Lepsze nastroje na rynkach globalnych nieco wspierają dziś złotego. Ten jednak generalnie wciąż pozostaje słaby. O tym ile za główne waluty będziemy płacić na koniec maja zdecyduje Moody’s i dane z polskiej gospodarki.
We wtorek złoty nieznacznie zyskuje na wartości na fali poprawy nastrojów na rynkach globalnych i związanego z tym wzrostu apetytu na ryzyko. O godzinie 13:15 kurs EUR/PLN testował poziom 4,4250 zł, a USD/PLN 3,8923 zł. Na tym tle wyróżnia się natomiast szwajcarski frank, którego notowania wróciły poniżej psychologicznego poziomu 4 zł i kurs CHF/PLN testował poziom 3,9940 zł.
Złoty generalnie pozostaje jednak słaby w relacji do głównych walut. Pozostaje słaby przed piątkową decyzją agencji Moody’s, która, jak się powszechnie oczekuje, prawdopodobnie obniży swą ocenę wiarygodności kredytowej Polski. Szczególnie, że obawy o cięcie ratingu mogą narastać. Jeżeli część uczestników rynku mogła mieć nadzieję, że agencja obetnie tylko perspektywę ratingu do „negatywnej” (czyli zapowiadającej cięcie ratingu w przyszłości), a samą ocenę pozostawi na utrzymywanym od 2002 roku poziomie A2, to teraz te wątpliwości są większe. Szczególnie, że obok ryzyka politycznego związanego z Trybunałem Konstytucyjnym, obecnie pojawia się jeszcze ryzyko związane z przygotowanymi przez ministra sprawiedliwości zmianami w ustawie o Krajowej Radzie Sądownictwa. Sam resort sprawiedliwości, w opracowaniu do tego projektu uznał, że zmiana ustawy może spowodować obniżenie ratingu Polski.
Ewentualne cięcie ratingu niewątpliwie będzie negatywną wiadomością i mocnym ostrzeżeniem wysłanym w kierunku inwestorów zagranicznych. Szczególnie, że na przestrzeni 5 miesięcy będzie to już drugi taki przypadek. Niemniej jednak w krótkim terminie taka decyzja powinna być już niemal całkowicie zdyskontowana. Stąd też, nie tylko nie musi ona wywołać przeceny złotego, ale paradoksalnie może nawet prowadzić do jego umocnienia na fali realizacji zysków z wcześniejszej gry przeciwko polskiej walucie.
Rodzimy rynek walutowy, jakkolwiek obecnie wydaje się koncentrować wyłącznie na piątkowej decyzji Moody’s, to zależny jest nie tylko od tego jednego wydarzenia. W dalszym ciągu duży wpływ na zachowanie złotego mają nastroje na rynkach globalnych. W najbliższych dniach natomiast taki wpływ będą miały jeszcze dane makroekonomiczne płynące z polskiej gospodarki. O ile można zignorować czwartkowy raport o inflacji (a właściwie deflacji), bo z dużym prawdopodobieństwem przyniesie on potwierdzenie wstępnego odczytu tych danych (CPI -1,1% R/R), to już nie sposób zignorować piątkowych danych o PKB za I kwartał 2016 roku (prognoza: 3,4% R/R), a także publikowanych tego samego dnia danych o bilansie płatniczym (prognoza: 334 mln EUR) i inflacji bazowej (prognoza: -0,1% R/R). Nie można też ignorować przyszłotygodniowych danych o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej w Polsce w kwietniu. Danych, które pozwolą nam odpowiedzieć na pytanie, czy marcowe załamanie obu tych „figur” było tylko wypadkiem przy pracy? Czy jednak trwalszą tendencją, która może zacząć niepokoić rynki, stając się negatywnym impulsem dla złotego i innych polskich aktywów.
Losy złotego w kolejnych dniach, a także w drugiej połowie maja, będą w dużej mierze uzależnione od decyzji Moody’s i danych płynących z polskiej gospodarki. W tym okresie trzeba liczyć się z dynamicznymi zmianami na rynku walutowym. Zupełnie inaczej niż w najbliższych godzinach, gdy prawdopodobna jest stabilizacja notowań polskich par. Wszystko co ważne bowiem już się dziś wydarzyło (m.in. publikacja danych z niemieckiej gospodarki) i brak jest nowych potencjalnych impulsów.
Komentarz przygotował:
Marcin Kiepas
Główny Analityk
Admiral Markets AS Oddział w Polsce
Naukowcy twierdzą, że każdy z nas jest po trosze matematykiem, jednak wrodzone ale nierozwijane umiejętności pozwoliłyby nam policzyć jedynie do czterech. Z kolei Lenin językoznawstwa – Noam Chomsky uważa, że zdolności myślenia matematycznego są w początkowej fazie rozwijane dzięki nauce języka. Podobno to do umysłów ścisłych należy przyszłość. Czy to prawda?
Debata o konieczności wykształcenia kolejnych kadr inżynierów, matematyków i informatyków trwa w polskiej przestrzeni publicznej od dobrych kilku lat. Umysły ścisłe mają być motorem rozwoju gospodarki, zagwarantować innowacyjność i spełnić marznie o „tygrysie Europy”. Coraz większy nacisk kładzie się na nauczanie przedmiotów ścisłych, redukując jednocześnie liczbę godzin np. historii. Humanistykę i nauki ścisłe łączy o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać. Przykład stanowi pielęgnująca tradycję literackiej polszczyzny, uzdolniona lingwistycznie i wszechstronnie wykształcona kadra przedwojennego Uniwersytetu Jana Kazimierza, której pamięć wskrzesił niedawno w książce „Genialni. Lwowska szkoła matematyczna” Mariusz Urbanek. To wzorce, do których warto się odnosić.
– Wykształcony w naukach ścisłych, biegle mówiący obcymi językami i jednocześnie potrafiący w przekonujący sposób zaprezentować wyniki swojej pracy – to profil kandydata poszukiwanego na rynku pracy, także w Accenture. Na tym przykładzie doskonale widać jak ważne jest integrowanie zarówno umiejętności miękkich i twardych, zdolności lingwistycznych z myśleniem ścisłym. Nasi pracownicy łączą te cechy, prowadząc zaawansowane globalne operacje finansowe w 28 językach świata – mówi Edyta Gałaszewska-Bogusz, wicedyrektor Accenture Operations.
Co ciekawe, wciąż rozchwytywani informatycy także coraz częściej muszą wykazywać się zdolnościami przypisywanymi zazwyczaj humanistom. Zwłaszcza, gdy awansują na stanowiska kierownicze czy też realizują projekty wymagające stałego kontaktu z klientem. Oprócz wiedzy wąsko specjalistycznej pracodawcy coraz częściej wymagają od informatyków także patrzenia na projekt jako całość, w której technologie służą określonym celom biznesowym.
– Zdolności do pracy w zespole, efektywnego realizowania wspólnych zadań czy wybierania rozwiązań optymalnych dla specyfiki danego biznesu wciąż wyróżniają tylko najlepszych spośród kandydatów aplikujących na stanowiska w IT. Zatrudniając programistów, szczególną uwagę zwracamy na ich umiejętności miękkie, które pozwalają na współpracę z klientem i pracownikami, a także na intuicję biznesową – precyzuje nowe oczekiwania wobec pracowników Przemysław Berendt, globalny wiceprezes ds. marketingu w Luxoft.
Według badań, dziewięciu na dziesięciu absolwentów uczelni ma wysokie mniemanie o swoich kompetencjach społecznych. Tymczasem rzeczywistość zastana w miejscu pracy weryfikuje te opinie. Pracodawcy inwestują w rozwój tego typu zdolności u zatrudnionych, zdolnych młodych. Bo o ile z wykształceniem jest u nich dobrze, to wciąż brak umiejętności miękkich.
– Przedstawiciele pokolenia Y zaczynają już zajmować stanowiska menedżerskie, wymagające nie tylko odpowiednich kompetencji czy doświadczenia, ale także umiejętności zarządzania zespołem, delegowania zadań czy empatii – podkreśla Dorota Błaszczyk, specjalista ds. marketingu rekrutacyjnego i pozyskiwania talentów w Accenture Łódź Delivery Center, które oferuje swoim specjalistom i menedżerom m.in. kursy uczące, jak inspirować innych do działania czy efektywnie rozwiązywać problemy.
Natura kontra kultura – czy aby na pewno?
Wbrew pozorom na to, w jakich dziedzinach lepiej się sprawdzamy, wpływ ma nie tyle genetyka, co wychowanie. Badania przeprowadzone przez naukowców z University of Wisconsin dowodzą, że stereotypowo postrzegane jako humanistki dziewczynki lepiej radzą sobie z matematyką w społeczeństwach, w których długą historię ma tradycja równouprawnienia. Teorię tę potwierdzają analizy dokonane na przestrzeni czasu: wyniki egzaminów z matematyki przeprowadzonych w krajach zachodnich dowodzą, że dziewczynki wypadają na nich o wiele lepiej niż jeszcze 50 lat temu. Ostatnie badania OECD potwierdzają, że to dziewczynki uzyskują średnio lepsze wyniki w nauce, niezależnie od dziedziny nauki. Wynika to z ich postawy – większej pracowitości i determinacji w dążeniu do celu. Potwierdzają to również międzynarodowe badania PISA, które dowodzą, że nie ma istotnych różnic w rozwiązywaniu zadań z zakresu nauk technicznych wśród kobiet i mężczyzn. Wręcz przeciwnie – na uczelniach technicznych to coraz częściej kobiety zdobywają lepsze wyniki w nauce niż ich koledzy. Tymczasem nadal w niektórych dziedzinach gospodarki takich jak IT czy budownictwo kobiety o umysłach ścisłych stanowią zdecydowaną mniejszość. Jak wynika z danych GUS (2014), w Polsce najmniej kobiet pracuje właśnie w branży budowlanej (7,7%). Więcej jest zatrudnionych m.in. w górnictwie (8,4%) czy transporcie i gospodarce magazynowej (19,8%). Z doświadczeń Randstad Polska, jednego z wiodących dostawców rozwiązań HR wynika, że na 8 zrekrutowanych w branży budowlanej mężczyzn przypadają 2 kobiety. Wyrównywanie proporcji między kobietami i mężczyznami w sektorze budowlano-deweloperskim jest jednym z największych wyzwań na najbliższe lata. Podobnie jak utrzymanie kobiet w branży. Według analiz przeprowadzonych w Dolinie Krzemowej, blisko 40% kobiet-inżynierów albo w ogóle nie podejmuje pracy w swojej branży albo rezygnuje z niej. Dlaczego? Często z powodu nieodpowiedniej kultury organizacyjnej w firmach zdominowanych przez mężczyzn.
– Ważne, aby kultura organizacyjna firmy była zbudowana na otwartości i różnorodności. To wzmacnia satysfakcję z pracy, zmniejsza rotację, pobudza kreatywność pracowników, a także pomaga rozwijać się wewnątrz organizacji. Ponieważ sukces Skanska zależy przede wszystkim od naszych ludzi, naszym największym wyzwaniem jest pozyskiwanie, rekrutacja, rozwój i utrzymanie najlepszych specjalistów. W najbliższym czasie chcemy zwiększyć różnorodność w firmie oraz przyspieszyć wewnętrzną mobilność – mówi Agnieszka Lisicka, Dyrektor ds. Zarządzania TalentamiSkanska w Polsce, Czechach i na Słowacji. – W ciągu ostatnich 3 lat zwiększyliśmy odsetek kobiet zatrudnionych w Skanska o kilka procent. Na stanowisku inżyniera kobiety stanowią dziś 35%. Pełnią ważne funkcje związane m.in. z zarządzaniem projektami budowlanymi. Możemy spodziewać się, że reprezentacja kobiet w budownictwie będzie w przyszłych latach coraz bardziej widoczna, chociażby ze względu na rosnącą liczbę studentek na uczelniach technicznych. Panie stanowią już niemal jedną trzecią uczestników Programu Praktyk Letnich Skanska – dodaje Agnieszka Lisicka.
Umysły ścisłe wciąż na fali
Zapotrzebowanie na umysły ścisłe rośnie z każdym rokiem. Aby mu sprostać, należy odpowiednio kształcić młode pokolenia od wczesnych lat ich życia, jak utrzymują psycholodzy i neurobiolodzy. Z najnowszych badań wynika, że na rozwój określonych umiejętności najlepiej zdecydować się w konkretnym wieku – wcześniej powinni zaczynać „ścisłowcy”, natomiast filozofem można zostać nawet po sześćdziesiątce. Przede wszystkim jednak wybitny umysł to po prostu umysł dobrze wytrenowany.
– Zdaniem psychologa Jeana Piageta poszczególne etapy ludzkiego życia sprzyjają doskonaleniu pewnych umiejętności. Dzieci myślą w sposób operacyjny i bardzo konkretny, stąd też talent do matematyki potrafią rozwijać już w wieku przedszkolnym. W okresie dorastania czynności umysłowe stają się bardziej precyzyjne, uporządkowane, co stwarza świetne warunki do pogłębiania nauk przyrodniczych. Badacze są zdania, że to właśnie młode umysły posiadają największy potencjał w tych dziedzinach, a także mogą pochwalić się najważniejszymi odkryciami z zakresu fizyki czy matematyki. Za przykład może posłużyć choćby Albert Einstein, Richard Feynman czy Isaac Newton, którzy zasłużyli się dla nauki w bardzo młodym wieku. Dlatego też tak istotne jest odpowiednie kształcenie najmłodszych pokoleń, zachęcanie ich do dodatkowych szkoleń i certyfikatów, by w odpowiednim momencie wyzwolić ich całkowity potencjał. Z pewnością skorzystamy na tym wszyscy – tłumaczy Jakub Bejnarowicz, Szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.
Tezę o wygimnastykowanym umyśle, który odpowiednio stymulowany jest w stanie przekierować się na humanistyczne lub „ścisłe” potwierdza przykład pracowników Infosys Poland.
– Praca w zawodach, które są automatycznie kojarzone z ukończeniem kierunków ścisłych, niekoniecznie jednak wymaga uzyskania dyplomu politechniki. W naszym centrum pracuje wielu specjalistów, którzy ukończyli studia humanistyczne, na przykład filologię polską, a teraz z powodzeniem realizują się na stanowiskach managerów odpowiedzialnych za finanse i księgowość. Studia nie zawsze więc determinują naszą przyszłość zawodową. W toku kariery wielu z nas przeżywa taki zwrotny moment, kiedy decydujemy się na przekwalifikowanie i spróbowanie swoich sił w kompletnie innym zawodzie. Czy każdy ma szansę? Bardzo ważna jest postawa kandydata tzn. pozytywne nastawienie, otwartość na nowe wyzwania, chęć nauki, samodzielność. Liczy się też konsekwencja i choć minimalne zainteresowanie daną dziedziną. Osoba, która nie lubi pracy z liczbami i nie ma umysłu analitycznego po jakimś czasie może uznać, że decyzja o całkowitej zmianie kierunku rozwoju zawodowego była błędem – tłumaczy Magdalena Jóźwiak, Dyrektor HR, Infosys Poland.
Przedawnienie pozwalające zgodnie z prawem nie zwrócić np. kredytu, nie zapłacić czynszu lub składki ZUS może nastąpić już po 6 miesiącach lub dopiero po 10 latach. Przedawnienie nie uchroni jednak dłużnika od wpisu do Rejestru Dłużników Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor, który pokaże jego brak wiarygodności i przeszkodzi w zaciąganiu kolejnych zobowiązań.
Zgodnie z prawem dług nie zwrócony w określonych terminie może się przedawnić. Czas jest liczony od daty kiedy rachunek czy faktura powinny zostać opłacone. Np. długi związane ze spłatą kredytu czy pożyczki przedawniają się po trzech latach, rachunki telekomunikacyjne po dwóch latach, a opłaty za jazdę bez biletu po roku. Nawet jeśli strony umówią się inaczej, to nie będzie to ważne, bo terminu przedawnienia nie można skrócić ani wydłużyć. Do przedawnienia nie dochodzi jednak z urzędu, lecz wyłącznie na wniosek dłużnika. Żeby skorzystać z niego należy osobiście w sądzie zgłosić zarzut przedawnienia. Samo poinformowanie wierzyciela o fakcie przedawnienia nic nie wnosi.
Kiedy może dojść do przerwania przedawnienia?
Należy jednak pamiętać, że bieg przedawnienia może zostać przerwany, gdy wierzyciel lub dłużnik wykonają jakikolwiek ruch związany z daną płatnością. Przykładowo, zaciągnięty kredyt w banku nie jest spłacany przez jakiś czas np. z powodu utraty pracy. Nagle sytuacja finansowa kredytobiorcy się poprawia i wysyła on do banku pismo z prośbą o rozłożenie długu na raty. Tym samym wraca do prawidłowej obsługi długu i przerywa bieg jego przedawnienia. Ewentualnie bank wysyła pisma przypominające o spłacie. Jeśli jednak, żadna ze stron nie podejmie działań – bank aby odzyskać swoją należność, a kredytobiorca aby zwrócić, to w tym wypadku po upływie okresu trzech lat płatność się przedawni.
Zgłoszone do sądu przedawnienie długu nie oznacza jednak, że zostanie on całkowicie zapomniany. Zasada jest prosta – mimo, że dłużnik w świetle prawa nie ma już obowiązku zwrotu pieniędzy i wierzyciel nie ma szans dochodzić długu przed sądem, to przedawnione zobowiązanie nie znika i wierzyciel ma prawo dochodzić jego zapłaty w innym sposób. W ramach starań o odzyskanie pieniędzy może np. zgłosić dłużnika do rejestru dłużników prowadzonego przez Biuro Informacji Gospodarczej.
Dług lepiej widoczny – da się odzyskać
Niezależnie od tego, jaki okres przedawnienia ma dane zobowiązanie, w każdym momencie można wpisać je do rejestru dłużników. Dzięki temu jest ono widoczne dla banków, firm pożyczkowych, telekomunikacyjnych, gmin oraz innych instytucji, które m.in. w BIG weryfikują wiarygodność swoich potencjalnych klientów. Z powodu takiego wpisu, korzystanie z usług tych firm i instytucji może być utrudnione, a nawet wykluczone, do momentu uregulowania zaległości. Może pojawić się problem z zakupami na raty, podpisaniem umowy na internet lub telefon w abonamencie, wzięciem sprzętu RTV na raty, czy zaciągnięciem kredytu w banku. W rejestrze zobowiązanie będzie widoczne do czasu jego spłaty. Jedynie całkowita spłata może spowodować usunięcie z listy dłużników. Kwota minimalna, na podstawie której już w takim rejestrze można się znaleźć to 200 zł w odniesieniu do długów osób fizycznych i 500 zł w firmach.
Tytuły prawne a termin przedawnienia
Okres przedawnienia zależy od rodzaju zobowiązania. Tytułów prawnych, które ulegają przedawnieniom jest wiele, większość można wpisać do rejestru dłużników, co zwiększa szansę na ich odzyskanie mimo powołania się przez dłużnika na upływ terminu przedawnienia. W bazie BIG InfoMonitor znajduje się prawie 2,5 mln różnego rodzaju zaległości. Najczęściej występujące to:
Kredyt lub pożyczka – najwięcej w rejestrze dłużników prowadzonym przez BIG InfoMonitor znajduje się długów powstałych w wyniku umowy pożyczki – ponad 735 tys. Ulegają one przedawnieniu po trzech latach, licząc od dnia, w którym powstał obowiązek spłaty. Podobnie jest w zaciągniętymi kredytami, tych jest obecnie w bazie dłużników prawie 110 tys.
Usługi telekomunikacyjne – ulegają przedawnieniu po dwóch latach. Telekomy bardzo aktywnie przekazują dane o nierzetelnych płatnikach do rejestru. W chwili obecnej w rejestrze dłużników jest ich ponad 463 tysiące.
Tytuł wykonawczy – roszczenia stwierdzone prawomocnym wyrokiem sądu lub innej instytucji powołanej do rozpoznawania spraw danego rodzaju albo orzeczenie sądu polubownego – przedawnia się po 10 latach. Informacji o tego rodzaju zadłużeniu w rejestrze dłużników jest prawie 420 tysięcy.
Zobowiązania alimentacyjne – to następne w kolejce, których ilość sukcesywnie wzrasta. Przedawniają się po 3 latach.
Opłaty karne za jazdę „na gapę” – przedawnia się po roku.
Przedwstępna umowa sprzedaży, np. mieszkania – przedawnia się po roku.
Roszczenie z tytułu umowy o dzieło – przedawnia się po dwóch latach od dnia oddania dzieła.
Debet na koncie – przedawnia się po dwóch latach, licząc od daty, w której należało spłacić debet. Dotyczy wszelkich roszczeń wynikających z umowy rachunku bankowego (z wyjątkiem roszczeń o zwrot wkładów oszczędnościowych). Termin przedawnienia biegnie od daty określonej w umowie, w której należało spłacić debet, natomiast data zawarcia umowy nie ma w tym przypadku znaczenia
Roszczenie z tytułu umowy o pracę – przedawnia się po trzech latach, licząc od dnia, w którym pracodawca powinien wypłacić wynagrodzenie.
Zadłużenie czynszowe – przedawnia się po trzech latach.
Dług na karcie kredytowej – przedawnia się po trzech latach.
Zobowiązanie podatkowe, np. podatek od nieruchomości – przedawnia się po trzech latach, licząc od końca roku kalendarzowego, w którym powstał obowiązek podatkowy.
Zobowiązanie podatkowe, np. podatek dochodowy – przedawnia się po pięciu latach, licząc od końca roku kalendarzowego, w którym upłynął termin płatności podatku – w przypadku zobowiązań powstających z mocy prawa (np. podatki dochodowe, VAT, podatek od czynności cywilnoprawnych) lub 3 lata, licząc od końca roku kalendarzowego, w którym powstał obowiązek podatkowy – w przypadku zobowiązań powstających na skutek doręczenia ci decyzji ustalającej wysokość podatku przez urząd skarbowy (np. podatek od nieruchomości)
Składki ZUS – przedawniają się po pięciu (zobowiązania powstałe po 2012 r.) lub dziesięciu latach (jeśli zobowiązanie do uiszczenia składki powstało przed 2012 r.).
Długi spadkowe – przedawniają się po dziesięciu latach. Wierzyciel ma prawo żądać od spadkobierców zapłaty wszelkich należności, nawet jeśli nie wiedzieli oni o zaciągniętych przez spadkodawcę kredytach czy pożyczkach. Spadkobiercy odpowiadają za jego długi (wraz z odsetkami; wyjątek – gdy odrzucili spadek). Jeżeli jednak wierzyciel nie podejmuje żadnych kroków wobec dłużnika w celu wyegzekwowania długu, to roszczenie może się przedawnić (np. gdy od umowy zawarcia kredytu przez spadkodawcę upłynęło 10 lat, a bank nie podjął przeciwko niemu żadnych kroków, żeby wyegzekwować dług (w szczególności na drodze sądowej)
Czesne za studia – przedawnia się po trzech latach (dla zaległości powstałych po 1 października 2014 r.) lub po dziesięciu latach (dla studentów, którzy nie zapłacili czesnego przed 1 października 2014 r.).
Istnieje znaczne ryzyko, że porozumienie w sprawie uchodźców pomiędzy UE a Turcją w najbliższych tygodniach ulegnie rozwiązaniu.
Wynegocjowane i sfinalizowane 18 marca porozumienie jest obecnie zagrożone po tym, jak prezydent Recep Tayyip Erdogan zdymisjonował premiera Ahmeta Davutoglu, który był autorem tego układu. Erdogan wyraźnie podkreślił, że nie zamierza spełnić 72 postulatów Brukseli warunkujących zniesienie dla Turków wiz do UE.
Do postulatów tych należą działania antykorupcyjne i rewizja przepisów dotyczących walki z terroryzmem pod kątem dostosowania ich do prawa europejskiego.
Zawarte w marcu porozumienie to przede wszystkim zasługa kanclerz Angeli Merkel, która w efekcie stała się w Niemczech celem zmasowanej krytyki; widać to wyraźnie w ostatnich sondażach, według których koalicja CDU/CSU traci poparcie na rzecz prawicowej i antyimigracyjnej partii Alternative fur Deutschland (AfD).
Porozumienie w sprawie uchodźców pomiędzy UE a Turcją może zaważyć na wyniku referendum w Wielkiej Brytanii w sprawie wyjścia z UE, ponieważ europejska strategia przeciągania i udawania dobiega kresu.
Według mnie (szczegółową analizę Brexitu opublikuję w tym tygodniu), wyjście Wielkiej Brytanii z Unii będzie jedynie katalizatorem, nie czynnikiem istotnego ryzyka jako takim, w kontekście przyszłości Europy. „Przyszłość” Wielkiej Brytanii nie zależy od tego, czy Brytyjczycy pozostaną w UE, czy też ją opuszczą, ale od faktu, iż w ciągu ostatnich ponad trzydziestu lat znacznie wzrósł zarówno deficyt budżetowy, jak i deficyt na rachunku bieżącym Zjednoczonego Królestwa, przy czym były one w pełni finansowane przez cudzoziemców. W związku z tym prognozuje się, że globalny sektor bankowy i sektor nieruchomości znajdą się pod presją – nie ze względu na ewentualny Brexit, ale ze względu na źle przeprowadzoną transformację brytyjskiej gospodarki i nadmierne uzależnienie od banków i nieruchomości, czyli od dwóch sektorów o dokładnie ZEROWEJ produktywności.
Fakt, iż premier David Cameron doszedł do porozumienia z UE jeszcze przed referendum, oznacza, że obecnie mamy do czynienia z „Europą dwóch kategorii”. Inne zasady obowiązywać będą Wielką Brytanię (nawet w przypadku, gdy pozostanie w Unii), a inne – pozostałe kraje. Po czerwcowym referendum coraz więcej krajów będzie domagać się „szczególnego traktowania” ze względu na problem uchodźców, rosnący rozdźwięk pomiędzy Europejskim Bankiem Centralnym a politykami, jak również coraz większe rozbieżności pomiędzy Niemcami a Club Medem (Angela Merkel i Niemcy sprzeciwili się postulowanemu przez Włochy finansowaniu uchodźców za pomocą europejskich obligacji).
Rozpoczyna się kolejny rozdział greckiej tragedii w związku z kolejnymi pożyczkami dla Grecji! To niekończąca się historia – „rozwiązanie” problemu Grecji będzie wymagało obniżenia długu, działania całkowicie nieakceptowalnego dla Merkel, która wydaje się bardziej niż inni wierzyć, że bezczynność i gra na czas rozwiążą wszelkie problemy Europy.
Dla rynku jednak najważniejszym czynnikiem pozostaje Turcja. Bardzo długo byłem zwolennikiem aktywów tureckich (nie Erdogana!), argumentując, że realne stopy są zbyt wysokie, dopóki para USD/TRY znajduje się w rejonach poniżej poziomów 3,05/3,06.
Ta opinia jest już NIEAKTUALNA. Jako rynek wschodzący, giełda turecka osiągała dobre wyniki, jednak w ubiegłym tygodniu odnotowała znaczne straty.
Zarządzanie ryzykiem i opis ryzyka
Podczas gdy rynek zajęty jest straszeniem ewentualnym Brexitem lub jego brakiem, kwestia uchodźców i hamowanie wzrostu gospodarczego w Europie przez Europejski Bank Centralny za pośrednictwem ujemnych stóp procentowych znajdują jakiekolwiek odzwierciedlenie wyłącznie w sondażach. Jak już mówiłem, istnieje DUŻE RYZYKO, że w efekcie bezproduktywnej strategii gry na czas, „umowa społeczna” BĘDZIE MUSIAŁA zostać renegocjowana. Czas to jedyny towar, którego nie da się kupić; może politycy i bank centralny powinni wreszcie zdać sobie z tego sprawę?
Jedyny pewnik to rosnący szum w środowiskach politycznych i na rynku, zauważalny nawet przez najbardziej głuchych światowych polityków.
Wiele się nie wydarzy, oprócz tego, że jest to ogromna pożywka dla spekulantów. Notowania złotego w ostatnim czasie zachowywały się dość nerwowo. Czy w piątek po możliwym cięciu ratingu Polski przez agencję Moody’s mamy się czego obawiać? Więcej w materiale wideo.
W Arabii Saudyjskiej zdymisjonowany został minister ds. ropy naftowej skonfliktowany z rodzina królewską. Po fiasku szczytu w Doha rynki przyglądają się, co dzieje się u największego producenta ropy naftowej. Czy zmiany personalne w jednym kraju są w stanie wpłynąć na światowe notowania ropy naftowej? Więcej w materiale wideo.
W piątek 13 maja agencja ratingowa Moody’s prawdopodobnie obniży rating Polski. Co to oznaczać będzie dla rynków? Na rynku widać zawahanie, ruchy na złotym nie są specjalnie nerwowe. Sytuacja zdążyła się delikatnie uspokoić, po tym jak prezes Trybunału Konstytucyjnego ujawnił list od Ministra Finansów. Jakiego kursu złotego możemy się spodziewać? Więcej w materiale wideo.
Marzec jest tradycyjnie miesiącem, w którym w ofercie wielu sklepów pojawia się oferta sezonowa grilli i akcesoriów do grillowania, a od kwietnia systematycznie rośnie intensywność zakupów tych produktów. Najwięcej grilli i akcesoriów kupujemy w maju, sezon zaś kończymy w sierpniu. Porównując dane na temat zakupów w 2 ostatnich latach obserwowany jest kilkunastoprocentowy wzrost liczby zakupionych urządzeń. Podobny trend występuje w zakresie akcesoriów.
Z danych z Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia wynika, że niemal wszyscy polscy konsumenci kupują mięso i wędliny (ponad 97 proc. populacji), wydając na nie około 22 mld złotych rocznie.
Największa liczba nabywców kupuje kiełbasę i kaszankę, a z mięs karkówkę i żeberka. Zwykle Polacy kupują mięso surowe, do samodzielnego przygotowania (85 proc. nabywców). Jedynie nieco ponad 10 proc. kupujących decyduje się na zakup mięsa marynowanego i/lub w przyprawach.
W okresie kwiecień-sierpień kupowany jest średnio nieco ponad 1 kg mięsa jednorazowo, co w porównaniu ze średnim zakupem w ciągu całego roku oznacza około 10 proc. wzrost.
Polscy konsumenci zdecydowanie chętniej wybierają mięso na wagę niż produkty pakowane. Jedynie 1/3 zakupów to mięso pakowane.
Polacy kupują kiełbasy tradycyjne chętnie przez cały rok, jednak w tzw. okresie grillowym kupują ich miesięcznie znacznie więcej niż średnio w roku. Jest to szczególnie widoczne w okresie czerwiec – sierpień, w którym obserwowany jest średniomiesięczny wolumen zakupów o około 20 proc. większy w stosunku do średniej rocznej.
Kiełbasy stanowią około 21 proc. zakupów wędlin w ogóle i około 19 proc. w wędlinach paczkowanych. Wędliny paczkowane, podobnie jak mięso, stanowią około 1/3 w zakupach wędlin w ogóle.
W okresie maj-sierpień polscy konsumenci kupują średnio miesięcznie o około 30 proc. więcej kaszanki niż średnia miesięczna dla całego roku. Jednorazowo kupują nieco ponad 0,6 kg, czyli o około 7 proc. więcej w porównaniu ze średnim jednorazowym zakupem w ciągu roku.
Zarówno mięso, jak i wędliny, chętniej kupowane są w tradycyjnych sklepach spożywczych oraz w specjalistycznych sklepach mięsno-wędliniarskich. Ponad połowę zakupów realizowanych jest w tym kanale dystrybucji. Dość istotną rolę w zakupach mięsa odgrywają też supermarkety i stoiska z ladą tradycyjną.
Okres letni i spotkania przy grillu sprzyjają także spożyciu piwa. W tym czasie, zwłaszcza w lipcu i sierpniu, wzrasta wolumen zakupów gospodarstw domowych tego trunku o ponad 30 proc. miesięcznie w porównaniu ze średnią roczną. Co ciekawe, zakupy tradycyjnych dodatków, takich jak ketchup czy musztarda, pozostają na podobnym poziomie.
O badaniu
Powyższe analizy powstały na podstawie danych pochodzących
z prowadzonego od ponad 20 lat Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia. Jego próbę stanowi 8 tys. polskich gospodarstw domowych, zbierających dane za pomocą skanerów i raportujących o dokonywanych przez siebie zakupach produktów FMCG.
W I kwartale 2016 roku skonsolidowany zysk netto ING Banku Śląskiego wzrósł do 259 mln zł w porównaniu do 261 mln przed rokiem. Bank zanotował dalszy wzrost liczby klientów oraz umocnił udziały rynkowe w depozytach i kredytach.
Podstawowe dane finansowe Grupy ING Banku Śląskiego za I kwartał 2016 r. w porównaniu do analogicznego okresu ub.r.:
przychody ogółem wzrosły o 8% do 975,6 mln zł,
koszty ogółem wzrosły o 3% do 508,8 mln zł,
wynik przed kosztami ryzyka wzrósł o 14% do 466,8 mln zł,
zysk brutto wzrósł o 3% do 337,4 mln zł,
zysk netto wyniósł 259,2 mln zł w porównaniu z 261 mln zł w ub.r.,
wskaźnik koszty/przychody wyniósł 52,2% w porównaniu z 54,7% w ub. r.,
łączny współczynnik kapitałowy 14,1% w porównaniu z 14,8% w ub.r.,
zwrot z kapitału (ROE) osiągnął poziom 10,9% w porównaniu z 10,8% w ub.r.
– To był kolejny kwartał dynamicznego wzrostu. Wartość depozytów w ujęciu rok do roku przyrosła o 12,4 mld zł, czyli o 16% i na koniec marca wynosiła 89,7 mld zł. Przełożyło się to na wzrost do 9,2% udziału w rynku depozytów gospodarstw domowych i do blisko 8% udziału w rynku korporacyjnym. Zanotowaliśmy wysoki, sięgający ponad 10,8 mld zł, wzrost wartości kredytów. To o 17% więcej w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. Łącznie na koniec pierwszego kwartału portfel kredytowy osiągnął wartość 72,4 mld zł. Udział w rynku kredytów gospodarstw domowych wzrósł do 4,58%, a w rynku kredytów korporacyjnych – 10,53% – powiedział Brunon Bartkiewicz, prezes ING Banku Śląskiego.
– Klienci wybierają nasz bank dzięki dobremu połączeniu innowacyjnych technologii, wysokiej jakości obsługi i konkurencyjnej oferty. W pierwszym kwartale bank pozyskał blisko 108,4 tys. nowych klientów detalicznych, których liczba wzrosła do 4,1 mln. Jednocześnie w tym okresie nawiązało relację z bankiem 3 tys. nowych klientów korporacyjnych, z czego 14% to firmy pozyskane w procesie zdalnym. To rekordowe wartości po stronie bankowości korporacyjnej, która obecnie obsługuje 44,2 tys. firm – dodał prezes ING Banku Śląskiego.
Najważniejsze wyniki biznesowe Grupy ING Banku Śląskiego osiągnięte w I kwartale 2016 roku w porównaniu do analogicznego okresu ub.r.:
wzrost wartości kredytów o 17% do 72,4 mld zł:
kredyty dla klientów detalicznych – wzrost o 19% do 27,6 mld zł,
kredyty dla klientów korporacyjnych – wzrost o 16% do 44,8 mld zł,
wzrost depozytów o 16% do 89,7 mld zł,
liczba klientów detalicznych 4,1 mln (108,4 tys. nowych klientów pozyskanych w I kwartale)
liczba klientów korporacyjnych – 42,1 tys. (3 tys. nowych firm pozyskanych w I kwartale).
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Wtorek prezentuje się dość ubogo w ważne dane gospodarcze, ale taka jest uroda tego tygodnia, w którym dopiero druga jego część przyniesie garść ciekawych informacji. Istotne dane – przede wszystkim z Chin i z Niemiec – już się dziś pojawiły, Brytyjczycy też opublikowali statystyki dotyczące eksportu i importu (nieco lepsze od prognoz). Niemieckie dane o produkcji przemysłowej były słabe, i to kolejny miesiąc z rzędu. Za to bilans handlu zagranicznego wypadł bardzo dobrze.
Referendum w sprawie Breksitu zbliża się w szybkim tempie, sondaże nie są jednoznaczne, a argumenty wysuwane przez jedną i drugą stronę – coraz cięższe. Jutro i w czwartek pojawi się kilka danych, które mogą dać do ręki argumenty zwolennikom lub przeciwnikom Breksitu. Dane o produkcji pokażą kondycję przemysłu, kanclerz skarbu George Osborn wystąpi przed Izbą Gmin (ciekawe, jakich argumentów użyje, by uderzyć w Brexit), interesująca będzie też retoryka czwartkowego biuletynu dotyczącego inflacji. Inwestorzy stawiający na funta będą mieć sporo pracy.
Polski rynek przygotowuje się do piątkowej decyzji Moody’s. Zmiana prognozy lub ewentualne obniżenie ratingu może wywołać nerwową reakcję złotego, zwłaszcza w obecnych okolicznościach, kiedy na polską walutę, tak jak na wszystkie waluty rynków wschodzących, silne piętno odciska umacniający się dolar.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Od 9 maja 2016 roku stanowisko dyrektora fabryki karmy dla zwierząt Nestlé Purina w Nowej Wsi Wrocławskiej objął Jakub Żurowski, który pełnił funkcję dyrektora fabryki słodyczy w Kargowej.
Jakub Żurowski od 2011 roku zarządzał Oddziałem Nestlé produkującym słodycze w Kargowej. Wcześniej pracował w Nestlé na różnych stanowiskach: w Industrial Performance i Supply Chain w Warszawie oraz jako Kierownik Produkcji w Namysłowie. Teraz będzie zarządzał Fabryką w Nowej Wsi Wrocławskiej.
Oddział Nestlé w Nowej Wsi Wrocławskiej jest pierwszą w Polsce oraz trzecią inwestycją produkującą karmę dla zwierząt Nestlé PURINA PetCare w Europie Centralnej. W Nowej Wsi Wrocławskiej produkowana jest m.in. karma dla kotów Felix, w większości przeznaczona na rynek lokalny, niemiecki oraz do krajów Europy Centralnej. Zakład w Nowej Wsi Wrocławskiej obecnie zatrudnia ponad 500 osób, a do końca 2016 roku planowane jest zwiększenie zespołu do 800 osób.
Facebook to jedna z największych platform reklamowych. Jego twórca kładzie bardzo duży nacisk na monetyzację serwisu. Pomóc w niej ma między innymi aplikacja Messenger. Co istotne dla firm, będzie ona mogła zastąpić czat na ich stronach internetowych i w ten sposób usprawnić obsługę klientów oraz robienie przez nich zakupów.
Korzystanie z Messengera i tworzonych do niego aplikacji ma stać się w najbliższym czasie trendem w komunikacji firm. „Facebook udostępnia swój komunikator zewnętrznym deweloperom i umożliwia tworzenie na niego aplikacji. Dzięki temu firmy będą mogły skutecznie wykorzystywać go na swoich stronach internetowych. Ułatwi to obsługę klientów i robienie przez nich zakupów” – mówi serwisowi infoWire.pl Michał Łukasiewicz, dyrektor zarządzający platformy Catvertiser.com.
Firmom zależy nie tylko na wielkości fanpage’a i liczbie lajków pod postem, lecz także na przekonywaniu klientów do odwiedzania stron www oraz sklepów internetowych i kupowania. „Nie należy jednak przesadzać z częstotliwością publikacji. Liczą się wartościowe posty. Mogą być one umieszczane nawet jedynie trzy razy w tygodniu. Ważne, aby swoją jakością angażowały odbiorcę. Hitem jest w tej chwili komunikacja za pomocą ładnych zdjęć” – dodaje rozmówca. Warto przy tym zauważyć, że firma, która chce stworzyć dobry produkt, nie powinna bać się negatywnych komentarzy na swoim profilu. Narzekający klient to najlepszy klient, ponieważ dzięki jego cennym uwagom możemy szybko nasz produkt poprawić.
Facebook realizuje również plan udostępnienia internetu każdemu mieszkańcowi Ziemi, by w ten sposób pozyskać jeszcze więcej użytkowników. Mowa tu między innymi o ludziach przebywających w obozach uchodźczych. Ponieważ z powodu kłopotów z infrastrukturą nie da się dostarczać do nich internetu tradycyjnymi metodami, ma on tam docierać za pomocą dronów.
Od maja 2016 roku fabryką słodyczy Nestlé w Kargowej zarządza nowy dyrektor. Funkcję tę objął Robert Gulczyński, który związany jest z firmą od 2012 roku.
Robert Gulczyński pełni funkcję Dyrektora w oddziale Nestlé w Kargowej, w którym produkowane są m.in. wafle Princessa i batony LION. Aż 70% produkcji z lubuskiej fabryki słodyczy trafia na rynki zagraniczne. Główne kierunki eksportu to: Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Czechy i Słowacja.
Fabryka słodyczy Nestlé w Kargowej jest największym pracodawcą w mieście oraz w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Oddział zatrudnia już ponad 600 osób, a dzięki stałym wzrostom produkcji z roku na rok fabryka może zwiększać załogę i oferować kolejne miejsca pracy. W 2016 roku planuje zatrudnić 50 osób.
Robert Gulczyński rozpoczął pracę w Nestlé w 2012 roku, obejmując stanowisko Kierownika ds. TPM (Total Productive Maintenance). Był odpowiedzialny za wdrażanie kultury TPM w fabrykach Nestlé Polska. Wcześniej pracował jako inżynier i zdobywał doświadczenie w zarządzaniu produkcją.
Skonsolidowany zysk netto w pierwszym kwartale 2016 r. wyniósł 573 mln zł. Z wyłączeniem podatku bankowego zysk netto wyniósł 654 mln zł, co oznacza wzrost o +4,7% r/r. Bank osiągnął dwucyfrowy wzrost kluczowych kredytów detalicznych (+11,4% r/r) oraz solidny wzrost kluczowych kredytów korporacyjnych (+8,1% r/r).
Po pierwszym kwartale Pekao osiągnął zysk netto w wysokości 573 mln zł, a z wyłączeniem zapłaconego podatku bankowego, zysk wyniósł 654 mln zł (+4,7% r/r). Zysk operacyjny brutto, w ujęciu rocznym był stabilny i wyniósł 1 005 mln zł, co odzwierciedla przystosowanie struktury bilansu Banku do nowych warunków rynkowych.
Dochody operacyjne wyniosły 1 817 mln zł (+0,5% r/r), dzięki wzrostowi wyniku odsetkowego netto, co zrekompensowało niższe przychody z rynku kapitałowego, podczas gdy pozostałe przychody pozostały na poziome z ubiegłego roku. Wynik odsetkowy netto wyniósł 1 070 mln zł, rosnąc o 2,6% r/r, dzięki wzrostowi wolumenów.
Marża odsetkowa netto w pierwszym kwartale wzrosła do 2,75% dzięki zarówno poprawie struktury aktywów oraz cen pasywów.
Spadek dochodów z tytułu opłat i prowizji o -3,6% r/r do 463 mln zł, osiągnięto przy stabilnych przychodach z prowizji bankowych przy jednoczesnym obniżeniu przychodów z działalności na rynku kapitałowym, będących pod presją widoczną w całej branży.
Kluczowe kredyty detaliczne wzrosły o +11,4% r/r do poziomu 47 739 mln zł, podczas gdy kredyty korporacyjne wzrosły o +8,1% r/r do poziomu 43 828 mln zł. Bank osiągnął w pierwszym kwartale 2016 r. dwucyfrowy wzrost depozytów detalicznych o +14,1% r/r do poziomu 65 895 mln zł, również dzięki solidnemu wzrostowi kwartalnemu o +3,2%. Depozyty korporacyjne wyniosły 57 586 mln zł i odzwierciedlały koncentrację na marży, przy jednoczesnym utrzymaniu solidnego poziomu płynności Banku.
Pekao cały czas kontrolował efektywność kosztową, koszty wzrosły zaledwie o +1,3% r/r do poziomu 812 mln zł. Wskaźnik koszty/dochody wyniósł 44,7%.
Jakość aktywów Banku Pekao utrzymała się na wysokim poziomie. Koszty ryzyka w pierwszym kwartale wyniosły 47 pkt, wskaźnik kredytów nieregularnych wyniósł 6,5%, natomiast wskaźnik pokrycia rezerwami wzrósł do 73,8%.
„Osiągnęliśmy solidne wyniki. Kwietniowy wzrost sprzedaży zarówno kredytów hipotecznych, jak i pożyczek gotówkowych pokazuje, że nasz cel, którym jest wspieranie gospodarstw domowych jest możliwy do realizacji nawet przy obecnym spowolnieniu na rynku.” – powiedział Luigi Lovaglio, Prezes Zarządu Banku Pekao S.A.
QubicGames S.A., Spółka zajmująca się produkcją gier przeznaczonych na konsole oraz gier mobilnych, przygotowuje się do przeprowadzenia oferty publicznej akcji, z której chce pozyskać do 6 mln zł. Emitent zamierza zadebiutować na rynku NewConnect do końca 2 kw. 2016 r.
QubicGames S.A. jest studiem deweloperskim założonym w 2004 r., które w swojej historii wyprodukowało już ponad 20-ścia gier wideo. Do 2012 r. Spółka specjalizowała się głównie w grach na konsole Nintendo, a od 2014 r. realizuje produkcje na platformy iOS/Android, Sony PS4 i PS Vita, a także komputery PC/Mac. Środki pozyskane z emisji akcji QubicGames S.A. będzie chciała przeznaczyć na produkcję nowych gier oraz na ich promocję. Spółka planuje również wykorzystać pozyskany kapitał na komercjalizację swojego innowacyjnego projektu – silnika C-Way Engine, portalu B2B AdoptMyGame, a także na rozwój Programu Independers.
„Dzięki środkom pozyskanym z emisji Spółka zwiększy swój potencjał zarówno w zakresie tworzenia, jak i wydawania gier. W ramach rozwoju firmy powstaną trzy niezależne zespoły produkcyjne. Debiut QubicGames S.A. na rynku NewConnect pozwoli nam także pozyskać środki niezbędne do szybkiego rozpoczęcia globalnej komercjalizacji projektów AdoptMyGame i C-Way, które w krótkim okresie czasu przyniosą Spółce bardzo duże korzyści wizerunkowe i finansowe.” – komentuje Jakub Pieczykolan, Prezes Zarządu Spółki QubicGames S.A.
W tym roku ogólnoświatową premierę miała wyprodukowana przez QubicGames S.A., przeznaczona na urządzenia z systemem iOS/Android, gra „Geki Yaba Runner”, która jest dystrybuowana w modelu Free2Play. Jej wydawcą jest globalny podmiot o uznanej marce – Chillingo, który w przeszłości wprowadził na rynek takie tytuły jak Angry Birds, Cut the Rope, Puzzle Craft oraz Anomaly Warzone. Gra „Geki Yaba Runner” w pierwszych tygodniach uzyskała dobrą ściągalność i monetyzację, w szczególności na rynkach azjatyckich i została bardzo pozytywnie odebrana przez graczy. Kolejną ważną produkcją Spółki będzie gra „Robonauts”, której premierę zaplanowano na ostatni kwartał 2016 r. Była ona nominowana jako Best Upcoming Mobile Game podczas 10. edycji IMGA Awards. W trzecim kwartale 2017 r. QubicGames S.A. zamierza wprowadzić do sprzedaży grę „Shadow” (tytuł roboczy), która będzie przeznaczona wyłącznie na konsole i komputery PC. W tym roku przewidziany został także debiut gry „Air Race Speed” na konsolę PS Vita w modelu Premium oraz urządzenia z systemem iOS/Android w modelu Free2Play.
W latach 2012-2014 QubicGames S.A. realizowała wspólnie z Politechniką Warszawską i przy wsparciu Narodowego Centrum Badań i Rozwoju projekt wieloplatformowego silnika C-Way Engine, a budżet całego przedsięwzięcia wynosił łącznie 2 mln zł. C-Way Engine jest wieloplatformowym silnikiem do tworzenia i portowania gier 2D oraz 2.5D, a obecnie prowadzone są prace nad jego przygotowaniem do szerokiej komercjalizacji na początku 2017 r. Spółka rozwija także swój Portal AdoptMyGame, który jest serwisem B2B skierowanym do developerów oraz wydawców gier.
Strategia rozwoju QubicGames S.A. zakłada tworzenie gier opartych na własnym IP, które będą produkowane przez trzy niezależne 6-10 osobowe zespoły. Spółka planuje wprowadzać na rynek co roku przynajmniej jedną dużą produkcję na nowym IP. Emitent będzie również dążył do wzmocnienia swojego potencjału wydawniczego, zacieśniając współpracę z azjatyckimi partnerami oraz otwierając biuro sprzedażowe w Kalifornii. Dużą rolę w rozwoju QubicGames S.A. ma także odgrywać Program Independers. Jego istotą będzie wsparcie 2-4 niezależnych produkcji w latach 2016-2017 w zamian za uzyskanie statusu wydawcy na wybrane platformy. W dłuższej perspektywie Spółka nie wyklucza przekształcenia tej działalności w mikro fundusz wspierający najlepsze niezależne produkcje z Polski oraz z regionu Europy Środkowo-Wschodniej.
Jednym z Akcjonariuszy QubicGames S.A. jest notowany na rynku NewConnect fundusz kapitałowy – ERNE VENTURES. W sierpniu 2015 r. fundusz zainwestował w QubicGames środki, które pozwoliły na zwiększenie potencjału dystrybucji gry „Geki Yaba Runner” oraz rozpoczęcie realizacji gry „Robonauts”. ERNE VENTURES posiada bardzo duże doświadczenie w inwestowaniu w branżę gier, bowiem zrealizował kilka projektów inwestycyjnych w tym segmencie rynkowym, dzięki czemu podmioty portfelowe uzyskują silne wsparcie merytoryczne funduszu.
Stabilne prawo jest kluczowym czynnikiem dla rozwoju polskiej branży energetycznej – uważa Jacek Babczyński z Venture Investors. Dodaje, że dla inwestorów się przede wszystkim przewidywalność. Tymczasem w ostatnich latach w tym zakresie panowała w naszym kraju bardzo duża zmienność. To sprawiło, że zagraniczne firmy energetyczne zamiast realizować nowe projekty, wolały wycofywać się z polskiego rynku. Potencjał branży wciąż jest jednak wysoki. Jeśli ustawodawca uporządkuje obowiązujące prawo, wówczas kapitał ponownie zacznie płynąć do naszego kraju.
– Na dzień dzisiejszy obserwujemy raczej wycofywanie się inwestorów z polskiego rynku ze względu na niepewność regulacyjną. W gronie osób zainteresowanych tym rynkiem upatrywałbym obecnie przede wszystkim mniejsze firmy oraz prosumentów, czyli podmioty, osoby, które chcą inwestować we własne źródła obniżając koszty energii – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Babczyński, partner Venture Investors.
Ekspert tłumaczy, że głównym czynnikiem ryzyka dla polskiego rynku energetycznego jest brak stabilnych przepisów prawa – niezależnie czy mowa jest o energetyce węglowej czy odnawialnej (OZE). Ta niepewność legislacyjna powoduje, że już od kilku lat międzynarodowe grupy energetyczne zamiast inwestować w naszym kraju, sprzedają swoje aktywa. Jest jednak zdania, że krajowy rynek energetyczny nadal ma duży potencjał wzrostu, a zlikwidowanie niepewności regulacyjnej sprawiłoby, że kapitał znów pojawiłby się nad Wisłą.
– Jeśli gram w jakąś grę, chciałbym znać jej zasady i żeby to były stałe zasady. Jeśli realizuję inwestycję, która ma w zależności od technologii ma okres zwrotu od 12 do 25 lat, to chcę aby prawo było stałe. Jeśli nie mam takiej gwarancji, to taka inwestycja będzie po prostu droższa – stwierdza Babczyński.
Wyjaśnia, że niepewność natury prawnej oznacza m.in. wyższy koszt finansowania projektów energetycznych. Banki lub inne instytucje finansujące z racji zmieniających się rzepisów oczekują wyższych stóp zwrotu, niż miałoby to miejsce w przypadku stabilniejszych pod tym względem sektorów.
– Stabilna regulacja przede wszystkim, to jest nam potrzebne. Już nawet nie mówmy tu o wsparciach, braku wsparcia, niech będą jedne stałe zasady gry – stwierdza partner Venture Investors.
Jego zdaniem rewizja obowiązującego prawa powinna mieć charakter kompleksowy i objąć wszystkie segmenty rynku. Przykładem działań idących w pozytywnym kierunku jest m.in. podjęta w ostatnich tygodniach inicjatywa poselska mająca na celu nowelizację Ustawy o odnawialnych źródłach energii z początku 2015 roku. Projekt zmian ma na celu przede wszystkim usunięcie wszystkich problemów interpretacyjnych, a także określenie nowych zasad aukcji OZE. Rząd chce, by ustawa zaczęła obowiązywać od 1 lipca.
– Jeśli zasady prawne będą stałe, to inwestorzy będą realizować inwestycje. A w tym momencie większość inwestorów wstrzymała inwestycje ze względu na brak pewności tego, czy taka inwestycja będzie opłacalna – podsumowuje.
W siedmiu placówkach w pięciu miastach PKO Bank Polski testuje nowe rozwiązania do obsługi osób niedosłyszących. Przy stanowisku bankowym klient zostanie przywitany przez pracownika w języku migowym, a następnie połączony z tłumaczem online. W Polsce problemy ze słuchem ma kilkaset tysięcy osób. – Dla osób głuchych najważniejszy jest pełny dostęp do informacji, a ten daje tłumaczenie na język migowy – przekonuje szefowa zespołu tłumaczy języka migowego w firmie Migam.
Przystosowanie urzędów i placówek publicznych do obsługi osób z problemami słuchu jest bardzo istotne. Statystyki GUS wskazują, że w Polsce wady słuchu ma kilkaset tysięcy osób. Ustawa o języku migowym nakłada na wszystkie organy administracji publicznej obowiązek udostępnienia informacji w języku migowym. Również banki coraz częściej oferują tego typu udogodnienia, w dużej mierze kierując się rekomendacjami Związku Banków Polskich w „Dobrych praktykach obsługi osób z niepełnosprawnościami przez banki”. Od 9 maja z usługą pilotażową dla osób z problemami słuchu wystartował PKO Bank Polski we współpracy z firmą Migam.
– Zależy nam na tym, żeby jakość obsługi klienta głuchego oraz niedosłyszącego, porozumiewającego się językiem migowym była dokładnie taka sama jak klienta słyszącego. Dlatego do celów pilotażowych w wybranych oddziałach banku rozmieścimy tablety, dzięki którym klienci głusi będą mogli się porozumieć z pracownikiem banku i swobodnie porozmawiać na temat swoich finansów bez udziału osób trzecich – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Patryk Korus z Centrum Bankowości Mobilnej i Internetowej w PKO Banku Polskim.
Pracownicy siedmiu placówek banku w Poznaniu, Krakowie, Warszawie, Wrocławiu i Opolu zostali przeszkoleni z podstaw języka migowego. Celem było opanowanie kilku najpotrzebniejszych zwrotów, które pozwolą im przywitać osobę z problemami słuchu i zaprosić ją do stanowiska z tabletem.
– Tablet będzie dostępny na biurku doradcy, ustawiony w kierunku osoby głuchej, dzięki czemu komunikacja trójstronna będzie odbywała się płynnie. Po samym zakończeniu tłumaczenia klient zostanie poproszony o wypełnienie krótkiej ankiety, która pozwoli nam na zbadanie jakości obsługi, co równocześnie pozwoli nam na jej doskonalenie w dalszych etapach pilotażu – tłumaczy Korus.
Jak wskazuje, do akcji zostały wybrane te placówki, w których stosunkowo dużą grupę klientów stanowią osoby niedosłyszące i głuche.
– Każdy z oddziałów będzie odpowiednio oznaczony informacją, że obsługujemy klientów w języku migowym. Planujemy również niewielką kampanię w środowisku osób głuchych, która zachęci klientów posługujących się językiem migowym do odwiedzenia oddziałów PKO Banku Polskiego – zaznacza Patryk Korus.
Po zakończeniu pilotażu cała akcja zostanie przeanalizowana i albo poszerzona o kilka oddziałów banku, albo wprowadzona we wszystkich kanałach komunikacji z klientem. To istotne, zwłaszcza że osoby z dysfunkcją słuchu mają problemy z komunikacją nie tylko podczas kontaktu bezpośredniego i telefonicznego.
Dla osób niesłyszących naturalnym językiem jest język migowy. Język polski, nawet dla tych urodzonych i żyjących w kraju, jest obcy. 70 proc. ma problemy z pełnym zrozumieniem języka pisanego.
– Dla nas, głuchych, w kontakcie z instytucjami najważniejszy jest pełny dostęp do informacji, a pełny dostęp do informacji daje nam właśnie ich tłumaczenie na język migowy – podkreśla Iwona Cichosz, szefowa zespołu tłumaczy języka migowego w Migam.
Przedstawiciele PKO BP podkreślają, że szkolenie z języka migowego to jedna z wielu inicjatyw, które mają usprawnić obsługę klientów z niepełnosprawnościami.
– Stawiamy na zrównoważony rozwój. Wszystko, co robimy, robimy z myślą o naszych klientach i nie dzielimy naszych klientów na osoby pełnosprawne i niepełnosprawne. Dlatego modernizujemy nasze oddziały i korzystamy z nowoczesnych technologii – mówi Agnieszka Kielichowska, dyrektor Biura Komunikacji Odpowiedzialności Społecznej w PKO Banku Polskim. – Mając największą sieć bankomatów w Polsce, wyposażamy je w moduły audio, umożliwiając w ten sposób korzystanie z tych urządzeń osobom niewidzącym, słabo widzącym i osobom starszym. Nasze produkty i narzędzia, np. aplikację IKO, system telefoniczny czy system transakcyjny systematycznie wzbogacamy o nowe funkcje, umożliwiając korzystanie wszystkim klientom.
Podatek detaliczny według liniowej stawki wraz z wysoką kwotą wolną od podatku jest rozwiązaniem lepszym niż opodatkowanie według skali progresywnej – uważa Marek Czachor z Erste Securities Polska. Dzięki niemu mniejsze polskie firmy zyskałyby przewagę nad zagranicznymi przedsiębiorstwami. Problemem jest natomiast opodatkowanie handlu internetowego. Zwolnione mają być z niego podmioty zagraniczne. Tworzy to ryzyko, że polski firmy będą przenosiły się poza obszar naszego kraju.
– Na chwilę obecną najbardziej prawdopodobnym wariantem dotyczącym podatku od sprzedaży, tzw. podatku detalicznego jest wariant z kwotą wolną na poziomie 17 mln zł miesięcznie oraz 0,9 procent od przychodów powyżej od tej kwoty – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marek Czachor, analityk Erste Securities Polska.
Rząd bierze pod uwagę także drugi wariant podatku, w którym kwota wolna od podatku wynosiłaby jedynie 1,5 mln zł miesięcznie, a podatek miałby formę progresywną. Podstawowa stawka miałaby wynieść 0,4 proc. dla miesięcznych przychodów w wysokości od 1,5 mln do 17 mln zł. Do kwoty 170 mln zł obowiązywałby drugi próg wynoszący 0,8 proc. Powyżej stawka opodatkowania rosłaby do 1,4 procent. Rozważana jest także wersja z dwustopniową stawką i kwotą wolną od podatku w wysokości 17 mln zł miesięcznie.
Z podatku od handlu wielkopowierzchniowego zwolnione byłyby sklepy franczyzowe, handel internetowy (e-commerce) prowadzony przez zagraniczne firmy oraz sprzedaż produktów firmom związanym z branżą hotelowo–restauracyjno–cateringową (HoReCa).
– Rząd zakłada, że roczne dochody z tego podatku będą wynosiły 2 mld zł, czyli w tym roku to będzie około 1 mld. Jeżeli podatek będzie wprowadzony od 1 lipca – informuje Czachor. – Nie jest to więc znacząca kwota. Łączna konsumpcja w Polsce wynosi około 600-700 mld zł, czyli jak patrzymy w odniesieniu do całej konsumpcji nie jest to duże obciążenie dla sektora – zauważa.
Zdaniem eksperta podatek w relatywnie największym stopniu odczuwalny będzie przez przedstawicieli branży odzieżowej i obuwniczej. Takie firmy jak CCC czy LPP mogą mieć trudności z przerzuceniem kosztów podatku na swoich dostawców. W przypadku dystrybutorów artykułów żywnościowych wpływ podatku będzie natomiast minimalny.
– Rząd znajduje się obecnie między młotem a kowadłem. Z jednej strony jest lobbing Brukseli, która mówi: nie możecie wprowadzić podatku progresywnego, z drugiej strony są podmioty polskie, które wolałyby pewnie bardziej ten podatek progresywny – wyjaśnia analityk Erste Securities Polska. – Według mnie takim sensownym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie dużej kwoty wolnej, która pomogłaby mniejszym podmiotom – dodaje.
Ekspert dostrzega także istotny problem związany z opodatkowaniem handlu internetowego. Według wstępnej propozycji rządu, podmioty z sektora e-commerce zarejestrowane za granicą byłby z niego zwolnione, bo opodatkowanie dotyczyłoby podmiotów posiadających NIP. Stanowić to może bodziec dla polskich firm, aby również przenosiły swoje biznesy poza obszar naszego kraju.
– Tu chodzi jednak o to, aby tym podatkiem objęte było możliwe najszersze grono podmiotów – stwierdza.
Przedstawiciel Erste Securities Polska zagrożenie widzi również w tendencji polegającej na dzieleniu się dużych przedsiębiorstw na kilka mniejszych. Przy kwocie wolnej od podatku na poziomie 17 mln zł miesięcznie pozwalałoby to na znaczne ograniczenie lub nawet całkowite uniknięcie podatku.
– Natomiast rząd w ogóle dąży do tego, żeby jednak uszczelnić system podatkowy. Myślę, że ostateczne rozwiązanie wykluczy możliwość unikania płacenia tego podatku – podkreśla.
Rynkowy sukces firm ubezpieczeniowych uzależniony jest od innowacji – wynika ze światowego badania przeprowadzonego przez KPMG wśród ubezpieczycieli. Dotyczą one zarówno dystrybucji ubezpieczeń, która rozwija się w różnych kanałach, budowania oferty dla klientów i ułatwiania im procesu zakupowego, jak i procesów wewnątrz firm. Jednym z poważnych wyzwań, którym sprostać mają innowacyjne narzędzia, jest dokładniejsze szacowanie ryzyka ubezpieczeniowego. Dzięki temu oferta ubezpieczycieli może być lepiej dopasowana i korzystniejsza dla klientów.
83 proc. badanych przez KPMG przedstawicieli branży ubezpieczeniowej w 20 krajach (w tym z Polski) wskazuje, że sukces firm jest ściśle uzależniony od tego, czy spółka jest bardziej innowacyjna od konkurencji. Określony budżet na ten cel ma prawie 40 proc. firm, a wśród nich prawie wszystkie chcą go zwiększać w kolejnych dwóch latach (dane z raportu „A New World of Opportunity: The Insurance Innovation Imperative”).
– Rynek polski całkiem dobrze wygląda w porównaniu z rynkami zagranicznymi. Natomiast na pewno są takie rozwiązania, które obowiązują za granicą, a których na polskim rynku nie ma bądź dopiero raczkują – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Cezary Świerszcz, prezes zarządu Bacca, firmy, która wprowadziła na rynek usługę finansowania składek ubezpieczeniowych. – Do takich trendów, których rozwój będziemy obserwowali na polskim rynku, należy przetwarzanie dużych ilości danych dostępnych na rynku, np. na temat stylu jazdy klientów, ich historii płatniczej, które mogą mieć wpływ na to, w jaki sposób produkt ubezpieczeniowy będzie kształtowany i jaka będzie jego cena dla konkretnego klienta.
Analizą danych i big data – w celu podejmowania lepszych decyzji i efektywniejszego zarządzania innowacjami – posługuje się mniej niż 25 proc. firm. Umiejętność wykorzystania tego typu danych może być kluczowa przy wyzwaniu, jakim jest dokładne oszacowanie ryzyka ubezpieczeniowego.
– Jednym z trendów innowacyjnych w zakresie ubezpieczeń jest wykorzystanie scoringu kredytowego opartego na historii płatniczej klienta do tego, żeby wyceniać produkty ubezpieczeniowe. Czyli żeby różnicować cenę tym klientom, którzy dobrze płacą swoje zobowiązania, i tym klientom, którzy mają jakieś opóźnienia. Analiza historii płatniczej klienta jest takim dosyć ciekawym zjawiskiem, bo zarówno badania naukowe polskie, jak i zagraniczne pokazują, że ci klienci, którzy lepiej płacą, powodują mniej wypadków – wyjaśnia prezes Bacca. – Z punktu widzenia zakładu ubezpieczeń jest to bardzo istotna informacja, ponieważ znając historie płatniczą, klienta są w stanie przewidzieć, ile odszkodowań będą wypłacać w przyszłości.
Z danych, na które powołuje się Bacca, wynika, że ze scoringu korzysta 90 proc. amerykańskich ubezpieczycieli. Jak podkreśla Świerszcz, firmy z branży mogą taką analizę prowadzić samodzielnie albo zlecić tę usługę na zewnątrz.
Innym rozwiązaniem, które ułatwia precyzyjną kalkulację składki, jest telematyka.
– Takie rozwiązania będą polegały na tym, że klient będzie mógł zainstalować aplikację w telefonie, dzięki której ubezpieczyciel będzie znał styl jazdy danej osoby i będzie wiedział, w jaki sposób klient jeździ, przez co lepiej dopasuje składkę do ryzyka. Drugim rozwiązaniem jest urządzenie instalowane w samochodzie. Jest ono jednak droższym rozwiązaniem, a ponadto wymaga od klienta poświęcenia dodatkowego czasu – wyjaśnia Paweł Remiszewski, dyrektor departamentu e-biznes w Link4. – Takie rozwiązania są już wdrażane na świecie, w najbliższej przyszłości wprowadzą je również ubezpieczyciele w Polsce.
Dla przykładu, w Wielkiej Brytanii takie rozwiązanie pozwala na obniżenie składki młodym kierowcom, którzy co do zasady zwykle płacą najwyższe kwoty.
– Innowacje pomagają w biznesie ubezpieczeniowym, dają nam różnego rodzaju możliwości. Możemy budować indywidualne podejście dla klientów – podkreśla Mariusz Rosa, dyrektor ds. rozwoju biznesu w Link4. – Wszystkie innowacyjne rozwiązania, czy to technologiczne, czy procesowe, wpływają na to, że ubezpieczenia są bardziej przyjazne dla klientów. W dobie aplikacji mobilnych i smarfonów również ubezpieczenia powinny iść w tym kierunku i tak się rozwijać.
Jak wskazuje raport KPMG „Jeden klik od ubezpieczenia”, dziś 12 proc. konsumentów cyfrowych korzysta z indywidualnego konta klienta do obsługi swojego ubezpieczenia, jednak ponad połowa uznaje, że takie rozwiązanie byłoby przydatne. Analitycy wskazują, że na rynku ubezpieczeń agenda cyfrowa stanie się standardem w perspektywie kolejnych 5–7 lat.
– Jeśli chodzi o innowacje na rynku ubezpieczeniowym, to będziemy obserwowali je w kilku obszarach. Z jednej strony będą to rzeczy związane z dystrybucją ubezpieczeń, czyli z tym, w jaki sposób ubezpieczyciele i agenci ubezpieczeniowi wychodzą do klientów ze swoją ofertą, jak realizowany jest proces sprzedaży, w jaki sposób ci klienci są później obsługiwani – mówi Cezary Świerszcz.
Jak podkreśla, ułatwieniem procesu sprzedaży i czynnikiem, który może ją zwiększyć, mogą być też ubezpieczenia sprzedawane na raty. Świerszcz wyjaśnia, że w rozwiązaniu oferowanym przez Bacca to właśnie ta firma pokrywa należność ubezpieczycielowi lub agentowi za wybrane polisy, a klient indywidualny lub firma płaci miesięczną ratę dostosowaną do jego możliwości finansowych. Z danych Bacca wynika, że w ten sposób klienci mogą sobie pozwolić na większy zakres ubezpieczenia.
– Nasi dotychczasowi partnerzy dzięki współpracy z Bacca zwiększają swoją sprzedaż, potrafią sprzedać klientom lepsze ubezpieczenie, co w naturalny sposób jest korzystne i dla klientów, i dla dystrybutorów – mówi Świerszcz. – Koncentrujemy się na tym, żeby procesy sprzedaży polis i ich obsługi później były coraz prostsze i wygodniejsze.
W styczniu 2016 odwiedzalność centrów handlowych była nieznacznie wyższa niż rok wcześniej, choć przybyło nowej powierzchni handlowej. Jeśli nie nastąpią radykalne zmiany prawne, to sytuacja pracowników sektora nie powinna ulec zmianie. Ze względu na ostatnie ożywienie w rekrutacjach na stanowiska menedżerskie eksperci spodziewają się mniejszej liczby ofert na tym szczeblu, za to wzrosnąć powinna liczba etatów dla specjalistów.
– Sytuacja na rynku centrów handlowych w Polsce wygląda dobrze. Według naszych ostatnich analiz obroty w centrach handlowych w Polsce były w 2015 roku wyższe niż w 2014 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Knap, dyrektor generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych. – Również odwiedzalność klientów w centrach handlowych jest na stabilnym poziomie, nawet lekko wzrostowym. To cieszy, ponieważ z drugiej strony liczba centrów handlowych stale rośnie. W zeszłym roku powstało ponad 20 nowych obiektów, a wiele starszych zostało rozbudowanych, przebudowywanych, więc widać, że cały czas centra handlowe cieszą się popularnością w Polsce.
Z raportu PRCH Retail Research Forum wynika, że tylko w 2015 roku oddano do użytku 27 nowych obiektów, a 18 rozbudowano. Dało to razem 605 tys. mkw. nowej powierzchni. W Polsce działa już blisko 500 centrów handlowych, w których zatrudnionych jest niemal 400 tys. osób.
– Począwszy od pracowników w sklepach, kierowników sklepów, poprzez cały szereg firm serwisowych, sprzątających, ochroniarskich, zaplecze techniczne, a także firmy i osoby, które zajmują się bieżącym zarządzaniem i marketingiem obiektów handlowych – jest to naprawdę duża grupa – mówi Radosław Knap. – Średnio będziemy mieli około 800 osób w pojedynczym centrum handlowym. 90 proc. z nich pracuje w sklepach, a reszta w innych sektorach powiązanych z zarządzaniem obiektem.
Zdaniem specjalistów rynku rekrutacyjnego liczba pracowników sektora detalicznego powinna pozostać stabilna, mimo że etap budowy dużych galerii zmierza ku końcowi i raczej należy się spodziewać powstawania nieco mniejszych obiektów. O tych trendach przedstawiciele branży będą rozmawiać podczas Targów ReDI, CEE Trade Fair for Retail Investment, które odbędą się w Warszawie na początku czerwca.
– Zapotrzebowanie na pracowników utrzyma się raczej na stabilnym poziomie – informuje Joanna Kozarzewska, menadżer działu rynku nieruchomości i rynku budowlanego w HRK SA. – Raczej nie spotykamy większych fluktuacji czy w dół czy w górę. Niemniej jednak zauważamy, że ruchy poczynione na stanowiskach menadżerskich mogą spowodować, że więcej rekrutacji pojawi się w obszarze specjalistycznym. To wynika głównie z tego, że stanowiska menadżerskie potrzebują dużo więcej czasu na weryfikację, tym samym zapotrzebowanie na tych kierowników i ponowne rekrutacje na stanowiska menadżerskie mogą się pojawić dopiero po jakimś czasie.
Polska jest na czwartym miejscu w Europie pod względem liczby zatrudnionych w centrach handlowych. Wyprzedzają nas jedynie tak duże i liczebne kraje jak Wielka Brytania, Niemcy i Francja (odpowiednio 862 tys., 680 tys., 515 tys.). Natomiast już np. Włochy czy Hiszpania (odpowiednio 326 tys. i 318 tys.), które mają zarówno więcej mieszkańców, jak i większą powierzchnię w centrach handlowych, ustępują Polsce pod względem liczby zatrudnionych w nich pracowników.
Eurostat ocenia, że handel detaliczny jest trzecim największym sektorem zatrudnienia w UE pod względem liczby miejsc pracy. Z danych Międzynarodowej Rady Centrów Handlowych wynika, że branża odpowiada za jedno na 11 miejsc pracy w Europie. Blisko dwie trzecie pracowników stanowią kobiety. Sektor oferuje również wiele miejsc pracy dla osób młodych, dopiero wchodzących na rynek pracy, oraz dla osób o niższych kwalifikacjach.
– Z reguły stanowiska handlowe są dodatkowo wynagradzane za efektywność pracy, te benefity związane są z multisportem, z dodatkowymi ubezpieczeniami zdrowotnymi, z ubezpieczeniami na życie dla pojedynczego pracownika bądź dla rodziny – mówi Kozarzewska.
W ciągu czterech miesięcy w 400 firmach w Stanach Zjednoczonych zanotowano 32 mln prób ataków – wynika z programu szacowania cyberzagrożeń firmy Fortinet. Najbardziej zagrożony jest sektor finansowy, w który wymierzonych było ponad 40 proc. ataków. Cyberprzestępcy są również zainteresowani sektorem edukacyjnym i ochrony zdrowia. Firmy coraz częściej zdają sobie sprawę z ryzyka. Blisko 10 proc. wydatków na IT jest przeznaczanych właśnie na poprawę bezpieczeństwa w sieci.
– Każdy sektor może być i jest celem ataków cyberprzestępców – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mariusz Rzepka, dyrektor Fortinet na Polskę, Ukrainę i Białoruś. – Przeprowadziliśmy analizę 400 firm. W ciągu 4 miesięcy odnotowaliśmy 32 mln prób ataków na sieci korporacyjne, co daje skalę około 700 ataków dziennie na każdą z nich.
Z pilotażowego etapu programu szacowania cyberzagrożeń przeprowadzonego przez Fortinet wynika, że najczęściej ofiarami ataków padają firmy z sektora finansowego (44 proc.). Hakerzy stosują strategię typu „land-and-expand”, by przebić się i pozostać aktywnym w danej sieci. Używają też zaawansowanych trojanów.
– Cyberprzestępcy chcą łatwo zdobyć pieniądze u samego źródła. Kradzież wrażliwych informacji to proceder, który ma miejsce praktycznie codziennie. Hakerzy atakują i wykradają takie informacje jak numery kart kredytowych, listy dłużników banków czy zdjęcia celebrytów lub polityków, a potem nimi handlują w przestrzeni publicznej. Często dochodzi do kompromitacji stron internetowych firm i hakerzy w ten sposób pozyskują środki na kolejne procedery – tłumaczy ekspert.
Hakerzy interesują się również sektorem edukacyjnym, na który przeprowadzono ponad 27 proc. ataków, oraz sektorem ochrony zdrowia (ok. 10 proc. ataków).
W trakcie analizy Fortinet wykryto, że w co szóstej badanej sieci znajdują się niezidentyfikowane wcześniej zainfekowane grupy komputerów. Badanie wykazało obecność w sieciach 71 odmian złośliwego oprogramowania, z czego najczęstszymi były robak Conficker (5,2 tys. przypadków zarażenia), trojan Nemucod (4,2 tys.) oraz Zero Access (3,2 tys.).
– Pierwszym krokiem do ochrony jest zbudowanie wewnątrz firmy, wśród zarządu oraz pracowników, świadomości istnienia zagrożeń. Następnie firma powinna ocenić stan ryzyka i możliwych strat. Najlepiej byłoby również współpracować z ekspertami zewnętrznymi, którzy pomogą zbudować firmie politykę bezpieczeństwa, a następnie wdrożyć właściwy system ochrony – przekonuje Rzepka.
Wrażliwe dane firmy są często narażone na ataki poprzez streaming multimediów i aktywność w mediach społecznościowych. Aktywność typu peer-to-peer, przede wszystkim poprzez gry online, otwiera sieci na złośliwe oprogramowanie dołączone do aplikacji i plików pobieranych z serwisów. W trakcie analizy zidentyfikowano ponad 357 tys. prób ataków poprzez aplikacje.
Coraz większe zagrożenie sprawia, że firmy starają się lepiej przygotować do możliwych ataków i inwestują w systemy, które mają na celu poprawę bezpieczeństwa w sieci.
– Wraz z globalizacją i rosnącą liczbą usług internetowych firmy coraz częściej i więcej wydają na zabezpieczenia. W strukturze wydatków na IT to ok. 10 proc. budżetu. Coraz częściej spotykanym procederem w Polsce jest fakt, że zabezpieczenia powstają jeszcze przed podłączeniem firmy do internetu, co jeszcze kilka lat temu nie było częstą praktyką – wskazuje Mariusz Rzepka.
Ważne wydarzenia sportowe, jak Euro 2016 i olimpiada w Rio, będą zachęcać krajowych konsumentów do wymiany telewizora. Najważniejszym kryterium wyboru takiego urządzenia pozostaje cena, ale coraz bardziej liczy się wielkość, rozdzielczość, zastosowane technologie oraz wygląd i wzornictwo. Na świecie coraz popularniejszy staje się standard 4K. W ubiegłym roku sprzedaż telewizorów obsługujących taką rozdzielczość wzrosła o około 200 proc.
– Wydarzenie sportowe jest ważnym argumentem za tym, żeby wymienić telewizor, szczególnie, jeżeli mamy do czynienia z tak popularną dyscypliną sportową, jak piłka nożna – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Kubiszak, menadżer kategorii Home Entertainment w firmie LG. – Wówczas zauważamy wzrost popytu na tego rodzaju urządzenia.
Duży wpływ na decyzje o wymianie telewizora ma, co ciekawe, poziom gry polskiej drużyny. Zdarzały się mistrzostwa, podczas których popyt na telewizory prawie wcale się nie zwiększył. Natomiast gdy krajowa reprezentacja bierze udział w wydarzeniu i osiąga dobre wyniki, to sprzedaż może się zwiększyć od 10 do nawet 20 proc.
Na przełomie czerwca i lipca w Paryżu odbędzie się piętnasta edycja turnieju finałowego piłkarskich mistrzostw Europy, do których Polska także się zakwalifikowała. W związku z tym LG spodziewa się, że tegoroczna sprzedaż odbiorników utrzyma się co najmniej na ubiegłorocznym poziomie i wyniesie około 2 mln sztuk.
– Pierwszym kryterium wyboru określonej marki i modelu telewizora zawsze jest cena. Kiedy idziemy do sklepu, wiemy, ile pieniędzy mamy w portfelu i ile możemy wydać na nowy odbiornik. Ale konsumenci coraz chętniej, co widoczne jest z roku na rok, wybierają większe urządzenia, więc wielkość ma także znaczenie – zauważa Marcin Kubiszak.
Jak przypomina, jeszcze kilka laty temu za duży ekran uważano w Polsce urządzenie o przekątnej 40 cali. Obecnie jest to rozmiar w okolicach 49–55 cali. Wciąż największy udział w rynku mają ekrany 40–44 calowe, ale najbardziej dynamicznie zwiększa się sprzedaż telewizorów dużych, mających 50–55 cali.
Wybierając model telewizora, konsumenci kierują się również designem.
– Im lepszy, ładniejszy design, tym większe prawdopodobieństwo, że telewizor zostanie sprzedany – tłumaczy Marcin Kubiszak. – Wydawać by się mogło, że to mężczyźni podejmują ostateczną decyzję podczas wyboru, ale właśnie ze względu na aspekt wzorniczy wyglądu telewizora kobiety w równym stopniu podejmują taką decyzję.
Wymianę telewizorów napędzają także zmiany technologiczne. Według raportu firmy badawczej IHS na całym świecie w ubiegłym roku sprzedano prawie 32 mln telewizorów LCD przystosowanych do wyświetlania obrazu o rozdzielczości 4K Ultra HD (3840 na 2160 pikseli), czyli o prawie 200 proc. więcej niż rok wcześniej. Powodem zdaniem analityków są spadające ceny ekranów i podzespołów do produkcji telewizorów 4K oraz szybko rosnąca biblioteka treści. Co ciekawe, sprzedaż wszystkich urządzeń (LCD, plazmowe, OLED i CRT) w tym samym czasie spadła o 3,7 proc. do 226,2 mln sztuk.
– Chociaż treści o rozdzielczości 4K nie ma jeszcze zbyt wiele, warto na pewno zainwestować w przystosowany do nich telewizor – argumentuje Marcin Kubiszak. – Coraz więcej serwisów udostępniających na przykład wideo na żądanie ma w ofercie filmy i produkcje w takiej rozdzielczości. Pojawiają się też nowe treści na płytach Blu-ray. Ponadto takie urządzenia z reguły mają wbudowany tzw. upscaler, który podnosi rozdzielczość zwykłego sygnału HD. Telewizja na pewno w tym kierunku będzie się rozwijała.
Zdaniem Kubiszaka postęp technologiczny zawsze postępuje szybciej niż infrastruktura (w przypadku telewizorów na przykład możliwości przesyłania sygnału czy biblioteki treści).
– Tak samo jest w przypadku 4K – mówi Marcin Kubiszak. – Przystosowane do takiej rozdzielczości telewizory są już od dwóch lat na rynku. Mistrzostw w 4K jeszcze nie mieliśmy okazji oglądać, ale myślę, że jest to kwestia kolejnej imprezy.
Dla 63 proc. respondentów, którzy przeglądają prasę i serwisy internetowe, najistotniejsze są newsy z kraju – wynika z raportu „Polak na bieżąco, czyli jak konsumujemy treści informacyjne”. Deklarują to zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Wymieniane w dalszej kolejności dziedziny już znacząco różnią się w podziale na płeć. Kobiety znacznie częściej szukają newsów dotyczących szeroko pojętej rozrywki oraz wydarzeń ze świata kultury. Mężczyźni wolą sport.
– Z badania wynika, że zarówno Polaków, jak i Polki przede wszystkim interesuje to, co dzieje się blisko, w ich bezpośrednim otoczeniu, czyli przede wszystkim wiadomości krajowe. Informacje ze świata również, natomiast w znacznie mniejszym stopniu. W dalszej kolejności jest sport, rozrywka, trochę kultury, finanse i bankowość – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Michał Wodziński, redaktor naczelny Upday Polska.
Z raportu „Polak na bieżąco, czyli jak konsumujemy treści informacyjne” przeprowadzonego przez platformę Upday Polska wynika, że wieści ze świata sportu budzą ciekawość 44,6 proc. mężczyzn i co szóstej Polki (15,2 proc.). Poza tym co trzecia Polka (35,2 proc.) interesuje się zagadnieniami związanymi z bankowością, rynkami finansowymi oraz konsekwencjami wydarzeń ekonomicznych i gospodarczych. Wśród mężczyzn nie są one dużo bardziej popularne. Na bieżąco z wiadomościami tej kategorii stara się być 40,6 proc. Polaków.
– Panowie znacznie bardziej interesują się sportem, ale z kolei trzeba oddać płci pięknej, że znacznie bardziej interesuje się kulturą – podkreśla Michał Wodziński.
Kobiety chętniej niż mężczyźni szukają informacji dotyczących koncertów, festiwali, imprez, wystaw i innych informacji ze świata kultury (41,4 proc). Artykuły z tej kategorii są na trzecim miejscu spośród najpopularniejszych dziedzin, którymi interesują się Polki. Z kolei mężczyźni najrzadziej przeglądają informacje na ten temat (31,7 proc.).
– 52 proc. kobiet interesuje się rozrywką, tym, co dzieje się w świecie celebrytów, informacjami z kolorowych magazynów. Ta grupa pań, które przebadaliśmy, mówi jasno, że lubi plotki, lubi wziąć do ręki kolorową gazetę, dziennik, prasę bulwarową, zajrzeć na ulubiony serwis plotkarski. Ale z kolei druga połowa pań albo nie ma czasu na takie informacje, albo rzeczywiście interesuje się kulturą, kursami walut, nieco bardziej ambitną rozrywką. One przyznają, że plotki to nie jest top ich zainteresowań – mówi Michał Wodziński.
Informacje dotyczące świata show-biznesu, hobby, różnego rodzaju gier, zabaw oraz konkursów czyta 36,3 proc. mężczyzn.
Firma doradcza Grant Thornton wspólnie z bankiem HSBC przeanalizowała życiorysy właścicieli 100 największych prywatnych przedsiębiorstw w Polsce. W tych firmach zaczęła się zmiana pokoleniowa. Wśród najbogatszych Polaków jest coraz więcej 30- i 40-latków. Jednak statystycznie polski lider biznesu ma 58 lat.
– Wśród właścicieli 100 najbogatszych firm najliczniejsze grono stanowią ci, którzy wywodzą się z pierwszej fali wolnego rynku w Polsce – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jacek Kowalczyk z Grant Thornton.
Zaczynali średnio w wieku 32 lat, po przepracowaniu wcześniej siedmiu lat na etacie, czyli jako pracownik najemny.
W ostatnich tygodniach inwestujący w dolara amerykańskiego czuli się jak na rollercoasterze – kurs tej waluty spadł do najniższego poziomu od początku 2015 r., po czym w ubiegłym tygodniu rozpoczęło się zdecydowane umocnienie. Gdy duża zmiana wydaje się nieuzasadniona jakimikolwiek czynnikami fundamentalnymi dotyczącymi akcji cenowej – a to właśnie mogliśmy zaobserwować w tym przypadku – jest to interesująca sytuacja. Dane ze Stanów Zjednoczonych były w najlepszym razie mieszane, a szanse na kolejne podwyżki stóp Fed bynajmniej nie wzrosły. Sytuacja z ubiegłego tygodnia wynikała po prostu z wyczerpania dominującego ostatnio na rynku przekonania: deprecjacja USD nastąpiła po zwrocie retoryki amerykańskiej Rezerwy Federalnej na posiedzeniu FOMC w marcu (potwierdzonym na posiedzeniu pod koniec kwietnia) na bardziej umiarkowaną, a równocześnie rynki oceniły, że EBC i Bank Japonii skończyło się pole manewru, jeśli chodzi o ujemne stopy procentowe i luzowanie ilościowe.
W teorii USD mógłby znaleźć się pod jeszcze większą presją, gdyby zgodnie z obawami niektórych w Stanach Zjednoczonych nastąpiła recesja, jednak należy pamiętać, że w takim wypadku na osłabieniu amerykańskiej gospodarki straciłaby również i reszta świata. Bez względu na amerykańską czy globalną recesję, nie można zakładać gwałtownej aprecjacji jena po tym, jak w ciągu ostatniego półrocza umocnił się względem USD o 15%, jeżeli przypomnimy sobie, że Bank Japonii nadal skupuje aktywa warte około 15% PKB rocznie, bez względu na ewentualne rozszerzenia inicjatyw politycznych. Podobny punkt widzenia przedstawiono w artykule na portalu Bloomberg (http://www.bloomberg.com/news/articles/2016-05-08/soros-chart-signals-boj-bond-buying-already-enough-to-weaken-yen): autor zaznacza, że baza monetarna Japonii w przeliczeniu na USD osiągnęła już poziom 96% bazy monetarnej Stanów Zjednoczonych, a rozmiar japońskiej gospodarki to mniej niż jedna trzecia gospodarki Stanów Zjednoczonych. Mocny rajd jena, który trwa od początku tego roku, może stanowić po prostu bardzo dużą korektę spowodowaną nieoczekiwanym odwróceniem prognoz dotyczących podwyżki stóp Fed, jak również naciskiem na względne wyceny walut azjatyckich, w ramach których bardzo słaby jen japoński konkuruje z powiązanym z USD i niekorzystnie mocnym (dla Chin) renminbi.
Prezes Kuroda z Banku Japonii w piątek wygłosi oświadczenie, w którym może, choć nie musi, zasugerować możliwość kolejnych działań w zakresie luzowania. Jak już wcześniej pisałem, wszelkie nowe inicjatywy w Japonii najprawdopodobniej wyjdą od strony fiskalnej, a ich celem będzie zastrzyk realnego popytu dla gospodarki, mimo iż BJ może ostatecznie wszystkich zaskoczyć i oficjalnie zaświadczyć, że nie planuje sprzedaży obligacji, które ponownie sprowadził na rynek, a tym samym potwierdzić monetyzację japońskiego długu. Jeżeli nawet jednak Kuroda nie powie niczego istotnego dla traderów walutowych, BJ nadal drukuje pieniądze, podobnie jak EBC, a oba banki w przewidywalnej przyszłości utrzymają rekordowe tempo tego drukowania. Tymczasem polityka Fed jest stabilna i w perspektywie najbliższych 12 miesięcy może nawet uwzględnić kilka podwyżek stóp.
Należy obserwować pary EUR/USD i USD/JPY po kątem potwierdzenia, że USD osiągnął minimum, ponownego umocnienia USD, które uderzy w rynki wschodzące, a przede wszystkim – pod kątem kursu USD względem chińskiego renminbi. Mocniejszy dolar może ostatecznie zmusić Fed do wycofania się z planowanych podwyżek stóp, jednak na razie wydaje się, że dzięki możliwościom zapewnionym przez deprecjację USD na początku roku, punkt maksymalnej łagodności Fed – w porównaniu z innymi bankami centralnymi – mamy już za sobą.
John J. Hardy, dyrektor ds. strategii rynków walutowych, Saxo Bank
Piątek na większości europejskich parkietów przyniósł uspokojenie po silnej czwartkowej wyprzedaży. Dzień rozpoczął się od wzrostów, i mimo że szybko do głosu doszła podaż, końcówka sesji należała do strony popytowej. Pomogły temu dane z USA, które wbrew oczekiwaniom, były mocno zaskakujące.
Najprawdopodobniej rynek odebrał, że niższe od prognoz odczyty praktycznie wykluczają jakąkolwiek dyskusję w sprawie podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych w czerwcu. Kupujący wykorzystali to jako pretekst do mocniejszego ataku i tym samym wyciągnęli rynki na plusy. Jedną z najsilniejszych giełd na Starym Kontynencie był WIG 20, który zakończył notowania wzrostem o 0,82% przy obrotach na poziomie 561 mln zł. Niemiecki DAX dla porównania zyskał 0,18%, francuski CAC 40 stracił 0,42%, a brytyjski FTSE 100 zamknął handel powyżej poziomu zamknięcia z poprzedniego dnia, zyskując 0,14%.
Niewątpliwie, oczy wszystkich graczy skierowane były w piątek na dane z rynku pracy w Stanach Zjednoczonych. W kwietniu, w amerykańskim sektorze pozarolniczym przybyło tylko 160 tys. etatów, podczas gdy prognozy rynkowe były na poziomie 200 tys. Natomiast, w sektorze prywatnym przybyło 170 tys. (prognoza 190 tys). Stopa bezrobocia pozostała na niezmienionym poziomie, czyli 5%, jednak obniżył się wskaźnik zatrudnienia określający, jaki odsetek ludności w wieku produkcyjnym pracuje zawodowo – z 63% do 62,8%. Wśród publikacji makroekonomicznych znalazły się również dane z naszego rodzimego rynku. Rada Polityki Pieniężnej zadecydowała o pozostawieniu stóp procentowych bez zmian. Było to zgodnie z oczekiwaniami rynku. Z komunikatu po decyzji można było zauważyć, że RPP pozytywnie ocenia sytuację w naszym kraju. Co najważniejsze, Rada nie widzi większego ryzyka płynącego z naszej gospodarki dla wzrostu gospodarczego.
Dziś, inwestorów mogą zainteresować dane na temat zamówień w niemieckim przemyśle oraz indeks Sentix dla strefy euro.
Sesja w USA:
Piątkowa sesja na giełdach w Stanach Zjednoczonych zakończyła się nieznacznymi wzrostami najważniejszych indeksów. Słabsze niż oczekiwano dane z amerykańskiego rynku pracy nie popsuły nastrojów inwestorom. Na koniec dnia, Dow Jones Industrial Average zyskał 0,45%, S&P 500 wzrósł o 0,32%, natomiast Nasdaq Composite o 0,40%.
Waluty:
Piątek dla EURUSD zakończył się bez zmian na poziomie 1,1405.
Kurs EURGBP wzrósł o 0,38% i osiągnął poziom 0,7903, natomiast EURJPY stracił 0,12% do poziomu 122,18.
Polska waluta dziś rano wyceniana jest przez rynek następująco: 4,4223 PLN za euro, 3,8826 PLN za dolara amerykańskiego, 4,0023 PLN za franka szwajcarskiego oraz 5,5867 PLN za funta szterlinga.
Surowce:
Złoto zakończyło notowania wzrostem o 1,69% do poziomu 1292,9 USD za uncję. Srebro zyskało natomiast 1,15% i osiągnęło poziom 17,527USD za uncję. Ropa naftowa, odmiana WTI zakończyła dzień na poziomie 44,66 USD za baryłkę, zyskując tym samym 0,77%. Natomiast odmiana Brent zyskała 0,80% i była notowana po 45,37 USD za baryłkę.
Na co dzień sieci handlowe borykają się nie tylko z szeregiem problemów wewnętrznych spowodowanych dużym rozproszeniem biznesu, ale także z rosnącą konkurencją i trudnością utrzymania się na rynku. Szukanie nowych sposobów na usprawnienie procesów biznesowych to jedyna droga do utrzymania pozycji rynkowej.
Działam w całym kraju
Sieci handlowe są bardzo charakterystyczną branżą, która musi zmagać się nie tylko z codziennymi wyzwaniami rynku. Jest to sektor, na który konsument ma bezpośredni wpływ i to wprost na Kliencie opiera się cały biznes. Zarządzający mają tu podwójny problem, ponieważ nie tylko zmagają się z trudnościami administracyjnymi, ale przede wszystkim muszą działać tak, aby nie odbiło się to na klientach i wizerunku firmy. Sprostanie temu wyzwaniu może być dość kłopotliwe, bo pracownicy często są źródłem wielu wyzwań, a są oni w bezpośrednim kontakcie z klientami. Ich zadowolenie i poczucie, że są dla firmy ważni, przekłada się na ich pracę, a co za tym idzie – satysfakcję klientów. Zarządzający sieciami handlowymi powinni więc skierować podwójną siłę na dopieszczenie własnych pracowników.
Wszechstronny kierownik
Cechą charakteryzującą sieci handlowe jest to, że zazwyczaj posiadają jedną centralę, ale charakteryzują się rozproszeniem terytorialnym. Oddziałem sieci, czyli pojedynczym sklepem zarządza kierownik. Musi on być wszechstronnie uzdolniony, ponieważ spełnia wiele ról. Począwszy od bycia doskonałym sprzedawcą – bo to od jego decyzji zależy sukces sprzedażowy sklepu, na byciu doskonałym hr-owcem kończąc. To on rekrutuje pracowników i odpowiada za całą administrację związaną z formalnościami w procesie zatrudnienia pracowników.
Nie jest to łatwe zadanie. Sklepy przeważnie są otwarte od 6.00 – 22.00, pracownicy pracują nawet na 3 zmiany. Warunki pracy nie należą do najłatwiejszych, branża boryka się z wieloma problemami, a zatrudnieni mają coraz większe wymagania. Cechą charakterystyczną tej branży jest bardzo duża rotacja pracowników, co pociąga za sobą kolejne obowiązki w obszarze HR po stronie menedżera sklepu. Na kierownika spada cały ciężar odpowiedzialności za kadry i płace oraz przekazanie niezbędnej dokumentacji do centrali. Zazwyczaj menedżer sklepu przez większość czasu pełni rolę koordynatora HR, zamiast skupiać się na rozwijaniu handlu. Taka sytuacja nie tylko może hamować biznes, ale często powoduje również problemy natury formalnej, ponieważ często kierownik nie jest w stanie sprawdzić pod kątem formalnym poprawności składanych przez pracowników dokumentów. Zdarza się również, że przy dużej ilości zatrudnionych w danym oddziale, nie jest dotrzymywana terminowość, która jest niezwykle istotna w operacyjnym działaniu działu kadr i płac. Nie można nie zapomnieć również o tym, że to właśnie kierownik odpowiedzialny jest za wszystkie niezbędne planowanie operacyjne, jak ustalanie grafików i zmian, rozliczanie czasu pracy, obieg dokumentów czy urlopy.
Czas na wagę złota
Terminowość jest jednym z najważniejszych czynników, które muszą być dopełnione przez firmy względem organów państwowych takich jak Urząd Skarbowy, ZUS, czy Inspekcja Pracy. Zwłaszcza, że duża rotacja pracowników w sieciach handlowych nie jest tutaj sprzymierzeńcem zarządzających. Na przykład zatrudnieni najczęściej zwalniają się pod koniec miesiąca. To powoduje szereg problemów, ponieważ zarówno pensje, jak i obieg dokumentów muszą być gotowe na czas. Zbieranie wszystkich niezbędnych dokumentów i przesłanie ich do centrali powoduje, że nagle pod koniec miesiąca dział kadr znajdujący się gdzieś w centrali, który odpowiada za wszystkie oddziały musi się nieźle nagimnastykować, aby dopełnić wszystkich formalności. Nie można też zapomnieć, że polskie prawo wymaga od pracodawców, aby Ci gromadzili i przechowywali oryginały dokumentów. Bez nich nie może się odbyć żadna operacja. Np. wszystkie zwolnienia lekarskie muszą być oryginalnymi dokumentami, zanim zostanie wprowadzone do systemu a pensje naliczone. A wypłaty bezwzględnie muszą zostać wypłacone w terminie, bo do tego obliguje przedsiębiorcę polskie prawo.
Miękki HR w sieciach handlowych nie istnieje
W przypadku zarządzania zasobami ludzkimi, nie można zapomnieć o wszystkich działaniach poza twardym HR, czyli o narzędziach motywacyjnych, rozwojowych i służących ocenianiu pracowników. Sektor sieci handlowych widzi potrzebę rozwijania tego obszaru, jednak w praktyce na te działania po prostu brakuje czasu, a duże rozproszenie biznesu wcale tego nie ułatwia Zazwyczaj działania szkoleniowe kończą się na tym, że pracownik przechodzi instruktaż z zakresu BHP
Przede wszystkim należy przyjrzeć się przyczynom problemów, z którymi najczęściej borykają się sieci handlowe i firmy wielooddziałowe. Przede wszystkim jest to duże rozproszenie, terminowość oraz wielozadaniowość kierowników poszczególnych sklepów. Najważniejsze jest znajdywanie rozwiązań, które skutecznie mogą poprawić funkcjonowanie sieci handlowych i są lekiem na bieżące, charakterystyczne problemy organizacji.
Zewnętrzne wsparcie
Rozwiązaniem większości omówionych problemów może stać się większa koncentracja kierowników sklepów na głównej działalności sieci handlowej, czyli na sprzedaży. Stanie się to możliwe jeżeli część procesów pobocznych, takich jak procesy kadrowo-płacowe przekazana zostanie wyspecjalizowanemu w tym zakresie dostawcy – outsourcerowi. Przewagą zewnętrznego partnera jest to, że procesy, które dla sieci handlowej nie stanowią głównego biznesu, są istotną działalności outsourcera, co oznacza, że jest w tym obszarze ekspertem. Profesjonalny dostawca ma niezbędną wiedzę i doświadczenie, aby optymalizować procesy kadrowo-płacowe, ale również narzędzia informatyczne, które ułatwiają codzienną współpracę z Klientem. Klientem dla outsourcera w tym przypadku jest nie tylko centrala sieci handlowej, każdy pojedynczy oddział, kierownik sklepu, ale również każdy pracownik sieci.
Z datami za pan brat
Przede wszystkim, wszystkie działania związane z HR twardym, czyli obieg dokumentów i wszystkie sprawy pracownicze, sieć handlowa przekazuje na barki outsourcera. Należy mieć świadomość, jak znacznym odciążeniem i pomocą jest dla nas outsourcer. To on przejmuje wszystkie obowiązki, kompletuje dokumenty i odpowiada za ich poprawność. Przekazanie tych działań będzie ogromną ulgą dla firmy i znacznie poprawi ten problematyczny obszar.
Doskonałym przykładem będzie tu kontrola skarbowa czy z ZUS-u. Dla tych organów, terminowość jest niezwykle ważna. Outsourcerzy dobrze zdają sobie sprawę, jak współpracować z instytucjami państwowymi. Dzięki systemom i doświadczeniu, mają możliwość szybkiego dostępu do dokumentów pracowniczych oraz wszystkich danych, które w każdej chwili mogą być udostępnione podczas kontroli. Nie można też zapominać, że współpracując z organami państwowymi, outsourcer po prostu zna ich wymagania. Dzięki temu zyskujemy pewność, że pojawiające się problemy uda się rozwiązać szybko, ponieważ zazwyczaj są one podobne w wielu firmach. Partner biznesowy będzie wiedział jak sobie z nimi poradzić, a co najważniejsze – zapobiec im w przyszłości.
Warto też zwrócić uwagę na możliwości technologiczne, jakie niesie ze sobą taka współpraca. W tej chwili dostępne są systemy i aplikacje HR, z których mogą bezpośrednio korzystać pracownicy. To za ich pomocą w szybki sposób sprawdzą status swoich dokumentów, dostępne i zaległe urlopy, grafik zmian itp. Jeśli ktoś nie czuje się zbyt pewnie z taką aplikacją, niektórzy outsourcerzy przekazują pracownikom do dyspozycji swoich ekspertów pracujących na infolinii. Specjaliści są w stanie szybko i kompetentnie odpowiedzieć na każde pytanie ze strony pracownika klienta. Jest to ogromne udogodnienie dla kierowników sklepów i zarządzających. Jednocześnie sam zatrudniony ma prosty dostęp do informacji w każdej chwili, co wpływa na większe zadowolenie pracowników.
Kłopoty administracyjne w sieciach handlowych często są wynikiem problemów z dotrzymaniem terminów, poprawnością w dokumentach oraz zbytnim obciążeniem kierowników poszczególnych jednostek. Warto przekazać tę część działalności doświadczonemu partnerowi, który nie tylko usprawni ten sektor w firmie, ale wspomoże również zarządzanie zasobami ludzkimi, który jest tak niezwykle istotny w sieciach handlowych.
Autor: Ewa Żygadło-Gilewska, ekspert Impel Business Solutions
Nowy tydzień, stare tematy. W najbliższych dniach jednym z głównych rynkowych tematów pozostanie ewentualność cięcia ratingu Polski przez Moody’s. Nie będzie on jednak jedynym tematem absorbującym uwagę rynków. Warto obserwować też dane płynące z rodzimej gospodarki oraz rynki globalne, bo to one zdecydują o tym, na jakich poziomach będą żegnać maj polski pary.
Poprawa nastrojów na rynkach globalnych i związany z tym wzrost apetytu na ryzyko wspierają w poniedziałek złotego w relacji do głównych walut. W południe za euro trzeba było zapłacić 4,41 zł, dolar kosztował 3,8685 zł, a frank 3,9920 zł. W dwóch pierwszych przypadkach oznacza to spadek po 0,5% w stosunku do zamknięcia poprzedniego tygodnia. W trzecim jedynie o 0,2%. Mniejsza skala przeceny tej ostatniej waluty to efekt opublikowanych dziś danych o niższej od prognoz deflacji w Szwajcarii. W kwietniu wskaźnik cen płaconych przez konsumentów znalazł się na poziomie -0,4% R/R wobec -0,9% w marcu i wobec prognozowanych -0,6% R/R.
Lepsze nastroje na świecie to nie jedyny czynnik stojący za dzisiejszym umocnieniem złotego. Innym jest zwykłe, proste odreagowanie zeszłotygodniowego osłabienia. Doskonale to pokazuje wzajemna relacja złotego i węgierskiego forinta, która jest „oczyszczona” z wpływu czynników globalnych, pokazując jedynie zależności lokalne. Dziś kurs PLN/HUF idzie w górę aż 0,7%, próbując wybić się górą z dwutygodniowej konsolidacji. Gdyby to się udało, to przynajmniej na gruncie analizy wykresu, byłby to duży przełom. Oznaczałoby, że w najbliższym czasie złoty będzie zachowywał się wyraźnie lepiej niż forint.
Poprzedni tydzień upłynął na krajowym rynku walutowym pod znakiem obaw przed cięciem ratingu Polski przez agencję Moody’s. Atmosferę strachu podgrzał kuriozalny list wysłany przez resort finansów do prezesa Trybunału Konstytucyjnego. List, który dodatkowo zwraca uwagę zagranicznych inwestorów na występowanie ryzyka politycznego w Polsce.
W tym tygodniu temat ratingu wciąż może pozostawać jednym z głównych tematów na rynku walutowym. Moody’s ogłosi decyzję w tej sprawie w piątek wieczorem. Sygnały płynące z agencji każą oczekiwać, że skoryguje ona w dół ocenę wiarygodności kredytowej Polski. Pytanie tylko, czy obetnie rating (obecnie A2, czyli o 1 poziom wyżej niż Fitch i o 2 niż S&P), czy jedynie jego perspektywę?
Rynek walutowy już od dłuższego czasu dyskontuje cięcie ratingu. Dlatego taka decyzja powinna być już w cenach, a przez to nie sprowokować przeceny złotego w krótkim terminie. Paradoksalnie może on się umocnić. I to nawet przed piątkiem. Negatywny scenariusz jest już bowiem w cenach. Każdy inny będzie korzystny dla polskiej waluty. I część inwestorów może pod to zagrać.
Rating to dopiero początek. Jeżeli tylko Moody’s nie zaskoczy (np. brakiem zmiany oceny) to dużo trwalszy wpływ na notowania złotego może mieć cała seria publikowanych w najbliższym czasie danych z rodzimej gospodarki. W czwartek inwestorzy poznają finalny odczyt wskaźnika inflacji. Nie powinien on różnić się jednak od dotychczasowych szacunków GUS (CPI -1,1% R/R). Dlatego ciekawie zrobi się dopiero od piątku. Tego dnia poznamy m.in. szacunkowe dane nt. dynamiki polskiego Produktu Krajowego Brutto (PKB) za okres pierwszych trzech miesięcy br. (prognoza: 3,4% R/R) oraz raport nt. bilansu płatniczego (prognoza: 335 mln zł). W przyszłym tygodniu będą to zaś dane o produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej, wynagrodzeniach i zatrudnieniu. To ona pokażą nam, czy gospodarka dostała zadyszki? Czy też ostatnie słabe odczyty produkcji, sprzedaży i PMI to był tylko wypadek przy pracy. I to one, wespół z nastrojami na rynkach globalnych, zdecydują o tym, czy w drugiej połowie maja złoty będzie zyskiwał na wartości, czy jednak tracił. W naszej opinii istnieje duże ryzyko, że raporty te jednak w większości rozczarują, co razem z ewentualnym cięciem ratingu przez Moody’s mogłoby położyć się cieniem na notowaniach złotego w drugiej połowie miesiąca.
Komentarz przygotował:
Marcin Kiepas
Główny Analityk
Admiral Markets AS Oddział w Polsce
Potencjał rynków rozwiniętych i rozwijających się analizuje Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami asset allocation w Union Investment TFI.
Obserwacja cen instrumentów pochodnych w Europie pokazuje, że wzrosło ryzyko inwestowania na europejskich rynkach akcji. Jakie są tego główne przyczyny?
Sytuacja w Europie jest obecnie nieco skomplikowana. Głównym problemem dla rynków jest to, że zbliża się moment, w którym może zmaterializować się część ryzyk specyficznych, o których mówi się już od jakiegoś czasu. Na pierwszy plan wysuwa się ryzyko Brexitu. Główne sondaże wskazują na remis pomiędzy zwolennikami a przeciwnikami opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej. Pewną wskazówką, jak zagłosują Brytyjczycy może być wynik wyborów na burmistrza Londynu. Zwyciężył w nich Sadiq Khan – zdeklarowany zwolennik pozostania Wielkiej Brytanii w UE. Z ryzyk mniejszego kalibru można wymienić chociażby czerwcowe wybory parlamentarne w Hiszpanii. Do pozytywów można natomiast zaliczyć wyjątkowo szybkie przegłosowanie przez grecki parlament nowego pakietu oszczędnościowego, którego realizacja jest warunkiem otrzymywania przez Grecję dalszej pomocy od międzynarodowych wierzycieli.
A co mówią nam twarde dane?
Dane z europejskich gospodarek nie są może bardzo dobre, ale co najmniej przyzwoite. Cześć odczytów jest lepsza od oczekiwań analityków. To pozytywny sygnał dla niezwykle ważnej dla giełdowych inwestorów sfery mikro. Dzięki poprawie twardych danych z gospodarki zyski europejskich spółek mają szansę zacząć w końcu rosnąć. Obecnie raportowane przez spółki wyniki finansowe są w sporej części słabsze niż rok wcześniej.
Czy w tej sytuacji zamiast akcji z rynków rozwiniętych lepiej skoncentrować się na giełdach rynków rozwijających się?
Rynki rozwijające się mają generalnie wyższy potencjał wzrostu niż rynki rozwinięte. Nasze pozytywne nastawienie do części z nich wynika m.in. z ich relatywnie atrakcyjnych wycen – ceny akcji nie są zbyt wygórowane w porównaniu do zysków generowanych przez spółki. To rezultat wieloletniego gorszego zachowania akcji notowanych na giełdach rynków wschodzących w porównaniu do walorów z rynków rozwiniętych. Do tego dochodzi dużo większy potencjał wzrostu wyników finansowych spółek z rynków wschodzących. Trzeba jednak mieć na uwadze, że rynki wschodzące są po trzech miesiącach silnych wzrostów, a część z nich osiągnęła niedawno tegoroczne szczyty. Należy im się więc chwila oddechu. Tym bardziej, że globalnie znajdujemy się w dość newralgicznym okresie, m.in. powracających obaw o wzrost gospodarczy. Gdzieniegdzie obserwujemy też materializację lokalnych czynników ryzyka, np. w Turcji.
Na jakie klasy aktywów powinien obecnie zwrócić uwagę inwestor akceptujący wyższe ryzyko inwestycyjne?
Pomimo chwilowego neutralnego nastawienia do akcji, w średnim terminie pozostaję umiarkowanym optymistą. Jednakże trzymanie w portfelu wyłącznie akcji oraz funduszy akcyjnych nie jest najlepszym wyjściem, bo chociaż na rynkach akcji będzie można zarobić, to trzeba się liczyć z okresowymi, także głębszymi, korektami. W tych okolicznościach mogą się sprawdzić fundusze akcyjne absolutnej stopy zwrotu oraz inne, stosujące strategie typu long/short oraz market neutral. W pewnym uproszczeniu strategie tego typu zakładają minimalizowanie ryzyka inwestycji poprzez równoczesne zajmowanie „długich” pozycji na niedowartościowanych aktywach (zakładamy wzrost ich cen) oraz „krótkich” pozycji na przewartościowanych aktywach, co do których spodziewamy się, że ich ceny będą spadały. Tę drugą pozycję zajmuje się poprzez instrumenty pochodne, np. kontrakty terminowe. Przykładem strategii market neutral może być wyselekcjonowanie do portfela spółki lub spółek z wybranego indeksu giełdowego (pozycja długa) i jednoczesne sprzedanie kontraktu terminowego na ten indeks giełdowy (pozycja krótka). Portfel inwestycyjny można także uzupełnić o wybrane towary, np. złoto, i waluty.
Celem prawa konkurencji jest przede wszystkim zagwarantowanie takiego poziomu efektywności rynkowej, aby poszczególni odbiorcy towarów i usług, w szczególności zaś odbiorcy końcowi mogli w pełni czerpać z korzyści uzyskiwanych dzięki swobodnej konkurencji (przejawiających się np. w poprawie jakości oferowanych towarów i usług, wzroście produkcji i sprzedaży, obniżce kosztów cen, postępie technicznym, etc.).
Justyna Czechowicz – Specjalista ds. Compliance Baumit Sp. z o.o.
Przedsiębiorcy mimo systematycznie rosnącej świadomości prawnej w zakresie prawa antymonopolowego często nadal ingerują w sposób zabroniony w swobodę konkurencji, np. zawierając ze swoimi partnerami niedozwolone porozumienia w zakresie ustalania cen odsprzedaży. Częstokroć takie zachowanie argumentują np. chęcią „uporządkowania rynku”, czy też zachowania cen na „rozsądnym” poziomie, bądź ujednolicenia cen w celu zapobiegania ich nadmiernemu obniżeniu, podpierając się jednocześnie błędnie rozumianymi zasadami: swobody zawierania umów i tzw. „wolnego rynku”. W wyniku wieloletniej praktyki Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (dalej UOKiK) wypracował efektywne strategie przeciwdziałania praktykom antykonkurencyjnym. Dotychczasowe orzecznictwo wielokrotnie już wykazało, że argumenty przedsiębiorców na usprawiedliwienie zachowań sprzecznych z prawem konkurencji, a przytoczone powyżej, nie stanowią okoliczności łagodzącej w toku postępowania przed Prezesem UOKiK i nie znajdują potwierdzenia w normach właściwego prawa. Zawsze bowiem w dalszej perspektywie takie praktyki powodują dla konsumentów skutek wręcz odwrotny do tego jaki zostałby osiągnięty w warunkach swobodnej i niczym nie zakłóconej konkurencji – ceny rosną a jakość oferowanych towarów i usług spada. Zachowania te w praktyce realizowane są przez przedsiębiorców częstokroć w formie tzw. zmów cenowych, tj. zakazanych porozumień polegających na ustalaniu cen odsprzedaży towarów lub usług. Wśród tego typu porozumień stosunkowo najczęściej występującą kategorią, jak pokazują postępowania prowadzone przez Prezesa UOKiK, są porozumienia wertykalne, w szczególności polegające na ustalaniu w sposób bezpośredni lub pośredni nie tylko cen odsprzedaży, ale łącznie z nimi również innych warunków handlowych wpływających pośrednio na wysokość ceny (dotyczących np. terminów płatności, kosztów transportu, etc.). Mając to na uwadze oraz analizując zachowania rynkowe przedsiębiorców w niniejszym opracowaniu dokonana zostanie praktyczna analiza porozumień wertykalnych w kontekście zastosowanych cen odsprzedaży pod kątem legalności takich zachowań.
Istotą porozumień wertykalnych jest to, iż zawierane są pomiędzy przedsiębiorcami, którzy nie rywalizują bezpośrednio ze sobą lecz działają na różnych szczeblach obrotu (np. producent – dystrybutor, dystrybutor – sprzedawca detaliczny). Porozumienia wertykalne stanowią istotny instrument w kształtowaniu sieci dystrybucji i co do zasady uznawane są za prokonkurencyjne, z uwagi na ich pozytywny wpływ na konkurencję między dostawcami (np. producentami) substytucyjnych towarów. Problematyka wertykalnych ograniczeń cen odsprzedaży ściśle wiąże się z kwestiami dotyczącymi dystrybucji towarów we współczesnej gospodarce, w której z reguły producent lub inny dostawca towarów na dany rynek produktowy i geograficzny decyduje się, bądź też zmuszony jest, docierać do klienta (odbiorcy końcowego) za pośrednictwem profesjonalnych podmiotów (np. hurtowni, punktów handlowych) zajmujących się działalnością stricte handlową. Prowadzenie własnej sieci dystrybucji jest bowiem częstokroć zbyt kosztowne, a ponadto wymaga innego rodzaju doświadczenia, wiedzy i zaplecza niż działalność produkcyjna. Alternatywą dla prowadzenia własnej sieci sprzedaży (w przypadku producenta założenia np. własnych hurtowni) jest korzystanie z niezależnych pośredników, nad którymi dostawca chciałby zachować pewną kontrolę, uzasadniając to troską o swoje towary. Dlatego też za porozumienia wertykalne antykonkurencyjne nie są uznawane porozumienia, które nie łamią prawa konkurencji, tj. nie ograniczają polityki handlowej innych przedsiębiorców sztucznie kreując rynek np. poprzez ustalenie „zasad gry” dla podmiotów trzecich. Granicę wyznacza prawo, gdzie zgodnie z art. 6 ust. 1 ustawy z dnia 16 lutego 2007r. o ochronie konkurencji i konsumentów (dalej uokk) zakazane są takie porozumienia, których celem lub skutkiem jest wyeliminowanie, ograniczenie lub naruszenie w inny sposób konkurencji na rynku właściwym, w tym w szczególności poprzez ustalanie bezpośrednio lub pośrednio cen odsprzedaży lub innych warunków zakupu dla podmiotów trzecich (konsumentów, ale też i innych rodzajowo odbiorców). Istnieje bezwzględny zakaz zawierania takich porozumień i należą one do najcięższych naruszeń prawa konkurencji, tzw. hardcore restrictions.
Reasumując, ograniczenie konkurencji może nastąpić, jeżeli takie porozumienie zawiera obostrzenia dotyczące cen odsprzedaży dla dostawcy lub nabywcy. Dlatego też bardzo ostrożnie należy podchodzić do kwestii związanych z ujmowaniem w umowie, np. producenta z dystrybutorem, postanowień dotyczących innych relacji, np. tych pomiędzy dystrybutorem a jego klientami, którym dystrybutor odsprzedaje towary, w tym w szczególności dotyczących cen odsprzedaży, czyli tych stosowanych wobec dalszych odbiorców (odbiorców detalicznych, konsumentów). Podkreślić należy, że do ustalania cen odsprzedaży może dochodzić zarówno bezpośrednio (poprzez wskazywanie ich wielkości ustalając, że np. dystrybutor ma obowiązek sprzedawać produkt producenta po określonej sztywno cenie) lub też pośrednio (poprzez wskazanie, że np. maksymalny rabat od cen katalogowych stosowany przez dystrybutora może wynieść 15 proc.). Z punktu widzenia prawa ochrony konkurencji, dla oceny legalności takiego zachowania, nie ma znaczenia, czy ustalanie cen odsprzedaży jest natury bezpośredniej czy też pośredniej oraz jak długo ono trwało. Aczkolwiek porozumienia długotrwałe, tzn. trwające dłużej niż rok, są z definicji surowiej karane.
Natomiast, jak z reguły w prawie bywa, od tej ogólnej zasady są wyjątki. Wyjątki podyktowane ochroną interesu konsumentów, gdyż temu celowi służy cała ta gałąź prawa. Mając to na względzie wskazać należy, że dla oceny legalności działań przedsiębiorców ważne jest jakiego rodzaju ceny odsprzedaży zostały zastosowane. Zasadniczo niedopuszczalne jest stosowanie minimalnych lub sztywnych cen odsprzedaży, natomiast co do zasady dozwolone jest wyznaczanie maksymalnych lub sugerowanych cen odsprzedaży. Niezależnie od tego, w wyjątkowych sytuacjach, porozumienia wertykalne mogą korzystać z wyłączeń indywidualnych, o których mowa w art. 8 uokk. Ponieważ przypadki indywidualnego wyłączenia przez UOKiK porozumienia cenowego (zmowy cenowej) spod zakazu porozumień ograniczających konkurencję nie są powszechnie znane, brak materiału do analizy praktycznej w tym zakresie. Podobnie ma się kwestia z włączeniami mającymi uzasadnienie w rozwoju technicznym, postępie czy celach społecznie pożytecznych.
Przechodząc zatem do praktycznej analizy granicy legalności klauzul cenowych w porozumieniach wertykalnych, zawieranych przez przedsiębiorców, mając jednocześnie na uwadze rodzaj ceny, która została uzgodniona, stwierdzić należy, iż:
Sztywne ceny odsprzedaży
Pionowe porozumienia, których przedmiotem jest ustalenie sztywnej ceny odsprzedaży uważane są za porozumienia, których ewidentnym celem jest ograniczenie konkurencji, a tym samym zaliczane są do porozumień ograniczających konkurencję, najsurowiej karanych przez organ antymonopolowy. Z taką postacią porozumienia będziemy mieli do czynienia wówczas, gdy np. producent zobowiąże dystrybutora swoich produktów do stosowania konkretnie wskazanej ceny odprzedaży za dany produkt, tj. ściśle określonej co do wysokości. Efekt takiego porozumienia może zostać dodatkowo wzmocniony poprzez działanie producenta polegające na systemie nagród dla dystrybutora przestrzegającego sztywnej ceny odsprzedaży (np. w postaci dodatkowego rabatu potransakcyjnego po zakończeniu danego okresu rozliczeniowego przyjętego przez strony), czy też poprzez system kar za niestosowanie się do wskazanych cen sztywnych odsprzedaży (np. w postaci zapisu w umowie o współpracy umożliwiającego jej wypowiedzenie na wypadek niestosowania się przez dystrybutora do ustalonych cen, groźby odmowy dalszych dostaw, naliczenia kar umownych, cofnięcia przyznanych rabatów lub opustów, etc.). Skoro została ustalona na sztywno cena odsprzedaży skutek będzie taki, że danego towaru lub usługi konsument nie ma możliwości nabyć w innej cenie, niż ta narzucona przez producenta dystrybutorowi, czyli np. niższej – bardziej korzystnej dla niego.
Minimalne ceny odsprzedaży
Podobnie jak ustalenie sztywnej ceny odsprzedaży, zakazane i surowo karane jest ustalanie minimalnych cen odsprzedaży. Ustalenie w ramach porozumienia minimalnej ceny odsprzedaży oznacza wyznaczenie dolnego poziomu ceny, poniżej którego np. dystrybutor nie może odsprzedawać produktów producenta (dostawcy) odbiorcy końcowemu. Katalog nagród i sankcji za stosowanie się do tych wytycznych jest zazwyczaj analogiczny do tego wskazanego w części dotyczącej sztywnych cen odsprzedaży. W opisywanym przypadku dystrybutorzy mają swobodę kształtowania cen wyłącznie powyżej ustalonego poziomu, czyli konsument może kupić dany produkt lub usługę po innej cenie, ale będzie ona tylko droższa. Prowadzi to do negatywnych skutków dla odbiorcy końcowego, w tym w szczególności dla konsumenta, ponieważ za zakupiony produkt bądź usługę musi najprawdopodobniej zapłacić cenę wyższą od tej, którą zapłaciłby w warunkach niczym nie zakłóconej konkurencji.
Maksymalne ceny odsprzedaży
W odróżnieniu od dwóch poprzednich rodzajów cen odsprzedaży, które praktycznie w każdej sytuacji będą zabronione, ustawodawca wyłącza spod zakazu porozumień ograniczających konkurencję tylko takie porozumienia w relacjach wertykalnych, w których ustalono maksymalną cenę odsprzedaży lub wprowadzono rekomendacje cenowe. Zostały bowiem objęte grupowym wyłączeniem spod zakazu porozumień ograniczających konkurencję przewidzianym w rozporządzeniu Rady Ministrów z dnia 30 marca 2011r. Porozumienie o cenach maksymalnych lub sugerowanych skorzysta z wyłączenia, jeżeli ceny maksymalne lub sugerowane rzeczywiście takimi są, tzn. nie są jedynie zawoalowanymi cenami minimalnymi lub sztywnymi i przede wszystkim ani udział w rynku właściwym dostawcy ani udział w rynku właściwym odbiorcy nie przekracza 30% (§8 w/w rozporządzenia). Pojęcie rynku właściwego jest dość płynne niestety. Z definicji legalnej wynika, że przez rynek właściwy rozumie się rynek towarów, które ze względu na ich przeznaczenie, cenę i właściwości, w tym jakość, są uznawane przez ich nabywców za substytuty oraz są oferowane na obszarze, na którym ze względu na ich rodzaj i właściwości, istnienie barier dostępu do rynku, preferencje konsumentów, znaczące różnice cen i koszty transportu, panują zbliżone warunki konkurencji. Co za tym idzie przedsiębiorca decydujący się na zawarcie takiego porozumienia musi mieć dobre rozeznanie co do wielkości swojego udziału w rynku właściwym dla danego produktu bądź grupy substytucyjnych produktów, ponieważ jest to warunek sine qua non zastosowania cen maksymalnych lub sugerowanych.
Kontynuując, maksymalna cena odsprzedaży to taka, powyżej której dystrybutor nie powinien odsprzedawać produktów producenta (dostawcy) do swych klientów. Innymi słowy, producent wskazuje tylko maksymalną wysokość ceny, powyżej której dystrybutor nie może odsprzedawać produktów do odbiorcy końcowego, może natomiast swobodnie decydować co do udzielanych opustów czy rabatów. Ocena legalności takiej praktyki musi każdorazowo uwzględniać indywidualne uwarunkowania rynkowe. W pewnych sytuacjach mogą one wpływać korzystnie na konkurencję, a tym samym przynosić pozytywne skutki dla konsumentów. W innych natomiast mogą mieć wyłącznie na celu doprowadzenie bądź też doprowadzić do eliminacji przedsiębiorców nieobjętych porozumieniem z rynku, np. poprzez stosowanie przez pewien okres czasu cen rażąco niskich, w celu eliminacji konkurentów, a następnie ich podniesienie. Obecnie producenci branży kosmetycznej coraz śmielej wykorzystują możliwość komunikowania takich cen na rynku, co znajduje odzwierciedlenie m.in. w reklamach telewizyjnych, w których podawany jest np. komunikat, że konsument może dokonać zakupu wskazanego kosmetyku w cenie nie wyższej niż 30,00 PLN.
Sugerowane ceny odsprzedaży
Samo sugerowanie / rekomendowanie dystrybutorowi cen przez producenta produktu nie stanowi naruszenia prawa konkurencji, o ile nie ogranicza jego swobody decyzyjnej dotyczącej stosowanych cen odsprzedaży, np. poprzez system kar i nagród, o których była już mowa powyżej. Zjawisko sugerowania cen w obrocie gospodarczym jest dość powszechne. Można w tym miejscu posłużyć się przykładem ogólnopolskiej reklamy w telewizji i w radio, gdzie jedna z uznanych aktorek polecając koleżance suplement diety mówi, że jest on dostępny w sprzedaży za ok 5,00 PLN.
Podkreślenia wymaga, iż dla oceny zgodności z prawem konkurencji stosowanych przez przedsiębiorców cen odsprzedaży, znaczenie ma wyłącznie ich faktyczny charakter. Zdarza się, że przedsiębiorcy mogą określać ceny jako maksymalne lub sugerowane, jednakże de facto ceny te są wynikiem ustalenia minimalnych lub sztywnych cen odsprzedaży. Na tylko pozornie zgodny z prawem charakter cen odsprzedaży może wskazywać to, że towarzyszy im stosowanie różnego rodzaju form nacisku lub zachęt ekonomicznych, które zostały wskazane we wcześniejszej części niniejszego opracowania, a które mają skłaniać strony porozumienia do określonego zachowania. Co za tym idzie nie mogą tego typu uzgodnienia być uzgodnieniami pozornymi, gdyż w tym wypadku takie zawoalowane działanie może być dodatkową przesłanką obciążającą w toku postępowania przez Prezesem UOKiK.
Tyle tytułem analizy praktycznej możliwości zawierania zgodnych z prawem porozumień wertykalnych w zakresie ustalania ceny. Niezbicie widać, że możliwości te nie są zbyt wielkie i dodatkowo obarczone koniecznością spełnienia dodatkowych warunków. Te możliwości zupełnie odpadają, jeżeli dany przedsiębiorca posiada status przedsiębiorcy dominującego na danym rynku właściwym. W praktyce oznacza to, że de facto możliwości te nie są dostępne dla wielkich podmiotów z dużymi udziałami w rynku, a jedynie dla podmiotów średnich i małych.
Naruszenie powyższych zasad i/lub niespełnienie zastrzeżonych warunków prowadzić będzie
w konsekwencji do nałożenia dotkliwych kar przez Prezesa UOKiK w przypadku wykrycia
i udowodnienia takiej praktyki mającej wpływ na ograniczenie konkurencji. Od 18 stycznia 2015r. wprowadzono również sankcje dla osób fizycznych – osób zarządzających przedsiębiorstwem.
Konkludując, stwierdzić należy, że każdy przypadek, w którym dostawca wraz z dystrybutorem ustaliłby sztywne lub minimalne ceny odsprzedaży dla dalszych odbiorców jest działaniem bezprawnym i zakazanym (nieco odmienny pogląd wyraził Sąd Najwyższy w swoich rozważaniach w uzasadnieniu wyroku z 23 listopada 2011r. w sprawie III SK 21/11 – niemniej jest to tylko jednostkowe orzeczenie). Natomiast każdy przypadek, w którym producent (dostawca) wraz z dystrybutorem ustaliłby maksymalne ceny odsprzedaży dla dalszych odbiorców lub dostawca sugerowałby ceny odsprzedaży dystrybutorowi, powinien w pierwszej kolejności zostać poddany dokładnej analizie, ze szczególnym uwzględnieniem udziałów tychże podmiotów w rynkach właściwych, na których działają, ponieważ niespełnienie tego warunku powodować będzie, że i takie działanie będzie bezprawne i zakazane.
Dopiero w dalszej kolejności, po dokładnej analizie, powinno dojść do ewentualnego wdrożenia porozumienia w życie, gdyż samo użycie fraz o cenie maksymalnej lub sugerowanej, bez spełnienia w/w warunków niczego nie rozwiąże. Opisana metoda zachowania – analizowania i szacowania ryzyk prawnych – to jeden z podstawowych elementów skutecznego programu compliance.
Autor: Justyna Czechowicz – Specjalista ds. Compliance Baumit Sp. z o.o.
Outsourcing cieszy się dużą popularnością wśród osób poszukujących pracy. Taka forma zatrudnienia ma swoje zalety, ale też posiada wiele wad. Największą z nich stanowi płaca. Marzeniem niejednego z nas jest proporcjonalne wynagrodzenie za wykonaną pracę. Pracownicy wykonujący projekty outsourcingowe często nie mają świadomości jak wiele tracą przez firmę pośredniczącą. Alternatywą
w takiej sytuacji może być RemoteWork. O różnicach między outsourcingiem
a modelem RemoteWork mówi firma Crossover – największa korporacja na świecie oferujący nowoczesny model pracy zdalnej.
Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, w jaki sposób korporacje zlecają pracę na zewnątrz? Dwie trzecie pensji pracownika wykonującego zlecenia outsourcingowe zostaje portfelu pośrednika, czyli „Outsourcera”. „Przykładem obrazującym ten proces może być specjalista zatrudniony na stanowisku Software Engineer. Jego wynagrodzenie wynosi 10$ za godzinę. Natomiast usługodawca przeznacza na realizację tego projektu 30 $. Pozostałe 20$ trafia do rąk outsourcera. Taka osoba zadaje sobie trud realizując powierzone mu zlecenie,
z czego rzeczywista wartość wykonanej pracy wynosi jedną trzecią tego, co oferuje zleceniodawca” – tłumaczy Dyrektor Generalny Crossover Per Marku Tornberg. Dostrzegając nierówność firma Crossover stworzyła innowacyjny model pracy zdalnej – RemoteWork, który spełnia wszelkie wymagania dające pełną satysfakcje osobie zatrudnionej i zatrudniającej.
RemoteWork a outsourcing?
Firma Crossover przyjęła zasadę transparentnego sposobu płacenia. Częstym przypadkiem występującym w outsourcingu jest wielokrotne zaniżanie płacy osoby wykonującej zlecony projekt. To stanowi istotny czynnik zniechęcający specjalistów do podjęcia takiej formy pracy. Aby w największym stopniu zadbać o komfort swoje pracownika w modelu RemoteWork, założono, że osoba pośrednicząca w zatrudnieniu obiera 10% kosztów pracownika, lecz od samego usługodawcy. Pracownik otrzymuje zatem 100% należnego mu wynagrodzenia. Taki efekt jest wynikiem starannych i żmudnych negocjacji prowadzonych przez specjalistów Crossover, którzy pozyskują amerykańskich pracodawców dla przyszłych pracowników z całego świata.
Odpowiedzialne korporacje zdają sobie sprawę, że z poniesionych kosztów rzędu 30$ za godzinę aż 20$ przysługuje outsourcerowi. Zdobyte doświadczenie i umiejętności są nie do przeceniania. Pracownik powinien mieć swoją odpowiednią drogę rozwoju i pobierać za nie odpowiednie wynagrodzenie. „Wszelkiego rodzaju szkolenia powiększające kwalifikacje, zapewniające szerokie spektrum rozwoju jest niezbędne do zapewnienia maksymalnej wydajności pracownika, dlatego też firma Crossover w swojej ofercie również takie usługi” – podkreśla Per Markus Tornberg. Najlepsi specjaliści potrzebują bodźców w postaci wyzwań, którym będą mogli sprostać. Takich perełek jest na świecie 1% i to właśnie oni pracują dla amerykańskich gigantów współpracując z Crossover.
Jak Crossover pozyskuje amerykańskich gigantów?
Amerykańskie korporacje chętnie angażują się we współpracę z firmą Crossover, która rekrutuje najlepszych specjalistów na rynku. Obecnie jest ich ponad 40. W samych Stanach Zjednoczonych w proces poszukiwania potencjalnych pracodawców zaangażowanych jest sztab osób. Są oni odpowiedzialni za prowadzenie negocjacji z największymi korporacjami oraz prezentują ofertę firmy, posiadającą w portfolio najlepszych ekspertów z całego świata. Nawiązując taką współpracę firmy są w stanie zapłacić kilka procent marży,
w przeciwieństwie do usług outsourcingowych, gdzie koszty rzeczywiście ponosi pracownik. Crossover nie tylko pozyskuje zleceniodawców, ale przede wszystkim poszukuje najbardziej utalentowanych specjalistów na całym świecie. Zatrudnieni pracownicy, choć pracują na zlecenie globalnych korporacji, to w praktyce ich bezpośrednim pracodawcą jest firma Crossover. W ten sposób firma bierze odpowiedzialność za cały proces rekrutacji
i selekcji kandydatów oraz proces szkolenia.
Firma NGK Ceramics Polska zwiększyła właśnie zapotrzebowanie na pracowników zatrudnianych do nowo powstałego zakładu w Dąbrowie Górniczej. Dla mieszkańców regionu oznacza to kilkaset nowych etatów. Prowadzona przez agencję zatrudnienia Manpower rekrutacja adresowana jest do kandydatów z obszarów Zagłębia oraz Śląska.
NGK Ceramics Polska jest firmą produkcyjną będącą częścią międzynarodowej grupy NGK Insulators Ltd., światowego lidera w produkcji materiałów technologicznych. NGK zatrudnia obecnie ponad 3000 pracowników i jest jednym z największych pracodawców w naszym regionie. W jej zakładach produkowane są filtry ceramiczne cząstek stałych do silników diesla DPF oraz wielkorozmiarowe substraty ceramiczne (LSH) stosowane jako wkłady katalityczne w silnikach diesla.
Prowadzona przez Manpower rekrutacja obejmuje zarówno kandydatów z obszarów Zagłębia oraz Śląska. Poszukiwani są operatorzy linii produkcyjnej, magazynierzy, a także specjaliści z obszarów automatyki, informatyki czy kontroli materiałowej. Docelowym miejscem zatrudnienia będzie zakład w Tucznawie. Wpierw jednak każdy pracownik odbędzie półroczne szkolenie z przyszłych obowiązków w zakładzie mieszczącym się w Gliwicach, dokąd będą mieli zorganizowany transport z wybranych miast Zagłębia.
– W związku z nową inwestycją NGK Ceramics w Tucznawie poszukujemy nawet kilkuset kandydatów, głównie do obsługi procesu produkcyjnego, – komentuje Magdalena Kopczyńska, Branch Supervisor w gliwickim oddziale agencji zatrudnienia Manpower. – By przyspieszyć realizację procesu, prowadzimy intensywne poszukiwania w kilku różnych miejscowościach. Liczymy na duże zainteresowanie ze strony kandydatów, bo przedstawiana przez nas oferta to szansa na stabilne zatrudnienie i dobre warunki pracy. Wynagrodzenie wzbogacone jest o premie, nagrody półroczne oraz benefit sportowy i prywatną opiekę medyczną, – dodaje przedstawiciel Manpower.
Gothaer Towarzystwo Ubezpieczeń S.A. w 2015 roku osiągnęła 598,767 mln zł składki przypisanej brutto, w tym 3,5 proc. wzrostu udziału ubezpieczeń pozakomunikacyjnych w portfelu spółki. W 2016 roku Gothaer kończy wdrożenie strategii Go2016, której celem była pełna restrukturyzacja Spółki. Firma przygotowuje się także do startu strategii rozwoju na kolejne 5 lat.
Anna Włodarczyk-Moczkowska, prezes zarządu Gothaer TU S.A.
– W 2015 roku zamknęliśmy ostatnie etapy realizacji strategii Go2016. Biorąc pod uwagę wymagające otoczenie rynkowe nasz wynik jest efektem balansu pomiędzy inwestycjami w restrukturyzację i rozwój spółki, dynamiką biznesu i zachowaniem długoterminowego bezpieczeństwa. Zrównoważony portfel Spółki uzyskujemy poprzez zwiększanie udziału pozakomunikacyjnych linii biznesowych w pionie detalicznym i korporacyjnym. Koncertujemy się na stałym podnoszeniu jakości obsługi Klientów.W 2015 roku wprowadziliśmy szereg usprawnień, które podniosły satysfakcję z kontaktu z Gothaer – powiedziała Anna Włodarczyk-Moczkowska, Prezes Zarządu Gothaer TU S.A.
W 2015 roku Gothaer TU S.A. osiągnęła 598,767 mln zł składki przypisanej brutto, co oznacza wzrost o 5 proc. w stosunku do 2014 roku (składka przypisana brutto w 2014 r: wynosiła 569,86 mln zł). Spółka odnotowała stratę netto w wysokości -59, 491 mln zł. Wynik techniczny za 2015 rok wyniósł -69,594 mln zł. Jest on bezpośrednią konsekwencją trudnego otoczenia rynkowego. Biorąc pod uwagę zmiany zachodzące w otoczeniu rynkowym, w szczególności sytuacji legislacyjnej oraz rozwój trendów w zakresie likwidacji szkód powoduje, że Spółka zdecydowanie zwiększa bezpieczeństwo Klientów poprzez stałe wzmocnienie poziomu rezerw i wskaźników wypłacalności. Na koniec 2015 roku wskaźnik wypłacalności wyniósł 161 proc., natomiast na dzień 1.01.2016 r. w reżimie Solvency II wyniósł on 125 proc.
Od momentu przejęcia firmy przez Grupę Gothaer, Spółka osiągnęła stabilność finansową i stworzyła podstawę do przyszłego rozwoju. W ramach ostatniego etapu realizacji strategii Go2016 w 2015 roku Gothaer TU S.A. zrestrukturyzował portfel, bez utraty dotychczasowych, wartościowych kontraktów. W efekcie podejmowanych działań w 2015 roku odnotowano 3,5 proc. wzrost segmentu ubezpieczeń pozakomunikacyjnych rok do roku w portfelu Spółki. Równocześnie Gothaer w tym samym okresie odnotował spadek o 2,9 proc. udziału ubezpieczeń OC komunikacyjnego w portfelu do poziomu 38,4 proc.
– Jesteśmy bardzo dumni z tego, co Gothaer osiągnął do tej pory w Polsce, w szczególności w związku z trudną sytuacją rynkową. Nasze plany na przyszłość zakładają koncentrację na poprawie zysku – podkreślił Thomas Leicht, Przewodniczący Rady Nadzorczej Gothaer TU S.A. oraz Prezes Zarządu Gothaer Allgemeine AG
Strategia Gothaer zakłada tworzenie elastycznych rozwiązań dedykowanych niszom rynkowym. Przykładem tego typu rozwiązań są ubezpieczenia energii odnawialnych oferowanych przez Spółkę w Polsce. Grupa Gothaer jest jednym z liderów na rynku europejskim w zakresie tego typu rozwiązań, ubezpiecza ponad 15 000 farm wiatrowych, z których większość (14 000, w ub.r. ok. 12 000) znajduje się w Europie. Rozwiązania proponowane na rynku polskim są przykładem wykorzystania unikalnego know-how, które dzięki przynależności do niemieckiej grupy kapitałowej można implementować na naszym rynku. To przykład przekazywania wiedzy i doświadczenia zgromadzonego przez niemal 200 lat działania w europejskiej branży ubezpieczeniowej.
Realizacja strategii Go2016 oraz przeprowadzenie kluczowych z jej punktu widzenia wdrożeń było możliwe nie tylko dzięki wsparciu Grupy, ale przede wszystkim dzięki wiedzy, doświadczeniu i kompetencjom pracowników Gothaer TU S.A. w Polsce.
– Jednym z wyzwaniem po restrukturyzacji było zbudowanie zespołu ukierunkowanego na osiągnięcie celów Spółki. W ciągu ostatnich 5. lat pozyskaliśmy i wykształciliśmy profesjonalny zespół, który z powodzeniem realizuje kolejne zadania – podkreśla Anna Włodarczyk-Moczkowska.
W 2015 roku Gothaer wprowadził nowe systemy i procedury, dzięki czemu zarządzanie procesami biznesowymi zostało w pełni zautomatyzowane. Wprowadzenie GoApp, czyli aplikacji BPM (Business Process Management) skróciło czas procedowania wszelkich zgłoszeń od Klientów. Wysoka jakość obsługi, to jeden z filarów podejmowanych przez Spółkę działań. Na początku 2016 roku zostały one docenione – Gothaer został po raz drugi wyróżniony tytułem „Gwiazda Jakości Obsługi 2016”, który jest przyznawany firmom w wyniku badania opinii wśród konsumentów. Wpływ na pozytywną rekomendację miały bez wątpienia wdrożenia, które w 2015 roku zostały wprowadzone z myślą o Klientach Spółki. Od końca października Bezpośrednia Likwidacja Szkody w Gothaer działa jako połączenie modelu cesji i porozumienia PIU, gwarantując wszystkim Klientom najwyższą jakość likwidacji szkody z ubezpieczenia OC sprawcy i minimum formalności w momencie szkody komunikacyjnej. Gothaer wprowadził także takie rozwiązanie jak GoWarsztat, czyli usługę która pozwala na całkowicie bezgotówkową naprawę samochodu w licencjonowanych warsztatach. Spółka jako jedna z pierwszych na rynku wprowadziła LiveChat – nowoczesny kanał komunikacji dostępny dla klientów jako kolejna opcja kontaktu z firmą.
– Nasze działania na przyszłość są ukierunkowane na kompleksowe ubezpieczanie Klientów, oferując im produkt dostosowany do ich potrzeb w czasie oraz w kanale dystrybucji przez nich preferowanym. Biorąc pod uwagę uwarunkowania rynkowe koncentrujemy się na wypracowaniu takiego modelu biznesowego, który pozwoli zwiększyć satysfakcję Klientów oraz zapewnić bezpieczeństwo finansowe. Kierunek, w którym wspólnie zmierzamy to efektywność oraz rentowność naszej organizacji. Czynnikiem, który będzie miał wpływ na branżę ubezpieczeniową, ale nie tylko, jest rozwój technologii oraz gracze, którzy zaskoczą rynek nowatorskim modelem biznesowym– mówi Anna Włodarczyk-Moczkowska, prezes zarządu Gothaer TU S.A.
Najważniejsze dane poniedziałku, czyli informacje o zamówieniach w niemieckim przemyśle, pojawiły się wczesnym rankiem, więc dalsza część dnia powinna przebiegać w klimacie analizowania tego, co już się wydarzyło albo co może się jeszcze wydarzyć w najbliższej przyszłości. Poza Niemcami, niedziela przyniosła ciekawy pakiet danych z Chin (giełdy, po pierwszej negatywnej reakcji, przyjęły je pozytywnie). Dane z niemieckiej gospodarki były zaskakująco dobre, indeks Sentix, mierzący nastroje wśród inwestorów, też wypadł lepiej do prognoz. Wygląda na to, że Bundesbank nie ma powodów do niepokoju.
Nawet jeżeli gospodarka nie sprawia Niemcom kłopotów, to o ból głowy przyprawia ich Grecja. To zresztą nie tylko problem Berlina, ale całej strefy euro. Na dzisiaj Eurogrupa zwołała nadzwyczajne spotkanie, bo Ateny nie chcą spełnić wszystkich żądań wierzycieli. Parlament grecki zaakceptował wczoraj reformę emerytalną i zmiany w podatkach, ale nie chce iść na dalsze ustępstwa. Co więcej, w Niemczech słychać głosy, że trzeba rozpocząć rozmowy na temat redukcji długu Grecji (ciekawe, jaki wpływ na pojawienie się takich opinii, wyrażanych również przez wysokich urzędników państwowych, ma kryzys imigracyjny). Euro może być dziś czułe na doniesienia z Brukseli.
Ameryka nie ma w poniedziałek wiele do zaoferowania, ale po piątkowych nierozstrzygających danych z rynku pracy, na szczególną uwagę zasługują deklaracje przedstawicieli Rezerwy Federalnej. Dzisiaj wypowiada się Charles Evans i Neel Kashkar, a bardzo mocna reprezentacja Fed pojawi się w czwartek. Ważny dla dolara i dla prognozowania polityki Rezerwy Federalnej będzie piątek, kiedy zostanie opublikowany odczyt sprzedaży detalicznej.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
– Pięć lat pracowałem w tym banku i nigdy nie dostałem umowy o pracę na stałe. Raz nawet za karę dostałem umowę zlecenie – ujawnia money.pl były już pracownik SK Banku. Takich osób jak on jest dziś około 60. Wszyscy zostali na lodzie, choć niektórzy pracowali tam po kilkanaście lat. W umowach pogubił się nawet syndyk, który pracowników zwolnił dwukrotnie.
W grudniu 2015 r. sąd ogłosił pierwszą od 15 lat upadłość w bankowości. Padł Spółdzielczy Bank Rzemiosła i Rolnictwa w Wołominie, znany jako SK Bank. Klientów uratował Bankowy Fundusz Gwarancyjny, który w takich sytuacjach wypłaca depozyty do kwoty 100 tys. euro.
O pracownikach upadłego banku mówi się niewiele. Tymczasem okazuje się, że od lat zatrudniano w nim ludzi na umowy na czas określony, choć już nie wolno tak robić. Teraz syndyk wręcza im wypowiedzenia z 14-dniowym okresem wypowiedzenia.
Pan Marek przepracował w SK Banku ponad pięć lat. Zaczął w 2011 r, skończył 31 marca 2016 r. Wypowiedzenie z taką datą wręczył mu syndyk, który teraz rządzi w banku.
Po pięciu latach pracy pan Marek miał 14 dni na spakowanie swoich rzeczy. Dlaczego nie trzy miesiące? Bo bank miał taką politykę.
– Pracując w SK Banku było się skazanym na ciągłe umowy na czas określony. W moim przypadku przez pięć lat pracy zawarłem cztery umowy, w tym pierwsza na okres próbny oraz jedna umowa-zlecenie. Tę ostatnią dostałem za karę, bo pracując w zespole kredytów, nie zakładałem kont osobistych. A ja na to zwyczajnie nie miałem czasu. Często pracowałem po 10-11 godzin plus dojazdy – opowiada rozgoryczony pracownik.
Jest przekonany, że „kara” była po to, by przerwać ciągłość umów o pracę na czas określony i nie podpisać z nim kolejnej już bezterminowej umowy. Spośród 300 pracowników SK Banku, razem z nim wypowiedzenia niedawno otrzymało ok. 60 osób.
– Umowy były często aneksowane, by w ten sposób uniknąć łamania prawa, a z tego, co do mnie dotarło, to są osoby, które miały nawet po kilkanaście umów o pracę na czas określony w przeciągu kilkunastu lat – twierdzi zwolniony pracownik.
Rekrutacja pracowników to dla pracodawców nie tylko stres, ale coraz częściej także strata czasu i wysokie koszty. Na przestrzeni ostatnich 4 lat wydatki związane z pozyskaniem pracownika wzrosły o 40% – wynika z raportu Saratoga Human Capital Benchmarking 2015 autorstwa PwC. Wniosek? Coraz bardziej opłaca się zatrzymać pracownika w firmie i inwestować w jego rozwój niż szukać nowego.
Zgodnie z wyliczeniami twórców raportu firma, która chce zatrudnić nową osobę, musi liczyć się ze średnimi kosztami rekrutacji na poziomie 2640 zł. Jeśli przedsiębiorstwo działa w branży produkcyjnej, to koszt rekrutacji rośnie znacząco – nawet do 4300 zł. To jednak dopiero początek wydatków – Należy liczyć się z tym, że na początku pracownik nie będzie wykonywał swoich obowiązków ze 100% wydajnością. Potrzebuje przynajmniej kilku tygodni na wprowadzenie do firmy i zaadoptowanie się do jej oczekiwań i kultury organizacyjnej. Szacuje się, że pracownik dopiero po 3 miesiącu pracy zaczyna przynosić firmie zysk – zauważa Anna Węgrzyn, kierownik projektu mHR EVO w BPSC SA i wieloletni praktyk HR. Warto pamiętać też o tym, że rekrutacja wcale nie musi zakończyć się sukcesem – Może się okazać, że wybór danego kandydata był nietrafiony. Wówczas koszty całego procesu diametralnie rosną. Nietrafiona rekrutacja może też wpływać destrukcyjnie na atmosferę w zespole, do którego trafia pracownik, jakość i ilość wykonanej pracy i w konsekwencji na wyniki całej firmy – dodaje Anna Węgrzyn z BPSC.
Koszty rosną już od kilku lat
PwC podkreśla, że nakłady na rekrutację zewnętrzną rosną nieprzerwanie od 2011 r., wydłuża się też czas niezbędny do pozyskania nowego pracownika. Obecnie wynosi on 33 dni, na przestrzeni ostatnich czterech lat zwiększył się o 43%. Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka: to m.in. zwiększona rotacja pracowników, deficyt osób o pożądanych kompetencjach a także wieloetapowe procesy weryfikacji kandydatów. Nie bez znaczenia jest także odpływ wielu, bardziej przedsiębiorczych Polaków w wieku produkcyjnym za granicę, który zmniejszył podaż kompetencji na rynku pracy. Ewelina Rypińska-Cywińska, Partner Zarządzający w firmie doradczej Exellon zwraca uwagę, że tylko w samej Wielkiej Brytanii mieszka blisko milion naszych rodaków. Zmienia się także struktura naszej gospodarki a w konsekwencji zapotrzebowanie na określone kompetencje – Problemy o charakterze społeczno – demograficznym oraz rynku pracy, z którymi dziś stykają się kraje Europy Zachodniej – stale zwiększający się odsetek osób w wieku poprodukcyjnym w stosunku do osób aktywnych zawodowo, czy też problem z obsadzeniem stanowisk nie wymagających wysokich kwalifikacji, a zatem także niezbyt atrakcyjnie opłacanych – dosięgają także nas. Wzrost kosztów rekrutacji jest w tej sytuacji nieunikniony – tłumacz Ewelina Rypina-Cywińska z Exellon.
Można byłoby je zmniejszyć gdyby analizowano skuteczność całego procesu rekrutacji. Z badań przeprowadzonych w ubiegłym roku przez firmę BPSC wynika jednak, że robi to zaledwie połowa firm i to w ograniczonym zakresie. W większości dlatego, że HR-owcy nie mają do tego odpowiednich narzędzi – Jeśli rekruterzy nie wiedzą które metody i kanały rekrutacji sprawdzają się najlepiej, jacy kandydaci aplikują do firmy, to w obliczu deficytu specjalistów i udziału kandydatów w kilku projektach rekrutacyjnych jednocześnie, szanse na szybką, efektywną i tanią rekrutację maleją – zauważa Anna Węgrzyn z BPSC.
Rezygnacja? To jakby stracić ponad 50 tys. zł
To jednak i tak nie rozwiązałoby wszystkich problemów. Wyniki badania PwC wskazują, że w firmach rosną nie tylko koszty rekrutacji, ale też absencji oraz rezygnacji pracowników. W ciągu ostatnich czterech lat oba te wskaźniki wzrosły o odpowiednio 21% i 14%. Wynika to w dużej mierze z większej otwartości pracowników na zmianę pracodawcy. Coraz liczniejsze na rynku pracy pokolenie Y czy Z chętniej zmienia pracodawcę, który nie spełnia ich oczekiwań – Powoli do lamusa odchodzą postawy dotychczas dość często reprezentowane przez pracowników, którzy w czasie choroby nadal wykonywali swoje obowiązki służbowe. Także firmy patrzą bardziej dalekowzrocznie wysyłając pracowników na zwolnienie, by nie dopuścić do rozprzestrzenienia się choroby – zwraca uwagę Ewelina Rypina-Cywińska z Exellon.
Według danych PwC przeciętny koszt rezygnacji pracownika wyniósł 50 300 zł a absencji 10 500 zł. To sygnał dla pracodawców, że muszą zmienić strategię zarządzania pracownikami – W sytuacji, gdy rośnie chęć do zmiany pracodawcy a jednocześnie wzrastają koszty zewnętrznej rekrutacji, firmy powinny przede wszystkim postawić na rekrutację wewnętrzną, rozwój kompetencji już zatrudnionych osób i zwiększenie poziomu dopasowania do stanowiska, bo to jedna z przyczyn absencji i rezygnacji z pracy. Nie da się jednak tego zrobić bez informatyzacji i narzędzi analitycznych. Liczba danych i zmiennych już w tej chwili jest ogromna a przecież cały czas się zwiększa – tłumaczy Anna Węgrzyn z BPSC.
Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Cedefop, Europejskie Centrum Kształcenia Zawodowego, Polska znajduje się w pierwszej dziesiątce państw o najwyższym poziomie niedopasowania kompetencyjnego. Aż 39% Polaków wykonuje zadania poniżej swoich kompetencji. W przypadku liderów zestawienia poziom niedopasowania jest niemal dwukrotnie niższy.
Sektor IT jest obecnie jednym z najszybciej rozwijających się obszarów na polskim rynku. Firmy coraz chętniej wdrażają specjalistyczne oprogramowanie, aby podnieść wydajności procesów biznesowych czy poprawić poziomu obsługi klienta. W związku z tym systematycznie rośnie zapotrzebowanie na specjalistów IT. Co to oznacza dla potencjalnego pracodawcy? Jest to sygnał, że ma do czynienia z rynkiem pracownika, gdzie popyt na pracownika przerasta podaż. Wiele firm decyduje się na samodzielne poszukiwanie kandydata, jednak w przypadku przedsiębiorców nie związanych na co dzień z nowymi technologiami, którzy poszukują kadry IT do obsługi swojej infrastruktury czy też potrzebują wsparcia informatycznego w realizacji konkretnego projektu, praktycznym rozwiązaniem okazuje się outsourcing IT.
Jak podaje serwis pracuj.pl, aktualnie w Polsce jest ponad 5700 ofert pracy dla osób, które posiadają kompetencje w obszarze administracji oraz rozwoju oprogramowania. Tak duży wybór sprawia, że specjaliści jasno precyzują swoje wymagania, rosną ich oczekiwania, a zainteresowanie skupia się wyłącznie na tych propozycjach, które w 100% spełniają kryteria przyszłej, idealnej pracy. W związku z tym, obok atrakcyjnego wynagrodzenia, firmy prześcigają się w różnych benefitach poza płacowych tj. prywatna opieka medyczna, karnet na siłownię czy nauka języka obcego. Jak zatem znaleźć tego najlepszego z najlepszych?
„Na popularności systematycznie zyskuje outsourcing kadry IT. Jest to rozwiązanie, które pozwala czasowo zasilić własny zespół o dodatkowych pracowników, bez konieczności ich zatrudniania na stałe. Kolejną opcją jest outsourcing projektowy, gdzie realizację projektu powierzamy w całości firmie zewnętrznej, specjalizującej się w danej dziedzinie. Przykładowo, jeśli projekt zakłada produkcję oprogramowania, firma outsourcingowa przeprowadzi analizę, implementację, szkolenia, aż po bieżące utrzymanie i rozwój systemu. Jeśli przedsiębiorca chce na stałe zatrudnić pracownika o kompetencjach IT, jednak zagadnienia typu JAVA, JEE, CSS3 czy choćby AngularJS brzmią dla niego dosyć enigmatycznie, warto rozważyć zlecenie rekrutacji na zewnątrz” – tłumaczy Anna Borowska – Szlaga Senior Recruitment & Outsourcing Consultant w Infinite IT Solutions.
Decydując się na samodzielne poszukiwania kandydata do pracy, należy zacząć od samej oferty pracy, która powinna się wyróżniać spośród innych propozycji zawodowych i zawierać kluczowe informacje: opis projektu i wykorzystywanych technologii, stawkę, formę współpracy oraz lokalizację. Kolejnym elementem, ważnym dla procesu rekrutacji i znalezienia najlepszego pracownika jest bezpośredni kontakt, podczas którego rekruter jest w stanie przekazać więcej szczegółowych informacji, które mogą okazać się kluczowymi w momencie podejmowania decyzji. Nie mniej istotną kwestią jest obecność firmy na portalach branżowych (Linkedin, Goldeline czy w mediach społecznościowych Facebook, Twitter, Google+) oraz udział w wydarzeniach branżowych, które także wspierają pozyskanie specjalistów IT.
Biorąc pod uwagę dynamiczny rozwój samej branży IT, systematycznie pojawiać się będzie zapotrzebowanie na nowe kompetencje, tak więc należy się spodziewać, że w niedalekiej przyszłości stosowane metody rekrutacji będą ewoluować w kierunku tych zmian.
Warszawa, Kraków, Poznań, Wrocław, Trójmiasto – 9 maja 2016 r. – Uber ogłasza partnerstwo z Alior Bankiem w zakresie kompleksowej wymiany usług. Inicjatywa dwóch podmiotów z branży technologicznej i bankowej jest pierwszą tego typu współpracą na polskim rynku. Partnerstwo Ubera z polskim bankiem obejmie trzy obszary działań: wymianę usług biznesowych (uruchomiona w kwietniu funkcjonalność aplikacji Uber dla Firm zostanie wprowadzona dla pracowników Alior Banku jako pierwszego dużego klienta korporacyjnego, finansowanie samochodów dla kierowców korzystających z aplikacji Ubera); wzajemną promocjędla konsumentów obejmującą m.in. kody rabatowe na przejazdy zamawiane przez aplikację Uber dla klientów Alior Banku oraz technologiczną (możliwość zamawiania przejazdów oferowanych przez partnerów Ubera bezpośrednio poprzez aplikację Alior Banku).
Dla Alior Banku współpraca z Uberem – najszybciej rosnącą firmą technologiczną na świecie – jest kolejnym krokiem w rozwijaniu portfela innowacyjnych usług, obok Alior Sync, obecnie T-Mobile Usługi Bankowe, Internetowego Kantoru Walutowego, czy przełomowych bankowych aplikacji mobilnych.
– Alior Bank od początku swojej działalności oferuje klientom innowacyjne, niedostępne dotąd na polskim rynku produkty i usługi. Jestem przekonany, że alians obu tak innowacyjnych firm przyniesie wiele korzyści naszym klientom, pracownikom i samym firmom – mówi Tomasz Motyl, Chief Innovation Officer w Alior Banku. – Za współpracę z Uberem odpowiada istniejący od 2015 r. Alior Innovation Lab – specjalna jednostka Banku skupiona na projektowaniu doświadczeń użytkownika, tworzeniu zaawansowanych technologicznie produktów i usług oraz współpracy z firmami z branży fin tech – dodaje Motyl.
Kacper Winiarczyk, dyrektor generalny Ubera w Polsce, zwraca uwagę na konieczność adaptacji tradycyjnych modeli biznesowych do wyznaczników nowej gospodarki, której zasady dyktują coraz częściej nie firmy, ale coraz bardziej wymagający konsumenci.
– Uber i Alior Bank to firmy, które powstały w podobnym czasie ważnych zmian na rynku usług konsumenckich. Współcześni młodzi ludzie nawigują swoje codzienne życie z poziomu smartfona – to tam chcą dokonywać zakupów, obsługiwać produkty finansowe czy zamawiać przejazdy w wygodny i bezpieczny sposób – mówi Winiarczyk. –Tworzenie innowacyjnych rozwiązań, które stanowią odpowiedź na te potrzeby, leży głęboko zarówno w DNA Ubera, jak i Alior Banku.Cieszymy się, że to właśnie polski bank, który wyznacza trendy w finansach konsumenckich, jest naszym pierwszym tak dużym partnerem biznesowym w Polsce– dodaje Winiarczyk.
Uber, którego usługi dostępne są w 400 miastach w 69 krajach, podejmuje współpracę w zakresie wymiany usług z wieloma innowacyjnymi firmami z branży finansowej na świecie. Poza Polską, podobne umowy firma podpisała m.in. z PayPal w Szwecji, Axa Assistance we Francji, Goldman Sachs w USA, Wesbank w RPA, czy z Tata w Indiach.
Słabe dane z chińskiej gospodarki. Stopy procentowe w Polsce bez zmian. Słabsze dane z amerykańskiego rynku pracy. Pakiet oszczędności w Grecji. Ceny w Szwajcarii spadają.
W weekend poznaliśmy dane z Chin. Były one wyraźnie gorsze od oczekiwań. O ile eksport spada w ciągu roku o zaledwie 1,8%, przy oczekiwaniach 1%, o tyle gorzej jest z importem. Spadek wynosi aż 10,9% i jest to znacznie powyżej oczekiwanych 5%. W rezultacie nadwyżka handlowa wzrosła niemal 1,5 raza względem tej sprzed roku. Dane te pokazują, że pomysł Chin z przejściem na popyt wewnętrzny napotyka poważne problemy.
Stopy procentowe w Polsce zgodnie z oczekiwaniami nie zostały zmienione. Niemal wszystkie czynniki przemawiały za pozostawieniem ich na obecnym poziomie. Dane makroekonomiczne z kraju są dobre, ale nie aż tak, by podnosić koszt pieniądza. Obecny poziom nie jest barierą w dostępie do kapitału. Większą blokadą dla inwestycji jest spowolnienie w Polsce i krajach sąsiadujących. Nie bez znacznie jest też strach przed piątkową decyzją Moody’s w sprawie ratingu Polski. Rynek walutowy jest już w wystarczająco dużym napięciu.
Słabsze dane nadeszły z amerykańskiego rynku pracy. Zmiany zatrudnienia w USA były znacznie niższe od oczekiwań. W sektorze pozarolniczym było to 160 tysięcy wobec oczekiwanych 200 tysięcy, w sektorze prywatnym – 171 wobec oczekiwanych 190 tysięcy. Inwestorzy byli przygotowani na słabsze informacje, po tym jak kolejny tydzień czwartkowa liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych okazała się wyższa od oczekiwań. Również w Kanadzie dane były słabe. Zmiana zatrudnienia była ujemna i wyniosła -2,1 tysiąca. Bezrobocie utrzymało się na poziomie 7,1%.
W Grecji kolejny pakiet oszczędnościowy został przyjęty przez parlament. Okazuje się, że w rezultacie partia, która doszła do władzy pod hasłem zerwania z oszczędnościami i brakiem reform, jest największym reformatorem gospodarki od lat. W parlamencie głosowanie przeszło niewielką większością głosów, aczkolwiek rząd dalej ma jeszcze kilku posłów zapasu. Pakiet jest warunkiem otrzymania międzynarodowej pomocy. Zawiera wzrost podatków od prądu i wody oraz spadek wydatków emerytalnych.
Rano pojawiły się dobre dane o niemieckiej gospodarce. Zamówienia w przemyśle rosną szybciej niż oczekiwali analitycy. Poznaliśmy również inflację w Szwajcarii. Ceny spadają w ciągu roku o 0,4%. To i tak lepiej niż oczekiwali analitycy, którzy spodziewali się spadku o 0,6%. Tak silny spadek spowodowany jest, oprócz cen surowców, kursem franka. Import stał się od wzrostu kursu szwajcarskiej waluty znacznie tańszy, co wpływa na poziom cen.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl