Hybrydowe nowości na Poznań Motor Show 2017

Na tegorocznych targach motoryzacyjnych w Poznaniu widać było rosnącą popularność w Polsce samochodów z napędem hybrydowym. Najwięcej hybrydowych nowości pokazała Toyota – lider tego segmentu rynku. Jednak nie brakowało także ekologicznych premier u innych producentów – głównie samochodów z napędem plug-in hybrid, czyli ładowanych z gniazdka.

Wobec zbliżającego się wprowadzenia kolejnych norm emisji spalin Euro 6c częściowa elektryfikacja samochodów to jedyna droga, żeby utrzymać się na europejskim rynku. O tym, że zmiany są konieczne, przekonują się mieszkańcy dużych europejskich miast, w których poziom smogu zbyt często przekracza poziom bezpieczny dla zdrowia. Oto najciekawsze nowości z rynku hybryd, które marki motoryzacyjne zaprezentowały na Poznań Motor Show.

Toyota

Toyota pokazała w Poznaniu wszystkie najważniejsze modele hybrydowe, w tym 3 nowości. Główną rolę na stoisku tej marki odegrał Prius Plug-in Hybrid drugiej generacji. Dużym powodzeniem cieszył się także Yaris Hybrid po szeroko zakrojonym faceliftingu i Toyota C-HR Hybrid, która zadebiutowała w Polsce w styczniu tego roku.

Prius Plug-in Hybrid drugiej generacji łączy zalety nowego Priusa i auta elektrycznego. Samochód może rozpędzić się do 135 km/h na samym silniku elektrycznym, a jego zasięg w trybie EV wynosi 50 km, po których samochód porusza się w trybie hybrydowym, dzięki współpracy silnika benzynowego i elektrycznego, który jest zasilany energią odzyskiwaną z hamowania. W czasie jazdy duży akumulator trakcyjny jest ponownie doładowywany, aby po kilkudziesięciu kilometrach auto znowu mogło jechać na samym silniku elektrycznym. Dzięki temu rozwiązaniu średnie zużycie paliwa to tylko 1 l/100 km. Do innowacyjnych technologii, jakie zastosowano w Priusie Plug-in Hybrid, należy nowy system ogrzewania baterii, panele fotowoltaiczne na dachu, które zwiększają zasięg auta w trybie EV, oraz klimatyzacja oparta na pompie ciepła z wtryskiem gazu.

C-HR Hybrid to zupełnie nowy model w ofercie Toyoty, który wprowadza do segmentu crossoverów napęd hybrydowy. Pod względem stylistycznym to zupełnie nowa jakość w gamie Toyoty, wyrażające się w połączeniu dynamicznej sylwetki, mocnych przetłoczeń i ostrych linii. Kompaktowy crossover został zbudowany na platformie TNGA, która zapewnia mu nisko położony środek ciężkości, bardzo sztywne nadwozie i bardzo dobre właściwości jezdne. Pod maską pracuje napęd hybrydowy IV generacji o mocy 122 KM, ten sam, który zadebiutował w zeszłym roku pod maską nowego Priusa. Samochód zużywający tylko 3,6 l/100 km i emitujący 82 g/km CO2 jest najbardziej oszczędnym crossoverem na polskim rynku. Wersję z napędem hybrydowym wybiera 80% nabywców nowego crossovera Toyoty.

Już niedługo do salonów wejdzie zmodernizowana wersja Yarisa, która nawiązuje stylistyką do Yarisa WRC 2017. Facelifting wprowadził bardziej dynamiczny wygląd nadwozia, unowocześnione wnętrze, poprawione zawieszenie oraz ulepszony napęd hybrydowy, który ma pracować ciszej niż dotychczas. Toyota Yaris jest jedynym w Polsce przedstawicielem pojazdów miejskich, który daje do wyboru trzy rodzaje napędów – benzynowy, Diesla oraz napęd hybrydowy. Miejskie auto w wersji hybrydowej ma moc 100 KM i zużywa w mieście 3,1 l/100 km. Nowością jest także wprowadzenie pakietu systemów bezpieczeństwa czynnego Toyota Safety Sense do podstawowego wyposażenia auta.

Toyota ma w swojej ofercie w Polsce 7 modeli hybrydowych. Obok nowych modeli pokazanych w Poznaniu są to także Auris Hybrid w wersji hatchback i Touring Sports, RAV4 Hybrid, Prius i Prius+.

Mini

Mini Cooper S E Countryman All4 to pierwsze Mini w wersji hybrydowej plug-in. Napęd hybrydowy składa się z 3-cylindrowego silnika benzynowego MINI TwinPower turbo oraz synchronicznego silnika elektrycznego. Łączna moc 224 KM i przyspieszenie do 100 km/h w 6,8 s. Moc silnika spalinowego przenosi na przednie koła 6-stopniowa skrzynia. Silnik elektryczny napędza poprzez dwustopniową przekładnię tylne koła. Nowy napęd pozwala na pokonanie do 40 km wyłącznie na napędzie elektrycznym, czyli bez emisji CO2. MINI Cooper S E Countryman ALL4 to pierwszy krok w stronę elektryfikacji oferty MINI. W 2019 zadebiutuje w pełni elektryczny model, bazujący na technologii wykorzystywanej przez BMW w samochodach BMW i.

BMW

Główną atrakcją stoiska BMW był BMW 530E iPerformance z napędem plug-in hybrid. Połączenie silnika elektrycznego o mocy 70 kW (95 KM) zasilanego wysokonapięciowym akumulatorem litowo-jonowym o pojemności 9,2 kWh oraz 4-cylindrowego silnika benzynowego TwinPower Turbo o mocy 184 KM pozwala na jazdę na samym silniku elektrycznym na krótkich odcinkach lub przy współpracy obu silników. Zasięg na samym napędzie elektrycznym wynosi ok. 45 km przy prędkości maksymalnej 140 km/h. Nowością jest także aplikacja My BMW Remote na telefon, która wyświetla informacje o samochodzie, np. jego lokalizację, stan naładowania akumulatora i pozostały zasięg. Ładowanie można kontrolować zdalnie za pomocą tygodniowego timera.

Na stoisku bawarskiej marki zostały pokazane wyłącznie samochody z ekologicznymi napędami. Obok premierowego BMW 530E stanęły pozostałe modele z serii iPerformance z napędami plug-in hybrid, czyli BMW x5, BMW serii 3, BMW serii 2 Active Tourer oraz BMW serii 7. Dobrze znane auta elektryczne i3 oraz i8 marka zaprezentowała w nowym kolorze CrossFade.

Hyundai

IONIQ to część globalnej strategii rozwoju marki, w ramach której Hyundai zamierza wprowadzić na rynek do 2020 roku 14 ekologicznych samochodów. Nowy IONIQ plug-in hybrid ma nowy 4-cylindrowy silnik 1.6 GDI o mocy 105 KM i momencie obrotowym 137 Nm oraz silnik elektryczny 45 kW zasilany polimerowymi akumulatorami litowo-jonowymi, zapewniającymi zasięg do 63 km. Samochód zużywa średnio 1,1 l/100 km i emituje 26 g/km CO2. Nowy model dołączył do dwóch wcześniejszych odsłon serii IONIQ, czyli IONIQ Hybrid i IONIQ Electric.

Mitsubishi

Mitsubishi Outlander PHEV jest dostępny od 2014 roku. Model po liftingu z 2017 roku otrzymał między innymi reflektory przeciwmgielne w technologii LED, nową funkcję dającą priorytet elektrycznemu trybowi jazdy, zmodyfikowane zawieszenie i 4 nowe systemy bezpieczeństwa: monitorowanie martwego pola w lusterkach, system ostrzegania o niewidocznych pojazdach nadjeżdżających z tyłu, system zapobiegający kolizjom uzupełniony o funkcję wykrywania pieszych oraz automatyczne światła drogowe.

Kia

Optima Plug-in Hybrid z nadwoziem kombi trafi do europejskich salonów w trzecim kwartale tego roku. W wypadku Optimy Sedan napęd ten jest w ofercie od połowy 2016 roku. Na zespół napędowy składają się dwulitrowa, czterocylindrowa jednostka napędowa GDI oraz silniki elektryczny o mocy 50 kW i polimerowy akumulator litowo-jonowy o pojemności 11,26 kWh. Łączna moc zespołu napędowego wynosi 205 KM, a maksymalny moment obrotowy – 375 Nm. Dzięki takim parametrom zespołu napędowego Optima kombi Plug-in Hybrid zapewnia zasięg na energii elektrycznej wynoszący ponad 60 kilometrów i ma odznaczać się średnią emisją dwutlenku węgla 34 g/km. Nowa odmiana Optimy została zaprojektowana wyłącznie na potrzeby rynku europejskiego. Kombi oferuje bagażnik o pojemności 440 litrów (według VDA), czyli o 133 litry więcej niż Optima Plug-in Hybrid w wersji sedan.

Drugą nowością marki Kia jest Niro Plug-in Hybrid, który trafi do sprzedaży w całej Europie w trzecim kwartale 2017 roku. Zespół napędowy Niro składa się z benzynowej jednostki napędowej GDI 1.6 l z bezpośrednim wtryskiem paliwa oraz z silnika elektrycznego i akumulatora litowo-polimerowego o pojemności 8,9 kWh. Nowa wersja hybrydowego crossovera marki Kia znacząco zmniejsza średnią emisję dwutlenku węgla tego modelu, który jest oferowany również jako klasyczna hybryda. Inżynierowie Kia zakładają, że zasięg samochodu na energii elektrycznej będzie wynosił ponad 55 km. Akumulator znajduje się pod podłogą bagażnika o pojemności 324 l (według VDA) oraz pod tylną kanapą, nie wpływając na przestronność wnętrza Niro.

Raport: Sytuacja mikro i małych firm w województwie lubelskim

Analiza pozycji dużych graczy 10.04.2017

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowymTabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 10.04.2017 1– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Analiza pozycji dużych graczy 10.04.2017 2-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Najciekawsze instrumenty z punktu widzenia raportu COT

Z punktu widzenia raportów COT najciekawiej przedstawiają się metale szlachetne oraz dolar australijski.

Metale szlachetne

W minionym tygodniu złoto zdołało przebić się przez strefę podaży 1252-1263, ale cały ruch został bardzo szybko zanegowany i prawdopodobnie do wybicie przez jakiś nie dojdzie.

Notowania złota, interwał dzienny

Notowania złota, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Niemniej jednak, gdyby do tego doszło, to moglibyśmy zobaczyć ruch w okolicę 1305 dolarów amerykańskich. Do poprzedniego wtorku duzi gracze na rynku grali na przebicie strefy, otworzyli ponad 12 tysięcy długich pozycji.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: CmeGroup

Zatem co dalej z cenami złota? Na chwile obecną należy się wstrzymać, po nieudanym wybiciu zarządzający mogą zacząć domykać długie pozycje, które były kumulowane od trzech tygodni. Następstwem tego może być większa korekta, ale w długim terminie strefa oporu 1252-1263 powinna zostać przebita.

Dolar australijski

Notowania dolara australijskiego po raz kolejny odbiły się od tygodniowej strefy oporu 0.7660-0.775. Natarcie byków okazało się bezskuteczne (i to nie pierwszy raz), polegli. Czy teraz zmierzamy w stronę tygodniowego wsparcia 0.711-0.722?

Notowania AUD/USD, interwał tygodniowy

Notowania AUD/USD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Bardzo prawdopodobne, ponieważ z ostatniego raportu pozycji dużych gracze możemy uzyskać kilka, bardzo interesujących informacji. Po pierwsze, do wtorku poprzedniego tygodnia przybyło 4 tysiące krótkich pozycji. Po drugie pozycje netto po raz kolejny znalazły się na podobnym poziomie (linia zielona), gdzie dochodziło do wyprzedaży dolara australijskiego. W podobnym położeniu są długie pozycje. Obydwa obszary zostały zaznaczone na czerwono.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: CmeGroup

Wyprzedaż dolara australijskiego na rzecz USD rozpoczęła się po tym, jak cena rudy żelaza znalazła się pod presją sprzedających. W długim terminie siła dolara australijskiego podąża za rudą żelaza, ponieważ jest głównym produktem eksportowym Australii. Gdyby na rynku w dalszym ciągu panował duży pesymizm do cen rud żelaza, to następstwem tego byłaby mocniejsza wyprzedaż AUD na rzecz USD.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Wideo z rekruterem zachęcające do aplikowania. Nowość na rynku HR

Nowoczesne organizacje odkryły, że nośne wideo z hasłem „dołącz do nas” są nie tylko ważnym elementem rekrutacyjnym, ale i wizerunkowym. Filmy z rekruterem zachęcające do aplikowania, które dziś są HR-ową nowością, za kilka lat będą najpewniej standardem. Działy rekrutacji zapraszają też do nagrań pracowników albo tworzą prezentacje wideo o firmie.

Obecnie istnieją trzy typy wideo, po które najczęściej sięgają działy HR, gdyż umacniają dobry wizerunek firmy i wspomagają tradycyjną rekrutację. Nowoczesne działy kadr zauważyły, że w Internecie zapanowała moda na wideo. Vlogerzy wypierają blogerów, a tekstowe treści wspomagane krótkim wideo budują doskonałe zasięgi i docierają do wielu kandydatów. Jakie typy wideo tworzą kreatywne działy HR i jaką rolę mają krótkie materiały filmowe.

Wideo autopromocyjne, czyli z kamerą po firmie

To jeden z pierwszych typów filmów, którymi zaczęły wspomagać się w rekrutacjach działy HR – mówi Joanna Żukowska, ekspert serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl. Z reguły trwają od jednej do kilku minut, pokazują wnętrze firmy, uśmiechniętych pracowników. W trakcie filmu pojawiają się hasła „dołącz do nas”, „zacznij z nami karierę”, „aplikuj na www”, „wyślij CV”. Czasem padają obietnice np. atrakcyjne wynagrodzenie, możliwość rozwoju – dodaje Żukowska.

Plusy wideo:

  • firma ma okazję pochwalić się wnętrzem biurowca;
  • zespół potwierdza swoją otwartość, przez co buduje wiarygodność;
  • wideo dociera nie tylko do kandydatów, ponieważ pozytywny przekaz pracuje również na wizerunek firmy na rynku;
  • takie wideo nie powstaje na potrzeby jednej rekrutacji, a działa pośrednio przez długi czas.

Spacer po siedzibie firmy E&Y wykorzystujący możliwość oglądania wideo w technologii 360 stopni.

Filmy z pracownikami w roli głównej

Wideo z pracownikami także wspomaga rekrutację. Czasem filmy pokazują obraz pracy w danym dziale, a czasem historię jednej osoby i np. jej ścieżkę kariery. Pracownicy pokazywani są nie tylko z perspektywy pracownika, ale i po godzinach.

Plusy wideo:

  • uśmiechnięty i autentyczny pracownik, związany kilka lat z firmą, jest doskonałym świadectwem tego, że w firmie dobrze się dzieje;
  • HR-owiec może posłużyć się wideo podczas rekrutacji, chcąc np. pochwalić się atmosferą panującą w firmie;
  • nagranie sprawia, że specjalista poszukujący pracodawcy na lata, może zainteresować się nagraniem;
  • wideo ma rolę rekomendacji.

Przykład wideo promocyjnego serwisu Booking.com wykorzystującego filmiki z podróży pracowników oraz wideo z pracownikami firmy Deloitte.

HR-owiec w kadrze zachęca do aplikowania

Najnowszy typ – wideo z HR-owcami w roli głównej. Po nowatorskie nagrania sięgają duże międzynarodowe korporacje (wideo prezentujące proces rekrutacji stworzyło np. Google), które szukają specjalistów i menadżerów wyższego szczebla. Nagrania mają na celu rekrutację, dlatego HR-owiec opowiada w filmie o tym, kogo i na jakie stanowisko szuka. Wideo często rozsyłane jest do konkretnych, złowionych przez firmę kandydatów, których organizacja chciałaby widzieć w swoich szeregach.

Plusy wideo:

  • firma informuje kandydata, że zależy mu na nim;
  • wideo rekrutacyjne świadczy też o dobrej kondycji firmy i jej wysokiej kulturze organizacyjnej;
  • HR-owiec poprzez wideo, ma szansę dać się poznać kandydatowi.

Wideo-ogłoszenia to najpewniej jeden z kierunków, w jakim pójdą firmy. Tak jak kandydat ma szansę wgrać pliki do aplikacji (CV, list motywacyjny, rekomendacje, zdjęcie), tak samo firmy będą najpewniej częściej dopinać do tradycyjnych ogłoszeń pliki wideo – prognozuje Joanna Żukowska z serwisu MonsterPolska.pl O takim rozwiązaniu warto pomyśleć nie tylko ze względu na jedną rekrutację, ale w kontekście rekrutowania jako elementu budowania marki i coraz popularniejszego employer brandingu – dodaje.

Od 1 stycznia 2017 r. obowiązuje nowy wzór świadectwa pracy – co trzeba wiedzieć?

Od 1 stycznia 2017 r. obowiązuje nowy wzór świadectwa pracy. Zmiany związane są z wprowadzeniem uprawnień dla rodziców, a także koniecznością przekazywania kolejnym pracodawcom informacji o wykorzystanych urlopach wychowawczych. Jakie dane pracodawca zobowiązany jest umieścić w nowym świadectwie pracy?

Na mocy rozporządzenia Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej z 30 grudnia 2016 r. pracodawcy zobowiązani są wystawiać nowe świadectwa pracy. Zasadnicza treść tego dokumentu nie uległa zmianie, jednak obecnie dokument trzeba uzupełniać o informacje, dostosowujące zakres danych do nowych uprawnień rodzicielskich, które weszły w życie 2 stycznia 2016 r. Umożliwienie pracownikowi korzystania w częściach z urlopów związanych z wychowywaniem dziecka oraz z okresu ochronnego wymusiło wprowadzenie komunikacji między pracodawcami w zakresie uprawnień przysługujących pracownikowi u kolejnego pracodawcy. I temu przede wszystkim ma służyć nowy wzór świadectwa pracy.

Nowe dane – uprawnienia urlopowe na świadectwie

Świadectwo pracy to dokument, który pracownik dostarcza kolejnemu pracodawcy. Zawarte są w nim informacje, które mają wpływ na przebieg zatrudnienia w kolejnym miejscu pracy.

Do informacji tych należą m.in. dane o wykorzystaniu urlopów związanych z rodzicielstwem:

  • urlopu ojcowskiego, który może być wykorzystany w 2 częściach do ukończenia przez dziecko 2 roku życia,
  • urlopu rodzicielskiego, który może być wykorzystany w 4 częściach do ukończenia przez dziecko 6 roku życia,
  • urlopu wychowawczego, który może być wykorzystany maksymalnie w 5 częściach do ukończenia przez dziecko 6 roku życia.

Ochrona stosunku pracy, strona wypowiadająca i pozostałe nowe informacje Jednym z istotnych dodatkowych wymogów jest też informacja o wykorzystaniu przez pracownika ochrony stosunku pracy przysługującej w związku z urlopem wychowawczym. Pracownik ma prawo do obniżenia wymiaru czasu pracy w okresie, w którym mógłby korzystać z urlopu wychowawczego, i podlega w tym okresie ochronie – jednak nie dłużej niż przez 12 miesięcy. Kolejny pracodawca powinien zatem wiedzieć, czy pracownik wykorzystał już 12-miesięczny okres ochrony, jeśli w nowej firmie również chciałby skorzystać z obniżonego wymiaru czasu pracy.

Na świadectwie dodano też informację o okresach zatrudnienia i rodzaju wykonywanej pracy. Pracodawca został zwolniony z obowiązku wystawiania świadectwa pracy, gdy zamierza podpisać umowę z tą samą osobą w ciągu 7 dni od dnia rozwiązania lub wygaśnięcia poprzedniej umowy. Zmniejszenie częstotliwości wydawania świadectw przy kolejnych umowach będzie obligowało pracodawcę do wykazania wszystkich okresów zatrudnienia na jednym zbiorczym świadectwie pracy.

Jedną z nowości jest także wprowadzenie zapisu o konieczności przedstawienia na świadectwie strony stosunku pracy, która dokonała wypowiedzenia. Dodatkowo, na żądanie pracownika świadectwo powinno być uzupełnione o informacje o wysokości i składnikach wynagrodzenia oraz uzyskanych przez pracownika kwalifikacjach.

Czy wprowadzona zmiana jest dla pracodawców ułatwieniem?

„Doprecyzowanie informacji przekazywanych przez poprzedniego pracodawcę bez wątpienia ułatwia ustalenie uprawnień pracowniczych w kolejnym miejscu pracy. Nie bez znaczenia jest również to, że do rozporządzenia dołączono pomocniczy wzór świadectwa pracy wraz z objaśnieniem oraz fakt, że zlikwidowano niepotrzebny obowiązek wystawiania świadectw pracy po zakończeniu umowy, jeżeli ten sam pracodawca zawrze z pracownikiem kolejną umowę” – powiedziała Renata Kotecka, Legal Product Owner Sage w Polsce.

Nowe zasady prostowania i uzupełniania treści

Nowością jest również wprowadzenie 3-dniowego terminu na uzupełnienie świadectwa pracy o informacje o orzeczeniu o przywróceniu do pracy. Taki sam termin obowiązuje pracownika w przypadku, gdy pracodawca chce zamieścić na świadectwie pracy informacje o orzeczeniu o odszkodowaniu z powodu nieuzasadnionego rozwiązania umowy bez wypowiedzenia. Pracownik jest zobowiązany przedstawić świadectwo do poprawy w terminie 3 dni od uprawomocnienia się takiego orzeczenia, jednak nie później niż 3 dni od dnia wezwania przez pracodawcę. Termin ten jest liczony od dnia przedłożenia świadectwa pracy przez pracownika.

„Wprowadzenie dodatkowych informacji dotyczących uprawnień zrealizowanych przez pracownika to korzystna zmiana dla pracodawców przyjmujących nowozatrudnionych. Jednak w mojej opinii obecny poziom szczegółowości świadectwa pracy jest nadmierny. Nie wszystkie dane zawierane w dokumencie będą przydatne w nowym miejscu pracy, a ich umieszczanie jest przecież dodatkowym obciążeniem dla firm, które rozstają się z pracownikami. Być może ustawodawca udoskonali świadectwa przy okazji planowanej nowelizacji przepisów” – dodaje Renata Kotecka.

Kolejne zmiany w Prawie Pracy już w 2018 roku

Już od września zeszłego roku trwają prace nad stworzeniem nowych kodeksów pracy. Termin przedstawienia projektu zaplanowano na marzec 2018 r. Według wstępnych informacji Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy planuje stworzyć nowy Kodeks Pracy i Kodeks zbiorowego prawa pracy. Powstaną nowe akty prawne, które mają odpowiadać na zmiany na rynku pracy i służyć poprawie otoczenia prawnego przedsiębiorców.

Wprowadzone i zapowiadane zmiany w Prawie Pracy są elementem pakietu ułatwień dla przedsiębiorców. Będzie więc możliwość przeprowadzenia audytu odnośnie nowo wprowadzonych przepisów i wnioskowania o ujęcie dodatkowych ulepszeń lub zmian w projektowanych kodeksach, jeśli wprowadzone rozwiązania w praktyce nie zdadzą egzaminu.

Do roku 2020 walka z nowotworami, chorobami układu krążenia i układu oddechowego będzie kosztować 4 bln dolarów

W 2015 roku globalne wydatki na służbę zdrowia wyniosły 7 bln dolarów, co stanowiło 10,4 proc. globalnego PKB. Za trzy lata będzie to 10,5 proc. PKB, czyli 8,7 bln dolarów. Jak przekonuje raport firmy doradczej Deloitte „2017 global health care outlook. Making progress against persistent challenges” obecny popyt na usługi zdrowotne i wyzwania finansowe nie powinny się zmienić w najbliższej, a także w dalszej przyszłości. Wśród czynników wpływających na sektor opieki zdrowotnej znajduje się problem starzejącego się społeczeństwa
(a co za tym idzie większa liczba chorych na choroby przewlekłe), dynamiczny rozwój rynków wschodzących, kosztowne innowacje kliniczne, a także rosnąca niepewność gospodarcza.

Analizując tempo wzrostu wydatków na opiekę zdrowotną do 2020 roku, widać różnice pomiędzy poszczególnymi regionami. W Europie Zachodniej będzie to jedynie 4 proc., w Ameryce Południowej 2,4 proc., Ameryce Północnej 4,3 proc., podczas gdy w Azji i Australii będzie to 5 proc., a w gospodarkach będących w fazie transformacji aż 7,5 proc. „W ciągu najbliższych kilku lat nie przewidujemy żadnych zmian w czynnikach kształtujących popyt na usługi zdrowotne na całym świecie. Do roku 2020 średnia długość życia wzrośnie o jeden rok, w wyniku, czego liczba osób powyżej 65-go roku życia zwiększy się o 8 proc., z 559 mln w roku 2015 do 604 mln w roku 2020. Co się z tym wiąże, rośnie zapadalność na choroby przewlekłe, którym sprzyjają: szybkie tempo urbanizacji, siedzący tryb życia, niezdrowa dieta i otyłość” – mówi Oliver Murphy, Partner, Lider  ds. Life Sciences & Health Care w Deloitte. Według przewidywań pomiędzy rokiem 2015 a 2050 na całym świecie zwiększy się liczba przypadków demencji. Szacuje się, że w roku 2015 z demencją borykało się 46,8 mln ludzi w skali globalnej. Prognozy mówią, że liczba ta będzie się podwajać, co 20 lat, by osiągnąć poziom 74,7 mln w roku 2030 i 131,5 mln w roku 2050.

Do roku 2020 połowa globalnych wydatków na służbę zdrowia (ok. 4 bln dolarów) będzie przeznaczana na walkę z trzema głównymi przyczynami zgonów: chorobami układu krążenia, nowotworami i chorobami układu oddechowego.

Z kolei Chiny i Indie to kraje o największej liczbie cukrzyków na świecie (odpowiednio 110 i 69 mln osób). Szacuje się, że na poziomie globalnym liczby te wzrosną z obecnych 415 mln do 642 mln w roku 2040.

Dużym zagrożeniem pozostają choroby zakaźne. Z HIV-AIDS żyje na świecie 36,9 mln ludzi, z czego ok. 70 proc. w Afrycie Subsaharyjskiej. Największym zagrożeniem w Ameryce Łacińskiej jest wirus Zika i związany z nim wzrost częstości występowania mikrocefalii.

Rynki opieki zdrowotnej na całym świecie mają wiele wspólnego, gdyż borykają się z podobnymi wyzwaniami w zakresie ograniczania kosztów, a jednocześnie zaspokajania rosnących oczekiwań pacjentów. Niektóre kraje przeszły lub przechodzą proces odejścia od scentralizowanego systemu zarządzania i finansowania ochrony zdrowia na rzecz jego decentralizacji (Australia, Wielka Brytania czy Meksyk). Uwaga osób zarządzających systemami opieki zdrowotnej powinna zwrócić się również w stronę tańszej profilaktyki i holistycznego podejścia do zdrowia oraz jego promocji niż doraźnego leczenia pojedynczych chorób.

Osobnym problemem pozostaje jak najszerszy dostęp do opieki zdrowotnej. Najlepszym dowodem na to, że z tym zagadnieniem nie uporały się nawet największe gospodarki świata jest USA, gdzie wciąż duża część społeczeństwa pozostaje poza systemem świadczenia usług medycznych. Jak dowodzi raport Deloitte praktycznie we wszystkich regionach świata, w tym w Europie Środkowej i Wschodniej, w ciągu najbliższych kilku lat będziemy mieć do czynienia ze zmniejszającą się liczbą łóżek szpitalnych. I tak w gospodarkach w fazie transformacji w 2010 roku na 1000 mieszkańców przypadało 8,29 łóżek, a w 2020 roku będzie to 7,7 łóżek. W Europie Zachodniej było to odpowiednio 5,14 i 4,81 łóżek, a w Ameryce Północnej 2,91 i 2,81 łóżek. Ich wzrost z 2,05 do 2,12 w omawianym okresie zostanie odnotowany jedynie w Ameryce Południowej. Poprawie sytuacji, także w kwestii niewystarczającej liczby personelu medycznego, nie sprzyjają niekontrolowane ruchy migracyjne, kryzys uchodźczy czy walka z szybko rozprzestrzeniającymi się chorobami, spowodowanymi przez wirusy Ebola czy Zika. Jednym ze sposobów na braki infrastrukturalne jest partnerstwo publiczno-prywatne (PPP), stosowane m.in. w Meksyku czy Australii.

Lekarstwem na bolączki w sektorze zdrowia są m.in. nowoczesne technologie. Raport Deloitte wymienia dziesięć innowacyjnych rozwiązań, których wpływ na opiekę zdrowotną może być największy:

  • Sekwencjonowanie DNA następnej generacji,
  • Drukarki 3D,
  • Immunoterapia,
  • Sztuczna Inteligencja,
  • Diagnostyka w miejscu udzielania świadczeń medycznych (POC)
  • Wirtualna rzeczywistość,
  • Media społecznościowe,
  • Biosensory i czujniki przesyłające dane medyczne,
  • Wygodna opieka medyczna, m.in. w „retail clinic”,

Z danych Deloitte wynika, że 58 proc. pacjentów w USA poprosiło lekarza o receptę za pomocą aplikacji w swoim telefonie komórkowym, a 49 proc. badanych interesuje się możliwościami, które oferuje telemedycyna w przypadku opieki po zabiegach chirurgicznych. Ich główną obawą jest jednak strach przed kradzieżą lub udostępnieniem ich danych medycznych osobom postronnym.

Osobnym zagadnieniem pozostaje zgodność z regulacjami. Na całym świecie opieka zdrowotna jest jednym z najbardziej uregulowanych i kontrolowanych środowisk, w którym kontroli podlegają, jakość i bezpieczeństwo usług, obrót podrabianymi lekami czy działania mogące mieć znamiona korupcji. W ostatnich latach do tego grona, ze względu na ogromną ilość zbieranych i przechowywanych danych medycznych, należy dodać również bezpieczeństwo cyfrowe.

– Efektem tak znacznego uregulowania jest niestety wolniejsze tempo wdrażania innowacji w służbie zdrowia niż w innych obszarach gospodarki. Obserwujemy już jednak pierwsze pozytywne sygnały w postaci rozpoczęcia finansowania pewnych obszarów telemedycyny – mówi Robert Kauf , Ekspert ds. Life Science and Health Care w Deloitte – Największych korzyści  dla firm, z sektora Health Care  upatrywałbym właśnie w obszarach innowacji zastępujących produkty lub kanały kontaktu obecnie stosowane, jak np. protezy drukowane w 3D lub właśnie telemedycyna, ponieważ nie wymagają one znaczącej ingerencji w kształt systemu służby zdrowia. Fakt ten może znacząco przyspieszyć możliwość ich adopcji przy zapewnieniu odpowiedniego finansowania – dodaje.

Mieszkania pod wynajem dają zarobić lepiej niż lokata w banku

Inwestycja w mieszkania na wynajem to jeden z najpopularniejszych i najbardziej rentownych sposobów na lokowanie kapitału w Polsce. Obecnie umożliwia nawet 3-krotnie wyższą rentowność niż lokaty bankowe. Gdzie można osiągnąć najwyższą stopę zwrotu z wynajmu lokalu mieszkalnego? Jak pokazuje analiza w raporcie E-VALUER INDEX 2017, niekoniecznie tam, gdzie byśmy się tego spodziewali. Co więcej, na horyzoncie pojawiają się nowe perspektywy inwestycji w ten segment rynku.

Raport E-VALUER INDEX 2017 zawiera analizę rynku najmu dla wybranych 8 miast wojewódzkich, przygotowaną przez ekspertów od wyceny nieruchomości z Emmerson Evaluation. Raport pokazuje, że w niedawno wybudowanych budynkach (oddanych do użytku w latach 2014-2016) zakres stóp zwrotu[1] z wynajmu dla analizowanych miast osiąga wartość nawet do 6%. Co ciekawe, zyski z inwestycji w mieszkanie na wynajem wcale nie są najwyższe w największych polskich aglomeracjach. To miasta takie jak Lublin, Białystok, Szczecin czy Łódź mają wyższą stopę zwrotu z wynajmu, mieszczącą się w zakresie 5-6,1%. W Warszawie wskaźnik ten waha się już między 4,6-5,4%.

mieszkania na wynajem zyski

Duża część mieszkań kupowanych w ostatnich latach była nabywana za gotówkę. Według naszych danych, w 2016 r. takie zakupy stanowiły aż 60 proc. wszystkich transakcji na rynku pierwotnym. Spora część z nich była z pewnością formą lokaty kapitału. Nic dziwnego, bo zwrot z inwestycji w nieruchomość na wynajem jest nadal dużo wyższy niż z innych bezpiecznych form lokowania oszczędności – komentuje Dariusz Książak, Prezes Zarządu Emmerson Evaluation. Średnia rentowność wynajmu mieszkań może być bowiem nawet 3-krotnie wyższa w stosunku do oprocentowania na lokatach bankowych, dodaje ekspert.

Eksperci Emmerson Evaluation podkreślają zarazem, że atrakcyjność inwestycji w nieruchomości pod wynajem jest uzależniona od wysokości stóp procentowych ustalanych przez NBP. Wzrost stóp przekłada się np. na korzystniejsze oprocentowanie lokat bankowych, a jednocześnie podnosi koszt kredytów hipotecznych, które też są zaciągane pod niektóre inwestycje. Efektem jest niższa atrakcyjność zakupu mieszkania pod wynajem jako formy lokaty kapitału.

Inwestujemy najczęściej w 2-pokojowe mieszkania

Eksperci Emmerson Evaluation dokonali także analizy rynku najmu nowych mieszkań (oddanych do użytku w latach 2014-2016) w wybranych miastach pod względem liczby pokoi. Wyniki jasno wskazują, że zdecydowanie dominuje tam najem mieszkań 2-pokojowych. Takie lokale stanowią zwykle ponad połowę wynajmowanych, przy czym ich udział waha się od 50% w Białymstoku do nawet 68% w Poznaniu. W drugiej kolejności wynajmowane są mieszkania 3-pokojowe, które największą popularnością cieszą się w miastach Wschodniej Polski – Białymstoku (38%) i Lublinie (30%). Wśród analizowanych lokalizacji tylko w Poznaniu minimalną przewagę nad nimi uzyskały kawalerki (16%).mieszkania na wynajem statystyki

Rynek najmu przyciąga nowych inwestorów

W kontekście rynku najmu warto poruszyć także kwestię programu Mieszkanie Plus, który ma zapewnić możliwość wynajęcia nowego mieszkania przez osoby, których nie stać na zakup własnych czterech kątów. W założeniu programu, czynsze w tych inwestycjach mają być niższe o ok. 20% niż średnia rynkowa. – Niższe stawki najmu w ramach programu Mieszkanie Plus miałyby jednak zapewnić inwestorom porównywalne stopy zwrotu z uzyskiwanymi obecnie na rynku. Głównie dzięki tańszym technologiom, które mają być zastosowane przy budowie mieszkań objętych programem – przypomina ekspert.

Specjaliści z Emmerson Evaluation podkreślają także w raporcie, że w dłuższej perspektywie możemy spodziewać większego zainteresowania rynkiem najmu wśród podmiotów instytucjonalnych posiadających portfele kilkudziesięciu czy kilkuset mieszkań. – Za pakietowymi zakupami mieszkań rozglądają się też inwestorzy z zagranicy. Co więcej, część deweloperów rozważa możliwość budowania inwestycji, które będą przeznaczone nie na sprzedaż, a właśnie pod wynajem – dodaje Dariusz Książak.

REIT-y nową opcją dla chcących inwestować w wynajem?

REIT-y (skrót od ang. Real Estate Investment Trust) to fundusze inwestujące w lokale na wynajem. Często charakteryzują się specjalnym statusem podatkowym, są np. zwolnione z większości podatków firmowych. Obecnie nad wprowadzeniem REIT-ów do obrotu gospodarczego w Polsce pracuje Ministerstwo Finansów. W pierwszych założenia ustawy o REIT-ach podmioty te miały być ograniczone tylko do inwestowania na rynku nieruchomości komercyjnych, jednak aktualnie Ministerstwo rozważa również opcję dopuszczenia funduszy na rynek mieszkaniowy. Za taką formą realizacji inwestycji w ramach programu Mieszkanie Plus optuje także Fundusz BGK Nieruchomości, który widzi w REIT-ach szansę na współfinansowanie przez inwestorów rozwoju programu Mieszkanie Plus. Nic więc dziwnego, że Ministerstwo chce wprowadzić odpowiednie regulacje jak najszybciej, być może już na początku przyszłego roku. – Gdyby faktycznie od początku 2018 roku REIT-y zostały dopuszczone na polskim rynku, to drobni inwestorzy indywidualni zyskaliby nową możliwość inwestowania poprzez nabywanie udziałów w REIT-ach. Udział w nich zapewnia bowiem coroczną wypłatę z zysków uzyskanych przez fundusz z wynajmu posiadanych nieruchomości – zauważa ekspert Emmerson Evaluation.

[1] Stopa zwrotu z wynajmu została obliczona jako relacja rocznego dochodu możliwego do uzyskania z wynajmu nieruchomości do ceny transakcyjnej mieszkań, w ośmiu polskich miastach. Przyjęty model uwzględniał szacunkowy koszt opłat administracyjnych w poszczególnych lokalizacjach, zryczałtowany podatek od przychodów z wynajmu w wysokości 8,5% oraz straty w dochodach związanej z 1,5-miesięcznym okresem przeznaczonym na poszukiwanie nowego najemcy.

Kurs dolara – sytuacja na rynku walutowym

Jastrzębi Dudley pomógł dolarowi otrząsnąć się po niejednoznacznym wydźwięku danych z rynku pracy USA. Redukcja sumy bilansowej może być obok, a nie zamiast podwyżek stóp procentowych, co może odmienić perspektywy USD w średnim i długim terminie. Dobrze by jednak było, gdyby prezes Yellen dziś wieczorem potwierdziła rynkowe przypuszczenia. Poza tym napięcia geopolityczne nadają tła, nie zapominając o odliczaniu do wyborów we Francji.

To dość zabawne, że w ostatnim czasie komunikacja bankierów centralnych z rynkiem finansowym odbywa się na zasadzie: najpierw mówię raz, później tłumaczę o co faktycznie mi chodziło.

W marcu na świeczniku był ECB i dyskusja, czy bank z podwyżkami stóp procentowych poczeka do zakończenia QE? Teraz uwaga przeniosła się na Fed w kwestii redukcji sumy bilansowej. W piątek Wiliam Dudley z Fed w Nowym Jorku powiedział, że rynek źle go zrozumiał tydzień wcześniej, kiedy on zasugerował „małą przerwę” w podwyżkach. Choć zaznaczył, że decyzja o redukcji sumy bilansowej może wpłynąć na decyzję o podwyżce w krokiem terminie, tak teraz uściślił, że „przerwa już ma miejsce, a mała przerwa jest jeszcze krótsza”. Innymi słowy, rozpoczęcie procesu redukcji sumy bilansowej nie musi przyhamować tempa podwyżek raz na pół roku, czyli obecne oczekiwania na co najmniej dwa kroki do końca tego roku i trzy w 2018 r. nie są wygórowane. Co więcej, redukcja sumy bilansowej jest dodatkowym (a nie zastępczym) elementem zacieśniania polityki pieniężnej z istotniejszym oddziaływaniem na długi koniec krzywej rentowności. Oprocentowanie 10-latek skoczyło w piątek z 2,30 proc. do 2,38 proc., za czym podążył dolar. W tym tygodniu ruch może być kontynuowany, choć przydałoby się, żeby prezes Fed dziś wieczorem (22:00) powtórzyła stanowisko Dudleya. Ich poglądy zwykle są zbliżone, więc szanse na to są dość duże, szczególnie że obraz techniczny jest sprzyjający dla USD.

Raport z rynku pracy USA miał wpływ na chwilę, gdyż wstępne rozczarowanie niskim odczytem zmiany zatrudnienia (podziękowania za reakcję należą się algorytmom transakcyjnym) zostało szybko wymazane, gdyż ogólny wydźwięk odczytu nie był wcale negatywny. Wprawdzie zatrudnienie przyrosło tylko o 98 tys. (prog. 180 tys.), to średnia za ostatnie trzy miesiące wynosi imponujące w tej fazie cyklu 185 tys. W szczegółach dla przykładu dobra pogoda w lutym przyspieszył prace na budowach, a atak zimy w marcu odwrócił efekt. Co więcej, w badaniu gospodarstw domowych przyrost zatrudnienia wyniósł 472 tys. (dane do NFP pochodzą od firm), co przełożyło się na spadek stopy bezrobocia do 4,5 proc. z 4,7 proc. Tym samym stopa bezrobocia znalazła się na poziomie, który w opinii wielu członków FOMC jest poniżej jest traktowane jako stan pełnego zatrudniania. Fed raczej nie wyciągnie pochopnych wniosków z jednego raportu, ale stwierdziłbym, że jesteśmy bliżej niż dalej kolejnej podwyżki w czerwcu. Kolejny raport, jeśli „wygładzi” wahania zatrudnienia, może wyraźnie ożywić debatę o kolejnej podwyżce.

Dolar pozostaje silny, a ponadto napięcia geopolityczne pomagają mu względem walut rynków wschodzących i surowcowych. Konflikt w Syrii psuje relacje USA z Rosją, choć pośrednio pomaga utrzymać ceny ropy wyżej. W ten sposób CAD może się relatywnie bronić przy słabości AUD i NZD. Przy względnie pustym kalendarzu przez większą część tego tygodnia, obawy inwestorów mogą położyć się cieniem na nastroje. Przy odliczaniu ostatnich dwóch tygodni do wyborów we Francji aktywa europejskie mogą doliczać premię za ryzyko polityczne. Przełamanie 1,06 przez EUR/USD może okazać się trwalsze, ale też EUR/JPY może znaleźć więcej sprzedających. W przypadku złotego, EUR/PLN kolejny raz zatrzymał spadki przed 4,21, ale wspomniane potencjalne ryzyka mogą przeszkodzić w kupowaniu polskiej waluty. Bardziej wymowne mogą być wzrosty USD/PLN ponad 4,00 przy spadkowym klimacie na eurodolarze.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Szewczak: Rząd nie powinien pozbywać się tak poważnego instrumentu, jakim jest KNF

Do Sejmu wpłynął projekt podporządkowujący i włączający Komisję Nadzoru Finansowego do Narodowego Banku Polskiego. Komisja Finansów Publicznych nie zdążyła zapoznać się z tym projektem. Zdziwienie i wątpliwości budzi pozbycie się tak poważnych instrumentów, które skutecznie oddziałują na rynki, banki oraz firmy ubezpieczeniowe. Przeniesienie KNF do tak poważnej instytucji, jaką jest bank centralny, będzie skutkować relacjami wpływającymi na rynki. NBP wchodzi przecież w pewne relacje z bankami komercyjnymi i udziela im pomocy.

– Jest to wielkie wyzwanie i bardzo duża operacja logistyczna – powiedział agencji eNewsroom.pl Janusz Szewczak, Poseł na Sejm RP – Nie jest to wyłącznie zmiana prawna, ponieważ dotyczy olbrzymiego obszaru – giełdy, domów maklerskich, spółek skarbu państwa, firm ubezpieczeniowych, itd. Narodowy Bank Polski miałby decydować o tym, kto będzie zatwierdzony na stanowisko danego banku lub firmy ubezpieczeniowej – co do tej pory było domeną pracowników KNF, którzy podlegali bezpośrednio Premierowi i Rządowi. Zobaczymy, jaki będzie kształt projektu i co znajdzie się w zapisach. Operację należy bardzo poważnie przedyskutować – również publicznie – oraz przeanalizować w gronie ekspertów. Jednak ze względu niebezpieczeństwa i kształtowanie się polityki, takim narzędziem powinien dysponować rząd – dodał Szewczak.

Komentarz walutowy: Kurs dolara, euro, funta 10.04.2017

Mieszane dane z rynku pracy Stanów Zjednoczonych chwilowo osłabiły dolara, by w kilka godzin po publikacji, dodać paliwa do umocnienia się dolara. Z racji braków czynników krajowych sytuacja par ze złotym jest zależna od ruchów na eurodolarze. Na szerokim rynku nie ma w tym tygodniu bardzo znaczących wydarzeń, przez co oczekiwana zmienność cen będzie mniejsza. Ponadto jest to tydzień przedświąteczny, a wolny piątek w wielu krajach Europy dodatkowo wystudzi rynek. Ważne wydarzenia makroekonomiczne notować będziemy w Japonii, Chinach i Wielkiej Brytanii. Jednak Jen i Juan nie mają znaczenia wprost na złotego, ale mogą zmienić sentyment na głównej parze.

Kurs dolara USDPLN

W piątek dolar najpierw przetestował poziom 3,96, a po danych, po raz kolejny zaksięgował 3,99, gdzie nastąpiła lokalna konsolidacja. Z punktu widzenia psychologicznego jest to ważny poziom, gdyż jego wybicie góra otworzy drogę do 4,02, gdzie wypada równość korekt oraz mierzenie 61,8% FIBO ostatniego impulsu spadkowego. W przypadku powrotów do spadków wsparciem pozostaje strefa popytu na 3,96.

Kurs dolara wykres

Kurs euro EURPLN

EURPLN zachował się zgodnie z ruchem na eurodolarze. Wraz z piątkowym umocnieniem się dolara, euro straciło w stosunku do złotego. Zrealizował się wariant spadkowy i cena po raz kolejny przetestowała ważne lokalne wsparcie na 4,21. Był to kolejny test tego poziomu, co pozwala snuć podejrzenie, że podaż może wyłamać ten poziom dołem, wyrysowując nowe dołki. W przypadku ruchu w dół wsparciem będzie poziom 4,19. W przypadku ruchu w górę oporem będzie lokalny szczyt przy 4,26, a następnie poziom 4,2850, gdzie wypada mierzenie 50% Fibo z ostatniego impulsu spadkowego oraz górne ograniczenie formacji 1 do 1.

Kurs euro EURPLN wykres

Kurs funta GBPPLN

Kurs funta GBPPLN wykresOd początku kwietnia funt nie może pokonać linii trendowej wyrysowanej po szczytach z 5 grudnia 2016 i 23 lutego. Dodatkowo słabe dane z brytyjskiej gospodarki zrzuciły cenę w rejony 4,92, testując niemal poziom szczytu fali 1 z 29 marca. Nowy tydzień stoi pod znakiem wielu danych z Wielkiej Brytanii, co daje szansę popytowi na pokonanie linii trendowej i zakończenie wzrostowej 5-tki, księgując poziom 5,02, gdzie wypada mierzenie 61,8% FIBO impulsu spadkowego oraz równość korekt w trendzie.

Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Komentarz walutowy: Kurs dolara, euro, funta 10.04.2017 3

źródło: opracowanie własne ergokantor.pl

Hosso trwaj!

Koniec hossy trwającej w USA nieprzerwanie od 8 lat był już kilkakrotnie zapowiadany. Chociaż w ostatnich dniach sesje światowych giełd kończyły się niewielkimi spadkami, to pierwszy kwartał tego roku można zaliczyć do udanych. Indeksy pięły się do góry, bijąc historyczne rekordy. Wiara inwestorów w powrót koniunktury na światowe rynki jest wielka. Jednym z liderów wzrostów w ostatnim czasie jest warszawska giełda.

Byki rządzą na nowojorskim parkiecie od 8 lat. Zwyżki zaczęły się w 2009 r. po głębokiej bessie wywołanej przez kryzys finansowy 2008 r. Ceny akcji potaniały w tym czasie 20 proc. Kto nie spanikował i został w grze, dzisiaj gratuluje sobie zysków. W ciągu 8 lat indeks S&P 500 zyskał 249 proc.

Obecna hossa to drugi co do długości okres prosperity na amerykańskim rynku kapitałowym, licząc od końca II wojny światowej. Poprzednia szarża byków trwała aż 113 miesięcy. Zaczęła się jesienią 1990 r., a zakończyła wiosną 2000 r. Rynek urósł w tym czasie o 427 proc. Gigantyczne wzrosty skończyły się równie spektakularną klapą związaną z pęknięciem banki dotcomowej, wywołanej gorączką inwestycji w firmy internetowe. To właśnie wiara w nową gospodarkę napędzała wtedy wzrost na światowych giełdach.

Rynek coraz częściej zastanawia się gdzie są granice obecnie trwających zwyżek. Od 2009 r. amerykańska giełda zaliczyła tylko cztery korekty, rozumiane jako łączny spadek kursu o 10 proc. i więcej. Przez cały ten okres zdarzyło się jednak tylko raz, w październiku 2011 r., że jednodniowy spadek był większy niż 1 proc.

Ostatnia korekta w Stanach miała miejsce na początku 2016 r. Cały ubiegły rok upływał pod znakiem obaw o perspektywy światowej gospodarki, pozostającej w cieniu ważnych wydarzeń politycznych, takich jak Brexit i wybory prezydenckie w USA. Zapowiedź wyjścia Wielkiej Brytanii z UE wcale nie doprowadziła do katastrofy, a tylko chwilowej przeceny akcji. Natomiast wygrana Donalda Trumpa, postrzegana czasem w kategoriach apokalipsy, tchnęła nowego ducha w byki. Od wyborów w listopadzie 2016 r. S&P500 zyskał 10 proc. Pożywką do wzrostów były oczekiwania na efekty polityki nowego prezydenta, który zapowiadał cięcia podatków, inwestycje infrastrukturalne i deregulację gospodarki.

Wiara w konsumenta

Wiara w realizację zapowiedzi wyborczych mocno osłabła po, przeprowadzonej w marcu, nieudanej próbie odwołania reformy opieki medycznej poprzedniego prezydenta Baracka Obamy. Była to jedna ze sztandarowych obietnic Donalda Trumpa. Okazało się, że nowy prezydent nie jest w stanie zbudować większości dla ustawy, nawet we własnej partii.

Rynek odebrał wiadomość o przegranej prezydenta jak policzek. Po ostatnim marcowym weekendzie akcje poleciały w dół i przez rynek przetoczyła się dość gwałtowna przecena. Traciły nie tylko walory spółek medycznych, mocno zyskujące przez ostatnie miesiące w związku z planowanymi nowymi regulacjami, ale także spółki surowcowe, budowlane, produkcyjne. Na czerwonym polu znaleźli się wszyscy, których postrzegano jako beneficjentów przyszłych reform Trumpa. Rynek ocenił, że skoro administracja nie jest w stanie zbudować większości dla ustawy o opiece zdrowotnej i ubezpieczeniach, pod znakiem zapytania stoi powodzenie także innych reform.

Kiedy wydawało się, że podkopana wiara w skuteczność Trumpa doprowadzi do głębszej korekty, po jednym dniu spadków indeksy znowu poszły w górę. Paliwem stały się informacje z rynku konsumenckiego, w którym nastroje wzrosły do najwyższego poziomu od 16 lat. To właśnie one, wraz z niskim bezrobociem i dużą skłonnością do wydawania, dały podstawę do snucia prognoz, że prosperity w amerykańskiej gospodarce wkroczyła na twardy grunt. To nakręciło kursy akcji. Podobnie jak w przypadku przyrzeczeń wyborczych prezydenta, rynek kupuje nie fakty, a zapowiedzi. Niemniej dobre nastroje nie przekładają się jeszcze ani na zamówienia w przemyśle, ani na produkcję.

Czy zatem hossa w USA nie ma końca? Wskaźniki sugerują, że akcje jeszcze nie są jeszcze wyceniane za wysoko. W momencie wybuchu bańki dotcomowej relacja cena/zysk dla spółek indeksu S&P500 wynosiła 30. Obecnie jest to około 25. Niemniej, aktywa są najdroższe od 2004 r.

Amerykański parkiet wciąż jest silny. Wprawdzie Trumpowi nie udało się zmienić Obamacare, ale rynek wydaje się nadal liczyć na to, że wprowadzi on w życie zmiany w systemie podatkowym oraz program wydatków infrastrukturalnych. Dopiero porażka któregoś z tych projektów może wywołać poważną przecenę.

Hossa w Warszawie

Ubiegły rok był słaby dla warszawskiego parkietu. W dół ciągnęły go największe spółki z sektora energetycznego i bankowego. Ożywienie zawitało na GPW z początkiem zimy. Od stycznia nastał okres prosperity i, licząc od początku roku, Warszawa znalazła się w ścisłej światowej czołówce pod względem wzrostów. WIG20 zyskał od początku roku 15 proc. Wśród najlepszych znalazła się też Turcja, która zanotowała YTD 13,4-procentową dynamikę. Trzeba pamiętać, że tamtejsza giełda miała wyjątkowo nieudany 2016 r. i lokalne aktywa stały się po prostu tanie. Liderem wzrostów jest Argentyna, której giełda nieprzerwanie i bardzo dynamicznie rośnie od 2013 r. W tym roku zanotowała już 23 proc. na plusie (dynamika w 2016 r. wyniosła 55,51 proc.).

W dłuższej perspektywie warunki dla inwestowania na giełdzie mogą okazać się niezłe. Dobra koniunktura oraz korzystne prognozy dla polskiej gospodarki będą sprzyjać wynikom spółek. Wraz z poprawą rokowań dla światowej gospodarki zmienia się także podejście do rynków wschodzących – zauważa Piotr Marciniak, Dyrektor Zarządzający BGŻOptima.

Pierwsza połowa 2016 roku była mało udana dla rynków wschodzących, głównie z uwagi na spadające ceny ropy i obawy o stan chińskiej gospodarki. W drugiej części roku koniunktura odwróciła się. Obecnie prognozuje się na ten rok dynamiczny wzrost PKB w krajach zaliczanych do emerging markets, zdecydowanie wyższy niż w krajach rozwiniętych. Powinno się to przełożyć na wzrost dochodów i zysków firm. Tym samym wydaje się, że są to kierunki godne uwagi przy podejmowaniu decyzji gdzie ulokować pieniądze.

MiSie w cenie

Na warszawskiej giełdzie trudno wskazać konkretny sektor z dużym potencjałem wzrostu. Liderem zwyżek na początku roku były banki (WIG-Banki poszedł w górę o ponad 15 proc.), odreagowujące słaby 2016 r. Dobrze radziła sobie także energetyka (indeks spółek z tego sektora zyskał 21 proc.). I jedna, i druga branża wytraciła jednak impet.

Na szerokim rynku nie brakuje dobrych firm, liderów swoich branż, którym warto się przyjrzeć. Na uwagę zasługują małe i średnie spółki, które w większym stopniu niż duże przedsiębiorstwa skorzystają z koniunktury w gospodarce, gdyż szybciej reagują na zmieniające się warunki. W tym roku giełdowe średniaki urosły o 13 proc.

Po polskich drogach jeździ coraz więcej elektrycznych aut. W tym roku zarejestrowano 160 takich pojazdów

Po polskich drogach jeździ coraz więcej elektrycznych aut. W tym roku zarejestrowano 160 takich pojazdów 4

W ubiegłym roku Polacy zarejestrowali 556 aut z napędem elektrycznym lub hybrydowym plug-in. To o 65 proc. więcej niż w poprzednich 12 miesiącach, ale ta dynamika jest przede wszystkim efektem niskiej bazy. W tym roku dynamika wzrostów ma być podobna – oczekuje branża. W kolejnych latach przyspieszenie może być jeszcze większe, gdyż wsparcie zapowiada także rząd. Rynek mógłby ruszyć pełną parą dzięki systemowi zachęt dla potencjalnych kupców – podkreślają przedstawiciele Nissana.

– Sprzedaż samochodów elektrycznych w Polsce rośnie, aczkolwiek na razie mówimy o dosyć niskich liczbach. Rynek takich aut jest jeszcze w powijakach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Pajączkowska, PR manager marki Nissan w Polsce.

Jak wynika z raportu dotyczącego branży automotive firmy doradczej KPMG oraz Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, w ubiegłym roku Polacy zarejestrowali 10,4 tys. samochodów z napędami alternatywnymi. To o blisko 76 proc. więcej niż rok wcześniej. Zdecydowaną większość sprzedaży stanowią hybrydy (95 proc.). Wciąż jednak udział takich aut w rynku jest znikomy – 2,4 proc. w przypadku hybryd oraz 0,1 proc. w przypadku samochodów z napędem elektrycznym lub hybrydowym plug-in.

Z danych CEPiK przytaczanych przez PZM wynika, że od początku zarejestrowano w Polsce 160 samochodów elektrycznych.

Brakuje realnych zachęt dla potencjalnych kupców tego typu samochodów, żeby ten rynek naprawdę ruszył pełną parą. Drugi temat to infrastruktura, bez której użytkowanie takich samochodów jest wprawdzie możliwe, ale znacznie trudniejsze, szczególnie jeżeli mówimy o wykorzystaniu biznesowym. Na pewno pewną barierą jest cena samochodu, aczkolwiek jeżeli weźmie się pod uwagę całkowite koszty eksploatacji auta, to są one znacznie niższe niż w przypadku pojazdów spalinowych – wymienia Dorota Pajączkowska.

W ubiegłym roku Ministerstwo Energii przedstawiło Plan Rozwoju Elektromobilności. Resort zakłada, że do 2025 roku po polskich drogach będzie jeździć milion aut elektrycznych. W ciągu kilku najbliższych lat liczba stacji ładowania zwiększy się z 305 sztuk do 6,5 tys., powstaną też stacje szybkiego ładowania. Planowane są także zachęty dla kupujących auta hybrydowe i elektryczne.

Biorąc pod uwagę zapowiedzi naszych władz, możemy się stać potęgą w samochodach elektrycznych, choć byłabym jednak bardziej ostrożna. Zdecydowanie jednak jest to kierunek, który jest przyszłością motoryzacji. Szczególnie biorąc pod uwagę takie problemy, z jakimi teraz borykają się miasta, polskie w szczególności, a mianowicie bardzo duże zanieczyszczenie powietrza – mówi Dorota Pajączkowska.

Jak podkreśla, w ubiegłym roku Nissan sprzedał 38 aut elektrycznych, z czego 25 to modele LEAF.

 Widząc, jak dużo zaczyna się dziać w Polsce w tym zakresie, spodziewamy się, że tegoroczne wyniki sprzedażowe będą znacznie wyższe – prognozuje Dorota Pajączkowska.

W efekcie porozumienia zawartego między Nissanem a korporacją Electric Taxi w marcu na ulice Warszawy wyjechało 20 elektrycznych taksówek, a do końca roku ma być ich 200.

– Nissan jest pionierem i liderem globalnym rynku samochodów elektrycznych. W tej chwili proponujemy klientom dwa takie samochody: osobowy Nissan LEAF, który już szósty rok jest na rynku, oraz od półtora roku dostawczy e-NV200, jedyny samochód tego typu na rynku – wyjaśnia przedstawicielka marki Nissan w Polsce. – W najbliższym czasie ta gama nie będzie rozszerzana, natomiast zdecydowanie cały czas pracujemy nad tym, by te samochody były coraz wydajniejsze i coraz bardziej dostępne dla szerokiego grona odbiorców.

W upowszechnianiu napędu elektrycznego pomóc ma także Polski Program Elektryfikacji Motoryzacji. Jego inicjatorzy – dzięki współpracy przemysłu, nauki, samorządu i instytucji centralnych – chcą promować rozwój flot pojazdów z napędem elektrycznym, infrastruktury ładowania oraz technologii wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych lub niskoemisyjnych.

Wierzymy, że Polski Program Elektryfikacji Motoryzacji wpłynie w bardzo dużym stopniu na rozwój polskiego rynku samochodów elektrycznych. Przykładem jest chociażby wspomniane Electric Taxi. Jak wiemy, Warszawa nie jest jedynym regionem, który jest zainteresowany wprowadzeniem tego programu i może za wcześnie, żeby mówić o szczegółach, aczkolwiek zainteresowanie ze strony samorządów innych miast jest bardzo duże – mówi Dorota Pajączkowska.

Przed Wielkanocą o 30 proc. rośnie sprzedaż środków czystości. Chemię gospodarczą coraz częściej kupujemy przez internet

Przed Wielkanocą o 30 proc. rośnie sprzedaż środków czystości. Chemię gospodarczą coraz częściej kupujemy przez internet 5

Święta wielkanocne to gorący okres dla producentów chemii gospodarczej i środków czystości. Coraz częściej takie zakupy robimy w internecie. W okresie przedświątecznym wysyłamy ponad 30 proc. więcej paczek, średnio o 40 proc. cięższych niż w innych miesiącach – przyznaje Tomasz Grygieńć, właściciel drogerii internetowej SuperKoszyk.pl. Przedświąteczne tygodnie to większa aktywność producentów chemii gospodarczej, także w sieci.

 W okresie przedświątecznym widzimy wzmożone zainteresowanie klientów sklepem SuperKoszyk.pl. Wysyłamy o ponad 30 proc. więcej paczek. W okresie przedświątecznym średnia waga kilkunastu tysięcy paczek, które wysyłamy, jest o ponad 40 proc. wyższa niż średnia z całego roku i wynosi 14 kg –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Grygieńć, właściciel SuperKoszyk.pl.

Jak wynika z Barometru Providenta, średnio na przygotowanie tegorocznych świąt wielkanocnych Polacy planują przeznaczyć ok. 400 zł. Choć większość wydatków to produkty spożywcze, to wiosną Polacy tradycyjnie przygotowują się też do gruntownych porządków. Najczęściej kupują detergenty.

 W koszykach królują środki czystości, płyny do prania, do płukania, tabletki do zmywarki, wszystko, co pomaga doprowadzić dom do porządku przed wiosną. To odwrócenie trendu w stosunku do Bożego Narodzenia, kiedy dominują kosmetyki – mówi Grygieńć.

Jak wynika z ubiegłorocznego badania Payback Opinion Poll, pierwsze ciepłe miesiące to najlepszy czas na gruntownie wysprzątanie mieszkania (56 proc. wskazań), odświeżenie garderoby (47 proc.), porządki w ogrodzie (40 proc.) i uprzątnięcie auta po sezonie zimowym (39 proc.). Gruntowne porządki Polacy zwykle wykonują samodzielnie. Dlatego marzec i kwiecień, zwłaszcza okres przypadający przed Wielkanocą, to czas wzmożonej sprzedaży chemii gospodarczej i środków przydatnych w porządkach w domu i ogrodzie, zwłaszcza środków do mycia okien.

Pierwsze promienie wiosennego słońca pojawiają się już na początku marca i wtedy od razu widzimy wzmożoną sprzedaż. Konsumenci zgodnie z polską tradycją lubią mieć czyste okna, kiedy zaczyna się sezon. Inną kategorią, która notuje wzmożoną sprzedaż w okresie przedświątecznym, są specjalistyczne środki piorące, w tym środki do prania firanek – podkreśla Magdalena Krawczyk, koordynator ds. e-commerce i business intelligence w firmie Henkel.

W tym roku sprzedaż produktów do prania i sprzątania firmy Henkel w sklepie internetowym SuperKoszyk.pl wzrosła o 28 proc. w stosunku do 2016 roku. Szczególnie znaczące wzrosty odnotowały takie produkty, jak płyny do prania tkanin Perwoll (o 58 proc.) oraz płyny do mycia okien i szklanych powierzchni marki Clin (o 20 proc.).

– Internet jest doskonałym miejscem do sprzedaży szczególnie tych produktów chemii gospodarczej, które charakteryzują się dużą gabarytowością. Mam na myśli duże gramatury proszków, płynów do prania, płynów do płukania. Nie każdy konsument ma do dyspozycji samochód czy wystarczającą ilość czasu, żeby robić zakupy w sklepach stacjonarnych – przekonuje Krawczyk.

Wartość e-commerce w 2016 roku sięgnęła 36 mld zł. Polacy najchętniej kupują ubrania, duży sprzęt AGD, ale także artykuły spożywcze i chemię gospodarczą. Z szacunków SuperKoszyk.pl wynika, że już kilkaset tysięcy osób regularnie kupuje środki czystości przez internet, a ich liczba systematycznie rośnie.

– Korzyści z tej formy zakupów to przede wszystkim ogromny wybór. W naszej drogerii możemy wybierać wśród 14 tys. różnych produktów, z drugiej strony to oszczędność czasu i pieniędzy oraz wygoda. W internecie kupujemy taniej, nie wychodząc z domu, o dowolnej porze, a kurier dowiezie nawet najcięższą paczkę na drugi dzień po zamówieniu – wymienia Tomasz Grygieńć.

Jak wskazuje właściciel SuperKoszyk.pl, cena produktów w internecie jest znacznie niższa, nie zawiera kosztów dojazdu czy paliwa, jak produkty dostępne w sklepie stacjonarnym. Korzyścią jest także zaoszczędzony czas, który zwykle spędzamy w kolejkach czy na wyszukiwaniu produktów.

Wielkanoc i pierwsze wiosenne dni to także okres wzmożonej aktywności producentów chemii. W sklepach stacjonarnych zapewniają odpowiednią ekspozycję artykułów gospodarczych. Większa jest też ich widoczność na stronach internetowych.

 W sklepach internetowych widzimy zwiększoną liczbę banerów tematycznych, a także innowacyjne kampanie digitalowe. Przykładem jest tegoroczna kampania marki Clin. Konsumenci oglądają spoty dopasowane charakterem do pogody panującej danego dnia – tłumaczy Magdalena Krawczyk.

Inwestycja w mieszkanie na wynajem może przynieść 4–6 proc. zysku. Przy zakupie liczy się lokalizacja, komunikacja i technologia budowania

Inwestycja w mieszkanie na wynajem może przynieść 4–6 proc. zysku. Przy zakupie liczy się lokalizacja, komunikacja i technologia budowania 6

Polacy coraz częściej kupują lokale w celach inwestycyjnych. Według NBP taka inwestycja wciąż może być opłacalna. Według różnych badań zwrot dla inwestora może wynosić od 4 do ponad 6 proc. w zależności od miasta. Jednak żeby na zakupie mieszkania zarobić, trzeba zwrócić uwagę na kilka czynników. Wśród nich są lokalizacja i dostęp do komunikacji, a także technologie i materiały zastosowane przy budowie.

Z raportu Narodowego Banku Polskiego o rynku nieruchomości w IV kwartale 2016 roku wynika, że wciąż opłaca się kupować mieszkania na wynajem.

Przy założeniu średniej wysokości czynszu możliwego do uzyskania rentowność inwestycji mieszkaniowej jest wyższa niż oprocentowanie lokaty bankowej i rentowność 10-letnich obligacji skarbowych oraz zbliżona do uzyskiwanej na rynku nieruchomości komercyjnych – piszą autorzy. – Relacja kosztów obsługi kredytu mieszkaniowego do czynszu najmu nadal umożliwia finansowanie kosztów kredytu przychodami z najmu.

W tej sytuacji coraz więcej osób decyduje się na ulokowanie swoich oszczędności na rynku nieruchomości. Warunkiem powodzenia tej inwestycji jest jednak właściwy wybór lokalu.

Wybierając inwestycję na rynku nieruchomości, trzeba zwrócić uwagę przede wszystkim na lokalizację. Należy rozważyć, czy położenie danej nieruchomości może zwiększyć swoją atrakcyjność w przyszłości. Być może planowana jest rozbudowa infrastruktury czy poprawa komunikacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agata Stradomska, manager ds. szkoleń i marketingu RE/MAX Polska. – Jeśli wybierzemy mieszkanie lub nieruchomość w dzielnicy dziś mniej atrakcyjnej, mniej popularnej, która właśnie dzięki tym czynnikom zyska na wartości, będziemy mogli w przyszłości więcej zarobić.

Rynek wtórny ma swoje zalety – łatwiej o atrakcyjną lokalizację, mieszkanie wykończone, a nawet częściowo umeblowane, niemal gotowe do wynajęcia. Nowe wymaga wykończenia, a to dodatkowy koszt. Warto jednak pamiętać, że w pięciu z dziewięciu dużych miast monitorowanych przez Bankier.pl ceny za 1 mkw. na rynku wtórnym są wyższe niż na pierwotnym: w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku i Lublinie (raport za luty 2017). W stolicy różnica to niemal 1000 zł na 1 mkw.

Wybierając nieruchomość pod kątem długofalowej inwestycji, trzeba też patrzeć na technologię, w jakiej ona jest zbudowana. Za 10 czy 20 lat ta nieruchomość będzie o tyle starsza i trzeba rozważyć, czy wtedy dane materiały, dana technologia będą jeszcze atrakcyjne dla kupujących, czy też będą po prostu unikać takich rozwiązań – zwraca uwagę Stradomska.

Cena mieszkania to tylko jedna strona medalu. Jeszcze istotniejsza jest kwestia możliwego do uzyskania czynszu z wynajmu. Najwięcej otrzymać można za duże mieszkanie (60–90 mkw.) w Warszawie i Wrocławiu (średnio to odpowiednio 4100 zł i 3000 zł). Najtańsze spośród dużych miast są mieszkania do 38 mkw. w Bydgoszczy i Łodzi. Średni czynsz to poniżej 1100 zł, czyli dwa razy mniej niż w Warszawie (badanie Bankier.pl i Otodom.pl, luty 2017).

Trzecia istotna rzecz jest taka, że należy przeanalizować rynek pod kątem popytu, podaży i możliwych do uzyskania czynszów – podpowiada manager firmy RE/MAX Polska. – Trzeba pamiętać, że najemcy też mają swoje pewne preferencje. Wybierają ze względu na lokalizację, dojazd do uczelni lub miejsca pracy, a także wielkość mieszkania. Największym zainteresowaniem cieszą się dwu- i trzypokojowe mieszkania w typowym rozkładzie.

Przypomina także, że decydując się na inwestycję długoterminową, np. mając w perspektywie 20 czy 30 lat spłacania kredytu, warto wziąć pod uwagę perspektywy demograficzne poszczególnych miast. Główny Urząd Statystyczny prognozuje, że spośród dużych miast tylko dwa – Warszawa i Rzeszów – będą miały w połowie stulecia więcej mieszkańców niż obecnie, a i tak są to wzrosty symboliczne. W pozostałych lokalizacjach liczba ludności zmaleje, czy to z powodu wyjazdu do ośrodków oferujących lepsze warunki życia, czy migracji do miejscowości podmiejskich.

W przypadku mieszkań, które chcemy wynająć, trzeba też brać pod uwagę to, że one nie zawsze będą wynajęte – zastrzega Agata Stradomska. – W przypadku lokali mieszkalnych właściciele szacują, że średnio 10 miesięcy w roku są w nich najemcy, a 2 miesiące stoją one puste. Ale nawet kupując mieszkanie dla siebie, warto myśleć jak inwestor, dlatego że możemy zarabiać, nie inwestując w mieszkania na wynajem, tylko po prostu kupując i sprzedając własne domy czy mieszkania.

Co trzecia firma w Polsce jest prowadzona przez kobietę. Jesteśmy pod tym względem w czołówce Europy

Co trzecia firma w Polsce jest prowadzona przez kobietę. Jesteśmy pod tym względem w czołówce Europy 7

Co trzecia firma w Polsce została założona i jest prowadzona przez kobietę. Podjęcie ważnej decyzji o założeniu własnej działalności gospodarczej to najczęściej kolejny krok w ich karierze zawodowej – wynika z raportu „Zawód – prezeska!” przygotowanego przez ośrodek badawczy DELab UW na zlecenie Fundacji Przedsiębiorczości Kobiet. Większość pań może liczyć na wsparcie swoich partnerów, którzy coraz rzadziej są zazdrośni o ich sukcesy i wspierają je skutecznie w dążeniu do obranego celu. W dużej mierze to efekt zmian kulturowych i stopniowego odchodzenia od modelu tradycyjnego związku, gdzie to mężczyzna jest głównym żywicielem rodziny.

‒ Decyzje kobiet o tworzeniu własnych firm są najczęściej podyktowane potrzebą rozwoju osobistego, silnego imperatywu sprawczego i zaryzykuję to stwierdzenie – wyjątkową zdolnością wychwytywania potrzeb lokalnego rynku. Tu ważny głos zabiera nasza kreatywność, wszechstronność. Mamy również wielki dar angażowania się w projekty przekładające się na lepszą jakość życia innych przedstawicielek naszej płci. Podświadomie zawsze o to dbamy i chętnie dzielimy się zdobytą wiedzą, która procentuje potem spotęgowaną siłą społeczności integrującej się dzięki wspólnym działaniom. To bardzo budujące przesłanie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Wierzbowska, prezeska Fundacji Przedsiębiorczości Kobiet.

Na świecie działa już ok. 200 milionów firm założonych i prowadzonych przez kobiety. W Polsce ponad 33 proc. firm stanowią te, gdzie za sterami stoją panie. Pod tym względem plasujemy się w czołówce Europy. Wbrew pozorom wcielenie w życie projektu ‒ własna działalność gospodarcza ‒ nie jest motywowane bezrobociem czy urlopem macierzyńskim. Na taki krok decydują się bardzo często kobiety, które mają na swoim koncie zawodowym liczne sukcesy,  cenne doświadczenia, wiele się nauczyły i są gotowe na kolejny etap – odważne realizowanie własnej koncepcji i przemodelowanie życia zgodnie z autorską wizją biznesową. To wszystko wymaga skupienia, rzetelnej oceny punktu wyjścia, ale na pewno uaktywnia też dodatkowe źródło energii, otwiera na nowe wyzwania. Badanie „Zawód – prezeska!” przygotowane przez ośrodek badawczy DELab UW na zlecenie Fundacji Przedsiębiorczości Kobiet, które ujawniło jeszcze jedną ciekawą zależność – powodzenie przedsięwzięcia zainicjowanego przez kobietę zauważalnie motywuje też jej partnera do poszukiwań nowych ścieżek rozwoju i większej aktywności w tej sferze.

– Prawie 2/3 pań, które decydują się na założenie własnej działalności gospodarczej, wcześniej pracowało w innym przedsiębiorstwie, w tym 1/3 na kierowniczym stanowisku. Motywacją do założenia firmy jest więc często osiągnięcie wszystkiego, co było możliwe, w danym miejscu pracy. 37 proc. naszych badanych powiedziało, że chciało rozwijać się dalej i realizować swoje plany zawodowe, a w dotychczasowym miejscu pracy nie było to już możliwe – podkreśla dr Justyna Pokojska z DELab Uniwersytetu Warszawskiego.

Blisko połowa kobiet, które decydują się na działalność, ma 36–45 lat. Własna firma daje możliwość pracy poza sztywnymi ramami czasowymi, jak np. w korporacjach, więc pozwala godzić obowiązki zawodowe z rodzinnymi, często także z rolą matki.

– Znamy historię matek, które mogą się skupić na swojej pracy tylko wcześnie rano, kiedy ich dzieci jeszcze śpią, a potem zajmują się swoimi pociechami w ciągu dnia, by wieczorem wrócić do obowiązków zawodowych. Pracując w korporacji, nie mogłyby sobie pozwolić na taką elastyczność – wskazuje Wierzbowska.

Dla większości pań, które zdecydowały się na założenie własnej firmy, dużym wsparciem w początkowym okresie był partner (53 proc.) i rodzina (20 proc.). Jak podkreśla prezeska Fundacji Przedsiębiorczości Kobiet, ta niezbędna siła czerpana od rodziny napędza motywację i pozwala przetrwać gorsze dni.

– Kobiety często wątpią w swoje kompetencje, zaniżają własną wartość, chociaż są to bezpodstawne, niesprawiedliwe oceny. Bywa, że oczekują od siebie zbyt wiele, dlatego wsparcie i otucha, które może im zaoferować rodzina, najsilniej motywują do wytrwania w postanowieniu. To niekwestionowany kapitał sukcesu – tłumaczy Wierzbowska.

W wielu przypadkach to właśnie mężczyźni są pomysłodawcami założenia przez ich partnerki własnego biznesu. Blisko 40 proc. kobiet przyznaje, że mąż zachęcał je do rozpoczęcia działalności i deklarował pomoc przy tworzeniu firmy.

– Relacje damsko-męskie w domach przedsiębiorczych kobiet, które stereotypowo uznawane są za trudniejsze niż w zwykłych związkach, są jednak ułożone i uporządkowane. Prawie 60 proc. kobiet może liczyć na wsparcie mężczyzny, który nie tylko doradza jej w kwestiach zawodowych, lecz także pomaga w  trudnych momentach związanych z zakładaniem własnej firmy. Trzech na czterech panów jest przychylnych przedsiębiorczości kobiet i temu, żeby żona realizowała się zawodowo – przekonuje ekspertka DELab.

Co piąty mężczyzna wziął przykład z partnerki i zdecydował się na założenie własnej działalności. W większości przypadków można zaobserwować element zdrowej rywalizacji.

– Sukces kobiety motywuje mężczyznę do działania. Powoduje, że on dużo chętniej angażuje się w swoją pracę zawodową, żeby nie pozostawać w tyle – zauważa Justyna Pokojska.

Coraz częściej mężczyźni akceptują też fakt, że to kobiety przejmują na siebie obowiązek utrzymania domu. 4 proc. panów, po tym jak ich partnerki stworzyły własne firmy, zrezygnowało ze swojej pracy, by zająć się domem i dziećmi.

– Widzimy przemiany tego tradycyjnego modelu rodziny, bo dzisiaj już tylko 14 proc. mężczyzn wolałoby, żeby kobiety zostały w domu i nie pracowały – wskazuje dr Justyna Pokojska. – Kluczowe jest to, że w myśleniu dopuszczamy możliwość, że to kobieta będzie zarabiała więcej niż mężczyzna, że to kobieta będzie się aktywizowała zawodowo. Odejście od tradycyjnego, skostniałego modelu rodziny dla socjologów jest na pewno ważniejsze z punktu widzenia rozwoju i zmiany społecznej.

30 proc. środków przeznaczanych na służbę zdrowia jest marnowanych. Zmiany w opiece nad pacjentami mogą poprawić te statystyki

30 proc. środków przeznaczanych na służbę zdrowia jest marnowanych. Zmiany w opiece nad pacjentami mogą poprawić te statystyki 8

Zdaniem ekspertów opieka koordynowana może być lekarstwem na problemy polskiej służby zdrowia. Pozwoli ona nie tylko poprawić jakość opieki nad pacjentem, lecz także zwiększyć jej efektywność. Według szacunków ok. 20–30 proc. środków w systemie zdrowotnym jest marnowanych. Opiekę koordynowaną z powodzeniem stosują u siebie prywatne podmioty medyczne. NFZ dopiero pracuje nad jej wprowadzeniem.

– Opieka koordynowana ma dużą rolę do odegrania w systemie ochrony zdrowia. Nie tylko wpływa pozytywnie na skuteczność leczenia, lecz także pozwala obniżać ponoszone koszty dzięki temu, że zmniejsza liczbę niepotrzebnych, a czasami wręcz błędnych diagnoz i planów leczenia. Są szacunki, według których od 20 do nawet 30 proc. środków przeznaczanych na system zdrowotny po prostu się marnuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Suszek, wiceprezes zarządu Medicover Polska.

Opieka koordynowana polega na zapewnieniu pacjentom terminowych i dopasowanych do określonego problemu usług wysokiej jakości w całym procesie leczenia – począwszy od konsultacji lekarza podstawowej opieki zdrowotnej, badań wstępnych, następnie konsultacji u lekarza specjalisty, hospitalizacji i rehabilitacji, aż po badania kontrolne po zakończeniu leczenia.

Koordynacją całego procesu powinien się zajmować lekarz lub wyznaczona w tym celu pielęgniarka. Natomiast dla trudnych przypadków medycznych może to być multidyscyplinarny zespół lekarski. Aby skutecznie koordynować opiekę, potrzebny jest system informatyczny, który zapewni dostęp do danych medycznych wszystkim uczestnikom procesu leczenia.

– Dzięki temu pacjent szybciej otrzymuje odpowiednią pomoc. Ponadto jest informowany o tym, co się dzieje na każdym etapie leczenia, i wie, jakie będą kolejne kroki. To też sprawia, że chętniej stosuje się do zaleceń lekarza i w efekcie przynosi to lepsze wyniki leczenia. Natomiast z perspektywy wielu świadczeniodawców dzisiaj największym wyzwaniem jest znaleźć rozwiązanie, które zapewniłoby wysoką jakość, ale przy niestety często skromnym budżecie. Opieka koordynowana może być drogowskazem, jak osiągnąć ten cel – ocenia Mirosław Suszek.

Zdaniem wiceprezesa Medicover opieka koordynowana stwarza możliwość podniesienia efektywności i jakości służby zdrowia przy wykorzystaniu dotychczasowych zasobów ludzkich i materialnych. Niezbędny jest jednak właściwie skonstruowany model finansowania całego systemu, tak aby procedury medyczne uzupełniały się nawzajem.

– Aby opieka koordynowana się rozwijała, potrzebny jest właściwy model finansowania. Jeżeli system finansowania nie wspiera koordynowanej opieki, następuje fragmentaryzacja cyklu leczenia. Polega to na tym, że świadczeniodawcy skupiają się na procedurach, które mają zakontraktowane, i niechętnie ponoszą koszty dodatkowych interwencji i działań, nawet jeżeli są one bardzo korzystne dla pacjenta – tłumaczy Mirosław Suszek.

Stosunkowo dużym wyzwaniem dla systemu opieki koordynowanej – podobnie jak dla całej służby zdrowia – jest malejąca liczba lekarzy podstawowej opieki i specjalistów. Według danych OECD w Polsce na tysiąc mieszkańców przypada statystycznie 2,2 lekarzy. To jeden z najgorszych wskaźników w Europie. Dla porównania w Niemczech jest 4 lekarzy, a w Grecji – 6 lekarzy na tysiąc mieszkańców. W ubiegłym roku system kształcenia lekarzy w Polsce skontrolowała Najwyższa Izba Kontroli, która wskazała, że nie odpowiada on na potrzeby zdrowotne społeczeństwa.

 Liczba lekarzy w trakcie wykonywania specjalizacji również jest niewystarczająca. Są prognozy mówiące o tym, że w ciągu najbliższych 10 lat liczba specjalistów, w tym dermatologów, ginekologów czy pediatrów, spadnie nawet o kilkanaście procent. Dlatego niezbędne są bardziej zdecydowane działania Ministerstwa Zdrowia, inaczej ta ponura perspektywa niestety stanie się faktem – mówi Mirosław Suszek.

Medicover, który w Polsce zapewnia prywatną opiekę medyczną dla ponad 660 tys. pacjentów, z powodzeniem rozwija u siebie system opieki koordynowanej. Obecnie wdraża nowy system koordynacji świadczeń o nazwie Patient Flow Management. Zasady jego funkcjonowania zostały opracowane przez lekarzy i specjalistów pracujących dla Medicover.

 Jak działa ten system? Pacjent kontaktuje się z nami, a my po identyfikacji wykonujemy pewnego rodzaju kwalifikację, która polega na zebraniu niezbędnych informacji o pacjencie. Te dane już na wstępnym etapie pozwalają nam określić, jaka usługa medyczna powinna zostać zastosowana u danego pacjenta. Nasz system automatycznie pobiera informacje o pacjencie z bazy danych, następnie konsultant przeprowadza krótki wywiad i wprowadza informacje o pacjencie do systemu. Wszystkie zebrane informacje dzięki połączeniu z wytycznymi opracowanymi z działem medycznym pozwalają zarekomendować pacjentowi najbardziej efektywne leczenie – tłumaczy Mirosław Suszek.

Głównym narzędziem wspierającym koordynowana opiekę są technologie. Przykładowo pacjenci Medicover mogą się konsultować za pośrednictwem dostępnego czatu lub poprzez wideokonferencję z internistą, pediatrą oraz lekarzem rodzinnym. Znaczącym usprawnieniem są także recepty online czy możliwość omówienia wyników badań za pośrednictwem internetu. Dodatkowo z myślą o osobach, które nie korzystają z internetu, Medicover wprowadził usługę telefonicznych porad medycznych. Celem tych wszystkich działań jest usprawnienie świadczeń oraz zwiększenie komfortu pacjentów.

Rozwiązania technologiczne wspierają koordynowaną opiekę w Medicover. Dzięki nim jesteśmy w stanie dopasować rozwiązanie do określonych potrzeb pacjenta. Za pomocą narzędzi online możemy przeprowadzić skrócony wywiad medyczny i zaproponować właściwe i szybkie rozwiązanie skrojone na potrzebny danego pacjenta. To powoduje, że bardzo efektywnie i szybko pacjent otrzymuje od nas dopasowaną pomoc i opiekę – mówi Sonia Kondratowicz, dyrektor ds. obsługi klienta w Medicover. – Dla naszych pacjentów udostępniamy również darmową aplikacje mobilną, dzięki której można umawiać i odwoływać wizyty, podejrzeć wyniki badań i skierowania, zamówić receptę na stale przyjmowane leki, napisać wiadomość do swojego lekarza, wyszukiwać placówki z automatyczną nawigacją – dodaje.

Zalety opieki koordynowanej dostrzegają również podmioty publiczne. Według zapowiedzi resortu zdrowia w tym roku ma ruszyć pilotażowy program opieki koordynowanej w POZ, w którym lekarze podstawowej opieki zdrowotnej zostaną wyposażeni w szersze możliwości badania i diagnozowania pacjentów. To część unijnego projektu, który NFZ prowadzi we współpracy z Bankiem Światowym. Dla funduszu jest to obecnie jeden z najważniejszych projektów. Model opieki koordynowanej nad pacjentem został już wcześniej wprowadzony m.in. w kilku krajach Unii Europejskiej i Stanach Zjednoczonych.

Drukarki atramentowe wracają do łask. Najbardziej nowoczesne urządzenia pozwalają drukować za mniej niż 1 grosz za stronę

Drukarki atramentowe wracają do łask. Najbardziej nowoczesne urządzenia pozwalają drukować za mniej niż 1 grosz za stronę 9

Po latach mody na drukarki laserowe, do biur wracają urządzenia oparte na technologii atramentowej. Eksperci zauważają, że wbrew pozorom mogą one być wydajniejsze i bardziej ekologiczne, ponieważ przyczyniają się do oszczędności energii elektrycznej. W przypadku nowoczesnych i zaawansowanych urządzeń wydruku jednej strony kosztuje mniej niż jeden grosz. 

W ostatnich latach obserwujemy znaczący wzrost sprzedaży drukarek atramentowych. Zaletą tej technologii jest przede wszystkim większa wydajność oraz ekologia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Modrzewski, szef sprzedaży odpowiedzialny za rynek polski oraz krajów bałtyckich w Epson Europe.

O przewadze ekologicznych drukarek atramentowych przesądza między innymi zużycie energii elektrycznej. Takie urządzenia przy porównywalnym obciążeniu – na przykład w trakcie godziny pracy lub wydruku podobnej liczby stron – zużywają dwunastokrotnie mniej energii elektrycznej w porównaniu do urządzeń laserowych. Ma to również przełożenie na wysokość rachunków. Ponadto do pracy drukarek atramentowych potrzebna jest znacznie mniejsza ilość materiałów eksploatacyjnych i komponentów.

W przypadku drukarki atramentowej użytkownik musi wymienić tylko wkład z atramentem oraz pojemnik na zużyty atrament. Natomiast w przypadku drukarki laserowej poza tonerami trzeba wymieniać też grzałki, pasy przenoszące i wiele innych mniejszych podzespołów – mówi Krzysztof Modrzewski.

Epson jako pierwszy producent wprowadził w swoich drukarkach system zewnętrznego zasilania atramentem. Były to drukarki zbudowane w systemie ITS, czyli Ink Tank System. Pierwsze takie urządzenia trafiły na polski rynek w 2012 roku, były to dwa modele urządzeń wielofunkcyjnych.

Początki były trudne, ponieważ cena tego urządzenia dla odbiorcy końcowego była znacznie wyższa w porównaniu do tego, co oferowała konkurencja. Naszą przewagą były natomiast niskie koszty eksploatacji. Koszt wydruku strony jest w tym przypadku niższy niż jeden grosz – mówi Krzysztof Modrzewski.

Od około dwóch lat Epson obserwuje skokowy wzrost sprzedaży drukarek z zewnętrznym systemem zasilania atramentem. Ubiegły rok producent sprzętu zakończył z 25-proc. udziałem w rynku pod względem wartości sprzedaży oraz z blisko 17-proc. udziałem pod względem liczby sprzedanych urządzeń. To plasuje firmę na drugim miejscu na polskim rynku. Na popularność drukarek atramentowych wpływa wydajność i niski koszt eksploatacji.

Wraz z urządzeniem klient otrzymuje duży zapas atramentów. W przypadku najpopularniejszego modelu jest to zapas na 11 tys. stron w czerni i 6,5 tys. stron w kolorze. Później, kiedy już wyczerpie ten zapas, może dokupić za około 30 zł nowy pojemnik, który wystarczy na wydruk 6,5 tys. stron. Tak więc koszty są znikome – mówi Krzysztof Modrzewski.

W obszarze urządzeń biznesowych technologia druku od Epson także pozwala na olbrzymie oszczędności wynikające nie tylko bezpośrednio z niskiej ceny druku strony, lecz także z kosztów mniej oczywistych, a mających znaczenie w przypadku drukowania dużej liczby stron. Poza wspomnianym kosztem energii elektrycznej są to także koszty serwisowe wynikające z awarii oraz przestoje eksploatacyjne.

Jak podaje zajmująca się badaniami rynkowymi agencja Context, w II kwartale ubiegłego roku producenci wprowadzili na polski rynek o 2 proc. więcej urządzeń drukujących niż rok wcześniej.

Wyniki osiągane przez inwestorów na rynku OTC w I kwartale 2017

Polskie domy maklerskie już trzeci raz opublikowały wyniki osiągane przez inwestorów na rynku OTC. W I kwartale tego roku inwestorzy rynku OTC osiągnęli lepsze wyniki niż w IV kwartale ub.r.

Podobnie jak w poprzednim okresie największy odsetek aktywnych inwestorów (ok. 53%) osiągał zyski dzięki transakcjom na rynku kontraktów na obligacje oraz stopy procentowe (ang. Bond/Interest Rate CFD). Wysoko, utrzymywały się również wyniki z transakcji realizowanych na inwestycjach na towary (ang. Commodity CFD) – na poziomie ok. 44% zyskujących inwestorów – oraz pochodnych na waluty (ang. Forex CFD) – ok. 40%. W obszarze pochodnych na indeksy giełdowe (ang. Index CFD) odsetek zarabiających w IV kwartale wyniósł ok. 35%, a w kontraktach na akcje (ang. Equity CFD) – ok. 31%.

Polskie domy maklerskie już trzeci raz z rzędu opublikowały szczegółowe wyniki inwestorów rynku OTC. Ten system raportowania wyników zawiera najwięcej różnego rodzaju parametrów transakcyjnych, w tym wyniki inwestorskie czy czasy realizacji zleceń, i może być inspiracją dla innych segmentów rynku finansowego.

Izba Domów Maklerskich oraz zrzeszone w niej domy maklerskie kładą duży nacisk na rzetelną i systematyczną edukację swoich klientów oraz transparentność. Kolejne już wyniki, wyraźnie wyższe od przywoływanych jeszcze danych dotyczących lat 2012–15 i wskazują, że starania domów maklerskich o podniesienie poziomu wiedzy przynoszą wymierne efekty – komentuje Marek Wołos, ekspert IDM ds. rynków OTC instrumentów pochodnych.

Izba Domów Maklerskich podkreśla, że raportowane wyniki dotyczą klientów korzystających z usług rodzimych domów maklerskich nadzorowanych przez Komisję Nadzoru Finansowego. Nie dotyczą one biur i firm zagranicznych, które nie stosują przepisów oraz wytycznych wydanych i egzekwowanych przez KNF. IDM apeluje do inwestorów o weryfikację podmiotów, z usług których zamierzają skorzystać. Izba przestrzega przed reklamami zagranicznych podmiotów nieposiadających licencji.

  Zarabiający Tracący
Bond/Interest Rate CFD 53,12 45,85
Commodity CFD 43,57 56,31
Equity CFD 30,96 68,78
Forex CFD 39,45 60,52
Index CFD 34,62 65,31

– dane bez rachunków, dla których nie wykazano ani zysku, ani straty;

– średnia arytmetyczna dla klientów X-Trade Brokers DM S.A., DM TMS Brokers S.A. i DM BOŚ S.A. (domy maklerskie z siedzibą w Polsce, posiadające licencje wydane przez KNF), dla klientów, którzy podpisali umowy na terytorium Polski;

– terminologia wg standardu opracowanego przez KNF.

Polski dług może wystrzelić do 70 proc. PKB

Publikacja przez GUS wstępnego szacunku deficytu instytucji rządowych i samorządowych na względnie niskim poziomie 2,4 proc. PKB tylko pozornie nie daje podstaw do niepokoju – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Kiedy jednak uświadomimy sobie, dlaczego różnica pomiędzy wydatkami a przychodami państwa zmniejszyła się w tym roku oraz zestawimy to z szacunkami Komisji Europejskiej, dojdziemy do wniosku, że w przyszłości będzie już znacznie gorzej.

Inwestycje spadły, deficyt wzrośnie

Deficyt na poziomie 2,4 proc. PKB jest wynikiem bardzo dobrym, patrząc historycznie na bilans dochodów i wydatków budżetu państwa oraz jednostek samorządu terytorialnego (JST). Warto jednak zwrócić uwagę, że nastąpił on w środowisku znacznego ograniczenia wydatków inwestycyjnych przez JST.

Według cytowanych przez PAP danych Ministerstwa Finansów wartość inwestycji JST spadła w ubiegłym roku do 24,16 mld zł wobec 37,22 mld zł w 2015 r. Kwota ok. 13 mld zł stanowi mniej więcej 0,7 pkt proc. PKB, czyli gdyby wydatki rozwojowe utrzymały swoją wartość na poziomie sprzed dwóch lat, to deficyt prawdopodobnie przekroczyłby poziom 3 proc. PKB.

Warto również podkreślić, że według projekcji makroekonomicznych opublikowanych w lutym przez Komisję Europejską (KE) deficyt budżetowy w 2018 r. wyniesie 3 proc. PKB. Jest to trzeci najgorszy rezultat w całej Unii przy przeciętnej dla Wspólnoty na poziomie 1,6 proc. To jednak wcale nie jest najgorsza informacja.

Dużo poważniej wyglądają problemy strukturalne polskich finansów przedstawione w „Monitorze Zdolności Obsługi Zadłużenia” (Debt Sustainability Monitor – DSM) KE. Jeżeli one się zmaterializują, mogą znacznie zwiększyć koszty finansowania państwa w najbliższych latach, zagrozić ratingowi Polski oraz jeszcze bardziej uzależnić kurs złotego od globalnego sentymentu inwestycyjnego.

Sytuacja Polski pogorszy się najbardziej

Już w wydanym na początku 2016 r. raporcie DSM sytuacja Polski nie wyglądała rewelacyjnie. Pod koniec 10-letniego okresu prognoz poziom długu do PKB miał wzrosnąć do 62,5 proc. Również deficyt strukturalny, czyli różnica pomiędzy dochodami i wydatkami państwa z uwzględnieniem wahań koniunktury, miał do 2020 r. utrzymać się nieco poniżej 3 proc. PKB, a potem stopniowo rosnąć, aby osiągnąć 4,2 proc. w 2026 r.

Jednak tegoroczna rewizja DSM stawia Polskę w znacznie gorszym świetle. Już w 2020 r. strukturalny deficyt w relacji do PKB ma sięgnąć 3,5 proc. Z kolei w 2023 r. ma dojść do poziomu 4 proc., a na koniec 10-letniego horyzontu prognoz osiągnie wartość 4,9 proc. PKB. W rezultacie, według opracowania DSM przygotowanego przez KE, poziom długu do PKB za dekadę ma wynieść 69,2 proc.

Choć przewidywania na tak długi okres są obarczone znacznym ryzykiem błędu, to jednak inwestorzy zagraniczni kupujący polskie obligacje skarbowe z 10-letnim okresem do wykupu muszą posługiwać się modelami prognostycznymi, które również biorą pod uwagę sytuację w najbliższej dekadzie.

W kontekście ratingu czy kosztów obsługi długu ważna jest także relatywna pozycja kraju. Jeżeli sytuacja na całym świecie się pogarsza, to wtedy podążanie z ogólnym trendem przez dane państwo nie jest szczególnie groźnie. Gorzej jednak, gdy kondycja w regionie jest względnie stabilna, a w badanym kraju się pogarsza. Niestety, to właśnie ten drugi przykład odnosi się do Polski.

Monitor DSM pokazuje, że deficyt strukturalny Polski pod koniec okresu projekcji będzie najwyższy w całej Unii (4,9 proc. PKB). W konserwatywnie zarządzającej wydatkami Bułgarii będzie to 0,5 proc. PKB, na Węgrzech 2,4 proc. PKB, a w Czechach 2,6 proc. PKB.

Rezultatem tak znacznego pogorszenia się rocznego bilansu dochodów i wydatków nad Wisłą będzie praktycznie zrównanie się długu do PKB Polski (69,2 proc.) oraz Węgier (70,3 proc.). Obecnie ten wskaźnik jest aż o 20 pkt proc. niższy w naszym kraju niż na Węgrzech.

70 proc. długu do PKB to poważne zagrożenie

Jeżeli projekcje deficytu strukturalnego i długu sektora finansów publicznych przedstawione w opracowaniu DSM przygotowanym przez Komisję Europejską sprawdzą się, to nie będziemy się zastanawiać, czy dana agencja obniży nam rating o jeden stopień, czy też pozostawi go na bieżącym poziomie.

Dyskusja natomiast będzie dotyczyć tego, czy wiarygodność Polski utrzyma się na poziomie inwestycyjnym, czy też spadnie do oceny spekulacyjnej potocznie nazywanej śmieciową. Miałoby to bardzo poważne konsekwencje dla możliwości inwestycyjnych naszego kraju, kursu złotego czy wreszcie ogólnego standardu życia Polaków.

Sztuczna inteligencja w ubezpieczeniach. Insurtech zrewolucjonizuje rynek

Do niedawna „sztuczna inteligencja” była odległą wizją przyszłości i kojarzyła się głównie z serialami science fiction. Dzisiaj wirtualna Siri w iPhonie jest już prawie równorzędnym partnerem do rozmowy, odpowiadającym na pytania i dostarczającym potrzebnych informacji. Nie wykluczone, że wkrótce zarezerwuje nam stolik w restauracji lub przełoży umówione spotkanie. Elementy sztucznej inteligencji znalazły także zastosowanie w ubezpieczeniach i doprowadziły do powstania innowacyjnej branży insurtech. Już wkrótce wirtualny agent ubezpieczeniowy przyjmie zgłoszenie szkody, a specjalna aplikacja ubezpieczyciela umożliwi wstępną diagnozę i skontaktuje nas z odpowiednim lekarzem.

Wirtualny agent pomoże, doradzi i dopasuje ubezpieczenie

InsurTech to branża, która łączy przedstawicieli start-upów, twórców innowacyjnych technologii i tradycyjnych ubezpieczycieli. Polskie start-upy insurtechowe pracują nad rozwiązaniami, które mają nie tylko ułatwić obsługę klienta, ale przede wszystkim całkowicie zwirtualizować i spersonalizować system ubezpieczeń. Większość prowadzonych obecnie badań skupia się na wykorzystaniu sztucznej inteligencji w różnych obszarach funkcjonowania ubezpieczycieli.

Aby zrozumieć, czym tak naprawdę zajmują się polskie Insurtechy trzeba spojrzeć szerzej na całą branżę ubezpieczeniową. Nowoczesna technologia wspiera ubezpieczycieli niemal we wszystkich aspektach ich pracy. W obszarze płatności pojawiają się np. rozwiązania umożliwiające dokonywanie płatności za pomocą wirtualnej waluty, tzw. bitcoin. W zakresie obsługi klienta trwają prace nad stworzeniem „wirtualnych agentów”, którzy będą w stanie udzielić rzeczowej rady,  przeanalizować potrzeby konsumenta i dopasowywać odpowiednie produkty ubezpieczeniowetłumaczy Marek Zefirian, prezes zarządu Starter24 i członek rady programowej InsurTech Digital Congress.

Australijscy studenci korzystają z polskich rozwiązań

Obszar zainteresowań branży insurtech wykracza znacznie poza tradycyjny sposób myślenia o ubezpieczeniach. Coraz częściej polskie start-upy, działające w obszarze sztucznej inteligencji, nawiązują współpracę z zagranicznymi korporacjami i wdrażają u nich efekty swoich badań. Najlepszym tego przykładem jest wrocławska firma Infermedica, która tworzy oprogramowanie do wstępnej diagnostyki medycznej. Spółka ta opracowała aplikację Symptomate, która przedstawia przypuszczalne jednostki chorobowe, powiązane ze wskazanymi objawami, oraz informuje, do jakiego lekarza specjalisty należy się udać. – Obecnie realizujemy projekt pilotażowy dla jednej z największych firm ubezpieczeniowych na świecie. Obejmuje on australijskich studentów, którzy posiadają indywidualne ubezpieczenie zdrowotne. Mają oni dostęp do infolinii, na której dyżurują lekarze i pielęgniarki. Chcąc odciążyć pracę tej infolinii i usprawnić proces konsultacji z lekarzem, ubezpieczyciel postanowił dać studentom dostęp do aplikacji opartej na naszych rozwiązaniach. Aplikacja na podstawie wprowadzonych przez studenta objawów wstępnie diagnozuje problem i kieruje go do odpowiedniego specjalisty – mówi Piotr Orzechowski, Prezes Zarządu Infermedica.

O tego typu projektach i rozwiązaniach realizowanych przez polskie firmy będą rozmawiać uczestnicy InsurTech Digital Congress – wydarzenia, które powstało w celu integracji polskiej branży insurtech. Pierwsza edycja kongresu odbędzie się już 24 i 25 maja w Warszawie w ramach FutureTech Congress. – Rozwój polskich insurtechów i rosnąca świadomość technologiczna klientów zainspirowały nas do powołania wydarzenia dedykowanego tej innowacyjnej branży. InsurTech Digital Congress to wydarzenie międzynarodowe, które ma pokazać potencjał technologiczny polskiego sektora ubezpieczeń i pomóc w wypracowaniu nowego modelu współpracy pomiędzy insurtechami, a firmami ubezpieczeniowymi – mówi Witold Jaworski, przewodniczący rady programowej InsurTech Digital Congress.

InsurTech Digital Congress odbędzie się w ramach FutureTech Congress – jednego z najważniejszych szczytów biznesowych w Europie Środkowo-Wschodniej, dedykowanego innowacyjnym branżom fintech, insurtech oraz big data. Pierwsza edycja kongresu organizowanego przez MMC Polska odbędzie się 24 i 25 maja w Warszawie. Honorowym przewodniczącym rady programowej jest Zbigniew Jagiełło, prezes zarządu PKO BP.

Podsumowanie Giełdowego Indeksu Produkcji (GIP60) w marcu

Pomimo korekty trwającego przez kilka miesięcy trendu wzrostowego na GPW, w marcu spora część firmy produkcyjnych uchroniła się przed rażącymi spadkami. Dobre nastroje w branży odzwierciedla Giełdowy Indeks Produkcji. GIP60 w marcu osiągnął poziom 1162 pkt., co oznacza wzrost o 18 pkt. w stosunku do poprzedniego miesiąca. Jednak mimo utrzymującej się dobrej koniunktury, ponad połowa spółek z indeksu zanotowała straty, które w skrajnych przypadkach przekroczyły -5 proc.

Marzec to kolejny już dobry miesiąc dla branży produkcyjnej. Aż jedna trzecia spółek z GIP60 osiągnęła w marcu wzrost wartości powyżej 5 proc, jednak Giełdowy Indeks Produkcji nie rósł już w tempie tak szybkim, jak w minionych miesiącach. Powodów do niepokoju jednak nie ma – Wzrost o 18 pkt. i końcowy wynik w postaci 1162 pkt. oznacza, że pomimo korekty na giełdzie, ten sektor gospodarki prężnie się rozwija i nic nie wskazuje na to, by ta tendencja w najbliższym czasie miała ulec zmianie. Stopa wzrostu na poziomie 1.60 proc. z pozoru może wydawać się niewielka, ale jeśli zestawimy ją z głównymi indeksami GPW, to robi ona wrażenie  – komentuje Maciej Zaręba, pomysłodawca i współtwórca indeksu GIP z firmy DSR.GIP marzec 2017 graf

Największe znaczenie dla indeksu GIP60 miała końcówka miesiąca, bo właśnie wtedy wybił się on ponad benchmarki rynkowe. Porównując go z wykresami indeksów WIG (-0.67 proc.) i WIG20 (-0.70 proc.) można dostrzec, że wyższa stopa zwrotu została osiągnięta przy niższej zmienności, a więc przy niższym ryzyku. Największe wzrosty w ubiegłym miesiącu zanotowały spółki produkcyjne z branży motoryzacyjnej (+26,7 proc.) i farmaceutycznej (+15,5 proc.) oraz projektanci (+9,2 proc.). W przypadku tych ostatnich do wzrostu wartości przyczyniły się bardzo dobre wyniki finansowe. Nie wszystkim firmom udało się jednak osiągnąć dodatnie wyniki.  31 przedsiębiorstw z GIP60 zanotowało spadek wartości, a w czternastu przypadkach przekroczył on nawet -5 proc.

Siła nowych kontraktów

SELVITA (+61,4%), URSUS (+59,3%) i LPP (+20%) to spółki, które zyskały w marcu ponadprzeciętny wzrost wartości i które stały się motorem napędowym całego indeksu. W przypadku dwóch pierwszych firm, przyczyn tak dobrych wyników należy doszukiwać się w podpisaniu nowych kontraktów. Kurs akcji krakowskiej spółki biotechnologicznej SELVITA rósł dynamicznie po tym, jak na pojawiła się informacja o podpisaniu umowy partneringowej na cząsteczkę SEL24 z firmą Berlin-Chemie Menarini. Nowy kontrakt pozwolił zbliżyć rynkową wycenę spółki do 1 mld zł. Również Ursus może pochwalić się umową z nowym klientem z Zambii. Dołączy on do długiej listy afrykańskich kontrahentów spółki. Kontrakt podpisany przez rodzimego producenta ciągników oraz maszyn rolniczych opiewa na ponad 100 milionów USD. Znalazło to odzwierciedlenie w giełdowych wynikach.

Deklaracja Warszawska pomoże produkcji?

Nie bez znaczenia dla optymizmu inwestorów i w długofalowej perspektywie dla rozwoju firm produkcyjnych w Polsce jest podpisanie przez premierów Grupy Wyszehradzkiej Deklaracji Warszawskiej. MA ona na celu pogłębienie współpracy w zakresie badań, rozwoju i rynku cyfrowego pomiędzy krajami z grupy. Zdaniem Viktora Orbana to właśnie państwa Europy Środkowowschodniej w nadchodzących lata czeka najszybszy rozwój. – Jestem przekonany, że przyszłość Europy zależy od czwórki wyszehradzkiej, nawet mam na potwierdzenie tej tezy kilka argumentów. Uważam, że punkt ciężkości rozwoju Europy z państw zachodnich będzie się przesuwać w kierunku centrum. My będziemy częścią tego procesu – skomentował podpisanie deklaracji premier Węgier. Według Macieja Zaręby z DSR, współpraca na polu gospodarczym z państwami nią objętymi może być pozytywnym impulsem dla rozwoju polskiego przemysłu.

Produkujemy i zatrudniamy coraz więcej

Obecna sytuacja daje nadzieje na dalsze wzrosty wartości spółek z GIP60. Rośnie liczba nowych zamówień, coraz więcej osób znajduje pracę w firmach z sektora produkcji a wskaźnik PMI nad Wisłą wyniósł 54,4 pkt., co oznacza, że był to najlepszy kwartał od dwóch lat.

Polska nie jest odosobniona pod względem wzrostu ogólnej wielkości produkcji. Podobne tendencje można zaobserwować w Unii Europejskiej. W strefie euro PMI wzrósł z 55,5 pkt. w lutym do 56,2 pkt. na koniec marca. Również przemysł niemiecki zanotował kolejny doskonały miesiąc. PMI oszacowano tam na poziomie 58,3 pkt. wobec 56,8 pkt. w lutym.

Rekordowy marzec i kwartał na Lotnisku Chopina w Warszawie

Po raz pierwszy w historii warszawskiego portu w ostatnim miesiącu zimy liczba odprawionych pasażerów przekroczyła milion pasażerów. Rekordowy w historii był także I kw. 2017 r., który był lepszy od zeszłorocznego o ponad 28 proc.  

Ponad milion pasażerów odprawionych w marcu to wynik, który jest lepszy od odnotowanego rok temu aż o 28,4 proc. Od stycznia do marca 2017 r. Lotnisko Chopina w Warszawie obsłużyło natomiast blisko 3 mln pasażerów – o 28,5 proc. więcej niż rok temu.

Osiągnięte wyniki są konsekwencją polityki portu nastawionej na obsługę ruchu przesiadkowego, który optymalizuje strukturę ruchu pasażerskiego. W ruchu międzynarodowym w I kw. 2017 r. odprawiono ponad 2,5 mln osób (+23,3 proc.). W ruchu krajowym w tym czasie Lotnisko Chopina w Warszawie obsłużyło natomiast 439,8 tys. osób (+69,2 proc.).

– Szacujemy, że w tym roku odprawimy ponad 14 mln pasażerów – mówi Mariusz Szpikowski, naczelny dyrektor Przedsiębiorstwa Państwowego „Porty Lotnicze”, zarządzającego Lotniskiem Chopina w Warszawie.

Lotnisko Chopina w Warszawie to największe lotnisko w Polsce. Zgodnie z danymi Urzędu Lotnictwa Cywilnego warszawski port obsługuje 43 proc. krajowego ruchu lotniczego. W 2016 r. odprawił 12,8 mln pasażerów.

Przygotuj się na przyszły tydzień 06.04

Przyszły tydzień zapowiada się nad wyraz ciekawie, a to ze względu na publikację brytyjskiej oraz amerykańskiej inflacji. Przy okazji poznamy koszt pieniądza w Kanadzie, ale tutaj nie powinniśmy być w jakikolwiek sposób zaskoczeni.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Wtorek – Inflacja w Wielkiej Brytanii

Po spadku wartości funta brytyjskiego doszło do wzrostu cen produktów importowanych, ale i nie tylko. Co przez to rozumiem? Dla przykładu, ropa naftowa od dołka z 2016 roku wzrosła o 127 procent (w GBP), czyli ceny podwoiły się. Z kolei w tym samym czasie w USD podrożała o 96 procent. Z tego powodu właśnie przyszłe odczyty inflacji w Wielkiej Brytanii mogą być powyżej oczekiwań. Na poniższym wykresie został przedstawiony trend odczytu inflacji rok do roku.

Inflacja R/R

Inflacja R/R

Źródło: Admiral Markets

Od połowy 2015 roku inflacja pnie się do góry, czy trend zostanie utrzymany? Jeżeli tak, to na Banku Anglii będzie ciążyła coraz większa presja, która mogłaby zaowocować ewentualną wzmianką o podwyżce stóp procentowych. Z tego powodu warto obserwować inflację w długim terminie. Inflacje za marzec poznamy we wtorek o godzinie 10:30.

Kolejnym Państwem, w którym poznamy inflacje za marzec są Stany Zjednoczone. Tutaj też mamy do czynienia z trendem wzrostowym, który widać na poniższym wykresie.

Inflacja R/R

Inflacja R/R

Źródło: Admiral Markets

Ostatnia publikacja przyniosła bardzo niepokojące informacje. Inflacja wyniosła 2.7 procenta. Czy tym razem będzie większa? Tego dowiemy się już w piątek 14 kwietnia o godzinie 14:30. Scenariusz jest taki sam, wyższa inflacja oznacza szybsze zacieśnianie monetarne.

Środa – decyzja w sprawie kosztu pieniądza w Kanadzie

Koledzy za granicą podnoszą stopy procentowe, a co robi Kanada? Czeka, aczkolwiek sytuacja się zmieniła. Kilka miesięcy temu niektórzy oczekiwali kolejnej obniżki stóp procentowych, a teraz pod koniec grudnia z 29 procentowym prawdopodobieństwem jest wyceniana podwyżka. W środę o godzinie 16:00 poznamy najnowszy koszt pieniądza. Inwestorzy nie widza miejsca na jakąkolwiek zmianę.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w USA

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w USA

Źródło: Bloomberg

Oprócz podwyżki o godzinie 16:30 zostanie opublikowany raport Banku Kanady na temat polityki monetarnej, a najbardziej interesujące wiadomości pojawią się o godzinie 17:15, czyli konferencja prasowa Banku Kanady. Dlaczego jest taka ważna? Ponieważ tam możemy usłyszeć więcej na temat najbliższej przyszłości kosztu pieniądza. Już dawno zaobserwowano, że kanadyjskie władze monetarne lubią naśladować amerykańskie.

Instrumenty do obserwacji

Najciekawszym instrumentem do obserwacji jest cena 10-letnich amerykańskich obligacji, która od początku roku porusza się w konsolidacji.

Przygotuj się na przyszły tydzień 06.04 10

Źródło: Admiral Markets

W ramach przypomnienia: wzrost ceny obligacji powoduje spadek rentowności i odwrotnie. Gdyby doszło do przełamania strefy oporu 124.77-125.44, to na rynku pojawiłoby się kilka ciekawych opcji. Po pierwsze cena obligacji powinna cały czas rosnąć, nawet w okolicę 129 USD. W takim przypadku trend spadkowy na USD/JPY powinien się nasilić, natomiast strefa oporu w okolicy 1260 USD na złocie powinna zostać pokonana.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Dom na wsi marzeniem Polaków. Rośnie popularność mniejszych działek oraz ogrzewania ze źródeł alternatywnych

Dom na wsi marzeniem Polaków. Rośnie popularność mniejszych działek oraz ogrzewania ze źródeł alternatywnych 11

Polacy najczęściej decydują się na budowę domu, ponieważ marzyli o jego posiadaniu. W ubiegłym roku najwięcej takich inwestycji powstało w województwach mazowieckim i wielkopolskim, głównie na wsiach – wynika z raportu Oferteo.pl. Realizacja trwała przeciętnie 22 miesiące, a jej ostateczne koszty okazały się o jedną czwartą  (25 proc.) wyższe od planowanych. Coraz chętniej stawiane są mniejsze budynki na niewielkich działkach. Rośnie też popularność ogrzewania ze źródeł alternatywnych.

– W ubiegłym roku większą popularnością cieszyły się działki najmniejsze, o powierzchni do pięciu arów, co dziesiąty ankietowany właśnie na takim terenie chciał się budować – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Szeremeta z serwisu Oferteo.pl. – Najpopularniejszym metrażem domu był przedział od 100 do 200 mkw. Bardzo rzadko decydowano się na powierzchnię mniejszą niż 100 bądź większą niż 200 mkw. To trend, który utrzymuje się w naszym badaniu już od kilku lat.

Ankietowani przez Oferteo.pl najczęściej decydowali się na budowę domu o powierzchni użytkowej nieprzekraczającej 200 mkw. Najpopularniejszym metrażem był przedział między 151 i 200 mkw. (26 proc.). Jedynie 1 proc. mniej wskazało na 126 do 150 mkw., 24 proc. – 101–125 mkw., a 14 proc. – do 100 mkw. Tylko 11 proc. zdecydowało się na budowę nieruchomości mieszkalnej przekraczającej 200 mkw. powierzchni użytkowej. Najczęściej wybierana była budowa domu na wsi (57 proc.). Na drugim miejscu uplasowały się miasta mające do 50 tys. mieszkańców (13 proc.).

Zgodnie z wynikami ankiety serwisu Oferteo.pl najczęściej wskazywaną motywacją do podjęcia decyzji o takiej inwestycji było, podobnie jak w ubiegłym roku, spełnienie marzeń (24 proc.). Tylko 18 proc. stwierdziło, że budowa własnego domu okazała się bardziej opłacalna niż kupno mieszkania, a 16 proc. kierowało się koniecznością powiększenia powierzchni użytkowej.

– Do tematu budowy domu jednorodzinnego Polacy podchodzą konserwatywnie – podkreśla Szeremeta. – Do realizacji takiej inwestycji najchętniej używają sprawdzonych, tradycyjnych technologii.

Najwięcej w 2016 roku inwestycji realizowano z bloczku komórkowego (45 proc.). Poza tym dużą popularnością cieszyła się cegła ceramiczna, na którą wskazało 34 proc. ankietowanych. Wciąż niewielka jest popularność domów z drewna. Tylko co dziesiąty ankietowany zadeklarował, że budował dom w technologii szkieletowej, natomiast tylko 2 proc. – z bala.

Wśród ubiegłorocznych inwestycji dominowały budynki jednopiętrowe (65 proc.). Na dom parterowy zdecydowało się 28 proc. Prawie zawsze była to przy tym nieruchomość niepodpiwniczona (85 proc.).

– Najczęściej montowane jest ogrzewanie gazowe. 40 proc. respondentów wskazało, że w ten sposób będzie ogrzewało dom. Z kolei 30 proc. wskazało na ogrzewanie za pomocą kotła na paliwa stałe. Co warte podkreślenia, wzrasta popularność ogrzewania pozyskiwanego z alternatywnych źródeł. Pompy ciepła zamontowało 15 proc. badanych, a kolektory słoneczne – 7 proc. – wymienia Artur Szeremeta.

Według raportu Oferteo.pl najczęściej na budowę domu w ubiegłym roku decydowali się Polacy przed 40 rokiem życia. Wśród ankietowanych najwięcej było osób, które rozpoczęły taką inwestycję w przedziale wiekowym 31–35 lat (29 proc.) oraz 26–30 lat i 36–40 lat (po 20 proc.). W porównaniu do poprzedniej edycji badania (za 2015 rok) spadła liczba osób, które zdecydowały się na budowę po czterdziestce. Dwa lata temu takich inwestorów było 38 proc., a podczas ubiegłych dwunastu miesięcy – 29 proc. Na tym samym poziomie (2 proc.) utrzymał się odsetek budujących dom w wieku poniżej 25 lat.

Sprzedaż ciągników w Polsce spadła w 2016 roku o 30 proc. W kolejnych miesiącach ruszą inwestycje rolników

Sprzedaż ciągników w Polsce spadła w 2016 roku o 30 proc. W kolejnych miesiącach ruszą inwestycje rolników 12

W ubiegłym roku sprzedano w Polsce blisko 8,8 tys. traktorów. To o 29 proc. mniej niż rok wcześniej. Sprzedaż przyczep rolniczych spadła jeszcze mocniej. Jednym z głównych powodów jest przerwa w dopływie unijnych środków. Zdaniem Polskiej Izby Gospodarczej Maszyn i Urządzeń Rolniczych inwestycje ruszą, gdy tylko rozpoczną się transfery środków. Wiele zależy także od uwarunkowań pogodowych.

Ubiegły rok nie był prosty dla branży maszyn i urządzeń rolniczych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Hubert Seliwiak z Polskiej Izby Gospodarczej Maszyn i Urządzeń Rolniczych. – Sektor jest specyficzny, bo nie działa w nim klasyczne prawo popytu i podaży, ale jest mocno determinowany przez środki zewnętrzne z Unii Europejskiej, chociażby w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Gdy programy są uruchomione, sprzedaż jest całkiem dobra i słupki rosną. Jeżeli pieniędzy nie ma, handel też ustaje.

Według danych Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców, analizowanych przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, w ubiegłym roku sprzedano w Polsce 8768 sztuk nowych ciągników rolniczych, czyli o 3545 mniej niż dwanaście miesięcy wcześniej (spadek o 29 proc. ). Segment przyczep rolniczych zmniejszył się o 51,7 proc. Styczeń tego roku był pierwszym miesiącem od lipca 2015 roku (koniec środków z PROW 2007–2013), kiedy odnotowano wzrosty – sprzedaż przyczep rolniczych wzrosła o 10,5 proc., a traktorów – o 9,4 proc. rdr. Luty ponownie jednak przyniósł spadki (odpowiednio o 12,7 proc. oraz o 7,2 proc. rdr.)

– Wszystko zależy od dostępności środków unijnych. Branża teraz czeka na to, aż wnioski będą rozpatrzone i pieniądze trafią wreszcie do rolników. To się niedługo stanie, ponieważ w zeszłym roku były nabory, w związku z czym liczymy na to, że w II kwartale pierwsze pieniądze zaczną trafiać do rolników i będą oni mogli inwestować – mówi Hubert Seliwiak.

Branża mimo wszystko ostrożnie podchodzi do prognoz na kolejne miesiące.

– Rok 2016 był trochę kubłem zimnej wody dla branży, więc i prognozy są ostrożne. Raczej szacuje się, że sprzedaż w tym roku będzie bliższa poziom z 2016 roku niż z lat poprzednich – podkreśla ekspert PIGMiUR.

W latach 2007–2013, w czasie poprzedniej unijnej perspektywy finansowej, środki przeznaczone na rolnictwo i rozwój tego rodzaju obszarów po raz pierwszy w historii Unii Europejskiej nie stanowiły największej wartości wśród obszarów gospodarek będących przedmiotem dofinansowania. Wyższe kwoty zostały przeznaczone na wsparcie konkurencyjności oraz polityki spójności. W tej perspektywie jest podobnie. Jednak kwoty wsparcia dla rolnictwa są znaczące. Do polskich rolników z UE trafi 32 mld euro w ramach PROW oraz dopłat bezpośrednich.

To, na jakie maszyny w tym roku będzie zapotrzebowanie, zależy od kształtu Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich – przekonuje Hubert Seliwiak. – Wiemy na pewno, że nie będzie można dotować maszyn, które rolnicy już wcześniej kupili. Podczas poprzedniej perspektywy unijnej bardzo dużo inwestowano w nowe ciągniki, więc w tym segmencie wzrost zapewne nie będzie duży. Spodziewamy się raczej większego zainteresowania zespołami maszyn, czyli na przykład ciągnikami z urządzeniem, które pozwala uprawiać ziemię.

Drugim istotnym czynnikiem, od którego zależą zakupy rolników, jest pogoda.

Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, nie będzie powodzi ani suszy, to jest szansa na dobre plony. Rolnicy będą wtedy lepiej zarabiać i więcej zainwestują w maszyny i urządzenia. Unijne pieniądze jak najbardziej pomagają. Ale bardzo ważne jest także to, jakie będą dochody – precyzuje Hubert Seliwiak.

Jak podkreśla, polski rynek nie jest wyjątkiem wśród państw europejskich. Z danych CEMA, Europejskiego Stowarzyszenia Przemysłu Maszyn Rolniczych, wynika, że w ubiegłym roku sprzedaż traktorów zmniejszyła się o 6,7 proc. Spadki odnotowano m.in. na czterech największych rynkach – niemiecki, francuskim, włoskim i brytyjskim. Eksperci oczekują w tym roku podobnych wyników sprzedażowych jak w 2016 roku.

– Rok 2016 był również bardzo trudny w pozostałych krajach Unii, na Zachodzie, natomiast tam przyczyny tego są inne. To m.in. susze czy niskie dochody rolników spowodowane niskimi cenami płodów rolnych. Generalnie możemy powiedzieć, że branża maszyn i urządzeń rolniczych przeżywa lekki kryzys w całej Europie – mówi Hubert Seliwiak.

Producenci maszyn przyciągają klientów coraz to nowymi rozwiązaniami technologicznymi. Jak podkreśla ekspert, cyfryzacja w rolnictwie prowadzona jest na szeroką skalę.

Coraz więcej sprzętów zaopatrzonych jest w nowoczesne technologie, czy to GPS, czy inne rozwiązania pomagające efektywnie uprawiać ziemię. Są to systemy coraz bardziej powszechne także dlatego, że po prostu stają się tańsze, a w dużej mierze wpływają na wydajność pracy rolników – podkreśla Hubert Seliwiak.

YouTube zapowiada większą kontrolę umieszczanych w serwisie treści. To reakcja na bojkot reklamodawców

YouTube zapowiada większą kontrolę umieszczanych w serwisie treści. To reakcja na bojkot reklamodawców 13

Media społecznościowe poruszyła informacja o kłopotach YouTube’a, z którego wycofują się kolejni reklamodawcy. To reakcja na fakt, że zamieszczane przez serwis reklamy sąsiadują z filmikami organizacji terrorystycznych. Właściciel serwisu, Google, zapowiedział działania zapobiegające tej sytuacji. YouTube ma między innymi zwiększyć kontrolę publikowanych treści. Eksperci Nomura Instinet oszacowali, że serwis przez bojkot reklamodawców może stracić 750 mln dol.

Współpracę z serwisem zerwała część dużych brandów, wśród których znaleźli się światowi giganci, jak McDonald’s, PepsiCo i kosmetyczny koncern Johnson & Johnson. Reklamodawcy zareagowali bojkotem, ponieważ zamieszczane przez nich treści pojawiały się w towarzystwie materiałów zawierających drażliwe treści, na przykład filmów publikowanych przez organizacje terrorystyczne.

– Google zapowiedział już różnorakie działania, żeby zapobiec takim sytuacji. Między innymi zwiększy zatrudnienie osób, które będą sprawdzały publikowane treści i zmieni automatyczne mechanizmy, które dopasowują reklamy do filmów publikowanych w sieci – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Jałowiec, redaktor naczelna serwisu PRoto.pl.

Jak prognozują analitycy firmy maklerskiej Nomura Instinet, przez kłopoty serwisu jego właściciel Google może stracić nawet 7,5 proc. prognozowanych przychodów, czyli około 750 mln dol.

W marcu głośno było także o dwóch branżowych badaniach, które ukazują siłę mikroinfluencerów oraz starszych grup internautów.

– W zagranicznych mediach branżowych pojawiły się w marcu dwa ciekawe badania, które pokazują, jak i gdzie marki powinny promować swoje usługi. Okazuje się, że w mediach społecznościowych duży nie zawsze może więcej – mówi Joanna Jałowiec.

Specjalizująca się w influence marketingu agencja HelloSociety przeprowadziła w ubiegłym miesiącu badanie, z którego wynika, że współpraca brandów z mikroinfluencerami, którzy mają poniżej 30 tys. fanów, może być bardziej skuteczna niż kampania przeprowadzona z udziałem internetowej gwiazdy. Współpraca z mikroinfluencerami pozwalała wygenerować o 60 proc. większe zaangażowanie użytkowników i konsumentów, a przy tym wymagała średnio 7-krotnie niższych nakładów finansowych.

– Można interpretować to w ten sposób, że bardzo znane osoby, które mają milion followersów, są po prostu mniej wiarygodne, kiedy promują nowy produkt, i przekonują, że są do niego bardzo przywiązane – mówi Joanna Jałowiec.

Z kolei z analizy Influence.Co wynika, że starsi użytkownicy są grupą, która najczęściej poszukuje w sieci produktów dostrzeżonych wcześniej na profilach marek na Instagramie. Serwis charakteryzuje obecność wszystkich grup wiekowych, z których najliczniejsi są millenialsi i przedstawiciele pokolenia Z, jednak starsi użytkownicy, w wieku 65–74 lat, są coraz bardziej aktywni. Badanie, które sprawdziło marketingową skuteczność wpisów publikowanych na Instagramie, pokazało, że zainteresowanie produktami zauważonymi na portalu wśród młodych grup nie przekroczyło 2,5 punktu w pięciostopniowej skali.

– Mimo że starsi użytkownicy są jeszcze stosunkowo niezbyt licznie obecni na Instagramie, to jednak są najbardziej podatni na wpływ reklamy. To badanie pokazuje siłę marketingową Instagrama i potwierdza maksymę, że nie zawsze w młodości siła – komentuje Joanna Jałowiec.

Redaktor naczelna PRoto.pl zauważa, że Facebook nie zatrzymuje się i wprowadza kolejne nowości. Serwis aktualizuje od niedawna swój słynny algorytm, który wpływa na to, co pojawia się na tablicach użytkowników. Od marca Facebook testuje też w swoim komunikatorze reakcje znane użytkownikom z głównej aplikacji.

– Reakcje zostały wprowadzone ponad rok temu, żeby użytkownicy mogli w dokładniejszy sposób wyrażać swój stosunek do treści publikowanych na Facebooku. Od momentu ich wprowadzenia reakcje zostały użyte aż 300 mld razy, a najpopularniejszą emotikonką było serduszko oznaczające reakcję „super”. Facebookowi nie pozostało nic innego, jak tylko dostosować swoje tajemnicze mechanizmy do tego, jak reagują użytkownicy. Co ciekawe, nowy algorytm Facebooka będzie brał pod uwagę wszystkie reakcje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne – mówi Joanna Jałowiec.

W Messengerze dodana została nowa opcja – kciuk w dół, oznaczający dezaprobatę albo niezadowolenie. Facebookowe reakcje mają być zliczane podobnie jak „lajki” i będą dostępne tylko w rozmowach grupowych.

Producenci żywności inwestują w oszczędzanie wody i energii. Społecznie odpowiedzialny biznes kluczowy w ich strategiach

Producenci żywności inwestują w oszczędzanie wody i energii. Społecznie odpowiedzialny biznes kluczowy w ich strategiach 14

Ochrona środowiska i zrównoważona produkcja zyskują na znaczeniu w strategiach producentów żywności. Firmy wybierają surowce z certyfikowanych upraw i zwracają uwagę na sam proces produkcji – zużycie wody, segregowanie odpadów czy emisję dwutlenku węgla. W Grupie Ferrero od 2009 roku udało się obniżyć emisję dwutlenku węgla o 30 proc., a wykorzystanie wody ograniczono o 25 proc. Takie działania to nie jest już wyłącznie zagadnienie wizerunkowe – podkreśla Andrzej Gantner, dyrektor Polskiej Federacji Producentów Żywności.

 Dla większości producentów żywności zagadnienie zrównoważonej produkcji, zrównoważonych źródeł surowców, zużycia energii i wody jest jedną z podstawowych kwestii. Na tej podstawie ocenia się społeczną odpowiedzialność danego przedsiębiorstwa, która nie jest już tylko zagadnieniem wizerunkowym – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności. – Są już indeksy giełdowe oceniające, czy pozyskiwanie np. wody nie powoduje wysychania danego regionu, czy pozyskiwanie oleju nie powoduje wyginięcia gatunku, czy przez działalność przedsiębiorstwa nie zostanie zachwiana bioróżnorodność obszaru.

Przede wszystkim dzięki zaangażowaniu konsumentów przybywa firm, które dostrzegają, że warto oferować wyroby tworzone z poszanowaniem ekologii i etyki. Coraz częściej przy wyborze produktów konsumenci nie kierują się ceną, lecz zwracają uwagę na ekologiczne produkty i certyfikat zrównoważonej produkcji. Zrównoważone rolnictwo zakłada m.in. niestosowanie określonych rodzajów nawozów i środków ochrony roślin, minimalizowanie strat surowców i ograniczony wpływ na środowisko naturalne.

– Patrząc na raporty społecznej odpowiedzialności biznesu każdej dużej firmy, zagadnienie zrównoważonego rozwoju stanowi bardzo ważną ich część. To dobra wiadomość dla nas, a przede wszystkim dla naszych wnuków i ich wnuków, bo cały problem polega na tym, żeby te zasoby wystarczyły nie tylko dla nas, lecz także dla następnych pokoleń – przekonuje dyrektor PFPŻ.

Ferrero, jeden z największych na świecie producentów słodyczy, swój biznes opiera w dużej mierze na społecznej odpowiedzialności. W opublikowanym właśnie raporcie dotyczącym działalności CSR podkreśla, że od 2009 roku fabryki firmy ograniczyły emisję dwutlenku węgla o ponad 30 proc., a zużycie wody spadło o 25 proc. Ponad 92 proc. odpadów jest segregowanych i wysłanych do odzysku.

– Społeczną odpowiedzialność mamy wpisaną w nasze DNA – podkreśla Małgorzata Szleszyńska, dyrektor ds. relacji korporacyjnych, instytucjonalnych i PR w Ferrero Polska Commercial. – We wszystkich fabrykach wdrażamy niemal od samego początku cały system ochrony środowiska, w którym nasze zobowiązania związane z redukcją dwutlenku węgla i oszczędnością wody są postawione na bardzo wysokim poziomie. To nie tylko kwestia trzymania się pewnych norm, lecz także staramy się środowisko jeszcze lepiej chronić.

Grupa Ferrero do 2020 roku zakłada 40 proc. redukcję emisji dwutlenku węgla z działalności produkcyjnej i 30 proc. emisji gazów cieplarnianych z transportu i przechowywania. Inwestuje też w zieloną energię. Firma przykłada dużą wagę do pochodzenia wykorzystywanych w produkcji surowców. Już teraz 100 proc. kawy czy jaj ma certyfikat produkcji zrównoważonej. Do 2020 roku całkowite dostawy kakao, orzechów laskowych i cukru trzcinowego mają pochodzić ze zrównoważonych źródeł.

 CSR to są również działania takie jak Kinder + Sport, program edukacyjno-sportowy, który zatacza coraz szersze kręgi wśród dzieci i młodzieży. W tej chwili jesteśmy obecni w trzech dyscyplinach sportu, przede wszystkim w minisiatkówce – zaznacza Szleszyńska.

W ramach projektu Kinder + Sport w 25 krajach na świecie zrealizowano ponad 3,1 tys. wydarzeń, a w program zainwestowano blisko 11 mln euro.

– Działamy również na polskim wybrzeżu – współpracujemy z Mateuszem Kusznierewiczem przy programie dotyczącym ochrony środowiska, zwłaszcza Bałtyku. Szkoły przygotowują specjalne programy, a nagrodą jest rejs po morzu na łódkach. Mamy też program związany z uczeniem dzieci pływania – wymienia Małgorzata Szleszyńska.

Grupa Ferrero obecna jest w 53 krajach – ma 22 zakłady produkcyjne, 8 zakładów przetwórczych i 6 gospodarstw rolnych, w których pracuje blisko 41 tys. pracowników. W Polsce Ferrero działa już od 25 lat, zatrudnia ponad 2700 pracowników i współpracowników, ma wśród swoich partnerów biznesowych imponującą grupę ponad 80 proc. dostawców lokalnych. Tylko w ciągu ostatnich dwóch lat Ferrero zrealizowało w Polsce inwestycje przekraczające 400 mln zł. Zakład w Belsku Dużym, który rozpoczął pierwszą produkcję w 1997 roku, stał się trzecią fabryką w grupie i ma istotne znaczenie dla dostaw na rynki europejskie i pozaeuropejskie.

Otwarte oprogramowanie podbija biznes. Korzysta z niego 78 proc. przedsiębiorstw

Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska, organizator Konferencji Open Source Day

Jak wynika z danych Black Duck, 78 proc. przedsiębiorstw korzysta z otwartego oprogramowania, czyli takiego, które pozwala na modyfikacje rozwiązań na własny użytek. Co więcej, ponad połowa badanych przyznała, że przy wyborze rozwiązań IT zwraca uwagę właśnie na te, które są oparte o open source. Liczba informatyków pracujących nad takim oprogramowaniem będzie znacząco rosła.

Open source to oprogramowanie oparte na ogólnodostępnym kodzie, którego twórcy dają użytkownikom pozwolenie na modyfikacje rozwiązań na własny użytek. W Polsce otwarte oprogramowanie cieszy się coraz większą popularnością, głównie w sektorze finansowym i telekomunikacyjnym.

– Otwarte oprogramowanie to filozofia tworzenia i uproszczania rozwiązań informatycznych. To wielki ruch społeczny, a zarazem najbezpieczniejsza droga rozwoju aplikacji czy informatyki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska, organizator Konferencji Open Source Day.

Otwarte oprogramowanie jest standardem w biznesie, korzystamy z niego również na co dzień – wystarczy chociażby wspomnieć o telefonach działających na systemach operacyjnych Android czy przeglądarce Mozilla Firefox. Warto jednak zauważyć, że stale rośnie popularność otwartego oprogramowania także wśród klientów biznesowych – wykorzystuje je obecnie 78 proc. przedsiębiorstw.

– W naszym kraju nie było jeszcze dokładnych badań szacujących skalę użycia rozwiązań otwartych przez firmy. Natomiast według analiz światowych ponad 70 proc. firm używa rozwiązań open source’owych. W Polsce wynik ten będzie na bardzo zbliżonym poziomie – twierdzi Dariusz Świąder.

Zeszłoroczne badanie Black Duck i North Bridge „Annual Future of Open Source Survey” potwierdza tezę, że biznes wyraźnie docenia zalety tego typu rozwiązań. 64 proc. z niemal 3,5 tys. ankietowanych uważa, że open source może pozytywnie wpłynąć na rozwój biznesowy ich przedsiębiorstwa. Według badanych głównymi zaletami otwartego oprogramowania są: wysoka jakość, bezpieczeństwo, elastyczność, konkurencyjność, a także możliwość personalizacji.

– To ważne, bo wokół otwartego oprogramowania wciąż krąży kilka mitów, takich jak choćby te, że coś, co jest udostępnione za darmo, jest gorszej jakości lub nikt tego nie nadzoruje. Tak naprawdę jest zupełnie odwrotnie – przekonuje Dariusz Świąder.

Jak podkreśla prezes Linux Polska, w ciągu kilku lat liczba ludzi pracujących nad open source znacząco wzrośnie. Firma Vision Mobile szacuje, że społeczność programistów pracująca nad internetem rzeczy liczy obecnie 300 tys. Do 2020 r. liczba ta ma sięgnąć 4,5 miliona.

– Nad rozwiązaniami open source pracuje społeczność złożona z milionów programistów. To więcej niż jest w stanie w pojedynkę zatrudnić jakikolwiek producent oprogramowania – komentuje Dariusz Świąder.

Badania przeprowadzone przez firmę Gartner wskazują, że do 2020 r. na świecie do sieci będzie podłączonych 20,8 miliarda urządzeń. W tym również rozwiązania big data, w które według Gartnera zainwestowało w 2016 r. 48 proc. przedsiębiorstw, co więcej są w znacznej mierze oparte o open source, co oznacza, że przyszłość będzie należeć do otwartych rozwiązań.

– Perspektywy są wspaniałe, zobaczymy, jak to wszystko będzie się rozwijało. Dzisiaj mamy do czynienia z tzw. czwartą rewolucją przemysłową, w której rozwiązania otwarte biorą czynny udział. To one napędzają rozwój informatyki. Badania pokazują jasno, że rozwiązania otwarte i przetwarzanie danych w chmurze to dwa najbardziej prorozwojowe kierunki, na których będzie się opierał rozwój informatyki w przyszłości – podsumowuje Dariusz Świąder.

Ubezpieczyciele wypłacają coraz większe odszkodowania i świadczenia. Branża chce uregulowania wysokości zadośćuczynienia dla poszkodowanych w wypadkach

Ubezpieczyciele wypłacają coraz większe odszkodowania i świadczenia. Branża chce uregulowania wysokości zadośćuczynienia dla poszkodowanych w wypadkach 15

Konkurencja cenowa między ubezpieczycielami, rosnące koszty napraw, odszkodowań i zadośćuczynień za straty niematerialne dla ofiar wypadków oraz nowe regulacje prawne – wszystko to złożyło się na blisko 40-proc. wzrost stawek obowiązkowych polis OC w ubiegłym roku. Branża postuluje, żeby – podobnie jak w innych europejskich krajach – prawodawca odgórnie określił zasady i wysokość zadośćuczynienia wypłacanego poszkodowanym za krzywdy niematerialne.

Przez ostatnich kilka lat mieliśmy sytuację, w której wysokość składek OC utrzymywała się na tym samym poziomie, a świadczenia rosły. Wzrost był spowodowany m.in. prokonsumenckimi zmianami prawnymi czy orzecznictwem sądów. Rosną koszty napraw pojazdów, poszkodowani otrzymali prawo do większej iczby świadczeń, w tym wypłacanych z tytułu kosztów osobowych, czyli np. leczenia. Znacząco rosły także zadośćuczynienia dla osób, które straciły w wypadku kogoś bliskiego. Tak duże wzrosty świadczeń musiały się w końcu przełożyć na wzrost składki OC – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Jak wynika z danych PIU, w ubiegłym roku stawki dla kierowców za ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej (OC) wzrosły o blisko 40 proc. Suma ubiegłorocznych składek wyniosła blisko 11,7 mld zł wobec 8,4 mld zł w 2015 roku. Zdaniem branży tak duży wzrost był efektem kilku poprzednich lat, w których wysokość składek była stabilna, a rosła wysokość wypłat świadczeń dla poszkodowanych.

Wpływ na ceny polis miały zarówno rosnące świadczenia, orzeczenia sądów i zmiany w prawie, jak i zalecenia Komisji Nadzoru Finansowego dotyczące likwidacji szkód. To sprawia, że rentowność polis komunikacyjnych jest od wielu lat ujemna, co oznacza, że ubezpieczyciel ponoszą stratę na tej gałęzi działalności. Z danych PIU wynika, że na koniec ubiegłego roku strata w OC przekroczyła 1 mld zł.

W ubiegłym roku rynek zarejestrował rekordową stratę, przekraczającą miliard złotych. Być może to była ta bariera, która spowodowała, że składki musiały wzrosnąć. System ubezpieczeń funkcjonuje w taki sposób, że ubezpieczyciel zbiera składki i przeznacza je na wypłatę świadczeń, odszkodowań czy zadośćuczynień. Dlatego musi istnieć równowaga pomiędzy wysokością zebranych składek a wypłaconych świadczeń. Oczywistym jest, że jeżeli rosną świadczenia, to muszą również wzrosnąć składki – wyjaśnia Dorota Fal.

Na stawkę obowiązkowego dla kierowców ubezpieczenia OC składają się nie tylko takie koszty jak koszt naprawy uszkodzonego samochodu czy auto zastępcze, lecz także koszty leczenia i rehabilitacji poszkodowanego w wypadku oraz utraconych przez niego dochodów w czasie, w którym nie był zdolny do pracy, a także wypłacane renty.

Są to również koszty zadośćuczynienia, czyli rekompensata finansowa za ból i cierpienie, która przysługuje zarówno poszkodowanym, jak i tym, którzy stracili w wypadku bliską osobę. Katalog tych świadczeń jest naprawdę bardzo szeroki – mówi Dorota Fal.

Z tytułu OC ubezpieczyciele wypłacili w ubiegłym roku blisko 8 mld zł odszkodowań i świadczeń dla poszkodowanych. To prawie 15-proc. wzrost, który przełożył się również na wysokość składek.

Wiele innych krajów uregulowało ustawowo wysokość wypłat za szkody niematerialne. Umówiono się, w jaki sposób społeczeństwo rekompensuje ból i cierpienie. To jest wartość niematerialna, którą trudno wyliczyć w pieniądzu – mówi doradca zarządu PIU.

Branża ubezpieczeniowa podkreśla, że sama nie chce zabierać głosu w kwestii dotyczącej wysokości zadośćuczynień wypłacanych poszkodowanym w wypadkach za cierpienia psychiczne. Ta kwestia powinna zostać uregulowania odgórnie, przez właściwe ku temu organy i akty prawne (obecnie podstawą prawną są wyłącznie przepisy Kodeksu cywilnego).

Ubezpieczyciele nie mają prawa do zabierania głosu w kwestii tego, ile powinno się wypłacać poszkodowanym. Rolą ubezpieczycieli jest wyłącznie przeliczenie i właściwe wyliczenie składki tak, żeby ona pozostawała w relacji do wypłacanych świadczeń, czyli odszkodowań i zadośćuczynień. To akty prawne powinny regulować wysokość tych świadczeń – mówi Dorota Fal.

9 miliardów zysku NBP. FED redukuje swój bilans?

Prezes NBP potwierdził wysokość zysku i wpłatę do budżetu. W zapiskach z posiedzenia FED znajduje się informacja o redukcji środków. Dane makro ze świata.

Zysk NBP potwierdzony

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami w 2016 roku NBP uzyskał najwyższy w historii zysk. Poziom 9 miliardów złotych potwierdził wczoraj prezes tej instytucji Adam Glapiński. Jest to bardzo dobra wiadomość dla budżetu. Jest też zła na przyszłość. Spora część tego zysku pochodzi z różnic walutowych. W zeszłym roku złoty tracił na wartości zatem wartość rezerw rosła. Trend ten wcale nie musi być utrzymany w 2017 roku, zatem zysk wpływający do przyszłorocznego budżetu może już nie być tak imponujący. To co ważne, to tak wysoki poziom zysku w tym roku daje szanse na nie przekroczenie progu zadłużenia po którym grozi nam powrót do unijnej procedury nadmiernego deficytu.

FED zamierza redukować swoje środki

W wyniku działań na rynkach w trakcie kryzysu z 2008 roku rezerwa federalna wykreowała bardzo dużą ilość środków. Powstawały one głównie w ramach operacji otwartego rynku, kiedy to za tzw. wydrukowane dolary skupowano z rynku wątpliwe aktywa. Polityka ta spowodowała wytworzenie imponującej sumy 3,5 bilionów dolarów. Dla porównania do 2008 roku wielkość kapitałów FED wynosiła zaledwie około biliona. Obecnie w zapisach z posiedzeń pojawia się informacja, że ta imponująca suma ma być zredukowana. Oznacza to, że konieczne będzie upłynnienie części nabytych aktywów. Na razie do momentu kiedy nie znamy skali rynki są spokojne, ale biorąc pod uwagę skalę temat ten może jeszcze nie raz w tym roku zmienić notowania dolara.

Dane makroekonomiczne

W nocy poznaliśmy słabszy od oczekiwań indeks PMI dla usług z Chin. Lepiej wypadł z kolei indeks zaufania konsumentów w Japonii. W obydwóch przypadkach dane te nie były na tyle istotne by wpłynąć znacząco na notowania walut. Dobre dane napłynęły od naszego południowego sąsiada. Produkcja przemysłowa rośnie o 2,7% wobec oczekiwanych 2,1%. O 11:00 poznaliśmy decyzję z Banku Indii. Nie zmieniono stóp procentowych.

 

Catalyst na tle rynków obligacji Europy Środkowej i Wschodniej. Nasza pozycja w regionie

Catalyst, czyli notowana część polskiego rynku obligacji korporacyjnych, przeżywa w ostatnich latach dynamiczny rozwój. Na koniec IV kwartału 2016r. wartość papierów korporacyjnych notowanych na Catalyst wyniosła 69 mld zł. Jak natomiast wyglądamy na tle Europy Środkowo-Wschodniej? A może powinniśmy postawić pytanie – jak ta część Europy wygląda na naszym tle? Zanim odpowiem na te i inne pytania, przyjmijmy na potrzeby poniższego artykułu, że na obszar Europy Środkowo-Wschodniej składają się kraje Grupy Wyszehradzkiej i republik nadbałtyckich (Litwa, Łotwa, Estonia) oraz Rumunia i Chorwacja.

Omówienie poszczególnych giełdowych rynków obligacji państw wymienionych wyżej rozpocznijmy od przedstawienia rynku najbliższego naszym sercom i pieniądzom – Catalyst-u. Powstał on w 2009 roku i od tamtej pory przeżywa nieprzerwany rozkwit. W 2010 r. notowane były na nim obligacje korporacyjne o wartości jedynie 17,34 mld zł, a liczba emitentów wynosiła 24. Już dwa lata później wartości te przedstawiały się znacznie lepiej 46,3 mld złotych obligacji notowanych na koniec okresu, wyemitowane przez 121 podmioty. Natomiast w roku 2015 mieliśmy już 148 emitentów i 60,3 mld zł notowanych obligacji. Na przestrzeni 5 lat widzimy zatem wzrost wartości notowanych obligacji korporacyjnych o 248 proc., z około 17,5 mld zł do ponad 60 mld zł, oraz liczby emitentów o ponad 500 proc. – z 24 do 148. Po krótce omówić można również strukturę zobowiązań firm w Polsce, swoją analizę oprę na wartości całego rynku obligacji korporacyjnych (tj. również części nienotowanej), bez obligacji wyemitowanych przez banki. W 2014 r. jedynie 14,9 proc. ogólnego zadłużenia przedsiębiorstw w Polsce miało swoje źródło w obligacjach korporacyjnych. Jednak również w tej materii zachodzi diametralna zmiana. Jeszcze w 2009 roku firmy posiadały 222 mld zł kredytów w bankach oraz zaledwie 12,2 mld zł zobowiązań wobec obligatariuszy. W roku 2012 było to odpowiednio 272 i 31,4 mld zł, natomiast w 2014 już 301 i 52,7 mld zł. Zatem średnioroczna dynamika wzrostu zadłużenia przedsiębiorców w bankach wynosiła zaledwie 6,3 proc., podczas gdy średnioroczna dynamika wzrostu finansowania poprzez obligacje korporacyjne wynosiła 34,0 proc. Po uświadomieniu sobie skali i wielkości Catalyst-u możemy przejść do omawiania poszczególnych rynków obligacji Europy Środkowej i Wschodniej.

Polak, Węgier, dwa bratanki?

Budapest Stock Exchange, czyli giełda węgierska, posiada rynek obligacji korporacyjnych, którego obecna wartość wynosi 3,65 mld euro, a więc około 15,8 mld złotych. Oznacza to, że rynek węgierski jest ponad 4- krotnie mniejszy od polskiego Catalyst. Jeżeli za kolejny ważny wskaźnik przyjąć stosunek jego wielkości do PKB, które na Węgrzech stanowi około 120 mld USD, rynek obligacji korporacyjnych stanowi 3 proc. węgierskiej gospodarki. Dla Catalyst stanowi około 3,5 proc. polskiego PKB (przy założeniu, że PKB Polski wynosi 474,8 mld dolarów, a kurs dolara – 4,13 zł). Dana, którą zostawiłem na koniec, jest także wiele mówiąca – na giełdzie w Budapeszcie notowane są obecnie obligacje korporacyjne 13 firm! W Polsce liczba takich podmiotów to 133 przedsiębiorstwa.

Sąsiedzkie obligacje

Giełda czeska, z siedzibą w Pradze, na tle węgierskiej może pochwalić się rynkiem obligacji korporacyjnych wartym 8,84 mld euro, czyli około 38,45 mld zł. W porównaniu do Catalyst-u dalej jest oczywiście prawie 2 -krotnie mniejszy. Również liczba firm, których obligacje są notowane jest dużo mniejsza. Jest ich aż, lub tylko 32. Samych emisji w 2016 roku było 86. W Polsce dla przykładu notowanych było – 385 serii. Kolejnym wskaźnik, czyli PKB. Stanowi ono w Czechach 182 mld USD, czyli giełdowy rynek obligacji korporacyjnych ma wartość 5,1 proc. czeskiego produktu krajowego. Ten wskaźnik wykazuje zatem względnie niewielką różnicę w porównaniu do Polski, gdzie jest to 3,5 proc. Trzeba tylko pamiętać, że polskie PKB jest o ok. 160 proc. większe niż czeskie. Ostatnia dana, jak w przypadku Węgier, będzie najciekawsza. Wartość obrotów, przyjmując kurs korony czeskiej na poziomie 0,1612, na rynku obligacji korporacyjnych, w ciągu całego roku 2015 wyniosła na rynku obligacji korporacyjnych 822 tys. złotych. W Polsce wartość obrotu sesyjnego oraz pakietowego w 2015 r. wyniosła 1,771 mld złotych. Wartość obrotów w Czechach stanowi 0,046 proc. tej wartości w Polsce.

Burza Cenných Papierov

Kończąc omawianie państw nalężących do Grupy Wyszehradzkiej przyszedł czas na Słowację. Jeżeli chodzi o wartość giełdowego rynku obligacji wynosi ona 4,83 mld euro, czyli około 21 mld złotych. Czyli jest on większy niż na Węgrzech (15,8 mld), ale mniejszy niż w Czechach i to prawie dwukrotnie( 38,5 mld). W 2015 roku 14 firm przeprowadziło w sumie 26 emisji – jednak ich wartość nie jest możliwa do oszacowania gdyż podawana jest włącznie z emisjami obligacji przez słowackie ministerstwo finansów, przez Narodowy Bank Słowacki oraz innych państwowych banków. Jedyna wydzielona informacja to wyżej wymieniona wartość rynku, czyli 21 mld złotych. Co ciekawe, za obroty na słowackiej Burzy w 98 proc. odpowiadają właśnie transakcje na obligacjach, oczywiście w głównej mierze państwowych, jednak mimo wszystko pokazuje to słabość rynku akcji i zwracanie się społeczeństwa oraz funduszy w stronę obligacji.

Bałtyckie obligacje

Kolejną grupą państw są Republiki Nadbałtyckie, czyli Litwa, Łotwa i Estonia. Wartość rynku obligacji korporacyjnych w Łotwie wynosi 10 mln euro, na Litwie 1,4 mld euro, a w Estonii – 340 mln euro. Są to zatem rynki nieporównywalnie mniejsze od tych omówionych wyżej. Jedynie giełda Litewska wyróżnia się na ich tle, ale raczej nieznacznie, będąc prawie 3-krotnie mniejszą od Węgierskiej, najmniejszej z państw Grupy Wyszehradzkiej. Na ich rynkach notowane są obecnie obligacje korporacyjne 20 przedsiębiorstw, jest to również liczba wszystkich emitentów występujących na tych rynkach.  Większość stanowią banki, inne sektory to moda, telekomunikacja, energetyka i pożyczki. Nie wdając się w szczegóły, przy tak niskich wartościach również obroty na tych rynkach są znikome, a większość z nich, jak można się domyślić, to transakcje na obligacjach banków. Wszystkie raczej skromne informacje na temat tych rynków dostępne są na Nasdaq Baltic – wspólnej stronie internetowej dla tych trzech rynków.

Łączna wartość rynku obligacji korporacyjnych Litwy, Łotwy i Estonii to 1,75 mld euro, czyli znacznie mniej niż któregokolwiek z państw Grupy Wyszehradzkiej. Dla ukazania perspektywy – Catalyst jest prawie 9-krotnie większy. Pokazuje to nic innego jak słabość rynku długu korporacyjnego w państwach nadbałtyckich. W porównaniu do nich Catalyst jest ogromny. Mimo że na tle państw Europy Zachodniej czy USA (rynek obligacji korporacyjnych wart na rok 2014 – 9 bilionów 770 miliardów DOLARÓW) jest raczej średnim, żeby nie powiedzieć małym, rynkiem to jest bezkonkurencyjny na tle naszej części Europy. Zatem jego ogromna przewaga nie może być przyczyną spoczęcia na laurach, wręcz odwrotnie.

Rubieże Europy Środkowo- Wschodniej

Do omówienie pozostały już tylko Chorwacja i Rumunia. Wartość rynku obligacji korporacyjnych w Chorwacji to 930 mln euro, a w Rumunii – 820 mln euro. Pod względem wielkości są to zatem rynki bardzo do siebie zbliżone. Na giełdzie w Zagrzebiu notowane są obecnie obligacje korporacyjne 14 firm, natomiast w Bukareszcie – 6. W Chorwacji są to obligacje z sektorów telekomunikacyjnych, finansowych, spożywczych, farmaceutycznych. W Rumunii natomiast 4 spośród tych 6 firm to banki. Jeżeli chodzi o wartość obrotów to na większości tych obligacji w przeciągu ostatniego roku odbyło się między 1 a 10 transakcji. Przepaść, jaka dzieli Catalyst od wyżej wymienionych rynków, jest zatem bardzo duża – wartość obrotów na obligacjach korporacyjnych w 2015 roku to 1,75 mld złotych, transakcji było około 59 tysięcy, czyli nieporównywalnie więcej niż w Rumunii i Chorwacji.

Jak na dłoni widać, że Polski rynek obligacji Catalyst na tle państw Europy Środkowej i Wschodniej jest prawdziwym prymusem, wartym na dziś dzień około 69 mld złotych. Jest on również największą i najbardziej różnorodną giełdą długu w regionie jeżeli chodzi o liczbę emisji. Z perspektywy tych krajów polski rynek obligacji korporacyjnych może stanowić przykład do naśladowania. W końcu istniejący od 2009 roku Catalyst w ciągu 7-8 lat swego istnienia stał się największym rynkiem obligacji korporacyjnych w tej części Europy. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest zapewne wiele, wymieniając te najbardziej oczywiste – kryzys finansowy i odwrócenie się inwestorów indywidualnych, a tym samym instytucjonalnych od rynku akcyjnego na rzecz właśnie korporacyjnego – w 2011 roku aktywa funduszy obligacji korporacyjnych wynosiły 2,15 mld złotych, pod koniec 2016 roku już 15,36 mld. Kolejną z przyczyn jest spadek stóp procentowych i tym samym bardzo niskie oprocentowanie lokat, co doprowadziło do szukania alternatywnych metod lokowania wolnych środków do lokat bankowych. Dług korporacyjny nadaję się do tego idealnie. Ostatnią z przyczyn jest stopniowa zmiana świadomości samych przedsiębiorców, którzy odchodzą od finansowania poprzez kredyt bankowy i z coraz większym optymizmem zwracają się w stronę emisji obligacji. Widać to wyraźnie po przytoczonych wyżej danych, dotyczących średniorocznej dynamiki wzrostu finansowania poprzez obligacje korporacyjne i kredyty bankowe, gdzie wyraźną przewagę utrzymują właśnie obligacje. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest chociażby program Luzowania Ilościowego (QE), tak zwane emisje „śmieciowe” proponujące wysokie stopy zwrotu oraz wzrost świadomości inwestycyjnej klientów. Ich omówienie to już jednak temat na inny artykuł.

Z powyższych danych jasno wynika, że Catalyst jest niekwestionowanym liderem na rynku obligacji korporacyjnych w tej części Europy. Zarówno jeżeli chodzi o jego wartość, obroty, liczbę emisji i emitentów, pod każdym względem wyraźnie wyprzedamy wszystkie inne państwa. Kończąc zatem nasze rozważania trzeba pamiętać o jednym – wartość papierów notowanych na amerykańskim rynku długu korporacyjnego wynosi aż 9 bilionów 770 miliardów dolarów (dane na początek 2014 roku). Patrząc bliżej, w Niemczech w roku 2015 i 2016 zostały wyemitowane obligacje o wartości ponad 80 miliardów euro. W USA 17 proc. zadłużenia firm to kredyt bankowy, natomiast aż 83 proc. długu to właśnie obligacje korporacyjne. W Polsce wygląda to na odwrót – kredyty stanowią 85,1 proc. zobowiązań polskich firm, a obligacje ledwie 14,9 proc. W strefie euro 20 proc. struktury zobowiązań przedsiębiorstw stanowią obligacje korporacyjne. Na podstawie tych danych jasno wynika, że jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia zarówno pod kątem wolumenu przyszłych emisji jak i zmiany sposobu finansowania się przedsiębiorstw. O ile w porównaniu do krajów Europy środkowej i wschodniej jesteśmy prymusem i można stawiać nas za przykład, o tyle na tle krajów Europy Zachodniej czy właśnie USA, jesteśmy niedużym, mało znaczącym rynkiem, gdzie niewiele firm finansuje się obligacjami. Dużo już zrobiliśmy, ale jeszcze więcej jest do zrobienia.

Raport Coface: badanie płatności wśród firm w Chinach

Z badania płatności, w którym udział wzięło 1 017 chińskich przedsiębiorstw wynika, że w 2016 roku sytuacja w zakresie spłat należności poprawiła się. Mniej, bo 68 proc. firm-respondentów posiadało w minionym roku zaległości płatnicze (w porównaniu ze średnią za okres ostatnich 5 lat kształtującą się na poziomie 80 proc.), ponadto mniej respondentów wykazało wzrost zaległości płatniczych. Jednak sytuacja związana z najdłuższymi zaległościami płatniczymi jest alarmująca, gdyż 35,7 proc. tych firm posiadało przeterminowania powyżej 180 dni, które przekroczyły 2 proc. ich rocznych obrotów.

W 2016 roku odnotowano również wzrost liczby firm (z 21 proc. w 2015 r. do 26,3 proc. w 2016 r.), które wykazywały średni okres przeterminowania płatności na poziomie 90 dni lub więcej. Ponadto nastąpił bardzo gwałtowny wzrost liczby respondentów (do 15,9 proc. podczas, gdy w 2015 r. wyniósł 9,9 proc.) ze średnim okresem przeterminowania powyżej 150 dni.

Z doświadczenia Coface wynika, że około 80 proc. wierzytelności nie zostanie w ogóle spłaconych, jeśli opóźnienie w płatności przekracza 180 dni. Jeżeli bardzo długie zaległości płatnicze stanowią ponad 2 proc. rocznych obrotów firmy ogółem, płynność firmy może zostać zagrożona, a jej zdolność do spłaty kwot należnych dostawcom z pewnością zacznie budzić wątpliwości.

Warto dodać, że 35,7 proc. respondentów (w 2015 r. było ich 33,4 proc.) wskazało, że bardzo długie zaległości płatnicze stanowiły ponad 2 proc. ich rocznych obrotów ogółem. Ponadto wzrosła liczba firm (z 8,7 proc. w 2015 r. do 10,9 proc. w 2016 r.), w których bardzo długie opóźnienia stanowiły ponad 10 proc. ich rocznych obrotów ogółem. Znacznie zmniejsza to przepływy pieniężne, które stanowią siłę napędową firmy.

Chińskie firmy, które spotkały się z opóźnieniami w odzyskaniu należności znalazły się w bardzo trudniej sytuacji finansowej. Trudności potęgowane są przez bardziej restrykcyjną politykę pieniężną i kredytową, prowadzoną w 2017 r., ostrzejszą konkurencję w ostatnich latach oraz ograniczone marże z powodu nadwyżki mocy produkcyjnych w przemyśle, wywołane mniejszym popytem.

Sektory wysokiego ryzyka: budownictwo, chemia, maszyny przemysłowe i elektronika

Spośród 11 sektorów analizowanych w ramach badania, aż w sześciu odnotowano pogorszenie: chemicznym, maszyn przemysłowych i elektroniki, teleinformatycznym, metalurgicznym, farmaceutycznym i sprzedaży detalicznej.

Sektor metalurgiczny, który był sektorem bardzo wysokiego ryzyka w ciągu ostatnich kilku lat, wykazywał pewne oznaki poprawy, na którą miały wpływ takie czynniki jak restrukturyzacja i wzrost cen metali. Wiele firm w tym sektorze nadal boryka się przeterminowanymi należnościami – chociaż mniej firm musiało stawić czoła bardzo długim opóźnieniom płatniczym, które stanowiły ponad 10 proc. ich obrotów.

Długoterminowe prognozy dla sektora farmaceutycznego są pozytywne. Sprzyjają mu czynniki wzrostu strukturalnego (takie jak starzenie się społeczeństwa i wzrost dochodu na jednego mieszkańca), jednak wyniki badania płatności wyraźnie wskazują na zadziwiające pogorszenie pod względem zaległości płatniczych w roku 2016 (w porównaniu z rokiem 2015). Wynika to częściowo z szybko rozwijających się ram regulacyjnych i politycznych, obejmujących wdrożenie systemu dwóch faktur, który został przetestowany w 11 prowincjach.

W branży AGD i RTV ryzyko braku zapłaty utrzymywało się na stałym poziomie, podczas gdy w sektorach takich jak motoryzacja i transport, budownictwo, sektor papierniczo-drzewny oraz tekstylno-odzieżowy odnotowano poprawę pod względem zaległości płatniczych.

Pomimo pewnej poprawy, w 2016 r. budownictwo w Chinach nadal było branżą najbardziej narażoną na ryzyko, przy czym 45,9 proc. firm (największy odsetek respondentów spośród wszystkich sektorów) wykazywało bardzo długie opóźnienia płatnicze stanowiące 2 proc. lub więcej ich obrotów. 2017 będzie kolejnym rokiem pełnym wyzwań dla poważnie zadłużonych przedsiębiorstw budowlanych w kontekście trudniejszych warunków finansowych i kredytowych.

Poprawa sytuacji w sektorze motoryzacyjnym i transportowym, którą odnotowano w ubiegłym roku dzięki rządowym zachętom podatkowym, mającym na celu zwiększenie sprzedaży samochodów jest prawdopodobnie krótkotrwała. W przyszłości mogą wystąpić trudności wynikające z większej konkurencji na rynku, niższego popytu na samochody i rosnących kosztów surowców.

Coface prowadzi badania w zakresie zarządzania kredytami firmowymi w Chinach od 2003 roku. Badanie z 2016 roku (przeprowadzone między październikiem a listopadem 2016 r.) było już czternastą edycją. W badaniu wzięło udział 1 017 firm. Sporządzona analiza daje wgląd w sytuację dotyczącą doświadczeń płatniczych wśród firm w Chinach.

Profil w mediach społecznościowych zdecyduje o wysokości pożyczki

Sławomir Pawlik, CEO Profi Credit Polska
Sławomir Pawlik, CEO Profi Credit Polska

W sektorze pożyczkowym trwa wyścig po coraz bardziej wiarygodnego klienta. W zawodach tych poza samą ofertą cenową, coraz większą rolę odgrywają czas wydania decyzji, koszt weryfikacji zdolności kredytowej, źródła wiarygodnych informacji o kliencie, samoobsługowość, ograniczenie formalności i komfort klienta. Po części wynika to ze zmiany pokoleniowej wśród klientów firm pożyczkowych. Coraz częściej są to tzw. millenialsi – osoby świadome swoich praw konsumenckich, potrzeb, możliwości, biegle korzystające z nowoczesnych technologii, ceniące swój czas i wygodę. W Polsce to grupa licząca 11 mln osób.

Chęć dostosowania produktów i obsługi do oczekiwań tej grupy społecznej sprawiło, że firmom pożyczkowym nie wystarczają już tradycyjne źródła wiedzy o klientach. Co miesiąc w całej Europie o pożyczkę online aplikuje ok. 9 mln millenialsów, ale zaledwie 13% wniosków jest rozpatrywana pozytywnie. Przekłada się to wprost na stosunkowo niską sprzedaż, niezadowolenie klientów i niewykorzystany spory nakład pracy. Dlatego pozabankowe firmy pożyczkowe coraz częściej sięgają po efektywniejsze narzędzia FinTechowe, by ułatwić osobom bez historii kredytowej dostęp do swojej oferty. Jak się okazuje, dobrym źródłem informacji o klientach są ich profile w mediach społecznościowych oraz ich dane behawioralne, czyli analiza zachowania w Internecie. Nowoczesne narzędzia scoringowe za zgodą klienta przyjrzą się jego zwyczajom, decyzjom, opiniom, wydarzeniom, w których uczestniczy. Na tej podstawie budują profil uwzględniający silne i słabe strony jako klienta instytucji pożyczkowej. Narzędzia te pozwalają pozyskać dane o klientach, przeanalizować je oraz wydać opinię o jego zdolności kredytowej tu i teraz. Wszystko to trwa zaledwie kilka sekund, a w rezultacie pozwala zaproponować klientowi indywidualnie sparametryzowany produkt. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że dzięki tej metodzie proces przyznawania pożyczek znacznie przyspieszył a odsetek pozytywnie rozpatrzonych wniosków podwoił się.

Takie podejście wydaje się być zgodne z unijną dyrektywą PSD2, która ma zacząć obowiązywać od stycznia 2018 roku. Zgodnie z jej zapisami możliwe będzie uzyskanie dostępu do informacji o kliencie u jego aktualnego dostawcy usług finansowych. Oznacza to znaczne ułatwienie agregowania danych o kliencie, istotne wsparcie profilowania oraz procesu decyzyjnego.

Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że w ciągu najbliższych 2 lat narzędzia FinTech staną się jeszcze popularniejsze, choć już teraz Polska może pochwalić się największym wśród państw CEE rynkiem o wartości 856 mln EUR. Staną się powszechne w aplikacjach mobilnych i serwisach online oferujących pożyczkę przez Internet.

Czy złoty utrzyma wznoszący kurs?

Obecne poziomy złotego wobec dolara, euro czy franka są prawdopodobnie nie do utrzymania. Polska waluta w dalszej części roku może tracić na wartości, a w każdym razie obecnie mamy do czynienia z sytuacją, w której ograniczony jest potencjał złotego do wzrostu, za to większy do spadku – mówi Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Złoty w ostatnich trzech miesiącach wzmacniał się w relacji do dolara, euro, funta, franka szwajcarskiego. Z jakiego powodu?

Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl: – Złożyło się kilka czynników preferencyjnych dla polskiej waluty. Po gorszych od oczekiwań październikowych danych odnośnie produkcji przemysłowej i budowlano-montażowej czy sprzedaży detalicznej, mogących sugerować niższe tempo wzrostu gospodarczego, kolejne trzy miesiące pozytywnie zaskoczyły część ekonomistów, co przyczyniło się do wzmocnienia złotego.

Kolejne czynniki były bardziej specyficzne dla poszczególnych walut. Dolar nie utrzymał tendencji wzrostowych po listopadowych wyborach prezydenckich i zaczął wyraźnie tracić na wartości. Euro było cały czas osłabiane przez bardzo łagodną politykę monetarną prowadzoną, przez Europejski Bank Centralny. Z kolei kondycja funta jest gorsza przez Brexit i związane z nim obawy dla gospodarki brytyjskiej. Złotemu pomogły też nastroje na rynkach  krajów wschodzących, co można było zaobserwować również w przypadku węgierskiego forinta.

Jeśli uwzględnimy okres od początku br. do końcówki marca, jak duże zmiany nastąpiły?

– Złoty umocnił się wobec euro oraz franka o 3 proc., wobec funta o 4 proc., natomiast wobec dolara o 6 proc.

Dla kogoś, kto zarabia w polskiej walucie i spłaca kredyt walutowy, np. we frankach, wzmocnienie złotego jest korzystne. Kiedy jednak zapytamy Polaka, który zarabia np. w euro lub w funtach, ale odnosi swoje zarobki do cen i realiów życia w Polsce, powie, że nastąpiła “niedobra zmiana”.

– Trzeba sobie zdać sprawę, że kursy wymiany walut podlegają ciągłym wahaniom. Oczywiście z punktu widzenia kogoś, kto zarabia w obcej walucie czy spłaca kredyt we frankach, zmiany mogą wydawać się zero-jedynkowe – albo zyskujemy, albo tracimy. Należy jednak pamiętać, że zmiany kursów walut wpływają również szerzej na całą gospodarkę, co także może dotykać osoby, które bezpośrednio nie są zainteresowane wymianą walut. Zmiany wpływają m.in. na opłacalność eksportu, która jest tym większa, im waluta jest słabsza, oraz importu – produkty stają się tańsze, gdy waluta jest silniejsza. Opłacalność eksportu i importu przekłada się na zmianę tempa wzrostu gospodarczego, od czego zależy m.in. poziom płac w gospodarce czy zatrudnienie. Wzrost lub spadek kursu wymiany złotego w relacji do danej waluty może wpływać także na zmianę wartości długu zagranicznego Polski. Gdy nasza waluta drożeje, dług się odpowiednio zmniejsza. Czy chcemy tego czy nie, kursy walutowe odgrywają w naszym życiu istotną rolę.

Czy można określić, co się zdarzy w perspektywie najbliższych kilku tygodni czy miesięcy? Sytuacja ustabilizuje się na obecnym poziomie? Złoty nadal będzie rósł w siłę? A może wrócimy do stanu z przełomu roku?

– Obecne poziomy złotego wobec dolara, euro czy franka są prawdopodobnie nie do utrzymania. Polska waluta w dalszej części roku może tracić na wartości. Dlaczego? Podam pod rozwagę kilka kwestii. Rentowności obligacji amerykańskich oraz dolar prawdopodobnie będą rosły wraz z wprowadzeniem zmian przez nową administrację w USA. Chodzi m.in. o obniżenie podatków czy zwiększenie wydatków infrastrukturalnych. Z kolei z Europejskiego Banku Centralnego zaczynają napływać sygnały sugerujące nieco bardziej restrykcyjną niż obecnie politykę monetarną. Ponadto u schyłku roku 2017 kończy się comiesięczny program skupu aktywów. Obecnie w wypadku tego programu mówimy o 60 mld euro miesięcznie. Jeżeli EBC nie przedłuży skupu, bądź choćby napomknie, że tego nie zrobi, może to znacznie wzmocnić euro. Wreszcie polityka monetarna polskiego banku centralnego (NBP) może osłabiać złotego. Podczas ostatniej konferencji prasowej prezes NBP zasugerował możliwość utrzymania stóp procentowych na niezmienionym poziomie nie tylko w 2017 r., ale również w 2018 r. Brak zmian w poziomach stóp w Polsce, podczas gdy w USA i prawdopodobnie w strefie euro stopy procentowe się zwiększą, będzie wywierał presję na osłabienie się złotego.

Skoro złoty umocnił się w dużej mierze ze względu na to, co się dzieje w innych krajach, to czy w Polsce może stać się jeszcze coś, co osłabi naszą walutę?  

– Z czynników wewnętrznych na złotego oddziałuje polityka monetarna, prowadzona przez bank centralny, a ostatnie sygnały sugerują jej łagodne podejście, co negatywnie może przekładać się na złotego. Rosnąca inflacja pozytywnie wpływała na złotego, ponieważ zwiększała prawdopodobieństwo podniesienia stóp procentowych. Była jednak spowodowana głównie przez globalny wzrost cen surowców energetycznych, przede wszystkim ropy. Efekt ten jednak już wygasa, bo ceny ropy zaczynają się stabilizować. Dane z polskiej gospodarki również mogą odgrywać istotną rolę w wycenie złotego – po lepszym od oczekiwań okresie listopad-styczeń, w lutym dane nieco zawiodły oczekiwania rynkowe. Może to z kolei obniżać oczekiwane tempo wzrostu gospodarczego, co ostatecznie negatywnie przełożyłoby się na wartość polskiej waluty. Nie należy zapominać też o ratingu nadawanym przez agencje ratingowe. Biorąc pod uwagę komunikaty agencji, ocena ratingowa uzależniona jest przede wszystkim od działań polskiego rządu. W przypadku podejmowania działań mogących prowadzić do istotnego zwiększenia się długu publicznego lub deficytu, rating kraju mógłby zostać obniżony, co również osłabiłoby złotego.

Jeśli ktoś zamierza kupić obcą walutę, to czy powinien zwlekać w oczekiwaniu na korzystniejsze kursy?

– Kursy walut na przestrzeni krótkiego okresu czasu mogą się poddawać istotnym wahaniom, stąd wybór idealnego momentu do zakupu może być trudny. Ogólnie dobrym pomysłem może być więc rozłożenie planowanego zakupu waluty w czasie. Wygładzamy w ten sposób średnią cenę zakupu i ograniczamy ryzyko niekorzystnych dla nas wahań. Jednak biorąc pod uwagę czynniki wymienione wcześniej, polska waluta ma obecnie ograniczony potencjał do wzrostu, ale za to większy do spadku. Stąd wymiana większej części obecnie może okazać się optymalnym rozwiązaniem.

Geotrans ogłasza Strategię rozwoju na lata 2017-2020

Geotrans, podmiot zajmujący się gospodarką odpadową w branży ochrony środowiska, zaprezentował Strategię rozwoju na lata 2017-2020. Dalszy rozwój skali działalności w zakresie odpadów poprocesowych, kontynuacja osiągania coraz wyższych wyników finansowych, spadek zaangażowania w przejętą Kompanię Elektryczną i osiągnięcie kapitalizacji pozwalającej na debiut na GPW – to jej główne założenia. Spółka odniosła się także do realizacji Strategii za poprzednie lata.

Okres obowiązywania naszej poprzedniej Strategii minął, dlatego postanowiliśmy zaprezentować naszym obecnym i potencjalnym Akcjonariuszom zaktualizowany Plan rozwoju do 2020 r. W jego ramach chcemy skupiać się na obszarach, w których mamy najwyższe kompetencje i doświadczenie. Stawiamy na dalszy rozwój usług zagospodarowywania osadów świadczonych dla jednostek publicznych i samorządowych. W dalszym ciągu widzimy duży potencjał wzrostu odbioru ubocznych produktów spalania. To w założeniu pozwoli nam na osiągnięcie kapitalizacji rzędu 12 mln EUR i tym samym przejście na Główny Rynek GPW. Ponadto, w najbliższych latach chcemy zmniejszać nasz udział w spółce zależnej Kompania Elektryczna – dodał Przemysław Weremczuk.

Realizacja nowej Strategię rozwoju na lata 2017-2020, odbywać się będzie poprzez osiągniecie następujących celów:

  • Ugruntowanie pozycji krajowego lidera w odbiorze i zagospodarowaniu ustabilizowanych komunalnych osadów ściekowych;
  • Dalszy rozwój działu zagospodarowania ubocznych produktów spalania (UPS);
  • Koncentracja Zarządu na dalszym wzroście wyników finansowych;
  • Zmniejszenie zaangażowania w spółkę zależną Kompania Elektryczna sp. z o.o.;
  • Osiągnięcie kapitalizacji na poziomie co najmniej 12 mln EUR (pow. 10 zł/akcja) i zbudowanie bazy kapitałowej m.in. przez wypracowane zyski z działalności.

Spółka skomentowała również stan realizacji poprzedniej Strategii, zapisanej w Dokumencie Informacyjnym z 23 lipca 2015 r., przed debiutem na rynku New Connect. Mimo nieosiągnięcia planowanej kapitalizacji, podstawowe założenia zostały zrealizowane.

Minione lata to z pewnością udany czas dla naszej Spółki. Z sukcesem zrealizowaliśmy planowaną ekspansję na kolejne województwa, a także rozszerzyliśmy ofertę usługową o zagospodarowanie ubocznych odpadów ściekowych, co w ostatnich kwartałach przynosi najwyższą dynamikę wzrostów. Przede wszystkim jednak Geotrans zdobył pozycję największego w Polsce podmiotu zajmującego się odbiorem i zagospodarowywaniem ustabilizowanych komunalnych osadów ściekowych, zarówno w ujęciu ilościowym, jakościowym, jak i skali działania – dodał Przemysław Weremczuk.

Spółka 14 lutego 2017 r. zaprezentowała wyniki finansowe za IV kwartał i tym samym wstępnie za 2016 r. Całoroczne przychody ze sprzedaży wzrosły do 15,8 mln zł (+100%), zysk EBITDA do 3,2 mln zł (+55%), a zysk na poziomie netto – do 2,4 mln zł (+35%).

Prawo autorskie v. internetowa wolna amerykanka: jak współcześnie chronić interesy twórców?

Jedną z inicjatyw w ramach strategii Jednolitego Rynku Cyfrowego jest reforma reżimu dotyczącego praw autorskich. Udostępnianie treści audiowizualnych czy e-booków w Internecie jest coraz bardziej powszechne, dlatego najwyższy czas na wprowadzenie odważnych i przemyślanych zmian w tym obszarze.                                       

Skuteczniejsza ochrona praw autorskich w obliczu technologicznych zmian sposobu dostarczania usług audiowizualnych i innych treści cyfrowych w Internecie jest jednym z wyzwań, przed którymi stoi obecnie Unia Europejska. Toczące się prace nad opublikowanym we wrześniu 2016 roku pakietem proponowanych regulacji, w tym projektem dyrektywy w sprawie praw autorskich na Jednolitym Rynku Cyfrowym, budzą wśród twórców, dostawców i odbiorców wiele wątpliwości – nie tylko o podłożu ekonomicznym.

Naukowcy w obronie wolności prasy

Opublikowany 22 lutego 2017 r. list otwarty naukowców uniwersytetów z całej Europy zajmujących się prawami autorskimi wskazuje jako problematyczne dwa artykuły z proponowanej dyrektywy w sprawie praw autorskich na JRC: art. 11 dotyczący praw wydawców publikacji prasowych oraz art. 13 dotyczący odpowiedzialności za objętą prawami autorskimi treść umieszczaną na platformach internetowych. Propozycja zawarta w artykule 11 dotyczy m.in. wprowadzenia trwającego 20 lat wyłącznego prawa wydawców publikacji prasowych do: „zezwalania lub zabraniania bezpośredniego lub pośredniego, tymczasowego lub stałego zwielokrotniania utworu, przy wykorzystaniu wszelkich środków i w jakiejkolwiek formie, w całości lub częściowo”.

Zgodnie z projektem dyrektywy ma ona nie dotyczyć tzw. „czynności linkowania” oraz cytowania artykułów w celu dokonania ich krytyki lub recenzji. Ta z pozoru konkretnie określona propozycja została poddana miażdżącej krytyce w liście Copyright Reform: Open Letter from European Research Centres. Autorzy wskazują, że za sprawą tego przepisu zostałaby stworzona konstrukcja podwójnego prawa dotyczącego tego samego utworu. Pierwsze nabywałby wydawca prasy od autora danego artykułu. Drugie zaś tworzone byłoby przez proponowany artykuł i przysługiwałoby wydawcy z samego tytułu bycia wydawcą.

Propozycja jest niekorzystna zarówno dla autorów, jak i dla chętnych do nabycia danego utworu: pozostaje niejasne, od kogo prawa do danego utworu powinny zostać nabyte – od autora? wydawcy? obu? Ponadto Komisja nie oceniła, jakie będą konsekwencje wprowadzenia propozycji wśród małych wydawców, których możliwości zdobywania artykułów czy negocjowania cen licencji są ograniczone.

Przede wszystkim jednak proponowana forma ochrony wydawców publikacji prasowych już w momencie ewentualnego jej przyjęcia byłaby regulacją przestarzałą. Nie odnosi się bowiem w ogóle do możliwości tworzonych przez nowe technologie innych niż „czynności linkowania”. Jak wskazują autorzy listu nie odnosi się ona także do stosowania wobec publikacji prasowych metod text mining, czyli do wydobywania danych z tekstu i ich późniejszej obróbki. Komisja nie podjęła się regulacji palących problemów wymagających dostosowania prawa autorskiego do nowej rzeczywistości technologicznej.

Ochrona praw autorskich a cenzura

Kontrowersje wokół proponowanego art. 13 mają bardziej uniwersalny charakter. Przyjęcie przepisu w tej formie odwracałoby funkcjonujące w prawie unijnym mechanizmy dotyczące ponoszenia odpowiedzialności za treści umieszczane na platformach internetowych. Dotychczasowy porządek, w którym dane utwory naruszające prawa autorskie były usuwane w następstwie zgłoszenia naruszenia, zostałby zastąpiony prewencyjną kontrolą. Dostawcy usług w Internecie byliby zobowiązani wprowadzić filtry, które odsiewałyby treści naruszające prawa autorskie. Obowiązek ten stanowiłby – podobnie jak w wypadku art. 11 – większe obciążenie dla mniejszych portali, platform i start-upów. Ponadto wskazuje się na niezgodność proponowanych regulacji z Kartą Praw Podstawowych: zarówno ze względu na utrudnienie w prowadzeniu własnego biznesu, jak i możliwy wpływ na ograniczenia wolności słowa z punktu widzenia użytkowników. 

Wątpliwa przyszłość propozycji 

Nie tylko naukowcy zajmujący się prawami autorskimi wyrazili gwałtowny sprzeciw wobec proponowanych zmian i zaniepokojenie brakiem uzasadnień dla proponowanych rozwiązań. Zarówno Komisja Kultury i Edukacji, jak i Komisja Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów w swoich wstępnych opiniach zaproponowały szereg poprawek do obu artykułów. Proponowane poprawki mają jednak dość zróżnicowany charakter. W przypadku art. 11 opinia Komisji Kultury i Edukacji zawiera m.in. sugestię ograniczenia czasu trwania prawa do trzech lat, w porównaniu do proponowanych przez Komisję dwudziestu. Opinia Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów sugeruje zaś usunięcie całego artykułu. Podobnie w wypadku art. 13 propozycje zmian są dosyć rozbieżne (zob.: komentarze L. Blanco, źródło poniżej). Stąd też niemożliwa wydaje się ocena, na ile poważnie potraktowane zostaną uwagi formułowane przez specjalistów w obszarze praw autorskich, a także jak ich apele zostaną odzwierciedlone w ostatecznej formie dyrektywy.

Można jednak stwierdzić z pewnością, że wnioski legislacyjne z pakietu, który ma unowocześnić system ochrony praw autorskich w Unii Europejskiej, nie dostarczają odpowiedzi na pytanie, jak powinno się współcześnie chronić interesy twórców. Zdaniem specjalistów wstępne propozycje doprowadzić mogłyby jedynie do wzmocnienia dużych – głównie amerykańskich – graczy na rynku dostarczania treści audiowizualnych w sieci. Niekoniecznie zaś przyniosłyby realne korzyści czy to samym twórcom, czy nawet europejskim wydawcom, producentom czy start-upom – do czego teoretycznie miała prowadzić reforma.  

Autor: Joanna Mazur, Analityk DELab UW

Źródła:

Draft Opinion of the Committee on the Internal Market and Consumer Protection for the Committee on Legal Affairs on the proposal for a directive of the European Parliament and of the Council on copyright in the Digital Single Market dostępna tutaj.

Draft Opinion of the Committee on Culture and Education for the Committee on Legal Affairs on the proposal for a directive of the European Parliament and of the Council on copyright in the Digital Single Market dostępna tutaj.

Dyrektywa 2001/29/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 22 maja 2001 r. w sprawie harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjny dostępna tutaj.

European Copyright Society, Opinion on European Commission Proposals for Reform of Copyright in the EU dostępna tutaj.

Komentarze autorstwa Laury Blanco do opinii Komisji Kultury i Edukacji w Parlamencie Europejskim odnośnie do dyrektywy dostępny tutaj zaś odnośnie do opinii Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów tutaj.

List Copyright Reform: Open Letter from European Research Centres dostępny tutaj.

Opinia On Online Platforms and the Commission’s New Proposal for a Directive on Copyright in the Digital Single Market autorstwa Christiny Angelopoulos dostępna tutaj.

Wniosek: dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym dostępny tutaj.

Wniosek dotyczący rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady ustanawiającego przepisy dotyczące wykonywania praw autorskich i praw pokrewnych mające zastosowanie do niektórych transmisji online prowadzonych przez organizacje radiowe i telewizyjne oraz do retransmisji programów telewizyjnych i radiowych dostępny tutaj.

Alain Simonnet na stanowisku Dyrektora Zarządzającego w 3M Poland

Funkcję Dyrektora Zarządzającego 3M Poland od 1 kwietnia 2017 roku obejmuje Alain Simonnet. Na tym stanowisku zastąpi Sebastiana Aranę, który zarządzał firmą 3M w Polsce od 2014.

Alain Simonnet uzyskał tytuł magistra inżynierii mechanicznej i lotniczej w École nationale d’ingénieurs de Tarbes we Francji, a także ukończył brytyjski The Chartered Institute of Marketing. Posiada również tytuł Black Belt Lean Six Sigma.

Nowy dyrektor zarządzający dołączył do firmy 3M w Wielkiej Brytanii w 1990 roku.  Piastował wiele stanowisk związanych ze sprzedażą i marketingiem, stopniowo zwiększając zakres odpowiedzialności z lokalnej na europejską. Kolejnym punktem na ścieżce jego kariery w 3M była funkcja Dyrektora ds. Marketingu Korporacyjnego we Francji, a następnie stanowisko Dyrektora Handlowego Rynku w grupie biznesowej Grafika Reklamowa, a później w grupie Przemysłowej. Zarządzał również Centrum Obsługi Klienta we Francji.

Nowy dyrektor zarządzający 3M Poland posiada duże doświadczenie zawodowe związane z zarządzaniem wieloma organizacjami oraz obsługą klienta.

─ Mam nadzieję, że dzięki mojemu doświadczeniu biznesowemu będę mógł efektywnie i skutecznie zarządzać firmą 3M w Polsce. Cieszy mnie to, że moim nowym zawodowym wyzwaniem będzie stanie na czele firmy 3M właśnie w Europie Środkowo-Wschodniej gdzie chciałbym zadbać o naszych klientów i interesariuszy, jednocześnie mając świadomość jak strategiczny dla 3M jest to rynek – powiedział Alain Simonnet.

BioMaxima S.A. dynamicznie zwiększa sprzedaż w 1 kw. 2017 r.

BioMaxima S.A., notowana na NewConnect firma działająca na rynku diagnostyki laboratoryjnej, polski producent podłoży mikrobiologicznych, a także szerokiej gamy odczynników i aparatury do diagnostyki in vitro, zakończyła 1 kw. 2017 r. przychodami netto ze sprzedaży w wysokości 7.132 tys. zł, notując tym samym blisko 22% wzrost w porównaniu z analogicznym okresem 2016 r.

Emitent w pierwszych trzech miesiącach 2017 r. zwiększył sprzedaż we wszystkich grupach asortymentowych oprócz aparatury. Najwyższa progresja przychodów została osiągnięta w segmencie mikrobiologii, co jest związane ze zrealizowanym w minionym roku połączeniem ze spółką BIOCORP Polska Sp. z o.o. Obecnie ten obszar stanowi fundament sprzedaży zarówno na rynku krajowym, jak i w eksporcie. Oferta Biocorp ma również udział w innych segmentach sprzedażowych, w tym w usługach doradczych (szkolenia). Sprzedaż Spółki na rynkach zagranicznych w 1 kw. 2017 r. zanotowała wyraźny, prawie 63% wzrost w ujęciu rdr. Bardzo dobrze przedstawia się również wartość wygrywanych przez BioMaxima S.A. postępowań przetargowych, która w miesiącach styczeń-marzec 2017 r. wyniosła 2.759 tys. zł, podczas gdy w analogicznym okresie 2016 r. było to odpowiednio 2.059 tys. zł.

„Jesteśmy zadowoleni z wyników uzyskanych na koniec marca. Odzwierciedlają one wpływ dotychczasowych zmian w strukturze zespołu handlowego oraz pracy nad integracją firmy. Widać także efekty poszerzonej grupy kontrahentów w kraju, co przekłada się chociażby na wartość wygranych postępowań przetargowych. Można również zauważyć, że rośnie eksport realizowany w nowej, połączonej sieci dystrybutorów. Nadal inwestujemy w obecność na targach, dostępność obcojęzycznych materiałów o naszej ofercie oraz promujemy ofertę przemysłową za granicą. Liczymy więc, że ten trend wzrostowy się utrzyma.” – podkreśla Łukasz Urban, Prezes Zarządu BioMaxima S.A.

W marcu br. BioMaxima S.A. podpisała umowę współpracy z Pure Biologics Sp. z o.o. obejmującą komercjalizację rezultatów prac badawczo-rozwojowych prowadzonych przez Pure Biologics, które są związane z nowymi narzędziami do diagnostyki in vitro. Obad podmioty będą współpracowały w obszarze wdrażania do produkcji szybkich testów, opartych na systemach diagnostycznych stworzonych przy użyciu narzędzi biotechnologicznych opracowanych przez Pure Biologics, m.in. platformy selekcji przeciwciał rekombinowanych z bibliotek, platformy selekcji aptamerów DNA oraz technologii Pure Biologics do otrzymywania rekombinowanych białek. BioMaxima S.A. przewiduje, że zawarta umowa umożliwi jej tworzenie szybkich testów w obszarach, w których istnieje zapotrzebowanie rynkowe na nową lub przyspieszoną ścieżkę diagnostyczną, m.in. w wykrywaniu nowotworów, zakażeń bakteryjnych oraz wirusowych. Podpisana umowa uszczegółowiła podział kompetencji obu stron. Pure Biologics będzie odpowiedzialne za opracowanie technologii. Z kolei BioMaxima S.A. będzie zajmowała się jej testowaniem, budową prototypów oraz wdrażenim do produkcji, po uprzednim procesie rejestracji.

„Współpraca z Pure Biologics to działanie obliczone na to, aby zapewnić sobie dostęp do nowych metod badawczych, gdzie będziemy mogli jako pierwsi wprowadzać nowe rozwiązania na rynku, tam gdzie są one najbardziej oczekiwane. Prace nad pierwszym projektem ruszą jeszcze w tym półroczu.” – zakończył Prezes Urban.

BioMaxima S.A. sfinalizowała w ub. roku proces połączenia z BIOCORP Polska Sp. z o.o., dzięki czemu umocniła swoją pozycję rynkową w segmencie mikrobiologii oraz znacząco zwiększyła przychody z eksportu. Emitent w 2016 r. zrealizował także transakcję nabycia dwóch rumuńskich spółek QIAS MED oraz ISTAR. W najbliższym czasie połączą się one z należącą do BioMaximy spółką Roco Sistem i stworzą nowy podmiot o nazwie BioMaxima Romania srl., którego celem będzie zapewnienie produktom BioMaxima znaczącego udziału w rumuńskim rynku diagnostyki.

Polacy najbardziej przychylni przyjmowaniu imigrantów z Ukrainy, Czech, Słowacji, Litwy i Wietnamu

Spośród 14 narodów, które pojawiły się w badaniu ilościowym przeprowadzonym na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) przez firmę Maison&Partners  wynika, że Polacy są najbardziej otwarci na przyjmowanie jako imigrantów naszych najbliższych sąsiadów: Ukraińców, Czechów, Słowaków i Litwinów, z czego zdecydowanie największa otwartość jest wobec Ukraińców (26% to popiera– 2017 r.).

Głównym celem badania było poznanie opinii Polaków na temat przyjęcia imigrantów różnych narodowości (porównanie wyników z poprzednią falą badania przeprowadzoną w 2016 r.) oraz postrzeganie przez nich wybranych narodowości.

W naszym kraju brakuje rąk do pracy. Mówimy tutaj o zawodach, w których Polacy po prostu nie chcą pracować. Aby zapewnić dotychczasowy poziom rozwoju i usług publicznych do 2020 roku potrzebujemy ściągnąć milion rąk do pracy. Polacy przychylnie odnoszą się do tego, aby w naszym kraju pracowali Ukraińcy, Czesi, Słowacy, Litwini, ale także Wietnamczycy. Łatwo się asymilują, nie ma z nimi problemów, sami uczą się języka i przede wszystkim sumiennie wykonują zlecone im prace. Uprzedzenia co do tych nacji są bezpodstawne – skomentował Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP.

Z badania wynika, że na przestrzeni 2016 roku zmniejszyła się otwartość Polaków wobec przyjęcia imigrantów z niemalże wszystkich krajów: w przypadku Ukraińców z 33% w 2016 do 26% w 2017, w przypadku Czechów z 24% do 19%, a Białorusinów z 14% do 9%. Cały czas jednak poparcie dla naszych wschodnich i południowych sąsiadów jest zdecydowanie większe niż poparcie dla imigrantów z krajów afrykańskich (7%) lub Bliskiego Wschodu (5%).

Polacy są również otwarci wobec idei przyznania Ukraińcom przebywającym w Polsce obywatelstwa. Połowa Polaków popiera takie rozwiązanie, szczególnie gdy w pytaniu nastąpi odwołanie do sytuacji, w jakiej znaleźli się Polacy w 1982 roku w USA. Również duże poparcie wzbudza rozwiązanie, w którym Polakom przebywającym aktualnie w Polsce przyznawane byłoby prawo pobytu, a po 15 latach obywatelstwo – obecnie 54% jest za takim rozwiązaniem. Poparcie to jednak nieco spadło w porównaniu z 2016 rokiem kiedy 61% Polaków było za takim rozwiązaniem.

Przeprowadzone badanie pokazuje wiele obaw Polaków wobec osób innych narodowości, a szczególnie wobec przyznania im prawa pobytu w naszym kraju. Widać jednak, że nie wszyscy potencjalni imigranci postrzegani są tak samo. Na większą akceptację wpływa bliskość geograficzna i kulturowa (sąsiedzi: Ukraińcy, Czesi, Słowacy), ale też kontakt z daną grupą (Wietnamczycy). Znaczenie kontaktu w budowaniu większej przychylności potwierdza również to, że osoby znające jakiegoś Ukraińca są do tego narodu dużo lepiej nastawione, niż ci, którzy nie mieli nigdy takich doświadczeń – uważa dr hab. Dominika Maison, profesor Uniwersytetu Warszawskiego.

Nie negujemy tego, że w zakresie polityki demograficznej należy działać wielotorowo. Efekty programu „500 plus”, który ma wpłynąć na poprawę w tym zakresie będą widoczne dopiero za kilkanaście lat, Polaków, którzy wyjechali na Zachód należy zachęcić do powrotu do kraju, zapewniając im godne zarobki i warunki życia, ale to nie będzie łatwe. Na rynku pracy wspomóc nas mogą nasi wschodni i południowi sąsiedzi, którzy rzetelnie wykonują swoje obowiązki i nie boją się pracy. Polskiego podatnika nie stać na przyjmowanie imigrantów na przykład z Afryki. W Szwajcarii 90 procent imigrantów z Afryki Północnej jest na zasiłkach, nie pracuje i utrzymuje ich podatnik szwajcarski. Polacy są zdecydowanie przeciwni wprowadzaniu takich praktyk w naszym kraju – powiedział Cezary Kaźmierczak.

Ukraińcy wywołują w Polakach ambiwalentne odczucia – równie duża grupa ma do nich pozytywny stosunek (27%), co negatywny (25%). Zdecydowanie mniej pozytywny stosunek mają Polacy do osób z krajów Afrykańskich (15% deklaruje, że je lubi, a aż 50%, że nie lubi). W przypadku osób z Bliskiego Wschodu (Syryjczycy i Irakijczycy) jest jeszcze mniej Polaków wyrażających pozytywny stosunek do tych osób (7-8%). Ukraińcy są postrzegani jako podobni do Polaków i zdecydowanie bardziej pozytywnie na wielu wymiarach od Syryjczyków (m.in. bardziej uprzejmi, życzliwi, uczciwi, zaradni, wykształceni). Widać również, że pozytywne postrzeganie Ukraińców wzrasta wraz z kontaktem z nimi: osoby, które osobiście znają jakiegoś Ukraińca są bardziej przychylne wobec tego narodu niż te, które znają ich tylko z widzenia lub słyszenia, a zdecydowanie bardziej od tych, które nie znają nikogo tej narodowości.

***

Badanie przeprowadzono metodą CAWI na Ogólnopolskim Panelu Badawczym Ariadna.
Badanie zrealizowano na ogólnopolskiej próbie losowo-kwotowej. Kwoty zostały dobrane wg. reprezentacji w populacji Polaków osób w wieku 18 lat i więcej dla płci, wieku, wykształcenia i wielkości miejsca zamieszkania:

  1. Pierwsza fala, styczeń 2016, N=1268;
  2. Druga fala, marzec 2017, N=1072.

Pierwsza fala badania (2016) dotyczyła opinii na temat przyjmowania imigrantów przez Polskę. Te pytania zostały powtórzone w drugiej fali badania (2017). Druga fala badania została dodatkowo uzupełniona o pytania dotyczące postrzegania osób różnych narodowości – te dane pochodzą tylko z 2017 roku.

Beacony wchodzą na polskie stadiony. Marketingowcy liczą na zwiększone przychody

Dzięki infrastrukturze IoT, drużyny w USA i w Europie oraz ich sponsorzy dynamicznie pomnażają swoje zyski. Komunikaty, wysyłane w trakcie meczu na aplikacje klubowe, znacznie zwiększają wpływy z reklam oraz sprzedaży gadżetów. W Polsce, jako pierwszy obiekt sportowy, wdrożył to rozwiązanie INEA Stadion w Poznaniu.

Według Raportu Proxbook Q2, obecnie istnieje około 8,2 miliona czujników zbliżeniowych rozmieszczonych na całym świecie. W sprawozdaniu podano też prognozy, które sygnalizują, że do 2020 roku na poziomie globalnym zostanie wdrożonych ok. 400 milionów beaconów. Zdaniem Krzysztofa Łuczaka, eksperta z firmy technologicznej Proxi.cloud, za 5 lat w Polsce będzie co najmniej milion tego typu nadajników. Znajdą się na stadionach, lotniskach, dworcach, a także w sklepach, galeriach handlowych i restauracjach.

– Nowy kanał komunikacji interaktywnej daje specjalistom z zakresu marketingu szerokie pole do działania. Ograniczona zostanie rola statycznych banerów reklamowych, ponieważ nie pozwalają one na bezpośredni i spersonalizowany kontakt z klientami. A trzeba zauważyć, że obecnie konsumenci bardzo chętnie nawiązują relacje z markami. Angażują się w konkursy i akcje rabatowe, np. firm odzieżowych. W zamian za „dodatkową wartość”, udostępniają ich statusy na swoich profilach w social mediach. To ogromny potencjał do wykorzystania, przy użyciu infrastruktury IoT – mówi Krzysztof Łuczak.

Milionowe zyski

W USA beacony ma już 93% stadionów baseballowych, 75% – futbolowych, 53% – do gry w koszykówkę i 46% – hokejowych. Zespoły, które je zaimplementowały na swoich obiektach sportowych, osiągnęły zwrot z inwestycji nawet o 40% od przyrostowych przychodów ze sprzedaży już w pierwszym sezonie. Przykładem tego są drużyny NBA, m.in. Cleveland Cavaliers czy Golden State Warriors. Równocześnie z klubami zyski odnotowują ich partnerzy biznesowi, np. McDondald’s jako sponsor aplikacji Milwaukee Bucks. Kanały nawigacyjne otworzyły bowiem zupełnie nowe możliwości zarabiania pieniędzy, poza sprzedażą towarów i biletów, łącząc fanów ze sponsorowanymi treściami.

– Dzięki rozmieszczeniu beaconów na stadionie, amerykański Orlando Magic podniósł zasięg aplikacji aż o 30%, podczas gdy średnia branżowa wynosiła 5%. Klub zwiększył tym samym sprzedaż biletów o przeszło milion dolarów. Obecnie ponad 80% posiadaczy karnetów tej drużyny korzysta z jej aplikacji. Popularność takiego oprogramowania w połączeniu z sygnałem Bluetooth pomnaża przychody z reklam w dniu meczu. Marki docierają ze spersonalizowaną wiadomością do fanów danego klubu. To podnosi efektywność komunikacji i ogranicza inne, zbędne już wydatki reklamowe – zapewnia Krzysztof Łuczak.

W Europie infrastrukturę IoT posiada m.in. FC PORTO i FC Barcelona. Gdy zawodnik hiszpańskiego klubu strzela bramkę, kibice na stadionie niemal od razu dostają powiadomienia o rabatach na akcesoria klubowe. To zachęca ich do zakupów po zakończonym meczu i zwiększa zaangażowanie użytkowników aplikacji. Takie rozwiązanie marketingowe z powodzeniem można wdrożyć na naszym „podwórku”. Jesteśmy narodem otwartym na innowacje, zwłaszcza te, które podnoszą komfort życiowy. Według eksperta, świadczy o tym fakt, że jako jeden z dwóch krajów na świecie, obok Turcji, chętnie korzystamy z płatności zbliżeniowych.

Na naszym „podwórku”

– INEA Stadion to pierwszy obiekt sportowy w Polsce, który posiada infrastrukturę IoT. Rozmieszczono tam 54 nadajniki tak, by sygnał Bluetooth docierał do kas, bramek wejściowych i trybun. Użytkownicy aplikacji Lecha Poznań, przychodząc na mecz, dostaną np. powiadomienia powitalne z aktualnymi informacjami o drużynie. W trakcie gry mogą odebrać komunikat o rabacie na koszulki, jak hiszpańscy kibice. Telewidzowie nie będą mieli tej opcji. A zgromadzeni na stadionie fani dodatkowo otrzymają prośbę o wystawienie opinii na temat rozgrywki. To będzie budowało ich więź z klubem – przewiduje Krzysztof Łuczak.

Dzięki nowemu narzędziu, aplikacja drużyny z pewnością będzie częściej pobierana przez fanów „Kolejorza”. Wpłyną na to m.in. specjalne oferty klubowe dla użytkowników. W dalszej perspektywie, zarząd drużyny powinien zaangażować swoich sponsorów i partnerów biznesowych do szerszego wykorzystania infrastruktury beaconowej. Można bowiem podłączyć do niej wiele różnych aplikacji mobilnych. Koszt zainstalowania nadajników, liczony w tysiącach złotych, jest niewspółmiernie niski w porównaniu do szeregu korzyści, jakie oferuje.

– Inwestycja poznańskiego obiektu ma szansę zwrócić się już po pół roku. W najbardziej pesymistycznym wariancie, może to nastąpić po 18 miesiącach. Takie obliczenia poczynili partnerzy biznesowi, mający swój udział w projekcie. W dłuższej perspektywie infrastruktura IoT powinna też zwiększyć przychody z dnia meczu i zakupu gadżetów klubowych, podobnie jak w przypadku amerykańskich drużyn. Oczywiście skala sukcesu będzie zależeć od skutecznej strategii marketingowej. Jej najważniejszym elementem będzie budowanie interakcji z kibicami – zapewnia ekspert z firmy technologicznej Proxi.cloud.

Wachlarz możliwości

Poza INEA Stadionem, beacony zostały zamontowane również w 7 sklepach Lecha Poznań. Mogą wysyłać do klientów komunikaty, brzmiące np. w ten sposób, „tylko dziś otrzymujesz 20% rabatu na akcesoria klubowe”. Jeśli kibic dostanie tego typu powiadomienie, będąc blisko danej placówki „Kolejorza”, to możliwość zrealizowania zakupu z pewnością wzrośnie kilkakrotnie. Takie właśnie wyniki osiągają kampanie realizowane w Stanach Zjednoczonych. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że okażą się skuteczne również w Polsce.

– Przechodząc obok sklepu klubowego lub stadionu piłkarskiego, kibic powinien otrzymywać wiadomości np. o najświeższym transferze piłkarskim lub nadchodzącym meczu. Dzięki takim komunikatom, nie zapomni np. o planowanej rozgrywce. Co więcej, może otrzymać powiadomienie o treści, np. zrób selfie z lokomotywą i wrzuć na Facebooka z tagiem #LechPoznan, a wygrasz szalik z nowej kolekcji. Taka forma grywalizacji szerzej angażuje użytkowników aplikacji do udzielania się w social mediach, a to podnosi rozpoznawalność klubu – przekonuje Krzysztof Łuczak.

Co ciekawe, kibice będą odbierać powiadomienia, znajdując się też poza strefą beaconów. Działanie systemu uzupełni wówczas geofencing. Ta technologia polega na określaniu wirtualnych granic obszaru geograficznego, w którym odbiorca, z zainstalowaną aplikacją, może dostać wiadomość. Jak zapewnia ekspert, to bezpieczne rozwiązanie, a także takie, które nie powoduje większej konsumpcji baterii w telefonie. Okaże się pomocne również na stadionie, gdy fan piłki nożnej zapomni włączyć Bluetooth. Oczywiście usługa zadziała, jeśli wcześniej użytkownik wyrazi zgodę na wykorzystywanie sygnału GPS przez aplikację.

Szansa do wykorzystania

– W mojej opinii, rodzimi konsumenci wyjątkowo szybko adoptują innowacje marketingowe. Może o tym świadczyć np. poziom zaangażowania klientów Biedronki w ostatnią kampanię reklamową z wykorzystaniem aplikacji do skanowania kart ze zwierzętami. Polacy uwielbiają promocje i akcje rabatowe. Perspektywa dodatkowych korzyści dla użytkowników aplikacji ulubionej drużyny powinna być dla nich również atrakcyjna. Dlatego, warto aby za poznańskim przykładem poszły kolejne obiekty sportowe w naszym kraju – stwierdza ekspert z Proxi.cloud.

Montując infrastrukturę IoT na stadionach sportowych w kolejnych miastach, możemy wyróżniać się na tle sąsiednich krajów, którzy często wolniej adoptują nowinki technologiczne. Co więcej, na arenie międzynarodowej Polska zdobyła już mocną pozycję jako producent beaconów. Zatem nie powinno być problemów z wdrożeniem samych nadajników na terenie naszych obiektów. Jednak istnieje inna bariera w rozwoju rodzimego marketingu sportowego. Podstawą interaktywnego kanału komunikacji jest bowiem aplikacja mobilna, której wiele klubów piłkarskich jeszcze nie wdrożyła.

– Koszt stworzenia tego typu aplikacji sukcesywnie spada i przestaje być przeszkodą, tym bardziej dla dużych i średnich klubów. Warto pamiętać o tym, że korzyści płynące z komunikacji interaktywnej z kibicami są nie tylko liczone w pieniądzach. Uruchomienie tego kanału pozwala na lepsze poznanie oczekiwań konsumentów, choćby za pomocą udzielanych przez nich opinii. Oczywiście w dalszej perspektywie to również przekłada się na zyski finansowe, ponieważ zdobyta wiedza pozwala całkowicie spełniać potrzeby klientów – podsumowuje Krzysztof Łuczak.