Opracowano technologię, które analizuje zachowanie klientów na stronie internetowej. Może pomóc w zwiększeniu sprzedaży nawet o 25 proc.

Opracowano technologię, które analizuje zachowanie klientów na stronie internetowej. Może pomóc w zwiększeniu sprzedaży nawet o 25 proc. 1

YouLead to innowacyjne rozwiązanie, które automatyzuje i optymalizuje działania marketingowe prowadzone na stronie internetowej, a także dostarcza informacje o efektach tych działań. System uczy się zachowań i przyzwyczajeń klientów po to, aby wyświetlać im maksymalnie spersonalizowane komunikaty. Średni wzrost sprzedaży wśród firm, które wdrożyły YouLead, notowany jest na poziomie 25 proc.

YouLead jest systemem klasy sales and marketing automation. Sales and marketing automation to technologia, która umożliwia automatyzację działań marketingowych i sprzedażowych wraz z pomiarem ich efektów. Czyli coś, co do tej pory było możliwe za pomocą ręcznej pracy pracowników z działu marketingu i sprzedaży, dzisiaj staje się możliwe za pomocą narzędzi tej klasy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Grzegorz Waś, prezes zarządu firmy InteliSoft.

YouLead maksymalizuje proces sprzedaży, ucząc się zachowań i zainteresowań klienta. Wszystko po to, aby w odpowiednim momencie zaproponować mu spersonalizowany komunikat, który zachęci go do zakupu lub zapoznania się z usługą oferowaną przez klienta.

Głównym celem YouLead jest zawsze wzrost sprzedaży. Wdrożenie rozpoczynamy od podłączenia stron internetowych danej firmy do naszego systemu. Od tego momentu zaczynamy gromadzić informacje o klientach, którzy pojawiają się na stronie internetowej. System zaczyna uczyć się zainteresowań indywidualnych każdego klienta. Wiemy, jak często klient wchodzi na stronę, co czyta na tej stronie, jakie produkty ogląda i jakie produkty kupuje – twierdzi Grzegorz Waś.

Specjalista opowiada, że po wizycie klienta na stronie internetowej zsynchronizowanej z YouLead otrzyma on automatyczną ofertę mailową, podsumowującą jego wizytę. Oferta ta dotyczyć będzie m.in. wszystkich produktów, które przeglądał klient. E-mail nie zostanie jednak wysłany od razu, lecz system wyczeka na odpowiedni moment, który zwiększy szansę sprzedaży.

Automatyczne maile podsumowujące wizytę, które są wysyłane z systemu i docierają do klientów po ich wizycie na stronie internetowej, mają kilku- albo nawet kilkunastokrotnie lepsze wskaźniki od maili, które są wysyłane w sposób klasyczny. Drugi przykład: o wiele trudniej jest skłonić klienta, który jest na stronie internetowej do pozostawienia danych, jeśli jest to jego pierwsza wizyta na stronie. Ale jeśli wiemy, że to jest już kolejna wizyta, np. trzecia, i wiemy, że klient przed chwilą zapoznał się z cennikiem usługi, to skłonienie go do zostawienia danych kontaktowych na stronie internetowej jest o wiele prostsze – zapewnia Grzegorz Waś.

Prezes InteliSoft podkreśla, że w przeciwieństwie do innych rozwiązań obecnych na rynku, filozofia systemu  YouLead opiera się zarówno na zidentyfikowanym, jak i zupełnie anonimowym kliencie. Wiele firm świadomie rezygnuje z anonimowego klienta, bowiem chce ograniczyć liczbę przetwarzanych danych.

Mechanizm uczenia się zachowań klienta nazywamy w Youlead profilowaniem. Na podstawie takiego zbudowanego przez Youlead profilu jesteśmy w stanie dopasować odpowiedni komunikat i przekazać go indywidualnie do każdego klienta. Co wymaga dużego podkreślenia, Youlead potrafi budować profile również dla anonimowych klientów, czyli buduje je dla klientów zidentyfikowanych, jak i anonimowych. Jedyna różnica pomiędzy klientem anonimowym i zidentyfikowanym jest taka, że do klientów anonimowych nie posiadamy danych do bezpośredniego kontaktu i możemy komunikować się z nimi tylko i wyłącznie poprzez stronę internetową – tłumaczy Grzegorz Waś.

Platforma działa w czasie rzeczywistym i posiada w pełni uniwersalny charakter. Oznacza to, że system potrafi nie tylko personalizować zawartość stron internetowych, ale również wykorzystywać kanały mailowe czy SMS – a wszystko po to, by dotrzeć do klienta i osiągnąć wymierne korzyści. Ponadto YouLead sprawdzi się jako podstawowy CRM. Grzegorz Waś podkreśla, że nad efektywnym wdrożeniem systemu czuwa zawsze jeden z członków zespołu YouLead, który zapewnia wsparcie na każdym etapie realizacji.

Średni wzrost sprzedaży w firmach, które wdrożyły YouLead, jest na poziomie 25 proc. Jeszcze lepiej wyglądają statystyki związane z pozyskiwaniem danych do potencjalnych kontaktów poprzez strony internetowe, tzw. generowanie leadów. Możemy się tu pochwalić średnim wzrostem ok. 50 proc. w stosunku do okresu przed wdrożeniem YouLead. Statystyki otwieralności i klikalności w maile, które są przesyłane z systemu YouLead w sposób automatyczny z dopasowaną treścią do klientów, są kilkukrotnie, lub nawet często kilkunastokrotnie większe niż w przypadku klasycznych mailingów – podsumowuje Grzegorz Waś.

Rośnie rola i znaczenie systemów kontroli czasu pracy. Powstają coraz doskonalsze rozwiązania pozwalające także na eliminacją nadużyć ze strony pracowników

Rośnie rola i znaczenie systemów kontroli czasu pracy. Powstają coraz doskonalsze rozwiązania pozwalające także na eliminacją nadużyć ze strony pracowników 2

Przyszłość systemów kontroli czasu pracy zawiera się w szerszym zjawisku, znanym jako Internet rzeczy. Obecnie istniejące systemy często są niedokładne, wprowadzane zaś przez pracodawców implanty z chipami i systemy biometryczne mogą budzić wątpliwości moralne i naruszać granice między czasem prywatnym, a służbowym. Inteligentne identyfikatory Timate pozwalają wyeliminować nadużycia i nie ograniczają pracownika. Automatycznie rejestrują czas pracy od momentu, kiedy pracownik wejdzie w zasięg centralki na terenie firmy.

Wady istniejących systemów kontroli czasu pracy były dla nas impulsem do stworzenia systemu Timate, który te wady niweluje. To system bezobsługowy, który wykrywa wszelkiego rodzaju nadużycia, i sprawiedliwy, bo dane o rejestracji czasu pracy przedstawia zarówno pracodawcy, jak i pracownikowi – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Łempiński, prezes firmy Tenvirk, rozwijającej projekt Timate.

Dotychczas pracodawcy przy kontroli czasu pracy pracowników korzystali z kart zbliżeniowych RFID. Te jednak, często niedokładne, mogą doprowadzić do nadużyć, przede wszystkim z punktu widzenia pracownika. Coraz częściej, zwłaszcza w dużych korporacjach, stosuje się systemy biometryczne, te jednak, zdaniem eksperta, może budzić wątpliwości prawne i etyczne. Niektóre firmy idą jeszcze dalej i decydują się na wszczepianie pracownikom implantów z mikrochipami, jednak w takiej sytuacji granica między pracą a życiem prywatnym bardzo się zaciera.

Taki pomysł nie jest podyktowany chęcią stworzenia wygodnego narzędzia, prawdziwym celem jest potrzeba jednoznacznej identyfikacji osoby. Granica tego typu systemów przebiega w miejscu, w którym kończy się możliwość rezygnacji w sposób dobrowolny. Nawet jeśli pracownik jest już po godzinach, poza systemem nadzoru czasu pracy, takiego implantu nie może wyjąć i kontrola ma charakter ciągły – wskazuje Tomasz Łempiński.

Niedoskonałość dotychczas stosowanych systemów kontroli czasu pracowników była podstawą stworzenie Timate, czyli inteligentnego indentyfikatora, który automatycznie rejestruje czas pracy pracownika, kiedy tylko ten wejdzie w obszar centralki na terenie firmy. Dostosowuje się do dowolnie kształtowanej polityki zatrudnienia, np. elastycznego czasu pracy.

Pracownik na takiej karcie może sobie sprawdzić, jaka jest ilość godzin zrealizowana w miesiącu i w ten sposób śledzić czas pracy, dysponując swobodnie swoim wejściem i wyjściem, przepracowując założoną ilość godzin, którą ustalił z pracodawcą – wskazuje ekspert.

Urządzenie, oprócz rejestracji wejścia i wyjścia z pracy, sprawdza się w zadaniowym systemie pracy. Dostarcza przydatnych danych o pracowniku, informuje m.in. o jego aktywności. W sposobie działania inteligentny identyfikator przypomina coraz popularniejsze zegarki i opaski mierzące aktywność fizyczną, czy inne urządzenia związane np. z pomiarem tętna.

Identyfikator ma postać zawieszki, którą pracownik zawiesza na szyi. W każdej chwili może zrezygnować z tego systemu kontroli, zdejmując taki identyfikator, kończąc w ten sposób możliwość kontrolowania go przez pracodawcę – mówi prezes Tenvirk.

Dlatego zdaniem eksperta przyszłością systemu kontroli czasu pracy może być Internet rzeczy. W takie rozwiązanie wpisuje się inteligentny identyfikator, który może pobierać dane i następnie przekazywać je do centrali systemu.

Karta wyposażona jest np. w czujnik światła, czy w czujnik temperatury i te dane w sposób bezosobowy mogą być przetwarzane przez system, wytwarzając bardzo ciekawe wnioski co do sposobu funkcjonowania przedsiębiorstwa, np. natężenia pracy czy do sposobu organizacji miejsca pracy. Te dane mogą być przetwarzane przez system Big Data, który je analizuje i jest pomocny w optymalizacji procesów w przedsiębiorstwie – przekonuje Tomasz Łempiński.

W Polsce trwa moda na kupowanie małych pojazdów elektrycznych. Hitem są hulajnogi i deskorolki z własnym napędem

W Polsce trwa moda na kupowanie małych pojazdów elektrycznych. Hitem są hulajnogi i deskorolki z własnym napędem 3

Jak wynika z raportu „Samochody elektryczne i hybrydowe” przygotowanego przez ECO driving, sprzedaż aut elektrycznych i hybrydowych osiągnęła poziom ponad 300 tysięcy rocznie. Jeszcze dynamiczniej rośnie jednak rynek niedużych pojazdów elektrycznych na czele z deskorolkami, skuterami, rowerami, hulajnogami i wieloma „wynalazkami”, które ciężko nawet jednoznacznie przyporządkować w jakiejś kategorii. Urządzenia te cieszą się rosnącą popularnością również w Polsce.

Jedną z firm, która wprowadziła w ostatnim czasie na polski rynek kilka zupełnie odmiennych rodzajów niedużych pojazdów z napędem elektrycznym, jest Archos.

W ofercie firmy Archos na polskim rynku znajduje się hulajnoga oraz mały składany skuter elektryczny. Ponadto niebawem zostaną wprowadzone pełnowymiarowe pojazdy typu rower z silnikiem elektrycznym, jak również skuter, odpowiadający modelom o pojemności 50 cm3. Ogólnie jest dosyć duży wybór w tej kategorii, tym bardziej, że wciąż zyskuje ona na popularności – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Sylwia Koza, dyrektor ds. marketingu na Europę Środkowo-Wschodnią z firmy Archos.

W ofercie francuskiej firmy nie brakuje również dużo bardziej nietypowych pojazdów, takich jak np. elektryczny „gokart” na trzech kołach czy tzw. hoverboardy. Niezależnie od wybranego środka lokomocji, producent gwarantuje, że urządzenia są w pełni funkcjonalne i spełnią oczekiwania najbardziej wymagających użytkowników.

Najbardziej zwariowanymi pojazdami są hoverboardy. To pojazdy z dwoma kołami i siedziskiem pośrodku, które przypominają trochę środki transportu z filmów science fiction. Dodatkowo można je doposażyć w dodatkową nakładkę i wówczas zamieniają się w gokarty. Równie ciekawym pojazdem jest składany skuter elektryczny, który znajduje się w naszej ofercie. Takim skuterem możemy się swobodnie poruszać i przejechać nawet 35 km – opowiada Sylwia Koza.

Choć pojazdów elektrycznych jest coraz więcej, to europejski transport nadal jest w 94 proc. zależny od ropy naftowej i produktów pochodnych. Co ciekawe, do 2050 roku Unia Europejska chce wymóc zmniejszenie tej liczby do 70 proc., przynajmniej tak zakłada strategia Clean Power for Transport. Oznacza to, że pojawią się programy wspierające bardziej ekologiczne rozwiązania, a więc także projekty sprzyjające rozwojowi i upowszechnieniu pojazdów elektrycznych.

Wszystkie pojazdy elektryczne stanowią doskonały ośrodek komunikacji albo też mogą pomóc w przemieszczaniu się. Chociażby hulajnoga czy składany skuter elektryczny. Wyobrażam sobie sytuację, że poruszamy się środkami komunikacji publicznej, dojeżdżając do pracy, szkoły, uczelni, ponieważ te kompaktowe pojazdy mogą się składać. Tak więc przykładowo dojeżdżamy do przystanku, zabieramy pojazd elektryczny do autobusu, a później wysiadamy i udajemy się do punktu docelowego – wyjaśnia Sylwia Koza.

W Polsce liczba punktów ładowania jest jeszcze skromna, ale na świecie jest ich ponad 100 tysięcy, tak więc w najbliższych latach i w naszym kraju liczba ta powinna się zwiększyć. W samej Europie dostępnych jest już jednak ponad 20 tysięcy stacji ładowania. Na szczęście w przypadku wielu mniejszych pojazdów elektrycznych wystarczy jedynie tradycyjne domowe gniazdko, które w pełni wystarcza, by urządzenie mogło pokonać nawet kilkadziesiąt kilometrów.

Zasięgi tych pojazdów są znaczące, hulajnogą możemy przejechać 15-20 km, takim skuterem nawet 30 km. Za chwilkę się pojawią rowery elektryczne, które tylko i wyłącznie przy napędzie elektrycznym pokonują dystans 45 km, aczkolwiek trzeba pamiętać, że jest to jednak zwykły rower, więc tak naprawdę limit kilometrów jest nieograniczony –  przekonuje Sylwia Koza.

Dyrektor ds. marketingu na Europę Środkowo-Wschodnią przekonuje, że polskie prawo drogowe sprzyja pojawieniu się mini-pojazdów elektrycznych w przestrzeni miejskiej na terenie całego kraju.

Użytkownik poruszający się hulajnogą czy też deskorolką traktowany jest zgodnie z regulacją polskiego prawa drogowego jako pieszy. Zatem może się poruszać po chodniku. Z kolei w obszarze zabudowanym, ze względu na swoją funkcjonalność, taki pieszy jest traktowany priorytetowo, przed pojazdem i może się poruszać po całej szerokości drogi. Rowery traktowane są tak samo jak zwykły rower, czyli mogą przemieszczać się po ścieżkach rowerowych. Z kolei skutery należy zarejestrować i należy zwrócić uwagę, że te pojazdy odpowiadają identycznym regulacjom jak w przypadku tradycyjnych skuterów spalinowych – wyjaśnia Sylwia Koza.

Przygotuj się na przyszły tydzień 02.06.2017

Poniedziałkowa sesja powinna minąć spokojnie, ponieważ w niektórych państwach banki będą pozamykane. W ten sam dzień napłynął pierwsze, ważniejsze dane zza oceanu – PMI dla usług. We wtorek poznamy stopy procentowe w Australii, które na chwile obecną powinny pozostać bez zmian. W środę zostanie opublikowany wzrost australijskiego oraz europejskiego produktu krajowego brutto. Z kolei czwartkowe dane zostaną zdominowane przez wyboru do brytyjskiego parlamentu, w tle pozostanie konferencja EBC. W ostatni dzień sesji dane napłynął z Kanady, Chin oraz Wielkiej Brytanii.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Australia – stopy procentowe i wzrost gospodarczy

We wtorek o godzinie 6:30 poznamy najnowszy koszt pieniądza w Australii. Konsensus rynkowy nie oczekuje żadnej zmiany na przestrzeni najbliższych kilku miesięcy. Z biegiem czasu prawdopodobieństwo to powinno się zmienić.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Australii

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Australii

Źródło: Bloomberg

Ostatnia wyprzedaż metali przemysłowych negatywnie powinna wpływać na notowania australijskiej waluty. Jeżeli spadki surowców pogłębiłyby się, to w dłuższym terminie doszłoby do spowolnienia gospodarczego w Australii. Aczkolwiek na chwile obecną nie musimy się tego obawiać.

Europa – stopy procentowe i wzrost gospodarczy

Na przestrzeni kilku ostatnich tygodni inwestorzy zaczęli spoglądać w stronę EBC z nadzieją, że znajdą tam informację o szybszym temperowaniu QE. Niestety, po opublikowanej inflacji 31 maja ze Strefy Euro Mario Draghi, szef europejskiego banku centralnego otrzymał kolejny powód, który pozwoli mu utrzymać obecną politykę monetarną bez zmian. Inflacja w maju rozminęła się z konsensusem ekonomistów.

Inflacja w Strefie Euro

Inflacja w Strefie Euro

Źródło: Bloomberg

Inflacja w maju wyniosła 1.4 procenta, najgorszy odczyt w tym roku. Dla przypomnienia, miesiąc wcześniej wyniosła 1.9 procenta. Z kolei inflacja bazowa wyniosła 0.9 procenta, również mniej niż spodziewał się tego konsensus rynkowy.

Reasumując, gorsze dane inflacyjne powinny negatywnie wpłynąć na euro, ponieważ będą jednoznaczne z pozostawieniem obecnej polityki monetarnej na obecnym poziomie

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Strefie Euro

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Strefie Euro

Źródło: Bloomberg

Inwestorzy nie spodziewają się zmiany stóp procentowych, możemy nie zobaczyć żadnej podwyżki w tym roku. Zatem czwartkowa konferencja ECB powinna minąć spokojnie, zostaniemy poinformowani o tym co zawsze „wymagana jest większa ilość informacji”.

Niemniej jednak należy zauważyć, że na połowę 2018 roku rynek z 44 procentowym prawdopodobieństwem wycenia podwyżkę stóp procentowych. Jest to bardzo pozytywny sygnał, ponieważ zmiana nastawienia będzie jednoznaczna z długoterminowym trendem wzrostowym lub spadkowym. Gdybyśmy zobaczyli dalszy spadek inflacji, to euro powinno być wyprzedawane. W drugim przypadku powinniśmy widzieć ruch na północ.

Czwartek – wybory parlamentarne w UK

Wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii odbędą się 8 czerwca. Decyzja premier Theresy May o przedterminowych wyborach uważana jest za próbę wzmocnienia jej kontroli w parlamencie brytyjskim. To również silniejszy mandat, który pomoże w negocjacjach z Brukselą odnośnie Brexit. Ale czy wszystko pójdzie zgodnie z planem? Jak wybory parlamentarne 2017 w Wielkiej Brytanii wpłyną na rynki finansowe, w tym Forex? Niezależnie od wyniku, spodziewana jest podwyższona zmienność rynkowa.

https://admiralmarkets.pl/wplyw-wyborow-parlamentarnych-w-uk-na-forex-i-cfd

Źródło: Admiral Markets

Rynki do obserwacji

W nadchodzących tygodniach powinniśmy zobaczyć korektę na indeksie dolara. Na wykresie dziennym znaleźliśmy się przy dolnej bandzie kanału spadkowego, a dodatkowo wypada tam też wsparcie, które zatrzymało dalsze spadki. Gdzie szukać końca korekty? Według analizy technicznej powinna zakończyć się w okolicy 98 punktów.

Indeks dolara, notowania dzienne

Indeks dolara, notowania dzienne

Źródło: Admiral Markets

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Bezpieczeństwo ważne przy wyborze banku. Wzrasta popularność usług takich jak czasowa blokada karty

Bezpieczeństwo ważne przy wyborze banku. Wzrasta popularność usług takich jak czasowa blokada karty 4

Polska przoduje w Europie pod względem popularności płatności zbliżeniowych i mobilnych. Dynamicznie rośnie także liczba użytkowników bankujących przez smartfony – ich liczba przekroczyła 8 mln. Klienci banków oczekują, że aplikacje do obsługi finansów będą proste w obsłudze, wygodne, a przede wszystkim bezpieczne. Takie założenia mieli twórcy aplikacji mobilnej IKO PKO Banku Polskiego, która od niedawna umożliwia czasową blokadę karty.

– Nowe technologie ułatwiają klientom realizację operacji bezgotówkowych na co dzień – niezależnie od wartości i miejsca, nie wykluczając zakupów w internecie. Klienci mogą wybrać preferowane narzędzie płatnicze – tradycyjnie kartę lub aplikację bankowości mobilnej, która pozwoli zapłacić kodem BLIK lub zbliżeniowo telefonem – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Hassa z Centrum Bankowości Mobilnej i Internetowej w PKO Banku Polskim.

Jak wynika z ostatniego raportu Związku Banków Polskich „NetB@nk”, w Polsce działa blisko 37 mln kart płatniczych, z czego ponad 28,5 mln obsługuje płatności zbliżeniowe. Ponad 91 proc. terminali jest przystosowanych do obsługi takich płatności. Wprawdzie gotówka wciąż jest najpopularniejszą formą płatności, jednak większość Polaków przyznaje, że używa jej rzadziej niż jeszcze rok temu.

Coraz częściej karty płatnicze są zastępowane przez smartfony. Eksperci przyznają, że nowoczesne formy płatności mają szansę stopniowo ograniczać wysoki udział gotówki na polskim rynku, ale muszą one być maksymalnie uproszczone, intuicyjne i bezpieczne.

– Klienci oczekują wsparcia swojego banku w codziennych operacjach, a pomaga w tym rozwój takich rozwiązań, jak płatności zbliżeniowe kartą czy telefonem, realizacja przelewów na podstawie zdjęcia rachunku albo faktury czy możliwość szybkich płatności elektronicznych do ZUS i urzędu skarbowego – przyznaje Hassa.

Telefony służą większości z nas także do obsługi konta. Korzystanie z bankowości mobilnej deklaruje w Polsce 8,2 mln osób (dane PR News na koniec I kw. 2017 roku). Użytkowników aplikacji mobilnych jest ok. 4,4 mln. Smartfonem klienci mogą płacić zbliżeniowo, a także np. za pośrednictwem kodu BLIK, który wraz z aplikacją IKO umożliwia ponadto wypłaty z bankomatów czy wpłaty gotówki do wpłatomatów (obecnie jedynie w przypadku klientów PKO Banku Polskiego).

 Najważniejszym wyzwaniem, które stoi przed projektantami bankowych aplikacji mobilnych, jest stworzenie takich rozwiązań, które będą przede wszystkim proste w obsłudze dla klientów, czytelne, zrozumiałe, przejrzyste, ale również bezpieczne. Te cechy powinny być priorytetem zarówno w konstrukcji, nawigacji, jak i w zakresie komunikacji – tłumaczy Michał Pogorzelski z Centrum Bankowości Mobilnej i Internetowej w PKO Banku Polskim.

Klienci oczekują nowych funkcji, które szybko i sprawnie pozwolą im sprawdzić stan finansów, zrealizować przelew, a także takich, które pozwolą im zareagować w razie ryzyka kradzieży lub zgubienia karty. Taką opcją jest czasowa blokada karty, którą oferuje PKO Bank Polski.

– Umożliwia nam to zablokowanie kart w momencie, kiedy idziemy na basen, do klubu fitness czy nawet gdy karta gdzieś się zapodzieje. Przez aplikację, nawet bez logowania się do niej, możemy kartę zablokować, a w momencie, kiedy ją znajdziemy lub znów mamy ją przy sobie, np. po treningu, możemy ją również szybko odblokować, bez potrzeby udawania się do oddziału czy logowania do systemu internetowego banku. Możemy to wszystko zrobić za pomocą aplikacji – wyjaśnia Pogorzelski.

– Ta funkcja rozszerza wachlarz możliwości związanych z kartami. Dotychczas w takich sytuacjach często trzeba było zastrzec kartę, a taka operacja wiąże się z pewnymi niedogodnościami, bo trzeba wówczas zamówić nową kartę – przekonuje Hassa.

Kartę można zablokować, a następnie odblokować za pomocą aplikacji mobilnej, przez internet w serwisie iPKO czy w telefonicznym contact center. Jednocześnie można zablokować kilka kart, kredytowych i debetowych.

– Kartę może zablokować jej użytkownik, czyli osoba, której imię i nazwisko widnieje na karcie. Co ważne, blokada jest bezterminowa. Oznacza to, że po włączeniu czasowej blokady karty nie jest ona automatycznie zdejmowana przez bank, tylko od klienta zależy to, jak długo będzie chciał z niej korzystać – wskazuje Tomasz Hassa.

Równy udział kobiet w rynku pracy podniósłby europejskie PKB o 9 mld euro rocznie. Znaczenie pań rośnie szczególnie w nowych technologiach

Równy udział kobiet w rynku pracy podniósłby europejskie PKB o 9 mld euro rocznie. Znaczenie pań rośnie szczególnie w nowych technologiach 5

Z danych Komisji Europejskiej wynika, że kobiety stanowią zaledwie 30 proc. pracowników sektora teleinformatycznego. Ich równy udział w rynku pracy mógłby podnieść europejskie PKB o 9 mld euro rocznie. Tymczasem badania Microsoftu pokazują, że 60 proc. dziewcząt obawia się nierówności czekających na nie w sektorze technologicznym. Zdaniem ekspertek europejska gospodarka nie może sobie pozwolić na brak systemowego wsparcia dla kobiet, które mogłyby wypełnić gigantyczną lukę kadrową w branży IT. 

– Dla sukcesu gospodarczego ważne jest to, żeby wykorzystywać 100 proc. zasobów i kapitału ludzkiego. Dlatego rola kobiet w nowych technologiach jest bardzo istotna. Musimy się upewnić, że kobiety i mężczyźni mają taki sam dostęp i takie same możliwości, jeśli chodzi o rozwój wysokich technologii, które są priorytetem w rozwoju gospodarczym kraju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksandra Gren, dyrektor generalna Fiserv Polska.

Z danych Komisji Europejskiej wynika, że z około 7 mln pracowników zatrudnionych w sektorze ICT (technologie teleinformatyczne) zaledwie 30 proc. stanowią kobiety, które są niedostatecznie reprezentowane zwłaszcza wśród kadry zarządzającej. Tylko 19 proc. pracowników branży ICT ma szefa kobietę, podczas gdy w innych sektorach ten wskaźnik sięga nawet 45 proc.

W swoim kwietniowym stanowisku – opublikowanym z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet w ICT – Komisja Europejska wskazuje, że ta branża jest przyszłością gospodarki, a kobiety powinny stanowić większą jej część. Równy udział kobiet i mężczyzn na rynku pracy w sektorze nowych technologii podniósłby unijne PKB nawet o 9 mld euro rocznie.

Potwierdza to opublikowany z okazji tegorocznego Dnia Kobiet raport Microsoftu. Globalny gigant wskazuje, że zainteresowanie dziewcząt naukami ścisłymi i wspieranie ich kariery w tym kierunku może być zbawienne dla europejskiej gospodarki. W tej chwili sektor ICT jest jednak zdominowany przez mężczyzn, którzy według Eurostatu stanowili w ubiegłym roku 84 proc. jego pracowników. W Polsce ten odsetek przekracza 86 proc.

Zdaniem Anny Janas, dyrektor marketingu w Cisco, kobiety mogłyby wypełnić dużą lukę na rynku pracy w sektorze informatycznym. Komisja Europejska wyliczyła, że do 2020 roku zabraknie w Europie około 825 tys. specjalistów od IT. Uczelnie skończy w tym czasie ok. 400 tys. informatyków, co nie zaspokoi rynkowego zapotrzebowania.

– Kobiety są szansą na wypełnienie luki w branży specjalistów IT. W tej chwili w Polsce brakuje nam około 50 tys. specjalistów, a kobiety stanowią tylko 13 proc. studentów na kierunkach informatycznych. Naszą rolą jest je aktywizować, zachęcić do studiowania tych kierunków, żeby później mogły pracować w branży technologicznej – mówi Anna Janas.

Z badań Microsoftu wynika, że zaledwie 42 proc. dziewcząt w Polsce wiąże swoją przyszłość z naukami ścisłymi. Jeszcze mniej (34 proc.) deklaruje, że nauczyciele zachęcają je do nauki przedmiotów ścisłych. Dwie trzecie (60 proc.) dziewcząt ma świadomość nierówności czekających na nie na rynku pracy w sektorze technologicznym, co wywołuje u nich niepewność.

Sylwia Kujawska-Frydrych, prezes stowarzyszenia Technologia w Spódnicy oraz partner w firmie doradczej Amberstone Associates, jest jednak przekonana, że w najbliższych latach więcej kobiet będzie dołączać do branży teleinformatycznej, która zapewni im elastyczność zatrudnienia i duże możliwości rozwoju zawodowego.

– To jest sektor bardzo zasobny, atrakcyjny pod względem rozwoju zawodowego, stwarzający duże możliwości – także dla kobiet, które podejmują się innych ról życiowych, takich jak opieka nad dziećmi czy starszymi rodzicami. Możliwości połączenia tego pozwala kobietom fajnie funkcjonować w tej branży –ocenia Sylwia Kujawska-Frydrych.

– Nowe technologie mogą pomóc kobietom w życiu zawodowym, ponieważ narzędzia do pracy zdalnej będą umożliwiać im elastyczne godziny i pracę z domu. Uświadomienie kobietom tych pozytywnych aspektów pracy w firmach technologicznych sprawi, że coraz częściej będą one ich pracownikami – uważa Anna Janas.

– Potrzebujemy zarówno kobiet, jak i mężczyzn, żeby zapewnić rozwój gospodarczy kraju. Kobieta ma jeszcze dodatkową rolę w tym, aby zapewnić ciągłość społeczeństwa. Dlatego państwo musi pomóc kobietom, ponieważ mają one dwa razy więcej obowiązków. Potrzebne są do tego rozwiązania systemowe. To olbrzymia odpowiedzialność, która spoczywa na barkach decydentów – sprawić, żeby polska gospodarka miała dostęp do 100 proc. kapitału ludzkiego – mówi Aleksandra Gren.

Dyrektor generalna Fiserv Polska podkreśla, że w publiczną dyskusję dotyczącą wsparcia kobiet na rynku pracy w większym stopniu powinny być zaangażowane same kobiety, ponieważ w tej chwili o ich problemach rozmawiają głównie mężczyźni. Natomiast wyrównanie szans obu płci w sektorze nowych technologii przełoży się na większą innowacyjność i szereg korzyści dla całej gospodarki.

– Większość światowych badań pokazuje, że innowacje tworzą się tam, gdzie jest dywersyfikacja poglądów, opinii i doświadczeń. Bez uwzględnienia kobiet w rozwoju wysokich technologii tracimy bardzo dużo, w tym również dostęp do zasobów. Duże, globalne firmy już mają z nimi problem, bo nie mogą pozyskać u siebie pracowników z zakresu data science, matematyki czy statystyki. Dlatego wychodzą poza swoje rynki. Polska jest świetnie usytuowana i może dostarczać zasoby do budowania myśli technologicznej we współpracy z globalnymi graczami – zauważa Aleksandra Gren.

Justyna-Wysocka Golec, współzałożycielka i prezes zarządu start-upu LGM, przestrzega przed dzieleniem wyzwań w sektorze teleinformatycznym na męskie i kobiece.

– Nie możemy mówić, że inne wyzwania stoją przed kobietami, a inne przed mężczyznami, bo już w ten sposób wprowadzamy pewną dyskryminację. Największym wyzwaniem dla obu płci jest w tej chwili nadążanie za trendami, za dużą ilością wiedzy i informacji, które do nas docierają i które trzeba przetwarzać, żeby odnaleźć się w tym gąszczu. W związku z tym musimy się dużo uczyć i to jest przesłanie zarówno do kobiet, jak i do mężczyzn – mówi Justyna-Wysocka Golec.

Perspektywy i wyzwania, przed którymi stoją kobiety w sektorze nowych technologii, były jednym z głównych tematów warsztatu „Women in Tech”, zorganizowanego przez Fundację Digital University. Prelekcje poprowadziły liderki polskiego biznesu, które przedstawiły swój punkt widzenia z prywatnej i zawodowej perspektywy. W dyskusjach wzięły udział. m.in. wiceprezes Orange Polska Bożena Leśniewska, Magdalena Dziewguć, zarządzająca Google for Work, Anna Jakubowski, senior executive global FMCG, Zuzanna Ziomecka i Małgorzata Szturmowicz z zarządu Idea Banku.

Bank Pekao S.A. przejmuje pełną kontrolę nad Domem Inwestycyjnym Xelion Spółka z o.o.

Bank Pekao S.A. w dniu 1 czerwca 2017, zawarł przedwstępną umowę nabycia od UniCredit S.p.A. 50 % akcji Domu Inwestycyjnego Xelion Spółka z o.o., przejmując pełną kontrolę nad spółką.

Transakcja pozwoli na przejęcie pełnej kontroli nad spółką i umożliwi jej pełną integrację do Grupy Banku Pekao SA, dodatkowo wzmacniając jej wiodąca pozycję w zakresie wspierania zarządzania majątkiem na rynku polskim, charakteryzującym się atrakcyjnymi perspektywami wzrostu.

Xelion koncentruje się na zapewnieniu spersonalizowanych usług dla klientów zamożnych i oferuje szeroką paletę produktów finansowych.

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: GPW w opozycji do innych parkietów

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Wczoraj zakończył się miesiąc maj, co wymuszała pewne podsumowania. Na arenie globalnej miniony miesiąc zapisał się nadzwyczaj spokojnie i wzrostowo. Zyskało zarówno spektrum rynków rozwiniętych, jak i rozwijających się. Zwyżka była nawet większa w przypadku parkietów z krajów wschodzących, do czego po części przyczynił się słabszy dolar. Uwagę z pewnością zwracała niska zmienność, którą zakłóciły nieliczne politycznie inspirowane wyjątki, które swoje źródło miały w Brazylii i USA. Na tym froncie nową oazą stabilności okazała się kontynentalna Europa, której animuszu dodał przyjęty z dużą ulgą wynik wyborów prezydenckich we Francji. Na tle gospodarczym wiele się nie zmieniło i wiara w globalne ożywienie pozostaje w mocy, choć pojawiły się na niej pierwsze, jak na razie ignorowane, rysy. Chodzi głównie o reflację, którą coraz bardziej kwestionują napływające dane. Warto spojrzeć na podane jedynie w tym tygodniu dane odnośnie do inflacji, które jednym chórem obniżają loty, i to nierzadko w tempie większym od oczekiwań. Jeżeli dodamy do tego zadyszkę cen surowców, to może się okazać, że inflacyjna historia najlepsze dni może mieć już za sobą. W tym kontekście piąty z rzędu wzrostowy miesiąc dla rynków wschodzących i aż siódmy dla giełd rozwiniętych można uznać za zaawansowany etap dyskontowania dobrze już rozpoznanych i nazwanych trendów w gospodarce. Tak długa wzrostowa seria nie była obserwowana od ponad dekady, co samo w sobie powinno dawać do myślenia. Niejako pod prąd tym globalnym trendom szła GPW. Na rynku szerokim dalej postępowała korekta, która rozpoczęła się de facto już w marcu. Indeks cenowy całego rynku od szczytu z początku marca skorygował się o 6% i oddał dokładnie połowę wzrostów rozpoczętych z końcem minionego roku. Publikowane przez spółki wyniki niejako już tradycyjnie były bardzo zróżnicowane, ale co do zasady nie można je podsumować określeniem boomu gospodarczego, do czego wzrost PKB o 4% może zachęcać. Lepiej na wynikowym froncie poradziły sobie największe spółki, ale one miały w tym względzie łatwiej z uwagi na nisko zawieszoną poprzeczkę sprzed roku. Zresztą sam WIG20 z pewnym opóźnieniem do rynku szerokiego również wszedł w korektę i pod tym względem negatywnie wyróżniał się na tle koszyka rynków wschodzących. Symptomatyczne było to, że w tym tygodniu JP Morgan zweryfikował swoje wcześniejsze negatywne nastawienie do polski akcji, a te najwyraźniej zakończyły już etap nadrabiania wcześniejszych zaległości wobec innych rozwijających się parkietów.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Nastała era post-prywatności. Firmy wiedzą o nas więcej niż nasi bliscy?

Żyjemy w dobie post-prywatności. Defetyści biją na alarm przekonani, że najczarniejsze fantazje George’a Orwella na naszych oczach stają się rzeczywistością. Firmy, które żyją z przetwarzanych danych postawiły sobie nadrzędny cel: okiełznać potencjał Big Data. Czy „wielki brat” kontrolować będzie każdą sferę naszego życia? Jakie informacje na nasz temat krążą po serwerach i czy możemy jeszcze spać spokojnie? Przedstawiamy fakty i obalamy mity o „wszechwiedzących” korporacjach. 

W początkowym stadium rozwoju ogólnoświatowej sieci, jej treści tworzone były przede wszystkim przez wydawców serwisów internetowych. Od roku 2001 dynamika na łączach zmieniła się diametralnie. Internet wkroczył w okres zwany Web 2.0, a jak podaje Oracle, liczba danych w Sieci  rozrasta się w tempie przekraczającym 40 proc. w skali roku. Ich ogromna część generowana jest przez internautów, którzy przestali być pasywnymi odbiorcami, a stali się współtwórcami cyfrowej rzeczywistości.

Cyfrowa waluta

Według analiz DOMO tylko w ciągu minuty użytkownicy samego Facebooka tworzą 2 460 000 nowych treści, w serwisie YouTube w tym samym czasie publikuje się 400 godzin materiałów wideo, a na Dropboxie ląduje ponad 833 tys. nowych plików. Poza oczywistymi śladami w sieci, takimi jak np. posty w mediach społecznościowych, pozostawiamy po sobie mniej oczywiste tropy i jest ich więcej niż mogłoby się wydawać. Każda odwiedzona strona internetowa i czas spędzony na jej przeglądaniu, frazy wpisane w wyszukiwarkę, przeglądane produkty i sfinalizowane zakupy, glokalizacja – nasza codzienna aktywność w Internecie nie przepada w próżni. Zarówno najwięksi rynkowi giganci, jak i mniejsze firmy specjalizujące się w analityce Big Data robią wszystko, by dowiedzieć się o niej jak najwięcej. IDC prognozuje, że do końca 2018 roku przepływ danych zewnętrznych w przedsiębiorstwach wzrośnie aż pięciokrotnie, zaś liderzy cyfrowej transformacji zwiększą ilość danych wychodzących co najmniej 500-krotnie. – By lepiej poznać rynek, zyskać 360 stopniowy obraz klienta lub docierać ze spersonalizowanym przekazem reklamowym do odpowiedniej osoby w odpowiednim czasie, coraz więcej firm sięga po Big Data, czyli wieloaspektową analitykę wielkich, nieustrukturyzowanych zbiorów danych. Cel jest jeden: głęboka analiza, która cyfrowe informacje zamienia w pieniądze – tłumaczy Piotr Prajsnar z Cloud Technologies, firmy zajmującej się Big Data marketingiem.

Aktualne dane o poczynaniach i upodobaniach użytkowników sieci to dla firm smakowity kąsek, pod warunkiem, że potrafią zrobić z nich użytek. Tu z pomocą przychodzą specjaliści, znani jako data scientists i dostawcy platform DMP (data management platform), służących do zaawansowanej analityki nieustrukturyzowanych cyfrowych informacji pochodzących z licznych źródeł. Mimo szybkiego rozwoju technologii tego typu, obecnie wykorzystuje się jedynie 20 proc. całego wolumenu Big Data. Według ekspertów z IDC, do 2020 r. liczba ta wzrośnie do 30 proc. To wciąż niewiele, choć wystarczająco, by totalnie zrewolucjonizować globalną gospodarkę. Potencjał ukryty w nieokiełznanych zbiorach danych rozpala wyobraźnię ekspertów, a liczy się je w Zettabajtach. Niemniej jednak, bez owianych tajemnicą pokładów cyfrowych informacji, nieosiągalnych dla współczesnej technologii, potentaci Big Data radzą sobie przyzwoicie. Korzystając z będącego w ich zasięgu 20 proc. wolumenu Big Data potrafią dokonać rzeczy, o których nie śnili najwięksi wizjonerzy. Zaawansowane narzędzia analityczne w połączeniu z nowymi technologiami otworzyły przed nimi ogromne możliwości, dając wgląd w prywatność zwykłych obywateli.

Kowalski prześwietlony na wylot

Dane zbierają wszyscy, począwszy od supermarketów, przez firmy ubezpieczeniowe, na dostawcach usług internetowych kończąc. Standardem są dane kontaktowe i demograficzne, takie jak wiek, stan cywilny lub płeć, jednak są one prawdziwie przydatne dopiero wówczas, gdy zestawi się je z potężnymi zasobami Big Data – danymi pochodzącymi z różnych źródeł.

Prawdą jest, że o rodzaju gromadzonych informacji decyduje profil firmy. Tak np. dostawcy Internetu (ISP) rejestrują wszystkie odwiedzane przez nas strony, nawet jeśli korzystamy z przeglądarki w trybie prywatności. Wyszukiwarki internetowe znają historię wyszukiwanych przez nas haseł. Gigant z Montain View, m.in. dzięki przeglądarce Chrome i Google Analytics Solutions, wie nie tylko na jakie strony wchodzimy, ale również ile spędzamy czasu na poszczególnych podstronach. Taką wiedzę posiadają również hurtownie danych, a pozyskują ją m.in. dzięki plikom cookies. Największa taka hurtownia w Europie należy do Cloud Technologies, polskiej spółki notowanej na NewConnect. – Obecnie przetwarzamy już ponad 3 mld anonimowych profili internautów. Dokładnie analizujemy ich aktywność, zainteresowania i preferencje. Analizujemy dane demograficzne, geolokalizacyjne i tysiące innych zmiennych. Wszystko to odbywa się przy pomocy sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego – tłumaczy jej CEO, Piotr Prajsnar.

To wystarczy by stwierdzić, czym się interesujemy, czego szukamy w sieci, jakie są nasze ulubione marki, czy jesteśmy w związku i jaki jest stan naszej zamożności. Użytkownicy telefonów z systemem Android, posiadającym usługę Google Now, mogą być pewni, że kalifornijska firma wie gdzie mieszkają i chodzą do pracy i wcale się z tym nie kryje. By sprawdzić historię glokalizacji wystarczy wejść na Google.com/maps/timeline/. Facebook również ma swoje za uszami. Analizując aktywność  użytkowników i treść wiadomości potrafi z niespotykaną precyzją przewidzieć rozstania osób będących ze sobą w związku. Banki z kolei w procesach scoringowych analizują m.in. historię płatnośc­i kartą i aktywność w mediach społecznościowych.

Algorytm przewidzi ciążę

W sprzedaży detalicznej dane o klientach już od lat są wyznacznikiem strategii sprzedażowych i działań marketingowych. W Stanach Zjednoczonych, każdy znaczący sprzedawca detaliczny posiada departament analityki predyktywnej, starający się zrozumieć nie tylko nawyki zakupowe swoich klientów, lecz także ich osobiste przyzwyczajenia i upodobania. Target Corporation, jedna z najlepiej zarabiających amerykańskich sieci handlowych zbiera ogromne ilości danych o każdej osobie, która przekroczy próg należącego do niej sklepu. Jej klienci otrzymują unikalne numery identyfikacyjne, powiązane z ich kartami płatniczymi, adresami e-mail i danymi pozyskanymi z zewnętrznych źródeł, a wszystkie produkty przez nich kupowane są skrupulatnie rejestrowane i analizowane przez system. By trafić z przekazem marketingowym do kobiet będących w 3 trymestrze ciąży, data mainerzy z Target Corporation przypisali każdemu klientowi punkty, mające określić prawdopodobieństwo ciąży na podstawie historii zakupów. Udało się im zidentyfikować 25 produktów kupowanych przez kobiety w stanie błogosławionym. – Weźmy za przykład fikcyjną klientkę sklepu. Jenny Ward ma 23 lat, mieszka w Atlancie, a w marcu kupiła kokosowe masło do ciała, wystarczająco dużą torebkę, by nosić w niej pieluchy, suplementy z cynkiem i magnezem i jasnoniebieski pled. Istnieje 87 proc. prawdopodobieństwo, że jest w ciąży, a termin rozwiązania wyznaczono na sierpień. Dzięki danym połączonym z jej Guest ID, Target potrafi pobudzić jej nawyki. System wie, że jeśli dostanie wiadomość mailem, to prawdopodobnie skłoni ją to do dokonania zakupu online, ale jeśli w piątek dostanie kupon drogą pocztową, to wykorzysta go podczas weekendowych zakupów – tłumaczy działanie systemu Andrew Pole, Marketing BI manager w Target.

To, że sieć handlowa zna swoich klientów lepiej niż ich bliscy, okazało się, gdy poddenerwowany ojciec licealistki pojawił się w jednym ze sklepów z pretensjami, że reklamy przesyłane niepełnoletniej dziewczynie są niemoralne, bo zachęcają ją do zajścia w ciążę. Gdy jeden z managerów po jakimś czasie zadzwonił do niego, by wyjaśnić sprawę, zamiast oskarżeń usłyszał przeprosiny. Okazało się bowiem, że uczennica jednej z amerykańskich szkół jest brzemienna, a system do analityki danych wychwycił ten fakt szybciej, niż jej własny ojciec.

Wielki brat nie taki zły, jak go malują?

Od digitalizacji społeczeństwa nie da się uciec. Zdaniem Macieja Klepackiego, eksperta ds. cyfryzacji, wraz z rozwojem technologii mobilnych i Internetu rzeczy, wdziera się ona do naszego życia drzwiami i oknami. – Sceptycy widzą w niej same niebezpieczeństwa, jednak to z powodu udogodnień coraz częściej rezygnujemy z prywatności. To, w jaki sposób nowe technologie rewolucjonizują i ułatwiają naszą codzienną egzystencję sprawia, że jesteśmy w stanie przymknąć oko na inwazyjne działanie serwisów internetowych czy aplikacji mobilnych – twierdzi Klepacki.

W przypadku reklamy, gromadzenie anonimowych informacji o internautach przekłada się na liczne korzyści. Dotychczasowy sposób dystrybucji takich treści dorowadził popularyzacji adblocków i kryzysu w branży wydawnicze. W Polsce, według raportu OnAudience.com, blokuje się najwięcej, bo aż 42 proc. odsłon reklam w Internecie. Jak podaje serwis eMarketer, w 2016 r. z powodu takiego oprogramowania, globalne straty wydawców sięgnęły nawet 27 mld dolarów. Zastąpienie nachalnych kreacji wyświetlanych na chybił trafił reklamą precyzyjnie dopasowaną do potrzeb i zainteresowań internautów, ma przyczynić się do naprawy sytuacji na rynku wydawniczym i poprawy jakości surfowania w sieci.

Wciąż mała popularność ulgi B+R wśród firm w Polsce

Od momentu wprowadzenia ulgi na prace badawczo-rozwojowe minął ponad rok, jednak dotychczas nie zyskała ona dużej popularności wśród przedsiębiorców. Jedynie co dziewiąta przebadana firma, prowadząca prace badawczo-rozwojowe skorzystała z ulgi za 2016 rok. Aż 21% respondentów wciąż nie jest świadomych istnienia takiej możliwości obniżenia podatku dochodowego. Z kolei przedsiębiorcy, którzy świadomie nie decydują się na skorzystanie z ulgi B+R swoje decyzje motywują brakiem pewności, czy działalność kwalifikuje się do ulgi podatkowej oraz obawą, że odliczenie zostanie zakwestionowane przez organy skarbowe.

Brak wystarczającej wiedzy główną przyczyną niekorzystania z ulgi

Najczęściej wymienianym powodem, dla którego firmy nie korzystają z ulgi B+R jest brak pewności, czy dana działalność spełnia ustawowe wymagania – taką odpowiedź wskazało aż 39% ankietowanych. Wiele przedsiębiorstw obawia się także zakwestionowania rozliczenia kosztów przez organ skarbowy (27% wskazań). Co piąta firma uznała, że korzyści wynikające z ulgi są zbyt małe. Podobny odsetek przyznaje, że nie ma wiedzy o jej istnieniu (21%).

Wciąż mała popularność ulgi B+R wśród firm w PolsceUlga B+R przyczynia się do wzrostu innowacyjności

Dzięki możliwości rozliczenia nawet do 150% kosztów kwalifikowanych, korzyści wynikające z ulgi są namacalne i w znacznym stopniu mogą wspomóc budowanie przewagi konkurencyjnej na rynku. Prawie 8 na 10 firm, które wzięły udział w badaniu miało możliwość realizacji nowych projektów dzięki środkom uzyskanym z ulgi na badania i rozwój. Zaoszczędzone środki przedsiębiorstwa przeznaczają również na doposażanie w nowoczesny sprzęt oraz inwestycje w kapitał ludzki (po 44%).

Wciąż mała popularność ulgi B+R wśród firm w Polsce 1Tylko 11% badanych firm nie miało problemów przy korzystaniu z ulgi

Zdecydowana większość przedsiębiorstw, które skorzystały z ulgi B+R za 2016 rok deklaruje, że napotkało trudności. Ponad połowa przedsiębiorców miała problemy z klasyfikacją kosztów jako kwalifikowanych do ulgi (56% respondentów). Kłopotliwa jest też dla firm poprawna identyfikacja projektów i działań, które zaliczają się do działalności B+R, ewidencja rachunkowa kosztów kwalifikowanych oraz kwestie formalne związane z wykorzystaniem ulgi.

Połowa firm prowadzących działalność B+R nie posiada wyodrębnionego działu badań i rozwoju

Jak wynika z badania KPMG, 50% przedsiębiorstw prowadzi prace kwalifikujące się do ulgi poza wyspecjalizowanymi działami B+R.

– Prace B+R są prowadzone praktycznie w każdej gałęzi przemysłu, m.in. w sektorze spożywczym, finansowym, produkcyjnym, usługowym, wydobywczym czy ICT. Jednak niewiele firm zdaje sobie sprawę, że działania takie jak choćby rozwój systemu informatycznego, prace nad efektywniejszym systemem produkcji czy też po prostu ulepszaniem produktu kwalifikują się do ulgi. Pamiętajmy, że nie wymaga to wyodrębnienia w strukturach przedsiębiorstwa osobnego działu, skupiającego się stricte na działalności badawczo-rozwojowej – mówi Kiejstut Żagun, dyrektor, szef zespołu ulg i dotacji w KPMG w Polsce.

Firmy będą wydawać więcej na badania i rozwój

Wszystkie badane przedsiębiorstwa, które prowadzą działalność B+R deklarują wzrost nakładów na badania i rozwój w perspektywie najbliższych trzech lat. Aż 42% firm średnich i 30% dużych planuje przeznaczyć na ten cel do 5% więcej środków niż obecnie. Dodatkowo 6% wszystkich przebadanych przedsiębiorstw deklaruje, że wydatki na działania badawczo-rozwojowe wzrosną o więcej niż 15%.

Warto zaznaczyć, iż badanie KPMG zostało przeprowadzone jeszcze przed ogłoszeniem przez MNiSW projektu ustawy znacznie podwyższającej wysokość ulgi B+R od 2018 r. (odliczenie będzie sięgało 200% lub 250% wszystkich kwalifikowanych kosztów B+R). Można przypuszczać, że gdyby firmy wiedziały o projektowanym podwyższeniu ulgi od 2018 r., zadeklarowałyby jeszcze większy wzrost nakładów na B+R w kolejnych latach.

Ile statystyczny Polak wydaje na siebie?

Znaczna część Polaków może wydać na swoje potrzeby nawet do 500 zł w ciągu miesiąca, przy czym dziennie wydatki mężczyzn na ten cel są ponaddwukrotnie wyższe w porównaniu do wydatków kobiet. Więcej szczegółów na temat finansów Polaków zdradza najnowszy raport „Sytuacja materialna Polaków”[1], zrealizowany na zlecenie Lindorff SA.

W badaniu respondenci zostali zapytani, jak dużą kwotę wydają „na siebie” w ciągu miesiąca. Jednocześnie badanym nie narzucono interpretacji stwierdzenia „na siebie”, aby odpowiedzi były jak najbardziej zbieżne z wewnętrznymi motywacjami ankietowanych przy wydawaniu pieniędzy. W zakres wydatków „na siebie” można zatem wliczyć fundusze przeznaczane na różne cele, zwiększające komfort życia (np. jedzenie w mieście, wyjścia do kina); wydatki związane z indywidualizacją własnego wizerunku (m. in. odzież czy usługi kosmetyczne); a nawet usługi medyczne, z których badani korzystają z własnej woli w celu szeroko rozumianego dbania o swoje zdrowie. Warto przywołać w tym miejscu psychologiczną hierarchię potrzeb Abrahama Maslowa, który podzielił ludzkie potrzeby w kolejności: fizjologiczne (np. pragnienie i głód); bezpieczeństwa (np. zabezpieczenie przed chorobą); przynależności (akceptacja, miłość); uznania i samorealizacji – przy czym zaspokojenie każdej, kolejnej potrzeby wyższego rzędu następuje dopiero po nasyceniu potrzeb niższego stopnia[2]. Zatem, wydatki „na siebie” w niniejszym badaniu należy traktować jako te, które prowadzą do zaspokojenia trzech ostatnich szczebli piramidy, zwłaszcza ostatniej potrzeby „samorealizacji”.

21% badanych wskazało najniższy pułap – kwotę do 100 zł. Wyższą sumę, bo sięgającą 300 zł, wskazało najwięcej ankietowanych w porównaniu do innych odpowiedzi – 27%. 18% wszystkich biorących udział w badaniu odpowiedziało, iż jest w stanie miesięcznie wydać jeszcze więcej – do 500 zł.

Na wyższe kwoty może sobie pozwolić zdecydowanie mniej badanych. Zaledwie 6% respondentów przeznacza na własne potrzeby do 800 zł miesięcznie, a 8% do 1 tys. zł. Tylko 5% badanych jest w stanie wydać miesięcznie na siebie 1,5 tys. zł i więcej. Różnice w wydatkach osobistych możemy zauważyć dzieląc odpowiedzi na kobiece i męskie. Blisko 1/3 badanych pań przeznacza miesięcznie „na siebie” do 300 zł. Kolejna 1/3 badanych jest w stanie wydać na ten cel kwotę do 100 zł, a 14% respondentek do 500 zł.

Na tym tle mężczyźni wydają się dużo bardziej rozrzutni lub przynajmniej rozrzutność tę deklarujący. ¼ respondentów przyznaje się do wydawania na siebie do 300 zł miesięcznie. Drugą najpopularniejszą odpowiedzią okazał się jednak przedział do 500 zł – aż 22% ankietowanych mężczyzn zadeklarowało właśnie taką sumę. Kwota do 100 zł cieszyła się popularnością na poziomie 14% męskich wskazań. Zaskakuje fakt, że mężczyźni dużo śmielej niż kobiety deklarują przeznaczanie wyższych kwot „na siebie” w ciągu miesiąca – do 800 zł to 8% męskich odpowiedzi (3% wskazań kobiecych); do 1 tys. zł 10% (6% pań) czy 5% do 1,5 tys. zł (2% respondentek).

Racjonalne odpowiedzi ankietowanych wskazują, że Polacy są w stanie przeznaczyć maksymalnie kilkaset złotych miesięcznie na osobiste wydatki. Może zaskakiwać statystyka, która pokazuje, że to mężczyźni znacznie chętniej wydają na ten cel wyższe sumy. Może to wynikać między innymi z wyższych męskich wynagrodzeń miesięcznych. Koreluje to również z danymi na temat średnich sum przeznaczanych przez Polaków miesięcznie na konkretne grupy wydatków. Zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn pierwsze miejsce zajmowały finanse związane z samochodem. Jednak na drugim miejscu u obu płci znalazła się odpowiedź „wyjazdy i podróże” (w tym prywatne związane z turystyką). Statystyka ukazała, że mężczyźni wydają średnio prawie 120 zł miesięcznie więcej na ten cel niż kobiety. Panowie wydają także średnio o 22 zł więcej miesięcznie na swoje hobby. Różnice w kategoriach produktowych, w których to kobiety wydawały więcej (np. kosmetyki czy odzież) nie wynosiły więcej niż kilka złotych. Można zatem wnioskować, iż dla badanych mężczyzn realizacja potrzeb związana z podróżami i własnymi pasjami jest elementem samorealizacji – w dużo większym stopniu niż u badanych kobiet.

Ile wydajemy w ciągu dnia?

Respondenci zostali również poproszeni o wskazanie dziennej sumy, jaką są w stanie wydać na swoje potrzeby lub potrzeby rodziny. Średnia wszystkich odpowiedzi to 149,7 zł, natomiast mediana – 100 zł.

Wyraźne różnice widać przy podziale na odpowiedzi męskie i kobiece – średnia kwota na bazie męskich odpowiedzi to 198,7 zł, gdy „kobieca suma” jest ponad dwukrotnie niższa – 98zł. Dokładnie dwa razy wyższa jest też mediana męskich kwot – 100 zł przy 50 zł kobiet.

Po raz kolejny warto przytoczyć wyniki badania dotyczące miesięcznych kwot przeznaczanych na konkretne kategorie produktowe. Na ich bazie można zaobserwować, że mężczyźni są gotowi wydać w ciągu jednego dnia więcej na wszystkie swoje potrzeby niż miesięcznie na hobby lub odzież. Natomiast kobietom zdarza się w jeden dzień wydać więcej na niezbędne rzeczy, niż na wyjścia kulturalne czy kosmetyki w skali miesiąca. Takie dane przełamują stereotypy, wedle których w naszej kulturze to kobieta jest bardziej rozrzutna i przeznacza więcej pieniędzy na konsumpcję.

Warto również pamiętać o deklaracjach par na temat decyzji zakupowych podejmowanych w związku. Według nich osoby w związkach w większości podejmują wspólne decyzje zakupowe, a te przypisywane tylko jednej płci są zależne od punktu widzenia – każda z płci przypisuje sobie większe zasługi w tym zakresie. Jednak jeśli zestawimy ze sobą odpowiedzi obu płci, to kobiety zdecydowanie częściej deklarują samodzielne kierowanie domowym budżetem (48% przypisujących sobie planowanie budżetu kobiet vs. 31% deklarujących decyzyjność finansową w związku mężczyzn). Można wnioskować, że w związkach, nawet przy deklaracjach wspólnego planowania budżetu, to kobiety czują silniejszą motywację do zarządzania tą płaszczyzną. Należy jednak pamiętać, że w naszym społeczeństwie wciąż jest popularny model społeczny, w którym to mężczyzna płaci za kobietę w związku (np. za kolację w restauracji), zatem tak wysoki wskaźnik dziennych wydatków mężczyzn należy postrzegać przez wiele pryzmatów, choćby kulturowy i społeczny.

[1] Raport zrealizowany na zlecenie firmy Lindorff SA – badanie ilościowe realizowane techniką CAWI – przeprowadzone wśród członków społeczności badawczej Zymetrii. Realizacja badania: 20.01.2017 – 24.01.2017 r, N=551.

[2] Psychologia akademicka. Podręcznik. Tom 1, red. J Strelau, D.Doliński, Gdańsk 2011, s. 685-686.

DNB: W 2017 r. spokojniej na polskim rynku fuzji i przejęć

Ewa Banasiuk, Zastępca Dyrektora Biura Finansowania Strukturyzowanego, DNB Bank Polska SA
Ewa Banasiuk, Zastępca Dyrektora Biura Finansowania Strukturyzowanego, DNB Bank Polska SA

Niemal rekordowy wolumen transakcji w 2016 r. – 11,2 mld euro[1]  – trudno będzie pobić. Po intensywnym przełomie roku, kiedy mieliśmy do czynienia z wysypem dużych transakcji fuzji i przejęć, polski rynek czeka w najbliższych miesiącach uspokojenie. Nie powinno to bynajmniej oznaczać spadku aktywności funduszy private equity, ale raczej dominować będą mniejsze transakcje – takim właśnie będzie sprzyjało otoczenie rynkowe. Banki nadal będą silnie wspierać inwestycje private equity – jest to jednak uzależnione od równowagi pomiędzy oceną rentowności inwestycji, a strukturą i ceną finansowania.

Najbardziej spektakularne transakcje w ostatnim czasie to zakup sieci sklepów Żabka przez CVC oraz zakup Allegro przez fundusze Cinven, Permira oraz Mid Europa Partners. W Polsce tego typu przejęcia są częściowo finansowane długiem bankowym, dlatego też był to dobry czas dla banków na zagospodarowanie nadpłynności w złotówkach.

W najbliższym półroczu aktywność M&A skoncentruje się raczej na podmiotach średniej wielkości. Rynkowi sprzyjać będzie dobre otoczenie makroekonomiczne, potencjał do konsolidacji w wielu sektorach gospodarki oraz dostępność kapitału. Do aktywności fundusze zachęcają ponadto ostatnie korzystne wyjścia z inwestycji, jak na przykład właśnie sprzedaż Żabki przez Mid Europa Partners czy też wyjście Enterprise Investors z inwestycji w sieć sklepów spożywczych DINO poprzez IPO, po kilkuletniej stagnacji w debiutach giełdowych. Sektory telekomunikacyjny, wytwórczy i spożywczy pozostają w dalszym ciągu interesujące pod kątem potencjału dalszych zmian właścicielskich.

Banki, podobnie jak fundusze private equity, poszukują optymalnych inwestycji i wybierają co do zasady te, których profil najlepiej wpisuje się w ich strategię kredytową. Jednak w sytuacji utrzymującej się nadpłynności i presji na rozwijanie aktywów, banki idą często na kompromis przy strukturze finansowania bądź jego cenie. Ostatnie transakcje pokazały, że banki są w stanie zaakceptować m.in. wyższe niż dotąd poziomy zadłużenia, co wynika z dość wysokich wycen nabywanych podmiotów. Z kolei wysokie wyceny wynikają z jednej strony z tego, że inwestorzy widzą potencjał w polskich spółkach i gospodarce, a z drugiej – z ograniczonej liczby podmiotów do przejęcia przy znacznym apetycie                i konkurencji wśród inwestorów.

Na dynamikę polskiego rynku M&A wpływa aktywność podmiotów zagranicznych o międzynarodowym zasięgu: zarówno funduszy private equity, jak i instytucji finansowych, które istotnie zwiększają konkurencję. Podmioty te zainteresowane są przede wszystkim dużymi transakcjami, do których wprowadzają własne standardy i rozwiązania wypracowane w krajach anglosaskich. W przypadku umów o finansowanie dłużne, rozwiązania te dotyczą głównie większej swobody dla spółek i funduszy (tzw. struktury covenant-lite). Nie są to jednak rozwiązania w pełni sprawdzone na polskim rynku – nie wszystkie lokalne banki je akceptują, dlatego inwestorzy łatwiej uzyskają korzystne warunki i pożądany wolumen finansowania w złotówkach, jeżeli struktura zadłużenia w maksymalnym stopniu odzwierciedla oczekiwania banków.

[1] Raport „Emerging Europe M&A Report 2016/17”, CMS&EMIS, 2017

Sztuczna inteligencja w rękach cyberprzestępców – czy stanowi realne zagrożenie?

Automatyzacja pod postacią inteligentnych maszyn wkracza w coraz to nowe obszary naszej codziennej działalności. Wyposażone w systemy sztucznej inteligencji (AI) urządzenia posiadają coraz więcej funkcji i są wdrażane w szeregu różnych obszarów. Najczęściej słyszy się o negatywnych aspektach ich obecności, m.in. związanych z redukcją miejsc pracy, ale istnieją jeszcze inne niepokojące skutki ich obecności.

Co zrobić w sytuacji, gdy te inteligentne maszyny zostaną wykorzystane przez cyberprzestępców? Sztuczna inteligencja jeszcze wzmocni złośliwe oprogramowanie, będzie wykorzystywać pozyskane dane do wysyłania e-maili z phishingiem, które będą wyglądać jak autentyczne wiadomości wysłane przez człowieka. – ostrzegał w artykule opublikowanym na łamach portalu BBC.com.pl szef ds. bezpieczeństwa cybernetycznego w Capgemini UK, Andy Powell.

Jakie jest prawdopodobieństwo takiego zagrożenia?

To nie jest teoretyczne zagrożenie, które może wydarzyć się w przyszłości. To realny problem. Inteligentne, złośliwe oprogramowanie, samodzielnie mutujące exploity lub automatycznie generowany i dynamicznie zmieniający się spam już od jakiegoś czasu istnieją.

Oczywiście, sztuczna inteligencja jest bardzo szerokim terminem, a możliwości najczęściej spotykanego dzisiaj złośliwego oprogramowania i narzędzi służących do cyberataków są bliższe inteligentnemu termostatowi niż komputerowi HAL 9000 z filmu 2001: Odyseja kosmiczna, ale trend jest wyraźnie widoczny.

Zachętą dla cyberprzestępców do sięgania po rozwiązania bazujące na sztucznej inteligencji jest fakt, że wykrywanie złośliwego oprogramowania jest powszechnie realizowane w oparciu o sygnatury. Dlatego złośliwy kod musi się zaadaptować i następnie ewoluować, aby skutecznie działać unikając wykrycia. Ponadto szkodliwe oprogramowanie może być znacznie bardziej efektywne, jeśli będzie miało możliwość podejmowania własnych decyzji i wyboru odpowiedniej broni w oparciu o rozpoznanie środowiska, w którym się znalazło.

Jak powinno zmienić się podejście do cyberbezpieczeństwa, by powstrzymać to zagrożenie?

Przede wszystkich trzeba wyjść poza metody wykrywania złośliwego oprogramowania w oparciu o sygnatury.

Eksperci firmy Balabit, wiodącego dostawcy rozwiązań do zarządzania uprzywilejowanym dostępem (Privileged Access Management – PAM) ostrzegają, że nie wystarczą już proste działania prewencyjne podejmowane przeciwko atakom, które już zdążyły ujrzeć światło dzienne. Specjaliście od bezpieczeństwa IT muszą zrobić dwie rzeczy:

  1. podnieść poprzeczkę, jeśli chodzi o bezpieczeństwo systemu operacyjnego i aplikacji. Złośliwe oprogramowanie bezlitośnie wykorzystuje wady i luki pozostawione w tych systemach. Należy przeprowadzać bardziej rygorystyczne testy, aby wyeliminować jak najwięcej błędów logicznych i błędów w programowaniu, które mogłyby być wykorzystane przez cyberprzestępców.
  2. przystąpić do „wyścigu zbrojeń” i wykorzystywać siłę sztucznej inteligencji również do działań obronnych. Firmy oferujące programy antywirusowe robią to już od jakiegoś czasu, ale pojawienie się na rynku rozwiązań służących do analizy zachowań użytkownika (User Behavior Analysis) pokazuje, że istnieje potrzeba stosowania takich algorytmów w tym zakresie .

Jakie jest bezpośrednie zagrożenie ze strony cyberprzestępców wykorzystujących sztuczną inteligencję?

Najtrudniejsza jest sytuacja, kiedy cyberprzestępcy zaczynają opracowywać metody, które starają się osłabiać i dezorientować algorytmy obronne AI. Problem znany jest w przestrzeni badawczej jako „adversarial machine learning” („przeciwne uczenie maszynowe”) i jest szczególnie trudnym wyzwaniem do pokonania. Sprawienie, by komputer „uczył się” w prawidłowy sposób nie jest łatwe: dane z prawdziwego życia są nieuporządkowane, a ataki stosunkowo rzadkie, co znacznie utrudnia pracę sztucznej inteligencji. Tworzenie algorytmów, które są odporne na działania podjęte przez inteligentnego napastnika, który celowo działa tak, by je zmylić, wymaga szczególnej ostrożności i wiedzy.

Najgorzej z płatnościami w górnictwie i transporcie

Największe ryzyko nieuzyskania płatności na czas niosą transakcje z firmami z sektora górniczego, transportowego oraz usług użyteczności publicznej. Rekordzistów należy jednak szukać w przemyśle. Wśród wytwórców wina, włókien chemicznych, koksu i ceramiki sanitarnej, problem z zapłatą może pojawić się w co piątym przedsiębiorstwie – wynika z danych BIG InfoMonitor oraz BIK. W Polsce w 2016 r., w terminie płaconych było 43,5 proc. faktur, a co ósma była przeterminowana o ponad 120 dni – przestrzega Bisnode Polska.

Sprawdziliśmy w bazach Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej, jak poszczególne sektory gospodarki wypadają w regulowaniu zobowiązań wobec banków i kontrahentów. Ogółem firm z opóźnionymi o 60 dni zaległościami na kwotę co najmniej 500 zł (przy takiej kwocie i przeterminowaniu prawo pozwala wprowadzić dane dłużnika do Rejestru BIG), było na koniec 2016 r. 180 260 Ich zobowiązania sięgnęły 18,8 mld zł. W ciągu I kwartału liczba firm wzrosła o ponad 3 tys., a kwota zwiększyła się o 1,47 mld zł. Liczby te nie zaskakują, biorąc pod uwagę, że według najnowszego raportu międzynarodowej wywiadowni Bisnode „Barometr Płatności Firm na Świecie” w Polsce w ub.r., w terminie płacona była mniej niż połowa faktur – 43,5 proc. (po tym jak w porównaniu z 2015 r. sytuacja poprawiła się o 0,5 pkt proc.). 34 proc. zobowiązań regulowanych było do 30 dni po terminie płatności, dla 15 proc. faktur opóźnienie wyniosło powyżej 90 dni, a w przypadku 12 proc. zwłoka przekroczyła 120 dni.

wykres_1 (1)

Źródło: Bisnode Polska

Polska z wynikiem terminowo opłacanych transakcji plasuje się w połowie krajów Unii Europejskiej. Średnia dla wszystkich zestawionych przedsiębiorstw UE wynosi bowiem 39,1 proc., po wzroście od ubiegłego roku o 1,6 pkt proc. Najlepszymi płatnikami są przedsiębiorcy z Danii, Niemczech i Węgier. W Danii, 86,5 proc. faktur jest płacone w terminie , w Niemczech – 81, 7 proc., na Węgrzech – 55,4 proc. Najmniej zdyscyplinowane są przedsiębiorstwa w Rumunii – 17,6 proc., Portugalii – 19,5 proc. i Bułgarii – 23,7 proc.

Pod względem długoterminowego przeciągania płatności jesteśmy już jednak niechlubnym wyjątkiem obok Rumunii i Portugalii. W przypadku 12 proc. faktur opóźnienie przekracza 120 dni, co stawia nasz kraj na szarym końcu krajów UE. W Rumunii jest to 11,4 proc., a w Portugalii 6,6 proc. Jak podaje raport Bisnode, to znacząca dysproporcja w stosunku do średniej wynoszącej 2,2 proc.

Najlepiej w rolnictwie

Z analizy baz BIG InfoMonitor i BIK wynika, że najgorzej sytuacja wygląda w sektorze górniczym i usługach wspierających górnictwo, gdzie nawet co piętnasta firma ma ponad 60-dniowe opóźnienia w płatnościach. W grupie sektorów z wysokim prawdopodobieństwem trafienia na niesolidną płatniczo firmę, znalazł się też transport – blisko 7 proc. przedsiębiorstw nie rozlicza się terminowo z kontrahentami lub bankami. Kolejny „słaby” sektor to usługi użyteczności publicznej, czyli dostawa wody, energii, gazu oraz wywóz odpadów.

wykres_2 (1)

*dostawa wody, energii, gazu, wywóz odpadów

Źródło: BIG InfoMonitor, BIK

Nieznacznie lepiej od górnictwa, transportu oraz usług użyteczności publicznej wypadło budownictwo. Problemów swoim kontrahentom oraz kredytodawcom przysparza co 19. firma zajmująca się pracami budowlanymi. Nieco mniejsze ryzyko niesie ze sobą współpraca z przedstawicielami handlu i przemysłu, na czas nie płaci ok. 5 proc. firm. Najlepiej natomiast, w grupie ośmiu analizowanych sektorów, prezentują się: usługi i rolnictwo. Odsetek niesolidnych przedsiębiorstw wynosi tu poniżej 4 proc., co oznacza, że mniej więcej co trzydziste  przedsiębiorstwo sprawia kłopoty w momencie rozliczania się.

Górnictwo winne 0,5 mld zł a firmy usługowe 5,5 mld zł

Udział niesolidnych przedsiębiorców w sektorze, nie do końca odzwierciedla skalę finansowych problemów, do jakich przyczyniają się poszczególne rodzaje działalności ociągając się regulowaniem zobowiązań.

wykres_3 (1)

*dostawa wody, energii, gazu, wywóz odpadów

Źródło: BIG InfoMonitor, BIK

Wiele bowiem zależy od wielkości sektora i jego znaczenia dla gospodarki. W miarę solidnie prezentujące się firmy usługowe, których działa w Polsce ponad 1,5 mln, miały na koniec 2016 r. przeterminowane zobowiązania na kwotę 5,5 mld zł. Od znaczącego dla gospodarki sektora handlu wierzyciele czekali na 4,3 mld zł, z kolei od budownictwa na ponad 3,8 mld zł, a od przemysłu na ok. 3,5 mld zł.

Duże firmy częściej ociągają się z płaceniem

Dane z baz BIG InfoMonitor oraz BIK pokazują również, że zdecydowanie częściej przewinienie opóźniania płatności popełniają największe firmy. Dla przykładu w usługach 5,4 proc. dużych firm nie płaciło na czas, podczas gdy wśród małych nieterminowych płatników było 2,7 proc. Jeszcze większą dysproporcją wykazuje się handel, gdzie opóźnienia zdarzają się niemal 13 proc. dużych przedsiębiorstw i jedynie 4,3 proc. małych.

Najgorzej płacą producenci win i ceramiki sanitarnej

Sytuacja poszczególnych sektorów również nie jest jednorodna. W górnictwie najgorzej wypada wydobycie węgla (ponad 11 proc. firm widnieje w BIG InfoMonitor oraz BIK jako dłużnicy) oraz kamienia dla potrzeb budownictwa, skał wapiennych, gipsu, kredy i łupków (blisko 10 proc.). W transporcie – międzymiastowe koleje pasażerskie (14 proc.) i firmy przeprowadzkowe (10 proc.) W usługach użyteczności publicznej brakiem solidności wyróżniają się firmy zajmujące się wszelkiego rodzaju odpadami oraz odzyskiwaniem surowców z segregacji – od 10 do 15 proc. W budownictwie na minus wypada budowa dróg i autostrad (8 proc.) W handlu, w grupie firm ryzykownych góruje handel hurtowy. Odsetek firm z zaległościami w handlu hurtowym sięga 7,9 proc, podczas gdy w handlu detalicznym jest to jedynie 3,8 proc.* Listę najtrudniejszych do współpracy gałęzi handlowych otwierają hurtownie napojów alkoholowych, metali oraz paliw (12-13 proc.).

W sektorze usług listę największych maruderów płatniczych rozpoczynają firmy związane z usługami transportowymi, czyli agencje transportowe oraz przedsiębiorstwa wynajmujące samochody i furgonetki. Na trzecim miejscu znalazły się wydawnictwa prasowe oraz firmy ochroniarskie (od 9 do 12 proc.).

W przemyśle w czołówce firm na które trzeba szczególnie uważać, są wytwórcy win, a także producenci ceramiki sanitarnej i koksu Wśród wymienionych wcześniej kategorii producentów zawodzi co piaty, a w przypadku producentów win nawet co trzeci. – To sprawia, że czołówka ryzykownych firm przemysłowych to kontrahenci, których sprawdzanie jest bezwzględną koniecznością. Ale nie tylko w tym przypadku lepiej nie ryzykować – radzi Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor.

Emerytura z firmy – dziś przewaga, jutro standard?

Najniższe bezrobocie w historii współczesnej Polski sprawia, że pierwszy raz od lat mamy rynek pracownika. W walce o największe talenty firmy coraz częściej stają przed koniecznością dokonania radykalnych zmian w swojej polityce kadrowej. Wyróżnikiem pożądanego pracodawcy jest dziś nie tylko atrakcyjny system wynagrodzeń i prestiż marki, ale także oferta niestandardowych benefitów pozapłacowych. Wśród nich coraz bardziej popularnym bonusem stają się są pracownicze programy emerytalne (PPE).

PPE zaliczają się do trzeciego filaru emerytalnego. Tworzone są z inicjatywy pracodawców, którzy w ramach programu deklarują przekazywanie co miesiąc określonej składki na dodatkową emeryturę swoich pracowników. Programy te są dobrowolne, a pieniądze w nich zgromadzone – w przeciwieństwie do tych w ZUS i OFE – w pełni prywatne.

Pracownicze programy emerytalne funkcjonują w naszym kraju już blisko 20 lat. Do tej pory na ich założenie zdecydowało się ponad tysiąc polskich i zagranicznych pracodawców. Są wśród nich duże przedsiębiorstwa jak np. Ikea, PKN Orlen, L’Oreal Polska, Unilever czy Grupa Żywiec, ale też wiele małych i średnich firm. Dzięki atrakcyjnie skonstruowanym programom emerytalnym firmy te od lat budują swój wizerunek odpowiedzialnego pracodawcy.

Niższa fluktuacja i lepsze relacje z otoczeniem biznesowym

Atrakcyjny pakiet benefitów pozapłacowych jest dużym atutem przy poszukiwaniu nowych pracowników i zatrzymywaniu w firmie dotychczasowej kadry. Szczególnie jeśli pracodawca oferuje pracownikom wymierne korzyści finansowe – takie jak pracownicze programy emerytalne.

Przekłada się on na zmniejszenie fluktuacji w firmie, przez co pozwala znacząco obniżyć koszty rekrutacji oraz wdrażania nowych pracowników. Trzeba pamiętać, że w branżach szczególnie dotkniętych brakiem specjalistów, kształcenie nowych kadr może być bardzo kosztowne. Dotyczy to chociażby firm technologicznych czy informatycznych. Dlatego oferowanie PPE staje się ważnym wyróżnikiem przedsiębiorstwa na rynku pracy.

Prowadzenie PPE buduje wizerunek firmy jako dobrego i godnego zaufania pracodawcy, który myśli długoterminowo o przyszłości swoich pracowników. Program ma więc ogromny wpływ również na relacje z otoczeniem, w tym z klientami i partnerami biznesowymi firmy.

Pracownik zabezpieczony na przyszłość

UI TFI - Adam Lipka-Bebeniec
UI TFI – Adam Lipka-Bebeniec

Według prognoz ekonomistów przyszłe świadczenia emerytalne z państwowej kasy (ZUS) wyniosą zaledwie 30-40 proc. ostatniej pensji. Wielu Polaków jednak nadal nie zdaje sobie z tego sprawy. Odpowiedzialna firma może przypominać o tym fakcie swoim pracownikom i w odpowiedzi zaoferować im benefit, który pomoże zabezpieczyć im finansową przyszłość. – Mało kto ma na tyle silną wolę, żeby regularnie odkładać pieniądze z myślą o emeryturze. Pracodawca może pomóc swoim pracownikom, gromadząc dla nich dodatkowe oszczędności w pracowniczym programie emerytalnym. Dzięki temu w przyszłości pracownicy zyskają bardzo istotny dodatek do państwowej emerytury – mówi Adam Lipka-Bebeniec, ekspert ds. klientów instytucjonalnych w Union Investment TFI.

Kolejną zaletą PPE jest włączanie zatrudnionych w proces decyzyjny przy zakładaniu nowego programu. Pracodawca ma obowiązek, by wspólnie z pracownikami omówić jego najważniejsze warunki. Dzięki zaangażowaniu w tworzenie PPE pracownicy mają  wpływ na funkcjonowanie firmy oraz na własne zabezpieczenie emerytalne.

Najtańsza podwyżka i minimum formalności

Pracownicze programy emerytalne są bardzo pożądanym przez pracowników benefitem, ale ich forma prawna jest atrakcyjna również dla pracodawców.

Pracodawca ma możliwość zaliczenia wydatków poniesionych na PPE do kosztów uzyskania przychodu. W ten sposób odzyskuje część kosztów poniesionych na prowadzenie programu, odprowadzając niższy podatek dochodowy – mówi Adam Lipka-Bebeniec. – Ponadto pieniądze wnoszone do programu nie podlegają obciążeniu z tytułu składek na ubezpieczenie społeczne. Dlatego składki na pracownicze programy emerytalne są często określane mianem taniej podwyżki – dodaje ekspert Union Investment TFI.

Założenie PPE odbywa się przy minimalnym zaangażowaniu zasobów pracodawcy. Większość obowiązków, w tym przygotowanie umów i rejestracja w KNF, spoczywa na instytucji finansowej zarządzającej programem emerytalnym. To wybrana przez pracodawcę instytucja, np. towarzystwo funduszy inwestycyjnych, odpowiada również za większość spraw związanych z bieżącym funkcjonowaniem PPE.

Po reformie firmowa emerytura będzie standardem

Z utworzeniem programu należy się pospieszyć. Wszystko za sprawą dużych zmian w systemie emerytalnym, które czekają nas już w 2018 roku. Obok PPE powstaną wówczas pracownicze plany kapitałowe (PPK), które obowiązkowo będą musieli utworzyć wszyscy pracodawcy. Docelowo nawet firmy zatrudniające poniżej 19 osób.

Po wejściu w życie nowych przepisów emerytura finansowana przez pracodawcę przestanie być przewagą konkurencyjną, a stanie się standardem. W walce o pracownika wygrają więc te firmy, które utworzą pracowniczy program emerytalny jeszcze w tym roku – mówi Adam Lipka-Bebeniec.

To nie jedyny argument za jak najszybszym założeniem PPE. – Zgodnie w zapowiedziami rządu, przez co najmniej dwa lata pieniędzmi wpłacanymi do pracowniczych planów kapitałowych ma zarządzać wyłącznie państwowy fundusz. W konsekwencji pracodawcy stracą nie tylko przewagę konkurencyjną, ale także swobodę samodzielnego wyboru instytucji finansowej zarządzającej oszczędnościami pracowników. W tych okolicznościach pracodawcy powinni jak najszybciej rozejrzeć się za instytucją zarządzającą pracowniczymi programami emerytalnymi i rozpocząć cały proces, który wraz z rejestracją w KNF może potrwać nawet kilka miesięcy  – radzi ekspert.

PMI z Chin rozczarował, podobnie jak dane z Polski

PMI z Chin rozczarował, podobnie jak dane z Polski, ale inwestorom trudno zerwać z pozytywnym sentymentem rynkowym. Rynek akcji w Europie zaczyna dziś od wzrostów, złoty jest stabilny, a EUR/USD pozostaje wysoko. Dziś maraton PMI/ISM, raport ADP i dane o zapasach ropy naftowej.

Wiadomością dnia (jak na razie) jest zaskakujące skurczenie się aktywności wśród małych firm przemysłowych w Chinach. Indeks Caixin PMI spadł do 49,6 pkt i pierwszy raz od 11 miesięcy znalazł się pod granicą 50 pkt (odczyt powyżej oznacza ekspansję sektora). Niespodzianka jest spotęgowana tym, że wczoraj (rządowy) indeks PMI dla dużych przedsiębiorstw podtrzymał kwietniowy poziom na 51,2 – przyzwoite tempo wzrostu aktywności. Debata, na ile można ufać danych rządowym, nie jest czymś nowym i dane mogą być pretekstem do obaw, że w Państwie Środka jest gorzej niż wynika ze statystyk. Jednak specyficzną cechą 2017 r. jest to, że potrzeba naprawdę dużo, aby zepsuć nastroje inwestorów. Shanghai Composite traci dziś 0,6 proc., ale reszta indeksów giełdowych w Azji szybko otrząsnęła się z pesymizmu. Na rynku walutowym AUD boleśnie przyjął dane, ale Australijczyk już od kilku dni jest najmniej kochaną walutą surowcową. AUD/CAD i AUD/NZD mogą mieć jeszcze przestrzeń do spadków.

Maraton PMI rozkręca się wraz z przebudzeniem Europy. PMI z polskiego przemysłu niespodziewanie spadł do 52,7, niżej niż konsensus (54,5) i nasze szacunki (53,5). Mimo tego, dane sygnalizują wciąż przyzwoite tempo, które dobrze rokuje dla siły gospodarki w kolejnych miesiącach. EUR/PLN pozostaje uśpiony przy 4,17, ale im dłużej nie udaje się zejść niżej, tym bardziej jestem zdania, że zobaczymy odbicie do 4,21. Odczyty z Eurolandu w większości są rewizją danych sprzed kilku dni, więc zainteresowanie nimi będzie mniejsze. EUR pozostaje ulubieńcem traderów do czasu, aż ECB nie zawiedzie ich oczekiwań (ale to dopiero za tydzień). PMI z Wielkiej Brytanii na 56,5 (konsensus) wciąż będzie imponująco wysoki i może wspierać funta, choć rynek GBP teraz przechodzi efekt jo-jo za każdym razem, kiedy publikowany jest nowy sondaż przed przyszłotygodniowymi wyborami powszechnymi. Większym ryzykiem dla funta są negocjacje w sprawie Brexitu w dalszej części roku i na tej podstawie uważam, że GBP jest za drogi.

Po południu raport ADP z USA powinien wskazać na podtrzymanie solidnego tempa wzrostu zatrudnienia (180 tys.), ale to może być za mało, by dać silny impuls dla USD. Więcej można oczekiwać po odczycie ISM dla przemysłu, pod warunkiem, że zaskoczy na plus (prog. 54,7). Wiele dziś może się dziać na rynku ropy naftowej, gdzie wczorajsze silne spadki zostały zatrzymane przez dużo silniejszy od oczekiwań spadek zapasów surowca w USA. Raport API wskazał na ubytek rzędu 8,7 mln baryłek, a prognozy przed dzisiejszym raportem DoE ustawione są na rzecz spadku o 2,7 mln baryłek. Potwierdzenie dziś po południu powinno da c impuls do podbicia cen WTI, ale też CAD, NOK i RUB.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Merit Invest SA planuje kolejne zakupy do portfela inwestycyjnego

MERIT INVEST SA, spółka której akcje notowane są na rynku NewConnect, zakończyła miesiąc maj dwoma ważnymi wydarzeniami. Przejęciem 40% udziałów w firmie zajmującej się sprzedażą podłóg drewnianych i drewnopodobnych – PS24 sp. z o.o., która jest właścicielem marki „Parkett Service” oraz porozumieniem inwestorów w sprawie wspólnego przedsięwzięcia i rozwoju marki Nyytli, co oznacza wolę przejęcia tej fińskiej, międzynarodowej marki meblarskiej. Do podjęcia współpracy miedzy podmiotami doszło za pośrednictwem Polsko-Fińskiej Izby Gospodarczej, która wspiera sektor MŚP w obu krajach. MERIT INVEST S.A. zamierza zakończyć transakcję zakupu 30% udziałów w fińskiej lub polskiej spółce posiadającej prawa do marki Nyytli przed 18 sierpnia 2017. Nyytli po wejściu inwestora finansowego i merytorycznego jakim będzie MERIT INVEST SA zamierza niezwłocznie wznowić produkcję łóżeczek dziecięcych i sprzedaż ich na wybranych międzynarodowych rynkach w Azji i Europie.

Flagowy produkt Nyytli – łóżko dziecięce Nyytli Uno, zaprojektowane przez fińskiego projektanta Ulfa Nygrena, jest nowoczesnym bardzo innowacyjnym, praktycznym i oszczędnym produktem dla kochających rodziców, którzy pragną komfortu dla swojego dziecka jak też dla siebie. Stanowi zmianę systemu myślenia o meblu, które przeznaczone jest dla dziecka od jego urodzenia do 12 roku życia. W podstawowej wersji posiada funkcjonalności czterech różnych mebli. Konstrukcja łóżka jest cały czas usprawniana w oparciu o doświadczenia obecnych użytkowników w Europie Zachodniej. Jego główną zaletą jest łatwość montażu – nie są do niego potrzebne żadne narzędzia i specjalne zdolności. Produkt jest dostarczany w poręcznej torbie, co ułatwia transport na każdym etapie dostawy. Jednocześnie na polu dotychczasowych doświadczeń, został zaprojektowany drugi innowacyjny produkt – Nyytli Dyyni. Jest to unikatowy ekliptyczny mebel, będący odpowiedzią na szaleństwa najmłodszych, spełniający jednocześnie podstawową rolę jaką jest siedzenie.

Poprzez swoje zaangażowanie kapitałowe w Nyytli, MERIT INVEST S.A., w krótkim czasie może stać się istotnym graczem, na międzynarodowych rynkach. Bardzo cenne w osiągnięciu tego celu jest doświadczenie fińskiej firmy w tworzeniu innowacyjnych projektów. Ulokowanie produkcji w Polsce, pozwoli Finom skutecznie konkurować pod względem ilościowym i jakościowym na rynku globalnym.

Segment inwestycyjny staje się w MERIT INVEST kluczowy. Spółka zaczęła aktywnie inwestować nie tylko na rynku kapitałowym, ale również poza nim. W zeszłym kwartale Spółka koncentrowała się nad doborem projektów do portfela, szukała i nadal szuka akcji spółek już notowanych, które można kupić w okazyjnej cenie, jak również akcji i udziałów podmiotów poza giełdą. Zarząd Spółki jest zdania, że na rynku są jeszcze okazje inwestycyjne w zasięgu Spółki. Sprzyjają temu nie tylko dotacje unijne przyznawane firmom jakie Spółka obserwuje i analizuje, ale również aktywnie działające na rynku nowe przedsiębiorstwa, które poszukują kapitału i potrzebują wsparcia od inwestorów. Spółka znajduje na polskim rynku podmioty bardzo innowacyjne, z dużym potencjałem wzrostu wartości i wyników, co jest między innymi efektem jasnego sygnału przekazywanego przez Zarząd w publikowanych raportach oraz w bezpośrednich spotkaniach i kontaktach. Całkiem dobrze wygląda również portfel spółek notowanych na giełdzie.

„Na dziś zachowanie akcji Spółek notowanych w naszym portfelu wygląda przynajmniej obiecująco. Posiadamy akcje ciekawych i dobrze rokujących firm. Widzimy nie tylko poprawę wyników posiadanych spółek, ale i płynności podmiotów w jakie się angażujemy. W pierwszym kwartale, co dla nas jest bardzo ważne udało się finansować zakupy ze środków własnych Spółki pochodzących z usług i ze sprzedaży części akcji portfelowych. Nie byliśmy zmuszeniu do korzystania z dźwigni, a zadłużenie jakie posiadamy jest bardzo niskie. Do tego część Spółek portfelowych zamierza wypłacić dywidendę z zysku za 2016 rok, co poprawi naszą kondycję.” – podsumowuje Mirosław Stępień – Prezes MERIT INVEST SA.

Nowe hasło Spółki „MERIT INVEST – DROGA NA SZCZYT” pobudziło duże zainteresowanie rynku i skłoniło Zarząd do kolejnych transakcji. Głównym celem biznesowym, jest aktywna obecność na NewConnect i dążenie do bycia liderem tego segmentu giełdy.

„O trwających badaniach podmiotów jakie mogą być celami inwestycji sygnalizujemy w raportach miesięcznych i to przekłada się na wzrost zainteresowania naszymi walorami. Jesteśmy po przeprowadzeniu skupu 331.813 akcji własnych, co pozwala nam finansować nowe, coraz większe zakupy, podnosząc jednocześnie wartość naszego przedsiębiorstwa bez zadłużania się i bez nowych emisji akcji. Staramy się aktywnie wykorzystywać narzędzia i przewagi jakie daje nam status Spółki publicznej. Udowodniliśmy transakcją zakupu udziałów w spółce PS24 sp. z o.o., że duże i ambitne transakcje można realizować nie tylko na głównym rynku, ale również na NewConnect. Cena sprzedaży akcji dla inwestora zainteresowanego naszymi akcjami wyniosła 6 zł za walor – czyli powyżej rynku, co wyraźnie pokazuje jak dużym zaufaniem cieszy się nasza firma. – podsumowuje Mirosław Stępień – Prezes MERIT INVEST SA.

Zarząd Spółki, 31 maja br. poinformował rynek o przygotowaniach do największego w historii firmy MERIT INVEST SA przejęcia podmiotu międzynarodowego, zakończonego zawarciem porozumienia inwestorów i właściciela marki Nyytli. MERIT INVEST SA już wkrótce dokończy zakup 30% udziałów właściciela marki Nyytli. Zarząd rozważa zapłatę za udziały akcjami własnymi w cenie nie niższej niż 10 zł za jedną akcję. Meblowa firma rozpocznie w grupie firm portfelowych produkcję łóżeczka dziecięcego z nastawieniem na sprzedaż eksportową nawet w 30 krajach. Produkt ma już certyfikaty handlowe. Współpraca może się odbywać z udziałem niedawno kupionej PS24 sp. z o.o. z Radomia. Po zakończeniu transakcji przez Spółkę, będzie to kolejna transakcja w tym roku, gdzie MERIT INVEST SA dokonuje zakupu udziałów w firmie z gotowym biznesem umożliwiając budowanie wartości dla swoich akcjonariuszy. Przy tej transakcji Spółka współpracuje z Polsko-Fińską Izbą Gospodarczą oraz z partnerem biznesowym, drugim inwestorem finansowym z Polski, który wraz z MERIT INVEST SA będzie posiadał po transakcji łącznie nawet 60% udziałów przejmowanej Spółki Nyytli (Polska) lub Nyytli Oy (Finlandia), a co za tym idzie inwestorzy z Polski mogą rozwijać międzynarodową markę Nyytli i prowadzić produkcję mebli pod marką Nyytli w Polsce.  Inwestorzy zaangażowani w rozwój marki Nyytli zamierzają w przyszłości doprowadzić do debiutu giełdowego Nyytli i przejąć lub zbudować nowy zakład produkcyjny w niedalekiej przyszłości. Zarząd MERIT INVEST SA ocenia ostrożnie, że potencjał sprzedażowy rynku dla produktów Nyytli to nawet kilkadziesiąt milionów Euro do 2020 roku. Obecnie trwa wycena udziałów przejmowanej Spółki z marką Nyytli, a wartość planowanej transakcji ma być niebawem ujawniona inwestorom giełdowym.

e-Izba organizuje FORUM GOSPODARKI CYFROWEJ

9 listopada w Kinie Praha w Warszawie odbędzie się Forum Gospodarki Cyfrowej – Transformacja cyfrowa: wyzwania i trendy! Jest to największe wydarzenie dedykowane przedsiębiorcom z sektora e-gospodarki, które organizuje Izba Gospodarki Elektronicznej.

Podczas Forum spotkają się międzynarodowi eksperci, przedsiębiorcy, reprezentanci organizacji, samorządów,  dzięki którym wydarzenie to stanie się miejscem wymiany informacji z zakresu wyzwań globalnej gospodarki cyfrowej oraz międzynarodowych trendów. Wśród gości specjalnych wystąpią: Europoseł Róża Thun Posłanka do Parlamentu Europejskiego, która przedstawi uczestnikom  wyzwania w międzynarodowej gospodarce cyfrowej oraz Kamila Koc, Zastępca Szefa Gabinetu Wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej Andrusa Ansipa, która opowie o europejskich trendach w e-commerce.

W programie zaplanowano panele dyskusyjne:

  • panel dotyczący cyfryzacji regionalnej z udziałem Prezydentów miast: Piotr Kuczera – Rybnik, Marcin Krupa – Katowice, Roman Ciepiela – Tarnów.
  • panel poświęcony transformacji cyfrowej z perspektywy prezesów przedsiębiorstw, wśród panelistów: Andrzej Nadolski, Prezes Zarządu PWN, Wojciech Sass, Prezes Zarządu Nationale Nederlanden, Krzysztof Folta, Prezes Zarządu TIM, Szymon Midera, Prezes Zarządu Shumee, Pavel Adamovski, Country Manager UPS

Program Forum został podzielony na dwa bloki tematyczne:

  • BLOK I –  e-commerce – wyzwania i trendy.
  • Blok II – e-medycyna – cyfryzacja w instytucjach medycznych.

Forum Gospodarki Cyfrowej będzie wypełnione debatami, prezentacjami i wystąpieniami ekspertów z Polski oraz z zagranicy, zwieńczone wieczorną galą, prestiżowego i znanego w branży, konkursu e-Commerce Polska awards 2017 oraz Osobowość Polskiej Gospodarki Cyfrowej. Zarówno Forum jak i wieczorna Gala będą okazją do rozmów biznesowych, nieformalnych spotkań i owocnego networkingu.

Program został przygotowany przez Radę Programowa Forum Gospodarki Cyfrowej w składzie praktyków z zakresu wdrożeń cyfrowych w kraju i za granicą.

Gospodarka cyfrowa, która obejmuje przedsiębiorstwa świadczące usługi w zakresie technologii informacyjnych i komunikacyjnych, e-commerce oraz firmy działające w Internecie, będzie miała ogromny i trwały wpływ na wszystkie aspekty biznesu i społeczeństwa.  Forum będzie miejscem wymiany myśli oraz sprawdzonych rozwiązań cyfrowych” – mówi Patrycja Sass-Staniszewska, Prezes e-Izby.

W programie Forum specjalny blok będzie dedykowany cyfryzacji polskiej medycyny. e-Izba wspólnie z ekspertami z branży internetowej, naukowcami, ambasadorami e-medycyny oraz Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia (CSIOZ) stworzyła dla instytucji opieki medycznej praktyczny program cyfryzacji medycyny krok po kroku.

Przyjdź i dowiedz się, jakie są trendy i kierunek ekspansji cyfrowej w:

  • e-commerce
  • e-medycynie

Zarejestruj się już dzisiaj:  www.forumgc.pl

Patroni medialni: Cashless.pl, Interaktywnie.com, CEO Magazyn Polska, Gazeta Bankowa, Marketer +

Partnerzy główni: VISA , UPS , ORBA

Partner bloku: GetResponse

 

Zasadnicze zmiany w europejskim transporcie – szczegóły Pakietu Drogowego

W środę, 31 maja br., Komisja Europejska ujawniła długo zapowiadane zmiany dla sektora transportowego. Propozycje legislacyjne w postaci tzw. Pakietu Drogowego szczególnie dotkliwie wpłyną na właścicieli firm przewozowych w Polsce i całej Europie Wschodniej. Eksperci OCRK wyjaśniają, jak zmieni się transport międzynarodowy na terenie Unii Europejskiej.

Informacja o planowanych zmianach w przepisach dotyczących transportu drogowego była komunikowana przez Komisję Europejską już w marcu tego roku. Jeszcze przed ujawnieniem szczegółów Pakietu Drogowego, dokument podzielił członków UE na zwolenników i przeciwników zaostrzenia prawa. Francja, wraz z dziewięcioma innymi krajami, oskarżała państwa Europy Wschodniej o praktykowanie dumpingu socjalnego, co ich zdaniem prowadzi do nieuczciwej konkurencji poprzez wprowadzenie polityki niższych cen. W odpowiedzi na te zarzuty, 11 maja br. Premierzy państw należących do Grupy Wyszehradzkiej zdecydowali się wydać wspólne oświadczenie. W treści dokumentu, szefowie rządów zwracają uwagę na istotną rolę wolnego przepływu towarów, jako jednego z głównych filarów Unii Europejskiej. Przywołane zostały także zawarte w Traktatach zapisy o swobodzie świadczenia usług. „Polska jest jedną z potęg jeżeli chodzi
o transport na terenie Unii Europejskiej. W związku z tym nie dziwi fakt, że kraje takie jak Francja, Niemcy, czy Austria próbują na wszelkie sposoby zatrzymać konkurencję w postaci polskich przewoźników. Państwa „Starej Unii” wprowadziły szereg regulacji, wedle których każdy kierowca przejeżdżający przez ich terytorium musi stosować się do zasad, takich jak stawki płacy minimalnej czy prowadzenia dokumentacji związanej z delegowaniem
” – komentuje Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Ogłoszone przez Komisję Europejską 31 maja br. propozycje zmian, dotykają kluczowych
z punktu widzenia transportu międzynarodowego obszarów.

1) Zasady podlegania kierowców pod Dyrektywę o delegowaniu pracowników

Mowa tu o Dyrektywie o delegowaniu pracowników (96/71/WE), która zakłada stosowanie dokładnie takich samych warunków zatrudniania kierowców na terenie danego kraju członkowskiego.

W praktyce oznacza to, że pracownicy krajowi oraz delegowani musieliby otrzymywać takie samo wynagrodzenie, a także mieliby prawo do równorzędnego traktowania wynikającego m.in. z układów zbiorowych. „Na etapie dyskusji nad projektem przepisu spierano się o ilość dni w miesiącu, które kierowca musi przepracować na terenie danego kraju, aby podlegać pod regulacje Dyrektywy o delegowaniu. Mowa była o 3, 5, 7, 9, a nawet 15 dniach. KE przyjęła najbardziej niekorzystną wersję z punktu widzenia polskiego przewoźnika, czyli wystarczy jedynie 3 dni pracy kierowcy w miesiącu lub jedna operacja kabotażowa, aby jego wynagrodzenie wynikało z przepisów kraju przyjmującego. Czekamy jednak na doprecyzowanie jak definiować wspomniany „dzień” – komentuje Kamil Wolański.

2) Ułatwienie delegowania oraz zwiększenie liczby kontroli płacy minimalnej

KE planuje ujednolicić system zgłoszenia delegowania w całej UE poprzez wprowadzenie odpowiedniej platformy elektronicznej, znieść obowiązek posiadania przedstawicielstwa w każdym kraju oraz dopuścić przechowywanie dokumentacji płacowej jedynie w formie elektronicznej. Z drugiej jednak strony, zamierza wprowadzić konieczność rejestracji przez kierowców za pomocą tachografu momentu przekroczenia granic. „Wprowadzenie jednolitego systemu zgłaszania oddelegowania na pewno uprości życie polskim przedsiębiorcom transportowym. W obecnych realiach dochodziło do sytuacji, że kierowca jadąc np. do Hiszpanii powinien zostać osobno zgłoszony w 4 krajach, do 4 różnych systemów, na 4 różne sposoby. Wyeliminowanie konieczności posiadania przedstawiciela na pewno ograniczy w pewien sposób koszty, które ponoszą pracodawcy w związku z delegowaniem pracownika, podobnie jak elektroniczny obieg dokumentacji. Kontrola płacy minimalnej będzie jednak z pewnością bardziej rygorystyczna i skuteczna, z uwagi na nowy obowiązek dotyczący rejestracji przekroczenia wjazdów oraz wyjazdów z europejskich krajów” – zaznacza Kamil Wolański.

3) Uproszczenie zasad kabotażu, czyli transportu krajowego wykonywanego przez zagranicznych przewoźników

W świetle obowiązujących przepisów, kabotaż (tj. transport ładunku na terenie kraju innego niż ten, w którym zarejestrowany jest pojazd) może odbyć się maksymalnie trzy razy w ciągu tygodnia, licząc od dnia ostatniego rozładunku. Według nowej propozycji, ograniczenie to ma zostać zniesione. Kontrola liczby rozładunków jest dość trudna dla służb drogowych, zatem uproszczenie zasad, polegające na usunięciu limitu operacji kosztem skrócenia ogólnego czasu wykonywania kabotażu do 5 dni stanowi dobre rozwiązanie, które ułatwił służbom nadzór. Według KE nowe zasady przyczynią się również do zmniejszenia ilości tzw. pustych przewozów, które według szacunków Komisji w roku 2015 wyniosły aż 23% wszystkich operacji” –  tłumaczy ekspert OCRK.

4) Odpoczynki tygodniowe kierowców

Jeden z najważniejszych punktów Pakietu Drogowego, skupia się na głośnej w ostatnim czasie kwestii odpoczynków kierowców. Komisja Europejska zaproponowała bardziej szczegółowe określenie warunków odbioru odpoczynku przez kierowców w kabinach. Art. 8. ust. 8 rozp. WE 561/2006 określa: „Jeżeli kierowca dokona takiego wyboru, dzienne okresy odpoczynku i skrócone tygodniowe okresy odpoczynku poza bazą można wykorzystywać w pojeździe, o ile posiada on odpowiednie miejsce do spania dla każdego kierowcy i pojazd znajduje się na postoju.”

„Francja, Belgia, a od 25 maja br., również Niemcy wprowadziły zakaz odbioru odpoczynków regularnych (>45h) zagrożony karami. Propozycja wprowadza możliwość odbioru przez kierowcę dwóch skróconych odpoczynków tygodniowych (<45h) pod rząd, w okresie 4 tygodni przy zachowaniu obowiązujących zasad rekompensaty.  Z pewnością uelastyczni to planowanie czasu pracy kierowców. Z drugiej strony, KE chce wprowadzić ogólnoeuropejski zakaz odbioru regularnych odpoczynków tygodniowych w kabinie pojazdu pod groźbą surowych kar” – dodaje Wolański.

5) Walka z firmami-skrzynkami pocztowymi „Letter-box”

Firmy tzw. letter-box, to takie, które posiadają w kraju rejestracji jedynie adres do korespondencji, zaś faktycznie centrum operacyjne znajduje się w innym kraju. „Komisja Europejska będzie wymagała, aby zagraniczna firma, która np. działa w Polsce i zatrudnia teoretycznie tańszych polskich pracowników, faktycznie wykonywała działalność w naszym kraju” – tłumaczy Kamil Wolański, ekspert OCRK. Aby to osiągnąć, Komisja Europejska planuje wprowadzić jasne kryteria w celu „rozprawienia się” z tym zjawiskiem m.in. poprzez wzmocnienie współpracy pomiędzy służbami kontrolnymi.

6) Opłaty drogowe w UE

Komisja zaproponowała również ujednolicenie platformy poboru opłat za korzystanie z dróg. Nowe rozwiązanie ma być w całości elektroniczne i obejmować ma wszystkie kraje europejskie. Połączone to ma być również z nowymi rozwiązaniami promującymi niskoemisyjne pojazdy, które w zależności od stopnia ekologiczności będą korzystać z preferencyjnych stawek opłat za użytkowanie dróg. „Docelowo, takie rozwiązanie ma wyeliminować różne winiety i inne naklejki na szybach samochodów, co przyczyni się do sprawiedliwego i jednolitego ustalenia cen za przejazd. Uprości to również kontrolę przeprowadzaną przez służby na drodze”- mówi Wolański.

7) Regulacje w sprawie transportu lekkiego, o DMC <3,5 tony

Na chwilę obecną, przepisami dotyczącymi posiadania licencji transportowej czy wymogu rejestrowania czasu pracy, objęte są przedsiębiorstwa prowadzące działalność pojazdami ciężarowymi powyżej 3,5 tony. W praktyce, czas pracy tzw. transportu lekkiego, w tym busów, nie jest w żaden sposób regulowany, co jest problematyczne dla pozostałej części branży. „Kierowcy w przedsiębiorstwach transportu lekkiego, tj. o DMC poniżej 3,5 tony, nie są objęci regulacjami, w efekcie pojazdy nie dość, że są przeładowane, to bywa, że prowadzący jeżdżą po kilkanaście godzin na dobę, bez odpoczynku. Stwarza to realne zagrożenie na drodze, nie tylko dla kierowcy i pasażerów, ale również dla pozostałych użytkowników ruchu. KE zastanawia się jednak na ten moment jedynie nad regulacjami w zakresie prowadzenia takich przedsiębiorstw w kontekście przyznawania licencji” – komentuje Kamil Wolański.

Zmiany ogłoszone przez Komisję Europejską nie mają mocy prawnej, ale wskazują zdecydowany kierunek do dalszych rozmów pomiędzy Parlamentem Europejskim a Radą Unii Europejskiej. Jak wskazują eksperci OCRK, zmiany zaprezentowane w Pakiecie Drogowym będą wdrażane stopniowo, nawet przez następnych kilka lat.

Kandydaci do pracy czują się ignorowani

Aż 8 na 10 ubiegających się o pracę ma wrażenie, że nikt nie przejrzał wysłanej przez nich aplikacji, a tylko co piąty otrzymał informację o przyczynach niezatrudnienia. Tak wynika z badania „Candidate Experience 2017” zrealizowanego przez eRecruiter i Koalicję na rzecz Przyjaznej Rekrutacji. Eksperci zwracają uwagę, że pracodawcy nie budują relacji z niezatrudnionymi kandydatami. Najczęściej zachowują ich CV w bazie (78%) oraz zapraszają do śledzenia zakładki „Kariera” (54%).

– Kandydaci, którzy w odpowiedzi na ofertę pracy wysyłają swoją aplikację, najczęściej nie otrzymują żadnej informacji zwrotnej ze strony pracodawcy. To jeden z najsmutniejszych wniosków tegorocznej edycji badania „Candidate Experience”. Z doświadczeń uczestników rekrutacji wynika również, że spora część pracodawców nie stosuje dobrych praktyk w zakresie informowania o zakończeniu procesu naboru lub przyczynach niezatrudnienia. Aby zminimalizować te negatywne doświadczenia i oszczędzić czas, rekrutujący mają do dyspozycji technologię i specjalne platformy do zarządzania rekrutacjami. Usprawniają one komunikację z kandydatami, umożliwiając wysyłkę wiadomości ze statusem procesu do wielu uczestników jednocześnie. Nie zajmuje to dużo czasu, a kandydat nie czuje się lekceważony – zwraca uwagę Julia Urbańska, marketing manager w eRecruiter oraz koordynatorka Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji.

Kandydaci oczekują odpowiedzi

Większość przedstawicieli działów HR zgadza się, że warto dbać o kandydatów w procesie rekrutacji. Niestety, praktyka wygląda inaczej. Po pierwsze, aż 8 na 10 ubiegających się o pracę ma wrażenie, że nikt nie przejrzał wysłanej przez nich aplikacji. Po drugie, widać rozbieżności między elementami, które zdaniem kandydatów powinny być standardem podczas rekrutacji, oraz tymi faktycznie stosowanymi przez pracodawców. Dla 86% aplikujących standardem powinno być informowanie o zakończeniu procesu rekrutacyjnego. Z takim działaniem spotkało się zaledwie 39% kandydatów. Ponadto, 8 na 10 specjalistów oczekuje od pracodawców informacji o przyczynach niezatrudnienia. Taki zwyczaj ma zaledwie co piąta firma.

Pracodawcy zapominają o niezatrudnionych kandydatach

Podtrzymywanie relacji z wartościowymi kandydatami, którzy z określonych przyczyn nie zostali zatrudnieni, to ważny element candidate experience. Jednak wyniki badania eRecruiter wskazują, że firmy ograniczają się w tym obszarze do biernych działań. Najczęściej pracodawcy zachowują CV kandydatów w bazie (78%), ale tylko 42% zagląda do zgromadzonych CV przy okazji każdej rekrutacji. Najczęściej wtedy, gdy otrzyma zbyt mało zgłoszeń na opublikowane ogłoszenie o pracę.

Paweł Bechciński, Dyrektor ds. Rekrutacji i Rozwoju Zasobów Ludzkich, SUEZ Polska, podkreśla, że firmy wciąż nie wykorzystują w odpowiednim zakresie baz danych i zasobów, które już posiadają. – Obecnie nie możemy pozwolić sobie na stratę żadnego wartościowego kandydata, nie tylko przyszłego, ale też tego, który już do nas zaaplikował i wykazał się inicjatywą oraz chęcią pracy w organizacji. W naszej firmie zbieramy większość życiorysów w ramach tzw. rekrutacji ogólnej, w której kandydaci sami spontanicznie przesyłają nam aplikacje. Dziennie otrzymujemy ok. 20 życiorysów, co w skali roku daje kilka tysięcy potencjalnych kandydatów do pracy. Warto zwrócić uwagę, jaki to jest kapitał dla firmy. Przy wybranych procesach rekrutacyjnych, nie musimy publikować nowego ogłoszenia o pracę i czekać na spływające CV. Dzięki eRecruiter, możemy skorzystać z zasobów, które już mamy, co zdecydowanie ogranicza koszty i czas rekrutacji – mówi Paweł Bechciński z SUEZ Polska.

Wśród innych sposobów podtrzymywania relacji z niezatrudnionymi kandydatami, rekruterzy wskazali zachęcanie do śledzenia zakładki „Kariera” (54%) oraz informowanie o bieżących rekrutacjach (26%). Niestety, niewielki odsetek firm – zaledwie 19% – decyduje się pytać kandydatów o ich wrażenia i opinie na temat procesu rekrutacyjnego, w którym wzięli udział.

– Troska o dobre relacje z kandydatami to bardzo istotny element rekrutacyjny, który przekłada się na wizerunek firmy. Jednak często zapomina się, że dotyczy to również dbania o kandydatów, którzy nie zostali zatrudnieni. Takie osoby mogą zostać ponownie zaproszone do kolejnych rekrutacji, co w konsekwencji skróci czas prowadzonych procesów i znacząco ułatwi pracę działu HR. Pracodawcy, jeśli nie chcą, aby odrzucony kandydat był ich piętą Achillesa, powinni optymalizować projekty rekrutacyjne poprzez odpowiednie narzędzia HR i praktyki, na które wskazują sami kandydaci – mówi Julia Urbańska.

SferaNET S.A. kończy 2016 r. wzrostem przychodów oraz zysku

SferaNET S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od sierpnia 2014 r., działająca w branży telekomunikacyjnej, osiągnęła w 2016 r. 1.130 tys. zł zysku EBITDA oraz 4.508 tys. zł przychodów netto ze sprzedaży i przekroczyła swoje prognozy finansowe. Emitent koncentrował swoje działania na rozbudowie sieci światłowodowej oraz zwiększaniu liczby klientów indywidualnych oraz biznesowych.

Miniony rok należał dla Spółki do bardzo udanych, bowiem oprócz wypracowania rekordowych wyników finansowych, udało jej się zrealizować założone cele biznesowe. SferaNET S.A. kontynuowała proces rozbudowy sieci światłowodowej w powiecie bielskim i żywieckim oraz budowy sieci w Cisownicy w gminie Goleszów. Emitent zwiększył w 2016 r. liczbę swoich klientów indywidualnych o niemal 30% w ujęciu rdr. oraz rozpoczął wykonywanie obowiązków związanych z pełnieniem funkcji Operatora Miejskiej Sieci Szerokopasmowej Miasta Bielska-Białej. Spółka rozwijała również segment sprzedaży sprzętu IT i tym celu współpracowała z wieloma dostawcami, co pozwoliło jej podpisać najwyższą w historii umowę sprzedaży sprzętu IT. Zarząd SferaNET S.A. będzie dążył do efektywnego wykorzystania zbudowanego potencjału i dalszego umacniania pozycji rynkowej.

„To był bardzo udany rok dla Spółki. Rozwijaliśmy się w tempie, którego sobie życzymy również w tym roku. Z naszego punktu najważniejsze jest zwiększanie udziału w rynku klientów indywidualnych i ten cel będzie dla nas priorytetem. Oczywiście nadal umacniamy swoją pozycję wśród klientów biznesowych oraz instytucjonalnych.” – ocenia Anna Stanaszek, Prokurent SferaNET S.A.

Spółka zakończyła 2016 r. zyskiem netto w wysokości 302 tys. zł, zyskiem EBITDA na poziomie 1.130 tys. zł oraz przychodami netto ze sprzedaży sięgającymi 1.130 tys. zł. Podwyższone prognozy finansowe SferaNET S.A. na 2016 r. przewidywały osiągnięcie przez Emitenta zysku EBITDA na poziomie 1.000 tys. zł oraz przychodów netto ze sprzedaży w kwocie 4.400 tys. zł, co zostało znacząco przekroczone. W 2015 r. Spółka zanotowała 167 tys. zł zysku netto oraz 532 tys. zł zysku EBITDA, a wartość jej przychodów netto ze sprzedaży wynosiła 2.365 tys. zł. SferaNET S.A. zamierza utrzymać wysoką dynamikę wzrostu przychodów ze sprzedaży usług abonamentowych oraz usług dodatkowych. Zgodnie z przyjętym planem rozwoju zwiększanie zasięgu sieci światłowodowej Emitenta ma następować tylko w oparciu o perspektywiczne kontrakty z klientami instytucjonalnymi.

„Wiele czynników złożyło się na tak dobre wyniki finansowe Spółki. W pierwszej kolejności zaważyły kończące się promocyjne prolongaty u klientów indywidualnych. Ponadto, pozytywny wpływ na osiągnięte wyniki miało rozwijanie usług dla klientów biznesowych oraz wdrożenie oferty BSA dla innych operatorów. Zanotowaliśmy historycznie wysoką sprzedaż sprzętu IT dzięki połączeniu dostawy usług telekomunikacyjnych ze sprzedażą sprzętu. W kolejnych okresach będziemy zwiększać udział w sektorze publicznym, a także na rynku klientów indywidualnych.” – podsumowuje Anna Stanaszek.

SferaNET S.A. bardzo dobrze rozpoczęła 2017 r. i w 1 kw. 2017 r. miała prawie 270 tys. zł zysku EBITDA oraz 64 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży ukształtowały się na poziomie 695 tys. zł. W lutym br. w akcjonariacie Emitenta pojawił się nowy inwestor branżowy – Spółka 3S S.A., która przekroczyła próg 5% głosów na WZA i posiada obecnie 231.000 szt. akcji. Jednym z akcjonariuszy SferaNET S.A. jest również fundusz kapitałowy – ABS Investment S.A., który posiada łącznie 512.206 szt. jej akcji, co stanowi 11,12% udziałów w ogólnej liczbie głosów na WZA oraz tyle samo udziałów w jej kapitale zakładowym.

Nieznaczne spowolnienie wzrostu w polskim przemyśle

W maju indeks PMI® polskiego sektora przemysłowego (Wskaźnik Managerów Logistyki) zarejestrował 52,7 punktu, co wskazuje na spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego w polskim sektorze przemysłowym.

Jak podała firma badawcza IHS Markit, wskaźnik PMI dla Polski był niższy niż w kwietniu br. (54,1 pkt.), a majowy odczyt jest najniższy od 6 miesięcy. Niemniej jednak wskaźnik powyżej 50 sygnalizuje ogólną poprawę.

W minionym miesiącu w wyniku wzmożonego popytu wielkość produkcji ponownie zwiększyła się, ale tempo wzrostu było wolniejsze niż w kwietniu.

Równolegle do produkcji wzrosła również liczba nowych zamówień napędzana głównie zapotrzebowaniem z rynków zagranicznych, ponieważ zamówienia z kraju nieznacznie osłabły.

Zwiększona produkcja oraz nowe zlecenia przełożyły się na wzrost poziomu zatrudnienia, jednak tempo tworzenia miejsc pracy było wolniejsze niż w kwietniu.

Firmy z sektora wytwórczego zasygnalizowały wzrost kosztów produkcji, czego główną przyczyną były wyższe ceny surowców. Pomimo tego, maj był kolejnym miesiącem, w którym tempo inflacji spowolniło.

Majowy poziom indeksu PMI był najniższy od pół roku, ale wciąż powyżej średniej historycznej (50,5). Pomimo spadku wartości optymizm polskich przedsiębiorców wciąż był duży i wciąż liczą oni na wzrost produkcji wynikający ze spodziewanego ożywienia gospodarczego.

Piotr Ludwiczak, Head of Research, Michael/Ström

Deloitte: Fundusze private equity ruszają na wielkie zakupy

Przedstawiciele funduszy private equity oceniają sytuację ekonomiczną w Europie Środkowej coraz bardziej optymistycznie. W ciągu pół roku odsetek osób uważających, że się ona poprawi wzrósł ponad dwukrotnie. Najbliższe sześć miesięcy niemal 70 proc. reprezentantów PE chce poświęcić na poszukiwanie nowych inwestycji, a prawie dwie trzecie deklaruje, że w tym czasie więcej kupi niż sprzeda. Coraz większym zainteresowaniem funduszy private equity cieszą się firmy średniej wielkości. To najważniejsze wnioski z kolejnej edycji badania Deloitte „Great Expectations.Central Europe Private Equity Confidence Survey”.

Wcześniejsze edycje badania udowodniły, że opinie inwestorów związanych z funduszami private equity obecnych w Europie Środkowej dobrze odzwierciedlają nastroje dominujące na rynku. Tak było również i tym razem. Bieżąca edycja pokazała, że dobre nastroje, co do sytuacji gospodarczej są coraz silniej odczuwane. Potwierdza to wysokość tzw. indeksu optymizmu (CE Private Equity Confidence Index), który wynosi obecnie 113 punkty. Jeszcze sześć miesięcy wcześniej wskazywał on 109.

W obecnej edycji badania jedynie 10 proc. przedstawicieli funduszy private equity spodziewa się, że warunki gospodarcze w ciągu najbliższych sześciu miesięcy pogorszą się. To trzy razy mniej respondentów niż jesienią 2016 roku. Z kolei z 7 do 16 proc. wzrósł odsetek ankietowanych, którzy spodziewają się poprawienia sytuacji ekonomicznej. Natomiast 74 proc. badanych przewiduje, że sytuacja gospodarcza się nie zmieni, co wskazuje na wysoki poziom stabilizacji. – Wzrost popytu na rynku pracy i poluzowanie polityki pieniężnej spowodowały ożywienie gospodarcze. Widać także, że inwestorzy oswoili się z myślą o opuszczeniu przez Wielką Brytanię struktur Unii Europejskiej i wydarzenie to nie będzie miało większego wpływu na ich działalność inwestycyjną w perspektywie średnioterminowej – mówi Mark Jung, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego w Deloitte, Lider Private Equity w Europie Środkowej.

Aż 69 proc. respondentów w okresie najbliższych sześciu miesięcy poświęci się nowym inwestycjom. Pół roku wcześniej taką odpowiedź wskazywało 70 proc. przedstawicieli funduszy private equity. Oznacza to, że już od półtora roku utrzymuje się zainteresowanie funduszy inwestycjami kapitałowymi. To potwierdza przekonanie respondentów, co do pozytywnych prognoz ekonomicznych dla Europy Środkowej. Odsetek ankietowanych, którzy będą koncentrować się zarządzaniu portfelem wynosi 20 proc., a na zbieraniu nowych funduszy 10 proc.

Fundusze będą znacznie częściej kupować, niż sprzedawać

Większość ankietowanych (59 proc.) nie prognozuje żadnych istotnych zmian w wielkości średnich transakcji. Pół roku wcześniej było to 67 proc. Z 13 do 20 proc. wzrosła liczba osób, które uważają, że rozmiar tych transakcji spadnie. Co ciekawe, zwiększa się również udział respondentów oczekujących, że aktywność na rynku spadnie, a jednocześnie niemal połowa (47 proc.) spodziewa się ożywienia. W poprzednim badaniu taką opinię wyrażała tylko jedna trzecia.  Po raz pierwszy od roku 2014 aż tylu respondentów prognozuje aktywizację rynku. – Może to mieć związek z wysokim poziomem płynności, umożliwiającym dostęp do taniego finansowania transakcji i w konsekwencji oferowanie atrakcyjniejszych warunków. Warto wspomnieć, że Europa Środkowa w obszarze aktywności na rynku fuzji i przejęć wypada korzystniej niż reszta kontynentu. W 2016 roku wartość transakcji M&A w tym regionie wyniosła 55,7 mld euro. Do tych największych doszło w czwartym kwartale ubiegłego roku w Polsce – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Przez ostatnie kilkanaście miesięcy fundusze private equity koncentrowały się na gromadzeniu funduszy. Teraz przyszedł czas na ich spożytkowanie. Aż 63 proc. ankietowanych prognozuje, że w najbliższych miesiącach więcej kupi niż sprzeda, podczas gdy pół roku rok temu taką deklarację złożyło 47 proc. To najlepszy wynik od jesieni 2011 roku. Jedynie 14 proc. wyraziło przeciwną opinię. Z kolei 22 proc. inwestorów deklaruje, że w ich inwestycyjnym portfelu poziomy sprzedaży i kupna będą się równoważyć. Pół roku wcześniej było to 40 proc.

Firmy średniej wielkości w centrum uwagi

Aż 42 proc. badanych uważa, że firmy średniej wielkości będą najbardziej łakomym kąskiem dla inwestorów. Jest to ponad dwa razy więcej niż w poprzednim badaniu (20 proc.). Wzrost ten zawdzięczają one niższemu zainteresowaniu funduszy liderami rynkowymi, którzy jednak nadal stanowią przedmiot zainteresowania większości (54 proc.) ankietowanych. To, że firmy średniej wielkości zaczynają się cieszyć dużym zainteresowaniem funduszy jest zjawiskiem zupełnie naturalnym. Liderów rynkowych na sprzedaż jest już niewielu. Poza tym, inwestorzy wierzą, że zakupione przez nich średnie firmy w przyszłości z powodzeniem mogą konkurować z największymi – tłumaczy Katarzyna Sermanowicz-Giza. Tylko 4 proc. badanych uważa, że start-upy będą stanowić przedmiot największej konkurencji wśród inwestorów.  

W orbicie zainteresowania inwestorów z PE tradycyjnie, jest produkcja i przemysł ze względu na historyczną stabilność i wysoką wartość aktywów, które są atrakcyjnym zabezpieczeniem kredytów oraz sektor produktów spożywczych. Sektor produktów spożywczych i napojów jest również jednym z najpopularniejszych wśród respondentów. Powodem tego zainteresowania może być wzrost dochodów pozostających do dyspozycji i odnotowany ostatnio wzrost poziomu konsumpcji w Europie Środkowej. Na trzecim miejscu znalazły się spółki z branży internetowej.

Region Europy Środkowej pozostaje obszarem oferującym inwestorom private equity szerokie możliwości inwestycyjne. Wskazują na to duże transakcje zawarte przez nie w ostatnich miesiącach.

Na poprawę nastrojów wpływają m.in. dobre prognozy gospodarcze dla regionu, które w momencie przygotowywania badania przewidywały w pierwszym kwartale tego roku wzrost PKB w wysokości 3 proc.– podsumowuje Mark Jung.

Polski startup FinAi® pozyskał 4,6 mln złotych w rundzie seed na stworzenie innowacyjnej platformy kredytowej

Polski fintech FinAi®, który pracuje nad innowacyjną platformą kredytową pozyskał 4,6 mln złotych w rundzie seed. Inwestorem jest Fundusz Fidiasz, należący do Krzysztofa Domareckiego – założyciela Grupy Selena. Wysokość inwestycji w tym etapie finansowania sprawia, że jest to jedna z największych tego typu transakcji na polskim rynku.

FinAi® został założony przez Rafała Czernika, Łukasza Dziekana oraz Pawła Ostrowskiego w listopadzie 2016 roku. Spółka pracuje nad wdrożeniem innowacyjnej platformy kredytowej, która skróci i przede wszystkim uprości skomplikowaną dotąd drogę klienta do uzyskania kredytu bankowego. Przewagą konkurencyjną FinAi® będzie wykorzystanie danych do weryfikacji tożsamości, ścieżki pozyskania oraz optymalizacji doświadczenia klienta.

Platforma kredytowa FinAi® będzie pierwszym tego typu rozwiązaniem na polskim rynku, które pozwoli skutecznie połączyć potrzebę klienta w digitalu i potrzeby sektora bankowego” – powiedział Rafał Czernik, CEO FinAi®. „Jestem niezwykle zadowolony, że w tak krótkim czasie (w 6 miesięcy) udało nam się zbudować zespół złożony z najlepszych profesjonalistów w swoich dziedzinach, a także wypracować i potwierdzić MVP naszej platformy, co zaowocowało pozyskaniem inwestora w bardzo krótkim czasie od założenia spółki” – dodaje Czernik.

Łukasz Dziekan, CTO FinAi®
Łukasz Dziekan, CTO FinAi®

Cechą wyróżniającą FinAi® jest fakt, że już od samego początku tworzenia infrastruktury jesteśmy zgodni z założeniem data driven organization. Obecnie już 1/3 zespołu technologicznego to dział data science. Używamy praktycznego AI już od pierwszych miesięcy działania spółki” – podkreśla Łukasz Dziekan, CTO FinAi®. „Analityka danych, modele machine learning oraz praktyczne wykorzystanie big data w praktyce to filary naszej przewagi konkurencyjnej” – dodaje.

Założyciele FinAi® mają wieloletnie doświadczenie w obszarach kluczowych dla skutecznego działania spółki, takich jak bankowość, ryzyko kredytowe, modele predykcyjne, sprzedaż produktów finansowych oraz digital marketing. Nie bez znaczenia jest fakt, że wspólnicy spółki zrealizowali uprzednio kilkanaście wspólnych projektów w zakresie bankowości oraz big data.

Firma zatrudnia obecnie blisko 30 osób – najlepszych specjalistów z dziedziny finansów, nowych technologii oraz komunikacji marketingowej. Do końca 2017 roku spółka planuje rozbudować zespół do 40 pracowników. W najbliższych miesiącach FinAi® skoncentruje się na przygotowaniu produktu, którego premiera planowana jest na pierwszy kwartał 2018 roku.

Nowe Prawo wodne coraz bliżej

Podczas posiedzenia Sejmu 25 maja 2017 r. odbyło się pierwsze czytanie nowej ustawy Prawo wodne. Posłowie skierowali projekt do dalszych prac w komisjach. Co ważne, ma on stać się obowiązującym prawem już 1 lipca 2017 r. Czasu na przygotowanie się przez przedsiębiorców do sporych zmian i nowych kosztów pozostało mniej niż niewiele.

Nowe Prawo wodne, którego wejście w życie zapowiadano i przekładano już kilkukrotnie, zastąpi ustawę o tej samej nazwie z 18 lipca 2001 r.

Usługi wodne

Jednym z najważniejszych powodów przygotowania nowych przepisów jest konieczność dostosowania polskiego ustawodawstwa do Ramowej Dyrektywy Wodnej Unii Europejskiej. Chodzi przede wszystkim o wprowadzenie tzw. zasady zwrotu kosztów usług wodnych, czyli ponoszenia przez korzystających z wód kosztów – usług z nimi związanych, a także uszczuplenia lub pogorszenia się jakości zasobów. Nowa regulacja ma również przyczynić się do poprawy bezpieczeństwa przeciwpowodziowego w Polsce.

– Nieco upraszczając, można stwierdzić, że główne założenia nowego Prawa wodnego dotyczą przede wszystkim określenia kosztów mających swoje źródło w obowiązku gospodarowania wodami z zachowaniem zasady racjonalnego i całościowego traktowania zasobów wód powierzchniowych podziemnych, z uwzględnieniem ich ilości i jakości. Opłatom podlegać będzie więcej rodzajów działalności niż dotąd – mówi Anna Pięta, audytor i konsultant w EcoMS Consulting oraz trener w Akademii EcoMS.

Ustawa wprowadza także pojęcie „usług wodnych”. Wiążą się one z zapewnieniem gospodarstwom domowym, przedsiębiorcom oraz podmiotom publicznym możliwości korzystania z wód w określonym zakresie, np. ich poboru, piętrzenia, retencjonowania, a także wprowadzania ścieków do wód oraz wprowadzania do wód lub ziemi wody z kanalizacji deszczowej.

Wody Polskie

Nowe Prawo wodne określa na nowo kompetencje urzędów zajmujących się gospodarowaniem wodami, przede wszystkim z uwagi na powołanie do życia zupełnie nowej instytucji – Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie (WP). Regionalne zarządy WP będą ustawowo upoważnione do wydawania zgód wodnoprawnych oraz ustalania wymiaru opłat. Usługi wodne będą bowiem wiązać się z obowiązkiem instalacji w przedsiębiorstwach nowych urządzeń pomiarowych. WP będą dokonywać odczytów z tych urządzeń oraz egzekwować od firm obowiązki ewidencyjne i sprawozdawcze.

Rodzaje i wysokości opłat uzależnione będą od tego, do której grupy odbiorców wody przedsiębiorstwo zostanie zaliczone. – Ustawa wyróżnia trzy kategorie odbiorców. Pierwsza to firmy jedynie korzystające z sieci wodno-kanalizacyjnej – wylicza Anna Pięta. – Do drugiej należą przedsiębiorcy korzystający z wód na podstawie pozwolenia wodnoprawnego, z własnym ujęciem i zrzutem ścieków, zaś do trzeciej – mogący oddziaływać na środowisko naturalne (w tym wody) albo ograniczać retencję na terenie ochrony wód powodziowych – dodaje.

Opłaty za pobór wód oraz odprowadzanie ścieków do wód lub ziemi

Będą składać się z opłaty stałej i zmiennej. W przypadku wód ich wysokość uzależniona będzie oczywiście od ilości pobranej wody, ale także jej rodzaju (powierzchniowa czy podziemna), przeznaczenia, średniego niskiego przepływu z wielolecia oraz ewentualnych udokumentowanych zasobów wód podziemnych. Poziom opłat za odprowadzanie ścieków będzie zależny od ilości i jakości ścieków, czyli substancji w tych ściekach zawartych, a także (w przypadku wód z systemów chłodzenia elektrowni lub elektrociepłowni) temperatury ścieków.

Szczegółowe algorytmy ustalania wysokości opłaty stałej zostaną określone w ustawie, a sama wysokość opłaty – w pozwoleniu wodnoprawnym. Z kolei wysokość opłaty zmiennej będzie iloczynem jednostkowej stawki opłaty i ilości pobranej wody lub iloczynem jednostkowej stawki opłaty i wyrażonej w kilogramach ilości substancji wprowadzanych ze ściekami do wód lub ziemi.

Funkcjonująca już teraz opłata za deszczówkę po wejściu w życie nowych regulacji również zacznie składać się z opłaty stałej i zmiennej. Wysokość tej drugiej zależna będzie m.in. od  istnienia urządzeń do retencjonowania wody z terenów uszczelnionych.

Zgodne zmiany

Istotne różnice w stosunku do dotychczas istniejących regulacji wnoszą w nowym Prawie wodnym zapisy dotyczące zgody wodnoprawnej. Będzie ona udzielana przez wydanie pozwolenia wodnoprawnego, przyjęcie zgłoszenia wodnoprawnego, wydanie oceny wodnoprawnej, a także decyzji zwalniającej od zakazów wynikających z uregulowań, np. dotyczących szczególnego zagrożenia powodzią czy poruszania się pojazdami.

W zapisach nowego Prawa wodnego zawarto cele środowiskowe. Podjęcie inwestycji lub działania mogącego wpłynąć na możliwość ich osiągnięcia wymaga uzyskania oceny wodnoprawnej ze strony Wód Polskich.

– Co ważne, zakres działań lub inwestycji wymagających uzyskania oceny wodnoprawnej będzie znacznie szerszy niż określony w Ustawie z 3 października 2008 r. o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko – zwraca uwagę Anna Pięta z Akademii EcoMS.

Wiele znaków zapytania

Nowe Prawo wodne miało wejść w życie 1 stycznia 2017 r. Prace nad ustawą jednak się przedłużyły i mający obowiązywać już od 1 lipca 2017 r. projekt dopiero pod koniec kwietnia wpłynął do Sejmu, gdzie miesiąc później odbyło się jego pierwsze czytanie.

Biorąc pod uwagę obszerność nowego aktu (ponad 550 artykułów) i mnogość wprowadzanych przezeń zmian, nowe Prawo wodne wymaga od podmiotów, które zostaną objęte jego regulacjami, odpowiedniego przygotowania. Tymczasem zapisy ustawy mogą jeszcze ulec zmianie w trakcie prac legislacyjnych w parlamencie. Jeśli posłowie i senatorowie zdecydują się dotrzymać zapisanego w projekcie terminu wejścia ustawy w życie, może okazać się, że ostateczne brzmienie przepisów poznamy zaledwie kilka dni przed ich wejściem w życie.

Polska firma opracowała interaktywny Magiczny Dywan wyświetlany na płaskich powierzchniach. Rozwiązanie pomóc ma w edukacji dzieci i rehabilitacji seniorów

Polska firma opracowała interaktywny Magiczny Dywan wyświetlany na płaskich powierzchniach. Rozwiązanie pomóc ma w edukacji dzieci i rehabilitacji seniorów 6

Magiczny Dywan to podłoga multimedialna i stół interaktywny w jednym, wzbogacone o dźwięki i odpowiednie aplikacje. Urządzenie ma pełnić rolę innowacyjnej formy edukacji połączonej z rozrywką, wykorzystując najnowsze technologie właśnie po to, by uczyć i bawić. Specjalny projektor wyświetla obraz na podłodze lub na stole, przy czym jest to obraz reagujący na ruchy użytkowników. Urządzenie świetnie sprawdzi się również podczas rehabilitacji i rewalidacji.

– Magiczny Dywan to rozwiązanie, które wykorzystuje nowe technologie. Opieramy się na najlepszych podzespołach. Współpracujemy nie tylko z firmą BenQ, która dostarcza nam projektory, lecz takżez firmą Intel, która dostarcza nam procesory. Warto wspomnieć o innowacyjności – w jednym urządzeniu udało nam się zamknąć wszystkie elementy, które są niezbędne do jego pracy. Dzięki temu stworzyliśmy sprzęt bezpieczny i bardzo łatwy w obsłudze – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Maciej Mazurkiewicz, prezes zarządu firmy Funtronic, producenta magicznego dywanu.

Urządzenie pozwala wyświetlić obraz o wymiarach 345×260 cm już z wysokości 3 m, przy jasności 3200 ANSI lumenów. Zawiera także zestaw multimedialnych ćwiczeń, gier i zabaw oraz aplikacji rewalidacyjnych przeznaczonych do pracy z dziećmi w wieku szkolnym i przedszkolnym, a także do rehabilitacji seniorów cierpiących na demencję starczą i chorobę Alzheimera.

– Magiczny Dywan może być odpowiedzią na potrzeby bardzo szeroko rozumianej edukacji, począwszy od najmłodszych, a skończywszy na dorosłych i seniorach. Stworzyliśmy produkt, dzięki któremu tradycyjna szkoła, w bezpieczny sposób wykorzystując multimedia, może realizować swoje cele na zajęciach w czasie przerw oraz w czasie, kiedy dzieci są w świetlicy – mówi Piotr Treszczotko, członek zarządu Futronic.

Magiczny Dywan jest bardzo prosty i intuicyjny w obsłudze. Wystarczy jedynie poruszać się po nim, a czasem nawet tylko machać nogami lub rękami. Tym samym to pożyteczne urządzenie nie tylko odciągnie dzieci od sprzętów mobilnych, lecz także zmobilizuje je do aktywności fizycznej. Pomysł na stworzenie interaktywnego dywanu świadczy o tym, że jest to urządzenie stworzone przez rodziców troszczących się o własne pociechy – po raz pierwszy pojawił się podczas spotkania trzech ojców.

– Magiczny Dywan może być wykorzystywany w czasie realizacji wszystkich elementów podstawy programowej. W zależności od potrzeb nauczyciela, jego kreatywności i czasu, w którym chce wykorzystać magiczny dywan w edukacji dziecka, można z nim realizować właściwie wszelkie przedmioty, wszelkie tematy, wszystko, opierając na ruchu, dbając o to, aby dziecko jak najmniej siedziało, dużo się ruszało, a przede wszystkim uczyło się bawiąc, czyli w sposób naturalny dla niego – dodaje Piotr Treszczotko.

Interaktywny dywan może być zatem wykorzystywany w takich obszarach jak edukacja, rehabilitacja czy rewalidacja, tym bardziej że działa na wszystkie zmysły. Urządzenie ma wbudowany głośnik, więc także poprzez wydawanie odpowiednich odgłosów reaguje na wykryty ruch. Dziecko zatem widzi ruch na ekranie, który jest dodatkowo wzmocniony dźwiękiem. Dzięki temu Magiczny Dywan działa na wszystkie zmysły dziecka.

Przedstawiciele Firmy Funtronic podkreślają też, że urządzenie będzie cały czas udoskonalane, dzięki czemu niebawem zaoferuje jeszcze więcej możliwości.

– Nasze urządzenie oddziałuje na użytkowników obrazem, dźwiękiem i samą stylistyką gier, dzięki czemu prędko się nie znudzi. Magiczny Dywan w wersji podstawowej kosztuje 9,5 tys. zł brutto. Do tego oferujemy mnóstwo specjalizowanych pakietów dla edukacji, rehabilitacji dzieci i dla opieki nad osobami starszymi – podsumowuje Maciej Mazurkiewicz.

Sell in May and go away

Od początku maja do końca września/października na rynku giełdowym panuje zazwyczaj mała zmienność. Zostało to już zaobserwowano bardzo dawno temu, a co najważniejsze – zjawisko to charakteryzuje się powtarzalnością. „Sell in may and go away” – zjawisko nie zachodzi tylko dla jednego miesiąca, ale jest rozciągnięte w czasie na całe wakacje do października. Na rynku panuje mała zmienność, a notowania poruszają się w konsolidacji.

Sezonowość na S&P 500

Sezonowość na S&P 500

Źródło: Nautilus Investment Research

Na powyższym wykresie możemy zauważyć wykres sezonowości dla indeksu S&P 500. Dane przedstawiają ostatnie dwadzieścia lat. Wykres został zbudowany poprzez dodawanie do siebie logarytmicznych stóp zwrotu z każdego dnia miesiąca (stopa zwrotu z maja 2000 roku + stopa zwrotu z maja 2001 roku itd. ).

Jak widać, od stycznia do początku maja indeks S&P 500 charakteryzował się dodatnią stopą zwrotu. Natomiast od maja do października indeks znalazł się w konsolidacji, wybicie nastąpiło dopiero pod koniec października. Pod wykresem widać tabelę, która przedstawia średnią stopę zwrotu z każdego miesiąca przez ostatnie 20 lat. Najbardziej, pro-wzrostowym miesiącem jest kwiecień, najgorszym – sierpień.

Gdy spojrzymy na szerszy zakres dat, to wyciągnięty wniosek okaże się zbliżony do poprzedniego.

Miesięczne stopy zwrotu dla S&P 500 od 1900 roku

Miesięczne stopy zwrotu dla S&P 500 od 1900 roku

Źródło: SG Cross Asset Research/Equity Quant

Na powyższym wykresie zobrazowano te same informacje, co poprzednio, ale o dłuższym horyzoncie czasowym – od 1900 roku. Niebieskie bary oznaczają medianę stóp zwrotu, czerwone średnią. W badanym okresie do maja mieliśmy pozytywne stopy zwrotu, dopiero z lipcem przychodził spadek zmienności. Ożywienie inwestorów przychodziło razem z październikiem.

Jak to wszystko wytłumaczyć?

Nie ma jednej odpowiedzi. Niektórzy mówią, że inwestorzy na początku roku starają się osiągnąć jak najwyższą stopę zwrotu, następnie redukują swoją pozycję. Tym, którym się nie udało starają się podciągnąć swoje wyniki pod koniec roku, dlatego zmienność powraca w październiku i utrzymuje się do grudnia. Natomiast inni wskazują na okres urlopowy.

Gdzie ucieka kapitał?

Zamiast tłumaczyć, dlaczego tak się dzieje powinniśmy szukać rynku, na którym kapitał zostanie ulokowany. Analiza wskazuje na obligacje amerykańskie, które od 1990 roku od maja do września charakteryzują się wyższą stopą zwrotu.

Miesięczne stopy zwrotu dla 10-letnich amerykańskich obligacji od 1900 roku

Miesięczne stopy zwrotu dla 10-letnich amerykańskich obligacji od 1900 roku

Źródło: SG Cross Asset Research/Equity Quant

Powyższy wykres pokazuje średnią oraz medianę stóp zwrotu z 10-letnich obligacji amerykańskich. Wniosek jest jeden, w okresie wakacyjnym powinniśmy większa uwagę poświęcić papierom dłużnym, a nie wartościowym.

Notowania 10-letnich obligacji amerykańskich, interwał dzienny

Notowania 10-letnich obligacji amerykańskich, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie ceny 10-letnich obligacji amerykańskich doszło do pokonania ostatniej strefy oporu 124.60-125.00. Tym samym byki otworzyły sobie drogę do kolejnego poziomu oporu 128.00-128.80, ale na samym początku musza pokonać ostatni szczyt 126.60

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Szwajcarska luksusowa marka z polskim rodowodem wraca na rynek po 100 latach. Czapek & Cie debiutuje w Polsce unikalną kolekcją

Szwajcarska luksusowa marka z polskim rodowodem wraca na rynek po 100 latach. Czapek & Cie debiutuje w Polsce unikalną kolekcją 7

Po 100 latach nieobecności na polski rynek wraca Czapek & Cie – szwajcarska manufaktura z polskim rodowodem, która wytwarza jedne z najbardziej cenionych na świecie czasomierzy. Wspólnie ze specjalizującą się w dobrach luksusowych firmą Wealth Solutions wprowadza do Polski liczącą zaledwie 15 sztuk kolekcję zegarków Warszawianka, która ściśle nawiązuje do powstania listopadowego i polskich tradycji patriotycznych.

– Po raz pierwszy przedstawiamy zegarek, który nawiązuje do polskiej historii. Mowa tu o zegarkach z najwyższego segmentu, z małych niezależnych manufaktur szwajcarskich. Ta kolekcja mocno nawiązuje do polskiej historii z racji osoby Franciszka Czapka. Ma polską duszę, więc jest to projekt unikalny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Morozowicz z Wealth Solutions.

Specjalizująca się w rynku dóbr luksusowych firma Wealth Solutions, która w tym roku obchodzi swoje 10. urodziny, postanowiła je uczcić, wprowadzając na rynek limitowaną edycję zegarków podkreślającą jej polskie korzenie i odwołującą się do polskiej historii. Do realizacji tego pomysłu zaprosiła do współpracy szwajcarską manufakturę Czapek & Cie, której założycielem był Franciszek Czapek – zegarmistrz i weteran powstania listopadowego. Po upadku zbrojnego zrywu wyemigrował do Szwajcarii i we współpracy z Antonim Patkiem zajął się ręczną produkcją zegarków. Poza Genewą manufaktura miała swoje salony w Paryżu i Warszawie oraz zaopatrywała dwór cesarza Napoleona III.

Teraz, po 100 latach nieobecności, luksusowa marka Czapek & Cie wraca na polski rynek z liczącą zaledwie 15 sztuk kolekcją zegarków Warszawianka, która jest efektem kooperacji z Wealth Solutions. Czasomierze nawiązują do polskich tradycji patriotycznych i założyciela marki, który pomimo emigracji zawsze umieszczał w swoich wyrobach polskie motywy.

– Zegarki marki Czapek & Cie nawiązują stylistycznie do tych z XIX wieku, są więc przedłużeniem pracy Franciszka Czapka z tamtego okresu. Pomysł na zegarek Warszawianka zaczął kiełkować w naszych głowach już kilka lat temu. Tworzymy rzeczy wyjątkowe w skali światowej, ale chcieliśmy trochę zwrócić uwagę zainteresowanych na nasz kraj. My, Polacy, kochamy tradycję i historię. Stąd też pomysł, by stworzyć wyjątkowy, kolekcjonerski zegarek, który nawiązuje do tej trudnej, ale jakże romantycznej polskiej historii. Prawdopodobnie każdy miłośnik zegarków zna historię Franciszka Czapka i Antoniego Patka, więc był to dla nas naturalny partner do rozmów – tłumaczy Paweł Morozowicz.

– Jeżeli spojrzymy na wszystkie te zegarki, to wyglądają one klasycznie, ale mają w sobie pewien haczyk. Do piękna nie wystarczy sama klasyka, potrzebny jest jeszcze element zaskoczenia. Klasyka jest oczekiwana, a to, co oczekiwane jest banalne, a w banale nie ma piękna. W każdym zegarku Czapka widać, że tarcza jest zintegrowana z całością. Staramy się ożywić to poszukiwanie piękna. To dowód, że te zegarki czymś się wyróżniają. Chcemy odtworzyć współpracę z najlepszymi rzemieślnikami w Szwajcarii tak, by zegarek łączył w sobie najlepsze tradycje szwajcarskiego zegarmistrzostwa z pięknem – dodaje Xavier de Roquemaurel ze szwajcarskiej manufaktury Czapek & Cie.

Na tarczy zegarka znalazł się wers „Żyj, swobodo, Polsko, żyj” – inskrypcja z refrenu pieśni patriotycznej „Warszawianka”, od której wziął nazwę cały projekt. Na godzinie 12 umieszczone zostało godło Królestwa Polskiego z okresu powstania listopadowego. Natomiast szóstka w odróżnieniu od pozostałych cyfr na tarczy nie jest czarna lecz czerwona – w ten sposób zaznaczono godzinę, o której generał Piotr Wysocki zainicjował wybuch powstania listopadowego. Natomiast w kaboszonie zegarka Warszawianka znalazł się tradycyjnie kojarzony z Polską bursztyn.

– Dodatkowo mamy typowo polski element, jakim są chociażby skróty nazw tygodnia po polsku, co w zegarku szwajcarskim z najwyższej półki jest dosyć wyjątkową rzeczą – mówi Paweł Morozowicz. – Brakuje takich artefaktów, które możemy przekazać z ojca na syna, właśnie z racji na tę trudną polską historię. Chcieliśmy stworzyć coś, co jest taką czystą inwestycją emocjonalną. Zegarek, który będzie można przekazać synowi, wnukowi, dzieciom, zostawić coś po sobie, a co nawiązuje jasno do polskiej historii – dodaje.

Premiera Warszawianki odbyła się w ostatnim dniu maja w stołecznym hotelu Bellotto. Limitowana kolekcja zegarków liczy zaledwie piętnaście egzemplarzy (5 w kopercie złotej i 10 w stalowej) i jest dostępna wyłącznie za pośrednictwem Wealth Solutions.

– Kiedy Czapek stworzył własne przedsiębiorstwo, ku zaskoczeniu wszystkich odniósł natychmiastowy sukces. Kilka lat później był oficjalnym dostawcą zegarków dla Napoleona III. Otworzył butiki w Genewie i w Paryżu. To pokazuje poziom, na który się wspiął, był prawdziwą legendą XIX-wiecznego zegarmistrzostwa – mówi Xavier de Roquemaurel.

Wraz z powrotem marki Czapek & Cie na rodzimy rynek, w Polsce dostępne będą również inne zegarki, które znajdują się w regularnej ofercie manufaktury. Ich dystrybucją zajmie się Jubiler Pluciński – polskie, rodzinne przedsiębiorstwo o ponad 60-letniej historii.

Naukę programowania dzieci powinny zaczynać już w przedszkolu. To pozwoli wypełnić lukę kadrową w branży IT

Cyfrowe umiejętności decydują dziś o naszej atrakcyjności na rynku pracy i zatrudnieniu. Tymczasem blisko 12 mln Polaków to osoby wykluczone cyfrowo, a kompetencje dzieci i młodzieży w tym zakresie odbiegają od europejskiej średniej. Zmienić to mają rządowe i unijne programy oraz społeczne inicjatywy wspierane przez prywatny biznes. Jedną z nich jest program Very Senior Developers, który właśnie wystartował.

– Miliony złotych z programu Cyfrowa Polska, wspieranego przez Unię Europejską, są i będą przeznaczane na podnoszenie cyfrowych kompetencji społeczeństwa – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Król, dyrektor Departamentu Kompetencji Cyfrowych w Ministerstwie Cyfryzacji.

Jak wynika z opublikowanego przez resort „Ramowego katalogu kompetencji cyfrowych”, w Polsce jest około 12 mln osób wykluczonych cyfrowo, bez dostępu do nowych technologii. Coraz rzadziej powodem tego są trudności finansowe i infrastrukturalne, a podstawowym czynnikiem utrudniającym korzystanie z cyfrowych technologii staje się brak odpowiednich umiejętności. Szacunki mówią, że co piąty Polak nigdy nie korzystał z internetu.

Dotyczy to również dzieci i młodzieży. Jak wynika z ubiegłorocznego raportu Edu-Tech, opracowanego na bazie danych Eurostatu, Polska plasuje się w ogonie państw OECD pod względem kompetencji cyfrowych uczniów, a nauka programowania jest jedną z najsłabiej rozwiniętych umiejętności. Odsetek młodzieży, która korzystając ze specjalistycznego języka kodowania, napisała przynajmniej jeden program, wynosi w Polsce 14 proc., podczas gdy w Finlandii jest kilkukrotnie wyższy i sięga prawie 40 proc.

Kształcenie i rozwój cyfrowych kompetencji w społeczeństwie wymaga spójnych, systemowych działań, w które zaangażują się również firmy z branży technologicznej. Do 2020 roku na program Cyfrowa Polska zostanie przeznaczone unijne 8 mld zł. Wraz z funduszami krajowymi kwota przeznaczona na szybki internet, e-usługi i rozwój kompetencji cyfrowych Polaków sięgnie 10 mld zł. W ostatnich latach powstało również dużo społecznych inicjatyw nastawionych na ten cel, które wspomógł prywatny biznes.

– Takie inicjatywy są bardzo potrzebne. I my tę potrzebę dostrzegamy – mówi Robert Król.

Jarosław Dąbrowski, dyrektor do spraw technologii IGT Poland (współorganizator warsztatów), zauważa, że na rynku pracy w sektorze IT istnieje ogromna luka kadrowa szacowana obecnie na około 50 tys. wakatów. Zainteresowanie młodszych pokoleń cyfrowymi technologiami może się w przyszłości okazać korzyścią dla całej gospodarki.

– Co roku polskie uczelnie na kierunkach pokrewnych IT kończy ok. 30 tys. inżynierów. To jednak za mało, żeby branża się rozwijała. Dlatego zaangażowaliśmy się w działania, które sprawią, że nie dziś ani nie jutro, ale w przyszłości będzie więcej osób zainteresowanych pracą w branży nowych technologii. Najłatwiej zachęcać dzieci, które poprzez zabawę mogą poznawać programowanie i zobaczyć, że to nie tylko praca, lecz także frajda – mówi Jarosław Dąbrowski.

Resort cyfryzacji objął właśnie patronatem drugą edycję programu Very Senior Developers, którego celem jest kształcenie umiejętności cyfrowych u seniorów i dzieci. W ubiegłorocznej edycji wzięły udział osoby w wieku 50+, które zostały przeszkolone z podstaw programowania w języku Scratch, a następnie nauczyły tego samego przedszkolaki.

– Program Very Senior Developers został stworzony w celu integracji pokoleń. Chcieliśmy, aby seniorzy w wieku 50+ mogli wziąć udział w naszych zajęciach i integrować się z młodszym pokoleniem – mówi Karolina Cikowska, współzałożycielka szkoły programowania Kids Code Fun i współorganizatorka warsztatów Very Senior Developers.

Warsztaty okazały się dużym sukcesem, dlatego organizatorzy zdecydowali się je kontynuować. W tym roku biorą w nich udział dwie grupy o utrudnionym dostępie do nowych technologii: seniorzy i dzieci z domów dziecka.

– Tegoroczna edycja Very Senior Developers nazywa się Cyfrowi Opowiadacze. W pierwszej grupie z programowania w Scratch Junior seniorzy szkolą dzieci z domów dziecka, które łącznie przez 20 godzin uczą się tworzyć własne animacje na tabletach. W starszej grupie z seniorami pracuje młodzież z domów dziecka. Uczestnicy uczą się przekazywać interesujące historie poprzez animacje, uczą się tworzenia storyboardów oraz przekazywania swoich projektów poprzez social media – wyjaśnia Karolina Cikowska.

Warsztaty składają się z czterech 5-godzinnych spotkań, które odbywają się w warszawskiej siedzibie IGT Poland, współorganizatora programu Very Senior Developers. W zajęciach uczestniczy siedemnastka dzieci z różnych placówek opiekuńczych oraz siódemka seniorów w wieku 50+.

– W rekrutacji dzieci z domów dziecka, które biorą udział w zajęciach, bardzo pomogło nam stowarzyszenie Nadzieja na Mundial, natomiast seniorzy sami się do nas zgłaszali. My tylko wrzuciliśmy informację do internetu. To są aktywne osoby, które chętnie biorą udział w takich projektach – mówi Karolina Cikowska.

Podczas pierwszych zajęć dzieci z młodszej grupy, w wieku 6-8 lat, trenowały logiczne myślenie i tworzyły proste trasy dla obiektów w programie Scratch Junior. Natomiast starsza grupa (13–15-latków) tworzyła taumatrop i zoetrop, czyli kreatywne zabawki, które pozwalają zaobserwować, jak działają klatki animacyjne.

W trakcie kolejnych spotkań uczestnicy programu Very Senior Developers będą się uczyć prowadzenia narracji, podstaw programowania, tworzenia animacji, zasad bezpieczeństwa w sieci i kreatywności w wykorzystaniu nowoczesnych technologii.

Robert Król z Ministerstwa Cyfryzacji podkreśla, że największą zaletą programu – obok przełamywania strachu przed nowymi technologiami – jest zacieranie międzypokoleniowych granic.

Co trzeci chory na raka prostaty przegrywa walkę z nowotworem. Nowoczesne terapie stosowane przed chemioterapią mogą wydłużyć życie pacjentów o 4 lata

Co trzeci chory na raka prostaty przegrywa walkę z nowotworem. Nowoczesne terapie stosowane przed chemioterapią mogą wydłużyć życie pacjentów o 4 lata 8

W Polsce stale wzrasta zachorowalność na raka prostaty. Jeszcze w 2012 roku choroba ta diagnozowana była u 11 tys. mężczyzn, obecnie już u blisko 16 tys. Walkę z rakiem przegrywa blisko 30 proc. pacjentów. Nowoczesne terapie wdrażane jeszcze przed chemioterapią mogą jednak sprawić, że rak prostaty stanie się chorobą przewlekłą, a nie śmiertelną, a życie chorych mężczyzn zostanie wydłużone nawet o 4 lata. Dzięki niskiej toksyczności leków nowej generacji stosowanych w terapii prechemo pacjenci dłużej pozostaną również aktywni. Leczenie to nie jest jednak dziś dostępne dla polskich mężczyzn.

Rak gruczołu krokowego to drugi, po raku płuc, nowotwór dotykający mężczyzn. W Polsce co roku diagnozowany jest u blisko 16 tys. osób, chorych wciąż jednak przybywa. O ile w krajach Europy Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych spadła w ostatnich latach zarówno zachorowalność, jak i umieralność, o tyle w Polsce według prognoz w ciągu najbliższych 12 lat zachorowalność na raka gruczołu krokowego może wzrosnąć o 29 proc. Nowotwór ten występuje najczęściej u mężczyzn po 45 roku życia, a ryzyko zachorowania zwiększa się wraz z wiekiem. Ponad połowa chorych w momencie rozpoznania ma co najmniej 70 lat.

 Przy raku gruczołu krokowego kluczowa jest szybka diagnoza i szybkie wdrożenie najwłaściwszego leczenia, bo ten rak zabija. Co godzinę jeden mężczyzna na świecie umiera z powodu raka gruczołu krokowego – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Piotr Chłosta, urolog, prezes Polskiego Towarzystwa Urologicznego, kierownik Katedry i Kliniki Urologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Wcześnie zdiagnozowany nowotwór prostaty u większości pacjentów może być całkowicie wyleczalny. Lekarze podkreślają więc konieczność wykonywania regularnych badań profilaktycznych i zgłaszanie się do urologa w przypadku jakichkolwiek nieprawidłowości w działaniu układu moczowego.

Co więcej, nowoczesne terapie mogą sprawić, że rak prostaty stanie się chorobą przewlekłą, a nie śmiertelną. Wybór rodzaju terapii uzależniony jest od stadium rozwoju choroby. Na wczesnych jej etapach standardem jest leczenie chirurgiczne polegające na całkowitym wycięciu gruczołu krokowego. Prostatektomia może być niekiedy uzupełniona radioterapią. Zdarza się, że radioterapia stosowana jest alternatywnie do operacji – dzieje się tak w przypadku mężczyzn, którzy nie mogą być leczeni chirurgicznie lub odmawiają poddania się zabiegowi.

– Jeśli chodzi o najbardziej zaawansowane stadium choroby, to w grę wchodzi leczenie systemowe, ale nie tylko tradycyjne, hormonalne, polegające na tzw. deprywacji androgenowej, czyli pozbawienia wpływów androgenów na komórki nowotworu, lecz także stosowanie leków hormonalnych zupełnie nowej generacji, które mają trochę inny mechanizm działania – mówi prof. Maciej Krzakowski z Centrum Onkologii-Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie.

Hormonoterapia to standardowe postępowanie terapeutyczne u chorych z nowotworem w fazie uogólnionej, jest także stosowana jako leczenie uzupełniające u niektórych pacjentów poddanych radioterapii lub u tych, u których nie można było zastosować terapii radykalnej. W przypadku zaawansowanego stadium chemioterapia może być również łączona z hormonoterapią na wczesnym etapie leczenia. U większości pacjentów chemioterapię stosuje się jednak w ostatniej fazie choroby, gdy komórki raka stają się oporne na wcześniejsze leczenie. W wielu krajach europejskich standardem jest zastosowanie leczenia nieinwazyjnego, wdrażanego przed chemioterapią, czyli na wcześniejszym etapie choroby.

Kiedyś wydłużając życie naszych podopiecznych o 2–3 miesiące, byliśmy bardzo usatysfakcjonowani. Teraz to się zmieniło. Nie mówimy o 2, 3, 5 miesiącach, a co najmniej o 56 miesiącach dobrej jakości życia, u niektórych jesteśmy w stanie osiągnąć jeszcze dłuższy okres do czasu wystąpienia progresji – mówi prof. Piotr Chłosta.

Skuteczne leczenie przed chemioterapią pozwala nie tylko znacznie wydłużyć życie pacjentów, lecz także istotnie poprawić jego jakość. Terapia ta opóźnia powstawanie progresji, odsuwa konieczność wdrożenia toksycznej dla organizmu chemioterapii i związanej z nią hospitalizacji. W ten sposób generuje się znaczne oszczędności dla budżetu państwa, bo chorzy pozostają aktywni zawodowo.

W Polsce jednak dostęp do tego rodzaju terapii jest znacznie ograniczony. Zdaniem ekspertów poziom opieki nad polskimi pacjentami z rakiem prostaty wciąż odstaje od poziomu państw Europy Zachodniej. Chorzy zbyt późno otrzymują skuteczne, nowoczesne terapie, w dodatku stosowane są one głównie u pacjentów w drugiej, a nie pierwszej linii leczenia.

Różnimy się możliwościami wykorzystania nowoczesnych leków hormonalnych, bo one powinny być stosowane wcześniej, już w pierwszej linii leczenia opornego na kastrację raka gruczołu krokowego – mówi prof. Maciej Krzakowski.

– Dostęp do najnowszych technologii chirurgicznych, mówię tutaj o taryfikacji procedur laparoskopowych czy braku dostępności do procedur robotycznych, czy leczenia przed chemioterapią, jest czymś, co odróżnia naszych podopiecznych od pacjentów w innych krajach Europy – dodaje prof. Piotr Chłosta.

Edukowanie Polaków w zakresie skutecznej walki z rakiem prostaty i konieczności wykonywania badań profilaktycznych jest celem kampanii „Im szybciej, tym lepiej”. Akcja została zainicjowania w listopadzie 2016 roku przez Stowarzyszenie Mężczyzn z Chorobami Prostaty „GLADIATOR”. W jej ramach powstał album prezentujący historie pacjentów zmagających się z rakiem prostaty, u których wczesna diagnoza zaowocowała sukcesem terapeutycznym.

Aplikacje mobilne ułatwiają szukanie pracy. Wypierają gazety i serwisy internetowe z ofertami

Aplikacje mobilne ułatwiają szukanie pracy. Wypierają gazety i serwisy internetowe z ofertami 9

Technologie mobilne ułatwiają szukanie nowej pracy. Dzięki aplikacjom dla kandydatów firmy mogą kierować do nich sprofilowane oferty pracy. Z drugiej strony kandydaci mogą nimi wygodnie zarządzać i błyskawicznie aplikować na wybrane propozycje. Mobilność zaczyna rządzić na rynku pracy – uważają eksperci Work Service.

– Aplikacje mobilne coraz częściej zastępują klasyczne metody komunikacji. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku poszukiwania pracy. Zamiast siadać przy komputerze i przeglądać ogłoszenia, kandydat woli wziąć telefon i czekać na informację o jak najlepszej ofercie pracy. Rozwiązania mobilne to przyszłość – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Adamczyk, dyrektor działu IT w Work Service SA.

Posiadanie telefonu komórkowego deklaruje 75 proc. Polaków – wynika z ubiegłorocznego sondażu Accenture („Igniting Growth in Consumer Technology”). Jeszcze wyższą liczbę podaje firma doradcza PwC, która szacuje, że z telefonów komórkowych korzysta już 94 proc. Polaków („Technologie mobilne we współczesnej Polsce”).

Popularność kanału mobilnego potwierdza też najnowsze cykliczne badanie Gemius, które pokazuje, że w marcu tego roku liczba internautów sięgnęła w Polsce 27,7 mln, z czego 20,6 mln przypada na użytkowników korzystających z sieci właśnie za pośrednictwem urządzeń mobilnych.

– Nie wyobrażamy sobie już dostępu do banku czy różnego rodzaju usług bez telefonu komórkowego. Coraz rzadziej włączamy komputer w domu, a coraz częściej wyciągamy z kieszeni smartfon. Z mobilnego internetu korzysta 40 proc. dorosłych Polaków. O ile jeszcze dzisiaj wykorzystujemy inne kanały, o tyle jutro może się okazać, że telefon będzie jedyną metodą komunikacji – mówi Piotr Adamczyk.

Posiadacze smartfonów korzystają z wielu aplikacji służących m.in. do zamawiania jedzenia, przelewów bankowych, uprawiania sportu, wyszukiwania informacji. Mobilne technologie coraz częściej ułatwiają też szukanie pracy, uzupełniając tradycyjne serwisy i portale ogłoszeniowe.

– Telefony są świetnym elementem dotarcia do pasywnego kandydata. Ponieważ coraz mniej ludzi aktywnie szuka pracy, rejestrując się w różnego rodzaju bazach danych, to informacja o ofercie pracy musi do nich dotrzeć. Przekazywanie spersonalizowanych ofert pracy do konkretnego kandydata jest bardziej efektywne niż udostępnienie jej szerokiemu gronu ludzi, którzy nie wiedzą, czy dana propozycja pracy jest dla nich odpowiednia, czy też nie, a najczęściej w ogóle jej nie przeglądają – mówi Piotr Adamczyk.

Podstawą aplikowania o pracę wciąż jest profesjonalne CV, bazujące na doświadczeniu kandydata. Aplikacje mobilne zwiększają jednak szansę na znalezienie posady i stwarzają całe spektrum możliwości: filtrowanie ogłoszeń i udostępnianie ich znajomym, lokalizowanie pracodawcy, możliwość aplikowania w ciągu kilku minut i wybrania dodatkowych parametrów, na przykład terminu, w którym pracownik będzie mógł rozpocząć pracę na nowym stanowisku.

Za pośrednictwem mobilnej aplikacji kandydat, który szuka pracy, może na bieżąco zarządzać ofertami zatrudnienia i sprawdzać status swojej aplikacji, a nawet skontaktować się z rekruterem na czacie.

Jak zauważa dyrektor działu IT w Work Service, ze względu na rekordowo niskie bezrobocie rynek pracy w Polsce się zmienia. Ofert zatrudnienia jest więcej niż kandydatów, szczególnie na stanowiskach specjalistycznych, przez co umacnia się rynek pracownika. To powoduje, że kandydaci do pracy są coraz bardziej wymagający, ale coraz mniej aktywni. Kanał mobilny stwarza pracodawcom większe możliwości dotarcia do nich.

– Kandydaci do pracy rzadziej szukają pracy aktywnie, przeszukując portale i strony z ogłoszeniami. Oczekują, że dostaną gotową ofertę. Szczególnie teraz, kiedy ten rynek pracownika jest coraz wyraźniejszy, tę pasywność trzeba jakoś przełamywać – mówi Piotr Adamczyk.

Zdaniem eksperta Work Service technologie mobilne będą iść w kierunku personalizacji. Już teraz firmy i przedsiębiorstwa przetwarzają ogromne ilości danych, które dotyczą nie tylko klientów, lecz także pracowników. Efektywne wykorzystanie tych informacji w przyszłości pozwoli pracodawcy wysyłać spersonalizowaną ofertę pracy do konkretnego kandydata na dane stanowisko.

– Biorąc pod uwagę ilość danych o użytkownikach, które są zbierane za pomocą smartfonów, można prognozować, że w przyszłości będziemy otrzymywać tylko te oferty pracy, które mogą wzbudzić nasze zainteresowanie. Firma będzie wiedziała, do kogo wysłać ofertę, jaka jest efektywność dotarcia do danego kandydata, a same oferty pracy będą lepiej dopasowane – przewiduje Piotr Adamczyk.

Z mobilnych aplikacji korzystają nie tylko kandydaci, którzy szukają nowej posady. Coraz częściej są też one potrzebne pracownikom, którzy za ich pośrednictwem chcą zarządzać pracą.

– Pracownicy potrzebują aplikacji, które są związane z obsługą ich bieżącej pracy. Chcą mieć informację o tym, jaka jest stawka godzinowa, ile przepracowali, ile dni brakuje do urlopu. Podobnie wygląda to z dostępem do banku, szukamy tam informacji o stanie konta i przeprowadzonych transakcjach – mówi Piotr Adamczyk.

Jak wynika z siódmej edycji Barometru Rynku Pracy, który powstaje cyklicznie na zlecenie Work Service, Polacy powoli odchodzą od tradycyjnego modelu poszukiwania pracy, coraz większą popularność zyskuje za to segment mobilny, internet i media społecznościowe. To z kolei wymusza większą aktywność w tych kanałach zarówno na pracodawcach, jak i całym rynku. Największa w tej części Europy agencja HR-owa wprowadziła na rynek własną, bezpłatną aplikację, która ułatwia znalezienie pracodawcy lub pracownika. Za jej pośrednictwem można na bieżąco śledzić rekrutacje, otrzymywać powiadomienia o nowych ofertach pracy i aplikować na wybrane ogłoszenia.

Aplikacja ma też funkcję „moja praca” dla osób, które nie szukają nowej posady, ale chcą zarządzać swoją historią zatrudnienia. Umożliwia m.in. śledzenie statusu podpisanych umów, informuje o przelaniu wynagrodzenia i pozwala się skontaktować na czacie z doradcą personalnym, który doradzi w rozwoju kariery.

Polacy mają stereotypowe podejście do przywództwa. W ich oczach lider jest charyzmatycznym mężczyzną w średnim wieku

Polacy mają stereotypowe podejście do przywództwa. W ich oczach lider jest charyzmatycznym mężczyzną w średnim wieku 10

Wykształcony mężczyzna w wieku 38 lat, mający rodzinę i charakteryzujący się autorytetem i charyzmą – tak wizerunek polskiego lidera opisują Polacy badani przez SW Research na zlecenie Center for Leadership. Eksperci zauważają, że to stereotypowe podejście nie zawsze ma odzwierciedlenie w rzeczywistości. Niezależnie od tego, czy lider jest mężczyzną, czy kobietą, czy ma charyzmę, czy nie, powinien umieć inspirować innych do działania i napędzać pozytywne zmiany. W kształceniu takich przywódców ma pomóc projekt Leadership Academy for Poland, który startuje już po raz drugi.

Bardzo często przywództwo utożsamiane jest z charyzmą, z pewnego rodzaju siłą, formalnym stanowiskiem. Jak się głębiej nad tym zastanowimy, to dochodzimy do wniosku, że przywództwo jest czymś innym. To nie jest finalna decyzja, tylko aktywność, w szczególności forma mobilizowania ludzi do tego, żeby rozwiązywać trudne problemy, z którymi zmaga się dana społeczność, organizacja czy kraj  wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Cezary Wójcik, założyciel i dyrektor akademicki Leadership Academy for Poland (LAP).

Jak podkreśla, lider nie musi znać odpowiedzi na wszystkie pytania, mieć gotowe recepty, ale powinien umieć zachęcać innych do działania. Tego też oczekują po przywódcy Polacy. Jak wynika z badania SW Research, zdecydowana większość ankietowanych jako typowe zachowanie liderów wskazuje inspirowanie otoczenia do działania (82 proc.), współpracę z innymi osobami (81 proc.) i podejmowanie często trudnych oraz niepopularnych decyzji (81 proc.).

Dzisiaj sztuką jest to, żeby zebrać ludzi i zaangażować ich we wspólne rozwiązywanie problemów  mówi prof. Wójcik.  Człowiek skromny paradoksalnie ma znacznie większą siłę oddziaływania na rzeczywistość i większą zdolność do jej zrozumienia niż człowiek, który jest przekonany o swojej racji.

Wśród najważniejszych cech charakteryzujących przywódcę wymieniano – poza charyzmą – umiejętność nawiązywania relacji z ludźmi, odpowiedzialność, bycie godnym zaufania, kreatywność i zaangażowanie.

Kiedy pytamy Polaków o to, kim jest lider, Polacy bardzo często odpowiadają, że mężczyzna. To jest błąd, bo kobiety robią wiele dobrego i zmieniają realnie rzeczywistość wokół nas – mówi prof. Cezary Wójcik.  To, co jest im potrzebne, to nie tyle zwiększenie kompetencji, ile bardzo często po prostu uwierzenie w to, że są równie wartościowe jak mężczyźni, że to, co robią, jest niezwykle wartościowe.

Zdaniem profesora świat potrzebuje więcej mądrych przywódców. Przełamaniu stereotypowego podejścia do kwestii przywództwa oraz kształceniu nowoczesnych liderów na miarę naszych czasów służyć ma projekt Leadership Academy for Poland, w którym w tym roku weźmie udział 40 potencjalnych przywódców.

Nadrzędnym celem Akademii jest stworzenie w Polsce światowej klasy edukacji. Zaczynamy od przywództwa, ale tak naprawdę chcemy rozwijać także inne dziedziny. Dzisiaj w Akademii chodzi o przestrzeń dla utalentowanych Polaków, aby rozwijali swoje kompetencje przywódcze  wyjaśnia założyciel LAP. Udało nam się stworzyć jeden z najlepszych na świecie programów rozwoju przywództwa.

Jego twórcy podkreślają, że proces kształcenia jest możliwy tylko przy współpracy biznesu i nauki, dlatego w Akademię zaangażowani są uznani profesorowie Uniwersytetu Harvarda, a także duże koncerny takie jak Deloitte, Orange czy Kapsch.

– Partnerzy wspierają LAP na wiele sposobów. Po pierwsze, pomagają nam docierać poprzez środowiska, w których aktywnie działają, do utalentowanych Polaków. Pomagają nam merytorycznie, bo rozmowy z nimi są wzbogacające. Dzięki temu możemy udoskonalać program. Partnerzy pomagają nam wreszcie finansowo. Bez ich wsparcia Akademia nie mogłaby istnieć – mówi prof. Cezary Wójcik.

Rekrutacja do LAP rusza 1 czerwca. Twórcy Akademii do 20 czerwca czekają na zgłoszenia osób zarówno z sektora biznesu, administracji publicznej, jak i organizacji pozarządowych, świata mediów i kultury czy środowiska start-upów. Idealny kandydat to osoba w wieku między 25 a 45 lat, mająca potencjał przywódczy, zaangażowana, otwarta i z doświadczeniem z zakresu zarządzania.

Akademia będzie w tym roku dłuższym, bo 4-miesięcznym programem, a po jej zakończeniu uczestnicy otrzymają roczne wsparcie swoich działań przywódczych  mówi założyciel LAP.

Ubiegłoroczna edycja Akademii zakończyła się dużym sukcesem. Uczestnicy podkreślają, że miała ona znaczący wpływ na ich rozwój zawodowy i osobisty.

Producenci słuchawek stawiają na innowacje. Nowa linia produktów z szeregiem funkcji zarezerwowanych do tej pory dla smartfonów

Producenci słuchawek stawiają na innowacje. Nowa linia produktów z szeregiem funkcji zarezerwowanych do tej pory dla smartfonów 11

Słuchawki to jeden z tych segmentów rynku elektroniki użytkowej, w którym rozwój i pojawiające się innowacje w dużej mierze opierają się na technologii łączności bezprzewodowej. Na bazie komunikacji poprzez Bluetooth powstała też zupełnie nowa kategoria tego typu produktów – hearables, czyli inteligentne słuchawki.

– Innowacyjne rozwiązania znajdują się w słuchawkach bezprzewodowych, które rozwijają się w tempie błyskawicznym, w zasadzie co pół roku pokazujemy coś nowego, np. nowy profil kompresji dźwięku, przesyłu bezprzewodowego. Opieramy się tu na Bluetooth – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Kuhn, menadżer marketingu w firmie Aplauz, która dystrybuuje w Polsce produkty Sennheiser.

Jeszcze kilka lat temu słuchawki wyposażone w aktywny system tłumienia hałasu stanowiły rzadkość i pojawiały się w ofercie zaledwie kilku producentów. Obecnie ta innowacja staje się coraz bardziej popularna. W warunkach laboratoryjnych naukowcom udało się stworzyć system aktywnego tłumienia dochodzących z zewnątrz dźwięków, który wykazywał się skutecznością na poziomie 99,7 proc. Zwykłe słuchawki wyposażone w tego typu rozwiązanie nie są tak skuteczne, ale zasada działania jest podobna – mikrofony wbudowane w słuchawki rejestrują dochodzące z zewnątrz odgłosy, a następnie słuchawki generują dodatkowe fale dźwiękowe o odwrotnej amplitudzie, tłumiące oryginalny hałas. Również w tej technologii zaszły w ostatnim czasie zmiany powiązane m.in. z liczbą wbudowanych mikrofonów.

– Druga rzecz, często powiązana ze słuchawkami bezprzewodowymi, to aktywny system redukcji szumów, który w tej chwili opiera się już na 3–4 mikrofonach, których suma sygnału jest puszczana do ucha w odwrotnej fazie, dzięki czemu redukuje szumy zewnętrzne – dodaje Paweł Kuhn.

Specjalista zaznacza, że przy tworzeniu słuchawek ważną rolę odgrywa także samo wykonanie produktu, ponieważ wykorzystanie najlepszych materiałów daje gwarancje, że urządzenie będzie nie tylko komfortowe, lecz także zapewni wysokiej jakości brzmienie.

– Każdy element ma wpływ na brzmienie: poduszki, ich materiał i grubość, to, czym są pokryte, jak są zrobione w środku. Oczywiście, to tylko jeden z elementów składowych i warto dodać, że najważniejszym z nich jest przetwornik. Bardzo wiele zależy od miejsca produkcji, dlatego firma Sennheiser stawia na gwarancję niemieckiej jakości – tłumaczy Paweł Kuhn.

Menadżer marketingu z firmy Aplauz podkreśla, że obecnie największe doświadczenie w produkcji przetworników ze wszystkich europejskich producentów ma firma Sennheiser. Dlatego właśnie niemiecki producent uważany jest za jednego z liderów rynku sprzętu audio.

– Najdroższe słuchawki marki Sennheiser to przy okazji w ogóle najdroższe i najlepsze słuchawki dostępne w oficjalnej sprzedaży. Model HE1 nawiązujący do absolutnie legendarnego produktu Sennheiser Orpheus z lat 90., są to słuchawki elektrostatyczne sprzedawane łącznie ze wzmacniaczem lampowym obudowanym w marmur Carrara. Kosztują ponad 200 tys. zł. Sprzedaliśmy ok. 100 sztuk na świecie, a produkujemy je zaledwie od roku – mówi Paweł Kuhn.

Specjalista podkreśla, że najlepsze słuchawki elektrostatyczne z oferty Sennheiser wyposażono w szereg innowacji, w tym m.in. przetwornik zasilany prądem o napięciu 400 woltów.

– Im dalej od przetwornika znajduje się transformator, który podaje ten prąd, tym większe są zniekształcenia. Dlatego Sennheiser opracował technologię, gdzie ten transformator jest zintegrowany w słuchawkach. Oczywiście dla użytkownika nie ma żadnej różnicy, po prostu zakłada na uszy dosyć duże słuchawki. One i tak byłyby duże, bo model elektrostatyczny tym się cechuje. Zniekształcenia harmoniczne, z którymi walczymy we wszystkich słuchawkach, są tutaj na absolutnie minimalnym poziomie, niedostępnym dotychczas, rzędu jednej tysięcznej procenta – wyjaśnia Paweł Kuhn.

Dla kontrastu najtańsze słuchawki z fabryki niemieckiego producenta można kupić  za kilkadziesiąt złotych.

– Im wyższa cena słuchawek, tym mają więcej do zaoferowania, np. obsługę smartfonów zarówno z systemem iOS, jak i Android, grubsze, bardziej wytłumiające poduszki, większe nauszniki, które bardziej otaczają nasze uszy, dając jeszcze lepszą jakość odsłuchu. Im więcej materiału i tych drobnych elementów, tym więcej trzeba zapłacić – podsumowuje Paweł Kuhn.

Ostre zdjęcia w ciemności i w ruchu możliwe dzięki nowym technologiom. Producenci smartfonów stawiają na zaawansowane obiektywy

Ostre zdjęcia w ciemności i w ruchu możliwe dzięki nowym technologiom. Producenci smartfonów stawiają na zaawansowane obiektywy 12

Zarejestrowanie ostrych zdjęć w ciemności i w przypadku obiektów w ruchu stanowiło zawsze największy problem dla użytkowników smartfonów. Sony opracowało jednak rozwiązania, które mają umożliwić wykonywanie udanych fotografii nawet w takich warunkach.

– Szereg badań wskazuje na to, że są dwa obszary, które zazwyczaj są problematyczne dla klientów. To zdjęcia robione w ciemności i zdjęcia robione w ruchu – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Agnieszka Jaśkiewicz, dyrektor ds. marketingu w Sony Mobile Polska. – W związku z tym już od modelu Sony Xperia X proponujemy klientom w naszym aparacie technologie, dzięki którym aparat automatycznie radzi sobie z obiektami w ruchu. Już wtedy zastosowaliśmy hybrydowy autofocus, natomiast teraz, w najnowszych modelach, proponujemy technologię Predictive Capture.  

W ostatnim czasie japoński koncern zmienił globalną strategię w segmencie smartfonów. Sony wstrzymało na razie premiery urządzeń z tzw. średniej półki i postawiło na dwa nowe modele, które można nazwać sztandarowymi. W ocenie analityków rynku szczególnie Xperia XZ Premium ma zadatki, aby stać się jednym z najlepiej sprzedających się urządzeń w palecie firmy. Jego zalety to wysokiej jakości podzespoły połączone z rozsądną ceną i unikalnymi funkcjami, takimi jak Predictive Capture.

Dzięki tej technologii aparat śledzi obiekt poruszający się w kadrze, wykorzystując do tego hybrydowy system ustawiania ostrości. Automatycznie wykrywa ruch i pozwala na zarejestrowanie do czterech zdjęć zanim użytkownik w ogóle naciśnie spust migawki.

– Predictive Capture dokłada do tego dodatkową funkcję i rejestruje to, co się dzieje jeszcze przed naciśnięciem spustu migawki i automatycznie wykrywa ruch – wyjaśnia Agnieszka Jaśkiewicz. – To oznacza, że jeżeli mamy snowboardzistę, który skacze, i już go chcemy uchwycić na zdjęciu, to smartfon wykrywa ruch i zaczyna rejestrować obraz, a później proponuje nam najlepsze z możliwych ujęć.

Hybrydowy autofocus znajduje się już w większości modeli Sony. Dodatkowo w przypadku Xperii XZ Premium dochodzi właśnie technologia Predictive Capture, kluczowa ze względu na ustawianie ostrości na obiektach w ruchu.

– Funkcje te są funkcjami automatycznym smartfona. Dlaczego tak jest? Dlatego, że my wiemy, że większość osób robi zdjęcia w trybie automatycznym, nie manualnym – mówi Agnieszka Jaśkiewicz. – Chcemy, by dla klienta było to jak najprostsze, jak najłatwiejsze w użytkowaniu i dało mu możliwość cieszenia się super jakością zdjęć bez szukania dodatkowych opcji w smartfonie. Te funkcje automatycznie działają w tle.

Firma badawcza IDC szacuje, że w ubiegłym roku sprzedano w Polsce niemal 8 mln smartfonów, co oznacza ponad 5-proc. wzrost w porównaniu z 2015 rokiem. Prognozy mówią, że w 2017 roku sprzedaż smartfonów dalej będzie rosła i osiągnie liczbę ponad 8,4 mln urządzeń, z czego 90 proc. będą stanowiły smartfony wyposażone w technologię LTE. Przestaje to być zatem wyróżnik decydujący o zakupie nowego smartfona, natomiast w dalszym ciągu kupujący zwracają uwagę właśnie na możliwości urządzeń związane z fotografowaniem i filmowaniem.

Przekształcenie domu w „smart home” nie musi na początku być drogie. Ważny jest system, który integruje wszystkie urządzenia

Przekształcenie domu w "smart home" nie musi na początku być drogie. Ważny jest system, który integruje wszystkie urządzenia 13

Firma Fibaro stworzyła ekosystem, który integruje całą gamę domowych urządzeń i wspomaga codzienne czynności. Wszystko po to, by domownicy nie musieli sobie zawracać głowy rutynowymi obowiązkami, które pochłaniają zarówno czas, jak i energię.

Nie zdając sobie z tego sprawy, używamy różnego rodzaju urządzeń, które nazywamy smart – są to telewizory, klimatyzatory, rolety zewnętrzne, systemy audiowideo, a także urządzenia z automatyki domowej, takie jak zraszacze do ogrodu i inne. Cała magia ekosystemu Fibaro polega na tym, że mózg centralki pozwala integrować ze sobą wszystkie elementy systemu – mówi agencji informacyjnej Newsera Innowacje Krzysztof Banasiak, członek zarządu Fibaro.

System Fibaro umożliwia integrację domowych urządzeń za pomocą specjalnych przycisków, czujników, pilotów, a także oprogramowania na tablety czy smartfony. Dzięki nim można je dowolnie personalizować czy konfigurować w taki sposób, by np. włączały się o danej porze i dostosowywały się do wymagań użytkownika.

Powiedzmy, że chcemy codziennie o 17 oglądać wiadomości, do tego chcemy mieć sufit podświetlony na niebiesko, zamknięte rolety i którąś z lampek nocnych zapalonych na 30%. System Fibaro można skonfigurować w taki sposób, że codziennie o 17 sam automatycznie dostosuje się do wszystkich zaleceń: podniesie głos w naszym systemie audio, włączy telewizor, spuści rolety, pozapala odpowiednie oświetlenie i po zakończeniu programu wróci ponownie do trybu dziennego czy wieczornego – wyjaśnia Krzysztof Banasiak.

System Fibaro sprawdzi się nie tylko w domu jako manualny włącznik dowolnych urządzeń elektrycznych i scen, ale również w firmie, jako urządzenie wspomagające czynności oraz obsługę klientów. Co więcej, system doskonale nadaje się również do tego, by korzystać z niego w sytuacjach alarmowych np. jako przycisk kontaktu z opiekunem czy wezwania pomocy.

Samo wdrożenie integracji to bardzo ciężki kawałek chleba, tym bardziej, że zarządzanie wszystkimi pojedynczymi ekosystemami, mającymi różne technologie nie jest łatwe. Mimo to technologia Fibaro potrafi w jednym miejscu wykorzystać możliwości każdego z tych elementów systemu naszego domu – przekonuje Krzysztof Banasiak. Po czym dodaje ­– Weźmy np. rolety, oświetlenie, ogrzewanie, sprzęt audio i sprzęt wideo. To wszystko zaczyna współgrać i żyć de facto w harmonii. Klient zyskuje nie tylko czas, ale przede wszystkim komfort.

Koszty instalacji zależą od tego, czym zainteresowany jest dany klient i jak wiele urządzeń będzie chciał zintegrować. Innymi słowy, użytkownik ekosystemu może dokładać do niego kolejne urządzenia, lecz musi liczyć się z dodatkowymi inwestycjami.

Ciężko dokładnie oszacować całkowite koszty. To tak, jakbyśmy próbowali na oko powiedzieć, ile kosztuje dom lub mieszkanie. Klienci, którzy jeszcze nie mieli okazji użytkować naszego systemu, mogą zacząć np. od zdalnego sterowania roletami zewnętrznymi domu, w takim przypadku koszt instalacji wyniesie ok. 1500 zł. Oczywiście w każdej chwili klienci mogą dojść do wniosku, że już czas, aby zacząć sterować ogrzewaniem, a później innymi elementami, znajdującymi się w domowej przestrzeni. W takiej sytuacji użytkownicy mogą dokupić kolejne elementy, aż w końcu stworzą w swoim domu inteligentny ekosystem – tłumaczy Krzysztof Banasiak.

Oferta firmy Fibaro, w której znajdują się: sensory, aktory, wyzwalacze i centrale, pozwala wyjść naprzeciw oczekiwaniom klientów, oferując im wszystko to, czego w danym momencie potrzebują.

Nasz ekosystem charakteryzuje się bardzo bogatym portfoliem produktów, dlatego jesteśmy w stanie sprostać praktycznie wszystkim potrzebom naszego klienta. Jako Fibaro potrafimy zbudować inteligentny dom w zależności od wymagań i potrzeb klienta – podsumowuje Krzysztof Banasiak.

Polski startup opracował multimedialne aplikacje, które pomogą w terapii autyzmu u dzieci. W światowej ekspansji firmie pomoże Google

Polski startup opracował multimedialne aplikacje, które pomogą w terapii autyzmu u dzieci. W światowej ekspansji firmie pomoże Google 14

Nowe technologie są integralną częścią dzisiejszej medycyny. Przy wsparciu najnowocześniejszych nowinek technicznych udaje się nie tylko ratować ludzkie życie, ale i wyznaczać innowacyjne trendy, mające podnosić standardy, a co za tym idzie efektywność w procesie leczenia i terapii. Firma DrOmnibus tworzy specjalne narzędzia multimedialne dla dzieci z autyzmem, dzięki którym terapia przynosi jeszcze lepsze rezultaty.

DrOmnibus tworzy narzędzia multimedialne przeznaczone dla dzieciaków z zaburzeniami zachowania i rozwoju takimi jak autyzm.  W tym momencie grupa wiekowa to 3-14 lat – mówi agencji informacyjnej Michał Ryś, założyciel i dyrektor finansowy firmy DrOmnibus. Po czym dodaje – Nasza innowacyjność polega na tym, że z jednej strony wykorzystujemy technologie mobilne, z drugiej strony opieramy się na potwierdzonej naukowo metodzie terapeutycznej, czyli tak naprawdę przełożyliśmy na tablet, ale też tablicę internetową, komputer już z potwierdzoną skutecznie metodę pracy z dziećmi z autyzmem. Dajemy terapeutom możliwość prowadzenia terapii o wiele bardziej efektywniej.

Specjalista zaznacza, że aplikacje są kompatybilne z najważniejszymi systemami operacyjnymi. Co więcej, uważa, że „apki” najlepiej sprawdzą się na tabletach, bowiem przyciągną uwagę dzieci i pozwolą wejść w interakcję z programem.

Nasze aplikacje opieramy głównie na trzech systemach, czyli iOS, Android i Windows, z tym że rekomendujemy zawsze, żeby aplikacja była wykorzystywana na tablecie. Tym bardziej, że oferuje dotykowy ekran, który sam w sobie podnosi uwagę dziecka, co jest dużo lepszym rozwiązaniem aniżeli relacja myszka-komputer czy myszka-ekran – wyjaśnia Michał Ryś.

Warto zaznaczyć, że DrOmnibus jest jedynym start-upem z Polski, który zakwalifikował się do programu Launchpad Accelerator – obejmującego firmy z regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Start-up został doceniony nie tylko za innowacyjność, ale i samą charakterystykę.

Jako jedynej firmie z Polski udało nam się dostać na Google Launchpad. Bardzo fajny program organizowany przez Google i przez najbliższe pół roku będziemy współpracować bardzo blisko z Google&HASH39;m, żeby nasz biznes, bo to nie tylko misja, ale też biznes rozwinął się na skalę globalną – komentuje Michał Ryś.

Założyciel i dyrektor finansowy firmy DrOmnibus podkreśla, że w 2018 roku start-up ruszy na podbój amerykańskiego rynku. Tym bardziej, że kolejne innowacyjne projekty szybko znajdują zainteresowanie wśród inwestorów na całym świecie.

W tym roku finalizujemy nasz produkt przeznaczony dla dzieciaków. Chcemy żeby wszedł w fazę badań klinicznych. Do końca roku mamy zamiar zebrać rundę finansowania przeznaczoną na badania kliniczne. Ponadto zbieramy środki na naszą technologię, która umożliwi pracę z osobami starszymi z MSI Alzheimerem. Już złożyliśmy w tym celu projekt do firmy Bayer, która sfinansuje go prawie w 80 proc.. Od 2018 roku wyjdziemy poza Polskę i Wielką Brytanię. Celujemy zwłaszcza w rynek amerykański, który i w tym momencie stał się dla nas bardzo ciekawy – podsumowuje Michał Ryś.

PAIH: Jak inwestor powinien wpisywać się w plan rządu i strategię regionów?

Jaki jest idealny profil inwestora, który byłby zgodny z oczekiwaniami i realizowałby założenia strategii gospodarczej rządu oraz wpisywałby się w strategię regionów? Gdy trafia on do miasta, tam efekt ekonomiczny jest najbardziej znaczący, oddziałuje wtedy głównie lokalnie. Najważniejsze jest wykazanie balansu pomiędzy ilością zachęt, z których skorzysta a stworzonym ekosystemem – nie tylko miejscami pracy, co jest oczywistym bezpośrednim efektem inwestycji.

– W środowisku lokalnym inwestor powinien również spowodować tzw. efekt spillover, gdzie wskutek inwestycji pojawiają się dostawcy, poddostawcy, lokalni odbiorcy, czyli wzrasta również klaster wokół przedsiębiorcy – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Senger, wiceprezes Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu – Prowadzimy negocjacje i rozmowy z przedsiębiorcami z zagranicy. Pamiętajmy jednak, że inwestorzy, którzy mogą korzystać z zachęt, pochodzą również z Polski. Duża część nowych inwestycji należy właśnie do nich. Idealny poziom zachęt – zwolnień podatkowych i grantu rządowego – powinien być zrównoważony stworzonymi miejscami pracy, ale również efektem gospodarczym w postaci nowych polskich poddostawców, co zwiększa efekt klasteringu lokalnego.

W kwestii oczekiwań inwestorów, agencja oferuje – oprócz zachęt i doradztwa lokalizacyjnego, także pomoc w zrozumieniu rynku pracy, co jest największym wyzwaniem. Wraz ze wzrostem skomplikowania umieszczanych w Polsce procesów, rośnie również złożoność tego, co musi być wykonywane przez pracowników. Zmniejsza się więc liczba gotowych już na rynku pracy osób. Oferujemy współpracę z organizacjami pracodawców danego sektora, uniwersytetami zapewniającymi dobre programy szkoleniowe. W mniej oczywistych lokalizacjach, jak mniejsze miejscowości, staramy się dotrzeć do władz lokalnych, szkół wyższych, których jest ponad 400 równo rozłożonych po całym kraju. Chcemy pokazać, że profil pracownika jest dziś bardziej złożony. To jedno z wyzwań, nad którym pracujemy wspólnie z naszymi partnerami – wskazuje Senger.

Program „Rodzina 500+” wspiera wzrost obrotów w handlu detalicznym, ale jest też druga strona medalu

Zgodnie z prognozami Coface realny wzrost PKB sięgnie w tym roku 3,6 proc. Główną siłą napędową naszej gospodarki pozostaje konsumpcja gospodarstw domowych, która odpowiada za blisko 60 proc. wzrostu gospodarczego Polski. A sprzyja jej widoczny skok wynagrodzeń (od 2010 r. wynagrodzenia wzrosły o ponad 20 proc.) i poprawa na rynku pracy. Bodźcem wpływającym na wydatki gospodarstw domowych i tym samym na wyższe obroty branży handlowej nadal pozostaje program „Rodzina 500+”. Jednak poza korzyściami wynikającymi z bieżącej sytuacji makroekonomicznej, na handel czekają specyficzne dla branży trudności i wyzwania.

Grzegorz SIELEWICZ, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej Coface
Grzegorz SIELEWICZ, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej – Coface

Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej: Podczas, gdy w 2015 roku dynamika sprzedaży detalicznej wyniosła 3,7 proc. r/r (w cenach stałych), w 2016 roku zwiększyła się do 5,7 proc., a w pierwszych czterech miesiącach 2017 roku sięgnęła 6,9 proc. Przyspieszenie dynamiki widoczne jest od połowy zeszłego roku, kiedy to już w pełni wypłacano świadczenia przysługujące beneficjentom programu „Rodzina 500+”. Wyższe obroty notuje większość kategorii sprzedaży detalicznej. Należą do nich zarówno dobra trwałego użytku, czyli meble, RTV i AGD, jak również kosmetyki, farmaceutyki oraz odzież i obuwie. Wydaje się jednak, że program „Rodzina 500+” przyczynia się do zwiększonej sprzedaży zwłaszcza w sklepach wielobranżowych, supermarketach i hipermarketach. Dane GUS wskazują, że dynamika sprzedaży detalicznej w tego typu placówkach pozostawała w tym roku na solidnym poziomie.

34 proc. beneficjentów programu deklaruje, że wszystkie pieniądze z „Rodziny 500+” wydaje od ręki (badanie ZBP/TNS realizowane w sierpniu zeszłego roku). Część z uzyskanych środków przeznaczanych jest na oszczędności lub odkładana na większe zakupy. Ma to miejsce zwłaszcza w większych miastach, gdzie sytuacja na rynku pracy jest wyjątkowo dobra. W mniejszych miejscowościach dodatkowe dochody, uzyskiwane w ramach świadczenia z programu „Rodzina 500+”, w większości przeznaczane zostają na konsumpcję. W tym wypadku bardziej zyskują na tym lokalne sklepy niż odległe galerie handlowe.

Większa konsumpcja gospodarstw domowych nie jest jednak tylko zasługą programu „Rodzina 500+”. Polacy są skłonni kupować coraz więcej, a ich możliwości zakupowe wspiera poprawa sytuacji na rynku pracy. Stopa bezrobocia osiągnęła najniższy poziom w ostatnich 26 latach. Jednocześnie utrzymuje się dynamiczny wzrost wynagrodzeń, przekraczający już 4 proc. r/r. W rezultacie konsumpcja prywatna umacnia się w znacznym stopniu dzięki dobrej sytuacji na rynku pracy, a nie wyłącznie programowi.

Warto dodać, że program „Rodzina 500+” pośrednio spowodował presję na wzrost płac, a w niektórych przypadkach, porzucanie pracy, zwłaszcza w miejscowościach o niskiej regionalnej średniej wynagrodzeń i wśród rodzin wielodzietnych. Świadczenie przysługujące uprawnionym beneficjentom na jedno dziecko to ponad 1/3 minimalnego wynagrodzenia netto. W rezultacie wiele podmiotów w handlu było zmuszonych podnieść płace, aby przeciwdziałać ewentualnemu odejściu dotychczasowych pracowników. Starają się oni również przyciągnąć nowe osoby do pracy, co stało się trudniejsze w obliczu dobrej sytuacji na rynku. Zgodnie z badaniami koniunktury realizowanymi przez GUS, niedobór pracowników staje się coraz bardziej uciążliwą barierą w prowadzeniu bieżącej działalności i rozwoju firm. Ostatnio publikowane wyniki badań wskazują, że braki na rynku pracy ograniczają działalność co piątej firmy handlu detalicznego w Polsce. Koszt wynikający z wyższego wynagrodzenia pracowników jest trudny do przenoszenia na klientów ze względu na dużą konkurencję w handlu detalicznym. Wyższe obroty to także szansa na wyższe zyski, jednak przy bardzo ograniczonej możliwości zwiększania marż.

Przez ponad 2 lata w polskiej gospodarce obecna była deflacja cen, która wynikała głównie ze spadku cen surowców na rynkach światowych. Natomiast obserwowany na przestrzeni ostatnich miesięcy wzrost cen surowców powoduje tym samym wzrost inflacji. Zgodnie z przewidywaniami Coface, inflacja w tym roku nie będzie znacznie odbiegać od celu inflacyjnego Narodowego Banku Polskiego. Jednak wzrost wynagrodzeń w ujęciu realnym nie sięgnie już tak wysoko jak to odnotowano w dwóch poprzednich latach. Konsumenci doświadczając wzrostu cen mogą być mniej skłonni do dokonywania zakupów zwłaszcza, że obecny skok dotyczy w dużym stopniu cen żywności, które stanowią sporą część typowego koszyka zakupowego polskiego konsumenta. Niemniej jednak otoczenie gospodarcze znacznie sprzyja branży handlowej.

Wywiad z Erkanem Soyem, dyrektorem zarządzającym Criteo w krajach Europy Środkowo-Wschodniej

Erkan Soy, dyrektor zarządzający CEE w Criteo
Erkan Soy, dyrektor zarządzający CEE w Criteo

Jakie są obecnie główne trendy w handlu elektronicznym – w perspektywie globalnej i w Polsce?

Cyfrowy handel znajduje się w trendzie wzrostowym. W 2016 roku penetracja e-Commerce w Polsce wyniosła 56%, co przybliżyło nas do krajów Europy Zachodniej, gdzie handel elektroniczny pozostaje na dość stabilnym poziomie. Popularyzację e-Commerce obserwujemy także na innych rynkach regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Dla polskich firm działających w sektorze e-handlu pozyskanie nowych klientów niesie ogromny potencjał, bo pozwala także na geograficzną ekspansję na innych rynkach. Jednym z najważniejszych globalnych trendów w handlu elektronicznym jest rosnąca rola m-Commerce. Szacujemy, że jego udział w ogólnej sprzedaży online wynosi 37 procent. W  Wielkiej Brytanii i Japonii ponad połowa wszystkich e-transakcji jest dokonywana z poziomu smartfona lub tabletu.  Polska, z 17 proc. udziałem transakcji mobilnych w e-handlu, nadal ma sporo do nadrobienia w stosunku do krajów zachodniej Europy, ale sytuacja ta powinna się zmienić w ciągu najbliższych miesięcy. Rosnąca liczba stron internetowych zoptymalizowanych pod mobile to znak, że w krótkim czasie zakupy z poziomu urządzeń mobilnych mogą stać się coraz powszechniejsze. Jak miało to miejsce w na przykład w Turcji, gdzie 2 lata temu udział transakcji mobilnych wynosił zaledwie 11%, obecnie to 24%, z wciąż bardzo wysokim tempem wzrostu.

Dlaczego udział m-Commerce w e-handlu w Polsce jest niższy niż średnia globalna?

Jest ku temu kilka powodów. Jak wspomniałem – jeszcze do niedawna niewielka liczba stron internetowych była zoptymalizowana pod mobile. Kolejny powód to brak wystarczającej dostępności aplikacji zakupowych. Ale kluczowe może być niskie zaufanie do zakupów i płatności mobilnych. Polacy nie mają wystarczającego dostępu do płatności za pomocą jednego kliknięcia i innych, wygodnych form płatności, mają również ograniczone zaufanie do płatności online za pomocą kart kredytowych. Podobną sytuację obserwowano 2-3 lata temu w Niemczech, kiedy to  smartfony służyły głównie do przeglądania produktów, a nie kupowania. Odkąd zakupy przy użyciu smartfonów stały się wygodniejsze dla użytkowników, zaufanie do m-Commerce wzrosło i dziś prawie 4 na 10 transakcji wykonywanych w Niemczech jest finalizowanych z poziomu smartfona. Co się wydarzyło? Zakupy z poziomu smartfona stały się znacznie wygodniejsze: z jednej strony ekrany są coraz większe, a połączenia internetowe – szybsze, dodatkowo rośnie liczba publicznych punktów dostępu Wi-Fi. Z drugiej strony sprzedawcy skupili się na swoich mobilnych ofertach, aby witryny były przyjazne dla urządzeń przenośnych dzięki łatwej w obsłudze nawigacji z poziomu urządzenia mobilnego, zoptymalizowanemu doświadczeniu użytkownika i płatności za pomocą jednego kliknięcia. Ten przykład pokazuje, że jeśli sprzedawcy odpowiadają na potrzeby użytkowników, ci są skłonni przedkładać wygodę ponad obawy. Spodziewamy się podobnych zmian w Polsce, w okresie krótszym nawet niż 3 lata.

Badania Criteo pokazują, że Polacy lubią zmieniać urządzenia w procesie zakupowym. Co to oznacza dla detalistów?

To prawda, Polacy lubią korzystać z wielu urządzeń w procesie zakupowym. W ciągu dnia szukają produktów na smartfonach, ale po powrocie do domu finalizują transakcje na komputerze lub laptopie. W 40% wszystkich transakcji e-Commerce w Polsce użytkownicy skorzystali z minimum dwóch urządzeń w czasie przeglądania oferty sklepu online, co daje wyższy wskaźnik niż ten odnotowany w Stanach Zjednoczonych (31%). Upowszechnienie cyfrowych kanałów sprzedaży sprawia, że ​​ścieżka zakupowa klientów jest dziś bardziej rozproszona niż kiedykolwiek, ponieważ konsumenci, szukając produktów, porównując ceny i dokonując zakupu, korzystają z wielu urządzeń. Sprzedawcy powinni  brać pod uwagę fakt, że tradycyjne narzędzia analityczne skupiają się na urządzeniach, tym samym dostarczając ograniczony lub silosowy wgląd w ścieżkę zakupową klienta. Przejście do podejścia ukierunkowanego na użytkownika, które wykorzystuje zaawansowane narzędzia pomiarowe cross-device, pozwoli na dokładne zidentyfikowanie zachowania konsumenta i pełny wgląd w jego doświadczenie zakupowe. To kluczowe by zapewnić użytkownikom możliwie najlepsze doświadczenie zakupowe na każdym urządzeniu, z którego korzystają.

Czy w obliczu gwałtownego rozwoju e-commerce sklepy stacjonarne powinny czuć się zagrożone?

Kilka lat temu sprzedawcy zaobserwowali trend o nazwie „showrooming”, gdzie klienci oglądali produkty w sklepie, by następnie kupić je drogą online. Od tej pory sklepy stacjonarne czują zagrożenie ze strony handlu e-Commerce. Dziś jednak branża obserwuje odwrócenie tego trendu. Wyniki badania przeprowadzonego przez Criteo pokazują, że co najmniej 10-15 procent sprzedaży w sklepach jest przypisana do nowego modelu zakupowego, zwanego „webrooming”, gdzie klienci zbierają informacje o produktach w sieci, a następnie idą do sklepu stacjonarnego, aby dokonać zakupu. Forrester Research szacuje, że do 2018 roku w Stanach Zjednoczonych webrooming wygeneruje sprzedaż na poziomie 1,8 biliona dolarów. Aby odnieść sukces, sklepy stacjonarne muszą wykorzystać nowe kanały, za pomocą których klienci poszukują produktów i dokonują zakupów. Dotarcie do klientów drogą online z pewnością otworzy nowe możliwości przed sklepami stacjonarnymi. W Criteo uważamy, że przyszłością handlu detalicznego będzie omnichannel, reklama internetowa powinna także odzwierciedlać tę nową rzeczywistość. Integracja danych CRM offline, np. z kart lojalnościowych, może być dobrym sposobem na uczynienie reklamy internetowej jeszcze bardziej trafnym sposobem na dotarcie do użytkowników. Z drugiej strony sprzedawcy detaliczni mogą oferować kupony w sklepach online, aby zachęcić klientów do zakupów w sklepach fizycznych.

Czy widoczny obecnie trend sztucznej inteligencji zmieni system sprzedaży, który znamy na dzień dzisiejszy?

Przez ostatnią dekadę opracowaliśmy najbardziej zaawansowany samouczący się algorytm przeznaczony do generowania sprzedaży i stworzyliśmy skalowany ekosystem 15 000 sprzedawców detalicznych i 18 000 bezpośrednich wydawców. Każdego miesiąca nasz silnik analizuje dane ponad 1,2 miliarda użytkowników, aby dostarczyć najbardziej precyzyjne prognozy w czasie rzeczywistym. To pozwala na pokazanie użytkownikowi najbardziej adekwatnej marki w danej chwili i najlepszej rekomendacji produktowej w formacie, który skutecznie przyciągnie uwagę użytkownika. Możemy przewidzieć, kiedy użytkownik będzie chciał dokonać zakupu, tym samym więc pomagamy naszym klientom zwiększać sprzedaż. W taki właśnie sposób działa dziś handel internetowy.

Czy e-Commerce czeka centralizacja, czy specjalizacja w zakresie oferowanych produktów. Czy może 2 w 1?

Zarówno sprzedawcy, jak i wyspecjalizowane sklepy niszowe mogą odnieść sukces w handlu elektronicznym. Sekretem sukcesu jest skala, co oznacza możliwość dotarcia do jak największej liczby potencjalnie zainteresowanych kupujących, poprzez kierowanie do nich indywidualnych reklam, które odpowiadają na aktualne potrzeby.

Sfinks z przychodami blisko 43 mln zł po I kw. 2017 r.

Spółka Sfinks Polska, zarządzająca sieciami restauracji Sphinx, Chłopskie Jadło i WOOK, w I kwartale 2017 r. osiągnęła przychody jednostkowe w wysokości 42,88 mln zł oraz EBITDA w wysokości 2,00 mln zł. W odpowiedzi na zmieniające się warunki rynkowe i presję kosztową w I kwartale br. Sfinks przygotował nową strategię, która pozwoli mu zarządzać siecią 400 lokali w ciągu najbliższych 5 lat.

– Analizując nasze wyniki za I kwartał 2017 w odniesieniu do danych za I kwartał 2016, obejmujący okres od grudnia do lutego, należy wziąć pod uwagę, że mieliśmy wówczas do czynienia z przesunięciem okresu obrachunkowego, co zaburza bezpośrednią porównywalność, a tymczasem w gastronomii nie można rozpatrywać wyników w oderwaniu od czynnika sezonowego. Jeśli zatem odniesiemy nasze wyniki do okresu styczeń-marzec 2016 r., kiedy przychody ze sprzedaży wyniosły 42,56 mln zł, okazuje się, że w raportowanym właśnie kwartale zanotowaliśmy ich wzrost. Co istotne zwiększenie obrotów wypracowaliśmy przy sieci mniejszej o 4 lokale oraz pomimo ubiegłorocznej korekty cen, jaką wprowadziliśmy w odpowiedzi na rosnące koszty płac. W I kwartale 2017 r. rentowność na sprzedaży utrzymała się na zbliżonym poziomie do wskaźników notowanych w okresie od stycznia do marca zeszłego roku. Ponadto pod względem sprzedaży na podkreślenie zasługuje też bardzo dobry wynik Chłopskiego Jadła, które zwiększyło obroty w minionym kwartale o blisko 22% – wyjaśnia Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska SA.

–  Z punktu widzenia naszej działalności szczególnie istotne są zmiany na rynku pracy. W połowie ubiegłego roku podjęliśmy działania, które miały ograniczać wpływ wzrostu kosztów wynagrodzeń na naszą efektywność i umożliwić grupie rozwój w zmieniających się warunkach rynkowych. Obserwujemy już efekty tych działań, a dodatkowo na przełomie I i II kwartału wprowadziliśmy kolejne zmiany w technologii i ofercie mające na celu dalszą poprawę efektywności. Odnosząc obecne wyniki do tych sprzed roku trzeba wziąć pod uwagę, że ubiegłoroczne dane są w dużym stopniu obciążone zdarzeniami jednorazowymi, jak umorzenie odsetek bankowych i odszkodowanie od kontrahenta. One powodują, że wyniki netto są właściwie nieporównywalne, a lepszy obraz sytuacji dają dane sprzedażowe i operacyjne – dodaje Sylwester Cacek.

Jednocześnie odpowiedzią spółki na zmieniające się warunki gospodarcze jest nowa strategia rozwoju na lata 2017-2022, którą Sfinks ogłosił pod koniec I kwartału. Zgodnie z nią grupa chce zbudować komplementarne portfolio marek gastronomicznych obejmujące ok. 400 lokali. Sfinks zamierza rozwijać posiadane sieci i wchodzić w nowe segmenty rynku gastronomicznego, jak pizza i pasta, fast casual dining, quick service restaurants, bary bistro i gastro puby. Sieci będą rozwijane zarówno na drodze wzrostu organicznego, jak i poprzez przejęcia. Wzrost sprzedaży ma być również generowany dzięki uruchomieniu usługi delivery na szeroką skalę, a także w wyniku rozwoju międzynarodowego, który ma dotyczyć sieci Sphinx. W ciągu 5 lat ma być ona obecna w co najmniej trzech krajach.

– Naszym priorytetem jest budowanie wzrostu wartości spółki dla akcjonariuszy i to przyświeca wszystkim naszym działaniom. Dlatego kontynuujemy prace, które mają zapewnić nam systematyczny rozwój. Otwieramy kolejne restauracje pod marką Sphinx, ale też pracujemy nad nowymi markami, na które mamy umowy licencji czy masterfranczyzy. Zarówno lokale pod marką Fabryka Pizzy, jak i Meta pojawią się w naszej ofercie jeszcze w tym roku. Jesteśmy też gotowi i otwarci, by skokowo powiększyć skalę naszej działalności w wyniku akwizycji. Mamy know-how i zaplecze, by poprowadzić kilkukrotnie większą liczbę lokali niż obecnie w ramach posiadanych struktur w centrali  – dodaje prezes Sfinksa.

Sfinks regularnie prowadzi działania dotyczące akwizycji na rynku. Ich wynikiem było podpisanie w I kwartale br. umowy o współpracy z właścicielami marek Meta Seta Galareta, Meta Disco oraz Funky Jim. Podobną umowę spółka zawarła pod koniec 2016 r. z właścicielem Fabryki Pizzy. Z kolei już w maju br. Sfinks ogłosił, że negocjuje zakup 100% udziałów spółki prowadzącej portal internetowy niezwiązany z branżą gastronomiczną, z którego usług korzysta ponad 1,5 mln klientów w Polsce. Przejęcie to byłoby źródłem synergii w kontekście realizacji strategii rozwoju i planowanego wdrożenia usługi delivery oraz możliwości zaoferowania klientom dodatkowych atrakcyjnych usług.

Sfinks kontynuuje też działania prosprzedażowe w swoich sieciach. W I kwartale br. wprowadzono nowe menu w sieci Chłopskie Jadło oraz znaczący projekt w restauracjach Sphinx, w ramach którego w bieżącym roku dania we wkładkach z nowościami oparte będą na oryginalnych przepisach ekspertki kuchni libańskiej, Samar Khanafer – autorki kulinarnego bestsellera pt. „Hummus, za’atar i granaty” i popularnego bloga blogSamar.com. Pierwsza z wkładek – „Kofta, za’atar i daktyle” – została wprowadzona w sieci Sphinx w lutym br.

Na poziomie skonsolidowanym w I kwartale 2017 r. spółka Sfinks Polska osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości 43,84 mln zł wobec 43,67 mln zł za I kw. 2016 i 46,19 mln zł za I kwartał poprzedniego roku obrachunkowego, tj. miesiące grudzień 2015 – luty 2016. Od stycznia do marca 2017 spółka odnotowała EBITDA w wysokości 2,01 mln zł oraz wynik netto -1,72 mln zł. W I kwartale 2016 r. dane te kształtowały się odpowiednio na poziomach: 3,78 mln zł oraz 5,40 mln zł, zaś w okresie grudzień 2015 – luty 2016: 2,89 mln zł oraz 4,58 mln zł.