz późniejszego wsparcia logistycznego eksploatacji tych maszyn. Chodzi tu o śmigłowce przeznaczone nie tylko na polski rynek, lecz także na rynek eksportowy. To właśnie pokazuje skalę potencjalnych korzyści, jakie uczestnictwo w tym programie mogłoby dać Polsce – mówi Marco Lupo.
– Mówimy o współpracy przemysłowej już na etapie badawczo-rozwojowym, a potem na etapie produkcji, a więc nie o jakimś offsecie, który nawet przy najlepszych chęciach nie jest i nigdy nie będzie w stanie równać się prawdziwej współpracy przemysłowej. Gdyby polski przemysł uczestniczył w projekcie AW249, nie tylko pobierałby korzyści finansowe ze sprzedaży tego sprzętu dla polskiej armii, lecz także uczestniczyłby w eksportowych projektach sprzedażowych. To oznaczałoby, że każdy śmigłowiec AW249 sprzedawany w przyszłości na świecie, miałby ten komponent polskiej myśli technologicznej i pracy polskich robotników czy inżynierów. To jest ogromna przewaga, nieporównywalna z konkurencyjnymi rozwiązaniami – dodaje Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters.
AW249 to najnowszy śmigłowiec bojowy, który jest aktualnie na etapie zaawansowanych prac projektowych. W styczniu ubiegłego roku grupa Leonardo podpisała z włoskim ministerstwem obrony długoletni kontrakt na budowę takich maszyn. AW249 o maksymalnej masie startowej kat. 7–8 ton i ładowności powyżej 1 800 kg ma charakteryzować się szybkością i długością lotu, które pozwolą przetrwać w najtrudniejszych warunkach. Maszyna będzie dysponować najnowocześniejszymi systemami komunikacji i kierowania misją na polu walki i być bardziej ekonomiczna w porównaniu do poprzedniej generacji śmigłowców.
– AW249 to najnowszy śmigłowiec bojowy, projektowany jako następca śmigłowca A129, który już swoje lata wysłużył. Będzie śmigłowcem większym, o masie startowej w przedziale 7–8 ton. Wobec tego będzie też dużo mocniej uzbrojony i przykładowo, będzie możliwość zastosowania dużo większej liczby rakiet przeciwpancernych. Jest także rozpatrywany jako centrum dowodzenia i współpracy z bezzałogowymi statkami powietrznymi. Mamy więc śmigłowiec wiodący, który jednocześnie koordynuje pracę aparatów bezzałogowych, być może takich jak SW-4 Solo – dodaje Krzysztof Krystowski.
Testy bezzałogowego śmigłowca SW-4 Solo zostały zakończone niedawno, maszyna po raz pierwszy wzbiła się w powietrze bez pilota bezpieczeństwa na pokładzie na wysokość 1,5 tys. stóp i bezpiecznie wylądowała. To największy tego typu bezzałogowiec w Europie.
Polska Grupa Zbrojeniowa i włoski koncern Leonardo już od kilku lat współpracują w zakresie rozwoju przemysłu obronnego. Począwszy od 2016 roku – zawarły szereg porozumień dotyczących tej współpracy.
Marco Lupo, wiceprezes Leonardo na region Bałkanów i Europy Wschodniej, podkreśla również, że od momentu przejęcia PZL-Świdnik koncern inwestuje duże kwoty w rozwój zakładów lotniczych i utworzył w Świdniku swoje centrum doskonalenia struktur lotniczych. W efekcie od momentu przejęcia PZL-Świdnik zwiększył swoje przychody ponadtrzykrotnie.
– W dalszym ciągu zamierzamy inwestować w ten zakład. Dlaczego? Ponieważ jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani poziomem pracy świadczonej przez zatrudnione tam osoby. Jesteśmy dumni z naszych polskich zakładów i w związku z tym będziemy dalej w nie inwestować po to, aby utrzymać tę sytuację – podkreśla Marco Lupo.
– Włochy są bardzo dobrym partnerem dla polskiego przemysłu obronnego, ponieważ same mają silny przemysł obronny w postaci grupy Leonardo. Do projektu AW249 zapraszamy partnerów z PGZ, aby ten nowy śmigłowiec budować wspólnie, jednocześnie we Włoszech i w Polsce, przez PZL-Świdnik i inne spółki. To jest naprawdę bezprecedensowy pomysł, ponieważ w ciągu ostatniego 30-lecia nie było nigdy takiego przypadku, żeby polski przemysł obronny uczestniczył w rozwoju systemu uzbrojenia, a zwłaszcza systemu uzbrojenia tak zaawansowanego jak śmigłowiec bojowy – podsumowuje Krzysztof Krystowski.
Po bezramkowych smartfonach przyszedł czas na kolejną rewolucję w branży mobilnej – telefony z giętkim wyświetlaczem. Działające prototypy elastycznych urządzeń zaprezentowały już takie firmy jak Royole oraz Nubia, a w listopadzie 2018 roku zadebiutować ma elastyczny smartfon od Samsunga. Największym wyzwaniem w zaprojektowaniu takiego urządzenia jest opracowanie elastycznych baterii, które zginałyby się razem z wyświetlaczem. Według ekspertów technologia już jest gotowa, a wprowadzenie jej na rynek zależy już tylko od konkretnych producentów.
– Elastyczny telefon jest największym wyzwaniem, z jakim mieliśmy okazję się zmierzyć. Musieliśmy opracować nie tylko elastyczny ekran. Również cały układ, włącznie z baterią i elektroniką, musi być elastyczny. To będzie następna istotna zmiana na rynku smartfonów – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje William Strand z firmy Royole.
Firmy Royole oraz Nubia zaprezentowały na targach IFA 2018 działające prototypy smartfonów, które można owinąć wokół nadgarstka. Firma Nubia (należąca do chińskiego giganta ZTE) ma gotowy produkt, który niebawem może wprowadzić na rynek. Amerykańska firma Royole także ma działający smartfon z elastycznymi komponentami, ale specjalizuje się w projektowaniu elastycznych rozwiązań dla innych producentów elektroniki.
– Telefon jest w pełni wyposażony, jest normalnie działającym urządzeniem. Widziałem, jak to działa – poprosiłem o wykonanie rozmowy telefonicznej, w trybie głośnomówiącym, a po zakończonej rozmowie prezes owinął telefon wokół nadgarstka i zszedł ze sceny, więc wszystko działa, jak należy – przekonuje przedstawiciel Royole.
Do tej pory główną barierą w projektowaniu elastycznych urządzeń elektronicznych były baterie. Obecnie istnieją już rozwiązania, pozwalające zamontować nowoczesne baterie w elastycznym sprzęcie. Jednym z ciekawszych projektów jest ogniwo litowo-jonowe opracowane przez zespół naukowców z Columbia Engineering, które swoją konstrukcją przypomina ludzki kręgosłup, dzięki czemu można wyginać je i skręcać bez ich uszkadzania.
Jedną z pierwszych firm, które mogą się zdecydować na wprowadzenie w pełni elastycznego telefonu na rynek, może być Samsung. Koreańska firma już wielokrotnie zapowiadała model Galaxy X, jednak datę premiery tego sprzętu nieustannie przesuwano. Według najświeższych zapewnień przedstawicieli Samsunga do oficjalnej prezentacji telefonu może dojść w listopadzie tego roku.
Idea elastycznych smartfonów nie jest nowa. Pierwszy prototyp takiego urządzenia zaprezentowała firma Nokia w 2011 roku. Kinetic pozwalał nieznacznie zginać obudowę, aby w ten sposób sterować wyświetlaniem treści na ekranie. Ówczesna technologia nie pozwoliła jednak na wdrożenie tego rozwiązania do powszechnego użytku. Obecnie technologia jest już dostępna, a pojawianie się na rynku elastycznego smartfona jest kwestią czasu.
– Uważam, że wejście na rynek elastycznego smartfona w ciągu roku jest możliwe, lecz nie jest to teraz tak naprawdę problem natury technologicznej. Teraz najważniejsze jest dogadanie się z producentami sprzętu, my dostarczamy technologię, udzielamy wsparcia naszym partnerom podejmującym próbę opracowania elastycznych rozwiązań technologicznych – przewiduje nasz rozmówca.
Analitycy z Transparency Market Research szacują, że do 2026 roku wartość rynku elastycznych paneli OLED wzrośnie do 3 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 35 proc. Z kolei według Global Market Insights wartość rynku elastycznych baterii ma wzrosnąć z 200 mln dol. w 2015 roku do 1,5 mld dol. w 2024 roku.
Polski przemysł jachtowy rośnie w siłę. Rocznie produkujemy ok. 22 tys. jachtów, a naszą specjalnością są jachty motorowe o długości do 9 metrów. Wizytówką na świecie są też najbardziej luksusowe łodzie. Polskie stocznie należą do najnowocześniejszych w Europie, a dzięki inwestycjom znacząco zwiększyły moce produkcyjne. To sprawia, że po latach umacniania naszej pozycji w Europie polskie stocznie coraz częściej myślą o podbojach dalekich rynków – zapowiada Michał Bąk, sekretarz generalny Polskiej Izby Przemysłu Jachtowego i Sportów Wodnych – Polskie Jachty.
– Potencjał polskiej branży jachtowej szacowany jest na ponad 20 tys. jednostek produkowanych rocznie. Taki wynik rzeczywiście został osiągnięty w 2008 roku, później przyszła recesja, która spowodowała, że było mniej zamówień zagranicznych, w związku z czym produkcja polska też trochę zmalała. Od 2009 roku rok do roku mamy wzrosty produkcji na poziomie 10–15 proc. Szacując 2017 rok, jesteśmy bardzo blisko powtórzenia liczby 22 tys. jachtów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Bąk, sekretarz generalny Polskiej Izby Przemysłu Jachtowego i Sportów Wodnych – Polskie Jachty.
Najliczniejszą grupą jachtów produkowanych w Polsce są małe motorówki – do 9 metrów, z silnikiem zaburtowym, których rocznie powstaje ok. 17 tys. Pod tym względem jesteśmy liderem w Europie. W tym najpopularniejszym segmencie ponad połowa jednostek pochodzi właśnie z Polski. Szacuje się, że ogólnie nawet co trzeci jacht na wodach europejskich został wyprodukowany w Polsce.
– Zajmujemy drugie miejsce na świecie, zaraz po USA. Oprócz tego najbardziej popularnego segmentu łodzi motorowych do 9 metrów, polską specjalnością są jachty luksusowe. Duże jachty motorowe marki Galeon czy personalizowane katamarany firmy Sunreef to są najbardziej cenione polskie brandy za granicą i to jest nasza wizytówka na świecie – podkreśla Michał Bąk.
Obecnie w Polsce działa ok. 160 stoczni, z czego kilka największych, które zatrudniają do 1,5 tys. osób. Wartość sprzedaży polskich stoczni Polboat szacuje na 1,2–1,3 mld zł.
Liderem wśród odbiorców polskich jachtów i łodzi są Norwegowie, którzy tylko w 2016 roku na zakup polskiego sprzętu wydali 70 mln euro. Dużo eksportujemy także do Francji i Niemiec (ok. 45 mln euro), coraz więcej także do USA (28 mln euro).
– Polskie stocznie w tej chwili należą do najbardziej nowoczesnych, najbardziej dynamicznie rozwijających się w Europie. W ostatnich latach wiele z nich przeprowadziło bardzo spektakularne inwestycje, dzięki czemu rozbudowały znacznie swoją zdolność produkcyjną. Liczymy na to, że w następnych latach uda nam się znacznie powiększyć również wolumen produkcji polskiego przemysłu jachtowego – mówi Michał Bąk. – Po latach umacniania naszej pozycji w Europie polskie stocznie coraz częściej w tej chwili myślą o podbojach dalekich rynków, jak USA, Rosja, Japonia, Australia czy ZEA.
Jak dodaje sekretarz generalny Polskich Jachtów, szybki rozwój przemysłu jachtowego oznacza też wzrost w przemyśle okołojachtowym. Obecnie w tym segmencie działa niemal tysiąc firm, które zatrudniają ponad 40 tys. osób.
– To szereg firm, które dostarczają stoczniom materiały do budowy jachtów. Mówimy tu o masztach, żaglach, metalowych okuciach. To również wszystkie firmy, które są dystrybutorami zagranicznych marek, jeżeli chodzi o elektronikę czy inne komponenty, z których składa się jacht. Bardzo duża branża, około tysiąca firm, cały czas prężnie się rozwija. Rzesza dostawców współpracuje nie tylko z polskimi stoczniami, lecz także z najlepszymi firmami z branży na całym świecie – podkreśla Michał Bąk.
Wraz z popularyzacją smartfonów oraz nowych kanałów komunikacji, pojawiły się także nowe zagrożenia – firmy oraz instytucje wykorzystujące kanały internetowe muszą liczyć się z zagrożeniem, jakim jest wyciek poufnych informacji dotyczących ich pracowników, partnerów biznesowych oraz niejawnych projektów, nad którymi pracują. Polska firma projektuje m.in. najszybsze urządzenia szyfrujące, które mogą służyć w strukturach NATO oraz Unii Europejskiej.
– Chcemy chronić informacje przesyłane w sieciach i dlatego nasze najnowsze szyfratory służą do ochrony informacji o klauzuli „zastrzeżone”, ale też „poufne”. Urządzenia, które produkujemy, rozwijamy, uzbrajamy i certyfikujemy w służbach narodowych, są ostatnio certyfikowane głównie dla sektora wojskowego, w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Konrad Raczyński z firmy Enigma Systemy Ochrony Informacji.
Zapewnieniem bezpieczeństwa tych informacji zajmują się firmy z branży InfoSec, w tym m.in. polska Enigma, która podczas targów MSOP 2018 zaprezentowała urządzenia służące do utajniania informacji w ramach sieci IP. Szyfratory zdolne są do utajniania informacji z prędkością do 50 Mbit/s i działają w trybie automatycznym, bez konieczności obsługi przez operatora.
– To są urządzenia, które zapinają tunele w oparciu o protokół IPsec, są to wirtualne tunele do tworzenia bezpiecznych kanałów komunikacyjnych i w takim tunelu, już szyfrowanym, można przesyłać wszelkiego rodzaju dane, może to być głos, obraz, mogą to być dane pochodzące z różnych systemów teleinformatycznych. Mamy bezpieczny kanał, w którym to, co jest przekazywane pomiędzy lokalizacjami, jest ukryte i zabezpieczone przed dostępem osób niepowołanych – wyjaśnia ekspert.
O konieczności pochylenia się nad problemem bezpieczeństwa informacji niejawnych zdają sobie sprawę zarówno przedstawiciele świata technologii, jak i wojskowi. W tym roku podczas październikowej konferencji CYBERSEC na scenie spotkają się m.in. wiceszef NATO oraz wiceszef Microsoftu, którzy będą debatować o zagrożeniach ze strony cyberprzestępców. Podczas zeszłorocznej edycji tego wydarzenia Ministerstwo Obrony Narodowej poinformowało o powołaniu jednostki wojsk cybernetycznych, które mają się zająć zapewnieniem bezpieczeństwa w internecie.
Producenci sprzętu teleinformatycznego również przygotowują się do walki na tym polu. Szyfratory Enigma przeszły proces certyfikacji przetwarzania informacji niejawnych, dlatego mogą służyć do przetwarzania treści o klauzulach „Poufne”, „NATO Confidential” oraz „Confidential EU”.
– Będziemy się rozwijać w kierunku współpracy z natowskimi standardami, czyli np. bramką do szyfrowania informacji w oparciu o protokół SCIP (standard bezpiecznej komunikacji głosowej i danych – przyp. red.). To jest przyszłość, żeby produkować w Polsce rozwiązania, które będą mogły być wykorzystywane do pracy w oparciu o rozwiązania krajowe, ale również do współpracy z natowskimi krajami – podsumowuje Konrad Raczyński.
Według szacunków firmy Gartner Inc. wartość branży bezpieczeństwa informacji pod koniec minionego roku wyniosła 86,4 mld dol., a w tym roku wzrośnie o 7 proc. do poziomi 93 mld dol.
Pusty kalendarz makroekonomiczny. Brak nowych doniesień ze świata. To wszystko sprawia, że nasza waluta złapała chwilowy oddech.
Cisza i spokój
Choć rynki pewnie zapomniały o kolejnych już groźbach Donalda Trumpa w ciągle trwających przepychankach między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, to nie jest wykluczone, iż ze względu na niewielką liczbę ważnych komunikatów makroekonomicznych wtorkowy handel będzie bazował na tych wydarzeniach. Co prawda poznamy dziś indeks instytutu ZEW w NIemczech, jednak nastroje analityków za naszą zachodnią granicą mogą nie być na tyle istotne, żeby wpłynąć na inwestorów. Aktualnie na szerokim rynku obserwujemy osłabienie dolara co wpływa dobrze na waluty z koszyka EM. Główna para walutowa aktualnie oscyluje w okolicy poziomu 1,163.
Złotówka korzysta
Chwilę spokoju na rynkach nasza waluta wykorzystuje w dobry sposób. Od rana obserwujemy siłę złotówki względem głównych walut. Nawet wydawałoby się, że ostatnio mocny funt stracił dziś nieco do złotówki i aktualnie kosztuje 4,83 zł. Za euro zapłacimy 4,30 zł. Cena franka szwajcarskiego wynosi 3,79 zł, a dolara amerykańskiego 3,69 zł.
Jeszcze będzie ciekawie
Pomimo dość nudnego początku tygodnia handel na rynkach powoli zacznie nabierać tempa. Już jutro kalendarz makroekonomiczny będzie wypełniony m.in. danymi inflacyjnymi. Będzie to jednak dopiero początek emocji gdyż w czwartek czeka nas prawdziwy armagedon. Do pozostałych danych inflacyjnych dołączą bowiem banki centralne w Turcji, Wielkiej Brytanii oraz Europejski Bank Centralny, które ogłoszą swoje decyzje odnośnie zmian stóp procentowych.
Mateusz Wielewicki- dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Z początkiem 2021 roku wchodzi w życie nowy standard MSSF 17, ogłoszony przez Radę Międzynarodowych Standardów Rachunkowości (IASB), który wprowadza nowe zasady w rozpoznawaniu przychodów oraz zysków/strat w okresie świadczenia usług ubezpieczeniowych. Najnowsza edycja globalnego badania „Global IFRS Insurance Survey 2018”, przeprowadzona przez Economist Intelligence Unit na zlecenie firmy doradczej Deloitte, pokazuje, że 90 proc. firm ubezpieczeniowych na świecie deklaruje, że zdąży z wdrożeniem nowego standardu przed jego wejściem w życie. Obecnie największym wyzwaniem dla nich jest dostosowanie systemów oraz procesów w obszarze aktuariatu i sprawozdawczości. Co ciekawe, w ciągu ostatnich pięciu lat z 7 do 35 proc. wzrósł odsetek spółek, które planuje wydać ponad 50 mln euro na działania w celu spełnienia wymogów MSSF 17.
Rada Międzynarodowych Standardów Rachunkowości (IASB) ogłosiła nowy standard MSSF 17 w ubiegłym roku. Wprowadza on zupełnie nowe podejście w rozpoznawaniu przychodów oraz zysków/strat w okresie świadczenia usług ubezpieczeniowych. Choć zacznie on obowiązywać dopiero od stycznia 2021 roku, to oznacza tak dużą zmianę dla firm ubezpieczeniowych, że wiele z nich już od pewnego czasu pracuje nad przygotowaniem się do jego wdrożenia. – W Polsce, ze względu na obowiązki regulacyjne, standard obejmie przede wszystkim zakłady ubezpieczeń będące emitentami papierów wartościowych na giełdzie (np. PZU). Duża liczba podmiotów ubezpieczeniowych w Polsce, wchodząca w skład międzynarodowych grup ubezpieczeniowych sporządzających sprawozdania finansowego według MSSF, zostanie także objęta wymogiem raportowym nowego standardu na potrzeby raportowania ‘grupowego’.
Aż 90 proc. ankietowanych firm uważa, że zdąży z wdrożeniem standardu MSSF 17 przed datą wejścia w życie, czyli przed 1 stycznia 2021 roku, z czego połowa (45 proc.) jest tego pewna. Najbardziej przekonani są o tym ubezpieczyciele oferujący przede wszystkim produkty zdrowotne (60 proc.), natomiast najwięcej wątpliwości w tym zakresie mają towarzystwa oferujące długoterminowe ubezpieczenia na życie. Spośród tych ostatnich jedynie 37 proc. nie obawia się wyzwań związanych z wprowadzeniem tego wymogu. – Co ciekawe, najbardziej spokojne o wypełnienie wymogów są spółki europejskie (96 proc.) i azjatyckie (93 proc.). W Europie jest także największy odsetek spółek oferujących ubezpieczenia na życie, które są przekonane o tym, że zdążą wdrożyć standard na czas (99 proc.) – mówi Adam Pasternak-Winiarski, Starszy Menedżer, Dział Usług Aktuarialnych Deloitte.
Dużo pracy i wysokie wydatki
Największe wyzwanie (37 proc.) dla firm ubezpieczeniowych w przygotowywaniu się do wdrożenia MSSF 17 stanowi dostosowanie systemów IT i procesów aktuarialnych oraz księgowych. Zdecydowana większość spółek (87 proc.) przewiduje, że dla wypełnienia wymogów MSSF 17 niezbędna będzie aktualizacja dotychczasowych systemów. Badane firmy postrzegają pozyskanie danych wejściowych, koniecznych do przeprowadzenia wyceny zgodnie z MSSF 17 jako jedną z kluczowych kwestii,
z którymi muszą się zmierzyć.
Jak pokazuje raport Deloitte, spółki zakładają zdecydowanie wyższe wydatki na implementację MSSF 17 niż miało to miejsce w drugiej edycji badania z 2013 roku. Wówczas jedynie 7 proc. badanych prognozowało, że koszty wdrożenia standardu wyniosą więcej niż 50 mln euro, podczas, gdy w tegorocznej edycji odsetek ten wzrósł do 35 proc. Duże wydatki na wdrożenie wynikają, m.in. z bardzo dużego rozdrobnienia obliczeń i raportowania danych oraz konieczności dostosowania i zintegrowania swojego środowiska informatycznego. – Wśród głównych działów, które będą wymagały największej modyfikacji, respondenci wskazują na aktuariat, finanse oraz IT. To może się okazać dużym wyzwaniem dla firm, ponieważ obecnie na rynku dostrzegalny jest brak ekspertów aktuarialnych i księgowych, którzy mogliby uczestniczyć w procesie integracji tych obszarów i wdrożenia MSSF 17 – mówi Łukasz Linek, Partner Associate Dziale Audit & Assurance Deloitte.
W dłuższej perspektywie wyniki finansowe się ustabilizują
Jak można się spodziewać, w trakcie przygotowań do nowego standardu firmy szacują także jego wpływ na swoje wyniki finansowe. Ponad połowa spółek (56 proc.) oczekuje, że konsekwencją przejścia na MSSF 17 będzie obniżenie kapitałów własnych, a jedynie 10 proc spodziewa się odwrotnego efektu. Połowa ankietowanych oczekuje, że wyniki finansowe w pierwszym roku obowiązywania IFRS 17 będą gorsze niż dotychczas (przeciwnego zdania było 11% respondentów). Mimo to większość (53 proc.) ankietowanych pozytywnie postrzega na nowe regulacje, oczekując, że dzięki nim zmniejszy się zmienność wyników ubezpieczycieli. Oczekiwania te różnią się istotnie w porównaniu do poprzedniego badania Deloitte z 2013 roku. Podczas gdy pięć lat temu 45 proc. respondentów wskazało na ryzyko zwiększonej zmienności wyników finansowych to w tegorocznej edycji, już tylko 27 proc. ubezpieczycieli uznaje to za powód do niepokoju.
Od ostatniego badania, firmy ubezpieczeniowe zrobiły duże postępy w zwiększaniu świadomości inwestorów na temat planowanych zmian. O ile w 2013 roku aż 69 proc. ankietowanych nie rozpoczęło jeszcze prac nad nowym sposobem komunikacji i budowania relacji inwestorskich, to obecnie ten odsetek spadł do jedynie 8 proc. Mimo to zaledwie jedna trzecia (37 proc.) spółek uważa, że zarząd, kadra wyższego szczebla, inwestorzy i akcjonariusze w pełni zrozumieją wpływ MSSF 17.
– Aż 93 proc. respondentów oczekuje, że skorzysta na wdrożeniu nowego standardu. Jest to bardzo istotna zmiana w stosunku do poprzedniego badania, kiedy odsetek ten wyniósł jedynie 21 proc. – zaznacza Adam Pasternak-Winiarski. – Dzięki publikacji standardu, powszechny niepokój przed pewną nieokreśloną, nieznaną rewolucją ustąpił miejsca zdecydowanie bardziej konstruktywnemu, „biznesowemu” spojrzeniu na cały proces transformacji. I choć nie ma wątpliwości, że wdrożenie MSSF 17 będzie procesem kosztownym i czasochłonnym, to wiele firm ubezpieczeniowych i reasekuracyjnych podchodzi do nowego standardu z większym optymizmem i nadzieją. Główne korzyści, jakie dostrzegają firmy, różnią się w zależności od kraju. Najczęściej wskazywane były jednak sprawozdanie finansowe, które lepiej odzwierciedla działalność spółki, łatwiejszy dostęp do rynków kapitałowych oraz udoskonalone dane, która mogą być wykorzystywane w tworzeniu i rozwoju produktów i usług – podsumowuje Adam Pasternak-Winiarski.
O raporcie:
Raport „2021 countdown underway: Insurers prepare for IFRS 17 implementation” to już trzecia edycja badania poświęcona tematyce MSSF 17, przygotowana przez Economist Intelligence Unit na zlecenie Deloitte. Raport przedstawia postępy przygotowań sektora ubezpieczeń na całym świecie, związane z datą wejścia w życie MSSF 17. Sporządzono go w oparciu o odpowiedzi udzielone przez 340 członków zarządów firm ubezpieczeniowych z całego świata: z Wielkiej Brytanii, USA, Kanady, Włoch, Niemiec, Francji, Japonii, Szwajcarii, Hiszpanii, Chin, Korei Południowej i Holandii. Respondenci to członkowie zarządów, prezesi i wiceprezesi firm ubezpieczeniowych, reprezentujący segment ubezpieczeń majątkowych (29 proc.), reasekuracji (20 proc.), ubezpieczeń mieszanych (18 proc.), ubezpieczeń na życie (18 proc.) i ubezpieczeń zdrowotnych (15 proc.). Wartość składki przypisanej brutto tych firm mieści się w przedziale od 300 mln EUR do ponad 5 mld EUR. Ankietę przeprowadzono w lutym i marcu bieżącego roku.
depresja" title="Choć dłużników przybywa, biurom podróży nie grozi pourlopowa depresja" />
Polacy podróżują coraz więcej i chętniej. Beneficjentem tego pozytywnego trendu są również biura podróży, z usług których od stycznia do czerwca skorzystało aż 3,94 mln Polaków, czyli o 14 proc. więcej niż rok wcześniej. Z raportu „Sytuacja w branży turystycznej. Wymarzone wakacje biur podróży” przygotowanego przez BIG InfoMonitor wynika, że przez rok przeterminowane zadłużenie kredytowe i pozakredytowe branży niemal się nie zmieniło, ale liczba firm z problemami wzrosła o 18 proc. Po I półroczu 2018 r. zaległości przekraczające 66 mln zł ma 730 firm z tej branży, czyli co 14. przedsiębiorstwo oferujące usługi turystyczne (7,2 proc.).
– Polski rynek jest coraz bardziej dojrzały, dotyczy to również branży turystycznej. Jeszcze kilka lat temu regularnie pojawiały się informacje o bankrutujących biurach podróży. Najgorszy pod tym względem był rok 2012. Ten okres całe szczęście już za nami – mówi Sławomir Grzelczak, Prezes BIG InfoMonitor. – Nasze dane pokazują, że moralność płatnicza branży jest niezła, choć obserwowany w ciągu roku wzrost liczby firm z problemami jest niepokojący. Problemy z regulowaniem zobowiązań ma obecnie ponad 7 proc. firm, wobec 6,1 proc. wśród ogółu przedsiębiorstw. W branży nie brakuje też takich podmiotów, które narażają swoich kontrahentów na duże straty – dodaje.
Rekordzista ma jedną trzecią zaległości całej branży
Przeterminowane min. 30 dni i na kwotę co najmniej 500 zł zadłużenie kredytowe i pozakredytowe firm turystycznych w Polsce wyniosło po I półroczu 2018 r. niemal 66,4 mln zł. Prawie 84 proc. tej sumy stanowiły przeterminowane zobowiązania kredytowe. W ponad 80 proc. odpowiedzialni za całą sumę zadłużenia są organizatorzy turystyczni. Spoczywa na nich prawie 55 mln przeterminowanego zadłużenia. – Są to przedsiębiorcy organizujący wyjazdy turystyczne, czyli największe firmy, których marki są powszechnie znane. To właśnie oni ponoszą odpowiedzialność wobec klienta za niewykonanie lub nienależyte wykonanie umowy o świadczeniu usług turystycznych. W tej grupie 8 proc. nie reguluje swoich zobowiązań finansowych na czas – wyjaśnia Sławomir Grzelczak.
Dane te wyglądałyby zapewne korzystniej, gdyby nie rekordzista, który ma ponad 24 mln zł niespłaconych rat kredytów i faktur wystawionych przez kontrahentów. Jego zaległość to aż 37 proc. ogółu przeterminowanych płatności całej branży. Firma ta była w rejestrze również przed rokiem, wówczas miała 21,4 mln zł długu.
Biorąc pod uwagę zarówno agentów turystycznych, pośredników oraz organizatorów turystyki obciążonych niespłaconymi należnościami, to w bazach BIK i BIG InfoMonitor było ich łącznie 730, co stanowi 7,2 proc. firm z branży widniejących w KRS i CEIDG na koniec czerwca tego roku. Największą grupę wśród analizowanych firm stanowią organizatorzy turystyczni (405 z 730 podmiotów).
Rok wcześniej takie problemy dotyczyły co szesnastej firmy, udział przedsiębiorstw z problemami wynosił bowiem 6,2 proc. Przez rok przybyło 113 firm z zaległościami (18 proc.). Choć kwota niespłacanych przez nie faktur i rat wzrosła w tym czasie nieznacznie, bo o 1,6 mln zł (2,5 proc.), to jednak zwraca uwagę dwucyfrowa dynamika przyrostu liczby dłużników.
Najwięcej firm turystycznych z niespłaconym zadłużeniem w bazach BIG InfoMonitor oraz BIK pochodzi z województwa mazowieckiego. Po I półroczu 2018 r. było ich 189. Drugie pod tym względem jest województwo śląskie (130). Najmniej biur podróży z problemami mieści się w województwach świętokrzyskim i lubuskim – odpowiednio po 6 i 8.
Jeżeli chodzi o wysokość przeterminowanego zadłużenia, to przodują biura podróży z województwa małopolskiego z sumą 30,2 mln zł – wyłącznie jednak za sprawą krajowego rekordzisty, który ma tu siedzibę. Najmniej kłopotów ze spłatą należności mają biura podróży z województwa świętokrzyskiego. Z baz BIK i BIG InfoMonitor wynika, że na koniec II kw. 2018 r. było to 27,3 tys. zł. Dług ten należał do 6 przedsiębiorstw.
Polak na wakacjach
Lawina bankructw biur podróży spowodowała zmiany w przepisach prawa, które mają chronić przede wszystkim konsumentów. Pod koniec 2016 r. uruchomiono Turystyczny Fundusz Gwarancyjny, wchodzący w skład Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Stanowi on dodatkowe zabezpieczenie na wypadek niewypłacalności organizatorów turystyki lub pośredników turystycznych. Przedsiębiorcy profesjonalnie zajmujący się organizowaniem imprez turystycznych, są obowiązani odprowadzać składkę na rzecz Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego od każdego uczestnika imprezy turystycznej. W ubiegłym roku 3,5 tys. operatorów przelało na konta funduszu 40 mln złotych.
Ewidencję biur podroży prowadzi Ministerstwo Sportu i Turystki oraz Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny. Z danych Centralnej Ewidencji Organizatorów Turystyki i Pośredników Turystycznych wynika, że na początku sierpnia w Polsce działało 4 732 biur, z czego nieco ponad jedna piąta w województwie mazowieckim.
Dane rynkowe pokazują, że sześciu największych touroperatorów w Polsce to Itaka, TUI Poland, Rainbow, Grecos Holiday, Coral Travel, Wezyr Holidays i Neckermann Polska.
Coraz lepsza sytuacja finansowa sprawia, że Polacy chętnie podróżują. Z danych GUS wynika, że w pierwszym kwartale tego roku granicę Polski przekroczyło o 4,3 proc. więcej Polaków niż w tym samym okresie 2017 r. Na lotniskach odprawiło się wówczas 4,1 mln Polaków, czyli 15,4 proc. więcej niż rok wcześniej. Duża część tych wylotów była związana z wyjazdem na wakacje.
W okresie lipiec-wrzesień 2017, czyli w czasie największego natężenia podróżniczego, Polacy przekroczyli granicę 34,7 mln razy, czyli o 5,1 proc. więcej niż rok wcześniej. W tym czasie skorzystali oni z oferty linii lotniczych 6,8 mln razy, czyli 22 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2016 r.
W ubiegłym roku 48 proc. polskich turystów wybrało się na wypoczynek zagranicę, korzystając z pośrednictwa biura podróży (dane Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego). W sumie w całym 2017 r. z wypoczynku zorganizowanego przez biura, skorzystało 6,9 miliona Polaków.
Union Investment opublikował właśnie kolejną edycję indeksu atrakcyjności inwestycyjnej nieruchomości handlowych (Global Retail Attractiveness Index) dla 17 kluczowych rynków na świecie. Wynika z niego, że Polska i Czechy są najatrakcyjniejszymi rynkami handlu detalicznego w Europie.
Dobre nastroje zarówno wśród konsumentów, jak i przedsiębiorców podtrzymywały dobrą, bądź bardzo dobrą kondycję handlu detalicznego w II kwartale 2018 roku. Ciągły dynamiczny wzrost gospodarczy stwarza zróżnicowane i intratne okazje inwestycyjne na wielu rynkach. Jednocześnie krajobraz inwestycyjny na rynku nieruchomości handlowych stopniowo się przekształca. Przykładem zwiększenie dystansu pomiędzy przyjaznymi inwestorom rynkami o solidnych podstawach i rynkami, gdzie pierwsze sygnały ostrzegawcze pojawiły się już dwa lata temu.
Aktualny wskaźnik Global Retail Attractiveness Index (GRAI) autorstwa Union Investment za II kwartał 2018 r. pokazuje, że w Europie różnica pomiędzy rynkami osiągającymi najlepsze wyniki a tymi najsłabszymi wynosi około 20 punktów. Porównując to do danych z poprzedniej edycji (IV kwartał 2017), ta przepaść się powiększa.
– Sektor nieruchomości handlowych doświadcza już teraz konsekwencji dużej niepewności po stronie inwestorów – mówi Henrike Waldburg, dyrektor zarządzania inwestycjami w handlu detalicznym w Union Investment. – Dlatego ważne jest śledzenie bardzo zróżnicowanych modeli rozwoju regionalnego i rozróżnienie rynków na te z pozytywnymi długofalowymi trendami dla inwestorów oraz te, które zmagają się z różnego rodzaju problemami natury strukturalnej. Nasz najnowszy indeks może dostarczyć cennych wskazówek w tym zakresie.
Najjaśniejsze gwiazdy: Polska i Czechy
– Jednym z ważniejszych sygnałów płynących z indeksu jest fakt, że ogólnie w Europie utrzymuje się on wysoko ponad średnią, czyli na poziomie 110 punktów – mówi Henrike Waldburg. Nasz europejski indeks jest napędzany przede wszystkim przez zwiększające się zaufanie konsumentów i utrzymujący się dobry nastrój u przedsiębiorców z branży detalicznej.
Analiza GRAI wskazuje, że najatrakcyjniejszymi rynkami europejskimi w II kwartale są Polska i Czechy, a za nimi dwa kraje, które poważnie ucierpiały na skutek ostatniego kryzysu finansowego – Irlandia i Portugalia. Ponadto, w pierwszej piątce wciąż utrzymują się Niemcy. Spośród tych pięciu krajów, tylko dwa poprawiły wartość swojego indeksu rok do roku: Czechy (+5 punktów) i Polska (+4 punkty). Nasz kraj w IV kwartale 2017 roku był najwyżej oceniany w rankingu Union Investment.
Największe straty dotknęły silnych graczy z serca Europy – Niemcy i Francję – które tracą po siedem punktów. Podczas gdy spadek we Francji wynikał głównie z inflacji, Niemcy borykały się ze słabymi wynikami sprzedaży detalicznej. Kolejna zmiana w ciągu ostatniego półrocza obejmuje trzy najniższe miejsca w rankingu UE, które zajmują teraz Francja, Wielka Brytania i Belgia. Ten ostatni kraj jest jedynym w bieżącym indeksie, który spadł poniżej poziomu 100 punktów (99 punktów). Odpowiadają za to przede wszystkim gorsze niż przeciętne nastroje wśród belgijskich przedsiębiorców z branży handlowej oraz słaby wzrost sprzedaży detalicznej.
Cieszący się relatywnie stabilnym wzrostem indeks 12 europejskich rynków utracił ostatnio impet tracąc 3 punkty. Ta umiarkowana korekta wnikała głównie z braku wzrostu sprzedaży detalicznej (podindeks: -12 punktów), i dotknęła wszystkie 12 badanych rynków. Największe straty, w ramach tych podindeksów odnotowały Austria (-25 punktów), Portugalia (-22) i Niemcy (-17).
Wielki zwycięzca: Korea Południowa
Ogólnie pozytywne perspektywy widoczne są również w indeksach Ameryki Północnej oraz regionie Azji i Pacyfiku. Przy wyniku odpowiednio po 111 i 108 punktów, plasują się one powyżej średniej. Indeks Ameryki Północnej urósł o 2 punkty w II kwartale 2017, podczas gdy Azja i Pacyfik wzrasta o 1 punkt. Światowemu rankingowi przewodzą Stany Zjednoczone ze 111 punktami (wzrost o 2 punkty), przed Japonią ze 110 punktami (spadek o 1) oraz Kanada ze 108 punktami (spadek o 4). Najwięcej w stosunku rocznym od II kwartału 2017 zyskuje Korea Południowa – 5 punktów.
– W Stanach Zjednoczonych, tak jak w Kanadzie, inflacja miała studzący wpływ – mówi Henrike Waldburg. Jednakże w Stanach Zjednoczonych sprzedaż detaliczna wzrasta, co w połączeniu z ogólnym optymizmem rynkowym po stronie zarówno popytu, jak i podaży tworzy atrakcyjny klimat dla inwestycji. W Kanadzie natomiast twarde wskaźniki takie jak inflacja oraz sprzedaż detaliczna powinny obecnie skłaniać inwestorów do zachowawczej postawy.
Union Investment oczekuje że wolumen transakcji skoncentrowany będzie na pierwszej piątce krajów europejskich w rankingu GRAI oraz na Stanach Zjednoczonych. – Około 75%, jeśli nie więcej z kapitału inwestycyjnego skierowane zostanie do Europy – uważa Henrike Waldburg. Na innych rynkach spodziewamy się natomiast wzrastającej ostrożności inwestorów.
Metodologia
Indeks GRAI (Global Retail Attractiveness Index) firmy Union Investment mierzy atrakcyjność rynków handlu detalicznego w 17 krajach Europy, Ameryki Północnej i regionu Azji i Pacyfiku. Wartość indeksu na poziomie 100 punktów oznacza wynik neutralny. Indeks obejmuje indeksy następujących krajów w Unii Europejskiej: Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania, Wielka Brytania, Austria, Holandia, Belgia, Irlandia, Portugalia, Polska i Czechy. Wynik ważony jest liczbą ludności zamieszkującej dany kraj. Indeks dla Ameryki Północnej obejmuje USA i Kanadę. Indeks dla regionu Azji i Pacyfiku obejmuje Japonię, Koreę Południową oraz Australię.
Opracowany co pół roku przez firmę badawczą GfK indeks GRAI obejmuje dwa wskaźniki nastrojów oraz dwa wskaźniki oparte na danych. Wszystkie cztery czynniki mają jednakową wagę w indeksie, po 25%. Indeks mierzy nastroje zarówno konsumentów, jak i przedsiębiorców. Czynniki ilościowe, uwzględnione w indeksie, to zmiany w indeksie cen konsumenckich (inflacja) oraz wyniki sprzedaży w sektorze detalicznym. Po standaryzacji i dostosowaniu tych czynników wejściowych początkowo wszystkie mają wartość 100 i potencjalny zakres ruchu od 0 do 200 punktów. Indeks jest oparty na najnowszych danych GfK, Komisji Europejskiej, OECD, Nielsen, Trading Economics, Eurostat oraz krajowych urzędów statystycznych.
Dyskusja o przyszłości Brexitu zepchnęła w cień rozterki rynku związane z kondycją gospodarek wschodzących i wojnami handlowymi. Funt odbija, a zanim euro; lepiej mają się aktywa ryzykowne. Problemy jednak nie wyparowały, więc nie można tracić czujności.
Handel na funcie odbywa się według jednego schematu – waluta albo pozostaje na smyczy zmian sentymentu wobec EUR i USD, albo dostajemy zaskakującą informację dotyczącą Brexitu. Reszta się nie liczy, co mogliśmy doświadczyć przy wczorajszej publikacji danych z brytyjskiego przemysłu. Podziałały za to słowa unijnego negocjatora Barniera, że porozumienie z Wielką Brytanią jest „realistyczne” w ciągu 6-8 tygodni, co automatycznie podsuwa termin zaplanowanego na 18 października szczytu UE. To nie pierwszy raz w ostatnich dniach, kiedy Barnier pokazuje inwestorom światełko nadziei z przekazem, że Brexit nie będzie katastrofą. Wcześniej mogliśmy usłyszeć, że Wielka Brytania i Niemcy są gotowe odpuścić (na pewien czas) negocjacje części z postulatów, albo że UE27 chce dać większe uprawnienia Barnierowi, by miał on większą elastyczność w uzgadnianiu warunków Brexitu. Obserwujemy istotną zmianę nastawienia Barniera, który wcześniej przedstawiał twarde i surowe stanowisko, jakby chciał ukarać Wielką Brytanię za jej decyzję. Jednak szczerze mówiąc, we wczorajszych doniesieniach nie widzę przełomowej informacji. Termin finalizacji rozmów najdalej w listopadzie pojawiał się we wcześniejszych dyskusjach. Scena polityczna w Wielkiej Brytanii pozostaje źródłem niepewności z dużą krytyką May nawet przez własną partię. Krótkoterminowo pozostajemy na łasce niezaplanowanych komentarzy. Dane z rynku pracy Wielkiej Brytanii są na drugim planie, choć pozytywne niespodzianki będą podsycać rajd funta.
Informacje dotyczące Brexitu rozlały się po innych walutach. EUR/USD zostało pociągnięte w ślad za GBP/USD, gdyż jaśniejsze perspektywy Brexitu to także dobra wiadomość dla UE. Dodatkowo kolejna porażka w złamaniu 1,1530 się zemściła. Widać też zainteresowanie w kupowaniu GBP/JPY, a dzisiejsze bardziej optymistyczne otwarcie handlu na europejskich giełdach premiuje odchodzenie od jena. Dyskutowanie o przyszłości Wielkiej Brytanii zepchnęło w cień rozterki o stan gospodarek wschodzących, co także pozwala odetchnąć ryzykownym aktywom, a EUR/PLN zbliżył się do 4,30. Nie dajmy się jednak zwieść – te problemy nie zniknęły na dobre. Ani obawy o Turcję, Argentynę czy RPA, ani kwestia wojen handlowych. Może dostać jeden dzień beztroski, ale bądźmy czujni.
Ponad 100 mld zł – tyle rząd chce wydać na walkę ze smogiem w ramach programu „Czyste Powietrze”. To największy do tej pory rządowy program pomocowy, wymierzony w walkę z zanieczyszczeniem powietrza. Nabór wniosków do programu ma ruszyć już w drugiej połowie września. Elementem programu jest dotacja na termomodernizację domów jednorodzinnych. Bez tego wymiana starych kotłów na nowe nie przyniesie efektów, bo beneficjenci będą odczuwać wyższe koszty ogrzewania.
– Ruszył program „Czyste powietrze”, którego głównym celem jest eliminacja smogu w Polsce i ograniczenie niskiej emisji. Podstawowym narzędziem wsparcia beneficjenta końcowego, czyli właściciela domów jednorodzinnych, jest dotacja do 48 tys. zł na termomodernizację budynku – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konrad Witczak, ekspert ds. zrównoważonego rozwoju w Rockwool Polska.
Kolejnym elementem wsparcia finansowego związanego z termomodernizacją budynków jednorodzinnych ma być tzw. ulga termomodernizacyjna. Z projektu nowelizacji ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, przygotowanego pod koniec sierpnia przez Ministerstwo Finansów, wynika, że od przyszłego roku podatnik będący właścicielem budynku jednorodzinnego będzie miał prawo odliczyć od podstawy obliczenia podatku kwotę stanowiącą 23 proc. wydatków poniesionych na termomodernizację. Maksymalna kwota odliczenia wyniesie 53 000 zł. Jest to element rządowego programu „Czyste powietrze”, który ma na celu walkę ze smogiem.
Innym jest wymiana przestarzałych pieców, w których ludzie palą złej jakości paliwami lub odpadami, na nowe. Sama wymiana urządzenia na nowe – ważna ze względów ekologicznych – dla właścicieli domów jest jednak w rezultacie problematyczna.
– Za tym idzie wykorzystanie dobrych jakościowo, ale droższych paliw, co spowoduje wzrost kosztów ogrzewania u beneficjentów końcowych, czyli właścicieli budynków. Dlatego bardzo ważne jest to, żeby przeprowadzić kompleksową termomodernizację, której podstawą jest ocieplenie domu –zaznacza Witczak. – Prawidłowa kolejność jest taka, że najpierw docieplamy budynek, później szacujemy straty ciepła i dobieramy nowe urządzenie grzewcze, jak np. kocioł gazowy, węglowy czy pompę ciepła – dodaje.
Jak podkreślają eksperci, dotychczasowe pomysły na walkę z zanieczyszczeniem powietrza skupiały się na wymianie tzw. kopciuchów. Dlatego nowe pomysły w ramach programu „Czyste powietrze”, które zakładają dofinansowanie kosztów termomodernizacji, tym razem mogą przesądzić o jego sukcesie.
– Uszczelnienie domu pod względem termicznym znacznie zmniejsza straty energetyczne, a co za tym idzie – wpływa na zmniejszenie ilości paliwa potrzebnego do utrzymania komfortowej temperatury wewnątrz budynku – podkreśla Konrad Witczak. – Termomodernizacja budynku to poprawa jego efektywności energetycznej, a ograniczenie zapotrzebowania na energię oznacza dla beneficjenta obniżenie kosztów ogrzewania.
Jak wynika z raportu „Szóste Paliwo 2018. Termomodernizacja budynków jednorodzinnych kluczem do rozwiązania problemu smogu w Polsce. Korzyści dla właścicieli budynków oraz dla gmin i kraju” firmy ROCKWOOL, nawet 70 proc. energii zużywanej przez gospodarstwa domowe jest przeznaczane na ogrzanie domu. To w większości domy jednorodzinne, które nie są ocieplone. W Polsce jest blisko 5,5 mln budynków mieszkalnych. Ponad 3,5 mln z nich wybudowano około 30 lat temu i wcześniej, a ich niska sprawność energetyczna jest w dużej mierze odpowiedzialna za powstawanie smogu. Większość tych domów na ogrzewanie zużywa nawet dwukrotnie więcej energii niż domy wybudowane w latach 2003–2007.
Kompleksowa termomodernizacja, czyli najpierw ocieplenie, a potem wymiana kotła, to obniżenie kosztów ogrzewania nawet o 5 tys. zł. Z raportu ROCKWOOL wynika, że dzięki samej termomodernizacji (bez wymiany kotła na nowy) roczne oszczędności przy zastosowaniu ekogroszku wyniosą 3 790 zł (313 zł miesięcznie). Podobne kwoty da się zaoszczędzić w przypadku ciepła sieciowego (3 290 zł rocznie i 274 zł miesięcznie), a przy ogrzewaniu gazem ziemnym będą one znacznie wyższe – 4 550 zł rocznie i 379 zł miesięcznie.
Z analiz wynika, że wymiana kotła na nowy, bez uprzedniego ocieplenia, może spowodować wzrost kosztów ogrzewania nawet o 5 tys. zł. Warto więc przeprowadzić kompleksową termomodernizację we właściwej kolejności – najpierw ocieplenie, a potem wymiana kotła. Dzięki temu beneficjent może obniżyć koszty ogrzewania nawet o 5 tys. zł w skali roku.
– Korzyści jest naprawdę wiele. Można je rozpatrywać w skali kraju – jest to ograniczenie niskiej emisji, za którym idą korzyści zdrowotne, ekologiczne i ekonomiczne dla wszystkich obywateli. Dla indywidualnego beneficjenta korzyści są przede wszystkim w znacznych oszczędnościach na kosztach ogrzewania – wskazuje Konrad Witczak.
Jedną z najważniejszych korzyści z termomodernizacji w skali makro będzie także ograniczenie zjawiska ubóstwa energetycznego, które dotyka kilkanaście procent mieszkańców Polski. To ponad 4,5 mln osób. Jak tłumaczy ekspert, to zjawisko jest nierozerwalnie powiązane z problemem smogu.
– Z ubóstwem energetycznym mamy do czynienia wtedy, kiedy gospodarstwa domowe na ogrzewanie budynków przeznaczają znaczą część swoich dochodów. To właśnie użytkownicy budynków jednorodzinnych, walcząc z tym zjawiskiem lub próbując go uniknąć, ograniczają koszty ogrzewania w najprostszy dla siebie sposób, czyli kupują paliwa bardzo złej jakości albo spalają śmieci, żeby mieć dostęp do taniego paliwa – wyjaśnia ekspert.
Program dotacji do dociepleń domów może pomóc to zmienić i umożliwić najmniej zamożnym przeprowadzenie takiej inwestycji. Oszczędności na ogrzewaniu mają umożliwić im finansowanie potrzeb związanych z kupnem lepszej jakości paliw, a wykorzystywanie tych ostatnich ma się przyczynić do ograniczenia problemu smogu. Jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia, co roku w Polsce z powodu zanieczyszczenia powietrza przedwcześnie umiera około 40 tys. osób.
Innowacje medyczne zarówno technologiczne, jak i lekowe to inwestycja nie tylko w zdrowie społeczeństwa, lecz także gospodarkę. Mimo znaczących kosztów wdrożenia są one opłacalne, pozwalają bowiem zwiększyć aktywność zawodową Polaków i ograniczyć wydatki związane z ich niezdolnością do pracy. Znaczna część innowacji medycznych znajduje ponadto zastosowanie w sektorze cywilnym. Dla rozwoju innowacyjności medycznej w Polsce niezbędna jest bliska współpraca i systemowe wsparcie ze strony państwa, szczególnie dla lokalnych start-upów – przekonuje branża.
– Sektor medycyny jest sektorem wysokich technologii. Bardzo wiele innowacji, które są wymyślane w medycynie, potem przechodzą do sektora cywilnego. Ma to ogromny wpływ na gospodarkę, ale też na jakość życia obywateli, dlatego że te innowacyjne produkty tak naprawdę służą głównie ludziom – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Szumowski, minister zdrowia.
Innowacyjność w medycynie to przede wszystkim nowoczesne technologie, przełomowe terapie oraz nowe sposoby podawania leków. Równie istotne są jednak rozwiązania strukturalne, które zwiększają efektywność systemu opieki zdrowotnej. Dostęp do innowacji jest w Polsce coraz lepszy, wciąż jednak istnieją obszary, w których potrzeby te nie są zaspokajane. Eksperci nie mają wątpliwości, że państwo powinno traktować wydatki na nowoczesne rozwiązania medyczne jako inwestycję, nie tylko w przyszłe zdrowie społeczeństwa, lecz także w rozwój gospodarki.
Na kierunek rozwoju polskiego systemu opieki zdrowotnej wpływ mają trzy najważniejsze trendy. Pierwszym z nich jest kwestia starzejącego się społeczeństwa, drugim – wzrost występowania chorób cywilizacyjnych, trzecim – duży deficyt kadr medycznych. W Polsce nie ma odpowiedniej liczby szpitali dla rosnącej liczby pacjentów, przede wszystkim jednak brakuje lekarzy. Zgodnie ze słowami premiera Mateusza Morawieckiego brak jest blisko 30 tys. specjalistów. Nowoczesne technologie wychodzą na przeciw tym problemom i pozwalają na usprawnienie opieki nad pacjentem.
– Nowoczesne technologie pozwalają na łączenie danych, które obecnie są zlokalizowane w różnych systemach, np. na poziomie przychodni czy szpitali, umożliwiając lekarzom lepszy wgląd w sytuację pacjentów. To z kolei wpływa na trafność podejmowanych decyzji, pozwala podnieść jakość leczenia, i co więcej, zapewnia pacjentom dostęp do informacji na temat ich stanu zdrowia – mówi Reinier Schlatmann, prezes Philips w krajach Europy Środkowo-Wschodniej.
Mimo początkowych kosztów, które trzeba ponieść na innowacyjne rozwiązania w medycynie, wdrożenie ich jest opłacalne z punktu widzenia długoterminowej polityki państwa. Pozwalają one bowiem na ograniczenie kosztów leczenia i wypłat z tytułu niezdolności do pracy oraz zmniejszenia aktywności zawodowej społeczeństwa.
– Nowoczesny sprzęt przynosi wiele korzyści na każdym z etapów: od profilaktyki, przez diagnostykę, leczenie, rehabilitację i opiekę domową. W leczeniu szpitalnym nowoczesny sprzęt umożliwia przede wszystkim prawidłową ocenę stanu zdrowia pacjenta już podczas pierwszych badań diagnostycznych. Oprócz diagnostyki ma także istotne zastosowanie w trakcie terapii. Dzięki niemu personel medyczny może się lepiej przygotować do operacji, np. drukując trójwymiarowy model serca pacjenta, może też na bieżąco śledzić postęp zabiegu na ekranach. Ponadto dzięki technologiom małoinwazyjnym pacjenci po operacjach mogą wcześniej opuścić szpital. Kolejnym etapem jest rekonwalescencja, której powodzenie zależy m.in. od stałego monitorowania pacjenta, co pozwala na szybką reakcję w sytuacji pogorszenia stanu zdrowia – mówi Reinier Schlatmann.
Stosowanie wszystkich pojawiających się na świecie innowacji jest niemożliwe nawet w najbogatszych krajach świata, państwo powinno dążyć jednak do wdrażania jak największej ich liczby oraz wspierania firm odpowiedzialnych za postęp technologiczny. Dotyczy to zarówno dużych międzynarodowych koncernów, jak i lokalnych start-upów.
– Trzeba dać szansę innowacjom poprzez ułatwienia ekonomiczne czy programy wsparcia finansowego. Niesłychanie ważne jest to, żeby je stymulować, bo to się przełoży na efekty leczenia – mówi dr hab. n. med. Tomasz Hryniewiecki, dyrektor Instytutu Kardiologii im. Prymasa Tysiąclecia Stefana Kardynała Wyszyńskiego.
Rząd przeznacza coraz większe kwoty na rozwój innowacji w medycynie. Uzyskanie finansowego wsparcia, zwłaszcza przez mniejsze firmy, możliwe jest za pośrednictwem Narodowego Centrum Nauki oraz Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Obie te jednostki dysponują budżetem wynoszącym blisko 1 mld zł, z którego znaczna część przeznaczona jest właśnie na badania dotyczące technologii medycznych, zarówno na poziomie badawczym, jak i wdrożeniowym. Utworzona będzie także Agencja Badań Medycznych, której celem będzie prowadzenie niekomercyjnych badań klinicznych, populacyjnych oraz epidemiologicznych.
– Druga rzecz to nauki podstawowe. W zeszłym roku premier Mateusz Morawiecki i premier Jarosław Gowin ogłosili, że przeznaczą 0,5 mld zł na badania biotechnologiczne, czyli Wirtualny Instytut Badawczy. Jest to inwestycja, która ma służyć naukowcom i start-upom do tego, żeby w obszarze biotechnologii powstawały nowe pomysły, nowe rozwiązania i patenty – mówi Łukasz Szumowski.
Wdrażanie innowacyjnych rozwiązań powinno być elementem szerokiego spojrzenia państwa na opiekę zdrowotną. Niezwykle istotne jest promowanie zdrowego stylu życia oraz nawyku wykonywania regularnych badań kontrolnych, które umożliwiają wczesne wykrycie choroby, a tym samym skuteczniejsze leczenie.
Wielozadaniowy pojazd opancerzony Hawkei – produkowany przez australijską filię koncernu Thales – to młodszy brat sprawdzonego na misjach w Iraku, Afganistanie i Mali Bushmastera. Polskim siłom zbrojnym został zaproponowany w ramach programu Pegaz, który zakłada kupno nowych wozów dla m.in. dla Wojsk Specjalnych i Żandarmerii Wojskowej. Wraz z wygraną w przetargu Thales chce też przenieść produkcję Hawkei do Polski. Stąd pojazdy mogłyby być w przyszłości eksportowane do innych państw, np. w ramach NATO.
Na Międzynarodowym Salonie Przemysłu Obronnego można było obejrzeć wiele innowacyjnych rozwiązań dla Sił Zbrojnych. Ponad 600 wystawców z całego świata przyjechało do Kielc. Mocną reprezentację miała Australia. Oprócz przedstawicieli australijskiego przemysłu zbrojeniowego na targach można było spotkać Ambasadora Australii, który zachęcał do szerszej współpracy pomiędzy Polską a Australią.
– Od samego początku, rozmawiając z polskimi partnerami, zarówno z sektora publicznego, jak i prywatnego, stawialiśmy sprawę jasno: Thales jest zainteresowany przeniesieniem w pełni produkcji Hawkei do Polski, w takim zakresie, w jakim w tej chwili odbywa się to w Australii. Chcielibyśmy zorganizować w Polsce hub, który mógłby być centrum produkcyjnym dla rynków z regionu europejskiego i krajów ościennych, które będą zainteresowane tym produktem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Czępiński z Thales Polska.
Lekki pojazd opancerzony Hawkei firmy Thales został zaproponowany Siłom Zbrojnym RP w ramach programu Pegaz, w ramach którego Inspektorat Uzbrojenia MON chce zakupić wielozadaniowe pojazdy dla Wojsk Specjalnych i Żandarmerii Wojskowej. Po 2023 roku takie wozy mają trafić także do Wojsk Lądowych.
– Hawkei to propozycja, która zawiera dwa ważne aspekty – mianowicie jest to pojazd najnowocześniejszy w swojej klasie, a jednocześnie już seryjnie produkowany i dostarczany – mówi Marcin Czępiński.
Jak podkreśla, największy nacisk przy produkcji Hawkei od samego początku kładziony jest na bezpieczeństwo załogi. To pojazd stworzony na bazie doświadczeń innego, większego pojazdu o nazwie Bushmaster, sprawdzonego i cenionego przez żołnierzy. Jego wysoki poziom bezpieczeństwa potwierdzają statystyki – mimo ponad 100 udokumentowanych przypadków zniszczenia albo poważnego uszkodzenia Bushmastera przez minę bądź improwizowane ładunki wybuchowe, nikt nie zginął w takim incydencie.
– Nacisk położono na bezpieczeństwo, stąd unikalna konstrukcja, której trzon stanowi kapsuła ochronna, stanowiąca „pojazd w pojeździe”. Po drugie, ten pojazd jest dosyć niski, ma stosunkowo niewielki przekrój, w związku z tym trudniej go trafić, co też wpływa na bezpieczeństwo. Jest to chyba jedyny pięcioosobowy pojazd w tej klasie, gdzie tunel przekładni znajduje się całkowicie poza opancerzoną kapsułą, co zwiększa przestrzeń dostępną dla załogi. Atrakcyjne jest też dodatkowe opancerzenie. Pojazd jest stosunkowo lekki jak na swoją klasę, masa własna to niecałe 7,5 t, ładowność około 3 t, natomiast dodatkowe opancerzenie może być zamontowane w 20–30 minut przez dwóch żołnierzy, bez specjalnych narzędzi, w warunkach polowych – mówi Marcin Czępiński.
Wielozadaniowy pojazd opancerzony Hawkei, nazywany „australijskim wężem”, został zaprezentowany przez koncern Thales podczas zakończonych właśnie targów MSPO w Kielcach. Obecnie 65 proc. komponentów tego pojazdu pochodzi z Europy bądź krajów Bliskiego Wschodu, natomiast produkcja odbywa się głównie w Australii. Thales – wraz z ofertą złożoną w ramach programu Pegaz – zaproponował jednak przeniesienie jej do Polski.
– Na samym początku, biorąc pod uwagę realia ekonomiczne i możliwości absorpcyjne, które ma polski przemysł, jesteśmy w stanie przenieść produkcję do Polski. W ramach zwiększania zamówień wkład polskiego przemysłu naturalnie będzie się zwiększał – mówi Marcin Czępiński.
Jak podkreśla Ambasador Australii w Polsce, Thales Australia jest obecnie jedynym producentem, który może dostarczyć wielozadaniowe pojazdy dla polskich Sił Zbrojnych bardzo szybko, nawet w ciągu roku.
– Mamy bardzo dobrze zorganizowaną produkcję, jesteśmy wręcz gotowi dostarczyć również wozy do programu Homar, gdzie możemy udostępnić do 50 samochodów – mówi Paul Wojciechowski. – Jednak podkreślam, że w rozmowach z partnerami polskimi mówimy o produkcji tych samochodów w Polsce. To oznacza powstanie zupełnie nowej linii produkcji, jak również nowe możliwości eksportowe dla firm polskich współpracujących z Thales Australia. Te samochody produkowane w Polsce można by eksportować do innych krajów, np. w ramach NATO.
Rozmowy na temat Hawkei to kolejny przykład tego, że współpraca w zakresie obronności między Polską a Australią – mimo znaczącej odległości – zacieśnia się.
– Mamy za sobą udane spotkanie, historyczną wizytę prezydenta Andrzeja Dudy w Australii. Teraz omawiamy koncepcje bardziej formalnej współpracy. Są polskie produkty, którym Australia przygląda się w ramach swojego programu modernizacji. Z kolei Hawkei jest dla przemysłu australijskiego możliwością pokazania, co ma on do zaoferowania. Wszyscy patrzą na Polskę jako bardzo ważny rynek, ale jest to również bardzo ważna baza produkcyjna – dodaje Paul Wojciechowski, ambasador Australii w Polsce.
Thales oferuje siłom zbrojnym bojowy opancerzony pojazd w pełni zintegrowany z polskimi innowacyjnymi systemami. Na targach w Kielcach swoją premierę na pojeździe Hawkei miał najnowszy modułowy system TOPAZ Grupy WB, który daje dowódcom na każdym szczeblu dowodzenia pełną kontrolę nad sytuacją na polu walki. Ponadto na pojeździe Hawkei znalazły się wieżyczka strzelecka z Zakładów Mechanicznych Tarnów oraz zintegrowany moduł optoelektroniczny ZMO-1 Sfinks, który umożliwia obserwację terenu w torze telewizyjnym i termalnym. Dzięki nowym rozwiązaniom wykrycie, rozpoznanie, identyfikacja celu oraz pomiar odległości do niego stanie się prostą czynnością. Hawkei może być platformą 4×4 dla programów artyleryjskich (jako wóz dowodzenia, łączności czy rozpoznania). Ponadto pojazd mógłby być wykorzystany w programach obrony przeciwlotniczej czy jako mobilny niszczyciel czołgów wyposażony w wyrzutnię przeciwpancernych pocisków kierowanych.
Hawkei został zaprezentowany przez koncern Thales podczas targów MSPO w Kielcach. To największa tego typu impreza w Polsce. Tegoroczna, 26. edycja trwała od 4 do 7 września. Wzięło w niej udział w sumie 624 wystawców z 31 państw, m.in. z Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Włoch, Australii, Japonii, Kanady, Korei Południowej i Izraela.
W ciągu dwóch lat w sektorze usług dla biznesu zatrudnienie wzrosło o 30 proc. do blisko 280 tys. osób. W 2020 roku może w nim pracować już 340 tys. – wynika z danych ABSL. Aby przyciągnąć i zatrzymać u siebie najlepszych pracowników, firmy walczą nie tylko atrakcyjnymi warunkami zatrudnienia i benefitami, lecz także możliwościami rozwoju zawodowego i osobistego. Taką możliwość daje praca w różnorodnym, międzynarodowym środowisku. Na różnorodności w zatrudnieniu korzystają także same firmy.
– Na przestrzeni ostatnich lat bezrobocie spadło z 19 proc. do 6 proc., więc jest olbrzymi głód pracowników. Patrząc na firmy z branży nowoczesnych usług biznesowych, zatrudnienie bardzo gwałtownie rośnie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Dziwok, prezes Shell Polska, będący jednocześnie prezesem ABSL, organizacji zrzeszającej centra nowoczesnych usług biznesowych.
Z raportu ABSL pt. „Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce 2018” wynika, że obecnie w naszym kraju działa ponad 1,2 tys. centrów usług dla biznesu. W ciągu roku działalność rozpoczęło ok. 90. Obecnie pracuje w nich w sumie 279 tys. osób. To o 13 proc. więcej niż jeszcze rok temu, w ciągu dwóch lat wzrost sięgnął już 30 proc. Przy tym tempie w I kwartale 2020 roku zatrudnienie może przekroczyć 340 tys. Średnio dziennie w centrach generowanych jest 90 nowych miejsc pracy.
– Shell w Polsce rozwija się bardzo szybko. W naszym biurze Shell Business Operations w Krakowie zatrudniamy już 3 400 pracowników. Tylko w zeszłym roku zatrudniliśmy 1 100 osób, w tym roku już 800. W grudniu tego roku oddamy do użytku nowy budynek, gdzie będzie tysiąc biurek. Zaczęliśmy rekrutację od osób z branży finansów, zasobów ludzkich, ale też IT. W tej chwili rekrutujemy prawników, ludzi, którzy znają się na logistyce, zakupach, marketingu –wymienia prezes Shell Polska.
Uwaga rekrutujących w Shell, a też w całej branży usług dla biznesu, skoncentrowana jest przede wszystkim na dotarciu do kandydatów o pożądanych umiejętnościach, a nie na zapełnieniu etatów przypadkowymi pracownikami.
– W przeszłości zatrudnialiśmy głównie studentów. Dzisiaj są to specjaliści, eksperci. 80 proc. zatrudnianych osób to ludzie, które mają już doświadczenie zawodowe albo są wysokiej klasy ekspertami. Szukamy osób, które mają odpowiednie umiejętności, również interpersonalne, znają języki, mają zdolności analityczne, potrafią samodzielnie podejmować decyzje – wskazuje Piotr Dziwok.
Centra usług wspólnych ze względu na dynamiczny rozwój oferują bardzo dobre warunki pracy, dodatki socjalne i szybką ścieżkę rozwoju kariery. Jak wynika z danych ABSL, 78 proc. pracowników sektora SSC jest zadowolonych i poleciłoby tę pracę innym osobom, a ponad 80 proc. wiąże swoją dalszą karierę zawodową z tą branżą. Pracownicy doceniają dodatkowe bonusy, opiekę medyczną, elastyczny czas pracy i możliwość pracy zdalnej, a także fundusze socjalne.
– Jak popatrzymy na listę potrzeb pracowników, to na jej szczycie znajduje się także możliwość dalszego rozwoju. To świetnie się wiąże z tym, czego potrzebujemy. Świat biznesu cały czas się zmienia, zmieniają się procesy i sposób wykonywania pracy, a to oznacza konieczność ciągłego uczenia się –mówi Piotr Dziwok.
Firmy, które chcą pozyskać talenty, muszą zadbać o stworzenie inspirującego środowiska pracy. To oznacza także różnorodność w zatrudnieniu, zwłaszcza że przekłada się to na konkretne korzyści biznesowe. Raport „Diversity Matters”, opracowany przez McKinsey, wskazuje, że firmy, które w takim samym stopniu zatrudniają kobiety i mężczyzn, notują o 15 proc. większe przychody niż wynosi średnia, a te, w których są zespoły złożone z przedstawicieli różnych narodowości – nawet o 35 proc. wyższe.
– W Shell Polska w tej chwili 70 proc. zatrudnionych to kobiety – i to na wszystkich szczeblach, zarówno tych podstawowych prac, jak i tych menadżerskich. Również w zarządzie firmy kobiety stanowią większość – wskazuje prezes Shell Polska. – Mamy elastyczny czas pracy, możliwość pracy z domu. Specjalną opieką otaczamy kobiety, które właśnie urodziły dzieci, czy kobiety karmiące, możemy dostosować czas pracy do ich potrzeb. Mamy specjalnie technologie, które pomagają im w tej pracy. Bardzo dużo robimy, ale to też nam się bardzo opłaca.
Prezes Shell wskazuje, że firma stawia na różnorodność, nie zamyka się na osoby niepełnosprawne czy innej orientacji.
– Pracujemy w międzynarodowym, wielokulturowym zespole. Decyzje, które podejmujemy, są pełniejsze, lepsze, dlatego że mamy większy wkład od wielu osób z bardzo różnym zapleczem wiedzy i doświadczeń. Dzięki takiemu podejściu mamy też mniejsze ryzyko, że coś się źle potoczy. Potrafimy przewidzieć więcej scenariuszy – przekonuje Piotr Dziwok.