Samsung DeX to kompaktowe urządzenie, które radykalnie rozszerza możliwości smartfona. Zmienia telefon w komputer osobisty, choć nadal z pewnymi ograniczeniami. Mimo to może się okazać wartościową alternatywą zarówno dla laptopów, jak i komputerów stacjonarnych, a przede wszystkim zwiastunem nowego trendu na rynku urządzeń mobilnych.
– Samsung DeX to urządzenie przenośne, które po podłączeniu do jakiegokolwiek monitora, telewizora czy innego wyświetlacza umożliwia pracę w taki sposób, jak na komputerze. Jest to bardzo ciekawe rozwiązanie, gdyż przenosi na duży ekran wszelkie opcje i aplikacje telefonu. Korzystanie z gadżetu jest bardzo płynne, a co ważniejsze w pełni intuicyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mateusz Rzempała z Samsung Electronics Polska.
Samsung DeX jest niewielki, ale to pełnoprawna stacja dokująca z kilkoma znaczącymi funkcjami. Wystarczy wpiąć do niej telefon, aby rozpocząć pracę. Sprzęt jest kompatybilny z dwoma smartfonami: Galaxy S8 i Galaxy S8+. Przedstawiciel koreańskiego producenta przewiduje, że w niedalekiej przyszłości również inne topowe smartfony będzie dało się zsynchronizować z tą przystawką.
– Obecnie Samsung Galaxy S8 ma 4 GB RAM-u, to bardzo dużo. Tym bardziej że jeszcze kilka lat temu najlepsze komputery oferowały podobne wartości. Czy jest to wystarczające? Tak, jak najbardziej. W przyszłości telefony flagowe będą jeszcze bardziej rozwinięte, będą mocniejsze i bardziej wydajne. Samsung DeX jest naturalnym rozwinięciem tego ekosystemu i pracy mobilnej – opowiada Mateusz Rzempała.
Na razie najnowsze urządzenie koreańskiego producenta jest kompatybilne jedynie z osiemnastoma dedykowanymi aplikacjami i jedną grą. Jak twierdzi specjalista z Samsung Electronics Polska, w przyszłości mają jednak powstawać kolejne aplikacje, które jeszcze bardziej rozwiną funkcjonalność tej przystawki. Oprócz aplikacji dedykowanych za pośrednictwem Samsung DeX można jednak uruchomić na dużym ekranie dowolną aplikację zainstalowaną na smartfonie.
– Wszystkie aplikacje, które mamy na telefonie, możemy uruchomić za pośrednictwem DeX-a i działa to bardzo płynnie i szybko. Co więcej, możemy je odpalić na dowolnym ekranie – twierdzi Mateusz Rzempała. Po czym dodaje: – Podobnie jak w przypadku innych aplikacji, Samsung DeX przeniesie również do świata gier. Dedykowanych tytułów (z platformy mobilnej) na razie nie ma zbyt wiele – jest tylko jeden. Natomiast podejrzewam, że w najbliższym czasie powstaną kolejne. Oczywiście warto zaznaczyć, że większość gier, które są na smartfonie, może być odpalana w Samsung DeX na pełnym ekranie lub mniejszym, w zależności od preferencji i tego, czy producent gry uwzględnił możliwość sterowania nią za pomocą klawiatury, myszki bądź pada.
Samsung DeX to urządzenie nie tylko dla entuzjastów gadżetów, lecz także dla osób, które cenią mobilność, komfort oraz funkcjonalność. Sprzęt doskonale sprawdzi się nie tylko podczas wyjazdu służbowego, lecz także w czasie firmowej prezentacji czy wypadu na urlop.
– Jeżeli kończę pracę, to zostawiam swojego laptopa na biurku. Nie chcę go zabierać do domu, nie chcę mieć tego ciężaru w torbie. Dlatego właśnie mam w domu Samsung DeX. Podpinam telefon pod urządzenie, następnie podłączam je do monitora i mogę pracować tak, jak na swoim laptopie służbowym. Nie ma z tym najmniejszego problemu, ponieważ mamy również rozwiązanie dla korporacji. Istnieje rozwiązanie, które nazywa się VDI, dzięki któremu będąc np. w podróży służbowej, mogę się podpiąć do wirtualnego dysku firmy i do mojego komputera – wyjaśnia Mateusz Rzempała.
DeX jest dostępny na rynku od końca marca, a jego aktualna cena to 599 zł.
Grupa VELUX zainwestowała w zaplecze produkcyjne w Polsce w ciągu ostatnich 5 lat już blisko 600 mln zł. Niedawno zakończyła trwającą dwa lata rozbudowę zakładu w Gnieźnie, największego na świecie producenta metalowych i plastikowych komponentów do okien VELUX. Niemal każde okno tej firmy ma w sobie element, który powstał właśnie w gnieźnieńskiej fabryce. Rozbudowany zakład pozwoli zwiększyć moce produkcyjne i asortyment spółki, a także przyczyni się do zwiększenia zatrudnienia w regionie.
– Inwestycja Grupy VELUX stabilizuje obecność tej firmy w Gnieźnie. Umożliwia też wdrożenie nowych technologii, nowych produktów i wyrobów, które z Gniezna będą wyjeżdżały na cały świat. Liczymy, że firma dalej będzie się u nas rozwijała, co będzie w przyszłości generowało kolejne miejsca pracy. Mamy bardzo dużo terenów inwestycyjnych, które Grupa będzie mogła wykorzystać – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes zastępca burmistrza Gniezna Jarosław Grobelny.
Samorządowcy podkreślają, że zainteresowanie inwestorów ma olbrzymie przełożenie na lokalny rynek pracy i rozwój regionu. Po zakończeniu inwestycji w Gnieźnie Grupa VELUX zwiększyła zatrudnienie i stworzyła nowy dział – Research and Development, w ramach którego zatrudnieni inżynierowie wymyślają nowe rozwiązania i testują prototypy przed wdrożeniem ich do produkcji. Pracownicy są zatrudniani na umowę o pracę, w którą wlicza się bogaty pakiet socjalny, a w trudnych sytuacjach życiowych wspiera ich fundacja pracownicza. Poza pracownikami korzysta też cała lokalna społeczność: do tej pory fundacja pracownicza firmy przeznaczyła blisko 2 mln zł na wsparcie samorządowej działalności non-profit, zakup wyposażenia dla szkół, przedszkoli czy placówek medycznych.
– Grupa VELUX to ważny pracodawca dla miasta. Przede wszystkim są to stabilne miejsca pracy. Firma angażuje do wytwarzania swoich wyrobów zaawansowane technologie. Jest to więc również praca na styku z technologią, co daje pracownikom możliwości rozwoju – mówi Jarosław Grobelny.
Dla Grupy VELUX – jednego z najsilniejszych brandów budowlanych na świecie, który należy do duńskiego holdingu VKR – Polska jest jednym z najważniejszych rynków. Grupa, która odpowiada za jedną czwartą krajowego eksportu okien, od lat inwestuje w modernizację i rozbudowę swoich zakładów produkcyjnych ulokowanych w Polsce. W ciągu ostatnich 5 lat przeznaczyła na to już blisko 600 mln zł.
Cztery zakłady należące do Grupy VELUX i spółek siostrzanych, ulokowane w Gnieźnie, Namysłowie i Wędkowach koło Tczewa, są jednymi z największych i najnowocześniejszych w sektorze stolarki budowlanej. Dzięki najnowszej inwestycji – rozbudowie fabryki okuć w Gnieźnie – zwiększył się jej asortyment i skala produkcji.
Gnieźnieński zakład komponentów jest największym w całej Grupie VELUX. Powstają w nim między innymi zawiasy obrotowe, zamki, systemy sprężyn utrzymujące skrzydło okna, elementy rolet przeciwsłonecznych, zaczepy i zabezpieczenia transportowe. Statystycznie prawie każde okno dachowe wyprodukowane pod marką VELUX ma w sobie jakiś element, który powstał właśnie w Gnieźnie.
– Rozbudowa była kamieniem milowym w rozwoju naszej fabryki w Gnieźnie. Produkujemy dużo większy asortyment, utworzyliśmy około 2 tys. nowych produktów i zwiększyliśmy nasze moce produkcyjne – mówi Robert Purol, dyrektor fabryki VELUX w Gnieźnie.
To najlepiej oddają statystyki: liczba godzin produkcyjnych w hali, gdzie produkowane są plastikowe elementy do okien, wzrosła dziewięciokrotnie (z 25 tys. przed rozbudową do 215 tys. godz. po rozbudowie). Natomiast zużycie stali wzrosło o 78 proc. tygodniowo, co przekłada się na większą o 65 proc. liczbę wyprodukowanych metalowych elementów okien (z 1,7 do 2,8 mln sztuk tygodniowo).
– Rozbudowaliśmy też magazyn, ponieważ przyjęliśmy około tysiąca nowych narzędzi i musieliśmy znaleźć dla nich miejsce. Połączyliśmy hale produkcyjne, co przełożyło się na 20-proc. zwiększenie powierzchni produkcyjnej i dobudowaliśmy też część administracji – dodaje dyrektor fabryki VELUX w Gnieźnie.
Oprócz połączenia dwóch hal produkcyjnych spółka wybudowała nową halę do przechowywania i konserwacji narzędzi, nową część administracyjną i rozbudowała magazyn.
Jak informuje Robert Purol, po zakończeniu inwestycji spółka zamierza się skupić na poprawie efektywności i optymalizacji produkcji gnieźnieńskiej fabryki.
Wiceprezydent Gniezna podkreśla, że w relacjach z inwestorami samorząd powinien pokazać otwartość i zaangażowanie. Dlatego miasto, w obrębie którego działa Specjalna Strefa Ekonomiczna, oferuje nie tylko tereny inwestycyjne, lecz także pełną pomoc i współpracę.
– Zapewniamy nie tylko infrastrukturę, lecz także pełną opiekę – od momentu podjęcia decyzji przez inwestora, aż do zakończenia realizacji inwestycji. Te kontakty z biznesem są aktualne także później. Angażujemy przedsiębiorców w przedsięwzięcia miejskie, tak żeby mogli pokazać społeczną odpowiedzialność biznesu – mówi Jarosław Grobelny.
Specjaliści potwierdzają, że pojazdy elektryczne są coraz bardziej ekonomiczne. W dobie najnowszych rozwiązań technologicznych oraz postępującej miniaturyzacji wydajność tego typu urządzeń zwiększa się dzięki stosowaniu nowych odmian baterii litowo-jonowych i żelowych. Średni czas ładowania mniejszych pojazdów elektrycznych także maleje i wynosi obecnie zaledwie 3–4 godziny.
– Pojazdy elektryczne są napędzane energią elektryczną. Używamy małych silników, bezszczotkowych, które są montowane najczęściej na kołach pojazdu i są zasilane energią elektryczną, która magazynowana jest w akumulatorach w dwóch technologiach: litowo-jonowej i żelowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Andrzej Zalewski, dyrektor generalny na Europę Wschodnią z firmy Archos.
Choć pojazdów elektrycznych jest coraz więcej, to europejski transport nadal jest w 94 proc. zależny od ropy naftowej i produktów pochodnych. Do 2050 roku Unia Europejska chce jednak wymóc zmniejszenie tej liczby do 70 proc. – według założeń strategii Clean Power for Transport. Oznacza to, że coraz częściej pojawiać się będą programy wspierające bardziej ekologiczne podejście do kwestii związanych z transportem, a pojazdy stawać się będą bardziej energooszczędne.
– To są małe urządzenia i dlatego silniki montowane na kołach raczej nie powodują pełnego doładowania akumulatora, natomiast samo hamowanie odbywa się za pomocą inwersji silnika i pewne doładowanie energii ma miejsce. Natomiast nie jest ono na tyle duże, żeby pozwoliła naładować akumulator do pełna – przekonuje Andrzej Zalewski.
Ekspert podkreśla, że polskie prawo drogowe stosuje wyraźne wytyczne w odniesieniu do prędkości maksymalnej, jaką mogą rozwijać pojazdy elektryczne. Sugeruje, że choć tego typu urządzenia nie oferują możliwości zbyt szybkiej jazdy, to są ekonomiczne i idealnie nadają się do penetracji miejskiej przestrzeni.
– Prawo dokładnie określa prędkości, do których mogą się rozpędzać poszczególne kategorie. Na przykład hulajnoga rozpędza się do prędkości 15 km/h, maksymalny zasięg jazdy na takiej hulajnodze to 20 km. Większe jeździki rozpędzają się do 20 km/h, a ich maksymalny zasięg wynosi 30 km. Jeśli chodzi o rowery, to tu prawo mówi wprost: nie mogą jeździć szybciej niż 25 km/h. Natomiast zasięg zależy od ciężkości i uwarunkowania terenu. Duże skutery to już jest prędkość 45 km/h i zasięg nawet do 70 km – wylicza Andrzej Zalewski.
Specjalista podkreśla, że najmniejsze pojazdy elektryczne można naładować już w ciągu kilku godzin. W najbliższych latach postęp polegał będzie między innymi na tym, że zasięg działania pojazdów elektrycznych się wydłuży, a czas ich ładowania skróci.
– To jest specyfika tych urządzeń, specyfika tych baterii, które muszą być doładowywane do pełna. Średni czas ładowania małych urządzeń elektrycznych to 3–4 godziny, a jeśli chodzi o duże pojazdy, jak np. skuter pełnowymiarowy, to czas wynosi nawet od 6 do 8 godzin – podsumowuje Andrzej Zalewski.
Allianz Polska poprzez innowacje technologiczne chce przyciągnąć nowych klientów, przede wszystkim z pokolenia millenialsów. Ubezpieczyciel w nowej strategii zapowiada inwestycje w rozwój cyfrowych kanałów sprzedaży i budowę nowych placówek w mniejszych miastach. Produkty mają być bardziej dopasowane do rzeczywistych potrzeb klienta. Oprócz tradycyjnych ubezpieczeń na życie czy komunikacyjnych pojawią się też polisy krótkookresowe oraz ubezpieczenia wybranej części majątku, np. dzieł sztuki.
– Naszą aspiracją jest dołączenie do grona trzech najczęściej wybieranych przez Polaków towarzystw ubezpieczeniowych. W tym celu będziemy realizować naszą strategię, która bazuje na 5 filarach: klientocentryźmie, digitalizacji, doskonałości sprzedażowej i technicznej oraz uzyskaniu statusu preferowanego pracodawcy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Veit Stutz, prezes zarządu Allianz Polska.
Allianz Polska chce zwiększyć swój udział w rynku z poziomu 4,2 proc. na koniec 2016 roku do dwucyfrowego wyniku i znaleźć się w czołówce najchętniej wybieranych ubezpieczycieli w kraju. Nowa strategia ma też pozwolić na podwojenie zysku operacyjnego. Towarzystwo ubezpieczeniowe stawia przede wszystkim na innowacje technologiczne, dzięki którym dotrze do nowych klientów.
– Chcemy dotrzeć do klientów, którzy posługują się nowoczesnymi technologiami i są obecni w mediach społecznościowych. Preferują oni inną formę komunikacji niż ich rodzice – wskazuje Grzegorz Kulik, wiceprezes zarządu Allianz Polska.
Obecnie Allianz ma 1,4 mln klientów, ale dzięki silnej obecności w mediach społecznościowych dociera do niemal 8 mln. Na Facebooku ubezpieczyciel wprowadził możliwość zakupu polis turystycznych. Obecnie rozszerza usługę. Autorski bot za pośrednictwem Messengera pozwoli kierowcom na zakup polisy komunikacyjnej. Jak podkreślają przedstawiciele towarzystwa ubezpieczeniowego, to odpowiedź na zmieniające się potrzeby klientów, zwłaszcza młodego pokolenia.
– Im więcej millenialsów będzie na rynku ubezpieczeniowym, tym bardziej będziemy musieli być otwarci na nowe rozwiązania technologiczne, błyskawiczny kontakt z klientami, udostępnienie naszych systemów informatycznych do online’owego załatwiania spraw. Klienci coraz rzadziej będą chcieli osobiście kontaktować się z firmą ubezpieczeniową, częściej za to online’owo poprzez różnego rodzaju aplikacje – tłumaczy Grzegorz Kulik.
Nowe rozwiązania mają ułatwić i przyspieszyć kontakt z ubezpieczycielem, np. w przypadku wystąpienia szkody. Poprzez aplikację do zgłaszania szkód, którą zamierza wprowadzić Allianz Polska, klienci w ciągu 3 godzin otrzymają decyzję od ubezpieczyciela, a w ciągu 24 godzin dostaną odszkodowanie.
– Liczymy, że uda nam się ulepszyć nasze interakcje z klientami, ich obsługa będzie sprawniejsza i szybsza. Jeśli położymy właściwy nacisk na obsługę klienta, przyciągniemy więcej klientów do naszej spółki – zapowiada Veit Stutz.
Rozwój nowych technologii i mediów społecznościowych, a także zmieniające się potrzeby klientów wymagają od branży ubezpieczeniowej innowacyjnego podejścia. Dlatego od kilku lat w ubezpieczeniach rozwijają się tzw. insurtechy, czyli innowacyjne start-upy działające w branży i oferujące cyfrowe narzędzia i nowe usługi oparte na wykorzystaniu nowych technologii. Towarzystwa ubezpieczeniowe coraz chętniej nawiązują z takimi firmami długofalową współpracę.
– Przyglądamy się, co wymyślają młodzi ludzie pozytywnie zakręceni na punkcie technologii. Chcemy zobaczyć, które z tych rzeczy mogą być wykorzystywane przez nas do kontaktu z klientami lub do obsługiwania procesów w firmie – mówi Grzegorz Kulik.
Głównym źródłem pozyskiwania klientów wciąż mają być jednak tradycyjne kanały sprzedaży, które obecnie mają największy udział w przychodach firmy. W 2016 roku Allianz zebrał 2,4 mld zł składki przypisanej brutto, z czego ponad 40 proc. pochodziło z sieci własnej. Allianz dostrzega jednak potrzebę szerszego działania agentów w świecie cyfrowym.
– Chcielibyśmy inwestować w cyfryzację tego kanału sprzedaży, czyli dać agentom narzędzia, które pozwolą im funkcjonować w świecie cyfrowym i pozyskiwać tam nowych klientów – wskazuje Krzysztof Szypuła, wiceprezes zarządu Allianz Polska. – Chcemy wyjść z dużych miast i zaistnieć w mniejszych. Punkty sprzedaży mają być mniejsze gabarytowo, ale pozwolić nam zaistnieć w mniejszych miastach.
Obecnie na terenie Polski Allianz dysponuje 190 placówkami. W tym roku ma powstać kolejnych 15, przede wszystkim w małych miejscowościach. Również plany na kolejne lata zakładają dalszą rozbudowę sieci placówek.
– Kilka lat temu udało nam się nawiązać współpracę z multiagencjami. Dążymy do dalszego wzrostu w tym zakresie. Ponadto kładziemy nacisk na sieć własną, która jest najprężniej działającym kanałem dystrybucji oraz rozwój w segmencie affinity [sprzedaż ubezpieczeń poprzez partnerów, np. ubezpieczeń sprzętu RTV AGD w sieciach handlowych – red.] – wskazuje prezes zarządu Allianz Polska.
Oprócz wielokanałowej sprzedaży Allianz kładzie też nacisk na rozwój oferty produktów dla klientów indywidualnych i korporacyjnych.
– Będą to produkty modułowe, które pozwolą wybierać klientom taki zakres ochrony, jaki jest im potrzebny. Możemy się spodziewać również produktów, które będą dopasowywane do rzeczywistych potrzeb klienta, ale nie w dłuższej perspektywie, tylko na krótki okres, np. uprawiania jakiejś dyscypliny sportu, aktywności fizycznej albo ubezpieczania wybranego majątku klienta, np. dzieł sztuki – wymienia Grzegorz Kulik.
2016 rok Allianz zamknął zyskiem operacyjnym na poziomie 193 mln zł. To blisko 80-proc. wzrost w ujęciu rocznym i jednocześnie najlepszy wynik spółki w ciągu 20 lat obecności w Polsce.
Campus Warsaw powstał z inicjatywy Google&HASH39;a i działa od listopada 2015 roku, jednak nieco ponad miesiąc temu zaszły w nim ważne zmiany. Dzięki otwarciu nowego budynku zdecydowanie zwiększyła się przestrzeń dostępna dla użytkowników Campusu, ale najważniejsze jest jednak ogłoszenie nowych programów wsparcia dla start-upów.
– Campus Warsaw otworzyliśmy w listopadzie 2015 roku, czyli już półtora roku temu. Od tego czasu 21 tys. osób przeszło przez mury Campusu i wzięło udział w różnego rodzaju programach akceleracyjnych, work-shopach czy eventach. Ponadto mamy 10 tys. zarejestrowanych członków. Co ciekawe, 18 proc. z nich to obcokrajowcy, którzy każdego dnia pracują tutaj razem z nami – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Rafał Plutecki, szef Campus Warsaw.
Ważnym wydarzeniem w życiu Campus Warsaw okazało się niedawne otwarcie nowego budynku, który oferuje zdecydowanie większą przestrzeń. Oznacza to m.in. możliwość organizowania wydarzeń z udziałem nawet 200 osób (poprzednio maksimum wynosiło 80 osób), salę warsztatową dla około 40 osób, ponad 140 biurek i 15 sal spotkań. Najważniejsze jest jednak ogłoszenie nowych programów wsparcia dla start-upów na różnych etapach rozwoju.
– Nowy budynek otworzyliśmy miesiąc temu. Jest to dwa razy większa przestrzeń i będziemy działać już w innym modelu. Będziemy chcieli dużo mocniej partycypować w sukcesie start-upów poprzez otwarcie takich programów jak Campus Residency czy Launchpad Start. Wybieramy 10 start-upów do każdego naboru i poprzez tego rodzaju programy będziemy wspierać bezpośrednio ich sukces – wyjaśnia Rafał Plutecki.
Głównym celem placówki Campus Warsaw jest promowanie i wspieranie przedsiębiorczości Polaków. I nie tylko Polaków, bo 18 proc. członków społeczności Campusu stanowią obcokrajowcy. Wszystkich użytkowników i wszystkie start-upy łączy jednak wspólny mianownik – technologie.
– Przede wszystkim chcemy wspierać przedsiębiorczość, jeżeli chodzi o tę technologiczną część, start-upową część tego, co możemy zrobić dzięki technologiom. Wiemy, że przedsiębiorczość jest takim sposobem na pozytywną zmianę wielu rzeczy w Polsce i na świecie, więc mamy nadzieję, że ta przedsiębiorczość będzie budować nowe miejsca pracy, powodować, że nasz kraj będzie jeszcze bardziej konkurencyjny – wyjaśnia Rafał Plutecki.
Zarówno liczba uzyskanych środków wsparcia, jak i miejsc pracy jest dla organizatorów Campus Warsaw jest powodem do dumy.
– Według badania, które przeprowadziliśmy w zeszłym roku, start-upy w naszych programach otrzymały ponad 6 mln dolarów wsparcia finansowego od różnego rodzaju funduszy venture capital. Dzięki wysiłkom Campusu i przedsiębiorców, którzy biorą udział w naszych programach, powstało ponad 600 miejsc pracy – wymienia Rafał Plutecki i dodaje, że plany na przyszłość są jeszcze bardziej ambitne: – Chcielibyśmy w ciągu roku, żeby około tysiąc start-upów przechodziło przez nasze warsztaty, natomiast będziemy wybierali od 50 do 100 start-upów, które otrzymają bezpośrednie wsparcie od Google’a czy Ekosystemu.
Inicjatywa Campus Warsaw z założenia jest dosyć prosta, opiera się na skrupulatnej selekcji start-upów – wybór pada na projekty z największym potencjałem. Następnie dany start-up jest mocno wspierany, tak by miał szansę osiągnąć międzynarodowy sukces.
– Ta ścieżka rozwoju zawsze dotyczy pewnej skalowalności międzynarodowej. Jeżeli otwierają zagraniczne biura, zaczynają obsługiwać międzynarodowych klientów, ta ekspansja zaczyna być naprawdę potężna, bardzo szybka. Bardzo przyjemnie jest obserwować, jak ta cała rzesza międzynarodowych klientów może być obsługiwana przez firmę kilku-, kilkunastoosobową z Warszawy – opowiada Rafał Plutecki.
Wsparcie z funduszy unijnych, doradztwo i pomoc w ściąganiu inwestorów oraz środki na inwestycje z Funduszu Inwestycji Samorządowych – to część narzędzi, które Ministerstwo Rozwoju chce wykorzystać w ramach planu wspierania średnich miast w Polsce. W pierwszej kolejności wsparcie dostaną 122 miasta, które borykają się z największymi problemami społecznymi i gospodarczymi. Samorządy mają duży potencjał inwestycyjny, ale brakuje im długofalowej strategii i pomysłu na siebie.
– Pakiet jest skierowany zarówno do samorządów, jak i do przedsiębiorców, którzy chcą inwestować w średnich miastach. Największym zgłaszanym przez nie problemem jest brak inwestorów, zarówno zagranicznych, jak i krajowych. Dlatego wprowadziliśmy dla nich odpowiednie preferencje– mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Hamryszczak, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.
Resort przedstawił pakiet działań dla średnich miast zapowiedziany wcześniej w rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Plan zakłada m.in. ułatwienie dostępu do środków Funduszu Inwestycji Samorządowych (zarządzanego przez Polski Fundusz Rozwoju), wsparcie z funduszy europejskich i pomoc w sprowadzeniu inwestorów, także dzięki specjalnym ułatwieniom i ulgom podatkowym.
– Oprócz tego nasze działania ukierunkowane są na specjalne strefy ekonomiczne. Chcielibyśmy, żeby średnie miasta również zaczęły działać w ramach nowej polityki strefowej, podobnie jak w przypadku algorytmu grantowego – mówi Adam Hamryszczak.
Szacowana wartość wsparcia z funduszy UE, które w najbliższych latach otrzymają średnie miasta, to ok. 2,5 mld zł. Ministerialny pakiet dotyczy miejscowości powyżej 20 tys. mieszkańców oraz powyżej 15 tys. mieszkańców będących stolicami powiatów (z wyłączeniem miast wojewódzkich). Jest ich w Polsce 255, jednak resort wyłonił 122, które potrzebują wsparcia priorytetowo i mogą liczyć na nie w pierwszej kolejności. Na tej liście znalazły się m.in. Stalowa Wola, Radom, Sosnowiec, Grudziądz, Słupsk, Nysa i Przemyśl.
Ośrodki miejskie zostały wytypowane w analizie Polskiej Akademii Nauk, która wskazała, że te w największym stopniu straciły w ostatnich latach swoje funkcje demograficzne, społeczne i gospodarcze. Borykają się też z szeregiem problemów takich jak wysokie bezrobocie, spadek liczby zarejestrowanych podmiotów gospodarczych, starzenie się mieszkańców czy odpływ ludności w wieku produkcyjnym.
Podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju Adam Hamryszczak wskazuje, że Fundusz Inwestycji Samorządowych będzie wspierał najważniejsze, najbardziej opłacalne i trwałe inwestycje samorządowe średnich miast. Finansowanie dla nich zostanie wyodrębnione w ramach unijnego programu Infrastruktura i Środowisko oraz innych krajowych programów operacyjnych z funduszy UE zapisanych do 2020 roku.
– Pakiet stworzy możliwość realizacji inwestycji komunalnych, zarówno z programów krajowych, jak i środków unijnych, z programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko. W tym programie pewne źródła finansowania zostaną wyodrębnione właśnie dla średnich miast. Będziemy również wspierać je w ramach Funduszu Inwestycji Samorządowych. Jego budżet wynosi obecnie 400 mln zł. W ramach funduszu będzie możliwość zarówno realizacji inwestycji samorządowych i komunalnych, jak i przede wszystkim świadczone będzie wsparcie doradcze w zakresie tworzenia projektów inwestycyjnych –mówi Adam Hamryszczak.
– Dla samorządów, które nie mają pomysłu na to, co zrobić dalej, główną pomocą będzie doradztwo. Jeżeli ministerstwo zaangażuje się aktywnie we współpracę, to dla nas, jako biznesu, może się otworzyć nowe miejsce do inwestowania, o którym do tej pory nie wiedzieliśmy, ponieważ samorządy są bierne – dodaje Tomasz Turczynowicz, dyrektor działu Smart City w firmie Qumak.
Obok braku inwestorów i pomysłu na rozwój jednym z głównych problemów polskich samorządów jest brak konsekwencji. Wieloletnie plany strategiczne często są tylko „dokumentami półkowymi”, które w żaden sposób nie odzwierciedlają rzeczywistości ani działań realizowanych przez samorząd.
Zdaniem dyrektora odpowiedzialnego w Qumak za obszar smart cities, polskie średnie miasta mają wszelkie warunki ku temu, aby być atrakcyjne dla inwestorów. Muszą jednak w większym stopniu otworzyć się na współpracę z biznesem i znaleźć pomysł na siebie.
– Powinny być stabilne, mieć konkretny pomysł oraz zaprosić biznes do współpracy. Bez tych warunków i bez stabilnej, konsekwentnie realizowanej strategii trudno jest biznesowi brać pod uwagę taką lokalizację jako miejsce, gdzie możemy otworzyć oddział czy rozpocząć współpracę z lokalnymi przedsiębiorcami czy z uczelniami tak, aby w ramach kształcenia dualnego móc kształcić sobie potencjalny narybek – mówi Tomasz Turczynowicz.
Z początkiem maja Ministerstwo Rozwoju opublikowało harmonogram naborów planowanych do realizacji w 2017 roku, z których będą mogły skorzystać średnie miasta. W najbliższych miesiącach mają się rozpocząć nabory w ramach szeregu unijnych programów (m.in. Polska Wschodnia, Inteligentny Rozwój oraz Infrastruktura i Środowisko).
Portale społecznościowe takie jak Instagram i Snapchat negatywnie wpływają na zdrowie psychiczne młodych osób – wynika z brytyjskiego badania HASHStatusOfMind. Korzystanie z tych serwisów może wywoływać poczucie osamotnienia i niepokoju, obniżać samoocenę, a także sprzyjać zastraszaniu rówieśników. Inne media społecznościowe poza tym, że służą nawiązywaniu kontaktów mogą być narzędziem szerzenia nienawiści. Facebook zatrudnia moderatorów, którzy mają wyłapywać podejrzane treści.
– Najbardziej negatywny wpływ na zdrowie młodych osób ma Instagram. Korzystanie z tego serwisu prowadzi do obniżenia własnej oceny, negatywne postrzeganie swojego ciała i ogólne obniżenie nastroju. Snapchat z kolei jest wedle ankietowanych narzędziem, poprzez które dochodzi do zastraszania pomiędzy rówieśnikami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Jałowiec, redaktor naczelna PRoto.pl.
Z badania HASHStatusOfMind przygotowanego przez Royal Society for Public Health i Youth Health Movement wynika, że wśród serwisów społecznościowych najlepszy wpływ na psychikę młodych osób ma YouTube. Według badania platforma ta promuje u młodych ludzi pozytywne cechy, zwiększa świadomość i jest pomocna w poszukiwaniu wsparcia emocjonalnego.
– Facebook i Twitter są postrzegane pół na pół. Ankietowani dopatrzyli się pozytywnych i negatywnych, bo z jednej strony platformy te były oskarżane o propagowanie nienawiści, np. w postaci szerzenia treści związanych z dyskryminacją, ale z drugiej strony pozwalają one na budowanie relacji między ludźmi i pozwalają na wyrażanie siebie – wskazuje Jałowiec.
Media społecznościowe mogą być wykorzystywane do dręczenia i rozprzestrzeniania nienawiści. Ostatnie przypadki transmisji na żywo z samobójstw czy morderstw na Facebooku sprawiły, że serwis zadecydował o zatrudnieniu dodatkowych moderatorów treści. Dotychczas było ich ok. 4,5 tys., teraz Facebook zatrudnił kolejne 3 tys osób.
– Dodatkowa liczba moderatorów ma przyspieszyć wyłapywanie treści live na Facebooku, które są podejrzane. To sytuacje, kiedy ktoś transmituje coś, co bardziej jest informacją przeznaczoną do organów ścigania, niż do dzielenia się nią ze społecznością facebookową – tłumaczy redaktor naczelna PRoto.pl.
To nie jest jedyna zmiana, jaka czeka Facebooka, który zamierza wprowadzić możliwość zamawiania posiłków bezpośrednio w serwisie. Obecnie testowana jest funkcja „Order Food”, gdzie po kliknięciu przycisku wyświetli się lista lokalnych restauracji, z których można zamówić posiłek.
– Opcja ta jest na razie testowana w Stanach Zjednoczonych, ale prawdopodobnie będzie niebawem oficjalnie ogłoszona i wprowadzona również w innych krajach – mówi Joanna Jałowiec.
Nowe funkcje pojawiły się także na Instagramie, w dużej mierze inspirowane Snapchatem, czyli interaktywne, trójwymiarowe filtry na twarz. Są one dostępne podczas wykonywania zdjęć za pośrednictwem aplikacji. Serwis wprowadza też możliwość dodawania do zdjęć naklejek z wpisywanymi hashtagami.
– To kolejny przykład, kiedy serwis należący do Marka Zuckerberga, czerpie z rozwiązań, które sprawdziły się gdzie indziej. Filtry nakładane na twarz były wizytówką Snapchata. Twórcy Instagrama tłumaczą, że filtry mają pomóc przekształcić zwykłe selfie w coś ciekawego. Branża wie swoje, chodzi oczywiście o pieniądze i przeklejenie funkcjonalności, która świetnie działa u konkurencji – przekonuje Joanna Jałowiec.
55 lat temu, 2 lutego 1962 roku Zbigniew Grycan otworzył swój pierwszy biznes. Była to bardzo mała, trzyosobowa firma produkująca lody i ciastka. Wcześniej jego ojciec i dziadek również prowadzili podobną działalność. Była to rodzinna tradycja cukiernicza.
– Rządy wielu przywódców nie były łatwe dla rzemiosła i kupiectwa. Przedsiębiorcy dostawali wtedy czerwone światło, jednak firmie udało się przetrwać trudne czasy – powiedział serwisowi eNewsroom Zbigniew Grycan, założyciel firmy Grycan – Kiedy jednak była taka możliwość, rozwijała się. Różne trudności i przejścia tylko zahartowały właściciela marki. Kiedyś rynek należał do producenta. To, co było wyprodukowane – sprzedawało się na pniu. Nawet wyroby czekoladopodobne. Dzisiaj rządzi konsument. Sztuką nie jest teraz wyprodukować towar, nawet najwyższej jakości, ale go sprzedać. Hasło „Klient nasz pan” nadal jest prawdziwe i aktualne. Istnieje jednak podstawowa zasada. Nie należy mylić dochodu z obrotem. Wydatki powinny być rozsądnie kalkulowane, aby zawsze być przygotowanym na lepsze, ale i na gorsze czasy. Czasami pojawiają się niespodziewane czynniki zewnętrzne, na które prowadzący działalność nie ma wpływu – ocenił Grycan.
Na początku 2014 roku, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców zainaugurował akcję „Zostawcie w spokoju dobrą żywność”. Kampania miała stanowić wyraz sprzeciwu wobec restrykcyjnej polityki prowadzonej przez państwo względem rolników produkujących żywność według tradycyjnych receptur, we własnych gospodarstwach. Zastanawiający był fakt, iż polscy rolnicy znajdowali się w o wiele gorszym położeniu, niż ich koledzy z Zachodu. Podczas gdy francuscy producenci mogli w punktach sprzedaży zbiorowej sprzedawać swoje własne foie gras, czy przetwory mleczne, a Włosi sprzedawali bezpośrednio produkty za 2,5 miliarda euro w skali roku, polscy rolnicy nie mogli bez założenia pełnoprawnej działalności gospodarczej sprzedawać pokrojonej marchewki pochodzącej z ich gospodarstwa. Sytuacja była kuriozalna, więc trzeba było zareagować.
Z czasem okazało się, że naciski, debaty i prośby odniosły skutek. 1 stycznia 2016 roku weszła w życie nowelizacja ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, która dała rolnikom możliwość uproszczonego opodatkowania przychodów ze sprzedaży produktów pochodzących z własnego gospodarstwa. Niepotrzebne stało się zakładanie działalności gospodarczej. Zgodnie z nowymi przepisami, przychody rolników z takiej sprzedaży opodatkowane były niskim i prostym, dwuprocentowym ryczałtem. Zasady obowiązywały do progu 150 tysięcy euro rocznie. Mieliśmy do czynienia z istotną poprawą, ale jeszcze nie rewolucją – wyśrubowane przepisy sanitarne wciąż stanowiły istotną przeszkodę dla rozsądnego rozwoju rynku rolniczej sprzedaży bezpośredniej. Polski ustawodawca zdecydował się bowiem wyjść daleko ponad minimalne progi wyznaczone przez odpowiednie unijne rozporządzenia (178/2002 i 852/2004). Na prawdziwy przewrót trzeba było czekać do 1 stycznia bieżącego roku. Od tego momentu, na mocy ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu ułatwienia sprzedaży żywności przez rolników, rolnicy mogą w uproszczony sposób sprzedawać przetworzoną i nieprzetworzoną żywność wyprodukowaną w swoim gospodarstwie. Skończono wreszcie z absurdem „dostaw bezpośrednich”, które dopuszczały bardzo ograniczone możliwości jakiejkolwiek obróbki produktu – w zasadzie warzywo można było tylko umyć, by jego sprzedaż została uznana za dostawę bezpośrednią. Pokrojenie go wykraczało już poza pierwotną produkcję. Zgodnie z nowymi przepisami, przynajmniej 50% surowców wykorzystanych do wyprodukowania sprzedawanej żywności, musi pochodzić z gospodarstwa rolnika, a produkcja musi odbywać się własnymi siłami, tj. bez zatrudniania pracowników. Wprowadzono prosty system rejestracji sprzedaży detalicznej. Jeżeli rolnik produkuje i sprzedaje wyłącznie żywność pochodzenia roślinnego, rejestruje działalność u inspektora sanitarnego. Jeśli będzie produkował poza tym, albo tylko żywność pochodzenia zwierzęcego, zgłoszenia dokonuje u powiatowego lekarza weterynarii. Rejestracji takiej należy dokonać na 30 dni przed rozpoczęciem działalności. Delikatnie zmodyfikowano zasady opodatkowania takiej sprzedaży – do progu 20 tysięcy złotych rocznie, przychody z niej w ogóle nie są opodatkowane podatkiem dochodowym od osób fizycznych.
Omawiane zmiany w przepisach miały charakter rewolucyjny i stanowiły powiew normalności po wielu latach absurdalnej polityki wobec sprzedaży żywności wyprodukowanej w gospodarstwie rolnika. Od 1 stycznia 2017 roku, rolnicy mogą legalnie sprzedawać ciasta, wędliny, czy przetwory – tak jak ich koledzy z innych państw europejskich. Wydawałoby się zatem, że podstawowy cel kampanii został osiągnięty, a walka wygrana. Okazuje się jednak, że mentalność urzędnicza i przekonanie ustawodawcy o własnej wszechwiedzy, często wygrywa ze zdrowym rozsądkiem – i tak dzieje się w tym przypadku.
Zgodnie bowiem ze znowelizowaną 11 lutego 2017 roku ustawą o Agencji Rynku Rolnego i organizacji niektórych rynków rolnych, a konkretnie jej artykułem 38q, każde dostarczenie produktów rolnych przez producenta do pierwszego nabywcy, wymaga uprzedniego zawarcia pisemnej umowy. Obowiązek ten dotyczy zarówno produktów nieprzetworzonych, jak i przetworzonych. W praktyce oznacza to, że sklep albo restauracja, pragnąc zaopatrzyć się u rolnika w świeże mięso, warzywa, czy przetwory, musi z tym rolnikiem zawrzeć odpowiednio wcześnie umowę sprzedaży na piśmie, zawierającą dodatkowo wszystkie wskazane w ustawie elementy. W przypadku niedostosowania się do tych wymogów, nabywcy grozi kara administracyjna w wysokości 10% wartości umowy netto. Wprowadzanie tak sformalizowanych rygorów w tę strefę stosunków, w której współpraca między kontrahentami niejednokrotnie ma charakter stały, a relacje oparte są na wzajemnym zaufaniu, stanowi poważną przeszkodę dla rozwoju rynku. Warto zwrócić uwagę, że obowiązek zawierania umów pisemnych w polskim prawodawstwie „wziął się” z rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady UE nr 1308/2013 – jednak tam został on wprowadzony jako opcjonalne rozwiązanie, z którego państwa członkowskie mogą skorzystać, ale nie muszą, a dodatkowo w Preambule jednoznacznie wskazano, iż wprowadzenie takiego obowiązku nie może zakłócać właściwego funkcjonowania rynku wewnętrznego. Po raz kolejny okazuje się zatem, że ustawodawca unijny jest o wiele łagodniejszy w określaniu rygorów, niż polski.
W świetle powyższego, trzeba stwierdzić że mamy do czynienia z absurdalną sytuacją, w której prawodawca słusznie zdecydował się na kompleksową reformę i zmianę nadzwyczajnie restrykcyjnych przepisów, ale niemal jednocześnie postanowił w innym miejscu wprowadzić rozwiązanie radykalnie sprzeczne z duchem regulacji unijnych i idących tak daleko, jak tylko pozwoliło odpowiednie rozporządzenie. Takie postępowanie prawodawcy szkodzi wszystkim uczestnikom rynku – zarówno producentom, jak i dystrybutorom oraz końcowym konsumentom. Polska ma wspaniałą tradycję kulinarną i rolników dysponujących świetnymi recepturami na żywność o niepowtarzalnych walorach smakowych. Nieskorzystanie z tego waloru jest ogromnym błędem – wysokiej jakości lokalna żywność mogłaby być wizytówką Polski na arenie międzynarodowej. Wiele już udało się uczynić, akcja „Zostawcie w spokoju dobrą żywność” przyniosła dobre rezultaty, jednak trzeba iść dalej. Postulujemy zatem o przeprowadzenie kolejnych kroków w dobrą stronę – rozszerzenie formuły detalicznej sprzedaży rolniczej o możliwość zaopatrywania restauracji, sklepów detalicznych, hurtowni i sprzedaż w Internecie oraz uchylenie przepisów o konieczności zawierania umów pomiędzy podmiotami gospodarczymi a rolnikami na dostawy produktów. Proponujemy również zastąpienie, tam gdzie jest to możliwe, nadzoru Sanepidu, systemem obowiązkowych ubezpieczeń od odpowiedzialności cywilnej producentów żywności . Jest to wzór anglosaski, który w naszym przekonaniu sprawdzi się również w Polsce. Wprowadzenie w życie takiego pakietu zmian stanowiłoby pozytywną i rozsądną ewolucję regulacji dotyczących obrotu żywnością produkowaną przez rolników w ich gospodarstwach.
Okazuje się ponadto, że z podobnymi problemami, związanymi z nadmierną regulacją drobnej sprzedaży produktów spożywczych wysokiej jakości, mierzyć muszą się przedstawiciele polskiej branży winiarskiej. Zarówno krajowi producenci win gronowych, jak i drobni importerzy czy dystrybutorzy, zmuszeni są do wypełniania wszelkich obowiązków związanych z nanoszeniem banderol (Polska jest jedynym krajem Unii Europejskiej, który posiada kosztowny i uciążliwy system oparty na stosowaniu papierowych znaków akcyzy na wyrobach winiarskich) – dokładnie na takim samym poziomie skomplikowania i złożoności, jak wielkie korporacje, w tym choćby międzynarodowe sieci marketów. By możliwe było dokonanie wszystkich przepisanych prawem czynności administracyjnych związanych z płatnością podatku akcyzowego i pozyskania znaku akcyzy, konieczne jest zatrudnienie osobnego pracownika, w pełnym wymiarze czasu, co dla najmniejszych przedsiębiorstw stanowi duże obciążenie finansowe. Warto zaznaczyć, że łączne koszty ponoszone przez branżę na naklejanie banderol poza Polską, szacować można na około 100 milionów złotych rocznie, podczas gdy z tytułu samych tylko wpływów podatkowych budżet uzyskuje od branży ponad miliard złotych w skali roku. Kosztowny system papierowych znaków akcyzy na wyrobach winiarskich stanowi największą barierę firm z sektora MSP działających w branży winiarskiej w Polsce. Ponownie zatem – tak jak w przypadku żywności, mamy do czynienia z regulacją całkowicie oderwaną od realiów funkcjonowania najmniejszych podmiotów i nakładających na nie obowiązki administracyjne kompletnie nieprzystające do skali działalności.
Polska dysponuje ogromnym atutem – mamy znakomitą żywność, rolników korzystających ze świetnych receptur i ambitnych przedsiębiorców starających się dostarczać konsumentom produkty spożywcze wysokiej jakości. Bariery prawne i administracyjne, które państwo stawia przed tymi ludźmi, są całkowicie niepotrzebne i szkodzą wszystkim. Dobrze byłoby je w końcu usunąć i pozwolić ludziom cieszyć się dobrą żywnością.
Rząd zdecydował o podniesieniu minimalnego wynagrodzenia w przyszłym roku o 80 zł, do 2080 zł. Konfederacja Lewiatan proponowała, aby minimalne wynagrodzenie w 2018 r. wyniosło 2050 zł.
Lewiatan oraz pozostałe organizacje pracodawców proponują podwyżkę płacy minimalnej w przyszłym roku o 50 zł. Pamiętajmy, że w tym roku wzrosła ona aż o 150 zł, czyli ponad 8 proc., przy wzroście wydajności pracy o ok. 3 proc. Warto dodać, że ponad 40 proc. wzrostu wynagrodzenia minimalnego wpłynie do budżetu państwa, w postaci podatków (PIT,VAT) i składek na ubezpieczenia społeczne.
– Tegoroczne, wyjątkowo wysokie żądania związków zawodowych podwyżki płacy minimalnej, nawet ponad 200 zł, wynikają z ubiegłorocznego zachowania rządu, który przelicytował propozycje związkowców i postawił ich w trudnej sytuacji wobec pracowników. Skoro rząd, który powinien równoważyć interesy pracowników i przedsiębiorców, zaproponował podwyżkę większą niż związkowcy, to sugerował, że niedostatecznie dbają oni o interesy swoich członków. W tym roku bojąc się powtórzenia takiej sytuacji związkowcy, na wszelki wypadek, zażądali nierealnej podwyżki minimalnego wynagrodzenia – mówi Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.
dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan
W najbliższych kwartałach wynagrodzenia będą rosły szybciej. Duży popyt na nowych Pracowników napotka na zmniejszającą się ich podaż.
Przedsiębiorcy dość mocno odczuli wysoką dynamikę wynagrodzeń w ostatnich kilkunastu miesiącach. Większość firm została zmuszona do ich podniesienia, czyli zwiększenia kosztów, również ze względów regulacyjnych (wyższa płaca minimalna i stawka godzinowa) i liczy, że w kolejnych miesiącach nie będzie musiała już tego robić. Jest to trochę myślenie życzeniowe. W kwietniu stopa bezrobocia wyniosła 7,7 proc., a po oczyszczeniu z czynników sezonowych nawet 7,5 proc.
Według Eurostatu mamy bezrobocie na poziomie 5,3 proc. i jesteśmy wśród sześciu państw o najniższym bezrobociu w całej Unii Europejskiej (obok Czech, Niemiec, Węgier, Malty i Holandii). Na każde sto miejsc pracy w gospodarce przypada jeden wakat. W takich warunkach trudno spodziewać się stabilizacji wynagrodzeń. Przeciwnie, w kolejnych kwartałach będą one coraz szybciej rosły, gdyż wysoki popyt na pracowników napotka na zmniejszającą się ich podaż.
Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, zastępcy dyrektora generalnego Konfederacji Lewiatan
Działania firm w obszarze społecznie odpowiedzialnego biznesu dają realne i mierzalne korzyści, takie jak: wzmacnianie wizerunku, zwiększenie zaufania i lojalności różnych grup interesariuszy (52%), a nawet wzrost wyników finansowych (11%). Jest to główny wniosek płynący z badania „CSR w praktyce – barometr Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej (CCIFP)”, przeprowadzonego już po raz drugi wśród firm francuskich i polskich należących do Izby.
Edukacja w zakresie odpowiedzialnego biznesu wydaje się być kluczowym elementem gwarantującym rozwój CSR w Polsce. Potwierdzają to, zarówno wyniki „CSR w praktyce – barometr CCIFP”, jak i badania Havas Media Group, według których aż 70% konsumentów nie spotkało się nigdy z terminem CSR. Dlatego też firmy wyrażają dużą potrzebę szerzenia wiedzy na temat społecznej odpowiedzialności biznesu i dzielenia się dobrymi praktykami.
Dlaczego warto wdrażać CSR?
64% firm decyduje się na prowadzenie działań społecznie odpowiedzialnego biznesu ze względu na wzmocnienie wizerunku organizacji. Dla 44% badanych, CSR skutecznie pomaga w pozyskiwaniu lojalnych pracowników i nowych talentów. Prowadzenie przedsiębiorstwa wynikające z potrzeby i świadomości poszanowania otoczenia, okazało się ważne dla 42% ankietowanych, należy jednak odnotować, że względem roku ubiegłego jest to wzrost o 22 p.p. Tegoroczne wyniki barometru CCIFP pokazują zmianę w podejściu do prowadzenia działań w obszarze CSR przez firmy. W ubiegłym roku podejmowane inicjatywy były skierowane głównie na zewnątrz organizacji – do klientów lub społeczności lokalnych. W tym roku zdecydowanie więcej działań kierowanych jest do wewnątrz, do pracowników, by dzięki temu pozyskać ich zaufanie i zaangażować w liczne projekty, m.in. z obszaru wolontariatu”, mówi Monika Constant, Dyrektor Generalna CCIFP.
Do kogo najczęściej są kierowane działania CSR?
Najwięcej firm (91%) realizuje działania dla pracowników, drugą kluczową grupą są klienci (89%). Dodatkowe świadczenia socjalne wprowadzane przez przedsiębiorców są już niemal standardem – jak wynika z badań wdrożyło je 92% ankietowanych firm. Podobnie wysoki odsetek (82%) dba o rozwój zawodowy pracowników, a 68% prowadzi politykę różnorodności. W przypadku klientów, przedsiębiorcy kładą nacisk na wielokanałową komunikację (80%), transparentność przekazu informacji (71%) i regularne badania satysfakcji (69%). Nie zapominając o partnerach biznesowych, firmy tworzą specjalne kodeksy współpracy (79%), dzięki czemu mogą oni wdrażać pewne standardy CSR’owe do swoich działań. W odniesieniu do społeczności lokalnej firmy realizują najwięcej projektów na rzecz ochrony środowiska (84%), oraz prowadzą aktywność filantropijną, wpierając potrzebujących i lokalne organizacje pozarządowe.
Systemowe podejście świadczy o dojrzałości CSR.
Pomimo stale rosnącej liczby firm, które traktują CSR strategicznie, nadal część z nich ogranicza się do działań doraźnych. 35% firm prowadzi krótkookresowe akcje CSR, a 27% przeznacza środki finansowe w zależności od chwilowych potrzeb. W dalszym ciągu aż 1/3 organizacji nie raportuje i nie dostrzega korzyści z prowadzonych projektów (30% firm nie mierzy wyników, a aż 28% nie potrafi ich oszacować). Pozytywnym wynikiem jest natomiast wzrost firm (21% w 2017, w stosunku do 9% w 2016) tworzących roczne i dwuletnie strategie CSR, a także duże zaangażowanie zarządów firm (58%) w realizację tej strategii. Już 21% firm deklaruje utworzenie w swoich strukturach działu CSR. Niewątpliwie firmy mogą się pochwalić dojrzałością w obszarze zarządzania etyką. 95% badanych firm deklaruje, że prowadzi zarządzanie wartościami etycznymi, 75% posiada kodeks etyki lub kodeks zasad zawodowych, a 35% ma system zgłaszania nadużyć.
Partnerami merytorycznymi tegorocznej edycji badania zostali: CSR Info, Forum Odpowiedzialnego Biznesu, UN Global Compact Network Poland, Havas Media Group i Havas PR Warsaw.
*****
O badaniu:
2 edycja badania „CSR w praktyce – barometr Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej” skierowana jest do firm stowarzyszonych we Francusko-Polskiej Izbie Gospodarczej (CCIFP). Badanie przeprowadzono w kwietniu 2017 i adresowano do Prezesów i osób zarządzających, Dyrektorów Działów CSR, PR, HR, Marketingu. Udział w nim wzięło 67 firm. Celem badania było pogłębienie wiedzy na temat poziomu zaangażowania w CSR firm stowarzyszonych w CCIFP. Wyniki pokazują jak firmy oceniają kondycję społecznie odpowiedzialnego biznesu w Polsce, jak realizują w praktyce jego założenia oraz jakie mają plany rozwoju na najbliższe lata. Założeniem badania „CSR w praktyce” jest jego cykliczność, która pozwoli rok do roku monitorować stan i kierunek rozwoju CSR w firmach francuskich.
Po pojawieniu się aplikacji mobilnych już nic nie będzie takie jak przedtem – to konkluzja seminarium Pracodawców RP „Nowoczesne aplikacje – znaczenie i rola w rozwoju gospodarczym i społecznym”, zorganizowanego w ramach projektu „GPS Przedsiębiorcy”.
O tym jak nowoczesne technologie przekształcają rynek pracy, zmieniają oczekiwania klientów wobec oferowanych im produktów i usług dyskutowali eksperci zaproszeni przez Pracodawców RP. W ich oczach jedną z kluczowych kwestii jest problem niedopasowania prawa do funkcjonowania poszczególnych branż – dynamicznie zmieniających się pod wpływem aplikacji mobilnych.
– Należy raczej ułatwiać usługodawcom dostęp do nowych technologii, co pozwoli im ograniczyć koszty, niż wprowadzać kolejne ograniczenia – mówił Mateusz Litewski z Uber Polska. – „Uberyzacja” to dla mnie zwiększenie dostępu do rynku: dla dostarczycieli usług i dla klientów. Aplikacje mogą też pomóc w walce z szarą strefą, bo łatwiejszy dostęp do klienta skłania do legalizacji działalności. W miastach, gdzie działa Uber, od trzech lat rośnie liczba licencji taksówkarskich – rynki taksówkarzy i Ubera są w znacznej mierze rozłączne – dodał.
Zdaniem Wiceprezydenta Pracodawców RP Piotra Kamińskiego przedsiębiorcy dzięki aplikacjom mogą też szukać nisz na rynku, o których inni nie wiedzą lub boją się w nie wejść. – Nowoczesne technologie gruntownie zmieniają także sposoby świadczenia pracy i etos pracy – mówił Kamiński.
Do szybkiego tempa rozwoju rynku chce dostosowywać się administracja państwowa – Ministerstwo Cyfryzacji tworzy fundamenty państwa cyfrowego.
– Nadrzędnym celem jest umożliwienie załatwienia wszystkich spraw administracyjnych drogą elektroniczną – deklarował Grzegorz Zajączkowski z Ministerstwa Cyfryzacji. Dodał, że system „Widok” ruszy ok. 20 czerwca br. i będzie integrował wszystkie usługi e-administracji.
Marcin Fiedziukiewicz, prezes JobSquare. zwracał uwagę na fakt, że najmłodsi pracownicy nie pamiętają już świata bez rozwiązań cyfrowych. Wyzwaniem dla pracodawców jest komunikowanie się z potencjalnymi pracownikami przez aplikacje mobilne – np. na rynku brytyjskim poszukiwanie pracowników na stanowiska nisko wykwalifikowane odbywa się w zasadzie wyłącznie w ten sposób. – Dużo mówi się o roszczeniowości młodych, ale wielu z nich nie jest po prostu gotowych do wejścia na rynek pracy, są po prostu zagubieni i szukają stabilizacji – mówił Fiedziukiewicz. Jego zdaniem pracodawcy powinni nauczyć się przekonywać pracowników do swojej oferty zamiast demonizować postawy młodych.
Nowe technologie udostępniają zupełnie nowe narzędzia wszystkim uczestnikom cyfrowej rewolucji – pracodawcom i pracownikom, usługodawcom i usługobiorcom. Igor Zacharjasz z Alior Innovation Lab przytaczał przykład zwiększenia możliwości oceny zdolności kredytowej np. dzięki badaniu zachowań w mediach społecznościowych. Z drugiej strony aplikacje umożliwiają klientom samodzielny wybór i konfigurowanie usług bankowych. Coraz mniej klientów chce się kontaktować z bankiem tradycyjny sposób – chcą mieć dostęp do usług zawsze, kiedy tego potrzebują.
– Trendy demograficzne powodują, że ludzi do pracy będzie coraz mniej, a to z kolei oznacza, że praca będzie musiała być bardziej wydajna. To wielkie wyzwanie dla twórców nowych technologii, w tym aplikacji mobilnych – podsumował Wiceprezydent Kamiński.
Aż 60 proc. dyrektorów działu zakupów uważa, że ich zespoły nie mają wystarczających zdolności oraz kompetencji, aby skutecznie realizować założoną strategię. Osobnym problemem pozostaje kwestia cyfryzacji, która jest ogromnym wyzwaniem. Tymczasem jedynie niespełna co trzeci dyrektor działu zakupów zapewni swoim pracownikom w tym roku szkolenia. Jak wynika z globalnego badania firmy doradczej Deloitte „Growth: the cost and digital imperative. The Deloitte Global Chief Procurement Officer Survey 2017” działy zakupów mają szansę stać się strategicznym partnerem w biznesie, ale pod warunkiem, że zainwestują w rozwój najbardziej utalentowanych pracowników.
Badanie zostało przeprowadzone wśród menedżerów kierujących działem zakupów (CPO) z 480 firm, mających siedzibę w 36 krajach. Łączne obroty tych przedsiębiorstw wynoszą 4,9 biliona dolarów.
Choć 87 proc. respondentów uważa, że talent jest decydującym czynnikiem o sukcesie w dziale zakupów, to jednocześnie aż 60 proc. CPO wyraziło opinię, że ich zespoły nie mają wystarczających zdolności oraz kompetencji, by skutecznie realizować założoną strategię. Rok wcześniej taką opinię wyraziło 62 proc. respondentów. – W związku ze zwiększającą się potrzebą cięcia kosztów i oszczędności rola działów zakupów rośnie. Zarządy wymagają od nich coraz większej wydajności, ale przeciążeni obowiązkami i odpowiedzialnością pracownicy nie są w stanie skutecznie rozwiązywać stawianych przed nimi problemów – mówi Jakub Rosiecki, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.
Budżety przeznaczone na inwestycje w zasoby ludzkie w działach zakupów nie są imponujące, co sprawia, że menedżerowie mają problem z pozyskaniem najbardziej utalentowanych pracowników. Raport Deloitte analizuje odsetek przedstawicieli pokolenia millenialsów pracujących w działach zakupów. Okazuje się, że aż w 40 proc. badanych firm stanowili oni nie więcej niż jedną piątą zespołu, a w kolejnych 36 proc. przedsiębiorstw od 21 do 40 proc.
Jak dowodzą eksperci Deloitte menedżerowie kierujący działem zakupów muszą skupić się na budowaniu modeli zarządzania opartych nie tylko na talentach, ale przede wszystkim na integracji tych talentów z nowoczesnymi technologiami. A z tym jest wyraźny problem. Z jednej strony aż 75 proc. badanych CPO wierzy, że rola zakupów w dostarczaniu innowacyjnych technologii dla ich firm będzie rosła, a z drugiej jedynie w 31 proc. firm w tym roku pracownicy będą mieli możliwość skorzystania ze szkoleń związanych z cyfryzacją. Dla porównania w przypadku 71 proc. będą to szkolenia obejmujące techniczne umiejętności konieczne do pracy w dziale zakupów, a w 66 proc. firm szkolenia z tzw. umiejętności „miękkich”. Choć zdaniem 65 proc. ankietowanych w ciągu najbliższych dwóch lat analityka będzie miała największy wpływ na ich pracę, to jednocześnie 62 proc. CPO wyraziło obawę, że w zakresie kluczowych analitycznych umiejętności w ich zespołach istnieją duże lub średnie luki.
– Wyzwania przedsiębiorstw związane z cyfrową rewolucją nie ominą funkcji zakupów. Upowszechniająca się automatyzacja procesów, robotyka i zaawansowane narzędzia analityczne wymagają pozyskania i utrzymania pracowników szybko adaptujących nowoczesne technologie, sprawnie współpracujących z biznesem i rozumiejących jego potrzeby oraz zorientowanych na dostarczanie wartości – podkreśla Magdalena Bączyk, Starszy Konsultant w Dziale Konsultingu Deloitte
Jedna czwarta badanych menedżerów przyznała, że na szkolenia w dziale zakupów przeznacza mniej niż procent budżetu działu zakupów, w przypadku 40 proc. respondentów było to mniej niż 2 proc., co jest znacznie poniżej rynkowych standardów. Jednocześnie przeważa opinia, że szkolenia są podstawą rozwoju talentów. I tak 59 proc. menedżerów zachęca swoich podwładnych do korzystania ze szkoleń, nawet jeśli nie dotyczą one bezpośrednio obszaru związanego z zakupami, a 54 proc. uruchomiło akademie lub programy szkoleniowe.
W jaki sposób działy zakupów poszukują pracowników? Raport Deloitte dowodzi, że jest to szeroki wachlarz narzędzi. Aż 65 proc. działów korzysta z usług rekruterów, 62 proc. wykorzystuje w tym celu media społecznościowe, a 58 proc. szuka pracowników w innych działach firmy.
– Utalentowani pracownicy, a właściwie ich brak to duży problem dla działów zakupów, które muszą zmierzyć się jednocześnie z implementacją nowoczesnych technologii i rosnącą presją oszczędności. Jeżeli procurement ma stać się skutecznym partnerem w biznesie, niezbędne są inwestycje w pozyskiwanie i rozwój utalentowanych ludzi, w tym szczególnie przedstawicieli generacji millenialsów – mówi Jakub Rosiecki.
Kluczem do sukcesu jest kultura organizacyjna – stworzenie elastycznego środowiska pracy, sprzyjającego eksperymentowaniu z nowymi narzędziami i technologiami, innowacyjnemu podejściu do gromadzenia, przetwarzania i prezentacji danych, a także współpracy i swobodnej komunikacji pomiędzy funkcją zakupów a pozostałymi obszarami biznesowymi. To umożliwi przyciągnięcie i utrzymanie myślących „cyfrowo” pracowników (w tym przede wszystkim millenialsów), których obecność będzie w najbliższych latach decydowała o zdolności funkcji zakupów do realizacji strategii – dodaje Magdalena Bączyk.
Banco Popular Espanol sprzedany za 1 euro. Słabsze dane z Europy, produkcja przemysłowa poniżej oczekiwań. Posiedzenie RPP w Polsce.
Bez bankructwa banku w Hiszpanii
Banco Popular Espanol uniknął bankructwa. Jest to szósty największy bank w Hiszpanii. Został on przejęty za symboliczne jedno euro przez Santandera. Cena za duży bank wydaje się bardzo atrakcyjna ale strata z zeszłego roku na poziomie 3,5 mld euro mówi już co innego. Stratę ponieśli posiadacze akcji i obligacji, które są obecnie bezwartościowe. Jest to zgodne z nowymi regulacjami europejskimi, gdzie banki nie bankrutują na koszt podatnika chroniąc interes właścicieli. Jaki ma to wpływ na rynki walutowe? Niewyjaśniona sytuacja dużego banku na skraju przepaści ciążyła na notowaniach euro. Wyjaśnienie tego problemu wspiera europejską walutę.
Dane z Europy
Od rana poznaliśmy wartość zamówień w przemyśle od naszego zachodniego sąsiada. w ujęciu miesięcznym spadają one o 2,1%, to zdecydowanie gorzej niż prognozowany spadek o 0,4%. Inwestorzy przyjęli te dane bardzo spokojnie. Na parach z euro nie było widać żadnej reakcji. Od rana poznaliśmy jeszcze wzrost PKB w Rumunii, który wyniósł 5,7%. Było to potwierdzenie wcześniejszych wstępnych danych. Słabsze dane nadeszły z Węgier, gdzie produkcja przemysłowa w ciągu roku spadła o 3% przy oczekiwanych wzrostach. Gorzej od oczekiwań wypadli też Czesi. Produkcja przemysłowa spadła o 2,5% w ujęciu rocznym przy oczekiwanym spadku o 1,8%.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Dzień dzisiejszy będzie dosyć specyficznym na rynku ze względu na wielkie oczekiwania odnośnie do dania jutrzejszego. Jako dodatek do brytyjskich wyborów, dostaniemy kryzysową mowę Mario Draghiego, prezesa Europejskiego Banku Centralnego oraz zeznanie byłego szefa FBI, Jamesa Comeya, którego szerzej znamy jako zwolnionego przez Trumpa za bycie nieuczciwym wobec Hilary Clinton. Comey chce opowiedzieć przed kongresem o swoich rozmowach. W zależności od tego, co ma do powiedzenia, rynki mogą różnie zareagować. Prezydent Trump nie będzie uczestniczył w tym wydarzeniu, ale plotki głoszą, że będzie je na żywo komentował na swoim Twitterze.
Problemem, jaki dla inwestorów stanowi skandal Trump-Rosja staje się pytanie, czy zaszkodzi on zdolnościom prezydenta do poniesienia wydatków na infrastrukturę, reformę opieki zdrowotnej lub podatków. Odbija się to oczywiście na amerykańskiej walucie, która systematycznie spada od początku roku. Z drugiej strony, giełda papierów wartościowych spisuje się gładko, będąc jedyną rzeczą, która wydaje się dbać o przyszłą rentowność gdy Trumpowi uda się spełnić swoje obietnice wyborcze. Szczerze mówiąc, firmy z sektora MSP w USA czują się obecnie bardzo pewnie.
Wygląda na to, że zmienność przycichła na rynkach od czasu francuskich wyborów, za wyjątkiem 17 maja, kiedy to pojawiła się wyprzedaż na rynkach ze względu na obawy związane z Trumpem. Indeks zmienności VIX reprezentuje historycznie niskie notowania poniżej 11 punktów.
Złoto znajduje się na najwyższym poziomie od czasu wyboru Trumpa na prezydenta. Obecnie, dotarło ono do bariery 1300 dolarów. Z kolei para walutowa USD/JPY, która spadała nieprzerwanie od połowy maja, zeszła dzisiejszego ranka poniżej 109,25. Kolejnym powodem do obaw jest spadająca cena ropy naftowej. Nie stanowi to jeszcze większego problemu, ale jeżeli cena pozostanie poniżej 50 dolarów przez dłuższy okres lub jeszcze bardziej spadnie, może zostać zinterpretowana jako pewna słabość w światowej gospodarce. Zapasy ropy zostaną ogłoszone dzisiejszego popołudnia, inwestorzy powinni je baczne obserwować.
W ciągu ostatnich 24 godzin indeksy miały przyjemność odnotować historycznie wysokie notowania na Bitcoinie i Ethereum. Ceny z pewnością mogłyby wzrastać dalej, ale w tym momencie może to być niebezpieczne, jako że rynek ten jest wysoce ryzykownym. Japońska giełda Bitflyer znacznie zwiększyła swoje nakłady wczoraj i na ten moment zanotowała handel 132 000 Bitcoinami w przeciągu ostatnich 24-godzin. Tam ma miejsce swoista rewolucja, w trakcie której supermarkety w całym kraju przyjmują płatności Bitcoinem za zakupy.
Dodatkiem do wszystkiego, co dzieje się na tradycyjnych rynkach, może być również poruszanie na rynkach kryptowalut przez to, co będziemy mogli jutro usłyszeć ze strony Federalnej Komisji Łączności w Stanach Zjednoczonych. Kilku ekspertów od systemu Blockchain ma przedstawić amerykańskiemu rządowi temat innowacji w finansach oraz jakie konsekwencje dla narodowego bezpieczeństwa mogą mieć wirtualne waluty.
Ostatnie dziesięciolecie przyniosło szybką transformację wielu dziedzin życia, dzięki innowacyjnym rozwiązaniom w obszarze technologii cyfrowej. Branża energetyczna również podlega fundamentalnym zmianom, powodując zjawisko „rewolucyjnej konwergencji”. Nowe, zmieniające się środowisko działania, wymaga od nas właściwego przygotowania do przyszłych zmian. Jeśli tego nie zrobimy, konsekwencje mogą okazać się dramatyczne. Dlatego przed energetyką stoją zupełnie nowe zadania, które zmienią ten rynek na zawsze – mówi Jacek Łukaszewski, Prezes Zarządu Schneider Electric Polska.
Jacek Łukaszewski, Prezes Zarządu Schneider Electric Polska
Rozejrzyjmy się – smartfony, media społecznościowe ukierunkowane na potrzeby klientów, inteligentne procesy produkcyjne, komunikacja niemal wszystkich urządzeń oraz autonomiczne samochody – cyfrowa rewolucja objęła już każdy sektor gospodarki. Tak dzieje się również w energetyce, gdzie innowacje techniczne powodują zjawisko „rewolucyjnej konwergencji” rozwiązań, w której następuje decentralizacja infrastruktury, a konsumenci angażują się w podstawowe procesy. Doprowadza to do efektu, w którym odbiorcy stosują nowy model zużycia energii – na żądanie i dopasowany do potrzeb.
Do zjawisk, o których mówimy, dołączyć należy zwiększający się globalny popyt na energię elektryczną – wzrośnie on do roku 2040 o 30%. Jednocześnie niemal 2 miliardy ludzi nadal nie mają stałego dostępu do sieci energetycznej. Nadeszła pora na rozwiązanie tych problemów, poprzez wprowadzenie mechanizmów równoważenia popytu, a zarazem zwiększenia dostępności energii na całym świecie. Kluczowym elementem tego podejścia muszą być czyste źródła energii. Sądzimy, że uda się osiągnąć ten cel dzięki technologiom „grid edge”, czyli systemom i urządzeniom działającym w środowisku konsumenta.
Co należy zrobić
Innowacje otwierają przed nami nowe możliwości. Obecnie trwa czwarta rewolucja przemysłowa, a według opinii Światowego Forum Ekonomicznego polega ona na „rewolucji cyfrowej i obejmuje różnorodne technologie, których zastosowanie prowadzi do bezprecedensowej zmiany paradygmatów w sferze makro- i mikroekonomicznej, w funkcjonowaniu społeczeństwa oraz w życiu codziennym”. Z transformacją systemu produkcji i dystrybucji energii elektrycznej, wiąże się ogromna szansa dla całej branży, klientów i lokalnych społeczności.
Można wskazać trzy trendy, które w istotny sposób zmieniają funkcjonowanie sektora energetycznego:
Szybki rozwój technologii zasilania elektrycznego w pewnych obszarach zastosowań, np. w przypadku systemów ogrzewania i pojazdów mechanicznych
Przejście z modelu działania z centralną elektrownią na model zdecentralizowany — energia elektryczna może być generowana, magazynowana i przesyłana do odbiorców zlokalizowanych bliżej jej źródła, dzięki wykorzystaniu energii słonecznej, energii wiatru i innych źródeł odnawialnych oraz technologii magazynowania energii
Inteligentne urządzenia pomiarowe i cyfrowa infrastruktura sieciowa, pozwalają odbiorcom i dostawcom energii „zobaczyć” informacje na temat miejsca, czasu i sposobu jej odbioru; umożliwia to skuteczniejszą kontrolę tego procesu, a w konsekwencji bardziej efektywne zarządzanie zużyciem i kosztami
Najbardziej godny uwagi jest fakt, że wspomniane trendy wzajemnie się uzupełniają, co umożliwia wdrażanie innowacyjnych rozwiązań, maksymalizację ich efektów i stworzenie podstaw do dalszego rozwoju. Żaden z elementów nie byłby w stanie doprowadzić do takich rezultatów, jeśli nie wiązałby się z pozostałymi. Na przykład drugi trend, dotyczy zastosowań energii odnawialnej. Gdy połączymy go/je z inteligentnymi systemami pomiarowymi, uzyskamy zaawansowane mechanizmy, umożliwiające zwiększenie efektywności energetycznej.
Co taki cykl oznacza dla konsumentów?
Przede wszystkim możliwość wyboru. Nowoczesne technologie pozwalają klientom stać się aktywnymi uczestnikami dynamicznego systemu produkcji i dystrybucji energii elektrycznej, w którym źródła czystszej energii odgrywają ważną rolę. Jeśli oprócz odbiorców indywidualnych uwzględnimy w tym obrazie także przedsiębiorstwa, w tym zakłady przemysłowe, to uzyskamy społeczność zaangażowanych, wyposażonych w odpowiednie środki klientów, zainteresowanych wdrażaniem nowych zasad dotyczących popytu na energię i jej podaży w całym łańcuchu dostaw.
Obecnie większość z nas nie zastanawia się nad tym, gdzie produkowana jest energia; nie wiemy także, kiedy najlepiej z niej korzystać. Większość odbiorców indywidualnych nie wie nawet o tym, że ceny energii elektrycznej zmieniają się w ciągu dnia, z godziny na godzinę, w zależności od wartości szczytowego zapotrzebowania i innych czynników. Dzięki podłączonym do sieci urządzeniom monitorującym koszty energii i jej zużycie, możemy już zaplanować obciążenia i zwiększyć efektywność energetyczną.
Jak będzie wyglądać funkcjonowanie sektora w przyszłości?
Przyjrzyjmy się bliżej wspomnianym wcześniej trendom, które pozwalają ograniczyć koszty i zwiększyć zakres wykorzystania czystej energii. Dzięki w pełni skomputeryzowanemu systemowi energetycznemu, klienci będą w stanie wybrać preferowane rozwiązania technologiczne, podłączyć urządzenia do centralnej sieci oraz uczestniczyć w transakcjach z udziałem innych zasobów, zarówno rozproszonych, jak i scentralizowanych.
Wyobraźmy sobie, że właściciel domu jednorodzinnego umieścił na dachu panel słoneczny, który służy do zasilania odbiorników w gospodarstwie domowym. W przyszłości może zdarzyć się sytuacja, w której przedsiębiorstwo użyteczności publicznej zwróci takiej osobie część kosztów, ponieważ instalacje tego rodzaju zmniejszają obciążenie sieci. Możemy także wyobrazić sobie, że analogiczne uznania będą wiązać się z zaprogramowaniem przez użytkownika prania na godzinę 3.00 nad ranem, a nie na wczesne godziny wieczorne. Zastosowanie technologii „grid edge” stworzy zatem okazję do uzyskania przez klientów pewnych korzyści, związanych z zapobieganiem wzrostowi obciążenia.
Wykorzystanie energii słonecznej może mieć ogromny wpływ na funkcjonowanie całego sektora energetycznego. Na przykład największy dystrybutor energii elektrycznej we Włoszech, przedsiębiorstwo Enel, obsługuje około 32 miliony klientów. Dzięki zastosowaniu zaawansowanego systemu zarządzania dystrybucją, opracowanego przez firmę Schneider, przedsiębiorstwo było w stanie ograniczyć straty energii o około 144 GWh w skali roku. Odpowiada to rocznemu zużyciu energii w około 50 000 gospodarstw domowych. Warto zapoznać się z prezentacją na temat optymalizacji sieci dystrybucji w grupie Enel.
Czy czeka nas pełna automatyzacja?
Dysponujemy środkami technicznymi, umożliwiającymi pełną automatyzację działania sieci, opartego na mechanizmach komunikacyjnych. Potrafimy zarządzać zasobami ze znacznie większą elastycznością niż kiedyś. Inteligentne, bardziej zdecentralizowane systemy elektroenergetyczne, dają możliwość uzyskania wzrostu efektywności, odporności i bezpieczeństwa oraz realizacji zasady zrównoważonego rozwoju. Jednocześnie tworzymy nowe perspektywy w obszarze świadczenia usług i prowadzenia działalności gospodarczej.
Zarówno klienci indywidualni, jak i przedsiębiorstwa, mogą wiele zyskać dzięki innowacyjnym rozwiązaniom. Zastosowanie technologii „grid edge”, pozwala wprowadzić funkcje automatycznego usuwania błędów w sieciach rozdziału energii elektrycznej. Na przykład ponad 110 tysięcy podstacji elektroenergetycznych grupy Enel, zostało wyposażonych w całkowicie zautomatyzowane, zdecentralizowane funkcje wykrywania usterek. Z kolei holenderskie przedsiębiorstwo Stedin, opracowało wspólnie z firmą Schneider pierwszą w Europie zdecentralizowaną podziemną sieć przesyłu energii, wyposażoną w mechanizmy automatycznego usuwania błędów (film prezentujący ponowne podłączenie do sieci dwóch trzecich odbiorców w ciągu jednej minuty od wystąpienia awarii zasilania).
Wartość ekonomiczna technologii „grid edge”
Możliwość wyboru i wygoda odbiorców to niezwykle ważne korzyści, jednak chyba jeszcze istotniejsze są ekonomiczne aspekty zastosowania nowoczesnych rozwiązań. W analizie przeprowadzonej przez Światowe Forum Ekonomiczne, oszacowano wartość ekonomiczną netto, wynikającą z transformacji sektora elektroenergetycznego, na 3,3 biliona USD w ciągu najbliższych 10 lat. Wiąże się z tym wzrost niezawodności, odporności, efektywności i wykorzystania zasobów całego systemu, a także ograniczenie emisji dwutlenku węgla, zaoferowanie klientom nowych usług, czy utworzenie nowych miejsc pracy.
Nowa transformacja oznacza prawdziwą zmianę reguł gry. Trzy opisane trendy sprawiają, że sieć energetyczna przestaje być jedynie źródłem energii. Sieć staje się platformą, dzięki której rośnie wartość rozproszonych zasobów energetycznych, zwiększa się udział nowych metod dystrybucji i wzrasta potencjał ekonomiczny usług detalicznych. Należy się także spodziewać pojawienia się nowych modeli uzyskiwania przychodów.
Nic dziwnego, że mamy powody do optymizmu.
Wiemy oczywiście, że skuteczna transformacja oznacza także różne wyzwania. Jednak współpraca w tym obszarze jest źródłem konkretnych rozwiązań, a nowe rozwiązania rysują przed systemem produkcji i dystrybucji energii świetlaną przyszłość.
Zgodnie z oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej nie zmieniła stóp procentowych. Te jeszcze długo pozostaną w Polsce na rekordowo niskich poziomach
Niespodzianki nie było. Zgodnie z powszechnymi oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej (RPP) nie zmieniła stóp procentowych w Polsce, pozostawiając główną z nich na rekordowo niskim poziomie 1,50 proc. Decyzja ta pozostała bez wpływu na rynek walutowy. Większych emocji nie powinna też sprowokować, zaplanowana na godzinę 16:00, konferencja prasowa po posiedzeniu i towarzyszące jej publikacja komunikatu Rady. Sam komunikat prawdopodobnie niewiele się zmieni, a na konferencji obok prezentowanego przez członków Rady zadowolenia z koniunktury gospodarczej w Polsce, zapewne zostanie powtórzona deklaracja przewodniczącego RPP o możliwym pozostawieniu stóp procentowych bez zmian nawet do końca 2018 roku.
Dużo ciekawsze pod tym względem będzie dopiero posiedzenie lipcowe (4-5 lipca 2017), gdy Rada będzie dysponować nowymi prognozami wzrostu gospodarczego i inflacji na kolejne lata. Wprawdzie wówczas wciąż zmiana stóp pozostanie dość odległą perspektywą, ale lekkiej korekcie może ulec retoryka Rady, a także rynkowe oczekiwania co do kształtu polityki monetarnej.
Koszt pieniądza w Polsce utrzymuje się na obecnych poziomach od marca 2015 roku, gdy RPP obniżyła główną stopę o 50 punktów bazowych (pb) do aktualnego rekordowo niskiego poziomu 1,50 proc. Zgodnie z rynkowym konsensusem, ten poziom stóp utrzyma się do III kwartału 2018 roku, gdy oczekiwana jest ich podwyżka. Warto zauważyć, że na przestrzeni miesiąca te oczekiwania uległy zmianie. Jeszcze w maju zakładano, że stopy zostaną podniesione w II kwartale 2018 roku.
Skąd to przesunięcie, skoro w pierwszych trzech miesiącach roku dynamika polskiego Produktu Krajowego Brutto (PKB) wystrzeliła do 4 proc., czemu towarzyszył wzrost inflacji? Otóż, wciąż szanse na trwałe przekroczenie celu inflacyjnego (2,5 proc.) w najbliższej przyszłości są mgliste. Ponadto w przyszłym roku oczekiwane jest wyhamowanie wzrostu gospodarczego w Polsce. Doskonale to obrazują m.in. opublikowane dziś przez OECD najnowsze prognozy, zgodnie z którymi w tym roku PKB urośnie o 3,6 proc., żeby w 2018 wyhamować do 3,1 proc.
Nie można też zapominać, że obecna Rada w większości składa się z „gołębi”, więc bardziej będzie skłonna do odsuwania w czasie podwyżki. Dlatego być może prorocze okażą się słowa prof. Adama Glapińskiego, który już od kilku posiedzeń RPP powtarza, że w jego opinii stopy pozostaną stabilne do końca 2018 roku.
Wyniki posiedzenia RPP nie wywołały emocji na krajowym rynku walutowym. W południe złoty pozostawał na poziomach z wczoraj w relacji do euro i szwajcarskiego franka, jednocześnie tracąc do dolara i funta. O godzinie 12:48 kurs EUR/PLN testował poziom 4,1920 zł, CHF/PLN 3,8660 zł, USD/PLN 3,7365 zł (+1,8 gr), a GBP/PLN 4,8230 zł (+2,4 gr). Notowania polskich par reagowały natomiast na impulsy płynące z rynków globalnych. W tym przede wszystkim na spadek notowań EUR/USD w reakcji na spekulacje, że jutro Europejski Bank Centralny (ECB) może obniżyć prognozy inflacji dla Strefy Euro.
W najbliższym czasie to właśnie rynki globalne będą podstawowym wyznacznikiem dla notowań złotego. Kluczowy może okazać się zwłaszcza czwartek (tzw. SuperCzwartek). Wówczas o polityce monetarnej będzie decydował ECB (opublikuje też nowe prognozy PKB i inflacji dla strefy euro), w Wielkiej Brytanii odbędą się przyspieszone wybory parlamentarne, a w USA przed senacką komisją ds. wywiadu będzie zeznawał były szef FBI, co może zdecydować o politycznej przyszłości prezydenta Donalda Trumpa. Z uwagi na fakt, że każde z tych wydarzeń jest potencjalnym ryzykiem dla złotego, który umacniał sie przez ostatnie pół roku, więc rośnie prawdopodobieństwo jego osłabienia w kolejnych tygodniach. Szczególnie, że wszystkie korzystne dla niego informacje są już zawarte w cenach, a niskie kursy walut mogą kusić inwestorów.
Akcje i obligacje z wybranych rynków wschodzących mają potencjał do dalszych wzrostów.
Słabość dolara i jednoczesne umacnianie się lokalnych walut sprzyjają maksymalizacji zysków z inwestycji w krajach rozwijających się.
Indeks MSCI Emerging Markets, który obrazuje koniunkturę na najważniejszych rynkach wschodzących, zyskał do końca maja 17 proc. Analiza globalnej sytuacji gospodarczej pokazuje, że jego dalsze wzrosty są możliwe. Dlatego naszym zdaniem w najbliższych miesiącach na akcjach i obligacjach z wybranych krajów emerging markets da się jeszcze zarobić. Pomoże w tym umacnianie się lokalnych walut względem dolara amerykańskiego.
Ta korzystna dla rynków wschodzących prognoza walutowa ma dwa źródła. Pierwsze – w USA. Drugie – w samych gospodarkach rozwijających się.
Dolar wytracił impet
Zasadniczy wpływ na kurs każdej waluty mają polityka pieniężna prowadzona przez bank centralny oraz poziom inflacji w danym państwie. W USA inwestorzy spodziewają się jeszcze maksymalnie dwóch podwyżek stóp procentowych. Najbliższa, czerwcowa jest praktycznie pewna. Amerykański bank centralny nie ma jednocześnie powodów, żeby podnosić stopy procentowe szybciej, niż to dotąd komunikował. Przemawiają za tym dwa argumenty. Po pierwsze w kolejnych kwartałach gospodarka USA nie będzie się rozwijała na tyle dynamicznie, aby zaszła konieczność jej gwałtownego schłodzenia poprzez podniesienie kosztu pieniądza. Po drugie wyhamowanie wzrostu cen surowców powinno utrzymać w ryzach inflację.
Umacnianie się lokalnych walut zwiększa zyski z inwestycji
Do niedawna dynamika PKB w wielu krajach rozwijających się rosła dość powoli. W ostatnim czasie perspektywy wzrostu dla części gospodarek wschodzących istotnie się poprawiły. Widoczny jest również napływ kapitału zagranicznego na rynki emerging markets. Oba te czynniki sprawiają, że wybrane waluty lokalne umacniają się, zwiększając zyski z inwestycji w tych krajach.
Korzyści z aprecjacji walut mogą odczuć posiadacze jednostek funduszy inwestycyjnych operujących na rynkach wschodzących – akcyjnych, obligacyjnych i absolute return. Rosnąca różnica kursowa jest szczególnie atrakcyjna dla inwestorów lokujących oszczędności za pośrednictwem funduszy obligacji. W ich przypadku „walutowy dopalacz” jest w stanie podwoić, a nawet potroić nominalnie niewielki zysk wynikający ze wzrostu cen danych papierów.
Oczywiście, nie wszystkie rynki wschodzące oferują równie wysoki potencjał. Turcja, RPA czy Chiny (pomimo znanych czynników ryzyka) prezentują się dużo bardziej atrakcyjnie niż chociażby Indie czy Brazylia, które mają za sobą silne wzrosty. Nie zmienia to jednak faktu, emerging markets mogą być dobrym kierunkiem dla inwestorów, którzy część pieniędzy chcą zainwestować poza wciąż atrakcyjną inwestycyjnie Europą.
Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI
Centralny Ośrodek Informatyki, podlegający Ministerstwu Cyfryzacji, podpisze umowy z firmami, które specjalizują się w wynajmowaniu zespołów informatycznych, outsourcingu, budowie systemów IT. W postępowaniu przetargowym wartym 116 mln zł wystartowało 12 graczy z branży informatycznej. COI wyłonił pięciu, z którymi będzie współpracować. Wśród zwycięzców jest Devonshire (który właśnie zmienił nazwę na devire), Britenet, SII, Transition Technologies i Cube.ITG.
Centralny Ośrodek Informatyki (COI) poszukiwał około 500 pracowników IT, w tym programistów Java i testerów oprogramowania. Na ich wynajęcie przeznaczył ponad 100 mln zł. Największy wpływ na wynik postępowania miała cena, czyli wynagrodzenie wydzierżawionego informatyka. Godzinowa stawka wahała się od 119 zł do 180 zł. Zamawiającemu zależało również, by firma wykonawcza posiadała możliwie dużą liczbę rekruterów oraz obszerną bazę danych programistów i testerów.
Wynajem pracowników dotarł do sektora publicznego
Wśród zwycięzców postępowania dominują firmy, które specjalizują się w outsourcingu i wynajmowaniu zespołów informatycznych do konkretnych projektów. Jak przyznaje COI samodzielne poszukiwanie i zatrudnianie takich pracowników byłoby dla instytucji kłopotliwe i kosztowne. Zwłaszcza, że nadzór nad projektami i tak będą pełnić pracownicy COI. Podlegająca Ministerstwu Cyfryzacji jednostka nie jest jedyną, która wynajmie pracowników IT. W podobny sposób działają również: Ministerstwo Finansów, Agencja Rynku Rolnego czy Komenda Główna Policji.
– Body leasing, czyli wynajem pracowników na godziny, projekty lub kilkuletnie kontrakty, zyskuje na popularności nie tylko w sektorze prywatnym, ale również publicznym. Taki model działania, o ile jest dobrze zarządzany, może okazać się dużo bardziej efektywny cenowo niż zakup kompletnego oprogramowania i jego budowa przez firmę zewnętrzną – mówi Michał Młynarczyk, Prezes devire, jedynej firmy z zapleczem rekrutacyjnym, która znalazła się w gronie zwycięzców. Zarządzana przez niego instytucja zatrudnia blisko 100 konsultantów w biurach w Polsce i Niemczech. Posiada również ponad 450 pracowników biurowych oddelegowanych do klientów, realizujących między innymi projekty IT w modelu IT Contracting. – W ostatnim roku zmieniliśmy strukturę i uruchomiliśmy cztery nowe dywizje, w tym IT Contracting. Jesteśmy dumni, że zmiany, które wprowadziliśmy w firmie pozwolą nam realizować najbardziej skomplikowane i wymagające projekty dla największych firm – dodaje Piotr Święcki, Senior Account Manager z devire.
Zmiany na rynku IT
Rynek usług IT już od kilku lat przechodzi diametralne zmiany. Coraz częściej instytucje publiczne zamiast zlecać firmom IT cały projekt budowy, czy wdrożenia oprogramowania, zlecają tylko oddelegowanie zespołu lub pojedynczych programistów, którzy działają pod nadzorem z ramienia zamawiającego. Na rynku obok klasycznych graczy IT, takich jak IBM, Comarch czy Asseco, którzy oferują body leasing jako dodatkowy produkt, powstało też kilkaset podmiotów świadczących tylko tego rodzaju usługi. Od kilku lat usługi body leasingu najszybciej rozwijają jednak firmy rekrutacyjne takie jak Devonshire/devire, Antal czy HAYS. Posiadają one ogromne bazy danych i oddelegowują pracowników IT na kilkuletnie kontrakty. Powód? Coraz więcej instytucji dostrzega, że tradycyjny model realizacji złożonych projektów IT przestał się sprawdzać, chociażby ze względu na koszty, czy opóźnienia. Najpierw zauważył to biznes, dziś dostrzega także sektor publiczny.
3 pytania do Michała Młynarczyka, Prezesa devire
Michał Młynarczyk, prezes devire
Jakie szanse i zagrożenia niesie ze sobą body leasing?
Usługa body leasingu ma tę zaletę, że jest kilkukrotnie tańsza od zakupu całego projektu IT, a jednocześnie pozwala na osiągnięcie tych samych celów. Przykładowo, produkcja i testowanie stosunkowo skomplikowanego oprogramowania może zamiast 8 mln zamknąć się w kwocie poniżej miliona zł. Warto pamiętać, że firma dostarczająca specjalistów IT nie odpowiada za stworzony produkt oraz nie udziela na niego gwarancji, gdyż powinien być on tworzony pod nadzorem doświadczonych kierowników projektu oddelegowanych przez zamawiającego.
Mówi się, że największą wadą body leasingu, jest brak odpowiednich kompetencji do zarządzania złożonymi projektami IT po stronie zamawiającego (np. pracownika urzędu).
Uważam, że przy tego rodzaju projektach optymalizacja kosztowa jest na tyle duża, że pozwala na zapewnienie profesjonalnego personelu nadzorującego projekt. Sądzę, że przyszłością będzie hybrydowy model współpracy pomiędzy podmiotami zaangażowanymi w projekt. W tym modelu typowy body-leasing będzie mieszał się z kooperacją z firmami IT, czyli wykorzystaniem firm informatycznych w roli podwykonawców.
Dlaczego firmy o zapleczu rekrutacyjnym będą coraz ważniejszym graczem w tym obszarze?
Warto pamiętać, że już dziś zarówno sektor prywatny, jak i publiczny mają problemy z pozyskiwaniem i zatrudnianiem wykwalikowanej kadry informatycznej. Tymczasem firmy takie jak Devonshire/devire, Antal czy HAYS posiadają ogromne bazy danych i oddelegowują – w sukcesem – pracowników IT na kontrakty. Sami programiści również wolą pracować na kontraktach, głównie ze względu na zarobki, niewielką (w porównaniu do etatowej pracy w administracji) biurokrację, czy możliwości rozwoju. Wynajem pracowników to przyszłość i to nie tylko w branży IT.
Nadchodzące wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii mogą być doskonałą okazją do handlu, oczywiście musisz wiedzieć, które instrumenty finansowe wybrać. Pora przejść do możliwego zachowanie rynku podczas ogłoszenia wyników.
Wpływ wyborów parlamentarnych 2017 w Wielkiej Brytanii na rynek kapitałowy
W wyborach bierze udział 5 dużych partii politycznych. Ostatnie zmiany w sondażach wskazują na duże prawdopodobieństwo wygranej Pani May. Sondaże opublikowane przez Coral’s wskazują następujący podział głosów według kolejności:
Nie spodziewam się, ze wybory wywołają trzęsienie ziemi jak Brexit. Nie spodziewam się także, że wygra Partia Pracy. Niemniej jednak, Konserwatyści już rozczarowują swój naród – warto o tym pamiętać. Nurtujące jest jedno pytanie, gdzie znajdzie się partia UKIP?
Jeżeli chodzi o UKIP, to mamy dwa scenariusze. Pierwszy z nich zakłada, że wszyscy obywatele, którzy głosowali za Brexitem oddadzą głos na UKIP. Drugi wariant zakłada, że Wielka Brytania dopięła swego, Brexit się zmaterializuje, zatem partia ta nie będzie już potrzebna. Drugi wariant jest bardziej prawdopodobny.
Spodziewam się, że w parlamencie zdobędą kilka miejsc, ale nie będzie ich za wiele. Moim zdaniem, jedyną rzeczą, która mogłaby namieszać na rynku jest duże poparcie dla UKIP, którzy dzięki temu zdobyliby znaczną liczbę miejsc w parlamencie. Jest to bardzo mało prawdopodobny scenariusz, ale warto o nim pamiętać. Z drugiej strony, gdyby żadna partia nie zdobyła większej przewagi, to funt szterling mógłby być wyprzedawany ze względu na wzrost awersji do ryzyka.
Catch 22
Wielka Brytania potrzebuje pozytywnych odczytów wskaźnika CPI mierzącego zmiany poziomu cen towarów oraz usług konsumpcyjnych zakupionych przez gospodarstwa domowe. Brexit jest jednoznaczny z koniecznością podpisywania nowych umów handlowych, niektórzy mogą stracić swoje dotychczasowe miejsca pracy, a inni mogą stworzyć nowe firmy. Na chwile obecną ciężko przewidzieć, co się stanie z firmami finansowymi i usługowymi. Jeżeli kapitał zacznie emigrować z Wielkiej Brytanii do innych państw, to Brytyjczycy mogą zostać zmuszeni do utrzymywania niskich stóp procentowych. Niskie stopy procentowe oraz emigracja kapitału byłaby bardzo negatywna dla GBP. Warto pamiętać, że instytucje finansowe zarabiają podczas wyższych stóp procentowych.
Zatem utrzymywanie niskich stóp procentowych przez długi czas nie jest zbyt dobre dla brytyjskiego sektora finansowego. Jest to jednoznaczne z niższymi zarobkami, a także podatkami dla rządu.
Eksperci do spraw finansów w sztabie rządu brytyjskiego mogą być rozdarci, do końca sami nie wiedzą, co zrobić. Jest to tak zwana sytuacja Catch 22, czyli dylemat lub bardzo trudna okoliczność, z której nie ma dobrego wyjścia. Z każdym wiąże się duże ryzyko niepowodzenia.
Catch 22 wiąże się z niskimi stopami procentowymi, tak aby przyciągnąć uwagę innych firm. Utrata miejsc pracy związanych z Brexitem będzie wymagała nowych firm, aby tego dokonać będzie konieczność utrzymania niskich stóp procentowych. Z drugiej strony banki będą miały coraz niższą marżę na swojej działalności. W takich warunkach rynkowych będą zmuszone do pożyczania kapitału coraz większej liczbie osób, ale będzie to jednoznaczne z większym ryzykiem.
Jest to błędne koło, które może doprowadzić do poważnej wyprzedaży funta szterlinga na szerokim rynku.
FTSE 100
Źródło: Admiral Markets, MT4 Supreme
Nie ma co do tego wątpliwości. Podczas wyborów największa zmienność powinna pojawić się na indeksie FTSE, który jest brytyjskim indeksem giełdowym. Realizacja najgorszego scenariusza, czyli brak przewagi którejkolwiek z partii powinien doprowadzić do wyprzedaży indeksu w okolicę 89 okresowej średniej EMA na interwale dziennym. W okolicy 7130 punktów wypada także mocne wsparcie tworzone przez Q L4/M L5. Po zakończonej korekcie powinniśmy zobaczyć kontynuację trendu wzrostowego.
DAX 30
Źródło: Admiral Markets, MT4 Supreme
Kolejnym, bardzo ciekawym indeksem, na którym mogą pojawić się ciekawe okazję handlowe jest DAX. Jest to trzeci eksportowy partner Wielkiej Brytanii. Negatywne wieści z Wielkiej Brytanii powinny przyczynić się do wyprzedaży indeksu niemieckiego w okolicę EMA 89. Niemniej jednak mocna wyprzedaż indeksu nie powinna przeszkodzić bykom do dalszych wzrostów, długoterminowych wzrostów.
EUR/GBP
W trakcie wyborów parlamentarnych w UK największa zmienność powinna wystąpić na parze walutowej z funtem brytyjskich, a w szczególności na EUR/GBP. W przypadku tej party musimy obserwować ryzyko polityczne oraz ECB i Bank Anglii, które w ramach podwyższonego ryzyka rynkowego mogą podjąć stanowcze działania. Według najnowszych sondaży Theresa May wygra wybory z dużym poparciem, co pozytywnie przełożyłoby się na wartość GBP. Z kolei, gdy May wygra z małą przewaga, to na samym początku EUR/GBP może zwyżkować, aby po krótkiej chwili przejść w spadki. Z kolei duże zaskoczenie i brak jakiejkolwiek przewagi powinno zakończyć się sporymi wzrostami EUR/GBP.
Scenariusz 1 – Theresa May wygrywa z dużą przewagą głosów
Źródło: Admiral Markets, MT4 Supreme
Para walutowa EUR/GBP wyprzedawana jest do poziomu 0.8250, po czym wzrasta do 0.8760. Jest to prawdopodobny zakres ruchu po wyborach.
Scenariusz 2 – zwycięstwo konserwatystów z małą przewagą
Źródło: Admiral Markets, MT4 Supreme
Para walutowa EUR/GBP spada w okolicę 0.8300-0.8360, po to aby później szybować w okolicę poziomu 0.8300-0.8555.
Scenariusz 3 – rozdrobniony parlament
Źródło: Admiral Markets, MT4 Supreme
Powinniśmy zobaczyć mocny rajd notowań w okolicę 0.89-0.90.
Niezależnie od wyników, każdy inwestor i trader zainteresowany handlem przed, w trakcie i po wyborach parlamentarnych w Wielkiej Brytanii powinien pamiętać o możliwej podwyższonej zmienności na rynkach oraz o możliwości wystąpienia luk cenowych. Warto również podjąć dodatkowe kroki, takie jak choćby aktywacja ustawień ochrony z tytułu zmienności.
Przygotował:
Nenad Kerkez, Starszy Analityk Techniczny, Admiral Markets Group
Choć 93 proc. przedsiębiorstw energochłonnych deklaruje, że wydatki na energię elektryczną odgrywają istotną rolę w kosztach produkcji, większość z nich nie podejmuje prób kompleksowej optymalizacji tego obszaru. Dlaczego? 43 proc. firm stawia przede wszystkim na zwiększenie efektywności energetycznej procesu produkcji, natomiast aż 73 proc. przed badaniem w ogóle nie słyszało o możliwości optymalizacji podatku akcyzowego od energii elektrycznej.
Energia się liczy
Energia jest niezbędnym surowcem w procesach produkcyjnych, a koszt jej nabycia stanowi istotny element końcowej ceny produktu przedsiębiorstw. Dlatego tak ważne jest racjonalne gospodarowanie energią, w tym kontrolowanie zużycia i możliwie efektywne jej wykorzystanie. Wdrożenie polityki zarządzania gospodarką energetyczną w przedsiębiorstwie pozwala nie tylko na prognozowanie zużycia energii elektrycznej, ale także na skuteczne zarządzanie procesami w celu zapewnienia optymalnego gospodarowania wydatkami na energię.
Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Ayming Polska przez Kantar Millward Brown, 34 proc. firm energochłonnych wdrożyło niezależną, wewnętrzną politykę zarządzania gospodarką energetyczną, a 16 proc. wprowadziło zewnętrzne rozwiązania, np. system ekozarządzania i audytu (EMAS), ISO 14001 czy ISO 50001. Co ciekawe, aż 45 proc. przedsiębiorstw energochłonnych twierdzi, że nie obowiązuje u nich taka polityka.
Wprawdzie 57 proc. badanych mierzy zużycie energii wykorzystywanej w poszczególnych etapach produkcji, ale w zaledwie 7 proc. firm każda maszyna ma zamontowany oddzielny licznik energii. Co trzecia firma ma tylko jeden licznik zużycia energii elektrycznej, co utrudnia przeprowadzenie pomiarów, które mogłyby zasygnalizować konieczność poprawy efektywności energetycznej w danym obszarze przedsiębiorstwa.
Aż 93 proc. firm deklaruje, że koszty energii elektrycznej to istotna pozycja w ich kosztach produkcji, a blisko co trzeci respondent ocenia, że wydatki na energię elektryczną stanowią powyżej 7 proc. tych kosztów.
Przemysł odpowiada za ponad 80 proc. całkowitego zużycia energii elektrycznej w Polsce. Dostępność i koszty energii elektrycznej mają istotny wpływ na możliwości produkcyjne i wyniki finansowe największych zakładów przemysłowych. Te przedsiębiorstwa muszą kłaść szczególny nacisk na optymalne zarządzanie gospodarką energetyczną, zarówno na poziomie zużycia energii, jak i ponoszonych kosztów. Obecnie konkurencyjność firmy w dużym stopniu zależy od innowacyjnego podejścia do zarządzania przedsiębiorstwem, w tym efektywności realizowanej polityki energetycznej – komentuje Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzający w Ayming Polska.
Firmy nie do końca mierzą się z kosztami
Aż 69 proc. respondentów widzi w swoim przedsiębiorstwie obszary do optymalizacji kosztów energii elektrycznej. Firmy najczęściej dostrzegają potencjał w tym zakresie w zwiększeniu efektywności energetycznej procesu produkcji i ograniczeniu zużycia prądu w pozostałych obszarach. Co więcej, 43 proc. firm już wprowadziło lub właśnie wprowadza tego rodzaju rozwiązania.
Co trzecia badana firma podjęła działania optymalizacyjne w obszarze dystrybucji energii elektrycznej i tylko co czwarta w obszarze obrotu. Zaledwie 18 proc. respondentów deklaruje zmniejszenie opłaty za odnawialne źródła energii (OZE). Tymczasem przedsiębiorstwo zużywające 20 GWh energii elektrycznej rocznie, tylko obniżając opłatę OZE, może zaoszczędzić już ok. 140 tys. zł w skali roku. Najmniej popularnym sposobem redukcji kosztów jest obniżenie podatku akcyzowego od energii elektrycznej. Tylko 13 proc. firm energochłonnych prowadziło lub prowadzi działania zmierzające ku obniżeniu akcyzy, a 69 proc. nawet ich nie rozważa.
Większość firm nie słyszała o możliwości obniżenia akcyzy od energii elektrycznej
W Polsce wszyscy konsumenci energii elektrycznej są obciążeni podatkiem akcyzowym od energii elektrycznej. Mimo to aż 29 proc. badanych firm energochłonnych uważa, że nie płaci akcyzy. Brak wiedzy na ten temat może wynikać z faktu, że większość podmiotów na polskim rynku nie odprowadza podatku akcyzowego osobiście, ponieważ w ich imieniu robi to sprzedawca energii.
Stawka podatku akcyzowego od energii elektrycznej w Polsce wynosi 20 zł za każdą zużytą MWh i generuje wysokie koszty dla przedsiębiorstw. Udział akcyzy w koszcie energii elektrycznej stanowi od 7 do 9 proc. Zakładając, że roczne koszty energii elektrycznej w przedsiębiorstwie mogą oscylować w okolicach 2,5 mln zł, to kwota odprowadzanego przez nie podatku akcyzowego waha się w granicach 175 tys. – 225 tys. zł rocznie. Z doświadczenia Ayming Polska wynika, że podatek ten można zmniejszyć nawet o 85 proc. Jak się okazuje, przed badaniem aż 73 proc. firm energochłonnych w ogóle nie słyszało o możliwości optymalizacji akcyzy.
W 2016 r. w Polsce wprowadzono formy wsparcia dla zakładów energochłonnych, umożliwiające im zmniejszenie kosztu podatku akcyzowego od energii elektrycznej. Firma, w której zużycie energii wynosi 30 GWh, a koszty energii elektrycznej sięgają 9 mln zł, optymalizując podatek akcyzowy, jest w stanie zaoszczędzić ok. 500 tys. zł rocznie, co stanowi 6 proc. całościowego kosztu energii. O zwolnienie mogą ubiegać się podmioty, które spełniają szereg wymogów, np. prowadzenie określonej działalności, lub też przedsiębiorstwa wykorzystujące energię elektryczną w procesach energochłonnych – tłumaczy Kamil Chamera, Project Manager w Dziale Produktów Energetycznych w Ayming Polska.
Trudno nadążyć za zmianami
Według ekspertów Ayming Polska, brak świadomości wśród przedsiębiorstw na temat wszystkich rozwiązań obniżających koszty w obszarze energii elektrycznej może wynikać z trudności w bieżącym śledzeniu zmian prawnych i rynkowych. Ustawodawstwo związane z obszarem energetycznym wciąż się zmienia. Od 2015 r. ustawa o prawie energetycznym została zmieniona 26 razy, a o odnawialnych źródłach energii – 5 razy. Od niedawna obowiązuje nowa ustawa o efektywności energetycznej, a już wkrótce zostanie wprowadzona ustawa o rynku mocy. W obliczu tak dynamicznych zmian, przedsiębiorstwa potrzebują wsparcia w wyborze optymalnych rozwiązań zarówno optymalizacyjnych, jak i inwestycyjnych, umożliwiających im zachowanie konkurencyjności i stabilny rozwój biznesu.
Na zlecenie Ayming Polska agencja badawcza Kantar Millward Brown przeprowadziła badanie ilościowe, którego celem było uzyskanie informacji od przedsiębiorstw energochłonnych na temat prowadzonych przez nie działań w zakresie obniżania kosztów energii elektrycznej, świadomości i stosowania rozwiązań optymalizacyjnych oraz podejścia do audytu energetycznego. W badaniu wzięło udział 100 przedsiębiorstw działających w obszarach: produkcja chemikaliów i wyrobów chemicznych, wyrobów z pozostałych mineralnych surowców niemetalicznych, metali, metalowych wyrobów gotowych oraz maszyn i urządzeń.
Opinie odnośnie szacowania zwrotu z inwestycji w system ERP są podzielone. Niektórzy dostawcy wprost pokazują klientom wyliczenia mające dowieść konkretnych oszczędności, jakie firma uzyska po wdrożeniu systemu wspierającego zarządzanie przedsiębiorstwem. Firmy, które korzystają z ERP mają jednak na kwestię ROI odmienny pogląd.
Blisko 4 mln dolarów – tyle średnio wydały w 2015 r. firmy na wdrożenie systemu ERP. To sporo, choć do rekordowego 2012 r., gdy wartość wdrożenia przekroczyła 7 mln dolarów, daleko. Nie koszty wdrożeń są jednak najważniejsze. W sytuacji, gdy 46% badanych uznaje, że korzyści z wdrożenia są o połowę niższe niż zakładano, temat zwrotu z inwestycji w IT nabiera szczególnego znaczenia. Co jest podstawą takiej opinii i w jaki sposób liczyć ROI?
Defro to jeden z największych producentów kotłów centralnego ogrzewania. Kilka lat temu firma zdecydowała się na wdrożenie systemu Impuls wspierającego zarządzanie przedsiębiorstwem, dostarczonego przez firmę BPSC. Od tamtej pory spółka zwiększyła swoje obroty kilkakrotnie. Dla dostawcy systemu to doskonała wiadomość i referencja – w takiej sytuacji nietrudno o wniosek: „to system informatyczny umożliwił tak szybki rozwój”. I choć przedstawiciele Defro przyznają, że faktycznie jest w tym sporo prawdy, do „zwalutowania” konkretnych korzyści nastawieni są sceptycznie. – W momencie wdrażania systemu Impuls zatrudnialiśmy blisko 250 osób, teraz 550, asortyment kotłów CO wzrósł w tym czasie z 46 indeksów wyrobu gotowego do blisko 1000. Prowadzenie działalności na taką skalę bez zaawansowanego systemu informatycznego byłoby niemożliwe. Bez wątpienia jednym z motorów napędowych wzrostu, z jakim mamy do czynienia w ostatnich latach była informatyzacja. Trudno jednak dokładnie policzyć, w jakim stopniu ERP wpłynął na zwiększenie przychodów – zwraca uwagę Wojciech Różalski, dyrektor zarządzający DEFRO.
W labiryncie kalkulacji
Jego zdaniem, wdrożenie ERP pozwoliło na uporządkowanie procesów w firmie, zdecydowanie ułatwiło implementację certyfikacji ISO, pozwoliło też zintegrować zespoły dzięki łatwiejszemu dostępowi do informacji. Trudno to jednak przeliczyć na konkretne pieniądze. Podobne wnioski wyłaniają się z lektury najnowszego raportu Panorama Consulting. Wynika z niego, że wśród najczęściej wymienianych korzyści z wdrożenia ERP respondenci wymieniają: lepszy dostęp do informacji (14% odpowiedzi), lepszą jakość danych oraz wyższą efektywność (po 11%), a także lepszy poziom integracji (10%). Na redukcję kosztów operacyjnych, pracowniczych wskazało 4% respondentów. Nieco więcej, bo 7% badanych wskazało na redukcję kosztów IT.
– ROI zawsze warto policzyć, ale konieczność wdrożenia systemu ERP wynika niekiedy z innych powodów niż tylko finansowe. Myślę tu np. o sprzedaży firmy, czy potrzebach związanych z analizą danych. W małych przedsiębiorstwach, w których mamy kilka maszyn, w ogóle moim zdaniem nie ma sensu liczyć ROI, a skupić należy się nad innymi elementami, które warunkują decyzję o wyborze rozwiązania – zauważa Konrad Krychowiak, kierownik działu IT w firmie Guala Closures DGS Poland, produkującej zakrywki do szklanych opakowań.
W przypadku DGS-u, największą korzyścią z wdrożenia systemu było usystematyzowanie i poprawienie dystrybucji oraz spójności danych pomiędzy różnymi systemami oraz umożliwienie analizy tych informacji.
Aby wyliczyć ROI, firmy posługują się zazwyczaj dwiema metodami. Najprostszym rozwiązaniem jest policzenie, w jakim czasie zwraca się inwestycja w system. Im dłuższy jest ten czas, tym inwestycja staje się bardziej ryzykowna i mniej atrakcyjna. Podobnie, im większa inwestycja początkowa, tym dłuższy czas zwrotu z inwestycji. Według danych Panorama Consulting tylko w co 4 przypadku koszt wdrożenia zwrócił się w ciągu pierwszych dwóch lat. Dlatego Wojciech Różalski z DEFRO zaleca na początku wdrożenie standardowych modułów systemu, dopiero wówczas, gdy firma dobrze pozna jego możliwości, warto pomyśleć o rozbudowie.
Według innej i bardziej czasochłonnej metody, ROI wylicza się rozważając alternatywne metody inwestycji. Przychody generowane po wdrożeniu systemu ERP porównuje się z innymi rozwiązaniami, które w tym czasie firma mogła zastosować – choćby bankowego depozytu, czy inwestycji w park maszynowy. Ta metoda też jednak ma swoje ograniczenia.
Złotówki w ogniu krytyki
Zdaniem praktyków, liczenie ROI wyrażone w złotówkach ma sens tylko wtedy gdy firma nie rozwija się szybko. Stosunkowo łatwo znaleźć wówczas punkt odniesienia. Weźmy np. pod uwagę przypadek firmy, która realizuje przykładowo 1800 transakcji dziennie i zatrudnia do obsługi tego procesu, opartego na papierowej dokumentacji 20 osób. Wówczas można pokusić się o wyliczenie, o ile po wdrożeniu ERP zredukowano wydatki dzięki automatyzacji. – W firmach stabilnych, które nie notują znacznego zwiększenia obrotów, można porównać które procesy usprawniły się po wdrożeniu systemu ERP. Dość łatwo stwierdzić np. czy zmniejszają się stany magazynowe a jeśli tak, o ile. Wówczas można pokusić się o konkretne wyliczenie oszczędności. W firmach, które rozwijają się bardzo szybko – tak jak Defro – trudno jest odwzorować, jakie faktycznie ERP przyniosło korzyści. Oczywiście, łatwo stwierdzić co się zmieniło na lepsze, trudno jednak to przekuć na liczby – zwraca uwagę Sławomir Kuźniak z firmy BPSC, która ma na swoim koncie ponad 700 zrealizowanych wdrożeń systemu ERP.
Mimo to, część dostawców przekonuje, że jest w stanie ROI wyliczyć i jeszcze przed wdrożeniem oszacować mierzalne, wyrażone w złotówkach korzyści z zastosowania systemu ERP. – Jeżeli dostawca twierdzi, że wdrożenie systemu pozwoli zaoszczędzić określoną sumę pieniędzy, to powinien to wprost zadeklarować w umowie. Jeśli tego nie zrobi, to ROI jest czystą teorią nie mającą nic wspólnego z rzeczywistością – zwraca uwagę Wojciech Różalski, dyrektor zarządzający DEFRO. Jego zdaniem wyliczenie ROI jest możliwe przy założeniu, że firma na przestrzeni analizowanych np. 5 lat nie będzie inwestowała w park maszynowy, nie będzie wprowadzała nowych produktów ani zwiększała zatrudnienia. Wówczas można byłoby policzyć co się w tym czasie zmieniło i miarodajnie wyliczyć wartość dodaną. W praktyce takiej firmy nie ma, wyliczanie ROI nie ma więc jego zdaniem żadnego uzasadnienia.
Trzecia droga
Zamiast liczyć ROI, można spróbować – analizując efekty wdrożenia systemu – udzielić odpowiedzi na pytanie: „Tak/Nie” a nie „Ile”. W ten sposób można zidentyfikować obszary, które usprawniono dzięki wdrożeniu systemu ERP i zidentyfikować, w jakim stopniu cele zostały zrealizowane. Przykładem może być zmniejszenie zapasów dzięki lepszemu planowaniu i kontroli, wyższa wydajność produkcji dzięki zmniejszeniu przestojów i awarii, obniżenie kosztów zakupu materiałów, czy zwiększenie efektywności pracy dzięki lepszej alokacji zasobów. Jeśli takie cele stawiano przed wdrożeniem, to po implementacji systemu można stwierdzić czy to się udało, i w jakim stopniu.
Można też inaczej – zamiast koncentrować się na wyliczaniu stopy zwrotu z inwestycji w ERP możemy rozważyć alternatywny scenariusz – „co by było, gdyby systemu ERP nie było”. W przypadku Defro odpowiedź na to pytanie jest prosta: bez systemu ERP firma nie byłaby w tym miejscu, w którym znajduje się obecnie. – Nasz rozwój był uzależniony od wdrożenia systemu. Trudno mi wyobrazić sobie realizację pewnych procesów – począwszy od zamówień i sprzedaży – bez ERP. Zarządzanie produkcją, finansami, księgowością, obsługą magazynu w oparciu o oprogramowanie rozproszone i Excel, byłoby niemożliwe – zwraca uwagę Wojciech Różalski z Defro. W takiej sytuacji można pokusić się o wyliczenie – ile kosztowałoby zarządzanie przedsiębiorstwem zatrudniającym 600 osób i posiadającym blisko 1000 indeksów wyrobu gotowego. I porównać je z obecną sytuacją.
Do podobnych wniosków skłania także opinia Konrada Krychowiaka – Nie wyobrażam sobie raportowania i prowadzenia tak dużego przedsiębiorstwa jak DGS bez ERP opartego o relacyjną bazę danych. Bez systemu nawet prosta analiza czegokolwiek byłaby niemożliwa. ERP to również fundament do budowy rozwiązań komplementarnych, np. etykietowania towarów w oparciu o dane z ERP – tłumaczy Konrad Krychowiak z Guala Closures DGS Poland.
Połowa przedsiębiorców korzystających na co dzień z rozwiązań chmurowych za największą zaletę narzędzia uznaje bezpieczeństwo. Jednak pozostaje druga połowa, która ma obawy. Najczęściej wskazywane to możliwość ataków zewnętrznych na zgromadzone dane (36%) oraz brak dostępu do informacji w przypadku awarii Internetu (25%) – wynika z raportu Onex Group „Chmura w MŚP. Zaufanie czy ostrożność przedsiębiorców?”. W przypadku firm korzystających ze stacjonarnej infrastruktury IT, największy niepokój budzi możliwość utraty danych w momencie awarii (47% wskazań).
– W porównaniu do ubiegłorocznej edycji badania, odsetek firm, które wskazują bezpieczeństwo chmury jako największą zaletę, wzrósł o prawie jedną trzecią. Taka dynamika pokazuje, że wraz z adaptacją, rośnie też świadomość zalet narzędzia. Nie zmienia to jednak faktu, że przedsiębiorcy, zarówno w Polsce, jak i na świecie, mają obawy związane z bezpieczeństwem rozwiązania. Wynika to zapewne z tego, że co chwilę dowiadujemy się o atakach mających na celu wyłudzenie danych. Warto jednak mieć świadomość, że chmura w wielu przypadkach oferuje lepsze zabezpieczenia niż te, które firma mogłaby zapewnić sobie w ramach stacjonarnej infrastruktury IT. Powód jest prosty. Odpowiedni system wymaga ogromnych nakładów finansowych, na co nie każda firma może sobie pozwolić. Natomiast decydując się na sprawdzonego partnera, wraz z usługą otrzymujemy zabezpieczenia na najwyższym poziomie – mówi Jakub Hryciuk, dyrektor zarządzający w Onex Group.
Obawy realne, ale czy uzasadnione?
Możliwość utraty danych poprzez ataki zewnętrzne to największa obawa, jaką mają przedsiębiorcy korzystający z chmury. Wskazuje na to ponad jedna trzecia przedstawicieli firm. Co czwarty za wadę rozwiązań chmurowych uznaje brak dostępu do danych w przypadku braku Internetu. Jeden na pięciu zapytanych wskazał natomiast, że obawia się łatwego dostępu osób trzecich do danych. Eksperci Onex Group zwracają jednak uwagę, że zarządzając w odpowiedni sposób tożsamością użytkowników, można w prosty sposób tworzyć wspólne systemy, ale z różnymi poziomami dostępu. To niweluje w znaczącym stopniu zagrożenie związane z dostępem osób trzecich. Zaledwie 13% przedsiębiorców ma obawy związane z poufnością przechowywanych danych, a 2% nie ufa stabilności usługi.
Chmura czy stacjonarna infrastruktura IT?
Obawy dotyczące chmury różnią się od tych, które dotyczą stacjonarnej infrastruktury IT. W przypadku drugiego rozwiązania największy niepokój firm budzi możliwość utraty danych ze względu na awarię (47%). Biorąc pod uwagę wielkość podmiotu, na takie zagrożenie częściej wskazują małe firmy (zatrudniające do 49 osób), wśród których już co druga obawia się awarii. W średnich firmach (50-249 pracowników) ten odsetek jest niższy i wynosi 37%. Różnica wynika zapewne z tego, że im większa firma, tym lepsze zabezpieczenia, również w przypadku awarii. – To kolejny argument za tym, aby jednak stawiać na rozwiązania chmurowe. Bez względu na rozmiar firmy, oferowane są zawsze te same standardy. Oczywiście funkcjonalności mogą zostać dopasowane do potrzeb przedsiębiorstwa, ale każdorazowo rozwiązanie ma takie same zabezpieczenia. A to oznacza, że już za niewielkie pieniądze, nawet najmniejsza firma, ma dostęp do korporacyjnych standardów – mówi Rafał Suchożebrski, dyrektor sprzedaży Onex Group.
Na drugim miejscu zagrożeń wynikających z korzystania ze stacjonarnej infrastruktury IT wskazywany jest możliwy wyciek informacji (18%), na trzecim łatwy dostęp osób nieuprawnionych do danych (15%). W przypadku tego ostatniego argumentu obawy są mniejsze niż w przypadku rozwiązań chmurowych – łatwego dostępu osób trzecich obawia się już co piąty przedsiębiorca korzystający z chmury.
Co dziesiąty przedsiębiorca korzystający ze stacjonarnej infrastruktury IT zdaje sobie sprawę, że zabezpieczenia w firmie mogą nie być wystarczające, a 7% nie ufa osobom obsługującym infrastrukturę. W przypadku rozwiązań chmurowych oba argumenty nie mają zastosowania.
Metodologia:
Badanie „Chmura w MŚP 2017. Zaufanie czy ostrożność przedsiębiorców?” zostało przeprowadzone przez instytut badawczy ARC Rynek i Opinia na zlecenie Onex Group na próbie 205 przedsiębiorców z sektora MŚP. Wśród respondentów znaleźli się m.in. administratorzy IT, właściciele firm, specjaliści IT. Badanie zostało zrealizowane za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI w lutym 2017 roku.
Firma F-Secure, dostawca rozwiązań z zakresu cyberbezpieczeństwa, zidentyfikowała liczne luki w zabezpieczeniach dwóch modeli kamer IP Foscam. Luki umożliwiają cyberprzestępcom przejęcie kontroli nad urządzeniem (jeżeli jest ono podłączone do internetu), podgląd materiałów wideo, a także wysyłanie oraz ściąganie plików z serwera. Jeżeli urządzenie stanowi element sieci lokalnej, to haker będzie mógł uzyskać dostęp do jej zasobów. Urządzenie może zostać również wykorzystane do przeprowadzenia ataku DDoS[1].
– Niestety,nowe luki w zabezpieczeniach kamer IP pozwalają cyberprzestępcy zrobić z naszą siecią, co tylko zechce – mówi Harry Sintonen, starszy konsultant ds. bezpieczeństwa w F-Secure, który odkrył luki.
Chińska firma Foscam produkuje różnego rodzaju kamery internetowe, a niektóre z nich są sprzedawane pod szyldem innych marek, przykładowo OptiCam. Dwa modele, które zostały zbadane to Foscam C2 oraz OptiCam i5 HD i wykryto w nich aż 18 luk umożliwiających przeprowadzenie ataku na wiele sposobów[2]. W praktyce narażonych może być więcej modeli urządzeń pochodzących od tego producenta.
– Kwestie bezpieczeństwa zostały zbagatelizowane – priorytetem było sprawienie, żeby produkt działał i był dostępny w sprzedaży. W efekcie zagrożeni są użytkownicy oraz ich sieci. Co ciekawe, kamera IP jest najczęściej wykorzystywana, by zapewniać bezpieczeństwo w naszym fizycznym otoczeniu. W tym wypadku stanowi zagrożenie dla wirtualnego środowiska – mówi Karolina Małagocka z firmy F-Secure.
Mapa przedstawia regiony, w których znajduje się najwięcej podatnych urządzeń.
Niebezpieczne IoT
Inteligentne samochody, czajniki, zmywarki, smart TV, sprzęt do monitoringu czy rutery to tylko mały ułamek urządzeń, które okazały się ostatnio niewystarczająco zabezpieczone przed cyberzagrożeniami. Problem był szeroko komentowany podczas największego do tej pory ataku wykorzystującego złośliwe oprogramowanie Mirai do przejęcia „armii” urządzeń IoT, powodując w jednej chwili paraliż takich serwisów jak Twitter, Spotify, Netflix czy PayPal.
Mikko Hypponen, główny dyrektor ds. badań w F-Secure, określa to coraz częstsze zjawisko jako „Internet niebezpiecznych rzeczy”.
Firma F-Secure zaleca, aby nie łączyć wspomnianych modeli urządzeń z internetem lub przynajmniej odseparować je od głównej sieci.
– Zmiana domyślnego hasła to dobra praktyka, którą zawsze warto stosować. W tym przypadku niestety dane logowania są zaszyte na poziomie kodu źródłowego i cyberprzestępca może ominąć hasło, nawet jeżeli zostało ono wcześniej zmienione – podsumowuje Sintonen.
Firma Foscam została poinformowana o problemie kilka miesięcy temu, ale do tego czasu nie zostały podjęte kroki w celu wyeliminowania luk w zabezpieczeniach.
[1] Zmasowany atak przeprowadzony jednocześnie z wielu urządzeń sterowanych zdalnie przez cyberprzestępcę (tzw. komputery zombie).
[2] Przykładowo poprzez: wstrzykiwanie złośliwego kodu; cross-site scripting (XSS) – osadzenie szkodliwego kodu w treści strony WWW; buffer overflow (przepełnienie bufora) – zapisanie do wyznaczonego obszaru pamięci większej ilości danych niż została zarezerwowana i doprowadzenie do błędu; atak typu brute force polegający na zautomatyzowanym sprawdzeniu wszystkich możliwych kombinacji haseł.
Polacy przyzwyczaili się już się do zaciągania długów, jednak niektóre z nich są bardziej wstydliwe od innych. Zadłużenie alimentacyjne jest powodem do wstydu dla prawie 47 proc. osób, a najchętniej akceptujemy kredyty hipoteczne. Aż 46 proc. Polaków nie ma problemu, aby rozmawiać o tym ze znajomymi.
Z badań przeprowadzonych na zlecenie kancelarii PMR Restrukturyzacje SA wynika, że aż 82,5 proc. Polaków nie uważa posiadania długów za wstydliwy fakt. Zaledwie 13,6 proc. uznaje, że każda pożyczka to powód do wstydu. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że po 28 latach od transformacji ustrojowej dołączamy do krajów Europy Zachodniej, gdzie naturalne jest zaciąganie zobowiązań finansowych.
Kiedy jednak Polacy pytani są o konkretne sposoby zadłużenia (kredyt hipoteczny, samochodowy, kartę kredytową i inne), zmienia się stosunek badanych do długu. Mniej osób twierdzi, że wszystkie długi są wstydliwe (tylko 10 proc., spadek o niemal 4 proc.). Drastycznie zmienia się za to liczba osób, które uważają, że żadne zobowiązanie finansowe nie jest powodem do wstydu. Choć na początku twierdziło tak aż prawie 83 proc. badanych, w momencie gdy pojawiają się pytania o zadłużenie alimentacyjne, korzystanie z chwilówek czy lombardu – liczba ta spada do ok. 19 proc.
Alimenty na cenzurowanym
O jakich długach wstydzimy się mówić naszym znajomym? Tutaj rekordy bije zadłużenie alimentacyjne – aż 46,8 proc. badanych osób nie chciałoby się do niego przyznawać. Niepłacenie alimentów to poważny problem Polaków – jak wynika z danych Ministerstwa Sprawiedliwości, aż 80 proc. osób, które mają zasądzone te świadczenia, nie wywiązuje się z obowiązku płacenia na dzieci.
Powodem do wstydu jest również korzystanie z lombardu i branie pożyczki pod zastaw – 41,8 proc. osób uważa to za wstydliwe. Aż 38,6 osób krępuje się tzw. chwilówek, czyli pożyczek z parabanków, które nie sprawdzają historii kredytowej klienta w BIK, za co pobierają lichwiarskie odsetki.
Opóźnienia w płatnościach domowych rachunków za czynsz, prąd i gaz to powód do skrępowania dla 33,2 proc. osób. Zdecydowanie mniej badanych wstydzi się opóźnienia w płatnościach do ZUS-u i urzędu skarbowego – tylko dla 25 proc. nie chciałoby o tym rozmawiać ze znajomymi.
Kredyty są dla ludzi
Nie zawstydza nas posiadanie kredytu hipotecznego – to normalne zadłużenie dla 45,7 proc. badanych. Podobnie jest z kredytem inwestycyjnym zaciąganym przez przedsiębiorców – 39,6 proc. osób nie uważa tego za krępujące. Akceptujemy również kredyt samochodowy (38,2 proc.), karty kredytowe (35,7 proc.) oraz pożyczki bankowe (33,2 proc.). Nieco mniejszą akceptowalnością cieszą się pożyczki na sprzęt gospodarstwa domowego, telewizor czy komputer – tylko 26,4 proc. badanych przyznałoby się do nich przed znajomymi. Powodem do wstydu nie jest również pożyczka od rodziny – 30,7 proc. badanych nie miałoby oporów, aby się do niej przyznać.
– Nie zaskoczyły mnie te badania i wydaje mi się, że bardzo dobrze odzwierciedlają nasze podejście do długów. Kredyty hipoteczne, inwestycyjne Polacy traktują jak coś naturalnego i nikt się tego nie wstydzi – uważa Małgorzata Anisimowicz, prezes kancelarii PMR Restrukturyzacje SA. – Kiedy mamy do czynienia z upadłościami konsumenckimi, dłużnicy bardzo niechętnie przyznają się do zaciągania tzw. chwilówek. Także fakt, iż korzystają z lombardów, co świadczy o ich złej kondycji finansowej, zazwyczaj ujawnia się dopiero po jakimś czasie – dodaje.
Zdaniem doradcy restrukturyzacyjnego Polakom łatwiej przyznać się do tych zobowiązań, które sami zaciągają. Podejmując zobowiązanie, podejmują je świadomie. Natomiast zadłużenia np. alimentacyjne, które w znacznej większości wynikają z wyroku sądowego (czyli w jakimś procencie z przegranej), są dla wielu osób powodem do wstydu.
– Tu chodzi o poczucie własnej wartości, porównanie z wyobrażoną zewnętrzną oceną – uważa psycholog Jacek Santorski. – Badania potwierdzają, że ponad 90 proc. populacji uważa zaleganie z alimentami za niewłaściwe. Lombard, chwilówka, dług u teściowej degradują nas osobiście w oczach otoczenia. Zaleganie z podatkami natomiast jest traktowane niestety przez wielu przedsiębiorców jako „roztropna taktyka”. Podobnie raty leasingowe, kredyty bankowe to zdepersonalizowane zaległości względem instytucji, systemu, które mniej narażają nasze ego – dodaje.
Badanie zostało przeprowadzone w dniach 2-4 czerwca 2017 r. za pośrednictwem ankiety elektronicznej. Wzięło w nim udział 381 osób. Próba była reprezentatywna dla dorosłych użytkowników internetu. Minimalna wielkość próby do tego badania została obliczona w kalkulatorze próby, dostępnym w internecie i wynosi 369 osób przy założeniu, że wielkość badanej populacji to osoby dorosłe mieszkające w Polsce, a błąd maksymalny wynosi 5 proc.
Polak po pięćdziesiątce natrudzi się w poszukiwaniu posady o wiele bardziej niż jego rówieśnik z Niemiec. Szanse na zatrudnienie w Polsce istotnie ogranicza nie tylko wiek pracownika, ale także niskie wykształcenie – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.
Polski rynek pracy w kategorii osób, które przekroczyły 50. rok życia, dorównał do unijnej średniej jeśli chodzi o zatrudnienie dla ludzi po studiach. Pozostajemy jednak na samym końcu rankingu państw Unii Europejskiej pod względem etatów dla pracowników z najniższym wykształceniem.
Poniżej przeciętnej, ale tempo poprawy obiecujące
W całej Unii Europejskiej odsetek zatrudnionych w wieku 50-64 lata wynosił 63,9 proc. (Eurostat, IV kwartał ub.r.), podczas gdy w Polsce zaledwie 55,3 proc. Czołówkę rankingu tworzą m.in.: Niemcy – 75,3 proc. i Wielka Brytania – 70,9 proc.
Pozytywny aspekt jest taki, że odsetek zatrudnionych w tym przedziale wiekowym wzrastał w Polsce przez ostatnie 10 lat nieco szybciej niż w całej Unii Europejskiej. Różnica na korzyść naszego kraju wynosiła niemal 4 pkt proc., choć już w porównaniu do Niemiec tempo było wolniejsze o ok. 3,5 pkt proc.
Poprawę sytuacji na polskim rynku pracy potwierdzają badania Głównego Urzędu Statystycznego i dane z marca 2017 r. GUS wskazuje w nich na większą aktywność zawodową ludzi w wieku 50-64 lat. Jest to jednak również konsekwencją starzenia się społeczeństwa i w efekcie większego popytu na pracowników powyżej 50. roku życia.
Przyszłość należy do 60-latków?
W 2015 r. najliczniejszą grupę ludności Polski stanowiły osoby w wieku 30-34 lat. GUS zapowiada, że w 2050 r. najliczniejszą grupę stanowić będą Polacy w wieku 65-69 lat. Postępujące starzenie się ludzi zawodowo aktywnych już spowodowało większy popyt na pracujących 50-latków i 60-latków.
W latach 2010-2015 udział aktywnych zawodowo kobiet w wieku powyżej 50 lat zwiększył się o 13,1 proc. (245 tys.), podczas gdy mężczyzn o 8,1 proc. (200 tys.). Więcej przybyło osób aktywnych zawodowo po pięćdziesiątce na wsiach – 14,8 proc. (224 tys.) niż w miastach – 7,8 proc. (221 tys.).
Brak wykształcenia powoduje różnicę
W przypadku osób z wyższym wykształceniem odsetek 50-latków zatrudnionych w Polsce był zbliżony do unijnej średniej i wynosił 76,6 proc., wobec 78,8 proc. w UE. Jednak daleko nam np. do Niemiec – 85,9 proc. (dane Eurostatu).
Nieco gorzej Polska wypada w zestawieniu uwzględniającym zatrudnienie osób z wykształceniem średnim – 11,2 pkt proc. poniżej unijnej średniej (66,3 proc.) oraz 19,8 pkt proc. mniej niż w Niemczech.
Na unijnym rynku pracy statystycznie najgorzej wygląda sytuacja ludzi powyżej pięćdziesiątego roku życia z najniższym wykształceniem. Średni odsetek zatrudnionych dla wszystkich 28 krajów UE wynosił 47,5 proc., w Niemczech – 56,1 proc., a w Polsce – 31,2 proc. i był to najniższy wskaźnik w Unii.
Starzejąc się, nie dogonimy unijnej czołówki
Dodatkowo może niepokoić fakt, że odsetek zatrudnionych z najniższym wykształceniem w wieku 50-64 lata nie wzrasta w Polsce i nie zbliża się do unijnej średniej. W 2000 r. (II kw.) pracowało 31,8 proc. Polaków z najniższym wykształceniem, osiem lat później – 32,9 proc., a po kolejnych ośmiu latach – 31,2 proc.
Dane GUS wskazują, że wśród Polaków powyżej 50. roku życia najliczniejszą grupę stanowią osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym. Udział tej grupy w kategorii ludności powyżej 15. roku życia wzrastał – w latach 2010-2015 – z 45,2 proc. do 53 proc.
Starzenie się społeczeństwa może negatywnie wpływać na kondycję polskiego rynku pracy. Niski poziom stopy zatrudnienia osób powyżej 50. roku życia oraz praktycznie niezmieniający się odsetek zatrudnionych z podstawowym wykształceniem mogą sprawić, że Polska nie tylko nie dogoni krajów najbardziej rozwiniętych w UE, ale także pozostanie poniżej unijnej średniej.
Od czterech lat branża leasingowa w Polsce rozwija się w tempie dwucyfrowym, a prognozy wskazują, że taka sytuacja utrzyma się również w najbliższych latach. Rosnąca konsumpcja prywatna i sprzedaż nowych samochodów, większy eksport towarów z Polski, uruchomienie wydatkowania funduszy unijnych przełożą się na złamanie kolejne granicy udzielonego finansowania. Szacujemy, że będzie to ponad 67 mld zł w całym 2017 roku. Co więcej, branża leasingowa zyska na automatyzacji procesów gospodarczych.
Zgodnie z najnowszymi danymi GUS, w I kwartale br. dynamika PKB wyniosła 4,2% r/r, po 2,9% r/r w IV kw. ub. roku (to wg danych wyrównanych sezonowo). Gospodarka rozwija się głównie dzięki rosnącej konsumpcji prywatnej. Drugim filarem wzrostu gospodarczego w Polsce były inwestycje. Pamiętamy, że spadły one mocno w 2016 roku. Wyraźne zwiększenie aktywności inwestycyjnej samorządów w I kwartale br., wyskok w górę produkcji budowlanej w marcu aż o 17,2% r/r (po dwudziestu miesiącach spadków!), jak również dane o absorpcji funduszy unijnych, spowodowały, że inwestycje w skali całej gospodarki przełamały już negatywny trend. W I kwartale 2017 roku, wg danych wyrównanych sezonowo, były już na niewielkim plusie . Tym samym, oczekujemy, że wzrost gospodarczy w całym 2017 roku nie będzie niższy niż 3,7%.
Utrzymane pozytywne trendy na rynku leasingu
Tendencje, które obserwujemy na rynku leasingu, są ściśle powiązane z trendami w polskiej i europejskiej gospodarce. Wysoka dynamika rynku leasingu wynika głównie z tego, że firmy leasingowe ponad trzy czwarte swoich usług kierują do firm mikro i małych z sektora prywatnego, czyli do firm inwestujących w odpowiedzi na silny wzrost popytu krajowego w Polsce, napędzanego rosnącymi wydatkami konsumpcyjnymi gospodarstw domowych. Znajduje to mocne odzwierciedlenie w finansowaniu pojazdów lekkich. W okresie od stycznia do kwietnia br. sektor finansowania OSD wzrósł o 16,8% r/r.
Drugim, ważnym obszarem branży leasingowej jest finansowanie transportu ciężkiego, którego spadek w okresie styczeń-kwiecień br. powinien być przejściowy. W strefie euro utrzymuje się bowiem przyzwoita dynamika PKB (1,7% r/r w I kw. 2017), stopniowo zmniejsza się bezrobocie, a wzrost gospodarczy staje się w coraz większym stopniu oparty o produkcję przemysłową i eksport. W efekcie, eksport towarów z Polski dynamicznie się zwiększa (+9,2% r/r w I kwartale br.). Stwarza to mocne podstawy do prognozowania wzrostów finansowania w tym segmencie w dalszej części tego roku.
Trzecim, w tym momencie głównym motorem wzrostu rynku leasingu, jest sektor maszyn. W ciągu pierwszych czterech miesięcy tergo roku wzrósł aż o 22% r/r. Uruchomienie funduszy unijnych od razu przełożyło się na wzrost finansowania maszyn pożyczką. Widzimy też dynamiczny wzrost przetwórstwa przemysłowego w Polsce, co przy wysokim poziomie wykorzystanie mocy produkcyjnych skutkowało wzrostem finansowania maszyn w leasingu.
Analizując trendy z ostatnich miesięcy, szacujemy, że w całym 2017 roku wartość rynku leasingu w Polsce sięgnie 67,5 mld zł, czyli wzrośnie o 16,4% wobec 2016 r.
Branża leasingowa zyska na automatyzacji procesów w gospodarce
Możemy założyć, że polska gospodarka właśnie rozpoczyna boom inwestycyjny w obszarze maszyn. Rozwój gospodarczy powoduje, że firmy od kilku lat zwiększają poziom zatrudnienia, w efekcie czego stopa bezrobocia w Polsce jest już na jednym z najniższych poziomów w całej Europie. Jednocześnie, nie sprzyja nam demografia. Pracodawcy mają duże problemy ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników, a w perspektywie 3-4 kwartałów nie będą mieli praktycznie z kogo wybierać. Odpowiedzią będzie automatyzacja procesów gospodarczych na dużą skalę. Branża leasingowa będzie w tym procesie aktywnie uczestniczyć, dostarczając finansowanie maszyn i urządzeń produkcyjnych.
Mazda okazała się najlepiej ocenianą marką samochodów w 10. jubileuszowej edycji badania firmy doradczej EY oraz DCG Dealer Consulting. Ze wszystkich sklasyfikowanych marek Mazda zajęła 1. miejsce już po raz czwarty z rzędu. Kolejne pozycje na podium również przypadły markom z Japonii – na drugiej pozycji uplasował się Lexus, na trzecie zaś Toyota. Tegoroczne wyniki badania pokazują wzrost średniej oceny współpracy dealerów z importerami do poziomu najwyższego w ciągu ostatnich 10 lat. Po raz pierwszy badanie zostało rozszerzone o osobną ankietę poświęconą ocenie satysfakcji dealerów ze współpracy z importerami samochodów dostawczych do 3,5 tony. W tej kategorii najlepszą marką okazał się Mercedes. To główne wnioski z raportu „Badanie satysfakcji dealerów samochodowych”, zaprezentowanego podczas 8. Ogólnopolskiego Kongresu Dealerów Samochodowych.
Ocena dealerów w badaniu, zgodnie z utrzymywaną od roku 2007 metodologią, obejmuje 3 obszary, które w różnym stopniu wpływały na ocenę współpracy z importerem. Pierwszy z nich, mający najmniejszą wagę, stanowi ocena produktów oferowanych przez importera i – co się z tym wiąże – ich jakość, niezawodność, dostępność oraz konkurencyjność oferty rynkowej z punktu widzenia klienta. Drugi, najistotniejszy obszar, to współpraca związaną ściśle z polityką importera jako przedstawiciela międzynarodowego koncernu – wzięto tu pod uwagę takie elementy jak atrakcyjność umowy dealerskiej, ocenę dochodowości prowadzenia stacji, konkurencyjność strategii rynkowej czy podejście do prowadzenia biznesu. Ostatni, trzeci obszar, obejmuje ocenę importera jako firmy, która funkcjonuje na polskim rynku, zatrudnia konkretnych ludzi na określonych stanowiskach, prowadzi własną politykę rynkową i posiada własną, specyficzną kulturę organizacyjną.
Japońskie podium
Ze wszystkich sklasyfikowanych marek 1. miejsce, już po raz czwarty z rzędu, zajęła Mazda, zaś pozycję tuż za liderem uzyskała, pojawiająca się w zestawieniu po raz pierwszy od roku 2009, marka Lexus, należąca do koncernu Toyoty. Sama Toyota zajęła miejsce 3. zamykając podium, które w całości przypadło markom z Japonii. W najbliższym sąsiedztwie podium uplasowała się koreańska marka KIA, zaś miejsce 5., podobnie jak rok wcześniej powtórzył Mercedes, który, choć uzyskał również taką samą ocenę jak przed rokiem, stracił równocześnie pozycję najwyżej ocenionej marki premium, właśnie na rzecz Lexusa. Kolejne dwie marki w zestawieniu, Subaru oraz Volvo, z niewielkimi spadkami zdołały utrzymać swoją pozycję w czołówce ocenionych importerów. Miejsca 8. oraz 9. tak jak przed rokiem zajęły odpowiednio marki Opel i Ford. Z kolei najwyższy awans – aż o 5 miejsc – w tegorocznym badaniu odnotował Volkswagen, dla którego był to kolejny wzrost oceny po ubiegłorocznym awansie o 3 pozycje. Widać też większe zbliżenie ocen marek z Grupy VW, które w ubiegłym roku znajdowały się na bardziej oddalonych od siebie pozycjach. Do najlepiej ocenionych marek koncernu zbliżył się też SEAT, ale mimo istotnego progresu pozostał poza TOP 15.
– Przez dekadę badanie wpisało się już na stałe w krajobraz rynku dealerskiego w Polsce. Jego ranga i znaczenie urosły przez te lata na tyle, że żaden dealer nie powinien, a żaden importer wręcz nie może, przejść obok niego obojętnie. Rezultaty dealerskiej „weryfikacji” stały się bowiem dla markowych przedstawicielstw nieodłącznym elementem oceny jakości współpracy z siecią, z której wnioski są jednym z elementów wyznaczających politykę marki wobec swoich dealerów – mówi Leszek Lerch, Partner w Dziale Audytu EY i Lider Grupy Doradztwa dla Branży Motoryzacyjnej w Polsce.
Dealerzy trzymają się ugruntowanych opinii
Jeśli chodzi o spadki, to najwyższy, bo aż o 7 miejsc, odnotowała marka Renault, która po zeszłorocznym wzroście w tym roku uzyskała ocenę niemal równą tej z roku 2015. Także drugi brand francuskiego koncernu, Dacia, odnotował spadek, ale już niewielki – bo tylko o 2 pozycje. Wyniki badania pokazują kolejny wzrost średniej oceny współpracy dealerów z importerami do najwyższego w ciągu ostatnich 10 lat poziomu. Jednak z drugiej 10 marek oceniło współpracę z importerem na wyższym, a aż 14 marek na niższym poziomie niż w roku 2016.
Wyniki badania po raz kolejny utrwalają dotychczasowe pozycje poszczególnych marek, przy jednoczesnym bardzo niewielkim wahaniu uzyskanych ocen. Ich stabilność odzwierciedla też fakt, że tylko jedna marka z zeszłorocznego TOP 15 znalazła się poza tym gronem w obecnej edycji (i to głównie ze względu na pojawienie się w rankingu Lexusa, który przez wiele lat nie był uwzględniany z uwagi na zbyt małą liczbę punktów dealerskich). Można zatem wysnuć wniosek, że wraz z kolejnym bardzo dobrym dla branży sprzedażowo rokiem importerzy nie zdecydowali się na istotne zmiany w swojej polityce względem sieci dealerskich, a tym samym utrzymali powiązane z nią strategie i cele rynkowe.
Warto zwrócić również uwagę, że aż trzy czwarte badanych stwierdziło, że powtórzyłoby swoją decyzję o współpracy z importerem sprzedawanej przez siebie marki. Jest to kolejny najwyższy współczynnik w historii badania – wynoszący już 78%. W tegorocznym badaniu ankietowani zostali także zapytani o to, dealerem jakiej dowolnej marki chcieliby zostać, gdyby znowu mogli podjąć taką decyzję. Po raz drugi z rzędu najbardziej pożądaną marką okazała się być Mazda, kolejne miejsce – jak przed rokiem – zajęła Toyota. 3. pozycję zajął Mercedes, wyprzedzając od wielu lat mocno pożądaną przez dealerów autoryzację BMW. Duży wzrost w tej kategorii odnotowała też marka Mercedes-Benz.
– Cieszy fakt, że zdecydowana większość importerów podchodzi do badania w sposób metodyczny. Nie ma obrażania się na sieć, jest raczej zaproszenie do rozmowy. Nie zawsze łatwej i przyjemnej, rzadko kiedy rozwiązującej wszystkie wzajemne bolączki. Wszak badanie to nie panaceum na szczęście, lecz narzędzie do systematycznej pracy, która zazwyczaj posuwają we właściwym kierunku przynajmniej część omawianych kwestii – mówi Krzysztof Romański, Partner w DCG Dealer Consulting. – Po to właśnie jest nasze badanie, realizowane niezmiennie według metodologii stosowanej i sprawdzonej na najważniejszych rynkach Europy Zachodniej i w USA. Chodzi o oddanie głosu dealerom oraz merytorycznie wskazanie poszczególnym markom, co – zdaniem ich najważniejszych biznesowych partnerów – robią dobrze, a co powinni zmienić i poprawić – dodaje.
Mercedes najlepszą marką wśród samochodów dostawczych
Tegoroczna edycja badania została dodatkowo po raz pierwszy rozszerzona o osobne badanie poświęcone ocenie satysfakcji dealerów ze współpracy z importerami samochodów dostawczych do 3,5 tony. Temu fragmentowi została poświęcona zupełnie osobna ankieta obejmująca 81 pytań, zadanych przedstawicielom 9 sklasyfikowanych marek. Wyniki pierwszego Badania satysfakcji dealerów samochodów dostawczych, w którym triumfowała marka Mercedes, przed Oplem i Volkswagenem, pokazują dość dużą korelację pomiędzy ocenami uzyskanymi w ramach sprzedaży samochodów dostawczych i osobowych. Na uwagę zasługuje jednak fakt, że niemalże wszystkie najwyżej ocenione marki uzyskały w badaniu poświęconemu współpracy z importerem w obszarze samochodów dostawczych minimalnie wyższe oceny niż w przypadku samochodów osobowych.
***
O badaniu:
„Badanie satysfakcji dealerów samochodowych” prowadzone jest przez DCG Dealer Consulting oraz firmę doradczą EY od 2007 r. Tegoroczna, 10. edycja została przeprowadzona w kwietniu i maju 2017 r. Badaniem zostali objęci dealerzy samochodów osobowych, a także samochodów dostawczych do 3,5 t. Wzięli w nim udział właściciele, a także osoby zarządzające stacjami dealerskimi. Poszczególne aspekty dealerskiej satysfakcji zostały oceniane w pięciostopniowej skali. Każda ankieta poświęcona jednej marce składała się z 81 pytań, a 25 ocen cząstkowych decydowało o nocie końcowej. Łącznie, w Badaniu uzyskano 408 ankiety 26 marek, co stanowi rekordowo wysoką próbę 43% badanej grupy.
Technologia, konsumenci oraz biznes tworzą dziś jeden ekosystem. To, czy będzie on prawidłowo funkcjonował, zależy przede wszystkim od sprawnego zarządzania działami wewnętrznymi firm. Badania Deloitte Tech Trends 2017[1] pokazują, że tylko 11 proc. menedżerów firm i działów HR wie, jak tworzyć organizacje umiejętnie łączące ekspertyzę biznesową i technologiczną, gotowe do funkcjonowania w cyfrowej gospodarce. Znaczenie umiejętności wykorzystania potencjału IT odgrywa szczególnie kluczową rolę w globalnej branży finansowej. To właśnie w niej można zaobserwować wyraźnie zjawiska transformacji decydujące o przyszłości świata biznesu.
Między innymi o tym, jak sztuczna inteligencja i cyfrowe ekosystemy będą kształtować przyszłość rozmawiali uczestnicy VII Europejskiego Kongresu Finansowego w Sopocie. Tematem wiodącym tegorocznego kongresu są perspektywy i wyzwania bankowości detalicznej i korporacyjnej, rynku consumer finance oraz nowoczesnych technologii w instytucjach finansowych. Od kilku lat eksperci dyskutują o możliwościach, jakie biznesowi oferuje analityka, Big Data czy sztuczna inteligencja, która nie tylko tworzy inteligentniejsze algorytmy, ale też zwiększa wydajność pracowników. Zmiany dzisiaj nie są opcją, są koniecznością napędzaną przez oczekiwania klientów i tempo innowacji. Dlatego w dobie gwałtownych zmian społecznych, gospodarczych i technologicznych firmy muszą wiedzieć jak ewoluować, aby generować przychód dla całej organizacji.
Nowe kompetencje kadr finansowych
Innowacyjne rozwiązania muszą być uzupełnione przez nowe kompetencje kadr finansowych – to jeden z trendów, na który wskazuje raport CIMA, AICPA i Oracle „Agile Finance Revealed”. Aż 80% badanych zwróciło uwagę na fakt, że działania z zakresu finansów mają kluczowe znaczenie dla rynkowego sukcesu i zdolności do szybkich reakcji na zmiany. Menedżerowie ds. finansów coraz rzadziej odgrywają więc role księgowych, a coraz częściej pracują w ramach zintegrowanych zespołów, wspartych nowymi technologiami.
– Dzisiejsi finansiści powinni doskonale komunikować się z otoczeniem, by mieć realny wpływ na decyzje zarządów firm. Równocześnie, nowe umiejętności w statystyce, analizie i wizualizacji danych będą konieczne, żeby dostarczać naprawdę wartościowych informacji. Nie powinniśmy również zapominać o umiejętnościach miękkich, wśród których bardzo często wymienia się attitude, czyli zrozumienie wagi swojej roli, nastawienie na realizację celów i gotowość do proaktywnego działania – tłumaczy Jakub Bejnarowicz, Szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.
Nie należy zapominać również o pozytywnym wpływie na procesy decyzyjne sztucznej inteligencji i upowszechnieniu się automatyzacji czy robotyzacji. Oba zjawiska, wbrew opiniom części ekspertów, mają szansę nie tylko nie zabierać miejsc pracy specjalistów, ale nawet być motorem wzrostu jakościowych miejsc pracy. Wszystko dzięki oszczędnościom czasowym i kosztowym, uwalniającym środki na dodatkowe inwestycje w bardziej zaawansowane projekty.
– Potwierdzają to badania CIMA według których ponad 4/5 pracowników z branży finansowej wspiera ideę pracy maszyn utrzymując, że jej rezultatem będzie większa wydajność firm. Członkowie CIMA są głęboko przekonani, że sztuczna inteligencja i robotyzacja usprawnią pracę profesjonalistów. Dlatego organizacje powinny skrupulatnie przeanalizować swoje modele biznesowe i korzystać z szans wynikających z innowacji – mówi Jakub Bejnarowicz.
Kolejnym ważnym aspektem rozwoju branży finansowej w dobie tzw. czwartej rewolucji przemysłowej jest coraz silniejsza globalizacja realizowanych projektów. Rosnąca liczba rozwiązań z zakresu analityki danych, dostęp do wykwalifikowanych kadr na różnych kontynentach, a także bliskość kulturowa pomagają przyciągać takie inwestycje także do Polski.
– Procesy finansowe coraz rzadziej są ściśle związane z konkretną lokalizacją czy oddziałem. Nie musimy już sobie wyobrażać sytuacji, w której osoby zlokalizowane np. w Warszawie czy Krakowie odpowiadają za rozliczenia, raportowanie czy zarządzanie transakcjami dotyczącymi Ameryki Północnej, Europy Zachodniej czy Azji. To zjawisko ma miejsce już teraz. Obserwujemy to w Polsce choćby w ramach sektora nowoczesnych usług biznesowych, zatrudniającego już ponad 212 000 osób – komentuje Edyta Gałaszewska-Bogusz, Dyrektor Accenture Operations w Polsce.
Dla przykładu, Accenture Operations zatrudnia nad Wisłą ponad 2000 specjalistów, odpowiedzialnych m.in. za projekty z zakresu finansów na rzecz firm z listy Fortune Top 500. Polska jest już w znacznym stopniu beneficjentem globalizacji zaawansowanych projektów finansowych czy księgowych.
– Aby jednak kontynuować ten wzrost, trzeba inwestować w nowe kompetencje specjalistów rozwijających się w Polsce, m.in. technologiczne. Według badań Accenture 87% pracowników na świecie ma świadomość, że część ich pracy zostanie zautomatyzowana w ciągu najbliższych pięciu lat. Tym procesom podlegają coraz częściej np. transakcje giełdowe czy zarządzanie dużymi zbiorami danych finansowych. Dlatego musimy dbać o nowe kompetencje finansistów w Polsce, aby jeszcze lepiej przyciągać prestiżowe projekty z tej dziedziny do kraju – dodaje Edyta Gałaszewska-Bogusz.
Działy IT muszą sprostać oczekiwaniom biznesu
Badania Deloitte pokazują, że istnieją duże luki pomiędzy kompetencjami działów IT a oczekiwaniami, które stawia przed nimi biznes. Jednym z trendów jest modernizacja architektury rozwiązań IT poprzez wirtualizację, konteneryzację, standaryzację i autonomię. Daje to organizacji przede wszystkim większą wydajność i tempo wdrożeń nowych rozwiązań, zmniejszenie kosztów oraz elastyczność i lepsze wyniki.
– Według analiz ośrodka IDC, do 2018 roku aż 1/3 czołowych światowych biznesów będzie musiało ustąpić nowym, bardziej nowoczesnym przedsiębiorstwom. Żyjemy w ciekawych czasach, których najważniejszą stałą cechą jest zmiana. Częścią tego procesu jest coraz szybciej postępująca transformacja cyfrowa w sektorze prywatnym i publicznym. Branża finansowa jest pod tym względem absolutnie kluczowym obszarem gospodarki, zarówno na poziomie jednostkowym, jak i rozwiązań systemowych – komentuje Kinga Piecuch, Prezes Zarządu SAP Polska.
Tego typu zjawiska obserwują zwłaszcza partnerzy technologiczni czołowych instytucji finansowych w Polsce i na świecie. Jaka jest istota zmian obserwowanych w biznesie?
– Z jednej strony np. konsumenci otrzymują ogromną liczbę wygodnych narzędzi mobilnych i cyfrowych. Lawinowy przyrost danych cyfrowych sprawia jednak również, że instytucje finansowe muszą sięgać po coraz bardziej zaawansowane oprogramowanie i analitykę. Następuje automatyzacja wielu procesów, choćby transakcji giełdowych. Doświadczenia ostatnich lat pokazują, że bezpieczeństwo i stabilność technologii w branży finansowej ma znaczenie dla całej globalnej gospodarki. Polska, choćby dzięki docenianym na świecie rozwiązaniom bankowości elektronicznej, może we wszystkie te procesy aktywnie i z sukcesem się włączać – podsumowuje Kinga Piecuch.
Trwa dyplomatyczna burza na Bliskim Wschodzi, o co poszło? Tego nie wie nikt, ale jedno jest pewne. Cztery kraje zerwały stosunki dyplomatyczne z Katarem. Głównym powodem zdaje się być terroryzm, ale według niektórych jest to tylko zasłona dymna. Państwa te pozamykały swoją przestrzeń powietrzną dla Kataru, a ponadto Arabia Saudyjska postanowiła również zawiesić wszystkie połączenia lądowe oraz morskie. Wszyscy zwracają na linie lotnicze Qatar Airways, które mogą na tym ucierpieć i prawdopodobnie tak się stanie, ale nie możemy zapominać o gazie naturalnym. Katar odpowiada za 30 procentową globalną podaż gazu naturalnego. Dalsza eskalacja konfliktu lub też odizolowanie tego Państwa od innych w każdy możliwy sposób powinno doprowadzić do zwyżki cen tegoż surowca.
Na wykresie dziennym poruszamy się w konsolidacji. Możemy nawet mówić o formacji RGR, po której będziemy mogli spodziewać się dalszych spadków, ale przy całkowitym odizolowaniu jednego z największych graczy na tym rynku analiza techniczna przestałaby mieć znaczenie.
Notowania gazu naturalnego, interwał dzienny
Źródło: Admiral Markets
10-letnie obligacje amerykańskie
Na cenie 10-latków doszło do wybicia ostatniego szczytu 126.57. Po Przełamaniu tego oporu strona popytowa otworzyła sobie drogę do następnego poziomu podaży 128.04. Aczkolwiek przełamanie to nie było jednoznaczne, należy poczekać na zamknięcie dzisiejszej świecy. Ewentualna formacja Pin Bara oznaczałaby spore niezdecydowanie wśród kupujących.
Notowania 10-letnich obligacji amerykańskich
Źródło: Admiral Markets
Negatywnym czynnikiem mogącym przekreślić daną transakcje są podwyżki stóp procentowych przez Rezerwę Federalną. Rosnąca rentowność krótkoterminowych stóp procentowych mogłaby doprowadzić do zwyżki długoterminowej, czyli spadku jej ceny. Niemniej jednak ostatnio mamy do czynienia wręcz z odwrotnym zjawiskiem. Ponadto dogłębna analiza stóp zwrotu z rynku obligacji amerykańskich pozwala na stwierdzenie, iż w miesiącach wakacyjnych kapitał emigruje z rynku akcji na rynek długu.
Rozpoczynają się wakacje, a to oznacza nadejście boomu na pracę sezonową. Zwiększony o 20% popyt na pracowników jest widoczny od początku roku, a w sezonie letnim będzie jeszcze wyższy. Jednocześnie już wiosną bezrobocie spadło poniżej 8% i osiągnęło wynik niższy niż najlepsze wskazania z 2016 roku. Dlatego można się spodziewać, że wielu firmom, które w wakacje zwiększają swoją aktywność, nie będzie łatwo znaleźć kandydatów do pracy, a to będzie przekładać się na płace. Z danych Work Service wynika, że na największe, bo średnio ok. 18 zł brutto za godzinę, mogą liczyć operatorzy wózków widłowych. Z kolei barmani na ponad 17 zł brutto. Niewiele mniejsze wynagrodzenie otrzymają sprzedawcy w centrach handlowych oraz osoby obsługujące pikniki i imprezy masowe.
Przełom maja i czerwca to idealny moment na szukanie pracy wakacyjnej. Firmy, których wzmożona działalność wiąże się z letnią aurą, rozpoczynają swoje rekrutacje, aby przygotować się na sezon. Należy spodziewać się zwiększonej liczby ofert zarówno z branży hotelarskiej, gastronomicznej oraz z budownictwa i rolnictwa. Zapotrzebowanie na pracowników będzie też w handlu i produkcji. Co roku korzystają na tym osoby młode, dla których te kilka miesięcy lata jest okazją, żeby zarobić pierwsze pieniądze, a także zdobyć doświadczenie. W tym sezonie powinni oni być spokojni o zatrudnienie. Wiele firm już teraz ma bowiem problemy z pozyskaniem odpowiednich kandydatów. Jak wynika z danych GUS w ciągu 3 pierwszych miesięcy tego roku pracodawcy zgłosili do Urzędów Pracy ponad 430 tys. wolnych miejsc pracy.
Zanim jeszcze nastał sezon wakacyjny o ponad 1/5 wzrósł popyt na pracowników. To pokazuje, że mamy do czynienia z dobrą koniunkturą na pracę, jeszcze przed nadejściem wakacji. Gdy sezon w pełni wystartuje, to wielu przedsiębiorców może zetknąć się niedoborami kadrowymi. Bezrobocie od wielu miesięcy systematycznie spada i już teraz, przed wakacyjnym boomem, spadło poniżej 8%, a z reguły w okresie letnim jest jeszcze niższe. Mogą na tym skorzystać pracownicy, bo firmy będą starały się przyciągnąć do siebie ludzi atrakcyjnymi wynagrodzeniami – komentuje Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz Work Service S.A.
Wynagrodzenia wyższe niż przed rokiem
To, co najbardziej interesuje pracowników, którzy myślą o zatrudnieniu sezonowym to wynagrodzenie. W tym roku na największe średnie stawki godzinowe może liczyć operator wózka widłowego oraz pracownik na linii produkcyjnej – ok. 18 zł za godzinę brutto. Jeśli jednak pod uwagę weźmiemy tylko górne wynagrodzenie to najbardziej ucieszą się barmani, bo mogą dostać nawet 20,5 zł. Z kolei osoby obsługujące pikniki i imprezy masowe, których w okresie letnim nie brakuje, mają szansę zarobić od 15 do 18 zł. Z analiz Work Service wynika także, że już teraz firmy poszukują m.in. sprzedawców w centrach handlowych, recepcjonistek i pracowników call center. Brakuje też kasjerów i osób zajmujących się pakowaniem. Na tych stanowiskach średnia pensja wynosi 13,5-14 zł brutto.
Nowe regulacje zmieniają rynek
Ten sezon powinien być znacznie lepszy np. dla kelnerów czy niektórych hostess. W zeszłym roku w tych zawodach można było otrzymać minimalne wynagrodzenie w okolicach 10 zł. Teraz jest to niemożliwe. Od 1 stycznia podwyższono najmniejszą stawkę godzinową do 13 zł brutto. Dzięki temu wielu pracowników sezonowych może liczyć na wyższe wynagrodzenie niż w poprzednim sezonie.
To nie jedyna zmiana, jaka zaszła od poprzednich wakacji. We wrześniu weszła w życie nowelizacja Kodeksu Pracy likwidująca tzw. syndrom pierwszej dniówki. Teraz pracodawca ma obowiązek przedstawić pracownikowi na piśmie wszystkie warunki zatrudnienia zanim ten rozpocznie pracę.
Nowe przepisy pomogą uniknąć rozczarowań. Z jednej strony będą stanowiły gwarancję zatrudnienia, a także sposobów rozliczenia z pracownikami. Z drugiej zaś pojawiły się jasne kryteria, co do dolnych granic wynagrodzeń, które w tym roku wyraźnie wpłynęły na wzrost poziomów wynagrodzeń przy wakacyjnych profesjach – dodaje Andrzej Kubisiak.
W dniu 7 czerwca 2017 zakończył się proces nabycia akcji Banku Pekao przez Powszechny Zakład Ubezpieczeń (20%) i Polski Fundusz Rozwoju (12,8%). Inwestycja PZU i PFR jest wyrazem zaufania i uznania dla efektów pracy naszego Banku przez ostatnie kilkanaście lat.
Mając nową strukturę akcjonariatu w dalszym ciągu Bank Pekao będzie zapewniać Klientom najwyższej jakości usługi. Pekao ma wszystkie atuty by jeszcze aktywniej wspierać rozwój polskiej gospodarki: silna baza kapitałowa, szeroka gama produktów i przede wszystkim zaangażowani i doświadczeni Pracownicy.
„W codziennej pracy nic się nie zmieni. Będziemy nadal kierować się naszymi wartościami i będziemy zawsze mieć dobro Klienta w centrum naszej uwagi.” – powiedział Luigi Lovaglio, Prezes Zarządu Banku Pekao S.A. – „Nasz Żubr, który towarzyszył nam przez lata w trakcie naszej historii wzrostu, odświeżony pozostanie naszym symbolem siły i wiarygodności.”
Rada Polityki Pieniężnej powinna pozostawić stopy procentowe bez zmian, gdyż w oparciu o dostępne informacje nie czuje się w konieczności zmieniać swojego nastawienia. Wzrost jest silny, a inflacja nie przyspiesza, co przemawia za polityką wait-and-see. Dodatkowo tym razem łatwo będzie się zasłaniać czekaniem na nową projekcję makroekonomiczną, która będzie dostępna za miesiąc.
Posiedzenie RPP odbywa się 6-7 czerwca i wieńczy je decyzja o poziomie stóp procentowych, którą poznamy gdzieś po godzinie 12:00 w środę (dokładny termin jest ogłaszany z 10-minutowym wyprzedzeniem). Na godzinę 16:00 zaplanowana jest konferencja prasowa prezesa NBP A. Glapińskiego w asyście dwóch członków Rady.
Dane od czasu ostatniego posiedzenia generalnie wspierały neutralne stanowisko RPP. Wzrost gospodarczy w pierwszym kwartale został potwierdzony na 4 proc. r/r, choć jego składowe sugerują, że jeszcze nie wszystko jest w pełni w porządku. Konsumpcja prywatna pozostaje głównym motorem napędowym, ale odbicie inwestycji postępuje nieco wolniej niż oczekiwano. Kwietniowe dane z przemysłu i handlu wypadły gorzej do prognoz, ale odczyty są obciążone wpływem ruchomych Świąt Wielkanocnych i dopiero majowe dane będą mogły powiedzieć więcej o trendach w gospodarce. Rynek pracy pozostaje silny, a stopa bezrobocia na 7,7 proc. notuje nowe rekordy od czasu transformacji. Nie widać też nasilenia presji inflacyjnej – CPI w maju spadła do 1,9 proc. z 2 proc., gdyż wygasają efekty wcześniejszego wzrostu cen ropy naftowej.
Ogólnie dane o aktywności gospodarczej świadczą o tym, że gospodarka ma jeszcze pole do przyspieszenia bez obaw o przegrzanie. Jednocześnie obóz gołębi z zadowoleniem przyjmie studzenie inflacji po wyskoku na początku roku. Prezes Glapiński prawdopodobnie podtrzyma swoje (osobiste) przekonanie, że stopy procentowe nie powinny być zmienione nawet do końca 2018 r. Reszta członków Rady raczej wykorzysta wymówkę w postaci nowej projekcji makroekonomicznej (dostępna na lipcowym posiedzeniu), by do tego czasu wstrzymać się z określeniem swojego stanowiska odnośnie przyszłej ścieżki polityki monetarnej. Sądzimy, że takie odroczenie powinno się przebijać z czerwcowego komunikatu, czyniąc go neutralnym w przekazie.
Wątpimy, aby za ostatnią siłą złotego stał wzrost oczekiwań na szybsze podwyżki stóp procentowych NBP, dlatego nie widzimy podstaw, aby brak oznak zaostrzenia stanowiska Rady mógł wywołać efekt rozczarowania na rynku walutowym. Otwarcie deklarowane nastawienie prezesa Glapińskiego oznacza, że do przegłosowania podwyżki potrzeba sześciu innych członków Rady (w 10-osobowej RPP przy remisie decyduje głos prezesa NBP). Dopóki kolejne projekcje nie wskażą na wybicie inflacji powyżej celu NBP 2,5 proc. lub w Radzie nie zawiąże się silna frakcja na rzecz zacieśniania monetarnego, rynek nie zdecyduje się dyskontować zwrotu RPP.
Niedawno niemiecki rząd wyraził obawy, że technologie, nad którymi pracowano latami, sukcesywnie przechodzą w ręce Chińczyków. Z kolei, Francuzi sądzą, iż kapitał Państwa Środka zbyt głęboko wchodzi w ich gospodarkę. O zawężeniu współpracy z tymi krajami może świadczyć zwiększona aktywność chińskich inwestorów u nas.
Jak zauważa Bartosz Michalak, prezes Polsko-Chińskiego Forum Współpracy, niemiecki rząd wstrzymał chińskie inwestycje w obszarze energetyki i robotyki. Zdaniem eksperta, podjął tę decyzję polityczną po to, aby uchronić dodatnie saldo wymiany handlowej między Niemcami a Chinami. Warto też podkreślić, że nasz zachodni sąsiad jest jedynym krajem Unii Europejskiej, który posiada w tym zakresie znaczące nadwyżki. Eksportuje on bowiem ponad 20 mld dolarów, przy imporcie 15 mld dolarów. Z drugiej strony, niemiecki biznes chce pozyskiwać zagraniczny kapitał. Przedsiębiorców właściwie nie interesuje to, z jakiego państwa on pochodzi. Oni chcą sprzedawać swoje przedsiębiorstwa, w tym rozwiązania i technologie w jak najlepszych cenach. Ekspert wskazuje więc na sporą rozbieżność pomiędzy interesami politycznymi i prywatnymi Niemców.
– Chińscy przedsiębiorcy głównie wybierają zagraniczne inwestycje, które mają znaczenie dla rozwoju Nowego Jedwabnego Szlaku. W ramach tego projektu, wielu z nich wykazuje ogromną aktywność we wszystkich europejskich państwach. Jeżeli ją ograniczą w Niemczech czy we Francji, to w naturalny sposób zintensyfikują swoje działania w Polsce i w innych krajach UE. Inwestorom będzie wówczas zależało na czasie. Muszą przecież zdążyć z realizacją swoich planów, które wiążą z naszym kontynentem. Ich budżety są rozliczane w typowych dla chińskiej gospodarki, rocznych raportach, w ramach 5-letnich planów rozwoju – mówi Mariusz Sperczyński, szef zespołu Inicjatywy 51GoShanghai.
Natomiast, Bartosz Michalak przypomina, że chińskie inwestycje w Europie możemy podzielić na dwa obszary. Jedne należą do spółek Skarbu Państwa i obejmują strategiczne obszary zainteresowania tamtejszego rządu. Przykładem tego był w zeszłym roku największy na świecie projekt inwestycyjny, czyli zakup firmy Syngeta, produkującej nawozy. Jego wartość wyniosła 43 mld dolarów. Drugi typ zaangażowania kapitałowego dotyczy inwestycji realizowanych przez prywatnych przedsiębiorców. Są oni zainteresowani wejściem na rynki globalne, takie jak Unia Europejska. Zależy im także na pozyskaniu nowoczesnych technologii po to, by potem szybko i sprawnie transferować je do Chin.
– Nasze przedsiębiorstwa mogą bardzo skorzystać na ograniczeniu aktywności chińskich inwestorów we Francji i w Niemczech, jeśli wesprze je w tym Ministerstwo Rozwoju. Moim zdaniem, resort powinien przede wszystkim szczegółowo przedstawić, na ile współpraca polskich firm z chińskim biznesem jest zgodna z linią rozwoju strategicznego na najbliższe lata. Dotyczy to zwłaszcza infrastruktury krytycznej, ponieważ Chińczycy chętnie inwestują w energetykę i transport. Następnie wskazane by było, aby rząd wydał oficjalny komunikat na ten temat – zaznacza Mariusz Sperczyński.
Jak wyjaśnia Bartosz Michalak, chińscy inwestorzy raczej nie chcą tworzyć nowych projektów, tzw. greenfield, w Europie i czekać 5-10 lat na ich niepewne efekty. Mając ogromne nadwyżki finansowe, chcą kupować gotowe rozwiązania, technologię, wiedzę i rozpoznawalne brandy. Największe wrażenie robią na nich mocne marki francuskie oraz niemieckie. Dlatego, firmy z ChRL w dalszym ciągu będą chciały w nie inwestować. Przedsiębiorcy z Państwa Środka są głównie zainteresowani firmami o zaawansowanych technologiach, m.in. w obszarze chemii, robotyki, produkcji i nowoczesnych materiałów. Zamierzają przenieść je na swój potężny rynek. Pamiętajmy o tym, że w Chinach żyje ponad 1 mld 300 mln ludzi, czyli 2 razy więcej, niż w całej UE. Wykorzystanie rozwiązań, sprawdzonych na mniejszej skali, ma prowadzić do niesamowitego rozwoju biznesu na dużo większym obszarze.
– Polskie przedsiębiorstwa z obszarów infrastruktury mogłyby skorzystać na chińskim kapitale, podobnie jak do tej pory firmy niemieckie czy francuskie. Oczywiście rozpoczęcie międzynarodowej współpracy, w zakresie Nowego Jedwabnego Szlaku, może też zawierać element ryzyka, jak każda podejmowana działalność. Wobec czego, Polacy oczekują jasnej odpowiedzi na pytanie, czy rząd będzie wspierał ich kooperację z Chińczykami. Jeżeli Ministerstwo Rozwoju uzna na przykład, że prowadziłoby to do uzależnienia krajowej gospodarki od interesów Państwa Środka, to polscy przedsiębiorcy powinni zostać już o tym powiadomieni – uważa Mariusz Sperczyński.
Tymczasem prezes Polsko-Chińskiego Forum Współpracy przypomina, że w Polsce mamy również ciekawe firmy, które odgrywają znaczącą rolę w kraju oraz regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak do tej pory nie były jeszcze zaangażowane w globalną ekspansję. Właśnie dlatego Chińczycy wolą najpierw sięgnąć po rozwiązania z Europy Zachodniej, które są już rozpoznawalne na całym świecie. Nasze firmy, poszukujące kapitału i inwestora strategicznego, powinny przede wszystkim pokazać, że ich sukces w rodzimym kraju może być przeniesiony do Azji i tam przeskalowany. To jest bardzo ważne dla inwestorów z Chin.
– Chcąc zachęcić Chińczyków do inwestowania w naszym kraju, podobnie jak we Francji czy w Niemczech, trzeba ich do nas stale zapraszać i pokazywać im nasz potencjał. Spotkania polskich przedsiębiorców ze stroną chińską odbywają się zdecydowanie zbyt rzadko. Natomiast, właśnie bezpośrednie rozmowy na polskim gruncie dają największe szanse na sukces, zarówno tym, którzy chcą sprzedawać swoje produkty, usługi, jak i dosłownie całe biznesy. Oczywiście taka wizyta musi być doskonale zorganizowana i dość dobrze przemyślana. Wymaga też inwestycji sporych środków finansowych – przyznaje Mariusz Sperczyński.
Z kolei, Bartosz Michalak stwierdza, że każdy z krajów Unii Europejskiej ma różne doświadczenia we współpracy z Chińczykami. Dotyczą one m.in. nieudanych przejęć firm przez tamtejszy kapitał. I właśnie to ryzyko należy mieć szczególnie na uwadze. Trzeba pamiętać o tym, że przedsiębiorcy z Państwa Środka dopiero uczą się wchodzenia na obce rynki. W latach 90. ubiegłego wieku preferowali zakup udziałów mniejszościowych, korzystanie z licencji na określone technologie oraz współpracę na zasadzie wspólnych projektów, tzw. joint-venture. Po 2000 roku chiński rząd w obawie, iż ich firmy na zawsze pozostaną tylko podwykonawcami, postanowił zmienić politykę. Odtąd Chińczycy zaczęli przejmować całe przedsiębiorstwa i sprawować nad nimi pełną kontrolę. Prowadzący z nimi interesy, Polacy powinni być świadomi zarówno ich mocnych, jak i słabych stron.
– Oficjalne stanowisko rządu pomogłoby naszym przedsiębiorcom w podejmowaniu bardziej śmiałych decyzji biznesowych. Dotychczas otrzymali oni już wiele interesujących ofert od chińskich inwestorów i przeprowadzili z nimi mnóstwo rozmów, które obecnie niestety pozostają w zawieszeniu. Wszyscy obserwujemy to, co się dzieje we Francji czy w Niemczech. I widzimy, że w tamtych krajach dyskusja polityków i biznesmenów na temat współpracy z Chińczykami weszła w kolejną fazę. A my cały czas jeszcze nie znamy strategii działania swojego rządu – ubolewa szef zespołu Inicjatywy 51GoShanghai.
Jak podsumowuje Bartosz Michalak, chcąc wykorzystać to, że Francuzi i Niemcy w części rezygnują z chińskiego kapitału, Polska musi w jasny sposób określić, w jakich obszarach chce współpracować z Państwem Środka. Zarówno nasz rząd, jak i rodzimi przedsiębiorcy powinni przedstawiać konkretne oczekiwania Chińczykom. Wiadomo, że oni chcieliby u nas budować kolej szybkich prędkości. Ostatnio dużo mówi się też o chińskim zaangażowaniu w pomysł centralnego lotniska, modernizację portów morskich czy rozbudowę żeglugi śródlądowej. Natomiast, polskim firmom zależy na ekspansji na rynek chiński. W przypadku eksportu, obszarem o znacznym potencjale rozwoju jest sprzedaż towarów za pośrednictwem Internetu, czyli e-commerce. Choć nasze interesy wydają się rozbieżne, możemy znaleźć wspólną płaszczyznę do tego, by oba kraje rozszerzały wymianę handlową.
Wtorek przyniósł ożywienie na polskim rynku. Indeks WIG20 zyskiwał na koniec dnia ponad 1.2%. W przypadku indeksów amerykańskich optymizmu nie było już tak dużo. Rosły ceny ropy.
Od kilku dni rynek ropy znajduje się w małej konsolidacji, wyznaczanej w przypadku ropy WTI poziomami 47$ i 48.3$. Jeszcze nie jest wiadomo, jak na długofalową kondycję rynku wpłynie kryzys dyplomatyczny między Katarem a pozostałymi państwami Zatoki Perskiej. Wczorajsze wzrosty na parkiecie w Warszawie postawiły rodzimy rynek nieco przed szereg światowych trendów, więc możliwe, iż dziś otwarcie będzie nieco gorsze. Dziś też Rada Polityki Pieniężnej ogłosi decyzję w sprawie wysokości stóp procentowych.
Decyzję o pozostawieniu stóp na tym samym poziomie podjęto wczoraj w Australii. Tymczasem dziś rano dowiedzieliśmy się, iż PKB w ujęciu kwartalnym wzrósł tam o 0.3%. Lepiej niż oczekiwano ale gorzej niż poprzednio. Za nami są też dane o zamówieniach w przemyśle niemieckim – spadek o 2.1%. O godzinie 11:00 poznamy odczyt PKB dla strefy euro. O godzinie 16:00 powinien zostać podany komunikat po wspomnianym już posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej.
Tymczasem rynek złota wyrwał się chyba z objęć niedźwiedzia i szansa na kontynuację spadków w widocznym kanale spadkowym przeminęła. Rynek powinien teraz zmierzać w kierunku 1350$ – tam też znajduje się poziom oporu oraz środkowa linia kanału wzrostowego. Wsparciem będzie teraz poziom 1250 i okolice – stanowiące jeszcze niedawno opór.
Rynek ropy nie jest pewien, czy uda się przeprowadzić cięcia produkcji do końca, a w Stanach Zjednoczonych dodatkowo rośnie produkcja. Do średnioterminowego wsparcia cenowego doliczyć trzeba też zwiększone zapasy. W perspektywie tygodniowej nie powinniśmy spodziewać się wyższych poziomów cenowych od 46-47 dolarów za baryłkę. W dłuższej perspektywie oczekiwać jednak można ropy naftowej w okolicach 60 dolarów. Więcej w materiale wideo.
Rośnie liczba maturzystów, którzy decydują się na kontynuację nauki poza granicami Polski. W tym roku liczba aplikacji na zagraniczne uczelnie już wzrosła o 20 proc. – wynika ze statystyk Elab Education Laboratory. Chętnych może być jednak znacznie więcej, bo co czwarty student ostateczną decyzję podejmie po uzyskaniu wyników z matury. Na popularność studiów zagranicznych mogą wpłynąć także zmiany w szkolnictwie wyższym.
– Rząd chce polepszyć jakość studiowania w Polsce, więc nie stawia się już na ilość. Automatycznie każdy z wykładowców będzie mieć pod sobą mniej studentów, więc liczba nowych miejsc na uczelniach zostanie ograniczona, w zależności od uczelni nawet o 50 proc. Wszystko będzie zależało od kadr i tego, jak uczelnie poradzą sobie z rekrutacją nauczycieli akademickich, aby zachować proporcję 1:13 – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Jeziorowski, szef konsultantów w Elab Education Laboratory, firmie pomagającej w aplikowaniu na uczelnie zagraniczne.
Zmiany zasad naliczania dotacji dla szkół wyższych, które wprowadza rozporządzenia ministra nauki i szkolnictwa wyższego o sposobie podziału dotacji z budżetu państwa, oznaczają znacznie mniej miejsc na polskich uczelniach. Na jednego wykładowcę ma przypadać nie więcej niż 13 studentów, to zaś dla większości szkół wyższych oznacza konieczność zmniejszenia liczby przyjmowanych maturzystów.
– Dla studentów oznacza to, że konkurencja będzie większa, żeby dostać się na te najbardziej prestiżowe studia. Ale to oznacza też, że częściej będą szukać alternatywy za granicą. Studia zagraniczne są dobrą i dostępną alternatywą. Odkąd weszliśmy do UE są kraje, w których możemy studiować nawet zupełnie za darmo – przypomina Jeziorowski.
Coraz więcej młodych osób rozważa kontynuowanie edukacji poza granicami kraju. W tym roku liczba zgłoszeń wzrosła o 20 proc. względem 2016 roku. Konsultanci ELAB wysłali już ok. 800 aplikacji, może ich jednak być znacznie więcej, bo część studentów ostateczną decyzję co do miejsca studiów podejmuje dopiero po ogłoszeniu wyników matury. Nawet pod koniec czerwca na najbardziej prestiżowych uczelniach w Europie można liczyć na wolne miejsca.
– Najbardziej popularne są brytyjskie uczelnie – Oxford i Cambridge, ale nie tylko. Jest mnóstwo uczelni, które mają niższe kryteria ocen na maturze, nawet dwa rozszerzenia po 60 proc. To przede wszystkim brytyjskie uczelnie, ale także duńskie i holenderskie – wymienia ekspert.
Zagraniczne studia nie muszą też oznaczać problemów dla domowego budżetu. W Danii, choć to jeden z najdroższych krajów europejskich, studiowanie jest darmowe. Co więcej, studenci mogą się też ubiegać o stypendium rządowe przy pracy minimum 10 godzin tygodniowo. Podobne zachęty stosują też uczelnie skandynawskie i niemieckie.
– W Wielkiej Brytanii koszt zależy od tego, czy wybierzemy Anglię, Szkocję czy Walię. W Szkocji studia dla Polaków są za darmo. W Anglii to jest koszt 9 tys. 250 funtów rocznie. Najdroższe są studia w USA – 20 tys. dolarów i więcej za rok, ale najzdolniejsi studenci mogą studiować za darmo – podkreśla Przemysław Jeziorowski.
W Wielkiej Brytanii średni roczny koszt studiów przekracza 9 tys. funtów. Wszyscy obywatele UE mogą jednak liczyć na pożyczkę rządową, która pokrywa pełne czesne na uczelniach publicznych i do 6 tys. funtów na prywatnych. W Walii koszt studiów to również ok. 9 tys. funtów, jednak blisko 2/3 kwoty finansuje rząd.
– W Wielkiej Brytanii system jest tak skonstruowany, że można studiować i pracować. Chyba że jest to medycyna, wówczas student nie ma czasu na pracę. Podobnie jest w USA. Różnica jest taka, że godziny, w których możemy legalnie pracować w USA jako studenci, będą ograniczone. W krajach europejskich takich przepisów nie ma – mówi Jeziorowski.
Procesy aplikacyjne wyglądają inaczej w różnych krajach. W Anglii wszystko odbywa się za pośrednictwem internetowego systemu UCAS, w Danii – systemu aplikacji OPTAGELSE. Zdarza się jednak, że proces aplikacyjny może się okaza skomplikowany, warto wówczas skorzystać z pomocy wykwalifikowanych doradców, którzy pomogą też w wyborze kierunku.
Jak przekonuje ekspert ELAB, brexit nie powinien wpłynąć na studia w Wielkiej Brytanii w ciągu najbliższych dwóch lat.
– Studenci będą studiowali na takich samych warunkach co obywatele Wielkiej Brytanii, czyli będzie zapewniona rządowa pożyczka na czesne, którą spłaca się rok po zakończeniu studiów. Dla obywateli krajów UE czesne przez najbliższe dwa lata się nie zmieni. Nikt nie wie, ile procedura brexitu będzie trwała i jak się zakończy, więc dlatego gwarantują warunki tylko dla studentów rozpoczynających studia w tym i przyszłym roku – tłumaczy Przemysław Jeziorowski.
Rośnie liczba domów budowanych przez inwestorów indywidualnych. Od stycznia do kwietnia oddano ich do użytku o 5 proc. więcej niż rok wcześniej, natomiast nowych budów rozpoczęto o 12,8 proc. więcej. Pozwoleń na budowę i zgłoszeń z projektem budowlanym było więcej o 24,4 proc. Najtrudniejsze inwestorów indywidualnych czeka jednak na końcu – wykończeniówka. Często oszczędzamy na materiałach i instalacjach, na które się decydujemy, nie patrząc na późniejsze koszty remontów i eksploatacji.
Postawienie murów, zwłaszcza w konstrukcji o prostej bryle, to kwestia kilku tygodni. Natomiast wykończenie domu, podłączenie i zakup instalacji, przygotowanie ścian i podłóg może zabrać miesiące, jeśli nie lata. Czasem jednak warto poczekać i uzbierać pieniądze na lepsze materiały, bo te starczą na dłużej i będą tańsze w eksploatacji.
– Wykończenie domu to ten etap budowy, który potrafi pochłonąć największą część budżetu i najczęściej jakiejkolwiek kwoty się nie przeznaczy, to będzie za mało – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kuba Karliński, założyciel, członek zarządu Magmillon, inwestor zarządzający inwestycjami w nieruchomości. – Zachęcamy, żeby o wykończeniu myśleć jeszcze na etapie planowania budowy i bardzo dokładnie się zastanowić, co chcemy finalnie tam mieć.
Przede wszystkim istotny jest wybór instalacji grzewczej do ogrzewania wody i pomieszczeń zimą. Najpopularniejsze są piece gazowe, które można kupić już za kilka tysięcy złotych, jednak bywają drogie w eksploatacji, zwłaszcza jeśli dom jest spory. Alternatywą mogą być piece na groszek lub drewno lub – wspomagająco – instalacje fotowoltaiczne.
– Najwięcej będzie kosztowała pompa ciepła, bo to kilkanaście tysięcy złotych czy więcej, w zależności od powierzchni domu. Natomiast koszty bieżącej eksploatacji będą zdecydowanie najniższe – radzi Kuba Karliński. – W sytuacji, gdybyśmy chcieli ogrzewać gazem, trzeba się liczyć z wydatkiem rzędu kilku czy kilkunastu tysięcy złotych na piec i aparaturę i te koszty eksploatacji będą wynosiły miesięcznie kilkaset złotych w sezonie grzewczym.
Dobór elementów stanowiących o estetyce domu, takich jak podłogi czy kafelki w kuchni i łazience to nie tylko kwestia gustu. Istotne jest zwłaszcza dobranie trwałych materiałów tam, gdzie będą one eksploatowane najczęściej, np. na środku salonu, w pomieszczeniach przechodnich czy w kuchni. Podłoga z twardego drewna czy np. gresu zamiast terakoty w wiatrołapie pozwoli uniknąć szybkiego zniszczenia i konieczności wymiany.
– To odpowiednio zabezpieczone, polakierowane drewno czy też gresy w przypadku tarasów albo posadzki przemysłowe, które mam w kuchni, w kotłowni czy wiatrołapie – podpowiada członek zarządu Magmillon. – One sprawdzają się fantastycznie. Kosztują porównywalnie do płytek, natomiast konserwacja jest zdecydowanie prostsza, są zdecydowanie trwalsze. Wykorzystywane są normalnie w halach przemysłowych, natomiast stają się coraz bardziej popularne również w domach.
Nieprostym zadaniem jest także wybór farb. Zwłaszcza jeśli w domu mieszkają dzieci i zwierzęta, istotne jest, by ściany dawały się umyć. Wśród farb wyróżnić można akrylowe, ceramiczne, strukturalne, dekoracyjne, antykorozyjne czy emulsyjne, które pasują do różnych powierzchni. Ważne, by były dobrze kryjące i odporne na ścieranie. Wtedy nie będzie trzeba często odmalowywać wnętrza.
– W ramach danej kategorii produktu warto po prostu odrobić pracę domową i poszukać takiego producenta, który niekoniecznie będzie najbardziej znanym i najdroższym, ale takim, który za dobrą jakość będzie oczekiwał rozsądnej ceny i ten stosunek wartości uzyskiwanej za cenę – sugeruje Kuba Karliński. – Przy wykańczaniu domu warto także pomyśleć o tym, na czym możemy zaoszczędzić. Jeżeli mamy smykałkę i dwie ręce, które są w stanie coś zrobić, być może część prac wykończeniowych można zrobić samemu.
Koszt pracy to nawet jedna trzecia nakładów na wykończenie, dlatego oszczędności mogą być znaczące, zwłaszcza w tych regionach kraju, gdzie stawki są wyższe. Przy nowej, dobrze przygotowanej wylewce wiele osób potrafi samodzielnie położyć kafelki, o malowaniu ścian nie mówiąc. Jeśli jednak właściciel domu nie ma potrzebnych umiejętności, rozsądniej jest powierzyć prace fachowcowi.
Polskie firmy z sektora kosmicznego – mimo że jego rozwój trwa dopiero kilka lat – mają już na koncie wiele poważnych sukcesów, m.in. w zakresie łazików marsjańskich czy penetratorów. Rząd zgodnie z przyjętą strategią liczy, że dzięki stworzeniu sprzyjających warunków do rozwoju branży do 2030 roku stanie się ona poważnym graczem w Europie. Dziś poważnym wyzwaniem dla firm jest pozyskanie finansowania na projekty badawcze.
– Potencjał rozwoju branży kosmicznej jest bardzo duży, niemniej jednak rozwija się on dopiero od 5 lat, więc w Polsce firmy dopiero powstają, tworzą ten przemysł i rozwijają go. Krokiem milowym jest stworzenie przez obecny rząd planu rozwoju tego sektora. Rząd dostrzegł istotność tego sektora również dla innych sektorów gospodarki, czego wyrazem jest przyjęcie Polskiej Strategii Kosmicznej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bartosz Kędziora, prezes zarządu firmy Astronika.
Wartość polskiego rynku kosmicznego dynamicznie rośnie. Choć na tle światowych gigantów jest stosunkowo niewielka, to dzięki przystąpieniu do Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) trzykrotnie wzrosła liczba firm działających w branży kosmicznej. Liczba podmiotów zarejestrowanych na portalu przetargowym ESA wzrosła z ok. 50 w roku 2012 roku do ponad 360 obecnie.
– Branża kosmiczna w Polsce ma bardzo duży potencjał, mamy bardzo dobrych inżynierów. Niestety, do tej pory nie mieli okazji rozwinąć skrzydeł. Od 2012 roku zrobiliśmy już naprawdę wiele – ocenia Damian Szczerbaty, doradca zarządu firmy Astronika.
Od momentu dołączenia do ESA polscy przedsiębiorcy otrzymali finansowanie w wysokości prawie 42 mln euro, dzięki czemu polski sektor kosmiczny dostał impuls do dynamicznego rozwoju. Początkowo nasza składka do ESA wynosiła 21 mln euro, obecnie to 30 mln euro rocznie. Składka wpłacana na tzw. programy opcjonalne na lata 2017–2020 wzrosła zaś o 9 mln – z 36 do 45 mln euro.
– W Polsce trudno jest się jednak przebić na rynku kosmicznym. Wpływ na to mają nie tylko uwarunkowania polskiego przemysłu, lecz także przemysł zagraniczny, na którym trzeba zaistnieć, żeby móc dostarczać podzespoły, komponenty, wykonywać projekty dla zagranicznych podmiotów To oni są głównymi integratorami satelitów czy misji kosmicznych – tłumaczy Bartosz Kędziora.
Szansą dla polskiego przemysłu kosmicznego jest znalezienie niszy, w której firmy będą mogły zaistnieć. Polska Strategia Kosmiczna zakłada m.in. rozwój nanosatelitów. Jak podkreśla Damian Szczerbaty, po zaledwie kilku latach obecności w ESA trudno jeszcze wskazać polską specjalność, ale firmy mają już dokonania w obszarze penetratorów, które pobierają próbki z ciał niebieskich.
– Przykładem takiego penetratora jest urządzenie Mupus, które jeszcze w 90. latach było projektowane w Centrum Badań Kosmicznych przez dra Jerzego Grygorczuka i które w 2014 roku wylądowało na komecie. Mamy także urządzeń HP3 na misję InSight na Marsa – wymienia Szczerbaty.
HP3, penetrator stworzony przez firmę Astronika, będzie jednym z kluczowych urządzeń pomiarowych na pokładzie lądownika, który będzie badał Marsa. „Kret” wbije się na głębokość 5 metrów pod powierzchnię planety i będzie badał strumienie ciepła. Misja NASA ma się rozpocząć w przyszłym roku.
– Penetratory to jest jeden istotny wątek, w którym polski przemysł jest bardzo silny, ale mamy też elementy związane z łazikami marsjańskimi. Nasi studenci mają sporo sukcesów w tym zakresie i okazuje się, że nie tylko studenci. Mamy też firmę Vigo, która przygotowywała czujniki dla łazika Curiosity – zaznacza doradca zarządu firmy Astronika.
Perspektywy na najbliższe lata całego sektora są optymistyczne. Kluczowa dla rozwoju branży jest współpraca firm z ośrodkami badawczymi i naukowymi, które mają know-how z zakresu technologii kosmicznych.
– Zapotrzebowanie na ten know-how jest ogromne. Jest też duża otwartość po stronie zarówno firm, jak i instytutów badawczych oraz uniwersytetów, więc ta współpraca układa się faktycznie dobrze – ocenia Szczerbaty.
Największym problemem, z którym borykają się firmy z polskiego sektora kosmicznego, jest finansowanie projektów. Te są zwykle kapitałochłonne, więc trzeba zainwestować znaczne środki, by móc liczyć na realny zwrot. Tym bardziej że większość stanowią projekty badawcze, a nie czysto biznesowe.
– Prawdziwy biznes jest w satelitach, ale już w lotach na Marsa nie do końca. Stąd też nie łatwo jest przekonać decydentów dysponujących bardzo dużymi środkami finansowymi, czyli zazwyczaj rządy państw albo nawet międzypaństwowe porozumienia, żeby wydały dużo pieniędzy na coś, co finansowo wprost się nie zwróci, nie skalkuluje. To główny powód, dla którego wiele misji jest opóźnianych, czasem odwoływanych. Zazwyczaj po prostu brakuje pieniędzy – podkreśla Damian Szczerbaty.