Mateusz Grzesiak: Pracodawcy niezadowoleni z kompetencji pracowników. Najczęstsze zarzuty to brak zdyscyplinowania i niska jakość pracy

Mateusz Grzesiak: Pracodawcy niezadowoleni z kompetencji pracowników. Najczęstsze zarzuty to brak zdyscyplinowania i niska jakość pracy 1

Na równi ze specjalistyczną wiedzą i znajomością języków obcych pracodawcy doceniają miękkie kompetencje, takie jak komunikatywność, zdolność do pracy w grupie czy odporność na stres. Dwie trzecie polskich firm wskazuje umiejętność samodzielnego motywowania się jako najbardziej pożądaną cechę kandydata do pracy. Kompetencje miękkie są coraz istotniejsze w procesie rekrutacyjnym, ale pracodawcom coraz trudniej znaleźć odpowiednich kandydatów.

Pracodawcy w Polsce nie są zadowoleni z kompetencji pracowników. Ponad połowa z nich narzeka, że absolwentom brakuje pewnych umiejętności. Po pierwsze, nie są zdyscyplinowani. Po drugie, nie są zorientowani na jakość, nie myślą w kategoriach międzynarodowych, nie motywują się samodzielnie, nie zadają odpowiednich pytań ani nie mają świadomości swoich ograniczeń – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Mateusz Grzesiak, doradca biznesowy i psycholog.

Potwierdza to opublikowane miesiąc temu badanie „Oczekiwania pracodawców wobec absolwentów uczelni wyższych”, przeprowadzone na zlecenie Uniwersytetu Śląskiego. Z ankiet, które wypełniło ponad 150 polskich pracodawców, wynika, że poza twardymi kompetencjami – takimi jak znajomość języków obcych i  specjalistyczna wiedza – firmy oczekują od swoich potencjalnych pracowników również konkretnych cech charakteru.

Wśród najczęściej wymienianych znalazły się m.in. odpowiedzialność i systematyczność, umiejętność samodzielnego rozwiązywania problemów, komunikatywność, opanowanie i odporność na stres. 63 proc. pracodawców wskazało umiejętność samodzielnego motywowania się jako najbardziej pożądaną cechę absolwenta lub kandydata do pracy.

Pracodawcy są skupieni przede wszystkim na określonych umiejętnościach miękkich, które według nich stanowią o kompetencjach odpowiedniego pracownika. Skupiają się na pracy w zespole, komunikacji werbalnej i prohandlowym nastawieniu, niezależnie od stanowiska. Są skupieni na automotywacji oraz analizowaniu sytuacji w kompleksowy sposób i mówią, że właśnie takich pracowników poszukują – mówi dr Mateusz Grzesiak.

Pracodawcy zgodnie potwierdzają, że kompetencje miękkie są coraz istotniejsze w procesie rekrutacyjnym. Zyskują też na znaczeniu w kontekście rewolucji technologicznej na rynku pracy.

Z ubiegłorocznego raportu „Technologia a człowiek” firmy doradczej Deloitte wynika, że sztuczna inteligencja i rozwój technologii mogą w najbliższych latach przeobrazić rynek pracy. Analitycy przytoczyli badania amerykańskiej PEW Foundation, według których 48 proc. specjalistów zatrudnionych w branży nowych technologii wierzy, że maszyny i roboty zastąpią w przyszłości pracowników w wielu sektorach. Szacuje się, że w ciągu najbliższych 10–20 lat w Wielkiej Brytanii automatyzacji może ulec nawet 35 proc. miejsc pracy. Cyfrowi pracownicy zastąpią ludzi tam, gdzie wykonuje się powtarzalne czynności albo przetwarza duże ilości danych.

Podobne wnioski płyną z ubiegłorocznego raportu „Czy robot zabierze ci pracę? Sektorowa analiza komputeryzacji i robotyzacji europejskich rynków pracy”, opracowanego przez Warszawski Instytut Studiów Ekonomicznych. Zdaniem ekonomistów WISE ponad 36 proc. rynku zatrudnienia w Polsce może w najbliższych latach ulec automatyzacji. Instytut Gartnera szacuje natomiast, że do 2025 roku jedna trzecia tradycyjnej siły roboczej zostanie zastąpiona przez cyfrowych pracowników.

W kontekście transformacji rynku pracy na znaczeniu coraz bardziej zyskują cechy typowo ludzkie, takie jak innowacyjność, kreatywność i inteligencja emocjonalna.

Jeżeli chodzi o kompetencje przyszłości, to czeka nas czwarta rewolucja przemysłowa. Robotyka, automatyzacja oraz sztuczna inteligencja będą powszechnie panować. Co za tym idzie – takie umiejętności jak sztuka kreatywnego myślenia, kompleksowe rozwiązywanie problemów, inteligencja emocjonalna, elastyczność poznawcza oraz umiejętności zarządzania są najważniejszymi wymogami, jakie stawia przyszłość – prognozuje dr Mateusz Grzesiak.

Cyberprzestępcy szukają nowych dróg ataku. Szczególnie zagrożone są urządzenia mobilne

Cyberprzestępcy szukają nowych dróg ataku. Szczególnie zagrożone są urządzenia mobilne 2

Coraz więcej państw zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że główne zagrożenie dla ich bezpieczeństwa wiąże się z internetem i informatyką – podkreśla Moni Stern, dyrektor Checkmarx. Cyberprzestępcy szukają nowych dróg ataku. Eksperci podkreślają, że często wykorzystują przy tym techniki socjotechniczne. Celem bardzo często stają się urządzenia mobilne, słabiej zabezpieczane niż komputery. Hakerzy chętnie sięgają po złośliwe oprogramowania.

Urządzeń mobilnych używamy w 75 proc. jako urządzeń dostępowych do sieci. Korzystamy z nich, by mieć dostęp do serwisów informacyjnych w internecie, mediów społecznościowych i bankowości internetowej. Skala zastosowań urządzeń mobilnych jest ogromna, zatem skala zagrożeń jest do tego proporcjonalna – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Nawrat, dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa Informacji i Systemów Informatycznych Raiffeisen Bank.

Z danych Orange Polska wynika, że w ostatnim roku trzykrotnie wzrosła liczba zainfekowanych smartfonów. Eksperci przewidują wzrost ataków z wykorzystaniem urządzeń mobilnych. Wciąż dużo do życzenia pozostawiają systemy ich zabezpieczeń.

– Cyberataki na urządzenia mobilne idą w trzech kierunkach. Pierwszy to socjotechnika, czyli wykorzystywanie niskiej świadomości użytkowników tych urządzeń. Następnym jest wykorzystywanie podatności w oprogramowaniu, zarówno systemowym urządzeń, jak i w aplikacjach, które mniej lub bardziej świadomie instalujemy na naszych urządzeniach. Trzeci kierunek to malware, czyli złośliwe oprogramowanie – wymienia Nawrat.

Podstawową zasadą bezpieczeństwa jest zainstalowany aktualny program antywirusowy oraz aktualna wersja systemu operacyjnego. Konieczna jest też świadomość zagrożeń i ostrożność w przypadku nie tylko podejrzanie wyglądających załączników, lecz także wiadomości wysyłanych przez nieznanych nadawców lub też podejrzanych wiadomości od naszych znajomych. Wciąż jeszcze wielu internautów daje się oszukać i otwiera linki w e-mailach podszywających się pod znane marki czy popularnych usługodawców.

Urządzenie mobilne jest pełnoprawnym komputerem. Nie kwestionujemy konieczności zastosowania na laptopach czy na komputerach typu desktop systemów zabezpieczających, ale wciąż mamy problem mentalny z zabezpieczaniem urządzeń mobilnych. To są normalne komputery i w związku z tym podlegają dokładnie takim samym zasadom ochrony jak zwykłe komputery – podkreślił przedstawiciel Raiffeisen Bank podczas warsztatów zorganizowanych przez fundację Digital University.

Cyberprzestępcy nieustannie doskonaloną swoje umiejętności. Wraz z rozwojem technologicznym przybywa obszarów, które można wykorzystać do ataku nie tylko na osoby prywatne, lecz także organizacje. W dużym przedsiębiorstwie potencjalnych miejsc jest 150–200 – wynika z wyliczeń Deloitte. Żeby ograniczać zagrożenie, kluczowe jest poznanie tych punktów i rozwój systemów zabezpieczających.

Musimy zrozumieć nowe technologie, które pozwolą nam na tworzenie lepszych i szybszych sieci. Dzięki nim będziemy mogli transferować dane w bezpieczniejszy sposób i stworzyć procesy uniemożliwiające cyberataki. Technologie przyszłości rozwijają się bardzo obiecująco, zapowiadając powstanie lepszych i szybszych sieci – mówi Regina Llopis, prezes AIA/EleQuant

Przedsiębiorstwa powinny przeanalizować, gdzie znajdują się największe zagrożenia tak, by móc im się skutecznie przeciwstawiać. Punktami dostępu mogą być strony internetowe i media społecznościowe, na których aktywni są pracownicy i sama firma, używane aplikacje mobilne oraz infrastruktura techniczna. Bacznej uwagi wymagają też ludzie czy procesy w firmach.

Musimy być świadomi wszystkich drobiazgów, na które na co dzień niespecjalnie zwracamy uwagę. Jeżeli przebywamy w mobilnym ekosystemie, musimy być pewni, że łączymy się z bezpiecznym wi-fi, a w pracy łączymy się z punktami, które mają firewalle. Trzeba o tym mówić, szkolić i edukować pracowników, osoby, które prowadzą rozmowy telefoniczne i nie wiedzą, kto znajduje się po drugiej stronie, wzięte z zaskoczenia udzielają bardzo wrażliwych informacji – przekonuje Regina Llopis.

Ofiarami cyberprzestępców padają banki, instytucje ubezpieczeniowe, firmy telekomunikacyjne, serwisy aukcyjne. Celem coraz częściej stają się agendy rządowe, instytucje istotne z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa.

– W przeszłości krajom i ich infrastrukturze groziły armaty i bomby. Teraz wiele państw zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że główne zagrożenie pochodzi z branży IT. Ofiarą ataku może paść system finansowy czy transportowy – podkreśla Moni Stern, dyrektor sprzedaży na Europę Środkowo-Wschodnią w Checkmarx.

Jak przekonuje, nowe technologie decydują o rozwoju gospodarczym. Systemy informatyczne dostarczają kluczowych informacji, zarządzają łańcuchem dostaw, więc funkcjonowanie większości przemysłu byłoby bez nich praktycznie niemożliwe.

– Musimy być jednak również świadomi ryzyka, jakie niosą ze sobą te systemy. Chodzi o to, by hakerzy nie wykorzystywali ich dla swoich celów, zagrażając przy tym całemu krajowi – wskazuje dyrektor Checkmarx.

Jak podkreśla Stern, w Polsce świadomość cyberzagrożeń rośnie, także na poziomie państwowym. Przykładem może być powołanie Narodowego Centrum Cyberbezpieczeństwa działającego w Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej. NASK chroni też spółki strategiczne dla państwa.

PKO Bank Polski stawia na nowe technologie. Bank chce stworzyć w Polsce centrum innowacji finansowej

PKO Bank Polski stawia na nowe technologie. Bank chce stworzyć w Polsce centrum innowacji finansowej 3

PKO Bank Polski obok wewnętrznych działów innowacji i własnych rozwiązań, stawia na współpracę ze start-upami, które są dla nich zewnętrznym źródłem innowacji. – Chcemy stworzyć w Polsce centrum innowacji finansowej – zapowiada Grzegorz Pawlicki z  PKO Banku Polskiego. Temu mają służyć takie programy jak ścieżka akceleracji „Let’s Fintech with PKO Bank Polski!” oraz MassChallenge, który może przyciągnąć do Polski innowacyjne firmy z Europy Środkowo-Wschodniej.

– Młodym przedsiębiorcom nasz program daje przede wszystkim styczność z biznesem, czyli z realnymi klientami i ich problemami. Stworzyliśmy laboratoria do przetestowania innowacyjnych rozwiązań. Dajemy też wiedzę naszych ekspertów w dziedzinie bankowości i informatyki. Młodzi przedsiębiorcy mogą przeanalizować swój biznes i wypróbować swoje rozwiązania, ale też dopasować je do potrzeb rynkowych – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Pawlicki, dyrektor Biura Innowacji i Doświadczeń Klienta w PKO Banku Polskim.

Z początkiem marca największy polski bank uruchomił nabór do akceleratora dedykowanego innowacyjnym start-upom z branży finansowej. „Let’s Fintech with PKO Bank Polski!” to część programu prowadzonego wspólnie z MIT Enterprise Forum Poland, wspierającego młode przedsięwzięcia technologiczne.

W ramach specjalnej ścieżki dla FinTechów wyłoniono sześć projektów, które mają największy biznesowy potencjał i dopracowany pomysł na swoją działalność. Te start-upy PKO Bank Polski objął wsparciem i mentoringiem przez cały okres rozwojuich pomysłu. Współpraca z finansowym gigantem otworzy im furtkę do komercjalizacji swoich usług i produktów.

– Staramy się z każdym ze start-upów nawiązać ścisłą współpracę. Przekazujemy im wiedzę zarówno od naszych mentorów z obszaru biznesowego, jak i z obszaru IT. Z kilkoma prowadzimy już pilotażowe wdrożenia i myślę że to największa wartość akceleratorów, które nie skupiają się wyłącznie na wsparciu modelu biznesowego i nauce pitchowania, czyli prezentowania, ale na realnych wdrożeniach do biznesu, inkorporowaniu tych rozwiązań do procesów operacyjnych – mówi Grzegorz Pawlicki.

Sześć finałowych projektów z branży FinTech zostało zaprezentowanych podczas wczorajszej konferencji StartSmart w warszawskim Centrum Nauki Kopernik. Wydarzenie poświęcone zagadnieniom sztucznej inteligencji i internetu rzeczy zakończyło drugą edycję programu akceleracyjnego MIT Enterprise Forum.

– Te dwie technologie mają potencjał, żeby zmieniać nasz świat – zarówno na poziomie makro, na którym funkcjonują duże przedsiębiorstwa i opiera się gospodarka, ale również na takim praktycznym, przyziemnym poziomie zwykłego obywatela. Połączenie tych dwóch technologii zmieni sposób, w jaki komunikujemy się z firmami za pośrednictwem internetu, w jaki sposób spędzamy czas oraz w jaki sposób wydajemy nasze pieniądze – mówi Paweł Bochniarz, prezes Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej, operatora programu MIT Enterprise Forum.

Finałowa szóstka może liczyć na granty w maksymalnej wysokości 200 tys. zł na dofinansowanie działalności oraz do 50 tys. zł na usługi związane z rozwojem start-upu. Najlepsi wyjadą na szkolenie do bostońskiego Massachusetts Institute of Technology, jednej z najlepszych uczelni technologicznych na świecie.

– Te start-upy już dzisiaj wdrażają w sektorze finansowym technologie oparte na sztucznej inteligencji, które mogą być zintegrowane z ofertą banku – mówi Paweł Bochniarz.

Dyrektor Biura Innowacji w PKO BP zauważa, że dla dużych podmiotów współpraca ze start-upami to obok wewnętrznych działów drugie, zewnętrzne źródło pozyskiwania innowacji. Natomiast mikrofirmy uzyskują dzięki niej wsparcie i finansowanie w pierwszych etapach swojej działalności.

– Mamy wewnętrzne procesy innowacji, każdy nasz dział jest innowacyjny i rozwija produkty. Akcelerator daje nam pomysły z zewnątrz, czyli otwiera nasze oczy na świat start-upów i FinTechu i poprzez zewnętrzne zespoły sprowadza te innowacje do banku. To jest obopólna korzyść dla banku i dla świata zewnętrznego, bo ten czerpie korzyści z doświadczonego gracza bankowego, a bank czerpie korzyści z ciekawych, szybkich rozwiązań fintechowych – wyjaśnia Grzegorz Pawlicki.

W kolejnym kroku PKO Bank Polski będzie partnerem w amerykańskim akceleratorze MassChallenge, który działa w skali globalnej. Uruchomienie polskiej ścieżki programu zostało ogłoszone w ubiegłym tygodniu.

– Uruchomienie nowego programu akceleracyjnego MassChallenge będzie szansą dla start-upów nie tylko z Polski, ale z całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Będą mogły one przyjechać do Polski, żeby przez trzy miesiące intensywnie pracować, kontaktować się z firmami, które są partnerami naszego programu, z polskimi inwestorami i być może wybrać Polskę jako miejsce dalszego rozwoju. Liczymy, że ten projekt pomoże Warszawie i Polsce stać się takim regionalnym hubem dla start-upów – mówi Paweł Bochniarz.

– Chcemy stworzyć w Polsce centrum innowacji finansowej. Ściągnąć najlepsze start-upy technologiczne do Polski i pokazać, że tutaj jest centrum rozwoju przedsiębiorczości i innowacji – dodaje Grzegorz Pawlicki.

W perspektywie 3-5 lat zniknie aż kilkadziesiąt procent placówek bankowych w Europie

Banki stopniowo likwidują stacjonarne punkty obsługi klientów i rozwijają digitalne kanały, nastawione na samoobsługę. W ten sposób, odpowiadają na obecne potrzeby konsumentów, wykreowane przez nowoczesne technologie. Optymalizują też swoje koszty. Fizyczne oddziały nadal są ważne w interakcji z zamożnymi odbiorcami.

Szef Biura Projektów Bankowości Klienta Zamożnego w Citi Handlowy, Tomasz Bąk, podaje, że obecnie 95% banków w Europie Środkowo-Wschodniej posiada własną strategię cyfrowej transformacji sieci oddziałów. Różnią się one miedzy sobą np. tempem i zakresem migracji transakcji do kanałów zdalnych, wysokością potrzebnych inwestycji i oczywiście punktem wyjściowym do wprowadzanych innowacji. Potrzeba likwidacji placówek bankowych wynika z tego, że zmienia się miejsce i sposób interakcji klientów z usługodawcami. Coraz częściej konsumenci oczekują zaawansowanych rozwiązań technicznych. Jednak przeniesienie całej obsługi do kanału internetowego, a co za tym idzie oparcie modelu operacyjnego na samoobsłudze, może nie wszystkim osobom odpowiadać.

– Są grupy klientów, które nadal potrzebują bezpośredniego kontaktu z pracownikiem placówki. Dlatego, w przypadku rozmów na temat zarządzania majątkiem kontakt osobisty z opiekunem jest wciąż preferowany. To samo dotyczy skomplikowanych produktów, np. inwestycji i ubezpieczeń. W części banków pewne kwestie wciąż można załatwić tylko w oddziałach. Jednak obecnie, tak naprawdę wszystkie transakcje możemy szybko i łatwo wykonać przez Internet. Uważam więc, że trend przenoszenia obsługi bankowej do świata cyfrowego będzie dynamicznie postępował. W perspektywie 3-5 lat zniknie aż kilkadziesiąt procent tradycyjnych placówek w Europie – mówi Tomasz Bąk.

Sposób, w jaki banki budują i utrzymują relacje z konsumentami, silnie zależy od specyfiki rynku docelowego i odbiorców usług. W segmencie klientów masowych, nawet jeżeli kontakt jest nawiązywany w placówce, to dalsza komunikacja przebiega głównie z wykorzystaniem kanałów zdalnych, telefonu i Internetu, oraz sieci bankomatów i wpłatomatów. Z kolei, instytucje finansowe, które najbardziej zabiegają o klientów zamożnych, skupiają się na budowaniu długoterminowych, bezpośrednich relacji. Dlatego, w tym przypadku, obok Internetu, oddział stanowi bardzo ważną przestrzeń do rozmów.

– Technologia wpływa na oczekiwania konsumentów w sposób, w jaki nie oddziaływała na nich przez ostatnich 10 lat. Biometryczna autentykacja klientów staje się już standardem. Za pomocą odcisku palca mogą w kilkanaście sekund zalogować się do swojego banku i zlecić przelew na swoim smartfonie. Postęp rośnie w szybkim tempie. W Polsce mamy już ponad 15 mln użytkowników bankowości internetowej. Rodacy spędzają średnio 90 minut dziennie na korzystaniu z aplikacji mobilnych. Aż 20-30 razy w miesiącu logują się do banku, poprzez system mobilny. Widzimy zatem, że ich potrzeby kreują trend zmniejszania ilości placówek bankowych i przeobrażenia ich roli – zapewnia Tomasz Bąk.

Jak wyjaśnia ekspert, oddziały zmieniają swój charakter i dotychczasową funkcję transakcyjną na doradczą lub czysto sprzedażową. Specjaliści nie siedzą za biurkami, ale towarzyszą klientom podczas ich wizyt w placówkach, tym samym skupiają się na budowaniu z nimi relacji. W wielu oddziałach nie ma już biurek ani ulotek. Są za to tablety i ekrany dotykowe, na których klienci samodzielnie realizują transakcje, które dotychczas odbywały się „przy okienku”. Nowe placówki tworzone są w miejscach, gdzie konsumenci realizują swoje potrzeby finansowe, czyli przede wszystkim w centrach handlowych. Równocześnie powstają formaty mobilne, które fizycznie podążają za potencjalnym nabywcą usług i zachęcają go do nawiązania pierwszego kontaktu.

– Takie zjawiska, jak cyfryzacja, globalizacja czy urbanizacja, najsilniej kształtują formy dystrybucji banków detalicznych. 10 lat temu niewielu z nas było w stanie wyobrazić sobie obecny kształt bankowości. Dlatego dokładne wskazanie granic jej transformacji w perspektywie następnej dekady jest raczej niemożliwe. Na pewno w dalszym ciągu będą rozwijały się nowe, bardziej digitalne i mobilne kanały komunikacji. Biorąc pod uwagę dotychczasowe statystki, należy oczekiwać dalszej, regularnej likwidacji stacjonarnych oddziałów bankowych – przewiduje Tomasz Bąk.

Ekspert podaje, że według danych Komisji Nadzoru Finansowego, od końca 2012 roku liczba placówek w Polsce zmniejszyła się o 7,5%. Rocznie ubywa zatem około 2% spośród ponad 14 tys. bankowych placówek. Z kolei, Raport Citi GPS: Global Perspectives & Solutions, Citibank Research, 2016, pokazuje, że banki europejskie znajdują się właśnie w ważnym punkcie zwrotnym. Analitycy Citibanku uważają, że redukcje placówek na całym kontynencie powinny wynieść 40%. Banki w Hiszpanii, czyli tam gdzie nasycenie rynku stacjonarnymi oddziałami jest największe, musiałyby zamknąć 70% takich punktów, aby osiągnąć poziom zagęszczenia podobny do krajów skandynawskich.

– Nasi analitycy zwracają uwagę na to, że restrukturyzacja europejskich placówek jest konieczna nie tylko ze względu na preferencje klientów, ale też z uwagi na wydatki. Utrzymanie stacjonarnych oddziałów i zatrudnionych w nich osób stanowi około 60-65% kosztów banku. Niezbędne będzie też dalsze zautomatyzowanie procesów obsługi klienta, bo dziś nadal w wielu bankach aż 60-70% zadań wykonywanych jest ręcznie przez pracowników – podsumowuje Tomasz Bąk.

Złoto z szansą na długoterminowe wybicie

Po mocnym odbiciu notowań złota w 2016 roku rozpoczęła się batalia pomiędzy analitykami oraz traderami. Na rynku powstały dwa obozy, czyli tak jak zawsze – popyt walczy z podażą. Niektórzy z analityków mówią o rozpoczęciu długoterminowego trendu wzrostowego na złocie, natomiast sceptycy nastawiają się na wyprzedaż tegoż metalu w okolicę 900 USD za jedną uncję. Jaka jest prawda? Kto ma większe szanse?

Notowania złota, interwał tygodniowy

Notowania złota, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Spoglądając na wykres tygodniowy możemy rozrysować długoterminową linie trendu spadkowego. Byki już niejednokrotnie starały się ją pokonać, ale bezskutecznie. Czy tym razem atak zakończy się sukcesem? Tego nie wie nikt, ale patrząc na obecną sytuacje na rynku surowców, globalne zadłużenie, politykę oraz nieprzewidywalność świata ekonomii możemy dojść do jednego wniosku – w niedalekiej przyszłości złoto powinno znaleźć się w długoterminowym trendzie wzrostowym.

Ostatnie pięć lat dla rynku surowców nie było owocne, drogi dolar amerykański oraz globalne spowolnienie gospodarcze doprowadziło do mocnych spadków. W tym samym czasie amerykańskie spółki giełdowe rosły jak na drożdżach, co świetnie przedstawia ratio GSCI/S&P 500.

GSCI/SP 500 ratio

Indeks GSCI reprezentuje szeroki rynek surowców. Jedynym minusem tego indeksu jest fakt, ze w 78 proc. złożony jest z surowców energetycznych, a metale szlachetne stanowią zaledwie 1.81 procent koszyka indeksu. Niemniej jednak powyższy wykres przedstawia pesymizm żywiony do surowców. Poprzez podzielenie indeksu GSCI przez S&P 500 uzyskaliśmy lepszy obraz aktualnej koniunktury. Indeks ten znalazł się na podobnym poziomie jak w 1971 lub też 1998 roku.

Po tak dużym pesymizmie na rynku surowców dochodziło przeważnie do odwrócenia trendu spadkowego, który zamieniał się w długoterminowy trend wzrostowy.

Kolejnym czynnikiem pozytywnie wpływającym na notowania złota powinien być dług. Całkowity dług Stanów Zjednoczonych na poziomie korporacyjnym, osobistym oraz rządowym wynosi 378 procent PKB! Globalny dług do PKB jest na podobnym poziomie. Dalszy wzrost gospodarczy jest obarczony dużym ryzykiem, banki centralne starają się utrzymać obecny dług pod kontrolą poprzez zwiększenie podaży pieniądza. Na chwile obecną jest to skurczne, ale jak długo? Na rynku mamy do czynienia z kryzysem zadłużeniowym, którego końca nie widać.

USA DEBT % OF GDP

Podczas deflacji na przełomie 1929-1933 roku dług wzrósł z 185 proc. do 299 procent amerykańskiego PKB. Teraz jesteśmy na o wiele wyższych poziomach. W związku z tym banki centralne starają się kontrolować dług poprzez zaniżanie rentowności obligacji, co w ostateczności powoduje błędne koło (niższa rentowność sprzyja dalszemu zadłużeniu się społeczeństwa).

Kontynuując wątek zaniżania oprocentowania warto przyjrzeć się 10-letni, obligacjom amerykańskich. Teoretycznie, podwyżka krótkoterminowych stóp procentowych przez Rezerwę Federalną powinna doprowadzić do zwyżki długoterminowych, ale tak się nie dzieje.

Rentowność 10-letnich obligacji amerykańskich, amerykańskie stopy procentowe ustalane przez FED

Rentowność 10-letnich obligacji amerykańskich, amerykańskie stopy procentowe ustalane przez FED

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie biała linia obrazuje rentowność 10-letnich obligacji amerykańskich, żółta – stopy procentowe ustalane przez FED. Jak widać, rynkowe oprocentowanie spada, podczas gdy krótkoterminowe stopy rosną. Dzięki temu wiemy, iż stopy procentowe w dalszej przyszłości po raz kolejny zostaną obniżone, co przełoży się na wyższe notowania metali szlachetnych. Warto pamiętać, ze spadek rentowności obligacji jest równoważny ze wzrostem notowań złota i srebra.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

USD/CHF zbliża się do wsparcia

To było spokojne otwarcie tygodnia-w kilku państwach rynki finansowe były zamknięte z powodu świąt. Na rynku walutowym handel przebiegał w powolnej atmosferze, na czym korzystał dolar amerykański. Rynki giełdowe odnotowały wczoraj spadki.

Dolar amerykański w szerokim ujęciu umacniał się wczoraj na sile. Wyjątkiem były AUD oraz GBP, zyskujące względem amerykańskiej waluty. Funt brytyjski umacniał się w nadziei na wygraną Partii Konserwatywnej w nadchodzących wyborach. Względem dolara funt wzniósł się na najwyższy poziom od kilku dni. Na parkietach akcyjnych notowano wczoraj spadki. Negatywna atmosfera panowała też na rynku paliw. Dotkliwe straty odnotował rynek gazu, na co miały wpływ doniesienia o izolacji Kataru. Stosunki dyplomatyczne z Katarem zerwała Arabia Saudyjska, ZEA, Egipt oraz Jemen.

Jedną z najmocniejszych walut był wczoraj Dolar Australijski(AUD). Nic dziwnego bowiem inwestorzy przygotowywali się do spotkania RBA. Bank centralny pozostawił parametry polityki monetarnej na niezmienionym poziomie. Dwudniowe posiedzenie rozpoczyna dziś Rada Polityki Pieniężnej. Powszechnie oczekuje się, iż w środę główna stopa procentowa w Polsce pozostanie niezmieniona. Dziś natomiast kalendarz makroekonomiczny będzie ubogi.

USD/CHF zbliża się do wsparcia 4

Rynek USD/CHF zbliża się do kluczowego wsparcia. Dolar ześlizguje się po dolnej linii kanału spadkowego, w kierunku obszaru 0.9500-0.9550. Tam też znajduje się kluczowe wsparcie, na którym kończyły się spadki w ostatnich dwóch latach. Oporem będzie linia biegnąca teraz poniżej 0.98, a następnie okolice 1.0. Wskaźnik RSI nie sygnalizuje zmiany tendencji ze spadkowej na wzrostową.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Zmiana modelu sprzedaży może pomóc polskiej żywności podbić brytyjski rynek. Na razie niewiele produktów trafia do szerokiej dystrybucji

Zmiana modelu sprzedaży może pomóc polskiej żywności podbić brytyjski rynek. Na razie niewiele produktów trafia do szerokiej dystrybucji 5

Wielka Brytania to drugi co do ważności partner w eksporcie dla Polski. Choć polska żywność ma w tej wymianie znaczący udział, to produkty trafiają przede wszystkim do polskich sklepów lub na półki z żywnością etniczną. Model eksportu 2 WAY, czyli strategicznej współpracy między producentami z Polski i z Wielkiej Brytanii, może tę sytuację zmienić – przekonują przedstawiciele Bytyjsko-Polskiej Izby Handlowej. W efekcie obie strony mogą znacząco zwiększyć sprzedaż.

Polskie produkty znajdują się w Wielkiej Brytanii w polskich sklepach, na „polskich”, regionalnych półkach w sieciach, a niewiele trafia do szerszej dystrybucji. W większości przypadków to produkty, których nazwę trudno wymówić Brytyjczykom, co więcej, żeby mogły trafić do szerszej dystrybucji, muszą wejść na rynek pod marką własną sieci handlowej czy producenta – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Schejbal z Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej.

Wielka Brytania to dla Polski drugi co do ważności partner w eksporcie. Jak wynika z informacji podawanych przez KUKE, w 2016 roku wartość sprzedanych tam towarów przekroczyła 12 mld euro, co stanowiło 6,6 proc. całego eksportu. Z kolei import do Polski wart był w ubiegłym roku 4,7 mld euro, co dało Wielkiej Brytanii pozycję 10. największego dostawcy.

Ponad 15 proc. polskiego eksportu stanowi żywność. Według nieoficjalnych informacji w Wielkiej Brytanii jest ok. 800 polskich sklepów i to one przede wszystkim odpowiadają za sprowadzanie polskich produktów. W szerszej świadomości konsumentów z Wysp polska żywność wciąż jednak nie istnieje. Jak przekonuje Schejbal, rozwiązaniem może się okazać model 2 WAY.

Ta koncepcja polega na tym, że współpracujemy z wieloma brytyjskimi producentami w każdej kategorii, którzy chcą wejść na polski rynek. Produkty brytyjskie są wysokiej jakości, o wysokiej innowacyjności, ale również cenie. Szukamy wśród producentów partnerów w Polsce, otwartych, aby przyjąć brytyjski produkt, który uzupełnia ich asortyment, do szerszej dystrybucji w Polsce. Tym samym wprowadzamy polski produkt do dystrybucji przez brytyjskiego producenta do kanałów masowej sprzedaży pod marką własną brytyjskiego producenta czy brytyjskiej sieci – tłumaczy Marek Schejbal.

Firmy podpisują standardowe umowy jako dystrybutorzy. Brytyjsko-Polska Izba Handlowa nadzoruje współpracę i wspiera sprzedaż, reprezentując każdą z firm w umowie dystrybucyjnej jako agent. Jak podkreśla Schejbal, na takiej współpracy zyskują obie strony.

To tradycyjne business-to-business. Producent w Anglii kupuje produkty od polskiego producenta, które uzupełniają jego ofertę, a tym samym ten sam producent w Polsce kupuje produkty brytyjskiego producenta i wprowadza do swoich kanałów sprzedaży – przekonuje ekspert Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej.

To szansa przede wszystkim dla polskich producentów. Według prognoz The Institute of Grocery Distribution w 2020 roku wartość sektora spożywczego w Wielkiej Brytanii przekroczy 200 mld funtów przy 177,5 mld funtów w 2015 roku. Dla porównania polski sektor spożywczy w 2015 roku był wart ok. 47,7 mld funtów. Jak podaje Brytyjsko-Polska Izba Handlowa, roczne wydatki na produkty spożywcze przeciętnego Brytyjczyka przekraczają 3 tys. funtów.

Taki model ma szanse na sukces w każdej kategorii sektora spożywczego. To mogą być świeże produkty, mrożone czy alkohole – nie ma żadnych przeciwwskazań. Przede wszystkim chodzi o to, czy oferty się uzupełniają i jakie są możliwości dystrybucji w danym kraju danego produktu – mówi Schejbal.

Koncepcja 2 WAY jest obecnie rozwijana, trwają poszukiwania polskich producentów, którzy byliby otwarci na taki model współpracy.

To nowatorski projekt, który potrzebuje przemyślenia, bo to już jest strategiczna współpraca, ale na zupełnie innym poziomie niż standardowe, partnerskie pojęcie dystrybucji – zaznacza Marek Schejbal. – To pierwszy taki pomysł, który jest rozwijany jako koncepcja. Istnieją partnerskie podejścia dystrybutorskie, ale chcemy, żeby to było prawdziwe win-win. Nie znamy takich projektów w innych krajach.

Polska firma wdroży innowacyjny system informacji pasażerskiej w stolicy Kazachstanu. Będzie zarządzał 900 autobusami i multimedialnymi reklamami

Polska firma wdroży innowacyjny system informacji pasażerskiej w stolicy Kazachstanu. Będzie zarządzał 900 autobusami i multimedialnymi reklamami 6

W ostatnich latach rośnie zapotrzebowanie na nowoczesne technologie, a dynamiczny rozwój tego sektora jest widoczny również na wschodzie Europy. Jedną z firm, która wprowadza innowacyjne rozwiązania na tamten rynek, jest polska firma Engave. Przedsiębiorstwo uzyskało ostatnio duży kontrakt na wdrożenie systemu informacji pasażerskiej w stolicy Kazachstanu – Astanie. Tym samym firma Engave wesprze gospodarza Expo 2017.

Kontrakt w Kazachstanie polega na dostarczeniu dla miasta Astany systemu informacji pasażerskiej dla 900 autobusów wraz z multimedialnymi mediami reklamowymi, które będą zainstalowane zarówno w autobusach, jak i na przystankach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Dominik Żochowski, prezes zarządu firmy Engave. – Drugim etapem tego projektu jest dostarczenie internetowej platformy do sprzedaży biletów, którą robimy razem z naszymi partnerami, takimi jak Forte Bank i B-Line. Jest to bank i operator telefonii komórkowej. Będzie ona umożliwiała zakup biletów poprzez smartfony.

Za realizację kontraktu odpowiada konsorcjum w składzie Engave sp. z o.o. oraz Engave International. W zamian za wdrożenie systemu polska firma będzie obsługiwać rynek reklamowy w przestrzeni publicznej związanej z transportem przez okres 7 lat.

Innowacyjność tej usługi polega na tym, że my dostarczamy cały system w ramach inwestycji, a potem w ramach 7-letniego kontraktu mamy prawo wyłączności do korzystania z niego jako z medium reklamowego – i to będzie nasze główne źródło przychodów – wyjaśnia Dominik Żochowski.

Polska firma będzie miała bardzo trudne zadanie, bowiem będzie musiała wyposażyć 908 autobusów miejskich w jednolity system informacji pasażerskiej oraz reklam. Ponadto prace, które będą prowadzone w Astanie, obejmą także instalację specjalnych standów informacyjnych, tzw. iSTOP-ów, czyli nośników informacji i reklam outdoorowych. Na modernizację oczekuje 200 przystanków.

W pierwszym etapie montujemy tablice zarówno na przystankach, jak i w autobusach, które znajdują się na drogach łączących lotnisko z terenem expo, a także dworcu kolejowym. Będzie to jedna z głównych platform reklamowych dla firm, które na expo się wystawiają. Podobne usługi są w Polsce, bo cały system wzorowany jest na systemie, który między innymi stosowany jest w Warszawie. Przedstawiciele miasta Astany zwiedzali już Warszawę i Gdańsk. System, który tam instalujemy, jest odzwierciedleniem rozwiązań, które działają już w Polsce – tłumaczy Dominik Żochowski.

Engave pracuje też nad kolejnymi innowacyjnymi rozwiązaniami. W połowie tego roku polska firma planuje wprowadzić na rynek całą gamę produktów chmurowych.

Oferta będzie skierowana głównie do małych i średnich przedsiębiorców, i będą to usługi typu disaster recovery w chmurze, backup w chmurze i inne innowacyjne usługi. Co ważne, nie chcemy oferować samej przestrzeni obliczeniowej, tylko będą to wyspecjalizowane usługi skierowane i zabezpieczające konkretne potrzeby przedsiębiorców – podsumowuje Dominik Żochowski.

Grillowanie nie takie zdrowe. Najbardziej szkodliwe dla zdrowia grille węglowe

Grillowanie nie takie zdrowe. Najbardziej szkodliwe dla zdrowia grille węglowe 7

200 gramów kiełbasy przyrządzonej na tradycyjnym grillu węglowym dostarcza nam 100 razy więcej benzo(a)pirenu niż 20 wypalonych papierosów – wynika z badania łódzkich naukowców. Tego typu urządzenia szkodzą zarówno na etapie rozpalania, jak i przyrządzania żywności. Jak wskazuje badanie naukowców z Politechniki Warszawskiej podczas przygotowywania jedzenia na grillu węglowym stwierdzono obecność 13 z 16 szkodliwych rakotwórczych substancji. Zestawienie najzdrowszych urządzeń otwierają grille na gaz.

– Ostatnio pojawia się coraz więcej informacji podających w wątpliwość, że grillowanie to korzystny dla zdrowia sposób przyrządzania potraw. Postanowiliśmy to zweryfikować naukowo i obiektywnie. Poprosiliśmy o to naukowców z Politechniki Warszawskiej, zespół pod kierunkiem dra Andrzeja Badydy, którzy przetestowali trzy rodzaje grilli – najczęściej dostępne na rynku grille węglowe, zasilane węglem drzewnym, grille zasilane brykietem z węgla drzewnego i grille gazowe zasilane czystym propanem – mówi agencji informacyjnej Newseria Anita Bugajska-Owczarek, kierownik marketingu i rozwoju rynków Gaspol.

W przypadku każdego z trzech wybranych rodzajów grilli ogrodowych naukowcy Politechniki Warszawskiej na zlecenie firmy Gaspol dokonali pomiarów i analizy chemicznej gazów odlotowych. Zakres prac obejmował pomiar stężenia masowego aerozolu (pyłu PM2,5) oraz oznaczenie składu chemicznego w zakresie 16 wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych (WWA), czyli szkodliwych substancji rakotwórczych – w fazie stałej i gazowej. Pierwszy cykl pomiarowy wykonano z użyciem pustych grilli, a następnie pomiary powtórzono w warunkach grillowania żywności – po umieszczeniu na każdym grillu identycznego zestawu potraw.

– Okazało się, że najbardziej tradycyjne i typowe grille węglowe trują nas już w momencie, gdy je rozpalamy. Badania pokazały, że grill zasilany brykietem z węgla drzewnego, jeszcze zanim położymy na nim nasze ulubione potrawy, wydziela 4 z 16 badanych przez nas WWA. Jak już położymy na nim produkty, to wdychamy i wchłaniamy razem z nim aż 13 z 16 szkodliwych substancji. Podobnie jest w przypadku grilla węglowego – jego spaliny zawierały 12 z 16 WWA – wyjaśnia Anita Bugajska-Owczarek.

Zdecydowanym pozytywnym bohaterem tego testu okazał się grill gazowy.

– W przypadku urządzenia gazowego zarówno na pustym grillu, jak i w trakcie grillowania nie stwierdzono żadnego ze szkodliwych węglowodorów aromatycznych. Wszystkie próbki badane były poniżej granicy oznaczalności. Wniosek jest jeden: jeżeli grillować, to tylko na grillu gazowym – mówi Anita Bugajska-Owczarek.

Jak podkreśla, inną zaletą takiego urządzenia jest łatwość jego rozpalenia i zgaszenia.

– Niektórzy przy rozpalaniu grilla węglowego spędzają nawet 20 minut zanim wykorzystają podpałkę, węgiel, brykiet i wszystkie inne potrzebne do tego rzeczy. Jeśli chodzi o grill gazowy, wystarczy odkręcić zawór butli i kurek grilla. Temperatura uzyskiwana jest w ciągu kilku minut, a później utrzymywana jest według naszych wymagań. Można ją dowolnie regulować – mówi Anita Bugajska-Owczarek.

Takie grille są także łatwe w czyszczeniu (brak sadzy i popiołu) i ekonomiczne.

Do 2020 roku na rynku pracy zabraknie miliona programistów. Stowarzyszenie Technologia w Spódnicy mobilizuje kobiety do rozpoczęcia kariery w sektorze IT

Do 2020 roku na rynku pracy zabraknie miliona programistów. Stowarzyszenie Technologia w Spódnicy mobilizuje kobiety do rozpoczęcia kariery w sektorze IT 8

W ciągu ostatniej dekady zatrudnienie w europejskim sektorze rynku nowych technologii wzrosło ponad trzykrotnie. Mimo to, jak wynika z badania przeprowadzonego przez infoShare Academy, w 2020 roku na całym świecie będzie brakowało ok. miliona osób z wykształceniem z obszaru STEM. To jeden z powodów powstania stowarzyszenia Technologia w Spódnicy, które ma mobilizować kobiety do rozpoczęcia pracy w sektorze IT.

Stowarzyszenie Technologia w Spódnicy zostało powołane po to, aby zwiększać udział kobiet w środowisku nowych technologii. Naszą misją jest wspieranie ambitnych, zaangażowanych, cudownych kobiet, które chcą osiągać sukcesy w życiu zawodowym i prywatnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Sylwia Kujawska-Frydrych, prezes Stowarzyszenia Technologia w Spódnicy.

W 2015 roku pracowało w Polsce 6,9 mln kobiet. Działalność stowarzyszenia ma tę liczbę zwiększyć, a także wpłynąć na decyzje o wyborze ścieżki kariery.

– Pomagamy kobietom na dwa sposoby: przede wszystkim zajmujemy się edukacją, zaczynając od bardzo podstawowego poziomu. Na początku pracujemy z dziećmi, a później coraz wyżej, aż do liderów i osób, które zajmują wysokie stanowiska w strukturach spółek. Równie ważnym filarem naszej działalności jest monitoring – wyjaśnia  Sylwia Kujawska-Frydrych.

Niewielka poprawa w kwestiach równości płac i możliwości otrzymania awansu skutecznie odstrasza kobiety od studiowania na kierunkach technicznych. Ponadto większość z nich nie jest zainteresowana kształceniem się w dziedzinach związanych z IT.

– Mały udział kobiet w środowisku nowych technologii zwykle wynika z kilku elementów. Po pierwsze, relatywnie mało kobiet jeszcze interesuję się tym obszarem. Mało kobiet studiuje, jest to około 10–11 proc. na kierunkach technicznych, chociaż robimy coraz więcej, żeby pokazywać, że nie tylko kierunki technologiczne mogą predestynować do tego, by zaistnieć w świecie nowych technologii. Mamy wielu humanistów, socjologów, którzy są bardzo przydatni w tej dziedzinie – przekonuje Sylwia Kujawska-Frydrych.

Według badań Accenture, wpływ na zmniejszanie różnic między mężczyznami a kobietami w sektorze IT mają mieć kompetencje cyfrowe. Wraz z upływem czasu kobiety mają rozwinąć swoje umiejętności na tyle, że będzie można zaobserwować równość płci w tym środowisku. Potwierdzają to również analizy PwC, z których wynika, że różnicę w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn w Polsce uda się zniwelować do 2021 r.

– Po pierwsze, edukacja i świadomość, że sektor IT to moje miejsce. Po drugie, wsparcie organizacji w tym, żeby nie było dysproporcji, czyli różnego rodzaju programy edukacyjne i monitoringowe. A po trzecie, postawa jednych i drugich. Czyli budowanie kompetencji przywódczych i uwierzenie, że różnorodny świat jest dużo bardziej efektywny i o wiele bardziej ciekawy – wylicza Sylwia Kujawska-Frydrych.

Według badania „Kobiety na rynku pracy – Raport 2016” 79 proc. respondentów uważa, że najwyższe stanowisko w ich firmie zajmuje mężczyzna. Ta statystyka może się jednak zmienić, ponieważ wiele pań tworzy własne start-upy.

– W środowisku start-upowym jest chyba trochę lepiej niż w korporacjach, a przynajmniej tak mówią badania. Dużo więcej odważnych kobiet zaczyna budować start-upy. Może dlatego, że jest o wiele mniej barier, a same start-upy mają ciekawą historię. Myślę, że stowarzyszenie Technologia w Spódnicy może być taką rewolucją w świecie IT i może pokazać kobietom, że można zacząć od start-upu i robić cudowne rzeczy – podsumowuje Sylwia Kujawska-Frydrych.

Mniej niż 20 proc. mikro- i małych firm w sektorze handlu i usług akceptuje płatności kartami. Mimo że terminale płatnicze mogą zwiększyć sprzedaż

Mniej niż 20 proc. mikro- i małych firm w sektorze handlu i usług akceptuje płatności kartami. Mimo że terminale płatnicze mogą zwiększyć sprzedaż 9

Tylko co piąty przedsiębiorca akceptuje karty płatnicze – wynika z doświadczeń Banku Pekao SA. Główną barierą jest obawa o wysokie koszty, jednak inwestycja w terminal płatniczy może się szybko zwrócić. Detaliści akceptujący płatności kartami notują większy ruch w punktach usługowych i sklepach. Mogą też zaproponować klientom nowe usługi, takie jak wypłata gotówki z terminala, płatność smartfonem czy doładowanie telefonu.

– Klienci coraz częściej płacą kartami płatniczymi. Cenią przede wszystkim szybkość, wygodę i bezpieczeństwo takich transakcji. Jednak nadal zauważamy, że tylko niecałe 20 proc. mikro- i małych przedsiębiorców z sektora handlu i usług akceptuje karty płatnicze, a klienci chcieliby mieć możliwość płacenia  kartą płatniczą w warzywniakach czy u hydraulika – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Jurgielewicz, kierownik zespołu w Biurze Akceptacji Kart Banku Pekao SA.

Posiadanie terminala pozwala na zaoferowanie dodatkowych usług, takich jak przewalutowanie transakcji, wypłata gotówki podczas płatności kartą, płatność smartfonem czy doładowanie telefonu. Ilość posiadanej przy sobie gotówki nie ogranicza wtedy klienta w zakupach. Wiele firm wstrzymuje się jednak z instalacją terminala ze względu na koszty prowizji i opłat.

 Koszty akceptacji kart są zależne od branży i wielkości przedsiębiorstwa, a także rodzaju urządzenia, którym się posługuje. W przypadku terminali przenośnych bądź z łącznością GPRS zapewnianą przez bank, są to koszty wysokości 40–50 zł – mówi Jurgielewicz. – Natomiast w przypadku terminali łączących się przez internet jest to koszt rzędu 20–30 zł. Od każdej transakcji jest również naliczana prowizja. Prowizja w zależności od branży i wielkości firmy waha się w granicach od 0,4–1 proc.

Zdecydowana większość przedsiębiorców, którzy rozpoczęli już akceptację kart płatniczych, nie rezygnuje z tej funkcjonalności. Ponadto 60 proc. przedsiębiorców, którzy rozpoczynają akceptację kart, decyduje się na usługę przewalutowania transakcji, natomiast 30 proc. z nich decyduje się na wypłatę gotówki podczas zakupów. Przedsiębiorca na świadczeniu takich usług zarabia 20 groszy od każdej wypłaty gotówki w kasie, np. w sklepie, 1 proc. wartości transakcji na przewalutowaniu, w a przypadku doładowania telefonu na kartę od 3 do 5 proc. wartości doładowania.

 Dobranie odpowiedniego katalogu produktów i usług dostępnych na terminalu POS nie jest takie oczywiste, dlatego warto skorzystać z konfiguratora produktów dostępnego w internecie – mówi Artur Jurgielewicz. – Po wybraniu branży i wielkości przedsiębiorstwa można otrzymać ofertę dla konkretnego przedsiębiorstwa, poza produktami i usługami będzie tam również rekomendacja dotycząca rodzaju łączności terminala POS. Ma to znaczenie, bo np. weterynarz potrzebuje terminala, który jest przenośny, z uwagi na to, że dojeżdża do klienta z realizacją usługi. Natomiast sklep spożywczy potrzebuje terminala internetowego, który jest szybki w realizacji transakcji i jest wyposażony w zewnętrzny czytnik płatności zbliżeniowych.

Z danych NBP wynika, że na rynku polskim na koniec grudnia 2016 r. działało łącznie 530,9 tys. terminali POS. W porównaniu do poprzedniego kwartału było ich więcej o 17,7 tys. sztuk, co oznacza wzrost o 3,4 proc. W ciągu całego roku ich liczba wzrosła o 14,1 proc. Z tego 91,3 proc. oferowało możliwość płatności zbliżeniowych. Z kolei usługę cash back oferowało 109,2 tys. punktów handlowych i usługowych, o 2,8 proc. więcej niż kwartał wcześniej.

 Sam terminal jest bajecznie prosty, jest to po prostu wbicie kwoty i naciśnięcie zielonego guzika „enter”. Klienci z roku na rok coraz częściej korzystają z tej formy płatności. Jest to dla nich po prostu wygodne – mówi Tomasz Stronk, dyrektor Artplants z warszawskiego Wilanowa, firmy specjalizującej się w kompletowaniu roślin do projektów ogrodowych, także do dużych założeń miejskich. – Z roku na rok odsetek płatności kartą wzrasta. W ubiegłym roku w całości mieliśmy około 20 proc., w tym roku jest to już na poziomie 30 proc., natomiast jeśli chodzi o obrót detaliczny, czyli klienta indywidualnego, sięga to nawet 65 proc.

Liczba i wartość transakcji kartami systematycznie się zwiększa. Jak wynika z danych NBP, jeszcze w II kwartale 2015 roku za pomocą terminali POS dokonano niespełna 600 mln transakcji o wartości blisko 43 mld zł. W IV kwartale było ich 827 mln, a ich wartość wzrosła do blisko 57,5 mld zł.

Coraz popularniejsze staje się także wypłacanie gotówki w sklepach – w ciągu 1,5 roku liczba takich transakcji wzrosła z 2,1 mln do 3,1 mln, a wartość wypłacanej kwartalnie gotówki podwoiła się i w ostatnich trzech miesiącach 2016 roku wyniosła 343 mln zł.

– Z roku na rok prowizje banków od płatności kartą maleją i są już na takim poziomie, jak prowizje od wypłaty gotówkowej. Przyjmowanie kartą jest dużo prostsze, ponieważ pieniądze bezpośrednio księgują się w banku. Odchodzi cała procedura wpłacania utargu do banku – ocenia Tomasz Stronk. – Po latach jestem w stanie stwierdzić, że na pewno to usprawnia prowadzenie biznesu, ponieważ nie każdy ma w danym momencie przy sobie określoną kwotę. Jeśli spodoba mu się jakaś roślina i jeżeli ma możliwość zapłacenia kartą, to wtedy ją kupuje i płaci plastikiem.

Opracowano technologię kilkukrotnie zwiększającą moc generatorów. System LGM znajdzie zastosowanie m.in. w transporcie publicznym i motoryzacji

Opracowano technologię kilkukrotnie zwiększającą moc generatorów. System LGM znajdzie zastosowanie m.in. w transporcie publicznym i motoryzacji 10

Technologia LGM to unikalne na skale światową rozwiązanie, które umożliwia kilkukrotne zwiększenie mocy generatorów. Nic dziwnego, że polski patent szybko zyskał zainteresowanie inwestorów i znajdzie zastosowanie w sektorach takich jak motoryzacja, transport publiczny, a nawet w rowerach.

Dzięki naszej technologii  rozkręcamy generatory w taki sposób, że uzyskujemy kilka razy więcej mocy ponad ich moc nominalną. Mówiąc o technologii LGM, mam na myśli płytkę elektroniczną i unikalny algorytm, który znajduje się w mikroprocesorze. To dzięki niemu potrafimy tak sterować odbiorem mocy generatorów i wysyłać ją do odbiorników, że efekt, który uzyskujemy, jest wyższy nawet kilkukrotnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Justyna Wysocka-Golec, współzałożycielka i prezes zarządu LGM.

Technologia stworzona przez polską firmę sprawi, że samochody hybrydowe będą mogły przejechać więcej kilometrów po jednokrotnym zatankowaniu. Ponadto nowe rozwiązanie jest doskonałym źródłem zasilania i pozwoli montować na pokładach pojazdów jeszcze więcej elektroniki. Choć trudno w to uwierzyć, technologia LGM powstała przez zbieg okoliczności.

Technologia została stworzona z potrzeby i przypadku. Z potrzeby rozkręcenia małego generatora rowerowego, aby uzyskać mocniejsze źródło światła. Natomiast przez totalny przypadek udało się osiągnąć kilkukrotnie więcej mocy i dopiero wtedy zaczęła się żmudna praca i przeskalowanie z małego generatora na duże moce – wyjaśnia Justyna Wysocka-Golec.

Jak twierdzi współzałożycielka i prezes zarządu LGM, innowacyjność rozwiązania tkwi w udoskonaleniu starej technologii generatorów poprzez dołożenie do niej techniki uczenia maszynowego. Co ciekawe, polski system znajdzie zastosowanie na wielu różnych płaszczyznach.

Technologia LGM znajdzie zastosowanie w wielu dziedzinach. Skorzystają z niej np. producenci rowerów, którzy w ramie rowerowej robią małe wyjście na USB – każdy użytkownik będzie mógł sobie naładować, co zechce. Natomiast w przypadku dużych mocy przygotowujemy się do wdrożenia naszych technologii na pokładach autobusów. Podpisaliśmy list intencyjny na wdrożenie naszego rozwiązania z wiodącym europejskim producentem autobusów i to będzie nasze pierwsze zamówienie w tych dużych mocach – tłumaczy Justyna Wysocka-Golec.

Polski start-up bardzo szybko znalazł inwestorów, a w dodatku otrzymał prestiżowy grant. Finansowanie pozwoliło ukończyć badania i sprawdzić, czy w praktyce technologia sprawdzi się równie dobrze, jak w warunkach laboratoryjnych.

Zdobyliśmy nie tylko finansowanie i prestiżowy grant z NCBR-u, lecz także partnerów Giza Polish Venture i Polski Instytut Badań i Rozwoju, którzy zainwestowali swoje pieniądze i uwierzyli w nasze rozwiązanie. Po roku wiemy, że nasz koncept zadziałał w przypadku tysiąckrotnie większego generatora, czyli trzykilowatowego – twierdzi Justyna Wysocka-Golec.

Polska firma najpierw sprawdziła, czy jej technologia nie została już wcześniej odkryta, a następnie postanowiła ją opatentować. Jak się okazało, system LGM rozwiązał wszystkie dotychczasowe problemy, z jakimi zmagały się generatory.

Poszukiwaliśmy innych patentów i okazało się, że to, co występuje, opisywane jest na poziomie naukowym jako problem istniejący w generatorach – a my wynaleźliśmy rozwiązanie. I to był pierwszy krok do zgłoszenia patentowego, aby zapewnić sobie ochronę własności intelektualnej – podkreśla Justyna Wysocka-Golec

Technologia LGM ma się okazać przełomowa przede wszystkim dla branży motoryzacyjnej i producentów podzespołów do samochodów.

Naszym najważniejszym celem jest stworzenie rozwiązania dla branży samochodowej po to, żeby móc wyjść na świat z kolejnymi produktami. Ten rynek jest najbardziej obiecujący, dlatego tam ta potrzeba innowacji jest największa – podsumowuje Justyna Wysocka-Golec.

Rośnie udział polskich firm w przetargach na budowę nowych odcinków dróg. GDDKiA sprzyja krajowym wykonawcom

Rośnie udział polskich firm w przetargach na budowę nowych odcinków dróg. GDDKiA sprzyja krajowym wykonawcom 11

Budowa dróg przyspiesza. W tym roku ma zostać oddane do użytku 400 km nowych odcinków. Na koniec 2017 roku sieć dróg szybkiego ruchu będzie liczyła ponad 3,4 tys. km, a za trzy lata będzie to niemal 4,3 tys. km. Coraz częściej udziałem w przetargach zainteresowane są polskie firmy. GDDKiA liczy na to, że ich zaangażowanie będzie jeszcze większe. Jednocześnie zamawiający przygotowuje się już do kolejnej perspektywy unijnej na lata 2021–2027.

Nowa perspektywa rozpocznie się w 2021 roku. Staramy się do niej przygotować tak, by już w 2021 roku móc podpisać umowy. Żeby to było możliwe, musimy rozpocząć przygotowania w 2020 roku. Zakładamy, że do tego czasu zostaną uzyskane przez nas decyzje środowiskowe, które są najbardziej czasochłonne. Przygotujemy wszystko, żeby w 2020 roku rozstrzygnąć wszystkie przetargi, a na początku 2021 roku móc podpisać umowy i zacząć realizować projekty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kondraciuk, Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad.

Do tego czasu część dróg ekspresowych powinna zostać oddana do użytku, podobnie jak autostrada A1. Obecnie długość dróg krajowych (w zarządzie GDDKiA) przekroczyła 19 tys. km. Na koniec 2016 roku w realizacji było 1,3 tys. km, a w przetargach kolejne ponad 700 km. W tym roku do użytku ma zostać oddane 400 km nowych dróg.

Na koniec tego roku sieć dróg szybkiego ruchu przekroczy 3,4 tys. km, a w 2020 roku blisko 4,3 tys. km.

Będziemy starali się dokończy budowę autostrady A2 i ciągi dróg ekspresowych. Część z nich może być zakończona jeszcze w tej perspektywie, jak droga S61, S8 w kierunku Białegostoku, część S6, S3 w układzie południkowym, autostrada A1. Większość będziemy starali się domykać w przyszłej perspektywie, oczywiście zakładając, że mogą wystąpić pewne potknięcia związane z brexitem i skróceniem okresu finansowania – wymienia Kondraciuk.

Do 2021 roku powinny się też zakończyć prace na A2, na odcinku od węzła Lubelska do Mińska (latem tego roku ma zostać podpisana umowa z wykonawcą). W tym roku rozpoczęły się prace budowlane na odcinku węzeł Puławska – węzeł Lubelska. Na etapie przetargu jest węzeł Lubelska i odcinek między węzłami Lubelska i Zakręt. W 2020 roku powinien być gotowy fragment od węzła Puławska do węzła Lubelska, w tym ciągu ma powstać tunel pod Ursynowem i most na Wiśle.

W ciągu przebiegającym przez Warszawę jest jeszcze droga S2 w kategorii drogi ekspresowej. Tu też została wydana decyzja na budowę mostu przez Wisłę, tzw. mostu południowego. W pozostałych odcinkach, jak przejście przez Ursynów w tunelu i przez Wawer, sądzę, że jeszcze w tym roku zostaną wydane decyzje i rozpoczną się prace – zapowiada dyrektor GDDKiA.

Jak podkreśla Kondraciuk, w obecnie rozpisanych przetargach przeważają oferty firm włoskich, hiszpańskich i niemieckich. Coraz częściej pojawiają się też oferty polskich firm, które dotychczas występowały raczej w roli podwykonawców.

Mam nadzieje, że uda im się na tyle rozwinąć i porozumieć z innymi firmami, żeby stworzyć wspólny front przeciwko firmom zagranicznym i będą większymi graczami niż dotychczas. Szansa na to jest, robimy wszystko, by to było możliwe. W nowych przetargach staramy się zmniejszać wymogi referencyjne tak, by mogły startować. Ponadto dzielimy duże odcinki na mniejsze, aby potencjał wykonawczy i referencyjny był do udźwignięcia przez polskie firmy – podkreśla Krzysztof Kondraciuk.

Dzięki nowym technologiom diagnozę choroby wykonamy samodzielnie w domu

Dzięki nowym technologiom diagnozę choroby wykonamy samodzielnie w domu 12

Nowe technologie zmieniają medycynę, a tym samym nasze życie. Wymiana aparatury medycznej na nowszą i digitalizacja służby zdrowia to nie są jedyne innowacje, jakie w krótkim czasie czekają nas w dziedzinie medycyny. Polska firma SensDx opracowuje i wdraża właśnie testy oparte o biosensory, które w kilka minut pomogą zdiagnozować różne choroby.

– Wydaje się, że nowoczesne technologie będą zmieniały medycynę w najbliższych latach, mówimy tu o telemedycynie, szybkich testach diagnostycznych, zastosowaniu elektroniki w diagnozie – cały świat naukowy będzie wspierał lekarzy w podejmowaniu decyzji związanych z leczeniem – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Dawid Nidzworski, pomysłodawca i współzałożyciel firmy SensDx.

Zredukowanie kontaktu z lekarzem za pośrednictwem nowych technologii usprawni proces diagnostyki i sprawi, że pacjenci będą mogli korzystać z usług medycznych w jeszcze wygodniejszy sposób, oszczędzając przy tym swój cenny czas.

– Wydaje nam się, że można zredukować bezpośredni kontakt z lekarzem, tzn. lekarz zawsze będzie musiał podjąć decyzję, postawić diagnozę, ale można dać mu atrybuty, które poprzez narzędzia telemedyczne, przez internet, na odległość pozwolą mu zdiagnozować pacjenta – twierdzi  Dawid Nidzworski.

Firma SensDx pracuje nad rozwiązaniami, które będzie można stosować bez wychodzenia z domu. Specjalne testy, które będzie można nabyć w aptece, wykryją nie tylko choroby dróg oddechowych, lecz także dróg rodnych. Ta sama platforma ma wykryć w przyszłości również m.in. markery nowotworowe czy markery wczesnego tętniaka aorty brzusznej. Nowe technologie sprawią, że diagnostyka stanie się nie tylko dużo łatwiejsza, lecz także szybsza.

– Pracujemy w tym momencie nad małymi, czułymi testami, które pozwolą wykrywać infekcje górnych dróg oddechowych, wirusy grypy, bakterie. Jesteśmy przekonani, że nasza technologia będzie mogła być stosowana w różnych dziedzinach – nie tylko w medycynie, lecz także w weterynarii, przemyśle spożywczym czy farmaceutycznym. Rozwój i miniaturyzacja technologii pozwalają na zastosowanie jej w szerokim zakresie – mówi Dawid Nidzworski.

Jak przekonuje pomysłodawca i współzałożyciel firmy SensDx, innowacyjne testy do użytku domowego nie obciążą budżetu pacjenta tak mocno, jak wizyta w prywatnej klinice. W przypadku produktów, które w 2018 roku wprowadzi na rynek SensDX, cena ma wynosić około 20 zł. Ponadto wykonanie testów ma być proste i szybkie.

– Nasze testy są o wiele szybsze, mamy wynik w zaledwie 5 minut. Są bardzo czułe, dzięki temu, że stosujemy zaawansowaną elektronikę do odczytywania badania. Ponadto nasz produkt jest uniwersalny, tzn. będzie można go zastosować do infekcji górnych dróg oddechowych, a po zmianie części biologicznej – do innych tematów – wyjaśnia Dawid Nidzworski.

Narzędzia diagnostyczne będą ogólnodostępne, przeznaczone nie tylko dla lekarzy, lecz także zwykłych użytkowników.

– Produkujemy testy dla klienta ostatecznego, czyli dla zwykłego Kowalskiego. Będzie można je wykorzystać w gabinecie lekarskim czy laboratorium diagnostycznym, gdzie będzie można wykonać test. Ale naszym celem jest zastosowanie ich przede wszystkim w naszych domach  – podsumowuje Dawid Nidzworski.

Nasilają się strajki pracowników sieci handlowych. Rynek pracownika sprzyja protestującym

Nasilają się strajki pracowników sieci handlowych. Rynek pracownika sprzyja protestującym 13

Trwają protesty pracowników w sieci Tesco. Zatrudnieni domagają się podwyżek płac rzędu kilkuset złotych, tymczasem pracodawca zaproponował 50 zł brutto. Podwyżki w minionych miesiącach otrzymali też pracownicy Kauflandu i Biedronki. Zdaniem socjologa z Wyższej Szkoły Bankowej przynajmniej część postulatów pracowników będzie musiała być wzięta pod uwagę, zwłaszcza jeśli rynek pracownika będzie w dalszym ciągu rósł w siłę.

– Markety w Polsce właściwie od początku lat 90. budzą różnego rodzaju kontrowersje – to zarówno super- i hipermarkety, a w ostatnich latach dyskonty. Jest kilka obszarów, w których pojawiają się te kontrowersje. Po pierwsze, są to kwestie podatkowe, ucieczka z podatkami, różnego rodzaju korzyści, jakie te firmy czerpały przez wszystkie lata transformacji w Polsce, z niskich podatków, z możliwości ucieczki do rajów podatkowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Szalacha-Jarmużek, socjolog i adiunkt w Wyższej Szkole Bankowej w Toruniu. – Po drugie, kwestie pracownicze, które wiążą się przede wszystkim ze słabymi warunkami pracy – od lat w Polsce o pracy w supermarketach i dyskontach mówiło się w kategoriach pracy gorszej, wymagającej fizycznie, a jednocześnie słabo płatnej.

Przez Polskę przetacza się fala protestów pracowników sieci handlowych. Wprawdzie zapowiadany szumnie na 2 maja „strajk włoski” w kilku dużych sieciach wypadł raczej blado, jednak widać tendencję ku podwyżkom płac i szerszej ofercie socjalnej.

Podwyżki ogłosiły w ostatnim czasie m.in. Biedronka i Kaufland. Pracownicy Tesco protestują w kolejnych miastach przeciw – ich zdaniem – zbyt niskiej podwyżce zaproponowanej przez pracodawcę. Chodzi o 50 zł brutto, podczas gdy pracownicy domagali się 400 zł. Głównym problemem, spowodowanym m.in. niskimi zarobkami, jest jednak niedobór pracowników w handlu, który powoduje nadmierne obciążenie obowiązkami obecnych pracowników.

– Markety i dyskonty są głównym punktem robienia zakupów. ¼ żywności kupujemy w dyskontach – tłumaczy Szalacha-Jarmużek. – W miastach średniej wielkości na ścianie wschodniej 1 dyskont przypada na 20 tys. mieszkańców, więc jest to duża koncentracja, a więc i rola społeczna. Pracownicy i mieszkańcy, ludzie korzystający z marketów zaczęli coraz bardziej przyglądać się temu, co się dzieje w tych sklepach, jak wyglądają warunki pracy.

Z danych GfK Polonia wynika, że średnio w Polsce na jeden sklep dyskontowy przypada 11 tys. osób. Rozkład nie jest równy: w Poznaniu jest to 6,3 tys. osób, a w Warszawie ponad dwa razy tyle. Największe nasycenie występuje w takich miastach jak Ostrołęka, Słupsk, Jelenia Góra.

– Po dużych wydarzeniach medialnych, gdzie nagłaśniano złe warunki pracy w dyskontach, zaczęły one pracować nad swoim wizerunkiem pracodawcy. Zaczęto to akcentować w reklamach, pokazywano uśmiechniętych pracowników i próbowano prostować nieprawidłowości, które pokazywała Państwowa Inspekcja Pracy, głównie niepłacone nadgodziny i wysiłek fizyczny ponad normę. Więc z jednej strony to marketing, a z drugiej strony wprowadzenie rzeczywistych rozwiązań, które miały zapobiec nieprawidłowościom – ocenia adiunkt WSB w Toruniu.

Protestującym sprzyja sytuacja rynkowa, która sprawia, że w wielu regionach Polski bezrobocie praktycznie nie istnieje, zwłaszcza jeśli chodzi o nisko płatną i niewymagającą szczególnych kwalifikacji pracę.

– W Polsce mamy do czynienia z rozpędzonym rynkiem pracownika. Brakuje rąk do pracy, w szczególności tam, gdzie praca jest trudna i niekoniecznie wiąże się z prestiżem społecznym – tłumaczy Szalacha-Jarmużek.

Nawet jeśli prognozy dotyczące porzucania pracy przez osoby wsparte przez program Rodzina 500 plus okazały się wygórowane, to handlowi wciąż brakuje rąk do pracy. W kwietniu 2017 roku średnia stopa bezrobocia wynosiła 7,7 proc. i była najniższa od 26 lat (równie niską odnotowano ostatni raz w maju 1991 roku).

– Jeżeli sytuacja gospodarcza w Polsce będzie się rozwijać w dobrym kierunku, to koncepcja rynku pracownika będzie się umacniać. Wtedy postulaty stawiane przez pracowników będą mogły być postawione jeszcze mocniej – zaznacza socjolog z WSB.

Jej zdaniem taki rozwój sytuacji może sprawić, że pracodawcy będą musieli zacząć spełniać postulaty protestujących. Już dziś mocno konkurują o pracowników różnego rodzaju dodatkowymi pakietami socjalnymi oraz podwyżkami płac.

– To oczywiście rozbudza też apetyt samych pracowników. Ostatnie strajki niewątpliwie szły na fali poczucia pewnej siły, tego, że pracownicy nie są już tak łatwo wymienialni, bo tak sytuacja wyglądała przez ostatnie 20 lat. Dziś już wiedzą, że dla sklepów dużym problemem jest odejście pracownika, zwłaszcza takiego, który pracował dobrze, nie stwarzał problemów – mówi Joanna Szalacha-Jarmużek.

Cyfrowa rewolucja zmieni rolę dziennikarzy. W relacjonowaniu faktów zastąpią ich roboty

Cyfrowa rewolucja zmieni rolę dziennikarzy. W relacjonowaniu faktów zastąpią ich roboty 14

Rynek medialny przechodzi fazę rewolucji. Wpływają na to nowe technologie, cyfryzacja, internet i media społecznościowe. Zmieniają się też oczekiwania czytelników. Media muszą zdefiniować swoją rolę i określić, jakie treści chcą tworzyć oraz kim jest grupa odbiorców, aby mogły przetrwać. Wraz z mediami zmienią się też zadania dziennikarzy, których rolą stanie się interpretowanie, a nie podawanie faktów. W tym zastąpią ich roboty.

Wszystkie firmy medialne muszą zadać sobie pytanie, jakimi środkami chcą prowadzić dystrybucję treści oraz jaka jest wartość informacji, którymi chcą się podzielić z odbiorcą końcowym. Czy chodzi o to, aby odbiorcy mogli dzięki niej podjąć lepszy i bardziej świadomy wybór? Czy to ma być kontent, który będzie wywierał wpływ na społeczeństwo i zwiększał świadomość społeczną? Czy może będzie to kontent marketingowy, z przekazem dla konsumentów? –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Margaret Ann Dowling, konsultant ds. innowacji w mediach, ambasador SingularityU Warsaw Chapter i konsultant zajmujący się innowacjami w mediach z 25-letnim doświadczeniem.

Pod wpływem cyfryzacji i nowych technologii rynek mediów przechodzi w ostatnich latach rewolucyjne zmiany. Kurczenie się segmentu prasy papierowej postępuje na równi ze spektakularną ekspansją internetu i wideo – zauważa firma doradcza PwC w  raporcie „Entertainment and Media Outlook”. Według jej szacunków, w 2020 roku wydatki na reklamę w polskim internecie zrównają się z wydatkami na reklamę telewizyjną. To pokazuje, że zarówno twórcy treści, jak i reklamodawcy przenoszą się do sieci.

Polski rynek prasy, obejmujący wydatki konsumentów oraz reklamę, będzie w nadchodzących latach notował około 17-proc. spadek przychodów ze sprzedaży. Przyczyni się do tego migracja czytelników do internetu i rosnąca popularność kanału mobilnego.

Prasa drukowana w kioskach będzie się starzała wraz ze swoimi odbiorcami. Nowi odbiorcy, patrzę tu na nasze dzieci, są całkowicie zdigitalizowani. Natomiast starsi odbiorcy będą oczywiście bardziej skłonni do konsumowania mediów tradycyjnymi sposobami, ale jeśli chcą oni być stale na bieżąco, jest im do tego potrzebny kanał cyfrowy – powiedziała Margaret Ann Dowling podczas warsztatów zorganizowanych przez fundację Digital University.

Eksperci PwC zauważają, że w Polsce stale rośnie liczba użytkowników płatnych serwisów oraz osób, które czytają dzienniki na urządzeniach mobilnych. W tym kanale można się spodziewać dalszych wzrostów. Wśród kluczowych trendów nadchodzących lat na medialnym rynku wymienia się też aplikacje sprawdzające prawdziwość informacji, boty w komunikatorach i rozwój segmentu wideo.

Zdaniem ambasadorki SingularityU Warsaw Chapter prasa drukowana i tradycyjne media, jeżeli chcą zachować pozycję na rynku, prędzej czy później będą musiały dostrzec te zmiany i zacząć korzystać z nowoczesnych kanałów komunikacji.

Tradycyjne firmy medialne, nadal używające platform, które są coraz słabiej połączone z odbiorcą, muszą zrozumieć, że konieczne jest wykorzystywanie wielu kanałów. Muszą też wiedzieć, kim jest ich odbiorca. Jeśli potrzebuje on dostępu do treści poprzez kanał mobilny, powinna ona być dostępna w ten sposób, w odpowiednim czasie i w odpowiedniej jakości – mówi Margaret Ann Dowling.

Kolejny aspekt to eksperymentowanie z technologiami, na przykład z wirtualną rzeczywistością. To może, choć wcale nie musi, okazać się wielką szansą dla mediów. Pewnie nie zmieni rynku od razu, ale za kilka lat już tak. Jeżeli tak się stanie i osiągnięta zostanie masa krytyczna, chcemy być na to przygotowani, mieć odpowiedni kontent i wiedzieć, jak wykorzystać tę cyfrową platformę – mówi Michael Derkits, chief business development oficer w Vice Media CEE.

Na zmiany w zachowaniu odbiorców muszą szybko reagować media i dostawcy treści. Jeżeli chcą utrzymać się na rynku, muszą w coraz większym stopniu wykorzystywać nowe technologie i kanały cyfrowe, żeby tworzyć wartościowy i lepiej sprofilowany kontent. Cyfryzacja i konkurencja na rynku medialnym sprawiają, że na kształt współczesnych mediów znaczący wpływ mają ich odbiorcy.

Dzięki temu, że mają coraz więcej władzy, użytkownicy zmieniają media. Kilka lat temu mieliśmy grupę firm medialnych, które decydowały o tym, co znajdzie się na ekranie. Teraz jest dużo więcej ekranów i dużo więcej treści, więc konsumenci mają w rękach dużo większą władzę. Mogą uznać, że dane treści im się podobają, a inne nie, więc po prostu poszukają ich gdzieś indziej. Musimy więc dużo uważniej wsłuchiwać się w głos odbiorców – mówi Michael Derkits.

Rewolucja na rynku medialnym jest powiązana ze zmianą oczekiwań i przyzwyczajeń odbiorców, zmianami w marketingu i reklamie. Niedługo wpłynie również na rynek pracy, powodując, że przeobrażeniu ulegnie zawód dziennikarza.

– W przeszłości mieliśmy dziennikarzy, którzy podawali fakty: czy była to prognoza pogody, czy wyniki sportowe, to co tu i teraz. To wszystko będą mogły wykonywać roboty-dziennikarze, w dodatku szybciej i lepiej. Pozostaje pytanie, gdzie tu rola dla dziennikarza? – pyta Margaret Ann Dowling.

Jak prognozuje, rolą dziennikarza w zdigitalizowanych mediach będzie analiza faktów podawanych przez roboty oraz pomoc w ich interpretacji. Dziennikarz będzie dostarczał odpowiedzi na pytanie, co dana informacja oznacza dla czytelników. W tym celu musi się zaangażować i poznać swoją grupę docelową.

Dziś dziennikarz musi mieć zdolności analityczne, rozumieć gospodarkę i być specjalistą. Musi być skoncentrowany na przyszłości, sprawny technologicznie, nie bać się nieznanego. Musi się wczuwać w tok rozumowania odbiorcy, umieć wejść w jego buty i być blisko niego. Dodatkowo musi też rozumieć, że potrzebuje od czytelnika informacji zwrotnej. Jeżeli się pomyli, musi umieć to przyznać i skorygować swój przekaz – mówi Margaret Ann Dowling.

Dziś to odbiorcy w coraz większym stopniu pełnią rolę wydawcy, który weryfikuje podawane przez dziennikarza informacje.

– W świecie post-prawdy, w którym żyjemy, rola dziennikarzy jest dziś ważniejsza niż kiedykolwiek. Musimy mieć pewność, że są oni wolni, dobrze wyszkoleni i rozumieją, czym jest ich misja. Dziennikarze muszą się koncentrować na potrzebach czytelników. Jeżeli będą to robić, będą służyć czytelnikowi, a on będzie słuchał tego, co dziennikarze mają do powiedzenia – mówi Margaret Ann Dowling, która od 25 lat zajmuje się rynkiem mediów.

Jeżeli dziennikarze – zamiast na treści i jakości przekazu – będą się skupiać na jego monetyzacji, ich rola z czasem stanie się zbędna. Dbanie o rentowność biznesu i jego finansową opłacalność jest zadaniem właścicieli mediów. Z kolei twórcy treści powinni się skupiać tylko na ich jakości i rzetelności.

Monetyzacja jest wyzwaniem, ale to zobowiązanie właścicieli mediów. To nie jest problem dziennikarzy zastanawiać się, czy dostaną wypłatę albo czy mają wystarczającą liczbę klików. Dziennikarze mają się martwić o jakość kontentu, który tworzą, o to, czy są uczciwi, czy nie podlegają wpływom. Inaczej ten zawód stanie się zbędny – ocenia Margaret Ann Dowling. – Jako wydawcy i twórcy kontentu powinniśmy się przyczyniać do zwiększania transparentności w tym cyfrowym świecie. Mam nadzieję, że więcej firm medialnych zrozumie, że taki jest cel kontentu, który tworzą. Najpierw czytelnik i prawda, potem zaangażowanie, a pieniądze przyjdą później.

Analiza pozycji dużych graczy 05.06.2017

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowymTabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 05.06.2017 15– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Analiza pozycji dużych graczy 05.06.2017 16-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Najciekawsze instrumenty z punktu widzenia raportu COT

Z punktu widzenia raportu COT powinniśmy zainteresować się euro oraz dolarem kanadyjskim.

Euro

Przez ostatnie dwa lata fundusze lewarowany na kontraktach terminowych utrzymywały krótką pozycję. Tym razem pesymizm wokół euro został rozwiany, pozycję netto funduszy lewarowanych są po zielonej stronie rynku, czyli w badanej grupie spekulantów mamy więcej długich pozycji niż krótkich. Wydarzenie jest istotne, ponieważ pokazuje długoterminowe nastawienie dużego kapitału do rynku.

Pozycje funduszy zarządzających, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy zarządzających, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: Cme Group

W poprzednim tygodniu fundusze po raz kolejny domykały krótkie pozycje, zostały zredukowany o 9 tysięcy względem 2 tysięcy nowych pozycji długich.

Pomimo byczego nastawienia dalszy ruch wzrostowy może być utrudniony. Po pierwsze idą wakacje, które sprzyjają niskiej zmienności. Po drugie, przed bykami stoi poważny opór, który nie powinien być pokonany bez większej korekty.

Notowania EUR/USD, interwał tygodniowy

Notowania EUR/USD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Największym wyzwaniem dla ruchu wzrostowego na wykresie tygodniowym jest poziom 1.146, który za pierwszym podejściem powinien wytrzymać. Na rynku panuje bardzo duży, krótkoterminowy pesymizm do dolara amerykańskiego, co przeważnie kończyło się mocniejszą korektą. Gdyby do niej doszło, to może zatrzymać się w okolicy poziomu 1.10. Niemniej jednak nie możemy zapominać o dolnej bardzie szerokiej konsolidacji EUR/USD w okolicy 1.04.

Dolar kanadyjski

Kolejnym ciekawym instrumentem jest dolar kanadyjski, na którym ciąży zbyt duża ilość pozycji krótkich.

Pozycje funduszy zarządzających, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy zarządzających, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: Cme Group

Kanada boryka się z kilkoma problemami o znaczącej skali, dlatego też fundusze lewarowany obstawiały deprecjację dolara kanadyjskiego względem amerykańskiego. Pozycje netto znalazły się na długoletnich minimach, natomiast ilość krótkich pozycji jest najwyższa w historii. Gdyby doszło do umocnienia CAD, to moglibyśmy zobaczyć tzw. short squeeze, czyli pośpieszne zamykanie shortów.

Notowania USD/CAD, interwał dzienny

Notowania USD/CAD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Po przełamaniu dziennego wsparcia 1.355-1.358 niedźwiedzie otworzyły sobie drogę do dalszej wyprzedaży USD w okolicę poziomu 1.33. W tym samym miejscu przebiega linia trendu wzrostowego, której początek znajduje się w maju zeszłego roku. Bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja aprecjacji dolara kanadyjskiego.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Właściwa dieta podnosi efektywność pracownika o 20 proc. Zalecenia dietetyków są jednak rzadko przestrzegane

Co trzeci pracownik je w ciągu tygodnia fast foody. Prawie połowa ma w swojej diecie słodycze i słodzone napoje, które zastępują codzienną porcję warzyw i owoców, i zapomina o regularnych posiłkach – wynika z badania ekspertów firmy Human Power. Nic więc dziwnego, że połowa ankietowanych czuje się po posiłku ospała. Efektywność pracowników dzięki odpowiednio zbilansowanej diecie może być jednak o jedna piątą wyższa.

– To, co jemy, bardzo wpływa na nasze zdrowie, samopoczucie i efektywność w pracy. Nie zawsze jednak świadomie podchodzimy do tematu i planujemy nasze posiłki właśnie pod tym kątem. Możemy brać przykład ze sportowców. To osoby bardzo świadome, które wiedzą, że odpowiednio zbilansowane składniki pokarmowe, podawane w określonych momentach, zapewniają im dobre wyniki sportowe oraz dają możliwość regeneracji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Ewa Chojnowska, ekspert ds. odżywiania z Human Power.

Według zasad zdrowego żywienia Instytutu Żywności i Żywienia powinniśmy spożywać 4–5 posiłków co 3–4 godziny w ciągu dnia. Odpowiednie odżywianie, z minimum jednym ciepłym posiłkiem, jest niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu. Do takich zasad stosuje się jednak niewiele z nas.

– Aby mieć energię przez cały dzień, powinniśmy przestrzegać kilka prostych zasad. Przede wszystkim zaczynamy od zdrowego, zbilansowanego śniadania. Bardzo ważne jest to, żeby zjeść je jeszcze przed wyjściem do pracy. Kiedy rozpoczynamy pracę, już potrzebujemy energii ze składników pokarmowych – przekonuje dr Ewa Chojnowska.

Jak wynika z raportu „Praca, moc, energia w polskich firmach”, autorstwa Human Power, co trzeci ankietowany pracownik nie stosuje się do zasady, że pierwszy posiłek należy zjeść w ciągu godziny od przebudzenia. Dwie trzecie pracowników przestrzega reguły, że przerwy między posiłkami nie powinny przekraczać 3 godzin. Tylko połowa ankietowanych uwzględnia w każdym swoim daniu porcję warzyw i owoców.

 Ważne, by główny posiłek zjeść w pracy, a nie dopiero w domu. To właśnie w pracy potrzebujemy energii – przypomina ekspert ds. odżywiania.

Istotne jest nie tylko regularne jedzenie, lecz także stosowanie dobrych jakościowo składników, przede wszystkim unikanie produktów o wysokim indeksie glikemicznym, które powodują skoki cukru we krwi.

 To cukier, czyli słodycze, napoje gazowane, słodzone napoje oraz produkty mączne destabilizują nasz poziom cukru we krwi. Oprócz tego unikajmy wszelkiego rodzaju ciężkostrawnych produktów, przede wszystkim fast foodów, wszelkich produktów gotowych, bo tam najczęściej jest dużo chemii i dodatków, a to nie sprzyja naszemu zdrowiu i efektywności – tłumaczy Chojnowska.

Dość duża grupa badanych – blisko 40 proc. – przyznaje, że codziennie je słodycze i pije słodzone napoje. 34,3 proc. pracowników w ciągu tygodnia je fast foody. Mniej więcej połowa podkreśla, że zamiast białego pieczywa, makaronu czy ryżu wybiera pełnoziarniste produkty.

Zbyt długie przerwy między posiłkami, zbyt obfite i źle zbilansowane potrawy mogą spowodować, że po jedzeniu czujemy się ospali, a przyznaje to połowa pracowników.

Dla zachowania energii ważne są nie tylko posiłki, lecz także odpowiednie nawodnienie organizmu. Przyjmuje się, że w ciągu dnia powinniśmy wypijać ok. 1,5 litra wody, najlepiej regularnie w ciągu dnia. Blisko 60 proc. pracowników pije mniej wody, niż jest to zalecane. Odpowiednie nawodnienie to jeden z najtańszych i najprostszych sposobów na radzenie sobie ze zmęczeniem czy spadkiem wydajności umysłowej. Wiele osób zastępuje wodę herbatą, kawą czy napojami energetycznymi.

– Kluczem do sukcesu jest przede wszystkim planowanie. Jeżeli zaplanujemy nasze posiłki, przerwy na posiłki, odpowiednią ilość wody, to na pewno się uda – przekonuje ekspertka Human Power.

Dużą rolę w kształtowaniu odpowiednich nawyków żywieniowych odgrywają pracodawcy. Mogą zaproponować konsultacje z doradcą żywieniowym, który pozwoli zaplanować posiłki w odpowiedni sposób.

– Bardzo ważne jest udostępnienie zdrowych i naturalnych produktów. Jeżeli mamy je w zasięgu ręki, to znacznie częściej po nie sięgamy. Istotne jest też stworzenie środowiska przyjaznego zmianie. Jeżeli przynoszę do pracy sałatkę, a wszyscy jedzą pączki i drożdżówki, nie będę się czuć komfortowo. Jeżeli to środowisko chce zmiany, to zdecydowanie łatwiej będzie ją wprowadzić – przekonuje dr Ewa Chojnowska.

Austriackie firmy zainteresowane kolejnymi inwestycjami w Polsce. Perspektywiczne branże to m.in. energia odnawialna i usługi dla biznesu

Austriackie firmy zainteresowane kolejnymi inwestycjami w Polsce. Perspektywiczne branże to m.in. energia odnawialna i usługi dla biznesu 17

Austria mieści się w pierwszej dziesiątce krajów, które zrealizowały największe bezpośrednie inwestycje zagraniczne nad Wisłą. Polska jest dla niej także ważnym partnerem handlowym. W najbliższym czasie szykują się kolejne inwestycje, a nasz kraj wciąż postrzegany jest przez austriackie firmy jako perspektywiczny rynek.

– Z perspektywy 25 lat widać, że startowaliśmy prawie od zera, a doszliśmy do bardzo poważnych wyników. Polska jest dziewiątym największym partnerem handlowym Austrii na świecie. To duże osiągnięcie, bo wyprzedza takie kraje, jak Rosja, Chiny czy Holandia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karl Schmidt, radca handlowy Ambasady Austrii. – Jeżeli mówimy o bezpośrednich inwestycjach zagranicznych, to Austria jest numerem dziewięć w Polsce. Zainwestowaliśmy w Polsce ponad 6 mld euro, liczba firm waha się między 500 a 600 i wciąż rośnie.

Z danych NBP wynika, że na koniec 2015 roku (opracowanie za 2016 rok jeszcze się nie ukazało) Austria była nawet ósmym krajem pod względem wielkości zobowiązań Polski z tytułu bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Wyniosły one ponad 27 mld zł. Do największych inwestorów należą Immofinanz, Strabag, Warimpex czy Porr.

– Ostatnio odnosimy też sukcesy w dziedzinie outsourcingu procesów biznesowych, usługach, rozwoju inteligentnych miast i alternatywnych źródłach energii. Austria ma duże doświadczenie w branży OZE, szczególnie w energetyce wiatrowej i biomasie. Inwestujemy także w tych dziedzinach – mówi Schmidt. – Polska jest perspektywicznym krajem, zwłaszcza od jej akcesji do Unii Europejskiej, ponieważ ma duży rynek wewnętrzny. Ponadto firmy mają szansę pozyskać tu wykwalifikowanych menadżerów do współpracy, a także zwiększają swój potencjał eksportowy na inne rynki regionu.

Wymiana handlowa między oboma krajami w trzech pierwszych kwartałach 2016 roku wyniosła według GUS ponad 20 mld zł, przy czym saldo mimo słabego złotego wobec euro było dodatnie dla Polski: eksport to 10,3 mld zł, zaś import 9,7 mld zł. Kwoty te dawały Austrii 3-proc. udział w polskim eksporcie i 2,2-proc. w imporcie. Wbrew pozorom to wcale nie mało, bo tylko główny partner Polski, Niemcy, ma wysoki, dwucyfrowy udział w wymianie handlowej z Polską.

Austriaccy przedsiębiorcy starają się wykorzystywać atuty naszego kraju i działać np. w branży spożywczej.

– Przykładem mogą być słynne jabłka. Polska jest liderem w ich produkcji. Mamy przynajmniej 10 austriackich firm w Polsce, które przetwarzają nie tylko jabłka, lecz także truskawki, maliny i inne owoce, a następnie eksportują przetworzone produkty na inne rynki europejskie – wylicza radca handlowy Ambasady Austrii w Polsce. – Obecnie pracujemy nad kilkoma projektami, m.in. w sektorze energii odnawialnej oraz outsourcingu.

Na początku roku firma Swarovski poinformowała o otwarciu globalnego centrum usług w Gdańsku. Planowo ma to nastąpić latem tego roku.

– Innych firm wolałbym nie wymieniać, zanim ich projekty nie zostaną sfinalizowane. Ale na pewno w sferze smart city i IT austriackie firmy będą realizować coraz więcej inwestycji – podkreśla Schmidt.

Według Portalu Promocji Eksportu główną grupę towarową w eksporcie i imporcie stanowią maszyny, urządzenia mechaniczne i pojazdy. W tej grupie w ubiegłym roku zanotowano też największy wzrost wartości polskiego eksportu. Polska z Austrii sprowadza również maszyny elektryczne, aparaty i wyroby elektrotechniczne, kotły, żelazo i stal oraz wyroby z nich, w tym blachy i rury, oraz plastik i wyroby plastikowe. Eksportujemy natomiast węgiel kamienny, brunatny, koksujący i brykiety, miedź, meble oraz samochody osobowe, dostawcze i traktory.

– Austriackie firmy chcą, na ile to możliwe, wykorzystywać również fundusze unijne dostępne na innowacje. Mamy nadzieję, że w tym względzie polski rząd będzie kontynuował politykę przyciągania zagranicznych inwestycji, dostępu do specjalnych stref ekonomicznych i preferencyjnych warunków inwestowania – podsumowuje Karl Schmidt.

W ramach unijnego programu Horyzont 2020 do wykorzystania pozostało ponad 55 mld euro. To szansa dla polskich firm

W ramach unijnego programu Horyzont 2020 do wykorzystania pozostało ponad 55 mld euro. To szansa dla polskich firm 18

Mija półmetek programu Unii Europejskiej Horyzont 2020. Do tej pory na innowacje w europejskich firmach wydano niespełna 24 mld z 77 mld euro. Do Polski trafił 1 proc. tej kwoty. Firmom chcącym zainwestować w badania i rozwój zostało 3,5 roku na sięgnięcie po unijne pieniądze z tego programu. Od 2018 roku ruszy nowy, specjalny program wyłącznie dla przemysłu. 

– To jest bardzo duża szansa dla polskiej gospodarki i dla polskiego przemysłu, dlatego że do dyspozycji pozostała znacząca pula środków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Walczyk-Matuszyk, zastępca dyrektora Krajowego Punktu Kontaktowego Programów Badawczych Unii Europejskiej. – Od 2018 roku rusza specjalny nowy program European Innovation Council, w ramach którego ogłaszane będą konkursy stricte dla przemysłu. Będą to projekty typu Fast Track To Innovation dla konsorcjów przemysłowych, których celem będzie komercjalizacja i wdrażanie danych rozwiązań.

Program Ramowy Unii Europejskiej Horyzont 2020 to największy w historii program finansowania badań naukowych i innowacji w Unii Europejskiej. Jego budżet w latach 2014–2020 wynosi ponad 77 mld euro. Jak mówi Katarzyna Walczyk-Matuszyk, do tej pory, po 3,5 roku od uruchomienia programu, wydano 23,5 mld euro, czyli niespełna jedną trzecią. Polska pod względem środków pozyskanych przez firmy znalazła się na 15. miejscu, przejmując 1 proc. tej kwoty.

– Naszą specjalnością są technologie informacyjne i komunikacyjne. Teleinformatyka, biomedycyna, telemedycyna – mamy także wiele firm, które w tych obszarach realizują swoje projekty – informuje Katarzyna Walczyk-Matuszyk. – Jeżeli chodzi o energetykę, to bardzo mocno trzymamy kciuki przede wszystkim za duże polskie spółki energetyczne. Spółki te od pewnego czasu wykazują większą aktywność w kontekście pozyskanych grantów. W pierwszej dziesiątce dużych firm, które pozyskały granty w Horyzoncie 2020, jest m.in. Tauron.

Po 323 konkursach polskie firmy przemysłowe w liczbie 199 uzyskały łącznie 56,8 mln euro na 262 uczestnictwa w 220 projektach. Z tej kwoty ponad połowa przypadła na małe i średnie firmy – 122 podmioty pozyskały 30,1 mln euro.

Rekordzistą wśród firm w pozyskiwaniu funduszy z Horyzontu 2020 na projekty badawcze okazała się firma FundingBox Accelerator, do której trafiło ponad 7 mln euro na 6 projektów. Firma zamierza wspierać grantami start-upy, by mogły komercjalizować swoje projekty. Kolejne miejsce zajęły Selena Labs (ponad 4 mln euro) i Synektik (3,7 mln euro) oraz Crist Offshore (2,4 mln euro).

– Zdecydowanie większą aktywność wykazują małe i średnie przedsiębiorstwa. Jest to związane z wieloma aspektami. Przede wszystkim Horyzont 2020 uznaje małe i średnie przedsiębiorstwa za beneficjentów priorytetowych. Komisja Europejska postawiła sobie za cel, aby 15 proc. budżetu z dwóch głównych filarów budżetu trafiło do tego sektora. Zatem firmy te są poszukiwane przez innych partnerów, przez konsorcja naukowe, naukowo-przemysłowe – mówi Katarzyna Walczyk-Matuszyk.

W ramach Horyzontu znalazły się konkursy przeznaczone tylko dla małych i średnich firm w ramach tzw. instrumentu MŚP, który pozwala małym i średnim przedsiębiorcom zweryfikować rynkowo, czy dana technologia się przyjmie, ma szansę się sprzedać, jak również doprowadzić technologię do momentu, kiedy będzie ona gotowa do wdrożenia.

– Program European Innovation Council wdrożony w ramach Horyzontu 2020 będzie kontynuacją instrumentu MŚP, jednak z tą różnicą, że to firma będzie decydowała o temacie projektu, który będzie realizowała – mówi zastępca dyrektora Krajowego Punktu Kontaktowego Programów Badawczych Unii Europejskiej. – Zarówno Komisja Europejska, jak i my spodziewamy się, że głównym beneficjentem programu będą przede wszystkim duże firmy oraz małe i średnie przedsiębiorstwa z całej Unii Europejskiej. Liczymy tutaj na bardzo dużą aktywność i zaangażowanie polskich podmiotów. Jest to dla nich szansa, którą powinni wykorzystać.

PKP Cargo liczy na rozwój kolejowych połączeń z Chinami. Ten środek transportu szczególnie atrakcyjny dla polskich eksporterów żywności

PKP Cargo liczy na rozwój kolejowych połączeń z Chinami. Ten środek transportu szczególnie atrakcyjny dla polskich eksporterów żywności 19

Nowy Jedwabny Szlak, czyli projekt połączenia kolejowego między Europą a Chinami, ma dla nas takie znaczenie, jak kiedyś miała powstająca telefonia komórkowa – mówi Maciej Libiszewski, prezes PKP Cargo. Spółka dziś obsługuje 20 składów pociągu tygodniowo, ale zapowiada zwiększenie tej liczby. Zabiega także o to, by coraz więcej towarów było eksportowanych z Polski do Chin. Ten środek transportu i w ogóle ten kierunek eksportu jest szczególnie atrakcyjny dla producentów żywności. 

W sprawie Nowego Jedwabnego Szlaku mógłbym dzisiaj powiedzieć, że bardzo mocno pracujemy nad zmianą kierunku, tzn. żeby trochę więcej towarów jechało z Europy, przede wszystkim z Polski, Czech, Słowacji, Węgier, Austrii czy Niemiec do Chin, niż przyjeżdża z Chin do nas – mówi agencji informacyjnej Newseria Maciej Libiszewski, prezes zarządu PKP Cargo. – Pozostaje jeszcze kwestia embarga rosyjskiego, które utrudnia przewóz polskiej żywności do Chin, ale mamy nadzieję, że w drodze rozmów bilateralnych i multilateralnych uda się ten problem rozwiązać.

W kwietniu 2017 r. w Szanghaju Maciej Libiszewski i prezes Worldwide Logistics Group Jacky Lim podpisali porozumienie o zacieśnieniu współpracy, które umożliwi utworzenie struktur PKP Cargo w Chinach. Polska spółka do 2020 roku, zgodnie z założoną strategią, chce się stać przewoźnikiem globalnym. Obecnie działa na rynku europejskim, a największy udział w jej przychodach poza Polską mają Czechy, potem – trzykrotnie niższy – Niemcy, Słowacja, Włochy i Francja.

– Ten szlak ma dla nas takie znaczenie, jakie kiedyś miała nowo powstająca telefonia komórkowa. To jest coś, czego żaden przewoźnik nie musi nikomu zabierać, bo jest to nowość, a również nie jest to tak duża konkurencja dla transportu morskiego, ponieważ to jest raptem 1 proc. przewożonych morzem towarów – przekonuje prezes PKP Cargo.

Nowy Jedwabny Szlak to projekt połączenia kolejowego między Chinami a Europą, szybszego i bezpieczniejszego niż transport morski. Już dziś PKP Cargo obsługuje tygodniowo 20 składów pociągów kursujących między Państwem Środka a Starym Kontynentem. Na razie są one rozładowywane w terminalu w Małaszewiczach, ale coraz głośniej mówi się o planach budowy centralnego hubu intermodalnego, który umożliwiłby przyjęcie i rozdysponowanie dużych ilości towarów przewożonych ze Wschodu i tam eksportowanych.

Przede wszystkim skorzystać mógłby przemysł spożywczy. Chińczycy są przekonani, że w Europie, szczególnie w Polsce, żywność jest zdrowa, a zaczynają przywiązywać do tego coraz większą wagę. Biorąc pod uwagę ogromny rynek chiński, bo to jest ponad 1,3 mld ludzi, jest duża grupa osób w tym społeczeństwie, które przywiązują wagę do zdrowej żywności i chcą tej żywności właśnie z Polski – mówi Maciej Libiszewski. – Tego doświadcza już wiele polskich zakładów, które dzisiaj muszą tę żywność transportować samolotem. Na pewno pociągiem byłoby znacznie taniej.

Rozwój połączeń tranzytowych i obsługi połączeń towarowych w relacji Chiny – Europa – Chiny w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku oraz większy udział przewozów towarów masowych w kontenerach przyczyniły się do osiągniętego w I kwartale przez spółkę wzrostu przewozów intermodalnych. Jak podaje przewoźnik w raporcie, w I kwartale 2017 r. transport jednostek intermodalnych wzrósł pod względem masy przewiezionych kontenerów o 28 proc. rdr., natomiast zrealizowana praca przewozowa wzrosła o 35 proc. rdr.

– Wyniki za I kwartał są znacznie lepsze, niż się spodziewaliśmy. Jest to efekt przede wszystkim wzrostu w gospodarce. Są lepsze nie tylko w porównaniu do 2016 roku, ale są lepsze również w odniesieniu do 2015 roku – mówi prezes PKP Cargo. – Jest to zaskakujące, dlatego że przed zmianą rządów utraciliśmy trzy duże kontrakty na ponad 5 milionów ton i mimo tego, że jeszcze ich w tym roku nie odzyskaliśmy, bo będziemy mieli szansę dopiero jesienią, już mamy większe przewozy niż w 2015 roku.

W I kwartale 2017 roku PKP Cargo miało 1,08 mld zł skonsolidowanych przychodów z działalności operacyjnej, o 6,3 proc. więcej niż rok wcześniej. Zysk operacyjny wyniósł 3,18 mln zł, podczas gdy przed rokiem odnotowano stratę w wysokości 61,8 mln zł. Strata netto skurczyła się z 66,4 mln zł w I kwartale 2016 roku do 1,4 mln zł. Grupa PKP Cargo nadzieje na dalszą poprawę wyników wiąże m.in. z ogólną poprawą w gospodarce, czego wyrazem jest wzrost PKB w I kw. o 4 proc. rdr.

Jak podaje GUS, po I kwartale 2017 roku udział rynkowy Grupy PKP Cargo w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego w ujęciu masy towarowej wzrósł z 44,29 proc. do 44,80 proc, a w ujęciu pracy przewozowej zwiększył się z 52,20 proc. do 52,42 proc.

Polacy coraz częściej wymieniają meble. Firmy z branży muszą wprowadzać innowacje i inwestować w rozwój produkcji

Polacy coraz częściej wymieniają meble. Firmy z branży muszą wprowadzać innowacje i inwestować w rozwój produkcji 20

Wraz z rozwojem rynku mieszkaniowego i modą na indywidualizm rośnie segment mebli na wymiar, tworzonych na indywidualne zamówienie klienta i dopasowanych do konkretnego wnętrza. Takie rozwiązania przestały być luksusem i są przystępne cenowo dla przeciętnego konsumenta. Jak pokazują statystyki, przeciętna rodzina kupuje nowe meble średnio raz na 2,5 roku, dlatego zdaniem ekspertów rynek ma duże perspektywy rozwoju. Sektor meblowy musi jednak podążać za nowymi trendami i rozwijać innowacje.

Klienci poszukują obecnie kompleksowej usługi mebli na wymiar. Nie wystarcza im już zamówienie pojedynczego mebla. Coraz częściej chcą, żeby zaprojektować całe wyposażenie mieszkania. Drugim istotnym trendem jest indywidualizm. Klienci chcą się czymś wyróżnić, są otwarci na świat i zagraniczne trendy oraz coraz bardziej świadomi tego, co oferuje im ten rynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Głogowski, prezes firmy Komandor SA.

Przemysł meblarski jest jedną z najszybciej rosnących gałęzi polskiej gospodarki. W ubiegłym roku wartość krajowej produkcji wzrosła o 8 proc. do poziomu 42,5 mld zł. Polska jest szóstym na świecie producentem, a większość (ok. 90 proc.) mebli z rodzimych zakładów i stolarni trafia na eksport. Największymi odbiorcami są Wielka Brytania, Czechy i przede wszystkim Niemcy – za zachodnią granicę trafia ok. 40 proc. całego krajowego eksportu mebli.

Wysoki popyt utrzymuje się też na rynku krajowym. Z badania „Zwyczaje zakupowe Polaków”, które przeprowadziła specjalizująca się w analizach rynku meblowego firma B+R, wynika, że w pierwszym półroczu 2016 roku blisko co trzecie (27 proc.) gospodarstwo domowe w Polsce kupiło nowe meble, a 15 proc. zadeklarowało chęć ich zakupu w kolejnych miesiącach. Statystycznie oznacza to, że Polacy kupują nowe meble raz na 2,5 roku.

Wraz z rozwojem całego rynku rośnie również segment mebli na wymiar, tworzonych na indywidualne zamówienie. Konsumenci szukają najczęściej mebli kuchennych albo szaf do zabudowy, wnękowych lub narożnych, dopasowanych do konkretnego wnętrza. Wraz z rosnącą zamożnością społeczeństwa takie produkty przestały być dobrem luksusowym i znalazły się w przystępnym cenowo, średnim segmencie.

Prezes firmy Komandor, która od 25 lat produkuje tego typu meble, prognozuje, że ten segment rynku będzie rozwijał się w najbliższych latach, napędzany modą na indywidualizm i szybkim wzrostem rynku mieszkaniowego w Polsce.

Spodziewam się, że rozwój tego segmentu rynku będzie coraz bardziej dynamiczny, ponieważ klienci coraz częściej szukają indywidualnych rozwiązań, dopasowanych do ich potrzeb. Są nowocześni, świadomi kolorystyki i nowych trendów, wiedzą, jak powinien wyglądać dany produkt. Coraz częściej meble na wymiar trafiają nie tylko do nowych mieszkań, lecz także starszych, które są remontowane i odświeżane – mówi Mariusz Głogowski.

Trendy w meblarstwie zmieniają się wraz z oczekiwaniami klientów. Na przedsiębiorstwach z branży meblowej wymusza to konieczność ciągłego inwestowania, wdrażania nowych technologii, maszyn i rozwiązań.

Mocno stawiamy na rozwój oprogramowania komputerowego, dzięki któremu możemy projektować nowe wyroby, szybko je wyceniać dla klientów, a także usprawnić cały proces produkcji, montażu i transportu. Dzisiaj działanie bez oprogramowania komputerowego nie jest możliwe dla żadnej z firm na tym rynku. Rozwijamy też dział projektowy. Aby nadążać za nowymi trendami, trzeba coraz szybciej projektować nowe rozwiązania, tworzyć nowe wzory. Do tego potrzeba coraz więcej ludzi. Oczywiście, rozbudowujemy też park maszynowy, musimy go unowocześniać o bardziej zautomatyzowane linie, które eliminują możliwość jakichkolwiek pomyłek i pozwalają na jeszcze szybszą i lepszą produkcję – wylicza Mariusz Głogowski.

Warszawska firma wraz ze światowymi gigantami rozwija wirtualną rzeczywistość. Pracuje też nad rewolucją w wideo

Warszawska firma wraz ze światowymi gigantami rozwija wirtualną rzeczywistość. Pracuje też nad rewolucją w wideo 21

Technologia wirtualnej rzeczywistości coraz bardziej powszechna. Rośnie też wartość tego rynku, która do 2020 roku może sięgnąć 160 mld dol. Nad technologią VR pracują najwięksi globalni gracze, tacy jak Google, Samsung czy Facebook. Konkuruje z nimi założona nieco ponad dwa lata temu polska spółka Bivrost, która zdążyła już awansować do grona światowej czołówki firm z tej branży. Obecnie pracuje nad nowym formatem, który ma się stać dla wideo 360 tym samym, czym jest JPG dla obrazu.

Wirtualna rzeczywistość jest najszybciej rosnącym cyfrowym rynkiem. Swoją dynamiką zdecydowanie przewyższa rynek konsol czy tabletów. Bardzo istotnym segmentem jest wideo sferyczne, do oglądania na goglach do wirtualnej rzeczywistości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Surgiel, założyciel i prezes firmy Bivrost.

Technologia wirtualnej rzeczywistości nabiera rozpędu. Inwestują w nią globalni giganci jak Google, Microsoft, Facebook (który dwa lata temu wykupił Oculus Rift za kwotę ponad 2 mld dolarów), Sony czy Samsung. Według prognoz firmy doradczej Deloitte Digital, już w 2016 roku liczba sprzedanych na całym świecie okularów VR wyniosła około 2,5 mln. Natomiast ten rok ma być przełomowy dla upowszechnia się technologii wirtualnej rzeczywistości.

Optymistyczne prognozy wysuwa też IDC, szacując, że do 2020 roku wartość branży wirtualnej (VR) i rozszerzonej rzeczywistości (AR) wyniesie blisko 160 mld dol – tyle warta będzie sprzedaż oprogramowania, usług i treści bazujących na obu tych technologiach.

Wirtualna rzeczywistość dominuje jak na razie w segmencie gier i rozrywki. Eksperci prognozują, że z czasem upowszechni się również w edukacji czy medycynie, pozwalając na wizyty u lekarza bez wychodzenia z domu albo umożliwiając chirurgom ćwiczenie skomplikowanych operacji w technologii VR.

Już teraz wirtualna rzeczywistość powoli znajduje zastosowanie w handlu i usługach. Popularna marka odzieżowa Topshop stworzyła w tej technologii wirtualną przymierzalnię, w której klienci nie musieli fizycznie przymierzać ubrań, żeby zobaczyć efekt końcowy. Z kolei szwedzka IKEA udostępniła klientom aplikację bazującą na AR, dzięki której mogą sprawdzić, jak dany mebel będzie prezentował się w ich mieszkaniu. Eksperci prognozują, że to właśnie zastosowanie wirtualnej rzeczywistości w biznesie będzie motorem rozwoju tego rynku i spopularyzuje tę technologię.

Częścią tego rynku jest tak zwany Cinematic VR, przeznaczonych do oglądania w wirtualnej rzeczywistości. Dla tego formatu opracowaliśmy rigi kamerowe. Są to systemy, w które wpinamy istniejące kamery, tak aby każda z nich obejmowała pewien obszar przestrzeni i spójnie z pozostałymi tworzyła pełny zakres sferyczny, obejmując wszystko, co dzieje się dookoła – mówi Paweł Surgiel. – Dla rynku eventowego i telewizji opracowaliśmy natomiast rozwiązania do transmisji na żywo, także w formacie 360. W tym przypadku medium odbioru nie jest wirtualna rzeczywistość, tylko smartfony, tablety i urządzenia, które każdy ma w kieszeni.  

Bivrost, założony dwa lata temu technologiczny start-up, produkuje sprzęt dla profesjonalistów wideo VR. Nieco ponad rok temu przystąpił do międzynarodowego koncernu OSVR, który skupia światowych gigantów IT działających na rzecz standaryzacji tej technologii. Kilka miesięcy później Intel wykorzystał oprogramowanie Bivrost do transmisji wideo 360 stopni podczas światowych targów CES w Las Vegas.

W ubiegłym roku odbyła się premiera Bivrost 360Player, który na całym świecie znajduje się już u 14–17 proc. posiadaczy stacjonarnych gogli VR. W październiku zostały też zaprezentowane rigi kamerowe, czyli systemy złożone z kilku kamer, oraz prototyp kamery sferycznej do streamingu wideo 360 na żywo.

Polskiej spółce udało się przegonić konkurencję szeroką ofertą (w jej portfolio jest obecnie 15 projektów rigów wielokamerowych), hollywoodzką jakością obrazu i samym sprzętem – podczas gdy większość rigów kamerowych jest wykonywana z plastiku, Bivrost zdecydował się na trwalsze, aluminiowe tworzywo.

Młoda spółka już teraz może się pochwalić współpracą z globalnymi koncernami. Należy też do wąskiego grona światowych firm, które mają autorski algorytm tzw. stitchowania, czyli łączenia obrazu z wielu kamer w jeden spójny obraz sferyczny. Obok Bivrost taki algorytm mają jeszcze m.in. Google, Samsung i GoPro.

Walczymy na globalnym rynku. Wyróżnia nas przede wszystkim przystępność. Do tej pory profesjonalny sprzęt był wyłącznie dostępny na zachodnim wybrzeżu w Stanach Zjednoczonych lub w niektórych obszarach Azji, która wiedzie prym pod względem innowacyjności i nowych technologii. Nasz sprzęt jest natomiast dostępny na rynku europejskim. Rok temu staliśmy się częścią globalnego konsorcjum OSVR, w skład którego wchodzą takie firmy jak Intel, Razer i Microsoft. My odpowiadamy w nim za formaty wideo dla wirtualnej rzeczywistości – mówi Paweł Surgiel.

Do grona partnerów spółki dołączył w ostatnim miesiącu także ACR System – polski producent urządzeń do stabilizacji kamer podczas rejestracji obrazu. W ramach współpracy firmy mają opracować wielowirnikowy bezzałogowy statek powietrzny (dron) do nagrywania i transmisji wideo 360 stopni z wykorzystaniem systemów stabilizujących ACR.

Obecnie technologiczna spółka pracuje nad nowym formatem, który według zapowiedzi ma być dla wideo 360 tym samym, co format JPG dla obrazu albo mp3 dla muzyki.

Praca nad nowym formatem wideo to konsekwencja całej linii produktowej, którą opracowaliśmy. Od narzędzi do tworzenia wideo po systemy odtwarzania, które w tym momencie mają około 14–17 proc. globalnego rynku, aż po nowy format i infrastrukturę niezbędną do jego publikacji i rozpowszechniania – mówi Paweł Surgiel.

W maju tego roku firma pobiła rekord polskiego crowdfundingu udziałowego, zbierając kwotę 1,6 mln zł. Ponad 100 inwestorów uwierzyło w globalny potencjał technologii Bivrost, wpłacając środki na rozwój i ekspansję spółki na nowe rynki.

Pacjenci z rakiem prostaty od ponad 4 lat walczą o refundację leków nowej generacji. Jako jedyni w UE nie mają do nich dostępu

Pacjenci z rakiem prostaty od ponad 4 lat walczą o refundację leków nowej generacji. Jako jedyni w UE nie mają do nich dostępu 22

Co roku w Polsce diagnozuje się około 10 tys. przypadków raka prostaty, z których połowa kończy się śmiercią. Pacjenci od ponad 4 lat apelują do Ministerstwa Zdrowia i NFZ-u o refundację dwóch leków nowej generacji dostępnych już w USA, Kanadzie i niemal wszystkich krajach europejskich. Ich sfinansowanie kosztowałoby około 2 mln zł rocznie. Nowoczesne leki na raka prostaty po raz kolejny nie trafiły na opublikowaną w maju listę refundacyjną.

 Od ponad dziesięciu lat na całym świecie mamy wysyp nowych terapii dla pacjentów z rakiem prostaty. Nawet dla tych z przerzutami i w stadium, w którym przestaje działać leczenie hormonalne. Jest pięć takich leków zarejestrowanych w Europie i Stanach Zjednoczonych. Niestety, polscy pacjenci mają dostęp tylko do starej chemioterapii i tylko jednego z nowych leków hormonalnych – mówi agencji Newseria Biznes dr Iwona Skoneczna, urolog i onkolog ze Szpitala św. Elżbiety w Mokotowskim Centrum Zdrowia.

Rak płuc i prostaty (gruczołu krokowego) to dwa najczęściej występujące wśród mężczyzn nowotwory złośliwe. Jak podaje ogólnopolskie stowarzyszenie „Gladiator”, każdego roku diagnozuje się około 10 tys. nowych przypadków i ok. 5 tys. zgonów, których przyczyną jest właśnie rak prostaty. W majowym liście do ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła stowarzyszenie pacjenckie zwraca uwagę na to, że ten wskaźnik może być o wiele niższy, jeżeli w Polsce poprawi się dostęp do wczesnej diagnostyki i terapii nowej generacji.

Pacjenci cierpiący na raka prostaty – w tym również opornego na kastrację raka gruczołu krokowego z przerzutami do kości – od przeszło czterech lat apelują do Ministerstwa Zdrowia i NFZ-u o refundację enzalutamidu i dichlorku radu 223 – dwóch leków, które dają bardzo dobre efekty w leczeniu tego nowotworu. Leki nowej generacji są refundowane i dostępne dla pacjentów w USA i Kanadzie oraz w krajach UE, m.in. w Bułgarii, Rumunii, na Słowacji i Węgrzech, w Czechach, Francji, Wielkiej Brytanii i w Niemczech. Wśród państw europejskich tylko polscy pacjenci nie mają do nich dostępu.

 Polscy pacjenci są leczeni lekami starszej generacji. Do nowoczesnych terapii, takich jak enzalutamid, mają utrudniony dostęp. Ten lek jest co prawda zarejestrowany w Polsce, ale nie jest refundowany. Dla większości pacjentów jest nieosiągalny ze względu na swoją cenę – mówi dr Leszek Borkowski, farmakolog kliniczny oraz prezes Fundacji „Razem w Chorobie”.

Dr Leszek Borkowski podkreśla, że nowotwór prostaty potrzebuje do rozwoju androgenów – testosteronu, dihydrotestosteronu i androstendionu. Walka z tym nowotworem polega na blokowaniu syntezy tych androgenów w organizmie pacjenta. Tę funkcję spełniają właśnie nowoczesne leki hormonalne, stąd tak ich wysoka skuteczność.

 Androgeny są normalnie produkowane w jądrach i nadnerczach. W stanie chorobowym komórki nowotworowe są tak sprytne, że same dla siebie produkują to, co jest im potrzebne do życia. Enzalutamid działa na poziomie szlaku receptora androgenowego. Blokuje jego uaktywnienie się pod wpływem androgenów, następnie blokuje przejście uaktywnionego receptora do jądra komórkowego i w końcu hamuje łączenie się tego receptora z DNA jądrowym komórki. Czyli, krótko mówiąc, doprowadza do tego, że komórki nowotworowe ulegają śmierci – wyjaśnia dr Leszek Borkowski.

– Nowe leki hormonalne to doustne tabletki bardzo przyjazne dla pacjenta. Wiemy, że te leki działają i po chemioterapii, i przed chemioterapią. Dzięki takiemu leczeniu udaje nam się często powstrzymać chorobę na lata. Pacjenci czują się dobrze, mogą pracować zawodowo i wrócić do swoich aktywności. Udokumentowano, że dzięki nim opóźnia się powstawanie nowych przerzutów i postępowanie bólu, który wymaga mocnych, opioidowych leków narkotycznych – dodaje dr Iwona Skoneczna.

Mimo pozytywnej rekomendacji Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT), która rekomenduje leki i terapie do refundacji, oba nowoczesne leki po raz kolejny nie znalazły się na liście refundacyjnej opublikowanej z początkiem maja. Według wyliczeń podawanych przez stowarzyszenie pacjentów „Gladiator”, koszt refundacji obu terapii wyniósłby około 2 mln zł rocznie.

Lekarze i organizacje pacjenckie podkreślają, że terapie nowej generacji mogą wydłużyć życie pacjentom nie o kilka, ale nawet o kilkanaście lat, a ich skuteczność została potwierdzona szeregiem wiarygodnych, uznanych na świecie badań klinicznych. W Polsce tymczasem możliwości leczenia raka prostaty są ograniczone tylko do jednego leku i tradycyjnej, inwazyjnej chemioterapii.

 Jako onkolog życzyłabym sobie, żebyśmy mieli możliwość stosowania większej liczby nowych leków. Mamy szanse o całe lata wydłużać życie pacjentom. To również bardzo ważne, że poza wydłużeniem życia większość tych terapii utrzymuje jego dobrą jakość, zabezpiecza pacjentów przed dolegliwościami bólowymi i przed osłabieniem wynikającym z postępu choroby – mówi dr Iwona Skoneczna.

Lekarze przestrzegają, że choć zachorowalność na nowotwór prostaty rośnie, wciąż niewielu mężczyzn poddaje się regularnie badaniom profilaktycznym. To istotne o tyle, że pierwsze objawy są nieoczywiste, przez co choroba może pozostawać w ukryciu przez wiele lat. Część mężczyzn odczuwa też skrępowanie związane z poddaniem się badaniu.

Choć złośliwy nowotwór prostaty dotyka częściej starszych mężczyzn, po 50 roku życia, w grupie ryzyka znajdują się również dużo młodsi. Dlatego aby wcześnie wykryć chorobę, należy regularnie odbywać kontrole u urologa i poddawać się prostemu badaniu krwi na poziom PSA.

– Liczba zachorowań na raka prostaty w Polsce jest podobna do parametrów, jakie obserwujemy w UE. Z tą różnicą, że u nas zachorowalność w dalszym ciągu bardzo wzrasta, ponieważ mężczyźni w Polsce dopiero zaczynają myśleć o raku prostaty na wczesnym etapie. Z przeprowadzonych kilka lat temu badań wynika, że połowa mężczyzn przed 60 rokiem życia nie robiła sobie jeszcze nigdy badania PSA. Mamy nieco gorsze wyniki, jeśli chodzi o pięcioletnie przeżycia w tej grupie pacjentów. Wiąże się to w dużej części z tym, że nasi panowie są diagnozowani później niż w Europie Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych – mówi dr Iwona Skoneczna.

Wartość światowych loterii wzrosła w ubiegłym roku do ponad 300 mld dol. Polska z kolejnym rekordem

Wartość światowych loterii wzrosła w ubiegłym roku do ponad 300 mld dol. Polska z kolejnym rekordem 23

Po mniej udanym 2015 roku sprzedaż na światowym rynku loteryjnym ponownie wzrosła. W 2016 roku wzrost wyniósł 4 proc. w skali roku, czyli dwukrotnie więcej niż rok wcześniej. Liderem sprzedaży były rynki Ameryki Północnej oraz Azji i Pacyfiku, a najszybciej rozwijała się Afryka. Europa radziła sobie nieźle, ale poniżej oczekiwań. Polski rynek loteryjny zanotował natomiast kolejny rekord sprzedaży.

Z danych World Lottery Association wynika, że w 2016 roku sprzedaż na światowym rynku loteryjnym wzrosła o 4 proc. w skali roku, czyli dwukrotnie szybciej niż w roku poprzednim. Jego wartość oszacowano na 302 mld dol. Wzrost sprzedaży możliwy był głównie dzięki rynkom dojrzałym, np. Ameryki Północnej. Siłą napędową tego regionu były Stany Zjednoczone i rekordowa kumulacja Powerball z pulą przekraczającą 1,6 mld dol. Rynek USA wzrósł w 2016 roku o 6 proc.

Drugim regionem, który już od lat wspiera rozwój loterii światowych, jest rynek Azji i Pacyfiku, który odnotował w zeszłym roku wzrost o 5 proc., głównie dzięki loterii chińskiej, która wygenerowała bardzo dobry wynik – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Ulicz, dyrektor ds. marketingu IGT Poland.

Chińska National Sports Lottery zanotowała w ubiegłym roku ponad 13-proc. wzrost sprzedaży.

Najbardziej dynamicznie rozwijającym się rynkiem loteryjnym świata w 2016 roku okazał się rynek afrykański, który zanotował wzrost o ponad 26 proc. w ujęciu rocznym. Szczególnie dobrze poradziła sobie południowoafrykańska Ithuba – już w pierwszym roku działalności loteria ta osiągnęła 34-procentowy wzrost. Zdaniem ekspertów na tak dynamiczny rozwój mają wpływ różnice w rozwoju technologicznym niektórych regionów Afryki w porównaniu np. do Europy czy Ameryki Północnej.

Loterie Afryki są stosunkowo słabiej rozwinięte pod względem oferty technologii loteryjnej, na tak dynamiczne wzrosty ma wpływ np. dostarczanie nowych produktów, które w regionach lepiej rozwiniętych funkcjonują od dawna i w związku z tym nastąpiło już pewne nasycenie – mówi Ewa Ulicz.

Najgorzej w ubiegłym roku poradził sobie rynek Ameryki Łacińskiej, który zanotował 1-proc. spadek. W opinii ekspertów słabszy wynik może być związany z brakiem dużych kumulacji w tym regionie, a co za tym idzie – ze spadkiem zainteresowania niektórymi grami. Europa natomiast poradziła sobie całkiem nieźle – rynek osiągnął blisko 2,6 proc. wzrost. Był to jednak wynik znacznie poniżej oczekiwań, ponieważ po trzecim kwartale 2016 roku rynek rósł w tempie 4 proc. w skali roku. Europejskim liderem branży loteryjnej okazały się Węgry.

Loteria węgierska osiągnęła roczny wzrost na poziomie ok. 10 proc., przy czym największy udział w zyskach miały zakłady sportowe. 2016 rok był również dobry dla polskiej loterii, która osiągnęła w wynik na poziomie ponad 5,5 mld zł, notując kolejny rekord rocznej sprzedaży – mówi Ewa Ulicz.

Zmiany na rynkach loteryjnych zachodzą stosunkowo powoli, eksperci zauważają jednak obecnie dominujące trendy. Jednym z nich jest dążenie do konsolidacji niektórych usług, a także zlecanie ich części podmiotom trzecim.

Obserwujemy to m.in. na przykładzie działania Europejskiego Centrum Operacyjnego IGT, z którego zdalnie zarządzamy systemami kilku loterii europejskich i monitorujemy miesięcznie transakcje o wartości ok. 200 mln euro – mówi Ewa Ulicz.

W wakacje banki udostępnią klientom przenośne bankomaty w miejscowościach turystycznych. Polacy coraz częściej korzystają z kart płatniczych

W wakacje banki udostępnią klientom przenośne bankomaty w miejscowościach turystycznych. Polacy coraz częściej korzystają z kart płatniczych 24

Polacy powoli odchodzą od gotówki, a popularność płatności zbliżeniowych i mobilnych w Polsce rośnie najszybciej w całej Europie. Wciąż jednak przy użyciu gotówki wykonywanych jest w Polsce około 80 proc. transakcji konsumenckich. W sezonie urlopowym, w okresie większego zapotrzebowania, największe banki udostępniają klientom mobilne bankomaty, które do końca wakacji będą funkcjonować w popularnych miejscowościach wypoczynkowych.

 Na polskim rynku klienci coraz częściej korzystają z kart płatniczych. Spopularyzowały się przede wszystkim płatności zbliżeniowe. Codziennie, realizując zakupy w sklepach wyciągamy kartę i płacimy zbliżeniowo. Szybkich płatności chcą zarówno klienci, jak i właściciele sklepów, ponieważ to usprawnia obsługę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Helbich, dyrektor Biura Kart i Płatności w PKO Banku Polskim.

Jak wynika z danych opublikowanych przez Narodowy Bank Polski, w Polsce coraz bardziej upowszechniają się płatności bezgotówkowe. Ponad 90 proc. Polaków, którzy mają konto w banku, korzysta z wydanej do niego karty płatniczej. Dwie trzecie przynajmniej okazjonalnie korzysta z płatności zbliżeniowych, zwłaszcza w przypadku transakcji na niewielkie kwoty.

Jak podaje PayU, powołując się na dane udostępnione przez polskie banki, pod koniec 2016 roku liczba wydanych kart debetowych wynosiła ok. 25 mln. PKO Bank Polski, największy wydawca kart płatniczych na krajowym rynku wydał niedawno ośmiomilionową kartę. Ponad połowę wszystkich transakcji dokonywanych przez Polaków przy użyciu kart stanowią płatności zbliżeniowe.

 Do niedawna większość transakcji stanowiły wypłaty z bankomatu. Teraz klienci od nich odchodzą, a płatności przybierają bardziej elektroniczną formę. Są rozwiązania, które pozwalają nie zabierać ze sobą portfela, np. karty są wirtualizowane w postaci takich rozwiązań, jak zbliżeniowe płatności mobilne. Klient wychodząc na spacer, może zabrać ze sobą tylko telefon, którym zapłaci zbliżeniowo, prześle komuś pieniądze bezpośrednio na konto albo wyciągnie gotówkę z bankomatu. Mobilność jest trendem, którego klienci oczekują. Pod tym względem polski rynek rozwija się zdecydowanie najszybciej w Europie – mówi Piotr Helbich.

Ubiegłoroczne badanie Digital Payments Study 2016 przeprowadzone na zlecenie Visa pokazało, że gwałtownie rośnie korzystanie z cyfrowych metod płatności. Liczba Europejczyków, którzy skorzystali z urządzenia mobilnego, np. smartfona i tabletu, przy płatnościach potroiła się w ciągu minionego roku, sięgając 54 proc. Natomiast w Polsce odsetek ten wynosi 79 proc.

Rosnącą popularnością cieszy się też BLIK – z danych NBP za ostatni kwartał ubiegłego roku wynika, że w tym czasie przeprowadzono 3,8 mln transakcji o wartości blisko 617 mln (co oznacza ponad 70-procentowy wzrost liczby transakcji BLIK-iem w stosunku do analogicznego okresu).

– Karta odchodzi od formy plastikowej, a przechodzi w formę zdigitalizowanych kodów czy tokenów. To oznacza, że ze środków zgromadzonych na koncie czy karcie kredytowej można korzystać, używając na przykład zegarka albo opaski z funkcją płatności zbliżeniowych. Myślę, że tego typu płatności będą zdobywać popularność. Są one dodatkowo zabezpieczane za pomocą standardów bezpieczeństwa międzynarodowych organizacji płatniczych. Są więc całkowicie bezpieczne, a jednocześnie bardzo wygodne – mówi Piotr Helbich.

Dyrektor Biura Kart i Płatności w PKO Banku Polskim zauważa, że z płatności bezgotówkowych chętniej korzystają zwłaszcza młodsze pokolenia, które szybciej adaptują nowinki i wykonują większą liczbę transakcji. Wciąż jednak na polskim rynku króluje gotówka.

Liczba wypłat z bankomatów delikatnie spada. To nie jest gwałtowny spadek, bo klienci jednak z gotówki cały czas korzystają. Około 80 proc. płatności konsumenckich w Polsce jest cały czas wykonywanych w gotówce – mówi Piotr Helbich.

Mając to na uwadze, podobnie jak w poprzednich latach, PKO Bank Polski udostępni w trakcie sezonu urlopowego mobilne bankomaty, które zostaną czasowo ustawione w miejscach, gdzie występuje sezonowe zapotrzebowanie na wypłaty gotówki za pomocą kart płatniczych. To rozwiązanie sprawdziło się w centrum Warszawy, podczas rozbiórki i rozpoczęcia rewitalizacji gmachu Rotundy. Funkcjonujące w tym miejscu bankomaty zostały zastąpione mobilnymi urządzeniami, które umożliwiają wypłatę pieniędzy z konta. Takie same mają się pojawić w tym roku m.in. w popularnych miejscowościach wypoczynkowych.

– W ubiegłym roku posadowiliśmy mobilne bankomaty w Małopolsce, podczas obchodów Światowych Dni Młodzieży. Jednak ich podstawową lokalizacją są miejscowości nadmorskie, w których jest największe zainteresowanie klientów tego typu usługami. W tym roku udostępnimy 17 mobilnych bankomatów, z których 8 już działa, m.in. na Helu, we Władysławowie, Łebie, Mielnie i Świnoujściu. Kolejne 9 sztuk maszyn będzie posadowionych w drugiej połowie czerwca. Urządzenia te będą funkcjonowały do końca września bądź w zależności od tego, jak sezonowo będzie występowało zapotrzebowanie na gotówkę – mówi Agnieszka Załęska, ekspert w Biurze Organizacji Sieci w PKO Banku Polskim.

Polacy uwielbiają nowe technologie w motoryzacji. Opony ze sztuczną inteligencją mogą się stać hitem na polskich drogach

Polacy uwielbiają nowe technologie w motoryzacji. Opony ze sztuczną inteligencją mogą się stać hitem na polskich drogach 25

Obok Belgów Polacy są jednym z najbardziej otwartych na nowe technologie narodów w dziedzinie motoryzacji. Są wymagający i najlepiej wyedukowani. Stawiają na nowoczesne rozwiązania z elementami sztucznej inteligencji, które wpływają na bezpieczeństwo jazdy i znaczne oszczędności w eksploatacji auta. To wymusza zmiany także na producentach opon – nowoczesne opony będą w stanie same przystosować się do warunków panujących na drodze i komunikować się z otoczeniem.

 Polscy kierowcy okazali się bardzo otwarci na nowe technologie, najbardziej otwarci na korzystanie z pojazdów autonomicznych. To są bardzo ważne elementy dla polskich kierowców – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Leszek Szafran, dyrektor generalny ds. sprzedaży na Polskę i Ukrainę w Goodyear.

Zainteresowanie Polaków nowymi rozwiązaniami technologicznymi w dziedzinie motoryzacji potwierdza raport „ThinkGoodMobility” przeprowadzony we przez Goodyear i London School of Economics. Z przeprowadzonego w 11 państwach badania wynika, że Polacy obok Belgów są narodowością najbardziej otwartą na korzystanie z pojazdów autonomicznych czy wszelkiego rodzaju systemów sztucznej inteligencji montowanych w samochodach.

 Kiedy mówimy o przyszłości opon, musimy się zastanowić, jak w przyszłości będą wyglądały samochody. Stawiamy przede wszystkim na autonomiczne pojazdy, samochody elektryczne, modele flotowe. Widzimy, że w motoryzacji dokonuje się rewolucja, natomiast opony muszą się zmieniać ewolucyjnie. Potrzebujemy technologii, która sprosta zmieniającym się wymaganiom samochodu – mówi Carlos Cipollitti, dyrektor Centrum Innowacji Goodyear w Luksemburgu.

Jak podkreślają przedstawiciele firmy Goodyear, Polacy należą do grona najbardziej wymagających, ale i wyedukowanych klientów. Oprócz podstawowych parametrów, np. opon, wielu z nich zwraca uwagę także na rzeźbę bieżnika, wytrzymałość czy zasady serwisowania.

 Klienci w głównej mierze zwracają uwagę na parametry związane z przyczepnością, szczególnie w warunkach, które mogą być dla nich niebezpieczne, czyli na mokrej nawierzchni, śniegu czy na lodzie. Zwracają także uwagę na opory toczenia czy aspekty ekologiczne związane z emitowanym hałasem – wyjaśnia Leszek Szafran. – Polscy klienci poszukują też opon, które mają najnowsze rozwiązania technologiczne, wiedzą, co te rozwiązania im dają, jak są ważne dla ich bezpieczeństwa, dla ich komfortu jazdy itd. 

 Patrząc na rozwój internetu rzeczy, widzimy, że wszystko jest ze sobą połączone, poszczególne części auta komunikują się z pojazdem i między sobą – wyjaśnia Carlos Cipollitti. – Poszczególne części samochodu stają się bardziej interaktywne, inteligentniejsze, zdolne do przystosowywania się do poziomu autonomiczności, wymaganego od pojazdów przyszłości. Sztuczna inteligencja jest więc konieczna i na to stawiamy w Eagle 360 Urban. To kwestia przyszłości, ale musimy o niej myśleć już dziś.

Przykładem wykorzystania systemów sztucznej inteligencji zastosowanej w oponach samochodowych jest opona Eagle 360 Urban, której koncepcję firma Goodyear zaprezentowała na tegorocznym Międzynarodowym Salonie Motoryzacji w Genewie, a następnie na specjalnie zorganizowanym pokazie w Centrum Konferencyjnym Kopernik w maju 2017 roku.

Nowoczesne opony samochodowe dzięki zamontowanej sieci czujników potrafią zbierać dane np. na temat rodzaju nawierzchni oraz warunków pogodowych. Sztuczna inteligencja przetwarza te dane i dostosowuje np. kształt bieżnika do panujących warunków. To wpływa na poprawę bezpieczeństwa podróży. Jeśli za kilkanaście lat będziemy się poruszać przede wszystkim autonomicznymi samochodami, to dostęp do tego typu danych, umiejętność ich przetworzenia i dostosowania auta jeszcze zyskają na znaczeniu.

Opony przyszłości będą też w stanie komunikować się z otoczeniem – z pojazdem, a także innymi urządzeniami połączonymi między sobą w ramach internetu rzeczy. Czujniki w bieżniku pozwolą także wykryć wszelkie uszkodzenia opony. Co więcej, nowoczesne technologie dzięki zmianie rotacji zmniejszą nacisk na miejsce przebicia i uruchomią proces autonaprawy opony.

– Tendencje i trendy w branży oponiarskiej są wyznaczane w dużej mierze przez producentów samochodów, bo to oni wjeżdżają na rynek z nowymi samochodami i stawiają coraz większe wymagania wobec nas, producentów opon – przekonuje Leszek Szafran. – Taki najbardziej generalny trend, który w tej chwili obserwujemy, to wraz z tym, jak rosną samochody, rosną również opony i ich średnice.

Jak wynika z danych GFK Polonia, w 2016 roku Polacy kupili o 8 proc. więcej opon niż w rok wcześniej, a udział w rynku segmentu opon o średnicy osadzenia od 17 do 18 cali zwiększył się w ciągu roku z 14 proc. do 17 proc.

Fiskus chce za dużo wiedzieć o firmach i ich kontrahentach

Przedsiębiorcy będą musieli przekazywać fiskusowi za pośrednictwem banku dobowe wyciągi ze swoich kont. W ocenie Konfederacji Lewiatan cel takiego rozwiązania, ograniczenie oszustw, choć jak najbardziej racjonalny, nie może uzasadniać zbierania informacji o przedsiębiorcach i ich kontrahentach na tak ogromną skalę. Państwo będzie miało dostęp do wrażliwych i pilnie chronionych szczegółów prowadzonej działalności gospodarczej.

Przemysław Pruszyński Lewiatan
Przemysław Pruszyński

– Nie widzimy uzasadnienia, aby dane wrażliwe, stanowiące tajemnicę przedsiębiorstwa, tajemnicę bankową oraz nierzadko zawodową, były udostępniane bez ograniczeń pracownikom Krajowej Administracji Skarbowej, tym bardziej, że na podstawie obecnie obowiązujących przepisów służby skarbowe mogą w określonej procedurze żądać od przedsiębiorców przesłania wyciągów bankowych w formie elektronicznej – mówi Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Wątpliwości budzi fakt czy z tak dużej liczby wyciągów bankowych KAS będzie w stanie wyodrębnić podejrzane transakcje, i czy rzeczywiście jest to właściwe narzędzie do przeciwdziałania nadużyciom. Trudno zgodzić się, że dane o wszystkich transakcjach będą miały istotne znaczenie dla walki z wyłudzeniami VAT. Do oszustw nie dochodzi na etapie sprzedaży konsumentom. Przekazywanie ich danych nie przyczyni się do ograniczenia wyłudzeń. Dane nabywców nieprowadzących działalności gospodarczej nie powinny być przekazywane do KAS poza konkretnym postępowaniem, albo co najmniej powinien zostać wprowadzony limit wartości transakcji, które podlegają zgłoszeniu, aby nie naruszać prawa do prywatności zwykłych obywateli.

Nie do zaakceptowania jest termin wejścia w życie ustawy (1 września br.). Nie daje on przedsiębiorcom czasu na chociażby dostosowanie aktualnie użytkowanych systemów finansowo – księgowych do wymogów przekazywania danych. W przypadku dużych podmiotów, które posiadają rachunki bankowe w wielu bankach, wprowadzona regulacja będzie wymagała określenia zasad współpracy z wieloma bankami, podpisania pełnomocnictw itp., a w przypadku rachunków prowadzonych w bankach zagranicznych ustalenia procesu przesyłania tych wyciągów przez podatnika oraz ewentualnych zmian w konfiguracji JPK. W tym przypadku, oznaczać to będzie konieczność zautomatyzowania procesu.

Zastrzeżenia budzi także fakt, że w ocenie skutków regulacji nie wskazano żadnych kosztów związanych z wdrożeniem nowej regulacji zarówno po stronie administracji jak i przedsiębiorców.

Współpraca organizacji pozarządowych i firm wciąż kuleje

Z danych National Philantrophic Trust (NPT)[i] wynika, że w 2015 roku amerykańskie firmy przekazały zarejestrowanym w USA organizacjom pozarządowym ponad 18 bilionów dolarów. Jak jest w Polsce? Czy firmy wspierają organizacje społeczne i jakie cele są im najbliższe? Co to jest filantropia korporacyjna i dlaczego powinna być częścią strategii firmy? Wreszcie, jak pozyskać środki finansowe od firm? Fundacja Akademia Organizacji Obywatelskich, w ramach Programu Edukacji Fundraisingowej, organizuje 6 czerwca 2017 już siódme, otwarte spotkanie edukacyjne dla przedstawicieli NGO (organizacji pozarządowych) oraz biznesu. O swoich doświadczeniach i dobrych praktykach opowiedzą m.in. przedstawiciele Fundacji ING Dzieciom, Sanofi-Aventis, Centrum Nauki Kopernik, Muzeum Narodowego w Krakowie czy firmy Wawel.  

Jak podaje NPT, w 2015 roku Amerykanie zasilili sektor kwotą 268 miliardów złotych. Ale filantropia obywateli USA to nie wszystko – co czwarty, dorosły Amerykanin poświęca także swój czas i energię na wolontariat.

– W Polsce nie ma precyzyjnych danych na temat skali filantropii korporacyjnej oraz hojności indywidualnych darczyńców. Same przedsiębiorstwa podchodzą do filantropii z dużą dawką ostrożności. Z kolei fundacje i stowarzyszenia nie zawsze wiedzą, jak starać się o darowiznę. Przedstawiciele trzeciego sektora za rzadko stawiają na budowanie długofalowych relacji z biznesem, a główne źródło finansowania swojej działalności widzą w publicznych dotacjach. Chcemy zmienić podejście do fundraisingu, zarówno po stronie organizacji, jak i biznesu – mówi Lidia Kuczmierowska, Prezes FAOO, organizacji założonej przez Polsko Amerykańską Fundację Wolności, która od kilku lat szkoli i wspiera edukacyjnie osoby zarządzające fundacjami i stowarzyszeniami. Z bezpłatnej platformy e-learningowej FAOO www.kursodrom.pl skorzystało już 3000 osób, a w spotkaniach  i warsztatach wzięło udział ponad 800 uczestników.

Polska z potencjałem

Pod koniec 2015 roku, w Polsce było zarejestrowanych ok. 20 tys. fundacji i 106 tys. stowarzyszeń.[ii] W Wielkiej Brytanii, w tym samym czasie, liczba organizacji dobijała do 170 tys.[iii]  Jak pozyskują środki od biznesu organizacje w Wielkiej Brytanii? Czy takie wsparcie stanowi dla nich istotne źródło finansowania? Podczas konferencji organizowanej przez FAOO o perspektywie brytyjskiej opowie Cristina Tiberian z National Council for Voluntary Organisations.

– Firmy mają wiele możliwości wspierania fundacji i stowarzyszeń, zaczynając od darowizn, przez odpisy od pensji pracowników, wprowadzenie do obrotu produktów, ze sprzedaży których część dochodu będzie przekazywana na cel społeczny, aż po wolontariat pracowniczy. Niektóre z tych możliwości nigdy nie są wykorzystywane. Podczas konferencji będziemy mówić o przykładach z Polski i zagranicy. Pokażemy dobre praktyki, pomysły na budowanie relacji, a przede wszystkim obopólne korzyści – mówi Lidia Kuczmierowska, Prezes FAOO. A przykładów jest wiele. Jakie? Chociażby jedyna w Europie fabryka należąca do amerykańskiej firmy Levi Strauss & Co, wspierająca od 12 lat tę samą organizację z Płocka. Albo współpraca pomiędzy firmą Wawel i Fundacją Ewy Błaszczyk „A kogo”. Na oddzielną uwagę zasługują przykłady instytucji takich jak Muzeum Narodowe w Krakowie czy Centrum Nauki Kopernik. 

Większa świadomość kluczem do zmian

Jak usprawnić współpracę pomiędzy sektorem NGO a biznesem? – Najważniejsza jest zmiana sposobu myślenia, zarówno po stronie organizacji, jak i firm. Filantropia korporacyjna powinna być częścią strategii każdej firmy, a przekazywanie środków nie może być postrzegane w kategorii zysków lub strat w bilansie finansowym, ani sposobem na zmniejszenie podatków. Korzyści z pomagania, inwestowania w rozwój społeczny trzeba szacować inaczej, a organizacja powinna umieć te korzyści firmie pokazać – podkreśla Lidia Kuczmierowska z FAOO. Dziś jedną z najpopularniejszych form pomocy, w którą angażuje się coraz więcej firm jest wolontariat pracowniczy. Z badań portalu praca.pl, opublikowanych w 2017 roku, wynika że blisko 60 proc. Polaków było lub chce zostać wolontariuszem. Z analizy THINKTANK wynika natomiast, że wśród 100 największych polskich firm z Listy 500  4 na 10 realizuje u siebie programy wolontariackie. – Wolontariat buduje relacje między pracownikami, umacnia je. Ale ma też duży wpływ na całą organizację zwiększając jej kapitał społeczny oraz zaufanie. Może też być świetną bazą do zbudowania programu regularnej, pracowniczej filantropii w firmie – podkreśla Andrzej Pietrucha, ekspert FAOO. Jednym z dobrych przykładów angażowania pracowników firmy w działania społeczne jest wolontariat Sanofi „Laboratorium jakości życia”.

Jak pomagać mądrze?

Jedną z największych bolączek filantropii – niezależnie od tego, czy wsparcie dla organizacji generuje firma, czy osoba prywatna – jest jego częstotliwość i forma. Polska filantropia wciąż ma charakter „akcyjny” – 2/3 rodaków przyznaje, że angażowało się w filantropię ale dla połowy z nich było to tylko jednorazowe wsparcie WOŚP. – Polacy coraz chętniej pomagają, ale nie myślą o filantropii długofalowo. Często przygotowują paczki świąteczne, przekazują ubrania, czy finansują obiad dla dziecka raz w roku. Tymczasem działania jednorazowe i akcyjne nie rozwiązują problemów społecznych w dłuższej perspektywie czasu. Inną kwestią jest również niechęć do finansowania kosztów administracyjnych organizacji, co powoduje, że walczą one nie tylko z brakiem środków, ale również o utrzymanie stałego zespołu – podkreśla Lidia Kuczmierowska, prezes FAOO. Jak wskazują badania Stowarzyszenia Klon/Jawor z 2016 i 2014 roku, aż 45 proc. organizacji opiera się wyłącznie na pracy społecznej, a tylko 20 proc. zatrudnia pracowników etatowych. Roczny budżet połowy organizacji to nie więcej niż 27 tys. zł, a co trzecia z nich utrzymuje się za mniej niż 10 tys. zł.

– Filantropia powinna być postrzegana w kategorii wielowymiarowych korzyści dla całej firmy, a samo pomaganie powinno być procesem długofalowym, nie zaś akcyjnym. Ważne jest, by zarówno firmy, jak i organizacje zaczęły łączyć słowo „filantropia” ze słowem „strategia”. Bo tylko strategiczne podejście pozwala znaleźć skuteczne rozwiązanie problemów. Nie osiągniemy rzeczywistej zmiany społecznej, kiedy próbujemy raz do roku uspokajać sumienie jednorazową wpłatą – podsumowuje Lidia Kuczmierowska.

[i] https://www.nptrust.org/philanthropic-resources/charitable-giving-statistics/

[ii] http://fakty.ngo.pl/liczba-ngo#

[iii] https://data.ncvo.org.uk/a/almanac17/size-and-scope-2/

Marek Girek: Ile należy zainwestować w start-up

Spółka CUBE.ITG jest podmiotem realizującym działania jako integrator na parkiecie podstawowym giełdy. Inwestuje w rozwój technologii informatycznych nie tylko przez własny dział RnD, gdzie nad rozwojem technologii pracują informatyczne zespoły koncepcyjne. Im więcej zadań wydzielonych do mniejszych struktur organizacyjnych, niezabijanych administracją korporacji, tym łatwiej i dynamiczniej wdrożyć oraz uruchomić daną technologię.

– Inwestycje w start-upy na poziomie kilkudziesięciu procent ze strony inwestora kapitałowego są pewnego rodzaju ograniczeniem ściągania pomysłów, w które sam pomysłodawca nie do końca wierzy i nie jest ich świadomy – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Girek, prezes Data Techno Park oraz Cube.ITG – Pokazanie wiary to nie tylko opowiedzenie o biznesie i zaangażowanie osobiste, ale wydanie, poza swoim know-how, własnych środków. Te dwa czynniki związane z inwestowaniem przez pomysłodawcę są dla nas przekonujące. Nasza inwestycja w pomysł niesie za sobą średnie ryzyko. Nie szukamy start-upów, które przynoszą ryzyko zero-jedynkowe – jeśli wyjdzie zarabiamy dużo, jeśli nie – tracimy wszystko. Chcemy, aby istniały określone warianty w przypadku, kiedy po osiągnięciu założonych kamieni milowych w planowanym okresie, pomysł nie wyjdzie. Zależy nam na tym, żeby pomysłodawca był związany z nami nie tylko pieniędzmi, które inwestujemy my, ale także sam był zaangażowany kapitałowo – podsumował Girek.

Sfinks planuje program motywacyjny z ceną emisyjną 3,70 zł

Spółka Sfinks Polska, zarządzająca sieciami restauracji Sphinx, Chłopskie Jadło i WOOK, chce uruchomić program motywacyjny, w ramach którego przez 3,5 roku może zostać objętych w sumie blisko 1,12 mln akcji, czyli 1% ogólnej liczby akcji rocznie. Nabycie praw do warrantów subskrypcyjnych uzależniono od poziomu kursu Sfinksa na giełdzie i wypracowanego przez grupę Sfinks wyniku EBITDA. Cenę emisyjną, po której osoby uprawnione obejmowałyby akcje, zarząd zaproponował na poziomie 3,70 zł. Program będzie przedmiotem głosowania na najbliższym walnym.

Program motywacyjny ma być realizowany w formie warrantów subskrypcyjnych z prawem do nabycia akcji w określonych terminach i po ustalonej w regulaminie cenie emisyjnej. Zostaliby nim objęci członkowie zarządu Sfinksa oraz kluczowi menedżerowie spółki. Warranty byłyby oferowane osobom uprawnionym po zakończeniu lat 2018, 2019 i 2020. Podstawowa pula obejmuje blisko 1,12 mln warrantów i dzieli się na pulę przyznawaną pod warunkiem realizacji kryteriów rynkowych (pula rynkowa) oraz kryteriów nierynkowych (pula nierynkowa). Zarząd będzie mógł objąć maksymalnie połowę puli podstawowej.

Głównym kryterium rynkowym będzie wskaźnik TSR, oparty o wzrost kapitalizacji spółki. Aby pula rynkowa była uruchomiona musi on wynieść 40% dla 2018 r., 20% dla 2019 r. i 20% dla 2020 r.  W przypadku jego niespełnienia obowiązywać będzie kryterium uzupełniające wyznaczone jako średnia arytmetyczna kursów akcji w okresie ostatnich 6 miesięcy roku, za jaki ustalane jest kryterium, tj. kurs na poziomie 4 zł dla 2018 r., 4,80 zł dla 2019 r. i 5,80 zł dla 2020 r. Z kolei dla puli nierynkowej, podstawowym kryterium będzie poziom EBITDA grupy, wynoszący 25 mln zł za 2018 r., 30 mln zł za 2019 r. i 35 mln zł za 2020 r. W przypadku braku jego spełnienia, kryterium uzupełniającym ma być EBITDA liczona narastająco, tj. 55 mln zł dla 2019 r, oraz 90 mln zł dla 2020 r.

Poszczególna pula będzie uruchamiania, jeśli kryteria warunkujące zostaną spełnione. Wówczas osoby uprawnione będą mogły nabywać warranty łącznie w sześciu transzach, z których pierwsza miałaby miejsce nie wcześniej niż 15 stycznia 2019 r. Nabyte przez osoby uprawnione warranty będą mogły być zamieniane na akcje co pół roku. Jednocześnie akcje te będą objęte są półrocznym ograniczeniem zbycia, tzw. lock-up.

– Naszym nadrzędnym celem jest budowa wartości spółki dla akcjonariuszy i to założenie przyświeca wszystkim naszym działaniom, w tym ogłoszonej niedawno strategii. Pracujemy nad budową szerokiego i komplementarnego portfolio marek, co ma prowadzić do zwiększania skali sprzedaży przy odpowiednio wysokich poziomach rentowności, a w konsekwencji osiągnięcia wyników, które pozwolą w przyszłości na wypłatę dywidendy. Spółka ma solidne fundamenty i zasoby w postaci wypracowanego know-how oraz kompetentnego zespołu, który będzie dążył do wykonania postawionych w strategii celów. Proponowany przez zarząd program motywacyjny z ceną emisyjną na poziomie 3,70 zł i kryteriami oceny bazującymi na kursie i wyniku EBITDA jest dodatkowym narzędziem wspierającym realizację naszych planów z uwzględnieniem parametrów istotnych dla akcjonariuszy – mówi Sylwester Cacek, prezes Sfinks Polska.

Podczas walnego spółka podda też pod głosowanie akcjonariuszy uchwałę dającą możliwość podwyższenia kapitału zakładowego o kwotę 6 mln zł. Miałoby to odbyć się drogą emisji akcji lub warrantów subskrypcyjnych. Zarząd mógłby skorzystać z tej możliwości w ciągu trzech lat. Posiadane w tym zakresie upoważnienie dotyczyłoby emisji akcji zwykłych na okaziciela z wyłączeniem prawa poboru dla dotychczasowych akcjonariuszy, z zastrzeżeniem prawa pierwszeństwa do objęcia nowych akcji dla akcjonariuszy z udziałem w kapitale spółki co najmniej 1%.

– Uchwała o możliwości przeprowadzenia emisji ma związek z realizacją strategii. Na tym etapie nie chcemy wykluczać żadnych dróg pozyskania kapitału na rozwój organiczny i przejęcia. Dlatego biorąc pod uwagę nadchodzące walne uważamy, że jest to okazja, by przygotować narzędzie, z którego spółka będzie mogła dość szybko skorzystać, jeśli zaistnieje taka potrzeba biznesowa – wyjaśnia prezes Sfinksa.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW w maju 2017 r.

  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 73,5% rdr do poziomu 21,7 mld zł
  • Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń – 1,0 mld zł (+65,3% rdr)
  • Wzrost wolumenu obrotu kontraktami terminowymi o 26,0% rdr do poziomu 671,4 tys. szt.
  • Wzrost łącznej wartości obrotu obligacjami na TBSP o 67,7% rdr do poziomu 45,6 mld zł
  • Wzrost wolumenu obrotu gazem na rynku spot o 45,9% rdr do poziomu 1,8 TWh
  • Wzrost wolumenu obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia o 31,8% do poziomu 8,1 TWh2

Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku wyniosła w maju 2017 r. 22,1 mld zł, czyli o 65,7% więcej niż rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła rok do roku o 73,5%, do poziomu 21,7 mld zł, a średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń osiągnęła w maju 2017 r. poziom 1 mld zł, o 65,3% wyższy niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec maja 2017 r. wyniosła 60 092,07 pkt i była o 31,1% wyższa niż rok temu.

Również na rynku NewConnect odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 8,7% rok do roku. W ramach arkusza zleceń wartość obrotu akcjami na rynku alternatywnym GPW wyniosła 95,3 mln zł (+8,9% rdr).

W maju 2017 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 671,4 tys. szt.,  o 26,0% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami terminowymi na indeksy wyniósł 416,3 tys. szt., co oznacza wzrost o 33,1% wobec maja 2016 r. Kontrakty na akcje odnotowały wzrost o 38,4% do poziomu 143,8 tys. sztuk.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła na koniec maja 2017 r. 84,8 mld zł, co oznacza wzrost o 14,4% rok do roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń spadła rok do roku o 26 %, do poziomu 160,2 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP wyniosła w maju br. 45,6 mld zł i była o 67,7% wyższa niż rok wcześniej.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wyniósł w maju 2017 r. 6,9 TWh, o 22,4% mniej niż rok wcześniej. Na rynku spot wolumen obrotu wzrósł o 45,9% osiągając poziom 1,8 TWh. Z kolei łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w maju 2017 r. wyniósł 8,8 TWh, czyli o 12,9% mniej niż rok wcześniej.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)3 na rynkach spot i terminowym wyniósł 8,1 TWh co oznacza wzost o 31,8% w stosunku do maja 2016 r. Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) wyniósł w maju 2017 r. 39,3 ktoe4.

Kapitalizacja 433 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku (GR) na koniec maja 2017 r. wyniosła 639,5 mld zł (153,2 mld EUR). Łączna kapitalizacja 485 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na GR GPW wyniosła na koniec maja br. 1,318 mld zł (315,7 mld EUR).

W maju 2017 r. na Catalyst zadebiutowały obligacje spółek: OEX, o wartości emisji 20 mln zł oraz BIOGENED o wartości emisyjnej 5 mln zł.

W maju 2017 r. na GPW odbyło się 21 sesji giełdowych, o 1 więcej niż rok wcześniej.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

2 z wyłączeniem praw wynikających ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną

3 świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane , notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg;)

4 ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Sytuacja na rynku dolara amerykańskiego, euro i złotego

W nadchodzącym tygodniu najważniejszy będzie czwartek, na kiedy przypadają wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii oraz konferencja prasowa po posiedzeniu ECB. Funt pozostanie mocno zmienny w oczekiwaniu na wyniki, a w decyzji ECB widzimy zagrożenia dla euro. Ponadto poznamy decyzję banków centralnych z Australii i Polski, indeks ISM dla usług z USA, a także raport z rynku pracy Kanady.

Przyszły tydzień: ECB, wybory w Wlk. Brytanii, RPP, RBA, rynek pracy z Kanady

Przyszły tydzień przynosi posuchę w kluczowych publikacjach z USA, gdyż poza ISM dla usług (pon) reszta pozycji jest drugorzędna. Samo znaczenie ISM także jest mniejsze, gdyż w tym miesiącu nie będzie przydatny do budowania oczekiwań przed NFP. Rynek zakłada skromną korektę indeksu (z 57,5 do 57), co oznacza dalej solidne tempo ekspansji sektora. Nie dostaniemy żadnych nowych komentarzy do członków Fed, gdyż we wtorek rozpoczyna się okres zamknięty przed posiedzeniem FOMC w następnym tygodniu. Godnym uwagi będzie też przesłuchanie byłego szefa FBI Comeya w Senacie w sprawie jego kontaktów z prezydentem Trumpem, jednak małe są szanse na ujawnienie wielu szczegółów. Po rozczarowującym raporcie z rynku pracy USD prędko nie odbuduje swojej siły i pozostanie w tle czynników kluczowych dla innych walut.

W strefie euro głównym wydarzeniem jest posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego (czw). Potencjalna zmiana tonu komunikatu na bardziej neutralny jest już zdyskontowana, a szanse na jastrzębie niespodzianki są mało prawdopodobne. Podtrzymanie obaw o słabe tempo przyspieszenia inflacji oraz rozwianie nadziei na szybki start podwyżek stóp procentowych stanowi negatywne ryzyka dla euro w trakcie konferencji prasowej prezesa Draghiego.

W Wielkiej Brytanii funt pozostanie pod podwyższoną zmiennością aż do czasu poznania wyników wyborów parlamentarnych. Przewaga Partii Konserwatywnej premier Theresy May wyraźnie stopniała od czasu ogłoszenia wyborów, więc uzyskanie większości przez Torysów pozwoli na niewielkie odbicie GBP. Jednak sondaże nie dają gwarancji, że premier May nie straci władzy, a wygrana Laburzystów, choć finalnie będzie oznaczać łagodniejszy Brexit, początkowo przyniesie chaos i ucieczkę od funta. Wcześniej PMI dla przemysłu (pon) przyniesie większą reakcję, jeśli wypadnie gorzej od prognoz.

Z Norwegii otrzymamy produkcję przemysłową (czw) i CPI (pt). Ta druga figura może być ważniejsza, choć biorąc pod uwagę, że Norges Bank nie spieszy się ze zmianą nastawienia, reakcja NOK może być skromna. Słaba postawa ropy naftowej stanowi większy problem dla korony. W Szwecji produkcja przemysłowa (śr) ma wzrosnąć o 0,3 proc., co powinno wspierać powrót SEK na wyższe poziomy.

W Polsce Rada Polityki Pieniężnej podejmuje decyzję w sprawie stóp procentowych (śr), ale brak zmian w polityce jest najbardziej prawdopodobny. Dopiero za miesiąc RPP zapozna się z nową projekcją i wówczas są większe szanse na modyfikację strategii, jednak silny wzrost gospodarczy i brak nasilenia presji inflacyjnej pozwala Radzie na pozostanie w trybie wait-and-see. Złoty pozostaje zdany na generalny sentyment w stosunku do rynków wschodzących i póki ten się nie pogorszy, EUR/PLN będzie dryfował w przedziale 4,17-4,21.

W Japonii rewizja PKB i rachunek bieżący (czw) nie są pozycjami mogącymi wpłynąć na rynek walutowy. Zatem jen tradycyjnie pozostanie bardziej wrażliwy na wydarzenia na zewnątrz. Kolejny rozdział zamieszania politycznego w Waszyngtonie lub napięcia przed wyborami w Wielkiej Brytanii mogą decydować o apetycie na ryzyko i popycie na jena. Póki wszystko jednak jest w porządku (jak w tym tygodniu), USD/JPY może budować bazę ponad 110.

W Australii kalendarz wzbogaca decyzja RBA (wt) i PKB za I kw. (śr). Sporo było rozczarowania w ostatnich danych z Australii, co częściowo odpowiada za słabość AUD. Bank centralny to z pewnością dostrzega, ale z drugiej strony może uspokajać się dobrą sytuacją na rynku pracy i pozytywnymi wibracjami z gospodarki globalnej. Komunikat prawdopodobnie będzie miał neutralny wydźwięk, co jednak z obecnego położenia może stabilizować AUD. Z kolei wokół odczytu PKB ryzyka przeważają po negatywnej stronie (prog. 0,3 proc. k/k). Kalendarz z Nowej Zelandii nie zawiera istotnych publikacji. Rynek wciąż premiuje NZD na rzecz innych walut surowcowych.

W Kanadzie na pierwszym planie jest raport z rynku pracy. Oczekuje się dalszego wzrostu zatrudnienia (11,3 tys.), choć stopa bezrobocia ma podskoczyć do 6,6 proc. Rynek może skupić uwagę na zmianie wśród pełnych etatów, a tutaj są szanse na pozytywne zaskoczenie w ramach odreagowania silnego spadku w kwietniu (-31,2 tys.). W międzyczasie CAD musi sprostać negatywnemu sentymentowi wokół ropy naftowej, który stanowi obecnie główny powód słabości waluty.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Nowe kary za naruszenia ochrony danych – co się zmieni

Za niecały rok zastosowanie będą miały przepisy europejskiego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO). Istotnym narzędziem nowego urzędu, który zastąpi GIODO, przymuszającym przedsiębiorców do stosowania nowych regulacji będą kary finansowe – wskazuje ekspert ODO 24. Już 25 maja 2018 r. kary za nieprzestrzeganie prawa w zakresie ochrony danych osobowych sięgać będą nawet 20 mln euro. Krajowy organ nadzorczy będzie mógł nałożyć na przedsiębiorcę karę już w chwili stwierdzenia naruszenia.

Karanie naruszeń obecnie

Według obowiązującego aktualnie prawa GIODO (Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych) może przede wszystkim nakazywać administratorom danych zapewnienie zgodności z przepisami prowadzonych w organizacji procesów związanych z przetwarzaniem danych osobowych. GIODO nie może nakładać kar za niezgodność z przepisami, a za nieprzywracanie „stanu zgodnego z prawem. W takiej sytuacji przedsiębiorca może być ukarany grzywną w celu przymuszenia do wykonania decyzji GIODO, w przypadku osób prawnych maksymalnie do 200 tys. zł w jednym postępowaniu. Grzywny te są nakładane w postępowaniu egzekucyjnym w administracji – wyjaśnia adw. Marcin Zadrożny, specjalista ds. ochrony danych osobowych, ODO 24.

Należy wskazać, że w ustawie o ochronie danych osobowych są zawarte również przepisy karne. Jednak zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa związane z niewłaściwym postępowaniem z danymi zdarzają się bardzo rzadko, a jeśli już się zdarzają to postępowanie sądowe zazwyczaj jest umarzane ze względu na niską szkodliwość społeczną czynu.

Słabością aktualnych przepisów są znikome konsekwencje dla przedsiębiorców, którzy nie przestrzegają zasad ochrony danych osobowych. System kar i ich wysokość sprawiają, że wielu właścicieli firm decyduje się na nieprzestrzeganie przepisów, bo korzyści płynące z takiego postępowania są większe niż ewentualne negatywne konsekwencjemówi adw. Marcin Zadrożny.

Zmiany po 25 maja 2018 r.

Po wejściu w życie RODO przedsiębiorcy naruszający przepisy ochrony danych będą mogli być ukarani przez organ nadzorczy już w chwili stwierdzenia naruszenia bardzo surowymi administracyjnymi karami pieniężnymi. Nowe rozporządzenie przewiduje za złamanie istotnych przepisów ochrony danych osobowych karę do 20 mln euro, a w przypadku przedsiębiorstwa – do 4% całkowitego rocznego światowego obrotu z poprzedniego roku obrotowego. Niższe kary, do 10 mln euro lub 2% światowego obrotu, przewidziane są w sprawach mniejszej wagi. Każdy przypadek będzie rozpatrywany indywidualnie przez organ nadzorczy, którym – według projektu nowej ustawy o ochronie danych osobowych – będzie w Polsce Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO) – wyjaśnia ekspert ODO 24.

Krajowy organ nadzorczy decydując o wysokości kary administracyjnej dla przedsiębiorcy będzie brał pod uwagę m.in.: charakter, wagę i czas trwania naruszenia przy uwzględnieniu zakresu lub celu danego przetwarzania, liczbę poszkodowanych osób oraz rozmiar poniesionej przez nie szkody, umyślny lub nieumyślny charakter naruszenia oraz działania, które podjął administrator lub podmiot przetwarzający w celu zminimalizowania szkody poniesionej przez osoby, których dane dotyczą.

Kary, przewidziane dla organów i podmiotów publicznych za nieprzestrzeganie przepisów o ochronie danych osobowych, mogą zostać obniżone przez każdy kraj członkowski. W projekcie nowej ustawy o ochronie danych osobowych polski ustawodawca proponuje obniżenie kar dla tej grupy co do zasady do 100 tys. zł.

Można założyć, że wysokie kary zmotywują organizacje do przykładania większej wagi do respektowania przepisów o ochronie danych osobowych – mówi adw. Marcin Zadrożny. Przedsiębiorcy, którzy do tej pory nie stosowali się do regulacji normujących ochronę danych osobowych powinni dokładnie zastanowić się, czy nadal będzie to dla nich korzystne zarówno ze względów finansowych jak i wizerunkowych.

Rynek pracy potrzebuje reform

Nowe dane o rekordowo niskim bezrobociu i silnym popycie na pracowników zaburzają obraz poważnych problemów strukturalnych dotyczących zatrudnienia i aktywności zawodowej Polaków – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Według opublikowanych w środę kwietniowych danych Eurostatu bezrobocie w Polsce spadło do poziomu 4,8 proc. Tylko pięć krajów ma niższą wartość tego wskaźnika. Wyższy jest m.in. w Holandii (5,1 proc.), Danii (5,7 proc.) czy Szwecji (6,6 proc.). Paradoksalnie jednak tak niski poziom bezrobocia może zacząć bardziej martwić niż cieszyć, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę bardzo niskie wskaźniki zatrudnienia i aktywności zawodowej Polaków.

Różnica między bezrobociem a biernością

Przede wszystkim warto zwrócić uwagę, że o kondycji gospodarki nie świadczy sam wskaźnik bezrobocia. Zdecydowanie ważniejsze są: współczynnik zatrudnienia i skala bierności zawodowej. W tym drugim wypadku chodzi o ludzi, którzy nie mają pracy i jej nie szukają. Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) GUS-u pokazuje, że w pierwszym kwartale 2017 r. pracy szukało 926 tys. bezrobotnych (5,4 proc.), co oznacza spadek o ponad 500 tys. (z 8,6 proc.) z notowanych dwa lata temu niespełna 1,5 mln.

Te dane oczywiście cieszą. Wynika z nich, że ludzie, którzy szukają płatnego zajęcia, znajdują zatrudnienie. Z drugiej strony spadek liczby bezrobotnych rzędu kilkuset tys. przy skali biernych zawodowo na poziomie 13,4 mln (dla populacji powyżej 15. roku życia) nie jest już tak spektakularny. Nawet gdy wyłączymy z grupy biernych zawodowo osoby starsze niż 64 lata i młodsze niż 25 lat, to liczba osób, które nie szukają i nie mają pracy, jest bardzo duża i wynosiła według danych Eurstotatu na koniec 2016 r. ponad 5 mln osób.

Bierność zawodowa wyższa niż w Grecji

Eurostat podaje, że stosunek biernych zawodowo do populacji w przedziale 25-64 lata wynosi w Polsce 24,5 proc. To piąty najgorszy wynik w Unii. Mniejszy odsetek osób, które nie szukają i nie mają pracy, jest m.in. w zmagającej się z kryzysem gospodarczym Grecji (23,9 proc.). Natomiast średnia na obszarze wspólnej waluty wynosi 20,1 proc., a w Czechach czy na Litwie jest to ok. 17 proc. Obniżenie wskaźnika bierności w przedziale 25-64 lata o 1 pkt proc. oznacza, że do grupy aktywnych zawodowo (mających pracę lub jej poszukujących) trafia 200 tys. osób.

Z wysokiego poziomu bierności bezpośrednio wynika niski współczynnik aktywności zawodowej. Odsetek osób pracujących lub szukających pracy do populacji 25-64 lata wynosi 75,5 proc. i jest o 0,6 pkt proc. niższy niż w Grecji.

Olbrzymie dysproporcje zatrudnienia w zależności od wykształcenia

Dodatkowo warto zauważyć olbrzymie dysproporcje w aktywności zawodowej w relacji do wykształcenia. Wśród tych, którzy mają wyższe wykształcenie, wynosi on 90,2 proc. Jest to rezultat bliski Danii (90,3 proc.) oraz Niemiec (90,4 proc.), a także powyżej unijnej średniej (89,1 proc) . Wysokiej aktywności towarzyszy także bardzo dobry wskaźnik zatrudnienia Polaków legitymujących się przynajmniej licencjatem. Wynosi on 87,4 proc. i jest nieco niższy niż w Niemczech (88,4 proc.), ale wyższy niż np. w Danii (86,2 proc.). Bezrobocie Polaków z wyższym wykształceniem w wieku 25-64 lata wynosi 2,8 proc. i jest nawet niższy niż w Szwajcarii – 3 proc.

Warto jednak podkreślić, że dyplomem wyższej uczelni legitymuje się tylko 6 z ponad 20 mln Polaków w wieku 25-64 lata. Sytuacja zdecydowanie się pogarsza, gdy spojrzymy na niespełna 13 mln osób, które Eurostat kwalifikuje na poziomach edukacji trzecim i czwartym (policealne, średnie ogólnokształcące i zawodowe oraz zasadnicze zawodowe). Współczynnik aktywności zawodowej w tej grupie to tylko 72,7 proc. Jest to drugi najniższy wynik w UE po Chorwacji (72,3 proc.). Średnia dla Wspólnoty to 80,3 proc., w Czechach jest to 83,4 proc., a w Niemczech 84 proc.

W tej grupie osób także dobrze widać, jak mylący jest wskaźnik bezrobocia. Dla osób z wykształceniem na poziomie trzecim i czwartym wynosi on 5,8 proc. (667 tys.) i jest niższy niż średnia unijna (7,8 proc.) oraz przeciętna dla strefy euro (8,9 proc.). Współczynnik bierności ma wartość natomiast 27,3 proc. (3,5 mln). Towarzyszy temu również bardzo niski wskaźnik zatrudnienia. Wynosił on w 2016 r. 68,5 proc. To jest trzeci najgorszy wynik w UE przy średniej na poziomie 75 proc. W Czechach czy w Niemczech wartości oscylowały blisko 81 proc.

Różnica we wskaźniku zatrudnienia do populacji (25-64 lata) na poziomie 20 pkt proc. pomiędzy osobami z wyższym wykształceniem a tymi, którzy nie legitymują się dyplomem uczelni, jest nie tylko najwyższa w całej Unii (średnio 10 pkt proc.), ale również największa wśród wszystkich państw OECD (dane za 2015 r. – średnio również 10 pkt proc.). Świadczy to o bardzo poważnych problemach strukturalnych polskiego rynku pracy. Szczególnie niepokoić może fakt, że mimo wielu przemian ta sytuacja przez ostatnią dekadę nie uległa poprawie.

Konieczne reformy strukturalne

Rekordowo niski poziom bezrobocia w Polsce może sprawiać wrażenie, że polski rynek pracy jest w bardzo dobrej kondycji. Faktycznie jednak jego słabości ukryte są w bardzo wysokim wskaźniku bierności i niskim aktywności zawodowej. Krajowy rynek pracy pozostanie w słabej formie, jeśli nie dojdzie do poważnych reform strukturalnych – z jednej strony stymulujących znaczne grupy społeczne do poprawy kwalifikacji, a z drugiej strony zachęcających przedsiębiorstwa do zatrudniania osób z wykształceniem poniżej wyższego.

Devonshire zmienia się w devire i stawia na rozwój w Polsce oraz Europie Środkowo-Wschodniej

Spółka Devonshire, która zajmuje się rekrutacją, IT Contractingiem i pracą tymczasową, po 16 latach budowania silnej marki na europejskim rynku i niespełna roku pod nowymi rządami, zmienia strukturę, zwiększa zatrudnienie oraz przedstawia plany na najbliższe trzy lata. Po połączeniu spółek DEVONSHIRE i CERN oraz nawiązaniu współpracy z agencją VLOG, która specjalizuje się w outsourcingu IT, Devonshire przeprowadza rebranding i zmienia się w devire. W ciągu trzech lat spółka chce wygenerować obroty na poziomie 70 mln zł, zwiększyć zatrudnienie do 150 pracowników i otworzyć minimum cztery nowe biura w Europie Środkowo-Wschodniej. Firma wprowadza też niecodzienny sposób zarządzania i będzie funkcjonować w modelu zbliżonym do turkusowej organizacji.

Michał Młynarczyk
Michał Młynarczyk, prezes devire

– Rynek rekrutacji czeka rewolucja. Dziś masowo korzystamy z nowych technologii, szybko weryfikujemy informacje, prowadzimy rozmowy kwalifikacyjne w formie video. Łączymy pracodawców i kandydatów w coraz krótszym czasie. My również chcemy się zmieniać i dostosowywać do potrzeb rynku. Nie możemy jedynie podążać za trendami, musimy je również wyznaczać – mówi Michał Młynarczyk, Prezes devire.

Od 2 czerwca Devonshire zmienia się w devire, a firma zaczyna posługiwać się nową identyfikacją wizualną. W tym samym czasie startuje nowa strona internetowa devire, a sama instytucja zaczyna działać w modelu zbliżonym do turkusowej organizacji.

– Nasza nowa, świeża i skrócona nazwa odzwierciedla zmiany zachodzące w firmie oraz cele, które przed sobą stawiamy Po pierwsze chcemy być partnerem, zarówno dla Kandydata, jak i Pracodawcy. Po drugie chcemy być elastyczni i tworzyć nowe możliwości dla wszystkich podmiotów działających na rynku rekrutacyjnym. Po trzecie chcemy znacznie przyspieszyć procesy rekrutacyjne. To właśnie dlatego zamierzamy uprościć i zautomatyzować procedury oraz wykorzystywać w rekrutacji nowe technologie, innowacyjne rozwiązania czy online marketing – mówi Michał Młynarczyk, prezes devire.

 

Podejście silosowe i współpraca z niewielką liczbą firm w danym sektorze  

W tej chwili firma zatrudnia blisko 100 konsultantów w 6 biurach zlokalizowanych w Polsce i Niemczech a także oddelegowuje ponad 450 pracowników zewnętrznych na projekty u klientów. W najbliższych latach devire chce zwiększyć zatrudnienie do 150 osób i otworzyć biura w Europie Środkowo-Wschodniej. W pierwszej kolejności rozważa Czechy, Węgry i Rumunię. Niedawno w devire powstały cztery nowe dywizje: Finanse i Księgowość, Produkcja, Logistyka i Zakupy, Nieruchomości oraz IT Contracting. Przewagą rynkową firmy ma być również współpraca z niewielką liczbą podmiotów w danym sektorze, gwarantująca pogłębioną analizę i efektywność działań.

– Nowe motto FINDING PEOPLE WHO CLICK odzwierciedla nasze przekonania a także model współpracy, który zakłada pracę z niewielką, limitowaną liczbą firm w danym sektorze, a co za tym idzie – dogłębne poznanie każdego Klienta i funkcjonowanie jako jego promotor na rynku pracy. Tylko wtedy jesteśmy w stanie zapewnić połączenie, które będzie trwałym sukcesem dla obydwu stron – podkreśla Michał Młynarczyk.

Turkusowa organizacja

Identyfikacja wizualna devire to również nowa kolorystyka, która została wybrana nieprzypadkowo. W logotypie dominuje kolor turkusowy symbolizujący model funkcjonowania firmy i jej relacji z pracownikami. Przyjęta barwa nawiązuje do turkusowej organizacji, która w Polsce zyskuje coraz większą popularność. Każdy pracownik ma czuć, że jego praca jest ważna i ma realny wpływ na rozwój firmy, każdy ma prawo głosu w sprawie rozwoju swojego miejsca pracy. W turkusowej organizacji ludzie z własnej woli angażują się w zadania, sami przydzielają sobie role, które dostosowane są do indywidualnych umiejętności. Przełożony nie jest odpowiedzialny za nadzór i kontrolę, ale gwarantuje wsparcie i jest źródłem wiedzy. Nie ma też presji, ponieważ każdy jest odpowiedzialny za swoją pracę i jej wyniki. Właśnie taki model pracy przyjmie devire, biorąc z niego to, co najlepsze: elastyczność, otwartość i brak podziałów.

Kurs dolara na fali wznoszącej

Dolar dostał wiatru w żagle po silnym raporcie ADP i lepszym ISM dla przemysłu, jednak główne danie w tym tygodniu dopiero przed nami. Za kilka godzin prawdopodobnie przekonamy się, że tempo przyrostu miejsc pracy w maju było dalej mocne, ale kluczowym elementem raportu będzie dynamika płac. Jeśli będzie zbyt niska, z dolara uleci całość z wczorajszych zysków.

Wczoraj raport ADP pokazał, że w maju w sektorze prywatnym przybyło 253 tys. nowych miejsc pracy, dużo więcej niż oczekiwane 180 tys. Jednak wysokie tempo przyrostu zatrudnienia od miesięcy nie jest już dla nikogo niespodzianką. Średnia za ostatnie 12 miesięcy (NFP) wynosi 186 tys., i konsensus przed dzisiejszymi danymi jest mniej więcej na tym samym poziomie (182 tys.). Raport ISM dla przemysłu wskazał na wzrost subindeksu zatrudnienia, ale przemysł w USA generuje tylko 9 proc. miejsc pracy w całej gospodarce. Z obu raportów nie wiemy nic o sytuacji po stronie wynagrodzeń, a to one będą dzisiaj kluczowe. Dynamika płac pomoże ocenić, jak bardzo Fed będzie się musiał spieszyć z zacieśnianiem polityki, by zdążyć przed przelaniem się presji płacowej na inflację. Tempo wzrostu wynagrodzeń od początku roku pozostaje niemrawe (2,5-2,8 proc. r/r) pomimo silnego przyrostu nowych miejsc pracy. Brak presji płacowej (i wsparcia inflacji tym kanałem) skutkuje sceptycznym nastawieniem rynku do perspektyw podwyżek stóp procentowych w drugim półroczu. Jakkolwiek czerwcowa podwyżka o 25 pb jest już przesądzona, tak względem września prawdopodobieństwo kolejnego ruchu jest wyceniane na 36 proc. Stąd silny odczyt dziś po południu może obudzić oczekiwania na agresywniejszą odpowiedź Fed i wesprzeć dolara.

Prognozy dla dynamiki płac zawierają się w przedziale 0,1-0,3 proc. (m/m). Odczyt na poziomie 0,3 proc. to warunek minimum dla podtrzymania siły USD, a 0,1 proc. będzie lekkim rozczarowaniem, które prawdopodobnie będzie się równoważyć z wysoką dynamiką zatrudnienia. Zatem prawdziwe zaskoczenie (i silniejsza reakcja rynków) zaczyna się od 0,0 proc. (negatywne dla USD) i 0,4 proc. (pozytywne), choć silniejsza reakcja będzie na wyższy odczyt, biorąc pod uwagę, że ostatnio rynek sprzedawał dolara. Z tego samego względu słabszy wynik może być przyjęty jako potwierdzenie ostatniego spadku atrakcyjności USD i przejście w fazę wyczekiwania na posiedzenie FOMC w połowie czerwca.

USD/JPY powinien być najbardziej wrażliwy na dobre dane, gdyż ożywienie oczekiwań względem przyszłej polityki Fed odciśnie piętno na rentownościach obligacji skarbowych, które uparcie trzymają się minimów przy 2,20 proc.(10-latki). Zjazd EUR/USD może być hamowany przez wciąż obecne wysokie oczekiwania przed przyszłotygodniowym posiedzeniem ECB i rynek wykorzystuje każdą okazję, by kupić euro. Z drugiej strony rozczarowanie będzie zaproszeniem, by przetestować ostatnie szczyty na 1,1260.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

250 mln ofiar Fireball. Chińska agencja digital w posiadaniu groźnego narzędzia

Zespół badawczy firmy Check Point Software Technologies odkrył niedawną dużą operację malware, która zdołała zainfekować ponad 250 milionów komputerów na całym świecie. Zainstalowany malware, którego Check Point nazwał Fireball, przejmuje przeglądarki internetowe zamieniając je w „zombie”. W Polsce malware zainfekował blisko 1/3 sieci firmowych!

Fireball_FlowFireball posiada dwie podstawowe funkcje – pierwsza z nich to możliwość uruchomienia dowolnego kodu na komputerach ofiar i pobrania dowolnego pliku lub złośliwego oprogramowania, natomiast druga to przejęcie urządzenia i manipulowanie ruchem internetowym zarażonych użytkowników, w celu generowania przychodów z reklam. Obecnie Fireball skupia się na instalowaniu wtyczek i dodatkowych konfiguracji, by zwiększyć odsłony swoich reklam, jednakże z łatwością może zmienić się w wiodącego dystrybutora dowolnego złośliwego oprogramowania.

Cała operacja prowadzona jest przez Rafotech, dużą agencję digital-marketingu z siedzibą w Pekinie. Rafotech używa Fireballa w celu manipulowania przeglądarkami ofiar, ustawiając stronę startową i wyszukiwarkę na fałszywy silnik wyszukiwania, który zwyczajnie przekierowuje zapytania do Yahoo.com lub Google.com. Fałszywe wyszukiwarki posiadają tzw. „tracking pixels” służące do zbierania prywatnych informacji o użytkownikach. Fireball, jak twierdzi Check Point, może również szpiegować ofiary,  skutecznie instalować złośliwe oprogramowanie i uruchamiać dowolny złośliwy kod w zainfekowanych maszynach, tworząc w ten sposób szeroką lukę w zabezpieczeniach urządzeń oraz sieci.

Wg danych udzielonych przez Check Point Software Technologies, w Polsce aż 32,29% sieci firmowych zostało zainfekowanych Fireballem. Jest to wynik wyższy niż w Rosji (24,35% sieci), Czechach (18,32%) czy Niemczech (9,75%).

Kluczowe wnioski:

  • Analitycy firmy Check Point odkryli szerokozasięgową chińską operację, która zainfekowała ponad 250 mln komputerów na całym świecie, oraz nawet 20% sieci korporacyjnych.
  • Malware Fireball, działa jak modyfikator przeglądarki (tzw. hijacker) lecz może być również wykorzystany jako nośnik malware. Fireball jest w stanie wgrać dowolny kod na urządzeniu poszkodowanego, co umożliwia szeroki zakres działań, od kradzieży poświadczeń, do możliwości ściągania dodatkowego malware.
  • Fireball rozprzestrzenia się zazwyczaj przez tzw. bundling.
  • Operacja jest prowadzona przez chińską agencję marketingu internetowego.
  • najczęściej zainfekowanymi krajami są Indie (10,1% – w skali globalnej) i Brazylia (9,6%).

Bank Pekao S.A. przejmuje pełną kontrolę nad Pioneer Pekao Investment Management S.A.

Bank Pekao S.A.  zawarł w dniu 1 czerwca 2017 r. przedwstępną umowę nabycia od Pioneer Global Asset Management S.p.A. 51% udziałów w Pioneer Pekao Investment Management S.A. (PPIM), które jest wyłącznym właścicielem lidera rynku funduszy inwestycyjnych, najstarszego w Polsce TFI – Pioneer Pekao Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych S.A. Łączna kwota, która zostanie zapłacona PGAM wynosi 140 (sto czterdzieści) milionów euro, włączając w to cenę za 35% akcji Pekao Pioneer Powszechne Towarzystwo Emerytalne S.A. („PTE”).

Pełna kontrola nad liderem rynku funduszy inwestycyjnych w Polsce pozwoli na przyspieszenie dalszego rozwoju spółki, ułatwienie procesu wzbogacenia oferty produktowej i poprawy jej atrakcyjności, jak również wykorzystanie możliwości agregacji rynku.

Klienci na koniec pierwszego kwartału 2017 roku mieli zainwestowanych w funduszach inwestycyjnych zarządzanych przez Pioneer Pekao TFI prawie 16,7 mld zł.

„Wykorzystaliśmy unikalną okazję i uzyskaliśmy pełną kontrolę nad liderem perspektywicznego rynku funduszy inwestycyjnych” – powiedział Luigi Lovaglio, Prezes Zarządu Banku Pekao S.A. „Pozwoli nam to na pełne wykorzystanie potencjału tej spółki, wzbogacając ofertę dla klientów oraz stwarzając możliwości rozpoczęcia konsolidacji tego rynku.”

EUR/PLN tuż pod ważną linią

Powiało w czwartek optymizmem na rynkach w USA. Dolar rósł wczoraj w siłę, zyskując najwięcej do AUD. Wzrosty widoczne były też na parkietach giełdowych. Słabiej wypadały notowania ropy.

Ceny ropy naftowej traciły na wczorajszym zamknięciu ponad 1.2%. Spadki miały miejsce pomimo informacji zdradzającej szczegóły rozmów między eksporterami tego surowca. Dowiedzieliśmy się bowiem, że rozważane było przez OPEC ograniczenie wydobycia ropy o 1.5%. Jeśli ceny na rynkach terminowych nie wzrosną, zapewne taka opcja będzie sukcesywnie nabierać na znaczeniu, gdyż kraje producenckie będą chciały ratować swoje malejące dochody.

Natomiast dolarowi i giełdom akcyjnym pomogły dane z amerykańskiego rynku pracy. Według opublikowanego wczoraj raportu ADP, w maju przybyło 253 000 nowych miejsc zatrudnienia w USA. To dobry prognostyk przed dzisiejszymi publikacjami. O godzinie 14:30 dowiemy się jak kształtuje się poziom bezrobocia za oceanem jak też ile przybyło miejsc pracy w sektorze pozarolniczym. Oczekuje się 185 000 nowych miejsc. Poprzednim razem, w kwietniu, przybyło ich 211 000.

EUR/PLN tuż pod ważną linią 26

Na wykresie EUR/PLN wspólna waluta ciągle dryfuje w dół, pod naciskiem linii trendu spadkowego. Podobna sytuacja ma miejsce na wykresie RSI. Tutaj jednak pojawia się szansa na pokonanie linii spadkowej oraz poziomu 50 pkt. Jeśli się to uda, to trend spadkowy mocno osłabnie. Jeśli nastąpi odbicie RSI w dół, mogłoby to sygnalizować spadki w kierunku 4.1.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net