Ubiegły tydzień inwestorzy zaczynali we wręcz szampańskich nastrojach, ale kończyli go w minorowych. Dziś jest podobnie, tzn. awersja do ryzyka nagle wyparowała. Przede wszystkim to zasługa kolejnej zmiany zdania przez Prezydenta Trumpa, który jednak wyraził wolę spotkania z liderem północnokoreańskiego reżimu. Dodatkowo, pozytywne wieści płyną z Półwyspu Apenińskiego.
Pozytywna reakcja euro i włoskich aktywów na fiasko utworzenia rządu Ligi Północnej i Ruchu Pięciu Gwiazd pokazuje jakie mniemanie o pomysłach potencjalnego gabinetu, w którym tekę ministra finansów miał objąć eurosceptyk P. Savona (to jego kandydatura była kością niezgody). Najlepszym wyjściem z punktu widzenia euro byłby w tej chwili gabinet technokratów pod przewodnictwem Cottarelliego. Jeśli nie uzyskałby on poparcia w parlamencie, to pełniłby funkcję rządu technicznego, do wyborów, które (zgodnie ze spekulacjami włoskiej prasy) mogłyby odbyć się 9 września. Po włoskiej scenie politycznej nigdy nie wiadomo czego się spodziewać, ale naiwnością byłoby spodziewać się realizacji najbardziej optymistycznego scenariusza. To nie koniec chaosu, w końcu Ruch Pięciu Gwiazd straszy impeachmentem prezydenta Mattarelli… Euro jest dziś co prawda najmocniejszą z głównych walut (EUR/USD nad 1,17), ale dopóki nie została sforsowana bariera 1,1760 nie można mówić o głębszym odreagowaniu trwających już przeszło miesiąc spadków.
Poniedziałkowa sesja, ze względu na brak publikacji makro oraz święto w USA powinna upłynąć bez większych emocji. Potem wydarzenia zaczną jednak stopniowo nabierać tempa. W strefie euro wtorek to publikacje agregatów pieniężnych – danych ciekawych i ważnych z punktu widzenia polityki ECB, ale nie mających potencjału by wstrząsnąć rynkiem. Inaczej będzie w środę i w czwartek, kiedy napłyną informacje o wstępnej dynamice cen w maju (z Niemiec i całego Eurolandu). Można zakładać, że dynamika cen konsumenta zbliży się do celu polityki monetarnej. Jeśli stanie się tak, nie tylko za sprawą wyższych cen paliw, ale także odbicia inflacji bazowej, to może być to ważny przyczynek do tego by inwestorzy znów cieplej myśleli o przecenionym euro. Do trwałego odbicia euro potrzebna jest jednak głębsza poprawa w danych. Piątkowy odczyt indeksu PMI będzie przy tym mniej interesujący niż pierwsze wartości wskaźników dla gospodarek peryferyjnych, czyli Hiszpanii Włoch.
Druga część tygodnia to też wysyp danych z USA. W środę poznamy drugi szacunek PKB za pierwszy kwartał i część rynku spodziewa się rewizji w dół. Poza tym opublikowane zostaną nastroje konsumenckie oraz zmiana zatrudnienia w sektorze prywatnym według ADP. Poza tym światło ujrzy beżowa Księga Fed, czyli opisowa diagnoza stanu gospodarki, z uwzględnieniem koniunktury w poszczególnych regionach. W dokumencie należy oczywiście przede wszystkim szukać oznak nasilenia się presji cenowej i płacowej. W czwartek, poza tradycyjną publikacją liczby wniosków o zasiłek, poznamy między innymi kolejne informacje z hamującego rynku nieruchomości, wydatki i przychody Amerykanów oraz bazowy deflator PCE. Najważniejszy może jednak okazać się indeks Chicago PMI, który podobnie jak regionalny barometry koniunktury powinien wzrastać. Nastroje amerykańskiego przemysłu znów wyraźnie odbiegają in plus od sentymentu branży po drugiej stronie Atlantyku. Pierwszy piątek miesiąca to publikacje dotyczące kondycji rynku pracy w maju. Silne przyrosty zatrudnienia i rekordowo niskie bezrobocie nikogo już nie dziwią – USD potrzebuje przyspieszenia presji płacowej. Dodatkowo poznamy indeks ISM, który powinien w ślad za innymi barometrami koniunktury potwierdzić dobrą kondycję sektora przemysłowego.
Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers
Polacy lubią Ukraińców. Aż 85% ma do nich pozytywny lub neutralny stosunek, co wiąże się z przekonaniem, że Ukraińcy nie odbierają Polakom pracy. Takie obawy ma tylko co dziewiąta osoba – wynika z „Barometru Imigracji Zarobkowej – I półrocze 2018”. Jednak już co trzeci Polak twierdzi, że obecność Ukraińców w Polsce wpływa na obniżenie wynagrodzeń. Eksperci Personnel Service zwracają jednak uwagę, że już teraz pracownicy z Ukrainy zarabiają tyle samo co Polacy. A w obliczu deficytu kadrowego, co czwarty pracodawca byłby skłonny zapłacić Ukraińcowi więcej niż Polakowi.
– Już od jakiegoś czasu wynagrodzenia Polaków i Ukraińców są zbliżone. Moment, w którym Ukraińcom płaciło się mniej, szybko przeszedł do historii, co wynika z prostego faktu. Zapotrzebowanie na kadrę ze Wschodu szybko rośnie, więc pracodawcy muszą oferować im atrakcyjne warunki, zbliżone do tych oferowanych rodakom. Coraz częściej też, oprócz wynagrodzenia, pracodawcy oferują Ukraińcom różne benefity, takie jak zakwaterowanie, Internet czy dowóz do miejsca pracy, co dodatkowo wpływa na podniesienie ich realnego zarobku – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.
Lubimy Ukraińców, ale obawiamy się o wysokość pensji
Aż 42% polskich pracowników ma pozytywny stosunek do Ukraińców pracujących w Polsce. Neutralne nastawienie zgłasza 44% osób. W porównaniu do II kwartału 2017 roku, wzrósł nieznacznie odsetek negatywnie postrzegających pracowników z Ukrainy – prawie 11% w tej edycji vs. 7% pół roku temu. Najwięcej osób o negatywnym nastawieniu znajdziemy wśród osób z wykształceniem podstawowym – 27% w porównaniu do zaledwie 5% wśród osób z wykształceniem wyższym oraz wśród najmłodszych respondentów – 16% w porównaniu do 6% wśród 45-54-latków.
Pozytywny stosunek do Ukraińców to pochodna spokoju o własne miejsce pracy. Aż 89% polskich pracowników jest zdania, że obywatele Ukrainy nie odbierają pracy Polakom. Przeciwną opinię wyraża co dziesiąta osoba (11%), w tym głównie osoby z wykształceniem podstawowym (29%). Inaczej kwestia wygląda w przypadku wynagrodzeń. 38% polskich pracowników uważa, że napływ obywateli Ukrainy na polski rynek pracy hamuje wzrost wynagrodzeń. Warto odnotować, że to o 4 p.p. mniej niż w poprzedniej edycji badania. Natomiast 58% respondentów jest zdania, że Ukraińcy nie wpływają na wzrost wynagrodzeń w polskich firmach.
Ukrainiec z wyższą pensją niż Polak?
Bezrobocie w Polsce spada. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w kwietniu wyniosło zaledwie 6,3%, to najniższy poziom od 1990 roku. Pogłębiające się w związku z tym trudności rekrutacyjne powodują, ze rośnie odsetek pracodawców skłonnych płacić obywatelowi Ukrainy więcej „na rękę” niż Polakowi. Taką deklarację złożyło aż 24% pracodawców, w porównaniu do zaledwie 16% w II półroczu 2017 roku.
– Badanie na panelu badawczym Ariadna pokazało, że aż 24% Polaków uważa, że obcokrajowy powinni zarabiać zdecydowanie mniej lub trochę mniej niż oni. To zaskakujące wyniki, zwłaszcza jeżeli pomyślimy o 2,5 mln naszych rodaków, którzy przebywają na emigracji. Wydawałoby się, że powinniśmy być wyczuleni na kwestię nierówności płac, bo sami chcielibyśmy zarabiać tyle, ile nasi zachodni sąsiedzi. Na szczęście tę kwestię reguluje rynek. Już teraz Ukraińcy zarabiają tyle samo co Polacy i ze względu na duże na nich zapotrzebowanie, ta sytuacja nie ulegnie zmianie – podsumowuje Krzysztof Inglot.
Nowoczesne technologie zajmują wysokie miejsce na liście priorytetów dyrektorów działów zakupów (CPO). Ponad jedna trzecia menedżerów uważa, że dzięki digitalizacji będą w stanie zrealizować cele zakupowe i dostarczyć wartość biznesową. W Polsce takiej odpowiedzi udzieliło aż 46 proc. ankietowanych. Jak wynika z globalnego badania firmy doradczej Deloitte „Leadership: Driving innovation and delivering impact. The Deloitte Global Chief Procurement Officer Survey 2018” nadal największym zainteresowaniem w działach zakupów cieszy się analityka danych, ale jednocześnie głównymi barierami w digitalizacji jest brak integracji i jakość danych.
Największy odsetek CPO wskazujących na wagę cyfryzacji zanotowano w Ameryce Południowej (47 proc.), a najniższy w regionie Azji i Pacyfiku (19 proc.). W regionie EMEA (Europa, Afryka i Bliski Wschód) było to 31 proc. – Szybkość wdrażania i poziom cyfryzacji w działach zakupów wciąż są dalekie od oczekiwań i przede wszystkim rosnących potrzeb. Jeżeli się to nie zmieni, to zamiast spodziewanego przez CPO wzrostu roli kierowanych przez nich działów, efekt może być zupełnie odwrotny – mówi Jakub Rosiecki, Starszy Menedżer w dziale konsultingu Deloitte.
Co ciekawe wśród poszczególnych branż największy odsetek menedżerów, którzy wierzą we wpływ digitalizacji na ich biznes odnotowano w sektorze publicznym (39 proc.). Na przeciwległym biegunie znajduje się branża energetyczna i produktów konsumenckich (po 18 proc.).
Mimo, że cyfryzacja zakupów jest wymieniana jako kluczowy czynnik w ich strategii, to aż 17 proc. ankietowanych firm w skali globalnej nie ma strategii cyfryzacji zakupów. W tym niechlubnym wyścigu przoduje region Azji i Pacyfiku (32 proc.). Zdecydowanie lepiej wygląda sytuacja w obu Amerykach. Cyfrowej strategii zakupów nie ma wypracowanych jedynie 14 proc. firm północnoamerykańskich i 11 proc. w Ameryce Południowej.
Analityka wciąż na czele
W których obszarach dyrektorzy zakupów widzą zastosowanie dla technologii cyfrowych? Przede wszystkim w obsłudze płatności (57 proc.). W Polsce takiej odpowiedzi udzieliło 46 proc. badanych. Zdaniem 56 proc. mogą być one użyteczne również w zarządzaniu zapotrzebowaniem, a w opinii 43 proc. badanych w zakupach operacyjnych. W Polsce ten ostatni obszar wskazało aż 62 proc. menedżerów.
Technologie, które najbardziej wpłyną na biznes w kolejnych dwóch latach to zdaniem ankietowanych liderów zakupów przede wszystkim zaawansowana analityka (54 proc. wskazań). Rok wcześniej było to 10 pp. więcej. Połowa ankietowanych jako główne korzyści wykorzystania analizy danych wskazała na optymalizację kosztów, a 48 proc. na poprawę efektywności procesów zakupowych.
Polscy CPO zamierzają inwestować przede wszystkim w aktualizację i unowocześnienie systemów ERP (92 proc., podczas gdy na świecie wskazało tę odpowiedź jedynie 33 proc. badanych), a na aktualizację i unowocześnienie narzędzi zakupów operacyjnych 77 proc. Pokazuje to, że polskie firmy zdają sobie sprawę z konieczności usprawnień w obszarze ewidencji wydatków zakupowych i poprawy wsparcia zakupów przez systemy ERP. – mówi Jakub Rosiecki. Na szczęście managerowie zakupów w Polsce zdają sobie sprawę z istotności rozwoju nowych obszarów wsparcia systemowego – na analitykę stawia 85 proc. menedżerów w Polsce.
Robotyka w Polsce dopiero znajdzie się w obszarze zainteresowania
Eksperci Deloitte wskazują też na rosnącą rolę automatyzacji procesów z wykorzystaniem robotów. Jej popularność w ciągu roku wzrosła prawie dwukrotnie, z 13 do 24 proc., co związane jest z korzystnym poziomem zwrotu z inwestycji oraz dużą skalowalnością tej technologii. – Polscy dyrektorzy nie wskazywali na robotyzację jako technologię mogącą mieć zastosowanie w zakupach, co jest istotnym sygnałem wskazującym na duży potencjał optymalizacji rodzimych przedsiębiorstw. Tymczasem robotyka umożliwia automatyzację powtarzalnych czynności, pozwalając jednocześnie skrócić czas realizacji procesów, ograniczyć liczbę błędów i obniżyć koszty w stopniu wyższym niż dotychczas wykorzystywanymi metodami – mówi Paweł Zarudzki, Lider robotyki procesowej w Dziale Konsultingu Deloitte. – Robotyzacja pozwala na automatyzację żmudnych procesów np. wymagających logowania się do różnych rozproszonych systemów informatycznych, uspójniania danych, przetwarzania zapotrzebowań, zamówień czy obróbki faktur. Zakupy operacyjne są obszarem, który bardzo dobrze poddaje się robotyzacji – dodaje.
Problematyczne dane
Głównymi barierami digitalizacji, których pokonanie mogłoby usprawnić proces zakupów są brak integracji danych w łańcuchu dostaw (46 proc.), a także niska jakość samych danych (45 proc.). W Polsce
na brak integracji danych wskazało jedynie 15 proc. CPO. Z kolei dla polskich działów zakupów znacznie większym problemem w porównaniu do reszty świata jest zaangażowanie i wsparcie od zarządzających. Na ten problem wskazało 62 proc. badanych, podczas gdy na świecie było to jedynie 30 proc. – Polacy nie widzą problemu w braku kompetencji analitycznych, za to badanie pokazało brak dostępności zasobów w tym obszarze. W Polsce taka odpowiedź uzyskała 38 proc., podczas gdy na świecie było to 24 proc. W praktyce oznacza to, że mamy duży problem z dostępnością analityków – mówi Jakub Rosiecki.
W USA i Wielkiej Brytanii dzień wolny od pracy. We Włoszech kolejna próba utworzenia rządu technicznego, a od wyborów mija już trzeci miesiąc. Ropa naftowa spadła już ponad 5 dolarów od szczytów.
Najprawdopodobniej spokojniejszy dzień
Często jest tak, że jeżeli w kilku głównych gospodarkach mamy dzień wolny to na rynkach dzieje się mniej. Dzisiaj wypadają dwa ważne święta. W USA mamy Dzień Pamięci, z kolei w Wielkiej Brytanii mamy dość dziwne święto zwane Wiosennym Świętem Bankowym. Dni te wynikają z wyraźnie mniejszej liczby świąt państwowych niż w innych krajach i są wyrównaniem dla pracowników. Można się zatem spodziewać, że dzisiaj rynki będą się zachowywać bardziej asekuracyjnie, czekając na reakcje Anglosasów.
Zamieszania we Włoszech ciąg dalszy
Giuseppe Conte zrezygnował z misji tworzenia rządu. Obecnie głównym kandydatem na stanowisko premiera jest ekonomista z przeszłością w Międzynarodowym Funduszu walutowym Carlo Cottarelli. Jest to dziwny wybór ze strony prezydenta. W niedawnej przeszłości Conte współpracował z lewicowym rządem Enrico Letty. W rezultacie może być poważny problem z zebraniem wymaganego poparcia do votum zaufania. Z drugiej strony nie wszyscy będą zainteresowani kolejnymi wyborami w związku z czym wbrew pierwszym zapowiedzią może się udać zebrać poparcie. Jeżeli rząd nie uzyska poparcia czekają nas przyspieszone wybory. Gdyby do nich doszło można spodziewać się dalszego wzrostu ryzyk na rynkach. Biorąc jednak pod uwagę jak sytuacja wygląda obecnie spora część z tego jest już w cenach.
Ropa w dół
Rosja i Arabia Saudyjska rozmawiają na temat zwiększenia wysokości dostaw ropy naftowej. Oficjalnym powodem jest ograniczenie niepokoju odbiorców surowca, aczkolwiek ciężko uwierzyć, że producentom zależy na zbiciu ceny. Zwiększenie produkcji prawdopodobnie ma na celu utrzymanie cen wysoko, ale na tyle by nie czynić alternatywnych źródeł wydobycia opłacalnymi. Rynki czekają na wynik rozmów. Jeżeli dojdzie do zwiększenia wydobycia, powinno to w dalszym ciągu wpływać negatywnie na cenę, a co za tym idzie również powinno pozwolić odetchnąć kierowcom na stacjach paliw.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Na koniec 2017 r. o 22 proc. zwiększyła się liczba Polaków z dodatkowym ubezpieczeniem zdrowotnym. Z prywatnych polis korzysta już 2,27 mln osób – wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń. Eksperci prognozują, że liczba ta będzie rosła, zwłaszcza w kontekście zmniejszających się wydatków na świadczenia specjalistyczne zapewniane w ramach publicznej opieki zdrowotnej oraz coraz niższą ocenę jej jakości.
W 2017 r. składka przypisana brutto na rynku dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych wzrosła o 18 proc. i osiągnęła wartość 684,5 mln zł.
– Trend rosnący w kontekście prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych postępuje od lat. Pomimo ciągłych zmian w publicznej służbie zdrowia, Polacy ciągle wydają się zauważać jego niedociągnięcia, a wymagania społeczeństwa co do jakości i dostępności rosną. Tym samym alternatywa w postaci prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego staje się atrakcyjna dla coraz większej liczby Polaków – mówi Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.
Rośnie liczba zarówno ubezpieczonych grupowo, jak i indywidualnie. Zgodnie z raportem PIU „Jak ubezpieczenia zmieniają Polskę i Polaków” opublikowanego w listopadzie ubiegłego roku, dostęp do opieki medycznej może nawet o 70 proc. ograniczać nieobecność w pracy z powodu choroby. Wyniki raportu potwierdzają, że przedsiębiorcy dostrzegają wartość prywatnej opieki zdrowotnej i zdają sobie sprawę z kosztów związanych z nieobecnością pracowników, określanych nawet na 30 tys. zł na osobę rocznie. W sytuacji niskiego bezrobocia niemal wszyscy pracodawcy cierpią na brak rąk do pracy i rywalizują o pracowników. Tym samym rośnie wartość ubezpieczeń zdrowotnych, zarówno jako najbardziej pożądanego przez pracownika benefitu pozapłacowego, jak i narzędzia pozwalającego utrzymywać kadrę w dobrym zdrowiu. Dobre zdrowie pracowników przekłada się na efektywność – najnowsze badania pokazują, że koszty tzw. prezenteizmu, czyli zmniejszonej wydajności pracowników, którzy mimo choroby przychodzą do pracy, mogą wielokrotnie przekraczać koszty zwykłej absencji.
Oprócz polis grupowych, rośnie też zainteresowanie dodatkowymi ubezpieczeniami zdrowotnymi wśród osób, które chcą zapłacić za odpowiednie pakiety dla siebie i swojej rodziny z własnej kieszeni.
– Oczywiście podstawowym powodem zakupu pakietów jest szybki i bezpośredni dostęp do specjalistów. Dodatkowo sprzyja temu rozwój rynku i usług oferowanych przez prywatne podmioty. Warto pamiętać, że oprócz dostępności wolnych terminów, Polacy coraz częściej zwracają uwagę i oceniają oferty pod kątem zakresu usług i jakości świadczonej opieki. Tym samym, warto oceniać rynek nie tylko pod kątem coraz większej popularności ubezpieczeń, ale i rozszerzania wachlarza usług dostępnych w prywatnych placówkach czy sieciach – dodała Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.
Laikowi ciężko zrozumieć różnice między poszczególnymi typami sprzętu komputerowego. Laptopy, ultrabooki, komputery stacjonarne, do tego te wszystkie akcesoria. Co nadaje się do pracy z multimediami (np. obróbki wideo), co do pracy biurowej, a co do gier komputerowych? Z tego artykułu dowiesz się, czym różni się sprzęt gamingowy od typowego sprzętu biurowego. Dzięki temu wyposażając stanowisko pracy unikniesz niepotrzebnych nieporozumień.
Sprzęt gamingowy nie bez powodu uchodzi na najwygodniejszy i dostosowany do wielogodzinnej pracy przy komputerze. Z jakością i materiałami w parze idzie również wysoka cena takich produktów – tworząc tym samym aurę prestiżu wśród firm i modeli dedykowanych dla profesjonalnych oraz zawodowych graczy komputerowych.
Czy do zadań biurowych potrzebne są drogie akcesoria, które wykorzystywane są w trudnych warunkach przez graczy? Warto się nad tym zastanowić, szukając odpowiedniej propozycji wyposażenia swojego miejsca pracy.
Wygodny fotel
Jeśli chodzi o freelancerów, to w ich przypadku fotele gamingowe doskonale sprawdzą się w warunkach domowego wykonywania zleceń. Są niezwykle wygodne i nawet wielogodzinne podejmowanie pracy, nie obciąży boleśnie stawów, mięśni i kręgosłupa.
Nie nadają się jednak jako wyposażenie biurowe, ponieważ daleko im do biznesowego designu, który powinien tworzyć wrażenie elegancji, profesjonalizmu, a nawet luksusu i wyjątkowego podejścia do detali.
Praca biurowa i gaming mają jednak jedną wspólną cechę – w obydwu przypadkach mamy do czynienia z wielogodzinną pracą przy biurku, siedząc na fotelu, który jest podporą dla naszych mięśni, stawów i kręgosłupa, więc nie należy go lekceważyć. Powinien być on w obydwu przypadkach stabilny i dostosowany do preferencji użytkownika.
Podsumowując, nieraz jedyną różnicą w przypadku foteli gamingowych i biurowych jest ich wygląd, wykorzystane materiały, kształt, wielkość i cena. W każdym przypadku należy kierować się ergonomią i zdrowiem kręgosłupa.
Klawiatura, mysz i słuchawki z mikrofonem
Tutaj zaczyna się podział na zadania biurowe. Graficy nie będą potrzebować drogiej klawiatury gamingowej, która wytrzyma walkę z wielogodzinnym stukaniem w klawisze Pisarze, copywriterzy i programiści, nie potrzebują zaawansowanych myszek z wieloma funkcjonalnościami, ponieważ ich zadaniem jest układanie słów i znaków.
Graficy większość czasu w swojej pracy korzystają z myszki, więc dodatkowe przyciski są dla nich doskonałym narzędziem. Pozwalają one m.in. przypisać konkretne, najczęściej wykorzystywane wtyczki do poszczególnych elementów, przyspieszając tym samym pracę. Gamerzy wykorzystują tę funkcjonalność w grach, do takich czynności jak szybka zmiana broni, użycie dodatkowych mocy i wykorzystanie ekwipunku – w zależności od preferowanych tytułów i trybów rozgrywki.
Czy copywriterzy, pisarze i programiści, wyobrażają sobie pracę bez klawiatury wysokiej jakości? Z pewnością nie! Gamingowe modele mechaniczne lub membranowe wysokiej jakości, gwarantują komfort i 10 razy wyższą wytrzymałość, niż ma to miejsce w przypadku klasyczny modeli. Chcąc wyposażyć swoje biuro, warto jednak zrezygnować z animowanego podświetlenia, które będzie mienić się pełną paletą kolorów – warto postawić na coś eleganckiego, jednobarwnego lub nieposiadającego podświetlenia.
Zatrudnienie w Call/Contant Center, również można uznać za pracę biurową, która powinna być wyposażona w akcesoria najlepszej jakości. Pracownicy biurowi wykonują swoje zadanie z pomocą słuchawek i mikrofonu, jednak nie muszą być one tak dobrej jakości jak modele gamingowe. Gry oferują dźwięk przestrzenny, by gracze z dobrymi słuchawkami, mogli usłyszeć skąd słychać wroga i strzały – w przypadku pracowników infolinii, muszą oni jedynie słyszeć i rozumieć swojego rozmówcę.
Receptą na walkę ze smogiem może się okazać powszechna ulga na termomodernizację domów do wysokości 25 proc. inwestycji. Ulga odliczana od podatku PIT mogłaby uzupełnić system dotacyjny skierowany do rodzin objętych ubóstwem energetycznym. Działania rządu powinny być też nakierowane na wprowadzenie restrykcyjnych norm na paliwa stałe, preferencyjnych kredytów budowlanych oraz edukację społeczeństwa – wynika z opublikowanego raportu WEI i Instytutu Jagiellońskiego. Autorzy podkreślają, że w walkę ze smogiem trzeba angażować również biznes i przedsiębiorców.
– Pracujemy na dwóch płaszczyznach. Pierwsza to wprowadzenie niezbędnych norm jakościowych i standardów emisyjnych. Chcemy, żeby wszystkie paliwa stałe stosowane w polskich paleniskach domowych trzymały określone standardy jakościowe, a po drugie, żeby kotły miały określoną jakość. Proces określania tych norm już kończymy, bo rozporządzenie dotyczące norm emisyjnych dla kotłów zostało wydane. Ostatnio w Sejmie przeprowadzono też pierwsze czytanie ustawy dotyczącej norm jakości paliw stałych. Ten proces się domyka. To z pewnością przyniesie dużą poprawę, bo na rynku nie będzie już pozaklasowych urządzeń i paliw – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Woźny, pełnomocnik premiera ds. programu „Czyste powietrze”.
Standardy emisyjne dla kotłów na paliwa stałe, normy jakościowe dla paliw oraz kwestie ubóstwa energetycznego to filary przyjętego w ubiegłym roku programu „Czyste powietrze”, który ma zaowocować redukcją emisji szkodliwych substancji do otoczenia i ograniczyć problem smogu. Walka ze smogiem to jeden z rządowych priorytetów, ponieważ polskie miasta mają z nim duży problem – na opublikowanej przez WHO liście pięćdziesięciu europejskich aglomeracji z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem aż trzydzieści trzy znajdują się właśnie w Polsce.
– Mnóstwo polskich domów jest fatalnie termomodernizowanych, wyposażonych w kotły na paliwa stałe, tzw. kopciuchy. Nie damy rady wspomagać poszczególnych miejscowości z poziomu Warszawy, dlatego musimy współpracować z samorządami w województwach i miastach. Pierwszą linią pomocy są objęte trzydzieści trzy miasta z listy WHO. Chcemy współpracować z marszałkami i prezydentami tych miast, żeby przeprowadzać termomodernizację i wspierać w tym najmniej zamożne osoby. Ta operacja została uruchomiona rok temu. Musimy zinwentaryzować wszystkie środki publiczne, które mamy na ten cel, bo Polska nie może sobie pozwolić, żeby bez koordynacji wydawać pieniądze publiczne – czy to rządu, czy samorządów, czy NFOSIGW. Musi być wspólny mianownik, jakim jest poprawa powietrza w Polsce – podkreśla Piotr Woźny.
W lutym br. Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu orzekł, że Polska złamała unijne prawo, dopuszczając do wielokrotnych, nadmiernych stężeń pyłu zawieszonego PM10 w powietrzu. Na tej podstawie Komisja Europejska może nałożyć na Polskę kary finansowe sięgające nawet 4 mld zł. Zanieczyszczenie pyłem PM10, który zawiera substancje toksyczne oraz przenika do płuc i górnych dróg oddechowych, jest spowodowane głównie niską emisją z ogrzewania gospodarstw domowych.
– Głównymi przyczynami smogu w Polsce są nietermomodernizowane domy rodzinne, wybudowane przed 1979 rokiem. Budownictwo w tym okresie charakteryzowało się dużo niższymi normami, co powoduje większą emisję smogu. Kolejne przyczyny to transport samochodowy, osobowy. Transport publiczny też generuje smog, ale przez to, że przewozi dużą liczbę osób, jest zdecydowanie mniej istotny w tym procesie – mówi Krzysztof Prudel, analityk Warsaw Enterprise Institute.
Z opublikowanego właśnie raportu WEI i Instytutu Jagiellońskiego wynika, że receptą na walkę ze smogiem może się okazać powszechna ulga na termomodernizację domów do wysokości 25 proc. inwestycji, pod warunkiem że nie przekroczy ona kwoty 53 tys. zł. Ulga, odliczana w podatku PIT, miałaby uzupełnić system dotacyjny, skierowany wyłącznie dla rodzin objętych ubóstwem energetycznym. Autorzy raportu postulują również wprowadzenie restrykcyjnych norm na paliwa stałe, preferencyjne kredyty budowlane oraz szeroką kampanię informacyjno-edukacyjną.
– To może ograniczyć smog w Polsce poprzez ułatwienie przeprowadzenia termomodernizacji i zmniejszenie jej kosztów. Dodatkowym wsparciem dla termomodernizacji mógłby być system kredytów o obniżonych kosztach przez gwarancje państwowe, które pozwoliłyby na wstępnym etapie na sfinansowanie tych termomodernizacji – mówi Krzysztof Prudel.
Walka ze smogiem jest w interesie całego społeczeństwa – zarówno ze względu na potrzebę oddychania czystym powietrzem, jak i z powodów finansowych, takich jak wzrost wydatków na opiekę zdrowotną czy spadek atrakcyjności turystycznej polskich miast. Dlatego jak podkreślają autorzy raportu, działania wszystkich podmiotów w tym zakresie powinny być skoordynowane, a w walkę ze smogiem powinien się angażować również biznes i przedsiębiorcy.
Jak zauważa Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska – firmy, która uczestniczyła w pracach nad raportem – redukcja zanieczyszczeń powietrza to nie jest jedyna korzyść z realizacji programu powszechnej termomodernizacji budynków. Dzięki kompleksowym remontom poprawie uległyby również warunki panujące w budynkach, które mają przełożenie na zdrowie ich mieszkańców. Ze zleconego przez VELUX ubiegłorocznego badania „Barometr Zdrowych Domów” wynika, że 22 proc. domów jednorodzinnych w Polsce jest zawilgoconych, 23 proc. ma niewystarczający dostęp do światła dziennego, a 26 proc. jest niedogrzanych.
– Robimy dużo w kwestii podnoszenia świadomości, edukowania na temat tego, jak walka ze smogiem i poprawa standardów budynków są ważne dla zdrowia ludzi i dla gospodarki. Jesteśmy jednym z partnerów okrągłego stołu, który został zorganizowany przez WEI, jesteśmy też inicjatorem raportu „Barometr zdrowych domów”, na podstawie którego pokazujemy wyraźnie, jak niedoskonały jest stan budynków w Polsce. Duży ich odsetek jest nie tylko nieenergooszczędny, lecz także zagrzybiony i nie zapewnia mieszkańcom zdrowych warunków do życia. Poprzez zaangażowanie ekspertów docieramy z tego typu informacjami do rządzących. Staramy się wpływać na to, by zaproponowano bardziej ambitne, kompleksowe i wszechstronne działania, by rozwiązać problem niezdrowych domów w Polsce – podkreśla Jacek Siwiński.
Dbałość o psychiczne i fizyczne zdrowie pracowników to inwestycja, która szybko się zwraca. Przemęczony i zestresowany podwładny pracuje z mniejszym zaangażowaniem i wydajnością, a poprzez liczne absencje chorobowe naraża firmę na straty finansowe. Coraz więcej pracodawców inwestuje więc w rozwiązania z obszaru corporate wellness, oferując swoim pracownikom m.in. dopasowaną do ich aktywności i trybu życia opiekę medyczną oraz zajęcia sportowe. Wysiłek fizyczny bowiem redukuje stres, wzmacnia motywację i zwiększa poczucie własnej wartości.
Polacy należą do najbardziej usatysfakcjonowanych pracowników w Europie – z badania ADP Polska wynika, że pod tym względem wyprzedzają nawet Szwajcarów i Niemców. Jednocześnie Polacy znajdują się w czołówce pracowników odczuwających największy stres w związku z pracą zawodową. 22 proc. ankietowanych twierdzi, że stresogennych sytuacji doświadcza codziennie, a 24 proc. – raz w tygodniu. Według badania przeprowadzonego na zlecenie MonsterPolska.pl 34 proc. Polaków denerwuje się głównie nadmiarem obowiązków. Przedsiębiorcy w coraz większym stopniu rozumieją jednak, że zestresowany pracownik wykonuje swoje zadania mniej efektywnie i z mniejszym zaangażowaniem.
– Firmy, które chcą być liderami rynku, starają się dziś zapewnić pracownikom warunki pracy, które pozwolą im zadbać o swoje zdrowie i które sprzyjać będą zachowaniu równowagi pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym. Powinniśmy więc podać w wątpliwość taki model pracy, w którym tylko dociążamy pracownika dodatkowymi godzinami pracy i stale stawiamy mu kolejne, trudne do spełnienia cele – mówi agencji informacyjnej Newseria Robert Korzeniowski, czterokrotny mistrz olimpijski, menedżer programu Medycyna dla Sportu i Aktywnych Grupy LUX MED.
Wśród tej grupy pracodawców coraz większą popularność zyskują programy corporate wellness. Ich podstawowym założeniem jest holistyczne podejście do życia i funkcjonowania pracowników, wsparcie ich zdrowia psychicznego i fizycznego oraz dbałość o zachowanie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Jednym z najistotniejszych komponentów budujących tę równowagę jest aktywność sportowa.
– Dziś firmy inwestują nie tylko w nowe technologie i dobre rozwiązania w zarządzaniu, lecz także w aktywność sportową oraz wszystko, co jest związane z budowaniem dobrostanu pracownika – mówi Robert Korzeniowski.
Regularne uprawianie sportu zapewnia poprawę ogólnego stanu zdrowia, przypływ energii i siły, polepszenie nastroju, a także redukcję napięcia psychicznego i stresu. Sport pozytywnie wpływa również na zwiększenie motywacji do wysiłku oraz poczucie własnej wartości, co przekłada się na konkretne wyniki w pracy zawodowej.
– Jeżeli nie umiemy jeździć na rowerze za własnym dzieckiem, jeżeli nie potrafimy pływać albo nie znajdziemy czasu na to, żeby na wakacjach pójść na spacer czy wycieczkę górską, prawdopodobnie nie będziemy mieć też wysokiego poczucia własnej wartości – mówi Robert Korzeniowski.
Aby osiągnąć pozytywne efekty zdrowotne, nie trzeba uprawiać aktywności fizycznej codziennie – wystarczy dwa lub trzy razy w tygodniu, ale regularnie. Rodzaj sportu należy ponadto dopasować do wieku, stanu zdrowia i temperamentu pracownika. Warto się skonsultować w tym przypadku ze specjalistą od medycyny sportowej, by mieć pewność, że wybrana aktywność jest optymalna dla zdrowia i bezpieczna dla pracownika.
– Potencjał benefitów jest bardzo duży, ale powiedzmy sobie szczerze, człowiek zawsze znajduje sobie ileś powodów, dla których właśnie dzisiaj nie pójdzie na basen czy siłownię. Nic bardziej nas nie zmotywuje jak grupa czy pewne programy, które się wdraża w sposób proaktywny – mówi Robert Korzeniowski.
Zdaniem eksperta biznes i sport mają ze sobą wiele wspólnego. Strategia rozwoju przedsiębiorstwa obejmuje bowiem te same elementy, które obecne są w zawodowym życiu sportowców, takie jak systematyczność, właściwe określanie celów, budowanie wizji na miarę aktywów jakimi się dysponuje, a także nieszablonowy sposób działania polegający m.in. na umiejętności podejmowania ryzyka.
– Dzisiaj niebywale ważne jest to, aby budować pewną kulturę korporacyjną w firmach, które chcą być liderami na rynku, w oparciu o filozofię związaną ze sportem, również postawę codziennego funkcjonowania, które sportową aktywność uwzględniają – mówi Robert Korzeniowski.
Zjawisko oszustw płatniczych w handlu internetowym nie jest w Polsce tak powszechne, jak na świecie – wynika z badania EY i Nethone. W ostatnim roku zetknęła się z nim mniej niż jedna piąta firm, ale straty spowodowane takim zdarzeniem mogą być olbrzymie. Ryzykiem fraudu płatniczego najbardziej obciążone są płatności kartą, a te stanowią dziś ok. 10 proc. ogółu. Wraz z rosnącą popularnością tego środka płatniczego w sieci, jak pokazują przykłady innych krajów, problem oszustw płatniczych będzie coraz poważniejszy.
– Z przeprowadzonego wspólnie z firmą Nethone pierwszego w Polsce badania oszustw płatniczych w polskim e-commerce wynika, że to zjawisko nie jest jeszcze mocno rozpowszechnione w naszym kraju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Bizoń, associate partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Nadużyć w EY Polska. – 18 procent respondentów naszego badania w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zetknęło się z problemem fraudu płatniczego. Nie jest to dużo w porównaniu do świata, ale sądzimy, że tendencja będzie wzrostowa. Będzie to problem, z którym firmy będą musiały się mierzyć coraz częściej.
Raport „Bezpieczny handel w Internecie” miał sprawdzić, jakie doświadczenia mają polskie e-sklepów z oszustwami internetowymi oraz w jaki sposób próbują się one przed nimi bronić.
– Ryzykiem fraudu płatniczego najbardziej obciążone są płatności kartą, dlatego w naszym badaniu skupiliśmy się na tym, jak firmy sobie radzą z problemem fraudu płatniczego w odniesieniu do kart płatniczych – informuje Marcin Bizoń. – Udział kart płatniczych nie jest największy wśród naszych respondentów, znacznie popularniejsze w Polsce są szybkie przelewy i płatność za pobraniem, niemniej udział kart rośnie, w związku z tym sądzimy, że zagrożenie będzie coraz większe.
Zdaniem autorów raportu problem będzie jednak narastał wraz ze wzrostem popularności usługi subskrypcyjnej, ekspansji polskich firm za granicę, gdzie płatność kartami jest znacznie bardziej powszechna, oraz korzystania przez polskich internautów z serwisów zagranicznych.
Z najnowszych dostępnych danych Narodowego Banku Polskiego za IV kw. 2017 roku wynika, że w tym okresie odnotowano znaczące wzrosty w liczbie i wartości transakcji dokonanych w internecie. Klienci przeprowadzili 16,4 mln transakcji kartowych w sieci, czyli o 3,2 mln więcej niż w poprzednim kwartale, a to wyraźny wzrost – o 24 proc. Łączna wartość transakcji opiewała na kwotę 2,5 mld zł (wzrost o 15,2 proc.), a średnia wartość transakcji przeprowadzonej w internecie lekko spadła i wyniosła 150 zł (w poprzednim kwartale 162 zł).
– Szczególnie zagrożone fraudem płatniczym są sektory, które częściej przyjmują karty płatnicze. Mam na myśli serwisy subskrypcyjne, w których zazwyczaj płacimy kartą, ale też sektory dóbr luksusowych, gdzie jest jednostkowo duża wartość transakcji. Tam właśnie wysoka wartość transakcji przyciąga przestępców, więc są to sektory szczególnie narażone – komentuje przedstawiciel EY.
Z badania przeprowadzonego wśród stu pięćdziesięciu polskich firm działających w e-handlu i mających ponad 100 mln zł rocznego obrotu z tego tytułu wynika, że zaledwie 10 proc. wartości transakcji opłacanych jest kartami. Dominują szybkie przelewy (43 proc.) oraz płatności za pobraniem (34 proc.), co jest specyfiką polskiego rynku i pewnym paradoksem, bo pierwsze łączą się z koniecznością zapłaty z góry bez żadnej gwarancji, drugie podyktowane są natomiast nieufnością. Natomiast płatność kartą oferuje możliwość skorzystania ze zwrotu środków za transakcję dokonaną kartą (chargeback), co np. bardzo opłacało się konsumentom w przypadku bankructw biur podróży, które miały miejsce kilka lat temu. Ta właśnie ewentualność mnoży jednak ryzyko oszustw.
– Oszustwa płatnicze wpływają na biznes e-commerce w znaczącym stopniu w dwóch elementach. Po pierwsze, mamy do czynienia ze stratami finansowymi w związku z procederem fraudu płatniczego, po drugie – z utraconymi korzyściami, które nie są realizowane przez właścicieli platform e-commerce poprzez wykorzystanie systemów regułowych, odrzucających próby zdrowych użytkowników chcących dokonać zakupu – wyjaśnia Hubert Rachwalski, prezes firmy Nethone. – Biznes e-commerce, korzystając z systemów regułowych, nie jest w stanie w pełni wykorzystać potencjału, który przed nim stoi.
Zdecydowanie większą świadomość na temat fraudów w internecie i konieczności zabezpieczania się przeciwko nim mają te firmy, które z oszustwami już się zetknęły. Jest to jednak mniejszość. 71 proc. przedsiębiorców działających w sieci nie stosuje żadnego zabezpieczenia. Pozostałe w większości zatrudniają menadżerów ds. ryzyka (16 proc.), wdrażają systemy oparte na zestawie reguł, określających, jakie transakcje mogą być zagrożeniem i próbą oszusta (6 proc.), a zaledwie 3 proc. stosuje nowoczesne inteligentne systemy oparte na sztucznej inteligencji. Te ostatnie są oczywiście droższe, ale zdaniem szefa Nethone w dłuższym okresie bardziej się opłacają.
– Trudno mówić o wdrożeniach systemów informatycznych w perspektywie kilku miesięcy i możliwości zwrotu, ale obserwujemy coraz częściej, nawet w perspektywie pierwszego roku, korzyści wynikające z możliwości procesowania większej liczby transakcji. Te analizy dotyczące użytkowników na danej platformie czy kwestia trzymania pod kontrolą oszustw to są wszystko korzyści, które bardzo szybko zwracają się podmiotom działającym w sieci – ocenia Hubert Rachwalski.
Odnawialne źródła energii wciąż stanowią w Polsce szczątkowy odsetek w produkcji energii elektrycznej. Sytuacja może się zmienić dzięki opracowaniu nowej metody wytwarzania tańszych, lżejszych i bardziej wytrzymałych łopatek do turbin. Obniżenie w ten sposób kosztów obsługi turbin ma zapewnić farmom wiatrowym rentowność. To zaś pozwoli stawiać tego typu urządzenia nawet w miastach. Technologia trafi na rynek w ciągu dwóch lat. W dalszej perspektywie Polska może się stać liderem w zakresie morskich farm wiatrowych. Pierwsze takie farmy mają powstać na Bałtyku na początku przyszłej dekady.
– W Rotoby chodzi o całkowicie nową technologię produkcji łopatek do turbin wiatrowych, z zupełnie nowych materiałów. Największym problemem w branży turbin wiatrowych jest ociągnięcie rentowności. Jest to trudne zwłaszcza przy małej skali. Dziś ta branża nie przynosi zysków, między innymi z powodu wysokich cen materiałów, z których produkowane są turbiny, oraz kosztów konserwacji. My to upraszczamy i powodujemy, że staje się to tańsze dla ludzi, więc zaczyna się opłacać stawianie turbin również w miastach, wszędzie tam, gdzie wieje wiatr – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Roberto Ventura, prezes Rotoby.
Energia pochodząca z wiatru jest, obok słonecznej i wodnej, najpopularniejszym z odnawialnych źródeł energii. Choć w Polsce panują dość dobre warunki dla wytwarzania energii z siły wiatru, zwłaszcza w pasie nadmorskim, to elektrownie w większości nie są rentowne.
Rotoby opracowało innowacyjne turbiny wiatrowe wyposażone w łopatki z materiałów termoplastycznych. Charakteryzują się one mniejszą o 20 proc. wagą i większą wytrzymałością niż powszechnie stosowane łopatki z włókna szklanego. Dodatkowym atutem jest możliwość ich pełnego recyklingu oraz niskie koszty utrzymania, gdyż takie turbiny są praktycznie bezobsługowe.
Start-up konstruuje także nieduże turbiny wiatrowe, możliwe do zastosowania w mniejszych systemach o wielkości do sześciu metrów. To pozwoli na ich umiejscowienie np. w miastach.
– Turbina Rotoby może maksymalnie wytworzyć 1,4 kilowata energii. Można je jednak również łączyć w grupy i dzięki temu wytwarzać więcej energii. Mówimy tu o szczytowym momencie, w którym prędkość wiatru osiąga sześć metrów na sekundę – przekonuje Roberto Ventura.
Według Europejskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej w 2015 roku pod względem łącznej mocy nowych zainstalowanych turbin Polska znalazła się na drugim miejscu w Europie, tuż za Niemcami. Pierwszą przemysłową farmę wiatrową w Polsce oddano do użytku w 2001 r. Farma Barzowice powstała w gminie Darłowo w województwie zachodniopomorskim. Polska ma zarazem jeden z największych potencjałów do rozwoju morskich farm wiatrowych. Pierwsze farmy wiatrowe na Bałtyku mają powstać na początku przyszłej dekady. Wcześniej na rynek mają trafić turbiny Rotoby.
– W ciągu roku, najdalej dwóch, będziemy mieli produkt gotowy do wprowadzenia na polski rynek, gdzie warunki wietrzne są korzystne. Mamy też zainteresowanie z Holandii czy z Austrii, ale polski rynek z pewnością już jest gotowy na takie rozwiązania – ocenia prezes Rotoby.
Z danych opublikowanych przez Agencję Rynku Energii wynika, że elektrownie wiatrowe wytworzyły w Polsce w 2017 roku 3485 GWh energii elektrycznej. Dla porównania w poprzednim roku było to 2981 GWh. W ogólnej produkcji energii elektrycznej stanowi to udział sięgający zaledwie 2 proc.
W 2016 roku aż 70 proc. farm wiatrowych w Polsce nie tylko nie wypracowało zysku operacyjnego, lecz także przyniosło straty sięgające nawet kilkunastu milionów złotych. Ogółem strata na działalności farm wiatrowych została wyceniona na 3 mld zł.
Zgodnie z przewidywaniami Global Market Insights światowy rynek energetyki wiatrowej do 2024 roku przekroczy wartość 170 mld dol.
Rekordowo niskie bezrobocie wpływa na systematyczny wzrost zapotrzebowania na kadrę zza wschodniej granicy. Ułatwieniem dla pracodawców miały być nowe przepisy, obowiązujące od stycznia tego roku oraz nowa kategoria uproszczonego zezwolenia na pracę sezonową. W praktyce okazało się, że urzędy pracy nie są przygotowane do zmian. Każdego dnia rejestrowanych jest nawet dziesięciokrotnie mniej oświadczeń niż wcześniej. Problemem jest również to, jak zatrzymać ukraińskich pracowników, z których tylko co dziesiąty bierze pod uwagę osiedlenie się w Polsce na stałe.
– Polska gospodarka zdecydowanie potrzebuje pracowników z zagranicy. Cenne jest to, że rząd widzi te wyzwania i że trwają prace nad nowymi propozycjami w tym zakresie. Niezbędne jest usprawnienie całego procesu rejestracji zezwoleń na pracę, o które występują pracodawcy i agencje zatrudnienia, oraz wzmocnienie administracji, która się tym zajmuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Piechota, prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej.
Jak wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w 2017 roku zostało wydanych ponad 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi (wzrost o 39 proc. rok do roku). Zdecydowana większość, bo 94 proc. wszystkich oświadczeń dotyczyło obywateli Ukrainy, na których zapotrzebowanie wzrosło rok do roku o 36 proc.
Zapotrzebowanie na kadrę zza wschodniej granicy rośnie ze względu na sytuację na polskim rynku pracy – utrzymujące się od miesięcy historycznie niskie bezrobocie hamuje rozwój firm. Jak wynika z tegorocznego „Barometru Imigracji Zarobkowej” przygotowanego przez Kantar Millward Brown na zlecenie Personnel Service, już niemal co piąta firma w Polsce (19 proc.) zamierza w najbliższym czasie rekrutować pracowników z Ukrainy. Wśród dużych przedsiębiorstw ten odsetek jest znacznie wyższy i sięga 42 proc.
Pewnym ułatwieniem dla pracodawców miały być nowe przepisy, obowiązujące od stycznia 2018 roku. Wprowadzona została nowa kategoria uproszczonego zezwolenia na pracę sezonową (umożliwia legalny pobyt i pracę w Polsce nie przez sześć, ale przez dziewięć miesięcy w ciągu roku) oraz opłata za rejestrację oświadczenia o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. Kolejna zmiana to spoczywający na pracodawcy obowiązek informowania, czy obcokrajowiec, dla którego zostało wydane nowe, uproszczone zezwolenie na pracę sezonową, rzeczywiście podjął zatrudnienie.
– Wprowadziliśmy pewne regulacje, które eliminują czarny rynek oświadczeń pracodawców, ale w ślad za tym nie wzmocniliśmy służb zatrudnienia, które obsługują cały ten proces. Niestety, wąskim gardłem jest również działalność urzędów wojewódzkich. Urzędnicy, którzy weryfikują dokumenty i przygotowują decyzje o pozwoleniu na pobyt czasowy i na zatrudnienie w Polsce, po prostu nie wyrabiają przy tym ciśnieniu i aktualnych potrzebach. Dlatego potrzebne jest wzmocnienie administracji w tym zakresie – podkreśla Jacek Piechota.
Z danych agencji Personnel Service, specjalizującej się w rekrutacji pracowników zza granicy, wynika, że od momentu wprowadzenia nowych przepisów każdego dnia rejestrowanych jest nawet dziesięciokrotnie mniej oświadczeń niż wcześniej. Trudności wynikają m.in. z wydłużenia procedury weryfikacji oświadczeń i zwiększonej liczby załączników do wniosku.
W poprzednim systemie liczba dokumentów była ograniczona do jednej strony oświadczenia dla urzędu pracy i jednej, którą musiał wypełnić pracodawca. Aktualnie pracodawca musi dostarczyć do urzędu osiem różnych dokumentów, w tym m.in. wypełnione oświadczenie o zamiarze powierzenia pracy, potwierdzenie zapłaty 30 zł za jego rejestrację oraz kserokopię paszportu cudzoziemca z wszystkimi ostemplowanymi stronami. W razie błędu w dokumentacji termin rejestracji oświadczenia wydłuża się do 30 dni.
Co więcej, poprzednio to pracodawca odpowiadał za prawidłowość danych wpisywanych w oświadczeniu, a urzędnik jedynie przyjmował wniosek i sprawdzał, czy okres zatrudnienia pracownika z zagranicy nie będzie przekraczał 6 miesięcy. W tej chwili odpowiedzialność za prawidłowość tych danych spoczywa na urzędniku, przez co proces weryfikacji dokumentów znacznie się wydłużył. Dane Personnel Service pokazują, że 37 proc. polskich przedsiębiorców właśnie formalności administracyjne uznaje za największą trudność i barierę w rekrutowaniu pracowników ze Wschodu.
– Problemem jest również to, jak zatrzymać ukraińskich pracowników. Mamy dzisiaj nową rzeczywistość, w której Ukraińcy na paszportach biometrycznych poruszają się po całej Europie i widzą, że na rynkach zachodnich wynagrodzenia są lepsze. Dlatego ważne jest, aby stworzyć im dobrą atmosferę, zapewniać warunki socjalne i dotrzymywać określonych zobowiązań. W dobrym kierunku działa PIP, która utworzyła specjalne call center dla Ukraińców, ale rzecz w tym, żeby szeroko upowszechnić tę wiedzę – także po ukraińskiej stronie, wśród osób, które dopiero wybierają się do pracy w Polsce – podkreśla Jacek Piechota.
Prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej zauważa, że niezbędne jest, aby w debacie publicznej rozróżnić kwestię emigracji politycznej, która często wzbudza głosy sprzeciwu, od migracji ekonomicznej.
– Nie można utożsamiać tych dwóch pojęć. Dzięki Ukraińcom polska gospodarka dzisiaj w ogóle może się rozwijać, to trzeba szczególnie podkreślać. W tym systemie przedsiębiorca najpierw oczekuje wskazania przez urząd pracy polskiego pracownika. Tak jest stworzony system, więc nie można mówić, że Ukraińcy zabierają pracę Polakom. Jeżeli urząd w ciągu dwóch tygodni nie wskaże polskiego pracownika, dopiero wtedy wydawane jest zezwolenie na zatrudnienie cudzoziemca – podkreśla Jacek Piechota.
Ze statystyk wynika, że w Polsce pracownicy z Ukrainy są zatrudniani najczęściej w rolnictwie, przetwórstwie przemysłowym i budownictwie. Z raportu Personnel Service „Barometr Imigracji Zarobkowej” wynika, że dwie trzecie ukraińskich pracowników (62 proc.) planuje ponownie przyjechać tutaj w celach zarobkowych. Przyciągają ich przede wszystkim bliskość geograficzna, atrakcyjne wynagrodzenia i relatywnie łatwa do pokonania bariera językowa. Z drugiej strony, tylko 11 proc. Ukraińców chce się osiedlić w Polsce na stałe. Dla większości emigracja ma charakter okresowy, przejściowy.
– Ukraińcy dobrze się tutaj czują, mają rozbudowaną bazę własnych kontaktów. Polska jest postrzegana bardzo pozytywnie w sondażach opinii społecznej na Ukrainie, polskie społeczeństwo jest najbardziej lubianym i cenionym. Mamy wszystkie atuty ku temu, by ich tutaj ściągać. Inna rzecz, że po ukraińskiej stronie też zaczyna brakować rąk do pracy, a przedsiębiorcy zaczęli już podnosić wynagrodzenia i namawiać do pozostania na Ukrainie – zauważa Jacek Piechota.
Brak wiedzy o konstrukcji budynku kosztuje firmy ubezpieczeniowe nawet 4,5 mld dol. – szacują eksperci TensorFlight. Do oceny stanu nieruchomości przydatna jest analiza zdjęć satelitarnych, lotniczych i ulicznych. Dzięki niej można automatycznie poddać analizie budynki i ocenić ich konstrukcję, co dla ubezpieczycieli ma największe znaczenie. Obecnie przeprowadzenie takiej analizy jest procesem nie tylko wolnym, lecz także kosztownym. Dzięki programowi polskiego start-upu analiza będzie automatyczna i gotowa znacznie szybciej. Sprawdzi się też w ocenie ryzyka hipotecznego czy monitoringu budynku objętego hipoteką.
– Informacja o budynkach, jak np. typ konstrukcji, jest ekstremalnie wartościowa dla firm reubezpieczeniowych i ubezpieczeniowych. Firmy reubezpieczeniowe tracą 4,5 mld dol., bo nie znają poprawnego typu konstrukcji danego budynku. Oprócz typu konstrukcji dochodzi też wysokość budynku, jego przeznaczenie, liczba pięter, geometria budynku, wysokość i nachylenie dachu. Wszystkie te cechy korelują bardzo mocno z ryzykiem związanym z ubezpieczeniem tego budynku – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Zbigniew Wojna ze start-upu TensorFlight.
Obecnie ocena stanu nieruchomości jest zazwyczaj czasochłonna, wiąże się z dużymi kosztami, nie zawsze jest też bardzo dokładna. To istotne, zwłaszcza w miejscach, gdzie stosunkowo często mają miejsce katastrofy naturalne, np. drewniany budynek może wytrzymać trzęsienie ziemi, ale jest narażony na wichurę, odwrotnie jest przy ceglanym budynku. Brak dokładnej wiedzy o konstrukcji budynku może się okazać bardzo kosztowny, o czym nie raz przekonały się firmy ubezpieczeniowe. Dlatego program polskiego start-upu TensorFlight może się okazać prawdziwą rewolucją w analizie stanu budynku.
– Budujemy globalną bazę danych i informacji o budynkach komercyjnych, ale również w przyszłości rezydencyjnych. Ta baza jest budowana na podstawie wszelkich informacji, które możemy znaleźć w internecie, ale przede wszystkim na podstawie zdjęć wizualnych, pochodzących ze zdjęć satelitarnych, ze zdjęć lotniczych, pionowych i pod kątem, również ze zdjęć z widoku ulicy, pochodzących z samochodów typu Google Streetview – tłumaczy Zbigniew Wojna.
Program wykorzystuje rozwiązania machine learning, czyli podstawę sztucznej inteligencji, która wykorzystuje automatykę do rozpoznawania i uczenia się. Dzięki temu możliwa jest automatyczna i precyzyjna analiza, ta zaś jest konieczna przy wycenie polisy przez towarzystwa ubezpieczeniowe.
– Największym potencjalnym klientem i zainteresowanym są firmy reubezpieczeniowe, które muszą wyceniać bardzo duże portfolia na poziomie 100 tys. budynków naraz, analizują kilka milionów budynków rocznie. Oczywiście firmy ubezpieczeniowe również interesują się takimi danymi, ponieważ mogą automatycznie wyceniać zapytanie o polisę dla danego adresu bez potrzeby wprowadzania wielu pól, co znacznie zwiększa konwersję zainteresowanych do zakupionych polis. To także urzędy miast, gminy, które chciałyby znać inwentaryzację tego, co znajduje się w danym mieście – wymienia przedstawiciel TensorFlight.
Dokładna analiza nieruchomości z każdego poziomu stanowi wielką bazę informacji. Dostarcza danych o zmianach, jakie zaszły w konstrukcji budynku, informuje o nielegalnych nad- i przybudówkach. Może się okazać pomocna także przy wycenie nieruchomości, co istotne zwłaszcza przy kredycie hipotecznym. Jak przekonuje ekspert, na nowym programie mogą skorzystać wszyscy – nie tylko firmy re- i ubezpieczeniowe, ale zwykli mieszkańcy. Łatwiej będzie też karać tych nieuczciwych.
– Przez to, że te budynki są lepiej zanalizowane, ubezpieczyciele i reubezpieczyciele będą walczyli cenowo o klienta, natomiast Kowalskiemu, który buduje nielegalnie bądź niszczy budynek, trudniej będzie się ukryć. W tym momencie uśrednia się ryzyko na podstawie całego miasta czy dzielnicy, ale w momencie gdy będziemy mieli dokładniejszą informację, to osoby, które faktycznie dbają o budynek i mają go w dobrym stanie, będą miały polisy zdecydowanie tańsze, a osoby, które nie dbają, droższe – przekonuje Zbigniew Wojna.
Start-up negocjuje z firmą PZU, aby wdrożyć rozwiązanie TensorFlight w Polsce. Obecnie twórcy skupiają się jednak bardziej na rejonach, w których ryzyko związane z nieruchomościami są znacznie większe.
– Profil ryzyka w Polsce jest inny, nie mamy tylu katastrof, co np. w stanach południowych w USA. W Polsce jest zainteresowanie dachami, łatwopalnością dachu, materiałem dachu, to jest cecha, która jest wartościowa. Kiedy będziemy w stanie dokładniej zanalizować np. dach, to w przyszłości będzie miało potencjał do współpracy z polskimi firmami ubezpieczeniowymi – twierdzi Zbigniew Wojna.
W Polsce – według danych Polskiej Izby Ubezpieczeniowej – ubezpieczonych jest około 60 proc. mieszkań i domów. Dużą część skutków żywiołów można więc naprawić dzięki ochronie ubezpieczeniowej.
Inwestycje w sztukę, wino, zabytkowe auta czy numizmaty – tego typu alternatywne inwestycje zyskują coraz większą popularność. To nie tylko większa frajda dla inwestora-kolekcjonera, lecz także możliwość osiągnięcia większych zysków. Zaletą tych inwestycji jest ich oderwanie od koniunktury na giełdach. Ze względu na wysokie ryzyko strat lepiej się jednak zająć dziedziną dobrze sobie znaną.
– Rynek inwestycji alternatywnych jest bardzo ciekawy i oferuje inwestorom teoretycznie bardzo wysokie stopy zwrotu, a częściowo nie jest skorelowany z trendami na rynkach instrumentów podstawowych, dlatego jest ciekawym urozmaiceniem w niebezpiecznych czasach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Majewski z Instytutu Finansów i Rachunkowości w Wyższej Szkole Bankowej w Toruniu. – W zasadzie nie ma górnej granicy możliwości osiągnięcia zysku. Niektóre aktywa na rynku inwestycji alternatywnych mogą przynieść inwestorowi nawet kilkaset procent w skali roku, ale tutaj wiele zależy od różnych czynników, w tym od szczęścia.
Przykładem może być rynek klasycznych samochodów.
– W ostatnich kilkunastu latach odnotowaliśmy na nim bardzo duże wzrosty marek luksusowych, historycznych, klasycznych – informuje Piotr Majewski. – Niektórzy inwestorzy uzyskali kilkusetprocentowe stopy zwrotu w tym okresie. Wciąż na rynku samochodów można znaleźć pozycje, które rokują wysokie zyski. Zależy, co wybierzemy, jak jesteśmy cierpliwi, jakim kapitałem dysponujemy. Pewne modele są jeszcze niedowartościowane i można liczyć nawet na 30–40 proc. rocznie.
Inwestycje alternatywne to m.in. dzieła sztuki, rzeźby, obrazy, wina, whisky, kolekcje numizmatów, znaczków, starych samochodów. Każdy z tych rynków rządzi się odmiennymi prawami, a o ich popularności decyduje wiele czynników, w tym m.in. moda czy koniunktura na rynkach podstawowych – akcji, obligacji, funduszy.
– Podobnie jak przy innych rodzajach inwestycji ryzyko jest duże, możemy stracić naprawdę wiele, ale również możemy wiele zyskać. Przede wszystkim wskazany jest rozsądek oraz wiedza. Inwestując w dany rodzaj aktywów, powinniśmy przede wszystkim dosyć dużo o nich wiedzieć, a nie kierować się wyłącznie modą czy rekomendacją znajomych, którzy będą nas namawiali, przekonani, że akurat coś w tym momencie się opłaca – zastrzega Piotr Majewski.
Inwestycje alternatywne niosą ze sobą obok szansy na krociowe zyski ryzyko strat. Pierwszym przykładem bańki inwestycyjnej w historii była tulipanomania w Holandii w XVII wieku. W 1623 roku pojedyncza cebulka najbardziej poszukiwanych odmian tulipanów osiągała cenę nawet tys. guldenów, co było sumą ponad trzy razy wyższą niż średni roczny dochód obywatela Niderlandów. Tulipany i ich cebulki potrafiono wymieniać za nieruchomości, ziemię i bydło. W 1635 roku odnotowano sprzedaż czterdziestu cebulek za 100 tys. guldenów. Najwyższą cenę osiągnęła cebulka kupiona za 6 tys. guldenów. Popularność tych roślin spowodowała nawał spekulacji. W 1637 roku rynek się załamał z powodu zbyt wysokich cen oraz niewywiązywania się kontrahentów ze zobowiązań wynikających z kontraktów gwarantujących zakup cebulek po określonych cenach w przyszłości. Dlatego tak istotna jest znajomość dziedziny, w którą się inwestuje.
– Trzeba wybrać sobie klasę aktywów, która nas interesuje, a następnie poświęcić trochę czasu na pozyskanie fachowej, eksperckiej wiedzy na ten temat, ponieważ często są to klasy aktywów bardzo unikatowe, o których dość trudno w popularnych źródłach informacji uzyskać szczegółowe dane na temat tego, co będzie działo się w przyszłości – radzi ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu. – Chyba że mamy zaufanego doradcę, który jest w stanie dzięki swojej wiedzy i umiejętności skierować nas w odpowiedni obszar i jednocześnie mamy do niego tyle zaufania, że przy braku własnej wiedzy możemy powierzyć swoje środki. Jednak zalecam interesować się tym, w co inwestujemy.
Wartości dopuszczalnych stężeń dla substancji chemicznych i warunki bezpiecznej pracy w Polsce są normowane od 1983 roku. Wejście Polski do Unii Europejskiej wymagało spełnienia szeregu dyrektyw w tej dziedzinie. Polscy przedsiębiorcy są reprezentowani w między resortowej komisji, która na bieżąco pracuje nad sugestiami pracowników i przedsiębiorców. Ma to kluczowe znaczenie dla ochrony zdrowia – zwłaszcza przy coraz szerszej gamie chemikaliów, na które zatrudnieni są narażeni każdego dnia.
– Staramy się współpracować z UE i na bieżąco ustalać wartości proponowane przez Unię – powiedziała agencji eNewsroom.plJolanta Skowroń, sekretarz międzyresortowej komisji ds. najwyższych dopuszczalnych stężeń i natężeń czynników szkodliwych dla zdrowia w środowisku pracy w Centralnym Instytucie Ochrony Pracy – Dostajemy projekty dyrektyw przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oraz przedstawiciela rządowego w Unii Europejskiej. Do wartości zgłaszamy uwagi, które dostarczają nam zarówno przedsiębiorcy, jak i związki zawodowe. Jeżeli pracownik dowie się – a powinien zostać powiadomiony – o narażeniu ze strony substancji rakotwórczej, to zawsze będzie współpracował z pracodawcą i będą starali się obniżyć te stężenia. Staramy się na bieżąco to monitorować i zgłosiliśmy listę substancji, dla których powinny byćustalone wartości unijne – dodała Skowroń.
Zakwaterowanie własnej firmy to jeden z podstawowych problemów, z jakim borykać się musi początkujący przedsiębiorca. W przypadku mikrofirm dobrą decyzją jest zdecydowanie się na najem lokalu. Podpowiadamy, na co zwrócić uwagę podczas rozglądania się za odpowiednią siedzibą dla twojej firmy!
Dlaczego wynajem?
Kupno własnego biura nadal pozostaje wydatkiem, który przekracza możliwości finansowe niejednej firmy. Tyczy się to zwłaszcza niewielkich przedsiębiorstw, dysponujących ograniczonym budżetem – zwłaszcza w początkowym okresie swojej działalności. Odpowiednim rozstrzygnięciem tej kwestii będzie podjęcie decyzji o wynajmie lokalu. Idealne biuro nie musi być bowiem twoją własnością, by móc dobrze spełniać swoje zadanie. Na rynku nieruchomości usługowych istnieje bowiem wiele firm oferujących profesjonalną obsługę zakwaterowania przedsiębiorstw.
Oszczędność czasu i kosztów
Problem dotyczący zakwaterowania przedsiębiorstwa obecny jest zwłaszcza w dużych, dynamicznie rozwijających się miastach. Najlepszym przykładem może być w tym momencie Wrocław. Biura do wynajęcia w centrum Wrocławia stają się bowiem usługą coraz bardziej popularną zarówno ze względu na wysokie ceny nieruchomości, jakie prezentuje tamtejszy rynek, jak również coraz mniejszą dostępność przestrzeni biurowych w atrakcyjnych lokalizacjach. Lokale przeznaczone do wynajęcia w celu prowadzenia działalności gospodarczej są przy tym najczęściej wykończone w pełnym standardzie, oferując satysfakcjonujące możliwości użytkowania dla przyszłych pracowników.
Biuro umeblowane czy nie?
W tym momencie nietrudno domyślić się, na co zwrócić uwagę decydując się na wynajem biura. Umeblowane przestrzenie zapewniają bowiem o wiele większe oszczędności dla przedsiębiorstw zwłaszcza w początkowym okresie ich działalności. Chociaż teoretycznie zakup mebli może być zostać wliczony w koszty prowadzenia działalności, to w przypadku ewentualnej przeprowadzki związanej zarówno z rozwojem firmy, jak również nagłym wypadkiem dostępności bardziej atrakcyjnego lokalu często zdarza się, że umeblowanie stanowić będzie niepotrzebny balast. Warto zatem rozwiązać ten problem już w zarodku.
Dogodna lokalizacja biura: istotny czynnik w budowaniu relacji
Podczas rozglądania się za odpowiednim miejscem dla prowadzenia twojej działalności istotnym czynnikiem jest również lokalizacja przyszłej siedziby firmy. Największą wartość przedstawiają miejsca zlokalizowane nieopodal centrum. Takie położenie zapewnia z jednej strony dobre skomunikowanie z pozostałą częścią miasta, z drugiej zaś stanowi ułatwienie dla kontrahentów, którzy już niebawem zaczną gościć w twoich progach. Dzięki dogodnej lokalizacji łatwo znajdą oni firmę, co może mieć pozytywny wpływ na opinię o przedsiębiorstwie. Dodatkowo korzystne umiejscowienie biura zapewnia łatwy dostęp do punktów usługowo-handlowych. Przyszli pracownicy na pewno docenią ten aspekt.
Wynajem biura – na co zwrócić uwagę?
Gdy już znajdziemy odpowiednie dla prowadzenia naszej działalności, w pełni umeblowane i położone w dogodnej lokalizacji, należy dokładnie zapoznać się z warunkami najmu. Dobrze jest w tym przypadku poprosić o wzór umowy najmu, który powinien być uważnie przeanalizowany zwłaszcza pod kątem tak zwanych kosztów ukrytych. Oprócz samego czynszu, wynajmujący może od nas również wymagać uiszczenia należności z tytułu między innymi:
opłat licznikowych (woda, elektryczność itd.);
opłat komunalnych (wywóz śmieci, sprzątanie);
opłat za media (przede wszystkim internet);
innych opłat, które nie wchodzą w skład czynszu.
Warto przy tym zwrócić się z zapytaniem o dostępność rachunków z poprzednich miesięcy. Pozwoli to oszacować przynajmniej część miesięcznych wydatków, które mogą jednak się zmienić. Bardzo ważne jest również ustalenie wysokości kaucji (jeśli jest wymagana) oraz dokładnych warunków jej zwrotu – nieuczciwi wynajmujący często starają się uzyskać dodatkowy zarobek żerując właśnie na tej należności.
Bezrobocie rejestrowane w Polsce wynosi zaledwie 6,3%. Liczone metodą BAEL zaledwie 4,5%. Dobre dane na temat sprzedaży z Wielkiej Brytanii. Deutsche Bank znów ma problemy.
Bezrobocie w Polsce
Zgodnie z oczekiwaniami stopa bezrobocia w kwietniu spadła w Polsce do 6,3%. Powodem jest początek prac sezonowych oraz oczywiście dalsza poprawa koniunktury. Jest to spadek aż o 1,3% względem zeszłego roku. Najwyższe bezrobocie jest w Warmińsko-mazurskim 11,1%, najniższe w Wielkopolsce – zaledwie 3,6%. Mierzony jest również wskaźnik wg. metodologii BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności). Ta druga metoda jest ankietowa, ale za bezrobotnych nie uznaje osoby, które pobierają zasiłek a nie szukają pracy. Szacunki z tej metodologii mówią, że bezrobocie wyniosło w Polsce zaledwie 4,5%.
Lepsze dane z Wielkiej Brytanii
Wczoraj poznaliśmy wyniki sprzedaży detalicznej w Wielkiej Brytanii. W ciągu roku sprzedaż rosła o 1,4%. Analitycy spodziewali się symbolicznego wzrostu o 0,1%. Wynik ten nie jest bardzo dobry, ale wyraźnie lepszy od oczekiwań co pozwoliło odrobinę umocnić się brytyjskiej walucie. Funt jest obecnie najtańszy od grudnia względem dolara, ale jest to raczej wynik bardzo dobrej passy amerykańskiej waluty niż słabości brytyjskiej.
Kolejny czynnik ryzyk
Ostatnie tygodnie ryzyka w Europie to głównie szukanie koalicjanta we Włoszech. To właśnie to spowodowało, że inwestorzy wycofywali się z Europy istotnie obniżając wartość złotego. Teraz pojawił się kolejny “stary” problem. Jest to kondycja Deutsche Banku. Wczoraj potwierdziły się plotki o zwolnieniach sięgających ponad 7000 osób a kurs akcji ponownie zanurkował. Nie jest co prawda jeszcze tak nisko jak w 2016 roku, ale wyraźnie widać, że inwestorzy boją się inwestycji w DB. Gdyby problem się pogłębiał można spodziewać się kolejnych osłabień złotego szczególnie względem franka szwajcarskiego.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych, za to w godzinach wieczornych odbędzie się wiele wystąpień przedstawicieli FED.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Prawo do odliczenia podatku naliczonego jest jednym z najistotniejszych uprawnień podatnika VAT, stanowiących wyraz fundamentalnej zasady neutralności podatku od towarów i usług. Należy pamiętać, że przysługuje ono tylko w przypadku, gdy nabywane towary i usługi mają związek z czynnościami opodatkowanymi. Kwestia ta często jest przedmiotem sporów między podatnikami a organami podatkowymi.
Kiedy można odliczyć VAT?
Podatnik VAT ma prawo do odliczenia podatku naliczonego wynikającego z faktur dokumentujących nabycie przez niego towarów i usług, pod warunkiem że mają one związek z wykonywanymi przez podatnika czynnościami opodatkowanymi. Uprawnienie takie nie przysługuje w związku z zakupem towarów i usług związanych z czynnościami, które są ustawowo zwolnione z VAT. Może mieć również miejsce sytuacja, w której działalność gospodarcza podatnika ma charakter mieszany, czyli obejmuje zarówno czynności podlegające opodatkowaniu, jak i z niego zwolnione. Wówczas podatek naliczony odlicza się proporcjonalnie. Zgodnie z ustawą o podatku od towarów i usług proporcję dla potrzeb odliczenia ustala się jako udział obrotu rocznego uzyskanego „z tytułu czynności, w związku z którymi przysługuje prawo do obniżenia kwoty należnego VAT, w proporcji do całkowitego obrotu, tj. czynności, w związku z którymi podatnikowi przysługuje prawo do obniżenia kwoty podatku należnego, oraz czynności, w związku z którymi podatnikowi takie prawo nie przysługuje”.
Podatnik może odliczyć VAT na podstawie faktury, która musi spełniać ustawowe wymogi i nie może się mieścić w katalogu wyłączeń z art. 88 ust. 3 ustawy o VAT (m.in. faktura musi dokumentować rzeczywiste transakcje i być wystawiona przez podmiot istniejący). Ustawa przewiduje również ograniczenia, jeśli chodzi o prawo do odliczenia – np. w odniesieniu do wszystkich wydatków związanych z samochodami osobowymi podatnikowi przysługuje prawo do odliczenia 50% podatku naliczonego.
Prawo do odliczenia przysługuje oczywiście tylko zarejestrowanym podatnikom VAT i co do zasady w rozliczeniu za okres, w którym w związku z nabytymi lub importowanymi przez podatnika towarami lub usługami powstał obowiązek podatkowy. Jeśli podatnik nie skorzysta z tego prawa w tym okresie, może jeszcze dokonać odliczenia w deklaracji za jeden z dwóch kolejnych okresów rozliczeniowych. Nawet gdyby tego nie uczynił, to nie traci prawa do odliczenia, gdyż może je wykonać poprzez złożenie korekty deklaracji za okres, w którym powstało prawo do obniżenia należnego podatku, jednak nie później niż w ciągu 5 lat, licząc od początku roku, w którym takie prawo powstało.
Podatnicy szeroko interpretują prawo do odliczenia
Organy podatkowe, a w ślad za nimi podatnicy, ujmują prawo do odliczenia podatku naliczonego szeroko, dopuszczając nawet pośredni związek z czynnościami opodatkowanymi, który wprawdzie bezpośrednio nie przyczynia się do uzyskania obrotu, lecz przyczynia się do jego wzrostu poprzez ogólne oddziaływanie na działalność podatnika. Na przykład w interpretacji indywidualnej z dnia 7 listopada 2011 r. Dyrektor Izby Skarbowej w Warszawie potwierdził stanowisko podatnika, że prawo do odliczenia obejmuje również wydatki, które poniósł on, aby zapewnić zakwaterowanie pracownikom wykonującym pracę na jego rzecz poza miejscowością, w której zlokalizowany jest główny zakład podatnika. W ocenie organu nie budzi wątpliwości, że zakup takich usług w związku ze świadczeniem pracy poza miejscowością, w której znajduje się jej główny zakład, wykazuje pośredni związek z czynnościami opodatkowanymi wykonywanymi przez podatnika, a zatem przysługuje mu prawo do odliczenia VAT w związku z nabyciem tych usług.
W innym rozpoznawanym przypadku podatnik będący rolnikiem, prowadzący działalność w zakresie działów specjalnych produkcji rolnej, podążając najprawdopodobniej za przytoczonym wyżej tokiem rozumowania, uznał, iż w związku z tym, że udostępniał on zatrudnionym przez siebie pracownikom miejsca w zbudowanym przez niego hotelu pracowniczym, przysługuje mu prawo do odliczenia podatku. Zdaniem podatnika wydatki związane z budową, podstawowym wyposażeniem oraz bieżącym utrzymaniem hotelu, jako podyktowane koniecznością zapewnienia zatrudnienia, wykazują pośredni związek z prowadzoną przez niego działalnością gospodarczą. Organ podatkowy nie podzielił jego poglądu i uznał, że nieodpłatne udostępnianie pracownikom pokoi w hotelu pracowniczym stanowi nieodpłatne świadczenie usług związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej, które jako niepodlegające opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług nie daje podatnikowi prawa do obniżenia podatku należnego o podatek naliczony.
Sądy podkreślają wymóg bezpośredniego związku z czynnościami opodatkowanymi
Argumentację organu podatkowego co do braku prawa do odliczenia podatku naliczonego podzielił Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu w wyroku z dnia 30 maja 2017 r. (sygn. akt I SA/Po 1604/16), który stwierdził:
„Uprawnienie to powstaje (…) w przypadku, gdy podlegająca podatkowi VAT transakcja powodująca naliczenie podatku pozostaje w bezpośrednim i ścisłym związku z transakcją lub większą liczbą transakcji objętych podatkiem należnym. Odnosząc się do realiów sprawy będącej przedmiotem skargi rolnika-przedsiębiorcy WSA stwierdził, że wydatki poniesione przez skarżącego na budowę, wyposażenie i bieżące utrzymanie hotelu pracowniczego związane będą w sposób bezpośredni z czynnościami niepodlegającymi opodatkowaniu VAT oraz zwolnionymi od podatku. W takiej sytuacji (…) dochodzi do przerwania bezpośredniego i ścisłego związku pomiędzy poniesionymi przez podatnika wydatkami powodującymi naliczenie podatku a działalnością gospodarczą skutkującą powstaniem podatku należnego.”
Zarówno powyższe orzeczenie, jak i interpretacje indywidualne organów podatkowych pokazują, że pośredni związek musi dotyczyć czynności opodatkowanych. Przerwanie takiego związku – np. poprzez odniesienie poniesionych wydatków do czynności, które nie podlegają opodatkowaniu VAT – skutkuje brakiem prawa do obniżenia podatku należnego.
Z uwagi na obszerność i zawiłość obowiązujących przepisów ustawy o podatku od towarów i usług w wielu przypadkach definitywne stwierdzenie, czy określone wydatki wykazują związek z czynnościami opodatkowanymi, może być problematyczne. W takim przypadku warto powierzyć rozliczenie podatku od towarów i usług kompetentnemu doradcy. Znakomitym zabezpieczeniem przed sporem z organem podatkowym może być również wystąpienie z wnioskiem o indywidualną interpretację prawa podatkowego, chroniącą podatnika, który się do niej zastosował.
Trzeba pamiętać, że każda sprawa powinna być rozpatrywana indywidualnie i często nawet najdrobniejsze szczegóły mogą zdecydować o tym, że pozornie oczywista podatkowo sytuacja bardzo się skomplikuje i wyniknie z niej niespodziewany spór z fiskusem.
Autor: radca prawny Robert Nogacki – Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
GfK prognozuje, iż w 2018 r. w 28 krajach członkowskich Unii Europejskiej nominalny wzrost obrotów w stacjonarnym handlu detalicznym wyniesie 2,1 proc. Jednakże trendy w poszczególnych analizowanych krajach znacząco się różnią. Faktyczny wzrost przewidywany jest dla krajów takich jak Francja, Hiszpania i Węgry. W kilku krajach, niski wzrost niwelowany będzie nieznacznym wzrostem inflacji. Takie są wnioski płynące z nowo opublikowanego badania GfK dotyczącego handlu detalicznego w Europie w 2018 roku.
Oprócz różnych wyzwań gospodarczo-politycznych, europejska gospodarka zmaga się obecnie także ze znaczącymi zmianami spowodowanymi przez Brexit. Brak pewności co do przyszłych warunków handlu z USA rodzi obawy o potencjalny negatywny wpływ na eksport z krajów Europy. Wzorem lat ubiegłych dział GfK Geomarketing zbadał obecną i przyszłą sytuację w sektorze europejskiego handlu detalicznego, opierając się na kompleksowej analizie głównych wskaźników handlowych. Dzięki analizom trendów panujących w 32 krajach Europy oraz prognozie obrotów na rok 2018 badanie “European Retail in 2018” dostarcza cenne informacje dla sprzedawców detalicznych, inwestorów i deweloperów.
– Wszystkie kraje Europy skorzystały na wzroście gospodarczym w 2017 r. – wyjaśnia Przemysław Dwojak, ekspert ds. handlu detalicznego w GfK. – Ogólnie rzecz biorąc, przewidujemy, że w 2018 r. w sektorze stacjonarnego handlu detalicznego nastąpi dalszy wzrost, chociaż w niektórych krajach efekt wzrostu obrotów i podwyżek cen wzajemnie się zniosą.
Najważniejsze wnioski
Siła nabywcza
W 2017 r. średnia siła nabywcza każdego obywatela 28 państw członkowskich UE wynosiła 16.436 euro, co oznacza nominalny wzrost o 1,9 proc. w porównaniu do roku poprzedniego. Wśród krajów Unii Europejskiej jedynie Wielka Brytania (-1,5 proc.) zanotowała spadek siły nabywczej, co było częściowo spowodowane dewaluacją funta brytyjskiego. Jeżeli nie uwzględniać Wielkiej Brytanii, to dynamika z poprzednich lat utrzymała się. Stopy wzrostu w krajach Europy Środkowo-Wschodniej utrzymały się powyżej średniej. Miejsce Polski na mapie siły nabywczej doskonale ilustruje mapa, która wyraźnie dzieli Europę na część wschodnią i zachodnią. Polska dominuje nad kilkoma krajami w swojej części Europy, jednocześnie znacząco odbiegając zamożnością swoich mieszańców od części zachodniej.
Prognozy obrotów na rok 2018. Zeszłoroczny wzrost popytu zrekompensował spadek udziału rynkowego stacjonarnego handlu detalicznego na rzecz sprzedaży internetowej. Na rok 2018 GfK przewiduje nominalny wzrost obrotów o 2,1 proc. w 28 krajach Unii Europejskiej. Jednak wartość ta znajduje się tylko nieco poniżej prognozowanej stopy inflacji, co oznacza, że w obrotach handlu detalicznego w Europie przewidywany jest jedynie skromny rzeczywisty wzrost. Kraje Europy Wschodniej, które w poprzednich latach zajmowały najwyższe pozycje w rankingu, dzięki dalszym wzrostom przychodów ponownie znajdują się w czołówce w 2018 roku. GfK prognozuje znaczące stopy wzrostu w Bułgarii (+5,3 proc.), w Polsce (+5,6 proc) na Węgrzech (+6,0 proc.), w Czechach (+6,5 proc.) i w Rumunii (+7,5 proc.).
Inflacja
Przy stopie inflacji wynoszącej 1,7 proc. w 2017 r. kraje Unii Europejskiej zbliżyły się do zadeklarowanego przez Europejski Bank Centralny (EBC) wzrostu cen towarów konsumenckich o 2,0 proc. Konsumenci byli zmuszeni zapłacić więcej za te same towary w wielu krajach Europy Wschodniej, które w latach poprzednich zmagały się z deflacją. W Polsce wzrost cen wyniósł 1,6% i w dużej mierze podyktowany był rosnącymi wynagrodzeniami. Ponieważ EBC ogłosił, że nie dotknie bazowych stóp procentowych do 2019 r., GfK przewiduje, że trendy panujące w handlu detalicznym w 2018 r. będą przypominać te z roku poprzedniego. Spodziewany jest wzrost cen o 1,9 proc. na terenie całej Unii Europejskiej. Należy podkreślić, że prognoza ta zakłada, iż nie dojdzie do dalszego zaostrzenia sporów handlowych między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi.
Dostępność powierzchni handlowej
W 2017 r. w analizowanych krajach Europy odnotowano wzrost absolutnej ilości powierzchni handlowej. Jedynym wyjątkiem była Holandia, gdzie zarejestrowano spadek o 0,4 proc. Jednak w ujęciu per capita rysuje się odmienny obraz – w połowie badanych krajów powierzchnia sprzedaży per capita pozostawała na niezmiennym poziomie lub spadała. Wartości per capita dla tego wskaźnika znacząco różniły się w zależności od kraju. Przykładowo na mieszkańców krajów Beneluksu przypada ponad dwa razy więcej powierzchni sprzedaży (1,48 -1,64 m²) niż na mieszkańców Rumunii (0,72 m²) czy Polski (0,98 m²).
Produktywność powierzchni handlowej
Podobnie jak ma to miejsce w przypadku dostępności powierzchni handlowej per capita, produktywność powierzchni handlowej w Europie również się waha. Przykładowo w Szwecji wskaźnik ten spadł o -1,5 proc. do 6.000 EUR/m², co jednak nadal pozostaje wysokim wynikiem. Belgia również doświadczyła spadku w wydajności powierzchni handlowej w 2017 r., chociaż spadek ten był względnie niski i wyniósł jedynie 1,1 proc. Na Węgrzech restrykcyjna polityka planowania oraz protekcjonistyczne tendencje spowolniły ekspansję międzynarodowych sprzedawców detalicznych. W efekcie rozwój nowych dużych powierzchni handlowych był ograniczony. Znaczący wzrost obrotów w handlu detalicznym zwiększył wydajność powierzchni handlowej, która przez ostatni rok wzrosła o 6,9 proc. do 2.997 EUR/m². Dynamiczny wzrost produktywności powierzchni handlowej do pewnego stopnia zrównoważył rosnące koszty najmu na rynkach nieruchomości handlowych również w innych krajach Europy Wschodniej.
O badaniu
GfK dokonało analizy następujących wskaźników rynkowych w 32 krajach Europy: siła nabywcza, obroty w handlu detalicznym, udział handlu detalicznego w łącznych wydatkach populacji, prognoza obrotów w handlu detalicznym w 2018 r., ocena segmentu odzieżowego (zmagającego się m.in. z presją wywieraną przez handel internetowy), trendy w cenach towarów konsumenckich, dostępność i produktywność powierzchni handlowej, analiza wpływu zmiany godzin otwarcia sklepów w niedziele na Węgrzech. Obliczenia dotyczące obrotów i siły nabywczej dokonywane są w euro w oparciu o prognozę stawki wymiany walut opublikowaną przez Komisję Europejską 9 listopada 2017 roku. Terminem przygotowania badania był kwiecień 2018 roku.
Dzięki inwestorom strategicznym oraz funduszom Private Equity w 2017 r. nastąpił rekordowy wzrost liczby zawieranych ubezpieczeń ryzyk transakcyjnych. Kluczowym powodem korzystania z tego typu rozwiązań jest zmniejszenie ryzyka związanego z transakcjami w charakteryzującym się dużą konkurencyjnością środowisku fuzji i przejęć (M&A).
Raport Marsh: „Transactional Risk 2017: Year in Review”, potwierdza, że w ubiegłym roku nasi eksperci zawarli o 28% więcej polis ubezpieczeniowych od ryzyka transakcyjnego, w porównaniu do roku 2016, w skali globalnej. Średnie limity sumy ubezpieczenia także wzrosły – o 38%, na co wpływały rozmiar i liczba transakcji, w których skorzystano z ubezpieczenia.
Kluczowe wnioski i obserwacje z tegorocznego raportu:
Klienci korporacyjni stanowią coraz większy portfel klientów korzystających z ubezpieczeń transakcyjnych i dziś stanowią 50% nabywców tego rodzaju polis.
Wzrasta popyt na tradycyjne, jak i innowacyjne produkty ubezpieczeniowe, szczególnie w zakresie ubezpieczeń ryzyk podatkowych.
Globalny rynek ubezpieczeń ryzyk transakcyjnych staje się coraz bardziej konkurencyjny pod względem składek, udziałów własnych i warunków ubezpieczenia.
Ubezpieczenia transakcyjne są istotną częścią procesu zawierania transakcji fuzji czy przejęcia. Prognozy wskazują, że zwiększony popyt na tego rodzaju rozwiązania będzie kontynuowany, przy jednoczesnym wzroście oczekiwań klientów w zakresie poziomu innowacyjności.
Małgorzata Splett – Dyrektor Działu FINPRO (Ubezpieczenia finansowe i profesjonalne) & PEMA (Fuzje i Przejęcia), Marsh Polska dodaje: „Wszystkie tendencje wskazane w raporcie mają również zastosowanie do ubezpieczanych za pośrednictwem Marsh Polska polskich transakcji fuzji i przejęć. Wśród kluczowych, typowo lokalnych tendencji należy wskazać:
5 lat temu Marsh w Polsce rozpoczynał współpracę w zakresie fuzji i przejęć przede wszystkim z klientami korporacyjnymi, aktywnymi na arenie M&A. Dlatego też 50% udział tych projektów w całym portfelu nie jest lokalnie nowością. Z drugiej strony, w roku 2017 częściej współpracowaliśmy z funduszami Private Equity, co związane było z wieloma wyjściami z inwestycji lokalnych funduszy Private Equity.
Zainteresowanie ubezpieczeniem znanych ryzyk podatkowych jest w Polsce niesłabnące – lokalnie plasujemy coraz więcej tego rodzaju polis, jednak biorąc pod uwagę często wysokie ryzyko związane z nieprzewidywalnością decyzji polskich organów skarbowych, niektóre ryzyka są nieubezpieczalne. W poprzednim roku pracowaliśmy przy projektach, gdzie klienci decydowali się nie tyle na polisy ryzyk podatkowych, ale na polisy ubezpieczenia tytułu prawnego – obok polis W&I. Jest to szczególnie ważne w przypadku, gdy ryzyko związane z tytułem jest istotne w danej transakcji, a wartość portfolio nieruchomości/spółki wysokie. Dzięki odrębnemu ubezpieczeniu tytułu prawnego kupujący może osiągnąć znacznie bardziej konkurencyjny koszt, nielimitowaną czasowo ochronę i pokrycie szersze niż w polisie W&I.
Tendencja cen ubezpieczeń transakcyjnych i poziomu udziałów własnych była podobna. Koszt polisy W&I oscylował w granicach 0,8-1,4% na polskich transakcjach, a udział własny zwykle na poziomie 0,5%wartości przedsiębiorstwa (enterprise value).”
Link do raportu: https://www.marsh.com/content/dam/marsh/Documents/PDF/US-en/transactional-risk-report-2017.pdf
Po trzech pierwszych miesiącach 2018 roku Grupa Kapitałowa RAFAKO odnotowała blisko 300 mln złotych przychodów ze sprzedaży wypracowując przy tym 17,2 mln złotych zysku operacyjnego oraz 8,2 mln złotych zysku netto. Na osiągnięte wyniki Grupy największy wpływ miały wyniki wypracowane przez spółkę RAFAKO. W porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego, RAFAKO odnotowało wzrost przychodów ze sprzedaży oraz wyniku na wszystkich poziomach rachunku zysku i strat.
W pierwszym kwartale 2018 roku przychód ze sprzedaży Grupy Kapitałowej RAFAKO wyniósł 297,9 mln złotych, podczas gdy w analogicznym okresie 2017 roku wartość ta wyniosła 439,7 mln złotych. Obniżenie przychodów rok do roku wynika z niższych przychodów z kontraktu dotyczącego budowy nowego bloku energetycznego o mocy 910 MW w Elektrowni Jaworzno, co jest związane stopniem zaawansowania projektu i planowym niższym fakturowaniem. Mimo niższych przychodów, Grupie udało się wypracować solidny zysk netto na poziomie 8,2 mln złotych. W analogicznym okresie poprzedniego roku wartość ta wyniosła 10,65 mln złotych.
Największy udział w przychodach całej Grupy miała spółka RAFAKO, której przychód r/r w pierwszym kwartale wzrósł o prawie 13 proc. z 134,2 mln złotych w 2017 do 151,5 mln złotych w tym roku. Spółka osiągnęła w tym okresie zysk operacyjny i zysk netto na poziomie odpowiednio 9,2 mln złotych i 2,4 mln złotych, podczas gdy analogiczny okres ubiegłego roku zakończyła zyskiem operacyjnym wynoszącym 2,4 mln złotych i stratą netto na poziomie 8,77 mln.
Portfel zamówień
Wartość portfela zamówień Grupy na dzień 31 marca 2018 r. wynosiła ponad 3,0 miliardy złotych, z czego do realizacji w bieżącym roku przypada ponad 1 mld złotych i blisko 2,0 miliardy złotych na lata kolejne. Największą część portfela stanowi Projekt Jaworzno 910MW – 1,4 miliarda złotych, z czego 0,1 miliarda złotych pozostaje do realizacji przez RAFAKO i 1,3 miliarda złotych przez spółkę celową SPV Jaworzno. Znaczącą większość zleceń w strukturze portfela zamówień stanowią kontrakty z segmentu budownictwa energetycznego.
Nowe kontrakty i rynki
W 2018 roku, zgodnie z kierunkami wyznaczonymi w nowej strategii rozwoju, Spółka w efekcie działań zmierzających do pozyskania nowych kontraktów i rynków, zanotowała następujące zdarzenia:
20 marca – oferta Spółki została wybrana przez Elering AS do realizacji „Budowy pod klucz tłoczni gazu Paldiski i Puiatu w Estonii” – wartość oferty Spółki wynosi 50 mln euro,
29 marca – podpisanie umowy na zaprojektowanie, dostawę i montaż zbiornika LNG w Finlandii. Wartość umowy wynosi 13,4 mln euro.
– Od stycznia do chwili obecnej podpisaliśmy kontrakty o wartości blisko 150 mln złotych. Wśród nich są już projekty związane z dostosowaniem do regulacji BAT. Aktualne oferty RAFAKO z pierwszą ceną wynoszą blisko 1,2 miliarda złotych. Do końca maja planujemy podpisanie kontraktów na łączną kwotę powyżej 160 mln złotych. Nasze cele związane z pozyskaniem do portfela zamówień zleceń o wartości między 900 a 1,2 miliarda złotych w 2018 roku są jak najbardziej aktualne i realne. – mówi Agnieszka Wasilewska -Semail, prezes Zarządu RAFAKO S.A..
Obecnie widać już pierwsze przejawy Rewolucji 5G. Z perspektywy zasięgu, przepustowości i ilości przetwarzanych danych komunikacja staje się coraz bardziej rozproszona i globalna. Ze względu na cyberbezpieczeństwo wszelkiego rodzaju zagadnienia związane z tak bardzo rozproszonym systemem muszą być wyposażone w rozwiązania, które za pomocą architektur i mechanizmów automatycznych zapewnią bezpieczeństwo użytkownikom. Ludzie od dawna nie są w stanie obsługiwać tak dużej ilości informacji.
– Potwierdzają to trendy takie, jak machine learning czy AI (ang. artificial intelligence). To rozwiązania, które są coraz częściej stosowane. Widać wyraźnie, że dostrzeżenie anomalii – a tym bardziej praca w czasie rzeczywistym – jest niewykonalne dla człowieka – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Bromirski, CTO w Cisco Systems Poland – Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe wprost wpływają na analizę ruchu życiowego, zachowań użytkowników, ich cech – jak obecność i przemieszczanie się. Dzięki takim informacjom zbieranym z sieci, z różnego rodzaju rozproszonych sensorów, można w czasie rzeczywistym podejmować decyzje. Jeśli kogoś nie ma w domu, niemożliwe jest korzystanie przez niego z Internetu za pomocą domowego łącza. Dzięki takiej wiedzy można powiadomić odpowiednie służby. Jeżeli ktoś korzysta z dostępu do uprawnionych informacji w firmie, nie może być jednocześnie po drugiej stronie globu i korzystać tam ze swojego terminala mobilnego czy telefonu. To pokazuje, że ktoś mógł np. sklonować czyjąś kartę SIM. Takie przypadki zaczynają być problemem dla ludzkich operatorów, głównie ze względu na ilość informacji w sieci rozproszonej. Dla maszyn i algorytmów uczenia maszynowego nie stanowi to wyzwania. Są w stanie reagować na takie anomalie w czasie rzeczywistym i w odpowiedni sposób je blokować. Maszyny nie wyeliminują jednak ludzi. To oni będą nadal podejmować najważniejsze decyzje. Urządzenie będą pozwalały im robić to szybciej i w bardziej efektywny sposób – dodał Bromirski.
Ferrofluidowe koło zamachowe pomoże sterować satelitami. Dzięki wynalazkowi polskich naukowców łatwiej będzie dokonywać pomiarów badawczych na orbicie okołoziemskiej. Naukowcy z AGH projektują układ sterowania orientacją satelity, który pozwoli np. na precyzyjniejsze wykonywanie zdjęć satelitarnych. Nowy system zostanie przetestowany na satelicie KRAKsat, który zostanie wyniresiony na orbitę okołoziemską w listopadzie 2018 roku. Przemysł kosmiczny jest uznawany za jeden z najbardziej perspektywicznych na świecie. Jego prywatna gałąź w ciągu 30 lat osiągnie wartość niemal 3 bln dolarów.
Satelita KRAKsat to satelita typu cubesat, czyli sześcian o boku 10 cm x 10 cm x 10 cm. Jego głównym zadaniem będzie przetestowanie autorskiego pomysłu naukowców AGH – ferrofluidowego koła zamachowego.
– Satelity na orbicie okołoziemskiej często potrzebują mieć możliwość sterowania swoją orientacją. Jest to powodowane tym, że przy wyrzuceniu satelity z rakiety, satelita taki posiada bardzo duże prędkości obrotowe i trzeba go wyhamować. Chcemy mieć możliwość sterowania instrumentami badawczymi, takimi jak np. kamera czy antena – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jan Życzkowski z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, koordynator projektu KRAKsat.
Opracowane na AGH rozwiązanie zakłada zbudowanie koła zamachowego z ferrofluidu, będącego cieczą magnetyczną. Oznacza to, że po zbliżeniu magnesu, ciecz będzie przez niego przyciągana. Ta właściwość ma być wykorzystana w urządzeniu wyposażonym w elektromagnesy i działającym na zasadzie zbliżonej do silnika krokowego.
– Satelity przebywające przez dłuższy czas na orbicie okołoziemskiej potrzebują kół zamachowych, żeby zmieniać i stabilizować swoją pozycję. Wszystkie koła zamachowe w tej chwili są mechaniczne, co oznacza, że posiadają części ruchome, co może wpływać na awaryjność tych urządzeń. W przypadku KRAKsat nie mamy części ruchomych, mamy pojemnik z ferrofluidem w środku, który zostaje rozpędzony, a wszystko inne jest nieruchome. Ferrofluid to ciecz, w której są malutkie drobinki żelaza, oddziałujące z polem magnetycznym. W ten sposób jest ona poruszana – mówi Rafał Janiczak, członek projektu KRAKsat.
Satelita zostanie wyniesiony na orbitę okołoziemską z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej w USA najprawdopodobniej w listopadzie 2018 roku.. Zdaniem koordynatora projektu, doświadczenia krakowskich naukowców powinny zainspirować inne uczelnie do pracy nad rozwiązaniami dla przemysłu kosmicznego, ponieważ jest on bardzo perspektywiczny w kontekście komercjalizacji.
– Przemysł kosmiczny jest bardzo przyszłościowy i bardzo ważne jest to, żeby w Polsce też bardzo prężnie się rozwijał. Polskie uczelnie i polskie firmy na pewno mają czym się pochwalić, mają wiele instrumentów w całym układzie słonecznym. Branża kosmiczna tak się rozwija, że robi się outsourcing pewnych części. Wiele firm składa całego satelitę, ale możliwość wysłania własnego satelity jest czymś, co my Polacy powinniśmy być w stanie zrobić – twierdzi Jan Życzkowski.
Według analityków z Bank of America Merrill Lynch prywatny przemysł kosmiczny, który obecnie wycenia się na około 350 mld dolarów, w ciągu najbliższych 30 lat wzrośnie do kwoty niemal 3 bln dolarów.
Na rynku pojawia się coraz więcej materiałów, które zmieniają kolor na podstawie temperatury i wychwytują energię podobnie do ogniw słonecznych. Nowe technologie wykorzystywane w budynkach ograniczają nakłady na energię, na ogrzanie czy schłodzenie, ale same mogą służyć jako energetyczne bojlery. Inteligentne okna sprawdzą się zarówno w domach jednorodzinnych, jak i biurowcach. Eksperci przekonują, że inteligentne okna to przyszłość. Generują nawet kilkadziesiąt razy więcej energii, niż panele dachowe i pozwalają oszczędzić nawet 40 proc. energii.
Nowe technologie, które pozwalają oszczędzić energię, są coraz częściej stosowane w nowym budownictwie. To efekt coraz większej świadomości ekologicznej konsumentów. Z raportu „Budownictwo energooszczędne oczami Polaków” wynika, że blisko 90 proc. osób chciałoby mieszkać w domu energooszczędnym. Na rynku pojawia się też coraz więcej rozwiązań, które umożliwiają stworzenie energooszczędnego domu. Zdaniem ekspertów, przyszłością są inteligentne okna.
– Okna iSun Cool to innowacyjne okna słoneczne, dzięki którym zaoszczędzimy energię. Okna nie tylko ograniczają nakłady energetyczne na chłodzenie czy ogrzewanie budynku, ale również generują energię elektryczną i podgrzewają wodę, ponieważ mogą służyć jako energetyczne bojlery – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Hesham Abdelaal, prezes iSunCool.
Takie technologie pojawiają się już na rynku. Solar Window Technology opracowała specjalną powłokę, która zamienia się w panele słoneczne, a widoczność okna się nie zmienia. Dzięki temu możliwy jest montaż paneli bez konieczności wymiany okien. Niewidoczny system przewodów pomaga w transporcie energii elektrycznej do przewodów budynku lub bezpośrednio do urządzeń. Dzięki persowskitom, materiałom wykonanym z mieszaniny pierwiastków o krystalicznej strukturze, można zaś osłonić mieszkanie czy biuro przed słońcem, a promieniowanie przekształcić w energię elektryczną.
– W przypadku iSun Cool to w zasadzie przezroczysty panel, przez który wpada światło słoneczne. Fotony są następnie przekształcane w prąd elektryczny, który może być przechowywany w baterii, albo przesyłany bezpośrednio do sieci – tłumaczy Hesham Abdelaal.
W Katowicach powstaje budynek, gdzie całkowite roczne zużycie energii pierwotnej nie przekroczy 57 kWh na mkw. rocznie. Oprócz paneli fotowoltaicznych zaprojektowano również gazowe pompy ciepła oraz silniki do trigeneracji, które umożliwiają jednoczesną produkcję energii elektrycznej, cieplnej oraz chłodu. Możliwe ma być również odzyskiwanie energii z powietrza usuwanego z obiektu.
Zgodnie z przepisami unijnymi od roku 2021 wszystkie budynki będą musiały być efektywnie energetyczne. Wskaźnik rocznego zapotrzebowania na nieodnawialną energię pierwotną (EP) nie może przekroczyć w tym roku 95, a od stycznia 2021 roku wyniesie 75 kWh/mkw. rocznie. Energooszczędne rozwiązania stosuje się zarówno w domach jednorodzinnych (zwłaszcza panele fotowoltaiczne), jak i w biurowcach.
– Technologia może być wykorzystana zarówno w dużych biurowcach, jak i domach jednorodzinnych. Dla nas korzystniejsze byłoby ich wykorzystywanie w większych budynkach, które posiadają całą niezbędną infrastrukturę. Ale można ją stosować także w normalnych domach, a nawet mieszkaniach – mówi prezes iSunCool.
Budowa energooszczędnego budynku niesie ze sobą na początkowym etapie wyższe koszty. Te jednak szybko się zwracają.
– Jeżeli mamy 120-metrowe mieszkanie z pięcioma oknami, to koszt montażu okien wyniesie nieco ponad 3 tys. euro. Koszt zwróci się po trzech latach, bo nasz produkt przynosi około 17 proc. oszczędność jeżeli chodzi o łączne koszty energetyczne – przekonuje ekspert.
Research and Markets ocenia, że rynek inteligentnych okien do 2023 roku będzie wart 5,6 mld dolarów.
Cena bitcoina zbliża się do granicy 7 tys. dolarów, a spadając do najniższego poziomu od półtora miesiąca, ciągnie za sobą w dół praktycznie cały rynek kryptowalut. Do spadku mogło się przyczynić postępowanie wszczęte przez amerykański Departament Sprawiedliwości ws. manipulowania cenami kryptowalut – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.
Brak nadzoru i ścisłych regulacji rynku kryptowalut sprawia, że istnieje dużo większe prawdopodobieństwo (niż w przypadku regulowanych aktywów jak akcje itp.) manipulacji. Szczególnie w przypadku rynku, który regularnie poddaje się tak dużym wahaniom cenowym. Temu procederowi teraz zamierzają się przyjrzeć amerykańscy śledczy.
Na czym polegają podejrzane praktyki spoofingu i wash tradingu
Agencja informacyjna Bloomberg podała w środę, powołując się na nieoficjalne źródła, że Departament Sprawiedliwości w USA otworzył postępowanie karne w sprawie osób handlujących kryptowalutami. Uściślając, chodzi o to, czy te osoby dokonują nielegalnych praktyk, które służą manipulacji cenami, m.in. w przypadku bitcoina i ethereum. Amerykański organ będzie przyglądał się, czy używano praktyk m.in. spoofingu i wash tradingu.
Ten pierwszy polega na wysyłaniu zleceń i anulowaniu ich, jak tylko cena zacznie zmierzać w pożądanym kierunku. W wash tradingu osoba próbująca wpłynąć na ceny wytwarza fałszywy obraz popytu i podaży na rynku. Obie praktyki regulatorzy próbowali wyplenić latami na normalnych giełdach. Nadal można spotkać się z ich przypadkami, ale jest to już bardzo mały odsetek i raczej na aktywach cieszących się relatywnie mniejszą popularnością.
Można się liczyć z sankcjami i spadkami cen
Co warto zauważyć, wiele platform umożliwiających obrót kryptowalutami nie podlega regulacji ani nadzorowi władz w USA (CFTC czy SEC), które z kolei regulują obrót kontraktami terminowymi (futures) na bitcoina. Jeżeli natomiast amerykański organ federalny doszuka się oszustw na tzw. rynkach spot, gdzie kupuje się i sprzedaje kryptowaluty, może nałożyć na nie sankcje.
Fakt wszczęcia postępowania przez Departament Sprawiedliwości przeciw nielegalnym praktykom handlowym będzie najprawdopodobniej negatywnie oddziaływał na rynek kryptowalut i tłumił potencjalne wzrosty wartości. Biorąc pod uwagę duże wahania wartości kryptowalut i brak nadzoru nad obrotem, istnieje spora szansa, że wspomniany departament wykryje nieprawidłowości w obrocie i zostaną nałożone sankcje na niektóre giełdy.
Jeśli tak się stanie, może ograniczać to popyt i odstraszać potencjalnych inwestorów, co w krótkim okresie prawdopodobnie przyczyni się do spadku cen. Doniesienia z tego postępowania zarówno oficjalne, jak i nieoficjalne mogą również przyczyniać do zwiększenia poziomu wahań cen kryptowalut. Na to, jak sprawa z postępowaniem Departamentu Sprawiedliwości ostatecznie wpłynie na rynek kryptowalut w dłuższej perspektywie, najprawdopodobniej trzeba jednak będzie poczekać.
Plagiaty stają się coraz częstszym problemem na uczelniach. Już teraz szacuje się, że nawet co trzecia praca dyplomowa nosi znamiona plagiatu. Uczelnie są w stanie znaleźć tylko część skopiowanych fragmentów. Wprowadzenie Jednolitego Systemu Antyplagiatowego ma to zmienić, jednak zdaniem ekspertów przepisy są niejasne. Do wyeliminowania zjawiska konieczna jest odpowiednia edukacja studentów i wykładowców. Potrzeba także ścisłej współpracy między uczelniami a twórcami systemów antyplagiatowych – przekonują eksperci.
– Kontrola antyplagiatowa powinna być częścią procedury dyplomowania studentów, powinna być skuteczna w ten sposób, że każdy powinien wiedzieć, co, w którym momencie i kiedy robi, jeżeli zostanie wykryte w pracy coś, co nie powinno w tej pracy być. My uważamy, że każda praca dyplomowa powinna być sprawdzana i zawsze do tego namawialiśmy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Gutowski, ekspert prawa autorskiego z Plagiat.pl.
Zapożyczanie całych prac to jedna z większych plag polskich uczelni. Plagiatowane są prace licencjackie, magisterskie, niekiedy także doktorskie. Studenci korzystają z pomocy stron internetowych, które specjalizują się w pisaniu prac, zagranicznych portali, wykorzystują prace obronione wcześniej na innych uczelniach.
– Z jednej strony plagiatuje się prace naukowe, ale plagiatem nazywamy także powielanie treści, które już gdzieś zostały opublikowane, niekoniecznie przez naukowców – wskazuje dr hab. Aneta Pieniądz, inicjatorka ruchu Obywatele Nauki z Uniwersytetu Warszawskiego.
Eksperci oceniają, że nawet 20–30 proc. wszystkich prac dyplomowych nosi znamiona plagiatu, jednak może ich być znacznie więcej. Zwłaszcza że pracownicy naukowi są często przepracowani i nie mogą kontrolować procesu powstawania pracy. Na niektórych wydziałach na jednego naukowca przypada nawet ponad sto prac dyplomowych. Z plagiatem należy walczyć, ale zdaniem ekspertów równie istotna jest kwestia odpowiedniej edukacji.
– Najskuteczniejszą procedurą antyplagiatową jest nauczenie studentów i pracowników nauki doceniać oryginalność swojej pracy, znaczenie i wartość własności intelektualnej, tego, że stworzą coś nowego – ocenia Krzysztof Gutowski.
Wszystkie uczelnie w Polsce mają obowiązek stosowania systemów antyplagiatowych (to efekt nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym z 2014 roku). Jednolity System Antyplagiatowy, który prawdopodobnie wejdzie w życie od roku akademickiego 2018/2019, ma uszczelnić ten system. Pozwoli porównywać prace z tymi zgromadzonymi w Ogólnopolskim Repozytorium Pisemnych Prac Dyplomowych, ale jest to tylko jedna z wielu baz, z których korzystają studenci. Zdaniem ekspertów na razie jednak jest zbyt dużo niejasności, by móc jednoznacznie ocenić propozycję zmian. Nie wiadomo na przykład, co znajdzie się w bazie, która będzie podstawą do sprawdzania prac.
– Nikt nie wie, jaka będzie skala i zakres, po drugie, wielką niewiadomą jest to, w jaki sposób to będzie utrzymywane i rozwijane. Studenci to przeważnie osoby bardzo inteligentne i kreatywne. Z naszego doświadczenia wynika, że wszystkie narzędzia służące do automatycznej kontroli trzeba dostosowywać do zmieniających się warunków i pomysłów studentów. Wielu z nich będzie próbowało obchodzić takie systemy, będą znali system lepiej niż jego twórcy. Jeżeli nie będzie stałej współpracy między twórcami systemu a uczelniami, to on w którymś momencie, raczej szybciej niż wolniej, przestanie być skuteczny – przekonuje Krzysztof Gutowski.
Zdaniem ekspertów Jednolity System Antyplagiatowy to krok w dobrym kierunku. Zwłaszcza że dotychczas istniejące systemy sprawdzania prac były niedokładne i to, co w jednej uczelni było uznane za plagiat, w innej mogło zostać zaakceptowane jako oryginalna praca – na co wskazywała Najwyższa Izba Kontroli.
– To, że pojawia się jednolity system, na pewno jest sygnałem dla środowiska i w ogóle otoczenia społecznego uczelni i nauki, że to jest ważny problem, z którym trzeba walczyć. Nie będzie można już powiedzieć, że jakaś uczelnia dla siebie wprowadza system antyplagiatowy, a inna może się od tego uchylić – ocenia dr hab. Aneta Pieniądz.
Choć nowy system będzie dużym ułatwieniem i zdejmie część ciężaru z naukowców, uczelnie muszą się do niego przygotować, m.in. poprzez edukację pracowników i administracji.
– To kwestia przygotowania kadry administracyjnej, personelu, żeby również traktował obowiązek wprowadzania prac do systemu antyplagiatowego nie jako dodatkowe obciążenie, chociaż jest to konieczność wykonania kilku operacji, lecz jako standardowy element procedury służącej całej wspólnocie akademickiej – mówi dr hab. Aneta Pieniądz.
Eksperci podkreślają, że Jednolity System Antyplagiatowy nie zlikwiduje całkowicie problemu plagiatu. Nie wiadomo bowiem, na ile będzie on odporny na zabiegi edytorskie stosowane przez studentów, takie jak np. zmiana szyku zdania czy kilka słów w tekście. Nowe przepisy ułatwią życie promotorom, ale nie zastąpią ludzkiego oka.
– Plagiaty to pewna trudność interpretacyjna. Czasem mamy podobieństwo tekstu, ale tylko podobieństwo, dopiero analiza pokazuje, że ktoś próbował dokonać niewielkich zmian, żeby to ukryć i tego też maszyna nie wykaże. Zawsze jest grupa tekstów, które będą z punktu widzenia prawa plagiatami, ale maszyna ich nie wychwyci. Czasem pomysłowość tych, którzy chcą plagiatować, wyprzedza umiejętności maszyn – przekonuje dr hab. Aneta Pieniądz.
RODO, czyli unijne rozporządzenie dotyczące ochrony danych osobowych, zaczyna od dziś obowiązywać. Dla firm i wszystkich instytucji nowe prawo oznacza prawdziwą rewolucję i duże zmiany w dotychczasowym modelu funkcjonowania. Najbliższe miesiące pokażą, jak w praktyce będą działać nowe przepisy. Podmioty, które jeszcze się do nich nie przygotowały, powinny to zrobić jak najszybciej, zwłaszcza że RODO może spowodować zwiększoną aktywność cyberprzestępców, którzy będą testować stopień gotowości firm i instytucji na nowe przepisy.
– Najbliższe miesiące będą okresem karencji, podczas której instytucje rządowe i organizacje będą się oswajały z nowymi przepisami. Rozporządzenie RODO wymusi poważne zmiany w kontekście zarządzania relacjami z partnerami zewnętrznymi. Co istotne, podmioty przetwarzające dane, jak na przykład dostawcy usług w chmurze,będą odpowiedzialni za wycieki danych w takim samym stopniu jak ich administratorzy – mówi agencji Newseria Biznes Michał Przygoda, inżynier wsparcia sprzedaży w Trend Micro.
25 maja wchodzi w życie ustawa, która implementuje do polskiego prawodawstwa unijne RODO. Zastąpi ona dotychczasowy, wielokrotnie nowelizowany akt prawny, który obowiązywał w Polsce od przeszło 20 lat.
Nowe przepisy nakładają restrykcyjne wymogi na wszystkie podmioty – publiczne i prywatne, duże i małe – które gromadzą i przetwarzają dane osobowe. To oznacza, że do RODO musi się dostosować praktycznie każda firma, organizacja i instytucja. Od dziś muszą one m.in. każdorazowo uzyskiwać zgodę swoich klientów na przetwarzanie ich danych osobowych (w kontekście konkretnego procesu biznesowego, tzw. legitim interest), przeszkolić pracowników w zakresie nowych przepisów, powołać wewnętrznych inspektorów ochrony danych osobowych oraz wdrożyć cały szereg rozwiązań organizacyjnych i infrastrukturę IT, które zagwarantują maksymalny poziom bezpieczeństwa takich informacji.
Podmiotom, które nie dostosują się do nowych przepisów, grożą wysokie kary finansowe, sięgające 20 mln euro albo 4 proc. rocznych globalnych obrotów przedsiębiorstwa. O ich wysokości będzie decydował organ nadzorujący – nowo utworzony Urząd Ochrony Danych Osobowych. Ekspert Trend Micro podkreśla, że firmy i organizacje, które nie wdrożyły jeszcze odpowiednich rozwiązań w celu zapewnienia zgodności z RODO, powinny zabrać się za to jak najszybciej.
RODO znacznie również rozszerza obowiązki informacyjne firm wobec klientów. Oznacza to konieczność wymiany wszystkich klauzul, zgód i papierowych formularzy dotyczących zgód na ich gromadzenie i przetwarzanie – ich treść znacznie się rozszerzy. Dużą zmianą ma być sposób przedstawiania takich informacji: prosty, rzetelny i bardziej zrozumiały niż dotychczas.
– RODO to nie tylko konieczność pozyskania zgody od klientów, lecz przede wszystkim ochrona danych. Oznacza to przechowywanie i przetwarzanie danych w sposób bezpieczny, zgodny z prawem, a także umożliwienie wglądu w dane osobowe i umożliwienie trwałego usunięcia danych osobowych. Co więcej, oprócz przestrzegania przepisów RODO w obrębie własnej działalności, organizacje będą musiały oczekiwać od swoich partnerów, wykonawców, dostawców, przetwarzających dane osobowe, stosowania tych samych procedur i mechanizmów kontroli. Zabezpieczenie danych i zapewnienie zgodności będą największym wyzwaniem – mówi Michał Przygoda.
RODO to rewolucja nie tylko z perspektywy firm i instytucji, które przetwarzają dane osobowe, lecz także z perspektywy samych konsumentów. Nowa regulacja zwiększa kontrolę osób fizycznych nad swoimi danymi osobowymi i przyznaje im szereg praw, z których najważniejszym jest tzw. prawo do bycia zapomnianym. Oznacza ono, że dane osób, które sobie tego zażyczą, muszą zostać niezwłocznie i w całości usunięte z systemów administratora. Dotyczy to także kopii, linków, odniesień i dokumentacji papierowej, na przykład wydruków czy skanów dokumentów. Jeżeli wcześniej te dane zostały udostępnione albo trafiły do internetu, to administrator musi się upewnić, że wszystkie ich kopie i linki zostały skasowane i usunięte na dobre, nawet jeżeli są już w posiadaniu innych podmiotów.
Zgodnie z nowymi przepisami firmy muszą też w ciągu 72 godzin raportować każdy wyciek, zniszczenie bądź nieautoryzowane naruszenie danych osobowych do organu nadzorującego i powiadamiać o tym swoich klientów.
– Istotą rozporządzenia RODO jest wymuszenie na organizacjach i instytucjach większej przejrzystości, otwartości i odpowiedzialności za podejmowane działania. RODO definiuje sztywne ramy czasowe na zgłoszenie incydentu – 72 godziny. W przypadku niedostępności danych, np. poprzez atak ransomware, również takie zdarzenie może podlegać sankcjom RODO, jeżeli dostępu do danych nie da się odzyskać w określonym czasie. Dlatego tak ważne jest wykonywanie kopii zapasowej danych zgodnie z najlepszymi praktykami – mówi Michał Przygoda.
RODO wymusi na firmach większą dbałość o cyberbezpieczeństwo. Jak wynika z tegorocznej edycji raportu „Global Risks Report 2018”, przygotowanego przez Marsh we współpracy ze Światowym Forum Ekonomicznym, liczba cyberataków na przedsiębiorstwa podwoiła się w ostatnich pięciu latach. Eksperci prognozują, że ich skala będzie coraz większa, podobnie jak ich koszty. Ekspert Trend Micro ocenia też, że paradoksalnie nowe przepisy mogą się stać powodem zwiększonej aktywności cyberprzestępców, którzy będą testować, jak firmy są do nich przygotowane.
– Bazując na analizach Trend Micro, stwierdzamy, że coraz więcej cyberprzestępców odchodzi od ataków na oślep i wykonuje bardziej wyrafinowane ataki ukierunkowane, które gwarantują większy zwrot z inwestycji. Można podejrzewać, że część cyberprzestępców będzie chciała wyłudzić pieniądze od przedsiębiorców, starając się określić, jak dużą karę będą oni musieli zapłacić za naruszenie przepisów, a następnie zażądać okup w wysokości nieco niższej niż ta kara – mówi Michał Przygoda.
Polacy coraz bardziej przekonują się do aktywności fizycznej. Blisko połowa uprawia sport raz w tygodniu, a 30 proc. – nawet trzy razy w tygodniu – wynika z raportu MultiSport Index. Grupa osób aktywnych fizycznie różni się ze względu na podejście i motywację do uprawiania sportu. Blisko 7,5 mln Polaków traktuje ruch jako sposób na zachowanie zdrowia oraz formę relaksu. Dla prawie 6 mln osób aktywność to sposób na utrzymanie lub poprawę sylwetki. Ponad 3 mln preferuje sporty zespołowe.
– Jak wynika z badania MultiSport Index 2018, 62 proc. Polaków deklaruje, że jest aktywnych fizycznie przynajmniej raz w miesiącu. To dużo, jednak musimy pamiętać o tym, że ponad 30 proc. społeczeństwa nie jest w ogóle aktywna, a to bardzo niepokojący wynik. Jeśli weźmiemy pod uwagę zalecenia WHO dotyczące codziennej aktywności fizycznej, nawet wspomniane wcześniej 62 proc. Polaków nie ćwiczy wystarczająco często. To ważne abyśmy nie tylko rozmawiali o aktywności, lecz także podejmowali konkretne działa mobilizujące do ruchu nasze społeczeństwo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Radzki, członek zarządu Benefit Systems.
Trend bycia fit, slim oraz healthy zyskuje na popularności. Z raportu Indeks MultiSport 2018, który powstał przy współpracy Benefit Systems i Kantar TNS, wynika, że większość Polaków uważa się za aktywnych fizycznie i przynajmniej raz w miesiącu spacerują, jeżdżą na rowerze, biegają, ćwiczą na siłowni czy w klubie fitness. Rośnie też odsetek Polaków, którzy spędzają aktywnie czas raz w tygodniu.
– Aktywność fizyczna Polaków w tej chwili stoi na niezłym poziomie, jednak w porównaniu do krajów skandynawskich dopiero raczkujemy, więc mamy bardzo dużo do zrobienia. Na szczęście rośnie grupa ludzi aktywnych, co wiąże się z poprawą świadomości Polaków – ocenia Julita Kotecka-Nerek, aktywna biegaczka, trenerka personalna oraz fizjoterapeutka.
Zdaniem ekspertów, choć sytuacja jest coraz lepsza, to wciąż jednak daleka od ideału. Światowa Organizacja Zdrowia zaleca przy aktywności fizycznej stosowanie zasady 3 x 30 x 130, czyli aktywność minimum trzy razy w tygodniu po 30 minut z tętnem na poziomie 130 uderzeń na minutę.
– Taki poziom aktywności fizycznej obserwujemy u około 30 proc. ludzi w Polsce, czyli mamy aż 70 proc. osób, które nie potrafią podejmować aktywności fizycznej w takim wymiarze, który gwarantowałby im odpowiedni poziom zdrowia – tłumaczy dr Janusz Dobosz z Narodowego Centrum Badania Kondycji Fizycznej.
Do aktywności fizycznej każdego motywuje coś innego. Według Indeksu MultiSport grupę osób aktywnych można podzielić na cztery grupy.
– Najliczniejsza grupa, ponad 7 mln ćwiczących Polaków, to grupa rekreacyjna, w której dominują osoby po 40 roku życia dbające o zdrowie. Wybierają najczęściej bieganie, jazdę na rowerze czy pływanie, które nie wymagają dużego nakładu finansowego – wskazuje Michał Będźmirowski, doktor nauk społecznych i twórca bloga Modny Tata.
Blisko 6 mln osób, czyli 28,6 proc. aktywnych Polaków, to grupa „Być fit!”. To osoby, które aktywność traktują jako sposób na utrzymanie lub poprawę sylwetki. Są skłonne na realizację swojego celu wydać pieniądze. To potencjalni użytkownicy obiektów sportowych, a ich liczba dynamicznie rośnie.
– Trzecia grupa to „Kumple z boiska”. To osoby, dla których zdrowie w hierarchii wartości nie zajmuje pierwszej pozycji. Przede wszystkim chodzi im o rywalizację sportową i zabawę. Nakłady finansowe nie są znaczące, wystarczy piłka i paru kolegów. To bardzo fajne, szczególnie jeśli chodzi o młodzież, bo w dzisiejszych czasach mamy problem, żeby aktywizować młodych Polaków – mówi Michał Będźmirowski.
Najmniej liczny segment – „Pro-amator” (ok. 3 mln) – stanowią najbardziej zaawansowane osoby, które w imię aktywności są skłonne do poświęceń. Nie odstraszają ich wczesne pobudki czy zła pogoda. To grupa, która rośnie w siłę, o czym świadczy m.in. popularność imprez biegowych i maratonów.
Najbardziej aktywni fizycznie są przeważnie ludzie młodzi, wykształceni, z dużych miast oraz osoby uczące się – to właśnie uczniowie i studenci stanowią ok. 20 proc. osób aktywnych fizycznie czy sportowo. O regularny wysiłek dba też zdecydowana większość osób z wyższym wykształceniem (76 proc.).
– Tam, gdzie mamy lepiej wykształcone osoby, lepiej sytuowane, mieszkające w bardziej zurbanizowanych miejscowościach, tam aktywność fizyczna jest wyższa. Głównie wykształcenie i dostęp do infrastruktury grają rolę – ludzie potrafią przekładać wiedzę, jaką dysponują na temat zdrowia, na swoje codzienne zachowania – przekonuje dr Janusz Dobosz.
Jak pokazuje MultiSport Index, na aktywność fizyczną wpływa także stopień zamożności. Wśród mało aktywnych osób dużo jest tych z najniższymi dochodami, którzy tłumaczą się brakiem środków na sport.
– Wiąże się to z dostępnością różnych zajęć sportowych, ale nie powinna być to wymówka, dlatego że równie dobrze możemy po prostu założyć buty na nogi i ruszyć w trasę. Bieganie i jogging to sporty dostępne dla wszystkich. Poza tym jest bardzo dużo otwartych treningów, ludzie mają w tej chwili ogromne możliwości, żeby wziąć udział w zajęciach z trenerem – przekonuje Julita Kotecka-Nerek.
Dwie trzecie osób korzystających z obiektów sportowych za nie płaci, z czego ponad połowa decyduje się na abonamenty lub karnety. Niemal co piąta osoba korzysta z kart typu MultiSport.
– Misją Benefit Systems jest wspieranie aktywności sportowej Polaków, dlatego prowadzimy działania dla trzech grup – dla dzieci, aby od najmłodszych lat kształtować dobre postawy związane z aktywnością, dla osób pracujących, to największa grupa, bo już prawie milion Polaków ma kartę MultiSport i dzięki niej mogą być aktywni sportowo, oraz dla seniorów, dla których przygotowaliśmy – na razie pilotażowy – program w Warszawie i Krakowie – podkreśla Adam Radzki.
Ponad 60 proc. studentów chce zdobyć doświadczenie jeszcze podczas studiów. Jednak tylko nieco ponad połowa pracujących studentów miała styczność z branżą zgodną z ich wykształceniem – wynika z raportu „Student w pracy 2018”. Zdobywanie doświadczeń zawodowych w czasie studiów może się okazać w przyszłości kartą przetargową podczas rozmowy o pracę. Studenci coraz chętniej podejmują staże, ale ważne dla nich jest to, żeby były płatne. Bezpłatne, niskiej jakości staże stanowią barierę w zrobieniu pierwszego kroku do kariery zawodowej – ocenia Marian Owerko, wiceprezes Polskiej Rady Biznesu.
– Studenci chcą pracować w czasie wakacji, chcą odbywać staże. Po drugie, chcą pracować w swoim zawodzie, czyli zgodnie ze swoim kierunkiem studiów. Nie chcą już pracować za darmo, ale dostawać za to wynagrodzenie, aby utrzymać się w czasie wakacji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marian Owerko, wiceprezes Polskiej Rady Biznesu.
Jak wynika z badania „Student w pracy 2018”, przeprowadzonego przez agencję SW Research na zlecenie programu Kariera Polskiej Rady Biznesu, 64 proc. studentów zależy na zdobyciu doświadczenia w branży jeszcze podczas studiów. Polscy studenci są też aktywni zawodowo – 68 proc. spośród pracujących studentów ma na swoim koncie więcej niż jedną pracę. Problemem jest jednak oferta zgodna z ich wykształceniem. Zdecydowana większość (86 proc.) pracuje albo pracowało chociaż raz w zawodzie niezwiązanym z ich branżą, a tylko 56 proc. miało styczność z pracą w swoim zawodzie. 65 proc. deklaruje, że zależy im na stażu zgodnym z zainteresowaniami i wykształceniem.
– Studenci chcą, by program był dobrze przygotowany. Oczekują, że stażysta będzie miał opiekuna, który będzie go prowadził przez okres praktyk. Oczekują, że dostaną za staż wynagrodzenie. Nie jest to tylko wynikiem ich fanaberii ekonomicznych, ale po prostu pozwala im to utrzymać się w mieście podczas odbywania stażu – wymienia Marian Owerko.
Doświadczenie zawodowe zdobyte w czasie studiów może być kartą przetargową podczas rozmowy o pracę. Pracodawcy chętnie zatrudniają osoby aktywne, które mają już pierwsze doświadczenia zawodowe, nawet jeśli nie są związane z branżą. Jednak problemem są wciąż bezpłatne staże. Z badania „Student w pracy 2018” wynika, że tylko co czwarty młody człowiek otrzymywał pieniądze w czasie praktyk.
– Większość studentów nie podejmuje jednak stażu, jeżeli nie otrzymuje wynagrodzenia. Około 30 proc. studentów zadowala się wynagrodzeniem między 2–3 tys. zł, podobna grupa wynagrodzeniem między 3–4 tys. zł, a pozostali oczekują wynagrodzenia za staż powyżej 5 tys. zł – mówi wiceprezes Polskiej Rady Biznesu.
Najwięcej, bo ponad połowa studentów, zarabia 2–3 tys. zł miesięcznie, ale co piąty może liczyć na tysiąc złotych lub mniej. 14 proc. studentów zarabia powyżej 5 tys. zł.
Szansą dla młodych ludzi jest program Kariera Polskiej Rady Biznesu, gdzie studenci mają gwarancję, że otrzymają wynagrodzenie w takiej kwocie, która pozwoli im na samodzielne utrzymanie się w mieście podczas odbywania stażu (przynajmniej 2,5 tys. zł). Co czwarta osoba po zakończeniu stażu otrzymuje propozycję zatrudnienia.
– W ramach 15. edycji programu Kariera prowadzimy rekrutację na sto miejsc stażowych w trzydziestu jeden spółkach członkowskich PRB – wskazuje Marian Owerko. – Każda z naszych firm jest dobrze przygotowana do prowadzenia stażu, ma swojego opiekuna. Staramy się też, żeby zarządzający organizacją, czyli prezes, był przynajmniej jeden dzień do dyspozycji studenta.
Do programu można się zgłaszać do końca maja, a rekrutacje potrwają do 30 czerwca. Zgłaszać mogą się osoby na III roku studiów licencjackich i studenci III–V roku studiów magisterskich. Staż mogą też odbyć absolwenci oraz studenci studiów uzupełniających.
Polska jest jedną z najbardziej atrakcyjnych lokalizacji dla centrów usług wspólnych, a rozwój tego sektora napędza rynek nieruchomości biurowych. W ubiegłym roku zarówno podaż, jak i popyt na nowe biura były rekordowe. Ze względu na wysoką konkurencję deweloperzy sięgają po coraz to nowe sposoby na przyciąganie najemców.
– Polska jest najchętniej wybieraną lokalizacją dla firm z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Jesteśmy już nie tylko solidni i niedrodzy, lecz także staliśmy się dostawcą wyspecjalizowanych usług dla tak wymagającego sektora jak sektor finansowy czy sektor IT. Mamy świetnie wyszkolonych i zmotywowanych do pracy ludzi oraz duże zasoby powierzchni biurowej. Za sukcesem Polski jako lidera w sektorze BSS stoi również kulturowa bliskość do rynków macierzystych, łatwa dostępność oraz satysfakcjonujący poziom życia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sylwia Piechnik, head of office leasing w spółce EPP inwestującej w sektorze nieruchomości komercyjnych na terenie całej Polski.
Polska jest jednym z najbardziej dynamicznie rosnących rynków dla BPO/SSC – nie tylko w regionie, lecz także na całym świecie. Jak wynika z ostatniego raportu ABSL za 2017 rok, na polskim rynku jest już 1 078 takich inwestycji, z których 748 to centra zagraniczne. W sumie zatrudniają one 244 tys. pracowników, a z szacunków wynika, że do 2030 roku ich liczba wzrośnie do 300 tys.
Sektor usług wspólnych to kluczowy czynnik, który napędza polski rynek biurowy. Jak wynika z danych firmy doradczej JLL, w ubiegłym roku urósł on o 736 tys. mkw. nowej powierzchni.
– Warszawa jest największym rynkiem biurowym nie tylko w Polsce, lecz także w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Oferując ponad 5 mln mkw. powierzchni biurowej, jest w stanie zaspokoić potrzeby nawet najbardziej wymagających najemców. Ponad 20 lat historii rynku biurowego w Warszawie zaowocowało dosyć zdefiniowaną koncentracją powierzchni biurowych w określonych dzielnicach. Obecnie dosyć mała podaż nowych terenów inwestycyjnych w centrum miasta skutkuje coraz większą liczbą projektów wysokościowych. Warszawa już niedługo będzie mogła się poszczycić najwyższym biurowcem w Europie – mówi Sylwia Piechnik.
Nowym trendem na rynku są analizy i badania preferencji pracowników, które pomagają zaaranżować przestrzeń tak, aby była przyjemnym miejscem pracy, gdzie w przerwach można się również zrelaksować. Zwłaszcza że – jak wynika z raportu Leesman Index – prawie 90 proc. pracowników biurowych deklaruje, że wygląd i funkcjonalność miejsca pracy mają dla nich duże znaczenie.
– Sektor nowoczesnych usług dla biznesu rozwija się w Polsce bardzo dynamicznie właśnie w miastach regionalnych, co ma bezpośredni wpływ na wzrost rynków biurowych w tych regionach. Obecnie mamy około 4 mln mkw. powierzchni biurowej w takich miastach jak Kraków, Wrocław, Poznań, Katowice czy Łódź. Ostatnio obserwujemy duże zainteresowanie inwestorów rynkami rozwijającymi się, głównie jest to podyktowane chęcią poszukiwania nowego pracownika. Przed takimi miastami jak Szczecin, Kielce, Rzeszów, Radom czy Bydgoszcz stoją nowe wyzwania i popyt na nowe powierzchnie biurowe jest tam kreowany – mówi Sylwia Piechnik.
Jak wynika z analiz JLL, na koniec 2017 roku zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Polsce wyniosły 9,7 mln mkw., z czego blisko 4,4 mln mkw. przypadło na główne rynki poza Warszawą. W realizacji jest blisko 2 mln mkw. powierzchni, z czego 1,1 mln mkw. powstaje na rynkach regionalnych. W ubiegłym roku zarówno podaż, jak i popyt na powierzchnie biurowe był rekordowy, w tym roku ten trend powinien się utrzymać.
– Z badań wynika, że ponad 80 proc. firm z sektora BSS zadeklarowało rozwój w najbliższych latach, co może oznaczać niesłabnący popyt na powierzchnie biurowe w Warszawie i miastach regionalnych. Jesteśmy nadal bardzo chętnie i często wybieraną lokalizacją dla tego typu usług. W rezultacie polski rynek biurowy staje się coraz bardziej wyspecjalizowany, a dostępne na nim projekty biurowe są coraz lepsze – mówi Sylwia Piechnik.
Gospodarka o Obiegu Zamkniętym (GOZ), czy też gospodarka cyrkularna to temat, o którym coraz więcej się mówi. Brakuje jednak konkretnych wskazówek, co należy zmienić, aby biznes włączył się w realizacje założeń tej idei. Instytut Innowacyjna Gospodarka przygotował raport „W kierunku gospodarki cyrkularnej – rekomendacje rozwoju i implementacji praktycznych rozwiązań dla biznesu”, który pokazuje konkretne rozwiązania przybliżające osiągnięcie tego celu. Podczas debaty towarzyszącej publikacji raportu, Paweł Herman ze Stena Recycling zaprezentował, w jaki sposób optymalizacja obiegu odpadów może przekonać biznes do Gospodarki Obiegu Zamkniętego.
Raport został przygotowany i przedstawiony po półrocznym cyklu spotkań przedstawicieli organizacji pozarządowych i branżowych, izb gospodarczych, przedsiębiorstw, uczelni i władz publicznych. Jego prezentacji towarzyszył panel dyskusyjny z reprezentantami biznesu.
Firmy dzieliły się swoimi doświadczeniami z zakresu przeciwdziałania marnotrawieniu żywności, zwiększania poziomu recyklingu i odzysku opakowań oraz elektroodpadów. Poruszono też kwestię budowania modeli finansowania inwestycji infrastrukturalnych, wspierających GOZ przy pomocy partnerstwa publiczno-prywatnego. Podkreślono także, że gospodarka odpadami jest najprostszą drogą do wdrażania przez firmy cyrkularnego modelu prowadzenia działalności.
– W niektórych firmach gospodarowanie odpadami jest dużym obciążeniem. Optymalizacja procesów związanych z tym obszarem, w duchu zrównoważonego rozwoju, może przekonać firmę do wdrożenia modelu cyrkularnego w całym przedsiębiorstwie. Aby było to możliwe trzeba spojrzeć na proces obiegu odpadów całościowo, od momentu zaprojektowania produktu aż po jego recykling – mówił Paweł Herman, ekspert Stena Recycling.
– W dzisiejszych czasach nie jest sztuką stworzyć nowy produkt. Wyzwaniem są rodzaje i ilość odpadów wytwarzanych w procesie produkcji oraz możliwość poddania produktu powtórnemu przetworzeniu w jak najwyższym stopniu. Do tego dochodzą: sortowanie u źródła, efektywna logistyka wewnętrzna i transport odpadów. Jednak, aby zmiana modelu biznesowego na cyrkularny była opłacalna dla firm, musi być większa świadomość społeczna, a nie tylko zmiany w środowisku przedsiębiorców – przekonywał Paweł Herman.
Dlatego pierwszym krokiem w optymalizacji procesu gospodarowania odpadami powinno być projektowanie dla recyklingu. Uwzględnienie już na etapie powstawania produktu tego jak połączone będą jego poszczególne elementy i czy łatwo będzie można je rozdzielić oraz przetworzyć. To może zredukować późniejsze koszty, zmniejszyć ilość odpadów i ułatwić odzysk.
Ten proces już się rozpoczął – konsumenci doceniają zrównoważone działania biznesu. Jak wskazują badania Stena Recycling (2017) aż 69% mieszkańców Polski chciałoby aby ich ulubione produkty były zaprojektowane i wytworzone według idei GOZ. Podobnie jest z gotowością do zmiany ulubionego produktu na taki, który wyprodukowano zgodnie ze zrównoważonymi zasadami – deklaruje ją 65% respondentów. Jednak, aby deklaracje mogły przełożyć się na konkretne wybory, konieczna jest edukacja społeczeństwa i pokazywanie gospodarki cyrkularnej w szerszej perspektywie.
Zdaniem Pawła Hermana zmianie powinno ulec również prawo. Właściwa legislacja, która uporządkowałaby dotychczasowe przepisy i przestawiła całą gospodarkę na nowe tory. W dzisiejszych czasach prawo nie zawsze nadąża za tym, co proponuje gospodarka cyrkularna, a przez to opóźnia jej wdrażanie. To kolejny ważny czynnik. Bez tych dwóch elementów, świadomego społeczeństwa i sprzyjającemu GOZ prawa, wysiłki biznesu mogą okazać się nietrwałe.
Od ponad 1,5 roku obowiązują art. 119a–119f Ordynacji podatkowej pozwalające organom podatkowym na zakwestionowanie czynności dokonywanych przez podatników, jeśli uznają, że czynności te mają charakter sztuczny i zmierzają jedynie do osiągnięcia korzyści podatkowej. Organy, powołując się na te regulacje i odmawiając podatnikom wydania interpretacji podatkowych, nie biorą jednak pod uwagę przesłanek wyłączających stosowanie klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania. Niedawno sąd administracyjny opowiedział się po stronie podatników.
Kiedy organ może odmówić wydania interpretacji?
Zgodnie z obowiązującym od 1 stycznia 2017 r. art. 119a Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. Ordynacja podatkowa, „czynność dokonana przede wszystkim w celu osiągnięcia korzyści podatkowej, sprzecznej w danych okolicznościach z przedmiotem i celem przepisu ustawy podatkowej, nie skutkuje osiągnięciem korzyści podatkowej, jeżeli sposób działania był sztuczny i zmierza do unikania opodatkowania. W takiej sytuacji skutki podatkowe czynności określa się na podstawie takiego stanu rzeczy, jaki mógłby zaistnieć, gdyby dokonano czynności odpowiedniej. W świetle ustawy za odpowiednią uznaje się czynność, której podmiot mógłby w danych okolicznościach dokonać, jeśli działałby rozsądnie i kierował się zgodnymi z prawem celami innymi niż osiągnięcie korzyści podatkowej sprzecznej z przedmiotem i celem przepisu ustawy podatkowej”. To klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania, którą posługują się m.in. organy wydające interpretacje podatkowe, odmawiając podatnikom ich wydania, jeśli wystąpi podejrzenie, że planowana czynność spełnia wyżej wymienione kryteria.
Z przytoczonego fragmentu art. 119a Ordynacji podatkowej wyraźnie wynika, że kryteria klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania są w znaczącym stopniu oceniane i pozostawiają organom dużo swobody interpretacyjnej, co naturalnie skutkuje sporami podatników z fiskusem. Przepisy określają szereg przesłanek wyłączających stosowanie klauzuli. Jedna z nich dotyczy sytuacji, w której korzyść podatkowa z tytułu czynności nie przekracza 100 tys. zł. Jednak, Organy dokonując oceny, czy w danej sprawie zachodzi ryzyko unikania opodatkowania, w wielu przypadkach poprzestawały na zasięgnięciu opinii ministra finansów (obecnie Szefa Krajowej Administracji Skarbowej). Jeśli minister finansów uznał, iż w danej sprawie istnieje uzasadnione przypuszczenie, że stan faktyczny lub przyszłe zdarzenie objęte wnioskiem o interpretację może zostać objęte klauzulą przeciwko unikaniu opodatkowania, to organy odmawiały podatnikom wydania interpretacji, nie analizując samodzielnie tego, czy wystąpiły przesłanki wyłączenia klauzuli w konkretnej sprawie.
Do niedawna fiskus i sądy administracyjne były jednomyślne
Rozstrzygnięcia fiskusa były oczywiście przedmiotem skarg do wojewódzkich sądów administracyjnych. Do niedawna w sprawach dotyczących stosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania sądy administracyjne konsekwentnie rozstrzygały w sposób niekorzystny dla podatników, uznając, że organy podatkowe mają prawo odmówić wydania interpretacji prawa podatkowego, jeśli zachodzi ryzyko, że planowana czynność zmierza do unikania opodatkowania i ma charakter sztuczny. Na przykład w wyroku z dnia 30 maja 2017 r. (sygn. I SA/Po 493/17) Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu przyznał rację fiskusowi, stwierdzając, że „Podatnik zamierzający podjąć działania, co do których istnieje podejrzenie, że są podejmowane przede wszystkim w celu osiągnięcia korzyści podatkowej, sprzecznej z przedmiotem i celem przepisu ustawy podatkowej, nie może (…) żądać wydania interpretacji indywidualnej zabezpieczającej te działania przed skutkami ewentualnej weryfikacji przez organy podatkowe”. W rozpoznawanej sprawie organ poprzestał na zasięgnięciu opinii ministra finansów, który uznał, że planowane przez podatnika czynności zmierzające do opodatkowania świadczeń dla pracowników niższą stawką podatku dochodowego od osób fizycznych mają charakter sztuczny i mogą zmierzać do unikania opodatkowania. W oparciu o otrzymane stanowisko organ odmówił wydania interpretacji prawa podatkowego, a słuszność takiego postępowania potwierdził sąd administracyjny. Tym samym sąd uznał, że nie jest konieczne badanie przesłanek zastosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, gdyż samo uzasadnione przypuszczenie organu jest wystarczającym argumentem, by odmówić wydania interpretacji.
Przełom w orzecznictwie sądów administracyjnych
Istotną zmianę w podejściu sądów administracyjnych do omawianego zagadnienia przyniósł wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach z dnia 28 września 2017 r. (sygn. I SA/Gl 497/17). Skład orzekający w sprawie po raz pierwszy nie zaaprobował postępowania organu podatkowego. Sąd podkreślił, że organy, jeżeli odmawiają wydania interpretacji prawa podatkowego z uwagi na uzasadnione przypuszczenie zastosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, muszą opierać się na informacjach wynikających ze stanu faktycznego (zdarzenia przyszłego) przedstawionego we wniosku o wydanie interpretacji, a nie jedynie na domysłach i wyczuciu, że taka klauzula będzie miała zastosowanie. Jeśli zatem ze złożonego przez podatnika wniosku o wydanie interpretacji nie wynika jednoznacznie, czy w danej sprawie zachodzi uzasadnione podejrzenie zastosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, to – zdaniem sądu – organ ma obowiązek wezwać podatnika do uzupełnienia takiego wniosku i zbadać ewentualne ryzyko wystąpienia takich przesłanek na etapie postępowania interpretacyjnego.
W omawianej sprawie działanie organu było tym bardziej błędne, że na etapie postępowania sądowego podatnik podał, że korzyść podatkowa z zaplanowanej przez niego czynności nie przekroczy 100 tys. zł, a tym samym klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania nie znajdzie zastosowania. Sąd nie podzielił argumentacji organu, iż określenie korzyści podatkowej wynikającej z czynności, wobec której zastosowano klauzulę przeciwko unikaniu opodatkowania, możliwe będzie dopiero w postępowaniu podatkowym. Skład orzekający krytycznie ocenił lakoniczne uzasadnienie odmowy wydania interpretacji, w którym organ ograniczył się jedynie do przytoczenia treści przepisów dotyczących klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowaniu i poprzestał na uzyskaniu równie ogólnej odpowiedzi ministra finansów, nie dokonawszy wnikliwej analizy rozpoznawanej sprawy. Konsekwencją wymienionych uchybień było uchylenie postanowień organów interpretacyjnych obu instancji.
Podatnik ma prawo polemizować z organem podatkowym
Omawiany wyrok pokazuje, że każdorazowe stosowanie klauzuli o przeciwdziałaniu unikaniu opodatkowania musi być poprzedzone wnikliwą analizą przesłanek przemawiających zarówno za jej zastosowaniem, jak i za wyłączeniem jej stosowania. Organy muszą wykazać się wnikliwością, jeśli chodzi o analizę zasadności tych przesłanek. Wszelkie ich uchybienia mogą być zaskarżone do sądu administracyjnego.
Trzeba pamiętać, że odmowa wydania interpretacji prawa podatkowego, a zatem odmowa rozstrzygnięcia przyszłej sytuacji prawnej podatnika przez organy, nie oznacza, że jest on definitywnie pozbawiony swojego prawa. Zmiana podejścia sądów administracyjnych, widoczna m.in. w cytowanym wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, pokazuje, że nie należy rezygnować z obrony swojego stanowiska i zawsze warto polemizować z organami podatkowymi, które się z nim nie zgadzają.
Autor: radca prawny Robert Nogacki
Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Polski złoty ostatnimi czasy wykazuje się słabością w relacji do głównych walut. Wyprzedaż polskiej waluty to jednak nic w porównaniu z wyprzedażą innych walut rynków wschodzących.
Wczorajszy dzień dla liry tureckiej można określić mianem rollercoastera. Wyprzedaż liry w relacji do dolara w pierwszej części dnia dochodziła do 5,5%. Spadki na lirze były konsekwencją pogorszenia nastrojów na rynku, do których doszło m.in. w następstwie wtorkowej publikacji komentarza agencji Fitch, która wyraziła zaniepokojenie w kwestii niezależności Centralnego Banku Turcji (CBRT) i zasugerowała, że profil wiarygodności kredytowej kraju może ulec pogorszeniu (parafrazując: docelowo może dojść do obniżki ratingu).
Centralny Bank Turcji przez dłuższą chwilę milczał, po czym, podczas zwołanego nadzwyczajnego posiedzenia zdecydował się podnieść najważniejszą obecnie stopę LLW (późnego okna płynnościowego) o 300 punktów bazowych, z poziomu 13,5 do 16,5%. Tym samym realnie wyraźnie wzrosły koszty kredytu w Turcji (bo Bank dokonuje pożyczek, opierając się praktycznie wyłącznie na stopie LLW). W konsekwencji decyzji kurs USD/TRY natychmiast osłabił się o 6,5%, a lira odrobiła wszystkie straty z pierwszej części dnia.
Nie wiadomo na jak długo wysiłki CBRT okażą się skuteczne. Przyszłość tureckiej waluty nadal rysuje się w czarnych barwach. Dziś inwestorzy również wyprzedają lirę, od początku dnia w relacji do dolara amerykańskiego straciła niemal 3%, a to nawet pomimo porannej słabości dolara względem innych walut.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w środę wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,28-4,32. Wspólna waluta nieco zyskiwała w parze ze złotym, dość wyraźnie traciła jednak w relacji do głównych walut, w tym w szczególności w parze z dolarem amerykańskim. Oprócz siły USD wspólnej walucie nie sprzyjały również dane gospodarcze oraz utrzymujące się obawy względem sytuacji na południu Europy.
Wczorajsze, wstępne odczyty PMI za maj rozczarowały. Praktycznie wszystkie najważniejsze indeksy wypadły gorzej od oczekiwań. Co istotne, najbardziej wyraźny jest spadek aktywności gospodarczej w wiodących europejskich gospodarkach (Niemczech, Francji). Poziomy indeksów PMI nadal są stosunkowo wysokie i sugerują ekspansję sektorów, jednak ich spadki następują bardzo szybko i są kontynuowane. Szczególnie rozczarowuje aktywność w sektorze usług, we wspomnianej Francji indeks ją mierzący spadł z poziomu 57,4 do 54,3.
GBP
Kurs GBP/PLN w środę wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,88-4,92. Funt umacniał się w parze ze złotym, jednak indeks GBP wczorajszy dzień zakończył na minusie.
Oprócz czynników z zewnątrz (przede wszystkim: siły USD), funta nie wspierały również informacje z kraju. Wczorajszy dzień przyniósł mieszane dane inflacyjne: mocniej od oczekiwań spadła inflacja bazowa, sam indeks CPI natomiast pozostał na tym samym poziomie, co miesiąc wcześniej.
Dzisiejszy dzień przynosi więcej optymizmu: na plus zaskoczyły dane o brytyjskiej sprzedaży detalicznej w kwietniu. Sprzedaż rosła o 1,6% w porównaniu z poprzednim miesiącem (dynamika w kwietniu miała być o połowę mniejsza) , wyraźnie rósł również indeks bazowy. W górę poszły też szacunki z poprzedniego miesiąca.
Wyższy wzrost sprzedaży jest pokłosiem m.in. lepszej pogody, która w kwietniu sprzyjała stacjonarnym zakupom. Do zwiększenia konsumpcji Brytyjczyków zachęca również wzrost płac, który – w związku z przyspieszeniem tempa dynamiki zarobków, jak i spadkiem inflacji – jest obecnie dodatni. Brytyjczycy mają w portfelach więcej pieniędzy, które mogą przeznaczyć właśnie. na konsumpcję.
USD
Kurs USD/PLN w środę wzrósł aż o 1,1%, wahając się w widełkach 3,63-3,69. Amerykańska waluta wczoraj kontynuowała wzrost w relacji tak do złotego, jak i w relacji do głównych walut.
Amerykańskiego dolara wspierała poprawa sentymentu, sprzyjało jej również osłabienie euro. Dane gospodarcze ze Stanów Zjednoczonych również nie zaszkodziły – w przeciwieństwie do europejskich, amerykańskie indeksy aktywności biznesu nie zawiodły, a były lepsze od oczekiwań.
Co tyczy się najbardziej wyczekiwanej publikacji wczorajszego dnia, czyli “minutek” z ostatniego spotkania FOMC, one również nie zawiodły, nie przyniosły jednak też wiele nowego. Z zapisu ostatniego posiedzenia wynika, że większość członków banku centralnego nie obawia się wyraźnie wyższej inflacji, niemniej FOMC nadal wspiera kolejne podwyżki stóp procentowych. Zgodnie z szacunkami inwestorów na rynku futures, do następnego wzrostu kosztów pieniądza powinno dojść już w czerwcu.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
13:30 – publikacja protokołu z posiedzenia EBC
14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
16:00 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w kwietniu
W 2018 r. liczba wszczętych wobec menedżerów firm postępowań karnych skarbowych z głównych artykułów Kodeksu karnego skarbowego może wynieść nawet 100 tys. W porównaniu z 2017 r. będzie stanowiło to wzrost o ponad 50% – szacują eksperci firmy doradczej PwC.
Z analizy PwC wynika, że w ostatnich latach liczba postępowań z Kodeksu karnego skarbowego (KKS) dynamicznie rośnie. Organy administracji skarbowej coraz częściej wszczynają tego typu postępowania wobec menedżerów firm ich właścicieli. W 2017 r. liczba takich spraw wyniosła ok. 65 tys., a zgodnie z szacunkami ekspertów PwC w tym roku może wzrosnąć nawet do 100 tys.
Jednym z przejawów zwiększonej aktywności zreformowanego w formie KAS aparatu skarbowego jest zwiększona liczba wszczynanych i prowadzonych karnych skarbowych postępowań przygotowawczych. Ryzyko sankcji osobistej, dawniej rzadko stosowane w praktyce, w dzisiejszej rzeczywistości staje się jednym ze skutecznie wykorzystywanych instrumentów prawnych w walce o uszczelnienie systemu podatkowego. Stanowi przy tym wyzwanie w wewnętrznym zarządzeniu bezpieczeństwem podmiotów wszystkich podatników funkcjonujących w Polsce i podlegających aktywności kontrolnej fiskusa. – Jan Tokarski, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC
Eksperci PwC zwracają uwagę, że postępowania z KKS coraz częściej są wszczynane równolegle do postępowań podatkowych. Co to oznacza dla menedżerów i przedsiębiorców? Przede wszystkim zwiększone ryzyko sankcji finansowych, które mogą zostać na nich nałożone. Mowa tu karach w wysokości nawet do kilkudziesięciu milionów złotych.
Dodatkowo, organy ścigania znacznie częściej stosują zabezpieczenia na majątku osobistym właścicieli i członków zarządów, takie jak przymusowe hipoteki na nieruchomości lub blokada rachunków bankowych.
Organy celno-skarbowe wykorzystują od dawna istniejące narzędzia do uszczelniania systemu podatkowego. W toku prowadzonych postępowań podatkowych fiskus nie tylko gromadzi dowody służące uzasadnieniu błędów w rozliczeniach podatkowych, ale dużą energię wkłada w identyfikację osób odpowiedzialnych za powstałe nieprawidłowości. W konsekwencji oprócz nakładania określonych sankcji, stawia także zarzuty karne członkom zarządów, odpowiedzialnym za rozliczenia podatkowe. Należy przy tym pamiętać, że te ryzyka są dla przedsiębiorców dużo bardziej istotne, bowiem konsekwencje z tego wynikające materializują się w wyroku skazującym sądu karnego, nie tylko w postaci dodatkowej kary finansowej nakładanej na osobę fizyczną – sprawcę, ale również w formie kary ograniczenia lub pozbawienia wolności oraz np. zakazu pełnienia funkcji w organach spółek prawa handlowego. Z tej perspektywy niezwykle istotnym stało się konsekwentne przedstawianie pozytywnych okoliczności związanych z kwestionowanym zagadnieniem gospodarczym, przede wszystkim w kontekście osobistej odpowiedzialności karnej lub karnej skarbowej. – Marcin Ginel, wicedyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC
Kolejne zmiany na horyzoncie
Do tej pory postępowania karne skarbowe były wszczynane głównie w sprawach związanych z podatkiem VAT. Zdaniem ekspertów PwC w najbliższym czasie będziemy obserwować zmianę w tym zakresie i większe zainteresowanie organów ścigania również podatkiem CIT.
Istotne są również przygotowywane zmiany w dotychczasowych przepisach. Obecnie trwają prace nad nowelizacją Kodeksu karnego skarbowego, przewidujące m.in. ograniczenie możliwości odstąpienia od wymierzenia kary. Na nowelizację czeka także ustawa o odpowiedzialności karnej podmiotów zbiorowych – w myśl nowych przepisów kary mają zostać zwiększone do 30 mln zł.
Przychody klubów grających w rozgrywkach LOTTO Ekstraklasa wyniosły w 2017 roku 550,4 mln zł. Gdyby jednak doliczyć do tej sumy wpływy z transferów zagranicznych, kwota ta wzrosłaby do 695,6 mln zł. Z raportu firmy doradczej Deloitte „Piłkarska liga finansowa” wynika, że w 2017 roku przychody klubów z działalności transferowej wyniosły 152,6 mln zł, z czego transfery zagraniczne wygenerowały 145,2 mln zł. Liderem rankingu pod względem przychodów pozostaje niezmiennie Legia Warszawa.
– Kolejny rok z rzędu roczne przychody klubów Ekstraklasy przekraczają poziom 0,5 mld zł. Ubiegłoroczny wynik był co prawda nieco gorszy niż w 2016 roku, ale trzeba uwzględnić fakt, że ze względu na śladowy udział polskich drużyn w rozgrywkach europejskich znacznie zmniejszyły się wpływy z tytułu praw telewizyjnych wypłacane przez UEFA – mówi Marcin Diakonowicz, Partner, Lider Sports Business Group Deloitte. To spowodowało, że łączne przychody klubów Ekstraklasy zmniejszyły się o 5 proc. rok do roku. Wyłączając jednak ze statystyk wpływy z Ligi Mistrzów, które w 2016 roku wyniosły 93,2 mln zł, a w 2017 r. 25 mln zł, przychody klubów Ekstraklasy wzrosły o 39,6 mln zł i wyniosły w ub. roku 525,4 mln zł.
Odnotowany wzrost wyników na rynku krajowym w 2017 r. był efektem rekordowych przychodów komercyjnych w wysokości 269,7 mln zł i z kategorii „dzień meczu”, które wyniosły 95,7 mln zł. – Przychody z dnia meczu wzrosły dzięki awansowi do rozgrywek Ekstraklasy Górnika Zabrze oraz wzrostowi przychodów w tej kategorii w Lechu Poznań. Wzrost przychodów komercyjnych wynikał głównie z dobrej współpracy Śląska Wrocław z władzami tego miasta oraz zwiększenia przychodów komercyjnych Jagiellonii Białystok – mówi Przemysław Zawadzki, Dyrektor w Dziale audytu, ekspert Sports Business Group Deloitte.
Po raz pierwszy w historii raport Deloitte zawiera również informacje na temat przychodów z tytułu transferów. W ubiegłym roku wyniosły one 152,6 mln zł, z czego 145,2 mln zł był to efekt transferów zawodników do klubów zagranicznych. W roku 2017 najwyższe przychody z tytułu transferów krajowych i zagranicznych zanotował Lech Poznań. W przypadku Kolejorza było to 56 mln zł. Na drugim miejscu znalazła się Legia Warszawa z wpływami na poziomie 34 mln zł. Trzecia w kolejności Lechia Gdańsk może się pochwalić 22,7 mln zł.
Na pozycji lidera bez zmian
Legia Warszawa pod względem finansowym dominuje w Ekstraklasie od 2011 roku. Tym razem tegoroczny Mistrz Polski osiągnął w 2017 roku łączne przychody na poziomie 138,3 mln złotych. W 2016 roku było to 207,4 mln zł. Spadek wynika przede wszystkim z braku awansu do fazy grupowej UEFA Champions League.
Drugie miejsce pod względem przychodów zajął ponownie Lech Poznań. Klub ten odnotował w 2017 r. wzrost wpływów do 65,8 mln zł, czyli o 19 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Różnica ta wynika przede wszystkim z gry w rundach kwalifikacyjnych Ligi Europy i walki o mistrzostwo Polski, co znacząco zmieniło strukturę przychodów Lecha na korzyść przychodów z tytułu transmisji oraz dnia meczowego. Trzecie miejsce w rankingu przychodów Deloitte należy do Lechii Gdańsk. Łączne analizowane przychody w 2017 roku wyniosły w przypadku drużyny z Gdańska 39,9 mln złotych. Kluczową kategorię przychodów klubu z Trójmiasta stanowią przychody komercyjne.
Coraz silniejsza Ekstraklasa
W ubiegłym roku dziewięć klubów poprawiło swoje wyniki finansowe. Największe wzrosty zanotowały Jagiellonia Białystok (15 mln zł), Śląsk Wrocław (12 mln zł) oraz Lech Poznań (11 mln zł). W ciągu jedenastu ostatnich lat łączne przychody klubów Ekstraklasy wyniosły ponad 4 mld zł. Jak długą drogę w tym czasie przebyła najlepsza polska liga piłki nożnej pokazuje fakt, że w 2007 roku jej przychody wyniosły zaledwie 202,5 mln zł, czyli prawie dwa i pół razy mniej niż obecnie. – Przychody wypracowywane przez kluby Ekstraklasy charakteryzuje trend wzrostowy. Systematycznie rosną wpływy uzyskiwane na rynku krajowym i już pracujemy nad rozwiązaniami, które pozwolą lidze zwiększać przychody w kolejnych latach. Najważniejszym projektem będzie proces sprzedaży praw mediowych, który rusza w tym roku. Dodatkowe wpływy ma nam przynieść także nasza autorska aplikacja wpisująca się w nowy trend second screen experience oraz rozgrywki e-sportowe Ekstraklasy, do uruchomienia których intensywnie się przygotowujemy – mówi Marcin Animucki, Prezes Zarządu, Ekstraklasa S.A.
Rezerwy w przychodach komercyjnych
W porównaniu do lig zagranicznych pod względem finansowym polska Ekstraklasa z przychodami na poziomie 129 mln euro w roku 2017 prezentuje się na poziomie porównywalnym np. do ligi szkockiej ze 149 mln euro przychodów oraz austriackiej – 161 mln euro przychodów w sezonie 2015/2016. Wpływy z dnia meczowego w LOTTO Ekstraklasa są wyższe niż w lidze duńskiej, a z transmisji są wyższe niż w lidze szkockiej, austriackiej i szwedzkiej. Różnicę widać w kategorii przychodów komercyjnych. Przed Ekstraklasą stoją możliwości pozyskania dodatkowych środków dzięki większemu zaangażowaniu firm w promowanie swoich marek poprzez sponsoring klubów piłkarskich. Otwarta jest też droga do osiągania większych przychodów z wykorzystania stadionów poza dniem meczu.
Pod względem frekwencji rok 2017 był porównywalny do poprzedniego. Średnio wynosiła ona 9,4 tys. kibiców na mecz ligowy, podczas gdy rok wcześniej było to 9,6 tys. osób. Sześć z szesnastu klubów zanotowało wzrost w tej kategorii. Liderem poprzedniego roku został Lech Poznań, który mógł się pochwalić obecnością średnio ponad 20 tysięcy kibiców na mecz. Na drugim i trzecim miejscu uplasowały się Górnik Zabrze i Legia Warszawa.
Frekwencja na meczach Ekstraklasy jest porównywalna do frekwencji w lidze belgijskiej czy rosyjskiej, a znacznie wyższa niż w wysoko notowanej w rankingu UEFA lidze ukraińskiej czy lidze czeskiej.
Optymalny poziom wynagrodzeń
Zarządzanie poziomem wynagrodzeń nie jest w Europie jednorodne. Przyjmuje się, że optymalny poziom wynagrodzeń w stosunku do przychodów powinien wynosić 60 proc. W przypadku klubów Ekstraklasy w 2017 roku średnia wyniosła 64 proc. (rok wcześniej 59 proc.). Kluby o zbliżonym do optymalnego poziomie wskaźnika wynagrodzeń to: Legia Warszawa, Śląsk Wrocław, KGHM Zagłębie Lubin, Jagiellonia Białystok, Pogoń Szczecin. Z kolei kluby notujące niski poziom tego wskaźnika to: Lech Poznań, Cracovia, Arka Gdynia.
Kluby przekraczające optymalny poziom wskaźnika wynagrodzeń to: Wisła Płock, Lechia Gdańsk, Górnik Zabrze, Korona Kielce, Wisła Kraków, Piast Gliwice i Sandecja Nowy Sącz. Należy jednak zaznaczyć, że Górnik Zabrze i Sandecja Nowy Sącz to kluby, które pół roku w omawianym okresie spędziły w I lidze, co powoduje, że wskaźnik może być nieco zaburzony.
O raporcie:
Raport Deloitte został sporządzony w oparciu o przychody klubów Ekstraklasy, pochodzących z trzech źródeł: z dnia meczu (wpływy ze sprzedaży biletów, karnetów i cateringu), praw do transmisji (uwzględniające również premie za udział w europejskich pucharach) oraz komercyjnych (wpływy reklamowe, sponsoring, sprzedaż gadżetów). Ranking analizuje przychody klubów, które w roku 2017 grały w rozgrywkach Ekstraklasy. Dane pochodzą ze sprawozdań finansowych za rok kalendarzowy 2017. Zostały one dostarczone przez kluby i nie były weryfikowane przez Deloitte. Do porównań z klubami oraz ligami zagranicznymi wykorzystano dane z brytyjskiego raportu Deloitte „Annual Review of Football Finance”.
Spadło tempo przyrostu zaległości konsumentów, wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz bazy BIK.
Suma przeterminowanych zobowiązań zwiększyła się o niecałe 1,24 mld zł, podczas gdy w minionym roku rosła w ciągu kwartału o ponad 2 mld zł. Łączna wartość zaległości Polaków przekroczyła na koniec I kwartału 65,7 mld zł (wzrost 1,9 proc.). O ile suma zaległości powiększyła się wolniej, to jednak liczba niesolidnych dłużników wzrosła znacząco, bo o ponad 176 tys. do 2 691 458 osób (wzrost o 7 proc.). W rezultacie już 85 na 1000 dorosłych mieszkańców Polski nie radzi sobie z obsługą rat kredytów i bieżących rachunków. Tym samym obrazujący to Indeks Zaległych Płatności Polaków wzrósł od końca 2017 r. o 5,6 pkt. – z 79,7 do 85,3 pkt. Już w siedmiu województwach kraju co najmniej co dziesiąta osoba dorosła ma problemy finansowe, a na Ziemi Lubuskiej, Pomorzu Zachodnim i Dolnym Śląsku nawet co dziewiąta. Wskaźnik uwzględnia opóźnienia w spłacie m.in. rat kredytów, pożyczek, rachunków za telefon, internet, telewizję kablową, kar za jazdę na gapę, kosztów sądowych czy też alimentów. Opóźnienia dotyczą min. 200 zł wobec jednego wierzyciela i są przeterminowane o co najmniej 30 dni. Właśnie legislacyjne skrócenie z 60 do 30 dni terminu opóźnienia w spłacie zobowiązania, pozwalającego na wpis do rejestru dłużników Biura Informacji Gospodarczej osoby czy firmy, w dużej mierze przełożyło się na zwiększenie liczby dłużników prezentowanych w tej edycji Raportu InfoDług. Statystyki pokazują jednocześnie, że w przypadku rat kredytowych im krótsze opóźnienie, tym częściej dotyczy niższych kwot, co z kolei wpłynęło na znaczący spadek średniej kwoty zaległości Polaków o 1220 zł do 24 423 zł.
Zadłużona Polska Zachodnia
Ważne liczby
Łączna kwota zaległych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych na koniec I kwartału 2018 r., wyniosła 65,7 mld zł. W stosunku do danych z końca grudnia 2017, nieterminowe płatności Polaków odnotowane w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w bazie Biura Informacji Kredytowej powiększyły się o 1,24 mld zł. W ciągu kwartału o 0,97 mld wzrosły zobowiązania pozakredytowe do 36,35 mld zł i o 0,27 mld zł zaległości kredytowe – do 29,38 mld zł.
Choć wartościowo widoczny jest większy przyrost długów pozakredytowych, to patrząc na udział liczby dłużników, zdecydowanie więcej przybyło ich w bazie BIK. Liczba niesolidnych dłużników pozakredytowych w rejestrze BIG InfoMonitor w I kwartale tego roku wzrosła o 15 743 do 2 051 300 osób, natomiast dłużników niespłacających na czas rat kredytów widocznych w BIK przybyło o 242 417 do 1 193 757 osób. W sumie Polaków posiadających zaległe zobowiązania było na koniec marca 2018 r., w obu bazach 2 691 458. Liczba ta jest mniejsza niż łączna suma dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, ponieważ 553 599 osób (20,6 proc.) ma jednocześnie źle obsługiwane długi kredytowe i pozakredytowe.
Ujęcie geograficzne średniego zadłużenia
Średnia wartość zadłużenia przypadająca na jednego niesolidnego dłużnika w kraju wynosi 24 423 zł. Jeszcze kwartał temu, tj. na koniec grudnia było to 25 643 zł, czyli zmniejszyła się o 1 220 zł. Średnie zaległości różnią się w zależności od regionu. W trzech województwach przekraczają średnią dla kraju: w mazowieckim, gdzie jest to już 31,5 tys. zł na dłużnika, w małopolskim – po 26,8 tys. zł oraz w pomorskim – 25,5 tys. zł. Najmniejsze zaległości mają mieszkańcy woj. warmińskomazurskiego, świętokrzyskiego oraz lubuskiego. Z kolei patrząc już na liczbę osób z zaległymi zobowiązaniami na 1000 dorosłych mieszkańców, w czołówce znajdują się woj. lubuskie i zachodniopomorskie – gdzie jest już po 112 niesolidnych dłużników. Najlepiej prezentują się natomiast woj. podkarpackie, małopolskie i podlaskie.
Przeciętna zaległość w różnych grupach wiekowych
Przeciętna zaległość zmniejszyła się prawie we wszystkich grupach wiekowych z wyjątkiem osób w wieku 18-24 lat, tu bowiem wzrosła o 54 zł w porównaniu z danymi na koniec IV kwartału 2017 r. Największy spadek średniej zaległości odnotowano wśród osób między 35 a 44 rokiem życia – o 1 545 zł oraz w wieku 45–54 lata – o 1 304 zł. Największa średnia zaległość przypada na osoby w wieku 45-54 lata i wynosi 33 494 zł.
Do najwyższej średniej zaległości Polaków, z oczywistych względów, przyczyniają się kredyty mieszkaniowe, przeciętnie jedna osoba, która opóźnia spłatę kredytu na zakup nieruchomości, ma do spłaty 140 115 zł. Wraz z ujęciem w statystykach osób, które opóźniają spłatę zobowiązań o 30 dni, a nie 60 jak wcześniej, znacząco spadła kwota zaległości niesolidnych kredytobiorców i to bez względu na rodzaj kredytu. W największym stopniu obniżyła się przeciętna zaległość spłacających kredyty mieszkaniowe z 241,56 tys. zł do 140 tys. zł. Spadki widoczne są również w przypadku pozostałych zobowiązań kredytowych: kredytów konsumpcyjnych – z 23 517 zł do 19 459 zł oraz w karcie kredytowej – z 5 603 zł do 5 093 zł. – 30-dniowe opóźniania spłaty rat kredytów są bardzo niestabilne, w różnych okresach potrafią dotyczyć mniejszej lub większej liczby zobowiązań, nie ma tu też reguły co do ich wysokości. Tego typu opóźnienia często wynikają z zapomnienia lub jednorazowego zdarzenia losowego i zazwyczaj co drugi kredytobiorca po chwili znów terminowo obsługuje kredyt – zwraca uwagę prof. Waldemar Rogowski, główny analityk BIK.
Z kolei w odniesieniu do zaległości pozakredytowych, we wszystkich tytułach odnotowano wzrosty. Wciąż najwyższą wartość średniego zadłużenia mają zobowiązania alimentacyjne – 36 964 zł na osobę. Na drugiej pozycji znajduje się średnia zaległość wierzytelności windykowanych, która wynosi obecnie 11 438 zł.
Zaległe płatności kredytowe zazwyczaj są o wiele wyższe od zaległości pozakredytowych. Wyjątek od tej reguły widać jedynie wśród osób po 65 roku życia, gdzie wartości te są porównywalne i wynoszą w obu przypadkach po ponad 16 tys. zł.
Najbardziej zauważalne różnice występują w przedziale wiekowym 45-54 lat. Osoby w tym wieku mają średnie zaległości pozakredytowe warte 24 394 zł, a kredytowe 36 506 zł.
Rekordziści Polski
Długi 10 najbardziej zadłużonych osób w kraju stanowią 5,4 proc. łącznej kwoty zaległości wszystkich Polaków. To już w sumie ponad 355 mln zł, z których ponad 66,9 mln zł należy do 61-letniego mieszkańca województwa lubelskiego, otwiera on niechlubną listę dłużników – rekordzistów. Średnia wieku najbardziej zadłużonych osób w Polsce wynosi niemal 60 lat. Są to głównie mężczyźni. Wśród 10 rekordzistów znalazły się tylko dwie kobiety, na 6. i 8. pozycji, z długami na 25,7 oraz 24,7 mln zł. Najwięcej rekordzistów zamieszkuje Mazowsze. Z kolei już wśród 16 wojewódzkich rekordzistów nie ma żadnej kobiety.
Rekordziści w województwach
Z kolei już wśród 16 wojewódzkich rekordzistów nie ma żadnej kobiety. Najstarszy dłużnik-rekordzista pochodzi z Małopolski i ma 69 lat, a do oddania ponad 21,3 mln zł. Listę otwierają dłużnicy z województw: lubelskiego (66,9 mln zł), podkarpackiego (46,3 mln zł) i mazowieckiego (45,7 mln zł).
Kwota zadłużenia i liczba dłużników w województwach
W porównaniu z poprzednim kwartałem, zaobserwowano wzrost liczby dłużników we wszystkich województwach, najbardziej na Mazowszu (o 8,9 proc.), Małopolsce (8,4 proc.) i Podlasiu (8,2 proc). Natomiast kwoty zaległości najbardziej zwiększyły się na Dolnym i Górnym Śląsku oraz na Podkarpaciu – po ok. 5 proc. Sytuacja jest jednak zróżnicowana, na Pomorzu Zachodnim suma przeterminowanych zobowiązań spadła aż o 6,9 proc., czyli o ok. 280 mln zł, na Mazowszu – o 2,3 proc. (250 mln zł). Mimo to Mazowsze nadal dominuje pod względem kwoty zaległości niesolidnych konsumentów. Najmniej długów i dłużników mają woj.: podlaskie, opolskie i świętokrzyskie.
*Kredyt Trendy, Raport półroczny 2017 r. str.21, https://media.bik.pl/publikacje/read/388320/kredyt-trendy-raport-2017 r.
Informacje przedstawione w publikacji pochodzą z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej. Dotyczą wyłącznie zaległości osób fizycznych na minimum 200 zł, przeterminowanych o co najmniej 30 dni, wcześniejsze publikacje dotyczyły opóźnień 60 dniowych. Zmiana metodologii jest wynikiem nowych regulacji prawnych pozwalających wpisać dłużnika do BIG po 30 dniach opóźnienia od wyznaczonego terminu płatności. W aktualnym Newsletterze InfoDług materiał i wyliczenia oparte są o dane z końca marca 2018 r.
Tworzenie rządu we Włoszech to temat, który dostarcza rynkom nadspodziewanie wiele emocji. W Turcji podwyżka stopy procentowej hamuje gwałtowne spadki waluty.
Problem południa Europy
Gdyby Włosi nie mieli już za mało problemów z samym utworzeniem rządu to swoje rady dorzuca Komisja Europejska. O ile pogląd, że wysoki poziom zadłużenia włoskiej gospodarki może zagrać stabilności euro jest jak najbardziej słuszny to sytuacja ta nie jest przecież wcale nowa. Głównym powodem niepokoju jest niepewny kierunek jak obierze nowy rząd. Z jednej strony wypowiedzi potencjalnego kandydata na premiera sygnalizowały, że zdaje on sobie sprawę z wagi problemów. Z drugiej podczas kampanii pojawiło się wiele haseł zarówno ze strony Ruchu Pięciu Gwiazd, jak i Ligi Północnej, które mogą sugerować, że dyscyplina budżetowa zostanie jeszcze poluzowana. Pewną kotwicą dla ekspansywnej polityki powinno być to co dzieje się na rynku obligacji. W ciągu zaledwie 10 dni rentowność obligacji wzrosła o pół punktu procentowego. Oznacza to, że o tyle więcej musi otrzymać zysku ktoś kto jest skłonny inwestować we włoskie papiery dłużne. Aż strach pomyśleć ile będzie wynosić ten parametr jeżeli EBC przestanie sam skupować obligacje.
Lira na pozornie lepszej ścieżce
Jest taki moment w trakcie kryzysów gospodarczych, że trzeba jednak czasem ugryźć się w język i podjąć kilka racjonalnych decyzji. Wczoraj Bank Centralny Turcji podniósł jedną ze stóp procentowych z 13,5% do 16,5% co ciekawe nie ruszył pozostałych. Po ostatnich komentarzach samego Erdogana na temat tego jak należy prowadzić politykę monetarną wielu inwestorów skreśliło już Turcję. Powrót do racjonalności wyraźnie ucieszył inwestorów. Wielu analityków wskazuje jednak na fakt, że ruch ten może się samemu prezydentowi nie spodobać. Prawdopodobnie właśnie dlatego podniesiono tylko stopę po której banki pożyczają pieniądze nie ruszając tej po której lokują. Ta dziwna konstrukcja może być właśnie próbą pogodzenia poglądu prezydenta na wpływ stóp na inflację z tym co należało zrobić. Wątpliwe jest by bankierzy centralni szli na konflikt wiedząc, że z dużym prawdopodobieństwem Erdogan za miesiąc zdobywa władzę niemal absolutną w kraju. W najgorszym momencie za jednego dolara trzeba było płacić wczoraj ponad 4,9 liry. Po ogłoszeniu decyzji cena spadła poniżej 4,55 liry za dolara. To prawie 10% różnicy. Jest to bardzo duży skok biorąc pod uwagę, że problemy kraju nie zniknęły przecież jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
16:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Jak to często w tym roku bywa optymizm z początku tygodnia dotyczący relacji handlowych i sytuacji geopolitycznej, w jego połowie zamienia się w nerwową atmosferę, w której dominować zaczyna awersja do ryzyka. Wiele wskazuje jednak na to, że powinna zostać ona szybko opanowana a ryzykowne aktywa i waluty będą w najbliższych kilkudziesięciu godzinach ponownie przyciągać inwestorów.
Jednocześnie treść protokołu z posiedzenia FOMC nie zawiera zbyt wielu tez mogących wyraźnie wesprzeć dolara i przełożyć się na kontynuację trwającego już miesiąc umocnienia. Oczywiście czerwcowa podwyżka jest już przesądzona, ale rynek nie otrzymał żadnych wskazówek odnośnie do liczby podwyżek w drugiej połowie roku. Warto zauważyć, że z dokumentu nie uderza przekonanie decydentów o nieodzowności wybuchu presji inflacyjnej: tylko nieliczni z nich obawiają się przekroczenia celu inflacyjnego. Aprecjacyjny trend dolara wygląda na “zmęczony”, więc będzie sprzyjać to korekcie.
Jeśli zgodnie ze swoim zwyczajem Trump zacznie łagodzić stanowisko w sprawie importu aut i porozumienia NAFTA, to jej głównymi benefity beneficjentami powinny być dolar australijski, nowozelandzki a zwłaszcza kanadyjski. Euro również stoi przed szansą na korektę, wspólnej walucie sprzyja fakt, że eurosceptyk Savona prawdopodobnie nie obejmie żadnego z gospodarczych i finansowych resortów w rządzie Giuseppe Conte. Czynnik włoskiej polityki można zatem uznać za “zgrany”, ale do mocniejszego odbicia niż w kierunku 1,18-1,1850 euro potrzebuje też lepszych danych makroekonomicznych. A na nie trzeba będzie poczekać… Nadal negatywnie podchodzimy do funta szterlinga. Uważamy, że każde mocniejsze odbicie będzie wykorzystywane przez inwestorów do sprzedaży tej waluty ze względu na malejące szanse na wakacyjną podwyżkę stóp oraz niepewną sytuację polityczną. Powrót rentowności amerykańskich 10 latek ponad 3,0 proc. i wygasanie awersji do ryzyka powinny pozwolić USD/JPY na odrobienie części silnych spadków z dwóch ostatnich dni. Choć były one dotkliwe, to struktura tendencji wzrostowej nie została wyraźnie zachwiana i oczekujemy szybkiego powrotu ponad 110,00.
W pozytywniejszym środowisku, które ma szansę wykrystalizować się w drugiej części tygodnia, złoty będzie stać przed szansą odrobienia części strat. EUR/PLN niemal osiągnął zakładany przez nas cel 4,33 i powinien krążyć wokół 4,30. Otwiera to drogę do nieco głębszego odreagowania USD/PLN.
Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers
W kwietniu 2018 r., w porównaniu do analogicznego okresu 2017 r. zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym, instytucje finansowe udzieliły więcej kredytów mieszkaniowych, konsumpcyjnych, oraz przyznały limitów kredytowych. Najwyższy wzrost wartościowy odnotowano w przypadku kredytów mieszkaniowych (+19,3%) oraz kredytów konsumpcyjnych (+12,2%). W ujęciu liczbowym, najwyższy wzrost w stosunku do kwietnia 2017 r. dotyczył limitów kredytowych (+20,5%) oraz kredytów mieszkaniowych (+9,1%). Styczniowe zwiększenie sprzedaży kart kredytowych niestety miało charakter incydentalny.
W kwietniu podobnie jak w lutym – marcu 2018 r. sprzedaż kart kredytowych – w stosunku do kwietnia 2017 r. ponownie ma tendencję negatywną. Spadła zarówno liczba wydawanych kart kredytowych (-2,7%), jak i wartość przyznawanych limitów (-2,9%). Po jednej trzeciej roku 2018 r., o ile nie wystąpią nieprzewidziane zdarzenia, to na rynku kredytów mieszkaniowych można oczekiwać bardzo dobrej sprzedaży w ujęciu wartościowym w całym 2018 r., tym bardziej, że oddaliło się widmo podwyżek stóp procentowych, a kredyty zaciągane są na coraz wyższe kwoty (efekt rosnących cen mieszkań).
Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne)
W kwietniu 2018 r. banki SKOK-i udzieliły łącznie 614,1 tys. kredytów konsumpcyjnych na kwotę 7,18 mld zł. Stanowi to wzrost o 4,6% w ujęciu liczbowym i o 12,2% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2017 r.
– W czterech pierwszych miesiącach 2018 r. dodatnie dynamiki liczby udzielonych kredytów konsumpcyjnych dotyczyły kredytów we wszystkich przedziałach kwotowych. 7,1% dynamikę odnotowały kredyty niskokwotowe (w przedziale do 1 tys. zł.), a najwyższe dodatnie dynamiki wzrostu dotyczyły kredytów wysokokwotowych powyżej 20 tys. zł (12,2%).
W ujęciu wartościowym banki i SKOK-i udzieliły w okresie styczeń – kwiecień 2018 r. kredytów konsumpcyjnych na kwotę o 8,7% wyższą niż w tym samym okresie 2017 r. Wzrost odnotowano w każdym z sześciu przedziałów kwotowych – najwyższy wśród kredytów > 20 tys. zł (+11,5%) oraz na kwoty z przedziału 3,5 – 7 tys. zł – (+7,6%). Co ciekawe o 7,2% wzrosła również wartość kredytów do 1 tys. zł, który to segment był od kilku lat silnie eksplorowany przez firmy pożyczkowe. Podobną sytuację mieliśmy w poprzednim miesiącu. Można więc już powiedzieć, że banki być może ponownie zainteresowały się tym segmentem rynku kredytów konsumpcyjnych. Kolejne miesiące pokażą, czy jest to trwały trend. Po dobrej 1/3 roku 2018 r. wydaje się, że można z większym optymizmem patrzeć na cały rok w aspekcie wartości udzielanych kredytów konsumpcyjnych (wartość może przekroczyć 80 mld zł), pod warunkiem jednak, że nie wystąpią negatywne zdarzenia zarówno o charakterze globalnym, jak i lokalnym, które zmniejszyłyby apetyt banków na ryzyko, a gospodarstwa domowe zniechęciły do zaciągania kredytów konsumpcyjnych, należy więc uważnie analizować otoczenie globalne i makroekonomiczne, a także zjawiska konsolidacyjne w sektorze bankowym – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.
– Co ważne, sprzedaży kredytów konsumpcyjnych nie towarzyszy praktycznie wzrost ryzyka kredytowego, pomimo zaciągania kredytów na coraz wyższe kwoty. Jakość portfela kredytowego utrzymuje się na bezpiecznym stosunkowo niskim poziomie, co potwierdza miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów konsumpcyjnych. Jego bieżący odczyt to 5,48% – dodaje mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.
Kredyty mieszkaniowe
W kwietniu 2018 r. banki udzieliły łącznie 19,3 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną wartość 4,74 mld zł. Stanowi to wzrost o 9,1% w ujęciu liczbowym i wzrost o 19,3% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2017 r.
– Kwiecień 2018 r. jest już kolejnym dobrym miesiącem dla kredytów mieszkaniowych zarówno pod względem liczby, jak i wartości udzielanych kredytów. Na rynku kredytów mieszkaniowych nadal panuje więc duży optymizm. Dwucyfrowa dynamika w ujęciu wartościowym, po części wynika ze struktury udzielanych kredytów mieszkaniowych. 57 % wartości udzielonych w 2018 r. kredytów mieszkaniowych przypada na kredyty powyżej 250 tys. zł (25,9% z przedziału 250 – 350 tys. zł i 31,1% powyżej 350 tys. zł). Ponadto dynamika udzielanych kredytów mieszkaniowych w poszczególnych przedziałach kwotowych jest zróżnicowana, w przedziale 100 – 150 tys. ujemna (-3,4%) zaś > 350 tys. bardzo wysoka aż 30,6% w porównaniu do czterech pierwszych miesięcy 2017r. Po wynikach pierwszych czterech miesięcy br. można z większym optymizmem patrzeć na cały 2018 r. na rynku kredytów mieszkaniowych tym bardziej, że deweloperzy prognozują rekordy sprzedaży, a widmo podwyżek stóp procentowych istotnie się oddaliło, co zachęca do zaciągania kredytów mieszkaniowych zarówno na własne potrzeby, pod wynajem czy w celach inwestycyjnych. Na rynku pierwotnym rośnie liczba transakcji bez wsparcia kredytem bankowym, ich udział jest już wyższy niż transakcji finansowanych kredytem. W optymizmie jest jednak pewna rysa: w kwietniu 2018 r. w porównaniu do marca 2018 r. banki udzieliły o 8,8% mniej kredytów mieszkaniowych i na kwotę o 6% niższą. Takie samo zjawisko odnotowaliśmy w poprzednim roku – wyjaśnia prof. Waldemar Rogowski z BIK.
Karty kredytowe
W kwietniu 2018 r. banki wydały 82,6 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 449 mln zł. Stanowi to spadek o 2,7% w ujęciu liczbowym i spadek o 2,9% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2017 r.
– Podobnie jak w lutym oraz marcu, tak i w kwietniu br. odnotowaliśmy powrót negatywnej tendencji, z którą mieliśmy do czynienia już od dłuższego czasu, a pozytywne efekty sprzedażowe odnotowane w styczniu 2018 r. były tylko jednorazowymi zdarzeniami, a nie trwałym odwróceniem, obserwowanego od wielu miesięcy negatywnego trendu w kartach kredytowych, związanego z wydawaniem coraz mniejszej liczby kart. Liczba wydanych kart kredytowych w czterech pierwszych miesiącach 2018 r. jest o 8,7% niższa niż w analogicznym okresie zeszłego roku. Najwyższy spadek dynamiki przyznawanych limitów kart kredytowych r/r aż o 40,4% odnotowaliśmy w przypadku kart o limicie od 2 do 3,5 tys. zł. Dodatnia dynamika wydawanych kart dotyczyła kart z limitami w przedziale 1 – 2 tys. zł (5,9%) i 4,5 do 10 tys. zł (+12,7%) – mówi prof. Waldemar Rogowski z BIK.
Limity kredytowe w kontach osobistych
W kwietniu 2018 r. przyznano łącznie 54,2 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę obejmującą przyznane limity 251 mln zł. Stanowi to wzrost aż o 20,5% w ujęciu liczbowym i wzrost o 8,3% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2017 r.
– W kwietniu 2018 r. nadal obserwujemy widzianą już od kilku kwartałów dodatnią dynamikę liczby przyznanych limitów kredytowych w kontach osobistych (+20,5%) w porównaniu z kwietniem ubiegłego roku. Już od początku 2017 r. obserwujemy wzrost zainteresowania limitami kredytowymi w kontach osobistych. Zjawisko to jeszcze wyraźniej widać w czterech pierwszych miesiącach 2018 r. – 9,2% wzrost w porównaniu do analogicznego okresu 2017 r. Analizując przyznawane limity w określonych przedziałach kwotowych widzimy, że w okresie styczeń – kwiecień 2018 r. 64% wartości przyznanych limitów w kontach osobistych koncentruje się w przedziale > 7 tys. zł. Limity te mają 19% udział w ogólnej liczbie przyznanych limitów kredytowych. Wydaje się, że za nadal utrzymującą się popularność limitów kredytowych stoi fakt, że stanowią one tańszą alternatywę dla kredytów gotówkowych w zakresie finansowania bieżących potrzeb konsumpcyjnych gospodarstw domowych – dodaje prof. Waldemar Rogowski z BIK.
Na świecie zalega niemal 5 mld ton plastiku. Częściowym rozwiązaniem tego problemu może być wytwarzanie paliw z plastiku. Z plastikowych odpadków mogą powstać paliwa odpowiadające właściwościami benzynie i olejowi napędowemu. Unikatową technologię ich produkcji opracowała polska firma. Zgodnie z projektem dyrektywy unijnej wielcy odbiorcy będą musieli częściowo korzystać z biopaliw, do których należą także paliwa z plastiku.
– Paliwo, które produkujemy, w zasadzie nie różni się od benzyny czy ropy. Jest ono jednak korzystniejsze dla środowiska. Po pierwsze, pozbywamy się plastiku, który osiada w naszym środowisku, w naszych oceanach. Jeżeli czegoś z tym nie zrobimy, to w 2050 roku w oceanach będzie więcej plastiku niż ryb. Po drugie, wyprodukowanie jednego litra paliwa z plastiku powoduje o 12,5 proc. mniej emisji dwutlenku węgla niż wyprodukowanie litra paliwa z ropy. Także wydobywanie ropy z ziemi powoduje większą emisję dwutlenku węgla, bo ten plastik już mamy. I po trzecie, nie musimy transportować ropy z Bliskiego Wschodu czy Rosji, ponieważ plastikowe odpadki są produkowane lokalnie, co także redukuje emisję dwutlenku węgla – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Susan Kim-Chomicka, prezes Handerek Technologies.
Opracowana przez polską firmę technologia pozwala przerabiać plastikowe odpady na paliwa ciekłe o jakości nieróżniącej się od zwykłej benzyny czy ropy naftowej, mogące służyć do napędu pojazdów i maszyn. W niskociśnieniowym procesie przekształca odpady plastikowe, których nie da się poddać dalszemu recyklingowi, w całkowicie rafinowane frakcje oleju napędowego i benzyny.
Technologia jest opłacalna ekonomicznie i nie wymaga żadnych dotacji, a dodatkowo jest samowystarczalna energetycznie i nie generuje nieużytecznych odpadów jako produktów ubocznych. Z kilograma odpadów można wydobyć litr paliwa płynnego, takiego jak olej napędowy EN590, benzyna EN228 czy paliwo lotnicze. Paliwo z recyklingu nie trafi jednak bezpośrednio na stacje benzynowe.
– Nawet jeżeli przerobimy cały plastik, to powstałe z niego paliwo będzie stanowić jedynie trzy procent globalnej produkcji ropy. To za mało, by móc oferować je na stacjach benzynowych. W roboczej wersji europejskiej dyrektywy o biopaliwach znajduje się jednak zapis, że do biopaliw zalicza się również paliwa produkowane z odpadków, w tym z plastiku. W tej sytuacji wielcy odbiorcy będą zmuszeni brać część paliwa od nas, dzięki czemu spełnią przyszłe unijne wymogi – zauważa Susan Kim-Chomicka.
Przy takich regulacjach prawnych biznes polegający na wytwarzaniu paliwa z odpadków ma szansę nie tylko na sukces biznesowy, lecz także na wymierne korzyści dla środowiska naturalnego. Polska produkuje rocznie około 180 mln ton śmieci – wynika z danych Eurostatu. W całej Unii Europejskiej jest to ponad 2,5 mld ton. W 2014 roku w krajach Wspólnoty przetworzono łącznie 2,3 mld ton śmieci (wliczając również te pochodzące z importu). Około 47 proc. z nich poddano procesom unieszkodliwiania odpadów innym niż spalanie, kolejne 36 proc. przeznaczono do odzysku innego, niż odzysk energii i wypełnianie wykopów. Wiele odpadów wciąż jednak bezużytecznie zalega.
– Na lądzie zalega prawie pięć miliardów ton plastiku. Co roku w oceanach ląduje prawie osiem milionów ton plastiku. Jeżeli czegoś z tym nie zrobimy, nasze środowisko ulegnie zagładzie. A ponieważ i tak używamy ropy, dzięki paliwom z przetworzonego plastiku możemy zdywersyfikować źródła jej pochodzenia, a jednocześnie pomóc środowisku – twierdzi ekspertka.
Z analiz Zion Market Research wynika, że światowy rynek biopaliw osiągnie w 2022 roku wartość niemal 219 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 4,5 proc.
Chiny planują zniesienie (poluzowanej pod koniec 2015) polityki kontroli urodzeń, co może mieć miejsce już w 4q18. Działania takie nie zapobiegną jednak starzeniu się społeczeństwa – liczba ludności w wieku produkcyjnym maleje kontrybuując do problemów związanych z brakiem pracowników.
Podaż na rynku pracy stała się barierą dla wzrostu gospodarczego. Skutki zmian pojawią się po latach.
– Do tej pory wzrost chińskiej gospodarki był oparty na państwowych inwestycjach, ale te coraz bardziej okazują się nieefektywne – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.