Wycena produktów, wycena usług oraz budżet firmy, czyli jak postawić pierwsze kroki nową firmą

Decyzja o otworzeniu własnego biznesu nie jest łatwa. Jednak jeżeli ją podejmiesz musisz przeanalizować wszystkie „za” i „przeciw”. A to dopiero początek. Kolejnym korkiem będzie: budżet firmy oraz wycena usług lub wycena produktów.

Sam sobie sterem, żeglarzem okrętem

Ten cytat z „Ody do Młodości” Adama Mickiewicza doskonale oddaje filozofię prowadzenia własnego przedsiębiorstwa. Większość osób podejmuje ją dopiero po kilku latach pracy w czyjejś firmie. Mamy dość słuchania czyichś poleceń, z którymi nie zawsze się zgadzamy i decydujemy się na odejście i spróbowanie sił jako właściciel małego biznesu. Jednak nie jest to łatwa sprawa. Musimy spełnić szereg wytycznych administracyjnych, no i przede wszystkim dostać kredyt z banku. A to dopiero pierwszy etap naszej drogi do sukcesu. Jednak kolejne zależą już wyłącznie od nas.

Co będziesz robił?

Kluczy do sukcesu jest całe mnóstwo. Nie ma jednej sprawdzonej recepty, której zastosowanie pozwoli nam stać się milionerami. Mimo to początek drogi ma duże znaczenie na jej dalszym etapie. Mówią wprost – musisz wybrać odpowiednią branżę. Są takie, w których o sukces łatwiej i są takie, w których jest on niezwykle trudny. Oczywiście równie istotne jest to, co ty sam uważasz za sukces. Jeżeli jest to wypłata lepsza niż w poprzedniej pracy, szanse na osiągnięcie tego są zdecydowanie wyższe niż w przypadku „sukces to dominacja na lokalnym/krajowym rynku”. Dlatego musisz dokładnie zaplanować, co chcesz robić i w jaką branżę wejść.

Na początek – ustal budżet firmy

Dopiero, gdy już masz obraz swojej drogi, załatwione wszystkie decyzje administracyjne, możesz przejść do dalszych działań. Jednym z nich, ale szalenie istotnym jest ustalenie budżetu firmy. Budżet firmy to najważniejszy dokument, jakim będziesz się posługiwał, zaś arkusz kalkulacyjny, znany bardziej jako „Excel” stanie się twoim najlepszym przyjacielem. W budżecie firmy masz opisane wszystkie wpływy i wszystkie wydatki. Im bardziej będzie on szczegółowy, tym większą będziesz miał kontrolę nad wydatkami. Budżet firmy to nie tylko wydatki na pensje pracowników, wpływy z kontraktów z klientami, czy opłaty za czynsz, media, itp. W tym dokumencie notujesz każdy spodziewany wydatek. Od długopisów i papieru ksero po myszki komputerowe. Będąc tak skrupulatnym możesz lepiej zarządzać swoją firmą. Dokładnie wiesz, ile pieniędzy możesz przeznaczyć na konkretną rzecz. Budżet firmy powinieneś ustalać minimum raz w roku, choć dobrą praktyką jest robienie tego nawet 2-3 razy w ciągu roku.

Następnie – wycena produktów i wycena usług

Wraz z budżetem firmy, musisz również określić, na ile cenisz siebie i swoje usługi. Wycena usług i wycena produktów to filar każdej firmy. Wieść gminna niesie, że im wyższa cena usługi lub produktu, tym wyższa ich jakość. Z kolei prawidłowo prowadzony budżet firmy, wycena usług i produktów to gwarancja sukcesu. Im lepiej ocenisz swoje możliwości finansowe i zaplanujesz działania swojej firmy, tym łatwiej będzie ci pracować. Pamiętaj, że początek drogi definiuje jej dalszą część. Dlatego poświęć na to odpowiednio dużo czasu, by następnie móc w spokoju pracować.

Polskie dzieci chcą uprawiać sport. 20 tys. filmów z treningami i 35 tys. spalonych kalorii w akcji Drużyna Energii

Polskie dzieci chcą uprawiać sport. 20 tys. filmów z treningami i 35 tys. spalonych kalorii w akcji Drużyna Energii 1

35 tys. spalonych kalorii i 20 tys. filmów z treningami nadesłanych przez uczniów – to bilans pierwszej edycji programu Drużyna Energii. Organizatorzy czują ogromną satysfakcję z zaangażowania uczestników, pokazuje ono bowiem, że polskie dzieci chcą uprawiać sport, potrzebują jedynie odpowiednich bodźców. Zwycięzcą tegorocznej rywalizacji została podstawówka z Gdyni, nagrodzona kwotą 10 tys. zł.

Z danych Ministerstwa Sportu i Turystyki wynika, że w ciągu ostatnich dwóch dekad poziom aktywności fizycznej polskich dzieci gwałtownie zmalał. Według NIK 15 proc. uczniów klas IV–VI szkoły podstawowej korzysta ze zwolnień lekarskich z zajęć WF. W gimnazjum odsetek ten wzrasta natomiast do 23 proc. Niechęć do sportu wynika w dużej mierze ze zmiany sposobu spędzania wolnego czasu – współczesne dzieci wolą bowiem komputer i internet niż boisko. Eksperci nie mają wątpliwości, że wzbudzenie w najmłodszych zainteresowania sportem to zadanie przede wszystkim dla rodziców oraz nauczycieli.

– W każdym mieście są zapaleńcy, którzy z pasją uprawiają sport i krzewią ideę sportu wśród dzieci. Mówimy tu o nauczycielach, to są ludzie, którzy są najważniejsi. To oni pokazują drogę dzieciakom, od nich wszystko się zaczyna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Ignaczak, były siatkarz, ambasador Drużyny Energii.

Zainteresowanie polskich dzieci aktywnością fizyczną było celem programu Drużyna Energii, zainaugurowanego jesienią 2017 roku. Inicjatorem akcji jest Energa SA, partnerem sportowym została marka New Balance, Ministerstwo Sportu i Turystyki oraz Instytut Matki i Dziecka udzieliły natomiast patronatu. Program skierowany był do uczniów klas VI i VII szkół podstawowych – do konkursu zgłosiło się ponad 600 placówek, 100 z nich zostało wybranych do trwających pół roku rozgrywek. Dla tych uczestników raz w tygodniu ambasadorzy akcji publikowali w internecie filmy ze specjalnie przygotowanymi ćwiczeniami. Zadaniem uczniów było nagranie własnych filmów, na których odtwarzali treningi gwiazd.

– To bardzo fajny program, dający możliwość obcowania dzieciakom z gwiazdami, a przede wszystkim ze sportem. Propagujemy sport, pokazujemy im, że to jest fajna forma spędzania wolnego czasu, dająca możliwości, takie jak rozwój osobisty i rozwój odpowiednich cech charakteru, które mogą pomóc im w życiu codziennym – mówi Krzysztof Ignaczak.

Raz w miesiącu ambasadorzy programu, czyli siatkarz Krzysztof Ignaczak, były piłkarz Marek Citko, dziennikarz sportowy Bartosz Ignacik oraz youtuber sportowy Krzysztof Golonka, odwiedzali wybrane szkoły, by przeprowadzić trening na żywo. Tegoroczna edycja to 2,2 tys. przejechanych kilometrów, ponad 20 tys. nadesłanych przez uczniów filmów z ćwiczeniami i ok. 35 tys. kalorii spalonych podczas treningów z gwiazdami sportu.

– Zaangażowanie dzieci i szkół przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Serce rośnie. Jesteśmy bardzo zadowoleni i bardzo dumni z tego, że ten pilotażowy projekt przebiegł tak pomyślnie – mówi Robert Leszczyński, dyrektor ds. marketingu w New Balance.

Wielki finał został rozegrany 24 maja na gdańskim stadionie Energa. I miejsce zdobyła Szkoła Podstawowa nr 6 im. Antoniego Abrahama z Gdyni. II miejsce przypadło Szkole Podstawowej nr 13 im. Polskich Olimpijczyków z Żor. Na III pozycji uplasowała się natomiast Szkoła Podstawowa nr 4 im. Stanisława Moniuszki z Kętrzyna. Przedstawiciele tych placówek odebrali nagrody w wysokości 10 tys., 7 tys. oraz 4 tys. zł, które mają przeznaczyć na renowację sal sportowych. Zarówno organizatorzy, jak i ambasadorzy Drużyny Energii, są przekonani, że tego typu akcje są w Polsce bardzo potrzebne.

– Widzieliśmy w dzieciach chęć rywalizacji i ćwiczeń. Takie bodźce sportowe są potrzebne. Szkoły niesamowicie się przygotowały. Wyczuwa się pozytywne emocje – mówi Marek Citko, były piłkarz, ambasador Drużyny Energii.

– Wierzę, że obecność gwiazd i znakomitych sportowców spowoduje wykształcenie w dzieciach trwałego nawyku uprawiania sportu. Nie każdy będzie mistrzem, nie każdy będzie zdobywał medale imprez międzynarodowych, natomiast ważne, żeby każdy znalazł czas na kontakt ze sportem – dodaje Robert Leszczyński.

Organizatorzy są zadowoleni z efektów programu i już zapowiadają jego kontynuację. Mają nadzieję, że ich inicjatywa na stałe wpisze się w kalendarz wydarzeń sportowych i zyska popularność. Już w tym roku program został nominowany do nagrody na Gali Mistrzów Sportu. W kolejnych edycjach Drużyny Energii treningi układane przez gwiazdy mają być coraz bardziej skomplikowane. Zwiększać się będzie również skala trudności poszczególnych ćwiczeń. Niewykluczone, że pojawią się również inne niż w tej edycji dyscypliny sportu.

– Jesteśmy naprawdę urzeczeni poziomem tego programu, również fantastycznego finału. Mam nadzieję, że w przyszłym roku spotkamy się w jeszcze większym gronie – mówi Grzegorz Ksepko, wiceprezes zarządu ds. korporacyjnych Energi SA.

Branża PR przechodzi rewolucję. To wpływ mediów społecznościowych i większej niż kiedykolwiek potrzeby wiarygodnej informacji

Branża PR przechodzi rewolucję. To wpływ mediów społecznościowych i większej niż kiedykolwiek potrzeby wiarygodnej informacji 2

Media społecznościowe stały się ważnym narzędziem budowania wizerunku, komunikacji z dziennikarzami i bezpośrednimi odbiorcami. Zmieniły one radykalnie krajobraz branży public relations, ale na rynku wciąż jest miejsce dla tradycyjnej prasy, radia i telewizji – uważają eksperci i przedstawiciele agencji PR z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Polski i USA, którzy wzięli udział w debacie „Komunikacja – trendy. Perspektywa międzynarodowa”. Do kluczowych trendów, które wpłyną na przyszłość branży, zaliczyli też wiarygodność przekazu i coraz mocniejszy nacisk na weryfikowanie źródeł informacji. 

– Tradycyjne media są wciąż bardzo ważnym kanałem dla naszych klientów, ale dynamicznie rośnie znaczenie mediów cyfrowych i serwisów społecznościowych. Dla większości naszych klientów nowe media cyfrowe są równie ważne, co tradycyjne. To oznacza wielkie wyzwania i zmiany w sposobie, w jakim pracujemy. Wcześniej pracowaliśmy bezpośrednio z dziennikarzami, czyli mieliśmy kontakty ze stosunkowo niewielką grupą odbiorców, którzy korzystali z naszego kontentu i publikowali informacje. Dziś, dzięki kanałom w mediach społecznościowych, trafiamy wprost do szerokiego grona odbiorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes James Kelliher, chief executive oficer agencji PR Whiteoaks International.

Media społecznościowe są dla PR-owców ważnym narzędziem pracy, budowania wizerunku, sposobem komunikacji z dziennikarzami i influencerami. Niemal żadna kampania PR nie obejdzie się już bez zaangażowania social mediów.

– Dziś PR nie może istnieć bez mediów społecznościowych, one stały się ważną częścią naszej oferty. Wyzwaniem dla nas, jako specjalistów od PR, jest dostosowanie się do zmian. Musimy być elastyczni, cały czas się uczyć i mieć pewność, że używamy najbardziej skutecznych narzędzi, dzięki którym nasi klienci mogą dotrzeć ze swoim przekazem do grup docelowych – podkreśla James Kelliher.

Maura FitzGerald, współzałożycielka i partner agencji Version 2.0 Communications podkreśla, że media społecznościowe pozwalają trafić z wybranym przekazem bezpośrednio do odbiorców, do liderów opinii i nawiązać z nimi dialog. To w radykalny sposób zmienia krajobraz branży public relations. Ocenia również, że PR i social media świetnie się uzupełniają, ale tradycyjne media, czyli prasa, radio i telewizja, wciąż docierają do szerokiego grona odbiorców i pozostają bardzo ważne dla pokazywania dłuższych, bardziej pogłębionych historii.

– Przedstawiciele PR-u muszą nie tylko rozumieć i śledzić to, co dzieje się w tradycyjnych mediach, lecz także być aktywni w mediach społecznościowych. Musimy zrozumieć Twittera, Facebooka czy LinkedIn, który staje się bardzo ważnym narzędziem dla naszych klientów, a także Instagrama, który w USA przebił popularnością Facebooka. Za 10–15 lat tradycyjne media, prasa, radio, telewizja wciąż będą istnieć, ale coraz więcej ludzi będzie korzystać z platform społecznościowych, by dotrzeć do innych ze swoim przekazem. Ludzie będą rozumieli to medium lepiej i będą w stanie wykorzystywać je w sposób bardziej efektywny – mówi Maura FitzGerald.

– Zawód profesjonalisty PR mocno się zmienia, my, jako ludzie, którzy doradzają organizacjom, musimy wiedzieć, co się dzieje, które z nowinek warto wypróbować, w którym kierunku warto pójść. Musimy być cały czas na topie, żeby wiedzieć, w jaki sposób to wykorzystać dla naszych działań PR. Również firmy są coraz bardziej chętne, aby wchodzić w nowe narzędzia, w innowacje. Widzą, że nie da się działać starymi sposobami. Mamy nowy rynek i nowe pokolenie, które komunikuje się w zupełnie inny sposób. Nie da się stosować starych narzędzi do nowej rzeczywistości i firmy to widzą – dodaje Dorota Sapija, dyrektor zarządzająca Omega Communication.

Dziś firma – nawet jeżeli nie jest obecna w mediach społecznościowych – powinna uważnie śledzić, kto i co o niej pisze w tym kanale. Co istotne, dzięki komunikacji związanej z mediami społecznościowymi, z bezpośrednim dotarciem do grup docelowych – obecnie PR, który przez wiele lat był utożsamiany wyłącznie z media relations, zyskał na znaczeniu i może realnie pełnić strategiczną funkcję w organizacjach.

– Powinniśmy dążyć do tego, żeby PR był uwzględniany w strategii firmy, w zarządzaniu reputacją. Reputacja zawsze była ważna dla firm, natomiast w tej chwili są one poddane dużo szerszej ocenie, dlatego że są oceniane przez klientów, przez wszystkie osoby, które mają kontakt z tą firmą. Te osoby mogą natychmiast przekazać swoją opinię za pomocą social mediów czy komunikatorów. To sprawia, że firmy powinny zdecydowanie bardziej dbać o swój wizerunek i o to, w jaki sposób zarządzają swoimi relacjami – już nie tylko z mediami, lecz także z pojedynczymi osobami. Wiadomo, że krytyczna opinia w social media, może być naprawdę bardzo bolesna dla ogólnego wizerunku firmy i dla biznesu – podkreśla Dorota Sapija.

Dyrektor Omega Communication ocenia, że obok wzrostu znaczenia mediów społecznościowych, ważnym trendem w branży PR będzie powrót do wiarygodności i do zaufanych źródeł informacji.

 – Ludzie zaczynają coraz mocniej weryfikować informacje, sprawdzać źródła, są coraz bardziej wyedukowani w tym, w jaki sposób korzystać ze źródeł cyfrowych, i to jest dobra wiadomość dla PR – podkreśla Dorota Sapija.

Media społecznościowe i trendy w branży PR były kluczowym tematem podczas ubiegłotygodniowej debaty „Komunikacja – trendy. Perspektywa międzynarodowa”, organizowanej przez WIN PR Group, w której wzięli udział przedstawiciele agencji PR z Wielkiej Brytanii, Niemiec, USA i Polski.

Polska w czołówce równouprawnienia na rynku pracy. Kluczową rolę w wyrównywaniu płac kobiet i mężczyzn pełnią start-upy

Polska w czołówce równouprawnienia na rynku pracy. Kluczową rolę w wyrównywaniu płac kobiet i mężczyzn pełnią start-upy 3

Kobiety zarabiają mniej na tych samych stanowiskach co mężczyźni, rzadziej zakładają własne firmy i rzadziej zasiadają na stanowiskach kierowniczych. To problem o charakterze ogólnoświatowym, z którym zmagają się największe światowe gospodarki. W Polsce, choć liczba kobiet na stanowiskach kierowniczych sięga 40 proc., to już ich zarobki są znacznie niższe niż mężczyzn. Wraz z popularyzacją i wzrostem znaczenia start-upów, kobietom łatwiej jest wejść na rynek pracy i zaistnieć nawet w tych branżach, które do niedawna uważane były za typowo męskie. Pomagają w tym licznie organizowane konkursy dla kobiecych start-upów oraz rosnąca liczba kobiet w roli aniołów biznesu.

– Obecność kobiet na rynku start-upów wciąż się zwiększa, chociaż nie w takim tempie, w jakim by mogła. Wciąż decydującym momentem do podjęcia wyzwania wśród kobiet jest wiek od 25 do 35 lat. Największą barierą, którą należy znieść, są nierówne szanse i możliwości w stosunku do mężczyzn, zwłaszcza w tym kluczowym okresie życia – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Luigi Amati, przewodniczący Business Angels Europe, podczas konferencji InfoShare 2018 w Gdańsku.

Z problemem nierówności na rynku w dość radykalny sposób postanowiły się uporać władze Islandii. Od początku roku w tym kraju obowiązuje ustawa zabraniająca jakiejkolwiek dyskryminacji pracowników, w tym m.in. ze względu na płeć. Firmy zatrudniające ponad 25 pracowników mają obowiązek dostarczać dokumenty potwierdzające, że kobiety i mężczyźni pracujący na tych samych stanowiskach mają równe płace. Jeśli w ramach audytu okaże się, że firma nie ma stosownego certyfikatu, zostanie obciążona wysoką grzywną.

Przykładem kobiecego start-upu w polskich realiach jest Geek Girls Carrots założony przez Kamilę Sidor. Firma zachęca kobiety do nauki programowania i pomaga im w znalezieniu pracy w branży IT, która od lat jest zdominowana przez mężczyzn. Geek Girls Carrots organizuje konferencje, prowadzi szkolenia i pomaga w znalezieniu pracy.

– Istnieje wiele start-upów, którymi kierują kobiety, odnosząc sukcesy. To jest coraz bardziej widoczny trend. Im więcej kobiet zacznie działać w charakterze aniołów biznesu, tym więcej inwestycji będzie kierowanych do firm zarządzanych przez kobiety. Nie chcę przez to powiedzieć, że mężczyźni jako anioły biznesu inwestują wyłącznie w firmy prowadzone przez mężczyzn, jednak da się tu zauważyć pewną tendencję – zaznacza ekspert.

Na polskim rynku mamy sporo dowodów na to, że kobiety mogą odnieść start-upowy sukces. Kinga Kośnik założyła prawdopodobnie najbardziej kobiecy start-up, Love The Dress, i udowodniła, że z wypożyczania luksusowych sukienek można zrobić intratny biznes. Równie ciekawie prezentuje się projekt yosh.ai prowadzony przez Kasię Dorsey, który został wyróżniony w warszawskim półfinale Women Startup Competition. Start-up, nazywany przez pomysłodawców „Siri dla mody”, wykorzystuje sztuczną inteligencję, aby podsunąć klientom sklepów internetowych te produkty, które najlepiej wpisują się w ich gusta.

W branży pojawia się także coraz więcej konkursów skierowanych właśnie do kobiet. Pod koniec minionego roku wystartował projekt Cross European Union Women Business Angels. Inicjatywa ma za zadanie połączyć kobiece anioły biznesu z kobietami rozpoczynającymi swoją biznesową karierę, skierowana jest do założycielek start-upów oraz początkujących menadżerek. Długofalowym celem przedsięwzięcia będzie stworzenie społeczności młodych bizneswoman, które będą wspierały się i wymieniały zdobytą wiedzą.

Business Angels Europe wraz z niemiecką organizacją BAND 18 czerwca 2018 roku w Hamburgu przyzna nagrody Golden Aurora dla kobiet będących aniołami biznesu. Nagrody trafią do kobiet, które odnoszą największe sukcesy w kierowaniu wyróżniającymi się start-upami.

– Kolejny projekt, który prowadzimy, nosi tytuł „Kobiety-anioły biznesu dla przedsiębiorców” (WA4E – przyp. red.). Postanowiliśmy wesprzeć inwestycje z udziałem aniołów, zwłaszcza wśród kobiet, ponieważ jak wskazują statystyki, odsetek kobiet w gronie aktywnych aniołów biznesu wynosi niecałe 10 proc., tymczasem około połowę grupy najzamożniejszych mieszkańców Europy stanowią kobiety. Widać zatem, że kobiety, które są aniołami biznesu, mają ogromny potencjał i my chcemy go wspierać, i mamy także wsparcie Parlamentu Europejskiego – zauważa Luigi Amati.

Brytyjski dziennik „The Economist” co roku publikuje indeks szklanego sufitu, czyli ranking państw określający stopień równouprawnienia kobiet na rynku pracy. W Polsce 40 proc. stanowisk kierowniczych jest obsadzonych przez kobiety, co daje nam czwartą pozycję w rankingu za Stanami Zjednoczonymi, Islandią i Węgrami.

Mimo tego dysproporcje w zarobkach względem płci wciąż są duże. Zgodnie z Ogólnopolskim Badaniem Wynagrodzeń kobiety w 2017 roku zarabiały o 19 proc. mniej niż mężczyźni zajmujący te same stanowiska. Co więcej, 70 proc. przedsiębiorców nie planuje wprowadzić programów niwelujących różnice płacowe ze względu na płeć pracownika.

Krótkowzroczność może mieć już co drugie dziecko. Niekorygowana powoduje problemy w nauce

Krótkowzroczność może mieć już co drugie dziecko. Niekorygowana powoduje problemy w nauce 4

Wzrok to najważniejszy ze zmysłów, którymi dzieci poznają świat. Maluchy rzadko skarżą się na upośledzenie widzenia, nie powoduje ono bowiem bólu, dzieci nie wiedzą też, jak powinny widzieć prawidłowo. Rodzice często zaniedbują jednak kontrolne wizyty u okulisty. Tymczasem niekorygowane wady wzroku, głównie krótkowzroczność, obniżają sprawność ruchową, przyczyniają się do problemów w nauce, a w efekcie spadku poczucia własnej wartości.

Upośledzenie widzenia to problem dotykający ponad połowę polskich dzieci. Do najczęściej występujących wad wzroku należy astygmatyzm, zez oraz krótkowzroczność. Ta ostatnia wada powstaje na skutek czynników genetycznych, może się jednak rozwinąć również w wyniku patrzenia z bliska np. na ekran komputera czy smartfona, a także intensywnego wzrostu dziecka, zwłaszcza w okresie 4–6 lat oraz 8–14 lat. Nie ma możliwości zatrzymania rozwoju wad wzroku, możliwe jest jednak ich korygowanie i zmniejszenie dyskomfortu widzenia u dziecka, dlatego nawet najmłodsze maluchy powinny być objęte kontrolą lekarską.

– Dzieci nie wiedzą, jak mogą doskonale widzieć, i nie potrafią nam tego opowiedzieć, to my musimy być czujni i zwracać uwagę na pierwsze objawy, które możemy zauważyć u dziecka od pierwszych miesięcy. Na co powinniśmy zwrócić uwagę, np. mrużenie oczu, zmęczenie oczu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. med. Anna Maria Ambroziak, specjalista chorób oczu w Instytucie Oka.

Niekorygowane wady wzroku powodują duży dyskomfort w codziennym życiu oraz mogą być przyczyną kłopotów w nauce i nieprawidłowego rozwoju fizycznego. Słabiej widzący uczeń będzie miał problemy zarówno z nauką czytania, jak i z odnalezieniem się na zajęciach WF, jego sprawność motoryczna będzie bowiem znacznie obniżona. Może to niekorzystnie odbić się na rozwoju emocjonalnym dziecka, zaważyć na jego poczuciu własnej wartości i pewności siebie. Ponadto nieskorygowane odpowiednio wcześniej wady wzroku zwiększają ryzyko zachorowań na poważne choroby oczu, takie jak jaskra czy AMD w wieku dorosłym.

– Wada wzroku może sprawiać, że dziecko jest mniej sprawne ruchowo niż mogłoby być, cieszy się gorszą opinią w swoim otoczeniu, i dorośli, i rówieśnicy, uważają je za mniej bystre, mniej sprawne niż jest naprawdę. W dziecku stopniowo utrwala się niskie poczucie własnej wartości. To straszne kule u nogi na dalsze życie – mówi dr Aleksandra Piotrowska, psycholog dziecięcy, Uniwersytet Warszawski.

Na zahamowanie pogłębiania się krótkowzroczności można wpłynąć, dbając o regularną przerwę w pracy oczu. Warto nauczyć dziecko, by po każdej godzinie lekcyjnej wykonywało proste ćwiczenie, polegające np. na patrzeniu w dal. Maluchy powinny też przynajmniej godzinę dziennie spędzać w naturalnym oświetleniu. Aby wykryć wadę wzroku na wczesnym etapie rozwoju, należy regularnie badać wzrok dziecka, zwłaszcza jeśli rodzice sami cierpią z powodu krótkowzroczności.

– Chciałabym, żeby pojawiły się jakiekolwiek badania przesiewowe, żebyśmy wiedzieli, że nasze dzieci należy badać w 6. miesiącu życia, nawet jak są zdrowe, w 1. roku życia, a później regularnie co rok, 2 lata. Jeżeli dziecko ma krótkowzroczność, musimy pamiętać, że czasami badanie i dopasowanie pełnej korekcji będzie konieczne raz na sześć miesięcy w okresie intensywnego wzrostu – mówi dr Anna Maria Ambroziak.

Wad wzroku nie należy korygować samodzielnie, o konieczności korekcji oraz wyborze soczewek powinien decydować wyłącznie lekarz specjalista. Dobierając okulary dla malucha, warto się kierować kilkoma parametrami, m.in. jakością i trwałością materiału, z jakiego oprawki i soczewki zostały wykonane. W przypadku dzieci, często pozostających w ruchu, jest to niezwykle istotny czynnik. Równie ważna jest waga, grubość i przezierność soczewki, im lżejsze okulary, tym dłużej i chętniej dziecko będzie je nosiło.

– W przypadku korekcji wzroku u najmłodszych pacjentów warto zwrócić szczególną uwagę na odpowiednią trwałość i odporność okularów na uszkodzenia, na które są one znacznie bardziej narażone w przypadku dzieci niż osób dorosłych. Trwałe okulary zapewniają zarówno komfort, jak i bezpieczeństwo w trakcie zabaw oraz wzmożonej aktywności fizycznej, które są nieodzownymi elementami w zachowaniu dzieci. Kolejną kwestią, którą warto rozważyć w doborze okularów dla tej grupy wiekowej, jest kolorystyka i atrakcyjność samych opraw okularowych. Wiadomo, że dzieci chętniej będą nosiły okulary, jeśli podobają się one im i rówieśnikom – mówi dr n. biol. Robert Grabowski, dyrektor medyczny Vision Express.

W przypadku najmłodszych dobrze sprawdzają się oprawki wykonane z tworzyw sztucznych, a nie metalu. Są lżejsze, bardziej trwałe, kolorowe oraz elastyczne, nie przeszkadzają więc w zabawie lub aktywności fizycznej. Dobrze dobrane okulary muszą idealnie pasować rozmiarem, a więc nie zsuwać się z nosa, nie uciskać skóry oraz utrzymywać tarczę blisko oczu, tak aby dziecko nie zerkało ponad oprawkami – może to pogarszać efekty korekcji oraz powodować dyskomfort malucha. Warto też pamiętać o tym, że dzieci, podobnie jak dorośli, powinny nosić okulary przeciwsłoneczne, zwłaszcza latem.

– Dobór odpowiednich okularów przeciwsłonecznych jest bardzo istotny. Pamiętajmy, żeby zapewnić soczewki, które mają odpowiednie i skuteczne filtry ograniczające wpływ szkodliwego promieniowania UVA i UVB. Pamiętajmy ponadto o możliwości zastosowania soczewek mających filtr polaryzacyjny, który na pewno poprawi kontrast, ostrość i jakość widzenia u najmłodszych pacjentów – mówi dr Robert Grabowski.

Tego rodzaju okulary, podobnie jak korekcyjne, powinny być kupowane wyłącznie w specjalistycznych placówkach. Modele dostępne w drogeriach lub na bazarach nie zapewniają bowiem właściwej ochrony przed promieniowaniem słonecznym. Z badań wynika jednak, że tylko 20 proc. klientów kupuje okulary przeciwsłonecznych w odpowiednich placówkach.

Marki odzieżowe stawiają na nowe technologie. Dzięki inteligentnym przymierzalniom czy elektronicznym metkom sprzedaż ubrań może znacząco wzrosnąć

Marki odzieżowe stawiają na nowe technologie. Dzięki inteligentnym przymierzalniom czy elektronicznym metkom sprzedaż ubrań może znacząco wzrosnąć 5

Trwa rewolucja technologiczna w odzieżowych sklepach stacjonarnych. Wprowadzane przez firmę LPP nowe technologie do handlu, w tym testowane właśnie radiowe metki elektroniczne, mają skuteczniej dopasowywać asortyment do oczekiwań klientów. Z kolei inteligentne przymierzalnie pomogą klientom w doborze strojów i dodatków. Tradycyjny handel zmieni się więc w spersonalizowany marketing i sprzedaż omnichannel, w której nie ma podziału na sklepy stacjonarne i online. 

– Jesteśmy po rewolucji e-commerce’owej, która zmieniła naszą branżę i nasze doświadczenia oraz chwilę przed rewolucją technologiczną, która nastąpi w sklepach stacjonarnych. Fashion tech to określenie na wszystkie technologie używane w sklepach i w handlu online, które pomagają sprzedawać odzież i dopasowywać asortyment do oczekiwań klientów. Dzisiejsze technologie pozwalają na personalizowanie preferencji klientów, ale również digitalizację odzieży, lepszą jej prezentację na stronie internetowej czy skuteczniejsze zatowarowanie naszych salonów, zbieżne z oczekiwaniami naszych klientów –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Kujawa, wiceprezes zarządu LPP.

W czasach, gdy konsumenci mają wiele możliwości wyboru, nowe technologie mogą pomóc markom i sprzedawcom detalicznym w osiągnięciu efektywności biznesowej oraz poprawie oferty. To istotne, zwłaszcza w erze e-commerce, gdzie zakupy są proste, szybkie, a dzięki personalizacji na stronie prezentowane są te rzeczy, które z dużym prawdopodobieństwem trafią w gust klienta. Sklepy stacjonarne, by móc być równie skutecznymi, muszą postawić na nowe technologie.

– Musimy wdrożyć takie technologie, które pozwalają nam zasypać przepaść pomiędzy e-commerce a siecią stacjonarną. E-commerce dostarcza nam mnóstwo danych analitycznych. Możemy dzięki temu monitorować, co robi nasz klient, jakie produkty ogląda, jak często odwiedza naszą stronę, co kupuje. Nasza firma stawia na technologie, które pozwalają nam taką samą analitykę zastosować w naszych salonach – wskazuje Jacek Kujawa.

Firmy modowe, które skutecznie wdrażają odpowiednie technologie, będą mogły zwiększyć swoją przewagę konkurencyjną m.in. poprzez personalizację produktów, zapewnienie nowych doświadczeń zakupowych klientom oraz udoskonalanie procesów logistycznych. Im większa wiedza o klientach, tym większe prawdopodobieństwo przeprowadzenia odpowiednich działań marketingowych. Ponad 60 proc. klientów może zmienić swoje decyzje zakupowe dzięki spersonalizowanemu marketingowi (badania Millward Brown).

– Używamy takich technologii jak mapy ciepła, które pozwalają analizować zachowanie klienta, a przez to optymalizować układ sklepu i dostosowywać go do zaobserwowanych preferencji. Potrafią także zidentyfikować wiek oraz płeć naszych odbiorców. Najnowszą technologią, nad którą pracujemy, jest RFID, czyli radiowa metka elektroniczna, która z odległości kilku metrów pozwala nam zidentyfikować ubranie – wymienia wiceprezes LPP.

Platformy online, jak Amazon czy Zalando, wykorzystują możliwości, jakie daje sztuczna inteligencja, aby pomóc w uzyskaniu precyzyjnych wyników wyszukiwania produktów. Dzięki temu wyświetlane wirtualne witryny sklepowe są dostosowane do indywidualnych klientów, w oparciu o ich unikalne preferencje. W sklepach stacjonarnych podobne możliwości dają nowe technologie – pozwalają sprawdzić, jakim towarem zainteresowany jest dany klient, jaka ekspozycja przyciągnęła jego uwagę, co bierze do przymierzalni, a co z tego kupuje.

– W przyszłości planujemy uruchamiać inteligentne przymierzalnie, czyli metaforę strony internetowej. Przymierzalnia rozumie, kto do niej wchodzi, co wnosi i zaczyna podpowiadać: „z tą sukienką najlepiej komponuje się ten sweter, te szpilki, przymierz je”. Jeżeli nie pasuje rozmiar, wskaże, jakie inne rozmiary dostępne są w danym sklepie. Wówczas klient poprzez naciśnięcie przycisku będzie mógł przywołać sprzedawcę, który dostarczy mu pożądany towar. To są technologie, które kiedyś były dostępne w e-commerce. Cała rewolucja fashion tech dąży do tego, żeby wyrównać szanse pomiędzy handlem w internecie a handlem w sieci stacjonarnej – podkreśla Kujawa.

Nowe technologie pozwalają także lepiej zarządzać asortymentem. Dzięki dokładnej analizie sprzedaży, LPP do każdego sklepu dobiera odpowiedni towar. To zaś przekłada się na większy koszyk zakupowy i wyższy zysk. Firma stawia też na wielokanałowość (omnichannel), która zwiększa satysfakcję klienta – w przypadku braku danej rzeczy w sklepie stacjonarnym klient może od razu zamówić ją z e-sklepu lub produkt zakupiony online zwrócić lub wymienić w jednym z 1 700 salonów.

– W salonach mamy 6 000 smartfonów, na których mobilna aplikacja pozwala nam monitorować stan towaru i nim zarządzać, a przy tym szybciej dostarczyć klientowi informacje, o które prosi. Strategią naszej firmy jest wykorzystanie wielu kanałów – dzięki podejściu omnichannel jesteśmy w stanie dać naszym klientom więcej możliwości. Klienci w sklepach mogą obejrzeć towar. Jeżeli go nie ma, możemy dzięki aplikacji bardzo łatwo skierować ich do sklepu internetowego, zamówić towar. Dzięki temu powiększamy nasze magazyny salonowe o to, co jest w internecie – relacjonuje Piotr Zyziuk, eneterprise architect w LPP.

Takie rozwiązanie zmniejszy ryzyko, że klient poszuka niedostępnego towaru w konkurencyjnej sieci. Nowe technologie i lepiej dopasowana dzięki nim oferta sprawiają, że klienci chętniej wracają do danego sklepu.

– Inwestujemy w sprzęt, budowę infrastruktury. Dodatkowo kupujemy np. drukarki mobilne do drukowania etykiet i smartfony, na których możemy uruchamiać aplikację. Okazuje się, że koszty budowy infrastruktury Wi-Fi i zakupu sprzętu są niższe w porównaniu do korzyści, jakie mamy poprzez lepsze zarządzanie towarem. Jesteśmy w stanie lepiej alokować produkty do naszych sklepów i dopasować asortyment do oczekiwań naszych klientów, zwiększając przy tym skuteczność sprzedaży – podkreśla Piotr Zyziuk.

Polska branża kosmiczna rośnie w siłę. W Polsce powstaną podzespoły do satelitów i statków kosmicznych

Jeszcze do niedawna o przemyśle kosmicznym w Polsce mówiło się z przymrużeniem oka. Obecnie sektor ten jest dla polskiego przemysłu zupełnie realny – ocenia Bartłomiej Płonka, prezes Śląskiego Centrum Naukowo-Technologicznego Przemysłu Lotniczego. Polskie firmy są coraz bardziej aktywne w branży kosmicznej, a opracowywane przez nie technologie wykorzystują światowi giganci. W Polsce powstaną m.in. podzespoły do satelitów i statków kosmicznych. Zakłada to umowa podpisana przez Śląskie Centrum Naukowo-Technologiczne Przemysłu Lotniczego z Thales Alenia Space, światowym liderem technologii kosmicznych.

Śląskie Centrum Naukowo Technologiczne Przemysłu Lotniczego (SCNTPL) podpisało umowę partnerską z Thales Alenia Space, czyli światowym liderem technologii kosmicznych. Współpraca trwała już kilka lat, umowa jest jej zwieńczeniem i zakłada m.in., że w Polsce będą budowane podzespoły do satelitów i statków kosmicznych.

– Umowa ma kilka wymiarów. Po pierwsze, transfer istniejących technologii strukturalnych z Francji do Polski. Będziemy również rozwijać produkcję w Polsce pod marką SCNTPL. I, co najważniejsze, będziemy wspólnie pracować nad rozwojem przyszłych technologii strukturalnych. Wraz z umową strategiczną podpisaliśmy pierwsze zamówienie na pierwsze elementy struktur satelitarnych, które będą na orbicie okołoziemskiej już w przyszłym roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jean-Loic Galle, prezes zarządu Thales Alenia Space.

SCNTPL i TAS zaplanowały rozwijać wspólne inicjatywy, które mają na celu badanie, rozwój i produkcję konstrukcji satelitarnych.

– Polska ma dużą determinację, by rozwijać przemysł kosmiczny. Chce być częścią europejskiej wspólnoty kosmicznej. Europejska Agencja Kosmiczna podjęła inicjatywę skierowaną do nowych państw członkowskich i Polska jest jej częścią. Po drugie, Polska ma bardzo utalentowanych inżynierów, jest również bardzo konkurencyjna, jeżeli chodzi o rozwój i produkcję części mechanicznych dla satelitów – tłumaczy Jean-Loic Galle.

Eksperci podkreślają, że polskie firmy coraz częściej zostają wykonawcami elementów urządzeń wykorzystywanych w misjach kosmicznych. Taka umowa, jak ta podpisana przez TAS z SCNTPL, to szansa na rozwój dla wielu polskich firm.

– Do niedawna o przemyśle kosmicznym w Polsce mówiło się z przymrużeniem oka. Podpisanie umowy świadczy o tym, że ten sektor jest dla polskiego przemysłu zupełnie realny i do osiągnięcia. To dla nas wyzwanie, ale też krok milowy w rozwoju firmy i naszych kompetencji – ocenia Bartłomiej Płonka. –Współpracujemy nie tylko z Thales Alenia Space, lecz także zapraszamy do tej bilateralnej współpracy innych polskich przedsiębiorców czy instytucje naukowe i kooperujemy razem, żeby opracować nowoczesne materiały dla lotnictwa i przemysłu kosmicznego.

W Polsce przemysł kosmiczny dynamicznie rośnie od momentu przystąpienia do Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) w 2012 roku. Krajowe firmy otrzymały od tego czasu finansowanie w wysokości kilkudziesięciu milionów euro, co stanowiło silny impuls do rozwoju. Polski sektor kosmiczny rośnie w siłę. Jeszcze dwa lata temu na rynku istniało blisko 30 firm, które same identyfikowały się z branżą kosmiczną. Obecnie jest ich już ponad 300, a tylko w ubiegłym roku Polacy złożyli skutecznie ponad 171 aplikacji do Europejskiej Agencji Kosmicznej.

Polscy naukowcy są też coraz bardziej aktywni. Ostatnim sukcesem polskiego przemysłu był udział w misji NASA InSight gdzie firma Astronika zbudowała unikatowe urządzenie w skali światowej do penetracji powierzchni Marsa – Kret HP3.

– Polska jest nowym graczem na rynku kosmicznym, więc doświadczenie lokalnych firm nie jest zbyt duże. Minie sporo czasu, zanim jakaś polska firma będzie w stanie samodzielnie zbudować satelitę. Jesteście na początku długiej drogi, ale jestem przekonany, że polskie firmy uczą się bardzo szybko i będą w stanie uczestniczyć w programie europejskim, skierowanym zarówno do klientów instytucjonalnych, jak i komercyjnych. Mogą się – tak jak SCNTPL – również stać częścią globalnego łańcucha dostaw dla takiej firmy jak Thales Alenia – wskazuje Jean-Loic Galle.

Mimo dynamicznego rozwoju sektora kosmicznego Polska wciąż przeznacza na niego bardzo niewiele – około 0,01 proc. PKB. Dla porównania w Stanach Zjednoczonych i Rosji jest to ok. 0,25 proc. PKB. Powoli zaczyna się to jednak zmieniać, głównie dzięki przyjętej Polskiej Strategii Kosmicznej. Dokument zakłada, że do 2030 roku obroty rodzimych firm z tego sektora mają wynosić co najmniej 3 proc. ogólnych obrotów całej tej branży w Europie. Rodzime firmy mają być bardziej konkurencyjne i w większym stopniu uczestniczyć w programach kosmicznych.

– Przychodzą lepsze czasy, a w Polsce tym bardziej, ponieważ znamy strategię odpowiedzialnego rozwoju premiera Morawieckiego, już funkcjonuje strategia dla polskiego sektora kosmicznego, jest opracowywany specjalny polski program dla sektora, więc myślę, że to wszystko ma na celu, żeby wspierać ten sektor – przekonuje Bartłomiej Płonka.

Mocny dolar nadal ciąży walutom z koszyka EM

W ostatnich dniach głównym czynnikiem osłabiającym popyt na bardziej ryzykowne aktywa jest sytuacja we Włoszech, gdzie brak zdolności uformowania rządu (przy narastającym konflikcie z prezydentem) może skutkować przyspieszonymi wyborami parlamentarnymi (prasa włoska spekuluje, że mogą one przypaść na wrzesień). Te zaś mogłyby pokazać jak Włosi widzą swoje miejsce w EZ, bowiem przebiegałyby zapewne pod znakiem pozostania bądź opuszczenia przez kraj strefy euro. Zamieszanie wokół trzeciej gospodarki krajów wspólnoty, gdzie do głosu dochodzą eurosceptycy, budzi niepokój o ewentualne opuszczenie strefy euro przez Włochy. Na tę chwilę Włosi są podzieleni, czy chcą korzystać ze wspólnej waluty. Ich poparcie dla tego projektu to tylko 45% i jest ono najniższe wśród wszystkich krajów według badania Komisji Europejskiej z grudnia ub.r. Na rynku widać więc podwyższoną awersję do ryzyka, która negatywnie wpływa na waluty EM oraz ciąży europejskim giełdom.

Dolara względem euro wspiera ponadto polityka pieniężna prowadzona przez amerykańską Rezerwę Federalną, która mocno kontrastuje z postawą EBC. Gospodarka strefy euro wyhamowała wzrost i to jeszcze przed ujawnieniem się politycznych problemów Włoch. Jak pokazały ostatnie publikacje zbiorczy indeks PMI aktywności gospodarczej dla strefy euro spadł do poziomu najniższego od 1,5 roku, zaś dla Niemiec okazał się najsłabszy od 20 miesięcy. Tymczasem Fed, przy rozwijającej się w przyzwoitym tempie gospodarce najprawdopodobniej podniesie w tym roku koszt pieniądza jeszcze co najmniej dwa razy, co fundamentalnie tłumaczy siłę dolara względem głównych walut.

Najprawdopodobniej walutę naszą „chronią” oczekiwania na wyższe odczyty inflacyjne z Polski. Rynek spodziewa się, że środowe dane pokażą wzrost indeksu CPI o blisko 2,0% r/r z 1,6% miesiąc wcześniej. W ocenie ekonomistów majowy wynik będą pchały w górę nieuwzględnione w odczycie inflacji za kwiecień rosnące cen ropy naftowej na świecie (80 USD za baryłkę Brent) oraz słaby złoty. Choć majowe (wstępne) dane inflacyjne zapewne nie będą wystarczające, aby RPP zaostrzyła swoje mocno gołębie nastawienie w polityce monetarnej, to jednak stanowić mogą wsparcie dla złotego, choć zapewne krótkotrwałe.

Wykres dnia: Rosnąca na świecie awersja do ryzyka nasila popyt na bezpieczne aktywa. Poniżej rynkowy indeks „strachu” VIX na tle umacniającego się franka szwajcarskiego do euro (linia niebieska, p.oś, odwr.).

Rosnąca na świecie awersja do ryzyka nasila popyt na bezpieczne aktywa
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski

Szwecja oskarża uchodźcę z Tybetu o szpiegostwo dla Chin

Szwedzkie władze oskarżyły 49-letniego Dorjee Gyantsana, podającego się za sympatyka niepodległości Tybetu, o szpiegowanie tybetańskich uchodźców na rzecz chińskiego rządu. Mężczyzna uczestniczył w spotkaniach poświęconych niepodległości Tybetu, a podczas wizyty Dalajlamy w Norwegii zgłosił się do radiostacji Głos Tybetu, oferując swoją pomoc.

Według aktu oskarżenia Gyantsan, który pochodzi z Tybetu, a mieszka na przedmieściach Sztokholmu, gromadził informacje o sytuacji życiowej, relacjach rodzinnych i spotkaniach tybetańskich uchodźców i dysydentów. Następnie przekazywał te dane chińskim służbom m.in. na spotkaniach w Polsce i Finlandii. Gyantsan przybył do Szwecji jako uchodźca w 2002 r., mieszkał przez pierwsze pięć lat w środkowej Szwecji, a następnie przeprowadził się do Sztokholmu, gdzie został przyjęty do społeczności tybetańskiej.

Adwokat Gyantsana poinformował, iż jego klient zaprzecza oskarżeniom. Prokurator państwowy Mats Ljungqvist stwierdził zaś w rozmowie z „Dagens Nyheter”, że jest to klasyczny przykład szpiegostwa wśród uchodźców.

Na podstawie aktu oskarżenia, złożonego w sądzie okręgowym w południowym Sztokholmie, Gyantsanowi zarzuca się szpiegostwo w okresie od lipca 2015 r. do lutego 2017 r. oraz przyjęcie przynajmniej raz gotówki jako wynagrodzenia – w wysokości 6000 USD, przekazanej w opakowaniu na lekarstwa.

Gyantsan został aresztowany w lutym 2017 r., ale zwolniono go po kilku tygodniach. Grozi mu kara do 4 lat więzienia. Szwedzka służba bezpieczeństwa SAPO inwigilowała go od 2010 r.

Przewodnicząca liczącej 140 osób wspólnoty tybetańskiej w Szwecji, Jamyang Choedon, powiedziała, że była zszokowana informacją, że potężna KPCh jest zainteresowana tak małą grupą Tybetańczyków w Szwecji.

Ostatni tego rodzaju przypadek szpiegostwa odnotowano w Szwecji w 2009 r., kiedy sąd skazał szwedzkiego obywatela ujgurskiego pochodzenia na 16 miesięcy więzienia za zbieranie informacji o swoich byłych rodakach w Szwecji, Norwegii, Niemczech i Stanach Zjednoczonych na rzecz chińskiej służby wywiadowczej.

Źródło: „The New York Times” z 12.04.2018 r. (na podstawie publikacji „Dagens Nyheter” i „Aftonbladet”).

Szef niemieckiego Urzędu Ochrony Konstytucji ostrzega przed chińskimi inwestycjami

Szef niemieckiego Urzędu Ochrony Konstytucji, służby bezpieczeństwa i kontrwywiadu Hans Georg Maassen na spotkaniu z dziennikarzami ostrzegł przed ryzykiem, jakie dla bezpieczeństwa niosą chińskie bezpośrednie inwestycje w sektor wysokich technologii w Niemczech i ogólnie w Europie.

Poinformował, że jego agencja zauważyła korelację między chińskimi cyberatakami a przejęciem niemieckich firm technologicznych przez chińskie firmy. Niemieccy kontrwywiadowcy byli zdezorientowani, kiedy odnotowali redukcję chińskich działań cyberprzestępczych w 2016 r. Zorientowali się jednak szybko, że te operacje zostały zastąpione przez „legalne metody” – takie jak bezpośrednie przejęcia niemieckich firm high-tech przez podmioty chińskie. Powodem tych przejęć było uzyskanie dostępu do niemieckiego know-how.

Jego zdaniem szpiegostwo przemysłowe w cyberprzestrzeni nie jest już potrzebne, bowiem jedna strona może wykorzystywać liberalne regulacje ekonomiczne, aby zakupić firmy, a następnie przystąpić do ich „wypatroszenia”, swoistej „kanibalizacji” i uzyskać w ten sposób dostęp do know-how. Zauważył, iż Niemcy nie sprzeciwiają się inwestycjom zagranicznym i wolnemu przepływowi kapitału, łącznie z chińskim.

Dodał jednak, że pewne bezpośrednie inwestycje w określone technologie mogą zagrozić bezpieczeństwu wewnętrznemu. Maassen wymienił kilka przykładów, w tym przejęcie niemieckiej firmy Kuka zajmującej się robotyką przez chińskiego inwestora w 2016 r. Ponadto w ciągu ostatnich kilku miesięcy chińskie firmy podjęły próbę zakupu udziałów operatora niemieckiej sieci energetycznej 50 Hertz, producenta samochodów Daimlera i Cotesa, niemieckiego producenta z branży lotniczej.

Maassen ujawnił, iż Niemcy, Francja i Włochy naciskają na Brukselę, aby zaktualizowała i zmodernizowała swoje procedury kontroli zagranicznych przejęć tych firm, które zajmują się produkcją i sprzedażą „wrażliwych technologii”. Nowy unijny mechanizm kontroli powinien funkcjonować z końcem 2018 r.

Źródło: intelNews.org z 12.04.2018 r.

Były dyrektor CIA ujawnia, iż armia USA w Syrii zabiła 200 Rosjan

Były dyrektor CIA Mike Pompeo, który niedawno został mianowany sekretarzem stanu USA, potwierdził dane z raportu z lutego 2018 r., iż wojska USA zabiły w Syrii ponad 200 żołnierzy rosyjskich. Według źródeł Pentagonu do starcia zbrojnego doszło 7 lutego 2018 r., kiedy 500 żołnierzy reżimu Asada przekroczyło Eufrat i weszło na terytorium syryjskie kontrolowane przez Kurdów na północny zachód regionu Deir al-Zour. Kurdowie zostali wsparci przez żołnierzy USA, artylerię i myśliwce, które wykonały uderzania na wojska syryjskie. Amerykanie oceniają, że śmierć poniosło ok. 100 żołnierzy, a 200–300 zostało rannych. Później liczba ta wzrosła do kilkuset zabitych.

Na konferencji prasowej, która miała miejsce tuż po starciach, sekretarz obrony James Mattis odmówił komentarza, ponieważ strona amerykańska prowadziła z Rosjanami rozmowy na temat tego, co się wydarzyło.

Jednak 12 kwietnia 2018 r. M. Pompeo, na przesłuchaniu przed komisją senacką jako kandydat na sekretarza stanu, potwierdził, iż Rosjanie w regionie Deir al-Zour stracili kilkuset żołnierzy. Oświadczył, iż administracja Trumpa podtrzymuje twardą linię wobec Rosji.

Nawiązując do wydalenia 60 rosyjskich dyplomatów ze Stanów Zjednoczonych, które ostatnio miało miejsce, Pompeo stwierdził, że „w Syrii kilka tygodni temu Rosjanie spotkali swój miecz. Zginęło kilkuset Rosjan”.

Komentarz Pompeo został odebrany przez media jako potwierdzenie przez wysokiego rangą urzędnika rządu USA incydentu w Deir al-Zour, który dotychczas pozostawał tajemnicą. Pompeo powiedział też m.in., że Kreml „jeszcze nie otrzymał pełnego przesłania o determinacji USA, by zablokować agresję Rosji. Musimy dalej nad tym pracować”.

Źródło: intelNews.org z 13.04.2018 r.

Aktywność szpiegowska Rosji zmusza USA do zatrudniania emerytowanych rosyjskich oficerów wywiadu

Reporter Jeff Stein w artykule opublikowanym w magazynie „Newsweek” stwierdza, iż wzrost aktywności rosyjskich służb wywiadowczych na terenie USA zmusił amerykańskie agencje wywiadowcze do ponownego zatrudniania emerytowanych rosyjskich specjalistów, którzy w różnych okresach przeszli na stronę Amerykanów. Jego zdaniem po zatruciu Siergieja Skripala w Wielkiej Brytanii rosyjscy uciekinierzy mieszkający w USA z niepokojem myślą o swoim bezpieczeństwie osobistym.

Nie podając jego danych, Stein zacytował jednego z takich uciekinierów, który utrzymuje, iż rosyjskim służbom byłoby łatwo odnaleźć Rosjan w USA, gdyby były naprawdę zdeterminowane. Zwykle służy im do tego śledzenie e-maili, SMS-ów lub rozmów telefonicznych do znajomych lub krewnych w Rosji. Niekiedy członkowie rodzin uciekinierów mogą być śledzeni przez wywiad rosyjski podczas wizyty w USA.

To samo źródło ujawniło, że aktywność rosyjskiego wywiadu została odnotowana przez amerykański kontrwywiad nadzorujący dzielnice, w których przebywają rosyjscy uciekinierzy. Aby stawić czoła „wzrostowi aktywności rosyjskiej w ciągu ostatnich dwóch lat”, FBI i CIA ponownie zatrudniają emerytowanych specjalistów rosyjskich oraz oficerów specjalizujących się w problematyce Rosji. Emerytowani oficerowie CIA, z którymi rozmawiał Stein, nie wykluczyli, iż rosyjski wywiad przeprowadzi „mokre operacje” na amerykańskim terenie.

CIA i FBI, poproszone o komentarz w tej sprawie, odmówiły odpowiedzi.

Źródło: „Newsweek” z 1.04.2018 r.

Od pierwszych szkiców Toyoty FT-1 do nowej Supry

Kilka lat temu Kevin Hunter i jego zespół ze studia Calty Design Research dla rozrywki narysowali kilka szkiców. Był to skromny początek jednego z najbardziej ekscytujących samochodów Toyoty ostatnich lat – konceptu FT-1, który szybko awansował do roli auta zapowiadającego powrót legendarnej Supry.

Kevin Hunter niedawno odwiedził Australię i w wywiadzie dla portalu motoring.com.au opowiedział więcej o początkach wciąż oczekiwanej, nowej Supry. Wraz z zespołem Calty Design Research narysowali je dla przyjemności, jednak kiedy już powstały, nie można było ich tak po prostu schować do szuflady.

Toyota FT-1 – entuzjazm od pierwszego wejrzenia

Szkice szybko zaczęły żyć własnym życiem – zainspirowały władze Toyoty do stworzenia koncepcyjnego supersamochodu FT-1, który stanowił pierwszą przymiarkę do reaktywacji jednego z najsłynniejszych sportowych modeli – Toyoty Supry. FT-1 Concept stał się dla nowej Supry podstawą pod względem designu i rozwiązań technicznych.

„Stworzyliśmy FT-1 z niczego. Nie dostaliśmy na niego nawet zlecenia z centrali Toyoty. To był nasz pomysł, który przedstawiliśmy zarządowi, żeby spróbować przywrócić Suprę do oferty Toyoty. Nie nazywaliśmy jej wtedy Supra. W tamtym czasie naprawdę mówiliśmy o niej FT-1. Jednak Supra miała być ostatecznym celem naszej pracy” – powiedział Hunter. – „Pokazaliśmy szkice mojemu szefowi w Japonii, który odpowiada za design Toyoty. Projekty mu się spodobały i dał nam zielone światło. Zrobiliśmy kilka poprawek i przedstawiliśmy projekt Akio Toyodzie, prezydentowi Toyoty. Współpracowaliśmy nawet z twórcami gry Gran Turismo, żeby mógł się nim przejechać. Wtedy pan Toyoda powiedział – zróbmy prototyp. Byliśmy bardzo szczęśliwi, to była w końcu nasza inicjatywa”.

Toyota FT-1 sensacją 2014 roku

Wkrótce projekt nabrał rozmachu. Czerwony koncept FT-1 wywołał sensację na targach w Detroit 2014, a kilka miesięcy później w Monterey Jet Center w Kalifornii Toyota pokazała jego kolejną wersję w stalowym kolorze, z wnętrzem przeprojektowanym w stylu pojazdów superbohaterów. Nazwa Supra została oficjalnie użyta po raz pierwszy podczas tegorocznych targów w Genewie, kiedy świat ujrzał GR Suprę Racing Concept. Prawdopodobnie w przyszłym roku w ślad za nim pojawi się długo oczekiwany samochód produkcyjny, który przywróci na rynek nazwę Supra.

Toyota GR Supra Racing

GR Supra Racing Concept to lekki, dwudrzwiowy samochód wyścigowy z napędem na tylną oś i silnikiem z przodu. Auto ma obniżone zawieszenie, wyczynowy układ wydechowy, wyścigowe koła BBS z oponami Michelin oraz hamulce z zaciskami i tarczami Brembo Racing. Rozwinięciem skrótu GR jest Gazoo Racing – wyczynowy zespół Toyoty, odpowiedzialny za udział marki w rajdach i wyścigach na całym świecie. Nowa Supra powstaje we współpracy z BMW, a jego bliźniaczym modelem będzie nowa generacja Z4.

Murapol nie skorzysta z opcji zakupu udziałów w spółce Widzew Łódź S.A.

Z dniem 31 maja br. wygasa opcja zakupu 79% udziałów w spółce Widzew Łódź S.A. (klubie piłkarskim Widzew Łódź) dla Murapol S.A.

Spółka informuje, że opcja ta nie została aktualnie wykonana z uwagi na jej plany związane z IPO. Murapol przy tym pragnie podkreślić, iż wysoko ocenia dotychczasową współpracę sponsoringową z tym szanowanym Klubem, którą pragnie kontynuować.

Powodem decyzji Murapolu są prace przygotowujące Spółkę do debiutu na giełdzie warszawskiej i w tym kontekście potrzeba reorganizacji Spółki w kierunku klasycznego dewelopera, ograniczającego ryzyko dywersyfikacji działalności poza działalność podstawową.

Majątek wspólny małżonków w upadłości konsumenckiej

Problem majątku wspólnego małżonków w przypadku ogłoszenia upadłości jednego z nich nie jest dostatecznie uregulowany w ustawodawstwie polskim. Niejasne przepisy rodzą liczne problemy interpretacyjne, z którymi coraz częściej mierzą się sądy upadłościowe. Rozwiązanie tego problemu jest istotne dla małżonków tych dłużników, którzy rozważają złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości, oraz dla wierzycieli upadłego. Nie ma bowiem dzisiaj pewności, czy w przypadku ogłoszenia upadłości przez jednego z małżonków ich majątek wspólny zostanie zaliczony do masy upadłości w całości czy tylko w udziale.

Domyślnym ustrojem majątkowym w małżeństwie jest wspólność ustawowa. Powstaje ona
z mocy ustawy z chwilą zawarcia małżeństwa. Wspólność ta obejmuje przedmioty majątkowe nabyte w czasie jej trwania przez oboje małżonków lub przez jednego z nich (majątek wspólny). Przedmioty majątkowe nieobjęte wspólnością ustawową należą do majątku osobistego każdego z małżonków, a ich katalog zamknięty można znaleźć w art. 33 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego[1] (dalej: k.r.o.).

W przypadku ogłoszenia upadłości konsumenckiej jednego albo obojga małżonków mogą pojawić się istotne problemy przy interpretacji przepisów o stosunkach majątkowych małżeńskich. Praktyka prowadzenia postępowań upadłościowych pokazuje, że najtrudniejsze jest ustalenie składu masy upadłości upadłego małżonka. Przepisy są niespójne, a ich interpretacje – różne. Nic dziwnego, że w orzecznictwie pojawiają się rozbieżności.

Zgodnie z art. 124 ust. 1 ustawy Prawo upadłościowe[2] (dalej: p.u.) z dniem wydania postanowienia o ogłoszeniu upadłości wobec jednego z małżonków powstaje pomiędzy nimi przymusowa rozdzielność majątkowa, o której mowa w art. 53 § 1 k.r.o. Podział majątku, który w całości wchodzi do masy upadłości upadłego, jest niedopuszczalny. Małżonek upadłego może dochodzić w postępowaniu upadłościowym należności z tytułu udziału w majątku wspólnym, jeśli zgłosi wierzytelność sędziemu-komisarzowi.

Umiejscowienie art. 124 p.u. w części pierwszej ustawy, tj. w przepisach ogólnych
o postępowaniu upadłościowym i jego skutkach, nie zaś w jej części trzeciej, tytule piątym, który opisuje postępowania upadłościowe wobec osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej, rodzi istotne problemy interpretacyjne. Choć przepis ten normuje sytuacje odnoszące się wprost do stosunków małżeńskich, nie jest bowiem oczywiste, czy intencją ustawodawcy było (i jest), aby w taki właśnie sposób uregulować stosunki majątkowe małżonków powstałe w sytuacji, w której wobec jednego z nich została ogłoszona upadłość konsumencka.

Aby lepiej zrozumieć problem, należy sięgnąć do art. 4912 ust. 1 p.u., który mówi, że
w sprawach nieuregulowanych w tytule dot. postępowań upadłościowych wobec osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej przepisy o postępowaniu upadłościowym stosuje się odpowiednio. Przepis ten wskazuje szereg wyłączeń, wśród których nie znajduje się art. 124 ust. 1 p.u. Odpowiednie zaś stosowanie danego przepisu oznacza możliwość jego zastosowania wprost (czyli beż żadnych modyfikacji), stosowanie go z modyfikacjami uwzględniającymi specyfikę regulowanej materii albo niestosowanie go
w ogóle. Odpowiednie zastosowanie więc znajdą w tym przypadku przepisy dotyczące zarówno postępowania o ogłoszenie upadłości, jak i postępowania upadłościowego –
z modyfikacjami wymuszonymi innym podmiotem postępowania i jego innym celem[3].

Istota sporu sprowadza się do tego, w jaki sposób należy właściwie interpretować wyraz „odpowiednio” użyty w przywołanym przepisie. O ile w doktrynie nie budzi wątpliwości, że nie da się w ogóle wyłączyć stosowania art. 124 ust. 1 p.u. do upadłości konsumenckiej, o tyle pojawiają się różne stanowiska co do tego, czy przez „odpowiednie” stosowanie art. 124 ust. 1 p.u. należy rozumieć stosowanie go wprost, czy z modyfikacjami. Rozwiązanie tego sporu jest niezwykle istotne – od tego, co wchodzi w skład masy upadłości, zależy bowiem stopień zaspokojenia wierzycieli.

Zgodnie z celem postępowania upadłościowego prowadzonego wobec osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej, wyrażonym w art. 2 ust. 2 p.u., postępowanie to należy prowadzić tak, aby w pierwszej kolejności umożliwić umorzenie zobowiązań upadłego, a w dalszej – zaspokoić roszczenia wierzycieli w jak najwyższym stopniu. O ile skład masy upadłości (szczególnie przy bardzo wysokich dysproporcjach pomiędzy masą
a zobowiązaniami upadłego) nie ma istotnego wpływu na przyszłe oddłużenie upadłego, o tyle wierzyciele są bardzo zainteresowani tym, aby ten skład był jak największy, bowiem od tego właśnie zależy stopień ich ewentualnego zaspokojenia. Z drugiej strony, zarówno małżonkowi, jak i najbliższej rodzinie upadłego zależy na tym, aby zachować jak najwyższy udział w majątku wspólnym, dlatego będą żywotnie zainteresowani tym, aby do masy upadłości upadłego wpłynęło jak najmniej z majątku wspólnego.

W komentarzach do prawa upadłościowego przeważa pogląd, iż art. 124 ust. 1 zd. 2 u.p.
w upadłości konsumenckiej powinien być stosowany wprost. Takie stanowisko reprezentują m.in. P. Zimmerman[4], R. Adamus[5] i S. Gurgul[6]. Odmienne zdanie w tej kwestii wyraził C. Zalewski, wg którego „w upadłości konsumenckiej nie ma zastosowania art. 124 ust. 1 zd. 2 pu, w efekcie w skład masy upadłości wchodzi jedynie udział we wspólnym majątku małżonków, nie zaś cały majątek dorobkowy małżonków”[7].

Na gruncie obowiązujących regulacji prawnych pogląd sędziego Zalewskiego wydaje się odosobniony i dyskusyjny, także w kontekście intencji ustawodawcy wyrażonych w projekcie ustawy o upadłości konsumenckiej[8], w którym nie przewidywano w ogóle odpowiedniego stosowania do niej przepisów ogólnych o postępowaniu upadłościowym. W projekcie wyliczono natomiast wszystkie przepisy, które nie mogą byś stosowane w postępowaniu upadłościowym prowadzonym wobec osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej. Wśród tych przepisów nie ma art. 124 ust. 1 p.u.

Zgodnie z art. 49111 ust. 1 p.u. wątpliwości co do tego, które z przedmiotów należących do upadłego wchodzą w skład masy upadłości, rozstrzyga sędzia-komisarz na wniosek syndyka lub upadłego. Należy zatem przyjąć, że dopóki taki wniosek do sędziego-komisarza nie wpłynie, nie powinien on podejmować w tym zakresie żadnych postanowień. Skład masy upadłości ustala więc syndyk przez sporządzenie spisu inwentarza oraz spisu należności, zgodnie z art. 69 ust. 1 i nast. p.u.

Wydając postanowienie w trybie art. 49111 ust. 2 p.u., sędzia-komisarz winien brać pod uwagę cel ustawy, wyrażony we wspomnianym art. 2 ust. 2 p.u. Powinien zatem nie tylko umożliwić umorzenie zobowiązań upadłego niewykonanych w trakcie postępowania upadłościowego, lecz również dążyć do zaspokojenia roszczeń wierzycieli w jak najwyższym stopniu.

Prowadzi to do wniosku, że do czasu uchwalenia nowych przepisów regulujących w sposób niebudzący wątpliwości kwestię składu masy upadłości upadłego małżonka w odniesieniu do majątku wspólnego małżonków, należy przychylić się do stanowiska zakładającego stosowanie w upadłości konsumenckiej art. 124 ust. 1 zd. 2 u.p. wprost.

[1] Ustawa z dnia 25 lutego 1964 r. Kodeks rodzinny i opiekuńczy (tj.: Dz.U. 2017 poz. 682 ze zm.).

[2] Ustawa z dnia 28 lutego 2003 r. Prawo upadłościowe (tj.: Dz.U. 2017 poz. 2344 ze zm.).

[3] P. Zimmerman, Prawo upadłościowe. Prawo restrukturyzacyjne. Komentarz, Wydawnictwo CH Beck, 2016 r., System Informacji Prawnej Legalis.

[4] P. Zimmerman, Prawo upadłościowe. Prawo restrukturyzacyjne. Komentarz, komentarz do art. 4912 p.u., Wydawnictwo CH Beck, 2016 r., System Informacji Prawnej Legalis (nb. 15).

[5] A. Adamus, Prawo upadłościowe. Komentarz, komentarz do art. 124 p.u., Wydawnictwo CH Beck, 2016 r., System Informacji Prawnej Legalis (nb. 5).

[6] S. Gurgul, Prawo upadłościowe. Komentarz, komentarz do art. 4912 p.u., Wydawnictwo CH Beck, 2016 r., System Informacji Prawnej Legalis (nb. 3).

[7] C. Zalewski, Skutki ogłoszenia upadłości konsumenckiej małżonków, Monitor Prawniczy, nr 22/2015, System Informacji Prawnej Legalis, s. 1221.

[8] Druk sejmowy nr 556, Sejm VI kadencji, Warszawa, 20 lutego 2008 r., dostępne w Internecie: http://orka.sejm.gov.pl/Druki6ka.nsf/0/55C995D573F814F9C12574570041EB05?OpenDocument. Dostęp: 13 maja 2018 r.

Dobre otwarcie roku na rynku inwestycyjnym w Polsce i na świecie

Jak pokazuje raport JLL „Global Market Perspective”, inwestycje w nieruchomości komercyjne w I kwartale tego roku na świecie osiągnęły najlepszy od dekady rezultat. Ich wartość sięgnęła 165 mld USD, o 15% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, mimo m.in. mniejszej stabilności na giełdach.

Świetny początek roku zanotował region Azji i Pacyfiku, wzrosty zanotował rynek amerykański. Również solidne otwarcie zaliczyła Europa, gdzie szczególnie warto zanotować wzrost wartości transakcji w Niemczech i Wielkiej Brytanii.

„Dobry wynik za pierwszy kwartał i zadowalająca kondycja globalnej gospodarki sprawiają, że światowe rynki są dobrej drodze do kolejnego solidnego roku. Można się spodziewać niewielkiego spadku całkowitych wolumenów na koniec 2018 r., co będzie spowodowane poszukiwaniem alternatywnych sposobów inwestowania w rynek nieruchomości. Na znaczeniu coraz bardziej zyskuje m.in. finansowanie dłużne, czy fuzje i przejęcia. Nie zmienia to jednak faktu, że apetyty inwestorów są nadal duże. Dobre nastroje na światowych rynkach znajdują odzwierciedlenie również w polskim segmencie nieruchomości komercyjnych, gdzie wartość transakcji w I kw. wyniosła ok. 2 mld euro”, komentuje Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce.

Rynek inwestycyjny w Polsce – sektor handlowy z kolejnym rekordem

W Polsce w I kwartale tego roku świetne rezultaty ponownie odnotował sektor handlowy, na który przypadły umowy kupna/sprzedaży o wartości ponad 1,7 mld euro, co było historycznie najlepszym otwarciem roku i znakomitą prognozą na koniec 2018.

„Biorąc pod uwagę liczbę i wartość toczących się transakcji oraz dostępność produktu, sektor handlowy ma szansę na wynik sięgający 3 mld euro w całym 2018 roku”, komentuje Agnieszka Kołat, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo-Wschodniej, JLL.

Największą transakcją zamkniętą w ciągu trzech pierwszych miesięcy 2018 roku była sprzedaż przez ARES/AXA/Apollo Rida portfela 28 nieruchomości handlowych za około miliard euro na rzecz konsorcjum zarządzanego przez Griffin Real Estate. Z kolei największą pojedynczą transakcją był zakup Galerii Katowickiej przez malezyjski fundusz EPF od Meyer Bergman za nieujawnioną kwotę

W sektorze nieruchomości biurowych w Polsce dokonano trzech transakcji o łącznej wartości przekraczającej 120 mln euro. W pierwszym kwartale tego roku Globalworth powiększył swój portfel nieruchomości w Polsce o warszawski biurowiec Warta Tower (55 mln euro), hamburska firma Warburg-HIH Invest przejęła wrocławski biurowiec Pegaz (54 mln euro), a poufny najemca sfinalizował zakup biurowca BZ WBK, również we Wrocławiu.

W sektorze nieruchomości magazynowych, w rezultacie trzech umów kupna sprzedaży, wartość transakcji wyniosła ok. 100 mln euro. Prologis sprzedał część swojego portfela europejskiego – w tym jeden projekt w Sochaczewie – na rzecz ARES, lokalny deweloper Ideal Idea Formad sprzedał Park Idea Idea IV SBU w Warszawie na rzecz Segro, a Real Management sprzedało Good Point Puławska II firmie Hillwood.

Wraca problem frankowy

Strach przed przyszłością we Włoszech powoduje ucieczkę kapitału ze strefy euro. Jednym z kierunków jest frank szwajcarski, co z kolei powoduje, że kredytobiorcy znów otrzymali zimny prysznic. Ograniczenia dotacji dla Polski.

Strachu ciąg dalszy

W ramach strachu przed tym co może wydarzyć się we Włoszech pojawiła się groźba wyjścia ze struktur unijnych. O ile kraj o takich problemach z zadłużeniem być może faktycznie dobrze radziłby sobie z własną walutą to ilość turbulencji na rynkach związanych z takim procesem jest trudna do przewidzenia. Reakcją rynku jest ucieczka inwestorów do dolara i franka. Z tego właśnie powodu złoty traci do euro znacznie mniej niż do dolara czy franka. Dzisiaj od rana frank stracił już niemal 4 grosze. Nie jest to dobra wiadomość dla kredytobiorców.

Komisja frankowa wraca do pracy

Wydawało się, że projekt pomocy frankowiczom jest już martwy. Obudzić go jednak mogły zbliżające się coraz szybciej wybory samorządowe. Kto bowiem nie chciałby się przypodobać ponad 500 tysiącom gospodarstw domowych? Warto zwrócić uwagę, że omawiane obecnie projekty są odgrzewaniem starych pomysłów. Są to zwroty nadmiernych marż lub przywrócenie tych kredytów do ich złotowych odpowiedników. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że przy kursie 3,75 zł przewalutowanie zobowiązania może być mało opłacalne przez uwzględnienie 10 lat wyższych stóp procentowych. W rezultacie jak tylko pojawią się wyliczenia tych projektów szybko powinno okazać się, że temat jest jednak mniej nośny niż się politykom wydaje.

Spadek dotacji dla Polski?

Zapowiadane są zmiany w nowej polityce spójności w Unii Europejskiej. Tego typu zmiany nie odbędą się prawdopodobnie bez strat dla Polski. Brzmi to strasznie warto jednak na to spojrzeć również w inny sposób. W 2004 roku nasze PKB na osobę było poniżej połowy średniej unijnej. Wedle prognoz w tym roku osiągnie 75%. Oznacza to, że owszem wciąż gonimy Europę, ale dystans wyraźnie się zmniejsza. Nie może zatem dziwić, że mniej pieniędzy popłynie do państw dobrze sobie radzących, a proporcjonalnie więcej będzie ratować południe kontynentu. Co ciekawe jak utrzymana zostanie obecna tendencja zmian PKB jeszcze w tej dekadzie polskie PKB przekroczy greckie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Jak oszczędzamy? Jak inwestujemy?

Paweł Opoka, wiceprezes zarządu Aforti Holding / Grupa AFORTI
Paweł Opoka, wiceprezes zarządu Aforti Holding / Grupa AFORTI

Oszczędzanie to jedna z najtrudniejszych umiejętności, której nabycie umożliwia jednak realizację zarówno celów krótkoterminowych, jak i tych oddalonych w czasie. Co ważniejsze – budowa tzw. ‘poduszki finansowej’ nie tylko daje gwarancję bezpieczeństwa w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń losowych, ale po przejściu na emeryturę stanowi też doskonałe uzupełnienie środków otrzymywanych z FUZ. Oszczędzanie nie jest jednak mocną stroną Polaków, na co wskazuje m.in. Narodowy Bank Polski, według którego aż 15 milionów osób nie oszczędza i nie planuje tego robić w przyszłości. Jednocześnie, według ekspertów Aforti Holding, dynamika budowy portfeli oszczędności – w zestawieniu z innymi krajami UE – pozostaje niesatysfakcjonująca.

Według danych rynkowych tylko ok. 16-20 proc. Polaków deklaruje comiesięczne odkładanie określonej kwoty. Co więcej – według Eurostatu (2016 rok) stopa oszczędności gospodarstw domowych wyniosła w Polsce zaledwie 4,4 proc. PKB, co było jednym z najgorszych wyników w całej Unii Europejskiej. Gorzej od nas wypadły jedynie: Litwa, Łotwa i Cypr. Zdecydowanie wyższe wartości osiągnęli z kolei nasi południowi sąsiedzi ze Słowacji oraz Czech, ale także Rumunia oraz Bułgaria, które w kategoriach ekonomicznych są mniej rozwinięte od Polski. Ciężko więc winy doszukiwać się w braku odpowiednich środków finansowych, skoro nawet obywatele biedniejszych albo porównywalnych – czyli również rozwijających się – gospodarek potrafią lepiej zarządzać budżetem domowym.

Według danych Narodowego Banku Polskiego na koniec 2017 roku zasoby finansowe Polaków wynosiły ok. 2 bilionów złotych, co oznacza, że od 2009 roku wzrosły dwukrotnie. Niestety spora część tych środków nie wypracowuje żadnego zysku, gdyż przechowywana jest w gotówce lub na nieoprocentowanych rachunkach bieżących. W przysłowiowej „skarpecie” trzymamy 179 mld zł, a na kontach bankowych z zerową stopą zwrotu aż 452 mld zł, co sumarycznie daje kwotę 631 mld zł (31,6 proc. całości zasobów finansowych), która nie generuje zysków. Z punktu widzenia samych obywateli, przedsiębiorstw, jak też całej gospodarki, jest to sytuacja bardzo niekorzystna.

Analizy NBP wskazują jednocześnie, że w oprocentowanych instrumentach finansowych Polacy ulokowali na koniec 2017 roku ponad 300 mld zł. Najwięcej, bo aż 201 mld zł trafiło do Otwartych Funduszy Emerytalnych. Na kolejnych miejscach znalazły się: jednostki funduszy inwestycyjnych o wartości 134 mld zł, ubezpieczenia na życie o wartości 80 mld zł, a stawkę zamykały obligacje na kwotę 10 mld zł.

Według ekspertów AFORTI, Polacy – podobnie zresztą jak obywatele innych krajów UE – nadal pozostają nieprzekonani do aktywów charakteryzujących się nawet niewielkim poziomem ryzyka. W kwestii oszczędzania czy inwestowania wykazujemy się mocno konserwatywną postawą. Warto przy tym podkreślić, iż obligacje skarbowe nie dość, że są bardziej bezpieczne od lokat czy funduszy, to przy obecnej polityce monetarnej i sytuacji gospodarczej gwarantują wyższe stopy zwrotu.

Innym istotnym problemem w kontekście inwestycyjnych praktyk Polaków jest brak zainteresowania budowaniem oszczędności emerytalnych. Według danych rynkowych jedynie 10 proc. osób pracujących posiada dodatkowe konto emerytalne, z czego tylko 3 proc. regularnie je uzupełnia. W efekcie środki gromadzone na emeryturę stanowią niecałe 16 proc. naszych zasobów finansowych. Dla porównania – w przypadku obywateli Niemiec prywatne programy emerytalne stanowią 38 proc. oszczędności, a u Brytyjczyków aż 58 proc. Nic więc dziwnego, że sprawą zainteresowali się również rządzący krajem, implementując prywatne Pracownicze Plany Kapitałowe, które mają zastąpić należące do państwa OFE.

Jednocześnie analizy Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie wskazują, że Polacy ulokowali 351 mld zł oszczędności w akcjach spółek, które nie są notowane na giełdzie. Co ciekawe, walorów przedsiębiorstw znajdujących się w publicznym obrocie Polacy posiadają ponad sześć razy mniej, bo jedyne 55 mld zł, a inwestorzy indywidualni odpowiadali w 2017 roku wyłącznie za 16 proc. obrotów na rynku głównym, wówczas gdy inwestorzy zagraniczni stanowili aż 53 proc, a instytucjonalni 31 proc.

O ile Polacy oszczędzają coraz więcej, to jednak w zestawieniu z innymi krajami UE dynamika budowy własnych portfeli oszczędności pozostaje niesatysfakcjonująca. Obawy budzi również skala środków pozostająca na nieoprocentowanych rachunkach bankowych oraz w gotówce, co nie sprzyja pomnażaniu własnych zasobów finansowych. Obserwując jednak rosnącą świadomość wśród obywateli oraz działania rządzących, ukierunkowane głównie na prywatne programy emerytalne, sytuacja będzie ulegać stopniowej poprawie. Pytaniem otwartym pozostaje czy owa „poprawa” zapewni bezpieczeństwo finansowe w kolejnych dekadach.

Enefit Green z grupy Eesti Energia przejmuje spółkę Nelja Energia

Zgodnie z podpisaną dziś umową, spółka energetyczna Eesti Energia stanie się właścicielem 100% udziałów w spółce Nelja Energia. Wartość transakcji wynosi 289 milionów euro. Ponadto Enefit Green przejmie zadłużenie Nelja Energia w wysokości 204 mln euro. Po przejęciu Nelja Energia Enefit Green zamierza nadal inwestować w rozwój produkcji energii odnawialnej w krajach regionu Morza Bałtyckiego.

Strategicznym celem Eesti Energia jest zwiększenie udziału energii elektrycznej produkowanej ze źródeł odnawialnych do 40% w portfelu produkcyjnym grupy do 2022 r. Cel ten będzie możliwy do osiągnięcia z jednej strony poprzez budowę nowych jednostek produkcyjnych, ale także przejęcie odpowiednich firm. Informacja o chęci sprzedaży Nelja Energia przez norweski Vardar, która pojawiła sie na początku roku, od razu wzbudziła nasze zainteresowanie, bo dostrzegliśmy w niej szansę na realizację naszej strategii –  powiedział Prezes Zarządu Eesti Energia Hando Sutter.

Sutter dodał także, że od kiedy rząd udzielił zgody Eesti Energia na wprowadzenie mniejszościowego udziału Enefit Green na giełdę w Tallinie, wszystkie zainteresowane osoby będą miały możliwość wzięcia udziału w rozwoju spółki w przyszłości. Eesti Energia udostępni dodatkowe informacje dotyczące pierwszej oferty publicznej, gdy tylko prace przygotowawcze osiągną odpowiedni poziom.

–  Posiadanie Nelja Energia w naszym portfelu uważamy za sukces, ale zgodnie ze strategią naszego właściciela wychodzimy z firm zlokalizowanych za granicą. Właściciele spółki Vardar postanowili skoncentrować się na energetyce wodnej w Norwegii i rozwoju produkcji energii w tym kraju. Ta umowa pomoże nam wdrożyć nową strategię powiedział Thorleif Leifsen, Prezes Vardar. 

Jak powiedział Aavo Kärmas, dyrektor zarządzający Enefit Green, dzięki przejęciu Nelja Energia Enefit Green staje się najszybciej rozwijającym się producentem energii odnawialnej w regionie Morza Bałtyckiego.

Energia odnawialna ma wspaniałą przyszłość i jesteśmy gotowi ją współtworzyć powiedział Kärmas. Dodał, że biorąc pod uwagę wielkość projektów rozwojowych Enefit Green i Nelja Energia w dziedzinie energii odnawialnej, istnieje wiele możliwości dalszej ekspansji. – Widzimy siebie w przyszłości w roli producenta energii odnawialnej w Estonii, Finlandii, na Łotwie, Litwie, a także w Polsce. We wszystkich tych krajach Eesti Energia również działa jako sprzedawca energii –  dodał dyrektor zarządzający Enefit Green.

Po przejęciu Nelja Energia, wolumen odnawialnej energii elektrycznej produkowanej przez Enefit Green wzrośnie istotnie od 0,4 TWh do ponad 1 TWh.

Ostateczne zatwierdzenie transakcji wymaga zgody estońskich, łotewskich i litewskich organów ds. konkurencji.

W 2017 r. Eesti Energia wyprodukowała łącznie 9 736 GWh energii elektrycznej, z czego 372 GWh zostały wyprodukowane przez spółkę Enefit Green zajmującą się energią odnawialną. Enefit Green posiada 4 farmy wiatrowe o łącznej mocy 111 MW, 3 elektrociepłownie w Estonii i na Łotwie, 1 elektrownię wodną, 1 elektrownię słoneczną. Jest także producentem energii odnawialnej z najbardziej zróżnicowanym portfelem źródeł energii w krajach bałtyckich. Firma produkuje przyjazną środowisku energię z wiatru, biomasy, wody, zmieszanych odpadów komunalnych i słońca.

Nelja Energia jest producentem energii odnawialnej w krajach bałtyckich. Jest właścicielem farm wiatrowe zlokalizowanych w Estonii i na Litwie. Całkowita moc 17 farm wiatrowych Nelja Energia wynosi 287 MW. Ponadto Nelja Energia ma mniejszościowy udział w dwóch kogeneracyjnych elektrociepłowniach biogazowych w Estonii. Firma posiada również fabrykę peletu i elektrociepłownię na Łotwie. W 2017 r. Nelja Energia wyprodukowała 0,8 TWh energii elektrycznej.

Vardar Eurus sprzedaje Enefit Green 77% akcji Nelja Energia. Pozostałe 23% akcji zostanie nabyte od inwestorów z Estonii.

Suma wszystkich strachów dla rynków wschodzących

Dane gospodarcze bez wpływu na rynek

Analizując zachowanie się rynków w maju można śmiało stwierdzić, że opublikowane w mijającym miesiącu dane gospodarcze pozostawały bez większego wpływu na zachowanie się giełdowych indeksów w kraju, jak i na rynkach zagranicznych. W połowie miesiąca GUS opublikował wstępne dane dotyczące tempa wzrostu polskiej gospodarki w I kwartale. Analitycy oczekiwali nieznacznego spowolnienia w stosunku do IV kwartału 2017, gdy PKB rosło w tempie 4,9%. Opublikowane dane okazały się być zaskakująco dobre, dynamika PKB wyniosła 5,1% r/r.  Do momentu publikacji finalnych danych, nie znamy rozbicia na części składowe, można jednak oczekiwać, że najsilniejszy wpływ na taką wartość miała konsumpcja prywatna. Dobrą sytuację polskiego konsumenta potwierdzają ostatnie dane o dynamice wynagrodzeń, która w kwietniu wyniosła 7,8% r/r. Przyzwoite odczyty zanotowała polska produkcja przemysłowa, której wzrost rok do roku wyniósł 9,3%. Nieco słabiej wypadła sprzedaż detaliczna, pomimo bardzo dobrych danych z rynku pracy, która w kwietniu zaskoczyła negatywnie, osiągając dynamikę 4,6% r/r wobec prognoz na poziomie 8,1%.

Optymistyczny obraz z krajowej gospodarki nie przełożył się na nastroje inwestorów, którzy po dobrym początku miesiąca w zdecydowanej większości sprzedawali krajowe walory, co wpłynęło na spadki giełdowych indeksów. Analogiczną ujemną korelację mogliśmy obserwować u naszego zachodniego sąsiada. Odczyty niemieckich wskaźników wyprzedzających wskazują na możliwe spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego w kolejnych miesiącach. Poznaliśmy m.in. indeks nastrojów analityków i inwestorów ZEW, który utrzymuje się na niskim poziomie -8,2 punktów oraz wstępny odczyt indeksu PMI dla niemieckiego sektora przemysłowego, który wyniósł 56,8 pkt. wobec oczekiwań na poziomie 57,8 punktów. Dla przypomnienia, taka wartość wskaźnika w dalszym ciągu wskazuje na pozytywne tendencje w sektorze, ale jeszcze pod koniec ubiegłego roku notował on wartość 63,3 punkty, stąd poziom optymizmu w zauważalny sposób spadł. Równocześnie jednak niemiecki rynek akcji zachowywał się w maju bardzo dobrze.

Suma wszystkich strachów dla rynków wschodzących

Maj nie był dobrym miesiącem dla aktywów notowanych na rynkach wschodzących. Silny wzrost rentowności amerykańskich obligacji, które w maju przełamały 30-letni trend spadkowy, wpłynął na odpływ aktywów z rynków rozwijających się. Przełożyło się to na wzrosty rentowności obligacji w tym regionie. Przykładowo polskie obligacje 10-letnie notowane są obecnie na poziome 3,25%, w ciągu ostatniego miesiąca dochodząc do poziomu 3,3%, gdy jeszcze w kwietniu mogliśmy obserwować poziomy bliżej 3,00%. Inną tendencją, z  maja jest zauważalne umocnienie się dolara amerykańskiego nie tylko wobec euro, gdzie kurs spadł z poziomu 1,21 na 1,17, ale i większości walut na rynkach wschodzących. Kolejnym elementem układanki są silne wzrosty cen ropy naftowej, które kontynuowały kwietniowe zwyżki, dochodząc do poziomu 80 dolarów za baryłkę w przypadku gatunku Brent. Ceny te wpływają na globalne oczekiwania inflacyjne, co może przełożyć się na politykę Fed i tempo podwyżek stóp procentowych w USA, wzmacniając powyższe tendencje. W przypadku czynników wpływających na nasz region (CEE) i krajowy rynek finansowy wspomnieć należy również o wzroście ryzyka politycznego związanego z ostatnimi wyborami we Włoszech oraz silne spadki tureckiej liry. Polska giełda jest w ostatnich miesiącach bardzo wrażliwa na zewnętrzne czynniki ryzyka. Wpływa na to względna płytkość naszego rynku i brak kapitału o charakterze długoterminowym. To wszystko przełożyło się na to, że indeks WIG20 od początku roku jest jednym z najsłabszych indeksów świata, tracąc prawie 10%. W perspektywie miesiąca, po dobrych pierwszych dwóch tygodniach maja, krajowe indeksy odnotowały straty przewyższające ostatnie wzrosty. Co więcej, spadki dotyczyły wszystkich segmentów rynku, zarówno dużych, jak i mniejszych spółek, co oznacza, że w wyprzedaży uczestniczyli nie tylko inwestorzy zagraniczni, ale również krajowi. Miało to miejsce w samym szczycie sezonu wyników za I kwartał, który jednak podobnie jak dane z gospodarki, w szerszej perspektywie pozostawał bez wpływu na wyniki indeksów. Było to widoczne w szczególności w notowaniach banków (stanowiących największy pod względem kapitalizacji sektor GPW), na postrzeganie których negatywnie wpływa przesunięcie perspektywy podwyżek stóp procentowych na koniec 2019 lub nawet 2020. W kończącym się właśnie miesiącu wyróżniającym się obszarem był sektor producentów gier komputerowych, w przypadku których część spółek zyskiwała po kilkadziesiąt procent bądź, jak w przypadku 11 Bit, nawet 140%.

Rotacja aktywów na rynki rozwinięte

W maju zadowoleni mogli być inwestorzy, którzy kupili aktywa na rynkach rozwiniętych, w szczególności w Stanach Zjednoczonych i w Europie Zachodniej. Hossa za oceanem wspierana była trwającym na przełomie kwietnia i maja sezonie wyników spółek z I kwartał, gdzie większość odczytów znacząco przekraczała oczekiwania analityków. Indeksom giełdowym pomagało uspokojenie nastrojów na linii USA – Chiny. Na napływ środków na rynek amerykański miały wpływ też coraz wyższe stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych oraz umacniający się dolar. Można wnioskować, że ostatni odpływ środków z rynków wschodzących związany był właśnie z tymi czynnikami, gdyż inwestorzy preferowali dużo bezpieczniejszy dochód w dolarze amerykańskim, zapewniający również coraz bardziej atrakcyjne stopy zwrotu. Pytanie, czy jest to tymczasowy efekt, czy też początek kolejnej dużej rotacji aktywów? Beneficjentem umacniającego się dolara (i coraz słabszego euro) okazały się być również europejskie rynki akcji. Największe spółki Starego Kontynentu to przedsiębiorstwa globalne, które z dużym prawdopodobieństwem będą korzystać na słabszej wspólnej walucie. Oddziaływać tu będą dwa czynniki. Pierwszy z nich sprawia, że słabsze euro sprawia, że dobra i usługi produkowane w Europie są dla nabywców rozliczających się przykładowo w dolarze amerykańskim po prostu tańsze, co przekłada się na wyższe wolumeny sprzedaży. Po drugie, przychody uzyskiwane w innych walutach będą przeliczane na większą ilość euro, co również nie pozostanie bez wpływu na przyszłe wyniki spółek europejskich. Przekładało się to na notowania europejskich indeksów giełdowych. Na przestrzeni miesiąca na wartości zyskiwały zarówno francuski CAC 40, jak również niemiecki DAX. Ten ostatni rynek może być w najbliższym czasie wspierany przez obniżenie przez Chiny ceł na sprowadzane samochody, z uwagi na duży udział sektora motoryzacyjnego w eksporcie do Państwa Środka (w skład indeksu wchodzą m.in. BMW, Daimler, Volkswagen oraz Continental).

Kamil Hajdamowicz, Doradca Inwestycyjny Vienna Life TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group

Kurs euro pod wpływem wydarzeń politycznych

Zeszły weekend przypominał kryzysy polityczne, które jeszcze kilka lat temu regularnie nawiedzały europejskie rynki.

Prezydent Włoch odmówił wyznaczenia na ministra finansów eurosceptycznego kandydata koalicji populistów, powołując się na obawy przed niedemokratycznym podjęciem decyzji o wyjściu ze strefy euro. Obie partie wchodzące w skład koalicji w trakcie kampanii zakładały bowiem pozostanie Włoch we wspólnym bloku walutowym.

W ubiegłym tygodniu obserwowaliśmy spowolnienie wzrostu dolara amerykańskiego. Konsekwencją gołębich „minutek” ze spotkania FED był spadek rentowności amerykańskich obligacji, które stanowiły swoiste “paliwo” wspierające wzrost amerykańskiej waluty. Z kolei poniedziałkowa przerwa od handlu w Londynie i Nowym Jorku oznacza, że wpływ wydarzeń z Włoch na światowe rynki finansowe nie jest jeszcze zupełnie jasny.

W najbliższym tygodniu rynki będą bacznie obserwować obie strony Atlantyku. Dla kursu euro głównym ryzykiem będzie po raz kolejny polityka we Włoszech i Hiszpanii. Dla dolara znaczenie będzie miała publikacja serii danych ekonomicznych, przede wszystkim tych dotyczących dynamiki cen oraz tych z amerykańskiego rynku pracy.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień lekkim osłabieniem w relacji do głównych walut, tracąc najbardziej w parze z dolarem amerykańskim. Kurs USD/PLN pod koniec tygodnia umocnił się do najwyższego poziomu od lipca ubiegłego roku. Złotemu nie sprzyjał odwrót od walut rynków wschodzących oraz słabość EUR.

Ubiegły tydzień nie przyniósł zbyt wielu istotnych informacji. Szczególną uwagę warto zwrócić na odczyt krajowej sprzedaży detalicznej, który mocno rozczarował, dodatkowo nie sprzyjając złotemu. Dynamika sprzedaży detalicznej spadła z poziomu 9,2 w marcu do 4,6% w kwietniu, tym samym była najniższa od ponad roku. Wyraźny spadek sprzedaży może sugerować, że coś negatywnego zaczyna dziać się z konsumpcją w Polsce, która ostatecznie stanowi jeden z głównych motorów polskiego wzrostu PKB. Przysłowiowa, “jedna jaskółka” nie czyni wiosny, jednak w tym kontekście warto z większą uwagą obserwować kolejne odczyty.

W tym tygodniu poznamy kilka ciekawych publikacji z polskiej gospodarki. Warto poświęcić chwilę aby wczytać się w strukturę wzrostu polskiego PKB w I kwartale, która zostanie opublikowana przy okazji środowej rewizji wstępnego odczytu. Istotne będą również nowe dane inflacyjne, które też poznamy w środę. Zgodnie z oczekiwaniami konsensusu dynamika cen w Polsce przyspieszyła z 1,6 w kwietniu do 1,8% w maju, rosnąc z uwagi na drożejące surowce.

GBP

Rozczarowujące dane o inflacji w Wielkiej Brytanii jak i brak postępów w negocjacjach ws. Brexitu negatywnie odbiły się na funcie. Wieści z Włoch również nie sprzyjały brytyjskiej walucie w parze z dolarem amerykańskim, kurs szterlinga względem euro pozostał jednak niemal niezmieniony. W najbliższym tygodniu jedyną istotną publikacją ze Zjednoczonego Królestwa będą dane dotyczące aktywności biznesu mierzonej wskaźnikiem PMI – stąd spodziewamy się, że kurs szterlinga będzie w dużym stopniu zależny od czynników zewnętrznych. Tymi najistotniejszymi będą najpewniej napływ danych makroekonomicznych ze Stanów Zjednoczonych oraz kolejne informacje dotyczące sytuacji we Włoszech.

EUR

Pogłębienie spadków indeksów PMI dla krajów strefy euro zostało przyćmione przez napływ dużo istotniejszych wieści z europejskiej sceny politycznej. Oprócz wybijającego się na pierwszy plan kryzysu instytucjonalnego we Włoszech, premier Hiszpanii zmierzy się w tym tygodniu z wotum nieufności, którego wynik jest ciężki do przewidzenia.

Silny wzrost rentowności włoskich obligacji, który przełożył się na rozszerzenie spreadu między papierami włoskimi, a tymi z innych krajów Starego Kontynentu sprawił, że ów wskaźniki pokazujące napięcie na południu Europy, osiągnęły poziomy najwyższe od kilku lat.

O ile mandat na utworzenie rządu technicznego otrzymała postać z politycznego establishmentu – były ekonomista MFW, Carlo Cottarelli – istnieją poważne obawy, iż jego program (i budżet) może nie otrzymać wystarczającego poparcia ze strony parlamentu – co doprowadzi do przyspieszenia kolejnych wyborów parlamentarnych w kraju. Jesteśmy zdania, że we Włoszech nie ma wystarczającej woli politycznej do wyjścia ze strefy euro. Oznacza to, że populiści albo jednoznacznie zrezygnują z polityki wrogiej względem wspólnej europejskiej waluty, albo stracą głosy. Na ten moment nic nie jest jednak pewne, co nie sprzyja wspólnej europejskiej walucie.

USD

Opublikowane w zeszłym tygodniu “minutki” ze spotkania Rezerwy Federalnej były bardziej gołębie niż oczekiwały rynki. Członkowie FED zdają się nie przejmować niedawnym wzrostem dynamiki cen mierzonej wskaźnikiem CPi, a tym bardziej nie spodziewają się oni, aby potrzebne było przyspieszenie tempa podnoszenia stóp procentowych. Komunikat ze strony FOMC przełożył się na wyhamowanie wzrostu obligacji Skarbu USA. W konsekwencji nastąpiło ponowne zbicie rentowności 10-letnich papierów dłużnych poniżej psychologicznej bariery 3%. Tym samym wyhamowało dalsze umocnienie dolara względem większości głównych nie-europejskich walut. Samo euro, ze względu na sytuację polityczną we Włoszech, poruszało się po równi pochyłej.

W tym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona przede wszystkim na danych na temat wzrostu dynamiki cen w USA (czwartek) oraz na comiesięcznym raporcie z rynku pracy (piątek). To właśnie te publikacje makroekonomiczne powinny być czynnikami wewnętrznymi, które mogą mieć istotny wpływ na dolara amerykańskiego.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

W najbliższych dniach kurs euro może spaść poniżej 4,29

Sytuacja polityczna we Włoszech sprzyja zwiększonemu popytowi na aktywa „bezpiecznej przystani”. Złoty stabilny. Podczas poniedziałkowego handlu EURPLN notowany był w okolicach 4,30-4,31 przy pustym kalendarzu makro i spadającym euro w kierunku 1,16 USD.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Podczas poniedziałkowego handlu złoty notowany był w okolicach 4,30-4,31 przy spadającym euro do dolara. W trakcie sesji europejskiej kurs EURUSD zmierzał w kierunku 1,16. Poprawa nastrojów na EM to zapewne zasługa umacniającej się liry tureckiej (po tym jak bank centralny Turcji zapowiedział reformę stóp procentowych, dostosowując się do standardów światowych – oprocentowanie tygodniowych operacji repo będzie równe obecnej stopie LLW i wyniesie 16,50%) oraz ponownego wyrażenia chęci spotkania się prezydenta D. Trumpa z północnokoreańskim przywódcą.

Najprawdopodobniej, dodatkowo przed silniejszą przeceną chroni naszą walutę technika (m.in. wysokie poziomy EURPLN) oraz oczekiwanie na wyższą majową inflację (publikacja w środę, 30 maja).  Możliwy wzrost CPI do 2,0% r/r z 1,6% choć zapewne nie będzie wystarczający, aby RPP zaostrzyła nastawienie w polityce monetarnej, to jednak stanowić może wymówkę dla realizacji zysków na krótkich pozycjach w PLN. W najbliższych dniach EURPLN może spaść poniżej 4,29.

Nie zmieni to faktu, że w tym tygodniu złoty nadal utrzymywać będzie niskie poziomy. Biorąc pod uwagę otoczenie zewnętrze (Turcja, Włoch, Hiszpania i oczekiwane podwyżki stóp w USA przy wciąż łagodnym EBC) perspektywy dla złotego nie są korzystne. Oczekiwany wzrost awersji do ryzyka i spadająca globalna płynność walutowa poza wyraźnym osłabieniem koszyka walut EM (widocznym w ostatnim czasie szczególnie w krajach najbardziej zadłużonych w dolarze), powinny stopniowo osłabiać PLN.

Na rynku dłużnym w ostatnich dniach obok problemów dotykających rynki wschodzące uwagę pochłaniała sytuacja polityczna we Włoszech. Brak porozumienia między koalicją Ligi oraz Ruchu Pięciu Gwiazd w rozmowach z prezydentem Matarellą dot. składu rządu zwiększa zmienność na włoskich instrumentach finansowych. Po rezygnacji G. Conte z kierowania rządem, prezydent powierzył rolę stworzenia rządu technicznego C. Cottarelli. Ryzyko przeprowadzenia przyspieszonych wyborów przełożyło się na wzrost rentowności włoskich 10-letnich obligacji o blisko 100pb w ciągu ostatnich dwóch tygodni.

W takim otoczeniu obserwowany jest wzmożony popyt na aktywa bezpiecznej przystani, przez co mocno spadły rentowności w Niemczech, które dla 10-letniego Bunda wynoszą około 0,35%. Spadek rentowności w krajach bazowych strefy euro powinien wytyczać również kierunek dla polskich instrumentów dłużnych. Dodatkowo potencjał do spadku rentowności wynika z dobrej sytuacji budżetowej, gdzie według ostatniego komunikatu Ministerstwa Finansów nadwyżka po kwietniu wyniosła 9,3 mld PLN. Co prawda MF zapowiada, że jest to sytuacja przejściowa i na koniec roku zostanie zanotowany deficyt, to lepsza realizacja budżetu może skutkować niższymi podażami obligacji, a czerwcowa podaż papierów nie powinna przekraczać tej z maja.

Wykres dnia: Stopniowe zacieśnianie polityki monetarnej w USA (redukcja bilansu + podwyżki stóp procentowych) będą zmniejszać globalną płynność i zwiększać presję na deprecjację złotego, mimo dobrych danych lokalnych.Stopniowe zacieśnianie polityki monetarnej w USA (redukcja bilansu + podwyżki stóp procentowych) będą zmniejszać globalną płynność i zwiększać presję na deprecjację złotego, mimo dobrych danych lokalnych
Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Dolar pozostaje mocny w końcówce miesiąca

Dolar pozostaje mocny w końcówce miesiąca. Choć amerykańska waluta ma za sobą kilka tygodni aprecjacji a ostatnie sygnały z Fed, czyli m.in. gotowość do zaakceptowania przejściowego nasilenia się inflacji mogłyby sugerować, że nieodzowna jest korekta. Głównym motorem siły dolara były ostro rosnące rentowności długu. Ostatnie nasilenie awersji do ryzyka i cofnięcie na rynku ropy sprawiły, że rentowność benchmarkowej dziesięciolatki spadła pod 2,90 proc., czyli w kilkanaście dni obniżyła się aż o ponad 20 pb. W przypadku USD/JPY obserwujemy powrót do kluczowej strefy 108,50 -70. Jej przebicie będzie otwierać drogę do pogłębienia zniżek w kierunku 106,00 i zaburzy wzrostowy układ w notowaniach.

Tradycyjnie najczulszą na ten czynnik walutą jest jen, który od połowy maja umocnił się do dolara o ponad 1,5 proc. Nieźle radzi sobie też defensywny frank – zyskał 0,5 proc. do USD, co sprawia, że EUR/CHF w tym czasie spadł do 1,15. Słaby jest natomiast funt, fatalnie radzi sobie też euro. Słabość ta jest uzasadniona i kontynuacją passy gorszych danych, i czynnikami politycznymi. Włoskie problemy z utworzeniem rządu ewoluują w kryzys konstytucyjny a dynamika wydarzeń w przypadku przedterminowych wyborów (wrzesień) faworyzuje skrajną prawicę i frakcje antyestablishmentowe. Wywiera to silny wpływ na sytuację na rynku obligacji i jednocześnie skutkować może odsunięciem terminu normalizacji polityki. Draghi przystępując do walki z kryzysem zadłużeniowym zapowiedział kilka lat temu, że ECB zrobi wszystko co potrzeba by zdławić spiralę wyprzedaży obligacji skarbowych. Bank osiągnął sukces wielkim kosztem, ale teraz błędem byłoby zbyt szybkie normalizowanie polityki, tym bardziej, że inflacja bazowa nie wykazuje ewidentnych oznak przyśpieszania. Nawet bez politycznego chaosu, gospodarka Eurolandu zaskakująco wyhamowała. Warto przy tym zwrócić uwagę, że inwestorzy w tym środowisku chłodzą swój entuzjazm względem perspektyw europejskich banków – pankontyntentalny, branżowy subindeks Stoxx 600 spada od 10 maja o ponad 5 proc. i stoi na krawędzi otwarcia sobie drogi do jeszcze głębszej przeceny. Jest to o tyle ciekawa kwestia, że w czasach kryzysu zadłużeniowego relatywna siła bankowych indeksów giełdowych była istotnie skorelowana z kursem EUR/USD.

EUR/USD trzeci raz z rzędu nie był w stanie sforsować 1,1750 i spada na nowe minima w okolicy 1,16. Naszym średnioterminowym celem dla kursu są okolice 1,1550 – praktycznie został on zrealizowany. Rynek jest już bardzo mocno wyprzedany, ale po stronie wspólnej waluty nie ma żadnych argumentów. Niewiele do zaoferowania inwestorom ma też funt: coraz mocniej podważana jest realność wakacyjnej podwyżki a niestabilność polityczna stała się drażliwym tematem. Spodziewamy się kontynuacji zniżek w ramach realizacji formacji podwójnego szczytu i do 1,31. Drogę do dalszej słabości względem USD ma otwartą również dolar kanadyjski.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers

PPK – czyli potrzeba oszczędzania na emeryturę

Wprowadzenie ustawy o pracowniczych planach kapitałowych (PPK) będzie wyzwaniem zarówno dla osób o niższych zarobkach, jak i dla osób liczących swoje wynagrodzenie wyłącznie netto. Wprowadzenie PPK oznacza zmniejszenie dochodu netto do dyspozycji pracownika kosztem dzisiejszej konsumpcji i zrezygnowanie np. z biletów do kina w celu budowania swojej emerytury. Ktoś musi ponieść ten koszt. Pracodawca ponosi koszt dokładając 1,5% z własnej kieszeni, a pracownik – kosztem dzisiejszej konsumpcji – będzie odkładał na emeryturę.

– Dla wielu osób – w szczególności dla osób o niższych wynagrodzeniach – zrezygnowanie ze swoich 2% będzie miało znaczenie, dlatego bardzo możliwe jest przyjście tych osób do swoich pracodawców po podwyżkę – powiedział agencji eNewsroom.pl Marcin Wojewódka, radca prawny, członek zarządu Instytutu Emerytalnego – Po wprowadzeniu reformy możemy spodziewać się presji płacowej lub występowania takich osób z PPK, ponieważ pracodawcy odmawiając podniesienia wynagrodzenia nie będą w stanie przenosić całego kosztu zmian na siebie. Wyzwaniem dla PPK będzie pogodzenie rzeczywistego spadku dochodów do dyspozycji netto z potrzebą oszczędzania na emeryturę. Musimy patrzeć długoterminowo – brak oszczędności przy ciągłej konsumpcji oznacza minimalną i głodową emeryturę za kilkadziesiąt lat. Przyszli emeryci znowu zwrócą się do Państwa o pomoc, a ono zwróci się do przedsiębiorców i nałoży wyższe podatki. Koło się zamyka, a przyjdzie moment, kiedy trzeba będzie wyjść z tego kręgu – podsumował Wojewódka.

Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat

Z powodu pośpiechu przy wprowadzaniu podatku bankowego dochody z podatku na 2016 r. zostały zawyżone, ale już w następnym roku, po stosownych analizach, oszacowano je dość trafnie. Urzędy skarbowe i Minister Finansów skutecznie wykonywali zadania związane z poborem podatku bankowego. Zabrakło jednak wprowadzenia elementów nadzoru, które zapewniłyby jednolity sposób zarządzania podatkiem w urzędach skarbowych. NIK nie stwierdziła, by banki krajowe wykorzystywały krótkoterminowy zakup skarbowych papierów wartościowych do optymalizacji podatkowej. Wbrew obawom instytucji finansowych, wprowadzenie nowego podatku nie wpłynęło negatywnie na ich stabilność finansową.

Podatek bankowy obowiązuje w większości europejskich państw – wprowadziło go 21 z 28 państw UE. Konstrukcja podatku od sektora finansowego w poszczególnych państwach UE jest dostosowana do specyfiki lokalnego rynku finansowego. Opodatkowanie aktywów, analogicznie jak w Polsce, wprowadzono w 5 innych państwach: Finlandii, Francji, Grecji, Słowenii i na Węgrzech, jednakże w tych państwach przyjęto odmienną stawkę podatku oraz inny sposób ustalania podstawy opodatkowania. W 12 państwach podstawą opodatkowania są pasywa, w 3 państwach opodatkowanie odbywa się w inny sposób.Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat

1 lutego 2016 r. Ustawa o podatku była procedowana bardzo szybko i została uchwalona (15 stycznia 2016 r.) po 43 dniach od daty wpływu projektu poselskiego do Sejmu,  zanim Rząd formalnie przyjął w jej sprawie stanowisko. Tak szybkie tempo prac legislacyjnych spowodowane było koniecznością pozyskania dodatkowego źródła finansowania wydatków budżetowych, w szczególności wydatków społecznych, o których mowa w programie Rządu.

Zmiany wprowadzone w toku prac legislacyjnych polegały m.in. na tym, że zwiększono katalog obniżek podstawy opodatkowania o wartość aktywów w postaci skarbowych papierów wartościowych oraz rozszerzono zakres zwolnień podatkowych o podmioty objęte wdrożonym planem naprawczym. Pozostałe zmiany (rozszerzenie zakresu podmiotowego o instytucje pożyczkowe, zwiększenie miesięcznej stawki podatku z 0,0325 proc. do 0,0366 proc.) wpływały na zwiększenie dochodów z podatku.Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat 2

Podatkiem objęto instytucje finansowe: banki krajowe (banki mające siedzibę na terytorium RP), odziały banków zagranicznych, oddziały instytucji kredytowych, SKOK, krajowe zakłady reasekuracji, oddziały i główne oddziały zagranicznych ubezpieczeń i reasekuracji, a także instytucje pożyczkowe.Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat 3

Podstawą opodatkowania dla banków jest nadwyżka sumy wartości aktywów ponad kwotę 4 mld złotych, dla ubezpieczycieli jest to 2 mld zł, a dla firm pożyczkowych kwotą wolną od tego podatku będą aktywa o wartości ponad 200 mln zł. Podstawę pomniejsza się o fundusze własne banków, obligacje skarbowe znajdujące się w portfelu banków, aktywa nabyte od NBP stanowiące zabezpieczenie kredytu refinansowego udzielonego przez NBP oraz środki banków spółdzielczych utrzymywane na rachunkach w bankach zrzeszających. Średniomiesięczna wartość aktywów w analizowanym przez NIK okresie wzrosła z 1426,4 mld zł w 2016 r. do 1455,7 mld zł w 2017 r. (tj. o 2,1 proc.). Średniomiesięczna wartość podstawy opodatkowania wzrosła z 971,1 mld zł za 11 miesięcy 2016 r. do 979,5 mld zł za osiem miesięcy 2017 r. (tj. o 0,9 proc.).Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat 4

Zwolnione z podatku zostały banki państwowe, w tym Bank Gospodarstwa Krajowego. Podatku nie uiszczały też spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe (tzw. SKOK) i banki spółdzielcze, ze względu na nieosiągnięcie poziomu aktywów w wysokości 4 mld zł.

Najważniejsze ustalenia kontroli

Z powodu pośpiechu przy wprowadzaniu ustawy o podatku od niektórych instytucji finansowych,przeszacowano dochody z podatku bankowego na 2016 r. W trakcie prac nad budżetem na 2016 r. nie była znana ostateczna wersja projektu ustawy o podatku. Dochody planowano na podstawie projektu poselskiego ustawy, w stosunku do którego w uchwalonej ustawie o podatku nastąpiły zmiany. Według poselskiego projektu ustawy o podatku kwota wpływów została oszacowana na 6,5-7 mld zł. W projekcie Stanowiska Rządu założono, że dochody mogą wynieść ok. 4,8 mld zł, w ustawie budżetowej przyjęto kwotę 5,5 mld zł. Decyzję o przyjęciu tej kwoty podjął Minister Finansów.

Dochody uzyskane w 2016 r. (od marca do grudnia) wyniosły nieco ponad 3,5 mld zł tj. blisko 64 proc. prognozy przyjętej w ustawie budżetowej na rok 2016
(tj. 1,1 proc. dochodów budżetu państwa).
 Według Ministerstwa Finansów, zjawisko różnicy między planowanymi, a rzeczywistymi wpływami z podatku towarzyszy wprowadzaniu podatków sektorowych i występowało również w innych państwach, które wprowadziły podatek bankowy.

Skuteczność poboru podatku w 2017 r. poprawiła się – dochody z podatku wyniosły ponad 4,34 mld zł, tj. 110 proc. planu (tj. 1,3 proc. dochodów budżetu państwa). W ustawie budżetowej na 2017 rok prognozę dochodów z tytułu podatku bankowego przyjęto w kwocie prawie 3,94 mld zł. Ściągalność podatku w kontrolowanym okresie wyniosła 100 proc. Zaległości były krótkoterminowe, nie prowadzono egzekucji administracyjnej.

Z ustaleń kontroli wynika, że każdego miesiąca z podatku bankowego wpływała podobna kwota.Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat 5

Dominujący udział w zrealizowanych dochodach z podatku miały banki krajowe (83,5 proc.) oraz krajowe zakłady ubezpieczeń (15,8 proc.). Pozostałe podmioty zrealizowały łącznie 0,7 proc. wpływów (w tym instytucje pożyczkowe 0,6 proc.). W okresie od marca 2016 r. do września 2017 r. co najmniej raz deklaracje FIN-1 złożyło 90 instytucji finansowych (miesięcznie od 75 do 82 w kontrolowanym okresie).Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat 6

W okresie objętym kontrolą nastąpił zwiększony popyt ze strony sektora bankowego na polskie skarbowe papiery wartościowe (SPW).  Od końca stycznia 2016 r. do końca czerwca 2017 r. wartość portfela krajowych SPW w sektorze bankowym zwiększyła się o 72 mld zł, tj. o 40,1 proc. (ze 179,5 mld zł do 251,5 mld zł). Ponad połowa wzrostu zaangażowania banków w skarbowe papiery wartościowe  miała miejsce w pierwszych dwóch miesiącach obowiązywania podatku, chociaż wzrost zakupów można było zaobserwować już pod koniec 2015 r.Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat 7

NIK nie stwierdziła wykorzystywania zakupów skarbowych papierów wartościowych do optymalizacji podatkowej przez banki krajowe. W większym stopniu mechanizm zwiększania zakupów SPW w ostatnich dniach miesiąca i sprzedaży w pierwszych dniach następnego miesiąca wykorzystywały do optymalizacji podatkowej oddziały instytucji kredytowych. Dokonywane transakcje nie miały jednak znaczącego wpływu na podatek (banki posiadały ok. 98 proc. skarbowych papierów wartościowych, a oddziały instytucji kredytowych ok. 2 proc.).

Wprowadzenie podatku nie wpłynęło negatywnie na stabilność instytucji finansowych. Wprowadzenie podatku nie oddziaływało także negatywnie na stabilność sektora ubezpieczeniowego. Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego zwrócił jednak uwagę na problem zmniejszania środków własnych zakładów ubezpieczeń, co ma negatywny wpływ na utrzymanie odpowiedniego zabezpieczenia kapitałowego tych zakładów.Blisko 8 mld zł dla budżetu państwa z podatku bankowego w ciągu dwóch lat 8

W Ministerstwie Finansów monitorowano realizację planu dochodów z tytułu podatku od niektórych instytucji finansowych, stan zaległości i dane deklarowane przez podatników.

Ministerstwo Finansów monitorowało dane w zakresie zakupu skarbowych papierów wartościowych, a także obniżenia podstawy opodatkowania z tego tytułu. Ministerstwo Finansów nie udokumentowało natomiast, że analizowało i jest w posiadaniu danych o aktywach poszczególnych podmiotów, a także na temat wyłączeń poszczególnych podmiotów z opodatkowania oraz podstawy zwolnienia z opodatkowania. W ocenie NIK pobranie takich danych na początku funkcjonowania nowego podatku mogło mieć istotne znaczenie dla analizy zagrożeń związanych z poborem podatku. Ponadto posiadane dane z deklaracji FIN-1 dotyczą tylko podmiotów płacących podatek, a nie zawierają informacji dotyczących podmiotów mogących potencjalnie podlegać opodatkowaniu.

Ministerstwo Finansów współpracowało z Urzędem Komisji Nadzoru Finansowego (UKNF) w celu uzyskania informacji i wyjaśnień w zakresie funkcjonowania podatku od niektórych instytucji finansowych oraz danych o aktywach instytucji finansowych. Pozyskiwało także informacje i analizy z Narodowego Banku Polskiego (NBP) dotyczące wpływu podatku na marże i prowizje oraz koszty działalności sektora bankowego, analizy UKNF w zakresie wpływu podatku na sytuację banków komercyjnych oraz dane z Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych o transakcjach w zakresie skarbowych papierów wartościowych.

Postępowanie naczelników dwóch kontrolowanych przez NIK urzędów skarbowych rozliczających łącznie prawie 80 proc. dochodów z tytułu podatku bankowego było odmienne. W Drugim Mazowieckim Urzędzie Skarbowym w Warszawie (rozliczającym 51 proc.  podatku), identyfikowano ryzyko i weryfikowano podmioty potencjalnie objęte opodatkowaniem, a także prowadzono czynności sprawdzające i jedną kontrolę podatkową. Z kolei w Pierwszym Mazowieckim Urzędzie Skarbowym w Warszawie kontrolerzy NIK stwierdzili brak czynności zmierzających do wczesnego wykrywania podmiotów potencjalnie unikających opodatkowania, a działania ograniczono do sprawdzenia poprawności złożonych korekt deklaracji. W ocenie NIK, zabrakło wdrożenia mechanizmu zarządzania podatkiem, który zapewniłby jednolity sposób zarządzania podatkiem w urzędach skarbowych. Z ustaleń kontroli wynika, że nie wystąpiły negatywne skutki braku wdrożenia takiego mechanizmu.

Wnioski

Minister Finansów wprowadzając nowy podatek, przy relatywnie niewielkiej grupie podmiotów objętych podatkiem i urzędów pobierających podatek (głównie wyspecjalizowane urzędy skarbowe), powinien wprowadzić mechanizm zarządzania podatkiem.

Komentarz Małgorzaty Jackiewicz do wyników rynku ubezpieczeń zdrowotnych na koniec 2017 r.

Małgorzata Jackiewicz
Małgorzata Jackiewicz, Dyrektor Sprzedaży Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia

Według opublikowanych przez PIU danych liczba osób objętych ochroną oferowaną przez dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne wzrosła o 22% rok do roku i osiągnęła poziom 2,27 mln osób. Wartą uwagi jest również wysokość składki, jaką Polacy wydają na dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne. W 2017 r. składka przypisana brutto wzrosła o 18% rok do roku i osiągnęła wartość 684,5 mln zł.

Zaprezentowane przez Polską Izbę Ubezpieczeń dane jednoznacznie pokazują, że Polacy z roku na rok coraz liczniej korzystają ze świadczeń medycznych za pośrednictwem dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych. Wynika to m.in. z faktu, że coraz szersze grono firm niż dotychczas, szczególnie z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, decyduje się na zakup polisy grupowej dla swoich pracowników. Ponadto, Polacy doceniają komfort, jaki oferują dodatkowe ubezpieczenia, zwłaszcza wobec niemalejących kolejek w publicznych przychodniach, szczególnie do badań diagnostycznych, gdzie czas oczekiwania może wynieść nawet kilka miesięcy. Mimo to Polacy jednak cały czas traktują dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne jako pomoc doraźną, a nie zabezpieczenie na przyszłość. Zmiana tego nastawienia pozwoli rynkowi na jeszcze bardziej dynamiczny rozwój niż dotychczas.

Wpływ na kształt rynku i popularność polis medycznych ma również mylne przeświadczenie konsumentów, że jedynie najwyższe warianty ubezpieczenia z nielimitowanym dostępem do świadczeń zapewniają realną ochronę. To nieprawda. Biorąc pod uwagę częstotliwość, z jaką Polacy, którzy nie mają przewlekłych problemów ze zdrowiem, korzystają ze świadczeń medycznych w ciągu roku widać, że w większości przypadków już limitowany dostęp do konsultacji lekarskich i badań może zapewnić skuteczną pomoc w utrzymaniu dobrego stanu zdrowia. Ponadto, głównym problemem, z jakim borykają się pacjenci korzystający z publicznej służby zdrowia, jest długi czas oczekiwania na badania specjalistyczne. Warto pamiętać, że można znaleźć na rynku ubezpieczenie, które obejmuje swoim zakresem wyłącznie tego typu świadczenia. W związku z tym nawet taka polisa może okazać się znaczącą pomocą w razie wystąpienia problemów ze zdrowiem. Co więcej, regularne wykonywanie badań może mieć również bezpośrednie przełożenie na ewentualne wydatki potrzebne na ratowanie zdrowia. W momencie wczesnego zdiagnozowania problemu, jego wyleczenie może nie wymagać dodatkowych wizyt i działań nieobjętych posiadanym wariantem polisy. W przypadku, gdy okaże się, że zdiagnozowana choroba jest w zaawansowanym stadium rzeczywiście jedyną realną pomocą, będzie skorzystanie z najdroższego pakietu ubezpieczenia.

Małgorzata Jackiewicz, Dyrektor Sprzedaży Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia

Polityka w dalszym ciągu rozdaje karty

W ostatnim czasie po raz kolejny wzrasta niepewność na rynkach finansowych. Przyczyną jest sytuacja polityczna we Włoszech, w Hiszpanii, czy Turcji. Dodatkowo, okazało się, że Donald Trump zrezygnował ze spotkania z Kim Dzong Unem, przywódcą Korei Północnej. Co więcej, negocjacje pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami nadal trwają i póki co nie ogłoszono żadnych konkretnych decyzji. Wszystko to wpływa na sentyment na rynkach, a szczególnie w krajach rozwijających się. Mimo to, w Stanach Zjednoczonych głównym indeksom udało się wypracować pozytywną stopę zwrotu. W skali całego tygodnia S&P 500 zyskał 0,31%, DJIA 0,15%, a indeks giełdy Nasdaq wzrósł o 1,08%. W Europie natomiast dominował kolor czerwony. Niemiecki DAX stracił -1,07%, francuski CAC40 -1,28%, a brytyjski FTSE100 spadł o -0,62%.

W Polsce, podobnie jak w wyżej wymienionych krajach europejskich, dominowały spadki. Indeks szerokiego rynku WIG zakończył tydzień z wynikiem -0,86%, największe spółki (WIG20) straciły -0,77%, a indeksy mniejszych i średnich spółek sWIG80 i mWIG40 spadły o, odpowiednio -1,43% i -1,32%. W minionym tygodniu wyraźnie rozczarował odczyt sprzedaży detalicznej, który wyniósł 4,6% wobec oczekiwanych 8,1% rdr.

W tym tygodniu kalendarz makroekonomiczny zapowiada się nader interesująco. W Polsce w środę opublikowane zostaną wstępne dane CPI za maj oraz finalny PKB za pierwszy kwartał, a w piątek czekamy na PMI w przemyśle oraz protokół z ostatniego posiedzenie RPP. W Europie najistotniejsze mogą okazać się dane o inflacji CPI za maj (środa Niemcy, strefa euro w czwartek) oraz finalny odczyt PMI w przemyśle dla całej strefy euro. W Stanach Zjednoczonych również czeka nas sporo istotnych odczytów. W środę poznamy dane o zatrudnieniu według ADP oraz drugi odczyt PKB za pierwszy kwartał, w czwartek zostaną opublikowane dane o dochodach i wydatkach gospodarstw domowych, a także inflacji PCE, a w piątek, tak jak w każdy pierwszy piątek miesiąca, poznamy dane z amerykańskiego rynku pracy. W piątek warto również zwrócić uwagę na odczyt ISM dla przemysłu w USA.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych SA

Trans Polonia w I kwartale z 50 mln zł sprzedaży

Trans Polonia S.A., wiodący operator oferujący przewozy cysternowe paliw, płynnych surowców chemicznych i spożywczych oraz mas bitumicznych, w I kw. 2018 r. zanotował wzrost przychodów do blisko 50 mln zł oraz sukcesywnie obniżał dług i generował środki pieniężne z działalności operacyjnej, co sprzyja realizacji inwestycji, umożliwia wypłatę potencjalnej dywidendy oraz pozwala na poszukiwanie celów akwizycyjnych.  

Przychody ze sprzedaży w okresie styczeń-marzec 2018 r. były wyższe o 2,5 proc. wobec okresu sprzed roku i ustabilizowały się na poziomie blisko 50 mln zł. Wzrosty osiągnięto w segmencie przewozów paliw (skorelowane z ogólnym wzrostem konsumpcji paliw w Polsce) i płynnej chemii, niższą sprzedaż odnotowano głównie w usługach przewozów asfaltów (z uwagi na trudniejsze warunki pogodowe) oraz przewozach ładunków spożywczych.

Dariusz Cegielski, Prezes Zarządu Trans Polonia– I kwartał 2018 r. był dla działalności operacyjnej TPG okresem dobrym, ze stabilizacją pozycji rynkowej i tym samym osiągniętej sprzedaży, ale też szeregiem zdarzeń w większości o charakterze  jednorazowym, które wpłynęły na nasze wyniki. Głównie mamy na myśli koszty związane z prowadzonym procesem przejęcia operatora intermodalnego z regionu Beneluksu. Z przyczyn niezależnych od nas, nie zostaliśmy wybrani jako ostateczny nabywca podmiotu, ale zdobyliśmy ogromne doświadczenie w prowadzeniu tak wieloaspektowego procesu, które z pewnością zaowocuje w przyszłości – powiedział Dariusz Cegielski, Prezes Zarządu Trans Polonia S.A.

Zysk brutto na sprzedaży w I kw. 2018 r. wyniósł 4,8 mln zł (-11,5 proc., co wynika głównie z wyższej amortyzacji nowych jednostek cysternowych oraz dodatkowych kosztów przygotowania do pracy ww. sprzętu), zysk EBITDA ukształtował się na poziomie 3,2 mln zł (-30,9 proc., co zostało silnie obciążone kosztem prowadzonego procesu akwizycyjnego rzędu 1,4 mln zł), z kolei na stratę netto w wysokości blisko 1 mln zł dodatkowo wpłynęła mniej korzystna relacja różnic kursowych (przychody finansowe wyniosły 0,1 mln zł wobec 1,4 mln zł rok temu). Spółka w relacji do okresu sprzed roku osiągnęła korzystny cash-flow operacyjny w wysokości prawie 2 mln zł (wobec -4,5 mln zł).

– W minionym roku przeznaczyliśmy 17 mln zł na zakup nowych jednostek transportowych.
W pierwszych miesiącach br. ponieśliśmy dodatkowe koszty w postaci przygotowania nowych jednostek do pracy. Efekty takich wydatków będą widoczne w tegorocznych rezultatach w postaci zwiększonej skali przychodów i zysków
– dodał Dariusz Cegielski.

Zarząd Trans Polonii 21 maja br. podjął uchwałę w sprawie przedłożenia WZA rekomendacji wypłaty 4,8 mln zł (0,21 zł na akcję) dywidendy za 2017 r., co stanowi ponad 45 proc. skonsolidowanego zysku netto (10,5 mln zł). Rekomendacja uzyskała akceptację Rady Nadzorczej Spółki. Warunkiem wypłaty dywidendy ww. wysokości jest uzyskanie wymaganych zgód od instytucji finansujących Spółkę lub odpowiedniej modyfikacji umów kredytowych, zezwalających na taki krok. Zarząd podejmuje działania w tym kierunku i pozytywnie ocenia szanse na powodzenie wypłaty zysku.

Stabilna sytuacja finansowa Trans Polonii pozwala nam na znaczące podzielenie się zyskiem z naszymi Akcjonariuszami. Wysoki bufor gotówkowy zapewnia nie tylko swobodę w realizacji inwestycji, poszukiwaniu celów akwizycyjnych, ale także umożliwia wypłatę wysokiej dywidendy. W ten sposób chcemy docenić naszych Akcjonariuszy za wsparcie i pokładane zaufanie – uzupełnił Dariusz Cegielski, Prezes Zarządu Trans Polonii.

Czy obligacje mogą doprowadzić do krachu na Wall Street?

Obligacje są największym rynkiem na świecie, wpływają na rynek akcji, walut oraz surowców. Rentowność obligacji może także doprowadzić do bankructwa kraju czy też bessy na świecie. Ze względu na swoją wielkość oraz dużą gamę różnych obligacji jest najtrudniejszy na świecie. Bowiem każde państwo, miasto, przedsiębiorstwo może wyemitować obligację o różnym terminie zapadalności oraz innym rodzaju zabezpieczenia.

W bieżącym artykule skupimy się tylko na powiązaniach rynku obligacji z rynkiem akcji. W ostatnim czasie dużo osób zaczęło mówić o możliwej wyprzedaży na rynku akcji, która ma być spowodowana wzrostem rentowności. Czy jest to możliwe?

Tak, ponieważ rentowność obligacji (na przykładzie Stanów Zjednoczonych) uważa się za stopę wolną od ryzyka. Jeżeli rośnie stopa wolna od ryzyka, to inwestorzy oczekują coraz większej stopy zwrotu z bardziej ryzykownego rynku jakim są akcje. Jest to tzw. premia za ryzyko. Jeżeli wymagana stopa zwrotu jest mniejsza niż oczekiwana stopa zwrotu, to profesjonalni inwestorzy zaczynają wyprzedawać akcje.

Poniżej przedstawiono model premii za ryzyko firmy SH Cross Asset Research.

SH Cross Asset Research

Jak widać premia za ryzyko inwestowania w akcje jest najniższa od 2001 roku, wynosi 3 procent. Rekordowa niska wartość była w 2000 roku, gdzie premia za ryzyko inwestowania w akcje spadła poniżej 2 procent.

PE annual

Premia za ryzyko systematycznie maleje od 2012 roku, dlaczego? Po pierwsze nawet przy niezmienionej rentowności obligacji rosnące ceny akcji przekładają się na coraz gorsze wskaźniki wyceny. Natomiast gorsze wskaźniki wyceny na niższą spodziewaną stopę zwrotu. Z tego względu premia za ryzyko zaczyna maleć. Poniżej przedstawiono model oczekiwanej stopy zwrotu przygotowany przez Real Investment Advice na podstawie wskaźnika P/E.

Oś pionowa przedstawia spodziewaną stopę zwrotu z rynku akcji przez następne 20 lat. Z kolei na poziomej wskaźnik P/E. Na wykresie przedstawiono badania regresji liniowej pomiędzy wskaźnikiem P/E oraz roczną stopą zwrotu. Jak widać czym droższe akcje ty mniejsza spodziewana stopa zwrotu.

W związku z tym na rynku możemy wyróżnić dwa scenariusze.

Scenariusz 1: Rentowność obligacji spadnie, wzrośnie premia za ryzyko i akcje będą mogły kontynuować swoje wzrosty.

Scenariusz 2: Spadnie wycena akcji, co spowoduje obniżenie wskaźników analizy fundamentalnej i wzrost spodziewanej stopy zwrotu. W tym scenariuszu najpierw przyszłaby bessa, dopiero potem wzrost cen akcji.

Podsumowanie – S&P500

Notowania akcji znalazły się zbyt wysoko, dalsze wzrosty są coraz trudniejsze. Jeżeli rentowność obligacji po raz kolejny wzrośnie na nowe maksima, to dalszy wzrost cen akcji stanie się coraz mniej prawdopodobny. Oprócz tego długoterminowe inwestycje stoją pod dużym znakiem zapytania. Model przygotowany przez Real Investment Advice sugeruje, iż przy zakupie indeksu S&P 500 przez następne 20 lat możemy oczekiwać rocznej stopy zwrotu na poziomie 2 procent.

Dwie minuty wystarczą na obejście systemów bezkluczkowych w najnowszych autach. Na świecie liczba kradzieży samochodów drastycznie rośnie, w Polsce zaś spada

Dwie minuty wystarczą na obejście systemów bezkluczkowych w najnowszych autach. Na świecie liczba kradzieży samochodów drastycznie rośnie, w Polsce zaś spada 6

Kradzież auta z systemem bezkluczykowego otwierania drzwi nie stanowi obecnie dla złodziei większego problemu. Zabezpieczenia są na tyle słabe, że nowe auto można otworzyć i uruchomić w mniej niż dwie minuty. Zdaniem specjalistów potrzebne są udoskonalenia w zakresie bezpieczeństwa dostępu. W niektórych przypadkach dla poprawy sytuacji wystarczyłaby niewielka zmiana. Tymczasem statystyki pokazują, że liczba kradzieży nowych aut rośnie lawinowo.

– Ekstremalnie niebezpieczny jest przykład bezkluczykowego otwierania samochodu, tzw. keyless. Nie gwarantuje to bezpieczeństwa, złamanie tego systemu jest dziecinnie proste. Ostatnio jest dużo przykładów tego, jak kradną drogie samochody w ciągu 2–3 minut – alarmuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Smołko z STMicroelectronics, producenta systemów zabezpieczających.

Systemy keyless umożliwiają otwarcie i odpalenie samochodu bez używania kluczyka. Wystarczy kluczyk mieć np. w kieszeni (w bezpośredniej odległości od odbiornika, znajdującego się w aucie), aby otworzyć auto za pomocą przycisku na klamce i uruchomić silnik za pomocą specjalnego przycisku. System opiera się na radiowej transmisji danych i wymianie kodów między nadajnikiem i odbiornikiem, w zależności od modelu i marki zasięg komunikacji wynosi ok. kilkadziesiąt centymetrów. Złodzieje mogą jednak sygnał wysyłany z kluczyka przechwycić i dzięki temu otworzyć i uruchomić pojazd znajdujący się nawet kilkaset metrów od kluczyka.

– Przy samochodzie stoi jeden włamywacz z radiem, drugi z takim samym radiem idzie pod drzwi ofiary. Kluczyk często wisi w zamku w drzwiach (lub w kurtce w przedpokoju – przyp. red.). Gdy jeden dotyka klamki, odbiera sygnał w jedną walizkę, ta transmituje sygnał do drugiej walizki, a ta retransmituje do kluczyka i vice versa. Wystarczy minuta i jest po zabawie – tłumaczy Krzysztof Smołko.

Urządzenie pozwalające uzyskać dostęp do samochodu w taki sposób można kupić w internecie od chińskiego dostawcy za równowartość 84 zł. Pracę złodziejom dodatkowo ułatwiają uwarunkowania prawne, dzięki którym nie jest możliwe unieruchomienie samochodu w momencie, gdy znajdzie się on poza zasięgiem sygnału kluczyka. W rezultacie samochód jedynie komunikuje brak połączenia, a złodziej może bez problemu dotrzeć do miejsca, w którym zabezpieczenia zostaną ostatecznie rozkodowane. Tymczasem dla poprawy sytuacji wystarczyłaby niewielka modyfikacja.

– Europejskie prawo nie pozwala ze względów bezpieczeństwa na wyłączenie silnika w sytuacji, gdy kluczyk znika z samochodu, to zabezpieczenie na wypadek uszkodzenia lub rozładowania baterii. W związku z tym, jeżeli włamywacz tą metodą uruchomi samochód, to może go używać dopóki go nie wyłączy. Gdyby w tym urządzeniu zastosować mechanizmy bezpieczeństwa, choćby najbardziej banalne, np. skrócić czas, jaki mija między wysłaniem zapytania a odpowiedzią, to dramatycznie zmniejszyłoby prawdopodobieństwo włamania w ten sposób – przekonuje ekspert.

Kradzież nowych i kilkuletnich aut drastycznie wzrasta. Według danych brytyjskiego Urzędu Statystycznego (ONS) kradzież pojazdów w Wielkiej Brytanii wzrosła w 2017 r. o prawie 56 proc. w ujęciu rok do roku. W 2017 r. skradziono przeszło 89 tys. pojazdów. Z danych FBI wynika natomiast, że ogólna liczba skradzionych w Stanach Zjednoczonych aut wzrosła między rokiem 2015 a 2016 o 7,4 proc. W 2015 r. liczba aut skradzionych z użyciem kluczyka lub poprzez obejście systemu bezkluczykowego wzrosła w USA zaś o 22 proc.]

Jednocześnie stowarzyszenie Society of Motor Manufacturers and Traders podaje, że w porównaniu z połową lat 90. ubiegłego wieku mamy do czynienia z poważnym spadkiem kradzieży – wówczas rocznie kradziono nawet pół miliona aut. Tendencje spadkowe widać wyraźnie w Polsce, gdzie statystyki są odwrotne niż na Zachodzie. Według KGP w zeszłym roku łupem przestępców padło nieco ponad 10 tys. samochodów, czyli o 1,4 tys. mniej niż w 2016 r. Częściej mamy też do czynienia z kradzieżami aut luksusowych niż tych ze średniej półki.

Właściciele aut z systemami keyless mogą we własnym zakresie zabezpieczyć się przed kradzieżą. W sprzedaży są dostępne etui na kluczyk, które mają za zadanie utrudniać przechwycenie sygnału. Takie rozwiązanie kosztuje od kilkudziesięciu do około 250 zł. Za niespełna 600 zł można się natomiast uzbroić w zabezpieczenie w postaci montowanego do kluczyka klipsa, który też ma uniemożliwić przejęcie sygnału przez niepożądane osoby.

– Najbardziej banalnie można wziąć metalową skrzynkę, jak kiedyś na pieniądze i w tym trzymać kluczyk, ale na pewno można go zeskanować też stojąc np. w kolejce. Niestety, nie ma na to metody innej niż to, żeby producenci podjęli kroki prewencyjne – twierdzi Krzysztof Smołko.

Producenci samochodów wprawdzie zapowiadają opracowanie skutecznych zabezpieczeń przed kradzieżami na walizkę. Odporny na działania włamywaczy system zaproponował już Land Rover w najnowszym modelu Discovery. Zastosowany specjalny chip w module keyless dokładnie wylicza czas odpowiedzi między nadajnikiem a odbiornikiem i nie reaguje na działanie wzmacniaczy sygnału, używanych przez złodziei.

Analizy dokonane przez niemiecki Allgemeiner Deutscher Automobil-Club (ADAC) pozwoliły wyłonić sto najbardziej zagrożonych kradzieżą aut z systemem keyless. Aż trzynaście modeli na tej liście to auta marki BMW. Drugie miejsce na niechlubnej liście zajmuje Audi z dziesięcioma modelami, a czołówkę zamyka Renault z ośmioma niebezpiecznymi modelami.

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii: Polska Strategia Kosmiczna jest realizowana zgodnie z planem. Liczba polskich firm w sektorze wzrosła w ciągu 5 lat ponaddziesięciokrotnie

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii: Polska Strategia Kosmiczna jest realizowana zgodnie z planem. Liczba polskich firm w sektorze wzrosła w ciągu 5 lat ponaddziesięciokrotnie 7

Polska stawia na kosmos. Krajowy sektor kosmiczny rośnie w siłę – do 2030 r. obroty na tym rynku mają wzrosnąć do 3 proc. łącznych obrotów tego rynku na świecie. Rozwój zapewnia przyjęta w zeszłym roku Polska Strategia Kosmiczna. Priorytetem dla Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii i Polskiej Agencji Kosmicznej jest opracowanie Polskiego Programu Kosmicznego. Działania nakierowane są także na stymulowanie konkurencyjności, która jest motorem napędowym do tworzenia innowacji na rynku kosmicznym. W ciągu ostatnich 5 lat liczba podmiotów działających w sektorze kosmicznym wzrosła w Polsce dziesięciokrotnie.

– Priorytetem dla ministerstwa oraz Polskiej Agencji Kosmicznej jest stworzenie aktu wykonawczego w postaci Krajowego Programu Kosmicznego, nad którym intensywnie pracujemy. Dostarczy on instrumenty i konkretne działania. My, jako państwo, mamy obowiązek wspierać sektor kosmiczny poprzez działania o charakterze legislacyjnym, jak i finansowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert Nowicki, zastępca dyrektora Departamentu Innowacji w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii.

Przyjęta Polska Strategia Kosmiczna zakłada, że do 2030 r. obroty polskiego sektora kosmicznego wyniosą co najmniej 3 proc. łącznych obrotów tego rynku, a Polska będzie posiadała dostęp do infrastruktury satelitarnej na potrzeby przede wszystkim bezpieczeństwa i obronności. Administracja publiczna ma zaś wykorzystywać dane satelitarne do codziennej pracy, a polskie przedsiębiorstwa mają rozpocząć eksport swoich usług i rozwiązań.

– Polska Strategia Kosmiczna to efekt pracy rządu oraz współpracy z przedsiębiorcami. Aktualny stan prac i zaawansowanie przedsiębiorstw pozwala na stwierdzenie, że jest to strategia słuszna, a określone w niej cele realizowane są według przyjętego harmonogramu – przekonuje Robert Nowicki.

Coraz więcej przedsiębiorców w Polsce dostrzega ogromny potencjał rozwojowy oraz finansowy branży. Tylko w ubiegłym roku Polacy złożyli ponad 170 aplikacji do Europejskiej Agencji Kosmicznej, a polskie wynalazki coraz częściej sprawdzają się podczas najważniejszych misji kosmicznych, np. firma Astronika opracowała jeden z kluczowych instrumentów misji NASA InSight, Kreta HP3 stworzonego do zbadania ciepła wydobywającego się spod powierzchni Marsa.

– Jednym z elementów, który powinniśmy jako państwo sobie postawić za cel wspólnie z przedsiębiorcami, jest opracowywanie konkretnych projektów związanych z polskim podbojem kosmosu. Polska Strategia Kosmiczna zakłada także wzrost konkurencyjności. Ta konkurencyjność oparta na innowacji, na planach, które się wpisują w działania ministerstwa powoduje, że my jesteśmy jako sektor prężni i jeszcze lepsi – przekonuje Robert Nowicki.

W ramach wzmacniania sektora kosmicznego rozwijane są także programy partnerstwa publiczno-prywatnego. 25 maja Śląskie Centrum Naukowo Technologiczne Przemysłu Lotniczego podpisało kontrakt z wieloletnim partnerem technologicznym, francusko-włoskim konsorcjum Thales Alenia Space. Umowa zakłada stworzenie paneli słonecznymi do pojazdów kosmicznych oraz opracowywanie nowych konstrukcji satelitarnych, które byłyby konkurencyjne dla obecnie stosowanych rozwiązań. Według wstępnych założeń pierwszy satelita z podzespołami zaprojektowanymi przez śląskich naukowców ma rozpocząć swoją misję już w przyszłym roku.

Program Start in Poland jest największym programem dla start-upów w Europie Środkowo‑Wschodniej. Jego budżet to niemal 3 mld zł. Mogą z niego skorzystać podmioty krajowe i zagraniczne. Fundusze pochodzą z Programu Inteligentny Rozwój i środków prywatnych.

– Jednym z elementów, który pozwala na realizację Polskiej Strategii Kosmicznej, jest wsparcie w programach opcjonalnych ESA, wsparcie w postaci instrumentów kapitałowych poprzez program Start in Poland. To kwestia akceleracji, gdzie my, jako ministerstwo, mamy możliwość i oferujemy akceleratory branżowe w krótkim okresie czasu – tłumaczy z-ca Dyrektora Departamentu Innowacji w MPiT.

Według raportu opracowanego przez analityków Bank of America Merrill Lynch w ciągu najbliższych 30 lat wartość światowej branży kosmicznej może wzrosnąć do 2,7 bln dol. Dynamiczny wzrost zainteresowania tym sektorem gospodarki widać również w Polsce – według Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii obecnie przeszło trzysta krajowych przedsiębiorstw zajmuje się rozwijaniem technologii z branży kosmicznej, a pięć lat temu było ich niespełna 30.

Firmy coraz częściej oferują swoim pracownikom programy emerytalne. Chcą w ten sposób zatrzymać specjalistów

Firmy coraz częściej oferują swoim pracownikom programy emerytalne. Chcą w ten sposób zatrzymać specjalistów 8

Pracownicze programy emerytalne organizowane przez – zwłaszcza dużych – pracodawców do niedawna nie cieszyły się specjalnym zainteresowaniem wśród pracowników jako pozapłacowy benefit. Jednak dyskusja wokół wieku emerytalnego, likwidacji otwartych funduszy emerytalnych i planowanych przez premiera Morawieckiego pracowniczych planów kapitałowych wzmocniła zainteresowanie tym tematem.

– Programy emerytalne jeszcze nie przebiły się do pierwszej trójki najpopularniejszych benefitów. Na razie bardziej popularne wydają się takie, z których można skorzystać od razu, czyli prywatna opieka medyczna, karnety na fitness czy siłownię. Paradoksalnie okazuje się, że z benefitów, na które często pracodawca wydaje określone pieniądze, wcale nie wszyscy pracownicy korzystają – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Łukawska, dyrektor ds. programów emerytalnych Skarbiec TFI. – Część pracodawców wprowadza systemy kafeteryjne, w których pracownik może sobie w ramach puli środków na niego przeznaczonych wybrać benefit najbardziej potrzebny. Spotkałam się jednak z badaniami, które pokazały, że wśród menadżerów około 70 proc. uważało plany emerytalne za pożądany benefit.

Z bieżących danych publikowanych przez Komisję Nadzoru Finansowego wynika, że na dzień 9 maja 2017 roku działało w Polsce 1 110 takich programów. Komisja nie opublikowała jeszcze raportów rocznych za 2017 rok, ale na koniec 2016 roku na 1 106 PPE najwięcej ich było w województwie mazowieckim (206), śląskim (164), wielkopolskim (123) i pomorskim (105). W pozostałych regionach ich liczba nie przekraczała setki.

Zdaniem Agnieszki Łukawskiej taka korzyść ma szanse przebić się wkrótce do pierwszej piątki, zwłaszcza że w obliczu coraz głośniejszych opinii o emeryturze minimalnej pracownicy w coraz większym stopniu rozumieją, że emerytura z ZUS-u i II filaru będzie niewielka. A do tego dodatkowego programu dokłada się przecież pracodawca.

– Doświadczenie pokazuje, że dobrze, jeśli plan emerytalny w firmie jest współfinansowany przez pracodawcę i pracownika. Jeżeli chciałoby się zrzucić finansowanie planu tylko i wyłącznie na pracownika, to nie będzie to dla niego atrakcyjne – mówi Agnieszka Łukawska. – Jednym z dwóch rodzajów polskich programów emerytalnych są te, które działają na podstawie ustawy o PPE i one są rzeczywiście bardzo atrakcyjne dla pracownika, dlatego że tam składkę finansuje pracodawca. Pracownik może płacić, ale na zasadzie dobrowolności.

Jak wyjaśnia, składki finansowane przez pracodawcę są zwolnione z obowiązkowych wpłat na ubezpieczenia społeczne, a dodatkowo zgromadzone zyski są zwolnione z podatku od dochodów kapitałowych. Drugi rodzaj programu to plany pozaustawowe, w których pracodawca tworzy program według swoich standardów. Dzieje się tak zwłaszcza w dużych międzynarodowych koncernach. W takim przypadku nie przysługuje już ulga w podatku ani w składkach na ZUS, ale pracodawca może ten program stworzyć w taki sposób, w jaki działa on na całym świecie, a zatem może on być lepiej dostosowany do kultury korporacyjnej danego przedsiębiorstwa.

 Pracodawcy mają z planu emerytalnego takie korzyści, jak z każdego dobrze dobranego benefitu. Przede wszystkim jest to coś, co związuje pracownika z firmą. Jeżeli mamy do czynienia z rynkiem pracownika, przynajmniej w niektórych branżach, na pewno warto zaoferować pracownikowi coś więcej niż samo wynagrodzenie – przekonuje dyrektor w Skarbiec TFI. – Badania pokazują, że ludzie są zainteresowani benefitami. Oczywiście dyskusyjna jest kwestia, czy chcą na nie przeznaczyć bliżej 5 proc. czy 15 proc. swojego wynagrodzenia, ale chyba czasy, kiedy były tylko pensje bez żadnych benefitów, już dawno minęły.

Wskazuje też, że PPE kosztują firmę mniej niż podwyżka, nie tylko dlatego, że składki wpłacone do PPE nie podlegają obowiązkowym składkom na ubezpieczenia społeczne, ale też z przyczyn psychologicznych. Pracownik co miesiąc na pasku wypłaty widzi, ile pieniędzy zostało przesłanych do programu emerytalnego, może obserwować wartość zgromadzonych środków. Zdaniem ekspertów w przypadku podwyżki po pierwszej euforii pracownik się do tego bardzo szybko przyzwyczaja, za kilka miesięcy nie bardzo pamięta, ile wcześniej zarabiał i za jakiś czas będzie chciał znowu poprosić o podwyżkę.

Luki w zabezpieczeniach urządzeń połączonych z internetem furtką dla cyberprzestępców. Sytuację poprawić mają unijne regulacje

Luki w zabezpieczeniach urządzeń połączonych z internetem furtką dla cyberprzestępców. Sytuację poprawić mają unijne regulacje 9

W Polsce w 2017 roku 44 proc. firm poniosło straty finansowe na skutek cyberataków. Skala tego typu zagrożeń jest coraz większa. Wyzwaniem jest zapewnienie bezpieczeństwa urządzeniom podłączonym do sieci w ramach internetu rzeczy. Już teraz 70 proc. z nich ma luki, które umożliwiają hakerom przejęcie nad nimi kontroli. Podejmowane są jednak działania, które mają temu zapobiegać. W Unii Europejskiej trwają prace nad regulacjami, które wprowadzą obowiązek certyfikowania urządzeń pod kątem podatności na cyberzagrożenia.

– Skala i zasięg cyberzagrożeń na świecie są związane z transformacją cyfrową, z powszechnym użyciem różnego typu urządzeń cyfrowych i z podłączeniem ich do internetu. Skala jest ogromna i dotyczy zarówno korporacji, jak i małych przedsiębiorstw oraz osób prywatnych. Więcej do stracenia mają korporacje niż osoby prywatne, ale docelowo to tożsamość elektroniczna osób prywatnych będzie niezwykle cenna i powinna być bardzo mocno chroniona – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sławomir Panasiuk, wiceprezes zarządu Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych.

Cyberprzestępcy atakują coraz częściej. Z raportu Cisco Visual Networking Index wynika, że liczba ataków DDoS do 2021 roku wzrośnie 2,5-krotnie – do 3,1 mln rocznie. Ponieważ stają się one coraz silniejsze, mogą całkowicie sparaliżować sieć danej firmy i tym samym odciąć ją od internetu.

Raport PwC „Cyberruletka po polsku. Dlaczego firmy w walce z cyberprzestępcami liczą na szczęście” wskazuje zaś, że w 2017 roku 44 proc. polskich firm w wyniku cyberataków poniosło straty finansowe. Globalnie straty poniesione na skutek różnego rodzaju nielegalnych działań w cyberprzestrzeni firma McAffy szacuje na 440–600 mln dol.

– Przez to że świat uległ jeszcze większej transformacji w kierunku gospodarki cyfrowej, bardzo istotną rzeczą jest zwiększenie świadomości i przeciwdziałanie potencjalnym zagrożeniom. Nie da się w tej chwili uchronić przed cyberzagrożeniami, natomiast trzeba wiedzieć, że one są i trzeba umieć postępować w przypadku, kiedy takie cyberzagrożenie nastąpi – przekonuje Sławomir Panasiuk.

Z danych PwC wynika, że w Polsce jedynie 8 proc. firm jest dojrzałych pod względem bezpieczeństwa cybernetycznego – ma odpowiednie narzędzia i systemy zabezpieczeń, zespół ds. cyberbezpieczeństwa, a budżet na zabezpieczenia stanowi przynajmniej 10 proc. wartości całego budżetu IT. Średnio firmy przeznaczają na ten cel jedynie 3 proc. Co więcej, co piąta duża firma w Polsce nie ma żadnego specjalisty od cyberbezpieczeństwa, a 46 proc. nie stworzyło procedur reakcji na ewentualne incydenty.

– Podstawową kwestią jest posiadanie polityki bezpieczeństwa i wykonywanie audytów, poprawianie rozwiązań i edukacja pracowników. To najskuteczniejsze metody. Jeżeli nie będziemy prowadzili stałych audytów, poprawiali rozwiązań, nie przeniesiemy odpowiedzialności za cyberbezpieczeństwo na poziom zarządu, to bardzo trudno będzie efektywnie wydawać środki na ten obszar. Jedynym skutecznym rozwiązaniem jest planowanie działań w tym obszarze, planowanie budżetów, wyciągnięcie odpowiedzialności wysoko na poziom zarządu i traktowanie tego jako części codziennego biznesu – wskazuje wiceprezes KDPW.

Wyzwaniem jest też zapewnienie bezpieczeństwa urządzeniom IoT. Jak prognozuje Cisco, liczba urządzeń podłączonych do sieci w 2021 roku wyniesie 27 mld, przy 17 mld w 2016 roku. Jednocześnie według firmy EY 70 proc. urządzeń IoT ma braki, które umożliwiają łatwe przejęcie kontroli. Dlatego, według raportu Cyber Security Market by Solutions pt. „Global Forecast to 2021” opublikowanego przez firmę doradczą Markets and Markets, wydatki związane z bezpieczeństwem segmentu IoT wzrosną do blisko 29 mld dol. w 2020 roku (z 6,9 mld dol. w 2015 roku).

– Internet rzeczy to nie tylko codziennie używane urządzenia, które nas otaczają, czyli kamery internetowe, lodówki, pralki, kuchenki mikrofalowe czy żarówki, lecz także drukarki i urządzenia przemysłowe, które są dużo większym zagrożeniem. Producenci tych urządzeń będą zmuszeni regulacjami do ich certyfikowania i sprawdzania ich podatności na zagrożenia, bo w tej chwili w większości nie są zabezpieczone. Szczególnie wydawałoby się drobne urządzenia elektroniczne nie są badana pod kątem podatności na zagrożenia cybernetyczne – mówi Panasiuk.

To może się jednak zmienić. W UE pojawił się jednak pomysł, by uregulować kwestię certyfikowania urządzeń i systemów pod kątem ich podatności na cyberzagrożenia.

– Mam nadzieję, że to rozporządzenie przerzuci przynajmniej część odpowiedzialności za ochronę przed cyberzagrożeniami na producentów i dostawców rozwiązań, po drugie zwiększy bezpieczeństwo, ponieważ obecnie bardzo dużo ataków wynika z prostych luk w zabezpieczeniach. Jeżeli producenci już na etapie projektowania urządzeń i rozwiązań wprowadzą zabezpieczenia, będzie trudniej inicjować ataki – ocenia Sławomir Panasiuk.

Niedawno polski rząd przyjął ustawę o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa, która ma zapewnić niezakłócone świadczenie usług kluczowych z punktu widzenia państwa i gospodarki oraz usług cyfrowych. Celem ustawy jest implementacja w Polsce dyrektywy NIS (Dyrektywa Parlamentu i Rady UE w sprawie środków na rzecz wysokiego wspólnego poziomu bezpieczeństwa sieci i systemów informatycznych na terytorium Unii).

Ambasador Izraela: Nasi inwestorzy coraz bardziej interesują się polskim rynkiem. Mamy z Polską duży potencjał współpracy

Ambasador Izraela: Nasi inwestorzy coraz bardziej interesują się polskim rynkiem. Mamy z Polską duży potencjał współpracy 10

Dla inwestorów Izrael jest dziś równie ważny, co Dolina Krzemowa. Niewielkie państwo może się pochwalić największymi wydatkami na innowacje, liczbą patentów i start-upów, które odniosły sukces na globalnym rynku. To efekt systemu rozwijanego przez izraelski rząd od lat 90. Jego integralną częścią jest cyberbezpieczeństwo – Izrael odpowiada za ok. 15 proc. globalnych wydatków na cyberochronę, a na tamtejszym rynku działa kilkaset firm z tego sektora. Najnowocześniejsze rozwiązania zostaną pokazane w tym tygodniu w Warszawie podczas konferencji Israel HLS & Cyber Technology Day. Jak podkreśla ambasador Anna Azari, izraelski biznes w coraz większym stopniu interesuje się polskim rynkiem. 

– Jesteśmy małym krajem, ale sektor technologii i innowacji jest dla nas bardzo ważny, odpowiada za ponad 40 proc. naszego eksportu. Myślę, że mamy z Polską dużo wspólnego i duży potencjał współpracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Azari, ambasador Izraela w Polsce.

Izrael – na arenie międzynarodowej określany jako „startup nation” – jest uważany za kolebkę innowacyjności i nowych technologii. To zasługa rządowego programu wsparcia dla start-upów Yozma, który jest rozwijany od lat 90. Dzięki niemu w latach 1990–2000 liczba izraelskich start-upów wzrosła dziesięciokrotnie, liczba inwestorów venture capital przekroczyła setkę, natomiast zainwestowane przez nie fundusze wzrosły trzydziestokrotnie, sięgając 1,3 bln dol.

– Mamy w Izraelu specjalny ekosystem dla innowacji i technologii, on się cały czas zmienia. Na początku istniał fundusz dla start-upów, z którego były finansowane te najbardziej perspektywiczne. Ci, którzy zakładali firmę i odnosili sukces, zwracali do funduszu zainwestowane pieniądze. Teraz system się zmienił, ponieważ izraelskie start-upy są już znane na całym świecie i często finansują je fundusze prywatne. Natomiast rząd wspiera raczej pozarządowe inicjatywy, inicjuje spotkania, daje infrastrukturę, miejsce i zapewnia możliwość współpracy – mówi ambasador Anna Azari.

Izraelski ekosystem wsparcia dla start-upów jest jednym z najlepszych na świecie. Na tamtejszym rynku działa kilkadziesiąt inkubatorów i akceleratorów finansowanych przez rząd, a sektor technologiczny zapewnia jedną piątą rocznego dochodu narodowego. Niewielkie, ośmiomilionowe państwo może się też pochwalić największą liczbą inżynierów, patentów i naukowców w przeliczeniu na setkę mieszkańców.

W Izraelu działa dziś ponad 5 tys. start-upów, podczas gdy w Polsce – czterokrotnie większej pod względem liczby ludności – jest ich ok. 2,5 tys. Żaden inny kraj na świecie nie przeznacza również tak dużej części swojego budżetu na badania i rozwój (ok. 4,3 proc. PKB, dla porównania w Polsce to ok. 1 proc. PKB). Ambasador Anna Azari ocenia jednak, że izraelscy biznesmeni w coraz większym stopniu interesują się polskim rynkiem, dostrzegając możliwości współpracy.

– Widzę w tym po części zasługę naszej ambasady. Jeszcze cztery lata temu było dość trudno zainteresować Izraelczyków tym rynkiem. Teraz Polska jest znana w Izraelu i mamy przykłady inwestycji naszych firm – działalność w Polsce otworzył między innymi jeden z największych izraelskich funduszy VC Pitango – mówi Anna Azari.

Założony w połowie ubiegłego roku fundusz TDJ Pitango Ventures to wspólne dziecko polskiej firmy inwestycyjnej TDJ i izraelskiego funduszu z dwudziestopięcioletnim doświadczeniem. Nowy podmiot zamierza zainwestować w perspektywiczne spółki nawet 210 mln zł. Potencjał polskiego rynku docenił też Yigal Erlich, legenda izraelskiej innowacyjności, założyciel jednego z największych funduszy venture capital, nazywany ojcem izraelskiego „startup nation”, który nad Wisłą inwestuje m.in. w spółki biotechnologiczne.

– Rynek jest dziś globalny. Myślimy o współpracy między start-upowcami a innowatorami, żeby zrobić coś wspólnie. Myślę, że to nasza przyszłość – mówi Anna Azari.

Ambasador podkreśla, że integralną częścią izraelskiego systemu innowacji jest cyberbezpieczeństwo, a Izrael odpowiada za około 15 proc. globalnych inwestycji w tego typu technologie. Cyberbezpieczeństwo jest istotne zwłaszcza w kontekście szacunków Marsh i Światowego Forum Ekonomicznego („Global Risks Report 2018”) które pokazują, że liczba cyberataków na przedsiębiorstwa podwoiła się w ostatnich pięciu latach. Eksperci szacują, że ich skala będzie coraz większa, podobnie jak ich koszty dla firm i instytucji publicznych.

– Inne kraje bardzo często postrzegają cyberbezpieczeństwo jako coś, co jest potrzebne dla tajnych służb etc. To nieprawda. Firmy, banki, infrastruktura – one muszą mieć zapewniony system cyberbezpieczeństwa. Izrael jest bardzo mocny w tej dziedzinie. Nie jesteśmy dużym państwem, ale mamy prawie 15 proc. inwestycji w technologie cyberbezpieczeństwa na całym świecie, w Izraelu to część naszego systemu innowacji – podkreśla Anna Azari.

Izrael to jedno z państw najczęściej atakowanych przez hakerów dlatego rząd, armia i biznes inwestują w cyberbezpieczeństwo znaczne środki. Najnowsze dane izraelskiego IVC Reaserch Center wskazują na szybki i znaczący wzrost firm z tej branży w IV kwartale ubiegłego roku.

30 maja odbędzie się w Warszawie konferencja „Israel HLS & Cyber Technology Day”. Z tej okazji do Polski przyjedzie siedemnaście izraelskich firm, które pokażą najnowocześniejsze technologie z obszaru homeland security i cybersecurity. W programie jest również panel merytoryczny z udziałem izraelskich i polskich ekspertów oraz spotkania B2B. Wydarzenie poświęcone w szczególności bezpieczeństwu infrastruktury krytycznej jest skierowane między innymi do przedstawicieli służb wymiaru sprawiedliwości i osób związanych z cyberbezpieczeństwem.

Jak podkreśla izraelska ambasador Anna Azari, w ostatnich latach Polskę i Izrael łączy nie tylko współpraca na polu innowacji, lecz także kwitnąca turystyka. Z drugiej strony cieniem na wzajemnych stosunkach wciąż kładzie się nowelizacja ustawy o IPN, która w lutym została podpisana przez Prezydenta Andrzeja Dudę i od razu skierowana przez niego do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli następczej (ustawa formalnie weszła w życie z początkiem marca br.).

– Rosnąca turystyka bardzo dobrze łączy obydwa kraje, ostatnie dane mówią o 300 tys. Izraelczyków, którzy odwiedzili Polskę. W większości nie są to już wycieczki historyczne, ale zwyczajna turystyka, shopping etc. W drugą stronę jest też dużo lotów do Izraela i nie są to tylko pielgrzymki. To łączy społeczeństwa, ale również biznesy. Na ten moment Polska i Izrael są przyjaciółmi, ta baza nie zniknie. Jednak przez historię z nowelizacją ustawy o IPN jesteśmy w stanie oczekiwania na decyzję Trybunału, to trochę zwalnia nasze projekty – mówi ambasador Anna Azari.

Z początkiem roku akademickiego zacznie obowiązywać nowy system antyplagiatowy. Uczelnie obawiają się kosztów i metodologii sprawdzania prac

Z początkiem roku akademickiego zacznie obowiązywać nowy system antyplagiatowy. Uczelnie obawiają się kosztów i metodologii sprawdzania prac 11

Ustawa o szkolnictwie wyższym i nauce, która znajduje się na etapie prac parlamentarnych, nałoży na wszystkie uczelnie w Polsce obowiązek weryfikowania prac dyplomowych za pomocą publicznego Jednolitego Systemu Antyplagiatowego. Nowe narzędzie, mimo że zacznie obowiązywać z początkiem nowego roku akademickiego, nie było jeszcze testowane przez uczelnie. Ich obawy budzą koszty wdrożenia i sama metodologia sprawdzania prac. Przedstawiciele uczelni podkreślają, że do skutecznej analizy antyplagiatowej potrzebne jest im stale aktualizowane narzędzie, z obszerną i rzetelną bazą porównawczą.

– System kontroli antyplagiatowej w Polsce jest obecnie na etapie permanentnych zmian. Kluczem do sukcesu jest doświadczenie i umiejętne wprowadzenie go w procedury uczelniane. Co z tego, że znajdą się dwie w 100 proc. identyczne prace, jeżeli nikt nie zareaguje? W naszej historii mieliśmy takie przypadki, gdzie znajdowaliśmy trzy takie same prace obronione na tej samej uczelni i nic z tym nie zrobiono – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Gutowski, ekspert prawa autorskiego w Plagiat.pl.

Poziom prac dyplomowych jest jednym z głównych wskaźników jakości nauczania. Dlatego plagiaty, parafrazowanie czy wręcz przepisywanie całych rozdziałów to dla uczelni duży problem. Szacuje się, że w Polsce około 20–30 proc. prac dyplomowych nosi znamiona plagiatu. W toku są prace nad ustawą o szkolnictwie wyższym i nauce (tzw. Ustawa 2.0), która wprowadza konieczność sprawdzania prac dyplomowych na uczelniach z użyciem publicznego Jednolitego Systemu Antyplagiatowego. Nowe narzędzie ma uszczelnić system i ukrócić niedozwolone praktyki.

– Formalnie obowiązek sprawdzania prac obowiązuje już w tej chwili. Jedne uczelnie korzystają z Plagiatu, inne z OSA, jeszcze inne mają własne produkty. Jednolity system jest dobrym rozwiązaniem, natomiast ważne jest to, na ile będzie on przyjazny. Te, które funkcjonują w tej chwili, czasami sprawiają problemy, generują mnóstwo danych, natomiast ocena, czy był plagiat, wymaga sporo trudu i doświadczenia ze strony nauczyciela akademickiego. Dlatego przyjazny interfejs czy forma prezentowania danych ma kluczowe znaczenie dla sprawnego funkcjonowania systemu. Należy pokładać nadzieje, że w jego budowaniu wezmą udział wszystkie zainteresowane strony, a zwłaszcza przedstawiciele użytkowników – mówi prof. Andrzej Kraśniewski, sekretarz generalny Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich z Politechniki Warszawskiej.

Jednolity System Antyplagiatowy (nad jego stworzeniem pracuje Ośrodek Przetwarzania Informacji – Państwowy Instytut Badawczy) ma być gotowy na nowy rok akademicki 2018/2019, jednak wciąż nie wiadomo, jak będzie wyglądać ani kiedy uczelnie będą mogły go chociażby przetestować.

– Jednolity System Antyplagiatowy jest tworem, który de facto nie istnieje. Wizja dopiero się tworzy, zastanawiamy się, jakie powinien mieć funkcje, jak powinien działać. Pojawiają się obawy, związane m.in. z repozytorium, które ma z nim współpracować. Uczelnie podnoszą kwestię kosztów, bo sam system ma być darmowy, natomiast pojawia się koszt wprowadzania archiwalnych prac dyplomowych do takiego repozytorium. To nie jest trywialne zadanie, łączą się z tym także problemy prawne, które nie do końca są rozstrzygnięte – mówi prof. Andrzej Kraśniewski.

Oprócz potencjalnych kosztów, obawy uczelni dotyczą również metodologii sprawdzania prac dyplomowych. Bazę porównawczą w nowym systemie ma stanowić Ogólnopolskie Repozytorium Pisemnych Prac Dyplomowych, o którym wciąż niewiele wiadomo, oraz archiwalne polskie strony internetowe. Uczelnie wskazują, że to rozwiązanie absurdalne, ponieważ studenci i doktoranci tworzą prace nie tylko w oparciu o polskojęzyczne źródła.

– System nie eliminuje drugiego zjawiska, które np. w Wielkiej Brytanii już uważane jest za bardziej szkodliwe niż plagiat, czyli kupowania prac dyplomowych, ale także przejściowych, np. esejów. Na rynku funkcjonuje mnóstwo firm, które piszą na zamówienie dowolny twór, który student później przedstawia jako własny. Tego system antyplagiatowy nie wykryje, a problem wydaje się narastać, i nie wiem, czy nie jest większym zagrożeniem dla procesów rzetelności studiowania niż to, że ktoś skopiował dziesięć linijek ze źródła internetowego – mówi prof. Andrzej Kraśniewski.

Przedstawiciele uczelni podkreślają, że do skutecznej analizy antyplagiatowej potrzebne jest stale aktualizowane narzędzie, z obszerną i rzetelną bazą porównawczą, oraz zaplecze techniczne, wsparcie w przypadku błędów systemu czy problemów technicznych. Prezes Fundacji Rektorów Polskich prof. Jerzy Woźnicki wskazuje też, że, obok właściwych narzędzi niezbędne jest kształtowanie świadomości studentów i doktorantów.

– Polskie prawo od 2005 roku przewiduje, że wykroczenie, jakim jest naruszenie zasady poszanowania autorstwa, nie przedawnia się. Organ, który wydał dyplom, nadał magisterium czy doktorat, może go w dowolnym momencie odebrać, jeżeli dojdzie do wtórnego zidentyfikowania plagiatu. Nie warto tego robić, bo można całe życie chodzić pod pręgierzem ryzyka ujawnienia. To wszystko trzeba mówić młodzieży, która pisze prace dyplomowe. Trzeba też kształtować pozytywną motywację do tego, aby student rozumiał, że on przyszedł się nauczyć, a nie się certyfikować, że to, co wynosi z uczelni, jest w głowie, a nie na papierze – podkreśla prof. Jerzy Woźnicki.

Targi Outsourcing Expo 2018

Już 27 września 2018 Targi Outsourcing Expo – II Ogólnopolskie Spotkanie Przedsiębiorstw. Dzień rozwoju dla Twojej firmy!

Targi Outsourcing Expo 2018Podczas wydarzenia, przedstawiciele polskiego biznesu dowiedzą się jak wprowadzić innowacje do swojej firmy i zoptymalizować koszty. A osoby zastanawiające nad swoją pierwszą działalnością pozyskają przydatną wiedzę, która będzie dla nich cenną wskazówką przy zakładaniu biznesu.

I Targi Outsorcigu Expo w liczbach:

Na zeszłorocznej edycji pojawili się przedstawiciele firm oferujących outsourcing usług dla przedsiębiorstw. Wśród wystawców znaleźli się liderzy 12 branż outsourcingu. Łącznie swoje oferty zaprezentowało ponad 100 firm do grupy 1134 Odwiedzających.

Ponad 100 stoisk wystawienniczych, panele dyskusyjne, Business Speed Dating, strefa networkingu i startupu, konferencje poświęcone korzyściom, jakie daje zlecanie części zadań na zewnątrz firmy – to tylko niektóre z propozycji czekających na gości targów Outsourcing Expo.

Wydarzenie odbędzie się 27 września na PGE Narodowym – najbardziej pożądanym i luksusowym obiekcie biznesowym w Polsce.

Polska jest liderem w zakresie rozwoju outsourcingu w Europie, stąd ogromne zainteresowanie wydarzeniem i potrzeba jego tworzenia.

Targi Outsourcing Expo  – druga, wzbogacona edycja

Podczas imprezy potencjał rynku usług zewnętrznych zaprezentują firmy z branży oustourcingowej z 12 sektorów i 150 podsektorów. Będą wśród nich firmy z obszarów: HR, wsparcie sprzedaży, IT, marketingu, TSL/usługi kurierskie, BPO, księgowość/rachunkowość, doradztwo/konsulting, call center, zarządzanie nieruchomościami, faktoring. Wśród zwiedzających nie może zabraknąć przedstawicieli biznesu, w szczególności małych i średnich firm, dla których tak ważna jest optymalizacja kosztów.

Model wydarzenia

Biznesowe spotkanie polskich przedsiębiorców i osób zarządzających. Zarówno wystawcy, jak i odwiedzający z pewnością docenią fakt, iż Targi gromadzą ponad 100 firm prezentujących swoją ofertę w wielu obszarach wsparcia przedsiębiorstw. To jedyne w Polsce wydarzenie biznesowe na tak dużą skalę.

Jednak Targi Outsourcing Expo będą mieć charakter nie tylko wystawienniczy, ale również networkingowy i edukacyjny.

Wydarzenia towarzyszące

Podczas Targów odbędą się prelekcje na dwóch scenach konferencyjnych – podzielone na bloki: hr, motywacja, innowacja, optymalizacja z wystąpieniem czołowych Prelegentów.

Wystąpienie każdego z Wykładowców, zakończy się panelem dyskusyjnym, który umożliwi zgłębienie tematu lub zadanie dodatkowych pytań.

Kolejnym wydarzeniem towarzyszącym będzie Business Speed Dating, czyli szybkie, kilkuminutowe spotkania jeden do jednego, podczas których obie strony w zwięzły sposób wymieniają się kontaktami, przedstawiają swoją działalność i ustalają, w jaki sposób mogą współpracować biznesowo.

Następny punkt Targów Outsourcing Expo, to strefa networkingu w której Odwiedzający będą nawiązywać kolejne relacje. O ile taka strefa nie jest nowością, to warto zaznaczyć, że o jej poprawny przebieg zadbają prawdziwi Specjaliści oraz prawdziwy Ekspert w tej dziedzinie – Grzegorz Turniak. Wszystko po to, aby każdy Odwiedzający czuł sie komfortowo bez względu na jego własne cechy osobowe, które ułatwiają lub utrudniają mu nawiązywanie kontaktów.

Nowością na tegorocznej edycji będzie strefa startupu, wydarzenie dedykowane osobom, które zakładają swój pierwszy biznes. Szukają inspiracji i motywacji do urzeczywistnienia swojego marzenia o posiadaniu własnej działalności. Nasi prelegenci pokażą, jak skutecznie przejść drogę od pomysłu aż do jego realizacji z sukcesem.

Sprzedaż biletów na Targi Outsourcing Expo – Ogólnopolskie Spotkanie Małych i Średnich Przedsiębiorstw już trwa. Warto rezerwować swoje miejsce wcześniej i kontaktować się z Organizatorami w celu określenia swoich preferencji podczas odbywających się tam spotkań biznesowych.

Szczegółowe informacje o Targach dostępne są w stronie: www.outsourcingexpo.pl i na profilu wydarzenia na Facebooku: Outsourcing EXPO.

National Sales Congress – Mistrzowskie Strategie Sprzedaży

National Sales CongresBiznes i sport to dziedziny, które przenikają się w życiu codziennym. Odpowiednia technika, nastawienie, determinacja wpływają na efekt końcowy.

Chęć zwycięstwa, dyscyplina, wytrwałość, umiejętność podnoszenia się po porażkach i wyciąganie z nich nauki, odpowiednie nastawienie mentalne – to wszystko ma swoje odzwierciedlenie zarówno w sporcie jak i w biznesie. Podczas Kongresu dowiesz się, jak zostać mistrzem sprzedaży, jak rozmawiać, negocjować z potencjalnym klientem.

Już 13 września 2018 roku na PGE Narodowym odbędzie się Kongres NSC – National Sales Congress. Wydarzenie, na którym udowodnimy, że “nothing is impossible”.

Kongres skierowany jest do osób pracujących w sprzedaży, a także dla managerów i kadry zarządzającej.

Potężna dawka motywacji!

Jeden dzień, 700 uczestników, ponad 8h inspirujących wykładów, pigułka wiedzy z zakresu skutecznej sprzedaży. Prelegenci to doświadczeni i uznani mówcy motywacyjni oraz praktycy w dziedzinie sprzedaży. Jedyna okazja w roku do spotkania ich wszystkich na jednej scenie!

Wśród prelegentów obecni będą m.in. Jacek Walkiewicz, Mateusz Grzesiak, Wojciech Herra, Jakub Cyran, Martin Lewandowski i inni. Organizatorom zależy, aby wykłady poświęcone były tematyce sprzedażowej oraz aby uczestnicy mogli dzięki nim odpowiednio ukierunkować się na sukces i zmotywować do działania, aby zrozumieli, że osiąganie sukcesu jest procesem.

Od strony sprzedażowej zaś, aby kongres był dla nich możliwością poszerzenia wiedzy z zakresu technik sprzedaży, omówienia poszczególnych etapów, jak reagować kiedy klient stanowczo odmawia, jak rozpoznawać potrzeby Klienta oraz jak optymalizować proces pozyskiwania leadów i zachęcić klientów do otwierania ofert.

Wydarzenia towarzyszące

Podczas Kongresu odbędą sie także wydarzenia towarzyszące. Wydarzenie będzie podzielone na bloki tematyczne. Każda strefa jest odpowiednio dostosowana do uczestników, jednocześnie sprzyjając nawiązywaniu relacji biznesowych – zatem każdy poza wiedzą, będzie bogatszy także o możliwości inrtatnej współpracy w przyszłości.

Kongres sprzedażowy

Jak to się dzieje, że niektórzy ludzie wygrywają częściej pomimo dysponowania tymi samymi zasobami co pozostali?

Umiejętności i zaangażowanie handlowców nie są wystarczającymi elementami efektywnej sprzedaży. Podczas Kongresu zostaną Państwo zainspirowani i wyposażeni w nową wiedzę, która przełoży się na sukces zawodowy i na stałe podniesie wyniki sprzedaży. Prezentacja skutecznych dróg dążenia do mistrzostwa w swojej dziedzinie ma na celu optymalizację Państwa codziennych działań, lepsze pozyskiwanie kontaktów, podniesienie skuteczności wykonywanych rozmów I szybszą finalizację sprzedaży.

Kongres managerów

Kongres Managerów to profesjonalne wykłady, pełne porad dobrego zarządzania prowadzone przez doświadczonych biznesmenów, których skuteczność potwierdza osiągnięty sukces w swojej branży oraz warsztaty organizowane we współpracy z Partnerem Merytorycznym Kongresu Managerów MBA –  Koźmiński Executive Business School. Wśród prelegentów będą obecni m.in. Nikolay Kirov – specjalista w zakresie: negocjacji, budowania relacji i kreowania wartości dodanej w biznesie; Michał Leszek – twórca najbardziej wyrazistej marki na rynku elektroniki Kruger&Matz oraz Martin Lewandowski – właściciel federacji KSW i współtwórca polskiego MMA.

Strefa networkingu

Sprzedaż w ciągu ostatnich paru lat zmieniła się – z szybkiego, bezosobowego procesu przekształciła się w proces powolny i wymagający osobowego zaangażowania. Sercem sprzedaży obecnie jest jakość relacji, które tworzą Państwo z potencjalnymi i istniejącymi klientami.

Nad płynnym przebiegiem poznawania i pogłębiania relacji biznesowych będzie czuwał Grzegorz Turniak – znany ekspert networkingu w Polsce, autor książek, artykułów i filmów edukacyjnych.

Partnerem Strefy Networkingu jest Akademia Rekomendacji, wiodąca w Polscew firma szkoleniowo-konsultingowa działająca w obszarze networkingu i rekomendacji.

Strefa partnerów

Strefa wystawiennicza, miejsce które umożliwia porównanie ofert z przekroju różnych branż dla wszystkich uczestników. To doskonała okazja do podpisania kontraktów biznesowych, zapoznania się z ofertą konkurencji i ofertą firm świadczących usługi dla biznesu.

ABS Investment S.A. wypracowuje blisko 4 mln zł zysku netto w 2017 r.

ABS Investment S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od lutego 2011 r., zajmująca się działalnością inwestycyjną, zanotowała 3,97 mln zł zysku netto w 2017 r. i utrzymała w ten sposób bardzo dobre wyniki finansowe w trzyletnim cyklu. Emitent pracuje nad aktualizacją strategii rozwoju na lata 2018-2020 oraz rozważa połączenie ze spółką Beskidzkie Biuro Consultingowe S.A.

Spółka dzięki efektywnej działalności i skutecznym zarządzaniu portfelem inwestycyjnym zakończyła 2017 r. najwyższym zyskiem netto w całej swojej historii wynoszącym ponad 3,97 mln zł. W latach 2015-2017 łączny zysk netto osiągnięty przez ABS Investment S.A. wyniósł blisko 10,3 mln zł, co istotnie zwiększyło poziom aktywów oraz kapitałów własnych. Osiągnięcie tak dobrych wyników finansowych przez Emitenta było rezultatem budowy portfela inwestycyjnego w oparciu bardzo restrykcyjne kryteria wraz z uwzględnieniem możliwości budowania synergii pomiędzy spółkami portfelowymi. Przyjęta przez ABS Investment S.A. strategia rozwoju okazała się trafna, a jej realizacja przebiegła zgodnie z planem, czego potwierdzeniem są wypracowywane bardzo wysokie zyski i stały wzrost wartości Spółki. Emitent przekroczył również opublikowane prognozy finansowe na 2017 r.

„Jestem bardzo zadowolony z wyników, jakie udało się wypracować zarówno w 2017 roku, jak i w ostatnich 3 latach. Są one szczególnie dobre w kontekście sytuacji rynkowej, jak i wyników firm konkurencyjnych. W 2015 roku wypracowany wynik był dwukrotnie lepszy od pierwotnie planowanego i tym samym poprzeczka została zawieszona wysoko. Ostatnie 3 lata to okres bardzo dynamicznych zmian w portfelu inwestycyjnym i to właśnie te zmiany oraz pojawienie się wielu nowych spółek odpowiadają za nasze dobre wyniki. We wszystkich ostatnich trzech latach wypłacaliśmy Akcjonariuszom dywidendę i realizowaliśmy skup akcji własnych.” – podkreśla Sławomir Jarosz, Prezes Zarządu Spółki ABS Investment S.A.

W 2017 r. Spółka złożyła wniosek o wpis na listę ASI i wycofała się z działalności doradczej oraz handlowej, co wynikało z regulacji prawnych i wpłynęło na zmniejszenie osiąganych przychodów. Strumień dywidend wypłacanych przez spółki portfelowe ABS Investment S.A. wyniósł w minionym roku ok. 140 tys. zł. Emitent również podzielił się wypracowanym w 2016 r. zyskiem ze swoimi Akcjonariuszami, a wartość dywidendy na 1 akcję sięgnęła 0,04 zł. Spółka dokonała także w lipcu 2017 r. terminowego wykupu obligacji serii o łącznej wartości nominalnej w kwocie 1 mln zł. W tymże miesiącu na rynku Catalyst zadebiutowały z kolei obligacje serii B. ABS Investment S.A. realizuje również skupy akcji własnych, będące uzupełnieniem polityki dywidendowej, zakładającej aktywny udział Akcjonariuszy w podziale osiąganych zysków.

„Rozpoczęcie procedury wpisu na listę ASI spowodowało z jednej strony konieczność reorganizacji firmy, co skutkuje mocnym ograniczeniem strumieni przychodowych, a z drugiej strony działalność ABS będzie bardziej przejrzysta, klarowna i transparentna. Aktualnie trwa również reorganizacja spółki BBC – wydzielenie części doradczej, z którą ABS planuje dokonać fuzji. Te wydarzenia oraz zdecydowane pogorszenie koniunktury na rynku kapitałowym spowodowały konieczność zmiany strategii działania, nad którą obecnie pracuje Zarząd ABS. Niestety w mojej ocenie warunki do funkcjonowania w branży inwestycyjnej się pogorszają i jest to raczej już stały trend.” – dodaje Prezes Jarosz.

Wyniki finansowe ABS Investment S.A. w minionym roku należy uznać za duży sukces, szczególnie biorąc pod uwagę nienajlepszą koniunkturę na rynku kapitałowym oraz słabsze wyniki finansowe innych podmiotów również działających w branży inwestycyjnej. Siła ABS Investment S.A. wynika w dużej mierze z konsekwencji w budowaniu stabilnego i perspektywicznego portfela inwestycyjnego, jego stałej optymalizacji oraz negocjowaniu atrakcyjnych cen zakupu pakietów akcji i dążeniu do wprowadzania do obrotu nienotowanych serii akcji. Ważnym aspektem w umacnianiu pozycji rynkowej ABS Investment S.A. jest także zwiększanie zaangażowania w spółkach portfelowych, co pozwala na uczestniczenie w wytyczaniu kierunków ich dalszego rozwoju.

„Od początku istnienia ABS szczególny nacisk kładliśmy na taki dobór spółek portfelowych, by w jak największym stopniu była możliwa współpraca między nimi. I to zawsze był, jest i mam nadzieję będzie nasz atut. Zawsze można jeszcze tą współpracę poprawić, ale z efektów jestem zadowolony. W zdecydowanej większości spółek z portfela TOP15 notowanych i TOP5 nienotowanych posiadamy ilość głosów, która umożliwia nam realny wpływ na wydarzenia w spółkach. Uczestniczymy też aktywnie w nadzorowaniu spółek portfelowych poprzez obecność w ich Radach Nadzorczych.” – zakończył Prezes Jarosz.

W styczniu 2018 r. Zarząd ABS Investment S.A. poinformował, że po przeprowadzonych rozmowach z Zarządem notowanej na rynku NewConnect spółki Beskidzkie Biuro Consultingowe S.A. (BBC) podjął decyzję o przeanalizowaniu opcji strategii rozwoju Spółki polegającej na możliwości stworzenia Grupy Kapitałowej z BBC jako podmiotem zależnym lub połączenia się z BBC w drodze przejęcia tej spółki, przy uprzednim wydzieleniu działalności doradczej do podmiotu zależnego. Spółka pracuje też nad zaktualizowaniem strategii rozwoju na kolejny 3-letni cykl, a więc na lata 2018-2020.

Polacy idą do centrum handlowego, które jest blisko i ma dużo sklepów, a już niedługo będą tam też spać i pracować

Dogodna lokalizacja to najważniejszy czynnik decydujący o wyborze centrum handlowego wskazywany przez 71% Polaków. Dla 67% liczy się urozmaicona oferta, a dla 56% obecność interesujących ich sklepów – wynika z raportu CBRE „Shopping Centre 4.0”. Eksperci CBRE podkreślają, że w związku z zakazem handlu w niedzielę, w najbliższych miesiącach i latach centra handlowe będą łączyły funkcję zakupowo-rozrywkową z biurową i mieszkaniową. Najwięcej nowej powierzchni handlowej powstanie w Warszawie.

– Polski rynek powierzchni handlowych starzeje się. Prawie połowa obecnie istniejących obiektów ma ponad 10 lat. To oznacza konieczność modernizacji i remontów, choć nie tylko wiek centrów handlowych wpływa na decyzję o zmianach. Ich wprowadzeniu sprzyjają też m.in. ewoluujące oczekiwania konsumentów, z którymi mamy teraz do czynienia, m.in. ze względu na wprowadzony zakaz handlu w niedzielę. Już teraz wiele centrów handlowych pracuje nad nowymi pomysłami, które urozmaicą i uatrakcyjnią ofertę, przede wszystkim w częściach gastronomicznej i rozrywkowej – mówi Magdalena Frątczak, Szefowa sektora handlowego w CBRE.

Sklepy na wyciągnięcie ręki

Decyzje sieci handlowych i właścicieli nieruchomości handlowych, dotyczące zmian czy remontów, są zazwyczaj podejmowane przez pryzmat potrzeb konsumentów. A te są bardzo konkretne. Dla 71% odwiedzających centra handlowe największe znaczenie ma dogodna lokalizacja, 2 na 3 zwraca uwagę na urozmaiconą ofertę, a 56% poszukuje konkretnych sklepów i marek. Tuż za podium znalazło się ogólne wrażenie z wizyty, które jest ważne dla 44% osób. Ofertę gastronomiczną jako istotną uznaje co czwarty odwiedzający centrum handlowe.

Centra handlowe naszpikowane technologią

Potrzeby klientów to jedno, ale na wygląd i funkcjonalność centrum handlowego coraz bardziej wpływają nowinki technologiczne. Z raportu CBRE „Shopping Centre 4.0” wynika, że w niemal 8 na 10 sklepów już funkcjonuje lub zostanie niedługo wprowadzona integracja mediów społecznościowych i sklepów stacjonarnych. Połowa najemców centrum handlowego udostępnia klientom darmowe WiFi na terenie obiektu, a co trzeci wprowadza interaktywne wystawy i przymierzalnie. Mniej popularna, bo na razie rozważana przez 9% właścicieli sklepów, jest technologia beacon.

Sklep Jaguar Land Rover zlokalizowany w Wielkiej Brytanii to przykład tego, jak innowacyjne formaty sklepów i rozwiązania już są oferowane klientom. Dzięki nowoczesnemu podejściu do sprzedaży, klient ma możliwość skonfigurowania samochodu dokładnie tak, jak tego chce, ponieważ każdy aspekt kupowanego pojazdu można indywidualizować – mówi Magdalena Frątczak, Szefowa sektora handlowego w CBRE.

Stolica centrów handlowych

Wysoka siła nabywcza na jednego mieszkańca w połączeniu z relatywnie niską gęstością detaliczną przyciągają deweloperów do Warszawy. Stolica jako najbogatsze miasto w Polsce zachęca inwestorów do odkrywania lokalnego potencjału i inicjowania nowych projektów. Z raportu CBRE „Warszawski rynek handlowy w I kwartale 2018” wynika, że obecnie w Warszawie znajduje się 150 tys. mkw. powierzchni handlowej w budowie.

W Warszawie widoczny jest jeszcze jeden istotny trend. Deweloperzy koncentrują się na integracji kilku funkcji – detalicznej, biurowej lub mieszkaniowej – w jeden system. Przykładem takiego projektu jest m.in. Art. Norblin, Koneser czy CEDET – mówi Magdalena Frątczak.

Jednoosobowa działalność gospodarcza czy osobowa spółka prawa handlowego?

Stając przed wyborem formy prowadzenia działalności gospodarczej, przyszły przedsiębiorca powinien wziąć pod uwagę kilka czynników. Po pierwsze, powinien zastanowić się nad efektywnością podatkową danej formy prowadzenia działalności. Po drugie – nad optymalizacją wyeksponowania jego majątku osobistego na ryzyko gospodarcze. Po trzecie – nad stopniem skomplikowania procedur i nad kosztami, z jakimi będzie musiał się liczyć, jeśli zdecyduje się na konkretną formę prawną. Dopiero po przemyśleniu wskazanych zagadnień i ustaleniu swoich priorytetów przedsiębiorca może dokonać świadomego wyboru, którego potem nie będzie żałował.

Jakie są możliwości?

Gdy w głowie przedsiębiorcy narodził się już plan, jak zamierza zarobić miliony, powinien zastanowić się, w jakiej formie będzie prowadził działalność. Polskie prawo przewiduje możliwość prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej na podstawie ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, zawiązania spółki cywilnej przez dwóch lub więcej przedsiębiorców na podstawie Kodeksu cywilnego i założenia na podstawie Kodeksu spółek handlowych różnych spółek prawa handlowego, a więc spółek osobowych (jawna, partnerska, komandytowa i komandytowo-akcyjna) i kapitałowych (spółka z ograniczoną odpowiedzialnością i spółka akcyjna). Każda z tych form prawnych ma swoje wady i zalety.

Aby świadomie podjąć decyzję, którą z tych form wybrać, należy najpierw zastanowić się, na czym nam najbardziej zależy – na płaceniu najniższych możliwych podatków, na oddaleniu od siebie ryzyka gospodarczego czy na minimalizacji kosztów stałych, które na początku działalności mogą okazać się zabójcze.

Osoba dopiero chcąca założyć swój pierwszy biznes powinna już na początku odrzucić spółkę akcyjną i komandytowo-akcyjną jako podmioty o zbyt wysokim stopniu skomplikowania, a przez to bardzo kosztowne w obsłudze, i objęte podatkiem CIT. Takiej osobie odradzić można również spółkę cywilną, która z uwagi na nieliczne regulacje oraz niemożność wydzielenia majątku spółki jest formą nadmiernie narażającą majątek prywatny wspólnika na ryzyko gospodarcze. Spółka partnerska to z kolei podmiot zarezerwowany dla stosunkowo wąskiej grupy przedsiębiorców wykonujących wolne zawody wymienione w ustawie. O tych formach prawnych w dalszej części artykułu nie będzie mowy.

Efektywność podatkowa

Na niwie podatkowej należy wyróżnić dwie grupy podmiotów będących podatnikami. Będą to albo wspólnicy spółki (zobowiązani do zapłaty podatku dochodowego od osób fizycznych), albo sama spółka (objęta podatkiem dochodowym od osób prawnych). Do pierwszej grupy należą przedsiębiorca indywidualny oraz trzy spółki osobowe (jawna, partnerska i komandytowa), do drugiej zaś – spółki komandytowo-akcyjna, z ograniczoną odpowiedzialnością i akcyjna. Przepisy dotyczące pierwszej grupy czynią podatnikiem przedsiębiorcę, a nie spółkę. Tym samym przedsiębiorca prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą oraz wspólnik spółki jawnej i komandytowej będą traktowani podatkowo dokładnie tak samo – jako osoby prowadzące pozarolniczą działalność gospodarczą i opodatkowane na zasadach ogólnych. Na drugim biegunie będą spółki kapitałowe i spółka komandytowo-akcyjna. Interesująca nas spółka z ograniczoną odpowiedzialnością będzie zatem podmiotem opodatkowania CIT-em, a następnie, gdy wypłaci zysk swoim wspólnikom, będą oni zobowiązani do odprowadzenia podatku od zysków kapitałowych – za podstawę opodatkowania posłuży wysokość dywidendy. Jeśli więc przedsiębiorca nie jest w stanie pogodzić się z podwójnym opodatkowaniem swoich dochodów, to powinien raczej odrzucić sp. z o.o.

Optymalizacja ryzyka gospodarczego

Każda forma prawna naraża przedsiębiorcę na inne ryzyko gospodarcze. I tak: przedsiębiorca prowadzący jednoosobową działalność odpowiada za zobowiązania związane z prowadzeniem przez siebie działalności gospodarczej całym swoim majątkiem – nie tylko tym, który do prowadzenia działalności gospodarczej był wykorzystywany. Nie da się wydzielić z majątku przedsiębiorcy np. salonu fryzjerskiego z wyposażeniem, który będzie wystawiony na ryzyko gospodarcze. Za długi zaciągnięte w związku z prowadzeniem salonu przedsiębiorca będzie mógł stracić również mieszkanie czy samochód.

Na drugim biegunie jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością – jej wspólnicy nie są odpowiedzialni za zobowiązania spółki. Nie ma jednak formy prawnej, w której można zupełnie bezkarnie odciąć się od zobowiązań zaciągniętych przez przedsiębiorcę. W przypadku spółki z o.o. osobą lub osobami wyeksponowanymi na ryzyko gospodarcze są członkowie organu uprawnionego do reprezentacji spółki. Można nawet sformułować ogólną zasadę, że kto jest uprawniony do reprezentacji spółki, ten może za jej zobowiązania być pociągnięty do odpowiedzialności. Zagadnienie odpowiedzialności członków zarządu jest dużo bardziej złożone, ale na potrzeby tego tekstu wystarczy ogólna zasada, że członek zarządu za zobowiązania spółki może odpowiadać subsydiarnie wobec spółki, czyli wtedy, gdy egzekucja wobec niej okaże się bezskuteczna.

Pomiędzy tymi skrajnościami są spółki osobowe. Ten artykuł traktuje o dwóch ich typach: spółce jawnej i komandytowej. Jeśli chodzi o te podmioty, można z czystym sumieniem uogólnić, że wspólnicy reprezentujący spółkę są subsydiarnie odpowiedzialni za jej zobowiązania (podobnie jak członkowie zarządu spółki z o.o.). W przypadku spółki jawnej są to, co do zasady, wszyscy wspólnicy, a w przypadku spółki komandytowej – w której występują dwa rodzaje wspólników: komandytariusz i komplementariusz – wszyscy komplementariusze.

Stopień skomplikowania i koszty

Pod względem stopnia skomplikowania i kosztów prowadzenia działalności najbardziej godna polecenia jest jednoosobowa działalność gospodarcza. Mamy w niej do czynienia z uproszczonymi zasadami prowadzenia księgowości oraz minimum formalności związanych z rejestracją w odpowiedniej ewidencji, a także bardzo szczątkową sprawozdawczością finansową. Rejestracja i wszelkie zmiany w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej są bezpłatne.

Nieco bardziej skomplikowane i kosztowne jest prowadzenie spółki jawnej. Nadal cieszy się ona przywilejem uproszczonej księgowości, a umowa między wspólnikami może być zawarta na piśmie (nie ma konieczności wizyty u notariusza), jednak spółka jawna musi zostać zarejestrowana w Krajowym Rejestrze Sądowym i składać co roku sprawozdania finansowe. Rejestracja w KRS jest płatna, tak jak każdy wniosek o dokonanie najmniejszej nawet zmiany, o ujawnienie wzmianki o złożeniu sprawozdania finansowego czy przyjęcie do akt dokumentów.

Jeszcze droższa i trudniejsza w obsłudze jest spółka komandytowa. Umowa tej spółki i wszelkie jej zmiany muszą być sporządzone w formie aktu notarialnego. Ponadto spółka komandytowa jest obowiązana do prowadzenia pełnych ksiąg handlowych w rozumieniu ustawy o rachunkowości.

Najbardziej skomplikowaną z analizowanych form jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Umowa sp. z o.o. zawierana jest w formie aktu notarialnego, a wszelkie jej zmiany zapadają na zgromadzeniach wspólników protokołowanych przez notariusza. Prowadzi ona tzw. pełną księgowość, a Kodeks spółek handlowych obwarowuje działania jej organów szeregiem wymogów korporacyjnych, które muszą być spełnione pod rygorem nieważności czynności prawnej lub odpowiedzialności odszkodowawczej wobec spółki.

Jednoosobowy przedsiębiorca, a także wspólnicy spółek osobowych oraz jednoosobowi wspólnicy spółek z o.o. traktowani są również jak przedsiębiorcy w świetle prawa ubezpieczeń społecznych.

Co w takim razie wybrać?

Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Wybierając formę prawną działalności gospodarczej, należy zawsze zastanowić się, na czym najbardziej nam zależy: na jak najmniejszych ciężarach publicznoprawnych, na odsunięciu od siebie ryzyka gospodarczego czy na tym, żeby nie utonąć w gąszczu przepisów i procedur. Odpowiedź, która sama się nasuwa, brzmi oczywiście: na wszystkim tak samo! Niestety nie da się mieć wszystkiego.

Oczywiście każdy pomysł na biznes wymaga indywidualnego podejścia, a najlepiej również przeanalizowania go przez osobę dobrze znającą się na rzeczy i orientującą się w zasadach odpowiedzialności za zobowiązania podmiotów oraz formalizmach związanych z ich funkcjonowaniem.

Pamiętajmy, że zaoszczędzenie pieniędzy poprzez rezygnację z pomocy doświadczonego prawnika, który doradzi, co będzie dla nas najlepsze przy danej skali działalności, może zemścić się na nas w dwójnasób. Najważniejsze jest, aby do sprawy podejść możliwie pragmatycznie i nie podejmować decyzji jedynie na podstawie ogólników i półprawd, które znajdziemy w Internecie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.