SAZ: Rynek pracy 2016 – najważniejsze zmiany w mijającym roku

Rok 2016 minął pod znakiem licznych zmian legislacyjnych na rynku pracy. Eksperci SAZ wyliczają nowe oraz proponowane do przyjęcia przepisy, prognozują ich wpływ na około 6 tyś agencji pracy, kilkanaście tysięcy przedsiębiorców oraz około 800 tyś pracowników tymczasowych. Podsumowują także branżowe trendy i wskazują jak zmieniają się sposoby zatrudnienia i czego mogą spodziewać się pracownicy w roku 2017.

Zmiany legislacyjne

Rok 2016 był okresem pro pracowniczych zmian na rynku zatrudnienia. Wprowadzono minimalne wynagrodzenie dla umów zleceń, minimalną stawkę za godzinę pracy na kontrakcie cywilno-prawnym. Zaprezentowano projekt nowelizacji ustawy o zatrudnianiu pracowników tymczasowych. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zapowiedziało także stworzenie nowego kodeksu pracy.

„Wprowadzenie minimalnego wynagrodzenia dla umów zleceń było, w mojej ocenie, jednym z najważniejszych wydarzeń na rynku w mijającym roku” – komentuje Michał Podulski, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia, członek zarządu Toolip HR. „Dzięki tej regulacji uczciwe agencje będą mogły podjąć walkę z firmami dumpingowo zaniżającymi stawki dla klientów oraz stosującymi mniej kontrolowane formy zatrudnienia, np. umowy o dzieło” – dodaje Michał Podulski.

Niemniej, zdaniem ekspertów,  powszechny charakter wprowadzanych zmian oraz brak uwzględnienia specyfiki regionów czy poszczególnych branż może w perspektywie powodować szereg nadużyć wobec pracowników.

„Mimo pro pracowniczego charakteru wprowadzonych i proponowanych zmian prawnych, w niektórych przypadkach mogą one mieć skutek odwrotny” – komentuje Krzysztof Jakubowski, wiceprezes SAZ i wiceprezes InterKadry. „Przykładowo, brak regionalizacji przepisu dotyczącego minimalnej stawki za godzinę pracy, może paradoksalnie zwiększyć szarą strefę. Podobnie zaostrzenie przepisów dotyczących pracy tymczasowej może w efekcie doprowadzić do zatrudniania pracowników na umowy śmieciowe, a nawet bez kontraktu, „na czarno” – argumentuje Krzysztof Jakubowski.

W mijającym roku nie brakowało również zmian legislacyjnych na poziomie Unii Europejskiej. Na początku przyszłego roku mamy poznać ostateczny kształt unijnej dyrektywy o delegowaniu pracowników. Według zapowiedzi Komisji Europejskiej zrewidowana regulacja wprowadzi zasadę „równej płacy za tą samą pracę”. Projekt ustawy nakłada na podmioty delegujące obowiązek zapewnienia pracownikowi wszystkich składników wynagrodzenia (np. dodatki świąteczne), które otrzymuje pracownik lokalny. „Po wprowadzeniu w życie proponowanych zmian strona delegująca poniesie większe koszty niż pracodawcy lokalni. Do wynagrodzenia i dodatków doliczyć należy koszty delegowania pracownika za granicę, co może spowodować spadek zainteresowania tą usługą. W mojej opinii nowela ustawy jest de facto skierowana na eliminację z rynku przedsiębiorców z tzw. nowej Unii” – komentuje Krzysztof Jakubowski.

Rynek pracownika – ciąg dalszy

Rok 2016, jak i kilka poprzednich lat, charakteryzował się ograniczonym dostępem do kadry pracowniczej. Wyzwaniem dla pracodawców staje się zarówno pozyskanie utalentowanych pracowników jak i ich zatrzymanie, między innymi poprzez umiejętne zarządzanie dobrowolną rotacją. Utrzymanie się trendu spowodowało zwiększenie inwestycji w działania z zakresu employer brandingu, badania zaangażowania i satysfakcji oraz zewnętrzne badania wizerunku marki pracodawcy.

„Coraz więcej firm decyduje się i będzie się decydować na prowadzenie zaawansowanych analiz predykcyjnych, umożliwiających przewidzenie zachowania pracowników, inwestycje w raporty płacowe i profesjonalne wartościowanie stanowisk” – podkreśla Artur Skiba, wiceprezes SAZ, prezes Antal.

„W nowym roku agencje zatrudnienia powinny postawić na personalizację działań” – radzi Artur Skiba. W czasach, gdy kandydaci otrzymują nawet kilkanaście zaproszeń do procesów rekrutacyjnych rocznie, największe szanse na sukces w pozyskaniu wartościowego pracownika, będą miały te organizacje, których działania będą spersonalizowane. Znów na znaczeniu zyskują metody direct searchu, rozbudowana sieć kontaktów kosztem portali pracy i ogólnych ofert publikowanych w Internecie. Wszelkie kampanie rekrutacyjne, aby były skuteczne również będą musiały być skierowane do wąskiej, starannie dobranej grupy docelowej.

Ministerstwo Rozwoju uspokaja przedsiębiorców. Chaosu w wydawaniu świadectw pracy nie będzie

Joanna Sauter-Kunach, dyrektor Departamentu Doskonalenia Regulacji Gospodarczych w Ministerstwie Rozwoju
Joanna Sauter-Kunach, dyrektor Departamentu Doskonalenia Regulacji Gospodarczych w Ministerstwie Rozwoju. Fot. serwis agencyjny MondayNews™

Po fali medialnych doniesień o rozbieżności w planowanych zmianach w przepisach Kodeksu pracy, resort przypomina, że proces legislacyjny nadal trwa. Docelowo projektodawca chce skrócić okres przechowywania akt pracowniczych, z obecnych 50, do 10 lat. Nie planuje również wprowadzać nowych sankcji dla przedsiębiorców.

W rozmowie z serwisem agencyjnym MondayNews, Ministerstwo Rozwoju uspokaja przedsiębiorców. Resort obecnie prowadzi m.in. prace nad ustawą dotyczącą elektronizacji akt pracowniczych oraz skrócenia okresu ich przechowywania przez pracodawców. W Polsce ten czas jest jednym z najdłuższych w Europie. Zgodnie z projektowanymi regulacjami, pracodawcy będą przekazywali do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wszystkie, wymagane przez ustawodawcę, informacje na temat zatrudnionych, czyniąc to w comiesięcznych raportach, nie zaś w zbiorczym dokumencie, który miał być początkowo dołączany do świadectwa pracy.

– Pierwotnie planowaliśmy, aby pracodawcy przekazywali wszystkie potrzebne informacje w świadectwie pracy. Projekt ustawy, właśnie w takim kształcie, został przekazany do uzgodnień międzyresortowych i konsultacji społecznych. Dostaliśmy wiele uwag, za które oczywiście dziękujemy. Chcę jednak uspokoić, że nie będzie zamieszania ani żadnej rewolucji. Nie zmieniamy też przepisów dotyczących sankcji dla przedsiębiorców – mówi Joanna Sauter-Kunach, dyrektor Departamentu Doskonalenia Regulacji Gospodarczych w Ministerstwie Rozwoju.

Przepis dotyczący świadectwa pracy nie zostanie w ogóle zmieniony. Aktualnie firmy mają już obowiązek wysyłania sprawozdań do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Będą one po prostu rozszerzone o dodatkowe dane. Chodzi o informacje o wypłaconym wynagrodzeniu, niezbędne do ustalenia wysokości emerytury i renty. Taka zmiana nie spowoduje nadmiernych obowiązków sprawozdawczych po stronie pracodawców, relacjonuje dyrektor Sauter-Kunach.

– Projektując przepis, odnosimy się do aktualnie obowiązujących regulacji i na nie nanosimy propozycje zmian. W pewnym okresie pracowaliśmy równolegle nad dwoma projektami, proponując zmiany dotyczące świadectw pracy, jednak w różnym zakresie. To spowodowało niezrozumienie, ponieważ teksty projektowanego przepisu rzeczywiście na pewnym etapie były różne. Obecnie wycofaliśmy się jednak ze zmiany wprowadzającej rozszerzone świadectwo pracy. Nasi eksperci, pracując nad wieloma projektami cały czas pozostają ze sobą w kontakcie. Bierzemy pod uwagę stan aktualnych prac legislacyjnych i utrzymujemy nad wszystkim stałą kontrolę – wyjaśnia Joanna Sauter-Kunach.

Urzędnicy zapewniają, że proces legislacyjny jest w toku. Obecnie analizowane są przesłane uwagi i opinie. Ministerstwo Rozwoju zapewnia również, że stara się wypracować takie rozwiązania, które wiązałyby się z jak najmniejszym obciążeniem biurokratycznym dla pracodawców. Cały czas ma na uwadze to, żeby sformułować przepisy dotyczące przechowywania akt pracowniczych w taki sposób, aby korzyści z nich odnieśli zarówno  pracodawcy jak i pracownicy.

Europa mierzy się z pandemią alergii. W diagnostyce pomocny może się okazać polski wynalazek

Europa mierzy się z pandemią alergii. W diagnostyce pomocny może się okazać polski wynalazek 1
W całej Europie na różne postaci alergii cierpi ok. 150 mln ludzi, natomiast w Polsce objawy tej choroby wykazuje 40 proc. społeczeństwa. Szacunki pokazują, że w ciągu najbliższej dekady ponad połowa Europejczyków będzie dotknięta chorobami alergicznymi. Zdaniem lekarzy kluczowe znaczenie w walce z pandemią alergii odgrywa diagnostyka. Do jej polepszenia może przyczynić się polski wynalazek, który umożliwia szybki odczyt wyników skórnych testów alergicznych. Innowacyjne urządzenie jest obecnie w fazie komercjalizacji.

– Narastająca skala zachorowań na alergię jest dużym problemem. Komisja Europejska szacuje, że do 2025 roku już połowa Europejczyków będzie dotknięta chorobami alergicznymi – mówi agencji Newseria dr Jacek Stępień, przewodniczący rady nadzorczej Milton Essex i wynalazca narzędzia SkinNext, służącego do szybkiej diagnostyki alergii.

Według Komisji Europejskiej alergie stanowią obecnie najpoważniejszy problem zdrowotny, na równi z chorobami nowotworowymi. Szacuje się, że w całej Europie na różne postacie alergii cierpi ok. 150 mln ludzi, w tym co trzecie dziecko. Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że choroby alergiczne zajmują trzecią pozycję na liście najczęstszych chorób przewlekłych i stanowią obecnie jedno z poważnych zagrożeń cywilizacyjnych.

Żadna z pozostałych chorób cywilizacyjnych nie notuje takiego tempa przyrostu. Według Europejskiej Agencji Alergologii i Immunologii Klinicznej (EAACI), w perspektywie kolejnych 10 lat około 50 proc. Europejczyków będzie dotkniętych chorobami alergicznymi.

Z ogólnopolskiego badania ECAP wynika, że objawy alergii wykazuje ok. 40 proc. Polaków. Taki odsetek ma dodatnie testy na powszechnie występujące alergeny. Około 9 mln Polaków cierpi na katar alergiczny, zaś 5,5 mln ma objawy astmy. Jednak tylko 30 proc. alergików zostało zdiagnozowanych za pomocą specjalistycznych testów, zdaje sobie sprawę ze źródła dolegliwości i poddaje się systematycznemu leczeniu. Jak podkreśla dr Jacek Stępień, właściwa diagnostyka jest podstawą w leczeniu alergii i to ona będzie jednym z największych wyzwań w obliczu rosnącej skali zachorowań.

 Obecnie istniejące rozwiązania służące wykrywaniu alergii nie pozwalają racjonalnie przewidywać, czy uporamy się z problemem wstępnej diagnostyki screeningowej, zwłaszcza na tak szeroką skalę – uważa dr Jacek Stępień.

Na rynku powszechnie wykonuje się dwa typy testów alergicznych: testy czynnościowe in vivo, które są wykonywane metodą nakłuciową (nakładania alergenów na powierzchnię skóry), oraz testy in vitro wykonywane laboratoryjnie metodą oznaczenia specyficznego poziomu przeciwciał.

 Pozostałe testy, które są obecnie dostępne na rynku, przewidziane są dla celów badawczych i eksperymentalnych. Natomiast te dwa rodzaje badań, czyli testy skórne i testy in vitro służące oznaczeniu przeciwciał, konkurują ze sobą, a ich udział w rynku jest zbliżony. Gremia międzynarodowe, w tym również Europejska Akademia Alergologii, zalecają jednak stosowanie testów skórnych jako tzw. złotego standardu w diagnostyce alergii – mówi dr Jacek Stępień.

Założona w ubiegłym roku spółka Milton Essex powstała właśnie w celu komercjalizacji i wdrożenia do produkcji wynalazku, którym jest nieinwazyjne narzędzie do szybkiego odczytu wyników skórnych testów alergicznych. Polski wynalazek, nazwany SkinNext, jest objęty międzynarodowym zgłoszeniem patentowym. Stanowi uzupełnienie dla tradycyjnych testów skórnych, które są obecnie najpopularniejszą metodą diagnostyczną i umożliwia odczyt wyników w ciągu zaledwie 20 sekund.

– Chcemy ulepszyć te testy, które są dostępne na rynku, zamiast z nimi konkurować. Nie zamierzamy wprowadzać całkiem nowej metody diagnostycznej. Naszym celem jest zmiana jakościowa, aby obecnie dostępna diagnostyka wykonywana metodą testów skórnych była pełna, dokładna i wykonana w oparciu o naukowo zbadane i potwierdzone markery czynnościowe – mówi dr Jacek Stępień.

Polski wynalazek ma w przyszłości umożliwić pełną automatyzację diagnostyki alergii, obniżyć jej koszty oraz uprościć i przyspieszyć cały proces diagnostyczny. Spółka Milton Essex, która zajmuje się jego komercjalizacją, dysponuje już trzecią generacją produktu. Jego twórca, dr Jacek Stępień, uzależnia sukces rynkowy swojego wynalazku od rosnącej skali zachorowań na choroby alergiczne w skali globalnej.

– Oceniając wartość wyrobu medycznego, patrzymy, czy jest on użyteczny i pomocny dla dużej grupy pacjentów. Możemy sobie wyobrazić, że z każdym rokiem używania naszego produktu zwiększa się pula wyników badań alergologicznych z wykorzystaniem nowej techniki obrazowania. To może pomóc odpowiedzieć na pytanie, jakie są charakterystyki populacyjne, uwarunkowania genetyczne czy geograficzne. Być może pozwoli to inaczej podejść do całego problemu alergii – mówi dr Jacek Stępień.

Narzędzia diagnostyczne stanowią około 40 proc. całego rynku wyrobów medycznych, którego wartość jest szacowana na 228 mld dolarów w skali globalnej. W dynamicznym rozwoju tego rynku szansy upatruje spółka Milton Essex, która plasuje się właśnie w szybko rosnącym segmencie zaawansowanych technologicznie i konkurencyjnych cenowo instrumentów diagnostycznych. W ubiegłym roku spółka otrzymała na rozwój swojego wynalazku dotację z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, której wartość sięgnęła niemal 3,5 mln zł.

Dzieci spędzają średnio około 18 godzin tygodniowo w internecie. W sieci czeka na nie sporo zagrożeń

Dzieci spędzają średnio około 18 godzin tygodniowo w internecie. W sieci czeka na nie sporo zagrożeń 2
Ponad połowa dzieci w wieku 10–15 lat ma urządzenia mobilne z dostępem do internetu. Większość regularnie korzysta z mediów społecznościowych i aplikacji. Tymczasem każde, nawet pozornie niewinne zachowanie, jak zdjęcie opublikowane na Instagramie czy film wrzucony na YouTube, może nieść ze sobą poważne konsekwencje. Grupa On Board Think Kong w przygotowanym przez siebie poradniku „Dzieci na fejsie” wskazuje, jakie zagrożenia czyhają na dzieci w sieci.

Choć najmłodsi deklarują, że od poniedziałku do piątku spędzają w sieci średnio po 2 godziny, a w weekendy dwukrotnie dłużej, rzeczywista liczba godzin spędzanych w sieci może być znacznie większa. Dzieci są też bardziej narażone na niebezpieczeństwo.

– W mediach społecznościowych na dzieci, ale nie tylko, czeka bardzo dużo niebezpieczeństw związanych przede wszystkim z kilkoma ważnymi obszarami, które poruszyliśmy w poradniku „Dzieci na Fejsie” – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Rutkowska, social media manager Grupy On Board Think Kong. – Jednym z nich jest kwestia prywatności danych, ale też prywatności w znaczeniu, czy rzeczywiście wiemy, kim jest osoba, z którą rozmawiamy. W mediach społecznościowych przy rejestrowaniu kont nie trzeba przesyłać żadnych skanów dowodu czy jakiegokolwiek dokumentu, który potwierdzałby, czy konta zakładane są rzeczywiście na istniejące osoby. Dlatego można z góry założyć, że nie zawsze one są prawdziwe.

Większość serwisów społecznościowych, m.in. Facebook, nie pozwala na zakładanie konta przez osoby, które nie ukończyły 13 lat. To jednak tylko teoria, bo przy rejestracji wystarczy podać datę urodzenia, która w żaden sposób nie jest weryfikowana. Średnio każdy użytkownik Facebooka ma ok. 150 znajomych, nie wiadomo jednak, czy dana osoba jest rzeczywiście tym, za kogo się podaje.

– W momencie, w którym publikujemy jakiekolwiek zdjęcia lub filmy w mediach społecznościowych, tracimy nad nimi kontrolę. Musimy więc bardzo uważać na to, co one przedstawiają i czy aby na pewno chcielibyśmy, żeby publiczność większa niż tylko nasi znajomi widziała te materiały – zaznacza ekspertka.

Ryzykowne jest ciągłe meldowanie się na Facebooku, prowadzenie transmisji na żywo czy wrzucanie zdjęć na Instagram, zwłaszcza z wakacji. To jasny sygnał dla złodziei, że dom stoi pusty.

 Często mamy potrzebę chwalenia się np. nowo kupionymi rzeczami: samochodem czy urządzeniem domu. Publikując zdjęcia dóbr materialnych w sieci, automatycznie wysyłamy sygnał, że się wzbogaciliśmy. Jeśli przy okazji dajemy znać, że jesteśmy na wakacjach, łatwo połączyć te dwa fakty i jeśli ktoś chciałby nas okraść, to więcej informacji nie potrzebuje – przestrzega Agnieszka Rutkowska.

Z badania SW Research „Hejt w sieci” wynika, że ponad połowa z nas zetknęła się z hejtem w internecie. Niemal tyle samo uważa, ze fala nienawiści może skrzywdzić lub ośmieszyć inne osoby. Co czwarty padł ofiarą hejtera, a 10 proc. badanych obraża innych. Często problem z hejtem mają osoby dorosłe. Jeszcze trudniej jest dzieciom poradzić sobie z taką sytuacją.

– Niebezpieczeństwo związane z mediami społecznościowymi polega też na tym, że jest bardzo dużo zawiłości technicznych, które mogą zwłaszcza dzieci wprowadzić w pewne zakłopotanie, w którym łatwo jest namówić je np. do zapłacenia za usługę, która nie powinna być płatna. Pojawiają się linki, gdzie wystarczy się zalogować, żeby coś uzyskać. Ani my, ani dzieci nie czytamy regulaminów, które stoją za takimi superatrakcjami. Dlatego często zapisujemy się na płatną usługę otrzymywania SMS-ów, które ściągają pieniądze z konta – podkreśla przedstawicielka Grupy On Board Think Kong.

W mediach społecznościowych można znaleźć niemal wszystko. Jeśli dziecko szuka danej informacji, znajdzie ją. Łatwo dołączy do grupy zrzeszającej osoby mające wspólne zainteresowania. Jeśli to np. sport, to nie ma powodów do obaw, ale można dołączyć także do grup promujących anoreksję czy platform z wymianą sposobów na popełnienie samobójstwa. Żadne medium społecznościowe nie blokuje takich treści z automatu. Rodzice często nie zdają sobie sprawy z tego, jakie możliwości, ale i jakie zagrożenie niosą ze sobą social media. Jak mówi Rutkowska, Poradnik „Dzieci na fejsie” ma skłonić do refleksji i pomóc zrozumieć zagrożenia.

– Naszym celem było zainspirowanie rodziców, żeby lepiej zapoznali się z funkcjonowaniem mediów społecznościowych. Absolutnie nie chcemy powodować, żeby dzieci nagle przestały być tam obecne, a rodzice zaczęli ograniczać im dostęp do internetu. Jeśli już mamy świadomość, że dziecko istnieje w mediach społecznościowych, to musimy wiedzieć, z czym to się wiąże, jakie są obowiązki, ale jakie też są przywileje wynikające z tej obecności – podkreśla Agnieszka Rutkowska.

Przed świętami rośnie gotowość Polaków do pomagania. Do dobroczynności coraz bardziej zachęcają media społecznościowe i nowe technologie

Przed świętami rośnie gotowość Polaków do pomagania. Do dobroczynności coraz bardziej zachęcają media społecznościowe i nowe technologie 3
W sezonie świątecznym rośnie gotowość społeczeństwa do bezinteresownej pomocy potrzebującym. Ulubioną formą działalności dobroczynnej Polaków jest wrzucanie pieniędzy do puszek, przekazanie 1 proc. podatku na szczytny cel albo wysłanie charytatywnego SMS-a. Rośnie też wsparcie dla głośnych, ogólnopolskich akcji takich jak WOŚP czy Szlachetna Paczka, które rok do roku biją kolejne rekordy. Dla organizacji dobroczynnych coraz większe znaczenie mają nowe technologie, wsparcie mediów społecznościowych i różnorodność kanałów, dzięki którym mogą dotrzeć do potencjalnych darczyńców.

– Przed świętami rośnie gotowość ludzi do pomagania. Dzieje się tak na całym świecie, również w Polsce. Dlatego organizacje pozarządowe w okresie przedświątecznym przygotowują specjalne kampanie – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Łukasiak, prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce.

Potwierdzają to wyniki „Raportu o dobroczynności Polaków” TNS Polska. Wynika z niego, że około 40 proc. Polaków na co dzień pomaga potrzebującym – najczęściej rodzinie, przyjaciołom lub sąsiadom. Przed świętami Bożego Narodzenia ten odsetek wzrasta natomiast do 51 proc., rośnie też skłonność do pomagania osobom zupełnie obcym w trudnej sytuacji życiowej.

Niezmiennie od kilku lat ulubioną formą działalności dobroczynnej Polaków jest wrzucanie pieniędzy do puszki w czasie zbiórki na określony cel. W ubiegłym roku taką darowiznę przekazało 33 proc. osób. Coraz bardziej popularne jest również przekazanie 1 proc. podatku na rzecz wybranej organizacji pozarządowej (33 proc.). Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że rok temu na ich konta wpłynęło z tego tytułu łącznie 557 mln zł (wzrost o 50 mln zł).

Co piąty Polak (20 proc.) pomaga, wysyłając charytatywne SMS-y, przekazując ubrania i żywność na rzecz potrzebujących albo kupując charytatywną kartkę czy świeczkę.

– Widzimy też rosnącą popularność platform crowdfundingowych i zaangażowanie poprzez wolontariat. Widać, że aktywność dobroczynna Polaków jest coraz ciekawsza – uważa Paweł Łukasiak.

Z badań przeprowadzonych przez TNS Polska wynika, że jedna czwarta społeczeństwa (25 proc.) niezmiennie od kilku lat nie angażuje się w żadne działania charytatywne. Jednak Ci, którzy coś robią, zintensyfikowali w ostatnim roku swoją działalność. Prezes Akademii Rozwoju Filantropii zaznacza również, że istnieje w Polsce kilka akcji charytatywnych o ogólnokrajowym zasięgu, które odnoszą coraz większe sukcesy i warto się nimi chwalić.

– Polska jest krajem, który nie wyróżnia się pod względem dobroczynności i filantropii. Polacy stosunkowo niewiele pieniędzy przekazują na cele społeczne i słabo się angażują. Trzeba jednak podkreślić, że mamy bardzo wyraziste kampanie społeczne na skalę europejską, które są warte pokazania i chwalenia się nimi. Mam na myśli WOŚP czy Szlachetną Paczkę – mówi Paweł Łukasiak.

Podczas 24. edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy zebrano rekordową kwotę 72,7 mln zł. To o 20 mln zł więcej niż jeszcze rok wcześniej. Rosnącą popularnością cieszy się też Szlachetna Paczka, która przy wsparciu darczyńców przygotowuje paczki dla osób starszych, samotnych, niepełnosprawnych i rodzin wielodzietnych. W ubiegłym roku akcja połączyła ponad milion osób, a wartość przekazanych darów przekroczyła 54 mln zł. W tym roku według stanu na 21 grudnia to blisko 47,5 mln zł.

Kolejne regularne rekordy biorą się z coraz większego wsparcia za pośrednictwem platform społecznościowych i rosnącego zaangażowania społeczeństwa. Nie tylko media tradycyjne i działania liderów, lecz także wsparcie przedsięwzięcia przez setki tysięcy indywidualnych osób w mediach społecznościowych przekłada się na ich popularność – mówi Paweł Łukasiak.

Dla organizacji charytatywnych – podobnie jak dla prywatnych firm i przedsiębiorstw – istotna jest wielokanałowość. Im więcej sposobów, na które można wpłacić pieniądze lub przekazać pomoc, tym większą popularnością cieszy się akcja dobroczynna. Ważne w filantropii są również nowe technologie, które pozwalają internautom zaangażować się poprzez e-wolontariat, brać udział a aukcjach crowdfundingowych albo po prostu zrobić szybki przelew bankowy na rzecz wybranej organizacji charytatywnej za pomocą przycisku „click and donate”.

 Co roku pojawiają się nowe sposoby ułatwienia obywatelom tego, aby mogli zostać dobroczyńcami i filantropami. To już nie ogranicza się tylko do wrzucania pieniędzy do puszki. Są również aukcje na różnych platformach aukcyjnych, dodatkowe działania na platformach crowdfundingowych czy akcje SMS – wylicza Paweł Łukasiak.

Prezes Akademii Rozwoju Filantropii podkreśla, że zaangażowanie w działalność filantropijną jest szczególnie ważne dla rodzin z dziećmi, które w ten sposób propagują dobre wzorce.

– Jeżeli rodzina wspólnie dokonuje jakiegoś działania dobroczynnego, to doskonale rozwija u dzieci postawy altruistyczne. Nie można jednak dać dziecku 2 zł i powiedzieć: „idź i wrzuć do puszki”, bo to zmarnowana okazja, żeby razem z dzieckiem zrobić coś dobrego. Jeżeli dzieci widzą, że pomaganie jest ważne dla rodziców, to dla nich również będzie. Z perspektywy budowania złożonych relacji solidaryzmu społecznego i autorytetu członków rodziny taka edukacja jest bardzo potrzebna – mówi Paweł Łukasiak.

Coraz więcej możliwości leczenia zaawansowanych nowotworów. Na refundację nowoczesnych leków czekają chorzy z nowotworami krwi i rakiem trzustki

Coraz więcej możliwości leczenia zaawansowanych nowotworów. Na refundację nowoczesnych leków czekają chorzy z nowotworami krwi i rakiem trzustki 4
Umieralność z powodu nowotworów złośliwych jest w Polsce wyższa niż średnia dla krajów Europy. Po części wpływa na to ograniczony dostęp do nowoczesnych terapii. Chociaż w ubiegłym roku refundacją objęto kilka innowacyjnych terapii, to lekarze i pacjenci liczą na kolejne ułatwienia w dostępie do leczenia. Chodzi m.in. o terapie stosowane w leczeniu nowotworów krwi, mielofibrozy, białaczek i zespołów mielodysplastycznych, a także przy raku trzustki.

 Miniony rok w onkologii możemy podsumować dobrze, ale duże nadzieje są związane z tym, co wydarzy się w styczniu. Przede wszystkim liczymy, że poprawi się dostęp do leków na pierwotną mielofibrozę, na zespoły mielodysplastyczne, w tym zespół del5q, oraz nastąpi poprawa w leczeniu ostrych białaczek – mówi agencji Newseria Biznes prof. Wiesław Jędrzejczak, kierownik Katedry i Kliniki Hematoonkologii, Onkologii i Chorób WUM i konsultant krajowy w dziedzinie hematologii.

Zespoły mielodysplastyczne, ostre białaczki szpikowe czy białaczki limfocytowe najczęściej dotykają osób po 65 roku życia. To nastręcza sporych problemów terapeutycznych, ponieważ chorobom tym towarzyszą często inne schorzenia związane z wiekiem. Nie wszyscy pacjenci kwalifikują się do intensywnego leczenia.

W leczeniu ostrych białaczek szpikowych światowym standardem jest podawanie leków demetylujących, takich jak azacytadyna, przeznaczonych dla osób starszych niekwalifikujących się do intensywnej terapii. Leki te są jednak dostępne w Polsce wyłącznie dla wyselekcjonowanej grupy chorych, tj. tych, którzy nie kwalifikują się do intensywnego leczenia, ale którzy mają niewielkie nacieczenie szpiku komórkami białaczkowymi (grupa ok. 1/3 chorych). Z kolei w leczeniu agresywnej odmiany przewlekłej białaczki limfocytowej stosuje się drobnocząstkowe terapie celowane. Zarejestrowane są dwa leki (ibrutinib), jednak w Polsce żaden z nich nie jest dostępny.

Jak wyjaśniają eksperci, głównym problemem braku dostępności do leków hematoonkologicznych jest niska opłacalność kosztowa. Stosunkowo niska liczba chorych powoduje, że ich leczenie staje się kosztowne. Ministerstwo Zdrowia pracuje nad zmianami w finansowaniu leczenia chorób rzadkich i ultrarzadkich.

 Jako społeczeństwo mamy największe zobowiązania w stosunku do tych chorych, którzy są najbardziej poszkodowani przez los i w każdym z rodzajów białaczki możemy wyselekcjonować te szczególnie zagrożone grupy – mówi prof. Wiesław Jędrzejczak. – W przewlekłej białaczce limfocytowej dostęp do ibrutinibu powinna mieć grupa chorych z delecją 17 p. Z kolei wśród chorych na przewlekłą białaczkę szpikową dostęp do ponatinibu powinny mieć osoby z delecją T315I. Wreszcie chorzy na szpiczaka potrzebują dostępu do pomalidomidu. Przykłady można mnożyć.

W tym roku Ministerstwo Zdrowia wprowadziło na listę refundacyjną kilka nowych leków onkologicznych, m.in. na raka piersi, ostrą białaczkę limfocytową, chłoniaki, raka płuc i nerki, dwa leki na czerniaka oraz chłoniaka Hodgkina. Specjaliści i lekarze onkolodzy mają nadzieję, że w przyszłym roku lista zostanie poszerzona o kolejne, nowe opcje terapeutyczne dla pacjentów z nowotworami krwi. Zwłaszcza że – jak wynika z raportu EY na zlecenie Fundacji Alivia – polscy pacjenci mają dostęp do znacznie mniejszej liczby nowoczesnych leków na raka niż chorzy w innych krajach Europy.

– Pacjenci zyskali w tym roku dostęp do 10 nowoczesnych terapii, w tym również z zakresu immunoterapii. Jest nadzieja, że dialog, który prowadzimy z Ministerstwem Zdrowia, na poziomie Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji oraz na poziomie NFZ-u przyniesie efekty i pacjenci będą mieli dostęp do tych terapii, które do tej pory pozostawały tylko w wiedzy lekarzy i trzeba było czekać na ich zarejestrowanie – mówi dr n. med. Janusz Meder, prezes Polskiej Unii Onkologii.

Dr Janusz Meder podkreśla, że wyniki leczenia pacjentów onkologicznych są w dużej mierze uzależnione od nakładów na służbę zdrowia i onkologię. Nie należy się jednak spodziewać, że w przyszłym roku znajdą się na ten cel większe środki finansowe.

Jest za to szansa, że Ministerstwo Zdrowia znajdzie sposób na refundację tych leków, które znajdują się poza koszykiem. Taką możliwość może stworzyć tzw. ratunkowy dostęp do technologii medycznych. Obejmie on pacjentów, którzy wyczerpali już wszystkie możliwości terapeutyczne i potrzebują leku, który nie jest finansowany ze środków publicznych. Wprowadzenie dla nich specjalnej ścieżki refundacyjnej zakłada projekt nowelizacji ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej. Ma on wejść w życie w przyszłym roku.

Na zmiany czekają także osoby cierpiące na nowotwór trzustki.

– Polscy chorzy mają pełny dostęp do terapii skojarzonej o nazwie Folfirinox, który wykazuje się wysoką toksycznością i nie może być stosowany u wszystkich chorych. Mamy nadzieję, że z nowym rokiem chorzy będą mieli dostęp do Nab-paklitakselu, który jest skuteczny i znacznie mniej toksyczny. W związku z czym można go będzie zastosować u  tych chorych, którzy mają różne schorzenia towarzyszące – wyjaśnia prof. Jędrzejczak.

 W przyszłym roku pakiet onkologiczny zostanie uproszczony, co oznacza łatwiejsze wystawianie karty, mniej biurokracji, a tym samym mniej obciążeń dla lekarza i więcej czasu dla pacjenta. Przede wszystkim będzie możliwość wystawienia karty DiLO już na poziomie specjalisty, a nie tylko przez lekarza pierwszego kontaktu. To nie tylko ułatwi całą ścieżkę pacjentom, lecz także skróci okres od momentu diagnozy do rozpoczęcia leczenia – uważa dr n. med. Janusz Meder.

Co roku w Polsce nowotwory złośliwe diagnozuje się u ponad 150 tys. osób. Krajowy Rejestr Nowotworów podaje, że umieralność z powodu nowotworów złośliwych jest w Polsce wyższa niż wynosi średnia dla krajów Unii Europejskiej.

Od maja 2018 r. dane osobowe w UE będą lepiej chronione. Firmy już teraz powinny rozpocząć przygotowania do wdrożenia nowych przepisów

Od maja 2018 r. dane osobowe w UE będą lepiej chronione. Firmy już teraz powinny rozpocząć przygotowania do wdrożenia nowych przepisów 5
Ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (GDPR) zacznie obowiązywać w maju 2018 roku. Nowe przepisy nadają konsumentom szereg uprawnień, które obejmują m.in. prawo do bycia zapomnianym oraz prawo do informacji o tym, jak wykorzystywane są ich dane osobowe. Z drugiej strony unijne regulacje wymuszą ogrom zmian na wszystkich podmiotach, które gromadzą i przetwarzają dane osobowe. Dotyczyć one będą systemów informatycznych, działań marketingowych i obsługi klientów oraz tworzenia nowych procedur. Na ich wdrożenie firmom pozostało półtora roku.

– Firmy mają tylko 18 miesięcy na dostosowanie się do wymogów rozporządzenia. Świadomość tego faktu jest bardzo niska. Przedsiębiorcy staną przed ogromnym wyzwaniem ewidencji wszystkich danych osobowych, ich lokalizacji, miejsca przetwarzania. Na tak długie procedury, dostosowanie kwestii formalnych i wdrożenie rozwiązań technologicznych pozostało bardzo mało czasu – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Jarski, dyrektor regionalny Trend Micro.

Ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych zacznie obowiązywać w Polsce w maju 2018 roku. Z badań przeprowadzonych w tym roku na zlecenie firm VMware i Trend Micro wynika jednak, że ponad połowa polskich przedsiębiorstw wciąż nie wie o jego istnieniu. Zaledwie w jednej trzeciej firm pracownicy, którzy zajmują się ochroną danych, mają przynajmniej podstawową wiedzę o nowych przepisach.

– Przygotowanie się do wdrożenia rozporządzenia GDPR, które zacznie obowiązywać za półtora roku, jest wielowymiarowe i obejmuje zagadnienia zarówno legislacyjne, jak i technologiczne. W obszarze technologicznym są to przede wszystkim dwa elementy: system CRM związany z obsługą klienta oraz część infrastrukturalna – mówi Paweł Korzec, regional presales manager w firmie VMware, dostawcy rozwiązań IT z dziedziny infrastruktury chmury obliczeniowej i mobilności w biznesie.

Tym, którzy nie dostosują się do wymogów rozporządzenia GDPR (ang. General Data Protection Regulation), grożą duże kary finansowe, których wysokość może sięgnąć nawet 2–4 proc. rocznych obrotów całego przedsiębiorstwa.

– Obawiam się scenariusza, w którym na początku obowiązywania nowych przepisów ktoś będzie przysłowiową ofiarą i będzie musiał zapłacić ogromną karę. Wtedy wszystkie firmy zaczną panicznie wdrażać wymogi rozporządzenia GDPR. To stwarza zagrożenie, że te rozwiązania nie będą bezpieczne ani wystarczająco dobre pod kątem zabezpieczenia danych – mówi Michał Jarski.

Celem uchwalonego w tym roku rozporządzenia GDPR jest ujednolicenie przepisów o ochronie danych osobowych na terenie całej Unii Europejskiej. Nowe przepisy mają również zwiększyć kontrolę osób fizycznych nad ich danymi osobowymi i nałożą szereg nowych wymogów na wszystkie podmioty, które gromadzą i przetwarzają takie dane. Eksperci podkreślają, że wyzwań jest bardzo dużo.

– GDPR narzuca konieczność wdrożenia tzw. systemu bycia zapomnianym. Każdy obywatel w Unii Europejskiej będzie mógł zażądać od firmy, z którą współpracuje, aby jego dane zostały wykasowane z systemów informatycznych. My, jako administratorzy danych, musimy więc dysponować systemami, które po pierwsze zapewnią nam możliwość trwałego usunięcia tej informacji, niezależnie od tego, czy znajduje się ona w wewnętrznym data center, czy w zewnętrznej chmurze. Po drugie, musimy być w stanie udowodnić w przypadku urzędowej kontroli, że takie dane faktycznie usunęliśmy – wyjaśnia Paweł Korzec.

Nowe przepisy wprowadzą również zasadę ochrony „by default”. Oznacza to, że firmy i przedsiębiorcy mogą wykorzystywać dane osobowe klientów tylko i wyłącznie w celu, w którym zostały one pobrane. Przedsiębiorstwa muszą zbudować mechanizmy, które udowodnią, że pozyskane przez nie informacje nie były przetwarzane ani wykorzystywane niezgodnie z przeznaczeniem.

Rozporządzenie wymusi również na przedsiębiorstwach, aby zadbały o ochronę danych osobowych już na etapie projektowania swoich systemów informatycznych. W przypadku naruszenia baz danych albo wycieku informacji administratorzy będą zmuszeni każdorazowo zgłaszać taki incydent do organów nadzorujących.

– Firmy mogą się spodziewać kontroli urzędników, którzy sprawdzą, czy spełnione zostały wymogi rozporządzenia GDPR. Ale nowe przepisy wprowadzają też obowiązek samooceny skutków materializacji ryzyka. To oznacza, że przedsiębiorstwa muszą wprowadzić mechanizmy, które umożliwią ocenę tego, co się stanie, jeżeli ktoś się włamie do systemu, ukradnie dane i posłuży się nimi w niecnym celu – mówi Paweł Korzec.

Przedsiębiorców czekają ogromne zmiany i konieczność wypracowania nowych procedur. Od maja 2018 roku będą bowiem musiały każdorazowo uzyskiwać zgodę swoich klientów na przetwarzanie ich danych osobowych, powiadamiać ich o zmianie lokalizacji danych oraz o ewentualnym naruszeniu albo wycieku informacji.

Resort sprawiedliwości chce zaostrzyć przepisy antylichwiarskie. Firmy pożyczkowe mogą całkowicie zniknąć z rynku

Resort sprawiedliwości chce zaostrzyć przepisy antylichwiarskie. Firmy pożyczkowe mogą całkowicie zniknąć z rynku 6
Nowelizacja ustawy o kredycie konsumenckim narzuci restrykcyjne limity prowizji i opłat pobieranych od klientów firm pożyczkowych. Propozycja, którą przedstawił resort sprawiedliwości, zakłada, że koszty pozaodsetkowe mają spaść z obecnych 55 proc. do maksymalnego poziomu 20 proc. Firmy pożyczkowe przestrzegają, że to oznacza dla nich koniec działalności, a dla milionów konsumentów brak możliwości finansowania z legalnego źródła.

– Projekt resortu sprawiedliwości zawiera kilka propozycji, które zasługują na pochwałę. Należą do nich z pewnością zmiany w przepisach kodeksów karnego i cywilnego, które walczą z lichwą. Natomiast dla firm pożyczkowych największe znaczenie będzie miało obniżenie limitu kosztów pozaodsetkowych, które zostały określone w ustawie o kredycie konsumenckim. Teraz wyniosą one maksymalnie 20 proc. w skali roku – mówi agencji Newseria Monika Zakrzewska, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.

Ministerstwo Sprawiedliwości opublikowało w ubiegłym tygodniu projekt nowelizacji prawa karnego dotyczący lichwy. Określa on maksymalne limity prowizji i opłat pobieranych przy kredycie konsumenckim. Propozycje resortu zakładają, że maksymalne koszty pozaodsetkowe kredytu nie będą mogły przekroczyć 10 proc. kwoty kredytu plus 10 proc. w skali roku, łącznie 20 proc. w pierwszym roku obowiązywania umowy, a w każdym następnym roku 10 proc. kwoty kredytu. Natomiast całkowita suma, jaką klient musi oddać firmie pożyczkowej, nie może przekroczyć 75 proc. kwoty kredytu.

Branża przestrzega, że to dla niej bardzo niekorzystne propozycje, które mogą spowodować, że firmy pożyczkowe całkowicie znikną z polskiego rynku, ponieważ prowadzenie działalności będzie dla nich nieopłacalne. Na dodatek upłynęło niewiele czasu od wprowadzenia w marcu br. ostatnich obostrzeń, do których rynek finansowy nie zdążył się jeszcze dostosować.

– Minęło dopiero dziewięć miesięcy i nie wiemy nawet, jak rynek zareagował na poprzednie zmiany. W tamtym wypadku negocjacje trwały około dwóch lat, w związku z czym wszystkie podmioty były względnie zadowolone. Natomiast przepisy, które zostały teraz zaproponowane, są absolutnie niekorzystne dla firm pożyczkowych i prawdopodobnie całkowicie wyeliminują ten segment z rynku – mówi Monika Zakrzewska.

Poprzednia ustawa antylichwiarska, która narzuciła limity kosztów okołopożyczkowych, zaczęła obowiązywać w marcu. Zgodnie z jej zapisami firma udzielająca pożyczki może obecnie pobierać od klienta nie więcej niż 25 proc. kwoty kredytu plus 30 proc. kwoty w skali roku. Oznacza to, że w każdym kolejnym roku firma nie może pobrać więcej niż 30 proc. kwoty pożyczki. Całkowita kwota do spłaty nie może natomiast przekroczyć 100 proc. wartości zaciągniętego kredytu.

Z raportu Związku Firm Pożyczkowych wynika, że w trzy miesiące po wejściu w życie poprzednich regulacji aż 17 proc. spośród działających na polskim rynku firm pożyczkowych musiało zawiesić działalność lub nie spełniło ustawowych wymogów.

Przedsiębiorcy udzielający kredytów konsumenckich wyliczają, że obniżenie limitu kosztów okołopożyczkowych z obecnych 55 do zaledwie 20 proc. spowoduje, że prowadzenie działalności będzie nieopłacalne albo wręcz zacznie przynosić straty. Pożyczkodawca musi bowiem nie tylko liczyć się z tym, że klient może okazać się nierzetelny i nie wywiązać się z umowy kredytowej, lecz także pozyskać kapitał na sfinansowanie akcji kredytowej, opłacić koszty zatrudnienia, prowadzenia biura i działalności. Propozycje Ministerstwa Sprawiedliwości mogą w efekcie sprawić, że większość firm pożyczkowych po prostu zniknie z Polski. Na tym zaś stracą zarówno konsumenci, jak i budżet państwa.

– Lista poszkodowanych w związku z wejściem w życie tych przepisów byłaby długa, zaczynając od konsumentów, którzy nie będą mieli skąd pożyczać pieniędzy na rynku regulowanym i legalnym, więc trafią po prostu do szarej strefy. Budżet państwa straci około miliarda złotych podatków w skali roku oraz kolejny miliard z tzw. VAT-u konsumpcyjnego. Na końcu stracą oczywiście także instytucje pożyczkowe i ok. 20 tys. pracowników, których zatrudniają – mówi Monika Zakrzewska.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez PBS na reprezentatywnej grupie klientów firm pożyczkowych, 80 proc. osób decyduje się na skorzystanie z ich usług w wyniku pilnej potrzeby. Dla 60 proc. konsumentów brak możliwości pożyczenia pieniędzy wiązałby się z wystąpieniem poważnych problemów. Aż jedna trzecia nie dokonałaby opłat za mieszkanie, prąd lub gaz. Natomiast 13 proc. zabrakłoby pieniędzy na podstawowe zakupy, takie jak jedzenie, a kolejne 34 proc. miałoby innego rodzaju problemy (związane np. ze zdrowiem, zakupem opału, prezentów, sfinansowaniem wyjazdu itp.).

– Klienci przychodzą do firm pożyczkowych wtedy, kiedy szybko potrzebują pieniędzy. Nie ma co ukrywać, że bardzo często są to osoby, które nie dostaną kredytu w banku czy w SKOK-u, ponieważ nie mają odpowiedniej zdolności kredytowej – mówi Monika Zakrzewska.

Firmy pożyczkowe są bardzo popularne w segmencie małych i średnich kredytów o wartości nieprzekraczającej kilku tysięcy złotych. Prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego ocenia, że w wyniku zmian procedowanych w ustawie o kredycie konsumenckim bez możliwości finansowania może zostać około miliona konsumentów. Z braku alternatywy w postaci firm pożyczkowych, trafią one do szarej strefy.

 W tej chwili czynnych klientów firm pożyczkowych jest około 3,5 mln. Część z tych osób z pewnością uzyska zdolność kredytową, chociażby ze względu na zmieniającą się sytuację na rynku pracy czy też profity z tytułu programu Rodzina 500 plus. Natomiast około miliona osób pozostanie bez legalnego finansowania i trafi na czarny rynek albo do lombardów – mówi Monika Zakrzewska.

Banki ciągną indeksy w dół

Europejskie indeksy handlują nieznacznie pod kreską, przyhamowując serię wzrostowych sesji, gdyż ciążą na nich akcje banków.

Hiszpańskie banki tracą na wartości przez decyzję najwyższego sądu Unii Europejskiej (EU Court of Justice), która może doprowadzić do zwrotu miliardów euro dla kredytobiorców hipotecznych. Chodzi tu o refundację zawyżonych odsetek od kredytów, zawartych przed 2013 rokiem. Tracą również akcje włoskiego banku Banca Monte dei Paschi di Siena S.p.A. przez obawy inwestorów, iż nie będzie on w stanie zdobyć 5 mld euro, koniecznych do utrzymania pozytywnej płynności. Indeks czołowych hiszpańskich spółek IBEX35 traci ok. 1 proc., a włoski indeks FTSE MIB około 0,5 proc. Znacznie lepiej zachowuje się niemiecki DAX, który handluje jedynie 0,2 proc. poniżej osiągniętego rano półtorarocznego szczytu na poziomie 11480 punktów. WIG20 opiera się spadkom w Europie Zachodniej i rośnie około 0,3 proc. handlując w pobliżu poziomu 1950 punktów.

Euro zyskuje niecałe 0,5 proc. do dolara po tym, jak wczoraj osiągnęło 14-letnie minimum na poziomie 1,0350.

Ogólnie dolar pozostaje jednak bardzo mocny. Indeks dolarowy zyskał w tym kwartale już 7,6 proc., co może oznaczać najlepszy kwartał dla amerykańskiej waluty od III kwartału 2008 roku. Złoty oddalił się już o ok. 5 groszy od 13-letnich minimów do dolara tj. 4,28 zł. Natomiast para EURPLN handluje stabilnie w pobliżu poziomu 4,41 a para CHFPLN również stabilnie w okolicy poziomu 4,13.

Ropa naftowa WTI handluje stabilnie w okolicy 53,5 dolarów za baryłkę a ropa Brent w okolicy 55,4 dolarów za baryłkę w oczekiwaniu na dzisiejsze rządowe dane o stanie amerykańskich zapasów. Wczorajszy raport Amerykańskiego Instytutu Paliw (API) pokazał tygodniowy spadek zapasów o 4,15 mln baryłek. Złoto handluje nieznacznie powyżej 10-letnich minimów na poziomie 1123 dolarów za uncję, nie mając wciąż siły na jakiekolwiek mocniejsze odbicie cen.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Coraz wyższe zarobki Polaków. Doskonale wypadamy na tle…

Marcin Lipka
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Polacy wysuwają się na pozycję lidera pod względem wysokości zarobków w naszym regionie Unii Europejskiej i szybko nadrabiają dystans do krajów strefy euro. Tak wynika z przedstawianych przez Eurostat danych na temat wynagrodzeń obywateli UE – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Porównywanie wynagrodzeń netto pomiędzy krajami nastręcza sporo problemów. W wyliczeniach trzeba brać pod uwagę różnicę w kursach walutowych oraz w systemach podatkowych. Z pomocą przychodzi jednak Eurostat, który badając siłę nabywczą obywateli Unii uwzględnia nie tylko ww. elementy, ale też stan cywilny oraz ewentualną liczbę dzieci.

Eurostat posługuje się także jednostką Standardu Siły Nabywczej (PPS euro). Eliminuje ona różnice cen pomiędzy krajami. Daje nam to możliwość oceny, ile towarów i usług jesteśmy w stanie nabyć za nasze wynagrodzenie w porównaniu do innych obywateli Unii. Ponieważ w 2015 r. koszty życia w Polsce były średnio o ok. 40 proc. niższe niż w strefie euro, jednostka PPS euro jest warta ok. 2,55 zł.

Olbrzymie różnice

W 2004 r., czyli w momencie wejścia Polski do Unii, rozpiętość nominalnych zarobków pomiędzy naszym krajem a Unią Europejską była ogromna. Przeciętne roczne wynagrodzenie netto singla wynosiło zaledwie 4,2 tys. euro, podczas gdy w Niemczech było to 22 tys., w Holandii 25,5 tys., a w Wielkiej Brytanii 31,6 tys. euro.

Ta sytuacja wyglądała tylko niewiele lepiej po przeliczeniu danych na euro PPS z 2004 r. Średnia siła nabywcza netto Polaków miała wtedy wartość 8 tys. euro PPS, podczas gdy w Portugalii wynosiła ona 12,1 tys., w Niemczech 21 tys., w Holandii 24 tys., a w Wielkiej Brytanii 29 tys. euro PPS. Trudno się więc dziwić, że w latach 2004-2006, według danych GUS, liczba emigrantów wzrosła dwukrotnie i sięgnęła prawie 2 mln osób.

Warto również zauważyć, że ponad dekadę temu system podatkowy nie był preferencyjny dla rodzin. Zakładając, że w małżeństwie z dwójką dzieci jedno z małżonków zarabiało średnią krajową, a drugie otrzymywało dwie trzecie przeciętnego wynagrodzenia, mieli oni do dyspozycji dochód roczny na poziomie 13,5 tys. euro PPS. Tylko cztery kraje w zestawieniach Eurostatu osiągały gorszy wynik: Bułgaria, Rumunia, Litwa, Łotwa.

Zdecydowanie lepiej żyło się rodzinom nie tylko krajach starej Unii (Portugalia 21,7 tys., Hiszpania 30,8 tys., Niemcy 40,5 tys., Wielka Brytania 52 tys. euro PPS), ale również wyprzedzały nas Węgry (14,2 tys. euro PPS) czy Czechy (16,2 tys. euro PPS). Ciekawostką może być fakt, że w Turcji realny dochód netto był o 15 proc. wyższy niż w Polsce i wynosił 15,5 tys. euro PPS.

Polacy liderami w regionie

W porównaniu z 2004 r. sytuacja materialna Polaków znacznie się poprawiła. Obecnie (ostatnie dane za 2015 r.) siła nabywcza singla zarabiającego przeciętną krajową wynosi netto ponad 15,14 tys. euro PPS. To prawie dwa razy więcej niż w momencie przystąpienia do UE. Dodatkowo udało nam się wyprzedzić wszystkie kraje naszego regionu. Słoweńcy mają do dyspozycji 15,1 tys., Czesi 14,1 tys., a Węgrzy 11,7 tys. euro PPS. Teraz również Polacy zarabiają ok. 20 proc. lepiej niż obywatele Turcji (12,6 tys. euro PPS).

Podobnie relacja wygląda, gdy porównany medianę wynagrodzeń, która jako wartość środkowa pokazuje, że połowa populacji zarabia poniżej, a połowa powyżej podanej kwoty. Według danych GUS za 2014 r., wynosi ona ok. 80 proc. średniej. Dla polskiego singla to 12,2 tys. euro PPS. W regionie minimalnie wyprzedza nas jedynie Słowenia (12,5 tys. euro PPS).

Od momentu przystąpienia do UE wyraźnie poprawiła się także sytuacja rodzin. W przypadku małżeństwa z dwójką dzieci dochód do dyspozycji wynosił w 2015 r. 26,4 tys. euro PPS, czyli był prawie dwa razy wyższy niż w 2004 r. W tym zestawieniu nadal wyprzedzały nas jednak Czechy (26,6 tys. euro PPS) i Słowenia (28,7 tys. euro PPS.). Dane Eurostat za 2015 r. nie uwzględniają jednak wprowadzonego w tym roku programu Rodzina 500 plus.

Wyższy standard życia polskich rodzin

Ponieważ wypłacane świadczenia 500 plus nie są opodatkowane i otrzymywane są niezależnie od dochodu za drugie (i każde kolejne dziecko), to dla przykładowej czteroosobowej rodziny z zestawienia Eurostatu powodują one zwiększenie rocznego dochodu do dyspozycji o 6 tys. zł (2,4 tys. euro PPS).

Zakładając więc ostrożnie, że w tym roku Polska nie nadrobiła dystansu do pozostałych krajów i dodając 500 plus do danych z 2015 r., otrzymujemy wartość 28,8 tys. euro PPS netto dla opisanej rodziny 2+2. To pozwala nam nie tylko wyprzedzić Czechy, ale również Słowenię oraz Portugalię (28,4 tys. euro PPS). Stawia nas to również względnie blisko takich krajów jak Irlandia (42,2 tys. euro PPS) czy Francja (45,7 tys. euro PPS).

Poważnie zmniejszyła się również różnica w poziomie życia polskich rodzin w zestawieniu z ówczesnym liderem UE. W Wielkiej Brytanii dochód netto dla przykładowej rodziny wyrażony w euro PPS przez ostatnie 11 lat obniżył się z 52 do 51,2 tys. W tym czasie dochód netto polskiego małżeństwa mającego dwoje dzieci z uwzględnieniem 500 plus wzrósł z 13,5 tys. do 28,8 tys. euro PPS.

Nowe zasady oznaczania produktów polskich

– Myślę, że nowe rozwiązanie da możliwość dodatkowego oznaczenia polskich produktów, ale czy to rozwiązanie będzie skuteczne. Myślę, że trzeba dołożyć do tego oznaczenia i standaryzację i systemy gwarantowanej jakości żywności, które niosą za sobą pewność i powtarzalność produktu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wiesław Rożalski, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego. Więcej w materiale wideo.

Waluty, złoto, platyna? W co inwestować w 2017 roku

To może nie być najlepszy rok dla inwestorów giełdowych, jednak rozwiązań alternatywnych jest całkiem sporo. Wśród nich np. dolar australijski, który może okazać się może ciekawą pozycją. – Mamy za sobą bardzo mocnego dolara amerykańskiego i pod koniec tego roku najbardziej popularnym rozwiązaniem jest kupowanie dolara amerykańskiego w relacji do prawie wszystkich walut. Warto może kupić dolara amerykańskiego, w relacji do waluty, która może tracić – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień. Waluty, złoto, platyna? Co będzie się opłacać w przyszłym roku? Więcej w materiale wideo.

Energetyczny patriotyzm – za polski węgiel jesteśmy gotowi płacić więcej

Według danych katowickiego oddziału Agencji Rozwoju Przemysłu w trzech pierwszych kwartałach tego roku do Polski napłynęło już prawie 6 mln ton węgla z zagranicy. Tymczasem, według badania serwisu Oferteo.pl, dla Polaków nie dość, że ma znaczenie pochodzenie węgla, to jeszcze są skłonni zapłacić więcej za surowiec pochodzący z polskich kopalni. 

Jak podaje ARP, głównym źródłem importu węgla do Polski są: Rosja (3,6 mln ton węgla energetycznego) i Australia (1,1 mln ton węgla koksowego). Według prognoz łączny import węgla do Polski do końca roku osiągnie wielkość zbliżoną do tej z roku 2015, kiedy sprowadziliśmy 8,3 mln ton zagranicznego surowca.

Pochodzenie węgla ma znaczenie

Czy pochodzenie opału (krajowy, zagraniczny) ma znaczenie

Natomiast z badania przeprowadzonego w listopadzie i grudniu tego roku przez Oferteo.pl, serwis łączący w czasie rzeczywistym osoby poszukujące usług z ich dostawcami, wynika, że dla 2/3 ankietowanych ma znaczenie, czy węgiel pochodzi z polskiej kopalni czy też z importu.

Za polski węgiel jesteśmy gotowi płacić więcej

Czy zapłaciłbyś więcej za polski węgiel

Ankietowani przez Oferteo.pl w znacznej części byliby skłonni zapłacić więcej za polski węgiel. Wskazało tak 45% wszystkich osób, które wzięły udział w badaniu. 36% ankietowanych stwierdziło, że nie chciałoby dopłacać do polskiego węgla, natomiast co piąty odpowiedział, że nie ma w tej sprawie zdania.

Czy zapłaciłbyś więcej za polski węgiel respondenci, którzy zadeklarowal

Spośród respondentów, którzy odpowiedzieli, że pochodzenie węgla ma dla nich znaczenie, aż 66% zadeklarowało, że jest gotowa zapłacić więcej za surowiec pochodzący z polskiej kopalni niż za węgiel z zagranicy. W tej grupie badanych przez Oferteo.pl 22% osób nie chciałoby dopłacić do węgla z Polski, a zdania nie miało 12%.O ile więcej zapłaciłbyś za polski węgiel respondenci

Ci, którzy zadeklarowali gotowość do zapłacenia wyższej ceny za polski węgiel, byliby gotowi zapłacić za niego do 10% wyższą cenę niż za węgiel z zagranicy. Niespełna 1/3 ankietowanych zadeklarowała gotowość do dopłaty w wysokości 11-25%, natomiast więcej niż 25% ceny byłoby gotowych dopłacić 6% badanych przez Oferteo.pl.

Węgiel wciąż najpopularniejszy

Z tego samego badania wynika, że węgiel wciąż jest najpopularniejszym paliwem w polskich gospodarstwach domowych. Łącznie 52% ankietowanych, którzy w ciągu ostatniego roku złożyli zapotrzebowanie na opał w Oferteo.pl, poszukiwało ekogroszku lub węgla kamiennego w tradycyjnej postaci. Dla porównania – ekologiczny pellet drzewny był poszukiwany przez 22% respondentów.

Metodologia badań

Przedstawione dane pochodzą z badania ankietowego przeprowadzonego przez Oferteo.pl w listopadzie i grudniu 2016 roku wśród osób, które w ciągu ostatniego roku były zainteresowane zakupem opału.

Bez ważnej zmiany w podatkach. Rekordowy deficyt

W 2017 roku nie zobaczymy wprowadzenia jednolitego podatku. Deficyt w przyszłym roku jest nie tylko rekordowo duży, ale i niesie ryzyko gwałtownego wzrostu finansowania zagranicznego. Dalsze sankcje wobec Rosji.

Jednolity podatek nie w 2017

Wygląda na to, że ominą nas dobrodziejstwa jednolitego podatku. Głównym powodem rezygnacji z tego projektu jest jego wpływ na drobnych przedsiębiorców, którzy płaciliby niemal dwukrotnie wyższą stawkę niż obecnie. Projekt poległ w dużej mierze ze względu na to, że był tym czym miał nie być. Założenia mówiły o uproszczeniu podatku dla osób fizycznych by wszystkie daniny złączyć w jedną. Po drodze powstał dziwny kompromis mający spełniać założenia sprawiedliwości społecznej, który gwałtownie skomplikował cały projekt. Efektem był chaos i kolejne niedotrzymane terminy. Grabarzem projektu okazał się kalendarz. Mamy 21 grudnia, a projektu nie dało się już skończyć by obowiązywał od 2017 roku. Na szczęście w budżecie nie zapisano dodatkowych wpływów, które miały pochodzić z tej unifikacji.

Rekordowy deficyt w 2017 roku

Na rok 2017 zapowiadany jest w Polsce niemal 60 miliardowy deficyt budżetowy. To najwyższa wartość jaka kiedykolwiek trafiła do ustawy budżetowej. Wartość ta ma jeden podstawowy negatywny skutek. Będziemy się musieli najprawdopodobniej silnie zadłużyć za granicą. Pomysł przeniesienia zadłużenia wewnątrz kraju poprzez nakłonienie obywateli do reinwestowania środków z programu 500+ w obligacje okazał się niemal zupełnym fiaskiem. Analitycy zwracają uwagę, że silne uzależnienie od kredytowania z zewnątrz może powodować jego mniejszą stabilność. W efekcie jeżeli inwestorzy będą tracić zaufanie koszty kredytu mogą istotnie wzrosnąć co dalej pogłębi deficyt i osłabi złotego.

Dalsze sankcje

Amerykanie poinformowali o poszerzeniu listy osób objętych sankcjami w związku z działaniami rosyjskimi na wschodzie Ukrainy. Wśród dodanych osób są głównie przedstawiciele firm realizujących projekty na granicy rosyjsko-ukraińskiej. Warto zwrócić uwagę, że jest to działanie odchodzącej administracji prezydenta Baracka Obamy. Nie wiadomo jaka będzie w tej kwestii polityka jego następcy. Na sankcjach zdecydowanie bardziej tracą Rosjanie zatem utrzymanie tego kursu przed administrację Donalda Trumpa powinno osłabiać rubla.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Polska – koniunktura gospodarcza,
  • 16:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym,
  • 22:45 – Nowa Zelandia – PKB.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Andrzej Sadowski: Najlepszy dzień dla gospodarki – to dzień bez polityki

Na świecie jest organizowanych wiele akcji typu „Dzień bez samochodu” lub „Dzień bez papierosa”. „Dzień bez polityki” byłby najlepszym dniem dla gospodarki – zwłaszcza, że ma to praktyczny wymiar w Belgii, gdzie przez prawie 2 lata nie było rządów, a mimo to gospodarka i administracja funkcjonowały lepiej.

– Polscy przedsiębiorcy robią swoje i nie specjalnie wsłuchują się w ten szum, który ma miejsce w Warszawie i na jej ulicach – powiedział agencji eNewsroom.pl Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha – mimo to przedsiębiorcy w Polsce nie mogą planować swojej działalności na 10-20 lat do przodu. Aby to się zmieniło powinno być tak jak kiedyś w Irlandii. Rządy zagwarantowały tam niepogarszanie prawa przez 25 lat dla osób inwestujących w tym kraju. Nie miało znaczenia czy inwestor pochodził z Irlandii, czy z innego państwa. Jeśli będziemy mieli takie prawo wtedy faktycznie można będzie w Polsce dokonać nieprawdopodobnej zmiany. Póki co perspektywa działania przedsiębiorców jest krótka i związana z niepewnością działań władzy oraz opozycji.

Zgoda KNF na prowadzenie platformy aukcyjnej CO2 przez TGE

  • 20 grudnia br. Komisja Nadzoru Finansowego jednogłośnie udzieliła zgody Towarowej Giełdzie Energii S.A. na prowadzenie platformy aukcyjnej uprawnień do emisji CO2, o ile po uzyskaniu zezwolenia platforma ta zostanie wyznaczona na krajową platformę aukcyjną oraz zostanie wpisana przez organy Unii Europejskiej do wykazu platform aukcyjnych w Załączniku III rozporządzenia KE nr 1031/2010.
  • TGE spełnia wymogi dla platformy aukcyjnej określone w Rozporządzeniu Ministra Finansów z dnia 14 stycznia 2016 roku odnośnie prowadzenia rynku regulowanego oraz platformy aukcyjnej.

Możliwość uruchomienia platformy aukcyjnej CO2  jest dla TGE ważnym krokiem w rozwoju Giełdy, ale przede wszystkim dobrą wiadomością dla polskich przedsiębiorstw objętych Europejskim Systemem Handlu Emisjami (EU ETS), które uzyskają dostęp do aukcji organizowanych w Polsce i rozliczanych w dwóch walutach – polskim złotym oraz euro. Przed nami w pierwszej kolejności udział w przetargu na wybór krajowej platformy do prowadzenia aukcji pierwotnych CO2, a następnie proces uzyskania akredytacji przez organy Unii Europejskiej i wpisanie do wykazu platform aukcyjnych – powiedział dr Paweł Ostrowski, Prezes Zarządu TGE.

Gwarantem bezpiecznego rozliczenia i rozrachunku aukcji CO2 będzie Izba Rozliczeniowa Giełd Towarowych S.A.

Podstawa prawna

Podstawowym aktem prawnym regulującym sprzedaż uprawnień w drodze aukcji jest Rozporządzenie Komisji Europejskiej nr 1031/2010 z dnia 12 listopada 2010 roku w sprawie harmonogramu, kwestii administracyjnych oraz pozostałych aspektów sprzedaży uprawnień na aukcji. Zgodnie z Rozporządzeniem sprzedaż uprawnień powinna odbywać się na jednej wspólnotowej platformie aukcyjnej. Istnieje możliwość odstępstwa i sprzedaż uprawnień, jako państwo z tzw. grupy „put-out” na oddzielnej własnej platformie. Z takiej możliwości skorzystały Niemcy (EEX), Wielka Brytania (ICE), a teraz i Polska, która do czasu wyłonienia własnej krajowej platformy, realizuje sprzedaż uprawnień za pośrednictwem wspólnotowej platformy EEX.

Europejski System Handlu Emisjami – European Union Emissions Trading System

Handel uprawnieniami do emisji jest podstawowym instrumentem stosowanym w celu ograniczenia ilości wprowadzanych do atmosfery gazów cieplarnianych. Jego założenia zostały zawarte w Dyrektywie nr 2003/87/WE ustanawiającej system handlu przydziałami emisji gazów cieplarnianych w Unii Europejskiej. Dyrektywa ta stanowi podstawę funkcjonowania Europejskiego Systemu Handlu Emisjami (European Union Emissions Trading System – EU ETS). Oznacza to, że wszystkie uprawnienia nieprzydzielone bezpłatnie w tzw. III okresie rozliczeniowym są sprzedawane w drodze aukcji.

Okresy rozliczeniowe EU ETS

Ważnym elementem funkcjonowania Europejskiego Systemu Handlu Emisjami są tzw. okresy rozliczeniowe. Obecnie obowiązuje III okres rozliczeniowy obejmujący lata 2013-2020, IV okres rozliczeniowy rozpocznie się w 2021 roku i zakończy w 2030.

Uczestnicy EU ETS

System działa na zasadzie tzw. „cap and trade”. Dla uczestników systemu ustalany jest dopuszczalny limit emisji („cap”) i z czasem jest on zmniejszany w sposób pozwalający osiągnąć unijny cel redukcyjny. W ramach ustalonego limitu uczestnicy systemu otrzymują bezpłatnie lub kupują uprawnienia do emisji. Jedno uprawnienie do emisji daje posiadaczowi prawo do emisji jednej tony  CO2 lub równoważnej ilości innego gazu cieplarnianego.

W każdym roku uczestnik systemu pod groźbą kary finansowej, musi rozliczyć rzeczywisty wolumen poprzez umorzenie odpowiedniej liczby uprawnień do emisji lub ponieść koszty w wysokości stanowiącej iloczyn opłaty zastępczej i brakującego wolumenu. Jeśli instalacja zredukuje poziom emisji, może zachować część posiadanych uprawnień na pokrycie swoich przyszłych potrzeb lub np. sprzedać je na rynku wtórnym innej instalacji, która posiada za mało uprawnień.

Święta na zwolnieniu L4

Polacy mają skłonność do chorowania w okresie świąt. Średnia długość trwania absencji chorobowej w grudniu i styczniu jest największa w roku. Wynosi ponad 15 dni w miesiącu, podczas gdy już w lutym spada do 11 dni. Niepokojące jest, że około 15% zwolnień lekarskich wydawanych podczas okresu świątecznego wykorzystywanych jest niezgodnie z ich przeznaczeniem.

Gorączkowe święta

W ciągu roku da się wyróżnić pewne okresy, w których wzrasta poziom absencji chorobowej. Należą do nich grudzień i styczeń. Powodem niektórych zwolnień lekarskich w tym czasie nie są wcale niska temperatura i przeziębienia. Niestety liczba zwolnień L4 wzrasta szczególnie w czasie świąt i w okolicach weekendów, gdy biorąc 2 lub 3 dni zwolnienia można przedłużyć okres wolnego do ponad 5 dni.

Nasz audyt zwolnień chorobowych wskazuje że 15% zwolnień wykorzystywanych jest niezgodnie z ich przeznaczeniem. Zamiast leczyć się z choroby, niektórzy Polacy poświęcają ten czas na inne aktywności, niezwiązane z kuracją przepisaną przez lekarza. Jakby tego było mało, niektórzy z pacjentów przybywających na L4 w ogóle nie powinni dostać zwolnienia – komentuje Mikołaj Zając z firmy Conperio, zajmującej się pomaganiem przedsiębiorcom borykającym się z problemem wzrastającej absencji pracowniczej.

Czasem zwolnienie lekarskie w okresie świątecznym to dla pracownika jedyna możliwość na spędzenie kilku chwil z bliskimi i rodziną. W okresie Bożego Narodzenia i Sylwestra niektóre fabryki pracują normalnie i bardzo trudno jest dostać wtedy urlop wypoczynkowy, dlatego część pracowników decyduje się na takie rozwiązanie. Niektóre przedsiębiorstwa rzeczywiście pracują cały czas – w trybie nieuwzględniającym świąt i innych dni wolnych. Są zawody, które wymagają takiego systemu pracy. Istotnym jest, aby w branży tego typu pracownicy mieli możliwość elastycznych godzin pracy, co na pewno zredukuje liczbę nieuczciwych zwolnień – dodaje Zając.

Zwolnienie, by opiekować się dzieckiem

Dane z systemu weryfikacji absencji pracowniczej wskazują, że zjawisko absencji w okresie Bożego Narodzenia i Sylwestra wyraźnie wzrasta i jest powiązane z braniem dni wolnych na opiekę nad chorym dzieckiem. Według statystyk zwolnienia te są wykorzystywane niezgodnie z przeznaczeniem w 1/3 audytowanych przypadków.

Nasze działania audytowe bardzo często wykazują nadużycia w tym zakresie. Bywa, że spotykamy się z sytuacją, gdy rodzic sprawujący opiekę jest w domu, jednak brakuje dziecka. Spotykamy się wtedy z wyjaśnieniami, że dzieckiem opiekuje się babcia albo dziecko poczuło się już lepiej i poszło do kolegi. Powód takiego oszukiwania audytorów i pracodawców może być bardzo prozaiczny. W okresie świątecznym szkoły są zamknięte i rodzice nie mają pod czyją opieką pozostawić dzieci. Nie chcą lub nie mogą wziąć urlopu i dlatego decydują się na L4. W takich przypadkach sugerujemy pracodawcom na przykład lepsze dostosowanie planów urlopowych do potrzeb pracowników posiadających dzieci i tych bezdzietnych. W każdej sytuacji znajdzie się rozwiązanie, trzeba tylko zdiagnozować przyczynę. – wyjaśnia Mikołaj Zając, prezes Conperio.

Przyjemniejsze święta bez konfliktów w pracy

Święta to okres, w trakcie którego każdy chce, aby czas upłynął w miłej i przyjemnej atmosferze. Konflikty w pracy dotyczące wolnych dni i nieuzasadnione zwolnienia L4 mogą niestety negatywnie wpłynąć na ten wyjątkowy czas w roku. Wiele zakładów pracy może polepszyć efektywność i atmosferę w zespole rozwiązując problem absencji chorobowej. Profesjonalne doradztwo, mediacje oraz rozpoznanie przyczyn absencji pracowniczej może doprowadzić do wprowadzenia bardziej elastycznych godzin pracy, lepszego dostosowania systemu zmianowego do potrzeb pracowników lub wpłynąć na system przyznawania urlopów. Ograniczenie absencji pracowniczej zadowoli pracodawców, którzy rocznie na jednego pracownika wydają przez nią 3500 – 5000 złotych, a więc każde działania zmierzające do jej zredukowania będą dla nich korzystne.

Dane dodatkowe:

Średnia długość trwania absencji chorobowej w poszczególnych miesiącach.

Miesiąc Średnia długoś trwania ZLA
styczeń 15,16
luty 11,48
marzec 12,52
kwiecień 13,42
maj 11,96
czerwiec 12,62
lipiec 14,33
sierpień 15,32
wrzesień 14,33
październik 13,98
listopad 14,43
grudzień 15,7

Brexit, pracownicy i nowoczesne technologie,czyli co napędzi rynek nieruchomości w 2017 r.

Przed nami rok ogromnych wyzwań. Dla Ghelmco upłynie on pod znakiem miastotwórczości i innowacyjności – dwóch sztandarowych idei, których jesteśmy prekursorami i które znajdą swoje odzwierciedlenie w zaplanowanych przez nas projektach. Będzie to wymagający rok również dla całej branży nieruchomości, która w dość trudnym otoczeniu rynkowym będzie musiała zmierzyć się z nowymi trendami w budownictwie komercyjnym.

Deweloperzy zapatrzeni w PKB

W nadchodzącym 2017 r. niepokojące dla całego rynku, nie tylko w sektorze nieruchomości, mogą być wskaźniki makroekonomiczne. W związku z utrzymującą się niepewnością na globalnych rynkach, również na naszym podwórku odczuwać będziemy konsekwencje nieprzewidzianych wydarzeń za granicą. Przede wszystkim jednak niepokojące będą dla Polski spadki PKB, jak ten zanotowany w trzecim kwartale 2016 r. Dziś wciąż nie wiemy, czy mamy do czynienia z chwilowym wahnięciem, czy wchodzimy w stały trend. Wiadomo jednak, że złą wiadomością dla całego rynku będzie utrzymujący się odczyt PKB na poziomie poniżej 3 proc. Przyniesie on zapewne spadek konsumpcji, a także obniżenie otwartości przedsiębiorców na inwestycje i rozwój biznesu, co będzie miało bezpośrednie przełożenie na sytuację polskich deweloperów.

Brexit a sprawa polska

Ogromne znaczenie dla rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce, będzie miał Brexit, głównie w krótkim i średnim horyzoncie czasowym. Jednak wbrew pozorom, może mieć on pozytywne skutki. Już teraz widzimy, że instytucje finansowe wykorzystują Brexit jako wymówkę do wyprowadzenia się z londyńskiego City, które jest po prostu drogie. Przed referendum taka decyzja była w pewien sposób niepolityczna, a przecież wiele firm już kilka lat temu dostrzegło duże korzyści płynące z lokacji biura chociażby w Polsce. Okazuje się bowiem, że kwalifikacje pracowników w sektorze finansowym w Polsce są często porównywalne, a nawet wyższe niż w londyńskim City, koszt nieruchomości w Warszawie to 1/3 kosztów w Londynie, a koszty pracy są o połowę niższe. Widzimy to po ilości zapytań od banków i instytucji finansowych, które przyglądają się Warszawie w poszukiwaniu potencjalnej siedziby dla swoich operacji.

Warszawa (niemal) niewzruszona

O warszawski rynek nieruchomości jestem spokojny, o ile PKB utrzyma się na poziomie pomiędzy 3 a 3,5 proc. Będziemy mogli wówczas liczyć na zdrowy popyt na powierzchnie biurowe, a podaż z pewnością się do niego dostosuje. Oczywiście rośnie współczynnik powierzchni niewynajętej, ale warto zwrócić uwagę na jego strukturę. Budynki, które mają duże kłopoty, najczęściej wymagają repozycjonowania na rynku. Są to zazwyczaj inwestycje, które na skutek dynamicznego rozwoju infrastruktury w mieście nagle znalazły się w gorszej lokalizacji. Warszawa ma bowiem to do siebie, że dynamicznie zmienia się znaczenie poszczególnych lokalizacji. Z uwagi na budowę metra czy obwodnicy, jedne lokalizacje w krótkim czasie zyskują na znaczeniu – jak Wola. Inne – jak Mokotów – niestety tracą. W przypadku tego ostatniego, właściciele budynków muszą się dziś zastanawiać, jak je zrepozycjonować, by utrzymać w nich najemców.

Co ważne, obserwujemy również wyraźny trend skrócenia cyklu życia budynków z 30 nawet do 10 lat. Nowe inwestycje, w tej chwili oddawane do użytku, wynajmują się w bardzo stabilny sposób. Pustostany dotyczą natomiast głównie starszych, ponad 10-letnich budynków. Stały się one ofiarą szybkich przeobrażeń na rynku nieruchomości. I dzieli je z nowym budownictwem przepaść technologiczna. Najemcy chętnie przechodzą do nowych budynków, bo wiedzą, że są one znacznie nowocześniejsze i pełne technologicznych gadżetów.

Rynek pracownika

Bardzo ważnym trendem dla deweloperów stała się również zmiana dotycząca rynku pracy. Dziś bowiem posiadanie atrakcyjnej siedziby – zarówno pod względem lokalizacji, jak i otoczenia, jest bardzo ważnym elementem dla działów HR w firmach. To element gry o najlepszych pracowników. A zarazem powód, dla którego firmy są skłonne przechodzić do nowszych budynków.

Wygra ten, kto wyprzedzi trend

Jak ogłosiliśmy niedawno, rozpoczęliśmy budowę kolejnej inwestycji – The Warsaw HUB. Będzie to największe dotychczasowe przedsięwzięcie Ghelamco w Polsce, a jednocześnie najbardziej nowoczesna inwestycja na naszym rynku, wyznaczająca zupełnie nowe trendy w budownictwie komercyjnym. Spotykamy się z pytaniami o przyszłość tego projektu kontekście tzw. nadpodaży powierzchni biurowej w Warszawie. Jednak rozpoczynając przedsięwzięcie o takiej skali w dobrych warunkach rynkowych nigdy nie wiemy, w jakich warunkach rynkowych będziemy taki projekt kończyć. My skupiamy się więc na jakości produktu i wyjątkowej wartości dodanej dla najemców, a nie na kwestiach, które pozostają nieprzewidywalne.

Decydując się na jedyny w swoim rodzaju The Warsaw HUB postanowiliśmy zdobyć przewagę konkurencyjną wyznaczając nowy sposób myślenia o nieruchomościach komercyjnych. Stworzymy kompleks łączący w sobie wszystko, czego nowoczesna korporacja, start-up czy scale-up potrzebują do efektywnego rozwoju – przestrzeń biurową, centrum konferencyjne, MeetDistrict – unikatowy format przestrzeni coworkingowej, a także hotele, sklepy, centrum sportu. Pracownik znajdzie więc w naszym kompleksie wszystko, co będzie mu potrzebne do komfortowej pracy, doskonale skomunikowane z resztą miasta.  Nowoczesność podejścia Ghelamco widoczna będzie również w unikatowym połączeniu biznesu z najnowszymi technologiami, jakie zaoferuje The Warsaw HUB. Znajdzie się tu bowiem The Heart Warsaw – centrum współpracy korporacji i startupów. Jest to pierwszy w Polsce przykład zaangażowania się dewelopera działającego w obszarze nieruchomości w rozwój biznesu opartego o nowe idee i technologie.

The Warsaw HUB będzie również doskonałym przykładem miastotwórczości. Po Warsaw Spire i placu Europejskim zagospodarujemy kolejne martwe dotychczas przestrzenie Ronda Daszyńskiego, oferując w zamian użyteczną i przyjazną tkankę miejską. Wzmocnimy pozycję tej okolicy, jako nowego biznesowego centrum Warszawy. Innowacyjność i miastotwórczość będą więc ideami, które zdominują nasze działania w 2017 r. i pozwolą Ghelamco na utrzymanie wysokiej konkurencyjności na trudnym, jakby nie było, rynku.

Autor: Jarosław Zagórski, Dyrektor Handlowy i Rozwoju Ghelamco Poland

Rośnie płaca kierowców samochodów ciężarowych

Według danych GUS przeciętne wynagrodzenie osób zatrudnionych w sektorze prywatnym branży transportowej wyniosło w 2015 roku 3032 zł brutto. Oznacza to, że zatrudnieni w transporcie średnio zarabiali o ok. 200 zł więcej w stosunku do roku 2014.

W sektorze publicznym wynagrodzenie pracownika w transporcie ukształtowało się na poziomie 4686 zł brutto. – Dane dotyczące pensji pracowników branży transportowej, w tym w dużej mierze kierowców, uwzględniają jedynie wynagrodzenie zasadnicze na podstawie umowy o pracę. Tymczasem pensja kierowcy składa się również z innych składników, takich jak dieta i ryczałt – tłumaczy Łukasz Włoch, główny ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców. – Jeśli uwzględni się powyższe składniki, przeciętna pensja kierowcy samochodu ciężarowego będzie oscylować w okolicach 4500 zł netto – dodaje.

O 7 mln zł wzrosły też przychody firm transportowych zatrudniających powyżej 49 pracowników. W 2015 roku przekroczyły one 170 mln złotych w porównaniu z rokiem 2014. Branża transportowa to jeden z najdynamiczniej rozwijających się sektorów polskiej gospodarki. Wraz z jej rozwojem naturalnie rosną również pensje pracowników. Na rosnące wynagrodzenie w 2015 roku miał wpływ szereg czynników. – Rok 2015 był przełomowy dla przedsiębiorstw transportowych świadczących usługi międzynarodowe, ponieważ to na początku tego roku weszła w życie niemiecka ustawa o płacy minimalnej MiLoG. Zmusza ona firmy do wypłacania pracownikom delegowanym, w tym kierowcom, niemieckiej płacy minimalnej – uważa Łukasz Włoch. – Jednym z wyzwań, z jakim zmaga się branża są braki wykwalifikowanych kierowców. Chcąc przyciągnąć do siebie pracowników przedsiębiorcy oferują atrakcyjniejsze wynagrodzenia. W najbliższym czasie to nie ulegnie zmianie, dlatego możemy się spodziewać, że pensje w branży transportowej nadal będą wzrastać – dodaje.

Euler Hermes: Włochy – przedstawienie musi trwać

Wpływ referendum konstytucyjnego we Włoszech i późniejszych wydarzeń , w tym dla Polski zostały szczegółowo przeanalizowane przez Euler Hermes, światowego lidera w dziedzinie ubezpieczeń kredytu kupieckiego, w ostatnim badaniu: „Italy: The show must go on” (załączamy przetłumaczoną wersję tego opracowania). Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest to, że wynik referendum nie będzie miał początkowo negatywnego wpływu na banki lub rynek obligacji i akcji. Ale nawet przy braku natychmiastowych efektów, odrzucenie zmian – wydźwięk tego faktu oraz polityczna niepewność będą kosztowały Włochów około 0,3 punktu procentowego (pp) wzrostu PKB.

Ludovic Subran, Główny Ekonomista w Euler Hermes
Ludovic Subran, Główny Ekonomista w Euler Hermes

Wynik na „nie” w referendum we Włoszech nie jest jeszcze powodem do paniki, powiedział Ludovic Subran, główny ekonomista Euler Hermes. Oceniamy, że skutki ekonomiczne będą o wiele mniej poważne niż te spowodowane przez Brexit. Ale jakiś rodzaj odruchowej reakcji jest nieunikniony. Wzrost gospodarczy spowolni przez to jak szacujemy o 0,3 pp roku co oznacza, że gospodarka włoska rosnąć będzie w tempie tylko 0,6% w roku 2017. To mało, zwłaszcza w porównaniu z innymi krajami europejskimi, a nawet Europy południowej.

Jednak powinno to być o wiele mniej szkodliwe niż kryzys finansowy 2011-2012, kiedy wzrost gospodarczy Włoch prawie spadł do zera. Jeśli banki i rynek obligacji dotkną jednak efekty uboczne – czego nie przewiduję obecnie – będziemy ponownie świadkami wzrostu gospodarczego Włoch zbliżonego do zera, zauważa Subran. W tej chwili nie sądzę, że to jest nam pisane. Luzowanie ilościowe (Quantitative easing – QE) EBC pomaga Włochom. Instytucje europejskie mają znacznie lepiej doprecyzowane regulacje dotyczące ratowania banków bez interwencji rządowej, na przykład za pośrednictwem unii bankowej i zasad dyrektywy bail-in, uporządkowanej restrukturyzacji i likwidacji banków.

Dodatkowo, pomimo wszystkich swoich słabości strukturalnych, Włochy wciąż posiadają budżetową nadwyżkę handlową, która pozostawi jakieś pole manewru, nawet jeśli zwiększy się oprocentowanie i koszt obsługi długu. Zamknięty krąg włoskiego zadłużenia powinien ograniczyć ryzyko przeniesienia problemów Włoch na Europę: 65% włoskiego długu jest w posiadaniu włoskich obywateli.

Firmy płacą cenę – gospodarka zmierzała donikąd od wielu lat

Włoskie banki cierpią skutki latach niskiego wzrostu gospodarczego, wyjaśnia Subran. Brak dochodów i w szczególności nieściągalne długi sprawiły, ze dla lokalnych instytucji finansowych nadszedł trudny czas.

Wartość niespłaconych kredytów szacuje się na około 360 mld euro. „Sofferenze” czyli złe kredyty, na które banki stworzyły odpisy stanowią prawie 200 miliardów euro – co odpowiada prawie 12% PKB Włoch. Banki zakładają zatem, że pożyczki te przerodzą się w straty. Problemy te współgrają z niskim poziomem rentowności i zbyt niską kapitalizacją w bankach, zwłaszcza małych i średnich.

Niskie przepływy kapitału z zagranicy i spodziewane bardziej restrykcyjne warunki finansowania przez banki będzie miało określone konsekwencje (więcej w badaniu Euler Hermes). W konsekwencji nastąpi całkowita stagnacja inwestycji – zamiast zwiększyć o 2%, jak wcześniej oczekiwano.

Polska perspektywa – jak sytuacja we Włoszech może wpłynąć na kontakty gospodarcze?

Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes
Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes

Wypowiada się Tomasz Starus, członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka:

Na szczęście niedawne referendum konstytucyjne we Włoszech nie zachwiało, wbrew alarmistycznym zapowiedziom, nie tylko UE, ale tez samą gospodarką włoską. Efekty nie będą więc spektakularne, chociaż odczuwalne – jak spodziewamy się spadną inwestycje (efekt niepewności), nie ułatwi to też z pewnością sanacji włoskiego systemu bankowego. Jak może to rzutować na współpracę gospodarczą z Polską?

Firmy włoskie są istotnym partnerem inwestycyjnym i handlowym dla polskiej gospodarki. Jak podaje Ministerstwo Rozwoju do końca 2014 roku zainwestowały one w Polsce 9,24 mld euro, działa u nas 1300 firm z włoskim kapitałem, a jednocześnie Włochy to 4-ty kraj pod względem wielkości obrotów towarowych. Nieuchronne zaostrzenie polityki banków włoskich w finansowaniu przedsiębiorstw, efekt drastycznego wzrostu wartości trudnych długów nie powinno istotnie wpłynąć na poziom włoskich inwestycji w Polsce. Inwestują bowiem firmy większe, w związku z tym z reguły mające zapewnione środki własne lub bezpośredni dostęp do rynku finansowego. Efekty zaostrzenia polityki kredytowej mogą natomiast odczuć polscy eksporterzy do Włoch. W ostatnich latach stopniowo zmniejszała się włoska nadwyżka w wymianie handlowej z Polską – zwłaszcza dzięki polskiej branży spożywczej. Polskie firmy sprzedające na Płw. Apeniński żywność, napoje ale też wyroby tytoniowe czy elektryczne powinny dobrze znać specyfikę i obserwować perspektywy rynku włoskiego… tym bardziej że już teraz średni okres obiegu należności na rynku włoskim jest dłuższy niż w Polsce o kilka tygodni i pozostaje jednym z dłuższych w UE (obecnie należności dostaje się tam średnio po 86 dniach – w samym sektorze spożywczym przeciętnie po ok. 65 dniach). Problemy sektora bankowego i w ślad za tym – włoskich firm nie powinny natomiast wpłynąć na wymianę handlową w sektorze motoryzacyjnym i metalowym, gdzie kontrakty mają charakter bardziej skoncentrowany i długofalowy, związany także z włoskimi inwestycjami w Polsce.

Trendy w omnichannel marketingu – Co czeka marketerów w 2017 roku

Co czeka marketerów w 2017 roku? Jaką strategię powinni w tym czasie przyjąć, aby pozostawić swoją konkurencję daleko w tyle? Marek Włodarczyk, Country Manager Optivo, an Episerver Company, odpowiada szczegółowo na te pytania. Poddaje przy tym dokładnej analizie 6 zagadnień, które będą mieć wpływ na działania omnichannel marketingowe w nadchodzącym roku.

  1. Sztuczna inteligencja

W sferze zarządzania kampaniami, w 2017 r. wszystko obracać się będzie wokół sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego i analiz predykcyjnych. Dzięki sztucznej inteligencji, możliwe będzie efektywne wykorzystywanie bardzo dużej ilości danych, co jest niewątpliwie wartością dodaną dla firm. Pozwoli to na wysoce zautomatyzowane i indywidualne podchodzenie do poszczególnego odbiorcy. Trend ten zmierza również w kierunku generowania i przygotowywania indywidualnego contentu. Dodatkowo, czynniki takie jak czas wysyłki czy tytuł wiadomości, będą mogły zostać w pełni zautomatyzowane. Będzie to możliwe dzięki algorytmowi, bazującemu na danych historycznych dotyczących reakcji poszczególnego użytkownika. Sztuczna inteligencja wydaje się być więc najlepszym środkiem do optymalizacji komunikacji z odbiorcami. Przewidywanie reakcji konsumentów wspiera bowiem działania marketerów, pozwalając im na optymalizację procesów i generowanie dodatkowej sprzedaży.

  1. E-mail wciąż pozostaje numerem 1 w komunikacji z odbiorcami

Marketerzy muszą sprostać wyzwaniu stworzenia takiej ścieżki komunikacji z klientem, która będzie mu towarzyszyła w różnych kanałach, na różnych urządzeniach końcowych, od momentu pierwszego kontaktu z konsumentem, aż do dokonywania przez niego regularnych zakupów. Narzuca to tym samym konieczność zapewnienia spójnego i spersonalizowanego pod kątem klienta doświadczenia zakupowego. Niezbędną są do tego narzędzia, pozwalające na prowadzenie zautomatyzowanej i wielokanałowej komunikacji z odbiorcą. E-mail, dzięki niskim kosztom i jednoczesnym zachowaniu wysokiej efektywności i skuteczności, wciąż pozostaje wiodącym kanałem komunikacji. Dzieję się tak nie tylko ze względu na fakt, że bardzo łatwo wdrożyć go do strategii komunikacji i połączyć z innymi kanałami (np. SMS, Push czy druk), ale także dlatego, że wciąż generuje duży strumień danych na temat odbiorców, pozwalając na ciągłe profilowanie bazy danych.

  1. Mobile nie idzie na kompromis

Smartphony i tablety są obecnie najważniejszym źródłem dostępu do Internetu, zastępując tym samym laptopy i komputery stacjonarne. Zgodnie z ankietą przeprowadzoną przez Litmus, wskaźnik otwarć e-maili w kanale mobilnym wynosi obecnie 56%. Trend ten będzie się rozwijał w nadchodzącym, 2017 roku. E-mail stanie się również jedną z najczęściej używanych aplikacji – zarówno na co dzień, jak i w podróży. Dlatego też responsywny design newslettera jest absolutną koniecznością. Jeśli są jeszcze marketerzy, którzy nie wdrożyli wersji mobilnej newslettera, jest to zdecydowanie ostatni moment na nadrobienie zaległości. W przeciwnym wypadku pozostaną daleko w tyle w stosunku do swojej konkurencji. Trend ten widoczny jest również w działaniach Google. Do tej pory Gmail nie wspierał bowiem mobilnej wersji newsletterów. Jednak ostatnie aktualizacje Gmaila to ukłon w stronę marketerów, którzy dbają o responsywność swojej komunikacji. Optymalizacja pod kątem mobile jest więc naprawdę niezbędna – dotyczy to zarówno newsletterów, jak i landing pages czy stron www. Od stycznia 2017 r. Google zamierza także blokować wyświetlanie się pop-up’ów w kanale mobile. Trzeba przy tym zaznaczyć, że wiele firm używa tego rozwiązania do pozyskiwania bazy subskrybentów na swojej stronie internetowej.

  1. Cross-channel staje się jeszcze bardziej istotny, niż kiedykolwiek wcześniej

W dzisiejszych czasach, konsumenci dokonują zakupów wielokanałowo. Oczekują tym samym, że informacje i oferty będą spójne i indywidualnie do niego dostosowane – niezależnie od tego, jak wiele kanałów wykorzystuje firma do komunikacji z klientami. Dlatego też, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, na znaczeniu przybiera opracowanie i zaplanowanie spójnej komunikacji omnichannel’owej, uwzględniającej m.in. kanały online, offline, social media, newsletter czy aplikacje mobilne.

  1. Hiperpersonalizacja odpowiedzią na rosnące potrzeby odbiorców

Wspomniana wyżej wielokanałowość daje marketerom możliwość dotarcia do niezliczonej ilości informacji o konsumentach robiących zakupy online. Jednak pomimo dostępności tak dużej ilości danych, większość marketerów nie jest w stanie w pełni wykorzystać ich potencjału. Firmy muszą się przy tym komunikować w możliwie najbardziej osobisty sposób, uwzględniającym przy tym czas i treść dostarczanych komunikatów. Nieoceniona staje się tu hiperpersonalizacja, której istotą jest dotarcie do klienta w odpowiednim czasie, z odpowiednim przekazem, poprzez odpowiedni kanał komunikacji. Analiza wcześniejszych działań klientów pozwala na dokładną segmentację bazy oraz ustalenie, w jakich dniach i godzinach kontaktowanie się z poszczególnymi odbiorcami jest najbardziej optymalne, jeśli chodzi o jego reakcję. Maksymalna personalizacja treści, czasu i kanału dotarcia do pojedynczego konsumenta zapewnia marketerom nie tylko przewagę konkurencyjną, ale także wpływa na budowanie trwałej relacji z klientem.

  1. Treść generowana w czasie rzeczywistym

Dotychczas treść wiadomości e-mail mogła być zmieniana tylko przed dokonaniem wysyłki. Po jej realizacji, marketerzy nie mieli możliwości dokonania jakichkolwiek zmian. Również personalizacja, coraz częściej wykorzystywana przez marketerów w celu indywidualizacji contentu, dotyczyła danych o subskrybencie zebranych jeszcze przed wysyłką kampanii. E-mail marketing pozostawał więc daleko w tyle, jeśli chodzi o możliwości stosowania zaawansowanej personalizacji treści. W 2017 roku, nowe technologie będą jednak odgrywać w tym zakresie coraz większą rolę. Pozwoli to na tworzenie wysoce zindywiudalizowanej treści nawet po dostarczeniu newslettera do skrzynki odbiorczej subskrybenta. Dynamiczny content będzie bowiem dobierany i wyświetlany w wiadomości dopiero po jej otwarciu przez odbiorcę. Wykorzystywane mogą być do tego takie dane, jak lokalizacja, obecne warunki pogodowe, pora dnia czy też najnowsza historia kliknięć. Treść będzie zatem tworzona w czasie rzeczywistym (np. “To może Cię zainteresować…”).

O Autorze:

Marek Włodarczyk, Country Manager Poland w Optivo an Episerver Company

Marek Wlodarczyk, Country Manager Optivo, an Episerver Company
Marek Włodarczyk, Country Manager Poland w Optivo an Episerver Company

Country Manager w Optivo, gdzie oprócz kreowania działań sprzedażowych i marketingowych na rynku polskim, zarządza strategicznie polskim oddziałem firmy. Pracę w optivo rozpoczął w 2014 roku, na stanowisku Sales Director. Jest także ekspertem branży Call Center / Outsourcingu oraz posiada bogatą praktykę biznesową i doświadczenie w budowaniu działań sprzedażowych na terenie całej Europy. Ukończył studia magisterskie na kierunku Socialmanagement w Niemczech, gdzie studiował i pracował łącznie przez ponad 14 lat. Jest też absolwentem Podyplomowych Studiów Zarządzania Sprzedażą Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Krok w stronę świąt

Globalne rynki finansowe podtrzymują schemat konsolidacji i w uśpionej atmosferze zbliżają się do końca roku. Maleje zainteresowanie handlem na rynku walutowym z zaznaczeniem niewielkiej słabości USD. Dryf widać też na rynku akcji i towarowym.

Wczoraj Wall Street poprawiło rekordy z S&P500 wyżej o 0,4 proc. Dobry sentyment przeniósł się na rynek azjatycki, choć w kolejnych godzinach japoński Nikkei wyrwał się ze schematu (-0,26 proc.), prawdopodobnie pod presją realizacji zysków. Na FX zmiany zdają się nie mieć konkretnego katalizatora. USD/JPY bez powodu zszedł do 117,50 (choć słabość tokijskiej giełdy mogła tutaj pomagać), a EUR/USD skoczył z powrotem ponad 1,04 po tym, jak we wtorek zszedł na 1,0352 – najniżej od stycznia 2003 r. Rynek długu też nie daje istnych sygnałów – rentowności obligacji długoterminowych po obu stronach Atlantyku nieznacznie wzrosły, sugerując osłabienie napięć związanych z atakami w Niemczech i Turcji.

Ogólnie rynek stopniowo przygotuje się na przerwę świąteczną i poza ostatnimi porządkami w portfelach inwestycyjnych handel na rynkach jest wyciszony.

W kalendarzu najciekawiej zapowiada się decyzja szwedzkiego Riksbanku. Spodziewamy się utrzymania głównej stopy procentowej na -0,50 proc., ale program skupu aktywów powinien zostać wydłużony. Zapowiedzi zmniejszenia tempa skupu aktywów przez ECB oraz podwyżki w USA przekładają się na mniejszą presję umocnienia SEK i osłabiają potrzebę odpowiedzi ze strony Riksbanku. Z drugiej strony inflacja w Szwecji pozostaje poniżej prognoz banku, nie pozwala porzucić gołębiego nastawienia i argumentuje za podtrzymaniem ekspansji w postaci skupu obligacji skarbowych (dodatkowe 30 mld SEK na następne 6 miesięcy). W wycenie SEK jest ujęte ryzyko gołębiego zaskoczenia w decyzji Riksbanku i brak takowego oferuje potencjał do pozytywnej reakcji korony. Jeśli Riksbank także pokusi się o zmniejszenie tempa skupu aktywów, będzie to jastrzębia niespodzianka.

Reszta kalendarza skupiona jest na godzinach popołudniowych. Z USA otrzymamy sprzedaż domów na rynku wtórnym za listopad przy oczekiwaniach spadku o 1,8 proc. m/m. Więcej uwagi może skupić cotygodniowy raport Departamentu Energii USA o zmianie zapasów ropy, gdzie spodziewany jest spadek o 2,4 mln baryłek. Wczoraj wieczorem prywatny raport API pokazał ubytek zapasów o 4,15 mln baryłek, co buduje optymizm przed dzisiejszym odczytem. Widać to już po notowaniach WTI, której ceny rosną czwarty dzień z rzędu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

E-paragony, e-faktury, zmiany w VAT… To czeka firmy

Piotr Ciski, dyrektor zarządzający polskim oddziałem Sage
Piotr Ciski, dyrektor zarządzający polskim oddziałem Sage

Polski system podatkowy jest w trakcie elektronicznej rewolucji. Kolejne zmiany w przepisach proponowane przez Ministerstwo Finansów wykorzystują możliwości nowych technologii. W życie wszedł już obowiązek zbierania, przechowywania oraz raportowania danych do urzędów skarbowych za pomocą Jednolitego Pliku Kontrolnego. Kolejne, planowane „uszczelki” to e-paragony i e-faktury oraz zmiany, które wprowadza nowelizacja ustawy o VAT.

– Najważniejszym wyzwaniem w przyszłym roku to zgodność prowadzenia biznesu z prawem. VAT staje się takim podatkiem podwyższonego ryzyka. Z jednej strony bardzo obszerne i szczegółowe raportowanie a z drugiej strony podniesienie kar – mówi newsrm.tv Piotr Ciski, dyrektor zarządzający polskim oddziałem Sage.

Zmiana w ustawie o VAT wprowadza m.in. obowiązek składania deklaracji VAT w formie elektronicznej od stycznia 2017 r. pod groźbą sankcji administracyjnych. Niedochowanie formy elektronicznej grozi karą jak za wykroczenie skarbowe.

Wg szacunków resortu finansów, zmiany mają zaowocować zwiększeniem wpływów do budżetu państwa o 3,4 mld złotych. Z zapisów wyraźnie bije trend do zaostrzania kar również w odniesieniu do wykroczeń skarbowych i działań o bardzo szerokiej definicji np. za „nierzetelne wystawianie faktur czy posługiwanie się takimi dokumentami”. Obowiązek składania deklaracji VAT w formie elektronicznej  obejmie przedsiębiorców:

  • mających już teraz obowiązek składania deklaracji podatkowych (a także informacji i rocznego obliczenia podatku) za pośrednictwem środków komunikacji elektronicznej,
  • zarejestrowanych jako podatnicy VAT UE,
  • będących dostawcami objętymi mechanizmem odwróconego obciążenia (należy zwrócić uwagę, że katalog tych przedsiębiorców od 2017 zostaje poszerzony o niektóre firmy z branży budowlanej).

Rynki wyczekują Trumpa

Nie widać końca wzrostów na amerykańskich giełdach-mamy nowe rekordy. Dobrze prezentował się też warszawski parkiet. W przypadku rynku walutowego mieliśmy mały zastój, bez wyraźnego kierunku.

W ostatnim czasie nie sposób nie pisać o rynku akcyjnym w USA. Indeks DJIA niemal dotknął wczoraj psychologicznej bariery 20000 pkt – brakowało jedynie 13 pkt. Natomiast indeks spółek technologicznych Nasdaq wzrósł do rekordowych poziomów, osiągając w pewnym momencie pułap 5489.44. Inwestorzy nie przestają kupować akcji od momentu wygrania wyborów prezydenckich przez Donalda Trumpa. Rynek liczy na obniżenie podatków oraz deregulację.

Wczorajszy dzień to oprócz danych również dwa posiedzenia banków centralnych – Japonii oraz Węgier. W obu przypadkach główna stopa procentowa pozostała na tym samym poziomie. Dzisiaj swoją decyzję ogłosi Bank Szwecji – tu również nie oczekuje się zmian. Poznamy też dane o koniunkturze gospodarczej w Polsce. Wieczorem opublikowane zostaną też dane na temat PKB Nowej Zelandii.

eurpln21122016r

Rynek USD/PLN od kilkunastu dni traci na wartości. Wygląda na to, że atak na czerwcowe szczyty na chwilę obecną jest nieudany. Sytuacja wygląda dramatycznie dla byków szczególnie na wykresie RSI, który walczy o utrzymanie się nad poziomem 50 i powrót ponad linię wzrostową. Jeśli się to nie uda, następnym celem może być poziom 4.33. Ważny opór mamy teraz na 4.45.

Sylwester Majewski


Forex-Desk

Haitong Bank: Stopy procentowe NBP w przyszłym roku nie wzrosną. Podwyżki spodziewamy się natomiast w 2018 roku

Haitong Bank: Stopy procentowe NBP w przyszłym roku nie wzrosną. Podwyżki spodziewamy się natomiast w 2018 roku 7

Utrzymująca się od dwóch lat w Polsce deflacja nie sprzyjała obniżkom stóp procentowych NBP. Obecnie, głównie na skutek drożejącej ropy naftowej i dolara, jest szansa, że zacznie się umiarkowany wzrost cen. Zdaniem Kamila Stolarskiego, analityka Haitong Banku, w drugiej połowie przyszłego roku rynek prawdopodobnie zacznie wyceniać ewentualne podwyżki stóp w 2018 roku.

– Jesteśmy przekonani, że stopy procentowe Narodowego Banku Polskiego w 2017 roku pozostaną bez zmian – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Kamil Stolarski, analityk Haitong Bank-u. – Natomiast widzimy ryzyko, że w 2017 roku inwestorzy zaczną brać pod uwagę ewentualną ich podwyżkę w 2018 roku.

Podstawowym zadaniem stóp procentowych NBP jest pomoc w osiągnięciu celu inflacyjnego, za który od 2003 roku uznawany jest wskaźnik wynoszący 2,5 proc. (z ujemnym lub dodatnim odchyleniem w wysokości jednego proc.).

Od czasu ostatniej korekty ceny konsumpcyjne kontynuowały jednak liczone rok do roku spadki, czego głównym powodem była obniżająca się cena ropy naftowej wywołana nadpodażą tego surowca. Obecnie ten trend został zahamowany, a po wyborach w Stanach Zjednoczonych dynamicznie drożeje dolar, w którym rozliczana jest większość transakcji surowcowych.

Według Głównego Urzędu Statystycznego deflacja w Polsce zakończyła się w listopadzie, kiedy to ceny towarów i usług w ujęciu miesięcznym wzrosły o 0,1 proc. (europejski urząd statystyczny Eurostat, z uwagi na inną metodologię liczenia, jest zdania, że miało to miejsce już miesiąc wcześniej). Według GUS zjawisko to utrzymywało się nad Wisłą łącznie przez ostatnich 28 miesięcy (od lipca 2014 roku), a największy miesięczny spadek cen (o 1,6 proc.) odnotowano w lutym ubiegłego roku. Obecnie natomiast po raz pierwszy dynamika cen (w ujęciu rocznym) wynosi zero.

Zdaniem Kamila Stolarskiego za podwyżką stóp procentowych w 2018 roku przemawiają dwa podstawowe argumenty, w tym między innymi spodziewany wzrost cen.

– Pierwszym, bardzo ważnym, jest spodziewana inflacja, która powinna się z powrotem pojawić w Polsce i ukształtować na poziomie między 1 a 2 punktami proc. – wyjaśnia Kamil Stolarski. – Uważamy również, że Produkt Krajowy Brutto Polski w drugiej połowie 2017 roku może wreszcie przyśpieszyć, co wynika między innymi z niskiej bazy w tym samym okresie br. Sprzyjać temu będą środki unijne, które powinny kontrybuować mocniej niż w 2016 roku.

Wiktor Wojciechowski: Wzrost PKB w 2017 roku nie przekroczy 3 proc. To efekt mniejszej skłonności sektora prywatnego do ryzyka

Wiktor Wojciechowski: Wzrost PKB w 2017 roku nie przekroczy 3 proc. To efekt mniejszej skłonności sektora prywatnego do ryzyka 8
Wzrost PKB w 2017 roku będzie niższy od spodziewanego. Nie przekroczy 3 proc. – ocenia Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku. Dużo będzie zależeć od sektora prywatnego i ewentualnego zwiększania przez niego mocy produkcyjnych. Zdaniem eksperta prywatni przedsiębiorcy mogą być jednak wstrzemięźliwi w inwestycjach ze względu na liczne ryzyka zewnętrzne, które mogą wyhamować wzrost w strefie euro.

Moim zdaniem spowolnienie we wzroście inwestycji przeciągnie się do połowy 2017 roku. Dlatego zakładam, że PKB wzrośnie wolniej, niż dotychczas oczekiwano, czyli to będzie około 2,8 proc., poniżej 3 proc. – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku.

Narodowy Bank Polski ocenia, że wzrost gospodarczy w 2016 roku z 50-proc. prawdopodobieństwem znajdzie się w przedziale 2,5–3,4 proc., 2,6–4,5 proc. w 2017 roku oraz 2,2–4,4 proc. w 2018 roku. Rząd z kolei zakłada, że wzrost PKB w 2017 roku wyniesie 3,6 proc. W 2018 roku, przy stabilnej sytuacji międzynarodowej, mógłby nawet wynieść ok. 5 proc. Zdaniem części analityków rzeczywisty wzrost może być jednak niszy od zakładanego.

Najważniejszym ryzykiem dla tej prognozy jest to, czy sektor prywatny, który może nie zmniejsza inwestycji, ale też pozostaje w takim stanie wyczekiwania, nabierze wiatru w żagle i zdecyduje się zwiększać moce produkcyjne – tłumaczy ekspert.

Ostatnie wyniki nie napawają optymizmem. Inwestycje spadają, a co istotne rośnie też dynamika spadków. W I kw. 2016 roku inwestycje spadły o 2,2 proc. w skali roku. W II kw. było to już 5 proc., a w III kw. 7,7 proc. (największy spadek od 2010 roku). To efekt spadku nakładów inwestycyjnych w przedsiębiorstwach, w części spadku inwestycji publicznych. Inwestycje przedsiębiorstw ogółem wyniosły po trzech kwartałach tego roku blisko 80 wobec 87,2 mld zł w 2015 roku. Spadek w ujęciu rocznym sięgnął 9,1 proc. Niższa skłonność do inwestycji prawdopodobnie przeciągnie się co najmniej do I połowy 2017 roku, przede wszystkim ze względu na niestabilne przepisy krajowe oraz sytuację zagraniczną.

W przypadku podejmowania decyzji inwestycyjnych przedsiębiorcy będą brali pod uwagę prognozy na 2018–2019 rok. Nie zdziwiłbym się, gdyby byli dość wstrzemięźliwi w zwiększaniu mocy produkcyjnych. Dużo jest ryzyk zewnętrznych leżących poza Polską, które mogą spowodować silne wyhamowanie wzrostu w strefie euro, a w konsekwencji także i w Polsce – przekonuje Wiktor Wojciechowski.

Cavinnova pracuje nad przełomową technologią, która wyeliminuje bakterie z napojów. Urządzenie do kawitacji ma być gotowe w 2017 roku

Cavinnova pracuje nad przełomową technologią, która wyeliminuje bakterie z napojów. Urządzenie do kawitacji ma być gotowe w 2017 roku 9

Firma Cavinnova pracuje nad technologią i urządzeniem, które ma wykorzystywać zjawisko kawitacji do przeprowadzania pasteryzacji napojów bez użycia wysokiej temperatury. Powstanie urządzenia planowane jest już w 2017 roku. Jak wskazuje prezes firmy, na powodzenie projektu start-upu znaczący wpływ ma zainteresowanie inwestorów. Start-upy charakteryzują się jednak dużo wyższym poziomem ryzyka niż inne inwestycje. Na 100 projektów faktycznie zarobić można na góra dwóch – mówi Lidia Adamska, prezes Cavinnova.

– Cavinnova jest projektem technologiczno-inżynierskim. Moim celem jest doprowadzenie do komercjalizacji innowacyjnej technologii wykorzystującej zjawisko kawitacji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Lidia Adamska, założycielka i prezes Cavinnova.

Firma pracuje nad wdrożeniem przełomowej technologii eliminacji drobnoustrojów w płynach. Kawitacja wykorzystuje zależność pomiędzy ciśnieniem a temperaturą wrzenia cieczy. W trakcie procesu występuje zjawisko parowania cieczy, a następnie eksplozji pęcherzyków gazu w wyniku obniżenia i następnie gwałtownego podwyższenia ciśnienia wewnątrz cieczy. Przerywa to ciągłość przepływu cieczy, a energia wyzwalana w procesie kawitacji eliminuje zawarte w cieczy bakterie i zarodniki.

– W praktyce można dzięki temu zastąpić termiczną obróbkę płynów, np. mleka, soków, które podgrzewamy i pasteryzujemy, a jednocześnie tracimy smak, witaminy, zapach, przez obróbkę nietermiczną, dzięki której wyeliminujemy bakterie, a nie stracimy tego, co decyduje o smaku i wartościach odżywczych. Mój technologiczny start-up Cavinnova prowadzi prace badawczo-rozwojowe i zmierza do opracowania prototypu urządzenia, które mogłoby właśnie temu służyć – tłumaczy Adamska.

Technologia Cavinnova umożliwia eliminację szkodliwych drobnoustrojów bez użycia wysokiej temperatury czy środków chemicznych. Docelowo klientami technologii opracowanej przez firmę mają być producenci mleka, przemysł przetwórstwa owoców, w tym zwłaszcza producenci soków, producenci piwa, także właściciele i użytkownicy basenów.

– Obecnie trwają prace badawczo-rozwojowe. Jeśli wszystko pójdzie tak, jak zakładam, to będę zadowolona, gdyby efekty w postaci prototypu skutecznego urządzenia kawitacyjnego udało się osiągnąć w 2017 roku – zapowiada prezes Cavinnova.

Cavinnova jest start-upem technologiczno-inżynierskim. Tym samym wyróżnia się na polskim rynku młodych, innowacyjnych przedsiębiorstw. Z działających obecnie w Polsce 2.7 tys. start-upów zdecydowana większość pracuje nad rozwiązaniami związanymi z szeroko rozumianym IT. Dynamicznie rozwija się też sektor life science, czyli innowacje biotechnologiczne i cyfrowe.

– Statystyki mówią, że ok. 80 proc. start-upów to projekty i spółki z branży IT, biotechnologia i medycyna stanowi 12 proc. Pozostałe 8 proc. to inne dziedziny i mój projekt mieści się właśnie w tych 8 proc. – podkreśla prezes Cavinnova.

Według raportu sporządzonego przez Business Link na podstawie ankiet z udziałem około stu aktywnych młodych biznesmenów do rozwoju start-upów najbardziej potrzebne, obok zwiększania liczby klientów (54 proc.), jest wsparcie finansowe, na które wskazało blisko 40 proc. Z raportu „Polskie startupy 2016” wynika, że 79 proc. finansuje się z własnych środków. Tylko 6 proc. korzysta z pomocy strategicznego inwestora branżowego.

– Start-upy charakteryzują się wysokim poziomem ryzyka. Prawdopodobieństwo sukcesu jest zdecydowanie mniejsze niż w przypadku innych rodzajów inwestycji. Na 100 projektów, z którymi mamy do czynienia, jeden lub dwa to te, na których zarobimy. Dlatego inwestorzy powinni dywersyfikować portfel, a interesując się start-upami, nie zakładać, że ten jeden strzał okaże się celny – zaznacza Lidia Adamska.

Przed świętami mocniejsze alkohole są częściej promowane. Sieci handlowe i producenci liczą na efekt 500 plus?

Z analizy instytutu badawczego ABR SESTA wynika, że w gazetkach alkoholowych prym wiodą wódki. Mniej reklamuje się piwa i wina. Według ekspertów, tę strategię narzucają sprzedawcom firmy produkujące trunki. Mogą one chcieć wykorzystać to, że Polacy mają więcej pieniędzy, dzięki programowi rządowemu i podwyżkom pensji.

Jak zauważa dr Maria Andrzej Faliński, analityk rynku detalicznego, rynek mocnych trunków kurczy się systematycznie. Tak zwane twarde alkohole tracą na rzecz piw i w mniejszym stopniu win. Wśród producentów wódki wywołuje to potrzebę szerzej zakrojonych akcji promocyjnych. Święta stwarzają do tego typu działań świetną okazję. Zatem, nie tyle sieci dążą do promocji napojów wysokoprocentowych, co marki. One oferują sklepom korzystne kontrakty. Te zaś przyjmują zlecenia i towary, licząc oczywiście na zwielokrotnienie zysków.

– Szersza promocja i zdecydowanie zwiększona siła nabywcza Polaków, która w mojej ocenie, po części wynika z funkcjonowania rządowego programu Rodzina 500 plus, może sprzyjać wzrostowi sprzedaży alkoholi, głównie tych najmocniejszych, przed tegorocznymi świętami. Ostatecznie zyski producentów i sprzedawców będą rezultatem czynników społecznych oraz dostosowanych do nich rozwiązań branży alkoholowej – mówi dr Faliński.

Natomiast Marcin Dobek z instytutu badawczego ABR SESTA podkreśla, że popularność droższych alkoholi rośnie już od kilku lat, ponieważ stajemy się coraz zamożniejszym społeczeństwem. Ponadto uważa, że główny wpływ na obecne tendencje rynkowe, powinien mieć wzrost pensji minimalnej. W ocenie eksperta, z powodu podwyżek wynagrodzeń, które miały miejsce w przeciągu ostatniego roku, dochody dużej części pracowników, zatrudnionych m.in. w sektorze produkcji czy usług, zwiększyły się o kilkaset złotych. I właściwie to może mieć decydujący wpływ w tej kwestii.

– Sieci perfekcyjnie wykorzystają świąteczną okazję, kusząc klientów większą ilością promocji tzw. ciężkich alkoholi. Wsparcie z programu rządowego Rodzina 500 plus, będące nadwyżką domowego budżetu, może zatem zostać przeznaczone na dodatkowy luksus, jakim są droższe alkohole. I tak część konsumentów zapewni sobie poczucie dostatku w Boże Narodzenie, zwłaszcza przy rodzinnym stole – przekonuje Michał Rosiak, Kierownik Sprzedaży z Grupy AdRetail.

Najpopularniejszy alkohol

W tym roku, w okresie przedświątecznym najczęściej promowaną kategorią jest wódka. Sieci zdążyły poświęcić jej już ponad 2,5 tys. modułów promocyjnych. Najwięcej wystąpień ma marka Soplica, która w tych zestawieniach występuje aż 384 razy. Na 2. miejscu, wśród wszystkich rodzajów ogólnie badanych alkoholi, znajduje się piwo Żywiec (240 wskazania). Ale potem, na 3. pozycji jest wódka Żubrówka (206), 4. – szkocka whisky Johnnie Walker (186) i na 5. – znowu wódka, Absolwent (170 razy promowana).

– Sieci najbardziej kuszą klientów wódką, ponieważ to zdecydowanie droższy produkt, niż np. piwo czy też wino. Obniżenie wyższej ceny alkoholu oznacza upust rzędu kilku lub kilkunastu złotych. Rabat jest więc od razu dobrze zauważalny – wyjaśnia Marcin Dobek.

Należy też zaznaczyć, że wódka jest artykułem, który najczęściej występuje na pierwszych stronach gazetek promujących alkohole. Czasem też pojawia się w obecności whisky. Jak wyjaśnia Marcin Dobek, w związku z tym, że konsumujemy zdecydowanie więcej wódki, niż innych mocnych alkoholi, ten trunek znajduje się najczęściej na początku publikacji.

Lider sprzedaży, ale nie promocji

Piwo jest drugą, najczęściej promowaną kategorią napojów alkoholowych. Ma ponad 2,3 tys. wystąpień w gazetkach promocyjnych ogólnych i tych stricte z alkoholem. Po najczęściej promowanej, wyżej wymienionej, marce Żywiec, w następnej kolejności wyróżnia się Tyskie (153 wskazania), Okocim (133) oraz Kasztelan (126 wystąpień).

Zdaniem Michała Rosiaka, piwo nie może być najczęściej promowanym alkoholem przed Bożym Narodzeniem, ponieważ ma mało uroczysty charakter. Głównie kojarzy się z nieformalnymi spotkaniami, np. przy grillu, na majówce czy też w trakcie wakacji. Wódka to bardziej oficjalny trunek, który z pewnością znajdzie swoje miejsce na świątecznym stole. Dobra marka może też stanowić gwiazdkowy prezent.

– Liderem sprzedaży wśród alkoholi jest piwo, zarówno wartościowo, jak i wolumenowo. Ten napój wybiera większość konsumentów, bez względu na różnice finansowe, społeczne czy wiekowe. W Polsce jest on szczególnie popularny, zupełnie inaczej niż np. we Francji czy Włoszech, gdzie najczęściej spożywany trunek to wino – tłumaczy dr Faliński.

Jak dodaje ekspert, producenci piwa są ograniczeni luźniejszymi reżymami komunikowania reklamowo-promocyjnego, niż wytwórcy mocnych alkoholi. Nie muszą więc promować produktu tylko w miejscu jego sprzedaży. Budżety marketingowe dzielą między reklamę w sieciach handlowych i w mediach, gdzie może występować piwo, po spełnieniu szeregu niezbyt wygórowanych warunków.

– Na pierwszych stronach gazetek prawie w ogóle nie widać piwa, gdyż ten produkt z reguły znajduje się w każdej gazetce regularnej. Może widnieć na jednej stronie, obok innej dowolnej kategorii, co jest często praktykowane. Tak więc, nie ma potrzeby szczególnego promowania go w publikacjach o alkoholu – zapewnia ekspert z instytutu badawczego ABR SESTA.

Kategoria rozwijająca się

Whisky i bourbon znajdują się na 3. pozycji w rankingu. Mają ponad 1100 wystąpień promocyjnych. Najpopularniejszą marką okazuje się, wspomniany już, Johnnie Walker, a po nim Jack Daniel’s (116 razy promowany). Zdaniem Marcina Dobka, mimo że obecne spożycie tych trunków jest w Polsce wciąż dużo niższe od innych alkoholi, to systematycznie wzrasta. Widząc to, w przyszłości sieci i producenci będą je lepiej komunikować. To kategoria rozwijająca się.

– Polacy dopiero zaczynają się rozsmakowywać whisky i bourbonach. Stanowią one dość świeże odkrycie na rodzimym rynku, który od dawna był zdominowany przez wódkę oraz piwo. Ponadto, są najmniej liczne, z uwagi na wyższą cenę, w porównaniu do innych wysokoprocentowych trunków. Uważam też, że z czasem spożycie tego typu alkoholi wzrośnie – zaznacza Michał Rosiak.

Dr Faliński dostrzega, że sprzedaż i spożycie tzw. alkoholi brązowych rośnie bodaj tak szybko, jak piwa. Ale whisky i bourbony nigdy nie staną się kategorią wiodącą wartościowo oraz wolumenowo. Według eksperta, 3. miejsce w rankingu to i tak bardzo dobra pozycja, biorąc pod uwagę wysoką cenę tych towarów. Producenci i importerzy widzą w tym świetny interes, za nimi zaś sprawnie podążają handlowcy.

– Prezentowanie na pierwszych stronach gazetek alkoholowych whisky wynika z obserwacji zachowań klientów. Przy okazjach takich jak święta, kupują oni produkty, jakich jeszcze nie próbowali, często akceptując nawet wyższą cenę. Mając świadomość, że Polacy dysponują teraz większym budżetem, producenci zapewne uznali, że to najlepszy moment na zwiększanie sprzedaży trunków z wyższej półki cenowej – objaśnia ekspert z Grupy AdRetail.

Niskie budżety promocyjne

Co ciekawe, wina, likiery, wermuty, rumy, koniaki, tequile, spirytusy, te wszystkie kategorie, razem stanowią jedynie 25% promocji w kategorii alkoholi. Wina są poza podium i znajdują się na 4. miejscu, stanowiąc zaledwie 14% wszystkich promocji alkoholi. Sieci najczęściej promują wino czerwone (563 razy), potem białe (329). Następnie – koniaki, brandy (267 wystąpienia), wina musujące (183), likiery (150), rumy (95), cydry (90), wermuty (74), giny (69) i nalewki (56 razy promowane).

– Producenci win dysponują niższymi budżetami na promocje, niż firmy produkujące lub importujące wódki. Klienci nie są też przywiązani do poszczególnych pozycji asortymentowych w tej kategorii. Często próbują nowych gatunków, bo szukają inspiracji smakowych – podkreśla Marcin Dobek.

Natomiast Michał Rosiak zwraca uwagę, że Polska nie jest krajem wysokiego spożycia wina. Wynika to przede wszystkim z uwarunkowań kulturowych i aspektów społecznych. U nas występują inne zwyczaje, niż np. na Południu Europy, gdzie do tradycyjnego obiadu podaje się kieliszek wina. W Polsce największą popularność ma przecież wódka.

Do najmniej promowanych trunków należą drinki na bazie mocnych alkoholi (zawartość poniżej 10%) – 31 razy promowanych, wina grzane (27), spirytusy (16), inne alkohole wysokoprocentowe (16) oraz miody pitne (14 wystąpień). Według ekspertów, wynika to z tego, że niniejsze trunki są mniej popularne wśród konsumentów.

Instytut badawczy ABR SESTA poddał analizie gazetki alkoholowe z datą ważności od 2 listopada do 31 grudnia 2016 roku. W związku z tym, że dane zostały pobrane 12 grudnia, pojedyncze gazetki mogły nie zostać ujęte w ww. zestawieniu. W tym okresie, w gazetkach reprezentatywnych dla sieci, alkohole były promowane 8109 razy.

Większość internautów akceptuje mniej agresywne reklamy w sieci. Wydatki na takie formaty rosną

Większość internautów akceptuje mniej agresywne reklamy w sieci. Wydatki na takie formaty rosną 10
Reklama w internecie jest akceptowana przez większość odbiorców, o ile nie utrudnia konsumpcji treści. Dlatego rosną wydatki reklamodawców na reklamę natywną, która jest dostosowana do układu graficznego strony internetowej oraz jest mniej agresywna. Obecnie w USA stanowią one około  56 proc. wydatków na promocję cyfrową, a w 2020 roku mogą osiągnąć 74 proc. Badania pokazują, że tego typu reklamy są rzadziej blokowane przez internautów.

– W reklamie internetowej użytkowników irytują przede wszystkim agresywne formy, np. layerowe, czyli przykrywające treść strony, przez co przeglądanie sieci jest utrudnione – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Zielińska, Head of Business w firmie Yieldbird, zarządzającej powierzchniami reklamowymi w internecie. – Irytujące są również reklamy rich mediowe, czyli zawierające multimedia. Zwłaszcza takie, które uruchamiają automatycznie dźwięk, bez zgody użytkownika.

Wbrew obiegowym opiniom konsumenci nie zamykają się na reklamę internetową. Według badania przeprowadzonego na brytyjskim rynku przez firmę ESI Media 63 proc. użytkowników sieci chce, by marka pomagała im osiągać cele, a 40 proc. przyznaje, że reklama bywa inspirująca. Większość (67 proc.) jest jednak zmęczona nierealistycznymi obietnicami. Z raportu Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska wynika, że 78 proc. użytkowników adblocków (rozszerzeń przeglądarek WWW umożliwiających blokowanie reklam) dopuszcza wybrane formy działań promocyjnych, a 60 proc. nie wyklucza całkowitego ich wyłączenia, jeśli kampanie staną się mniej agresywne.

 Nie jest jednak prawdą, że internauci w ogóle nie akceptują reklam w sieci. Myślę, że zarówno wydawcy, jak i reklamodawcy zaczynają wykorzystać to zjawisko i przekuwać w sukces. Odpowiedzią jest chociażby rozwijająca się teraz reklama natywna, czyli taka, która swoim wyglądem dopasowuje się do layoutu strony. Użytkownicy nie mówią reklamie nie, pod warunkiem że jest ona dobrze zarządzana – mówi Zielińska.

Jak wynika z badania platformy eMarketer, 56 proc. wydatków na promocję cyfrową w Stanach Zjednoczonych jest aktualnie lokowanych w reklamie natywnej. Według prognoz trend wzrostowy sprawi, że wartość ta w 2020 roku wzrośnie do 74 proc. Choć ponad połowa użytkowników chce, aby reklama wyraźnie odróżniała się do kontentu, to praktyka pokazuje, że formy natywne wpływają na zmniejszenie liczby instalowanych adblocków.

– Na rynku ma miejsce ostatnio bardzo duża zmiana: wydawcy są coraz bardziej świadomi źródła problemu i coraz bardziej otwarci na upraszczanie siatki reklamowej. To bardzo dobra wiadomość dla wszystkich użytkowników internetu – precyzuje Marta Zielińska. – Myślę, że możemy już powoli mówić o początku końca reklam inwazyjnych w polskim internecie.

Branża pokłada ogromne nadzieje, jak informuje Marta Zielińska, w rozwoju tzw. programmatic buying, czyli zautomatyzowanego zakupu reklamy poprzez specjalne platformy. Programmatic buying umożliwia dotarcie do bardzo konkretnych użytkowników o dokładnie określonych cechach.

– Dzięki takiemu precyzyjnemu targetowaniu (kierowaniu do wybranej grupy odbiorców – red.) komunikat reklamowy jest po pierwsze lepiej odbierany przez konsumenta, co ma później wpływ na zwiększoną skuteczność oraz ceny – tłumaczy Marta Zielińska. – Po drugie im skuteczniejsza reklama, tym oczywiście reklamodawcy są w stanie zajrzeć głębiej do kieszeni i wydać więcej. Wiążemy z tym zjawiskiem duże nadzieje.

W polskich szkołach brakuje edukacji finansowej. Jest jednak szansa, by zagadnienia dotyczące ubezpieczeń społecznych trafiły do podstawy programowej szkół

W polskich szkołach brakuje edukacji finansowej. Jest jednak szansa, by zagadnienia dotyczące ubezpieczeń społecznych trafiły do podstawy programowej szkół 11

Młodzi ludzie nie mają wystarczającej wiedzy ekonomicznej. Dotyczy to także ubezpieczeń społecznych. Może mieć to konsekwencje w ich dorosłym życiu. Dlatego eksperci postulują, by edukację zacząć jak najwcześniej. Uczniów szkół ponadgimnazjalnych, a od tego roku także gimnazjów w temacie ubezpieczeń społecznych zaczął edukować ZUS.

 Ekonomia jest nauką, którą warto wpajać już najmłodszym uczniom, bo przydaje się w dorosłym życiu. Tak naprawdę jest to nauka o podejmowaniu decyzji, nie tylko konsumenckich, lecz także życiowych – o zakupie mieszkania, wyborze miejsca pracy czy miejsca do spędzania wolnego czasu. Wiedza ekonomiczna pozwala dorosłym ludziom podejmować lepsze decyzje – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Tatała, ekonomista z Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Poziom wiedzy ekonomicznej w Polsce jest jednak niewystarczający, nie tylko wśród młodych osób, lecz także wśród dorosłych. Narodowy Bank Polski, który regularnie monitoruje stan wiedzy i świadomości ekonomicznej Polaków, wskazuje, że w badaniu z 2015 roku przeciętna osoba odpowiedziała prawidłowo na połowę pytań w teście wiedzy.

– Brak wiedzy ekonomicznej potwierdzają badania, w których pyta się ludzi, czy chcieliby płacić niskie podatki. Większość odpowiada twierdząco, a jednocześnie chciałaby dostawać bardzo wysokie świadczenia z budżetu państwa. To jest oczywiście równolegle niemożliwe – wskazuje Tatała.

Jak podaje NBP, młodzież krytycznie ocenia poziom swojej wiedzy o ekonomii, finansach i gospodarce. Większość uważa, że wie na ten temat mało lub bardzo mało. Jednocześnie testy wiedzy ekonomicznej zaliczyło w ubiegłym roku 72 proc. uczniów szkół ponadgimnazjalnych, 59 proc. gimnazjalistów i 56 proc. uczniów ostatnich klas szkoły podstawowej. Choć w każdej grupie wiekowej większość uczniów zdała test, to ich wiedza jest nieugruntowana i fragmentaryczna.

– Nie ma w Polsce edukacji finansowej w edukacji formalnej. A doświadczenia innych krajów pokazują, że im wcześniej zaczniemy się uczyć, tym są lepsze rezultaty. Później nie ma na to czasu i w efekcie jest wiele osób, które kończą edukację formalną, a nie mają żadnej, nawet podstawowej, wiedzy o finansach w zakresie prowadzenia własnego budżetu czy oszczędności służących zabezpieczeniu przyszłości emerytalnej – przekonuje Bartosz Majewski ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Z badania „Pokolenia o finansach”, zrealizowane przez 4P Research Mix na zlecenie Banku Zachodniego WBK, wynika, że 88 proc. Polaków uważa, że istotne jest edukowanie dzieci w zakresie finansów. Faktycznie i świadomie robi to jednak zaledwie 31 proc. Na naukę nigdy nie jest za wcześnie. Można ją rozpocząć, jak tylko dziecko zaczyna mówić, a następnie dostosowywać materiały i poziom wiedzy do wieku dziecka.

– Już do przedszkolaków kierowane są programy edukacyjne, przede wszystkim na temat percepcji pieniądza, np. dlaczego w ogóle istnieją pieniądze. Wraz z dojrzałością dziecka można wprowadzać inne, bardziej zaawansowane tematy. Sama wiedza o finansach nie jest szczególnie tajemna, uczeń w IV–V klasie szkoły podstawowej jest w stanie opanować wszystkie podstawy, ale się go tego nie uczy – podkreśla Majewski.

Pomóc mogą w tym „Lekcje z ZUS”. To autorski projekt ZUS i Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, który ruszył w 2013 roku. Skierowany jest do szkół ponadgimnazjalnych.

– Celem „Lekcji z ZUS” jest przekazanie wiedzy o zasadach, na których oparty jest system ubezpieczeń społecznych. Uczniowie dowiadują się, jakie są zasady jego finansowania, jaka jest istota składki. Są również informowani o ochronie finansowej, społecznej w razie zajścia skutków ryzyk socjalnych: choroby, wypadku przy pracy, starości i inwalidztwa – wymienia prof. dr hab. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

W okresie od 2013 do 2015 roku w lekcjach wzięło udział ponad 51,5 tysiąca uczniów z całego kraju. Uczestnictwo w tym projekcie oznacza również możliwość wzięcia udziału w konkursie „Warto wiedzieć więcej o ubezpieczeniach społecznych”. W tym roku szkolnym konkurs zmienia formułę na ogólnopolską olimpiadę. Zwycięzcy mogą liczyć na nagrody rzeczowe (laptopy, tablety, czytniki e-booków) i wyróżnienia. ZUS-owi zależy na tym, by osoby, które zajmą pierwsze, drugie i trzecie miejsce, mogły liczyć na dodatkowe punkty w procesie rekrutacji na studia wyższe lub indeks na kierunek ściśle powiązany z tematyką olimpiady. Zakład aktualnie negocjuje takie umowy ze szkołami wyższymi. Nagrodę za popularyzację wiedzy z zakresu ubezpieczeń społecznych mogą także otrzymać szkoły, których uczniowie zostali laureatami. 

– To atrakcyjna propozycja dla szkół ogólnokształcących, ale też szkół zawodowych. Finaliści mają wiedzę na takim poziomie, jak studenci II–III roku, którzy mają taki przedmiot jak ubezpieczenia czy zabezpieczenie społeczne – przekonuje prezes ZUS.

Podobne zajęcia prowadzone są w części innych europejskich krajów. Lekcje o ubezpieczeniach społecznych mogą trafić do podstawy programowej polskich szkół. ZUS rozmawia na ten temat z resortem edukacji narodowej.

– Chcemy, żeby młodzi ludzie wiedzieli, kiedy pójdą do pracy, że pracodawcy są zobowiązani odprowadzać za nich składki. Ważne jest to, żeby nie traktowali tych składek jako czegoś, co pomniejsza ich przychód, ale jako gwarancję wypłaty świadczeń w przyszłości – tłumaczy prof. Uścińska.

Miesięcznie ZUS wypłaca emerytury i renty 7,3 mln Polaków, a zasiłki chorobowe, opiekuńcze, macierzyńskie i  świadczenia rehabilitacyjne dla ponad 500 tys. osób. Rocznie lekarze orzecznicy ZUS wydają ponad 1,1 mln orzeczeń. Mimo że system zabezpieczenia społecznego dotyczy niemal wszystkich, to wiedza na jego temat jest niewielka.

– Trzeba pracować nad większą odpowiedzialnością ubezpieczonych, działaniem w przezorności, zabezpieczeniem dochodów na starość. Trzeba mieć podstawową wiedzę, co jest gwarantowane z bazowego systemu emerytalnego, a o co należy zadbać samemu – mówi prof. Gertruda Uścińska.

Od tego roku szkolnego ZUS zachęca do nauki o ubezpieczeniach społecznych także uczniów gimnazjów. Przygotował dla nich „Projekt z ZUS”. ZUS podpisuje też umowy z uczelniami wyższymi. Pracownicy ZUS będą prowadzić wykłady i szkolenia, a także wspierać merytorycznie studentów i pracowników naukowych w przygotowaniu publikacji o ubezpieczeniach.

– Zawieramy też porozumienia z uczelniami wyższymi, których przedmiotem jest włączenie młodzieży akademickiej w aktywne życie zawodowe ZUS-u poprzez staże i stypendia – mówi prof. Gertruda Uścińska.

Przełom w leczeniu chorych z zaawansowanymi nowotworami skóry. Dzięki nowoczesnym terapiom mogą żyć znacznie dłużej

Przełom w leczeniu chorych z zaawansowanymi nowotworami skóry. Dzięki nowoczesnym terapiom mogą żyć znacznie dłużej 12

Ostatnie dwa lata były przełomowe w leczeniu zaawansowanych nieoperacyjnych postaci nowotworów skóry. W leczeniu czerniaka szansą dla chorych okazała się immunoterapia, która jest już dostępna dla polskich pacjentów. Obecnie oczekiwane są kolejne tzw. celowane terapie skojarzone – inhibitory BRAF i MEK w zaawansowanym czerniaku. Pacjenci z zaawansowanym rakiem podstawnokomórkowym skóry również czekają na refundację innowacyjnej terapii, która jest wypełnieniem luki farmakologicznej w leczeniu tego nowotworu.

Zachorowalność na nowotwory skóry, przede wszystkim na raka podstawnokomórkowego oraz czerniaka, w Polsce stale rośnie. Obecnie są to jedne z najczęściej występujących wśród Polaków nowotworów złośliwych – u kobiet zajmują one drugie miejsce po raku piersi, u mężczyzn natomiast trzecie po raku płuca i raku gruczołu krokowego. Co roku czerniak diagnozowany jest u ok. 3,5 tys. nowych pacjentów, rak podstawnokomórkowy natomiast u ok. 8,5 tys. Polaków. Wciąż rośnie także umieralność z ich powodu, mimo że nowotwory skóry na wczesnym etapie zaawansowania są wyleczalne. Większość chorych zgłasza się jednak do lekarza zbyt późno, nie zauważając objawów choroby lub je bagatelizując.

– Tylko z tego wynika różnica między Niemcami, USA a Polską, bo dostępność leczenia chirurgicznego w Polsce istnieje. Większość ośrodków onkologicznych dysponuje możliwością biopsji węzła wartowniczego, limfadenektomii, wszystkich metod chirurgicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Piotr Rutkowski, kierownik Kliniki Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków w Centrum Onkologii-Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie.

Standardem leczenia nowotworów skóry jest operacja chirurgiczna, w niektórych przypadkach stosuje się też leczenie uzupełniające w postaci chemioterapii, radioterapii lub immunoterapii. W przypadku raka podstawnokomórkowego blisko 99 proc. chorych można wyleczyć operacyjnie, pozostali jednak cierpią na nieoperacyjną lub dającą przerzuty postać nowotworu. Szansą są dla nich terapie celowane hamujące tzw. szlak sygnałowy hedgehog, aktywnie uczestniczący w rozwoju nowotworu. Na skutek mutacji genetycznej sprzyja on intensywnemu podziałowi komórek i powstawaniu guza nowotworowego.

Istnieją na to leki, m.in. wismodegib, sonidegib. Podanie ich z reguły umożliwia pacjentowi powrót do pracy, do normalnego funkcjonowania. Niestety, ani wismodegib, ani sonidegib nie są w Polsce refundowane – mówi Piotr Rutkowski.

Terapie celowane sprawiają, że mediana przeżycia wolnego od progresji wynosi ok. 1,5 roku. Ze względu na relatywnie małą liczbę chorych – od 30 do 50 osób – nie stanowią istotnego obciążenia dla budżetu państwa, mimo to nie są objęte refundacją. Trwają jednak prace nad zmianami w refundacji leków dla chorych na choroby rzadkie.

Leczenie ukierunkowane molekularnie stanowi także ratunek dla chorych z zaawansowanym nieoperacyjnym czerniakiem, u których występuje mutacja genu BRAF. W Polsce dostępne jest leczenie inhibitorem BRAF w monoterapii. Najnowsze badania pokazały jednak, że dwukrotnie lepsze efekty osiągnąć można dzięki skojarzeniu inhibitorów BRAF i MEK.

– Przeżycia 3-letnie w przerzutowym czerniaku wynoszą ok. 45 proc., a jeszcze 5 lat temu wynosiły ok. 5 proc., czyli teraz jest kilkukrotnie więcej. Co więcej, skojarzenie tych dwóch metod jest lepsze niż monoterapia również pod względem tolerancji leczenia dla pacjenta, czyli toksyczność jest mniejsza, to jest bardzo ważne – mówi Piotr Rutkowski.

W Europie zarejestrowane są zarówno inhibitory BRAF i MEK w postaci dabrafenib, trametinib oraz wemurafenib i kobimetynib, w Polce te terapie dostępne są tylko w ramach uczestnictwa w badaniach klinicznych, ponieważ nie są objęte refundacją. Refundacja obejmuje wyłącznie monoterapię. Niezależnie od obecności mutacji genu BRAF w leczeniu zaawansowanego czerniaka stosuje się nowoczesną immunoterapię. Leczenie to odblokowuje układ odpornościowy chorego i powoduje odpowiedź antynowotworową. Leki ograniczają działanie receptora PD-1 obecnego w komórkach rakowych, który sprawia, że układ immunologiczny pacjenta nie odbiera ich jako wrogich komórek.

– Mamy już kilka leków tego typu, które albo samodzielnie, albo w skojarzeniu ze sobą dają efekt w postaci przedłużenia życia już idący w lata. Jest to przykład choroby nowotworowej, która była do tej pory śmiertelna i która może przejść w fazę choroby przewlekłej – mówi prof. Janusz Meder, prezes Polskiej Unii Onkologii.

Obecnie w warszawskim Centrum Onkologii trwają badania nad skojarzeniem różnych form terapii, aby jak najbardziej stymulować układ immunologiczny pacjenta do walki z komórkami rakowymi. Wkrótce rozpoczną się także badania nad skojarzeniem inhibitorów BRAF i MEK, czyli leczenia ukierunkowanego molekularnie, z immunoterapią.

– Zachęcam wszystkich, którzy mają takie problemy, żeby zgłaszali się do placówek, które prowadzą kontrolowane badania kliniczne, gdzie nawet jeżeli lek nie jest jeszcze zarejestrowany w Polsce, to jest dostępny dla pacjentów w ramach uczestnictwa w badaniach klinicznych. Jeśli tylko pacjent wyrazi zgodę na udział w takim badaniu, a myślę, że nie mając innego rozwiązania, które przedłużyłoby życie, mało który pacjent nie zgodziłby się na tego typu propozycję. Pamiętajmy o badaniach klinicznych i nie rezygnujmy z udziału w nich – mówi prof. Janusz Meder.

Przed świętami rośnie sprzedaż żywności w sieci. Po tradycyjne produkty sięgają Polacy mieszkający za granicą

Przed świętami rośnie sprzedaż żywności w sieci. Po tradycyjne produkty sięgają Polacy mieszkający za granicą 13
W listopadzie i grudniu wartość obrotów w sklepach internetowych rośnie o jedną trzecią. Ale w okresie świątecznym Polacy kupują w sieci już nie tylko prezenty, lecz także żywność. Coraz więcej tego rodzaju zamówień pochodzi od osób przebywających czasowo lub na stałe za granicą. Do koszyka najczęściej trafiają tradycyjne produkty kojarzone ze świętami. Często klienci z Polski zamawiają takie paczki dla swoich rodzin mieszkających za granicą.

 W czasie świąt obserwujemy zwiększone zainteresowanie zakupami spoza Polski. Osoby mieszkające za granicą często nie mogą być w tym czasie w Polsce, więc chcą przynajmniej mieć namiastkę polskich świat w postaci tradycyjnych produktów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Palec, prezes zarządu supermarketu internetowego bdsklep.pl. – To najczęściej klasyczne wyroby kojarzone z Polską: słodycze premium czy inne produkty żywnościowe. Łączna kwota zakupu wynosi około 100 euro na paczkę i jest dosyć wysoka jak na standardy e-commerce w obszarze e-grocery.

Według Głównego Urzędu Statycznego pod koniec 2015 r. poza granicami Polski czasowo przebywało około 2,4 mln Polaków, czyli o 77 tys. (3,3 proc.) więcej niż w 2014 r. Spośród krajów UE najwięcej obywateli Polski przebywało w Wielkiej Brytanii (720 tys.), Niemczech (655 tys.), Holandii (112 tys.) oraz Irlandii (111 tys.) i we Włoszech (94 tys.).

– Trzy największe destynacje zakupowe są jednocześnie najchętniej wybieranymi kierunkami emigracji naszych rodaków – zauważa Jacek Palec. – To Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i kraje Europy Zachodniej, czyli obszary, które po wejściu Polski do Unii Europejskiej stały się lepiej dostępne.

Jak wynika z badania specjalizującej się w projektowaniu i uruchamianiu e-sklepów firmy Shopper, w listopadzie i grudniu obroty wirtualnych placówek rosną średnio o jedną trzecią w stosunku do pozostałych miesięcy roku. W tym roku jedna piąta właścicieli e-sklepów spodziewa się jednak wzrostu liczby zamówień w granicach 50–74 proc.

– Przedświąteczny pik zakupowy obserwujemy każdego sezonu, aczkolwiek z uwagi na to, że nasza dynamika wzrostu jest również bardzo mocna, nie ma on już takiego znaczenia jak w latach poprzednich – tłumaczy Jacek Palec. – W pozostałych okresach roku również spływają do nas zamówienia, natomiast dotyczą one zwykle produktów uniwersalnych. W okolicach świąt jest bardzo dużo produktów sezonowych: to specyficzne marki, związane z rynkiem słodyczy czy nawet z produktami tradycyjnie kojarzonymi z Polską, jak na przykład miód czy szynka konserwowa w puszce.

Pierwsze świąteczne zamówienia spływają do bdsklep.pl w listopadzie, a szczyt świątecznych zakupów żywnościowych przypada mniej więcej dziesięć dni przed świętami Bożego Narodzenia.

– W okresie świątecznym realizujemy paczki na kwoty około 200–250 zł. Znajduje się w nich przeciętnie około czternastu produktów – mówi Jacek Palec.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez bdsklep.pl (w okresie od stycznia 2015 do październik 2016), wśród klientów dominują dwie tendencje zakupowe. Pierwsza z nich to zakupy wykonywane z dowolnego miejsca na świecie z poleceniem dostawy poza granice Polski. W tej grupie ponad 90 proc. zamawiających wybiera dostawę do swojego miejsca zamieszkania. Często takie rozwiązanie jest tańsze niż szukanie polskich produktów w lokalnych sklepach. Co dziesiątą paczkę zamawiają konsumenci mieszkający w Polsce, którzy swoje sprawunki wysyłają do mieszkających w innym kraju krewnych lub znajomych.

Druga tendencja obejmuje zamówienia robione przez osoby mieszkające za granicą z poleceniem dostawy do innego miejsca na świecie. W grupie tej około 35 proc. osób decyduje się na wysyłkę swoich sprawunków do Polski. Statystki bdsklep.pl wskazują, że są to głównie mieszkający w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Niemczech oraz Kanadzie przedstawiciele Polonii. W komentarzach przy takich zleceniach często pojawiają się prośby o dostarczenie przesyłki bezpośrednio pod drzwi oraz potwierdzenie odbioru przez wskazaną osobę.

– Jest silny trend, który wspieramy, związany z obdarowywaniem produktami spożywczymi osób, którym na święta będzie ich po prostu brakować – wskazuje Jacek Palec. – Warto także odnotować falę przesyłek do partnerów biznesowych. Zdecydowanie próbujemy także ten trend rozwijać, oferując spersonalizowane zestawy, którymi można obdarować kontrahenta czy partnera biznesowego.

Z raportu Gemius dla e-Commerce wynika, że trzy kategorie produktów najchętniej kupowanych w internecie to odzież, akcesoria i dodatki (72 proc. badanych deklaruje dokonanie zakupu), książki, płyty i filmy (68 proc.), oraz telefony, smartfony, tablety, akcesoria GSM (56 proc.). Według Jacka Palca żywność to szybko rosnąca kategoria.

– Polacy nauczyli się kupować w sieci www inne rzeczy niż tylko książki, bilety czy muzykę, dzięki czemu mamy do czynienia z przejściem między produktami stricte e-commerce’owymi, łatwymi do wysłania i zapakowania a bardziej skomplikowanymi – wyjaśnia Jacek Palec.

Start-upy dostarczą Polskiej Spółce Gazownictwa innowacyjne rozwiązania. Pomogą zwiększyć bezpieczeństwo dostaw gazu i ich efektywność

Start-upy dostarczą Polskiej Spółce Gazownictwa innowacyjne rozwiązania. Pomogą zwiększyć bezpieczeństwo dostaw gazu i ich efektywność 14
Na współpracy korporacji ze start-upami korzystają obie strony. Z osiągnięć technologicznych polskich firm z sektora małych i średnich przedsiębiorstw chce skorzystać także Polska Spółka Gazownictwa. W zorganizowanej przez Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo wspólnie z Agencją Rozwoju Przemysłu trzeciej edycji Warsztatów Innowacyjnych Pomysłów wybrano trzy innowacyjne projekty. Rozwiązania mają wpłynąć na rozwój bezpieczeństwa dostaw paliwa gazowego i zwiększenie ich efektywności – wskazuje Tomasz Blacharski z Polskiej Spółki Gazownictwa.

Grupa PGNiG we współpracy z Agencją Rozwoju Przemysłu oraz Izbą Gospodarczą Gazownictwa wybrały zwycięzców trzeciej edycji Warsztatów Innowacyjnych Pomysłów, którzy zaproponowali najlepsze rozwiązania dla Polskiej Spółki Gazownictwa.

– Jako narodowy operator systemu dystrybucyjnego potrzebujemy rozwiązań związanych z produktem i usługą. Świadczymy usługi dystrybucyjne związane z bezpieczną dostawą paliwa gazowego do ponad 6,7 mln klientów, dlatego oczekujemy rozwiązań innowacyjnych związanych z bezpieczeństwem transportu paliwa gazowego, smart meteringiem czy poprawą jakości obsługi klienta – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Blacharski, członek zarządu ds. technicznych w Polskiej Spółce Gazownictwa.

Nabór skierowany był do start-upów oraz przedstawicieli małych i średnich przedsiębiorstw oferujących produkt lub usługę na co najmniej 7. poziomie gotowości technologicznej, który umożliwia przeprowadzenie demonstracji oferowanego produktu lub usługi w warunkach operacyjnych PSG.

– Batalię o innowacje rozpoczęliśmy w I kwartale 2016 roku w obszarze bezpiecznej eksploatacji sieci, business security, smart grid, gauz, również power to gas czy rozwoju dystrybucji paliwa gazowego w oparciu o LNG i CNG. Nowe rozwiązania mają wpłynąć na rozwój bezpieczeństwa dostaw paliwa gazowego, zwiększenie efektywności dostaw paliwa gazowego i gazyfikację niezgazyfikowanych terenów Polski w oparciu choćby o technologię LNG – wymienia przedstawiciel PSG.

Spośród nadesłanych propozycji eksperci wyróżnili 7 najciekawszych rozwiązań – od termogeneratora elektrycznego, przez system sterowania stacją gazową, do oprogramowania monitorującego jakość gazu w sieci dystrybucyjnej w warunkach zatłaczania wodoru. Do pilotażu i komercyjnego wdrożenia wytypowano równorzędnie trzy projekty firm: Aiut sp. z o.o. (system przedpłatowy dla indywidualnych odbiorców gazu), Bednarski Consulting (system monitoringu i szybkiej detekcji uszkodzeń sieci gazociągowej) oraz NMG SA (system odpowiadający za monitoring pracy turboekspanderów, urządzeń służących do wytwarzania energii elektrycznej przy obniżonym ciśnieniu gazu).

– Przygotowaliśmy system analizy pracy turboekspanderów. To innowacyjne rozwiązanie nie tylko na rynku polskim, lecz także na europejskim. Mamy możliwość analiz tego typu urządzeń nie tylko w sferze technologicznej, lecz także ekonomicznej i środowiskowej, czyli jaki jest właściwy punkt pracy i ile jeszcze można na tym zarobić. Na to pytanie odpowiadają nasze rozwiązania, ale dla Polskiej Spółki Gazownictwa jesteśmy w stanie przede wszystkim zrealizować projekty związane z akwizycją danych z wielu urządzeń pomiarowych – zapowiada Robert Duszka, dyrektor handlowy Network Media Group, jeden z laureatów konkursu.

Współpraca start-upów oraz dużych korporacji to sytuacja, na której zyskują obie strony. Z badania agencji SW Research dla UPC Biznes „Gotowi na innowacje – co uwalnia potencjał małych i średnich firm w Polsce?” wynika, że zdecydowana większość małych przedsiębiorców (80 proc.) przyjęłaby ofertę współpracy od korporacji. Główne zalety to możliwość włączenia swojego produktu bądź usługi do oferty partnera (42 proc.) oraz wspólny rozwój nowego produktu i know-how (38 proc.).

– Warsztaty Innowacyjnych Pomysłów to znakomita formuła na współpracę między taką grupą jak my a małym i średnim biznesem oraz start-upami. Open Innovation powoduje, że zyskuje duży biznes, grupa, którą jest Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, oraz ci wszyscy, którzy do nas zgłaszają swoje pomysły – przekonuje Łukasz Kroplewski, wiceprezes ds. rozwoju Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa.

W ramach Warsztatów Innowacyjnych Pomysłów spółki należące do grupy PGNiG zgłaszają listę obszarów tematycznych, w których poszukują innowacyjnych rozwiązań. Na te wyzwania odpowiadają mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa, oferując projekty dopasowane do potrzeb spółek gazowych.

– Jednym z naszych celów jest umożliwienie małym i średnim firmom, również start-upom, zdobywania kontraktów od dużych przedsiębiorstw. Innym celem jest wykorzystanie tych zasobów i rozwiązań, które już istnieją, do rozwoju dużych przedsiębiorstw. Gdyby nie pozyskiwały one tych rozwiązań, np. w ramach Warsztatów Innowacyjnych Pomysłów, musiałyby prowadzić kosztowne i długotrwałe prace badawczo-rozwojowe. Na tym nasza gospodarka traciłaby podwójnie, bo duża firma wydaje środki, traci czas i nie zarabia, a ktoś, kto tę pracę już wykonał, nie może się rozwijać, bo nie ma odbiorcy dla swojej technologii – tłumaczy Michał Szaniawski, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu.

Łącznie z poprzednimi edycjami w ramach Warsztatów Innowacyjnych pomysłów swoje rozwiązania technologiczne zgłosiło prawie 140 przedstawicieli małych i średnich firm. ARP zakończyła też nabór do czwartej już edycji programu. Tym razem wspólnie z Przedsiębiorstwem Państwowe „Porty Lotnicze” szukano projektów odpowiadających na wyzwania technologiczne, organizacyjne i infrastrukturalne lotniska Chopina.

– Zgłaszają się do nas także firmy, które oferują rozwiązanie w obszarze, który nie był zdefiniowany, ale ich propozycja jest na tyle interesująca, że trafiają do finału. Chcemy dawać szansę zrobić biznes, a nie określać sztywne ramy ograniczające i dyskwalifikujące zainteresowanych. Firmy, które się do nas zgłoszą, są oceniane pod względem biznesowym i technologicznym. Najlepiej rokujące projekty są zapraszane do finału – mówi Michał Szaniawski.

Rośnie liczba oszustw w sektorze finansowym i ubezpieczeniach

Marcin Nadolny, Lider Zespołu Fraud Intelligence w SAS Polska
Wzrasta skala nadużyć w bankowości i ubezpieczeniach. W ubiegłym roku aż 63 proc. instytucji finansowych zetknęło się z próbą wyłudzenia pieniędzy za pomocą skradzionego lub sfałszowanego dowodu tożsamości. Z drugiej strony rośnie też kreatywność klientów firm ubezpieczeniowych, którzy są skłonni posunąć się nawet do przedstawiania fikcyjnych aktów zgonu, aby wyłudzić środki z polisy. Szacuje się, że ok. 10 proc. szkód zgłaszanych do ubezpieczycieli to próby oszustwa.

– W skali globalnej koszty nadużyć finansowych wynoszą około 4 bln dolarów rocznie. Przeciętna organizacja traci z tego powodu około 5 proc. swoich dochodów. Natomiast w organizacjach, które nie wdrożyły żadnych mechanizmów wykrywania nadużyć, jest to ponad dwa razy więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Nadolny, odpowiedzialny za praktykę antyfraudową w Dziale Bankowości SAS Institute Polska.

Najczęściej występującym nadużyciem w sektorze finansowym jest kradzież tożsamości i próba wyłudzenia za jej pomocą produktów lub usług. Badania pokazują, że w Wielkiej Brytanii prawie jedna trzecia obywateli padła w przeszłości ofiarą kradzieży tożsamości. Z badania Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych i firmy doradczej EY, którym objęto banki oraz firmy leasingowe i pożyczkowe w Polsce, wynika, że 45 proc. zidentyfikowanych nadużyć to wyłudzenia z wykorzystaniem skradzionych lub fałszywych dokumentów, a 74 proc. ankietowanych instytucji miało w mijającym roku do czynienia z tym rodzajem nadużyć. Wśród nadużyć istotną rolę odgrywa również skimming i inne typy wyłudzeń związane z kartami płatniczymi. Według statystyk Narodowego Banku Polskiego w II połowie ubiegłego roku banki zaraportowały prawie 40 tys. oszustw z wykorzystaniem kart płatniczych.

Eksperci rynku finansowego podkreślają, że skala nadużyć, takich jak fałszerstwa i kradzieże tożsamości, wyłudzenia kredytowe czy wyłudzenia środków z rachunków finansowych klientów bankowości są domeną nie tylko indywidualnych osób, lecz także zorganizowanych grup przestępczych, a skala takich zjawisk z roku na rok wzrasta.

– Obok wyłudzeń związanych z fałszowaniem dokumentów czy kradzieżą tożsamości, istotną rolę na polskim rynku odgrywają również nadużycia wewnętrzne i te związane z płatnościami kartowymi. Jednak to, co w ostatnim czasie zdecydowanie daje się zauważyć, to wzrost nadużyć związanych z cyberprzestrzenią. Coraz więcej zorganizowanych grup wykorzystuje takie techniki jak phishing czy malware, żeby uzyskać dostęp do kont klientów albo podmienić numer rachunków w przelewach bankowych – mówi Marcin Nadolny.

Rynek e-commerce rozwija się w tempie dwucyfrowym, co powoduje, że nieustannie pojawiają się nowe metody zawierania transakcji i płatności w internecie. W ślad za nimi udoskonalane są też techniki wyłudzeń. Zdaniem eksperta SAS Institute, w tym kontekście udoskonalanie systemów antyfraudowych jest kluczowe z punktu widzenia firm z sektora finansowego, które muszą zapewnić bezpieczeństwo swoim klientom i zminimalizować straty finansowe.

– Wraz z dynamicznym rozwojem usług bankowości elektronicznej i mobilnej oraz wykorzystaniem nowoczesnych technologii, w tym technologii płatności mobilnych, wykrywanie nadużyć na transakcjach elektronicznych stanie się w najbliższym czasie kluczowe. Firmy i instytucje finansowe stale powinny doskonalić swoje systemy do wykrywania oszustw pod kątem nowych metod i technik – przestrzega Marcin Nadolny.

Aby zapobiec przestępstwom, instytucje finansowe stosują zróżnicowane metody zabezpieczeń. Z raportu „Nadużycia w sektorze finansowym”, opracowanego przez KPF i  EY, wynika, że najwyżej oceniane i najczęściej stosowane metody to powołanie zespołu do wykrywania nadużyć i zastosowanie technik analitycznych opartych na nowoczesnych rozwiązaniach z zakresu IT.

– Rosnąca liczba danych sprawia, że w wykrywaniu nadużyć kluczowe staje się zastosowanie zaawansowanej analityki. Instytucje finansowe muszą wykrywać zdarzenia w czasie rzeczywistym i  stosować hybrydową analitykę z wykorzystaniem analizy sieci powiązań oraz modeli predykcyjnych. Pozwalają one na wykrycie zarówno znanych, jak i nieznanych wzorców zachowań oraz zorganizowanych działań przestępczych. Tylko w ten sposób firmy będą w stanie stawić czoła przestępcom i zabezpieczyć pieniądze swoich klientów – przestrzega Marcin Nadolny.

Eksperci podkreślają, że wyłudzenia są domeną nie tylko sektora bankowego, lecz także branży ubezpieczeń. Według szacunków około 10 proc. szkód zgłaszanych do zakładów ubezpieczeniowych to próby wyłudzenia. Z tej liczby ponad połowa przypadków nigdy nie zostanie wykryta, ponieważ nie wzbudzi podejrzeń ubezpieczyciela bądź nie ma dowodów na próbę wyłudzenia. Marta Prus, ekspertka SAS Institute, zauważa, że kreatywność klientów branży ubezpieczeniowej w tym obszarze jest bardzo duża. Standardem są m.in. próby wyłudzenia ubezpieczenia z polisy komunikacyjnej przez osoby, które same aranżują stłuczkę albo wypadek samochodowy.

– Przykładem może być też wyjazd na narty, kiedy złamiemy sobie nogę. Nie mieliśmy ubezpieczenia turystycznego, więc wracamy do domu i udajemy, że to wydarzenie miało miejsce podczas upadku ze schodów. Taka wersja jest przedstawiana w zgłoszeniu szkody – mówi Marta Prus.

W branży ubezpieczeniowej na stałym poziomie utrzymuje się liczba przypadków, w których dochodzi do próby wyłudzenia ubezpieczenia komunikacyjnego bądź pieniędzy z polisy dotyczącej ochrony mienia. Rośnie za to liczba nadużyć w zakresie szkód osobowych.

– Są one mniej lub bardziej drastyczne. Od udawania, że dany wypadek zdarzył się w innych okolicznościach, niż faktycznie miało to miejsce, poprzez obcinanie sobie palców, aż po przedstawianie fikcyjnych aktów zgonu. To jest rosnąca tendencja – zauważa Marta Prus.

Również w tym przypadku w sukurs branży ubezpieczeniowej przychodzi analityka. W tym przypadku zaawansowane rozwiązania informatyczne wspierają wiedzę ekspertów ubezpieczeniowych, którzy weryfikują wnioski o wypłatę świadczenia z polisy.

– Osoby pracujące w towarzystwie ubezpieczeniowym, banku czy w firmie telekomunikacyjnej muszą brać czynny udział w kalibracji metod analitycznych, używanych do wykrywania nadużyć. Analityka typuje podejrzenia, natomiast po stronie pracowników operacyjnych i śledczych leży udowodnienie, że faktycznie mamy do czynienia z nadużyciem i przedstawienia takich dokumentów, aby towarzystwo ubezpieczeniowe było w stanie odmówić wypłaty z danego ubezpieczenia – mówi Marta Prus.

Indeksy giełdowe kontynuują rajd św. Mikołaja

Europejskie indeksy giełdowe kontynuują serię wzrostowych sesji, poddając się efektowi grudnia, czyli rajdowi św. Mikołaja.

Giełdy po raz kolejny pokazują odporność na zagrożenia terrorystyczne po wczorajszym zamachu w Berlinie. Obecny wzrostowy trend panuje niemal bez przerwy od wyboru Donalda Trumpa na prezydenta w grudniu. Do tego tzw. indeks strachu VIX znajduje się na najniższych od 2014 roku poziomach. Niemiecki DAX rośnie teraz ok. 0,2 proc. handlując w pobliżu poziomu 11450 punktów, najwyżej od sierpnia 2015 r. Francuski CAC40 rośnie 0,5 proc. handlując w pobliżu poziomu 4845 punktów, najwyżej od grudnia 2015 roku. Również indeks polskich „blue chipów” WIG20 zalicza kolejną udana sesję, rosnąc ok. 1 proc. i handlując już powyżej poziomu 1940 punktów, najwyżej od kwietnia. Również trzy główne amerykańskie indeksy rozpoczęły dzisiejszą sesję na zielono i rosną obecnie ok. 0,4 proc. handlując w pobliżu historycznych szczytów, osiągniętych pod koniec zeszłego tygodnia.

Para EURUSD traci około 0,3 po tym, jak osiągnęła dziś kolejne 13-letnie minimum na poziomie 1,0352.

Również para USDPLN handluje jedynie 2 grosze poniżej 14-letniego szczytu na poziomie 4,2790. W obecnym kwartale dolar zyskał już około 7 proc. do koszyka głównych walut. Japoński jen handluje w pobliżu 10-miesięcznego minimum do dolara po tym, jak Bank Japonii zdecydował w nocy o utrzymaniu obecnego planu skupu aktywów na niezmienionym poziomie. Do tego prezes banku – Haruhiko Kuroda wyraził się bardziej optymistycznie odnośnie perspektyw wzrostu gospodarczego i nie jest zaniepokojony dynamicznymi zmianami na rynku walutowym. Para USDJPY rośnie ok. 0,9 proc. handlując w pobliżu poziomu 118 jenów.

Złoto traci kolejny dzień z rzędu ze względu na drożejącego dolara i pomimo obaw inwestorów o rosnące ryzyko zamachów terrorystycznych po wczorajszej tragedii na świątecznym jarmarku w Berlinie.

Złoto jest dziś tańsze o 0,9 proc. w porównaniu z dniem wczorajszym i za uncję trzeba zapłacić jedynie 1127 dolarów. Ropa naftowa zyskuje ok. 1 proc. w oczekiwaniu czy jutrzejsze rządowe dane pokażą spadek amerykańskich zapasów surowca piąty tydzień z rzędu.
Indeksy giełdowe kontynuują rajd św. Mikołaja 15Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Pick-upy dla firm coraz popularniejsze. Przegląd najczęściej kupowanych modeli

Samochody typu pick-up w ciągu ostatnich lat przeszły mocną transformację. Przestały być na wskroś spartańskimi wołami roboczymi i nabrały nieco wyrafinowania. Teraz oferują komfortową kabinę pasażerską na miarę samochodów osobowych, ale zachowały swoje największe zalety. Nadal poza utwardzonymi szlakami radzą sobie jak rasowe terenówki, a jednocześnie zaraz za kabiną pasażerską mają wszechstronną i pojemną przestrzeń ładunkową.

Nowa generacja pick-upów to też najnowsze zdobycze techniki. Modele wyposażone wyłącznie we wspomaganie układu kierowniczego już dawno odeszły do lamusa. Teraz obok klimatyzacji, pakietu elektrycznego czy ESP na listy opcji trafiła także kamera cofania, nawigacja satelitarna czy rozbudowane pakiety systemów bezpieczeństwa.

100 procent transakcji zakupu pick-upów jest finansowanych umową leasingu. Duże floty wybierają auta wyposażone w pakiety offroadowe. Małe firmy skupiają się przede wszystkim na modelach z topowym wyposażeniem. Poza tym we współczesnych pick-upach klienci coraz mocniej doceniają pakiety systemów bezpieczeństwa oraz coraz częściej decydują się na zakup zabudowy” – powiedział Wojciech Wyszyński, kierownik ds. klientów kluczowych Toyota Radość Flota.

Dlaczego producenci motoryzacyjni zmieniają pick-upy w auta o komforcie samochodów osobowych? Odpowiedź jest prosta. Taka jest potrzeba rosnącego rynku pojazdów dostawczych. Tylko w tym roku i tylko do listopada sprzedaż tego typu aut wzrosła w Polsce o 15 procent i zdaniem PZPM wyniosła 53 981 egzemplarzy.

Oto pięciu liderów segmentu pick-up w Polsce.

Toyota Hilux

Toyota HiluxCeny nowej generacji Toyoty Hilux w wersji z podwójną kabiną i z wyposażeniem DLX zaczynają się od 132 637 złotych. Kwota zawiera rabat specjalny o wartości 5 tysięcy złotych i sprawia, że firma w programie Leasing SmartPlan może mieć pick-upa już od 876 złotych netto miesięcznie. Najczęściej kupowana wersja Hiluxa to model SR5 wyceniony na 149 980 złotych.

Droższa Toyota jest dobrze wyposażona. Standardem jest chociażby 7 poduszek powietrznych, system stabilizacji toru jazdy przyczepy, wspomagania ruszania na wzniesieniu i zjeżdżania ze wzniesienia, przednie lampy LED, tempomat oraz pakiet Toyota Safety Sense zawierający system reagowania w razie wykrycia zagrożenia kolizją z identyfikowaniem pieszych, wykrywania zmęczenia u kierowcy i asystenta pasa ruchu oraz rozpoznawania znaków drogowych.

Poza tym Japończycy bez dopłaty dorzucają automatyczną klimatyzację, blokadę tylnego dyferencjału, 18-calowe felgi aluminiowe, inteligentny kluczyk oraz system multimedialny Toyota Touch 2. Na 7-calowym ekranie pojawia się obraz z kamery cofania, ponadto radio współpracuje z 6 głośnikami oraz pełni rolę zestawu głośnomówiącego za sprawą technologii Bluetooth.

Toyota Hilux o masie własnej między 2075 a 2140 kilogramów jest napędzana 2-litrowym dieslem D-4D o mocy 150 koni mechanicznych. 400 Nm momentu obrotowego sprawia, że auto może sobie poradzić z ładunkiem o masie od 1070 do 1135 kilogramów oraz przyczepą z hamulcem ważącą nawet 3200 kilogramów (750 kilogramów bez hamulca). Maksymalny dopuszczalny nacisk na główkę haka holowniczego w Toyocie wynosi 130 kilogramów. Dopuszczalna masa całkowita pojazdu to 3210 kilogramów, podczas gdy wymiary przestrzeni załadunkowej to 1555/1540/480 mm.

Mitsubishi L200

Za Mitsubishi L200 z podwójną kabiną trzeba zapłacić minimum 124 990 złotych. Model najczęściej kupowany przez klientów kosztuje 148 990 złotych. Za tę sumę kupujący otrzyma m.in. 7 poduszek powietrznych, asystenta pasa ruchu, tempomat, system wspomagania ruszania na wzniesieniu i stabilizacji toru jazdy przyczepy, blokadę mechanizmu różnicowego, światła do jazdy dziennej LED, czujnik zmierzchu i deszczu, reflektory ksenonowe, 17-calowe felgi aluminiowe, radio z Bluetooth, kamerę cofania, inteligentny kluczyk, podgrzewane przednie fotele i skórzaną tapicerkę.

Auto ma podobną cenę i jest lepiej wyposażone od Isuzu D-Maxa, jednak nie oferuje tak rozbudowanego pakietu systemów bezpieczeństwa jak Toyota Hilux. W Mitsubishi zabrakło chociażby układu reagującego w razie wykrycia zagrożenia kolizją z identyfikowaniem pieszych, wykrywania zmęczenia u kierowcy i rozpoznawania znaków drogowych.

2,4-litrowy diesel o oznaczeniu DID dysponuje mocą na poziomie 154 lub 181 koni mechanicznych. 380 Nm lub 430 Nm momentu obrotowego musi radzić sobie z pojazdem o masie od 1870 do 1875 kilogramów, a ponadto maksymalną ładownością na poziomie 1035 kilogramów. Mitsubishi L200 jest w stanie ciągnąć przyczepę z hamulcem ważącą nawet 3100 kilogramów (bez hamulca 750 kilogramów). Standardem w japońskim pick-upie jest paka o wymiarach 1520/1470/475 mm.

Fiat Fullback

Cennik Fiata Fullbacka z podwójną kabiną startuje od 132 225 złotych. Wersja najtańsza tak właściwie jest jedyną opcją wyboru. Fiat tworząc cennik pick-upa poszedł środkiem drogi. Zbudował ofertę w oparciu o model pośredni, który ani nie jest najdroższy na rynku, ani najlepiej wyposażony.

Co za przeszło 130 tysięcy złotych otrzymuje kupujący? Pakiet wyposażenia składający się z 7 poduszek powietrznych, elektrycznej regulacji szyb i lusterek, czujników deszczu i zmierzchu, świateł do jazdy dziennej, tempomatu, 16-calowych felg aluminiowych, klimatyzacji manualnej oraz radia z 6 głośnikami.

180 koni mechanicznych generowanych przez 2,4-litrowego diesla o momencie obrotowym 430 Nm napędza ważące od 1870 do 1875 kilogramów auto. Fiat Fullback może zabrać ładunek o masie 1035 kilogramów na pakę o rozmiarach 1520/1470/475 mm. Włoski pick-up jest przystosowany do ciągnięcia przyczepy o masie 3100 kilogramów. Gdy ta nie posiada hamulców, jej masa maleje do 750 kilogramów. Dopuszczalna masa całkowita Fullbacka wynosi od 2905 do 2910 kilogramów.

Isuzu D-Max

Japonia ma w tym zestawieniu jeszcze jednego przedstawiciela. Ceny Isuzu D-Maxa z podwójną kabiną w ofercie wyprzedażowej zaczynają się od 110 639 złotych. Model najchętniej kupowany przez kierowców ma oznaczenie LSX Prime i został wyceniony na 136 838 złotych. Producent oferuje w wyposażeniu standardowym m.in. 6 poduszek powietrznych, czujniki parkowania, reflektory projekcyjne z przodu, tempomat, klimatyzację automatyczną oraz radio z Bluetooth i systemem live surround.

D-Max jest tańszy od Mitsubishi L200 i Toyoty Hilux. Mimo wszystko konkurenci dają więcej za mniej. Dlaczego? Proponują wyższy poziom wyposażenia za niewielką dopłatą. Dla przykładu L200 ma m.in. kamerę cofania, inteligentny kluczyk i skórzaną tapicerkę, a Hilux bogaty pakiet innowacyjnych systemów bezpieczeństwa Safety Sense.

Do napędu Isuzu służy 2,4-litrowy diesel o mocy 163 koni mechanicznych. Masa samego pojazdu to 1945 kilogramów. Ładowność dochodzi do 1055 kilogramów, podczas gdy dopuszczalna masa całkowita może wynieść 3000 kilogramów. Paka D-Maxa ma rozmiary 1552/1530/465 mm, ładowność przyczepy z hamulcem wynosi 3500 kilogramów. Przyczepa pozbawiona hamulca może ważyć 750 kilogramów.

Ford Ranger

Za Forda Rangera z podwójną kabiną trzeba zapłacić minimum 127 305 złotych. Modelem najchętniej kupowanym przez kierowców jest Wildtrack kosztujący od 158 424 złotych. Przy tej kwocie pick-up jest wyposażony w system wspomagający zjazd ze wzniesienia i ruszanie pod górę, moduł stabilizujący tor jazdy przyczepy, 7 poduszek powietrznych, automatyczną klimatyzację, tempomat, czujniki parkowania z tyłu, kamerę cofania, czujnik zmierzchu i deszczu, 18-calowe felgi aluminiowe, elektrycznie regulowane i podgrzewane fotele z przodu oraz radio SYNC 2 z 8-calowym ekranem dotykowym i Bluetooth.

Ranger Wildtrack to najdroższy model w zestawieniu. Kosztuje o ponad 9 tysięcy złotych więcej od Mitsubishi, przeszło 14 tysięcy złotych więcej niż D-Max i około 26 tysięcy więcej od Fullbacka. Droższy nie znaczy lepiej wyposażony. Dla przykładu za równie szeroki pakiet systemów bezpieczeństwa jak w Toyocie Hilux, w Fordzie trzeba jeszcze dopłacić 4,5 tysiąca złotych.

Ranger waży 2049 kilogramów. Jako że model jest napędzany 160-konnym dieslem o pojemności 2,2 litra, poradzi sobie z przyczepą o masie 2500 lub 3500 kilogramów (w zależności od modelu) oraz ładunkiem o masie 1151 kilogramów. Przestrzeń załadunkowa ma wymiary 1615/1560/511 mm.

UI TFI: Polska giełda odzyskuje siły. Wzrosty mogą być kontynuowane w 2017 r.

Robert Burdach, zarządzający funduszami akcji Union Investment TFI
Robert Burdach, zarządzający funduszami akcji Union Investment TFI

Odkąd wiemy, kto będzie nowym prezydentem USA, na światowych rynkach akcji zapanowały optymistyczne nastroje. W Polsce od kilku tygodni szczególnie dobrze radzi sobie indeks WIG20, ale również banki notowane w indeksie mWIG40 odrobiły część tegorocznych spadków. Warto dodać, że najlepsze fundusze akcyjne, które inwestują na warszawskiej giełdzie, wypracowały w tym roku dwucyfrowe stopy zwrotu. I co ważne – nie ma przesłanek za tym, żeby sytuacja na GPW miała gwałtownie się pogorszyć. Oczywiście przy założeniu, że ryzyko polityczne w Polsce nie będzie się zwiększało.

W scenariuszu bazowym zakładamy, że OFE przekażą do Funduszu Rezerwy Demograficznej 25% swoich aktywów, a reszta środków zgromadzona w II filarze pozostanie na rynku kapitałowym. W takim przypadku  trend obserwowany na polskim rynku akcji może być kontynuowany. Rzecz jasna, że im lepsza będzie końcówka tego roku, tym bardziej zmniejszy się potencjał wzrostowy przyszłym w roku.

Widzimy dużą szansę na to, że w 2017 roku warszawska giełda w końcu zacznie zachowywać się  porównywalnie do rynków zagranicznych. Byłby to duży zwrot w porównaniu do lat ubiegłych, kiedy WIG wykazywał wyraźną słabość w stosunku do niemieckiego indeksu DAX czy amerykańskiego S&P500. To jak najbardziej możliwe, bo ceny akcji wielu polskich spółek wciąż są relatywnie niskie i istnieje przestrzeń do wzrostów na GPW. Skłaniamy się jednocześnie ku poglądowi, że w nachodzącym roku „misie” mogą nie być już tak silne na tle spółek z WIG20.

Rekordowe transakcje w sektorze centrów outletowych w Europie

Z najnowszych danych międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield wynika, że z perspektywy inwestorów i sieci handlowych sektor centrów wyprzedażowych w Europie wkroczył w fazę dojrzałą. Świadczą o tym dwie transakcje sprzedaży zawarte jednocześnie przez fundusz IRUS European Retail Property Fund.

Przedmiotem sprzedaży było 10 centrów za kwotę 1,28 mld euro. Była to także największa transakcja na europejskim rynku nieruchomości handlowych w 2016 roku.

Właścicielem i zarządcą funduszu IRUS, jednego z największych paneuropejskich funduszy inwestycyjnych reprezentujących kapitał prywatny na rynku nieruchomości i posiadającego łącznie 11 centrów wyprzedażowych, jest Grupa NEINVER.

W jednej z transakcji firma Cushman & Wakefield doradzała TH Real Estate przy zakupie sześciu centrów outletowych w Hiszpanii, Polsce i we Włoszech za ponad 700 mln euro w imieniu spółki joint venture utworzonej przez NEINVER oraz TIAA.

Z kolei spółka VIA Outlets (ustanowiona przez Hammerson, APG, Meyer Bergman i Value Retail) dokonała zakupu czterech centrów outletowych na terenie Europy zlokalizowanych w pobliżu dużych miast w Niemczech, Portugalii, Hiszpanii i Polsce. Łączna wartość brutto przejmowanych aktywów wyniosła 587 mln euro (502 mln funtów).

Według danych firmy Cushman & Wakefield była to nie tylko jedna z największych transakcji we wszystkich sektorach nieruchomości bieżącego roku, lecz także w ciągu jednego dnia przekroczyła pod względem wartości łączny wolumen transakcji inwestycyjnych w segmencie centrów outletowych za cały 2015 r. Transakcje zostały uzgodnione w warunkach bezprecedensowego popytu wśród inwestorów na tego typu obiekty handlowe, które w ostatnich latach odnotowują fenomenalne wyniki.

Paweł Partyka, Associate, Dział Rynków Kapitałowych w firmie Cushman & Wakefield
Paweł Partyka, Associate, Dział Rynków Kapitałowych w firmie Cushman & Wakefield

– Rynek centrów wyprzedażowych w Polsce podąża za trendami obserwowanymi w całej Europie zarówno pod względem coraz lepszych wyników, jak i kompresji stóp kapitalizacji. Obiekty prowadzone przez profesjonalnych operatorów stały się atrakcyjnym produktem inwestycyjnym i cieszą się dużym zainteresowaniem inwestorów, w tym reprezentujących kapitał core. Sklepy znanych projektantów w centrach wyprzedażowych oferują marki premium, które w tradycyjnych centrach handlowych byłyby poza zasięgiem wielu Polaków. Przyszłość tego sektora napawa optymizmem zważywszy na rosnącą siłę nabywczą konsumentów i wchodzenie na polski rynek centrów outletowych kolejnych marek z segmentu premium – mówi Paweł Partyka, Associate, Dział Rynków Kapitałowych w firmie Cushman & Wakefield.

Rosnąca popularność centrów wyprzedażowych wśród inwestorów instytucjonalnych wynika z kompresji stóp kapitalizacji na rynku tradycyjnych nieruchomości handlowych. Różnice pomiędzy stopami kapitalizacji dla tradycyjnych obiektów handlowych i centrów outletowych w Europie szybko się zmniejszyły w minionym roku i mogą dalej się zmniejszać.

Z badań firmy Cushman & Wakefield wynika, że w ostatnich pięciu latach zasoby powierzchni w centrach outletowych rosły w tempie 6,4% rocznie – prawie dwukrotnie szybciej niż w tradycyjnych centrach handlowych. Wynika to z rosnącego zainteresowania inwestorów i sieci handlowych tym segmentem rynku, który wcześniej uważano za niszowy. Ponadto wartość sprzedaży w europejskich centrach wyprzedażowych rosła w ostatnich trzech latach o ok. 8% rocznie, a czynsze w minionych 12 miesiącach wzrosły o ponad 10%.

Patrycja Dzikowska, Associate Director w Dziale Doradztwa i Analiz Rynkowych Cushman & Wakefield
Patrycja Dzikowska, Associate Director w Dziale Doradztwa i Analiz Rynkowych Cushman & Wakefield

– Centra wyprzedażowe w Polsce, od chwili debiutu tego formatu na rynku, zyskały ogromną popularność wśród klientów. Polscy konsumenci cenią sobie jakość oferty, ale pomimo stale rosnącej zasobności portfeli, nadal są bardzo wrażliwi na czynnik „ceny”. Zwłaszcza w ciągu ostatnich 3-5 lat wzrosty obrotów i odwiedzalności centów wyprzedażowych potwierdzają ich wzrastającą popularność. Sukcesy tego formatu na największych rynkach w Polsce przekonały deweloperów do wejścia na mniejsze rynki regionalne (np. Lublin, Białystok), gdzie stosunek ceny do jakości odgrywa jeszcze większą rolę wśród konsumentów. W odróżnieniu od bardziej rozwiniętych rynków Europy Zachodniej, dotychczas nie powstał obiekt dedykowany markom wyższego segmentu cenowego, choć operatorzy handlowi segmentu premium zaczynają być obecni w zestawie najemców centrów wyprzedażowych – powiedziała, Patrycja Dzikowska, Associate Director w Dziale Doradztwa i Analiz Rynkowych Cushman & Wakefield.

Za ten wzrost odpowiadają głównie operatorzy i deweloperzy inwestujący w podniesienie jakości i zwiększenie atrakcyjności centrów outletowych w ostatnich 10 latach. Dodatkowo sieci znanych projektantów nie obawiają się już rozmycia marki i akceptują centra outletowe jako odpowiedni kanał dystrybucji nadwyżki towarów, dzięki czemu rozbudowują bazę klientów. Ponadto szybki wzrost czynszów w popularnych lokalizacjach skłania deweloperów do uznania tego rodzaju obiektów za nowe kanały handlu.

Najnowsze dane dotyczące sektora centrów wyprzedażowych wskazują na wzrost sprzedaży od początku roku do trzeciego kwartału na poziomie ok. 4% z powierzchni zajmowanej oraz wzrost obrotów o prawie 7% w wyniku powiększenia powierzchni handlowej. W okresie przedświątecznym centra outletowe mogą liczyć na dobre wyniki sprzedaży, a obecne wahania kursów walut mogą dodatkowo przyczynić się do oczekiwanego wzrostu w niektórych lokalizacjach.

W opinii działu wycen i doradztwa firmy Cushman & Wakefield, który odpowiada za wycenę 75% centrów wyprzedażowych w Europie, ten sektor rynku został uznany obecnie za pełnoprawny. W ostatnich pięciu latach czynsze w tym sektorze uzależnione od wyników sprzedaży rosły szybciej niż czynsze rynkowe w przypadku tradycyjnych nieruchomości. To z kolei zachęca deweloperów do realizacji kolejnych inwestycji w tym segmencie rynku.

Richard Ching, Partner, dział wycen centrów outletowych w firmie Cushman & Wakefield, powiedział: „Sektor centrów wyprzedażowych w Europie wszedł w fazę dojrzałą i nie jest już uważany za specjalistyczny rynek niszowy. Świadczą o tym najnowsze transakcje, które są istotne pod każdym względem. W ostatnich trzech latach przychody ze sprzedaży rosły o 8% rocznie, czyli w tempie rzadko spotykanym w innych sektorach. Świadczy to o rosnącym zainteresowaniu danymi dotyczącymi wyników całego rynku. Analiza samego rynku centrów outletowych w okresie minionych trzech lat wskazuje na wyjątkowy wzrost tego sektora i jego rosnącą akceptację na poziomie instytucjonalnym.

Z sektorem tym wiążą się pewnego rodzaju ryzyka. Debiutanci na rynku powinni nawiązywać współpracę z operatorami centrów o silnej pozycji. Wobec ograniczonej podaży i coraz większego zainteresowania tym sektorem wśród inwestorów gracze rynkowi, którzy dysponują dokładnymi informacjami na temat rynku i planem operacyjnym pozwalającym minimalizować ryzyko, będą w stanie najlepiej wykorzystać obserwowane wyjątkowe wzrosty”.

Karol Patynowski Dyrektorem ds. Rynków Regionalnych w JLL

„Nasza firma jest obecna na rynkach poza Warszawą od ponad 15 lat – działamy w 13 najważniejszych miastach w Polsce, oferując klientom kompleksowe usługi związane z wynajmem powierzchni biurowych. Nominacja Karola Patynowskiego na stanowisko Dyrektora ds. Rynków Regionalnych nie tylko wzmocni nasze biura w regionach, ale przede wszystkim pozwoli na lepszą koordynację i obsługę firm poszukujących nowoczesnych biur w całej Polsce”, mówi Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy w JLL.

Karol Patynowski posiada prawie 10 lat doświadczenia na rynku nieruchomości komercyjnych, w obszarze doradztwa na rzecz firm poszukujących powierzchni biurowej. Odpowiada za prowadzenie projektów dla klientów korporacyjnych spółki i świadczy usługi związane z przygotowaniem i wdrożeniem strategii najmu oraz negocjacjami warunków komercyjnych. Współpracował z wiodącymi globalnymi markami, takimi jak m.in. Accenture, The Boston Consulting Group, Cisco, Eurobank, Honeywell, KPMG, McKinsey, Play, Philips, P&G, Samsung, Unit4, IMS Health czy Wolters Kluwer.

Do jego nowych obowiązków należeć będzie obsługa już obecnych i pozyskiwanie nowych klientów na głównych rynkach regionalnych w Polsce, tj. w Katowicach, Krakowie, Łodzi, Poznaniu, Trójmieście, Wrocławiu, a także wprowadzanie nowych firm na rynki wschodzące w takich miastach jak Białystok, Bydgoszcz, Elbląg, Lublin, Rzeszów, Szczecin czy Toruń. Karol Patynowski będzie również blisko współpracował z władzami miast i innymi jednostkami rządowymi i samorządowymi, a także organizacjami biznesowymi oraz inwestorami.

Jego obszary specjalizacji to doradztwo po stronie najemcy – w obszarze poszukiwania i wyboru nowych powierzchni biurowych, renegocjacji oraz planowania rozwoju portfela nieruchomości. Karol Patynowski aktywnie współpracuje z sektorem nowoczesnych usług dla biznesu. Przed dołączeniem do zespołu JLL realizował projekty doradcze z zakresu koordynacji procesów inwestycyjnych w Invest in Poland (Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych).

„Najemcy mają coraz bardziej specyficzne oczekiwania, potrzebują profesjonalnego doradztwa ds. lokalizacji oraz opracowywania strategii miejsca pracy. Przygotowaliśmy specjalny pakiet usług zarówno dla firm, które są już obecne w Polsce i szukają nowych lokalizacji, jak i dla tych, które dopiero wchodzą na polski rynek” – dodaje Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych JLL.

Producenci cydru walczą z ograniczeniami prawnymi i konkurencją

Producenci cydru muszą mierzyć się z wieloma ograniczeniami. Brak możliwości reklamy czy niewielka możliwość modyfikacji składu nie pozwala im na budowanie przewagi konkurencyjnej na rynku alkoholi lekkich. To jednak może się zmienić, ponieważ w świetle najnowszych badań Polacy nie tylko wybierają cydr, ale także optują za jego reklamą.

Rynek cydru jest bardzo młody, często wiec staje się obiektem spekulacji i przewidywań. Jeszcze trzy lata temu zapowiadano niezachwiany wzrost sprzedaży tej kategorii produktów. Teraz widzimy, że tak jak wiele innych kategorii alkoholu, także cydr musi mierzyć się z przeciwnościami, takimi jak niekorzystne ustawodawstwo czy silna konkurencja rynkowa. Najwięksi gracze mówią nawet o wyhamowaniu dynamiki wzrostu rynku, co przekłada się na ich gorsze wyniki sprzedaży. – Cydr wciąż jest najprężniej rozwijającą się kategorią wśród alkoholi niskoprocentowych, a eksperci z Polskiej Rady Winiarstwa szacują docelowy wolumen rynkowy na 90 mln litrów. Przy 15 mln litrów sprzedanych w 2015 r. oznacza to, że jeszcze przez kilka lat będziemy mieli do czynienia z korzystnymi warunkami rozwoju dla branży – mówi Robert Sieradzki, prezes zarządu Cydrownia S.A. realizującej crowdfundingową Akcję Cydr.

Cydr a piwo niczym Dawid z Goliatem

W chwili obecnej piwo jest niezaprzeczalnym hegemonem na rynku.  Składają się na to nie tylko preferencje smakowe konsumentów, ale przede wszystkim ułatwienia prawne, pozwalające producentom piwa na dominację na rynku alkoholi lekkich. Skład piwa nie jest dokładnie określony w ustawie, co pozwoliło na dynamiczny rozwój tzw. „piwnej rewolucji”. Dzięki niej konsumenci są co roku „zalewani” różnymi typami i smakami piw. Producenci cydrów nie mogą pozwolić sobie na produkcję tak różnorodnego asortymentu, ponieważ przez ścisłe ustawodawstwo, mogą poruszać się tylko w sferze ograniczonej przepisami. Ustawa reguluje np. możliwą, maksymalną zawartość alkoholu oraz ogranicza dodatki, jakie mogą być użyte w procesie produkcji. Drugą istotną kwestią jest brak możliwości reklamy alkoholu, co jest konsekwencją przepisów dotyczących wychowania w trzeźwości i przeciwdziałania alkoholizmowi. Piwo, które często posiada wyższą zawartość alkoholu i stoi koło cydru na sklepowych półkach, jest jedynym wyjątkiem od tej reguły, który z ograniczeniami może być reklamowany w godzinach 20:00 – 6:00.

Wobec tak wyraźnej przewagi, optymizmem napawają wyniki badania przeprowadzonego w 2014 roku na zlecenie Krajowej Unii Producentów Soków. Zgodnie z jego wynikami, Polacy widzą w cydrze zamiennik innych alkoholi. Dla 57 proc. badanych cydr jest zamiennikiem piwa smakowego. Dla ponad połowy konsumentów cydr stanowi zamiennik wina. Z kolei prawie 40 proc. respondentów stawia cydr na równi z drinkami na bazie wódki.

Polska na arenie międzynarodowej

Przez brak historycznie uwarunkowanej kultury picia cydru, nasz naród, póki co, nie może konkurować z takimi krajami jak Anglia, gdzie cydr jest popularnym napojem od setek lat. Jednak już teraz warto spojrzeć na rynek z szerszej, niż krajowa, perspektywy, ponieważ Polska, dzięki mocnemu zapleczu w postaci produkcji jabłek, wyrasta na lidera swojego regionu. – Jak wynika z badań Euromonitor International, już w 2014 roku staliśmy się jednym z ważniejszych graczy na rynku Europy Wschodniej, odpowiadając za 14 proc. produkcji. Rok później więcej niż co piąty cydr (22 proc.) był produkowany w naszym kraju. Prognozy w tym temacie są również bardzo optymistyczne, ponieważ, według prognoz Euromonitor International, do 2020 r. Polska ma stać się niekwestionowanym dominatorem, odpowiadającym za około 60 proc. sprzedaży w regionie. Takie przewidywania sprzyjają polskim producentom i oznaczają możliwość wykreowania silnej, polskiej marki, która nie będzie ograniczać się do granic kraju, ale aktywnie spróbuje swoich sił za granicą.

Społeczne przyzwolenie kluczem do zmiany

Zanim jednak producenci będą mogli cieszyć się z dobrych wyników, czeka ich wiele pracy. Przede wszystkim ich działania powinny skupić się na przekonaniu rządzących do umożliwienia im promowania marki, a wraz z nią – kultury picia cydru w naszym kraju. W sukurs cydrownikom mogą przyjść konsumenci. Najnowsze badania, przeprowadzone w październiku 2016 r. przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych na zlecenie Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa, pokazują, że 62 proc. Polaków popiera możliwość reklamy wyrobów winiarskich, takich jak wina, miody pitne czy cydry. W tym samym badaniu reklama piwa spotkała się z poparciem na poziomie 56 proc. Piwo miało też o 7 proc. więcej głosów zdecydowanie przeciwnych jego reklamie. Oznacza to, że Polacy stali się świadomymi konsumentami. Ponad połowa z nich opowiedziała się za zezwoleniem na promocję kultury spożycia alkoholu w mediach. Do tej pory producenci cydru musieli uciekać się do niestandardowych form marketingu. Przykładem może być #AkcjaCydr, czyli trwająca obecnie zbiórka crowdfundingowa mająca na celu promocję polskiego cydru i budowanie społeczności miłośników tego trunku.

Przyszłość spod znaku jabłka

Nadchodzący czas z pewnością przyniesie wiele zmian. Polacy coraz częściej sięgają po alkohole z kategorii premium. W połączeniu z korzystniejszym ustawodawstwem, może to spowodować większe rozdrobnienie rynku, w którym udział będą mieli mniejsi producenci, wytwarzający alkohol rzemieślniczo. Oprócz tego na pewno będziemy mieli do czynienia z wieloma nowościami. Choć nie mogą być one nazywane oficjalnie cydrami, to producenci starają się ubogacić nimi swoją ofertę. W sklepach pojawiają się wersje gruszkowe, śliwkowe a ostatnio – grzańce.