Grupa Recykl przesuwa termin inwestycji w instalację do produkcji alternatywnego paliwa. Przedsięwzięcie podwoi produkcję tego surowca

0

CEO Magazyn Polska

Przetwórca zużytych opon szykuje się do nowej inwestycji razem z inwestorem branżowym. Spółka z Grupy Kapitałowej Recykl SA, Recykl Organizacja Odzysku, przymierza się do zakupu linii do rozdrabniania opon za 15 mln zł. Umowa zapewni firmie dostawę surowca i odbiór paliwa ze strony kontrahenta przez sześć lat. Wejdzie jednak w życie w II kwartale 2017 roku, a nie jak wcześniej planowano, w IV kwartale tego roku.

– Przesunęliśmy termin podpisania umowy inwestycyjnej na koniec III kw. 2016 roku, a uruchomienie inwestycji przewidujemy w 2017 roku, w II kw. – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Maciej Jasiewicz, prezes zarządu Recykl Organizacja Odzysku i wiceprezes zarządu Grupy Kapitałowej Recykl SA. – To, co się nie zmienia, to wartość inwestycji, czyli około 15 mln zł.

Tyle kosztować będzie instalacja nowej linii do rozdrabniania opon, której efektem będzie produkcja paliwa alternatywnego w formie granulatu, zwanego chipsem. Jest to produkt z niewielką ilością zanieczyszczeń i o wysokiej wartości energetycznej. Jego odbiorcą są głównie cementownie.

– Inwestycja dotyczy realizacji przedsięwzięcia związanego z produkcją chipsa, czyli tzw. paliwa alternatywnego, które dziś produkujemy na rzecz cementowni – opisuje Jasiewicz. – To, co nam się udało wynegocjować na bazie umowy czy warunków transakcji, to 6-letnia umowa, która będzie gwarantowała nam odbiór produkowanego surowca przez naszego partnera branżowego oraz dostawę surowca do produkcji.

Wraz z inwestorem branżowym Recykl Organizacja Odzysku utworzyć ma spółkę, w której będzie miał 49 proc. udziałów. Przez sześć lat partner będzie dostarczał Recyklowi surowiec do rozdrabniania oraz odbierał efekt przeróbki w postaci granulatu.

– Inwestycję będziemy chcieli sfinansować częściowo długiem, częściowo w ramach środków pozyskanych od naszego partnera branżowego, a częściowo z kapitałów własnych. Przewidujemy podpisanie umowy inwestycyjnej do końca III kw., po jej podpisaniu pojawi się kolejny komunikat już z bardziej szczegółowymi danymi.

Grupa Recykl o podpisaniu umowy poinformowała na początku maja. Miesiąc później doprecyzowała terminy jej wejścia w życie. Pierwotnie rozpoczęcie realizacji inwestycji miało się rozpocząć w IV kw. br., zostało jednak przesunięte na II kw. 2017 roku. Natomiast do końca września ma zostać podpisana ostateczna umowa.

– Po realizacji tej inwestycji nasze możliwości produkcyjne czy skala produkcji chipsa wzrosną dwukrotnie – z 40 tys. ton chipsa, które udało nam się wyprodukować w roku 2015, do 80 tys. ton w 2017 roku, czyli w pełnym roku, w który będzie zrealizowana ta inwestycja – reasumuje prezes Recykl OO.

W I kw. 2016 r. Grupa Recykl miała 8,9 mln zł skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży wobec 7,6 mln zł rok wcześniej. Zysk operacyjny sięgnął 989 tys. zł, o 236 tys. zł więcej niż przed rokiem. Na czysto grupa zarobiła 460 tys. zł, co oznacza wzrost w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku o 44 proc.

Polskie jabłka mają szansę podbić chiński rynek. Politycy usunęli bariery administracyjne, do akcji przystępują producenci

CEO Magazyn Polska

Chiński rynek otwiera się na polskie jabłka. Teraz wszystko zależy od przedsiębiorców – powiedział podczas wizyty w Polsce chiński minister ds. jakości żywności. Polscy producenci już biorą sprawy w swoje ręce. 19 grup producenckich zrzeszonych w organizacji Appolonia podpisało porozumienie o współpracy z platformą dystrybucyjną Shanghai Poland China Trading Company. Dotyczy ono zakupu produktów żywnościowych z Polski i ich promocji w Chinach. Strategicznym partnerem logistycznym platformy została firma ATC Cargo, która od wielu lat aktywnie współpracuje z partnerami z Państwa Środka.

Porozumienie Appolonia i Shanghai Poland China Trading Company dotyczy ok. 40 tys. ton jabłek, które trafią do chińskich konsumentów.

Jabłka są produktem eksportowym Polski, niestety Chińczycy do tej pory nie mieli okazji, żeby się przekonać, jak dobry jest to produkt. Podczas wizyty chińskich polityków zostało podpisane porozumienie umożliwiające eksport jabłek do Chin. Mam nadzieję, że dzięki naszej platformie i uruchomionym połączeniom logistycznym polskie jabłka i inne produkty trafią na chińskie rynki – mówi agencji Newseria Biznes Lin Jie, prezes Shanghai Poland China Trading Company.

W poniedziałek, 21 czerwca, polscy i chińscy politycy porozumieli się w sprawie eksportu jabłek z Polski. Nasz kraj jest największym ich producentem w UE i trzecim na świecie, jest także w czołówce producentów zagęszczonego soku jabłkowego. Politycy podpisali również memorandum o współpracy dwustronnej w obszarze zdrowia zwierząt i roślin oraz bezpieczeństwa żywności. Reguluje ono wymagania weterynaryjne i fitosanitarne w eksporcie żywności do Chin.

Jak podkreśla Lin Jie, polskie produkty spożywcze cieszą się coraz większą popularnością wśród chińskich konsumentów, dlatego uruchomiono platformę China Poland Trading Platform, która służy sprzedaży tych artykułów w Chinach.

Nasza platforma dotyczy nie tylko zagadnień związanych z handlem, lecz także z logistyką, potrzebnymi zezwoleniami, licencjami, inspekcjami w Chinach. To kompleksowa pomoc dla chińskich i polskich firm z branży spożywczej – mówi Lin Jie.

Firma ma podpisane umowy z kilkoma sieciami handlowymi w Chinach, w tym z największą państwową. Prowadzi sprzedaż zarówno w kanale offline, czyli w tradycyjnych sklepach i hurtowniach, jak i przez internet. Oferuje polskim producentom możliwość magazynowania ich produktów w Chinach, zajmowała się będzie kompleksową sprzedażą produktów na rynku.

Także wizytujący Polskę minister odpowiedzialny za jakość żywności podkreślał podczas spotkania z polskim ministrem rolnictwa, że Chińczycy znają polską żywność i wiedzą, że jest bezpieczna.

Chiny są dla Polski ważnym partnerem gospodarczym. Na tamtejszym rynku trwa kilka kampanii promocyjnych, m.in. w zakresie jabłek, produktów mleczarskich i produktów mięsnych. Z danych resortu rolnictwa wynika, że w ubiegłym roku Polska wyeksportowała do Chin artykuły rolno-spożywcze o wartości 127 mln euro. Wśród nich dominowały serwatka, mięso i jadalne podroby z drobiu, czekolada i inne przetwory spożywcze zawierające kakao, syropy cukrowe, mleko i śmietana oraz wyroby cukiernicze. Minister Krzysztof Jurgiel podkreślał, że liczy na wzrost eksportu w niedalekiej przyszłości.

Na większą wymianę handlową liczą także operatorzy logistyczni.

Przy okazji wizyty w Polsce prezydenta Chin podpisujemy porozumienie jako partner logistyczny z China Poland Trading Platform. Jest to platforma stworzona przez chińskiego przedsiębiorcę, która ma być furtką na tamtejszy rynek dla polskich eksporterów – mówi Artur Jadeszko, prezes zarządu ATC Cargo SA. – Zawieramy także porozumienia z paroma organizacjami jako strategiczny partner logistyczny, m.in. ze stowarzyszeniem Appolonia, Krajowym Związkiem Grup Producentów Owoców i Warzyw oraz ze Stowarzyszeniem Rzeźników i Wędliniarzy RP.

ATC Cargo zajmująca się przede wszystkim morską logistyką kontenerową od początku roku prowadzi działalność operacyjną w Chinach pod własną marką jako pierwsza spółka z branży. Powołana spółka ATC Worldwide Logistics z siedzibą w Szanghaju jest obecna w 16 portach chińskich.

– Rynek chiński odpowiada za 60 proc. światowego ruchu kontenerowego. To jest najważniejszy gracz na tym rynku, dlatego należy tam być obecnym – mówi Jadeszko. – Nasze struktury w Azji działają operacyjnie od tego roku, natomiast sam proces przygotowań trwał około 3 lat. Trochę inaczej pracuje się w Azji, wszystko jest być może wolniej, ale na pewno warto.

W Polsce wielkość przewozów wyniosła w ubiegłym roku 70 tirów. Wśród klientów firmy są zarówno największe globalne koncerny, które są obecne w Polsce, jak i mały i średni biznes.

Administracja publiczna coraz bardziej zaawansowana technologicznie. W procesie cyfryzacji może korzystać z doświadczeń banków i telekomów

CEO Magazyn Polska

Innowacje technologiczne zmieniają sektor publiczny. Wdrażane systemy informatyczne umożliwiają świadczenie e-usług przez administrację publiczną, dzięki czemu każdy może mieć urząd na ekranie komputera. Liczba takich usług stale rośnie i cieszą się one coraz większym zainteresowaniem użytkowników. Podobny trend obserwowany był w sektorach bankowym i telekomunikacyjnym, które są liderami technologicznymi. W kolejnych latach również instytucje samorządowe będą się cyfryzować na szeroką skalę.

Rynek publiczny istotnie zmienia się pod wpływem technologii, przede wszystkim zaczyna ich używać. Buduje systemy oparte na dobrych, rozwijających się i innowacyjnych technikach. W Polsce ten proces bardzo szybko się rozwija, wdraża nowe rozwiązania. W mojej ocenie w porównaniu do wielu innych krajów nie mamy się czego wstydzić – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Roman Durka, wiceprezes zarządu dostawcy systemów IT, firmy Sygnity, twórcy m.in. systemu e-Podatki.

Badania GUS w latach 2014–2015 wskazały, że przedsiębiorcy i zwykli obywatele w coraz większym stopniu wykorzystują internet do załatwiania spraw urzędowych. Zwiększa się dostępność, zakres i jakość elektronicznych usług administracji publicznej, wdrażane są nowoczesne rozwiązania informatyczne. W Polsce obecnie 25 proc. osób kontaktuje się z administracją publiczną przez internet, w całej Unii Europejskiej średnia wynosi 50 proc., a w krajach skandynawskich wskaźnik ten sięga 80 proc. Co roku jednak coraz więcej Polaków przekonuje się do e-urzędów.

Państwo poprzez budowę scentralizowanych systemów zbiera wiele informacji o procesach, obywatelach czy stanie państwa, których do tej pory zbierać się nie dało. Teraz można je przetwarzać, wyciągać na ich podstawie wnioski i podejmować istotne decyzje. Obywatelom ułatwia się dostęp do urzędu. Nie musi on nawet przychodzić do urzędu, bo ma go na ekranie komputera. To istotna zmiana, nawet nie cywilizacyjna, ale kulturowa – podkreśla Durka.

Wciąż jednak wielu Polaków nie ma zaufania do takiej formy załatwiania spraw i decyduje się na wizytę w urzędzie. Przede wszystkim jednak, na co wskazuje NIK, obowiązujące przepisy sprawiają, że wiele czynności urzędowych wymaga osobistego stawiennictwa obywatela w urzędzie, i uniemożliwiają wykorzystanie e-usług. Jak wskazuje Durka, wzorem, z którego może czerpać administracja publiczna, jest sektor bankowy i telekomunikacyjny.

Gdy wchodziliśmy w okres wolności gospodarczej te sektory były opóźnione. Ponieważ konkurencja światowych firm była duża, sektory te wykonały kilka skoków do przodu. Teraz ich systemy są na bardzo wysokim poziomie zaawansowania i mogą być wzorcem dla wielu instytucji państwowych – tłumaczy wiceprezes Sygnity.

W ostatnich kilkunastu latach Polacy przekonali się do bankowości internetowej. Na koniec 2015 roku istniało ponad 30 mln kont internetowych, a ich liczba w ciągu roku wzrosła o 5 mln – wynika z raportu NetB@ank Związku Banków Polskich. Już coraz więcej osób korzysta z bankowości mobilnej – około 5 mln Polaków ma zainstalowaną aplikację bankową na swoim smartfonie. Coraz większa mobilność społeczeństwa powoduje, że zarówno banki, jak i firmy ubezpieczeniowe czy domy maklerskie muszą dostosowywać do tego swoje systemy.

Również energetyka coraz częściej wykorzystuje innowacyjne rozwiązania IT. Jak przekonuje ekspert, nowe technologie towarzyszą nam już niemal na każdym kroku. Dlatego coraz częściej po tego typu systemy będą sięgać inne sektory.

Technologie będą się najszybciej rozwijać w samorządach lokalnych, zwłaszcza biorąc pod uwagę centralizację informacji, która tam jest przetwarzana, zbierana i udostępniana klientom. To duży obszar, w którym przewiduję gwałtowny rozwój – ocenia ekspert.

Sygnity obchodzi w tym roku jubileusz 25 lat powstania firmy. W tym czasie spółka wdrożyła blisko 8 tysięcy projektów IT w sektorach administracji publicznej, finansowym i energetycznym. Jak wskazuje wiceprezes Durka, znakomitym przykładem współpracy z urzędami jest budowany dla Ministerstwa Finansów przez Sygnity system e-Podatki, który już teraz, na półmetku realizacji, znacząco ułatwia komunikację z urzędem oraz przyspiesza m.in. coroczne rozliczenia podatkowe.

Nasz ekspertyza i związane z nią doświadczenie, jako działającej od ćwierć wieku firmy IT, są bardzo szerokie. Pracujemy w kilku obszarach związanych ze służbami celnymi, bankowością, również tą, którą kontroluje państwo. Istotny jest dla nas sektor energetyczny, w którym nasze systemy usprawniają działanie instytucji, dając możliwość kontrolowania ich przez państwo i wpływania na ich działanie – podsumowuje Roman Durka.

Kobiety wciąż mniejszością w kadrze zarządzającej. Większa liczba pań w zarządach przekłada się na wyniki finansowe firm

CEO Magazyn Polska

Dysproporcja między kobietami i mężczyznami na stanowiskach kierowniczych to zjawisko powszechne. Brak równowagi płci widoczny jest szczególnie w firmach technologicznych, gdzie średni poziom zatrudnienia pań wynosi około 27 proc. W sektorze teleinformatycznym jedynie 10 proc. osób w zarządach to kobiety. Badania pokazują jednak, że w firmach, które mają większą liczbę kobiet na stanowiskach kierowniczych, stopa zwrotu z kapitału własnego jest o 35 proc. wyższa niż w innych porównywalnych organizacjach. 

Ponad połowa zatrudnianych przez nas absolwentów uczelni wyższych to kobiety. Coraz więcej pań kończy studia. Byłoby poważnym zaniedbaniem, gdybyśmy nie wspierali kobiet w rozwijaniu ich umiejętności przywódczych, dzięki którym mogą zajmować najwyższe stanowiska w organizacjach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Alastair Teare, prezes zarządu Deloitte na Europę Środkową.

Choć teoretycznie panie mają takie same szanse jak mężczyźni, to największe firmy są zdominowane przez płeć męską. Tymczasem kobiety na kierowniczych stanowiskach mogą stanowić o przewadze danej firmy, a różnorodność przekładać się na wyniki finansowe.

Firmy, które stawiają na różnorodność, są znacznie lepiej zarządzane. Wyzwaniem nie jest już udowodnienie, że tak jest, lecz sprawienie, by tak się działo. Naszym celem jest, żeby kobiety w naturalny sposób obejmowały stanowiska przywódcze. Mają równe prawo i wszelkie predyspozycje, by robić te same rzeczy co mężczyźni – przekonuje Rana Ghandour Salhab, członkini Rady Dyrektorów Deloitte na Bliskim Wschodzie.

Z badań Europejskiej Agendy Cyfrowej wynika, że gdyby kobiety podejmowały pracę w gospodarce cyfrowej równie często, co mężczyźni, to europejski PKB mógłby wzrosnąć o ok. 9 mld euro rocznie. W organizacjach, w których na stanowiskach kierowniczych pracuje więcej kobiet, stopa zwrotu z kapitału własnego jest o 35 proc. wyższa, a ogólna stopa zwrotu dla akcjonariuszy jest o 34 proc. wyższa niż w innych porównywalnych organizacjach.

Nie potrzebujemy więcej kobiet na rynku pracy, tylko więcej kobiet na kierowniczych stanowiskach. Bo to wiąże się z gospodarczymi korzyściami dla krajów na Bliskim Wschodzie czy w Europie. Jest to ściśle powiązane z dobrobytem społeczeństw i dobrym funkcjonowaniem firm – wskazuje Rana Ghandour Salhab.

Z badań wynika, że postrzeganie kompetencji przywódczych kobiet na pozycji menadżerów wyraźnie ewoluuje – kobiety wyróżniają się szczególnie w obszarze umiejętności związanych z budowaniem efektywnych relacji w firmie i firmy opartej na wartościach, rozwijaniem talentów oraz przewodzeniem zmianom. Konieczne jest jednak, by panie mogły liczyć na wsparcie, zwłaszcza w rozwijaniu przywódczych umiejętności.

Biznes, szczególnie największe firmy, są zdominowane przez mężczyzn. Mężczyźni są bardzo dobrzy w autopromocji, a kobiety mają wiele innych wyzwań w życiu, inne priorytety, przez co trudniej im budować sieć relacji i kontaktów. Inicjatywy, które pozwalają im wymieniać się doświadczeniami, dają możliwość rozszerzenia tej sieci, nawiązania wzajemnych relacji, wspierania się i inspirowania – przekonuje Alastair Teare.

Taką możliwość stwarza Klub Deloitte SheXO, stworzony w 2011 roku i skupiający kobiety na stanowiskach kierowniczych i zarządczych. Klub to miejsce regularnej wymiany myśli, rozwijania cech przywódczych oraz networkingu. Rozpoczął swoją działalność 5 lat temu w Polsce, a obecnie działa już w 8 krajach Europy Środkowo-Wschodniej.

Zdecydowaliśmy w Deloitte, że warto stworzyć miejsce dla kobiet, w którym będą mogły się wspierać, rozwijać, budować sieci wsparcia. Networking nie był wówczas czymś oczywistym – tłumaczy Iwona Georgijew, partner Deloitte, założycielka i liderka Klubu SheXO by Deloitte.

W ramach działania Klubu SheXO organizowane są spotkania biznesowe, na które zapraszani są eksperci z wielu dziedzin, m.in. psychologii biznesu i coachingu, a także mentorzy oraz ludzie sukcesu. Klub inicjuje publikacje, które pogłębiają wiedzę z zakresu rozwoju zawodowego kobiet. Prowadzone są też badania, których celem jest określenie wyzwań w tej dziedzinie.

Naszą najnowszą inicjatywą jest zbudowanie programu mentoringowego, w którym i mężczyźni, i kobiety w zarządach będą mentorami dla kobiet. Oprócz docierania z naszą misją do kobiet, które chcą zasiadać w zarządach, otworzyłyśmy się również na inne sieci kobiece po to, żeby rozszerzać działanie – wskazuje Georgijew.

Jak podkreśla założycielka Klubu SheXO, działania przynoszą efekty. Kiedy klub rozpoczynał działalność, w spotkaniach brało udział kilkadziesiąt kobiet. Obecnie jest ich już kilkaset. Działania klubu wspierają również mężczyźni, zwłaszcza że budowanie różnorodności w przedsiębiorstwach jest istotne nie tylko dla pań, lecz także dla panów i przedstawicieli najmłodszego pokolenia.

Pokolenie milenialsów jest tzw. gender blind. Jeśli w organizacji nie ma różnorodności, uważają, że coś jest z nią nie tak. Chcemy też wspomóc panów, zanim jeszcze ich córki dorosną do wieku, kiedy będą kończyć szkoły wyższe i będą chciały być jak ich ojcowie. Badania pokazują, że dopiero wtedy mężczyźni zaczynają myśleć o budowaniu różnorodności. W naszej gospodarce większość stanowią osoby 40+ i 50+. Niekoniecznie ich córki już są w wieku, kiedy kończą studia. Dlatego jest bardzo dużo do zrobienia, żeby pomagać również naszym kolegom tworzyć różnorodne organizacje – wyjaśnia Iwona Georgijew.

W ciągu pięciu lat na warszawskim Służewcu może powstać 300 tys. mkw. biur. Ten obszar biznesowy będzie się rozwijać pod warunkiem usprawnienia komunikacji

CEO Magazyn Polska

Warszawski Służewiec Przemysłowy to największy obszar biurowy w Polsce i regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Obejmuje powierzchnię biurową porównywalną z zasobami Wrocławia i Łodzi razem wziętych i jest miejscem pracy dla 83 tys. osób. Ponad jedna trzecia z nich dojeżdża do pracy samochodem, co oznacza, że dziennie na ten obszar wjeżdża przynajmniej ok. 30 tys. samochodów. Codzienna rzeczywistość to ogromne korki i problemy z parkowaniem. Nie lepiej jest w transporcie publicznym. Poprawa komunikacji to warunek dalszego rozwoju tego obszaru.

Aktualnie na Służewcu jest ponad milion metrów kwadratowych nowoczesnej powierzchni biurowej w 75 budynkach. W budowie jest ponad 100 tys. mkw. biur. W tym roku zostanie oddana jedna inwestycja biurowa, ale już w roku 2017 będzie ich osiem, zlokalizowanych w sześciu różnych parkach biurowych. Szacujemy, że w ciągu najbliższych 5 lat na rynek na Służewcu może trafić około 300 tys. mkw. nowych biur, część deweloperów zapowiedziała jednak możliwość zmiany funkcji z planowanej wcześniej biurowej na mieszkaniową, więc ta wartość może być zweryfikowana przez realia rynkowe – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Polkowski, dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa w JLL.

Napływ nowych firm do tej dzielnicy biurowej nie jest tak silny jak kilka lat temu, wciąż jednak generuje ok. 30 proc. popytu na biura w Warszawie. Na koniec I kwartału wskaźnik pustostanów wzrósł do 17,6 proc., co jest konsekwencją kilku relokacji dużych najemców do innych części miasta.

Żeby Służewiec mógł się rozwijać jako prężna dzielnica biurowa należałoby stworzyć plan, który brałby pod uwagę wiele różnych uwarunkowań, m.in. transportowych, rynkowych czy urbanistycznych. Tego na Służewcu zabrakło ponad 20 lat temu i uważamy, że w dużej mierze z tego wynikają dzisiejsze problemy dzielnicy – podkreśla Jan Zombirt, dyrektor w Dziale Doradztwa Strategicznego JLL.

Według przedstawicieli firm badanych przez JLL największe problemy Służewca to chaos komunikacyjny. Z analiz firmy wynika, że blisko 90 proc. samochodów wjeżdżających do tej dzielnicy biurowej w porannym szczycie przewozi tylko jednego kierowcę. Z kolei z ankiety przeprowadzonej przez Biuro Drogownictwa i Komunikacji oraz stowarzyszenie HASHLepszy Służewiec wynika, że blisko połowa z ok. 30 tys. osób podróżujących do pracy autem wskazała, że gdyby istniało bezpośrednie połączenie między ich miejscem zamieszkania a Służewcem mogliby się przesiąść do transportu publicznego. Tutaj jednak sytuacja nie jest lepsza. Analizy JLL wskazują, że w porannym szczycie komunikacyjnym czas dojazdu transportem publicznym na Służewiec jest prawie dwukrotnie dłuższy niż podróż samochodem.

Potencjał biznesowy Służewca jest nadal duży. Jeżeli zostaną wprowadzone wszystkie zmiany infrastrukturalne, to na pewno Służewiec będzie przeżywał swoje drugie życie. Mam na myśli m.in. przebudowę ul. Marynarskiej, budowę wiaduktu wzdłuż ul. Postępu oraz tramwaj ze stacji Metro Wilanowska w stronę ul. Suwak – wymienia Mateusz Polkowski.

Problemem jest także zbyt mała liczba miejsc parkingowych. Biurowce oferują ok. 29,5 tys. miejsc parkingowych, które jednak nie są wykorzystywane w 100 proc. W okolicy znajduje się ok. 2,3 tys. bezpłatnych miejsc publicznych i działa 15 płatnych parkingów, które oferują ok. 1 tys. miejsc. JLL szacuje, że ok. 1,3 tys. aut parkuje nielegalnie na trawnikach czy chodnikach. Parkingowy chaos znacznie obniża jakość przestrzeni publicznej, dlatego miasto powinno wspierać inicjatywy, które ten problem pomogą rozwiązać, m.in. carpooling, czyli zjawisko podwożenia się nawzajem do pracy.

Analitycy JLL podkreślają, że planowane inwestycje w transport publiczny i infrastrukturę będą stopniowo poprawiać dostępność tej dzielnicy biurowej. Z czasem ma się ona szansę stać atrakcyjnym miejscem nie tylko do pracy, lecz także do życia.

Służewiec będzie zmieniał swoją funkcję. Kiedyś był to obszar ściśle przemysłowy, obecnie dominują tam biura, natomiast w najbliższych latach będzie wkraczać coraz śmielej do dzielnicy zabudowa mieszkaniowa. Część deweloperów rozważa zmianę funkcji planowanych budynków biurowych na mieszkaniowe. To wymieszanie funkcji – w naszej ocenie korzystne – będzie na Służewcu postępować – ocenia Jan Zombirt. – Potrzebne jest jednak stworzenie atrakcyjnej, estetycznej i funkcjonalnej przestrzeni miejskiej, takiej, w której użytkownicy dobrze się czują.

Jan Zombirt podkreśla również, że zasadne byłoby stworzenie na Służewcu placu miejskiego, który poprzez rozwój oferty gastronomicznej i rozrywkowej mógłby integrować pracowników i mieszkańców. Potrzebne jest także wytyczenie sieci ciągów pieszych na gruntach udostępnionych przez miasto i deweloperów. Dziś ok. 8 proc. podróży odbywa się rowerami. Żeby ten odsetek rósł, potrzebna jest także rozbudowa ścieżek rowerowych.

Analitycy JLL przypominają, że tego typu rozwiązania z sukcesem wdrożyły dzielnice biurowe w innych dużych europejskich, np. Canary Wharf w Londynie, La Defense w Paryżu, Zuidas w Amsterdamie czy HafenCity w Hamburgu.

Produkcja samochodów nie zwalnia w wakacje. Pracownicy w branży motoryzacyjnej pilnie poszukiwani

CEO Magazyn Polska

Firmy z branży motoryzacyjnej nie zmniejszają produkcji w wakacje. W związku z rozpoczęciem sezonu urlopowego przez najbliższy miesiąc będą aktywnie poszukiwać pracowników tymczasowych, również wśród studentów. Zapotrzebowanie dotyczy głównie pracowników produkcji. Jak wynika z danych Exact Systems, pracy w dynamicznie rozwijającej się motoryzacji jest coraz więcej, ale dostęp do wykwalifikowanej kadry jest coraz trudniejszy.

W czasie wakacji zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych i na pracujących studentów zwykle rośnie. Wynika to z tego, że branża motoryzacyjna tak jak większość branż wielkoseryjnych jest cykliczna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems, firmy kontrolującej jakość części samochodowych, ekspert Polskiej Izby Motoryzacji. – W tej chwili największe zapotrzebowanie jest na stanowiska produkcyjne i te, które dotyczą dosyć prostych elementów kontroli jakości przy liniach produkcyjnych. To ok. 80 proc. tego zapotrzebowania, natomiast pozostałe 20 proc. to są menadżerowie szczebla średniego i wyższego.

Firmy motoryzacyjne w czerwcu i lipcu zwiększają swoje moce produkcyjne. Krótki przestój – na naprawy maszyn i linii produkcyjnych – ma miejsce jedynie w sierpniu. Jeszcze cztery lata temu w czerwcu i lipcu notowany był spadek aktywności, a więc i zapotrzebowanie na pracowników malało. Przedstawiciele Exact Systems podkreślają, że od trzech lat odnotowuje w wakacje wzrost kontroli części samochodowych, a w związku z tym zwiększa się także zatrudnienie. W ubiegłym roku wzrosło o jedną trzecią. W tym roku ma być podobnie.

Studenci są atrakcyjną grupą pracowników. Wynika to przynajmniej z dwóch powodów: po pierwsze młody człowiek, który przychodzi chętnie do pracy i chce się nauczyć nowej branży, to jest dobry kandydat, który bardzo dobrze prognozuje. Druga sprawa jest związana z tym, że w wakacje studenci są bardziej dyspozycyjni – mówi Paweł Gos.

Współpraca pracodawców ze studentami to sytuacja, w której obie strony wygrywają. Praca w motoryzacji podczas studiów to możliwość skorzystania z wielu warsztatów i szkoleń podnoszących kwalifikacje młodych osób. To szczególnie istotne, biorąc pod uwagę to, że często edukacja nie kładzie odpowiedniego nacisku na praktyczne umiejętności. Pracodawcy wypełniają w ten sposób lukę kompetencyjną, a dla młodych osób stanowi to dobrą perspektywę rozwoju zawodowego.

My od wielu lat opieramy się głównie na studentach. Wynika to z naszej misji i strategii związanej z tym, że chcemy, aby młodzi ludzie mieli pierwszy kontakt z branżą motoryzacyjną i z działem kontroli jakości. Dla nas są to kluczowi pracownicy, których bardzo mocno zachęcamy do współpracy – mówi Paweł Gos.

Branża motoryzacyjna to jedna z najszybciej rozwijających się gałęzi przemysłu w Polsce. Nowe inwestycje, większe moce produkcyjne i rosnący stale eksport powodują, że zapotrzebowanie na pracowników systematycznie rośnie. W ubiegłym roku pracodawcy z tego sektora opublikowali blisko 11 tys. ogłoszeń o pracę na jednym tylko portalu Pracuj.pl. To wzrost o blisko jedną piątą. Jednocześnie dostęp do wykwalifikowanej kadry jest coraz trudniejszy

Mamy do czynienia z sytuacją, która sprzyja pracownikom. Trzeba więc skupić się na różnych metodach pozyskiwania nowych pracowników, najbardziej zmyślnych i nowoczesnych formach, jak internet, Facebook czy inne portale społecznościowe tak, aby móc wybrać najlepszych i najbardziej dyspozycyjnych kandydatów – podkreśla prezes Exact Systems.

Exact Systems uruchomił na swojej stronie internetowej live chat, za pomocą którego kandydat zainteresowany pracą może szybko i bez wychodzenia z domu otrzymać szczegóły oferty. Innym narzędziem, które wspiera nabór pracowników w firmie, jest platforma e-learningowa skierowana do przyszłych współpracowników. Opiera się ona na formie szkoleń online, które wdrażają kandydatów w działania firmy, przygotowują do przyszłej pracy oraz wspierają ich rozwój kompetencji.

O pracowników najtrudniej w tych częściach Polski, w których przemysł motoryzacyjny kwitnie. Mowa tu przede wszystkim o województwach śląskim, łódzkim, wielkopolskim i pomorskim. Z wewnętrznych danych firmy za okres styczeń–luty 2016 wynika, że liczba aplikujących na publikowane ogłoszenia zmniejszyła się o 30 proc.

Od 1 lipca duże firmy muszą udostępniać do kontroli fiskusa Jednolity Plik Kontrolny. To wyzwanie dla ich systemów informatycznych

0

CEO Magazyn Polska

1 lipca będzie istotną datą dla polskiego systemu podatkowego. Od tego dnia duże podmioty gospodarcze będą miały obowiązek przekazywania, na żądanie organów podatkowych, najważniejszych ksiąg podatkowych oraz dowodów księgowych w formie Jednolitego Pliku Kontrolnego (JPK). To rozwiązanie może znacznie usprawnić i przyspieszyć kontrole fiskusa, ale wiąże się jednak z obowiązkiem posiadania odpowiednich systemów informatycznych. Tym bardziej że struktura JPK będzie stopniowo rozszerzana o kolejne elementy. Systemy też muszą być na to gotowe.

Przekazywanie danych organom podatkowym w postaci Jednolitego Pliku Kontrolnego powinno skrócić czas kontroli, zmniejszyć jej koszty oraz uciążliwość – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Wenne, analityk biznesowy w dziale rozwoju spółki InsERT, dostarczającej oprogramowanie dla małych i średnich firm. – Ponadto może okazać się, że przekazanie danych w formie JPK podczas czynności sprawdzających sprawi, że kontrola u podatnika w ogóle nie będzie musiała mieć miejsca.

Ten sposób prowadzenia kontroli ma – również po stronie administracji podatkowej – przyspieszyć procedury, zmniejszyć ich koszty oraz jednocześnie sprawić, by skutecznie przeciwdziałały nieprawidłowościom.

Jak wyjaśnia ekspert, Jednolity Plik Kontrolny to zbiór danych, generowanych z systemów informatycznych firmy przez bezpośredni eksport, na temat operacji gospodarczych za dany okres. Dane będą mogły być zapisane i przekazane na informatycznych nośnikach, takich jak np. płyta DVD lub zostać przesłane za pomocą środków komunikacji elektronicznej w sposób znany obecnie z przekazywania poprzez internet deklaracji skarbowych. Niespełnienie żądania kontrolerów lub przekazanie błędnego JPK będzie wiązało się z odpowiedzialnością karno-skarbową.

Bezwzględny obowiązek JPK będzie dotyczył wszystkich przedsiębiorców prowadzących księgi podatkowe przy użyciu programów komputerowych – precyzuje Artur Wenne. – Przy czym przez pierwsze dwa lata, do 30 czerwca 2018 roku, mikro-, mali i średni przedsiębiorcy będą mogli przekazywać dane fakultatywnie.

Obecnie w zakres JPK wchodzi siedem szczegółowo opisanych struktur, czyli najważniejszych ksiąg podatkowych oraz dowodów księgowych. Są to księgi rachunkowe, podatkowa księga przychodów i rozchodów, ewidencja przychodów, ewidencje zakupu i sprzedaży VAT, faktury VAT, wyciągi bankowe oraz dokumenty związane z obrotem magazynowym. Ministerstwo Finansów zapowiedziało dalsze rozszerzanie o kolejne elementy: raporty z kas rejestrujących, paragony oraz księgi i dowody dotyczące rozliczania podatku akcyzowego.

– Drugą istotną zmianą, która zostaje wprowadzona 1 lipca, jest obowiązek przekazywania w formie elektronicznej informacji o prowadzonej ewidencji VAT. Obowiązek ten będzie początkowo dotyczył dużych przedsiębiorców. Od 1 stycznia 2017 roku obowiązkowi temu podlegać będą również mali i średni przedsiębiorcy, z kolei mikroprzedsiębiorcy będą musieli go wypełniać od 1 stycznia 2018 roku – mówi Wenne. – Dane o ewidencji VAT będą przekazywane w oparciu o struktury logiczne, które są ustalone dla JPK. Sposób ich przesłania będzie również taki sam.

Biorąc pod uwagę zakres zmian w ordynacji podatkowej, podstawowym problemem przedsiębiorcy jest zweryfikowanie, czy na pewno używane przez niego do prowadzenia ksiąg programy komputerowe sprostają temu zadaniu – mówi analityk InsERT.

Jego zdaniem obowiązek pomocy przedsiębiorcom leży po stronie dostawcy systemu. Powinien on kompleksowo i  na czas dostarczyć rozwiązania pozwalające wypełnić wymagania nowelizacji prawa podatkowego.

– Trzeba mieć na uwadze, że oprogramowanie, które będzie wspomagać podatnika powinno być także na bieżąco aktualizowane – dodaje Artur Wenne. – Już dziś wiemy, że w strukturze JPK niebawem nastąpią zmiany. Dlatego istotny jest aspekt bycia na bieżąco, jeśli chodzi o dostosowanie systemów komputerowych do modyfikacji, które będą miały miejsce w przyszłości.

Na niższym CIT małe firmy skorzystają 57 zł miesięcznie

Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy obniżającej podatek CIT dla małych podatników z 19 do 15 proc. To rozwiązanie nie poprawi warunków rozwoju małych firm, obejmie bowiem mniej niż 8 proc. przedsiębiorstw. I nie pozostawi w ich kieszeniach pieniędzy wspierających rozwój. Jednocześnie zmniejszy wpływy do budżetu państwa i budżetów samorządów.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Ustawą mają zostać objęci tylko podatnicy podatku od osób prawnych (CIT) i tylko ci, którzy są małymi podatnikami. Jest ich, wg ministerstwa finansów, 393 tys. W tym przedsiębiorcy aktywnie działający stanowią wśród nich ok. 135 tys. (pozostali podatnicy CIT, czyli prawie 260 tys., to m.in. spółdzielnie, stowarzyszenia i fundacje).

Wszystkich przedsiębiorstw mikro i małych było w 2014 r., zgodnie z danymi GUS, ponad 1,8 mln. W tym firm mikro i małych rozliczających się wg CIT jest niespełna 8 proc. I to tylko te firmy mogą zostać „beneficjentami” obniżenia stawki podatkowej do 15 proc. Pozostałe ponad 92 proc. pozostanie z dotychczasowym poziomem podatku dochodowego, czyli np. małe firmy handlowe z podatkiem ryczałtowym na poziomie 3,5 proc. obrotów, a małe firmy usługowe – na poziomie 8,5 proc. obrotów.

Wątpliwe są także korzyści tych niespełna 8 proc. mikro i małych przedsiębiorstw i pozostałych 260 tys. podmiotów. Obniżenie podatku z 19 proc. do 15 proc. da bowiem jednemu podatnikowi przeciętnie 57 zł. Koszty obniżenia CIT z 19 proc. do 15 proc. dla małych podatników mają bowiem wynieść wg MF 270 mln zł. Jeżeli ma nim zostać objęte 393 tys. podatników, to przeciętnie na jednego podatnika przypada niespełna 690 zł rocznie, czyli 57 zł miesięcznie. Jeżeli pomysłodawcom wydaje się, że 57 zł miesięcznie może być „…wsparciem podatników, dla których utrudnienia w pozyskiwaniu kapitału na inwestycje czy zaburzone warunki konkurencji stanowią główną barierę w prowadzeniu lub rozwijaniu przedsiębiorstwa”, to mamy problem z rozumieniem działalności gospodarczej. Bowiem w żaden sposób te 57 zł miesięcznie nie jest szansą, aby „w perspektywie długookresowej działanie to (mogło) wpłynąć na przyspieszenie tempa rozwoju i stworzenie sprzyjających warunków do zwiększenia przedsiębiorczości Polaków, w tym także przedsiębiorczości ludzi młodych.”

Zadziwiające jest także ograniczenie możliwości skorzystania z obniżonej stawki podatku CIT przez podatnika który został utworzony: (…) w wyniku przekształcenia przedsiębiorcy będącego osobą fizyczną, wykonującą we własnym imieniu działalność gospodarczą, spółki niebędącej osobą prawną (…) w roku podatkowym w którym rozpoczął działalność oraz w roku podatkowym bezpośrednio po nim następującym”, czyli de facto przez 2 lata. Przekształcenie przedsiębiorstwa osoby fizycznej w spółkę kapitałową lub komandytowo-akcyjną wiążę się bowiem z podwójnym opodatkowaniem, czyli koniecznością płacenia nie tylko podatku CIT, ale także podatku od dywidendy. Daje co prawda możliwość wliczania w koszty uzyskania przychodów wynagrodzenia właściciela, które nie było kosztem w przedsiębiorstwie osoby fizycznej. Ale podnosi koszty działania firmy z tytułu konieczności prowadzenia pełnej księgowości. Małym podatnikom nie będzie się to opłacało ze względu na skalę prowadzonej działalności gospodarczej.

Warto przemyśleć zasadność, a przede wszystkim efektywność zaproponowanego rozwiązania podatkowego. Przede wszystkim należy porozmawiać z małymi firmami i wspólnie z nimi zaproponować rozwiązania, które mogą być „…wsparciem podatników, dla których utrudnienia w pozyskiwaniu kapitału na inwestycje czy zaburzone warunki konkurencji stanowią główną barierę w prowadzeniu lub rozwijaniu przedsiębiorstwa.” Bo obniżenie CIT do 15 proc. takim rozwiązaniem nie jest.

Konfederacja Lewiatan

Przedsiębiorcy liczą na stabilność i przewidywalność polityki pieniężnej

Po złożeniu przysięgi przed Sejmem RP, które odbyło się 21 czerwca 2016 r., prof. Adam Glapiński, objął stanowisko prezesa NBP. Tym samym rozpoczęła się sześcioletnia kadencja nowego prezesa banku centralnego – podało biuro prasowe NBP.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Prof. Adam Glapiński, nowo powołany prezes NBP, jest ekonomistą, byłym członkiem Rady Polityki Pieniężnej. W ramach RPP przez 6 lat uczestniczył w podejmowaniu istotnych dla przedsiębiorstw i gospodarki decyzji i mógł obserwować ich skutki. Przedsiębiorcy liczą, że wiedzę tę wykorzysta dla utrzymania stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej rządu, o ile nie ogranicza to podstawowego celu NBP. Przedsiębiorcy liczą na stabilność i przewidywalność polityki pieniężnej.

Zgodnie z ustawą o NBP celem jego działalności jest bowiem „…utrzymanie stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej rządu, o ile nie ogranicza to podstawowego celu NBP”. Prezes NBP przewodniczy zarządowi NBP, Radzie Polityki Pieniężnej, jest też członkiem Komitetu Stabilności Finansowej. Ma zatem wszystkie instrumenty do realizacji celu działania NBP. Od niego w dużej mierze zależy kształt polityki pieniężnej w Polsce, stabilność złotego, a także postrzeganie polskiej gospodarki przez inwestorów. Jego decyzje i współdecyzje wpływają na koszt, a pośrednio także dostępność kapitału na polskim rynku, a także oddziałują na kurs złotego do innych walut, a przede wszystkim jego stabilność.

Koszt oraz dostępność kapitału, a także stabilność złotego są jednymi z najważniejszych parametrów działania przedsiębiorstw. A ponieważ przedsiębiorstwa wytwarzają ponad 70 proc. PKB, to czynniki wpływające na ich działanie i decyzje, wpływają także na potencjał rozwojowy polskiej gospodarki, m.in. na inwestycje firm, eksport oraz skłonność do importu.

Prof. Adam Glapiński, nowo powołany prezes NBP, doskonale zna te wszystkie uwarunkowania. Dlatego przedsiębiorcy liczą na stabilną i przewidywalną politykę pieniężną.

Konfederacja Lewiatan

Przed referendum w Wielkiej Brytanii nasilają się zawirowania walutowe

Huśtawka przed referendum w sprawie członkostwa Wielkiej Brytanii w UE w ciągu ostatnich kilku tygodni przechodziła przez kolejne gwałtowne zwroty akcji z dwoma widocznymi znaczącymi przesunięciami przewagi w sondażach. Ostatnia taka zmiana to wyraźne przesunięcie na korzyść zwolenników pozostania w UE, po tym jak w tragicznych okolicznościach zginęła Jo Cox, parlamentarzystka z Partii Pracy, popierająca pozostanie w Unii. W ciągu ostatnich dwóch tygodni funt spadł w stosunku do japońskiego jena postrzeganego jako bezpieczna przystań o około 10%, tylko po to, by od czwartkowych spadków do poniedziałkowego poranka wzrosnąć niemalże o 5%.

Ale nawet w przypadku przesunięcia w sondażach najważniejsze badanie, przeprowadzone w poniedziałek przez FT wskazuje na remis 44% do 44%, a reszta głosujących pozostaje niezdecydowana. Ten pozorny remis to wyraźne odwrócenie trendu z ostatnich dni, kiedy to głosy za wyjściem z UE nieznacznie, o kilka punktów procentowych przeważały nad głosami zwolenników UE, ale warto zwrócić uwagę, że strata po stronie przeciwników pozostania w Unii w mniejszym stopniu przełożyła się na wzrost poparcia na rzecz zwolenników pozostania w UE, wzrosła natomiast liczba osób niezdecydowanych. Niestety dla wszystkich tych niezdecydowanych wyborców w czwartkowym głosowaniu nie przewidziano możliwości odpowiedzi „Nie wiem”.

Binarnym rozłożeniem głosów w referendum oczywiście najbardziej zainteresowani są w szczególności obserwatorzy rynku i inwestorzy walutowi. Będzie za czy przeciw? Poza tym wiele osób wskazywało jednak na margines wygranej jako potencjalnie decydujący o długookresowej perspektywie dla Wielkiej Brytanii i jej stosunków z UE. Sytuacja taka ma miejsce w przypadku marginesu wygranej w odniesieniu do zwolenników Brexitu, co według niektórych w krótkim czasie może doprowadzić do nowego referendum, po tym jak Wielka Brytania już wystarczająco się „namęczy” z powodu osłabionych rynków aktywów i spadku koniunktury w kraju, a także poważnych ostrzeżeń ze strony UE dotyczących potencjalnych konsekwencji wyjścia z UE. Oczywiście jest tak wiele możliwości, że wszelkie próby straszenia ze strony przywódców unijnych obróciłyby się przeciwko nim. Dlatego też inwestorom walutowym pozostają do rozważenia trzy wyniki referendum: pozostanie w UE, wynik graniczący z Brexitem i jednoznaczne wyjście z UE. Rozważmy potencjalne reakcje na rynku walutowym na każdy z tych trzech scenariuszy.

Reakcje w przypadku głosowania za pozostaniem w Unii, nawet w razie bardzo małej różnicy głosów, prawdopodobnie okazałaby się dość jednoznaczne. Mimo ogromnych różnic strukturalnych w Wielkiej Brytanii i rosnącego deficytu na rachunku obrotów bieżących, które w przypadku funta aktualnie nadal budzą obawy, rozwianie wątpliwości co do wyniku referendum prawdopodobnie w nadchodzącym kwartale w dużej mierze spowoduje również utratę zabezpieczeń związanych z Brexitem i dużej porcji skumulowanego popytu napędzającego silne odbicie działalności gospodarczej w Wielkiej Brytanii lub inny zbliżony scenariusz. W krótkiej perspektywie funt najprawdopodobniej będzie zwyżkował w stosunku do franka szwajcarskiego i dolara, wahając się z powodu niedawnej „gołębiej” polityki Rezerwy Federalnej. W przyszłości omówię, dlaczego wyprzedaż jena stanowi mniej pewną propozycję, wykraczającą poza początkową odruchową reakcję.

Reakcje na wynik graniczący z Brexitem i na wynik wskazujący na jednoznaczne wyjście z UE będą znacznie bardziej nieprzewidywalne, tym bardziej że w związku z ostatnim przesunięciem na korzyść zwolenników pozostania w UE rynki pędzą w kierunku referendum. Ponieważ zarówno Wielka Brytania, jak i Europa ucieszyłaby się z osłabienia waluty, co pomogłoby uporać się z danymi na temat niskiej inflacji, wszelkie interwencje mające na celu ustabilizowanie sytuacji najprawdopodobniej pojawiłyby się jedynie jako próba zapobieżenia nadmiernemu rozprzestrzenianiu się tego zjawiska na rynkach aktywów. Innymi słowy, gdyby Bank Anglii był w stanie uzyskać dwudziestoprocentowy spadek wartości funta bez konsekwencji dla apetytu na ryzyko, to chętnie by się na taki ruch zdecydował.

Przez pierwsze godziny i dni transakcji po głosowaniu w sprawie Brexitu powinniśmy być świadkami rozgrzanej do białości zmienności, przy czym jednoznaczny wynik głosowania za Brexitem wygenerowałby najwięcej energii i początkowo spowodował znaczny spadek funta – być może o 10-12%, nawet przy założeniu, że początkowe reakcje w większości szybko tracą na sile. Nawet w przypadku jednoznacznego wyniku głosowania za Brexitem Wielka Brytania szybko wróci do pracy i po ustaniu niepewności powinniśmy odnotować silną poprawę działalności gospodarczej. W przypadku bardzo małej różnicy głosów w referendum wygranym przez zwolenników pozostania w UE, czyli w przypadku naszego scenariuszu zakładającego wynik graniczący z Brexitem, reakcja rynku może okazać się mniej nieprzewidywalna i szybko przerodzić się w nerwową niepewność, ponieważ na rynku panują obawy, że za jakiś czas może ostatecznie dojść do drugiego referendum.

Scenariusze te opierają się czystych przypuszczeniach i w równym stopniu możemy być świadkami męczenia się rynku z powodu zawirowań wynikających z dowolnego z zakładanych wyników referendum, by ostatecznie dojść do wniosku, że w całej tej sytuacji przesadzono z przewidywaniami, a funt w ciągu kilku tygodni ustabilizuje się mniej więcej na obecnym poziomie, ponieważ krótkookresowa uwaga rynku przenosi się na stan gospodarki USA, odbywające się w listopadzie wybory prezydenckie oraz harmonogram i charakter nieuniknionej kolejnej rundy działań ze strony BoJ.

John J. Hardy, dyrektor ds. strategii rynków walutowych, Saxo Bank

VN:F [1.9.22_1171]

Rating: 0.0/5 (0 votes cast)

Korekta na złocie mile widziana

Korekta na złocie mile widziana 1

Złoto, przez ostatnie kilkanaście dni zyskało ponad 100$ na jednej uncji. W tak krótkim czasie był to pokaźny wzrost. Notowania poszybowały w górę ze względu na zwiększające się „prawdopodobieństwo” Brexitu. Aktualne sondaże wskazują na przewagę osób, które zagłosują za pozostaniem w Unii Europejskiej. Jest to powód, dla którego złoto może znaleźć się w krótkoterminowej korekcie. Drugim powodem jest bardzo duża ekspozycja na złoto funduszy lewarowanych oraz zarządzających. Ilość długich kontraktów zbliżyła się do historycznego maksimum, które przypadało na 2011 rok, czyli szczyt bańki na rynku metali szlachetnych.

W długim terminie złoto powinno kontynuować swoje wzrosty, jednakże należy liczyć się z większą korektą notowań.

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

RBA pod presją

Chart AUDUSD, D1

O godzinie 3:30 czasu polskiego poznaliśmy protokół z posiedzenia dot. polityki monetarnej w Australii. Z opublikowanego raportu wynika, że Bank Australii wskazuje na możliwość dalszej obniżki stóp procentowych. Niska inflacja w dalszym ciągu wadzi członkom posiedzenia. Inflacja w krótkim terminie oraz długim znajduje się w dalszym ciągu poniżej celu banku, jeżeli przyszłe odczyty prognoz będą poniżej oczekiwań, to możemy spodziewać się dalszego cięcia stóp procentowych.

Na wykresie dziennym nie doszło do dużych zmian, kurs waluty AUD/USD odbił się od strefy popytu 0.731-0.736. Jeżeli stronie kupującej uda się pokonać poziom 0.75, to otworzy sobie drogę do strefy podaży, która znajduje się w okolicy 0.766.

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

EUR/PLN zależny od referendum

Chart EURPLN, W1, 2016.06.21 08:48 UTC, Admiral Markets, MetaTrader 4, Demo

23 czerwca nadejdzie szybciej niż myślimy, a z nim naruszenie struktur Unii Europejskiej lub pozostawienie ich w nienaruszonym stanie. Szeroko rozumiany Brexit wpływa na szereg aktywów finansowych, nie tylko na brytyjską gospodarkę.

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oznaczałoby załamanie się również i polskiego złotego. Migracja kapitału rozpoczęła by się z chwilą ogłoszenia wyników referendum. Polska w dalszym ciągu uważana jest za kraj o „podwyższonym ryzyku” inwestycyjnym. W razie wygranej eurosceptyków kurs pary walutowej EUR/PLN może po raz kolejny zawitać na poziomie 4.50. Jeżeli wygrana będzie leżeć po stronie zwolenników wspólnoty, to PLN może umocnić się w stosunku do euro w okolicę 4.25zł.

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

Złoty pozostanie zakładnikiem sondaży ws. BREXIT-u

Złoty pozostanie zakładnikiem sondaży ws. BREXIT-u 2

Nowe sondaże przed referendum w Wielkiej Brytanii dają nadzieje na to, że być może żadnego BREXIT-u nie będzie. To potwierdza wcześniejsze sygnały z weekendu. Stąd też rynki finansowe reagują spokojnie. Rano złoty pozostaje stabilny, funt jest nieco mocniejszy, a europejskie giełdy korygują wczorajsze wzrosty.

Wtorkowy poranek przynosi niewielkie wahania złotego w relacji do głównych walut, po tym jak wczoraj wyraźnie on się do nich umocnił (z wyjątkiem funta). O godzinie 09:15 kurs EUR/PLN testował poziom 4,3870 zł wobec 4,3881 zł w poniedziałek na koniec dnia. W tym czasie za dolara trzeba było zapłacić 3,8670 zł, szwajcarski frank kosztował 4,0280 zł, a brytyjski funt 5,6950 zł. W ciągu dnia polska waluta, na fali ostatniej poprawy nastrojów globalnych i związanego z tym wzrostu apetytu na ryzyko, może jeszcze nieco zyskać na wartości.

W ostatnim czasie, zaplanowane na czwartek 23 czerwca, referendum ws. wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej (czyli tzw. BREXIT) zawładnęło umysłami i emocjami inwestorów na całym świecie, stając się obecnie głównym tematem na rynkach finansowych. Doskonale to było widać wczoraj, gdy rynki finansowe reagowały na weekendowe sondaże wskazujące na to, że zwolennicy pozostania w Unii ponownie mają przewagę. Na wartości zyskał funt, ale też mocno podrożały akcje na europejskich giełdach (w tym na GPW), surowce i wspomniany już złoty. Jednocześnie taniały aktywa uznawane za bezpieczne inwestycje, czyli m.in. szwajcarski frank, japoński jen, złoto, czy niemieckie i amerykańskie obligacje.

Wczoraj późnym wieczorem zostały opublikowane kolejne sondaże przed brytyjskim referendum. Badanie przygotowane dla The Daily Telegraph wskazywało na przewagę zwolenników pozostania w UE (53% – 46%). Podobnie sondaż przeprowadzony przez NatCen (53% – 47%). Natomiast z sondażu dla The Times wynikało, że za BREXIT-em opowiada się 44% Brytyjczyków (o 1 pp więcej niż poprzednio), a za pozostaniem 42%.

Inwestorzy będą emocjonować się tematem BREXIT-u nie tylko do dnia referendum, ale również i później. Żaden scenariusz nie jest jeszcze zdyskontowany. Dlatego można oczekiwać, że reakcje na wyniki czwartkowego głosowanie będą bardzo silne. W przypadku wyjścia z Unii nastąpi ucieczka od ryzyka i szukanie tzw. bezpiecznych przystani. Wówczas wzrośnie popyt na franka, jena i złoto, a wyprzedawany byłby m.in. złoty i polskie akcje. W odwrotnym scenariuszu, na fali uczucia ulgi, że jednak BREXIT-u nie ma, polska waluta powinna się umocnić (za wyjątkiem funta).

Banki Centralne

Brytyjskie referendum będzie budzić duże emocje nie tylko do dnia 23 czerwca, ale jeszcze przynajmniej z tydzień później. To powoduje, że na drugi plan schodzą teraz inne liczące się wydarzenia. Dlatego też należy się liczyć z tym, że zaplanowana dziś na godzinę 11:00 publikacja indeksu ZEW dla Niemiec (prognoza: 5 pkt.), która zwykle spotyka się z zainteresowaniem inwestorów, dziś prawdopodobnie przejdzie bez echa. Dużo mniejsze też emocje niż zwykle powinno wzbudzić popołudniowe wystąpienie szefowej Fed Janet Yellen w amerykańskim Kongresie, gdzie przedstawi półroczny raport nt. polityki monetarnej i odpowie na pytania Kongresmenów, a także dzisiejsze wystąpienie prezesa ECB Mario Draghiego. Paradoksalnie w obu przypadkach, jako że nic nowego ws. polityki monetarnej prowadzonej przez Fed i ECB raczej się nie pojawi, największym zainteresowaniem mogą sie cieszyć zagadnienia nawiązujące do …BREXIT-u.

Aktualna sytuacja złotego i jego perspektywy oceniana przez pryzmat analizy wykresów polskich par walutowych nie daje jasnej odpowiedzi na pytanie w jakim kierunku podąży polska waluta w najbliższej przyszłości. W przypadku EUR/PLN i USD/PLN na chwilę obecną najbardziej prawdopodobnym scenariuszem są szerokie wahania w przedziale z ostatnich tygodni. W przypadku CHF/PLN, pomimo ostatnich spadków, utrzymuje się ryzyko wybicia ponad 4,10 zł. Natomiast analizując wykres GBP/PLN równie łatwo znaleźć argumenty przemawiające za wzrostem do 6 zł, jak i powrotem w okolice 5,25 zł.

Marcin Kiepas
Główny Analityk Admiral Markets

Wembley, godzina 21.00

Nawet bez głosowania w sprawie Breksitu, i tak dzień zapowiada się bardzo ciekawie. Przed południem zostanie opublikowany indeks instytutu ZEW, czyli wskaźnik nastrojów panujących wśród analityków i inwestorów instytucjonalnych. Po południu szef EBC, Mario Draghi, będzie mówił w Parlamencie Europejskim o polityce pieniężnej. Wprawdzie rynki nie spodziewają się rewelacji, ale niespodzianek nie można wykluczyć, zwłaszcza,… Czytaj więcej… »

WIG20 może wzrosnąć do 2400 punktów. W centrum zainteresowania powinny być spółki mające przychody w obcej walucie

CEO Magazyn Polska

W najbardziej optymistycznym scenariuszu WIG20 może w najbliższym czasie wzrosnąć do poziomu 2400 pkt – uważa Sobiesław Kozłowski koordynator ds. analiz giełdowych Domu Maklerskiego Raiffeisen Bank Polska. Jego zdaniem wskazuje na to analiza techniczna oparta na pozytywnych sygnałach płynących z z indeksu MSCI. Krajowy inwestorzy powinny zwrócić uwagę przede wszystkim na spółki mające przychody w euro i dolarze, takie jak LiveChat Software, Ciech czy lider budownictwa kolejowego, firma Torpol.

– Interesujące obecnie są spółki mające przychody w walutach obcych, euro czy dolarze, na przykład eksporterzy – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Sobiesław Kozłowski, koordynator ds. analiz giełdowych w Domu Maklerskim Raiffeisen Bank Polska.

Pod względem analizy technicznej obrazujący aktywność inwestorów giełdowych na świecie indeks MSCI (skrót od ang. Morgan Stanley Capital International Index) przyjął obecnie – zdaniem Sobiesława Kozłowskiego – układ, który zapowiada rozpoczęcie pozytywnego trendu notowań giełdowych. Jeżeli formacja by się potwierdziła, to MSCI, który obecnie wynosi około 850 mógłby – zdaniem eksperta – wzrosnąć o 150 punktów do poziomu tysiąca.

– Dla WIG20 może to oznaczać progres do wartości mniej więcej 2,4 tys. punktów – precyzuje Sobiesław Kozłowski. – Ale wydaje się, że byłby to bardzo pozytywny scenariusz, na tyle dobry, że w tej chwili mało prawdopodobny.

Bez względu nas to, jak będzie się kształtować indeks największych krajowych przedsiębiorstw giełdowych, inwestorzy w najbliższych dniach powinni, według Sobiesława Kozłowskiego, zainteresować się spółkami, które większość przychodów otrzymują w walutach obcych, przede wszystkim euro i dolarze amerykańskim.

Zdaniem eksperta warto zwrócić uwagę na oferującą rozwiązania do komunikacji z klientami poprzez strony internetowe spółkę LiveChat Software, która niemal wszystkie przychody uzyskuje w dolarze i systematycznie, z miesiąca na miesiąc, zwiększa liczbę klientów (w maju liczba odbiorców usług przedsiębiorstwa na całym świecie przekroczyła 15 tys.). Jak wynika z ostatniego sprawozdania finansowego, zysk netto LiveChat Software w trakcie pierwszych dziewięciu miesięcy roku finansowego 2015/2016 (rozpoczętego 1 kwietnia) wyniósł 19,96 mln zł i był o 54,6 proc. wyższy niż przed rokiem. Tylko w trzecim kwartale (październik–grudzień) wrocławska firma zarobiła (netto) 7,25 mln zł.

– Spółka ta bardzo dobrze rozwija się organicznie – chwali Sobiesław Kozłowski. – Wydaje się również, że zawirowania na krajowym rynku w ograniczonym stopniu powinny wpływać na wycenę tego przedsiębiorstwa.

Sobiesław Kozłowski wskazuje także na spółkę Ciech. Wskaźnik cena/zysk na 2016 rok chemicznego giganta kształtuje się obecnie na obiecujących –zdaniem analityka – poziomach i wynosi 7,30 (wskaźnik cena/wartość księgowa to 1,99). W pierwszym kwartale tego roku przychody z działalności przedsiębiorstwa przekroczyły 826 mln zł i były o 9 mln zł wyższe niż w tym samym okresie rok wcześniej. Natomiast zysk (netto) wzrósł niemal dwukrotnie i wyniósł ponad 102 mln zł. Niedawno rada nadzorcza przedsiębiorstwa postanowiła zarekomendować na walnym zgromadzeniu wypłatę dywidendy z zysku za 2015 rok w wysokości 2,85 zł na akcję.

– Za złotówkę tegorocznego zarobku przedsiębiorstwa inwestorzy płacą aktualnie na giełdzie poniżej siedmiu złotych – zauważa Sobiesław Kozłowski. – Wydaje się, że jest to bardzo atrakcyjna wycena.

Trzecią spółką, na którą warto zwrócić uwagę, jest – zdaniem Kozłowskiego – Torpol, lider budownictwa kolejowego w Polsce, przedsiębiorstwo mogące sporo zarobić na środkach przyznanych w ramach nowej transzy z budżetu UE.

– Oczywiście na razie środki spływają wolniej czy w ogóle nie są jeszcze uruchamiane, bo cała procedura trochę przesuwa się w czasie, więc kurs reaguje słabo – zastrzega Kozłowski. – Ale prędzej czy później środki popłyną i jest szansa na ponadprzeciętną stopę zwrotu czy lepsze zachowanie tego waloru od całego rynku.

Jak wynika ze sprawozdania finansowego tego przedsiębiorstwa w pierwszym kwartale tego roku przychody spółki wyniosły 146 mln zł i były o 10 mln zł niższe niż rok wcześniej. Firma zarobiła na czysto 3,1 mln zł, o około 1 mln zł mniej niż podczas pierwszych trzech miesięcy 2015 roku.

Polski rynek kapitałowy otwarty na chińskich inwestorów

CEO Magazyn Polska

Warszawa staje się centrum finansowym dla Europy Środkowej i Wschodniej. Rośnie również jej znaczenie na globalnej mapie inwestycji chińskich. Warszawska Giełda Papierów Wartościowych i Haitong Bank podpisali umowę o współpracy, która pozwoli na nawiązanie relacji między chińskimi firmami i instytucjami finansowymi a uczestnikami polskiego rynku kapitałowego. W przyszłości ma się zwiększyć napływ inwestycji z Państwa Środka. Jak zapowiada prezes Haitong Banku, José Maria Ricciardi, azjatyccy inwestorzy przyglądają się m.in. takim sektorom jak energetyka, transport i usługi finansowe. 

– Podpisanie umowy o współpracy między warszawską Giełdą Papierów Wartościowych a Haitong Bankiem to bardzo ważny moment. Pozwala nam nawiązać relacje pomiędzy chińskimi firmami, zarówno z Hongkongu, jak i z Chin kontynentalnych, z warszawską giełdą. To stwarza nowe możliwości nie tylko w zakresie emisji obligacji lub debiutu na warszawskim parkiecie, lecz także pozwoli to firmom notowanym w Warszawie zaistnieć na rynkach azjatyckich, w Chinach, Hongkongu czy Szanghaju – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Inwestor José Maria Ricciardi, prezes Haitong Bank.

Współpraca zakłada m.in. wymianę informacji na temat sytuacji na rynkach kapitałowych, aby wspierać ich rozwój. Warszawska giełda była naturalnym wyborem Haitong Banku, przede wszystkim ze względu na dobrą sytuację gospodarczą i stabilne warunki makroekonomiczne. Polska jako jeden z nielicznych krajów w Europie uniknęła recesji. Zdaniem Ricciardi mamy również potencjał, dzięki któremu chińscy inwestorzy mogą osiągnąć większe korzyści niż w innym kraju regionu. Jest również jedynym krajem w Europie Środkowo-Wschodniej, który jest członkiem Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych.

– Polska jest jedną z najsilniejszych i najbardziej stabilnych gospodarek w Unii Europejskiej. W coraz większym stopniu staje się centrum finansowym dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej – podkreśla Ricciardi.

Chiny coraz mocniej inwestują w Europie. W ubiegłym roku inwestycje Państwa Środka na Starym Kontynencie wyniosły 55 mld dol., podczas gdy w 2010 roku było to 6 mld dol. Jak przekonuje Ricciardi, w ciągu pierwszych pięciu miesięcy tego roku inwestycje przekroczyły 60 mld dol. Polska jest coraz ważniejszym rynkiem dla chińskich firm.

– Azjatyccy inwestorzy przyglądają się takim sektorom, jak energetyka, transport i usługi finansowe, ale powinniśmy szukać również innych możliwości. Chińska gospodarka staje się coraz bardziej nowoczesna. Firmy z sektora usług i zaawansowanych technologii odgrywają w niej coraz większe znaczenie. Mocno wierzę, że Polska i inne kraje Unii Europejskiej będą się rozwijać i mogą wiele pod tym względem zaoferować azjatyckim partnerom – wskazuje prezes Haitong Banku.

Z danych NBP wynika, że skala chińskich inwestycji w Polsce na koniec 2014 roku była na poziomie 443 mln dol. Stanowiły one zaledwie 0,2 proc. zagranicznych inwestycji w naszym kraju. W Polsce działa blisko 900 firm z chińskim kapitałem.

– W 2014 roku uczestniczyliśmy jako bank inwestycyjny w największej liczbie publicznych emisji akcji na GPW. Jako członek Haitong Group mamy możliwości wykorzystania ogromnego potencjału Polski i przyciągnięcia tu większej liczby inwestycji. Bezpośrednie inwestycje zagraniczne są jednym z największych waszych sukcesów – mówi José Maria Ricciardi.

Bliższa współpraca polsko-chińska ma również zachęcić polskie firmy do inwestycji w Państwie Środka. Obecnie Chiny plasują się na 27. miejscu wśród kierunków dla naszego biznesu, a skumulowana wartość inwestycji wyniosła ponad 88 mln dol., czyli 0,3 proc. zagranicznych inwestycji.

Inwestycje w internet szerokopasmowy na terenach wiejskich mogą być opłacalne. Inwestorom sprzyjać będą nowe przepisy

CEO Magazyn Polska

Likwidacji białych plam na internetowej mapie Polski sprzyjać będą środki z perspektywy unijnej 2014–2020, ale także zmiany w prawie. Kończą się prace legislacyjne nad nowelizacją megaustawy, która ma zmniejszyć koszty związane z budową infrastruktury szerokopasmowego internetu i usunąć bariery administracyjne i prawne związane z tym procesem. Te zmiany i pomoc publiczna mogą zmienić na razie niechętne nastawienie inwestorów do inwestycji na terenach wiejskich. Tym bardziej że doświadczenia innych krajów, m.in. Słowenii, pokazują, że tego typu projekty mogą być opłacalne.

Białe plamy są wyzwaniem zarówno dla rynku telekomunikacyjnego, operatorów, jak i samorządów czy władz centralnych, dlatego że na tych terenach potrzeba dużo dofinansowania – mówi agencji Newseria Biznes Marzena Śliz, radca prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – To obszary, w których operatorzy komercyjni nie są w stanie się utrzymać samodzielnie z tego względu, że to jest dosyć trudny obszar do inwestycji. Jednak kolejny zastrzyk funduszy unijnych możemy wykorzystać właśnie do pokrywania tych białych plam.

Liczba miejscowości, gdzie żaden operator nie zadeklarował dostępu do sieci stacjonarnych i radiowych, systematycznie spada. Jak wynika z ostatnich danych UKE, w 2014 roku stanowiły one mniej niż 8 proc. miejscowości w skali kraju. 99 proc. z nich to miejscowości najmniejsze, z liczbą ludności nieprzekraczającą 100 osób. Często to były pojedyncze kolonie czy leśniczówki. Najwięcej do nadrobienia mają w tym zakresie województwa podkarpackie i świętokrzyskie.

Inwestorzy doskonale wiedzą, gdzie mogą inwestować i gdzie im się biznes opłaca. Musi się zgadzać rachunek zysków i strat. Potrzebne są więc zachęty do inwestowania na terenach, które są trudno dostępne, gdzie inwestycje są bardzo drogie, a klienci rozproszeni. Tam właśnie jest kierowana pomoc publiczna i to stanowi dużą zachętę dla inwestorów – mówi Marzena Śliz. – Dodatkowym ułatwieniem są zmiany w megaustawie.

Nowelizacja ustawy o wspieraniu rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych oraz niektórych innych ustaw ma za zadanie wdrożyć do polskiego prawa unijną dyrektywę kosztową. Nowe przepisy pozwolą obniżyć koszty rozbudowy sieci, umożliwią w większym stopniu wykorzystanie istniejącej infrastruktury technicznej, lepszą współpracę w zakresie planowania prac inżynieryjno-budowlanych oraz usunięcie przeszkód w dostępie przedsiębiorców telekomunikacyjnych do budynków i infrastruktury w budynkach.

Obowiązki w ramach dyrektywy kosztowej są rozłożone na różnych graczy rynku, zarówno na operatorów telekomunikacyjnych, dysponentów infrastruktury, jak i drogowców czy zarządców lotnisk. W ramach wdrażania tej ustawy prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej będzie miał obowiązek uruchomienia Punktu Informacji ds. Telekomunikacji, gdzie przedsiębiorca będzie mógł uzyskać informację o wszelkiej infrastrukturze telekomunikacyjnej możliwej do budowy sieci telekomunikacyjnej i różnych procedurach inwestycyjnych, które obowiązują właśnie w tym zakresie – wyjaśnia Marzena Śliz.

Jak pokazują doświadczenia innych krajów, m.in. Słowenii, inwestycje w internet szerokopasmowy na terenach wiejskich mogą być opłacalne.

Nie jest prawdą, że sieci światłowodowe są zbyt kosztowne dla terenów wiejskich. Rzecz w tym, że firmy zazwyczaj mają problem ze znalezieniem właściwego źródła finansowania. Za takimi projektami powinny stać bardzo stabilne instytucje finansowe, myślące w kategoriach długoterminowych. Projekty można finansować również za pomocą bezzwrotnych funduszy europejskich albo innych środków, jeżeli ten warunek długoterminowości jest spełniony – mówi Goran Zivec ze słoweńskiej firmy Vahta.

Słoweńskie władze podjęły decyzję, że sieć szerokopasmową będzie tam budować firma, która następnie będzie udostępniać infrastrukturę w modelu hurtowym. Vahta zasięgiem swej sieci światłowodowej obejmuje 120 tys. gospodarstw domowych na terenach wiejskich i podmiejskich, a średnia penetracja sieci to ponad 70 proc.

Najlepsze praktyki i doświadczenia Słowenii mogą zostać przeniesione na polski grunt. Natomiast odradzałbym np. realizację zbyt małych projektów czy łączenie funkcji właściciela infrastruktury i usługodawcy w jednej firmie – mówi Zivec. – W 2010 roku wybudowaliśmy infrastrukturę o zbyt małej przepustowości i dzisiaj jest ona niewystarczająca. Polska nie może sobie na to pozwolić.

Do tej pory w Polsce powstało ponad 420 tys. km linii światłowodowych. Dalsze inwestycje są konieczne ze względu na dynamicznie rosnącą transmisję danych. W ciągu czterech lat (2011–2015) jej wielkość wzrosła o 600 proc. W kolejnych latach wzrost może być jeszcze szybszy ze względu na rozwój internetu rzeczy. Szacunki mówią o tym, że do 2020 roku 50 mld rzeczy będzie podłączonych do sieci.

Sklepom medycznym grozi upadek. Na zmianach w prawie ucierpią także pacjenci

CEO Magazyn Polska

Resort zdrowia kończy prace nad projektem ustawy o refundowanych wyrobach medycznych. Zgodnie z zapowiedziami ma ona wprowadzić system refundacji wzorowany na tym obejmującym leki. Izba POLMED zrzeszająca producentów jest przeciwko temu i argumentuje, że są to różne kategorie produktów, a wprowadzenie prawa w tym kształcie będzie oznaczała bankructwa polskich firm i problemy dla pacjentów.

Główna oś zmian w ustawie o refundowanych wyrobach medycznych to chęć wprowadzenia sztywnych marż oraz maksymalnych cen, na kształt prawa farmaceutycznego – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Włodarczyk, dyrektor Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Wyrobów Medycznych POLMED. – Błędne jest już samo to założenie.

Według założeń ustawy o refundowanych wyrobach medycznych (narzędzia, przyrządy, urządzenia, oprogramowanie diagnostyczne oraz terapeutyczne np. implanty, przedmioty ortopedyczne i środki pomocnicze) nowy system refundacji ma być kopią rozwiązań stosowanych w przypadku leków. Wykaz takich substancji, zasady płatności oraz limity cenowe określane są rozporządzeniem przez ministra zdrowia po przeprowadzeniu negocjacji cenowych z producentami.

Włodarczyk wyjaśnia, że wyroby medyczne to często produkty, które dostosowuje się do potrzeb konkretnego pacjenta, a poszczególne warianty mogą znacząco różnić się ceną. To inaczej niż w przypadku leków, które od momentu rejestracji kosztują tyle samo.

Wyroby medyczne są sklasyfikowane w procedurach szpitalnych, mamy produkty do indywidualnego zaopatrzenia oraz wąski pasek artykułów medycznych sprzedawanych w aptekach i system ten działa dobrze – wskazuje Włodarczyk.

W liście do Ministerstwa Zdrowia Izba nie zgadza się także na zmianę sposobu naliczania marż w szczególności na produkty chłonne, takie jak pieluchomajtki, wkłady anatomiczne, podkłady itp. Obecnie wyroby takie podzielone są na tzw. grupy limitowe określające wysokość dopłaty państwa. Pacjent reguluje jedynie różnicę pomiędzy tą dopłatą a ceną rynkową, decydując się na produkt droższy lub tańszy. Zapowiadane wprowadzenie marż regulowanych na poziomie 10–20 proc. zdaniem Izby może doprowadzić do upadku wielu sklepów medycznych, w wyniku czego zostanie ograniczona dostępność takich produktów. Pieluchomajtki są bowiem produktem niskomarżowym, lecz sprzedawanym masowo, a cena transportu i przechowania jest znacznie wyższa niż w przypadku leków.

Jeżeli teraz wprowadza się zmiany, w których tak naprawdę nie wiadomo o co chodzi, to na pewno rzecz dotyczy pieniędzy. Na planowanym systemie na pewno ucierpią pacjenci, branża i przedsiębiorcy. Pozornie może zyskać jedynie budżet państwa – mówi Witold Włodarczyk

Zdaniem Witolda Włodarczyka zmiany mogą doprowadzić do bankructwa sklepów medycznych, szczególnie w mniejszych miejscowościach. Z wyliczeń Izby wynika, że pracę może stracić 10–15 tys. osób. W efekcie problemów firm pacjenci, osoby niepełnosprawne będą mieli utrudniony dostęp do wyrobów medycznych.

Największymi ofiarami tego systemu byłyby dwie grupy: drobni, krajowi przedsiębiorcy, właściciele sklepów medycznych, ich pracownicy, czyli osoby, które stracą pracę i bardzo trudno będzie im ją odzyskać, bo to ludzie z maksymalnie średnim wykształceniem – twierdzi Włodarczyk. – Pacjenci też na nim nie zyskają, ponieważ brakuje zapisu mówiącego o tym, że wszelkie uzyskane w ten sposób oszczędności właśnie do nich trafią. Zostaną więc zapewne skierowane gdzie indziej. Jesteśmy zdecydowanymi przeciwnikami takiego rozwiązania.

Dyrektor Izby podkreśla, że opracowywane regulacje zawierają także pozytywne zmiany. Jedną z nich jest propozycja udziału pacjentów w finansowaniu zakupów. Osoby, które będą chciały wykonać zabieg lub uzyskać lepszy efekt zdrowotny przy użyciu nowszego, bardziej innowacyjnego sprzętu, będą mogły to zrobić w szpitalu publicznym, dopłacając do procedury refundowanej. Obecnie, mimo że są ubezpieczone, muszą regulować takie koszty w całości.

– Tę propozycję przyjmujemy z radością i będziemy ją wspierać – deklaruje Włodarczyk. – Przy takim rozwiązaniu pieniądze bogatszej części społeczeństwa trafiają do systemu ochrony zdrowia. W pewnym stopniu pacjenci wyręczają państwo, ale z drugiej strony nikt na tym nie traci, zakładając, że mamy uporządkowany koszyk. Standard, który jest dzisiaj oferowany, nie może być obniżony dla wszystkich, a powinien wręcz stopniowo być podnoszony.

5 mln Polaków ma na smartfonie aplikację bankową. Banki w Polsce tylko częściowo radzą sobie z mobilną obsługą klienta

CEO Magazyn Polska

Ponad 14 mln Polaków aktywnie korzysta z bankowości internetowej, a blisko 5 mln ma na swoim smartfonie zainstalowaną aplikację bankową. Jak wynika z badania firmy Deloitte, banki nie potrafią jednak wykorzystać w pełni potencjału kanałów cyfrowych. Proste jest założenie rachunku, trudniej natomiast dokonywać codziennych operacji i kupować nowe produkty. Pod względem intuicyjności kanał mobilny dawno już wyprzedził internetowy. Zdaniem ekspertów przewaga będzie rosła.

W tym roku przeanalizowaliśmy blisko 200 funkcjonalności oraz tzw. user experience, czyli doświadczenie użytkownika w 15 czołowych bankach w Polsce. Skoncentrowaliśmy się na przeanalizowaniu funkcjonalności dostępu w bankowości internetowej i mobilnej i na tej podstawie wyróżniliśmy cztery grupy – mówi agencji Newseria Biznes Daniel Martyniuk, dyrektor w dziale Deloitte Digital. – Dwa banki zakwalifikowaliśmy do Gepardów. To instytucje, które dorównują najlepszym światowym praktykom w 60–70 proc.

W skład drugiej grupy – Antylop – weszły cztery banki, które są bardzo blisko liderów i szybko dostosowują się do najnowszych trendów.

Za nimi jest sześć kolejnych banków, Niedźwiedzi, które wolno dopasowują się do trendów i do korzystania z innowacji. Oceniliśmy je na poziomie 30–40 proc. pod względem wykorzystania najlepszych praktyk. Tuż za nimi jest jeszcze grupa Żółwi, do której zakwalifikowaliśmy trzy banki – mówi Martyniuk. – W tej grupie są banki, które np. jeszcze w ogóle nie mają aplikacji mobilnej do bankowości.

Najlepiej wypada proces otwierania rachunku, aż 70 proc. funkcjonalności w bankach jest w tym przypadku zgodnych z najlepszymi światowymi praktykami. Na podobnym poziomie (67 proc.) znajduje się możliwość uzyskania przez klienta informacji o ofercie na stronie internetowej banku. Gorzej wygląda aktywacja usług cyfrowych (52 proc. zgodności z najlepszymi praktykami). Jeszcze słabiej wypadła ocena możliwości rozwoju relacji z bankiem przez klienta za pośrednictwem bankowości internetowej lub mobilnej (27 proc.), co zdaniem ekspertów jest ze strony banków sporym zaniechaniem. Największa liczba funkcjonalności nie gwarantuje jednak, że bank będzie postrzegany przez klientów jako innowator.

Widzimy też dysonans między dostępnymi funkcjonalnościami w bankowości internetowej i w bankowości mobilnej w Polsce, a percepcją klientów innowacyjności danego banku. Co dziwne, respondenci wskazali niektóre Antylopy, a nawet Niedźwiedzie, jako bardziej innowacyjne niż Gepardy, które oferują znacznie bogatszą i bardziej rozszerzoną funkcjonalność – wskazuje dyrektor Deloitte Digital.

Zdaniem eksperta, może to wynikać z faktu, że banki dorównujące najlepszym międzynarodowym praktykom skupiły się za bardzo na aspekcie funkcjonalności. Dla klienta nie liczy się liczba cyfrowych możliwości, ale łatwość i intuicyjność wykonywania operacji. Obecnie to właśnie wysoka intuicyjność obsługi stanowi przewagę kanału mobilnego nad internetowym.

W bankowości online, na laptopie czy na komputerze, rzeczywiście jest nam o wiele łatwiej i szybciej się zalogować, ale sprawdzenie historii lub wykonanie przelewu jest jednak o wiele szybsze i prostsze na komórce. Można z tego wywnioskować, że klient na większym ekranie ma większe możliwości, ale powoduje to również większe rozproszenie uwagi – ocenia Daniel Martyniuk.

Średni czas logowania do serwisu internetowego wynosi w badanych bankach 7,6 sekund, w kanale mobilnym nieco więcej, bo 8,5 sekund. Przez aplikację łatwiej wykonać przelew (średni czas to 25 sekund przy 33 dla bankowości internetowej) oraz sprawdzić historię transakcji na koncie (54 proc. badanych za pierwszym razem znalazło właściwą opcję w aplikacji mobilnej, w systemie internetowym zaledwie 32 proc.).

Na podstawie wyników naszego badania zidentyfikowaliśmy, że polskie banki inwestują w digitalizację pewnych aspektów podróży klienta, ale digitalizują te aspekty, które nie są najbardziej dochodowe dla banku – podkreśla Martyniuk.

Analiza Deloitte wykazała, że dwa najbardziej popularne produkty bankowe, kredyt gotówkowy i kredyt hipoteczny, są obecnie jednymi z najsłabiej zdigitalizowanych produktów. Najlepiej pod tym względem natomiast wypadają rachunki osobiste i karty debetowe.

Widać więc, że banki są w stanie zachęcić klienta do współpracy i otwarcia nowego konta, ale nie są jeszcze w stanie przekonać go do tego, żeby pogłębił swoją relację z danym bankiem, wykorzystując funkcjonalności w kanałach cyfrowych – podsumowuje Daniel Martyniuk.

Duże wydarzenia sportowe przyciągają coraz więcej sponsorów. Euro 2016 może przynieść UEFA 2 mld euro zysku

CEO Magazyn Polska

Największe imprezy sportowe to okręty flagowe światowego marketingu sportowego – przekonuje Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska. Wysoka frekwencja, a więc i coraz większe przychody ze sprzedaży biletów sprawiają, że również sponsorzy coraz więcej inwestują w wydarzenia sportowe. Trwające Euro może przynieść UEFA blisko 2 mld euro, z czego blisko 0,5 mln euro pochodzi od sponsorów. Również polski marketing sportowy, przede wszystkim dzięki Euro 2012, ruszył z miejsca.

Nieustanne rekordy, które się wiążą z największymi imprezami sportowymi, czyli rekordy frekwencji, przychodów i oglądalności, sprawiają, że coraz więcej firm i marketerów na świecie zaczyna się tym tematem interesować – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska. – Takie imprezy, jak igrzyska olimpijskie, czy Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej pokazują siłę marketingu sportowego.

Duże imprezy sportowe wiążą się z dużymi zyskami. Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej, które trwają we Francji mogą przynieść UEFA nawet 2 mld euro. Dla porównania, poprzednie mistrzostwa w Polsce i na Ukrainie przyniosły organizacji 1,4 mld euro.

Mamy zazwyczaj do czynienia z kilkoma głównymi źródłami przychodów. Pierwsze, o charakterze marketingowo-sponsoringowym, pochodzą od sponsorów. Drugi rodzaj przychodów to są prawa telewizyjne, a trzeci to sprzedaż biletów. W ich ramach są też subprzychody, ponieważ pojawiają się kwestie merchandisingowe czy kwestie licencji udzielanych na rynki krajowe, czyli poza krajem gospodarzem samych zawodów – wymienia Kita.

Wysoka frekwencja prestiżowych imprez sportowych oznacza, że zdecydowana większość pieniędzy pochodzi z praw do transmisji. W tym roku prawa do emisji z Mistrzostw Europy we Francji zostały wycenione na nieco ponad 1 mld euro (o ok. 25 proc. więcej niż podczas poprzednich mistrzostw). Największe stacje nie żałują na ten cel środków, zwłaszcza że przeciętnie jeden mecz podczas Euro przyciąga przed ekrany ok. 150 mln widzów. Spotkania finałowe już znacznie więcej. Cztery lata temu rozstrzygające spotkanie między Hiszpanią a Włochami obejrzało blisko 300 mln osób.

Mistrzostwa we Francji są specyficzną imprezą. Po raz pierwszy od 12 lat odbywają się w pojedynczym kraj. Poprzednie odbyły się w Polsce i na Ukrainie, jeszcze wcześniej w Austrii i Szwajcarii. Mundial był w Europie ostatnio w 2006 roku, później był w RPA i następnie w Brazylii. Tutaj będziemy mogli zobaczyć, ile pojedynczy europejski kraj jest w stanie rzeczywiście zarobić na Euro – mówi prezes Sport Management Polska.

Analitycy z Centrum Prawa i Ekonomii Sportu w Limoges oceniają, że francuska gospodarka zyska na organizacji imprezy 3 mld euro, z czego 1,3 mld euro to pieniądze wydane przez kibiców. Największym beneficjentem mistrzostw jest jednak, jak przekonuje Kita, UEFA. W tym roku o tytuł walczą 24 drużyny (zamiast 16, jak poprzednio). To oznacza 20 rozegranych meczów więcej, a to oznacza większe wpływy ze sprzedaży biletów (2,5 mln biletów, przy 1,5 mln w 2012 roku) i większe pieniądze od sponsorów (ok. 450 mln euro, 40 proc. więcej niż podczas poprzednich mistrzostw). Dzięki temu wzrosła również pula nagród (300 mln euro przy 200 mln euro w 2012 roku).

UEFA de facto staje się trustem finansowo-inwestycyjnym, który staje w szranki z największymi firmami globu – ocenia ekspert.

Na świecie marketing sportowy jest istotnym elementem w polityce firm. W Polsce, choć marketerzy dostrzegli potencjał po Euro 2012, ta forma marketingu jest stosunkowo mało znacząca, stopniowo jednak rośnie. Badanie SportWin Indicators zrealizowane przez agencję konsultingową SportWin przy współpracy z Millward Brown wskazuje, że 30 proc. firm zwiększyło w ubiegłym roku wydatki na promocję poprzez sport. Jak wskazuje Kita, widać to choćby w liczbie marek, które w swoich kampaniach wykorzystują polskich zawodników.

Jednak przestrzeń między Polską a innymi rozwiniętymi w tym zakresie rynkami jest nadal kosmiczna. Dla przykładu, w Stanach Zjednoczonych prawie wszystkie duże, atrakcyjne obiekty sportowe mają sprzedane naming rights [prawa do nazwy obiektów sportowych – red.]. W Polsce można je policzyć na palcach jednej ręki. Można się zastanawiać, dlaczego dotychczas stadion we Wrocławiu nie ma sponsora tytularnego i dlaczego przez prawie 5 lat nie było go na Stadionie Narodowym. Ta kwestia dotyczy jednak wielu innych obiektów sportowych – podkreśla Grzegorz Kita.

W diecie dzieci wciąż dominują słodkie napoje. Tylko nieco ponad połowa z nich przynosi do szkoły wodę

Zwiększa się świadomość Polaków na temat roli wody w codziennej diecie, jednak wielu z nas traktuje ją jedynie jako podstawę do przygotowania filiżanki kawy czy herbaty. Aż 87 proc. mam deklaruje, że zna dobry wpływ wody na organizm ich dzieci. Tylko połowa ankietowanych dzieci wypiła jednak wodę niegazowaną w ciągu ostatnich 24 godzin. W tym samym czasie 78 proc. wypiło coś słodkiego. Niestety, nadal panuje wśród rodziców przekonanie, że dzieci nie lubią wody, bo nie ma smaku.

Woda stanowi 45–75 proc. masy naszego ciała. Jest ona nie tylko składnikiem odżywczym, lecz także związkiem, dzięki któremu w organizmie człowieka zachodzą wszelkie niezbędne dla życia procesy. Już niewielkie odwodnienie może mieć przykre konsekwencje. Odwodnienie organizmu może przejawiać się m.in.: intensywnym uczuciem pragnienia, wysychaniem jamy ustnej, rozdrażnieniem, kłopotami ze snem, utratą apetytu, osłabieniem sił fizycznych i spadkiem koncentracji. Dlatego tak ważne jest, by regularnie sięgać po wodę i na bieżąco uzupełniać jej brak.

Jak pokazuje badanie TNS Polska wykonane na zlecenie Żywiec Zdrój, tylko co trzecia mama dzieci w wieku 6–8 lat wie, ile płynów w ciągu dnia powinno wypijać dziecko. W przypadku dzieci starszych, w wieku 9–13 lat, świadomość rodziców w tym aspekcie jest większa, bo już co drugi rodzic potrafi wskazać normy spożycia płynów.

Dla dzieci do lat trzech 1300 ml to minimum, które dziennie powinny wypijać. Przedszkolaki powinny wypijać około 1500 ml, dzieci wczesnoszkolne około 1700, a już 10-latki i starsze dzieci w zasadzie obejmują normy dorosłych, czyli około 2 litrów. Chłopcy nawet około 0,5 l więcej – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr n. med. Agnieszka Jarosz z Instytutu Żywności i Żywienia.

Z badań wynika, że to nauczyciele mają większą wiedzę o tym, jak ważne jest prawidłowe nawodnienie organizmu dzieci i jakie są normy. Deklaruje to aż 61 proc. badanych.

Nauczyciele na tle rodziców wyglądają całkiem dobrze. Wiemy dosyć dużo na temat zdrowego trybu życia, zdrowego jedzenia i picia wody, a jest to jedno z podstawowych zagadnień, kiedy mówimy o zdrowym trybie życia. Znajomość tego tematu przez nauczycieli wynika z tego, że dbałość o zdrowy tryb życia dziecka jest jednym z naszych podstawowych obowiązków – mówi Danuta Kozakiewicz, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 103 w Warszawie.

Niepokojące są dane dotyczące możliwości zmiany nawyków dotyczących picia wody przez dzieci. 72 proc. mam uważa, że ich dziecko ma już wyrobione nawyki dotyczące picia wody i innych napojów, a 31 proc. mam przyznaje w związku z tym, że już za późno na zmianę.

Nawyki dziecka jesteśmy w stanie zmieniać w zasadzie w każdym wieku, ale w momencie, kiedy będzie jednolity przekaz zarówno w szkole, jak i w domu ­– tłumaczy Danuta Kozakiewicz. – Czasami mamy do czynienia z rodzicami, którzy uważają, że dobrze było tak jak babcie żywiły i poiły słodkimi kompotami. Musimy powoli, bardzo spokojnie, pracując wraz z nauczycielami, przekonywać, że jest inaczej. Bardzo często poprzez dziecko wpływamy na zmianę nawyków w całej rodzinie – przekonuje.

Dzieci biorą przykład z dorosłych – częściej sięgają po te napoje, które wybierają rodzice. Badanie wykazało, że 53 proc. dzieci sięgnęło po wodę w ciągu ostatniej doby, podczas gdy wśród dzieci rodziców, którzy też pili wodę tego dnia, odsetek ten wynosi 75 proc. Ważny jest zatem przykład własny i dobre nawyki kształtowane w szkole i najbliższym środowisku. Tymczasem w szkołach woda stanowi tylko 18 proc. napojów podawanych w szkole do obiadu. W 80 proc. przypadków jest to kompot, zwykle słodzony.

Ulubionym napojem dzieci pozostają głównie soki, nektary, napoje owocowe i gazowane. Eksperci przekonują, że da się to zmienić.

Dzieci lubią się uczyć, jeżeli jest to podane w interesującej formie. Kiedy dowiedzą się, skąd jest woda, w jaki sposób powstaje, jaką rolę odgrywa w ekosystemie i w naszym organizmie, wtedy pewnie chętniej po nią sięgną. Poza tym dzieci lubią się bawić, lubią rzeczy kolorowe, więc chętniej sięgną po wodę, która będzie w kolorowym opakowaniu, do której wrzucimy plasterek cytryny, pomarańczy albo truskawkę czy miętę, do której podamy słomkę. Jest masa możliwości, żeby tę wodę uatrakcyjnić – mówi Grzegorz Łapanowski, kucharz i założyciel fundacji Szkoła na Widelcu, który od ośmiu lat prowadzi warsztaty kulinarne dla dzieci.

Jak podkreśla, około 1/5 dzieci traktuje wodę jako swój ulubiony napój, dlatego ważny jest nieograniczony dostęp do niej. Jeżeli woda jest w zasięgu wzroku, to dziecko będzie po tę wodę sięgało.

GPW otwarta na współpracę z chińskimi inwestorami

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie i Haitong Bank podpisały porozumienie o współpracy. Zakłada ono m.in. wymianę informacji na temat sytuacji na rynkach kapitałowych w celu wspierania ich rozwoju. Analogiczne porozumienie GPW zawarła również ze Stowarzyszeniem Chińskich Instytucji Finansowych w Hong Kongu.

Chiny poszukują w naszej części Europy bezpiecznej przystani, w której zacumują część
swoich ogromnych aktywów. W dynamicznie zmieniającym się międzynarodowym układzie sił Warszawa jest dla Pekinu naturalnym wyborem. Oficjalna wizyta w Polsce Xi Jinpinga, przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej, nie tylko to potwierdza, ale także pokazuje, że nasz kraj ma szansę włączyć się w globalne procesy. Jako jedyny kraj UE nie tylko uniknęliśmy recesji, ale także odnotowaliśmy wzrost. Polska gospodarka opiera się na silnych fundamentach i jest wolna od nierównowag makroekonomicznych. W naszej części Europy jesteśmy najwięksi, mamy najwięcej ludności. To potencjał, dzięki któremu chińskie firmy i inwestorzy mogą osiągnąć w Polsce większe korzyści niż w którymkolwiek innym kraju Europy
– mówi Małgorzata Zaleska, Prezes Zarządu GPW, która sygnowała porozumienie w imieniu giełdy.

Haitong Bank jest międzynarodowym bankiem inwestycyjnym należącym do Haitong Securities, jednego z największych brokerów papierów wartościowych w Chinach. To pierwszy globalny uczestnik rynków kapitałowych mający właściciela wywodzącego się z Azji, prowadzący na dużą skalę działalność w obszarze bankowości inwestycyjnej w Polsce. – Bardzo cieszymy się z możliwości nawiązania bliższej współpracy z największą giełdą papierów wartościowych w Europie Środkowo-Wschodniej. Wierzymy, że wspólnie stworzymy platformę służącą efektywnej wymianie informacji na temat rynków finansowych, zacieśnianiu relacji oraz współpracy w wybranych obszarach – powiedział José Maria Ricciardi, CEO Haitong Bank SA.

W dniach 19-21 czerwca z oficjalną wizytą w Polsce przebywa Xi Jinping, przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej. Na zaproszenie Haitong Bank 20 czerwca do Warszawy przyjechała również delegacja przedstawicieli Stowarzyszenia Chińskich Instytucji Finansowych w Hong Kongu (Chinese Securities Association in Hong Kong, CSAHK) oraz grupa inwestorów z Szanghaju. Celem wizyty jest zapoznanie chińskich instytucji finansowych z rynkiem kapitałowym w Polsce oraz jego najważniejszymi uczestnikami. Wśród omawianych tematów mają znaleźć się możliwości nawiązania współpracy między chińskimi inwestorami a polskim biznesem, jak również możliwość wprowadzenia do obiegu na polskim rynku kapitałowym produktów finansowych denominowanych w RMB. Porozumienia GPW o współpracy z Haitong Bank i CSAHK mają na celu wspieranie tego rodzaju współpracy w przyszłości.

Właściciel taki jak Haitong jest ważnym wyróżnikiem na polskim rynku – umożliwia wykorzystanie jego doświadczenia brokerskiego zdobytego na giełdach w Chinach, a także wysokiej kapitalizacji Grupy. Inicjatywy takie jak dzisiejsze porozumienie dowodzą, że Haitong wypełnia ważną niszę w usługach bankowości inwestycyjnej w Polsce i buduje most między rynkami Chin i Europy Środkowo-Wschodniej – powiedział Bartłomiej Dmitruk, Senior Country Officer Haitong Bank w Polsce.

Chiny są jedną z najszybciej rosnących gospodarek świata i miejscem, gdzie dynamicznie rozwijają się centra finansowe o globalnym znaczeniu. Celem porozumienia z Haitong Bank jest nawiązanie bliższych, korzystnych dla obu stron relacji biznesowych. Ich efektem, poza lepszym wzajemnym zrozumieniem sytuacji na rynkach, na których działamy, będzie pogłębienie relacji z kluczowymi interesariuszami nie tylko w Chinach, ale także w całej Azji – powiedziała Małgorzata Zaleska, Prezes Zarządu GPW.

Nadchodzi… Brexit?

Nadchodzi... Brexit? 3

24 czerwca w godzinach porannych zostaną rozwiane niepewności jakie nawiedzają rynek od kilku tygodni, oczywiście chodzi o Brexit. Wielka Brytania będzie głosowała 23 czerwca w godzinach 7-22 (brytyjskiego czasu). Aktualne sondaże napływające z Brytanii po raz kolejny wskazują na wyrównanie dwóch obozów. Przez poprzedni tydzień, to eurosceptycy prowadzili.

Nadchodzi... Brexit? 4

Niemniej jednak od wyniku referendum należy spodziewać się dużych ruchów na parze walutowej GBP/USD. Ponad połowa analityków ankietowanych przez agencję informacyjną Reuters spodziewa się osłabienie funta szterlinga względem dolara amerykańskiego, w przypadku Brexit w okolicę 1.30. Natomiast pozostanie w strukturze europejskiej zwiastowałoby wzrosty na parze walutowej GBP/USD przynajmniej w okolicę 1.50.

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

Aplikanci ze stolicy najlepsi w konkursie arbitrażowym

0

W tegorocznym, piątym już Konkursie Arbitrażowym Lewiatan zwyciężyła drużyna reprezentująca warszawską Okręgową Izbę Radców Prawnych i Okręgową Radę Adwokacką. Najlepszym mówcą została Aleksandra Żanowska z Warszawy. W tym roku w zmaganiach uczestniczyło około 100 aplikantów adwokackich i radcowskich.

Konkurs należy do kategorii tzw. moot courts i jest oparty na symulacjach postępowań sądowych i arbitrażowych. Tegoroczna edycja dotyczyła sporu powstałego między spółkami działającymi w sektorze energetycznym. Wzięły w nim udział 32 drużyny z 8 okręgów (Lublin, Kraków, Warszawa, Toruń, Wrocław, Łódź, Poznań, Katowice), a także ponad stu arbitrów, którzy zarówno w rundach pisemnych, jak i ustnych oceniali zmagania zawodników.

W finale konkursu wystąpiły dwie najlepsze drużyny: ORA Katowice jako powód oraz OIRP i ORA Warszawa jako pozwany). Symulacja rozprawy arbitrażowej dotyczyła sporu powstałego na gruncie wdrażania systemu informatycznego przez konsorcjum. Poruszane zagadnienia materialnoprawne obejmowały m.in. stronę podmiotową sporu, klasyfikację umowy czy sposób naliczania odszkodowania, zaś od strony proceduralnej m.in. zagadnienia tzw. anti-suit injunction. Zwyciężyła drużyna reprezentująca OIRP i ORA Warszawa.

To największy w Polsce konkurs typu moot court, adresowany do aplikantów adwokackich i radcowskich. Jego uczestnicy wcielają się w role pełnomocników procesowych stron, opracowują strategię prowadzenia sprawy, przygotowują pisma procesowe oraz reprezentują strony podczas symulowanych rozpraw. Wieloletnia tradycja moot courts pokazuje, że taka forma edukacji prawniczej przynosi znakomite efekty. Inspiracją dla organizatorów konkursu był sukces Willem C. Vis International Commercial Arbitration Moot, największego na świecie konkursu typu moot court adresowanego do studentów prawa, a poświęconego tematyce międzynarodowego arbitrażu handlowego.

Tegoroczna edycja odbyła się pod honorowym patronatem prezesów Naczelnej Rady Adwokackiej i Krajowej Rady Radców Prawnych.

Konkurs był audytowany przez PwC, które podjęło się sprawdzenia wszystkich ocen, formularzy i punktów.

Konfederacja Lewiatan

Fundusze lewarowane nie wieżą w USD

Fundusze lewarowane nie wieżą w USD 5

Fundusze lewarowane wyprzedają indeks dolara. W poprzednim tygodniu fundusze hedgingowe zredukowały swoje długie pozycje o 6 tysięcy kontraktów na dolar indeksie. Aktualnie ekspozycja tychże funduszy opiewają na 32 tysiące kontraktów długich, jest to najniższy poziom od czerwca 2014 roku. Powodów jest kilka.

Pierwszym czynnikiem jest zwlekanie Rezerwy Federalnej z przyszłymi podwyżkami stóp procentowych, drugim mogą być obawy o sytuacje amerykańskiej gospodarki. Jednakże, o wszystkim zadecyduje Brexit. USD w dalszym ciągu uznawane jest za bardzo bezpieczne aktywo , w razie zawirowań na rynku kapitałowym, inwestorzy z chęcią nabędą amerykańskie obligacje oraz walutę. Jednakże na dzień dzisiejszy bazowym scenariuszem pozostanie wyprzedaż amerykańskiej waluty w długim terminie.

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

Dolar indeks i FOMC

Szanowny Kliencie, usługi dostępne poprzez tę stronę dostarczane są poprzez firmę Admiral Markets UK Ltd, autoryzowaną i regulowaną przez Financial Conduct Authority (FCA), FRN. 595450 z siedzibą pod adresem 16 St. Clare Street, London EC3N 1LQ, Wielka Brytania. Usługi inwestycyjne i pomoc techniczna dla rachunków rzeczywistych otwartych przed 23 marca 2015 r. w Twoim kraju świadczone są przez Admiral Markets AS, estońską firmę inwestycyjną z siedzibą pod adresem Ahtri 6A, Tallinn 10151, Estonia, regulowaną przez Estońską Komisję Nadzoru Finansowego (EFSA), nr licencji 4.1-1/46. Wszystkie istotne informacje na temat rachunków handlowych założonych w Admiral Markets AS oraz obowiązujących warunków świadczenia usług można znaleźć na osobnej stronie old.admiralmarkets.pl. Bezpośredni link do portalu zarządzania rachunkami Klienta znajduje się tutaj: Aby uzyskać więcej informacji skontaktuj się z nami pod numerem telefonu (+48 22 860 60 26 lub poprzez adres e-mail: [email protected])

Tygodniowy przegląd rynku surowców: W centrum uwagi referendum w sprawie Breksitu

  • W ubiegłym tygodniu sektor energetyczny traci najwięcej
  • Był to mocny tydzień produktów rolnych dzięki kawie Arabica
  • Profil ryzyka do zysku w związku z Breksitem wskazuje raczej na wzrosty

Na aktywność na rynku coraz większy wpływ ma niepewność związana z brytyjskim referendum, zaplanowanym na 23 czerwca. Sondaże wskazujące na coraz większe poparcie dla obozu opowiadającego się za opuszczeniem Unii sprawiły, że inwestorzy rzucili się do ucieczki, notowania akcji spadają, a na rynku obligacji dominują zwyżki.

Z kolei w środę po posiedzeniu Federalnego Komitetu Otwartego Rynku opublikowano komunikat o wyraźnie gołębim wydźwięku. FOMC obniżył prognozowaną ścieżkę zmian stóp procentowych, a obecnie jedynie sześcioro członków Komitetu przewiduje, że w 2016 r. dojdzie do jednej podwyżki oprocentowania.

W tej sytuacji na rynku surowców negatywne nastawienie inwestorów do ryzyka sprawiło, że indeks Bloomberg Commodity Index (BCOM) po raz pierwszy od sześciu tygodni zanotował spadek. Szczególnie ucierpiała ropa naftowa, nie z powodu pogorszenia się danych fundamentalnych, ale ze względu na fakt, że inwestorzy spekulujący musieli zmniejszyć swoją niemal rekordową ekspozycję na tym rynku po nieudanej próbie utrzymania ceny tego surowca powyżej 50 USD za baryłkę.

Tymczasem ceny złota i srebra wystrzeliły w górę; żółty metal jest najdroższy od prawie dwóch lat, co wynika z utrzymującego się popytu zarówno ze strony inwestujących w złoto fizyczne, jak i w produkty pośrednio związane z tym metalem. Pozycje w srebrze w ramach funduszy notowanych na giełdzie osiągnęły nowy rekord, natomiast po majowej korekcie zaangażowania o jedną trzecią fundusze hedgingowe obracające kontraktami terminowymi na złoto nadal zwiększały wielkość pozycji obliczonych na wzrosty.

Tragiczna śmierć Jo Cox, opowiadającej się za opcją pozostania w UE brytyjskiej posłanki z Partii Pracy, przyczyniła się do silnego zwrotu na rynku, spowodowanego osłabieniem dolara. Powodem było okrutne założenie, że to morderstwo przekona większą liczbę niezdecydowanych do pozostania w Europie. Nie ulega wątpliwości, że zaplanowane na 23 czerwca brytyjskie referendum jest najważniejszym wydarzeniem dla tego kraju – a także dla Europy – na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Ponieważ jego wyniki poznamy już w zbyt bliskiej przyszłości, aby można było formułować jakieś prognozy, przed głosowaniem, a w razie zwycięstwa opcji wyjścia z UE także po ogłoszeniu rezultatów zmienność na rynkach i w różnych klasach aktywów będzie podwyższona.

Jeśli chodzi o notowania kukurydzy, czynnikiem wspierającym cenę są prognozowane na najbliższe lato suche warunki pogodowe i krótkotrwała susza. Natomiast dzięki prognozom dobrych zbiorów w USA oraz znacznych zbiorów w Australii pszenica oddała już większość zysków odnotowanych na początku czerwca. W rezultacie przewaga ceny pszenicy nad ceną kukurydzy (nowe zbiory z grudniowym terminem dostawy) spadła z przeciętnych 112 USD z ostatniego półrocza do zaledwie 70 USD.

Notowania złota w tym miesiącu znacząco się odbiły, przede wszystkim po nieudanej próbie zaszczepienia przez FOMC na rynku bardziej jastrzębiego nastawienia. Słabsze od przewidywań wyniki zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych, opublikowane 3 czerwca, znów doprowadziły do obniżenia przewidywań co do stóp procentowych, po czym w środę po posiedzeniu Komitetu otrzymaliśmy wspomniany gołębi komunikat.

Te dwa wydarzenia więcej niż w połowie przyczyniły się do silnego odbicia, jakie obserwujemy w tym miesiącu. Pozostałe czynniki to premia związana z Breksitem, bardzo ograniczona w chwili obecnej ze względu na tymczasowe zawieszenie kampanii.

Chociaż rynek akcji ucierpiał, rentowność obligacji państwowych nadal malała, czego najnowszym przejawem jest spadek rentowności niemieckich 10-letnich obligacji bund do zera, odnotowany na początku ubiegłego tygodnia. Gdy już po referendum opadnie pył, inwestorzy nadal będą mieli do czynienia z otoczeniem, w którym coraz mniej jest obligacji z dodatnią rentownością. Naszym zdaniem fakt ten, w powiązaniu z gołębimi prognozami FOMC, będzie nadal sprzyjał alternatywnym inwestycjom w produkty takie jak metale szlachetne.

Obligacje państwowe coraz częściej odnotowują ujemną rentowność, tym samym sprzyjając przechodzeniu do innych rodzajów inwestycji, np. w złoto.

Popyt na oparte na złocie i srebrze produkty notowane na giełdzie nadal jest znaczny. Nawet w czasie majowej korekty popyt ten rósł. Inwestorzy taktyczni stosujący kontrakty terminowe byli głównymi sprawcami majowej wyprzedaży, w ramach której fundusze hedgingowe zmniejszyły wielkość pozycji obliczonych na wzrosty o jedną trzecią. Po ostrym zwrocie, jaki nastąpił w tym miesiącu, intensywnie odbudowują oni długie pozycje, a w tygodniu zakończonym 7 czerwca zwiększyli je o 20%.

Nadal najważniejszym pytaniem pozostaje kwestia wpływu wyniku brytyjskiego referendum na złoto. Naszym zdaniem profil relacji ryzyka do zysku jest raczej pozytywny. Opowiedzenie się przez Brytyjczyków za opuszczeniem Unii Europejskiej niemal na pewno pociągnęłoby za sobą dłuższy okres niepewności, w którym ucierpiałyby notowania akcji, natomiast obligacje nadal byłyby atrakcyjną formą inwestycji. Sytuacja ta może też wesprzeć dolara, co będzie pewnym utrudnieniem, jednak biorąc pod uwagę negatywną korelację, naszym zdaniem istnieje zwiększone ryzyko, że cena złota może osiągnąć poziom 1400 USD, maksimum z 2014 r.

Poparcie przez Wyspiarzy opcji pozostania w Unii spowodowałoby dużą zwyżkę na fali poczucia ulgi na wszystkich rynkach akcji; dolar zapewne straciłby na wartości, a przy nadal niewielkiej rentowności obligacji na całym świecie ryzyko spadków jest naszym zdaniem ograniczone.

Poziomem wsparcia dla notowań złota będzie cena 1271 USD i 1258 USD, a żeby inwestorzy znów nastawili się na wzrosty – po okresie konsolidacji – konieczne jest wyjście notowań z powrotem ponad poziom 1300 USD za uncję.

Trwająca od wielu tygodni zwyżka w notowaniach ropy naftowej straciła impet po tym, jak cena tego surowca nie utrzymała się na dłużej powyżej progu 50 USD za baryłkę. Większa niepewność związana z zaplanowanym na 23 czerwca brytyjskim referendum, a także coraz większe wykupienie rynku ropy, sprzyjały spadkowi notowań.

Po tygodniowej wyprzedaży cena ropy napotkała wsparcie, oddawszy 61,8% majowej zwyżki wywołanej zakłóceniami w podaży. Notowania tego surowca ucierpiały nie z powodu gorszych danych fundamentalnych, ale ze względu na fakt, że inwestorzy spekulujący musieli zmniejszyć niemal rekordową ekspozycję w tygodniu, w którym nastrojom inwestorów zaszkodziły obawy związane z Breksitem.

W comiesięcznym raporcie z rynku ropy opublikowanym przez Międzynarodową Agencję Energetyczną 14 czerwca wspomniano, że w przyszłym roku w segmencie tym może wytworzyć się stan równowagi, gdyż popyt nadal rośnie szybciej niż wydobycie.

Zaznaczono jednak, że pozbycie się „ogromnego nawisu zapasów” trochę potrwa i może ograniczyć znaczniejsze wzrosty cen.

Cotygodniowy raport o zapasach w Stanach Zjednoczonych zasadniczo sprzyjał notowaniom – pod względem wydobycia zyski z poprzedniego tygodnia uległy odwróceniu, natomiast zapasy zarówno ropy, jak i benzyny zmalały. Fakty te przyćmiła konieczność redukowania ryzyka oraz sygnały, że zakłócenia w dostawach z Kanady maleją, podczas gdy Iranowi udaje się zwiększać wydobycie i eksport znacznie szybciej, niż przewidywano.

Wzrost popytu, zwłaszcza na diesla w Indiach, w tym roku jest bardzo duży, jednak według agencji Reuters w najbliższych miesiącach może się to zmienić. Ubiegłoroczna susza przyczyniła się do wzrostu popytu na diesla do pomp irygacyjnych i generatorów. Ponieważ jednak prognozy wskazują na większe od przeciętnych opady w porze monsunu, popyt ten może teraz zmaleć, a w ujęciu netto Indie znów staną się eksporterem diesla.

Procesowi zmiany równowagi nadal sprzyjać będzie ryzyko zakłóceń w dostawach z Nigerii, Libii i Wenezueli. Natomiast producenci amerykańscy będą potrzebować utrzymania się ceny ropy dużo powyżej 50 USD przez dłuższy okres, np. kilka miesięcy, zanim stan ten przyczyni się do odwrócenia spadkowego trendu wydobycia.

Podtrzymujemy naszą opinię, że w najbliższych miesiącach cena ropy naftowej będzie oscylować w przedziale między 45 USD a niewiele ponad 50 USD za baryłkę. Najważniejszym czynnikiem powodującym niepewność jest obecnie brytyjskie referendum i wpływ, jaki ewentualna decyzja o opuszczeniu Unii może wywrzeć na pozycje zajmowane przez spekulantów.

Ole Hansen, szef działu strategii rynków towarowych, Saxo Bank

VN:F [1.9.22_1171]

Rating: 0.0/5 (0 votes cast)

Bank BGŻ BNP Paribas przestał finansować górnictwo

Grupa BNP Paribas, która w Polsce jest właścicielem BGŻ SA, postanowiła, że nie będzie finansować takiego rozwoju przemysłu, który szczególnie negatywnie wpływa na emisję dwutlenku węgla, a więc dotyczy to sektora węglowego.

W ramach działań związanych ze społeczną odpowiedzialnością biznesu (CSR) bank analizuje co i jak finansuje. – Polityki sektorowe są naszym najważniejszym narzędziem do prowadzenia CSR przez nasz bank – mówi w rozmowie z MarketNews24 dyr. CSR w BGŻ BNP Paribas Małgorzata Zdzienicka-Grabarz.

Obowiązek dla dużych firm: raportowanie danych pozafinansowych

Jeszcze w tym roku zacznie obowiązywać w Polsce nowa dyrektywa unijna dotycząca raportowania danych poza finansowych. Dotyczy jednak tylko dużych firm.

– Dyrektywa zostanie wprowadzona poprzez nowelizację ustawy o rachunkowości – mówi w rozmowie z MarketNews24 dyr. pionu CSR w BGŻ BNP Paribas Małgorzata Zdzienicka-Grabarz.

W ten sposób raportowane będą także dane dotyczące społecznej odpowiedzialności biznesu (CSR).

Cameron, mistrz thrillerów

Brytyjczycy zgotowali rynkom całkiem udany thriller. Jego autorem jest oczywiście David Cameron, który sam wymyślił scenariusz. Na razie nie wiadomo, czy przejdzie do historii jako polityk, który wyprowadził Wielką Brytanię z UE, ale na pewno zapisze się w dziejach Imperium (nad którym nigdy nie zachodzi słońce) jako genialne dziecko Alfreda Hitchcocka.   Sondaże w weekend… Czytaj więcej… »

Brexit zagrożeniem dla naszej waluty. Może również dojść do krótkoterminowego wzrostu rentowności polskich obligacji

CEO Magazyn Polska

Najpoważniejszym ryzykiem w krótkim terminie dla naszej waluty jest brexit – ocenia Kamil Maliszewski, analityk DM mBanku. W przypadku opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej, złoty znacznie osłabi się w stosunku do najważniejszych walut. Brexit wpłynie też na rentowność polskich obligacji, które zdaniem ekspertów mogą osiągnąć poziom 3,60 proc. Stracić może cała gospodarka, a brexit negatywnie odbije się również na polsko-brytyjskiej wymianie handlowej.

– Jeżeli faktycznie miałoby dojść do opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię, to myślę, że ścieżka kursu złotego na kolejne kwartały poszłaby w górę i raczej mówilibyśmy o poziomach 4,40–4,50 za euro, a nie 4,30 czy może w perspektywie końca roku nawet trochę poniżej – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Kamil Maliszewski, analityk DM mBanku.

Polska, podobnie jak inne kraje regionu, oceniana jest jako rynek ryzykowny. W przypadku brexitu inwestorzy uciekliby w kierunku walut bardziej bezpiecznych, jak np. frank szwajcarski. Już teraz za franka trzeba płacić 4,10, jeśli faktycznie doszłoby do opuszczenia Unii przez Wielką Brytanię, jego kurs mógłby pójść znacznie w górę, podobnie jak euro czy dolara.

– Funt mógłby spaść do 5,30, może nawet 5,20, i to w pierwszych dniach po tym, kiedy decyzja o brexicie zostałaby podjęta. Jeżeli Wielka Brytania pozostanie w Unii Europejskiej i wszystko skończy się dobrze z perspektywy rynkowej, to funt zdecydowanie odzyska siłę, gdyż w ostatnich tygodniach był pod wyraźną presją, i wówczas ponownie możemy myśleć o wzrostach nawet do okolic 6 zł. To jednak horyzont przynajmniej kilku miesięcy – ocenia analityk.

Ponadto, jak przekonuje Maliszewski, zmiana prezesa NBP nie ma większego wpływu na naszą walutę. Adam Glapiński podkreśla, że polska polityka monetarna powinna być ostrożna i konserwatywna, a takie podejście – zdaniem eksperta DM mBanku – podoba się inwestorom.

– To nie będzie czynnik osłabiający złotego w kolejnych miesiącach. Większość członków Rady Polityki Pieniężnej wypowiada się bardzo jasno, że nie poparłoby obecnie obniżek stóp procentowych, więc wydaje się, że jest bardzo mała szansa, aby w ogóle te obniżki pojawiły się jeszcze w ramach obecnego cyklu gospodarczego – mówi Maliszewski.

W przypadku brexitu rosnąć może też rentowność polskich obligacji. Obecnie wynosi 3,26 proc. (na początku 2015 roku było to jeszcze 2 proc.). Jeśli Wielka Brytania zdecyduje o wyjściu z Unii może to spowodować wyprzedaż polskich obligacji i osiągnięcie przez nie poziomu 3,60 proc.To byłaby zła wiadomość dla rządu, bo Polska ponosiłaby znacznie wyższe koszty obsługi długu i w ten sposób zwiększyłaby deficyt. 

– Aktywa z naszego regionu są pod presją, to widać po spadających indeksach, rosnących rentownościach obligacji, gwałtownym osłabieniu złotego. W związku z tym należy się uzbroić w cierpliwość i przeczekać ten okres do referendum 23 czerwca, gdyż, jeżeli nie zrealizuje się ten negatywny scenariusz, to jest szansa na spore odreagowanie i wzrost wartości polskich obligacji i spadek rentowności – podkreśla analityk.

Brexit miałby poważne skutki nie tylko na rynku walutowym, lecz także dla całej gospodarki. Na Wyspach żyje blisko 700 tys. Polaków, z czego 82 proc. ma w Wielkiej Brytanii pracę. Duża część zarobionych przez nich pieniędzy zasila polską gospodarkę. Opuszczenie Unii spowodowałoby spadek transferów do Polski, a część mieszkających na Wyspach Polaków mogłaby zwiększyć chęć powrotu do kraju.

– Konsekwencje będą poważne dla wszystkich krajów naszego regionu, wiele osób zarówno z Polski, jak i z Węgier czy Czech zamieszkuje w Wielkiej Brytanii, zarabia tam i sporą część swoich dochodów wysyła do kraju. Ich dochody mogą spaść choćby ze względu na ograniczenie zasiłków – podkreśla Kamil Maliszewski.

Na wyjściu Brytyjczyków z Unii stracą także eksporterzy. W ubiegłym roku wartość wyeksportowanych tam towarów sięgnęła 11 mld euro. Szacunki Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej wskazywały, że w tym roku wartość eksportu mogłaby dojść do poziomu 12 mld euro. Eksperci Euler Hermes oceniają, że straty na eksporcie produktów rolno-spożywczych mogą sięgnąć 100 mln euro rocznie.

Niepewność w Polsce i za granicą sprawia, że polscy przedsiębiorcy wstrzymują się z inwestycjami. To może pokrzyżować rządowe plany co do wzrostu PKB w tym roku

CEO Magazyn Polska

Niepewność co do przyszłości Unii Europejskiej oraz warunków prowadzenia biznesu w Polsce sprawiają, że wstępne założenia rządu do przyszłorocznego budżetu mogą być zbyt optymistyczne – uważa Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan. Według wstępnych założeń makroekonomicznych rządu udział inwestycji prywatnych w PKB zwiększy się do 16,6 proc. Tymczasem w I kwartale tego roku średnie i duże przedsiębiorstwa ograniczyły swoje inwestycje o blisko 10 proc. 

– Potencjalnie jesteśmy w stanie osiągnąć te parametry, aczkolwiek widać już po danych dotyczących I kw., że gospodarka trochę słabnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Według rządowego planu inflacja ma osiągnąć 1,3 proc., a bezrobocie spaść do poziomu 8,1 proc. Starczewska-Krzysztoszek przestrzega jednak przed niebezpieczeństwem załamania się inwestycji, które są motorem napędowym wzrostu gospodarczego. 

– W I kwartale tego roku przedsiębiorstwa średnie i duże, czyli zatrudniające od 50 pracowników w górę, obniżyły swoje inwestycje aż o 8,6 proc., a w skali całej gospodarki ten spadek inwestycji był dwuprocentowy – mówi  Starczewska-Krzysztoszek.

Tymczasem z rządowego dokumentu wynika np. że w 2017 roku udział inwestycji sektora rządowego i samorządowego w PKB wzrośnie do 4,6 proc., po spadku o 0,1 proc. (do 4,3 proc.) w 2016 roku. Z kolei udział inwestycji prywatnych w PKB w 2016 roku zwiększy się z 15,7 proc. do 16,2 proc., a w 2017 roku do 16,6 proc.

– Inwestycje oczywiście są realizowane, ale w I kwartale były mniejsze niż w I kw. 2015 roku – mówi ekonomistka. – Rozmawiałam z przedsiębiorcami, pytając ich o to, jaka jest przyczyna tego, że inwestycje spadły i odpowiedź jest dosyć prosta: bardzo duża niepewność wewnętrzna i bardzo duża niepewność zewnętrzna.

Starczewska-Krzysztoszek podkreśla, że niepewność przedsiębiorców wynika m.in. z nowych przepisów czy pojawienia się nowych podatków, tych już obowiązujących, jak choćby podatek od instytucji finansowych czy wprowadzany od lipca podatek od sprzedaży detalicznej. Zdaniem ekonomistki przedsiębiorcy obawiają się, że nowymi podatkami zostaną objęte kolejne branże.

– Wprowadza się zakaz sprzedaży ziemi rolnej, a dla bardzo wielu przedsiębiorców to jest bardzo ważne aktywo, ważny element majątku, ponieważ on stanowi zabezpieczenie dla kredytu, a bez kredytu nie ma rozwoju. I takich sygnałów mamy wiele. Mamy już dwa podatki branżowe, jeden wdrożony – podatek od banków, drugi za chwilę zostanie wprowadzony – od lipca ma wejść podatek od sprzedaży detalicznej, więc przedsiębiorcy się zastanawiają, która branża będzie kolejna. I dlatego wstrzymują się z inwestycjami, a tak naprawdę to inwestycje budują wzrost gospodarczy – podkreśla  Starczewska-Krzysztoszek.

Ekspertka przypomina też o ryzyku zewnętrznym. Jak większość ekonomistów zaznacza, że brexit będzie miał bardzo poważne konsekwencje nie tylko dla Brytyjczyków, lecz także dla całej Europy, w tym także bardzo silne konsekwencje dla Polski. Starczewska-Krzysztoszek zwraca uwagę także na słabnące Chiny. 

– Ryzyko zewnętrzne też wywołuje niepewność – mówi Starczewska-Krzysztoszek. – Za chwilę referendum w Wielkiej Brytanii. Nie wiemy, co się wydarzy, ale istnieje poważne ryzyko, że Brytyjczycy podejmą decyzję o wyjściu z UE – dodaje. – Chiny słabną, jeśli chodzi o dynamikę wzrostu, a to oznacza istotny mniejszy popyt na surowce, a więc ceny surowców spadają. Jak ceny surowców spadają, to te kraje, które są eksporterami surowców, mniej zamawiają, a więc nasz eksport do tych krajów, jak już to widać, że jest mniejszy,

Zgodnie z założeniami wzrost gospodarczy w przyszłym roku ma wynieść 3,9 proc. Realne tempo wzrostu eksportu w PKB wyniesie 6,0 proc. w 2015 roku i 5,5 proc. w 2017 roku. Rząd proponuje też, aby minimalne wynagrodzenie za pracę w 2017 r. wynosiło 2 000 zł brutto, co oznacza wzrost o 8,1 proc. (150 zł) w stosunku do 2016 r. (obecnie pensja minimalna to 1 850 zł brutto). Kwota ta stanowiłaby 47,04 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej na 2017 r.

– Obecnie zagrożeń jest niebywale dużo – ostrzega Starczewska-Krzysztoszek. – Dlatego, gdy będziemy opiniować założenia do budżetu, to będziemy zachęcać rząd, aby przedstawił scenariusze, co się wydarzy, jeśli te zagrożenia zewnętrzne i wewnętrzne się zmaterializują i nie da się osiągnąć planowanego przez rząd wzrostu PKB.

Do 2018 roku Polacy będą wysyłać prawie 440 mln paczek rocznie. Firmy kurierskie i pocztowe inwestują w nowe formy dostaw

CEO Magazyn Polska

Rośnie zainteresowanie usługami kurierskimi i paczkowymi w Polsce. Z szacunków PwC wynika, że w kolejnych dwóch latach rynek będzie rósł o ponad 10 proc. rocznie, a jego wartość w 2018 r. może osiągnąć ponad 6,4 mld zł. Rynek napędza ponad 20-proc. wzrost e-handlu. W Poczcie Polskiej usługi paczkowe i kurierskie rosną dwukrotnie szybciej niż rynek.

W 2015 roku dostawy towarów zakupionych przez internet odpowiadały za 29 proc. ruchu paczek. Za trzy lata ten odsetek może wzrosnąć do 39 proc.

Segment e-commerce w Polsce rośnie w tempie około 23 proc. rocznie, za tym oczywiście idą paczki pocztowe, których ruch rośnie o 10–12 proc. Jesteśmy już liderem tego rynku ­– mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Babut, click & collect manager w Poczcie Polskiej.

W pierwszych trzech miesiącach roku operator dostarczył 12 mln paczek kurierskich Pocztex, czyli o jedną piątą więcej niż rok wcześniej. Poczta spodziewa się dalszego wzrostu tego segmentu i to mimo bardzo silnej konkurencji na rynku.

Klienci w Polsce mają bardzo dobry wybór operatorów kurierskich. Jest to naprawdę światowy standard. Ceny są bardzo niskie, bo poziom 15 zł, który klienci widzą zazwyczaj w sklepach internetowych, nie jest to żadna wartość zaporowa. W związku z tym e-zakupy dynamicznie rosną – dodaje Paweł Babut.

Dużym wyzwaniem dla operatorów logistycznych będzie jednak sprostanie radykalnie zmieniającym się w ostatnim czasie oczekiwaniom klientów.

Klienci oczekują od firm kurierskich czy firmy pocztowej tego, że weźmiemy odpowiedzialność za czas dostarczenia przesyłki. Dzisiaj klient oczekuje, że przesyłka, która go kosztuje 15 zł, zostanie dostarczona w ciągu 48 godzin – mówi Paweł Babut. – 80 proc. dostarczanych przez nas przesyłek dociera w ciągu pierwszego dnia po nadaniu, kolejne 20 proc. w ciągu drugiego, więc jesteśmy nawet trochę powyżej oczekiwań klientów.

Jak podkreśla, oprócz terminowości liczy się także jakość dostawy, czyli to, żeby przesyłki nie były gubione po drodze, docierały niezniszczone, a proces zwrotu były jak najprostszy.

Ważne dla klientów są również późne godziny odbioru przesyłki oraz możliwość SMS-owego i mailowego kontaktu odbiorcy z kurierem. Nadal główną formą odbioru paczek jest przesyłka na adres domowy, natomiast bardzo dynamicznie rozwija się rynek click & collect, czyli odbiór w punkcie.

Oferujemy dzisiaj klientowi trzy możliwości: wysyłkę do placówki pocztowej, na stację Orlen oraz do urządzeń samoobsługowych, które nazywamy automatami pocztowymi. Deklarujemy, że do 2020 roku będziemy mieli 10 tys. zewnętrznych punktów odbioru, w tej chwili mamy ich 5 tys. – podkreśla click & collect manager w Poczcie Polskiej.

Z tych 5 tys. ponad 4 tys. stanowią punkty własne Poczty Polskiej, a ponad 1 tys. to punkty partnerskie. Do końca 2020 roku punktów partnerskich ma być 10-krotnie więcej.

– Mamy w tej chwili 38 urządzeń samoobsługowych. To dopiero początek, zbieramy doświadczenia, widzimy, że klienci są zadowoleni z tej formy usługi. Jesteśmy jednym z unikalnych rynków na tle Europy. Polacy nie boją się urządzeń samoobsługowych, bardzo chętnie z nich korzystają, mamy ich 2 tys. na rynku. Poczta jest trzecim co do wielkości operatorem, który ma tego typu urządzenia – zaznacza Paweł Babut.

Ta opcja dostawy cieszy się coraz większym zainteresowaniem klientów, głównie ze względu na niższą cenę (o 25–40 proc.), szybkość dostawy, możliwość odbioru o dogodnej godzinie czy możliwość przekazaniu kodu innej osobie.

E-commerce musi podążać za oczekiwaniami, szczególnie klientów biznesowych, którzy oczekują pełnego łańcucha wartości: od odbioru przesyłki, poprzez fulfilment, czyli pakowanie towarów, po wysyłkę do klientów w jak najkrótszym czasie. Prawdopodobnie będzie się skracał też czas od momentu decyzji klienta o zakupie do momentu wydania przesyłki, w związku z tym również czas dostawy do odbiorcy będzie się skracał. Pytanie, czy w związku z tym będzie się jakoś zmieniała cena dla klienta końcowego – mówi Pawel Babut.

60 proc. ruchu na polskim rynku paczek jest generowane przez pięć głównych branż: e-commerce, handel detaliczny, sprzedaż bezpośrednią, finanse i wydawnictwa. W kolejnych latach będzie wzrastał popyt na usługi dostawy paczek ponadgabarytowych w związku z rozwojem sprzedaży internetowej urządzeń RTV/AGD i mebli.

Największe polskie firmy odpowiadają za ¼ PKB kraju. Skala działania pozwala im skutecznie pomagać i angażować się społecznie

CEO Magazyn Polska

Największe przedsiębiorstwa, stanowiące ok. 1 proc. ogółu firm w Polsce, coraz częściej angażują się w działalność społeczną i charytatywną. – Dobroczynność jest elementem społecznej odpowiedzialności biznesu, a ta wspiera całą strategię biznesu – przekonuje Barbara Tęcza z PKN Orlen. Firmy te mają wiele możliwości angażowania się w projekty społecznie. To zasługa pracowników i potencjału organizacyjnego, ale też możliwości finansowych. Szacuje się, że największe przedsiębiorstwa tworzą ponad 30 proc. PKB wytwarzanego przez sektor przedsiębiorstw i blisko 25 proc. PKB całego kraju.

Bez filantropii nie da się propagować takich wartości jak solidaryzm społeczny, walka z wykluczeniem, przeciwdziałanie różnego rodzaju traumom i problemom społecznym. Wszyscy potrzebują wsparcia i to jest siła napędowa zmiany w społecznościach lokalnych. Jeżeli filantropia jest na odpowiednim poziomie, to taka społeczność szybko uczy się współdzielenia i powstają rozwiązania, które nazywamy ekonomią współpracy. Wówczas mamy do czynienia z nowoczesnymi społecznościami – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Łukasiak, prezes Akademii Rozwoju Filantropii. – We współczesnej ekonomii filantropia i społeczne zaangażowanie są drzwiami do nowych wspólnotowych rozwiązań biznesowych.

Jak podkreśla, firmy będą miały coraz większy wpływ na rozwój gospodarczy kraju, głównie w zakresie kształtowania gospodarki opartej na wiedzy i budowania kapitału społecznego.

Filantropia, a właściwie dobroczynność, jest częścią większego projektu, który w PKN Orlen określamy jako strategię CSR. Kilka lat temu opracowaliśmy politykę dobroczynności, określiliśmy zasady, na jakich jest u nas prowadzona, określiliśmy też priorytety, czyli ochrona zdrowia i życia oraz edukacja i wychowanie. Ważna jest przede wszystkim wrażliwość na krzywdę, cierpienie innych, potrzeba czynienia dobra i autentyczne działanie – mówi Barbara Tęcza, kierownik zespołu ds. społecznej odpowiedzialności biznesu w PKN Orlen.

Firmy w Polsce coraz częściej angażują się w działalność charytatywną. Zachęcają do tego pracowników, co więcej dobroczynność często jest wpisana w tworzoną strategię odpowiedzialnego biznesu. Raport „Menedżerowie CSR” sporządzony przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu we współpracy z Instytutem PBS i Deloitte wskazuje, że ok. 80 proc. menadżerów dostrzega wpływ idei CSR na sposób działania biznesu w Polsce. Według 35 proc. wolontariat jest jednym z najlepszych narzędzi CSR w pracy.

Nasza fundacja Orlen Dar Serca była jedną z pierwszych na polskim rynku. Powstała w 2001 roku. Jej podstawowym projektem jest opieka nad rodzinnymi domami dziecka, których w Polsce jest ponad 300 i które mają 2 tys. podopiecznych. Opiekujemy się dziećmi, a także wspieramy kompetencje osób prowadzących rodzinne domy dziecka. Drugą dużą grupą programów są stypendia. Prowadzimy też działania społeczne nie tylko jako fundacja, lecz także jako cały koncern PKN Orlen – wymienia Barbara Tęcza.

Przedsiębiorstwa włączają się również w życie lokalnych społeczności. PKN Orlen zorganizował pięć edycji projektu „Zaczarowany tornister”, w ramach którego pracownicy kupowali wyprawki szkolne dla dzieci z ubogich rodzin z Płocka i Lubelszczyzny. Łącznie przez ponad 10 lat działalności koncern pomógł ponad 3 tys. beneficjentów.

Biznes angażuje się w działania społeczne, a częściej robi to znacznie skuteczniej niż państwowa administracja. Największe przedsiębiorstwa stanowią mniej niż 1 proc. ogólnej liczby firm w Polsce, ale odpowiadają za jedną trzecią PKB wytwarzanego przez sektor przedsiębiorstw i prawie jedną czwartą całego PKB. To jednak nie tylko efekt dużych środków, które firmy przeznaczają na taką działalność, sprawia, że jest ona bardzo skuteczna.

Duże firmy mają praktycznie nieograniczone możliwości, mają wielu pracowników i potencjał organizacyjny. W przypadku Totalizatora Sportowego jest też fundacja korporacyjna, realizator programu wolontariatu pracowniczego adresowanego do wszystkich pracowników spółki. Program dociera do blisko 2 tys. osób w spółce. W bieżącej edycji wolontariusze zaangażują się aż 500 razy w projekty wolontariackie. To pokazuje skalę, na jaką firmy mogą się angażować społecznie – wskazuje Bartosz Mielecki, prezes Fundacji LOTTO Milion Marzeń.

Często to pracownicy inicjują działalność charytatywną, znajdują potrzebujących, angażują nie tylko współpracowników, lecz także członków rodziny i przyjaciół. W ten sposób skala programu jest coraz większa i dociera do większej grupy.

Z roku na rok w projekty angażuje się coraz większa liczba zatrudnionych. Uczestniczy w nich cała kadra, na wszystkich stanowiskach, włącznie z kadrą menadżerską, czy przedstawicielami zarządu – mówi Mielecki.

Z badań CBOS „Dobroczynność w Polsce” wynika, że 78 proc. Polaków stara się pomagać potrzebującym, a wskaźnik dobroczynności jest najwyższy od 2007 roku. Przekłada się to na liczbę programów inicjowanych przez pracowników i realizowanych przez firmy.

Program wolontariacki jest realizowany od 2009 roku. Zaczynaliśmy od pięciu projektów wolontariatu pracowniczego, obecnie jest ich aż 95. To pokazuje jak bardzo konsekwentna praca i dobry przykład wpływają motywująco na angażowanie się innych pracowników w projekty społeczne – podkreśla prezes Fundacji LOTTO Milion Marzeń.

Działalność charytatywna przekłada się również bezpośrednio na usytuowanie firmy na rynku. Z badania „State of sustainable business survey”, przeprowadzonego w 2015 roku przez BSR/ Globe Scan wśród 200 firm będących członkami organizacji Business for Social Responsibility wynika, że przedsiębiorcy coraz częściej włączają CSR do strategii biznesowej, bo takie działania przynoszą wymierne korzyści finansowe.

Działalność dobroczynna to element społecznej odpowiedzialności biznesu, a ta wspiera realizację strategii biznesowej firmy. To jest ściśle ze sobą powiązane i statuuje firmę biznesowo. Jesteśmy dumni, że już od chwili, kiedy powstał RESPECT Index, jesteśmy w nim notowani. To indeks firm odpowiedzialnych społecznie, jest też więcej inwestorów, dla których odpowiedzialność społeczna firmy jest istotna. To coraz częściej staje się podstawą do decyzji o kupieniu akcji danej firmy – przekonuje Barbara Tęcza.

Z badania Nielsen „Global sustainability report” przeprowadzonego wśród 30 tys. internautów wynika, że również użytkownicy sieci zwracają uwagę na podejmowane aktywności CSR. Dla 45 proc. z nich ważne jest, by producent działał z poszanowaniem środowiska naturalnego i był zaangażowany społecznie, a 66 proc. deklaruje, że zapłaciłaby więcej za produkt czy usługę, gdyby dostawcą była firma odpowiedzialna społecznie.

PKN Orlen i Totalizator Sportowy znaleźli się wśród tegorocznych laureatów nagrody „Dobroczyńca Roku”, którą przyznaje od 19 lat Akademia Rozwoju Filantropii w Polsce.

Do czasu zrównania wieku emerytalnego dla obu płci kobiety mogą pobierać okresową emeryturę kapitałową. Dotyczy to tylko tych, które gromadziły środki w OFE

CEO Magazyn Polska

Kobiety urodzone po 1948 r. do osiągnięcia przez nie powszechnego wieku emerytalnego przewidzianego dla mężczyzny urodzonego w tym samym roku i kwartale mogą liczyć na okresową emeryturę kapitałową. Otrzymają ją, jeśli są członkami OFE, ukończyły wiek emerytalny i mają wystarczające środki na subkoncie w ZUS. Okresowa emerytura kapitałowa wypłacana jest z tzw. nową emeryturą z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Trzeba o nią wystąpić z wnioskiem i wskazać OFE, w którym gromadzone były składki. 

Okresowa emerytura kapitałowa jest emeryturą pochodzącą ze środków zgromadzonych w otwartych funduszach emerytalnych. Stanowi uzupełnienie emerytury wypłacanej przez ZUS z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wiesława Lempska z Departamentu Świadczeń Emerytalno-Rentowych Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Okresowa emerytura kapitałowa jest świadczeniem, na które mogą liczyć tylko kobiety urodzone po 31 grudnia 1948 roku, które należą do OFE, ukończyły wiek emerytalny, niższy niż ten określony dla mężczyzny urodzonego w tym samym roku i kwartale oraz mają ustalone prawo do emerytury na nowych zasadach. Ponadto kwota środków zgromadzonych na subkoncie w ZUS nie może być niższa niż 20-krotność kwoty dodatku pielęgnacyjnego (obecnie nieco ponad  4170  zł).

Przy obliczaniu wysokości okresowej emerytury kapitałowej dzieli się środki zgromadzone na subkoncie w ZUS przez średnie dalsze trwanie życia, które przyjmuje się również przy ustalaniu wysokości emerytury z ZUS – wskazuje ekspertka.

Takie świadczenie panie będą mogły pobierać do czasu, gdy ich wiek zrówna się z wiekiem emerytalnym dla mężczyzny urodzonego w tym samym roku i w tym samym kwartale. Dopiero kobiety urodzone po 30 września 1973 roku będzie obowiązywał taki sam wiek emerytalny jak mężczyzn – 67 lat.

Prawo do okresowej emerytury kapitałowej wygasa z dniem śmierci członka OFE lub z dniem wyczerpania się środków zgromadzonych na subkoncie w ZUS. Jest tak również w przypadku osiągnięcia wieku emerytalnego wynoszącego 67 lat lub też wcześniej, jeżeli dla danej osoby wiek emerytalny wynosi mniej niż 67 lat – przypomina Lempska.

Wysokość emerytury kapitałowej może być ponownie przeliczona, jeśli kobieta po dniu przyznania takiej emerytury podlegała ubezpieczeniom emerytalnemu i rentowemu. Emerytura podlega również corocznej waloryzacji, podobnie jak inne świadczenia. Po zakończeniu pobierania świadczenia ZUS na nowo obliczy wysokość emerytury.

Jeśli po przeliczeniu okaże się, że nowa emerytura będzie niższa niż poprzednia, nie ma obawy. Będzie wypłacana w dotychczasowej wysokości – zaznacza Wiesława Lempska.

Aby uzyskać okresową emeryturę kapitałową, wystarczy złożyć wniosek do ZUS. Można go też przesłać w formie elektronicznej. Należy pamiętać jednak o tym, że z wniosku oprócz wymaganych danych, jak PESEL czy adres zamieszkania i zameldowania, musi także wynikać, o jakie świadczenie dana kobieta się ubiega.

W Polsce powstaje największa platforma wsparcia start-upów w Europie Środkowo-Wschodniej. Na wsparcie innowacyjnych projektów trafi blisko 3 mld zł

CEO Magazyn Polska

W Polsce działa obecnie ponad 2,4 tys. start-upów. Blisko 60 proc. z nich rozwija się dzięki środkom własnym, a nieco mniej niż jedna piąta pozyskała finansowanie z funduszy venture capital. Program Start in Poland może to zmienić. Jego kluczowym elementem jest Fundusz PFR Ventures pod egidą Polskiego Funduszu Rozwoju, zarządzający pulą 2,8 mld zł. Celem platformy jest rozwijanie innowacyjnych projektów i pobudzenie zaangażowania prywatnego kapitału. – Chcemy stworzyć kompletną ofertę dla przedsiębiorców na polskim rynku – zapowiada Paweł Borys, prezes Polskiego Funduszu Rozwoju.

– Start in Poland to opracowany przez Ministerstwo Rozwoju program dla branży innowacji, start-upów, venture capital. Jego istotnym elementem jest zbudowanie w ramach Polskiego Funduszu Rozwoju nowej platformy inwestycji na rynku venture capital, czyli w przedsięwzięcia na wczesnym etapie rozwoju. W ramach platformy PFR Venture mamy blisko 3 mld zł. Będzie to największa platforma inwestycyjna w Europie Środkowo-Wschodniej i jedna z większych w całej Europie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Borys, prezes PFR.

PFR Ventures przy wykorzystaniu pieniędzy europejskich stworzy pięć zamkniętych funduszy inwestycyjnych: Starter FIZ, Biznest FIZ, Otwarte Innowacje FIZ, BRIdge VC FIZ oraz KOFFI FIZ. Przewidziane środki, czyli blisko 3 mld zł, zostały podzielone na trzy pule dostosowane do etapów rozwoju przedsiębiorstw. Ponad 1 mld zł trafi na projekty we wczesnej fazie rozwoju (Inkubacja). W ramach programów akceleracyjnych PARP rozdysponuje 35 mln zł dla przedsiębiorstw w fazie tworzenia modelu biznesowego. W ramach Scale Up start-upy będą mogły rozwijać swoje firmy w oparciu o potrzeby dużych przedsiębiorstw. Trzecia pula, Rozwój, jest przeznaczona dla inwestycji w etapie ekspansji (1,75 mld zł.).

– W ramach niektórych funduszy będziemy inwestowali bezpośrednio w spółki. W większości funduszy będziemy natomiast wybierali firmy inwestycyjne, które będą tworzyły fundusze i same wyszukiwały projekty. Nasz fundusz będzie inwestował do 50 proc. wartości inwestycji. Zakładamy że drugie 50 proc. będzie stanowił kapitał prywatny. Chcemy być kołem zamachowym dla rynku venture capital, aby rozwinął się do takiej skali, jak w Izraelu, Stanach Zjednoczonych czy w Niemczech. Chcemy, by każda złotówka publicznego kapitału mobilizowała jedną czy dwie kolejne na rynku prywatnym – tłumaczy Borys.

Jak przekonuje prezes PFR, istotne jest zlikwidowanie luki kapitałowej. W ramach programu start-upy mogą liczyć na maksymalne wsparcie 250 tys. zł, zaś grant dla akceleratora może sięgnąć 6 mln zł. Z deklaracji działających w Polsce start-upów wynika, że 60 proc. z nich rozwija się w oparciu o własne środki, a 18 proc. uzyskało dofinansowanie venture capital (dane „Polskie Startupy Raport 2015”).

– Obecnie problem polega na tym, że nawet jeżeli jest kapitał dostępny na wczesnym etapie, często brakuje go na etapie późniejszym. Dlatego polskie firmy muszą szukać tego kapitału za granicą, w efekcie dużo ciekawych, innowacyjnych projektów trafia do Stanów Zjednoczonych. Chcemy zamknąć tę lukę, czyli mieć kapitał i możliwość finansowania przedsięwzięć na każdym etapie jego realizacji, żeby stworzyć kompletną ofertę dla przedsiębiorców na polskim rynku – przekonuje Borys.

Program ma również zapełnić lukę kompetencyjną. Polskie przedsiębiorstwa często nie wiedzą, w jaki sposób mogą się rozwijać i komercjalizować projekty. Problemem jest również współpraca ze światem nauki. Tylko co czwarty start-up współpracuje z naukowcami.

– Duże spółki mają problem z zarządzaniem portfelem innowacji. Nie wiedzą, jak inwestować w fundusze venture capital. Chcemy też pomóc firmom zarządzającym na rynku, czyli firmom inwestycyjnym, strukturyzować tego typu firmę i pokazać jej, jak tworzyć fundusz inwestycyjny – wskazuje prezes PFR.

Jak przekonuje Borys, blisko 3 mld zł na rozwój firm powinny okazać się wystarczające. Dla porównania, Krajowy Fundusz Kapitałowy przez kilka lat działalności zaangażował się w nieco ponad 100 projektów na łączną kwotę ok. 200 mln zł.

 Rynek jest dość płytki, nie powinno więc być problemu z pieniędzmi. Bardziej obawiam się, czy będzie wystarczająca podaż ciekawych projektów inwestycyjnych, funduszy, firm zarządzających. Dlatego priorytetem w stosunku do tworzenia profesjonalnego procesu inwestycyjnego będzie w ramach PFR działalność doradcza, promocyjna, budowanie szerszego ekosystemu dla rynku venture capital i innowacji – zapowiada Paweł Borys.