Przeludnione mieszkanie to problem 44% Polaków. Czy jest szansa na zmianę?

Nie od dziś wiadomo, że w Polsce jest deficyt mieszkaniowy. Według niektórych wynosi on nawet ponad 1,5 mln mieszkań. Odrębnym problemem jest to, że wielu Polaków na zakup lub wynajem lokalu po prostu nie stać. Czy w najbliższej przyszłości sytuacja może się poprawić?

Aby tak się stało, potrzeba lepszej polityki mieszkaniowej. Dużą szansą dla obywateli są na pewno obecne i przyszłe programy mieszkaniowe. Dzięki nim „w ciągu najbliższych 10–15 lat będziemy obserwować zwiększoną podaż mieszkań na rynku, które co należy podkreślić, będą dopasowane do różnych odbiorców” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Bogusław Białowąs z Banku Gospodarstwa Krajowego.

Czy Polacy wiedzą jednak o programach wspierających rozwój mieszkalnictwa i potrafią z nich korzystać? Wydaje się, że jest z tym coraz lepiej. „Z obserwacji Banku Gospodarstwa Krajowego, operatora rządowych programów mieszkaniowych, jasno wynika, że świadomość społeczeństwa w tym zakresie się zwiększa i Polacy coraz chętniej korzystają z pomocy państwa” – stwierdza ekspert.

Nasze zainteresowanie pokazują liczby. Z programu Rodzina na swoim skorzystało 192 tys. osób, z kolei z niezakończonego jeszcze programu Mieszkanie dla Młodych – ponad 73 tys. Oprócz tego dzięki Krajowemu Funduszowi Mieszkaniowemu powstało 100 tys. mieszkań dla osób o niskich dochodach, a w ramach rządowego programu wsparcia budownictwa socjalnego i komunalnego – 18 tys. lokali dla najuboższych. Oczywiście nie zmienia to faktu, że sytuacja ciągle nie jest różowa, ponieważ potrzeby mieszkaniowe Polaków są znacznie większe. Rządzący muszą zdawać sobie z tego sprawę. Tym bardziej że rozwój mieszkalnictwa przyczynia się przecież do wzrostu całej gospodarki.

Prezes ZFPR: Agencje PR nie są obecne w spółkach Skarbu Państwa. Liczymy na powrót do tego sektora w 2017 roku

Prezes ZFPR: Agencje PR nie są obecne w spółkach Skarbu Państwa. Liczymy na powrót do tego sektora w 2017 roku 1
Automatyzacja treści i schyłek mediów opiniotwórczych to jedne z ważniejszych wyzwań, z którymi będzie się mierzyć branża public relations w przyszłym roku. Agencje PR liczą także na nowe zlecenia od spółek Skarbu Państwa. To sektor, w którym dziś nie jesteśmy obecni – mówi szef Związku Firm Public Relations. W ostatnich latach postrzeganie PR przez firmy znacząco się zmieniło. Oczekują już nie tylko budowania relacji z mediami, lecz także wielostronnego doradztwa.

 Technologia wywarła rewolucyjny wpływ na branżę PR. W tej chwili dominującym trendem jest automatyzacja treści. Dużą część tego, co tradycyjnie robiliśmy, mogą już wykonywać za nas automaty. Dla przykładu, podczas ostatniej olimpiady wszystkie serwisy sportowe „Washington Post” były robione już przez boty Amazona – mówi agencji Newseria Grzegorz Szczepański, prezes zarządu Związku Firm Public Relations.

Rozwój technologii i mediów społecznościowych to jedne z czynników, które powodują, że coraz bardziej zacierają się granice pomiędzy branżą PR, reklamą i marketingiem a innymi formami komunikacji. Prezes ZFPR zauważa, że agencje PR-owe coraz częściej dostają od klientów zapytania dotyczące usług wykraczających poza tradycyjnie rozumiane public relations.

 W tej chwili możemy mówić, że wszyscy pracujemy w biznesie marketingowym, co zresztą widać w podejściu do branży. Nie jesteśmy pytani już tylko o typowe działania, ale często dostajemy też zapytania o poważniejsze kampanie, chociażby takie jak spozycjonowanie nowego produktu na rynku czy wprowadzenie na rynek nowej usługi – mówi Grzegorz Szczepański.

Coraz bardziej postępuje też rozwarstwienie branży, która wyraźnie dzieli się na profesjonalne usługi doradcze i typowe, tradycyjne usługi media relations. Na te ostatnie powoli spada zapotrzebowanie, co sprawia, że z rynku znika część mniejszych agencji.

 Ta zmiana jest powolna, ale konsekwentna. Następuje rozwarstwienie branży PR, z jednej strony mamy usługi tzw. high-endowych, gdzie potrzeba naprawdę profesjonalnego doradztwa opartego o wieloletnie doświadczenie, z drugiej strony mamy tradycyjne, typowe usługi PR, o których mówimy potocznie media relations. Według mnie te są w tej chwili w odwrocie i obserwujemy już pierwsze zamknięcia niewielkich agencji PR, które koncentrują się wyłącznie na tym typie usług – mówi Grzegorz Szczepański.

Jego zdaniem w nadchodzącym roku największy wpływ na globalną branżę usług PR-owych będą mieć właśnie automatyzacja treści i powszechny „upadek prawdy” rozumiany jako zanik opiniotwórczych, niezależnych mediów. Na polski rynek wpłynęła też zmiana rządów.

– Profesjonalną branżę usług public relations w Polsce dotknęła dobra zmiana. Nie jesteśmy obecni w sektorze spółek Skarbu Państwa, ale mam nadzieję, że ten trend się odwróci w 2017 roku – mówi Grzegorz Szczepański.

Związek Firm Public Relations to organizacja zrzeszająca obecnie 39 profesjonalnych agencji PR, której celem jest reprezentacja branży oraz dbałość o standardy etyczne i zawodowe w usługach PR-owych. Od kilkunastu lat ZFPR jest organizatorem Złotych Spinaczy – konkursu promującego najlepsze projekty z dziedziny PR.

Tegoroczne nagrody – przyznane podczas uroczystej gali, która 2 grudnia odbyła się w warszawskim Hotelu Westin – trafiły do laureatów w 27 kategoriach. Oprócz złotych statuetek rozdano także srebrne i brązowe spinacze. Najwięcej nagród zebrały agencje MSL Group, Havas PR, Garden of Words i Komunikacja Plus.

Milenialsi stanowią już 25 proc. polskiego społeczeństwa. Handel musi dostosować swoją ofertę do tego pokolenia

Milenialsi stanowią już 25 proc. polskiego społeczeństwa. Handel musi dostosować swoją ofertę do tego pokolenia 2

Co czwarty Polak jest milenialsem. Młode pokolenie ma coraz większą siłę nabywczą. To ludzie żyjący online, maksymalnie wykorzystujący media społecznościowe, aktywni i mający wysokie oczekiwania. Najlepiej tę grupę określają trzy hashtagi: HASHwe, HASHmore, HASHnow – wynika z badania firmy Nielsen. Coraz większe wymagania młodego pokolenia to duże wyzwanie, ale i ogromna szansa dla współczesnego handlu – podkreśla Bank DNB. Konieczna jest jednak zmiana sposobu komunikacji marek i produktów.

– Milenialsi to pokolenie, które ma olbrzymie znaczenie dla tego, jak będzie wyglądał w przyszłości świat mediów i retailu. Obecnie stanowią 25 proc. populacji Polski. To osoby, które w roku 2020 będą stanowiły 35 proc. populacji pracowników, więc to właśnie oni będą wydawali pieniądze na usługi i produkty. W naszych raportach zdefiniowaliśmy milenialsów jako osoby, które są opisywane przez trzy hashtagi: HASHwe, HASHmore, HASHnow, czyli: my, więcej, teraz – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Szymon Mordasiewicz, dyrektor zarządzający w firmie Nielsen.

Blisko 9 mln Polaków należy do pokolenia milenialsów, żyjącego online, komunikującego się poprzez social media. To ludzie, którzy nie wyobrażają sobie życia bez internetu i smartfonów. Internet jest dziś dla milenialsa naturalnym środowiskiem, które istniało od zawsze. Hashtag HASHwe oznacza właśnie komunikację non stop. Charakterystyczny dla milenialsów jest multiscreening, czyli konsumowanie mediów na kilku urządzeniach jednocześnie.

– To grupa, która przez cały czas jest ze sobą skomunikowana za pomocą internetu, telefonu, urządzeń mobilnych. Nie ma dla nich barier. To osoby, które wychowały się w dobie fragmentaryzowanych mediów – mówi Mordasiewicz. – Jedna piąta milenialsów to osoby, które podczas oglądania telewizji są dodatkowo wpięte w media społecznościowe. Kiedy oglądają telewizję, przeglądają content mediów społecznościowych, komentując to, co robią ich znajomi, dzielą się wrażeniami, dając lajki i wysyłając emotikony na różnych platformach społecznościowych.

Hashtag „more” oznacza pokolenie, które chce więcej. Milenialsi mają większe oczekiwania zarówno wobec kupowanych produktów i usług, jak i wobec dostawców mediów czy pracodawców. Przykładowo, dla przedstawicieli młodego pokolenia istotne jest, czy dana firma prowadzi politykę zrównoważonego rozwoju. Blisko połowa chciałaby dla takiej firmy pracować.

– 51 proc. milenialsów, oglądając produkt, będzie poszukiwało informacji, czy jest to fair trade, z jakich składników jest wykonany, czy ma dodatkowe benefity, które wspierają zdrowie. Ponadto, milenials szuka nowości. 45 proc. z nich podczas ostatnich zakupów włożyło do swojego koszyka nowość. Oczekują też informacji na temat tego, gdzie produkt został wyprodukowany, jak i przez kogo, i liczą, że firmy im te informacje dostarczą – wymienia dyrektor firmy Nielsen.

Młode pokolenie jest szybkie, często dokonuje wyboru pod wpływem chwili, chce natychmiast realizować swoje potrzeby – to określa hashtag HASHnow. Milenialsi boją się, że wypadną z obiegu, ominie ich ważna informacja, nie zarejestrują się w wydarzeniu, w którym wezmą udział ich znajomi. To zjawisko nazywane FOMO, czyli fear of missing out.

– Rzeczy niezbędne dla milenialsa to pełna bateria, Wi-Fi i internet. 82 proc. milenialsów chce być cały czas online. Chcą decydować o tym, co i kiedy oglądają, kiedy i co kupią, i tę decyzję chcą podejmować gdziekolwiek – wyjaśnia Szymon Mordasiewicz.

Handlowcy i marketerzy muszą się dostosować do nowej grupy klientów i zmienić sposób komunikacji marek czy produktów. W optymalnym miksie handlowców dla milenialsów należy uwzględnić maksymalne wykorzystanie możliwości, jakie stwarza internet, budowanie wokół marki czy produktu pozytywnej historii, a następnie oparcie na tym całej komunikacji. Ważne są także elementy, które zaangażują klientów i pokażą im realne korzyści, jakie odniosą, kupując dany produkt czy usługę. Przy tym przekaz reklamowy musi być precyzyjnie dostosowany do odbiorców.

 Sklep na pewno dzisiaj musi być online, a z drugiej strony oprócz sklepów internetowych cały czas powinny być utrzymywane sklepy stacjonarne – zaznacza Paweł Olkowicz z Biura Handlu i Usług w DNB Bank Polska SA. – Milenials jest podłączony do różnych portali społecznościowych i tam też sklepy muszą dotrzeć. Firma, której uda się zgromadzić grono wiernych fanów i przyciągnąć do siebie milenialsów, np. przez program lojalnościowy, zyska przewagę konkurencyjną.

Milenialsi nie rezygnują z zakupów tradycyjnych. Stanowią grupę, która wciąż chętnie odwiedza sklepy stacjonarne czy galerie handlowe. Jak pokazują analizy firmy Accenture, 84 proc. milenialsów lubi odwiedzać centra handlowe, a 68 proc. woli kupować elektronikę w sklepach stacjonarnych. Z drugiej strony młode pokolenie powszechnie korzysta z internetowych porównywarek cenowych po to, by poznać oferty e-sklepów i opinie użytkowników.

Olkowicz podkreśla, że dla milenialsów zaciera się podział na kanały online i offline – wykorzystują zniżki z e-maila w sklepie stacjonarnym lub papierowe kupony rabatowe w e-sklepie. Handlowcy muszą więc postawić na omnichannel, czyli wielokanałowość.

– Milenialsów charakteryzuje zjawisko FOMO, czyli strach przed byciem pominiętym, więc i sklepy powinny w ten sposób działać, czyli cały czas być blisko konsument i dbać o niego. Muszą mieć z tyłu głowy to, że może któregoś dnia wypadną z obiegu – przekonuje przedstawiciel DNB Bank Polska. –Konsument musi być dopieszczany, bombardowany informacjami, ale musi to być informacja na czas, dostarczona w bardzo przyjazny sposób. Cały czas musimy tworzyć wartość dodaną, dawać klientowi coś więcej, pozwalać mu kupować szybko, pewnie i wygodnie.

Jak pokazują badania Nielsena, elementy, które najbardziej motywują tę grupę do robienia zakupów w sieci, to wygoda, szeroki asortyment, dostęp do wyczerpujących informacji oraz okazje, np. rabaty. Doceniają darmową dostawę i dodatkową usługę, jak np. wywóz starej pralki przy dostarczeniu nowej.

– Duża część rynku i sklepów już do tego dojrzała, dobrze odczytała trend rynkowy i jest przygotowana na obsługę nowej fali konsumentów. Istnieje jednak grupa sklepów, która musi odrobić pracę domową. Mam nadzieję, że już to robią i w najbliższym czasie umożliwią komfortowy shopping milenialsom – podkreśla Paweł Olkowicz.

Szpitale i przychodnie inwestują w telemedycynę. Ma to skrócić kolejki do lekarzy i zmniejszyć koszty opieki zdrowotnej

Szpitale i przychodnie inwestują w telemedycynę. Ma to skrócić kolejki do lekarzy i zmniejszyć koszty opieki zdrowotnej 3

Telemedycyna ma szanse zrewolucjonizować system opieki zdrowotnej, przyspieszyć możliwość rozpoznania choroby i poprawić jakość monitorowania leczenia – ocenia dr n. med. Piotr Soszyński z Medicover w Polsce. Telemedycyna może też zwiększyć dostępność do świadczeń opieki zdrowotnej i w efekcie skrócić kolejki. Czaty z lekarzami, wideokonferencje czy telefoniczne porady medyczne pozwolą skonsultować część problemów zdrowotnych bez konieczności wizyty.

– Opieka telemedyczna polega na kontakcie lub monitorowaniu stanu zdrowia pacjenta przez lekarza z użyciem systemów teleinformatycznych: internetu, telefonu czy innego sposobu wymiany danych. To może być konsultacja poprzez system teleinformatyczny, taki jak narzędzie podobne do Skype’a, a może być to np. przesłanie danych laboratoryjnych czy innych danych życiowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr n. med. Piotr Soszyński, dyrektor ds. medycznych, członek zarządu Medicover w Polsce.

Telemedycyna może być przyszłością opieki zdrowotnej. Jak wynika z badań CBOS, większość osób korzystających z internetu (79 proc.) wyszukuje online informacje lub opinie o lekarzach i lekach, ponad jednej czwartej (27 proc.) zdarza się kontaktować w ten sposób z lekarzami lub placówkami medycznymi, a jednej piątej (21 proc.) kupować przez internet leki, suplementy diety lub inny asortyment medyczny.

Zwiększa się też liczba pacjentów korzystających ze smartfonów (z obecnych 30 proc. do 60 proc. w 2019 roku). Telemedycyna w Polsce ma również szansę rozwijać się dzięki zniesieniu barier prawnych. Nowelizacja ustawy o informatyzacji w ochronie zdrowia z października 2015 roku dopuszcza orzekanie o stanie zdrowia również za pośrednictwem systemów teleinformatycznych i systemów łączności. W niektórych instytucjach medycznych pojawiają się już usługi telemedyczne.

– Instytut Kardiologii oferuje rehabilitację telemedyczną czy monitorowanie czynności serca poprzez tzw. system holtera. Telekardiologia jest również dostępna w Medicoverze, który ponadto rozwija dostęp dla pacjentów do danych medycznych, wyników badań, w tym badań laboratoryjnych, umożliwia skorzystanie z porady lekarza opieki podstawowej czy lekarza specjalisty. To jednak dopiero początek. Widzimy bardzo duży potencjał poprawy jakości opieki, dostępności do lekarza czy obniżenia kosztów opieki dzięki dalszemu rozwojowi telemedycyny – ocenia dr Soszyński.

Medicover od ponad czterech lat umożliwia pacjentom kontakt z lekarzem za pośrednictwem czatu. Od dwóch lat dostępna jest także usługa wideokonsultacji. W tym roku można również uzyskać poradę przez telefon. Przy drobnych problemach zdrowotnych można się skonsultować z lekarzami bez konieczności wizyty.

– Medicover jest pionierem na rynku usług telemedycznych, stale rozwijamy nasz model opieki, słuchamy głosu naszych pacjentów i cały czas udostępniamy nowe usługi i nowe kanały kontaktu. Obecnie takie usługi są kluczem do tego, żebyśmy mogli w dobry sposób zadbać o swoje zdrowie. Nasi pacjenci już na 40 proc. wizyt umawiają się przez naszą platformę internetową, co pokazuje, jak duże jest zainteresowanie takimi usługami – przekonuje Sonia Kondratowicz, dyrektor ds. obsługi klienta Medicover.

Z raportu CBOS wynika, że większości badanych obecnych online (69 proc.) zdarza się w sytuacji złego samopoczucia szukać w sieci informacji na temat swoich dolegliwości i sposobu radzenia sobie z nimi. Ponad 28 proc. zdarza się w takim przypadku konsultować z innymi użytkownikami, 14 proc. ustalać na podstawie informacji znalezionych w sieci własny sposób leczenia, bez konsultacji z lekarzem.

Medicover udostępnia także darmową aplikacje mobilną, dzięki której pacjenci mogą umawiać i odwoływać wizyty, podejrzeć wyniki badań i skierowania, zamówić receptę na stale przyjmowane leki, napisać wiadomość do swojego lekarza, wyszukiwać placówki z automatyczną nawigacją. Aplikacja jest dostępna na systemy Android, iOS i Windows.

– Dzięki naszym narzędziom online, platformie Medicover OnLine i nowej aplikacji mobilnej, udostępniamy naszym pacjentom porady zdalne. Nasz pacjent, niezależnie od tego, gdzie jest, może się skontaktować z lekarzem, pisząc do niego wiadomość, rozmawiając z nim poprzez czat czy korzystając z wideokonsultacji i w ten sposób może rozwiązać każdy najdrobniejszy problem zdrowotny. Nasi pacjenci w nowej aplikacji Medicover będą mogli nie tylko umówić i odwołać wizytę, lecz także napisać do swojego lekarza prowadzącego, podejrzeć wyniki badań, zamówić receptę czy napisać do nas i zgłosić wszelkie swoje opinie i sugestie – dodaje.

Szacuje się, że telemedycyna może przynieść znaczne oszczędności dla budżetów. Badanie przeprowadzone przez PwC i GSMA9 wskazuje, że mZdrowie do 2017 roku może pomóc oszczędzić ok. 100 mld euro na kosztach opieki zdrowotnej w Unii Europejskiej. Najwięcej można byłoby oszczędzić w zakresie prewencji (69 mld euro) oraz kuracji i monitoringu (32 mld).

Nowe rozwiązania mogłyby także skrócić kolejki do lekarzy, zwłaszcza że część dolegliwości nie wymaga wizyty. Również pacjenci przewlekle chorzy po recepty nie musieliby chodzić do lekarza, wystarczyłaby sama informacja w systemie o chorobie.

– Z doświadczeń Medicover wynika, że około 25 proc. wszystkich wizyt, które odbywają nasi pacjenci, dotyczy problemów, które nie wymagają takiej wizyty. Jeśli tego typu problemy rozwiążemy dzięki innemu sposobowi udzielenia porady, np. korzystaniu z konsultacji z pielęgniarką czy z lekarzem poprzez kanały telemedyczne, to mamy nadzieję, że zmniejszy się obłożenie lekarzy pracujących w przychodniach, dzięki czemu skrócą się kolejki – tłumaczy dr Soszyński.

Ekspansja InPostu. Operator wprowadza możliwość odbierania paczek z Polski bezpośrednio w paczkomatach firmy w Wielkiej Brytanii

Ekspansja InPostu. Operator wprowadza możliwość odbierania paczek z Polski bezpośrednio w paczkomatach firmy w Wielkiej Brytanii 4

Z paczkomatów korzysta już 6 mln osób i 18 tys. sklepów internetowych. W tegorocznym sezonie przedświątecznym InPost rozszerza tą usługę, umożliwiając odbiór przesyłki nadanej w paczkomacie w Polsce bezpośrednio w jednym z paczkomatów w Wielkiej Brytanii. To ukłon w stronę brytyjskiej Polonii, a dla polskich przedsiębiorców możliwość dostępu do chłonnego brytyjskiego rynku, który ma wpłynąć na wzrost w branży e-commerce. W ramach usługi Cross Border od ubiegłego roku przesyłki można nadawać również do jednego z piętnastu państw UE.

– Nasze badania pokazują, że za trzy lata blisko 40 proc. przesyłek będzie generowanych przez zakupy internetowe za pośrednictwem platform aukcyjnych. Usługi transgeniczne będą się cieszyć coraz większym zainteresowaniem. Dlatego już teraz rozwijamy się w tym kierunku, aby klienci z całej Europy mogli nadawać przesyłki pomiędzy różnymi krajami – mówi Marcin Bosacki, global commercial director w InPost.

Z danych firmy doradczej PwC wynika, że tylko w latach 2011–2015 Polacy wysłali za granicę o 88 proc. więcej przesyłek. Perspektywy dla całej branży KEP (przesyłki kurierskie, ekspresowe i paczkowe) są bardzo dobre: w 2018 roku liczba paczek ma wzrosnąć do 440 mln (z 313 mln sztuk w 2015 roku), a wartość całego rynku wyniesie 6,4 mld zł. Analitycy wskazują, że dynamiczny wzrost notują zwłaszcza przesyłki międzynarodowe.

Tą dynamikę napędza zarówno solidny wzrost e-commerce, dobra sytuacja gospodarcza, jak i rosnąca imigracja. Skorzystać na niej zamierza InPost, jeden z liderów polskiego rynku, który w ubiegłym roku uruchomił usługę cross border. Pocztowy gigant umożliwia nadawanie przesyłek z Polski do jednego z piętnastu państw Unii Europejskiej. Doręczenie paczki pod wskazany adres odbywa się do Austrii, Belgii, Czechach, Danii, Finlandii, Francji, Hiszpanii, Holandii, Irlandii, Niemczech, Portugalii, Słowacji, Szwecji, Wielkiej Brytanii i Włoszech. Natomiast w Czechach i na Słowacji InPost dostarcza przesyłki również do wybranego paczkomatu.

Ze względu na szybkość, wygodę i konkurencyjną cenę usługa cross border cieszy się na rynku dużym zainteresowaniem. Dlatego w tegorocznym sezonie przedświątecznym InPost zdecydował się ją rozszerzyć i wprowadził opcję dystrybucji przesyłek również bezpośrednio do paczkomatów w Wielkiej Brytanii.

– Uruchamiamy usługę nadawania paczek z 2100 paczkomatów w Polsce do ponad 1,1 tys. paczkomatów w Wielkiej Brytanii. Celowo robimy to przed świętami, aby umożliwić wysyłanie prezentów bliskim mieszkającym na Wyspach. Koszt wysyłki pięciokilogramowej paczki z Polski do Wielkiej Brytanii to 46 zł, a klienci mogą nadawać przesyłki z paczkomatów zlokalizowanych w najbliższej okolicy, 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, bez stania w kolejkach i czekania na kuriera – zapewnia Marcin Bosacki.

Według szacunków brytyjskiego urzędu statystycznego ONS, w Wielkiej Brytanii mieszka już 916 tys. obywateli Polski (podsumowanie na koniec 2015 roku), którzy stanowią najbardziej liczną mniejszość narodową. Dlatego Marcin Bosacki z InPostu podkreśla, że rozszerzenie usługi cross border było podyktowane oczekiwaniami klientów i brytyjskiej Polonii. Według zapewnień paczkowego operatora obecnie przesyłka nadana w Polsce może zostać odebrana szybko w paczkomacie m.in. w Manchesterze, Londynie czy Peterborough.

Usługa cross border największym zainteresowaniem cieszy się obecnie w tych krajach, gdzie występuje najliczniejsza Polonia. W przyszłym roku InPost planuje rozszerzyć ją o kolejne kierunki.

– W tej chwili najpopularniejsze kierunki to Wielka Brytania i Niemcy, jak również Holandia i kraje skandynawskie. W przyszłym roku planujemy również możliwości odbioru przesyłek z paczkomatów we Francji i Włoszech – zapowiada Marcin Bosacki.

InPost jest obecnie jednym z liderów polskiego sektora logistycznego. Z należącej do firmy sieci 2,1 tys. samoobsługowych terminali korzysta ok. 6 mln Polaków i 18 tys. sklepów internetowych, które oferują dostawę poprzez paczkomaty. Jest to obecnie druga najczęściej wybierana forma dostawy przesyłek.

Usługa cross border, którą InPost zamierza w najbliższych latach rozwijać o nowe kierunki i usługi, ma nie tylko umożliwić nadawanie i odbiór przesyłek Polonii mieszkającej poza krajem,lecz także wpłynąć na wzrost w branży e-commerce. Za jej pośrednictwem polskie przedsiębiorstwa i platformy sprzedażowe zyskują bowiem dostęp do chłonnych, europejskich rynków.

Polska jako drugi kraj na świecie ma szansę wprowadzić system ważenia pojazdów w ruchu. Średnio co trzeci pojazd jest przeciążony

Polska jako drugi kraj na świecie ma szansę wprowadzić system ważenia pojazdów w ruchu. Średnio co trzeci pojazd jest przeciążony 5

Inspekcja Transportu Drogowego jest w stanie skontrolować wagę tylko niewielkiego odsetka pojazdów, a z badań wynika, że nawet co trzeci pojazd poruszający się po polskich drogach jest przeciążony. Akademia Górniczo-Hutnicza podpisała właśnie porozumienie o współpracy z czterema firmami na rzecz rozwoju i upowszechniania systemów ważenia pojazdów w ruchu. Celem jest legalizacja systemów ważenia pojazdów przy pełnej prędkości na trasie przejazdu. Taki system działa na razie tylko w Czechach.

Przeciążony pojazd to intensywne niszczenie infrastruktury drogowej, negatywne oddziaływanie na środowisko i bezpieczeństwo ruchu, a także naruszenie zasad uczciwej konkurencji w transporcie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Janusz Gajda z Katedry Metrologii i Elektroniki Akademii Górniczo-Hutniczej.

Z danych Instytutu Badawczego Dróg i Mostów wynika, że co trzecia ciężarówka  poruszająca się po naszych drogach jest przeciążona. Przejazd jednego samochodu ciężarowego o nacisku 20 ton na oś zużywa nawierzchnię w takim samym stopniu, co przejazd 2,5-miliona samochodów osobowych.

Średnio 25 proc. pojazdów ciężkich, czyli o wadze powyżej 3,5 ton, jest przeciążonych. W pojazdach lekkich, do 3,5 tony, skala przeciążeń wynosi nawet 80 proc. Wśród tych pojazdów zdarzają się przeciążenia 2–3-krotne – wskazuje Ewa Wolniewicz-Warska z Kapsch Telematic Services.

W 2015 roku Inspekcja Transportu Drogowego przeprowadziła blisko 7 tys. kontroli dopuszczalnej masy całkowitej pojazdów poniżej 3,5 tony. W 5,6 tys. przypadków wystawiono mandat. W tym roku w okresie od stycznia do października ważenie aut dostawczych wykazało przeciążenie w 90 proc. przypadków.

Inspektorzy transportu drogowego są w stanie skontrolować w ciągu roku niewiele ponad 20 tys. pojazdów ciężarowych. Dla porównania na dwóch odcinkach autostrad, na niepełnym odcinku autostrady A2 Konin-Stryków i A4, na odcinku Gliwice-Wrocław, w ciągu doby porusza się 23 tys. pojazdów ciężarowych. Zatem w ciągu roku w całej Polsce Inspekcja jest w stanie skontrolować tyle pojazdów, ile na dobę przejeżdża na dwóch niewielkich odcinkach autostrad. Jest to więc sprawność mikroskopijna, odczuwamy to w zakresie bezpieczeństwa, a także finansów publicznych – tłumaczy Wolniewicz-Warska.

Rozwiązaniem, które mogłoby poprawić stan infrastruktury drogowej i bezpieczeństwa na drogach, jest wprowadzenie w Polsce do administracyjnego użytku systemów dynamicznego ważenia pojazdów w ruchu (WIM). Akademia Górniczo-Hutnicza oraz cztery firmy specjalizujące się w dostarczaniu nowoczesnych systemów ITS – Kapsch Telematic Services, CAT Traffic, TRAX Elektronik i Kistler Eastern Europe – podpisały porozumienie o współpracy na rzecz rozwoju i upowszechniania systemów ważenia dynamicznego pojazdów.

Celem naszych wspólnych działań jest doprowadzenie do dogłębnego poznania właściwości systemu ważenia pojazdów samochodowych w ruchu. Tego typu systemy są od lat stosowane, ale ich właściwości techniczne i metrologiczne nie zostały do końca rozpoznane. W efekcie dokładność systemów jest ograniczona, co powoduje, że one są stosowane tylko w celach statystycznych, zbierania informacji o ruchu, albo w celach preselekcyjnych, żeby ułatwić inspektorom transportu drogowego wskazanie pojazdów podejrzanych o przeciążenie – mówi prof. Janusz Gajda.

Prace naukowe i techniczne nad systemami WIM trwają w AGH od ponad 10 lat. Czujniki systemów są montowane bezpośrednio w nawierzchni, dzięki czemu każdy pojazd poruszający się danym odcinkiem drogi podlega kontroli. Opracowywany przez zespół system pozwoli na eliminowanie z ruchu drogowego przeciążonych pojazdów, a tym samym ograniczenie wysokich wydatków związanych z remontami dróg. Podobnie jak fotoradary sprawdzają prędkość, wagi WIM będą kontrolować masę pojazdów. Jak jednak wskazuje profesor AGH, obecnie największą trudnością przy wdrożeniu takiego systemu jest zmienna, nie do końca kontrolowana dokładność ważenia.

Jeżeli systemy miałyby być stosowane do celów administracyjnych, należy w sposób jednoznaczny rozpoznać pojazd, którego dotyczy dany wynik ważenia i równolegle zmierzyć natężenie wszystkich czynników, które w wyniku planowanych badań wskażemy jako czynniki mające istotny wpływ na dokładność. Monitorowanie natężenia tych czynników pozwoli zapanować nad dokładnością uzyskiwanych wyników ważenia i da pewność, że każdy pojazd został zważony z dopuszczalnym błędem – mówi Gajda.

Instalacja wag wymaga dużych nakładów, inwestycje jednak powinny się szybko zwrócić. Same tylko oszczędności z tytułu remontu dróg zniszczonych przez przeciążone pojazdy, to koszt kilkunastu milionów złotych.

Dążymy do stworzenia stanowiska laboratoryjnego złożonego z wag budowanych w różnych technologiach. To stanowisko ma służyć opracowaniu procedur technicznych i prawnych do tego, aby w przyszłości tego rodzaju wagi także instalowane przez innych producentów mogły podlegać sprawdzeniu i po pozytywnym wyniku mogły służyć jako automatyczne wagi do karania tych, którzy nie spełniają określonych norm – tłumaczy przedstawicielka Kapsch Telematic Services.

Od ponad dekady na świecie prowadzone są prace w zakresie wprowadzenia systemów ważenie pojazdów w ruchu do systemu prawnej kontroli masy pojazdów. Nikomu, poza Czechami, się to do tej pory nie udało. Polska jako drugi kraj na świecie ma szansę używać systemów WIM po to, by sprawdzać, czy przepisy są przestrzegane.

W Czechach automatyczne wagi już od 3 lat skutecznie wyłapują przeciążone pojazdy – podkreśla Ewa Wolniewicz-Warska.

Bankomaty coraz lepiej chronione przed atakami przestępców. Na poprawę bezpieczeństwa wpływają nowe systemy zabezpieczeń i aplikacje do wypłaty gotówki

Bankomaty coraz lepiej chronione przed atakami przestępców. Na poprawę bezpieczeństwa wpływają nowe systemy zabezpieczeń i aplikacje do wypłaty gotówki 6
Liczba transakcji bankomatowych od dwóch lat utrzymuje się na stałym poziomie. Według NBP wartość wypłacanej gotówki w II kwartale tego roku sięgnęła 184 mln zł. Polacy coraz częściej korzystają z usługi BLIK albo aplikacji swojego banku w zastępstwie karty płatniczej, a bankomaty pozostają najpopularniejszym punktem styku pomiędzy klientem a bankiem. Dlatego bezpieczeństwo transakcji jest dla operatorów urządzeń największym wyzwaniem.

– Zamiast korzystać z karty coraz częściej wypłacamy pieniądze bezstykowo, poprzez aplikację bankową albo BLIK. To istotne o tyle, że nie wkładając karty do czytnika, nie narażamy się na sczytanie danych. Przestępcy coraz rzadziej atakują klientów indywidualnych. Metody zabezpieczeń bankomatów są obecnie tak wysokie, że złamanie ich wiąże się z dużym nakładem finansowym przestępców. Bardziej opłacalne stało się atakowanie samych operatorów i urządzeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Żołyński, country manager firmy Cardtronics Polska, należącej do największego niezależnego dostawcy bankomatów na świecie.

Z raportu „ATM and Self Service Software Trends 2015”, opracowanego przez ATM Marketplace, wynika że jednym z kluczowych zagadnień dla rynku usług bankomatowych jest obecnie bezpieczeństwo transakcji i zapobieganie nadużyciom. Jednym z najgroźniejszych jest tzw. skimming, czyli skanowanie danych z karty płatniczej za pomocą urządzeń albo oprogramowania zainstalowanego przez przestępców. Kradzież kodu PIN pozwala wykonać duplikat karty i uzyskać dostęp do przypisanego do niej konta bankowego. Dlatego operatorzy urządzeń muszą na bieżąco wprowadzać innowacje technologiczne i udoskonalone systemy zabezpieczeń oraz ściśle współpracować z policją.

– Policja jest przeszkolona i odpowiednio wykwalifikowana, aby sprawdzać bankomaty i zwracać na nie baczną uwagę. W przypadku zaobserwowania przez policję jakiegoś niespodziewanego ruchu bądź modyfikacji najczęściej urządzenie jest zamykane, a operator zostaje o tym poinformowany, co pozwala skutecznie zapobiegać włamaniom i pobieraniu danych klientów – mówi Maciej Żołyński.

Jak wynika z globalnego badania ATM Marketplace, ponad 37 proc. przedstawicieli sektora bankowego planuje zainstalować zabezpieczenia antyskimmingowe, natomiast 33 proc. ma w planach wdrożenie rozwiązań blokujących dostęp do różnych portów bankomatów.

Maciej Żołyński z Cardtronics Polska zaznacza, że operatorzy bankomatów stosują zaawansowane zabezpieczenia sprzętowe i programistyczne, ale podstawowa zasada bezpieczeństwa dotyczy lokalizacji urządzeń. Bankomaty są umieszczane zazwyczaj w bezpiecznych, zaufanych i dobrze oświetlonych miejscach, aby zminimalizować ryzyko napadu i rabunku oraz by klienci wypłacający gotówkę czuli się komfortowo. Przeprowadzając transakcję, zawsze trzeba też pamiętać o zachowaniu elementarnych zasad bezpieczeństwa.

– Klient powinien sprawdzić, czy bankomat wygląda na godny zaufania. Można spróbować delikatnie poruszyć niektórymi elementami urządzenia, żeby upewnić się, czy są przytwierdzone na stałe. Zdarza się, że przestępcy stosują tzw. skimmer, czyli rodzaj nakładki na czytnik kart, która kopiuje dane, nakładkę na klawiaturę albo kamerkę. Zawsze radzimy, aby wpisując kod PIN, zasłaniać klawiaturę dłońmi, żeby zapobiec dalszemu wykorzystaniu danych karty płatniczej – przestrzega Maciej Żołyński.

Globalnym trendem w zakresie bezpieczeństwa usług bankomatowych jest tworzenie w organizacjach wyspecjalizowanych departamentów zajmujących się opracowywaniem coraz to nowych zabezpieczeń. Można podzielić je na dwa typy. Pierwszy to aktualizacja oprogramowania w celu zapobiegania atakom hakerskim. Drugi typ zabezpieczeń polega na inwestowaniu operatorów w udoskonalenie elementów bankomatu (takich jak czytnik kart, klawiatura lub dyspensera gotówki), aby przestępcy nie mogli ich zmodyfikować. Maciej Żołyński z Cardtronics Polska podkreśla jednak, że zanim operator urządzenia wprowadzi nowe zabezpieczenie, musi je dokładnie przetestować.

– Istotne są natychmiastowe działania. Nie możemy zwlekać, ale nie możemy też wdrażać najnowocześniejszych rozwiązań bez uprzedniego ich przetestowania. Musimy sprawdzić, czy są one bezpieczne dla klienta i organizacji płatniczej – mówi Maciej Żołyński.

Według danych NBP za II kwartał 2016 roku transakcje gotówkowe stanowiły 63 proc. wszystkich transakcji przeprowadzanych przy użyciu kart płatniczych. Ich wartość wyniosła 77,8 mld złotych (wzrost o 8,6 proc. w ujęciu kwartalnym). Natomiast liczba transakcji bankomatowych nie zmieniła się od dwóch lat, osiągając w II kw. br. wartość 184 mln zł.

Z raportu firmy RBR wynika, że pomimo dużego wzrostu w segmencie transakcji bezgotówkowych (7,6 proc. rok do roku), bankomaty bronią swojej pozycji i są najpopularniejszym punktem styku między klientem a bankiem. Z danych zgromadzonych przez Cardtronics wynika, że 56 proc. osób regularnie korzysta z gotówki. W przypadku 23 proc. ta częstotliwość zwiększyła się w ciągu ostatniego roku.

– Poziom wypłat gotówki z bankomatów jest stały od około dwóch lat. Spodziewamy się, że w najbliższym czasie ten stan się utrzyma, zmieniać się będzie jedynie wartość transakcji, która będzie nieznacznie rosła – prognozuje Maciej Żołyński.

W tym sporze z Gazpromem chodzi o bezpieczeństwo energetyczne nie tylko Polski

Wyjątkowy jest ten sprzeciw podjęty przez polską firmę przeciw rosyjskiemu Gazpromowi. Skarga PGNiG do Trybunału Sprawiedliwości UE dotyczy nieprzestrzegania prawa unijnego przez Komisję Europejską.

– Chodzi o bezpieczeństwo energetyczne nie tylko Polski – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Sawicki z BiznesAlert.pl. Więcej na ten temat w materiale video.

Po chwilowym oddechu złotówka znów słabnie

Po chwilowym oddechu złotówka znów słabnie. PKB w strefie euro pozytywnie zaskakuje.

Czy stopy procentowe wzrosną?

Dziś rozpoczyna się dwudniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Pod kierownictwem Adama Glapińskiego zapadnie jutro decyzja o wysokości stóp procentowych w Polsce. Analitycy nie oczekują jednak żadnych zmian. Decyzja o pozostawieniu głównej stopy procentowej na poziomie 1,5% będzie prawdopodobnie podyktowana m.in. ostatnim lekkim spowolnieniem gospodarczym w naszym kraju. Konkretniejszych obietnic i deklaracji nie możemy się prawdopodobnie spodziewać również podczas konferencji, która odbędzie się po publikacji. Wydaje się zatem, że dalsze osłabienie polskiej waluty jest najbardziej prawdopodobnym scenariuszem. Tym bardziej, że nawet bardzo dobra decyzja agencji S&P nie była w stanie poprawić sytuacji złotówki. Aktualnie na euro obserwujemy poziomy powyżej 4,50 zł, a do czerwcowego maksimum brakuje już zaledwie niecałych 3 groszy. Funt kosztuje 5,33 zł, frank 4,15 zł, a dolar już “tylko” 4,17 zł.

Strefa euro rozwija się

Wtorek zaczęliśmy od publikacji stanu zamówień w niemieckim przemyśle. Wynik ten bardzo pozytywnie zaskoczył. Z miesiąca na miesiąc zanotowano wzrost 4,9% wobec prognoz na poziomie 0,6%. Kolejnym istotnym odczytem w dniu dzisiejszym była inflacja konsumencka w Szwajcarii. Niestety jej publikacja zawiodła inwestorów. O godzinie 11:00 poznaliśmy w jakim tempie rośnie gospodarka w całej strefie euro. Ku zaskoczeniu analityków wypadła lepiej niż prognozowano. PKB w strefie euro rośnie rok do roku 1,7%. Ten dobry wynik nie spowodował jednak dalszych wzrostów na głównej parze walutowej. Po południu poznamy jeszcze kilka danych ze Stanów Zjednoczonych. Opublikowany zostanie bilans handlu zagranicznego, zamówienia na dobra, a także zamówienia w przemyśle.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Srebro jednym z najbardziej dochodowych aktywów

SrebroTo był jeden z tegorocznych hitów inwestycyjnych. Srebro, które w połowie grudnia 2015 r. sięgnęło cenowego dna, w tym roku było jednym z najbardziej dochodowych aktywów.

Złoto od końca 2015 roku błyszczało formą i było jednym z najbardziej gorących aktywów inwestycyjnych. Od wieków mocno działa na wyobraźnię, kojarząc się z bogactwem i trwałością. Te atuty sprawiają, że złoto uważane jest za jedną z bezpiecznych przystani, w którą lokuje się kapitał w niepewnych czasach. W  jego cieniu pozostaje uboższa krewna, srebro – nazywane czasem szarym metalem, co w jakimś stopniu odzwierciedla jego pozycję jako przedmiotu pożądania w stosunku do złotego kruszcu. Tymczasem wyniki srebra w tym roku nie odbiegały znacznie od tych, jakie osiągał żółty metal. Stopa zwrotu z inwestycji w metal lub papiery powiązane z nim często były nawet wyższe niż ze złota.

Popyt z Hollywood

Duża popularność obydwu kruszców w tym roku ma podobne źródło: bezpieczeństwo jakie zapewniają w niestabilnych czasach. Srebro tym jednak różni się od złota, że o ile w przypadku żółtego metalu zaledwie 15 proc. produkcji wykorzystywana jest w przemyśle, to ponad połowa wydobycia szarego kruszcu znajduje zastosowanie w rozmaitych gałęziach gospodarki. W ubiegłym roku z 32 tys. ton srebra pochodzących z wydobycia i recyklingu, praktyczne zastosowanie znalazło 18 tys. ton.

Przez lata najwięcej srebra zużywał przemysł fotograficzny i filmowy. Szczyt zapotrzebowania na ten surowiec przypadał na początek lat 80., kiedy połowa wydobycia była zużywana do produkcji klisz fotograficznych, filmowych i rentgenowskich. W 1999 r. sektor ten pochłaniał już tyko 25 proc. globalnej produkcji, co było skutkiem stopniowego przechodzenia z aparatów i kamer analogowych na cyfrowe. Niemniej Hollywood wciąż pozostawał istotnym konsumentem srebra. Co dziesiąta uncja sprzedawana na świecie trafiała do fabryki snów.

Z czasem rola przemysłu fotograficzno-filmowego na rynku srebra malała i w ubiegłym roku jego udział w konsumpcji metalu wyniósł już tylko 4 proc. Warto jednak odnotować, że o ile w poprzednich latach zapotrzebowanie na ten surowiec malało o 20 proc. rocznie, to w ubiegłym roku spadek był jednocyfrowy. W 2015 r. na produkcję filmów i klisz RTG poszło 1,2 tys. ton. Silver Institute spodziewa się stabilizacji na tym poziomie. Choć zdjęcia cyfrowe zdominowały rynek, to amatorów starych, dobrych lustrzanek nie brakuje. Firma Fuji sprzedała w 2015 r. 5 mln aparatów analogowych, a w tym roku chce znaleźć nabywców na 6,5 mln sztuk.

Nadzieja w panelach słonecznych

Branża najlepsze lata ma już za sobą. Rośnie natomiast znaczenie innych graczy na rynku srebra. Największym od dwóch dekad konsumentem surowca jest przemysł elektryczny i elektroniczny, który zużył w ubiegłym roku 7,6 tys. ton metalu. To najsłabszy wynik od 2010 r., będący pochodną spowolnienia gospodarczego na świecie. Nie ma metalu o równie wielu zastosowaniach w przemyśle jak srebro, które występuje w tysiącach produktów, głównie właśnie w elektronice. Ostatnio duże nadzieje związane są z wykorzystaniem srebra do produkcji ekranów dotykowych. Coraz więcej zastosowań znajduje też w medycynie (jego aseptyczne właściwości znali już Fenicjanie), a także w przemyśle odzieżowym.

Analitycy rynku srebra dużo obiecują sobie jednak przede wszystkim po nowej branży, która już jest sporym konsumentem szarego metalu – fotowoltaice. Produkcja paneli słonecznych miałaby wedle optymistów zastąpić przemysł filmowy w roli największego klienta kopalni srebra. O ile bowiem w 2000 r. fotowoltaika zużyła 1 mln uncji srebra, to w 2008 r. już 19 mln. Jak się jednak okazało, rynek w sztuczny sposób został nadmuchany przez rządowe programy wsparcia dla instalatorów alternatywnych systemów wytwarzania energii, które były mocno ograniczone po wybuchu kryzysu finansowego. Wyhamowało to rynek skutecznie na trzy lata. Od 2012 r. powoli wraca on do formy, ale zamówienia z jego strony opiewały w 2015 r. tylko na 2,4 tys. ton.

Sztabki w cenie

Zapotrzebowanie przemysłu fotowoltaicznego jest prawie czterokrotnie mniejsze, niż to ze strony jubilerów, którzy zużywają kruszec do wyrobu biżuterii. W ubiegłym roku wykorzystali oni 7 tys. ton – najwięcej od 2006 r. W ujęciu rocznym wzrost zamówień przemysłu jubilerskiego nie był duży, wyniósł 1 proc., ale konsumpcja srebra w tym sektorze rosła czwarty rok z rzędu. Warto dodać, że w Indiach, będących największym rynkiem srebrnej biżuterii na świecie, sprzedaż precjozów z szarego metalu wzrosła aż o 16 proc., co było efektem spadku cen surowca w 2015 r.

W ciągu minionej dekady prawdziwą furorę na rynku srebra zrobiły srebrne monety i sztabki bite w tym metalu. W 2006 r. mennice zużywały do ich produkcji 1,2 tys. ton. W 2015 r. już 9 tys. ton, notując 30-procentowy wzrost w stosunku do 2014 r. Popyt na monety i sztabki jest wynikiem zapotrzebowania inwestorów na bezpieczne porty inwestycyjne. W ubiegłym roku na rynku amerykańskim był on tak duży, że w czerwcu mennice aż na trzy tygodnie zawiesiły sprzedaż, bo nie były w stanie nadążyć z biciem srebrnych dolarówek. W tym roku popyt na monety nadal utrzymuje się na wysokim poziomie.

Trump pomoże czy zaszkodzi

Choć srebro pozostaje ważnym instrumentem inwestycyjnym, w ostatnich tygodniach dobra passa szarego metalu, podobnie jak złota, jakby się skończyła. Ceny, które na początku roku w opinii optymistów zmierzały śmiało w kierunku historycznego szczytu w 2011 r., kiedy za uncję płacono 53 dolary, otarłszy się o 19 USD/oz spadły do 16,6 dolarów.

Wbrew oczekiwaniom nie było rajdu byków na rynku metali szlachetnych po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA. Niepewność i nerwowość inwestorów, najwięksi sojusznicy złota i srebra, szybko ustąpiły przekonaniu, że Armagedonu nie będzie. Pojawiła się za to obawa, że realizacja wyborczych obietnic prezydenta-elekta nakręci inflację, co zmusi do działania FED, który zacznie podnosić stopy procentowe. W konsekwencji wzrośnie wartość dolara, co tradycyjnie jest największym zagrożeniem dla surowców.

Droższy dolar zwiększa koszty rozliczeń w innych walutach. Poza tym podwyżki stóp spowodują też odpływ pieniędzy inwestorów do innych, atrakcyjniejszych aktywów. Optymiści zakładają jednak, że Donaldowi Trumpowi będzie zależało na osłabianiu waluty po to, by zwiększyć atrakcyjność amerykańskiego eksportu. Poza tym spodziewają się istotnego wzrostu zapotrzebowania na srebro przez przemysł w związku z realizacją zapowiedzianych w kampanii przez prezydenta elekta 500 mld USD na inwestycje infrastrukturalne.

Srebrny KGHM

Na koniec warto dodać, że Polska należy do dziesiątki największych producentów srebra na świecie. Metal jest pozyskiwany przy okazji wydobycia rudy miedzi. Nie odgrywamy jednak żadnej roli w przemysłach wykorzystujących srebro do produkcji. Rodzima branża jubilerska ma marginalny udział w europejskim rynku precjozów. W 2015 r. wytworzyła 17 ton srebrnej biżuterii. Dla porównania Włosi, którzy są liderami w tej kategorii, sprzedali ponad 600 ton srebrnych ozdób.

***

Konrad Grzelec, BGŻOptima

Rośnie ilość upadłości w budownictwie i generalnie – w całej gospodarce

W listopadzie opublikowano informacje o upadłości 73 polskich przedsiębiorstw wobec 57 w listopadzie ub.r. (upadłości jako stan faktyczny – czyli niezdolności do regulowania zobowiązań wobec dostawców w różnych formach prawnych). Od początku roku opublikowano informacje o 728 tak rozumianych upadłościach wobec 686 w tym samym okresie ub. roku (+6%).

Wysoki społeczny koszt upadłości – firmy, o których upadłości opublikowano informacje
w listopadzie zatrudniały wg. ostatnich dostępnych danych łącznie ponad 4,5 tys. pracowników.

  • Budownictwo – gwałtowny wzrost liczby upadłości firm budowlanych wraz z końcem sezonu, jak i wielu kontraktów. Problemy firm o lokalnej, regionalnej skali działalności – obrotach do kilkudziesięciu milionów złotych.
  • Handel – beneficjentami wzrostu konsumpcji są jedynie sieci handlowe i dyskonty, dla tradycyjnego handlu detalicznego i hurtowego jest to zbyt mały impuls, aby przełamać negatywne trendy.
  • Bardziej ożywczy dla handlu powinien być wzrost inflacji, która może rosnąć dużo szybciej niż dotychczasowe tempo wychodzenia z deflacji. Przyczynią się do tego wyższe koszty pracy, które z kolei mogą oznaczać kres wielu firm usługowych i produkcyjnych.
  • Województwa: w kolejnych województwach rośnie liczba upadłości – obok Polski wschodniej i południowej ich liczba rośnie obecnie także w centralnych regionach kraju (wielkopolskie, powoli także – mazowieckie), nadal dużo upadłości na całym Śląsku
upadłości w listopadzie 2016
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
upadłości w listopadzie 2016
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

W tym roku sezon był krótszy nie z powodu pogody, ale suszy w inwestycjach…

Jak mówiliśmy poprzednio, IV kwartał tradycyjnie jest dla budownictwa słaby. W II kwartale upadały te firmy budowlane, które nie zdobyły nowych zleceń – obecnie upadają te, które je zdobyły, ale nie były w stanie zrealizować ich z zyskiem. Ponadto – zwykle gdzieś w okolicach III kwartału kończy się większość kontraktów z poprzednich lat – nie trwają do zimy, tylko zwykle do jesieni lub wiosny.

W tym roku kroplówka sezonu budowlanego nie wystarczyła na długo, gdyż sezon był słabszy od ubiegłorocznego (wartość produkcji budowlanej -20% r/r, generalnie spadek inwestycji w środki trwałe w III kwartale wyniósł 7,7% r/r). Deficyt nowych prac powodował, iż nawet największe spółki budowlane starały się o regionalne i lokalne kontrakty – wygrywając z firmami o lokalnym zasięgu. To właśnie one znalazły się w statystyce upadłości (nie tylko z powodu braku zleceń – upadały także te, które je zdobyły, ale po skandalicznie niskich cenach i na nich nie zarobiły). Nie miała przy tym znaczenia specjalizacja – w gronie 21 firm budowlanych, których upadłość ogłoszono w listopadzie były po równo firmy budownictwa ogólnego, kubaturowego, jak i budownictwa wyspecjalizowanego – w tym nie tylko drogowego, ale także np. budownictwa obiektów wodnych, kanalizacyjnych i przesyłowych – Tomasz Starus, członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka.

upadłości w listopadzie 2016
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Handel – wzrost popytu konsumpcyjnego nie tylko nie wystarczy do samodzielnego udźwignięcia ciężaru wzrostu PKB (w sytuacji spadku inwestycji i deficytu w wymianie handlowej z zagranicą)…. ale jest też zbyt słabym impulsem wzrostu dla samego handlu

Handlu pogrążonego w wielu problemach: wobec 7% wzrostu liczby upadłości w handlu detalicznym i aż 22% w handlu hurtowym (za 11 miesięcy) wzrost popytu konsumpcyjnego o niecałe 4% jest niewystarczającym impulsem. Sprzedaż detaliczna wzrosła bowiem przy bardzo silnym wsparciu w postaci nie tylko programu 500+, ale także rosnącego zatrudnienia i jednocześnie wynagrodzeń. Patrząc na środki, które trafiły na rynek wzrost ten nie jest więc aż tak bardzo wysoki – a nawet trochę poniżej oczekiwańmówi Tomasz Starus. Co więcej – w przyszłym roku wpływ tych środków na wzrost popytu będzie mniejszy, ponieważ co prawda okres ich wydatkowania będzie dłuższy o jeden kwartał, ale punkt odniesienia będzie zdecydowanie wyżej niż obecnie (już z uwzględnieniem programu 500+ w ciągu 3 kwartałów bieżącego roku). W hurcie konkurencja jest tak zabójcza, że fakt większego strumienia gotówki w handlu i wzrost sprzedaży detalicznej nie są czynnikiem zmiany. Wysoka konkurencja cenowa – i w ślad za tym niskie marże, a także towarzysząca temu konsolidacja na rynku detalicznym i hurtowym, konkurencja ze strony e-commerce, deflacja – czynników obniżających prognozy dla handlu hurtowego jest tak dużo, że trudno wskazać o ile jeszcze musiałby wzrosnąć popyt konsumencki, aby wpłynęło to na odwrócenie tendencji rynkowych.

upadłości w listopadzie 2016
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Wyższe koszty pracy przyczynią się do zmiany deflacji w inflację,  z korzyścią dla budżetu
i handlu, ale… straci na tym część firm usługowych i produkcyjnych

Inflacja – złotówka już jest dość słaba, zdrożeją paliwa (jednolite stanowisko OPEC). Podwyżki płacy minimalnej sprawią że np. detaliści będą musieli podnieść płace i przełożyć to na ceny oferowanych produktów, co przyczyniać będzie się do inflacji, która rosnąć będzie zapewne szybciej, niż się spodziewamy – szybciej niż wychodziliśmy z deflacji. Tracą na niej oczywiście konsumenci, ale dla handlu byłaby dobrym zjawiskiem: stwarzałaby pole do podniesienia marż i rentowności. Inflacja byłaby też korzystna dla budżetu – nominalnie wzrosłaby wartość zebranych podatków.

Dalszy wzrost płacy minimalnej sprawi, iż w nowej sytuacji nie odnajdzie się część przedsiębiorstw, nie udźwigną one tego kosztu. Upadną te, których podstawą działalności były właśnie niskie koszty pracy – nie tylko w usługach, ale generalnie firmy o małym udziale automatyzacji w procesie produkcji, te które nie „zbroiły” się w nowy sprzęt i technologie po wejściu Polski do UE. Ci przedsiębiorcy, którzy zbudowali park maszynowy, obniżyli koszty – teraz będą zbierać owoce tych inwestycji, zajmować będą miejsce przedsiębiorców, którzy nie zrobili tego na czas, bazując jedynie na taniej sile roboczejpodsumowuje Michał Modrzejewski, dyrektor Działu Analiz Branżowych Euler Hermes.

Postępowania naprawcze – już 40% przypadków faktycznej niewypłacalności. Ich popularność może przyczynić się do zmiany podejścia fiskusa

Z miesiąca na miesiąc zwiększa się liczba postępowań naprawczych – nie tak dawno stanowiły one 5-10% wszystkich upadłości, przy 15% udziale mówiliśmy już o ich popularności. W listopadzie było ich 30, co stanowi 40% ogólnej liczby przypadków faktycznej niewypłacalności. Jak mówi Maciej Harczuk, prezes Euler Hermes Collections: Cieszy fakt, iż firmy dostają druga szansę, jest szansa zachowania części miejsc pracy, kontrahenci będą kontynuować zakupy u swoich dostawców oraz odprowadzać podatki, ale… Jak każda niewypłacalność – brak bieżącego regulowania zobowiązań wobec dostawców może pociągać za sobą efekt domina – ich problemy. Co prawda część należności po redukcji będzie spłacona, ale zwyczajowo rozłożona na kilka lat i przy założeniu dalszego, bieżącego kredytowania takiego dłużnika w postaci dostaw, co jest nierzadko warunkiem niezbędnym powodzenia procesu naprawczego. Wierzyciele ponoszą więc duże obciążenia, to na nich w dużym stopniu przerzuca się koszt finansowania dłużnika, co wobec rosnącej fali takich przypadków może mieć efekt szybko rosnącego zjawiska kolejnych przypadków niewypłacalności. Miejmy nadzieję, iż nie dojdzie do sytuacji, gdy postępowanie naprawcze będzie z jednej strony swobodnie traktowaną formą „optymalizacji” kosztów prowadzonej działalności, a z drugiej strony –  ostatnią deską ratunku dla wcześniej dotkniętych tym narzędziem wierzycieli.

Zmienić się też może profiskalne nastawienie urzędów skarbowych wobec możliwości, jakie daje prawo naprawcze. Niegdyś uprzywilejowane, obecnie trafiające nierzadko do drugiego koszyka wierzycieli. Tak być oczywiście nie musi – gdy urzędy z takim podejściem będą trafiały do najmniej uprzywilejowanej grupy wierzycieli, skłaniać je to może do przyjęcia jednak bardziej elastycznych procedur wobec firm w kłopotach, ponadto stanie na straży ściągalności podatków wcale nie wyklucza współdziałania w ratowaniu zadłużonej firmy. Przykład USA, których prawo upadłościowe i naprawcze (słynny Chapter 11) stanowią wzór dla wielu wiodących pod tym względem legislacji europejskich, a na którym wzorował się w jakiejś mierze również polski ustawodawca, pokazuje że porozumienie organów podatkowych z przedsiębiorstwem w formie indywidualnie negocjowanej ugody jest możliwe, nie budzi większych emocji i przysparza korzyści tak przedsiębiorcom jak i organom skarbowym, w konsekwencji obniżając również koszty społeczne (utrzymanie przedsiębiorstw w ruchu oznacza utrzymanie miejsc pracy) – dodaje Tomasz Starus.

Najwięcej upadłości na Mazowszu, wciąż znaczna ich liczba na całym Śląsku i w Małopolsce

Na Dolnym Śląsku najliczniejsze były przypadki upadłości firm budowlanych, podczas gdy w woj. śląskim były to także firmy produkcyjne i usługowe. Jeszcze więcej upadłości firm produkcyjnych miało miejsce w woj. małopolskim. Odmienny charakter branżowy miały upadłości w woj. mazowieckim – mimo iż wciąż jest ich w tym roku mniej, to ostatnio ich liczba szybko rośnie (14 ogłoszeń w listopadzie). Jak w zawsze na Mazowszu najliczniejsze w statystyce upadłości są firmy handlowe oraz usługowe, z pojedynczymi jedynie przypadkami bankructw firm produkcyjnych.

Najwięcej upadłości na Mazowszu, wciąż znaczna ich liczba na całym Śląsku i w Małopolsce

***********

Pod pojęciem upadłości rozumiemy stan faktyczny – niezdolność do regulowania zobowiązań na rzecz wierzycieli. Do końca ubiegłego roku były to upadłość likwidacyjna, jak i układowa. Po zmianie prawa, w tym roku, postępowanie układowe oddzielono, dla podkreślenia zmiany wyodrębnione postępowania naprawcze nie mają już w nazwie „upadłości”. Dla zachowania porównywalności danych bieżących z tymi z lat ubiegłych (gdy postępowanie układowe było rodzajem upadłości) nadal traktujemy łącznie wszystkie przypadki postępowań upadłościowych i naprawczych, jako upadłości. Ponadto nadal otworzenie tych postępowań oznacza dla dotychczasowego dostawcy de facto brak bieżącej płatności – z tego powodu Euler Hermes na całym świecie, pod pojęciem upadłości, rozumie zarówno przypadki likwidacji firm, jak i wszczęcia w ich przypadku procesów naprawczych (jak np. objecie w USA firmy ochrona przed wierzycielami z tytułu Chapter 11).

Niezaskakujący wynik włoskiego referendum przyniósł zaskakujące zachowanie rynku walutowego

Nagły atak zmienności przywołuje demony z zeszłego roku, kiedy spodziewane wydarzenia przyniosły niespodziewane rezultaty. Trudny czas dla sprzedających EUR, zagadka dla kupujących USD.

Kompletne szaleństwo. Tak można najkrócej opisać zachowanie rynku FX w poniedziałek, jeśli zestawi się spodziewany wynik włoskiego referendum z następującym po nim wybuchem zmienności. EUR/JPY, najlepszy barometr zmiany sentymentu w obliczu europejskich ryzyk, zdołał wczoraj najpierw spaść o 2 proc., by potem odbić o 4,5 proc.! Na EUR/USD mieliśmy 300 pkt. dziennej rozpiętości notowań.

Finalnie fataliści wieszczący koniec Włoch i strefy euro muszą czuć się jednak rozczarowani. Rentowności włoskich obligacji 10-letnich skoczyły o 15 pb do 2,05, ale już odrobiły 2/3 tego ruchu. Indeks mediolańskiej giełdy stracił tylko 0,2 proc. Nie ma co panikować, że publiczny brak wotum zaufania dla premiera Renziego od razu oznacza początek końca Włoch w UE. Jednak poniedziałkowy roller-coaster przypomina inwestorom zawirowania z grudnia ubiegłego roku, kiedy masowo nagromadzone krótkie pozycje w EUR/USD pod luzowanie ECB i podwyżkę Fed przeżyły brutalne zderzenie z rzeczywistością. Wówczas rynek czaił się na złamanie 1,05, tymczasem odbicie zaprowadziło kurs do 1,1060. Od ECB w ten czwartek powszechnie oczekuje się wydłużenia QE, więc taka decyzja nie pomoże sprzedającym EUR. Jednocześnie niezerowe jest ryzyko, że ECB zasugeruje przygotowywanie się do redukcji tempa skupu aktywów. A wczorajsze umocnienie EUR mogło skonsumować sporą część poduszki bezpieczeństwa tych, którzy chcieliby wstrzymać się z realizacją zysków z krótkich pozycji do czasu, aż usłyszą prezesa Draghiego. W rezultacie w tym tygodniu odliczanie do czwartkowej konferencji ECB może być wyjątkowo nerwowe.

ISM dla usług z USA za listopad wypadł najmocniej od października 2015 r. z bardzo dobrymi odczytami komponentów zatrudnienia (ale to już mniej istotne, kiedy NFP za nami) oraz nowych zamówień. Jednak USD wciąż nie pozbierał się po wczorajszej wyprzedaży (choć próbuje), gdyż i jego dopadają demony przeszłości, a konkretnie, czy Fed będzie na tyle agresywny, by podtrzymać rajd dolara? Jakkolwiek podwyżka stóp procentowych o 25 pb jest niemal pewna, tak rynek jest bardziej zainteresowany, jak Fed nakreśli przyszłą ścieżkę normalizacji polityki pieniężnej. Piątkowy raport z rynku pracy niewiele w tej kwestii rozjaśnił. Z jednej strony solidny wzrost zatrudnienia pomaga w decyzji, by podnieść stopy teraz, ale spadek wynagrodzeń może skłaniać gołębie w Fed do przyjęcia zachowawczej strategii i nie deklarować zbyt ambitnego tempa podwyżek na 2017 r. (tj. nie więcej niż dwa kroki po 25 pb). Takie nastawienie Fed schłodziłoby ostatni rajd USD, przynajmniej krótkoterminowo.

W dzisiejszym kalendarzu mało inspirujących pozycji. Za nami już zgodna z oczekiwaniami decyzja RBA (stopa kasowa 1,5 proc.), a komunikat niewiele różnił się od tego sprzed miesiąca. Ruda żelaza rośnie dziś o 3,5 proc. i tutaj może być istotniejszy katalizator zmienności AUD. Dalej w kalendarzu mamy finalny odczyt PKB z Eurolandu, dane o handlu zagranicznym z USA i Kanady oraz zamówienia fabryczne z USA. W żadnym przypadku nie mówimy o kluczowych figurach.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zapowiada się wzrost cen energii, towarów i usług

Radosław Piotrowski
Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI

Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI, ocenia wpływ porozumienia producentów ropy naftowej na konsumentów oraz rynki finansowe.

Po raz pierwszy od wielu lat kartel producentów ropy naftowej (OPEC) zdecydował o ograniczeniu jej wydobycia. To przełomowy moment, ponieważ do zmniejszenia dziennego wydobycia ropy mogą przyłączyć się także kraje spoza organizacji, w tym Rosja. Jeśli porozumienie będzie respektowane i realizowane zgodnie z harmonogramem, to jeszcze przed wakacjami przyszłego roku ilość tego surowca na rynku będzie taka sama jak ilość chętnych do jej zakupu. Zlikwidowanie nadpodaży to potencjalnie wyższe ceny, dlatego ceny ropy naftowej na giełdach towarowych dynamicznie wzrosły. Banki inwestycyjne prognozują, że w 2017 r. za baryłkę ropy będzie trzeba zapłacić około 55-60 dolarów.

Wyższe ceny ropy napędzą inflację

Wzrost cen ropy naftowej, przy jednoczesnej słabości złotego do dolara, to szczególnie zła informacja dla kierowców oraz firm transportowych. Ceny paliw na polskich stacjach benzynowych w ostatnich dniach istotnie wzrosły. Przy dalszym ograniczaniu wydobycia ropy mogą podskoczyć jeszcze bardziej. Jednak porozumienie światowych potęg naftowych może mieć dużo poważniejsze skutki niż rosnące koszty tankowania.

Ceny surowców oraz ceny energii w bardzo dużym stopniu wpływają na poziom inflacji. Po spotkaniu OPEC wzrosło oczekiwanie na to, że w kolejnych miesiącach ceny towarów i usług konsumpcyjnych będą stopniowo szły w górę. Dodatkowo inflacja będzie wywierała presję na banki centralne, by te podnosiły stopy procentowe.

A to niepomyślna informacja zarówno dla gospodarstw domowych (wzrośnie oprocentowanie kredytów), jak i inwestorów, którzy preferują obligacje. Obawy o realizację takiego właśnie scenariusza pokazuje wzrost rentowności obligacji skarbowych zarówno w USA, jak i w Europie. Relatywnie lepiej przedstawiają się perspektywy dla akcji, szczególnie rynków rozwiniętych. Giełdom w USA od jakiegoś czasu służy wybór Donalda Trumpa. Natomiast spółkom w Europie i Japonii – wśród których jest dużo eksporterów – pomaga osłabienie się euro oraz jena.

Jak odciąć polskich inwestorów od tanich papierów wartościowych?

Holenderski broker DEGIRO wygrał na rzecz konsumentów bitwę o obniżenie opłat za transakcje akcjami i obligacjami. W porównaniu z polskimi biurami maklerskimi oferuje je dziś o 80% taniej (papiery polskie) i nawet 50 czy 100 razy taniej (papiery zagraniczne). Aby zamknąć przed brokerem polski rynek, Izba Domów Maklerskich zastosowała właśnie swój ostatni fortel – odmówiła DEGIRO wejścia do swojej organizacji.

Czy IDM ma prawo odcinać polskich inwestorów indywidualnych od dostępu do transakcji giełdowych w rynkowych cenach, z których w Europie korzysta dziś 140 000 obywateli w 17 krajach? Na jakiej podstawie dyskryminuje bezpiecznego brokera z paszportem europejskim, skoro wpuszcza do swojego grona podmioty dające dostęp np. do rynku Forex i spekulacji na ryzykownych kontraktach terminowych?

DEGIRO celebruje dziś trzeci rok działania swojej platformy online do obrotu papierami wartościowymi. Utworzono ją w 2013 r., aby położyć kres nienaturalnie wysokim opłatom, jakie banki i brokerzy pobierają za handlowanie akcjami, obligacjami i i innymi papierami wartościowymi.

Gert Holstege, dyrektor operacji na Europę Środkowo-Wschodnią DEGIRO
Gert Holstege, dyrektor operacji na Europę Środkowo-Wschodnią DEGIRO

Na świecie biznes DEGIRO ma się bardzo dobrze. Dane w trzecim kwartale 2016 r. wskazują na zyski na poziomie 6,3 miliona złotych i ponad 6,7 miliona zrealizowanych transakcji, z liczbą klientów ok. 140 tysięcy. “Te wyniki nie tylko potwierdzają, że nasz model działania cieszy się dużą popularnością wśród klientów. Pokazują, że można prowadzić zyskowny biznes, jednocześnie działając etycznie
i prokonsumencko” – mówi Gert Holstege, dyrektor operacji na Europę Środkowo-Wschodnią DEGIRO.

DEGIRO działa dziś w 18 państwach europejskich i, jak podkreśla broker, we wszystkich notuje wzrosty.
W pierwszym kwartale 2016 r. firma wyprzedziła swojego największego konkurenta w Holandii (w kraju, gdzie zadebiutowała platforma). Pod względem zrealizowanych transakcji DEGIRO jest dziś jednym z dziesięciu największych brokerów w Europie.

Holstege zapytany, czy działania na polskim rynku okazały się sukcesem, zauważa, że jeśli porównać wyniki DEGIRO z pierwszej połowy 2015 oraz 2016 r., średni wzrost liczby klientów w Europie jest na poziomie 80%, podczas gdy w Polsce na poziomie 25%.  Wyraźnie widać, że nasz kraj odstaje na tle innych państw. Dlaczego? “Nasi konkurenci mocno trzymają rynek w garści, co umożliwia im organizacja w ramach Izby Domów Maklerskich”.

IDM odrzuca DEGIRO w „tajnym głosowaniu”

DEGIRO zamierzało zostać członkiem IDM – nie z konieczności, ale z uwagi na atrakcyjność polskiego sądu arbitrażowego tej instytucji. “Podczas gdy mamy dobrze działający wewnętrzny proces arbitrażowy, oferowanie naszym polskim klientom lokalnego sądu zewnętrznego wzmacnia zaufanie.”

Broker jest zaskoczony i zawiedziony negatywną odpowiedzią IDM. “Odbyło się tajne głosowanie. Oficjalnie nie mamy żadnych informacji, dlaczego odmówiono nam członkostwa. Nie może  to odnosić się  do jakości naszej oferty, bo w Polsce oferujemy dokładnie te same usługi, co w innych krajach europejskich. Uważam, że polscy konsumenci powinni mieć dostęp do tych samych cen, co obywatele innych krajów europejskich.” – podkreśla Holstege.

“Nieformalnie”, kontynuuje, “dobrze domyślamy się, co było powodem odmowy. Członkowie IDM lekką ręką liczą inwestorom 50 dolarów za akcje z Nowego Jorku czy 50 euro za transakcje na giełdzie w Niemczech. Dużo zarabiają na swoich klientach i, naszym zdaniem, za wszelką cenę chcą opóźnić zmiany w swoich tabelach prowizji. Łatwiej jest im trzymać nas z daleka od polskiego rynku”.

Dobre relacje z UOKiK pomimo skarg IDM

Kiedy DEGIRO weszło do Polski, to właśnie IDM zaskarżył brokera do UOKiK, sugerując nieuczciwą konkurencję i niejasne warunki w umowach. UOKiK odpowiedział, że agresywna polityka cenowa pozytywnie oddziałuje na rynek, prowadząc do obniżki cen u konkurencji. „UOKiK weryfikował też warunki umów, które zawieramy z klientami. To, że w Polsce działa organ, tak szczegółowo analizujący prawa konsumenta, jest dla nas pozytywnym sygnałem i świadczy o dojrzałości rynku. Stwarza równe warunki do konkurowania” – dodaje Holstege. Tym bardziej, że zapisy proponowane przez DEGIRO są bardzo podobne do tych stosowanych przez członków IDM.

Misją DEGIRO w Polsce jest oferować nowoczesną strukturę prowizji wszystkim polskim inwestorom i otworzyć dla nich zagraniczne rynki. Mają ambicję zakończyć zdzieranie wysokich opłat z klientów indywidualnych. “Nie ma powodu, aby polscy inwestorzy nie zaadaptowali naszej platformy, tak jak uczynili to Niemcy czy Szwedzi.

Jedno jest jasne, po trzech latach DEGIRO udowodniło, że nie są chwilowym biznesem. Ich pozycja jest ugruntowana. Rośnie też zaufanie do marki, odkąd zostali partnerem Euronext i członkiem takich giełd papierów wartościowych, jak niemiecka XETRA czy Nasdaq OMX. Konkurenci DEGIRO będą musieli poważnie rozważyć swoje prowizje, jeśli chcą utrzymać swoje udziały w rynku.

Jak państwo (nie) radzi sobie z monopolistami

Należy dążyć do konkurencji we wszystkich sektorach gospodarki, dlatego każdy monopol jest zły. W przypadku monopoli naturalnych państwo musi podejmować inicjatywę i ograniczać samowolę monopolisty – wynika z raportu „Jak państwo nie radzi sobie z monopolami naturalnymi. Analiza na przykładzie rynku radiodyfuzji”, opublikowanego 6 grudnia 2016 przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.

Mimo, że większość ludzi intuicyjnie wie, czym jest monopol, ciężko jest określić ścisłe znaczenie tego pojęcia. Można jednak założyć, że monopolistą jest ten, kto w rezultacie zdobycia uprzywilejowanej pozycji kontroluje całą podaż danego dobra, a określając ceny bierze pod uwagę wyłącznie uwarunkowania technologiczne i popytowe. Na tym tle w sposób szczególny odznaczają się monopole naturalne, m.in. te, w których główną barierą wejścia na rynek jest konieczność używania kosztownej infrastruktury lub jej dublowanie byłoby bezcelowe.

– Tak jest na przykład w przypadku energetyki, telekomunikacji czy kolei – mówi Marcin Nowacki, wiceprezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców – Bezsensowna byłaby budowa drugich torów kolejowych obok już istniejących. Skoro nie ma szansy na konkurencję, należy ograniczać swobodę działania monopolisty.

Przykładem monopolu naturalnego w ocenie ZPP jest rynek radiodyfuzji, na którym – w konsekwencji udzielania zamówień publicznych na operatorów technicznych multipleksów cyfrowej telewizji naziemnej – doszło do całkowitej monopolizacji. Pierwszy etap tego procesu został opisany w raporcie pt. „Cyfryzacja telewizji naziemnej w Polsce, czyli publiczne koszty monopolu na rynku”. Najnowszy dokument opracowany przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców koncentruje się na problemie w kontekście zjawiska monopoli naturalnych. Jak wynika raportu, na monopolizacji rynku w Polsce korzystają głównie zagraniczne fundusze inwestycyjne. Sytuacja powróciła ostatecznie do stanu sprzed 15 lat, a próby wprowadzenia konkurencji przy okazji cyfryzacji telewizji w Polsce spełzły na niczym.

 

– Jeśli wyjść z założenia, że rynek radiodyfuzji stanowi przykład monopolu naturalnego, pozostaje jedynie zdziwienie spowodowane biernością państwa. Nie można dopuścić do sytuacji, w której podmiot kontrolujący cały krajowy rynek dysponuje niemal nieograniczonymi możliwościami i może być sprzedawany z jednego funduszu inwestycyjnego do drugiego za miliardowe kwoty. Wszędzie tam, gdzie jest to możliwe, trzeba przeciwstawiać się monopolizacji i stwarzać jak najlepsze warunki rozwoju konkurencji – podkreśla Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

W ocenie Związku podejście instytucji państwa do tematyki monopoli naturalnych musi się zmienić. Oczywiście najlepszym wyjściem jest zawsze konkurencja i wolność gospodarcza, jednak tam, gdzie nie może jej być, państwo zadaniem państwa jest zapewnianie ochrony konsumentom i dbałość o interes publiczny.

Prezes GPW prof. Małgorzata Zaleska otworzyła Szkołę Giełdową w Białymstoku

  • W poniedziałek 5 grudnia odbyła się inauguracja Szkoły Giełdowej na Politechnice Białostockiej
  • W uroczystości udział wzięła prof. Małgorzata Zaleska, Prezes Zarządu GPW
  • Politechnika Białostocka jest dwunastym ośrodkiem akademickim, w którym będą prowadzone zajęcia Szkoły Giełdowej
  • Projekt jest realizowany przez Fundację GPW pod honorowym patronatem Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie aktywnie angażuje się w działalność edukacyjną, proponując różne formy zdobywania wiedzy o rynku kapitałowym. Znajomość rynku i zasad inwestowania pomaga w podejmowaniu właściwych decyzji i osiąganiu lepszych wyników. Jednym z projektów służących przekazywaniu wiedzy na ten temat jest Szkoła Giełdowa, przeznaczona m.in. dla osób stawiających pierwsze kroki na rynku kapitałowym. Celem Szkoły jest również pokazanie, że giełda jest doskonałym miejscem do budowania oszczędności długoterminowych, szeroko dostępnym dla inwestorów indywidualnych.

– Szkoła Giełdowa jest dla nas priorytetowym projektem edukacyjnym i dlatego dokładamy wszelkich starań, żeby każda edycja przyciągała coraz szersze grono słuchaczy. Dzięki zaangażowaniu w projekt najlepszych uczelni ekonomicznych w kraju przekazujemy studentom wiedzę na temat inwestowanie w prosty i przystępny sposób. Zależy nam na tym, aby zdobyte podczas kursów umiejętności pozwoliły uczestnikom bezpieczniej poruszać się po krajowym rynku obrotu papierami wartościowymi – powiedziała prof. Małgorzata Zaleska, Prezes Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

W ramach programu Szkoły Giełdowej realizowane są dwa kursy:

  • „Podstawy inwestowania na giełdzie” – 14-godzinny kurs przeznaczony dla przyszłych i początkujących inwestorów, obejmujący zagadnienia, których znajomość jest niezbędna w inwestowaniu, takie jak funkcjonowanie rynku kapitałowego i giełdy, zasady inwestowania, instrumenty notowane na giełdzie, wybór i ocena spółki, sposoby oceny ryzyka, zasady zarządzania portfelem, psychologia inwestowania i wiele innych.
  • „Inwestowanie na giełdzie” – 13-godzinny kurs dla średniozaawansowanych, podczas którego omawiane są instrumenty pochodne i certyfikaty turbo notowane na GPW, analiza fundamentalna, w tym „case study” spółek z wybranych branż, analiza techniczna, a także zaawansowane zagadnienia dotyczące funkcjonowania Giełdy i wpływu otoczenia gospodarczego na GPW.

Wykładowcami w Szkole Giełdowej są praktycy i specjaliści rynku kapitałowego, a także pracownicy akademiccy. Wykładowcy zapoznają uczestników kursów z dostępnymi na giełdzie instrumentami finansowymi oraz bieżącą sytuacją na rynku, co pomaga w opracowaniu własnej strategii inwestycyjnej, odpowiedniej do posiadanego kapitału, panującego trendu i osobistych preferencji.

Kursy Szkoły Giełdowej organizowane są we współpracy z uczelniami wyższymi w Polsce: Uniwersytetem Ekonomicznym w Krakowie, Uniwersytetem Ekonomicznym we Wrocławiu, Uniwersytetem Ekonomicznym w Poznaniu, Uniwersytetem Ekonomicznym w Katowicach, Wyższą Szkołą Bankową w Toruniu, Uniwersytetem Łódzkim, Uniwersytetem Szczecińskim, Szkołą Główną Handlową w Warszawie, Uniwersytetem Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie a od wczoraj również z Politechniką Białostocką. Szkoła Giełdowa realizowana jest także w siedzibie Giełdy Papierów Wartościowych. Informacje o kursach oferowanych przez Szkołę Giełdową są dostępne pod adresem: www.gpw.pl/szkola_gieldowa

Ilość ma znaczenie, czyli kiedy i dlaczego wzrasta ROI

Zwrot z inwestycji (ROI) jest jednym z kluczowych wskaźników skuteczności działań marketingowych. Jak dowodzą najnowsze badania zza Oceanu miernik ten jest tym wyższy im więcej narzędzi marketing mix zostanie wykorzystanych w danej kampanii. Czy z amerykańskich badań płyną wnioski, aktualne również dla marketingowego ekosystemu w Polsce? Odpowiedzi w poniższym artykule.

Ponad 3200 kampanii

Badanie “How Advertising Works Today”, opublikowane niedawno przez amerykańską organizację Advertising Research Foundation (ARF), obrazuje, jak liczba zaangażowanych w daną kampanię narzędzi marketingowych przekłada się na zwrot z inwestycji. Analiza, którą przeprowadzono na ponad 3200 kampanii marketingowych w latach 2010-2015, dowiodła, że tam gdzie zaangażowanych zostało więcej kanałów promocji (m.in. radio, telewizja, prasa, reklama display, video on-line, OOH czy reklama w kinie), zwrot z inwestycji w te działania był większy.

Badanie prezentuje jeszcze inne ciekawe wnioski. Zauważono m.in. że tam gdzie wydatki na reklamę internetową połączone były z działaniami promocyjnymi w telewizji, ROI dla kampanii wzrastało o niemal 60 proc.

Ciekawe wyniki odnotowano w odniesieniu do tzw. millenialsów. Wydawać by się mogło, że w kontekście tej grupy mówimy głównie o sferze reklamy mobile, jednak badania dowiodły, że doskonałe wyniki w grupie wiekowej 18-24 lata osiągają działania marketingowe łączące media tradycyjne z on-line.

Czy tylko zwrot z inwestycji?

Zanim zaczniemy odnosić wyniki amerykańskich badań do polskich realiów warto zastanowić się przez chwilę nad samym pojęciem ROI, które dla różnych osób – marketerów – może oznaczać coś innego. Jedna definicja dotyczy oczywiście zwrotu z poniesionej inwestycji, a więc, mówiąc wprost – złotówek, które po udanej kampanii, trafią na firmowe konto. Druga może odnosić się do realizacji określonych KPI, np. wizerunkowych, podnoszących świadomość marki w oczach odbiorców. Rozumienie tego pojęci zależy więc od samego celu kampanii marketingowej.

Nie znamy szczegółów jakie ROI zostało zrealizowane w analizowanych badaniach, możemy jednak zakładać, że zapewne chodziło o bezpośredni zwrot z inwestycji wyrażony w USD. Media są jednym z czynników, które niewątpliwie wpływają na podniesienie tego wskaźnika.
Z własnych doświadczeń agencyjnych i realizacji dla klientów Adexon na rynku polskim, mogę potwierdzić, że synergia narzędzi marketingowych i multiscreening na urządzeniach mobilnych przynosi wymierne efekty. Myślę, że na grupę millenialsów w naszym kraju dosyć istotny wpływ ma cały czas telewizja. To zmienia się oczywiście, ale na tę chwilę myślę, że to narzędzie może być z powodzeniem angażowane w kampanie dedykowane właśnie tej grupie odbiorców. Co więcej, jeśli reklamę w telewizji zsynchronizujemy z kanałem mobile to w grupie millenials możemy być pewni że kampania odniesie pożądany skutek.

Nie tylko media

Warto pamiętać, że ROI nie jest zawieszone w próżni – wpływa na nie wiele czynników.
Media są oczywiście jednym z nich, ale zdecydowanie nie jedynym. To jak zwrot z inwestycji osiągniemy może zależeć również od modelu dystrybucji naszego produktu (w przypadku millenialsów najwłaściwszym modelem będzie np. e-commerce). Kolejnym elementem będzie dostępność produktu, łatwość jego zakupu czy pozycjonowanie na rynku. Zanim przystąpimy więc do tworzenia założeń kampanii i określania jej celów poświęćmy trochę czasu na samą ‘refleksję’ nad produktem, w szerokim tego słowa znaczeniu.

Autor: Mariusz Maksymiuk
CEO sieci reklamy internetowej – Adexon

List otwarty do Pani Premier Beaty Szydło w sprawie propozycji zmian w ustawie – Prawo farmaceutyczne

Organizacje zrzeszające pracodawców i organizacje pacjenckie wystosowały do Pani Premier Beaty Szydło list otwarty w sprawie propozycji zmian w ustawie – Prawo farmaceutyczne. Apelują w nim, by nie pozwolono „na wprowadzanie zmian, które będą niekorzystne zarówno dla polskich pacjentów, jak i polskich przedsiębiorców”.

List otwarty podpisały: Business Centre Club, Federacja Pacjentów Polskich, Konfederacja Lewiatan, Krajowa Izba Gospodarcza, Polskie Stowarzyszenie Diabetyków, Pracodawcy RP, Związek Pracodawców Aptecznych PharmaNET, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.

Więcej złego niż dobrego

Zdaniem organizacji wprowadzenie do polskiego prawa zasady „apteka dla aptekarza”, forsowanej przez korporację aptekarską, zagraża istnieniu tysięcy polskich aptek, uderzając w co trzecią placówkę działającą na polskim rynku. Zmiany te przyniosą powolną likwidację aptek nienależących do farmaceutów, w tym sieci aptecznych, które staną się przedsiębiorstwami bez wartości i bez przyszłości.

„Proponowane zmiany pociągną za sobą faktyczne oddanie kontroli nad rynkiem wartym 32 mld zł i dostarczającym leki dla 38 mln Polaków korporacji aptekarskiej i olbrzymim koncernom, które będą dowolnie kształtować warunki cenowe i asortymentowe. Za te zmiany zapłacą polscy pacjenci, którzy stracą możliwość tańszego zaopatrywania się w leki, którym ograniczy się dostęp do placówek aptecznych i których skaże się na warunki dyktowane przez lokalne monopole i wielkich dostawców. Proponowane zmiany doprowadzą do powstania niezwykle silnej i słabo kontrolowalnej przez państwo korporacji zawodowo – właścicielskiej, ze wszystkimi zagrożeniami, które to ze sobą niesie. Powstaną aptekarskie dynastie, w których prawo posiadania apteki będzie przekazywane, jak swego rodzaju szlachectwo, z pokolenia na pokolenie. Młody przedsiębiorca i farmaceuta nie otworzy własnej apteki” – czytamy w liście.

Zdaniem organizacji rozwój sieci aptecznych przyczynił się do unowocześnienia branży aptecznej, upowszechnił wysokie standardy w zakresie obsługi pacjentów i przestrzegania prawa pracy, przede wszystkim jednak doprowadził do spadku cen leków nierefundowanych, które stanowią większość medykamentów sprzedawanych w aptekach. Stało się tak dlatego, że sieci zbudowały przeciwwagę dla dominujących wcześniej na polskim rynku olbrzymich zagranicznych koncernów farmaceutycznych, operujących miliardami złotych, kształtujących politykę cenową i asortymentową w polskich aptekach.

Apteki to polskie przedsiębiorstwa

Jak podkreślają w liście organizacje – polskie apteki w 96 procentach są własnością polskich przedsiębiorców – zarówno farmaceutów, jak i osób niebędących farmaceutami. Około 2/3 aptek w naszym kraju należy do indywidualnych właścicieli, a 1/3 działa jako sieci apteczne. Najczęściej są to małe, lokalne, polskie przedsiębiorstwa, liczące od kilku do kilkunastu aptek. Polski rynek apteczny jest niezwykle konkurencyjny i rozdrobniony – zaledwie cztery podmioty posiadają powyżej 100 aptek w skali kraju. Udział żadnej z tych firm w ogólnej liczbie ponad 14,5 tys. aptek w Polsce nie przekracza kilku procent. Największe sieci powstały organicznie, wysiłkiem swoich pracowników, a także przy aktywnym udziale państwa – w ramach prywatyzacji Cefarmów.

Organizacje przedsiębiorcze i pacjenckie nie negują potrzeby zmian na polskim rynku farmaceutycznym. Proszą jednak, by były one wprowadzane w sposób przemyślany, z uwzględnieniem skutków dla polskich pacjentów i przedsiębiorców. Zadeklarowały również pomoc i doświadczenie przy tworzeniu takich rozwiązań.

Hipoteka odwrócona: czego Polska może nauczyć się od Wielkiej Brytanii?

Z danych KPF wynika, że największe fundusze hipoteczne w Polsce podpisały dotychczas blisko 400 umów hipoteki odwróconej. Polski rynek hipoteki odwróconej obejmuje dwa rozwiązania: rentę dożywotnią (zwaną również dożywotnim świadczeniem pieniężnym) oraz odwrócony kredyt hipoteczny, który nie funkcjonuje w praktyce, mimo że pod koniec 2014 roku doczekał się stosownej Ustawy. Tymczasem w wielkiej Brytanii rynek produktów equity release funkcjonuje od ponad 25 lat, a Seniorzy otrzymują spektrum rozwiązań dopasowanych do ich potrzeb. W ramach rządowego programu Pension Wise państwo zapewnia im profesjonalne doradztwo dotyczące finansów na emeryturze. Z danych Equity Release Council (ERC) wynika, że z usługi hipoteki odwróconej w Wielkiej Brytanii skorzystało już blisko 400 tysięcy seniorów. Czego raczkujący rynek może nauczyć się od dojrzałej gospodarki? 

Wielka Brytania jest największym rynkiem hipoteki odwróconej w Europie. Od 1991 do 2015 instytucje finansowe wypłaciły seniorom korzystającym z tej usługi 17 miliardów funtów. Rocznie podpisuje się tam ok. 20-30 tys. nowych umów hipoteki odwróconej, a od 1991 roku do 2015 roku zawarto tu ponad 350 tys. umów w obu modelach, co stanowi 2,8 proc. populacji Seniorów[i]. Rynek wciąż ma duży potencjał. – Z danych English Longitudinal Study of Ageing (ELSA) wynika, że w Wielkiej Brytanii ponad 80 proc. osób w wieku lat 65-74 posiada na własność nieruchomość mieszkalną. Szacuje się, że całkowita wartość mieszkalnych nieruchomości osób starszych to aż 1,4 biliona funtów – mówi Nigel Waterson, Przewodniczący Equity Release Council (ERC), największej organizacji skupiającej pond 400 podmiotów związanych z branżą hipoteki odwróconej w Wielkiej Brytanii. – Eksperci przyznają, że rynek equity release w naszym kraju rozwija się bardzo dynamicznie. Nie zmienia to jednak faktu, że zarówno przed całą branżą jak i brytyjskim Rządem stoi jeszcze szereg zadań zapewniających poprawę sytuacji finansowej i jakości życia Seniorów – dodaje. Co dotychczas zostało zrobione?

Code of Conduct, Zasady Dobrych Praktyk

ERC ma na swoim koncie m.in. stworzenie Code of Conduct, czyli Zasad Dobrych Praktyk obejmujących całą branżę, kampanie informacyjne, edukacyjne, działania zapewniające transparentność rynku (m.in. publikowanie raportów z serii „White Paper”), powołanie do życia „Equity Release Awards”, branżowych nagród wyróżniających podmioty etyczne i działające zgodnie z najwyższymi standardami.

Instytucje finansowe działające na brytyjskim rynku, kierujące się Zasadami Dobrych Praktyk mają szereg wymogów, zaleceń i zasad, którymi muszą kierować się w obsłudze seniorów. Do najważniejszych należy dokładne omówienie konsekwencji skorzystania z wybranego produktu equity release, nie tylko dla klienta, ale również dla jego rodziny. Po drugie przekazanie klientowi wszelkich informacji o ryzykach, cechach i korzyściach produktu, rozważenie z nim wszystkich alternatyw i co istotne – uwzględnienie stanu psychicznego i umysłowego decydenta. W Polsce w tym zakresie działają Zasady Dobrych Praktyk wypracowane w 2012 roku w ramach Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych (KPF).

– Warto pamiętać, że do zasad dobrych praktyk stosują się tylko dwa największe fundusze hipoteczne zrzeszone w KPF. Martwi nas, że nie ma wymogów, które obligowałyby do tego wszystkie podmioty oferujące tego typu rozwiązania. Rosnąca liczba wyłudzeń i oszustw psuje renomę całego rynku, dotyka seniorów oraz profesjonalnych usługodawców – podkreśla Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

FCA, Urząd Nadzoru Finansowego

Financial Conduct Authority (FCA), brytyjski nadzór będący odpowiednikiem polskiej Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) ogłosił w 2015 roku plany nowelizacji zasad dla rynku equity release. Powodem rozpoczęcie prac stały się  uwagi, iż zbyt mało emerytów korzysta z możliwości oferowanych przez ten rynek.[ii] Brytyjski regulator, dostrzegając zachodzące zmiany demograficzne i społeczną wagę starzenia się społeczeństwa podejmuje działania, których celem ma być zwiększenie dostępności i popularności usługi hipoteki odwróconej. Branża zareagowała na zmiany zadowoleniem, a jednocześnie zarekomendowała, by pamiętać, że język ustawy opisującej produkty equity release może stanowić potencjalną barierę w rozwoju rynku tych produktów.

Pension Wise i rządowe doradztwo

W krajowym budżecie Wielkiej Brytanii na rok 2014 wprowadzono zmiany w sposobie dostępu seniorów do ich emerytur. Przed ogłoszeniem zmian ¾ osób, które osiągnęły wiek emerytalny wybierało opcję wypłaty emerytury w określonej wysokości, co dawało im gwarancję dochodów do końca życia. Wprowadzenie reformy dało emerytom niespotykany dotąd wachlarz możliwości dostępu do swoich oszczędności, a jednocześnie umożliwiło ludziom podejmowanie decyzji finansowych, które mogłyby skutkować w przyszłości niższym dochodem w późniejszym okresie życia. Okazało się bowiem, że zaraz po przejściu na emeryturę ludzie niedoszacowują długości swojego życia przez co ryzykują, że przed śmiercią skończą im się pieniądze[iii]. To właśnie dlatego brytyjski rząd wprowadził usługę Pension Wise, która oferuje darmowy dostęp do bezstronnych porad na temat możliwości finansowych dla seniorów, którzy osiągnęli wiek emerytalny.

Brytyjski Rząd uruchomił też projekt pod nazwą Financial Advice Market Review (Przegląd Rynku Doradztwa Finansowego) mający wypełnić lukę w doradztwie dla osób, które nie posiadają wystarczających środków finansowych. Projekt uzupełniający usługę Pension Wise będzie dawać seniorom możliwość m.in. rozważenia roli środków finansowych z nieruchomości mieszkalnych w finansowaniu ich potrzeb. – Polska również potrzebuje profesjonalnego doradztwa skierowanego do osób starszych, obejmującego szereg rozwiązań finansowych poprawiających byt na emeryturze. Nasze społeczeństwo starzeje się najszybciej w Unii Europejskiej, a emeryci nie wiedzą o tym, że hipoteka odwrócona jest jednym z elementów, który może zapewnić im środki pieniężne potrzebne w codziennym życiu – mówi Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM.

Branża hipoteki odwróconej wydała specjalny folder informacyjny „Hipoteka odwrócona w Polsce: wyzwania, zagrożenia, potencjał rynku” zawierający postulaty dla Rządu, komentarze Ekspertów i porównanie z zagranicą, który jest dostępny na stronie Funduszu Hipotecznego DOM. Udostępniła również tłumaczenie angielskiego folderu „Uwolnić potencjał. Przyszłość rynku equity release” wydanego w Wielkiej Brytanii przez Equity Release Council (ERC). Materiały można znaleźć pod linkiem:

https://www.funduszhipoteczny.pl/branza-po-raz-kolejny-postuluje-o-wznowienie-prac-nad-ustawa-o-dozywotnim-swiadczeniu-pienieznym.html

[i] ERC. http://www.equityreleasecouncil.com/news/record-start-to-2016-for-equity-release-sector-in-25th/

[ii] Przemówienie Christophera Woolarda, 7.09.2015 r. https://www.fca.org.uk/news/the-future-of-the-uk-mortgage-market

[iii] Zob. raport firmy Aviva: http://www.aviva.co.uk/adviser/product-literature/viewdocument.

cgi?f=longevityinfographic.pdf

Idą święta, uwaga na wydatki

W święta nasza czujność finansowa ulega osłabieniu. Wpadamy często w wir zakupów, co sprawia, że coraz częściej sięgamy po pożyczki.

– Jeżeli wiemy, że nasze możliwości dochodowe są ograniczone, uważajmy na zaciąganie pożyczek chwilówek, które w święta są wyjątkowo popularne – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Baran, syndyk i doradca podatkowy z kancelarii Baran & Pluta. Więcej w materiale wideo.

Złoty ciągle pozostaje słaby

Tydzień na rynku walutowym rozpoczęły spadki na eurodolarze, za którymi mocno stały wyniki włoskiego referendum. Część rynku czekała również na decyzję EBC. Po cichu mówi się o tym, że program skupowania aktywów dobiegać będzie końca. A jak sytuacja na rynkach przełożyć się może na kurs złotego? Więcej w materiale wideo.

PGNiG skarży KE o rurociąg OPAL

W imieniu PGNiG została złożona skarga do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dotyczącą zwiększenia wykorzystania gazociągu OPAL przez rosyjski Gazprom. Decyzja Komisji Europejskiej wzmacnia pozycję Gazpromu na europejskim rynku przesyłu gazu, stając w sprzeczności nie tylko z interesami PGNiG, ale również Polski.

OPAL to gazociąg przesyłowy biegnący na terenie Niemiec równolegle do polsko-niemieckiej granicy, o maksymalnej przepustowości ok. 35 mld m sześc. Stanowi przedłużenie ułożonego na dnie Bałtyku gazociągu Nord Stream.

Spółka zależna PGNiG złożyła do Trybunału Sprawiedliwości UE pozew przeciwko KE ws. wyłączenia gazociągu Opal spod wymogów trzeciego pakietu energetycznego. – do skargi został załączony również wniosek o wstrzymanie wykonania decyzji KE, do czasu rozstrzygnięcia postępowania – mówi w mówi dr Marek Jeżewski, partner w kancelarii prawnej Kochański Zięba i Partnerzy (KZP), szef praktyki arbitrażu.

Produkcja folii nano stretch napędza sprzedaż Ergisu. Firma spodziewa się dalszego wzrostu zamówień

Produkcja folii nano stretch napędza sprzedaż Ergisu. Firma spodziewa się dalszego wzrostu zamówień 7
Producent folii, laminatów i opakowań przemysłowych Grupa Ergis zwiększyła po trzech kwartałach roku przychody ze sprzedaży o 3,8 proc. i liczy na korzystny wynik w całym roku. Większa sprzedaż to zasługa m.in. folii nano stretch, na którą popyt rośnie w tempie 30 proc. rocznie. Producent inwestuje w trzecią linię do jej produkcji, która powinna zostać oddana latem przyszłego roku.

– Pewna jest realizowana inwestycja w trzecią linię nano stretch. Nie wykluczamy akwizycji, ale oczywiście, gdyby były takie plany, wcześniej poinformowalibyśmy o tym rynek poprzez raport bieżący – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tadeusz Nowicki, prezes zarządu Grupy Ergis. – Natomiast, jak wspominamy w naszych raportach okresowych, na stałe prowadzimy rozmowy z potencjalnymi firmami do zawarcia transakcji kapitałowych, natomiast na razie nie ma żadnych konkretów.

Kolejna linia produkcyjna do produkcji folii stretch nano Ergis, uważana przez firmę za jej flagowy, najbardziej innowacyjny produkt, ma zostać uruchomiona w lipcu przyszłego roku, o miesiąc wcześniej niż pierwotnie planowano. Zwiększy ona moce produkcyjne spółki o 40 proc. Koszt inwestycji to 30 mln zł. Folia nano jest jednym z czynników napędzających sprzedaż Ergisu. W ciągu dziewięciu pierwszych miesięcy roku jej sprzedaż wzrosła o 30 proc.

– Jest to innowacja, na którą pracowaliśmy z dostawcą surowców i z konstruktorem naszych linii produkcyjnych. Pozwala nam powiedzieć, że robimy dzisiaj być może najlepszą folię stretch na świecie – podkreśla prezes spółki. – Jak możemy sądzić po III kw., jest to dobry rok, kolejny, dlatego że 2015 był rokiem sporego wzrostu i nawet baliśmy się, że efekt bazy trochę utrudni nam pozytywne mówienie o wynikach, z przyjemnością obserwuję, że po tych trzech kwartałach nasza EBITDA w 2016 roku przekroczyła ten z roku poprzedniego, a bardzo dobry był właśnie III kw., kiedy nasza EBITDA była o czterdzieści parę procent wyższa niż ta z III kw. roku ubiegłego

Grupa Ergis miała w okresie styczeń–wrzesień 530,8 mln zł skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży, o 3,8 proc. więcej niż rok wcześniej. Zysk operacyjny wzrósł o 6,2 proc., natomiast zysk netto spadł o 3 proc. do 21,12 mln zł. W całym ubiegłym roku grupa miała stratę netto, ale na poziomie przychodów i zysku EBITDA odnotowała wzrosty.

– W zeszłym roku podjęliśmy ważną dla nas decyzję, która polegała na skupieniu całej naszej niemieckiej produkcji, która dotychczas była rozłożona w dwóch lokalizacjach w okolicach Hamburga i w Berlinie, tę produkcję zlokalizowaliśmy w całości w Berlinie, przenosząc produkcję z Hamburga – przypomina Tadeusz Nowicki. – To pozwoliło bardzo uprościć procesy logistyczne i zmniejszyć koszty, być bardziej konkurencyjnym. Jest to jeden z elementów poprawy wyniku zeszłego roku.

Paradoksalnie słabsze wyniki polskiej gospodarki w III kwartale, kiedy wzrost gospodarczy wyhamował do 2,5 proc., sprzyjają rozwojowi jej flagowego wyrobu, bo innowacyjne produkty wykazują się większą wydajnością, co sprawia, że do opakowania tej samej ilości produktu klient musi zakupić mniej folii. W ten sposób może dokonać oszczędności. Najistotniejsze okazuje się to dla kontrahentów z branży napojowej.

– Wyniki III kw. polskiej gospodarki były rozczarowujące, nasze były dobre, przede wszystkim dlatego, że klienci być może w trudniejszych czasach niż poprzednio bardziej zwracają uwagę na oszczędności – zaznacza. – A mimo że folia nano stretch jednostkowo jest droższa niż normalna folia stretch, to koszt wypełnienia funkcji przy jej użyciu jest dla klienta niższy i to prawdopodobnie są przyczyny sukcesu we wszystkich branżach. Ale chyba najbardziej zainteresowani efektywnością pakowania są dzisiaj wszyscy producenci napojów: od wód mineralnych poprzez piwo.

L. Sobolewski: warto zainteresować się rynkiem rumuńskim. Spółki z Bukaresztu dają najwyższą stopę dywidendy na świecie

L. Sobolewski: warto zainteresować się rynkiem rumuńskim. Spółki z Bukaresztu dają najwyższą stopę dywidendy na świecie 8
Rumuńska giełda, dziś mniejsza od warszawskiej siedmiokrotnie, na razie należy do grupy rynków granicznych, aspirujących do emerging markets. To sprawia, że część inwestorów nie bierze jej pod uwagę w swoich decyzjach inwestycyjnych. Jednak w Bukareszcie można zarobić i na wzrostach akcji, i przez dywidendę.

– O giełdzie w Bukareszcie mogę mówić głównie dobrze, tam bez wątpienia jest przyszłość. Osiemdziesiąt kilka spółek notowanych na głównym rynku, około 300 na rynku alternatywnym, takim rumuńskim NewConnect, który się nazywa AeRo – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ludwik Sobolewski, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Bukareszcie. – Jest to najtańszy rynek w Europie Wschodniej – jeśli porównamy wskaźniki cena do zysku, to spółki notowane w Rumunii to są najbardziej atrakcyjne spółki we Wschodniej Europie.

Ludwik Sobolewski, od trzech lat kierujący rumuńską giełdą, wcześniej przez siedem rządził parkietem w Warszawie. Za jego prezesury uruchomiono m.in. alternatywny rynek NewConnect, liczący dziś przeszło 400 spółek. Na rumuńskim AeRo jest ich tylko o sto mniej, choć rynek ten działa dopiero od dwóch lat. Jak mówi Sobolewski, niskie wyceny są w dużym stopniu unikania przez część inwestorów tzw. frontier markets, czyli tych rynków, które z różnych względów nie kwalifikują się grupy rynków wschodzących, do których należy Polska.

– Aspirujemy teraz do tego, żeby się stać rynkiem wschodzącym. Dla inwestorów, którzy myślą w takich kategoriach istotne jest to, co dzisiaj, ale dla mnie jeszcze istotniejsze jest to, co będzie jutro czy pojutrze: myślę, że to jest kraj i rynek kapitałowy, który jest naprawdę wart zainteresowania – przekonuje prezes giełdy w Bukareszcie.

Rumunia jest drugim po Polsce najliczebniejszym krajem Europy Wschodniej w Unii Europejskiej. Mieszka tam 20 mln osób, a dodatkowo kilka milionów na emigracji. Listopadowa prognoza Komisji Europejskiej zakłada, że w 2016 roku rumuńska gospodarka urośnie o 5,2 proc., co stawia ją w absolutnej czołówce Europy i w pierwszej 20-tce na świecie. Dla porównania Polska może mieć problem z uzyskaniem 3-proc. wzrostu. Ponadto jak podkreśla były prezes warszawskiej giełdy, państwo energicznie i skutecznie walczy z korupcją i poprawia transparentność życia gospodarczego. Po stronie minusów jest podatna na zmienność waluta.

– Z kursami jest różnie, pod tym względem nie ma jakiejś wielkiej różnicy między Polską a Rumunią –  przyznaje Sobolewski. – Na plus w przypadku Rumunii działa to, że średnia stopa dywidendy w ramach głównego indeksu giełdy rumuńskiej to jest 8 proc. w roku 2015 to będzie też 8 proc. w roku 2016. To jest jak to policzył londyński broker Berenberg Securities w raporcie, który ukazał się w ubiegłym roku, w 2015 roku to była najwyższa dywidenda na świecie przed Bahrajnem, Kuwejtem, wszelkimi takimi krajami.

Podkreśla też, że wysoka stopa dywidendy to m.in. efekt wspomnianej już niskiej wyceny. Utrudnia to przeprowadzanie nowych debiutów, bo zarządy spółek nie chcą sprzedawać akcji tak tanio, jak chcieliby je kupić przyzwyczajeni do niskich cen inwestorzy. Na razie kapitalizacja bukareszteńskiego parkietu to nieco ponad 30 mld euro, przeszło siedem razy mniej niż GPW. Berenberg ocenił jednak także, że zarówno MSCI, jak i FTSE w ciągu kilku lat mogą przesunąć Rumunię do koszyka krajów wschodzących, co przyciągnie do niej inwestorów i da impuls do wzrostów.

M. Leściorz (CMC Markets): Słaby złoty rodzi zagrożenie dla stabilności koniunktury gospodarczej w Polsce

M. Leściorz (CMC Markets): Słaby złoty rodzi zagrożenie dla stabilności koniunktury gospodarczej w Polsce 9
Osłabienie złotego względem dolara, euro czy franka może być kontynuowane i stanowić zagrożenie dla stabilności polskiej gospodarki – ostrzega Maciej Leściorz z CMC Markets. Dodaje, że tani złoty to dla zagranicznych inwestorów oraz funduszy inwestycyjnych zachęta do wycofywania kapitału z naszego rynku. Na osłabieniu waluty korzystają tylko polscy eksporterzy. 

– Jeżeli patrzymy w perspektywie kilkunastoletniej, to polski złoty w stosunku do głównych walut świata znajduje się obecnie w okolicach najniższych notowanych poziomów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Maciej Leściorz dyrektor ds. sprzedaży i edukacji CMC Markets. – Względem franka szwajcarskiego jesteśmy już blisko rekordu z 15 stycznia 2015 roku. Przebicie tego poziomu byłoby bardzo ryzykowne, bo mogłoby spowodować, że względem euro polski złoty przebije barierę 4,50 – dodaje.

W pierwszych dniach grudnia notowania pary walutowej frank szwajcarski polski złoty dotarły w okolice 4,16–4,18. Oznacza to, że dziś za szwajcarską walutę należy zapłacić ponad 6 proc. więcej niż na początku roku i poza krótkim okresem w styczniu ubiegłego roku jest to najwyższy obserwowany poziom w historii.

– W odniesieniu do notowań dolara dużą rolę będzie odgrywała przyszłość polityki monetarnej Stanów Zjednoczonych. Najbliższe, grudniowe posiedzenie FED według większości uczestników rynku zakończy się podniesieniem stóp procentowych, a kolejne posiedzenia przyniosą nam dalsze zacieśnianie amerykańskiej polityki pieniężnej – komentuje Leściorz.

W połowie listopada tego roku szefowa amerykańskiego banku centralnego Janet Yellen deklarowała, że FED nie będzie zbyt długo zwlekał z podnoszeniem stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Swoje nastawienie argumentowała poprawą na tamtejszym rynku pracy oraz wzrostem optymizmu wśród konsumentów.

Aktualnie za jednego dolara amerykańskiego należy zapłacić ok. 4,20 zł, co oznacza 7-proc. wzrost w skali miesiąca i najwyższy obserwowany poziom od 2002 roku.

– W tej chwili widać silną tendencję deprecjacji walut rynków wschodzących, w tym Polski. Polska waluta na tle innych walut z naszego regionu wypada dodatkowo słabo m.in. ze względu na sytuację polityczną. Tutaj widoczne jest zagrożenie, że ten ruch będzie kontynuowany – ostrzega dyrektor ds. sprzedaży i edukacji CMC Markets.

Polska waluta w ostatnich tygodniach traciła nie tylko do franka szwajcarskiego oraz dolara, lecz także względem euro. Na początku grudnia notowania pary walutowej eurozłoty przebiły granicę 4,50 i osiągnęły najwyższy poziom od stycznia 2016 roku.

– Deprecjacja złotego dla gospodarki oznacza przede wszystkim odejście kapitału zagranicznego. Jeżeli dodatkowo mielibyśmy decyzję o obniżce ratingu, to również fundusze, które jeszcze w tej chwili inwestują na polskim rynku, będą zmuszone do odejścia z polskiej giełdy – tłumaczy analityk.

Przedstawiciel CMC Markets dodaje, że wycofywanie kapitału przez zagranicznych inwestorów oznacza nie tylko słabego złotego, lecz także spadki indeksów giełdowych oraz ogólne zagrożenie dla koniunktury giełdowej w Polsce.

– Słaba polska waluta to jednak korzystna wiadomość dla eksporterów. Firmy, które eksportują swoje towary za granicę, głównie rynki wschodnie, ale również rynek niemiecki, mogą w takiej sytuacji w krótkim terminie korzystać. Natomiast patrząc całościowo, nie jest to korzystne dla gospodarki – podsumowuje Maciej Leściorz.

W Polsce zaangażowanie polityczne marek to rzadkość. Przykłady amerykańskie pokazują, że może to słono kosztować

W Polsce zaangażowanie polityczne marek to rzadkość. Przykłady amerykańskie pokazują, że może to słono kosztować 10
Swoich sympatii politycznych często nie kryją firmy w Stanach Zjednoczonych. Efekty mogą być bolesne, o czym ostatnio przekonał się New Balance. Po tym jak przedstawiciel firmy wyraził poparcie dla Donalda Trumpa, internauci zaczęli masowo palić buty firmy. Z kolei w części restauracji w Rosji kawa russiano zastąpiła popularną americano jako niepoprawną politycznie. W Polsce zaangażowanie polityczne marek to wciąż rzadkość.

– Niektóre marki lubią się rzeczywiście mieszać w politykę. Efekt tej mieszanki bywa różny, czasem rodzi palący problem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Magdalena Wosińska, redaktorka w PRoto.pl. – Przekonał się o tym New Balance, po tym, jak rzecznik marki po wygranych wyborach przez Donalda Trumpa stwierdził, że wszystko zmierza w dobrym kierunku – wskazuje.

Rzecznik prasowy New Balance stwierdził w wywiadzie dla „The Wall Street Journal”, że zwycięstwo Trumpa oznacza, że pewne sprawy będą szły w lepszym kierunku, a administracja Baracka Obamy była głucha na część problemów, które zgłaszał producent obuwia. W dużej mierze wynika to z faktu, że Trump nie ukrywał sprzeciwu dla wielkich umów handlowych (m.in. TTIP), a te zaś są korzystne dla firm produkujących poza Stanami Zjednoczonymi, które w ten sposób obniżają koszty. New Balance podkreśla natomiast, że jest amerykańskim producentem.

– Entuzjazmu dla nowego kandydata nie podzielają już klienci marki. W ramach protestu stwierdzili, że będą palić buty, a wszystko oczywiście nagrywali i publikowali w mediach społecznościowych – mówi redaktorka PRoto.pl.

Niedawno okazało się, że także kawa może mieć konotacje polityczne. Dmitrij Miedwiediew, premier Rosji, podczas rozmowy z białoruskim delegatem podczas posiedzenia Międzyrządowej Rady Euroazjatyckiej zażartował, że kawa americano powinna raczej nosić nazwę russiano. Pomysł szybko podchwyciły rosyjskie restauracje.

 Co ciekawe, także Burger King zastanawia się nad realizacją tego pomysłu, ale decyzję pozostawia swoim konsumentom. Jeśli spodoba im się pomysł, w ciągu dwóch tygodni od momentu decyzji russiano pozostanie w menu – zaznacza Wosińska.

Również restauracja w pobliżu rosyjskiego parlamentu wprowadziła do menu nową kawę. Kawa russiano, choć smakuje dokładnie tak samo jak americano, kusi dwukrotnie niższą ceną.

– Także Starbucks niedawno był posądzany o to, że angażuje się w politykę. W ostatniej kampanii apelował o jedność wśród pracowników i konsumentów. Problem w tym, że tego typu propozycje wystosował na tydzień przed wyborami, a zdaniem internautów w takim momencie apelowanie o jedność to po prostu myślenie życzeniowe – tłumaczy Magdalena Wosińska.

W Polsce przy mocnej polaryzacji sceny politycznej firmy raczej unikają opowiadania się po jednej ze stron. Zaangażowanie mogłoby mieć negatywne konsekwencje biznesowe i odbić się na kondycji firmy. Przekonał się o tym producent piwa Ciechan, który po krytycznej wypowiedzi na temat ruchu LGBT musiał się zmierzyć z bojkotem swoich produktów przez konsumentów.

– W 2014 roku prezes Ciechana skrytykował Dariusza Michalczewskiego za to, że ten wspierał środowiska LGBT. Pomieszał piwo z polityką, a efekt tej mieszanki był taki, że niektóre bary i restauracje wycofywały piwo. Sam prezes nie wycofywał się ze swoich poglądów, ale przepraszał za formę ich wyrażenia – mówi Magdalena Wosińska.

Lokalne galerie zrewolucjonizują handel w małych miastach. Rynki regionalne szczególnie atrakcyjne dla inwestorów

Lokalne galerie zrewolucjonizują handel w małych miastach. Rynki regionalne szczególnie atrakcyjne dla inwestorów 11
Miejscowości poniżej 100 tys. mieszkańców to białe plamy na mapie handlowej Polski. Niewielka konkurencja, niższe koszty pracy oraz poziom nasycenia powierzchnią handlową powodują jednak, że lokalne rynki są bardzo atrakcyjne dla inwestorów. Z tego potencjału chce skorzystać Grupa Real2B oraz fundusz Retail Parks Fund FIZ AN, które wybudują sieć regionalnych hybrydowych centrów handlowych w małych miejscowościach. Dwa pierwsze zostaną otwarte pod koniec listopada.

Perspektywy rozwoju powierzchni komercyjnych w Polsce, która jest jednym z liderów Europy Środkowo-Wschodniej, są bardzo pozytywne ze względu na niskie oprocentowanie. Rentowność projektów komercyjnych w tym regionie jest średnio o 2 punkty procentowe wyższa niż w Europie Zachodniej, dlatego cały czas ten rynek jest bardzo lukratywny dla inwestorów zagranicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Fijałkowski, prezes zarządu Real2B Development oraz współtwórca funduszu Retail Parks Fund FIZ AN.

Jednym z najważniejszych trendów na polskim rynku nieruchomości komercyjnych jest rosnąca liczba obiektów zlokalizowanych w mniejszych miastach, poniżej 100 tys. mieszkańców. Jak wynika z ostatniego raportu firmy badawczej Cushman & Wakefield, w trakcie budowy jest obecnie około 690 tys. mkw powierzchni handlowych z planowanymi datami komercjalizacji do końca 2017 roku, z czego 40 proc. jest zlokalizowane właśnie w małych miastach.

Na potencjał tego rynku wpływają korzystne wskaźniki ekonomiczne i wysoki indeks siły nabywczej w handlu detalicznym w małych miastach. Wynosi on 105,5 i jest wyższy niż średnia krajowa, która jest na poziomie 100. Dodatkowo niski poziom nasycenia powierzchni handlowej w małych miastach (mniej niż 250 mkw. na 1 tys. mieszkańców), niewielka konkurencja, niższe koszty i krótszy czas realizacji inwestycji składają się na to, że rynek komercyjny w mniejszych miastach jest dla inwestorów szczególnie atrakcyjny.

Niezagospodarowaną niszę, jaką jest rynek powierzchni komercyjnych w miejscowościach od 20–100 tys. mieszkańców, chce wypełnić Grupa Real2B, która wybuduje sieć kilkudziesięciu regionalnych hybrydowych centrów handlowych pod nazwą Quick Park. Pierwsze takie obiekty, w Strzegomiu i Mysłowicach, zostaną zgodnie z planem oddane pod koniec listopada.

W miejscowościach, w których inwestujemy, nie ma żadnej galerii ani centrum handlowego, żadnego kina czy nawet McDonalds’a, a średnia podaż nowoczesnej powierzchni handlowej na tysiąc mieszkańców wynosi około 200 mkw. Po wybudowaniu naszej galerii handlowej z zestawem najemców, ten poziom nasycenia wzrośnie do poziomu ok. 600 mkw. i będzie równy średniej krajowej. Wypełniamy lukę rynkową, dopełniamy podaż nowoczesnej powierzchni handlowej w regionie do średniej krajowej i zbliżamy nowoczesny handel dla naszych ostatecznych użytkowników – mówi Jarosław Fijałkowski.

Quick Park Strzegom o powierzchni 2 tys. mkw. będzie pierwszym parkiem handlowym w mieście. Natomiast Quick Park Mysłowice to pierwsze nowoczesne centrum handlowe o powierzchni handlowej blisko 16 tys. mkw., z kompleksową ofertą handlowo-usługową. W przygotowaniach i realizacji są także obiekty w Sulechowie, Olkuszu, Pułtusku, Kępnie, Turku, Oławie i w podwarszawskim Konstancinie-Jeziornie. Jarosław Fijałkowski podkreśla, że plany inwestycyjne Grupy Real2B są zbieżne z potencjałem i trendami na rynku nieruchomości komercyjnych w mniejszych miastach, a koncepcja regionalnych hybrydowych centów handlowych jest unikalna w polskiej skali.

Najważniejsza dla klienta centrum handlowego są dostępność i czas. Dlatego zaprojektowaliśmy nasze obiekty w formie hybrydowej. Składają się z części retail parkowej, do której klienci mają dostęp bezpośrednio z parkingu, z galerii oraz części rozrywkowej i gastronomicznej. Staraliśmy się w ten sposób zaoferować kompleksową ofertę – mówi Jarosław Fijałkowski.

Finansowanie inwestycji zostało pozyskane w ramach emisji certyfikatów inwestycyjnych funduszu Retail Parks Fund FIZ AN przy udziale banków. To pierwszy w Polsce fundusz zamknięty stworzony z myślą o odbiorcach prywatnych i instytucjonalnych, który inwestuje w działania deweloperskie i format parków handlowych.

– Fundusz został stworzony do realizacji portfolio hybrydowych centrów handlowych w małych miejscowościach. Dystrybucja funduszu została zorganizowana dla polskich przedsiębiorców i inwestorów, których ryzyko jest rozłożone na 20–50 inwestycji realizowanych w ciągu kolejnych 5 lat. W każdym naszym centrum jest około 50 lokali, które są okupowane przez polskie i międzynarodowe sieci typu Reserved, CCC, Smyk, Empik i OH Kino, dlatego ryzyko inwestorów jest zdywersyfikowane na tak dużą rzeszę płatników – podkreśla Jarosław Fijałkowski.

Jarosław Fijałkowski zaznacza, że założeniem funduszu jest oferowanie atrakcyjnej stopy zwrotu przy ryzyku na poziomie umiarkowanym. Model finansowania zakłada bowiem, że kapitał funduszu zostanie zaangażowany na poziomie 25–30 proc., resztę środków będą stanowić natomiast kredyty bankowe. Grupa współpracuje wyłącznie z najemcami z ratingiem na poziomie AAA, co przekłada się na obniżenie ryzyka inwestycji.

Inwestorzy indywidualni i firmy mogą wziąć udział w projekcie poprzez zakup emitowanych co miesiąc certyfikatów inwestycyjnych funduszu. Przewidywana roczna stopa zwrotu z inwestycji wynosi co najmniej 13 proc. netto. Pierwsza emisja certyfikatów została uruchomiona we wrześniu 2014 roku i od tego czasu ich wartość wzrosła o 31,15 proc. (na koniec października br.). W 2017 roku fundusz zamierza podwoić obecną wartość aktywów, pozyskując co najmniej 200 mln zł.

Zbliża się szczyt sezonu dla firm kurierskich. W okresie przedświątecznym notują one nawet 50-proc. wzrost zamówień

Zbliża się szczyt sezonu dla firm kurierskich. W okresie przedświątecznym notują one nawet 50-proc. wzrost zamówień 12
Z roku na rok Polacy coraz więcej zakupów przedświątecznych robią w sklepach internetowych. Dlatego grudzień to gorący okres dla firm kurierskich. Ruch paczkowy rośnie wówczas o 30 proc., a tuż przed samymi świętami nawet o 50 proc. – podkreśla dyrektor DHL Parcel Polska. Przygotowania do świąt trwają w firmach kurierskich już od połowy roku. Dzięki dodatkowo zatrudnianym pracownikom i przygotowaniu infrastruktury technicznej są one w stanie dostarczyć na czas prezenty zamawiane nawet w ostatnich dniach przed świętami.

 W okresie przedświątecznym obserwujemy wzrost o 30 proc., w dniach przedświątecznych nawet o 50 proc. rośnie wolumen zamówień od klientów. Jest to przede wszystkim generowane przez klientów e-commerce. Łącznie ruch przedświąteczny stanowi 10 proc. rocznego wolumenu, jednak z punktu widzenia operacyjnego ważne są ostatnie dwa tygodnie, kiedy gotowość operacyjna jest dla nas najważniejsza – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Świerszcz, dyrektor operacyjny DHL Parcel Polska.

Z badania firmy Deloitte wynika, że 37 proc. budżetów prezentowych trafi do sklepów internetowych. Polacy pod tym względem znajdują się w europejskiej czołówce. Wyprzedzają nas tylko Niemcy – z odsetkiem 48 proc.

– Już od połowy roku przygotowujemy się do szczytu przedświątecznego, wówczas powstają grupy robocze złożone z naszych ekspertów operacyjnych, przygotowywane są plany zatrudnienia personelu i kurierów. Przygotowujemy też naszą infrastrukturę techniczną, żeby każdy otrzymał swój prezent pod choinkę – podkreśla Agnieszka Świerszcz.

Mimo że sklepy zachęcają do świątecznych zakupów już od początku listopada, to i tak większość klientów zostawia je na ostatni moment. Ponad 70 proc. prezentów kupowanych jest w grudniu.

– Okres przedświąteczny to duże wyzwanie dla firmy kurierskiej, która musi się przygotować do większej obsługi przesyłek z rynku e-commerce. Największym jest przygotowanie naszej infrastruktury operacyjnej, a także odpowiednia liczba pracowników i kurierów. Ważne też są systemy informatyczne wspierające nasze procesy. To duże wyzwanie także w kontekście last mile, czyli ostatniego punktu kontaktu firmy kurierskiej z odbiorcą – przyznaje Świerszcz.

Z badania Infas dla Trusted Shops, firmy wydającej e-sklepom certyfikaty jakości, ponad 30 proc. Polaków korzystających z zakupów w sieci nie ma uwag do sklepów. Istotną przyczyną niezadowolenia klientów są opóźnienia w przekazaniu towarów (37 proc.). Opinia o firmie kurierskiej często decyduje o powtórnych zakupach, dlatego firmy uelastyczniają ofertę, dopasowując się do potrzeb klientów.

 Zachęcamy, zwłaszcza podczas szczytu paczkowego, do skorzystania nie tylko z konwencjonalnych metod doręczenia za pomocą kuriera, lecz także z naszych parcel shopów. Nasza sieć liczy już ponad 1,5 tys. takich punktów w całym kraju. Można skorzystać z przekierowania paczki na inny adres, jeśli nie mamy pewności, że będziemy w domu – wskazuje dyrektor DHL Parcel Polska.

Firmy kurierskie nie zaniedbują spóźnialskich. Większe zatrudnienie i przygotowane grupy pozwalają na dostarczenie prezentów także w ostatnim momencie. Mimo to radzą, by o zakupy zadbać odpowiednio wcześniej, najlepiej na początku grudnia, nie tylko ze względu na większy asortyment sklepów. Wcześniejsze zamówienia uniezależniają nas od warunków atmosferycznych.

 Zimą zdarza się, że nawet najlepiej przygotowana firma kurierska nie jest w stanie dojechać do niektórych regionów w kraju, kiedy są bardzo duże opady śniegu – mówi Świerszcz.

Bezrobocie wśród absolwentów szkół wyższych wynosi 13 proc. Humaniści wciąż poszukiwani na rynku pracy

Bezrobocie wśród absolwentów szkół wyższych wynosi 13 proc. Humaniści wciąż poszukiwani na rynku pracy 13
Studia humanistyczne choć wciąż są popularne, to przyciągają znacznie mniej młodych osób niż jeszcze kilka lat temu. Jedną z przyczyn są trudności z odnalezieniem się na rynku pracy, większe niż w przypadku absolwentów studiów technicznych. Studentów przyciągnąć mogą nowoczesne programy nauczania, szerszy kontakt z pracodawcami przy wprowadzaniu nowych kierunków i praktyki w przedsiębiorstwach. Humaniści są potrzebni na rynku pracy – przekonuje prof. Antoni Różalski, rektor Uniwersytetu Łódzkiego.

– Na rynku pracy humaniści odnajdują się różnie. Wszystko zależy od ukończonego kierunku studiów, ale też od dodatkowego wykształcenia, znajomości technik informatycznych i języków obcych, z czego jednego co najmniej w stopniu biegłym, a drugiego przynajmniej w stopniu zadowalającym. Można jednak powiedzieć, że istnieją pewne trudności w znalezieniu pracy przez humanistów, co nie wynika tylko z ich winy – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Antoni Różalski, rektor Uniwersytetu Łódzkiego.

Z raportu Instytutu Badań Edukacyjnych wynika, że stopa bezrobocia wśród absolwentów w Polsce nie przekracza 13 proc. Sytuacja jest więc lepsza niż w Unii Europejskiej, dużo zależy jednak od wykształcenia. Lepiej na rynku pracy odnajdują się osoby z wykształceniem technicznym i informatycznym, na brak pracy nie mogą też narzekać ekonomiści. Inaczej wygląda sytuacja wśród humanistów. Absolwenci filologii, socjologii czy politologii najczęściej znajdują zatrudnienie w firmach niezwiązanych bezpośrednio z ich wykształceniem.

– Jeszcze po wojnie kierunki humanistyczne cieszyły się wielkim zainteresowaniem, którego spadek odnotowano w latach 70. i w połowie lat 80. W okresie następującym sytuacja się ustabilizowała. Problem ten nie dotyczy wyłącznie Polski, jego zasięg jest zdecydowanie szerszy. Za sztandarowy przykład mogą posłużyć Stany Zjednoczone. Z raportu American Academy of Arts & Sciences tylko 6 proc. osób uzyskuje bachelor degree w obszarze nauk humanistycznych w stosunku do wszystkich otrzymanych dyplomów. To trzykrotnie mniej niż pod koniec lat 60. – podkreśla prof. Różalski.

Na niektóre studia humanistyczne jeszcze kilka lat temu o jedno miejsce rywalizowało kilkanaście osób. Obecnie część uczelni prowadzi dodatkowy nabór ze względu na zbyt niską liczbę chętnych. W tym roku, jak wynika z danych MNiSW, ponownie najpopularniejszym kierunkiem studiów była informatyka (ponad 35 tys. osób). Na kolejnych miejscach znalazły się zarządzanie, prawo i psychologia (odpowiednio blisko 22 tys., 19,7 tys. i 19,4 tys. osób). Jak jednak przekonuje rektor Uniwersytetu Łódzkiego, humaniści są wciąż potrzebni.

 Nie wystarczy wyprodukować coś, co jest doskonałe technicznie, produktowi należy jeszcze wykreować filozofię i nadać „duszę”, bo inaczej trudno będzie go sprzedać. Humaniści są w tym niezastąpieni. Co więcej, istnieje również konieczność analizy coraz większej liczby danych potrzebnych do podejmowania długofalowych strategicznych decyzji. Ważną rolę odgrywają tu informatycy, jednak nie ulega wątpliwości, że absolwenci socjologii są bardzo przydatni w percepcji tych danych i ich analizie, szukaniu przyczyn, łączeniu skutków – przekonuje Rektor Różalski.

Humaniści mogą znaleźć pracę w szeroko rozumianym marketingu, dziennikarstwie czy szkolnictwie. Coraz częściej są również tworzone nowe humanistyczne kierunki we współpracy z firmami, jak m.in. lingwistyka dla biznesu. Kierunek dostępny na Uniwersytecie Łódzkim od kilku lat cieszy się dużym zainteresowaniem (w tym roku na jedno miejsce przypadało blisko 5,6 kandydatów).

– Nie chodzi wyłącznie o nauczenie języków obcych, lecz także o przygotowanie absolwentów do reprezentowania firmy, odbioru informacji i ich analizy. Lingwistyka dla biznesu właśnie temu służy. Kierunek ten został bardzo dobrze przyjęty przez pracodawców, którzy bardzo szybko zwrócili się do nas z prośbą o zwiększenie limitu przyjęć – tłumaczy rektor Uniwersytetu Łódzkiego.

Zdaniem prof. Różalskiego uczelnie mogą przyciągnąć młodych ludzi na studia humanistyczne, jednak pod pewnymi warunkami. Należy w sposób przystępny i klarowny przedstawiać maturzystom, co mogą osiągnąć po zakończeniu studiów. Istotny jest kontakt między uczelnią a biznesem, a także tworzenie kierunków, na które jest zapotrzebowanie na rynku pracy. Studia humanistyczne powinny również odpowiadać na potrzeby współczesnego studenta, co oznacza m.in. odpowiednio wyposażone sale i biblioteki, gdzie digitalizacja pozwala na udostępnienie nawet starych materiałów.

– Istotnym elementem, który powinien zachęcać humanistów, są praktyki w takich przedsiębiorstwach czy instytucjach, które traktują studentów w sposób partnerski. Z merytorycznych staży korzystają zarówno praktykanci, jak i organizacje – podkreśla prof. Antoni Różalski.

Podczas konferencji programowej dotyczącej humanistyki wicepremier i minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin podkreślał, że na współczesnym rynku pracy potrzebne są osoby, które dysponują szerokimi kompetencjami ogólnymi i rozumieją kontekst kulturowy. Ucieczka od humanistyki i dbania o dziedzictwo narodowe to ucieczka donikąd – dodał.

Lata 2025–2030 mogą być trudne dla systemu emerytalnego. Fundusz Rezerwy Demograficznej może nie wystarczyć

Lata 2025–2030 mogą być trudne dla systemu emerytalnego. Fundusz Rezerwy Demograficznej może nie wystarczyć 14
W 2060 roku na jednego emeryta będzie przypadać tylko dwóch pracujących. Zabezpieczyć emerytury po 2020 roku miał Fundusz Rezerwy Demograficznej. Choć wpływy do Funduszu są wyższe niż wydatki, to środki w nim zgromadzone nie wystarczą – przekonuje Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan. Podkreśla, że aby system emerytalny był zrównoważony, trzeba bezwzględnie podnosić wiek emerytalny w miarę wydłużania się życia.

– Fundusz Rezerwy Demograficznej pełni rolę funduszu rezerwowego dla funduszu emerytalnego. Stworzono go w celu łagodzenia skutków starzenia się naszego społeczeństwa oraz wzmocnienia stabilności finansowej systemu emerytalnego – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Wietrzyński z Departamentu Finansów i Funduszy w Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Fundusz Rezerwy Demograficznej powstał w 2002 roku. Pieniądze w nim zgromadzone (odpis od składki emerytalnej i wpływy z prywatyzacji) mają stanowić zabezpieczenie emerytalne i być wykorzystane wtedy, gdy więcej osób będzie pobierać świadczenie, a mniej płacić składki emerytalne. Obecnie Funduszem zarządza ZUS.

– Zadaniem Funduszu jest inwestowanie powierzonych środków przy zachowaniu maksimum bezpieczeństwa oraz rentowności zarządzanych aktywów – zaznacza Wietrzyński.

Fundusz inwestuje przede wszystkim w obligacje Skarbu Państwa – w 2015 roku średnioroczny udział skarbowych papierów wartościowych w całości posiadanego portfela wyniósł 82,37 proc., natomiast łączna wartość aktywów na koniec ubiegłego roku to 19,44 mld zł.

Wypracowana stopa zwrotu funduszu w okresie od 2011 do 2015 roku pozwoliła na zajęcie miejsca w pierwszej trójce pośród funduszy o podobnym profilu inwestycyjnym – krajowych funduszy stabilnego wzrostu.

 Środki FRD mogą być wykorzystane wyłącznie na uzupełnienie niedoboru funduszu emerytalnego wynikającego z przyczyn demograficznych, przekazanie środków otrzymanych w ramach reformy OFE wraz pożytkami od tychże aktywów oraz nieoprocentowaną pożyczkę do funduszu emerytalnego stanowiącą podstawę wypłaty świadczeń – podkreśla ekspert ZUS.

Według ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych pieniędzy z FRD nie można było wykorzystać przed 2009 rokiem. Po tym okresie, choć z założenia środki miały być wykorzystane dopiero przy niekorzystnej sytuacji demograficznej, zgromadzone pieniądze były już kilkukrotnie wykorzystywane w celu zasilenia funduszu emerytalnego.

– Dotychczas środki z Funduszu uruchamiano pięciokrotnie w celu pokrycia niedoboru funduszu emerytalnego. W latach 2010–2014 do funduszu emerytalnego przekazano łącznie 19,4 mld zł. Jednocześnie w okresie od 2002 do I połowy 2016 roku do funduszu trafiło 35,3 mld zł – 15,1 mld zł z tytułu składki oraz 20,2 mld z tytułu prywatyzacji mienia Skarbu Państwa. Wpływy do funduszu są więc wyższe o prawie 16 mld zł niż wydatki – analizuje Michał Wietrzyński.

Obecnie na jednego emeryta przypada pięć osób w wieku produkcyjnym. W 2060 roku ich liczba może spaść do dwóch. Fundusz Rezerwy Demograficznej miał być gwarantem bezpieczeństwa właśnie na trudne demograficznie czasy. Zwłaszcza że już do 2020 roku wedle optymistycznych założeń miało być na nim zgromadzonych 200 mld zł. Obecnie jest ich jednak niemal 10-krotnie mniej.

– Fundusz Rezerwy Demograficznej jest potrzebny dla złagodzenia braku środków, kiedy osoby z wyżu demograficznego przechodzą na emeryturę, a jest niż demograficzny wśród pracujących. W Polsce powojenny wyż był bardzo liczny. Osoby urodzone w tych latach w dużej części są już na emeryturze, ale jeszcze ostatnie roczniki będą zwiększały liczbę osób pobierających świadczenia. Drugi wyż demograficzny z początku lat 80. nie był już tak liczny jak powojenny, dlatego w latach 2025–2030 będzie trudna sytuacja: stosunkowo mała liczba osób pracujących i duża liczba emerytów – tłumaczy Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan.

Obecnie wedle zapowiedzi rządu do FRD ma trafić 25 proc. środków zgromadzonych w OFE (ok. 35 mld zł). Zdaniem Mordasewicza to jednak wciąż kropla w morzu potrzeb, a sam fundusz może być traktowany jedynie jako chwilowe odciążenie budżetu wypłatą emerytur.

– Sytuacja demograficzna się pogarsza, żyjemy coraz dłużej, rodzi się coraz mniej dzieci. W związku z tym osób pracujących przypadających na jednego emeryta będzie coraz mniej. To już nie jest związane ze zmianami krótkookresowymi, to stała tendencja – przekonuje ekspert Konfederacji Lewiatan.

W ostatnich dniach parlament przyjął prezydencki projekt obniżenia wieku emerytalnego, do 60 roku życia dla kobiet i 65 roku dla mężczyzn. Eksperci podkreślają, że to odwrotna tendencja niż w innych krajach. W Polsce co 5 lat czas trwania życia wydłuża się średnio o rok. Obniżenie wieku emerytalnego przy coraz dłuższym życiu znacząco zwiększy liczbę emerytów. W efekcie świadczenia emerytalne mogą być niższe, zaś opodatkowanie pracujących wyższe.

 Jeżeli chcemy, aby system emerytalny był zrównoważony, to bezwzględnie musimy podnosić wiek emerytalny w miarę wydłużania się życia. Fundusz Rezerwy Demograficznej przed tym niebezpieczeństwem nas nie ochroni. Kluczową kwestią jest odpowiednio wysoki wiek emerytalny – przestrzega Jeremi Mordasewicz.

Polskie firmy nieprzygotowane na cyberataki. Od 2018 r. zmiany wymusi restrykcyjne unijne prawo

Polskie firmy nieprzygotowane na cyberataki. Od 2018 r. zmiany wymusi restrykcyjne unijne prawo 15
Połowa dużych firm zamierza w ciągu dwóch lat zwiększyć wydatki na bezpieczeństwo systemów informatycznych i ochronę danych. To o tyle istotne, że 40 proc. z nich nie ma nawet scenariusza awaryjnego na wypadek cyberataku. Restrykcyjne wymogi nałożą na firmy i przedsiębiorców unijne przepisy, które wejdą w życie w 2018 roku. Eksperci podkreślają, że kluczem do cyberbezpieczeństwa jest jednak wymiana informacji oraz współpraca biznesu z administracją publiczną.

Zarządy wielu firm nie do końca są świadome tego, że cyberbezpieczeństwo kosztuje. To około 10–20 proc. wydatków na IT, które są jednymi z większych kosztów ponoszonych przez organizacje, zwłaszcza bazujące na technologii. Koszty związane z cyberbezpieczeństwem pozornie się nie zwracają, nie generują przychodów, ale bez nich nie da się zapewnić należytej ochrony, w efekcie cierpią na tym dane klientów i firma, która nie ma odpowiednich zabezpieczeń – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Józefiak, dyrektor zespołu ds. bezpieczeństwa cyfrowego Accenture Polska.

Jak wynika z badania, które w październiku przeprowadził Ipsos na zlecenie Intela, 50 proc. dużych firm w Polsce planuje zwiększyć inwestycje w obszar bezpieczeństwa informatycznego w ciągu najbliższych dwóch lat. Zdaniem menadżerów IT zagrożenia związane z cyberatakami i wyciekami danych sprawiają, że zwiększanie wydatków i wdrażanie efektywnych technologii zabezpieczających staje się koniecznością.

Z danych firmy Intel wynika również, że polskie przedsiębiorstwa nie są przygotowane na cyberataki. Aż 40 proc. dużych firm nie ma scenariusza awaryjnego na wypadek takiego zagrożenia, a 62 proc. wykorzystuje hasło jako jedyną metodę uwierzytelniania. Z drugiej strony w 27 proc. przedsiębiorstw doszło w ostatnim czasie do incydentów takich jak dostęp nieuprawnionych osób do danych firmowych, atak złośliwego oprogramowania albo wyciek danych.

Do niedawna wymogi cyberbezpieczeństwa były traktowane z przymrużeniem oka. To się zmieni, ponieważ Unia Europejska i Polska podejmują konkretne działania, żeby zwiększyć poziom bezpieczeństwa informatycznego i podnieść odporność na cyberzagrożenia. Duże zmiany na tym polu przyniesie rozporządzenie UE dot. ochrony danych osobowych (General Data Protection Regulation EU 2016/679) oraz dyrektywa dot. bezpieczeństwa sieci i informacji (Network and Infrastructure Security), która również wymusza posiadanie odpowiednich funkcji cyberbezpieczeństwa – wskazuje Artur Józefiak.

Dyrektywa GDPR (ang. General Data Protection Regulation) to przyjęte w tym roku unijne prawo, które nakłada duże wymogi na wszystkie podmioty, które zbierają i przetwarzają dane osobowe. Zgodnie z nowelizacją firmy i przedsiębiorcy będą musieli m.in. zadbać o ochronę danych osobowych już na etapie projektowania systemów informatycznych, uzyskiwać zgodę klienta na przetwarzanie jego danych oraz w ciągu 72 godzin zgłaszać incydenty wycieku albo nieautoryzowanego dostępu do danych osobowych. Za naruszenie przepisów będą grozić im wysokie kary finansowe, sięgające nawet 4 proc. rocznych obrotów przedsiębiorstwa.

Dyrektor zespołu ds. bezpieczeństwa cyfrowego w Accenture Polska podkreśla, że na dostosowanie się do nowych, unijnych wymogów polskie firmy mają niewiele ponad rok (dyrektywa GDPR wejdzie w życie w maju 2018 roku). Wiele przedsiębiorstw nie zdaje sobie jednak sprawy z konsekwencji nowych przepisów, a w przyszłorocznych budżetach nie ma zarezerwowanych wystarczających środków finansowych na wydatki związane z dostosowaniem procesów i systemów IT do regulacji.

Firmy, które chcą zwiększyć poziom bezpieczeństwa, muszą wykonać trzy kroki. Pierwszy z nich to wdrożenie działań prewencyjnych i przygotowawczych, które podnoszą odporność na zagrożenia. Można to porównać do utrzymywania wysokiej formy fizycznej, co przekłada się na odporność organizmu na wirusy. Podobnie budowanie zabezpieczeń i usuwanie luk bezpieczeństwa to klucz do odporności na cyberzagrożenia  – wskazuje Artur Józefiak.

Po drugie, przedsiębiorstwa powinny być zdolne do wykrywania cyberataków i na bieżąco aktualizować swój poziom zabezpieczeń. Trzeci krok do cyberbezpieczeństwa to zdolność reagowania na ataki, zarówno we współpracy z organami ścigania, jak i od strony wizerunkowej.

Nie możemy się łudzić, że firmy będą odporne na ataki. Obecnie nikt już nie ma wątpliwości, że przełamanie linii obrony jest kwestią czasu, więc musimy wiedzieć, jak na to reagować. To obejmuje zarówno działania po stronie informatyki, jak i reakcję PR-ową, komunikacyjną czy zdolność do współpracy z organami ścigania i różnego rodzaju służbami – wyjaśnia Artur Józefiak.

Zdaniem dyrektora ds. bezpieczeństwa cyfrowego w Accenture Polska kluczem do cyberbezpieczeństwa jest współpraca i wymiana informacji, zarówno pomiędzy firmami z sektora IT, jak i pomiędzy administracją państwową a biznesem. Doświadczenia innych krajów takich jak Wielka Brytania, Estonia i Izrael pokazują, że administracja publiczna odgrywa kluczową rolę w walce z cyberprzestępczością. Dlatego wypracowanie odpowiednich działań, przepisów i koordynacja działań z zakresu cyberbezpieczeństwa leży po stronie organów państwowych.

Współpraca i wymiana informacji w zakresie cyberbezpieczeństwa jest kluczem do tego, aby zapewnić wszystkim odporność na zagrożenia. Jeżeli zaatakowany zostanie jeden podmiot, to wszyscy mogą wypracować wspólną reakcję, a także rozpowszechnić sposób wykrywania i reagowania na atak. Ponadto, trzeba być zdolnym do zlikwidowania źródła ataku. Firmy i przedsiębiorstwa nie mają takich możliwości, stąd współpraca z administracją publiczną i z organami ścigania jest kluczowa dla cyberbezpieczeństwa – podkreśla Artur Józefiak.

Pod koniec września br. minister cyfryzacji Anna Streżyńska informowała, że w ciągu najbliższych czterech lat wydatki resortu i podległych mu organów związane z cyberbezpieczeństwem wyniosą około 50 mln zł. To konieczne, dlatego że cyberprzestępcy nieustannie podejmują działania wymierzone w kluczowe polskie instytucje.

Symboliczna korekta z nadzieją na rajd

Mariusz Skwaroń, Wiceprezes Zarządu AgioFunds TFI S.A.
Mariusz Skwaroń, Wiceprezes Zarządu AgioFunds TFI S.A.

Niewielkie listopadowe spadki warszawskich indeksów sugerują, że inwestorzy nie są skłonni do pozbywania się akcji. To zaś może oznaczać perspektywę zwyżki w najbliższych tygodniach, tym bardziej, że grudzień po przetrawieniu wyniku włoskiego referendum, może przynieść szybkie odreagowanie i następnie uspokojenie nastrojów na światowych rynkach.

Po ponad 6 proc. październikowej zwyżce, indeks naszych największych spółek w listopadzie poddał się niewielkiej, niespełna 1 proc. korekcie i utrzymał się w okolicach górnego ograniczenia trwającej od sześciu miesięcy konsolidacji. Nastroje w tym segmencie wciąż charakteryzują się sporymi wahaniami, o czym świadczy przekraczająca 100 punktów zmienność indeksu. Mimo dużej nerwowości, będącej efektem wielu ważnych wydarzeń na świecie i wciąż sporej niepewności na arenie krajowej, podaż nie zdołała rozwinąć skrzydeł. Nie tylko nie było mowy o testowaniu czerwcowego dołka, ale od tąpnięcia po brytyjskim referendum, mamy do czynienia z łagodnie nachylonym kanałem wzrostowym. WIG20 w ostatnich tygodniach próbował sforsować jego górną, wciąż wznoszącą się linię. Na razie bez powodzenia, ale byki w żadnym razie nie stoją na straconej pozycji, a sytuacja techniczna przemawia na ich korzyść. Trzeci kwartał przyniósł zaś także potwierdzenie sygnału poprawy fundamentów, w postaci wzrostu zysków części dużych spółek. Trwająca od kilku lat spadkowa tendencja w tym zakresie zdaje się dobiegać końca. Po tym, jak w pierwszym kwartale suma zysków spółek wchodzących w skład WIG20 osiągnęła długookresowe minimum, dwa kolejne kwartały charakteryzowały się już jej wzrostem. Warto zwrócić uwagę, że działo się to na przekór rozczarowującej i pogarszającej się dynamice PKB.

Osłabienie krajowej koniunktury nie wpłynęło też negatywnie na wyniki małych i średnich firm. Po trzech kwartałach suma zysków spółek wchodzących w skład mWIG40 i sWIG80 była wyższa niż przed rokiem o 10-12 proc. Indeks średniaków, po kilkumiesięcznej łagodnej korekcie, w drugiej połowie roku kontynuuje wzrostową tendencję, docierając do poziomu najwyższego od jesieni 2007 r. Lekkie kłopoty widoczne są jedynie w przypadku wskaźnika najmniejszych firm. Przekraczający 2,5 proc. listopadowy spadek, przy jednoczesnym wzroście zysków, spowodował jednak wyraźną poprawę atrakcyjności ich wycen. Także w przypadku mWIG40 wskaźnik  ceny do zysku na akcję jest zdecydowanie bardziej atrakcyjny niż wiosną tego roku, sugerując potencjał wzrostu kursów akcji, który może się szybko zrealizować w sprzyjających okolicznościach.

Względna siła warszawskiej giełdy widoczna była w listopadzie z dwóch perspektyw. Porównanie spadku WIG20 o 0,9 proc. z ponad 4 proc. zniżką MSCI Emerging Markets nie pozostawia wątpliwości, że nasz indeks przystąpił do odrabiania strat, jakie ponosił względem swego „benchmarku” w poprzednich miesiącach. Kontynuacja tej tendencji będzie jednak zależeć z jednej strony od rozwoju sytuacji na rynkach surowcowych, z drugiej zaś od nastawienia inwestorów do sektora finansowego i energetyki. W przypadku tych dwóch ostatnich można zakładać, że większość negatywnych czynników została już uwzględniona w cenach akcji. Mimo to, WIG Energetyka wciąż znajduje się w pobliżu historycznie najniższych poziomów, a WIG Banki nadal nie może przełamać spadkowej tendencji. Taka sytuacja nie może trwać w nieskończoność i możne się spodziewać stopniowej poprawy. W przypadku spółek energetycznych już widoczne były próby dynamicznego odreagowania, świadczące o tym, że inwestorzy zaczynają dostrzegać w nich potencjał wzrostowy. Drugim punktem odniesienia dla naszego rynku akcji jest sytuacja złotego oraz obligacji skarbowych. Zarówno polska waluta, jak i dług, znalazły się pod presją głównie czynników globalnych, odczuwając także piętno przynależności do emerging markets, nie w pełni zasłużenie z punktu widzenia kondycji gospodarki. Istniejące wewnętrzne zagrożenia i czynniki ryzyka, z pewnością nie uzasadniają skali przeceny, widocznej w obu przypadkach.

Dalszy rozwój sytuacji na rynkach finansowych zależeć będzie przede wszystkim od decyzji głównych banków centralnych świata oraz pierwszych posunięć Donalda Trumpa po rozpoczęciu urzędowania. Podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych zdaje się być już w pełni przez inwestorów zdyskontowana, jej ogłoszenie nie powinno więc doprowadzić do większych ruchów. W szczególności nie powinna ona wpłynąć negatywnie na sytuację na rynkach akcji. W przypadku dolara i obligacji, można nawet liczyć na korektę dotychczasowych tendencji, szczególnie w kontekście prawdopodobnego zasygnalizowania przez Fed ostrożnego podejścia do dalszych kroków w polityce pieniężnej. Nieco więcej niepewności wiąże się z działaniami i deklaracjami Europejskiego Banku Centralnego. O ile przedłużenie programu skupu obligacji jest przesądzone, to determinacja w stymulowaniu inflacji i wzrostu gospodarczego w strefie euro powinna stawać się coraz słabsza. Takie sygnały powinny sprzyjać wspólnej walucie, a tym samym neutralizować presję na umacnianie się dolara i łagodzić jej negatywne konsekwencje. Wynik referendum we Włoszech, którego skutkiem mogą być zawirowania polityczne w tym kraju, nie jest dla inwestorów zaskoczeniem, więc jeśli nie doprowadzi do poważniejszego kryzysu, nie powinien zbyt długo negatywnie oddziaływać na rynki finansowe. Początkowy wstrząs prawdopodobnie zakończy się podobnie, jak to miało miejsce w przypadku Brexitu, czy wyborów w Stanach Zjednoczonych, czyli szybkim odreagowaniem i powrotem lepszych nastrojów.

Mariusz Skwaroń
AgioFunds TFI S.A.

A. Arendarski, KIG: Zakaz pracy dla emerytów zwiększy „szarą strefę”?

Sytuacja na rynku pracy w Polsce jest nieciekawa. Wszyscy zdajemy sobie sprawę z niżu demograficznego, obywateli nie przybywa tylko ubywa – zarówno przez niskie wskaźniki rozrodczości, jak i emigrację do zamożniejszych krajów Europy Zachodniej. Obecnie rynek „ogałaca” się z pracowników, a perspektywy nie napawają optymizmem. W Polsce pojawiły się branże, które bez stałego dopływu pracowników zza wschodniej granicy – głównie z Ukrainy – przestałyby funkcjonować. Przykładem jest branża przetwórstwa rolno-spożywczego, handel detaliczny i wiele innych dziedzin, dlatego należy dbać o odpowiednią ilość pracowników na rynku. – Projekt obniżenia wieku emerytalnego pogłębi problem, ponieważ zabierze z rynku bardzo dużą liczbę pracowników – powiedział agencji eNewsroom.pl Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – Mimo zapewnień rządu, że szybsze przejście na emeryturę będzie dobrowolne, to wielu ludzi i tak skorzysta z tej okazji.  Mamy również do czynienia z kolejną propozycją – zakazu pracy dla osób pobierających emeryturę. Emeryci będą mieli obowiązek zawieszenia świadczenia w przypadku pójścia do pracy albo – chcąc zarabiać i pobierać emeryturę – przejdą do tzw. „szarej strefy”. Sądzę, że mało będzie osób, które zawieszą pobieranie świadczenia i pójdą do pracy. Towarzyszyć im będzie poczucie straty czegoś, co im się należy i co zostało przez nich wypracowane. W ten sposób kolejna część pracowników zniknie z rynku. Analizuję propozycje rządu i mam wrażenie, że powstały w różnych, odseparowanych od siebie centrach zarządzania – bez spojrzenia na długofalowe konsekwencje – ocenia Arendarski.

Dymisja premiera we Włoszech. Lepsza perspektywa dla Polski

Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

Referendum na temat zmian konstytucji we Włoszech zakończyło się fiaskiem. Zgodnie z zapowiedziami do dymisji ma podać się premier. Agenja S&P nie zmieniła ratingu Polski, ale poprawiła perspektywę ratingu.

Dymisja premiera we Włoszech

W weekend odbyło się we Włoszech referendum w sprawie większego pakietu zmian w konstytucji. Głosowaniu zamieniło się realnie w publiczne wotum zaufania dla rządu, gdyż premier obiecał złożyć dymisję gdyby zmiany te zostały odrzucone. Jak nietrudno się domyślić realne zmiany zeszły w debacie na drugi plan. Frekwencja w referendum wyniosła 65,5% co świadczy o dużym zainteresowaniu społeczeństwa tematem. 59% głosów zadecydowało o odrzuceniu zmian. W nocy na konferencji prasowej premier potwierdził, że złoży dymisję. Ma to się odbyć dzisiaj po południu. W rezultacie najprawdopodobniej mamy znowu powrót problemów z wyłonieniem rządu we Włoszech.

Jak zareagowały rynki?

Z tego powodu na rynkach zapanował niepokój. Pierwsza reakcja była dokładnie zgodna z oczekiwaniami. Niepokój we Włoszech spowodował słabość euro oraz walut z nim powiązanych. Zyskiwały z kolei najmocniej te waluty gdzie pieniądze z tych regionów uciekały. Dobrym przykładem była para EUR/CHF, która po ogłoszeniu wyników spadła z okolic 1,08 do 1,07. Również względem dolara widać było silny ruch z 1,067 do 1,051. W przypadku eurodolara był to najniższy poziom w tym roku i tylko pół centa poniżej minimów z 2015 roku. Również polski złoty miał w nocy kryzysowy moment. Frank otarł się o 4,20 zł, euro, ponieważ również traciło, nie zmieniło swojej wartości i utrzymało się poniżej 4,50 zł, dolar przekroczył 4,25 zł, a funt dotarł do 5,40 zł. Co ciekawe od rana pojawił się silny ruch korygujący? Z czego to wynikało? Wieczorem i w nocy kiedy poznaliśmy wyniki referendum królowały emocje, a na rynku było relatywnie mało inwestorów. W rezultacie na płytkich rynkach pojawiające się zlecenia mocno przesuwały cenę. Dzisiaj jak wrócili inwestorzy skorygowali dość szybko ceny. Nie zmienia to faktu, że możemy spodziewać się dzisiaj zwiększonej zmienności.

Perspektywa ratingu Polski się poprawia

W piątek agencja ratingowa S&P Global Ratings nie zmieniła co prawda ratingu Polski utrzymując poziom BBB+, ale poprawiła perspektywę z negatywnej na neutralną. Oznacza to, że co prawda kraj wciąż jest tak samo ryzykowny, ale nie spodziewają się pogorszenia sytuacji. Rynki zareagowały umocnieniem złotego, jednakże reakcja była tonowana przez nadchodzące referendum we Włoszech.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Prognozy dla rynku IT w 2017 roku

Firma SolarWinds, przedstawiła dziś swoje przewidywania dotyczące trendów branżowych w roku 2017.

Do sześciu głównych trendów firma SolarWinds zalicza:

  1. Odchodzenie od modelu SaaS na rzecz coraz popularniejszego FaaS
  2. Lepsze zrozumienie kontenerów
  3. Ponowny wzrost przestępstw związanych z naruszaniem bezpieczeństwa danych
  4. Dylematy związane z technologią blockchain
  5. Zmiana roli specjalistów IT
  6. Hybrydowe środowisko IT: już nie koncepcja lecz rzeczywistość
  1. Odchodzenie od modelu SaaS na rzecz coraz popularniejszego FaaS

Wiodący w branży dostawcy usług chmurowych wprowadzili nową metodę pracy w chmurze: funkcje jako usługa (Functions as a Service, FaaS). Ta nowa kategoria chmury obliczeniowej pozwala klientom opracowywać i uruchamiać funkcje aplikacji oraz zarządzać nimi. Nie muszą się przy tym martwić projektowaniem architektury i nadzorowaniem infrastruktury pomocniczej.

SolarWinds przewiduje, że w przyszłym roku bardziej wyspecjalizowane usługi, takie jak FaaS, będą zyskiwać na popularności ze względu na większą efektywność, która prowadzi do usprawnień dla użytkowników i korzystnych cen. Możliwość uruchomienia niemal każdej aplikacji bądź funkcji bez konieczności zarządzania infrastrukturą przez informatyków jest atrakcyjną perspektywą. Nowe usługi będą koncentrować się na dostarczaniu tych korzyści.

  1. Lepsze zrozumienie kontenerów

Kontenery udostępniane przez firmy Googleâ, Docker, CoreOS i Joyentâ wciąż będą ważnym tematem w obszarze przetwarzania w chmurze. W ubiegłym roku firmy z najważniejszych branż rozpoczęły szybkie wdrażanie kontenerów jako ciekawej, nowej możliwości wirtualizacji systemów, nie rozumiejąc jeszcze do końca podstawowych różnic między kontenerami a maszynami wirtualnymi.

Według firmy SolarWinds w 2017 roku działy IT będą lepiej rozumieć założenia technologii kontenerów oraz tego, w jaki sposób można realistycznie i właściwie wykorzystać ją do realizacji operacji IT przy jednoczesnym stosowaniu infrastruktury wirtualnej.

Rosnąca popularność kontenerów jako strategii działów IT w dziedzinie chmur obliczeniowych będzie wzmagać problemy związane z bezpieczeństwem, takie jak ryzyko zaatakowania wielu kontenerów przez wspólne jądro systemu operacyjnego, a także z efektywnym zarządzaniem — jak w przypadku zbyt wielu maszyn wirtualnych. Jednocześnie może doprowadzić do wzrostu zapotrzebowania na informatyków ze znajomością konkretnych języków programowania związanych z konteneryzacją.

  1. Ponowny wzrost przestępstw związanych z naruszaniem bezpieczeństwa danych

Ze względu na nasilenie obaw związanych z bezpieczeństwem danych SolarWinds przewiduje gwałtowny wzrost ilości i widoczności naruszeń bezpieczeństwa danych, szczególnie w przypadku dużych firm.

Jednocześnie ten wzrost ilości przestępstw związanych z naruszaniem bezpieczeństwa danych zmusi organizacje do rozważenia konsekwencji potencjalnej utraty danych oraz porównania ich z wydatkami wynikającymi z zatrudnienia specjalistów ds. bezpieczeństwa. W wielu przypadkach firmy w 2017 roku będą decydować się na podejmowanie kalkulowanego ryzyka dotyczącego tego, co mogą stracić, a nie tego, jakie koszty musiałyby ponieść, aby zapobiec utracie danych.

Korporacje oraz informatycy muszą być świadomi tego, że hakerzy będą coraz bardziej wykorzystywać automatyzację. Szybkość i łatwość, z jaką można złamać zabezpieczenia zautomatyzowanej infrastruktury sieciowej z całą pewnością zaskoczy i przyczyni się do częstszego naruszania bezpieczeństwa danych w 2017 roku.

  1. Dylematy związane z technologią blockchain

SolarWinds przewiduje, że w 2017 popularność kryptowalut opartych o blockchain wykroczy poza branżę finansową i będą temu towarzyszyć rozszerzone badania zarówno samej technologii, jak i jej funkcjonalności. Mimo tego pojawienie się nowych, efektywnych i łatwych do wdrożenia funkcji jest mało prawdopodobne. Rok 2017 będzie jednak pracowity dla firm, które zastanawiają się nad tym, jak technologia służąca do rejestrowania i przeprowadzania transakcji może pomóc im w rozwiązaniu problemów z zarządzeniem danymi.

  1. Zmiana roli specjalistów IT

Według SolarWinds w 2017 roku i w kolejnych latach wzrośnie znaczenie specjalistów IT, którzy mają całościowe spojrzenie na kwestię stosu aplikacji, znają wiele rozwiązań i mogą szybko podejmować świadome decyzje dotyczące nowych technologii.

Wprowadzenie nowych technologii opartych na sprzęcie przy jednoczesnym dalszym wdrażaniu kultury DevOps będzie wymagało od specjalistów IT skupienia się na rozwijaniu nowych umiejętności i zdobywaniu wiedzy w zakresie obsługi centrów danych nowej generacji i zarządzania nimi:

  • Wzrost znaczenia maszyn: Wdrażanie nowych technologii opartych na maszynach, takich jak boty czy sztuczna inteligencja, które mają zautomatyzować podstawowe procesy i funkcje wyszukiwania, będzie wymagało wprowadzenia nowych procesów zarządzania i monitorowania. W organizacjach, które zdecydują się korzystać z tych technologii, specjaliści IT będą musieli nie tylko wskazać administratora czy zespół odpowiedzialny za wdrożenie tej technologii oraz jej obsługę, ale też określić odpowiednie standardy monitorowania i protokoły zabezpieczeń do zastosowania.
  • DevOps: Kultura DevOps nie straci na popularności w 2017 roku. DevOps to kultura i podejście do opracowywania oprogramowania polegające na współpracy zespołów ds. rozwoju i operacji, które wymieniają się informacjami dotyczącymi funkcjonowania aplikacji w celu sprawniejszego tworzenia lepszych aplikacji. Należy się spodziewać, że kultura DevOps jeszcze bardziej przeniknie do środowiska opracowywania rozwiązań IT, ponieważ płyną z niej coraz bardziej doceniane korzyści związane z uproszczonym podejściem do rozwiązywania problemów czy zapewnianiem lepszych wrażeń użytkownikom końcowym.
  1. Hybrydowe środowisko IT: już nie koncepcja lecz rzeczywistość

Nie ma wątpliwości co do tego, że hybrydowe środowisko informatyczne już stało się nową rzeczywistością w większości organizacji, a w najbliższej przyszłości będzie wdrażane przez kolejne. Sama technologia też coraz bardziej zmierza w kierunku rozwiązań hybrydowych. Specjaliści IT muszą zacząć myśleć o zarządzaniu w kontekście środowiska hybrydowego. Ale jak to właściwie wygląda w praktyce?

W 2017 roku szefowie działów IT i biznesowych będą podejmować decyzje dotyczące konkretnych rozwiązań w związku z wdrażaniem hybrydowego środowiska informatycznego. Mogą na przykład zdecydować się na korzystanie z usługi Office 365â oraz programu Skypeâ dla firm przy jednoczesnej obsłudze lokalnej rozwiązania do zarządzania tożsamościami, takiego jak Active Directoryâ Federated Services. Jeśli chodzi o infrastrukturę VDI, platforma chmurowa okazała się być najlepszym rozwiązaniem, ponieważ zapewnia organizacjom wymaganą elastyczność w zakresie obsługi wielu pulpitów wirtualnych. Przenosząc to obciążenie do chmury, organizacja może zwolnić swoich specjalistów IT z obowiązków bezpośredniego zarządzania infrastrukturą, co pozwoli im skupić się na innych projektach

Brak reakcji na złotym po publikacji ratingu. Kolejny raz nowe maksima na parach złotowych

Bardzo dobra decyzja agencji S&P na temat ratingu bez wpływu na złotówkę. Polska waluta traci a to może nie być koniec. Ważna decyzja EBC przełoży się na krajową walutę. Wynik referendum we Włoszech może stanowić początek większych problemów.

Spadki na USD/PLN po wzrostach na EUR/USD.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 01.11-05.12.2016

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2970 3,9600 3,8520 4,7500
Maksimum 4,4930 4,1770 4,2575 5,3730

eur

Polska waluta w ostatnich dniach jest w defensywie. Mocny dolar amerykański na szerokim rynku skutecznie psuje sentyment do rynków wschodzących. Jeśli do tego dodamy presję związaną z oczekiwaniem decyzji co do ratingu Polski opublikowaną przez S&P w piątek, niestety musiało to przełożyć się na spore osłabienie złotówki. W efekcie niewiele brakowało a testowany by był poziom 4,50. Ku zaskoczeniu inwestorów rating dla Polski został utrzymany, a co jeszcze dziwniejsze perspektywa została zmieniona na stabilną. Były to bardzo dobre informacje ale niestety otoczenie zewnętrzne nie sprzyjało by można było mówić o odreagowaniu. Raczej zatrzymało to dalsze spadki. Otoczenie o którym mowa to referendum we Włoszech, wynik negatywny z pewnością kładzie spory cień na dalsze losy strefy euro. Takie nerwowe chwile z pewnością nie służą walutą rynków wschodzących. Trzeba dodać, że wynik tego referendum niczego nie przesądza i widać to po reakcji wspólnej waluty, która odrobiła wszystkie straty w wczorajszego wieczora. EUR/PLN w najbliższych dniach będzie podatny na kolejne turbulencje, decyzja RPP raczej nic nie wniesie, ale już EBC i jej spodziewany gołębi komunikat może znów spowodować rajd na dolarze. To przełoży się na dalsze wzrosty, a granica 4,50 pęknie bez przeszkód.chf

Bardzo nieciekawie wygląda sytuacja dla kredytobiorców frankowych. W piątek przebiliśmy granice 4,17, co jest najwyższym poziomem od czerwca. Dzisiaj mamy do czynienia z lekkim odreagowaniem na bazie ruchu wzrostowego na EUR/CHF. Niemniej jednak w najbliższych dniach możemy być świadkami sporego zamieszania we Włoszech co poskutkuje szukaniem bezpiecznych przystani przez inwestorów a tym samym wywinduje CHF/PLN jeszcze wyżej. Do tego mamy decyzję EBC w czwartek co do dalszej polityki monetarnej. Sporo jest dylematów związanych czy dalej luzować politykę pieniężną w obliczu rosnącej inflacji i cen ropy. Skutki decyzji na pewno wywołają reakcję na złotym. Gołębie nastawienie spowoduje wzrosty na dolarze i tym samym dalszą deprecjację złotego.usd

Na USD/PLN również dotarliśmy do dawno niewidzianych poziomów. Wszystko to było konsekwencją ruchu na EUR/USD gdzie momentami schodziliśmy poniżej 1,05. Na tej parze mamy jednak szansę na odreagowanie. Ku zaskoczeniu wszystkich po ogłoszeniu wyniku referendum euro zaczęło umacniać się do amerykańskiej waluty. Ruch ten ma spore szanse kontynuacji co poskutkuje spadkiem USD/PLN. Wtedy możliwy jest zjazd nawet w okolice 4,16. Pamiętajmy jednak, że sytuacja może się odwrócić po posiedzeniu EBC w czwartek.gbp

GBP/PLN od początku listopada znajduje się w trendzie wzrostowym. Ruch od poziomów 4,75 do 5,37 naprawdę jest imponujący. Sprzyja temu zarówno słabość polskiej waluty jak również oddalająca się perspektywa twardego Brexitu. Dzisiaj dodatkowo brytyjskiej walucie sprzyja odczyt PMI dla usług, który osiągnął poziom 55,2. Trudno powiedzieć co będzie dalej trzeba poczekać na kolejne informacje dotyczące wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. W krótkim terminie z pewnością jest jeszcze potencjał do wzrostów.

Krzysztof Pawlak- dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Anna Młyniec dyrektorem międzynarodowym w JLL

Anna Młyniec, JLL
Anna Młyniec, JLL

Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy w JLL, awansowała na stanowisko Dyrektora Międzynarodowego (International Director), najwyższą pozycję w firmie.

Anna Młyniec jest drugą kobietą, po Agacie Sekule, w Europie Środkowo – Wschodniej z tytułem International Director, jak również jedną z 50 kobiet na świecie zajmujących tak wysokie stanowisko w JLL.

Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce, powiedział: “Nominacja na to stanowisko jest potwierdzeniem kompetencji Anny Młyniec, wysoko cenionej współpracy z klientami firmy oraz wkładu w tworzenie i rozwój JLL w Polsce. Ta promocja to także dowód uznania za ciężką pracę i docenienie roli Anny Młyniec w budowaniu zespołu oraz przestrzeganiu wysokich standardów etycznych.”

Anna posiada ponad 17 lat doświadczenia na rynku nieruchomości komercyjnych, specjalizując się w strategicznym doradztwie dla firm dotyczącym wynajmu biur, relokacji oraz konsolidacji, a także strategii wynajmu i marketingu obiektów biurowych. Anna zarządza zespołem Wynajmu Powierzchni Biurowych JLL na 13 najbardziej aktywnych rynkach w Polsce. W ciągu ostatnich 10 lat jej zespół wynajął łącznie ponad 2 miliony metrów kwadratowych nowoczesnych powierzchni biurowych, utrzymując przez cały ten czas pozycję lidera wśród wszystkich firm doradczych.

Dodatkowo, Anna Młyniec jest odpowiedzialna za tworzenie i rozwój platformy bazy danych OfficeFinder (portal bazabiur.pl/officefinder.pl) w Polsce, a także za wspieranie i wdrożenie tego projektu w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej.

Anna Młyniec pracowała między innymi dla tak znanych firm jak m.in. The Boston Consulting Group, Microsoft, Sabre Holdings, Shell, MMC, ExxonMobile, MasterCard, General Motors, WPP Group, UBS, Bosch czy Cisco Systems.

Jest absolwentką Politechniki Warszawskiej, wydziału Geodezji i Kartografii. Ukończyła również na tej uczelni studia podyplomowe w zakresie wyceny nieruchomości. Posiada także licencję pośrednika nieruchomości oraz, od 2012 roku, tytuł Certified Commercial Investment Member (CCIM).

Ewa Foley spotykała się z krakowskimi kobietami biznesu

1 grudnia po raz ostatni w tym roku przedsiębiorcze krakowianki spotkały się w czasie wydarzenia „Kobieta w biznesie”. Oprócz ogromnej dawki wiedzy na temat content marketingu oraz tajemnic metody Kazien, biznesswomam miały okazję osobiście poznać charyzmatyczną Ewę Foley.

Ewa Foley to kobieta pełna pasji. Podróżniczka, promotorka pozytywnego podejścia do życia, autorka książek, doskonały mówca, a także specjalistka od marketingu i zarządzania zasobami ludzkimi. W czasie spotkania porwała swoimi słowami ponad 130 zgormadzonych uczestniczek, by poprowadzić je w podróż przez życie i jego mistyczne aspekty.

Spotkanie rozpoczął Grzegorz Miłkowski z ContentHouse, który przedstawił problem przygotowania strategii działań z zakresu content marketingu na rok 2017. Aneta Wątor z Motiwator, główna organizatorka spotkań „Kobieta w Biznesie”, przedstawiła kluczowe założenia Metody Kaizen. To filozofia, która zmienia oblicze wielkich marek, a także życie pojedynczych ludzi i pozwala im efektywnie osiągać cele w życiu prywatnym i zawodowym.

Wydarzenie nieodłącznie związane jest również z networkingiem, w czasie którego kobiety-przedsiębiorcy miały okazję poznać specjalistów z wielu branż i poszerzyć swoją sieć kontaktów.

HB Reavis z nowym dyrektorem ds. zarządzania inwestycjami

Firma deweloperska HB Reavis mianowała George’a Lesliego nowym dyrektorem odpowiedzialnym za rozwój działalności Grupy w obszarze zarządzania inwestycjami na rynkach międzynarodowych.

– Cieszymy się, że George trafił do naszego zespołu. Jego obecność pozwoli nam rozbudować naszą ofertę skierowaną do inwestorów instytucjonalnych. Dzięki jego wiedzy i doświadczeniu we współpracy z największymi bankami, funduszami i spółkami w zakresie zarządzania i finansowania inwestycji, będziemy mogli proponować skuteczne rozwiązania na rynku nieruchomości szerszej grupie partnerów instytucjonalnych. – skomentował nominację Marian Herman, dyrektor finansowy grupy HB Reavis.

George Leslie dodał: – Niezmiernie się cieszę z dołączenia do dynamicznej organizacji, która rozszerza swoją działalność z Europy Środkowej na rynki zachodnie – Wielką Brytanię i Niemcy – stosując ambitne i niezwykle konkurencyjne podejście. Osiągnięcia firmy pod względem przywództwa, zmian organizacyjnych, wyników finansowych i zarządzania w ostatnich latach zasługują na najwyższe uznanie. Jej plany mają ogromny potencjał i nie mogę doczekać się współpracy z zespołem HB Reavis, razem z którym będziemy rozszerzać zakres naszej działalności w miarę rozwoju całej grupy.

George Leslie ma osiemnastoletnie doświadczenie w realizacji rozmaitych projektów dla instytucji finansowych w Europie, przede wszystkim na rynku środkowoeuropejskim. Wcześniej pełnił funkcję dyrektora na Europę Środkowo-Wschodnią w firmie GLL, w której nadzorował transakcje o łącznej wartości ponad 1 mld euro związane z inwestycjami typu core i value-added oraz tworzeniem spółek joint venture na terytorium Polski, Czech, Węgier i Rumunii.

W 2009 roku George Leslie założył firmę Resolution Capital Management, która świadczyła transgraniczne usługi w zakresie odzyskiwania kapitału. W ostatnich latach z powodzeniem zrealizował szereg projektów związanych z restrukturyzacją funduszy nieruchomościowych, zarządzaniem sytuacjami kryzysowymi, przejęciami i inwestycjami typu value-added dla takich klientów jak Europa Capital, Helaba, PBB, Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOiR) oraz innych renomowanych instytucji finansowych.

George Leslie dysponuje ogromnym doświadczeniem w zakresie wyceny, restrukturyzacji i odzyskiwania kapitału, które zdobywał w pierwszych latach transformacji ustrojowej w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, a także w Azji po kryzysie finansowo-bankowym. Pracował jako dyrektor ds. restrukturyzacji na Europę Środkowo-Wschodnią w KPMG oraz dyrektor niewykonawczy w programie EBOiR-ND.

George Leslie ukończył studia magisterskie na kierunku nieruchomości University of Reading, a także zdobył dyplom z ekonomiki miast University of British Columbia oraz licencjat z ekonomii i geografii miast University of Victoria.

Mieszkania coraz częściej za gotówkę

Z raportu sporządzonego przez NBP, wynika, że popyt na kredyty mieszkaniowe coraz bardziej spada. Co więcej, w najbliższym czasie nie przewiduje się zmiany tej tendencji. Rynek mieszkaniowy nie jest jednak zagrożony, ponieważ rośnie liczba zakupów za gotówkę.

Choć zadłużenie Polaków z tytułu kredytów mieszkaniowych wzrasta, to nie aż tak, jakby można było się spodziewać przy najniższych stopach procentowych w historii. Powodów może być kilka, a najważniejszym wydaje się wymóg posiadania coraz większego wkładu własnego, który od 2017 roku będzie już na poziomie 20%. Dodatkowo, nagłaśnianie kłopotów frankowiczów nie pomaga podjęciu decyzji o zaciągnięciu kredytu. Należy także pamiętać, że w trakcie trwania spłaty, stopy procentowe mogą wzrosnąć, a to oznacza, że należna rata również.

Problemem jest także wprowadzenie podatku bankowego. Od kiedy banki płacą należność, która pochłania około połowę zysku, jaki mogłyby osiągnąć na kredycie mieszkaniowym, klientom oferowane są gorsze warunki.

Co więcej, Polacy rezygnują z lokat. Według Diagnozy Społecznej 2015, odsetek trzymających swoje oszczędności na lokatach wyniósł 53%, wobec 66% z 2013 roku. Wszystko dlatego, że oprocentowanie spada – w większości trzymiesięcznych lokat wynosi dziś jedynie ok. 2%.

Mieszkanie za gotówkę

W takiej sytuacji rynkowej doskonałą alternatywą wydaje się zainwestowanie swoich funduszy w nieruchomości. Zarówno w przypadku posiadania go na własność, jak i przeznaczenia na wynajem.

– Coraz częściej przychodzą do nas klienci gotowi zapłacić gotówką – zauważa Piotr Kijanka, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Grupie Deweloperskiej Geo. – W takim przypadku, deweloper często jest bardziej skłonny do negocjacji warunków transakcji. Nie ograniczają nas wówczas procedury bankowe – dodaje.

A najważniejsze, nie zadłużając się, nie obniżamy sobie zdolności kredytowej, która może być potrzebna do podjęcia innych inwestycji. Oczywiście jest to duże obciążenie finansowe, dlatego nie powinniśmy na to przeznaczać wszystkich swoich środków, ponieważ pozbawi nas to wszelkich oszczędności.

Korzystne ulokowanie kapitału

– W dużym mieście takim jak Warszawa, Kraków czy Wrocław zyski z zakupionej nieruchomości w skali roku, mogą wynieść nawet 4-5% – podkreśla Piotr Kijanka z Grupy Geo. – Biorąc pod uwagę obecne oprocentowanie lokat, właściciel takiego lokum może osiągnąć 3 razy większą rentowność, niż gdyby postanowił umieścić taką kwotę w banku – dodaje.

Według raportu NBP z prognozami na IV kwartał roku, banki deklarują brak istotnych zmian w polityce kredytowej w segmencie kredytów mieszkaniowych oraz oczekują dalszego spadku popytu.

– Szacujemy, że w 2017 roku klientów kupujących za gotówkę będzie coraz więcej – komentuje Dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Grupie Geo. – Wskazują na to zapowiedzi banków o dalszym zaostrzaniu kryteriów. Składają się na to także podwyższone marże czy pozaodstetkowe koszty kredytu – dodaje.

Natalia Sikora, Prime Time PR