Zanieczyszczenia powietrza i wysoko przetworzona żywność przyczyniają się do rosnącej liczby zachorowań na atopowe zapalenie skóry

Zanieczyszczenia powietrza i wysoko przetworzona żywność przyczyniają się do rosnącej liczby zachorowań na atopowe zapalenie skóry 1

Co piąte dziecko i co pięćdziesiąty dorosły w Polsce zmagają się z atopowym zapaleniem skóry. Chorzy skarżą się przede wszystkim na uporczywy świąd, wywołujący rozdrażnienie i powodujący problemy ze snem. Wprawdzie AZS to choroba o podłożu genetycznym, ale na jej występowanie coraz większy wpływ mają też czynniki środowiskowe, zwłaszcza zanieczyszczenia przemysłowe i wysoko przetworzona żywność.

 Atopowe zapalenie skóry jest chorobą o podłożu alergicznym, która dotyka pacjentów od wczesnego dzieciństwa po wiek dorosły. Na przestrzeni ostatnich lat obserwujemy narastanie tego problemu i wszelkie statystyki wskazują na dalszą tendencję wzrostową. Przyczyny są zarówno genetyczne, jak i środowiskowe, chociażby zanieczyszczenie środowiska, dosyć sterylny tryb życia czy konserwowana żywność, to wszystko ma znaczenie – mówi agencji Newseria Lifestyle dr hab. n. med. Wioletta Barańska-Rybak, lekarz dermatolog z Kliniki Dermatologii, Wenerologii i Alergologii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Choć jest to schorzenie nieuleczalne, to odpowiednia pielęgnacja skóry pozwala złagodzić jego przebieg. W walce z objawami atopowego zapalenia skóry stosuje się przede wszystkim kremy i maści przeciwzapalne, leki immunosupresyjne oraz przeciwalergiczne. Specjaliści radzą, by w tym celu wykorzystywać odpowiednio dobrane emolienty, które natłuszczają skórę i tworzą na niej warstwę ochronną, umożliwiającą zatrzymanie nawilżenia oraz, co najbardziej istotne, wspierają odbudowę mikrobiomu na skórze. Jak wykazały najnowsze badania, zaburzony mikrobiom jest współodpowiedzialny za atopię, tak samo jak bariera skórna.

– Należy chorobę leczyć w fazach zaostrzeń, a w fazach remisji należy ją odpowiednio pielęgnować, bo to chroni przed zaostrzeniami – mówi dr n. med. Wioletta Barańska-Rybak.

Lekarze tłumaczą, że AZS ma związek z nieprawidłowym funkcjonowaniem układu odpornościowego. Na skutek tego pojawia się uczulenie w postaci wysypki grudkowo-pęcherzykowej, której towarzyszy rumień. Pokryty wysypką, zaczerwieniony i łuszczący się naskórek powoduje olbrzymi dyskomfort i może być źródłem problemów z samoakceptacją.

– Chorobie towarzyszy świąd, nasilający się w nocy po rozgrzaniu skóry, pacjenci źle śpią, są zmęczeni. Bardzo często z uwagi na dyskryminację społeczną mają problemy psychiczne, np. depresję, i tak naprawdę nie ma się co temu dziwić – tłumaczy dr n. med. Wioletta Barańska-Rybak.

Atopowe zapalenie skóry to choroba uwarunkowana genetycznie. Jeśli jedno z rodziców cierpi na AZS, to dziecko jest w 20–40 proc. zagrożone odziedziczeniem choroby. Gdy oboje rodzice są chorzy, ryzyko rośnie nawet do 60 proc.

– Teorie na temat profilaktyki też zmieniają się na przestrzeni wielu lat. Teraz uważa się, że ekspozycja dziecka w łonie matki na nieduże ilości alergenów drogą pokarmową jest czynnikiem ochronnym. Myślę, że nie ma co tak naprawdę mitologizować tego problemu, należy normalnie żyć, bo tak naprawdę nie wiadomo, czy dziecko urodzi się z problemem atopowym – dodaje dr n. med. Wioletta Barańska-Rybak.

Pacjenci ze zmianami skórnymi bywają dyskryminowani przez społeczeństwo. Lekarze apelują: atopowe zapalenie skóry nie jest chorobą zakaźną.

– Pacjenci z chorobami skóry są stygmatyzowani społecznie, dlatego że ten problem po prostu widać. Jeżeli mamy jakąś chorobę wewnętrzną, coś, czego nie widać, to nikt tego nie zauważa i nie pyta. Natomiast choroby skóry widać i to powoduje, że pacjenci z tymi chorobami są odstawiani na tor dalszy. Już na poziomie tak naprawdę dzieci w przedszkolu  zauważają, że pewne dzieci są inne i od nich się odsuwają, nie mówiąc o okresie dojrzewania, kiedy  wygląd jest niezwykle istotny – podkreśla dr n. med. Wioletta Barańska-Rybak.

Donald Trump nie zrezygnuje z TTIP. Zwycięży chłodna kalkulacja

Przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych może wycofać się z negocjacji umowy TTIP. Grozi to wprowadzeniem ceł na towary z Unii Europejskiej, co może mieć negatywny wpływ na handel międzynarodowy i ceny. Jednak sytuacja ekonomiczna USA nie jest tak silna, by kraj ten całkowicie zrezygnował z poszerzania swoich wpływów.

Prezydent elekt Donald Trump nie jest zwolennikiem umowy transatlantyckiej, co wyraźnie podkreślał w swoich przemówieniach w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Oczywiście będzie miało to duże znaczenie dla dalszych prac nad porozumieniem. Amerykańscy eksperci uważają, że negocjacje zostaną zerwane. Ale ich ocena jest jednak przedwczesna. Kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami, a deklaracji składanych przez przyszłego prezydenta nie należy traktować zbyt jednoznacznie. Jego chęć współpracy z każdym krajem, ale – jak określił – na uczciwych warunkach, jest jednym z możliwych scenariuszy renegocjacji umów handlowych i może świadczyć o chęci wywierania jeszcze większego nacisku na UE w kwestii TTIP.

Niestabilna sytuacja

Obecnie gospodarka amerykańska jest zadłużona na ponad 19 bilionów dolarów, a w 2017 roku dług przekroczy 20 bilionów. Co więcej, od wielu lat odczuwa ona dość wysoki deficyt handlowy. Zdaniem wielu ekonomistów, jeszcze do niedawna dolar był mocną kartą przetargową. Jednak dalsze zadłużanie kraju spowoduje spadek popytu na obligacje skarbowe Stanów Zjednoczonych.

Obecnie inwestorzy chętniej lokują swoje aktywa w złocie niż w obligacjach rządu USA. Głównymi przyczynami wzrostu deficytu handlowego są przede wszystkim różnice w strukturze gospodarki i strukturze przedmiotowej handlu zagranicznego. Podczas gdy na azjatyckich rynkach wschodzących odbywał się proces uprzemysłowienia, firmy ze Stanów Zjednoczonych tworzyły zakłady produkcyjne np. w Chinach. Jeszcze kilka lat temu ok. 95% największych amerykańskich przedsiębiorstw z rankingu „Fortune 500” miało swoje filie spółek joint venture na terenie Azji. Wskutek tego obecnie ponad 80% towarów importowanych przez USA w ogóle nie ma swoich amerykańskich odpowiedników. Dlatego coraz częściej wśród establishmentu pojawiają się opinie na temat konieczności reindustrializacji gospodarki.

Ponadto należy wziąć pod uwagę działalność korporacji międzynarodowych. Ich przepływy w światowej gospodarce są obecnie bardzo skomplikowane. Mało który kraj produkuje towar w całości, co wpływa na to, że np. kraj taki jak USA, który posiada najwyższy poziom rozwoju nowych technologii, centrów B+R, produkcję, podwykonawców i dostawców ma rozsianych często po całym świecie. A to z kolei sprawia, że brakuje pracy dla części społeczeństwa, które nie wypracowuje swojego udziału PKB.

Niekorzystny jest także wywóz złota zagranicznych banków centralnych z amerykańskiego Banku Rezerwy Federalnej. Świadczy to o poważnej przemianie globalnego systemu finansowego i pierwszych symptomach początku końca epoki petrodolara. Znamienny dla zawirowań na scenie globalnej i zmianie dotychczasowego układu sił jest fakt, że w październiku waluta Chin stała się oficjalnie piątą rezerwową walutą świata. Oznacza to, że kraj ten może teraz zaopatrywać się na olbrzymią skalę na światowym rynku kapitałowym.

Co więcej, rozwarstwienie społeczne w USA jest jednym z największych na świecie, gdzie ponad 30 proc. młodych rodzin nie posiada żadnego majątku, a ponad 40 proc. wszystkich Amerykanów zalicza się do grupy osób z niskimi lub najniższymi dochodami. Te czynniki społeczno-ekonomiczne są dowodem na to, że to Amerykanom bardziej powinno zależeć na rozszerzaniu strefy wpływów i podpisaniu umowy TTIP.

Utrzymanie strefy wpływów w Europie to dla USA, poza korzyściami gospodarczymi, istotny aspekt w walce o utrzymanie  światowej pozycji geopolitycznej kraju. Została ona mocno podważona w 2008 roku, gdy pozycja Chin oraz azjatyckich krajów wschodzących coraz bardziej się wzmacniała.

To z inicjatywy Chin powołano CAFTA, czyli strefę wolnego handlu łączącą Chiny (1,4 mld mieszkańców) z 10 państwami ASEAN (Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej – 600 mln mieszkańców). Jest to obecnie największa tego typu strefa handlowa, a nie TTIP. Chiny są również inicjatorem projektu banku Asian Infracture Investment Bank (AIIB), który ma być przeciwwagą dla Banku Światowego.

Kto zyska, kto straci?

Dotychczas to bardziej strona amerykańska nalegała na podpisanie porozumienia transatlantyckiego. Ze względu na jej nieustępliwość w negocjacjach wiele krajów, m.in. Niemcy i Francja, były przeciwne jej sfinalizowaniu w proponowanym kształcie. Zapisy były korzystne dla amerykańskich międzynarodowych korporacji, ale szkodliwe dla krajów małych i słabych gospodarczo.

Jeżeli prezydent Trump wraz z amerykańskim Kongresem zrezygnuje całkowicie z TTIP, to w pierwszej kolejności straty odczuje gospodarka jego kraju. Ale Polska, mimo wszystko, zachowa szansę na rozwój gospodarczy. Szacunki analizujące sytuację Polski po podpisaniu umowy TTIP wskazywały, że osiągnie ona jedynie 0,5% PKB w ciągu kilkunastu lat. Nasza gospodarka jest nie tylko niekonkurencyjna w porównaniu z amerykańską, ale pozostaje także w tyle za wieloma krajami europejskimi.

Niewątpliwie ewentualny zysk z TTIP nie rozłoży się równomiernie i będzie dotyczył krajów lepiej rozwiniętych kosztem krajów słabszych gospodarczo, w tym Polski. W wyniku umowy nastąpi wzrost taniego importu, co odbije się negatywnie na polskich przedsiębiorcach, ponieważ ceny produktów importowanych będą dużo niższe. Polskie firmy, będą zatem narażone na utratę udziałów w rynku, a nawet bankructwo. Straty poniesie również budżet państwa z tytułu zniesienia opłat celnych. W przypadku kiedy USA podpisze z UE umowę, przede wszystkim odczuje to polski sektor MSP. Jest on zbyt słaby zarówno pod względem możliwości kapitałowych, jak i konkurencyjności gospodarki, koniecznych do ekspansji na poziomie globalnym. Lepszą pozycję mają międzynarodowe koncerny.

Brak porozumienia w większym stopniu zmusi polskie firmy do poszukiwania rozwoju, konkurencyjności, zdobywania szerszych kompetencji w obszarze nowych technologii, pozyskiwania nowych światowych partnerów wymiany gospodarczej, ale bez „kagańca” międzynarodowych firm, które w pierwszej kolejności dbają o swój własny interes.

Dla firm handlowych jednym z efektów otwarcia rynku europejskiego będzie możliwość sprzedawania towarów pochodzących z USA (do tej pory niedostępnych na europejskim rynku) lub w cenach niższych niż dotychczas. Będzie to wynikało ze zniesienia taryf i ceł. Może to stworzyć możliwość eksportu polskich towarów za ocean, o ile będą one konkurencyjne dla tamtejszego rynku.

O poprawie pozycji międzynarodowych koncernów, dzięki porozumieniu TIPP, świadczyły dotychczasowe prognozy. Komisja Europejska oceniała, że PKB gospodarek amerykańskiej i unijnej wzrośnie głównie ze względu na dynamiczny rozwój transatlantyckiej wymiany handlowej. Eksport z USA do UE miałby wzrosnąć o 37 proc. w ciągu roku, a eksport z UE do USA o 28 proc. rocznie. Najwięcej korzyści z planowanego otwarcia wolnej strefy handlu odniosą jedynie państwa silnie ekonomicznie, które w obecnych globalnych uwarunkowaniach gospodarczych mają mocną pozycję. Trudno będzie zatem konkurować polskim firmom z amerykańskimi potentatami.

Groźba wysokiego cła

Gdyby nie doszło do podpisania umowy TTIP, możliwe jest wprowadzenie wysokich ceł (np. 45 proc.) na towary z UE. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że kraj ten również eksportuje towary i taka decyzja nie byłaby dla niego całkowicie korzystna. Z drugiej strony z najtańszych produktów importowanych, które sprzedają amerykańskie sieci handlowe, korzystają najubożsi Amerykanie. Trudno więc uwierzyć, że nowa administracja będzie skłonna podnieść ceny aż o kilkadziesiąt procent.

Na wojnie celnej najbardziej ucierpiałyby najbiedniejsze gospodarstwa domowe. Konsekwencje odczułaby cała gospodarka światowa, albowiem podniesienie ceł przez USA skutkowałoby podobnymi działaniami ze strony poszczególnych krajów. Tym samym odbiłoby się to negatywnie na międzynarodowym handlu. Wprowadzenie wysokich ceł spowodowałoby olbrzymie zaburzenie w łańcuchach dostaw.

Dostosowanie się do nowych warunków firm, które bezpośrednio bądź pośrednio związane są z procesem produkcji lub wymianą handlową z krajami, które toczą wojnę celną, wiązałoby się z poniesieniem dużych kosztów. W efekcie nastąpiłby poważny wzrost cen produktów. W trudnym położeniu znalazłyby się poszczególne przedsiębiorstwa, które są dostawcami części lub podzespołów dla dużych koncernów. Turbulencje odczułby także rynek pracy. Który scenariusz Donald Trump i Kongres uznają za najwłaściwszy, przekonamy się zapewne na początku przyszłego roku.

Autorem publikacji jest Łukasz Białek, ekonomista, analityk gospodarczy, publicysta. Doktorant Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Absolwent Wyższej Szkoły Zarządzania i Prawa im. H. Chodkowskiej oraz Executive MBA – Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN i Vienna Institute for International Studies.

Polacy szukają śniadaniowych nowości. Dlatego rynek płatków szybko się rozrasta

Polacy szukają śniadaniowych nowości. Dlatego rynek płatków szybko się rozrasta 2
93 proc. Polaków regularnie spożywa śniadanie – wynika z badania „Od jedzenia humor się zmienia” przygotowanego przez Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia. Coraz częściej są to zdrowe, pełne wartości odżywczych posiłki. Ponieważ konsumenci nie lubią nudy, szukają coraz to nowych smaków i połączeń. To m.in. z tego powodu rynek płatków śniadaniowych szybko się zmienia.

– Ten rok na rynku płatków śniadaniowych oceniamy bardzo pozytywnie. Jest to kategoria, która się szybko rozwija, co daje nami możliwość rozwoju zarówno portfolio, jak i w ogóle sprzedaży – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agata Stachoń, brand manager marki Lubella w kategorii płatki. – Wprowadziliśmy nowość w kategorii płatków dla dorosłych: to produkty oparte o cztery różne rodzaje zbóż. Mieliśmy więc w tym roku duże otwarcie. Jesteśmy pełni optymizmu i myślimy, że przyszły rok będzie jeszcze lepszy.

Jak podkreśla, rynek płatków i musli w Polsce stabilnie się rozwija. Jak wynika z danych Gfk Polonia, w okresie od listopada 2014 do listopada 2015 roku polskie gospodarstwa domowe zakupiły ponad 19 tys. ton płatków zbożowych. W tej kategorii są m.in. płatki ryżowe, owsiane, żytnie, jęczmienne, jaglane oraz owsianki. Ten wynik jest pod względem wolumenu o 7 proc. większy niż rok wcześniej. Z tej grupy płatki śniadaniowe i musli zakupiło w badanym okresie 73 proc. gospodarstw domowych.

– Rynek płatków śniadaniowych rośnie z roku na rok, zarówno wielkościowo, jak i wartościowo. Zwykle dzielimy go na trzy segmenty: na produkty dla dzieci, dla dorosłych i familijne. Myślę, że te podziały mogą się przez jakiś czas utrzymać, natomiast jeżeli pojawią się nowe silne trendy, to być może jakieś nowe segmenty w tej kategorii się pojawią – mówi Agata Stachoń.

Eksperci podkreślają, że rosnąca popularność płatków wynika ze zmiany stylu życia konsumentów na zdrowszy. Zgodnie z maksymą, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, Polacy starają się wybierać na śniadania produkty pełnowartościowe, które zapewnią im energię na cały dzień. Jak wynika z badania Krajowej Federacji Producentów Zbóż, 76 proc. konsumentów uważa, że płatki śniadaniowe są produktem zbożowym najbogatszym w substancje odżywcze.

 Polacy przede wszystkim szukają w płatkach nowych smaków, nowych połączeń. Chcą trochę przełamać nudę śniadaniową, bo wiedzą już, że trzeba jeść śniadanie. Ale też potrzebują czegoś oryginalnego. Dlatego tworząc nowe portfolio płatków zbożowych, dodaliśmy do nich jakieś ekstra owoce albo inne dodatki i postawiliśmy na różne zboża, żeby każdy konsument mógł znaleźć coś dla siebie – mówi Agata Stachoń.

Najpopularniejsze są mieszkania na drugim i trzecim piętrze. W Warszawie to 36 proc. transakcji

Najpopularniejsze są mieszkania na drugim i trzecim piętrze. W Warszawie to 36 proc. transakcji 3
Kryterium cenowe wciąż pozostaje najważniejszym czynnikiem podczas wyboru mieszkania na krajowym rynku nieruchomości. Ogromne znaczenie zyskują także lokalizacja, dobra komunikacja z centrum oraz standard lokalu. Najpopularniejsze są nadal metraże od 40 do około 55 mkw. usytuowane na drugim i trzecim piętrze.

 Preferencje zakupowe Polaków pod względem powierzchni mieszkania nie zmieniają się od kilku lat i nie miały na to wpływu programy rządowe, takie jak MdM – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Barbara Bugaj, analityk rynku nieruchomości w urban.one. – Nabywcy kupują mieszkania, na które ich stać. Najpopularniejsze są metraże od 40 do  ok. 55 mkw. Największe lokale Polacy kupują w Warszawie, gdzie średnia wynosi 56 mkw. Natomiast najmniejsze w Krakowie oraz Poznaniu.

Jak wynika z danych serwisu urban.one, Polacy najczęściej wybierają drugie i trzecie piętro. Zdaniem Barbary Bugaj powodem jest niska i średnio wysoka zabudowa polskich miastach, do dziewiątego piętra. W Warszawie obrót mieszkaniami usytuowanymi na drugim i trzecim piętrze stanowi 36 proc. łącznej liczby transakcji. W innych miastach – około 20 proc.

– To nie znaczy, że transakcje w wieżowcach nie są ciekawe, ponieważ najczęściej dotyczą lokali w apartamentowcach – precyzuje Barbara Bugaj. – Pod tym względem oczywiście wyróżnia się Warszawa, gdzie jest najwięcej nieruchomości o podwyższonym standardzie, a kupujący mogą zapłacić nawet do 7 mln zł za lokal o powierzchni około 200 mkw. Generalnie, w całej Polsce transakcje do czwartego, maksymalnie piątego piętra są najbardziej popularne i stanowią około 70 proc. obrotu.

Według Barbary Bugaj Polacy najchętniej wciąż kupują mieszkania tam, gdzie ceny są stosunkowo niskie. Ale liczy się także dobra komunikacja z centrum. Liderem w stolicy jest obecnie Wola, gdzie 60 proc. transakcji dotyczy nowych lokali. Ale na niskie obroty nie narzekają także sprzedający mieszkania na Białołęce.

– Warto wspomnieć, że duży wpływ na poziom sprzedaży w ogóle ma rynek pierwotny – ocenia Barbara Bugaj. – Widać, że nowe inwestycje, możliwość ich budowania na danym terenie wpływają na obrót i popularność poszczególnych dzielnic. Transakcje wśród największych metraży, czyli około 100–200 mkw. zwykle dotyczą lokali o wyższym standardzie, czyli budynków luksusowych. W Warszawie są to inwestycje na terenie Śródmieścia i Mokotowa. Duże mieszkania kupowane są także w kamienicach, gdzie średnia cena za mkw. jest niższa. W apartamentowcach trzeba zapłacić o wiele więcej, niż wynosi przeciętna.

Urban.one to uruchomiona w wiosną br. pierwsza w kraju wyceniarka nieruchomości oparta o miliony danych dotyczących faktycznie zrealizowanych transakcji. Posługuje się autorskim modelem AVM do tej pory wykorzystywanym tylko przez największe firmy. Dzięki tym narzędziom wyceny urban.one nie opierają się na wątpliwej wartości informacjach dotyczących cen oferowanych lub deklaracjach.

 W Warszawie średnia cena za 1 mkw. wynosi około 7,4 tys. zł. Dla mniejszych miast, jak Poznań, Gdańsk, Wrocław, to są okolice 5,4 tys. zł, a dla jeszcze mniejszych, jak Lublin, to jest 4,5 tys. To jest oczywiście średnia, natomiast do każdego mieszkania i wyceny tego mieszkania należy podejść indywidualnie – mówi Bugaj.

Prezes ZUS: Wiedza o ubezpieczeniach społecznych powinna być w podstawie programowej gimnazjów i liceów. Ponad połowa Polaków nic nie wie na ten temat

Prezes ZUS: Wiedza o ubezpieczeniach społecznych powinna być w podstawie programowej gimnazjów i liceów. Ponad połowa Polaków nic nie wie na ten temat 4
Polacy nie znają zasad związanych z odprowadzaniem składek i mylą poszczególne ubezpieczenia. Blisko 60 proc. nic nie wie o systemie ubezpieczeń społecznych, a tylko 10 proc. ma zadowalający poziom wiedzy – wynika z badania Instytutu Spraw Publicznych i Millward Brown. Dlatego ten temat powinien się znaleźć w podstawach programowych gimnazjów i liceów – przekonuje prof. Gertruda Uścińska, prezes ZUS. Obecnie szkoły mogą wziąć udział w projekcie „Lekcje z ZUS”. Do olimpiady z wiedzy na temat systemu ubezpieczeń społecznych zgłosiło się ponad 24,5 tys. uczniów.

– Ze względu na doniosłość i szeroki zakres ubezpieczeń społecznych wiedza na ten temat powinna się znaleźć w podstawach programowych nie tylko liceów, lecz także gimnazjów. Współpracujemy już w tej sprawie z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Nasze obecne działania zmierzające do nadania tytułu olimpiady dotychczasowym konkursom wiedzy o ubezpieczeniach społecznych będą argumentem, aby w podstawach programowych znalazły się zagadnienia z tego zakresu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Badanie Instytutu Spraw Publicznych i Millward Brown wskazuje, że choć ok. 25 mln Polaków jest włączonych w system ubezpieczeń społecznych, wystarczającą wiedzę o zasadach ubezpieczeń społecznych ma zaledwie 10 proc. osób. Blisko 60 proc. nie ma żadnej wiedzy o systemie ubezpieczeń społecznych lub ich wiedza jest szczątkowa. Mylą poszczególne rodzaje ubezpieczenia, nie odróżniają ubezpieczenia chorobowego od zdrowotnego, nie znają przepisów związanych z odprowadzaniem składek od różnego rodzaju umów.

– Szersza wiedza na temat ubezpieczeń społecznych pozwoliłaby Polakom podjąć działania w kierunku indywidualnej odpowiedzialności za swoją przyszłość i za skutki różnych ryzyk socjalnych, jak choroba, wypadek przy pracy, starość czy inwalidztwo. Pomogłaby także zrozumieć działania, które w tym zakresie podejmują państwo i pracodawcy a przede wszystkim włączyłaby gospodarstwa domowe we współuczestniczenie i współodpowiedzialność w kształtowaniu dochodów na starość – tłumaczy prezes ZUS.

Tylko 25 proc. osób trafnie wskazała na instytucje III filara emerytalnego. Blisko 33 proc. jako instytucję trzeciofilarową podało OFE. Prawie 40 proc. badanych stwierdziło, że wysokość składek na ubezpieczenia społeczne ustala ZUS. Dlatego zdaniem prezes ZUS włączenie do podstawy programowej wiedzy o systemie ubezpieczeń społecznych jest koniecznością.

– Jeżeli pierwsza edycja olimpiady zakończy się powodzeniem, w co wierzę, to rozpoczniemy pracę od podstaw, żeby informować, czym są ubezpieczenia społeczne i dlaczego ta wiedza jest pożyteczna – przekonuje prof. Gertruda Uścińska.

Od 2013 roku ZUS realizuje projekt edukacyjny „Lekcje z ZUS”. Łącznie wzięło w nim udział 51,5 tys. uczniów z całej Polski. Uczestnictwo w programie oznacza również możliwość wzięcia udziału w konkursie „Warto wiedzieć więcej o ubezpieczeniach społecznych”. W tym roku szkolnym trzecia edycja konkursu wiedzy dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych zadebiutowała jako olimpiada. Zwycięzcy mogą liczyć na indeks uczelni wyższej. Jako pierwszy zdecydował się na to Katolicki Uniwersytet Lubelski.

– Program „Lekcje z ZUS” to świetna inwestycja w przyszłość. Młodzież, wchodząc w dorosłość, musi mieć świadomość, jak ważne są ubezpieczenia społeczne. Ta wiedza zaprocentuje. Będą przecież zakładać własną działalność gospodarczą, odprowadzać składki. Cieszę się, że ZUS oferuje taką formę współpracy. Oby więcej takich inicjatyw w przyszłości – ocenia Katarzyna Konczewska, dyrektor Zespołu Szkól nr 42 w Warszawie.

ZUS liczy, że tego typu zajęcia będą miały szeroki wpływ na wiedzę w całym społeczeństwie. Po pierwsze, coraz więcej osób objętych programem będzie wchodzić na rynek pracy. Po drugie, będą oni umieli w prosty sposób przekazywać tę wiedzę dalej, swojej rodzinie i znajomym.

– Trzeba uświadamiać młodzież o konieczności opłacania składek ZUS. Jest dużo dzieci, które już pracują, a przecież nie każdy pracodawca zatrudnia na umowy cywilnoprawne i na umowy z Kodeksu pracy. Młodzież, która kończy 18 lat, często pracuje na czarno, więc nie mają ubezpieczenia. Dzięki takim lekcjom choć w minimalnym stopniu dowiedzą się o konieczności płacenia tych składek, jak to jest ważne dla nich na co dzień – przekonuje Małgorzata Wojtczuk, nauczyciel przedmiotów ekonomicznych w Zespole Szkól nr 42 w Warszawie

Projekt zyskał bardzo pozytywną opinię nie tylko nauczycieli, lecz także uczniów. Młodzież uznała informacje przekazywane podczas programu za niezwykle ważne dla ich przyszłego życia. Jak podkreślają nauczyciele, przekazywanie wiedzy na ten temat to jednak wyzwanie, w szkołach brakuje przedmiotów dotyczących bezpośrednio ubezpieczeń społecznych, a informacje trzeba dostosować do wieku uczniów.

Dla 80 proc. inwestorów indywidualnych giełda jest dobrą metodą oszczędzania na emeryturę

Dla 80 proc. inwestorów indywidualnych giełda jest dobrą metodą oszczędzania na emeryturę 5
Ponad 82 proc. inwestorów indywidualnych to mężczyźni, którzy traktują giełdę jako dobrą metodę dywersyfikacji kapitału i oszczędzania na emeryturę. Prawie połowa odnotowała w ubiegłym roku zyski – wynika z badań zaprezentowanych podczas piątej edycji Kongresu Rynku Kapitałowego. Na tegorocznym spotkaniu praktyków finansowych ze środowiskiem naukowym dyskutowano m.in. o zawirowaniach na światowych rynkach i problemach sektora bankowego.

– Ideą, która przyświecała organizatorom, czyli Krajowemu Depozytowi Papierów Wartościowych i Wydziałowi Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, było połączenie praktyków i teoretyków, którzy pracują na rynku kapitałowym. Brakowało nam forum, na którym moglibyśmy omówić, co nowego się wydarzyło. Dobrze jest zweryfikować to, o czym czytamy, porównać dane i wymienić doświadczenia z tymi, którzy na co dzień mają do czynienia z rynkiem kapitałowym – mówi Iwona Sroka, prezes Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych i jeden z pomysłodawców dorocznego Kongresu Rynku Kapitałowego.

Wyzwania sektora bankowego w Polsce i na świecie, nowa ustawa o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym i zawirowania na międzynarodowych rynkach finansowych były jednymi z tematów poruszanych podczas piątej edycji Kongresu Rynku Kapitałowego, czyli dorocznego spotkania praktyków finansowych ze środowiskiem naukowym, które pod koniec listopada odbyło się na Uniwersytecie Warszawskim.

– Sektor finansowy i bankowy stoją przed dużymi wyzwaniami. W Europie Zachodniej obserwujemy bardzo słabą akcję kredytową. Wymogi kredytowe są podwyższane, ale z drugiej strony w wielu krajach odsetek nietrafionych, nieregularnie spłacanych kredytów jest wysoki, przez co banki muszą walczyć o utrzymanie coraz wyższych wskaźników wypłacalności – mówi Wiesław Rozłucki, współzałożyciel i pierwszy prezes warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych.

W tegorocznym programie wydarzenia znalazły się prezentacje i wykłady dotyczące m.in. nowych europejskich regulacji i ich wpływu na polski rynek finansowy, reformy emerytur kapitałowych, wyzwań, przed którymi stoją domy maklerskie, nowych wymogów regulacyjnych w obszarze oraz zarządzania ryzykiem instytucji finansowych.

– Niepewność w otoczeniu instytucji finansowej narasta, a ryzyka, które pojawiają się na drugim końcu świata, niezwykle szybko do nas docierają. Instytucje rynkowe w Polsce zdają sobie tego sprawę i są na dobrej drodze do ustanowienia bezpiecznych zasad zarządzania ryzykiem. Nie powinno to rodzić przekonania, że nam nic nie grozi, bo niestety w warunkach niepewności ryzyka są zawsze. Chodzi o to, aby je zminimalizować, bo całkowite wyeliminowanie ryzyka jest nierealne – podkreśla Wiesław Rozłucki, który odebrał podczas kongresu pamiątkową statuetkę z okazji 25-lecia polskiego rynku kapitałowego.

Podczas piątej edycji Kongresu Rynku Kapitałowego zaprezentowano też wyniki Ogólnopolskiego Badania Inwestorów 2016, z których wynika, że ponad 82 proc. inwestorów indywidualnych na polskiej giełdzie stanowią mężczyźni, w większości z wyższym wykształceniem i powyżej 41 lat. Zdecydowana większość inwestuje samodzielnie lub poprzez TFI, traktując giełdę jako dobrą metodę dywersyfikacji kapitału i pomnażania oszczędności na emeryturę. Ponad 40 proc. to inwestorzy długoterminowi (powyżej roku), a 47,5 proc. odnotowało w ubiegłym roku zyski. Straty zadeklarowało niecałe 26 proc. inwestorów indywidualnych.

– Dopóki inwestorzy nie będą zarabiać, dopóty akcje edukacyjne nie przyniosą rezultatu. Mocna deklaracja władz państwowych o pożyteczności warszawskiej giełdy dla rozwoju polskiej gospodarki, o konieczności wzmacniania polskiego kapitału poprzez inwestycje giełdowe to krok na dobry początek, ale za tym muszą iść jeszcze przedsięwzięcia, które pozwolą inwestorom zarobić – podkreśla Wiesław Rozłucki.

Głównym założeniem Kongresu Rynku Kapitałowego jest upowszechnianie wśród kadry naukowej i środowiska akademickiego specjalistycznej wiedzy o polskim rynku kapitałowym i perspektywach jego rozwoju. Prezes Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych Iwona Sroka przypomina, że badania teoretyków wsparły Giełdę Papierów Wartościowych na początku jej funkcjonowania. Tak powinno być również dziś, stąd potrzeba współpracy środowiska akademickiego z praktykami, którzy na co dzień mają kontakt z rynkiem kapitałowym.

– Teoria nie może być oderwana od praktyki, i odwrotnie. Musimy uczyć się od siebie nawzajem. Kongres umożliwia zapoznanie się z wiedzą praktyczną dzięki wystąpieniom i prezentacjom osób, które pracują na rynku kapitałowym. Dzięki temu profesorowie i doktorzy, którzy pracują ze studentami i wykładają o rynku kapitałowym, mogą z tej wiedzy korzystać. To jest naprawdę wspaniałe połączenie praktyki z teorią – podkreśla Iwona Sroka.

W ramach tegorocznej edycji wydarzenia zorganizowano również konkurs na referat naukowy, skierowany do doktorantów i pracowników naukowych wyższych uczelni. Jego celem był przegląd i podsumowanie aktualnych wyników badań dotyczących rynku kapitałowego. Zdaniem prof. Teresy Czerwińskiej, podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, która zasiadała w kapitule oceniającej prace konkursowe, poziom tegorocznych prac był bardzo wysoki.

– Przekrój tegorocznych prac był bardzo szeroki. Referaty zostały nadesłane zarówno przez doktorantów, świeżo upieczonych praktyków rynku, uczestników studiów podyplomowych, jak i przez profesorów. Mamy również prace autorów zagranicznych, co świadczy o tym, że Kongres Rynku Kapitałowego jest już marką nie tylko w Polsce, lecz także za granicą – mówi prof. Teresa Czerwińska, podsekretarz stanu w MNiSW.

M. Morawiecki: branża meblarska to perła polskiej gospodarki. Ma szansę stać się europejskim numerem jeden

M. Morawiecki: branża meblarska to perła polskiej gospodarki. Ma szansę stać się europejskim numerem jeden 6
Według prognoz tegoroczna wartość eksportu mebli przekroczy 41,64 mld zł. Polskie firmy bardzo dobrze radzą sobie na zagranicznych rynkach. – To perła polskiej gospodarki, która z trzeciej pozycji może awansować na lidera – ocenia wicepremier Mateusz Morawiecki. Firma Forte, jeden z największych krajowych eksporterów, zamierza umocnić swoją pozycję i zainwestuje blisko 700 mln zł w nową halę magazynową, zakład produkcji płyt wiórowych i fabrykę mebli w Suwalskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Stworzy w regionie około tysiąca nowych miejsc pracy.

– Branża meblarska to perła polskiej gospodarki. Mamy dużą szansę odnieść na tym polu światowy sukces, dlatego prowadzimy politykę wspierania produkcji i wdrażania innowacji. Staramy się, aby branża meblarska miała jak najlepsze możliwości dotarcia na rynki zagraniczne. Dziś jesteśmy numerem trzy w Europie, ale za kilka lat mamy szansę być liderem. Głęboko w to wierzę – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes wicepremier i minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki, który pod koniec listopada wziął udział w uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod zlokalizowaną w Suwałkach nową fabrykę Forte SA.

Z prognoz firmy B+R specjalizującej się w analizach branży meblarskiej wynika, że wartość tegorocznego eksportu mebli przekroczy 41,64 mld zł (9,68 mld euro). Głównymi odbiorcami są Niemcy, Wielka Brytania i Czechy.

– Polskie firmy produkujące meble umieją sprostać wymaganiom rynku. Liczy się nie tylko dobre wzornictwo, serwis i wysoka jakość, lecz także elastyczność i umiejętność odpowiadania na potrzeby klientów. Trzeba być francuskim we Francji, niemieckim w Niemczech i polskim w Polsce – uważa Maciej Formanowicz, prezes zarządu Forte.

Fabryka Mebli „Forte” SA jest jednym z największych polskich eksporterów mebli. Sprzedaje swoje wyroby w 40 krajach świata poprzez sieć 4,5 tys. partnerów biznesowych. Za granicę trafia 82 proc. całej produkcji spółki. W ubiegłym roku wyniosła ona 3,5 mln sztuk mebli, a wartość sprzedaży sięgnęła 954 mln zł. Pozycję Forte na zagranicznych rynkach ma jeszcze umocnić nowa inwestycja. To jedno z największych przedsięwzięć polskiego przemysłu meblarskiego ostatnich lat.

– W segmencie mebli w paczkach jesteśmy europejskim liderem. Produkujemy ich bardzo dużo i sprzedajemy w większości za granicą. Perspektywy dla branży są bardzo dobre, stąd tak duża inwestycja. Chcemy zaspokoić rynek, który rośnie i będzie potrzebował dużych i elastycznych dostawców – mówi Maciej Formanowicz.

W Suwalskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej spółka wybuduje nową halę magazynową, zakład produkcji płyt wiórowych i fabrykę mebli wraz z infrastrukturą logistyczną. Cała inwestycja będzie oddawana do użytku stopniowo i zostanie w pełni ukończona w 2020 roku. Jej łączny koszt wyniesie około 700 mln zł.

– Zakładamy, że inwestycja powinna pozwolić nam zwiększyć obroty o około 100–200 mln euro i umożliwi produkcję płyt nowej generacji. Powstanie dzięki niej około tysiąca miejsc pracy w regionie Suwałk, co przełoży się na zmianę struktury zatrudnienia – mówi Maciej Formanowicz.

Część zatrudnianych w fabryce pracowników będzie kształcona w Zespole Szkół Technicznych i w Zespole Szkół Zawodowych nr 6 w Suwałkach, gdzie spółka prowadzi klasy patronackie, w których kształcą się kandydaci na pracowników europejskiego lidera produkcji mebli. Prezydent Suwałk Czesław Renkiewicz podkreśla, że to rekordowe w skali regionu przedsięwzięcie, które przełoży się na jego dynamiczny rozwój gospodarczy.

– To największa inwestycja w historii podstrefy suwalskiej. Korzyścią są nowe miejsca pracy i poprawa infrastruktury, a także podatki wpłacane do budżetu, m.in. podatek od nieruchomości, PIT i CIT, dzięki którym będzie można zrealizować inwestycje miejskie. Pojawienie się nowych firm napędza koniunkturę gospodarczą i rozwija całe miasto. Dlatego bardzo się cieszymy, że spółka Forte zdecydowała się zainwestować właśnie u nas – mówi Czesław Renkiewicz, prezydent Suwałk.

Po zrealizowaniu inwestycji spółka znacząco zwiększy swoją kontrybucję podatkową do budżetu miasta Suwałki z ok. 7 mln zł rocznie dziś (z tytułu podatków PIT, CIT i od nieruchomości) do ok. 17 mln zł.

Forte ma obecnie cztery nowoczesne zakłady produkcyjne zlokalizowane w Ostrowi Mazowieckiej, Suwałkach, Białymstoku oraz w Hajnówce. W trzech pierwszych kwartałach 2016 roku spółka sprzedała 2,9 mln sztuk mebli, zaś wartość sprzedaży wyniosła około 785 mln zł.

Autosan będzie dostarczał komponenty do systemu obrony powietrznej Patriot. To szansa na nowe miejsca pracy

Arkadiusz Siwko
Polska Grupa Zbrojeniowa i należący do niej Autosan podpisały list intencyjny z amerykańską firmą Raytheon, która produkuje systemy obrony powietrznej Patriot. Dla spółki z Sanoka to szansa na rozwój w skali świata. Zdaniem szefa MON Antoniego Macierewicza ta współpraca może przybliżyć porozumienie w sprawie programu Wisła, którego celem jest zakup systemu obrony przeciwrakietowej dla Polski.

– Liczymy na to, że włączenie Autosanu do systemu Patriot, otworzy drogę do sfinalizowania tego wielkiego przedsięwzięcia, jakim jest zapewnienie produkcji i realizacji dostawy do Polski zestawu obronnego i antyrakietowego systemu Patriot na najbliższe lata – zapowiedział podczas konferencji minister obrony narodowej Antoni Macierewicz.

Polska Grupa Zbrojeniowa i należący do niej Autosan podpisały w czwartek list intencyjny z amerykańskim koncernem Raytheon, producentem systemu obrony powietrznej Patriot. Na mocy porozumienia spółka z Sanoka zostanie włączona w łańcuch dostaw i będzie dostarczać komponenty dla programu Patriot.

– Razem z amerykańskimi partnerami podpisujemy dokument, który uznaje Autosan za dostawcę programu Patriot w 13 krajach świata. To gwarancja stabilnego procesu rozwoju dla Autosanu na przestrzeni najbliższej dekady – zaznacza Arkadiusz Siwko, prezes zarządu Polskiej Grupy Zbrojeniowej SA.

Zdaniem szefa PGZ takie inicjatywy sprawiają, że przemysł obronny może się stać w przyszłości kołem zamachowym polskiej gospodarki. Dla spółki Autosan jest to natomiast szansa na stabilny rozwój ekonomiczny i stworzenie nowych miejsc pracy.

Współpraca z koncernem Raytheon obejmuje projektowanie i produkcję kontenerów Patriot. Przewidywana wielkość zamówień sięga kilkudziesięciu sztuk rocznie. Możliwe będzie wykorzystywanie również ich w innych programach modernizacji polskich Sił Zbrojnych, np. w zakresie systemów łączności. Według szacunków tylko w programie Wisła planowane jest wykorzystanie ponad stu polskich kontenerów.

 Z racji występowania w Grupie PGZ innych spółek mających doświadczenie w produkowaniu specjalistycznych kontenerów do zaawansowanych systemów obronnych, planowane jest utworzenie Centrum Produkcji Kontenerów w Autosan. Wypełni ono zarówno zapotrzebowanie Grupy PGZ, jak i firmy Raytheon w zakresie rozmaitych projektów – mówi Arkadiusz Siwko.

Amerykański producent Patriotów został w ubiegłym roku wybrany przez rząd do negocjacji dotyczących programu Wisła, którego celem jest zakup przeciwlotniczych zestawów rakietowych średniego zasięgu. Szef MON Antoni Macierewicz podkreślił, że nawiązanie współpracy z Raytheonem przybliża realizację tego celu i otwiera drogę do porozumienia w sprawie zakupu Patriotów dla Polski.

– Liczymy na to, że włączenie Autosanu do systemu Patriot i uczynienie z niego wielkiego centrum serwisowego dla produkcji Patriota na całym świecie otworzy drogę dla sfinalizowania tego wielkiego przedsięwzięcia, jakim jest zapewnienie produkcji i realizacji dostawy do Polski zestawu obronnego, antyrakietowego systemu Patriot w najbliższych latach – stwierdził Antoni Macierewicz.

– Ten list intencyjny pomaga polskiemu przemysłowi osiągnąć kolejny poziom na drodze do rozpoczęcia budowy polskiego systemu Patriot, po formalnym przyznaniu kontraktu na program Wisła – powiedział cytowany w komunikacie PGZ John Baird, wiceprezes Raytheon Integrated Defence Systems.

Macierewicz zaznaczył jednak, że podpisanie listu intencyjnego z amerykańską firmą Raytheon na razie o niczym nie przesądza, a w najbliższym czasie resort czekają dalsze negocjacje dotyczące programu Wisła.

Nie chciałbym tworzyć poczucia, że wszystko jest już załatwione, że wszystko jest już zamknięte. Wystosowaliśmy list zamawiający i jesteśmy w trakcie rozmów, które często nie są łatwe, a wymagające dla obu stron – zaznaczył Antoni Macierewicz.

W marcu tego roku Polska Grupa Zbrojeniowa przejęła część produkcyjną upadającego Autosanu – jednej z najstarszych fabryk z Polsce – i zadecydowała o kontynuowaniu produkcji pojazdów na potrzeby Sił Zbrojnych. W ocenie szefa MON ta decyzja okazała się słuszna i przyniosła korzyści w sferze polskiej obronności.

– Okazało się, że decyzja o uratowaniu Autosanu przez włączenie go do PGZ i objęcie zamówieniami związanymi z przemysłem zbrojeniowym była nie tylko słuszna w wymiarze społecznym, lecz także miała pozytywne skutki dla sfery obronności RP. To dowód na to, że rozwój polskiej gospodarki może się odbywać nie kosztem społeczeństwa i przemysłu zbrojeniowego, nie wbrew dążeniom społecznym, ale wzmacniając te wszystkie wartości – stwierdził minister Antoni Macierewicz.

Inflacja wraca do polskiej gospodarki

Po wielu miesiącach spadku cen do polskiej gospodarki wraca inflacja. W przyszłym roku nie powinna przekroczyć 1 proc. Woele będzie zależeć od światowych cen ropy naftowej.
-Inflacja będzie wracać bardzo powolnie – twierdzi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Wiele będzie zależeć od cen ropy naftowej.

Pomimo tego, że po środowej decyzji OPEC ceny ropy dość mocno wzrosły, to ekspert z XTB nie spodziewa się utrzymywania się tych cen na wysokim poziomie.

Ile jest warte mieszkanie spółdzielcze? Stan prawny gruntów zmienia bardzo wiele

Cena za jaką można kupić bądź sprzedać podobne mieszkanie spółdzielcze może się bardzo różnić. Przyczyną jest stan prawny mieszkania. Nie wiadomo czy spółdzielnia mieszkaniowa zadbała o rozwiązanie, które jest najlepsze dla spółdzielców.

Która forma prawna jest lepsza, a z którą związane są zagrożenia? Co jest najważniejsze? O tym w rozmowie z MarketNews24 opowiada prawnik Maria Musiałek z Grupy Emmerson SA.

OPEC zgodnie z oczekiwaniami

Wczorajszy dzień miał tylko jedno hasło przewodnie – OPEC. Ceny ropy poszybowały w górę. W większości przypadków umocnił się też dolar. Wyjątkowo słabo zachowywał się jen japoński.

W stosunku do dolara jen stracił blisko 2%, podobnie jak do funta brytyjskiego. Ropa zyskiwała natomiast blisko 10%. Wszystko za sprawą pierwszej od 2007 roku decyzji OPEC o ograniczeniu poziomu wydobycia tego surowca. Arabia Saudyjska dokona największych cięć. Zgodził się na nie też Irak. Natomiast Iranowi pozwolono nieznacznie zwiększyć wydobycie, uznając tym samym argumenty tej strony, mówiące o konieczności odzyskania rynku po wielu latach zachodnich sankcji.

Dzisiejszy dzień to głównie publikacje dotyczące Indeksów PMI dla przemysłu-zarówno dla państw strefy euro jak też USA. Za oceanem opublikowane zostaną też dane z tamtejszego rynku pracy. Oczekuje się nieznacznego wzrostu ilości wniosków o zasiłki dla bezrobotnych do poziomu 253 000. Dużo ważniejsze dane ujrzą światło dzienne w piątek- mowa o informacjach na temat ilości nowych miejsc pracy w sektorze pozarolniczym.

usoil01122016r

Choć wczorajsze wzrosty na rynku ropy były imponujące, na wykresie dziennym nie zmieniają wiele. Rynek dotarł na wysokość górnej linii mniejszego kanału spadkowego oraz pokonanej wcześniej linii wzrostowej. Czy będzie miał siłę kontynuować wzrosty? Kolejne opory to poziom 52$ oraz 53.5$(WTI). Wskaźnik RSI znajduje się w obszarze pozytywnym, jednak już blisko ograniczającej go linii spadkowej. Najbliższe dni powinny być ciekawe.

Sylwester Majewski, Forex-Desk

Beata Tadla: praca w TVP wiąże się ze świadomością, że można ją stracić

Beata Tadla: praca w TVP wiąże się ze świadomością, że można ją stracić 7
Pracę w TVP dziennikarka uważa za wyjątkowo ważny czas dla jej rozwoju zawodowego. Twierdzi, że żadna inna praca nie stawiała przed nią tak ciekawych wyzwań. Tadla żałuje natomiast, że jej kariera w tym medium skończyła się w tak przykrych okolicznościach. Jej zdaniem praca w TVP jest obecnie obarczona dużym ryzykiem zwolnienia.

Beata Tadla pracowała w Telewizji Polskiej od listopada 2012 do stycznia 2016 roku. W tym czasie pełniła m.in. rolę gospodyni głównego wydania „Wiadomości” oraz prowadzącej program „Dziś wieczorem” emitowany na antenie TVP Info. Ponad trzy lata spędzone przy ul. Woronicza Tadla uznaje za bardzo ważną część swojego życia i ogromną szkołę dziennikarstwa. Karierę w mediach zaczęła ponad 20 lat temu, pracowała m.in. w TVN24, TV Puls i Radiu Eska. Nigdy wcześniej żadna praca nie stawiała jednak przed nią takich wyzwań jak praca w TVP.

– Prowadziłam wieczory wyborcze, robiłam specjalne wydania „Wiadomości”, jeździliśmy w teren i stamtąd nadawaliśmy. W czasie pracy w „Wiadomościach” przeżyłam jeden z najtrudniejszych momentów mojego zawodowego życia, czyli sytuację w Kijowie, kiedy na Majdanie zginęło prawie 100 osób jednego dnia mówi Beata Tadla agencji informacyjnej Newseria Lifestyle.

Dziennikarka twierdzi, że nie żałuje ani jednego dnia pracy w TVP. Ubolewa jednak, że jej kariera w tym medium skończyła się w tak przykrych okolicznościach. Tadla została zwolniona przez nowe władze TVP, które uznały, że nie pasuje ona do nowej koncepcji „Wiadomości”. Jej zdaniem w obecnych realiach praca w Telewizji Publicznej wiąże się z dużą możliwością zwolnienia.

– Praca w TVP wiąże się ze świadomością, że można ją stracić, bo zmiany na górze spowodują, że ktoś zawsze będzie niewygodny, tylko dlatego, że ten, kto właśnie jest na górze będzie tam chciał wstawić kogoś swojego. To się teraz w TVP dzieje na skalę niespotykaną dotąd, więc trzeba się liczyć z tym, że ta praca jest pracą tymczasową. Ale przecież byli ludzie, którzy pracowali tam wiele lat, po 25 i też dobra zmiana ich zmiotła mówi Beata Tadla.

Po odejściu z TVP gwiazda na kilka miesięcy poświęciła się pisaniu kolejnej książki. Publikacja „Czego oczy nie widzą”, w której dziennikarka podsumowuje 25 lat kariery medialnej, ukazała się w listopadzie 2016 roku. W tym czasie Tadla skończyła także studia podyplomowe, kontynuowała także pracę jako wykładowca akademicki.

– Przyszła do mnie propozycja udziału w programie „Agent Gwiazdy”, ale od razu podziękowałam serdecznie, oczywiście to jest bardzo miła propozycja, ale już wtedy byłam związana z telewizją Nova, więc nie było takiej możliwości, żebym pojechała do Argentyny mówi Beata Tadla.

Pracę w Nova TV dziennikarka rozpoczęła w listopadzie 2016 roku. Jest współprowadzącą serwisu informacyjnego „24 godziny”.

 

„Żniwa” branży winiarskiej

Cele są różne: na prezenty i na suto zastawione stoły. W okresie świąteczno-noworocznym sprzedaż napojów alkoholowych znacząco wzrasta, tym samym to szczególny czas dla branży winiarskiej. Nowe produkty, ciekawe akcje marketingowe, pretekst do rozbudowy brandów. Czwarty kwartał roku ma strategiczne znaczenie dla wielu firm. Czlonkowie Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa solidnie się do niego przygotowali.  

Z perspektywy producenta i oferenta szerokiej gamy alkoholi obserwujemy w czasie świąt Bożego Narodzenia wzrost zainteresowania konsumentów zarówno produktami klasycznie kojarzonymi z okresem świąteczno –noworocznym, czyli winami musującymi, jak i wysokoprocentowymi trunkami – mówi Hanna Hausman, Zastępca Dyrektora ds. Marketingu i Eksportu firmy Henkell&Co.

Jacek Jantoń, Prezes Firmy Jantoń, przyznaje, że okres grudniowo-styczniowy to czas zwiększonej sprzedaży alkoholu, nawet o 30%, w porównaniu z pozostałymi miesiącami. W tym czasie Polacy chętnie kupują trunki na świąteczny stół i imprezę sylwestrową. Częściej sięgamy po alkohole mocne, zwłaszcza marki premium, które towarzyszą spotkaniom towarzyskim, ale również dobrze sprawdzają się się w roli prezentów – mówi Jacek Jantoń, Prezes Firmy Jantoń.

Z ostatniego badania SW Research wynika, że  na świąteczne prezenty najchętniej wybieramy wina. Kupując alkohol na prezent, decydujemy się raczej na trunki znanych i prestiżowych marek.

Zmiana modelu życia często przekłada się na modyfikację sztywnych zasad tradycji stołu wigilijnego. Wino jest obecnie tak samo mile widziane, jak większość tradycyjnych potraw. Podczas powitania Nowego Roku, jak również podczas zabaw karnawałowych, znacznie częściej towarzyszą nam obok win musujących również  wina spokojne. Osobliwy nastrój świąt powoduje również, że znacznie częściej konsumenci poszukują czegoś wyjątkowego oraz są skłonni wydać więcej na ten cel. Tym samym jesteśmy świadkami przesuwania się preferencji konsumenckich w kierunku segmentu premium – co pozwala z optymizmem patrzeć w nadchodzącą przyszłość – zauważa z kolei Mariusz Glenszczyk, wiceprezes Zarządu spółki TiM S.A.

W okresie grudniowo-styczniowym konsumenci poszukują produktów, które nie tylko wyśmienicie smakują, ale również  rozgrzewają. Jesienią i zimą chętniej i znacznie częściej sięgamy po rozgrzewające, nieco cięższe trunki – nalewki czy rozmaite rodzaje wina czerwonego, w tym grzanego. Z kolei okres świąteczno-sylwestrowy to czas win musujących, na przykład coraz bardziej popularnego w Polsce proscecco – mówi Jerzy Kwaśniewski, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa. Dla naszej branży to bardzo gorący okres. Na ten sezon przypada niemal 40% rocznej sprzedaży win musujących – podkreśla Prezes Kwaśniewski.

W okresie świąteczno-karnawałowym każdy z producentów i dystrybutorów stara się przygotować dla swoich klientów coś wyjątkowego.

Firma Jantoń, wychodząc na przeciw oczekiwaniom klientów, przygotowała szeroką ofertę produktów rozgrzewających. Najbardziej rozpoznawalną marką jest Zbójeckie Grzane, który posiada wszystkie walory klasycznego grzańca, czyli rozgrzewa i kusi aromatami przypraw korzennych (podobno zapobiega także przeziębieniom!). Kolejna propozycja to Dobroński z cynamonem, a także Grzaniec Aroniowy Piwniczne, który jest propozycją z szerokiej oferty win sygnowanych Kolekcją Dobrego Smaku. Na uwagę zasługuje także wódka Medoff, będąca ósmą marką wśród najlepiej sprzedających się na świecie, wielokrotnie nagradzana w międzynarodowych konkursach. Paniom, które częściej wybierają słabsze trunki, dedykowane jest wino Monte Santi (w tej linii dostępne jest także wino musujące).

Mionetto Prosecco, najczęściej kupowana marka wina prosecco w Polsce (spośród marek monitorowanych przez CMR, dane za styczeń-wrzesień 2016) to już propozycja Firmy Henkell&Co. Wino, które polscy konsumenci pokochali latem, zachęca włoskim stylem i elegancją  także do tego, by w jego towarzystwie powitać Nowy Rok.  W ofercie firmy Henkell & Co. coś dla siebie znajdą także amatorzy tradycyjnych win owocowych i sprawdzonych polskich receptur. Mowa o nowości w portoflio firmy czyli Winie Babuni. Natomiast amatorów mocniejszych trunków zadowoli z pewnością innowacyjna Okowita  Babuni. Wytwarzana  na bazie destylatów z naturalnych owoców, dostępna w 3 wersjach smakowych (śliwka, gruszka Williamsa i morela) dedykowana jest konsumentom poszukującym naturalności oraz produktów nawiązujących do staropolskiej tradycji mocnych destylatów owocowych (zaw. alk. 45 %).

Firma TiM z kolei w okresie bożonarodzeniowym szczególnie poleca cieszące się dużym uznaniem wina kalifornijskie z linii Oak View, chilijskie Panul, a także wina z serii Portada, których charakter sprawia, iż świetnie komponują się z karpiem, rybą po grecku czy aromatycznym piernikiem. Zadowoleni powinni być także wielbiciele miodów pitnych. W tej kategorii na uwagę zasługuje Złota Pasieka – miód szeroko polecany sobie wzajemnie przez miłośników tego trunku, a także seria miodów Kasztelańskich, która obok wielokrotnego zdobywcy wyróżnień i złotych laurów – półtoraka Rex Honestus – tworzy obóz miodów, obok których nie można przejść obojętnie.

Akio Toyoda prezesem spółki Toyoty odpowiedzialnej za budowę samochodów elektrycznych

Akio Toyoda
Akio Toyoda, Zdjęcia: Tomohiro Ohsumi/Bloomberg

1 grudnia rozpoczęła działalność nowa spółka Toyoty powołana do konstruowania i wprowadzania do produkcji samochodów elektrycznych. Na jej czele stanął Akio Toyoda, prezydent Toyota Motor Corporation.

W zarządzie nowej spółki zasiedli także Mitsuhisa Kato, wiceprezydent Toyota Motor Corporation odpowiedzialny za badania i rozwój, oraz Shigeki Terashi, wiceprezydent ds. strategii i badań. Dyrektorem zarządzającym został Kouji Toyoshima, główny inżynier w zespole projektowym Priusa.

Osobiste zaangażowanie Akio Toyody potwierdza determinację Toyoty, aby stworzyć seryjnie produkowany samochód elektryczny, który spotka się z pozytywnym przyjęciem szerokich rzesz kierowców na całym świecie. Zadaniem nowo powołanego przedsiębiorstwa jest wprowadzenie na rynek elektrycznego modelu Toyoty do 2020 roku.

Toyota jest pionierem wykorzystania silników elektrycznych w seryjnych samochodach – niemal 20 lat temu wprowadziła na rynek pierwszy masowy samochód hybrydowy – Toyotę Prius. Obecnie łączna liczba hybryd Toyoty i Lexusa na całym świecie zbliża się do 10 milionów. W 2014 roku Toyota rozpoczęła sprzedaż modelu Mirai – samochodu napędzanego wodorowymi ogniwami paliwowymi (FCV). Pojazdy na ogniwa paliwowe pozostają strategicznym priorytetem Toyoty, która inwestuje ogromne środki w budowę nowych modeli FCV, dalsze udoskonalanie tej technologii oraz rozbudowę infrastruktury tankowania wodoru na całym świecie. Samochody elektryczne uzupełnią szeroką ofertę ekologicznych napędów Toyoty i pozwolą na dalszą dywersyfikację źródeł energii oraz uniezależnienie motoryzacji od paliw kopalnych.

Nowe badanie Della i Intela wskazuje najważniejsze trendy technologiczne, które kształtują miejsca pracy

  • Pod względem innowacyjności technologie stosowane w biurach pozostają w tyle za rozwiązaniami do użytku prywatnego.
  • Pracownicy lubią wykonywać swoje obowiązki poza biurem.
  • Pracownicy z dużym entuzjazmem podchodzą do potencjalnych zastosowań rzeczywistości rozszerzonej (ang. Augmented Reality, AR), rzeczywistości wirtualnej (ang. Virtual Reality, VR) i sztucznej inteligencji w miejscu pracy.
  • Przedstawiciele pokolenia millenialsów są zdolni odrzucić lub przyjąć ofertę pracy ze względu na technologie dostępne w biurze. Są również skłonni odejść z pracy, jeśli technologie udostępniane przez pracodawcę nie spełniają ich oczekiwań.

Firma Dell zaprezentowała wyniki badania[i] Future Workforce Study, przeprowadzonego w Europie i RPA na zlecenie Della i Intela, które analizuje globalne trendy technologiczne kształtujące nowoczesne miejsca pracy. Wskazują one, że prawie połowa pracowników w tych regionach uważa, że ich obecny pracodawca w niewystarczającym stopniu wykorzystuje najnowsze technologie.

Badanie 2016 Future Workforce Study, przeprowadzone przez firmę badawczą PSB, objęło blisko 4 000 pracowników pełnoetatowych z małych, średnich i dużych przedsiębiorstw w 10 krajach. Wielu spośród respondentów z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji i RPA wątpi, że w ciągu najbliższych pięciu lat będzie pracować w inteligentnym biurze. Zaznaczają przy tym, że technologie stosowane w ich obecnym miejscu pracy pozostają w tyle za rozwiązaniami, jakie wykorzystują w celach prywatnych. Badanie wskazuje, że postęp technologiczny w istotny sposób wpływa na oczekiwania pracowników względem pracodawców, a firmy, które nie podążają za najnowszymi trendami, mogą tracić pracowników.

Technologia zdążyła już wywrzeć ogromny wpływ na nasze sposoby komunikacji w miejscu pracy. Wielu ankietowanych, w tym zdumiewający odsetek millenialsów w RPA (67%), uważa, że spotkania twarzą w twarz staną się niepotrzebne. W niedalekiej przyszłości innowacyjne technologie takie jak Internet rzeczy (IoT) i rzeczywistość wirtualna (VR) mogą stać się kluczowe w miejscu pracy, dzięki czemu wykonywanie zadań samodzielnie lub w grupie stanie się bardziej efektywne.

„Współcześni pracownicy coraz częściej oczekują od swoich pracodawców bezproblemowego i bezpiecznego udostępniania najnowszych technologii” ¾ powiedział PJ Dwyer, Client Solutions, Dell EMEA. „Pracownicy przekonali się na własne oczy, jak nowe technologie mogą pomóc im lepiej wykonywać pracę, dlatego bardzo chętnie wykorzystują je, by zwiększać swoją produktywność. Mimo że wielu pracodawców ostrożnie podchodzi do tej kwestii, mają oni wyjątkową możliwość wyznaczania trendów na rynku pracy i zwiększania produktywności zatrudnianych przez siebie osób”.

Najważniejsze informacje

  • Pracownicy, zwłaszcza w RPA (67%) i Wielkiej Brytanii (47%), uważają, że ich biura nie są wystarczająco inteligentne (w skali globalnej odsetek ten wynosi 44%). Są oni gotowi na to, aby ich przedsiębiorstwa wdrożyły najnowsze rozwiązania w celu usprawnienia pracy, jednocześnie mają jednak mieszane uczucia odnośnie tego, czy faktycznie to nastąpi w ciągu najbliższych pięciu lat.
  • Praca zdalna coraz częściej postrzegana jest jako element poprawiający jakość życia oraz produktywność, a umożliwiają ją nowe technologie. Ogromny odsetek pracowników zdalnych w Niemczech (95%) i Wielkiej Brytanii (87%) twierdzi, że lubi swoją pracę. Technologia umożliwiła zmianę stylu życia, co przełożyło się również na styl pracy i preferencje zawodowe. Aby nie pozostać w tyle i sprostać oczekiwaniom pracowników, firmy powinny oferować bardziej elastyczne opcje pracy.

    Pracownicy mają świadomość, że technologie umożliwiające nowe opcje pracy wymagają dedykowanych zabezpieczeń i infrastruktury. Zdaniem respondentów z Europy i RPA zaawansowaną ochronę przed zagrożeniami powinna stanowić priorytet w ich miejscach pracy.

  • Rzeczywistość wirtualna (VR) i rzeczywistość rozszerzona (AR) mogą pojawić się w przedsiębiorstwach szybciej, niż nam się wydaje. Aż 61% pracowników w Europie i RPA chętnie skorzystałoby z takich rozwiązań w swojej pracy zawodowej. Najczęściej wymieniane potencjalne zastosowania to rozwijanie nowych umiejętności w realistycznych środowiskach wirtualnych (25%), rozwiązywanie problemów i wysuwanie nowych pomysłów dzięki wizualizacji 3D (18%) oraz prowadzenie prezentacji dla klientów z użyciem rozwiązań interaktywnych (15%).

Ponadto, ponad połowa pracowników w Europie i RPA (52%) uważa, że wprowadzenie rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji ułatwiłoby im pracę.

  • Technologia ma również znaczenie, jeśli chodzi o pozyskiwanie i zatrzymywanie pracowników. Dotyczy to przede wszystkim millenialsów. W Niemczech 79% z nich deklaruje, że nowoczesne technologie ułatwiają im wykonywanie obowiązków zawodowych. W tym kontekście nie dziwi fakt, że znaczna część z nich byłaby gotowa odejść z pracy, gdyby technologie udostępniane przez pracodawcę nie spełniały ich oczekiwań (taką gotowość deklaruje aż połowa millenialsów we Francji). Ponadto, millenialsi w Europie (we Francji aż 86%) i RPA przyznają, że wybór technologii udostępnianych przez potencjalnego pracodawcę wpłynąłby na decyzję o przyjęciu bądź odrzuceniu danej oferty pracy.

[i] Dell and Intel Future Workforce Study 2016. Dell i Intel zleciły firmie Penn Schoen Berland przeprowadzenie ankiety ilościowej w okresie od 5 kwietnia do 3 maja 2016 r., która objęła 3 801 pracowników pełnoetatowych (praca ponad 35 godzin w tygodniu) z małych, średnich i dużych przedsiębiorstw z 10 krajów (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Japonia, Brazylia, Chiny, Indie, Kanada i RPA).

M. Petka-Zagajewska (Raiffeisen Polbank): spadki notowań złotego są przejściowe. Pesymizm inwestorów po wygranej Trumpa w USA na razie nieuzasadniony

M. Petka-Zagajewska (Raiffeisen Polbank): spadki notowań złotego są przejściowe. Pesymizm inwestorów po wygranej Trumpa w USA na razie nieuzasadniony 8
Obawy związane z wygraną Donalda Trumpa w wyrobach prezydenckich i kształtem nowej polityki fiskalnej Stanów Zjednoczonych oraz czynniki lokalne, m.in. przegłosowane niedawno w Sejmie obniżenie wieku emerytalnego, wpływają na większą awersję inwestorów do ryzyka. To przekłada się na utrzymujące od kilku tygodni spadki notowań polskiej waluty. Zdaniem Marty Petki-Zagajewskiej z Raiffeisen Polbank mają one jednak przejściowy charakter i niedługo złoty odrobi część strat.  

– Wykresy z ostatnich dni pokazują, że polski złoty zdecydowanie nie jest ulubionym aktywem inwestorów. Nie jest to reakcja stricte na czynniki krajowe czy lokalne. To raczej efekt tego, że Polska jest jednym z większych i płynniejszych rynków wschodzących, a większa awersja do ryzyka od zawsze mocno przekłada się na notowania złotego, bo one są takim papierkiem lakmusowym globalnych nastrojów – mówi Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomistka Raiffeisen Polbank.

Na słabsze notowania polskiej waluty w ostatnich tygodniach wpływają przede wszystkim reakcje związane z listopadowymi wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych i wygraną Donalda Trumpa. Inwestorzy obawiają się, że pociągnie to za sobą nową politykę gospodarczą, bardziej ekspansywną politykę fiskalną i wyższą inflację, a co za tym idzie – podwyższenie stóp procentowych przez Rezerwę Federalną i silniejszego dolara. Jeżeli kandydat republikanów podejmie próbę zrealizowania części kampanijnych zapowiedzi, będzie to miało silne przełożenie na drugą największą gospodarkę świata.

– Dla wielu rynków wschodzących to może być wyzwanie, bo one są mocno zadłużone i szczególnie podatne na ryzyko umocnienia dolara i wzrostu stóp procentowych w USA. Dla Polski to nie stanowi bezpośredniego zagrożenia, ale ponieważ dotyczy to wielu rynków wschodzących, to przekłada się również na notowania złotego – mówi Marta Petka-Zagajewska.

Amerykańska waluta jest obecnie najmocniejsza wobec złotego od kilku lat, a od początku roku złoty stracił wobec dolara już około 6 proc. Nie bez znaczenia są jednak czynniki wewnętrzne, takie jak przegłosowana w połowie listopada decyzja o obniżeniu wieku emerytalnego. Zgodnie z przyjętą w Sejmie ustawą od początku 2017 roku obowiązywać będzie niższy próg wieku przejścia na emeryturę dla kobiet (60 lat) i mężczyzn (65 lat). Koszt tej zmiany szacowany jest na 40 mld zł w ciągu kolejnych czterech lat. Agencja ratingowa Moody’s zwróciła uwagę, że obniżenie wieku emerytalnego może negatywnie wpłynąć na ocenę wiarygodności kredytowej Polski (najbliższa rewizja ratingu nastąpi na przełomie stycznia i lutego przyszłego roku). Wśród ekonomistów pojawiają się również obawy o tempo wzrostu gospodarczego w kolejnych kwartałach. Główny Urząd Statystyczny podał, że polska gospodarka w III kwartale tego roku w porównaniu do tego samego okresu ubiegłego roku urosła o 2,5 proc.To najwolniejsze tempo wzrostu gospodarczego od trzech lat.

– Lokalne czynniki niestety też napędzają ten negatywny globalny sentyment. Decyzja o obniżeniu wieku emerytalnego oznacza wyższe ryzyko kredytowe dla Polski. Nie jest to co prawda kropla, która przelewa czarę goryczy, ale na pewno wspiera globalne trendy – zauważa Marta Petka-Zagajewska.

Główna ekonomistka banku Raiffeisen Polbank podkreśla, że pesymizm związany z prezydenturą Donalda Trumpa, obawy o kształt polityki gospodarczej i rychłą podwyżkę stóp procentowych w USA mogą się okazać nieco na wyrost – na razie bowiem nic nie wskazuje na to, aby ziścił się czarny scenariusz prognozowany przez inwestorów. Zwłaszcza, że jak dotąd nie padły żadne wiążące zapowiedzi dotyczące polityki gospodarczej.

– Myślę, że wiara w powrót inflacji w Stanach Zjednoczonych, wyższe stopy procentowe i silniejszego dolara jest trochę przerysowana. Zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że nie usłyszeliśmy jeszcze żadnego konkretnego programu tej nowej polityki fiskalnej. Dlatego zakładam, że do końca roku pewnie nie wrócimy do poziomu złotego sprzed 2–3 tygodni, ale nie spodziewam się również kontynuacji spadków. Myślę, że złoty w stosunku do euro nie powinien być słabszy niż 4,40. Powinniśmy także zobaczyć korektę notowań dolara, a co za tym idzie – mniejszą awersję do ryzyka i słabszego franka – prognozuje Marta Petka-Zagajewska.

Jeszcze na początku listopada kurs franka utrzymywał się poniżej poziomu 4,00, który jest psychologiczną barierą, zwłaszcza dla osób, które mają kredyty mieszkaniowe w szwajcarskiej walucie. Obecnie wciąż przekracza ten poziom, polska waluta odrobiła już jednak część strat względem franka.

Norwegia: Pro środowiskowe rozwiązania szansą na oszczędności energii w centrach handlowych

Centra handlowe z założenia są obiektami zużywającymi bardzo dużo energii, dlatego stanowią wyzwanie w zakresie stworzenia możliwości jej oszczędzania. Centrum handlowe City Syd w norweskim mieście Trondheim jest obecnie obiektem badań, mających określić skalę oszczędności na obszarze kluczowych systemów, takich jak oświetlenie i klimatyzacja.

W centrach handlowych spędzamy coraz więcej czasu, zwłaszcza jesienią i zimą, kiedy ciepłe wnętrza kuszą kawiarniami, wygodnymi kanapami, ofertą rozrywkową i licznymi miejscami parkingowymi. Jednak ogrzewanie, odpowiednia wentylacja, zapewniająca przepływ powietrza, a przede wszystkim właściwe oświetlenie, są elementami niezbędnymi i jednocześnie  generującymi wysokie koszty. Obiekty takie jak centra handlowe średnio zużywają  ok. 300 kWh energii na metr kwadratowy, a ponadto są źródłem odpadów i wysokich emisji CO2.

Celem unijnego projektu CommONEnergy jest opracowanie praktycznych narzędzi i systemów wsparcia, dzięki którym centra handlowe przekształcą się w wydajne energetycznie kompleksy. Rezultaty badań prowadzonych w obiektach stosujących w ramach testów takie rozwiązania zostały uznane przez naukowców za zachęcające. Teraz badacze starają się udowodnić, że indywidualnie projektowane systemy oświetleniowe, klimatyzacyjne i nowe fasady, systemy zarządzania energią oraz inne czynniki mogą ograniczyć zużycie energii oraz obniżyć poziom emisji CO2 generowanych przez takie obiekty.

Więcej światła dziennego

W dniu otwarcia centrum handlowe City Syd w Trondheim zajmowało łączną powierzchnię 28,5 tys m. kw. Od tego czasu zostało rozbudowane do 38 tys. m. kw i oferuje tysiąc naziemnych miejsc parkingowych, dzięki czemu nadal jest jednym z największych obiektów tego typu w Norwegii.

Dyrektor tego centrum, Finn Dybdalen, mówi, że zużycie energii w City Syd dotyczy głównie dwóch obszarów. „Pierwszym jest ogrzewanie i chłodzenie powietrza wewnątrz budynku, a drugim oświetlenie“, wyjaśnia. „W wielu obiektach w dachu części głównej są okna wpuszczające światło dzienne, jednak same sklepy zlokalizowane są w cieniu. Aby oczy się do tego przyzwyczaiły, konieczna jest instalacja dużo większej liczby źródeł światła“, mówi Dybdalen.

Badacze z SINTEF (największego, niezależnego ośrodka naukowo-badawczego w Skandynawii) przeanalizowali wiele obszarów w tym obiekcie i stwierdzili istnienie znacznych różnic w ilości zużywanej energii. „Aktualnie tworzymy nowy projekt systemu oświetleniowego, instalując inteligentne świetliki o zaawansowanych systemach przepuszczania światła dziennego, oświetlenie LED oraz światła punktowe. Współpracujemy też ze sklepem Jens Hoff Garn & Ide, gdzie instalujemy tzw. „słoneczne rury„, dzięki którym do wnętrza napływa więcej światła słonecznego”, mówi Matthias Haase, starszy pracownik naukowo-badawczy w SINTEF.

Ważne, aby oświetlenie nie było zbyt mocne“, mówi. „Na przykład odzież i żywność nie powinny być wystawione na bezpośrednie działanie promieni słonecznych. Właśnie dlatego w jednej z części wspólnych wymieniamy oświetlenie na nowy system, umożliwiający regulowanie intensywności i koloru światła przez cały dzień”. Ma to na celu obniżenie poboru energii przez cały system oświetlenia do 6,4W na metr kwadratowy.

Powietrze z zewnątrz zamiast chłodzenia

Kolejnym istotnym obszarem, na którym centra handlowe mogą wprowadzić oszczędności, jest klimatyzacja. Badacze z SINTEF zaproponowali, aby  w większym stopniu wykorzystać naturalne strumienie powietrza przepływającego przez budynek. W przypadku City Syd wymagało to skierowania powietrza w górę, w kierunku otworów wentylacyjnych w suficie, i drzwi wyjściowych, a następnie regulowania jego temperatury w oparciu o warunki panujące na zewnątrz.

Ma to na celu zmniejszenie poziomu intensywności pracy klimatyzacji i wykorzystanie w większym stopniu powietrza z zewnątrz zamiast ciągłego chłodzenia powietrza wewnątrz budynku“, mówi Dybdalen, dodając, że prace nad instalacją już się zakończyły. Plany na przyszłość obejmują wykorzystanie zaawansowanej gruntowej pompy ciepła (GSHP) o mocy 15 kW, która znajdować się będzie w otworze wydrążonym w ziemi. Wszystkie zebrane dane wskazują na to, że  nowy system będzie bardzo wydajny.

Oszczędności

City Syd jest naszą lokalizacją demonstracyjną, a eksperymenty prowadzimy w różnych częściach budynku„, mówi Haase. „W ramach projektu wykonujemy pomiary i gromadzimy dane, dlatego kiedy zebrane zostaną wszystkie informacje na temat wspomnianego unijnego projektu, będziemy wiedzieć, jakie oszczędności będą możliwe w przyszłości“, dodaje. „Naszym celem jest zmniejszenie zużycia energii w City Syd o 75 procent”.

Finn Dybdalen nie wahał się, kiedy SINTEF zaprosił go do projektu i jest całkowicie przekonany o słuszności wprowadzonych zmian. „Jednym z naszych udziałowców jest towarzystwo ubezpieczeń Storebrand, które intensywnie pracuje nad rozwiązaniami opartymi o zasadę zrównoważonego rozwoju, zatem nasz udział w projekcie jest czymś naturalnym“, mówi.

Projekt będzie realizowany do września 2017 roku.

Rekordowe przychody w e-sklepach po Black Friday, Cyber Monday i Dniu Darmowej Dostawy

Black Friday, Cyber Monday i Dzień Darmowej Dostawy to najlepsze dni roku pod względem przychodów – podsumowuje kilkudniowe wyprzedaże platforma sklepów internetowych Shoper. Piątek przyniósł dwa razy więcej przychodów, wtorek – dwa razy więcej transakcji niż średnia z 2016 roku.

Rekordowe przychody

Black Friday, Cyber Monday i Dzień Darmowej Dostawy pod względem przychodów były kolejno najlepszym piątkiem, poniedziałkiem i wtorkiem roku. W trakcie zakupowego maratonu największym powodzeniem cieszyły się piątkowe wyprzedaże. Black Friday był najlepszym dniem w 2016 roku pod względem przychodów – przychody 25 listopada były o 93 proc. wyższe niż średnia przychodów z wszystkich dni w 2016. Za nim plasuje się Dzień Darmowej Dostawy z przychodami wyższymi o 83 proc., na trzecim miejscu natomiast Cyber Monday – z przychodami wyższymi o 78 proc.

Rekordowa liczba transakcji

Jeśli chodzi o liczbę transakcji kolejność się zmienia: najwięcej zakupów w sklepach korzystających z platformy Shoper odbyło się w Dzień Darmowej Dostawy – o 105 proc. więcej niż średnia z ostatniego półrocza. Cyber Monday był 3. co do liczby transakcji dniem w tym roku, a Black Friday – 4. W poniedziałek sklepy odnotowały liczbę transakcji wyższą o 75 proc, a w piątek o 71 proc. Z tego zestawienia wynika, że najatrakcyjniej wypadł dla sklepów Black Friday – chociaż odbyło się podczas tego dnia najmniej transakcji, przyniosły one najwięcej przychodów. Średnia wartość zamówienia wzrosła w Black Friday o 5 proc. a w Cyber Monday o 4 proc., natomiast w Dniu Darmowej Dostawy zmalała o 10 proc.

Mniejsze kwoty w Dniu Darmowej Dostawy nie dziwią, to moment, kiedy klienci wykorzystują okazję do zrobienia mniejszych zakupów bez dodatkowych kosztów. Sklepom rekompensuje ten koszt duża liczba zamówień – wyjaśnia Tomasz Tybon, dyrektor ds. marketingu i sprzedaży w Dreamcommerce, dostawcy oprogramowania gotowych sklepów internetowych Shoper. – Wyniki ostatnich dni pokazują, że e-sprzedawcy świetnie wykorzystali zakupowe okazje i działania promocyjne. Wielu z nich po prostu połączyło te kilka dni w jedna promocję, która trwała od piątku aż do wtorku – dodaje.

 

Jak podaje Shoper, największą popularnością w czasie promocji cieszyły się sklepy z odzieżą, ale swój dzień miały również sklepy ze sprzętem elektronicznym i artykułami pasmanteryjnymi. Co ciekawe największy ruch sklepy odnotowały w tych samych godzinach – w piątek i poniedziałek o 20:40, we wtorek 10 minut później.

Zwiększony ruch w e-sklepach przełożył się także na ruch u dostawców. – Odbiciem znakomitych wyników sprzedawców online jest znaczący wzrost obciążenia operatorów  logistycznych, którzy muszą poradzić sobie z obsługą większej liczby przesyłek – mówi Tim Potočnik, współzałożyciel i prezes firmy Eurosender, internetowej platformy do zamawiania usług kurierskich na terenie Unii Europejskiej. – Tylko w Czarny Piątek liczba zamówień złożonych na usługi kurierskie za pośrednictwem witryny Eurosender.com wzrosła o ok. 140 proc. w porównaniu z liczbą zamówień w inne dni.

W samych tylko Stanach Zjednoczonych na internetowe zakupy w Cyber Monday wydano 3,45 mld dolarów. Rekordowe 3,34 mld amerykańscy kupujący online zostawili w sklepach w Black Friday – wynika z danych Adobe Digital Index.

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Niepotrzebne włoskie niepokoje

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Ten rok obfituje w polityczne zaskoczenia dużego kalibru. Z najważniejszych warto wspomnieć o Brexicie oraz zaskakującym zwycięstwie Donalda Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich. Tymczasem rok się jeszcze nie skończył i na horyzoncie pojawia się kolejna możliwość politycznych zawirowań. Chodzi o niedzielne referendum konstytucyjne przeprowadzane we Włoszech. Wiele osób upatruje w nim kolejnego źródła ryzyka systemowego, ale czy jest tak w rzeczywistości? Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, najpierw warto sięgnąć pamięcią do komentarzy sprzed poprzednich dwóch ważnych politycznych wydarzeń oraz późniejszego zachowania rynku. Otóż wiele osób twierdziło, że Brexit rychło doprowadzi do recesji w Wielkiej Brytanii, co się przecież nie ziściło. Z kolei wybór Trumpa przyjęty został w zaskakujący dla wielu sposób, choć przyznać trzeba, że nie dla wszystkich wiązał się on z pozytywną reakcją. Jeżeli więc dwa poprzednie pokaźne zaskoczenia nie wywołały znaczących rynkowych perturbacji, to dlaczego włoskie referendum miałoby być inne pod tym względem? W tym miejscu warto wspomnieć o jeszcze jednej ważnej kwestii. Otóż o ile w przypadku Brexitu oraz Donalda Trumpa sondaże wskazywały na większe prawdopodobieństwo wygrania opcji „prorynkowej”, o tyle we Włoszech badania opinii stwierdzają, że niedzielny werdykt najprawdopodobniej nie przebiegnie po myśli premiera Matteo Renziego. Teoretycznie oznacza to, że głos na „nie” jest już uwzględniony w rynkowych cenach i nie powinien wiązać się w większym zamieszaniem na początku przyszłego tygodnia. Trudno liczyć na negatywne zaskoczenie inwestorów, którzy według obecnej wiedzy spodziewać się powinni większych bądź mniejszych politycznych reperkusji na Półwyspie Apenińskim. Zresztą nie powinno to być dla nikogo szczególnym novum. Włoska polityka była burzliwa w przeszłości i taką pozostanie, choćby z uwagi na tamtejszą mentalność. Jednocześnie nie można przeceniać jej wpływu na koniunkturę w Europie. Ta prezentuje się całkiem nieźle jak na standardy okresu po kryzysie finansowym. Gorzej pod tym względem wygląda kondycja krajowej gospodarki, co po raz kolejny pokazał wczorajszy odczyt dynamiki PKB w III kw. Jednocześnie wyraźnie unaocznił on, że to nie zewnętrzny impuls stoi za obserwowanym spowolnieniem wzrostu, gdyż jest ono generowane głównie przez lokalną niepewność oraz lukę inwestycyjną związaną z przejściem z jednej perspektywy unijnej w kolejną. Nie można więc obwiniać innych za de facto swoje własne błędy.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Dom na działce leśnej – jak go sprzedać?

Z dniem 30 kwietnia 2016 roku weszła w życie nowelizacja ustawy o lasach, która wprowadza prawo pierwokupu nieruchomości leśnych na rzecz Skarbu Państwa. Ustawa ta zmieniła zasady obrotu prywatnymi nieruchomościami leśnymi, a w ramach nowego porządku sprzedaż nieruchomości przebiega dwuetapowo. Najpierw zawierana jest umowa warunkowa – a lasy państwowe mogą skorzystać z prawa pierwokupu – w ustawowym terminie 1 miesiąca od chwili zawiadomienia przez właściwego nadleśniczego. Dopiero po upływie tego terminu możliwe jest zawarcie umowy przenoszącej własność. Prawo pierwokupu na rzecz Lasów Państwowych nie jest ograniczone żadną normą obszarową i obowiązuje również w odniesieniu do działek zabudowanych. Działka zabudowana musi być sprzedawana w ramach procedury umożliwiającej lasom wykonanie prawa pierwokupu.

– Nawet w przypadku, gdy tylko mała część powierzchni jest oznaczona w ewidencji gruntów lub w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego jako las, działka ma przeznaczenie mieszane – do zalesienia lub pod zabudowę – powiedziała serwisowi eNewsroom.pl mec. Anna Woźniakowska-Dębiec z Kancelarii Gardocki i Partnerzy – Proporcja powierzchni zalesionej do pozostałej części działki, z punktu widzenia zastosowania przepisów ustawy, jest bez znaczenia. Zgodnie z treścią uzasadnienia rządowego projektu, nowelizacja ma umożliwić realizację „Krajowego programu zwiększania lesistości”.

Wykonanie prawa pierwokupu w odniesieniu do gruntów zabudowanych, z punktu widzenia realizacji tego celu jest bezzasadne i w praktyce nie powinno mieć miejsca. Zgodnie z informacjami uzyskanymi od rzecznik Generalnej Dyrekcji Lasów Państwowych, w ciągu pół roku obowiązywania nowych przepisów, Lasy Państwowe skorzystały z opcji pierwokupu w 15 przypadkach na 3800 zgłoszonych do nadleśnictw transakcji sprzedaży. Transakcje te dotyczyły wyłącznie nieruchomości, które w całości miały charakter leśny. W dwóch przypadkach kwestionowana była cena transakcyjna. Ta statystyka potwierdza potrzebę zmiany przepisów oraz wyłączenia zastosowania prawa pierwokupu w stosunku do nieruchomości zabudowanych i przeznaczonych w planie zagospodarowania przestrzennego pod zabudowę.

Wykup tych nieruchomości przez Lasy Państwowe w celu zwiększenia zasobów leśnych w Polsce byłby nieracjonalny i nieadekwatny do celu. Obowiązywanie przepisów o pierwokupie w obecnym wariancie niepotrzebnie podnosi koszty transakcyjne i wydłuża czas sprzedaży domów na działkach leśnych. Może to powodować spadek popytu na takie nieruchomości. Każdy potencjalny inwestor musi się bowiem liczyć z ryzykiem, że w przyszłości może mieć trudności ze spieniężeniem takiej działki – w przypadku skorzystania z pierwokupu lub zakwestionowania ceny przez Lasy Państwowe – ocenia Woźniakowska.

Ropa powyżej 50 dolarów. Indeksy koniunktury

Wbrew przewidywaniom udało się porozumieć producentom ropy naftowej i obniżyć wydobycie. Wskaźniki koniunktury w największych europejskich gospodarkach idą w górę.

Ograniczenie wydobycia ropy naftowej

Wbrew oczekiwaniom analityków państwa zrzeszone w OPEC porozumiały się wczoraj w ramach limitów wydobycia ropy naftowej. Ma on zostać ustalony na wstępnie zapowiadanym poziomie 32,5 miliona baryłek dziennie. Jest to redukcja o 750 tysięcy baryłek. To co istotne w projekcie biorą również państwa spoza kartelu. Ograniczyły one wydobycie o 600 tysięcy baryłek. W rezultacie widzimy istotny 5 dolarowy wzrost cen ropy i przebicie psychologicznej bariery 50 dolarów za baryłkę zarówno w przypadku giełdy w Londynie, jak i tańszej ropy WTI w Nowym Yorku. Nie może też dziwić, że w od wczorajszego poranka rubel podskoczył z 6,4 grosza do 6,6 grosza.

Czy wskaźniki koniunktury mają rację?

Pomimo spowolnienia w polskiej gospodarce indeks PMI mierzący optymizm menadżerów odpowiedzialnych za zamówienie rośnie. Analitycy oczekiwali wyniku na poziomie 50,8 punktów. Odczyt pokazał 51,9 punktu, czyli wyraźnie powyżej psychologicznej granicy 50 oddzielającej umownie rozwój od recesji. Oznacza to, że pomimo pewnych problemów perspektywy polskiej gospodarki nie wyglądają źle. Przeciwny sygnał płynie dzisiaj z rynków walutowych od rana trwa odwrót od złotówki. Euro dotarło do 4,46 zł, frank otarł się o 4,14 zł, dolar wciąż znajduje się w okolicach 4,20 zł a funt dotarł do 5,26 zł.

Indeksy koniunktury dla głównych gospodarek Europy

Dobrze wypadły indeksy PMI w większości państw europejskich. Hiszpania, Francja i Włochy czyli kraje, które budzące uzasadnione niepokoje inwestorów wszystkie zanotowały wyniki powyżej oczekiwań analityków. Trochę gorzej wypadły Niemcy, ale tutaj różnica wynosi 0,1pkt. Bardzo dobrze z kolei wypadła Szwajcaria co z pewnością nie powinno cieszyć osób posiadających kredyty we frankach. Dobre dane wpływają na umocnienie waluty. Zmiana z 54,4 punktów, których oczekiwali analitycy, na 56,6 punktu to duża różnica. Gorzej od oczekiwań wypadła Wielka Brytania, aczkolwiek tutaj można spadek optymizmu przypisać niepokojom związanym z Brexitem.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

  • 13:30 – USA – raport Chalangera,
  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Polscy przewoźnicy na rynkach wschodnich – komentuje Grzegorz Szenejko

9 listopada 2016 roku podpisane zostało porozumienie pomiędzy polskim rządem a Federacją Rosyjską w sprawie limitów zezwoleń na przewozy dwustronne i tranzytowe. Jak wygląda obecnie sytuacja polskich przewoźników na rynkach wschodnich? Czy podpisane porozumienie ułatwi polskim przewoźnikom powrót na rynek rosyjski?  komentuje Grzegorz Szenejko, ekspert ds. wymiany handlowej z krajami WNP, właściciel firmy spedycyjnej STH Cargo z Białej Podlaskiej

Grzegorz Szenejko, ekspert ds. wymiany handlowej z krajami WNP, właściciel firmy spedycyjnej STH Cargo z Białej Podlaskiej
Grzegorz Szenejko, ekspert ds. wymiany handlowej z krajami WNP, właściciel firmy spedycyjnej STH Cargo z Białej Podlaskiej

Przewoźnicy polscy działają na podstawie dwóch rodzajów zezwoleń, pierwsze uprawniają ich do przewozu towarów z Polski do Rosji, tych jest wystarczająca liczba. Drugie dotyczą transportu z „krajów trzecich”, innych niż Polska, i tych wciąż jest stanowczo za mało. W ubiegłym roku Rosja uznała, że towary wyprodukowane lub magazynowane przez międzynarodowe koncerny na terenie Polski nie są polskie, więc przewożące je polskie firmy transportowe powinny korzystać z drugiego typu zezwoleń. Ponieważ tego typu przewozów jest najwięcej, sytuacja nie wygląda ciekawie. Z zawirowań wokół liczby i podziału zezwoleń już skorzystały kraje bałtyckie.

W praktyce oznacza to, że tracimy klientów na rzecz przewoźników i spedytorów litewskich, łotewskich czy estońskich. Wiele dużych polskich firm transportowych już wycofało się z rosyjskiego rynku. Dodatkowo, po zamknięciu linii kredytowych Rosji w bankach zachodnich (w wyniku nałożonych sankcji i embarga) i drastycznym spadku cen ropy naftowej, mocno spadła wartość rubla oraz jego siła nabywcza. Rosja mniej kupuje w Europie, przypadkiem za to, również z powodu niskiej wartości rubla, zwiększyła znacznie eksport taniego zboża i drewna do Europy. Niestety i tym razem polscy przewoźnicy niewiele na tym zyskali. Kto na tym wygrał? Moim zdaniem, największym wygranym w zawirowaniach wokół embarga i zezwoleń na przewozy została Białoruś. Z mało znaczącego kraju wyrosła na ważnego gracza na rynku usług logistycznych, ważnego pośrednika w handlu z Rosją i alternatywnego kanału dostaw w przywozie towarów do Rosji. Powstały tam nowoczesne centra magazynowe. Dodatkowo wielu przewoźników białoruskich skorzystało z luki prawnej, dzięki której mogli kupować auta ciężarowe w Europie, bez płacenia dużego cła.

Z racji tego, że Białoruś jest członkiem Unii Celnej z Rosją, ma otwarte granice, więc odprawiając towar u siebie, białoruscy przewoźnicy zawożą go bezpośrednio już do Rosji. Jaki z tego wniosek? Polscy przewoźnicy utracili znaczną część rosyjskiego rynku transportowego. Lukę po nas szybko wypełnili przewoźnicy z krajów bałtyckich i Białorusi. Są konkurencyjni cenowo i z pewnością łatwo nie zrezygnują z tak dobrego biznesu. Zatem nowe porozumienie w sprawie zezwoleń może być dla nas szansą, ale nie załatwi wszystkich problemów polskich przewoźników. Jedyna szansa powrotu na utracone rynki, to dalsze negocjacje z Rosją przy silnym wsparciu Unii Europejskiej.

Izba Domów Maklerskich na rzecz rynku OTC instrumentów pochodnych

Izba Domów Maklerskich aktywnie działając na rzecz rozwoju polskiego rynku kapitałowego, podejmuje nowe działania dotyczące rynku OTC instrumentów pochodnych. W celu prawidłowego jego kształtowania, Izba podjęła się koordynacji szeregu działań edukacyjnych i informacyjnych, a na stanowisko eksperta IDM ds. rynku OTC został powołany pan Marek Wołos. Izba będzie również występowała do organów administracji państwowej i zrzeszeń inwestorów z propozycją współpracy.

Działając jako reprezentant domów maklerskich podlegających krajowemu nadzorowi regulacyjnemu, Izba zamierza wziąć aktywny udział w kształtowaniu rynku OTC.
We współpracy z domami maklerskimi oraz organizacjami zrzeszającymi inwestorów Izba planuje m.in. badania inwestorów aktywnych na rynku CFD/FX oraz cykl szkoleń dla przedstawicieli mediów. Ponadto przygotowane zostały już wystąpienia do Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego dotyczące wyeliminowania z rynku nielicencjonowanych podmiotów stwarzających ryzyko dla polskiego rynku kapitałowego, prowadzących nieuczciwą działalność konkurencyjną.

Na eksperta IDM ds. rynków OTC instrumentów pochodnych powołany został
pan Marek Wołos. To doświadczony ekonomista i menedżer, specjalista w zakresie rynków finansowych i zabezpieczania ryzyka walutowego. Pan Marek Wołos posiada kilkunastoletnie doświadczenie na rynku CFD/FX, zarówno menedżerskie jak i zarządcze. Jest również wykładowcą akademickim oraz aktywnym komentatorem tematyki gospodarczej
i walutowej w mediach.

Ponadto działając na rzecz szerokiego grona uczestników polskiego rynku finansowego Izba skieruje propozycje współpracy do innych podmiotów (m.in. do Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego oraz Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych), w zakresie podjęcia działań mogących wpłynąć na poprawę funkcjonowania rynku. Wspólnym celem będzie przede wszystkim zwalczanie zagrożeń związanych z funkcjonowaniem podmiotów, których działania rodzą podejrzenie łamania przepisów prawa i uznawane są powszechnie za nieetyczne, oraz ścisła współpraca na rzecz właściwej edukacji otoczenia rynkowego
i ochrony klientów domów maklerskich.

Aktualna perspektywa EUR/PLN

Podchodząc do analizy EUR/PLN należy zwrócić uwagę na kilka istotnych elementów wpływających negatywnie na budżet Polski w kolejnych latach. Obniżenie wieku emerytalnego, zwiększenie zakresu polityki prorodzinnej znacznie osłabi budżet w 2017 roku, a nawet w kolejnym.

Po latach systematycznego obniżania deficytu budżetowego, bez wątpienia, w kolejnych deficyt znacznie wzrośnie. Dodatkowo pojawiły się sygnały wskazujące na spowolnienie gospodarcze, zwłaszcza w sektorze budownictwa. Nie bez znaczenia dla inwestorów jest fakt niestabilnej polityki finansowej w zakresie danin publicznych oraz niekończący się konflikt o Trybunał Konstytucyjny. Istotna jest też okoliczność terminu nadchodzących ocen naszej sytuacji finansowej przez agencje ratingowe, które w ostatnich dniach obniżyły prognozy w zakresie PKB Polski założonego przez rząd i wyraziły zaniepokojenie pogarszającymi się wskaźnikami gospodarczymi. Negatywny pogląd inwestorów na powyższe aspekty mocno osłabia kondycję złotego i nie pozwala myśleć o jakimś istotnym umocnieniu złotego.

Z drugiej strony, euro mogą wstrząsnąć w tym roku co najmniej 2 wydarzenia. Już na początku grudnia dojdzie do referendum konstytucyjnego we Włoszech. Zmiany w konstytucji, przegłosowane przez włoski parlament, ograniczają rolę Senatu oraz dają większe możliwości premierowi. Zmiany te muszą zostać zatwierdzone przez obywateli w referendum. W przypadku porażki Premier Matteo Renzi zamierza podać się do dymisji. Referendum to jest wyjątkowo ważne dla znajdującego się w bardzo słabej kondycji włoskiego sektora bankowego. Premier Renzi stara się uratować włoskie banki, nie przejmując przy tym depozytów klientów. Jeśli referendum zakończy się porażką premiera, sytuacja włoskiego sektora finansowego ulegnie pogorszeniu. W przypadku zwycięstwa w referendum poglądów partii opozycyjnych, szansa na przetrwanie wspólnej waluty Unii Europejskiej we Włoszech znacznie zmaleje.

Dnia 04 grudnia 2016 r. dojdzie do powtórki wyborów prezydenckich w Austrii. Faworytem do objęcia stanowiska jest Norbert Hofer, który nie kryje, że w przypadku zwycięstwa zamierza rozpisać referendum dotyczące pozostania Austrii w Unii Europejskiej.

W połowie grudnia 2016 r. dojdzie do kolejnego posiedzenia FED i powinno dojść do długo oczekiwanej podwyżki stóp procentowych. Choć rynek uważa to prawie za pewnik i większość tej podwyżki jest już w cenach głównych par walutowych, to my mówimy jednak „powinno”, lecz uważamy, że nie jest to takie pewne. Choć członkowie FED-u mówią głośno o podwyżce stóp, to jednak wygrana w wyborach prezydenckich Donalda Trumpa powoduje, że należy być ostrożnym co do kolejnych ruchów szefowej FED-u. Trump zapowiadał w kampanii, iż jak zostanie prezydentem to odwoła Yellen, jednakże już po ogłoszeniu wyników, wycofał się z tego i zapowiedział, iż pozwoli szefowej FED-u na dokończenie kadencji (koniec kadencji luty 2018r.). Czy ta zmiana poglądów nie wpłynie na decyzję FED-u? Czy obecne umocnienie się dolara to nie „sprzedawanie plotek”?

W przypadku braku decyzji o podniesieniu stóp procentowych kurs EUR/USD zmieni kierunek na północny i dojdzie do bardzo dużej korekty, która powinna wywindować kurs w kilka dni do górnego ograniczenia kanału mierzonego jeszcze od 2015 roku tj. w okolice 1,15. Należy się zastanowić, co się stanie jak FED podniesie stopy? Uważamy, iż pierwszą chwilową reakcją będzie umocnienie się dolara do poziomu 1,0450 lub jeszcze niżej do 1,03, a następnie także znaczna korekta spowodowana „kupowaniem faktów” i realizacją zysków. Szacujemy, iż w ciągu kilku tygodni kurs osiągnie wartość 1,10. Mając na uwadze jak skorelowany jest kurs EUR/PLN do kursu głównej pary walutowej EUR/USD, można wnioskować, iż w najbliższych dniach złoty jeszcze bardziej się osłabi, a następnie na skutek korekty na dolarze złoty odrobi, choć w części, straty. Ostatnie miesiące wyraźnie pokazały, że im dolar mocniejszy tym złoty słabszy.

W świetle powyższego, nas scenariusz bazowy zakłada w najbliższym czasie dalsze osłabienie się złotówki w stosunku do EUR, nawet do psychologiczneuroego poziomu 4,50, jednakże końcem roku może dojść do korekty do poziomu 4,30.Aktualna perspektywa EUR/PLN

Dla inwestorów najważniejsze jest, w którym momencie należy wejść w rynek z inwestycją, a w którym zrealizować zyski. Naszym zdaniem, w najbliższych dniach powinniśmy sprzedawać EUR w dobrych cenach by początkiem roku 2017 odkupić je ponownie lecz po niższych cenach.  Sygnałem sprzedaży EUR jest przebicie poziomu 4,48, natomiast sygnałem kupna jest poziom 4,30-4,33.

Aktualna perspektywa EUR/PLN

Powyższy komentarz walutowy nie jest Rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia Ministra Finansów z 19 października 2005 roku. Komentarz został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o. i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu. Kopiowanie bądź powielanie niniejszego opracowania bez pisemnej zgody Goldem Sp. z o.o. jest zabronione.

 

Profesor Jonas Puck: Edukacja sposobem na kryzys w branży energetycznej

Nikt nie może przewidzieć jak będzie wyglądała przyszłość i metody zaopatrywania przemysłu w energię. Eksperci zgadzają się w jednej kwestii: pomimo tego, że paliwo kopalne przez wiele lat zaopatruje już globalną gospodarkę, jego zasoby w końcu się wyczerpią. Pytanie brzmi: kiedy i jak to się stanie? W jaki sposób nowe technologie poradzą sobie z ciągle wzrastającym zapotrzebowaniem na energię? Co możemy zrobić, aby zredukować emisję CO2 do akceptowanego poziomu? Jakie wyzwania stoją przed managerami pracującymi w przemyśle energetycznym? Profesor Jonas Puck, dyrektor instytutu MBA Energy Management, wyjaśnia dlaczego studia podyplomowe ze specjalizacją zarządzania energią są odpowiedzią na kryzys w branży energetycznej, a także opowiada o korzyściach wynikających z wybrania tej specjalizacji.

Profesorze, jak Pan myśli dlaczego kontynuowanie nauki i dalsze kształcenie są tak istotne dla managerów, którzy stoją przed wyzwaniami jakie stawia branża energetyczna? 

Profesor J.Puck: Żyjemy w bardzo dynamicznie rozwijających się czasach: to co dzisiaj jest wielkim osiągnięciem, jutro może już być przeszłością. Dotyczy to również sektora energetycznego. Rynki, technologie oraz środowisko ekonomiczne podlegają ciągłym zmianom. Im większa niepewność i zmienność środowiskowa, tym ważniejsza staje się ściśle ukierunkowana edukacja. To czego obecnie bardzo potrzebujemy, zwłaszcza w branży energetycznej, to managerowie zdolni do znajdywania szybkich i prawidłowych odpowiedzi na zachodzące w środowisku zmiany. Nie mogą oczywiście podejmować tych działań bez zapoznania się z szerszym aspektem sprawy, dlatego muszą wiedzieć jak wszystkie czynniki są od siebie zależne. Muszą również umieć przewidywać konsekwencje swoich działań.

Czyli studia MBA są w stanie przygotować managerów do tzw. know-how oraz do wyrobienia sobie “szerszego obrazu” na temat branży energetycznej?

Profesor J. Puck: Zgadza się, odpowiednie studia MBA mogą mieć w tym znaczący udział.

Mógłby Pan rozwinąć tę myśl? Jakie korzyści mogą osiągnąć managerowie ze studiowania MBA ze specjalizacją zarządzania energią?

Profesor J. Puck: Oczywiście, już wyjaśniam. Jedną z najistotniejszych korzyści jest szeroki zakres wiedzy w danym temacie. Innymi słowy chodzi o “szerszy obraz”, o którym wspomniałeś. Na przykład: gdy ceny oleju są niskie, ktoś mógłby pomyśleć, że tradycyjny sektor energetyczny musi z tego jakoś wybrnąć oraz że odnawialne zasoby energetyczne mogłyby na tym skorzystać. Sytuacja jest jednak bardziej skomplikowana. Podczas gdy wielkie koncerny naftowe stale cierpią przez swoją politykę “pod prąd” przez np. produkcję ropy, w dużym stopniu jednak zyskują na jej niskich cenach, ponieważ konsumenci kupują więcej. W rezultacie odnawialne złoża pozostają pod naciskiem, ponieważ zapotrzebowanie na ten rodzaj złóż maleje, właśnie wtedy gdy ceny ropy są niskie. Odnawialna energia napotyka na swojej drodze inną przeszkodę do sukcesu: często nie spełnia zapotrzebowania, ze względu na swoje naturalne wahania. Gdy nie wieje wiatr, słońce chowa się za chmurami, wówczas energia nie jest wytwarzana. I właśnie wtedy istotne są inne zasoby tj. węgiel, gaz oraz energia jądrowa: zasoby energii, które są w stanie sprostać wymaganym potrzebom i mogą to zrobić w bardzo krótkim czasie. Na niektórych rynkach, wzrost popytu na odnawialne źródła energii wiąże się z większym zapotrzebowaniem na paliwa kopalne. Zmiana tego jest możliwa wyłącznie dzięki innowacjom, zwłaszcza w sektorze magazynowania energii. To wszystko pokazuje nam jak bardzo złożony jest to problem. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej jeśli zwrócimy uwagę, że dostarczenie energii przestało być już tylko lokalnym problemem. Obecnie zarządzanie energią stało się kwestią globalną.

A jakie jeszcze korzyści uzyska student oprócz wspomnianego szerokiego zakresu wiedzy?

Prof. Puck: Dobrze dobrany program MBA oferuje również wiedzę z zakresu innych specjalizacji. Wiadomo że program MBA ze specjalizacją zarządzania energią, przede wszystkim skupia się na kwestiach wykorzystania i zarządzania energię. Dla przykładu na zajęciach związanych z pisaniem pracy magisterskiej, studenci mają możliwość i elastyczność w szczegółowym zagłębianiu interesujących ich tematów, co pozwala im na stanie się specjalistami w danym zakresie. Co więcej, zarówno nasi studenci jak i wykładowcy, to osoby związane z różnymi dziedzinami branży energetycznej. To oznacza, że uczestnicy programu mogą czerpać wiedzę od swoich kolegów z ławki, a także wybierać takich ekspertów naukowych, którzy są w stanie pomóc im w zrozumieniu najnowszych nowinek, trendów oraz rozwiązań branżowych. Często swoją decyzję opierają przede wszystkim na swoich możliwościach i perspektywie dalszej pracy. Nasz program MBA składa się z wielu unikatowych aspektów: zrzesza osoby, które podzielają swoje obawy i umiejętności, zapewniając im możliwość wymiany poglądów i opinii w przyjaznym środowisku.

Jakie są inne wymiary studiowania?

Prof. Puck: Istotne jest także umiejętność podejmowanie odpowiedniego ryzyka w zarządzaniu. Aby odpowiednio dobrać ścieżkę zarządzania ryzykiem, ważne jest rozpoczęcie działań na różnych płaszczyznach: na pierwszym miejscu jest strategiczne zarządzanie ryzykiem. Właśnie w tym obszarze tradycyjne koncerny naftowe i gazowe w nadchodzących latach mogą odczuwać szczególne naciski. Pomimo tego, bardzo prawdopodobne jest, że na rynku nadal będzie spore zapotrzebowanie na paliwa kopalne, model biznesowy tych firm pozostaje pod dużą presją. Jednym ze sposobów poradzenia sobie z tym ryzykiem jest zainwestowanie w inne obszary przemysłu energetycznego. Im bardziej zróżnicowane jest twoje portfolio, tym lepiej będziesz przygotowany na straty w danym segmencie. Nie trzeba podkreślać, że miarą odniesionego sukcesu jest zdolność do prawidłowego oszacowania ryzyka – a tego można się nauczyć. Potem pojawia się aspekt zarządzania ryzykiem finansowym. Tutaj podstawowym pytanie brzmi: co może zrobić moja firma, aby zabezpieczyć się finansowo i jakie opcje są najlepsze w konkretnym przypadku? Ostatnią ważną kwestia jest zarządzanie ryzykiem z poziomu wykonawczego. Jak mogę osiągać najlepsze, możliwe wyniki dla mojej firmy i jednocześnie współgrać ze światem zewnętrznym? Na przykład, negocjując z klientami lub partnerami, a w tym samym czasie wdrażać wewnętrzną strategię, która zabezpieczy interesy firmy. Właśnie te kwestie są poruszane na zajęciach z programu MBA, a umiejętność dzielenia się swoim doświadczeniem z kolegami z ławki i proszenie ich o pomoc w trudnych sytuacjach, może przynieść wymierne korzyści.

To wszystko brzmi bardzo obiecująco.

Prof. Puck: I tak jest w rzeczywistości. Kiedy spotykam swoich studentów w dniu zakończenia studiów i pytam co według nich było największą korzyścią ze studiowania MBA, wielu podkreśla, że obecnie dużo lepiej rozumieją wzajemne zależności z zakresu różnych zagadnień. Wszyscy jednogłośnie podkreślają, że nauczyli się traktować porażki i złe decyzje biznesowe jako szansę na nowy początek, np. nowe możliwości rozwoju przedsiębiorczości. To właśnie takie nastawienie umożliwia wielu osobom stworzenie czegoś innowacyjnego i wyjście naprzeciw globalnym wyzwaniom czekających nas w XXI wieku.

Raport długi polskich firm transportowych

W Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor nieuregulowane długi ponad 10 tys. przedsiębiorstw transportowych  przekraczają obecnie 252 mln zł. Z analizy wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska wynika, że większość firm transportowych znajduje się w kiepskiej kondycji finansowej. Branży z pewnością nie pomaga wprowadzona już w Niemczech, Francji i Włoszech płaca minimalna dla pracowników delegowanych.

W ocenie wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska, zaledwie 7,2 proc. firm transportu kołowego jest w bardzo dobrej, a 15 proc. w dobrej kondycji finansowej. Analiza przeprowadzona na próbie przekraczającej 25 tys. polskich firm transportowych pokazuje, że ponad dwie trzecie z nich jest w słabej i bardzo złej kondycji finansowej.

Ponad 250 mln zł długów firm transportowych
Źródło: Bisnode Polska

Z kolei jak wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, problem ze spłatą zobowiązań ma obecnie 10 167 firm transportowych, czyli co siedemnasta z ponad 177 tys. zarejestrowanych firm tego typu (blisko 6 proc.). Łączne zaległości wpisanych do BIG InfoMonitor dłużników transportowych wynoszą 252,6 mln zł. Średni nieuregulowany w terminie dług takiego przedsiębiorstwa wypada na poziomie 24 850 zł. Jest to kwota sporo wyższa od średniej zaległości wszystkich przedsiębiorstw-dłużników w BIG InfoMonitor, wynoszącej 18 462 zł. Pod względem liczby wpisanych firm-dłużników transport ustępuje jednak w BIG InfoMonitor branżom: handlowej i budowlanej.

Transport na Mazowszu i Śląsku pod grubą kreską

Najwięcej firm transportowych z problemami finansowymi wywodzi się z województwa mazowieckiego (17 proc.) oraz ze Śląska (13 proc.). Spora część przedsiębiorstw z zaległościami ma również siedzibę w Wielkopolsce (10 proc.) i na Dolnym Śląsku (8 proc.). W kolejnych województwach –  pomorskim, małopolskim i łódzkim odsetek ten sięga ok. 6 proc. Jeśli chodzi o rekordzistów, to pierwsza dziesiątka dłużników ma zaległości liczone w milionach złotych. Największe łączne długi należą do śląskiej firmy transportowej, jest to pojedyncza zaległość na kwotę bliską 5,3 mln zł. Kolejna firma również ze Śląska jednemu wierzycielowi jest winna 3,5 mln zł, kolejna pochodzi z Wielkopolski jej długi łącznie sięgają 1,8 mln zł.

Czego nie były w stanie opłacić firmy transportowe?

Wśród nieuregulowanych zobowiązań dominują leasingi, kredyty, usługi telekomunikacyjne i pożyczki. Większość zaległości wpisana została na podstawie wyroków sądowych – co oznacza, że wierzyciele, zanim zgłosili dłużnika do BIG InfoMonitor, starali się najpierw odzyskać pieniądze na drodze sądowej.

Sytuacja transportu w Polsce może się pogorszyć z powodu przepisów regulujących m.in. stawkę minimalną wynagrodzenia dla delegowanych pracowników na terenie Unii Europejskiej. Narzuca ona konieczność wypłacania pracownikom wynagrodzenia nie niższego niż oferowane w kraju, w którym wykonują pracę. W Niemczech i Francji obejmuje to również kierowców w transporcie międzynarodowym. Przepisy wprowadzają także szereg wymogów administracyjnych, jak np. konieczność prowadzenia dokumentacji w miejscowym języku. Przepisy w Niemczech obowiązują od stycznia 2015 roku, we Francji weszły w życie z dniem 1 lipca 2016 r., a we Włoszech 22 lipca tego roku.

Polskie firmy transportowe mają drugą co do wielkości flotę samochodów ciężarowych w Unii Europejskiej i gros ich działalności stanowi transport międzynarodowy.

*Na ocenę kondycji finansowej przeprowadzoną przez Bisnode Polska bezpośredni wpływ miały takie wskaźniki jak płynność, wysokość zadłużenia i rentowność. Dodatkowo wzięta została pod uwagę zdolność finansowa podmiotu, poziom zarejestrowanych, przeterminowanych płatności, zarejestrowane wnioski z sądów gospodarczych o upadłość lub postępowanie naprawcze, ogłoszenie upadłości, rozpoczęcie procesu likwidacji oraz negatywne sygnały prasowe. Ocena kondycji finansowej branży odbywała się na podstawie danych finansowych nie starszych niż dwa lata. W przypadku spółek prawa handlowego za podstawę do oceny brano bilans i rachunek wyników. W przypadku podmiotów nieprowadzących pełnej księgowości oparto się na danych o przychodach, kosztach i wyniku finansowym podmiotu zadeklarowanych przez właścicieli firm.

Co oznacza proaktywne podejście do ochrony danych dla przedsiębiorców

Nowe regulacje unijne pozwolą firmom i organizacjom samodzielnie dobierać skuteczne i adekwatne do ich potrzeb mechanizmy ochrony danych osobowych. Teraz każde przedsiębiorstwo w Polsce bez względu na wielkość i ilość przetwarzanych danych musi spełniać te same obowiązki nakładane przez prawo.

Proaktywne podejście do ochrony danych osobowych to rozwiązanie, które wprowadza ogólne Rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO) przyjęte przez Unię Europejską w maju bieżącego roku. Zgodnie z nim przedsiębiorcy za półtora roku będą zobowiązani do wdrożenia indywidualnie takich środków ochrony danych, które będą pozwalały na optymalne ich zabezpieczenie. Dobierając je powinni wziąć pod uwagę profil prowadzonej działalności oraz to, jakiego rodzaju i w jaki sposób przetwarzają dane osobowe.

Aby wdrożyć adekwatne do zagrożeń zabezpieczenia administrator danych, czyli firma lub organizacja przetwarzająca dane osobowe, będzie musiał oszacować ryzyko. Może przy tym skorzystać z uznanych międzynarodowych norm odnoszących się do ochrony informacji oraz do fundamentu wszelkiej ochrony czyli analizy ryzyka. Jest to bardzo istotny element ponieważ pozwala na wdrożenie stosownych rozwiązań do zidentyfikowanych niebezpieczeństw – mówi Maciej Kaczmarski, Prezes zarządu ODO 24.

Takie rozwiązanie jest korzystne szczególnie dla podmiotów, które w niewielkim zakresie przetwarzają dane osobowe. Będą one bowiem mogły ograniczyć liczbę procedur, które do tej pory nakładał na nie ustawodawca. Ale proaktywne podejście do ochrony danych korzystne jest również dla rozbudowanych organizacji, czy też tych, opierających swoją działalność w znacznej mierze na przetwarzaniu dużych ilości danych osobowych. Pozwala ono skupić się na ochronie cennych informacji, a nie na wypełnianiu sztywnych przepisów prawa. Jest to ważne, bo często są one nieadekwatne do zagrożeń dla konkretnego podmiotu i nieodporne na postęp technologiczny, który oprócz nowych możliwości niesie ze sobą także nowe niebezpieczeństwa – wyjaśnia ekspert ODO 24.

Z proaktywnym podejściem do ochrony danych wiąże się również nakładany przez RODO obowiązek uwzględniania ochrony danych już w fazie projektowania nowych produktów lub usług. Dodatkowo przepisy Rozporządzenia zobowiązują administratorów do zastosowania domyślnej ochrony danych osobowych w produktach lub usługach, co oznacza zmianę podejścia, które od tej pory ma być nakierowane na maksymalną ochronę użytkownika – wskazuje Maciej Kaczmarski z ODO 24.

Zarówno to czy stosowane przez danego administratora zabezpieczenia techniczne i organizacyjne są odpowiednio dobrane do zagrożeń, jak i to czy  podmiot uwzględnił ochronę danych już w fazie projektowania oraz czy zastosował domyślną ochronę zweryfikuje dopiero kontrola GIODO. Za niezrealizowanie obowiązków będzie groziła kara w wysokości do 10.000.000 euro, a w przypadku przedsiębiorstwa – w wysokości do 2% rocznego obrotu z poprzedniego roku.

Wzrost gospodarczy Polski na tle UE: Z tygrysa w marudera

Marcin Lipka
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Opublikowane w środę dane GUS pokazują, że krajowa gospodarka rozwijała się najwolniej od trzech lat. Jednak to nie spadające tempo wzrostu niepokoi najbardziej, ale czynniki, które o tym decydują. Sugerują one, że koniec roku może być jeszcze słabszy i pierwszy raz w historii tempo rozwoju Unii Europejskiej będzie większe niż w Polsce – komentuje Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Wczoraj GUS potwierdził swoje pierwsze szacunki z połowy listopada i ogłosił, że krajowa gospodarka rozwijała się w tempie 2.5 proc. r/r. To najgorszy wynik od trzeciego kwartału 2013 r. Warto wskazać, że Polska wypadła bardzo słabo na tle Unii Europejskiej, choć przez ostatnie lata przyzwyczailiśmy się, że rozwój w naszym kraju jest wyraźnie szybszy niż w całej Wspólnocie.

Przez ostatnią dekadę tempo wzrostu PKB w Polsce było średnio o 2.7 pkt proc. wyższe niż w UE. Przez Unię przetoczyły się jednak dwa kryzysy, które powodują, że od połowy 2012 r. ta różnica wynosiła przeciętnie 1.4 pkt proc. r/r. W ostatnim kwartale zmniejszyła się ona do 0.65 pkt proc. r/r., co oznacza, że był to drugi najgorszy rezultat w minionym dziesięcioleciu. Jeżeli polski odczyt wyrównamy sezonowo, tak jak dane przedstawia Eurostat, różnica spada do 0.4 pkt proc. w trzecim kwartale i jest to najgorszy wynik od ponad 10 lat.

Niepokojąca kompozycja wzrostu

Paradoksalnie jednak to nie samo tempo wzrostu jest najgorszą informacją. W gospodarkach zdarza się, że jeden czy dwa kwartały mogą być nieco słabsze nawet na tle względnie dobrej sytuacji w otoczeniu. W 2016 r. jednak w coraz większym stopniu rozwój jest kreowany przez rosnące spożycie ogółem (wydatki gospodarstw domowych oraz sektora publicznego) i zapasy. Z drugiej strony pogarsza się saldo wymiany handlowej z zagranicą i pogłębia się zapaść w inwestycjach.

Od początku roku przyrost rzeczowych środków obrotowych (zapasów) dodał do PKB prawie 1 pkt proc. Historycznie wpływ zapasów (materiałów, produkcji w toku, gotowych produktów) na PKB dąży do zera. Usuwając ten niemożliwy do utrzymania w dłuższym terminie wkład zapasów, krajowa gospodarka przez pierwsze trzy kwartały w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku rozwijała się w tempie 2.0 r/r.

W trzecim kwartale natomiast przyspieszyło tempo kurczenia się inwestycji. Odjęły one 1.4 pkt proc. (średnio 0.9 pkt proc. od początku roku), co było wynikiem podobnym do notowanego w szczycie kryzysu strefy euro oraz podczas największego od kilkudziesięciu lat załamania się koniunktury w latach 2008-2009.

Mimo że znaczna część tego spowolnienia wynika z ograniczenia inwestycji samorządowych, związanych z opóźnieniem projektów przygotowywanych we współudziale środków unijnych, to jednak również sektor prywatny jest coraz bardziej ostrożny w podejmowaniu rozwojowych wydatków.

Według opracowania GUS „Wyniki finansowe przedsiębiorstw niefinansowych w okresie I-IX 2016 roku”, inwestycje przedsiębiorstw skurczyły się o 9.1 proc., podczas gdy w analogicznym okresie ubiegłego roku wzrosły one o 12.3 proc. Poza obniżeniem się nakładów na budynki i budowle (o 17.8 proc.), nastąpiła także redukcja (o 4.3 proc.) na maszyny, urządzenia techniczne oraz narzędzia.

Czwarty kwartał może być fatalny

Biorąc pod uwagę trendy w inwestycjach oraz dane za październik, nie należy oczekiwać, by sytuacja w bieżącym kwartale uległa wyraźnej poprawie. Można się spodziewać, że inwestycje odejmą ok. 1.3 pkt proc. od ogólnego odczytu PKB w ostatnich trzech miesiącach br.

Silny dodatni wkład do PKB mogą mieć natomiast gospodarstwa domowe. W ostatnim kwartale, dzięki utrzymującej się bardzo dobrej sytuacji na rynku pracy oraz wypłatach z programu 500+, konsumpcja prywatna dodała aż 2.3 pkt proc. do ogólnego wzrostu. Jest bardzo prawdopodobne, że ten stan utrzyma się do końca roku.

Spowolnić natomiast może tempo wzrostu wydatków publicznych. Średnio dodawało ono od początku roku aż 0.7 pkt proc. (w III kw. 0.8 pkt proc.) do PKB, co odpowiadało wzrostowi przekraczającemu 4.3 proc. Według planów Ministerstwa Finansów na 2016 r., spożycie publiczne miało wzrosnąć o 3.4 proc. w całym roku. Oznacza to, że wkład wydatków publicznych może zmniejszyć się nawet do zera w IV kw. 2016 r.

Ujemny wpływ na finalne dane o wzroście może mieć wymiana handlowa. Od początku roku jej wkład do PKB był praktycznie zerowy, ale w trzecim kwartale saldo obrotów z zagranicą pogorszyło się, sugerując, że negatywny wpływ wyższej konsumpcji i rosnących ceny surowców nie są równoważone przez bardziej atrakcyjne dla eksporterów kursy walut. W rezultacie eksport netto może odjąć, podobnie jak w trzecim kwartale, 0.3 pkt proc.

Dodając do siebie wszystkie składowe, otrzymujemy PKB na poziomie 0.7 proc. r/r za czwarty kwartał. W wyliczeniach nie zostały uwzględnione zapasy. Jest jednak coraz mniejsza szansa, by szósty kwartał z rzędu miały one dodatni wpływ na finalny odczyt, stąd można przyjąć, że ich wkład będzie neutralny. Jeżeli te szacunki się sprawdzą, to tempo rozwoju Polski pierwszy raz od rozszerzenia Unii w 2004 r. będzie niższe niż całej UE.

Spółka jednego z najbogatszych Polaków realizuje kontrakt za 300 milionów złotych

Nowosądecki Newag przekazał małopolskiemu samorządowi 6 pociągów IMPULS. Spełniają najbardziej wymagające normy europejskie. Kolejne 6 składów trafi do samorządu w połowie lutego 2017 r. Kontrakt z Newagiem opiewa na 300 milionów złotych. To element strategii usprawnienia komunikacji w regionie. Tylko w ubiegłym roku Koleje Małopolskie zwiększyły o milion liczbę przewiezionych pasażerów. Docelowo chcą mieć 60 składów pociągów.
Kontrakt z Newagiem na produkcję 12 pociągów podpisano w marcu, a już w listopadzie 6 składów zostało oddanych Małopolsce. Newag jeszcze na początku tego stulecia zajmował się głównie naprawą taboru kolejowego, o produkcji nikt nie marzył. Dopiero po przejęciu zakładu przez inwestora strategicznego, Zbigniewa Jakubasa, stworzono plany budowy pociągów. Upór i konsekwencja, a także ok. 350 milionów inwestycji, zaowocowały zbudowaniem jednej z najnowocześniejszych fabryk w Polsce. Jak mówi Zbigniew Jakubas, prezes Rady Nadzorczej spółki – od młotka i imadła, zakłady przeszły do komputera i najnowocześniejszych technologii.
Pociągi Newagu poruszać się będą z prędkością 160 km/ h. W wyścigu z Nowego Sącza do Krakowa, w którym pociąg ścigał się z samochodem, prowadzonym przez Michała Kościuszkę, wygrał pociąg. Ta zabawa pokazuje jak nowoczesne są produkty Newagu. Dzięki konsekwencji, zakładom udało się nawiązać koprodukcję z gigantami na rynku, takimi jak Siemens. To z kolei pozwala na sprzedaż pociągów do Włoch, składów metra do Sofii oraz dostarczanie pociągów do regionalnych przewoźników. Co istotne 70% podzespołów powstaje w Polsce.
Zarząd stawia na młodych, ambitnych menedżerów. Średnia wieku to nieco ponad 30 lat. Rozwojem zajmuje się zespół około 300 inżynierów, produkcja wymaga wysokich kwalifikacji. Zmiana odbywa się naturalnie. Większość zasłużonych pracowników odchodzi na emeryturę.
W ciągu najbliższych 5 lat modernizacja kolei ma pochłonąć 12 miliardów złotych, te pieniądze trafią do producentów oferujących najwyższą jakość. A Newag dodatkowo wybiera się na podbój Niemiec, najbardziej wymagającego rynku na świecie. To plan na najbliższe lata, poparty ponad stuletnią historią zakładu.

Konsumentom, w mobilnych smart zakupach, chodzi już nie tylko o oszczędzanie czasu i pieniędzy

Klienci, dokonujący zakupów przy użyciu smartfonów, wymagają szybkiej i komfortowej obsługi. W zamian za udostępnianie swoich danych w aplikacjach mobilnych, chcą płacić mniej, niż pozostali konsumenci. Od sieci handlowych oczekują również dodatkowych gratyfikacji za lojalność i spersonalizowanych ofert promocyjnych.

Jak podkreśla Mateusz Puchala z aplikacji mobilnej Qpony, smart zakupy to przede wszystkim mądre podejście do wydawania pieniędzy, które polega na kontrolowaniu swoich finansów. Dla konsumentów, którzy codziennie śledzą rynek, liczą się różnego rodzaju korzyści. Dlatego, mianem „dobrych okazji” mogą nazywać zarówno pojawiające się nowości, jak i produkty z wyprzedaży. Smart shopperzy regularnie czytają gazetki promocyjne, poszukują kuponów rabatowych w Internecie lub w aplikacjach mobilnych, a także tworzą listy zakupowe w telefonach.

– Smart shopperzy zwykle korzystają ze swoich urządzeń na każdym z czterech etapów procesu zakupowego. Pierwszy z nich oznacza uświadomienie swojej potrzeby, drugi – poszukiwanie informacji o danej rzeczy. W kolejnej fazie następuje szybka ocena oferty i wybór najlepszej opcji. Ostatnia część obejmuje zakup towaru lub usługi. Kluczowym momentem jest podejmowanie decyzji. Dlatego, obecne technologie personalizacji i przekazu reklamowego powinny dopasowywać produkt do aktualnych potrzeb użytkownika. Komunikacja z odpowiednią ofertą, musi też zachodzić we właściwym miejscu i czasie – mówi Krzysztof Łuczak z firmy technologicznej Sensorberg.

Trafione oferty

Zdaniem eksperta, osoby, korzystające ze smartfonów podczas zakupów, oczekują, że zostaną obsłużone szybciej, bardziej komfortowo, a przede wszystkim zapłacą mniej, niż pozostali klienci. Mają większe wymagania, ponieważ w aplikacjach mobilnych podają swoje dane i nawiązują więź ze sprzedawcą. W zamian za to, chcą czegoś więcej, aniżeli standardowej obsługi. Chętnie udostępnią informacje o sobie danej marce, która zaproponuje im określone benefity. Sieci handlowe, chcąc wykorzystać potencjał innowacji technologicznych, muszą więc oferować konsumentom odpowiednią wartość.

– Klient powinien jasno rozumieć korzyść wynikającą z używania aplikacji mobilnej w procesie zakupowym. Warto uświadomić mu, jaką wartość otrzymuje w zamian. Przykładem może być coraz częściej oferowana usługa przechowywania paragonów i gwarancji w formie elektronicznej. Dzięki niej, już nie musi gromadzić papierowych rachunków. Tymczasem, sieci handlowe zachowują dane na temat konsumenta i mają możliwość dalszej komunikacji z nim – podkreśla Krzysztof Łuczak.

Aplikacje mobilne samych sklepów, jak również te, które agregują promocje różnych sieci handlowych, pozwalają smartfonom na coraz lepsze dopasowanie ofert reklamowych do indywidualnych preferencji użytkowników. Dzięki temu, np. konsumentka, która lubi skórzane torebki danego producenta, chętnie zareaguje na spersonalizowaną komunikację marketingową ulubionej firmy w momencie, gdy będzie robiła zakupy w galerii handlowej. Jak wyjaśnia Krzysztof Łuczak, smart shopper również dokonuje spontanicznych decyzji, na podstawie impulsów zakupowych wysyłanych przez sklepy. Może na niego zadziałać, np. taki przekaz  – „Tylko dzisiaj otrzymujesz rabat w wysokości 30% na dowolną rzecz”.

– Smart shopperzy korzystają nie tylko ze smartfona, podłączonego do Internetu. Coraz częściej sięgają po technologie umożliwiające im wyświetlanie treści związanej z lokalizacją, w której się znajdują. GPS dobrze sprawdza się w określaniu aktualnego położenia z dokładnością rzędu kilkuset metrów, tymczasem Bluetooth Low Energy potrafi pokazać klientowi, co atrakcyjnego znajduje się w jego najbliższym otoczeniu. Technologia ułatwia mu podjęcie decyzji, gdyż filtruje informacje, które mogą do niego docierać. Są to subiektywne propozycje – zaznacza Krzysztof Łuczak.

W ciągu najbliższych dwóch, trzech lat na znaczeniu zyskają nadajniki beaconowe. Skala wykorzystywania ich w procesie sprzedażowym będzie nieporównywalnie większa, niż dotychczas. Prawdopodobnie każdy sklep, oprócz strony internetowej, będzie je miał. Beacony wzbogacą smartfon o kontekst lokalizacji, w którym klient aktualnie się znajduje. Pozwoli to m.in. na przydzielanie dodatkowych punktów rabatowych, czy też bardziej spersonalizowaną komunikację marki z użytkownikiem.

– Sklepy będą mogły aż kilkunastokrotnie poszerzyć zasięg potencjalnego dotarcia do konkretnego konsumenta. Proszę sobie wyobrazić, że wchodząc do galerii handlowej, klient zostanie natychmiast poinformowany o tym, że szampon do włosów, który regularnie kupuje, jest w tym czasie o 30% tańszy. Kto nie chciałby otrzymywać takiej spersonalizowanej komunikacji na telefon – zauważa ekspert z firmy technologicznej Sensorberg.

Ciągłe kalkulacje

Według Mateusza Puchali, dla smart shopperów pieniądze, jak i czas stanowią bardzo ważne zasoby. Minuty, które poświęcają na czynności zakupowe, tj. porównywanie ofert sieci handlowych czy wyjście na zakupy, traktują bardzo poważnie, jako dodatkowe koszty, podobnie jak w przypadku analizy finansów. Bardzo zamożny konsument może bowiem koncentrować swoją uwagę na efektywniejszych działaniach, niż porównywanie cen proponowanych przez sklepy. Jest też bardziej świadomy wartości czasu i wolne chwile woli poświęcić na relaks, spotkania z rodziną lub zarabianie pieniędzy.

– W mojej opinii, granicą zamożności w Polsce są dochody w wysokości 5 tys. zł netto na osobę. Konsument, który je osiąga, może bardziej cenić swój czas. Jednocześnie, wiele dobrze sytuowanych osób postrzega efektywne zarządzanie domowym budżetem, które ułatwiają smart zakupy, jako czynnik decydujący o sukcesie finansowym. Ci ludzie rozumieją, że nawet, zarabiając dużo pieniędzy, można popaść w długi lub po prostu zostać z niczym. Ich oszczędność głównie wynika z przedsiębiorczości i szacunku do pieniądza – stwierdza Mateusz Puchala.

Zdaniem eksperta, niektórzy kalkulują, czy opłaca im się przeznaczyć godzinę na poszukiwanie alternatywnego produktu tylko po, aby zaoszczędzić np. 20 zł. Z drugiej strony, socjolodzy wyraźnie wskazują, że część z smart shopperów jest skłonna przemieścić się nawet kilkadziesiąt kilometrów, jeśli uzna planowany zakup za prawdziwą okazję, również w przypadku mniejszych sprawunków. To pokazuje zróżnicowanie tej grupy społecznej.

– Według mnie, łatwo jest popaść w przesadę ze smart shoppingiem. Jeżeli, np. analiza cen lub dojeżdżanie do kilku różnych sklepów zajmuje nam wiele godzin, nawet w przypadku zwykłych zakupów spożywczych, to marnujemy czas, kosztem odpoczynku lub spotkań z najbliższymi. Tracimy wówczas równowagę i stajemy się niewolnikami pieniędzy. Takie podejście na pewno nie jest zdrowe – ostrzega Mateusz Puchala.

W przypadku rzadziej, albo wręcz raz w życiu, dokonywanych, zakupów, np. nieruchomości, samochodów czy mebli, smart shopperzy są skłonni poświęcić więcej czasu na znalezienie najlepszych okazji. Wówczas nie spieszą się z podejmowaniem decyzji. Ale biorąc udział w codziennych procesach zakupowych, zwykle cenią swój czas i wygodę. Oszczędność energii pozwala im wykonywać inne ważne czynności. Dlatego, korzystają z dostępnych w Internecie porównywarek cenowych, a także aplikacji mobilnych, agregujących gazetki promocyjne sieci handlowych.

Stały postęp

– Myślę, że smart shopping ma niewiele wspólnego z modą, która z czasem przemija. To trend, jaki umacnia się, wraz z rozwojem technologii. Konsumenci stają się coraz bardziej świadomi i lepiej wyedukowani. W związku z tym, ich wymagania i potrzeby ciągle rosną. Rynek stara się wyjść im naprzeciw, ułatwiając podjęcie decyzji zakupowych. Na znaczeniu mocno zyskuje marketing mobilny – tłumaczy specjalista z Grupy Qpony.

Zgodnie ze stwierdzeniem Krzysztofa Łuczaka, na upowszechnienie zachowań związanych ze smart shoppingiem wpłynął postęp technologii e-commerce i m-commerce. Konsumenci stale noszą przy sobie smartfony, które są podłączone do Internetu. Mają więc nieustanną możliwość porównania ze sobą kosztów interesujących ich produktów. Oznacza to, że są dobrze poinformowani, a co za tym idzie, bardziej wrażliwi na oszczędzanie, niż kiedyś. Z kolei szybki rozwój aplikacji mobilnych i stron internetowych, dostosowanych do ekranu telefonu, podnosi komfort w realizacji zakupów.

Znaczenie komfortu

– Wygoda korzystania z urządzeń mobilnych ma ogromne znaczenie, ponieważ po smartfon czy tablet możemy sięgnąć w dowolnym miejscu i czasie, np. w transporcie publicznym lub czekając w kolejce u dentysty. W ubiegłym roku, dane statystyczne agencji badawczej TNS Polska wykazały, że z urządzeniami mobilnymi spędzamy średnio nawet 4-5 godzin dziennie. Obecnie ta liczba może być wyższa. W związku z tym, zwiększa się również ilość transakcji dokonywanych przez aplikacje mobilne – wyjaśnia Matusz Puchala.

Z kolei instytut badawczy ABR SESTA rok temu przeprowadził badania, z których wynikało, że użytkownicy największej na rynku aplikacji mobilnej Blix oszczędzali na zakupach średnio ok. 60 zł miesięcznie. Oprócz optymalizacji czasu i pieniędzy konsumenci korzystający z e-gazetek zyskują również wygodę. Nie muszą już nosić ze sobą papierowych wersji. To ważne dla smart shopperów, którzy stale przeglądają materiały promocyjne – nie tylko w domu, przed wyjściem na zakupy (97%), ale także w pracy (39,4%), w sklepie (37,8%) i w podróży (33,7%).

Tradycyjne zakupy

– Obserwujemy coraz większe przenikanie technologii internetowych do handlu offline. Moim zdaniem, trend ten będzie się utrzymywał, a nawet stopniowo przybierał na sile. Nadal 90% zakupów jest dokonywanych osobiście. Ludzie cenią sobie kontakt z drugim człowiekiem i emocje, których doświadczają przez zmysły wzroku, słuchu, dotyku czy nawet węchu. Oczywiście dotyczy to również smart shopperów – podkreśla Krzysztof Łuczak.

Ekspert przewiduje, że umiejętne połączenie świata offline z online pozwoli na spotęgowanie pozytywnych doświadczeń i nawiązanie relacji z klientem, zarówno w trakcie przebywania w stacjonarnym sklepie, jak i poza nim. W jego opinii, zakupy dokonywane w miejscu sprzedaży nie znikną z naszego życia. Smartfon pomoże im osiągnąć wyższy poziom technologiczny i dorównać zakupom internetowym w kwestii posiadanej wiedzy na temat danego klienta.

Esotiq & Henderson będzie rozwijać sieć sklepów na Wschodzie, w Niemczech oraz poprzez e-commerce. Podstawą pozostanie działalność w Polsce

Esotiq & Henderson będzie rozwijać sieć sklepów na Wschodzie, w Niemczech oraz poprzez e-commerce. Podstawą pozostanie działalność w Polsce 9

Specjalizująca się w projektowaniu, produkcji i dystrybucji bielizny spółka Esotiq & Henderson chce w przyszłym roku otworzyć ponad 50 nowych placówek na Ukrainie, Białorusi oraz w Niemczech. Jak zapowiada Adam Skrzypek, prezes zarządu przedsiębiorstwa, najbardziej dynamicznie rosnąć ma jednak sprzedaż internetowa. Podstawowym  obszarem działalności firmy pozostanie Polska.

– Obecnie, po trzecim kwartale br., mamy już ponad 300 salonów Esotiq i Femestage razem wziętych w czterech krajach, czyli Polsce, Niemczech, na Ukrainie i Białorusi – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Skrzypek, prezes zarządu w spółce Esotiq & Henderson. – W 2017 roku liczymy na dynamiczny rozwój. Liczbę salonów na terenie wszystkich krajów łącznie powinniśmy wtedy zwiększyć o ponad pięćdziesiąt.

Adam Skrzypek zapowiada, że w przyszłym roku szczególnie intensywnie ma się rozwijać rynek wschodni. Poprzez swojego partnera masterfranczyzowego spółka planuje uruchomienie na Ukrainie 35 salonów pod marką Esotiq i 13 pod marką Femestage oraz pięć placówek na Białorusi. Po dokapitalizowaniu spółki przez fundusz TFI BGK dynamiczny progres w przyszłym roku powinien także odnotować rynek niemiecki, gdzie ma powstać od trzech do siedmiu nowych salonów (obecnie w tym kraju spółka ma trzy placówki).

– Po analizach niemieckiego rynku doszliśmy do wniosku, że tamtejsi konsumenci nie różnią się zbytnio od Polaków, mimo że społeczeństwo jest mocniej zdywersyfikowane w sensie nacji – wyjaśnia Adam Skrzypek. – Trzeba także przyznać, że Ukraińcy są bardzo podobnym mentalnościowo do nas społeczeństwem, co widać zresztą dobrze na krajowym rynku pracy. Wydaje się, że dobrze trafiamy z naszym produktem do bardzo szerokich grup.

Głównym źródłem przychodów przedsiębiorstwa jest handel odzieżą, głównie bielizną damską (Esotiq) oraz męską (Henderson). W salonach spółki rozwijana jest także sprzedaż kosmetyków oraz perfum pod markami własnymi. W 2012 r. firma utworzyła wraz ze znaną projektantką Evą Minge spółkę z o.o. pod nazwą Eva Minge Design, w której obecnie ma 50 proc. udziałów. Celem działalności tego przedsiębiorstwa zależnego jest kreacja międzynarodowej marki, reprezentującej dom mody Evy Minge, oraz spółkę. Podstawą działalności Esotiq & Henderson, jak deklaruje Adam Skrzypek, pozostanie jednak Polska.

– Na chwilę obecną, mając 300 salonów, jesteśmy z pewnością liderem krajowego rynku, ale myślę, że jest on jeszcze bardzo pojemny – zauważa Adam Skrzypek. – Dzisiaj mamy w Polsce 903 ośrodki na prawach miejskich. W każdym z nich chcielibyśmy mieć placówkę. Także potencjał wzrostu w kraju wydaje się jeszcze bardzo duży, chcemy, żeby w kolejnych latach był on przynajmniej dwucyfrowy. Motorem z pewnością będą otwierane przez nas punkty. Dzisiaj to dla nas podstawa. Ale widzimy, że drugim, bardzo mocnym kanałem sprzedaży staje się e-commerce. Tam dynamika wzrostu może być największa.

Esotiq & Henderson zajmuje się projektowaniem, produkcja i sprzedażą produktów odzieżowych oraz kosmetycznych zarówno dla pań, jak i panów. Firma powstała w 2010 r., po przejęciu od LPP działalności w segmencie rynku bieliźniarskiego prowadzonej głównie w oparciu o marki Esotiq i Henderson. Po trzech kwartałach br. przychody przedsiębiorstwa wyniosły blisko 101 mln zł i były wyższe o kilkanaście procent niż w tym samym okresie ubiegłego roku. 

J. Banasiak (DM mBank): Koniunktura na warszawskim parkiecie nie wróci szybko. Poziom notowań w najbliższych tygodniach będzie uzależniony od sytuacji w Europie Zachodniej i USA

J. Banasiak (DM mBank): Koniunktura na warszawskim parkiecie nie wróci szybko. Poziom notowań w najbliższych tygodniach będzie uzależniony od sytuacji w Europie Zachodniej i USA 10

Powrót koniunktury na warszawskiej giełdzie musi być poprzedzony pozytywnymi informacjami z krajowej gospodarki. Tych jednak w ostatnim czasie brakuje. Przebieg notowań w najbliższych tygodniach zdaniem Jarosława Banasiaka z Domu Maklerskiego mBank-u będzie zależeć od nastrojów na parkietach Europy Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych. W kontekście przyszłorocznych inwestycji w ramach nowej perspektywy unijnej warto zwrócić uwagę na spółki budowlane specjalizujące się w realizacjach inwestycji na kolei.

– Jeżeli chcemy odgadnąć, co stanie się na naszym rynku, to powinniśmy bardzo bacznie obserwować w najbliższych dniach sytuację na Xetrze (system wyceny indeksów na giełdzie we Frankfurcie – red.) i w Stanach Zjednoczonych – radzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jarosław Banasiak, makler papierów wartościowych w Domu Maklerskim mBanku. – Dow Jones i Nasdaq ostatnio poprawiały swoje historyczne maksima, trochę więcej problemu miał S&P. Xetra jest od nich daleko, ale obecnie znajduje się w bardzo charakterystycznym i ważnym miejscu, czyli w dużej konsolidacji z ogromną szansą na wybicie w górę. Jeśli ten pozytywny nastrój na rynkach zachodnich będzie się utrzymywał choćby przez kilka tygodni, to na pewno i my będziemy jego beneficjentami.

Kondycja warszawskiej giełdy od wielu miesięcy nie jest najlepsza. Według statystyk GPW wartość transakcji w ramach tzw. arkusza zleceń (na rynku podstawowym) wyniosła w październiku (ostatnie dane) zaledwie 15,8 mld zł. Podczas ostatnich pięciu lat (od połowy 2011 roku) główny indeks giełdowy WIG20 spadł z pułapu 2900 punktów do niecałych 1800 pkt., czyli o około 40 proc.

– Oczekując dłuższej tendencji wzrostowej, szerokiego rynku i całego indeksu do góry, musimy brać pod uwagę perspektywę przynajmniej półroczną lub nawet roczną – precyzuje Jarosław Banasiak. – Ale i tak musiałoby to być związane z nowymi, pozytywnymi informacjami z naszej gospodarki, których na razie nie widać.

Według Głównego Urzędu Statystycznego w trzecim kwartale br. wzrost krajowej gospodarki, głównie z powodu dramatycznie niewielkich inwestycji, wyniósł jedynie 2,5 proc. W swoim ostatnim raporcie agencja ratingowa Fitch oceniła, że wschodzące gospodarki Europy Środkowej i Wschodniej, a więc także Polska, odnotują wzrost dopiero w przyszłym roku. Powodem mają być między innymi wyższe transfery w ramach nowej unijnej perspektywy finansowej.

Jednym z beneficjentów przyszłorocznego ożywienia – zdaniem Jarosława Banasiaka – może być ostatnio mocno przeceniony KGHM, jak również przedsiębiorstwa budowlane, szczególnie takie, które realizują i będą prowadzić mocno wspomagane środkami europejskimi inwestycje kolejowe.

Przed nami grudzień i styczeń, dwa miesiące podczas których spada aktywność inwestorów w Chinach – zauważa Jarosław Banasiak. – Natomiast po tym okresie zwykle następował bardzo dynamiczny wzrost ceny miedzi, w związku z czym obecnie można już myśleć o otwarciu jakiejś pozycji na tym walorze. Kolejną rzeczą jest budownictwo. Pomimo spadku inwestycji na rynku bardzo dobrze sobie radzi tam Budimex, który ma pełen portfel zamówień. Tak samo Trakcja i Vistal, przedsiębiorstwa realizujące głównie inwestycje w infrastrukturę kolejową.

Ponieważ na rynku ubezpieczeń komunikacyjnych powoli dobiega końca wojna cenowa między towarzystwami, koszty klientów szybko idą w górę, w najbliższych tygodniach powinien zyskiwać także, jak twierdzi Jarosław Banasiak, krajowy potentat tego rynku, czyli spółka PZU.

– Osoby korzystające z ubezpieczeń komunikacyjnych zaczęły wynajmować kancelarie prawne dochodzące odszkodowań w rzeczywistej wielkości, takich jakie przez zakłady ubezpieczeniowe powinny być wypłacane – wyjaśnia Jarosław Banasiak. – W związku z tym stosowanie w dłuższym terminie cen dumpingowych nie będzie już możliwe, a PZU, jak się wydaje, ma bardzo dobrą sieć dystrybucji, oferuje usługi na przyzwoitym poziomie, więc w najmniejszym stopniu była dotknięta procesami.

W świetle ostatnich decyzji politycznych związanych z próbą rozwiązania problemu osób zadłużonych we frankach szwajcarskich przecena spółek tego sektora na giełdzie – zdaniem Jarosława Banasiaka – także wydaje się zbyt drastyczna.

– Warto zwrócić uwagę na Aliora, czyli bank, który stosunkowo słabo był zaangażowany w całą zawieruchę frankową – wskazuje Jarosław Banasiak. – Ale jeżeli szukamy pozytywnej niespodzianki, to warto spojrzeć na PKO BP i mBank, dwa banki, które w przypadku realizacji pozytywnego scenariusza rozwoju sytuacji mogą najbardziej odwdzięczyć się inwestorom. Widzimy ocieplenie wizerunku banków na rynku, czyli powinniśmy powoli wychodzić z konfliktu związanego z kryzysem frankowym. Może się okazać, że nowy podatek od instytucji finansowych został po prostu przerzucony na klientów i będzie miał znacznie mniejsze odzwierciedlenie w wynikach, niż wcześniej sądzono.

Mniej niż 20 proc. firm korzysta z chmury. Krajowe przedsiębiorstwa w tyle za zachodnimi

Mniej niż 20 proc. firm korzysta z chmury. Krajowe przedsiębiorstwa w tyle za zachodnimi 11

Jedynie 29 proc. krajowych firm korzysta w swojej działalności z technologii mobilnych, 18 proc. – z chmury obliczeniowej, a tylko 8 proc. z dużych zbiorów informacji oraz ich analizy (big data) – wynika z badania IDC dla Oracle Polska. Wskaźniki te są dużo niższe niż w firmach zachodnich. Będzie się to jednak stopniowo zmieniać. Oracle Polska spodziewa się fali transformacji cyfrowej w ciągu kolejnych 12–24 miesięcy.

– Krajowe podmioty gospodarcze odstają nieco od firm zachodnich, jeśli chodzi o transformację cyfrową – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Witczyński, dyrektor generalny Oracle Polska. – Spodziewamy się jednak, że w ciągu najbliższego roku, do dwóch lat, fala tego rodzaju modernizacji dotrze również do Polski.

Cyfrowa transformacja oznacza nowe podejście do biznesu, tworzenie modeli biznesowych, procesów, produktów czy usług z wykorzystaniem nowoczesnych rozwiązań IT takich jak technologie mobilne, chmura obliczeniowa, sieci społecznościowe czy analizy zbiorów danych.

Jak wynika z rezultatów badania przeprowadzonego przez IDC na zlecenie Oracle Polska, do końca 2017 roku cyfrowa transformacja znajdzie się w centrum strategii biznesowej ponad dwóch trzecich największych przedsiębiorstw świata. Niestety w Polsce uwzględnia ją tylko 26 proc. podmiotów gospodarczych. Przeszło połowa nie ma w ogóle planów związanych z przeprowadzaniem takiego procesu, a 40 proc. w ogóle nie wie, czym jest cyfrowa transformacja.

– Moim zdaniem jest to kwestia konserwatywnego podejścia polskich działów IT, które lubią sprawdzone rozwiązania: zachodnie rozwiązania uważane są za przetestowane, co wpływa na to, jak są przyjmowane w Polsce – wyjaśnia Piotr Witczyński. – Mamy więc do czynienia z konserwatyzmem, ale w pozytywnym znaczeniu. Z jednej strony brakuje nam tego, co najnowsze. Ale z drugiej strony wdrażamy rzeczy sprawdzone, które naprawdę działają.

39 proc. ankietowanych firm planuje lub rozważa możliwość wdrożenia chmury, a po 14 proc. skłania się ku technologiom mobilnym i big data.

 Aby przeprowadzić transformację cyfrową, nie potrzeba wcale dużych inwestycji, bo dzisiaj projekty są bardzo krótkie – przekonuje Piotr Witczyński. –Firmy w ogóle odchodzą w tej chwili od wielkich projektów informatycznych, skupiając się raczej na niewielkich obszarach i zwrocie z inwestycji dosłownie w ciągu kilku miesięcy.

Badanie IDC wykazało także, że istnieje związek pomiędzy realizacją strategii cyfrowej transformacji a wzrostem przychodów przedsiębiorstwa. Co piąta firma, która obecnie prowadzi takie inwestycje, oczekuje w tym roku ponad 10-proc. wzrostu przychodów.

Potencjalne korzyści, jak tłumaczy Piotr Witczyński, zależą od obszaru, którego dotyczy transformacja cyfrowa. Jeżeli odbywa się w zakresie kontaktu z klientem, to firmy mogą liczyć na zwiększenie jego lojalności, a co za tym idzie – na wzrost sprzedaży. Jeśli usprawnienia dotyczą procesu produkcji i organizacji pracy, ich rezultatem powinny być oszczędności czasu i środków.

 Rola działu IT w firmach podczas transformacji cyfrowej powinna polegać przede wszystkim na ścisłej współpracy z działami biznesowymi, które najlepiej wiedzą, co dzieje się na rynku, czego potrzebują klienci czy konsumenci i muszą szybko odpowiadać na takie zapotrzebowania – precyzuje Piotr Witczyński. – Informatycy powinni umożliwiać takie bardzo szybkie reakcje i oferować w tym zakresie pomoc. Ale potrzebna jest także odwaga, aby nowoczesne technologie w firmach były wdrażane szybciej, niż ma to miejsce obecnie.

M. Faber: Polski rynek giełdowy budzi zainteresowanie inwestorów. Może być alternatywą dla amerykańskiej giełdy

M. Faber: Polski rynek giełdowy budzi zainteresowanie inwestorów. Może być alternatywą dla amerykańskiej giełdy 12

Pochodzący ze Szwajcarii inwestor i ekonomista, zwolennik austriackiej szkoły ekonomii, przedkładającej mechanizmy wolnego rynku nad regulacyjne działanie państwa Marc Faber postrzega warszawską giełdę jako interesujące miejsce do inwestowania. Ekonomista uważa, że z perspektywy racjonalnej wyceny polski rynek finansowy może być alternatywą dla amerykańskiej giełdy. Nie sądzi jednak, by GPW w Warszawie masowo przyciągnęła globalnych inwestorów.

– Myślę, że po kryzysie z 2009 roku nastąpił szybki rozwój gospodarek wschodzących, który jednak wyhamował w 2011 roku. Po tym okresie wszystkie rynki giełdowe rynków wschodzących zaczęły wyglądać znacznie gorzej niż rynek USA. Dopiero w tym roku niektóre rynki wschodzące, takie jak Brazylia i Rosja, zaczęły wyraźnie wyprzedzać Amerykę. Myślę, że ten trend się utrzyma – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marc Faber, inwestor, ekonomista, przedstawiciel austriackiej szkoły ekonomii. 

Brazylijski indeks Bovespa wzrósł w tym roku o niemal 50 proc., rosyjskie indeksy RTS i MICEX odpowiednio o 36 proc. i prawie 20 proc. Natomiast amerykański S&P 500 urósł o 14 proc., choć jest na rekordowych poziomach 2200 pkt. Tymczasem WIG20 stracił od początku roku ponad 3 proc., natomiast indeks szerokiego rynku WIG zyskał niespełna 5 proc.

– Mówi się, że nie ma alternatywny dla amerykańskiej giełdy, ale ja uważam, że jeżeli mówimy o rozsądniej wycenionej wartości, to polska giełda jest wyceniana dużo bardziej racjonalnie niż amerykańska – przekonuje Marc Faber. – Dlatego gdybym mieszkał w Europie, to byłbym zainteresowany inwestowaniem w Europie Wschodniej, w tym w Polsce.

Austriacka szkoła ekonomii, którą reprezentuje Faber, przekonuje, że gospodarką powinien rządzić wolny rynek, a nie interwencjonizm państwa. Z jej punktu widzenia dodruk pieniędzy stosowany obecnie zarówno przez Europejski Bank Centralny, jak i Bank Japonii, a wcześniej przez Fed jest działaniem krótkowzrocznym i na dłuższą metę bardziej zaszkodzi, niż pomoże gospodarce. Mimo to jako inwestor za najbardziej atrakcyjny rynek uważa zdominowaną przez abenomikę Japonię.

– Międzynarodowi inwestorzy lokują pieniądze na całym świecie. Najważniejsze kierunki dla nich to Europa Zachodnia, USA i Japonia. Wśród tych trzech klas aktywów Japonia jest w tej chwili być może najbardziej atrakcyjna ­– uważa ekonomista.

Wymienione rynki to gospodarki dojrzałe, do których inwestorzy uciekają chętnie w niepewnych czasach. Gdy nastroje stają się lepsze, są jednak skłonni inwestować w bardziej ryzykowne, ale i zyskowne instrumenty gospodarek rozwijających się, do jakich wciąż zaliczana jest Polska. Globalni gracze wybiorą jednak większe i szybciej rosnące kraje. Polska zdaniem Fabera może być interesująca jako rynek regionalny.

– Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że Polska nie jest klasycznym rynkiem wschodzącym, nie jest gospodarką peryferyjną, taką jak kraje afrykańskie, Kambodża czy Laos. Jest zaawansowaną gospodarką wschodzącą. Nie sądzę jednak, by polska giełda cieszyła się wielkim zainteresowaniem ze strony globalnych inwestorów – uważa ekonomista. – Oni bardziej skupiają się na giełdzie indyjskiej czy chińskiej i mają ku temu swoje powody. Ale w obszarze wschodnioeuropejskim Polska może budzić pewne zainteresowanie. 

Powstaje coraz więcej biotechnologicznych start-upów. Polska ma szanse stać się jednym z liderów w branży

Powstaje coraz więcej biotechnologicznych start-upów. Polska ma szanse stać się jednym z liderów w branży 13

Sektor life science w Polsce dopiero raczkuje, ale innowacyjnych spółek zajmujących się badaniami nad nowymi lekami i biotechnologią powstaje coraz więcej. Część z nich odnosi międzynarodowe sukcesy i pozyskuje zagranicznych inwestorów, bo fundusze coraz chętniej widzą przedsięwzięcia z zakresu life science w swoich portfelach. Polska ma natomiast wiele atutów, takich jak wykwalifikowana kadra i zaplecze naukowo-badawcze, aby stać się jednym z liderów tego sektora.

– Dwa najważniejsze w tej chwili trendy w obszarze life science to innowacje biotechnologiczne, czyli nowe produkty bazujące na biochemii i medycynie, oraz innowacje cyfrowe, które umożliwiają skuteczne zarządzanie pacjentem w całym cyklu opieki medycznej, zaczynając od prewencji, a kończąc na opiece poszpitalnej – mówi agencji Newseria Biznes Jerzy Kalinowski, partner w firmie doradczej KPMG.

Life science łączy takie dziedziny jak medycyna, farmacja, diagnostyka, kosmetologia i telemedycyna z rozwiązaniami z zakresu IT i nowych technologii. Ta branża rozwija się prężnie na całym świecie, ale w Polsce raczkuje dopiero od kilku lat. Jak jednak podaje PAIiIZ, powołując się na dane FDI Intelligence, już w 2010 roku Polska znalazła się na 5. miejscu w światowym rankingu liczby projektów inwestycyjnych w sektorze biotechnologii.

Inwestorzy i fundusze coraz częściej poszukują projektów z obszaru life science, dostrzegając w nich szansę na długoterminową lokatę kapitału. Obecnie na rynku NewConnect notowanych jest kilkanaście innowacyjnych spółek z obszaru biotechnologii, których kapitalizacja jest liczona w dziesiątkach milionów złotych, a część z nich wychodzi na rynki zagraniczne i pozyskuje dużych inwestorów. Maciej Maniecki, przedsiębiorca, menadżer i inwestor w kilkunastu firmach start-upowych, w tym w projektach takich jak Medical Inventi i Bioinnova, podkreśla, że prężnie rozwijająca się branża life science jest dla inwestorów alternatywą dla projektów z sektora IT, którymi rynek już się nasycił.

 Największy potencjał globalny mają projekty związane z medycyną i biotechnologią, a po części również projekty z obszaru IT czy elektroniki. Natomiast nowych pomysłów związanych z IT i nowymi technologiami pojawia się na całym świecie tak dużo, że rynek jest nasycony, coraz trudniejszy. Dlatego projektom biotechnologicznym i medycznym bliżej obecnie do sukcesu – mówi Maciej Maniecki.

Inwestorzy podkreślają, że na rozwój sektora life science i sukces rynkowy spółek z tego obszaru trzeba czekać nawet kilka lat, ponieważ tyle trwają zwykle prace badawcze nad opracowaniem nowych leków, szczepionek, badania laboratoryjne, certyfikacja i proces patentowania innowacyjnych rozwiązań. Polska ma jednak wszystkie atuty konieczne, aby w ciągu najbliższych lat stać się jednym z liderów sektora biotechnologii.

– Coraz więcej lekarzy, naukowców i specjalistów z dziedziny biotechnologii myśli o założeniu własnych firm, w których zrealizują swoje innowacyjne pomysły i będą mogli je skomercjalizować. Oczekują satysfakcji, że zrobili coś, co przysłuży się społeczeństwu, oraz bonusu w postaci zarobienia pieniędzy na swojej pracy. Właśnie takich projektów poszukują w tej chwili fundusze venture capital – mówi Jerzy Kalinowski z firmy doradczej KPMG.

Z badania Deloitte „Biotechnologia w Polsce. Branżowy punkt widzenia” wynika, że największym problemem w rozwoju tego rynku jest dostęp do kapitału. Wskazało na to ponad 57 proc. przedstawicieli spółek z tej branży. Jako drugą barierę wskazywano regulacje prawne, w tym przepisy podatkowe.

– W Polsce powstają również start-upy związane z cyfrowym zdrowiem, które wykorzystują cyfrowe narzędzia i aplikacje mobilne, pomocne na przykład w rehabilitacji osób po udarze – mówi Jerzy Kalinowski.

– Ze swojego portfela mogę wymienić projekty takie jak działający w obszarze genetyki Vitagenum czy Skakanka, która popularyzuje wiedzę na temat podnoszenia sprawności intelektualnych i poznawczych wśród dzieci i młodzieży. Polscy naukowcy mają naprawdę innowacyjne pomysły, natomiast musimy nauczyć się je komercjalizować i przenosić do biznesu. Takie projekty mogą skutecznie konkurować nawet z dużymi korporacjami o mocnej pozycji rynkowej – dodaje Maciej Maniecki.

Co roku o 40 proc. rośnie liczba nieszczepionych dzieci. Ministerstwo Zdrowia podkreśla, że lepiej ufać lekarzom niż szamanom

Co roku o 40 proc. rośnie liczba nieszczepionych dzieci. Ministerstwo Zdrowia podkreśla, że lepiej ufać lekarzom niż szamanom 14

Odsetek zaszczepionych osób w Polsce sięga 95 proc. Od kilku lat można jednak zaobserwować tendencję spadkową. Co roku o 40 proc. rośnie liczba nieszczepionych dzieci. Warto ufać lekarzom, a nie szamanom – przekonuje Jarosław Pinkas, wiceminister zdrowia i podkreśla, że to właśnie szczepieniom dzieci zawdzięczają zdrowie. Chronią one także dorosłych przed chorobami zakaźnymi. Niektóre szczepionki odgrywają ważną rolę w profilaktyce nowotworowej.

– Mam obecnie problemy z coraz to większymi ruchami antyszczepionkowymi. Pojawiła się przestrzeń do ich działania, wirtualna sieć, czyli Facebook i Twitter. Radzimy sobie jednak z tym coraz lepiej, jest większa grupa młodych lekarzy i absolwentów zdrowia publicznego, a także osób, które potrafią analizować badania naukowe i przeciwstawiać się argumentom typu: „tak mi się wydaje”, „słyszałam, że..” – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jarosław Pinkas, sekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia. – Im nas będzie więcej w sieci, im bardziej racjonalnie będziemy wszystko argumentować, tym bezpieczniejszym krajem będziemy.

Ocenia się, że w Polsce odsetek zaszczepionych osób sięga ok. 95 proc. populacji. Taki odsetek zapobiega szerzeniu się zachorowań na choroby zakaźne, chroniąc nie tylko osoby, które się zaszczepiły, lecz także te, które z powodu przeciwwskazań zdrowotnych nie mogły zostać zaszczepione. Ocenia się, że taki odsetek oznacza odporność populacyjną. Jak wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli, łącznie w latach 2011–2014 liczba osób uchylających się od poddania się obowiązkowym szczepieniom ochronnym wzrosła jednak z ok. 5 tys. do ponad 12 tys. osób.

– Komuś trzeba ufać, a myślę, że warto jednak ufać lekarzom, nie szamanom. To pokazuje np. ostatni przypadek z żabą amazońską. Nie możemy jednak odchodzić od standardowej, dobrze działającej medycyny, bo mimo kolejek mamy jednak wyśmienicie wykształconych lekarzy, udzielamy gigantycznych świadczeń zdrowotnych. Dzieci, które nie są chore, zawdzięczają swoje życie i zdrowie przede wszystkim temu, że są szczepione – przekonuje Pinkas.

Co roku  o ok. 40 proc. rośnie liczba nieszczepionych dzieci. Jak podkreśla NIK, zdaniem Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego sugestie o możliwości ograniczenia szczepień z powodu spadającej liczby zachorowań są niesłuszne. Zmniejszenie zapadalności na część chorób jest konsekwencją wdrożenia obowiązkowego systemu szczepień. Istnieje ryzyko, że jego przerwanie mogłoby doprowadzić do powrotu zachorowań.

– Istotne jest, żeby utrzymać wysoki procent szczepienia dzieci, nie zwalniać tempa i zaangażowania, ale zachęcać do szczepień nie tylko dzieci, lecz także dorosłych, którzy np. nie mają szczepienia przeciwko WZW B, odrze czy różyczce, a nie chorowali na te choroby. To bardzo ważne. Szczepienia przez całe życie – tak to powinno wyglądać – tłumaczy Paulina Karwowska ze Światowej Organizacja Zdrowia.

Co roku prawie 60 proc. dzieci (do 18. miesiąca życia) szczepionych jest przeciwko błonicy, tężcowi, krztuścowi, poliomyelitis i haemophilus influenzae typu b przy zastosowaniu nowoczesnych szczepionek wysokoskojarzonych, tzw. 5w1 lub 6w1. Zdaniem ekspertki istotne jest jednak to, by lekarze zachęcali do szczepień tych dorosłych, którzy mają braki w szczepieniach.

– Szczepienia są takim naszym dobrem, przede wszystkim chronią nas przed chorobami zakaźnymi, które mogą mieć ciężkie powikłania. Mówimy tu o chorobach, które w okresie dzieciństwa mogą przebiegać łagodnie, ale też mogą nieść ze sobą ryzyko dużych powikłań, a nawet zgonu. Szczepienia są też bardzo kosztoefektywne – przekonuje Karwowska. – Trzeba rozmawiać i zachęcać do tego, żeby rodzice szczepili dzieci, a dorośli uzupełniali brakujące szczepienia. Wiedza jest głównym narzędziem. 

Dostępne są również szczepionki chroniące przed chorobami, które dotykają znaczną część populacji i odpowiadają za dużą część zachorowań.

– Doczekaliśmy czasów, w których mamy szczepionkę na raka dostępną w aptece. To niezwykle ważne szczepienie dla kobiet, które zabezpiecza przed zachorowaniem na zmiany przednowotworowe, czyli profilaktyka pierwotna. Zabezpiecza nie tylko przed rakiem szyjki, lecz także rakiem pochwy, sromu, odbytu, krtani, gardła, migdałków, przełyku i oskrzela. Spektrum zastosowania jest więc bardzo szerokie – mówi dr hab. n. med. Bogdan Michalski, kierownik Oddziału Klinicznego Ginekologii Onkologicznej w Okręgowym Szpitalu Kolejowym w Katowicach.

Rak szyjki macicy to obecnie drugi po raku piersi pod względem częstości występowania nowotwór kobiet. Rocznie zapada na niego 0,5 mln kobiet, z czego 233 tys. umiera. Szczepionka przeciw HPV, czyli wirusowi brodawczaka ludzkiego odpowiedzialnego m.in za powstawanie raka szyjki macicy (RSM) szybko trafiła na listę Programu Szczepień Ochronnych jako szczepienia zalecane. Zwłaszcza że, jak podkreśla Michalski, samej szczepionki czterowalentnej wydano ponad 250 mln dawek, w których nie stwierdzono żadnego przypadku negatywnego zdarzenia.

– W Polsce nie mamy ani programu szczepień, ani programu profilaktyki cytologicznej. Ten, który był wprowadzony wiele lat temu, został zawieszony przez Narodowy Program Zwalczania Raka w 2015 roku, nie przyniósł żadnego spodziewanego efektu. Jesteśmy obecnie w bardzo złej sytuacji – ocenia dr hab. n. med. Bogdan Michalski.

Media społecznościowe to miejsce gorących dyskusji o butach. Tylko przez trzy tygodnie pojawiło się 82 tys. wzmianek na ten temat

Media społecznościowe to miejsce gorących dyskusji o butach. Tylko przez trzy tygodnie pojawiło się 82 tys. wzmianek na ten temat 15

Buty to kluczowy element garderoby – na to przynajmniej wskazuje gorąca dyskusja na ten temat w sieci. Tylko w ciągu trzech tygodni pojawiło się ponad 82 tys. wzmianek na temat obuwia, a hasła dotyczące butów mogły zostać wyświetlone nawet 268 mln razy – wynika z badania IMM. Najczęściej w obuwniczej komunikacji korzystamy z mediów społecznościowych. To zarówno miejsce inspiracji dla klientów, jak i miejsce aktywności marek, które doradzają kupującym, promując przy okazji swoje produkty.

– W Instytucie Monitorowania Mediów przyjrzeliśmy się butom przy okazji burzliwej dyskusji, która toczy się na ten temat w mediach społecznościowych. Szacujemy, że od 24 października do 14 listopada na ten temat pojawiło się ponad 82 tys. wzmianek, które mogły zostać wyświetlone ponad 268 mln razy – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Masalska, specjalistka ds. PR w IMM.

W tym okresie zdarzyły się dni wyjątkowo wzmożonej dyskusji. Wzrastające zainteresowanie podyktowane było pojawiającymi się wyprzedażami, wyjątkowymi ofertami zakupowymi i zniżkami promowanymi przez firmy bądź blogerki modowe. Tak było między 24 a 25 października oraz między 27 a 28 października.

– Najczęściej rozmawiamy o wygodzie. Bardzo często internautki narzekają na to, że buty są niewygodne. Z reguły szukają też butów wysokich, a wiadomo, że te są raczej niewygodne. Polki chciałyby znaleźć idealną parę butów, która byłaby i ładna, i wygodna, ale jak wynika z opinii internautów  takie buty spotyka się rzadko – podkreśla Masalska.

Internauci podkreślają, że na dobre jakościowo buty są w stanie przeznaczyć więcej pieniędzy. Jeśli znajdą buty wysokiej jakości i w dobrej cenie, to pozostają wierni danej marce.

W dyskusjach często pojawiają się propozycje sprzedaży i kupna butów. Internauci często też proszą innych użytkowników sieci o radę przy wyborze.

– Wykorzystujemy media społecznościowe do poszukiwań stron, na których znajdują się buty. Tu również aktywnie działają marki, np. zamieszczają jesienne stylizacje, jak zrobiła to firma Deichmann. Często inspirujemy się postami i zdjęciami, które zamieszczają blogerki modowe na swoich kontach na Facebooku czy Instagramie. Stanowi to dla nas odniesienie, w co możemy się ubrać w tym miesiącu – tłumaczy ekspertka IMM.

Według danych IMM wśród najaktywniejszych źródeł publikacji o butach znalazły się media społecznościowe: Facebook, Twitter i Instagram. Zdecydowanie najczęściej w obuwniczej komunikacji korzystaliśmy z Facebooka (67 proc. wszystkich publikacji), drugie miejsce przypadło Twitterowi (27 proc.), a trzecie Instagramowi (6 proc.).

 Poza czołówką znalazł się YouTube. Tam pojawia się coraz więcej materiałów w odniesieniu do różnych stylizacji, inspiracji. Blogerki modowe coraz częściej wykorzystują ten kanał do promocji swojej aktywności modowej – zaznacza Masalska.

Prośby o pomoc w doborze obuwia ukazujące się w social mediach są też doskonałą okazją dla firm obuwniczych, które śledząc wpisy w mediach społecznościowych, mogą błyskawicznie zareagować na zapotrzebowanie potencjalnego klienta. Podstawą jest regularny dialog z klientem w social mediach, gdzie część firm – w ramach podtrzymywania relacji z klientem – regularnie proponuje rabaty i konkursy.

 W taki sposób firmy obuwnicze zachęcają klientów i przywiązują ich do danej marki. W dyskusjach najczęściej pojawiają się marki Gino Rossi, Venezia, Nike, Adidas, New Balance, a wśród modeli butów dominowały przede wszystkim kozaki, botki, oczywiście szpilki i sztyblety – wskazuje Karolina Masalska.

Na prezent dla jednej osoby Polacy średnio wydadzą ok. 150 zł. Największe oblężenie sklepy przeżywają tuż przed świętami

Na prezent dla jednej osoby Polacy średnio wydadzą ok. 150 zł. Największe oblężenie sklepy przeżywają tuż przed świętami 16
Zakup świątecznych prezentów Polacy najczęściej zostawiają na ostatnią chwilę, a badania pokazują, że największe zyski sklepy stacjonarne i online odnotowują tuż przed samą Wigilią. Wygląda więc na to, że wszelkie kampanie reklamowe, które ruszają w listopadzie, nie do końca spełniają swoją rolę. Obok tradycyjnych prezentów, takich jak książka, płyta czy elektronika, coraz częściej pojawiają się te, w postaci niezwykłych przeżyć, jak skok ze spadochronem, lot szybowcem czy jazda off road.

Pomimo wielu świątecznych reklam i kuszących promocji Polacy nie mają w zwyczaju kupować prezentów już w listopadzie. Często liczą też, że w grudniu będzie jeszcze taniej.

Według naszych badań główna tendencja wzrostu sprzedaży prezentów odbywa się już w samym grudniu. W przypadku prezentów na mikołajki tendencja zwyżkowa zaczyna się na około 4–5 dni przed 6 grudnia, a prezenty pod choinkę ludzie zaczynają kupować od 16 grudnia do samej Wigilii, więc tak naprawdę zostawiają to na ostatnią chwilę. Największą sprzedaż zawsze uzyskujemy 23 grudnia – mówi agencji Newseria Lifestyle Grzegorz Różalski, dyrektor generalny serwisu PrezentMarzen.com.

Tak jest zarówno w przypadku sklepów stacjonarnych, jak i online. I choć marketingowcy czasem już nawet od końca października prowadzą przedświąteczne kampanie, to jednak klienci zwlekają z wyborem odpowiednich prezentów do ostatniej chwili.

– Kampanie świąteczne powinny wchodzić w ostatnim tygodniu listopada. Natomiast teraz dążymy do tego, żeby rozpoczynać je jak najwcześniej. Ludzie nie są na to przygotowani. Z naszych obserwacji wynika, że jeżeli zaraz po Halloween nasz serwis zostanie ubrany gadżetami, elementami świątecznymi, ludzie zdążą się znudzić, bo do świat mamy jeszcze 2 miesiące. Potrzebne jest wyczucie, by nie odstraszać klientów – tłumaczy Grzegorz Różalski.

Jak podkreśla, na wczesnym rozpoczęciu kampanii i rozciągnięciu ich na kilka tygodni najbardziej zależy firmom, które sprzedają miejsca reklamowe.

Wszystkie firmy w grudniu inwestują w sprzedaż, więc inwestują też w kampanie. Jeżeli rozciągniemy je w czasie, to automatycznie zwiększymy im dochody. Być może za granicą rzeczywiście tak to się odbywa i ludzie dokonują wcześniej zakupów. Jednak w przypadku naszego kraju, to się w ogóle nie sprawdza. Badania pokazują, że Polacy jednak kupują na ostatnią chwilę – wyjaśnia Grzegorz Różalski.

Sonda serwisu PrezentMarzen.pl pokazuje, że 60 proc. budżetu przed świętami wydawane jest na prezenty – zarówno tradycyjne, jak i te nieco bardziej ekstrawaganckie. W ubiegłym roku 12 proc. ankietowanych podarowało swoim bliskim niezwykłe przeżycia. „Prezenty z adrenaliną” mają wartość dodaną. Pozwalają bowiem rozwijać pasje i spełniać marzenia, wywołują uśmiech i na długo pozostają w pamięci.

Jako specjaliści od prezentów w formie przeżyć zdecydowanie namawiamy ludzi do tego, żeby kupowali coś, co kojarzy się z emocjami. Jeżeli skoczymy ze spadochronem bądź przejedziemy się supersamochodem na torze, to emocje, które nam towarzyszą, będą długo wspominane – mówi Grzegorz Różalski.

Połowa ankietowanych przyznaje jednak, że najbardziej cieszą ich prezenty przydatne na co dzień.

Według naszej sondy Polacy najczęściej obdarowują swoją rodzinę, jest to około 53 proc. pytanych osób. Bardzo dużo wagę również przywiązujemy do obdarowywania przyjaciół, znajomych, jest to grupa około 30 proc. Na prezent dla jednej osoby średnio wydajemy 150 zł – dodaje Grzegorz Różalski.

Zagraniczni pracownicy coraz większą siłą napędową polskich firm. Pracodawcy uruchamiają dla nich specjalne programy

Zagraniczni pracownicy coraz większą siłą napędową polskich firm. Pracodawcy uruchamiają dla nich specjalne programy 17
Polscy pracodawcy przyciągają pracowników z zagranicy, którzy mają coraz większy wpływ na krajową gospodarkę. W sektorze nowoczesnych usług biznesowych, zatrudniającym 212 tys. osób, obcokrajowcy stanowią blisko 10 proc. kadr. Jedno miejsce pracy w tej branży tworzy od połowy do dwóch nowych w innych branżach, przede wszystkim usługowych. W Polsce najchętniej pracy poszukują Ukraińcy oraz Hiszpanie.

– Przypływ ekspatów do Polski wpływa bardzo pozytywnie na krajową gospodarkę, bo ją bardzo ożywia – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Nowosielska, dyrektor HR w Luxoft Poland & Luxoft Mexico. – W wielu sektorach mamy niedobór lokalnych pracowników. Osoby, które przyjeżdżają z zagranicy, umożliwiają ich rozwój, a dodatkowo jedno miejsce pracy na przykład w sektorze IT czy usług BPO generuje od połowy do dwóch w usługach. Wpływa więc ożywczo i pozytywnie na cała gospodarkę.

Z raportu „Atrakcyjność inwestycyjna Europy” firmy doradczej EY wynika, że w ubiegłym roku na Starym Kontynencie powstało 5083 projektów, które wygenerowały 217,66 tys. miejsc pracy. Polska jest liderem tego sektora w Europie.

 Myślę, że trend polegający na poszukiwaniu przez obcokrajowców pracy w Polsce będzie się nasilał – prognozuje Anna Nowosielska. – Mamy stosunkowo przyjazne procesy wizowe, które sprawiają, że obywatele innych krajów stosunkowo łatwo mogą się ubiegać o legalną pracę. W różnego rodzaju rankingach Polska uważana jest za jedną z najbardziej popularnych destynacji w Europie Środkowo-Wschodniej.

Najbardziej popularną nacją wśród ekspatów są obywatele Ukrainy. W ubiegłym roku polskie konsulaty wydały ponad 920 tys. wiz uprawniających do pracy w Polsce, w I kwartale tego roku było ich ponad 250 tys. Inną popularną narodowością są Hiszpanie, których napływ zwiększył się znacząco pod wpływem spowolnienia w hiszpańskiej gospodarce. Znajdują oni zatrudnienie przede wszystkim w centrach usług biznesowych, np. finansowo-księgowych, często wymagających znajomości języka hiszpańskiego.

Popularne są wśród nich również firmy działające w obszarze obsługi informatycznej zatrudniające programistów. Jak podaje Anna Nowosielska, krajowa branża IT może zatrudnić od zaraz ponad 50 tys. pracowników.

 W przyszłości nadal będzie się utrzymywał wysoki odsetek osób z Ukrainy, co jest związane z sytuacją ekonomiczno-polityczną tego kraju, stosunkowo niewielką barierą językową oraz podobną kulturą – przewiduje Anna Nowosielska. – Ale myślę, że także nadal będzie napływać dużo osób z Europy Zachodniej, na przykład Hiszpanów.

Firmy stosują różnego rodzaju działania i programy, których celem jest przyciągnięcie do pracy ekspatów i pomoc w zaadoptowaniu się w nowym miejscu pracy, począwszy od samego procesu relokacyjnego po ofertę lekcji języka polskiego, zarówno dla pracownika, jak i jego rodziny. W grę wchodzą także różnego rodzaju usługi, czyli na przykład wsparcie w leasingu samochodu, specjalne oferty kredytu hipotecznego czy doradztwo podatkowe.

– Ekspaci bardzo doceniają tego typu udogodnienia – podkreśla Anna Nowosielska. – Nawet jeżeli różnego rodzaju kwestie nie są finansowane czy współfinansowane przez firmy, to sama możliwość, że może to być zorganizowane, jest odbierana bardzo pozytywnie. Obecnie mamy do czynienia z bardzo świadomymi pracownikami, którzy przed podjęciem tak poważnych decyzji jak relokacja, zwłaszcza wspólnie z rodziną, zadają wiele pytań dotyczących zasad takiej operacji i możliwości, które z niej wynikają. Im więcej udogodnień, nie tylko finansowych, tym oferta firmy ciekawsza.

Nowe regulacje UE zmienią rynek płatności w Polsce. Przybędzie innowacyjnych rozwiązań, ale płatności na jeden klik może być mniej

Nowe regulacje UE zmienią rynek płatności w Polsce. Przybędzie innowacyjnych rozwiązań, ale płatności na jeden klik może być mniej 18
Rośnie udział transakcji bezgotówkowych, w tym mobilnych, w rynku płatności. Rozwój w tym obszarze biznesu może nabrać jeszcze większego tempa po wejściu w życie uchwalonej pod koniec ubiegłego roku dyrektywy PSD2, która przyczyni się do liberalizacji i otwarcia rynku oraz umożliwi innym podmiotom korzystanie z danych bankowych. Jak przewidują eksperci, nowe regulacje wpłyną na pojawienie się innowacyjnych rozwiązań w obszarze płatności, ale z drugiej strony w określonych przypadkach mogą oznaczać regres, czyli mniejszą wygodę konsumentów.

– Można się spodziewać, że unijna dyrektywa PSD2 wywoła rewolucję w segmencie fintechu (Financial Technology), zarówno w przypadku istniejących podmiotów, jak i tych, które dopiero myślą o rozpoczęciu działalności. Fundamentalna zmiana to obniżenie bariery wejścia na rynek i dużo mniejsze wymagania regulacyjne, ale również większa otwartość banków, którą wymuszają nowe przepisy – powiedział agencji Newseria Biznes Andrzej Bassara, dyrektor ds. rozwoju produktu i strategii PayU, w wywiadzie udzielonym podczas FinTech Digital Congress CEE, organizowanym przez MM Conferences.

Unijna dyrektywa PSD2 (Payment Services Directive), która reguluje rynek płatności detalicznych, została uchwalona w listopadzie 2015 roku przez Parlament Europejski. Nowe regulacje to odpowiedź UE na digitalizację, dynamiczny wzrost e-commerce i pojawienie się na rynku innowacyjnych firm oferujących usługi finansowe przy wykorzystaniu nowych technologii, które stanowią coraz większą konkurencję dla sektora bankowego. Jednym z celów nowej dyrektywy jest uregulowanie ich działalności, sytuacji prawnej oraz współpracy z tradycyjnymi dostawcami usług płatniczych.

Branża fintech na świecie rozwija się dopiero od kilku lat. Eksperci rynku finansowego zwracają uwagę na to, że jedną z największych barier dla jej rozwoju w Polsce są sztywne regulacje i silna pozycja banków. Dyrektywa PSD2 przyczyni się do liberalizacji rynku i umożliwi innym podmiotom dostęp do danych klientów bankowości, tym samym stwarzając warunki dla rozwoju sektora fintech.

– Nowe firmy będą miały duże prostsze zadanie niż my jeszcze kilka lat temu, ponieważ będą mogły za pomocą precyzyjnie zdefiniowanych interfejsów korzystać z infrastruktury bankowej. Wcześniej były to bilateralne uzgodnienia między bankami a PayU – mówi Andrzej Bassara.

Jednym z celów dyrektywy PSD2 jest również większa ochrona transakcji płatniczych i danych konsumentów. Nowe przepisy wprowadzają wymóg tzw. silnego uwierzytelniania. Oznacza to, że każda transakcja płatnicza powyżej 10 euro będzie wymagała identyfikacji klienta za pomocą przynajmniej dwóch niezależnych metod uwierzytelniania (np. kodu PIN i rozwiązań biometrycznych).

Andrzej Bassara podkreśla, że w tej chwili transakcje płatnicze są coraz bardziej wygodne dla użytkowników. Dobrym przykładem jest sposób, w jaki klienci płacą za przejazdy w aplikacji Uber (bez wymogu logowania do bankowości internetowej), albo współpraca PayU z Allegro, która przyczyniła się do tego, że klient może dokończyć transakcję zakupową, de facto nie biorąc do ręki instrumentu płatniczego, czyli jednym kliknięciem lub jednym dotknięciem w przypadku zakupów robionych na smartfonie, bez opuszczania strony internetowej lub aplikacji mobilnej sklepu.

– Dotychczas instytucje finansowe, wykorzystując własne mechanizmy bezpieczeństwa, szukały zdrowego balansu pomiędzy ryzykiem a płynnością transakcji. Dzięki temu transakcje płatnicze są coraz bardziej niewidoczne i wygodne dla użytkowników. Teraz pojawił się wymóg silnego uwierzytelniania dla każdej transakcji, której wartość przekracza 10 euro, dlatego bacznie obserwujemy, jak nowe regulacje wpłyną na rynek. Spodziewamy się dużo większej dynamiki po stronie segmentu fintech, pojawienia się nowych produktów i zmian w segmencie finansowania zakupów, np. wzrostu popularności odroczonych płatności lub płatności ratalnych – mówi  Andrzej Bassara.

Jak wynika z tegorocznego Światowego Raportu Płatności 2016, przygotowanego przez Capgemini oraz BNP Paribas, udział płatności cyfrowych na rynku transakcyjnym rośnie i według szacunków osiągnie poziom ok. 10 proc., co oznacza 426,3 proc. miliarda transakcji w 2015 roku. To powoduje, że popyt na cyfrowe rozwiązania w obszarze płatności jest coraz większy, co napędza rozwój branży fintech.

– Od wielu lat widzimy rosnący udział transakcji mobilnych i to jest kierunek, w którym powinien podążać rynek płatności. Mobilność to jednak nie tylko przeglądarka internetowa czy aplikacja zainstalowana w smartfonie. Coraz częściej wykorzystywane są też komunikatory, takie jak Messenger czy WhatsApp – tam przenosi się powoli e-commerce. Na rynku amerykańskim obserwujemy coraz większą interakcję na bazie komunikacji głosowej, dobrym tego przykładem jest Amazon Echo. Za tymi trendami powinien iść rynek, bo tam, gdzie ludzie kupują, muszą się pojawić płatności – zauważa Andrzej Bassara.

Dyrektor ds. strategii PayU podkreśla, że zmiany zachodzące na rynku finansów i płatności oraz rozwój fintechu w dużej mierze wiążą się z generacją millenialsów, którzy powszechnie używają technologii mobilnych i oczekują większej wygody. Jak wynika z badań przeprowadzonych na amerykańskim rynku, ponad połowa millenialsów nie rozróżnia ofert poszczególnych banków, a niewiele ponad 70 proc. wolałoby skorzystać z usługi finansowej dostarczanej przez gigantów takich jak Google, Amazon czy Apple niż przez banki.

– Millenialsi działają globalnie, są mobilni i mają małą cierpliwość, dlatego płatności muszą być dla nich niewidoczne i elastyczne. Z drugiej strony, starsze pokolenie jest mocno zaniedbywanym segmentem klientów. Być może dlatego, że średnia wieku osób pracujących w fintechach jest dość niska. Tworząc nowe rozwiązania, często myślą o sobie i swoich potrzebach, a ich sposób komunikacji i postrzeganie ryzyka są inne niż w przypadku starszych pokoleń – mówi Andrzej Bassara.