Partia Konserwatywna straciła większość w parlamencie. Funt tanieje

Funt runął po tym, jak wstępne wyniki wyborów wskazały, że Partia Konserwatywna straciła większość w parlamencie. Jednak reszta globalnych rynków finansowych na razie pozostaje spokojna, nie widząc w wyborach istotnego powodu do zmiany sentymentu. Ale ponieważ waluty nie lubią niestabilnych rządów, to może nie być koniec rynkowych perturbacji i problemów funta.

Wielka Brytania stoi przed scenariuszem tzw. „zawieszonego parlamentu”, gdzie żadna partia nie posiada samodzielnej większości. Dotychczas rządzący Torysi są najbliżej wygranej, choć do spokojnej kontynuacji brakuje im kilku miejsc. Premier Theresa May poniosła porażkę w realizacji swojego „przebiegłego” planu zwołania przyspieszonych wyborów, by wzmocnić swój mandat. Teraz ryzykiem jest, że May może zrezygnować i rozpocznie się żmudny proces formowania nowego rządu. Taki rezultat ustawia Wielką Brytanię w politycznym chaosie, co jest szczególnie niebezpieczne na zaledwie 11 dni przed oficjalnym startem negocjacji Brexitu, które teraz mogą się opóźnić nawet o kilka miesięcy. „Zamieszony parlament” zwiększa szasnę na „łagodny Brexit” (bardziej ugodowy, pod wpływem woli Laburzystów), ale też nie wyklucza „chaotycznego Brexitu”, gdyż może zabraknąć czasu na ustalenie wszystkich warunków (np. uczestnictwa w jednolitym rynku). Jako że rynki finansowe preferują mocniej reagować na strach niż nadzieje, GBP ma podstawy do dalszej przeceny.

Ani gołębie zacięcie komunikatu ECB, ani przesłuchanie byłego szefa FBI Comeya nie wywołało znaczących ruchów na rynku, mimo że konsekwencje tych wydarzeń mogą być odczuwalne w kolejnych tygodniach. Europejski Bank Centralny podniósł ocenę bilansu ryzyka dla wzrostu gospodarczego do neutralnej i usunął z komunikatu opcję dalszych obniżek stóp procentowych. Pomimo jednak braku zagrożenia deflacji, nasilenia presji inflacyjnej także nie widać, więc zawiedzione zostały oczekiwania tych, którzy liczyli na przyspieszenie procesu normalizacji. Bank przypomniał o sekwencyjności polityki monetarnej i podkreślił, że stopy na obecnym poziomie utrzymane będą jeszcze długo po wygaszeniu programu QE. Rynkowa wycena pierwszej podwyżki w 2018 r. jest coraz bardziej wypychana na odległy termin, a EUR zostało pozbawione paliwa do dalszych wzrostów i stoi przed ryzykiem realizacji zysków z nagromadzonych pozycji. Kolejna wizyta EUR/USD przy 1,11 nie jest wykluczona.

Mimo to unijna waluta wciąż pozostaje pupilem inwestorów, gdyż trudno znaleźć coś lepszego, kiedy GBP jest pogrążony w powyborczym chaosie, JPY nie znajdzie popytu w generalnie pozytywnym klimacie rynkowym, a USD wciąż ma balast w postaci skandalu wokół Trumpa. Wczorajsze przesłuchanie byłego szefa FBI Comeya dotyczące jego wiedzy na temat powiązań sztabu Trumpa z Rosjanami nie przyniosło niezbitych dowodów, że prezydent utrudniał prowadzenie śledztwa (Trump miał namawiać Comeya do porzucenia śledztwa w sprawie byłego prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego. Choć to dobra wiadomość dla USD (i perspektyw polityki gospodarczej), tak z drugiej strony wątpliwe, aby temat niejasnych kontaktów z Rosją odszedł na dobre i dolar musi się liczyć z premią za ryzyko polityczne. Teraz uwaga przenosi się na przyszłotygodniowe posiedzenie FOMC.

Złoty w piątek bierze przykład z generalnej stabilizacji klimatu inwestycyjnego i EUR/PLN dryfuje blisko 4,20. GBP/PLN z oczywistych powodów jest niżej o 8 groszy i pod 4,77 szlifuje nowe tegoroczne minima. Ponieważ Brexit jest ważnym tematem dla całej Europy, jego gospodarcze konsekwencje nie są do zignorowania także w kontekście fundamentów złotego, ale jeszcze za wcześnie, by stały się kluczowym motorem zmienności. EUR/PLN kontynuuje dryf do góry, a na rynku widać, że popyt na złotego się wyczerpuje i czynniki techniczne mogą wywindować EUR/PLN pod 4,25.

Kalendarz w piątek nie zawiera dużo publikacji, więc tym łatwiej będzie utrzymać uwagę na implikacjach brytyjskich wyborów. W efekcie dane o produkcji przemysłowej z Wysp, czy raport z rynku pracy Kanady zostaną zapomniane w 15 minut po publikacji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kurs funta spada po wyborach w Wielkiej Brytanii

Wielki polityczny chaos zapanował w Wielkiej Brytanii po wczorajszych przyspieszonych wyborach. Nie wiadomo kto będzie teraz rządził, kto będzie premierem i kto będzie negocjował brexit. Nie dziwi więc, że w reakcji na pierwsze sondażowe wyniki funt potaniał aż o 9 gr. A to dopiero początek jego przeceny.

Rządząca dotychczas samodzielnie Wielką Brytanią Partia Konserwatywna premier Theresy May zwyciężyła we wczorajszych przyspieszonych wyborach parlamentarnych, ale straciła większość, wynika z wciąż jeszcze niepełnych, ale bardzo prawdopodobnych wyników wyborów. Tym samym, na przestrzeni ostatnich 2. lat, Brytyjczycy kolejny raz źle wybrali. Pierwszy raz uczynili to w wyborach parlamentarnych w 2015 roku, które otworzyły Partii Konserwatywnej i ówczesnemu premierowi Davidowi Cameronowi drzwi do rozpisania referendum ws. wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Drugi raz, gdy w zeszłorocznym referendum opowiedzieli się oni za brexitem. I trzeci raz teraz, gdy w konsekwencji wyborów będziemy mieli do czynienia z tzw. zawieszonym parlamentem, gdzie wprawdzie torysi wygrali wybory, ale nie mają żadnej zdolności koalicyjnej, natomiast pozostałe partie też nie są w stanie stworzyć rządu i stabilnej większości w parlamencie.

Dla Wielkiej Brytanii obecna polityczna rzeczywistość jest najgorszym z możliwych scenariuszy. Na tę chwilę nie wiadomo, kto będzie rządził na Wyspach, kto będzie premierem, a przede wszystkim kto będzie negocjował zainicjowany już proces wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii. I to właśnie to ostatnie, razem z utrzymującą się polityczną niepewnością (prędzej czy później na Wyspach odbędą się kolejne przedterminowe wybory), najbardziej przeraża inwestorów. Brexit stał się faktem. Rząd w Londynie ma 2 lata na ustalenie jego warunków. Tymczasem teraz wybór nie jest już między miękkim a twardym brexitem, ale można się obawiać, że nic nie uda się wynegocjować.

Kurs funta do dolara

GBPUSD kurs funta do dolara

Kurs funta do złotego

GBPPLN kurs funta do złotego

Kurs funta do euro

EURGBP kurs funta do euroW reakcji na pierwsze sondażowe wyniki wyborów, które zostały opublikowane w czwartek o godzinie 23:00 polskiego czasu, inwestorzy rzucili się do wyprzedaży funta. I tak kurs GBP/PLN spadł z poziomu 3,8450 zł do 4,7518 zł, był najtańszy od ponad 7. miesięcy i aż o 65 gr tańszy niż w grudniu br. Notowania GBP/USD tąpnęły z 1,2956 do 1,2693 w nocy, definitywnie kończąc zapoczątkowany w marcu impuls wzrostowy. Kurs EUR/GBP natomiast wzrósł z poziomu 0,8653 tuż przed ogłoszeniem pierwszych sondażowych wyników, do 0,8823 chwilę później i znalazł się najwyżej od prawie 5. miesięcy.

To jeszcze nie koniec wyprzedaży funta. Polityczna niepewność jaka obecnie zawitała na Wyspy Brytyjskie, w tym niepewność odnośnie negocjacji ws. brexitu, co z pewnością też odbije się na nastrojach tamtejszych konsumentów i przedsiębiorców, uderzając tym samym w gospodarkę, będzie prowokować dalszą wyprzedaż brytyjskiej waluty. Szacuję, że na koniec 2017 roku funt potanieje do 4,57 zł, notowania GBP/USD spadną do 1,16, a EUR/GBP wzrośnie do 0,95.

W piątek o godzinie 07:42 kurs GBP/PLN testował poziom 4,7693, GBP/USD 1,2725, a EUR/GBP 0,8808.

Wyniki wyborów w Wielkiej Brytanii zwiększają niepewność nie tylko tam, ale również będą prowadzić do wzrostu awersji do ryzyka na rynkach globalnych. Dlatego też mogą uderzyć w notowania złotego do euro, dolara i szwajcarskiego, jak również popsuć nastroje na warszawskiej giełdzie. Jednocześnie zyskiwać powinny aktywa uważane za bezpieczne, czyli złoto, japoński jen i szwajcarski frank.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Supermarkety wydają coraz mniej gazetek promocyjnych, ograniczają także ich czas obowiązywania

Strategie promocyjno-asortymentowe supermarketów z lat 2015-2016 zostały poddane analizie porównawczej przez instytut badawczy ABR SESTA. Zauważono, że Polomarket oraz Piotr i Paweł zmniejszyły liczbę publikacji. Według ekspertów, jest to związane z walką o wizerunek tańszej sieci, ale z bogatszą ofertą od dyskontów. 

W 2016 roku 25 monitorowanych sieci opublikowało 1 310 gazetki do benchmarku vs 1 352 gazetek w 2015 roku. W całym kanale Polomarket najbardziej ograniczył miesięczny nakład o około 2 wydania (2015 8,1 vs 2016 – 6). Wydłużył też terminy obowiązywania publikacji, średnio o blisko 2 dni. Sieć bardzo zmniejszyła liczbę gazetek, mających 20 i 24 strony. W 2015 roku było ich odpowiednio 31 i 25, a w 2016 roku jedynie 13 i 16. W zeszłym roku najczęściej ukazywały się 16-stronicowe publikacje. Co ciekawe, od lutego br. sieć ponownie wróciła do katalogów z liczbą 20 i 24 stron. Jak wyjaśnia Marcin Dobek z instytutu badawczego ABR SESTA, Polomarket szuka właściwej strategii komunikacyjnej. Celem podniesienia liczby rabatów może być kupowanie od dostawców większej ilości towarów z upustem. Po zakończeniu promocji część z tych artykułów trafia na półkę z ceną regularną. Dzięki temu sieć generuje wyższą marżę.

– Generalnie supermarkety próbują iść w ślady dyskontów, zwiększając liczbę tych produktów, które najlepiej się sprzedają. Jednocześnie utrzymują dotychczasowy asortyment, tylko w mniejszej ilości. Walczą o nowy wizerunek sklepu tańszego od dyskontu. Zarazem chcą pokazywać, że oferują więcej artykułów, niż konkurenci. Właśnie w tym celu, gazetka jest rzadziej wydawana lub mniejsza, albo jedno i drugie występuje łącznie. Bowiem publikacja powinna nie tyle być duża i często wydawana, co skupiać się na wybranych produktach, zarówno kupowanych codzienne, jak i tych droższych i rzadziej nabywanych – tłumaczy dr Maria Andrzej Faliński, ekspert rynku detalicznego.

Rzadsze wydania i krótsze gazetki

Jak zauważa Norbert Kowalski z Grupy AdRetail, sieć Intermarche zredukowała czas trwania gazetek, z 8,8 dni w 2015 do 6,7 w 2016 roku. W opinii eksperta, oczywiście może to być związane z ograniczeniem wydatków, a tym samym ze zmianą jej strategii. Ponadto, ekspert stwierdza, że prawdopodobnie powodem zmiany było częstsze promowanie produktów, przez co objętość oferty mogła zostać zmniejszona.

– Piotr i Paweł też zmniejszył liczbę stron w swoich gazetkach, z 8,6 w 2015 roku do 5,4 w 2016 roku. Na średnią wpłynęła głównie decyzja o prawie całkowitej rezygnacji z wydawnictw tematycznych. Ich liczba spadła z 15 w 2015 roku do 2 w 2016 roku. Dwa lata temu miały one ok. 11,5 strony. Ponadto, sieć całkowicie wstrzymała publikacje świąteczne. Zdecydowanie ograniczyła również czas obowiązywania gazetek. W 2015 roku trwał on średnio 11,7 dnia, a w 2016 – 8. Taki wynik osiągnięto, wydając na zmianę, raz krótsze, a raz dłuższe publikacje – mówi Marcin Dobek.

Zdaniem Norberta Kowalskiego, spadek liczby gazetek, wydawanych przez Piotra i Pawła (2015 – 6 vs 2016 – 4,9), ma bezpośredni związek z sytuacją supermarketów na rynku. Po problemach, napotkanych przez Bomi i Almę, przed Piotrem i Pawłem stoi trudne wyzwanie zerwania z wizerunkiem drogiego delikatesu. Według eksperta, zmniejszenie liczby gazetek jest podyktowane cięciami budżetowymi i zmianą strategii komunikacji z klientem. Jej celem jest informowanie o atrakcyjnych cenach. Firmie zależy na „porzuceniu łatki” drogiego sklepu.

– Moim zdaniem, Piotr i Paweł ograniczył liczbę gazetek, bo zapewne część artykułów się nie sprzedawała i pozostawała na sklepie. W związku z tym, nie można było przyjmować towaru na kolejne promocje. Myślę, że ta sieć musi dopracować komunikację sprzedażową, biorąc pod uwagę częstotliwość zakupów klientów. Jeśli odwiedzają oni placówki Piotra i Pawła raz na 7 dni, to należałoby do tego dostosować ofertę. W drugim tygodniu obowiązywania rabatów liczba produktów jest ograniczona, przez co konsumenci mogą nie być usatysfakcjonowani – zauważa Marcin Dobek.

Wzrost liczby gazetek i stron

Tymczasem, dr Faliński dostrzega, że w analizie instytutu badawczego ABR SESTA znalazły się dwie grupy firm handlowych. Pierwsza z nich jest jednolita formatowo, czyli koncentruje się wyłącznie na supermarketach. Należy do niej np. Piotr i Paweł, Polomarket czy Eko. Drugi zbiór tworzą Tesco i Carrefour. Posiadają one różne rodzaje sieci, od convenience po wielkie hipermarkety. Mimo podobieństw poszczególnych sklepów typu supermarket, koncepcje marketingowo-promocyjne każdej takiej firmy są różne. Zależą od tego, jak mieszczą się w promocji całej grupy i jej różnych formatów.

– Carrefour Market wprowadził bardzo dużo gazetek tematycznych. To raczej jest bezpośrednim powodem podniesienia liczby wydawanych gazetek w miesiącu, z poziomu 7,3 w 2015 roku do 8,2 w 2016 roku. Takie działanie pozwala m.in. na podział ofertowy. Wówczas w osobnych wydaniach znajdują się inne kategorie produktów np. zabawki, sezon rowerowy, majówka itp. Dzięki temu, konsumenci szybciej znajdują interesujące ich kategorie, bez konieczności przeglądania całych gazetek o ogólnej tematyce – analizuje Norbert Kowalski.

Natomiast, ekspert z instytutu badawczego ABR SESTA zwraca uwagę na to, że oba supermarkety, należące do Grupy Tesco, zdecydowanie zwiększyły średnią liczbę stron w gazetkach – Tesco 1K (2015 – 9,7 vs 2016 – 15,4) i Tesco CHM (2015 – 12,5 vs 2016 – 21,5). Zdaniem Marcina Dobka, na tę strategię wpłynęło odświeżenie layout’u publikacji. Objęła ona zarówno hipermarkety, jak i supermarkety Tesco.

– Nowopowstała szata graficzna Tesco lepiej eksponuje asortyment. Jednocześnie w bardziej czytelny sposób prezentuje się cena oraz informacja na temat danego artykułu. Konsument może łatwiej odnaleźć najważniejsze opisy. Ten efekt został osiągnięty poprzez zmniejszenie liczby produktów promowanych na jednej stronie. To z kolei wpłynęło na konieczność powiększenia objętości publikacji, w celu zawarcia w niej całej oferty promocyjnej – wyjaśnia Norbert Kowalski.

Jak podsumowuje dr Maria Andrzej Faliński, dynamika wzrostu lub regresu gazetek supermarketów zależy nie tylko od strategii sprzedażowo-marketingowej, ale i konkurencji z liderem rynku. Wśród firm jednolitych wewnętrznie chodzi o koncepcję zderzenia się z dyskontem, którego siłą jest niewielki asortyment, doskonale dobrany wedle szybkości rotacji. Druga część segmentu supermarketowego, funkcjonująca w ramach systemów wielkoformatowych, podlega ogólnym mechanizmom konkurencyjnym i strategicznym. Działa na zdecydowanie większą skalę. Zmiana liczby i objętości gazetek, a także cyklu wydawniczego oznacza dążenie do zwiększenia sprzedaży całego kompleksu sieci w ramach jednej firmy takiej, jak np. Tesco.

Wyścig na megapiksele w smartfonach skończył się już definitywnie. Osoby szukające nowego telefonu większą uwagę zwracają na jakość zdjęć

Wyścig na megapiksele w smartfonach skończył się już definitywnie. Osoby szukające nowego telefonu większą uwagę zwracają na jakość zdjęć 1

Jeszcze kilka lat temu osoby kupujące aparat cyfrowy stosowały proste, choć często błędne założenie: większa liczba megapikseli to lepsza jakość zdjęć. Potem trend ten przeniósł się na rynek smartfonów, przez co producenci starali się wyposażać nowe telefony w matryce o gigantycznych rozdzielczościach. Obecnie jednak rynek wszedł już w fazę dojrzałości i liczą się większe pojedyncze piksele. 

Przykładem nowego, topowego smartfona, który nie epatuje przesadnie wysoką rozdzielczością matrycy, jest Sony Xperia XZ Premium. Jak twierdzi japoński producent, nie chodzi tu o ilość – największą zaletą nowej matrycy wykorzystywanej przez moduł fotograficzny tego smartfona są większe pojedyncze piksele. Dzięki nim na każdy z nich pada w momencie rejestracji obrazu więcej światła, co przekłada się na jego lepszą jakość zdjęć i filmów. Inną zaletą aparatu jest technologia ustawiania ostrości przewidująca, gdzie znajdzie się przemieszczający się przedmiot w momencie wykonania zdjęcia. 

– W Sony Xperia XZ Premium zastosowaliśmy 19-megapikselową matrycę, czyli teoretycznie jest to mniej megapikseli niż w innych modelach. Natomiast są one większe, co oznacza, że łapią więcej światła w polu robienia zdjęcia. Dzięki temu zdjęcie jest lepiej doświetlone, ostrzejsze, ma lepszy kontrast, czerń jest naprawdę czarna, biel jest biała itd. – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Agnieszka Jaśkiewicz, dyrektor ds. marketingu w Sony Mobile Polska.

Większa powierzchnia i większe pojedyncze piksele to jednak nie są jedyne innowacje zastosowane przez Sony – najważniejszego światowego producenta matryc stosowanych w modułach fotograficznych smartfonów, i to właściwie wszystkich marek.

– Ponadto mamy system Motion Eye, czyli dodatkową pamięć zintegrowaną z matrycą, która sprawia, że gdy rejestrujemy ruch, matryca buforuje to, co się dzieje w pamięci. Dzięki temu możemy to albo potem zwalniać do trybu Super Slow-motion, albo uruchomić funkcję Predictive Capture, czyli zapisywanie obrazu, gdy tylko matryca wykryje ruch.

Obecnie użytkownicy smartfonów nie zwracają już tak dużej uwagi na liczbę megapikseli w głównym aparacie telefonu. Dla klientów ważniejsze są wydajność  i możliwości urządzenia, które mają przełożyć się na ostre, dobrej jakości zdjęcia nawet przy słabym oświetleniu lub w przypadku obiektów będących w ruchu.

– Wydaje mi się, że już nie ma tej wojny megapikselowej, która jakiś czas temu była. Jedni mówili dwa, trzy, pięć, siedem, osiem [milionów pikseli – red.]. Gdzieś powyżej 10 zaprzestało się mówić o wojnie megapikselowej. Dla użytkownika ważne jest poczucie, że robi dobre zdjęcia. Na pewno przy modelach premium użytkownicy nie stają już przed półką i nie porównują samych megapikseli. Raczej patrzy się na wydajność, ogólne opinie; dba się o to, żeby zdjęcia były ostre, żeby można było uchwycić różne ciekawe momenty – twierdzi Agnieszka Jaśkiewicz.

Dyrektor ds. marketingu w Sony Mobile Polska podkreśla, że użytkownicy smartfonów Sony często wygrywają rozmaite konkursy organizowane na Instagramie. Według niej to dowód na to, że urządzenia japońskiego producenta potrafią uchwycić najpiękniejsze momenty naszego życia. Przypomina też, że z matryc Sony korzysta wielu innych topowych producentów, choć najnowsze rozwiązania japoński producent przez pewien czas zachowuje na wyłączność.

–  Mogę powiedzieć, że system Motion Eye, który teraz mamy, jest to dla nas ekskluzywne rozwiązanie na około 12 miesięcy. Zakładam, że to oznacza, że po 12 miesiącach każdy będzie mógł się starać o nabycie takiego rozwiązania – podsumowuje Agnieszka Jaśkiewicz.

Polacy planują wydać na wakacyjny urlop blisko 3 tys. zł. Niespełna milion osób zaciągnie na ten cel pożyczkę

Polacy planują wydać na wakacyjny urlop blisko 3 tys. zł. Niespełna milion osób zaciągnie na ten cel pożyczkę 2

2869 zł – tyle średnio Polacy planują wydać na wakacyjny wypoczynek w tym roku – wynika z Barometru Providenta. To średnio o 570 zł więcej niż przed rokiem. Zdecydowana większość wyjeżdżających sfinansuje urlop z oszczędności lub bieżących dochodów, a prawie milion osób zaciągnie na ten cel pożyczkę. Znacznie chętniej wybieramy w tym roku wakacje w kraju niż za granicą.

Według tegorocznego badania Barometr Providenta, aż 43 proc. Polaków wybiera się na wakacje. Jest to stosunkowo dużo, zaobserwowaliśmy, że liczba Polaków, którzy planują wakacyjny wypoczynek, regularnie rośnie, w ubiegłym roku było to 36 proc., a wiec zaobserwowaliśmy wzrost o 7 pkt proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik ds. komunikacji w Provident Polska.

Ponad połowa Polaków sfinansuje swój wyjazd z oszczędności – odkładali na ten cel średnio 8 miesięcy. Co czwarty badany deklaruje, że wystarczy mu środków z bieżących dochodów.

Co ciekawe, 6 proc. wyjeżdżających, czyli ok. 850 tysięcy osób, zaciągnie pożyczki na koszty związane z wyjazdem lub na same wyjazdy wakacyjne –mówi Anna Karasińska, ekspert ds. badań rynkowych w Provident Polska.

W tym roku wydamy statystycznie średnio 570 zł więcej niż przed rokiem, czyli blisko 2,9 tys. zł. Deklarowane wydatki różnią się w zależności od grupy wiekowej, posiadanej rodziny i wysokości zarobków. Osoby samotne przeznaczą na wakacje średnio nieco powyżej 1,7 tys. zł, a rodziny z minimum trójką dzieci – ponad 5 tys. zł. Seniorzy wydadzą na wakacje maksymalnie 1650 zł. Ta grupa wyjeżdża najrzadziej (16 proc. zaplanowało wypoczynek), a urlop jest krótszy niż wynosi średnia dla badania (9 dni vs. 11 dni).  Z kolei osoby młode przeznaczą na wyjazd ok. 3–3,2 tys. zł.

– Osobom do 24 roku życia przypadną najdłuższe urlopy. Jest to związane oczywiście z wakacjami szkolnymi i studenckimi. Ich urlopy wyjazdowe będą trwać powyżej dwóch tygodni – mówi Karasińska.

Od zarobków zależy także kierunek, jaki Polacy wybierają na wakacje. Prawie połowa rodzin, których dochód przekracza 5 tys. zł, spędzi urlop za granicą. Osoby, które planują wydać na wyjazd do 1 tys. zł, wybierają najchętniej polskie góry i wieś.

Zdecydowanie najbardziej popularnym kierunkiem w Polsce jest morze. Blisko 40 proc. osób deklaruje chęć wypoczynku na wybrzeżu. Nieco mniej, bo około 20 proc., wybiera się w góry, a najmniej popularne w Polsce są Mazury – wyjedzie tam 7 proc. badanych – mówi Karolina Łuczak.

Na zagraniczny urlop w tym roku wybierze się 31 proc. Polaków, co już prawie dorównuje odsetkowi osób wyjeżdżających nad polskie morze. Według ekspertów wynika to z rosnącej zamożności Polaków.

Warszawska Wola najszybciej rozwijającą się biznesową dzielnicą w Polsce. Do 2021 roku będzie tu milion mkw. biur

Warszawska Wola najszybciej rozwijającą się biznesową dzielnicą w Polsce. Do 2021 roku będzie tu milion mkw. biur 3

W ciągu najbliższych kilku lat zasoby biurowe na Woli sięgną miliona metrów kwadratowych. Ta jedna z mniejszych dzielnic Warszawy już za kilka lat podwoi liczbę pracowników biurowych przyjeżdżających tu do pracy. Jej zaletą jest przede wszystkim bliskość centrum i dobra komunikacja z resztą miasta. Zdaniem JLL chociaż Woli na razie nie grozi los Służewca Przemysłowego nazywanego potocznie Mordorem, potrzebne jest zaangażowanie władz samorządowych w zaplanowanie jej dalszego rozwoju przestrzennego.

– Warszawa to już ponad 5 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, a w budowie jest kolejnych 700 tys. mkw. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Polkowski, dyrektor działu badań rynku i doradztwa w JLL. – Jeżeli spojrzymy na statystyki europejskie, to Warszawa jest w czołówce dużych miast europejskich, w którym współczynnik powierzchni realizowanej do całkowitej podaży jest jednym z najwyższych. Charakteryzuje się również bardzo wysokim poziomem popytu i chłonności rynku.

Z danych firmy JLL wynika, że zasoby biurowe w dziewięciu największych aglomeracjach przekraczają już 9 mln mkw. Z tego przeszło połowa, bo 5,1 mln mkw., znajduje się w Warszawie. Zagłębiem biurowym stolicy jest Służewiec Przemysłowy, gdzie łączna powierzchnia biur wynosi 1 mln mkw. Jednak najprężniej rozwijającą się pod względem przybywania powierzchni biurowej dzielnicą nie tylko w Warszawie, lecz także w całej Polsce, jest Wola. Dawna dzielnica przemysłowa, a potem poprzemysłowa już od kilkunastu lat zamienia się powoli w centrum finansowe stolicy. Jej rozwój przyspieszył dzięki zaplanowaniu, a potem uruchomieniu w marcu 2015 roku centralnego odcinka drugiej linii metra, która połączyła prawy brzeg Wisły i centrum miasta z Wolą.

 Według naszych statystyk na Woli znajduje się już ponad 600 tys. mkw. nowych biur i to tutaj powstają największe projekty realizowane w historii polskiego rynku nieruchomości. Ta część Warszawy będzie się dynamicznie rozwijać następnych latach – przewiduje Polkowski. – Za kilka lat okolice Ronda Daszyńskiego będą nie do poznania. To tutaj wyrośnie warszawskie City.

W ocenie JLL, do 2021 roku powierzchnia biurowa na Woli powiększy się do 1 mln mkw., a liczba pracowników biurowych na terenie dzielnicy wzrośnie do 115 tys. z 55 tys., czyli ponaddwukrotnie. W tej sytuacji niezwykle ważna jest kwestia dobrego skomunikowania Woli z innymi obszarami miasta i gminami podmiejskimi.

Wola to atrakcyjny rejon dla firm przede wszystkim ze względu na świetną komunikację miejską. Mamy dostęp do metra, SKM, tramwajów i autobusów – podkreśla Polkowski. – Niewiele innych rejonów stolicy może się pochwalić tak świetnym dostępem do komunikacji miejskiej. Jest tu również spora dostępność terenów inwestycyjnych – patrząc z perspektywy deweloperów – co sprzyja rozwojowi tej części miasta.

To jedna z cech odróżniających Wolę od Służewca Przemysłowego, zwanego w Warszawie Mordorem – skupiska biurowców, położonego zdecydowanie dalej od centrum, w południowej części miasta połączonej ze Śródmieściem zakorkowanymi arteriami. Dlatego wiele firm przenosi się stamtąd właśnie na Wolę.

Jak podaje JLL, w ciągu ostatnich trzech lat na Woli zawarto umowy najmu na 360 tys. mkw., z czego 279 tys. mkw. stanowiły nowe kontrakty i ekspansje. Mieszczą się tu m.in. siedziby Goldman Sachs czy BNP Paribas Securities Services. Od 2014 przeniosły tu swoje biura takie firmy, jak Samsung, Raiffeisen Polbank, Frontex, Agencja Rynku Rolnego, Benefit Systems, Stanley Black & Decker, a także JLL.

I choć miks funkcji jest tu dużo bardziej zróżnicowany niż na stricte biurowym Służewcu, eksperci JLL zwracają uwagę na potrzebę zaplanowania rozwoju dzielnicy, tak by zachować równowagę między jej poszczególnymi funkcjami w przyszłości.

– Bardzo brakuje w tym miejscu parku, przestrzeni publicznej, w której mogliby wypoczywać pracownicy biur oraz mieszkańcy – mówi Jan Jakub Zombirt, dyrektor w dziale doradztwa strategicznego w JLL. – Przede wszystkim należałoby stworzyć spójną wizję tego, czym ma być Wola dla Warszawy i jak ma funkcjonować, oraz zadbać o to, by to miejsce miało gospodarza. Tak jak w przypadku Służewca mści się brak planowania, tak na Woli w dłuższej perspektywie taki scenariusz też jest możliwy. W najbliższych latach nie spodziewamy się jednak, żeby doszło do „mordoryzacji” tej dzielnicy.

Z badania firmy wynika, że najwięcej pracowników biur na Woli zamieszkuje dzielnice: Mokotów, Wola oraz Ursynów. Natomiast najbardziej nadreprezentowani w stosunku do liczby ludności danych dzielnic pracownicy wolskich biurowców są na Ursynowie, Wilanowie, Woli, Bemowie oraz Żoliborzu.

– Nowe dzielnice biznesowe w miastach powinny być zaplanowane, powinny powstać na podstawie strategii rozwoju, szczegółowego planu rozłożonego na cele i działania. Powinno się zacząć od zapewnienia wystarczających połączeń transportowych tej dzielnicy z resztą miasta i kluczowymi punktami jak lotnisko, innymi dzielnicami biznesowymi lub miejscami, które zamieszkują pracownicy biur – podkreśla Zombirt. – Następnie zabudowa powinna powstawać na podstawie szczegółowego masterplanu.

Cyfrowa transformacja przyniesie światowej gospodarce 100 bln dol. Przedsiębiorstwa znikną z rynku, jeśli nie dostosują się do jej wymogów

Cyfrowa transformacja przyniesie światowej gospodarce 100 bln dol. Przedsiębiorstwa znikną z rynku, jeśli nie dostosują się do jej wymogów 4

Nowe technologie napędzają cyfrową transformację, która w ciągu najbliższej dekady ma przynieść światowej gospodarce 100 bln dol. Firmy, które nie korzystają z zaawansowanych zdobyczy techniki i nie zmieniają swojego modelu działania, zostaną zepchnięte na margines biznesu – uważa Tomasz Niebylski z SAP Polska, jeden z ekspertów zakończonego właśnie SAP Executive Forum, które na jeden dzień zamieniło Warszawę w technologiczny hub Europy.

– Cyfrowa transformacja nie oznacza prostego wszczepienia technologii do firmy. Oznacza wygenerowanie i wdrożenie zupełnie nowych pomysłów na jej działanie w oparciu o technologię. To poszukiwanie nowych modeli biznesowych dzięki podwoziu technologicznemu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Niebylski, dyrektor wsparcia sprzedaży w Europie Środkowo-Wschodniej w SAP.

W skali globalnej coraz więcej przedsiębiorstw korzysta z analityki big data, sztucznej inteligencji, chmury, uczenia maszynowego czy internetu rzeczy. Globalna firma doradcza IDC szacuje, że do końca tego roku technologie cyfrowe znajdą się w centrum biznesowej strategii 2/3 największych firm na świecie, a 80 proc. będzie mieć w swoich strukturach dział lub zespół odpowiedzialny za cyfrową transformację.

Nowe technologie umożliwiają wdrażanie innowacji, rewolucyjnych modeli biznesowych, pozyskiwanie nowych klientów i odnoszenie korzyści w każdym innym aspekcie działalności przedsiębiorstwa. Według Światowego Forum Ekonomicznego transformacja cyfrowa przyniesie światowej gospodarce ok. 100 bln dol. w ciągu kolejnej dekady.

– Dzisiaj każdy biznes korzysta z technologii. Żeby móc odpowiadać na rosnące skokowo wymagania konsumentów i przeżyć w dzisiejszym świecie, trzeba posiłkować się technologią. Ten, kto z niej nie korzysta, zniknie z biznesu, zostanie wyrzucony na margines. W zasadzie nie istnieją dzisiaj biznesy, które nie muszą się wspomagać nowymi technologiami – mówi Tomasz Niebylski.

Z ubiegłorocznego badania „Digital Transformation 2016” firmy doradczej Deloitte wynika, że polskie firmy obawiają się cyfrowej transformacji, ale rozumieją też, że nie ma od niej odwrotu. Cyfryzację postrzegają jako czynnik, który zadecyduje o ich przewadze konkurencyjnej i utrzymaniu się na rynku. Ponad połowa (51 proc.) polskich firm ma wizję transformacji cyfrowej, a 41 proc. opracowało szczegółowy plan biznesowy i inwestycyjny.

Ogromną – i rosnącą z roku na rok – popularnością cieszą się rozwiązania chmurowe.

– Technologie chmurowe są ułatwieniem dla firm, które nie mogą się skoncentrować na prowadzeniu biznesu, a nie na procesach back-office’owych, Zwłaszcza dla firm małych, które często nie są w stanie podołać inwestycjom w IT. Dla nich rozwiązania chmurowe to szansa na szybkie wsparcie działalności biznesowej przy minimalnej inwestycji początkowej – mówi Tomasz Niebylski.

Według prognoz IDC chmura będzie jednym z kluczowych elementów cyfrowej transformacji. Do 2020 roku wydatki firm na oprogramowanie, sprzęt, wdrożenia, serwis oraz zarządzanie usługami w chmurze wyniosą w skali globalnej ponad 500 mld dol., czyli trzykrotnie więcej niż obecnie. W tym samym czasie 45 proc. oprogramowania i infrastruktury IT w europejskich przedsiębiorstwach będzie dostarczane w chmurze.

W dwucyfrowym tempie rośnie też popularność internetu rzeczy (IoT), który w 2020 roku będzie wart globalnie ponad 1,5 bln dol. PwC szacuje, że w ciągu kolejnych czterech lat baza urządzeń zdolnych do połączenia z internetem przekroczy 50 mld dol. Wśród technologii, które stanowią filar cyfrowej transformacji, są ponadto uczenie maszynowe (machine learning), big data, blockchain (rozproszone rejestry) oraz odmieniana przez wszystkie przypadki sztuczna inteligencja (AI).

Dyrektor SAP zauważa, że w samym centrum cyfrowej transformacji znajdują się start-upy, które nie są skrępowane tradycyjnym podejściem do biznesu. Korporacje i duże firmy będą zmuszone uczyć się od nich i wypracować właściwy model współdziałania.

– Duże organizacje często mają opory, żeby zmieniać swój tradycyjny biznes, który przecież cały czas generuje profity. Natomiast start-upy nie mają innego wyjścia i muszą poszukiwać nowych nisz – mówi Tomasz Niebylski – Oczywiście, pojawia się pytanie o model współpracy między nimi. Najbardziej typowa jest koegzystencja. Duże firmy zaczynają przejmować start-upy, dają im pewną swobodę działania i możliwość kreatywnego myślenia, a z drugiej strony równolegle prowadzą swój tradycyjny biznes. W pewnym momencie następuje spokojne i bezproblemowe przejście z jednego modelu na drugi – dodaje.

Ekspert SAP zauważa, że inwestycje w przedsięwzięcia start-upowe, przejmowanie ich przez większe podmioty i tworzenie inkubatorów dla innowacyjnych mikroprzedsiębiorstw to bardzo popularne na polskim rynku praktyki, które wdraża wiele korporacji.

Rozwój i możliwości, które stwarzają nowe technologie, to jeden z tematów warszawskiej edycji SAP Executive Forum 2017. Na zaproszenie globalnej spółki, wyspecjalizowanej w aplikacjach dla biznesu, w stolicy gościło w ubiegłym tygodniu ponad 450 menadżerów, CEO i specjalistów z zakresu nowych technologii z całej Europy. Specjalnym gościem był redaktor naczelny brytyjskiej edycji legendarnego magazynu „Wired” David Rowan, wielokrotnie nagradzany dziennikarz specjalizujący się w cyfrowych technologiach. Partnerem merytorycznym konferencji był Deloitte, partnerem technologicznym – Huawei.

Na tradycyjnych metodach wycen transportu morskiego firmy tracą do 10 mld dolarów rocznie. Polska firma stworzyła aplikację, która zrewolucjonizuje rynek wycen frachtu

Na tradycyjnych metodach wycen transportu morskiego firmy tracą do 10 mld dolarów rocznie. Polska firma stworzyła aplikację, która zrewolucjonizuje rynek wycen frachtu 5

Narzędzie stworzone przez firmę Quotiss pozwala uprościć i skrócić proces wyceny transportu morskiego. Dotychczas stosowane metody wyceny frachtu zajmowały od 2 godzin do 2 dni, a 10 proc. wyceny zawierało błędy. Dzięki aplikacji Quotiss proces ten trwa kilka sekund, a wszystkie stawki są poprawne. Od początku tego roku na wdrożenie aplikacji zdecydowało się już kilka znaczących firm. Producent zakłada, że aplikację docelowo będzie stosować 20 proc. przedsiębiorstw działających w branży transportu kontenerowego.

– Quotiss to innowacyjne narzędzie dla branży transportu kontenerowego. To mało widoczna, ale ogromna branża – 90 proc. towarów albo przepłynęło statkiem albo ma komponent, który tym statkiem przypłynął. Przede wszystkim jest to rozwiązanie w chmurze, a branża mimo, że tak ogromna, jest bardzo tradycyjna. Takiego rozwiązania w chmurze jeszcze nie było, to oprogramowanie do automatycznej wyceny kosztów transportu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Zarzecki, założyciel Quotiss.

Dotychczas stosowane procesy wyceny frachtu morskiego zajmują od 2 godzin do nawet 2 dni. Szacuje się przy tym, że około 10 proc. wycen zawiera błędy, przede wszystkim ze względu na skomplikowany manualny proces wprowadzania danych, przy którym korzysta się zazwyczaj z programów typu Excel czy Word, oraz zmienność i złożoność stawek. Aplikacja Quotiss może zrewolucjonizować rynek wycen statków, ponieważ pozwala skrócić proces wyceny do kilku sekund i zapewnia jego bezbłędność.

– Opracowaliśmy algorytm, który znacznie upraszcza cały ten proces. Do tej pory wszystkie firmy próbowały bardzo skomplikowane procesy wewnątrz przedsiębiorstwa w jakiś sposób zdigitalizować. Poszliśmy inną drogą: najpierw uprościliśmy cały proces, potem nałożyliśmy technologię. Dzięki temu 99 proc. wycen kosztów transportu kontenera można wykonać automatycznie przy pomocy algorytmu – wyjaśnia Marcin Zarzecki.

Jak tłumaczy założyciel Quotiss, pomysł na tego typu rozwiązanie to efekt długoletniej pracy w branży, w której innowacji jest bardzo mało. Ponadto tradycyjne sposoby wyceny transportu towarów statkami i popełniane przy tym błędy sprawiają, że straty dla firm są ogromne. Quotiss podaje, że może to je kosztować nawet 10 mld dolarów rocznie.

– Oficjalnie zadebiutowaliśmy 1 września 2016 roku. Jednak już w 2015 roku pierwszy raz pokazaliśmy prototyp na rynku. W styczniu tego roku wdrożyliśmy nasze rozwiązanie do 3 firm, a w tej chwili mamy podpisane 6 umów. Ciągle jest to pewien prototyp, ale to prototyp, który już działa, za który klienci już płacą. Natomiast do końca roku chcemy napisać narzędzie, które będzie obsługiwało ten proces wyceny – zapowiada Zarzecki.

Firma ma ambitne plany na przyszłość. Docelowo narzędzie do wyceny frachtu morskiego ma być dopiero początkiem. Quotiss chce stać się czołowym dostawcą oprogramowania dla branży logistycznej i oferować produkt także dla frachtu drogowego, kolejowego i lotniczego. Duże nadzieje związane z rozwojem Zarzecki widzi w programie Campus Residency prowadzonym przez Google. Do programu dla startupów w fazie wzrostu zakwalifikował się m.in. właśnie Quotiss.

– Przede wszystkim liczymy na dalszy networking i mentoring. Bardzo dużo nawiązaliśmy kontaktów. Dzięki Campusowi wypłynęliśmy na szersze wody, poznaliśmy naszego wspólnika CTO, który odpowiada za sprawy informatyczne. Dzięki Campusowi nasza firma się rozwija bardzo szybko. Liczymy na przyśpieszenie tego rozwoju, bo klienci są i chcą nasz produkt kupować – mówi założyciel firmy.

Plany na najbliższą przyszłość to osiągnięcie poziomu sprzedaży, w którym oferowana aplikacja znajdzie się w 20 proc. firm na polskim rynku. Mimo że firma jest bardzo młoda, zdaniem jej założyciela te plany są jak najbardziej realne.

– Na bazie doświadczeń polskich, na przyszły rok chcemy planować rozwój w kilku krajach europejskich. Prawdopodobnie będzie to Belgia, Holandia, a także i Wielka Brytania – zapowiada Marcin Zarzecki.

Rząd dąży do zmniejszenia spożycia alkoholu. Rozważa nowe regulacje i chce promować odpowiedzialną konsumpcję

Rząd dąży do zmniejszenia spożycia alkoholu. Rozważa nowe regulacje i chce promować odpowiedzialną konsumpcję 6

Rząd pracuje nad przepisami, które mają ograniczać reklamy alkoholu. Według wstępnych deklaracji zmienić mogą się przepisy dotyczące napojów niskoprocentowych i regulacje dotyczące punktów sprzedaży. W Polsce – według danych PARPA – konsumpcja czystego alkoholu etylowego wynosi ok. 9,4 litrów rocznie na mieszkańca, co stawia nas poniżej średniej europejskiej. Jednocześnie przedstawiciele rządu, organizacji pozarządowych oraz branży spirytusowej podkreślają rolę edukacji społecznej jako skutecznej i kluczowej drogi do promowania odpowiedzialnego spożycia alkoholu.

 Obecnie mamy możliwość obserwować reklamy piwa prezentujące pięknych, zdrowych ludzi pijących właśnie ten napój. Reklamy oczywiście promują picie odpowiedzialne, nie zmienia to jednak faktu, że piwo zawiera alkohol. Dlatego jednym z naszych zamierzeń, jako Ministerstwa Zdrowia, jest ograniczenie reklam alkoholu – powiedział podczas debaty „Gazety Polskiej” Zbigniew Król, wiceminister zdrowia.

Według danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych średnie spożycie czystego alkoholu etylowego wynosi obecnie 9,4 litra na mieszkańca rocznie. Badania przeprowadzane przez różne ośrodki badań społecznych pokazują, że Polacy najczęściej piją piwo, które jednocześnie i mylnie, przez wiele osób nie jest uznawane za alkohol. Pod koniec marca Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych przedstawiła swoje statystyki, które pokazują, że dwie trzecie wypijanego w Polsce alkoholu to właśnie piwo, a około 30 proc. – trunki wysokoprocentowe.

– W przypadku niektórych alkoholi, na przykład mocnego piwa – 10 proc. i więcej, jego aktualna cena jest nieadekwatna. Kiedy w 2014 roku podnieśliśmy akcyzę na alkohol wysokoprocentowy, to konsumpcja w tej kategorii spadła. To jest kwestia, w której na pewno będą prowadzone rozmowy i na pewno będą zaplanowane działania – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zbigniew Król.

Ocenia się, że Polacy w przeważającej większości spożywają alkohol w sposób odpowiedzialny. Według danych Ministerstwa Zdrowia jedynie 12 proc. społeczeństwa nadużywa alkoholu w sposób zagrażający zdrowiu. Podczas debaty padły deklaracje o konieczności ograniczenia dostępu do alkoholu oraz zmiany przepisów dotyczących reklamowania alkoholu i polityki cenowej. Wszystkie strony zgodziły się również co do tego, że czynnikiem niezmiernie ważnym jest rozsądna, nowoczesna i dostosowana do różnych grup odbiorców edukacja społeczna.

Pracujemy również nad ograniczeniami, które dotyczą dostępu do alkoholu. Problemem jest dostępność punktu sprzedaży. Im mniej tych punktów, tym bardziej konsumpcja spada. To zostało udowodnione w krajach europejskich, które podchodzą poważnie do problemu konsumpcji alkoholu. Nie chcemy tego robić wycinkowo, jednostkowo. Chcemy skonstruować pewnego rodzaju system, który będziemy budować aktami prawnymi – deklaruje wiceminister zdrowia.

Wiceminister zdrowia podkreśla, że przeciwdziałanie szkodliwemu spożywania alkoholu jest jednym z filarów Narodowego Programu Zdrowia. Natomiast obecnie resort mocno skupia się na działaniach, które mają promować postawy abstynenckie albo odpowiedzialne spożywanie alkoholu.

Głównym wątkiem, nad którym pracujemy, w zasadzie część rzeczy jest już gotowych, jest uświadomienie, że alkohol jest substancją psychoaktywną. Problem niekiedy takiej „minuty z życia”, kiedy siadamy za kierownicą pod wpływem alkoholu i trafiamy bezwzględnie do więzienia, jeżeli spowodujemy wypadek. Chcemy uświadomić społeczeństwo, że kieliszek wódki, lampka wina, mały kufel piwa, to ta sama dawka C2H5O2, który ma wpływ na cały organizm – mówi Zbigniew Król.

Zdaniem Anety Jóźwickiej, przewodniczącej Komitetu Społecznej Odpowiedzialności Związku Pracodawców Polskiego Przemysłu Spirytusowego, zrewidowania wymaga przestarzała ustawa, która choć pochodzi z lat 80., wciąż reguluje rynek. Mimo wielu nowelizacji jej zapisy nie przystają do obecnych realiów.

Ustawa wprowadziła bardzo nierówne zasady funkcjonowania na rynku dla poszczególnych kategorii alkoholowych. Skoro wiemy, że każdy napój alkoholowy – piwo, wino, wódka, zawiera alkohol etylowy i każdy powinien być spożywany tak samo odpowiedzialnie, to powinniśmy mieć również przepisy regulujące polski rynek alkoholowy w sposób równoważny dla wszystkich kategorii, które na nim występują – uważa Aneta Jóźwicka.

Zdaniem ekspertki najważniejszym aspektem pozostaje jednak edukacja społeczna i propagowanie odpowiedzialnej konsumpcji alkoholu.

– Alkohol powinien się nam kojarzyć z odpowiedzialną konsumpcją. To oznacza przede wszystkim wiedzę dotyczącą tego, że w każdym napoju alkoholowym zawarty jest taki sam alkohol etylowy – mówi Aneta Jóźwicka.

Poniedziałkowy protest taksówkarzy przyniósł efekt odwrotny do zamierzonego. Uber zanotował wzrost liczby klientów

Poniedziałkowy protest taksówkarzy przyniósł efekt odwrotny do zamierzonego. Uber zanotował wzrost liczby klientów 7

W poniedziałek ruch uliczny w wielu miastach został zablokowany przez taksówkarzy protestujących przeciwko funkcjonowaniu w Polsce firmy Uber. Forma strajku okazała się jednak na tyle nieprzyjemna dla potencjalnych klientów taksówek, że jego końcowy efekt może być odwrotny do zamierzonego. Największym beneficjentem protestu przeciwko Uberowi okazuje się właśnie Uber.

Amerykański gigant świadczy usługi przewozu osób na nieco innych zasadach, oferując dzięki temu korzystniejsze ceny przejazdów, a przez to odbierając klientów taksówkarzom. Dlatego ci ostatni zdecydowali się na strajk – w poniedziałek zablokowali najważniejsze ulice wielu polskich miast.

– Przeanalizowaliśmy wzmianki, które zostały opublikowane w poniedziałek i we wtorek. Pojawiło się ich ponad 32 tys. w polskim internecie i wszystkie dotyczyły strajku taksówkarzy. Na jedną pozytywną wypowiedź, czyli taką, która wspierała taksówkarzy w ich roszczeniach, przypadały trzy negatywne, które zachęcały do korzystania z innych form albo wyrażały się krytycznie na temat tego, że ulice są zakorkowane w wielkich miastach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jagoda Prętnicka-Markiewicz z firmy SentiOne, zajmującej się monitoringiem internetu.

Jak pokazuje raport przygotowany przez SentiOne, najwięcej negatywnych wypowiedzi pod kątem taksówkarzy zostało opublikowanych w godzinach porannych. To naturalnie efekt tego, że właśnie o tej porze mieszkańcy miast zablokowanych przez protest starali się dotrzeć do swoich miejsc pracy lub nauki i napotykali na związane z tym problemy. A wtedy – często w niezbyt wybredny sposób – wypowiadali się na temat strajkujących.

– Natomiast po południu i wieczorem pojawiło się już wiele bardziej konstruktywnych wypowiedzi, które odnosiły się do tego, jak powinno się podejść do sytuacji, czyli poza krytyką samego podejścia do protestu i jego formy sugerowały, jak można by zrobić to prawidłowo – dodaje Jagoda Prętnicka-Markiewicz.

O ile jednak opinie zamieszczane w internecie nie mają bezpośredniego przełożenia na rynek usług przewozowych w Polsce, o tyle wybory dużych grup klientów mają już ogromne znaczenie. A ci – zirytowani postępowaniem taksówkarzy – postanowili „ukarać ich”, korzystając właśnie z usług firmy Uber.

– Od kiedy Uber pojawił się w Polsce, rozwijamy się niezwykle dynamicznie, wzrost liczby użytkowników jest stały. Natomiast w ostatnich dniach zanotowaliśmy większy niż zwykle wzrost – podkreśla  Kacper Winiarczyk, dyrektor generalny Uber Polska.

Przyczyną napięć na polskim rynku usług przewozowych nie jest przy tym sama obecność firmy Uber czy mniejszych przewoźników oferujących przewóz osób, ale brak odpowiednich rozwiązań prawnych, które prawidłowo uregulowałyby ten rynek.

– Inicjatywa prawna leży tutaj po stronie państwa. My oczywiście czekamy na regulacje, które trochę uporządkują ten polski rynek i lepiej opiszą to, co na tym rynku się teraz dzieje. Oczekujemy regulacji, które zapewnią pasażerom dostęp do tych usług, które chcą otrzymywać – deklaruje Kacper Winiarczyk.

Jak przekonuje szef firmy Uber w Polsce, zanotowany w ostatnich dniach wzrost liczby klientów to jednak nie tylko efekt strajku. Głównymi zaletami świadczonych przez firmę usług mają być przejrzystość oferty i atrakcyjne koszty przejazdów.

– Przede wszystkim skupiamy się na tym, aby porządnie wykonywać naszą pracę, czyli oferować mieszkańcom miast, w których funkcjonujemy, przejazdy, które są bezpieczne, które są wygodne, przejrzyste i dostępne cenowo. I widać, że Polacy takich rozwiązań poszukują, obecnie już ponad milion użytkowników w Polsce korzysta z Ubera. Będziemy skupiać się na tym, aby pośród tych użytkowników pojawił się następny milion – obiecuje Kacper Winiarczyk.

Tworzywa sztuczne zrównoważonym zasobem dzięki badaniom naukowym

Duża część odpadów z tworzyw sztucznych nie nadaje się do recyklingu. Badania naukowe w ramach projektu Vinnova, prowadzone przez firmę Boliden i Stena Recycling w Szwecji wykazują jednak, że tworzywa można wykorzystać jako zasoby w procesie wytopu i zastąpić nimi surowce pierwotne takie jak węgiel.

W Szwecji każdego roku powstaje około 300 tys. ton odpadów tworzyw sztucznych, których nie można poddać recyklingowi ze względu na ich złożony skład. Większość z nich zawiera różne rodzaje materiałów, które z punktu widzenia recyklingu zanieczyszczają je. Tworzywa sztuczne mogą  pochodzić z produkcji w przemyśle wytwórczym lub ze złomowanych produktów, takich jak sprzęt elektroniczny i kable. Większość można wykorzystać do odzysku energii, ale część, z braku innych rozwiązań, trafia na składowiska.

To wielkie wyzwanie i naszą ambicją jest znalezienie zrównoważonych rozwiązań, pozwalających na recykling możliwie jak największej ilości tworzyw sztucznych – mówi Marianne Gyllenhammar, kierownik projektu w Dziale Badawczo-Rozwojowym w Stena Recycling.

W niedawno zakończonym projekcie badawczym, finansowanym przez Vinnova – szwedzką agencję rządową administrującą funduszami na projekty badawczo-rozwojowe – testowano zupełnie nowe rozwiązanie. Uczestniczyła w nim firma Boliden, która prowadzi działalność odlewniczą wykorzystującą energochłonne procesy. W ramach projektu badano tworzywa jako reduktory i zamienniki koksu – paliwa kopalnego wykorzystywanego do procesu recyklingu cynku z żużlu w zakładzie w Rönnskär.

Technologia sprawdziła się doskonale w warunkach produkcyjnych. Oznacza to, że problematyczne tworzywa sztuczne, które dotychczas trafiały na składowiska, mogą dostarczać energię i zastąpić kopalne paliwo jak koks, a jednocześnie pełnić rolę reduktora w procesie wytopu. Metoda umożliwia także recykling domieszki metali w tworzywach, które w przeciwnym razie zmarnowałyby się na składowisku lub zostały poddane spalaniu.

Rozwiązanie to przynosi korzyści całemu łańcuchowi – od producentów i konsumentów po firmy recyklingowe i zakłady takich firm jak Boliden. Przemysł wytwórczy i firmy recyklingowe mogą przenieść materiał na wyższy poziom w hierarchii sposobów postępowania z odpadami, a firma Boliden może zmniejszyć zakupy kopalnych surowców na korzyść opcji bardziej przyjaznej dla klimatu. Jeżeli Boliden zainwestuje w instalację, potencjalnie w pierwszym etapie będzie można zastąpić ponad 10 tys. ton koksu dla jednego pieca.

Co trzeci pracownik ma problem z efektywną pracą po południu. Drobne zmiany w firmie mogą zwiększyć wydajność pracy

Co trzeci pracownik ma problem z efektywną pracą po południu. Drobne zmiany w firmie mogą zwiększyć wydajność pracy 8

Odpowiednia organizacja pracy w firmie może mieć pozytywny wpływ na wydajność pracowników. Nie chodzi o rewolucyjne zmiany, tylko o drobne usprawnienia – mówi psycholog Małgorzata Czernecka. Przykładowo, najtrudniejsze zadania powinny być wykonywane rano, kiedy pracownik jest najbardziej wypoczęty, a spotkania powinny się odbywać miedzy godz. 11 a 15, kiedy efektywność jest największa. Pracodawcy powinni też nakłaniać pracowników do odpowiedniej dawki odpoczynku, snu, zdrowego jedzenia i aktywności fizycznej.

– Współczesne organizacje działają według paradygmatu „szybciej i więcej”. Przeciętny menadżer uczestniczy w trzech spotkaniach dziennie, co daje 15 godzin spotkań tygodniowo. Odbiera również około 100–200 e-maili dziennie, do tego dochodzą telefony od klientów i zapytania od współpracowników –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Czernecka, psycholog, prezes zarządu Human Power. – To rodzi naturalne pytanie o sposób, w jaki pracujemy. Za co organizacje płacą swoim pracownikom? Za bycie w stanie ciągłego rozproszenia czy za efektywną pracę?

W 2015 roku przeciętny Polak przepracował w ciągu roku 1963 godziny, podczas gdy średnia dla krajów OECD wyniosła 1766 godzin. Z raportu „Praca, moc, energia w polskich firmach”, przygotowanego przez Human Power, wynika, że ponad 46,4 proc. pracowników w polskich firmach pracuje przez wiele godzin, nie robiąc sobie żadnych przerw. Niemal dwóch na trzech pracowników jada posiłki w dłuższych odstępach czasu niż zalecane przez dietetyków trzy godziny, zaś więcej niż jeden na trzech jada niezdrowe zupy instant lub dania gotowe i fast foody.

78 proc. pracuje przez większość dnia w jednej pozycji. 30 proc. zatrudnionych się nie wysypia, poświęcając na sen mniej niż sześć godzin na dobę. Dwa razy tyle budzi się rano z poczuciem zmęczenia. W efekcie co trzeci pracownik ma problem z efektywną pracą w godzinach popołudniowych.

– Gdybyśmy mieli pomyśleć, co organizacje mogą zrobić, żeby zacząć pracować bardziej efektywnie, zgodnie z zasadami zarządzania energią swoich pracowników, to najpierw dobrze by było, żeby zrobiły rozpoznanie sytuacji, kondycji pracowników i stylu, w jakim pracują – proponuje psycholog. – Może to być audyt energetyczny, badanie w obszarze zdrowia i ogólnej kondycji fizycznej. Następnie, jak już będzie wiadomo, które obszary wymagają największej uwagi, a według mojego doświadczenia zwykle jest to odpoczywanie oraz umysł, to wtedy mogą powołać zespół osób wewnątrz organizacji, które wspólnie wypracują różnego rodzaju rozwiązania możliwe do wdrożenia.

Na jakości pracy cieniem kładą się głównie brak snu, brak ruchu i nieprawidłowe odżywanie. Z badań wynika, że u osób, które śpią mniej niż sześć godzin na dobę, istnieje o 4,2 razy większe prawdopodobieństwo, że zachorują, w porównaniu z tymi, które śpią więcej niż siedem godzin. Z kolei u osób, które śpią krócej niż pięć godzin, to prawdopodobieństwo wzrasta 4,5 razy. Dodatkowo stan niewyspania powoduje problemy z pamięcią i koncentracją oraz zwiększa liczbę popełnianych przez pracownika błędów, zwłaszcza po kilku godzinach pracy.

Więcej niż połowa ankietowanych w badaniu „Praca, moc, energia w polskich firmach” pracuje więcej niż osiem godzin dziennie, a co trzeci przynosi pracę do domu. Powoduje to stan permanentnego przemęczenia i sprawia, że pracownicy nie wykorzystują swojego potencjału. Jak podkreśla Małgorzata Czernecka, ustalenie pewnych zasad w firmie może wpłynąć na poprawę sytuacji.

– Przykładowo można wyznaczyć zasadę, że najtrudniejsze zadania mogą pracownicy wykonywać z samego rana. Wtedy nie muszą np. odbierać poczty e-mailowej – podpowiada prezes Human Power. – Kolejną zasadą może być to, że spotkania są organizowane  wyłącznie między 11 a 15, kiedy pracownicy są najbardziej efektywni. Tych zasad może być więcej. Ważne, aby zaczynać zmianę od bardzo małej rzeczy, dlatego że coś, co tworzyło się przez 5 czy 10 lat w organizacji, trudno jest nagle zmienić w ciągu jednego miesiąca. Warto też mieć ambasadorów tej zmiany.

Podobnie jak ze snem ma się sprawa z odżywianiem. Według Światowej Organizacji Zdrowia prawidłowo zbilansowana dieta, z przerwami między posiłkami nie dłuższymi niż trzygodzinne, podnosi wydajność pracownika nawet o 20 proc. Z kolei według na nowo rozrysowanej piramidy żywieniowej podstawą zdrowego stylu życia jest ruch.

– Warto zwrócić szczególną uwagę na to, żeby ta zmiana była w zgodzie z ludźmi, którzy w tej organizacji pracują, w związku z czym wszyscy decydenci z poszczególnych departamentów powinni być w taką zmianę zaangażowani. To oni powinni rozumieć potrzebę jej wprowadzenia, a następnie proponować rozwiązania, które są małe, ale możliwe do wdrożenia na stałe – tłumaczy Małgorzata Czernecka.

Wybory w Wielkiej Brytanii… wynik głosowania okazuje się szokiem

Jeśli do urn idą Brytyjczycy, to…

…wynik głosowania okazuje się szokiem. Tak było rok temu, w 2015 roku wybory parlamentarne też przyniosły nieoczekiwaną wiktorię Torysów. Premier May w kwietniu zdecydowała zwołać przedterminowe wybory po powiększyć najmniejszą od trzech dekad, kilkunastogłosową przewagę obozu rządzącego w parlamencie. Stan naszej wiedzy o 23:30 mówi, że liczba głosów Torysów spadnie prawdopodobnie z 330 do 314 (na 650 możliwych).

Niespełna dwa miesiące temu przewaga Partii Konserwatywnej w sondażach była miażdżąca a symulacje zakładały najmniejszą liczbę przedstawicieli Partii Pracy w Izbie Gmin od stu lat!

Tymczasem pierwsze exit polls sugerują, że Torysi nie będą w stanie samodzielnie rządzić. Taki scenariusz sprawia, że prowadzenie polityki wewnętrznej i negocjacje w sprawie brexitu będą bardzo trudne. Oznacza to skokowy wzrost premii za ryzyko polityczne, ryzyko niestabilnych rządów, ryzyko kolejnej skróconej kadencji. Funt spada po pierwszych szacunkach szybciej niż możliwe jest do opisania…

Głosowanie w brytyjskich wyborach parlamentarnych dobiegło końca. Pierwsze EXIT POLLS sugerują, że Partia Konserwatywna zdobyła zaledwie 314 z 650 miejsc w parlamencie a Partia Pracy 266. W pierwszej reakcji funt traci prawie 2 proc. GBP/USD jest przy 1,2720.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Polskie banki mają wiele do nadrobienia w obszarze budowania marki

Klienci postrzegają marki polskich banków jako trzykrotnie słabsze od marek samochodowych i ponad dwukrotnie słabsze od marek telekomów. Z analizy firmy doradczej Deloitte „Siła marek kategorii bankowej” wynika, że w wyborze produktu bankowego klienci kierują się przede wszystkim ceną, jednak są skłonni zapłacić więcej bankowi o silnej marce. Banki, które teraz koncentrują się przede wszystkim na komunikacji oferty sprzedażowej, mają wiele do nadrobienia w obszarze budowania marki.

Deloitte przeanalizował marki banków w Polsce, które łącznie mają 70 proc. udziału w rynku pod względem aktywów. Analiza ta oparta jest na badaniu reprezentatywnej próby 1500 Polaków w wieku 18-55 lat.

– Nasze podejście do tej analizy było nowatorskie. Potraktowaliśmy banki nie jak konkurentów, ale jak jedną drużynę, którą porównaliśmy do marek z innych sektorów. Dzięki temu mogliśmy nie tylko odpowiedzieć na pytanie, jak bardzo polskie banki są odległe od banku idealnego, którego profil określili respondenci, ale również pokazać, jak wypadają na tle innych kategorii – wyjaśnia Andrzej Lachowski, Partner Zarządzający Działem Konsultingu Deloitte.

Deloitte porównał siłę marki banków z markami samochodów, elektroniki, sieci detalicznych, stacji benzynowych, e-commerce i telekomów, czyli z jednej strony z pokrewnymi sektorami usługowymi, a z drugiej z sektorami posiadającymi wyraziste marki.

Banki dalekie od ideału

Wysoka konkurencyjność oznacza, że wszyscy gracze na danym rynku spełniają stawiane im oczekiwania co do jakości produktów czy usług. W takim otoczeniu rośnie znaczenie marki danej firmy, dzięki której, budując jednocześnie zaangażowanie klientów i zyskując lojalność pracowników, można sprzedawać więcej. W skrócie: silna marka pomaga realizować cele biznesowe. Czy marki polskich banków mają taką siłę? Z analizy Deloitte wynika, że stopień zaawansowania budowy marek w sektorze bankowym jest niższy niż w innych branżach.

W dziesięciostopniowej skali, która pokazuje siłę marek, banki z wynikiem 2,2 są trzy razy słabsze od marek samochodów (6,6). Po autach najsilniejsze okazały się marki w kategorii elektronika (6,0) i telekomunikacja (5,5). Od marek bankowych znacznie lepsze były też marki e-commerce (5,4), stacji benzynowe (4,8) i sieci detalicznych (4,6).

Poczucie bezpieczeństwa nie jest głównym elementem wizerunku banków

Według ekspertów w diagnozie siły marki kluczowe są trzy cechy: kategorialna wiarygodność, konkurencyjność i ekspansywność.

– Stworzyliśmy specjalną metodologię Brand Power Index, która pozwala wycenić siłę i wartość marki na podstawie określonych parametrów. Oceniając standard właściwy kategorii bankowej, doszliśmy do wniosku, że polskie banki nie w pełni spełniają oczekiwania klientów, którzy są nadal bardzo konserwatywni i postrzegają je jako instytucje zaufania publicznego – mówi Jan Kisielewski, Dyrektor, Brand Strategy & Consumer Research, Deloitte. – Ponad 24 proc. badanych uważa, że banki powinny dawać im większe poczucie bezpieczeństwa, które jest podstawowym oczekiwaniem w stosunku do tej kategorii. Dodatkowo banki w swej komunikacji zbytnio koncentrują się na przedstawianiu oferty sprzedażowej, zamiast przypominać o wartościach, na których zbudowane są ich fundamenty. Zapominają, że promocje nie budują długofalowej lojalności – dodaje.

Banki są za to dobrze postrzegane pod względem przejrzystości oferty, dostępności czy obsługi klienta. Spośród innych badanych kategorii najbliżej wizerunku idealnego były: e-commerce, telekomy i stacje benzynowe.

Klienci gotowi zapłacić więcej za markę

Czym kierujemy się w wyborze produktu lub usługi – ceną czy siłą marki? Analiza pokazuje, że jednym i drugim, ale proporcje te są różne w zależności od branży. W przypadku banków dziś jest to przede wszystkim cena. Marka ma jedynie 19-proc. udział w decyzji o wyborze konkretnej oferty bankowej. W przypadku samochodów wskaźnik ten wynosi 40 proc., elektroniki 38 proc., a stacji benzynowych 27 proc.

– To zupełnie naturalne, bo siła marki ma większe znaczenie w wyborze fizycznego produktu, takiego jak auto czy smartfon. Jednak wynik marek bankowych jest niższy nawet od innych marek usługowych, takich jak e-commerce – tłumaczy Patrycja Venulet, Dyrektor, Brand Strategy & Consumer Research, Deloitte. – Gdyby marki banków silniej budowały zaangażowanie, klienci byliby skłonni zapłacić więcej za ich usługi i produkty, tak jak to się dzieje w innych kategoriach – dodaje.

Analiza Deloitte pokazała, że za podstawowy produkt, którym jest konto bankowe, bank z najsilniejszą marką może pobierać opłatę na poziomie 2,62 zł bez obawy, że klient wybierze konkurencję. Równocześnie banki o słabszych markach utrzymają klienta tylko wtedy, jeśli ten produkt zaoferują im bezpłatnie.

– Upraszczając, można powiedzieć, że ta opłata to premia, którą klient jest w stanie zapłacić za konto w banku o silnej marce – mówi Patrycja Venulet.

Dla Polaków bank ma być przede wszystkim bankiem

Na pewnym etapie rozwoju marka nie musi być przywiązana do produktów i usług w swoim podstawowym zakresie działalności. Ma potencjał do ekspansji na inne obszary. Jednak w porównaniu z innymi sektorami, to banki miałyby największy kłopot z rozszerzeniem na pokrewne i odległe kategorie produktów i usług. Co więcej, ich ekspansja spotkałaby się z najmniejszym zrozumieniem klientów. Pod tym względem w najlepszej sytuacji są marki z branży elektronicznej, samochodowej i telekomy.

Najłatwiej polskim bankom byłoby wejść w kategorię telekomów oraz e-commerce. Marki banków są więc silnie przypisane do kategorii dostawców infrastruktury technologicznej. Najmniej naturalnym polem ekspansji byłoby ich rozszerzanie na kategorie związane z dostarczeniem fizycznego produktu (np. elektronika i samochody). Pozostałe badane kategorie mogłyby rozpocząć świadczenie usług bankowych o wiele łatwiej. Z wizerunkowego punktu widzenia ich wyniki są ponad dwukrotnie lepsze w tym zakresie. Najłatwiejsze do zaakceptowania przez klientów są banki tworzone przez marki samochodów czy telekomów (konsumenci przyzwyczaili się już do tego rodzaju ekspansji), ale również przez marki z branży elektronicznej.

Banki mają wiele do nadrobienia

Technologiczne zaawansowanie oraz konkurencyjność w sprzedaży przysłoniły bankom najważniejsze z punktu widzenia ich klientów wartości, czyli bezpieczeństwo rozumiane jako przewidywalność warunków i poczucie komfortu w relacji z bankiem. Silna marka bankowa to nie tylko taka, która ma potencjał ekspansji na inne kategorie finansowe, usługowe i technologiczne, ale taka, która nie zaniedbuje swoich podstawowych aktywności. Według ekspertów Deloitte największym wyzwaniem dla banków jest zbudowanie długofalowych relacji z klientami. Nie da się tego osiągnąć ciągłym powtarzaniem promocji produktowych.

– Banki jak mało kto dbają o bezpieczeństwo pieniędzy swoich klientów, ale klienci postrzegają je w znacznie szerszym kontekście. Sama ochrona zdeponowanych środków nie wystarcza do poprawy wiarygodności marek bankowych w ich oczach. Z naszych obserwacji wynika również, że instytucje finansowe rozminęły się z oczekiwaniami klientów w zakresie korzyści emocjonalnych. A wymagania wobec tego, jak powinny zachowywać się marki, rosną. Dlatego banki mają przed sobą dużo pracy, żeby w większym stopniu zaangażować klientów, zdobyć ich zaufanie i lojalność. Pierwszym krokiem jest zawsze określenie słabych punktów własnych marek i zdefiniowanie celów do osiągnięcia. Następnym krokiem są zmiany treści oraz sposobu komunikacji z klientem i rynkiem, które umożliwią dotarcie z właściwym przekazem – podsumowuje Andrzej Lachowski.

Raport – przebieg wyborczej nocy w Wlk. Brytanii

Zaczną spływać wyniki z Newport, Południowej Walii, Coventry i Północnego Stockton. Miejsca przypisane do tych okręgów są przypisane Partii Pracy, jednak przewaga głosów ostatnim razem nie była duża, co stwarza możliwości dla wygranej Torysów.

Z drugiej strony dla Partii Pracy będą kluczowe Erewash i Północne Northampton i jeżeli opozycji uda się je zagarnąć, prawdopodobnie wróci ona na kurs do 260 miejsc w parlamencie zmniejszając przewagę Torysów do okolic 300 miejsc.

  • 5:00 O tej godzinie kształt przyszłego parlamentu powinien być w miarę jasny. Partia Pracy będzie wypatrywać swoich najłatwiejszych celów, jakimi są Gower, Croydon i Hendon. Toryści natomiast będą wyczekiwać wyników z Midlands i Newcastle-Under-Lyme, które są okręgami Laburzystów.
  • 6:00 Wyniki ogłosi około 10 okręgów Partii Pracy, które mają jednak potencjał do przejścia w ręce Torysów. City of Chester, Wirral West, Halifax i Brentford i Isleworth będą w centrum uwagi.
  • 7:00 O tej godzinie powinny być znane wyniki z około 600 okręgów. Północne Derby i Brighton Kemptown są okręgami, które znajdują się w rękach Torysów, a są istotne dla Partii Pracy.
  • 8:00 O tej godzinie zdecydowana większość wyników będzie już znana i pozostanie wyłącznie kilka okręgów, które opublikują swoje wyniki do godziny 13. W tym czasie powinniśmy poznać nowego premiera, czy w przypadku zawieszonego parlamentu, możliwości nawiązania koalicji.

Sporządził: Adam Banaszkiewicz, DM TMS Brokers

Biurowa Warszawa w budowie

Stołeczny rynek biurowy powiększył się w pierwszym kwartale 2017 roku o ponad 83 tys. m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej osiągając tym samym pułap 5,26 mln m kw. Eksperci BNP Paribas Real Estate Poland szacują, że do 2020 roku w Warszawie powstanie kolejnych 890 tys. m kw biurowców, które obecnie znajdują się na różnych etapach zaawansowania prac. Rekordowa podaż i dojrzałość rynku powodują, że najemcy bardzo świadomie będą podejmować decyzje o wyborze nowych lokalizacji biurowych.

Więcej niewynajętych biur

Autorzy analizy „At a Glance Q1 2017 – Office Market Warsaw” prognozują, że na koniec roku wskaźnik pustostanów może wzrosnąć o 1-2 p.p. w stosunku do poziomu, który utrzymywał się na rynku przez kilka ostatnich miesięcy, tj. 14-15 proc. Dodatkowo, współczynnik pustych biur jest uzależniony od lokalizacji i wieku biurowców. Powyżej średniej plasują się nieruchomości zlokalizowane w obrębie Służewia Przemysłowego, gdzie wskaźnik pustostanów w pierwszych trzech miesiącach 2017 roku oscylował pomiędzy 17 a 19 proc. Z kolei biura z najmniejszym odsetkiem niewynajętej powierzchni charakteryzują przede wszystkim północną i wschodnią część centrum stolicy. Z punktu widzenia wieku biurowców, największą popularnością wśród najemców cieszą się te, które dostarczone na rynek zostały po 2010 roku. W tej grupie średnio aż 90 proc. powierzchni jest wynajęta.

Biurowce wolą Wolę

Z szacunków BNP Paribas Real Estate Poland wynika, że ponad 60 proc. z 890 tys. m kw. powierzchni biurowej będącej obecnie w budowie jest usytuowana przede wszystkim w granicach Woli i Śródmieścia. Zdaniem ekspertów, w najbliższych latach to właśnie Wola będzie wiodła biurowy prym wśród stołecznych dzielnic. Świadczy o tym liczba planowanych projektów, które na rynku dostępne będą po 2020 roku. Magnesami przyciągającymi inwestorów, deweloperów, a w efekcie również przyszłych najemców, są plany miejscowe jasno definiujące możliwości i funkcje zabudowy oraz bardzo dobry dostęp do transportu publicznego. Nie bez znaczenia jest również potencjał płynący z faktu obecności i rozbudowy drugiej nitki warszawskiego metra.

Centrum nadal w cenie

Od 20 do 22 EUR, tyle średnio kosztuje wynajęcie metra kwadratowego w topowym biurowcu położonym w centrum Warszawy. Eksperci BNP Paribas Real Estate podkreślają jednak, że w najbliższych kwartałach szczególnie starsze biurowce zlokalizowane w sercu stolicy są i będą zmuszone funkcjonować w warunkach szybko rosnącej konkurencji. Średnia stawka czynszów w centrum w pierwszych trzech miesiącach 2017 roku wynosiła ok. 16-18 EUR i w porównaniu z ubiegłym rokiem była niższa o 3 do 5 proc. Poza centrum, średnie stawki oscylowały w granicach 11-13 EUR. Za najlepsze biura oddalone od centrum trzeba było zapłacić miesięcznie 14-15 EUR za m kw.

Anna Staniszewska
Anna Staniszewska, Dyrektor, Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate, Europa Środkowo – Wschodnia

„Biurowy wyścig – z korzyścią przede wszystkim dla najemców – trwa w najlepsze. Każdy duży najemca zdecydowany na wynajem biura o powierzchni od 2 tys. mkw w górę może liczyć na naprawdę indywidualną ofertę z pakietem wielu korzyści. Finalnie, efektywna stawka czynszu w tego typu transakcjach jest średnio nawet 20-30 proc. niższa niż stawki wyjściowe” – Anna Staniszewska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych I Doradztwa

Miejsce pracy ma znaczenie

Standard biura, lokalizacja i udogodnienia w nim obecne coraz częściej są kartą przetargową, którą grają firmy chcąc zatrzymać albo przyciągnąć nowych pracowników. Zmiany społeczno-kulturowe, nowy styl pracy i coraz większe oczekiwania wobec pracodawców sprawiają, że najemcy zwracają uwagę na inne czynniki poza stawkami czynszu. Nowoczesne, ekologiczne projektowanie przestrzeni biurowych jest szczególnie ważne w branżach, w których to pracownicy wybierają pracodawców np. w IT czy branży finansowej.

Po ECB: w ślimaczym tempie ku normalizacji

Europejski Bank Centralny podniósł dziś ocenę bilansu ryzyka dla wzrostu gospodarczego do neutralnej. Brak zagrożenia powrotu deflacji pozwolił zakomunikować, że stopy procentowe nie będą już obniżane. W ten sposób dano do zrozumienia, że kolejnym krokiem decydentów będzie całkowite wygaszenie programu skupu aktywów a następnie podniesie kosztu pieniądza.

Tyle tylko, że ta perspektywa pozostaje bardzo odległa. Po pierwsze: podkreślono, że ilościowe luzowanie będzie prowadzone do czasu otrzymania wiarygodnych sygnałów, że ceny bazowe rosną. Jednocześnie podkreślono, że obecne tendencje cenowe są bardzo dalekie od spełnienia tego warunku. Inwestorzy poprzez dwa kanały (werbalnie i poprzez wyraźną rewizję w dół prognozowanej ścieżki dynamiki cen) zostali poinformowani, że ECB nie spodziewa się szybkiego nasilenia presji inflacyjnej. Ponadto podkreślono, że stopy na obecnym poziomie utrzymane będą jeszcze długo po wygaszeniu programu QE.
Innymi słowy: nie ma zagrożenia deflacją, gospodarka rozwija się w zadowalającym tempie a koniunktura uległa zdecydowanej poprawie. Pozwala to porzucić skrajnie łagodny ton, ale nie oznacza, że podwyżki stóp są możliwe w najbliższych kwartałach. Rada Prezesów spełniła rynkowe oczekiwania, ale nie dostarczyła nowego impulsu do kupowania euro. Pamiętać należy o skrajnym pozycjonowaniu, które może w krótkim terminie skłaniać do realizacji zysków. Rynek stopy wymazał wyceniane do wczoraj kilka punktów wzrostu stopy depozytowej. Eurodolar oddala się od listopadowego szczytu w okolicach 1,13 i chwilowo naruszał 1,12. 1,1170 stoi na drodze do głębszego cofnięcia, lecz dopiero przełamanie 1,11 będzie sygnalizować uformowanie średnioterminowego szczytu.

Sporządził: Bartosz Sawicki – DM TMS Brokers

Główne problemy branży transportowej to niedostateczna liczba kierowców i niepewność w przepisach

Niedobór kierowców zawodowych oraz nowe prawo unijne uderzają w Polskie firmy transportowe. Już teraz blisko 80% firm transportowych w Polsce ma trudności z prowadzeniem działalności gospodarczej – alarmują eksperci marki VIAON.

Polska branża transportowa, pomimo silnej i skonsolidowanej pozycji na rynku europejskim, boryka się z problemami, które mają bezpośredni wpływ na kondycję rodzimej gospodarki. Ponad 13 tysięcy właścicieli firm transportowych współpracujących z marką VIAON, wskazało dwie najczęściej pojawiające się trudności. Po pierwsze jest to niedostateczna liczba kierowców, gotowych do podjęcia pracy. Według ostatnich badań rynkowych w Polsce, zawód kierowcy od kilku lat znajduje się w pierwszej trójce najczęściej poszukiwanych profesji[1]. Jedną z przyczyn takiej sytuacji są wysokie koszty zdobycia uprawnień do prowadzenia samochodów ciężarowych. Opłaty związane z egzaminami, badaniami oraz uzyskanie kwalifikacji wstępnych na prawo jazdy kategorii B, C, C+E, wahają się od 9 do 12 tys. zł. Ponadto, wszystkie procedury uzyskania kwalifikacji są bardzo czasochłonne, średnio można przyjąć, że zajmują około 440 godzin. Utrudnienia pojawiają się także w lokalizacji Ośrodków Doskonalenia Technik Jazdy, gdzie aż w 7 województwach nie ma ani jednego ODTJ.

– Pogłębiający się niedobór kierowców zawodowych może przynieść w dłuższej perspektywie katastrofalne skutki dla przemysłu przetwórczego i produkcyjnego, a także znacząco ograniczyć możliwość eksportu towarów, finalnie pogarszając bilans handlowy Polski. Szczególnie może na tym ucierpieć eksport do Niemiec, czyli głównego partnera handlowego Polski. Sprzedaż do naszego zachodniego sąsiada to aż 27% całego eksportu – wyjaśnia Bartosz Najman, CEO marki VIAON.

Wyzwania pojawią się także przed organami administracji wydającymi prawo jazdy oraz wojewódzkimi ośrodkami ruchu drogowego, które być może będą zmuszone do wypracowania nowych sposobów zachęcenia młodych ludzi do zdobywania uprawnień kierowcy zawodowego.

Drugą z trudności stanowi duży niepokój wśród firm, który wzbudza niestabilność i dynamika otoczenia prawnego w przepisach unijnych i krajowych. Jako przykład mogą posłużyć uregulowania w kwestiach wynagrodzeń minimalnych wprowadzonych w krajach Unii Europejskiej. Stawki płacy minimalnej dla pracowników delegowanych do Austrii, Niemiec, czy Francji naliczane są w sposób niejednakowy, a także różnią się od siebie pod kątem listy składników wynagrodzenia. Oznacza to, że każdy kolejny kraj, wraz z płacą minimalną wnosi nowe zasady prawne, które przedsiębiorcy muszą zrozumieć i uwzględnić przy prowadzeniu działalności gospodarczej. „Nasi klienci zwracają uwagę na wysoki poziom biurokracji, jaki panuje w poszczególnych krajach UE. W samej tylko Austrii, kierowca musi posiadać w kabinie pojazdu aż 7 różnych dokumentów, m.in. dane reprezentanta przewoźnika, czy potwierdzenie odprowadzania składek do ZUS-u. W przypadku braku niezbędnych dokumentów, służby drogowe nakładają wysokie kary na przewoźników i kierowców. Tylko od początku tego roku, interwencje naszych ekspertów uchroniły firmy transportowe od zapłacenia kilkunastu tysięcy złotych kar – dodaje Bartosz Najman.

[1]http://www.manpowergroup.pl/wpcontent/uploads/2016/09/2016_Raport_Niedob%C3%B3r_talent%C3%B3w-info.-prasowa-ManpowerGroup.pdf

Jean-François Fallacher prezesem Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej

Jean-François Fallacher, prezes zarządu Orange Polska, został wybrany na prezesa Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej (CCIFP).

Będzie on przewodniczył jednej z najaktywniejszych izb bilateralnych działających w Polsce, reprezentującej interesy blisko 450 polskich i francuskich firm stowarzyszonych. Wraz z nim do Zarządu CCIFP zostali wybrani: Eric Benoist, prezes Wyborowa Pernod Ricard; Raphael de Bodman, dyrektor finansowo-administracyjny Saur Polska; David Guerin, dyrektor generalny Grupy PSA w Polsce (Peugeot Citroën DS) oraz Halina Piasecka, dyrektor zarządzająca Piasecka & Żylewicz.

Jean-François Fallacher od ponad 20 lat związany jest z branżą telekomunikacyjną. Zdobywał doświadczenie zawodowe w okresie dynamicznej ekspansji internetu, na różnych rynkach europejskich. Przed przybyciem do Warszawy, od lipca 2011 roku kierował Orange Romania, wiodącą firmą telekomunikacyjną oferującą usługi mobilne w tym kraju. Pełnił kluczowe funkcje w grupie Orange, m.in. jako prezes Sofrecom, należącej do grupy międzynarodowej spółki konsultingowej oraz jako dyrektor operacyjny w holenderskiej spółce Wanadoo, dostawcy usług internetowych. Od maja 2016 roku kieruje Orange Polska, który realizuje największy program rozwoju sieci światłowodowej w Polsce.

Orange Polska, jedna z największych firm francuskich na polskim rynku i jeden z największych inwestorów w polską gospodarkę, zawsze z zaangażowaniem włączał się w działania Izby. Jako prezes CCIFP chciałbym kontynuować misję swoich poprzedników. Tworzenie dobrego klimatu dla współpracy i wymiany francusko-polskiej, budowanie dobrego, mocnego fundamentu tej współpracy jest mi szczególnie bliskie – powiedział Jean-François Fallacher.

Francja jest jednym z trzech największych zagranicznych inwestorów w Polsce. Skumulowana wartość inwestycji pochodzących bezpośrednio z Francji wyniosła na koniec 2015 roku 17,9 mld euro (według danych NBP), co wyraża się m.in. w stworzeniu blisko ćwierć miliona miejsc pracy. Francja jest również w czołówce krajów, które w 2015 roku reinwestowały najwięcej zysków w Polsce (2,5 mld PLN). Francusko-Polska Izba Gospodarcza jest organizacją pracodawców zrzeszającą blisko 450 firm francuskich i polskich. Od ponad 20 lat CCIFP działa na rzecz interesów polskich i francuskich inwestorów pełniąc rolę platformy współpracy i wymiany doświadczeń biznesowych oraz najlepszych praktyk pomiędzy przedsiębiorcami. CCIFP wspiera również firmy polskie w wejściu na rynki francuskojęzyczne oraz firmy francuskie, zainteresowane współpracą z polskimi partnerami.

EBC zmienia komunikat, kurs euro reaguje

Wspólna waluta zareagował skokiem zmienności na wyniki posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego (EBC). To jeszcze nie koniec emocji w dniu dzisiejszym. Inwestorzy czekają na Draghiego, wyniki wyborów w Wielkiej Brytanii i przesłuchanie byłego szefa FBI.

Europejski Bank Centralny (EBC), zgodnie z rynkowymi oczekiwaniami, pozostawił stopy procentowe w Strefie Euro na dotychczasowych poziomach (referencyjna: 0,00 proc.; depozytowa -0,40 proc.) i zdecydował o kontynuacji programu zakupów aktywów o wartości 60 mld EUR miesięcznie przynajmniej do końca 2017 roku. Bank jednocześnie, z uwagi na przyspieszenie wzrostu gospodarczego, nieco skorygował treść komunikatu towarzyszącego tej decyzji. Deklaruje w nim, że „stopy procentowe pozostaną na obecnym poziomie przez dłuższy okres, zdecydowanie przekraczający horyzont czasowy zakupów aktywów netto”. Tym samym zamknął długo otwartą furtkę do ich obniżki, wyrzucając twierdzenie o tym, że stopy „pozostaną na obecnym lub niższym poziomie przez dłuższy okres”

Korekta komunikatu, która nie jest dużym zaskoczeniem, sprowokowała skok zmienności notowań wspólnej waluty z ostatecznym niewielkim jej osłabieniem. O godzinie 14:10 kurs EUR/USD testował poziom 1,1225 dolara wobec 1,1240 tuż przed decyzją EBC i wobec ekstremów na  1,1262 i 1,1217 chwilę po niej. W tym czasie notowania EUR/PLN wzrosły z 4,2052 zł do 4,2065 zł, przejściowo spadając do 4,1984 zł.

Skąd osłabienie wspólnej waluty, skoro EBC wykonuje niewielki krok w kierunku przyszłej normalizacji polityki monetarnej? Otóż, inwestorzy zapewne uznali, że będzie to jedyny taki krok na tym posiedzeniu. Mogą oni oczekiwać, że zaplanowana na godzinę 14:30 konferencja prasowa Mario Draghiego, prezesa EBC, będzie utrzymana w gołębim tonie. Dodatkowo publikowane jednocześnie najnowsze prognozy makroekonomiczne, jakkolwiek przyniosą prawdopodobną korektę w górę wzrostu gospodarczego na ten rok, to też przyniosą lekką korektę w dół szacunków inflacji na 2017 (do 1,6 proc. R/R wobec 1,7 proc. prognozowanych w marcu br.) i 2018 rok (do 1,5 proc. z 1,6 proc. R/R). Gdyby tak się stało, to faktycznie należałoby się liczyć ze spadkiem notowań EUR/USD poniżej 1,12 dolara. A w przyszłym tygodniu, w oczekiwaniu na posiedzenie Fed, nawet z zejściem do 1,10 dolara.

Posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego to nie jedyne wydarzenie w dniu dzisiejszym, które będzie miało wpływ na nastroje na rynkach finansowych. Z równie dużą uwagą inwestorzy będą przysłuchiwać się przesłuchaniu byłego szefa FBI przez senacką komisję ds. wywiadu (co może zdecydować o przyszłości prezydenta Donalda Trumpa), a także zerkać w stronę Wielkiej Brytanii, gdzie odbywają się przyspieszone wybory parlamentarne (pierwsze sondażowe wyniki zostaną opublikowane o godzinie 23:00 polskiego czasu).

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Zagraniczne firmy z branży FMCG wydały ponad dwukrotnie więcej na inwestycje niż polskie firmy

Skuteczność firm z branży FMCG istotnie oddziałuje na polskie społeczeństwo oraz naszą gospodarkę. Najlepszą miarą jest efektywność inwestycji firm. Zagraniczni inwestorzy stanowią 50-53% rynku sektorowego, a dotychczas zainwestowali 55 miliardów euro.

– Mimo wyrównanego rynku, polscy inwestorzy przeznaczyli na inwestycje niewiele ponad 20 miliardów euro – powiedział agencji eNewsroom.pl Andrzej Maria Faliński, ekspert rynku handlowego – Różne są przyczyny tej sytuacji – polski biznes po niewielkich kosztach prywatyzował obiekty, przez co rozwinął się w kierunku niskokapitałowych form finansowania rozwoju, np. systemów franczyzy. Zagraniczny biznes, z którym pracowałem przez prawie 20 lat, wszedł z pełną gamą przewag – kapitałową, organizacyjną, know-how, towarową czy zarządczą. Zagraniczna siła pokazała się poprzez potęgę wielkich sieci o charakterze międzynarodowym, a siłą polskich organizmów jest efektywność wykorzystania kapitału i zdolność penetracji rynku. Oznaczało to korzystanie z niszy układu lokalnego, który spinał system franczyzowy lub system zakupowo-dystrybucyjno-brandingowy. Taka sytuacja ma miejsce także dzisiaj i dlatego przetrwały małe powierzchnie. Są ona bardzo efektywnie konkurencyjnie. W tej konkurencji i w pewnych oczekiwaniach konsumpcyjnych spełniły się sklepy międzynarodowe, które w pewnym momencie wykreowały społeczeństwo konsumujące. Konsumpcja to popyt oraz inwestycje, dzięki którym w przyszłości może wejdziemy do G7 – ocenił Faliński.

Sprawdź czy u byłego pracodawcy nie zostały Twoje oszczędności emerytalne

Grzegorz Drybała, Ekspert ds. Kluczowych Klientów w Union Investment TFI
Grzegorz Drybała, Ekspert ds. Kluczowych Klientów w Union Investment TFI

Przy zmianie pracy Polacy niejednokrotnie zapominają o swoich oszczędnościach zgromadzonych w pracowniczych programach emerytalnych. Co się dzieje
z pieniędzmi pozostawionymi w programie, który prowadzi były pracodawca? Jak je odzyskać?

Pracownicze programy emerytalne (PPE) są formą grupowego oszczędzania na emeryturę. Tworzą je pracodawcy przy udziale pracowników. Podobnie jak IKE (indywidualne konta emerytalne) i IKZE (indywidualne konta zabezpieczenia emerytalnego) – pracownicze programy emerytalne są dobrowolne. Z tego powodu objęci są nimi pracownicy firm, które zdecydowały się na uruchomienie takiego dodatkowego programu. Z benefitem w postaci PPE najczęściej można się spotkać w większych firmach, ale nie jest to regułą.

Warto odzyskać pieniądze z PPE i czerpać z nich zyski

Przy zmianie pracy łatwo zapomnieć o oszczędnościach zgromadzonych
w firmowym programie emerytalnym. – To całkiem naturalne. Pracowniczy program emerytalny nie jest angażujący dla pracownika – wypełnia on tylko odpowiednią deklarację. O regularne odprowadzanie składek dba pracodawca – mówi Grzegorz Drybała, Ekspert ds. Kluczowych Klientów w Union Investment TFI.

Co zrobić, jeśli dopiero teraz przypomnieliśmy sobie, że nasza poprzednia firma opłacała nam składki na fundusz emerytalny, a po zmianie miejsca pracy nie podjęliśmy żadnych kroków, aby je przenieść lub wypłacić?

Zarówno ustawodawca, jak i pracodawca dbają o to, aby każdy uczestnik pracowniczego programu emerytalnego był dobrze poinformowany o warunkach, na jakich może wystąpić z programu. Szczegółowe zasady wypłat oraz zwrotów pieniędzy zgromadzonych na rachunku osoby należącej do PPE reguluje zawsze umowa zakładowa pomiędzy pracodawcą a pracownikami. Aby jednak być pewnym właściwego przygotowania dokumentów do takiej zmiany, warto jak najszybciej skontaktować się ze specjalistami, którzy pomogą w odzyskaniu oszczędności – radzi Grzegorz Drybała.

Najkorzystniejsze jest zazwyczaj dokonanie tzw. wypłaty transferowej. Pieniądze leżące na rachunku PPE u byłego pracodawcy można przenieść do programu działającego w nowym miejscu pracy – oczywiście o ile nowy pracodawca prowadzi taki program. Jeżeli nie – wtedy najlepiej zgromadzone środki przenieść na nasze IKE, czyli indywidualne konto emerytalne.

O PPE nie warto zapominać

Jeśli pracownik nie dopełni formalności związanych z PPE, jego oszczędności pozostaną w programie emerytalnym prowadzonym przez poprzedniego pracodawcę. Na jak długo?

– Zgodnie z zapisami ustawy o pracowniczych programach emerytalnych z 20 kwietnia 2004 r., pracownik otrzyma zgromadzone środki dopiero po ukończeniu 70 lat, o ile wcześniej nie złoży wniosku o ich transfer lub wypłatę. Oszczędności zostaną wówczas przekazane na rachunek bankowy podany pracodawcy w momencie przystąpienia do programu – mówi Grzegorz Drybała.

Oszczędności zgromadzone w PPE pracownik otrzyma automatycznie również
w sytuacji, gdy były pracodawca postanowi zlikwidować program emerytalny. – Nie warto jednak czekać, ponieważ w przypadku takiego zwrotu dużo się traci – podkreśla ekspert z Union Investment TFI. Likwidacja PPE skutkuje naliczeniem 19% podatku od zysków kapitałowych, a ponadto koniecznością zwrotu na rachunek ZUS równowartości 30% sumy składek podstawowych.

Pracownicze programy emerytalne (PPE) – korzyści

Korzyści dla pracodawcy
  • Niższy podatek dochodowy – pracodawca ma możliwość zaliczenia wydatków poniesionych na PPE do kosztów uzyskania przychodu. Dzięki termu pracodawca odprowadza niższy podatek dochodowy, odzyskując tym samym część kosztów poniesionych na prowadzenie programu.
  • Tańsza forma podwyżki – środki wpłacane do programu (składka podstawowa) nie podlegają obciążeniu z tytułu składek na ubezpieczenie społeczne. Jeżeli pracodawca utworzy PPE zamiast podwyższać pensję, poniesie niższe koszty.
  • Poprawa wizerunku i konkurencyjności firmy – PPE jest istotnym narzędziem polityki kadrowej. Motywuje pracowników do trwałego związania się z pracodawcą, jak również stanowi dodatkowy atut, który pracodawca może wykorzystać, by przyciągnąć do siebie najbardziej utalentowanych kandydatów.
  • Pełny wpływ na formę i parametry programu – pomimo że PPE powstaje przy udziale pracowników, to pracodawca decyduje o najistotniejszych warunkach programu – w szczególności o wysokości składki podstawowej. To także pracodawca ostatecznie określa formę i warunki prowadzenia PPE.
  • Możliwość zawieszenia lub ograniczenia wpłat na PPE – w razie problemów finansowych w firmie pracodawca może skorzystać z możliwości zawieszenia odprowadzania składki podstawowej lub jej ograniczenia.
  • Ograniczona biurokracja przy pełnym wsparciu – pracodawca najczęściej może liczyć na pełne wsparcie instytucji finansowej zarządzającej PPE na każdym etapie: począwszy od wyboru formy, przez proces uruchomienia i wdrożenia, a na prowadzeniu programu kończąc.
  • Łatwy i wygodny dostęp – część instytucji zarządzających PPE oferuje dostęp online do informacji o wartości rachunku PPE, historii składek oraz wszystkich wniosków związanych z obsługą programu. Wszystko za pomocą jednej, przejrzystej aplikacji.
  • Bezpieczeństwo – pracownicze programy emerytalne podlegają pełniejszemu nadzorowi KNF niż pozostałe produkty emerytalne i ubezpieczenia grupowe. Nadzorca monitoruje powstanie każdego programu, czuwa nad jego funkcjonowaniem i bada prawidłowość likwidacji PPE.

 

Korzyści dla pracownika
  • Dodatkowa emerytura – w pełni prywatne, niezależne od świadczeń z ZUS i OFE oszczędności, które podniosą jakość życia pracownika na emeryturze.
  • Zyski wolne od tzw. podatku Belki – uczestnik pracowniczego programu emerytalnego, podobnie jak posiadacz IKE i IKZE, jest zwolniony z podatku od zysków w momencie wypłaty oszczędności.
  • Przywilej podatkowy dla spadkobierców – spadkobiercy pracownika uczestniczącego w PPE otrzymają całość środków zapisanych na rejestrze i nie zapłacą podatku spadkowego.
  • Elastyczność wypłat – pieniądze zgromadzone w PPE pracownik może wypłacić na emeryturze w dowolnej formie: jednorazowo lub ratalnie.
  • Możliwość transferu środków na IKE lub do innego PPE – przy zmianie pracodawcy lub w sytuacji równoległego zatrudnienia w innej firmie można przenieść zgromadzone oszczędności na rachunek IKE lub do innego PPE.

 

Polaków ogarnia gorączka zakupów. Będziemy kupować coraz więcej

Szymon Mordasiewicz, dyrektor zarządzający Nielsen w Polsce
Szymon Mordasiewicz, dyrektor zarządzający Nielsen w Polsce

Kupujemy więcej i więcej. W ujęciu rok do roku sektor FMCG odnotował za okres styczeń-kwiecień wzrost sprzedaży na poziomie +3,5% w koszyku spożywczym i +3,8% w koszyku chemicznym. W tym segmencie Polska w 2016 roku i w pierwszym kwartale 2017 wyraźnie wyprzedziła m.in. Finlandię, Niemcy, Francję, Danię czy Wielką Brytanię, plasując się wysoko powyżej średniej europejskiej – wynika z Raportu Nielsena.

– Taka dynamika pokazuje, jak mocny jest polski rynek FMCG. Wyraźne trendy wzrostowe w 2016 roku i kontynuacja dobrych wyników na początku 2017 pozwalają sądzić, że możemy liczyć na dalsze wzmocnienie rynku konsumenckiego w naszym kraju, podczas gdy w Europie utrzymywała się stagnacja.  Polska kolejny raz zajmuje też wysoką pozycję na tle średniej europejskiej w zakresie nastrojów konsumenckich – komentuje Szymon Mordasiewicz, dyrektor zarządzający Nielsen w Polsce.

Na dobrej kondycji handlu korzystają również inne sektory. – Rynek konsumenta (w tym głównie rynek handlu spożywczego) to swoisty barometr gospodarki. Aktualną wartość sektora FMCG szacuje się na ok. 250 miliardów złotych i wartość ta systematycznie rośnie. W ciągu najbliższych 5 lat spodziewany jest dalszy rozwój na poziomie ok. 2,5% rocznie. Optymistyczne nastawienie Polaków do zakupów i finansów osobistych ma przełożenie nie tylko na sektor handlu, ale też pozostałe sektory gospodarki, jak sektor produkcyjny czy sektor usług. Wraz z rozwojem tego rynku zauważalny jest rozwój usług towarzyszących właśnie w sklepach, gdzie klienci nie tylko chętniej robią zakupy, ale również chcą napić się kawy czy zapłacić rachunki – dodaje Ewa Białek, Dyrektor Biura Handlu i Usług, DNB Bank Polska SA.

W przeprowadzonych przez Nielsen badaniach aż 50% polskich konsumentów miało świetne bądź dobre nastawienie do finansów osobistych w 2017 roku. Chęć zwiększenia wydatków na zakupy zadeklarowało 40% respondentów, a dobre lub znakomite nastawienie do perspektyw na rynku pracy wyraziło aż 34% konsumentów.

Rosnący w Polsce optymizm różni się od trendów europejskich, gdzie nastroje w tych obszarach nie uległy szczególnym zmianom. Ogólny wskaźnik zadowolenia konsumentów w Polsce (CCI – Consumer Confidence Index wg badania Nielsen) na koniec 2016 wyniósł wzrósł o 6 punktów i wyniósł 88 punktów, przy średniej europejskiej na poziomie 81 punktów. Inne są także obawy konsumentów w Polsce i w Europie – nad Wisłą największe niepokoje dotyczą zdrowia czy kwestii związanych z pracą, w krajach zachodnich na stale wysokim poziomie utrzymują się obawy związane z zagrożeniem terrorystycznym oraz stabilnością gospodarki.

Z prowadzonych przez Nielsen badań sylwetki polskiego konsumenta wynika, że rodacy na zakupach wykazują się stosunkowo wysoką świadomością i mają określone oczekiwania. Kupujący deklarują znajomość cen wybieranych produktów oraz aktywnie poszukują promocji. Coraz więcej osób chętnie próbuje nowości (nowe produkty i marki). Polacy najczęściej zakupy robią w dyskontach i tradycyjnych sklepach spożywczych oraz piekarniach. Przy wyborze miejsca zakupów kluczowa jest dla nich dobra relacja ceny do jakości, pozytywne doświadczenie zakupowe oraz możliwość szybkiego i łatwego zrobienia zakupów.

Brytyjskie wybory a kurs funta

Gdy Theresa May 18 kwietnia zapowiedziała przeprowadzenie przedterminowych wyborów, funt gwałtowanie wzrósł, gdyż rynek był zaskoczony i spodziewał się łatwego zwycięstwa Konserwatystów. Jednak im bliżej wyborów, tym sondaże są mniej jednoznaczne.

Według tego zleconego przez The Times, poparcie dla Konserwatystów wynosiło 42 punkty, a dla Partii Pracy – 39 punktów, czyli tylko 3 punkty mniej. May szła łeb w łeb z Jeremym Corbynem, który kieruje Partią Pracy od niespełna dwóch lat. To jego drugie poważne wyzwanie od czasu Brexitu. Jego szanse na zwycięstwo wzrosły z 14/1 do 4/1.

Zmiany giełdowe nigdy nie są pewne, jednak ostatnie decyzje polityczne miały jednoznaczny wpływ na kurs brytyjskiego funta. Przy okazji referendum w sprawie Brexitu, kurs pary GBP/USD spadł do minimum ostatnich 30 lat, a notowania pary EUR/GBP sięgnęły historycznych maksimów, które od tamtego czasu nie miały miejsca. Z kolei zapowiedź przyspieszonych wyborów spowodowała, że kurs brytyjskiego funta osiągnął maksimum poprzednich 6 miesięcy.
W tych wyborach chodzi nie tylko o samą wygraną, ale również o zdobytą przewagę. W związku z niepewnością, 8 czerwca może mieć ogromne znaczenie dla kursu funta.

Zdaniem ekspertów easyMarkets można zakładać kilka scenariuszy, które mogą wystąpić po ogłoszeniu wyników:

Wygrywa Corbyn i Partia Pracy

Pomimo niedawnych zmian w sondażach wyborczych, wygrana Partii Pracy jest raczej mało prawdopodobna. Jednak rok 2016 nauczył nas, żeby niczego nie wykluczać. Jeśli Partia Pracy wygra, będzie można zauważyć, że funt szterling spadnie do poziomu 1,20 dolara, z uwagi na fakt, że Corbyn nie jest postrzegany jako silna opozycja dla UE.

Wygrywa Theresa May i Konserwatyści, przy małej większości – mniej niż 20

Gdyby tak się stało, mogliśmy zobaczyć silną wyprzedaż funta, ponieważ May wciąż będzie brakować silnej przewagi, co wpłynie na obawy dotyczące tzw. Hard Brexitu.

Theresa May i Konserwatyści wygrywają ze znaczną przewagą – powyżej 50

Taki wynik mógłby mieć pozytywne skutki dla funta, ponieważ rynek zobaczy, że Theresa May będzie w stanie wynegocjować lepsze warunki dla wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Funt brytyjski wobec dolara amerykańskiego mógłby spróbować osiągnąć kluczowy poziom 1,30 USD.

Zawieszony parlament

Jeśli 9 czerwca pokaże taki właśnie wynik, będziemy świadkami totalnego chaosu. Zawieszony parlament utrudnia ustawodawstwo partii rządzącej, ponieważ wszystkie inne partie mogą połączyć siły by zablokować wszelkie kroki. Funt prawdopodobnie zareaguje na ten wynik mocnym spadkiem, ponieważ jakiekolwiek negocjacje z UE okażą się bardzo trudne, bo wszelkie ustalone kierunki zaginą wśród konfliktów, które najprawdopodobniej wystąpią między wszystkimi partiami. Kurs GBP/USD mógłby ponownie spaść do 1,20 dolara.

Nic nie jest jednak pewne. W rzeczywistości, rynki są równie nieprzewidywalne jak wybory i nikt nie wie, co się stanie. Jednego natomiast należy się spodziewać. We wczesnych godzinach porannych, 9 czerwca, wszystkie rynki będą bardzo aktywne.

Autorem wypowiedzi jest James Trescothick, Dyrektor ds. globalnej strategii w easyMarkets.

Raport ZPP: Niewydolność KRS zagraża bezpieczeństwu obrotu gospodarczego

System rejestracji firm w Polsce powinien być przejrzysty, intuicyjny w obsłudze i pozwalający łatwo ustalić najważniejsze dane dotyczące wiarygodności firmy Obecny, niewydolny system, gdzie na zmianę zarządu czeka się często 6 miesięcy, zagraża bezpieczeństwu obrotu gospodarczego – wynika z Raportu Związku Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) pn. „Reforma systemu rejestracji firm w Polsce”.

W Polsce funkcjonują aktualnie dwa podstawowe rejestry działalności gospodarczych: Krajowy Rejestr Sądowy (KRS), w którym ewidencjonowane są dane spółek oraz Centralna Ewidencja i Informacja o Działalności Gospodarczej (CEIDG) ewidencjonująca dane osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą. ZPP przytoczył dane dotyczące łatwości rozpoczęcia biznesu, pochodzące z opublikowanego w październiku 2016 roku rankingu ”Doing Business”. Polska w tej kategorii wypadła najsłabiej, zajmuje 107 pozycję na 190 badanych krajów, podczas gdy w całym rankingu zostaliśmy zakwalifikowani na miejscu 24.

Jednym z największych problemów funkcjonowania Krajowego Rejestru Sądowego jest duża liczba spraw i ogromne obciążenie tego systemu. Bardzo często sprawy w KRS-ie są załatwiane nawet przez kilka miesięcy. Jest to gigantyczny problem dla firm, które chcą zmienić swoje dane  – to przecież umożliwia dalsze zawieranie umów i kontynuowanie działalności. Czas oczekiwania na zatwierdzenie takich zmian to czas stracony dla firmy, która nie może w pełni wykorzystywać swoich możliwości – powiedział Kamil Rybikowski, ekspert ZPP w zakresie prawa gospodarczego, współautor raportu.

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka. Wśród najważniejszych wymienia się braki kadrowe, które są ściśle związane z licznymi sprawami i wymogami proceduralnymi, podwójną weryfikację dokumentów – przez notariuszy i pracowników sądowych, niejednolitą jurysdykcję i orzecznictwo występujące przy rejestracji sądowej. Zdaniem autorów publikacji, szczególnie istotny w kontekście oceny wiarygodności potencjalnych kontrahentów jest brak historii reprezentacji firm oraz uniemożliwione wyszukiwanie powiązań spółek i osób. Oprócz tego firmy nie posiadają dostępu online do informacji nt. zawartej umowy spółki, a to wiąże się ze żmudnym i czasochłonnym przeglądaniem jej akt.

Jesteśmy przekonani, że przyspieszenie procedur rejestracji firm i możliwość sprawnej zmiany ich danych przyczyni się do lepszego rozwoju gospodarczego naszego kraju. Polscy przedsiębiorcy oczekują elastycznego podejścia, a nie szeregu zbiurokratyzowanych przepisów – powiedział podczas konferencji prasowej Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP. – Naszym celem jest uproszczenie procederu rejestracji firm i zwiększenie funkcjonalności systemu, który to umożliwia. Wyszukiwanie podmiotów powinno być łatwiejsze niż dotychczas, a historia zmian zachodzących w firmach ogólnodostępna. Ważnym aspektem jest nacisk na łatwą, prostą i szybką weryfikację podmiotów oraz pełną cyfryzację systemu rejestrowego – dodał Kaźmierczak.

Rekomendacje ZPP w tym zakresie są następujące:

  • całość procesu rejestracji przedsiębiorstw powinna znajdować się w obszarze właściwości administracji. Należy w tym celu zrezygnować z sądowej rejestracji spółek,
  • powiązanie ze sobą wszystkich rejestrów gospodarczych – stworzenie jednego portalu, który zgromadzi pełną bazę danych dotyczących działalności gospodarczej w Polsce,
  •  rezygnacja z powtórnej weryfikacji dokumentów rejestrowych,
  •  łatwy i przejrzysty zautomatyzowany formularz elektroniczny, który można wypełnić metodą ”krok po kroku”,
  •  modyfikacja danych rejestrowych online,
  •  większa transparentność rejestru poprzez możliwość sprawdzania powiązań osobowych członków organów podmiotu gospodarczego bądź właściciela oraz historię zmian wpisu do rejestru,
  •  działalność zgodnie z zasadami umowy spółki bądź w przypadku jej braku wyłącznie na podstawie Kodeksu Spółek Handlowych,
  •  wprowadzenie odpowiedzialności karnej za błędny lub nieaktualny wpis do rejestru,
  •  powszechność i jawność rejestru online,
  • weryfikacja podmiotów i pomoc w obsłudze systemu przez placówki pocztowe, notariuszy, banki, urzędy.

Reforma systemu rejestracji firm w Polsce nie powinna bazować jedynie na jego dalszej informatyzacji. Potrzebna jest zmiana strukturalna i przeniesienie wszelkich kompetencji rejestrowych do administracji publicznej – powiedział Maciej Letkiewicz, ekspert ZPP w dziedzinie prawa podatkowgo, współautor publikacji. – Myśląc o reformie nie można mieć na uwadze jedynie łatwości w samej rejestracji. Największą słabością obecnych rejestrów jest minimalna ilość informacji dostępnych za darmo w wersji elektronicznej – dodał.

Propozycja reformy rejestrów działalności gospodarczej ma wyjść naprzeciw oczekiwaniom przedsiębiorców i ułatwić im rejestrację oraz zarządzanie swoim biznesem, a w rezultacie przyśpieszyć wzrost gospodarczy Polski i poprawić byt jej mieszkańców – czytamy w podsumowaniu raportu.

Korekta na GPW znalazła potwierdzenie w wartości GIP60. Największe spółki pociągnęły indeks w dół

Majowa korekta na GPW dotknęła polski przemysł. To największy spadek wartości GIP60 od początku istnienia indeksu. W maju osiągnął on poziom 1109.44. To spadek o 3,09% w porównaniu do poprzedzającego miesiąca. Najlepiej poradzili sobie producenci materiałów budowlanych, a liderem miesiąca okazała się spółka BIOMED-LUBLIN WYTWÓRNIA SUROWIC I SZCZEPIONEK. Mimo korekty, wzrost gospodarczy w polskim przemyśle utrzymuje się na wysokim poziomie, rośnie poziom zatrudnienia, a dynamika wzrostu produkcji oraz nowych zamówień znacznie przewyższa sugerowane średnie.

Głębsza analiza w przekroju branżowym oraz na poziomie pojedynczych przedsiębiorstw wykazuje wiele podobieństw między „elitarnym” GIP60 a szerokim rynkiem GPW. Zyskiwały głównie małe spółki, a wśród akcji największych przedsiębiorstw przeważały niedźwiedzie nastroje, które ostatecznie przełożyły się na korektę najważniejszych indeksów WIG. Straty odnotowało 30 spółek z Giełdowego Indeksu Produkcji, 25 zwiększyło swoją wartość a 5 zamknęło maj z niezmienioną ceną akcji. Wśród 10 spółek o największej kapitalizacji kursy tylko dwie zamknęły maj nad kreską – GRUPA KĘTY (+0,8% m/m) i ZAKŁADY CHEMICZNE POLICE (+1,5% m/m). Dla pozostałych, korekta w tym miesiącu okazała się bardzo bolesna: LPP (-9,6% m/m), GRUPA AZOTY (-7,4% m/m), CCC (-6,4% m/m), SYNTHOS (-9,1%) i CIECH (-13% m/m). Odpływ kapitału od największych spółek z indeksu GIP60 musiał przełożyć się na spadek wartości całego wskaźnika. Z drugiej strony, spółki, które w maju zyskiwały najwięcej należą do grupy najmniejszych w GIP60, a co za tym idzie ich wzrosty miały relatywnie niewielki wpływ na wartość całego indeksu.

Budowlane gwiazdy miesiąca

W maju inwestorzy najlepiej oceniali producentów materiałów budowlanych, których wartość rynkowa wzrosła średnio o 4,05%. Za tak dobry wynik w tej grupie odpowiadają głównie spółki, które znalazły się w TOP5 klasyfikacji majowej GIP60 czyli POZBUD T&R (+12,1% m/m), LIBET (+15% m/m) i FERRO (+16,5% m/m). Pozostałe spółki branży budowlanej traciły na wartości solidarnie dokładając się do korekty trendu wzrostowego na WIG-BUDOW (-8,03% m/m), dlatego źródeł sukcesu trzech wymienionych spółek należy upatrywać wśród czynników niesystematycznych, np. w sprawozdaniach finansowych za pierwszy kwartał.

Liderem indeksu w minionym miesiącu została się spółka BIOMED-LUBLIN WYTWÓRNIA SUROWIC I SZCZEPIONEK, dla której wystarczył dopływ 9 mln zł kapitału inwestorów żeby jej wartość rynkowa zanotowała skokowy wzrost o 19,80%. Warto zaznaczyć, że BIOMED-LUBLIN zasłużył na podium klasyfikacji GIP60 już po raz drugi – w październiku 2016 wzrost o 30% zapewnił spółce drugie miejsce. Źródła majowego sukcesu na giełdzie należy dopatrywać się w opublikowanym w drugiej połowie miesiąca sprawozdaniu finansowym za pierwszy kwartał 2017 roku, w którym można znaleźć kilka informacji wpływających na optymizm inwestorów, w tym m.in.: redukcję stanu zapasów (-76,7% r/r), znaczny spadek zobowiązań krótkoterminowych (-39% r/r) i wzrost przychodów (+8,44% r/r).

Najgorzej w minionym miesiącu poradziły sobie spółki z branży chemicznej (-4,62%), dystrybutorzy produktów własnego projektu (-2,45%), spółki z branży elektromaszynowej (-2,39%) i drzewnej (-1,92 %). Średnie zwroty miesięczne dla pozostałych branż oscylowały wokół zera.

Jeśli w najbliższym czasie GPW nie dotknie jakieś negatywne zdarzenie wpływające na cały krajowy rynek akcji, to majowa korekta na akcjach spółek produkcyjnych może być postrzegana jako wiosenna promocja na towarach o relatywnie dobrym stosunku jakości do ceny. Z drugiej strony maj zwykle wskazywał kierunek w jakim GPW podążała w kolejnych miesiącach roku, więc może rację mają Ci, którzy dostrzegają ziarno prawdy w oklepanym „Sell in May and go away”? Czas pokaże czy czekają nas ciekawe wakacje czy jednak ta stara giełdowa maksyma sprawdzi się po raz kolejny – powiedział Maciej Zaręba z DSR S.A., współtwórca Giełdowego Indeksu Produkcji.

Przemysł w Polsce i w Europie bije kolejne rekordy

Wśród spółek GIP60 nie brakuje eksporterów dlatego za korzystny należny uznać kolejny pozytywny odczyt IHS Markit Germany Manufacturing PMI®, który w maju wyniósł 59,5 (+2,23% m/m) osiągając poziom niespotykany w Niemczech od kwietnia 2011 roku. Również uśredniony dla wszystkich państw strefy euro IHS Markit Eurozone Manufacturing PMI® zanotował sześcioletnie maksimum równe 57 (56,7 w kwietniu). Autorzy raportów publikowanych razem z odczytem PMI® zauważyli, że to właśnie sektor przemysłowy w maju był głównym motorem napędowym koniunktury w Niemczech i w całej strefie euro.

Dobra koniunktura u naszych największych partnerów handlowych przełożyła się na znaczący wzrost liczby zamówień eksportowych. Jednak majowe dane PMI® wskazały na lekkie wytonowanie pozytywnych nastrojów. Wskaźnik PMI badany dla polskiego sektora przemysłowego w maju wyniósł 52,7 co było znacznym spadkiem w stosunku do danych z kwietnia, kiedy to PMI wyniósł 54,1. Jest to jednak wciąż ciągle odczyt na poziomie wyższym od średniej historycznej (50,5). – Ponieważ w maju wielkość produkcji, liczba nowych zamówień i poziom zatrudniania zwiększały się, a wskaźnik PMI w strefie państw euro jest rosnący, raczej należy się spodziewać odbudowywania pozytywnego nastroju wśród firm produkcyjnych w kolejnych tygodniach niż jego schłodzenia – dodaje Maciej Zaręba. Taki pogląd ma swoje uzasadnienie w wynikach badań GUS i raportach niezależnych firm analitycznych. Sugerują one, że wzrost gospodarczy w polskim przemyśle utrzymuje się na poziomie więcej niż zadowalającym. Rośnie poziom zatrudnienia, a dynamika wzrostu produkcji oraz nowych zamówień mimo, że jest niższa niż w kwietniu, to ciągle znacznie przewyższa długoterminowe średnie.

GIP60 to indeks opracowany przez firmę DSR, serwis analityczny PRODUKCJA.EXPERT, poświęcony problematyce polskiej produkcji oraz Wydział Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej. Jego uczestnikami jest 60 spółek notowanych na Rynku Podstawowym GPW a celem przejrzysta identyfikacja zmian nastrojów inwestorów w stosunku do spółek z branży produkcyjnej.

GPW otwiera się na startupy – tworzy Akcelerator wspólnie z platformą Beesfund

  • Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie S.A. oraz Beesfund S.A. – największa polska platforma equity crowdfundingowa, podpisały porozumienie o współpracy
  • Na jego mocy powstanie Akcelerator, który ułatwi networking z całym ekosystemem startupowym i będzie budował zainteresowanie startupami wśród spółek giełdowych

W czwartek, 8 czerwca b.r. Jarosław Grzywiński – p.o. Prezesa Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie S.A. oraz Arkadiusz Regiec – Prezes Beesfund S.A. podpisali porozumienie, na mocy którego obie organizacje powołują do życia Akcelerator GPW.

Funkcją Akceleratora jest przede wszystkim umożliwianie networkingu, zainteresowanie spółek giełdowych startupami, a także pomoc w pozyskiwaniu klientów wśród spółek notowanych na GPW S.A., wsparcie w budowaniu relacji i ułatwianie kontaktu startupów z inwestorami z rynku kapitałowego.

Wierzymy, że rynek kapitałowy może wesprzeć innowacyjne firmy we wczesnej fazie rozwoju i przygotować je do późniejszych emisji na rynku NewConnect bądź Głównym Rynku – przekonuje Jarosław Grzywiński, p.o. Prezesa Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Założeniem GPW S.A. i Beesfund S.A. jest, by Akcelerator stał się miejscem otwartym na współpracę z całym ekosystemem startupowym. Dlatego planowana jest współpraca z innymi akceleratorami, funduszami ventures, fundacjami, które działają na rynku startupowym. Akcelerator GPW będzie im służył pomocą w przedstawieniu alternatywnej ścieżki pozyskiwania finansów poprzez rynek kapitałowy.

– Do współpracy z GPW zainspirowały nas analogiczne rozwiązania działające na rozwiniętych giełdach świata. Jednocześnie nasz Akcelerator jest autorskim projektem dostosowanym do regionalnych warunków – dodaje Arkadiusz Regiec.

Prace Akceleratora już ruszyły i został ogłoszony pierwszy nabór spółek. Wstęp mają firmy z centralnej Europy, w tym także te, które skorzystały z platformy Beesfund.

Beesfund S.A. jest najmłodszym dzieckiem polskiego rynku kapitałowego, a equity crowdfunding wpisuje się w istotę działania GPW. Nasi emitenci to głównie spółki akcyjne i komandytowo-akcyjne, którym zapewniamy rozproszenie kapitału – średnio emisję obejmuje 140 inwestorów. Są to okoliczności sprzyjające powodzeniu oferty na NewConnect i budujące płynność rynku oraz zaufanie inwestorów. Właśnie z tych powodów Giełda Papierów Wartościowych jest naszym naturalnym sojusznikiem. Jesteśmy polską spółką i wierzymy, że właśnie tutaj, przy wsparciu takiego partnera, będzie biło serce startupowego ekosystemu Europy Centralnej. Nasi emitenci w przyszłości będą regularnie debiutowali na rynku NewConnect, dlatego zdecydowaliśmy się na tę współpracę – dodaje prezes Beesfund S.A.

Stefan Kawalec: Euro doprowadzi do rozpadu całej Unii Europejskiej

Według ekspertów, brak własnej monety naraża gospodarki krajów ze strefy euro, na poważną utratę niezbędnej cechy konkurencyjności międzynarodowej. Nawet wysoki poziom ekonomiczny nie uchroni przed takim ryzykiem. Choćby dlatego Polska nie powinna rezygnować ze złotówki, zwłaszcza że przyszłość Eurolandu jest niepewna.

W jednym z wywiadów wicepremier Morawiecki powiedział, że „przyjęcie unijnej waluty można rozważyć wtedy, gdy Polska będzie bardziej podobna do krajów strefy euro pod względem wielu parametrów makro- i mikroekonomicznych”. Jego zdaniem mogłoby to nastąpić za 10-20 lat. Tymczasem, w opinii warszawskiego ekonomisty Łukasza Białka, bezwiedne wskazywanie przedziałów czasowych jest mocno ryzykowne. W ciągu dekady może np. przestać istnieć strefa euro. Natomiast, od terminu wejścia do Eurolandu ważniejsze jest to, po jakim kursie nastąpi przejście ze złotego na euro. Od tego zależeć będzie późniejsza kondycja naszej gospodarki. Cena złotówki powinna równoważyć potrzeby konsumentów i przedsiębiorców. Importerzy chcą, by była jak najmocniejsza, eksporterzy – przeciwnie. Ponadto, wszelkie deklaracje należy popierać konkretnym harmonogramem działań.

– UE i wspólny rynek to wielkie osiągnięcia Starego Kontynentu. Eurowaluta miała je umocnić, ale stało się odwrotnie. Jeden pieniądz jest niefunkcjonalnym rozwiązaniem dla Europy i zagrożeniem dla integracji europejskiej. W pesymistycznym scenariuszu, euro będzie uporczywie bronione. W krajach, które bez własnej waluty nie będą w stanie odzyskać konkurencyjności, do władzy zaczną dochodzić ugrupowania populistyczne i antyeuropejskie. To w konsekwencji doprowadzi do rozpadu Unii Europejskiej i wspólnego rynku – przewiduje Stefan Kawalec, prezes Capital Strategy, były wicemister finansów.

Rozpad strefy

W opinii Łukasza Białka, Polacy powinni być świadomi tego, że Unia Europejska jest niedokończonym projektem. O jej słabości świadczy m.in. to, że tylko wybrane kraje członkowskie łączy wspólna moneta. Unia walutowa nie przetrwa bez zjednoczenia fiskalnego i politycznego. Obecnie jest i nadal będzie wiele różnic pomiędzy państwami członkowskimi, zarówno na poziomie rozwoju gospodarczego, jak i konkurencyjności. Te dysproporcje nie sprzyjają rozwojowi UE, takiej jaka jest przedstawiana w teorii. A już na pewno nie likwidują przyczyn problemów ekonomicznych w Eurolandzie.

– Rozpad strefy euro może nastąpić pod wpływem wydarzeń politycznych, a te maja charakter nieliniowy. Każde wybory prezydenckie czy parlamentarne w członkowskim kraju, mogą wyzwolić impuls, który spowoduje istotną zmianę sytuacji w całej grupie państw. Dlatego, nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie istniała strefa euro. Jednak nawet gdybyśmy byli przekonani, że przetrwa długo, to nie należy do niej wchodzić. Brak własnej waluty wystawiłby naszą gospodarkę na zwiększone ryzyko utraty konkurencyjności międzynarodowej, co groziłoby przyhamowaniem wzrostu gospodarczego na wiele lat – ocenia Stefan Kawalec.

Jak przewiduje Łukasz Białek, w najbliższym czasie problem Grecji po raz kolejny pobudzi opinię publiczną do dyskusji na temat słabości UE. To wciąż uśpiony wulkan. Według tegorocznego raportu Międzynarodowego Funduszu Europejskiego, od początku greckiego kryzysu na pomoc temu państwu przeznaczono już ponad 260 miliardów euro. W kontekście przyszłości unii walutowej, ekspert radzi postawić pytanie, jak zachowa się Euroland w momencie, gdy kolejne kraje zaczną wymagać niespłacalnych pożyczek na poziomie po 200 mld euro. Europejski Bank Centralny nie jest przecież tzw. workiem bez dna. Zdaniem eksperta, podatnicy z zamożnych państw członkowskich nie będą już chcieli rzucać kół ratunkowych tym, którzy działają tak nieracjonalnie i rozrzutnie, jak np. Grecy.

Utrata konkurencyjności

– Dzięki własnej walucie, istnieją skuteczne mechanizmy oddziaływania na sytuację gospodarczą kraju. Należą do nich polityka monetarna i zmiany kursu walutowego. Mechanizm dostosowawczy działa w znacznej mierze samoczynnie i oddziałuje antycyklicznie. W okresach dobrej koniunktury złoty umacnia się i pomaga uchronić gospodarkę przed tzw. „przegrzaniem”. Natomiast, gdy sytuacja na naszych rynkach eksportowych pogarsza się, polska waluta osłabia się. A to sprawia, że produkowane w Polsce artykuły stają się bardziej konkurencyjne, zarówno u nas, jak i za granicą – podkreśla były wiceminister finansów.

Według Łukasza Białka, nasza gospodarka nie jest obecnie przygotowana do rywalizacji z wysokorozwiniętymi państwami unii walutowej. Mimo stałej poprawy, nadal trzeba pracować nad wzrostem konkurencyjności, produktywności, nowoczesności i wydajności pracy. Nie powinno to być w żaden sposób uzależnione od decyzji dotyczącej przyjmowania eurowaluty. Niezależnie od niej, musimy dążyć do rozwoju przemysłu, wspierać zdolnych i wykształconych polskich przedsiębiorców. Powinniśmy także tworzyć takie środowisko prawne i podatkowe, aby powstawały u nas firmy z powodu atrakcyjnego otoczenia biznesowego, a nie z uwagi na 4-krotnie niższe koszty pracy, w porównaniu do Europy Zachodniej.

– Bez wątpienia ryzyko wejścia do strefy euro jest większe w przypadku, gdy dana gospodarka pod wieloma względami różni się od tych, których sytuacja będzie wywierała decydujący wpływ na politykę monetarną Europejskiego Banku Centralnego. Uważam jednak, że średni lub duży kraj w Unii Europejskiej, taki jak Polska, powinien mieć własną walutę, niezależnie od poziomu ekonomicznego. Wysoki poziom rozwoju nie chroni bowiem przed ryzykiem utraty konkurencyjności – zaznacza Stefan Kawalec.

Najgorsze scenariusze

Zdaniem Łukasza Białka, wstąpienie do unii walutowej pociągnęłoby za sobą oddanie kontroli polityki pieniężnej Europejskiemu Bankowi Centralnemu. Najpoważniejsze ryzyko z tym związane, jakie należy rozważać, to zmniejszenie dynamiki we wzroście konkurencyjności lub nawet znaczące spowolnienie tego procesu. Spadek eksportu i gorsze wyniki wymiany handlowej uderzyłyby w polskich eksporterów. Nastąpiłoby ograniczenie inwestycji zagranicznych, które do tej pory alokowały swój kapitał w Polsce, korzystając z wykwalifikowanej i tańszej kadry pracowniczej.

– Zachowanie złotego nie gwarantuje oczywiście Polsce pomyślności gospodarczej. Do tego potrzebne są jeszcze inne czynniki. Warto wymienić dwa z nich. Po pierwsze, jest to zdrowa polityka gospodarcza, czyli zapewniająca równowagę fiskalną oraz stabilne warunki dla działalności biznesowej. Drugi ważny element to gwarancja dostępu do rynku europejskiego. Jednak, gdy kraj nie ma swojej waluty, istnieje większe ryzyko, że nawet przy poprawnej polityce gospodarczej, utraci on konkurencyjność międzynarodową. Odzyskanie jej bez własnej waluty, jest zadaniem dość karkołomnym, które może wymagać wielu lat stagnacji gospodarczej i wysokiego bezrobocia – ostrzega Stefan Kawalec.

Jak podsumowuje ekonomista Łukasz Białek, strefa euro od kilku lat ma poważne problemy. Jej członkowie są pogrążeni w zobowiązaniach wielkości setek miliardów euro. Ostatnio KE zaproponowała, by rozważyć stworzenie osobnego budżetu dla Eurolandu. Zdaniem eksperta, wprowadzenie takiego projektu nie zaszkodziłoby nam, bo nieformalna UE dwóch prędkości już dawno funkcjonuje. Tworzenie nowych grup mogłoby natomiast oznaczać przygotowania do ewentualnego rozpadu unii walutowej. Należy liczyć się ze scenariuszem wypchnięcia ze strefy euro tzw. najsłabszych ogniw, m.in. Grecji, Portugalii czy Hiszpanii. Możliwy też jest powrót do własnych walut najzamożniejszych krajów i pozostawienie eurowaluty reszcie państw. Polska, zachowując złotówkę, nie odczułaby mocno konsekwencji przewidywanego chaosu. Co istotne, nie brałaby udziału w transferach i poręczeniach pomiędzy zadłużonymi gospodarkami unii walutowej.

Kurs funta po wyborach w Wielkiej Brytanii

Gdy 18 kwietnia brytyjska premier Theresa May ogłosiła przedterminowe wybory, funt wzmocnił się o ok. 2 proc. Wtedy było praktycznie przesądzone, że torysi zauważalnie powiększą kruchą przewagę w Izbie Gmin. Jednak po sześciu tygodniach kampanii praktycznie każdy scenariusz jest możliwy, łącznie z „zawieszonym parlamentem”, który spowodowałby, że funt może kosztować nawet 4.60 zł – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Z punktu widzenia partii konserwatywnej ogłoszenie przedterminowych wyborów ponad 6 tygodni temu wydawało się bardzo dobrym pomysłem. Zdecydowana większość sondaży dawała ugrupowaniu premier Theresy May przewagę nad laburzystami w granicach 20 pkt proc. Przekładało się to na około 400-450 z 650 miejsc w brytyjskiej Izbie Gmin. To oznaczało również, że obecna większość parlamentarna na poziomie 17 posłów mogła urosnąć do ok. 100.

Obsadzenie przez torysów 2/3 miejsc w Izbie Gmin dawałoby nie tylko komfort rządzenia do 2022 r., ale również sugerowało silny mandat do negocjacji warunków Brexitu z Brukselą. Dodatkowo wyraźna większość parlamentarna zmniejszała ryzyko, że część bardziej radykalnych przedstawicieli konserwatystów może forsować „twardy Brexit”. Przy przewadze na poziomie ok. 100 parlamentarzystów ten negatywny scenariusz był mniej prawdopodobny. W rezultacie 18 kwietnia funt zyskał w stosunku do walut krajów wchodzących w skład brytyjskiej wymiany handlowej ok. 2 proc. wartości.

Topniejąca przewaga torysów

Jeszcze miesiąc po ogłoszeniu przedterminowych wyborów przewaga ugrupowania premier May była nadal wysoka. Wszystko zaczęło się zmieniać po publikacji manifestu konserwatystów. Zasugerowano w nim zmniejszenie świadczeń pomocy społecznej dla osób starszych z majątkiem powyżej 100 tys. funtów. I choć dość szybko z tego pomysłu się wycofano, to jednak dyskusja o zabraniu przywilejów dla osób w wieku poprodukcyjnym stała się początkiem spadku poparcia dla torysów.

Od połowy maja przewaga konserwatystów nad Partią Pracy zaczęła szybko topnieć. Poparcie dla opozycyjnych laburzystów na początku czerwca zaczęło sięgać 35-40 proc. (obecnie średnia z 10 sondaży to 43,6 proc. dla torysów i 35,8 proc dla laburzystów), co oznacza wzrost o 10-15 pkt proc. w porównaniu z momentem ogłoszenia wyborów. W rezultacie wzrosło również prawdopodobieństwo, że torysi nie tylko nie będą w stanie powiększyć przewagi w porównaniu do wyborów z 2015 r., ale grozi im utrata parlamentarnej większości. To zagrożenie zostało dość szybko wycenione przez funta. Jego wartość wróciła do poziomów sprzed ogłoszenia przedterminowych wyborów.

Scenariusze dla funta

Na podstawie ostatnich reakcji i oczekiwań rynkowych można zbudować dla funta cztery scenariusze: dwa pozytywne oraz dwa negatywne. Wzrost wartości brytyjskiej waluty byłby najbardziej znaczący, gdyby torysi uzyskali przynajmniej 50-miejscowy bufor do rządzenia. Wtedy można oczekiwać, że funt wzrośnie o ok. 2-3 proc. Wycena szterlinga w relacji do złotego mogłaby wzrosnąć w takim scenariuszu mniej więcej o 10-15 gr i sięgnąć granicy nawet 5 zł.

Drugi pozytywny rozwój wydarzeń dla funta to wynik nieco wyższy od tego z 2015 r. (17 miejsc i 6,6 pkt. proc. przewagi nad laburzystami). Przekroczenie większości na poziomie 30-50 miejsc być może zostałoby odebrane jako kampanijna porażka, ale prawdopodobnie nie spowodowałaby wyraźniejszych przetasowań na funcie.

Szterling natomiast negatywnie mógłby zareagować na zwycięstwo laburzystów. Skala tego ruchu jest stosunkowo trudna do oszacowania. W pierwszych dniach prawdopodobnie funt mógłby stracić ok. 2-3 proc. (10-15 gr do złotego). Później wiele zależałoby od stanowiska laburzystów dotyczącego kwestii gospodarczych. Brytyjskiej walucie pomagałby fakt, że partia Jeremego Corbyna dążyłaby do porozumienia z UE, a nie do konfrontacji.

Z drugiej jednak strony wygrana laburzystów może również generować problemy. Jak pogodzić wynik referendum dotyczący Brexitu z chęcią utrzymania dostępu do wspólnego rynku oraz ograniczeniem imigracji? Jak pisze „The Wall Street Journal”, Corbyn „sam nazywa siebie socjalistą, który obiecał nacjonalizację transportu kolejowego i firm użyteczności publicznej, a także podniesienie podatków dla przedsiębiorstw oraz 5 proc. najlepiej zarabiających”. Według „WSJ” jest on również uważany za „najbardziej lewicowego lidera od pokolenia”. Ogólnie jednak szansa na zwycięstwo laburzystów, mimo ostatnich silnych wzrostów poparcia, jest ograniczone i według notowań bukmacherów wahało się w ostatnich dniach blisko poziomu 10 proc.

Zawieszony parlament najbardziej niekorzystny dla funta

Prawdopodobnie najbardziej negatywnym scenariuszem dla funta jest wynik, który nie daje możliwości samodzielnego rządzenia żadnej partii. Na Wyspach tylko dwukrotnie w ostatnich 40 latach mieliśmy do czynienia z „zawieszonym parlamentem”. Jednomandatowa ordynacja wyborcza oraz specyfika brytyjskiego systemu sprawia, że nawet stosunkowo niewielka procentowa przewaga wygrywającego daje mu możliwość samodzielnego rządzenia.

Negatywne reperkusje braku parlamentarnej większości któregoś z ugrupowań potęguje kwestia Brexitu. Ryzyko rządu mniejszościowego, kruchej koalicji czy ponownych wyborów byłoby połączone z niepewnością dotyczącą warunków opuszczenia Unii Europejskiej. Mogłoby to zwiększyć podziały wewnątrz Zjednoczonego Królestwa, a także dość szybko przełożyć się na pogorszenie nastrojów konsumentów czy przedsiębiorców.

Według ankiet przeprowadzonych wśród banków inwestycyjnych przez agencję Bloomberg, „zawieszony parlament” może spowodować spadek funta w relacji do dolara nawet do poziomu 1,20 (około 7 proc.). Mediana oczekiwań ekonomistów pokazuje obniżenie się wartości szterlinga o 5 proc. Oznaczałoby to więc spadek wartości w brytyjskiej waluty w relacji do polskiej mniej więcej 25 gr., czyli do ok. 4,60 zł. Według notowań bukmacherów (dane Oddschecker), ryzyko takiego rozwoju sytuacji wynosi ok 17 proc.

Podsumowując, ryzyka dla funta wyraźnie się zwiększyły w ostatnich tygodniach, ale sondaże wyborcze czy notowania bukmacherów nadal pozostają stosunkowo ograniczone. Z drugiej jednak strony pamiętając, że ostatnie wydarzenia polityczne w krajach rozwiniętych często miały zaskakujące zakończenie, prawdopodobieństwo negatywnego rozwoju sytuacji dla szterlinga może być niedoszacowane.

Przed ECB: polityka małych kroków

Najbliższe posiedzenie ECB nie przyniesie zmian w parametrach polityki monetarnej (stopy procentowe, program QE), ale powinno być małym krokiem w kierunku normalizacji. Oczekujemy subtelnych zmian w forward guidance oraz poprawy oceny perspektyw gospodarczych, jednocześnie jednak nie spodziewamy się jastrzębich niespodzianek w temacie tempa przyszłych podwyżek. Rynek zdaje się oczekiwać po ECB więcej, niż ten może obecnie zaoferować, co stanowi negatywne ryzyko dla euro.

Decyzja Europejskiego Banku Centralnego zostanie opublikowana w czwartek 8 czerwca o 13:45. My i konsensus oczekujemy pozostawienia stóp procentowych na niemienionym poziomie (referencyjna: 0 proc., depozytowa: -0,4 proc.) oraz podtrzymania miesięcznego tempa skupu aktywów na poziomie 60 mld EUR co najmniej do końca roku. Na godzinę 14:30 zaplanowana jest konferencja prasowa prezesa ECB Mario Draghiego.
Dla nikogo nie jest tajemnicą, że ECB nie będzie już pogłębiał ekspansji monetarnej, a stopniowo szykuje się do odchodzenia od niekonwencjonalnych narzędzi polityki pieniężnej. Sami członkowie Rady Prezesów w indywidualnych komentarzach wskazują na toczące się dyskusje i możemy wyodrębnić cztery obszary, gdzie może dojść do modyfikacji przekazu: wzrost gospodarczy, inflacja, ścieżka stóp procentowych i sekwencyjność polityki.

Wzrost gospodarczy

Aktywność gospodarcza strefy euro od początku roku zaskakuje pozytywnie (patrz: wysokie odczyty indeksów PMI), jednak w komunikacie po ostatnim posiedzeniu 27 kwietnia ECB podtrzymał ocenę ryzyka dla perspektyw wzrostu jako „przeważające po negatywnej stronie”. Jako powód podawano wpływ czynników globalnych, ale nie będzie daleko idącą teorią wskazanie na niepewność o wynik francuskich wyborów prezydenckich. Mając to ryzyko już za sobą, teraz będzie łatwiej jastrzębiom przeforsować zmianę bilansu ryzyk na „zrównoważony”. Nowe projekcje gospodarcze powinny być w tym pomocne.

Inflacja

Inflacja wciąż pozostaje problemem dla ECB. Ostatnie odczyty CPI za maj wskazały na mocniejsze od oczekiwań wygaszenie przyspieszenia tempa z początku roku. Po zaniknięciu wpływu skoku cen ropy naftowej i sezonowych wahań związanych ze Świętami Wielkanocnymi nie widać oznak nasilenia presji inflacyjnej. Dynamika płac w strefie euro pozostaje słaba przy stopie bezrobocia pozostającej na podwyższonym poziomie. Wątpliwe jest, aby cel dla CPI z marcowej projekcji (1,7 proc.) był do uchwycenia w tym roku, tak samo jak prognoza inflacji bazowej (1,1 proc.). Nie oczekujemy zmian w komunikacie w temacie inflacji, jednak rewizja w dół prognoz inflacji będzie budować gołębi wydźwięk.

Ścieżka stóp procentowych

W komunikacie ECB „forward guidance” dotyczący stóp procentowych mówi, że „stopy procentowe pozostaną na obecnym lub niższym poziomie przez długi okres czasu”. Utrzymanie otwartej furtki dla dalszych obniżek było podyktowane zagrożeniem przedłużenia się deflacji, jednak większość członków Rady Prezesów podkreśla, że ryzyka powrotu deflacji oddaliły się. Sam prezes Draghi ostatnio stwierdził, że „kryzys gospodarczy strefy euro już minął”. Zakładamy, że gołębie nastawienie w postaci „ lub niższym poziomie” zostanie usunięte z komunikatu. Decyzja ta jest formalnością, gdyż nikt nie oczekuje, że ECB zetnie jeszcze stopy procentowe.

Sekwencyjność

Jest to najważniejszy element dyskusji o przyszłości polityki ECB. Przez sekwencyjność rozumie się rozdzielenie w czasie programu skupu aktywów i cyklu podwyżek stóp procentowych, tj. etapy normalizacji nie powinny się nakładać. Przekaz ECB mówi, że pierwsza podwyżka stóp procentowych nie nastąpi jeszcze przez długi czas po zakończeniu programu QE. Jednak jeszcze do niedawna rynek wyceniał pierwszą podwyżkę stopy depozytowej o 10 pb na w maju 2018 r. Tymczasem jest nieprawdopodobne, aby bank centralny sprowadził do zera miesięczne tempo skupu aktywów (60 mld EUR) w zaledwie 4 miesiące. Odejście od sekwencyjności godzi w wiarygodność „forward guidance” i może nieść negatywne konsekwencje dla polityki monetarnej w przyszłości. Ponadto większość członków ECB widzi więcej szkodliwego wpływu w skupie aktywów, z koeli ostatnie badania na temat skutków ujemnych stóp procentowych wskakują, że pozytywnie wpływają na akcję kredytową.

Oczekujemy, że ECB podtrzyma przekaz o powstrzymaniu się od podwyżki do czasu wygaszenia programu skupu aktywów. Ostatnio rynkowa wycena podwyżki odsunęła się na IV kw. przyszłego roku i jeśli przyjąć, że program QE zakończy się do końca pierwszego półrocza 2018 r., sekwencyjność zostanie zachowana. Jednak jeśli ECB nic nie zmieni w komunikacie (podtrzymana zostanie fraza, że stopy procentowe pozostaną bez zmian „na długo po zakończeniu skupu aktywów”), naszym zdaniem rynkowe oczekiwania będą zawiedzione.

Konkluzja

Z perspektywy oczekiwań rynkowych w cenie euro zawarte jest podwyższenie perspektywy wzrostu gospodarczego, neutralne podejście do inflacji, usunięcie gołębiego nastawienia z opisu ścieżki stóp procentowych i złagodzenie sekwencyjności (możliwe usunięcie fragmentu „na długo”). Naszym zdaniem wątpliwości co do odbicia inflacji i siły czynników na nią wpływających będą powstrzymywać ECB od wyraźnej zmiany nastawienia. Kres programu skupu aktywów zbliża się nieubłaganie (inaczej w przyszłym roku zabraknie obligacji skarbowych dostępnych ECB do skupu bez naruszenia warunków programu QE), a ECB powinien z wyprzedzeniem zapowiedzieć strategię wygaszenia QE. Ale ponieważ ECB preferuje stopniowe komunikowanie zmiany nastawienia, sądzimy, że ten krok zostanie odłożony do września.

W rezultacie najbliższe posiedzenie przyniesie częściowe i skromne odejście od gołębiego nastawienia, co z perspektywy pozycjonowania rynku walutowego będzie rozczarowaniem, które tworzy warunki dla realizacji zysków z ostatniej fali umocnienia EUR.

Sporządził:
Konrad Białas
DM TMS Brokers

Wybory w UK. Dane z Azji.

Brytyjczycy wybierają dzisiaj przedstawicieli do izby gmin. Dobre dane z Chin, słabe z Japonii. RPP nie zmieniła stóp procentowych.

Wybory w Wielkiej Brytanii

Przyspieszone wybory do Izby Gmin odbywają się dzisiaj a wyniki będą znane najprawdopodobniej już jutro. Lokale zamykane są o 22:00 czasu lokalnego, czyli 23:00 w Polsce. Głosowanie przy otwartych rynkach ma swoje wady, między innymi zwiększoną zmienność wraz z podaniem wyników sondażowych. Z drugiej strony robienie ich w weekend powoduje duże niepewności na zamknięciu i otwarciu sesji. Dlaczego w ogóle doszło do przedterminowych wyborów? Powodem była chęć zwiększenia przez konserwatystów przewagi którą ma obecnie by łatwiej prowadzić negocjacji i zmiany okołobrexitowe. Regularne wybory powinny się odbyć dopiero w 2021 roku. Według sondaży Torysi powinni zwiększyć swój udział z obecnych 326 mandatów do około 380. Izba gmin posiada 650 miejsc, będą oni w takim scenariuszu mieli stabilną większość. Jak reagują waluty? Na funcie jest względnie spokojnie, aczkolwiek widać, że rynki odczytują to raczej jako dobrą informacje gdyż od kilku dni brytyjska waluta powoli się umacnia. Nie brakuje oczywiście ryzyk w tym scenariuszu poparcie dla partii pracy w ostatnich tygodniach gwałtownie rośnie a to główny rywal konserwatystów.

Dane z Azji

W nocy poznaliśmy dane z Chin i Japonii. PKB kraju kwitnącej wiśni wzrosło w skali roku o 1,3%, to o 0,3% mniej niż oczekiwali analitycy. Dobre dane z kolei nadeszły z Chin. Nadwyżka handlu zagranicznego była o 5,5 mld niższa od oczekiwań (około 12%). Eksport rośnie o 8,7% przy oczekiwanych 7% z kolei import o 14,8% przy oczekiwanych 8,5%. Pokazuje to, że transformacja z producenta na konsumenta trwa i proces ma się dobrze.

Bez zmian stóp procentowych

Wczorajsze posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej zgodnie z oczekiwaniami nie przyniosło zmian stóp procentowych. Obecnie banki centralne w większości czekają na rozwój wypadków. Świat z niepokojem patrzy na rosnącą nierównowagę między USA a Europą. Państwa z amerykańskiej strefy wpływów gospodarczych najprawdopodobniej szybciej zaczną podnosić stopy procentowe, gdyż po kolejnych podwyżkach w USA mogą mieć problem z emisją długu przy małych różnicach oprocentowania względem papierów amerykańskich. Z kolei Polska raczej będzie czekać na ruch ze strony EBC.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:
14:30 – Unia Europejska – projekcje makroekonomiczne EBC,

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Wybory w Wlk. Brytanii: kto i jak będzie negocjował Brexit?

Chociaż Partia Konserwatywna premier Theresy May prowadzi w sondażach, to jednak przewaga mocno stopniała od czasu ogłoszenia wyborów w połowie kwietnia. W czwartkowym głosowaniu (8 czerwca) wygrana Torysów jest wciąż najbardziej prawdopodobna, ale nigdzie indziej, jak w Wielkiej Brytanii sondaże pokazały, że mogą się mylić. Cztery realne scenariusze oferują różne ścieżki dla funta.

Kiedy 18 kwietnia Theresa May ogłosiła przedterminowe wybory parlamentarne, liczyła na dowiezienie ponad 20 pkt. przewagi nad drugą Partią Pracy. Od tego czasu strategia w kampanii wyborczej przyniosła nieco odmienny skutek. Premier May przede wszystkim zależało na podkreśleniu, że „silny i stabilny rząd” będzie w stanie wynegocjować lepsze porozumienie w negocjacjach Brexitu. Jednak złe posunięcia w polityce wewnętrznej (wycofanie się z obietnic wyborczych, m.in. z rozwiązań dla osób starszych) mocno odbiły się na poparciu.

Z drugiej strony główny przeciwnik Partia Pracy zrezygnowała z walki na polu aprobaty Brexitu, a za to poszło w stronę wyższego opodatkowania przedsiębiorstw i osób dużo zarabiających na rzecz finansowania edukacji, służby zdrowia i pomocy społecznej. Lewicowe hasła przemówiły do wyborców, pomagając Laburzystom odbić się z najgłębszej zapaści w tej kadencji.

Pozostałe partie są za małe, by liczyć się w rozgrywce, co sprowadza rezultat wyborów do czterech scenariuszy:

– duża przewaga Partii Konserwatywnej – za taką rynek uzna zdobycie większości 100 lub więcej miejsc w Izbie Gmin. W tym przypadku Theresa May poza martwieniem się o zdanie opozycji przy forsowanych ustawach (dot. Brexitu) dodatkowo będzie mniej zależna od radyklanej frakcji we własnej partii (która jest przeciwna wszelkim ustępstwom wobec Brukseli). Rynek podtrzyma swoje dyskonto uniknięcia tzw. „chaotycznego Brexitu”, jak również jest bardziej realne, że ostateczne porozumienie będzie łagodniejsze i mniej szkodliwe dla gospodarki niż scenariusz obecnie nakreślany przez rząd. Taki rezultat byłby dobrze przyjęty przez rynek, wspierając funta, choć w dużej mierze jest on zgodny z uzasadnieniem wyskoku GBP w połowie kwietnia. (GBP/USD +0,8%)

– niezmieniona pozycja Partii Konserwatywnej – zachowanie obecnej większości 17 miejsc w Izbie Gmin lub powiększenie jej tylko nieznacznie nie jest do końca tym, czego oczekiwała premier May. W kontekście negocjacji Brexitu oznacza to trzymanie się zakomunikowanej strategii, ale May nie może sobie pozwolić na całkowite ignorowanie radykalnych przeciwników UE wśród członków parlamentu własnej partii. Dla rynków będzie to rozczarowanie i podkopanie oczekiwań na bezproblemowy przebieg negocjacji Brexitu. Scenariusz negatywny dla GBP (GBP/USD -0,6%).

– brak większości (tzw. zawieszony parlament) – utrata większości przez Konserwatystów byłaby dużym szokiem, kolejny raz podkopując zaufanie do sondaży. Co więcej, oznaczałoby to chaos przed startem negocjacji Brexitu, ustawiając rząd brytyjski na słabej pozycji. Jest to najgorszy scenariusz dla GBP (GBP/USD -2,5%)

– wygrana Partii Pracy – brak wyraźnej wygranej Partii Konserwatywnej i tzw. zawieszony parlament nie wyklucza rządu koalicyjnego pod przewodnictwem Partii Pracy. Z najważniejszego ujęcia dotyczącego Brexitu Laburzyści nawołują do łagodniejszego, bardziej ugodowego podejścia w negocjacjach. Dla GBP w pierwszej reakcji oznacza to szok w związku z niepewnością o przyszłość polityczną kraju, jednak finalnie perspektywa „łagodnego Brexitu” i poluzowania fiskalnego powinny wspierać funta (GBP/USD -1 proc. w pierwszej reakcji).

Sporządził:
Konrad Białas
DM TMS Brokers

Firmy transportowe mają na liczniku ponad 730 mln zł zaległości

Na drodze polskich ciężarówek blokada za blokadą, zaczęło się od rosyjskiego embarga na handel z Polską i ograniczeń w transporcie, z czasem problemy przed polskimi tirami zaczęły też piętrzyć kraje UE. Efekt? Odsetek przedsiębiorstw w złej kondycji finansowej tylko przez pół roku zwiększył się z 4 do 25 proc. Z kolei zaległości wobec kontrahentów i banków przez kwartał urosły o ponad 133 mln zł do niemal 737 mln zł – wynika z danych BIG InfoMonitor, BIK oraz Bisnode Polska. Największe obawy budzi jednak przyszłość.

Kłopoty firm transportu drogowego towarów zapoczątkowało ogłoszenie przez Rosjan, w 2014 r. embarga handlowego dla Polski, potem zaczęły się problemy z wprowadzaniem w krajach Europy Zachodniej – Niemczech, Francji i Włoszech – płacy minimalnej dla pracowników firm świadczących usługi transportowe na ich terenie i traktowanie ich jak pracowników delegowanych innych firm. Według Komisji Europejskiej rozwiązanie to powinno być zastosowane w całej UE. Zdaniem ekspertów, dla mniejszych, polskich firm transportowych może to oznaczać wzrost kosztów nawet o jedną trzecią. Sukces polskich firm transportowych, które w Europie są numerem jeden w przewozie międzynarodowym, staje pod coraz większym znakiem zapytania.

Co czwarta firma w złej kondycji finansowej, a co piąta w silnej

Trudności na rynku międzynarodowym, ale także rosnąca z roku na rok i tak już duża konkurencja, a co za tym idzie niskie marże w granicach 2-3 proc., powodują, że polscy przewoźnicy zmuszeni są do radzenia sobie z wieloma problemami jednocześnie. Dodatkowo kłopoty znaczącej liczby firm transportowych są pogłębiane przez problemy finansowe kontrahentów, którzy nie płacą na czas lub w ogóle.

KONDYCJA FINANSOWA POLSKICH FIRM TRANSPORTOWYCH

KONDYCJA FINANSOWA POLSKICH FIRM TRANSPORTOWYCH
Źródło: Bisnode Polska

Konsekwencją niespokojnej sytuacji jest dynamiczna zmiana kondycji finansowej przedsiębiorstw,  co warte podkreślenia zarówno na gorsze jak i na lepsze. W ciągu pół roku, odsetek firm zajmujących się transportem drogowym towarów (PKD 4941Z), znajdujących się w złej kondycji finansowej, zwiększył się z 4 do 25 proc., ale jednocześnie przedsiębiorstw w silnej kondycji przybyło z 7 do 22 proc. Znacząco – z 73 do 34 proc. – zmalała natomiast grupa firm w „raczej słabej” sytuacji finansowej, informuje wywiadownia gospodarcza Bisnode Polska*.

Prawie co 10. firma ma zaległości wobec kontrahentów lub banków

Pogłębiające się kłopoty firm transportowych (PKD 4941Z) widoczne są w bazach Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK. W ciągu kwartału liczba firm z zaległościami na kwotę min. 500 zł, opóźnionymi o co najmniej 60 dni, wzrosła o 1650 firm (13 proc.) i wyniosła na koniec marca 14 337 firm.

Prawie co 10. firma ma zaległości wobec kontrahentów lub banków
Źródło: BIG InfoMonitor, BIK

Oznacza to, że niemal co dziesiąta ma zaległości w regulowaniu faktur czy spłacie kredytu i nie świadczy to najlepiej o branży. Choć są gorsi jak np. wytwórcy wina, włókien chemicznych, koksu i ceramiki sanitarnej, gdzie w najlepszym przypadku problem z zapłatą ma co piąte przedsiębiorstwo. Bardziej ryzykowne od firm transportu drogowego są również m.in. hurtownie napojów alkoholowych, metali czy paliw.

Łączna wartość nieopłaconych zobowiązań firm transportu drogowego towarów sięgnęła na koniec marca 736,5 mln zł, po tym jak przez trzy miesiące zwiększyła się o 133,6 mln zł, czyli o 22 proc. Dynamika wzrostu zarówno liczby niesolidnych płatników jak i ich zaległości znacząco wyprzedziła zmiany dla ogółu przedsiębiorstw. W sumie, w I kwartale przybyło 1,7 proc. niesolidnych firm, a ich zaległości wzrosły o 7,8 proc.

Przewoźnicy z państw Europy Środkowej i Wschodniej przeciwni propozycjom KE

Jak podaje PAP, 8 czerwca tematem Pakietu Drogowego przygotowanego przez Komisję Europejską po raz pierwszy zajmą się ministrowie transportu krajów UE w Luksemburgu. Jesienią prace nad propozycjami KE powinien rozpocząć Parlament Europejski.

Wnioski ustawodawcze Komisji Europejskiej dotyczące transportu drogowego, przewidują m.in. że po trzech dniach pracy na terytorium danego państwa cała miesięczna płaca kierowcy będzie dostosowana do minimalnego wynagrodzenia obowiązującego w kraju w którym odbywa się przejazd. Zdaniem Jana Buczka, prezesa Związku Międzynarodowych Przewoźników Drogowych, przyjęta przez KE polityka jest sprzeczna z zasadami liberalizacji rynku transportowego, deklarowanymi w Białej Księdze Transportu, czyli przyjętym w 2011 r. „Planie utworzenia jednolitego europejskiego obszaru transportu”, będącym dotąd elementem strategii „Europa 2020”, zatwierdzonej przez Komisję Europejską.

Trwająca od dwóch lat, czyli od przyjęcia przez Niemcy i później Francję, obowiązkowych stawek płacy minimalnej dla zagranicznych kierowców ciężarówek, dyskusja na temat zmierza wyraźnie do wprowadzenia niekorzystnych dla naszych firm transportowych przepisów na terenie całej Unii Europejskiej. O ile wcześniej KE, m.in. wskutek protestu Polski, nie zgadzała się z tego typu działaniami poszczególnych krajów, o tyle obecnie jest zdecydowana zastosować jednolite regulacje w tych kwestiach. 31 maja KE zaprezentowała zbiór przepisów, zwany Pakietem Drogowym, składający się na długoterminową strategię dla sektora transportowego, obejmujący między innymi sprawy czasu pracy kierowców, płacy minimalnej oraz delegowania pracowników. Wraz ze strategią została przygotowana pierwsza seria ośmiu wniosków ustawodawczych, dotyczących transportu drogowego. W dalszej kolejności będzie ona poddana ocenie przez państwa członkowskie UE oraz Parlament Europejski. Negocjacje dotyczące ostatecznego kształtu rozwiązań rozpoczną się po zakończeniu tej fazy.

*Na ocenę kondycji finansowej przeprowadzoną przez Bisnode Polska bezpośredni wpływ miały takie wskaźniki jak płynność, wysokość zadłużenia i rentowność. Dodatkowo wzięta została pod uwagę zdolność finansowa podmiotu, poziom zarejestrowanych, przeterminowanych płatności, zarejestrowane wnioski z sądów gospodarczych o upadłość lub postępowanie naprawcze, ogłoszenie upadłości, rozpoczęcie procesu likwidacji oraz negatywne sygnały prasowe. Ocena kondycji finansowej branży odbywała się na podstawie danych finansowych nie starszych niż dwa lata. W przypadku spółek prawa handlowego za podstawę do oceny brano bilans i rachunek wyników. W przypadku podmiotów nieprowadzących pełnej księgowości oparto się na danych o przychodach, kosztach i wyniku finansowym podmiotu zadeklarowanych przez właścicieli firm.

Wpływ RODO na zespoły bezpieczeństwa informacji – 3 możliwe scenariusze

Przepisy Rozpodządzenia o Ochronie Danych Osobowych (RODO), które wejdą w życie już w maju 2018 roku, będą mieć bezpośredni wpływ na osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo danych w organizacjach. Wiele czynników będzie decydować o poziomie ich odpowiedzialności i funkcjonowaniu całych zespołów czuwających nad ochroną danych. Jednym z wyzwań jest faktyczna lokalizacja członków zespołu IT ds. bezpieczeństwa i ich działów w ramach globalnej struktury danej organizacji.

Ekspert firmy Balabit ds. przepisów dotyczących bezpieczeństwa danych István Molnár, opisuje trzy prawdopodobne scenariusze: 

1. Organizacja posiadająca oddziały zarówno w Unii Europejskiej, jak i w USA, w obu przypadkach z własnymi odpowiednimi działami cyberbezpieczeństwa

  • Dział w UE zobowiązany jest przestrzegać RODO w zakresie zarządzania danymi osobowymi.
  • Dział w USA w przypadku danych transferowanych z krajów Unii do Stanów Zjednoczonych zobowiązany jest przestrzegać jedynie przepisów Privacy Shield (Porozumienia Safe Harbour).

Jeśli oddziały: amerykański i europejski są w pełni oddzielone od siebie i dział w USA nie będzie otrzymywał żadnych danych osobowych pochodzących z UE, to poprzedni podpunkt nie obowiązuje. Innymi słowy, zespół w USA musi przestrzegać jedynie przepisów obowiązujących w ich kraju. Pierwszy przypadek to najłatwiejszy scenariusz.

2. Organizacja posiadająca oddziały zarówno w Unii Europejskiej jak i w USA, ale z tylko jednym działem cyberbezpieczeństwa, który jest zlokalizowanyi w pełni obsadzony personelem w jednym z krajów Unii Europejskiej

  • W tym przypadku biuro w UE zajmuje się wszystkimi zdarzeniami związanymi z bezpieczeństwem danych.
  • Jeśli zdarzenie dotyczy danych osobowych z UE, zespół zobowiązany jest do przestrzegania przepisów RODO.
  • Jeśli w grę wchodzi również transfer jakichkolwiek informacji do Stanów Zjednoczonych, zespół IT musi również przestrzegać Privacy Shield, ale tylko w tych konkretnych przypadkach.

3. Organizacja z oddziałami zarówno w Unii Europejskiej jak i w USA, ale tylko z jedynym biurem cyberbezpieczeństwa, które jest zlokalizowane i w pełni obsadzone personelem w Stanach Zjednoczonych

  • To jak dotąd najtrudniejszy scenariusz. Ponieważ zespół bezpieczeństwa informatycznego mieści się poza UE i obsługuje wszystkie zdarzenia dotyczące bezpieczeństwa, musi on przestrzegać wymogów zarówno RODO, jak i Privacy Shield.
  • Niestety, nie ma tu żadnej alternatywy. Dane w wirtualny sposób „wychodzą” poza UE, mimo że cały czas pozostają w posiadaniu jednej organizacji. Jednak muszą być przetwarzane zgodnie ze standardami i regulacjami UE.

Technologie i rozwiązania do utrzymania i zarządzania bezpieczeństwem w firmie

Serdecznie zapraszamy do udziału w konferencji ,,Technologie i rozwiązania do utrzymania i zarządzania bezpieczeństwem w firmie’’, która odbędzie się 4 lipca 2017 r. w Warszawie.

Celem konferencji będzie przedstawienie najlepszych praktyk, narzędzi oraz procedur mających na celu zapewnienie bezpieczeństwa i ochrony w firmie. Podczas konferencji prowadzone będą dyskusje o tym jak zapobiegać zagrożeniom, jak je rozpoznawać oraz jak radzić sobie w przypadkach wystąpienia incydentów i ich skutków. 

Zagadnienia tematyczne konferencji:

  1. Zarządzanie bezpieczeństwem informacyjnym:
  •  zarządzanie tożsamością i kontrola dostępu
  •  systemy zarządzania bezpieczeństwem informacji i ochrona danych
  •  zarządzanie zdalnym dostępem do zasobów firmy
  •  prawne aspekty bezpieczeństwa informacji
  •  systemy monitorowania i zarządzania bezpieczeństwem
  •  technologie bezpieczeństwa sieci i systemów informatycznych
  •  metody zarządzania ryzykiem
  •  audyt i kontrola bezpieczeństwa
  1. Zarządzanie bezpieczeństwem organizacyjnym – bezpieczeństwo biznesowe, prawne, personalne
  2. Zarządzanie bezpieczeństwem fizycznym (ochrona techniczna, osób i mienia)
  3. Zarządzanie bezpieczeństwem kryzysowym:
  • zarządzanie incydentami i ciągłością działania,
  • scenariusze kryzysowe i plany działania firmy w sytuacjach nadzwyczajnych
  1. Zarządzanie bezpieczeństwem aplikacji w organizacji

Podczas konferencji głos zabiorą m.in.:

  • Tomasz Soczyński – Z-ca Dyrektora Departament Informatyki, GIODO;
  • Błażej Szymczak – Specjalista ds. bezpieczeństwa, Allegro;
  • Łukasz Kołodziejczyk;
  • Izabela Lewandowska-Wiśniewska – Koordynator, Starszy Inżynier Ryzyka, PZU Lab;

Organizatorzy zapraszają do bezpłatnego udziału:

Przedstawicieli instytucji: publicznych, wojskowych oraz rządowych, bankowych i ubezpieczeniowych, oraz firm: telekomunikacyjnych, mediów, usługowych, handlowych, produkcyjnych, przemysłowych
– prezesów i członków zarządu
– pełnomocników i doradców zarządu
– dyrektorów i kierowników technicznych, ds. bezpieczeństwa
– kierowników i szefów ochrony obiektów, ochrony mienia
– dyrektorów i kierowników ds. ryzyka operacyjnego, ds. zarz. nieruchomościami
– dyrektorów i kierowników IT, finansowych, facility managerów, dyrektorów i kierowników ds. inwestycji, Business Continuity Managerów, audytorów.

>>REJESTRACJA<<

Funt przed wyborami

Za nami ciekawa sesja, zdradzająca nerwowość inwestorów. Środa przyniosła zadziwiające wyniki na rynku walutowym. Wzrosty utrzymały się na giełdach, a cena ropy mocno spadła.

Na zakończenie wczorajszego dnia ropa traciła ponad 4.5%(WTI). Niewiele lepiej było w przypadku BRENT. Inwestorów zaskoczyły dane, wskazujące na wysokie zapasy paliw w USA. Skoro mowa o ropie, to ciągle rozwija się sytuacja w Zatoce Perskiej. Pokłosiem izolacji Kataru przez sąsiadów była decyzja agencji SP o obniżeniu ratingu. Wartość lokalnej waluty spadła tym samym do najniższego poziomu od 11 lat. Bez echa przeszły natomiast zeznania byłego szefa FBI, które nic nie wzniosły do sprawy rzekomych nacisków na niego.

Czwartkowy kalendarz otworzyliśmy danymi z Japonii, gdzie PKB rósł w Q1 w tempie sporo niższym od oczekiwań rynkowych. Pod względem wydarzeń dzisiejszy dzień będzie bardzo ciekawy. Najważniejsze są odbywające się w Wielkiej Brytanii wybory parlamentarne. Natomiast już o 13:45 poznamy decyzję Europejskiego Banku Centralnego w sprawie wysokości stóp procentowych.

Funt przed wyborami 9

Tuż przed wyborami funt brytyjski zachowuje spokój. Rynek GBP/USD ciągle znajduje się w fazie małej konsolidacji. W zależności od tego jaki będzie wynik głosowania, od góry wzrosty ograniczać będzie opór na 1.35, choć problemy mogą się zacząć już przy 1.32. Wsparcia będzie trzeba szukać przy 1.25. Następne znajduje się dopiero na wysokości 1.20.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Szkolenia w wirtualnej rzeczywistości zmienią rynek pracy. Od przyszłego roku potrzebne do tego urządzenia będą tańsze

Szkolenia w wirtualnej rzeczywistości zmienią rynek pracy. Od przyszłego roku potrzebne do tego urządzenia będą tańsze 10

Wirtualna rzeczywistość zrewolucjonizuje system szkoleń w pracy i nauki nowych zawodów. Edukacja przeprowadzana w świecie VR nie będzie wymagała  kontaktu z trenerem, a dodatkowo na początkowych etapach pracownicy będą szkolili się niemal za darmo. Dopiero kiedy nabiorą odpowiednich nawyków, wezmą udział w szkoleniu w rzeczywistym świecie. Przełom w dostępności może się rozpocząć już w przyszłym roku, gdy okulary holograficzne typu HoloLens staną się kilkukrotnie tańsze.

Rozszerzona rzeczywistość zmieni świat. Jesteśmy świadkami rewolucji, jaka nastąpiła po wejściu smartfonów na rynek, a w ciągu 10 lat będzie rewolucja z rozszerzoną rzeczywistością, czyli w okularach będziemy oglądać hologramy. Obecnie mamy osobne urządzenia do wirtualnej rzeczywistości, po założeniu których jesteśmy odcięci od świata, oraz osobne urządzenia do rozszerzonej rzeczywistości. Moim zdaniem te urządzenia zostaną połączone i będą wyposażone w dwie warstwy szkła – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Adam Cegielski, twórca studia VR Visio.

Gogle VR po podłączeniu do komputera, konsoli lub choćby zamontowaniu smartfona, pozwalają użytkownikom przenieść się do zupełnie innego świata. Przyszłością mogą się jednak okazać urządzenia, które połączą świat wirtualny z rozszerzoną rzeczywistością, która nakłada na rzeczywistość informacje i obrazy wygenerowane cyfrowo.

Pierwsza warstwa, która będzie się w stanie zaciemnić, będzie czarna, kiedy tego chcemy, zapewniając nam pełne odcięcie. Druga warstwa wyświetla obraz, czyli na co dzień, korzystając z jednego urządzenia takiego jak te okulary, będziemy mogli funkcjonować i w każdej chwili przyciemnić te okulary, zapewniając sobie prywatność i wejście do wirtualnego świata – tłumaczy Adam Cegielski.

W dużej mierze tego typu urządzeniem są dostępne już dziś okulary holograficzne, które łączą świat cyfrowy z rzeczywistym. W połączeniu z oprogramowaniem, jakie tworzy VR Visio, mogą zrewolucjonizować system szkoleń w pracy. Takie szkolenia nie wymagałaby kontaktu z trenerem czy nauczycielem. Z przygotowanego szkolenia mogłoby korzystać równocześnie wiele osób.

Procedury, kolejność wykonywania czynności, sposób reakcji na różne sytuacje – to wszystko może się odbywać w wirtualnej rzeczywistości. Pracujemy nad takim rozwiązaniem, gdzie kilka osób naraz można szkolić w wirtualnej rzeczywistości. Po założeniu gogli mogą chodzić swobodnie po pomieszczeniach, czyli wchodzą np. na salę gimnastyczną, zakładają gogle i widzą, że się znajdują na polu budowy czy na wieży wiertniczej. I szkolą się z różnego rodzaju procedur – podkreśla założyciel studia VR Visio.

Szkolenia przeprowadzane w wirtualnej rzeczywistości mogą całkowicie zastąpić tradycyjne szkolenia lub stanowić ich ciekawe uzupełnienie. W wirtualną rzeczywistość mogą zostać wplecione treści merytoryczne, podane w interesującej formie, dzięki czemu są w stanie dłużej przyciągnąć uwagę pracowników.

Tego rodzaju szkolenia są bardzo potrzebne i często wykonywane, ale są drogie. Dzięki oprogramowaniu i przeniesieniu do wirtualnej rzeczywistości będzie można na początku szkolić się prawie za darmo w wirtualnym świecie, a gdy osoby uczące się nabiorą odpowiednich nawyków i poznają procedury, pójdą na prawdziwe szkolenie, które może być dzięki temu dużo krótsze – mówi ekspert.

Obecnie szkolenia prowadzone w wirtualnej rzeczywistości, przede wszystkim ze względu na cenę niezbędnego sprzętu i oprogramowania, są dla większości pracodawców zbyt kosztowne. Jak jednak zaznacza Cegielski, sytuacja od przyszłego roku zacznie się zmieniać, bo cena urządzeń będzie spadać. Okulary rozszerzonej rzeczywistości HoloLens obecnie kosztują 15–16 tys. zł, zaś od 2018 roku ich cena może spaść do poziomu 2–3 tys. zł.

Już mamy namiastkę wirtualnej rzeczywistości. Łączymy zwykły telefon z okularami za maksymalnie 250 zł i już mamy wirtualną rzeczywistość. Trzeba mieć tylko smartfona. Takie okulary nie pozwalają nam jednak poruszać się w wirtualnym świecie. Żeby świat, który oglądamy, był ładny i przypominał nasz świat, potrzebny jest jeszcze komputer PC, który kosztuje obecnie ok. 4 tys. zł, więc to musi stanieć. Myślę, że w tym roku cena potrzebnego sprzętu zejdzie do poziomu 2 tys. zł i każdego będzie na to stać, tak jak w tej chwili możemy sobie kupić laptopa – prognozuje Adam Cegielski.

W tym roku na wakacyjny urlop planuje wyjechać o 800 tys. Polaków mniej niż przed rokiem. Zdecydowana większość wyjeżdżających zamierza spędzić urlop w Polsce

W tym roku na wakacyjny urlop planuje wyjechać o 800 tys. Polaków mniej niż przed rokiem. Zdecydowana większość wyjeżdżających zamierza spędzić urlop w Polsce 11

W tym roku wakacyjny wyjazd planuje ponad 16,5 mln Polaków, czyli blisko 800 tys. mniej niż w 2016 roku. Zdecydowana większość z nich zamierza spędzić urlop w kraju. Co czwarty Polak wybiera się natomiast za granicę. Najpopularniejsze kierunki to niezmiennie od lat Hiszpania i Wyspy Kanaryjskie, a także Chorwacja i Grecja. 73 proc. wyjeżdżających zamierza wykupić ubezpieczenie turystyczne. Ten odsetek stale wzrasta.

Jak wynika z raportu IPSOS przygotowanego na zlecenie Mondial Assistance, w 2017 roku na letni urlop wybiera się 52 proc. Polaków, czyli o 3 punkty procentowe mniej niż w roku ubiegłym. 26 proc. z nich planuje wyjazd zagraniczny, a 74 proc. Polaków zamierza wypoczywać w kraju.

Z raportu wynika, że świadczenie w ramach Rodziny 500 plus wpłynęło na wakacyjne plany 22 proc. Polaków korzystających z tego programu.

– Program Rodzina 500 plus wpłynął na plany wakacyjne Polaków w sposób niewielki, ale zauważalny. Nasi ankietowani powiedzieli, że 7 proc. dzieci więcej wyjedzie na obozy lub kolonie dzięki programowi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance.

Na letnie wakacje wyjeżdżają przede wszystkim osoby poniżej 39 roku życia, mające wyższe wykształcenie, żyjące w gospodarstwach domowych o dochodzie przekraczającym 3 tys. zł. Urlop za granicą wybierają głównie Polacy mieszkający w dużych miastach, żyjące w dwuosobowych gospodarstwach domowych o dochodzie minimum 4 tys. zł. Ulubione zagraniczne kierunki wakacyjnych wyjazdów pozostają bez większych zmian w stosunku do ubiegłego roku.

– Króluje Hiszpania wraz z Wyspami Kanaryjskimi – 14 proc. Polaków deklaruje, że tam pojedzie. Na drugim miejscu jest Chorwacja, na kolejnych Grecja i Włochy. To jest ta sama czwórka, którą mieliśmy w ubiegłym roku – mówi Tomasz Frączek.

Polacy preferują samodzielną organizację wakacyjnych wyjazdów zagranicznych – w tym roku planuje to zrobić 2,4 mln badanych. Z oferty biur podróży chce skorzystać 44 proc. wyjeżdżających, czyli ponad 400 tys. mniej w porównaniu do roku ubiegłego. Zdecydowana większość klientów touroperatorów zamierza wykupić pełen pakiet usług, 7 proc. chce skorzystać wyłącznie z możliwości dojazdu, a 11 proc. z opcji noclegu. Wiele osób wybierających się na wakacje z biurem podróży już wcześniej korzystało z takiego pośrednictwa.

 Wszystkie większe biura w Polsce działają od 20 lat, znamy je dobrze, mieliśmy okazję z nich korzystać. I tym głównie się kierujemy. Jednym z podstawowych kryteriów wyboru biura podróży są własne pozytywne doświadczenia z biurem, które zorganizowało nam udane wakacje – mówi Krzysztof Piątek, prezes Neckermann Polska.

Wyjeżdżając na wakacje w Polsce, turyści wybierają własny lub pożyczony od znajomych samochód oraz pociąg. Za granicę najchętniej udają się natomiast samolotem.

Chcemy wydać na wakacje mniej więcej tyle samo, co w ubiegłym roku. Wakacje za granicą będą nas kosztowały – przynajmniej zgodnie z deklaracjami – ok. 3 tys. zł na osobę. Wakacje krajowe będą nas kosztowały połowę tej kwoty – niespełna 1,5 tys. zł – wyjaśnia Tomasz Frączek.

Chociaż ponad 60 proc. podróżujących podkreśla, że nie ma żadnych obaw związanych z wyjazdem, coraz więcej osób decyduje się na zakup ubezpieczenia turystycznego. W tym roku zamierza to zrobić 73 proc. turystów.

– Część z grupy niekupującej to są wieczni optymiści uważający, że nic im się nigdy w życiu nie przydarzy. Inni w zeszłym roku kupili ubezpieczenie i myślą, że skoro wówczas nic się im nie przydarzyło, to i w tym roku też nic się nie stanie. Część uważa, na szczęście to coraz mniejsza część, że to jest zbyt wysoki koszt – mówi Tomasz Frączek.

Planów na wakacyjny wyjazd nie ma 44 proc. Polaków. 35 proc. badanych twierdzi, że zrezygnowali z podróży ze względu na zbyt wysokie koszty, 27 proc. jako przyczynę podało inne obowiązki, 17 proc. natomiast chorobę własną lub członka najbliższej rodziny.

Gigapanoramy coraz częściej towarzyszą wirtualnym spacerom. Jedno z największych zdjęć cyfrowych w Polsce to panorama Warszawy

Gigapanoramy coraz częściej towarzyszą wirtualnym spacerom. Jedno z największych zdjęć cyfrowych w Polsce to panorama Warszawy 12

Gigapanoramy to obrazy składające się z miliardów pikseli. Zwykle występują samodzielnie, ale coraz częściej stosowane są w połączeniu z tzw. wirtualnymi spacerami. Dzięki możliwości wielokrotnego przybliżenia, panoramy pozwalają przedstawić nawet najdrobniejsze szczegóły krajobrazu. W Polsce jedną z większych gigapanoram jest ta przedstawiająca widok na Warszawę. Obraz złożony z połączonych ze sobą ponad 1,4 tys. zdjęć pokazuje widok stolicy w 360 stopniach. 

– Na rynku gigapanoram nowe tendencję związane są z technologią VR. Jeszcze do niedawna wycieczki wirtualne i panoramy sferyczne ograniczały się do oglądania na komputerach czy smartfonach. Obecnie te same lub nowocześniejsze wycieczki można również oglądać za pomocą gogli VR, co powoduje, że bardziej jesteśmy zaangażowani w to, co oglądamy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Radosław Piotrowski z Pano360.pl.

Nowoczesne rozwiązania graficzne znajduje zastosowanie w wirtualnych spacerach. Wystarczą gogle wirtualnej rzeczywistości, by nie ruszając się z fotela, móc odwiedzić nawet najdalsze zakątki świata, ale też z bliska zobaczyć detale wybierane z panoram największych i najsłynniejszych miast. Fotografie panoramiczne dają praktycznie nieograniczone możliwości wirtualnego zwiedzania.

– Oprócz ogólnego widoku w przypadku gigapanoramy możemy dane zdjęcie znacznie przybliżyć i zobaczyć szczegóły, które przy zwykłym zdjęciu byłyby niewidoczne – tłumaczy Radosław Piotrowski.

Na dokładne sfotografowanie miast pozwalają wysokie budynki i zamieszczone na nich maszty. Ta technika znana jest od lat, jednak obecnie twórcy coraz częściej sięgają też po możliwości, jakie dają loty balonem, helikopterem czy wreszcie bezzałogowe drony.

– Robiliśmy już gigapanoramę z helikoptera „Sokół” podczas air show w Radomiu, jednak ze względu na niedobór czasu nie uważam tej panoramy za wybitnie udaną, choć jest to dosyć dokładne zdjęcie. Jeśli idzie o drony, taka możliwość również istnieje, ale znów limitem jest czas lotu – wskazuje ekspert od panoram.

Jednym z największych i najbardziej znanych cyfrowych zdjęć wykonanych w Polsce jest gigapanorama Warszawy stworzona przez Pano360.pl. Stworzona jest z połączonych ponad 1,4 tys. zdjęć i pokazuje widok na stolicę w 360°, przy odwzorowaniu naprawdę drobnych szczegółów. Zdjęcia były wykonywane przez ponad godzinę.

– Panorama powstała z budynku Dominanty Praskiej i pokazuje m.in. centrum miasta. Ma blisko 15 gigapikseli i jest złożona ze zdjęć wykonanych Nikonem D800 z obiektywem sigma 200 mm – mówi ekspert.

Gotowa gigapanorama Warszawy ma rozdzielczość 13,5 gigapikseli, czyli składa się z 13,5 mld pikseli. Dla porównania zwykłe zdjęcie zrobione tradycyjnym aparatem cyfrowym ma ich z reguły od 10 do 20 mln.

– Gdybyśmy chcieli wydrukować tę panoramę z jakością fotograficzną 200 dpi, wydruk miałby ok. 100 metrów długości – podkreśla Radosław Piotrowski.

Łączenie zdjęć trwało ponad 70 godzin. Obróbka przygotowanej panoramy zajęła zaś ponad miesiąc.

– Aby stworzyć panoramę korzystaliśmy z serwera graficznego Fujitsu, który ma dwa procesory Xeon, w sumie 24 wątkowe, 128 GB pamięci RAM i 4 dyski w układzie RAID – wskazuje Radosław Piotrowski.

Rośnie liczba wypadków spowodowanych przez młodych kierowców. Nadmierna prędkość i brawura to najczęstsze przyczyny

Rośnie liczba wypadków spowodowanych przez młodych kierowców. Nadmierna prędkość i brawura to najczęstsze przyczyny 13

Młodzi kierowcy w wieku 18–24 lat są najczęstszymi sprawcami wypadków drogowych. To efekt braku doświadczenia, młodzieńczej brawury i skłonności do ryzyka. Dlatego Ford po raz kolejny organizuje w Polsce bezpłatne szkolenia Driving Skills for Live dla najmłodszych kierowców, które mają pokazać im, jak samochód zachowuje się na przykład przy poślizgu czy gwałtownym hamowaniu. W ramach prowadzonych na całym świecie szkoleń motoryzacyjny gigant przeszkolił już 165 tys. świeżo upieczonych kierowców. 

– Rok 2016 był pierwszym, w którym młodzi kierowcy spowodowali więcej wypadków niż w poprzednim okresie. W ubiegłym roku było to 5,8 tys. wypadków, w których zginęły 542 osoby, a prawie 8 tys. zostało rannych. Wypadki wśród młodych osób są powodowane dwoma głównymi czynnikami. Pierwszym jest brak doświadczenia, bo po 30 godzinach zwykłego kursu jazdy kierowca niewiele jeszcze potrafi. Drugim jest naturalna skłonność do brawury i ryzyka. Bardzo często jest to podlane próbą popisania się przed kolegami bądź po prostu wypróbowania własnych możliwości i możliwości samochodu – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Tomaszek z Akademii Auto Świat.

Młodzi kierowcy w wieku 18–24 lata są sprawcami około 20 proc. wypadków drogowych powstałych z winy kierujących. W ubiegłym roku liczba takich incydentów wzrosła. W porównaniu z 2015 rokiem świeżo upieczeni kierowcy spowodowali o 240 wypadków więcej, a liczba osób rannych zwiększyła się o blisko 300 (liczba zabitych wzrosła o 64 osoby).

Najczęstszą przyczyną wypadków, które powodują młodzi kierowcy, jest niedostosowanie prędkości jazdy do warunków drogowych, które wynika z braku doświadczenia albo brawury. Statystycznie na jednego młodego kierowcę, który ginie w wypadku drogowym, przypada więcej niż jedna ofiara śmiertelna wśród innych uczestników ruchu.

Eksperci zwracają uwagę na to, że sposobem na poprawę bezpieczeństwa jest zmiana polskiego systemu szkolenia i egzaminowania kierowców oraz zajęcia z edukacji komunikacyjnej, które powinny być zrealizowane już w szkołach średnich.

 Każdy młody kierowca, który zdaje prawo jazdy, dostaje certyfikat uprawniający go do wyjazdu na drogi publiczne, ale tak naprawdę nie jest doświadczonym kierowcą. Wielu elementów szkolenia nie ma na kursie prawa jazdy. Ci kierowcy nie do końca wiedzą, jak postępować z samochodem na drodze, jak zachowywać się w różnego rodzaju sytuacjach zagrożenia – mówi Mariusz Jasiński z Ford Polska.

– Młodzi kierowcy, tuż po zrobieniu prawa jazdy, mają bardzo małe doświadczenie. Szkoła jazdy nie uczy wszystkiego, jest na przykład bardzo mało jazdy autostradowej. Młodym kierowcom nie brakuje za to brawury – dodaje kierowca rajdowy Tomasz Czopik, obecnie szef Ośrodka Doskonalenia Techniki Jazdy.

Kierowcy, którzy dopiero co otrzymali prawo jazdy, często nie zdają sobie sprawy z tego, jakie konsekwencje może mieć brawura, rozmawianie przez telefon albo sprawdzanie mediów społecznościowych w trakcie jazdy. Nie wiedzą też, jak samochód zachowuje się w trakcie poślizgu czy podczas gwałtownego hamowania przy dużych prędkościach.

Zdobywaniu takich umiejętności ma służyć program Ford Driving Skills for Live, który motoryzacyjny koncern zapoczątkował w Stanach Zjednoczonych. Pięć lat temu trafił również do Europy. Dotychczas w ramach w ramach kursu Ford Driving Skills for Live przeszkolono 165 tys. kierowców w wieku od 18 do 24 lat. Pierwsza polska edycja wystartowała w ubiegłym roku i według zapowiedzi koncernu program będzie kontynuowany również w kolejnych latach.

– Ford Driving Skills for Life to bezpłatny program dla młodych kierowców w wieku 18–24 lata, którzy stanowią największe zagrożenie na naszych drogach. Wypadkowość wśród tych kierowców jest największa i to nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie. Na kursie uświadamiamy ich, jak samochód może zachowywać w ekstremalnych warunkach i jak kończy się pisane SMS-a albo robienie selfie, co jest karygodnym zachowaniem za kierownicą – podkreśla Mariusz Jasiński.

– Okazuje się, że wielu kierowców nie do końca wie, co ma w samochodzie. W czasie szkolenia mówimy o strefach zgniotu, o punktach, których nie widać w lusterku. Pokazujemy na przykładzie samochodów Forda, w czym pomagają nowe technologie – na przykład jak przy małej prędkości w korku, samochód może sam się zatrzymać, kiedy kierowca się zagapi – mówi Tomasz Czopik.

Bezpłatny kurs Ford Driving Skills for Life składa się z zajęć teoretycznych i praktycznych ćwiczeń podczas jazdy samochodem. Pod okiem instruktorów z Ośrodka Doskonalenia Techniki Jazdy młodzi kierowcy uczą się dopasowywać prędkość do warunków drogowych i reagować na potencjalne zagrożenia.

Zainicjowany przez Forda program ma uświadomić młodym kierowcom, że nie mogą liczyć na swój młodzieńczy refleks i nie do końca mogą polegać na świeżo zdobytych umiejętnościach. Dzięki temu Ford Driving Skills for Life ma się przyczynić do zmniejszenia liczby wypadków na polskich drogach.

– Statystyki pokazują, że takie szkolenia obniżają wypadkowość w całej Europie i na świecie. Szkolę kierowców od 20 lat i widzę, jak przekłada się to się na coraz mniejszą liczbę wypadków. Potrzeba więcej takich kursów, bo wtedy ubezpieczalnie będą miały dużo mniej roboty – mówi Tomasz Czopik.