Elektorzy wybrali prezydenta. Ataki terrorystyczne

Zgodnie z oczekiwaniami, aczkolwiek nie jednomyślnie elektorzy wybrali Donalda Trumpa na prezydenta USA. Ataki terrorystyczne w Europie. Kwota ugody z Credit Suisse. Dobre dane z Polski.

Donald Trump prezydentem USA

Wczoraj zgodnie z oczekiwaniami Donald Trump został wybrany na prezydenta USA. Nie obyło się oczywiście bez głosów protestu wśród samych elektorów. Część z nich oddawała głosy na innych kandydatów. Głosów rozłamowych było jednak zbyt mało by uniemożliwić kandydatowi Partii Republikańskiej objęcie urzędu. Widząc, że wszystko odbywa się zgodnie z oczekiwaniami inwestorzy przychylniej spojrzeli na dolara. W rezultacie najważniejsza para walutowa świata EUR/USD ponownie przebiła 1,04 a dyskusje o momencie zrównania kursu dolara z euro wciąż trwają.

Ataki terrorystyczne w Niemczech i Turcji

Wczoraj doszło do dwóch aktów terrorystycznych. Zabójstwo ambasadora Rosji w Ankarze oraz kolejny zamach z wykorzystaniem rozpędzonej ciężarówki, tym razem w Berlinie spowodowały, że inwestorzy na giełdach stracili optymizm. Nie było zatem długo oczekiwanego szczytu na 20 000 punktów na Dow Jones. Co ciekawe wpływ tych wydarzeń na waluty ograniczył się tylko do umocnienia się franka szwajcarskiego i to pomimo strzelaniny w meczecie w Zurychu. W rezultacie kredytobiorcy frankowi znów widzą franka w okolicach 4,13 zł.

Kolejna gigantyczna kara dla banku

Credit Suisse otrzymał propozycję od amerykańskiego departamentu sprawiedliwości. Jest to 5-7 miliardów dolarów kary za sprzedaż aktywów opartych na kredytach hipotecznych przed 2008 rokiem. To znacznie więcej niż oczekiwane przez bank 2 miliardy, na które utworzono rezerwę “kosztów prawnych”. Historycznie większość banków istotnie zbijała koszty ugody, więc i tutaj prawdopodobnie finalna kwota będzie niższa.

Dobre dane z Polski

Są takie informacje, które z niewiadomych powodów nie są nagłaśniane. W ciągu roku produkcja przemysłowa w Polsce wzrosła o 3,3%, to o 1,5% lepiej od oczekiwań. Sprzedaż detaliczna wzrosła z kolei o 6,6% to o 1,6% lepiej od przewidywań analityków. Dane te natrafiły na ciężki moment, ale są to z pewnością dobre informacje, które w dłuższym okresie powinny umacniać złotówkę.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

  • 12:00 – Wielka Brytania – sprzedaż detaliczna wg. CBI,
  • 14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Rekordowa transakcja na NewConnect: Cloud Technologies kupuje Imagine The Future za 320 mln zł

Cloud Technologies robi kolejny krok w kierunku podbicia zagranicznych rynków. W tym celu notowana na NewConnect spółka przejmuje działającą w 36 krajach agencję nowych technologii. Transakcja ma ułatwić polskiej spółce m.in. sprzedaż opracowanego przez firmę UnBlocka. To pierwsze na świecie rozwiązanie umożliwiające wydawcom oraz reklamodawcom wyświetlanie reklam online, mimo zainstalowanych w przeglądarkach adblockerów.

Rekordowa transakcja

Cloud Technologies to jedna z najszybciej rozwijających się firm z branży nowych technologii, specjalizująca się w Big Data marketingu. W ciągu ostatnich trzech lat kurs jej akcji wzrósł z niecałych 2 zł do ponad 100 zł i mimo zawirowań na warszawskiej giełdzie – jest wyjątkowo stabilny. Choć przychody systematycznie rosną z kwartału na kwartał, to zarząd spółki wciąż dąży do zwiększenia skali biznesu.

Rada Nadzorcza Cloud Technologies podjęła uchwałę w sprawie wyrażenia zgody na nabycie 100% akcji międzynarodowej agencji nowych technologii Imagine The Future, należącej do funduszu inwestycyjnego PERPETUM 10, który inwestuje w spółki technologiczne m.in w RTB House. Ma ona przyspieszyć rozwój spółki i ułatwić jej ekspansję za granicą.

Imagine The Future to agencja świadcząca usługi w zakresie marketingu efektywnościowego, wykorzystująca w swoich kampaniach wiele kanałów komunikacji on-line. Działa na 36 rynkach na całym świecie, blisko 95% kampanii reklamowych realizuje poza Polską, pracuje dla niej obecnie około 80 osób.

Imagine The Future ma na swoim koncie ponad 45 tys. zrealizowanych kampanii reklamowych. Według prognoz, w 2016 roku jej przychody ze sprzedaży mają sięgnąć ponad 90 mln zł, a EBITDA wynieść ponad 20 mln zł. Natomiast w 2017 r. ma osiągnąć 110 mln zł przychodów ze sprzedaży i 40 mln zł zysku netto, w 2018 r. powinno być to odpowiednio 130 mln zł oraz 50 mln zł. To tłumaczy wysoką wartość transakcji, która wynosi 320 mln zł.

Cloud Technologies planuje sfinansować ją częściowo ze środków własnych – przewiduje na to nie mniej niż 20 mln zł, nie więcej niż 80 mln zł zostanie sfinansowanych przy pomocy kredytu lub emisji obligacji. Pozostała część ma zostać pokryta poprzez emisję 2.200.000 akcji po cenie emisyjnej 100 zł, skierowanej wyłącznie do właściciela przejmowanej spółki. Struktura planowanej transakcji przewiduje zabezpieczenie interesów Spółki na wypadek nieosiągnięcia celów biznesowych.

Cloud Technologies liczy na zagranicę

Po co Cloud Technologies, firmie dostarczającej dane o zainteresowaniach internautów, agencja nowych technologii? Rynek reklamy on-line rośnie bardzo dynamicznie. Dobrze pokazują to choćby wyniki Imagine The Future. W 2014 r. agencja realizowała średnio 488 kampanii reklamowych miesięcznie, w bieżącym już ponad 4-krotnie więcej.

Według danych IAB Polska/PwC AdEx, wartość polskiego rynku reklamy on-line wyniosła w ubiegłym roku 3,2 mld zł. W tym roku ma sięgnąć już co najmniej 3,6 mld zł. To już niemal tyle, ile wynosi wartość rynku reklamy telewizyjnej. Za granicą te liczby robią jeszcze większe wrażenie, a Cloud Technologies ma rozwiązania, które mają szansę dobrze się tam sprzedać. Spółka jest operatorem największej hurtowni danych w Europie, gromadzącej informacje o zainteresowaniach internautów, jest także twórcą UnBlocka, systemu emisji reklamy internetowej, który pozwala na wyświetlanie reklam mimo stosowania przez internautów adblockerów, czyli wtyczek do przeglądarek internetowych, blokujących reklamy on-line. Dzięki przejęciu Imagine The Future spółka istotnie rozszerzy sieć sprzedaży swoich rozwiązań.

– Transakcja w dużym stopniu ułatwi nam dostęp do zagranicznych rynków i umożliwi poszerzenie kanałów dystrybucji naszych produktów i usług bez konieczności budowania struktur na miejscu od podstaw – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies – Przejęcie agencji da nam możliwość wdrażania naszych rozwiązań u kilkuset międzynarodowych partnerów Imagine The Future. To z jednej strony UnBlock, na którego sprzedaż bardzo liczymy za granicą, z drugiej dane o zainteresowaniach internautów w sieci, które są paliwem dla rynku reklamy. Warto również zwrócić uwagę na to, że cena danych o zainteresowaniach internautów w Europie Zachodniej jest o wiele wyższa niż np. w Polsce – dodaje Piotr Prajsnar.

Ponad trzykrotny wzrost przychodów

Cloud Technologies bierze na celownik rynki, na których najczęściej blokuje się reklamy. A tam właśnie sprzedaje kampanie reklamowe Imagine The Future. Mowa m.in. o rynku szwedzkim czy francuskim, gdzie blokowanych jest około 30% treści reklamowych. Ale nie tylko.

Właściwie w całej Europie Zachodniej zjawisko blokowania reklam jest powszechne i widzimy tam duży potencjał sprzedaży naszego rozwiązania. Jest tam również duże zapotrzebowanie na dane na temat zainteresowań internautów, a nikt w Europie nie gromadzi i nie analizuje ich więcej niż my – mówi Piotr Prajsnar, którego firma przetwarza już blisko 4 mld profili internautów i jest największą hurtownią Big Data na Starym Kontynencie.

To nie jedyne korzyści jakie zarząd spółki dostrzega we włączeniu agencji w struktury grupy kapitałowej Cloud Technologies. Transakcja pozwoli spółce poszerzyć zakres kompetencji i jakość świadczonych usług.

– Jesteśmy przede wszystkim dostawcą technologii oraz danych. W wyniku transakcji będziemy w stanie zaoferować bardziej kompleksowe usługi oraz szersze wsparcie dla naszych klientów na rynku reklamy internetowej – przekonuje Piotr Prajsnar.

Po przejęciu grupa kapitałowa Cloud Technologies stanie się jednym z największych podmiotów z branży marketingu internetowego, notowanych na parkietach Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. W ocenie zarządu spółki transakcja pozwoli nie tylko rozszerzyć zakres usług, ale także zwiększyć poziom marży w podstawowym obszarze działalności.

W ciągu 3 kwartałów tego roku Cloud Technologies wypracowała 32,42 mln zł przychodów ze sprzedaży oraz 12,95 mln zł zysku netto. Oznacza to wzrost odpowiednio o 39,92% i 22,98% w ujęciu rocznym.

Pierwsze podsumowanie roku na rynku nieruchomości w Polsce i za granicą

Agata Stradomska, REMAX Polska
Agata Stradomska, REMAX Polska

Ostatnie miesiące roku to czas pierwszych podsumowań – także na rynku nieruchomości. Zarówno w Polsce, jak i w Stanach Zjednoczonych widoczne są wzrosty sprzedaży. Co trzeba wiedzieć o tendencjach sprzedażowych na rynku nieruchomości w 2016 roku?

Liczba mieszkań w Polsce stale się zwiększa. W okresie od stycznia do października 2016 r. oddano ich do użytkowania o ponad 9 proc. więcej, niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.  Wzrosła również liczba rozpoczętych inwestycji.

Z kolei w Stanach Zjednoczonych wystąpił deficyt wystawianych na sprzedaż nieruchomości mieszkaniowych. Od 13 miesięcy można obserwować dwucyfrowe spadki liczby ofert w porównaniu do analogicznego okresu minionego roku. Równocześnie odnotowywane są wzrosty sprzedaży na tym rynku, co nieuchronnie prowadzi do wyższych cen transakcyjnych.

Jakie inne zmiany zaszły na rynku nieruchomości w 2016 roku? Poniższa analiza ostatnich dziesięciu miesięcy na rynku mieszkaniowym została przygotowana przez Agatę Stradomską z RE/MAX Polska na podstawie globalnych raportów sieci nieruchomości RE/MAX oraz danych Głównego Urzędu Statystycznego i Narodowego Banku Polskiego.

Rynek nieruchomości w Polsce

W okresie styczeń-październik 2016 roku oddano do użytkowania o 9,2 proc. więcej nowych mieszkań niż w analogicznym okresie w ubiegłym roku. O ponad 10 proc. wzrosła również liczba nieruchomości, których budowę rozpoczęto, otrzymały pozwolenie na budowę lub dopiero zgłoszono ich projekt budowlany.

W naszym kraju widoczna jest dominacja kilku regionów, gdzie obroty i liczba przeprowadzanych transakcji stanowią wartość 50 proc. ogólnej sprzedaży. Najczęściej kupujemy nieruchomości w województwach: mazowieckim, dolnośląskim, wielkopolskim, śląskim i małopolskim. Przewaga tych regionów wynika z m.in. dużej liczby mieszkańców na tych obszarach, atrakcyjnego rynku pracy i walorów inwestycyjnych. W latach 2014 i 2015 miały miejsce wzrosty cen nieruchomości, ale obecny rok wykazuje już niewielką tendencję spadkową wartości mieszkań.

Na podstawie analizy raportów można stwierdzić, że na rynku pierwotnym zazwyczaj kupowane są mieszkania o większym metrażu, a na rynku wtórnym lokale z większą liczbą pomieszczeń. Takie preferencje wynikają m.in. z różnic w ich układzie. W nowym budownictwie powierzchnie pokoi są większe, a kuchnie zdecydowanie częściej znajdują się w aneksie. Inaczej jest w starszych lokalach, w których kuchnie są najczęściej osobnymi pomieszczeniami. Przeciętny budżet na mieszkanie kupowane na rynku wtórnym jest o blisko 100 tys. mniejszy niż na rynku pierwotnym. Wszystko to wskazuje, że na rynek wtórny swoje kroki kierują osoby potrzebujące mieszkań tańszych, zapewniających funkcjonalność na mniejszych metrażach.

Wciąż mamy niedobory mieszkaniowe, co pokazuje wysoki wskaźnik liczby osób zamieszkujących jedno mieszkanie oraz stosunkowo niska powierzchnia mieszkania przypadająca na osobę w porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej.

Na rynku dostępnych jest coraz więcej lokali z rynku pierwotnego. Bieżący rok na rynku pierwotnym zapowiada się podobnie do lat 2008-2009, kiedy oddawano do użytkowania około 160 tys. nowych mieszkań. Wzrastająca liczba wydanych pozwoleń na budowę wskazuje, że znaczna podaż na rynku pierwotnym utrzyma się również w kolejnym roku.

Z drugiej strony deficyty mieszkaniowe są wynikiem nie tylko braku zasobu mieszkaniowego, ale przede wszystkim zależą od możliwości finansowych osób kupujących. Dlatego w najbliższych miesiącach można spodziewać się utrzymania wysokiego poziomu sprzedaży przy stabilnym poziomie cenowym lub nawet ich nieznacznej redukcji.

Rynek nieruchomości w Stanach Zjednoczonych

Na amerykańskim rynku mieszkań 2016 rok rozpoczął się bardzo dobrze. W styczniu sprzedaż lokali w porównaniu do analogicznego miesiąca w ubiegłym roku wzrosła o 6,3 proc. Średnia cena nieruchomości wynosiła wówczas ponad 200 tys. USD. W lutym sprzedaż mieszkań była większa o 4,8 proc. w porównaniu do lutego 2015 roku oraz o 5,8 proc. w zestawieniu ze styczniem bieżącego roku. Przeciętna cena lokalu wynosiła wówczas 198 tys. zł, co oznaczało spadek cen o ponad 2 tys. zł (w ujęciu styczeń-luty 2016).

Marzec był kolejnym miesiącem wzrostu sprzedaży nieruchomości, których odnotowano o 3,6 proc. więcej w porównaniu z analogicznym okresem w 2015 r. Jednak prawdziwy sezon zakupów na rynku mieszkaniowym rozpoczął się w kwietniu, o czym świadczy znacznie wyższy wskaźnik sprzedaży mieszkań (aż o 7,5 proc.) w zestawieniu z poprzedzającym miesiącem. W kolejnych wiosennych miesiącach 2016 roku średni wzrost wartości transakcji wyniósł 4,3 proc.

Pomimo rosnącej temperatury, po upalnym czerwcu, na amerykańskim rynku mieszkań i domów w lipcu nastąpiło lekkie ochłodzenie. W porównaniu z lipcem ubiegłego roku ceny spadły o 8,8 proc., a w zestawieniu z czerwcem 2016 r. o 13,1 proc. Jest to duża różnica, tym bardziej, że w okresie ostatnich 7 lat przeciętny spadek cen w lipcu w porównaniu z czerwcem wynosił 8,2 proc. Sytuacja nieco poprawiła się w sierpniu, kiedy to nastąpił wzrost sprzedaży o 2,8 proc. w stosunku miesiąc do miesiąca, a średnia cena nieruchomości wyniosła 225 900 USD.

Pomimo tego, że we wrześniu zanotowano spadek sprzedaży nieruchomości w porównaniu do sierpnia (o 11,7 proc.), w odniesieniu do analogicznego miesiąca w 2015 r. ta wartość wzrosła aż o 2 proc. To najlepszy wynik osiągnięty w tym miesiącu na rynku w Stanach Zjednoczonych od 9 lat. Z kolei w październiku odnotowano spadki wartości cen nieruchomości. Średnia cena sprzedaży lokali była wyższa o 8,3 proc. w porównaniu do analogicznego miesiąca w 2015 r., a o 1,6 proc. niższa w stosunku do poprzedniego miesiąca i wyniosła 216 500 USD. Podobnie jak w poprzednich miesiącach, podaż mieszkań i domów utrzymywała się na niskim poziomie.

Na amerykańskim rynku obserwujemy również, że czas potrzebny na sprzedaż nieruchomości od jej wystawienia na rynku do sprzedaży zdecydowanie się skrócił. W czwartym kwartale 2015 r. nieruchomości sprzedawały się w czasie 62-67 dni, podczas gdy w ostatnich 3 miesiącach 54-58 dni wystarczyło, aby znaleźć nabywcę.

Sytuacja mieszkaniowa na rynkach nieruchomości w minionych dziesięciu miesiącach 2016 roku była stabilna, jednak w poszczególnych okresach można było zauważyć zmiany wynikające choćby z sezonowości – odnosi się to zarówno do rynku mieszkaniowego w Polsce, jak i w Stanach Zjednoczonych.

Szanse i zagrożenia dla rynku słodyczy w 2017 roku

W nadchodzącym roku producenci słodyczy będą musieli zmierzyć się z silną konkurencją zza wschodniej granicy oraz z postępującą stagnacją rynku. Czekają ich także zmiany w prawodawstwie europejskim, a w szczególności zapowiadane uwolnienie cen cukru. Do istotnych wyzwań można zaliczyć także rosnące oczekiwania konsumentów.

Rok 2016 nie był łaskawy dla rynku słodyczy, który musiał poradzić sobie z wieloma przeciwnościami. Nadchodzący rok przyniesie wprawdzie podobne problemy, ale też i nowe szanse. Producenci będą musieli zwracać coraz większą uwagę na światowe trendy, które są obecnie łatwo adaptowane przez rodzimych konsumentów.

Uwolnienie cen cukru wspomoże rodzimych cukierników

W 2017 r. producenci słodyczy w dalszym ciągu będą musieli radzić sobie z napływem towaru z Ukrainy. – Pomimo nieznacznej podwyżki cen, słodycze te w dalszym ciągu potrafią być o 30 do 40 proc. tańsze niż te produkowane w naszym kraju. Wynika to przede wszystkim z niższych cen surowców, głównie cukru, ale i tańszej siły roboczej – mówi Arkadiusz Drążek, dyrektor handlowy w firmie Brześć, będącej producentem słodyczy i przekąsek. Tymczasem ceny cukru w krajach Unii są regulowane, co miało zapewnić zbyt europejskim producentom cukru. Już teraz uderza to w najmniejszych, polskich producentów, którzy produkują słodycze głównie na rynek krajowy. Większe firmy również odczują negatywne skutki takiego stanu rzeczy, ponieważ niskie ceny, z którymi rodzime firmy nie są w stanie konkurować, na dłuższą metę psują rynek. Ukraińskie słodycze są bowiem zauważalnie niższej jakości niż polskie, a oprócz tego można w ich przypadku dostrzec nieprawidłowości np. w ich oznaczeniach. Ta sytuacja ulegnie zmianie 30 września 2017 r., ponieważ na ten dzień zaplanowane jest uwolnienie cen. Szacuje się, że dzięki temu europejskie firmy produkujące słodycze będą w stanie zaoszczędzić nawet 2 mld zł rocznie, bo tyle właśnie wynoszą różnice w obecnych cenach cukru.

Segment premium i „zdrowe” słodycze remedium na stagnację?

Rynek słodyczy rozwija się coraz mniej dynamicznie – obecnie jego wartość określa się na ok. 13 mld zł, z czego 50 proc. udziału mają wyroby czekoladowe. Przeciętny Polak spożywa rocznie 3 kg słodkich przekąsek, podczas gdy na jednego Niemca wypada ok. 9 kg łakoci. – Na stagnację z jednej strony ma wpływ stosunkowo trudna współpraca z sieciami handlowymi. Producenci słodyczy muszą mierzyć się z ciągłymi naciskami ze strony dużych sieci handlowych, dążących do jak największej obniżki cen produktów poprzez minimalizacje marż dostawców. Z drugiej strony mamy do czynienia ze zmianą zachowań konsumenckich i nawyków żywieniowych – mówi Arkadiusz Drążek z firmy Brześć. Przede wszystkim u Polaków można zauważyć rosnącą świadomość odnośnie zdrowego żywienia. W związku z tym, polscy producenci coraz częściej wprowadzają na rynek produkty oparte na naturalnych składnikach, bez sztucznych dodatków.

Wzbogacają je też zdrowymi dodatkami, jak np. nasiona. Popularność zdobywają także słodycze produkowane rzemieślniczo i na małą skalę. Polacy zwracają też coraz większą uwagę na jakość słodyczy, co przekłada się na rosnący trend premiumizacji marek. Producenci słodyczy stawiają na składniki lepszej jakości – w przypadku wyrobów czekoladowych może to być np. zwiększanie zawartości kakao bądź użycie wysokiej klasy ziaren kakaowca. W kolejnym roku można się więc spodziewać dalszej ekspansji „zdrowych” słodyczy oraz większej liczby marek premium.

Nowe kierunki są przyszłością polskiego eksportu

Obecnie wartość polskiego eksportu słodyczy szacuje się na ponad 1 mld euro i jak pokazują statystyki (wzrost eksportu o 10 proc. w stosunku do roku poprzedniego), wartość ta będzie sukcesywnie rosnąć. Poszukiwanie nowych rynków zbytu to kolejne remedium na stagnację i dużą konkurencję na rodzimym rynku. Dobre dane odnośnie eksportu słodyczy to w znacznej mierze efekt promocji polskich produktów zarówno w Europie, jak i poza jej granicami – choć i w tym temacie jest jeszcze wiele do zrobienia. Polscy producenci eksportują w dużej części słodycze pod marki własne zagranicznych sieci handlowych, konsumenci z innych krajów nie kojarzą więc jeszcze polskich marek słodyczy. Polskim wyrobom wciąż ciężko jest konkurować chociażby ze słodyczami belgijskimi, szwajcarskimi czy niemieckimi, które posiadają ugruntowaną pozycję w świadomości konsumentów. – Dobrym krokiem jest w tym kontekście zwiększająca się liczba polskich stoisk na najważniejszych, międzynarodowych targach słodyczy i przekąsek, z czego głównymi imprezami są targi ISM w Kolonii oraz targi Yummex Middle East w Dubaju. Budowanie relacji z zagranicznymi klientami, zwłaszcza tymi poza Europą, to duża szansa dla polskich producentów – dodaje Arkadiusz Drążek. Istnieje bowiem wiele krajów, do których Polska eksportuje, ale są to wartości znikome. Takim miejscem jest np. Afryka, ale także olbrzymi, kanadyjski rynek zbytu, w którym udział polskiego eksportu wynosi zaledwie 0,3 proc. wszystkich towarów importowanych z za granicy. Lukratywnym kierunkiem rozwoju jest też region MENA (Middle East and North Africa), którego wartość została wyceniona na 9 miliardów dolarów. Stanowi on obecnie jeden z najszybciej rozwijających się rynków słodyczy i przekąsek na świecie.

Jedna trzecia Polaków bierze pod uwagę politykę zwrotów i wymiany w sklepie

Polacy bardzo rzadko zwracają zakupione towary, ale wybierają sklepy, które wyraźnie komunikują taką możliwość i stosują liberalną politykę w tym zakresie.

Święta to szczyt sezonu zakupowego. Czy w tym czasie Polacy dokonują impulsywnych i nieprzemyślanych decyzji podczas wybierania miejsc w których kupują prezenty czy może zwracają uwagę na takie aspekty jak możliwość zwrotu czy wymiany towaru? Według badania kancelarii prawniczej Deloitte Legal co trzeci kupujący (29 proc.) bierze pod uwagę politykę zwrotów stosowaną przez dany sklep podczas świątecznych zakupów. Mimo to, aż 84 proc. respondentów nie zdarzyło się zwrócić prezentu. Badanie pokazało również, że aż co czwarty Polak miał przynajmniej raz problem ze zwrotem lub wymianą towaru przez utrudnienia ze strony sklepu. W kontekście zakupów istotna jest też planowana przez Komisję Europejską znacząca zmiana regulacji konsumenckich.

Jedna trzecia Polaków deklaruje, że podczas zakupów bierze pod uwagę politykę zwrotów stosowaną przez dany sklep. Nieco bardziej istotne jest to dla kobiet niż mężczyzn. Badanie Deloitte Legal pokazało również, że na politykę zwrotów zwracają szczególnie uwagę osoby młodsze – w przedziałach wiekowych od 25 do 34 i od 35 do 44 lat (odpowiednio 43 proc. i 41 proc), najmniej ważne jest to dla osób pomiędzy 55 a 64 rokiem życia (13 proc.).

„Co trzeci Polak podczas zakupów zwraca uwagę na politykę zwrotów i wymiany obowiązującą w danym sklepie. Jest to niższy odsetek niż w krajach Europy Zachodniej, jednak jest on dość wysoki biorąc pod uwagę wciąż zbyt małą świadomość swoich uprawnień.” – mówi Katarzyna Karasiewicz, radca prawny i partner w Deloitte Legal.

Zaledwie 16 proc. Polaków zdarzyło się oddać prezent, który otrzymali. Częściej robiły to osoby w przedziałach wiekowych 18-24 i 25-34 lat (odpowiednio 21 proc. i 24 proc.). Najrzadziej natomiast osoby powyżej 55 roku życia (8 proc.). Jak pokazało badanie Deloitte Legal, dochód netto i miejsce zamieszkania również mają wpływ na decyzje odnośnie zwrotu prezentu – żadna z osób, które zadeklarowały, że zarabiają 4 tys. zł netto i więcej nie zwróciła upominku, częściej robią to natomiast mieszkańcy dużych miast i metropolii (po 24 proc.) niż wsi (7 proc.). Aż co czwartemu z badanych zdarzyło się, że sklep utrudniał zwrot lub wymianę towaru. Co ciekawe, częściej spotykało to mężczyzn (29 proc.) niż kobiety (22 proc.).

Badanie Deloitte Legal pokazało również, że najbardziej zachęcającym czynnikiem do zakupów w danym sklepie jest dłuższy czas na dokonanie ewentualnego zwrotu niechcianego towaru – odpowiedziało tak aż 43 proc. respondentów. Natomiast najmniej ważny jest dla konsumentów brak konieczności posiadania paragonu, by zwrócić dany produkt.

Świadomość o możliwości zwrotu towaru, wpływa na decyzje zakupowe

Wyniki badania Deloitte Legal oraz plany Komisji Europejskiej w zakresie reformy prawa konsumenckiego, dotyczące m.in. regulaminów sklepów internetowych, pokazują, że konsumenci nie poświęcają zbyt wiele czasu i uwagi, by zaznajomić się ze swoimi uprawnieniami i zasadami korzystania z nich, w tym z zasadami zwrotu towarów. Jednocześnie to właśnie znajomość praw jakie przysługują konsumentowi w związku z daną transakcją oraz brak obaw dotyczących uciążliwości procedur, odgrywa znaczącą rolę podczas podejmowania decyzji o zakupie.

„Brak znajomości uprawnień przekłada się na posługiwanie się przez konsumentów schematami myślowymi, gdzie korzystanie ze swoich przywilejów jest równoznaczne z wysiłkiem, problemami i kosztami. Udostępnienie konsumentom krótkiej i prostej informacji o ich prawach, której lektura nie będzie stanowiła bariery psychologicznej może wpłynąć na zmniejszenie oporu konsumentów przy podejmowaniu decyzji o zakupie towaru w danym sklepie. To może być szczególnie istotne dla sklepów internetowych, wśród których widzimy ogromną konkurencję.” – zaznacza Katarzyna Karasiewicz.

Często, myśląc o zwrotach produktów, konsumenci przenoszą swoje doświadczenia związane z oddawaniem przedmiotów wadliwych reklamowanych w ramach gwarancji, na kwestie zwrotów dokonywanych w związku z uprawnieniem przyznanym dobrowolnie przez sprzedawcę. „Nawet w przypadku zwrotu towarów wadliwych, konsumenci rzadko kiedy rozróżniają procedurę reklamacji na podstawie gwarancji lub rękojmi, a co za tym idzie, kojarzy im się to z czymś trudnym i czasochłonnym, więc nie korzystają często z prawa zwrotu czy wymiany produktów uszkodzonych. W przypadku towarów, które nie są wadliwe, polscy konsumenci wciąż uznają prawo zwrotu – przyznane dobrowolnie przez sprzedawcę –  za rzadko spotykane udogodnienie. – stwierdza Katarzyna Karasiewicz.

Bardzo dobre wyniki niektórych graczy na rynku sklepów internetowych oferujących obuwie i odzież są dobrą ilustracją tego, że polscy konsumenci doceniają liberalną politykę zwrotów, szczególnie jeśli koszty zwrotów towaru są niewielkie lub wręcz pokrywane przez samego przedsiębiorcę.

Komisja Europejska ułatwia e-zakupy

W przyszłym roku  Komisja Europejska powinna przedstawić zapowiadany już rewolucyjny plan zmiany regulacji konsumenckich, w szczególności dotyczący działalności sklepów internetowych. Jednocześnie Komisja Europejska dąży do zniesienia tak zwanego blokowania geograficznego. Wejście w życie rozporządzenia dotyczącego geoblokad oraz potwierdzenie kierunku zmian w zakresie regulaminów sklepów internetowych powinno znacząco wpłynąć nie tylko na upowszechnienie dostępności produktów ofertowych przez sklepy internetowe, na ich ceny, ale też na otwartość konsumentów na korzystanie z usług zagranicznych sprzedawców internetowych . Z badania KE dotyczącego ograniczeń terytorialnych i blokowania geograficznego na rynku unijnym z 2016 r. wynika, że jedynie 15 proc. konsumentów w Unii dokonuje zakupów online od sprzedawców z zagranicy. Dane pokazują też, że aż 63 proc. sklepów internetowych stosuje blokady geograficzne, natomiast w przypadku sprzedawców z państw, które weszły do Unii Europejskiej po 2004 roku ten odsetek wynosi aż 84 proc. Dotyczy to zwłaszcza Czech, Słowacji, Węgier, Słowenii, Litwy, Łotwy, Estonii, Bułgarii, Rumunii, Chorwacji oraz Polski.

Słabość jedna bliska końca?

Nowy tydzień rozpoczynamy wzrostami na amerykańskim rynku – zarówno USD jak też akcyjnym. Spośród walut największe zmiany były w poniedziałek widoczne na funcie brytyjskim. Mieszane nastroje panowały wśród inwestorów rynku ropy.

Ostatni tydzień przed świętami rozpoczynamy nerwowo. Najpierw miało miejsce zabójstwo ambasadora Rosji w Turcji. Potem dowiedzieliśmy się, że w Berlinie dokonano zamachu terrorystycznego z wykorzystaniem polskiej ciężarówki. To w reakcji na to wydarzenie, wzrosty na amerykańskich giełdach były niższe niż się to zapowiadało w początkowej fazie sesji. Niestety ofiarą był również Polak, którego ciężarówkę wykorzystano w ataku.

Skoro mowa o Polsce to warto zwrócić uwagę na wczorajsze dane. Produkcja przemysłowa wzrosła o 3.3%, a sprzedaż detaliczna nie odnotowała takiego spadku jakiego się obawiano. Dzisiejszy poranek rozpoczynamy informacjami z Japonii, gdzie zakończyło się posiedzenie banku centralnego. Bank Japonii nie zmienił stóp procentowych ale lepiej ocenił perspektywy japońskiej gospodarki. Jen zareagował na to wydarzenie osłabieniem.

usdjpy20122016r

Na wykresie dziennym rynek USD/JPY dotarł do miejsca, które określiliśmy ostatnio jako miejsce docelowe. Są to okolice tuż pod poziomem 119.00. Dodatkowo, biegnie tu górne ograniczenie kanału wzrostowego. Jest to więc idealne miejsce na odpoczynek od wzrostów. Trudno jednak mówić o zakończeniu obecnego trendu – do tego potrzebne byłoby pokonanie linii na wykresie RSI, co czego wciąż daleko. Wsparcie mamy przy 114 i 111.

Sylwester Majewski

Forex-Desk

ZUS po raz kolejny sięgnie do kieszeni przedsiębiorców. Oskładkowanie umów o dzieło jest bliskie

Eksperci przewidują, że ustawodawca, zachęcony wysokimi wpływami ze składek nałożonych na umowy zlecenia, obciąży nimi również umowy o dzieło. W ten sposób zmniejszy braki w kasie ZUS-u. Zmiany mogą być przeprowadzone pod sztandarem przyszłego zabezpieczenia emerytalnego. W konsekwencji podrożeją ceny niektórych usług.

Wpływy do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych z oskładkowanych umów zleceń, według niektórych szacunków, przyniosły już ok. 390 mln zł wpływów. Jeśli tempo się utrzyma, to do końca tego roku zebrana kwota może przekroczyć aż 450 mln zł. Zdaniem ekspertów, ustawodawca za pomocą ZUS-u, sięgnie też do umów o dzieło. Ale opinie na temat tego, czy powinien to zrobić, są podzielone. Składkami objęto już wynagrodzenia rad nadzorczych oraz jednoosobowych wspólników spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. Jak przyznaje Piotr Kościańczuk z Kancelarii Podatkowej Skłodowscy, kierunek zmian jest zawsze ten sam – dofinansowanie instytucji państwowej.

– Nie wiedzieć czemu, ustawodawca „zapomniał” oskładkować zarządy spółek. Spodziewam się natomiast, że zachęcony przychodami z umów zleceń wkrótce będzie próbował obciążyć składkami także umowy o dzieło. Nie ma bowiem żadnych wyraźnych przeciwwskazań prawnych, aby tego nie zrobił. Uważam, że przy dzisiejszym stanie finansowym naszych funduszy emerytalnych, rząd uzna wręcz, że nie ma innego wyjścia i po prostu to zrobi – przewiduje Piotr Kościańczuk.

Niewydolny system

Warszawski ekonomista Łukasz Białek, zwraca uwagę na fakt, że Zakład Ubezpieczeń Społecznych, publikując kilkuletnie prognozy, każdorazowo wskazuje na deficyty FUS-u na poziomie 50 mld zł. Szacuje też, że składki na ubezpieczenia społeczne pokryją w 2016 roku jedynie 74% wydatków związanych z wypłatą rent i emerytur. Według ZUS-u, zabraknie na ten cel ok. 52 mld zł. Taki ciężar poniesie budżet państwa, który tworzy ponad 16 milionów pracujących Polaków.

– Rząd z pewnością sięgnie po dodatkowe wpływy z oskładkowania umowy o dzieło. Ale zamiast tego, powinien ograniczyć lub częściowo zlikwidować przerośniętą i nieefektywną administrację publiczną, a w pierwszej kolejności ZUS. Kolejna zmiana musi zmierzać w kierunku ograniczenia przywilejów wybranych grup zawodowych, do których budżet państwa co roku dokłada dziesiątki miliardów złotych. Te koszty są ukryte w różnych wydatkach w ramach finansów publicznych – dostrzega Łukasz Białek.

Ekonomista wskazuje również, że rocznie na emerytury, renty i zasiłki funkcjonariuszy podległych tylko MSWiA, Polacy wydają ponad 8 mld zł, a na analogiczne świadczenia dla żołnierzy – ponad 6,6 mld złotych. Konfrontując tę sumę z budżetem MON-u w 2016 roku, wynoszącym 35 mld zł, Białek  pokazuje, że dopłaty do emerytur mundurowych są wielkości prawie połowy obecnego budżetu obronnego kraju. Dodaje też, że przez ostatnich 20 lat budżet państwa dopłacił do przywilejów pracowników mundurowych około 200 mld zł, a do górników – blisko 250 mld zł.

„Opieka” państwa

Jeremi Mordasewicz, członek Rady Nadzorczej ZUS i doradca zarządu Konfederacji Lewiatan, potwierdza, że objęcie umów o dzieło ubezpieczeniem emerytalnym jest możliwe. Wpłacane składki byłyby ewidencjonowane na indywidualnych kontach emerytalnych, podobnie jak inne dochody z pracy i zamieniane na świadczenie emerytalne. Trudno natomiast byłoby objąć umowy o dzieło pozostałymi ubezpieczeniami społecznymi (chorobowym, rentowym, zdrowotnym, wypadkowym, od bezrobocia), które wymagają określenia czasu ich trwania. Nie można bowiem stwierdzić, kiedy i gdzie było tworzone dzieło, ponieważ określa się wyłącznie datę jego ukończenia. Praktycznie niemożliwe jest więc powiązanie wysokości składek z wysokością świadczeń.

– Obawiam się, że zmiany mogą wejść w życie pod sztandarem zabezpieczenia przyszłych emerytur. Tymczasem, szeroka grupa przedstawicieli wolnych zawodów, m.in. z branży informatycznej, doradczej czy dziennikarskiej, wyraźnie nie jest zainteresowana taką opieką państwa. Ci specjaliści potrafią sami zadbać o swoją przyszłość i wcale nie traktują umowy cywilnoprawnej jako „śmieciowej”. Również założenie, że służy ona pracodawcom wyłącznie jako narzędzie do obchodzenia przepisów, jest po prostu błędne – przekonuje Piotr Kościańczuk.

Jak podkreśla doradca zarządu Konfederacji Lewiatan, o potrzebie ozusowania umów o dzieło może świadczyć fakt, że np. aktorzy, pracujący w ten sposób przez całe życie, jako seniorzy pozostają bez środków do życia. Wówczas młodsi przedstawiciele ich branży zwracają się do narodu z prośbą o wsparcie dla starszych, znanych artystów.

Masowe nadużycia

– Nie podnosiłbym kwestii tzw. ozusowania umów o dzieło, gdyby nie fakt, że są masowo nadużywane. Granica miedzy nimi a zleceniami, np. na rynku tłumaczeń, jest bardzo cienka. Pracodawcy, którzy nie płacą składek za swoich pracowników, maksymalizują zyski. Pracobiorcy natomiast wolą uzyskać 5 zł dziś, niż 10 zł na emeryturze, która wydaje im się bardzo odległą perspektywą. Dlatego uważam, że system opodatkowania pracy należy ujednolicić, aby nie było nieuczciwej konkurencji na rynku – wyjaśnia Jeremi Mordasewicz.

Zdaniem Piotra Kościańczuka, państwo oczywiście powinno dbać o obywateli. Ale może to robić poprzez szczelniejsze kontrole tytułów umów o dzieło, które jak wiadomo często są nadużywane. I takie działania oczywiście popieram. Każda zmiana, powodująca wzrost obciążeń publicznoprawnych, naturalnie spotka się z próbą ich zmniejszenia, ze strony przedsiębiorców. Sporo firm będzie wypłacało część wynagrodzeń nieoficjalnie. Niektóre robią to już w tej chwili. I dlatego w mojej ocenie, na to trzeba zwrócić szczególną uwagę.

Wzrost cen

– Ozusowanie umów cywilnoprawnych spowoduje ewidentny wzrost kosztów pracy. To z kolei sprawi, że na rynku towarów i usług wzrosną ceny dla konsumentów. Może to dotyczyć szczególnie małych i średnich firm. W skrajnych przypadkach, możemy spodziewać się prób przejścia w szarą strefę, gdyż przedsiębiorcy nie będą widzieć innych alternatywnych możliwości – stwierdza Łukasz Białek.

Według Piotra Kościańczuka, żadne przedsiębiorstwo nie zechce rezygnować z ciężko wypracowanego zysku. Zwiększenie obciążeń fiskalnych przełoży się więc na cenę towarów i usług. Oczywiście granicę wzrostu cen narzuci rynek, ale w konsekwencji będzie występować wyraźna presja. Zazwyczaj modele zatrudnienia w tej samej branży, np. informatycznej, są bardzo podobne, dlatego w określonych sektorach po prostu nie będzie firm oferujących obsługi w niższej cenie.

Obchodzenie przepisów

– Jeśli umowy o dzieło zostaną obciążone dodatkowymi składkami, to naturalnie zwiększy się liczba firm jednoosobowych, tak zwanych samozatrudnionych. Wtedy, ze względu na niewydolność systemu, stracimy nie tylko iluzoryczne emerytury, ale również bieżące i realne zyski osób, które zarabiają w ramach umów cywilnoprawnych – zapowiada Kościańczuk.

Po wprowadzeniu oskładkowania takich umów, Łukasz Białek spodziewa się różnych zachowań ze strony przedsiębiorców. Pierwszym ze scenariuszy może być przenoszenie się dużych firm za granicę, np. do Czech, gdzie rządzący chcą, aby podatnikom zostawało więcej pieniędzy w kieszeniach, bo widzą w tym strategię na dłuższą metę. Wychodzą oni bowiem z założenia, że gdy samodzielnie gromadzone środki finansowe są odkładane lub wydawane, korzysta na tym cała gospodarka.

– Duże przedsiębiorstwa, zatrudniające kilkudziesięciu czy nawet kilkuset pracowników, mogą zakładać firmy właśnie w tym kraju. W ten sposób, będą realizować działania na terytorium naszego kraju tak, jak dotychczas, ale rozliczać będą się już za granicą, co będzie oczywiście ze stratą dla budżetu naszego kraju – przewiduje Łukasz Białek.

Przykładem wyboru takiego kierunku rozwiązań, może być np. firma badawcza, zatrudniająca kilkuset ankieterów. Przy takiej skali pracowników, ograniczenie kosztów pracy, dzięki przeniesieniu firmy za granicę, będzie bardzo istotne z punktu widzenia bieżących wydatków. Z kolei dla osób, które nie świadczą stałej pracy, jedyną różnicą będzie zmiana danych pracodawcy w umowie, a wiec właściwie dla nich nic się nie zmieni.

Bank Japonii niezmartwiony słabością jena

Przedświąteczny nastrój na rynkach jest zmącony przez obawy o skutki śmiertelnych incydentów w Niemczech i Turcji. BoJ utrzymał politykę bez zmian, bardziej optymistycznie wyraził się o perspektywach gospodarki i nie wykazał niepokoju o dynamiczne zmiany na rynku walutowym, co zahamowało wcześniejszą aprecjację jena. Dla większości banków centralnych ten rynek już się skończył, co oznacza brak istotnych bodźców dla rynku walutowego.

Jeszcze w poniedziałek przed wieczorem awersję do ryzyka wznieciły informację o zastrzeleniu rosyjskiego ambasadora w Ankarze. Zamachowiec krzyczał „My giniemy w Aleppo, ty zginiesz tutaj”. W Berlinie ciężarówka wjechała w tłum zebrany na jarmarku świątecznym. Zginęło 12 osób, 48 zostało rannych. Powody incydentu pozostają nieznane. Na FX wydarzenia wzmogły popyt na CHF i JPY, ale zmiany były umiarkowane. EUR/USD był względnie stabilny i dopiero dziś nad ranem schodzi pod 1,04.

Bank Japonii zgodnie z oczekiwaniami utrzymał główną stopę procentową na 0,1 proc. i zobowiązanie do utrzymania rentowności 10-letnich obligacji blisko 0 proc. W komunikacie bank przedstawił bardziej optymistyczny pogląd na perspektywy gospodarce w porównaniu z oświadczeniem z 1 listopada. Zdaniem BoJ gospodarka kontynuuje skromne odbicie, a słaby jen i odbicie w popycie zewnętrznym pomoże w przyspieszeniu ożywienia.

Na konferencji prezes BoJ Kuroda powiedział, że słabszy JPY jest czynnikiem, który powinien wzmocni wzrost cen, a zmiany na rynku walutowym traktuje nie jako słabość jena, a siłę dolara. Jego zdaniem obecny poziom JPY nie jest zaskakujący i zbliżony do sytuacji z lutego. Kuroda nie traktuje jena jako przesadnie słabego. Komentarz sugeruje, że bank centralny nie zamierza ingerować w procesy rynkowe i stabilizować kursu, co wygasza ryzyko ewentualnego hamowania wzrostów USD/JPY. USD/JPY po decyzji na moment spadł do 117,05, ale od tego czasu odbił ponad 118,00.

Jeszcze w poniedziałek prezes Fed Janet Yellen nie przedstawiła dodatkowych informacji w kwestii kształtu przyszłej polityki monetarnej. W dalszym ciągu podkreślała problemy z niską produktywnością, ale też zwróciła uwagę na siłę rynku pracy podobną do tej sprzed 10 lat.
Protokół z posiedzenia RBA z 6 grudnia przeszedł bez echa. Bank widzi równoważenie się korzyści wynikających z niskich stóp procentowych dla wzrostu i inflacji z kosztami dla portfeli gospodarstw domowych. AUD/USD lekko odbija do 0,7259 z minimów na 0,7238.
Reszta wtorkowego kalendarza nie oferuje nic ekscytującego. Saldo rachunku bieżącego z Eurolandu, sprzedaż hurtowa z Kanady, czy bilans handlowy z Nowej Zelandii to co najwyżej drugorzędne publikacje.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Inwestorzy przyzwyczaili się do awantur w Sejmie?

Blokowanie sali plenarnej przez opozycję, protesty przed Sejmem i wzajemne oskarżanie się polityków nie robią wrażenia na inwestorach. Giełda praktycznie nie zareagowała na kryzys, z którym mamy do czynienia.

– Jeżeli spojrzymy na poniedziałkowe zachowanie to, co prawda giełda lekko traci, ale można powiedzieć, że jest to spójne z tym, co obserwujemy za granicami naszego kraju. Złoty otworzył się nieco słabiej, niż był notowany w czasie zamknięcia w piątek, ale można powiedzieć, że odrobił straty. Także reakcja jest kosmetyczna, jeżeli w ogóle jest. Jeżeli chodzi o polskie aktywa tutaj dużo już jest w cenach – mówi newsrm.tv Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ.

Jak ocenia analityk inwestorzy muszą liczyć się z tym, że w krajach rozwijających się ta „temperatura polityczna” jest nieco wyższa. Przykład? Kryzys konstytucyjny w Korei Południowej. – U nas można powiedzieć, że to zamieszanie jest bardziej medialne niż faktyczne. Mamy rząd, który funkcjonuje i ma, jak się wydaje, stabilną większość w parlamencie. Trzeba tutaj pamiętać, że jest ten jeden niuans. Niechlubne wejście na pierwszą stronę Financial Times i Bloomberg. Obecnie nie wywołuje to większych konsekwencji – dodaje Łukasz Bugaj.

Co ciekawe w poniedziałek PKN Orlen osiągnął nowe historyczne maksima.

A.Dakowicz (AgioFunds): kolejny rok powinien przynieść rozstrzygnięcia na rynku stopy procentowej, obligacji i walut

A.Dakowicz (AgioFunds): kolejny rok powinien przynieść rozstrzygnięcia na rynku stopy procentowej, obligacji i walut 1

Na tle spadkowego 2015 roku kończące się właśnie 12 miesięcy okazało się dla inwestorów nie najgorsze. Nawet indeks największych spółek pozostaje na razie na – niewielkim co prawda – plusie, zaś indeks szerokiego rynku zyskał od początku roku 10 proc. po tym jak przed rokiem 10 proc. stracił. Według Adama Dakowicza z AgioFunds kolejny rok powinien przynieść rozstrzygnięcia na rynku stopy procentowej, obligacji i walut.

– Wydaje mi się, że tak per saldo 2016 rok wypadł stosunkowo dobrze, albo bardzo dobrze, bo oczywiście zależy, na który segment rynku spojrzymy, ale po raz pierwszy prawie wszystkie klasy aktywów wypracowały dodatnie stopy zwrotu – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Adam Dakowicz, prezes zarządu AgioFunds TFI. – Tego typu sytuacja nie zdarzyła nam się od 2-3 lat.

Czarnym koniem 2016 roku okazały się akcje rosyjskie. Indeks RTS od początku roku wzrósł o połowę. W ciągu 12 miesięcy do listopada włącznie fundusze inwestycyjne akcji rosyjskich zyskały średnio niemal 22 proc., a od stycznia – 40 proc., wynika z zestawienia Analiz Online. Spośród trzydziestu rodzajów funduszy straty od początku roku do listopada odnotowało tylko pięć, a najwyższa z nich sięgnęła 7,5 proc. (akcje europejskich rynków rozwiniętych).

– I tutaj oczywiście takie szczególne zwrócenie uwagi należy się rynkowi akcji, bo to właśnie tutaj było to największe zaskoczenie. W praktyce rok kończymy kilkunastoprocentowymi stopami zwrotu z indeksów, a nie brakuje funduszy inwestycyjnych, którym udało się wypracować stopy dwudziesto- i dwudziestoparoprocentowe – mówi Dakowicz. – To jest rzeczywiście duża zmiana jakościowa i ona w jakimś sensie trochę kontrastuje z nastrojami, które przez cały rok nam towarzyszyły, bo te nastroje były różne i bardzo zmienne.

Do najistotniejszych wydarzeń mijającego roku prezes AgioFunds TFI zalicza czerwcową decyzję Brytyjczyków o opuszczeniu Unii Europejskiej oraz wynik listopadowych wyborów prezydenckich w USA, zakończonych wygraną Donalda Trumpa. W grudniu z kolei Rezerwa Federalna podniosła stopy procentowe i zaskoczyła zapowiedzią trzech podwyżek w 2017 roku.

– Na drugim biegunie jest kilka znaków zapytania, jeśli chodzi o sytuację na rynku obligacji, stopy procentowej i walutowym. I tutaj mówię na razie znak zapytania, dlatego że wydaje mi się, że w tym roku pojawiły się dopiero pewne symptomy zmian, które być może będą miały charakter długoterminowy –  mówi Adam Dakowicz. – Na razie wydaje się trochę za wcześnie, żeby powiedzieć, że to już się stało. Tu były pewne oznaki, że coś się zmienia, ale jeszcze nie mamy tak definitywnego potwierdzenia, więc myślę, że właśnie rok 2017 ma szanse przynieść więcej rozstrzygnięć w tych segmentach – stopa procentowa, rynek długu i ewentualnie kursy walutowe.

Ratowanie polskiego górnictwa podzielone na etapy

Sądząc po wynikach – tych krótkoterminowych – widzimy pozytywne zmiany, które wnosi program restrukturyzacji naszego górnictwa. Czy połączenie Polskiej Grupy Górniczej z Katowickim Holdingiem Węglowym okaże się strzałem w dziesiątkę czy też strzałem w kolano? Więcej w materiale wideo.

D. Sierakowska: na rynkach surowcowych w 2017 roku inwestorzy będą bacznie obserwować realizację porozumienia o ograniczeniu wydobycia ropy naftowej

D. Sierakowska: na rynkach surowcowych w 2017 roku inwestorzy będą bacznie obserwować realizację porozumienia o ograniczeniu wydobycia ropy naftowej 2

Najważniejszym wydarzeniem obserwowanym przez inwestorów na rynkach surowcowych w początkowym okresie 2017 roku będzie realizacja niedawnego porozumienia kartelu OPEC o ograniczeniu wydobycia ropy naftowej i jego konsekwencjach. Zdaniem Doroty Sierakowskiej z Domu Maklerskiego BOŚ w przypadku pozostałych surowców nie należy się raczej obawiać się niespodziewanych zdarzeń.   

– W 2017 roku inwestorzy na rynkach towarowych będą przede wszystkim oczekiwać spełnienia obietnic podjętych w 2016 roku – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Dorota Sierakowska, analityk surowcowy Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska (BOŚ). – Najważniejszym wydarzeniem, które rynki będą śledzić, stanie się zapewne realizacja porozumienia krajów OPEC oraz niektórych spoza kartelu w kwestii zapowiedzianego ograniczenia produkcji ropy naftowej.

Zaniepokojone nadmierną podażą ropy naftowej na świecie i w rezultacie spadającą ceną kraje skupione w OPEC pod koniec listopada br. podjęły decyzję o wspólnym ograniczeniu do 32,5 mln baryłek dziennie wydobycia tego surowca (po raz pierwszy od 2008 roku). Po ogłoszeniu porozumienia cena ropy naftowej wystrzeliła w górę o przeszło 7 proc. i od tego czasu surowiec powoli, ale systematycznie, drożeje.

– Co ciekawe, inwestorzy tak naprawdę będą zwracać uwagę przede wszystkim na działania Stanów Zjednoczonych czy Kanady w nowych warunkach, ponieważ oczekują, że Ameryka Północna będzie uzupełniać lukę, którą pozostawią po sobie kraje OPEC, co by oznaczało, że potencjał wzrostowy cen ropy byłby raczej niewielki – zauważa Dorota Sierakowska. – Możliwe więc, że w przyszłym roku notowania tego surowca wzrosną nieznacznie albo będą utrzymywać się przez dłuższy czas na poziomach, które widzimy obecnie.

Celem utworzonej w 1960 roku OPEC (skrót od ang. Organization of the Petroleum Exporting Countries, czyli Organizacja Krajów Eksporterów Ropy Naftowej) jest kontrolowanie światowego wydobycia tego surowca, poziomu cen i opłat eksploatacyjnych. Kartel skupia głównie kraje posiadające największe rezerwy ropy naftowej na świecie: kraje zrzeszone w OPEC kontrolują obecnie około 40 proc. światowego wydobycia, a jej rezerwy stanowią przeszło 70 proc. Zdaniem Doroty Sierakowskiej 2017 rok na rynku ropy może być bardzo interesujący właśnie ze względu na ograniczenia wprowadzone niedawno przez tą organizację.

– Inwestorzy z pewnością będą rozliczać kraje ze swoich zobowiązań – zapowiada Dorota Sierakowska. – Jeżeli chodzi o pozostałe wydarzenia, to również niektóre kluczowe na scenie politycznej mogą wpływać na notowania niektórych surowców. Warto zwrócić chociażby uwagę na wybory prezydenckie czy parlamentarne w różnych krajach europejskich, przede wszystkim we Francji i Niemczech. Mogą one wpływać na notowania walut i później pośrednio kształtować sytuację także na rynkach choćby metali szlachetnych.

Zdaniem Doroty Sierakowskiej na rynkach innych surowców przynajmniej w początkowym okresie przyszłego roku nie należy oczekiwać niespodzianek.

– Z pozostałych towarów będziemy mieć do czynienia ze standardowym powtórzeniem wydarzeń odbywających się każdego roku. Inwestorzy na rynkach chociażby zbóż będą wypatrywać kolejnych zbiorów – wskazuje Dorota Sierakowska. – Obecnie oczekiwane są rekordowe poziomy kukurydzy i soi w Ameryce Południowej. Mogą się istotnie przyczynić one do pozostania cen tych surowców na niskich poziomach.

Jak wynika z ostatnich danych Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa, indeks cen żywności na świecie w listopadzie 2016 r. wzrósł o 10,4 proc. w ujęciu rocznym do poziomu 171,3 punktów. W stosunku do poprzedniego miesiąca spadł jednak o 0,4 proc.

Ekonomista Nasdaq: Polski rynek finansowy poczynił wielkie postępy. Problemem jest dostęp do informacji

Ekonomista Nasdaq: Polski rynek finansowy poczynił wielkie postępy. Problemem jest dostęp do informacji 3
Mimo decyzji o brexicie trwają prace nad fuzją giełd w Londynie i Frankfurcie. Także CEESEG, połączone giełdy praska i wiedeńska, dokupiły akcje tej pierwszej do blisko stu procent. Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie zarzuciła przed ponad dwoma laty plany połączenia z Wiedniem. Tymczasem współpraca parkietów nie musi się kłócić z budową giełd narodowych.

– Podejmowane są próby stworzenia paneuropejskiego rynku kapitałowego. Polska i inne kraje regionu CEE próbują tworzyć własne rynki narodowe. Tworzenie i rozszerzanie rynków narodowych to kolejne wyzwanie, które jednak trzeba zmieścić w pewnej konstrukcji prawnej w ramach UE – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Frank Hatheway, główny ekonomista Nasdaq w Waszyngtonie.

Od początku roku trwają próby stworzenia jednolitego rynku giełdowego przez parkiet we Frankfurcie oraz Londynie. Nie przeszkodził tym planom nawet brexit, a kolejne uwagi Komisji Europejskiej są konsekwentnie niwelowane. Fuzja ma mieć wartość ok. 25 mld euro. Z drugiej strony w grudniu CEESEG, połączone siły giełd w Pradze i Wiedniu, wykupił dodatkowe udziały w giełdzie praskiej, zbliżając się do 100 proc.

– Trzeba zrealizować dwa cele. Po pierwsze, utrzymać dostęp do kapitału w każdym kraju i w każdym regionie danego kraju. To pozwoli zachować lokalny rynek kapitałowy, lokalną bankowość, lokalną konkurencyjność. A jednocześnie trzeba rozwijać europejskie standardy inwestowania, tak by na przykład szwedzki inwestor mógł bez problemów działać w Polsce i odwrotnie – obrazuje Hathaway. – To wymaga zmiany nastawienia i zmiany infrastruktury i głębokiej zmiany w naszym dotychczasowym sposobie myślenia.

Warszawska giełda również miała ambitne plany połączenia z innymi za prezesa Adama Maciejewskiego. Chodziło o fuzję z giełdą wiedeńską. Jednak już w 2014 roku i po zmianie prezesa na Pawła Tamborskiego ogłoszono odstąpienie od tych planów. Nie przeszkadza to oczywiście inwestowaniu obcych kapitałów na polskiej giełdzie, choć można by poprawić warunki informacyjne, wskazuje ekonomista Nasdaq.

– Polski rynek bez wątpienia poczynił wielkie postępy i będzie czynił to nadal. Ale wielką przeszkodą, która dotyczy wszystkim rynków europejskich, jest dostęp do informacji o firmach, cenach i warunkach transakcyjnych. Inicjatywy w tej kwestii wychodzą z Unii Europejskiej, wszystkie giełdy nad tym pracują – zapewnia Frank Hatheway. – Nie ma jeszcze konkretnych decyzji, ale one wkrótce się pojawią, zarówno w Polsce, jak i w całej Europie. Jestem bardzo zbudowany tym, co tutaj widzę.

Rynek usług sprzątających rośnie w tempie 20 proc. rocznie. Szara strefa wciąż dużym problemem

Rynek usług sprzątających rośnie w tempie 20 proc. rocznie. Szara strefa wciąż dużym problemem 4

Polski rynek usług sprzątających dynamicznie rośnie, a jego wartość sięga 2 mld zł. Ruch w serwisach, które łączą osoby sprzątające z klientami, przed świętami jest wyjątkowo duży. Najczęstszymi klientami są kobiety i osoby w wieku 25–40 lat. Coraz częściej z takich usług korzystają również przedsiębiorcy, dla których udogodnieniem jest możliwość odliczenia serwisu sprzątającego od kosztów prowadzenia działalność gospodarczej. Duża część rynku wciąż działa jednak w szarej strefie.

– Dla rynku usług sprzątających największym problemem pozostaje szara strefa. Jest ona również największym konkurentem dla firm świadczących takie usługi, a wielu pracowników nie jest świadomych, że mogą wykonywać swoją pracę w sposób legalny – mówi agencji Newseria Marcin Nesterowicz, country manager MyRendi.pl. – Średnia mediana wynagrodzeń w tej branży wynosi 2,2 tys. zł brutto, ale osoby, które dobrze wykonują swoją pracę, zarabiają nawet 30 zł brutto za godzinę.

Start-up MyRendi powstał na fali trendu sharing economy: pośredniczy w dzieleniu się usługami pomiędzy klientami a osobami świadczącymi usługi sprzątania. Współpracuje z podobnym serwisem AirBnB, kierując specjalne oferty do gospodarzy, którzy wynajmują mieszkania za pośrednictwem internetu, ale nie mają czasu sprzątać po swoich gościach. Takie zamówienia stanowią obecnie ok. 5 proc. całości, ale ich liczba systematycznie rośnie. Z usług sprzątających coraz częściej korzystają też klienci biznesowi i przedsiębiorcy, którzy za duże ułatwienie uznają możliwość odliczenia serwisu sprzątającego od kosztów prowadzenia działalności gospodarczej.

 Patrząc na naszych zachodnich sąsiadów, widzimy, że rośnie grupa klientów, którzy wymagają od firmy sprzątającej specjalistycznego podejścia, mianowicie doboru odpowiednich produktów do podłóg, mebli czy możliwości wyboru środków ekologicznych. Takie rozwiązania już istnieją na węgierskim rynku, zamierzamy również wdrożyć je w Polsce – mówi Marcin Nesterowicz.

W Stanach Zjednoczonych firmy sprzątające tracą około 55 proc. klienteli rocznie, głównym powodem jest niska jakość świadczonych usług. Dlatego MyRendi zamierza podbić polski rynek jakością, zapewniając przy tym bezpieczeństwo zarówno klientom, jak i osobom świadczącym usługi sprzątające. Każda ze stron transakcji jest dokładnie weryfikowana przed nawiązaniem współpracy.

– Osoby sprzątające mogą zarobić nawet 40 proc. więcej, niż wynosi mediana zarobków w tej branży, ponieważ za pośrednictwem platformy łączymy je zarówno z klientami biznesowymi, jak i indywidualnym. Przed przyjęciem zlecenia weryfikujemy każdego klienta. Podobnie z drugiej strony: zanim osoba sprzątająca nawiąże z nami współpracę, musi przedstawić referencje, CV, zaświadczenie o niekaralności oraz przejść nasze wewnętrzne testy weryfikujące jej umiejętności – podkreśla Nesterowicz.

Usługi sprzątania zamawiają najczęściej kobiety, mieszkanki dużych miast i właścicielki mieszkań o powierzchni do 64 mkw. 80 proc. wszystkich zamówień składanych przez internet dokonują osoby w przedziale wieku 25–40 lat. Co czwarty klient regularnie zamawia mycie okien, a co piąty piekarnika lub lodówki. 10 proc. wszystkich zamówień stanowi sprzątanie po remontach lub przeprowadzkach. Z kolei czynności takie jak pranie, porządkowanie szaf czy zmywanie naczyń Polacy wolą wykonywać samodzielnie. Z roku na rok rośnie też liczba zleceń od osób niepełnosprawnych, dla których zamówienie usług sprzątających jest dużym ułatwieniem.

– Średni koszyk zamówienia wynosi obecnie 180 zł. Trzeba jednak podkreślić, że ta kwota rośnie przed świętami Bożego Narodzenia, ponieważ klienci chcą mieć dość gruntownie wysprzątane mieszkanie przed przyjazdem rodziny czy znajomych. Popyt na usługi sprzątające zwykle rośnie przed świętami – mówi Marcin Nesterowicz.

W Polsce prawie 7 mln osób gra w gry na smartfonach i tabletach. Globalny rynek jest szacowany na 36,5 mld dol.

W Polsce prawie 7 mln osób gra w gry na smartfonach i tabletach. Globalny rynek jest szacowany na 36,5 mld dol. 5
Już 1,9 mld użytkowników smartfonów gra w gry mobilne. W Polsce to blisko 7 mln osób. Rynek rośnie w siłę, dobre perspektywy czekają przede wszystkim gry w systemie free-to-play, które odpowiadają nawet za 90 proc. przychodów z gier mobilnych. Przyszłością są okulary 3D i gry casualowe, które nie wymagają od użytkowników poświęcenia czasu – ocenia Grzegorz Zwoliński, prezes i założyciel T-Bull.

 Rynek free-to-play rozwija się bardzo dynamicznie wraz ze wzrostem liczby urządzeń. Szacunki mówią o wzroście ok. 25 proc. rocznie przez najbliższe 10 lat. Perspektywy na przyszłość są więc naprawdę dobre – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Zwoliński, prezes T-Bull, największego w Polsce producenta gier mobilnych.

Analizy Newzoo wskazują, że rynek gier i aplikacji mobilnych wygeneruje w tym roku 44,8 mld dol. przychodu (z czego blisko 25 mld region Azji i Pacyfiku). 82 proc. to przychody z gier – to 36,5 mld dol., a do 2020 roku wartość przekroczy 58 mld dol.

Bardzo popularne są gry free-to-play, które choć bezpłatne, to przynoszą zyski przez oferowane dodatki, które zwiększają atrakcyjność gry. Na ich zakup internauci są w stanie wydać 25 dol. miesięcznie.

 Polska jest bardzo dobrym deweloperem gier, mamy kilka ambitnych produkcji. Pod względem tworzenia gier free-to-play jesteśmy jedną z największych firm w Europie Środkowej, tworzącą gry tylko stricte free-to-play – ocenia Zwoliński.

Według agencji We Are Social 74 proc. wszystkich Polaków, czyli ponad 28 mln osób, ma telefon komórkowy, z czego ponad 6,5 mln gra w gry mobilne. Newzoo ocenia, że w 2015 roku przychody z gier w Polsce wyniosły 408 mln dol., z czego 28 proc. wygenerowały gry na smartfony.

Zdaniem prezesa T-Bull segment gier mobilnych będzie ewoluował, a przyszłością cyfrowej rozrywki są okulary rozszerzonej rzeczywistości.

– Z telefonu można w bardzo łatwy sposób uzyskać trójwymiarową rzeczywistość. Wystarczy kupić kartonowe okulary za 5 dolarów, zainstalować odpowiednią aplikację i np. zwiedzać świat. Moim zdaniem będzie to bardzo ważny trend i w najbliższych dwóch latach będzie się pojawiać na rynku dużo gier z takimi możliwościami – prognozuje prezes T-Bull.

Z drugiej strony coraz więcej użytkowników będą przyciągać też gry casualowe, które nie wymagają od użytkowników dużego zaangażowania ani poświęcenia dużej ilości czasu. Sięga się po nie np. w czasie jazdy komunikacją miejską.

– Ludzie mają coraz mniej czasu. Na rynku jest dostępnych wiele produkcji, a użytkownicy lubią przeskakiwać między nimi. Gry muszą więc być proste i dla wszystkich – przekonuje Zwoliński.

Polska jest stosunkowo niewielkim rynkiem gier mobilnych, pojawia się jednak coraz więcej firm oferujących gry na różne platformy. T-Bull pod względem liczby pobrań jest jednym z największych producentów. W produkcje wrocławskiego studia zagrało już ponad 185 mln graczy. Tylko w lipcu po gry T-Bull sięgnęło ponad 9 mln nowych graczy, co daje przyrost na poziomie 300 tys. dziennie. Najpopularniejszą grą jest wyścigówka Top Speed, w którą zagrało ponad 11 mln osób na całym świecie.

Mniej niż połowa Polek w grupie ryzyka wykonuje badania profilaktyczne w kierunku raka piersi. W Skandynawii – około 80 proc.

Mniej niż połowa Polek w grupie ryzyka wykonuje badania profilaktyczne w kierunku raka piersi. W Skandynawii – około 80 proc. 6
Ryzyko zachorowania na raka piersi wzrasta wraz z wiekiem. Tylko 43 proc. Polek z grupy ryzyka wykonuje jednak regularne badania profilaktyczne, takie jak mammografia i USG piersi. Aby zwiększyć świadomość kobiet w tym zakresie, Grupa LUX MED zainicjowała projekt bezpłatnych mobilnych badań mammograficznych realizowanych poza Populacyjnym Programem Wczesnego Wykrywania Raka Piersi. W ciągu roku poddało się im ponad 20 tys. kobiet w całej Polsce.

W Polsce stale rośnie zachorowalność na raka piersi. Według statystyk Światowej Organizacji Zdrowia nowotwór ten co roku zostaje zdiagnozowany u ponad 17 tys. kobiet. Ryzyko zachorowania rośnie wraz z wiekiem: prawie 80 proc. zachorowań następuje po 50 roku życia, a blisko połowa pomiędzy 50 a 69 rokiem życia. Do czynników ryzyka należą również: otyłość i brak ruchu, obciążenia genetyczne, zwiększona gęstość tkanki piersi oraz stosowanie terapii hormonalnych. Rak piersi wciąż pozostaje drugą przyczyną zgonów nowotworowych Polek – z jego powodu rocznie umiera prawie 5 tys. kobiet. Przyczyną jest m.in. zbyt późne wykrywanie zmian nowotworowych.

– Świadomość Polek na przestrzeni ostatnich lat znacząco wzrosła. Obserwujemy coraz większą liczbę pań zgłaszających się na badania profilaktyczne, szczególnie w miejscowościach, do których regularnie powracamy – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Małgorzata Cymerman, lekarz radiolog, dyrektor medyczny mammografii LUX MED Diagnostyka,

Wciąż jednak w tym zakresie pozostaje wiele do zrobienia.

– Świadomość Polek jest na poziomie 43 proc. w przypadku kobiet pomiędzy 50 a 69 rokiem życia, czyli w grupie, która tę diagnostykę na pewno powinna wykonywać. To słaby wynik, ponieważ w krajach skandynawskich odsetek ten jest powyżej 80 proc., a w Europie przekracza 60 proc. Niestety Polki są mądre po szkodzie – mówi Anna Siondalska, dyrektor Mammografii  LUX MED Diagnostyka.

W profilaktyce raka piersi kluczową rolę odgrywa samobadanie oraz regularne poddawanie się badaniom kontrolnym. Lekarze zalecają łączenie różnych metod diagnostycznych dostosowanych do wieku kobiety i budowy jej piersi. Dla pań w wieku 20–40 lat zalecane jest USG piersi. W przypadku starszych kobiet najlepszą metodą wykrywania zmian jest natomiast mammografia, często połączona z USG jako badaniem uzupełniającym. Mammografia pozwala na wykrycie zmian we wczesnym stadium zaawansowania, co zwiększa szansę na całkowite wyleczenie. Można ją wykonać w placówce stacjonarnej lub w mammobusie.

 Mammografia mobilna to takie samo badanie jak w placówce stacjonarnej, wykonywane na takim samym sprzęcie i podlega takiemu samemu procesowi opisowemu. Jest to badanie oceniane niezależnie przez dwóch lekarzy radiologów – mówi dr Małgorzata Cymerman.

Zdaniem ekspertów przyczynami, z powodu których Polki nie wykonują badań, są strach przed wykryciem choroby oraz zbyt duża odległość od ośrodków diagnostycznych. W celu podniesienia świadomości Polek Grupa LUX MED przy wsparciu Mechanizmu Finansowego EOG i Norweskiego Mechanizmu Finansowego zainicjowała projekt badań profilaktycznych. W jego ramach bezpłatnej mammografii poddano blisko 21 tys. kobiet niemal w całej Polsce w wieku 40–49 oraz 70–75 lat.

Projekt obejmował również działalność edukacyjną. W całej Polsce przeprowadzono ponad 140 warsztatów edukacyjnych na temat profilaktyki nowotworowej połączonych z nauką samobadania piersi. Pozwoliło to dotrzeć do mieszkańców nie tylko dużych miast, lecz także mniejszych miejscowości. W spotkaniach edukacyjnych uczestniczyły zarówno kobiety, jak i mężczyźni, co organizatorzy uważają za duży sukces projektu. Zakupione zostały ponadto trzy mammobusy oraz 15 nowoczesnych mammografów.

Hakerzy coraz mniej skuteczni. Polska w czołówce krajów europejskich o najmniejszej liczbie ataków hakerskich

Hakerzy coraz mniej skuteczni. Polska w czołówce krajów europejskich o najmniejszej liczbie ataków hakerskich 7
Z danych Check Point Software Technologies wynika, że Polska jest czwartym krajem z najmniejszą liczą ataków hakerskich. Średnio 44 ataki na 100 były skuteczne. To wynik o 10 pkt niższy niż w poprzednim badaniu. Rośnie jednak zagrożenie cyberatakami. Tylko w ciągu roku liczba ataków malware wzrosła o 900 proc. i wynosi 971 na godzinę.

Polska w kontekście ostatniego roku wypada jednak nieco lepiej. Udało się nam przesunąć na czwartą pozycję w Europie w rankingu bezpiecznych krajów, to przeskok o cztery pozycje w ciągu roku. Statystycznie na 100 komputerów obecnych w sieci 44 pada ofiarą ataków – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Filip Demianiuk z Check Point Software Technologies.

Nowy raport Check Point Software Technologies opierający się o dane z ThreatCloud wskazuje, że w październiku Polska znalazła się na 4. miejscu wśród najbezpieczniejszych komputerów świata. To najwyższa pozycja od ponad dwóch lat. Indeks na poziomie 44,4 proc. oznacza spadek skuteczności hakerów o 10 pkt proc.

Najbardziej bezpiecznym krajem okazała się Litwa (indeks bezpieczeństwa 35,9 pkt), przed Mołdawią i Czechami (odpowiednio wskaźniki 36,1 oraz 42,5 pkt). Ranking zamykają takie kraje jak Gruzja, Macedonia, Kazachstan, a także Włochy.

W kontekście krajów, które są na topie, bezpieczeństwo jest związane nie z rynkiem korporacyjnym, a z indywidualnymi użytkownikami internetu. Dlatego należy dbać o edukowanie ludzi, informować o bezpieczeństwie przystępnym językiem tak, żeby ludzie wiedzieli, jakich zachowań unikać i w jaki sposób się bronić przed atakami – mówi Filip Demianiuk.

Raport PwC Global Economic Crime Survey 2016 wskazuje na rosnące zagrożenie cyberatakami na świecie. Ponad połowa amerykańskich firm oficjalnie przyznała, że padła ofiarą ataków hakerów w ciągu ostatnich 2 lat.

Atakiem hakerów coraz częściej padają też zwykli użytkownicy internetu, w dużej mierze ze względu na wzrost popularności urządzeń mobilnych.

Cyberataków jest więcej, a cyberprzestępcy podchodzą do tej tematyki w sposób zautomatyzowany, przygotowując popularne ataki typu ransomware czy poprzez kryptolockery [blokowanie danych dla okupu – red.]. Wzrost ataków jest widoczny, ponieważ działają one w ten sam sposób na wszystkich – podkreśla Filip Demianiuk.

Według raportu Check Point Security Report liczba ataków malware, czyli za pomocą złośliwego oprogramowania, wzrosła o 900 proc. w ciągu roku i wynosi 971 na godzinę. W Polsce najczęściej wykorzystywanym przez hakerów narzędziem był conficker. Niebezpieczny wirus ransomware cryptowall był drugim najchętniej stosowanym w cyberatakach, przed innym wirusem ransomware – locky. Eksperci podkreślają, że wirusy te utrzymują się w czołówce najpopularniejszych. To oznacza, że komputery wciąż nie są odpowiednio chronione. Dodatkowo ataki typu ransomware okazują się w Polsce skuteczne, bo firmy coraz częściej decydują się płacić okup w obawie przed utratą danych.

Z programu szacowania cyberzagrożeń firmy Fortinet wynika, że 40 proc. ataków wymierzonych jest w sektor finansowy. To przed wszystkim próba wykradzenia wrażliwych danych.

Jedna część ataków to te ukierunkowane na sektor finansowy, zarówno na instytucje finansowe, jak i na klientów. Widzieliśmy instytucje finansowe w naszym kraju, które padały ofiarami ataków, z drugiej strony to oczywiście klienci banków i instytucji finansowych są ofiarami – tłumaczy ekspert.

Hakerzy interesują się również sektorem edukacyjnym, na który przeprowadzono ponad 27 proc. ataków, oraz sektorem ochrony zdrowia (ok. 10 proc. ataków).

Koszty ataków na firmowe dane są bardzo wysokie. Według badania Cost of Data Breach Study z 2016 roku w Stanach Zjednoczonych, na które powołuje się Check Point, pojedynczy koszt wycieku danych z sieci korporacyjnej wynosi 4 mln dol. (wzrost o 5 proc. w stosunku do 2015 roku). Badanie Ponemon Institute dowiodło zaś, że koszt jednorazowego ataku typu malware na jedno urządzenie mobile kosztuje średnio 9,5 tys. dol.

Ministerstwo Zdrowia: współpraca międzyresortowa nadzieją na poprawę sytuacji finansowej w systemie ochrony zdrowia

Ministerstwo Zdrowia: współpraca międzyresortowa nadzieją na poprawę sytuacji finansowej w systemie ochrony zdrowia 8

Chcemy zapewnić polskim pacjentom lepszy dostęp do technologii medycznych – deklaruje dr Krzysztof Łanda, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia. Zaznacza, że będzie to możliwe przy odpowiedniej współpracy międzyresortowej, która pozwoli wychwycić kosztowne nieprawidłowości. Ich eliminacja przełoży się na zwiększenie środków finansowych na leczenie polskich pacjentów. ​ 

– Dbanie o własne zdrowie jest związane z poszerzeniem wiedzy na temat zachowania zdrowego stylu życia, profilaktyki, prewencji chorób. Polakom zostaje więcej w portfelu, dlatego chętniej sięgają po innowacyjne technologie medyczne w przypadku choroby. Stać nas na coraz więcej i waga zarządzania systemem opieki zdrowotnej, dobrej dostępności do wysokiej jakości świadczeń zdrowotnych będzie odgrywała coraz większą rolę – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Krzysztof Łanda, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.

Ochrona zdrowia już niedługo może stać się istotnym czynnikiem w debacie publicznej, zwłaszcza że jak wynika z danych GUS, 66 proc. Polaków uważa zdrowie za najważniejszą wartość w życiu. Aby zaś opieka zdrowotna mogła być skuteczna, konieczne jest porozumienie kilku resortów z resortem zdrowia. Wśród nich są m.in. resort  rozwoju, nauki, cyfryzacji czy obrony narodowej.

– W Polsce zdrowie traktowane jest jako oddzielna sprawa, którą zajmuje się Ministerstwo Zdrowia, organizacje grupujące lekarzy oraz pacjentów, ale nie jest ono przedmiotem publicznej debaty o bezpieczeństwie. Może to jest jedno ze źródeł problemu, że nie patrzymy na zdrowie jako na integralną część bezpieczeństwa narodowego – ocenia dr Paweł Kowal z Instytutu Studiów Politycznych PAN.

Sytuacja jednak stopniowo się zmienia, już kilka projektów zostało zrealizowanych ponadresortowo, m.in. Instrument Oceny Wniosków Inwestycyjnych w Służbie Zdrowia (IOWISZ).

– Każdy, kto wejdzie na stronę NCBiR, zobaczy, że część kryteriów to postulaty, które pozwalają na realizację nie tylko polityki zdrowotnej, lecz także polityki gospodarczej czy rozwojowej państwa – podkreśla Krzysztof Łanda.

Instrument Oceny Wniosków Inwestycyjnych w Służbie Zdrowia ma zracjonalizować wydawanie publicznych pieniędzy, uporządkować inwestycje w służbie zdrowia, pozwolić na przygotowanie i realizację bardziej racjonalnych i uzasadnionych inwestycji, co w dalszej perspektywie ma się przełożyć na poprawę jakości systemu ochrony zdrowia. Nowe regulacje mają zapewnić przejrzysty proces wydawania opinii o celowości inwestycji, a pozytywne stanowisko ma być formalnym warunkiem uzyskania dofinansowania.

– IOWISZ hamuje inwestycje tam, gdzie ich nie powinno być. Nie będzie już takiej sytuacji, że powstaną dwa szpitale o tym samym profilu obok siebie, albo że będzie się kupowało bardzo drogi sprzęt, który nie zostanie nawet rozpakowywany. Chodzi o lepsze wydatkowanie środków. Chcemy, żeby polska gospodarka czerpała korzyści, a pacjenci mieli lepszy dostęp do technologii opracowywanych w kraju. Przy współpracy z Ministerstwem Cyfryzacji dbamy o lepsze wychwytywanie nieprawidłowości. Jeśli będziemy je eliminować, to więcej środków zostanie na skuteczne i potrzebne technologie medyczne – tłumaczy Krzysztof Łanda.

Nowe mechanizmy mają istotne znaczenie w kontekście 12 mld zł środków unijnych przewidzianych w perspektywie do 2020 roku. System IOWISZ ma wpisywać się w politykę zdrowotną resortu zdrowia i być pomocą przy wytyczaniu kierunków rozwoju państwa.

– Część postulatów IOWISZ pozwala na realizację nie tylko polityki zdrowotnej, lecz także polityki gospodarczej i rozwojowej państwa. Zmieniają się też priorytety w NCBiR oraz w PFR, więc pieniądze, które inwestujemy w badania i rozwój, a następnie w komercjalizację, będą znacznie lepiej wydawane – przekonuje podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.

Aby poprawić stan zdrowia Polaków, konieczna jest współpraca między resortami, a także zwiększenie nakładów na zdrowie oraz edukacja zdrowotna. Z tym w naszym kraju jest coraz lepiej, choć zdaniem ekspertów w przypadku kwestii zdrowotnych stworzenie wspólnotowego organizmu koordynacyjnego wymaga długiej debaty.

– Zdrowie jest obszarem, który jest wyłączony z polityki wspólnotowej. Przeniesienie go na obszar wspólnotowy niesie swoje ryzyka dla Polski. Jeżeli mielibyśmy harmonizować nasze prawo w zakresie ochrony zdrowia do tego standardu, jaki występuje w Niemczech, to mogłoby rodzić dla nas bardzo poważne problemy. Dlatego sugerowalibyśmy jednak bardzo mocne osadzenie kwestii zdrowia publicznego i bezpieczeństwa zdrowotnego w polityce spójności, bo to ona odpowiada w zasadniczej części za obszar rozwoju społecznego – przekonuje Jadwiga Emilewicz, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Średnio w Unii Europejskiej na ochronę zdrowia przeznacza się ok. 10 proc. PKB. Z danych OECD wynika, że w 2015 roku z polskiego budżetu na ten cel wydano 4,3 proc. PKB. Mniej wydają: Chorwacja, Rumunia, Bułgaria i Łotwa. Zaś każdy dolar wydany na badania dotyczące zdrowia zwraca się w postaci 64 centów zasilających gospodarkę krajową.

– Ze wszystkich raportów wynika, że to, co nas boli, to długość oczekiwania na procedury. Dostępność jest tym, nad czym realnie musimy pracować. W krajach, gdzie to poczucie bezpieczeństwa zdrowotnego jest bardzo wysokie, a jednocześnie istnieją procedury współfinansowania opieki zdrowotnej, kolejki są mniejsze, ale też i częstotliwość korzystania z tych usług jest rzadsza, bo jest znacznie większy nacisk na profilaktykę – tłumaczy Emilewicz.

Według danych Banku Światowego nawet 50 proc. różnic w tempie wzrostu gospodarczego między krajami bogatymi a biednymi przypisać można różnicom w stanie zdrowia społeczeństwa i długości życia mieszkańców. Te kraje, które potrafią zadbać o zdrowie swoich obywateli, rozwijają się znacznie szybciej.

Belgijskie firmy zainteresowane polskim rynkiem nieruchomości. Warszawa jest atrakcyjna także dla przedsiębiorstw z sektora finansowego

Belgijskie firmy zainteresowane polskim rynkiem nieruchomości. Warszawa jest atrakcyjna także dla przedsiębiorstw z sektora finansowego 9
Po sześciu miesiącach roku wartość wymiany gospodarczej między Polską a Belgią wyniosła prawie 19 mld zł. W zestawieniu rynków eksportowych kraj ten zajmuje trzynaste miejsce, w imporcie – dziewiąte. Na belgijskim rynku największe szanse mają firmy produkcyjne oraz z sektora żywności. Z kolei dla firm belgijskich bardzo atrakcyjny jest krajowy rynek nieruchomości. Zdaniem przedstawicieli Belgijskiej Izby Gospodarczej będzie on zyskiwał jeszcze bardziej, bo do Polski przenosi się coraz więcej firm.

Branża deweloperska i nieruchomości to jeden z obszarów ożywionej współpracy polsko-belgijskiej. Ostatnie miesiące w każdym z segmentów tego rynku przyniosły dynamiczne wzrosty. Eksperci szacują, że w tym roku wartość transakcji w nieruchomościach komercyjnych przekroczy 4 mld euro.

– Napływ zagranicznego kapitału do tego sektora utrzymuje się na stabilnym poziomie. Jest wiele firm, które nie tylko wchodzą do waszego kraju, lecz także rozszerzają tu swoją działalność – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jeroen van der Toolen, wiceprezes Belgijskiej Izby Gospodarczej, dyrektor zarządzający na Europę Środkowo-Wschodnią w firmie Ghelamco.

Jak podkreśla, trend ten będzie coraz bardziej widoczny. Dlatego rynek nieruchomości komercyjnych będzie zyskiwał. Jednym z powodów jest brexit, choć zdaniem wiceprezesa Belgijskiej Izby Gospodarczej nie jest to najważniejsze kryterium.

 W sektorze finansowym nie wszystko dzieje się w tzw. front office, prawie 95 proc. to tzw. back-office, w którym nie ma znaczenia miejsce, gdzie pracują ludzie. Jeżeli spojrzymy na koszty pracy w Londynie, to oferując nawet bardzo dobre pensje w Polsce, będą one i tak o 40 proc. niższe niż w Londynie, który jest jednym z najdroższych miast świata. Firmy wykorzystują więc czasem brexit jako wymówkę, aby przyspieszyć wyprowadzkę z Londynu, na przykład do Warszawy. Widzimy duży napływ podmiotów z sektora finansowego do Warszawy – mówi Jeroen van der Toolen.

Jak podkreśla, Polska ma potencjał, by przyciągać zagraniczne firmy, takie, które będą uruchamiać tu nie tylko centra biznesowe i innowacyjne zakłady produkcyjne, lecz także centra badawczo-rozwojowe.

 Belgijskie firmy są w największym stopniu obecne w polskiej branży budowlanej. Gdy mówimy o eksporcie i imporcie, to bardziej aktywne są branże maszynowa, transportowa i tworzyw sztucznych – mówi Jeroen van der Toolen.

Wśród najbardziej aktywnych sektorów w wymianie handlowej między Polską a Belgią są tworzywa sztuczne, sprzęt transportowy, maszyny i urządzenia, przemysł chemiczny i metale nieszlachetne.

Według Głównego Urzędu Statystycznego wartość wymiany gospodarczej między oboma krajami w pierwszym półroczu br. wyniosła blisko 19 mld zł, z czego 8,446 mld zł zajął eksport, natomiast import 10,091 mld zł. Saldo zatem było ujemne i wyniosło 1,644 mld zł.

– Potencjał polsko-belgijskiej współpracy jest bardzo duży – przekonuje Jeroen van der Toolen. – Wystarczy spojrzeć na dane z lat 2011–2015. Eksport z Belgii do Polski wzrósł w tym okresie o 25 proc., do blisko 7 mld euro. Z kolei eksport z Polski do Belgii wzrósł o około 14 proc., co pokazuje coraz bliższą współpracę pomiędzy obydwoma krajami.

Zgodnie z danymi GUS po sześciu miesiącach Belgia zajmowała trzynaste miejsce pod względem wartości sprzedaży zagranicznej krajowych przedsiębiorstw. Udział tego kraju w torcie polskiego eksportu wynosi 2,1 proc. Udział importu towarów i usług z tego kraju ukształtował się na poziomie 2,7 proc. Pod tym względem Belgia była dziewiątym partnerem gospodarczym krajowych podmiotów gospodarczych.

– Widzimy także duże zainteresowanie ze strony polskich firm, które pytają nas, jak wejść na belgijski rynek. To zainteresowanie Belgią cały czas rośnie – mówi wiceprezes Belgijskiej Izby Gospodarczej. – Polskie firmy z sektora produkcyjnego mają szanse w Belgii. Dziś duża część produkcji ma miejsce w Polsce, a następnie jest eksportowana do całej Europy i dalej w świat. Eksport produkcji to zdecydowanie numer jeden. Inny perspektywiczny obszar to sektor spożywczy. Jest duży potencjał eksportowania polskich produktów rolnych do Belgii.

Jak wynika z danych Belgijskiej Agencji Handlu Zagranicznego, ponad 3 tys. belgijskich firm eksportuje do Polski, a ponad 3,5 tys. wykazuje zainteresowanie polskim rynkiem.

– Polska jest jednym z największych krajów unijnych, rynkiem wzrostowym, oprócz Chin jedynym państwem, które 25 lat z rzędu notuje wzrost gospodarczy – podkreśla Jeroen van der Toolen. – Jest oczywiste, że lepiej inwestować w rozwijającym się kraju niż w takim, którego gospodarka się kurczy. Polska ma dodatkowo bardzo duży rynek wewnętrzny, co przyciąga dużo więcej inwestycji niż inne kraje regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Ten trend powinien być coraz silniejszy. Wzrost jest być może będzie niższy w ujęciu procentowym, ale konkretne liczby co roku są jednak wyższe.

Sektor outsourcingu będzie rósł o 6% rocznie w następnych 6 latach

  • Dalszy rozwój sektora pomimo rosnącej konkurencji ze strony robotyki
  • Relokacja do krajów macierzystych centrów telefonicznych i centrów usług wspólnych w najbliższej przyszłości mało prawdopodobna
  • Polska na 7 miejscu globalnego rankingu lokalizacji dojrzałych BPO

Z corocznego raportu międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield zatytułowanego Where in the World wynika, że w najbliższych sześciu latach sektor outsourcingu będzie rósł w tempie 6 proc. rocznie – głównie dzięki cięciom kosztów przez firmy, a zwłaszcza banki.

Autorzy raportu wskazują, że firmy z sektora usług nadal bardziej koncentrują się na relokacji działów back- i mid-office do innych państw niż na przenoszeniu do swoich krajów macierzystych centrów telefonicznych i innych centrów usług wspólnych w celu poprawy obsługi klientów. Wynika to z tego, że różnice w wysokości płac pomiędzy rozwiniętymi gospodarkami i rynkami wschodzącymi, na których powstało wiele miejsc pracy w sektorze usług outsourcingowych, raczej się nie zmniejszą w wystarczającym stopniu przez wiele lat.

Neil McLocklin, współautor raportu i współdyrektor działu doradztwa strategicznego w regionie EMEA firmy Cushman & Wakefield, powiedział: „Rynek pracy w sektorze usług outsourcingowych w Europie Środkowej dynamicznie się rozwija dzięki firmom z Europy Zachodniej od początku nowego tysiąclecia. Nawet przy założeniu wysokiego wskaźnika wzrostu wynagrodzeń na poziomie 4-5% rocznie w porównaniu z zaledwie 1-2% w Europie Zachodniej upłynie od 15 do 20 lat, zanim rozbieżności płacowe zmniejszą się z obecnej proporcji wynoszącej ok. 1:3 do mniej więcej połowy”.

Ponadto lokalizacje o bardziej ugruntowanej pozycji na rynku usług outsourcingowych takie jak Polska stają w obliczu presji czynników, które mogą wpłynąć na tempo wzrostu tego sektora. Do tych czynników zalicza się m.in.:

  • wzrost konkurencji ze strony nowych lokalizacji oferujących niższe koszty działalności w krajach sąsiednich takich jak Rumunia;
  • szybki rozwój robotyki wykorzystywanej w automatyzacji procesów biznesowych oraz cognitive computing, czyli inteligentnego przetwarzania danych;
  • wzrost kosztów związanych ze zwalczaniem coraz większych zagrożeń technologicznych wynikający z konieczności dodatkowych szkoleń dla pracowników, którzy poszerzają zakres swoich kwalifikacji poza podstawowe umiejętności językowe i matematyczne;
  • niekorzystne trendy demograficzne i migracja wykwalifikowanych pracowników, zwłaszcza z mniejszych miast do Europy Zachodniej.

W skali globalnej Indie są nadal największym rynkiem usług outsourcingowych z 56-procentowych udziałem w rynku. Na drugim miejscu uplasowały się Filipiny, które miały udział w rynku na poziomie 15%. W 2015 r. outsourcing wygenerował 7% PKB tego kraju w porównaniu z zaledwie 0,08% w 2000 r.

Raport Where in the World prezentuje ranking krajów według ich atrakcyjności dla sektora BPO (Business Process Outsourcing) z uwzględnieniem czynników takich jak koszt, jakość usług oraz stabilność polityczna i gospodarcza. Poszczególne rynki zostały podzielone na dwie kategorie: dojrzałe i wschodzące.

Tamas Polster, współautor raportu i współdyrektor działu doradztwa strategicznego w regionie EMEA, powiedział: „Wśród rynków wschodzących Wietnam zachował opinię najlepszej lokalizacji outsourcingowej świata. Z kolei w grupie państw europejskich na trzecie miejsce awansowała Litwa – z piątego w ubiegłorocznym rankingu.

Jednym z zagrożeń dla sektora usług outsourcingowych jest szybki postęp w dziedzinie automatyki, ale branża ta będzie nadal dynamicznie się rozwijać przez wiele lat. Jednak klienci będą bardzo ostrożnie dokonywać wyboru usług biznesowych. Ważnym czynnikiem jest oczywiście cena, ale jakość usług, które muszą być niezawodne i efektywne, ma kluczowe znaczenie dla firm zainteresowanych utrzymaniem dotychczasowej bazy klientów.

Dojrzałe lokalizacje usług BPO i SSC poczyniły w ostatnich latach znaczne inwestycje w rozwój oferowanych usług. Zwiększyły udział automatyki i dokonały relokacji procesów generujących niższą wartość na rynki wschodzące w celu utrzymania przewagi konkurencyjnej”.

Polska znalazła się na 7 miejscu globalnego rankingu lokalizacji dojrzałych BPO (skok o dwie pozycje, z miejsca 9 w 2015 r.).

Bolesław Kołodziejczyk, Starszy Konsultant w Dziale Doradztwa i Analiz Rynkowych w Cushman & Wakefield w Polsce, powiedział; „Polska jest największym rynkiem BPO w Europie Środkowo-Wschodniej. Firmy outsourcingowe ulokowały się w ponad 16 dużych miastach kraju, a sektor ten rozwija się w tempie 20% rocznie od 1995 r. Banki i firmy świadczące usługi profesjonalne, które wcześniej przenosiły funkcje back office do Azji, obecnie są zainteresowane relokacją bardziej złożonych usług finansowych i prawnych do Polski. Do głównych czynników zachęcających do tego zaliczamy wspólną strefę czasową z wieloma stolicami europejskimi, członkostwo w UE i praktyki biznesowe podobne do obowiązujących w Europie Zachodniej. Ponadto w Polsce obowiązują wszystkie przepisy unijne dotyczące praw autorskich i własności intelektualnej oraz przestrzegane są standardy amerykańskie w zakresie bezpieczeństwa danych i ochrony własności intelektualnej”.

Na korzyść Polski przemawia również dobrze rozwinięta baza zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej,  która na koniec roku dla dziewięciu największych rynków wynosiła blisko 9 mln m kw.

BPO - LOKALIZACJE DOJRZAŁE.png

BPO - LOKALIZACJE WSCHODZĄCE.png

Nowelizacja ustawy antylichwiarskiej może odciąć od pożyczek nawet kilkaset tysięcy Polaków

Przedstawiony  8 grudnia 2016 roku projekt ustawy z dnia 7 grudnia 2016 r. o zmianie ustawy – Kodeks karny oraz niektórych innych ustaw, został skierowany do uzgodnień międzyresortowych. Proponowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości zmiany prowadzą do drastycznego ograniczenia opłat, jakie firmy udzielające pożyczki będą mogły doliczać do oferowanych przez siebie produktów, co wyeliminuje z rynku firmy udzielające pożyczki na niewielkie kwoty i krótkie okresy, tzw. chwilówki.

Jak donoszą publikacje medialne, intencją regulatora dokonywującego zmiany do tej ustawy było ograniczenie nieuczciwych praktyk w obszarze kredytów konsumenckich, w szczególności związanych z tzw. chwilówkami oraz pożyczkami zabezpieczonymi nieruchomościami. Eksperci wskazują jednak, że zmiana może pozbawić dostępu do kredytów konsumenckich nawet kilkaset tysięcy Polaków szukających kredytowania poza systemem bankowym, który nie jest w stanie zaoferować im żadnych rozwiązań. (Szacunek na podstawie liczby 1 mln. zawartych umów pożyczkowych – źródło PWC, raport Rynek firm pożyczkowych w Polsce 2013r.).

Z pewnością dobrym kierunkiem jest doregulowanie sektora i podniesienie bezpieczeństwa konsumentów poprzez wyeliminowanie z branży nieuczciwych pożyczkodawców. Należy jednak zastanowić się nad tym, w jaki sposób można wzmocnić uczciwych graczy na rynku, którzy mogą zaoferować swoim klientom jasne i przejrzyste warunki finansowania. Obawiam się, że wdrożenie proponowanych zmian zwiększy jedynie szarą strefę, która zagospodaruje przestrzeń po firmach, których proponowane regulacje wyprą z rynku, bowiem maksymalne koszty jakie będzie można doliczyć do pożyczki nie pokryją start związanych ze szkodowością oraz kosztów pozyskania kapitału na działalność pożyczkową – mówi Roman Wyszomirski, Prezes Zarządu MBR Finance.

Eksperci wskazują, że proponowany kształt Ustawy prowadzi przede wszystkim do penalizacji czynów związanych według Ministerstwa z lichwą. Ostatnia nowelizacja, która była szeroko konsultowana w ramach ustaleń między resortowych, na komisjach sejmowych, również przy uczestnictwie przedstawicieli rynku znacząco ograniczyła możliwość generowania przychodów na tak ryzykownym rynku jakim są pożyczki i to szczególnie udzielane na niewielkie kwoty i krótkie okresy.

Analizy przeprowadzone po wejściu w życie ostatnich rozwiązań pokazują, że efekt związany z regulacją rynku na płaszczyźnie wymogów kapitałowych dla spółek pożyczkowych został osiągnięty. Wiadomo, że do rozwiązań doskonałych jest jeszcze daleko, bowiem w ostatniej nowelizacji nie znalazły się zapisy zmierzające do stworzenia bazy firm pożyczkowych oraz zabezpieczeń związanych z rynkiem pożyczek zabezpieczonych nieruchomościami i w naszej ocenie kolejne kroki regulacyjne powinny iść w tym kierunku. Proste ograniczenie kosztów spowoduje zlikwidowanie produktów pożyczkowych udzielanych na krótkie okresy, co automatycznie spowoduje odcięcie od finansowania setki tysięcy osób obecnie korzystających z takiej formy zaciągania pożyczek. Efekt obecnie proponowanych zmian może być więc zupełnie odwrotny od zamierzonego – przewiduje Roman Wyszomirski.

Według ekspertów, alternatywą dla obecnej nowelizacji jest jej zaniechanie w proponowanym kształcie, bowiem przepisy związane z kredytem konsumenckim były niedawno doregulowane w stosunku do firm obecnych w sektorze pożyczkowym, który jest jedyną alternatywą dla konsumenta odrzuconego przez system bankowy. Wprowadzone zmiany pozbawią możliwości wsparcia najbardziej potrzebujących.

Zmiany proponowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości w nieznaczny sposób wpłyną na rentowność sprzedawanych przez nas produktów. Możliwość doliczania pozaodsetkowych kosztów jest zależna od długości trwania pożyczki, co w proponowanym modelu zupełnie eliminuje z rynku pożyczki udzielane na krótkie okresy. Dodatkowo blisko 50% obrotu naszej spółki generowane jest w oparciu o pożyczki udzielane przedsiębiorcom, których warunki nie podlegają zapisom ustawy o kredycie konsumenckim – komentuje Wyszomirski. W przypadku przyjęcia rozwiązań proponowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości naturalnym działaniem Spółki, będzie ograniczenie dostępności do oferty dla klientów o niskiej ocenie zdolności do zaciągnięcia pożyczki. Dzięki takim działaniom MBR Finance ograniczy szkodowość, która wprost wpływa na osiągane wyniki finansowe – dodaje Wyszomirski.

Roman Wyszomirski: Prezes Zarządu MBR Finance S.A., w 1995 r. założył Polskie Towarzystwo Finansowe S.A., lidera na rynku kredytów samochodowych a do 2002 r. był jego współwłaścicielem i zarządzającym. W 2003 r. Spółka została kupiona przez Santander Consumer Bank. W 2003 r. utworzył Powszechny Dom Kredytowy S.A., jednego z największych w Polsce pośredników finansowych, którym zarządzał do 2008 r., kiedy to Spółkę kupił Getin Holding.

Przyszłość warszawskiego rynku biurowego | Cushman & Wakefield

W 2016 roku warszawski rynek powierzchni biurowej przekroczył 5 mln m kw. Wysoka dynamika wzrostu i zmiana warunków rynkowych wpłynęły na obserwowaną w ostatnich dwóch latach migrację między- i wewnątrzstrefową najemców. Istotnym czynnikiem przy wyborze odpowiedniej lokalizacji pozostaje również wiek budynku. Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield prezentuje wyniki raportu nt. przyszłości rynku biurowego w stolicy.

Obecne zasoby Warszawy przekroczyły już 5 mln m kw., co umożliwiło stolicy stopniowe wejście do czołówki miast europejskich dysponujących najbardziej rozwiniętymi rynkami powierzchni biurowej. W ostatnich 4 kwartałach w stolicy współczynnik absorpcji wyniósł ponad 250 tys. m kw., wskazując na dynamiczny rozwój rynku. Zgodnie z analizami Cushman & Wakefield utrzymanie się wysokiej absorpcji zależeć będzie od wartości dodanej wytwarzanej przez firmy z sektora usług finansowych i biznesowych (FBS) oraz od dostępności siły roboczej. Już teraz widoczne jest zwiększone zainteresowanie Warszawą, wskazują na to zawarte transakcje najmu. W ostatnim czasie duże ilości powierzchni wynajęły m.in.: Credit Suisse (Atrium II, 7,5 tys. m kw.), KMD (Gdański Business Center, 6,2 tys. m kw.) czy Goldman Sachs (Warsaw Spire, 5,1 tys. m kw.). Dalszy wzrost zapotrzebowania na nowoczesną powierzchnię biurową może wynikać z:

  • Migracji centrów usług wspólnych z innych rynków europejskich, w ramach redukcji bazy kosztowej ich działalności i/lub planowanej ekspansji.
  • Podniesienia rentowności funkcjonujących na rynku podmiotów i co za tym idzie ich skłonności do dalszego rozwoju.
  • Strukturalnych zmian całej gospodarki polegających na wzroście znaczenia sektora usług finansowych i biznesowych na poziomie lokalnym.

Na rynku widoczne są również zmiany preferencji najemców i wpływająca na ich przepływ między poszczególnymi budynkami tzw. rotacja między- i wewnątrzstrefowa. W ostatnich dwóch latach łączny wolumen transakcji najmu w stolicy wyniósł 1,6 mln m kw. Nowe umowy stanowiły 950 tys. m kw., z czego 16% dotyczyło przejścia najemcy do innej strefy biurowej. W analizie podpisanych umów przeprowadzonej przez Cushman & Wakefield wynika, że w ostatnich dwóch latach największą stratę najemców na rzecz pozostałych lokalizacji w Warszawie zanotowała strefa Południowa Górna (57 tys. m kw.). Na decyzji o zmianie siedziby najbardziej skorzystała strefa Południowy-Zachód 1 (22 tys. m kw.), Północ (19 tys. m kw.) oraz Zachód (11 tys. m kw.). Natomiast w ostatnich 4 kwartałach największą rotację najemców pomiędzy budynkami zlokalizowanymi w ramach jednej strefy zanotowano w strefie Południowej Górnej (56 tys. m kw.) oraz w Ścisłym Centrum (29 tys. m kw.). Najemcy rzadko decydują się na zmianę budynku w ramach danej strefy. Robią to tylko, kiedy istnieje możliwość optymalizacji kosztów i jednocześnie podniesienia standardu.

– W kolejnych 5 latach Warszawa będzie jednym z trzech (po Moskwie i Stambule) najszybciej rozwijających się rynków powierzchni biurowej w Europie Środkowo-Wschodniej. Do roku 2021 rynek urośnie o 1 mln m kw. zajętej powierzchni, a prognozowanemu wzrostowi będą towarzyszyły zmiany preferencji najemców. W ostatnich dwóch latach zmiany te doprowadziły do odpływu ze strefy Południowej Górnej firm zajmujących łącznie 57 000 m kw. W najbliższym czasie można spodziewać się wzrostu migracji zarówno pomiędzy poszczególnymi strefami biurowymi, jak i wewnątrz nich – powiedział dr Bolesław Kołodziejczyk, Starszy Konsultant w Dziale Doradztwa i Analiz Rynkowych w Cushman & Wakefield, autor raportu.

Obecna struktura zasobów wskazuje, że większość dostępnej powierzchni w Warszawie oferują budynki w wieku powyżej 10 lat (2,4 mln m kw.), natomiast najmniejszy udział w całkowitych zasobach (6%) mają te w wieku od 4 do 6 lat. W ostatnim roku zauważono rosnącą stopę pustostanów w budynkach oddanych do użytku w latach 2008-2010. Wskaźnik powierzchni niewynajętej wzrósł w nich o 2,6 p.p. w stosunku do średniej z ostatnich 4 kwartałów. Budynki starsze niż 10 lat odnotowały istotny odpływ najemców w 2009 i 2013 r. Analiza relacji absorpcji w odniesieniu do wieku budynków pokazuje również systematyczny odpływ najemców z budynków 4-6 letnich, wynajmowanych w okresie, kiedy rynek był znacznie korzystniejszy dla wynajmujących.

– Na zwiększenie atrakcyjności warszawskiej Woli wpłynęła poprawa warunków komunikacyjnych w dzielnicy, w tym m.in. otwarcie drugiej linii metra czy gęsta sieć połączeń tramwajowych. Dodatkowo duża podaż biur w okolicy miała wpływ na zmniejszanie się czynszu, nawet o 2,5 EUR w okolicach Centrum, w ciągu ostatnich kilku lat. Dlatego obserwowaliśmy wybór tej lokalizacji przez najemców. Natomiast zagłębie biurowe na Służewcu stało się niejako ofiarą własnego sukcesu, gdyż zbyt szybki i niekontrolowany wzrost rynku biurowego ograniczył powstawanie innych ważnych dla zrównoważonego rozwoju dzielnicy funkcji zabudowy, ograniczając tym samym pracownikom firm dostęp do zaplecza kulturalno-społeczno-mieszkaniowego. Taka sytuacja nie oznacza, że ta największa w Warszawie strefa biurowa straci na znaczeniu. Możemy zakładać, że w przyszłości zmianie ulegnie jedynie profil najemców, a stawki czynszowe będą musiały dostosować się do nowych wymagań – mówi Richard Aboo, Partner, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych firmy Cushman & Wakefield.

Znaczący udział w negatywnej absorpcji ma strefa US, dla której przez ostatnie 4 kwartały zajęta powierzchnia uległa redukcji o ponad 14,9 tys. m kw., przy czym największy odpływ najemców miał miejsce dla budynków starszych niż 10 lat (-34,8 tys. m kw.) i tych w wieku 4 – 6 lat (-12,5 tys. m kw.).

– Przeprowadzone przez nas badania w sposób wymierny obrazują starukturalne zmiany rynku i jednocześnie wskazują na jego wciąż duży potencjał wzrostowy. Na prognozowanych trendach skorzystają przede wszystkim najemcy i deweloperzy, a także właściciele takich budynków, które w sposób optymalny będą dopasowywać się do wymagań najemców. Przedstawiona przez nas w raporcie macierz rotacji najemców pozwoli uczestnikom rynku na bardziej precyzyjne jego monitorowanie. Dla deweloperów i właścicieli budynków oznacza to skuteczniejsze pozycjonowanie swoich projektów lub tak jak w przypadku najemców stanowić może wsparcie przy budowaniu ich strategii wynajmu – mówi Kamila Wykrota, Partner, Dyrektor Działu Doradztwa i Analiz Rynkowych w Cushman & Wakefield.

 

Jedynie 10% firm wdrażając system ERP nie wprowadza modyfikacji

Według raportu Panorama Consulting, średni czas wdrożenia systemu ERP wynosi 21 miesięcy. Choć 57% przedsiębiorstw uznaje zrealizowane wdrożenie za sukces,  to w ponad połowie przebadanych firm implementacja trwała dłużej niż pierwotnie zakładano właśnie ze względu na wprowadzane modyfikacje. Problemów tych można byłoby uniknąć, gdyby większą uwagę przywiązywano do analizy przedwdrożeniowej.

Za dużo na raz

Jak wynika z danych firmy analitycznej, czas wdrożenia zwiększył się w ciągu roku o niemal 7 miesięcy. Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka: do najczęściej wymienianych należą problemy z danymi, bariery technologiczne i organizacyjne a także założenie z góry nierealistycznego czasu wdrożenia. Trudno wywiązać się z harmonogramu także dlatego, że przedsiębiorstwa rozszerzają w trakcie wdrożenia jego zakres i wprowadzają liczne modyfikacje. A to, zdaniem ekspertów nie zawsze jest uzasadnione.

Często spotykamy się z sytuacją, w której otrzymujemy od potencjalnego klienta tabelę w Excelu z listą oczekiwanych funkcjonalności. Do tej pory zrealizowaliśmy ponad 1500 projektów wdrożeniowych i mniej więcej wiemy czego dany klient, działający w takiej a nie innej branży, potrzebuje a czego nie. W wielu przypadkach okazuje się niestety, że wymagania są nadwymiarowe. My możemy zrobić wszystko czego klient sobie zażyczy, pytanie tylko czy jest to potrzebne i zasadne – zauważa Arkadiusz Bała ze śląskiej firmy BPSC dostarczającej systemy wspierające zarządzanie firmą.

Modyfikują na potęgę

Z danych Panorama Consulting wynika, że zaledwie 10% przedsiębiorstw nie wprowadza żadnych modyfikacji systemu ERP. Aż 30% firm wprowadza modyfikacje w aplikacji sięgające co najmniej 26% a w 7% przypadków przekraczają one aż połowę kodu. To pociąga za sobą nie tylko dodatkowe koszty, ale także opóźnienia – Dostawca musi się zabezpieczyć, by zmiana cały czas funkcjonowała prawidłowo, niezależnie od wprowadzania nowych funkcjonalności czy podniesienia systemu do nowej wersji. To kosztuje – tłumaczy Arkadiusz Bała z BPSC – Jednak poza rozwiązaniami stricte branżowymi, takimi jak np. systemy dla służby zdrowia, zawsze warto do maksimum wykorzystać funkcjonalności systemu. Tak, by za wszelką cenę uniknąć modyfikacji  – wskazuje ekspert.

Dlaczego? 67% projektów wdrożeniowych realizowanych w ubiegłym roku nie udało się w ubiegłym roku zrealizować w założonym harmonogramie. W 26% przypadków założenia przekroczono o nie więcej niż 25%, jednak w 11% analizowanych przypadków harmonogram przekroczono nawet więcej niż o 76%.

Wdrożenie prawie bez zmian

To, że warto dobrze przygotować się do planowanych zmian dobrze ilustruje przykład jednego z klientów BPSC, firmy dostarczającej produkty m.in. dla szwedzkiej IKEI, która wdrożyła praktycznie pełną funkcjonalność systemu Impuls EVO i to niemal bez żadnych modyfikacji. – Skoordynowanie swoich potrzeb z aktualnym stanem tego, jakie rozwiązanie można dostać na rynku, to duże wyzwanie. Dzięki analizie przeprowadzonej przez zewnętrzny podmiot łatwiej jest zdiagnozować obszary, w które będą odgrywały kluczową rolę przy wdrożeniu i  zbudować zakresy funkcjonalne. Kadry i płace, księgowość, kontroling, sprzedaż i dystrybucja, zarządzanie relacjami z klientami, magazyn wysokiego składowania, produkcja, harmonogramowanie produkcji – to tylko niektóre z nich – tłumaczy ekspert z BPSC.

W każdym z obszarów wymagania zdefiniowano liczbowo w arkuszu Excela – np. w księgowości określono 434 wymagania funkcjonalne. Firma podejmując decyzję o wdrożeniu, wybiegła również w przyszłość i zadbała o to, aby określić wymagania perspektywicznie. Przykładowo, od momentu wdrożenia systemu w przedsiębiorstwie, liczba pracowników wzrosła o 70 osób, siłą rzeczy zwiększyły się także wymagania odnośnie systemu. Przewidziano je jednak w momencie podejmowania decyzji o wdrożeniu.  Dogłębna analiza procesów przedsiębiorstwa oraz planów jego rozwoju sprawiła, że modyfikacje stanowiły jedynie 2,5% wartości całego projektu wdrożeniowego.

Tego typu wdrożenia z pewnością są najbardziej pożądanym scenariuszem. Według danych Panorama Consulting 54% firm – czyli o 9% więcej niż rok wcześniej – jest zadowolonych z wyboru dostawcy oprogramowania i pozytywnie ocenia współpracę. To sygnał, że zarówno wśród dostawców, jak i klientów rośnie świadomość względem całego procesu wdrożeniowego oraz oczekiwanych rezultatów.

Prognozy na 2017 dla inwestowania w strategie oparte na funduszach hedgingowych

Prognozy na 2017 r.: „Warunki dla lepszych wyników strategii hedgingowych w 2017 r. prawdopodobnie nadal będą się poprawiać, gdy ograniczona zmienność i sztucznie zaniżone stopy procentowe będą wracać na normalne poziomy”.

Strategie akcyjne typu „long/short”: rosnące stopy procentowe oraz coraz większa zmienność rynkowa w przeszłości oznaczały większe możliwości

Gdy stopy procentowe na rynkach rozwiniętych zaczną rosnąć, a takich wzrostów spodziewamy się w ciągu najbliższych sześciu miesięcy, przewidujemy, że korzystny wpływ trwającego od ośmiu lat poluzowania ilościowego zacznie słabnąć. Wzrosty stóp procentowych zwykle wywierają wzmożoną presję na spółki o słabych fundamentach, które nie są już w stanie wykorzystywać niskich stóp do tańszego finansowania działalności i często w konsekwencji notują spadek dynamiki działalności operacyjnej, czego skutkiem jest większe zróżnicowanie cen między takimi przedsiębiorstwami a spółkami o mocniejszych fundamentach.

Zarządzający strategiami, którzy potrafią diagnozować fundamentalną kondycję spółek, powinni zatem cieszyć się na myśl o liczniejszych okazjach do oddzielania zwycięzców od przegranych. Mieliśmy okazję obserwować ten efekt w trzecim kwartale 2016 r. — wielu zarządzających akcyjnymi strategiami typu „long/short” zarabiało w okresie publikowania danych o zyskach, gdy kursy akcji reagowały głównie na indywidualne zmiany dotyczące poszczególnych spółek. Ostatnio zauważyliśmy także rozszerzanie się luki pomiędzy poszczególnymi sektorami indeksu S&P 500, które osiągają najlepsze i najgorsze wyniki, czemu w przeszłości towarzyszyły solidne wyniki strategii hedgingowych na akcje spółek ze Stanów Zjednoczonych, a w szczególności strategii akcyjnych typu „long/short”.

Rozszerzający się spread* zwrotu z poszczególnych sektorów ujętych w indeksie S&P 500 sugeruje potencjał strategii hedgingowych do generowania lepszych wyników

Spread zwrotu między najprężniejszym i najsłabszym sektorem w indeksie S&P 500 a względne wyniki strategii hedgingowych
maj 1995 r. — wrzesień 2016 r.

 

Prognozy dla inwestowania w strategie oparte na funduszach hedgingowych
*Spread to różnica pomiędzy wynikami najprężniejszego i najsłabszego sektora w indeksie S&P 500. Im większa różnica odzwierciedlająca rozproszenie zwrotu pomiędzy sektorami, tym większe znaczenie rynek przypisuje sektorowym cechom lub czynnikom fundamentalnym.
Źródło: Bloomberg i K2 Analysis. Dane na dzień 30 września 2016 r. Wyniki historyczne nie gwarantują wyników przyszłych. Wynik względny strategii hedgingowych mierzony w odniesieniu do indeksu S&P 500 Index. Ważne uwagi i warunki dotyczące podmiotów dostarczających dane można znaleźć na stronie www.franklintempletondatasources.com.

W ciągu najbliższych sześciu miesięcy zmienność wysunie się, według nas, na pierwszy plan, szczególnie w świetle niepewności dotyczącej kondycji globalnej gospodarki, tempa podwyższania stóp procentowych przez Rezerwę Federalną Stanów Zjednoczonych, przebiegu Brexitu (wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej zgodnie z wynikiem przeprowadzonego w tym kraju referendum) oraz stanu instytucji finansowych w Unii Europejskiej. Oczekujemy także wzrostu zmienności rynkowej. Powszechną na rynkach niepewność mogą dodatkowo nasilać takie czynniki jak trudne warunki do generowania zysków na rynkach akcji, wskaźniki cen do zysków1 zbliżające się do 12-letnich maksimów (pod koniec 2016 r.) oraz wahania kursów walut. Zasadniczo uważamy, że większa zmienność i zróżnicowanie powinny tworzyć atrakcyjne warunki dla strategii akcyjnych typu „long/short”, w szczególności tych o niskiej ekspozycji netto lub niskiej korelacji.

Strategie instrumentów kredytowych przedsiębiorstw / wartości względnej: zmienność na rynkach obligacji wydawała się ograniczona przez większą część 2016 r., co sprzyja zarządzającym stosującym arbitraż na zmienność

Pomimo dominującej wśród inwestorów giełdowych niepewności, u progu czwartego kwartału 2016 r. zarówno krótkoterminowe prognozy zmienności, jak i wskaźniki rzeczywistej zmienności, wciąż są niskie. Gdy jednak przyjrzymy się podwyższonym cenom opcji zabezpieczających put czy zmienności bardziej długoterminowej (czyli dwóm tradycyjnym barometrom agresywnego hedgingu), zauważymy ewidentne dowody potwierdzające silny niepokój wśród inwestorów. Te źródła technicznej presji, nasilonej przez nadmierne poluzowanie polityki przez banki centralne oraz popyt ze strony zarządzających koncentrujących się na zmienności systemowej, skutkują nieefektywnościami w wycenie zmienności, co nadal powinno sprzyjać zarządzającym stosującym arbitraż na zmienność.

Podobne czynniki mają wpływ na inne wrażliwe na zmienność instrumenty, takie jak obligacje zamienne, które były faworyzowane przez wielu inwestorów w 2016 r. w związku z oferowaną przez nie kombinacją dodatniej rentowności i długiego profilu zmienności. Z naszej perspektywy generalnie ograniczona płynność w przypadku wszystkich indeksów poza największymi nadal będzie skutkować poważnymi problemami dla mniejszych emitentów, co może być źródłem zarówno możliwości, jak i potencjalnego ryzyka. Choć zarządzający stosujący arbitraż na instrumenty o stałym dochodzie będą prawdopodobnie musieli stawić czoła tym samym problemom, co zarządzający strategiami skoncentrowanymi na innych sektorach, nasze obawy budzą potencjalne trudności wynikające z dużej zależności tej strategii od lewarowania oraz wrażliwości na wpływ działań banków centralnych.

Strategie sytuacyjne: mozolny wzrost na rynkach rozwiniętych powinien sprzyjać dynamice fuzji i przejęć

Choć w 2017 r. trudno będzie o powtórkę rekordowej dynamiki w obszarze fuzji i przejęć, jaką notowano w 2016 r., nadal spodziewamy się sporych możliwości — spółki mają spore zapasy wolnych środków pieniężnych, a wiele przedsiębiorstw nadal proaktywnie działa na rzecz podnoszenia wartości. Słabe warunki dla wzrostu gospodarczego mogą utrudnić spółkom zwiększanie zysków na akcję bez przejęć. Dodatkowym sprzyjającym czynnikiem mogą być, ponadto, uporczywie niskie stopy procentowe, a także poluzowana polityka pieniężna na całym świecie.

Przewidujemy, że aktywni inwestorzy nadal będą brać na cel słabo zarządzane spółki, ale „szybkie działania naprawcze”, takie jak wykup akcji, prawdopodobnie będą odgrywały mniej istotną rolę. Oczekiwanie na efekty strategii może być bardziej długotrwałe, jeśli inwestorzy będą decydować się na restrukturyzację zamiast inżynierii finansowej.

Globalne strategie makroekonomiczne: możliwości towarzyszące wzrostowi gospodarczemu na rynkach wschodzących

Zarządzający globalnymi strategiami makroekonomicznymi nadal powinni, w naszej ocenie, mieć do dyspozycji szeroki wachlarz możliwości na rynkach wschodzących. Uważamy, że warunki fundamentalne i techniczne powinny wciąż sprzyjać długim pozycjom na rynkach wschodzących, a w szczególności w Brazylii, Argentynie i Wenezueli.

Jeżeli chodzi o rynki rozwinięte, spodziewamy się ciągłej niepewności co do potencjalnego wzrostu gospodarczego oraz możliwych dalszych działań banków centralnych, co może wiązać się z wyzwaniami dla zarządzających globalnymi strategiami makroekonomicznymi, którzy podejmują decyzje na bieżąco na podstawie własnej oceny sytuacji w danym momencie. Ewentualne spowolnienie gospodarcze w Wielkiej Brytanii towarzyszące dążeniom do odłączenia się od Unii Europejskiej może jednak okazać się źródłem możliwości. Choć ta niepewność może być niekorzystna dla wyników wspomnianych powyżej zarządzających podejmujących decyzje na bieżąco bez ustalonych z góry reguł, wynikająca z niej wzmożona zmienność rynkowa obejmująca różne klasy aktywów prawdopodobnie sprzyjałaby tym zarządzającym strategiami makroekonomicznymi, którzy stosują podejście systemowe. Co więcej, zarządzający systemowi, którzy realizują transakcje, kierując się wskaźnikami fundamentalnymi, mogą skorzystać na spodziewanej dalszej poprawie warunków dla inwestowania zorientowanego na wartość.

Na koniec należy wspomnieć, że w listopadzie 2016 r., gdy powstawał niniejszy tekst, Donald Trump został wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Natychmiastową reakcją światowych rynków finansowych były potężne skoki zmienności rynkowej, choć giełda w Stanach Zjednoczonych poszła w górę w ciągu kilku kolejnych dni, a indeks Dow Jones Industrial Average osiągnął rekordowo wysoki poziom. Ceny papierów skarbowych ze Stanów Zjednoczonych także początkowo poszły w dół pod wpływem spekulacji, że prezydent elekt może zwiększyć wydatki budżetowe i pobudzić inflację. Czas pokaże, jaki będzie kolejny rozdział tej historii. Kierując się naszą wstępną oceną sytuacji, zważywszy, że Senat i Izba Reprezentantów także będą kontrolowane przez Republikanów, sądzimy, że zmiany mogą ostatecznie okazać się korzystne dla wzrostu gospodarczego w Stanach Zjednoczonych. Naszym czytelnikom przypominamy, że wiele będzie zależało od tego, co przyniosą najbliższe miesiące. Wraz z doradcami zarządzającymi poszczególnymi strategiami wciąż przykładamy dużą wagę do oceny implikacji tych wydarzeń dla naszych inwestycji.

  1. Wskaźnik ceny do zysku (C/Z) dla danej akcji stanowi porównanie ceny akcji z zyskiem spółki na jedną akcję.

 

David C. Saunders
Założyciel i dyrektor zarządzający
K2 Advisors

Brooks Ritchey
Starszy dyrektor zarządzający, szef zespołu ds. budowy portfela,
K2 Advisors

Robert Christian
Starszy dyrektor zarządzający
Szef zespołu ds. badań inwestycyjnych
K2 Advisors

To powinien być spokojny tydzień na rynkach finansowych

Rynki finansowe wkraczają w okres świąteczny. Zarówno w tym przedświątecznym, jak i w kolejnym międzyświątecznym tygodniu emocje będą wygasać, obroty spadać, a zmienność się kurczyć. Normalny handel wróci dopiero po Nowym Roku.

Poniedziałek na rynkach finansowych upływa pod znakiem przewagi spadających giełd w Europie, powrotu do spadków EUR/USD i GBP/USD po piątkowej korekcie, realizacji zysków na USD/JPY, spadku rentowności amerykańskich obligacji, drożejącej ropy, odbicia na złocie i najtańszej od prawie miesiąca miedzi.

Na krajowym podwórku złoty zyskuje do euro i funta, stabilizuje się do dolara i nieznacznie traci do szwajcarskiego franka. O godzinie 13:26 kurs EUR/PLN testował poziom 4,4120 zł, GBP/PLN 5,2330 zł, USD/PLN 4,2310 zł, a CHF/PLN 4,1210 zł. W tym samym czasie indeks WIG20, który rozpoczął dzień od przeceny, odrobił straty i traci jedynie 0,1%, testując poziom 1916,4 pkt.

Ostatni przed świętami Bożego Narodzenia tydzień powinien ograniczyć się w zasadzie do czekania na święta właśnie i na Nowy Rok. Ta teza znajduje uzasadnienie w braku wyraźnej reakcji na opublikowany dziś rano, lepszy od oczekiwań i najwyższy od 2,5 roku, odczyt indeksu Ifo dla Niemiec.

W tym tygodniu tylko nieco ciekawiej na rynkach będzie dziś i jutro. Jeszcze dziś wieczorem zaplanowane jest wystąpienie szefowej Fed Janet Yellen. We wtorek rano natomiast inwestorzy poznają wyniki posiedzenia Banku Japonii.

Wydarzeniem tygodnia na krajowym rynku będzie natomiast dzisiejsza publikacja danych o produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej i inflacji PPI. Jednakże podobnie jak w przypadku weekendowej awantury politycznej w Sejmie, która odbiła się szerokim echem na świecie, raczej nie znajdzie to dużego przełożenia na notowania złotego, który pozostanie pod głównym wpływem czynników globalnych.

W pozostałe dni zarówno na świecie, jak i na krajowym rynku finansowym, powinniśmy zaś być świadkami spadającej zmienności i malejących obrotów. Jednym słowem, w praktyce mamy już święta na rynkach. Normalny handel wróci dopiero po Nowym Roku.

W przyszłym roku kluczowymi dla rynków finansowych tematami będzie polityka głównych banków centralnych, negocjacje we BREXIT-u, sytuacja polityczna w Europie, a także realizacja (lub nie) obietnic wyborczych przez prezydenta Donalda Trumpa. Gdyby uwzględnić tylko ten pierwszy czynnik, czyli politykę banków centralnych, to perspektywa zaostrzenia polityki monetarnej w USA, przy realizowanej ultraluźnej polityce monetarnej przez Europejski Bank Centralny (ECB), musi oznaczać zrównanie się kursu euro i dolara (parytet) w I połowie 2017 roku. Dla złotego miałoby to takie konsekwencje, że prawdopodobnie za euro i dolara przyjdzie nam zapłacić wówczas po około 4,40 zł.

Marcin Kiepas

niezależny analityk

Co przyniosą najbliższe lata na rynku dóbr luksusowych?

Według najnowszych danych KPMG za 2016 rok, wartość rynku dóbr luksusowych w Polsce jest wyceniana na 16,4 mld zł. To o 15% więcej od wyników osiągniętych w 2015. Czego możemy spodziewać się w najbliższych latach na globalnym i rodzimym rynku premium? Odpowiedź w artykule.

Światowe TOP 100

Global Powers of Luxury Goods 2016” to zestawienie sporządzone przez Deloitte, obejmujące 100 największych, światowych firm z rynku dóbr luksusowych, biorące pod uwagę wyłącznie cztery grupy produktów. Na czele zestawienia, hierarchizując je według ilości przedsiębiorstw w danej grupie, plasują się producenci odzieży i obuwia. Ten dział branży premium jest reprezentowany przez 38 firm. Na drugim miejscu znalazły się biżuteria i zegarki w liczbie 29, na trzecim natomiast kosmetyki i perfumy – 12 firm. Poza podium odnotowano przedsiębiorstwa oferujące produkty z różnych obszarów, tzw. multiple luxury goods (11) oraz producentów toreb i akcesoriów (10). Aby znaleźć się na liście, każda z firm musiała wykazać przychody na poziomie min. 191 mln dolarów. Razem wygenerowały one przychód dochodzący do 222 mld dolarów.

Zupełnie inaczej sytuacja prezentuje się, jeżeli weźmiemy pod lupę wysokość sprzedaży poszczególnych kategorii. Na pierwszym miejscu plasują się oczywiście koncerny, które w swoim zróżnicowanym portfolio posiadają więcej niż jedną markę luksusową. Ich średnia wartość ze sprzedaży wyniosła ponad 6,5 mld dolarów. Na kolejnym miejscu, z wartością prawie 3 mld dolarów, znalazły się kosmetyki i perfumy. Ostatnie miejsce na podium, z poziomem 2 mld dolarów należy do zegarków i biżuterii. Średnia wartość sprzedaży toreb i akcesoriów, jak podaje raport Deloitte, wynosi 1,6 mld, notując tym samym największy wzrost sprzedaży ze wszystkich wymienionych grup (o 9,3%).

Mimo iż wysokość sprzedaży w firmach stricte odzieżowych i obuwniczych znalazła się na ostatnim miejscu, osiągając w tej kategorii 1,1 mld dolarów, nie oznacza to wcale, że te produkty są najmniej popularne wśród zamożnych konsumentów. Jeśli spojrzeć na koncerny, których sprzedaż od lat utrzymuje się na wysokim poziomie, na czele plasuje się LVMH. W jego portfolio znajdują się takie marki jak: Louis Vuitton, Fendi, Bulgari, Loro Piana, Emilio Pucci, Acqua di Parma, Donna Karan, Loewe czy Marc Jacobs.

Wyniki rynku polskiego

Patrząc z perspektywy międzynarodowej, dobra luksusowe w Polsce to temat nowy. Niewątpliwie, jak każdy rynek wschodzący, odznaczamy się potencjałem rozwoju w tym obszarze. Potwierdzają to raporty przygotowywane rokrocznie przez KPMG.

W najnowszym, zatytułowanym „Rynek dóbr luksusowych w Polsce. Edycja 2016”, autorzy podkreślają 15% wzrost wartości rynku premium w Polsce, względem roku poprzedniego. Podobnie rzecz ma się z liczbą konsumentów zamożnych i bogatych (1 mln osób) oraz najbogatszych tzw. HNWI (41,1 tys. osób). Pierwsza grupa ma dysponować łącznie dochodem netto na poziomie 171,1 mld zł, w drugiej z kolei majątek każdej z osób jest szacowany na minimum 1 mln dolarów.

Największym segmentem dóbr luksusowych w Polsce wg raportu KPMG jest wciąż rynek samochodowy, którego wartość w 2016 roku szacowana jest na 8,5 mld zł, a przewidywany wzrost w ciągu najbliższych lat to 10% rocznie. Drugie miejsce zajmuje odzież i dodatki (2,2 mld zł), trzecie zaś usługi hotelarskie i SPA (1,5 mld zł). Poza podium znalazły się kolejno: nieruchomości (1,2 mld zł), alkohole (670 mln zł), kosmetyki i perfumy (575 mln zł), biżuteria (322 mln zł), zegarki (111 mln zł).

Ciekawe dane możemy zaobserwować w obszarze luksusowych pasji i środków transportu. Mowa o rosnącym popycie na jachty. Według raportu KPMG liczba zarejestrowanych w Polsce jachtów wyniosła w bieżącym roku 1322 sztuk (wzrost o 4% względem roku poprzedniego). Również rynek prywatnych samolotów odnotowuje pozytywne wskaźniki – w Polsce jego wartość można szacować na 109 mln zł, przy prognozowanym wzroście dochodzącym do 151 mln zł w 2020 roku. Są to interesujące informacje, biorąc pod uwagę globalny trend spadkowy w obszarze kupna samolotów i kurczenie się tego rynku z 19,1 mld dol. do 15,9 mld dol. w roku 2016.

Perspektywy gospodarcze

Globalny wzrost na rynku dóbr luksusowych do 2013 roku był mocno wspierany przez popyt pochodzący z krajów wschodzących, takich jak Chiny, Rosja czy Korea Płd. Tempo rozwoju tamtejszej klasy średniej zostało w ostatnich latach spowolnione przez niższą dynamikę wzrostu gospodarczego. Jednocześnie siła nabywcza konsumentów rynków wschodzących zmalała poprzez osłabienie się ich walut w stosunku do dolara, wynikające z oczekiwań dotyczących podwyżek stóp procentowych w USA. Krzepiącą informacją może być fakt, że historycznie apogeum umacniania się dolara przypada na rozpoczęcie się cyklu zaostrzania polityki pieniężnej w USA – na wzrost wartości waluty mocniej wpływają same oczekiwania.

Autorzy polskiego raportu KPMG przewidują wzrost wartości rynku dóbr luksusowych w Polsce, szacując, że w ciągu 3 najbliższych lat, osiągnie on poziom 21 mld zł. Pozytywny trend ma dotyczyć również samej liczby zamożnych i bogatych Polaków, których w 2019 roku ma być aż 1,3 mln, i których łączny dochód netto osiągnie ok. 220 mld zł. Wybory konsumenckie tej grupy dalej będą koncentrowały się głównie na branży samochodowej, odzieżowej oraz usług hotelarskich i SPA.

Autor: Maja Janicka, Product Manager Royal Ad

Prognozy na 2017 dla europejskich instrumentów o stałym dochodzie

Prognozy na 2017 r.: „Wydarzenia polityczne najprawdopodobniej wciąż będą wzbudzać niepewność, ale makroekonomiczne wskaźniki fundamentalne w Europie poprawiają się”.

Zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych nasiliło i tak podwyższoną polityczną niepewność w Europie, po czerwcowym referendum w Wielkiej Brytanii w sprawie Brexitu, czyli wyjścia kraju z Unii Europejskiej (UE). Na 2017 r. zaplanowane są wybory we Francji i w Niemczech, które także mogą mieć nieoczekiwany przebieg. Należy jednak pamiętać, że niezależnie od zawirowań politycznych, makroekonomiczne wskaźniki fundamentalne w strefie euro są coraz lepsze. Spodziewamy się dalszego powolnego, ale zrównoważonego odbicia wspomaganego przez poluzowaną politykę pieniężną Europejskiego Banku Centralnego (EBC), która, według nas, będzie utrzymywana do czasu, gdy dane ekonomiczne zaczną sygnalizować bardziej długofalowe ożywienie.

Liczne wydarzenia polityczne rzucają długi cień

Wzrost gospodarczy w strefie euro w 2017 r. prawdopodobnie utrzyma się w okolicach dotychczasowego poziomu. Czynniki strukturalne, takie jak niekorzystne warunki demograficzne, będą utrudniały wypracowanie większego wzrostu — nawet obecne poziomy wydają się wysokie na tle trendu wzrostu gospodarczego w regionie. Spodziewamy się jednak wzrostu inflacji. Od czasu, gdy załamanie cen energii sprowadziło inflację na terytorium ujemne na początku 2016 r., stopa inflacji zdążyła wzrosnąć i powinna, według nas, wciąż iść w górę w perspektywie najbliższych 12 miesięcy, częściowo pod wpływem odbicia cen energii. Istnieje także możliwość, że ekspansywna polityka budżetowa w Stanach Zjednoczonych realizowana przez administrację Trumpa wywoła wzrost inflacji nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także w innych częściach świata. Ponieważ jednak inflacja w strefie euro odbija się od bardzo niskiego poziomu bazowego z początku 2016 r., w 2017 r. stopa inflacji wciąż będzie, w naszej ocenie, niższa od 2-procentowego celu inflacyjnego EBC.

Uważamy, że poza sytuacją ekonomiczną inwestorzy powinni zwrócić uwagę także na liczne wydarzenia polityczne w Europie zaplanowane na 2017 r. Będziemy z zainteresowaniem obserwować, czy populistyczni kandydaci będą cieszyć się większym poparciem w wyborach w Niemczech i we Francji po zwycięstwie Trumpa w Stanach Zjednoczonych. Jeżeli chodzi o bardziej bezpośredni wpływ prezydentury Trumpa na Europę, ewentualne konsekwencje mogą dotyczyć przede wszystkim handlu i stosunków międzynarodowych.

Jednym z obszarów, na które administracja Trumpa może mieć pewien wpływ, są negocjacje warunków wyjścia Wielkiej Brytanii z UE pomiędzy Brytyjczykami a resztą Europy. Trump głośno wyrażał poparcie dla Brexitu podczas kampanii wyborczej, a polityka, jaką będzie realizował po przeprowadzce do Białego Domu, może skłonić przywódców UE do ponownego przemyślenia podejścia do rozstania się z Wielką Brytanią. Trump twierdzi, na przykład, że zagraniczni partnerzy Stanów Zjednoczonych powinni zwiększyć wydatki na obronność. Można zatem spodziewać się, że Wielka Brytania i Europa będą dążyć do utrzymania wspólnej polityki w tym obszarze, biorąc pod uwagę dość duże wydatki Wielkiej Brytanii na obronność w porównaniu z wydatkami w Europie. Choć jednak prezydentura Trumpa może wywołać znaczące zmiany, na skutki prowadzonej przez niego polityki będzie trzeba poczekać.

Jeżeli chodzi o same negocjacje dotyczące Brexitu, determinacja brytyjskiego rządu, by szybko przeprowadzić ten proces, może zmniejszyć szanse na optymalny rezultat. Kandydaci startujący w wyborach we Francji i w Niemczech raczej niechętnie będą opowiadać się za warunkami, które byłyby przesadnie korzystne dla Brytyjczyków. Takie porozumienie prawdopodobnie byłoby niekorzystne dla gospodarki brytyjskiej, ale nie można także lekceważyć jego wpływu na UE. Wolno rosnąca kontynentalna gospodarka europejska nie może pozwolić sobie, naszym zdaniem, na utratę takiego partnera handlowego.

EBC prawdopodobnie przyjmie ostrożne podejście

Sądzimy, że w takich warunkach mozolnego wzrostu w strefie euro, stłumionej inflacji i politycznej niepewności EBC skupi się na kontynuacji poluzowanej polityki pieniężnej. Choć należy liczyć się z prawdopodobieństwem korekty narzędzi stosowanych przez EBC w obszarze polityki pieniężnej, ogólny kierunek poluzowania ilościowego powinien, według nas, pozostać niezmienny przez sporą część 2017 r. Jeżeli i dopóki nie pojawią się bardziej sprzyjające dane, autorzy polityki pieniężnej raczej nie będą ryzykować zakłóceniem delikatnego ożywienia regionalnego gospodarki przez skutki znaczącego ograniczenia stymulacji pieniężnej.

Co zatem będą oznaczały takie perspektywy dla europejskich rynków instrumentów o stałym dochodzie w 2017 r.? Po pierwsze uważamy, że rentowność europejskich obligacji wciąż jest względnie mocno ustabilizowana przez niezmiennie poluzowaną politykę EBC. Po drugie niepewność polityczna może wywołać kolejne fale wzmożonej zmienności rynkowej, a wynikające z niej przesunięcia na rynkach często są źródłem atrakcyjnych możliwości inwestycyjnych.

Strefa euro ma przed sobą fazę słabszego ożywienia

Realny produkt krajowy brutto w strefie euro

Dane na dzień 30 września 2016 r.

Prognozy dla europejskich instrumentów o stałym dochodzie
Źródło: Eurostat. Strefa euro obejmuje 19 państw członkowskich Unii Europejskiej, które przyjęły euro jako wspólną walutę. Zakreślone przedziały to fazy ożywienia. Ważne uwagi i warunki dotyczące podmiotów dostarczających dane można znaleźć na stronie www.franklintempletondatasources.com.

Autor: David Zahn, CFA, FRM

Szef zespołu ds. europejskich instrumentów o stałym dochodzie, starszy wiceprezes, zarządzający portfelami inwestycyjnymi

Franklin Templeton Fixed Income Group

 

Kurs złotego odporny na bieżące wydarzenia

Od startu notowań po weekendzie złoty osłabił się do euro o ok. 1 grosz do 4,4260. Jest to niewielka reakcja w obliczu antyrządowych protestów przed Sejmem, co sugeruje, że rynek dość obojętnie podchodzi do wydarzeń z Polski. Z jednej strony pokazuje to oczyszczoną z emocji interpretację sytuacji, albo aktualne pozycjonowanie inwestorów. Ryzykiem pozostaje reakcja agencji ratingowych.

W piątek po wykluczeniu z obrad Sejmu jednego z posłów PO, który zaprotestował przeciwko planom ograniczenia obecności dziennikarzy w parlamencie. Potem posłowie opozycji weszli na mównicę i zaczęli ją okupować, skandując hasła: „wolne media” i „przywróć posła”. Partia rządząca przeniosła obrady do Sali Kolumnowej, gdzie w budzących kontrowersje okolicznościach uchwalono ustawę budżetową. W międzyczasie pod Sejmem zaczęli się zbierać protestujący, którzy w nocy uniemożliwiali opuszczenie rządzącym budynku Sejmu. Protesty były kontynuowane w sobotę i niedzielę. Do mediacji włączył się prezydent.

W poniedziałek rano złoty nie podlega wyprzedaży z EUR/PLN utrzymującym się pod 4,43.

Nie widać też presji na krajowym rynku długu, gdzie rentowności polskich 10-latek właściwie spadają o 3 pb do 3,45 i są blisko 5-tygodnwoych minimów. WIG20 traci 1,1 proc., ale on akurat jest najgorszym barometrem sentymentu wobec Polski wśród zagranicznych inwestorów. Spokój rynków finansowych nasuwa dwa wnioski. Po pierwsze protesty nie są niczym szokującym, zarówno same w sobie, jak i pod kątem już panującej napiętej sytuacji między rządem i opozycją. Brutalna prawda jest taka, że jeśli są inwestorzy, którzy na takie wydarzenia reagowaliby zamknięciem ekspozycji na polskie aktywa, to oni uciekli z kraju dobre kilka miesięcy temu. Pozostała grupa kapitału portfelowego stara się patrzeć ponad krótkoterminowe zawirowania i bardziej jest skupiona na wyszukiwaniu okazji w przecenionych obligacjach.

Po drugie, kapitał spekulacyjny ma obecnie ograniczone pole manewru, gdyż już jest zaangażowany w krótkie pozycje w złotym. Dynamiczna wyprzedaż złotego z listopada (z okolic 4,30 EUR/PLN) głównie była skutkiem wyprzedaży na polskim rynku długu (w ślad za globalnymi trendami), ale kapitał spekulacyjny także próbował „załapać” się na ruch deprecjacyjny złotego. Porażka w przełamaniu 4,50 na podatku grudnia osłabiła zapał na dalszą wyprzedasz polskiej waluty, jednak ekspozycja wciąż pozostała. Wydarzenia z Polski budują negatywny sentyment wokół złotego, ale są niewystarczające dla wywołania kolejnej fali odpływu kapitału portfelowego, pod którą kapitał spekulacyjny mógłby się podłączyć.

Jeśli dodamy do tego wygaszanie aktywności w okresie przedświątecznym, otrzymujemy warunki niesprzyjające atakowi na złotego i inne polskie aktywa.

Jednak czarny scenariusz nie jest wykluczony. Protesty musiałby przybrać zasięg ogólnokrajowy, doprowadzić do wprowadzenia stanu wyjątkowego lub paraliżu prac instytucji publicznych. Tego na razie nie widać. Obecna okupacja sali obrad Sejmu przez opozycję jest bezskuteczna, gdyż następne posiedzenie Sejmu odbędzie się dopiero 11 stycznia 2017 r. Katalizatorem pogorszenia postrzegania Polski przez rynki finansowe może być reakcja agencji ratingowych, czy to poprzez bezpośrednie obniżenie ratingu, bądź komunikat sugerujący prawdopodobieństwo takiej decyzji. Komunikat może być w każdej chwili, natomiast najbliższe rewizji ratingu zaplanowane są dopiero na styczeń. W sytuacji „wait-and-see” EUR/PLN dalej może osuwać się w stronę 4,40.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Coraz więcej firm obawia się ryzyka walutowego w 2017 r.

Coraz więcej przedsiębiorstw z sektora MŚP handlujących z zagranicą myśli o zabezpieczeniu swojej działalności przed ryzykiem, na jakie wystawione są ich marże w związku z wahaniami kursów walut. Najnowsze badanie instytucji płatniczej AKCENTA pokazuje, że ochronę tej sfery finansów firmy planuje lub rozważa w nadchodzących miesiącach już 41 proc. firm. To skok o 9 proc. w porównaniu z 2015 r.

Łącznie, wśród eksporterów i importerów z sektora MŚP blisko co dziesiąta firma zabezpieczy się przed ryzykiem kursowym, dalsze 30 proc. „być może skorzysta” z takiego rozwiązania w nadchodzącym roku. W stosunku do ubiegłego roku nastąpił istotny wzrost w przypadku firm, które rozważają ochronę przed niepewnością kursów walut (20 proc. w 2015 r.). – Porównanie wyników badania z obu lat pokazuje, że rośnie świadomość potrzeby zabezpieczania firmy przed ryzykiem kursowym wśród MŚP w Polsce. Sądzę, że po bardzo dużych wahaniach kursów walut zanotowanych w 2016 r., wielu dotąd niepewnych lub wahających się przedsiębiorców zdecyduje się wypróbować narzędzia chroniące przed negatywnym wpływem wahań kursów walut – mówi Radosław Jarema, szef polskiego oddziału AKCENTY, instytucji płatniczej rozliczającej i zabezpieczającej transakcje walutowe firm.

Wykres 1.

MŚP nie chcą w 2017 r. ryzykować na notowaniach walut

MŚP przekonują się do zabezpieczeń przed ryzykiem kursowym

Wyniki badania dla grupy eksporterów i importerów z sektora MŚP były dość zbliżone. 11 proc. firm eksportujących zastosuje zabezpieczenia przed ryzykiem kursowym w najbliższym roku, 26 proc. „być może skorzysta” z takiego rozwiązania. Raczej nie skorzysta, choć nie wyklucza takiego kroku, 44 proc. zapytanych eksporterów. W stosunku do poprzedniego roku, wśród eksporterów mocno zmalał odsetek przedsiębiorców deklarujących, że nie zabezpieczą firmy przed ryzykiem kursowym (z 33 proc. w 2015 r. do 19 proc. w 2016 r.).

Wykres 2.

MŚP nie chcą w 2017 r. ryzykować na notowaniach walut 2

Z kolei wśród firm zajmujących się importem, co dziesiąty (10 proc.) przedsiębiorca zdecyduje się na ochronę przed ryzykiem kursowym, a co trzeci rozważa taki krok (33 proc.). Jednocześnie 34 proc. importerów nie planuje minimalizować ryzyka kursowego, choć dopuszcza taką możliwość, a 23 proc. całkowicie ją odrzuca. – W porównaniu z ubiegłym rokiem, pośród importerów widać sporą pozytywną zmianę na rzecz stosowania ochrony przed niekorzystnym wpływem wahań notowań walut. Odsetek przedsiębiorców, którzy raczej nie planowali się zabezpieczać w poprzednim roku (45 proc.) zmniejszył się w br. do 34 proc. Widać, że wielu nieprzekonanych przedstawicieli importujących firm skłania się obecnie do rozważania takiej możliwości. Odsetek odpowiedzi „być może zabezpieczę firmę”, wzrósł z bowiem z 19 proc. w 2015 r., do już 33 proc. w roku bieżącym – komentuje ekspert AKCENTY.

Wykres 3.

MŚP nie chcą w 2017 r. ryzykować na notowaniach walut 3

Nadal część firm pozostaje nieprzekonana

Jakie są powody tego, że wciąż tak wielu przedsiębiorców nie planuje lub wyklucza zabezpieczanie swoich zagranicznych kontraktów? Ekspert AKCENTY twierdzi, że głównymi powodami są brak wiedzy na temat dostępnych narzędzi oraz bagatelizowanie ryzyka kursowego. Eksporterzy i importerzy najczęściej wskazywali w badaniu, że rezygnują z zabezpieczenia firmy, ponieważ takie rozwiązania nie są dla nich, bo są zbyt mali, tak jak i zbyt małe jest ryzyko kursowe dla ich transakcji (34 proc.). Część z nich woli też uwzględniać wahania kursów w cenach dla kontrahentów (32 proc.) kosztem swojej konkurencyjności. 29 proc. MŚP sądzi natomiast, że nie zawsze chronienie kontraktu jest opłacalne (29 proc.), podobny odsetek (28 proc.) twierdzi, że ochrona przed ryzykiem jest kosztowna i wiąże się z wysokimi opłatami i prowizjami (28 proc.) – Przekonanie o wysokich kosztach związanych z zabezpieczeniem kontraktu to nadal dość popularny mit. MŚP mają już od wielu lat pełny dostęp do bezpłatnych narzędzi chroniących przed nieprzewidywalnością kursów walut, takich jak forwardy. Firmy z tego sektora nie powinny lekceważyć ryzyka kursowego. Przy dużych wahaniach notowań, można stracić sporą część marży, co jest groźne szczególnie dla mniejszych przedsiębiorstw – wskazuje Radosław Jarema.

Wykres 4.MŚP nie chcą w 2017 r. ryzykować na notowaniach walut 4

Korzyści z ochrony przed ryzykiem kursowym są warte uwagi

Wśród powodów skłaniających firmy do zabezpieczania swoich transakcji, respondenci najczęściej wymieniali możliwość eliminowania potencjalnych strat przy niekorzystnych wahaniach kursu (47 proc.) oraz pewność co do przyszłych marż na kontraktach oraz przychodów (40 proc.). 23 proc. firm wskazało, że zdecydowało się na taki krok, bo zaproponował im je bank lub instytucja płatnicza.

Wykres 5.MŚP nie chcą w 2017 r. ryzykować na notowaniach walut 5

* Badanie zostało przeprowadzone przez 4P research mix na zlecenie instytucji płatniczej AKCENTA na przełomie września i października oraz objęło grupę mikro, małych oraz średnich firm, dla których eksport lub import jest istotną częścią działalności. Dane zebrano metodą telefonicznych, standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI) na próbie 200 przedsiębiorstw z sektora MŚP, zajmujących się importem (N=100) lub eksportem (N=100).

Franklin Equity Group: Prognozy dla inwestycji w akcje wzrostowe ze Stanów Zjednoczonych

Prognozy na 2017 r.: „Liczymy na możliwość wykorzystania czynników, na których oparty jest wieloletnie długoterminowe tematy wzrostowe, przyjmując dłuższą perspektywę niż wyniki ostatnich wyborów czy nawet kadencja jednego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Mając na uwadze innowacje i zmieniające się warunki rynkowe, zamierzamy nadal koncentrować się na sektorach technologii informatycznych i ochrony zdrowia zarówno w 2017 r., jak i w latach następnych”.

Uważamy, że fundamentalne wskaźniki ekonomiczne gospodarki Stanów Zjednoczonych wciąż są solidne. Takie czynniki, jak poprawa wskaźników zatrudnienia, wzrost płac, wyższa produktywność i większa dynamika nowych inwestycji w nieruchomości mieszkaniowe, nadal wspierają powolną, ale zrównoważoną ekspansję gospodarczą w Stanach Zjednoczonych. Co więcej, mając już za sobą niepewność związaną z wyborami w Stanach Zjednoczonych, analizujemy potencjalne implikacje nowej administracji w odniesieniu do fundamentów spółek i rynku konsumenckiego. Według publicznego oświadczenia prezydenta elekta Donalda Trumpa, droga do reformy podatku dochodowego od przedsiębiorców w Stanach Zjednoczonych, gdzie obciążenia podatkowe spółek są największe w całym rozwiniętym świecie, wydaje się prostsza, szczególnie przy wsparciu ze strony kontrolowanego przez Republikanów Kongresu. Reforma podatkowa może okazać się bardzo korzystna dla prognozowanych zysków z akcji w ogóle oraz dla naszych strategii zorientowanych na wzrost. Z drugiej strony polityka handlowa Trumpa może zmienić ścieżkę wzrostu korporacji międzynarodowych. Naszym zadaniem, jako aktywnych zarządzających, jest dostrzeganie ryzyka i możliwości, jakie mogą kształtować takie okoliczności na rynku.

Pozycjonowanie w dłuższej perspektywie wykraczającej poza wyniki wyborów w Stanach Zjednoczonych

Nasze obecne pozycjonowanie uważamy za odpowiednie i nie spodziewamy się większych zmian tematów, na których koncentrują się nasze strategie wzrostowe w związku z wyborczym zwycięstwem Donalda Trumpa. Liczymy na możliwość wykorzystania czynników, na których oparty jest wieloletni długoterminowy wzrost, przyjmując dłuższą perspektywę niż wyniki ostatnich wyborów czy nawet kadencja jednego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Zamierzamy nadal koncentrować się na sektorach technologii informatycznych i ochrony zdrowia zarówno w 2017 r., jak i w latach następnych. Innowacje i zmieniające się warunki rynkowe tworzą, w naszej ocenie, atrakcyjne możliwości dla inwestorów. Zmienia się, na przykład, cały rynek konsumencki — stale połączeni z siecią klienci codziennie i w zindywidualizowany sposób korzystają z inteligentnych urządzeń w wielu różnych celach. Nowe sposoby wzywania taksówki, korzystanie z usług automatycznych doradców internetowych czy zakupy w sieci to obszary, które wywołują potężne zmiany w sektorach transportu, doradztwa finansowego i sprzedaży detalicznej. Jeżeli chodzi o handel elektroniczny, przetwarzanie rosnącej ilości danych konsumentów wymaga zastosowania technologii opartej na sztucznej inteligencji. Długoterminowe zmiany napędzają popyt na rozwiązania związane z infrastrukturą obsługi płatności i przetwarzaniem w chmurze, które rozszerzają gamę możliwości także w bardziej tradycyjnych branżach takich jak produkcja oprogramowania stanowiąca część sektora technologii informatycznych. Uważamy, że zorientowane na konsumentów spółki, które chcą wciąż liczyć się na rynku, będą musiały inwestować w oprogramowanie, by móc płynnie i bezproblemowo obsługiwać klientów. Pod tym względem wydatki na technologie i inwestycje w takie rozwiązania nie są takim luksusem, jakim mogłyby się wydawać, co zapewnia sektorowi technologicznemu stabilność, z jaką dotychczas nie był kojarzony. Obserwujemy, ponadto, trajektorię zmian w branży półprzewodników i zbliżanie się do możliwego punktu zwrotnego prowadzącego w dobrym kierunku: autonomiczne samochody mogą wymagać trzykrotnie większej liczby chipów na jeden pojazd.

Ochrona zdrowia: bieżąca niepewność, długoterminowe możliwości

Jeżeli chodzi o sytuację w sektorze ochrony zdrowia, okaże się, czy postulat Republikanów dotyczący uchylenia ustawy o systemie opieki zdrowotnej rzeczywiście będzie wprowadzony w życie. Mogłoby to ograniczyć dostęp do publicznych usług medycznych, co z kolei miałoby negatywne implikacje dla niektórych dostawców usług związanych z opieką zdrowotną oraz producentów wyrobów medycznych. Z drugiej strony wielu producentów leków od kilku miesięcy odczuwało wzmożoną presję związaną z rynkowymi obawami, że administracja Hillary Clinton mogłaby podjąć legislacyjne działania na rzecz racjonalizacji cen leków, co miałoby niekorzystny wpływ na przedsiębiorstwa farmaceutyczne i biotechnologiczne. Zwycięstwo Trumpa może poprawić prognozy wzrostu zysków w tym obszarze. Nasz proces inwestycyjny przewiduje ocenę każdej możliwości inwestycyjnej i jej długofalowych perspektyw indywidualnie w każdym pojedynczym przypadku. Niemniej jednak uważamy, że większy potencjał wzrostu mogą mieć spółki farmaceutyczne i biotechnologiczne o wąskim zakresie kompetencji, czyli, na przykład, przedsiębiorstwa zajmujące się sekwencjonowaniem DNA, pracą nad lekami na wirusowe zapalenie wątroby typu C czy tzw. lekami sierocymi, które byłyby przeznaczone dla niszowych grup docelowych.

Sądzimy, że korzystny dla branży zdrowotnej może okazać się cały szereg różnych czynników. Starzenie się populacji na całym świecie oraz powiększanie się klasy średniej na rynkach wschodzących może przekładać się na wzrost popytu zarówno na rutynowe usługi medyczne, jak i na bardziej skomplikowane formy leczenia i wyroby farmaceutyczne. Sprzyjające warunki demograficzne stymulują innowacje w obszarze rozwoju leków i technologii medycznych, poprawiając tym samym perspektywy rysujące się przed wybranymi spółkami pod względem sprzedaży i zysków. Zdolność spółek do generowania wyższych zysków w przyszłości może dodatkowo rosnąć wraz ze spadkiem wydatków na badania pod wpływem wdrażania innowacji i nowych technologii. Przykładowo, koszty sekwencjonowania DNA, które umożliwia prowadzenie prewencyjnych badań przesiewowych oraz stosowanie indywidualnie dostosowanych metod leczenia, spadają szybciej niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić jeszcze kilka lat temu.

Radykalny spadek kosztów sekwencjonowania DNA

Koszt sekwencjonowania DNA na genom

wrzesień 2001 r. — październik 2015 r.

Prognozy dla inwestycji w akcje wzrostowe ze Stanów Zjednoczonych
Źródło: Wetterstrand KA. Koszty sekwencjonowania DNA: dane z programu sekwencjonowania genomu (GSP) realizowanego przez instytut NHGRI. Dane dostępne na stronie internetowej: www.genome.gov/sequencingcostsdata. Dane pobrano dnia 14 listopada 2016 r. Prawo Moore’a wynika ze spostrzeżenia Gordona Moore’a, który w 1965 r. zauważył, że liczba tranzystorów na cal kwadratowy w układzie scalonym podwaja się każdego roku od czasu wynalezienia układu scalonego. Zgodnie z aktualnie obowiązującą definicją Prawa Moore’a, gęstość zapisu danych podwaja się mniej więcej co 18 miesięcy. Ważne uwagi i warunki dotyczące podmiotów dostarczających dane można znaleźć na stronie www.franklintempletondatasources.com.

Wybieganie myślami poza rynkowe zawirowania

W 2017 r. nadal zamierzamy koncentrować się na innowacyjnych spółkach, które są lub stają się liderami w swoich branżach, są zarządzane przez zespoły skutecznych menedżerów, wyróżniają się kuszącymi parametrami wzrostu oraz wykazują wysoki poziom innowacyjności. Co szczególnie istotne, sądzimy, że zmieniający się krajobraz polityczny oraz zmienność rynkowa będąca konsekwencją tych przemian tworzą doskonałe warunki dla aktywnych zarządzających koncentrujących się na czynnikach fundamentalnych i akcjach wzrostowych. Nasz proces inwestycyjny oparty na analizach pojedynczych spółek pozwala nam wyszukiwać i oceniać przedsiębiorstwa mające solidną pozycję wśród konkurentów oraz wycenę, które nie odzwierciedla ich potencjału wzrostowego.

Grant Bowers
Wiceprezes
Zarządzający portfelami inwestycyjnymi, analityk Franklin Equity Group

Matthew J. Moberg, CPA
Wiceprezes
Zarządzający portfelami inwestycyjnymi, analityk Franklin Equity Group

Franklin Templeton: Prognozy dla akcji spólek z rynków wschodzących

Prognozy na 2017 r.: „Choć generalnie mamy świadomość potencjalnej zmienności i uważnie obserwujemy czynniki ryzyka, uważamy, że nastroje w stosunku do rynków wschodzących nadal powinny się poprawiać”.

Solidny wzrost z dobrą dynamiką i wsparciem dla wycen rynkowych

Po poprawie sytuacji w ostatnim czasie, spodziewamy się coraz lepszych warunków makroekonomicznych także w 2017 r. Powinno to dobrze wróżyć wzrostowi przychodów i zysków spółek z rynków wschodzących.

Uważamy, że choć wzrost produktu krajowego brutto (PKB) w kilku krajach zaliczanych do rynków wschodzących umacnia się, w perspektywie najbliższych kilku lat możemy być świadkami dalszych postępów dużych gospodarek takich jak Rosja czy Brazylia. Gospodarki obydwu krajów wciąż się kurczą, ale ich wzrost gospodarczy utrzymuje trajektorię wzrostową i (jeżeli się utrzyma) może mieć znaczący wpływ na wzrost całej grupy. Jednocześnie wzrost w Chinach, który od pewnego czasu budzi obawy wielu obserwatorów, wykazuje oznaki stabilizacji i wciąż jest solidny na tle większości pozostałych dużych gospodarek. W trzecim kwartale 2016 r. wzrost krajowego PKB rok do roku wyniósł 6,7%, co było zgodne z tempem notowanym w poprzednich dwóch kwartałach.

Generalnie spodziewamy się solidnego i coraz bardziej dynamicznego wzrostu PKB na rynkach wschodzących w 2017 r., który powinien być znacznie wyższy w porównaniu ze wzrostem notowanym na rynkach rozwiniętych. Gospodarki wschodzące wciąż są daleko w tyle za swoimi rozwiniętymi odpowiednikami pod względem całkowitego PKB per capita, zatem spodziewamy się solidnego potencjalnego wzrostu tych gospodarek w dłuższej perspektywie.

PKB per capita: Rynki wschodzące (słupki zielone) a rynki rozwinięte (słupki niebieskie)

2015 r.

Prognozy dla akcji spólek z rynków wschodzących
Źródło: Bloomberg, Bank Światowy Dane na dzień 4 października 2016 r. Ważne uwagi i warunki dotyczące podmiotów dostarczających dane można znaleźć na stronie www.franklintempletondatasources.com.

Jeżeli chodzi o nasze oczekiwania dalszej dobrej passy rynków wschodzących, istotne znaczenie mają dodatkowe czynniki ekonomiczne. Po pierwsze, gospodarki należące do najważniejszych producentów generalnie powracają do nadwyżek na rachunkach obrotów bieżących, a kraje eksportujące towary i surowce są na najlepszej drodze do obniżenia deficytów. Po drugie, kraje zaliczane do rynków wschodzących mają generalnie niższe wskaźniki długu do PKB w porównaniu z rynkami rozwiniętymi, co, w naszej ocenie, zapewnia im bardziej stabilne i zrównoważone fundamenty gospodarcze. Różnice pomiędzy poziomami stóp procentowych w gospodarkach reprezentujących te dwie kategorie są duże, co daje bankom centralnym z rynków wschodzących większą elastyczność działania, gdyby okazało się to konieczne w przyszłości.

W ostatnich latach często mówiło się o „polowaniu na dochód”, a jednak ten temat wciąż jest w centrum uwagi wielu uczestników rynku. W obliczu niskiej i ujemnej rentowności wielu obligacji rządowych z całego świata, wciąż spodziewamy się zainteresowania inwestorów akcjami spółek z rynków wschodzących, biorąc pod uwagę potencjalne zyski. Przykładowo stopa dywidendy wypłacanej przez spółki ujęte w indeksie MSCI Emerging Markets Index kształtowała się 31 października 2016 r. na atrakcyjnym poziomie 2,5%1. Rynki wschodzące notują od początku roku dodatni napływ kapitału, po części w związku z oczekiwanymi atrakcyjnymi zyskami. Niemniej jednak przez trzy poprzednie lata kapitał odpływał z rynków wschodzących, zatem zwrot w kierunku tych rynków może być kolejnym trendem, który warto obserwować w 2017 r.

Jeżeli chodzi o wyceny, indeks MSCI Emerging Markets Index jest wyceniany ze znaczącym dyskontem w stosunku do indeksu MSCI World Index, na przykład pod względem wskaźnika cen do zysków. Trendy wzrostu zysków uległy znaczącej poprawie w 2016 r. i spodziewamy się kontynuacji tego odbicia, w warunkach stabilizacji gospodarek oraz fundamentów przedsiębiorstw w całym spektrum tej klasy aktywów.

Wyceny na rynkach wschodzących: czy dotarliśmy już do punktu zwrotnego?

Wyceny: MSCI Emerging Markets Index a MSCI World Index (wykres lewy)

Zwrot z kapitału własnego (ROE): MSCI Emerging Markets Index a MSCI World Index (wykres prawy)

październik 2006 r. — wrzesień 2016 r.

Prognozy dla akcji spólek z rynków wschodzących 1
Źródło: Bloomberg, Nomura Research. MSCI nie udziela żadnych gwarancji ani nie ponosi żadnej odpowiedzialności w związku z przedstawionymi danymi MSCI. Dalsze rozpowszechnianie lub wykorzystywanie jest zabronione. Niniejszy raport nie został zatwierdzony ani opracowany przez MSCI. Dane na dzień 30 września 2016 r. Ważne uwagi i warunki dotyczące podmiotów dostarczających dane można znaleźć na stronie www.franklintempletondatasources.com.

Możliwości i wyzwania sektorowe

Szczególnie atrakcyjne w obecnych warunkach są, według nas, spółki działające na rynkach związanych z konsumpcją oraz w sektorze technologii IT. Akcje wybranych spółek związanych z rynkiem konsumenckim mogą oferować skuteczny sposób na ekspozycję na rozwój gospodarczy rynków wschodzących oraz, w szczególności, na wzrost wydatków wraz z powiększaniem się klasy konsumentów pod wpływem rosnącego poziomu zamożności w regionach rynków wschodzących. W szczególności technologie informatyczne na rynkach wschodzących stają się coraz bardziej powszechne i konkurencyjne; choć z ostrożnością podchodzimy do ostatnich błyskawicznych wzrostów kursów akcji wielu chińskich spółek internetowych, dostrzegamy wartość w tym sektorze na rynkach wschodzących w ujęciu ogólnym. Nadal atrakcyjnie wyceniane są, według nas, wybrane akcje z sektora towarowo-surowcowego, choć, na przykład, ceny ropy naftowej są obecnie znacznie powyżej minimów z 2016 r.

Z ostrożnością podchodzimy do chińskich banków, ponieważ dane dotyczące niespłacanych terminowo kredytów mają niekorzystny wpływ na nasze prognozy dla chińskich przedsiębiorstw finansowych. Chiński sektor nieruchomości zanotował (podobnie jak sektor bankowy) potężne odbicie po długim okresie dekoniunktury, jednak my wciąż trzymamy się na obrzeżach tego rynku, po części ze względu na ryzyko związane z nadmiernym lewarowaniem i regulacjami.

Małe ale atrakcyjne spółki

Niezmiennie podobają nam się akcje azjatyckich spółek o małej kapitalizacji, ponieważ mają one szczególnie dużą ekspozycję na solidny potencjał wzrostowy, jakiego spodziewamy się w tym regionie w dłuższej perspektywie. Ta ekspozycja wynika po części z generalnie większej koncentracji małych spółek na rynkach krajowych w porównaniu z dużymi przedsiębiorstwami, dzięki czemu są one mniej podatne na wpływ trudności makroekonomicznych na poziomie globalnym. Ich wyceny zwykle odzwierciedlają mocniejszy wzrost, jakiego oczekuje się od akcji mniejszych przedsiębiorstw, ale ponieważ spółek o małej kapitalizacji są w Azji tysiące, można jednocześnie liczyć na szerokie możliwości wyszukiwania niedowartościowanych papierów. Takie anomalie w wycenie rynkowej zwykle wynikają z niedokładnego szacowania ich wartości przez rynek, ponieważ w przypadku wielu spośród tych spółek nie można znaleźć zbyt wielu poświęconych im analiz.

Polityka Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych: kluczowa przeszkoda dla rynków wschodzących?

Polityka pieniężna Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych wciąż budzi niepokój wśród wielu inwestorów na rynkach wschodzących. Ewentualne podwyżki stóp procentowych będą, według nas, stopniowe, choć nieoczekiwanie duże lub szybkie zmiany stóp w Stanach Zjednoczonych mogłyby niekorzystnie odbić się na nastrojach i wywołać wzmożoną zmienność.

Innymi ważnymi sprawdzianami dla światowej gospodarki mogą okazać się problemy geopolityczne, wahania kursów walutowych, kolejne kroki Wielkiej Brytanii w kierunku opuszczenia Unii Europejskiej oraz zmiany cen towarów i surowców. Ostatnie wydarzenia polityczne w Stanach Zjednoczonych także mogą przetestować wytrzymałość rynków; zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich może mieć liczne implikacje dla rynków na całym świecie, w tym dla rynków wschodzących, a także może nasilić zmienność kursów akcji. Zamierzamy cały czas uważnie obserwować tę sytuację. Uważamy jednak, że inwestorzy powinni przyjąć długoterminową perspektywę i wykazać się odpornością na tymczasowe wahania, jakie możemy wciąż obserwować na rynkach finansowych.

Aktywne zarządzanie; przygotowanie na zmiany

Choć generalnie mamy świadomość potencjalnej zmienności i uważnie obserwujemy czynniki ryzyka, uważamy, że nastroje w stosunku do rynków wschodzących nadal powinny się poprawiać. Uważamy, że poszukiwania wyższych dochodów oraz przychylniejsze podejście do ryzyka związanego z rynkami wschodzącymi połączone z korzystnymi czynnikami gospodarczymi mogą położyć grunt pod dalsze wzrosty kursów akcji spółek z rynków wschodzących.

Rynki jednak zmieniają się szybko i dynamicznie. Niezależnie zatem od warunków panujących w 2017 r., uważamy, że aktywne zarządzanie inwestycjami w akcje przez doświadczonych członków naszego zespołu z całego świata pozwoli nam umiejętnie poruszać się w tych warunkach i odkrywać najlepsze możliwości inwestycyjne wszędzie tam, gdzie się pojawią.

Autorzy:

Stephen H. Dover, CFA

Dyrektor zarządzający, CIO
Templeton Emerging Markets Group i Franklin Local Asset Management

Dr Mark Mobius
Prezes
Templeton Emerging Markets Group

Aktualny komentarz zespołu

Zgodnie z założeniami naszych planów awansów i zmian kadrowych, dr Mark Mobius, prezes Templeton Emerging Markets Group (TEMG), przekazał kompetencje związane z bieżącym zarządzaniem grupą p. Stephenowi Doverowi, CIO.

  1. Źródło: FactSet, MSCI, na dzień 31 października 2016 r. Wyniki historyczne nie gwarantują wyników przyszłych.

CFA® i Chartered Financial Analyst® to zastrzeżone znaki handlowe stanowiące własność CFA Institute.

 

Branża finansowa zmniejsza wydatki na reklamę

Wydatki sektora finanse na promocję produktów i usług maleją. W pierwszych trzech kwartałach 2016 roku reklamodawcy przeznaczyli 287 milionów na promocję – o prawie jedną piątą mniej niż w analogiczny okresie w 2015 roku – pokazuje analiza domu mediowego Codemedia.  Liderem był ING Bank Śląski, którego wydatki wzrosły o 4 mln zł w porównaniu do pierwszych trzech kwartałów 2015 roku. Wyprzedził tym samym mBank dominujący w poprzednim roku. Znaczący spadek wydatków na reklamę zanotowała kategoria ubezpieczenia – o niecałe 50% w porównaniu rok do roku.

Kategorie

Największym reklamodawcą w podziale na kategorie w pierwszych trzech kwartałach 2016 r. były banki, które miały prawie dwie trzecie udziału w rynku (63%) i wydały ponad 180 mln zł. Za nimi uplasowały się: instytucje finansowe (25%), ubezpieczenia (10%) oraz produkty finansowe strukturyzowane i akcje, obligacje (po 1%).

Codemedia_finanse_wydatki_reklamowe_kategorie_zmiana_rok_do_rokuZnaczący spadek wydatków rok do roku zanotowała kategoria ubezpieczenia – 47%. Wzrosły zaś inwestycje w reklamę produktów finansowych strukturyzowanych oraz akcji i obligacji (odpowiednio o 123% i 35%). Tak duży spadek w sektorze ubezpieczenia spowodowany jest zapewne znaczącym wzrostem wysokości składek. Jednak jest to zaskakujące, gdyż przy rosnących cenach ubezpieczycielom powinno jeszcze bardziej zależeć na budowaniu swoich marek od których klienci mogą się odwracać ze względu na rosnące ceny. Tymczasem tutaj wygranymi na razie stają się porównywarki (CUK, Rankomat, czy Comperia), które w sposób naturalny czerpią z zamieszania – mówi Bartosz Zientek, Group Account Director, Codemedia.

Banki wydały od stycznia do września 2016 roku o 15% mniej na promocję niż w analogicznym okresie w poprzednim roku. Ale ich udział w całości wydatków sektora zwiększył się o 3 punkty procentowe. Najczęściej reklamowane były konta oraz kredyty czyli najpopularniejsze wśród Polaków produkty bankowe. Według badania przeprowadzonego przez MasterCard w 10 krajach europejskich wynika, że 85% z nas ma konto w banku. To o 3 punkty procentowe więcej niż średnia europejska. Nie dziwi więc to, że banki skupiają się na promocji swoich ofert dla klientów indywidualnych.

Reklamodawcy

TOP 10 reklamodawców sektora finansów w pierwszych trzech kwartałach 2016 roku otwiera ING Bank Śląski, który przeznaczył na reklamę prawie 23,5 mln zł. Na drugim miejscu znajduje się mBank (22,3 mln zł), a na trzecim Bank Zachodni WBK (14,7 mln zł). Kolejne pozycje zajmują: Bank Millennium, PKO BP, Vivus Finance, Provident Polska, Euro Bank, Alior Bank i Visa Europe. W porównaniu rok do roku, TOP 10 reklamodawców przeznaczyło o prawie 7% mniej na promocję.

Największymi reklamodawcami z kategorii banki były: ING Bank Śląski, mBank i Bank Zachodni WBK. Wśród instytucji finansowych najwięcej na promocję wydały: Vivus Finance, Provident Polska i Wonga.pl. W kategorii ubezpieczenia prym wiodły: Nationale-Nederlanden Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie, AXA Direct i PZU.

Media

W media miksie wydatków sektora finanse zdecydowanie dominuje telewizja, na promocję w której reklamodawcy przeznaczyli 162 mln zł, co daje temu medium ponad 56% udziału. Reklamodawcy chętnie wybierali także internet (49,6 mln zł), którego udział wyniósł 17% i radio (25,9 mln zł) – 9% udziału. A w dalszej kolejności: magazyny (6%), kina (5%), gazety (3%) i outdoor (3%). Na szczególną uwagę zasługuje znaczący wzrost zainteresowania radiem (+34% vs. 2015). Taka zmiana może wynikać z przechylania się szali komunikacyjnej kategorii z wizerunkowej bardziej w stronę komunikacji prosprzedażowej. Zastanawiająca jest jednak nadal dosyć niska aktywność instytucji finansowych w tym medium – wynika to najprawdopodobniej z dużego udziału pożyczkodawców on-line w tej kategorii, gdzie radio ma zdecydowanie mniejsze przełożenie na ruch na WWW niż telewizja. W przyszłym roku aktywność tej właśnie kategorii może w dużej mierze determinować zmiany w całym sektorze finansowym, gdyż reklamodawcy będą musieli reagować na planowane zmiany legislacyjne oraz samoregulacje (np. Google) – mówi Bartosz Zientek, Group Account Director, Codemedia.

Codemedia_finanse_wydatki_reklamowe_podzial_na_mediaBanki ponad połowę (55%) budżetów przeznaczyły na reklamę w telewizji – inwestycje na poziomie 99,6 mln zł. Udział pozostałych mediów był już zdecydowanie niższy: internet – 14%, radio – 12%, magazyny – 6%, kina – 6%, outdoor – 5% i gazety – 3%.

Instytucje finansowe najwięcej wydały na reklamę w telewizji – 63 % udziału. Na kolejnych miejscach w media miksie znalazły się: internet – 29%, magazyny – 4%, gazety – 3% i radio 1%.

Reklamodawcy z kategorii ubezpieczenia także wydali najwięcej na promocję w telewizji – 51%. Za nią uplasował się: internet – 13%, magazyny – 13%, kina – 11%, radio – 11% i gazety – 2%.

W TOP 10 najchętniej wybieranych mediów przez reklamodawców z sektora finansowego w pierwszych trzech kwartałach 2016 roku znalazły się: Polsat, TVN, TVP 1, TVP 2, Onet.pl, TVN 24, RMF FM, WP.pl, AXN i TV 4.

Budżet przyjęty mimo protestów. Elektorzy wybierają

Podczas głosowania nad budżetem doszło do kolejnej już awantury w sejmie. Dzisiaj elektorzy ostatecznie wybiorą prezydenta USA. Najstarszy bank świata walczy o utrzymanie się na rynku.

Budżet przyjęty nie bez emocji

W piątek doszło do kolejnej awantury w sejmie. Ustawa budżetowa budziła sporo obiekcji opozycji, jak zresztą niemal każda ustawa budżetowa w Polsce. Doszło do blokady mównicy, a dalsze prace kontynuowano w sali kolumnowej. Napięcia nie udało się powstrzymać, emocje szybko rozlały się na ulice. Przez cały weekend trwały protesty opozycji. To co najważniejsze dla rynków to kształt budżetu, który został przyjęty. 3,6% wzrostu PKB świadczy o tym, że mimo zimnego prysznica z tego roku w dalszym ciągu dopasowuje się założenia do tezy. Gdyby nie optymistyczne założenia makroekonomiczne nie dałoby się wpisać do ustawy tak niskiego deficytu budżetowego. W długim okresie jest to słaba wiadomość dla złotego. Tak optymistyczny budżet będzie bardzo trudny do wykonania. Wiarygodność Polski może na tym cierpieć co będzie osłabiać złotego. Nie jest jednak wcale powiedziane, że ten budżet jest nierealny. Same demonstracje nie wzbudziły większego zainteresowania rynków walutowych. Wiadomości, którymi żyją portale informacyjne, nie miały większego wpływu na złotego. Nie zmienia to faktu, że giełda nie była już tak spokojna.

Ostatni akt wyborów w USA

Dzisiaj amerykańscy elektorzy wybierają prezydenta. Przewaga Donalda Trumpa w głosach elektorskich jest tak duża, że biorąc pod uwagę historyczną lojalność elektorów jego pozycja wydaje się niezagrożona. Problem w tym, że ostatnie czasy pokazały nam wiele niespodzianek. Brexit czy samo zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach są tego najlepszym dowodem. Z tego też powodu obserwujemy wyczekiwania na ostateczne potwierdzenie tego co będzie się dziać w USA. Wśród inwestorów nie widać nerwowości i wygląda na to, że o ile oczywiście potwierdzi się scenariusz wyboru Donalda Trumpa nie powinno być większej reakcji na walutach.

Bankructwo najstarszego Banku Świata?

Założony jeszcze w XV wieku Banca Monte dei Paschi di Siena musi do końca roku zebrać 5 miliardów euro by przetrwać. Wiedząc o tym w jaki sposób dla wierzycieli kończą się bankructwa banków analitycy uważają, że sytuacja w której dojdzie do wymiany niespłacanych obligacji na akcje banku jest wciąż realna. Powodem problemów banku jest gigantyczna ilość złych kredytów, która jest głównym problemem włoskiej gospodarki. Jeżeli bankowi nie uda się przetrwać z pewnością będzie to sygnał osłabiający euro względem dolara.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Polska – sprzedaż detaliczna, produkcja przemysłowa,
  • 19:30 – USA – wystąpienie prezes FED.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Czy Donald Trump wygrał wybory w USA dzięki Big Data?

Donald Trump nie wygrał wyborów prezydenckich w USA w pojedynkę. Niewidzialną ręką, która kierowała kampanią republikanów i zaprowadziła ich kandydata do Białego Domu, była analityka Big Data. To właśnie na nią, pomimo początkowej niechęci samego prezydenta-miliardera, postawił jego sztab wyborczy, angażując w działania firmy specjalizujące się w analityce internetowej do politycznego targetowania wyborców oraz wpływania na ich postawy. Choć w medialnej opinii w USA to raczej kampanię Hilary Clinton określano jako „napędzaną danymi” (data-driven campaign), to jednak sztab analityków Donalda Trumpa zdystansował swoich odpowiedników z Partii Demokratycznej. Podobnie jak 4 lata temu Big Data otworzyła drzwi do prezydentury Barackowi Obamie, tak w tych wyborach dała zwycięstwo kandydatowi z Partii Republikańskiej.

Make America Data great again

Kampania prezydencka w USA to jedna z największych, najbardziej emocjonujących oraz wyczerpujących gonitw po głosy wyborców na świecie. Zrozumienie specyfiki i preferencji ludności w każdym ze stanów, odwiedzanych przez kandydatów miast i miasteczek, to zadanie przerastające możliwości zwykłego człowieka. Dlatego nic dziwnego, że sztaby wyborcze polityków sięgają często po algorytmy maszynowego uczenia oraz po analityków Big Data, którzy odgrywają rolę „górników danych” (data miners, data harvesters). Ich celem jest pozyskiwanie informacji o zachowaniach i preferencjach wyborców w konkretnych miastach i stanach, które następnie można wykorzystać w kampanii wyborczej kandydata. Z usług takich fachowców korzystał zarówno były prezydent USA, Barack Obama, jak i obecny, świeżo-upieczony prezydent, Donald Trump.

Dzisiejsza Sieć składa się z blisko 10 Zettabajtów danych. Każdego roku Internet rozrasta się średnio o 40 proc. nowych informacji, które można wykorzystać w celach marketingowych, w tym również w marketingu politycznym. Do 2020 roku o każdym internaucie na kuli ziemskiej, w Sieci zakodowanych będzie blisko 5 gigabajtów informacji. Marketerom nie trzeba chyba tłumaczyć znaczenia tych liczb. Okazało się, że ludziom pracującym w sztabie Donalda Trumpa również.

– Hasło wyborcze Donalda Trumpa, “Make America great again” równie dobrze mogłoby brzmieć: „Make Data great again”. Rola, jaką w tej kampanii odegrała analityka Big Data, jest nie do przecenienia. Bez szczegółowej analizy zachowań i zainteresowań wyborców, bez wiedzy o nich, w cyfrowych czasach żaden polityk nie ma dziś szansy „sprzedać” swojego programu czy wizerunku. Być może marketing polityczny należałoby już uznać za dziedzinę marketingu internetowego. Istnieje zresztą szereg korelacji między sprzedażą towarów w internecie, a „sprzedażą” produktu politycznego, jakim jest dzisiaj kandydat – twierdzi Maciej Sawa, Chief Commercial Officer w OnAudience z Grupy Cloud Technologies, największej hurtowni Big Data w Europie, która bada zachowania i zainteresowania każdego internauty ze Starego Kontynentu, analizując globalnie już blisko 4 mld plików cookies.

Niektórzy komentatorzy polityczni w Stanach Zjednoczonych twierdzą, że zwycięstwo Donalda Trumpa nie jest bynajmniej efektem wytężonych działań analityków. Twierdzą, że emocjonalny język, a także wizerunek kandydata Republikanów, odegrały tu ważniejszą rolę i to one przyciągały wyborców. Choć magnetyzmu i egzotyzmu nowemu prezydentowi odmówić zapewne nie sposób, to w tym wypadku na samym „opakowaniu” jednak się nie skończyło.

Zrozumieć wyborcę

Przed 8 listopada sondaże nie pozostawiały złudzeń: Donald Trump nie wygra wyborów prezydenckich w USA. Nie ma na to choćby cienia szansy. Nie pomoże mu w tym ani emocjonalny przekaz, ani jego wizerunek. Kandydatka demokratów, Hilary Clinton, wyprzedzała go niemalże w każdym liczącym się sondażu, a jej przewaga – mimo że niekiedy topniejąca – nie podlegała dyskusji. Choć niektórzy komentatorzy sceny politycznej twierdzili, że w oficjalnych sondażach wyborcy Trumpa zatajali fakt głosowania na kandydata republikanów, to sztab Donalda Trumpa nie mógł wziąć tej opinii za dobrą monetę i powierzyć losu Ameryki czystemu przypadkowi. Trzeba było zwrócić się ku twardym danym. A w tym nieoceniona okazała się jedna z brytyjskich firm: Cambridge Analytica. Tylko we wrześniu sztab obecnego prezydenta zapłacił jej blisko 5 mln dolarów za pomoc w czasie kampanii.

Zadaniem współpracującej ze sztabem Trumpa firmy Cambridge Analytica była analiza zachowań i preferencji wyborców w Stanach Zjednoczonych. Brytyjska firma posiada bowiem olbrzymi zasób informacji o blisko 230 mln internautów uprawnionych do głosowania w USA. Zostali oni oznaczeni około 4 tysiącami różnych parametrów, dotyczącymi ich codziennego życia. Brytyjscy analitycy specjalizują się w „portretach psychologicznych” wyborców”. Wiedzieli zatem, czym interesuje się wyborca i na kogo przypuszczalnie może oddać swój głos. Sztab Donalda Trumpa oraz sam kandydat zdawali sobie sprawę z faktu, że wejście w posiadanie tej wiedzy, zapisanej w plikach cookies, pozwoli na skuteczniejsze poprowadzenie kampanii prezydenckiej i dostosowanie komunikatów oraz kwestii podnoszonych na wiecach do konkretnych wyborców. To  rozpoznanie postaw Amerykanów umożliwiło sztabowi Trumpa nie tylko przewidywanie, ale też modelowanie zachowań wyborców. Po analityce predyktywnej – kampania wkroczyła w fazę analityki preskryptywnej.

Zaczęto kreować psychologiczną potrzebę głosowania na kandydata republikanów, odwołując się w przemówieniach i debatach do parametrów, które przynieśli Trumpowi badacze danych. Trump w sposób skuteczniejszy od swojej konkurentki mógł adresować oczekiwania wyborców, być „bliżej nich”. Dzięki wiedzy, mającej swoje źródła w strumieniu danych, mógł w ten sposób wpływać na osoby niezdecydowane – mówi Maciej Sawa z OnAudience z Grupy Cloud Technologies.

Widać to zwłaszcza w ostatnim tygodniu przed wyborami, kiedy firma Cambridge Analytica uaktywniła się najmocniej. To właśnie wówczas brytyjscy badacze danych odnotowali ciekawe zjawisko: niewielki wzrost poparcia dla kandydata Partii Republikańskiej w tzw. „stanach wahadłowych”, które miały stanowić w tym roku języczek u wagi obu kandydatów. Mowa o 4 stanach: Ohio, Pensylwanii, Michigan oraz Wisconsin. To tutaj poparcie dla Trumpa rosło od 1 do 3 punktów procentowych. Cambridge Analytica stwierdziło, że jest to efektem rosnącego poparcia dla Trumpa wśród osób starszych oraz wyborców niezdecydowanych, których nie uwzględnia wiele amerykańskich sondaży przedwyborczych.

Jak stwierdził Matt Oczkowski, odpowiedzialny za koordynację kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa po stronie Cambridge Analytica:

Nie możemy stwierdzić z całkowitą pewnością, że trafnie przewidzieliśmy zachowania wyborców w tych stanach. Bez wątpienia jednak wykryliśmy w nich pewne podskórne trendy. Donald Trump nie był „typowym” kandydatem republikanów, co oznacza, że do jego wyborców nie można było zastosować tych samych kryteriów demograficznych, które w 2012 roku w kampanii wykorzystano w sztabie Mitta Romneya. Analizowane przez nas dane znajdowały swoje odzwierciedlenie w działaniach marketingowych: w tym, czy sztab powinien wydać budżet na telewizję, czy też przearanżować trasę kandydata – mówił Oczkowski w wywiadzie z portalem Mashable.

Nie ulega zatem wątpliwości, że analitycy Trumpa liczyli się z opinią brytyjskich analityków danych. Warto jednak odnotować samo zaufanie, jakim republikańscy analitycy oraz sam kandydat obdarzyli tę technologię. Może być ono o tyle ciekawe, że Trump wcześniej odcinał się od sięgania po takie narzędzia i był wobec nich dość krytyczny.

Od krytyki do miłości

Jeszcze przed wyborami Donald Trump wierzył, że więcej zwolenników przysporzy mu jego anty-establishmentowy wizerunek, niż cyfrowa inżynieria danych. W jednym z wywiadów (maj 2016) stwierdził nawet:

Zawsze miałem wrażenie, że jest to [analityka Big Data] działanie mocno przeszacowane. Obama uzbierał przecież więcej głosów, niż szacowali to jego analitycy przetwarzający dane. I myślę, że tak samo będzie ze mną.

Być może ta deklaracja była tylko zasłoną dymną. Trump bowiem dość mocno udzielał się w świecie online, co widać choćby po jego Twitterze, na którym jego przewaga nad Hilary Clinton okazała się ewidentna. W okresie kampanii sztab Donalda Trump zgromadził około 12,5 mln followersów, podczas gdy sztab jego konkurentki, Hilary Clinton – „raptem” 9,79 mln śledzących ją internautów. Według profesora Philipa Howarda z Uniwersytetu Oksfordzkiego, który analizował przebieg tej kampanii, można było w niej wręcz mówić i „informatycznej propagandzie” („computational propaganda”) wytoczonej zarówno przez obóz republikanów, jak i demokratów. Na 560 tysięcy tweetów wspierających kandydaturę Donalda Trumpa, niemal co trzeci (32,7 proc.) nie był dziełem człowieka, lecz działaniem inteligentnego bota. Z kolei w przypadku kandydatki z Partii Demokratycznej na 121 tysięcy pozytywnych wpisów – boty wygenerowany średnio co piąty z nich (22,3 proc.) – wyjaśnia Maciej Sawa, Chief Commercial Officer w OnAudience z Grupy Cloud Technologies, największej hurtowni Big Data w Europie.

Wysiłek zainwestowany w analitykę Big Data nie leżał jedynie po stronie „ludzi nowego prezydenta”. Po ogłoszeniu zwycięstwa Donalda Trumpa świat obiegła wiadomość, że jednym z najbardziej zaufanych ludzi 45. prezydenta USA w kampanii był… Peter Thiel, znany inwestor i ojciec sukcesów wielu amerykańskich startupów. Thiel był jednym z nielicznych rezydentów Doliny Krzemowej, technologicznym bastionie demokratów, którzy otwarcie popierali kandydaturę Trumpa. Na wsparcie jego kampanii przeznaczył 1,25 mln dolarów.  Teraz, w nagrodę za swoje zaangażowanie Thiel, otrzymał nominację na członka komitetu wykonawczego „zespołu przejściowego” nowego prezydenta. Dlaczego to właśnie Peter Thiel odgrywa w układance Trumpa kluczową rolę?

Za Peterem Thielem stoi potężna machina Big Data: firma Palantir. Jej głównymi klientami są dziś organy administracji publicznej w Stanach Zjednoczonych. Thiel był jednym z jej ojców założycieli tego biznesu.

– Dzięki danym analizowanym przez Palantir, sztab Donalda Trumpa uzyskał większą wiedzę dotyczącą preferencji wyborców w USA, a konkretnie – ich profili behawioralnych. Najkrócej rzecz ujmując: Big Data zgromadzona przez firmę Thiela pozwoliła Partii Republikańskiej zrozumieć, kim jest wyborca, jaki jest jego zawód, wykształcenie, wyznanie, pochodzenie, miejsce zamieszkania, zarobki, ulubione strony internetowe, prenumerowane gazety itp. – mówi Maciej Sawa – Można powiedzieć, że analitycy Big Data pełnią dziś zatem funkcję „cyfrowych najemników” w świecie polityki. Dostarczają politykom informacji, które mogą stanowić motor napędowy ich kampanii wyborczej. Sprawiają, że marketing polityczny nie działa „na oślep”, lecz może być odpowiednio zaprojektowany czy też zaprogramowany pod konkretnego wyborcę i tym samym – wpływa na jego zachowania przy urnie. Taki charakter ma analityka preskryptywna – dodaje ekspert firmy OnAudience.

W wyborach prezydenckich w USA podobny scenariusz miał miejsce już wcześniej. Różnica jest tylko jedna, za to dość poważna. Analitykę Big Data do przechylenia szali zwycięstwa na swoją stronę wykorzystała Partia Demokratyczna. I to w podręcznikowy sposób.

Barack Obama: pierwszy prezydent wybrany dzięki analityce Big Data?

Sztab Donalda Trumpa nie odkrył nomen omen Ameryki. Raczej powielił schemat, z którego wcześniej skorzystał sztab poprzedniego, 44. prezydenta USA, czyli Baracka Obamy.  Wiele wskazuje na to, że to właśnie Big Data okazało się asem wyciągniętym z rękawa przez sztab Obamy, podczas wyścigu o fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych w 2012 roku.

Każdej nocy badacze danych ze sztabu Obamy wykonywali tytaniczną wręcz pracę. Testowali blisko 66 tysięcy symulacji scenariuszy kampanii politycznej, szukając takiej korelacji danych, która zapewni najbardziej optymalny scenariusz, a następnie prezentowali je politycznym doradcom Obamy.

Sasha Issenberg, amerykański dziennikarz śledzący kampanię Obamy, w artykule „A More Perfect Union: How President Obama’s Campaign Used Big Data to Rally Individual Voters” w przekonujący sposób dowodził, że sztab obecnego prezydenta USA korzystał z Big Data nie tylko po to, aby przewidywać zachowania wyborców (predictive modeling), lecz również po to, by na nie wpływać oraz je zmieniać (prescriptive analytics). Hasło wyborcze Obamy z „Yes, we can” równie dobrze mogłoby brzmieć: „Yes, we scan”.

Analitycy Obamy „przeskanowali” bowiem bazy wyborców w USA z chirurgiczną precyzją. Po mistrzowsku zarządzali Internetowymi ruchami wyborców, przekierowując ich na strony na Facebooku (33 mln lajków) czy kanał YouTube (240 tys. subskrybentów i 246 mln odsłon), a także stosując polityczny audience targeting na Amazonie. W dodatku założyli jeszcze stronę mybarackobama.com, funkcjonującą na zasadach sieci społecznościowej, skupiającej głównie młodych sympatyków Obamy i spełniającej funkcję potencjalnej bazy wolontariuszy kampanii. W ostatnich dniach przed wyborami Obamie udało się pozyskać blisko 700 tys. takich wolontariuszy. Według Issenberga Big Data zgromadzona przez sztab Baracka Obamy była aż dziesięciokrotnie większa niż ta zebrana przez konkurencyjnego kandydata, Mitta Romneya. W 2012 roku pracujący dla Obamy specjaliści od analityki Big Data zgromadzili aż 5 razy więcej danych niż w wyborach w 2008 roku.

Obama, najprawdopodobniej jako pierwszy polityk na świecie, przeprowadził marketing z użyciem danych zakrojony na tak gigantyczną skalę. Być może to właśnie on jest pierwszym prezydentem Big Data. Jego sztab wskazał pewną drogę w marketingu politycznym, którą z kolei pracownicy sztabu Hilary Clinton najwidoczniej zlekceważyli, choć to w przypadku kandydatki demokratów mówiło się częściej o analityce Big Data i „behawioralnym targetowaniu wyborców”. Co więcej – niektóre media w USA, jak np. The Wall Street Journal, obwieściły tegoroczny wyścig prezydencki do Białego Domu mianem „klęski analityki danych”. Koronnym dowodem w tej sprawie miał być fakt, że to Clinton uczyniła analitykę Big Data osią strategiczną swojej kampanii i to jej sztab miał przywiązywać znacznie większą wagę do tej technologii, niż ludzie Trumpa. Medialny przekaz był dwubiegunowy: Trump mówi do tłumów, Clinton – do konkretnych osób. Co więcej, na czele zespołu analityków zarówno u Obamy jak i u Clinton, stały te same osoby: Matt Dover oraz Elan Kriegel. Dlaczego zatem to Hilary Clinton nie została prezydentem USA, mimo że wszystko rzekomo wskazywało na jej niewątpliwy sukces?

– Sam fakt, że ktoś pozyskuje i gromadzi dane, nie jest jeszcze wystarczający do tego by twierdzić, że posiada przewagę konkurencyjną. Gromadzenie danych, czyli tzw. data harvesting, nie daje jeszcze gwarancji sukcesu. Prawdziwa sztuka zaczyna się wtedy, gdy trzeba z tych danych coś odczytać, odszyfrować ich sens, doszukać się powiązań między poszczególnymi elementami i potrafić je wykorzystać. To tutaj zaczyna się właściwie rozumiana analityka i inżynieria danych. Jednak leży ona już w gestii ludzi, badaczy danych, nie zaś algorytmów – wyjaśnia Maciej Sawa z OnAudience z Grupy Cloud Technologies – To, co określa się niekiedy mianem „awarii” czy wręcz „klęski analityki danych”, w rzeczywistości może być nie tyle klęską technologii, co stojących za nią ludzi. Potencjalnych obszarów, w których można popełnić błąd, jest całkiem sporo. Analitycy ze sztabu Hilary Clinton mogli bazować np. na danych nieaktualnych lub nieprzefiltrowanych. Mogli wykorzystywać dane niepochodzące od ludzi, lecz będące dziełem botów (tzw. dark data czy dirty data). Mogli mieć trudności ze zrozumieniem struktury danych oraz błędnym ich skorelowaniu z informacjami z innych zbiorów. Mogli wzorować się na profilach behawioralnych osób głosujących w poprzedniej kampanii na Baracka Obamę, które w międzyczasie uległy zmianie. Wreszcie – mogli pomylić się w samym procesie implementacji. Dane to tylko pewne tworzywo, które badacz musi jeszcze potrafić rozegrać. Bez takiej, fachowej wiedzy, są one tylko strzępkami informacji – tłumaczy Maciej Sawa.

I podaje przykład alfabetu, który również stanowi zbiór danych. Mimo to nie można go uznać za dzieło literackie. Jak to się zatem dzieje, że nie wszystko, co wykorzystuje litery alfabetu, jest takim dziełem? Dobry pisarz rozpoznaje wcześniej nieodkryte połączenia między literami, wyrazami, zdaniami. Buduje z danych alfabetu coś, czego wcześniej nikt nie odkrył i nie napisał. Tak jak pisarz pracuje z alfabetem, tak analityk danych pracuje z Big Data. To cyfrowe tworzywo tym razem lepiej rozegrał sztab republikanów. W efekcie drugim prezydentem, któremu analityka Big Data otworzyła drzwi do Białego Domu, okazał się właśnie Donald Trump.

Bez budowy elektrowni atomowej Polska nie rozwiąże swych problemów

Nie powinniśmy budować nowych elektrowni węglowych, choć takie pomysły popiera rząd. Takie inwestycje są nieopłacalne i sprzeczne z polityką UE.
Przykładem jest pomysł, aby powrócić do budowy nowej elektrowni węglowej w Ostrołęce.

Ten pomysł jest jednak krytykowany przez wielu ekspertów. – Nie powinniśmy budować nowych elektrowni spalających węgiel, bo takie inwestycje nie dość, że są sprzeczne z decyzjami UE, to na dodatek są nieopłacalne, będą wypierały z rynku już istniejące, ale nadal nie zamortyzowane bloki w elektrowniach – mówi w rozmowie z MarketNews24 Stanisław Poręba z międzynarodowej firmy doradczej EY.

I ekspert dodaje: – Bez wybudowania elektrowni jądrowej Polsce będzie bardzo trudno rozwiązać wszystkie problemy.

J. Nikorowski: warszawska giełda ma duży potencjał do rozpoczęcia wzrostów od początku nowego roku

J. Nikorowski: warszawska giełda ma duży potencjał do rozpoczęcia wzrostów od początku nowego roku 10
W drugiej połowie 2017 roku powinna wrócić w Polsce wyższa dynamika wzrostu PKB. Duże oczekiwania wiązane są przede wszystkim z uruchomieniem funduszy unijnych. Zdaniem Jerzego Nikorowskiego z Biura Maklerskiego Banku BGŻ BNP Paribas zgodnie z teorią wyprzedzającego obrazowania koniunktury gospodarczej już na początku przyszłego roku na giełdzie powinny się zacząć wzrosty.

– Można założyć, że warszawska giełda ma duży potencjał do rozpoczęcia wzrostów już na początku przyszłego roku – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jerzy Nikorowski, kierownik zespołu ds. doradztwa inwestycyjnego Biura Maklerskiego Banku BGŻ BNP Paribas. – Natomiast przed polskim rynkiem kapitałowym jest mnóstwo ryzyk, które trudno oszacować. Wiele inicjatyw obecnie prowadzonych przez rząd może mieć pozytywny lub negatywny wpływ na obraz całego parkietu, abstrahując już od tego, może także oddziaływać na zachowania kursów poszczególnych spółek.

Optymistyczne oczekiwania wobec giełdy zdaniem Jerzego Nikorowskiego można wysnuć z teorii mówiącej o tym, że rynek kapitałowy z sześcio-, dziewięciomiesięcznym wyprzedzeniem odzwierciedla tendencje mające miejsce w całej gospodarce. Obecnie wykazuje ona pewne cechy koniunkturalnego osłabienia (w trzecim kwartale br. wzrost gospodarczy Polski wyniósł jedynie 2,5 proc. wobec oczekiwanego wyniku na poziomie co najmniej 2,9 proc.).

– Spowolnienie zapewne będzie miało miejsce jeszcze podczas pierwszych trzech miesięcy 2017 roku i potem zostanie wyhamowane – wskazuje Jerzy Nikorowski. – W drugim kwartale powinno się odmienić na wyższą dynamikę, czyli lepszy wzrost gospodarczy. Abstrahując jednak od tematów politycznych, trzeba zauważyć, że kolejne miesiące będą najprawdopodobniej pozytywne dla spółek eksportujących towary i usługi za granicę czy przedsiębiorstw uzyskujących przychody w walutach obcych, przede wszystkim euro czy dolarze. Również na początku przyszłego roku spodziewamy się bowiem dalszej lekkiej deprecjacji złotego.

Od momentu ogłoszenia wyników wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych kurs krajowej waluty wobec bardzo silnego w ostatnich tygodniach dolara osłabił się już o przeszło 10 proc., podobnie jak w stosunku do franka szwajcarskiego. Wobec euro skala deprecjacji w tym czasie wyniosła kilka proc. Negatywny wpływ na notowania złotego miała także pierwsza od roku ogłoszona w środę podwyżka stóp procentowych przez Rezerwę Federalną za oceanem.

Według Jerzego Nikorowskiego w najbliższych miesiącach powinny zyskiwać jednak także notowania akcji przedsiębiorstw działających w sektorze handlu detalicznego.

– Inicjatywy podjęte przez obecny rząd mają potencjał do przełożenia się na lepszą dynamikę przychodów spółek sprzedaży detalicznej, odzieżowych – uważa Jerzy Nikorowski. – Dzięki rosnącej zamożności polskiego społeczeństwa zaczną pokazywać one w kolejnych miesiącach coraz to lepsze wyniki. Nadchodzące miesiące mogą być również pozytywne dla producentów oprogramowania, firm z branży szeroko pojętego IT. Należy też zauważyć, że w harmonogramie przepływów i wypłat w ramach funduszy unijnych może sprzyjać w drugiej połowie 2017 roku branży inwestycji infrastrukturalnych, czyli budownictwu. Inwestorzy zaczynają wyprzedzać w swoich zachowaniach te wszystkie wydarzenia kilka miesięcy przed tym, jak rzeczywiście zostaną one odzwierciedlone w bilansach spółek.

R. Sadoch (DM mBank): Koniec 2016 i początek 2017 roku nie będą dobre dla złotego. W przyszłym roku dolar nawet po 4,40 zł

R. Sadoch (DM mBank): Koniec 2016 i początek 2017 roku nie będą dobre dla złotego. W przyszłym roku dolar nawet po 4,40 zł 11
Od początku roku dolar umocnił się do złotego o 7,8 proc., euro – o połowę mniej. Frank jest droższy o 5 proc. Słabość złotego to nie tylko efekt prodeficytowych działań polskiego rządu, lecz także wydarzeń międzynarodowych, zwłaszcza w Ameryce. W styczniu agencja Moody’s ma jednak ogłosić rewizję ratingu dla Polski. Jej prawdopodobny negatywny wydźwięk może jeszcze bardziej osłabić złotego.

Moody’s swą ocenę wyda w połowie stycznia. Nie musi być ona negatywna, ale wiele na to wskazuje, zwłaszcza po wydanej przez agencję opinii na temat perspektyw polskiej gospodarki po decyzji władz o obniżeniu wieku emerytalnego.

– Wszystko wskazuje na to, że końcówka 2016 roku i początek 2017 nie będzie dobry dla złotego w głównej mierze w związku z ryzykiem cięcia ratingu przez agencję Moody’s w pierwszych dniach 2017 roku, kiedy agencja będzie rewidować oceny wiarygodności kredytowej Polski – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Sadoch, analityk Domu Maklerskiego mBanku. – Bardzo ważne w tej kwestii jest to, że ona we wrześniu nie dokonała oceny, zatem to ryzyko jest spore i jeśli się zmaterializuje, to 2017 rok możemy zobaczyć nawet notowania euro–złotego w okolicach 4,60 zł.

Najważniejszym wydarzeniem, jakie zaszło od tego momentu w Polsce, było obniżenie w listopadzie wieku emerytalnego. Nawet wyliczenia obozu władzy wskazują, że będzie ono kosztowało w najbliższych 4 lat 40 mld zł. Agencja Moody’s obniżyła kilka dni temu prognozę wzrostu gospodarczego dla Polski na 2016 rok do 2,8 proc. z 3,1 proc. przewidywanych we wrześniu, a na 2017 rok do 2,9 proc. z prognozowanych wcześniej 3 proc. W 2018 PKB ma wzrosnąć znów o 2,8 proc. Wcześniej zaś agencja wydała komunikat, że obniżenie wieku emerytalnego jest czynnikiem negatywnym dla oceny wiarygodności kredytowej Polski. Nie należy też zapominać, że perspektywa ratingu, jaki Polska ma u Moody’s, jest negatywna.

– 2016 rok nie był najlepszy dla złotego. Obecnie notowania euro są w okolicach 4,50 zł, w relacji dolar–złoty mamy 4,20 zł, tego nie widzieliśmy od bardzo długiego czasu, choć za euro płaciliśmy przejściowo 4,50 zł, czy to w momencie, gdy dowiedzieliśmy się, że Wielka Brytania wychodzi z Unii Europejskiej, czy w momencie, gdy agencja ratingowa S&P na początku 2016 roku obcięła nasz rating – mówi Sadoch. – Nie mieliśmy jednak do czynienia z sytuacją, w której złoty byłby w dłuższym okresie słabszy.

Złoty w tym roku przebił granicę 4,50 za euro. Najdroższy był w połowie stycznia, gdy agencja Standard & Poor’s niespodziewanie, bo przy pozytywnej perspektywie, obniżyła rating naszego kraju oraz na początku grudnia, po fatalnym dla polskiej waluty listopadzie, gdy złotemu zaszkodziła wygrana Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA oraz negatywny dla rządu wynik włoskiego referendum. Najmocniejszy był z kolei na przełomie marca i kwietnia, gdy euro kosztowało niecałe 4,23 zł. W sumie od początku roku euro umocniło się do złotego o 3,6 proc. Dolar natomiast – o niemal 8 proc. Bo to właśnie siła amerykańskiej waluty jest głównym czynnikiem osłabiającym waluty rynków wschodzących, w tym polskiego.

– Gdy popatrzymy na dolara, Stany Zjednoczone podnoszą stopy procentowe, zatem jest to element, który przemawia za umocnieniem amerykańskiej waluty, zatem nie możemy wykluczyć scenariusza, w którym w 2017 roku musielibyśmy zapłacić za dolara 4,30 czy nawet 4,40 zł – przewiduje Rafał Sadoch. – Zatem nie są to najlepsze perspektywy dla złotego wobec dolara. Jeśli chodzi o europejską walutę, to tutaj po tym możliwym przejściowym osłabieniu stopniowo notowania powinny schodzić na coraz to niższe poziomy.

Jastrzębi Fed po wygranej Trumpa. Według banku centralnego USA PKB nie przyspieszy, a koszt pieniądza wzrośnie

Jastrzębi Fed po wygranej Trumpa. Według banku centralnego USA PKB nie przyspieszy, a koszt pieniądza wzrośnie 12
Na ostatnim grudniowym posiedzeniu po roku przerwy, Rezerwa Federalna podniosła stopy procentowe. Ruch ten był zgodny z oczekiwaniami, jednak Fed zaskoczył zapowiedzią dokonania trzech kolejnych podwyżek w przyszłym roku. Według Łukasza Bugaja, analityka z Domu Maklerskiego BOŚ, jastrzębia wypowiedź bankierów zza oceanu tylko umocni dolara i wesprze odpływ kapitału z rynków wschodzących, w tym z Polski.

– Wszyscy oczekiwali, że dojdzie do tej podwyżki w grudniu i to nie jest żadnym zaskoczeniem. Istotne było to, co Fed zasygnalizuje na rok przyszły. I tutaj jest pewne zaskoczenie, ponieważ od dłuższego czasu spodziewano się, że będą dwie podwyżki w przyszłym roku, a ten osławiony wykres kropkowy wskazuje, że to niekoniecznie będą dwie, ale trzy podwyżki w przyszłym roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ. – To oznacza więc taki bardziej jastrzębi wydźwięk tej ostatniej podwyżki i stąd te reakcje rynkowe, czyli większe umocnienie dolara.

Stopy procentowe za oceanem wzrosły z przedziału 0,25–0,50 proc., w którym pozostawały przez rok, do 0,50–0,75 proc., co zdaniem analityka zostało już wcześniej uwzględnione w cenach. Niespodziewana zapowiedź szybszego od spodziewanego tempa zacieśniania polityki ponownie umocniła jednak amerykańską walutę. Euro spadło poniżej 1,04 dolara. Jeszcze mocniej zareagował złoty. Za jednego dolara w dzień po decyzji trzeba było zapłacić niemal 4,28 zł – więcej niż dziewięć miesięcy temu za euro i najwięcej od 2002 r.

– Na rynkach wschodzących, również na polskim, widzimy pewne zawahanie się popytu, ponieważ w przyszłym roku koszt pieniądza ma jednak wzrosnąć nieco bardziej, niż tego jeszcze niedawno oczekiwano – mówi Łukasz Bugaj. – I co jest istotne przez ostatnich kilka kwartałów wykresy wskazywały na to, że Fed jest bardzo ostrożny co do podwyżek stóp. I tak jak zaczynał rok z możliwością podwyżek o 2–3 razy, tak potem to było konsekwentnie rewidowane w dół, a teraz jest właśnie przerwa tego trendu trwającego od dłuższego czasu i pewna rewizja w górę, czyli możliwość, że ten wzrost kosztu pieniądza w przyszłym roku będzie nieco większy, niż wcześniej sądzono.

Grudniowe posiedzenie było istotne nie tylko ze względu na spodziewaną podwyżkę stóp – jedyną w 2016 roku, choć przed rokiem spodziewano się nawet czterech, ale też ze względu na to, że było pierwszym po wyborach prezydenckich, w których zwyciężył Donald Trump i zarazem połączonym z prezentacją prognoz makroekonomicznych. Członkowie Fed przewidywali w grudniu, że realny PKB Stanów Zjednoczonych wzrośnie w 2016 o 1,9 proc. (wg poprzedniej projekcji 1,8 proc.), w przyszłym roku o 2,1 proc. (poprzednio 2,0 proc.), zaś w 2018 – o 2 proc., podobnie jak według projekcji wrześniowej.

– Co jest bardzo istotne to to, że wzrost gospodarczy według prognoz Fedu istotnie się nie podniesie w przyszłym roku ani w kolejnych latach. Przypomnę, że inwestorzy na to liczą, również nowy prezydent, który chce podnieść wzrost PKB w Stanach Zjednoczonych do poziomu 3,5 proc. – przypomina Bugaj. – Tym niemniej, jeśli spojrzymy na najnowsze prognozy banku amerykańskiego, to tam nie ma żadnych zmian istotnych względem prognozy z września, sprzed wyborów prezydenckich i w długim terminie cały czas Rezerwa Federalna oczekuje, że wzrost realnego PKB będzie poniżej 2 proc. Czyli jest istotny rozdźwięk pomiędzy tym, co prognozuje, a tym, co by chcieli osiągnąć nowi oficjele w Białym Domu.

Pacjenci z nowotworami krwi mają utrudniony dostęp do nowych terapii. Polska w tyle za Węgrami, Czechami i Rumunią

Pacjenci z nowotworami krwi mają utrudniony dostęp do nowych terapii. Polska w tyle za Węgrami, Czechami i Rumunią 13
Rośnie liczba zachorowań na nowotwory krwi. Problemem w ich leczeniu jest niska dostępność specjalistów z dziedziny hematologii i utrudniony dostęp do nowoczesnych terapii. Ścieżka refundacyjna dla nowych leków stosowanych w przebiegu chorób hematoonkologicznych trwa w Polsce 2-4 lata. Pod tym względem odbiegamy od innych państw regionu, takich jak Węgry, Czechy, a nawet Rumunia.

– Mamy niestety do czynienia z Europą dwóch prędkości pod względem dostępu do terapii hematoonkologicznych. Oznacza to, że polscy pacjenci są leczeni niezgodnie z obowiązująca wiedzą medyczną. Liczymy natomiast, że ostatnie miesiące i kolejne pozytywne decyzje ministra zdrowia będą kontynuowane i że coraz więcej chorych będzie korzystać z optymalnego leczenia – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Wiśniewski z Fundacji Onkologicznej Alivia.

Według szacunków Krajowego Rejestru Nowotworów liczba zachorowań na nowotwory układu krwionośnego i chłonnego w ciągu ostatnich 30 lat wzrosła ponad dwukrotnie. Ma to związek głównie ze starzeniem się społeczeństwa, a najwięcej przypadków (60 proc.) dotyczy osób między 50 a 79 rokiem życia. Jednak na nowotwory hematologiczne często chorują również dzieci i osoby młode.

Fundacja DKMS, która wyszukuje dawców szpiku dla chorych na nowotwory krwi, podaje że w Polsce średnio co 35 sekund taką diagnozę słyszy jedna osoba. Wielu pacjentów dowiaduje się o chorobie zbyt późno, kiedy leczenie jest utrudnione. Problem z diagnostyką wynika z faktu, że wiele nowotworów krwi daje niejednoznaczne objawy, które łatwo pomylić z innymi schorzeniami.

Nie ma odpowiedniej klasyfikacji chorób hematoonkologicznych, która umożliwiłaby dokładne oszacowanie, ilu pacjentów w Polsce jest obecnie leczonych z ich powodu. Zaliczają się do nich. bowiem m.in. chłoniaki złośliwe, zespoły mielodysplastyczne, czerwienica prawdziwa, przewlekła białaczka szpikowa i białaczka limfocytowa oraz szpiczak plazmocytowy. Hematoonkologia obejmuje łącznie ponad 140 różnych nowotworów.

Prof. Jan Walewski, dyrektor Centrum Onkologii-Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie zwraca uwagę, że dużym utrudnieniem w leczeniu nowotworów krwi jest bardzo niska dostępność specjalistów hematologów i hematoonkologów, przez co w niektórych regionach Polski pacjenci są zmuszeni czekać na konsultację po kilka miesięcy.

 Kolejny problem to długa i ciernista ścieżka dochodzenia do refundacji terapii innowacyjnych. Dotyczy to szeregu leków. Nie chodzi tu o pieniądze, ponieważ prędzej czy później udaje się wypracować kompromis pomiędzy podmiotem, który wprowadza taki lek do refundacji, a władzami państwowymi, które tę refundację zapewniają. Zanim jednak do tego dojdzie, mijają 2-4 lata. Trwa to zdecydowanie za długo, a pacjenci cierpią dodatkowo, wiedząc, że istnieje terapia, która znacząco poprawia szanse na przeżycie, ale jest dla nich niedostępna – mówi prof. Jan Walewski.

Lekarze zwracają uwagę, że leczenie chorych na nowotwory krwi w Polsce odbiega od europejskich standardów. Istnieją duże różnice w świadczeniach, dostępności terapii i opiece nad pacjentami pomiędzy Polską a krajami takimi jak chociażby Węgry, Czechy czy Słowacja.

 Główne różnice dotyczą dostępności leków. Wynika to z faktu, że te kraje przeznaczają więcej pieniędzy na ochronę zdrowia w przeliczeniu na obywatela. W Polsce ta poprzeczka jest zawieszona niżej niż w innych krajach, a możliwości finansowe są mniejsze – uzasadnia prof. Wiesław Jędrzejczak, kierownik Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych WUM.

 Nasi czescy sąsiedzi odnieśli wielki sukces w zakresie systemu opieki onkologicznej, nie dokładając przy tym do niego zbyt wiele pieniędzy. Bardzo chcielibyśmy się dowiedzieć, jak oni to zrobili i przełożyć tę wiedzę na krajowe podwórko – mówi Wojciech Wiśniewski z Fundacji Alivia.

Jednym z najczęstszych nowotworów krwi jest przewlekła białaczka limfocytowa (PBL). Według szacunków, taką diagnozę co godzinę słyszy w Polsce jedna osoba. Ta choroba często nie daje żadnych charakterystycznych objawów. Według NFZ w ubiegłym roku ok. 10 tys. pacjentów było leczonych z powodu PBL. Prof. Krzysztof Giannopoulos z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie zwraca uwagę, że w krajach Grupy Wyszehradzkiej proces refundacyjny dla leków stosowanych w przewlekłej białaczce limfocytowej przebiega o wiele szybciej niż w Polsce.

– Systemy w krajach Grupy Wyszehradzkiej wydają się działać szybciej. W przypadku jednego z leków stosowanych w przewlekłej białaczce limfocytowej proces refundacyjny trwał około roku. Dla kontrastu, w polskich realiach na niektóre leki pacjenci czekają nawet 4 lata, aby uzyskać pełną refundację – wskazuje prof. Krzysztof Giannopoulos.

Jak podaje Fundacja Alivia, średni odsetek 5-letnich przeżyć pacjentów z przewlekłą białaczką limfocytową w Polsce wynosi zaledwie 53 proc. i jest niższy o ponad 18 proc. niż średnia europejska. Co więcej, żaden z małocząsteczkowych leków celowanych (zarejestrowanych do leczenia zaawansowanej przewlekłej białaczki limfocytowej) nie jest dostępny w Polsce. Są nimi leczeni natomiast pacjenci w Czechach, na Słowacji, Węgrzech, a nawet w Rumunii.

W ostatnich kilku latach nastąpił przełom w leczeniu przewlekłej białaczki limfocytowej. Nowe leki zawierają inteligentne cząsteczki, które precyzyjnie blokują mechanizm rozwoju komórki białaczkowej. Prof. Krzysztof Giannopoulos zwraca uwagę, że nowoczesne leki są nie tylko w stanie poprawić życie chorych na PBL, ale są również bezpieczniejsze i mają mniejszą toksyczność.

 Jest to terapia bardzo wygodna, przyjmowana doustnie. To sprawia, że do pacjenta, któremu dotychczas zaproponowalibyśmy chemioterapię w ramach hospitalizacji możemy podejść zupełnie inaczej. Ten pacjent może podlegać tylko opiece ambulatoryjnej, bo leczenie ma zupełnie inny profil toksyczności – mówi prof. Krzysztof Giannopoulos.

Choroby hematoonkologiczne, atakujące krew i układ krwiotwórczy, są zaliczane do grona schorzeń rzadkich. W resorcie zdrowia trwają obecnie prace nad Narodowym Planem dla Chorób Rzadkich, w ramach którego uruchomiona zostanie specjalna ścieżka refundacyjna dla tzw. „leków sierocych”, stosowanych u pacjentów cierpiących na niepospolite schorzenia.

– Minister Krzysztof Łanda zapowiedział, że w ramach nowelizacji ustawy refundacyjnej będzie przewidziana specjalna ścieżka dla pacjentów, którzy zmagają się z chorobami ultrarzadkimi. Liczymy, że Polska będzie konsekwentnie zbliżać  się do zachodu Europy, a polscy pacjenci będą leczeni tak jak na to zasługują – mówi Wojciech Wiśniewski z Fundacji Onkologicznej Alivia.

Rośnie spożycie wody butelkowanej. Średnio Polacy konsumują 118 litrów rocznie, a Niemcy 200

Rośnie spożycie wody butelkowanej. Średnio Polacy konsumują 118 litrów rocznie, a Niemcy 200 14
Polacy piją coraz więcej wody butelkowanej. Szacuje się, że w tym roku jej średnie spożycie wzrośnie z 114 do 118 litrów na osobę. Z danych KPMG wynika, że na wody butelkowane przypada ok. 45 proc. wolumenu sprzedaży napojów bezalkoholowych. Wciąż jednak statystycznie pijemy mniej wody, niż zalecają eksperci, bo tylko 0,5 litra dziennie.

– Woda butelkowana jest ważną częścią rynku napojów bezalkoholowych, który w pierwszych 6 miesiącach tego roku charakteryzował się 4-proc. dynamiką wzrostu. Woda rośnie na tym rynku bardzo dynamicznie, notując 11,7 proc. wzrostu. Stanowi blisko połowę kategorii napojów bezalkoholowych, przy czym Żywiec Zdrój ma 30 proc. udziałów rynkowych – mówi agencji Newseria Biznes Inga Songin, dyrektor ds. marketingu i PR w Żywiec Zdrój.

Z raportu KPMG wynika, że wartość całego rynku napojów bezalkoholowych w Polsce wyniosła w ubiegłym roku 21,7 mld zł. Obejmuje ona sprzedaż zarówno w kanale on-trade (puby, bary, kawiarnie, restauracje, hotele itp.), jak i off-trade (sklepy spożywcze, hiper-, supermarkety, dyskonty, stacje benzynowe, e-commerce itp.). Szacuje się, że do 2020 roku wartość sprzedaży zwiększy się o 13 proc. i przekroczy 24 mld zł. 45 proc. wolumenu sprzedaży przypada na wody butelkowane. Eksperci KPMG szacują, że ich udział w rynku będzie się zwiększał, przede wszystkim ze względu na rosnącą świadomość konsumentów na temat zdrowego stylu życia.

 Na wzrost sprzedaży wody butelkowanej wpływa przede wszystkim czynnik prozdrowotny. Zmieniają się przyzwyczajenia Polaków. Wybierają coraz to zdrowsze alternatywy, zarówno w jedzeniu, jak i w piciu, a woda się świetnie w ten trend wpisuje – tłumaczy Songin.

Spożycie wody jest też w dużej mierze uzależnione od pogody. Im więcej dni słonecznych i z wysoką temperaturą, tym większa jest sprzedaż. Zeszłoroczne gorące lato zaowocowało rekordowym wzrostem rynku wody butelkowanej w Polsce. Mimo że największa sprzedaż przypada w okresie letnim, popyt na wodę trwa cały rok. W I półroczy wolumen sprzedaży wzrósł o 7,7 proc. w stosunku do analogicznego okresu w 2015 roku.

– Polacy konsumują coraz więcej wody butelkowanej. W 2016 roku ta konsumpcja jest szacowana na poziomie 118 litrów na rok na głowę. Ale żeby to lepiej zrozumieć, należałoby się odnieść do innych rynków, bo potencjał wzrostu jest wciąż ogromny. Przykładowo Niemcy konsumują 200 litrów wody na osobę rocznie, więc nadal przed tą kategorią jest ogromny potencjał, który Canadean ocenia na ok. 4 proc. rocznie – zaznacza przedstawicielka Żywiec Zdrój.

Szanse na wzrost są ogromne, bo mimo rosnącego spożycia średnio w ciągu dnia przeciętny Polak wypija zaledwie 0,5 litra wody (przy zalecanych 2 litrach płynów dziennie). Istotne jest prowadzenie akcji edukacyjnych zachęcających do picia wody, zwłaszcza dzieci.

– Prowadzimy program „Mamo, tato, wolę wodę”, który edukuje dzieci w przedszkolu na temat zalet picia wody. Prowadzimy również programy z partnerami i ekspertami, jak choćby „Woda na start”. W 2015 roku przeprowadziliśmy szeroką kampanię „Zacznij dzień od szklanki wody”, która również mówiła o tym, dlaczego picie wody jest tak ważne dla naszego organizmu – wymienia Inga Songin.

Firma wiele inwestuje także w innowacje, które mają wspierać rodziców w kształtowaniu zdrowych nawyków wśród najmłodszych. Z myślą o nich spółka wprowadziła w tym roku dwie linie produktów – limitowaną edycję wody w butelkach z etykietami z popularnymi bohaterami filmów Angry Birds, Avengers i Kraina Lodu oraz linię „Głupawka” z zabawnymi motywami graficznymi. Produkty dla dzieci i warianty smakowe mają duży potencjał wzrostu.

– Canadean szacuje ten wzrost na około 4–5 proc. rok do roku. Wszystkie trendy zdrowotne również na to wskazują, więc szacujemy, że spożycie na mieszkańca nadal będzie rosło, a to będzie się przekładało na wzrost tej kategorii – ocenia Songin.

Dostrzegając potencjał wciąż rosnącego rynku, spółka inwestuje w dalszy rozwój, zwiększając swoje inwestycje. W kwietniu tego roku nastąpiło otwarcie nowej fabryki Żywiec Zdrój, która powstała na terenie Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej na Żywiecczyźnie. Inwestycja pozwoliła firmie zwiększyć moce produkcyjne i umożliwiła jej dalszy rozwój.