Chińskie firmy zainteresowane inwestycjami i przejęciami w Polsce

Wiele chińskich firm bardzo interesuje się dzisiaj wejściem na rynek polski i europejski. Nasz kraj jest w idealnym miejscu – centralnie między Wschodem a Zachodem. Tamtejsze firmy doceniają to i widzą naszą przewagę. Coraz więcej z nich szuka przestrzeni do współpracy z polskimi i europejskimi partnerami. Zarówno nasze, jak i chińskie firmy mogą skorzystać w kontekście wymiany handlowej, wspólnych inwestycji czy projektów joint venture.

– Coraz więcej chińskich firm pojawia się w Polsce. Z obserwacji wynika, że rośnie również liczba inwestorów, którzy będą przejmowali polskie spółki – powiedział serwisowi eNewsroom Bartosz Komasa, przedstawiciel Bank of China – Będzie to dotyczyło branży energetycznej, infrastrukturalnej, logistycznej, ale przede wszystkim spożywczej. Dziś w Chinach obserwujemy ogromne zapotrzebowanie na produkty tej ostatniej, zwłaszcza dobrej jakości wyroby mleczarskie czy słodycze. Chińskie firmy chcą przejmować polskie spółki i sprowadzać te towary do siebie. Nie do końca rozumieją jeszcze uwarunkowania europejskie, jeśli chodzi o procedury przetargowe i prawo. Dlatego ciągle widać pewne problemy chińskich przedsiębiorstw, jeśli chodzi o gąszcz przepisów administracyjnych. To szybko się zmienia i Chiny rozumieją, że potrzebne jest im tutaj wsparcie prawne. Muszą mieć lokalnych partnerów, którzy znają przepisy. Szukają nie tylko prawników, ale też firm partnerskich. Chińczycy omijają więc pewne przeszkody na rynku, przez wybór kancelarii prawnych lub polskim firm do współpracy. W kwestii nieruchomości chińscy przedsiębiorcy i inwestorzy indywidualni nadal interesują się bardziej Europą Zachodnią. Głównie Wielką Brytanią – zwłaszcza Londynem oraz Niemcami i Francją. W Polsce ciągle nie widzimy zbyt wielu inwestycji w tym obszarze. Choć pojawiają się pierwsze sygnały, dotyczą jednak tylko lokalizacji premium w Warszawie. Nie widać zainteresowania mniejszymi, bardzo ciekawymi miastami, jak Kraków, Gdańsk czy Wrocław. Dla Azjatów ten region Europy jest nadal wielką niewiadomą, dlatego nadal widać skupienie na stolicach albo na Zachodzie – dodał Komasa.

Znamy laureatów „Diamentów Private Equity”

Zakończyła się uroczysta gala rozdania „Diamentów Private Equity”, których laureatów poznaliśmy dzisiejszego wieczora. Gala była zwieńczeniem konferencji „Investment Forum & Private Equity Awards Gala”, organizowanej przez Executive Club we współpracy z Polskim Stowarzyszeniem Inwestorów Kapitałowych, patronem wieczornej gali.                      

Podczas obrad eksperci, specjaliści z sektora i reprezentanci najważniejszych spółek branżowych debatowali między innymi o postrzeganiu polskich aktywów przez inwestorów oraz ich oceny i spojrzenia na poziom ryzyka i zmiany w sytuacji polityczno-gospodarczej, czy trenów i uwarunkowań na polskim rynku private equity.

Wśród gości wydarzenia byli: Paweł Borys – Prezes Polskiego Funduszu Rozwoju, Karol Bach Dyrektor Zarządzający ds. Corporate Finance; Prezes Zarządu mCorporate Finance S.A, mBank, Maciej Dyjas – Partner Zarządzający i Prezes, Griffin Real Estate, Przemysław Gdański – Wiceprezes Zarządu ds. Bankowości korporacyjnej i inwestycyjnej w mBanku i wielu innych.

Partnerami tegorocznej edycji są takie spółki jak m.in.: mBank, DNB, KPMG, Cushman & Wakefield, Kancelaria Gessel, Norton Rose Fulbright, Value4Capiptal czy Konsalnet,

Gala „Diamenty Private Equity” odbyła się już po raz szósty, a jej celem było uhonorowanie najlepszych inwestycji i przedsiębiorców, którzy w sposób szczególny przyczynili się do rozwoju polskiej gospodarki. W tym roku Diamenty rozdane zostały w aż 11 kategoriach.

LAUREACI PRESTIŻOWYCH DIAMENTÓW PRIVATE EQUITY TO:

  • SPÓŁKA PORTFELOWA PE ROKU                                     Żabka – Mid Europa Partners
  • SPÓŁKA PORTFELOWA VC ROKU                                     Salesmanago – 3TS Capital Partners
  • WYJŚCIE PE ROKU                                                               Dino – Enterprise Investors
  • WYJŚCIE VC ROKU                                                              PBKM – Enterprise Investors
  • CEO ROKU                                                                           Jacek Pogonowski – Konsalnet
  • PRZEDSIĘBIORCA ROKU                                                     Tomasz Biernacki – Dino
  • BANK ROKU                                                                         mBank
  • KANCELARIA PRAWNA ROKU                                          Kancelaria Gessel
  • DORADCA CORPORATE FINANCE ROKU                         CIC Corporate Finance
  • FIRMA ZARZĄDZAJĄCA ROKU                                          Mid Europa Partners
  • OSOBOWOŚĆ RYNKU PE/VC                                             Krzysztof Krawczyk – CVC Capital Partners

Żółte osobowości najlepiej zarządzają ryzykiem

To wynik badania CIMA (The Chartered Institute of Management Accountants), skupionego wokół identyfikacji cech charakteru występujących wśród specjalistów ds. rachunkowości zarządczej. Autorzy raportu ankietowali pracowników odpowiedzialnych za zarządzanie ryzykiem jednego z czołowych holenderskich banków.

Choć wszyscy specjaliści ds. rachunkowości zarządczej zatrudnieni w bankowości realizują w części zadania z zakresu zarządzania ryzykiem, stopień zaangażowania ich w te procesy zależy nie tylko od pierwotnego planu obowiązków. Istotnym czynnikiem są indywidualne cechy charakteru. Najlepiej na stanowiskach związanych z zarządzaniem ryzykiem odnajdują się umysły analityczne. To typy reprezentujące wiele cech ze spektrum skrupulatności. Jednak bycie skrupulatnym umysłem analitycznym nie wystarczy, żeby odnajdywać się w tej roli. Badanie pokazuje, że liderami są tzw. żółte osobowości, cechujące się entuzjazmem, darem przekonywania i wpływania na innych. Te umiejętności pozwalają im lepiej komunikować się z przełożonymi, ale i podwładnymi. Specjaliści ds. rachunkowości zarządczej muszą jednak uważać, żeby w swojej otwartości nie przekroczyć cienkiej linii pomiędzy doradztwem, a wywieraniem wpływu i brakiem obiektywizmu.

W świecie finansów znamy przypadki, kiedy dyrektorzy finansowi banków zostawali usunięci ze swoich stanowisk ze względu na niewystarczające umiejętności w zakresie zarządzania ryzykiem. Takie sytuacje nie zdarzały się natomiast, kiedy nie uzyskali odpowiednich wyników finansowych. To świadczy o rosnącym znaczeniu tej dziedziny zarządzania. To także znak, że decydenci finansowi coraz częściej dostrzegają w niej wartości dla całej organizacji. Zwiększony nacisk na bezpieczeństwo jest efektem kryzysu na światowych rynkach, który obserwowaliśmy w okolicach 2007/2008 roku – komentuje Jakub Bejnarowicz, Szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.

Trzy rodzaje specjalistów

Specjaliści ds. rachunkowości zarządczej mogą wybierać spośród ról takich jak business controller, financial controller czy process controller. Badacze podkreślają, że każda ankieta wykazuje inny stosunek konkretnych cech charakteru wśród danej grupy zawodowej. O ile u przedstawicieli wszystkich trzech specjalizacji poziom tzw. „przychylności” przedstawia się podobnie, to różnice obserwowane są już w przypadku np. stabilności emocjonalnej. Jej najwyższy wskaźnik wykazują business i process controllers, najniższy – kontrolerzy finansowi. Podobne wyniki zaobserwowano z kolei w przypadku ekstrawersji i otwartości. Co więcej, specjaliści ds. rachunkowości zarządczej, którzy plasują się wysoko na polu otwartości na nowe doświadczenia, kontaktują się również częściej ze swoimi przełożonymi, komunikując im potencjalne zagrożenia.

Badanie CIMA przekrojowo analizuje cechy charakteru, które sprawdzają się w zawodzie. Wykazano np., że specjaliści ds. rachunkowości zarządczej uzyskują wyższe oceny swojej pracy, jeżeli wykazują się dużą stabilnością emocjonalną, spektrum ich zainteresowań jest szerokie, a dodatkowo są osobami śmiałymi. Uważam, że ma to ścisły związek z jednym z głównych założeń tej profesji, czyli komunikowaniu danych, które dopiero przedstawione w odpowiedni i rzetelny sposób stają się informacjami – komentuje Jakub Bejnarowicz, Szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.

Draghi nie popsuł pozytywnego klimatu wokół rynków wschodzących

Szef EBC na chwilę osłabia euro. Pozytywne informacje z Francji i zwycięstwo partii Macrona w wyborach parlamentarnych znów powodują wzrosty na wspólnej walucie. USD/PLN przed kluczowym posiedzeniem Fed. GBP/PLN łamie kolejne wsparcia. Funt w obliczu wielu niepewności nie ma pola do odreagowania.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 15.04.2017-12.06.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,1700 3,8100 3,7080 4,7500
Maksimum 4,3470 4,0020 4,0100 5,1090

 

eurZgodnie z przewidywaniami Mario Draghi schłodził nieco głowy inwestorom. Zachował dość gołębi ton swojej wypowiedzi. A co ważniejsze tematu QE na posiedzeniu nie poruszano więc luźna polityka trwa w najlepsze. Wydaje się to uzasadnione w obliczu spadku presji inflacyjnej. Spadające ceny ropy naftowej powodują, że szybko może ona nie wrócić. Tym samym nieco osłabił wspólną walutę. Ale jak się okazało tylko na chwilę wskutek pozytywnych informacji z Francji, gdzie Macron jest zdecydowanie na fali, uzyskując zdecydowaną większość parlamentarną w pierwszej rundzie. Dla rynków wschodzących brak ogłoszenia terminu ewentualnego ograniczania QE był dość pozytywnym argumentem. Rentowność obligacji europejskich nie wzrosła, więc ucieczki od kapitału z naszego kraju nie było. Tym samym złoty pozostał mocny do euro i konsoliduje się w dość wąskim przedziale poniżej granicy 4,20. Granica 4,17 wydaje się dość silnym wsparciem w przypadku ruchu w dół. Trzeba być jednak dość ostrożnym, gdyż temat Wielkiej Brytanii może popsuć nastroje w najbliższych tygodniach. Przebicie granicy 4,20 mogłoby wygenerować ruch korekcyjny w górę. W tym tygodniu mamy posiedzenie Fed. I to ono powinno wyklarować kierunek ruchu dla złotego. Podwyżka stóp plus jastrzębi komunikat władz monetarnych z USA zwyczajowo psuje klimat inwestycyjny wokół krajowej waluty.

chfNa CHF/PLN również nie widać zdecydowanego kierunku. Fakt jesteśmy kilka groszy wyżej niż minimum na poziomie 3,81. Ale wynikać to mogło z ostrożności inwestorów przed wyborami w Wielkiej Brytanii. Widać to było na EUR/CHF, który nieznacznie spadł ale przełożył się na minimalny wzrost CHF/PLN. Biorąc pod uwagę statystyki czerwca to nie należy się spodziewać wyjścia ponad granice wrysowanego kanału. Od kilku lat czerwiec pozostaje najnudniejszym miesiącem o niskiej zmienności. I ma to poparcie w wydarzeniach, które mogą się pojawić. Poza Fed żadnych ryzyk na horyzoncie nie widać. Zdecydowane zwycięstwo Macrona w pierwszej rundzie wyborów parlamentarnych odsuwa ryzyko polityczne w strefie euro. Zamieszanie w Wielkiej Brytanii i nie uzyskanie większości przez Therese May to temat raczej na dłuższy termin i nie powinien wpływać na franka szwajcarskiego. Usunięcie Donalda Trumpa z fotelu prezydenta to też raczej może być bardziej temat medialny niż faktyczne zagrożenie.

usdUSD/PLN wybił się z kanału spadkowego. Ruch ten jednak nie był zdecydowany i wynikał z ruchu w dół na EUR/USD po posiedzeniu EBC. Nie jest wykluczone, że USD/PLN powróci do tego kanału. Dolar od początku tygodnia pozostaje słaby. Szczególnie do euro gdzie znów jesteśmy powyżej 1,12. Ten tydzień to przede wszystkim decyzja władz monetarnych. I nie jest powiedziane, że przełoży się na siłę dolara. Owszem podwyżka stóp o 25 pkt bazowych jest już w cenach, ale treść późniejszego komunikatu już budzi wątpliwości. Wydaje się, że tylko jasne stanowisko Janet Yellen o dalszych ruchach w tym roku, może wzmocnić dolara. Po kwotowaniach waluty amerykańskiej widać jednak, że inwestorzy na to nie liczą. Gdyby tak się faktycznie stało i FED zaprezentował postawę czekaj i patrz to USD/PLN może powalczyć o pokonanie ostatniego minimum na poziomie 3,71.

gbpOczywiście tematem numer jeden nie jest ostatnie posiedzenie EBC czy przesłuchanie byłego szefa FBI w USA a rozczarowujący wynik wcześniejszych wyborów w Wielkiej Brytanii. To niby zwycięstwo a faktycznie przegrana Theresy May zasiała nieco niepewności na rynkach. Pani premier liczyła na przekonujące zwycięstwo i tym samym nie bałaby się twardych negocjacji z UE. Brak większości jednak to zdecydowanie utrudnia. Jak wiemy niepewność w danym kraju skutkuje wyprzedawaniem waluty i tak też się dzieje na funcie. Póki co łapiemy coraz niższe poziomy a o strefach wsparcia nie ma co nawet wspominać bo tracą znaczenie. Z pewnością nie jest to koniec presji na funcie teraz pozostaje Konserwatystom szukanie koalicjanta. W dalszej perspektywie pozostaje wątpliwość o dalsze negocjacje z UE, niektórzy twierdzą, że przełoży się to na łagodniejszy ton i UE więcej będzie mogła ugrać. Ciągle czarny scenariusz jest taki, że będą wcześniejsze wybory. Zaraz przyczepią się agencje ratingowe, które już sygnalizowały o negatywnych informacjach dla Wielkiej Brytanii. Bez dwóch zdań GBP/PLN może śmiało zejść poniżej 4,70 bo próżno szukać pozytywów teraz dla funta.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Do kogo należą największe marki motoryzacyjne

Chiński właściciel Volvo przejął kilka tygodni temu kolejną markę – brytyjski Lotus stał się tym samym częścią koncernu Geely Automobile. W ostatnich latach doszło do przejęć wielu znanych marek i firm motoryzacyjnych, a stan posiadania podmiotów inwestujących na tym rynku wciąż dynamicznie się zmienia. Sprawdzamy, do kogo obecnie należą największe marki samochodowe.

Sektor samochodowy w latach 2008–2009 doświadczył jednego z największych kryzysów w historii. Globalna produkcja spadła o ponad 15 procent. Załamanie dotknęło także największych graczy, a część z nich stanęła na granicy bankructwa.

 

Nie wszystkie marki – nawet te uznawane za kultowe – były w stanie przetrwać na rynku. Wiele – np. Pontiac, Eagle, Autobianchi nie wytrzymało konkurencji. W Wielkiej Brytanii nie ma już ani jednej brytyjskiej fabryki samochodów – część z nich zbankrutowała, inne zostały sprzedane.

Chińczycy przejmują europejskich producentów

Chińska korporacja Zhejiang Geely Holding Group, która kontroluje Geely Automobile i szwedzkie Volvo Car Group, przejęła w maju 2017 roku kolejną firmę motoryzacyjną. Od malezyjskiego właściciela zakupiono spółkę Lotus – firmę o brytyjskich korzeniach, znaną z produkcji sportowych samochodów.

Volvo i Lotus nie są jedynymi markami motoryzacyjnymi, które obecnie należą do Chińczyków. W 2011 roku Saab również został przejęty i jego głównym akcjonariuszem stał się chiński producent aut Hawtai Motor. Przy okazji transakcji inwestor zapowiedział, że firma będzie importować Saaba na rodzimy rynek, planowano również produkcję modelu 9-3 w Chinach.

Znaczącym udziałowcem w koncernie PSA, do którego należą marki Citroen, Peugeot, DS, a ostatnio również Opel, jest chińskie przedsiębiorstwo Dongfeng Motor. Jak do tego doszło? W 2013 roku kondycja francuskiej korporacji nie była najlepsza. Chcąc ratować firmę, postanowiono sprzedać część udziałów wspomnianemu chińskiemu przedsiębiorstwu i francuskiemu rządowi. W ten sposób rodzina Peugeot kierująca PSA po raz pierwszy utraciła kontrolę nad przedsiębiorstwem.

Amerykańskie inwestycje i rozwód stulecia

Jednym z największych i najgłośniejszych motoryzacyjnych rozwodów było zakończenie współpracy Daimlera i Chryslera. Megafuzja z 1998 roku zakończyła się po dziewięciu latach współpracy – w ten sposób przestał istnieć globalny niemiecko-amerykański koncern.

Co było głównym powodem ostatecznego zakończenia współpracy? Przede wszystkim słaba kondycja amerykańskiego partnera. Nowym właścicielem Chryslera stała się w 2007 roku amerykańska firma Cerberus, a ostatecznie amerykańską marką zainteresował się włoski koncern Fiat, będący obecnie jej właścicielem.

Brytyjski Jaguar również nie uchronił się przed przejęciem. Założona w 1922 roku firma została w wyniku prywatyzacji odłączona od koncernu British Leyland Motor Corporation i pięć lat później sprzedana Fordowi, który stał się przy okazji również właścicielem Land Rovera. Problemy finansowe amerykańskiej marki spowodowały, że Jaguara i Land Rovera  kupił indyjski koncern Tata Motors, który jest ich właścicielem do dzisiaj.

Wspomniany Ford był również właścicielem Astona Martina. Obecnie marka ta należy do spółki, w skład której wchodzi David Richards – właściciel firmy Prodrive, John Sinders oraz kuwejckie spółki Investment Dar i Adeem Investment.

Głośne upadki – producenci, którzy zniknęli z motoryzacyjnej mapy

Nie wszyscy producenci zdołali przetrwać kryzys i zdobyć inwestora. Z motoryzacyjnej mapy zniknęło w ostatnich latach wiele kultowych i znanych marek.

Amerykański Pontiac stworzony w 1926 roku został zduszony przez kryzys finansowy i ostatecznie upadł w 2009 roku. Podobna historia spotkała o wiele starszą markę Oldsmobile, której działalność zawieszono w 2004 roku i ostatecznie zamknięto w 2009 roku. Z amerykańskiego rynku zniknęły również: w 2011 roku Mercury, w 2001 roku Plymouth oraz w 1997 roku Eagle i w 2010 roku Hummer.

Włosi także musieli się pożegnać z kilkoma markami samochodów. Powstała w 1955 roku Autobianchi – firma, która budowała modele oparte na Fiatach i w latach 80. stała się częścią Lancii, ostatecznie zlikwidowała działalność w 1996 roku. Również De Tomaso – firma z Modeny, której zawdzięczamy kilka ciekawych sportowych modeli, przestała działać w 2004 roku.

Polakom bliżej do popularnych w naszym kraju Wartburgów i Trabantów – oba modele produkowane były do 1991 roku. Jeszcze kilka lat temu miłośników marki Trabant ucieszyła wiadomość o możliwości produkcji elektrycznego Trabanta – został nawet zaprezentowany prototyp, ale na obietnicach się skończyło. Podobny los spotkał Fabrykę Samochodów Osobowych – produkowano tam cieszące się dzisiaj dużym zainteresowaniem kolekcjonerów Polonezy i Fiaty 125p, a także Warszawy i Syreny.

Marki, które nigdy nie zmieniły swojego właściciela

Sytuacja, w której marka od początku swojego istnienia znajduje się w jednych rękach, nieczęsto występuje w globalnym biznesie, a jeżeli już, dotyczy to tak zwanych firm rodzinnych.

Toyota i Honda to jedne z ostatnich największych koncernów motoryzacyjnych, które wciąż działają niezależnie – nie licząc oczywiście umów o współpracy z innymi koncernami.

Toyota została założona w 1937 roku przez Sakichi Toyodę i od tamtej pory znajduje się w rękach tej samej rodziny. Dzisiaj na jej czele stoi znany z zamiłowania do sportów motorowych Akio Toyoda. W portfolio Toyoty można znaleźć między innymi  Lexusa – luksusową markę założoną przez tego japońskiego producenta, oraz firmę Daihatsu, nad którą największy japoński producent samochodów przejął kontrolę w 2016 roku. Ponadto do Toyoty należy 16,48 procent akcji Subaru. Firma współpracuje także z BMW oraz Mazdą i Suzuki, a jeszcze do niedawna była inwestorem w Tesli.

Również Honda i Suzuki znalazły się w gronie marek, które od lat pozostają w jednych rękach. Ta ostatnia współpracowała na przestrzeni lat z wieloma producentami – między innymi Fiatem, GM, Subaru czy Nissanem, ale udało się jej zachować niezależność. Prezesem firmy jest Osamu Suzuki, a rodzina założyciela, Michio Suzuki, nadal sprawuje kontrolę nad firmą. Podobnie założona w 1946 roku Honda nie zmieniła właściciela, a w jej portfolio można znaleźć działy zajmujące się między innymi produkcją samolotów, motocykli oraz traktorów.

Inaczej potoczyły się losy Ferrari – założona przez Enzo Ferrari firma długo pozostawała w rękach rodziny, jednak w 1969 roku trafiła do stajni Fiata. Podobnie zresztą jak Porsche – rodzinna firma w 1972 roku zmieniła się w spółkę akcyjną, co ostatecznie spowodowało, że członkowie rodziny Porsche przestali w niej pełnić funkcje kierownicze i w 2009 roku marka trafiła pod skrzydła VW, mającego większościowy pakiet akcji.

Biznes nie lubi stagnacji. Powyższe przykłady pokazują kilka sposobów na utrzymanie się na rynku i rozwój. Z jednej strony w historii motoryzacji można znaleźć wiele przykładów firm, które – pomimo innowacyjnych i ciekawych modeli samochodów – nie zdołały odnieść komercyjnego sukcesu. Z drugiej strony przetrwanie wielu marek było możliwe wyłącznie za sprawą nowego właściciela, który zdecydował się na inwestycję. Tych, które od lat pozostają w jednych rękach, jest niewiele, stanowią jednak dowód, że również firmy rodzinne mogą osiągnąć globalny sukces.

Rynek nieruchomości komercyjnych w Rumunii – komentarz Luisa-Maxime Juhel

Przez wielu ekspertów rynek rumuński określany jest dziś mianem czarnego konia. Wzrost gospodarczy napędzany jest przez wewnętrzną konsumpcję i wzrost wynagrodzeń, ale nie bez znaczenia pozostają również relatywnie niskie podatki. Dodatkowo, Rumunia dba o potencjalnych inwestorów. Stwarza atrakcyjne warunki dla prowadzenia działalności.

Rumuńskie prosperity powoduje, że kraj jest coraz bardziej atrakcyjnym kierunkiem dla zagranicznych firm. Korzysta na tym także branża nieruchomości komercyjnych. Ogromny potencjał lokalnego rynku dostrzega firma doradcza BNP Paribas Real Estate, wchodząca w skład globalnych struktur Grupy BNP Paribas. Kluczowymi obszarami działalności w Rumunii jest wynajem biur, zarządzanie nieruchomościami oraz wsparcie w transakcjach kupna i sprzedaży nieruchomości. Główną osią zainteresowania BNP Paribas Real Estate jest rynek Bukaresztu, w którym poziom wynajmu w ostatnich dwóch latach osiągnął poziom 300 tys. mkw., co porównywalne jest z poziomem wynajmu w Lyonie, drugim co do wielkości rynkiem biurowym we Francji. W stolicy Rumunii, BNP Paribas Real Estate jest odpowiedzialna za zarządzanie America House, który znajduje się w elitarnym gronie największych i najbardziej prestiżowych multifunkcjonalnych obiektów biznesowych Bukaresztu. Eksperci firmy podkreślają, że popyt generują przede wszystkim firmy działające w sektorze IT&C (Information Technology and Communications). W pierwszej połowie 2017 roku BNP Paribas Real Estate domknie łączną pulę transakcji wynajmu biur na poziomie 25 tys. mkw. Analitycy firmy przewidują, że ten dynamiczny trend utrzyma się jeszcze co najmniej w latach 2017-2018. Co naturalne, zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe w Bukareszcie zachęca deweloperów. Odpowiedzią na wysoki popyt na nowoczesną powierzchnię biurową są nowe projekty realizowane w Środkowo-Zachodniej i Zachodniej części rumuńskiej stolicy. Warto jednak podkreślić, że Bukareszt nie jest jedynym magnesem przyciągającym inwestorów do Rumunii. Optymalnymi warunkami do rozwoju biznesu kuszą miasta takie jak Cluj, Jassy czy Timisoara. Eksperci BNP Paribas Real Estate podkreślają jeszcze fakt stabilizacji poziomu stawek czynszów, który oscyluje wokół 15-18 EUR/mkw./mies., i wejście w fazę rynkowej dojrzałości. Ekonomiści i analitycy zgodnie pointują, że jeśli ktoś chce być dziś mocny w Europie, obecność w Rumunii jest koniecznym „must-have”.

Louis-Maxime Juhel

Dyrektor, Dział Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Romania

Dynamika cen minimalnie hamuje

GUS potwierdza wstępny odczyt CPI na poziomie 1,9 proc. rok do roku w maju. Przed wstępną publikacją zarówno rynkowy konsensus, jak i nasza prognoza plasowały się na pułapie 2,0 proc. r/r.

Struktura składowych inflacji CPI potwierdza znoszenie się rosnących cen żywności (0,8 proc. m/m) i spadających cen paliw (tendencje widoczne też w danych z Węgier i Czech) i nie skłania nas do rewizji oczekiwań względem jutrzejszego odczytu inflacji bazowej. Oczekujemy, że przybierze on wartość 1,0 proc. rok do roku. Dane będą neutralne dla złotego tak długo jak Rada Polityki Pieniężnej nie zakomunikuje, że jest gotowa podnieść stopy wcześniej niż za rok.

Druga połowa roku powinna stać pod znakiem wzrostu dynamiki CPI powyżej 2,5 proc. Większą presję na Radę Polityki Pieniężnej powinna wywierać inflacja bazowa, która będzie dążyć do 2 proc. a prawdopodobieństwo podniesienia jej ścieżki jest znacznie wyższe niż obniżenia ze względu na siłę rodzimego rynku pracy, która – zgodnie z historycznym wzorcem – w końcu może przełożyć się nasilenie presji płacowej w gospodarce.

W maju nastąpiło częściowe wymazanie efektu związanego z wprowadzeniem nowej kolekcji odzieży, bowiem jej ceny odnotowały zniżkę na poziomie 0,7 proc. W koszyku inflacyjnym ujemny wpływ taniejących ubrań skutecznie znosiły ceny obuwia notujące 0,7 proc. wzrost. Na szczególną uwagę zasługuje dość silny skok opłat związanych z łącznością, których 2,5 proc. dynamikę skutecznie hamowała przecena sprzętu telekomunikacyjnego (1,2 proc. m/m). Niższe ceny telefonów należy utożsamiać nie tylko z wprowadzeniem nowych ofert przez czołowych operatorów, ale również z efektem komunijnym, który zapewnił sprzedawcom wygenerowanie założonego zysku operacyjnego przy wyższym wolumenie sprzedaży.

Wypowiedzi udzielił Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak wymuszona izolacja Kataru wpłynie na ceny ropy naftowej

5 czerwca Arabia Saudyjska, Egipt, Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie zerwały stosunki dyplomatyczne z Katarem. Powodem tego drastycznego posunięcia było oskarżenie, że stolica Kataru, Doha, czynnie wspiera Iran oraz terroryzm w regionie.

Wszyscy Katarczycy, na co dzień mieszkający w Królestwie Arabii Saudyjskiej, w Bahrajnie oraz w Emiratach Arabskich, otrzymali dwa tygodnie na wyjazd. Dyplomaci Kataru mieli natomiast 48 godzin, aby opuścić zarówno Egipt, jak i ZEA. Granice z tym małym państwem zostały zamknięte, powodując wielkie obawy dotyczące importu żywności (Doha importuje 40% żywności z Arabii Saudyjskiej), zaś Egipt zamknął przestrzeń powietrzną dla katarskich samolotów, co prawdopodobnie uczynią też inne kraje. Spowoduje to masowe zakłócenia podróży lotniczych jednego z kluczowych przewoźników – Qatar Airways.

Przewoźnik stoi przed perspektywą zostania zamkniętych we własnym kraju, ponieważ zakaz obowiązuje w państwach otaczających Katar. Arabia Saudyjska, Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie zawiesiły wszystkie połączenia lotnicze, co spowodowało wzrost kosztów i czasu lotu z Kataru: średni czas podróży do Europy wydłużył się z 6 do 9 godzin.

Zerwanie stosunków dyplomatycznych zapewne wpłynie również na projekty budowlane w Katarze. Kluczowe materiały, niezbędne do ukończenia prac przygotowawczych do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w 2022 w Katarze, były dostarczane przez Arabię Saudyjską. Zamknięcie granic zwiększy ceny i spowoduje ogromne opóźnienia.

Katar jest aktywnym członkiem OPEC (Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową) od 1961 roku. Jak te wydarzenia wpłyną na jej ceny?

Zdaniem ekspertów easyMarkets, po pierwsze, istnieje zagrożenie, że obecne porozumienie OPEC w sprawie ograniczenia produkcji ropy naftowej może się załamać. Jeśli to nastąpi, ceny ropy spadną. Jednakże Katar jest jednym z najmniejszych producentów ropy w organizacji, posiadając szacowane rezerwy na poziomie 25 mld baryłek, co w porównaniu do rezerw Arabii Saudyjskiej, wynoszących 266 miliardów baryłek, stanowi niewielką liczbę. Wpływ Kataru na obowiązujące porozumienie miałby znaczenie, gdyby państwo to wsparli inni, mniejsi członkowie, jak Algieria i Nigeria. Nawet jeśli Katar zwiększyłby produkcję, to i tak musiałby w jakiś sposób przeprowadzić ropę przez zamknięte granice.

Głównym zagrożeniem dla regionu i cen ropy jest to, że napięcie pomiędzy krajami Zatoki może doprowadzić do sytuacji, w której Katar skieruje się w stronę Iranu z prośbą o wsparcie, co wzbudzi niepokój z dyplomatycznego punktu widzenia. Jest to o tyle możliwe, że Arabia Saudyjska wspierana jest przez rząd Stanów Zjednoczonych. W trakcie swojej niedawnej wizyty w Arabii Saudyjskiej, Donald Trump wskazał Iran jako winnego niestabilności w regionie.

Jednak jest jeszcze inny, prawdopodobny scenariusz: ten niewielki, 2,7 milionowy kraj będzie negocjował i zostanie zachęcony do zmiany rządów w stolicy. To mogłoby uspokoić dawnych partnerów arabskich.

Warto na bieżąco monitorować sytuację w Zatoce Perskiej, ponieważ polityka w regionie zawsze będzie miała wpływ na ceny ropy.

Autorem wypowiedzi jest James Trescothick, Dyrektor ds. globalnej strategii w easyMarkets.

Murad Al-Katib zwycięzcą światowego finału konkursu EY Przedsiębiorca Roku 2017

Murad Al-Katib, Prezes AGT Food and Ingredients Inc. z kanadyjskiej prowincji Saskatchewan został, podczas uroczystej gali w Salle des Etoiles w sobotę wieczorem, zwycięzcą światowego konkursu EY Przedsiębiorca Roku. Pokonał 59 przedsiębiorców z 49 państw. W Monte Carlo Polskę reprezentował Marcin Grzymkowski, twórca marki eobuwie.pl.

Murad założył firmę AGT Food and Ingredients w 2003 roku. Dzisiaj jest to największy na świecie dostawca soczewicy, ciecierzycy oraz groszku. W 2007 roku firm AGT Food and Ingredients weszła na giełdę. Przez ostatnie 5 lat jej przychody rosną w sposób zrównoważony, średnio o 100 mln USD rocznie. W 2016 roku wyniosły 1,49 mld USD. AGT odpowiada za 23% światowego handlu soczewicą w ponad 120 krajach. Firma zatrudnia 2 tysiące osób na wszystkich kontynentach.

– Jury składające się z osób z różnych krajów świata i mających szeroką znajomość sektorów gospodarki, po burzliwej, wyważonej i opartej na wiedzy dyskusji podjęło decyzję jednogłośnie. Murad jest niesamowitym przedsiębiorcą, który w sposób wyjątkowy tworzy wartość, poszerza zasięg organizacyjny i rozwija się. Ma pozytywny wpływ na światowe środowisko naturalne poprzez zrównoważone podejście do rolnictwa – podsumował Jim Nixon, Prezydent Nixon Energy Investments, przewodniczący Jury światowej edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku.

Murad Al-Katib, Prezes AGT Food and Ingredients Inc.
Murad Al-Katib, Prezes AGT Food and Ingredients Inc.

– Jestem wzruszony i zaszczycony tą nagrodą. Celem AGT jest zbudowanie zrównoważonego i odnoszącego sukces biznesu. Podejmując ryzyko i zmieniając podejście do mojego sektora zbudowaliśmy odpowiedzialną firmę i zmieniliśmy rolnictwo Kanady. Chciałbym w imieniu własnym i moich kolegów, którzy dzień po dniu poświęcają się naszym wartościom i naszemu celowi, podziękować EY za to wyróżnienie – powiedział Murad Al-Katib, Prezes AGT Food and Ingredients Inc.

Bryan Pearce, globalny szef konkursu EY Entrepreneur Of The Year, dodał: – Murad zbudował swoje przedsiębiorstwo od zera, a dzisiaj ma przychody przekraczające miliard USD. Podobnie jak inni przedsiębiorcy odnoszący sukcesy Murad potrafi rozwijać swoją firmę jasno przedstawiając swoją wizję pracownikom, dostawcom i klientom. Wdrażając innowacyjny łańcuch dostaw jest pionierem w zrównoważonym rolnictwie.

Mark Weinberger, globalny Prezes EY, powiedział: – Realizując swoją wizję i podejście do biznesu Murad zmienił rolnictwo i przewodzi firmie, która w ciągu dekady rozwinęła się w sposób wyjątkowy. Osiąga cel poprzez „empatyczną przedsiębiorczość”. Wykorzystuje swoje możliwości, by mieć pozytywny wpływ na świat poprzez dostarczanie żywności milionom ludzi oraz edukację uchodźców i ich rodzin. Sukces i pasja Murada czyni z niego wzorowego zwycięzcę światowego konkursu EY Przedsiębiorca Roku.

Murad Al-Katib i jego firma AGT Food and Ingredients 

Misją Murada Al-Katiba jest świat, w którym każdy ma dostęp do bezpiecznej, taniej i zrównoważonej żywności, a zwłaszcza protein. Wciela tę misję w życie poprzez rozwój swojej firmy oraz dynamiczny rozwój produkcji roślinnych protein.

Murad wykorzystał swoją szansę 15 lat temu, kiedy na kanadyjskich preriach stworzył biznes, który stał się strategicznym partnerem dla producentów soczewicy – bezpośrednim połączeniem pomiędzy nimi a resztą świata. Dzisiaj Kanada jest największym na świecie producentem soczewicy, z Muradem na czele największego przedsiębiorstwa w tym sektorze.

AGT Food and Ingredients jest światowym liderem zintegrowanego łańcucha dostaw soczewicy, ciecierzycy oraz groszku, z 46 centrami produkcyjnymi. Jej przychody w 2016 roku wyniosły 1,49 mld USD. Zatrudnia ponad 2 tysiące osób na pięciu kontynentach.

Przedsiębiorstwo rośnie dzięki połączeniu organicznego rozwoju ze strategicznymi przejęciami. W ciągu 7 lat AGT dokonało 17 przejęć na całym świecie, w tym także na rynkach rozwijających się. Umożliwiło to AGT skonsolidowanie światowego rynku nasion roślin strączkowych i rynku podstawowej żywności, jednocześnie poszerzając działalność o inne obszary, jak np. makarony, ryż, ziarna zbóż, składniki żywności, proteiny i błonnik.

Zwycięzca światowej edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku wyznaje filozofię „empatycznej przedsiębiorczości”. Bezpieczeństwo żywności, pomoc dla głodujących oraz awaryjna pomoc żywnościowa dla uchodźców są dla niego ważnymi celami długoterminowymi.

Poprzez jego międzynarodowy łańcuch dostaw oraz sieć produkcyjną i dystrybucyjną Murad dostarczył ponad 4 miliony racji żywnościowych międzynarodowym agencjom pomocowym zajmującym się uchodźcami z Syrii. Był wielokrotnie nagradzany za działalność charytatywną. W 2016 roku został uznany przez United Nations Association w Kanadzie za Globalnego Obywatela. W marcu tego roku był jednym z czterech zwycięzców nagrody Biznes dla Pokoju przyznawanej przez fundację działającą w Oslo w Norwegii.

Jury światowej edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku

Przewodniczącym niezależnego jury był Jim Nixon z amerykańskiej firmy Nixon Energy Investments. Pozostali członkowie jury to:

  • Rosario Bazán z firmy DanPer z Peru,
  • Judy Chan z firmy Grace Vineyard z Chin (a także Hong Kong i Macau)
  • Diane Foreman z firmy Chelsea Group Ltd z Nowej Zelandii
  • Ilkka Paananen z firmy Supercell z Finlandii
  • Rosemary Squire z brytyjskiej firmy Trafalgar Entertainment Group
  • Manny Stul z firmy Moose Enterprise Holdings & Controlled Entities z Australii.

Polski reprezentant

W 17. światowej edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku Polskę reprezentował Marcin Grzymkowski, twórca marki eobuwie.pl – lidera sprzedaży online markowego obuwia, akcesoriów i galanterii skórzanej.

Rozmowy koalicyjne w Wielkiej Brytanii. Wybory parlamentarne we Francji

Zgodnie z oczekiwaniami w Wielkiej Brytanii Torysi negocjują koalicję z irlandzkimi unionistami. Pierwsza runda wyborów prezydenckich we Francji sukcesem prezydenta. Referendum w sprawie roli prezydenta w Polsce.

Rozmowy koalicyjne w Wielkiej Brytanii

W sobotę zgodnie z oczekiwaniami ruszyły konsultacje pomiędzy torysami a unionistami irlandzkimi. Rozmowy zgodnie z komunikatem wydanym przebiegały obiecująco i doszło do zgody co do wstępnego porozumienia w sobotę. Na niedzielę zawieszono rozmowy i mają do nich wrócić dzisiaj. Rozmowy te są bardzo istotne gdyż Torysom do bezwzględnej większości brakuje zaledwie 7 głosów w 650 osobowej izbie gmin. Biorąc pod uwagę brak innych możliwości koalicyjnych jeżeli tylko Unioniści nie postawią nierealnych warunków w ciągu kilku dni powinniśmy zobaczyć nowy rząd. Na razie na stanowisku pozostaje Theresa May, jednak ze względu na wynik wyborów wielu komentatorów uważa, że już wkrótce ktoś inny zajmie jej stanowisko. Funta zareagował na te doniesienia spokojnie utrzymując się na poziomach na które spadł w wyniku wyborów.

Wybory parlamentarne we Francji

W weekend odbyła się pierwsza tura wyborów parlamentarnych we Francji. Na fali sukcesu z wyborów prezydenckich partia La Republique En Marche Emmanuela Macrona zdobyła 32% głosów. Kolejne miejsce zajęli Republikanie. Radykalna prawica pani Marine Le Pen uzyskała zaledwie 14 % głosów. socjaliści uzyskali 10% głosów czyli o 1 punkt procentowy mniej niż skrajna lewica Jean-Luca Melanchtona. Pełne wyniki i podział miejsc będą znane dopiero za tydzień. Wtedy to odbędzie się druga tura w okręgach gdzie nie było zdecydowanego zwycięzcy. Wynik został pozytywnie przyjęty przez rynki. Euro od rana umacnia się względem głównych walut. Powodem tego ruchu jest fakt, że wbrew wcześniejszym obawom wygląda na to, że prezydent będzie miał silne poparcie w parlamencie.

Referendum w Polsce

Andrzej Duda zapowiedział referendum w sprawie roli prezydenta w Polsce na 11 listopada. Temat nie jest nowy i był regularnie podnoszony przez wiele osób. Powodem są relatywnie małe uprawnienia głowy państwa w Polsce względem sposobu jej wyboru. W krajach gdzie prezydent pełni głównie funkcje reprezentatywne przeważnie jest wybierany przez zgromadzenie narodowe. Nie wiadomo w którą stronę będzie chciał przekształcić PiS Polski system, ale fakt faktem sytuacja Polska jest dość dziwna biorąc pod uwagę zagraniczne ustroje polityczne.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Polska – inflacja konsumencka.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Co przyniesie przyszłość? – komentarz rynkowy

Wydawać by się mogło, że zniszczenia poczynione przez Theresę May znalazły się pod kontrolą, tak jakby to była broń jądrowa, którą można odłożyć na przyszłość Niepewnemu sojuszowi torysów z północnoirlandzką Partią Demokratycznych Unionistów udało się wprowadzić na rynek pewne załagodzenia. Miejmy nadzieję, że wkrótce uda im się osiągnąć solidne porozumienie. Jak na razie May wciąż dowodzi, ale po igraniu z losem narodu wiele osób pragnie ją zastąpić jak najszybciej.

GBPUSD_12_06_2017Najbardziej odbija się to na funcie brytyjskim, który spadł o ponad 300 jednostek w przeciągu nocy wyborczej. Od czasu referendum w sprawie Brexitu rok temu, mogliśmy zauważyć dwa duże wzrosty. Jednym było przemówienie Theresy May na temat Brexitu 17 stycznia, drugim wezwanie May do przedterminowych wyborów po których rynki się spodziewały umocnienia jej pozycji. Prawdopodobnie to silna pozycja May była odpowiedzialna za uratowanie funta od spadku poniżej 1.2000. Dalsza niepewność mogłaby spowodować powrót do tego samego punktu. Pozostałe rynki nie wyglądają na zaniepokojone sytuacją w Wielkiej Brytanii. Na ten moment, Brexit jest już przesądzony więc jedynym pytaniem jakie wszyscy sobie zadają to rodzaj porozumienia, które Wielka Brytania podpisze z Europą.

DJ30_SPX500_12_06_2017Wall Street kontynuowało swój pęd ku rekordowo wysokim notowaniom w piątek, ale Dow Jones i S&P zetknęły się z niewielkimi spadkami tuż przed weekendem. Złoto kontynuuje swój spadek i poważnie testuje swój krótkoterminowy poziom wsparcia. Należy uważać na duże zamówienia sprzedaży. ROPA_12_06_2017Również ropa notowana jest na niski poziomie i przez ostatnie trzy miesiące trzyma się poziomu 46 dolarów za baryłkę. Jeżeli jednak nadmierna podaż przepchnie ją poniżej poziomu 42,5 dolarów może to oznaczać kłopoty. Poza dramatem Trumpa w Stanach Zjednoczonych, rynki czekają na spotkanie Federalnej Rezerwy w środę. Analitycy wciąż dyskutują, co Fed zamierza zrobić, a taka powszechna niepewność z perspektywą coraz szybciej zbliżającego się spotkania, nie oznacza nic dobrego.

ZŁOTO_12_06_2017W ten weekend nastąpił gwałtowny wzrost krypto-aktywów. Ethereum przekroczyło poziom 300 dolarów a Bictoin jest obecnie handlowany za ponad 3000 dolarów w Japonii oraz Chinach. Zachód wciąż notuje nieco niższe poziomy, ale jeżeli trend będzie kontynuowany, z pewnością szybko to nadrobi. Ethereum nie traciło czasu aby spocząć na tym kamieniu milowym i już jest notowane powyżej 360 dolarów za monetę. Nowy ICO o nazwie Bancor, który pojawi się dzisiaj online, może przyciągnąć dużo świeżych pieniędzy do sieci Etheru. Ten projekt znajduje się w samym sercu Blockchaina jako przyszłości internetu. Być może, pewnego dnia całkowicie zastąpi kontrakty różnicy kursowej będącej główną metodą, jaką ludzie sprzedają akcje, towary i inne aktywa finansowe w internecie.

kapitalizacja_rynkowa_12_06_2017Nadal znajdujemy się we wczesnym stadium rozwoju technologii Blockchain, ale w mojej opinii Bitcoin i Ethereum pewnego dnia mogą zastąpić pieniądze, a internet z pewnością ciągle zdobywa na popularności. Całkowita kapitalizacja rynkowa wszystkich cyfrowych aktyw według coinmarketcap.com wynosi skromne 115 miliardów dolarów i szybko wzrasta.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Raport NIK o górnictwie węgla kamiennego w latach 2007-2015

Trudna sytuacja finansowa dotyczyła głównie trzech największych producentów węgla grupujących łącznie 27 kopalń. Ich skumulowana strata netto w latach 2007-2015 wyniosła ponad (-)1,1 mld zł, podczas gdy w tym samym okresie jedna sprywatyzowana kopalnia osiągnęła skumulowany zysk netto w wysokości ponad (+)1,4 mld zł. W ostatnim roku trwania Programu kondycja finansowa oraz efektywność funkcjonowania głównych producentów węgla była gorsza niż na początku jego realizacji.

Pamiętać należy, że podmioty górnicze rozpoczynały realizację rządowego „Programu działalności górnictwa węgla kamiennego w Polsce w latach 2007-2015” [1]w korzystnych warunkach. W latach poprzedzających jego przyjęcie dokonano znacznych redukcji zdolności produkcyjnych oraz zatrudnienia w górnictwie (głównie lata 1998-2002), a także umorzono zobowiązania przedsiębiorstw górniczych na ponad 18 mld zł (2003 r.). Późniejszy okres dobrej koniunktury na węgiel kamienny (2003-2011) stwarzał możliwości dokończenia w latach 2007-2015 procesu restrukturyzacji oraz efektywnej prywatyzacji górnictwa. Okoliczności tych jednak nie wykorzystano.

Pogarszająca się od 2012 r. koniunktura wykazała niezdolność trzech największych producentów do prowadzenia rentownej działalności oraz całkowity brak przygotowania na spadek cen i popytu na węgiel. Należy zauważyć, że średnie ceny węgla w 2015 r. były jednak o 36% wyższe od cen w roku 2007, kiedy to górnictwo osiągało dodatnie wyniki finansowe. Niepowodzenie realizacji Programu oraz zagrożenie upadłości niektórych podmiotów skutkowało w ostatnim roku jego trwania koniecznością udzielenia górnictwu zwiększonego, w stosunku do lat poprzednich, wsparcia finansowego ze strony Państwa. Łączna wartość wsparcia dla górnictwa w latach 2007-2015 w różnych formach wyniosła ok. 65,7 mld zł, z czego ok. 58,4 mld zł stanowiło pokrycie niedoboru środków Funduszu Ubezpieczeń Społecznych na wypłaty emerytur i rent górniczych. W tym samym czasie wartość płatności publicznoprawnych podmiotów sektora górnictwa była porównywalna i wyniosła ok. 64,5 mld zł.

Chociaż węgiel kamienny jest nadal najważniejszym nośnikiem energii w Polsce, to w latach 2007-2015 zużycie węgla obniżyło się w kraju o 16% – z ponad 85 mln ton do niecałych 72 mln ton. W tym samym okresie zużycie węgla w UE zmalało o 26% – z ok. 467 mln ton do 346 mln ton. W latach 2007-2015 wydobyto w Polsce łącznie ok. 700 mln ton węgla, z czego 85% stanowił węgiel energetyczny, a 15% koksowy. Około 82% udziału w krajowym wydobyciu węgla mieli w tym okresie: Kompania Węglowa S.A. (KW), Katowicki Holding Węglowy S.A. (KHW) i Jastrzębska Spółka Węglowa S.A. (JSW).

Ważniejsze ustalenia kontroli

(1) Zdaniem NIK Program rządowy, określający wytyczne działalności górnictwa w latach 2007-2015 oraz wskaźniki i mierniki realizacji przyjętych celów, został opracowany w sposób nierzetelny. Nie ustalał on szczegółowych działań restrukturyzacyjnych, lecz tylko wyznaczał kierunki działalności górnictwa, które powinny stanowić podstawę do budowy strategii przez poszczególne spółki węglowe. Tymczasem strategie działalności spółek węglowych zostały opracowane w sposób wskazujący, że ich przygotowanie traktowane było głównie jako realizacja wymogu formalnego, a nie jako potrzeba stworzenia rzeczywistego planu mającego zapewnić ich ekonomiczną efektywność. Powyższe dokumenty zostały oparte na mało realistycznych założeniach i prognozach nie znajdujących rynkowego i ekonomicznego uzasadnienia. Odnosiło się to głównie do zbyt optymistycznych założeń dotyczących przychodów producentów węgla, przy jednoczesnym marginalizowaniu znaczenia kosztów tej działalności. I tak na przykład:

  • W Programie zidentyfikowano ważniejsze zagrożenia dla górnictwa, wśród których wskazano rosnące koszty produkcji, w tym wynagrodzeń, jednak zrezygnowano z zapisów o konieczności powiązania wzrostu wynagrodzeń ze wzrostem wydajności pracy.
  • Program nie zawierał analizy ryzyka wystąpienia określonych zdarzeń i powiązanych z nimi scenariuszy działań na wypadek uzyskiwania przez przedsiębiorstwa górnicze wyników innych niż zakładano. Jednocześnie nie aktualizowano zawartych w Programie prognoz wydobycia i sprzedaży węgla, pomimo ich niezgodności z trendami rynkowymi oraz z założeniami polityki energetycznej.
  • W Programie przyjęto, że całość nadwyżki węgla na rynku krajowym zostanie sprzedana na eksport, bez uwzględnienia faktycznych możliwości zbytu poza kraj. Nie zapewniono także zgodności strategii spółek węglowych z celami i założeniami Programu, dotyczącymi m.in. wielkości sprzedaży na rynek krajowy.

NIK o górnictwie węgla kamiennego

(2) Nadzór Ministra Gospodarki nad realizacją Programu prowadzony był nierzetelnie i niezgodnie z założeniami. Minister Gospodarki nie ustosunkował się do większości strategii spółek węglowych ani nie monitorował stopnia ich realizacji. Spółki węglowe, m.in. z powodu szybkiej dezaktualizacji swoich wieloletnich strategii, prowadziły działalność głównie w oparciu o plany roczne – dostosowywane do ich bieżącej sytuacji. W rezultacie systematyczne działania restrukturyzacyjne zostały zaniechane bądź były niewystarczające i nieskuteczne. Prowadziło to do pogłębiania się trudnej sytuacji spółek węglowych, która w pełnym zakresie ujawniła się w czasie dekoniunktury na rynku węgla. W latach 2007-2015 nierozwiązanym problemem spółek węglowych była niska wydajność wydobycia, przerosty zatrudnienia i nieefektywny system wynagradzania, przekładający się na wysoki udział kosztów stałych w prowadzonej działalności oraz jej dużą wrażliwość na wahania popytu i cen węgla. I tak m.in.:

Dodatnie wyniki na sprzedaży węgla do 2012 r. były głównie rezultatem jego wysokich cen, a nie prowadzonej przez zarządy spółek węglowych optymalizacji kosztów, które w tym okresie nadmiernie wzrastały. W czasie spadku cen i zmniejszenia sprzedaży węgla – koszty, wśród których ok. 80% stanowiły koszty stałe (niezależne od skali prowadzonego wydobycia), pozostawały na dotychczasowym, wysokim poziomie co skutkowało ponoszeniem strat.NIK o górnictwie węgla kamiennego 3

Okresu dobrej koniunktury na węgiel nie wykorzystano na dostosowanie wielkości zatrudnienia do faktycznych potrzeb spółek i poprawę wydajności wydobycia. Osiągana wydajność wydobycia w latach realizacji Programu rządowego (2007-2015) była niższa od wydajności w roku poprzedzającym jego rozpoczęcie (2006 r.). Występował także brak korelacji pomiędzy wzrostem średniego wynagrodzenia a osiąganą wydajnością, przy czym w KW był on najbardziej widoczny.NIK o górnictwie węgla kamiennego 4 NIK o górnictwie węgla kamiennego 5

Dobrej koniunktury na węgiel nie wykorzystano także na likwidację trwale nieefektywnych kopalń oraz na stosowny wzrost nakładów na rozwój pozostałych. Spółki węglowe zwiększyły swą aktywność inwestycyjną w praktyce dopiero w latach 2012-2013 – czyli już w trakcie postępującej dekoniunktury na rynku węgla. Nadwyżki finansowe w latach wcześniejszych wydatkowane były na wzrastające koszty osobowe.NIK o górnictwie węgla kamiennego 6(3) NIK zwraca uwagę, że ministrowie odpowiedzialni za sektor górnictwa oraz zarządy spółek węglowych dysponowali bieżącymi informacjami o sytuacji finansowej podmiotów górniczych. Były one wystarczające dla prowadzenia skutecznego nadzoru oraz do reagowania na zmienne warunki na rynku węgla. Wiedza ta nie została jednak efektywnie wykorzystana przez Ministra Gospodarki i zarządy spółek. Organy państwowe oraz ZUS nie dysponowały natomiast wiedzą o skali niedoboru środków pochodzących ze składek na wypłaty emerytur i rent górniczych. Trudna sytuacja finansowa części podmiotów wydobywających węgiel spowodowała, że w ostatnim roku trwania dziewięcioletniego Programu podmiotom tym udzielono zwiększonego, w stosunku do lat poprzednich, wsparcia finansowego ze strony Państwa.

Według szacunków NIK w latach 2007-2015 różnica pomiędzy wypłatami emerytur i rent górniczych dla byłych pracowników górnictwa węgla kamiennego, a wpływami ze składek wynosiła ok. 58,4 mld zł. Łączna wartość wsparcia, w różnych formach, jakiego w latach 2007-2015 udzielił górnictwu Skarb Państwa (65,7 mld zł), obejmująca także pokrycie ww. niedoboru Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, była porównywalna z płatnościami publicznoprawnymi podmiotów sektora górnictwa (64,5 mld zł). Tak więc wypracowane przez sektor środki de facto w całości do niego powróciły.NIK o górnictwie węgla kamiennego 7 NIK o górnictwie węgla kamiennego 8(4) Pierwsze działania związane z radykalnym pogorszeniem się w 2012 r. sytuacji w górnictwie zostały zainicjowane przez Ministra Gospodarki dopiero w 2013 r. Jednak zdecydowane działania, których celem była próba rozwiązania rzeczywistych problemów górnictwa, zostały podjęte dopiero w 2015 r. przez Pełnomocnika Rządu ds. restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego i Ministra Skarbu Państwa. Zostały one zapoczątkowane przyjętym w styczniu 2015 r. Planem Naprawczym Kompanii Węglowej S.A. Z uwagi na ich pilność, były realizowane w oderwaniu od postanowień Programu rządowego bądź prób jego aktualizacji. Podejmowane w tym czasie działania, wynikające z programów naprawczych spółek węglowych, nie doprowadziły jednak do osiągnięcia przez nie rentowności do końca 2015 r. NIK zwraca uwagę, że w okresie 10 miesięcznego sprawowania nadzoru nad podmiotami górnictwa węgla kamiennego przez Ministra Skarbu Państwa nie wypracowano jednolitej, spójnej koncepcji dla tej branży. Było to m.in. wynikiem niejednoznacznego podziału kompetencji pomiędzy Ministrem Skarbu Państwa i Pełnomocnikiem, a Ministrem Gospodarki. W efekcie do końca 2015 r. nie opracowano programu dla górnictwa węgla kamiennego na kolejne lata.

W końcu 2015 r. Minister Rozwoju utworzył rezerwy strategiczne węgla kamiennego, pomimo powszechnego nadmiaru węgla na rynku oraz wysokiego poziomu już zgromadzonych zapasów węgla. Łączny poziom zapasów węgla w górnictwie i energetyce na koniec lat 2012-2015 był ok. cztery razy wyższy od stanu zapasów obowiązkowych, zapewniających bezpieczeństwo energetyczne. Zdaniem NIK rzeczywistym celem utworzenia ww. rezerw za kwotę 380 mln zł było zapewnienie płynności finansowej spółkom węglowym oraz środków na ich bieżące funkcjonowanie.NIK o górnictwie węgla kamiennego 9(5) Dobra koniunktura na węgiel była zdaniem NIK odpowiednim okresem na przeprowadzenie skutecznej prywatyzacji polskiego górnictwa. Mogła ona przynieść nie tylko znaczne wpływy do budżetu, ale także stwarzała możliwość pozyskania kapitałów na rozwój i modernizację oraz dalszą restrukturyzację górnictwa. Kontynuacji procesów prywatyzacyjnych, przewidzianych we wcześniejszych dokumentach rządowych, nie sprzyjało przyjęcie w Programie jedynie ogólnego założenia o możliwości „ewentualnej prywatyzacji” bez odniesienia się do konkretnych podmiotów. Ponadto prywatyzacji nie sprzyjała niewielka aktywność Ministra Gospodarki, po którego stronie leżała inicjatywa zgłaszania gotowości rozpoczynania tych procesów, a który uzależniał plany prywatyzacyjne od stanowiska górniczych związków zawodowych.

Sprywatyzowanie kopalni Bogdanka w 2009 r. poprzez zbycie akcji nowej emisji oraz akcji Skarbu Państwa zapewniło znaczne wpływy do budżetu państwa oraz środki na modernizację i rozwój spółki. Prywatyzację JSW w 2011 r. ograniczono do zbycia części akcji Skarbu Państwa. Z uwagi na pogarszającą się sytuację w górnictwie nie doszły do skutku plany zbycia akcji nowej emisji, co umożliwiłoby pozyskanie kapitału na rozwój i modernizację JSW. Porównanie wyników niesprywatyzowanych i sprywatyzowanych podmiotów przedstawiono poniżej:

Przedsiębiorstwo górnicze Udział w krajowym wydobyciu węgla w latach 2007-2015 Posiadane akcje Skarbu Państwa na koniec 2015 r. (data prywatyzacji) Skumulowany wynik finansowy netto
za lata 2007-2015
Kompania Węglowa S.A. 49% 100% (-) 1 847 mln zł
Katowicki Holding Węglowy S.A. 16% 100% (-) 297 mln zł
Jastrzębska Spółka Węglowa S.A. 17% 55% (2011 r.) (+) 1 011 mln zł
LW Bogdanka S.A. 9% 0% (2009 r.) (+) 1 430 mln zł

Prywatyzację branży górniczej po 1990 r. prowadzono w sposób częściowy i wybiórczy. Sprywatyzowano niemal wszystkie podmioty okołogórnicze (np. producentów maszyn i urządzeń dla górnictwa), podczas gdy główni kontrahenci tych podmiotów – spółki prowadzące działalność wydobywczą pozostały w rękach Skarbu Państwa. Nie sprzyjało to transparentności wzajemnych relacji pomiędzy „państwowymi” spółkami węglowymi, a prywatnymi firmami, z których usług kopalnie musiały korzystać – tak jak to miało miejsce po zmianie właściciela spółki REMAG – wiodącego producenta kombajnów chodnikowych. NIK uważa, że brak zgody Ministra Gospodarki na zakup przez Węglokoks S.A. akcji REMAG S.A. skutkował drastycznym wzrostem kosztów dzierżaw tych urządzeń ponoszonych przez spółki węglowe po przejęciu tej firmy przez prywatnego inwestora branżowego. Wzrost ten wynosił od ok. 90 do 140% w latach 2010-2015. Ponadto w konsekwencji braku zgody na zakup przez Węglokoks S.A. akcji REMAG wpływy z prywatyzacji były niższe o ponad 18 mln zł.

Wnioski systemowe

NIK wniosła o podjęcie następujących działań systemowych:

przez Ministra Energii:

  • Doprowadzenie do zakończenia prac nad programem działalności górnictwa węgla kamiennego dla perspektywy czasowej po 2015 r. oraz nad aktualną polityką energetyczną Polski oraz zapewnienie zgodności założeń obu tych dokumentów.
  • Jednoznaczne określenie jednostek odpowiedzialnych za monitoring i nadzór nad przebiegiem nowego programu, w tym nad działaniami podmiotów w nim uczestniczących, w szczególności obejmującymi realizację strategii spółek węglowych;
  • Uwzględnienie w statutach spółek węglowych postanowień o zatwierdzaniu dokumentów o charakterze strategicznym przez organy stosowne do struktury właścicielskiej tych podmiotów, a także zapewnienie
    i realizowanie wymogu zatwierdzania tych dokumentów.
  • Zakończenie realizacji procesów restrukturyzacyjnych podmiotów prowadzących wydobycie węgla kamiennego w terminach umożliwiających wykorzystanie mechanizmów wsparcia ze strony Państwa, przewidzianych w uregulowaniach unijnych.
  • Podjęcie działań w celu sfinalizowania przekształceń własnościowych podmiotów prowadzących wydobycie węgla kamiennego, w sposób umożliwiający tym podmiotom pozyskanie kapitału na modernizację i rozwój.

przez Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w porozumieniu z Ministrem Energii:

Wypracowanie i wdrożenie rozwiązań zmierzających do ograniczenia deficytu Funduszu Ubezpieczeń Społecznych w zakresie świadczeń wypłacanych osobom wykonującym pracę górniczą.


[1] Zwanego dalej „Programem rządowym” lub „Programem”. Był to siódmy rządowy program dot. górnictwa, jaki obowiązywał po 1990 r.

Analiza pozycji dużych graczy 12.06.2017

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowymTabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 12.06.2017 1– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Analiza pozycji dużych graczy 12.06.2017 2-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Najciekawsze instrumenty z punktu widzenia raportu COT

Z punktu widzenia raportu COT powinniśmy zainteresować się euro oraz ropą naftową.

Euro

W zeszłym tygodniu pozycja netto funduszy lewarowanych wzrosła, ale warto przyjrzeć się temu bliżej. Warto zadać sobie pytanie, dlaczego? Co spowodowało, że pozycja netto po raz kolejny wzrosła? Dzięki odpowiedniej analizie raportu COT jesteśmy wstanie odpowiedzieć na to pytanie. Pozycje netto wzrosły jedynie przez redukcję krótkich pozycji, a nie wzrost długich, co przedstawia poniższy wykres.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Analiza pozycji dużych graczy 12.06.2017 3

Źródło: Cme Group

W poprzednim tygodni duzi gracze zamknęli prawie 7 tysięcy długich i 11 tysięcy krótkich pozycji. Dzięki temu pozycja netto po raz kolejny wzrosła. Zatem możemy wyróżnić dwa scenariusze, w którą stronę euro zacznie podążać. Po pierwsze na rynek może zawitać konsolidacja, ale bardziej prawdopodobny jest scenariusz spadkowy (brak dobierania długich pozycji świadczy o wyczerpaniu impulsu wzrostowego).

Notowania EUR/USD, interwał dzienny

Notowania EUR/USD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Scenariusz pierwszy zakłada dalszą konsolidację, wsparcie tworzone jest przez strefę 1.1120-1.1170, natomiast opór znajduje się w okolicy 1.2300. Pokonanie górnej strefy może być bardzo utrudnione. Drugi scenariusz zakłada pokonanie wcześniej wspomnianego wsparcia i spadek w okolicę poziomu 1.10. Warto zwrócić uwagę na MACD, który wskazuje na negatywną dywergencję, co tylko zwiększa prawdopodobieństwo spadków.

Ropa naftowa

Ropa została przeceniona, został zatem zrealizowany scenariusz, o którym pisaliśmy w tym miejscu. Czarne złoto ześlizgnęło się w okolicę 45 USD za baryłkę, ale czy to koniec spadków? Średnioterminowym celem dla niedźwiedzi może być poziom 41 USD za baryłkę lub też długoterminowa linia trendu wzrostowego.

Notowania WTI, interwał tygodniowy

Notowania WTI, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Analizując pozycję zarządzających na kontraktach terminowych możemy zostać nieco zmyleni, ponieważ od trzech tygodni pozycja netto jest systematycznie powiększana.

Pozycje zarządzających, linia niebieska – pozycje długie, żółta – krótkie, zielona -netto

Pozycje zarządzających, linia niebieska – pozycje długie, żółta – krótkie, zielona -netto

Źródło: Cme Group

Na powyższym wykresie wszystkie zmienne przedstawiono jako linie. Kolor zielony odpowiada za pozycje netto. Trzy tygodnie temu pozycje netto znalazły się blisko swoich minimów, dlatego duzi gracze powoli zaczęli redukować krótkie pozycje i otwierać długie. Reasumując, dalsza wyprzedaż czarnego złota poniżej obecnych poziomów stworzy ciekawą perspektywę zajęcia długiej pozycji. Czy tak będzie? Zobaczymy.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Andrzej Szumowski: Polska jest i będzie ogrodem i farmą Europy

Takiego rozwoju polskiego handlu i produkcji 28 lat temu nikt by nie przewidział. Polska jest i będzie ogrodem i farmą Europy, jednym z prawdziwych liderów w Unii Europejskiej.

– Będziemy produkować coraz więcej, lepiej i smaczniej – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Szumowski, wiceprezes zarządu Wyborowa Pernod Ricard, prezes Stowarzyszenia Polska Wódka – Polacy muszą rozkoszować się smakami rodzimej żywności i płodami własnej ziemi. Oknem dla naszej krajowej produkcji jest jednak eksport. Polscy producenci powinni pamiętać, że dla polskich towarów Europa to za mało. Powinniśmy sięgać do Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Mamy co zaoferować – jakość naszych wyrobów jest doskonała. Sprzedajemy nie tylko produkt, ale myśl, mistykę z nim związaną, a przede wszystkim tradycję – podkreślił Szumowski.

Linux najbardziej wpływową technologią open source

Linux, Git, MySQL – to dziś trzy najbardziej wpływowe technologie open source, biorąc pod uwagę czynniki takie jak m.in. liczba użytkowników czy wpływ na tworzenie nowych miejsc pracy – wynika z The Battery Open Source Software Index. To pierwsze tego typu opracowanie, którego celem jest śledzenie rozwoju tego dynamicznie rozwijającego się segmentu IT.

Coraz większa grupa przedsiębiorstw opiera dziś swoje krytyczne funkcje biznesowe na otwartych technologiach, czyli takich, które w całości bazują na dostępnym powszechnie kodzie źródłowym – w przeciwieństwie, do rozwiązań zamkniętych, gdzie kod dostępny jest tylko producentowi. Dane pokazują, że z rozwiązań open source korzysta nawet 78 proc. organizacji.[1] Z ubiegłorocznego badania przeprowadzonego przez Forrester wśród szefów IT wynika, że dla ponad 40 proc. z nich zwiększenie zakresu wykorzystania open source jest wysokim lub krytycznym priorytetem. Jednak jak twierdzą autorzy opublikowanego rankingu, fakt, że wciąż niewiele organizacji oferujących rozwiązania otwarte jest notowanych na giełdzie i publikuje swoje wyniki finansowe, sprawia, że wycena wartości tego rynkui śledzenie rozwoju poszczególnych projektów jest utrudnione. Dlatego opracowanie Battery Ventures ocenia potencjał technologii open source na podstawie ogólnodostępnych danych. Na podium zestawienia znalazły się Linux, Git i MySQL. Razem z nimi pierwszą dziesiątkę tworzą jeszcze m.in. Node.js, Docker, Hadoop czy Spark. Najliczniejszą grupę technologii, które znalazły się w rankingu – 15 z 40 – stanowią otwarte projekty związane
z przechowywaniem i przetwarzaniem danych.

Wszystkie wymienione w rankingu rozwiązania są niezwykle popularne i dynamicznie rozwijane. Zarówno na polskim, jak i międzynarodowym rynku otwartych technologii, możemy  znaleźć wiele przykładów na to, że model biznesowy oparty w całości na open source może przynieść biznesowy sukces. Z tego typu rozwiązań korzystają w naszym kraju m.in. liderzy sektora finansowego czy teleinformatycznego, a także duże instytucje publiczne – mówi Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska, organizator konferencji Open Source Day, jednego z największych w Europie wydarzeń poświęconych otwartym technologiom.

Zarabiać na open source

Kryteria ewaluacji zastosowane w czasie tworzenia The Battery Open Source Software Index uwzględniają m.in. liczbę i stopień aktywności użytkowników czy liczbę ofert pracy dla osób posługujących się daną technologią. Autorzy oddzielają popularność danego rozwiązania wśród użytkowników od sukcesu związanego z jego komercjalizacją. Ze względu na to, że model open source opiera się na bezpłatnym udostępnieniu kodu źródłowego, w większości przypadków firmy zajmujące się jego dystrybucją zarabiają nie na sprzedaży samego oprogramowania, ale na usługach takich jak jego wdrożenie czy utrzymanie.

Pomimo, że część dużych projektów open source nie została jeszcze  skomercjalizowana przez konkretne firmy w takim stopniu jak np. umieszczony na czele rankingu Linux, nie da się zakwestionować ich biznesowego potencjału. Są one bowiem powszechnie stosowanei używane przez komercyjne instytucje. Zatrudnieni przez nie inżynierowie korzystają z nich, kiedy pojawia się potrzeba stworzenia nowej aplikacji czy infrastruktury. Kluczowym elementem dla autorów otwartych rozwiązań powinno być wypracowanie odpowiedniego modelu sprzedaży – dodaje Dariusz Świąder, Open Source Day.

O konferencji Open Source Day

Open Source Day to największe w Polsce i Europie wydarzenie poświęcone otwartemu oprogramowaniu. W dotychczasowych edycjach udział wzięło 5 tys. osób, a kilkanaście tysięcy śledziło relację online. Open Source Day stanowi platformę wymiany wiedzy na temat otwartego oprogramowania, jednego z najważniejszych obecnie kierunków rozwoju nowoczesnych technologii, umożliwiającego tworzenie wysokiej jakości, stabilnych rozwiązań IT, które dziś są podstawą działania wszystkich gałęzi gospodarki. Gośćmi specjalnymi poprzednich edycji byli przedstawiciele Rządu, m.in. Wicepremier, Minister Gospodarki, Pan Waldemar Pawlak, Minister Administracji i Cyfryzacji Pan Michał Boni, a także Wiceminister Cyfryzacji, Pan Piotr Woźny. 10., jubileuszowa edycja konferencji odbyła się w dniu 17 maja 2017 r. w Warszawie.

[1] Źródło: Black Duck

 

Kurs funta – krajobraz po wyborach

Wynik wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii jest porażką premier Theresy May – zamiast wzmocnić jej mandat, osłabia jej przywództwo w jednym z najważniejszych momentów dla przyszłości kraju. Choć osłabienie pozycji Torysów może być interpretowana jako wzrost szans na łagodniejszy Brexit, nie jest to wcale pewne, za to powstała niestabilność polityczna wskazuje na słabość funta w krótkim i średnim terminie.

Wybory parlamentarne z 8 czerwca skutkują tzw. „zawieszonym parlamentem”, gdzie żadna partia nie zdobyła samodzielnej większości. Partia Konserwatywna uzyskała w Izbie Gmin 318 z 650 miejsc, o 12 mniej niż miała za poprzedniej kadencji i o 8 mniej względem 326 koniecznych do samodzielnego rządzenia. W sobotę kancelaria premier May informowała o uzgodnieniu ram porozumienia z Demokratyczną Partią Unionistyczną Irlandii Północnej (DUP), jednak później oświadczenie to zostało wycofane. Premier May walczy o dodatkowe poparcie DUP, które dawałoby 10 głosów i pozwoliło na stworzenie rządu.  May dokonała też przetasować w gabinecie oddając cześć istotnych stanowisk swoim rywalom w partii, by zabezpieczyć swoje przywództwo.

W reakcji na wynik wyborów kurs GBP załamał się o niemal 2 proc. względem USD. Fakt, że premier May nie podała się do dymisji, był jedynym pozytywnym akcentem w powyborczym krajobrazie, przynosząc umiarkowane odbicie, jednak w ogólnym ujęciu wybory skutkują bardzo słabym rządem, który będzie miał utrudnione zadanie forsowania dotychczas zapowiadanej polityki „brak porozumienia jest lepszy niż złe porozumienie” w sprawie Brexitu.

Polityczna niepewność

Niepewna przyszłość sojuszu Partii Konserwatywnej z DUP oznacza, że rynek będzie kwestionował mandat premier May i jej zdolność do skutecznego realizowania swojej polityki (głównie w kwestii negocjacji Brexitu). Jej rezygnacja w dalszym ciągu pozostaje realnym zagrożeniem, co skutkowałoby trwającą kilka tygodni kampanią o przywództwo w Partii Konserwatywnej. Wprowadzałoby to dodatkowy chaos i opóźnienia
w negocjacjach rozwodu z UE.

Negocjacje Brexitu

Start oficjalnych rozmów między Wielką Brytania a Unią Europejską został wyznaczony na 19 czerwca i choć na razie nie ma sygnałów, aby termin ten miał się zmienić, wszelkie oznaki opóźnienia będą szkodliwe w skutkach dla funta. Po rynku krążą opinie, że słabsza pozycja Partii Konserwatywnej oznacza sprzeciw obywateli wobec „twardego Brexitu” (ochrona brytyjskiego rynku pracy mieszkańcami UE kosztem swobody handlu w ramach jednolitego rynku europejskiego). Ma to oznaczać zwiększenie szans na łagodniejszą postawę negocjacyjną, gdyż rząd będzie musiał się liczyć z postulatami opozycji. Również potencjalny koalicjant DUP chce umowy swobodnego handlu i nieskrępowanego przekraczania granicy z Irlandią. Jednak w podobnym tonie wzmocni się wpływ eurosceptyków w Partii Konserwatywnej, którzy chcą szybkiego i bez ustępstw odłączenia od UE. Tym samym ograniczone może być pole, w ramach którego premier May będzie mogła szukać polubownego Brexitu.

Ponadto nawet jeśli ryzyko „twardego Brexitu” zmalało, trudno uznać łagodniejsze rozwiązanie za korzystne dla brytyjskiego gospodarki, jeśli nowe porozumienia handlowe z UE nie będą nawet w połowie tak dobre, jak dotychczasowa przynależność w jednolitym rynku europejskim. Trzeba pamiętać, że strona unijna ma swoją własną agendę w negocjacjach, którą przede wszystkim jest wysłanie sygnałów do eurosceptycznych ruchów w innych rajach, że odłączenie od UE będzie bolesnym procesem. Bruksela za swój priorytet stawia ochronę praw swoich obywateli i bez ustępstw Londynu na tym polu (mało prawdopodobne) relacje handlowe ulegną pogorszeniu.

Polityka Banku Anglii

Przy podwyższonej niepewności politycznej jest mało realne, aby Bank Anglii prędko zmienił swoje stanowisko na najbliższym posiedzeniu w ten czwartek, ale także w kolejnych miesiącach. Okres funkcjonowania mniejszościowego rządu podnosi ryzyko negatywnego odbicia na sentymencie gospodarczym, który już bez tego pokazuje oznaki słabnięcia. Rynek oddalił wycenę pierwszej podwyżki stóp procentowych na wrzesień 2019 r. i wątpimy, aby oczekiwania te prędko zostały przybliżone.

Konsekwencje dla GBP

Rok 2017 pozostaje okresem podwyższonej zmienności dla funta. Rezultat zeszłotygodniowych wyborów implikuje przewagę negatywnych ryzyk, których pełna moc jeszcze się nie zmaterializowała i możemy być świadkami dalszej deprecjacji funta, szczególnie że w okresie przedwyborczym krótkie pozycje w GBP były masowo redukowane. Jednocześnie jesteśmy zdania, że nie będzie to „gładki” i jednostajny ruch. Mając na uwadze, jak silne i nagłe były odbicia funta w ostatnich miesiącach, inwestorzy będą zachowywać teraz większą ostrożność przy budowaniu pozycji krótkich w GBP. Tym samym kurs będzie podatny na impulsywne ruchy w ramach tzw. „short squeeze”, jednak uważamy, że w ogólnym rozrachunku funt będzie słabszy wobec euro i dolara. Podtrzymujemy prognozy GBP/USD 1,25 i EUR/GBP 0,88 na koniec roku.

Wypowiedzi udzielił Konrad Białas, Główny Ekonomista, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wpływ Brexitu na brytyjskie przedsiębiorstwa

  • Przedsiębiorstwa wykazały się odpornością na zawirowania od czasu referendum, jednak zaczyna być widoczny spadek inwestycji
  • Spowolnienie wzrostu gospodarczego (1,4 proc. w 2017 roku i 1,2 proc. w 2018 roku) spowoduje zwiększenie liczby upadłości przedsiębiorstw odpowiednio o 8,7 proc.1 i 8 proc.1
  • Przewiduje się, że zmniejszenie przepływów migracyjnych z UE będzie miało negatywny wpływ na rozwój Wielkiej Brytanii — spowolnienie o 0,3 p.p. w przypadku „miękkiego Brexitu” i do 0,6 p.p. w przypadku „twardego Brexitu”
  • Przedsiębiorstwa mogą stracić na atrakcyjności, ale w oczach inwestorów nadal będą oferować znaczne korzyści

Mimo odporności brytyjskiej gospodarki na zawirowania, wśród przedsiębiorstw coraz powszechniejsza będzie postawa wyczekiwania, która nasili się jeszcze bardziej na etapie negocjacji związanych z Brexitem.

Rok po referendum w sprawie opuszczenia UE brytyjskie przedsiębiorstwa wykazują się odpornością, którą umacniają konsumpcja gospodarstw domowych (wzrost o 2,6 proc. w 2016 r.), korzystne warunki kredytowe i silny globalny popyt. W ostatnim kwartale 2016 roku firmy wygenerowały łącznie ponad 105 mld funtów zysków, co stanowi rekordowy wynik. Po początkowym spadku w następstwie referendum pewność znacząco wzrosła, szczególnie wśród małych i średnich przedsiębiorstw. Gwałtowne załamanie kursu funta — najbardziej widoczna oznaka nadchodzącego Brexitu — potwierdza siłę eksportu, nawet jeżeli korzyści wynikające z konkurencyjności cen pozostają niewielkie.

Mimo korzystnych warunków gospodarczych i wysokich zysków generowanych przez przedsiębiorstwa, niepewny wynik negocjacji między Wielką Brytanią a UE już skutkuje spadkiem inwestycji (8,8 proc. PKB w 2016 r. — najniższy poziom od czasu kryzysu gospodarczego). Przewiduje się, że ta tendencja będzie się nasilać do kwietnia 2019 roku. Prawdopodobnie najbardziej ucierpią na tym sektory, w których inwestycje generują największe koszty, takie jak przemysł obróbki metali, motoryzacyjny i budowlany.

Etap negocjacji będzie testem obecnie prezentowanej przez przedsiębiorstwa prężności. W 2017 roku spadek konsumpcji gospodarstw domowych z powodu rosnących nacisków inflacyjnych osłabi kondycję sektora detalicznego (obniżenie przez Coface oceny z ryzyka „umiarkowanego” na „wysokie” w marcu 2017 r.). Presja będzie odczuwalna również w sektorze motoryzacyjnym, choć jej nasilenie będzie mniejsze z uwagi na popyt zza granicy. Ponadto oczekuje się, że zyski przedsiębiorstw ulegną stopniowemu obniżeniu z uwagi na wzrost kosztów spowodowany deprecjacją kursu walutowego. W tym kontekście Coface szacuje, że liczba upadłości brytyjskich przedsiębiorstw może wzrosnąć o 8,7 proc.[1] w 2017 r. oraz o 8 proc.1 w 2018 r. w dużej mierze z powodu załamania wzrostu gospodarczego, który może osiągnąć 1,4 proc w 2017 roku i 1,2 proc. w 2018 roku.

W obliczu malejącej atrakcyjności oraz bardziej restrykcyjnych przepisów polityki handlowej i migracyjnej, brytyjskie przedsiębiorstwa będą musiały dostosować się do nowych zasad gry.

Gdy wiosną 2019 roku Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej, protekcjonistyczny wstrząs, do którego dojdzie, będzie miał znaczny wpływ na politykę handlową. Stanie się tak zwłaszcza w przypadku „twardego Brexitu” (wraz z powrotem do zasad WTO) ze względu na zwiększenie barier taryfowych i pozataryfowych. Według OECD straty PKB do 2030 roku mogą w związku tym wynieść około 7,5 proc. w porównaniu do 5 proc. przewidywanych w przypadku „miękkiego Brexitu”.

Po wprowadzeniu restrykcyjnej polityki imigracyjnej wstrząsowi handlowemu mogą towarzyszyć niedobory pracowników w niektórych sektorach. W przypadku miękkiego Brexitu (główny scenariusz brany pod uwagę przez Coface) spadek napływu migracyjnego z Europy o jedną trzecią grozi potencjalnym spowolnieniem wzrostu o 0,3 p.p. PKB w 2019 roku — prawie tak wysokim, jak w przypadku wstrząsu protekcjonistycznego. Te wartości mogą wzrosnąć do 0,6 p.p. w ekstremalnym scenariuszu (w przypadku „twardego” Brexitu) przewidującym gwałtowny spadek wskaźnika migracji netto o dwie trzecie. Najbardziej ucierpią na tym sektory, w których pracuje wielu wykwalifikowanych imigrantów z Unii Europejskiej — czyli przemysł produkcyjny, handel hurtowy i detaliczny oraz sektory transportowy, komunikacji i usług finansowych.

Niezależnie, czy Brexit przyjmie formę miękką czy twardą, atrakcyjność kraju w oczach inwestorów z pewnością ucierpi, a wskaźnik zagranicznych inwestycji bezpośrednich (FDI) spadnie o 22 proc.[2] Obecnie Wielka Brytania jest głównym europejskim odbiorcą FDI, głównie w sektorach finansowym, informacyjnym i komunikacji. Na kolejnych miejscach plasują się sektory transportowy i logistyczny. Brexit oznacza negatywny wpływ na poziom inwestycji przedsiębiorstw zagranicznych, a w konsekwencji ograniczenie nakładów na innowacje oraz badania i rozwój.

Brytyjskie przedsiębiorstwa, które mają dwa lata, aby przygotować się na wyjście z Unii Europejskiej, będą musiały dostosować swoje strategie. Te mniejsze i bardziej kruche mogą zostać zmuszone do przekształcenia modelu biznesowego, aby zwiększyć swoją odporność, a niektórym grozi nawet upadłość. Inne pewnie będą musiały dostosować swoje strategie branżowe oraz geograficzne, przenosząc się do Niemiec, Francji, Irlandii lub Holandii. Niemniej Brexit nie neguje całkowicie strukturalnej atrakcyjności Wielkiej Brytanii, która utrzyma większość swoich zalet biznesowych. Należą do nich transparentność, dobre zarządzanie, środowisko przyjazne dla biznesu oraz zróżnicowany i elastyczny rynek pracy. Brexit nie neguje również zachęcającego systemu podatkowego Wielkiej Brytanii, a de facto powinien jeszcze zwiększyć jego atrakcyjność w związku z obniżeniem stawki podatkowej z 20 proc. na początku 2017 roku do 17 proc. w 2020 roku.

[1] Szacunków tych dokonano poprzez dostosowanie modelu szczególnie wysokiego wzrostu liczby upadłości przedsiębiorstw, który miał miejsce w ostatnim kwartale 2016 roku, z powodu zmiany regulacyjnej (1796 przypadków). Na tej podstawie szacuje się, że liczba upadłości przedsiębiorstw spadnie o 2,7 proc. w 2017 r. i wzrośnie o 8,8 proc. w 2018 r.

[2] Badanie przeprowadzone przez R. Bruno, N. Campos, S. Estrin i M. Tian, „Gravitating towards Europe: An Econometric Analysis of the FDI Effects of EU Membership”, 2016

Depozyty firm na rekordowych poziomach, firmy szukają możliwości lepszych niż lokaty

Zgodnie z danymi KNF[1], od września minionego roku depozyty przedsiębiorstw utrzymują wartość powyżej 250 mld PLN. Na koniec 2016 r. ich poziom sięgnął 275 mld PLN, co stanowi rekord w najnowszej historii naszego kraju. Także dane NBP oraz GUS pokazują, że polskie firmy nigdy jeszcze nie miały tak dużo pieniędzy. W tych warunkach poważnym wyzwaniem jest jednak efektywne zarządzanie wolnymi środkami, bo historycznie niskie stopy procentowe negatywnie wpływają na oprocentowanie depozytów.

W kwietniu GUS podał, że wynik finansowy netto przedsiębiorstw zatrudniających 50 i więcej osób w 2016 r. był aż o 21,3 proc. wyższy niż w 2015 r. Zysk netto wykazało 81,5 proc. przedsiębiorstw.[2] NBP już w III kw. 2016 r. podał, że wskaźnik informujący o odsetku firm płynnych osiągnął (po raz kolejny) historycznie wysoki poziom. Stopień płynności firm też jest niespotykany: wskaźnik płynności gotówkowej za 2016 r. wyniósł 38,8 proc., a wskaźnik płynności szybkiej 102 proc.[3] Tak dobre wyniki polskich firm są konsekwencją m.in. spowolnienia w inwestycjach, które w 2016 r. spadły o 13,2 proc. w porównaniu do roku poprzedniego[4] i częściowo wynikały z zastoju w wydawaniu unijnych euro z perspektywy 2014-2020.

Wyzwania w efektywnym zarządzaniu gotówką

Eksperci Banku Zachodniego WBK podkreślają, że choć korporacje mają świetną sytuację, to kolejnych kilka miesięcy będzie dla nich okresem wyzwań w zarządzaniu wolnymi środkami. Przyczyna? Oprocentowanie lokat, nawet dla dużych firm, które na ogół negocjują swoje warunki, jest na całym rynku bardzo niskie. Wynika to przede wszystkim z historycznie niskich stóp procentowych. W połączeniu z rosnącą inflacją powodują one, że realne stopy zwrotu na lokatach są dziś ujemne. Co więcej, na podwyżki ze strony Rady Polityki Pieniężnej nie można raczej liczyć przed końcem 2018 r. – Nawet jeśli prognozy inflacji i PKB zostały podniesione i nawet jeśli kolejne dane inflacyjne będą zaskakiwać w górę, to w naszej ocenie RPP będzie cierpliwa w swoich decyzjach co do stóp – mówi Marcin Luziński, ekonomista Banku Zachodniego WBK.

To oznacza, że firmy jeszcze przez dłuższy czas nie mogą liczyć na zauważalny wzrost oprocentowania depozytów. – Właśnie zakończyliśmy serię spotkań informacyjnych dotyczących pakietu, gdzie korporacje mogą dywersyfikować nadwyżki finansowe pomiędzy różne instrumenty, takie jak lokata strukturyzowana, dwuwalutowa strategia inwestycyjna, obligacje skarbowe oraz subfundusze pieniężne i obligacji korporacyjnych. Bardzo wyraźnie widać, że firmy chcą aktywnie zarządzać nadwyżkami finansowymi i szukają sposobów bardziej efektywnych niż zwykłe lokaty, ale nadal stosunkowo bezpiecznych – mówi Tomasz Górski z Zespołu Sprzedaży Produktów Inwestycyjnych w Departamencie Usług Skarbu Banku Zachodniego WBK.

Kredyt łatwiejszy niż kiedykolwiek

Ekonomiści Banku Zachodniego WBK przewidują, że pieniądze na inwestycje będą polskim firmom potrzebne w drugiej połowie roku. – Powrót inwestycji jest spodziewany, ale minie dłuższa chwila zanim plany i wstępne zainteresowanie zamienią się w decyzje i projekty a firmy będą mieć realną potrzebę sięgnięcia po pieniądze – mówi Marcin Luziński.

Otoczenie sprzyja inwestycjom, bo firmy mają nie tylko bardzo dobre wyniki finansowe, ale i zdolność kredytową. Jednocześnie to, co w przypadku produktów oszczędnościowych i inwestycyjnych jest wyzwaniem, czyli niskie stopy procentowe, w przypadku produktów kredytowych jest świetną informacją. Nie było jeszcze tak dobrego czasu na finansowanie inwestycji ze źródeł zewnętrznych. Kredyt jest tani, także ze względu na sporą konkurencję na rynku. Do tego firmy mają szansę na finansowanie inwestycji z funduszy unijnych, która w przyszłości może się już nie powtórzyć z racji „skręcania” finansowania unijnego w stronę instrumentów zwrotnych, o których coraz częściej głośno mówi Bruksela.

[1] https://www.knf.gov.pl/opracowania/sektor_bankowy/dane_o_rynku/Dane_miesieczne.html

[2] http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/podmioty-gospodarcze-wyniki-finansowe/przedsiebiorstwa-niefinansowe/wyniki-finansowe-przedsiebiorstw-niefinansowych-w-2016-roku,12,26.html

[3] Jak wyżej

[4] Jak wyżej

Przed nami kolejny tydzień obfitujący w ważne wydarzenia

Oczywiście pozycja numer jeden to posiedzenie Fed z konferencją Yellen oraz nowymi projekcjami optymalnego poziomu stóp procentowych, ale będą też posiedzenia Banku Japonii, Banku Anglii i Szwajcarskiego Banku Centralnego. Tyle tylko, że na pierwsze z tych wydarzeń poczekamy do środowych godzin wieczornych, a dziś kalendarz makroekonomiczny zionie pustką.

Wróćmy do Fed. Obecnie rynek z 96 – proc. prawdopodobieństwem wycenia podwyżkę stóp w środę i jednocześnie dyskontuje wzrost kosztu pieniądza na przestrzeni kolejnego roku o mikre 21 pb. Innymi słowy: w perspektywie do końca 2018 roku rynek wycenia – w zależności od przyjętej miary – dwie lub dwie i pół podwyżki mniej niż sugeruje to mediana wskazań członków FOMC. Do tego dodać należy, że w tym horyzoncie przyśpieszenie zacieśniania następować będzie poprzez kanał ograniczania sumy bilansowej, a nie większą liczbę podwyżek. A to przecież instrument, po który jeszcze nigdy nie sięgano. Przywołać można w tym kontekście moment, w którym Fed zmierzał ku rozpoczęciu wygaszania tempa skupu aktywów. Tzw. taper tantrum to okres silnych rynkowych turbulencji, w tym: wzrostu rentowności długu USA i umocnienia amerykańskiej waluty, zwłaszcza do walut emerging markets. Może to pokazywać, że rynek zmuszony do wyceny wpływu nowego, nieznanego bodźca ma tendencję to zbyt mocnego dyskontowania jego wpływu (tzw. overshooting). By zminimalizować ryzyko „powtórki z rozrywki” FOMC pewnie będzie dążyć by inwestorzy byli do tego lepiej przygotowani.

Oczywiście nie spodziewamy się rozpoczęcia ograniczania sumy bilansowej wcześniej niż w grudniu, ale powolne przygotowywanie gruntu pod taki krok powinno być kwestią najbliższych tygodni (Jakckson Hole w sierpniu?). W każdym razie podwyżka i utrzymanie prognoz poziomu stóp na obecnym pułapie powinny wystarczyć, by wesprzeć dolara.
Warto zwrócić przy tym uwagę, na przebieg notowań na rynku długu USA. W przypadku papierów dziesięcioletnich większa część poprzedniego tygodnia to test ważnego wsparcia w okolicach 2,15 proc. Zostało ono na koniec tygodnia wybronione i dochodowość obecnie plasuje się powyżej 2,21 proc. Techniczny układ przemawia zatem za dalszym wzrostem sprzyjającym USD oraz stawiającym pod mocną presją waluty EM oraz metale szlachetne. Po drugie po ubiegłotygodniowym posiedzeniu ECB rynek nie powiedział naszym zdaniem ostatniego słowa w krótkoterminowej redukcji długiej pozycji na wspólnej walucie. Po wyborczej klęsce May spodziewamy się wstrzemięźliwości w kupowaniu funta. W przypadku AUD znakiem ostrzegawczym jest niemoc w wychodzeniu na nowe maksima i niezdolność do kontynuacji ubiegłotygodniowego rajdu pomimo pnących się do góry cen miedzi i odbicia kursu rudy żelaza. Sentyment na rynku ropy nie pozwala ciepło myśleć o dolarze kanadyjskim. Większość walut G-10 traci zatem swój czar, co może skłonić rynek do tego by łaskawszym okiem spojrzeć na mocno przecenionego USD.

Drugim motywem przewodnim notowań może stać się słabość rynku akcji. Ostra przecena gigantów rynku technologicznego z USA na piątkowej sesji (NASDAQ spadł 2,4 proc. o 3 proc. i więcej przeceniono Amazon, Aplhabeat, Apple i Facebooka) może być wykorzystana jako pretekst do zbudowania głębszego cofnięcia na wykupionych i podlegających ekstremalnie niskiej zmienności globalnych rynkach akcji. W takim scenariuszu waluty emerging markets również powinny znaleźć się pod dodatkową presją pogorszenia nastrojów inwestycyjnych.

Sporządził: Bartosz Sawicki, DM TMS Brokers S.A.

Wizyta Trumpa bez znaczenia dla poprawy relacji gospodarczych na linii USA-Polska. Liczą się cele polityczne

Nie jesteśmy atrakcyjnym partnerem do współpracy ze Stanami Zjednoczonymi. Nasz rząd tego nie zmieni, nawet gdyby prowadził sprawniejszy lobbing w tej kwestii. Ale zacieśniając relacje z Amerykanami, również te polityczne, daje sygnał zagranicznym inwestorom, że mogą bezpiecznie realizować u nas swoje przedsięwzięcia.

Przywódca Stanów Zjednoczonych odwiedzi Polskę na początku lipca, w drodze na szczyt G20. Właśnie tam będą prowadzone m.in. rozmowy na temat międzynarodowej współpracy gospodarczej. Administracja Trumpa z pewnością dostrzega wysokie tempo wzrostu gospodarczego krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Ale dla prezydenta USA ważniejsze będzie podkreślenie roli swojego państwa jako lidera NATO, chroniącego wschodnią flankę Sojuszu. Podczas krótkiej wizyty w Polsce sprawy gospodarcze mogą w ogóle nie być poruszane. Zdaniem prof. Witolda Orłowskiego, rektora Akademii Finansów i Biznesu Vistula w Warszawie, nie należałoby przeceniać ekonomicznego znaczenia przyjazdu amerykańskiego prezydenta do naszego kraju.

– Polska gospodarka nie czeka na wizytę Donalda Trumpa. Jesteśmy mało znaczącym partnerem wymiany ekonomicznej dla USA. Jeśli chodzi o kierunek eksportowy zajmujemy u nich dopiero 47. pozycję, a importowy – 40. Oczywiście wielu polskich przedsiębiorców może liczyć na to, że cokolwiek się zmieni po przyjeździe Donalda Trumpa. Niemniej, jednak nie oczekiwałbym jakichkolwiek nowych ustaleń ze Stanami Zjednoczonymi. Natomiast, w ocenie zagranicznych obserwatorów, odwiedziny amerykańskiego prezydenta mogą być potwierdzeniem tego, że Polska to kraj w Europie Środkowo-Wschodniej, który rzeczywiście jest istotnym sojusznikiem USA – mówi analityk gospodarczy Łukasz Białek.

Warto pamiętać o tym, że amerykańska gospodarka, w odróżnieniu od wielu innych na świecie, nie jest sterowana przez prezydenta. Decyzje o wielkich przedsięwzięciach podejmują samodzielnie firmy. Głowa państwa ma w tym zakresie bardzo ograniczone możliwości. Ekonomiści są jednak zgodni co do tego, że Donald Trump zachęca przedsiębiorców do rozwoju, ale na liście jego celów nie ma planu zwiększonego inwestowania w relacje gospodarcze z Polską. Przywódcy USA zależy głównie na tym, żeby biznes zostawiał swoje pieniądze w Stanach Zjednoczonych, a nie w innych krajach.

– Polska ma do zaoferowania amerykańskim firmom przede wszystkim dobrze wykształconych specjalistów w wielu dziedzinach. Jednocześnie, nasz biznes może stanowić bramę do europejskiego rynku, co czasem jest znaczące pod względem strategicznym. I to wszystko, co na ten moment Polacy są w stanie dać przedsiębiorcom z USA. Niestety, nasz kraj nie jest partnerem do rozmowy dla prezydenta Stanów Zjednoczonych. Szansę na takie właśnie traktowanie w Europie ma jedynie Wielka Brytania, Niemcy, być może Francja i raczej nikt więcej. Dobrze świadczyłoby o Donaldzie Trumpie, gdyby się okazało, że w ogóle wie, gdzie leży Polska – stwierdza prof. Witold Orłowski.

Zdaniem Łukasza Białka, Gabinet Donalda Trumpa nie interesuje się poprawą naszych relacji gospodarczych. Jesteśmy dla USA tylko jednym z krajów członkowskich UE. I ewentualnie w tym kontekście możliwa by była zmiana w zakresie stosunków ekonomicznych. Ponadto, pod względem rozwiązań wysoko technologicznych jesteśmy daleko za Stanami Zjednoczonymi. Gdyby nasi przedsiębiorcy mieli do zaoferowania produkty, unikalne na poziomie globalnym i trudne do powielenia, to mogliby zabiegać o uwagę inwestorów zza oceanu. Tymczasem, jak oszacowała Amerykańska Izba Handlowa w Polsce, na koniec 2016 roku wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych, pochodzących z USA, przekroczyła u nas 40 mld dolarów. Część z nich trafiała tu przez europejskie spółki, gdzie amerykańskie firmy czy fundusze mają swoje udziały.

– Nasz rząd może oczywiście lobbować. Natomiast oczekiwanie, że to skłoniłoby amerykańskie firmy do inwestowania w Polsce byłoby wielką naiwnością. Niewątpliwie, wizyta prezydenta USA wzmocniłaby nasz wizerunek jako bezpiecznego i stabilnego kraju. Mielibyśmy dowód na to, że Gabinet Donalda Trumpa, niezależnie od swoich politycznych planów, traktuje nas jak przyjaciół. I to właśnie byłby najważniejszy aspekt tego typu wizyty. W dalszej konsekwencji oczywiście zagraniczni inwestorzy mogliby z większym zaufaniem podejmować przedsięwzięcia na terenie naszego kraju – przewiduje prof. Orłowski.

W ocenie ekonomistów, polska gospodarka, chcąc być atrakcyjnym partnerem do rozmów z USA, musi najpierw pokazać, że niezależnie od stosunków politycznych, proponuje pionierskie rozwiązania, np. w dziedzinie nowoczesnych technologii. Same obietnice nie wystarczą. Tamtejsze przedsiębiorstwa, jeśli tylko chcą inwestować w różnych częściach świata, to po prostu to robią. Wiele lat temu Amerykanie przejmowali nasze firmy, m.in. z obszaru zbrojeniowego. Jednak to należy już do przeszłości. Trzeba mieć świadomość tego, że amerykańskie inwestycje, które dotychczas zostały zrealizowane w Polsce, miały miejsce nie z powodu kurtuazyjnego spotkania o wydźwięku politycznym. One zostały zrealizowane z pobudek pragmatycznych, umotywowanych stricte biznesową ekonomiką.

– To nie jest moment na to, aby polska administracja w ogóle rozważała kwestię jakiegokolwiek lobbingu w celu zwiększania naszych szans gospodarczych na arenie międzynarodowej. Są one ewidentnie słabe. Podczas ewentualnych rozmów z Donaldem Trumpem nasz rząd nie powinien więc sygnalizować gotowości do rozwoju tego typu współpracy. Na linii Polska-USA nie należy oczekiwać rewolucji. Uważam, że w obecnym uwarunkowaniu globalnych relacji gospodarczych i geopolitycznych, polska sfera rządowa powinna na pierwszym miejscu skoncentrować swoje działania w kierunku krajów azjatyckich, gdyż tam mamy większe szanse na sukces – podsumowuje Łukasz Białek.

Deloitte: wyciekły dane medyczne 50 tys. pacjentów – komentarz eksperta

W internecie przez wiele dni dostępne były dla wszystkich dane Samodzielnego Zakładu Opieki Medycznej w Kole – ok. 50 tysięcy rekordów z danymi osobowymi (m.in. imię, nazwisko, adres, PESEL) i prawdopodobnie medycznymi (grupa krwi, diagnostyka) pacjentów. Informacje pochodzą z różnych okresów. Nie wiadomo dlaczego dane znalazły się w Internecie.

Jest prawdopodobne, że działanie to jest po prostu wynikiem zaniedbania i braku świadomości, któregoś z pracowników. Jednakże taka sytuacja może mieć poważne skutki dla placówki. Co do zasady, udostepnienie takiego zbioru danych w internecie nie może pozostać niezauważone. Nawet jeśli teraz usunięto dane z serwera, lub odcięto go od sieci, dane prawdopodobnie zostały już skopiowane przez wiele osób.

Być może są już lub będą wykorzystane w działaniach przestępczych (np. phishingu lub wyłudzeniach finansowych). Zespół Cyberbezpieczeństwa Deloitte na bieżąco zbiera i analizuje informacje o zagrożeniach w sieci Internet. Naszych informacji wynika, że pod wymienionym w adresem IP (serwer www), znajdowały się również strony do phishingu m.in. na użytkowników PayPal (http://spzozkolo.pl/zp/87/protesty/login-paypal/login/websc_login.php). Prawdopodobnie ktoś wykorzystywał (np. w sposób nieautoryzowany) tę infrastrukturę do atakowania innych podmiotów.

Jeśli chodzi o aspekt poufności informacji, dwa główne obszary ryzyka w szpitalach, to dane osobowe i medyczne pacjentów przechowywane w systemach informatycznych oraz dane z badań pacjentów przechowywane w urządzeniach medycznych podłączonych do sieci komputerowych. W 2016 roku Deloitte przeprowadził badanie szpitali w 9 krajach. Większość z ankietowanych przyznała, że nie posiada polityki bezpieczeństwa regulującej w podstawowy sposób zasady ochrony danych pacjentów.

W tym roku przeprowadziliśmy badania, z których wynika, że 95 proc. Polaków deklaruje, że podczas robienia zakupów lub podejmowania decyzji o wyborze usługi zwraca uwagę na to, czy wymaga się od nich podania danych osobowych. Blisko połowa z nich ma negatywny stosunek do ich udostępniania instytucjom lub firmom, a 83 proc. przynajmniej raz zrezygnowało ze skorzystania z usługi po zapoznaniu się z warunkami przetwarzania danych osobowych.

Wymóg ochrony danych osobowych z nowych regulacji prawnych unii w tym zakresie (RODO/GDPR) wchodzi w życie 25 maja 2018 r. Naruszenie zasad bezpiecznego przetwarzania danych mogłoby skutkować wysoką karą finansową od GIODO (10 lub 20 milionów euro lub do 2% lub 4% wartości rocznego światowego obrotu przedsiębiorstwa), jak również stratami finansowymi wynikającymi z konieczności zarządzenia tym incydentem, oraz zawiadomienia pacjentów o wycieku.

Autor komentarza: Marcin Ludwiszewski, Dyrektor, lider obszaru cyberbezpieczeństwa w Deloitte

Nawet 30 tys zł kary dla pracodawców za błędy w ewidencji pracowników tymczasowych

Z dniem 1 czerwca 2017 roku weszła w życie nowelizacja ustawy o pracy tymczasowej. Na pracodawców spadają nowe obowiązki dotyczące ewidencji okresu pracy. Niedostosowanie się do regulacji może spowodować nałożenie wysokich kar – nawet do 30 tys. złotych. Rozwiązaniem może być bliska współpraca pracodawców z agencjami pracy tymczasowej.

Nowelizacja, mająca na celu podniesienie standardów pracy tymczasowej, polepszenie warunków zatrudnienia pracowników tymczasowych oraz poziomu bezpieczeństwa prawnego pracodawców, nakłada na pracodawców użytkowników (czyli przedsiębiorstwa korzystające z usług agencji pracy tymczasowej) niespotykany dotąd obowiązek ewidencji pracowników tymczasowych. Ustawa przewiduje, że pracę tymczasową można wykonywać przez 18 z 36 kolejnych miesięcy. Dotychczas zbieranie danych o okresie pracy pracownika należało do obowiązków agencji pracy tymczasowej, które były jednocześnie właścicielami tych informacji. Co ważne, ewidencja ma dotyczyć nie tylko pracowników zatrudnionych na podstawie umów o pracę, ale także osób wykonujących swoje obowiązki na podstawie umów cywilnoprawnych. Ewidencja okresu pracy pracowników tymczasowych musi zawierać informacje o dacie rozpoczęcia oraz zakończenia wykonywania takiej pracy w okresie obejmującym 36 kolejnych miesięcy. Musi także być przechowywana przez okres jej prowadzenia oraz przypadające bezpośrednio po nim kolejne 36 miesięcy. Ewidencja może być prowadzona zarówno w formie papierowej jak i elektronicznej, ale musi być odrębna dla każdego pracownika tymczasowego.

Od 1 czerwca 2017 roku istnieją 3 równorzędne podmioty mogące teoretycznie w różny sposób policzyć okres wykonywania pracy lub zlecenia: pracodawca użytkownik, agencja oraz pracownik tymczasowy. Ten ostatni nigdy nie został objęty obowiązkiem profesjonalnego zbierania danych, również po wejściu w życie ustawy nie będzie ponosił żadnych konsekwencji prawnych czy finansowych, w przypadku np. przedstawienia błędnych oświadczeń czy zaniechania dopełnienia tego obowiązku.

Niestety ze względów formalnych pracownik może okazać się najsłabszym ogniwem w procesie ewidencjonowania okresu pracy. Dodatkowo kontrola sumarycznego okresu zatrudnienia jest skrajnie utrudniona – pracownik nawet w ciągu jednego dnia może wykonywać pracę dla dwóch różnych pracodawców użytkowników, nie mówiąc już o skali miesiąca. Właśnie dlatego według ekspertów rynku pracy lepszym rozwiązaniem może okazać się współpraca pomiędzy agencją pracy tymczasowej, a pracodawcą użytkownikiem, wymaga to jednak poważnych zmian w kontaktach pomiędzy zainteresowanymi podmiotami” wyjaśnia Dawid Widyna, twórca i właściciel Jobel.pro, platformy oferującej pracodawcom obsługę ewidencji pracowników tymczasowych dzięki dedykowanej bazie danych, która może być w prosty sposób udostępniana wszystkim współpracującym agencjom.

Pracodawca zatrudniający pracowników tymczasowych musi pamiętać, że kontrola Państwowej Inspekcji Pracy może zostać przeprowadzona bez uprzedzenia, o każdej porze dnia i nocy. Aby uniknąć wysokich kar (od 1 000 do 30 000 złotych) należy odpowiednio przygotować się do kontroli.

Niestety ustawodawca nie określa sposobu liczenia 18 miesięcy pracy. Oczywiście w przypadku umów o pracę jest do dosyć prosty zabieg (wystarczy podliczyć czas w którym obowiązywała taka umowa), jednak określenie sumarycznego okresu pracy osób zatrudnionych na podstawie umowy zlecenia może być nieco trudniejsze.

Leszek Zieliński, ekspert ds. rynku pracy tymczasowej oraz prezes Jobman Group wyjaśnia: „Co będzie w przypadku pracownika, który podpisuje umowę na trzy miesiące, a realnie przepracuje dla jednego pracodawcy tylko sześć tygodni? Istnieje ryzyko, że agencja policzy ten okres jako sześć tygodni (przepracowany czas), natomiast pracodawca jako trzy miesiące (okres obowiązywania umowy). Moim zdaniem, skoro ustawodawca uznał, że okres 18 miesięcy ma być realizowany na rzecz pracodawcy użytkownika, to równocześnie ustawodawca powinien uznać, iż to pracodawca użytkownik będzie odpowiedzialny za monitorowanie tego okresu i za zbieranie tych danych. Jednocześnie powinien być zobligowany do prowadzenia ewidencji, rejestru pracowników tymczasowych mając możliwość udostepnienie tej informacji agencji, która na etapie rekrutacji kieruje zapytanie w stosunku do konkretnego kandydata o długość okresu na jaki dany pracownik może być skierowany do pracodawcy użytkownika. Zdaję sobie sprawę, że takie rozwiązanie może być niepopularne w branży, jednak tylko wtedy będziemy mieli jeden mianownik, nie mając wątpliwości, ani prawnego chaosu”.

Dawid Widyna dodaje: „Prowadzenie zgodnego z przepisami o ochronie danych osobowych rejestru pracowników tymczasowych i umożliwienie korzystania z niego współpracującym agencjom pracy tymczasowej powinno być obecnie priorytetem pracodawców użytkowników w całej Polsce”.

Specjaliści obalają mit, że smartfony przyciągają pioruny w czasie burzy. Natomiast dla sprzętu elektronicznego wyładowania atmosferyczne stanowią poważne zagrożenie

Specjaliści obalają mit, że smartfony przyciągają pioruny w czasie burzy. Natomiast dla sprzętu elektronicznego wyładowania atmosferyczne stanowią poważne zagrożenie 4

Częstym zjawiskiem spotykanym w okresie letnim są krótkie, ale gwałtowne burze. Specjaliści potwierdzają, że mogą one stanowić poważne zagrożenie dla sprzętu elektronicznego znajdującego się w domu, natomiast opowieść o przyciąganiu piorunów przez smartfony wkładają między bajki.

Choć o zjawisku atmosferycznym, jakim są burze, wiadomo już sporo, nadal pozostaje to żywioł stanowiący pewne zagrożenie dla ludzi i ich mienia. W szczególności narażone są urządzenia elektroniczne, dla których nagłe wyładowania atmosferyczne mogą się okazać krańcowo niebezpieczne.

Wyładowania atmosferyczne są zjawiskiem fizycznym o dość skomplikowanej naturze. W dalszym ciągu trwają badania nad ich charakterem, skąd one się biorą, jak się rozwijają. Natomiast nie ma wątpliwości, że stanowią one poważne zagrożenie dla instalacji i urządzeń elektrycznych – opowiada agencji Newseria Innowacje dr inż. Konrad Sobolewski z Wydziału Elektrycznego Politechniki Warszawskiej.

Najgroźniejsze są przypadki wyładowań bezpośrednich. W takich wypadkach obiekt, w który bezpośrednio uderzył piorun, narażony jest na działanie prądu o bardzo dużym natężeniu (nawet do 200 tysięcy amperów, choć statystycznie najczęściej jest to około 40–50 tysięcy amperów) i bardzo dużego napięcia, nierzadko przekraczającego kilkanaście milionów woltów. Nie bez znaczenia jest również fakt, że wszystkie te wielkości zmieniają się w bardzo krótkim czasie: kilku lub kilkunastu mikrosekund, czyli milionowych części sekundy. Trzeba też pamiętać o tym, że wyładowaniu piorunowemu towarzyszy pole elektryczne i magnetyczne, również stanowiące realne zagrożenie.

– Nawet w sytuacji, kiedy to wyładowanie nie dotyczy bezpośrednio naszego domu, tylko sąsiada, może się okazać, że docierające pole spowoduje zaindukowanie się przepięć w naszej instalacji, a to z kolei doprowadzi do uszkodzeń urządzeń czy samej instalacji w naszym obiekcie. Energia, która jest wytwarzana w czasie takiego wyładowania atmosferycznego, wystarczyłaby do zasilania 100-watowej żarówki przez około miesiąc – dodaje Konrad Sobolewski.

Wiele uszkodzeń sprzętu elektronicznego podczas burzy wynika z mylnej opinii o tym, że wyposażenie budynku w piorunochron definitywnie załatwia sprawę ewentualnych zagrożeń. Tak jednak nie jest – zapewnienie skutecznej ochrony jest bardziej skomplikowane.

– Ochrona przed wyładowaniami atmosferycznymi składa się z dwóch elementów. Generalnie nosi ona nazwę kompleksowej ochrony odgromowej. Te dwie części to część zewnętrzna, czyli tzw. piorunochron, i część wewnętrzna – opowiada Konrad Sobolewski, wyjaśniając, że piorunochron składa się z trzech komponentów: zwodów, których zadaniem jest ukierunkowanie miejsca wyładowania, z przewodów odprowadzających, które mają za zadanie odprowadzić ten prąd pioruna w kierunku ziemi, i z instalacji uziemiającej. Równie istotna jest jednak wewnętrzna część instalacji.

– Ochrona wewnętrzna jest związana z ograniczaniem przepięć, które mogłyby się od tego pola elektrycznego czy magnetycznego pojawić w naszych instalacjach. Powinniśmy zwrócić uwagę na prawidłowo wykonaną instalację, tak żeby np. nie powstawały pętle o zbyt dużych powierzchniach – wtedy te przepięcia będą miały większe wartości, albo instalować urządzenia ograniczające przepięcia, których zadaniem jest ograniczenie przepięcia do poziomu bezpiecznego z punktu widzenia samej instalacji i urządzeń, które do niej są przyłączone – wyjaśnia Konrad Sobolewski.

Przy okazji ekspert obala też popularny obecnie mit o tym, że rozmawianie przez telefon podczas burzy może powodować zagrożenie dla rozmawiającego, bo jakoby przyciąga on pioruny. Wyjaśnia, że jedynym niebezpieczeństwem jest pozostawanie w pozycji pionowej na otwartej przestrzeni podczas wyładowań atmosferycznych, natomiast nie ma znaczenia, czy w tym czasie ktoś rozmawia przez telefon, czy nie.

– W obiegu jest dość popularna plotka, że telefony zwiększają ryzyko trafienia przez piorun. Nie jest to do końca prawdą, ponieważ sam telefon takiego działania nie ma. Jeżeli by tak było, to montowalibyśmy telefony zamiast tradycyjnej ochrony odgromowej gdzieś nad budynkami – żartuje Konrad Sobolewski.

Usunięcie zaćmy z wszczepieniem nowoczesnych soczewek wewnątrzgałkowych ogranicza lub eliminuje potrzebę noszenia okularów po zabiegu

Usunięcie zaćmy z wszczepieniem nowoczesnych soczewek wewnątrzgałkowych ogranicza lub eliminuje potrzebę noszenia okularów po zabiegu 5

Zaćma znacznie obniża komfort życia, a nieleczona może prowadzić do całkowitej utraty wzroku. Nowoczesne sposoby usuwania tego schorzenia pozwalają przywrócić niemal całkowitą ostrość widzenia, a także umożliwiają korekcję wady wzroku takich jak astygmatyzm czy prezbiopia. Implantowane podczas zabiegu soczewki wewnątrzgałkowe dają możliwość rezygnacji z używania okularów. Jest to szczególnie ważne dla osób prowadzących aktywny tryb życia.

Zaćma to choroba, która  polega na postępującym mętnieniu naturalnej soczewki oka. W wyniku czego blokowany jest dostęp światła do siatkówki, co upośledza ostrość widzenia. Rozwój zaćmy prowadzi do stopniowego pogarszania się wzroku, a nieleczone schorzenie może spowodować utratę widzenia. 70 proc. przypadków tej choroby diagnozowane jest u osób po 75 roku życia, zdarza się jednak, że dotyka też ludzi młodszych, w wieku 50 lat, wciąż aktywnych zawodowo i towarzysko.

– Choroba rozwija się podstępnie i powoduje coraz mniejszą chęć wykonywania różnych czynności. Pacjent odsuwa się od życia aktywnego, od tego, co robił wcześniej, od swoich pasji, nie wiedząc do końca, co jest przyczyną – mówi agencji informacyjnej Newseria lek. Hanna Bednarzak-Bulak, specjalista chorób oczu z Centrum Medycznego MAVIT.

Objawy zaćmy to m.in. nieostre widzenie, którego nie poprawia korekcja okularowa oraz wysoka wrażliwość na światło. Osoby cierpiące na zaćmę stają się apatyczne i mniej aktywne, gdyż pogarszająca się jakość widzenia utrudnia im wykonywanie codziennych czynności, takich jak uprawianie sportów czy prowadzenie samochodu. Nieleczona zaćma jest jedną z głównych przyczyn pogorszenia lub utraty widzenia u osób powyżej 55 roku życia.

Tymczasem schorzenie to jest całkowicie uleczalne. Usunięcie zaćmy przeprowadzane jest chirurgicznie, zabieg trwa zaledwie kilkanaście minut i obarczony jest niewielkim ryzykiem powikłań.

– Wynika to z techniki operacji. Udoskonalanie sprzętu, zdolności chirurgów, materiałów, których używamy w czasie operacji spowodowało, że próg bezpieczeństwa zabiegu jest bardzo wysoki – mówi Hanna Bednarzak-Bulak.

Chirurgiczne usunięcie zaćmy może całkowicie przywrócić komfort widzenia, niestety polscy pacjenci mają ograniczony dostęp do tego rodzaju terapii. Średni czas oczekiwania na zabieg wynosi ponad 22 miesiące, a czasem nawet 3 lata. Alternatywą jest operacja w prywatnych klinikach, gdzie może być ona wykonana znacznie szybciej. Płatny zabieg daje możliwość nie tylko usunięcia zaćmy, lecz także skorygowania wad wzroku – krótkowzroczności, nadwzroczności i astygmatyzmu. Jest to możliwe dzięki nowoczesnym soczewkom wewnątrzgałkowym, niedostępnym w ramach zabiegu refundowanego przez NFZ.

– Jeżeli pacjent jest aktywny zawodowo, spełnia wszystkie wymogi zdrowotne, to jest to szansa pozbycia się okularów. Podobnie jak właściwie dopasowany do pacjenta rodzaj implantu pozwala mu na powrót do takiego funkcjonowania, jakie wiele osób często miało w wieku 20–30 lat, bo taka jest przejrzystość soczewki i jej parametry optyczne – mówi Hanna Bednarzak-Bulak.

W ramach refundowanego zabiegu pacjentowi wszczepiane są soczewki jednoogniskowe, które zapewniają ostre widzenie do dali lub bliży i nie korygują astygmatyzmu. Nowoczesne soczewki wieloogniskowe zapewniają natomiast pełny zakres widzenia zarówno do bliży, jak i do dali, w znacznym stopniu ograniczając lub eliminując potrzebę korzystania z okularów po zabiegu.

Soczewki te minimalizują ponadto ryzyko powstawania zaćmy wtórnej, a także chronią siatkówkę oka przed szkodliwym promieniowaniem UV.

– Wyboru soczewki dokonuje ostatecznie lekarz kwalifikujący. Każda kwalifikacja jest bardzo szczegółowa, dlatego że staramy się dopasować ją zarówno do tego, jaki tryb życia prowadzi pacjent, przede wszystkim do jego wieku, jak i do tego, czy nie ma innych schorzeń, które decydują o tym, jaki rodzaj implantu możemy zastosować – mówi Hanna Bednarzak-Bulak.

Upowszechnianie wiedzy na temat zaćmy to cel kampanii „Wyjdź z kolejki. Rozważ zabieg odpłatny”. Jej organizatorzy stworzyli platformę internetową (wyjdzzkolejki.pl), na której pacjenci i ich bliscy mogą znaleźć wszystkie informacje dotyczące przyczyn powstawania zaćmy, objawów choroby, profilaktyki oraz sposobów leczenia wraz z adresami ośrodków medycznych wykonujących odpłatne zabiegi usunięcia zaćmy.

Wirtualna rzeczywistość zrewolucjonizuje e-sport. Stanie się on pełnoprawną dyscypliną medalową

Wirtualna rzeczywistość zrewolucjonizuje e-sport. Stanie się on pełnoprawną dyscypliną medalową 6

O podobieństwie e-sportu do prawdziwych dyscyplin sportowych napisano już wiele, ale w najważniejszych rozgrywkach nadal chodzi wyłącznie o sprawne posługiwanie się klawiaturą i myszką. Dopiero wirtualna rzeczywistość ma szansę zmienić ten rynek, wymagając od graczy prawdziwie sportowej kondycji fizycznej.

Sportowców i profesjonalnych graczy komputerowych łączy w dzisiejszych czasach wiele. W obu przypadkach, aby znaleźć się na szczycie, wymagane jest w pełni profesjonalne podejście do ćwiczeń i rywalizacji. Podobnie bywa z zarobkami – najlepsi e-gracze zarabiają na poziomie porównywalnym z piłkarzami czy skoczkami narciarskimi. Całe mówienie o podobieństwie kończy się jednak w momencie, w którym porównujemy zdjęcia sportowców i zawodowych graczy komputerowych. Sylwetki tych ostatnich jednoznacznie przypominają, że w e-sporcie wymagane jest jedynie sprawne posługiwanie się myszką i klawiaturą.

Sytuację – i to w sposób rewolucyjny – może zmienić wykorzystanie w grach wirtualnej rzeczywistości. Jedną z firm, która podejmuje tego typu projekty, jest VR Visio.

– Gra Special Forces to taki odpowiednik Counter-Strike, tylko że w wirtualnej rzeczywistości. Musimy się dużo ruszać, czyli się pocimy. Jest to taki naturalny rozwój dla e-sportu, bo w tej chwili jak wygląda e-sport: siada 8–10 osób przy komputerach i klikają myszką. Nie ma w tym zbyt dużo tradycyjnego sportu. A wirtualna rzeczywistość i gra Special Forces to zmienia. Tam trzeba się obracać, fizycznie się ruszać. Jest to męczące – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Adam Cegielski z VR Visio.

Samo wkładanie wysiłku w ruch podczas gdy, choć przełoży się niewątpliwie na kondycję i sylwetki przyszłych e-sportowców, zwycięstwa jednak nie gwarantuje. W tym przypadku, właśnie tak jak w tradycyjnych dyscyplinach sportowych, wygra ten zawodnik, którego organizm będzie miał najlepsze warunkami fizyczne, wzmocnione przez odpowiedni trening.

– Żeby wygrać, nie tylko trzeba będzie mieć refleks, lecz także kondycję fizyczną. Myślę, że to będzie przełom w e-sporcie ze względu na to, że to będzie prawdziwy ruch, prawdziwy wysiłek fizyczny, czyli prawdziwy sport – dodaje Adam Cegielski.

Możliwości, jakie daje wirtualna rzeczywistość, na tym się jednak nie kończą. Dzięki treningom przeprowadzanym w goglach VR i specjalnie przygotowanej przestrzeni możliwe będzie trenowanie nawet prawdziwych żołnierzy z sił specjalnych.

– W tej chwili jest jeszcze jeden projekt, nad którym pracujemy. Jest to symulator do szkolenia sił specjalnych i dla firm ochroniarskich. W wirtualnej rzeczywistości można dużo taniej szkolić żołnierzy. Nie trzeba używać prawdziwej amunicji, nie trzeba się przemieszczać ciągle w nowe miejsca, żeby móc odbywać szkolenia w nowych miejscach – zdradza Adam Cegielski.

Możliwości nowego typu szkoleń wydają się niemal nieograniczone, przy czym bardzo ważny jest również aspekt finansowy. Tego typu szkolenie zajmie nie tylko mniej czasu, ze względu na brak konieczności przemieszczania się do innych miejsc, ale przede wszystkim będzie tańsze.

– W tej chwili wszystko będzie można zrobić w wirtualnej rzeczywistości. Czyli wchodzimy na salę gimnastyczną i nasz dowódca programuje odpowiedni scenariusz. Za każdym razem to może być inny rozkład pomieszczeń, inna broń, inna sytuacja. Takie szkolenia będą możliwe już za jakiś czas – zapowiada Adam Cegielski.

Powyborcza przecena funta będzie trwać jeszcze wiele miesięcy. Życie na Wyspach stanie się droższe

Powyborcza przecena funta będzie trwać jeszcze wiele miesięcy. Życie na Wyspach stanie się droższe 7

Wyniki wyborów w Wielkiej Brytanii oznaczają dużą niepewność dla Polaków i droższe życie dla Brytyjczyków z powodu osłabienia funta – ocenia Adam Korecki z TMS Brokers. Przyspieszone wybory, które odbyły się niespełna rok po referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej, miały wzmocnić pozycję Partii Konserwatywnej i w konsekwencji ułatwić jej negocjacje warunków brexitu. Choć rządząca partia wygrała wybory, to stojąca na jej czele Theresa May poniosła porażkę, bo nie zdobyła wystarczającej i niezbędnej do samodzielnego rządzenia większości mandatów w Izbie Gmin. 

– Wyniki wyborów oznaczają wzrost niepewności. Dla Brytyjczyków będą oznaczały droższe zakupy za granicą, gdyż osłabienie funta powoduje, że towary importowane stają się droższe, podobnie jak wyjazdy zagraniczne. W przypadku Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii będzie to oznaczało większą niepewność w związku z tym, na jakich warunkach będą mogli pozostać w tym kraju, czy część z nich będzie musiała wrócić do Polski, czy będą musieli uzyskiwać dodatkowe pozwolenia na pracę i życie w Wielkiej Brytanii – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Korecki, makler papierów wartościowych z Domu Maklerskiego TMS Brokers.

8 czerwca rządząca w Wielkiej Brytanii Partia Konserwatywna wygrała wybory, ale torysi nie zdobyli niezbędnej do samodzielnego rządzenia większości. Po przeliczeniu większości głosów partia Theresy May zdobyła 12 mandatów mniej, niż do tej pory miała. Łącznie torysi zdobyli 318 miejsc, tuż za nimi znalazła się Partia Pracy z 261 fotelami. Kolejnymi partiami są Szkocka Partia Narodowa z 35 mandatami i Liberalni Demokraci z 12. Do samodzielnego rządzenia May i jej partia potrzebowała 326 miejsc w Izbie Gmin.

– Ten wynik wyborów, który zobaczyliśmy, patrząc całościowo, jest niekorzystny zarówno dla Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii, jak i dla samych Brytyjczyków. Korzystniejsze byłoby, gdyby przewaga partii rządzącej była dużo bardziej widoczna, co pozwoliłoby na znacznie lepszą pozycję negocjacyjną Wielkiej Brytanii w kontaktach z Unią Europejska. W tej chwili ten wynik niewiele zmienia, a nawet pogarsza sytuację partii rządzącej – komentuje Korecki.

Zaskakujący wynik brytyjskich wyborów parlamentarnych spowodował załamanie funta, który jest najtańszy od kilku miesięcy. W ciągu zaledwie jednej nocy brytyjska waluta osłabiła się do złotego o blisko 10 groszy z 4,84 zł do 4,74 zł. W reakcji na pierwsze sondażowe wyniki wyborów (ok. godz. 23 polskiego czasu) inwestorzy rzucili się wręcz do wyprzedaży waluty. Kurs funta w stosunku do złotego z poziomu 4,84 zł do 4,75 zł i był najtańszy od ponad 7 miesięcy.

– Pierwsze reakcje na wyniki wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii pokazują znaczące osłabienie funta w stosunku do wszystkich walut. Inwestorzy, widząc słabe wyniki rządzącej partii, zdecydowali się na wyprzedaż funta i od momentu, kiedy wyniki stały się dość pewne, wszyscy sprzedają funta i jego przecena jest największa od wielu tygodni – mówi Adam Korecki.

Ekspert z TMS Brokers podkreśla, że fala przeceny funta szybko się nie zatrzyma. Walucie nie będzie służyła niepewność polityczna związana z sytuacją powyborczą.

– Inwestorzy będą niepewni co do warunków wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, sposobu i warunków negocjacji oraz końcowego efektu zarówno dla gospodarki Wielkiej Brytanii, jak i dla mieszkańców tego kraju, co będzie w najbliższych tygodniach i miesiącach osłabiało funta. Nie zdziwiłbym się, gdyby jeszcze w tym roku funt znalazł się na swoich tegorocznych minimach – prognozuje Korecki.

Wartość rynku drukarek 3D wzrośnie do 20 mld dol. w 2020 r. W ciągu kilku najbliższych lat będą one w większości domów

Wartość rynku drukarek 3D wzrośnie do 20 mld dol. w 2020 r. W ciągu kilku najbliższych lat będą one w większości domów 8

Nieduże drukarki 3D, które można postawić na biurku niedaleko komputera, pod względem funkcjonalności zbliżają się do urządzeń stosowanych w przemyśle. Stanowią też ok. 95 proc. wszystkich sprzedawanych drukarek 3D, jednak zdecydowana większość tego typu urządzeń trafia do biznesu. Dopiero nowoczesny, elegancki design sprawia, że także domowi użytkownicy częściej sięgają po drukarki 3D, dzięki czemu – jak szacuje Deloitte – w 2020 roku globalna wartość tego rynku ma przekroczyć 20 mld dol. Rozkwitowi domowego druku 3D sprzyjać będą także niższe ceny drukarek i znalezienie dla nich niepowtarzalnego, spersonalizowanego zastosowania.

– Główną barierą dla typowych domowych użytkowników było to, że drukarki 3D są nieco zbyt trudne w obsłudze. Są one już bardzo popularne w biznesie, natomiast dla typowego Kowalskiego to jeszcze nie jest ten moment. Uważam, że przystosowanie tego typu maszyn do takich odbiorców zajmie jeszcze kilka lat – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Przemysław Jaworski, prezes firmy ZMorph.

Raport Deloitte wskazuje, że wartość desktopowych drukarek 3D szybko rośnie. W 2015 roku było to 4,8 mld dol., zaś w 2020 ma to być już 20 mld dol. W 2016 roku na świecie sprzedano 500 tys. tego typu urządzeń (niemal dwukrotnie więcej niż w 2015 roku) o wartości ponad 5 mld dol. Raport Gartnera prognozuje, że do końca dekady sprzedaż wzrośnie do blisko 5,6 mln drukarek rocznie. Zdecydowana większość z nich wciąż trafia jednak do biznesu.

– Pracujemy nad tematem tzw. user experience. Wiemy, jak ważne jest to, żeby użytkownik mógł tylko za pomocą kilku kliknięć wytworzyć obiekt, który jest mu potrzebny, bez zgłębiania opasłych tomów, gdzie są wielkie instrukcje obsługi. Uważam, że jeszcze kilka lat może potrwać dostosowanie drukarki 3D do domowego użytkownika – przewiduje Przemysław Jaworski.

Większość dostępnych na rynku drukarek 3D to duże bryły, często nieforemne albo kanciaste. Dlatego także w niezbyt przekonującym designie można się dopatrywać wciąż małej popularności takich drukarek u prywatnych użytkowników. Jak jednak przekonuje prezes ZMorph, błędem jest stawianie na sam design, który powinien się raczej łączyć z funkcjonalnością drukarek.

– Obecnie dużo pracujemy nad tym, aby maszyna była bardzo cicha, żeby mogła stać na biurku i nie przeszkadzać podczas pracy. Jest tam także dużo rzeczy, które są ukryte, niewidoczne od zewnątrz w samej formie, to całościowy proces. Jest dużo drukarek na rynku, które są po prostu kostkami. Jest to cięcie kosztów, natomiast uważam, że ergonomia jest czymś, na czym nie można oszczędzać, podobnie jak wygoda użytkownika oraz łatwość użytkowania – podkreśla Przemysław Jaworski.

Sytuacja na rynku desktopowych drukarek 3D powoli się jednak zmienia. Choć wciąż jeszcze drukarki nie trafiły powszechnie pod strzechy, coraz częściej sięgają po nie osoby korzystające z oprogramowania CAD w branży inżynierskiej.

– Myślę, że zastosowania domowe się pojawią, kiedy będą dużo bardziej rozbudowane bazy danych obiektów, które można znaleźć w internecie, i gdy branża druku 3D znajdzie tzw. „killer app”, czyli zastosowanie, którego nie da się wykonać za pomocą żadnej innej technologii, szczególnie powtarzalnej. Moim zdaniem jest to najbliżej związane z personalizacją obiektów, personalizacją ubioru, butów czy zegarków i okularów. To wszystko jest dostosowane do osób, z których każda jest inna, i to jest moim zdaniem dobry kierunek do rozkwitu personalnego, domowego druku 3D – ocenia prezes ZMorph.

Na większą popularność drukarek 3D wpłyną też niższe ceny. Obecnie najtańsze urządzenie to wydatek ok. 1 tys. zł, jednak im tańsza drukarka, tym wzrasta konieczność związana z modernizacją urządzenia, jeśli chcemy uzyskać wysoką jakość wydruku..

– Co jednak istotne, samo użytkowanie takiej maszyny jest bardzo tanie, szczególnie jeśli chodzi o drukarki desktopowe, nabiurkowe. Nie jest tak samo w przypadku drogich, przemysłowych drukarek, gdzie materiały są bardzo drogie, natomiast drukarki nabiurkowe są tanie w użytkowaniu. Choć jeszcze mogą być uważane za drogie w nabyciu, ale zdecydowanie inwestycja w taki sprzęt się bardzo szybko zwraca – podkreśla Przemysław Jaworski.

Branża logistyczna inwestuje w powierzchnię magazynową. Duże natężenie inwestycji pod Warszawą

Branża logistyczna inwestuje w powierzchnię magazynową. Duże natężenie inwestycji pod Warszawą 9

Niskie stopy procentowe i niskie czynsze wpływają na wzrost zainteresowania inwestorów polskim rynkiem nieruchomości magazynowo-przemysłowych. Firmy logistyczne dynamicznie rozbudowują swoje zasoby, żeby sprostać oczekiwaniom klientów z Polski i z zagranicy. QSL Polska, lider w logistyce żywności, otwiera nowy magazyn w podwarszawskim Błoniu. Okolice Błonia stają się jednym z najważniejszych hubów magazynowych w Polsce.

Rozwijamy się niezwykle dynamicznie w całej Europie, także w Polsce. W tym roku obchodzimy trzecią rocznicę naszej operacji i pojawiła się potrzeba otworzenia nowego magazynu. Złożył się na to zarówno rozwój naszych dotychczasowych klientów, jak i rozpoczęcie współpracy z nowymi – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Sałek, dyrektor ds. handlowych w Quick Service Logistics Polska.

Firma QSL, działająca w sektorze logistyki dla branży spożywczej, wynajmuje w Europie łącznie 163 magazyny o łącznej powierzchni ponad 3,3 mln mkw. na terenie 9 krajów. Obecnie w Polsce dysponuje dwoma magazynami i trzema centrami cross-dock (przeładunkowymi), obecnie rozbudowuje się w ramach parku P3 Błonie.

 Nowa lokalizacja znajduje się w pobliżu naszego obecnego magazynu. To nowoczesny budynek o powierzchni operacyjnej 9 tys. mkw., z trzema strefami składowania: magazyn suchy bez kontroli temperatury, chłodnia z przedziałem temperaturowym 1–4 st. C i mrożnia z przedziałem temperaturowym od -18 do -24 st. C. Dodatkowo będziemy tam mieli dużą przestrzeń biurową z pomieszczeniami biurowymi i socjalnymi dla naszych pracowników – zapowiada Agnieszka Sałek.

Dotychczas firma QSL wynajmowała w parku P3 Błonie 6 tys. mkw. W nowej, większej powierzchni ponad 4 tys. mkw. zajmie chłodnia i mroźnia. Blisko 0,5 tys. mkw. zajmie powierzchnia biurowa.

 Magazyn w Błoniu będzie naszym największym magazynem. Równie nowoczesne centrum o powierzchni 7 tys. mkw znajduje się w Sosnowcu. Z magazynu w Błoniu będziemy obsługiwali obszar Polski Centralnej i Północnej. Dodatkowo także klientów zagranicznych z krajów nadbałtyckich, Kazachstanu, Armenii i na południe od Polski, czyli z Czech, Słowacji, Węgier, Rumunii – wymienia dyrektor ds. handlowych w QSL Polska.

Jak wynika z raportu Colliers International i Advisory Group TEST Human Resources, na koniec ubiegłego roku zasoby warszawskiego rynku magazynowo-przemysłowego wzrosły do 3 mln mkw., z czego 75 proc. znajduje się w strefach II i III, czyli w promieniu odpowiednio 15–30 km oraz 30–60 km od Warszawy. Największa koncentracja tego typu obiektów występuje właśnie w Błoniu, w Natolinie, pod Grodziskiem Mazowieckim i w okolicach Pruszkowa. Wszystkie te miejscowości są położone w bliskiej odległości od Autostrady A2, co ułatwia dojazd do centrum Warszawy, ale również na zachód i północ Polski

Rozwój działalności wymusza na firmach logistycznych także rozbudowę floty. Także QSL zapowiada, że zamierza zwiększyć liczbę pojazdów.

– W tym roku planujemy rozszerzenie naszej floty samochodowej. Będą to samochody zarówno typu daily przystosowane do obsługi klientów w ścisłych centrach miast, jak i samochody wielopaletowe przystosowane do transportu po całej Polsce – wskazuje Agnieszka Sałek.

QSL Polska obsługuje wiodące na rynku sieci kawiarń i restauracji, m.in. Starbucks, Burger King, KFC, Pizza Hut i Bobby Burger.

Sklepy inwestują w zaawansowane systemy do analizy zachowań klientów. Pozwalają one znacząco zwiększyć sprzedaż w internecie i tradycyjnych placówkach

Sklepy inwestują w zaawansowane systemy do analizy zachowań klientów. Pozwalają one znacząco zwiększyć sprzedaż w internecie i tradycyjnych placówkach 10

Narzędzia do analizy zachowań klientów zyskują nowy wymiar. Dzięki technologii wi-fi i beaconom handel może już nie tylko monitorować ruch użytkowników w witrynach online, lecz także zyskuje narzędzie do analizy aktywności konsumentów również w świecie rzeczywistym. Na tej podstawie może skierować do nich spersonalizowaną reklamę mobilną. Po tego typu narzędzia coraz częściej sięgają też tradycyjne sklepy, które w ten sposób mogą poznać potrzeby klientów w obrębie sklepu. Takie możliwości daje platforma Cluify stworzona przez wrocławską spółkę Datarino.

Nowoczesne narzędzia do analizy zachowań klientów są od dawna powszechnie wykorzystywane przy zakupach internetowych. E-sklepy śledzą m.in. to, jakie produkty ogląda użytkownik i jak dużo czasu spędza na stronie. Teraz mogą zebrać takie dane również o klientach w tradycyjnych sklepach. Dzięki temu zacierają się granice między internetowym a tradycyjnym handlem. Platforma Cluify dostarcza marketerom informacje o użytkownikach dowolnie wybranych lokalizacji na mapie, dzięki czemu są oni w stanie dotrzeć do potencjalnych klientów z kontekstową reklamą online dopasowaną do ich rzeczywistych zachowań i preferencji. To może być sklep konkurencji, wydarzenie sportowe czy pobliski park biznesowy.

– Usługa Cluify daje przede wszystkim możliwość dotarcia do nowych klientów, którzy są w świecie rzeczywistym, a do których trudno dotrzeć z komunikacją. Dostarczamy klientom informację o kupujących. Dzięki nim nie tylko każda placówka, lecz także każda marka chcąca się reklamować online, może dotrzeć do osoby, która potencjalnie jest zainteresowana jej produktem. Mowa o całej populacji, nie tylko w kontekście internetu, lecz także w kontekście świata rzeczywistego. To największy przełom naszej usługi – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Edward Mężyk, prezes zarządu Datarino.

Jak zauważa prezes Datarino, możliwość dotarcia do klientów tradycyjnych sklepów daje kilkukrotnie większe możliwości e-sklepom. Internetowe zakupy, których wartość szacuje się na blisko 40 mld zł rocznie, wciąż stanowią ułamek całego sprzedażowego rynku, a większość zakupów konsumenci nadal wykonują w realu.

Dotychczas, jeżeli sklep w sieci korzystał z dostępnych obecnie cyfrowych narzędzi, to i tak docierał tylko do 1/10 całego rynku. Otwieramy dziesięciokrotnie większe możliwości. Nie tylko sklep offline może dotrzeć do konsumentów offline, lecz także teraz także e-commerce można nawiązać komunikację online z użytkownikami offline na podstawie ich aktywności w świecie rzeczywistym – mówi Edward Mężyk.

Technologia wi-fi i beacony otwierają także nowe możliwości przed handlem tradycyjnym. Na podstawie danych o ruchu użytkowników offline Cluify umożliwia sklepom stacjonarnym prześledzenie zakupowej ścieżki klienta. Dzięki nowoczesnym narzędziom mogą one przeanalizować ruch klientów w obrębie swojego punktu handlowego, poznać ich potrzeby i zachowania. Na tej bazie mogą tworzyć spersonalizowanie reklamy mobilne – zarówno dla klientów, którzy znajdują się w sklepie, jak i dla osób, które przechodzą obok sklepu, z różnych powodów nie wchodząc do niego. Taka reklama wyświetlona w odpowiednim czasie ma ich zachęcić do odwiedzin i zakupu. Jak podkreślają eksperci, Cluify dostarcza sklepom stacjonarnym to, co Google Analytics sklepom internetowym.

Korzystamy z istniejących na rynku aplikacji mobilnych, które udostępniają nam dane zaraz po tym, jak telefon „widzi” wokół siebie sieć wi-fi i inne urządzenia, które nadają również przez bluetooth. To nie muszą być stricte sieci wi-fi, to mogą być również małe urządzenia, które tylko nadają na tym sygnale. Dzięki tym danym jesteśmy w stanie zmapować, jak telefon przemieszcza się pomiędzy różnymi lokalizacjami w mieście czy w konkretnym budynku. Nawet jeśli budynek jest wielopiętrowy, możemy dokładnie określić lokalizację – wyjaśnia Edward Mężyk.

Big data dostarczają sklepom informacje o upodobaniach klientów, ich przyzwyczajeniach i potrzebach. Dane SalesBee wskazują, że w dużych sklepach 10–37 proc. sprzedaży to właśnie efekt wiedzy o konsumencie.

Big data ma wtedy swoją siłę, kiedy mamy na nią konkretny produkt. Mało organizacji może sobie poradzić z surowymi danymi. Dlatego trzeba dostarczać produkty oparte o dane. To jest najważniejszy trend w big data – podkreśla Edward Mężyk. – Rynek dostarczania usług w oparciu o dane, to przyszłościowy trend. Te usługi będą dostarczane tak samo, jak produkty w świecie rzeczywistym.

Założona trzy lata temu wrocławska spółka, dzięki wykorzystaniu technologii wi-fi i beaconom dostarcza wiedzę o zachowaniach konsumentów w świecie offline. Firma wyceniana już na przeszło 20 mln zł, a jej tempo wzrostu przekracza 200 proc. rocznie. W portfolio jej klientów są już m.in. Grupa ING, Grupa Onet czy Boston Consulting Group. Datarino zaczynała od współpracy z sektorem finansowym, teraz oferuje też narzędzia dla branży handlowej oparte na analizie i pozyskiwaniu danych.

Datarino prowadzi działalność nie tylko w Polsce, lecz także w Czechach i Serbii. Cluify – stworzone przez nią narzędzie do pozyskiwania danych o ruchu konsumentów w świecie rzeczywistym – jest kluczowym elementem strategii rozwoju spółki na lata 2017–2020 i ekspansji na globalne rynki, w szczególności USA i UE.

 Big data sama w sobie jest rynkiem trudnym. Trzeba włożyć dużo pracy, żeby osiągnąć sukces, również komercyjny. Dlatego połączenie rozwoju rynku, sukcesów pojedynczych firm i zainteresowania inwestorów świadczy o tym, że w big data mamy silny rozwój – ocenia Edward Mężyk.

Jak wynika z badań IDC, big data rozwija się w tempie sześciokrotnie większym niż cały rynek IT.

Boom na pracę sezonową. W tym roku wynagrodzenia będą wyższe

Boom na pracę sezonową. W tym roku wynagrodzenia będą wyższe 11

Koniec roku szkolnego i początek wakacji to najlepszy okres na poszukiwanie prac sezonowych. Dodatkowe rekrutacje rozpoczynają nie tylko branże gastronomiczna, hotelarska i rolnicza, lecz także produkcyjna, handlowa i logistyczna. Największe zapotrzebowanie jest na pracowników niższego szczebla. To często okazja dla studentów i młodych osób do zdobycia pierwszych doświadczeń na rynku pracy. Choć podczas wielu sezonowych prac będzie można zarobić więcej niż w poprzednich latach, to i tak kraje zachodnie oferują znacznie wyższe stawki.

– Co roku w okresie wakacyjnym mamy boom na rynku pracy. Coraz więcej firm, szczególnie z sektora gastronomii, hotelarstwa i usług, potrzebuje rąk do pracy. Jest to sezon wzmożonego zapotrzebowania na pracowników. Wielu studentów, którzy np. kończą sesję, mogą się odnaleźć na rynku pracy, mają do dyspozycji wiele ofert, które często stają się ich pierwszą pracą w życiu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Kubisiak, dyrektor Zespołu Analiz w Work Service SA.

Pierwsze oferty pracy sezonowej pojawiają się już w maju. Rąk do pracy szukają przede wszystkim tradycyjne sektory sezonowe: gastronomia, hotelarstwo, budownictwo i rolnictwo, bardzo mocno połączone z letnimi temperaturami i dobrą pogodą. Wiosenne i letnie rekrutacje prowadzą też inne branże, które w tym czasie chętnie sięgają po młodych i niedoświadczonych pracowników.

– Największe zapotrzebowanie jest na pracowników niewykwalifikowanych. Często to osoby, które zdobywają pierwsze szlify i doświadczenie na rynku pracy. Oczywiście są też cykliczne rekrutacje prowadzone przez firmy, które mają zwiększone zapotrzebowanie na pracowników w danym okresie. Natomiast większość prac wakacyjnych to prace dorywcze, krótkookresowe związane z nadejściem lata i sezonu wakacyjnego – tłumaczy Kubisiak.

Dane o pracy sezonowej w Polsce przygotowane przez Work Service SA wskazują, że najwyższe średnie wynagrodzenie w tym roku mogą uzyskać operatorzy wózka widłowego – od 17,8 do 18,4 zł brutto za godzinę, pracownik linii produkcyjnej od 13 do 23 zł oraz barmani, których zarobki wahają się od 14 do ponad 20 zł za godzinę pracy. Na najmniejsze wynagrodzenie powinni się nastawić pakowacze – niewiele powyższej 13 zł.

– W tym roku możemy się spodziewać wyższych stawek godzinowych ze względu na podniesioną od stycznia płacę minimalną. Od tego roku na umowach-zlecenie wynagrodzenie musi wynosić co najmniej 13 zł brutto i to jest najniższa stawka, jaką można uzyskać w tym sezonie wakacyjnym – wskazuje dyrektor Zespołu Analiz w Work Service.

Duża część Polaków mimo wyższych zarobków wybierze pracę za granicą. W tym roku blisko 14 proc. aktywnych zawodowo osób planuje co najmniej kilkumiesięczny wyjazd na Zachód. Przede wszystkim do Niemiec i Francji, gdzie zarobki są kilkukrotnie wyższe niż w Polsce.

 W Niemczech czy we Francji płace minimalne również poszły w górę. Dla osób, które podejmą legalne zatrudnienie w Niemczech, oznacza to, że minimalne wynagrodzenie to 37 zł brutto. We Francji ta stawka już przekracza 40 zł za godzinę brutto, więc jest bardzo atrakcyjna dla pracowników z Polski – mówi Kubisiak.

W okresie wakacyjnym szczególnie ważne jest, aby dokładnie sprawdzić firmę, która proponuje nam zatrudnienie. Wyczuleni na to powinni być zwłaszcza młodzi i niedoświadczenie ludzie, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy.

– Ważne, żeby mieć wiarygodnego partnera, wiarygodną firmę, z którą zawieramy umowę. Co bardzo ważne, pierwszego dnia pracy musimy mieć spisaną umowę, w której będą określone warunki i sposoby rozliczeń: czy to będzie rozliczenie miesięczne, tygodniowe, czy to będzie dniówka. Bardzo ważne jest, aby młody człowiek, który wchodzi na rynek pracy, wiedział, że pierwszego dnia ma dogadane wszystkie warunki umowy, tak aby później nie było rozczarowań – podkreśla Andrzej Kubisiak.

Szpitale i przychodnie czeka w najbliższych latach cyfrowa rewolucja. Elektroniczne skierowania oraz recepty usprawnią i przyspieszą obsługę pacjentów

Szpitale i przychodnie czeka w najbliższych latach cyfrowa rewolucja. Elektroniczne skierowania oraz recepty usprawnią i przyspieszą obsługę pacjentów 12

Informatyzacja polskiej służby zdrowia przyspiesza. W ciągu trzech najbliższych lat do obiegu wejdą obowiązkowe elektroniczne zwolnienia lekarskie, e-recepty oraz e-skierowania. W 2019 roku ma wejść w życie elektroniczna dokumentacja, a pacjenci zyskają dostęp do swoich danych medycznych online. Szpitale i placówki służby zdrowia czeka w najbliższych latach cyfrowa rewolucja. 

W 2018 roku mają być udostępnione trzy dokumenty w wersji elektronicznej. Będzie to recepta, skierowanie oraz zwolnienie lekarskie. Te dokumenty powinny być przekazywane przez lekarzy i placówki medyczne do systemów informatycznych. W dłuższej perspektywie pełna historia medyczna pacjenta ma być dostępna w formie elektronicznej. Placówki będą mogły ją sobie przekazywać, a pacjent sam będzie mógł sprawdzić historię zabiegów lub wyniki badań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Judycki, wiceprezes zarządu Atende Medica oraz prezes Polskiej Izby Informatyki Medycznej.

Miesiąc temu prezydent podpisał ustawę, która wycofuje papierowe zwolnienia lekarskie (L4). W połowie 2018 roku (dokładnie od 30 czerwca) zastąpią je elektroniczne zwolnienia lekarskie. W teorii lekarze mogą wystawiać elektroniczne zwolnienia już od początku ubiegłego roku. W praktyce – według informacji resortu rodziny i pracy – z ponad 23 tys. uprawnionych do tego lekarzy tylko ok. 3 proc. przestawiło się na elektroniczną formę. Pozostali wciąż wystawiają zaświadczenia o czasowej niezdolności do pracy w papierowej, tradycyjnej formie. Za nieco ponad rok stracą taką możliwość.

E-zwolnienia usprawnią przepływ dokumentacji pomiędzy pracownikiem, przedsiębiorstwem i Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Będą też znaczącym ułatwieniem dla pracowników.

Dzięki temu, że dokumenty będą w formie elektronicznej, pacjent nie będzie musiał przynosić zwolnienia do zakładu pracy. Obecnie, jeśli ktoś jest chory i leży w łóżku, to może mieć problem z dostarczeniem L4 w ciągu 7 dni od jego wystawienia. W przyszłym roku zwolnienie będzie przekazywane automatycznie –mówi Tomasz Judycki.

Na początku 2018 roku lekarze zaczną wystawiać pierwsze elektroniczne recepty. W tym tygodniu Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia podało pierwsze informacje dotyczące tego, jak będzie wyglądała integracja e-recepty z systemem. Pacjent, któremu lekarz wystawi receptę, dostanie kod dostępu, który będzie musiał okazać w aptece. Farmaceuta go zeskanuje i wyda lek. Jeżeli znajduje się on na liście refundacyjnej, informacja trafi również do NFZ. Na elektronicznej karcie pacjenta znajdzie się nazwisko lekarza, który wystawił receptę oraz zalecenia dotyczące dawkowania leku.

Według informacji podawanych przez CSIOZ, od stycznia 2020 planowane jest wprowadzenie obowiązku wystawiania recept wyłącznie w formie elektronicznej. W tej formie nie będzie możliwości ich fałszowania, a fundusz będzie mógł lepiej kontrolować wydawanie leków refundowanych. Poza tym zniknąć ma część kolejek do gabinetów lekarskich, w których pacjenci oczekują wyłącznie na przepisanie recepty.

Zniknie też problem błędów na recepcie, które zdarzają się na przykład w numerze PESEL i uniemożliwiają wykupienie leków. Druga korzyść jest taka, że e-receptę będzie można zrealizować w wielu aptekach. Oznacza to, że każdy lek z wystawionej elektronicznie recepty będzie można kupić w innej aptece, co ułatwia życie, kiedy pojawia się problem z dostępnością wszystkich leków w jednej aptece – mówi Tomasz Judycki.

Od października 2018 roku lekarze będą mogli wystawiać elektroniczne skierowania lekarskie. Ta forma stanie się obowiązkowa od stycznia 2021 roku. E-skierowania będą kolejnym elementem, który ma rozładować kolejki, odciążyć personel medyczny i skrócić czas oczekiwania na badania i zabiegi.

Jeżeli pacjent zapisze się do lekarza przez internet lub telefonicznie, nie będzie musiał dostarczać skierowania tak jak do tej pory. Placówka medyczna będzie mogła pobrać to skierowanie automatycznie. Drugą zaletą jest to, że wraz ze skierowaniem do lekarza trafią od razu wszystkie dane pacjenta. Zniknie więc wymóg, że trzeba przyjść do rejestracji 10 minut wcześniej, bo rejestratorka musi założyć kartę i wpisać wszystkie dane – mówi wiceprezes zarządu Atende Medica.

Cyfrowa rewolucja w służbie zdrowia ma przede wszystkim usprawnić jej funkcjonowanie i poprawić jakość opieki nad pacjentami. Jak wynika z ubiegłorocznego sondażu CBOS, 74 proc. Polaków jest niezadowolonych z działania polskiego systemu ochrony zdrowia. Jednocześnie badanie pokazało, że Polacy są gotowi na informatyzację służby zdrowia i już teraz niemal co trzeci (27 proc.) kontaktuje się z lekarzem albo placówką medyczną przez internet.

Problemem może się okazać jednak gotowość szpitali, przychodni i placówek medycznych na informatyzację. W najbliższych latach czekają je rewolucyjne zmiany.

Duże szpitale i przychodnie są w miarę dobrze zinformatyzowane. Problem jest z małymi placówkami. Pojedyncze gabinety prywatne i niewielkie przychodnie najczęściej nie mają żadnego systemu informatycznego, a lekarze prowadzą dokumentację na papierze – mówi Tomasz Judycki – Placówki służby zdrowia, które mają systemy informatyczne i opiekę serwisową, będą do tego przygotowane, dlatego że ich dostawcy dostosują rozwiązania tak, żeby można było przekazywać te trzy dokumenty w wersji elektronicznej. Jeżeli placówka nie ma żadnego systemu, to będzie musiała w to zainwestować i to już wkrótce.

Ze wspólnych badań NFZ i Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia, przeprowadzonych w 2016 roku, wynika, że w Polsce zinformatyzowanych jest 42 proc. szpitali oraz 26 proc. pozostałych placówek medycznych. Relatywnie niski poziom informatyzacji służby zdrowia to powód, dla którego Ministerstwo Zdrowia zdecydowało się przesunąć datę wprowadzenia EDM – elektronicznej dokumentacji medycznej. Aktualny plan zakłada, że e-dokumentacja będzie stopniowo wprowadzana w 2019 roku. Wszystkie dane i dokumenty medyczne będą tworzone tylko w wersji elektronicznej i będą mogły być udostępniane pacjentowi i uprawnionemu personelowi medycznemu. Będzie to wymagać od placówek medycznych systemów i oprogramowania, które umożliwią sprawne zarządzanie i bezpieczeństwo danych.

CSIOZ wypracowało standardy, które musi spełniać oprogramowanie, jednak szpitale i placówki medyczne mają swobodę wyboru w decydowaniu, od kogo je kupią. Zdaniem Tomasza Judyckiego dla przychodni i mniejszych podmiotów najkorzystniejsze będą tanie i bezpieczne rozwiązania chmurowe, które są przy tym proste w obsłudze dla lekarzy i umożliwiają przetwarzanie dużych ilości danych.

Mam na myśli usługę udostępnioną przez internet, gdzie lekarz dostaje login i hasło, może się zalogować i od zaraz prowadzić dokumentację medyczną i obsługiwać swój gabinet. Liderzy IT w tym sektorze mają ofertę oprogramowania chmurowego, które jest bardzo dobrze dostosowane do ich potrzeb. To wygodna sprawa, ponieważ nie jest obecnie problemem zakup czy leasing laptopa, podobnie jak dostęp do internetu, dzięki czemu można łatwo zinformatyzować placówkę medyczną – mówi Tomasz Judycki.

Zegar tyka

Wyniki końcowe brytyjskich wyborów nie są złe. Mamy parlament, w którym żadna partia nie ma większości. Pomimo, że funt spadł, jego reakcja jest wciąż lepsza niż można by się tego spodziewać. Po rozważeniu wszystkiego, równie łatwo moglibyśmy teraz zobaczyć pułap 1.200 na parze walutowej GBP/USD.

Zloto_krótkoterminowy_09_06_2017W ostatniej chwili przed zeznaniami byłego szefa FBI, Jamesa Comeya, ktoś wyraźnie próbował dokonać manipulacji na cenie złota. Zazwyczaj, sprzedając dużą ilość konkretnego towaru, szczególnie w sytuacji, gdy trend wzrasta, doświadczony handlowiec będzie dawał różne polecenia w różnych cenach. W ten sposób, jeżeli cena wzrasta, otrzymuje zysk na każdej jednostce. Wczorajszego popołudnia ktoś złożył polecenie sprzedania złota wartego 4 miliardy dolarów według aktualnej stawki rynkowej. Zostało ono złożone tuż przed zeznaniem Comeya, kiedy rynki były bardzo spokojne, a płynność niska, dając mu tym samym maksymalny wpływ na cenę.

Złoto_długoterminowy_09_06_2017Powód manipulacji jest dosyć jasny. Od początku roku cena tego szlachetnego metalu rosła. We wtorek, nie udało się jej przebić krytycznego poziomu 1300 dolarów, czego skutkiem było delikatne wycofanie. Poprzez wprowadzenie tak dużego polecenia sprzedaży, sprawca całego zamieszania starał się znacznie obniżyć cenę złota, aby nie udało mu się nabrać mocy i przebić cenę 1300 dolarów.

Tymczasem internetowy odpowiednik złota również zachowywał się interesująco. Bitcoin odrodził się po ogromnym wycofaniu sprzed dwóch tygodni i od tamtej pory ciągle notuje rekordowe wysokości na poziomie 2927 dolarów za monetę. Fakt, iż tak szybko doszedł do siebie, jest dobrym znakiem. W przeszłości, za każdym razem, gdy cena Bitcoina wzrastała do rekordowego poziomu, natychmiast następowały kolejne wzrosty. Wysokie notowania były jednak zawsze poprzedzone wycofaniami.

BTC_09_06_2017Również azjatyckie wolumeny zostały nieco stonowane przez ostatnie 24 godziny, a handel rozgrywa się głównie na giełdach spekulacyjnych. Z całą pewnością wiemy, że Bitcoin staje się coraz bardziej przydatny w Japonii i jest obecnie akceptowany w wielu supermarketach. Niemniej jednak, pani Watanabe, handlująca japońska gospodyni domowa, jest bardzo doświadczona. Jeśli poczuje, że będzie mogła kupić coś w lepszej cenie w przyszłym tygodniu, prawdopodobnie będzie miała cierpliwość czekać. Z drugiej strony, jeżeli znów zaczniemy widzieć nowe, rekordowe notowania, może to doprowadzić do panicznego wzrostu zainteresowania, ponieważ analitycy ciągle wywołują cenę 10 000 dolarów za monetę lub więcej.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Quercus TFI S.A. rusza na globalne rynki z nowym funduszem

Arkadiusz Bebel
Arkadiusz Bebel

Quercus TFI S.A. rusza na rynki w USA i Europie Zachodniej w poszukiwaniu szybszego wzrostu i wykorzystania potencjału głównie w obszarze nowych technologii, IT i szeroko pojętej branży medycznej. W tym celu uruchamia subfundusz QUERCUS Global Growth w ramach QUERCUS Parasolowy SFIO. Quercus TFI S.A. liczy na lepszą perspektywę wzrostu wartości globalnych firm, zmniejszenie lokalnego ryzyka i zainteresowanie inwestorów w ciągu 2 lat na poziomie 50 mln zł aktywów.

Spółki nowej gospodarki rosną w długim terminie szybciej niż tradycyjne biznesy, a wybrane przez nas sektory maja dobrą perspektywę wzrostu wartości w długim okresie.” – podkreśla Arkadiusz Bebel, Zarządzający Funduszem.

„Ostatnie kilkanaście lat to znaczne przyspieszenie postępu technologicznego na całym świecie, które skutkuje znacznie szybszym wzrostem zysków spółek technologicznych (EPS – earnings per share). Uważamy, że ten trend powinien być kontynuowany.” – dodaje Arkadiusz Bebel.

QUERCUS Global Growth

QUERCUS Global Growth planuje inwestować zarówno w liderów w sektorze nowych technologii (Apple, Google), jak i rodzące się gwiazdy (IT, biotechnologia). Fundusz będzie służył do ograniczenia lokalnego ryzyka (niewielka ekspozycja na rynek polski), jak i będzie dawał możliwość uzyskania ekspozycji na sektory nieobecne w polskiej gospodarce.

„Ekspozycja na acykliczne sektory (np. biotechnologia) powinna stabilizująco wpływać na wyniki funduszu. Dodatkowo możemy wykorzystywać instrumenty pochodne w celu zabezpieczenia ryzyka części pozycji akcyjnej lub walutowej.” – dodaje Arkadiusz Bebel.

Sektor biotechnologiczny rozwija się w tempie 10-15% rocznie, co jest pochodną rosnących wydatków na ochronę zdrowia, zmian demograficznych, a także rosnących wydatków na badania. „Przed sektorem biotechnologicznym wciąż istnieje wiele wyzwań, a trendy, tj. demografia czy chęć podnoszenia jakości życia, są długoterminowo mocno wspierające. Pomimo dobrej koniunktury na światowych rynkach, notowania wielu spółek biotechnologicznych w ostatnim czasie nie rosły, a indeks NASDAQ Biotechnology znalazł się poniżej krzywej wyznaczającej długoterminowy trend.” – wyjaśnia Arkadiusz Bebel.

Nasdaq

Działanie QUERCUS Global Growth wiąże się z wyższym (niż w przypadku klasycznych funduszy akcji) poziomem ryzyka inwestycyjnego. Udział akcji wynosi 50-100% aktywów. Fundusz może być zarządzany bardziej agresywnie, ale też bardziej elastycznie niż klasyczne fundusze akcji.

Celem QUERCUS Global Growth jest dynamiczny wzrost wartości w długoterminowym horyzoncie czasowym, wyższy niż w przypadku indeksu MSCI World Index, który jest benchmarkiem dla nowego funduszu.

QUERCUS Global Growth jest 10 subfunduszem w ramach QUERCUS Parasolowy SFIO. Sprzedaż jednostek uczestnictwa rozpoczęła się 31 maja br. Minimalna wpłata wynosi 20 tys. zł. Fundusz będzie pobierać stała opłatę za zarządzanie na poziomie 3,3% rocznie oraz – w przypadku uzyskania ponadprzeciętnych wyników – success fee o maksymalnej wysokości 0,5%. Opłata dystrybucyjna wynosi 0-3,3%.

Bezpieczna przyszłość Polaków w Wielkiej Brytanii

Przyśpieszone wybory w Wielkiej Brytanii na nowo roznieciły debatę na temat warunków Brexitu, w tym możliwych zmian w prawie emigracyjnym i ich konsekwencji dla około trzech milionów obywateli Unii Europejskiej zamieszkujących Zjednoczone Królestwo. Na decyzję nowego rządu nie czekają Polacy, którzy już teraz aktywnie dążą do zabezpieczenia swojego pobytu. Rośnie liczba wniosków o przyznanie prawa do stałej rezydentury: tylko w pierwszym kwartale 2017 roku o status ten miało ubiegać się blisko 13 tysięcy naszych rodaków. To najwyższy wynik od czasu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej.

Wzrost zainteresowania formalnym potwierdzeniem prawa do pobytu w Zjednoczonym Królestwie bezpośrednio łączy się z Brexitem. Jak wynika z danych brytyjskiego MSW, w kwartale poprzedzającym ubiegłoroczne referendum podobny wniosek złożyło zaledwie 2476 Polaków, natomiast pomiędzy październikiem a grudniem 2016 – już ponad 10 tysięcy. Liczba ta nie dziwi ekspertów, którzy zaznaczają, że uzyskanie statusu stałego rezydenta jest, obok przyjęcia obywatelstwa, najlepszym sposobem na zagwarantowanie sobie pełni praw po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

  • Rezydentura stała jest swoistym odpowiednikiem zielonej karty, czy też pozwolenia na pobyt przez czas nieokreślony (tzw. indefinite leave to remain). – tłumaczy Angelika Majchrowska z londyńskiej kancelarii Sterling Lawyers. – Dokument ten w zupełności wystarcza, by móc bez przeszkód pozostać na terenie kraju na obecnych warunkach, a wymaga mniej formalności i czasu niż wniosek o obywatelstwo brytyjskie.

Status rezydenta stałego przysługuje tym Polakom, którzy spędzili na terenie Wielkiej Brytanii pięć lat i są w stanie udokumentować swój pobyt. Osoby spełniające powyższe warunki przeważnie mogą być pewne powodzenia: znakomita większość, bo aż 86% wniosków złożonych w ubiegłym kwartale została rozpatrzona pozytywnie. Ważnym jest jednak to, by nie zwlekać z decyzją do ostatniej chwili. Majchrowska podkreśla, że “najlepszy czas na działanie jest teraz, gdy Wielką Brytanię wciąż obowiązuje prawo europejskie” i przestrzega przed możliwymi konsekwencjami dla tych, którzy nie zdążą potwierdzić prawa do stałego pobytu:

  • Wciąż niewiele wiadomo o zmianach w prawie imigracyjnym, jakie przyniesie Brexit. Najczarniejszy scenariusz zakłada zrównanie praw obywateli krajów Unii Europejskiej z tymi, jakie na chwilę obecną przysługują osobom spoza Wspó Wówczas Polacy bez prawa do stałego pobytu musieliby ubiegać się o wizy, by móc kontynuować swój pobyt w Wielkiej Brytanii. – mówi ekspert. – Kolejną możliwością jest wprowadzenie okresu przejściowego, po którym miałoby przysługiwać prawo do rezydentury stałej. Jednak i to rozwiązanie wiązałoby się z koniecznością dopełnienia większej liczby formalności, a także dodatkowym stresem, którego wielu Polaków wciąż może uniknąć.

W podobnym tonie wypowiada się Barbara Drozdowicz z londyńskiej organizacji East European Resource Centre. Jak tłumaczyła w rozmowie z PAP, po Brexicie Polacy „poniekąd staną się obywatelami kraju trzeciego”, w związku z czym ich sytuacja prawna może ulec zmianie, o ile nie uzyskają statusu stałych rezydentów. Równocześnie przestrzega przed fałszywymi organizacjami, które oferują doractwo mimo braku odpowiednich uprawnień. Wtóruje jej Majchrowska, zachęcając wszystkich tych, którzy potrzebują pomocy przy wypełnianiu aplikacji, by zgłaszali się bezpośrednio do prawników:

  • Wniosek o rezydenturę stałą liczy 85 stron i wymaga przedstawienia zaświadczeń w ściśle określonej formie. W razie wątpliwości warto zasięgnąć porady prawnej, gdyż niedopełnienie któregokolwiek z warunków może wiązać się z odrzuceniem aplikacji i koniecznością ponownego uiszczenia opłat urzędowych w przypadku, gdy zdecydujemy się wnioskować po raz drugi. – radzi Majchrowska.

Dodaje również, że w najtrudniejszej sytuacji są ci z emigrantów, którym ze względu na krótki staż na terenie Zjednoczonego Królestwa wciąż nie przysługuje prawo do stałego pobytu. Oni mogą ubiegać się o rezydenturę tymczasową, ale muszą liczyć się z tym, że ich dalsza przyszłość w kraju będzie zależna od przebiegu negocjacji. Niezależnie od wypracowanego porozumienia, Wielka Brytania przestanie być członkiem Unii Europejskiej z dniem 29 marca 2019 roku, chyba że negocjacje zostaną przedłużone co byłoby możliwe wyłącznie za jednogłośną zgodą wszystkich państw członkowskich.

Nowa ustawa skonsoliduje agentów ubezpieczeniowych

  • Trwają rządowe prace nad ostateczną wersją projektu ustawy o dystrybucji ubezpieczeń, dostosowującego polskie prawo do unijnego.
  • Nowe przepisy mają przynieść korzyści klientom, a na tysiącach agentów wymuszą profesjonalizację usług.
  • Aby sprostać ustawowym wymaganiom, sprzedawcy będą konsolidować się w dużych sieciach multiagencyjnych – prognozują przedstawiciele rynku.

Ustawa o dystrybucji ubezpieczeń w nowym kształcie ma dostosować polskie prawo do przepisów obowiązujących w Unii Europejskiej. Zmiany mają przysłużyć się klientom, a na ponad 32 tys. agentów i 230 tys.[1] pracujących dla nich osób wymuszą profesjonalizację usług. Zgodnie z definicją agenci nadal będą działali w imieniu lub na rzecz ubezpieczycieli. Ale po wejściu w życie ustawy dojdą im nowe obowiązki, które sprawią, że ze sprzedawców ubezpieczeń staną się w większym stopniu doradcami ubezpieczeniowymi.

Nowe prawo systemowo zagwarantuje klientom, że to ich interes będzie najważniejszy dla sprzedawców ubezpieczeń. Agenci zostaną bowiem ustawowo zobligowani do oferowania tych produktów, które w największym stopniu odpowiadają potrzebom klientów, nawet jeśli bardziej opłacałoby im się sprzedać inne ubezpieczenie. W ten sposób kupujący mają zyskać pewność, że wybrana ochrona to najlepsze z dostępnych na rynku rozwiązań – tłumaczy Jakub Nowiński, członek zarządu Superpolisa Ubezpieczenia Sp. z o.o.

Aby ten system zadziałał, agenci będą rozpoczynać obsługę klienta od precyzyjnej analizy jego potrzeb i wystawienia mu rekomendacji do zakupu. Klienci mają także otrzymywać ustandaryzowany „Dokument zawierający informacje o umowie ubezpieczenia”, dzięki czemu w przejrzystej formie dowiedzą się wszystkiego o kupowanej ochronie (m.in. zakresie i wyłączeniach odpowiedzialności ubezpieczyciela, sposobie płatności, zgłaszania roszczeń czy możliwości rozwiązania umowy). Pośrednicy będą też informować klientów o charakterze i źródle swojego wynagrodzenia.

Nie wszyscy agenci gotowi na zmiany

Dla wielu działających na rynku pośredników – przede wszystkim małych agencji i działających indywidualnie sprzedawców – spełnienie dodatkowych obowiązków może okazać się zbyt skomplikowane.

Trzeba pamiętać, że polski rynek pośrednictwa ubezpieczeniowego jest bardzo rozdrobniony i większość stanowią na nim niewielkie, często jedno- czy kilkuosobowe agencje. Dla nich przestawienie się ze stosunkowo prostej sprzedaży na bardziej zaawansowany, doradczy model działania może okazać się problemem. Nowa ustawa spowoduje, że wielu sprzedawców będzie musiało niemal z dnia na dzień znacznie podnieść jakość obsługi klienta, a nie da się tego zrobić bez rozbudowanego zaplecza szkoleniowo-biznesowego – uważa Jakub Nowiński.

Zmiany w prawie doprowadzą więc do konsolidacji na rynku pośrednictwa ubezpieczeniowego. Małe podmioty będą dążyły do włączania swojej działalności w struktury dużych sieci multiagencyjnych, które bez trudu dostosują się do nowych przepisów. Ich udział w rynku szacuje się obecnie na ok. 5 proc. W zamian za udział w sprzedaży mniejsi agenci otrzymają dzięki temu narzędzia niezbędne do działania w zgodzie ze zmienionym prawem, dostęp do ubezpieczeń wielu towarzystw, wsparcie szkoleniowe i merytoryczne centrali czy systemy informatyczne do transakcji i rozliczeń. Dzięki temu będą w stanie osiągnąć wymaganą ustawowo jakość obsługi.

Większa koncentracja rynku wydaje się naturalnym kierunkiem dla rozwoju branży także dlatego, że zmieniają się oczekiwania klientów, którzy chcą dziś mieć jak największy wybór ofert różnych ubezpieczycieli – ocenia Jakub Nowiński z Superpolisy Ubezpieczenia. – Nasza multiagencja ma na koncie już cztery konsolidacje ze stosunkowo dużymi podmiotami, współpracujemy także z 3 tys. niezależnych doradców terenowych. W podobny sposób działają także inne duże sieci – dodaje.

Ze statystyk KNF-u wynika, że agentów wyłącznych wciąż jest na rynku najwięcej, ale w 2016 roku w ogólnej liczbie nowo zarejestrowanych pośredników już 40% stanowili multiagenci. Dla porównania: w 2015 roku było to 38%, a w 2014 roku o wiele mniej, bo 32%. W związku z wymaganiami stawianymi przed pośrednikami w nowej ustawie o dystrybucji ubezpieczeń, należy się spodziewać utrzymania tego trendu w kolejnych latach.

Źródło: multiagencja Superpolisa Ubezpieczenia

[1] Dane Komisji Nadzoru Finansowego za 2016 rok.

Wyciek danych klientów największym koszmarem polskich dyrektorów IT

Aby skutecznie podjąć wyzwania cyfrowej transformacji, dyrektorzy IT muszą na nowo ułożyć komunikację i współpracę z otoczeniem biznesowym, a także poradzić sobie z oporem wewnątrz i na zewnątrz organizacji. W przeciwnym wypadku grożą im poważne konsekwencje – to wnioski płynące z najnowszego badania VMware, przeprowadzonego wśród polskich CIO.

W badaniu Transformacja pod presją eksperci VMware przeanalizowali najważniejsze aspekty pracy dyrektorów IT. Zbadane zostały kwestie kluczowe dla technologicznych liderów – ich priorytety, oczekiwania oraz największe obawy. Co wynika z raportu?

  • Jako najbardziej dotkliwą potencjalną konsekwencję błędu działu IT CIO wymieniają spadek zaufania w firmie (97%), a także utratę własnej reputacji na rynku pracy (86%), problemy zdrowotne (72%) oraz utratę stanowiska (60%).
  • 78% dyrektorów IT uznało wyciek danych klientów za potencjalnie najbardziej doniosłe w skutkach niepowodzenie
  • Wśród priorytetów na lata 2017-2020 połowa badanych CIO (49%) wskazuje innowacje dla biznesu. Dla 43% z nich najistotniejsze jest bezpieczeństwo, a dla 37% – zgodność z regulacjami. Co piąta firma postrzega mobilność jako priorytet.
  • Największe parcie na zmiany IT generują zarząd oraz właściciele firmy, podczas gdy regulatorzy i działy wsparcia spowalniają wprowadzanie zmian technologicznych.
  • Komunikacja i współpraca wewnątrz działu stanowią ogromne wyzwanie dla CIO. Badanie pokazuje, że poprawy wymagają głównie relacje na styku bezpieczeństwo-aplikacje i bezpieczeństwo-infrastruktura oraz aplikacje-infrastruktura. Tak się składa, że tu szefowie IT widzą największy problem. Zarazem współpraca między tymi funkcjami jest najważniejsza dla osiągnięcia trzech głównych priorytetów: technologicznych innowacji, bezpieczeństwa i zgodności regulacyjnej.

„W dobie cyfryzacji menedżerowie IT poddawani są ogromnej presji na zmianę. Aby skutecznie podjąć wyzwania muszą na nowo ułożyć komunikację i współpracę z otoczeniem biznesowym, a także złagodzić opór wewnątrz i na zewnątrz organizacji IT” – mówi Stanisław Bochnak, Business Solutions Strategist w firmie VMware.

„Pierwszym etapem transformacji cyfrowej musi być zmiana mentalności otoczenia – tak, by zmiany technologiczne były wyczekiwane przez wszystkich, których praca nabierze dzięki nim nowego charakteru. Dlatego też kluczowa jest właściwa komunikacja” – dodaje Szymon Kowalczyk, CIO – Dyrektor Wykonawczy w TAURON Polska Energia S.A.

* Badanie przeprowadzone przez CIONET Polska na zlecenie VMware wśród 71 dyrektorów IT (Maj 2017).

Chińskie spółki o krok od indeksu MSCI World Equity Index

20 czerwca MSCI Inc. ogłosi decyzję włączenia akcji spółek chińskich kategorii „A” do indeksu MSCI World Equity Index. To już czwarty rok z rzędu kiedy to MSCI próbuje włączyć spółki tej kategorii, jednakże na chwilę obecną bez skutecznie. Jeśli negocjacje tym razem zakończą się pozytywnie to będzie to dla szerokiej grupy zagranicznych inwestorów instytucjonalnych „zielone światło”, że chińscy przedstawiciele sukcesywnie wdrażają założone reformy rynku kapitałowego oraz dążą do ich otwarcia i pełnej liberalizacji.

Główne indeksy krajów rozwiniętych S&P 500, DJI, DAX, CAC40, FTSE, Euro Stoxx, Nikkei, KOSPI na utrzymującej się fali hossy w ujęciu rocznym wzrosły średnio już niemal 20%, natomiast indeksy giełd chińskich: Shanghai Composite wzrósł zaledwie o 5%, natomiast wartość indeksu Shenzhen Composite w dalszym ciągu znajduje się około 6% niżej niż rok temu. Na tle chińskich giełd kontynentalnych wyróżnia się giełda w Hong Kongu, której indeks Hang Seng w ujęciu roczny wzrósł ponad 22%. Można śmiało powiedzieć, że jest to między innymi po części efekt wdrożonego już programu łączącego trzy giełdy: Shanghai-Shenzhen-Hong Kong Stock Exchange Connect Program.

Ponadto, pod koniec maja Chińska Komisja Regulacyjna ds. Papierów Wartościowych (China Securities Regulatory Commission) wprowadziła przepisy mające na celu ograniczenie ilości sprzedawanych akcji w ofertach publicznych. Zgodnie z nowymi zasadami główni inwestorzy, którzy nabyli udziały w spółkach przed pierwszą ofertą publiczną, w każdym kwartale nie będą mogli sprzedać więcej niż 1 procent posiadanych akcji na otwartym rynku. Ograniczenia te według wyliczeń szanghajskiego biura maklerskiego Shenwan Hongyuan Securities Group mogą w przeciągu roku zablokować podaż płynącą od inwestorów mających dostęp do informacji poufnych na kwotę nawet około 1,3 bln juana (191,1 mld USD) do końca 2017 roku i około 2.5 bln juana w 2018 roku. Nowe przepisy można zatem łatwo zinterpretować jako narzędzia stabilizujące rynek w perspektywie krótkoterminowej. Do tej pory wśród chińskich inwestorów można było zaobserwować tendencję do kupowania akcji dużych spółek, a masowego sprzedawania akcji spółek małych i średnich przedsiębiorstw, często tuż po debiucie giełdowym, co mogło skutecznie wpływać na balansowaniem wartością indeksów SSE 50 Index i Shanghai-Shenzhen Small&Midcap 700.

Ponadto, odkąd w czerwcu 2015 roku pękła bańka na chińskich giełdach, a indeks Shanghai SE Composite spadł z poziomu niemal 5180 punktów do poziomu 2650, tak do dzisiaj porusza się on w wąskich widełkach miedzy 2650 a 3300 punktów. Warto dodać, że począwszy od grudnia 2016 roku, chińska Najwyższa Rada Państwa (State Council of People Republic of China) oficjalnie zatwierdziła i wprowadziła program, w ramach którego po raz pierwszy zezwolono 7 państwowym regionalnym funduszom emerytalnym poprzez Krajowy Fundusz Ubezpieczeń Społecznych (National Council for Social Security Fund) na zainwestowanie 2 bilionów juanów (około 300 mld USD) w akcje i obligacje chińskich spółek notowanych na giełdach w Szanghaju, Shenzhen i Hong Kongu. Docelowo kwota ta ma wzrosnąć do 20 bilionów juanów, czyli około 3 bln USD w przeciągu następnych kilku lat. Cao Yuanzheng – główny ekonomista z Bank of China prognozuje, że aktywa państwowych funduszy emerytalnych sięgną poziomu 70 bilionów juanów (10 bilionów USD) do końca 2030 roku. Podążając tropem lokowania aktywów tych Funduszy i według szacunków analityków z China International Capital Corporation i Bank of China International, jak do tej pory Zarządzający tymi Funduszami w znacznym stopniu dokupowywali akcje i obligacje spółek z indeksu CSI 300.

Podsumowując zatem ostatnie 6 miesięcy, można postawić stwierdzenie, że ceny akcji spółek chińskich dość znacząco ustabilizowały się, a wręcz nawet uśpiły inwestorów. Giełdy chińskie jak widać rządzą się własnymi prawami i podążają własnymi ścieżkami nie zważając na bieżące trendy dominującą na innych giełdach. Jednakże, w ostatnim czasie dość mocno wzrósł indeks zmienności SSE 50 Volatility Index (iVX) trakujący 50 największych spółek z giełdy Shanghai Stock Exchange, którego wartość podskoczyła  do najwyższego poziomu w przeciągu ostatnich 5 miesięcy. Takie zachowanie może z jednej stronny sugerować krótkoterminową korektę dla akcji spółek z segmentu blue-chip, lecz z drugiej strony pojawia się szansa na dodanie tej grupy spółek do swojego portfela.  Warto zatem przyjąć postawę selekcyjną i zarzucić przysłowiową wędkę.

Baihui Jiang, AgioFunds TFI S.A.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Przyszły tydzień nie zwalnia tempa pod kątem kluczowych wydarzeń. Największą uwagę przyciągnie decyzja Fed, gdzie podwyżka stóp procentowych jest niemal pewna, ale pod znakiem zapytania stoi kształt polityki w kolejnych kwartałach. Tłem będą decyzje SNB, BoE i BoJ, a także szereg odczytów dotyczących inflacji, sprzedaży detalicznej i rynku pracy.

Przyszły tydzień: FOMC, SNB, BoE, BoJ, CPI z US/GB/PL, sprzedaż detaliczna z US/GB/CA, rynek pracy z WB/AU, PKB z NZ

Decyzja FOMC (śr) jest głównym wydarzeniem w USA. Podwyżka stóp procentowych o 25 pb jest niemal pewna, ale pod znakiem zapytania stoi kształt polityki w kolejnych kwartałach.

Pomimo rozczarowania w ostatnim raporcie NFP oraz innych oznak ostudzenia aktywności gospodarczej, Fed powinien podtrzymać prognozę trzech podwyżek w tym roku, nie wykluczając startu procesu redukcji sumy bilansowej przed końcem roku (choć teraz bez jednoznacznego zadeklarowania terminu). Jest też prawdopodobne, że Fed podtrzyma gotowość do trzech podwyżek w 2018 r. Biorąc pod uwagę, że rynek mocno obniżył oczekiwania (50 proc. szans na kolejną podwyżkę w drugim półroczu i tylko jedną w 2018 r.), determinacja Fed do kontynuacji zacieśniana byłaby pozytywnym impulsem dla USD.
Dane o majowej inflacji CPI i sprzedaży detalicznej zostaną podane na godziny przed komunikatem FOMC, zatem reakcja na nie będzie przytłumiona. W dalszej części tygodnia pod lupę będą wzięte Philly Fed i NY Empire State (czw) oraz indeks Uniwersytetu Michigan, które więcej powiedzą o bieżących nastrojach w biznesie i wśród gospodarstw domowych.

Lżejszy kalendarz z Eurolandu oferuje produkcję przemysłową (śr), bilans handlowy (czw) i finalne szacunki inflacji (pt), choć tuż po posiedzeniu ECB dane mają nikłe szanse przykuć uwagę. Niemiecki ZEW (wt) powinien podkreślać optymizm w stronę perspektyw gospodarczych, więc wrażliwość EUR będzie większa na rozczarowania.

Przyszyły tydzień jest bogaty w wydarzenia z Wielkiej Brytanii i to nawet nie licząc kształtowania krajobrazu politycznego po wyborach parlamentarnych. Inflacja (wt), rynek pracy (śr) i sprzedaż detaliczna (czw) będą preludium do posiedzenia Banku Anglii (czw). BoE powinien utrzymać politykę bez zmian, ale prawdopodobne jest, że Kristin Forbes podtrzyma swój głos za podwyżką. Biorąc pod uwagę powyborczy zamęt, bank w komunikacie może podkreślić ostrożny ton, co może zostać zinterpretowane gołębio. Ogólnie nie widzimy przesłanek za rezygnacją z dotychczasowego negatywnego nastawienia do funta.

W przyszłym tygodniu mamy posiedzenie SNB (czw), które nie powinno przynieść nic więcej poza powtórzeniem, że frank jest przewartościowany. Poza oficjalnym przekazem SNB powinien być zadowolony z miejsca, w którym jest frank. Po wyborach we Francji zniknęło ryzyko gwałtownego umocnienia CHF, ale potencjalne ryzyka polityczne w drugiej połowie roku hamują mocniejsze odreagowanie. Po czwartku niewiele się tutaj zmieni. W Skandynawii inflacja CPI ze Szwecji (wt) przyciąga uwagę, choć nawet wyższy od prognoz wynik może nie wywołać odpowiedzi Riksbanku, który stara się nie wybiegać przed szereg z normalizacją przed ECB.

W Polsce dane makro pozostają drugorzędne, dopóki z RPP nie napłyną sygnały, że zmiana nastawienia jest możliwa w niedalekiej przyszłości. Z tego powodu odczyty CPI (pon), bilansu płatniczego i inflacji bazowej (wt) oraz podaży pieniądza (śr) powinny przejść bez cecha. Najciekawszym dniem dla złotego może być czwartek, jeśli przy niskiej świątecznej płynności przyjdzie się zmierzyć z implikacjami środowego komunikatu FOMC. Jastrzębi wydźwięk FOMC jest większym zagrożeniem dla złotego, ale nie traktujemy tego za wysoce prawdopodobny scenariusz. Mimo to na rynku widać, że popyt na złotego się wyczerpuje i czynniki techniczne mogą wywindować EUR/PLN pod 4,25.

Dane makro w dalszym ciągu pozostają słabym impulsem dla jena i publikowane po weekendzie zamówienia na maszyny (pon) tej opinii nie zmienią. Inaczej bywa przy decyzji Banku Japonii (pt), a ostatnie komentarze prezesa banku Kurody dotyczące rynku walutowego oraz przecieki o rozważanej strategii wyjścia BoJ z polityki QE (na razie czysto hipotetyczne) podnoszą zmienność na JPY. Nie oczekujemy teraz przełomowych decyzji, co przenosi uwagę na relacje USD/JPY z rentownościami długu USA (większy wpływ Fed) i Nikkei (apetyt na ryzyko). Ryzyka przeważają na korzyść powrotu aprecjacji jena.

W Australii na pierwszym planie jest raport z rynku pracy (czw) i w ostatnim czasie zatrudnienie pozostaje jednym z jaśniejszych punktów gospodarki. Rynek może być pełen oczekiwań na kolejny spadek stopy bezrobocia, więc większe zagrożenie będzie po stronie słabszego odczytu. W ostatnich dniach AUD uwolnił się od nadmiernego pozycjonowania na sprzedaż, ale przy neutralnym nastawieniu RBA i negatywnych impulsach z rynku rudy żelaza trudno budować silne przekonanie do trwałości ostatniego odbicia. Wystąpienia wiceprezesa Dabelle (pon, czw) mogą przypomnieć, e termin ewentualnej podwyżki stóp procentowych jest odległy. W Nowej Zelandii PKB za I kw. (czw) jest gwiazda kalendarza z oczekiwaniami pobudzonymi przez lepszy od prognoz wynik z sąsiadującej Australii. Korelacja nie jest silna, więc nie wyciągamy pochopnych wniosków, ale rozczarowujący odczyt może podburzyć dobrą postawę NZD w obliczu generalnie pozytywnego sentymentu rynkowego.

W przyszłym tygodniu z Kanady otrzymamy produkcję wytwórczą (czw) i sprzedaż detaliczną (pt). Sprzedaż jest ważniejsza, a ostatnie odczyty są mocno zmienne z miesiąca na miesiąc, co utrudnia właściwą ocenę sytuacji w gospodarce. W kwietniu sprzedaż wzrosła o 0,7 proc., więc teraz ryzyko wokół danych leży po stornie odreagowania. Jednak przy takim pozycjonowaniu rynku większym zaskoczeniem będzie lepszy odczyt. CAD może więcej zyskać na poprawie danych lokalnych, pod warunkiem że ucieknie spod wpływu dołującej ropy naftowej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Przygotuj się na przyszły tydzień 09.06.2017

Przyszły tydzień zapowiada się bardzo ciekawie. We wtorek poznamy pierwsze ważniejsze dane – brytyjską inflację R/R. Następny dzień, środa będzie zdominowana przez decyzję w sprawie amerykańskich stóp procentowych. O tej samej godzinie poznamy również prognozy gospodarcze FOMC, a 30 minut później odbędzie się konferencja prasowa z udziałem Janet Yellen. W czwartek poznamy brytyjskie oraz szwajcarskie stopy procentowe. Z kolei w ostatni dzień sesji poznamy japoński koszt pieniądza.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Stany Zjednoczone – koszt pieniądza

Ostatnie amerykańskie publikacje danych makroekonomicznych dają dużo do życzenia. Popatrzmy chociażby na piątkową publikację z rynku pracy. Co prawda stopa bezrobocia spadła, ale przybyło tylko 138 tysięcy nowych miejsc pracy w sektorze pozarolniczym, konsensus rynkowy zakładał 181 tysięcy. Rozczarował także wzrost płacy godzinowej, publikacja była zgodna z prognozą, ale niedosyt pozostał. Pomimo tego FED w dalszym ciągu planuje podwyżkę stóp procentowych. Aktualne prawdopodobieństwo kolejnej podwyżki na najbliższym posiedzeniu wynosi 90.6 procenta, zatem sprawa jest już zamknięta – dojdzie do podwyżki.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych

Źródło: Bloomberg

W najbliższą środę poznamy również projekcje makroekonomiczne FOMC, a wraz z nimi słynne fedokropki, czyli prawdopodobną ścieżkę stóp procentowych na kolejne miesiące. Jest to ważniejsza informacja niż sama podwyżka kosztu pieniądza, bowiem złagodzenie stanowiska osłabiłoby znacznie dolara amerykańskiego. Z drugiej strony, utrzymanie obecnej prognozy również powinno osłabić amerykańską walutę.

Na przestrzeni dwóch ostatnich lat amerykańskie władze monetarne zdecydowały się na trzy podwyżki stóp procentowych. Tylko przy dwóch pierwszych doszło do silnego umocnienia USD kosztem innych walut. Fakt ten został zobrazowany na poniższym wykresie za pomocą dwóch zacieniowanych pól.

Notowania indeksu dolara (żółty) na tle stóp procentowych ustalanych przez FOMC

Notowania indeksu dolara (żółty) na tle stóp procentowych ustalanych przez FOMC

Źródło: Bloomberg

Ostatnia podwyżka stóp procentowych nie umocniła amerykańskiej waluty, czyżby powtórka z poprzednich cyklów zacieśniania polityki monetarnej? Jedno jest pewne, przyszłe podwyżki stóp procentowych nie powinny już być determinującym czynnikiem kursu dolara amerykańskie.

Wielka Brytania – koszt pieniądza

Bank Anglii stoi w potrzasku. Z jednej strony mamy rosnącą inflację i bardzo słabą walutę. Z drugiej – ryzyko emigracji kapitału do innych państw, co będzie równoważne ze stratą miejsc pracy oraz spowolnieniem gospodarczym. Na chwile obecną brytyjski bank centralny czeka i obserwuje sytuację, ale gdybyśmy zobaczyli większą presję inflacyjną, to prawdopodobnie podniósłby stopy procentowe. Aktualne prawdopodobieństwo podwyżki kosztu pieniądza zobrazowano na poniższym wykresie. Rynek do końca tego roku nie spodziewa się żadnego działania ze strony władz monetarnych.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w UK

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w UK

Źródło: Bloomberg

Rynek do obserwacji

Kolejna podwyżka tuż za rogiem, dlatego warto obserwować notowania obligacji amerykańskich. Trwałe przebicie poziomu 126.60 powinno zwiastować dalszą deprecjację USD względem innych walut. Z kolei przerwanie linii trendu wzrostowego może przełożyć się na korektę ostatniej wyprzedaży amerykańskiej waluty. Warto zauważyć, że niebawem skończy się miejsce na dalszą konsolidację tuż pod oporem.

Notowania 10-letnich obligacji USA

Notowania 10-letnich obligacji USA

Źródło: Admiral Markets

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Arendarski: Podwyższenie płacy minimalnej może skutkować zwiększeniem szarej strefy

Polski rząd przyjął nową wysokość płacy minimalnej, która będzie wynosić 2080 zł. Zdania są podzielone – pracodawcy uważają, że to duża kwota, a związkowcy chcieliby jeszcze więcej. Rząd znalazł pewną wypadkową życzeń. Przy zmianie płacy minimalnej zawsze powstaje dyskusja czy ona jest w ogóle potrzebna. Większość biorących udział – oprócz skrajnych liberałów, według których to rynek powinien kształtować wysokość najniższego wynagrodzenia – przychyla się do zdania, że jest to osiągnięcie cywilizacyjne oraz pracownik powinien mieć zagwarantowaną stawkę minimalną. Płaca minimalna, średnia oraz podwyżki nie powinny wyprzedzać wzrostu gospodarczego oraz wydajności pracy. Ostatnia podwyżka płacy minimalnej utrzymuje się w granicach rozsądku i trudno mieć do niej zastrzeżenia. Czy podwyższenie płacy wiąże się jedynie z pozytywnymi skutkami? Okazuje się, że niestety nie.

– W wielu branżach wywindowanie stawki – szczególnie godzinowej – spowoduje problemy w funkcjonowaniu – powiedział agencji eNewsroom.pl Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – Myślę o branży firm ochroniarskich, gdzie stawka istniejąca do tej pory skutkowała zwalnianiem dużej liczby pracowników. Przedsiębiorstwa nie godzą się na podwyższanie opłat za ochronę, a obciążane dodatkowymi opłatami firmy ochroniarskie nie są w stanie zbilansować rachunku ekonomicznego. Skutkiem będzie rozwinięcie szarej strefy i ochroniarze będą pracowali poza ewidencją. Dodatkowo może wiązać się to – co jest nawet pozytywne – z zastąpieniem ludzi przez sprzęty. W mniejszych miasteczkach i ośrodkach dla firm działających z małym marginesem rentowności podwyższenie stawki godzinowej i płacy minimalnej może spowodować brak opłacalności w zatrudnianiu pracowników. Tutaj również występuje ryzyko rozszerzenia szarej strefy. Wszystkie czynniki należy wziąć pod uwagę, aby podwyższenie płacy minimalnej nie obróciło się przeciwko nim i nie skutkowało utratą pracy – ocenił Arendarski.