Nadchodzą nowe regulacje w zakresie technologii blockchain i kryptowalut

Obecnie jedną z najważniejszych regulacji wymaganych w zakresie technologii blockchain i kryptowalut są przepisy dotyczące przeciwdziałania w zakresie prania pieniędzy i finansowania terroryzmu. 

W wielu krajach powoli wchodzą one w życie. Widać więc odpowiedni kierunek zmian – mają one doprowadzić do tego, aby wymagania wobec takiej działalności nie odbiegały od obowiązujących na tradycyjnym rynku finansowym. Może to doprowadzić do otwarcia rynku. Wszystkie podmioty istniejące w branży będą musiały działać zgodnie z przepisami, które dotychczas nie istniały. Wymagają one m.in. identyfikacji klienta, analizy i historii transakcji, tego skąd pochodzą środki.

Są to regulacje, które z jednej strony zabezpieczają transakcje, aby nie były one wykorzystywane do prania brudnych pieniędzy i finansowania terroryzmu. Pozwalają jednak też na to, aby rynek zaczął działać w pełni transparentnie i zgodnie z prawem.

Dotychczas było to niemożliwe, ponieważ nie istniały odpowiednie przepisy.

– W Polsce w ciągu trzech najbliższych miesięcy wejdzie w życie nowa ustawa o przeciwdziałaniu w zakresie prania  brudnych pieniędzy, która wprowadza m.in. czwartą i piątą dyrektywę unijną w tym zakresie –  powiedział serwisowi eNewsroom Paweł Kuskowski, prezes firmy Coinfirm

 Reguluje ona podmioty takie, jak giełdy wymiany walut i portfele obsługujące wymianę walut, czyli tzw. wallety.

Są to jedne z najbardziej progresywnych zmian w Europie, a być może nawet na świecie. Regulacje te zrównują działalność biur i firm płatniczych, a nawet banków z działalnością podmiotów obsługujących płatności kryptowalutoweJeżeli ustawa wejdzie w życie, tradycyjne instytucje finansowe będą miały problem z wypowiadaniem umów oraz odmową otwarcia kont dla giełd i portfeli kryptowalutowych. Głośnym w ostatnim czasie przypadkiem jest sprawa giełdy Bitfinex, która miała konto obsługujące transakcję w jednym z banków spółdzielczych. 

Bardzo duże środki, które przez nie przeszły, zostały zatrzymane jako pochodzące – rzekomo – z działalności przestępczej. Nie ma jednak pewności, czy tak rzeczywiście było. Dzięki rozwiązaniom regulacyjnym będzie możliwość rzetelnego sprawdzenia działalności danego podmiotu i tego, w jakim zakresie nie był on zgodny z istniejącymi przepisami. Obecnie środki mogą zostać zajęte i uznane za pochodzące z nielegalnych działań bez pewności, czy tak naprawdę było. Jeżeli nowe przepisy wejdą w życie, będzie można analizować przypadki pod kątem zgodności z konkretnymi regulacjami – wskazał Kuskowski.

Duże zmiany w przepisach o ochronie danych. Firmy nie są gotowe na kompleksowe zarządzanie nimi

Duże zmiany w przepisach o ochronie danych. Firmy nie są gotowe na kompleksowe zarządzanie nimi 1

RODO wejdzie w życie już w piątek. Dostosowanie się do nowych przepisów całkowicie zmieni rolę branży IT w kontekście ochrony prywatności i będzie wymagać ścisłej współpracy wszystkich struktur organizacyjnych w firmie. Część z nich wciąż nie jest na to gotowa. Przedsiębiorstwa muszą się nauczyć właściwie zarządzać cennym zasobem, jakim są dane.  Nie tylko po to, żeby dostosować się nowego prawa, lecz także po to, by odpowiadać na wyzwania rynku związane z cyfryzacją. 

Jesteśmy w epoce, w której dane – ich posiadanie, zdolność ich gromadzenia i budowania różnego rodzaju analiz opartych na danych – stają się paliwem XXI wieku. Patrząc z perspektywy inwestycji, największe zyski i największe pieniądze są dzisiaj właśnie w tym środowisku, które obraca danymi. Połączenie wielu źródeł danych, zdolność do ich zanalizowania i wyciągania konstruktywnych wniosków służących podejmowaniu decyzji biznesowych czy osobistych – to jest dzisiaj jest absolutnie krytyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Artur Borowski, country manager NetApp w Polsce

Według szacunków IBM codziennie powstaje 2,5 miliarda gigabajtów nowych danych. Z kolei IDC podaje, że w 2025 roku ich liczba wzrośnie już dziesięciokrotnie. Do tego czasu cyfrowy wszechświat (dane tworzone i kopiowane co roku) osiągnie 180 zetabajtów. Znaczenie danych jako głównego surowca przyszłości podkreślają Komisja Europejska, ONZ czy OECD, natomiast brytyjski dziennik „The Economist” w ubiegłym roku uznał dane za najważniejszy surowiec XXI wieku, który generuje już więcej pieniędzy niż ropa.

Według raportu „Data Utilization Intensity 2017”, opracowanego na zlecenie resortu cyfryzacji, dostęp, analiza i wykorzystanie danych już w tej chwili wpływają w 48 proc. na produktywność polskiej gospodarki i w 46 proc. na PKB całej Unii Europejskiej.

 Wchodzimy w świat samochodów, które jeżdżą same, i maszyn, które podejmują za nas inteligentne decyzje – od prozaicznego zaopatrzenia lodówki w mleko czy masło po poważne obszary, jak diagnostyka medyczna, w której komputery wspierają pracę lekarza. Wszystkie te narzędzia pomagają nam w istotny sposób zmienić jakość tego, co robimy i unikać fundamentalnych błędów. To jest wyścig, który się już zaczął. Chodzi o to, żeby wykorzystać cały ten potencjał danych do znalezienia swojej niszy rynkowej i wyższości technologicznej, a przez to w lepszy sposób dotrzeć do klienta i odpowiedzieć na jego aktualne potrzeby – podkreśla Artur Borowski.

Rosnąca liczba danych, ich przetwarzanie oraz zarządzanie nimi stają się istotne dla firm nie tylko ze względu na rozwój biznesu, lecz także na zmieniające się przepisy prawne.

 RODO to w tej chwili bardzo ważna kwestia dla branży IT, ponieważ jesteśmy w głównym nurcie ochrony danych. Rozporządzenie nie dotyczy tylko firm działających w UE, lecz także wszystkich, którzy robią interesy z unijnymi przedsiębiorstwami – mówi Thomas Kaiser, dyrektor NetApp na region Europy Wschodniej i Turcji.

RODO, czyli ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych, zacznie obowiązywać 25 maja br. Regulacja ujednolici przepisy w tym zakresie na terenie wszystkich dwudziestu ośmiu państw członkowskich UE, ale jej skutki odczują przedsiębiorstwa i organizacje na całym świecie. RODO ma charakter eksterytorialny – obejmie każdą firmę, która ma dostęp do danych osobowych rezydentów UE, niezależnie od tego, gdzie się znajduje ani w jaki sposób gromadzone są dane. Mówiąc prościej – oznacza to, że wszystkie firmy, które mają do czynienia z danymi obywateli krajów UE, będą musiały przestrzegać nowych przepisów.

Głównym celem RODO jest zwiększenie kontroli konsumentów i osób fizycznych nad tym, w jaki sposób wykorzystywane są ich dane osobowe. Nowa regulacja zastąpi też dotychczasowe, wielokrotnie nowelizowane przepisy, dostosowując je do współczesnych wyzwań związanych z cyfryzacją i nowymi technologiami.

To najwyższy czas na nowe przepisy, bo poprzednie rozwiązania pochodziły z 1995 roku, więc są całkowicie przestarzałe. 20 lat temu nie było przecież smartfonów, Google’a ani Ubera, tymczasem dziś każdy nasz krok jest śledzony przez coś lub przez kogoś. Dlatego ochrona danych jest tak ważna – podkreśla Thomas Kaiser.

Nowe unijne przepisy zrewolucjonizują biznes i całkiem zmienią sposób myślenia o ochronie danych osobowych. Nałożą restrykcyjne wymogi na wszystkie podmioty, publiczne i prywatne, duże i małe, które gromadzą i przetwarzają takie informacje. To oznacza, że do RODO musi się dostosować praktycznie każda firma i organizacja.

Dyrektor NetApp na Europę Wschodnią i Turcję zauważa, że rozporządzenie RODO całkiem zmieni rolę branży IT w kontekście ochrony prywatności. Ocenia również, że część firm wciąż nie jest gotowa na wejście w życie nowych przepisów.

– Podstawową rolą branży IT w ochronie prywatności jest zarządzanie danymi, podczas gdy w przeszłości było to raczej zarządzanie ich przechowywaniem. Najważniejsze dla IT jest znalezienie porozumienia z departamentami biznesowymi, tak byśmy byli przygotowani na nowe prawo. RODO wejdzie w życie w maju i jeszcze nie wszyscy są na to przygotowani – mówi Thomas Kaiser.

Przed 25 maja przedsiębiorstwa muszą wdrożyć odpowiednie rozwiązania, zarówno informatyczne, jak i organizacyjne, które zagwarantują maksymalny poziom bezpieczeństwa danych osobowych, przeszkolić pod tym kątem pracowników, powołać wewnętrznych inspektorów danych osobowych i znacznie szerzej informować klientów o tym, jak są wykorzystywane informacje na ich temat. Dlatego dostosowanie się do RODO wymaga ścisłej współpracy wszystkich struktur organizacyjnych w firmie.

Ważne, aby wszystkie departamenty wspólnie stworzyły coś w rodzaju zespołu zadaniowego, który wdrażałby nowe prawo. Druga kwestia to budowa infrastruktury IT. Kilka lat temu była ona bardziej zdecentralizowana, każda firma miała własne centrum przetwarzania danych. Dziś mamy chmurę i nikt tak naprawdę nie wie, gdzie znajdują się jego dane. Musimy mieć pewność, że wszyscy działają zgodnie z prawem. Na to składają się ludzie, technologie, aplikacje – wszystko jest ważne. Dlatego firmy potrzebują zespołu zadaniowego o szerokich kompetencjach – mówi Thomas Kaiser.

Jak podkreśla, same rozwiązania informatyczne i odpowiednia infrastruktura IT – choć muszą gwarantować maksymalny poziom bezpieczeństwa – nie są w stanie odpowiedzieć na wszystkie wyzwania związane z RODO. Do unijnego rozporządzenia firmy muszą się dostosować też od strony prawno-administracyjnej.

– Nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na wszystkie wyzwania, które niesie za sobą RODO, ale możemy zagwarantować, że infrastruktura jest bezpieczna i sprawdzona. Możemy także dostarczyć wiele usług, które przydadzą się przy dostosowywaniu firmy do nowych przepisów. Nasi klienci korzystają przy tym z naszego doświadczenia, ponieważ my sami także musieliśmy dostosować się do RODO – mówi Thomas Kaiser.

Facebook inwestuje w Polsce. Otwiera centrum dialogu i szkoleń z kompetencji cyfrowych

Facebook inwestuje w Polsce. Otwiera centrum dialogu i szkoleń z kompetencji cyfrowych 2

Przestrzeń to nowo otwarte warszawskie centrum Facebooka nastawione na wspieranie społeczności. Ma być miejscem publicznej debaty i budowania więzi. Będą w nim także organizowane szkolenia i warsztaty, między innymi dotyczące cyfrowych kompetencji oraz świadomego odbioru mediów i treści w internecie. Przestrzeń będzie też otwarta dla przedsiębiorców, małych i średnich firm. To pierwszy taki ośrodek Facebooka w Europie, który ma dowodzić kluczowego znaczenia Polski dla społecznościowego giganta.

– Przestrzeń Facebooka jest nowym miejscem na mapie Warszawy. Geneza całego pomysłu wzięła się z tego, że słuchamy naszych użytkowników, naszych społeczności. Rozmawiając z przedstawicielami zarówno polskich małych i średnich firm, jak i organizacji charytatywnych czy z administratorami grup, które są bardzo aktywne na Facebooku, często słyszymy, że brakuje im miejsca do dialogu, spotykania się ze sobą, ale też do prowadzenia różnego rodzaju szkoleń. Taki jest właśnie cel Przestrzeni. Ten projekt świadczy też o tym, jak ważna jest Polska na mapie Facebooka, jak bardzo chcemy się angażować w naszym kraju – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Turowski, szef polityki publicznej Facebooka w Polsce.

Przestrzeń to nowe centrum Facebooka, otwarte w tym tygodniu w Warszawie przy ul. Koszykowej 61. Ma być miejscem spotkań społeczności, organizacji debat, szkoleń i warsztatów. To pierwszy taki ośrodek Facebooka w Europie, podobne zostaną wkrótce otwarte również w Hiszpanii i Włoszech. Przestrzeń jest miejscem działającym zarówno online, jak i offline, gdzie grupy funkcjonujące wirtualnie zyskają możliwość zaistnienia w rzeczywistości. Jest nastawiona na wspieranie społeczności, ale otwarta również dla biznesu.

– Takie miejsca jak Przestrzeń Facebooka są bardzo istotne dla kształtowania świadomości młodych przedsiębiorców. Przestrzeń ma być skierowana do fundacji, małych i średnich przedsiębiorstw, które tutaj będą się edukowały, rozmawiały, szukały rozwiązań swoich problemów. Wiadomo, że jedno takie miejsce nie zmieni polskiej rzeczywistości, ale samo w sobie jest bardzo ważne – mówi Paweł Pudłowski, przewodniczący sejmowej Komisji Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii.

– Zależy nam na tym, żeby Przestrzeń była taka jak sam Facebook – bezpieczną przestrzenią dialogu dla lokalnej społeczności. Panele tematyczne będą bardzo zróżnicowane. Na pewno będziemy działać na rzecz programów, które mają uczyć ludzi, jak w świadomy sposób czytać media w XXI wieku, oraz programów dotyczących bezpieczeństwa w internecie. Będą one ogłaszane w następnych tygodniach i miesiącach – dodaje Jakub Turowski.

Równolegle z otwarciem warszawskiej Przestrzeni społecznościowy gigant ogłosił zakrojony na szeroką skalę program szkoleniowy, który będzie realizować w Polsce. Szkolenia podnoszące kompetencje cyfrowe będą skierowane do młodzieży, nowych uczestników rynku pracy, a także małych i średnich przedsiębiorstw. Co istotne, będą się odbywać nie tylko w Warszawie.

– To pierwszy duży program szkoleniowy, który będziemy wdrażać w kolejnych miesiącach w całej Polsce. W ciągu roku chcemy przeszkolić 50 tys. młodych Polaków w temacie włączenia cyfrowego i umiejętności cyfrowych. Cel jest taki, żeby dać im lepsze umiejętności i lepszy start na rynku pracy, żeby mogli łatwiej, prościej i skuteczniej rozpocząć swój własny biznes – mówi Jakub Turowski.

Szef polityki publicznej Facebooka w Polsce podkreśla, że otwarcie warszawskiej Przestrzeni potwierdza, jak duże znaczenie ma polski rynek dla społecznościowego serwisu. Facebook jest obecny w Polsce dokładnie od dziesięciu lat, a warszawskie biuro odpowiada za koordynację działalności serwisu w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Otwarcie centrum ma być również cegiełką Facebooka na rzecz budowania cyfrowego społeczeństwa i gospodarki.

– Ostatnia publikacja raportu DESI, który pokazuje, jak ucyfrowione jest społeczeństwo, niestety plasuje nas na 24. miejscu w Europie. Jesteśmy czwarci od końca, więc inicjatywy, które pomagają się nam poruszać w przestrzeni cyfrowej, a firmom lepiej wykorzystywać przestrzeń cyfrową do prezentacji swojej oferty, zdobywania klientów i zawierania transakcji, to jest to, czego poszukujemy – podkreśla Paweł Pudłowski.

Miliardy na internet w szkołach i naukę programowania dla uczniów. Za kilka lat kompetencje cyfrowe będą potrzebne w większości zawodów

Miliardy na internet w szkołach i naukę programowania dla uczniów. Za kilka lat kompetencje cyfrowe będą potrzebne w większości zawodów 3

Za 5–10 lat w większości zawodów będą wykorzystywane kompetencje cyfrowe, dlatego musimy inwestować w ich rozwój – podkreśla Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju. Temu służyć ma część środków z 10 mld zł, które trafi na cyfryzację w ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa. Ważnym elementem jest także projekt Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, która za dwa lata połączy wszystkie 30,5 tys. polskich szkół i zapewni uczniom dostęp do szybkiego internetu, zaplecza technologicznego i programów edukacyjnych. To największy taki projekt w Europie.

Cyfryzacja to nie tylko wyzwanie cywilizacyjne, lecz także to w tej chwili przyszłość funkcjonowania społeczeństwa i gospodarki. Już w tej chwili wiemy, że za kilka lat większość zawodów, mówi się o 90 proc., będzie bezpośrednio albo pośrednio wykorzystywało kompetencje cyfrowe. Aby na to przygotować nasze społeczeństwo, naszą gospodarkę, musimy stworzyć system edukacji na możliwie najwyższym poziomie, żeby kształcił młodych obywateli do tej nowej roli – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju.

Z ubiegłorocznego raportu UKCCIS (UK Council for Child Internet Safety) wynika, że już ponad połowa polskich dzieci ma własnego laptopa – to najwyższy wynik wśród wszystkich przebadanych krajów (dalej plasują się Szwecja, Wielka Brytania, Niemcy i Hiszpania). Polskie dzieci mają też najwięcej telefonów w porównaniu do swoich rówieśników z Niemiec, Włoch i Holandii, które zajęły kolejne miejsca.

Gorzej wypada za to dostęp do technologii i internetu w polskich szkołach. Według danych Ministerstwa Edukacji Narodowej tylko 10 proc. (niewiele ponad 3 tys.) szkół i placówek oświatowych ma obecnie dostęp do sieci o takich parametrach, które umożliwiają wykorzystywanie jej do nauki i prowadzenia lekcji. 40 proc. korzysta z dostępu do internetu o przepustowościach nieprzekraczających 10 Mbps, a jedna czwarta polskich uczniów nie ma możliwości korzystania z sieci nawet na lekcjach informatyki.

Dzieci już w tej chwili żyją w cyfrowym świecie, są otoczone nowoczesnymi technologiami. Szkoła musi być dla nich środowiskiem, w którym zdobywają wiedzę. Internet jest bazą, która otwiera możliwości, ale potrzebni są również kompetentni nauczyciele, urządzenia końcowe, infrastruktura wewnętrzna. Wreszcie potrzebne są również e-zasoby, które będą dobrze przefiltrowane i sprawdzone, żeby internet w szkole i treści dostarczane uczniom były w pełni bezpieczne – mówi Marek Zagórski, minister cyfryzacji.

Te zaległości ma nadrobić Ogólnopolska Sieć Edukacyjna, która do 2020 roku ma połączyć wszystkie 30,5 tys. szkół w Polsce i zapewnić im dostęp do szybkiej sieci o przepustowości minimum 100 Mbps. Dzięki temu lekcje we wszystkich polskich szkołach będą prowadzone przy wykorzystaniu nowych technologii i internetu, a uczniowie i nauczyciele będą rozwijać cyfrowe kompetencje. Projekt ma też wyrównać różnice pomiędzy szkołami z obszarów wiejskich a tymi w dużych miastach.

We wcześniejszych latach były realizowane całkiem ciekawe inicjatywy, na przykład e-podręczniki. Ale wyglądało to mniej więcej tak, jakbyśmy chcieli dać samochód komuś, kto nie ma prawa jazdy i nie umie jeździć. Po prostu nie było możliwości fizycznego korzystania z tej oferty. OSE pozwoli nam te wszystkie projekty realizować równolegle w całej Polsce – mówi Marek Zagórski.

Za wdrożenie, uruchomienie i utrzymanie OSE odpowiada Państwowy Instytut Badawczy NASK. Zapewni on również system bezpieczeństwa oraz treści edukacyjne dla szkół, które będą przydatne w kształceniu umiejętności cyfrowych.

Ten proces już się rozpoczął, pierwsze 1,5 tys. lokalizacji, czyli ponad 2 tys. szkół, zostanie przyłączonych do OSE do końca tego roku, w kolejnym – 12 tys., a w 2020 roku sieć obejmie już mniej więcej 90 proc. placówek. W ten sposób zrealizujemy największy tego typu projekt w Europie – podkreśla Marek Zagórski. – W Niemczech podobny program jest dopiero w realizacji, na świecie takie kompleksowe rozwiązanie działa tylko w dwóch państwach. OSE będzie bardzo ważnym narzędziem dla uczniów, nauczycieli, a także dla ministra odpowiedzialnego za edukację.

Ogólnopolska Sieć Edukacyjna ma podnieść cyfrowe kompetencje wśród dzieci i młodzieży. To istotne o tyle, że, jak pokazuje ubiegłoroczny aportu Edu-Tech, opracowany na bazie danych Eurostatu, Polska plasuje się w ogonie państw OECD pod względem kompetencji cyfrowych uczniów, a nauka programowania jest jedną z najsłabiej rozwiniętych umiejętności. Odsetek młodzieży, która korzystając ze specjalistycznego języka kodowania, napisała przynajmniej jeden program, wynosi w Polsce 14 proc., podczas gdy w Finlandii jest kilkukrotnie wyższy i sięga prawie 40 proc.

Do tematu kompetencji cyfrowych podchodzimy kompleksowo. Zdecydowaliśmy się finansować zarówno edukację podstawowych kompetencji cyfrowych, jak i tych bardziej zaawansowanych, czyli nauki programowania. W samej Wielkopolsce zostanie przeszkolonych prawie szesnaście tysięcy uczniów, a wraz z nimi ponad tysiąc nauczycieli, których chcemy nauczyć programowania i tego, jak rozwijać kompetencje cyfrowe u dzieci – mówi Wanda Buk, dyrektor Centrum Projektów Polska Cyfrowa.

Jak podkreśla, mimo niekorzystnych statystyk Polacy całkiem dobrze radzą sobie z wyzwaniami związanymi z nowymi technologiami.

– Dobrym przykładem na to są wyniki Polski w klasyfikacji medalowej międzynarodowej olimpiady informatycznej. Przez kilkanaście ostatnich lat na przemian konkurujemy z Rosją i Chinami, nie ustępując im miejsca. To jest szalenie budujące i potwierdzające drzemiący w nas talent – zapewnia Wanda Buk.

Środki na rozwój cyfrowych kompetencji pochodzą za programu operacyjnego Polska Cyfrowa, w ramach którego łącznie 10 mld zł trafi na cyfryzację kraju i społeczeństwa.

Ważne jest, żeby mieć dobrą infrastrukturę. Jako państwo chcemy to zapewnić, budując infrastrukturę internetu szerokopasmowego w całym kraju, starając się zapewnić dostęp dla wszystkich gospodarstw domowych, również w ramach białych plam, gdzie budownictwo jest rozproszone, gdzie najtrudniej dotrzeć z szybkim internetem i gdzie często jest to nieopłacalne dla inwestorów prywatnych – dodaje Jerzy Kwieciński.

Rekordowe zainteresowanie sportowym programem Drużyna Energii. Uczniowie polskich szkół nadesłali ponad 20 tys. filmów z treningami

Rekordowe zainteresowanie sportowym programem Drużyna Energii. Uczniowie polskich szkół nadesłali ponad 20 tys. filmów z treningami 4

Polskie dzieci są zainteresowane aktywnością sportową. W programie Drużyna Energii wzięło udział sto szkół, których uczniowie w ciągu niespełna pół roku nadesłali ponad 20 tys. filmów z własnymi treningami sportowymi. Organizatorzy odczuwają satysfakcję, udało im się bowiem za pomocą internetu oderwać dzieci od komputerów. Jeszcze przed finałem zapowiadają kontynuację projektu w kolejnych latach.

Internet to dla dzisiejszych polskich dzieci naturalne środowisko. Według danych Fundacji Orange dostęp do sieci ma ponad 90 proc. dzieci w wieku szkolnym. Co czwarty przebadany przez fundację rodzic deklaruje, że jego pociechy mogą stale korzystać z internetu, gdyż ich telefon jest wyposażony w pełen pakiet danych. Internet jest potrzebny dzieciom i nastolatkom przede wszystkim do sprawdzania bieżących wiadomości, korzystania z poczty elektronicznej oraz mediów społecznościowych. Dla wielu rodziców internet to przede wszystkim zagrożenie, organizatorzy programu Drużyna Energii postanowili jednak pokazać, że sieć można wykorzystywać w pozytywnych celach.

– Łączymy tutaj kontakt z dziećmi poprzez social media, gdzie dzisiejsza młodzież jest non-stop obecna. Tam nasi ambasadorzy, którzy mają wyniki sportowe, równocześnie zasięgi i dosyć duże kanały na YouTube, z łatwością radzą sobie z tym, aby być obecnym w świecie dzieci i zachęcać je do tego, by wykonywać ćwiczenia, które im przedstawiają – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Leszczyński, dyrektor ds. marketingu, New Balance.

Drużyna Energii to ogólnopolski program zainicjowany jesienią 2017 roku przez Grupę Energa i skierowany do uczniów klas VI i VII szkół podstawowych. Placówki zgłaszali nauczyciele, do uczniów należało natomiast nagranie dwuminutowego filmiku prezentującego sportowy charakter szkoły. Do kolejnego etapu zakwalifikowało się sto szkół z całej Polski. Dla tych uczestników raz w tygodniu ambasadorzy akcji, czyli siatkarz Krzysztof Ignaczak, były piłkarz Marek Citko, dziennikarz sportowy Bartosz Ignacik oraz youtuber sportowy Krzysztof Golonka, publikowali w internecie filmy ze specjalnie przygotowanymi ćwiczeniami.

– Bardzo się cieszymy, że możemy pomagać nauczycielom szerzyć i propagować kulturę fizyczną, bo mamy nadzieję również na to, że z tych dzieciaków, które tutaj biegają, wyrosną przyszłe gwiazdy sportu, a jeżeli nie, to przynajmniej damy im to zdrowie – mówi Krzysztof Ignaczak.

Na podstawie filmów publikowanych przez ambasadorów Drużyny Energii uczniowie nagrywali własne filmy, na których odtwarzali dany trening. Za każde nadesłane wideo szkoła otrzymywała punkty, a najbardziej aktywne placówki zostawały finalistami programu. Do tych szkół raz w miesiącu przyjeżdżali ambasadorzy Drużyny Energii, aby poprowadzić z dziećmi trening na żywo. Organizatorzy programu już dziś twierdzą, że zainteresowanie ze strony szkół i uczniów przeszło ich oczekiwania.

– Zaangażowanie uczniów miło nas zaskoczyło, mieliśmy oczywiście nadzieję, że wykażą się hartem ducha, ale to, jaki zapał wykazały dzieci z każdej ze stu szkół biorących udział w projekcie, naprawdę daje nam nadzieję na to, że młode pokolenia Polaków cały czas będą zainteresowane sportem – mówi Andrzej Lis-Radomski, Grupa Energa.

Do tej pory uczestnicy programu nadesłali ponad 20 tys. filmików. Projekt został także zauważony przez media, organizatorzy nie kryją zaskoczenia liczbą publikacji na ten temat oraz nominacją do nagrody projektu roku w konkursie „Przeglądu Sportowego”. Za swój największy sukces uważają jednak zachęcenie polskich dzieci do większej aktywności fizycznej i przynajmniej chwilowe porzucenie laptopów i smartfonów na rzecz sportu.

– Ważne jest to, że nie musieliśmy do tego używać siły, wystarczyło stworzyć pewne zachęty, które zmotywują ich samych do tego, żeby wstały od urządzeń, żeby poszły na podwórko, poszły na boisko i zaczęły trenować – mówi Andrzej Lis-Radomski.

– Jeżeli będziemy wysyłać takie impulsy, przypominać dzieciom o tym, co jest ważne, że sport daje i sławę, i pieniądze, i popularność, a przede wszystkim daje olbrzymią satysfakcję, medale, puchary, mistrzostwa – to te impulsy w pewnym momencie spowodują, że oni może też w siebie uwierzą i spróbują uprawiać to systematycznie – mówi Marek Citko, były piłkarz, ambasador Drużyny Energii.

Finał Drużyny Energii odbywa się dziś (24 maja) w Gdańsku. Zwycięzcy otrzymają 10 tys. zł, zdobywcy 2. miejsca – 7 tys. zł, a drużyna, która uplasuje się na 3. miejscu, zostanie nagrodzona kwotą 4 tys. zł. Pieniądze te mają zostać przeznaczone na wyposażenie sal gimnastycznych w tych szkołach. Organizatorzy już dziś planują kolejne edycje programu, od początku myśleli bowiem o długofalowym projekcie.

– Będziemy stopniować nasze ćwiczenia, one będą coraz trudniejsze. W kolejnych etapach będziemy dołączali ćwiczenia, które będą wymagały większego zaangażowania, dłuższego spędzenia czasu z piłką na sali, więc będziemy również rozwijać dzieciaki w ten sposób – mówi Krzysztof Ignaczak.

Morfologia krwi może uratować życie. Blisko połowa Polaków wykonuje ją rzadziej, niż zalecają lekarze

Morfologia krwi może uratować życie. Blisko połowa Polaków wykonuje ją rzadziej, niż zalecają lekarze 5

Im wcześniejsza diagnoza, tym większe szanse na wygraną walkę z nowotworem krwi. Większość tego rodzaju chorób wykrywana jest jednak na późnym etapie rozwoju, głównie ze względu na nieswoiste i bagatelizowane objawy. Tymczasem nowotwór można zdiagnozować na podstawie prostego badania, jakim jest morfologia krwi obwodowej. 43 proc. Polaków wykonuje je jednak znacznie rzadziej, niż zalecają lekarze. Mało który Polak łączy również morfologię z możliwością wykrycia chorób krwi.

Zachorowalność na nowotwory układu krwiotwórczego i chłonnego rośnie. Według danych Krajowego Rejestru Nowotworów liczba nowych zachorowań w Polsce podwoiła się na przestrzeni ostatnich trzech dekad. Nowotwory układu krwiotwórczego i chłonnego coraz częściej dotykają także ludzi młodych oraz dzieci – co roku choroby te diagnozuje się u ponad 1 tys. osób poniżej 17 roku życia. Rokowania w przypadku chorób hematoonkologicznych mogą być dobre, o ile nowotwór zostanie rozpoznany na wczesnym etapie rozwoju. Diagnostyka nastręcza jednak trudności ze względu na nieswoiste objawy, jakie daje ta grupa schorzeń.

– Najpowszechniejsze są objawy wynikające z triady objawów laboratoryjnych, czyli objawy niedokrwistości, małopłytkowości i związane ze zmniejszoną liczbą neutrofili [białych krwinek układu odpornościowego – red.] – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Ewa Lech-Marańda, dyrektor Instytutu Hematologii i Transfuzjologii. – Objawy, których nie możemy ignorować, to objawy niedokrwistości, osłabienie, szybkie męczenie się, zmniejszona tolerancja wysiłku, nawracające zakażenia, trudno leczące się objawy takie jak krwawienie z nosa, z dziąseł przy myciu zębów, powiększające się węzły chłonne, które nie są związane z zakażeniem – dodaje.

Niespecyficzne objawy chorób hematoonkologicznych często bywają traktowane jako efekt szybkiego tempa życia lub starzenia się organizmu, a przez to bagatelizowane. Osoby skarżące się na przewlekłe zmęczenie, utratę masy ciała czy nawracające infekcje długo nie zgłaszają się do lekarza. Tymczasem nowotwór może zostać szybciej wykryty dzięki prostemu badaniu, jakim jest morfologia krwi obwodowej, które warto uzupełnić o badanie OB i badanie ogólne moczu.

– Z morfologii można się dowiedzieć, czy nie mamy jakiejś istotnej choroby krwi lub poważnych zaburzeń innych narządów, takich jak przewód pokarmowy czy płuca, bo one również manifestują się we krwi – mówi prof. dr hab. n. med. Wiesław Jędrzejczak, krajowy konsultant w dziedzinie hematologii.

Badanie sondażowe zrealizowane przez Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia na zlecenie firmy Novartis w ramach kampanii „Odpowiedź masz we krwi” pokazuje jednak, że świadomość Polaków w tym zakresie nie jest dostatecznie wysoka. 83 proc. respondentów uważa, że morfologię należy wykonywać raz na dwanaście miesięcy, co jest zgodne z rekomendacjami ekspertów, ale aż 43 proc. wykonuje ją zdecydowanie rzadziej. Zdecydowana większość ankietowanych nie wie, że to podstawowe badanie laboratoryjne może pomóc w wykryciu groźnych chorób, a tylko co piąty uczestnik badania zdawał sobie sprawę, że morfologia pomaga zdiagnozować białaczkę. Ponad połowa Polaków jest również błędnie przekonana, że morfologia jest obowiązkowym badaniem w ramach medycyny pracy.

– Medycyna pracy zajmuje się głównie ochroną zdrowia związaną z warunkami pracy, natomiast w przypadku pewnych niepokojących objawów lekarz medycyny pracy może rozszerzyć zakres badań, możemy mieć wpływ na wczesne wykrywanie tych chorób, skierować do lekarza rodzinnego, a ten z kolei do hematologa – mówi lek. Paweł Wdówik, krajowy konsultant w dziedzinie medycyny pracy.

Zdaniem eksperta coraz większa liczba pracodawców rozszerza zakres podstawowych badań dla pracowników, finansując je z własnych środków.

Regularne badania krwi obwodowej powinny wykonywać także dzieci, choroby hematologiczne mają bowiem ogromny wpływ na ich rozwój psychofizyczny. Najczęstszą chorobą przewlekłą u dzieci jest niedokrwistość z niedoboru żelaza, skutkująca między innymi spadkiem możliwości intelektualnych. Dzieci coraz częściej zapadają również na nowotwory hematologiczne, zwłaszcza białaczki stanowiące 26 proc. wszystkich nowotworów dziecięcych. Wcześnie wykryte dają dobre rokowania, sięgające 90 proc. wyleczalności. Lekarze radzą, by nie czekać na ewentualne objawy choroby, lecz regularnie poddawać dziecko badaniom profilaktycznym w postaci morfologii krwi obwodowej.

 Diagnostyka chorób krwi u dzieci i dorosłych jest prawie taka sama. Musimy wykonać morfologię krwi i z niej odczytać, czy kolejne badania są potrzebne, czy nie. W niektórych rozpoznaniach musimy wykonać punkcję szpiku kostnego, żeby powiedzieć, jak ten szpik działa, bo morfologia krwi mówi o tym, co mamy we krwi, a za wszystko jest odpowiedzialny szpik kostny – mówi prof. dr hab. n. med. Wojciech Młynarski, członek zarządu Polskiego Towarzystwa Onkologii i Hematologii Dziecięcej.

Zwiększenie świadomości Polaków w zakresie istoty wczesnej diagnostyki nowotworów hematologicznych dla powodzenia terapii jest celem kampanii „Odpowiedź masz we krwi”, której partnerami są Polskie Towarzystwo Hematologów i Transfuzjologów, Polskie Towarzystwo Onkologii i Hematologii Dziecięcej oraz Instytut Hematologii i Transfuzjologii. Patronat honorowy nad kampanią objęli konsultant krajowy w dziedzinie hematologii prof. dr hab. n. med. Wiesław W. Jędrzejczak oraz konsultant krajowy w dziedzinie medycyny pracy lek. Paweł Wdówik. Organizatorzy kampanii chcą za jej pośrednictwem upowszechnić wiedzę na temat chorób krwi i szpiku kostnego, zwłaszcza ich niespecyficznych objawów, oraz poprawić wykrywalność chorób hematologicznych.

Zmiana w zarządzie Work Service S.A.

W dniu 23 maja br. Rada Nadzorcza powołała Piotra Ambrozowicza w skład Zarządu Work Service S.A. Obejmie on funkcję Wiceprezesa odpowiedzialnego za nadzór nad polityką finansową i rachunkową Grupy oraz nadzór finansowy nad Spółkami zależnymi Grupy Kapitałowej Work Service. Zastąpi na tym stanowisku Krzysztofa Rewersa, który złożył rezygnację z pełnionej dotychczas funkcji.

Chciałem bardzo podziękować Krzysztofowi za ogromny wkład i pracę jaką w ostatnich miesiącach i latach wykonał dla naszej spółki. Życzę mu powodzenia w dalszych planach zawodowych – mówi Maciej Witucki, Prezes Work Service S.A. – Tymczasem mogę powitać w naszym gronie Piotra Ambrozowicza, który po 4 latach przerwy wraca do Grupy Work Service, aby przejąć odpowiedzialność za prowadzenie polityki finansowej. Jestem przekonany, że jego znajomość zarówno branży jak i naszej firmy, a także zdobyte w ostatnich latach doświadczenie, będzie bardzo cenne dla naszego dalszego rozwoju – dodaje Maciej Witucki.

Z dniem 23 maja br. Piotr Ambrozowicz przejmie obowiązki Krzysztofa Rewersa i będzie odpowiedzialny za finanse oraz budowanie efektywności inwestycyjnej i kosztowej Grupy Work Service. Piotr Ambrozowicz jest absolwentem Wydziału Informatyki i Zarządzania na Politechnice Wrocławskiej oraz Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, gdzie obronił doktorat w zakresie nauk ekonomicznych. W latach 2006 – 2010 swoją karierę zawodową związał z firmą FagorMastercook SA, w której rozpoczynał swoją działalność od stanowiska dyrektora finansowego, następnie Wiceprezesa i Członka Zarządu do Członka Komitetu Finansowego międzynarodowej grupy Fagor. W latach 2010-2014 był związany z Work Service S.A., gdzie pełnił funkcję Wiceprezesa Zarządu odpowiedzialnego za politykę finansową. Następnie w latach 2014-2015 objął stanowisko CEO CEE OTTO Polska, agencji zatrudnienia wchodzącej w skład OTTO Work Force. W ostatnim czasie Piotr Ambrozowicz pełnił funkcję Wiceprezesa Zarządu OT Logistics S.A., gdzie odpowiadał  m.in. za rozwój grupy kapitałowej, a także nadzorował procesy akwizycji i ich finansowania.

Niedziele bez handlu odbiły się na zakupach

Sprzedaż detaliczna wzrosła w kwietniu br., w ujęciu rocznym, w cenach stałych, o 4 proc. (wobec 8,8 proc. w marcu) – podał GUS.

Sprzedaż detaliczna w ubiegłym miesiącu była najniższa od ponad dwóch lat. W porównaniu z marcem spadła o 5,9 proc. W marcu, z powodu Świąt Wielkanocnych, nie było jeszcze widać negatywnego wpływy zakazu handlu w niedziele na sprzedaż w wielkich sieciach handlowych. W kwietniu, kiedy mieliśmy aż cztery niedziele niepracujące, sprzedaż w niewyspecjalizowanych sklepach, czyli hiper- supermarketach, czy dyskontach spadła o 1,9 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. W stosunku do marca spadek wyniósł 13,9 proc. Warto jednak pamiętać, że przed rokiem Święta Wielkanocne obchodziliśmy w połowie kwietnia i zakupy przedświąteczne skumulowały się w tym miesiącu. W tym roku szczyt zakupów wypadł w marcu.

Sprzedaż w sieciach handlowych mogła być jeszcze niższa, gdyby nie zmasowane akcje promocyjne sklepów zachęcające klientów do robienia zakupów w piątek i sobotę, wydłużenie godzin pracy, szczególnie w dni poprzedzające wolne niedziele. Co ciekawe, na kiepski kwiecień narzekają także właściciele małych sklepów, (sprzedaż spadła o kilka procent), które miały być beneficjentami niedzielnego ograniczenia handlu.

Po wprowadzeniu zakazu handlu w niedziele na tłumy klientów liczyły również sklepy internetowe. Wyniki marca wydawały się potwierdzać te nadzieje, gdyż znacząco wzrosła sprzedaż. Ale już kwiecień rozczarował. Co prawda obroty dalej rosły, ale udział niedziel w sprzedaży spadł. W dłuższej perspektywie, zamkniecie sklepów stacjonarnych w niedziele, powinno jednak sprzyjać e-sklepom.

Na razie, na zakazie handlu w niedziele tracą wszyscy. Duże sieci handlowe, mali przedsiębiorcy i sklepy internetowe. Za wcześnie jednak wyciągać daleko idące wnioski, tylko na podstawie dwóch nietypowych miesięcy. Coś więcej o skutkach dla gospodarki zakazu handlu w niedziele będziemy mogli powiedzieć dopiero za kilka miesięcy.

Wydaje się, że kwiecień nie będzie zapowiedzią ochłodzenia koniunktury w handlu, a tylko „wypadkiem przy pracy”. I to mimo tego, że GUS podał też dzisiaj, że w maju obniżyły się bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej i wyprzedzający wskaźnik ufności. Nastąpiło pogorszenie zarówno obecnych, jak i przyszłych nastrojów konsumenckich w stosunku do poprzedniego miesiąca.

Bardziej prawdopodobne jest utrzymanie wysokiej skłonności do konsumpcji. Prawie dwie trzecie Polaków zapowiada, że w tym roku wyda więcej pieniędzy na zakupy niż w 2017 r. – wynika z europejskiego badania L Observatoire Banku BGŻ BNP Paribas. Optymizm wzmaga bardzo dobra sytuacja na rynku pracy – niskie bezrobocie, łatwość w znalezieniu nowego miejsca pracy. Zajmuje to obecnie średnio 2,5 miesiąca, czyli znacznie mniej czasu niż kilka lat wcześniej. Szybko rosną też wynagrodzenia. Według różnych prognoz mają być wyższe w tym roku realnie o 3,8 proc., co sytuuje nas w czołówce państw UE.

Autor: Zbigniew Maciąg, Konfederacja Lewiatan

Dobry początek roku dla regionalnych rynków biurowych

  • Deweloperzy wykazują się wysoką aktywnością na głównych rynkach biurowych. W pierwszym kwartale 2018 roku nowa podaż w regionach wyniosła 129 050 m kw., co oznacza wzrost 92% r/r.
  • W 2018 roku w Krakowie i we Wrocławiu zostanie oddane do użytku tylko o 20% i 30% nowej powierzchni biurowej mniej niż w Warszawie.
  • Na większości regionalnych rynków biurowych widoczny jest trend konsolidacji najemców z sektora BPO/SSC pod jednym adresem, czego przykładem jest transakcja Clariant w Łodzi.
  • Wskaźnik powierzchni niewynajętej w Trójmieście jest na najniższym poziomie od 2012 roku pomimo relatywnie dużej aktywności deweloperów.

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield opublikowała raport MarketBeat podsumowujący pierwszy kwartał 2018 roku na regionalnych rynkach powierzchni biurowej. Po rekordowym 2017 roku następuje stabilizacja – całkowity zasób powierzchni biurowej w tym segmencie na koniec Q1 2018 wyniósł 4,5 mln mkw., co oznacza wzrost o 3% q/q. Jednocześnie zmniejszył się wskaźnik pustostanów o 0,6 pp. do 9,3%. Największą aktywność deweloperów obserwuje się na rynkach wrocławskim i krakowskim.

Łącznie w pierwszym kwartale 2018 roku na regionalnych rynkach biurowych w Polsce do użytku zostało oddane siedem nowych inwestycji, co przełożyło się na wzrost dostępnej powierzchni o prawie 130 tys. m kw. Oznacza to, że wolumen powierzchni biurowej oferowanej w największych miastach regionalnych przekroczył już 4,5 mln mkw., a do końca roku ma zostać przekroczona granica 5 mln. Największym z nowych budynków jest gdańska Olivia Star wybudowana przez Olivia Business Center. Wieżowiec oferuje łącznie 45,6 tys. mkw. Na drugim i trzecim miejscu znalazły się odpowiednio krakowski O3 Business Campus III (19 200 mkw.) oraz .KTW I w Katowicach (18 250 mkw.).

Obserwując poszczególne rynki widać, że najaktywniejsze są Kraków i Wrocław. To właśnie w tych dwóch miastach do końca roku na rynek ma być dostarczone najwięcej nowej powierzchni (ponad 180 tys. mkw. w Krakowie i blisko 166 tys. mkw. we Wrocławiu). Co więcej, we Wrocławiu i w Krakowie doszło do zawarcia dwóch największych transakcji w tym kwartale. Santander Consumer Bank wynajął 10 000 mkw. we wrocławskim Business Garden Wrocław I, natomiast w Krakowie umowę przednajmu na 8 960 m mkw. w budynku .BIG podpisała firma State Street.). Na trzecim miejscu znalazło się Trójmiasto, które ma w tym samym czasie wzbogacić się o blisko 105 tys. m kw. nowej powierzchni biurowej. W pozostałych badanych miastach wolumen będzie zdecydowanie niższy: 53 tys. w przypadku Łodzi, 40 tys. w Lublinie i Katowicach.

Początek 2018 roku, po bardzo intensywnym zakończeniu 2017 r., przyniósł ostudzenie i charakteryzuje się dążeniem do stabilizacji. Łącznie sfinalizowano transakcje o sumarycznej powierzchni 127 100 mkw., czyli o prawie 30% mniej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Temu zjawisku z kolei towarzyszy systematyczne zapełnianie się pustostanów – spadek o 0,6 pp. do 9,3%, z czego najkorzystniej pod tym względem wygląda rynek trójmiejski (7,7%), a najmniej korzystnie lubelski (17,1%). – Spadek wskaźnika pustostanów był spowodowany stosunkowo wysoką absorpcją, która w pierwszym kwartale 2018 roku wyniosła 101 200 mkw., dzięki oddaniu na rynek projektów, które w większości były już zabezpieczone umowami przednajmu – tłumaczy Jan Szulborski, konsultant w dziale Doradztwa i Badań Rynkowych, Cushman & Wakefield, autor raportu.

Ponadto zauważalna jest stabilizacja cen najmu (od 12 do 14,5 euro/mkw. miesięcznie), a nawet lekkie wzrosty w Poznaniu oraz Wrocławiu (wzrost o 0,5 euro), co jest spowodowane ograniczeniem dostępności najbardziej atrakcyjnych powierzchni w tych dwóch miastach.

Wyłudzenia VAT. Fiskus będzie musiał się bardziej postarać, by ukarać przedsiębiorcę

Naczelny Sąd Administracyjny stoi na stanowisku, że w sprawach dotyczących wyłudzeń w VAT organ podatkowy ma obowiązek dokładnego ustalenia stanu faktycznego oraz udowodnienia podatnikowi wzięcia udziału w oszustwie podatkowym. Brak obiektywnych przesłanek skutkuje niemożliwością ukarania przedsiębiorcy.

Ostatnie orzecznictwo korzystne dla przedsiębiorców

Tylko w grudniu ubiegłego roku Naczelny Sąd Administracyjny wydał dwa wyroki, z których można wywieść obowiązek każdorazowego udowodnienia podatnikowi działania zmierzającego do wyłudzenia VAT. W jednym z nich, wydanym 20 grudnia 2017 r. w sprawie o sygn. I FSK 388/16, NSA stwierdził:

„Krajowe organy administracyjne i sądowe powinny odmówić prawa do odliczenia, jeżeli zostanie udowodnione na podstawie obiektywnych przesłanek, że skorzystanie z tego prawa wiązałoby się z przestępstwem lub nadużyciem. Niezgodne z zasadami funkcjonowania prawa do odliczenia jest sankcjonowanie odmową możliwości skorzystania z prawa do odliczenia podatku naliczonego podatnikowi, który nie wiedział i nie mógł wiedzieć, że w ramach danej transakcji dostawca dopuścił się przestępstwa lub że inna transakcja w łańcuchu dostaw, dokonana przed transakcją przeprowadzoną przez owego podatnika lub po niej miała miejsce z naruszeniem VAT.”

Dwa dni wcześniej ten sam sąd uznał, że „prawidłowe ustalenie stanu faktycznego w zakresie rzeczywistego wykonania transakcji jest podstawowym i kluczowym elementem dla ustalenia powstania oraz możliwości skorzystania przez podatnika z prawa do odliczenia podatku naliczonego” (wyrok NSA z 18 grudnia 2017 r., sygn. I FSK 352/16). Podobnie zostało wskazane w wyroku NSA z 25 stycznia 2018 r., sygn. I FSK 664/16).

Oznacza to jedynie, że NSA zaczął zauważać i wytykać błędy fiskusa, które niejednokrotnie są powielane przez sądy administracyjne. Co istotne, sprawy, których przytoczone wyroki dotyczą, nie są „świeże” – decyzje w I instancji zostały wydane dużo wcześniej, bo w 2014 r., a odnoszą się do zdarzeń z lat 2008 i 2012. W tamtym okresie fiskus jeszcze nie był tak aktywny w kwestii wyłudzenia VAT. Od momentu, w którym nasiliły się kontrole i postępowania, zwiększyła się również liczba popełnianych błędów proceduralnych, dotyczących głównie gromadzenia dowodów i ich oceny. Można mieć nadzieję, że NSA również te „nowe” błędy zauważy i wytknie, a to przełoży się bezpośrednio na lawinowe uchylanie decyzji podatkowych.

Obowiązek udowodnienia podatnikowi, że naruszył prawo

Kontrole i postępowania podatkowe ujawniają szereg błędów popełnianych przez organy.
W praktyce jednak utrudniona jest polemika co do ustaleń faktycznych i oceny materiału dowodowego, zwłaszcza na etapie administracyjnym. Nie może ona bowiem opierać się wyłącznie na przedstawieniu własnych ustaleń – trzeba też wykazać, w którym momencie organ nieprawidłowo ocenił materiał dowodowy. Właśnie dlatego niejednokrotnie dopiero etap sądowy – przede wszystkim postępowanie przed Naczelnym Sądem Administracyjnym – umożliwia podatnikowi podważenie ustaleń organów. A jak wynika z przytoczonych wyroków, to na tych właśnie organach ciąży obowiązek udowodnienia (a nie uprawdopodobnienia!) albo tego, że dane transakcje w ogóle nie miały miejsca, albo tego, że podatnik nie działał w dobrej wierze. Organy jednak zapominają o tym i desperacko poszukują najmniejszych nawet dowodów przemawiających na niekorzyść przedsiębiorcy, pomijając dowody korzystne, a nawet odmawiając stronie przeprowadzenia jakiegoś dowodu. Takie postępowanie przeczy podstawowym zasadom wyrażonym w Ordynacji podatkowej (oraz przepisom szczególnym).

Ustalenia faktyczne organu a rzeczywistość – czy warto polemizować?

Jak wskazał NSA, to ustalenia faktyczne zgodne z rzeczywistością stanowią fundament, na którym powinna się opierać decyzja podatkowa. Jeśli zatem występują nieprawidłowości
w tym zakresie, należy je wykazać, a przez to również podważyć zasadność wydanej decyzji. Tylko w ten sposób można obronić się przed arbitralnością i abstrakcyjnym karaniem w sytuacji, gdy organ jedynie podejrzewa nielegalność działań podatnika. Dla organów to zdecydowanie zła wiadomość – będą musiały się bardziej przyłożyć, jeśli będą chciały ukarać podatnika. Stawka jest wysoka: organ może nie tylko odmówić prawa do odliczenia VAT z faktur zakupowych, ale również skorzystać z dobrodziejstwa art. 108 ustawy o VAT, tj. de facto nałożyć na podatnika karę w postaci obowiązku zapłaty podatku wykazanego następnie w (nierzetelnych) fakturach sprzedażowych.

Na etapie sądowym trzeba umiejętnie wykazać, że organ określony błąd popełnił, a także – że mógł on mieć istotny wpływ na wynik sprawy. W praktyce obowiązek podatnika sprowadza się do przekonania WSA (a następnie NSA, jeśli nie uda się w I instancji), iż organy podatkowe m.in. prowadziły postępowanie w sposób tendencyjny, zakładając nieuczciwość strony
i pomijając konkretne dowody. Samo stwierdzenie, że sytuacja taka miała miejsce, nie odniesie sukcesu. Choć więc to na organie ciąży obowiązek udowodnienia pewnych okoliczności implikujących pozbawienie prawa do odliczenia VAT, to na skarżącym ciąży obowiązek udowodnienia, iż organ swojego obowiązku nie dopełnił. Dlatego tak ważna jest znajomość oraz interpretacja przepisów proceduralnych, orzecznictwa sądów administracyjnych oraz poglądów doktryny.

Wyroki NSA dają podatnikom nadzieję, że sądy rzetelnie i wnikliwie rozpoznają sprawę, mając na uwadze zarówno interes publiczny, jak i słuszny interes podatnika – o co ostatnimi czasy trudno na etapie administracyjnym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

RODO a ochrona dzieci w internecie. Co się zmieni?

Co dziesiąty  polski internauta to małoletni w wieku od 7 do 14 lat – wynika z informacji podanej przez firmę Polskie Badanie Internetu. Aby zapewnić dzieciom bezpieczeństwo w wirtualnym świecie, opiekunowie muszą się mierzyć z wieloma wyzwaniami, RODO wychodzi im naprzeciw regulując kwestie ochrony danych osobowych w Internecie osób poniżej 16 roku życia. Obostrzenia dotyczą przede wszystkim reklamodawców i pozyskiwania przez nich zgód na wykorzystanie informacji o nieletnich i ich preferencjach.

Dzieci w sieci

Internet stał się naturalnym środowiskiem dla niemal wszystkich, nawet dla najmłodszych. Odchodzą one od tradycyjnych form rozrywek na rzecz tego, co oferują im rożne portale. Nie powinno dziwić to, że osoby niepełnoletnie posiadają własne skrzynki e-mail czy konta społecznościowe. Do tej pory większość podmiotów oferujących takie rozwiązania nie weryfikowała wieku użytkowników.

Maciej Kaczmarski ODO 24
Maciej Kaczmarski, Prezes zarządu, ODO 24.

Warto pamiętać, że dzieci korzystające z usług internetowych są bardziej niż osoby dorosłe narażone na wykorzystanie ich danych – bez świadomej zgody – np. w celach marketingowych. Na szczęście RODO dostrzega ten problem i normuje m.in. ich przetwarzanie w ramach społeczeństwa informacyjnego, czyli każdą usługę świadczoną elektronicznie na odległość, za wynagrodzeniem, która została indywidualnie zamówiona przez odbiorcę, taką jak. oglądanie filmów na żądanie czy słuchanie muzyki za pomocą aplikacji – mówi Maciej Kaczmarski, przewodniczący Rady, Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo.

W myśl art. 8 ust. 1 RODO, zgodne z prawem jest wykorzystywanie danych osobowych dziecka, które ukończyło 16 rok życia i wyraziło na to zgodę. Każde państwo członkowskie mogło obniżyć tę granicę, jednak nie dalej niż 13 lat. Przetwarzanie informacji poniżej ustanowionego wieku jest dozwolone wyłącznie po uzyskaniu przyzwolenia rodzica lub opiekuna prawnego lub po otrzymaniu od niego potwierdzenia zgody wyrażonej przez osobę nieletnią.

Jak będzie w Polsce?

W pierwszej wersji projektu nowej polskiej ustawy o ochronie danych osobowych ustawodawca wyraził chęć skorzystania z przysługującego mu prawa do obniżenia granicy wieku do 13 lat. Miało to zapewnić spójność nowego prawa z innymi przepisami  krajowymi, m.in. kodeksem cywilnym. Wbrew opiniom IAB oraz Konfederacji Lewiatan – pod koniec marca br. – zapis ten został usunięty. Co oznacza, że próg wieku w Polsce wynosi 16 lat.

Nasuwa się pytanie czy nowy przepis naraża administratorów informacji na dokładniejsze weryfikowanie wyrażonych zgód. Dostawca danej usługi w sieci z pewnością będzie zobowiązany podjąć techniczne realne działania w celu ich potwierdzenia oraz upewnienia się czy użytkownik spełnia wymóg dotyczący wieku, a jeżeli nie, to czy osoba sprawująca władzę rodzicielską lub opiekę nad dzieckiem wyraziła zgodę lub ją zaaprobowała – wskazuje Maciej Kaczmarski, przewodniczący  Rady, Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo. Unijny ustawodawca nie precyzuje konkretnych wytycznych odnośnie tej czynności – dodaje.

Hakerzy odpuszczają Polsce. Mniej ataków na nasze komputery…

mapApril

Dopiero 23 pozycję w europejskim rankingu najbardziej zagrożonych państwa w Europie pod względem bezpieczeństwa sieciowego zajęła Polska (dane za kwiecień). To wynik zmniejszonego zainteresowania naszym krajem lub mniejszej aktywności hakerów – wynika z najnowszego raportu firmy Check Point. Niepokojącym jest fakt, iż cyberprzestępcy zaczynają wprowadzać innowacje w swoich technikach w celu wykorzystania jeszcze większej liczby ofiar dla osiągnięcia większych zysków.

Analizy firmy Check Point Software Technologies wskazują, że w kwietniu najbezpieczniejszymi państwami w Europie pod względem bezpieczeństwa cybernetycznego były Irlandia (indeks zagrożeń – 28,4), Islandia (29,1) i Słowacja (29,3). Choć Polska znalazła się w ogonie Europy, zajmując dopiero 23 pozycję, jej indeks zagrożeń wynosił zaledwie 39,2 punktu (im mniej tym bezpieczniej), co wskazuje na zmniejszenie intensywności działań hakerskich na kontynencie europejskim.

Indeks zagrożeń (Europa)

Źródło: Check Point Software Technologies

1 Irlandia 28,4
2 Islandia 29,1
3 Słowacja 29,3
4 Malta 30,8
5 Norwegia 30,9
22 Włochy 38,9
23 Polska 39,2
24 Luksemburg 40,6

 

Kwiecień 2018 r. był czwartym miesiącem z rzędu, w którym tzw. cryptomining malware zdominował indeks najpopularniejszych programów typu malware. Coinhive wciąż jest najpowszechniejszym typem złośliwego oprogramowania na świecie, z udziałem na poziomie 16%. W Polsce udział ten jest jeszcze wyższy i sięga blisko 22%! Drugim najpopularniejszym cryptominerem jest Cryptoloot, osiągający globalny zasięg na poziomie 14% (blisko 16% w Polsce).

Top 3 najpopularniejszych typów malware

Kwiecień 2018

Nazwa rodziny malware Opis Udział światowy Udział

krajowy

Coinhive cryptominer przeznaczony do internetowego wykopywania kryptowaluty Monero podczas odwiedzin użytkownika na stronie internetowej bez jego wiedzy lub zgody.

Zaimplantowany JavaScript wykorzystuje zasoby obliczeniowe maszyn użytkowników końcowych do kopiowania „coinów”, wpływając w ten sposób na wydajność systemu.

15.81% 21.60%
Roughted kampania malvertisingowa na olbrzymią skalę, dostarczająca różnego rodzaju scam, adware, exploit kity oraz ransomware. Może być przeprowadzona w atakach na każdy typ platform i systemów operacyjnych. 10.59% 17.07%
Cryptoloot – Cryptominer wykorzystujący moc procesora lub procesora graficznego ofiary oraz istniejące zasoby do wytworzenia nowej waluty.

Dodaje transakcje do tzw. blockchainu, wprowadzając nową walutę.

14.42% 15.68%

Choć intensywność działań częściowo spadła, hakerzy rozwinęli nowe sposoby ataków i generowania zysków. Badacze Check Pointa zidentyfikowali nowy trend, w którym cyberprzestępcy atakują niezałatane luki w serwerach Microsoft Windows Server 2003 (CVE-2017-7269) i Oracle Web Logic (CVE-2017-10271) w celu nielegalnego generowania kryptowalut. Zdumiewający jest fakt, że aż 46% światowych organizacji zostało namierzonych przez hakerów dzięki podatności Microsoft Windows Server 2003, podczas gdy podatność serwera Oracle Web Logic narażała 40% organizacji na całym świecie.

Co ciekawe, łatki bezpieczeństwa dla obu serwerów są publicznie dostępne od co najmniej sześciu miesięcy, więc szczególnie niepokojącym jest fakt, że tak wiele organizacji zostało dotkniętych tymi zagrożeniami. Przypomina to wyraźnie organizacjom, że podstawy bezpieczeństwa, takie jak łatanie poprawek, mają kluczowe znaczenie dla zapewnienia bezpieczeństwa sieci. Aby naprawdę pozostać bezpiecznym, przedsiębiorstwa muszą stosować wielowarstwową strategię bezpieczeństwa cybernetycznego, która chroni zarówno przed istniejącymi rodzinami złośliwego oprogramowania, jak i przed zupełnie nowymi zagrożeniami.

Analiza firmy Check Point Software Technologies przedstawia ranking bezpieczeństwa, oparty o dane, zdobyte dzięki technologii ThreatCloud, badającej ponad 250 milionów adresów pod kątem wykrywania botów, ponad 11 milionów podpisów złośliwego oprogramowania oraz ponad 5,5 miliona zainfekowanych stron internetowych.

Fraud płatniczy – zjawiska oszustw płatniczych w polskim e-commerce

Fraud płatniczy jest często określany mianem jednego z najpoważniejszych zagrożeń, z jakim muszą się  dziś mierzyć firmy przyjmujące płatności online na całym świecie. Z najnowszego raportu firm EY i Nethone pt. „Bezpieczny handel w internecie” wynika, że większość przedsiębiorstw na polskim rynku e-commerce ma znikomą świadomość problemu wyłudzeń płatniczych. Aż 71% zbadanych firm nie wykorzystuje żadnego rozwiązania technologicznego służącego do zapobiegania fraudowi. Niemal wszystkie (95%) uczestniczące w badaniu sklepy internetowe akceptują karty płatnicze, jednak zaledwie 35% posiada jakiekolwiek procedury służące zapobieganiu chargebackom. Do branż wyjątkowo zagrożonych fraudem zaliczyć można m.in. dobra i usługi cyfrowe, gry komputerowe, usługi turystyczne oraz dobra luksusowe.

Specyfika polskiego e-commerce wpływa na niską świadomość problemu wyłudzeń płatniczych

Pomimo dużej skali występowania fraudu płatniczego na świecie, polski e-commerce jest głęboko podzielony, zarówno jeśli chodzi o świadomość problemu, jak i umiejętności radzenia sobie z nim. Wynika to przede wszystkim ze specyficznej struktury rynku e-handlu w Polsce, która charakteryzuje się dużym rozdrobnieniem przy jednoczesnym występowaniu nielicznej grupy dużych podmiotów. Znikoma obecność największych światowych graczy jest jednocześnie przyczyną i skutkiem bardzo silnej pozycji wąskiego grona lokalnych potentatów, którzy swoją ofertę kierują głównie na rynek krajowy. Jednocześnie, struktura preferowanych przez konsumentów metod płatności znacząco różni się od tej dominującej na większości rozwiniętych rynków. Podczas gdy niemal na całym świecie konsumenci dokonują płatności w internecie głównie za pomocą kart, polscy kupujący najchętniej wybierają szybkie przelewy oraz płatność za pobraniem. W konsekwencji, lokalni e-sprzedawcy postrzegają karty płatnicze jako poboczną metodę płatności, co przekłada się na niski stopień świadomości zagrożeń, jakie wiążą się z ich akceptowaniem, niezależnie od udziału w wolumenie transakcyjnym. Rynek się jednak zmienia. Coraz więcej polskich firm decyduje się na ekspansję zagraniczną, a nawyki płatnicze Polaków ewoluują za sprawą zyskujących na popularności globalnych serwisów nieoferujących innych niż karta metod płatności.  Brak wiedzy może się wkrótce okazać dla wielu polskich firm źródłem poważnego zagrożenia.

 Polski e-commerce cały czas się rozwija. Coraz więcej firm decyduje się wychodzić z ofertą poza granice kraju – na rynki, gdzie karty płatnicze górują nad wszystkimi innymi metodami płatności. Należy też zauważyć wpływ rosnącej na polskim rynku popularności globalnych serwisów oferujących, np. VoD czy usługi transportowe. Niejednokrotnie umożliwiają one wyłącznie płatność za pomocą karty. W efekcie, Polacy stopniowo oswajają się z płaceniem kartą online – mówi Hubert Rachwalski, CEO, Nethone. Potwierdzają to dane NBP – w ostatnim kwartale ubiegłego roku Polacy wykonali aż o 4,6 mln więcej transakcji kartowych online niż w analogicznym okresie 2016 r. Udział kart rośnie, a wraz z nim zwiększać się będzie zapewne skala problemu fraudu płatniczego – dodaje Rachwalski.

Z raportu EY i Nethone wynika, że 95% firm biorących udział w badaniu umożliwia swoim klientom dokonywanie płatności za pomocą karty kredytowej lub debetowej. U 65% badanych transakcje dokonywane kartą stanowią od 10 do 30% przyjmowanych płatności, a u 30% mają udział na poziomie poniżej 10%. 

Świadomość problemu fraudu płatniczego zależna od doświadczeń przedsiębiorców

Skala problemu fraudu płatniczego wśród polskich sprzedawców online jest niewielka, co wynika w znacznej mierze z niewielkiego udziału kart płatniczych w ich wolumenach transakcyjnych. Tylko 18% firm zadeklarowało, że miało w ciągu ostatnich 12 miesięcy do czynienia z fraudem, zaś 82% twierdzi, że nie odnotowało w tym okresie ani jednego przypadku wyłudzenia. Wraz ze wzrostem udziału kart w wolumenie transakcyjnym, gwałtownie rośnie częstotliwość występowania fraudu. Spośród firm z udziałem kart jako metody płatności na poziomie powyżej 20%, aż 64% deklaruje, że w ciągu minionych 12 miesięcy odnotowało przypadki fraudu.

– 81% badanych firm zadeklarowało, że nie postrzega fraudu płatniczego jako poważnego zagrożenia dla swojego biznesu. W tej populacji tylko 32% firm sprzedaje poza Polską, podczas gdy wśród firm postrzegających fraud jako problem, aż 85% działa oprócz Polski również na rynkach zagranicznych. Widać również, że w tej grupie karty są relatywnie częściej wykorzystywaną metodą płatności: aż 93% takich respondentów (vs 65% dla całej populacji) ma udział kart płatniczych na poziomie 10-30%
– 
wyjaśnia Marcin Bizoń, Associate Partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Nadużyć, EY Polska.

Z raportu EY i Nathone wynika również, że świadomość występowania i powagi problemu fraudu płatniczego, jest w znacznej mierze zależna od indywidualnych doświadczeń firm w tym zakresie. Dopiero odnotowanie fraudu zwraca uwagę przedsiębiorstw na istnienie problemu. Postrzeganie fraudu płatniczego jako poważnego zagrożenia wskazało 63% firm, u których takie zdarzenie odnotowano na przestrzeni minionych 12 miesięcy, podczas gdy wśród pozostałych respondentów tylko 9% udzieliło takiej odpowiedzi.

– O podwyższonej świadomości występowania problemu fraudowego oraz jego percepcji jako poważnego zagrożenia można dziś mówić niemal wyłącznie w przypadku firm, które handlują dobrami cyfrowymi, a także sprzedawców kierujących ofertę do klientów zagranicznych i posiadających wyższy od średniego poziom udziału transakcji kartowych w wolumenie transakcyjnym, jak np. biura podróży czy sklepy z dobrami luksusowymi  – tłumaczy Hubert Rachwalski.

Polscy przedsiębiorcy nie bronią się przed fraudami płatniczymi

Wyniki raportu wskazują, że 71% respondentów nie wykorzystuje żadnego rozwiązania technologicznego służącego do ograniczania fraudów płatniczych. Można również zaobserwować dużą zależność pomiędzy doświadczeniem własnym firmy z przypadkami fraudu a stosowaniem odpowiednich systemów zabezpieczających. 67% respondentów, którzy zetknęli się z fraudem płatniczym wykorzystuje rozwiązania ograniczające ryzyko wystąpienia wyłudzeń, podczas gdy wśród firm, które nie spotkały się z takim nadużyciem takie rozwiązania stosuje tylko 21% podmiotów.

– Firmy, które do tej pory nie korzystały z rozwiązań zabezpieczających przed wyłudzeniami, nie mają w planach takich inwestycji. Może to wynikać ze stosunkowo niewielkiej w tej populacji świadomości problemu i jego wagi. Aż 91% takich firm nie planuje wdrażania technicznych rozwiązań antyfraudowych, a 78% nie planuje jakichkolwiek zmian w obszarze przeciwdziałania fraudom płatniczym – zwraca uwagę Marcin Bizoń.

Świadomość korzyści ze stosowania rozwiązań zabezpieczających jest największa wśród biznesów korzystających z rozwiązań antyfraudowych (92%) oraz mających wysoki – co najmniej 15-procentowy – udział kart w wolumenie transakcyjnym (91%).

***

O badaniu

Raport pt. „Bezpieczny handel w internecie” powstał na podstawie pierwszego badania zjawiska oszustw płatniczych w polskim e-commerce, przeprowadzonego przez firmy EY i Nethone. Celem badania było sprawdzenie skali i percepcji problemu wśród polskich sklepów internetowych. Badanie przeprowadzono metodami CATI i CAWI na grupie 150 przedsiębiorstw. Każde ze zbadanych przedsiębiorstw charakteryzowało się rocznymi obrotami w kanałach online na poziomie co najmniej 100 mln zł. Osobami udzielającymi odpowiedzi na pytania byli członkowie zarządów, dyrektorzy finansowi oraz wskazani przez przedsiębiorstwa decydenci w zakresie zakupów rozwiązań z obszaru bezpieczeństwa IT i zarządzania ryzykiem. Spośród firm-respondentów, 99% prowadzi sprzedaż online na rynku krajowym, 42% sprzedaje swoje produkty/usługi klientom z Unii Europejskiej, 8% klientom z USA, a 7% klientom z Rosji, Ukrainy i innych państw.

Katarzyna Kacperska Dyrektor Generalną Novo Nordisk Pharma Sp. z o.o. w Polsce

Katarzyna Kacperska - Dyrektor Generalna Novo Nordisk Pharma Sp. z o.o.  w Polsce
Katarzyna Kacperska – Dyrektor Generalna Novo Nordisk Pharma Sp. z o.o. w Polsce

Z dniem 17 maja 2018 roku Dyrektorem Generalnym Novo Nordisk Pharma Sp. z o.o. w Polsce została Katarzyna Kacperska, która z firmą związana jest od 21 lat i zajmowała w tym czasie wiele istotnych dla firmy stanowisk w Polsce, Stanach Zjednoczonych Ameryki i Danii.

Kluczowym celem działań Dyrektor Generalnej polskiego oddziału Novo Nordisk będzie wzmocnienie rozwoju nowoczesnych metod leczenia cukrzycy, otyłości i hemofilii w Polsce oraz realizacja misji firmy, którą jest szeroko pojęta poprawa efektów leczenia oraz jakości życia pacjentów.

Szczególne wyzwanie stawiają przed firmą niezaspokojone potrzeby 3 milionów pacjentów diabetologicznych oraz wciąż wysoka śmiertelność z powodu powikłań cukrzycy.

Katarzyna Kacperska będzie również zaangażowana w akcentowanie udziału Novo Nordisk w rozwoju polskiej gospodarki, która jako lider innowacji w światowej diabetologii, nieustannie rozwija obszar R&D (Research & Development), by otwierać nowe rozdziały w terapii cukrzycy.

Katarzyna Kacperska rozpoczęła karierę w organizacji polskiej jako Analityk Sprzedaży,
a w kolejnych latach zajmowała stanowiska menedżerskie w strukturach Działu Marketingu będąc odpowiedzialną m.in. za opracowanie strategii rozwoju dla obszaru diabetologii Polski i krajów Europy Wschodniej.

W 2008 roku przeniosła się do Stanów Zjednoczonych Ameryki, gdzie jako Vice President, Commercial Effectiveness prowadziła zespół komercyjny będąc jednocześnie członkiem zarządu filii amerykańskiej, przyczyniając się do wzmocnienia pozycji firmy na rynku amerykańskim.

W 2014 roku Katarzyna Kacperska objęła stanowisko w centrali Novo Nordisk
w Kopenhadze jako Corporate Vice President, Diabetes Portfolio w dziale Commercial Strategy & Corporate Affairs. W tej roli była m.in. odpowiedzialna za rozwój portfolio insulin najnowszej generacji i wprowadzanie ich na rynki na całym świecie.

Katarzyna Kacperska jest absolwentką Wydziału Ekonomii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Ukończyła wiele międzynarodowych szkoleń organizowanych m.in. przez Harvard Business School i Wharton School of the University of Pennsylvania.

E-sport wpłynie na rozwój chmury

Marcin Zmaczyński – dyrektor regionalny Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej
Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud

Czy branża gamingowa może znacząco przyspieszyć rozwój chmury? Trudno nie zauważyć jak dużym zainteresowaniem cieszą się obecnie rozgrywki profesjonalnych graczy e-sportu. W Polsce  obserwujemy bardzo szybki rozwój rynku gier i powiązanego z nim e-sportu. Pozwala to założyć, że pokolenie młodych użytkowników, dla których korzystanie z ogromnego potencjału chmury jest czymś naturalnym, za kilka lat również będzie korzystać z podobnych rozwiązań zawodowo. Już w tej chwili sektor IT dostrzega potencjał drzemiący w usługach cloudowych, przenosząc swoją infrastrukturę właśnie do chmury. Jak wynika z badania Aruba Cloud 27 proc. badanych małych i średnich przedsiębiorstw działających w Polsce deklaruje korzystanie z usług chmurowych, 33 proc. z serwerów dedykowanych, a 31 proc. – z hostingu współdzielonego. Można założyć, że ten procent w najbliższych latach będzie jeszcze wyższy.

Warto przy tym odpowiedzieć sobie na pytanie w jakim tempie rozwija się branża gamingowa. E-sport staje się coraz popularniejszy w Polsce i z roku jest coraz bardziej dochodowym przedsięwzięciem. Ostatnią imprezę e-sportową w katowickim Spodku odwiedziło prawie 170 tysięcy osób. Jak wynika z badania Deloitte z kwietnia 2018 roku, w 2015 roku przychody w skali globalnej wynosiły 325 mln dolarów, a w tym roku ma to być miliard dolarów. Tylko w Niemczech szacuje się, że przychody z e-sportu w 2018 wynoszą 90 mln euro, w 2019 będzie to 110 mln, a w kolejnym 130 mln euro[1]. W Europie zyski czerpane z e-sportu mają szansę dojść do poziomu 345 mln USD – tak wynika z prognoz PayPal i SuperData[2]. Te statystyki sprawiają, że branża gamingowa jest nie tylko perspektywiczna w wymiarze rozrywkowym, ale również posiada ogromny potencjał od strony biznesowej.

Jakie jest zainteresowanie e-sportem?

Dysponując szeregiem badań jesteśmy w stanie oszacować stopień zainteresowania tematyką e-sportu i to, co wpływa na tak dynamiczny rozwój tego sektora. Według najnowszego badania ,,Kondycja polskiej branży gier’17” rozwój platform dla transmitowania rozgrywki jest jednym z powodów rosnącej popularności e-sportu, obok modelu free2play oraz mikrotransakcji w grach przyczynił się do dynamicznego rozwoju tej gałęzi rynku[3]. Wagę różnych form transmisji potwierdza wspomniany wcześniej raport SuperData, prognozujący, że w 2019 roku ilość osób zainteresowanych oglądaniem zmagań graczy w Internecie sięgnie 330 milionów. W Polsce trend ten dopiero się rozwija, 14 proc. respondentów badania Polish Gamers Research deklaruje zainteresowanie oglądaniem sportów elektronicznych podczas transmisji wideo, z czego 50 proc. z nich robi to na żywo w trakcie trwania turniejów. Warto jednak pamiętać, że grupa ta jest dość hermetyczna i realnie procent może być większy[4].

Chmura będzie sprzyjać rozwojowi gamingu

Jakie są zalety rozwiązań chmurowych w kontekście wpływu na rozwój branży gamingowej? Przede wszystkim zaletą infrastruktury chmurowej jest bardzo wysoka elastyczność i skalowalność, czyli zdolność do automatycznego zwiększenia zasobów IT wraz z rosnącymi potrzebami firmy czy instytucji. Solidny dostawca chmury gwarantuje też pełną redundancję, czyli zdublowanie wszystkich krytycznych elementów systemu IT, co minimalizuje ryzyko wystąpienia przestoju w przypadku jakiegokolwiek incydentu. Już w tej chwili najwięksi gracze stawiają na rozwiązania tworzone z przeznaczeniem dla graczy i deweloperów. W ten sposób starają się przygotować na rosnące zapotrzebowanie związane z gamingiem i być gotowym na rozwój tego sektora.

Jednym z potencjalnych ścieżek rozwoju branży gamingowej jest streaming oraz granie w chmurze, które nie wymaga drogiego sprzętu. Takie rozwiązanie już teraz sprawdza się w przypadku gier jednoosobowych. Jednak będzie się to stopniowo zmieniać, a użytkownicy będą zyskiwać coraz więcej możliwości grania nawet w najbardziej wymagające tytuły na swoich tabletach lub telewizorach, ponieważ całość skomplikowanych obliczeń graficznych będzie leżeć po stronie serwerów. Dlatego już teraz warto by pomyśleli o zapewnieniu swojemu biznesowi optymalnego zaplecza IT, bazującego na środowisku chmurowym. Utrzymywanie własnej infrastruktury niejednokrotnie stanowi duże wyzwanie finansowe i kadrowe dla małych i średnich firm. W przypadku chmury nie ma tego problemu– podsumowuje Marcin Zmaczyński,  Head of Marketing CEE w Aruba Cloud.

[1] Źródło: badanie ,,Global Predictions 2018”, Deloitte, 2017.

[2] Żródło: badanie ,,Rynek e-sportu w Polsce, PayPal i Superdata, 2017.

[3] Źródło: badanie ,,Kondycja polskiej branży gier’17”, Narodowe Centrum Kultury, 2017.

[4] Źródło: Badanie ,,Kondycja polskiej branży gier’17”, Narodowe Centrum Kultury, 2017.

Małgorzata Szwarc-Sroka podsumowuje wyniki J.W. Construction za I kwartał 2018 roku

Czy zakaz handlu w niedzielę zmieni uliczny krajobraz Krakowa?

Główne ulice handlowe w Krakowie przyciągają przede wszystkim najemców z sektora gastronomicznego – 42% to restauracje i kawiarnie. Odzież i akcesoria klienci znajdą w co czwartym lokalu, a 15% najemców oferuje usługi – wynika z raportu CBRE „Krakowskie Ulice Handlowe”. Eksperci CBRE wskazują, że w Polsce brakuje strategii zagospodarowania ulic handlowych. Sytuację może zmienić wprowadzony zakaz handlu w niedziele, gdyż samorządy skupią się na lepszym wykorzystaniu potencjału ulic.

Krakowskie ulice handlowe są zlokalizowane wokół Rynku Głównego. Najważniejsze z nich to: Floriańska, Grodzka i Szewska, a ich turystyczny charakter przyciąga przede wszystkim najemców z sektora gastronomicznego. Stolicę Małopolski w 2017 roku odwiedziło prawie 13 mln turystów, z czego co czwarty przyjechał z zagranicy (Małopolska Organizacja Turystyczna).

Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE
Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE

Mimo popularności i atrakcyjności Krakowa, wciąż jest relatywnie niewiele międzynarodowych marek z modą i akcesoriami przy głównych ulicach handlowych. To rezultat braku odpowiednich  lokali, zarówno pod względem wielkości jak i oferowanego standardu wykończenia i kontrybucji dla najemców. Wprawdzie sytuacja ulega stopniowej poprawie, co jest widoczne we wzrastającej liczbie rewitalizacji, jakie mają miejsce wzdłuż ulic handlowych. Jednocześnie widzimy wyraźną tendencję umacniania się gastronomii kosztem pozostałych branż – mówi Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE.

Ewolucja krakowskich ulic handlowych w stronę gastronomii

Ulica Floriańska jeszcze trzy lata temu charakteryzowała się dominującym odsetkiem najemców z sektora modowego. Jednak obecnie obserwuje się spadek ich udziału w ogólnej liczbie wynajmowanych lokali – z 36% w 2014 do 27% w 2018 roku. Jednocześnie wzrosła liczba najemców z sektora gastronomicznego z 27% w 2014 do 33% w 2018 roku. Współczynnik lokali niewynajętych pozostaje na stałym poziomie 3%.

Podobnie jak na Floriańskiej, sytuacja przedstawia się na ulicy Grodzkiej. Udział w składzie najemców sklepów z modą i akcesoriami spadł z 33% w 2014 do 29% w 2018 roku. Najliczniejszą grupę najemców stanowią podmioty gastronomiczne, których udział wzrósł od 2014 roku o 5 pp. do 34%. Na niekorzyść działa fakt, że udział niewynajętych lokali wzrósł do 4%.

Na ulicy Szewskiej również rośnie odsetek lokali gastronomicznych – włącznie ze sklepami spożywczymi jest ich aż 57%. Moda powoli wypierana jest z ulicy i stanowi jedynie 9% składu najemców. Niekorzystnym zjawiskiem jest wzrastająca liczba niewynajętych lokali, których udział w składzie najemców ulicy wyniósł 9%.

Na Krakowskim Rynku ponad połowę najemców stanowią restauracje, kawiarnie i puby (53%), a następnie lokale usługowe (16%), co mając na uwadze charakter miejsca, jest uzasadnione. Pozytywnym zjawiskiem jest spadająca liczba niewynajętych lokali (1%).

Niższe czynsze i zakaz handlu w niedzielę zmienią ulice handlowe?

Lokal przy ulicy handlowej musi spełniać kilka warunków: posiadać lokalizację w mieście o dużym natężeniu ruchu pieszych, dysponować witryną, która będzie mogła sprzedać markę przechodniom, oraz spełniać wymogi techniczne niezbędne z punktu widzenia prowadzenia działalności handlowej danej marki. Krakowskie ulice handlowe spełniają te warunki, ale blokadą są wysokie ceny wynajmu lokali oraz brak strategii zagospodarowania przestrzeni. Eksperci CBRE liczą, że zakaz handlu w niedzielę może to nieco zmienić. Klienci w niedzielę zamiast do galerii handlowej, być może wybiorą spacer ulicami miasta. To może skłonić samorządy lokalne do większej dbałości o urozmaicenie oferty i strategiczne zaplanowanie wynajmu lokali. Na korzyść atrakcyjniejszej oferty ulic handlowych wpłynęłoby także obniżenie czynszów.

– Na razie problemem ulic handlowych, nie tylko w Krakowie, ale też innych miastach, jest mała dostępność powierzchni handlowych, która mogłaby zachęcić marki, zwłaszcza luksusowe, do otwierania tam sklepów. Gdyby takich powierzchni było więcej, najemcy chętniej by się pojawiali. Na razie mamy do czynienia z sytuacją, w której właściciele sklepów z odzieżą obawiają się czy na ulicy, gdzie dominuje gastronomia, ich sprzedaż będzie satysfakcjonująca. W takiej sytuacji zachętą mogłoby być obniżenie czynszów. To z jednej strony przeszkoda dla niektórych wynajmujących, ale z drugiej strony, zawsze można uzgodnić warunki, które będą korzystne dla obu stron – podsumowuje Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE.

Lira turecka to kandydat do miana najgorzej waluty w 2018 r.

W bieżącym roku lira turecka (TRY) doświadczyła gwałtownej wyprzedaży, w maju kurs USD/TRY spadł do rekordowo niskiego poziomu. Według ekspertów Ebury dalsze osłabienie tureckiej waluty w stosunku do dolara pozostaje realnym scenariuszem.

Minęły czasy, gdy polskie instytucje finansowe, tj. TFI, chętnie inwestowały w Turcji. Dziś ten rynek nie należy do faworytów. Przykładowo, turecka waluta należy do grona najgorzej radzących sobie walut na świecie. Za słabość liry odpowiedzialne są przede wszystkim:
1) Narastające napięcia geopolityczne, jak i obawy związane z amerykańskim protekcjonizmem;
2) Presja na obniżenie stóp procentowych, której poddawany jest bank centralny;
3) Narastająca presja inflacyjna;
4) Potrzeba finansowania zewnętrznego ze względu na liczne zobowiązania dolarowe banków i korporacji.

Wykres 1. Kurs USD/TRY (maj ’17-maj ‘18)

Wykres 1 Kurs USD TRYŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 20/05/2018

Lirze szkodzą pogarszające się stosunki między Turcją a Stanami Zjednoczonymi, czyli najważniejszym partnerem handlowym kraju. Relacje między rządami pogorszyły się od czasu nieudanego puczu w lipcu 2016 r. –  o udział, w którym Turcja oskarża właśnie USA. Do wzrostu napięcia przyczynił się prezydent Recep Erdogan, który wyraził swoje niezadowolenie z amerykańskich działań względem Kurdów w północnej Syrii. W samej Turcji dodatkowo aresztowano kilku obywateli kraju pracujących w konsulatach Stanów Zjednoczonych. Kraje nałożyły na siebie nawzajem ograniczenia przepływu osób, a amerykański Kongres powtórzył groźbę sankcji wobec Turcji za zakup broni od Federacji Rosyjskiej.

Kondycja makroekonomiczna Turcji

Inwestorzy nie wydają się szczególnie zadowoleni z prób banku centralnego, który stara się powstrzymać wzrost cen w Turcji. Inflacja utrzymywała się na dwucyfrowym poziomie w niemal każdym miesiącu od początku 2017 r., co jest w dużej mierze spowodowane gwałtownym osłabieniem liry tureckiej. Dynamika cen mierzona indeksem CPI podskoczyła w kwietniu do niebotycznego poziomu 10,9% w ujęciu rocznym. Mimo, że dynamika cen spowalnia od listopada ubiegłego roku (kiedy to inflacja była najwyższa od czternastu lat), zdecydowanie jest ona wyższa o celu inflacyjnego Banku zawartego w widełkach 3-7%. Inflacja bazowa w kwietniu przekraczała 12% i była niewiele niższa od poziomu, który osiągnęła w 2004 r.

W kwietniu turecki bank centralny zdecydował się na podwyżkę jednej z kluczowych stóp procentowych, w nadziei na wyhamowanie inflacji, jak i ochronę kursu liry. Stopa LLW (późnego okna płynnościowego) została podniesiona w większym stopniu niż zakładał konsensus – o 75 punktów bazowych, do poziomu 13,5%. Stopa procentowa na jednotygodniowe transakcje repo pozostaje na stałym poziomie 8% od końcówki 2016 r.

Bank centralny i prezydent Erdogan znajdują się na kursie kolizyjnym. Prezydent Turcji określa sam siebie „wrogiem stóp procentowych” i wielokrotnie nawoływał on do obniżania poziomu stóp w Turcji. Inwestorzy mieli nadzieję, że w wyniku nadzwyczajnego spotkania na początku maja zapadnie decyzja o zacieśnianiu polityki monetarnej – niestety Erdogan nie wydaje się chętny do zmiany nastawienia. Bank centralny został w związku z tym zmuszony do zastosowania kilku mniej konwencjonalnych narzędzi, celem wzmocnienia waluty. Dotychczas jednak nie udało się osiągnąć tego celu. Do zastosowanych narzędzi należą: aukcje NDF (kontraktów forward bez dostawy), odcinanie pożyczkobiorców od możliwości korzystania z oprocentowania overnight na poziomie 9,25% oraz międzybankowego oprocentowania na overnight’y oraz zmniejszenie ilości walut zagranicznych, które pożyczkodawcy muszą utrzymywać jako rezerwy.

Wzrost wykorzystania późnego okna płynnościowego, który nastąpił na początku ubiegłego roku (od listopada 2017 r. Bank pożycza wyłącznie korzystając z tej stopy procentowej) pozwala wywnioskować, że realne stopy procentowe w Turcji są nieujemne. Wynoszą one obecnie ok. 2%, co daje pewne podstawy do optymizmu względem perspektyw dla liry. Walutę wsparłby scenariusz, w którym inflacja pod koniec roku zbliżyła by się do prognozowanego przez bank centralny poziomu 8,4%.

Turecka gospodarka na przestrzeni ostatnich kwartałów przyspieszała – aczkolwiek obecnie zdaje się przegrzewać. W ostatnim kwartale 2017 r. wzrost gospodarczy w Turcji wyniósł 7,3% rocznie (Wykres 2), dynamika wzrostu była największa wśród wszystkich gospodarek G20. Wzrost okazał się również dwukrotnie większy od tego z poprzedniego roku. Wydatki rządowe, jak i krajowa konsumpcja, były głównymi motorami wzrostu PKB – sektory usług, przemysłu i budownictwa rosły w tempie przekraczającym 10% rocznie. Ze względu na ożywienie gospodarcze w strefie euro, słabość waluty oraz poprawę w sektorze turystyki, zwiększył się również eksport. Odświeżone prognozy gospodarcze sugerują, że w bieżącym roku gospodarka Turcji może urosnąć nawet o 4,4%, o 0,9 p.p. więcej niż sugerowano wcześniej.

Wykres 2. Roczny wzrost PKB w Turcji (2007-2017)

Roczny wzrost PKB w Turcji
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 20/05/2018

Imponujący wzrost gospodarczy pozwolił prezydentowi Erdoganowi na ogłoszenie przyspieszonych wyborów, które odbędą się półtora roku przed zakładanym wcześniej terminem. Ordynacja wyborcza ustanawiająca zakaz udziału w wyborach nowych ugrupowań jest z pewnością na rękę Erdoganowi, ponieważ wyklucza to udział w wyborach największego zagrożenia dla jego władzy, tj. „Dobrej Partii” (iYi Parti). Zwycięzca wyborów przejmie pełnię praw, które zapewnia uchwalone w ubiegłym roku, niewielką przewagą głosów referendum konstytucyjne. Obecnie w sondażach zdecydowanie dominuje Erdogan, na obecną chwilę wygląda na to, że jego reelekcja jest praktycznie pewna.

Kiepskie prognozy

Pomimo dobrych danych dotyczących wzrostu gospodarczego w Turcji, perspektywy dla liry tureckiej w naszej opinii są słabe – a niedawna wyprzedaż waluty tylko utrzymuje nas w przekonaniu, że lira będzie należała do grona walut najbardziej wrażliwych na wyższe stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych. Wyraźny opór prezydenta Erdogana względem wyższych stóp procentowych pozostaje jednym z głównych kwestii generujących ryzyko, a rosnące napięcie ze Stanami Zjednoczonymi również nie wspiera perspektyw dla liry.

Rezerwy walutowe banku centralnego są niskie, stanowią ekwiwalent zaledwie czterech miesięcy tureckiego importu. Mocno problematyczną kwestią jest również deficyt na rachunku obrotów bieżących, który wzrósł do równowartości 5,5% PKB. Kończąc, potrzeba zewnętrznego finansowania tureckich banków i firm wyeksponowała je na zagrożenie nagłego przerwania przepływów pieniężnych – co stanowi poważne ryzyko dla bilansu płatniczego Turcji.

Zważając na powyższe, sądzimy, że dalsze osłabienie tureckiej waluty w stosunku do dolara pozostaje realnym scenariuszem. Lira jest tym samym poważnym pretendentem do miana najgorzej radzącej sobie waluty w bieżącym roku.

Autorzy: Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Nie takie RODO straszne – czyli bądźmy ostrożni, ale nie panikujmy

Znaczna część komentatorów roztacza niemal apokaliptyczne wizje związane z wchodzącym w życie 25 maja br. RODO, czyli ogólnym rozporządzeniem o ochronie danych osobowych. Kary przewidziane przez RODO robią duże wrażenie, ale pamiętajmy, że dla przedsiębiorcy mogą zaistnieć okoliczności łagodzące, które wpływają na ich zmniejszenie lub nawet zniesienie.

Ostrożność – tak, panika – nie

Jak powszechnie wiadomo, RODO wprowadza możliwość nakładania znacznych kar na organizacje, które nie będą w dostateczny sposób chronić dane osobowe. Wysokość kwot, o których mowa w RODO (4% globalnych przychodów firmy lub 20 mln euro) pobudza wyobraźnię i jest często przywoływana w dyskusjach na temat rozporządzenia. Czy jednak trzeba się nastawiać, że takie kary rzeczywiście będą wymierzane?

Naszym zdaniem nie ma powodów do paniki. Trzeba racjonalnie podejść do przechowywania danych osobowych, dbając o ich bezpieczeństwo i nie lekceważyć wymagań wynikających z RODO. W wielu organizacjach jest to dobry moment na weryfikację, czy posiadane dane osobowe są niezbędne do prowadzenia działalności. W przypadku naruszeń bezpieczeństwa przedsiębiorstwo będzie musiało wykazać, że podejmowało dobre decyzje dotyczące przetwarzania danych osobowych – komentuje Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce.

Włamania są nieuniknione

Według badania przeprowadzonego przez Fortinet aż 95% przedsiębiorstw w Polsce padło ofiarami naruszenia bezpieczeństwa w latach 2015–2017. – W miarę jak firmy udoskonalają swoje rozwiązania ochronne, przestępcy próbują być o krok przed nimi – mówi dyrektor Jolanta Malak. – Współczesne ataki są na tyle zaawansowane, że można zmniejszyć ryzyko ich wystąpienia, ale trudno je całkowicie wyeliminować. Przepisy zawarte w RODO pozwalają przypuszczać, że sankcje dotyczące naruszenia danych osobowych będą inaczej nakładane w zależności od tego, czy zagrożenie będzie wynikiem ataku cybernetycznego, czy też nieodpowiedniego przechowywania danych przez przedsiębiorstwa. W związku z tym, warto przygotować odpowiednie mechanizmy zabezpieczania danych, które dobrze wdrożone, pozwolą na świadome korzystanie z baz danych o klientach i pracownikach oraz ograniczą ryzyko utraty kontroli nad nimi.

Warto w tym miejscu przywołać dane z raportu Trustwave z 2017 roku o bezpieczeństwie globalnym. Cyberprzestępca ma przeciętnie 65 dni zanim jego atak zostanie wykryty. Im dłużej takie „okno” pozostaje otwarte, tym więcej czasu przestępca może poświęcić na wyszukanie, znalezienie i kradzież danych.

Jeśli przedsiębiorstwo wykryje naruszenie ochrony danych osobowych objęte przepisami RODO, ma 72 godziny na zgłoszenie tego faktu właściwemu organowi nadzorczemu, chyba że, o czym mówi art. 33 RODO, „jest mało prawdopodobne, by naruszenie to skutkowało ryzykiem naruszenia praw lub wolności osób fizycznych”. Oznacza to, że w ciągu trzech dni przedsiębiorstwo powinno określić, czyich danych osobowych dotyczyło naruszenie, jakie dane osobowe zostały narażone na zagrożenie oraz jaki jest stopień potencjalnego wpływu tego naruszenia na określone osoby fizyczne.

Aby spełnić te wymogi, przedsiębiorstwo, które wykryło naruszenie ochrony danych, musi bardzo szybko zidentyfikować systemy, do których dostał się przestępca. Zazwyczaj konieczne jest wówczas zbadanie ruchu sieciowego oraz sprawdzenie poszczególnych urządzeń i aplikacji – tłumaczy Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet.

Jeśli natomiast przedsiębiorstwo nie zgłasza przypadku naruszenia ochrony danych podmiotom zewnętrznym, musi uzyskać całkowitą pewność, że przepisy RODO na to zezwalają.

Nowoczesne zabezpieczenia to podstawa

Przepisy RODO zachęcają przedsiębiorstwa także do wdrażania nowoczesnych technologii zabezpieczających. Mówi o tym art. 25 rozporządzenia: „uwzględniając stan wiedzy technicznej, […] administrator – zarówno przy określaniu sposobów przetwarzania, jak i w czasie samego przetwarzania – wdraża odpowiednie środki techniczne i organizacyjne, takie jak pseudonimizacja, zaprojektowane w celu skutecznej realizacji zasad ochrony danych […]”.

Chociaż RODO nie definiuje w żadnym miejscu pojęcia „uwzględniające stan wiedzy technicznej”, to jednak wyraźnie wskazuje, że jest nim objęta pseudonimizacja. Polega ona na zastępowaniu identyfikatorów osobowych, takich jak imiona i nazwiska, ciągami odwracalnych, spójnych znaków służących za pseudonim. Kluczem jest oddzielny plik, który zestawia poszczególne identyfikatory osobowe z przypisanymi im pseudonimami.

Natomiast określenie, które technologie można uznać za nowoczesne, po prostu ewoluuje w miarę jak zmienia się rynek rozwiązań IT. – Uzasadnione wydaje się zatem założenie, że w celu zapewnienia odpowiedniej ochrony przesyłanych i przechowywanych danych przedsiębiorstwo musi korzystać z nowoczesnych technologii – wyjaśnia Jolanta Malak.

Nie czas na panikę

Do momentu wejścia w życie przepisów RODO nikt tak właściwie nie wie, jak poszczególne kraje będą te przepisy egzekwować. Ciekawa w tym kontekście jest wypowiedź Elizabeth Denham, brytyjskiej komisarz ds. informacji, która na swoim blogu napisała: Sianiem paniki jest sugerowanie, że od początku będziemy przykładnie karać przedsiębiorstwa za drobne naruszenia albo że kary maksymalne staną się normą.

Niemniej trzeba być gotowym na to, że RODO skieruje uwagę na wszystkie aspekty dotyczące podejścia przedsiębiorstwa do kwestii bezpieczeństwa. Każda organizacja na świecie, która przetwarza dane osobowe rezydentów UE, musi teraz rzetelnie ocenić swoją infrastrukturę zabezpieczeń informatycznych i wyciągnąć z tej oceny odpowiednie wnioski. Należy to oczywiście zrobić skrupulatnie i ostrożnie, z pewnością jednak nie ma potrzeby popadać w panikę.

Gorące lato dla frankowiczów, kurs franka nawet 3,8-3,85 zł

Za szwajcarską walutę trzeba płacić już ok. 3,70 zł, to ponad 20 gr więcej niż jeszcze miesiąc temu. Czemu frank tak wyraźnie zyskuje na wartości w relacji do złotego i dlaczego będzie trudno przerwać ten negatywny trend – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Nie ma dobrych informacji dla spłacających kredyty denominowane we franku. Szwajcarska waluta jest najdroższa od 7 miesięcy. Jeszcze w drugiej połowie kwietnia kurs CHF/PLN spadał poniżej poziomu 3,50. Co wydarzyło się przez ostatnie kilka tygodni, że rata dla frankowiczów poszybowała w górę o prawie 6 proc.?

Słaby złoty przez czynniki globalne

Przynajmniej od miesiąca inwestorzy obawiają się o kondycję rynków wschodzących. Wynika to przynajmniej z dwóch kwestii. Po pierwsze dolar wyraźnie zyskuje na wartości. Jest to skutek rosnących oczekiwań dotyczących przyszłych stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych oraz relatywnie lepszej kondycja gospodarczej USA. W innych państwach natomiast raczej mamy do czynienia z pogorszeniem koniunktury i względnie niskimi stopami procentowymi. To powoduje przypływ kapitału do dolara.

Drugim elementem zagrażający gospodarkom w Azji, Ameryce Łacińskiej czy w naszej części Europy jest drożejąca ropa naftowa. Dotyczy to oczywiście tych krajów, które muszą ją importować. Polska latem może tracić miesięcznie ok 1,5-1,8 mld zł tylko ze względu na wzrost ceny ropy naftowej w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego.

Poza wyższymi kosztami dla przedsiębiorstw oraz gospodarstw domowych kreuje to konieczność zakupu większej ilości walut zagranicznych, czyli pogłębia ogólny trend na rynku walutowym odpływu kapitału z rynków wschodzących, a więc i ze złotego.

Strach o strefę euro

Droga ropa oraz wysokie notowania dolara to negatywne informacje dla złotego. Jednak dla wyceny szwajcarskiej waluty do jej polskiego odpowiednika w dłuższym terminie jest ważniejsza inna, bardziej fundamentalna kwestia – ogólna sytuacja w strefie euro.

Tę relację określa zależność euro i franka. Do końca pierwszej połowy maja para EUR/CHF była wysoko, w okolicach poziomu 1,20. To oznaczało dość słabego franka i względnie silne euro. Niestety, od ponad tygodnia frank bardzo wyraźnie zyskuje na wartości do euro. Z czym to jest związane?

Przede wszystkim jest to rezultat formowania się populistycznego rządu we Włoszech. Wprowadzenie dochodu gwarantowanego dla obywateli na poziomie 780 euro miesięcznie, drastyczne obniżenie podatków oraz cofnięcie reform emerytalnych ma kosztować ok. 100 mld euro rocznie włoską gospodarkę. Jeżeli te zmiany zostaną wprowadzone, dług Italii wystrzeli górę, a rating kraju może zostać obniżony do poziomu śmieciowego.

Nowa koalicja co jakiś czas wraca także do kwestii opuszczenia strefy euro. Można oczekiwać, że jeżeli Bruksela nie pozwoli Rzymowi na realizację niekonwencjonalnej polityki gospodarczej, temat wyjścia z obszaru wspólnej waluty powróci. To właśnie ten element zaczyna obecnie wyceniać rynek poprzez wzmocnienie się franka w relacji do euro na poziomie ok. 3 proc. w drugiej połowie maja.

Latem kurs franka nawet 3,8-3,85 zł

Niepokoje o kondycję strefy euro połączone z niska wyceną  walut rynków wschodzących oraz wysokimi cenami surowców energetycznych to niebezpieczna mieszanka dla spłacających kredyty denominowane we franku. Na tę chwilę jest niewielka szansa, by sytuacja uległa poprawie. Raczej należy się liczyć z kolejnymi negatywnymi informacjami płynącymi z Włoch, a więc dalszym wzmocnieniem się franka do euro. To może oznaczać, że w wakacje za franka trzeba będzie płacić nawet 3,80-3,85 zł, jeżeli Rzym zdecyduje się na otwartą wojnę z fiskalnymi zasadami Unii Europejskiej.

Nawyki prezesów, przez które firmy tracą miliony

Wielozadaniowość, nadmierna kontrola i brak zaufania, nieprzemyślane zakupy, brak wiedzy o firmie, niedostępność, obawa przed zmianami – oto destrukcyjne nawyki Prezesów i zarządzających, przez które firmy często tracą pieniądze. Na szczęście nawyki można zwalczać, a pierwszym krokiem zawsze powinno być ich zidentyfikowanie. Mikołaj Dramowicz, założyciel i prezes zarządu datapax – firmy doradczej wyspecjalizowanej w automatyzacji i optymalizacji produkcji oraz przepływu informacji zwraca uwagę na najczęstsze złe nawyki i możliwe rozwiązania.

Multitasking nie istnieje – deleguj zadania!

Jednym z najczęściej spotykanych negatywnych nawyków jest skłonność do robienia wielu rzeczy naraz. Tymczasem, jeżeli ktoś wykonuje kilka zadań jednocześnie, efektywność wykonania dramatycznie spada, bo mózg musi przerzucać uwagę z jednego zadania na drugie, co oznacza, że za każdym razem zaczyna je od nowa. Szacuje się, że przeskakując z jednej czynności na drugą, dziennie marnujemy nawet 30 proc. naszego czasu!

Polscy menedżerowie mają problem z oddelegowaniem zadań. Z jednej strony narzekają na przeciążenie obowiązkami, a z drugiej często nawet nie próbują się nimi podzielić ze współpracownikami. Często łatwiej i szybciej jest poświęcić własny czas na dodatkową pracę, niż przyuczać, wymagać i rozliczać innych z poprawnego wykonania zadań. Prowizorycznie taka samodzielność może nawet wydawać się korzystna – w końcu na edukację pracowników, czy poprawianie ich błędów również trzeba byłoby znaleźć czas. Niestety, krótkowzroczność takiego myślenia widać dopiero w dłuższej perspektywie, kiedy Prezes zajmuje się wszystkim, lecz nie zadaniami kluczowymi dla jego funkcji i kondycji firmy.

Papierowy obieg dokumentów

Polscy prezesi w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw nadal zwlekają z cyfryzacją firm. E-biznes w Polsce stanowi zaledwie 4,1 proc. PKB. Dla porównania w Wielkiej Brytanii, Danii i Szwecji jest to 6-8 proc., czyli prawie 100% więcej niż w Polsce. Tym samym wraz Rumunią, Bułgarią, Grecją, Włochami, Chorwacją, Cyprem, Węgrami i Słowacją Polska zalicza się do państw Unii o niskim postępie procesów cyfryzacji. To wnioski płynące z „Raportu o postępie cyfrowym Europy (EDPR)” przygotowanym przez Europejski Urząd Statystyczny za rok 2017.

Papierowy obieg dokumentów w firmie to prawdziwa zmora. Według badań ICM na poszukiwanie właściwego dokumentu pracownicy marnują od 25 do 30 minut dziennie – to aż 90 godzin rocznie! Odpowiednio skonfigurowany system zrealizuje każdego dnia o wiele więcej zamówień niż nawet najszybszy i najwydajniejszy pracownik. Dodatkowo taki sposób pracy zmniejsza ryzyko wystąpienia różnego rodzaju błędów spowodowanych czynnikiem ludzkim, na których prostowanie pracownicy wykorzystują cenne minuty (co jednocześnie zmniejsza ilość możliwych do obsłużenia zamówień). Zautomatyzowany system sprzedaży pozwala na zwiększenie ilości obsługiwanych każdego dnia zamówień bez potrzeby zwiększania stanu osobowego firmy.

Oprócz oszczędności związanych z czasem i zwiększaniem wydajności pracy zyskujemy do wykorzystania przestrzeń, którą wcześniej zabierała archiwizacja dokumentów. Kilka tysięcy zgromadzonych papierowych kartek to zmora większości polskich biur i sekretariatów. Papier nie jest najtrwalszym nośnikiem danych, a więc nieodpowiednie warunki mogą doprowadzić do uszkodzenia i utraty ważnych dokumentów. Cyfryzacja firm to nie tylko szybki dostęp do informacji z przedsiębiorstwa, ale również bezpieczeństwo.

Procesami biznesowymi, których udoskonalenie warto rozważyć są operacje powtarzalne i monotonne np. przepływ dokumentów, ściąganie danych z systemów IT, tworzenie z nich excelowych raportów i ich wysyłka e-mailem jak również pozyskiwanie i utrzymanie Klientów, rekrutacja. Optymalizacja polega na dopasowaniu wspomnianych czynności do obecnej sytuacji w przedsiębiorstwie i celów, jakie firma chce zdobyć. Jeśli firma dąży do oszczędności, działanie będzie opierać się na minimalizacji kosztów jej działalności.

Przede wszystkim warto jednak pamiętać o beneficjentach tych usprawnień. Umiejętne zastosowanie nowoczesnych technologii może pozytywnie wpłynąć na efektywne wykorzystanie zasobów przedsiębiorstw, poprawić jakość pracy zatrudnionych osób i stworzyć nowe możliwości rozwoju.  Usprawnienia prowadzą również do zwiększenia mocy produkcyjnych, a to przekłada się na krótszy czas realizacji i możliwość obsługi większej liczby zleceń. To z kolei prowadzi do zwiększenia zysków przedsiębiorstwa. Efektywniejsze procesy przekładają się nie tylko na lepszą pracę całego przedsiębiorstwa i jej zyskowność, ale i na produkt końcowy. Konsumenci nie tylko szybciej otrzymują towar, który jest lepszej jakości, ale także — taniej, ponieważ optymalizacja może zwiększyć wydajność pracowników, znacznie redukując koszty pracy.

Niedostępność

Wizerunek idealnego prezesa jest różny, w zależności od osoby, która go tworzy. Inaczej idealnego przełożonego opiszą jego podwładni, a inaczej menedżer firmy. Niemniej jednak są pewne powtarzalne cechy niezależnie czy jest to np. badanie TNS OBOP prowadzone wśród ekspertów od HR, czy też badanie centrum szkoleniowego Jet wśród szeregowych pracowników. Oprócz wiedzy merytorycznej podkreślana jest często umiejętność słuchania innych i dostępność dla nich. Doświadczeni prezesi czasem zapominają o tym, że nie są „alfą i omegą” i że warto jest posłuchać młodszego stażem pracownika z działu produkcji. Pracownicy, którzy widzą w swoich szefach osobę kompetentną i godną zaufania, a także zawsze chętnego do pomocy i szukania najkorzystniejszych rozwiązań przywódcę zespołu, nie będą mieli wątpliwości, czy informować swojego przełożonego o napotkanych trudnościach.

Niewykorzystane szanse

Prawdopodobnie każdy handlowiec napotkał sytuację, gdzie sekretarka okazała się przeszkodą nie do obejścia. W takiej sytuacji niezależnie od jakości oferty z jaką dzwoni przedstawiciel, prezes firmy nie zdaje sobie z niej sprawy. Prezesi tracą, bo nie wiedzą ile mogą zyskać dzięki oferowanym rozwiązaniom. Mnogość różnych rozwiązań i dostawców maszyn sprawia, że nie mają oni czasu na dogłębną analizę rynku i opłacalności inwestycji oraz na poszukiwanie alternatywnych rozwiązań niewymagających znaczących nakładów finansowych.

Niewiedza

Często zarządzający nie zdają sobie sprawy z tego jak działa ich firma i z jakimi problemami borykają się poszczególne działy ich przedsiębiorstwa. Kupują najnowocześniejszą maszynę na halę, bo konkurencja też podobno ją ma. Ta potem stoi nieużywana, ale w jaki sposób można było to przewidzieć? Inwestycja w maszynę powinna być poprzedzona audytem. Często już niewielka zmiana technologiczna lub organizacyjna może przynieść nieoczekiwane rezultaty.

Obawa przed zmianami

Automatyzacja produkcji wiąże się ze zmianą niejednokrotnie utartych schematów działania. Nie dotyczy to tylko pracowników produkcyjnych i utrzymania ruchu, ale również zarządzających, którzy jednak częściej funkcjonują w dynamicznym środowisku i są bardziej przyzwyczajeni do radzenia sobie ze zmianami – nie wspominając, że to oni często są inicjatorem zmian.

Zmiany wywołują opór i strach związany z utratą kontroli, niepewnością, pytaniami „czy sobie poradzę” i dotykają wielu innych płaszczyzn. Zmiana to proces i jego znajomość daje możliwości wpływania na jego przebieg. Decydując się na automatyzację ważne jest aby wybrać odpowiedniego usługodawcę – profesjonalnych ekspertów, którzy realizują proces zmian kompleksowo, od A do Z.

– Zidentyfikowanie realnych przyczyn problemu to pierwszy krok do jego rozwiązania. W każdej firmie są obszary, które można ulepszyć. Wymaga to jednak czasu. Pierwszym krokiem jest wizyta w przedsiębiorstwie. Dzięki temu zapoznajemy się z procesem produkcyjnym, przepływem materiałów i informacji od zamówienia, aż do wyrobu końcowego, poznajemy kulturę przedsiębiorstwa, identyfikujemy problemy, które spowalniają rozwój danej firmy oraz wspólnie podejmujemy decyzję o kierunku działań. Kadry zarządzające przedsiębiorstwem, siłą rzeczy pochłonięte są czuwaniem nad bieżącą działalnością i nie zawsze są w stanie podjąć się tego zadania, dlatego ważne jest kompleksowe podejście. podsumowuje Mikołaj Dramowicz.

Poranny koszmar frankowiczów. Kurs franka powyżej 3,70 zł

Frank szwajcarski powyżej 3,70 zł po informacjach o problemach z utworzeniem rządu we Włoszech. Lira turecka wciąż gwałtownie traci. Trump może nie zaakceptować porozumienia z Chinami.

Poranny koszmar frankowiczów

Kredytobiorcy frankowi przyzwyczaili się już do tego, że frank będzie oscylował jak w drugiej połowie kwietnia w okolicach 3,50 zł. Ostatnie dni jednak wyraźnie pokazują, że nawet jeżeli będzie to prawdą to nie od razu. Wczorajszy dzień zaczynaliśmy w okolicach 3,65 zł dzisiaj o godzinie 9:00 frank szwajcarski przebił 3,70 zł. Powodem znów jest niepewność, która narosła wokół tworzenia rządu we Włoszech. Jak się okazuje sukces tworzenia gabinetu okazał się przedwczesny. Z jednej strony obecny prezydent zdecydowanie wolałby na stanowisku premiera lidera szefa Ligi Północnej. Z drugiej strony wśród kandydatów na ministrów pojawiło się kilka bardzo kontrowersyjnych postaci, w tym przeciwnik strefy euro jako minister gospodarki. Dodatkowym smaczkiem jest zweryfikowany przez media życiorys premiera, który jednak nie jest tak krystaliczny jak początkowo sądzono. Oprócz odwrotu inwestorów od walut naszego regionu znacznie bardziej widać ucieczkę z eur,o zarówno do franka, jak i do dolara. Frank jest najmocniejszy od początku marca. Dolar z kolei od listopada. To właśnie ten ruch spowodował, że złoty do franka stracił aż tak mocno.

Lira wciąż pod presją

Gdy wczoraj pisaliśmy o problemach tureckiej liry, za dolara płacono 4,60 liry, dzisiaj rano oglądamy już poziomy 4,80 liry za dolara. Oznacza to ponad 4% straty na wartości w ciągu jednego dnia. Warto pamiętać, że niemal dokładnie za miesiąc odbędą się przyspieszone wybory w Turcji. To właśnie one mają umożliwić jeszcze większą kontrolę Erdogana nad państwem. Ekonomiści wciąż są przerażeni koncepcją, że to wysokie stopy procentowe pobudzają inflację. Jeżeli w Turcji doszłoby do obniżki stóp procentowych, w obecnej sytuacji Turcja mogłaby zostawić pod względem problemów gospodarczych daleko w tyle Argentynę.

Konflikt handlowy USA-Chiny

Analitykom wydawało się, że efekt negocjacji ,w ramach którego Chiny zgodziły się istotnie obniżyć cła między innymi na samochody i części samochodowe w celu równoważenia wzajemnego bilansu handlowego, jest korzystne. Donald Trump jednak wyraził ostatnio dokładnie odmienne zdanie. Inwestorzy znów nie wiedzą zatem co będzie się działo. A skoro nie wiedzą to się boją i sprzedają. Wypowiedzi te spowodowały spadki na giełdzie i wzrost cen ropy. Tutaj powodem były szczególnie dalsze sankcje wobec i tak znajdującej się w opłakanym stanie Wenezueli.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych seria odczytów indeksów PMI w godzinach przedpołudniowych, potem warto zwrócić uwagę na:

  • 12:00 – Wielka Brytania – sprzedaż detaliczna wg. CBI,
  • 16:00 – USA – sprzedaż nowych domów,
  • 16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Ważny dzień dla kursu dolara

Po kilku dniach spokoju i próbie wyhamowania aprecjacji dolara nadchodzi najważniejszy tym tygodniu dzień, który rozpoczyna się przy słabych nastrojach inwestycyjnych wywołanych groźbą fiaska spotkania Trump – Kim w Singapurze.

Dane z Eurolandu w ostatnich kilku tygodniach wypadały blado, a na tle oczekiwań wręcz fatalnie (najgorzej od 3,5 lat). Dlatego też dzisiejsza seria PMI z gospodarek strefy euro udzieli odpowiedzi na pytanie czy spowolnienie koniunktury jest trwałe i głębokie. Oczywiście tempo wzrostu nadal pozostanie bardziej niż przyzwoite, ale bez poprawy w danych dającej podstawę by ECB wróciło do odważniejszej retoryki i przy negatywnych sygnałach z włoskiej sceny politycznej trudno będzie o poprawę sentymentu wokół wspólnej waluty. EUR/USD próbuje co prawda odnaleźć dołek przy 1,1720, ale fiasko próby trwałego wyjścia nad 1,18 każe zachować daleko idącą ostrożność. Z kolei schłodzenie sentymentu inwestycyjnego spycha USD/JPY w kierunku 110,00, jeśli szybko nie dojdzie do powrotu na wyższe pułapy, to scenariusz ataku na 112,20 trzeba będzie nieco odłożyć. Rynek nadal kupować chce dolara, więc w dzisiejszym protokole z majowego posiedzenia FOMC inwestorzy będą starali się szukać pozytywnych smaczków i jastrzębich sygnałów.

Nadal fatalnie radzi sobie funt szterling. GBP/USD ponownie znalazł się pod 1,34 na niespełna kilka godzin przed publikacją inflacji. Po gołębim wstrzymaniu się przez Bank Anglii od podwyżki w maju zagrożony staje się także sierpniowy, w tej chwili najbliższy realny termin zacieśnienia parametrów polityki. Ruch ze strony MPC jest na tyle mocno uwzględniony w cenach, że w przypadku rozczarowania i przy chaosie na scenie politycznej oraz słabnącej pozycji Theresy May funt nadal powinien pozostawać rażąco słaby względem innych walut z przestrzeni G-10. Spodziewamy się spadku GBP/USD w kierunku 1,31.

Pod presją znalazły się mocne ostatnio waluty surowcowe. Należy jednak pamiętać,
że w notowaniach (zwłaszcza) AUD/USD i NZD/USD doszło ostatnio do odbicia na tyle mocnego, że bezpośredni deprecjacyjny potencjał stał się mocno dyskusyjny. W perspektywie półrocznej nie ma szans ani na podwyżkę przez RBA, ani przez RBNZ. Nie jest ona też obecnie w żadnym stopniu wyceniona, więc obie waluty będą podążać za szerszym rynkowym sentymentem. NZD jawi się jako mniej atrakcyjny. Cierpi przez fatalny odczyt sprzedaży detalicznej, który odciśnie się mocnym piętnem także na publikacji dynamiki PKB. Znakiem ostrzegawczym jest też presja po publikacji przez RBNZ opracowania, w którym stwierdzono, że bank w przypadku kryzysu jest gotowy do sięgnięcia po skup aktywów. Dlatego też wydaje się, że w tej chwili rynek faworyzować powinien on dolara australijskiego, zresztą AUD/NZD powrócił ostatnio nad 200 sesyjną średnią i powinien kontynuować zwyżkę.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers

W I kwartale 2018 r. fundusze venture capital zainwestowały blisko 50 mld USD w startupy na całym świecie

Cyfrowe innowacje niezmiennie pozostają w centrum zainteresowania inwestorów. Jak wynika z badania KPMG w I kwartale 2018 r. fundusze zainwestowały 49,3 mld USD (ponad 70% więcej niż kwartał wcześniej). USA jest zdecydowanie najważniejszym rynkiem inwestycyjnym – ponad 61% wszystkich pieniędzy zostało ulokowanych przez fundusze właśnie na tym rynku. Systematycznie zmniejsza się liczba transakcji, co dobrze ilustruje trend, że inwestorzy preferują większe inwestycje w bardziej rozwinięte startupy.

Fundusze venture capital już się nauczyły funkcjonować w realiach cyfrowej gospodarki i w naturalny sposób ograniczają swoje ryzyko, inwestując w coraz bardziej rozwinięte startupy. Takie podejście jest uzasadnione ekonomią biznesu venture capital – nakład czasu na selekcję projektów inwestycyjnych, wykonanie transakcji oraz wsparcie startupu w rozwoju, jest niezależny od wielkości zainwestowanych środków, a zależy bardziej od fazy rozwoju startupu i jego specyfiki mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.

Znacząca rola korporacyjnych funduszy venture capital

Jak wynika z badania KPMG korporacje odgrywają coraz bardziej istotną rolę w ekosystemie finansowania rozwoju startupów – 21% wszystkich transakcji na całym świecie zostało zrealizowanych bezpośrednio przez korporacje lub przez tzw. korporacyjne fundusze venture capital.

Korporacje są świadome, że muszą pozyskiwać innowacje z zewnątrz i dlatego zakładają własne fundusze typu venture capital, które oprócz budowy wartości portfela inwestycyjnego mają przede wszystkim na celu inwestowanie w startupy tworzące rozwiązania wspomagające rozwój korporacji. Także duże przedsiębiorstwa w Polsce zaczynają dostrzegać korzyści z posiadania własnego korporacyjnego funduszu venture capital i stąd też ich zainteresowanie tworzeniem takich wyspecjalizowanych wehikułów inwestycyjnych – mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.

Startupy bazujące na rozwiązaniach cyfrowych najpopularniejsze wśród inwestorów

Innowacyjne rozwiązania cyfrowe są podstawą modeli biznesowych i operacyjnych zdecydowanej większości startupów, w które inwestują fundusze. Jak wynika z badania KPMG 43% wszystkich transakcji było związanych z inwestycją w przedsiębiorstwa rozwijające nowoczesne oprogramowanie specjalistyczne. Inwestorzy są obecnie najbardziej zainteresowani rozwiązaniami bazującymi na zaawansowanej analizie danych cyfrowych oraz sztucznej inteligencji. Największe nadzieje są związane z wykorzystaniem takich rozwiązań w ochronie zdrowia w zakresie zarówno wczesnej diagnostyki (np. dodatkowe konsultacje), jak również opieki zdrowotnej i prewencji.

Adaptowanie innowacyjnych rozwiązań cyfrowych w sektorze usług zdrowotnych jest niezwykle szybkie. Ich wykorzystanie przynosi istotne korzyści nie tylko pacjentom czy lekarzom, ale także regulatorom sektora, zdecydowanie ułatwiając nadzór nad ochroną zdrowia i jakością świadczonych usług mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.

W Europe w I kwartale 2018 r. zainwestowano w startupy 5,2 mld USD, czyli o 15% mniej niż w Q4 2017 r. Europa jest niestety dużo mniejszym rynkiem startupowym – 10,5% wszystkich środków pieniężnych na całym świecie zainwestowano na naszym kontynencie w ostatnim kwartale. Fundusze zaczęły też inwestować w zdecydowanie większe spółki – dwukrotnie spadła liczba transakcji w odniesieniu do poprzedniego kwartału. Analizy KPMG pokazują również, że inwestorzy europejscy interesują się przede wszystkim fintechami i rozwiązaniami bazującymi na sztucznej inteligencji. Wielka Brytania i Niemcy, to tradycyjnie główne rynki inwestycyjne w Europie (blisko 50% środków zainwestowanych w Europie). W ostatnim okresie bardzo dynamicznie wzrosły inwestycje w startupy we Francji i Hiszpanii.

Rynek venture capital w Polsce znajduje się niestety w dalszym ciągu w bardzo wczesnej fazie rozwoju. Nic dziwnego zatem, że biorąc pod uwagę skalę inwestycji w startupy w poszczególnych krajach europejskich, nadal nie jesteśmy na „radarze” dużych funduszy europejskich. Warto więc zastanowić się, jakie mechanizmy przyczyniły się do bardzo spektakularnego rozwoju hubów startupowych w Berlinie (ponad 1,1 mld. USD zainwestowanych w Q1 2018), czy Paryżu (ponad 500 mln USD), tak żeby skutecznie rozwijać budowany obecnie w Polsce ekosystem startupowy mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.

Nowy standard RICS w zakresie ograniczenia ryzyka przestępstw finansowych

RICS zainicjował konsultacje w sprawie nowego standardu, który ma pomóc profesjonalistom rynku nieruchomości i firmom regulowanym przez RICS w ograniczeniu ryzyka związanego z łapówkarstwem oraz korupcją, praniem pieniędzy i finansowaniem terroryzmu *.

Projekt nowego standardu RICS o nazwie ‘Przeciwdziałanie łapówkarstwu oraz korupcji, praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu’ – Standardy Zawodowe, zobowiązuje ekspertów i firmy regulowane przez RICS do ograniczenia ryzyka prania pieniędzy i ma stanowić barierę ochronną przed przestępstwami finansowymi w codziennych operacjach biznesowych.

Inicjując szeroko zakrojone, globalne konsultacje RICS pragnie dowiedzieć się, czy proponowana formuła standardu spełnia potrzeby specjalistów i interesariuszy z branży i wystarczająco jasno określa ich zobowiązania do łagodzenia wpływu ryzyka malwersacji finansowych na ich praktykę biznesową.

Sektor nieruchomości to jeden z głównych celów nielegalnej działalności finansowej, wykorzystywany jako narzędzie legitymizacji lub „czyszczenia” zysków pochodzących z nielegalnych źródeł, często w ramach jednej transakcji.

Potwierdzają to badania przeprowadzone przez uznaną na arenie międzynarodowej grupę zadaniową ds. przeciwdziałania praniu pieniędzy (FATF), współpracującą z rządami w zakresie wymogów i regulacji prawnych mających na celu wyeliminowanie prania pieniędzy, finansowania terroryzmu i powiązanych zagrożeń w ramach globalnego systemu finansowego. Także inne międzynarodowe organizacje, takie jak Organizacja Narodów Zjednoczonych i Transparency International, określiły sektor nieruchomości jako wyjątkowo wrażliwy na nielegalne fundusze. **

Peter Bolton King, globalny dyrektor ds. profesjonalizacji i etyki w RICS
Peter Bolton King, globalny dyrektor ds. profesjonalizacji i etyki w RICS

„Ryzyko łapownictwa i korupcji, prania pieniędzy i finansowania terroryzmu rzuca się cieniem na nasz zawód, niezależnie od miejsca na świecie czy specjalizacji. Jeśli te zagrożenia nie będą przez nas właściwie zidentyfikowane i zarządzane, mogą mieć bezpośredni wpływ na naszą codzienną pracę, a także na przedsiębiorstwa i konsumentów oraz na zaufanie, jakim te grupy obdarzają nas, profesjonalistów branży. Określając zobowiązania naszych specjalistów i firm regulowanych przez RICS w zakresie przeciwdziałania praniu pieniędzy, nowy standard RICS promuje przejrzyste i etyczne postępowanie w biznesie, które umacnia zaufanie rynku do zawodu” – Peter Bolton King, globalny dyrektor ds. profesjonalizacji i etyki w RICS.

Sektorem szczególnie narażonym na nielegalną działalność finansową jest budownictwo głównie z uwagi na przekupstwo i korupcję w ramach procesów zamówień i zawiązywania umów. Potwierdza to m.in. badanie przeprowadzone przez globalną firmę konsultingową PwC Global Economic Crime Survey z 2014 r., które określa budownictwo jako jeden z sektorów szczególnie podatnych na przypadki przekupstwa i korupcji. Również Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) zidentyfikowała sektor budowlany jako globalny sektor wysokiego ryzyka w zakresie łapówkarstwa i korupcji, często poprzez procesy zamówień publicznych.

Nowy standard zawodowy RICS kreśli jasny opis zarządzania ryzykiem związanym z łapówkarstwem oraz korupcją, praniem pieniędzy i finansowaniem terroryzmu i jest zgodny z kodeksem postępowania RICS. Określa ramy etyczne i działania zawodowego dla ekspertów RICS, zapewniając praktykom i firmom jasne i spójne zasady dotyczące tego, co stanowi naruszenie przyjętego postępowania.

„Walka z łapówkarstwem i korupcją, praniem pieniędzy i finansowaniem terroryzmu nie jest nowa dla RICS ani dla naszego zawodu w ogóle. Rządy wprowadzają specjalne regulacje prawne a niektóre z organizacji stosują surową politykę, które mają chronić je przed tymi przestępstwami, a większość osób rozumie reperkusje z nimi związane. Jako globalna organizacja zawodowa RICS ma obowiązek określić minimum wymagań i zobowiązań dla swoich ekspertów i firm regulowanych, aby zapewnić, że ich działania nie zawierają ani nie ułatwiają przekupstwa, korupcji, prania pieniędzy ani finansowania terroryzmu. Ważne jest zatem, aby nasi praktycy, firmy regulowane przez RICS, klienci korzystający z usług rzeczoznawców i inne zainteresowane strony wzięły udział w naszych konsultacjach, aby finalny standard odzwierciedlał rzeczywistość nowoczesnego zawodu i profesjonalnej praktyki zawodowej”.

Wraz z ogłoszeniem jego finalnej wersji standard RICS będzie miał zastosowanie do wszystkich dyscyplin reprezentowanych przez ekspertów RICS na całym świecie. Konsultacje trwają od maja do lipca br. i są dostępne na stronie www.rics.org/amlps

Kompap: wzrost sprzedaży o 49% w I kwartale 2018

Grupa Kompap SA, do której należą dwie wiodące drukarnie dziełowe w Polsce – BZGraf i OZGraf, a także drukarnia offsetowa rolowa Imprimus, od stycznia do marca 2018 roku wypracowała przychody ze sprzedaży w wysokości 21,88 mln zł, co oznacza wzrost o 49% r/r. Jednocześnie o 63% zwiększył się w tym czasie skonsolidowany zysk brutto ze sprzedaży do poziomu 4,95 mln zł wobec 3,03 mln zł przed rokiem. Grupa zakończyła pierwszy kwartał zyskiem netto w wysokości 0,72 mln zł. Rok wcześniej na tym poziomie notowała 1,47 mln zł.

– Włączenie do grupy pod koniec zeszłego roku Imprimusa zaowocowało skokowym zwiększeniem sprzedaży Kompapu. Jednocześnie w związku z tym, że nowo zakupiona drukarnia notowała w przeszłości duże straty, konieczne było szybkie rozpoczęcie  procesu restrukturyzacji w tej spółce. Z początkiem roku wdrożyliśmy więc szereg działań mających na celu poprawę generowanych przez nią wyników. Co istotne, uzyskaliśmy satysfakcjonujące efekty znacznie szybciej niż się spodziewaliśmy, które pozwalają nam oczekiwać pozytywnego wyniku finansowego w Imprimusie już w II kwartale 2018 roku ­– mówi Waldemar Lipka, prezes zarządu Kompap SA.

– W dalszym ciągu pracowaliśmy nad zwiększaniem wydajności w naszych dotychczasowych zakładach – w Białymstoku i Olsztynie. Już w kwietniu 2018 roku uroczyście uruchomiliśmy w OZGrafie pierwszą w Polsce, a jednocześnie jedenastą na świecie kompletną linię do oprawy twardej linii Kolbus. Jej instalacja oznacza wzrost potencjału olsztyńskich zakładów w zakresie produkcji książek w twardej oprawie niemal o połowę – do około 7-8 mln egzemplarzy. Nie zwalniamy jednak tempa i będziemy konsekwentnie pracować nad budowaniem sprzedaży, zarówno na rynku krajowym, jak i za granicą. Chcemy przy tym korzystać z synergii zakupów wszystkich naszych zakładów – dodaje Waldemar Lipka.

Podstawą  działalności Kompapu jest druk, przede wszystkim druk dziełowy, za który grupa ceniona jest zarówno Polsce, jak i za granicą. W I kwartale 2018 roku skonsolidowane przychody z tytułu działalności produkcyjnej, czyli sprzedaży gotowych książek, katalogów, czasopism i innych artykułów poligraficznych wyniosły 21,12 mln zł wobec 14,04 mln zł rok wcześniej. Grupa eksportuje swoje produkty do kilkunastu krajów europejskich, w  tym na tak wymagające rynki jak Norwegia, Szwecja, Dania, ale też Niemcy czy Wielka Brytania. Na koniec 2017 roku sprzedaż zagraniczna odpowiadała za niemal ¼ przychodów całej grupy.

Zmiany w podatku dochodowym od osób fizycznych w krajach UE

Łotwa wprowadziła znacznie wyższą kwotę wolną od podatków niż w Polsce dla najmniej zarabiających. W Holandii i Danii podwyższono opodatkowanie osób o niskich dochodach. Rumunia bardzo obniżyła podatki i ma wzrost gospodarczy dwukrotnie wyższy od Polski.

Podatek dochodowy od osób fizycznych w krajach UE jest zwykle rzadko zmieniany, ale ostatnio kilka państw zdecydowało się na istotne korekty. Łotwa zrezygnowała z podatku liniowego, ale wprowadziła dużą kwotę wolną od podatków dla najmniej zarabiających, istotnie wyższą niż w Polsce.

Szczególnie ciekawym przykładem jest Rumunia, która ma znacznie niższy VAT i CIT niż Polska, a ostatnio obniżyła PIT. – Rumunia, która ma podatek liniowy, zmniejszyła opodatkowanie z 16 do 10 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Joanna Narkiewicz-Tarłowska, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC. – Jest to związane z tym, że Rumunia stawia na szybki wzrost gospodarczy, stymulowany niskimi podatkami.

Nie jesteśmy krajem, w którym podatki są niskie. Z raportu  firmy doradczej PwC “Praca w UE – podatki i składki 2018” wynika, że w Polsce przeciętnie zarabiający singiel otrzymuje 71% swojego pełnego wynagrodzenia (średnia UE 73%). Pozostała część to podatek PIT oraz obowiązkowe składki odprowadzane w imieniu pracownika przez pracodawcę: na ubezpieczenie emerytalne i rentowe oraz chorobowe (ZUS), a także na ubezpieczenie zdrowotne (NFZ). Oznacza to, że w zestawieniu z pozostałymi krajami UE zajmujemy 15. lokatę (ex aequo z Chorwacją, Łotwą i Rumunią). Pierwsze trzy miejsca należą do Cypru (91%), Malty (81%) oraz ex aequo Estonii, Irlandii i Wielkiej Brytanii (80%).

W nieco gorszej sytuacji pod tym względem znajdują się polskie rodziny. Co prawda, przy przeciętnych dochodach mogą one liczyć na 77% wynagrodzenia (średnia UE wynosi 79%), ale to zaledwie 18. miejsce w zestawieniu wszystkich 28 krajów Unii Europejskiej (ex aequo ze Szwecją). Analiza PwC uwzględnia popularne ulgi na dziecko i rozliczenie małżeńskie.

Powstają w Polsce nowe stacje ładowania pojazdów elektrycznych. Za pomocą aplikacji mobilnej można zarezerwować ładowarkę, naładować auto, a nawet zapłacić

Powstają w Polsce nowe stacje ładowania pojazdów elektrycznych. Za pomocą aplikacji mobilnej można zarezerwować ładowarkę, naładować auto, a nawet zapłacić 6

Udział samochodów z silnikiem elektrycznym w Polsce wynosi jedynie 0,2 proc. Do 2025 roku po polskich drogach ma już jednak jeździć milion pojazdów elektrycznych. Obecnie problemem jest brak infrastruktury, zwłaszcza mała liczba punktów ładowania. Na rynku pojawia się jednak coraz więcej innowacyjnych rozwiązań – droga, która ładuje przejeżdżające pojazdy elektryczne, czy superszybkie ładowarki, które naładują samochód w kilka minut. W Polsce dostępne są innowacyjne ładowarki, które zarezerwować można w aplikacji mobilnej. Umieszczone przy centrach handlowych czy hotelach są ułatwieniem dla kierowców i pozwalają naładować samochód w ciągu maksymalnie trzech godzin.

Raport DNB i PwC, „Kierunki 2018. Ingerencja państwa w wybranych sektorach gospodarki – skala i warunki sukcesu” wskazuje, że udział samochodów z silnikiem elektrycznym w Polsce wynosi jedynie 0,2 proc., w krajach skandynawskich to już ponad 30 proc. Problemem w rozwoju elektromobilności jest brak infrastruktury i utrudniony do niej dostęp, zwłaszcza do stacji ładowania pojazdów.

– Przede wszystkim, żeby budować stacje ładowania, trzeba mieć do tego know-how i odpowiednie systemy. Ładowanie samochodów elektrycznych to coś zupełnie innego niż tankowanie samochodu, ponieważ nie odbywa się przez kilka minut na stacji, tylko odbywa się w czasie, kiedy kierowca robi inne rzeczy, np. zakupy, jest w teatrze czy kinie. Dlatego stacje ładowania są i będą lokalizowane przy punktach usługowych – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jakub Tabędzki, prezes EneGIVE, start-upu dostarczającego stacje ładowania pojazdów elektrycznych.

Na świecie pojawiają się rozwiązania, które mają znacznie ułatwić życie kierowcom aut zasilanych prądem. W Szwecji niedawno otwarto pierwszą na świecie drogę, która ładuje przejeżdżające pojazdy elektryczne. Szwajcarska firma ABB przekonuje zaś, że stworzyła ładowarkę, która wytwarza 350 kW i naładuje samochód w trzy minuty. Także w Polsce wdrażane są innowacyjne ładowarki, które maksymalnie skracają czas ładowania. Cały system funkcjonuje przez aplikację mobilną, co bardzo upraszcza cały proces.

– Stacje ładowania powinny być wygodne dla kierowcy, kierowca powinien móc, już jadąc, sprawdzić, czy taka stacja jest dostępna, zarezerwować ją i w prosty sposób uruchomić ładowanie w momencie, kiedy dotrze na miejsce. Najprostszym i najwłaściwszym rozwiązaniem jest aplikacja mobilna, która pozwala kierowcy jeszcze przed wyruszeniem na zakupy sprawdzić, czy stacja ładowania, która odpowiada jego potrzebom, jest dostępna, zarezerwować ją i uruchomić ładowanie w momencie przyjazdu – przekonuje Jakub Tabędzki.

Aby skorzystać z ładowarki, wystarczy ściągnąć aplikację na telefon, dzięki niej znaleźć najbliższą ładowarkę (nawigacja doprowadzi kierowcę na miejsce), sprawdzić, czy jest wolna, ile kosztuje ładowanie, rozpocząć i zakończyć cały proces, a także za niego zapłacić. Stawka za 1 kW wynosi 1,23 zł (stacja ładowania 22 kW prąd zmienny) i 1,85 zł (stacja ładowania 50 kW, prąd stały). Punkty ładowania umieszczone są przy najczęściej uczęszczanych miejscach, takich jak centra handlowe, stacje benzynowe. To szansa dla usługodawców na zwiększenie przychodów.

– Żeby przekonać punkty usługowe do budowy stacji ładowania, trzeba pokazać im korzyści w postaci klientów, którzy zostawią u nich pieniądze, a także przychodów z ładowania, które dostaną. Nie da się takich korzyści osiągnąć bez specjalistycznego systemu i zaplecza, to jest właśnie to, co oferujemy. To rozwiązanie kompleksowe, które pozwoli firmie usługowej czy sieci marketów skupić się na robieniu swojego biznesu, a nam pozwoli na obsłużenie klientów, którzy chcieliby załadować swój pojazd – wskazuje prezes EneGIVE.

Ładowanie samochodu trwa od 30–40 minut do nawet kilku godzin. Ten czas klienci mogą spędzić właśnie w centrum handlowym lub w budynku przy którym zostawią pojazd. To zaś oznacza większe przychody danej placówki. Szacuje się, że cztery samochody elektryczne naładowane dziennie mogą wygenerować miesięczny rachunek za prąd w wysokości nawet 2 tys. zł.

– Pierwsze wdrożenia będą bardzo szybko. Pod koniec maja zostanie uruchomione pierwsze rozwiązanie w Bydgoszczy przed jednym z nowo otwartych centrów outletowych – zapowiada Jakub Tabędzki.

W 2017 roku zarejestrowano w Polsce 907 aut z napędem elektrycznym. Z kolei ubiegłoroczne badanie SW Research na zlecenie PSPA pokazało, że 12 proc. Polaków planuje w najbliższym czasie zakup samochodu elektrycznego, a 31,5 proc. wciąż się nad tym zastanawia.

Według analityków Markets and Markets wartość rynku stacji ładowania pojazdów elektrycznych wzrośnie z 5,3 mld dol. w 2018 roku do 30,4 mld dol. w 2023 roku, przy średnim tempie wzrostu sięgającym 42 proc. rocznie.

Uczniowie walczą z wykluczeniem niepełnosprawnych. Innowacyjne projekty coraz częściej rodzą się w szkołach

Uczniowie walczą z wykluczeniem niepełnosprawnych. Innowacyjne projekty coraz częściej rodzą się w szkołach 7

Innowacyjność nie jest domeną wyłącznie start-upów oraz wielkich korporacji. Coraz częściej innowacyjne projekty powstają także już w szkołach średnich. Uczniowie nie tylko konstruują urządzenia i projektują aplikacje dla zabawy. Często przyświeca im wyższy cel, którym jest znoszenie barier. W liceach powstały m.in. inteligentna kamizelka z GPS-em rozpoznająca przedmioty na drodze osób niewidomych, czytnik alfabetu Braille’a z syntezatorem mowy czy pętla indukcyjna dla osób niedosłyszących. Za innowacyjne wynalazki w służbie ludzkości coraz częściej odpowiedzialne są najmłodsze pokolenia.

– Młodzi ludzie przestali używać nowych technologii tylko dla zabawy i dlatego że mają taką wiedzę i takie możliwości, a zaczęli sobie stawiać bardzo mądre pytania: co my możemy zrobić, aby te nowe technologie służyły innym i mogły zmienić ich świat na lepsze? Taka postawa wynika z potrzeby bycia potrzebnym innym i potrzeby zmiany świata – mówi Małgorzata Jankowska z wydawnictwa Nowa Era, kierownik programu „Projekt z klasą”.

Niepełnosprawni uczniowie na każdym kroku napotykają na bariery architektoniczne, społeczne oraz technologiczne, które wykluczają ich z funkcjonowania w gronie rówieśników. Jak się okazuje, z pomocą mogą przyjść koledzy i koleżanki z klasy. Na świecie powstaje coraz więcej uczniowskich projektów poświęconych rozwiązywaniu problemów osób niepełnosprawnych. Przy odpowiednim wsparciu ze strony nauczycieli projekty te mogą wejść do powszechnego użycia.

– Młodzi ludzie umieją i lubią przeciwdziałać wykluczeniu osób niepełnosprawnych, a także mają ku temu możliwości. Okazuje się, że można w warunkach szkolnych stworzyć rozwiązania, które będą pomagały innym, i to na większą skalę – mówi Małgorzata Jankowska.

Zespół Szkół nr 6 im. Jana III Sobieskiego w Jastrzębiu-Zdroju od 2009 roku pomaga swoim podopiecznym opracowywać projekty na konkursy wynalazczości, a od 2012 roku wspiera realizację projektów poświęconych ułatwianiu życia osobom niepełnosprawnym. W ciągu kilku lat uczniowie stworzyli m.in. system ułatwiający korzystanie z komputera, naszyjnik dla niewidomych informujący o przeszkodach na ich drodze czy Nietoperza – inteligentną kamizelkę rozpoznającą przedmioty na drodze osób niewidomych wyposażoną w GPS, który ułatwia dotarcie do najczęściej odwiedzanych miejsc. Uczniowie z innych rejonów Polski także nie są gorsi.

– Licealiści z Białegostoku opracowali czytnik alfabetu Braille’a, chcąc wspomóc osoby uczące się dopiero tego alfabetu. Ten czytnik przekaże nam na głos to, co zostało napisane za pomocą kropek alfabetu Braille’a. Dzięki temu osoba, która jest osobą niewidzącą, będzie mogła sprawdzić, czy dobrze zinterpretowała napisany tekst. Jestem przekonana, że to jest duże ułatwienie dla osób niewidzących, gdyż niejako pomaga im w pokonywaniu własnych trudności bez pomocy osób trzecich – opowiada ekspertka.

Równie ciekawie prezentuje się pętla indukcyjna wymyślona przez uczniów z Raciborza. Projekt powstał z myślą o nowym koledze z klasy, który zmagał się z poważną wadą słuchu. Aby słyszeć nauczyciela, Marcin musiał siedzieć w pierwszej ławce, ale nawet to nie gwarantowało, że wychwyci każde słowo. Z pomocą przyszli mu uczniowie, którzy zaprojektowali system wspomagający.

– Pętla indukcyjna to specjalne okablowanie klasy, wzmacniacz audio i mikrofon, którym posługuje się nauczyciel. W momencie, kiedy uczeń z wadą słuchu przełączy swój aparat słuchowy na współdziałanie z pętlą indukcyjną, wtedy ta eliminuje niepotrzebne dźwięki i wszelkie szmery, które mogłyby rozpraszać takiego ucznia. Niezależnie od tego, czy siedzi w pierwszej ławce czy w ostatniej, po prostu wszystko świetnie usłyszy – wyjaśnia przedstawicielka wydawnictwa.

Największa fala uczniowskich innowacji dopiero przed nami. Dzięki wprowadzeniu nauki programowania do szkół za pisanie aplikacji i programów komputerowych biorą się coraz młodsze pokolenia. Dwunastoletni Alexander Knoll opracował program Ability App, który pomoże osobom z niepełnosprawnością poruszać się po przestrzeni publicznej, informując ich, gdzie umiejscowiono windy i rampy dla wózków inwalidzkich oraz w których restauracjach znajdą menu napisane językiem Braille’a.

Projektem Alexandra zainteresowała się Ellen DeGeneres, amerykańska aktorka i prowadząca talk-show „The Ellen DeGeneres Show”, która wręczyła chłopakowi czek na 25 tys. dol. na pokrycie kosztów dokończenia aplikacji i wdrożenia jej do powszechnego użytku. Polscy uczniowie także mogą liczyć na granty i pomoc finansową przy realizacji swoich projektów.

– Liczymy na to, że dzięki grantom Nowej Ery uda się przejść od fazy planowania do fazy realizacji, gdyż zdobyte fundusze to jest ten pierwszy krok, żeby zakupić potrzebne elementy składowe, by te projekty wcielić w życie. Zakładamy również, że mając ze sobą nasze certyfikaty, młodzież ma otwarte drzwi do regionalnych sponsorów, u których mogliby się ubiegać o kolejne dofinansowanie – mówi Małgorzata Jankowska.

W VIII edycji konkursu „Projekt z klasą” przyznano pięćdziesiąt pięć nagród o łącznej sumie 60 tys. zł. Była to pierwsza edycja, w której udział mogli brać nie tylko uczniowie szkół ponadpodstawowych, lecz także podstawowych.

ORLEN przejmie pełną kontrolę nad czeskim Unipetrolem

Rada Nadzorcza PKN ORLEN wyraziła zgodę na nabycie przez Koncern pozostałych akcji spółki Unipetrol reprezentujących ok. 5,97% kapitału zakładowego. PKN ORLEN zamierza zaoferować w wykupie cenę 380 CZK za jedną akcję i tym samym utrzymać poziom cenowy z wezwania z grudnia 2017 roku, na które pozytywnie odpowiedzieli akcjonariusze Unipetrol posiadający łącznie ponad 31 proc. akcji spółki. Do finalizacji transakcji niezbędna będzie m.in. zgoda Czeskiego Banku Narodowego.

Decyzja ta otwiera nam drogę do osiągnięcia pełnej kontroli nad istotną spółką w portfolio Grupy ORLEN, jaką jest Unipetrol. To dopiero początek finalizowania całego procesu. Na obecnym etapie jest on zależny od pozytywnej decyzji Czeskiego Banku Narodowego, do którego trafi nasz wniosek dotyczący wykupu pozostałych akcji. Zakładamy, że ostateczne rozliczenie transakcji mogłoby nastąpić w IV kwartale 2018 r. – podkreśla Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Obecnie PKN ORLEN posiada 94,03% udziałów w akcjonariacie czeskiej spółki. Wykup pozostałych mniejszościowych akcjonariuszy będzie przeprowadzany z zamiarem wycofania akcji Unipetrol z obrotu na Praskiej Giełdzie Papierów Wartościowych.

W skład Unipetrol a.s. wchodzą rafinerie w Litvinowie i Kralupach, największa na lokalnym rynku sieć stacji paliwowych Benzina (400 stacji) oraz spółka Spolana, jedyny producent PCW i kaprolaktamu na tym rynku. Bardzo istotna jest część petrochemiczna firmy zlokalizowana w Litvinowie, gdzie obecnie realizowana jest największa w historii Czech inwestycja petrochemiczna, w instalację do produkcji polietylenu.

Gruziński rynek atrakcyjny dla przedsiębiorców

Gruzja jest obecnie liderem przemian ekonomicznych i gospodarczych zarówno w regionie, jak i na świecie. Kierunek przyjęty przez tamtejszy rząd w zakresie reform gospodarczych oraz społeczno-prawnych sukcesywnie wpływa na poprawę pozycji kraju w rankingach. Zmiany te skutecznie torują drogę do struktur europejskich i ogólnie wytyczonego kierunku rozwoju gospodarki. Ważne są kwestie zakładania podmiotu gospodarczego. Inwestor zagraniczny może rozpocząć działalność w ciągu jednego dnia, w tzw. house of justice. Procedura jest łatwa, a opłaty niewielkie. Nie ma także rozbudowanego elementu prawnego – umowy są proste i nie ma blokad dotyczących wspólników. Każdy inwestor traktowany jest tak, jak obywatel Gruzji.

– Ważny jest także przejrzysty i przyjazny przedsiębiorcy system podatkowy. Wysokość VAT-u to 18 proc., a podatku dochodowego – 20 proc. – powiedział serwisowi eNewsroom Stanisław Raźniewski, prezes Polsko-Gruzińskiej Izby Przemysłowo-Handlowej – W porównaniu z Polską są to warunki, które naprawdę pozwalają rozwijać się gruzińskim firmom, a inwestorom lokować tam biznes i bez przeszkód go rozwijać. Na pozycję Gruzji – jako lidera przemian – wpływa jej położenie na Kaukazie Południowym w sąsiedztwie dużych państw, jak Turcja czy Azerbejdżan. To doskonały rynek na rozpoczęcie ekspansji zagranicznej w regionie. Duże znaczenie ma także rozwijająca się turystyka. W 2017 roku Gruzję odwiedziło ponad 7,5 mln osób. Oznacza to wzrost liczby turystów o 17 proc. r/r. W pierwszym kwartale 2018 roku poziom ten nadal był wysoki i wyniósł 14 proc. Wielu turystów – to też duża liczba potencjalnych nabywcy towarów i usług. W połączeniu z jasnym i przyjaznym firmom systemem gospodarczym daje to atrakcyjne warunki i ciekawą ofertę dla biznesu – przede wszystkim z branży budowalnej, nieruchomości oraz infrastruktury – podkreślił Raźniewski.

Młodzi innowatorzy wsparciem dla sektora energetycznego. Tworzą rozwiązania dla dużych koncernów czy całych sektorów gospodarki

Młodzi innowatorzy wsparciem dla sektora energetycznego. Tworzą rozwiązania dla dużych koncernów czy całych sektorów gospodarki 8

Młode, innowacyjne firmy są coraz ważniejszym elementem tworzenia innowacji w biznesie. Często to w małych firmach powstają rozwiązania, które odpowiadają na najpilniejsze potrzeby dużych koncernów czy całych sektorów gospodarki. Poszukiwania najlepszych start-upów energetycznych zakończyła właśnie firma EIT InnoEnergy. W krajowym finale międzynarodowego konkursu PowerUp! zwyciężył start-up Indoorway, który stworzył narzędzie umożliwiające szczegółową analizę ruchu wewnątrz budynków.

Start-upy są bardzo ważnym elementem kultury innowacji, rozwoju technologii i modeli biznesowych, ale nie są jedynym elementem. Start-upy muszą o tym pamiętać, że nie działają w odosobnieniu, że muszą współpracować z przemysłem, z korporacjami, po to, żeby osiągać sukces i to jest absolutnie konieczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Majchrowicz, Business Development Manager w EIT InnoEnergy.

Dwustronna współpraca jest korzystna dla obu stron. Start-upy zyskują odbiorcę swoich rozwiązań, wsparcie w rozwoju i fundusze na ten cel. Duże korporacje w zamian otrzymują świeże spojrzenie na wyzwania, które przed nimi stają, i często innowacyjne na skalę światową rozwiązania, które mogą zdecydować o ich przewagach konkurencyjnych.

Dostrzegamy wartość i potencjał start-upów, dlatego organizujemy konkursy takie jak PowerUp!, czyli największy w Europie Środkowo-Wschodniej konkurs dla start-upów realizujących innowacje w dziedzinie cleantech – mówi Maciej Majchrowicz.

Celem konkursu jest wyłonienie najlepszych start-upw i umożliwienie im współpracy z największymi graczami rynku energii. Do tegorocznej, czwartej edycji konkursu – organizowanego w ramach EIT InnoEnergy – zgłosiło się ponadtrzysta start-upów. Aby wzmocnić wolę walki, organizatorzy podnieśli w tym roku główną nagrodę z 20 do 30 tys. euro. Nagrody za drugie i trzecie miejsce w konkursie wynoszą kolejno 10 i 5 tys. euro. Ponadto najlepiej rokujące start-upy zostaną zaproszone do akceleratora Highway by InnoEnergy, w którym na rozwinięcie działalności mogą zdobyć aż 150 tys. euro.

– Jesteśmy tuż po finale krajowym w Polsce. Zbliża się wielki finał w Czechach. Poziom jest bardzo wysoki, na pewno będziemy tę inicjatywę podtrzymywać. InnoEnergy to most, który likwiduje barierę między start-upem a korporacją. Fundusze, takie jak InnoEnergy, muszą dobrze znać wymagania przemysłu. To jest wiedza, którą przekazujemy start-upom. Wartością, którą zapewniamy – oprócz inwestycji sięgającej 150 tys. euro – jest gigantyczna sieć kontaktów, dostęp do najlepszych talentów, ekspozycja na największe fundusze VC – podkreśla Maciej Majchrowicz.

Międzynarodowy konkurs PowerUp! jest podzielony na piętnaście finałów regionalnych. W ubiegłym tygodniu została rozstrzygnięta polska edycja.

– Nie ukrywam, że w tegorocznej edycji poziom był bardzo wysoki, a walka o podium bardzo zacięta. Musieliśmy w jury przeprowadzić dyskusje, które były nakierowane na to, że start-up, który wygra, powinien mieć jak największe szanse na wejście i rozwój biznesu w niedalekiej przyszłości – mówi Michał Maćkowiak, dyrektor ds. innowacji w Rafako i juror konkursu.

Zwycięzcą polskiej edycji PowerUp! został w tym roku start-up Indoorway, stworzony dla właścicieli nieruchomości, menadżerów obiektów oraz działów marketingu, aby ułatwić im podnoszenie wydajności przestrzeni oraz zwiększyć zaangażowanie klientów. Narzędzie Indoorway pozwala na szczegółową analizę ruchu wewnątrz budynku.

– To rozwiązanie może być stosowane w wielu różnych miejscach – skupiamy się głównie na branży nieruchomościowej oraz przemyśle. Możemy wykorzystać nasze rozwiązanie do nawigacji wewnątrz biur, mapowania budynków, pokazywania nowym pracownikom, jak poruszać się po firmie, optymalizowania linii produktowych, zarządzania dostępem do budynków, monitorowania bezpieczeństwa pracowników. W miejscach takich jak centra przeładunkowe czy magazyny możemy wykorzystać to rozwiązanie do monitorowania pracy wózków widłowych, optymalizacji planu takiego magazynu czy optymalizacji przepływów towaru – wylicza Marek Przytuła, dyrektor operacyjny Indoorway.

Zwycięski start-up liczy, że wygrana przyczyni się do rozwoju biznesu i pozwoli dotrzeć do potencjalnych inwestorów.

– Przede wszystkim liczymy na współpracę z branżą energetyczną i zaprezentowanie naszego start-upu jako uniwersalnego rozwiązania, które może być zastosowane w wielu różnych gałęziach przemysłu. Współpraca z korporacjami i możliwość kontaktu z zarządami tych firm daje nam też możliwość bardzo szybkiego testowania naszego produktu i bardzo szybkiego dostosowywania naszej oferty do potrzeb rynkowych – mówi Marek Przytuła.

Na 1617 czerwca zaplanowany jest międzynarodowy bootcamp z udziałem start-upów, które zwyciężyły w regionalnych kwalifikacjach. Wielki finał tegorocznego konkursu PowerUp! zaplanowano na 19 czerwca.

Nawet 500 tys. miejsc pracy może przybyć dzięki ustawie o wspieraniu nowych inwestycji. Zyskają zwłaszcza mniejsi przedsiębiorcy

Nawet 500 tys. miejsc pracy może przybyć dzięki ustawie o wspieraniu nowych inwestycji. Zyskają zwłaszcza mniejsi przedsiębiorcy 9

Do 15 lat zwolnienia podatkowego i obniżenie o 98 proc. wymogu nakładów inwestycyjnych – ustawa o wspieraniu nowych inwestycji kilka dni temu wpłynęła do Senatu. Uzyskanie takiej pomocy będzie możliwe na terenie całej Polski, a nie jak do tej pory tylko w specjalnych strefach ekonomicznych. Eksperci podkreślają, że zmiany idą w dobrym kierunku, bo zwiększają atrakcyjność inwestycyjną kraju. Zyskają zwłaszcza mikro-, mali i średni przedsiębiorcy. Dzięki wprowadzonym zmianom ma powstać nawet 500 tys. nowych miejsc pracy.

10 maja Sejm uchwalił ustawę o wspieraniu nowych inwestycji, która zakłada, że cała Polska stanie się specjalną strefą ekonomiczną.

– To ustawa, bardzo wyczekiwana przez wielu przedsiębiorców, którzy czekają na nowe mechanizmy wsparcia, powiela mechanizmy z ustawy o specjalnych strefach ekonomicznych, czyli jest to regionalna pomoc inwestycyjna polegająca na uldze podatkowej, zwolnieniu podatkowym w zależności od kwoty zainwestowanych środków, od terenu, na którym ta inwestycja została dokonana. Jest natomiast kilka istotnych zmian – wsparcie będzie udzielane na obszarze całego kraju, nie będzie ograniczone tylko do terenów stref, w różnej wysokości w zależności od miejsca inwestycji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Milczarek, radca prawny, wspólnik w Kancelarii ECOVIS Milczarek i Wspólnicy.

Ustawa o wspieraniu nowych inwestycji zakłada preferencje podatkowe uzależnione od miejsca inwestycji, jej charakteru i jakości tworzonych miejsc pracy. Warunki uzyskania pomocy dla przedsiębiorców będą uzależnione m.in. od stopy bezrobocia w powiecie i dostosowane do wielkości przedsiębiorcy. Im wyższe bezrobocie na danym obszarze, tym niższe będą wymagania w zakresie minimalnej wartości inwestycji – dla najmniejszych firm znacząco obniżono minimalne wymagania wartości inwestycji (od 80 do 98 proc. w stosunku do kryterium dla dużych firm). Zwolnienie podatkowe będzie można uzyskać na okres nawet 10–15 lat.

– To zmiany idące w bardzo dobrym kierunku, ponieważ zwiększają atrakcyjność inwestycyjną Polski. Nasi sąsiedzi, Czechy czy Słowacja, miały już podobne mechanizmy przewidziane na swoich terenach. Teraz te mechanizmy wchodzą również do Polski. Bardzo istotne, że decyzje o wsparciu są udzielane na długi okres, podczas tego czasu przedsiębiorca może skorzystać z przyznanej ulgi, korzystać z tych ulg wielokrotnie, występować o ulgi na różnych obszarach, w kilku miejscach – mówi Marcin Milczarek.

Polska od lat jest jednym z kluczowych miejsc dla inwestorów. Raport ośrodka fDi Markets z grupy „Financial Timesa” wskazuje, że w 2017 roku inwestorzy zadeklarowali uruchomienie w Polsce projektów o łącznej wartości 14,8 mld dol. (wzrost o 49 proc.). Jednocześnie jednak z danych OECD wynika, że do kraju napłynęło w ubiegłym roku tylko nieco ponad 4,8 mld dol., to najniższy wynik od 2013 roku, co dało Polsce 13. miejsce w Unii Europejskiej. Dlatego tak istotne są wszystkie działania, które mogą się przełożyć na większą atrakcyjność dla inwestorów.

– Beneficjentem zmian będą w pierwszej kolejności przedsiębiorstwa mikro-, małe i średnie, ponieważ dla nich te kryteria inwestycyjne są zasadniczo obniżone, dzięki czemu będą one musiały angażować znacznie mniejsze środki. Beneficjentami będą też pracownicy, ponieważ przewiduje się, że powstanie pół miliona nowych miejsc pracy. Zyska też Skarb Państwa, ponieważ na skutek zwiększonego zatrudnienia i aktywności inwestycyjnej większe będą wpływy do budżetu. Skorzystają sami przedsiębiorcy, ponieważ będą mogli przeprowadzać nowe inwestycje w moce wytwórcze czy w działalność badawczo-rozwojową, a koszty z tym związane będą dla nich zasadniczo niższe – wymienia radca prawny.

Na ustawie o wspieraniu nowych inwestycji mogą zyskać również średnie miasta, zwłaszcza te, którym grozi zapaść społeczno-gospodarcza. Obecnie już 122 z 255 średnim miastom w Polsce grozi marginalizacja (według ubiegłorocznej analizy Polskiej Akademii Nauk). Nowe zasady mają zachęcić przedsiębiorców do zakładania firm w regionach słabiej rozwiniętych, które przez słabą infrastrukturę czy brak kadr nie były dotychczas w stanie konkurować o inwestorów z większymi miastami.

– Aby skorzystać z nowych mechanizmów, trzeba będzie spełnić zarówno kryteria ilościowe, czyli określoną wielkość inwestycji, jak i kryteria jakościowe, czyli będą się liczyły inwestycje w sektory, które są zgodne ze Strategią Odpowiedzialnego Rozwoju, również ze średniookresowymi strategiami regionalnymi. Będzie trzeba zapewnić nowe miejsca pracy. Za spełnienie kryteriów przyznawane są punkty – tłumaczy Marcin Milczarek.

Projekt inwestycyjny będzie mógł otrzymać maksymalnie 10 punktów jakościowych w obszarze rozwoju naukowego (współpraca z uczelniami), rozwoju strukturalnego (zatrudnienie kadry ze specjalistycznym wykształceniem), zrównoważonego rozwoju (kluczowe jest miejsce inwestycji) oraz rozwoju zasobów ludzkich (dodatkowe benefity dla pracowników). Minimalne koszty inwestycji uzależnione będą od poziomu bezrobocia w powiecie, w którym ma być realizowana nowa inwestycja – w powiecie ze stopą bezrobocia niższą od 60 proc. przeciętnej stopy bezrobocia w kraju przedsiębiorca musi ponieść wydatki na poziomie minimum 100 mln zł. Tam, gdzie stopa bezrobocia jest wyższa od 250 proc. średniej krajowej, minimalna kwota inwestycji wyniesie już 10 mln zł.

Gaz będzie mieć coraz większe znaczenie dla wytwarzania prądu i ciepła. Pomoże to w walce ze smogiem

Gaz będzie mieć coraz większe znaczenie dla wytwarzania prądu i ciepła. Pomoże to w walce ze smogiem 10

Gaz ziemny w coraz większym stopniu będzie zastępować węgiel i będzie mieć coraz większe znaczenie w skojarzonym wytwarzaniu prądu i ciepła – podkreślają eksperci ekspert EWE Polska. To powinno pomóc w walce o czystsze powietrze. Do tego konieczna jest jednak rozbudowa sieci gazowych, bo dziś prawie połowa mieszkańców Polski nie ma do nich dostępu.

 Gaz ziemny jest paliwem, które będzie zastępować węgiel w zaspokajaniu rosnącego popytu na energię elektryczną. Poza tym będzie zastępował także węgiel w likwidowanych, wyeksploatowanych elektrowniach zawodowych. Najlepszym sposobem wykorzystania gazu w energetyce jest wysokosprawna kogeneracja i wydaje nam się, że jej udział będzie bardzo dynamicznie rósł w przyszłości – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Ryszard Stefański, dyrektor Działu Rozwoju Przedsiębiorstwa EWE Polska

Kogeneracja jest procesem technologicznym, który polega na jednoczesnym wytwarzaniu w elektrociepłowni energii elektrycznej i ciepła użytkowego. To jedna z najbardziej wydajnych metod przetwarzania energii pierwotnej, zapewniająca ponad 30-proc. oszczędności w porównaniu z wytwarzaniem energii i ciepła w systemie rozdzielonym. Dodatkowo jest bardziej ekologiczna i przyczynia się do ograniczania emisji dwutlenku węgla, dlatego wsparcie kogeneracji jest narzędziem ekologicznej polityki energetycznej Polski i Unii Europejskiej.

 Mamy wiele możliwości w walce o czystsze powietrze i likwidację niskiej emisji. Trzeba zacząć od tych, które dają największe efekty przy jak najmniejszym nakładzie finansowym. Pierwszym z takich działań jest wyeliminowanie węgla i innych paliw stałych jako źródła ogrzewania w indywidualnych domach i mieszkaniach. Węgiel może zostać tylko w dużych elektrociepłowniach i elektrowniach, które mają odpowiedni sposób filtracji spalin – podkreśla dr hab. Ryszard Stefański.

Niezbędnym elementem walki ze smogiem w Polsce powinna być rozbudowa infrastruktury, przede wszystkim sieci ciepłowniczych w miastach. W Polsce potencjał dla rozwoju ciepłownictwa jest wciąż bardzo duży, ponad sto miast średniej wielkości nie ma jeszcze elektrociepłowni, a w wielu aglomeracjach sieć ciepłownicza wymaga gruntownej modernizacji.

Tam, gdzie nie ma sieci ciepłowniczych, zastępuje je sieć gazowa. Nadal jednak jest ona słabo rozwinięta, prawie połowa mieszkańców Polski wciąż nie ma do niej dostępu. W takich przypadkach dobrym rozwiązaniem są pompy ciepła i inne technologie oparte na energii elektrycznej.

 Kolejny sposób na walkę ze smogiem jest wyeliminowanie oleju napędowego jako źródła paliw w transporcie miejskim, zwłaszcza w centrach miast. Bardzo ważna – i niskokosztowa – jest też edukacja ekologiczna społeczeństwa. Wydaje się, że mamy tutaj olbrzymie zaniedbania. Trzeba już od poziomu szkoły podstawowej edukować na temat smogu i sposobów walki z tym zjawiskiem. Możemy również zadbać o to, żeby miasta sprzątały i myły ulice, dlatego że bardzo duża część smogu krąży w obiegu zamkniętym – opada na ulice i wznosi się ponownie – wylicza dr hab. Ryszard Stefański.

W walce z zanieczyszczeniem powietrza w Polsce można wykorzystać również nowe technologie i rozwiązania, które sprawdziły się już wcześniej na niemieckim rynku. Pozwalają one połączyć wytwarzanie energii z odnawialnych źródeł z jej magazynowaniem, sterowaniem i tworzeniem bodźców ekonomicznych dla zużywania energii z OZE wtedy, kiedy jest ona dostępna.

– Ważne, aby opłacało się zużywać prąd wtedy, kiedy na przykład mocno świeci słońce albo wieje silny wiatr. To jest dosyć trudne, wymaga głębokiej digitalizacji, natomiast takie rozwiązania można wprowadzić. Tutaj olbrzymie pole do popisu mają koncerny energetyczne – mówi dr hab. Ryszard Stefański.

Zdaniem eksperta EWE Polska biznes ma dużą rolę do odegrania w walce ze smogiem. Przede wszystkim może dostarczyć odpowiednią infrastrukturę, która zapewnia kompleksowe, bezpieczne i niskoemisyjne źródła ogrzewania.

– Misją naszej firmy jest rozbudowa sieci gazowej na terenach do tej pory niezgazyfikowanych, dostarczanie kompleksowej usługi przedsiębiorstwom, także w oparciu o wysokosprawną kogenerację, która zastępuje węgiel i inne paliwa stałe. Pozwoli to na bardzo wysokie redukcje zanieczyszczeń na obszarach miejskich, podmiejskich i w strefach przemysłowych – mówi dr hab. Ryszard Stefański.

Czego nie zabraniają przepisy, tego Szef KAS opiniami zakaże

Trwa uszczelnianie systemu podatkowego. Część tego procesu przeprowadzana jest w drodze corocznej nowelizacji ustaw podatkowych. Dla przykładu, z początkiem stycznia 2018 r. w samej ustawie o PIT zmianie uległa treść 22 artykułów (na 58 istniejących), a w ustawie o CIT zmian dokonano w aż 33 artykułach (na 42 istniejące). Jednakże tam, gdzie ustawodawca pozostawił furtki, rzeczywistość prawną mają odpowiednio zmieniać ostrzeżenia Ministerstwa Finansów lub opinie wydawane przez Szefa KAS.

Zmiana przepisów

Aby wyeliminować możliwość obniżania obciążeń podatkowych z tytułu wykreowania wysokiej wartości początkowej znaków towarowych, dającej kilkuletnią tarczę podatkową (bazę odliczanych kosztów uzyskania przychodów), z początkiem stycznia 2018 r. ustawodawca wprowadził do przepisów o PIT i CIT nowe regulacje. Wyłączają one z kosztów uzyskania przychodów odpisy amortyzacyjne/opłaty licencyjne od wcześniej nabytych przez podatnika lub spółkę niebędącą osobą prawną znaków towarowych, od których udzielane były licencje (PIT: art. 23 ust. 45a lit. a, ust. 45c, ust. 64; CIT: art. 16 ust. 64a, ust. 73). Rok 2017 był zatem ostatnim, za który można było pomniejszyć sobie przychód przy użyciu tego rodzaju kosztów.

Jednak zgodnie z (niezmienionymi ostatnią nowelizacją) przepisami (art. 23 ust. 1 pkt 6 ustawy o PIT i art. 16 ust. 1 pkt 6 ustawy o CIT) nie stanowi kosztu uzyskania przychodów niezamortyzowana część wartości początkowej środka trwałego, po zaprzestaniu jego wykorzystywania w działalności gospodarczej, w przypadku gdy wycofanie środka trwałego jest związane ze zmianą profilu działalności podatnika.

Żaden z przepisów ustaw o PIT i CIT nie wyłącza z kosztów uzyskania przychodów niezamortyzowanej wartości środka trwałego wycofanego z ewidencji środków trwałych bez zmiany profilu działalności, a tym bardziej żaden z przepisów nie wyłącza z kosztów uzyskania przychodów wycofanych z ewidencji wartości niematerialnych i prawnych – znaków towarowych (w tym przypadku bez znaczenia jest, czy wycofanie ma związek ze zmianą profilu prowadzenia działalności czy też nie).

Stąd do kwalifikacji podatkowej omawianych wydatków (możliwości zaliczenia lub nie do kosztów podatkowych niezamortyzowanej wartości początkowej znaku towarowego) zastosowanie powinny znaleźć zasady generalne, tj. należy ocenić, czy dany wydatek został poniesiony w celu osiągnięcia, zachowania lub zabezpieczenia źródła przychodów.

Możliwości zaliczenia do kosztów uzyskania przychodów niezamortyzowanej wartości wycofanego z działalności znaku towarowego dotyczy wiążąca interpretacja podatkowa wydana (przez Dyrektora KAS) w indywidualnej sprawie (nr pisma: 0111-KDIB1-3.4010.478.2017.1.MST).

Opinie

W pewnym momencie Dyrektor KAS, prawdopodobnie na skutek przypływu wniosków o wydanie interpretacji przepisów w omawianym zakresie, zorientował się, że istniejące przepisy (co sam zdążył potwierdzić) dają nadal możliwość odzyskania części kosztów związanych z amortyzacją podatkową nabytego znaku towarowego.

W konsekwencji 19 kwietnia 2018 r. ukazała się opinia Szefa KAS, tym razem dotycząca wycofania znaku towarowego z działalności spółki osobowej (rebranding).

Szef KAS poinformował, że w sytuacji, w której – w ramach opisanego schematu – dojdzie do rebrandingu pozwalającego na zaliczenie do kosztów podatkowych niezamortyzowanej wartości znaków towarowych (bez zmiany profilu działalności gospodarczej), wystąpi uzasadnione przypuszczenie możliwości zastosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania.

Klauzula

Hasło „klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania” pojawia się coraz częściej i póki co jest wykorzystywane, jeżeli przepisy nie opodatkowują danych czynności, tj.:

  • w opiniach wydawanych przez Szefa KAS (art. 14b § 5c pkt 5 Ordynacji podatkowej);
  • w ostrzeżeniach kierowanych do podatników (w ramach realizacji zaleceń raportu końcowego OECD z 2015 r. w zakresie przeciwdziałania erozji bazy podatkowej i przerzucania zysków (BEPS), działania nr 12);
  • przy odmowie udzielania odpowiedzi na złożone wnioski o wydanie wiążących interpretacji podatkowych (art. 14b § 5b Ordynacji podatkowej).

Efekt jest taki, że tam, gdzie polskie przepisy jakichś działań nie zabroniły, podatnicy są z góry na różny sposób ostrzegani lub informowani, że nawet jeśli chcieliby coś zrobić, to robić tego nie powinni, bo Szef KAS może skorzystać z klauzuli.

Użycie klauzuli dotyczącej unikania opodatkowania stało się sposobem na tych podatników, którzy – działając w zaufaniu do państwa i stanowionego przez nie prawa – prowadzą działalność gospodarczą i dokonują rozliczeń podatkowych na zasadach przewidzianych przez obowiązujące przepisy. Dla tych, którzy chcieliby się upewnić, że zakwalifikowanie danego wydatku do kosztów uzyskania przychodów i tym samym obniżenie podstawy opodatkowania nie stanowi przypadkiem podstawy do zastosowania klauzuli o unikaniu opodatkowania, przygotowany został mechanizm opinii zabezpieczających, umożliwiających podatnikom poznanie stanowiska administracji podatkowej odnośnie do planowanych lub podjętych już transakcji, do których potencjalnie zastosowanie może znaleźć klauzula (art. 119b § 1 pkt 2, art. 119w–zf Ordynacji podatkowej). Czasochłonna (6 miesięcy) i kosztowna (20 tys. zł) procedura jak dotąd nie cieszy się popularnością wśród podatników, którzy cały czas wierzą, że to, jak dane zdarzenie zakwalifikować podatkowo, powinno wynikać wprost z przepisów.

Teoretycznie przepisy dotyczące klauzuli unikania opodatkowania nie mogą być stosowane dowolnie. Pewne ograniczenie wprowadza chociażby art. 119d Ordynacji podatkowej, który stanowi, że „czynność uznaje się za podjętą przede wszystkim w celu osiągnięcia korzyści podatkowej, gdy pozostałe cele ekonomiczne lub gospodarcze czynności, wskazane przez podatnika, należy uznać za mało istotne”. A więc tak długo, jak podatnik jest w stanie wskazać na podstawy biznesowe podejmowanych przez siebie działań i ich istotność dla prowadzonej działalności, dyspozycja art. 119a nie powinna mieć zastosowania.

Wracając do omawianej sytuacji, w przypadku, w którym podatnik będzie dysponował dokumentacją wskazującą na sens ekonomiczny i gospodarczy decyzji związanej z koniecznością wycofania z działalności znaku towarowego (np. na skutek żądania zaprzestania posługiwania się znakiem towarowym łudząco podobnym do innego zarejestrowanego wcześniej znaku), a dodatkowo będzie działał w granicach przewidzianych przez przepisy podatkowe, ostrzeżenia wydawane przez Szefa KAS nie powinny mieć wpływu na kwalifikację podatkową procesu rebrandingu.

Dlatego też za słuszne uznać należy zawarte w treści zamieszczonej ostatnio informacji Szefa KAS zastrzeżenie, że ocena stanu prawnego powinna być dokonywana dla każdego stanu faktycznego osobno.

Trzeba przy tym pamiętać, że arbitralna odmowa wydania interpretacji podatkowej podlega kontroli instancyjnej oraz sądowej. Nawet po negatywnym rozpatrzeniu zażalenia przez Dyrektora KAS podatnik może dochodzić swoich racji przed sądami administracyjnymi. Wykazanie, że postanowienia wydane przez organy KAS naruszają przepisy prawa, może doprowadzić do wyeliminowania ich z obrotu prawnego. Zmuszenie fiskusa do wydania interpretacji podatkowej może okazać się sporym wyzwaniem, ale też przynieść wymierne oszczędności podatkowe.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

W gabinetach stomatologicznych można coraz częściej skorzystać z zabiegów medycyny estetycznej. Takich klinik będzie przybywać na polskim rynku

W gabinetach stomatologicznych można coraz częściej skorzystać z zabiegów medycyny estetycznej. Takich klinik będzie przybywać na polskim rynku 11

Stomatologia to już nie tylko leczenie zębów, lecz także dbałość o estetykę twarzy, poprawianie figury czy struktury włosów – podkreśla dr Urszula Jarosz z Varsovia Dental. Choć skomplikowane zabiegi medycyny estetycznej może wykonać tylko chirurg, to stomatolog może pomóc poprawić urodę, pozbyć nadmiaru tkanki tłuszczowej, rozjaśnić cerę czy ujędrnić skórę twarzy. Lekarz stomatolog ma szeroką wiedzą na temat budowy twarzy oraz doświadczenie w zakresie stosowania różnego rodzaju procedur medycznych. Dlatego na rynku pojawia się coraz więcej gabinetów stomatologicznych z ofertą medycyny estetycznej.

 Obecnie stomatologia to nie tylko leczenie zębów, dbałość o estetykę uśmiechu, lecz także dbałość o estetykę twarzy, a nawet poprawianie figury czy struktury włosów. Medycyna estetyczna w stomatologii zyskuje na popularności dzięki chirurgii, którą wykonujemy na dziąsłach czy w jamie ustnej, oraz przez ortodoncję – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Urszula Jarosz, ortodonta, protetyk i implantolog z Varsovia Dental.

W klinikach stomatologicznych można coraz częściej nie tylko zadbać o zęby, lecz także poprawić urodę. Wśród najczęstszych zabiegów medycyny estetycznej wykonywanych w gabinecie stomatologicznym jest m.in. wampirzy lifting, czyli terapia osoczem bogatopłytkowym, która wypełnia zmarszczki, ujędrnia cerę, a także stymuluje odrost włosów oraz je zagęszcza.

Można też zdecydować się na zabieg lipolizy iniekcyjnej, przy którym pod wpływem wstrzykiwanego preparatu dochodzi do likwidacji komórek tłuszczowych, lub mezoterapię – nakłuwanie cienkimi igiełkami odpowiednich miejsc, aby zatrzymać proces starzenia. Często leczenie ortodontyczne powinno zostać uzupełnione zabiegami z zakresu medycyny estetycznej, np. korekta łuków zębowych może oznaczać konieczność korekty warg.

 Często obserwuję pacjentki, które dzięki aparatowi ortodontycznemu miały w bardzo ładny sposób podparte wargi, po zdjęciu aparatu stwierdzają, że ich wargi są dużo węższe, niż były w trakcie leczenia ortodontycznego. Jeżeli ortodonta czy stomatolog zna pacjentkę przez 2–3 lata leczenia, łatwiej może zrobić mezoterapię, czyli kwasem hialuronowym wypełnić usta w taki sposób, aby nie zniszczyć jej wyglądu, tylko poprawić to, do czego się przyzwyczaiła –tłumaczy dr Urszula Jarosz.

Choć najbardziej inwazyjne, skomplikowane zabiegi lepiej wykonywać tylko w sprawdzonych klinikach chirurgicznych, u stomatologa można z łatwością wykonać te drobniejsze, które poprawiają jakość skóry, włosów czy pomagają powstrzymać starzenie się ciała.

Według danych Data Bridge Market Research rynek medycyny estetycznej w stomatologii osiągnie wartość ponad 26,5 mld dol. w 2024 roku (przy nieco ponad 10 mld dol. w 2016 roku). Jak ocenia Urszula Jarosz, takie zabiegi są bezpieczne, o ile wykonuje je lekarz o odpowiednich kwalifikacjach. Stomatolog ma dużą wiedzę na temat budowy twarzy, wie, gdzie znajdują się wszystkie naczynia krwionośne, wiązki nerwowe i potrafi dobrać odpowiednie składniki do zabiegów. Lekarze zajmujący się medycyną estetyczną w gabinetach stomatologicznych swoją wiedzę ogólnomedyczną rozwijają na studiach podyplomowych lub specjalistycznych kursach z medycyny estetycznej. Na takie kompetencje nie zawsze można liczyć w salonach kosmetycznych.

 Taki trend obserwuje się nie tylko w Polsce, lecz także w wielu krajach Europy Zachodniej. Pacjenci lubią wykonywać zabiegi i leczyć się u kogoś, komu ufają. Lekarz stomatolog zwykle przez dłuższy czas prowadzi pacjenta, wiadomo więc, czy ma delikatną rękę. Dzięki temu łatwiej podjąć decyzję o poddaniu się zabiegom, które nie zawsze są przyjemne – podkreśla dr Urszula Jarosz.

Legalni bukmacherzy sfaulowani przez urzędników?

Legalnie działający w Polsce bukmacherzy chcą przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej dostosować ofertę do oczekiwań klientów – utrudnia to jednak powoli działające Ministerstwo Finansów. Przeciąga ono procedurę zmiany regulaminu zakładów bukmacherskich, która jest niezbędna do wprowadzenia tymczasowej rejestracji konta użytkownika. Jeśli ten rodzaj rejestracji nie zostanie szybko wdrożony, gracze postawią na serwisy zagranicznych firm, które kierują swoją ofertę do polskich graczy nielegalnie, ale w których rejestracja jest błyskawiczna.

Takie wydarzenia jak Mistrzostwa Świata w piłce nożnej zawsze powodują, że ruch u bukmacherów wzrasta kilkukrotnie. Zacięta rywalizacja nie toczy się więc tylko na boisku, ale również między samymi firmami bukmacherskimi, które walczą między sobą o klienta. Jednym z najważniejszych oręży w tej walce jest łatwość rejestracji w serwisie internetowym i szybkość postawienia zakładu. Wielu graczy właśnie te cechy ceni sobie najbardziej. Fakt, czy dany bukmacher posiada, czy nie posiada zezwolenia na organizowanie zakładów w Polsce w przypływie piłkarskich emocji schodzi dalszy plan. Zagraniczni operatorzy, którzy nie podlegają reżimowi polskich przepisów rejestracji nowych klientów dokonują błyskawicznie. Z kolei polscy bukmacherzy zmuszeni do przestrzegania polskiego porządku prawnego (i płacenia w Polsce podatków) zmuszeni byli zaimplementować skrupulatne i czasochłonne procedury weryfikacji graczy.

Dlatego legalni operatorzy, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom graczy, chcą wprowadzić konta tymczasowe, przewidujące uproszczoną procedurę rejestracji nowych klientów. Niektórym bukmacherom Minister Finansów już na to zezwolił i zatwierdził stosowne zmiany w ich regulaminach. Niestety pozostali wciąż czekają na decyzję resortu finansów. I jeśli się jej nie doczekają, to wielu ich potencjalnych klientów wybierze serwisy nielegalne. Winić będzie można mentalność polskiego urzędnika i zwykłą biurokrację.
Na czym polega uproszczona procedura rejestracyjna? Klient korzystający z konta tymczasowego będzie mógł dokonać ograniczonego depozytu pieniędzy, które przeznaczy na zakłady. Ponadto konto tymczasowe uniemożliwi dokonanie jakichkolwiek wypłat pieniężnych do czasu ukończenia pełnej rejestracji, na co gracz będzie miał 30 dni od dnia dokonania rejestracji uproszonej. Podsumowując: wilk syty i owca cała, bo gracz będzie mógł w łatwy sposób dokonać rejestracji i postawić zakład, przy czym jednocześnie będzie miał obowiązek dopełnienia wszystkich formalności w określonym terminie.

W celu dostosowania swojej działalności do wymagań rynku i nawiązania realnej konkurencji z zagranicznymi bukmacherami, polscy operatorzy muszą dokonać zmian w swoich ofertach, a to każdorazowo wymaga zgody Ministerstwa. Zgodnie z przepisami ustawy o grach hazardowych rozpatrzenie wniosku w sprawie zatwierdzenia regulaminu lub jego zmiany następuje w terminie 6 miesięcy od dnia jego złożenia. Jest to wyjątkowo długi termin na załatwienie sprawy, zupełnie nieprzystający do dynamiki życia gospodarczego, w którym gdzie decyzje trzeba podejmować szybko i na bieżąco. W przeciwnym razie z tego rynku się wypada, a coraz większą jego część zagarniają dla siebie zagraniczni bukmacherzy. Co gorsze, resort finansów nawet w przypadku niezbyt skomplikowanej zmiany wcale nie kwapi się, aby zatwierdzać ją przed upływem tego półrocznego terminu. Tym samym niektórzy polscy bukmacherzy mogą nie zdążyć dostosować swojej oferty do realiów rynku przed rozpoczęciem Mistrzostw Świata.

Szara strefa w zakładach bukmacherskich jest nadal duża i resortowi finansów powinno zależeć na tym, aby robić wszystko by jej rozmiar ograniczyć. Trzeba bowiem pamiętać, że jeśli gracz wybierze polskiego bukmachera, to nawet jeśli swój zakład przegra, Skarb Państwa zyska na tym 12 proc. z podatku pobieranego od każdego zakładu. Jeśli natomiast wybierze bukmachera zagranicznego, to Polska całkowicie przegrywa. Wygrywa zaś sprytny zagraniczny operator i budżet innego państwa, najczęściej raju podatkowego.

Opieszałe rozpatrywanie wniosków powoduje zatem, że polscy bukmacherzy będą na straconej pozycji w rywalizacji z bukmacherami, którzy nie posiadają zezwolenia Ministra Finansów na urządzanie zakładów i w Polsce podatków nie płacą. Odpływ graczy spowoduje, że straci polski legalny biznes. A w rezultacie stracą wszyscy, bo miliony złotych z podatków zamiast do naszego budżetu, trafią za granicę.

W związku z tym Ministerstwo Finansów powinno ogłosić w najbliższych dniach pełną mobilizację i na poważnie zająć się sprawami legalnie działających bukmacherów, aby zapewnić im w tej trudnej rywalizacji z szarą strefą choć odrobinę zasad fair play .

Łukasz Czucharski, Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej

Nowy typ umów dla pomocników sezonowych przy zbiorach. Może zlikwidować szarą strefę w rolnictwie

Nowy typ umów dla pomocników sezonowych przy zbiorach. Może zlikwidować szarą strefę w rolnictwie 12

Nowelizacja ustawy o ubezpieczeniu społecznym rolników reguluje zatrudnianie pomocników przy zbiorach. Wprowadza dla nich specjalny typ umowy cywilnoprawnej, która może zostać zawarta na maksymalnie 180 dni w ciągu roku. Rolnik, który zatrudnia pomocnika na podstawie takiej umowy, musi odprowadzić za niego zryczałtowane składki na ubezpieczenia wypadkowe, macierzyńskie, chorobowe oraz składkę zdrowotną. Nowy typ umów może ucywilizować zatrudnianie pracowników sezonowych, którzy bardzo często pracują na czarno.

Nowela wprowadza do obrotu nowy typ umowy cywilnoprawnej – będzie to tzw. umowa o pomocy przy zbiorach. Może ona zostać zawarta z pomocnikiem rolnika, czyli osobą, która pomaga mu przy zbiorach owoców, warzyw czy innych płodów rolnych.

– Tym, co jest rewolucyjne w nowej umowie, jest fakt, że będzie ona podlegać oskładkowaniu. Składki będzie płacił rolnik, który zatrudni pomocnika. Będą to składki na ubezpieczenia wypadkowe, macierzyńskie, chorobowe oraz składka zdrowotna, przy czym będą one zryczałtowane. Ich wysokość będzie kształtować się na poziomie około 180 zł miesięcznie – mówi agencji Newseria Biznes Monika Kolasińska, radca prawny w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Nowy typ umów ma szansę ucywilizować branżę zatrudniania pracowników sezonowych, ponieważ dotychczas bardzo często wykonywali oni prace w szarej strefie – de facto bez żadnych umów, a więc automatycznie również bez żadnego ich oskładkowania.

Do tej pory pracownicy sezonowi byli najczęściej zatrudniani albo na zasadzie zupełnego braku umowy, czyli wykonywali swoją pracę w szarej strefie, albo też na podstawie umowy o dzieło, ponieważ jest ona nieoskładkowana. Jest to bardzo problematyczne, ponieważ charakter prac związanych ze zbieraniem owoców czy warzyw niespecjalnie nakłada nam się na charakter umowy o dzieło, która jest umową rezultatu. Tutaj trudno mówić o takim rezultacie, zwłaszcza kiedy ta praca sezonowa jest wykonywana przez dłuższy czas, w okresie zbiorów, na przykład przez całe wakacje – wyjaśnia Monika Kolasińska.

Zgodnie z nowelizacją umowa o pomocy przy zbiorach może zostać zawarta także z osobami pracującymi w Polsce na podstawie zezwolenia na pracę. To istotne o tyle, że prac sezonowych bardzo często podejmują się w Polsce pracownicy ze Wschodu, głównie z Ukrainy i Białorusi, którzy często są zatrudniani na czarno. W ich sytuacji największym atutem będzie możliwość legalnego zatrudnienia przy stosunkowo niewielkim koszcie po stronie pracodawcy.

Zmiany oceniam jako mały krok naprzód. Dlaczego mały? Przedstawiciele pracowników i związków zawodowych zwracają uwagę na to, że znowelizowana ustawa nie będzie zawierała żadnych gwarancji dotyczących minimalnego wynagrodzenia dla osób wykonujących pracę sezonową. Jest to problematyczne o tyle, że nie będziemy mieli żadnej gwarancji uposażenia, które będzie otrzymywał pomocnik rolnika w zamian za wykonywanie swojej pracy – wskazuje Monika Kolasińska.

Minusem jest też fakt, że nowa ustawa nie wprowadza żadnych dodatkowych gwarancji zabezpieczających takiego pomocnika, dotyczących na przykład maksymalnego czasu pracy czy kwestii związanych z wymogami BHP.

Nowelizacja ustawy o ubezpieczeniu społecznym rolników oraz niektórych innych ustaw została podpisana przez prezydenta 8 maja. Większość jej zapisów weszła w życie w ubiegłym tygodniu, zapisy dotyczące organów np. Prezesa Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, wojewody i starosty zaczną obowiązywać od 1 stycznia 2019 roku.

Premium RE Summit już w czerwcu w Warszawie

Najważniejsi przedstawiciele sektora real estate, zarządcy nieruchomości, deweloperzy, inwestorzy, przedstawiciele instytucji finansowych i sieci handlowych spotkają się w Hotelu Sheraton podczas „Premium RE Summit”. Konferencji przyświecać będzie idea debaty o perspektywicznych kierunkach rozwoju i wyzwaniach przed jakimi stoją firmy związane z rynkiem handlowym i branżą nieruchomości. Wydarzenie odbędzie się 11 czerwca w hotelu Sheraton pod patronatem honornym Polskiej Izby Handlu.

Polska jest liderem w regionie Europy Centralnej i Południowej pod względem wartości transakcji na rynku nieruchomości, jednocześnie polski rynek staje się coraz dojrzalszy i bardziej wymagający. Przed branżą real estate stoją wyzwania związane z globalizacją, digitalizacją i cyfryzacją. Rozwój technologii wpływa na wszystkie rynki – handlowy, magazynowy, biurowy. Zaproszeni eksperci wypracują innowacyjne rozwiązania dla branży, wskażą perspektywy rozwoju w kontekście nowych technologii i globalnych trendów. Zmiany regulacji prawnych na rynku nieruchomości, programy rządowe, wprowadzenie nowych narzędzi inwestycyjnych, big data oraz e-commerce to istotne problemy, nad którymi pochylą się prelegenci podczas „Premium RE Summit”.

Do udziału w konferencji zostali zaproszeni między innymi: Grzegorz Furtak – ekspert
w dziecinie pricingu, założyciel pricingLAB; Mariusz Rodak – Dyrektor Generalny BPI Polska, Michał Olszewski – Zastępca Prezydenta m. st. Warszawy, Renata Juszkiewicz – Prezes Zarządu, Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, Iain Maxwell – Dyrektor Zarządzający Canon Polska, Beata Osiecka – Prezes Zarządu Kinnarps Polska czy Katarzyna Zawodna – Prezes Zarządu, Skanska Commercial Development Europe.

Rejestracja na wydarzenie już otwarta: http://www.executive-club.com.pl/konferencje/european-retail-congress/11-czerwca-2018/rejestracja/

Włoskie pomysły…

Nowe władze Italii nie przestają zaskakiwać. Najpierw chcą umorzenia długu, który jest w posiadaniu EBC. Kilka dni po wycofaniu się z tego pomysłu zamierzają wyemitować równoległą walutę, by finansować rosnące wydatki. A potrzeb jest co niemiara – nawet 100 dodatkowych mld euro każdego roku. To wszystko jednak zamiast dolce vita może się skończyć dla Włoch śmieciowym ratingiem – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Włochy po wyborach zachowują się jakby złowiły złotą rybkę, albo przynajmniej odkryły roponośne złoża równe tym w Zatoce Perskiej. Nagle na wszystko mają znaleźć się pieniądze. Niższy wiek emerytalny – proszę bardzo. Dochód gwarantowany w wysokości 760 euro miesięcznie – nie ma problemu. Skoro już zagościł powszechny dobrobyt, to jeszcze obniżymy podatki – 15 lub 20 proc. liniowej daniny od gospodarstw domowych oraz przedsiębiorstw. Bogaci nie muszą przecież płacić wysokich podatków…

Gdy jednak nowe władze w Rzymie zejdą na ziemię, będą musiały zmierzyć się z szarą rzeczywistością. Kraj ma czwarty najwyższy poziom długu do PKB wśród wszystkich ocenianych przez S&P Global Ratings państw. Wynosi on ponad 130 proc. Potencjalny wzrost gospodarczy jest w okolicach 1 proc. głównie ze względu na starzejące się społeczeństwo i niską produktywność. Coroczny strukturalny deficyt jest na poziomie ok. 2,0 proc. PKB – jak wynika z wiosennych szacunków Komisji Europejskiej. Włochy mogą sobie pozwolić na maksymalnie kilkanaście miliardów euro dodatkowych wydatków. Skąd więc wezmą 100 mld euro na spełnienie wyborczych obietnic?

Włosi będą płacić walutą równoległą?

Gdy brakuje pieniędzy często pojawiają się nietuzinkowe pomysły. Tę zasadę potwierdza przykład władz nad Tybrem. Żeby kosztowne projekty nie zwiększyły krajowego zadłużenia i nie został przekroczony limit deficytu według kryterium z Maastricht, pojawiła się idea równoległej waluty.

Tą walutą miałyby być krótkoterminowe instrumenty dłużne rządu, których nie wlicza się do zadłużenia sektora finansów publicznych, ale stanowią jednocześnie quasi środek płatniczy – IOU (I Owe yoU – fonetycznie z angielskiego “jestem ci winien”). Przykładowo państwo buduje drogę, ale zamiast zapłacić za nią prywatnemu wykonawcy w euro firma budowlana otrzymuje częściowo zapłatę w IOU.

Otrzymane IOU przez przedsiębiorstwo może zostać wykorzystane np. do zapłacenia podatków. Z IOU mogliby korzystać także zwykli obywatele, np. płacąc za usługi użyteczności publicznej czy nawet za bilety komunikacji zbiorowej. Zalety? IOU nie będzie wliczać się do zadłużenia, a więc Bruksela nie powinna się zbyt mocno czepiać Rzymu za brak dyscypliny fiskalnej.

Według Ligi, jednej z dwóch koalicyjnych partii, emisja 70-100 mld euro w IOU pozwoli „dać kopa gospodarce” – pisze agencja Bloomberg. Prawda jest jednak zupełnie inna. Na razie to pomysły emisji „ukrytego długu” dały kopa rentownościom obligacji skarbowych Włoch, które wystrzeliły do niespełna trzyletnich szczytów. Włosi muszą teraz płacić za pożyczanie na 10 lat znacznie więcej niż np. Portugalia, której rating jest na poziomie śmieciowym.

Rating pod obserwacją

Inwestorzy po kryzysie zadłużeniowym z 2012 r. są bardzo wrażliwi na różnego rodzaju sztuczki. Grecy także mieli pomysł wprowadzenia waluty równoległej i wszyscy pamiętają, jak to się skończyło – faktycznym bankructwem kraju.

Niezależnie, czy pomysły Ligii oraz Ruchu 5 Gwiazd o wprowadzeniu równoległej waluty spełnią się, agencje ratingowe będą szybko reagować na jakiekolwiek projekty poważnego zwiększenia obciążeń fiskalnych Włoch – ukrytych bądź jawnych. Dodatkowe koszty na poziomie 100 mld euro rocznie na pewno spowodują nakręcenie się spirali zadłużenia i zaburzenie stabilności włoskiego długu.

Pod koniec kwietnia, jeszcze przed uformowaniem się nowej koalicji, S&P ostrzegał, że „jeżeli nowy rząd zrezygnuje z konsolidacji fiskalnej lub odwróci reformy strukturalne”, rating może być pod presją. W poniedziałek natomiast Fitch pisał, że koalicja populistycznych partii poprzez silne złagodzenie fiskalne i potencjalną utratę wiarygodności zwiększa ryzyka dla profilu kredytowego kraju.

To się źle skończy

Niezależnie, czy Włochy zdecydują się silną stymulację fiskalną, czy też zrezygnują z bizantyjskich wydatków, i tak całe zamieszanie źle skończy się dla Italii. W pierwszym przypadku dług do PKB wystrzeli w górę, co praktycznie na pewno sprowokuje redukcję ratingu do śmieciowego.

W drugim natomiast jeżeli populistyczne partie zrezygnują ze swoich planów, wtedy jeszcze bardziej zmniejszy się zaufanie społeczne do lokalnej polityki. A to w kolejnym wyborczym rozdaniu tylko zradykalizuje poglądy Włochów i zwiększy presję na realizację fatalnych gospodarczo propozycji.