Grupa Murapol w 2016 roku wypracowała 486,9 mln zł przychodów, osiągając zysk z działalności operacyjnej na poziomie 123,4 mln zł oraz zysk netto w wysokości 120,8 mln zł. Zaprezentowane dane zostały ustalone wg standardów sprawozdawczości finansowej stosowanej przez deweloperów.
– Odpowiadając na potrzeby zgłaszane przez naszych obligatariuszy, którzy oczekiwali zaprezentowania wyników finansowych całej Grupy Kapitałowej Murapol jako dewelopera, konsolidującego wszystkie podmioty kontrolowane, opracowaliśmy takie sprawozdanie finansowe pro-forma. Uzyskane w ten sposób cyfry, zbadane przez biegłego rewidenta, potwierdzają dobrą politykę inwestycyjną Grupy oraz trafność naszych decyzji biznesowych. – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Murapol S.A. – Zaprezentowane dane pozwalają także porównać wyniki wypracowane przez Grupę Murapol w ubiegłym roku z danymi finansowymi innych deweloperów. – dodaje Michał Sapota.
Wymóg sporządzenia sprawozdania finansowego pro-forma Grupy Murapol wynikał z warunków emisji obligacji serii S, T, U, W, Z Murapol S.A. Przedstawione dane pro-forma pokazują sytuację finansową i wyniki Grupy Kapitałowej Murapol, jakie kształtowałyby się w sytuacji gdyby spółka dominująca nie spełniała definicji podmiotu inwestycyjnego i konsolidowałaby wszystkie podmioty kontrolowane, zarówno bezpośrednio jak i pośrednio.
GUS zrewidował w górę wzrost PKB, wyniósł on w ciągu roku 4,2%. Dane makroekonomiczne z zachodu poniżej oczekiwań analityków. Jak długo waluty rynków wschodzących będą rosnąć.
Wzrost gospodarczy w Polsce
O godzinie 10:00 poznaliśmy dane na temat wzrostu PKB. W ujęciu rocznym wyniósł on imponujące 4,2% po oczyszczeniu o czynniki sezonowe. Głównym motorem wzrostu były wydatki konsumentów. Rosły one aż o 4,9%, co jest zasługą przede wszystkim rosnących płac oraz spadającego bezrobocia. Wzrost inwestycji o 1% również powinien cieszyć, ale nie tak bardzo jeżeli skonfrontujemy go z 9% spadkiem w 4 kwartale 2016. Istotna okazała się też wymiana międzynarodowa. Zarówno import jak i eksport wzrosły o ponad 9%. Parametry te mają jednak niższą wagę w tym wskaźniku. Dobre perspektywy dla Polski potwierdzają rynki. Waluta po silnym umocnieniu niemal nie zanotowała korekty a koszty obsługi długu są najniższe od pół roku.
Dane makroekonomiczne
Wczoraj poznaliśmy wstępne dane na temat inflacji w Niemczech. W ujęciu rocznym ceny rosną o 1,5% czyli o 0,1% wolniej niż oczekiwano. Gorzej wypadły też dane ze Szwajcarii gdzie indeks instytutu KOF wyniósł 101,6 pkt wobec spodziewanych 106,2. Dane o dochodach i wydatkach amerykanów pokryły się dokładnie z oczekiwaniami i rosły o 0,4% w ujęciu miesięcznym. Na koniec dnia poznaliśmy jeszcze słabszy od oczekiwań indeks zaufania konsumentów Conference Board. Wynik 117,9 był o 2 pkt niższy od przewidywań.
Szykuje się korekta na rynkach wschodzących?
Coraz więcej w mediach specjalistów zapowiada, że giełdy i waluty rynków wschodzących dadzą dobrze zarobić w kolejnych miesiącach. Skoro wszyscy wiedzą, że będzie tak dobrze to dlaczego sami wcześniej nie kupili? Ostatnie miesiące to wszakże silne umocnienia i to nie tylko walut naszego regionu, ale również bardziej egzotycznych, np. rubla czy rupii indyjskiej. Pytanie zawsze pozostaje takie samo. Jak długo potrwa ten trend i czy znowu nie potwierdzi się stwierdzenie, że optymalnym momentem na sprzedaż jest ten kiedy w mediach mówią by kupować.
Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Polska – inflacja konsumencka,
14:30 – Kanada – wzrost PKB,
15:45 – USA – indeks Chicago PMI.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Fundusz Prestiżowe Inwestycje Krakowskie 2 FIZ (PIK 2 FIZ), utworzony przez Forum TFI, z sukcesem zakończył emisję certyfikatów inwestycyjnych kierowanych do inwestorów zewnętrznych. Zainteresowanie okazało się większe niż planowano, skutkiem czego wartość zapisów musiała zostać zredukowana do ustalonego statutem poziomu 25 mln zł. Środki pozyskane od inwestorów zewnętrznych wraz z wkładem finansowym ze strony partnera branżowego zostaną teraz zainwestowane w rewitalizację kamienic zlokalizowanych na krakowskim Kazimierzu.
Efektem inwestycji realizowanych przez PIK 2 FIZ mają być lokale o wysokim standardzie wykończenia. Ich sukcesywna sprzedaż umożliwi cykliczne uwalnianie w funduszu gotówki, a przez to stopniowe wypłaty środków pieniężnych inwestorom poprzez wykupy należących do nich certyfikatów inwestycyjnych po cenie uwzględniającej 6,8 proc. zysku w skali roku. Zakładany czas trwania wykupów to 4 lata, począwszy od czerwca 2018 roku.
– PIK 2 FIZ to kolejny fundusz nieruchomościowy w ofercie Forum TFI. Jego konstrukcja jest zbliżona do PIK FIZ, który pierwszy zainwestował aktywa swoich inwestorów w renowacje kamienic, ale też jako pierwszy polski fundusz nieruchomościowy wykupił wszystkie certyfikaty inwestycyjne inwestorów zewnętrznych. PIK 2 FIZ różni się od swojego poprzednika przede wszystkim tym, że uwzględnia już ograniczenia wynikające ze zmiany warunków prawnych dotyczących opodatkowania funduszy inwestycyjnych zamkniętych. Nowy model wypracowany przez Forum TFI umożliwia lokowanie aktywów w nieruchomości w sposób, który nadal daje inwestorom szanse na atrakcyjne zyski. Fundusze z serii „PIK” tworzą tym samym nowy standard inwestycji w nieruchomości. W przyszłości na pewno będziemy kontynuowali jej rozwój, tym bardziej że polski rynek nieruchomości wciąż ma przed sobą znaczny potencjał wzrostu” — komentuje Artur Rawski, Prezes Zarządu Forum TFI S.A.
Strategia inwestycyjna pierwszego funduszu – PIK FIZ – opierała się na okazyjnym zakupie nieruchomości położonych w centrum Krakowa, który miał gwarantować późniejszą atrakcyjną cenę sprzedaży wykończonych w wysokim standardzie apartamentów. Celem było osiągnięcie stopy zwrotu na poziomie 9 proc. w skali roku. Metoda ta okazała się na tyle skuteczna, że w czasie krótszym niż początkowo zakładano, bo w ciągu zaledwie dwóch lat, fundusz zwrócił inwestorom zewnętrznym cały wpłacony przez nich kapitał wraz z zakładanym zyskiem.
Rynek gazu naturalnego jest podatny na sezonowość, co może stworzyć ciekawą okazję w nadchodzących miesiącach. Błękitne paliwo uzależnione jest od pogody, dlatego w miesiącach wakacyjnych notowania tegoż instrumentu mają tendencję spadkową. Dla przykładu, 17 letnia średnia stopa zwrotu dla czerwca wynosi 0,51 proc, ale dla lipca i sierpnia wartości wynoszą odpowiednio -2,19 oraz -3,44 procenta.
Sezonowość na rynku gazu naturalnego
Źródło: Bloomberg
Jak widać, na początku drugiego półrocza dochodziło przeważnie do spadku notowań gazu ziemnego. Spadek notowań na tym instrumencie powinien być również wspierany przez ostatnie pozycjonowanie się zarządzających na kontraktach terminowych.
Pozycje funduszy zarządzających, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto
Źródło: Cme Group
Pozycję netto zarządzających znalazły się na swoim historycznym szczycie, możemy zatem zadać sobie pytanie, kto zdoła wypchnąć ceny gazu na jeszcze wyższe poziomy? Jeżeli nie dojdzie do żadnej katastrofy naturalnej, która obniży podaż surowca, to przez najbliższe trzy miesiące powinniśmy spodziewać się jego wyprzedaży.
Notowania gazu ziemnego, interwał dzienny
Źródło: Admiral Markets
Na wykresie dziennym notowań gazu naturalnego jesteśmy w dużej konsolidacji. Przez najbliższe trzy miesiące cena gazu może spaść w okolicę poziomu 2.666. Co więcej, na wykresie możemy wyznaczyć formację techniczną RGR, która sugeruje głębsze spadki. Najbliższe trzy miesiące powinny rozwiać nasze wątpliwości.
Snapchat!
Kolejna złota inwestycja czy wydmuszka giełdowa? W ramach przypomnienia, Twitter cały czas nie zarabia, a jest notowany na giełdzie. A jak to wygląda w tym przypadku? Na chwile obecną spółka ponosi spore straty, a takie wskaźniki jak marża netto (-127%), ROE (-49%) czy ROA (-38%) powodują, że optymistów musimy szukać ze świeczką. Niemniej jednak mamy hossę na rynku, a niedoświadczeni inwestorzy cały czas są bardzo optymistyczni co do najbliższej przyszłości. Inwestorzy kupili wizję przedsięwzięcia, jaką oferuję Snapchat, ale zapomnieli, że spółka konkuruje z innymi gigantami jak: Facebook, WhatApp i Messenger.
Notowania snapchata, interwał czterogodzinny
Źródło: Admiral Markets
Na wykresie czterogodzinnym fajerwerków nie ma. Po udanym IPO, cena akcji runęła w dół. Dopóki Snap nie wymyśli sposobu na zmniejszenie kosztów, a zwiększenie przychodów, to niestety – osiągnięcie punktu 0 może nigdy się nie powieść. W samym zeszłym roku spółka zanotowało 515 milionów straty i to pomimo sześciokrotnego zwiększenia przychodów.
Notowania spółki dalej powinny poruszać się w trendzie horyzontalnym między strefą popytu 18.85, a strefa podaży 24.00. Niemniej jednak prawdopodobieństwo spadku notowań jest o wiele większe niż ich wzrost.
Grupa Abadon Real Estate w ciągu pierwszych trzech miesięcy br. wypracowała 54,7 mln zł przychodów, osiągając zysk z działalności operacyjnej na poziomie 2,3 mln zł oraz zysk netto przypadający jednostce dominującej w wysokości 1,6 mln zł. W okresie tym Grupa zakontraktowała, w ramach zamówień otrzymanych od podmiotów z holdingu Murapol, obsługę inwestycji w systemie generalnego wykonawstwa o wartości 123,9 mln zł.
– Pierwszy kwartał bieżącego roku był dla Grupy Abadon Real Estate okresem konsekwentnego poszerzania kompetencji poprzez, z jednej strony przejęcie spółki Home Credit Group Finanse i Nieruchomości, świadczącej usługi sprzedaży i pośrednictwa kredytowego, z drugiej zaangażowanie kapitałowe w grupę budowlaną AWBUD. Działania te są konsekwencją naszej strategii rozwoju, zakładającej budowanie podmiotu posiadającego ogół kompetencji i zasobów niezbędnych do realizacji projektów z szeroko rozumianego rynku nieruchomościowego. Jako Grupa posiadamy duże doświadczenie w obszarze budownictwa mieszkaniowego, a przejęcie AWBUD pozwoli nam wejść z ofertą wysokospecjalistycznych usług na inne segmenty rynku nieruchomościowego. – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Abadon Real Estate S.A.
77 proc. przychodów ze sprzedaży wypracowanych przez Grupę Abadon RE w pierwszym kwartale 2017 roku pochodzi z działalności usługowej, obejmującej m.in. generalne wykonawstwo, usługi architektoniczno-projektowe, akwizycje i marketing. Pozostałe 23 proc. to wpływy zrealizowane przez dystrybutora materiałów budowlanych – Cross Bud Sp. z o.o.
W pierwszym kwartale br. Grupa Abadon RE podpisała z podmiotami z holdingu Murapol, poza umowami na obsługę w systemie generalnego wykonawstwa, także list intencyjny, na mocy którego będzie kompleksowo realizowała projekty nieruchomościowe, które powstaną na gruntach zakupionych ze środków pochodzących od inwestorów Murapol HRE FIZAN. Dzięki tej współpracy Grupa zamierza wypracować co najmniej 400 mln zł przychodów w ciągu najbliższych pięciu lat.
Strategia Grupa zakłada, poza świadczeniem usług na rzecz podmiotów z holdingu Murapol, wyjście z ofertą do inwestorów zewnętrznych, zainteresowanych realizowaniem projektów inwestycyjnych na polskim rynku nieruchomościowym.
Rynek domowej rozrywki w ostatnich latach przeżywa rewolucję związaną z przejściem na wykorzystanie materiałów w wysokiej rozdzielczości 4K. Eksperci twierdzą, że przeszliśmy już do etapu, w którym filmów czy programów nadawanych w tej rozdzielczości jest dużo, ale rewolucja 4K jeszcze się nie dokonała. Za zmianami nie nadąża przede wszystkim telewizja.
Eksperci podkreślają, że nowości techniczne można podzielić na takie, które wprowadzane są na rynek nieco na siłę, poprzez próby tworzenia określonej mody i sztuczne nakręcanie popytu, oraz na te, które sprzedają się same, ze względu na ich bezdyskusyjne, widoczne od razu zalety. Do tych ostatnich zalicza się niewątpliwie technologia wyświetlania obrazów (filmów, programów, gier) w wysokich rozdzielczościach, określanych ogólnie mianem 4K. Oferuje ona zdecydowanie więcej szczegółów i bardziej wyrazistą kolorystykę, zapewniając widzom rozrywkę na jeszcze wyższym poziomie.
– Kilka lat temu jeden z moich znajomych wrócił z Hollywood, gdzie odwiedził kilka studiów filmowych. Okazało się, że już wtedy filmowcy byli zafascynowani HDR i możliwościami, jakie daje obraz 4K. Więcej szczegółów, większe natężenie kolorów, możliwość pokazania detali, które wcześniej nam umykały. Jeżeli dziś pójdziemy do sklepu, to zauważymy, że tych telewizorów 4K albo inaczej UHD z technologią Quantum Dot jest z roku na rok coraz więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Henryk Chorążewski z Samsung Electronics Polska.
Ekspert podkreśla, że technologia 4K, a także 8K, która również rysuje się już na horyzoncie, to przyszłość rynku domowej rozrywki. Mimo to wprowadzenie do obiegu największych rozdzielczości nie jest takie proste, bowiem problemem są nie tylko ograniczenia techniczne i dystrybucyjne, lecz także wysokie koszty inwestycji. Na przykład sporo filmów w wysokiej rozdzielczości można znaleźć już w internecie, jednak problem polega na tym, że nie odzwierciedlają one rzeczywistej jakości, czemu winna jest m.in. słaba szybkość transferu.
– Jeżeli chodzi o content, to bardzo dużo filmów UHD jest w internecie, coraz więcej jest na płytach blu-ray, są też telewizje satelitarne, które nadają taki sygnał 4K. Niestety, w Polsce nie ma stacji, które wykorzystywałyby tę technologię. Wprowadzenie 4K nie jest łatwe ze względu na szereg ograniczeń. Mimo to materiałów w technologii 4K przybywa, a w przyszłości będzie ich jeszcze więcej, przynajmniej tak wskazują nasze analizy i prognozy – twierdzi Henryk Chorążewski.
Ekspert z firmy Samsung nie ma też wątpliwości, że nowoczesne telewizory muszą nadążyć za zmieniającą się rzeczywistością rynkową. Nie jest to wcale proste w dobie Internetu i usług typu VOD (wideo na życzenie). Warto zauważyć, że pierwsze telewizory 4K pojawiły się w sprzedaży w 2013 roku, ale były stosunkowo drogie. Dopiero w 2015 roku ku uciesze wielu użytkowników doszły do głosu telewizory 4K ze średniej półki cenowej. To zaowocowało wynikiem sprzedaży na poziomie 8 mln, jak wynika z badań przeprowadzonych przez Digital Entertainment Group z sierpnia 2016 roku. Obecnie rynek jest na etapie przejściowym, ultrawysoka rozdzielczość 4K stała się powszechniejsza i dziś coraz trudniej znaleźć na półce sklepowej telewizor, który jej nie oferuje.
– Dzisiaj telewizor to nie tylko telewizja. To także wszystko to, co mamy w internecie, dlatego każdy film oglądany na telewizorze UHD będzie wyglądał lepiej niż na zwykłym telewizorze Full HD. Jeżeli chodzi o materiały w rozdzielczości Ultra High Definition, to takich materiałów najwięcej znajdziemy w tej chwili w internecie. W serwisie YouTube materiałów 4K są już setki tysięcy i ciągle ich przybywa – tłumaczy Henryk Chorążewski i dodaje – Kolejnym źródłem są serwisy VOD. W tych serwisach coraz częściej pojawiają się filmy nagrane w rozdzielczości Ultra HD. Możemy ich szukać w player.pl, HBO Go, Netfliksie i na wielu innych platformach.
Pewnym problemem dla użytkowników może być jednak nieuporządkowany sposób oznaczania rozdzielczości ekranów urządzeń i materiałów. Na rynku spotkać można określenia takie jak 4K, UHD (wraz z Ultra HD czy Ultra High Definition), a w pobliżu pojawiają się też nieraz pojęcia oznaczające nieco niższe rozdzielczości, takie jak QHD czy Quad HD. Znanym i powszechnie rozumianym pojęciem jest za to Full HD (1920×1080 pikseli), więc Ultra HD w 4K najłatwiej zdefiniować w odniesieniu do tego. To aż 4 razy więcej pikseli niż Full HD, podczas gdy w 8K to aż 16 razy więcej pikseli niż Full HD. Zależność jest prosta – im wyższa rozdzielczość, tym lepsza, bardziej szczegółowa jest jakość wyświetlanego obrazu.
– Rzeczywiście spotykamy kilka określeń, które dla osób, które przychodzą do sklepu, są często bliskoznaczne. Uważają one, że 4K, UHD czy Ultra HD to to samo. To wynika trochę z tego, że jako pierwsze pojawiło się określenie 4K, czyli format zapisu obrazu w wysokiej rozdzielczości. Jednak przy tym formacie otrzymujemy trochę więcej danych i trochę więcej pikseli, które nie są potem pokazywane w momencie, kiedy ten obraz odtwarzamy. A obraz odtwarzamy na telewizorach Ultra High Definition. Natomiast UHD, Ultra HD czy Ultra High Definition to jest to samo – telewizor, który wyświetla obraz w wysokiej rozdzielczości – wyjaśnia ekspert.
Wśród źródeł materiałów w rozdzielczości 4K warto wymienić także aparaty i kamery nagrywające w 4K, smartfony wyposażone w nagrywanie 4K czy oferujące najwyższą jakość materiału odtwarzacze blu-ray UHD. Te ostatnie pojawiły się zaledwie rok temu, dlatego nie dziwi fakt, że filmów na płytach BD UHD dopiero przybywa. Specjalista z firmy Samsung Electronics Polska przypomina też jednak o możliwości, jakie daje transmisja w jakości Ultra High Definition w przypadku telewizji satelitarnej.
– W tej chwili np. Astra ma 4 kanały czy więcej, w których obraz przesyłany jest w jakości Ultra High Definition. Miałem okazję oglądać takie transmisje i wygląda to naprawdę doskonale, wręcz wierzyć się nie chce, że są to programy nagrywane bez specjalnego oświetlenia, nie w studiu, tylko na żywo. Naprawdę robi to olbrzymie wrażenie – ocenia Henryk Chorążewski.
Wirtualna rzeczywistość coraz szerzej wkracza do gier dostępnych na konsole i rewolucjonizuje świat rozrywki. Trójwymiarowy obraz w połączeniu z dźwiękiem 3D i technologią śledzenia ruchów różnych części ciała sprawiają, że technologia VR zdobywa popularność w piorunującym tempie. Zdaniem ekspertów w ciągu najbliższych kilku lat większość gier będzie wykorzystywała rzeczywistość wirtualną lub rozszerzoną.
Wirtualna rzeczywistość już kształtuje rynek gier wideo. Coraz częściej po elementy VR sięgają producenci gier, którzy przesuwają granicę rozrywki coraz dalej. W maju tego roku miała miejsce premiera PlayStation VR Aim, nowego kontrolera celowniczego, który może zrewolucjonizować świat gier FPS (first-person shooter), czyli tzw. „strzelanek”.
– Od premiery PlayStation VR w październiku 2016 roku sukcesywnie udowadniamy, że jest to dla nas bardzo ważny sprzęt, a wirtualna rzeczywistość jest ważnym aspektem w katalogu produktów PlayStation. Od premiery, w pierwszych 3 miesiącach na platformę PlayStation VR zostało wydanych ponad 50 gier – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Monika Paplińska, communication manager w Sony Interactive Entertainment Polska.
PlayStation VR oferuje aplikacje, dzięki którym można też oglądać 360-stopniowe filmy w serwisach typu YouTube czy Netflix. Doświadczeń jest bardzo dużo i zdecydowanie nie ograniczają się one wyłącznie do grania.
– Jeśli prześledzić PlayStation Store, to strony w sklepie wirtualnym można przewijać, jest bogaty wybór gier czy różnego rodzaju doświadczeń. Inwestujemy, aby PlayStation VR i wirtualna rzeczywistość gościła w domach naszych graczy, czego dowodem jest choćby premiera gry Farpoint i nowego akcesorium, które ma pogłębić jeszcze wrażenie rozgrywki, czyli kontrolera celowniczego VR Aim – przekonuje ekspertka Sony Interactive Entertainment Polska.
PlayStation VR Aim trafił do sprzedaży 17 maja, wraz z grą „Farpoint”.W ciągu kilku miesięcy urządzenie będzie mogło być również wykorzystane w grach „The Brookhaven Experiment”, „Arizona Sunhine”, czy „ROM: Extraction”. Podstawą gier jest PlayStation VR.
– Mając PlayStation VR możemy korzystać z niego w bardzo różny sposób, m.in. wykorzystując „głowę” wraz z goglami na głowie i kontrolerem. Można wykorzystywać także dualshock 4, najnowszy PlayStation VR Aim, a także kontroler PlayStation Move znany z konsoli PlayStation 3 – wymienia Paplińska.
PlayStation VR Aim jest przydatny przede wszystkim w tzw. „strzelankach”, PlayStation Move pasuje natomiast do gier zręcznościowych, gdzie kluczowe jest przemieszczanie się. Dualhock jest niezbędny w grach sportowych, a panel dotykowy pozwala precyzyjnie wskazać np. miejsce strzelenia gola, czy wybranie prędkości pojazdu w grach rajdowych.
– PlayStation VR to jednak nie tylko gry. Mamy też innego rodzaju kontent, który zadowoli wszystkich domowników, dostępny w serwisie YouTube, który umożliwia oglądanie filmów 360 stopni. To także serwisy typu Netflix, które oferują oglądanie tego typu filmów i programów. Tych doświadczeń jest bardzo dużo i nie ograniczają się one tylko do grania i podziwiania nowych światów – tłumaczy Monika Paplińska.
Wartość rynku gier w 2017 roku może w tym roku wynieść blisko 110 mld dol. Jak pokazują doświadczenia producentów konsol, w przypadku wybranych tytułów gier liczba użytkowników wybierających wersję VR sięga 10 proc.
PW Racing Team to grupa ponad 60 studentów Politechniki Wrocławskiej, pracująca nad skonstruowaniem nowego aerodynamicznego bolidu wyścigowego, przypominającego samochody Formuły 1. Konstrukcja ma wziąć udział w wielu prestiżowych zawodach, zrzeszających najlepsze uczelnie techniczne z całego świata.
PW Racing Team ma już na swoim koncie pierwsze sukcesy międzynarodowe. Zeszłoroczne doświadczenia mają przełożyć się na kolejne przyszłe wyróżnienia, między innymi dzięki skonstruowaniu nowego, lepszego bolidu.
– Nasze sukcesy z ubiegłego roku to piąte miejsce w klasyfikacji generalnej zawodów w Wielkiej Brytanii i w Czechach oraz wygranie konkurencji Acceleration w najbardziej prestiżowych zawodach w Niemczech. W tym roku planujemy co najmniej powtórzyć te sukcesy, a przy odrobinie szczęścia otrzeć się o pierwszą trójkę w klasyfikacji generalnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Maciej Repelowski, konstruktor tylnego skrzydła, należący do zespołu PW Racing Team.
Nowy bolid RT08 w porównaniu do swych poprzedników jest jeszcze bardziej aerodynamiczny. Studentom udało się zmodernizować całą konstrukcję oraz znacząco obniżyć jej wagę. Dzięki temu bolid będzie jeszcze bardziej wszechstronny i z łatwością poradzi sobie m.in. w takiej konkurencji jak Skid Pad, która polega na przejechaniu bardzo wąskiego toru w kształcie ósemki.
– Najbardziej zauważalną różnicą w nowej konstrukcji RT08 będzie zwiększona ilość elementów aerodynamiki, poprawi to zachowanie samochodu w zakrętach, pomoże nam podczas zawodów w kilku konkurencjach. Implementacja pakietu aerodynamicznego pozwala na zwiększenie przyczepności i docisku na zakrętach, co pomaga nam osiągać lepsze wyniki. Podstawowym założeniem przy projektowaniu nowego bolidu było zmniejszenie jego masy. Niemal cały rok każdy dział pracował nad tym, aby wykorzystując najnowsze technologie ten cel osiągnąć. Jako że jesteśmy już na etapie wykonawstwa bolidu, mogę powiedzieć, że ten cel się udał – twierdzi Maciej Repelowski.
PW Racing Team to zespół przyszłych inżynierów, który liczy ponad 60 studentów. Młodzi konstruktorzy mają możliwość tworzenia innowacyjnych bolidów wyścigowych, które prezentowane są podczas zawodów na arenie międzynarodowej.
– PW Racing Team to zespół podzielony na poszczególne działy: zawieszenie, silnik, przeniesienie napędu, konstrukcja nośna, aerodynamika, elektronika oraz dział marketingu, które od września do czerwca pracują nad nowym bolidem – wylicza Maciej Repelowski. Jak mówi budowa bolidu składa się z kilku faz – Najpierw jest etap koncepcji, gdzie zastanawiamy się nad tym, jak powinien wyglądać nowy samochód, później etap designu, gdzie projektujemy poszczególne elementy, etap wykonawstwa, gdzie wysyłamy nasze projekty do firm zajmujących się tworzeniem poszczególnych komponentów. Później auto jest składane i testowane tak, aby w 100 proc. wykorzystać potencjał nowej konstrukcji na zawodach.
Młody konstruktor podkreśla, że projekt pozwala przyszłym inżynierom nie tylko nabyć doświadczenie, ale i obcować z najnowszymi technologiami. Zdobyte umiejętności mają im się przydać w przyszłości na rynku pracy.
– PW Racing Team pozwala nam wykorzystać w praktyce wiedzę, którą nabywamy podczas studiów. Jest również szansą na to, aby działać z najnowszymi technologiami dostępnymi na rynku, takimi jak włókno węglowe czy druk 3D. Jest to również sprawdzian naszych umiejętności i pracy w dużej grupie ludzi – podsumowuje Maciej Repelowski.
Firma HMD Global stoi za wielkim powrotem marki Nokia na rynek producentów telefonów i smartfonów. Związani od wielu lat z Nokią pracownicy postanowili założyć niezależną firmę i wskrzesić fińską markę na tym rynku. Zapowiadają kolejne premiery kultowego telefonu Nokia.
– HMD Global przez 10 lat będzie wyłącznym licencjobiorcą marki Nokia, której używa na telefonach, smartfonach i w przyszłości prawdopodobnie tabletach – zdradza nam Robert Siewierski, country manager HMD Global. – Nasza firma powstała tylko i wyłącznie dla Nokii, by przywrócić jej świetność. Chcemy wprowadzać na rynek produkty Nokia. Żadnych innych.
Nad jakością najnowszych produktów czuwa zespół specjalistów, przy czym warto podkreślić, że niektórzy z pracowników HMD Global związani są z firmą Nokią od wielu lat. Jak deklaruje polski przedstawiciel marki, firma zachowa dzięki temu swój unikalny charakter, sięgając do korzeni i czerpiąc z doświadczenia to, co najlepsze.
– HMD Global to nie tylko ludzie, którzy wcześniej pracowali w Nokii. To są osoby, które śmiało można nazwać fanatykami brandu Nokia. To są inżynierowie, którzy współpracowali z Nokią przy tworzeniu poprzednich modeli. Dzisiaj bardzo chętnie włączyli się do tej nowej rodziny. Są to architekci, projektanci, którzy kochali ten brand i chcą mu poświęcić czas i zaangażowanie. Projektują dla nas nowe urządzenia i są z nami na pokładzie – przekonuje Robert Siewierski.
Country manager HMD Global przyznaje, że wszystkie telefony produkowane są w Chinach, ale zaznacza, że HMD to firma wyłącznie fińska, z siedzibą główną w Espoo – tej samej miejscowości, z której wywodzi się sama Nokia.
Plany na przyszłość firmy zakładają, że oprócz odświeżonej Nokii 3310, która dopiero co pojawiła się na rynku, entuzjaści smartfonów mogą spodziewać się w tym roku wielu nowych modeli, wyposażonych w najnowszą wersję systemu Android.
– Za kilka tygodni na polskim rynku pojawią się trzy smartfony Nokia 3, Nokia 5 i Nokia 6, a do końca roku może pojawią się inne modele. Nokia 3 i Nokia 5 to smartfony, które będą pierwsze na rynku, a kilka dni później, dosłownie tydzień, pojawi się Nokia 6. Nokia 6 to 5,5-calowy smartfon. Nokia 5 to 5,2 cala, a Nokia 3 to 5 cali – wylicza Robert Siewierski i dodaje – Wszystkie smartfony charakteryzują się jednym. Bez względu na to, jaką mają specyfikacje techniczną, wyróżniają się świetną jakością wykonania i zawsze będą oferować najnowszą wersję Androida i jest to natywny Android, bez żadnych naszych nakładek, naszych dodatków. Po prostu czysty Android.
Poniedziałkowy marazm towarzyszył inwestorom również i wczoraj. Ogólna tendencja na rynku walutowym nie sprzyjała dolarowi. Nienajlepsze nastroje panowały też na parkietach akcyjnych.
Główny indeks warszawskiej giełdy, WIG20, zanotował wczoraj spadki rzędu 1.3%, kończąc dzień poniżej bariery 2300 pkt. Niewiele lepiej było później na parkietach w USA. Wszystkie główne indeksy giełdowe odnotowały spadki. Słabo prezentował się też dolar amerykański, tracąc do euro 0.27%, a do dolara nowozelandzkiego ponad 0.6%. Słabości tej nie wykorzystano na rynku ropy, której ceny spadały wczoraj o około 0.7%. Pojawiły się obawy, iż ograniczenia w wydobyciu tego surowca nie zdołają wpłynąć na sytuację, wspierając wzrosty cen.
Publikowane wczoraj dane z USA zbliżone były do prognoz – zarówno w przypadku wzrostu dochodów jak też sytuacji na rynku nieruchomości. Za nami nocne dane z Japonii, gdzie produkcja przemysłowa wzrosła o 4%. Dziś rano poznamy dane o aktualnym bezrobociu w Niemczech (prog.:5.7%). O godzinie 15:45 poznamy wartość indeksu Chicago PMI. Natomiast wieczorem o 20:00 opublikowany zostanie raport „Beżowa księga” autorstwa FED.
Ostatnie spadki na rynku ropy pomimo swego dramatyzmu nie zmieniły diametralnie sytuacji technicznej. Na wykresie (WTI) widzimy, iż nadal nienaruszony jest kluczowy obszar wsparcia na 47$-47.5$. Wskaźnik RSI zmaga się z poziomem 50 pkt, jednak nawet przy dalszych spadkach sugerować będzie najwyżej boczną konsolidację. Najbliższy opór mamy na wysokości 52$.
Powiększanie ust, wypełnianie zmarszczek czy ujędrnianie twarzy – choć zabiegi medycyny estetycznej są stosunkowo bezpieczne, to przybywa pacjentów, którzy odczuli ich negatywne skutki, ponieważ wykonała je osoba niewykwalifikowana. Dlatego Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało konsultacje w sprawie uregulowania kwestii wykonywania zabiegów upiększających. Muszą one być zdefiniowane wprost jako świadczenia zdrowotne i wykonywane przez lekarzy – podkreślają przedstawiciele Polskiego Towarzystwa Medycyny Estetycznej i Anti-Aging.
Z roku na rok coraz więcej osób korzysta z zabiegów upiększających, przez co liczba gabinetów medycyny estetycznej dynamicznie rośnie. Eksperci podkreślają, że takie procedury są zwykle mało inwazyjne i bezpieczne, pod warunkiem że są wykonywane za pomocą sprawdzonych preparatów, w odpowiednich warunkach i przez specjalistów. Rzeczywistość jest jednak inna.
– Coraz więcej gabinetów kosmetycznych i osób bez wykształcenia medycznego wykonuje zabiegi medycyny estetycznej. Osoby, które wykonują zabiegi medyczne, a nie mają odpowiedniego wykształcenia, mówią, że to nie jest leczenie, tylko estetyka. Tak, ale jakikolwiek zabieg estetyczny wymaga zbadania pacjenta, postawienia diagnozy, wyboru sposobu terapii, leczenia powikłań, bo te również się zdarzają. Dopiero wtedy jest to pełna usługa – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Andrzej Ignaciuk, lekarz medycyny estetycznej, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Estetycznej i Anti-Aging.
Skutki zabiegów wykonywanych przez amatorów mogą być opłakane. Najczęściej są to różnego rodzaju infekcje, martwica tkanek czy reakcje alergiczne. Co więcej, nieodpowiednie zaaplikowanie botoksu może doprowadzić nawet do śmierci.
Z danych Polskiego Towarzystwa Medycyny Estetycznej i Anti-Aging wynika, że rośnie liczba zgłoszeń od pacjentów, którzy doświadczyli negatywnych skutków zabiegów wykonywanych przez osoby bez odpowiedniej wiedzy i wykształcenia. Problem narasta, dlatego konieczne jest uregulowanie prawa w tym zakresie.
– Za pośrednictwem Naczelnej Izby Lekarskiej zaproponowaliśmy takie sformułowania prawne, które pozwolą wykluczyć jakiekolwiek wątpliwości, czy wykonywanie zabiegów medycznych przez nie-lekarzy jest legalne, czy nielegalne. Ministerstwo Zdrowia przyjęło apel o zastanowienie się nad tą problematyką. Zobaczymy, jakie będą tego konsekwencje – mówi dr Andrzej Ignaciuk.
Chodzi przede wszystkim o uaktualnienie zapisów w ustawie o zawodzie lekarza.
– Oprócz tych wszystkich celów, jakie ma lekarz, czyli leczenie, prewencja, powinna być również wzmianka o działaniach mających na celu poprawienie jakości życia, rozumianej jako poprawa estetyki i funkcjonowania organizmu. To pozwoliłoby uciąć raz na zawsze spory, czy zabiegi estetyczne to leczenie, czy nie. Tam, gdzie podaje się lek, gdzie stosuje się jakąś terapię i istnieje ryzyko, mogą się tym zajmować tylko lekarze – podkreśla dr Andrzej Ignaciuk.
W odpowiedzi na apel Ministerstwo Zdrowia zgodziło się z ekspertami i podkreśliło, że wykonywanie zabiegów lekarskich z zakresu medycyny estetycznej to udzielanie świadczeń zdrowotnych, więc osobami uprawnionymi są jedynie lekarze mający specjalistyczną wiedzą teoretyczną i praktyczną.
– Czym więcej będzie zabiegów wykonywanych przez nie-lekarzy, tym większe prawdopodobieństwo, że zdarzy się jakieś nieszczęście. Oczywiście, lekarz też może popełnić błąd, ale jednocześnie to on jest osobą, która ten błąd powinna umieć wychwycić i sobie z nim poradzić. Po drugie, lekarz najczęściej przyjmuje w miejscach, które są przygotowane do udzielenia pierwszej pomocy. Poza tym ma dostęp do leków, które to umożliwiają. Dodatkowo lekarz jest osobą ubezpieczoną, co też ma znaczenie – żaden zakład ubezpieczeń nie wypłaci odszkodowania poszkodowanej pacjentce, która poddała się zabiegowi lekarskiemu wykonywanemu przez nie-lekarza i w środowisku nielekarskim – wyjaśnia dr Andrzej Ignaciuk.
Ministerstwo zapowiedziało, że skonsultuje z resortami odpowiedzialnymi za edukację i gospodarkę konieczność wprowadzenia regulacji w zakresie wykonywania świadczeń z zakresu medycyny estetycznej.
Prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Estetycznej i Anti-Aging przyznaje, że dużo zależy również od rozwagi pacjentów.
– Bądźmy ostrożni w wyborze usług z zakresu medycyny estetycznej. Sprawdzajmy, czy osoba, która je wykonuje, jest przede wszystkim lekarzem. Chyba nie ma sensu ryzykować swojego zdrowia i wyglądu, szukając 100–200 złotych oszczędności – dodaje dr Andrzej Ignaciuk.
Branża fotoniczna prognozuje wzrost całego rynku do ponad 600 mld euro w 2020 roku, a rynek średniej podczerwieni ma rosnąć średnio o 37 proc. rocznie. Detektory podczerwieni znajdują coraz to nowe zastosowania. Wykorzystuje je sektor przemysłowy, konsumencki i zbrojeniowy. Vigo System, lider w dziedzinie fotonowych detektorów podczerwieni, zakłada zwiększenie sprzedaży i w efekcie chce kilkukrotnie obniżyć ich cenę.
– Detektory znajdują zastosowanie w ochronie środowiska, monitoringu emisji zanieczyszczeń, spalin samochodowych czy pomiaru jakości powietrza. To także analizatory oddechu do zastosowań medycznych – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Piekarski, członek zarządu Vigo System.
Prognozy spółki wskazują, że detektory podczerwieni będą wykorzystywane także np. do wykrywania materiałów niebezpiecznych oraz kontrabandy.
Komisja Europejska uznała fotonikę za jedną z kluczowych technologii warunkujących postęp całej gospodarki unijnej. Do tej pory rozwiązania stosowane w nauce dziś coraz częściej znajdują zastosowanie w przemyśle. Obejmuje ona gałąź przemysłu związaną z wykorzystaniem światła, np. w diodach, laserach, światłowodach, różnego typu sensora i systemach detekcyjnych. Branża fotoniczna prognozuje, że rynek wzrośnie do 600 mld euro w 2020 roku (w 2014 roku było to ok. 350 mld euro).
Najszybciej ma się rozwijać segment oparty na technologiach podczerwieni. Rynek średniej podczerwieni ma rosnąć w tempie średniorocznie na poziomie 37 proc., do 7 mld dol. w 2019 roku. Rośnie zapotrzebowanie na detektory podczerwieni. Yole Developpement szacuje, że wartość rynku detektorów podczerwieni w 2020 roku sięgnie 0,5 mld dolarów (przy nieco ponad 200 mln dol. w 2015 roku).
– Podstawowym założeniem naszej nowej strategii do 2020 roku jest budowa nowego zakładu produkcyjnego. Ma to nam pozwolić na zwiększenie wolumenu produkcji z 5 tys. do ponad 100 tys. detektorów rocznie. Dzięki temu będziemy mogli osiągnąć efekt skali i znacząco obniżyć ich cenę. Obecnie to średnio ponad 1 tys. euro za jeden moduł detekcyjny, chcemy zejść do 200–300 euro za detektor – wskazuje Łukasz Piekarski. – To pozwoli nam wejść na nowe rynki, tam, gdzie obecnie cena stanowi największą barierę.
W I kw. tego roku najszybciej rosła sprzedaż dla klientów przemysłowych. Podobnie ma być w II kw. Większe zapotrzebowanie na detektory sprawia, że Vigo System inwestuje w rozbudowę mocy produkcyjnych. W tym roku ma się rozpocząć inwestycja w Ożarowie Mazowieckim. Pierwszy etap to koszt ok. 30 mln zł.
– Planujemy wybór generalnego wykonawcy w lipcu lub w sierpniu i rozpoczęcie robót budowlanych w II połowie roku. Budowę chcemy zakończyć do połowy 2018 roku, a następnie stopniowo zwiększać predykcję w nowym zakładzie – zapowiada przedstawiciel Vigo System.
Spółka zakłada wzrost przychodów ze sprzedaży do 80 mln zł w 2020 roku i utrzymanie wysokiego poziomu inwestycji w badania i rozwój (na poziomie ok. 10 proc. przychodów rocznie). Nakłady na projekty badawczo-rozwojowe maja wzrosnąć z 4 mln zł w 2016 roku do 6 mln zł w 2017 roku.
– Pozwala nam to rozwijać nasze produkty, poprawiać parametry techniczne, zdobywać nowe rynki. W ramach Horyzontu 2020 prowadzimy dwa ciekawe projekty dotyczące analizatorów jakości wody. Dzięki jednemu z nich będziemy w stanie skutecznie i bardzo szybko badać jakość wody w sieciach wodociągowych, dzięki drugiemu będziemy w stanie monitorować zanieczyszczenia pochodzące np. z platform wiertniczych – tłumaczy Piekarski.
Vigo System ma za sobą najlepszy rok w historii. W 2016 roku przychody przekroczyły 25,6 mln zł mimo mniejszych zamówień z sektora zbrojeniowego i kolejowego.
– Pozostali klienci złożyli natomiast tyle zamówień, że udało się to skutecznie zrekompensować. Szczególnie istotny jest dla nas wzrost zamówień z sektora przemysłowego, mieliśmy bardzo duży wzrost produkcji dla tego segmentu. Ciekawe zamówienie mamy też z sektora wojskowego – przyznaje Łukasz Piekarski.
W I kw. tego roku firma wypracowała 6,3 mln zł przychodów, o ok. 35 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2016 roku. Sprzedaż wzrosła w przemyśle (57 proc. wzrost), kolejnictwie, nauce i wojskowości.
Ponad połowa polskich firm została zmuszona do zaakceptowania dłuższych terminów płatności – wynika z Europejskiego Raportu Płatności 2017 przygotowanego przez Intrum Justitia. Zdecydowania większość przedsiębiorców otrzymuje zapłatę 30 dni po terminie, a 13 proc. czeka na nią nawet do 60 dni. Jeśli doliczymy do tego średni czas określony na fakturze, daje nam to 2 lub 3 miesiące bez wpływów na konto firmy. Zdaniem 45 proc. z nich to celowe działanie kontrahentów.
– Na podstawie Europejskiego Raportu Płatności 2017 możemy wyróżnić cztery najważniejsze powody opóźnianych płatności. Są to przede wszystkim trudności finansowe kontrahentów oraz celowe opóźnienia w płatnościach. Na ten drugi powód wskazuje aż 45 proc. badanych. Pozostałe dwa powody wymieniane przez respondentów to nieefektywne procedury administracyjne klientów oraz spory dotyczące dostarczanych produktów i usług – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes wyniki badania Katarzyna Płusa, ekspertka Intrum Justitia.
Wprawdzie ryzyko związane z zatorami płatniczymi jest w tym roku niższe niż w ubiegłym, wciąż jednak wiele przedsiębiorstw zmaga się z nieterminowymi płatnościami. Ma to znaczący wpływ na stabilność finansową firmy. 30-dniowe opóźnienie w płatności standardowej faktury na 30 dni oznacza dla przedsiębiorcy dwa miesiące bez wpływów. Jedna trzecia firm wskazuje, że najpoważniejszą ich konsekwencją jest utrata płynności finansowej.
– Wymieniane były także utrata dochodów, zagrożenie dla istnienia firmy, brak możliwości rozwoju i co za tym idzie – brak możliwości zatrudniania pracowników i konieczność zwolnień. Przed takim dylematem staje co piąty pracodawca – mówi Katarzyna Płusa.
Co ciekawe, tylko co trzeci przedsiębiorca przekazuje niezapłacone faktury do windykacji. Robią to średnio po upływie 83 dni od terminu płatności.
– Chcąc uniknąć nieterminowych płatności, przedsiębiorcy najczęściej wybierają przedpłatę – wskazuje na to 38 proc. respondentów. Wśród innych środków zapobiegawczych znalazły się faktoring, gwarancje bankowe, ubezpieczenia wierzytelności czy wcześniejsza ocena zdolności kredytowej kontrahentów. Niestety, prawie połowa, bo aż 42 proc. przedsiębiorców nie stosuje żadnego z wymienionych środków zapobiegawczych – mówi ekspertka Intrum Justitia.
Z podobną skalą problemu zatorów płatniczych zmagają się takie europejskie kraje jak Portugalia i Hiszpania. Tam również kontrahenci czekają średnio 30 dni od terminu z faktury. Najkrócej na zaległe płatności czekają firmy austriackie – średnie opóźnienie wynosi tu ok. 10 dni.
Narastający problem nieterminowych płatności dostrzegła Komisja Europejska, z której inicjatywy powstały przepisy o zwalczaniu zaległości w rozliczeniach między firmami.
– Okazuje się, że tylko 8 proc. polskich przedsiębiorców zna dyrektywę Unii Europejskiej w sprawie zwalczania opóźnień w płatnościach. Jest to bardzo słaby wynik na tle średniej w UE, gdzie znajomość dyrektywy deklaruje 31 proc. firm. Co pocieszające, przedsiębiorcy twierdzą, że doskonale znają przepisy krajowe dotyczące opóźnionych i nieuregulowanych płatności. Aż 63 proc. twierdzi, że ma taką wiedzę i jest to o 6 punktów procentowych lepszy wynik niż wynosi średnia europejska – mówi Katarzyna Płusa.
Ankietowani przez Intrum Justitia przedsiębiorcy podkreślali, że problem zatorów płatniczych mogłyby rozwiązać nowe regulacje prawne. 42 proc. firm opowiada się za wprowadzeniem bardziej restrykcyjnych przepisów. Tylko 17 proc. twierdzi, że lepsze byłyby dobrowolne inicjatywy ze strony firm.
– Nieterminowe płatności mają negatywny wpływ na system gospodarczy w całej Europie, ponieważ powodują zmniejszony przepływ środków finansowych. Gdyby kontrahenci otrzymywali na czas wszystkie zobowiązania, to regularny zastrzyk gotówki pozwalałby im na rozwój firmy, na inwestycje, na zatrudnianie nowych pracowników. To wszystko mogłoby się przyczynić do wzrostu gospodarczego w całej Europie – mówi Katarzyna Płusa.
Działalność na rynkach zagranicznych prowadzi ponad 15 tys. polskich przedsiębiorstw. Zdecydowana większość operuje w krajach Europy Zachodniej, ale uwaga krajowych firm coraz częściej znów zwraca się w stronę Ukrainy. Zdaniem Grzegorza Zielińskiego z Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju jak tylko sytuacja za wschodnią granicą się ustabilizuje, spółki ruszą w tym kierunku. Ekspansję zagraniczną polskich firm wspiera także EBOiR, który w ciągu 25 lat zainwestował w Polsce 8,5 mld euro w 380 projektów.
– Po ponad 25 latach transformacji polskie spółki mocno dojrzały. Świetnie konkurują na rynku polskim, ale często jest on dla nich za mały i szukają szczęścia w biznesie za granicą. Rolą EBOiR jest wspieranie polskich spółek, które próbują rozwijać swój biznes poza granicami kraju. Robimy to zarówno poprzez finansowanie kredytowe, dłużne, jak i przez inwestycje bezpośrednie, kiedy wspieramy polskie podmioty dokonujące akwizycji zagranicznych, bezpośrednich – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Zieliński, dyrektor generalny na Polskę i kraje bałtyckie w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju.
Na ekspansję zagraniczną stawiają nie tylko najwięksi rynkowi gracze, lecz także sektor małych i średnich firm. Jak wskazuje badanie „Smart Industry Polska 2017”, przeprowadzone na zlecenie firmy Siemens i Ministerstwa Rozwoju, 28,7 proc. rodzimych przedsiębiorstw z sektora MŚP konkuruje na zagranicznych rynkach – większość w krajach Europy Zachodniej (75 proc.), a jedna trzecia operuje na rynkach poza UE.
– Każdego rok staramy się wspierać 2–3 transakcje. Oczywiście ich wolumen jest zależny od uwarunkowań rynkowych. Często pracujemy na transakcjach, które stawiają naszych klientów w sytuacji, kiedy muszą konkurować aukcyjnie z innymi. Nie zawsze efektem jest zamknięcie transakcji. Skala jest zależna de facto od wielkości polskiej spółki – powiedział Grzegorz Zieliński podczas debaty „Polacy na podbój światowych rynków” zorganizowanej przez Executive Club.
Ekspansja zagraniczna polskich firm nabiera coraz większej dynamiki. Do wejścia na inne rynki zachęca szansa na zwiększenie popyt, nowi klienci i wyższe ceny, co przekłada się na możliwość zwiększenia dochodów. Krajowy rynek jest nasycony w wielu branżach, eksport stwarza zaś przedsiębiorstwom możliwość dalszego rozwoju
– Kiedy konkurencja na rynku polskim sprawia, że marże są pod bardzo dużym naciskiem, na sąsiednim rynku marże mogą być zdecydowanie wyższe. To moment, w którym warto się zastanowić, czy przeniesienie części produkcji do innego kraju nie spowoduje lepszego wzrostu EBITDA całej grupy – tłumaczy dyrektor generalny na Polskę i kraje bałtyckie w EBOiR.
Jak przekonuje ekspert, warunki do inwestycji są obecnie dość dobre. Polska gospodarka przyspiesza, firmy zwiększają wydatki na inwestycje, coraz więcej z nich planuje wejście na zagraniczne rynki.
Dobre perspektywy ma rynek ukraiński, choć niestabilna sytuacja polityczna nie sprzyja rozwijaniu tego kierunku. Stopniowo rośnie jednak eksport, zwłaszcza po słabym 2015 roku (wedle GUS wzrost o 16 proc. do 3,8 mld dol.).
– Niespełnionym oczekiwaniem jest Ukraina, której już od dłuższego czasu się przyglądają z zainteresowaniem polskie spółki, niemniej ryzyko związane z sytuacją, zwłaszcza na wschodzie Ukrainy, odstrasza inwestorów od podejmowania trudnych i często bardzo odważnych decyzji. Zakładamy, że wcześniej czy później sytuacja zmieni się korzyść i polskie spółki ruszą w tym kierunku – przekonuje Grzegorz Zieliński.
W drugiej połowie maja media obiegła, szybko potem zdementowana, informacja o przymusowym przyjęciu euro przez wszystkie kraje Unii Europejskiej do 2025 roku. Choć Polska spełnia już wszystkie – poza obecnością w systemie ERM II – kryteria konwergencji, do strefy euro się na razie nie wybiera. Zdaniem Tomasza Wojtasiewicza z Wyższej Szkoły Bankowej przystąpienie do unii walutowej miałoby swoje dobre strony dla gospodarki, ale nie nastąpi to bez poparcia społecznego, którego w tej chwili nie ma.
W poniedziałek 22 maja „Frankfurter Allgemeine Zeitung” podał informację o tym, że w poprzednim tygodniu doszło do spotkania unijnych komisarzy Pierre’a Moscoviciego i Valdisa Dombrovskisa z wybranymi europarlamentarzystami. Z wyniesionej ze spotkania notatki wynikało, że rozmawiano m.in. o „dokończeniu unii walutowej do 2025 roku”. Media obiegła wieść o przymusowym przyjęciu euro przez kraje członkowskie Wspólnoty.
– Warto byłoby się zastanowić, w jaki sposób wyciekła ta informacja, która została zdementowana w ciągu kilkunastu godzin – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Wojtasiewicz z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. – Źródło prowadzi do Frankfurtu. W końcu to niemiecka gazeta podała takie nowinki. Może to oznaczać, że skoro nastąpi brexit, to z racji tego, że Londyn jest centrum finansowym, to musi ono się gdzieś przenieść. Bardzo możliwe, że Frankfurt będzie chciał przejąć pałeczkę od Londynu.
Rewelacja gazety została zresztą szybko zdementowana: jeden z głównych jej bohaterów, komisarz UE ds. euro Valdis Dombrovskis oświadczył na konferencji w Brukseli, że doszło do nieporozumienia. „Omawialiśmy spełnienie warunków unii walutowo-gospodarczej do 2025 r. Pod koniec miesiąca powstanie na ten temat dokument, ale to nie oznacza, że wszystkie państwa UE do tego czasu muszą być w strefie euro” – tłumaczył. Informacja ożywiła jednak dyskusję na temat rozszerzenia unii walutowej.
– Wszystkie państwa raczej nie skorzystałyby z wejścia do unii monetarnej w jednym momencie z prostego względu: każdy kraj rozwija się w innym tempie, ma aktualnie różny poziom stóp procentowych, poziom rozwoju gospodarczego, więc trudno się spodziewać, żeby w jednym momencie doszło do takiego rozszerzenia strefy euro – przekonuje Wojtasiewicz.
Obecnie spośród członków UE do strefy euro nie należy tylko osiem państw (nie licząc Wielkiej Brytanii, której za dwa lata we wspólnocie ma już nie być): Polska, Czechy, Węgry, Bułgaria, Rumunia, Chorwacja, Dania i Szwecja.
– Wejście do unii monetarnej dla Polski oznaczałoby wiele wyzwań, ale też wiele korzyści. Z jednej strony możemy liczyć na to, że będąc w unii monetarnej, będziemy posługiwać się jedną walutą, a więc ułatwi to przedsiębiorcom handel z innymi krajami wewnątrz UE, ponieważ nie będzie potrzeby zakładania dodatkowych kont bankowych i przewalutowania transakcji, więc nie będzie też dodatkowych opłat, prowizji z tego tytułu – zauważa. – Z drugiej strony wymusi na przedsiębiorcach większą innowacyjność, przedsiębiorczość, gospodarność swoim majątkiem, co też w konsekwencji powinno wpłynąć na lepszą wymianę handlową.
Ekspert podkreśla jednak, że same negocjacje dotyczące przystąpienia do strefy euro musiałyby być prowadzone twardą ręką, żeby uzyskać korzystny dla przedsiębiorców i konsumentów przelicznik. Większość obywateli krajów, w których euro obowiązuje, narzekała po jego wprowadzeniu na odczuwalne podwyżki cen.
– Na ten moment Polska spełnia wszelkie wymogi UE, żeby wejść do strefy euro. Pytanie tylko, czy faktycznie chcemy do niej wejść. Społeczeństwo wypowiada się negatywnie na ten temat. O ile jeszcze w 2009 roku mieliśmy więcej zwolenników wejścia do strefy euro, o tyle teraz mamy więcej przeciwników w społeczeństwie – mówi Tomasz Wojtasiewicz z wrocławskiej WSB.
Polska w Traktacie Akcesyjnym zobowiązała się do przyjęcia euro, ale bez określania żadnych terminów. Obecnie spełnia trzy istotne kryteria konwergencji: stabilności cen, fiskalne i stóp procentowych. Nie uczestniczy jednak w mechanizmie ERM II. Co więcej, w lutym zlikwidowano przy Narodowym Banku Polskim Biuro Integracji ze Strefą Euro.
W procesie zamawiania usług marketingowych coraz częściej uczestniczą działy zakupów. Ich uczestnictwo w tym procesie często wiąże się z twardymi negocjacjami cenowymi. Nowa rola tych działów oznacza, że potrzebne są nowe zasady współpracy z agencjami i dostarczycielami usług komunikacji marketingowej. Służyć temu ma powołany przez branżę Dialog, w ramach którego doświadczeni eksperci i specjaliści opracują katalog dobrych praktyk przetargowych.
Jak zauważa Paweł Tyszkiewicz, pełnomocnik zarządu Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR, w ostatnich latach w branży pojawił się nowy gracz. Dotychczas usługi agencji kupowały zwykle działy marketingu, które ma w strukturze większość firm.
– Przez wiele lat jedynym odbiorcą i kupującym usługi marketingowe był firmowy dział marketingu. Po kryzysie finansowym działy zakupów, które wcześniej kupowały głównie proste usługi, zaczęły również kupować idee. Większość zaproszeń do rozmów, które przez ostatnie lata wysyłaliśmy do firm, uzyskiwała odpowiedź, która przychodziła już nie z działu marketingu, ale właśnie z działu zakupów. To jest podstawowa zmiana, którą dziś odczuwamy. Widzimy, że po drugiej stronie zmienił się aktor – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Tyszkiewicz.
Pełnomocnik Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej zauważa, że nowe działy zakupów mają ogromną potrzebę pogłębiania wiedzy i uczenia się branżowych praktyk.
– Zgłaszają też, że chcieliby być uwzględniani w procesie zakupowym znacznie wcześniej, a nie zapraszani na sam koniec, kiedy dochodzi już do etapu negocjacji cenowych, ponieważ to zmienia całą sytuację – dodaje Paweł Tyszkiewicz.
– Działy zakupów zadają praktyczne pytania, których my sami od dawna sobie nie zadawaliśmy. Dzięki temu wyjaśniamy sobie pewne rzeczy, co powoduje, że nasze koszty funkcjonowania mogą spaść albo możemy się podjąć ich restrukturyzacji. Zmienia się również podejście do tego, co chcemy osiągnąć od strony merytorycznej – mówi Paweł Kastory, prezes zarządu DDB&tribal i należącej do niej grupy firm.
Jednym z kluczowych obszarów jest aspekt finansowania projektów komunikacji marketingowej. Ponieważ reklamodawcy chcą płacić za nie jak najpóźniej, ciężar finansowania przez kilka miesięcy ponosi agencja marketingowa, która często musi w tym celu zaciągnąć kredyt bankowy.
– Żeby agencja mogła sfinansować kilkumilionowy projekt przez kilka miesięcy, musi iść do banku i kupić te pieniądze. Dotychczas agencje nie pokazywały reklamodawcom, ile płacą bankom i ile kosztuje ich pieniądz. Ten koszt jest później przerzucany na nas, reklamodawców. Widząc ten koszt, możemy zrobić analizy: czy chcemy płacić później, ale dać zarobić bankowi? Czy zapłacimy wcześniej, ale trochę mniej? Nas pieniądz kosztuje taniej niż agencje kreatywne, które nic z tego nie mają – wyjaśnia Andrzej Zawistowski, członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Managerów Logistyki i Zakupów (PSML).
Prezes DDB&tribal Paweł Kastory podkreśla konieczność optymalizowania obustronnej współpracy. Dużą rolę może odgrywać w nim dział zakupów, pełniący rolę pośrednika pomiędzy firmą a dostarczycielami usług komunikacji marketingowej.
– My z działem marketingu nigdy nie rozmawialiśmy o tym, jak jesteśmy zorganizowani, jak jest zorganizowany klient i jak ten cały proces zakupowy przebiega, aby jak najniższym kosztem osiągać najlepsze efekty. Dział zakupów zadaje te pytania obu stronom. I wtedy obie strony są zobligowane, żeby się nad nimi zastanawiać i zaoferować jak najlepsze metody współpracy – mówi Paweł Kastory.
– Beneficjentem optymalizacji jest każda ze stron. Nie dotyczy ona wyłącznie działu zakupów, marketingu czy samej tylko agencji. Tak naprawdę wszystkie trzy strony uczestniczące w procesie zakupowym czy w przetargu mają z niej namacalne korzyści. Im ten proces jest krótszy, bardziej przewidywalne są jego kolejne kroki, tym większa korzyść dla wszystkich stron. Z zakupowego punktu widzenia potrzebujemy w działach zakupów takich procesów, które zakończą się pomyślnym zakontraktowaniem bardzo dobrej agencji – dodaje Małgorzata Olczak, manager na rynek Europy Środkowo-Wschodniej w GlaxoSmithKline Consumer Healthcare.
Wypracowaniu dobrych praktyk w wielostronnej współpracy ma służyć Dialog Branżowy – to powołany przez przedstawicieli agencji i reklamodawców projekt, który ma wypracować najlepsze praktyki przetargowe w zakupach marketingowych. Obejmuje cykl spotkań i warsztatów, które odbywają się przy udziale najbardziej doświadczonych praktyków i ekspertów obu stron tego procesu. Celem Dialogu jest też stworzenie katalogu dobrych praktyk w odniesieniu do każdej kategorii reklamowej, takiej jak np. komunikacji PR, brandingu, eventów, zakupu mediów czy produkcji TV.
– Dialog Branżowy to taki okrągły stół, gdzie wszyscy siedzimy po tej samej stronie i rozmawiamy ze sobą. Nie podczas przetargu czy negocjacji, tylko w formie normalnego dialogu, gdzie każdy może powiedzieć, jakie ma bolączki i jakie widzi elementy do poprawy, zarówno po swojej stronie, jak i po stronie reklamodawcy – mówi Andrzej Zawistowski.
72 proc. dzieci w wieku 3–9 lat przez co najmniej godzinę dziennie używa w domu komputera. Zdecydowana większość z nich ogląda bajki i gra w gry internetowe lub komputerowe. Tylko co piąte wykorzystuje ten czas w sposób twórczy. Zamiast puszczać dzieciom bajki, można pokazać, że same mogą je współtworzyć – przekonują eksperci z firmy Mattel. Pierwsze lata szkoły to idealny moment, żeby zacząć uczyć dzieci programowania. To rozwija w nich logiczne myślenie i kreatywność, czyli cechy, które przydadzą się nie tylko przyszłemu informatykowi.
– Większość dzieci w wieku 3–9 lat spędza czas, grając w gry komputerowe, internetowe lub oglądając bajki. Zaledwie 23 proc. dzieci zajmuje się tworzeniem, kreatywnością, rysowaniem [badanie „Zabawki są ważne” przeprowadzone przez IPSOS na zlecenie firmy Mattel – red.] – mówi agencji informacyjnej Newseria Danuta Leszko-Rowsell, brand manager Barbie w firmie Mattel Poland.
Czas spędzony przed komputerem nie musi być tylko zabijaniem nudy. Wszystko zależy od tego, jakie narzędzia będą miały dzieci do dyspozycji. Potrzebna jest również odpowiednia motywacja i trochę technicznych wskazówek.
– Jeśli chcemy, by czas spędzony przed komputerem był wykorzystany efektywnie, by dzieci się rozwijały, a to, co robią, było twórcze, należy umożliwić im taki kontakt z technologią, ze światem wirtualnym, aby miały szansę pokazać swoje umiejętności, same tworzyły bajki, filmy i różne inne elektroniczne, komputerowe programy – podkreśla Danuta Leszko-Rowsell.
Programowanie to komunikacja z komputerem poprzez wydawanie mu poleceń. Dzięki aplikacjom komputer wie, jak ma zareagować na określone komendy, jakie działania wykonać, co zapisać w pamięci oraz co pokazać na wyświetlaczu. Zdaniem ekspertów każdy może się nauczyć programowania, a szczególnie łatwo przychodzi to w młodszym wieku. Dzieci bowiem chłoną wiedzę, a połączenie nauki z zabawą jeszcze szybciej pozwoli im tę wiedzę przyswoić.
– Kodowanie i programowanie nie jest takie straszne, jak nam się zazwyczaj wydaje. Ta nauka będzie skuteczna, jeśli pokażemy dzieciom, że jest to pomocne nie tylko w programowaniu i kodowaniu nowych bajek, filmów czy programów, lecz także że w ten sposób uczą się logicznego myślenia, myślenia skutkowo-przyczynowego, rozwijają wyobraźnię, umiejętność analizy, tworzenia i bycia kreatywnym – tłumaczy Danuta Leszko-Rowsell.
Nauka programowania pozwala zrozumieć, jak działają urządzenia elektroniczne, i uczy wykorzystywać technologie w twórczy sposób.
– Kodowanie to przede wszystkim świetna zabawa zarówna dla dziewczynek, jak i dla chłopców. Najlepszym przykładem jest Barbie, która inspiruje do tego, by spełniały swoje marzenia, by były, kim chcą. W ostatnim filmie „Barbie w świecie gier” jest ona właśnie programistką, która nie boi się podejmować żadnych wyzwań, która pokonuje wirusa komputerowego, razem ze swoimi przyjaciółkami przeżywa różnorodne przygody i pokazuje, że jak tylko się chce, można zrobić wszystko – wyjaśnia Danuta Leszko-Rowsell.
Z myślą o dziewczynkach i we współpracy z firmą Samsung firma Mattel organizuje konkurs dla szkół i dzieci z klas 1–3 „Mistrzynie kodowania z Barbie”.
– 45 proc. dziewczynek wciąż najchętniej bawi się lalkami, kreując i odgrywając różne scenariusze i role. Te tematyczne zabawy nie tylko stymulują spostrzegawczość i uwagę, lecz także rozwijają inicjatywę, pomysłowość i zaradność. To cechy niezwykle przydatne przy programowaniu – mówi przedstawicielka firmy Mattel.
Celem konkursu jest zachęcenie nauczycieli, nie tylko informatyki, do łączenia nauki programowania w języku Scratch z edukacją wczesnoszkolną. Dla uczniów to szansa na zdobywanie e-kompetencji i rozwijanie umiejętności matematycznych oraz impuls pobudzający wyobraźnię, zachęcający do logicznego i niestandardowego myślenia. To także nauka współdziałania i zespołowego realizowania celów.
– W tym konkursie, używając programu Scratch, dzieci mają pokazać, jak realizować swoje marzenia, jak być tym, kim się chce. Barbie zachęca wszystkie dziewczynki do udziału w tym konkursie, ale całe grupy klasowe mogą również wziąć udział w przygotowaniach i później zgłosić swój projekt – dodaje Danuta Leszko-Rowsell.
Programiści są jednymi z najbardziej poszukiwanych osób na rynku pracy. Według statystyk w całej Europie brakuje kilkuset tysięcy takich fachowców. Zdobyta w ten sposób wiedza to inwestycja w przyszłość.
Tym razem poniedziałek był wyjątkowo spokojnym dniem. Zmiany na głównych rynkach finansowych były niewielkie. Na krajowym podwórku złoty nieznacznie się umocnił, a indeks WIG20 stracił 0.12%.
Początek tygodnia zazwyczaj jest dniem spokojnym. Wczoraj pod tym względem było wyjątkowo, bowiem zarówno w USA jak i w Wielkiej Brytanii mieliśmy dzień wolny od handlu. W konsekwencji zmiany na głównych rynkach były niewielkie. W tym zastoju mimo święta wybijał się nieco bardziej funt brytyjski. Inwestorzy wyraźnie nabrali optymizmu po weekendowym sondażu, dającym ugrupowaniu premier Theresy May wygraną w nadchodzących wyborach. Skala tego oczekiwanego sukcesu ciągle jednak jest niewiadomą.
Dziś większość rynków działać będzie już normalnie. Za nami dane z Japonii gdzie bezrobocie utrzymuje się na tym samym poziomie, 2.8%. W dalszej kolejności poznamy dane o koniunkturze gospodarczej w strefie euro. Z Niemieckiej gospodarki napłyną informacje o aktualnej inflacji konsumenckiej. Niewiele później w USA opublikowane zostaną dane o dochodach i wydatkach amerykanów oraz najnowsze dane z rynku nieruchomości.
Rynek EUR/GBP chyba uciekł bykom spod noża. W ostatnim czasie nastąpił powrót ponad linię spadkową oraz poziom 0.86. Równocześnie wskaźnik RSI porusza się ponad pułapem 50pkt. Wygląda to więc na klasyczną konsolidację boczną. Oporem jest tutaj poziom 0.88. Wsparcia można szukać gdzieś przy 0.85. Dopóki jednak RSI utrzymuje się ponad linią wzrostową, byki ciągle mają szansę na wzrosty.
Zaćma to najczęstsza przyczyna utraty wzroku u osób powyżej 65 roku życia. Choruje na nią 65 mln osób na świecie, a w Polsce – 1 mln. Na operację zaćmy w Polsce czeka się średnio około 2 lat. Dlatego coraz więcej osób decyduje się na zabieg komercyjny (ok. 15-17 tys. osób rocznie). Operacja wykonywana prywatnie pozwala nie tylko usunąć zaćmę, lecz także wszczepić soczewkę korygującą we współistniejącą wadę wzroku. Amerykańskie badania wskazują, że chirurgiczne usuwanie zaćmy wydłuża życie. Osoby, które poddały się zabiegowi, są też mniej narażone na niepełnosprawność.
– Jednym z dużych problemów jest występowanie zmętnienia soczewki, kiedy dochodzi do osłabienia wzroku. To osłabienie oczywiście występuje w różnej skali. Może przeszkadzać na tyle, że chory w ogóle nie będzie w stanie funkcjonować, czyli może dojść nawet do odwracalnej ślepoty. To wciąż najczęstsza przyczyna odwracalnej ślepoty na świecie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Radosław Różycki, specjalista chorób oczu z Centrum Medycznego MML.
Pierwszym objawem zaćmy jest zaburzenie ostrości widzenia, przymglone widzenie, problemy z oceną odległości czy większe zmęczenie oczu. Przyczyny dolegliwości mogą być inne niż zaćma, dlatego z objawami należy się udać do okulisty.
Choć zaćma dotyka ludzi młodych, a problem z ostrością widzenia mają coraz częściej 20-latkowie, choroba ta rozwija się przede wszystkim u osób starszych.
– Zaćma praktycznie może dotyczyć każdego człowieka. Mamy do czynienia z zaćmą wrodzoną u dzieci, potem na skutek różnych chorób oczu, urazów, chorób ogólnych może dojść do wystąpienia zaćmy w starszym wieku. Natomiast bezsprzecznie najczęściej dotyczy ona osób po 65 roku życia, gdzie ten odsetek wzrasta powyżej 70 proc., bo starzejemy się i starzeją się nasze oczy – podkreśla dr Radosław Różycki.
Raport Krajowego Biura Badań Ekonomicznych wskazuje, że Amerykanie po 65 roku życia także dzięki chirurgicznemu usunięciu zaćmy żyją dłużej o 1,8 roku, a także są mniej narażeni na niepełnosprawność.
– Dzięki mikrochirurgii zaćmy, która znacznie się unowocześniła, możemy wpłynąć znacząco na poprawę jakości życia. Lepsze widzenie to większe bezpieczeństwo, mniej urazów, właściwe zażywanie leków. To również szereg innych czynności życiowych, bez których żyje się trudno – ocenia specjalista chorób oczu.
Eksperci podkreślają, że na operację nie warto czekać, bo im szybciej zaćma zostanie zoperowana, tym lepiej. Zwłaszcza że na wczesnym etapie ryzyko zabiegu jest znikome. Rośnie zaś wraz ze stopniem zaawansowania zaćmy, której często towarzyszą inne dolegliwości okulistyczne.
– Im zaćma jest mniej dojrzała, tym łatwiejsza do usunięcia. Zaćma to soczewka w oku, która mętnieje, a stopień zmętnienia informuje chirurgów o stopniu twardości jądra soczewki, które trzeba usunąć. Im soczewka starsza, tym twardsza, tym więcej energii trzeba użyć, żeby ją usunąć. Jeżeli aplikujemy więcej energii, operacja jest dla pacjenta bardziej szkodliwa – tłumaczy Różycki.
Średnio na operację zaćmy w Polsce refundowaną przez NFZ czeka się ponad 22 miesiące, jednak w zależności od regionu czy miasta okres ten może się wydłużyć nawet do 2–3 lat.
– Czas oczekiwania zależy od kontraktu, który ma dana placówka. Bo jeżeli jest kontrakt bardzo duży, to terminy z reguły oscylują w granicach 1–1,5 roku, jeżeli te kontrakty są mniejsze, czas się wydłuża – ocenia ekspert.
Długi czas oczekiwania sprawia, że coraz więcej osób decyduje się na zabieg komercyjny. Rocznie jest to 15–17 tys. Polaków. Obecnie trwa kampania edukacyjna „Wyjdź z kolejki. Rozważ zabieg odpłatny” (www.wyjdzzkolejki.pl). Jej celem jest upowszechnianie wiedzy na temat zaćmy, w tym w szczególności jej przyczyn, objawów, sposobów leczenia, procedur związanych z dostępem do świadczeń zdrowotnych i miejsc ich wykonywania, jak również propagowanie profilaktyki.
– Pacjenci decydują się na operacje komercyjne głównie ze względów życiowych: poprawa widzenia i szybki powrót do wykonywania swoich czynności jest tym głównym czynnikiem. Cenę operacji zaćmy oceniam jako stosunkowo niską w porównaniu z tymi, które oferują nasi koledzy za Odrą czy w Stanach Zjednoczonych, gdzie operacje są pięciokrotnie droższe – mówi dr Radosław Różycki.
Odpłatne zabiegi pozwalają też na usunięcie współtowarzyszących zaćmie wad wzroku. Chirurgia prywatna umożliwia wszczepienie różnego rodzaju soczewek, które korygują współistniejące wady wzroku i pozwalają nawet na życie bez okularów. Przy zabiegu refundowanym przez NFZ nie jest to możliwe.
– Pacjenci, którzy mają wadę wzroku, zawsze powinni rozważyć możliwość wszczepienia soczewek, które korygują dodatkowe problemy. Nie tylko samą zaćmę, ale wadę wzroku, astygmatyzm czy inne problemy związane z optyką. Pula soczewek się poszerza, wchodzą soczewki, które można zastosować w chorobach związanych ze zwyrodnieniami siatkówki, są dodatkowe soczewki doszczepiane do oczu które umożliwiają korekcję wad resztkowych –tłumaczy specjalista chorób oczu.
Badanie kwalifikacyjne pozwala stwierdzić, jakie rozwiązanie będzie dla danego pacjenta optymalne i jaka soczewka sprawdzi się najlepiej.
– Badania kwalifikacyjne powalają dokładnie określić, jakie pakiety możemy zaproponować danemu pacjentowi, czy soczewkę monofokalną, czyli jednoogniskową, czy wieloogniskową, a może soczewkę korygującą dodatkowe problemy optyczne u danego pacjenta – wskazuje ekspert.
Polscy pacjenci mają dostęp do najnowocześniejszych terapii z użyciem sprzętu stosowanym także na Zachodzie, m.in. za pomocą energii laserowej i najpopularniejszą za pomocą ultradźwięków.
Popularność treści wideo w internecie rośnie w ekspresowym tempie. Wideo odpowiada za 45 proc. ruchu w sieci, a sam YouTube za 30 proc. – podkreślają przedstawiciele T-Mobile. Blisko 60 proc. widzów konsumuje te treści na urządzeniach mobilnych. Rosnąca popularność wideo to wyzwanie dla operatorów sieci komórkowych. T-Mobile odpowiada na nie ofertą Supernet Video. Dzięki niej użytkownicy nie będą musieli się martwić o transfer danych podczas streamingu w popularnych serwisach wideo.
– Widzimy bardzo dynamiczny wzrost popularności treści wideo. Generują one dziś blisko 45 proc. ruchu w naszej sieci, a za 30 proc. odpowiada YouTube. Te liczby będą się znacząco zwiększać. Przewidujemy, że w 2020 roku 75 proc. ruchu w naszej sieci będą generowały treści wideo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Thomas Lips, członek zarządu i dyrektor ds. technologii i innowacji T-Mobile Polska.
Eksperci szacują, że jeszcze w tym roku urządzenia mobilne będą odpowiadały za trzy czwarte całego ruchu w internecie. Dla większości internautów smartfon to pierwsze urządzenie, za pomocą którego łączy się z siecią. Coraz częściej telefon to po prostu platforma do konsumowania treści wideo. Już dziś na urządzeniach mobilnych użytkownicy oglądają trzykrotnie więcej filmów niż na komputerach stacjonarnych.
– Bardzo łatwo przewidzieć przyszłość segmentu wideo. Wystarczy spojrzeć na młode pokolenie. Dziś młodzi ludzie oglądają więcej tego typu treści na smartfonach niż w telewizji. Pewnego dnia, i to już niedługo, smartfony staną się najpopularniejszą platformą do konsumowania treści wideo. Prześcigną nawet telewizję – ocenia Frederic Perron, członek zarządu i dyrektor ds. rynku prywatnego T-Mobile Polska.
Trend ten potwierdzają też statystyki największego serwisu wideo na świecie. Użytkownicy YouTube’a oglądają codziennie łącznie prawie miliard godzin materiałów, większość na urządzeniach mobilnych.
– Widzimy bardzo dużą dynamikę wzrostu oglądalności wideo na platformie YouTube w Polsce, 60 proc. rok do roku. Co więcej, 60 proc. tego ruchu pochodzi z urządzeń mobilnych, co de facto oznacza, że jesteśmy platformą mobilną. Wszystko, co robimy, robimy przede wszystkim pod kątem urządzeń mobilnych i mniejszych ekranów – tłumaczy Tomasz Czudowski, szef marketingu B2B YouTube Emerging Markets.
Taki trend będzie się utrzymywał, zwłaszcza że dla najmłodszego pokolenia smartfon to centrum świata. Z YouTube’a korzysta 4 mln osób w wieku 16–24 lata. To więcej niż z tradycyjnej telewizji. Rosnące zainteresowanie użytkowników treściami wideo to jednak poważne wyzwanie dla platform wideo.
– Żeby podołać takiemu wzrostowi oglądalności wideo, musimy mieć odpowiednią infrastrukturę. Budujemy własną, bo jako organizacja musimy dostarczyć wideo użytkownikowi w milisekundę, aby zapewnić mu możliwie jak najlepsze doświadczenia, tzw. user experience. Po drugiej stronie mamy operatorów, chociażby telekomunikacyjnych, którzy muszą pomagać i dostarczać tę treść do końcowego urządzenia – tłumaczy Czudowski.
Przedstawiciele T-Mobile podkreślają, że również dla operatorów rosnąca dynamicznie popularność treści wideo jest dużym wyzwaniem. Tylko w ubiegłym roku wolumen danych transmitowanych przez klientów tej sieci w technologii LTE wzrósł o ponad 200 proc. Wideo razem z aplikacjami społecznościowymi i komunikatorami odpowiadają za połowę całego ruchu w sieci T-Mobile.
– Dlatego rozbudowujemy naszą sieć. Tylko w 2017 roku podwoimy jej pojemność. Jesteśmy gotowi na dynamiczny wzrost popularności treści wideo w naszej sieci – wskazuje Thomas Lips.
– Po pierwsze, trzeba mieć najlepszą sieć, by zaoferować klientom dobrej jakości treści wideo. I my tę najlepszą sieć mamy, co potwierdzają także podmioty zewnętrzne. Po drugie, potrzebna jest prosta oferta, którą klienci bez problemu zrozumieją. Żadnych gwiazdek. To właśnie oferujemy. Myślę, że klientom się to spodoba – podkreśla Frederic Perron.
Na rynku właśnie pojawiła się nowa oferta T-Mobile Supernet Video. W jej ramach klienci sieci mogą korzystać z nielimitowanego transferu popularnych serwisów wideo i VOD, m.in. YouTube, Netflix, TVP Sport, Showmax czy VOD.pl. W jakości DVD usługa będzie kosztować 5 zł, w jakości FULL HD (1080p) – 15 zł miesięcznie. W każdej chwili będzie można zmienić parametry usługi lub z niej zrezygnować.
W procesie zamawiania usług marketingowych coraz częściej uczestniczą działy zakupów. Ich uczestnictwo w tym procesie często wiąże się z twardymi negocjacjami cenowymi. Nowa rola tych działów oznacza, że potrzebne są nowe zasady współpracy z agencjami i dostarczycielami usług komunikacji marketingowej. Służyć temu ma powołany przez branżę Dialog, w ramach którego doświadczeni eksperci i specjaliści opracują katalog dobrych praktyk przetargowych.
Jak zauważa Paweł Tyszkiewicz, pełnomocnik zarządu Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR, w ostatnich latach w branży pojawił się nowy gracz. Dotychczas usługi agencji kupowały zwykle działy marketingu, które ma w strukturze większość firm.
– Przez wiele lat jedynym odbiorcą i kupującym usługi marketingowe był firmowy dział marketingu. Po kryzysie finansowym działy zakupów, które wcześniej kupowały głównie proste usługi, zaczęły również kupować idee. Większość zaproszeń do rozmów, które przez ostatnie lata wysyłaliśmy do firm, uzyskiwała odpowiedź, która przychodziła już nie z działu marketingu, ale właśnie z działu zakupów. To jest podstawowa zmiana, którą dziś odczuwamy. Widzimy, że po drugiej stronie zmienił się aktor – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Tyszkiewicz.
Pełnomocnik Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej zauważa, że nowe działy zakupów mają ogromną potrzebę pogłębiania wiedzy i uczenia się branżowych praktyk.
– Zgłaszają też, że chcieliby być uwzględniani w procesie zakupowym znacznie wcześniej, a nie zapraszani na sam koniec, kiedy dochodzi już do etapu negocjacji cenowych, ponieważ to zmienia całą sytuację – dodaje Paweł Tyszkiewicz.
– Działy zakupów zadają praktyczne pytania, których my sami od dawna sobie nie zadawaliśmy. Dzięki temu wyjaśniamy sobie pewne rzeczy, co powoduje, że nasze koszty funkcjonowania mogą spaść albo możemy się podjąć ich restrukturyzacji. Zmienia się również podejście do tego, co chcemy osiągnąć od strony merytorycznej – mówi Paweł Kastory, prezes zarządu DDB&tribal i należącej do niej grupy firm.
Jednym z kluczowych obszarów jest aspekt finansowania projektów komunikacji marketingowej. Ponieważ reklamodawcy chcą płacić za nie jak najpóźniej, ciężar finansowania przez kilka miesięcy ponosi agencja marketingowa, która często musi w tym celu zaciągnąć kredyt bankowy.
– Żeby agencja mogła sfinansować kilkumilionowy projekt przez kilka miesięcy, musi iść do banku i kupić te pieniądze. Dotychczas agencje nie pokazywały reklamodawcom, ile płacą bankom i ile kosztuje ich pieniądz. Ten koszt jest później przerzucany na nas, reklamodawców. Widząc ten koszt, możemy zrobić analizy: czy chcemy płacić później, ale dać zarobić bankowi? Czy zapłacimy wcześniej, ale trochę mniej? Nas pieniądz kosztuje taniej niż agencje kreatywne, które nic z tego nie mają – wyjaśnia Andrzej Zawistowski, członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Managerów Logistyki i Zakupów (PSML).
Prezes DDB&tribal Paweł Kastory podkreśla konieczność optymalizowania obustronnej współpracy. Dużą rolę może odgrywać w nim dział zakupów, pełniący rolę pośrednika pomiędzy firmą a dostarczycielami usług komunikacji marketingowej.
– My z działem marketingu nigdy nie rozmawialiśmy o tym, jak jesteśmy zorganizowani, jak jest zorganizowany klient i jak ten cały proces zakupowy przebiega, aby jak najniższym kosztem osiągać najlepsze efekty. Dział zakupów zadaje te pytania obu stronom. I wtedy obie strony są zobligowane, żeby się nad nimi zastanawiać i zaoferować jak najlepsze metody współpracy – mówi Paweł Kastory.
– Beneficjentem optymalizacji jest każda ze stron. Nie dotyczy ona wyłącznie działu zakupów, marketingu czy samej tylko agencji. Tak naprawdę wszystkie trzy strony uczestniczące w procesie zakupowym czy w przetargu mają z niej namacalne korzyści. Im ten proces jest krótszy, bardziej przewidywalne są jego kolejne kroki, tym większa korzyść dla wszystkich stron. Z zakupowego punktu widzenia potrzebujemy w działach zakupów takich procesów, które zakończą się pomyślnym zakontraktowaniem bardzo dobrej agencji – dodaje Małgorzata Olczak, manager na rynek Europy Środkowo-Wschodniej w GlaxoSmithKline Consumer Healthcare.
Wypracowaniu dobrych praktyk w wielostronnej współpracy ma służyć Dialog Branżowy – to powołany przez przedstawicieli agencji i reklamodawców projekt, który ma wypracować najlepsze praktyki przetargowe w zakupach marketingowych. Obejmuje cykl spotkań i warsztatów, które odbywają się przy udziale najbardziej doświadczonych praktyków i ekspertów obu stron tego procesu. Celem Dialogu jest też stworzenie katalogu dobrych praktyk w odniesieniu do każdej kategorii reklamowej, takiej jak np. komunikacji PR, brandingu, eventów, zakupu mediów czy produkcji TV.
– Dialog Branżowy to taki okrągły stół, gdzie wszyscy siedzimy po tej samej stronie i rozmawiamy ze sobą. Nie podczas przetargu czy negocjacji, tylko w formie normalnego dialogu, gdzie każdy może powiedzieć, jakie ma bolączki i jakie widzi elementy do poprawy, zarówno po swojej stronie, jak i po stronie reklamodawcy – mówi Andrzej Zawistowski.
Columbia OutDry Extreme ECO to pierwsza kurtka sportowa do zadań specjalnych, która została wyprodukowana wyłącznie z materiałów uzyskanych z recyklingu. Jest wodoodporna, oddychająca, a przede wszystkim w pełni ekologiczna. Wykonano ją z 21 butelek PET, ponadto nie zawiera ona perfluorowęglowców (PFC).
– Kurtka OutDry Extreme ECO została wykonana w 100 proc. z materiałów z recyklingu, od materiału wykorzystanego do samej produkcji kurtki, poprzez nici, ściągacze, suwaki – wszystko zostało wykonane z materiałów uzyskanych z recyklingu. Co więcej, do jej produkcji nie wykorzystano żadnych barwników – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Rafał Tyszkiewicz z firmy Columbia Sportswear. Po czym dodaje: – Dzięki temu zaoszczędziliśmy przy produkcji każdej z tych kurtek 49 litrów wody. Kurtka została wyprodukowana bez wykorzystania tzw. perfluorowęglowców, co jest bardzo istotne, bo związki te się nie rozkładają.
Standardowe kurtki przeciwdeszczowe nie przepuszczają wody, ponieważ wyposażono je warstwę zawierającą perfluorowęglowce (PFC), czyli związki tworzące silne wiązania cząsteczkowe. Tworzą skuteczną, wodoszczelną warstwę ubrania, ale niestety są równocześnie szkodliwe dla środowiska, a nawet zdrowia. Kurtka OutDry Extreme ECO ma natomiast konstrukcję, która eliminuje wymóg stosowania PFC.
– Ta kurtka skonstruowana jest z dwóch warstw, podczas gdy klasyczna kurtka wodoodporna zbudowana jest z trzech: warstwy odprowadzającej wilgoć od ciała, membrany i warstwy zewnętrznej, która chroni kurtkę przed działaniem czynników zewnętrznych, wodą i wnikaniem jej do wewnątrz. I to ta warstwa kumulowała całe mnóstwo perfluorowęglowców – wyjaśnia Rafał Tyszkiewicz i dodaje – Dzięki eliminacji tej warstwy i wyciągnięciu membrany na zewnątrz udało nam się pozbyć wszystkich szkodliwych czynników, a jednocześnie stworzyć kurtkę, która jeszcze lepiej chroni przed wodą i umożliwia odprowadzanie wilgoci na zewnątrz, gwarantując cyrkulację powietrza na najwyższym poziomie.
Specjalista podkreśla, że OutDry Extreme ECO to pierwsza kurtka sportowa, która jest w pełni ekologiczna. Model, który dostępny jest w damskiej i męskiej wersji w cenie 840 zł, otrzymał znak Blue Sign, co oznacza, że na każdym etapie produkcji kurtka spełnia restrykcyjne wymogi, jeśli chodzi o ochronę środowiska.
– Jednym z fundamentów procesu recyklingu jest oszczędność energii, źródeł naturalnych i niezaśmiecania środowiska. Kurtka otrzymała znak Blue Sign – organizacji, która śledzi produkcję produktów tekstylnych, od materiałów źródłowych do produktu finalnego. Również poziom konsumpcji energii potrzebny do wyprodukowania produktu jest jednym z czynników, który został wzięty pod uwagę – tłumaczy Rafał Tyszkiewicz.
Eko-kurtka otrzymała już szereg wyróżnień, m.in. na łamach prestiżowego czasopisma National Geographic, które niedawno oznaczyło ją jako najbardziej ekologiczną kurtkę w historii w ramach nagrody “Gear of the Year”. To także przykład tego, że producenci z branży sportowej są coraz bardziej świadomi i częściej myślą o ochronie środowiska.
– Obecnie branża tekstylna skupia się przede wszystkim na działaniach związanych z produkcją w bardziej przyjazny dla środowiska sposób, poprzez eliminację szkodliwych środków chemicznych, szkodliwych barwników, redukcję odpadów i konsumpcji energii oraz wody potrzebnych do jej wyprodukowania. Na drugim końcu łańcucha firmy promują ponowne wykorzystanie produktów, Zachęcając do przedłużanego użytkowania produktów, a po zakończeniu ich użytkowania, do oddania ich w celu recyklingu – podsumowuje Rafał Tyszkiewicz.
Nawet 20–30 proc. prac dyplomowych nosi znamiona plagiatu. Już teraz na uczelniach spoczywa obowiązek sprawdzania systemami antyplagiatowymi wszystkich prac. Mogą one jednak wyłapać jedynie część skopiowanych fragmentów. Od roku akademickiego 2018/2019 ma się pojawić wymóg stosowania przez uczelnie tzw. Jednolitego Systemu Antyplagiatowego. Ustawodawca dostrzegł problem, nie będzie to dobre rozwiązanie – ocenia Krzysztof Gutowski, ekspert ds. prawa autorskiego z Plagiat.pl.
– Eksperci są zgodni, że w od kilkunastu do 20–30 proc. prac dyplomowych można znaleźć nieuprawnione zapożyczenia czy też cechy plagiatu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Gutowski, ekspert ds. prawa autorskiego z Plagiat.pl.
Plagiaty, przepisywanie całych rozdziałów czy dużych fragmentów prac na studiach, to istotny problem. Nie dotyczy on tylko prac semestralnych czy rocznych, lecz także prac dyplomowych, na podstawie których student uzyskuje tytuł zawodowy. Z plagiatem należy walczyć, ale zdaniem ekspertów równie istotna jest kwestia odpowiedniej edukacji.
– Można podejść do tego zagadnienia na zasadzie karania, egzekwowania zapisów ustawowych, że skoro tylko ktoś zaczerpnął fragment czyjegoś utworu i nie oznaczył go właściwie w swojej pracy, to popełnił plagiat i w związku z tym powinien zostać ukarany. Z drugiej strony student jest na etapie przyswajania wiedzy. Powinniśmy go kształcić, że takich rzeczy robić nie należy. Ujawnia się tu rola promotora, nie do przecenienia w procesie kończenia studiów – przekonuje dr Mariusz Kuziak, pełnomocnik rektora ds. systemu antyplagiatowego na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie.
Wszystkie uczelnie w Polsce mają obowiązek stosowania systemów antyplagiatowych (to efekt nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym z 2014 roku). Jednolity System Antyplagiatowy, którego wprowadzenie zapowiadane jest od roku akademickiego 2018/2019, ma uszczelnić system. Pozwoli porównywać prace z tymi zgromadzonymi w Ogólnopolskim Repozytorium Pisemnych Prac Dyplomowych. Nie podjęto jednak decyzji, by analizować wszystkie prace za pomocą jednego programu antyplagiatowego. Ponadto w serwisie znajdują się prace obronione po 2009 roku, brakuje tych starszych.
– Stworzenie Ogólnopolskiego Repozytorium Pisanych Prac Dyplomowych będzie skuteczne tylko na krótki czas. Pozwoli wyeliminować z obiegu naukowego i obiegu uczelnianego prace sprawdzane wielokrotnie, czyli sprzedawane po obronie i ponownie bronione na innych uczelniach. Ale to tylko jeden z przejawów nieuczciwości, który po wprowadzeniu i przetestowaniu pierwszej fali dyplomów przestanie odgrywać rolę – ocenia Gutowski.
Wprowadzenie Jednolitego Systemu Antyplagiatowego świadczy o tym, że ustawodawca dostrzega problem plagiatu, wciąż jednak brak szczegółów dotyczących jego wejścia w życie.
– W dalszym ciągu trwają negocjacje. Moja uczelnia otrzymała ostatnio pismo informujące, że trwają prace w Ośrodku Przetwarzania Informacji, które mają na celu stworzenie takiego systemu i że uczelnia powinna wskazać odpowiednią osobę, która będzie się kontaktować z twórcami systemu w celu ustalania szczegółów i konsultowania poszczególnych rozwiązań – mówi dr Mariusz Kuziak.
Nie wiadomo więc, czy nowy system pozwoli wykryć także parafrazy prac naukowych, równie często stosowane przez studentów, co sam plagiat. Ocenia się, że choćby minimalna zmiana tekstu zapożyczonego z książek, np. zmiana szyku zdania czy zastąpienie kilku słów, o kilka procent zmniejsza szanse na wykrycie plagiatu w systemach. We wskazaniu plagiatu odpowiedzialność spoczywa na promotorze, ten jednak ze względu na liczbę studentów, nie zawsze jest w stanie rozpoznać plagiat.
Studentów nie odstraszają kary, jakie mogą ich spotkać za podpisanie swoim nazwiskiem czyjejś pracy.
– Jeśli promotor udowodni plagiat, studentowi może grozić wiele konsekwencji. W zależności od tego, czy był to plagiat umyślny, nieumyślny, czy była to bardzo widoczna próba oszukania uczelni, grożą mu kary od otrzymania oceny niedostatecznej za pracę, co wiąże się z powtarzaniem roku, aż do konsekwencji z tytułu prawa autorskiego i prawa karnego, czyli wysokie kary łącznie z pozbawieniem wolności, jeżeli mamy do czynienia z plagiatem polegającym na kupnie pracy dyplomowej czy przepisaniu całego dzieła – wymienia Krzysztof Gutowski.
Inteligentne urządzenia opanowały rynek produktów konsumenckich. Niemal każdy przedmiot codziennego użytku ma już swój odpowiednik typu smart. Nie inaczej jest z lustrami, czego przykładem są urządzenia produkowane przez polską firmę Abyss Glass, przeznaczone do zastosowań marketingowych. Urządzenia te potrafią nie tylko rozpoznać wiek czy płeć klienta, lecz także jego emocje i dzięki temu dostosować ofertę odpowiednio do jego preferencji i nastroju.
– Abyss Glass zajmuje się produkcją interaktywnych luster. Oprócz samego hardware’u produkujemy również oprogramowania. Mam tu na myśli analizę wizyjną opartą na samouczących się sieciach neuronowych, która umożliwia rozpoznawanie emocji, wieku i płci. Na podstawie tych parametrów wyświetlamy odpowiednią treść dla klienta, dzięki czemu jest ona lepiej stargetowana i po prostu mamy większe prawdopodobieństwo, że osoba stojąca przed tym lustrem zobaczy to, co ją interesuje, np. inną treść wyświetlimy młodej dziewczynce, a inną starszemu panu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Arkadiusz Adamek, współzałożyciel firmy Abyss Glass.
Ekspert podkreśla, że lustro zostało wykorzystane jako innowacyjny nośnik informacji – ma przyciągać wzrok, a przy okazji przemycać treść marketingową, którą użytkownicy mogą się zainteresować.
– Na tradycyjnym lustrze nic się nie wyświetla. My to zmieniliśmy, biorąc pod uwagę to, że to lustro naturalnie przyciąga spojrzenie, kiedy pojawi się na nim jakaś treść, jest bardzo duża szansa, że ktoś zwróci na nią uwagę. Nasze lustro jest odpowiedzią na zjawisko, które nazywa się baner blindness, czyli ślepota banerowa – wyjaśnia Arkadiusz Adamek.
Oprócz wspomnianej analizy wizyjnej lustro wyposażono również w szereg technologii, takich jak choćby czujniki ultrasoniczne i czujniki ruchu. Warto zaznaczyć, że sterowanie urządzeniem jest proste i w pełni intuicyjne m.in. za sprawą dotyku.
– Każde lustro musi mieć dostęp do internetu, co umożliwia nam zmianę treści przez tworzony przez nas panel webowy. To nic innego, jak taki prosty kreator, który umożliwia zdalną edycję treści. Możemy na te lustra nagrywać zdjęcia, animacje, filmy czy prezentacje. Na dobrą sprawę wszystko, co chcemy, dowolny content marketingowy. I możemy wrzucać i wgrywać go na dowolną liczbę luster – tłumaczy Arkadiusz Adamek.
Abyss Glass zajmuje się wyłącznie produkcją interaktywnych luster, co daje firmie przewagę nad zagraniczną konkurencją. Ponadto specjalista zaznacza, że polski produkt jest o wiele bardziej funkcjonalny od konkurencyjnych rozwiązań, które obecnie są dostępne na rynku.
– Bardzo duże firmy zajmują się produkcją podobnych luster. Natomiast nie mają tak szerokiego wachlarza dodatkowych funkcjonalności, o których wspominałem, czyli rozpoznawanie wieku, płci czy emocji. Co więcej, te firmy produkują mnóstwo różnych rzeczy, dlatego to nie jest ich core business, nie zajmują się tym w 100 proc., a my właśnie wręcz przeciwnie – zajmujemy się wyłącznie produkcją interaktywnych luster – podkreśla Arkadiusz Adamek.
Polska firma nie przestaje udoskonalać swojego produktu. Obecnie pracuje nad dołączeniem do lustra czytników RFID, które umożliwią rozpoznawanie produktów, z którymi osoba wchodzi do przymierzalni.
– Takie rozwiązanie będzie miało zastosowanie w branży odzieżowej czy retailowej, ponieważ osoba będąca w przymierzalni będzie w stanie rozpoznać, co już ze sobą wzięła. Lustro na podstawie odpowiedniego oprogramowania będzie w stanie zaproponować pasujące do tego produkty albo produkty, które wybrały inne osoby, więc to duże ułatwienie. Poza tym będzie można np. zdalnie poprosić ekspedientkę o inny rozmiar – podsumowuje Arkadiusz Adamek.
Coraz więcej Polaków decyduje się na przeniesienie rachunku do innego banku. Tylko w I kwartale tego roku na taki krok zdecydowało się blisko 10 tys. osób, o 68 proc. więcej niż rok temu. Na każde trzy wnioski składane w systemie Krajowej Izby Rozliczeniowej, w dwóch jako nowy bank klienci wskazują Crédit Agricole. W marcu trafiły tam niemal wszystkie rachunki przenoszone z innych banków.
– Polacy coraz częściej decydują się na zmianę banku. Jest to już dosyć stała tendencja. Obserwujemy to również w innych branżach – w telefonii komórkowej już ponad 1,5 mln klientów zmieniło swojego operatora. U nas ten proces nie jest tak dynamiczny, ale zauważalny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jędrzej Marciniak, wiceprezes Crédit Agricole.
Z danych Krajowej Izby Rozliczeniowej wynika, że w I kwartale 2017 roku Polacy złożyli 9,86 tys. wniosków o przeniesienie rachunków do innego banku. Najwięcej, bo ok. 4 tys., wpłynęło w marcu. Dla porównania w I kwartale 2016 roku wniosków było 5,8 tys., a w całym 2016 roku blisko 41 tys.
– Wiąże się to z wysokością opłat, wysokością kosztu kredytu czy kosztu depozytu, ale coraz częściej, decydujemy się na zmianę ze względu na aspekty emocjonalne, bo ktoś poleca nam inny bank. Zwracamy uwagę na jakość obsługi, długoterminowe relacje i wówczas decydujemy się na zmianę – ocenia wiceprezes Crédit Agricole.
Jak przekonuje Marciniak, proces zmiany rachunku jest prostą operacją. Za pomocą systemu Ognivo, którym zarządza Krajowa Izba Rozliczeniowa, wystarczy złożyć wniosek o przeniesienie rachunku, a wszystkimi formalnościami zajmuje się bank, którego stajemy się klientem. Informacje o zmianie konta automatycznie przekazywane są także do odpowiednich instytucji, m.in. do ZUS czy urzędu skarbowego.
– Doradca wykona za nas całą operację. Będzie to trwało kilka dni, ale dotyczy nie tylko podstawowego produktu, jakim jest konto osobiste, lecz także wszystkich innych zobowiązań, które mamy w innym banku – wskazuje Jędrzej Marciniak.
W ponad 60 proc. wniosków składanych w systemie KIR jako nowy bank wskazywany jest Crédit Agricole. W marcu tego roku bank ten przejął niemal wszystkie rachunki przenoszone z innych banków. Taki trend utrzymuje się od 2015 roku. Jak przekonuje wiceprezes banku, to wynik nie tylko tradycyjnej oferty kredytów czy depozytów.
– Mamy również bardzo przejrzystą ofertę związaną z przeniesieniem. Klienci doceniają nas jako bank, który buduje długoterminowe relacje, doceniają to, że mamy dobrych doradców i wysoką jakość obsługi. 2/3 klientów to nasi ambasadorzy, którzy wystawiają nam wysokie oceny. Sami również przyszli do nas, bo ktoś polecił im nasz bank, a teraz sami polecają go następnym osobom – tłumaczy Marciniak.
Crédit Agricole jest bankiem uniwersalnym, oferującym klientom wszystkie produkty i usługi bankowe: rachunki rozliczeniowe i oszczędnościowe, karty kredytowe, konta walutowe, kredyty gotówkowe i hipoteczne, lokaty, a także różnego rodzaju ubezpieczenia i usługi assistance. Bank obsługuje też duże korporacje oraz sektor małych i średnich przedsiębiorstw. Działa także w sektorze rolniczym.
– Jesteśmy trzecią pod względem wielkości grupą bankowo-finansową w Europie. W Polsce mamy ponad 400 placówek własnych, kilkaset placówek franczyzowych i biur kredytowych. Łącznie współpracuje z nami ponad 2 mln klientów – wymienia Jędrzej Marciniak.
Branża gastronomiczna coraz bardziej się digitalizuje. Mobilne technologie ułatwiają i przyspieszają obsługę gości, a także zwiększają ich satysfakcję. Sieć restauracji KFC, która już od pewnego czasu wykorzystuje mobilne kanały, pracuje nad wprowadzeniem w Polsce rewolucyjnego rozwiązania w swojej aplikacji. „Zamów i odbierz” (Skip The Line) to funkcja, która umożliwi gościom pominięcie kolejki w restauracji, zamówienie jedzenia na konkretną godzinę, płatność mobilną i stworzenie własnego kubełka. Takich możliwości nie mają jeszcze klienci sieci w żadnym z innych państw w Europie czy Stanach Zjednoczonych.
– Rozwój usług mobilnych i nowoczesne technologie coraz silniej wpływają na rynek restauracyjny. Szukamy rozwiązań i usług, które są w stanie szybko, ale z zachowaniem wysokiej jakości, zaspokoić nasze potrzeby. Ważnym trendem jest także personalizacja – lubimy dostawać coś, co sami możemy wykreować. Jako marka stawiamy sobie wysoko poprzeczkę i w zgodzie z potrzebami naszych gości tworzymy rozwiązania, które je spełnią – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Jędrychowski, digital manager marki KFC.
Według przeprowadzonych w 2015 roku badań National Restaurant Association konsumenci cenią sobie wykorzystywanie rozwiązań mobilnych w branży restauracyjnej. Ośmiu na dziesięciu badanych przyznaje, że technologia zwiększa ich wygodę, a 45 proc. uważa, że dzięki niej wizyta w restauracji jest przyjemniejsza. Zdaniem 70 proc. konsumentów mobilne technologie przyspieszają obsługę, a jedna trzecia przyznaje, że dzięki nim częściej zamawia jedzenie na wynos. Sieć restauracji KFC, która według „Raportu gastronomicznego 2016” instytutu GfK należy do czołówki najpopularniejszych w Polsce, wyznacza trendy i rozwija mobilne usługi.
– Zaczęliśmy od aplikacji mobilnej z możliwością realizowania kuponów w restauracji. Potem wprowadziliśmy usługę zamówień przez aplikację z dostawą do domu. Trzecim etapem – wcale nie ostatnim – jest funkcja aplikacji „Zamów i odbierz”, która umożliwi złożenie zamówienia i płatność za pomocą telefonu komórkowego oraz odbiór w restauracji bez konieczności oczekiwania w kolejce do kasy – wyjaśnia Maciej Jędrychowski.
Dzięki nowej funkcji aplikacji, czas obsługi gości skróci się do minimum. Nowe rozwiązanie jest obecnie testowane w kilkunastu restauracjach w Polsce. Po fazie pilotażu, latem tego roku zostanie udostępnione w Google Play oraz AppStore, a skorzystać będą mogli z niego goście blisko 170 lokali KFC w całym kraju. Zasięg usługi ma być stopniowo rozszerzany i docelowo obejmie ponad 200 polskich restauracji marki.
Digital manager sieci KFC podkreśla, że taka funkcjonalność jest pionierska w branży restauracyjnej w Polsce. Usługa „Zamów i odbierz” umożliwi nie tylko złożenie zamówienia bez czekania w kolejce do kasy. Za jej pośrednictwem goście będą mogli zapłacić mobilnie z poziomu aplikacji, tworzyć spersonalizowane menu (np. skomponować własny kubełek), a nawet zamówić jedzenie na konkretną godzinę i odebrać gorące danie w lokalu.
– W restauracjach KFC w Europie czy Stanach Zjednoczonych nie ma na razie takiej usługi. Polscy goście skorzystają z niej jako pierwsi. Możliwość personalizacji posiłku i wybór godziny odbioru, wygodna płatność mobilna czy w pierwszym etapie także kartą przy odbiorze, to absolutna nowość w naszych restauracjach – zaznacza Maciej Jędrychowski.
W Skip the Line będą się pojawiały też przygotowane specjalnie dla konkretnego użytkownika promocje. Aplikacja pozwoli także na działania z zakresu real time marketingu.
– Możemy personalizować oferty specjalne, bazując na lokalizacji, pogodzie czy bieżących wydarzeniach, niekoniecznie związanych z branżą restauracyjną. Będziemy mogli reagować szybko i w nawet ciągu godziny zaproponować ofertę specjalną dostępną np. w wybranych lokalach – mówi Maciej Jędrychowski.
Po uruchomieniu aplikacji KFC i wybraniu funkcji „Zamów i odbierz” w menu pojawi się adres najbliższej restauracji (z możliwością zmiany na inną lokalizację), w której możemy skorzystać z usługi. Kolejny krok to wybór ulubionych pozycji z menu, określenie godziny odbiory i płatność – mobilna, z poziomu aplikacji lub oznaczenie płatności kartą przy odbiorze. Następnie użytkownik otrzyma numer zamówienia, a system pokaże szacowany czas jego przygotowania lub potwierdzi wybraną godzinę odbioru. Komunikaty o postępach realizacji będą wyświetlane na bieżąco w aplikacji i na ekranie w restauracji, a informacja o gotowym posiłku zostanie dodatkowo potwierdzona SMS-em.
Ostatni atak hakerski miał do tej pory największą skalę pod kątem zainfekowanych urządzeń oraz komputerów. Mówi się, że atak miał miejsce w rekordowej liczbie państw – od 90 do 200 krajów. Zdarzenie to było bardzo poważne, ale oparte na prostym mechanizmie. Narzędzie, które zostało użyte do ataku, było wykradzionym oprogramowaniem z zasobów Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Za cyberatakiem stał zespół hakerów nazywanych „Shadow Brokers”, którzy zmodyfikowali i użyli narzędzie zwane „Ransomeware”.
– Po zainstalowaniu tego złośliwego oprogramowania na komputerze pojawiało się żądanie zapłaty równowartości 300 dolarów w walucie BitCoin – powiedział agencji eNewsroom.pl Tomasz Szymanik, dyrektor sprzedaży UseCrypt – Przez pierwsze 3 dni taka była cena za odblokowanie danych na komputerze, a po ich upływie kwota wzrosła dwukrotnie – do wartości 600 dolarów w BitCoinie. Atak został przeprowadzony przez rozesłanie złośliwego oprogramowania mailem – wykorzystano lukę w systemie Windows, która została już dosyć dawno zdiagnozowana i firma Microsoft opracowała łatkę zabezpieczającą tę lukę. Doszło tutaj do zaniechania po stronie użytkowników – niezainstalowanie upgrade’u oprogramowania oraz otwarcie załącznika przesłanego pocztą. Można to określić jako niefrasobliwość przy użytkowaniu. Są to klasyczne błędy popełniane w zakresie zachowania bezpieczeństwa użytkowania sprzętu i software’u. Skala ataku pokazuje stałą podatność na tego typu działania. System Windows oraz jego różne odmiany są zainstalowane na ponad 90% komputerów na świecie. Podatność procentowa cyberataki jest więc bardzo duża – nawet jeśli kilka lub kilkanaście procent użytkowników nie przeprowadzi aktualizacji systemu, to liczba potencjalnych miejsc ataku jest gigantczna – podsumował Szymanik.
Usługi ograniczone do urządzeń, które można sprzedawać tylko na określonym terenie danego kraju, nie mają przyszłości. Polski rynek jest za mały, aby start-up mógł utrzymać się na nim z przychodów uzyskiwanych w – mimo wszystko – nadal biednym społeczeństwie oraz realizować swoje zamierzenia kapitałowe. Te start-upy, które idą w kierunku uzupełnienia istniejących już technologii lub internalizacji, odnoszą dziś sukcesy.
– Do tej pory udało nam się zainwestować w spółki z zakresu informatyki dedykowanej konkretnej dziedzinie gospodarki czy nauki – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Girek, prezes Data Techno Park oraz Cube.ITG – Są to obszary związane z bezpieczeństwem, medycyną i sektorem bankowym. Spodziewamy się sukcesów start-upów z obszaru medycyny. Te zaś z obszaru telemedycyny z potencjałem realizacji wyłącznie w Polsce, bez perspektywy internacjonalizacji, mogą się nie powieść.W ich przypadku mieliśmy do czynienia z zaangażowaniem osobistym, ciekawym pomysłem i wstrzeleniem się w rynek w momencie jego wzrostu w obszarze projektów e-zdrowie w Polsce. Nasz cel inwestycyjny związany jest z minimalnym zwrotem, którego oczekujemy od pomysłodawcy. To średnio 15% w skali roku. Mamy nadzieję na uzyskanie takich efektów po 4-8 latach istnienia start-upu – dodał Girek.
Złoty pozostaje mocny ale widoczne są sygnały końca trendów spadkowych. Testy ostatnich minimów na EUR/PLN i CHF/PLN zakończyły się fiaskiem. Chwilowy powrót wzrostów na dolarze nieco popsuł sentyment do walut krajów wschodzących. Biorąc jednak pod uwagę dobry stan polskiej gospodarki gwałtowna przecena nam nie grozi. Funt pod ścianą w obliczu słabnących sondaży poparcia partii Theresy May.
Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 15.04.2017-29.05.2017
Para walutowa
EUR/PLN
CHF/PLN
USD/PLN
GBP/PLN
Minimum
4,1700
3,8100
3,7100
4,7770
Maksimum
4,3470
4,0020
4,0100
5,1090
EUR/PLN porusza się nadal w ramach wyrysowanego kanału spadkowego. Mimo wszystko widać jednak, że trend aprecjacyjny złotego nieco wyhamował. Test ostatniego minimum zakończył się fiaskiem i może to oznaczać, że trudno będzie w najbliższych dniach osiągnąć niższe poziomy. Pamiętać trzeba jednak, że fundamentalnie żadnych zmian nie ma. Sytuacja gospodarcza w Polsce jest bardzo dobra. Również koniunktura na rynkach europejskich nam sprzyja. Kolejne dane makro wspierają kwotowania złotego PKB w I kwartale na poziomie 4%, również na plus działa podwyższenie perspektywy ratingu przez Moody’s. Ale złoty jest bardzo wrażliwy na ruchy na szerokim rynku szczególnie na EUR/USD. W razie niepokojów traci szybko na wartości. Na EUR/PLN bardzo możliwy jest ruch korekcyjny na bazie choćby podbicia notowań dolara, ale jakaś gwałtowna wyprzedaż nam nie grozi. Fakt pozostaje czynnik ryzyka politycznego w postaci osoby Trumpa i jego ewentualnego odejścia ze stanowiska. Ale z drugiej strony mamy czynnik prodolarowy czyli podwyżka stóp w czerwcu, która jest praktycznie przesądzona. Oporem w przypadku wzrostów będzie 4,21.
Również na CHF/PLN jesteśmy nieco wyżej niż wypada ostatnie minimum. Kolejna próba zejścia poniżej 3,80 nie udała się i niemal od razu doszło do kilku groszowego wzrostu. Trend spadkowy pozostaje jednak nadal aktualny a obecnie jesteśmy w okolicach górnego ograniczenia wyrysowanego kanału. Schłodzenie sentymentu na walutach krajów wschodzących bazowało na poprawie wskaźników makro z USA i podbiciu wyceny waluty amerykańskiej. Nieco traciły większe giełdy na świecie co przełożyło się na większe zainteresowanie tzw bezpiecznymi przystaniami a więc i frankiem szwajcarskim. Nie ma jednak dramatu taki niewielki ruch korekcyjny nawet się przyda. Nie ma obecnie powodów dla których trend spadkowy mógłby się odwrócić. Ewentualna korekta nie powinna mieć większego zasięgu. Gwałtowna przecena nam nie grozi biorąc twarde fundamenty polskiej gospodarki.
USD/PLN znów ustanowił nowe minimum. Środowe minutki FED nieco rozczarowały inwestorów i dolar nieco stracił. W efekcie dno wypadło na poziomie 3,71. Jednak inwestorzy po kilku dniach wrócili do dolara. Doszli do wniosku, że owszem większej ilości podwyżek stóp nie będzie ale przecież redukcja bilansu Fed to również działania zacieśniające politykę monetarną. Do tego doszły lepsze dane na temat wzrostu gospodarczego. EUR/USD spadł poniżej 1,12. W efekcie USD/PLN nieco poszedł w górę i jesteśmy 4 grosze wyżej. Ale wcale nie jest powiedziane, że teraz dolar nagle zacznie znów falowo rosnąć. Cały sentyment wokół waluty amerykańskiej psuje Trump, który podpada coraz większej rzeszy ważnych ludzi na świecie. A do tego mamy EBC, od którego rynki oczekują działań w kierunku odchodzenia od luźnej polityki monetarnej. Tylko czy nie są to zbyt wygórowane oczekiwania. Sytuacja więc dla USD/PLN nie jest jasna. Póki co pozostajemy w kanale spadkowym a wsparcie i opór wyznaczają ograniczenia kanału spadkowego.
GBP/PLN spada do poziomów niewidzianych od okresu referendum w sprawie Brexitu. Po spokojnych tygodniach robi się nerwowo. Sytuacja wydawała się jasna i klarowna a więc pewne zwycięstwo we wcześniejszych wyborach partii premier Theresy May. Liczyła ona na przekonujące zwycięstwo i tym samym realizowanie swojego programu wyjścia ze strefy euro. Ostatnie sondaże pokazują jednak słabnącą przewagę konserwatystów nad partią pracy. Może nie sam wynik robi jakieś wrażenie ale pokazuje jak nieprzewidywalne są sondaże w Wielkiej Brytanii. Musi to więc spotęgować nerwowość na brytyjskiej walucie, która do większości głównych walut powraca do kilku letnich minimów. Mimo, że w ostatnich dniach sporo było pozytywów dla funta choćby dane z rynku pracy czy sprzedaż detaliczna to niemal całkowicie one wyparowały. Niewykluczone więc jeżeli sondaże będą dalej zmniejszać przewagę przypomnijmy na początku było to 20% to możliwe są dalsze dołki na GBP/PLN.
Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Najbardziej pożądaną cechą samochodu przyszłości dla aż 40% polskich kierowców jest napęd alternatywny – wynika z badania „AUTOwybory Polaków” zrealizowanego przez instytut Millward Brown na zlecenie Exact Systems S.A. Jednak aż 79% przedstawicieli branży motoryzacyjnej uważa, że w ciągu najbliższych 5 lat nie ma możliwości, aby pojazdy z tradycyjnym napędem zostały wyparte przez samochody elektryczne czy hybrydowe. Taka rewolucja wymaga dużo więcej czasu. Szacuje się, że w 2025 roku napędy alternatywne będą stanowić jedną czwartą globalnej sprzedaży samochodów.
Z najnowszego raportu KPMG i PZPM wynika, że w pierwszym kwartale tego roku dynamicznie rozwijał się rynek aut z napędami alternatywnymi, czyli głównie hybrydowymi, ale też elektrycznymi. Liczba rejestracji wzrosła o 96% r/r i wyniosła prawie 5 tysięcy, czyli prawie tyle, ile przez pierwsze dwa kwartały ubiegłego roku. Taka dynamika w przyszłości będzie wspierana przez podjęty przez polski rząd plan elektromobilności, który zakłada, że do 2025 roku na polskich drogach będzie jeździło aż milion samochodów elektrycznych. Jednak osiągnięcie takiego wyniku w tak krótkim czasie może być trudne.
– Elektromobilność, mimo że nie szybko, to jednak na stałe wpisze się w przyszły obraz motoryzacyjny. Powodów jest kilka, ale najważniejsze to te natury ekologicznej – niska emisja CO2, brak hałasu – i kosztowej – większa niezależność od cen ropy, niższe koszty eksploatacji. Zanim jednak na dobre zadomowią się napędy w pełni elektryczne, przejściowo będą dominować napędy hybrydowe. Z szacunków wynika, że obecnie 4 na 100 sprzedawanych na świecie samochodów posiada alternatywny napęd. W 2025 roku ten udział ma wzrosnąć do 24%, z czego tylko jedną czwartą będą stanowić auta elektryczne, pozostałe to napęd hybrydowy (65%) oraz napęd plug-in hybrid (11%) – mówi Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems S.A., odpowiedzialny za rozwój sprzedaży.
Napęd alternatywny standardem dopiero za kilka lat
Z badania „AUTOwybory Polaków” przeprowadzonego na zlecenie Exact Systems wynika, że dla 40% polskich kierowców najbardziej pożądaną cechą samochodu przyszłości jest napęd alternatywny. Jednak aż 8 na 10 przedstawicieli branży automotive w Polsce nie wierzy w to, że w ciągu najbliższych pięciu lat samochody z tradycyjnym napędem zostaną wyparte przez napędy alternatywne. Taki scenariusz przewiduje tylko 14% osób związanych z branżą – wynika z raportu Exact Systems „MotoBarometr 2016. Nastroje w automotive. Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Słowacja”.
– Pojazdy z napędami alternatywnymi z pewnością mają szansę znacznie ograniczyć produkcję samochodów z tradycyjnym silnikiem, ale na pewno nie w ciągu pięciu najbliższych lat. Jeżeli chodzi o produkcję to faktycznie, silników hybrydowych będzie montowanych coraz więcej. Trudniejsza jest z kolei sytuacja w obszarze napędów typowo elektrycznych z racji niedopracowanych technologicznie akumulatorów oraz braku rozpowszechnionej infrastruktury ładowania. Problemem aut elektrycznych jest głównie zasięg, w tym podatność m.in. na niskie temperatury, co przekłada się na parametry akumulatora obniżające zasięg. Natomiast autobusy miejskie już wypierają te z silnikami spalinowymi. To już się dzieje i perspektywa pięcioletnia jest bardzo realna – zwraca uwagę Roman Kantorski, Prezes Polskiej Izby Motoryzacji.
Brak „alternatywnego” optymizmu także u naszych sąsiadów
Optymizmu w tej kwestii nie widać również w innych europejskich krajach. W Niemczech aż 87% przedstawicieli branży zakłada, że scenariusz zastąpienia tradycyjnych napędów przez alternatywne w ciągu pięciu lat nie jest realny. W Czechach odsetek ten wynosi 70%. Nieco więcej optymistów znajdziemy na Słowacji, gdzie 45% specjalistów branżowych wierzy w opisany scenariusz, sceptyków jest natomiast 55%. Rosja to jedyny kraj, w którym odsetek przedstawicieli branży wierzących w możliwość wyparcia napędów tradycyjnych przez alternatywne jest wyższy, niż tych, którzy w to nie wierzą – 55% vs. 45%.
– Sceptycyzm przedstawicieli branży to pochodna kilku czynników. Przede wszystkim zmiana technologiczna, z jaką wiąże się wprowadzenie napędu alternatywnego, to rewolucja na wielką skalę, której całkowite przeprowadzenie to kwestia kilkunastu, a nie kilku lat. Po drugie, zachęty producentów nie są jeszcze tak kuszące, aby pozwoliły na szybszą realizację planu. Po trzecie, konsumenci nadal są w fazie oswajania wizji samochodu przyszłości, stąd bardziej niż na napędzie zależy im na bezpieczeństwie, który oczywiście jest też pochodną zastosowanej technologii. To wszystko powoduje, że przedstawiciele branży nie widzą możliwości przeprowadzenia rewolucji w tak krótkim czasie – mówi Jacek Opala z Exact Systems S.A.
Bezpieczeństwo ważniejsze niż napęd
Najbardziej pożądaną cechą samochodu przyszłości jest zapewnienie ochrony życia kierowcy i pasażerów – taki pojazd chciałoby mieć aż 82% polskich kierowców. Na drugim miejscu wskazano możliwość dopasowania pojazdu do indywidualnych oczekiwań klienta (46%). Co czwarta osoba liczy na zaawansowane multimedia, takie jak np. wyświetlające się na szybach informacje o mijanych obiektach czy wykonywanie zadań poprzez sterowanie głosowe. Natomiast najrzadziej wskazywaną cechą samochodu była autonomiczność, czyli możliwość jazdy bez kierownicy – taką odpowiedź udzieliło zaledwie 14% kierowców.
Metodologia badań:
Badanie „AUTOwybory Polaków” zostało przygotowane i opracowane na zlecenie Exact Systems S.A. przez instytut Millward Brown S.A. Ankiety zrealizowano na próbie osób potrafiących odpowiedzieć na pytania dotyczące zakupu, napraw i awarii posiadanego samochodu (N=600) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania), wyniki poddano procedurze ważenia. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-4,05%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI w sierpniu i wrześniu 2016 roku.
Badanie „Nastroje w automotive. Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Słowacja” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczki, szyby samochodowe, dachy, kolumny kierownicze czy elementy bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 413 respondentów z 5 państw (Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Słowacja). Respondentami byli przedstawiciele zakładów motoryzacyjnych, w tym OEM i Tier, a w szczególności inżynierowie ds. jakości, dyrektorzy zakładów, managerowie ds. jakości i produkcji. Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI), ankiet online oraz ankiet indywidualnych od lipca do września 2016 roku.
Średnie firmy najlepiej w całym sektorze MŚP oceniają swoją sytuację w II kwartale br. – odczyt Barometru EFL[1] dla tej grupy wyniósł rekordowe 67,7 pkt. (+7,9 pp.). Jednak to mikrofirmy odnotowały największy wzrost wartości subindeksu „Barometru EFL” w porównaniu do poprzedniego kwartału (+10 pp.). Odsetek optymistów wśród firm zatrudniających do 9 pracowników wzrósł we wszystkich badanych obszarach. Między innymi, dwa razy więcej mikroprzedsiębiorców niż na początku tego roku spodziewa się większej sprzedaży swoich produktów i usług (23% vs. 11%).
Poprawa nastrojów w porównaniu do I kwartału br. jest widoczna w każdej kategorii podmiotów. Co więcej, w II kwartale br. po raz pierwszy odczyt „Barometru EFL” był wyższy niż 60 punktów zarówno w przypadku mikro, małych jak i średnich firm. Jednak warto zwrócić uwagę na najmniejsze podmioty, które na tle całego sektora MŚP mogą pochwalić się największą dynamiką wartości „Barometru EFL” kwartał do kwartału (+10 pp.).
– W ostatnich pomiarach grupa firm zatrudniających do 9 pracowników była najbardziej pesymistyczna. Prognozy, czy to dotyczące planowanych inwestycji czy sprzedaży, były najgorsze w całym sektorze MŚP. Teraz jest zdecydowanie lepiej i mikroprzedsiębiorcy w swoich ocenach zbliżyli się do prognoz firm małych. Wciąż jednak z największym optymizmem mamy do czynienia wśród największych uczestników sektora MŚP. Dlaczego? Większe firmy często pod koniec roku otrzymują zamówienia na kolejny rok i łatwiej jest im oceniać swoją sytuację. Wśród mikrofirm to rzadkość i dlatego na początku roku te podmioty ostrożniej podchodzą do prognoz – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.
Mikrofirmy wychodzą z cienia …
Podczas gdy na początku roku tylko co dziesiąty mikroprzedsiębiorca prognozował wzrost sprzedaży swoich towarów, w II kwartale odsetek optymistów zwiększył się dwukrotnie – z 11% do 23%. Pochodną tego jest dużo lepsza ocena płynności finansowej w firmach mikro – odsetek oczekujących poprawy wzrósł niemal trzykrotnie – z 7,5% do 22%. Najmniejsze podmioty są również optymistyczne, jeśli chodzi o poziom inwestycji. Ich wzrostu w II kwartale br. spodziewa się ponad 35% respondentów. W związku z tym wzrosło zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne – z 14,5% w I kwartale br. do 20,1% w II kwartale br.
… ale to średniaki pozostają górą
Subindeks „Barometru EFL”, który informuje o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu, w II kwartale 2017 roku był ponownie najwyższy wśród średnich przedsiębiorstw i wyniósł 67,7 pkt. Mikro i małe firmy nieco słabiej oceniły swoją sytuacją – wartość odczytu wyniosła odpowiednio 61,5 pkt. oraz 61,8 pkt. Na poprawę nastrojów w każdej kategorii sektora MŚP największy wpływ miał duży odsetek respondentów przewidujących wzrost inwestycji. Największymi optymistami są średnie firmy, wśród których równo połowa spodziewa się więcej inwestować. Wśród małych firm odsetek ten wyniósł 37,7%, a mikro – 35,4%. Przedstawiciele MŚP liczą również na większą w porównaniu do poprzedniego kwartału sprzedaż. Najliczniejszą grupą optymistów znajdziemy w segmencie średnich firm (34,2%, +5 pp. k/k).
Rekordowa wartość głównego indeksu Barometru EFL na II kwartał
Wynik „Barometru EFL” za II kwartał 2017 roku po raz drugi w historii pomiarów przekroczył próg 60 pkt. (pierwszy raz w III kwartale 2015 roku) i wyniósł 63 pkt. Jednocześnie jest to najwyższa wartość od początku realizacji badania, czyli od I kwartału 2015 roku. W porównaniu do I kwartału br. wartość wskaźnika jest aż o 5,9 pkt. wyższa, natomiast do sytuacji sprzed roku o 5,2 pkt. Tym samym powtórzyła się sytuacja z ubiegłego roku, gdy pomiędzy I i II kwartałem 2016 roku odczyt Barometru wzrósł.
– Inwestycyjny optymizm wśród przedsiębiorców z sektora MŚP utrzymuje się od początku roku i to może być dobry prognostyk dla polskiej gospodarki. Bo w ubiegłym roku wszystkie inwestycje spadły o niemal 8% w stosunku do 2015 roku, a ich udział w PKB wyniósł zaledwie 18%. W tym roku liczymy na poprawę tych wskaźników – mówi prezes EFL.
[1] „Barometr EFL” jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 4-10 maja 2017 r.
Istnieje wiele teorii na temat tego, jaki powinien być dobry przywódca. Niektóre stawiają na budowanie autorytetu, inne na umiejętność osiągania celów, a kolejne między innymi na dobrą organizację. Jednak na pewne cechy najlepszych liderów często nie zwraca się uwagi, choć są istotne dla funkcjonowania całego zespołu. Które z nich i dlaczego warto doskonalić?
Wewnętrzna spójność
Mówić jedno i robić drugie – w ten sposób na pewno nie zbuduje się swojej wiarygodności wśród członków zespołu. Dlatego dobry lider to ktoś, kto jest wewnętrznie spójny – zachowuje zgodność myśli, mowy i czynów. Działa w oparciu o swoje wartości i przekonania, jest więc autentyczny i uczciwy, dotrzymuje słowa, a to pozwala wzbudzać zaufanie – właśnie w ten sposób osiąga swoje cele. Taka wewnętrzna integralność przyczynia się także do szczerego zaangażowania, wprowadza do zespołu emocjonalną stabilność, spokój i opanowanie. Przywódca charakteryzujący się tą cechą potrafi też spojrzeć na sytuacje ze zdrowym dystansem, a dodatkowo jest konsekwentny bez względu na okoliczności. To sprawia, że pewne jego zachowania są dla jego współpracowników „przewidywalne” w pozytywnym rozumieniu tego słowa – podwładni wiedzą, jakie będą jego priorytety nawet w obliczu sytuacji problematycznych, a to ułatwia im zachowanie spokoju i zwiększa ich poczucie bezpieczeństwa.
Elastyczność
W przypadku kryzysów przydatna jest również umiejętność poszukiwania nowych rozwiązań. – Nie polega ona na zmienności w zakresie zasad postępowania, a na elastyczności na poziomie operacyjnym. Ważne jest, by lider potrafił szybko reagować nawet w obliczu problemów, by każdorazowo dostosowywać zdolności i doświadczenie swoje oraz zespołu do nowego kontekstu – wyjaśnia Hanna Malinowska – trener biznesu z firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. – Oczywiście nie oznacza to rezygnacji z założonych celów, a optymalizację sposobów ich osiągnięcia.Taka zdolność szybkiej adaptacji do aktualnych warunków czy okoliczności pozwala na zachowanie energii i koncentracji nawet w bardzo dynamicznie zmieniającym się otoczeniu – dodaje. Istotną kwestią w przywództwie jest nie tylko sytuacyjne reagowanie, ale i długofalowe zarządzanie zmianą, które wymaga skutecznego planowania, wdrażania, wzmacniania, a także dalszego monitorowania jej efektów. Do tych zadań niezbędny jest stały rozwój elastyczności myślenia, na którą składa się otwartość na nowe doświadczenia, poszukiwanie niekonwencjonalnych rozwiązań czy wychodzenie poza schematy.
Optymizm
Według specjalistów w przywództwie nie tylko w obliczu zmian, ale i w codziennym funkcjonowaniu ważne jest też pozytywne nastawienie, oczywiście bez jednoczesnej rezygnacji z racjonalnego podejścia. Zachowanie uśmiechu na twarzy i wiara w to, że będzie dobrze niezależnie od nastroju i czynników zewnętrznych zwykle nie jest łatwe. Ludzie nie zawsze doceniają tę cechę, a jeszcze rzadziej wiążą ją z atrybutem przywódcy, jednak to właśnie ona pozwala dostrzegać możliwości w tym, w czym inni widzą problemy. Tymczasem to zdolność pożądana u liderów, pozwala bowiem podchodzić z otwartością do nowych wyzwań, które stale pojawiają się w dynamicznym otoczeniu biznesowym. Wbrew obiegowym opiniom optymizm niekoniecznie jest zarezerwowany dla charyzmatycznych ekstrawertyków, również introwertycy mogą być pozytywnie nastawieni zarówno do pracy, jak i ludzi, choć nie wyrażają tego w tak ekspresyjny sposób.
Umiejętne słuchanie
– Wśród cech dobrego menedżera często wymienia się zdolności komunikacyjne. Niestety bywają one często rozumiane jedynie jako efektywne przemawianie. Przekonujące przedstawienie planów czy podsumowanie zrealizowanych projektów jest istotne dla motywowania zespołu, jednak liczy się również umiejętność słuchania, bo to właśnie ona pozwala lepiej zrozumieć prawdziwe potrzeby i intencje rozmówcy – tłumaczy Hanna Malinowska z Integra Consulting Poland. – Jeśli będzie nim pracownik, to taki dialog może stanowić punkt wyjścia do zaplanowania jego dalszego wieloaspektowego rozwoju. Wspieranie współpracowników w doskonaleniu się jest niezmiernie ważne, bo przecież to właśnie ludzie stanowią o sukcesie organizacji – dodaje. Wnikliwe słuchanie przydaje się przywódcom także, kiedy w zespole pojawiają się konflikty – zapoznając się dokładnie z argumentami każdej ze stron, łatwiej wypracować porozumienie.
Pokora
Ta cecha również pomaga w zrozumieniu innych i znajdowaniu wspólnych rozwiązań, ale nie tylko. Często mówi się, że menedżer powinien być charyzmatyczny i pewny siebie – to ważne elementy charakterystyki każdego, za kim mają podążać inni, jednak dodanie do nich pokory sprawia, że przywódca nie wywyższa się. Akceptuje to, że nie zawsze wszystko wie, potrafi przyznać się do błędu, jest otwarty na uczenie się od każdego, włącznie z osobami o mniejszym doświadczeniu. Przez taką postawę staje się bliższy zespołowi, jest bardziej autentyczny. Pokorny lider nie szuka wymówek, czuje się odpowiedzialny zarówno za działania swoje, jak i współpracowników. Do tego potrzeba odwagi, nie należy więc kojarzyć tej cechy ze słabością i brakiem własnego zdania.
Bycie dobrym liderem nie jest łatwe – wymaga stałego uczenia się, samoświadomości i pracy nad sobą. To jednak trud warty podjęcia, bowiem jego efekty oddziałują na cały zespół. Doskonaląc się, warto uwzględnić również rozwój cech, na które na co dzień nie zwraca się uwagi, bo pomagają one w stawaniu się lepszym i skuteczniejszym przywódcą.
Instytut badawczy ABR SESTA porównał strategie promocyjno-asortymentowe drogerii z lat 2015-2016. Z analizy wynika, że zmniejszyła się liczba sieci, a co za tym idzie – ich publikacji. Największym konkurentem dla całego sektora staje się Biedronka, która coraz bardziej inwestuje w promocje kosmetyków największych producentów.
Biedronka, w odpowiedzi na inwestycję Lidla w artykuły tekstylne, postawiła na renomowane, markowe kosmetyki. W przeciągu roku liczba promocji marek narodowych wzrosła aż o 53% (1088 w 2016 roku vs 711 w 2015 roku). W ten sposób, dyskont sukcesywnie odbiera klientów drogeriom. Pierwszą, która pożegnała się z rynkiem, była Dayli. Zdaniem Marcina Dobka, eksperta z instytutu badawczego ABR SESTA, kolejne mniejsze sieci mogą podzielić jej los w ciągu najbliższych trzech lat. Segment drogerii jest bowiem bardzo rozdrobniony. Występuje w nim wielu graczy.
– Widać, że Biedronka zainwestowała we współpracę z takimi markami, jak Nivea – 72 promocje w 2016 roku vs 32 w 2015 roku, Dove, Bell, Garnier, Colgate, Adidas, Eveline, Rexona, Syoss, Fa i Axe. Liczba promocji kilku z nich podniosła się o ponad 100%. Najwyższy wzrost odnotowała marka Dove – o 215%, 20 promocji w 2015 roku zamieniła na 63 w 2016 roku. Trend jest zwyżkowy, gdyż przez pierwsze 4 miesiące 2017 roku już było 50 promocji Nivea, 30 Dove i 44 Colgate. Często te brandy są promowane w bardzo niskich cenach – mówi Marcin Dobek.
Jednocześnie delikatnie wzrosła liczba promocji marek własnych Biedronki. Natomiast ich udział zmniejszył się i odpowiada jedynie za 20% wszystkich wyróżnień w kategoriach kosmetycznych tej sieci. Promując się w dyskontach, producenci markowi odzyskują udziały rynkowe, utracone wcześniej na rzecz marek własnych. Jak przewiduje Marcin Dobek, wprowadzenie tak licznych marek narodowych zachęci część klientów drogerii do częstszych wizyt w dyskoncie. To w konsekwencji może spowodować dalszą koncentrację sieci na rynku drogerii w Polsce.
– W mojej ocenie, drogerie nie tak szybko znikną z rynku, ponieważ są bardzo mocno wyspecjalizowane w swojej dziedzinie. Chodzi tutaj o wiedzę i zrozumienie potrzeb swoich klientów, a także kontakty z obecnymi dostawcami. Brak też na rynku jasnego sygnału, że dyskonty, w tym Biedronka, chciały otworzyć osobny tego typu format, który bezpośrednio mógłby przesądzić o losach drogerii w Polsce. Sam przekaz w gazetkach promocyjnych jeszcze nie jest takim sygnałem, jak również nie wiele wskazuje na to, żeby tak się finalnie stało – mówi Michał Rosiak z Grupy AdRetail.
Liczba i struktura gazetek
Analizując strategie promocyjno-asortymentowe drogerii, można zwrócić uwagę na to, że struktura wydawanych publikacji nie zmieniła się znacząco pomiędzy rokiem 2015 i 2016. Drogerie od lat koncentrują się głównie na ulotkach i gazetkach regularnych. Jednak, jak wiadomo, w tym segmencie dominuje asortyment kosmetyczny. Dlatego, we wszystkich innych formatach te wydania byłyby uznawane za tematyczne.
– Z danych instytutu badawczego ABR SESTA wynika, że w dwóch ostatnich latach nastąpił ogólny spadek liczby publikacji w sektorze kosmetycznym. W zeszłym roku 16 monitorowanych drogerii wydało 318 gazetek do benchmarku vs 362 w 2015 roku. W dużej mierze wynikało to z tego, że 2 lata temu 22 publikacje należały do sieci Dayli, która w 2016 roku złożyła wniosek o upadłość. Ponadto, drogerie Douglas oraz Jawa rozpowszechniły odpowiednio 16 i 8 gazetek mniej w 2016 roku w porównaniu do roku poprzedniego – zauważa Michał Rosiak.
Lider rynku
Na rynku drogeryjnym inspirację dla konsumentek stanowi katalog Rossmana, „Skarb”, który zawiera informacje zarówno na temat trendów w makijażu, jaki i pielęgnacji oraz mody. Przedstawia również aktualną ofertę sieci oraz nowości, które będą w sprzedaży w najbliższym czasie. Ponadto, drogeria stawia na produkty dziecięce. Program Rossnę, w formie karty lojalnościowej, mobilizuje młode matki do stałych zakupów w tej sieci.
– W segmencie drogerii od lat niezmiennie wyróżnia się Rossmann z bogatą ofertą Non-Food. Sieć wychodzi poza typowy drogeryjny asortyment po to, by klienci więcej razy w tygodniu przychodzili do sklepu. W ten sposób, sieć także odróżnia się od innych drogerii, co jest obecnie bardzo ważne. Oferuje produkty przemysłowe, np. skarpetki czy świece zapachowe. Tego typu asortyment, mimo tego że nie należy do FMCG, stanowi tzw. Mass Market. Sięgamy po niego dosyć często – wyjaśnia Marcin Dobek.
Jak dodaje ekspert z Grupy AdRetail, gdyby Biedronka chciała na przykład mocnej rywalizować z Rossmanem, to nawet tak duży gracz, jak Jerónimo Martins miałby z tym spory problem. Ponadto, rodzi się pytanie o to, czy ta walka w ogóle byłaby opłacalna dla Biedronki.
Udział marki własnej
Produkty marki własnej stanowią istotną część oferty promocyjnej sieci Rossmann. Według Marcina Dobka, delikatny spadek jej udziału w FMCG, z 19% do 18%, według powierzchni modułów, nie oznacza, że sieć zaczyna zmieniać koncepcję. Nadal wyróżnia się pod tym względem na tle innych sieci. Tak duży gracz na rynku chce mieć swój udział w zysku z puli produktów tańszych. Ma bowiem dużą siłę negocjacyjną we współpracy z wytwórcami tych produktów, a także możliwość promowania asortymentu w swoich gazetkach.
– W latach 2015-2016 udział marki własnej w FMCG w większości drogerii wzrósł, według powierzchni modułów. W Blue z 6% do 12%, w Sephorze z 8% do 9%, w Douglas z 6% do 7%, w Super-Pharm z 3% do 5% czy w Hebe z 0,2% do 1%. Taka dynamika w kolejnych latach zapewne będzie nadal widoczna. Szczególnie może to dotyczyć Blue, ponieważ ta sieć przeznaczyła dwukrotnie większą powierzchnię na marki własne w rynku FMCG w 2016 roku, niż rok wcześniej – analizuje Michał Rosiak.
Najbliższe tygodnie dla funta mogą być najważniejszymi od wielu lat. Obecnie na parze GBPPLN jesteśmy blisko dołków z drugiej połowy 2016 roku, czyli okresu referendum dotyczącego Brexitu. Za niespełna 2 tygodnie dojdzie do kolejnego testu dla Brytyjczyków. Premier Theresa May pewna swojej przewagi ogłosiła przedterminowe wybory, licząc na wysokie zwycięstwo i pewny mandat do dokonywania zmian w Wielkiej Brytanii. Jednakże ostatnie sondaże pokazują, iż przewaga konserwatystów nad Partią Pracy zmniejszyła się do 5 pkt procentowych. Sytuacja ta spowodowała znaczną przecenę funta. Nauczeni doświadczeniem, iż na Wyspach ciężko jest w pełni wierzyć sondażom, dlatego też do momentu ogłoszenia wyników wyborów, rynek będzie rozpisywał wiele scenariuszy, co spotęguje większą zmienność ceny.
Globalna wyprzedaż na funcie powoduje, że funt jest stosunkowo blisko 5-letnich minimów i potwierdzenia dołka z momentu referendum z 2016 roku. Na wykresie tygodniowym jesteśmy w silnym trendzie spadkowym. Cena po przetestowaniu górnego ograniczenia kanału spadkowego znacząco spadła. W ciągu 5 tygodni funt stracił ponad 30 groszy, wyłamując na dużej dynamice kolejne wsparcia. Obecnie wsparciem jest poziom mierzenia 88,6% FIBO z ostatniego impulsu wzrostowego. Jest to ostatnia zapora przed testem poziomów dołków sprzed 5 lat oraz października 2016 roku. W przypadku odwrotu cena powinna kolejny raz przetestować górne ograniczenia kanału spadkowego. W tej chwili mamy jednak do czynienia z silną reakcją podaży, a najbliższe dni i sondaże będą nakreślać nowe ryzyka i potęgować niepewność.
Na wykresie 4-godzinnym możliwe jest zaksięgowanie formacji AB=CD, gdzie punkt D wypada dokładnie na mierzeniu 88,6% FIBO ostatniego impulsu wzrostowego z wyższego interwału, co dodatkowo wzmacnia wagę tego wsparcia. W przypadku wzrostów oporem będzie poziom mierzenia 78,6% FIBO oraz lokalnej strefy ZZB.
Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.
Polska, obok Francji czy Niemiec, wymieniana jest jako jedna z europejskich potęg w branży transportowej. Prawie ¼ wszystkich przewozów międzynarodowych na terenie UE wykonywana jest przez polskich kierowców, w samym zaś kraju nad Wisłą około 75% transportu odbywa się na drogach. Istnieją jednak czynniki, które mogą zagrozić dalszemu rozwojowi branży.
Jak wynika z badania przeprowadzonego przez markę VIAON wśród przedstawicieli firm transportowych, aż 46% respondentów uważa, że największym zagrożeniem dla rozwoju branży jest szybko zmieniające się prawo oraz jego niezrozumiałe przepisy. „Jeżeli chodzi o transport na terenie UE, to w zasadzie co roku mamy do czynienia z wprowadzaniem nowych przepisów czy regulacji. Od stycznia br., m.in. wzrosły stawki kwoty płacy minimalnej, czy zaszły zmiany w kwestii zatrudniania kierowców spoza Unii Europejskiej. Co więcej, pod koniec maja Komisja Europejska przedstawi kolejne modyfikacje w ramach tzw. Pakietu Drogowego” – komentuje wyniki badania Bartosz Najman, CEO marki VIAON. Często zmieniające się przepisy prawa oznaczają dla właścicieli firm transportowych również więcej czasu poświęconego na interpretację nowych zasad. „Przedsiębiorcy często zmuszeni są zaniedbywać swoje obowiązki, aby móc zapoznać się i wdrożyć kolejne przepisy. Aby unikać tego typu sytuacji, warto zgłosić się do firm profesjonalnie zajmujących się analizą przepisów prawa, a tym samym oszczędzić czas i skupić się na swoich obowiązkach” – dodaje Bartosz Najman.
Zdaniem ankietowanych, następnym w kolejności czynnikiem mogącym negatywnie wpływać na branżę jest niewystarczająca liczba kierowców zawodowych na rynku pracy – taką odpowiedź wskazało 35% badanych. Obecnie deficyt kierowców w Polsce szacuje się na około 100 000 tysięcy[1], co wpływa nie tylko na branżę TSL, ale także na całą gospodarkę kraju. Jak podaje CEO VIAON, stanowi to poważny problem, ponieważ polski rynek pracy wkracza w etap rynku pracownika, co również wpłynie na większą rotację już zatrudnionych kierowców.
Wśród innych wskazanych odpowiedzi dotyczących zagrożeń branży transportowej, pojawiły się m.in. manipulacje kierowców (manipulacje tachografem, manipulacje związane z czasem pracy), które wskazało niecałe 7% ankietowanych, następne zaś wymieniane były kradzieże i porwania w transporcie (5%).
W tym samym badaniu wskazano, że managerowie i właściciele firm transportowych bardzo wysoko cenią sobie bezpieczeństwo zatrudnionych w przedsiębiorstwach kierowców zawodowych. Dla prawie 96% z nich zapewnienie właściwych warunków pracy jest istotne albo bardzo istotne.
„Z doświadczenia wiemy, że przedsiębiorcy bardzo poważnie podchodzą do kwestii bezpieczeństwa w transporcie. Równolegle, przeprowadzone przez markę VIAON badanie sugeruje, że nie wszyscy mają wiedzę na temat metod, które mogą w znaczący sposób minimalizować ryzyko kradzieży czy porwania, a także usprawnić komunikację na linii kierowca-spedytor” – podkreśla Bartosz Najman. Jednym ze sposobów wpływających na zwiększenie bezpieczeństwa jest zastosowanie systemów telematycznych, czyli połączenia rozwiązań telekomunikacyjnych, informatycznych i informacyjnych, które w praktyce pozwalają obniżyć koszty związane z obsługą floty samochodów ciężarowych,
a także zwiększyć poziom bezpieczeństwa.
Badanie zostało przeprowadzone przez VIAON podczas konferencji TSL Biznes w Sosnowcu w kwietniu br., organizowanej na targach Transportex. Celem ankiety było zbadanie opinii przedstawicieli branży transportowej na temat potencjalnych zagrożeń dla rozwoju tej gałęzi. Wśród respondentów byli m.in. właściciele firm transportowych, managerowie wysokiego szczebla, spedytorzy i logistycy.
Przez pięć kolejnych miesięcy amerykańska waluta straciła do złotego ok. 13 proc., a niemal połowa z tego spadku nastąpiła w ostatnim miesiącu. Gdyby utrzymało się takie tempo zmian, to już pod koniec sierpnia za dolara moglibyśmy płacić tylko 3 zł. Czy to jednak realny scenariusz? – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, należy przeanalizować przyczyny ostatniej przeceny dolara, nie tylko wobec złotego, ale na całym globalnym rynku. W małych odstępach czasowych splotło się kilka wydarzeń niekorzystnych dla notowań USD.
Po pierwsze, rynek mógł być nieco zawiedziony brakiem widocznych postępów w realizacji zapowiedzi przedwyborczych nowego prezydenta USA, m.in. zmian w systemie podatkowym. Po drugie, poniżej oczekiwań wypadł odczyt inflacji konsumenckiej w Stanach Zjednoczonych. Wywołało to spekulacje, że ścieżka wzrostu cen nie jest pewna, co może zmniejszać tempo podwyżki stóp procentowych. Po trzecie, na notowania dolara wpłynęły aspekty polityczne, znacznie pogarszając nastroje na rynku. Chodzi również o zapis rozmów z majowego posiedzenia komitetu monetarnego Rezerwy Federalnej. Osłabienie dolara wywołała przedstawiona tam propozycja wolniejszego od oczekiwań redukowania bilansu Rezerwy.
Na rynkach pojawiła się obawa, iż te problemy nowej administracji Białego Domu mogą utrudnić lub opóźnić m.in.: wprowadzenie zmian w systemie podatkowym, repatriacji zysków zagranicznych czy zwiększania wydatków infrastrukturalnych. Płytsza i rozłożona na dłuższy czas stymulacja gospodarki amerykańskiej może oznaczać niższą presję inflacyjną i niższe tempo wzrostu gospodarczego, co przekłada się na mniejsze prawdopodobieństwo realizacji wcześniejszych sugestii podwyżek stóp procentowych przez Rezerwę Federalną.
Potencjalnie niższe stopy procentowe (lub niższe tempo ich podnoszenia) mogą osłabiać walutę. Dolar w relacji do euro oddał już wszystkie zyski wypracowane od listopadowych wyborów do Białego Domu i Kongresu.
Lepsza sytuacja w Europie i Polsce
Z kolei polskiej walucie pomagał ostatnio lepszy nastrój na rynku europejskim, szczególnie w strefie euro. Wskaźniki aktywności sektora przemysłowego i usług znajdują się tu w trendach wzrastających, podobnie jak nastroje konsumentów oraz przedsiębiorstw. Zwycięstwo Emmanuela Macrona w wyborach prezydenckich we Francji usunęło niepewność co do przyszłości strefy euro i UE. Tym samym zwiększył się popyt na europejskie aktywa, w szczególności krajów rozwijających się, co istotnie zwiększyło popyt na złotego, przekładając się na istotny wzrost jego wartości.
Dane makroekonomiczne dotyczące Polski również wspierały złotego. Po słabym październiku, od listopada do marca w szybkim tempie rosły zarówno sprzedaż detaliczna, jak i produkcja przemysłowa. To m.in. przyczyniło się do przekraczającego oczekiwania tempa wzrostu PKB w I kwartale, które wyniosło 4 proc. w stosunku do analogicznego okresu w zeszłym roku.
Adam Glapiński, prezes Narodowego Banku Polskiego (NBP) i przewodniczący Rady Polityki Pieniężnej podczas majowej konferencji prasowej zapowiedział, że polska gospodarka może wzrosnąć 4 proc. w całym 2017 r.
Wysokie tempo wzrostu PKB możliwe do utrzymania?
Scenariusz z 4-procentowym wzrostem polskiej gospodarki wcale nie musi się sprawdzić, co również może ograniczać wartość złotego. W kilku minionych kwartałach szybkie tempo wzrostu PKB w dużej mierze wynikało ze zwiększonych wydatków konsumpcyjnych, do czego przyczynił się rządowy program Rodzina 500 plus.
Jednak w drugiej części 2017 r. pozytywne wpływy programu na tempo wzrostu PKB mogą wygasać. Odniesieniem będzie bowiem zeszły rok, w którym PKB już wznosił się na bardzo wysoki poziom. Tu utrzymanie dynamiki zmian może się okazać nie do zrealizowania, uwzględniwszy, że 500 plus nie ulega zwiększeniu.
Ponadto dane Głównego Urzędu Statystycznego za I kwartał wskazują, że inwestycje prywatne (przedsiębiorstw) w dalszym ciągu nie wzrastają. W trzech początkowych miesiącach br. wskaźnik zmniejszył się w stosunku do ub.r. o 0,4 proc. A przecież już w każdym z kwartałów 2016 r. był on na ujemnym poziomie.
Dane NBP o rachunku bieżącym Polski dają wskazówki co do przyszłego poziomu inwestycji. Pokazują mianowicie, że praktycznie nie napływają do nas środki unijne. I jeżeli nadal nie będą napływać, tempo wzrostu – i owszem – może się zwiększyć, ale na poziomie niższym od oczekiwań, wpływając na spowolnienie tempa wzrostu PKB. Za tym pójdzie nieco niższy poziom inwestycji, co w sumie negatywnie przełoży się na wycenę złotego.
Choć polskiej walucie pomagają dziś dobre nastroje obecnie panujące w strefie euro, ta sama strefa może pod koniec br. zacząć wywierać wpływ odwrotny. Europejski Bank Centralny (EBC) prowadzi obecnie ultrałagodną politykę monetarną, m.in. dokonując comiesięcznego skupu obligacji w wysokości 60 mld euro czy utrzymując stopę depozytową na ujemnym poziomie. Ten pierwszy program w założeniu miał trwać do końca roku i oczekuje się, że właśnie w drugiej połowie 2017 r. EBC może sugerować jego zakończenie. Gdy to nastąpi, a w strefie euro utrzyma się ścieżka wzrastającej inflacji bazowej (do celu 2 proc.), EBC może również zacząć podwyższać stopy procentowe pod koniec 2018 r.
Taki ruch stałby w kontraście ze stanowiskiem polskiej Rady Polityki Pieniężnej, której przewodniczący sugeruje pozostawienie stóp procentowych na niezmienionym poziomie (1,5 proc.) nie tylko w 2017 r., ale również w 2018 r. Zacieśnianie polityki monetarnej przez EBC z jednoczesnym utrzymaniem stóp procentowych w Polsce, może powodować odpływ kapitału z naszego kraju, co przełożyłoby się na ogólne osłabienie złotego, nie tylko w relacji do euro.
Dolar po 3 zł już w sierpniu? Raczej bliżej 4 zł
Skala spadku wartości dolara w relacji do złotego w ostatnim miesiącu może sugerować, że już pod koniec sierpnia moglibyśmy płacić za dolara 3 zł. Taka cena obowiązywała ostatnio trzy lata temu. Czy wróci za trzy miesiące?
To możliwe, jednak mało realne. Wszak dolar musiałby w dalszym stopniu globalnie się osłabiać. Tymczasem w scenariuszu bazowym nadal pozostają dwie podwyżki stóp procentowych w USA, co w najbliższych miesiącach powinno wzmacniać amerykańską walutę. Z kolei aktualna wycena złotego już uwzględnia wszystkie korzystne wpływy i teraz bardziej należy się liczyć ze spadkiem niż dalszym umocnieniem. W najbliższych miesiącach kurs amerykańskiej waluty wobec polskiej prawdopodobnie będzie się stabilizował pomiędzy 3,7 a 4 zł.
8 czerwca Brytyjczycy pójdą do urn w przyspieszonych wyborach. Prezydent Macron zapowiada odejście od idei państwa opiekuńczego. Szanse na podwyżkę stóp w USA rosną mimo słabych danych.
Wraca temat referendum niepodległościowego w Szkocji
8 czerwca odbędą się wybory do brytyjskiej izby gmin. Mało prawdopodobne jest by mimo dużego poparcia Szkocka Partia Narodowa utrzymała aż tyle miejsc co ma teraz (dla przypomnienia 56 z 59 przeznaczonych dla Szkocji). Wciąż jednak zanosi się na jej zdecydowane zwycięstwo. Zapowiada ona, że w takim scenariuszu będzie dążyć do powtórzenia referendum separatystycznego, gdyż poprzednie nie uwzględniało brexitu. Do referendum potrzebna jest zgoda parlamentu brytyjskiego, która obecnie jest raczej nieosiągalna. Pytanie co się stanie po wyborach kiedy kilkadziesiąt głosów SNP może być konieczne do utworzenia rządu.
Czy Francja skończy z państwem opiekuńczym?
Prezydent Macron zapowiedział, że państwo opiekuńcze jest anachronizmem i FRancja potrzebuje reform. Biorąc pod uwagę zadłużenie względem PKB na poziomie niemal dwa raz wyższym od Polski, bezrobocie o 2% wyższe od tego nad Wisłą i gigantyczne wydatki publiczne taka decyzja i tak wydaje się spóźniona o całe lata. Oczywiście jest jeszcze jedno “ale”. Nie będą to zmiany, które wszystkim od razu poprawią sytuację. Podstawowym problemem jest zebranie większości i zdobycie poparcia społecznego dla zmian, a to może być trudne szczególnie, że jednym z głównych obszarów jest prawo pracy. W efekcie programy muszą być podzielone na części w przeciwnym razie silne związki zawodowe sparaliżują kraj. Oznacza to, że droga do reform będzie długa i wyboista.
Szanse na podwyżkę stóp w USA
14 czerwca staje się coraz gorętszym tematem. Dane z USA wciąż nie rozpieszczają inwestorów. Niby zrewidowano wzrost gospodarczy annualizowany z 0,9% na 1,2%. Z drugiej strony opublikowano spadające zamówienia na dobra. Słabiej wypadł również indeks Uniwersytetu Michigan. W rezultacie po początkowej euforii gdzie szanse na pozostanie stóp na obecnym poziomie spały do 12% znów mamy kilku procentową korektę. Przy tak niskich prawdopodobieństwach podwyżka wydaje się nieunikniona, ale jeżeli dalej będziemy oglądać słabe odczyty FED może nie chcieć dławić gospodarki droższym kredytem.
Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym brak ważnych danych. Powodem niemal pustego kalendarza jest Dzień Pamięci w USA oraz Majowe Święto Bankowe w Wielkiej Brytanii. W tym kontekście Dzień Smoczych Łodzi w Chinach jest tylko dodatkiem.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.
Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym
Źródło: Opracowanie własne
Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców
Źródło: Opracowanie własne
– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich
-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic
MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD
Najciekawsze instrumenty z punktu widzenia raportu COT
Z punktu widzenia raportu COT powinniśmy zainteresować się złotem oraz euro.
Złoto
W poprzednim tygodniu inwestorzy na złocie zwiększyli swoją ekspozycję po długiej stronie rynku o 30 tysięcy kontraktów. Co więcej, zostało zamknięte 15 tysięcy kontraktów krótkich. Jest to o 22 procent więcej długich pozycji niż poprzednio, co przekłada się na bardzo byczy sygnał.
Pozycje funduszy zarządzających, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto
Źródło: Cme Group
Ruch wzrostowy na tym instrumencie zawdzięczamy wyprzedaży dolara amerykańskiego na szeroką skalę oraz spadku rentowności obligacji 10-letnich. Jak to wygląda na wykresie?
Notowania złota, interwał dzienny
Źródło: Admiral Markets
Cóż, piątkowe zamknięcie pokazało, że byki mają sporo siły. Z jednej strony udało im się pokonać poziom 1260 USD za jedną uncję, ale do trwałego przebicia potrzeba pokonać poziom 1270 USD i 1300 USD. O ile ten pierwszy nie powinien stanowić problemu, to drugi – jak najbardziej. Co dalej? Wszystko zależy od indeksu dolara oraz rentowności obligacji. Tak jak wcześniej wspominałem, indeks dolara znalazł się na dolnej bandzie kanału spadkowego, co wróży korektę. Z kolei cena obligacji 10-letnich znalazła się tuż ponad silnym wsparciem, dlatego przy podejmowaniu decyzji na złocie warto spojrzeć na notowania długu.
Euro
Skrajny optymizm na euro trwa dalej. Fundusze lewarowane po raz kolejny otworzyły ponad 14 tysięcy pozycji długich i zamknęły 13 tysięcy krótkich. Warto również zauważyć, że na rynku jest już tylko 5 tysięcy krótkich pozycji względem długich. Ale czy taki optymizm jest uzasadniony? Z jednej strony tak, najnowsze publikacje makroekonomiczne ze Stanów Zjednoczonych dają duże do życzenia. Dalsze podwyżki stóp procentowych w tym nie pomogą. Aczkolwiek w Strefie Euro cały czas trwa luzowanie monetarne przy rosnącej inflacji. Ostatnie wzrosty były również napędzane Francją oraz wypowiedziami polityków o zbyt słabym euro.
Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto
Źródło: Cme Group
Reasumując, w najbliższym czasie, po takich wzrostach możemy liczyć na większą korektę. Gdzie może się zatrzymać?
Notowania EUR/USD, interwał dzienny
Źródło: Admiral Markets
Na wykresie dziennym najbliższe wsparcie znajduje się w okolicy poziomu 1.1160. Jeżeli niedźwiedziom uda się je pokonać, to kolejne wsparcie znajduje się na okrągłym poziomie 1.10.
W Wielkiej Brytanii działa około 40 tys. polskich firm. Przedsiębiorcy je prowadzący nie muszą się bać brexitu, ponieważ rząd Theresy May zamierza stworzyć korzystne warunki dla przedsiębiorców, zwłaszcza jeżeli w wyniku negocjacji Wielka Brytania straci dostęp do europejskich rynków. Dopuszcza nawet możliwość maksymalnej obniżki podatku CIT i wprowadzenia przywilejów na kształt rajów podatkowych. Powody do obaw mają za to Polacy, którzy mieszkają na Wyspach krócej niż pięć lat, mają rodziny i korzystają z dodatków socjalnych.
– Wielka Brytania stara się ugrać jak najwięcej przy twardym brexicie, żeby nie oddawać do unijnej kasy miliardów euro. Aktualnie całkowicie zamyka się na Unię i chce kontrolować przepływ zagraniczny. Ogłoszenie wcześniejszych wyborów parlamentarnych to zagranie socjotechniczne, obliczone na wywołanie chaosu i wynegocjowanie lepszych warunków wyjścia z UE. Im więcej mandatów, tym większe poparcie dla twardego, mocnego brexitu. To natomiast będzie się wiązało się z problemami dla Polaków na Wyspach – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Sadecki, finansista i analityk biznesowy, menadżer i wykładowca oraz laureat prestiżowej nagrody MDIT dla najlepszych doradców inwestycyjnych w USA.
Przedterminowe wybory w Wielkiej Brytanii odbędą się 8 czerwca, trzy lata wcześniej, niż wynika to z wyborczego kalendarza. W połowie kwietnia brytyjska premier Theresa May zwróciła się z taką prośbą do Izby Gmin, argumentując to potrzebą silnego przywództwa w negocjacjach dotyczących wyjścia z UE. Wygrana Partii Konserwatywnej da Theresie May silny mandat społeczny do twardych negocjacji w sprawie brexitu. Sondaże wskazują na coraz niższą przewagę torysów nad Partią Pracy, chociaż w momencie ogłoszenia przedterminowych wyborów różnica sięgała nawet 20 proc. Jednym z kluczowych punktów programu Partii Konserwatywnej jest zdecydowane ograniczenie imigracji. Partia Pracy deklaruje, że nie zamierza przeszkadzać imigrantom w pracy i życiu na Wyspach.
Negocjacje UE z Wielką Brytanią mają rozpocząć się w ciągu najbliższych kilku tygodni. Ich celem będzie uregulowanie statusu prawie 3 milionów obywateli UE na Wyspach oraz około 2 milionów brytyjskich obywateli mieszkających na kontynencie, a także wypracowanie nowych zasad współpracy handlowej, dostępu do europejskich rynków i ponad 400 mln potencjalnych konsumentów.
Jak zauważa analityk biznesowy Krzysztof Sadecki, wyborcze zwycięstwo Partii Konserwatywnej i twardy brexit będą oznaczały kłopoty dla mieszkających na Wyspach Polaków. Szczególnie tych, którzy mają rodziny albo korzystają z dodatków socjalnych.
– Sytuacja Polaków, którzy żyją z socjalu, znacznie się pogorszy. Wielka Brytania chce między innymi ograniczyć dodatki socjalne dotyczące dofinansowania na mieszkanie. Aktualnie dokłada od 30 do 70 proc. w ramach dofinansowania dla osób, które mają problem z utrzymaniem się na terenie Wielkiej Brytanii, a mają rodziny – mówi Krzysztof Sadecki.
Według zapowiedzi Theresy May Polacy, którzy mieszkają i pracują na Wyspach, nie muszą się obawiać brexitu. W marcu Izba Lordów (wyższa izba parlamentu) przegłosowała poprawkę gwarantującą zachowanie praw wszystkim imigrantom w Wielkiej Brytanii w ciągu 3 miesięcy od uruchomienia procedury wyjścia z UE. Jednak dwa tygodnie później Izba Gmin odrzuciła tę poprawkę – tym samym przyszłość Polaków mieszkających w UK wciąż pozostaje niepewna.
Możliwe scenariusze zakładają, że Polacy przebywający na Wyspach krócej niż 5 lat będą się musieli ubiegać o pozwolenia na pobyt i pracę. Brytyjskie urzędy mogłyby wydawać wizy pracownicze dla obywateli państw UE. Z pewnością ograniczone zostaną im też świadczenia socjalne.
Według brytyjskiego urzędu statystycznego ONS (Office for National Statistics) liczba Polaków w Wielkiej Brytanii od momentu otwarcia tamtejszego rynku w 2004 roku zwiększyła się 20-krotnie, a na Wyspach mieszka ponad 916 tys. Polaków (największa mniejszość narodowa). Część z nich, zwłaszcza bez rezydentury, może być zmuszona do wyjazdu z Wielkiej Brytanii.
Według prognoz resortu rozwoju do kraju może wrócić nawet 200 tys. Polaków. Z kolei Polski Instytut Spraw Międzynarodowych podaje liczbę dwukrotnie większą, czyli nawet 400 tysięcy. Krzysztof Sadecki prognozuje, że Polacy po brexicie nie będą masowo wracać do kraju, a jeżeli zostaną zmuszeni do wyjazdu, wybiorą inny kierunek emigracji.
– Polacy, którzy odważyli się wyemigrować z kraju i przenieśli się do Wielkiej Brytanii, poznali lepszą jakość życia, większe pieniądze i wartość ich pracy. Znają już język, są specjalistami. Albo pozostaną w Wielkiej Brytanii, albo wyemigrują do Kanady lub Australii. Do Polski nie mają po co wracać, ponieważ tutaj emerytur może wcale nie być, a poza tym są przyzwyczajeni do minimalnie 8 funtów za godzinę. Tutaj płaca minimalna wynosi 1,7 tys. zł, a taką kwotę mogą zarobić tam w kilka dni – mówi Krzysztof Sadecki.
Zdaniem eksperta powodów do obaw nie mają natomiast polscy przedsiębiorcy działający na Wyspach, ponieważ tworzą wartość dodaną dla brytyjskiej gospodarki. Dla firm, które prowadzą na ją w Wielkiej Brytanii, UK chce wprowadzić szereg przywilejów i ulg, stając się państwem na kształt raju podatkowego.
– Wielka Brytania chce stworzyć specjalny klimat gospodarczy dla małych, dużych i średnich przedsiębiorstw, co wiąże się z tym, że będzie konkurowała z Delaware, wyspą Guernsey, Manem, Maltą czy Luksemburgiem. Zamierza utworzyć specjalne strefy, które będą napędzały ich gospodarkę za pieniądze obywateli z innych krajów. Będą to między innymi preferencyjne warunki finansowania przedsiębiorstw i nowoczesne systemy tworzenia spółek gospodarczych – mówi Krzysztof Sadecki.
Według wcześniejszych zapowiedzi ministra finansów Philipa Hammonda, jeżeli Wielka Brytania straci dostęp do jednolitego europejskiego rynku, wprowadzi minimalne podatki i może się stać konkurencją dla UE. Taką możliwość potwierdziła szefowa rządu Theresa May. Podatek CIT dla firm w Wielkiej Brytanii miałby zostać obniżony do rekordowo niskiego poziomu 10 proc. Lider laburzystów Jeremy Corbyn skomentował, że taki scenariusz może zagrozić wojną handlową z Europą. Jak zauważa analityk biznesowy Krzysztof Sadecki, ulgi dla przedsiębiorców w Wielkiej Brytanii już w tej chwili są bardzo atrakcyjne.
– Ulgi podatkowe do tej pory były dość duże. Zniżka dyrektora w firmie to około 13 tysięcy funtów. Dodatkowo dochodziła jeszcze ulga z dywidendy na poziomie 35 tysięcy funtów. Łącznie to dawało około 50 tysięcy funtów ulgi podatkowej w skali roku – mówi Krzysztof Sadecki.
Według szacunków Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej na Wyspach prowadzi działalność około 40 tys. przedsiębiorstw prowadzonych przez Polaków. Z raportu, który w 2014 roku opracowały think tank Centre for Entrepreneurs i DueDil, wynika, że imigranci prowadzą 14 proc. wszystkich firm w Wielkiej Brytanii. Co siódma została założona przez osobę z innym paszportem.
Imigranci w Wielkiej Brytanii pracują w takich sektorach jak finanse, handel, gastronomia, turystyka, budownictwo i służba zdrowia. Z ubiegłorocznej analizy Resolution Foundation wynika, że w niektórych branżach stanowią nawet do 40 proc. siły roboczej. W latach 2000–2011 wkład imigrantów w brytyjski system finansów publicznych przekroczył 20 miliardów funtów (dane Centre for Research and Analysis on Migration za 2014 r.). Z kolei polski Instytut Sobieskiego wyliczył, że sami tylko Polacy dokładają do brytyjskiego PKB średnio 7 mld funtów rocznie.
Na całym świecie rośnie zarówno produkcja, jak i konsumpcja płynnego gazu LPG. Eksperci z sektora paliwowego prognozują, że ten trend się utrzyma. W Polsce rodzima produkcja LPG odpowiada zaledwie za jedną piątą zapotrzebowania, dlatego odpowiedzią na rosnące potrzeby konsumpcyjne jest import tego surowca, głównie z Rosji. Eksperci zaznaczają, że wraz z rosnącą produkcją nastąpi pozytywna presja na ceny, która może je obniżyć i ustabilizować, a to dobra informacja szczególnie dla kierowców tankujących LPG.
– Rynek gazu płynnego na świecie rośnie i takiej tendencji możemy oczekiwać także w najbliższym okresie. Rośnie produkcja tego surowca w USA, gaz płynny jest skojarzony z gazem łupkowym, w związku z czym zwiększenie wydobycia gazu łupkowego powoduje zwiększoną produkcję gazu LPG. Jeśli chodzi o możliwości eksportowe, to na Bliskim Wschodzie otwiera się Iran. Tak więc gazu pojawia się coraz więcej, ale rośnie też jego konsumpcja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sylwester Śmigiel, prezes Gaspol SA oraz członek prezydium Polskiej Organizacji Gazu Płynnego.
Jak wynika z podsumowania POGP, w ubiegłym roku w Polsce konsumpcja gazu płynnego LPG wyniosła blisko 2,4 tys. ton i była wyższa w ujęciu rocznym o 4,9 proc.
– W Polsce nieznacznie wzrosła sprzedaż rok do roku. W krajach Europy Zachodniej jest mniej więcej stabilnie, ale z pewnością rośnie popyt i konsumpcja gazu na Dalekim Wschodzie. Istotną rolę, jeśli chodzi o zwiększenie zapotrzebowania na gaz płynny, odgrywają Chiny – dodaje Sylwester Śmigiel.
W 2016 roku produkcja gazu płynnego w Polsce wzrosła o 17,3 proc. do poziomu 440 tys. ton, jednak stanowiło to zaledwie 18,6 proc. krajowego zapotrzebowania na ten surowiec. Dlatego głównym źródłem zaopatrzenia w płynny gaz są zagraniczne dostawy, głównie z Kazachstanu, Białorusi i przede wszystkim z Rosji. Import surowca z Rosji stanowił w ubiegłym roku blisko dwie trzecie (59 proc.) całości dostaw.
Po ponownym uruchomieniu terminalu morskiego w Gdyni w ubiegłym roku znacznie wzrósł import płynnego gazu drogą morską. Analitycy prognozują, że w niedalekiej przyszłości Polska może się spodziewać dostaw LPG z Bliskiego Wschodu, ale będzie to uzależnione od czynników ekonomicznych i kosztów transportu.
– Produkcja będzie rosła i spodziewamy się, że może ona być trochę większa niż globalny popyt, w związku z czym pozytywna presja może powodować stabilne ceny, co jest dobrą informacją dla konsumentów gazu płynnego – mówi Sylwester Śmigiel.
Jak podaje Polska Organizacja Gazu Płynnego, w 2016 roku ceny hurtowe propanu i butanu były w całej Europie niższe średnio o 14 proc. Wpłynęły na to przede wszystkim niższe notowania cen ropy naftowej.
Ceny hurtowe autogazu były kształtowane przez poziom cen zaopatrzeniowych, które na wszystkich etapach dystrybucji utrzymywały się na relatywnie niskim poziomie. Dlatego ubiegły rok był pomyślny dla kierowców, którzy tankują samochody płynnym gazem LPG. W opinii analityków sektora paliwowego taki będzie również nadchodzący okres.
– Gaz płynny nie odgrywa decydującej roli, jeśli chodzi o konsumpcję energii pierwotnej, to odpowiada zaledwie za ok. 2–3 proc. To nie gaz płynny decyduje o cenach globalnych energii, jednak w niszach, gdzie jest on używany, będzie można go kupować w stabilnych cenach – prognozuje Sylwester Śmigiel.