Nowe obowiązki dla spółek w ustawie o KRS

dr Anna Rataj, radca prawny, Senior Associate w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie
dr Anna Rataj, radca prawny, Senior Associate w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie

W dniu 15.03.2018 r. weszła w życie ustawa z 26.01.2018 r. o zmianie ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2018 r., poz. 398). Obok elektronicznych sprawozdań finansowych ustawa wprowadziła kolejną nowość – nałożyła na spółki obowiązki w zakresie przekazywania sądowi rejestrowemu adresów określonych kategorii osób.

Obowiązek zgłaszania adresów osób reprezentujących spółkę wraz z oświadczeniem o zgodzie na powołanie

Zgodnie z nowym art. 19a ust. 5 UKRS, do wniosku o wpis do rejestru osób reprezentujących podmiot (członków zarządu), likwidatorów oraz prokurentów należy dołączyć oświadczenie takich osób o wyrażeniu zgody na powołanie, oraz wskazać ich adresy do doręczeń. Wymogu dołączenia oświadczenia obejmującego zgodę nie stosuje się, jeżeli wniosek o wpis jest podpisany przez osobę, która podlega wpisowi albo która udzieliła pełnomocnictwa do złożenia wniosku o wpis, albo której zgoda jest wyrażona w protokole z posiedzenia organu powołującego daną osobę lub w umowie spółki.

Spółki figurujące w rejestrze mają obowiązek złożyć takie oświadczenie wraz z pierwszym wnioskiem składanym do sądu rejestrowego, jednak nie później niż 18 miesięcy od wejścia zmiany UKRS w życie (tj. do 15 września 2019 r.), chyba, że dane adresy do doręczeń znajdują się w aktach rejestrowych.

Ponadto, zgodnie z art. 19a ust. 5b UKRS, każdą zmianę adresu do doręczeń osób wskazanych w ust. 5 należy przedstawić sądowi rejestrowemu wraz z oświadczeniem wskazanym powyżej. Zgłoszenie zmian nie podlega opłacie sądowej. Zgłoszenia mogą być składane przez podmiot wpisany do KRS lub przez osoby, które są zobowiązane do przekazywania i aktualizowania swoich adresów do doręczeń.

Obowiązek zgłaszania adresów osób uprawnionych do powołania zarządu

Nowy przepis art. 19a ust. 5d UKRS wprowadził obowiązek złożenia listy obejmującej nazwisko i imię oraz adres do doręczeń albo firmę lub nazwę i siedzibę członków organów lub osób uprawnionych do powołania zarządu. W przypadku, gdy wspólnikiem jest osoba prawna (np. spółka zagraniczna), należy podać imiona i nazwiska oraz adresy do doręczeń członków organu uprawnionego do reprezentowania tej osoby prawnej. Każdorazową zmianę tych osób oraz danych tych osób należy zgłosić sądowi rejestrowemu, przedkładając nową listę.

Spółki figurujące w rejestrze mają obowiązek złożyć taką listę przy pierwszym wniosku składanym do sądu rejestrowego, jednakże nie później niż 18 miesięcy od momentu wejścia w życie zmian UKRS (tj. do 15 września 2019 r.)

Również w tym przypadku każdą zmianę adresu do doręczeń osób wskazanych w ust. 5d należy przedstawić sądowi rejestrowemu wraz z oświadczeniem wskazanym powyżej. Zgłoszenie zmian nie podlega opłacie sądowej. Zgłoszenia mogą być składane przez podmiot wpisany do KRS lub przez osoby, które są zobowiązane do przekazywania i aktualizowania swoich adresów do doręczeń.

Podsumowanie

W uzasadnieniu do projektu ustawy z 26.01.2018 r. o zmianie ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2018 r., poz. 398) wskazano, iż w dotychczasowej praktyce sądów rejestrowych powszechnym problemem było nieskuteczne doręczanie wezwań do członków organów spółek oraz osób uprawnionych do ich reprezentacji. Powodowało to między innymi, że w przypadku postępowań przymuszających sąd rejestrowy musiał ustalać aktualne adresy osób, na które nałożono grzywnę, co nie zawsze pozwalało na skuteczne doręczenie postanowień członkom organów i umożliwienie im zaskarżenia takiego orzeczenia, a ponadto generowało koszty po stronie sądu.

Do chwili zgłoszenia zmiany adresu doręczenia będą dokonywane przez sąd rejestrowy na dotychczasowy adres przekazany do akt rejestrowych. Z przepisów kodeksu postępowania cywilnego wynika, że w razie niemożności doręczenia pisma procesowego (orzeczenia) z uwagi na niezgłoszenie oświadczenia o zmianie adresu do doręczeń, pozostawiane ono będzie w aktach sprawy ze skutkiem doręczenia, chyba że inny adres do doręczeń lub miejsce zamieszkania i adres będą sądowi znane.

Przekazywane sądowi rejestrowemu adresy nie są wpisywane do rejestru lecz jedynie gromadzone w aktach rejestrowych spółki. Należy jednak pamiętać, że akta te są jawne. Zgodnie z art. 10 ust. 1 UKRS każdy ma prawo przeglądania akt rejestrowych podmiotów wpisanych do KRS, chyba że ustawa stanowi inaczej.

EY Global Delivery Services Poland otwiera nowe biura w Warszawie i Wrocławiu

Coraz mniej Polaków myśli o emigracji, ale do wyjazdu szykują się debiutanci

Tylko 11,8%, aktywnych lub potencjalnych uczestników polskiego rynku pracy, rozważa emigrację zarobkową. Jest to wynik najniższy od 4 lat – wynika z raportu „Migracje zarobkowe Polaków VIII” publikowanego przez Work Service. Coraz częściej dobra praca w kraju zatrzymuje Polaków na rodzimym rynku pracy, choć różnice płacowe nadal stanowią najsilniejszy magnes emigracyjny. Co ciekawe, 56% osób, które myślą o zagranicznym zatrudnieniu, to debiutanci, czyli osoby, które po raz pierwszy będą emigrować za pracą.

Z najnowszej, ósmej, edycji raportu „Migracje Zarobkowe Polaków” wynika, że obecnie 11,8% Polaków rozważa zagraniczny wyjazd zarobkowy. To wynik o 2 p.p. niższy niż w poprzedniej edycji badania, a zarazem najniższe wskazanie w historii badań realizowanych przez Work Service. Pula osób, które zdecydowanie lub raczej myślą o emigracji to 8% całej dorosłej populacji Polski, czyli niemal 2,6 mln osób. To, co stanowi niepokojący sygnał, to wzrost o 4 p.p. odsetka wskazań, wśród osób planujących wyjazd na stałe. Brak powrotu do kraju zakłada obecnie 24% badanych. Co równie istotne, 1/3 badanych, bez względu na planowaną długość wyjazdu, planuje zabrać ze sobą rodzinę, która do tej pory historycznie stanowiła największą barierę migracyjną. W przypadku wyjazdów na stałe, ten odsetek sięga już 40% wskazań.

Obecna sytuacja jest dość złożona, bo z jednej strony wyraźnie widzimy, że poprawiająca się sytuacja na rynku pracy wyhamowuje plany emigracyjne, czego potwierdzeniem jest wskazanie jedynie 8% badanych mówiących o potrzebie wyjazdu ze względu na brak pracy w kraju. Co więcej, 3/4 Polaków absolutnie odrzuca możliwość poszukiwania zagranicznej pracy, co jest najwyższym wskazaniem w historii naszych badań. Z drugiej strony widzimy, że 56% osób myślących o emigracji to debiutanci, a więc Polacy po raz pierwszy planujący ten krok. Paradoksalnie nie są to jedynie osoby młode. W tej grupie przeważają Polacy w średnim wieku, którzy zdobyli już doświadczenie na polskim rynku pracy. Biorąc pod uwagę te wszystkie trendy możemy powiedzieć, że nie tylko nowa (mniej liczna) grupa Polaków planuje wyjechać, ale pojawiają się w niej osoby chcące po raz pierwszy spróbować życia za granicą, a przy tym rośnie ryzyko, iż nasza gospodarka w trwały sposób może te osoby utracić – komentuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.Coraz mniej Polaków myśli o emigracji, ale do wyjazdu szykują się debiutanci

Profil potencjalnego emigranta

Emigrację najczęściej rozważają osoby młode, między 18 a 34 rokiem życia (51%). Warto podkreślić, że o 6 p.p. wzrosło zainteresowanie pracą za granicą w grupie wiekowej 35-44 lata. Co istotne, 85% planujących wyjazd stanowią osoby niemające wyższego wykształcenia. Obecnie tylko 1/5 Polaków z wykształceniem zawodowym myśli o wyjeździe, co stanowi wskazanie o 9 p.p. niższe niż w poprzedniej edycji badania. Aż 69% osób, które chcą emigrować posiada zatrudnienie, a jedynie 13% bezrobotnych myśli o wyjeździe. Pod względem miejsca zamieszkania wyróżnia się region centralny, a więc województwa mazowieckie i łódzkie, w których 31% respondentów myśli o emigracji. Dla porównania, na Dolnym Śląsku podobne deklaracje składa tylko 5% Polaków. Co więcej, ponad 2/3 potencjalnych emigrantów pochodzi z terenów wiejskich lub małych miejscowości do 100 tys. mieszkańców.

Większość deklarujących opuszczenie naszego kraju to osoby młode lub w średnim wieku, a jednocześnie blisko 1/4 osób pragnie uczynić to na stałe. Korelacja tych czynników w połączeniu z czynnikiem demograficznym nabiera zupełnie nowego, szczególnego znaczenia dla kształtowania polityki społecznej państwa. Przyjmując, że dane i założenia GUS z 2016 roku potwierdzą się i udział osób starszych w populacji mieszkańców Polski zwiększy się z 21,5% w 2013 roku mln do 40,4% (13,7 mln) w roku 2050, to przy zachowaniu trendu migracyjnego osób młodych w kolejnych latach, zachowaniu homogenicznego układu struktury populacji i tendencji do zamykania się na migrantów przybywających do Unii Europejskiej oraz bezpośrednio do Polski – grozi nam kryzys całego systemu rynku pracy, jak i pomocy socjalnej – podkreśla Łukasz Polinceusz, Ekspert Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego.Coraz mniej Polaków myśli o emigracji, ale do wyjazdu szykują się debiutanci 2

Powody i bariery emigracji bez zmian

Głównym i niezmiennym powodem, który skłania Polaków do emigracji są wyższe niż w naszym kraju zarobki. Obecnie przeszło 8 na 10 badanych rozważających podjęcie pracy poza Polską wskazuje na różnice płacowe. Drugim, najważniejszym czynnikiem dla badanych jest wyższy standard życia (36%), a na trzecim miejscu, po raz pierwszy tak wysoko w zestawieniu, pojawiły się czynniki związane z polityką socjalną (29%). W hierarchii czynników skłaniających do wyjazdu o 12 p.p. spadła liczba osób, które szukają lepszych perspektyw zawodowych, a o 16 p.p. zmniejszył się odsetek osób narzekających na brak odpowiedniej pracy w kraju. Z kolei, po stronie barier migracyjnych na pierwszej pozycji pozostaje przywiązanie do rodziny i przyjaciół, na którą wskazuje 64% badanych. Co istotne, 40% Polaków nie chce emigrować z powodu atrakcyjnej pracy w kraju, co jest wyższym wskazaniem o 5 p.p. w porównaniu do wyników sprzed roku. Tylko 5% Polaków boi się emigracji ze względu na złe traktowanie naszych rodaków poza krajem.

***

Informacje o badaniu:

Dane prezentowane w ramach raportu Migracje Zarobkowe Polaków VIII zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut badawczy Kantar Millward Brown S.A. Badanie zostało zrealizowane w okresie 20-29 marca 2018 r.

Badanie zrealizowano na próbie N=708 osób pracujących, bezrobotnych, uczących się oraz przebywających na urlopach macierzyńskich i wychowawczych. Próbę dobrano z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (zgodnej ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania). Wykluczono z niej: emerytów, rencistów oraz osoby zajmujące się domem. Wyniki poddano procedurze ważenia na podstawie struktury zmiennych rekrutacyjnych wg. danych GUS. Dokładność wyników zależy o liczebności analizowanej grupy i odsetka odpowiedzi. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby N=708 to +/- 3,75%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych w ramach projektu CATIBUS .

Kurs funta zyskuje. Złoty wyraźnie odżywa

Pierwsza połowa wczorajszego dnia przyniosła osłabienie polskiej waluty – kurs EUR/PLN wzbił się w okolice poziomu 4,31, tym samym był najwyżej od października ubiegłego roku. W drugiej części dnia złoty jednak zaczął wyraźnie odżywać.

W pierwszej kolejności warto zwrócić uwagę, iż polskiej walucie sprzyjało umocnienie euro. Para EUR/USD po pięciu dniach nieprzerwanych spadków i zejściu do najniższego poziomu od końcówki ubiegłego roku, ostatecznie wczoraj przerwała złą passę, kończąc dzień na plusie, nawet pomimo wzrostu niepokoju na południu Europy, odzwierciedlonego w rosnących rentownościach obligacji rządu Włoch.

Złotemu docelowo mogło pomóc również zawieszenie konfliktu handlowego na linii USA-Chiny (USA zgodziły się na nie nakładanie sankcji handlowych w zamian za redukcję chińskiej nadwyżki w handlu z USA), które nieco rozbudziło apetyt do ryzyka, co było widoczne na parkietach giełd amerykańskich, jak i na GPW.

Na przestrzeni ostatnich kilkunastu godzin dodatkowo obserwowaliśmy spadek rentowności polskich obligacji 10-letnich. Wzrost cen krajowych papierów może sugerować pozytywny dla złotego ruch kapitału w naszą stronę.

Dane z krajowej gospodarki również były dobre, jednak raczej nie przełożyły się na wzmocnienie waluty. Produkcja przemysłowa w kwietniu rosła o ponad 9% i była zbliżona do oczekiwań konsensusu. Dobry odczyt po części powiązać można z efektami statystycznymi i faktem, że w kwietniu br. mieliśmy o jeden dzień roboczy więcej niż rok wcześniej, jednak niezależnie od okoliczności trudno nazwać 9-procentowy wzrost indeksu rozczarowującym. Pytanie, czy uda się utrzymać aktywność w sektorze. Patrząc na Europę Zachodnią i Niemcy wydaje się, że może być to trudne.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek obniżył się o 0,2%, wahając się w widełkach 4,29-4,31. Wspólna waluta była wczoraj w stanie odrobić (wprawdzie niewielką) część ostatnich strat w parze z dolarem amerykańskim i kontynuuje dobrą passę również dziś.

Nie można jednak zapominać o tym, że napięta sytuacja we Włoszech nadal wpływa na rynek obligacji. To z kolei skupia na sobie uwagę Europejskiego Banku Centralnego, czyli – z uwagi na prowadzony przez Bank skup obligacji krajów strefy euro w ramach programu QE – jednego z głównych kupujących włoskie papiery. EBC obecnie posiada włoskie obligacje o wartości ok. 340 mld EUR. Aby pojąć skalę: obligacje w rękach EBC mają wartość  ponad 130% włoskiego PKB. Bank będzie ich miał jeszcze więcej, tak długo jak będzie skupował europejskie obligacje w ramach programu QE i reinwestował środki uzyskiwane z zapadających obligacji (obecnie realną datą wygaszenia programu QE wydaje się grudzień).

Co ciekawe, różnica między rentownościami papierów dwóch krajów Starego Kontynentu uznawanych za ryzykowne: Włoch i Hiszpanii jest obecnie największa od sześciu lat, wyraźnie wskazując gdzie w obecnym momencie inwestorzy dostrzegają ryzyko.

Obecnie obaw nie budzi sam fakt utworzenia populistycznej koalicji, a raczej to, że inwestorzy muszą podejmować decyzje w środowisku zwiększonej niepewności: obecnie nie mamy żadnych konkretnych informacji jak będzie wyglądać polityka nowego rządu. Rynek zakłada jedynie, że populiści będą znajdować się na kursie kolizyjnym z UE oraz, że mogą prowadzić zaawansowane (nie wiadomo czy odpowiedzialne) działania fiskalne.

GBP

Kurs GBP/PLN  w poniedziałek obniżył się o 0,9%, wahając się w widełkach 4,88-4,92. Brytyjskiej walucie cały czas szkodzą: brak podwyżek ze strony BoE (i brak pozytywnych sygnałów sugerujących, że owe podwyżki niedługo nadejdą), słabsze wyniki gospodarcze i obawy o negocjacje w kwestii Brexitu. W obliczu braku istotniejszych informacji z kraju, funt w znaczącym stopniu reaguje jednak również na sytuację zewnętrzną, odpowiadając na zmiany na głównej parze.

Dziś jednak indeks GBP zyskuje. Brytyjską walutę wspierają słowa jednego z członków Banku Anglii, Gertjana Vlieghe. W swojej wypowiedzi poinformował, że na przestrzeni horyzontu prognozy (trzech najbliższych lat) spodziewa się nieco większej liczby podwyżek stóp procentowych niż obecnie zakładają rynki (inwestorzy obecnie nie są przekonani, czy dojdzie nawet do trzech podwyżek). W jego opinii możliwych jest nawet sześć podwyżek, jednak wszystko będzie zależało od sytuacji w gospodarce Zjednoczonego Królestwa.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek obniżył się o 0,3%, wahając się w widełkach 3,64-3,67. Amerykańska waluta na początku bieżącego tygodnia przerwała ostatnie, wielodniowe umocnienie, co po części związane jest prawdopodobnie z wyhamowaniem wzrostu rentowności amerykańskich papierów dłużnych, poprawą sentymentu do ryzyka i wzmocnieniem europejskiej waluty.

Kluczową informacją, która w ostatnim czasie napłynęła z USA jest porozumienie z Chinami. Stany Zjednoczone zgodziły się wstrzymać wprowadzenie taryf celnych na import produktów z Chin, w zamian za co Chiny zobowiązały się doprowadzić do redukcji amerykańskiego deficytu w handlu z Państwem Środka. Informacje, które otrzymaliśmy są dosyć ogólne, jednak wystarczyły, aby nieco wesprzeć sentyment do aktywów ryzykownych.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

Brak istotnych publikacji

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Biura przyszłości – wyniki badań dotyczące trendów i kierunków rozwoju powierzchni biurowych do 2020 r.

  • Według ponad 67% polskich najemców biur w przyszłości najważniejszą cechą nowoczesnej powierzchni biurowej będą strefy relaksu i rekreacji.
  • Dwie trzecie firm bierze pod uwagę zmieniające się wymagania młodego pokolenia pracowników przy wyborze biura.
  • Pokolenie tzw. millenialsów (84%) oczekuje, że ich miejsce pracy będzie znajdowało się w lokalizacji z łatwym dojazdem.

Najemcy powierzchni biurowej w Polsce oczekują, że biura przyszłości będą przede wszystkim komfortowe, a zapewnić mają to strefy relaksu z wygodnymi fotelami, grami lub wspólną jadalnią – taki wniosek płynie z badania przeprowadzonego przez Union Investment we współpracy z Keralla Research Institute. Badanie obejmowało reprezentatywną próbę 150 najemców na siedmiu największych polskich rynkach biurowych. Z badania wynika, że nowoczesna powierzchnia biurowa powinna się charakteryzować przede wszystkim: nowoczesnym systemem klimatyzacji i wentylacji (80%), wysokim i przestronnym wnętrzem (78%) oraz – co ważne – dostępem do naturalnego światła (74%).

Najbardziej pożądane biuro może być albo przestrzenią otwartą z wydzielonymi strefami pracy i relaksu, albo powierzchnią podzieloną na osobne biura dla dwóch-trzech osób. Anonimowy „open space”, w którym myślą przewodnią jest zmieszczenie jak największej liczby stanowisk pracy na jak najmniejszej przestrzeni, nie budzi już entuzjazmu wśród polskich najemców biur.

Strefy relaksu zwiększają komfort

Jak podkreślają autorzy badania, w kolejnych latach możemy spodziewać się, że oczekiwania najemców będą rosnąć. Dwie trzecie badanych najemców deklaruje, że od nowoczesnego budynku biurowego oczekiwać będą zapewnienia stref relaksu. Mogą to być np. strefy ciszy z wygodnymi siedzeniami, bezpłatna siłownia czy wspólna jadalnia. Ponad połowa ankietowanych (57%) ceni także to, że zarządca budynków bez dodatkowych kosztów oferuje  powierzchnie wcześniej rozplanowane i przygotowane pod oczekiwania danego najemcy. Ponad 50% respondentów wskazywało także bogatą ofertę gastronomiczną i usługową w budynku, a także dobre wyciszenie pomieszczeń.

Wyniki badania potwierdzają, że przyjęliśmy słuszne założenie zakładając, że komfort powinien być priorytetem jeśli chodzi o powierzchnie biurowe w naszym portfolio – mówi Christian Jansen, menedżer ds. współpracy z najemcami na rynku polskim w Union Investment Real Estate GmbH. W czasie, gdy konkurencja o najemców się zaostrza, wyniki badania są dla całej branży bodźcem do myślenia o dalszym zwiększaniu dobrego samopoczucia najemców przy stałej dbałości o aspekt ekonomiczny. Presja na zmiany w segmencie biurowym pochodzi obecnie szczególnie ze strony młodszego pokolenia pracowników, którzy mają jasne wyobrażenie o tym, jak ma wyglądać ich miejsce pracy. Pracodawcy, którzy potrzebują młodych specjalistów, muszą brać pod uwagę ich oczekiwania względem powierzchni biurowej – dodaje Jansen.

Wymagania młodego pokolenia w centrum uwagi

Około dwie trzecie firm zauważa, że wkraczające na rynek młode pokolenie pracowników ma inne wymagania wobec biur niż ich poprzednicy. Są one coraz częściej brane pod uwagę przy wyborze lokalizacji biura, szczególnie w przypadku większych firm, zatrudniających ponad 250 pracowników. Dla młodszego pokolenia bardzo istotne są: łatwy dojazd do budynku (84%), strefy rekreacyjne (69%) oraz infrastruktura rowerowa (62%). Ponadto, 40% badanych uważa, że bardzo istotne dla młodych pracowników są aplikacje mobilne dedykowane danemu budynkowi. 35% respondentów uważa, że młodzi pracownicy bardzo lubią wydarzenia organizowane w biurowcu, np. wykłady motywacyjne prowadzone przez ekspertów z innych firm i sektorów. Wyniki badań pokazują, jak młode pokolenie wpływa na rozwój oferty udogodnień w przestrzeni biurowej.

Zrównoważona przestrzeń i dobry dojazd

Potrzebie komfortu i wygody zazwyczaj towarzyszy oczekiwanie, że budynek będzie funkcjonował w oparciu o zasady zrównoważonego rozwoju. Dla ponad 63% najemców istotne jest, by do „biura przyszłości” można było łatwo dojechać rowerem oraz by znajdowały się w nim udogodnienia dla rowerzystów, takie jak prysznic, zadaszony stojak czy stacja napraw. To wpisuje się w bardziej ogólne wymaganie najemców, by ich biuro było dobrze skomunikowane (63% respondentów uważa, że jest to ważne). Co ciekawe, nie wszyscy najemcy uważają, że dobra dostępność jest równoznaczna z centralną lokalizacją budynku. Jedynie 40% badanych stwierdziło, że woleliby, by ich biuro było umiejscowione w centrum miasta. Około 30% woli lokalizację w dzielnicach peryferyjnych, a 14% uważa, że lokalizacja jest bez znaczenia jeśli tylko połączenia komunikacyjne są dogodne.

Warszawa i Kraków oferują najlepszą przestrzeń biurową

Jak wynika z badania, rynki w Warszawie i w Krakowie mają najlepiej dopasowaną do potrzeb najemców ofertę powierzchni biurowych. Ok. 57% respondentów warszawskich stwierdziło, że ich oczekiwania względem powierzchni biurowej są spełnione w znacznym stopniu. W Krakowie ten odsetek wynosi 53%. Następne miejsca zajmują Gdańsk i Łódź (49%). Na niższych miejscach w rankingu uplasowały się Poznań i Wrocław z wynikami odpowiednio 46% i 40%. Jednak w ujęciu całościowym, wszystkie siedem badanych lokalizacji dobrze wypadło w badaniu. W Warszawie jedynie 9% badanych osób stwierdziło, że nie wszystkie ich oczekiwania są spełnione. W Gdańsku, Poznaniu i Wrocławiu wskaźnik ten wyniósł ok. 35%. Oznacza to, że nawet w miastach, które zajęły niższe miejsca w rankingu, około dwóch trzecich najemców wyraża zadowolenie z dostępnej oferty biurowej.

Z punktu widzenia inwestora fakt, że oferta na wszystkich siedmiu przebadanych rynkach w Polsce jest dobrze oceniana to bardzo pozytywna wiadomość – mówi Adam Irányi, zarządzający inwestycjami Union Investment Real Estate w Europie. Ale nawet w przypadku biur, które nie spełniają w pełni oczekiwań najemców, zawsze możliwe jest podniesienie wartości poprzez aktywne zarządzanie portfelem po ich akwizycji.

Obiekty handlowe odwiedzane są najczęściej w czwartki, piątki i poniedziałki

  • Nadal rośnie udział oferty gastronomicznej i rozrywkowej w centrach handlowych
  • W budowie pozostaje ponad 500 000 m kw. powierzchni handlowej. Prawie 80% tej liczby zostanie oddane do użytku w bieżącym roku, z czego blisko 60% w największych aglomeracjach
  • Rośnie znaczenie mniejszych miast i miejscowości poniżej 100 tys. mieszkańców, na które przypadnie ponad 30% podaży nowej powierzchni handlowej zaplanowanej na rok 2018

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowuje pierwszy kwartał na rynku nowoczesnych powierzchni handlowych w Polsce w raporcie MARKETBEAT: Rynek powierzchni handlowych w Polsce.

W pierwszym kwartale 2018 roku łączne zasoby powierzchni handlowej w Polsce wyniosły 14,3 mln m kw. Na koniec marca br. oddano do użytku zaledwie 52 600 m kw. powierzchni w trzech nowych centrach handlowych: Gemini Park o pow. 36 600 m kw. w Tychach, Rondo Wiatraczna o pow. 11 000 m kw. w Warszawie oraz Galeria Nad Potokiem o pow. 5 000 m kw. w Radomiu. Na rynku kontynuowany jest trend związany z modernizacją, przebudowami i rozbudowami istniejących centrów handlowych, którego przyczyną są starzenie się istniejących obiektów, zmieniające się oczekiwania klientów oraz coraz silniejsza konkurencja. W ramach zmian w pierwszym kwartale 2018 roku modernizację przeszły m.in. Futura Park w Krakowie, Auchan Bydgoszcz i Arkady we Wrocławiu. Rośnie również znaczenie oferty gastronomicznej i rozrywkowej w nowoczesnych centrach handlowych. Obiekty handlowe zmieniają się z tradycyjnych miejsc do robienia zakupów w ośrodki do spędzania wolnego czasu i spotkań ze znajomymi. Udział najemców z sektora „entertainment” i F&B w całkowitej powierzchni handlowej najlepszych obiektów sięga już nawet 20%.

Obecnie w budowie pozostaje ponad 500 000 m kw. powierzchni, z czego prawie 80% zostanie oddane do użytku w 2018 roku. Blisko 60% nowej podaży będą stanowić otwarcia centrów handlowych w największych aglomeracjach tj. Forum Gdańsk (62 000 m kw.) czy Galerii Libero w Katowicach (45 000 m kw.). Wzrost aktywności deweloperskiej odnotują również mniejsze miasta i miejscowości poniżej 100 tys. mieszkańców, na które przypadnie ponad 30% nowej podaży zaplanowanej na rok 2018. To rynki z dużym potencjałem zakupowym, gdzie nasycenie powierzchnią handlową jest stosunkowo niskie.

Małgorzata Dziubińska, Associate Director w Dziale Doradztwa i Analiz Rynkowych Cushman & Wakefield, Polska
Małgorzata Dziubińska, Associate Director w Dziale Doradztwa i Analiz Rynkowych Cushman & Wakefield, Polska

– Dużym wyzwaniem dla rynku handlowego w Polsce jest wprowadzenie zakazu handlu w niedziele oraz jego potencjalny wpływ na liczbę odwiedzających i wielkość obrotów. Wstępne dane wskazują na wzrost odwiedzalności centrów handlowych w czwartki, piątki i poniedziałki oraz spadek w soboty. Zarządzający zarówno centrami handlowymi, jak i relacjami z najemcami uważnie obserwują, jak będą zmieniać się zachowania klientów. Bardziej szczegółowa analiza będzie możliwa dopiero po 4-6 miesiącach – komentuje Małgorzata Dziubińska, Associate Director w Dziale Doradztwa i Badań Rynkowych, Cushman & Wakefield, autorka raportu.

W przyszłym roku nowa podaż będzie niższa niż w 2018, głównie dlatego, że planowane jest otwarcie tylko jednego dużego centrum handlowego, Galerii Młociny w Warszawie o powierzchni 71 000 m kw. Obecnie, obiekt jest już wynajęty w 75%.

– Wprowadzenie zakazu handlu w niedziele może pozytywnie wpłynąć na rozwój rynku e-commerce w Polsce. Obecnie rynek ten dynamicznie rozwija się, a wzajemne uzupełnianie się kanałów sprzedaży internetowej i tradycyjnej jest istotnym trendem, do którego muszą dostosować się wszyscy jego uczestnicy. Rozwój handlu internetowego może być dodatkową szansą dla sieci handlowych na uzyskanie przewagi konkurencyjnej i zwiększenie lojalności klientów – powiedziała Anna Oberc, Associate, Dyrektor Operacyjny, Dział Powierzchni Handlowych, Cushman & Wakefield.

– Początek roku nie zapowiadał, aby na polskim rynku handlowym pojawiły się nowe marki. Inwestorzy uważnie obserwują rynek i wstrzymują się z decyzjami obserwując ruch w centrach handlowych po wprowadzeniu częściowego zakazu handlu w niedzielę. W konsekwencji, w pierwszym kwartale 2018 roku w Polsce zadebiutowały dwie nowe marki: Fissman z gastronomicznym wyposażeniem domu oraz Dealz, międzynarodowa sieć sklepów, będąca częścią największej w Europie sieci dyskontów Poundland, oferująca m. in. produkty przemysłowe, spożywcze, drogeryjne, zabawki i dekoracje dla domu. W tym roku również kolejne marki, jak np. Tedi sklep z artykułami gospodarstwa domowego, papierniczymi, elektrycznymi, zabawkami i asortymentem do majsterkowania planują otwarcia pierwszych punktów w Polsce – dodaje Lucyna Śliż, Associate, Dyrektor Rozwoju Biznesu, Dział Powierzchni Handlowych, Cushman & Wakefield.

Zakup nowego mieszkania na wynajem coraz mniej opłacalny

Inwestycje w mieszkania na wynajem, to obecnie jeden z najpopularniejszych sposobów lokowania kapitału przez Polaków. Według raportu E-VALUER INDEX 2018 firmy Emmerson Evaluation, wyższe stopy zwrotu (ok. 5,3-5,5%) w przypadku nowych mieszkań, łatwiej uzyskać w mniejszych miastach wojewódzkich niż w największych aglomeracjach (4,1-5,4%). Jednocześnie rentowność najmu w całej Polsce spada w związku z galopującym wzrostem cen nieruchomości, zaznaczają eksperci Emmerson Evaluation.

W analizie Emmerson Evaluation porównano stopy zwrotu z inwestycji w mieszkania na wynajem w aglomeracjach takich jak, Warszawa, Kraków, Poznań i Wrocław oraz mniejszych stolicach wojewódzkich – Lublin, Białystok, Łódź i Szczecin. Poziom stóp został obliczony jako relacja możliwych do uzyskania rocznych dochodów właściciela do ceny jaką trzeba zapłacić za mieszkanie kupowane pod wynajem w nowej inwestycji mieszkaniowej (nie starszej niż z 2015 r.). Przyjęty model uwzględniał szacunkowy koszt opłat administracyjnych w poszczególnych lokalizacjach, zryczałtowany podatek od przychodów z wynajmu w wysokości 8,5% oraz straty w dochodach związanej z 1,5 miesięcznym okresem przeznaczonym na poszukiwanie nowego najemcy.

Czynsze rosną, ale rentowność spada

Boom na inwestycje w mieszkania na wynajem był dodatkowym czynnikiem napędzającym wzrost ich cen w ostatnich latach, szczególnie w roku ubiegłym. Wg danych zebranych w raporcie Emmerson Evaluation w 2017 r. na rynku pierwotnym dynamika wzrostu cen lokali mieszkalnych w niektórych miastach Polski osiągnęła nawet 10-16%. W dodatku, nowe inwestycje sprzedawały się szybciej niż rok wcześniej. W ślad za rosnącymi cenami mieszkań rosły także rynkowe stawki najmu. – Właściciele inwestycji przeznaczonych na wynajem podnoszą czynsze, aby zachować satysfakcjonujący poziom rentowności zakupu. Obserwujemy jednak, że stopy zwrotu z najmu nowych lokali z roku na rok spadają. Próg 5% jest osiągany raczej przy wyjątkowo dobrych lokalizacjach, a jedynie w tych najlepszych możliwe jest osiągnięcie rentowności powyżej 6%. Takie okazje jednak zdarzają się już bardzo rzadko – komentuje Dariusz Książak, Prezes Zarządu Emmerson Evaluation.  Średnie stopy, jakie można obecnie uzyskać z wynajmu mieszkania, podane w raporcie E-VALUER INDEX 2018 wynoszą w przypadku Warszawy 4,3-5,1%, Krakowa 4,5-5,2%, Poznania 4,1-5,2% i Wrocławia 4,4-5,4%.

Według wyliczeń Emmerson Evaluation nieco wyższą stopą zwrotu charakteryzują się mniejsze miasta wojewódzkie. – Na tych rynkach ceny transakcyjne lokali mieszkalnych nie są tak mocno wyśrubowane, jak w największych aglomeracjach. Jednocześnie, wiele z nich jest atrakcyjna pod kątem inwestycji w wynajem, ze względu na obecność dużych ośrodków akademickich – zauważa Dariusz Książak. Przykładem takich miast mogą być Łódź czy Lublin, gdzie wg danych raportu E-VALUER INDEX 2018 średnia stopa zwrotu wynosi odpowiednio 5,5% i 5,3%. Eksperci Emmerson Evaluation przeanalizowali także pod tym kątem rynek Białegostoku i Szczecina, gdzie rentowność inwestycji oscylowała na podobnym poziomie (5,3 oraz 5,4%).

Jakie lokale wynajmują się najlepiej?

Największa podaż mieszkań na wynajem w nowym budownictwie występowała w obrębie centrum analizowanych miast oraz w przypadku aglomeracji, w dzielnicach charakteryzujących się w ostatnich latach największą aktywnością deweloperów, jak np. Krzyki we Wrocławiu.

Pod względem typów niedawno wybudowanych lokali mieszkalnych przeznaczonych na wynajem rynkowa oferta w poddanych analizie miastach była dość jednolita. Dominowały mieszkania dwupokojowe, ich udział w dostępnej ofercie wynosił od 53% w Poznaniu do 66% w Szczecinie. Mniejszą popularnością cieszyły się mieszkania 3-pokojowe, mieszkań 1-pokojowych w ofercie, było najmniej.

W czterech największych aglomeracjach ujętych w raporcie czynsz[1] za mieszkanie dwupokojowe w dzielnicach centralnych, śródmiejskich przekraczał 2 tys. zł. W danych zaprezentowanych przez Emmerson Evaluation widoczne są także duże różnice w wysokości czynszu ze względu na lokalizację. – W Warszawie, Krakowie i Poznaniu różnica między najbardziej atrakcyjnymi częściami miasta, a dzielnicami najtańszymi dla najpopularniejszych mieszkań dwupokojowych wynosiła średnio ponad 460 zł. Tylko we Wrocławiu rozwarstwienie to było znacznie mniejsze i nie przekraczało 300 zł – podaje ekspert Emmerson Evaluation. Wśród mniejszych miast wojewódzkich uwzględnionych w raporcie przecięty czynsz za dwa pokoje nie przekraczał 1,7 tys. zł. Jednym wyjątkiem jest Łódź, gdzie wynajmujący musiał zapłacić kwotę przeszło 1,8 zł.

Zakup nowego mieszkania na wynajem coraz mniej opłacalny

Eksperci Emmerson Evaluation przewidują, że stopy zwrotu z wynajmu nowych mieszkań w najbliższym czasie będą  maleć. – Przy tak dużym wzroście cen lokali w nowych inwestycjach, kupującym coraz ciężej będzie uzyskać satysfakcjonującą rentowność z wynajmu. Wynajmujący już nie mają za dużego pola do zrekompensowania sobie niższych stóp zwrotu poprzez podwyżki czynszu, a konkurencja na rynku mieszkań na wynajem rośnie – podsumowuje Dariusz Książak z Emmerson Evaluation.

[1] Przy obliczaniu median czynszu najmu uwzględniono straty poniesione na negocjacje w wysokości 5% czynszu ofertowego. W analizie założono miesięczne stawki czynszu netto tj. niezawierające opłat administracyjnych, opłat za miejsca postojowe, komórki lokatorskie oraz kosztów poniesionych na media.

Krakowski boom biurowy

Kraków jest najbardziej chłonnym, regionalnym rynkiem biurowym w Polsce, a także niekwestionowanym, krajowym liderem sektora usług dla biznesu. O intensywnym rozwoju branży w stolicy Małopolski w ostatnich latach świadczy choćby liczba otwieranych centrów IT/SSC/BPO, których w mieście działa już 158. W ciągu ostatniego roku na terenie aglomeracji powstało niemal dwa razy więcej nowych ośrodków niż w Warszawie. Stąd ogromny popyt na krakowskie biura.

Z danych Walter Herz wynika, że w 2017 roku do najemców trafiło w Krakowie przeszło 200 tys. mkw. powierzchni, o kilka procent więcej niż rok wcześniej, a w tym roku popyt na biura nie jest mniejszy. Największym odbiorcą nowej powierzchni są centra usług wspólnych dla biznesu.

Prawie 75 tys. osób zatrudnionych w sektorze usług dla biznesu

W tym segmencie w aglomeracji krakowskiej zatrudnionych jest już około 68 tys. osób. A z szacunkowych obliczeń ASPIRE, organizacji zrzeszającej największe firmy SSC/BPO/IT, wynika, że w tym roku miejsce pracy w sektorze IT i usług dla biznesu znajdzie w Krakowie kolejne prawie 7 tys. osób. Na koniec bieżącego roku w krakowskich centrach będzie pracowało już około 75 tys. osób.

W całym kraju firmy sektorowe skupiają aktualnie 265 tys. osób. Około 20 proc. więcej niż przed rokiem. Z szacunków wynika, że w roku 2020 usługi dla biznesu może świadczyć już ponad 300 tys. osób. Według danych ABSL, tylko w 2017 roku powstało w Polsce 51 nowych centrów usług dla biznesu.

Kraków ugruntował już swoją pozycję najsilniejszego ośrodka outsourcingowego, nie tylko w Polsce, ale także na globalnej mapie, co potwierdzają zestawienia Tholons Top 100 Outsourcing Destinations. W ostatnim rankingu stolica Małopolski znalazła się na 8. miejscu wśród najatrakcyjniejszych miast na świecie dla inwestycji w segmencie SSC/BPO/IT. Według danych stowarzyszenia ASPIRE, całkowita wartość roczna tego sektora w przypadku Krakowa wynosi 2,6 mld euro.

Popyt na krakowskie biura wyższy od podaży

Mateusz Strzelecki, Partner w firmie Walter Herz zauważa, że za intensywnym wzrostem sektora usług dla biznesu w Krakowie idzie szybki rozwój rynku biurowego. – 2017 rok był dla miasta rekordowy pod względem ilości oddanej powierzchni biurowej. Oferta zwiększyła się o 193 tys. mkw. biur, a zasoby Krakowa przekroczyły 1,1 mln mkw. powierzchni. Co ciekawe, ubiegłoroczny popyt na krakowskie biura przewyższył nową podaż. Za tak wysoką absorpcją rynku kryją się między innymi transakcje najmu obejmujące całe budynki, które zawierane są często przez jednego najemcę – wyjaśnia Mateusz Strzelecki.

Z raportu Focus on Kraków opracowanego przez Pro Progressio, Polską Agencję Inwestycji i Handlu, Antal i Walter Herz wynika, że w stolicy Małopolski jest aktualnie w budowie ponad 300 tys. mkw. powierzchni biurowych. W trakcie realizacji znajduje się m.in. 20 budynków klasy A. Natomiast kolejne 150 tys. mkw. biur jest już przygotowywane do budowy.

W Krakowie nie ma wyraźnie zarysowanych stref biurowych. Główne obszary zabudowy biurowej to północno-zachodnia część miasta w okolicy ulicy Armii Krajowej oraz północno-wschodnia cześć Krakowa w rejonie alei Jana Pawła II, gdzie powstaje na przykład Podium Park (22,6 tys. mkw.) i O3 Business Campus (19 tys. mkw.).

Intensywna zabudowa centrum Krakowa

Swoją pozycję biurową ugruntowuje w ostatnim czasie centrum miasta, szczególnie obszar w okolicy ronda Mogilskiego i Grzegórzeckiego, gdzie powstają takie inwestycje jak: High5ive (32,3 tys. mkw.), Mogilska Office (12 tys. mkw.), Unity Centre (46 tys. mkw.) z 27 kondygnacyjną wieżą Unity Tower mierzącą 102 metry, która będzie najwyższym budynkiem w Krakowie, V. Offices (24,9 tys. mkw.), czy Fabryczna Office Park (13,5 tys. mkw.). Biurowo rozwija się także południowa część aglomeracji w rejonie ulicy Wadowickiej i Wielickiej, gdzie w budowie jest m.in. Equal Buisness Park (22,3 tys. mkw.) i Tischnera Office (33,6 tys. mkw.).

Średnia stawka czynszowa za powierzchnie biurowe w Krakowie, jak podaje Walter Herz, wynosi około 14 euro/mkw./m-c. i od dawna utrzymuje się na tym samym poziomie.

Drugi co do wielkości rynek biurowy w kraju jest wyraźnie tańszy od Warszawy, ale zdaniem Mateusza Strzeleckiego nie tylko czynnik kosztowy jest tym, co przyciąga do miasta inwestorów. – Kraków wyróżnia się przede wszystkim najwyższym w Polsce potencjałem edukacyjnym. Stolica Małopolski może pochwalić się największą liczbą wykwalifikowanych specjalistów w kraju – przyznaje ekspert Walter Herz.

Siła Krakowa tkwi w dużym zapleczu akademickim. Co roku w liczącym 770 tys. mieszkańców mieście kończy studia średnio około 50 tys. osób, z czego ponad 13 tys. stanowią absolwenci szkół technicznych, których na przykład w Warszawie jest tylko ponad 7 tys. Największa liczba absolwentów krakowskich uczelni to specjaliści z obszaru finansów, lingwistyki i IT.

Autor: Walter Herz

Włochy mają kandydata na premiera. Problemy liry i peso

Znamy kandydata na premiera koalicji Ruchu Pięciu Gwiazd I Ligi Północnej. Waluty Turcji i Argentyny wciąż mają poważne problemy.

Znamy kandydata na premiera Włoch

Szefem rządu w Rzymie ma zostać Giuseppe Conte. Profesor prawa bez przeszłości w wielkiej polityce. Kandydat jest wyborem Ruchu Pięciu Gwiazd, ale wedle zapowiedzi członków Ligi Północnej jest efektem kompromisu. Nowy rząd oczywiście ma za zadanie dbać o Włochów, a nie o wielkie korporacje. Jako główny cel nowy rząd wskazuje doprowadzenie do wzrostu gospodarczego w celu zmniejszenia zadłużenie państwa. Biorąc pod uwagę skalę zadłużenie Włoch jest to konieczny krok o ile kraj ten chce uniknąć greckiego scenariusza. Jaka była reakcja rynków? Na walutach było czuć ulgę. Inwestorzy zmniejszali zainteresowanie bezpiecznymi walutami i wracali do walut państw rozwijających się. Zyskał na tym również złoty. Euro, które wczoraj dotarło powyżej 4,31 zł dzisiaj spadło już do 4,27 zł. Franki z wczorajszych 3,67 zł dzisiaj dotarły do 3,63 zł. Warto zwrócić uwagę, że wczoraj mieliśmy dzień wolny zarówno w Niemczech jak i w Szwajcarii stąd część z tych inwestorów nie zdążyła wczoraj reagować na informacje. Co ciekawe spokój na rynkach nie przekłada się na włoskie obligacje. O ile papiery głównych gospodarek Unii Europejskiej zyskały na wartości po osiągnięciu wstępnego porozumienia to obligacje Włoch wczoraj dalej traciły na wartości.

Problemy Turcji i Argentyny

Jak uważają złośliwi wyścig o miano najgorszego wyniku walutowego 2018 został już zakończony za sprawą Wenezueli. Są jednak w dalszym ciągu dwie duże waluty, które są w bardzo złej kondycji. Jest to lira turecka i peso argentyńskie. Argentyna od tygodnia skutecznie stabilizuje walutę i sytuację, co wcale nie znaczy, że znowu nie zbankrutuje. Gorzej wygląda sytuacja w Stambule. W ciągu tygodnia lira straciła na wartości kolejne 5% a końca spadków nie widać. Wielu analityków wskazuje na bardzo dziwne zachowanie banku centralnego, który w obliczu istotnej inflacji nie podnosi stóp procentowych. Ruch taki jednocześnie stabilizował by zarówno utratę wartości waluty jak i wzrost cen.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak już ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Finansowy portret MŚP w II kwartale 2018. Leasing detronizuje kredyt, ale wciąż 9 na 10 firm sięga do własnych portfeli

1 na 3 firmy z sektora MŚP planuje w II kwartale więcej inwestycji niż w poprzednim. Podstawowym źródłem ich finansowania pozostają środki własne (90 proc. wskazań), ale biorąc pod uwagę zewnętrzne narzędzia, przedsiębiorcy najczęściej sięgają po leasing (50 proc. wskazań) – wynika z „Barometru EFL”[1]. Wśród małych i średnich firm widać również największe od ponad 3 lat zainteresowanie ubezpieczeniem majątku firmy (40,5 proc.).

Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
Radosław Kuczyński, prezes EFL

– Zarządzający przedsiębiorstwami z sektora MŚP stawiają na dywersyfikację narzędzi, z których korzystają w celu finansowania swoich inwestycji. Oczywiście cały czas najchętniej wybierana jest gotówka i to dobrze, bo zainwestowana „pracuje” i przyczynia się do wzrostu wartości przedsiębiorstwa. Jeśli natomiast chodzi o instrumenty zewnętrzne, to zestaw trzech z nich jest najpopularniejszy. Składa się z leasingu, kredytu bankowego i ubezpieczenia majątku firmowego. O ile obecność leasingu i kredytu nie dziwi, o tyle fakt, że aż 4 na 10 przedsiębiorców korzysta z ubezpieczenia majątku firmy, może być interesujący. W moim przekonaniu świadczy to o coraz większej dojrzałości finansowej małych i średnich firm, które w ten sposób zabezpieczają swoje inwestycje na wypadek niespodziewanych szkód – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Po pierwsze, liczą się trzy narzędzia zewnętrzne

Barometr EFL Od początku realizacji badania „Barometr EFL” przedstawiciele sektora MŚP najczęściej finansują swoją działalność środkami własnymi. Z podobną sytuacją mamy do czynienia w II kwartale br. – aż 90% przedsiębiorców zadeklarowało, że sięga do swoich kieszeni, żeby inwestować. Biorąc pod uwagę finansowanie zewnętrzne, na fotel lidera powrócił leasing, z którego korzysta co druga mała i średnia firma (50,3 proc.). Po kredyt bankowy sięga 45,7 proc. przedsiębiorców, a aż 40,5 proc. wybiera ubezpieczenie majątku firmy. W przypadku tego ostatniego produktu finansowego, jest to najwyższy wynik od I kwartału 2015 roku (41,8 proc.).

Po drugie, im większy tym odważniejszy

Niezmiennie widać też kolejną tendencję, zgodnie z którą, im firma zatrudnia więcej pracowników, tym częściej korzysta z leasingu. Podczas gdy wśród mikro firm 36,5 proc. zarządzających bazuje na tym produkcie, to wśród małych ten odsetek wynosi 53,6 proc., a wśród średnich podmiotów aż 2/3 przedsiębiorców finansuje swoją działalność leasingiem (65,8 proc.). Wynik ten koresponduje z największym optymizmem wśród „średniaków” dotyczącym planów inwestycyjnych na najbliższe miesiące – 38 proc. z nich twierdzi, że będzie w II kwartale więcej inwestować. Co więcej, 1 na 5 firm zatrudniających od 50 do 249 pracowników uważała, że będzie mieć większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne. Wśród mikro firm tylko co dziesiąty przedsiębiorca wyrażał taką opinię.

Po trzecie, produkujemy i handlujemy w leasingu

Kolejny kwartał z rzędu firmy produkcyjne najczęściej ze wszystkich (6 branż) korzystają z leasingu (62% wskazań). Jest to związane z finansowaniem w ten sposób maszyn i urządzeń do produkcji. Nieco mniej przedsiębiorstw, bo 58 proc., leasinguje inwestycje w transporcie, m.in. flotę pojazdów. Trzecią branża za pan brat z leasingiem jest handel, którego 53,3 proc. przedstawicieli sięga po leasing.

[1] Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 19-27 kwietnia 2018 r.

Przemysł 4.0 w polskich firmach

Główną barierą rozwojową dla przedsiębiorstw w Polsce jest brak rąk do pracy. Coraz więcej podmiotów ma z tym problem. Firmy nie są w stanie zatrudnić tylu pracowników, ilu potrzebują. Jedyną ucieczką od tej kwestii jest automatyzacja produkcji i organizacji. Menedżerowie muszą pogodzić się z tym, że skończyła się era możliwości rozwoju firm przez inwestowanie w powiększanie zatrudnienia, bo nie ma kogo obsadzić na stanowiskach. Należy pamiętać, że automatyzacja wcale nie oznacza zwalniania pracowników. Zatrudnieni obecnie mają duże doświadczenie i wiedzę. Wystarczy dokształcić ich w zakresie zautomatyzowanej produkcji, aby mogli nią sterować i nadzorować działanie. Nowe rozwiązania łączą się ze wzrostem wydajności, dokładności i jakości wytwarzanych produktów.

– Prawdą jest, że inwestowanie w automatyzację jest dosyć kosztowne. To wysoki nakład finansowy, który trzeba ponieść jednorazowo – powiedział serwisowi eNewsroom Tomasz Szostek, dyrektor, S&OP Expert w Trio Advisory – Łatwiej dać pracę dodatkowym osobom, którymi można dynamicznie zarządzać i w stosunkowo prosty sposób zmniejszać czy zwiększać zatrudnienie. Zakup systemu czy linii produkcyjnej to duży wydatek, amortyzowany przez wiele lat. W tym przypadku nie ma płynności i dynamiki w finansowaniu. Wśród polskich przedsiębiorców brakuje świadomości, że należy inwestować w systemy automatyzacji produkcji. U wielu z nich można spotkać się problemem poniesienia wysokich kosztów z nią związanych. Sytuacja pod tym względem jest lepsza w przypadku działających w Polsce firm należących do grup międzynarodowych, czyli zagranicznego kapitału. Świadomość menedżerska jest tam na wyższym poziomie i zdecydowanie łatwiej podejmują decyzje o inwestowaniu w automatyzację. Nie oznacza to, że pracownicy stają się wtedy niepotrzebni. Zazwyczaj taka sytuacja nie powoduje spadku zatrudnienia, zwłaszcza w obliczu braku rąk do pracy. Biorąc pod uwagę światowe trendy coraz częściej pojawia się – zarówno w mediach, na konferencjach i w biznesie – idea tzw. Przemysłu 4.0. To pojęcie oznacza właśnie automatyzację procesów i produkcji. Jest ona dostępna dla każdego z przedsiębiorców. Nie jest związana tylko z dużymi fabrykami i wielkim przemysłem. Ideę tę można wprowadzić w każdej, nawet małej, polskiej firmie produkcyjnej. To okazja do wykorzystania dostępnych obecnie technologii za stosunkowo nieduże pieniądze. Nie należy obawiać się i bronić przed wprowadzeniem automatyzacji. To dobre rozwiązanie dla wszystkich. Warto zapoznać się z ofertą i podążać za światowym trendem – wskazał Szostek.

Smartfonom nie uda się zastąpić kamer sportowych. Na rynku pojawiają się innowacyjne rozwiązania

Smartfonom nie uda się zastąpić kamer sportowych. Na rynku pojawiają się innowacyjne rozwiązania 1

Czołowi producenci aparatów cyfrowych i smartfonów eksperymentują z wielosoczewkowymi układami optycznymi oraz sztuczną inteligencją, które mają poprawić jakość zdjęć. Choć współczesne smartfony z powodzeniem zastępują nam proste aparaty kompaktowe, to jeden segment rynku może się oprzeć smartfonowej ofensywie. Kamery sportowe są odporne na wodę, pył i warunki atmosferyczne, a ich ewentualne zniszczenie nie oznacza utraty wrażliwych danych. Rynek kamer sportowych rozwija się dynamicznie, a na rynek trafiają coraz bardziej innowacyjne urządzenia.

Kiedy smartfony zaczęto wyposażać w duże, kilkunastomegapikselowe matryce, coraz jaśniejsze obiektywy oraz lampy błyskowe LED, zakup prostych aparatów kompaktowych przestał być opłacalny. Wystarczyło raz kliknąć w ekran telefonu, aby zrobić zdjęcie, które nada się do upublicznienia w sieci a nawet wydrukowania do rodzinnego albumu. Szybko okazało się, że po smartfony sięgnęli także zawodowcy, gdyż dostrzegli w nich idealne narzędzie do dyskretnego fotografowania ludzi oraz zwierząt.

Mogłoby się wydawać, że po wprowadzeniu na rynek wodo- i pyłoodpornych smartfonów z certyfikatem IP68 z rynku znikną także kamery sportowe. Pomimo coraz to nowszych funkcji wideo w smartfonach, takich jak super slow motion, tak się jednak nie stało. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest to, że kamery sportowe są przeznaczone głównie do ekstremalnego filmowania, a w smartfonach odpornych na wodę i pył to tylko jedna z pobocznych funkcji.

–  Kamera GoPro nigdy nie utonie. Jak masz ją zamontowaną na kijku-bojce, GoPro ma to w ofercie, to taka kamera nie utonie. Możesz też mieć przyczepioną gąbkę pływającą do takiej kamery i także wówczas nie utonie. Jeśli wybierzesz się na wycieczkę wodną na ponton, czy kajak z telefonem, raczej nie będziesz robił odważnych ujęć z ręki, bo jak telefon wpadnie do wody, nawet jeśli będzie wodoszczelny, to po prostu pójdzie na dno – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Krawczyk z GoPro.

Mimo iż najnowsze smartfony zamknięto w szczelnych obudowach, a ich ekrany pokrywa się szkłem ochronnym, nie są one w stanie przetrwać ekstremalnych warunków podczas nagrywania filmów np. w trakcie jazdy na rowerze, pływania czy wspinania się po górach. Dodatkowo wielozadaniowość smartfonów oznacza, że używamy ich nie tylko do robienia zdjęć czy kręcenia filmów, ale także do logowania się do banku, do przechowywania ważnych danych, czy komunikowania się za pomocą maili. To wszystko powoduje, że utrata telefonu może rodzić znacznie większe konsekwencje, niż utrata kamery sportowej.

–  Telefony mają już naprawdę niesamowite zabezpieczenia, mają świetne specyfikacje techniczne, ale ludzie nie są na tyle odważni żeby stracić wszystkie swoje bardzo ważne rzeczy, wrażliwe dane, które trzymają w tym telefonie. W kamerze mamy zaś kartę microSD, na której trzymamy materiał, gdy go zrzucimy na komputer, to karta jest pusta. Nie mamy tam maili, kontaktów, dostępu do swoich kont, także jest to zdecydowanie bezpieczniejszy sprzęt do rejestrowania takich momentów – twierdzi Michał Krawczyk.

Na rynku kamer sportowych pojawiają się także coraz bardziej innowacyjne rozwiązania. Wiele urządzeń nagrywa już materiał w rozdzielczości 4K. Na rynek trafia właśnie kamera SiOnyx Aurora, potrafiąca rejestrować materiał w nocy. Ufundowane na Kickstarterze urządzenie posiada 1-calowy przetwornik CMOS (znacznie większy, niż w innych kamerach sportowych), pozwalający przechwytywać obraz z 10-krotnie większą jasnością niż typowy czujnik CMOS. Niedawno na rynku pojawiła się także kamera sferyczna GoPro Fusion, rejestrująca obraz dookoła w 360 stopni.

Według najnowszego raportu Market Research Future, na przestrzeni najbliższych pięciu lat rynek kamer sportowych będzie rósł w tempie 14 proc. średniorocznie, by w 2023 roku osiągnąć wartość 7,64 mld dolarów.

Kurs dolara w górę. Waluty EM mocno przecenione

Dolar rozpoczynał ten tydzień z animuszem. EUR/USD spadał w kierunku 1,17, USD/JPY rósł nad 111,30. GBP/USD osuwał się do 1,34. Przy silnym dolarze waluty EM zostały po raz kolejny mocno przecenione, EUR/PLN znalazł się w okolicach 4,3150.

Amerykańskiej walucie sprzyjały jeszcze napływające informacje: porozumienie na linii Waszyngton – Pekin odsuwa widmo wojen handlowych, chaos na włoskiej scenie politycznej nie sprzyja euro poprzez kanał rynku długu. Dwojako: poprzez spread rentowności włoskich i niemieckich papierów i podsycenie popytu na dług RFN przy ugruntowanej tendencji wyprzedaży obligacji USA.

Oczywiście polityczny pat to stały element włoskiej sceny politycznej i czynnik ten został przez rynki rozdmuchany, ale przecież dobrze dowodzi to prodolarowego sentymentu, w którym każdy pretekst by sprzedawać inne waluty zostanie wykorzystany do granic.

Taki obraz rynku w ostatnich dniach wynikał jednak także z jeszcze jednego czynnika: zmiany pozycjonowania spekulacyjnego. Skrajnie negatywne nastawienie do dolara zostało wymazane. Podobnie: największy w historii optymizm względem perspektyw euro. By przedłużyć rajd dolara i przekonać inwestorów do budowania długiej pozycji w tej walucie potrzebne będzie coś więcej.

W podobnej sytuacji niecały rok temu było euro: po wyborach we Francji zredukowano krótkie pozycje pod wpływem wyparowania ryzyka politycznego, ale do dalszej aprecjacji potrzebny był impuls ze strony ECB (pamiętne, czerwcowe wystąpienie Draghiego w Sintrze) i silne ożywienie koniunktury gospodarczej. Dolar raczej nie może liczyć na podobny scenariusz, a na pewno nie w najbliższych dniach. Zresztą z ostatnich wypowiedzi członków FOMC wyłania się spora doza ostrożności (wręcz zaskakująca).

Pojawiają się także pierwsze pary walutowe, w których notowaniach dochodzi do próby odwrócenia słabości względem dolara. W pierwszej kolejności należy wspomnieć o AUD/USD, gdzie powrót ponad 0,7560 otworzył drogę do zwyżki w kierunku wiosennych dołków. Droga ta jest zresztą skrzętnie wykorzystywana przez inwestorów i AUD/USD dynamicznie rośnie. EUR/USD wykonuje próbę odbicia w kierunku 1,18, ale losy kursu rozstrzygną się dopiero w okolicach 1,1820-50: droga do silniejszego odreagowania pozostaje nadal zamknięta. Słaby jest i powinien nadal być funt szterling: wycena sierpniowej podwyżki jest na tyle wyśrubowana, że rozczarowanie danymi z tego tygodnia może zmniejszyć jej prawdopodobieństwo. Na pewno negatywne dla brytyjskiej waluty są kolejne doniesienia potwierdzające fatalną pozycję gabinetu Theresy May.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers

JR HOLDING S.A. dobrze rozpoczyna 2018 r.

JR HOLDING S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2012 r., osiągnęła 447 tys. zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym w 1 kw. 2018 r. przy skonsolidowanych przychodach netto ze sprzedaży wynoszących 1.036 tys. zł. Spółka utrzymuje stabilny poziom przychodów z tytułu wynajmu nieruchomości przez spółki zależne i pracuje nad pozyskaniem nowych projektów inwestycyjnych.

Grupy Kapitałowa JR HOLDING S.A. zakończyła 1 kw. 2018 r. skonsolidowanymi przychodami netto ze sprzedaży w wysokości 1.036 tys. zł, co było wynikiem bardzo zbliżonym do analogicznego okresu, kiedy to wyniosły one 1.053 tys. zł. Model biznesowy Spółki polegający na nabywaniu przez spółki zależne nieruchomości komercyjnych w atrakcyjnych cenach, ich modernizacji oraz zmiany struktury najemców, przynosi oczekiwane rezultaty w postaci stabilnych wyników finansowych Grupy. Strategia JR HOLDING S.A. zakłada nabywanie tylko nieruchomości komercyjnych, które już są wynajęte, generują przychody z wynajmu i są dochodowe. W ten sposób Spółka jest w stanie osiągać stabilne przychody z wynajmu już od momentu zakupu nieruchomości komercyjnej, a także po zakończeniu jej modernizacji i optymalizacji struktury najemców.

„Nasz wypracowany i sprawdzony model biznesowy spełnia oczekiwania i pozwala uzyskiwać stabilny poziom przychodów. Dzięki temu możemy kontynuować realizację strategii rozwoju, której głównym celem jest stały wzrost wartości Grupy dla naszych Akcjonariuszy. Nasze działania operacyjne oraz inwestycyjne są prowadzone zgodnie z założonym planem. Segment nieruchomości komercyjnych stanowi fundament biznesowy i bezpieczeństwo finansowe Grupy, dzięki czemu możemy myśleć o rozwoju segmentu inwestycyjnego.” – wyjaśnia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING S.A.

Drugim, bardzo perspektywicznym obszarem biznesowym JR HOLDING S.A. jest segment inwestycyjny. Spółka z sukcesem zaangażowała się kapitałowo w notowaną na rynku NewConnect spółkę Columbus Energy S.A., będącą liderem rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych w Polsce. JR HOLDING S.A. jest również jednym z głównych akcjonariuszy w innej spółce notowanej na alternatywnym rynku – Synerga.fund S.A. W marcu br. podmiot ten przedstawił nową strategię rozwoju, zgodnie z którą będzie prowadził działalność w nowym sektorze technologii blockchain. Zarząd JR HOLDING S.A. cały czas analizuje nowe projekty inwestycyjne, poszukując takich, które mogą pozwolić osiągnąć ponadprzeciętne stopy zwrotu z inwestycji.

„Inwestycja w Columbus Energy S.A. przebiega zgodnie z planem. Dostrzegamy wysoki potencjał wzrostowy w tego typu projektach, dlatego w naszym portfelu inwestycyjnym znajduje się inna perspektywiczna spółka z rynku NewConnect – Synerga.fund S.A., która będzie rozwijała działalność w obszarze przyszłościowej technologii blockchain. Jestem przekonany, że dalszy rozwój segmentu inwestycyjnego pozwoli nam zwiększyć wartość Grupy w długoterminowym horyzoncie czasowym.” – podkreśla Prezes Ciszewski.

Fundusz Ekspansji Zagranicznej i ASM Group razem zainwestują na rynku DACH

Fundusz Ekspansji Zagranicznej FIZAN (FEZ), zarządzany przez PFR TFI S.A. (PFR TFI), oraz ASM Group S.A. (ASM), czołowa polska grupa kapitałowa specjalizująca się w świadczeniu kompleksowych usług wsparcia sprzedaży i outsourcingu, zawarły umowę o współpracy w celu realizacji transakcji przejęcia dużej grupy kapitałowej w regionie DACH (Austria, Niemcy, Szwajcaria).

Umowa inwestycyjna zawarta między FEZ a ASM  zakłada, że wspólna inwestycja na rynku DACH zostanie przeprowadzona przez spółkę celową, w której 50,1% proc. w kapitale zakładowym należeć będzie do ASM, a pozostałe 49,9 proc. do funduszu zarządzanego przez PFR TFI. Współpraca z ASM jest zgodna ze strategią inwestycyjną FEZ, który wspiera kapitałowo polskie firmy w realizowaniu ekspansji zagranicznej.

Piotr Kuba, członek zarządu PFR TFI
Piotr Kuba, członek zarządu PFR TFI

– Fundusz Ekspansji Zagranicznej to narzędzie, dzięki któremu możemy odciążyć polskich przedsiębiorców, którzy decydują się na zagraniczne akwizycje, Jeśli firma rozważa taką akwizycję, to do każdego dolara czy euro jesteśmy w stanie dołożyć drugiego dolara albo drugie euro. To zdecydowanie zwiększa możliwości inwestycyjne polskich firm. ASM to Grupa, której strategia biznesowa zakłada dynamiczny rozwój poza granicami Polski. Przeprowadzając analizę Grupy, wzięliśmy pod uwagę jej sytuację finansową, strategię, jak  również kompetencje zespołu zarządzającego. W jej wyniku uznaliśmy, że ASM ma spory potencjał ekspansji zagranicznej i warto ją wspierać w realizacji tej strategii. – powiedział Piotr Kuba, członek zarządu PFR TFI.

Umowa inwestycyjna zawarta przez FEZ z ASM ma dotyczyć procesu akwizycyjnego jednego z większych podmiotów działającego na rynku DACH (Austria, Niemcy Szwajcaria). Negocjacje dotyczące przejęcia trwają od dłuższego czasu i mają zostać zakończone w najbliższym czasie.

Ponad 27 miliardów złotych zostało w portfelach Polaków

Od ponad trzech lat Rada Polityki Pieniężnej utrzymuje stopy procentowe na najniższych poziomach w historii. Obniżki rozpoczęły się jesienią 2012 r., od tego czasu rata modelowego kredytu hipotecznego spadła o ponad 30 proc., a przeciętny kredytobiorca oszczędził dzięki temu 33 tys. zł, w skali społeczeństwa mówimy o kwocie 27,5 mld zł.

Osoba chcąca dziś pożyczyć na mieszkanie 300 tys. zł na 30 lat musi liczyć się z ratą w wysokości około 1381 zł. To stosunkowo niska rata. Jeszcze sześć lat temu, w pierwszej połowie roku 2010, klient z takimi samymi warunkami musiał być gotowy na wydatek rzędu 1984 zł. Od tego czasu Rada Polityki Pieniężnej dziesięciokrotnie obniżała stopy procentowe, a każda taka decyzja oznaczała realne oszczędności dla kredytobiorców. Dziś rata modelowego kredytu jest o ponad 30 proc. niższa niż sześć lat temu.

Z miesiąca na miesiąc zmiany wysokości raty kredytowej nie były spektakularne. Biorąc pod uwagę historyczne notowania wskaźnika WIBOR 3M (najczęściej to on jest bazą dla wysokości oprocentowania kredytów hipotecznych), w badanym okresie miesięczna zmiana wysokości raty ani razu nie przekroczyła 5 proc. W dłuższej perspektywie są to jednak konkretne pieniądze.

Modelowy kredyt hipoteczny

Do obliczeń eksperci BGŻOptima przyjęli kredyt hipoteczny zaciągnięty na początku 2012 r. na kwotę 300 tys. zł na 30 lat w systemie rat równych (to zdecydowanie najpopularniejsze w Polsce rozwiązanie), z marżą w wysokości 2 pkt. proc. i oprocentowaniem opartym na wskaźniku WIBOR 3M. Poszczególne banki w zróżnicowany sposób wyliczają bazę oprocentowania. W tym przypadku przyjęto, że bank brać będzie pod uwagę średniomiesięczny WIBOR 3M i aktualizować oprocentowanie z miesiąca na miesiąc.

BGŻOptima policzyła, ile Polacy zaoszczędzili od 2012 r. dzięki obniżkom stóp procentowych. Uwzględniając powyższe założenia wynika, że przez ostatnie sześć lat modelowy kredytobiorca zapłacił łącznie raty w wysokości 111,8 tys. zł. Gdyby założyć, że od maja 2012 r. rata nie zmienia się, byłoby to 144,8 tys. zł, co oznacza, że oszczędności wyniosły 33 tys. zł.

Zmiana wysokości raty modelowego kredytu hipotecznego w okresie maj 2012 – maj 2018

Zmiana wysokości raty modelowego kredytu hipotecznego w okresie maj 2012 – maj 2018źródło: obliczenia BGŻOptima
założenia: kredyt zaciągnięty na początku 2012 r. na 300 tys. zł na 30 lat, raty równe, marża 2,0 p.p.

27,5 mld zł oszczędności

A gdyby spojrzeć na to z szerszej perspektywy, czyli wszystkich kredytobiorców? Jak wynika z danych AMRON-SARFiN, Polacy spłacają 2,1 mln kredytów mieszkaniowych, łączna kwota zadłużenia wynosi 390 mld zł, z czego około 250 mld zł to kredyty złotowe (reszta rozliczana jest we franku szwajcarskim i euro), a lwia część zadłużenia to kredyty o zmiennym oprocentowaniu. W połączeniu z obliczeniami dokonanymi przez BGŻOptima dla modelowego kredytu oznacza to, że od wiosny 2012 r., dzięki obniżkom stóp procentowych, Polacy zaoszczędzili na ratach kredytów złotowych 27,5 mld złotych.

Rzecz w tym, że nie jesteśmy narodem skłonnym do oszczędzania. Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że stopa oszczędzania polskich gospodarstw domowych (stosunek oszczędności do dochodów do dyspozycji) wynosiła na koniec 2016 roku 3,6 proc., podczas gdy średnia dla krajów Unii Europejskiej wynosi 11 proc. Istnieje więc realna obawa, że te 27,5 mld zł w dużej części zostało przeznaczone na konsumpcję bieżącą.

Raty nie zawsze będą tak niskie

Wprawdzie na ostatnim posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej pozostawiła stopy procentowe bez zmian, ale prędzej czy później podwyżki się pojawią, a za nimi pójdą w górę raty kredytów mieszkaniowych. Rozsądny kredytobiorca powinien zabezpieczać swoją przyszłość i zaoszczędzone na niższych stopach pieniądze pomnażać za pośrednictwem bezpiecznych rozwiązań, jak konto oszczędnościowe, lokata, lub fundusze z grupy pieniężnych, bo gdy stopy  procentowe pójdą w górę, spłacanie kredytu będzie trudniejsze.

Dla wielu gospodarstw domowych skokowa zmiana wysokości raty kredytowej może być dużym obciążeniem. Warto zdawać sobie sprawę z tego, że wystarczy podwyżka stóp o 100 punktów bazowych, by raty kredytów złotowych wzrosły o 13 proc. Dwie takie podwyżki i osoba, która płaciła co miesiąc 1500 zł, musi przygotować się na wydatek prawie 1900 zł. Zatem warto zwrócić uwagę na fakt, że bez oszczędności budżety domowe mogą być narażone na ryzyko płynności.

***

Dorota Seń, ekspertka BGŻOptima

Wysokie ceny ropy wciąż wywierają negatywny wpływ na rynki obligacji

Sytuacja polityczna we Włoszech nie przyczynia się do wzrostu rentowności obligacji na pozostałych rynkach europejskich. Złoty nadal pozostaje pod presją silnego dolara. Pomimo solidnych krajowych danych gospodarczych kurs EURPLN rośnie, w poniedziałek chwilowo dochodząc już do 4,31.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Podczas poniedziałkowego handlu złoty początkowo osłabiał się. Kurs EURPLN wzrósł powyżej 4,31. Pod koniec dnia po lekkim umocnieniu euro do dolara para zeszła w okolice 4,29 (poniżej otwarcia sesji)

Złoty nadal pozostaje pod presją silnego dolara pomimo pozytywnych dla EM doniesień o zawieszeniu „wojny handlowej” pomiędzy USA a Chinami. Sekretarz skarbu S. Mnuchin w przeprowadzanym wywiadzie po zakończonych negocjacjach zapowiedział, że Stany Zjednoczone wstrzymają plany podwyższenia ceł na chińskie towary. Jest to reakcja na wolę Chin zmniejszenia deficytu handlowego z USA o blisko połowę poprzez otwarcie się na amerykański rynek.

Krajowe dane produkcyjne nie były w stanie pomóc naszej walucie, szczególnie, że pokazały – jak twierdzą ekonomiści banku – spowolnienie impetu wzrostu gdyż mimo odbicia produkcji (w kwietniu do 9,3% r/r z 1,8% wcześniej) wyniki oczyszczone z wahań sezonowych potwierdziły, że kwiecień był kolejnym miesiącem, w którym statystyczna miara trendu wzrostowego w przemyśle obniżyła się. Biorąc więc pod uwagę, że gospodarka polska jest w fazie ożywienia, dane mogły dawać lekki niedosyt.

Wysokie ceny ropy wciąż wywierają negatywny wpływ na rynki obligacji. Dodatkowo ostatnie wzrosty cen surowców widoczne są w mocniejszych odczytach inflacji. Inflacja PPI dla Polski wzrosła w kwietniu do 1,1% r/r po tym jak jeszcze w lutym dynamika roczna była ujemna. Jednak taki odczyt nie przyczynił się do przeceny polskiego rynku długu. Lokalna krzywa dochodowości spadła o około 2pb, podążając w podobnym kierunku jak główne rynki europejskie.

Nastrojom w Europie nadal ciążą zaś obawy o działania nowego włoskiego rządu Ruchu 5 Gwiazd oraz Ligi Północnej. Oficjalny antyeuropejski i zagrażający stabilności włoskich finansów publicznych program został już przedstawiony, a w poniedziałek rynki poznały kandydata na premiera Włoch (prof. prawa Giuseppe Conte). Rynki obawiają się wzrostu deficytu i kształtu stosunków Włoch z Unią Europejską, co wywiera presję na euro i pośrednio też na złotego. Obawy o poluzowanie dyscypliny fiskalnej i związane z tym większe emisje długu, przekładają się na dalszy wzrost rentowności włoskich obligacji, które w sektorze 10-letnim przekroczyły 2,30% (rosnąc w poniedziałek o około 10pb).

W tym tygodniu rynki czekają na publikację protokołu z ostatniego posiedzenia Fed (środa) oraz wystąpienie J. Powella, które będzie dotyczyło stabilności systemu finansowego oraz transparentności polityki monetarnej (piątek). Wydarzenia te powinny sprzyjać dolarowi, nie dając wsparcia rynkom EM. Dla notowań polskiego rynku stopy procentowej ważna powinna być również aukcja obligacji. Na regularnym przetargu Ministerstwo Finansów może zredukować sprzedaż z planowanych 3-6mld PLN w związku z nadwyżką budżetową oraz dużą poduszką płynnościową, co przemawia za plasowaniem większych podaży raczej podczas aukcji zamiany.

Wykres dnia: Inflacja producencka przyspieszyła w kwietniu na co wpływ miały między innymi wyższe ceny surowców.Złoty nadal pozostaje pod presją silnego dolara

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Polityka wysuwa się na pierwszy plan

W minionym tygodniu doszło do wzrostu ryzyka politycznego w różnych częściach świata. W Europie uwaga inwestorów skupiła się na Włoszech, gdzie politykom w końcu udało się dojść do porozumienia i utworzyć nowy rząd. Ruch Pięciu Gwiazd oraz Liga Północy utworzyły koalicję, jednak obie partie postrzegane są jako populistyczne i eurosceptyczne, co wzmaga niepewność na rynkach. Inwestorzy czekali również na rozwiązanie sporu Chin ze Stanami Zjednoczonymi. Jak się okazało, strony dążą do porozumienia i w weekend sekretarz skarbu Steven Mnuchin ogłosił wstrzymanie wojny handlowej. Jest to pozytywna informacja dla rynków, stąd sentyment rynkowy uległ poprawie. Innymi wydarzeniami bacznie obserwowanymi przez inwestorów była sytuacja na Bliskim Wschodzie oraz dalsze napięcia na linii USA-Korea Północna.

Ryzyko polityczne, rosnące rentowności amerykańskich obligacji oraz zwyżkujące ceny ropy naftowej nie wpływają pozytywnie na rynki wschodzące, do których należy Polska. Polski rynek akcji oraz waluta traciły na wartości. W skali całego tygodnia indeks WIG stracił -3,36%, indeks największych spółek WIG20 znalazł się -4,25% pod kreską, a indeksy mniejszych i średnich sWIG80 i mWIG40 spółek skurczyły się o, odpowiednio -0,28% i -2,35%. Należy zwrócić uwagę, iż spadki miały miejsce pomimo bardzo solidnych odczytów gospodarczych. PKB w pierwszym kwartale wzrósł 5,1% rdr, a dane z rynku pracy również przewyższyły prognozy analityków. W międzyczasie RPP utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie. W porównaniu do WIGu dobrze w minionym tygodniu poradził sobie fundusz Superfund Akcji, który stracił -0,88%, podczas gdy WIG, tak jak zostało to wspomniane powyżej, spadł o -3,36%.

W tym tygodniu w Polsce z istotnych odczytów warto wymienić sprzedaż detaliczną opublikowaną w środę oraz stopę bezrobocia w piątek. W Europie najważniejszymi odczytami będą wskaźniki PMI dla przemysłu i usług, które będą opublikowane w środę. Tego dnia zobaczymy również wielkości tych indeksów dla gospodarki amerykańskiej wraz z protokołem z ostatniego posiedzenia FOMC.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych SA

Zobacz korelacje na NZDUSd – Admiral Markets

Dolar nowozelandzki – waluta, którą również możemy zaliczyć do walut surowcowych. Powód jest ten sam, co w przypadku dolara australijskiego oraz dolara kanadyjskiego. Spora część eksportu Nowej Zelandii oparta jest na surowcach. Poniższa grafika przedstawia główne produkty eksportowe tego kraju.

eksport NZD

Źródło: atlas.media.mit.edu

Jak się okazuje gospodarka Nowej Zelandii słynie z eksportu produktów pochodzenia zwierzęcego. W całej sekcji „Animal Products” ponad 12 procent stanowi skoncentrowane mleko, potem masło 5.1 procent oraz pozostałe produkty związane z nabiałem.

Oprócz tego eksport Nowej Zelandii oparty jest na żywności (12 procent), drewna (8.7 procent), warzyw (6.2 procent) oraz pozostałych produktów. Z tego względu waluta NZD w największym stopniu uzależniona jest od produktów pochodzenia zwierzęcego oraz notowań towarów rolnych.

Produkty pochodzenia zwierzęcego – NZDUSD

Najłatwiejszym sposobem na sprawdzenie cen produktów pochodzenia zwierzęcego w Nowej Zelandii jest indeks GDT, który notowany jest na giełdzie Fonterry. Indeks wyliczany jest na podstawie aukcji nabiału na platformie Global Dairy Trade. Publikacja GTD odbywa się co dwa tygodnie, poniżej znajdują się notowania indeksu z ostatnich 10 lat.

GDT

Źródło: www.globaldairytrade.info

Niestety na stronie GDT nie możemy porównać indeksu z notowaniami NZDUSD. Aczkolwiek widząc wzrost cen aukcji nabiału możemy spodziewać się umocnienia dolara nowozelandzkiego. Natomiast spadek cen nabiału powinien być wiązany z wyprzedażą NZD. Poniżej przedstawiono także notowania NZDUSD na tle GDT index oraz korelację pomiędzy dwoma instrumentami.

NZD GDT

Od 2004 roku korelacja NZDUSD z indeksem GDT wynosiła powyżej 30 procent, czasami przekraczała 40. Widać, iż NZD reagował z opóźnieniem do notowań indeksu GDT, co można było wykorzystać jako swoją przewagę.

Oprócz tego warto również spojrzeć na korelację notowań NZDUSD z szerokim rynkiem surowców, który reprezentowany jest przez indeks CRB.

NZD indeks CRB

Korelacja pomiędzy NZDUSD (linia biała), a indeksem CRY często wynosiła 50 procent.

Korelacja – jak wykorzystać dane zjawisko na NZDUSD?

Korelacje można wykorzystać do potwierdzenia obranego kierunku transakcji na NZDUSD, z każdym razem, gdy kierunek transakcji zgadza się z kierunkiem notowań surowców zwiększa nasze prawdopodobieństwo sukcesu. Oprócz tego poprzez walutę NZD możemy uzyskać ekspozycję na rynek surowcowy.

Jak wykazała powyższa analiza korelacja NZDUSD oraz surowców nie jest bardzo duża, ponieważ w analizowanym przypadku mieliśmy także dolara amerykańskiego. Siłę korelacji NZDUSD oraz dolara amerykańskiego zobrazowano poniżej.

correlation martix

Źródło: Supreme Edition

Korelacja pomiędzy indeksem dolara, a parą walutową NZDUSD wynosi -81 procent, co należy uznać za bardzo silne powiązanie. Natomiast korelacja pary walutowej AUDUSD oraz NZDUSD wynosi +95 procent, ponieważ zarówno AUD jak i NZD uzależniony jest od surowców. Korelacje można sprawdzić za pomocą dodatku Supreme Edition.

Podsumowanie

Przy analizie kierunku ruchu dolara nowozelandzkiego warto wziąć pod uwagę kierunek notowań surowców oraz indeksu dolara. Jeżeli kierunek na indeksie dolara amerykańskiego jest przeciwny do kierunku NZDUSD, to mamy większe szanse na udaną transakcję.

Absencje chorobowe pracowników kosztują gospodarkę miliardy złotych. Firmy coraz częściej inwestują w opiekę zdrowotną dla pracowników

Absencje chorobowe pracowników kosztują gospodarkę miliardy złotych. Firmy coraz częściej inwestują w opiekę zdrowotną dla pracowników 2

Polscy pracownicy oczekują od swoich pracodawców benefitów pozapłacowych. Za najbardziej atrakcyjny uważany jest nadal pakiet opieki medycznej, który stał się już standardem w firmach. Na tego rodzaju inwestycję decyduje się coraz więcej przedsiębiorstw, widząc w tym szansę na zminimalizowanie kosztów związanych z absencjami chorobowymi pracowników. Tylko w 2017 roku polscy pracodawcy na zasiłki chorobowe za krótsze zwolnienia zapłacili ponad 6 mld zł, do tego dochodzą również koszty związane z organizowaniem zastępstw, niedotrzymaniem terminów czy wypłatą nadgodzin dla innych pracowników.

Statystyki pokazują, że z roku na rok w Polsce rośnie liczba absencji pracowniczych, a wraz z nimi kosztów ponoszonych z tego tytułu przez budżet państwa oraz przedsiębiorców. W 2017 roku na zasiłki chorobowe ZUS wydał ponad 10 mld zł, pracodawcy zapłacili natomiast 6,5 mld zł za zwolnienia do 33 dni. Z danych Medicover Polska wynika, że do najczęstszych przyczyn absencji należały choroby układu oddechowego, ruchu, trawiennego i krążenia oraz urazy i zatrucia. Długość przeciętnego zwolnienia lekarskiego wynosiła dwanaście dni.

– Koszty absencji pracownika w firmie są ogromne, liczone w miliardach złotych w skali całej gospodarki. To jest rzecz, której nie unikniemy, ale którą możemy minimalizować, dlatego wszelkie działania, które do tego zmierzają, są bardzo pozytywne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Białkowski, wiceprezes zarządu Medicover Polska.

Według raportu Medicover Polska najwyższy poziom absencji chorobowej mają pracownicy produkcji pracujący w systemie zmianowym – ponad 17 dni w przeliczeniu na osobę w skali roku. Nieobecności pracowników dezorganizują pracę w firmie oraz generują koszty związane z ewentualnymi zastępstwami, zwłaszcza przy wynajmowaniu pracowników spoza przedsiębiorstwa, wypłatą nadgodzin dla innych podwładnych, stratami z tytułu niedotrzymania terminów. Pracodawcy ponoszą również koszty wynikające ze zjawiska określanego mianem prezenteizmu.

– To jest sytuacja, w której chory pracownik przychodzi do pracy. Po pierwsze, jest mniej efektywny, po drugie, zaraża swoich kolegów i koleżanki, powodując, że ta absencja rośnie – mówi Artur Białkowski.

Mając świadomość kosztów ponoszonych z tytułu absencji pracowniczej, firmy coraz chętniej decydują się na inwestowanie w opiekę zdrowotną dla swoich podwładnych. Tego rodzaju benefit powoli staje się standardem, oferowanym nie tylko pracownikom najwyższego szczebla, lecz także zajmującym niższe stanowiska w hierarchii firmy. Opiekę zdrowotną zapewniają swoim podwładnym również firmy z sektora małych i średnich przedsiębiorstw.

– Często takie firmy zakładane są przez byłych pracowników korporacji, którzy mieli taką opiekę i doskonale wiedzą, jak dobrze to wpływa na zaangażowanie pracowników. Z tego powodu decydują się na wykupienie takiej opieki swoim obecnym pracownikom – mówi Artur Białkowski.

Benefity związane z opieką zdrowotną to także sposób na zwiększenie lojalności pracownika w stosunku do firmy oraz jego zaangażowania w pracę. Tego rodzaju oferty zwiększają ponadto atrakcyjność przedsiębiorstwa w oczach potencjalnych pracowników i pomagają w pozyskaniu najlepszych kandydatów na rynku. Z badań wynika, że ponad 46 proc. ankietowanych pracowników uważa pakiet opieki zdrowotnej za najbardziej atrakcyjny benefit pracowniczy.

– Wiemy doskonale od wielu naszych klientów, że właśnie dzięki temu dużo łatwiej jest im pozyskać dobrych pracowników z rynku, szczególnie dzisiaj, kiedy mamy bardzo niskie bezrobocie i brakuje pracowników. Pozyskanie dobrych kadr staje się kluczowym wyzwaniem dla pracodawcy – mówi Artur Białkowski.

Wśród pracodawców rośnie również zainteresowanie innymi niż pakiety opieki medycznej świadczeniami pozapłacowymi. Coraz więcej firm oferuje swoim podwładnym karty sportowe lub bilety do kina bądź teatru, korzystając np. z platform benefitowych, takich jak oferowana przez Medicover Benefits. Pracodawcy mogą alokować swój fundusz świadczeń socjalnych do wykorzystania przez pracowników na takiej platformie, zapewniając im elastyczność wyboru, z jakiego benefitu skorzysta.

– Ostatnio wprowadziliśmy na platformę benefit w postaci możliwości wynajmu przez pracownika samochodu. Zamiast kupować auto, pracownicy mogą podpisać umowę na rok, dwa lata i wynajmować samochód, płacąc stałą stawkę miesięczną, a po roku lub dwóch wymienić na nowy samochód. Taka opcja cieszy się ogromnym zainteresowaniem pracowników – mówi Artur Białkowski.

Polski przemysł obronny ma duży potencjał rozwoju. Szansą dla firm są przetargi na wyposażenie polskiej armii

Polski przemysł obronny ma duży potencjał rozwoju. Szansą dla firm są przetargi na wyposażenie polskiej armii 3

Polską armię należy modernizować równolegle z polskim przemysłem obronnym – przekonuje Krzysztof Krystowski, wiceprezes zarządu Leonardo Helicopters, właściciela PZL-Świdnik. Szansą na to jest udział krajowych podmiotów w przetargach na wyposażenie armii organizowanych przez MON. Ze względu na skalę i złożoność zamówień ich realizacja będzie przebiegać w ścisłej współpracy wielu polskich firm. Przykładem mogłaby być potencjalna współpraca PZL-Świdnik z Polską Grupą Zbrojeniową przy budowie śmigłowca bojowego.

Polską armię należy modernizować równolegle z polskim przemysłem obronnym. Mamy tutaj do czynienia z dwoma równorzędnymi filarami polskiej obronności. Z jednej strony jest armia i jej potencjał. Z drugiej strony jest potencjał polskiego przemysłu obronnego. Większość krajów, które mają ambicje strategiczne bycia dużym graczem, a takim krajem jest też Polska, nie mogą zapomnieć o rozwoju własnego potencjału przemysłowego, intelektualnego i technologicznego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes zarządu Leonardo Helicopters, właściciela PZL-Świdnik.

Zakłady, które produkują sprzęt dla wojska, napędzają gospodarkę. Kraje rozwinięte traktują przemysł zbrojeniowy jako priorytet i jeden z fundamentów obronności państwa. Także w Polsce podkreślana jest konieczność wzmacniania polskiej zbrojeniówki. Z danych MON wynika, że w ostatnich dwóch latach z dwustu pięćdziesięciu umów na modernizację sił zbrojnych na łączną kwotę ok. 20 mld zł, sto sześćdziesiąt (o wartości 13 mld zł) ulokowano właśnie w polskim przemyśle.

To bardzo ważne, żeby skomplikowane systemy uzbrojenia powstawały w Polsce i były wspierane przez polskie zakłady. Wiąże się to bezpośrednio z bezpieczeństwem państwa – przekonuje Krzysztof Krystowski.

Jak wskazuje wiceprezes Leonardo Helicopters, polskie firmy mają duży potencjał, zarówno w kontekście uzbrojenia lądowego, jak i lotniczego. Na rynku działa kilka zakładów, które mogą rywalizować z największymi światowymi firmami pod kątem rozwoju technologii i innowacji.

– Pytanie, jak wykorzystać ten potencjał w momencie przeznaczania pieniędzy na uzbrojenie tak, żeby ten potencjał nie tylko został utrzymany, lecz także się rozwijał. Choćby ze względu na miejsca pracy dla utalentowanych inżynierów. Jeśli będziemy kupowali całe uzbrojenie za granicą, polskie firmy przemysłu obronnego sprowadzą się do roli pośredników. Gdzie będzie tam więc miejsce dla inżyniera, technologa, gdzie będzie rozwój polskiej myśli technologicznej? To jest zagwarantowane tylko wtedy, gdy mamy w Polsce działający na dużą skalę przemysł, który pracuje dla polskiej armii, dzięki temu jest mocniejszy i eksportuje – tłumaczy Krystowski.

PZL-Świdnik startuje w dwóch przetargach MON na dostawę w sumie szesnastu śmigłowców: ośmiu dla wojsk specjalnych zdolnych do prowadzenia misji poszukiwawczo-ratowniczych w warunkach bojowych oraz ośmiu maszyn dla Marynarki Wojennej przeznaczonych do zwalczania okrętów podwodnych i prowadzenia misji ratowniczych na morzu. MON przyznaje jednak, że trwają prace nad zmianą założeń obu postępowań.

W obu przetargach oferujemy śmigłowiec AW101, który jest największym obecnie śmigłowcem produkowanym w Europie – bardzo doświadczonym, a jednocześnie ciągle niezwykle nowoczesnym rozwiązaniem. Nie wiemy, czy potrzeby armii wyrażone w postaci zapytania ofertowego nie będą się zmieniały – mówi wiceprezes Leonardo Helicopters.

Śmigłowiec AW101 to największy śmigłowiec opracowany i produkowany w Europie. Ma trzy silniki, zasięg wynoszący ponad 1,3 tys. km, pozwala na prowadzenie długotrwałych akcji poszukiwawczo-ratowniczych. Jego największa przewagą jest jednak to, że w istotnej części byłby produkowany w Polsce. Leonardo Helicopters zapowiedział już, że w razie wyboru ich śmigłowca udział w produkcji będą miały nie tylko należące do grupy zakłady w Świdniku, lecz także Polska Grupa Zbrojeniowa.

Kwestia zakupu przetargów robi się szczególnie istotna ze względu na ostatnie informacje z MON. Na początku maja wiceminister obrony narodowej Wojciech Skurkiewicz poinformował o tym, że pokładowe śmigłowce zwalczania okrętów podwodnych Kaman SH-2G Super Seasprite będą musiały zostać wycofane w najbliższych latach. Powodem jest brak wsparcia ze strony producenta. To może spowodować zmianę w zapytaniach ofertowych. Krzysztof Krystowski zapewnia, że Świdnik jest na to przygotowany.

– Mamy śmigłowiec AW159, który jest doskonałym rozwiązaniem. Będziemy więc elastycznie reagowali na zmieniające się potrzeby armii. Niech to jednak będzie dla nas wszystkich memento – kupowanie sprzętu za granicą bez wsparcia serwisowego, intelektualnego czy bez możliwości modernizacji w kraju w długim okresie doprowadza do takiej sytuacji, jaką mamy obecnie – mówi Krzysztof Krystowski.

Nakłady Polski na służbę zdrowia wciąż zbyt niskie. Dopiero w 2024 roku zbliżymy się do unijnej średniej

Nakłady Polski na służbę zdrowia wciąż zbyt niskie. Dopiero w 2024 roku zbliżymy się do unijnej średniej 4

Za sześć lat Polska będzie wydawać na zdrowie 6 proc. PKB. Ten wzrost nakładów wprawdzie zbliży nas do unijnej średniej, ale nie nadrobi długiego okresu niedoinwestowania. Dlatego do poprawy sytuacji w służbie zdrowia potrzebne są również inne działania, zwiększające efektywność wydawanych środków i skuteczność leczenia – podkreślają eksperci. Bez tego trudno będzie utrzymać wzrost gospodarczy. Dużą rolę do odegrania mają tu innowacje.

– Widzimy, przynajmniej w deklaracjach, że ochrona zdrowia zyskuje na znaczeniu. Pojawiła się zapowiedź wzrostu nakładów z obecnych 4,7 proc. do 6 proc. PKB, niestety dopiero w 2024 roku. To zbliży nas do średniej unijnej, choć problem leży w tym, że mamy za sobą ponad 20 lat chronicznego niedofinansowania służby zdrowia i wiele braków. To dotyczy kwestii pensji lekarskich, pielęgniarskich, ratowników medycznych, zadłużenia szpitali, a po stronie technologii medycznych czy lekowych przekłada się na wolniejszy dostęp polskich pacjentów do innowacyjnych terapii. W ciągu ostatnich kilku lat widzimy pewien postęp, ale ciągle jest to postęp zbyt wolny w stosunku do Europy Zachodniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karol Poznański, dyrektor ds. polityki zdrowotnej i komunikacji w MSD Polska.

Służba zdrowia w Polsce jest historycznie mocno niedofinansowana – po 1989 roku był to jeden z obszarów, który najbardziej niedomagał finansowo i nigdy nie był priorytetem dla żadnej z ekip rządzących. W latach 2009–2015 wydatki na służbę zdrowia w Polsce w przeliczeniu na mieszkańca wzrosły zaledwie o 0,7 proc. Według danych Komisji Europejskiej i OECD Polska znacząco odbiega od państw rozwiniętych pod względem nakładów na służbę zdrowia. Na jednego pacjenta przypada szacunkowo 1 259 euro rocznie. Wśród krajów UE mniej na ten cel wydają jedynie Chorwacja, Bułgaria, Łotwa i Rumunia. Dla porównania Luksemburg wydaje średnio ok. 6 023 euro na pacjenta rocznie.

 Wzrost nakładów jest absolutnie konieczny, ponieważ tych pieniędzy wydawaliśmy w ubiegłych latach za mało. Ale to nie wystarczy, musimy jeszcze myśleć o efektywności. W systemie, który ma chronicznie za mało pieniędzy, musimy każdą złotówkę obrócić dwa razy, zanim ją wydamy – mówi Karol Poznański.

Ekspert MSD Polska podkreśla, że obok wzrostu nakładów potrzebne są jeszcze mechanizmy zwiększające efektywność i skuteczność leczenia pacjentów. To istotne o tyle, że w perspektywie dziesięciu lat liczba ludzi starszych powyżej 60. roku życia wzrośnie o blisko 30 proc., co znacznie obciąży system. Wydłużenie ich aktywności zawodowej i produktywności będzie kluczowe dla utrzymania wzrostu gospodarczego.

 Przeciętny Polak żyje w miarę dobrym zdrowiu do 58. roku życia, a pracować musi do 65. Statystycznie daje to siedem lat, w trakcie których – z powodu problemów zdrowotnych – będzie niezbyt wydajnym pracownikiem albo po prostu pójdzie na rentę, czyli patrząc z perspektywy budżetu i społeczeństwa, stanie się kosztem. Dlatego istotne jest nie tylko, żebyśmy wydłużali długość życia, lecz także traktowali wydatki na zdrowie jako inwestycję – mówi Karol Poznański.

Wynika to z faktu, że inwestycje w zdrowie nie tylko podnoszą wydajność, lecz także zmniejszają też przyszłe koszty związane z leczeniem chorób, którym można zapobiec. Szacuje się, że wywołany chorobami absenteizm w UE wynosi od 3 do 6 proc. ogółu czasu pracy, co przekłada się na 2,5 proc. PKB.

Przykładem podejścia efektywnościowego jest stosowanie szczepień, które są najtańszą formą zapobiegania chorobom i najtańszą formą interwencji medycznej.

 Utrzymanie odpowiedniego poziomu inwestycji w opiekę zdrowotną jest bardzo ważne dla gospodarki każdego kraju. Dobre szczepionki są najbardziej efektywną inwestycją w system opieki zdrowotnej. Każda taka inwestycja się zwraca, bo zmniejszają się koszty hospitalizacji, koszty chorób dziecięcych, związane między innymi z tym, że rodzice muszą zostawać w domu. Szczepionki mają więc przełożenie na całą gospodarkę – dodaje Gabriele Grom, wiceprezes MSD na Europę Środkowo-Wschodnią.

Stan zdrowia polskiego społeczeństwa jest gorszy na tle ogółu mieszkańców Unii Europejskiej. Średnia liczba lat przeżytych w zdrowiu wynosi 62,7 dla kobiet i 59,8 lat w przypadku mężczyzn (na podstawie współczynnika Healthy Life Years – HLY wg danych Eurostat w Polsce w 2014 r.). U co drugiego mieszkańca Polski (52 proc.) występują długotrwałe problemy zdrowotne lub choroby przewlekłe, a 59 proc. Polaków skarży się na długotrwałe dolegliwości zdrowotne.

 Leki ratujące życie i szczepionki nie tylko poprawiają stan zdrowia, lecz także wydłużają życie i zapewniają jego lepszą jakość. Dane europejskie pokazują, że wydłużenie oczekiwanej długości życia o jeden rok przekłada się na wzrost PKB o cztery procent. Bez wątpienia istnieje więc bezpośredni związek pomiędzy inwestycjami w innowacyjność, biotechnologię i branżę farmaceutyczną a długowiecznością ludzi. W ten sposób mamy więcej pracujących osób, które przyczyniają się do rozwoju gospodarki. To bezpośrednia korelacja – mówi Joseph BenAmram, prezes MSD na region EURAM (Europa, Rosja, Bliski Wschód i Afryka).

– Innowacje to bez wątpienia kierunek, który powinniśmy obrać, by poprawiać stan zdrowia społeczeństwa. Zadaniem innowacji jest poprawa jakości życia, zapobieganie chorobom, a czasami nawet ratowanie życia – podkreśla Gabriele Grom.

Zgodnie z zapowiedziami ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, w czerwcu ma się rozpocząć ogólnopolska debata o systemie służby zdrowia, której celem będzie wypracowanie rozwiązań na kolejnych 15–30 lat. Debata ma potrwać do wiosny 2019 roku i zostaną w nią zaangażowani wszyscy interesariusze: pacjenci, pracownicy i pracodawcy systemu służby zdrowia, eksperci i samorządy.

Nowe technologie wspierają aktywność fizyczną dzieci w wieku szkolnym. Podczas ćwiczeń uczestniczą w multimedialnej grze

Nowe technologie wspierają aktywność fizyczną dzieci w wieku szkolnym. Podczas ćwiczeń uczestniczą w multimedialnej grze 5

Polskie dzieci spędzają przed telewizorem średnio dwie godziny dziennie, a jeszcze więcej czasu poświęcają na aktywności przed komputerem i telefonem.  Nowe technologie nie muszą jednak odciągać ich od sportu. Wręcz przeciwnie – mogą do niego zachęcać, co udowadnia program Aktywne Szkoły MultiSport. W pierwszej edycji programu bierze udział ponad 10 tys. uczniów dolnośląskich szkół podstawowych.

Brak aktywności fizycznej u dzieci może prowadzić do poważnych komplikacji zdrowotnych, takich jak nadwaga i otyłość, wady postawy, zanik mięśni, upośledzenia działania układu odpornościowego, choroby serca i układu krążenia, cukrzyca, a nawet depresja. Światowa Organizacja Zdrowia traktuje brak ruchu jako jedno z największych zagrożeń dla zdrowia obok palenia tytoniu. Tymczasem – według danych WHO – ponad 80 proc. dzieci na świecie nie jest wystarczająco aktywnych fizycznie. W Polsce, jak pokazują badania NIK, co piąty uczeń szkoły podstawowej korzysta ze zwolnień z zajęć wychowania fizycznego.

– Młodzież unika aktywności fizycznej dlatego, że nie lubi się męczyć. Są leniwi, po co mają wykonywać wysiłek, jeżeli można spokojnie usiąść przy komputerze. Jest też obawa przed rywalizacją na lekcjach WF – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Rasała-Świtoń, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 7 Oleśnicy.

– Sport nie jest już tak atrakcyjny, jak był kiedyś. Dzisiejsze nowe technologie sprawiają, że jest dużo więcej alternatyw spędzania wolnego czasu – dodaje Bartosz Kaczmarek z Fundacji V4Sport.

Od aktywności fizycznej odciągają najmłodszych Polaków przede wszystkim komputery – badania pokazują, że ponad 40 proc. uczniów szkół podstawowych spędza przed ekranem komputera od dwóch do czterech godzin dziennie. W rezultacie polskie dzieci tyją najszybciej w Europie – zgodnie z raportem UNICEF w ciągu ostatnich dziesięciu lat w Polsce podwoił się odsetek maluchów z nadwagą. Według Instytutu Żywności i Żywienia już 23 proc. uczniów szkół podstawowych i gimnazjów ma nadwagę lub jest otyłych.

– Przeciętna sprawność fizyczna trochę się rozkłada. U dzieci najmłodszych widać większą aktywność, ale im starsza młodzież, tym aktywność mniejsza – wolą raczej korzystać z komórek i komputerów. To jest niezadowalający stan dla nas, pedagogów szkoły – mówi Dorota Rasała-Świtoń.

Zachęcaniu polskich dzieci do uprawiania aktywności fizycznej mają służyć takie programy jak Aktywne Szkoły MultiSport, którego fundatorem jest firma Benefit Systems, a za którego realizację odpowiada wrocławska Fundacja V4Sport. W programie bierze udział ponad 10 tys. uczniów z trzydziestu sześciu szkół z województwa dolnośląskiego. W jego ramach w ciągu najbliższych kilku miesięcy odbędzie się międzyszkolny turniej, którego głównym punktem jest multimedialny test sprawności fizycznej oparty o standard EuroFit Test.

– Aktywne Szkoły MultiSport angażują przede wszystkim rodziców i nauczycieli WF, a także samorządy i wszystkie osoby związane z dziećmi, aby pomogły im w rozpoczęciu i zwiększaniu aktywności fizycznej. Sam program składa się z kilku kluczowych elementów, ale to, co najważniejsze, to aktywność i dobra zabawa, bo dzięki niej dzieci chętniej chcą się ruszać, pokonywać swoje lęki – mówi Adam Radzki, członek zarządu Benefit Systems.

Europejski Test Sprawności Fizycznej EuroFit to narzędzie stworzone do pomiaru poziomu sprawności fizycznej Europejczyków. Ideą przyświecającą twórcom testu było zaprojektowanie metody badania, która bez względu na miejsce i okoliczności da miarodajny, ustandaryzowany wynik, dający się łatwo zinterpretować i porównywać. W ramach akcji Aktywne Szkoły MultiSport uczniowie dolnośląskich szkół zmierzą się m.in. z leniwymi mocami Złego Zła, władcy Galaktyki Bezruchu, którego celem jest wprowadzenie bezruchu w całym wszechświecie. Wykonując poszczególne ćwiczenia fizyczne, dzieci pokonują jego wysłanników.

– To, co my dzisiaj proponujemy dzieciom, to połączenie dwóch światów, czyli nowych technologii z aktywnością fizyczną. Część dzieci nawet nie do końca ma świadomość, że wykonuje ćwiczenia, tylko skupia się na tym, że pokonują potwory z Galaktyki Bezruchu – mówi Bartosz Kaczmarek.

– Pokonując potwory bezruchu, dzieci uczestniczą w konkretnych aktywnościach, a jest ich dziewięć. To m.in. skok z miejsca w dal czy też siady z leżenia. Dzięki nowym technologiom oprócz multimedialnej historii mamy również bardzo dokładne pomiary wyników każdego dziecka – dodaje Adam Radzki.

Ważnym elementem programu są również Plany Treningowe wspierające aktywność fizyczną, które wypracowali i realizować będą wspólnie rodzice, nauczyciele oraz przedstawiciele samorządów lokalnych. Zdaniem organizatorów akcji sukces w postaci większej aktywności fizycznej najmłodszych możliwy jest tylko w wyniku współpracy tych grup. Program Aktywne Szkoły MultiSport będzie trwał przez cały 2018 rok.

– Bardzo zależy nam na trwałych efektach, dlatego już teraz planujemy działania na przyszły rok. Chcielibyśmy, żeby program miał jeszcze szerszy zasięg i na trwałe wszedł do polskich szkół podstawowych – mówi Adam Radzki.

Za niecały miesiąc początek mundialu. Po raz pierwszy piłkarskie zmagania będzie można obejrzeć w jakości 4K

Za niecały miesiąc początek mundialu. Po raz pierwszy piłkarskie zmagania będzie można obejrzeć w jakości 4K 6

Już 14 czerwca odbędzie się mecz otwarcia piłkarskich mistrzostw świata. Klienci Orange Polska, którzy korzystają ze światłowodu, będą mogli śledzić sportowe zmagania najlepszych drużyn świata w najwyższej jakości obrazu 4K. Badania operatora wskazują, że dwie trzecie kibiców chciałoby oglądać sport w tej jakości. Transmisje w Orange TV będą dostępne bez dodatkowych opłat.

Wspólne oglądanie telewizji to wciąż ulubiony sposób spędzania czasu. Taką formę rozrywki – według badań Millward Brown – preferuje 57 proc. Polaków. Co ciekawe, wydarzenia sportowe wciąż najchętniej oglądamy w tradycyjnej telewizji – robi tak 30 proc. badanych. Dwóch na trzech Polaków, czyli aż 67 proc., deklaruje, że chce oglądać sport w jakości 4K.

Transmisje wydarzeń sportowych cieszą się największą oglądalnością. Mecz decydujący o awansie Polaków na mundial obejrzało 8,5 miliona widzów. W tym roku po raz pierwszy całe mistrzostwa świata w piłce nożnej będzie można śledzić w Orange TV w jakości 4K. Do tego potrzebne jest przede wszystkim odpowiednie łącze. Ze względu na jakość transmisji w 4K i jej potrzeby technologiczne usługa będzie dostępna wyłącznie w sieci światłowodowej.

– Przygotowaliśmy ofertę wszystkich sześćdziesięciu czterech meczów mistrzostw świata w piłce nożnej w oparciu o sublicencję zakupioną od nc+. Oferta będzie dostępna dla wszystkich klientów Orange Polska, którzy mają światłowód i telewizję z dekoderem, który pozwala na odbieranie w jakości 4K. W domach naszych klientów jest już 120 tys. takich urządzeń. Klienci Orange TV będą mogli obejrzeć całe mistrzostwa w jakości 4K bez żadnych dodatkowych opłat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Gaca, wiceprezes zarządu Orange Polska.

Aktualnie z Orange Światłowodu korzysta ponad 250 tys. klientów, a w zasięgu tej usługi jest już ponad 2,7 mln domów, biur i mieszkań. Dwóch na trzech klientów światłowodu korzysta również z Orange TV.

 Aby skorzystać z oferty, trzeba mieć światłowód i usługę telewizyjną. Można kupić je w pakiecie w ramach oferty Orange Love. Dekoder jest jej częścią – mówi Mariusz Gaca. – Klienci, którzy mają taki dekoder, nie muszą nic robić. Po prostu włączą kanał i będą się cieszyć emocjami piłkarskimi w najwyższej jakości. W zasięgu światłowodu mamy ponad 2,7 mln gospodarstw domowych. Wszyscy klienci, którzy przed rozpoczęciem mistrzostw kupią światłowód wraz z pakietem telewizyjnym, będą mogli obejrzeć piłkarskie spotkania właśnie w jakości 4K.

Klienci, którzy korzystają z łącza światłowodowego i telewizji od Orange, ale nie mają właściwego dekodera, mogą go wymienić na urządzenie obsługujące najnowszą technologię. Przy przedłużeniu umowy na dwanaście miesięcy lub dwadzieścia cztery miesiące otrzymają dekoder za darmo.

Z badań przeprowadzonych przez Orange wynika, że Polacy lubią nowinki technologiczne. Telewizor obsługujący jakość 4K ma już w swoim domu ok. 12 proc. Polaków, a kolejne 29 proc. planuje taki zakup w nadchodzących miesiącach. Chęć oglądania filmów, seriali i sportu w rozdzielczości 4K deklaruje aż 82 proc. Dlatego Orange Polska zamierza rozbudowywać ofertę w tej jakości. Od końca maja w bibliotece filmów 4K na żądanie będą się pojawiały hitowe produkcje studia Warner Bros.

– Oferta 4K w portfolio Orange Polska to nie tylko mundial. Pod koniec maja udostępnimy „Ligę Sprawiedliwości” i „Geostorm”. Mamy też wielogodzinny materiał, który zakupiliśmy od Discovery w jakości 4K, dostęp do Netlixa z poziomu naszego dekodera oraz dwa stałe kanały, które nadają w tej rozdzielczości – Festival 4K oraz Eleven Sports 1 – mówi wiceprezes Orange Polska.

Polskie start-upy inwestują głównie za środki publiczne. Zainteresowanie funduszami venture capital w Polsce rośnie, ale wiele z nich wciąż działa źle

Polskie start-upy inwestują głównie za środki publiczne. Zainteresowanie funduszami venture capital w Polsce rośnie, ale wiele z nich wciąż działa źle 7

Ponad 80 proc. inwestycji w rozwój polskich start-upów pochodzi z państwowych funduszy. Powodem jest wciąż zbyt słabo rozwinięty rynek funduszy prywatnych. Rynek inwestycji w start-upy obarczonych wysokim ryzykiem powoli się w Polsce profesjonalizuje. Już ok. 10–20 proc. działających w naszym kraju funduszy venture capital można uznać za naprawdę skuteczne i efektywne. Odsetek tych działających źle jest jednak wciąż zbyt duży.

– Obraz branży venture capital w Polsce dzisiaj jest taki, że jest 10–20 proc. najlepszych, którzy są perłami, którzy potrafią hodować bardzo dobre start-upy, mają relacje zagraniczne, potrafią wspomagać start-upy w pozyskiwaniu klientów, w rekrutacji kadry zarządzającej itd. 1/3 funduszy to fundusze bardzo złe –ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Julia Krysztofiak-Szopa, prezes zarządu fundacji Startup Poland.

Fundusze venture capital inwestują środki głównie w nowo powstające podmioty, obarczone dużym ryzykiem niepowodzenia inwestycji w średniej i dłuższej perspektywie czasowej. Z funduszy VC były finansowane takie potężne dziś światowe firmy, jak Snapchat, SpaceX, Uber czy Xiaomi. Polski rynek funduszy inwestycyjnych VC, choć jest bardzo młodym rynkiem, coraz bardziej się profesjonalizuje. Coraz więcej podmiotów świadczy start-upom usługi na coraz wyższym poziomie, choć poza wsparciem finansowanym, wciąż nie są to usługi kompleksowe.

– Start-upy dostrzegają, że rzeczywiście coraz bardziej profesjonalizuje się rynek funduszy VC, coraz łatwiej i lepiej z nimi rozmawiać, natomiast wciąż istnieje pewna dysproporcja pomiędzy tym, czego start-upy oczekują od funduszy poza kapitałem, a tym, co fundusze są w stanie rzeczywiście dostarczyć. Najbardziej widzimy dysproporcje w stosunku do pomocy funduszy w przygotowywaniu kolejnych rund inwestycyjnych, które pomogą np. w emisji na giełdzie – wskazuje ekspertka.

Jak wynika z opublikowanego przez fundację Startup Poland raportu pt. „Złota Księga venture capital w Polsce 2018” za pomocą środków publicznych finansowanych było aż 81 proc. transakcji inwestycyjnych wśród badanych start-upów. Zaledwie 20 proc. inwestorów deklaruje, że nie korzystało w inwestycji ze środków publicznych. Dodatkowo, kwoty inwestycji są w naszym kraju znacznie niższe niż za granicą.

– Do tej pory aż 4/5 wszystkich transakcji inwestycyjnych w Polsce było lewarowane środkami publicznymi, to bardzo dużo. Aby mieć na pokładzie głównie prywatny kapitał, co jest trudniejsze niż pozyskanie grantu np. z NCBiR, zresztą partnera naszego badania, trzeba mieć dużo relacji biznesowych pośród tych, którzy mogą inwestować w fundusze VC – twierdzi Julia Krysztofiak-Szopa.

Do największych inwestorów państwowych zalicza się Krajowy Fundusz Kapitałowy biorący udział w finansowaniu 37 proc. badanych transakcji. Na drugim miejscu znalazła się Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości z niemal 25-procentowym udziałem, a na trzecim Narodowe Centrum Badań i Rozwoju finansujące co dziesiątą z tych operacji.

Venture capital jest jednak coraz bardziej pożądanym wśród start-upów źródłem finansowania. W minionym roku 40 proc. z tych, które wspierały się zewnętrznym inwestorem, posiadało kapitał venture. Polskich inwestorów najbardziej interesują start-upy działające w obszarze big data, internetu rzeczy i technologii dla marketingu. Inwestycje typu venture w Polsce są jednak wciąż zbyt niskie, dlatego aż 44 proc. polskich start-upów inwestora poszukuje za granicą.

– Polskie fundusze VC są nieco w tyle w stosunku do standardów zagranicznych w bardziej dojrzałych ekosystemach innowacji. Fundusze w Polsce inwestują dużo mniej niż nasi sąsiedzi za zachodnia granicą. Przykładowo, w ponad jednej trzeciej rund inwestycyjnych w polskich start-upach wartość nie przekroczyła 500 tys. zł, podczas gdy w Europie przeciętna runda zalążkowa to 700 tys. euro, a w Krzemowej Dolinie 1,5 mln dol. Widać więc, że za wielokrotnie mniej staramy się hodować jednorożce (startupy o wartości 1 mld dol., przyp. red.) – mówi ekspertka.

Kapitał inwestycyjny pozwala start-upom tworzyć miejsca pracy. Ponad połowa firm biorących udział w badaniu zatrudnia od czterech do dwudziestu pracowników, a 10 proc. z nich – ponadpięćdziesiąt osób. W wyborze funduszu VC start-upowcy rzadko zdają się na pogłębioną analizę zasad współpracy. 49 proc. firm wybrało fundusz, ponieważ ktoś go polecił, 45 proc. starczyło dobre wrażenie i obietnice, a u 38 proc. zadecydowało doświadczenie funduszu w podobnych przedsięwzięciach. Obraz branży VC w Polsce – blisko 1/3 źle działających funduszy VC – powinien skłonić start-upy do uważniejszego dobierania partnerów biznesowych.

– Przeraziło nas, jak wielu start-upowców deklaruje, że umowa inwestycyjna, którą podpisywali, była trochę zrozumiała, trochę niezrozumiała. Nie można podpisywać dokumentów inwestycyjnych, jeżeli nie ma się 200 proc. zrozumienia tego, co się podpisuje. Po drugie, nie wszystkie start-upy mają swoich własnych prawników, a kiedy negocjują z funduszem, używają prawnika funduszu. To oczywiście wielka asymetria siły. Fundusz wie dużo więcej i płaci dużo więcej za prawników. Start-up musi również zainwestować w pozyskanie dla siebie dobrej obsługi prawnej – przekonuje prezes fundacji Startup Poland.

W 2017 roku w portfelach funduszy VC w Polsce znalazło się siedemset pięćdziesiąt firm. Na początku kwietnia 2018 r. Komisja Europejska poinformowała, że w ramach programu VentureEU zainwestuje 410 mln euro w najbardziej innowacyjne start-upy w UE.

Kiedy pracodawca musi zapewnić odzież roboczą?

Dopuszczenie pracownika do wykonywania obowiązków na stanowisku pracy bez odpowiedniego zabezpieczenia w postaci odzieży i obuwia roboczego to jawne łamanie prawa.

Dopuszczenie pracownika do wykonywania obowiązków na stanowisku pracy bez odpowiedniego zabezpieczenia w postaci odzieży i obuwia roboczego to jawne łamanie prawa. Obowiązek ten narzucają na pracodawcę zarówno przepisy prawa pracy, jak i ogólne przepisy BHP, choć nie bez znaczenia są tu też kwestie praktyczne i zdroworozsądkowe – stanowiska pracy, które wymagają odpowiedniego zabezpieczenia lub zwyczajnie narażają na uszkodzenie odzież własną pracownika powinny być wyposażone w odpowiednią odzież roboczą.

Kwestia zapewnienia odzieży ochronnej przez pracodawcę powinna być ujęta w odpowiednim regulaminie zakładowym, a sama odzież powinna być dostosowana do potrzeb konkretnego pracownika. Zapotrzebowanie na odzież roboczą nie występuje na każdym stanowisku – na niektórych sprawdzi się bowiem odzież ochronna, a czasami nawet odzież prywatna pracowników. Kiedy pracodawca musi zapewnić pracownikowi odzież roboczą, a kiedy może pozwolić sobie na jej brak?

Wymogi prawne

Paragraf 1 artykułu 237 Kodeksu Pracy reguluje przepisami obowiązek pracodawcy do zapewnienia pracownikom odzieży i obuwia roboczego spełniających wymogi odpowiednich norm w dwóch przypadkach.

Pierwszym z nich jest sytuacja, w której odzież własna pracownika mogłaby ulec zniszczeniu albo znacznemu zabrudzeniu. Druga, gdy ze względu na wymagania technologiczne, sanitarne lub BHP konieczne jest stosowanie specjalistycznej odzieży. Nie trudno zauważyć, że przepisy te w żaden sposób nie określają konkretnych stanowisk czy rodzajów wykonywanej pracy – liczą się wyłącznie warunki, w jakich dana praca jest wykonywana. To wspomniany wcześniej regulamin wewnątrzzakładowy, sporządzony na podstawie odpowiednich regulacji BHP i norm, wedle których firma funkcjonuje, określa które stanowiska wymagają stosowania odzieży roboczej.

Najczęstszym sposobem nakreślania regulaminów zakładowych odnośnie odzieży roboczej jest konsultacja pracodawcy z pracownikami zatrudnionymi na danych stanowiskach. To w rozmowie z nimi będzie on w stanie określić stanowiska pracy, na których dozwolone będzie stosowanie własnej odzieży i obuwia roboczego, pamiętając oczywiście o tym, że i te muszą spełniać odpowiednie wymogi bezpieczeństwa i higieny pracy.

Prawny zapis zabraniający stosowania własnej odzieży roboczej dotyczy wyłącznie sytuacji, w których praca na danym stanowisku jest związana z bezpośrednią obsługą maszyn i urządzeń technicznych oraz tych, w których pracownik podczas wykonywania prac będzie narażony na intensywne brudzenie lub skażenie odzieży i obuwia roboczego środkami chemicznymi, promieniotwórczymi, lub materiałami biologicznie zakaźnymi.

pracownik

Obowiązki pracodawcy w praktyce

Sytuacja zapewniania odzieży roboczej pracownikom przez pracodawcę nie zawsze wygląda w praktyce tak, jak powinna. Okazuje się bowiem, że wielu pracodawców informuje pracowników o tym, że zakupi odzież roboczą, po czym nie wywiązuje się z obowiązku i tym samym próbuje zmusić pracownika do korzystania z własnej odzieży. Pracownik taki ma prawo odmówić wykonywania pracy lub zażądać wypłaty ekwiwalentu pieniężnego za stosowaną odzież – prawo to przyznaje mu kodeks pracy.

Co więcej, pracownik może pozwać pracodawcę do sądu w momencie, kiedy ten wymusza na pracownikach stosowanie własnej odzieży, nie zapewniając jednocześnie ekwiwalentu za odzież. Odnosząc się po raz kolejny do wspomnianego wcześniej regulaminu wewnątrzzakładowego, bardzo częstym zabiegiem stosowanym przez pracodawców po ustaleniu szczegółów z pracownikami jest umieszczenie w regulaminie konkretnych stanowisk, które będą dopuszczały stosowanie własnej odzieży. To między innymi ten zapis pozwala na późniejsze ubieganie się pracowników o wypłatę ekwiwalentu za odzież. Ważne jest również to, że pracownik zainteresowany wypłatą ekwiwalentu wyraził wcześniej zgodę na korzystanie z własnej odzieży.

Ostatnią niezwykle istotną kwestią odnośnie odzieży roboczej zapewnianej pracownikom przez pracodawcę jest fakt, że to pracodawca odpowiada za czyszczenie i konserwację oraz wszelkie wymiany odzieży. Pracownik zatrudniony na stanowisku wymagającym stosowania odzieży roboczej nie ponosi odpowiedzialności za zniszczenie odzieży związane z normalnym wykonywaniem pracy.

Jeśli odzież ulegnie zniszczeniu i nie będzie zapewniała odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa, pracodawca musi dostarczyć pracownikowi nowy zestaw odzieży bezzwłocznie. Warto skorzystać z regularnych zakupów nowej odzieży, np. w hurtowniach takich sklep https://www.bhp-gabi.pl – dzięki temu łatwo można oszczędzić większą sumę w ujęciu rocznym. Pracownik może odmówić podjęcia pracy na stanowisku jeśli jego odzież jest uszkodzona i nie nadaje się do użytkowania.

Ameryka uderzy sankcjami w reżim Wenezueli

W atmosferze wszechobecnego strachu Nicolas Maduro znów zdobył władzę w Wenezueli, chociaż opozycja i znaczna część świata wzywała do odwołania wyborów. Reżim w Caracas nie posłuchał. Teraz Stany Zjednoczone i ich sojusznicy mogą nałożyć sankcje uniemożliwiające Wenezueli eksport oraz import ropy naftowej – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Więzienie opozycjonistów, przejęcie Sądu Najwyższego oraz Komisji Wyborczej przez władze, a także umieszczenie specjalnych czerwonych namiotów przed lokalami wyborczymi, gdzie skanowano dokumenty obywateli i zachęcano do głosowania na Maduro, to zachowania przeczące zasadom państwa prawa.

Obecnie jednak dużo ważniejszy jest fakt, że w Wenezueli panuje olbrzymia bieda. Brakuje żywności i leków. Wojsko brutalnie broni reżimu, a Caracas nie wpuszcza do kraju organizacji humanitarnych. Do tej pory Unia Europejska oraz USA nałożyły względnie łagodne sankcje na osoby i przedsiębiorstwa powiązane z Maduro. Czy wypaczone wybory zmienią podejście Waszyngtonu i Amerykanie zastosują opcję nuklearną, czyli obejmą sankcjami wenezuelską ropę?

Sankcje przyspieszą upadek reżimu

„Musimy się upewnić, że sankcje będą nakierowane na skorumpowany reżim, a nie na zwykłych ludzi. Sankcje na przemysł naftowy są bardzo ważnym krokiem. One są teraz intensywnie analizowane” – mówił w niedzielę w Buenos Aires zastępca sekretarza stanu USA John Sullivan.

Według danych EIA Stany Zjednoczone nadal importują ok. 200-300 tys. baryłek ropy naftowej z Wenezueli. To mniej więcej 15-20 proc. bieżącego wydobycia tego południowoamerykańskiego kraju. Dodatkowo również USA eksportują kilkadziesiąt tys. baryłek dziennie lekkiej ropy i produktów przemysłu petrochemicznego, które są używane do rozcieńczenia ekstra-ciężkiej wenezuelskiej ropy. Bez importu ze Stanów Zjednoczonych wenezuelski eksport jest praktycznie niemożliwy, gdyż ropa z pasa rzeki Orinoco ma praktycznie formę stałą i bez rozcieńczenia nie nadaje się ani do transportu, ani do eksportu.

Utrata amerykańskiego rynku dla Wenezueli oraz zakaz importu z USA mogłyby szybko doprowadzić do upadku socjalistyczne władze. Ta decyzja może być nawet podjęta w najbliższych dniach.

Ropa bez sankcji też droga

Wstrzymanie się z nałożeniem obostrzeń na wenezuelski handel surowcami wcale nie oznacza, że produkcja będzie rosła. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) szacuje, że tylko i wyłącznie ze względu na brak inwestycji w sektorze naftowym wydobycie do końca roku może spaść o kolejne kilkaset tys. baryłek dziennie (bpd). Obecnie Wenezuela produkuje ok 1,4 mln bpd, czyli o ponad 600 tys. mniej niż jeszcze półtora roku temu.

Fatih Birol, dyrektor wykonawczy IEA, wypowiadając się w poniedziałek dla agencji Bloomberg, stwierdził, że sytuacja w Wenezueli jest obecnie „główny ryzykiem” dla rynku ropy naftowej. Birol również sugerował, że zagrożenia dla bilansu podaży i popytu są nawet większe niż w przypadku Iranu.

Sankcje na Wenezuelę to nie to samo co na Iran

W perspektywie kilku miesięcy nie ma dobrego rozwiązania, jeżeli chodzi o podaż ropy z Wenezueli. Zarówno w przypadku sankcji, jak i ich braku można oczekiwać spadku produkcji, mniejszej globalnej podaży tego surowca energetycznego i wysokich cen.

Wydaje się jednak, w dłuższym okresie zdecydowanie lepszy jest scenariusz z sankcjami. Z jednej strony powinien on pozbawić reżim Maduro władzy, a więc rozpocząć również normalny proces inwestycyjny w sektorze wydobywczym. Wenezuelska ludność mogłaby także zacząć czerpać korzyści z największych na świecie złóż ropy naftowej.

W przypadku uruchomienia sankcji Amerykanie mogą skorzystać ze swoich rezerw strategicznych, które pozwolą na zmniejszenie presji na wzrost cen. USA również prawdopodobnie wywrze presję na Arabię Saudyjską i ich sojuszników, by w razie tak gwałtownego spadku podaży została zwiększona produkcja przez państwa zrzeszone w OPEC.

W przeciwieństwie do irańskich sankcji te nałożone na Wenezuelę mogą więc przerwać trend niższego wydobycia ropy. Dodatkowo będą one miały poparcie znacznej części świata (UE, Kanada, większość krajów Ameryki Łacińskiej), a także prawdopodobnie przysłużą się do pomocy lokalnej ludności, która jest ofiarą olbrzymiego kryzysu humanitarnego oraz gospodarczego.

Większość walut jest obecnie najdroższa w tym roku

Kolejny spadkowy tydzień na złotym. Większość walut jest obecnie najdroższa w tym roku. Złoty ofiarą spadków na EURUSD. Bierność RPP nie napawa optymizmem.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 14.05.2018-21.05.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2545 3,5555 3,5508 4,8220
Maksimum 4,3055 3,6740 3,6725 4,9275

 

EUR/PLN

kurs euroEuro jeszcze na początku maja dwukrotnie próbowało pokonać wsparcie na poziomie 4,236 zł. Obie próby okazały się nieudane i od prawie dwóch tygodni wspólna waluta systematycznie drożeje. Efektem tego jest dzisiejszy atak na 4,30 zł, który prawdopodobnie zakończy się trwałym złamaniem tej bariery. Ostatni raz euro kosztowało aż tyle w październiku zeszłego roku, kiedy to udało się tylko na chwilę pokonać tę barierę. Jeśli obecny ruch się nie zatrzyma EUR/PLN, wróci na poziomy ostatnio widziane na przełomie 2016 i 2017 roku. Warto pamiętać, że jeszcze na początku kwietnia euro było o 15 groszy tańsze, więc dynamika ruchu jest wyjątkowo duża. Prędzej czy później zapewne będziemy obserwować jakiś ruch korekcyjny, co nie zmienia faktu, że obecny trend spokojnie może sięgnąć co najmniej 4,35 zł.

USD/PLN

kurs dolaraJeszcze większe ruchy obserwujemy ostatnio na dolarze. Tak naprawdę to on jest odpowiedzialny za ostatnie osłabienie złotego. Silny ruch spadkowy na głównej parze walutowej świata, zwyczajowo już przyniósł osłabienie się walut z koszyka EM (emerging markets). Dodatkowo nastrój wokół tego koszyka psują argentyńskie peso oraz turecka lira, które gwałtownie ostatnio tracą na wartości. W takim otoczeniu złotemu trudno się bronić przed spadkami, zwłaszcza że brakuje impulsu choćby z banku centralnego. Spowodowało to, że dolar zdecydowanie przebił poziom 3,60 zł i bez przerwy kieruje się na północ. Na początku maja można było mieć jeszcze nadzieje na zakończenie złej passy złotego zwłaszcza ze względu na wcześniejszy nieudany atak na ten opór. Po nim dolar potaniał do 3,55 zł. Ostatni tydzień jednak już zdecydowanie należał do amerykańskiej waluty, dlatego dzisiaj dolar jest już 12 groszy droższy.

GBP/PLN

kurs funtaPara GBP/PLN od początku maja znajduje się w kanale wzrostowym, który ma szerokość blisko 10 groszy. W ostatnim czasie zdążyliśmy się już przyzwyczaić do większej zmienności na tym instrumencie. Obie waluty mają swoje problemy i obie są podatne na mocniejsze tąpnięcia. Funtowi cały czas ciąży zamieszania związane z brexitem. Dodatkowo coraz częściej odczyty makroekonomiczne zawodzą, co może wskazywać na to, że rachunek za rozwód będzie większy, niż pierwotnie się spodziewano. Złotemu z kolei nie pomaga sytuacja w Niemczech, gdzie coraz więcej wskazuje na  nadchodzące spowolnienie. Nikt chyba już nie ma wątpliwości, że uderzy ono także w naszą gospodarkę i to pomimo rezygnacji z normalizacji polityki pieniężnej przez RPP. Funt ostatnio przebił 4,90 zł, patrząc jednak na to, że obecnie znajdujemy się przy górnym ograniczeniu kanału, to w najbliższym czasie prawdopodobnie możemy się spodziewać osłabienia brytyjskiej waluty.

CHF/PLN

kurs frankaFrank jeszcze niedawno, bo w połowie kwietnia kosztował zaledwie 3,46 zł. Wiele wskazywało wtedy, że szwajcarska waluta poszuka spokoju na szerokim rynku, co by miało oznaczać stabilizację kursu CHF/PLN w okolicach 3,50 zł. Tak się jednak nie stało, rosnące rentowności amerykańskiego długu, a co za tym idzie, turbulencje dla euro i złotego spowodowały powrót do silnego franka. Ten kosztuje już 3,67 zł, a to jeszcze może nie być koniec ruchu w górę. Już teraz jesteśmy na tegorocznych maksimach, więc silniejsze opory znajdują się wysoko ponad obecnym kursem. Sobotnie porozumienie między Chinami a USA może zwiastować powrót sentymentu dla bardziej ryzykownych aktywów, jednak jest zdecydowanie za wcześnie by wyciągać z tego jakieś optymistyczne wnioski dla złotego.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Presja płacowa rośnie?

Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło w kwietniu o 7,8% r/r (PKO i konsensus 7,2% r/r vs 6,7% r/r w marcu). Był to najsilniejszy wzrost od stycznia 2012, kiedy dynamika była jednorazowo podbita przez zmiany podatkowe. Biorąc pod uwagę zmienność miesięcznych danych odczyt mógł być podwyższony przez jednorazowe wypłaty premii (standardowi podejrzani to górnictwo i rafinacja ropy naftowej), jednak szczegółowe dane poznamy dopiero po publikacji Biuletynu Statystycznego (25 maja).

Uwzględniając wyniki przeprowadzonego przez NBP badania koniunktury, jesteśmy ostrożni z ogłaszaniem przyspieszenia trendu wzrostu wynagrodzeń.

Dynamika zatrudnienia była w kwietniu zgodna z oczekiwaniami i utrzymuje się na poziomie 3,7% r/r od trzech miesięcy. Kwietniowe badanie PMI pokazało kontynuację wzrostu zatrudnienia w przemyśle, chociaż w nieco wolniejszym tempie. Przy rekordowo niskiej stopie bezrobocia i kurczącym się zasobie wolnej siły roboczej, wzrost zatrudnienia jest coraz częściej osiągany dzięki zatrudnianiu obcokrajowców. Wg Szybkiego Monitoringu NBP w 1q18 odsetek dużych firm zatrudniających obcokrajowców wzrósł do 30%. Najczęściej zatrudnianiem obcokrajowców posiłkują się przedsiębiorstwa transportowe (42%) i z przetwórstwa przemysłowego (38%).

Fundusz płac w sektorze przedsiębiorstw wzrósł w kwietniu realnie o 10,1% r/r, najsilniej od września 2008, potwierdzając, że rosnące dochody w połączeniu z niską inflacją są bardzo silną podstawą dla wzrostów konsumpcji (wg naszego szacunku o 5,2% r/r w 1q18). Biorąc pod uwagę dobre nastroje oraz dochody z innych źródeł zakładamy, że konsumpcja będzie kontynuowała silny wzrost, pozostając głównym motorem wzrostu PKB w 2018.

Presja płacowa rośnieDane o płacach, chociaż lepsze niż zakładaliśmy, wpisują się w oczekiwane przez nas utrzymanie wzrostu płac w przedziale 7-8% r/r w 2018. Buforem przed wyraźnie szybszym wzrostem wynagrodzeń są wciąż niewykorzystane zasoby na krajowym rynku pracy (zatrudnienie w rolnictwie, niska aktywność kobiet) oraz napływ pracowników z zagranicy (chociaż oceniamy, że potencjał migracyjny Ukrainy stopniowo się wyczerpuje). Dane nie muszą też być sprzeczne z obrazem rynku pracy nakreślonym przez RPP podczas ostatniej konferencji prasowej.

Autor/Źródło: PKO Bank Polski

Prezes BEST SA o ekspansji we Włoszech i charakterystyce rynku wierzytelności nieregularnych

Włoski rynek wierzytelności do 2015 roku był zamknięty, a liczba transakcji bardzo mała. Tamtejsze banki kumulowały wierzytelności nieregularne w swoich bilansach. Ich całkowita wartość wciąż znacznie przekracza 200 miliardów euro. W szczytowym momencie, 2-3 lata temu, było to ponad 300 miliardów. W porównaniu z polskim rynkiem, który szacuje się na ok. 17 miliardów euro, to zasadnicza różnica. Wiąże się jednak z określonym ryzykiem. Włochy są o wiele słabiej rozwinięte pod względem infrastrukturalnym, jeśli chodzi instytucje wspierające windykację. Jej proces jest znacznie dłuższy niż w Polsce. Nie ma takich udogodnień, jak chociażby elektroniczne postępowanie upominawcze, czyli e-sąd w Lublinie. Cała droga sądowa odbywa się przez tamtejszy system, co potrafi trwać nawet 10 lat. Włosi zorientowali się jednak, że to droga donikąd i zaczęli wprowadzać zmiany. Grupa BEST testuje włoski rynek wierzytelności nieregularnych. W 2017 – pierwszym roku obecności we Włoszech – zakupiła portfele o łącznej wartości nominalnej 280 milionów euro. Na tej podstawie planuje zbudować strategię na kolejne lata.

– Polski i włoski rynek wierzytelności nieregularnych są jak dwa różne światy. Nasz jest ustabilizowany, dobrze rozwinięty, z dobrą infrastrukturą prawną i instytucjonalną – o silnych podmiotach, które na nim dominują – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Borusowki, prezes BEST SA – To także stałe transakcje i dopływy portfeli oraz bardzo dobre finansowanie. Rynek włoski jest znacznie mniej dojrzały – to szansa dla polskich, doświadczonych podmiotów. Grupa BEST chciałaby docelowo być jednym z ważniejszych graczy na tamtejszym rynku. W 2018 roku planujemy kontynuowanie inwestycji w tempie podobnym do ubiegłorocznego oraz zbudowanie własnych operacji we Włoszech. Obecnie korzystamy z lokalnych serwisantów, czyli firm pomagających windykować. To najlepsze podejście ze względu na ich dużo większe doświadczenie i dłuższą obecność na rynku. W przyszłości możemy kupić odpowiednią firmę serwisową lub zbudować własne operacje od zera. To plan na 2018 rok – ocenił Borusowski.

Kurs dolara umacnia się względem każdej głównej waluty

Nieraz zwracaliśmy uwagę na to, że dla rentowności kluczowych 10-letnich obligacji skarbowych USA poziom 3% stanowi pewną psychologiczną barierę, której przekroczenie ma znaczenie dla inwestorów.

Zeszły tydzień przyniósł wyprzedaż amerykańskich papierów wartościowych, co wymusiło ich silny wzrost do najwyższego poziomu od 7 lat. Rynki zareagowały zgodnie z oczekiwaniami – inwestorzy pozbywali się aktywów ryzykownych, podczas gdy dolar umacniał się względem każdej głównej waluty.

Na przestrzeni ostatnich dni najgorszy los spotkał waluty krajów wschodzących, które osłabiła zarówno ucieczka od ryzykownych aktywów, jak i siła dolara. Najmocniej odbiło się to na walutach Ameryki Łacińskiej. Real brazylijski, peso kolumbijskie, waluty Chile oraz Meksyku – wszystkie osłabiły się w ubiegłym tygodniu o ok. 2%.

W związku z brakiem istotniejszych danych gospodarczych jak i spotkań decyzyjnych banków centralnych gospodarek G4, inwestorzy będą przyglądać się rozwojowi sytuacji politycznej we Włoszech. Populistyczna koalicja szykuje się tam do utworzenia rządu, a jej nowe niepokojące postulaty (jakkolwiek na ten moment dość mgliste) mogą być źródłem konfliktu z instytucjami Unii Europejskiej.

PLN

W ubiegłym tygodniu polski złoty, podobnie jak pozostałe waluty emerging markets doświadczył wyprzedaży w relacji do głównych walut. Walutom EM nie sprzyjała ucieczka od aktywów ryzykownych i umocnienie dolara amerykańskiego, związane ze wzrostem rentowności amerykańskich papierów dłużnych.

Ubiegły tydzień przyniósł stosunkowo mało odczytów makro z Polski. Warto zwrócić uwagę przede wszystkim na wzrost PKB Polski w I kwartale br, który przyspieszył z poziomu 4,9% notowanego w ostatnim kwartale ubiegłego roku (odczyt zrewidowany w dół) do 5,1% sugerując, że polska gospodarka oparła się pogorszeniu nastrojów i spowolnieniu ekspansji na Zachodzie. W kontekście naszego kraju warto również wspomnieć o spotkaniu Rady Polityki Pieniężnej, które zakończyło się utrzymaniem stóp procentowych na stabilnym poziomie. Bieżący tydzień również przyniesie kilka informacji z kraju. Warto zwrócić uwagę szczególnie na środową publikację danych o sprzedaży detalicznej w kwietniu.

GBP

Funt brytyjski przetrwał umocnienie dolara lepiej od większości walut G10. Informacje o silnym wzroście zatrudnienia i nominalnej dynamiki płac wspierały funta. Brytyjskiej walucie sprzyjał również brak negatywnych informacji dotyczących  negocjacji ws. Brexitu.

Bieżący tydzień będzie kluczowy dla szterlinga. W środę opublikowany zostanie raport o dynamice cen w kwietniu, dzień później ukażą się dane dotyczące sprzedaży detalicznej. Decydenci Banku Anglii niedawno deklarowali, że przyszłą politykę monetarną uzależniać będą od danych makroekonomicznych – stąd spodziewamy się, że kurs funta będzie reagował na każdą z istotnych publikacji.

EUR

Dynamika PKB w Niemczech w I kwartale wypadła trochę poniżej oczekiwań, aczkolwiek dane zostały przyćmione przez informacje z Włoch. W wyniku negocjacji partie populistyczne ostatecznie były w stanie zawrzeć porozumienie. Kluczowym źródłem niepewności w kwestii Włoch obecnie są negatywne nastroje względem wspólnej europejskiej waluty, które niedawno głosiły obie partie. Nie wiadomo w jakim stopniu zostaną one odzwierciedlone we wspólnym programie rządowym – aczkolwiek warto zwrócić uwagę, że większość zapisów podważających obecność Włoch w strefie euro zostało wykluczonych ze wstępnego porozumienia.

Pozostajemy optymistyczni w kwestii ewentualnej konfrontacji nowego włoskiego rządu z instytucjami unijnymi. Niemniej, będziemy bacznie obserwować spread między rentownościami niemieckich i włoskich obligacji, co po raz kolejny staje się czynnikiem zaczynającym mieć wpływ na cenę wspólnej waluty.

Bieżący tydzień nie przyniesie zbyt wielu istotnych informacji makroekonomicznych ze strefy euro. Warto będzie jednak zwrócić uwagę na publikację “minutek” z ostatniego spotkania Europejskiego Banku Centralnego, które zostaną opublikowane w czwartek.

USD

Przewodniczący Rezerwy Federalnej z San Francisco, John Williams, zasugerował porzucenie polityki kierowania oczekiwaniami rynku w związku z normalizacją polityki monetarnej, co poskutkowało wzrostem stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Przebicie przez rentowności 10-letnich obligacji USA  poziomu 3% i pozostawanie powyżej tego psychologicznego poziomu było paliwem dla wzrostu dolara amerykańskiego.

Bieżący tydzień nie przyniesie zbyt wiele istotnych informacji makro. Kluczową publikację – podsumowanie spotkania FOMC – poznamy w środę. Rynek prawdopodobnie będzie jednak zwracał uwagę przede wszystkim na informacje z rynku długu, jak i na kwestie polityczne.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Złoty najsłabszy od pół roku. Wenezuela bez zmian

Zielone Świątki powodują, że dwa ważne europejskie rynki mają dzisiaj dzień wolny. Złoty w dalszym ciągu w odwrocie. Wybory prezydenckie w Wenezueli nie poprawiły sytuacji.

Złoty najsłabszy od pół roku

Ostatnie dni i wzrost niepewności na rynkach spowodował, że inwestorzy postanowili wycofać swoje środki z ryzykownych regionów. Za taki wciąż uchodzi niestety Europa Środkowo-Wschodnia. Po ostatnich ruchach euro przekroczyło 4,30 zł, frank i dolar 3,67 zł a funt z kolei  4,93 zł. Są to najwyższe poziomy od początku 2018 roku. Ostatni raz tak słabego złotego oglądaliśmy w październiku 2018 roku. Powodem jest strach inwestorów przed rozwojem sytuacji we Włoszech. Powoli jednak mamy do czynienia z sytuacją, że niewiele gorszego może się wydarzyć. Skoro inwestorzy boją się koalicji lub powtórnych wyborów to przynajmniej jeden z tych scenariuszy się wydarzy a wtedy w ramach poczucia ulgi waluty powinny trochę powrócić w stronę poprzednich poziomów.

Dobre dane z Polski

Dzisiaj o godzinie 10:00 poznaliśmy ważne dane z Polski. Produkcja przemysłowa rośnie w ciągu roku o 9,3%. Jest to bardzo dobry wynik, niestety analitycy spodziewali się 9,5% wzrostu. Warto zwrócić uwagę, że produkcja budowlana wzrasta o imponujące 19,7%. Co ciekawe pomimo odczytu poniżej oczekiwań inwestorzy spojrzeli przychylniejszym okiem po tych danych na złotego. Najprawdopodobniej dane te były dobrym pretekstem by zamknąć pozycję na złotówce i zrealizować zyski na ostatnim osłabieniu. Ze względu na dzień wolny na ważnych rynkach dzisiaj warto wziąć pod uwagę, że jutro do pracy wrócą Niemcy i Szwajcarzy co może ponownie namieszać na walutach.

Wenezuela bez zmian

Obecny prezydent Nicolas Maduro wygrał wybory prezydenckie w Wenezueli. Opozycja wskazuje na wiele nieprawidłowości podczas samego głosowania. Warto jednak zwrócić uwagę, że szanse kontrkandydata najmocniej zaprzepaścił pomysł bojkotu wyborów przez opozycję, W rezultacie wynik pierwszej rundy wyniósł 68% do 22% pomimo doprowadzenia  gospodarki kraju do fatalnego stanu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak już ważnych danych. Warto natomiast zwrócić uwagę, że Zielone Świątki są powodem dnia wolnego w Niemczech, Szwajcarii, na Węgrzech i w Norwegii. W rezultacie można spodziewać się mniejszej zmienności na rynkach walutowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Coface: Bałkany Zachodnie w UE – do przejścia jeszcze długa droga

17 maja 2018 r. w Sofii odbył się szczyt Unia Europejska – Bałkany Zachodnie. Spotkanie służyło potwierdzeniu zaangażowania UE na rzecz rozszerzenia Unii o państwa Bałkanów Zachodnich. Ekonomiści Coface uważają przystąpienie tych krajów do UE za prawdopodobnie, zwłaszcza że stanowiłoby ono przeciwwagę dla rosyjskiej i chińskiej obecności w regionie.

Ścisła integracja handlowa i ekonomiczna

Po przerwie spowodowanej wojnami w latach 90. oraz kryzysami finansowymi w latach 2008–2011 kraje Bałkanów Zachodnich (Albania, Bośnia i Hercegowina, Kosowo, Macedonia, Czarnogóra i Serbia) pogłębiły związki gospodarcze z Unią Europejską. UE jest największym partnerem handlowym regionu, odpowiadającym za 83 proc. eksportu i 67 proc. importu. Od 2008 r. towarowa wymiana handlowa między UE a Bałkanami Zachodnimi zwiększyła się o 80 proc., do czego przyczyniły się Umowy o Stabilizacji i Stowarzyszeniu. Wysoki deficyt handlowy regionu wynika z wąskiej bazy produkcyjnej, obejmującej towary o niskiej wartości dodanej. Jest on finansowany głównie przelewami od emigrantów (prawie jedna czwarta populacji mieszka za granicą) oraz zagranicznymi inwestycjami bezpośrednimi, głównie z Europy Zachodniej. Przelewy od emigrantów stanowią około 10 proc. PKB Albanii, Bośni i Hercegowiny, Czarnogóry i Serbii. W przypadku Kosowa jest to około 15 proc., ale w Macedonii już tylko 4 proc. Europejska obecność zaznacza się szczególnie w bankowości, telekomunikacji, energetyce i turystyce oraz, w mniejszym stopniu, w sektorze produkcyjnym. Zagraniczne inwestycje bezpośrednie stanowią 40 proc. PKB w Albanii, Bośni i Hercegowinie, 70 proc. w Serbii i 113 proc. w Macedonii. Powszechne korzystanie z euro w regionie świadczy o wysokiej zależności od cyklu gospodarczego w strefie euro oraz jej polityki monetarnej.

Korupcja, wysokie bezrobocie i niski PKB na mieszkańca oznaczają, że do przejścia jest jeszcze długa droga

Z uwagi na strategiczne położenie geograficzne regionu oraz obawy Unii Europejskiej dotyczące ryzyka rozlania się konfliktów między sąsiadującymi krajami na większy obszar, a także ze względu na potrzebę zrównoważenia wpływów Rosji i Chin, przyjęcie tych krajów do UE jest prawdopodobne. Należy oczekiwać, że proces ten rozpocznie się od dwóch najbardziej zaawansowanych kandydatów – Serbii i Czarnogóry – prawdopodobnie jeszcze przed 2025 r. Ich członkostwo pociągnęłoby za sobą ograniczone dodatkowe koszty dla Unii Europejskiej. Europejska pomoc finansowa na lata 2014–2020 wynosi około 7 mld EUR (z czego większość przypada na wsparcie reform administracyjnych i instytucjonalnych). Szacuje się, że procedura nabywania członkostwa mogłaby zostać zrealizowana kosztem dodatkowych środków rzędu około 2 proc. budżetu EU‑28 na 2017 r.

Niemniej jednak ze względu na poważne niedostatki systemu sprawowania władzy uzyskiwanie członkostwa w UE przez kraje Bałkanów Zachodnich będzie długim procesem. Poważnym problemem w regionie jest korupcja w sektorach publicznym i prawnym, a Bałkany Zachodnie zajmują ostatnie miejsca w europejskim rankingu Transparency International z 2017 r. Obraz sytuacji pogarszają niskie wskaźniki WGI (wskaźnik dobrego rządzenia) Banku Światowego sygnalizujące małą stabilność polityczną w Albanii, Macedonii, Kosowie i Czarnogórze, rozdrobnienie instytucjonalne w Bośni i Hercegowinie, oraz słabość systemowych uregulowań dotyczących upadłości i niewypłacalności przedsiębiorstw.

Średni PKB na mieszkańca[1] na Bałkanach Zachodnich ledwie zbliża się do jednej czwartej poziomu dla EU‑15 i odpowiada połowie poziomu dla 11 państw członkowskich Europy Wschodniej. Konwergencja, która była już zaawansowana w latach powojennych, nagle zatrzymała się w czasie kryzysów finansowych z powodu braku konkurencyjności. Bezrobocie utrzymuje się na poziomie 16,2 proc. całej populacji w wieku produkcyjnym oraz 37,6 proc. wśród młodszych obywateli zdolnych do pracy. Bank Światowy szacuje, że przy aktualnym tempie wzrostu PKB (średnio tylko nieco ponad 3 proc.) średni PKB na mieszkańca na Bałkach Zachodnich zrówna się ze średnią UE za około 60 lat.

[1] według kursów wyznaczonych na podstawie parytetu siły nabywczej

2/3 naukowców przekonanych, że współpraca uczelni i biznesu to priorytet

Promowanie dostępu do rynku pracy dzięki umowom z przedsiębiorcami, digitalizacja zasobów i lepsze zaplecze do badań naukowych – to priorytety dla uczelni wyższych wskazane przez naukowców z całego świata zapytanych przez IPSOS. Wyniki badań to element przygotowań do IV Międzynarodowego Spotkania Rektorów w Salamance, które zaczęło się 21 maja i potrwa do 22 maja. Główne zagadnienia, które poruszą naukowcy to: digitalizacja, badania naukowe i wpływ kształcenia wyższego na społeczeństwo. Patronem wydarzenia jest Grupa Santander.

Badanie IPSOS[1] przeprowadzono na ponad 9 tys. członków społeczności akademickich w 19 krajach. Wynika z niego, że według naukowców trzy najważniejsze zadania jakie ma przed sobą uniwersytet to: kształcenie specjalistów w swoich dziedzinach, digitalizacja zasobów naukowych oraz promowanie dostępu do rynku pracy m.in. poprzez umowy zawierane z przedsiębiorcami. Dzięki temu szkoły wyższe mają wpływ na kształtowanie społeczeństwa i mogą łatwiej odpowiadać na zmieniające się otoczenie. Kluczowy jest również łatwy dostęp do badań naukowych, które powinny być lepiej dofinansowane.

TOP3 w Salamance: digitalizacja, badania i społeczeństwo

IV Międzynarodowe Spotkanie Rektorów w Salamance „Universia 2018” zorganizowano pod hasłem „Uniwersytet, Społeczeństwo i Przyszłość”. Ponad 600 rektorów i przedstawicieli środowiska akademickiego z 26 krajów bierze udział w debatach skupionych wokół trzech głównych tematów: „Nauczanie i uczenie się w świecie cyfrowym”, „Badania naukowe: paradygmat pod nadzorem?” oraz „Wkład uczelni wyższych w rozwój społeczny i terytorialny”.

Tłem do rozmów są wyniki badania IPSOS. Opinie ankietowanych na temat dostępu do rynku pracy zostaną omówione podczas dyskusji, w jaki sposób uczelnie wyższe mogą wpłynąć na rozwój społeczeństwa w XXI wieku. Członkowie społeczności akademickiej zainicjują także debatę na temat digitalizacji zasobów dydaktycznych, w tym w kontekście programów do nauczenia online. Ostatnia dyskusja skupi się na dostępie do większej ilości zasobów i lepszego zaplecza dla badań naukowych.

Walka o uniwersytet przyszłości

Celem spotkania w Salamance jest wypracowanie wizji uniwersytetu przyszłości, który będzie lepiej odpowiadał na potrzeby społeczne i rynku pracy, miał lepsze zaplecze do badań naukowych oraz będzie zdigitalizowany. Dyskusje będzie można śledzić w mediach społecznościowych lub na oficjalnej stronie poświęconej wydarzeniu: www.universiasalamanca2018.com. Na koniec opublikowany zostanie „List z Salamanki”, zawierający główne wnioski i propozycje działań w dążeniu do stworzenia uniwersytetu przyszłości oraz realizacji misji uczelni wyższych.

Wydarzenie odbywa się pod patronatem Grupy Santander, która według raportu Varkey/UNESCO-Fortune 500 jest największym na świecie mecenasem nauki.

Poprzednie edycje programu Universia odbywały się w Río de Janeiro (Brazylia, 2014), Guadalajarze (Meksyk, 2010) oraz w Sevilli (Hiszpania, 2005).

[1] Badanie przeprowadzono metodą wspomaganych komputerowo wywiadów indywidualnych w dniach 11.02-5.03.2017 w 19 krajach (Argentyna, Boliwia, Brazylia, Chile, Kolumbia, Kostaryka, Ekwador, Salwador, Hiszpania, Gwatemala, Honduras, Meksyk, Nikaragua, Panama, Paragwaj, Peru, Portugalia, Dominikana, Urugwaj) na próbie 9343 respondentów.

 

Dolar nie zwalnia tempa

Rentowność długu USA lokalny szczyt osiągała jeszcze w końcówce ubiegłego tygodnia, ale dolar jest tak rozpędzony, że kontynuuje aprecjację. Warto jednak zaznaczyć, że poniedziałkowe rozstrzygnięcia mogą być zwodnicze, gdyż w Niemczech obchodzone są Zielone Świątki a kalendarz makro z głównych gospodarek świeci pustkami.

W tym tygodniu w Polsce poznamy resztę z kwietniowej paczki danych. Sezonowe zamieszanie związane z terminem Wielkanocy będzie ciążyć na wynikach produkcji przemysłowej pry znanych perspektywach polityki RPP złoty przede wszystkim pozostanie pod wpływem pogarszającego się klimatu wobec rynków wschodzących w dobie aprecjacji USD. Odpływ kapitału z lokalnego rynku długu będzie ciągnął za sobą złotego w kierunku 4,32-4,34 za euro. Najsilniejszym z przedstawicieli koszyka powinien być rubel, a największe pole do osłabienia ma rand.

W najbliższych dniach, w strefie euro uwaga będzie na odczytach indeksów PMI (śr) i niemieckim indeksie Ifo (pt), które pozwolą odpowiedzieć na pytanie, czy słabość w aktywności gospodarczej z pierwszego kwartału zaczyna przemijać i EBC może powrócić do dyskusji o normalizacji polityki. Silne dane mogą podnieść EUR, choć nie będzie to proste w konfrontacji z wpływem rosnących rentowności obligacji USA i niepewnością włoskiej sceny politycznej. Mowa o jakimkolwiek trwalszym odreagowaniu spadków i powrocie do 1,20 może być dopiero po wyjściu EUR/USD ponad 1,1840.

Z kolei funt potrzebuje mocnych danych, jeśli w ogóle ma zostać przerwana trwająca spirala przeceny. GBP/USD na początku handlu w tym tygodniu jest najniżej w tym roku. Przy 1,34 testowana jest obecnie średnia 55 – tygodniowa, ale fakt, że kurs nie wykonał żadnego odbicia z dotychczasowych dołków 1,35 i kontynuuje zniżki, na pewno nie jest oznaką siły popytu na funta. Celem dla notowań mogą okazać się nawet okolice 1,31. Funtowi nie pomaga również sytuacja na brytyjskiej scenie politycznej i fatalna pozycja gabinetu Theresy May. Prawdopodobnie próżno będzie szukać pomocy w danych o inflacji (środa), kiedy wygasające efekty pobrexitowej deprecjacji GBP będą spychać inflację bazową niżej. Większe nadzieje są w kwietniowej sprzedaży detalicznej (czw), gdzie spodziewane jest silne odbicie po fatalnych danych za marzec. Dodatkowo szum związany
z negocjacjami Brexitu podnosi zmienność na funcie i to w obu kierunkach, dlatego taktycznie preferujemy chwilowo zostawić GBP w spokoju, dopóki dane nie dadzą podstawy do stabilniejszej aprecjacji.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers

InsurTech – partner czy rywal?

Nowe technologie dopiero na dobre zagoszczą na rynku ubezpieczeniowym. Pionierami we wprowadzaniu innowacji w branży są start-upy, zwane InsurTechami. Czy dynamika ich rozwoju na polskim rynku zagraża tradycyjnym spółkom z obszaru ubezpieczeń?

Dzięki nowym technologiom ubezpieczyciele mają możliwość pozyskania nowych klientów, usprawnienia procesów wewnętrznych, a tym samym obniżenia kosztów. Rewolucja technologiczna w ubezpieczeniach zaczyna odbywać się na naszych oczach, powoli zmieniając tradycyjne modele biznesowe. Systemy informatyczne, wykorzystujące sztuczną inteligencję,  w przyszłości będą dokonywać analizy ryzyka ubezpieczeniowego, polisy ubezpieczeniowe będą sprzedawane za pośrednictwem aplikacji mobilnych, a systemy RPA będą wspierać lub zastąpią pracowników, wykonujących prace manualne. Zdaniem 86% szefów spółek ubezpieczeniowych w Polsce, firmy z obszaru InsurTech stanowią inspirację dla firm o ugruntowanej pozycji na rynku i spowodują możliwość uzyskania synergii pomiędzy firmami innowacyjnymi, a  tymi wciąż jeszcze działającymi w sposób tradycyjny. Z kolei 1/3 pracowników spółek ubezpieczeniowych jest zdania, że każda firma ubezpieczeniowa, aby odnieść sukces, musi stać się firmą InsurTech-ową – wynika z badania[1] przeprowadzonego przez firmę doradztwa personalnego HRK S.A.

To dopiero początek rozwoju branży

Jak pokazują wyniki badań zrealizowanych przez HRK S.A., ubezpieczyciele są świadomi możliwości, jakie niesie ze sobą korzystanie z innowacyjnych rozwiązań technologicznych. 71% badanych deklaruje, że ich pracownicy mają obecnie możliwości rozwoju kompetencji cyfrowych, a aż 80% planuje w najbliższym czasie rozpocząć nowe projekty, które pozwolą na rozwój kompetencji związanych z digitalizacją. Nieco innego zdania są pracownicy. W ich ocenie tylko niespełna 40% firm ubezpieczeniowych stwarza pracownikom możliwości rozwoju kompetencji cyfrowych, do których należy zaliczyć: zarządzanie i usprawnianie aplikacji, znajomość podstaw programowania, analizę i modelowanie metadanych, pracę na odległość czy w rozproszonych zespołach, komunikację w przestrzeni wirtualnej oraz krytyczne podejście do informacji (fake news). – Spora różnica pomiędzy oceną pracodawców a pracowników może wynikać z faktu, że firmy ubezpieczeniowe, które zdecydowały się na wprowadzanie nowych technologii, robią to powoli i małymi kroczkami. W związku z tym dostęp do innowacyjnych narzędzi, a tym samym szansę na rozwój kompetencji cyfrowych mają, jak na razie, nieliczni. Jednak już dziś możemy prognozować, że za trzy, cztery lata nowe technologie będą wykorzystywane w codziennej pracy przez całe zespoły, a nie – jak obecnie – pojedynczych pracowników – mówi Piotr Mazurkiewicz, Partner Zarządzający w firmie doradztwa personalnego HRK S.A.

infografika badanie InsurTech – pracownicyCo ciekawe sami pracownicy bardzo pozytywnie oceniają swoje umiejętności. Ponad 60% specjalistów, ekspertów i managerów z branży twierdzi, że posiada dobrze lub wysoko rozwinięte kompetencje pożądane wśród kandydatów na rynku InsurTech. Również ponad 60% pracowników zadeklarowało, że w przypadku otrzymania oferty pracy ze spółki InsurTech na stanowisko podobne do obecnie zajmowanego, rozważyłoby jej przyjęcie. – Może to oznaczać, że firma ubezpieczeniowa, która będzie wdrażać innowacje z ogromną łatwością będzie pozyskiwać najlepszych specjalistów z branży – komentuje ekspert HRK S.A.

Pracodawcy, zapytani o to, w jakich branżach poszukują kandydatów do rozwoju nowych rozwiązań technologicznych w swoich organizacjach, wskazali na banki (52%), firmy z obszaru nowych technologii (43%), konkurencyjne firmy ubezpieczeniowe (38%) oraz firmy e-commerce i telecomy (33%).

Współcześni konsumenci oczekują od ubezpieczycieli coraz wyższego poziomu świadczonych usług. Dla pokolenia tzw. Millenialsów, którzy stanowią coraz liczniejszą grupę klientów, ogromne znaczenie ma rozwój aplikacji mobilnych, które pozwalają na zdalne załatwienie spraw formalnych. Również starsze pokolenia (choć w mniejszym stopniu) doceniają rozwiązania i możliwości, jakie dają nowe technologie i z łatwością przyzwyczajają się do szybkiej i cyfrowej obsługi. A w którym obszarze, zdaniem specjalistów, nastąpi największa rewolucja technologiczna? Ponad 60% respondentów wskazało na obsługę klienta. Na dalszych pozycjach znalazła się sprzedaż (48%), ocena ryzyka (46%), likwidacja szkód (44%) i płatności składek (26%).

infografika badanie InsurTech – szefowieGotowość zmiany po stronie klientów stała się już faktem, nie tylko w branży ubezpieczeniowej. Tradycyjne firmy, które w najbliższej przyszłości nie wykorzystają swojej szansy, mogą mieć pewność, że firmy z obszaru InsurTech wyjdą naprzeciw oczekiwaniom klientów, odpowiadając na ich potrzeby w najlepszy możliwy sposób. I choć sam proces technologicznej rewolucji w branży ubezpieczeń dopiero się zaczyna, już dziś można śmiało stwierdzić, że na rynku „wygranymi” będą te spółki, które szybciej podążą za technologicznymi trendami.

[1] W badaniu przeprowadzonym przez HRK S.A. wzięło udział 21 Prezesów Zarządów i Dyrektorów Personalnych spółek ubezpieczeniowych w Polsce. Drugą grupę respondentów stanowiło 86 specjalistów, ekspertów i managerów spółek ubezpieczeniowych. Badanie zostało zrealizowane w kwietniu i maju br.

Kwiecień kolejnym miesiącem wzrostu niewypłacalności wśród firm produkcyjnych i w budownictwie

Euler Hermes, wiodący globalny ubezpieczyciel należności handlowych, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. W kwietniu 2018r. w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 76 przypadkach niewypłacalności przedsiębiorstw wobec 67 w kwietniu 2017 r. (wzrost o 13%). Od początku roku opublikowano informacje o niewypłacalności 336 polskich przedsiębiorstw wobec 291 w tym samym okresie ubiegłego roku (+15%).

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Kluczowe wnioski:

  • Budownictwo jak na razie nie stało się kołem zamachowym gospodarki – mimo rozwoju sezonu budowlanego liczba niewypłacalności w branży wciąż rośnie (w kwietniu było ich 18, czyli dwukrotnie więcej niż przed rokiem). Nie są to już jedynie firmy małe – dwie z trzech największych niewypłacalności dotyczyło właśnie firm budowlanych. W większości przypadków są to firmy o obrotach od kilkunastu do ok. 30 milionów złotych, często firmy prac wyspecjalizowanych – czyli podwykonawcy dużych firm ogólnobudowlanych.
  • Polska produkcją stoi, także w dziedzinie niewypłacalności przedsiębiorstw – sektor o największej liczbie niewypłacalności, bo aż 22 w kwietniu. Były to firmy produkujące na potrzeby budownictwa, ale także wyroby konsumenckie (nie tylko żywność) i inwestycyjne.
  • Czy czekają nas problemy coraz większych przedsiębiorstw, zjawisko obserwowane już w innych krajach? Najwyższy wzrost liczby niewypłacalności dotyczył spółek akcyjnych – aż o 48% r/r (37 firm).
  • Usługi – największą grupa w tym gronie były niewypłacalne firmy z sektora obsługi nieruchomości i inwestycji.
  • Handel hurtowy – 7 z 11 niewypłacalnych hurtowni dostarczało wyroby na potrzeby budownictwa bądź do obsługi procesów inwestycyjnych (zbiorniki, maszyny, urządzenia etc.)
  • Liczba niewypłacalności w IV wzrosła r/r najbardziej w województwach pomorskim (najliczniejsze – firmy produkcyjne) oraz wielkopolskim (tutaj głównie – firmy budowlane) Jednak największym odwróceniem dotychczasowego trendu był wzrost niewypłacalności w woj. podkarpackim, podobnie jak w woj. pomorskim efekt przede wszystkim problemów sektora produkcyjnego (trzy z czterech niewypłacalności). Z kolei największe niewypłacalności w kwietniu w budownictwie to… firmy z województwa podlaskiego.

Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy AllianzŹródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Gospodarka jest w tej chwili w dość dziwnym momencie: rośnie PKB, rośnie eksport, wiele firm ma dosyć duże zasoby gotówki a z drugiej strony mamy duży wzrost niewypłacalności oraz pogorszenie r/r tempa spłaty zobowiązań w całej gospodarce (firmy płacą sobie gorzej, niż rok temu) – mówi Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka. Z czego to wynika? Jedną z głównych przyczyn jest to, iż dystrybucja korzyści z rozwoju gospodarczego nie jest równa. Te np. tak znacznie rosnące inwestycje są przede wszystkim inwestycjami w wielkie projekty infrastrukturalne, z czego korzysta dosyć wąskie grono dużych wykonawców. Stąd mimo, iż gospodarka rośnie, to ryzyko w gospodarce, m.in. ze względu na znaczne rozwarstwienie również rośnie.

Świetne wyniki makro wiążą się ponadto w dużej mierze z wyższymi kosztami firm (efekt zacieśnienia podatkowego, jak i wzrostu kosztów pracy oraz surowców), które z tego powodu (ale nie wyłącznie) nie korzystają na wzroście obrotów i wspomnianym wzroście PKB. Tak naprawdę z punktu widzenia wielu polskich firm w obecnej sytuacji rośnie ich ekspozycja na ryzyko, a nie dochody, gdyż zwiększaniu się obrotów niekoniecznie towarzyszy wzrost zysku.

Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz 2Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Budownictwo jak na razie nie stało się kołem zamachowym gospodarki

Widać już pierwsze symptomy przegrzania – w budownictwie brakuje wszystkiego: nie tylko pracowników czy materiałów, ale także czasu na realizację kontraktów jak i wystarczających marż z ich realizacji. Są już więc pierwsze przypadki firm opuszczających inwestycje, dla których zapłacenie kary za niewykonanie kontraktu wiążą się z mniejszymi stratami, niż kontynuowanie ich realizacji. Jak dodaje Tomasz Starus: „Wiele firm – nie tylko mniejszych podwykonawców, ale także firm usługowych obsługujących proces inwestycyjny, handlowych czy w końcu produkcyjnych odczuje skutki niskiej lub wręcz ujemnej rentowności budownictwa.”

Polska produkcją stoi – także w dziedzinie niewypłacalności przedsiębiorstw

Oprócz niewypłacalnych firm produkujących na potrzeby budownictwa wszystkie kategorie wyrobów budowlanych – wyroby tartaczne, z betonu, tworzyw sztucznych i metalu (9 przypadków) widoczna jest także mająca problemy grupa firm wytwarzających art. wyposażenia mieszkań (np. szkło i ceramika) i produkty użytku osobistego (jak tekstylia). Nadal upadają firmy produkujące i instalujące maszyny i oprzyrządowanie przemysłowe – świadectwo (minionych?) niskich nakładów przedsiębiorstw.

Czy czekają nas problemy coraz większych przedsiębiorstw, zjawisko obserwowane już w innych krajach?

Większość upadłości dotyczyło firm z sektora MSP, który nie jest w stanie czerpać korzyści ze wzrostu gospodarczego. Przeciwnie, rosnąca konsumpcja i eksport wymagając jednocześnie dużej konkurencyjności cenowej i kredytowej obnaża ich słabość w tym względzie. Sprzedają coraz więcej ci, którzy mogą zejść z cenami na poziom dla nich nieosiągalny oraz kredytować sprzedaż przez okres i na skalę, na którą polski sektor MSP nie może sobie pozwolić. Tym niemniej obroty aktualnie niewypłacalnych firm są z reguły o rząd wielkości większe, niż w minionych miesiącach (podobnie jak we wspomnianym budownictwie) – średni obrót firm z tego grona oscylował już w granicach kilkunastu, a nie kilku milionów złotych. Co więcej, w kwietniu najwyższy wzrost liczby niewypłacalności dotyczył spółek akcyjnych – aż o 48% r/r (37 firm). Czyżby koncentracja wchodziła na coraz wyższy poziom?

To pewien paradoks, że koncentracja następuje nie w chwili kryzysu, ale boomu gospodarczego (przynajmniej pod względem wskaźników makroekonomicznych). Podobnie jak wzrost liczby upadłości firm budowlanych w okresie największego wzrostu nakładów na inwestycje budowlane… Paradoksy, które w Polsce stają się faktem, tak jak chociażby 15% wzrost niewypłacalności (od początku roku) przy 5% wzroście PKB w I kwartale – podsumowuje Tomasz Starus.

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Sprawdź pozycje funduszy lewarowanych na GOLD oraz WTI

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Strzałka zielona – na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Strzałka czerwona-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Według ostatniego raportu Commitents of Traders warto zainteresować się surowcami, w szczególności złotem oraz ropą naftową.

Złoto – coraz mniejsza pozycja netto

Według ostatniego raportu COT zarządzający na rynku kontraktów terminowych po raz kolejny zmniejszyli swoje zaangażowanie po długiej stronie rynku oraz powiększyli po krótkiej. Tym razem pozycja długa została zredukowana o ponad 5 tysięcy kontraktów, natomiast długa powiększona o ponad 16 tysięcy.

Krótkoterminowo domykanie długich oraz otwieranie coraz większej ilości krótkich pozycji jest niedźwiedzim sygnałem. Natomiast w długim terminie byczym, ponieważ linia netto znalazła się na bardzo niskim poziomie, gdzie historycznie zawsze dochodziło do mocniejszego odbicia oraz rajdu wzrostowego.

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Scenariusz ten potwierdzony jest przez analizę techniczną. Z jednej strony w poprzednim tygodniu stronie podażowej udało się pokonać krótkoterminowy opór 1300 USD. Dzięki temu otworzyli drogę do dalszej wyprzedaży w okolicę mocnego, tygodniowego wsparcia 1250 USD za uncję.

Notowania złota, interwał tygodniowy

Notowania złota, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

W krótkim terminie notowania mogą dotrzeć do wspomnianego wsparcia, natomiast jego przebicie jest już bardzo mało prawdopodobne, co sugeruje niska ilość pozycji długich względem krótkich w portfelu zarządzających na kontraktach terminowych. Po obronionym wsparciu notowania po raz kolejny z dużym prawdopodobieństwem dojdą do 1560 USD za uncję, gdzie mamy opór w postaci szczytów z 2016 oraz 2017 roku.

WTI – zarządzający inkasują zyski

OPEC dopiął swego. Ropa naftowa znalazła się w trendzie wzrostowym. Dodatkowo decyzja USA o przywróceniu sankcji wobec Iranu skutkowała ostatnim impulsem wzrostowym. Dzięki temu zarządzający na rynku kontraktów terminowych otrzymali doskonałą okazję do realizacji zysków z długich pozycji.

Zgodnie z tym w poprzednim tygodniu zarządzający zredukowali swoje zaangażowanie po długiej stronie rynku o ponad 20 tysięcy kontraktów terminowych. Natomiast pozycja krótka została powiększona o ponad 3 tysiące kontraktów.

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Warto również zauważyć, że zarządzający już od półtora miesiąca realizują zysk, aczkolwiek dopiero teraz zaczęła rosnąć krótka pozycja, co zmniejsza prawdopodobieństwo kontynuacji obecnych wzrostów.

Notowania WTI, interwał tygodniowy

Notowania WTI, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Według analizy technicznej czas na korektę. Notowania ropy WTI znalazły się na górnym ograniczeniu kanału wzrostowego, w której poruszają się od połowy 2017 roku. Celem korekty może być strefa oporu 66 USD. Należy jednak pamiętać, że dalsze zaostrzenie sytuacji USA-IRAN sprzyja nagłej aprecjacji tegoż surowca.

Dział Analiz Admiral Markets

Dialog może pomóc w złagodzeniu napięć społecznych w Polsce. Umiejętnie prowadzony może odwrócić negatywne zjawiska

Dialog może pomóc w złagodzeniu napięć społecznych w Polsce. Umiejętnie prowadzony może odwrócić negatywne zjawiska 8

Blisko połowa Polaków uważa, że społeczne podziały i konflikty nasiliły się w ciągu ostatnich dwóch lat. Dwie trzecie miało kontakt z mową nienawiści, a co trzeci przyznaje w badaniach, że sam stosuje wobec innych obraźliwe stwierdzenia. Różnice poglądów, stereotypy i uprzedzenia wywołują sytuacje konfliktowe nawet w społeczeństwach z pozoru wolnych od głębokich podziałów. Umiejętnie poprowadzony dialog może wzmocnić więzy społeczne i odwrócić negatywne trendy.

– W Polsce żyje 38 mln obywateli, a to oznacza 38 mln różnych poglądów. Nawet jeżeli nie ma poważnych konfliktów, to są w społeczeństwie tarcia, które definiują Polskę. Nie możecie sobie pozwolić na to, żeby one się nawarstwiały i podzieliły społeczeństwo. Dialog ma moc tworzenia i wzmacniania tkanki społecznej. Nie musimy akceptować i usprawiedliwiać wszystkiego, ale możemy się nauczyć czegoś o innych. To oczywiście czasochłonny i złożony proces, ale dialog może pomóc w złagodzeniu napięć społecznych w Polsce, bez względu na to, jak byłyby ostre, i zmienić nastawienie ludzi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Alfredo Zamudio, szef Nansen Center for Peace and Dialogue z Norwegii.

Według ubiegłorocznych badań CBOS prawie połowa Polaków (47 proc.) jest zdania, że w ciągu ostatnich dwóch lat wzmogły się społeczne podziały i konflikty. Dwie trzecie (65 proc.) wskazuje na politykę jako ten wymiar życia społecznego, który najbardziej dzieli polskie społeczeństwo. Tylko 2 proc. Polaków uważa, że polskie społeczeństwo żyje w pełnej zgodzie i nie jest w żadnym stopniu podzielone ani skonfliktowane.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu „Mowa nienawiści: Raport z Polskiego Sondażu Uprzedzeń”, opracowanego przez Centrum Badań nad Uprzedzeniami, Polki i Polacy coraz częściej spotykają się z obraźliwymi wypowiedziami. 2/3 osób miało kontakt z mową nienawiści, a co trzecia przyznaje się do stosowania wobec innych obraźliwych stwierdzeń. Dochodzi do tego głównie w internecie (szczególnie w przypadku młodzieży) i w telewizji (w przypadku dorosłych). Nienawistne stwierdzenia najczęściej są kierowane pod adresem uchodźców. Badania pokazują też rosnące znieczulenia na obraźliwe treści: im większy ludzie mają z nimi kontakt, tym bardziej przestają postrzegać taki język jako poważny problem społeczny.

Szef Nansen Center for Peace and Dialogue podkreśla, że dialog może odwrócić negatywne trendy i wzmocnić więzi społeczne. Dlatego jest to umiejętność niezastąpiona w życiu publicznym, w codziennych relacjach międzyludzkich i w biznesie. Każdy może się go nauczyć, ale niezbędna jest umiejętność słuchania.

– Nie trzeba być ekspertem ani studiować na Harvardzie, żeby nauczyć się dialogu. Musimy nauczyć się rozumieć i słuchać, również tego, co nam się nie podoba. W procesie uczenia się musimy się przyzwyczaić również do słuchania nieprzyjemnych wiadomości, które nas irytują. Prawdopodobnie dalej nie będą nam się one podobać, ale być może przy okazji nauczymy się czegoś nowego. Być może w tym procesie słuchania zdobędziemy jakieś informacje, których wcześniej nie wiedzieliśmy, a które w danej kwestii mogą zmienić nasze nastawienie albo je poprawić – mówi Alfredo Zamudio.

Czynnikiem, który może utrudnić dialog, jest asymetria sił. Nie da się konstruktywnie rozmawiać, kiedy jedna strona dominuje nad drugą, kiedy brakuje szacunku albo dochodzi do aktów przemocy.

– Bezbronny nie może prowadzić dialogu z uzbrojonym. Nie mówię tylko o prawdziwej broni, lecz także o niewidzialnych narzędziach dominacji. Bardzo ważne jest to, by dialog był rozmową prowadzoną z pokorą i skromnością przez strony znajdujące się wobec siebie na równorzędnych pozycjach – mówi Alfredo Zamudio.

Szef Nansen Center for Peace and Dialogue podkreśla również, że istnieje zasadnicza różnica między dialogiem a debatą, która jest ważnym elementem demokracji.

– W debacie chodzi o to, żeby twój głos został usłyszany. Dialog daje przestrzeń do wypowiedzenia się innym. Sam wybierasz, w czyj głos chcesz się wsłuchiwać: we własny czy w głos innych. Różnica pomiędzy dialogiem a debatą polega na tym, że dialog daje możliwość uczenia się, a to jest ważne dla zrozumienia świata, w którym żyjemy – mówi Alfredo Zamudio.

Norweska organizacja Nansen Center for Peace and Dialogue od 20 lat doskonali metody dialogu i wprowadza dialog w skonfliktowanych społecznościach, również w tych pogrążonych w wojnie, m.in. na Bałkanach, w Afganistanie, Kenii, Iraku czy na Ukrainie. Do Polski została zaproszona przez Orange Polska w ramach współpracy przy zainicjowanym właśnie projekcie „Wyłącz ego. Zrozum drugiego”. Celem jest umożliwienie aktywistom i przedstawicielom pięćdziesięciu organizacji pozarządowych, którzy na co dzień pracują nad rozwiązywaniem konfliktów, udziału w certyfikowanym szkoleniu z prowadzenia dialogu metodą Nansen Center. Dzięki temu będą mogli działać skuteczniej, przyczyniając się do budowania więzi społecznych.

Polskie firmy inwestują trzy razy więcej niż międzynarodowe korporacje. Wciąż jednak za mało przeznaczają na innowacje

Polskie firmy inwestują trzy razy więcej niż międzynarodowe korporacje. Wciąż jednak za mało przeznaczają na innowacje 9

Statystyczny polski przedsiębiorca ma niespełna 45 lat, jest dobrze wykształcony i pracowity – taki obraz wyłania się z raportu „Przedsiębiorcy odczarowani” przygotowanego przez Polityka Insight na zlecenie Polskiej Rady Biznesu. Polscy przedsiębiorcy są dobrymi pracodawcami, cenionymi przez zatrudnionych. Mają 50-proc. udział we wzroście gospodarczym i inwestują trzy razy więcej niż międzynarodowe korporacje. Do ich słabych stron zaliczyć można wciąż niską innowacyjność i brak wizji ekspansji zagranicznej.

– Polski przedsiębiorca ma niespełna 45 lat i jest jednym z najmłodszych statystycznie przedsiębiorców w Europie. Jest dobrze wykształcony – tylko 1 proc. polskich przedsiębiorców nie ma średniego lub wyższego wykształcenia. Jest pracowity, pracuje prawie 47 godzin, w tym w niedziele. Na szczęście nie tylko jest mężczyzną, bo prawie 30 proc. polskich przedsiębiorców to kobiety – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Olechowski, wiceprezes Polskiej Rady Biznesu.

W badaniu wzięto pod uwagę osoby, które są założycielami firmy oraz zatrudniają co najmniej jedną osobę. Wykluczyło to ponad milion prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. Średnie zatrudnienie wynosi 4,5 osoby na firmę, co oznacza, że sektor mikro, zatrudniający do 9 osób obejmuje 88 proc. wszystkich przedsiębiorstw w Polsce. Duże firmy (powyżej 250 pracowników) to zaledwie 0,3 proc. wszystkich polskich przedsiębiorstw. Jak policzyli autorzy raportu, w Polsce jest to 662 tys. przedsiębiorców, którzy łącznie prowadzą 884 tys. firm.

Polski przedsiębiorca zatrudnia najwięcej pracowników (licząc tylko umowy o pracę) spośród wszystkich grup firm. Z 3,9 mln pracowników polscy przedsiębiorcy dawali 30 proc. etatów w kraju, w tym dwukrotnie więcej niż międzynarodowe korporacje. Wskaźnik wynagrodzeń brutto w polskich przedsiębiorstwach był w 2016 roku wyższy o 274 zł niż średnia dla całej gospodarki. Średnia pensja w tym przypadku wyniosła 4 131 zł.

– Przedsiębiorca wyzyskiwacz to mit. Polski przedsiębiorca dzisiaj płaci lepiej niż średnio w gospodarce, o mniej więcej 10 proc. – informuje Jacek Olechowski. – Pomimo tego prowadzi biznes, który jest dwa razy bardziej rentowny niż typowa firma. Warto pamiętać, że kiedy mówimy o polskich przedsiębiorcach, to mówimy przede wszystkim o bardzo małych firmach. 99 proc. polskich przedsiębiorców to mikroprzedsiębiorstwa.

Okazuje się także wbrew obiegowym opiniom, że polscy przedsiębiorcy dużo chętniej inwestują w maszyny, samochody, fabryki i nowe technologie IT niż firmy z kapitałem zagranicznym. Łączna suma inwestycji polskich przedsiębiorców w 2016 roku przekroczyła 145 mld zł.

– Dzisiaj polscy przedsiębiorcy inwestują trzy razy więcej niż międzynarodowe koncerny w Polsce. To nie dlatego, że koncerny inwestują mało. Polscy przedsiębiorcy są po prostu kluczowym ogniwem naszej gospodarki, stąd bardzo istotna jest praca nad zwiększaniem ich skłonności do inwestycji, nad tworzeniem ekosystemu, który w tych inwestycjach pomaga. Każdy procent zwiększonych inwestycji to dużo pieniędzy dla gospodarki – przekonuje wiceprezes Polskiej Rady Biznesu.

Wkład badanej grupy w polską gospodarkę stanowi około 35 proc. PKB. Dwa lata temu wytworzyli oni prawie 570 mld zł PKB, o 100 mld zł więcej niż wszystkie pozostałe firmy z korporacjami i spółkami akcyjnymi włącznie. Zarazem to tylko o 48 mld zł mniej niż wytworzyło państwo z pozostałymi sektorami gospodarki.

– Polscy przedsiębiorcy dokładają do wzrostu gospodarczego ponad 50 proc. Na przykład w 2016 roku, kiedy polskie PKB urosło o 3 proc., to udział w tym polskich przedsiębiorców wynosił 1,6 pkt proc. – mówi dr Adam Czerniak, główny ekonomista Polityki Insight, wykładowca Szkoły Głównej Handlowej.

Polscy przedsiębiorcy płacą do ZUS składki, pozwalające na roczną wypłatę 3 mln emerytur. W formie podatków i składek ZUS przekazali tylko w ubiegłym roku ponad 186 mld zł. Dla porównania wszystkie największe korporacje zapłaciły w 2016 roku podatek w wysokości 860 mln zł.

– Polscy przedsiębiorcy odprowadzają 80 mld zł składek, zarówno na ubezpieczenia społeczne płaconych przez siebie, jak i tych odprowadzanych za swoich pracowników. Dodatkowo 106 mld zł wszelakiego rodzaju podatków CIT czy PIT, bo mamy bardzo dużo osób fizycznych wśród polskich przedsiębiorców. Odprowadzają także dosyć istotną kwotę podatku VAT – wylicza dr Adam Czerniak, autor raportu „Przedsiębiorcy odczarowani”.

Zaletą polskich firm jest też to, że ich dochody są w zrównoważony sposób dzielone miedzy pracodawcę a pracowników, a będąc osadzone na lokalnych rynkach, lepiej sobie radzą niż korporacje w okresach spowolnienia. Ta cecha ma jednak drugie oblicze: jest także ich słabością, jednym z obszarów, w których mogłyby poprawić swoją aktywność.

– Do słabych stron polskich przedsiębiorstw zaliczyć należy to, że są mało innowacyjne. Niestety, nie miały jeszcze motywacji do tego, żeby zwiększyć innowacyjność. Drugą słabością jest to, że większość z nich jednak niechętnie samodzielnie wychodzi za granicę – zauważa dr Adam Czerniak. – Eksport polskich przedsiębiorstw jest dużo mniejszy niż eksport międzynarodowych korporacji czy dużych spółek Skarbu Państwa. Bez wyjścia za granicę polscy przedsiębiorcy będą rośli coraz wolniej.