Kandydatura Adama Glapińskiego na prezesa NBP dobrze przyjęta przez środowisko. Szybkich zmian stóp nie należy oczekiwać

CEO Magazyn Polska

Prezydent Andrzej Duda przedstawił swoją kandydaturę na stanowisko prezesa NBP. Zgodnie z oczekiwaniami rynku wytypowany został prof. Adam Glapiński, wykładowca Szkoły Głównej Handlowej i były członek Rady Polityki Pieniężnej. Kandydatura ta jest jednogłośnie pozytywnie oceniana przez ekspertów. Nie spodziewają się oni zmian poziomu stóp w najbliższych kwartałach.

– Co do kandydatury zgłoszonej przez prezydenta Dudę, to tutaj zaskoczeń nie było – inwestorzy i rynki finansowe spodziewały się tej kandydatury i myślę, że zostanie ona dobrze przyjęta. Nie ma tutaj żadnych rewolucyjnych zmian, w miarę przewidywalne poglądy, również doświadczenie związane z uczestnictwem w poprzednim składzie Rady Polityki Pieniężnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Roman Przasnyski, główny analityk Gerda Broker.

Profesor Adam Glapiński, choć od lat związany z PiS-em, jest pozytywnie oceniany także przez polityków i ekspertów opozycyjnych wobec rządzącej partii. Od 2010 do lutego 2016 roku był członkiem Rady Polityki Pieniężnej. Z jego wypowiedzi wnioskować można, że w najbliższym czasie żadnych zmian poziomu stóp nie poprze, bo nie miałyby one praktycznego skutku, a wprowadziły niepotrzebny niepokój na rynkach.

– Stojące przed nowym prezesem i całą Radą Polityki Pieniężnej wyzwania nie są aż tak wielkie – przekonuje Przasnyski. – Można powiedzieć, że nasza polityka pieniężna jest prowadzona w sposób dość stabilny i na tle problemów, jakie mają inne banki centralne świata, to właściwie Rada Polityki Pieniężnej ma tutaj dość komfortową sytuację, co nie znaczy, że zmiany stóp nie nastąpią. Natomiast w bliskiej perspektywie czynników, które skłaniałyby do takich ruchów, czy to w kierunku obniżenia, czy podwyższenia stóp procentowych, nie widziałbym.

Parę dni temu Rada Polityki Pieniężnej, choć w nowym składzie, pozostawiła stopy bez zmian. Taka sytuacja trwa od marca 2015 roku, gdy po raz ostatni zostały one obniżone. Ponieważ gospodarce nie dokucza ani inflacja, która mogłaby popchnąć Radę do duszących gospodarkę podwyżek stóp, ani słabe tempo wzrostu gospodarczego, które mogłoby skłonić bank centralny do obniżek napędzających wzrost cen, nie ma powodu do zmian.

– Właściwie jednym z takich czynników, który mógłby być brany pod uwagę i który mógłby być powód do niepokoju Rady Polityki Pieniężnej, jest kurs walutowy – zastrzega Przasnyski. – Jeżeli będziemy mieli do czynienia z jakąś dużą niestabilnością w tym obszarze, to właściwie tutaj jakieś narzędzia polityki pieniężnej, czyli np. stopy procentowe, mogłyby zostać użyte, ale to tylko w przypadku długookresowego trendu, trwalszej presji na naszą walutę.

Drugim aspektem, który może wymusić zmiany na stabilnym rynku, mogłoby być rozstrzygnięcie kwestii przewalutowania kredytów frankowych, co mogłoby się odbić na kondycji banków, ich wskaźnikach i w konsekwencji – zdolności i skłonności do udzielania kredytów przedsiębiorcom. Zdaniem analityka, bank w takiej sytuacji sięgnie jednak raczej po inne narzędzia.

– Myślę, że gdyby doszło do jakichś kłopotów w tym zakresie, bo już są jakieś sygnały pewnego zaostrzenia polityki banków wobec kredytobiorców, również tych komercyjnych, to Rada Polityki Pieniężnej stosowałaby raczej inne mechanizmy niż zmiany wysokości czy obniżenie stóp procentowych – ocenia. – Raczej byłyby to mechanizmy podobne do tych, które stosuje Europejski Bank Centralny, czyli pożyczki udzielane przez bank centralny poszczególnym bankom z myślą o przekazaniu później w formie kredytu dla przedsiębiorców.

Od maja firmy zyskały dostęp do pierwszych 670 mln zł w ramach Planu Inwestycyjnego dla Europy

CEO Magazyn Polska

Na kilka dni przed obchodzonym 9 maja Dniem Europy uruchomiono w Polsce dostęp do pierwszych tanich pożyczek dla przedsiębiorców na pobudzenie innowacyjnych inwestycji w ramach planu Junckera. Plan ten zakłada, że w całej Unii do 2018 roku uruchomione zostaną inwestycje o wartości 315 mld euro, dzięki czemu powstanie około miliona miejsc pracy. W Polsce pierwsze projekty już ruszyły.

Trzeba przypomnieć sobie, dlaczego w ogóle powstał pomysł stworzenia takiego planu dla Europy. Od kryzysu gospodarczego w latach 2007–2008 gospodarki wróciły do swojego poprzedniego poziomu pod względem PKB, stopy bezrobocia, natomiast poziom inwestycji pozostał na poziomie kryzysowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Świtalski z Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. – Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker już na samym początku swojej kadencji zainicjował program Planu Inwestycyjnego dla Europy tak, aby inwestycje ruszyły i powróciły do poziomu przedkryzysowego.

Program ruszył w ubiegłym roku. W Polsce w ramach tzw. okienka dla MŚP na razie podpisano pięć umów z instytucjami finansowymi, które będą wspierać firmy w inwestycjach. Mali i średni przedsiębiorcy mogą liczyć na preferencyjny leasing i pożyczki o łącznej wartości 670 mln zł.

Plan przewiduje, że do 2018 roku 315 mld euro pójdzie na nowe inwestycje. Mówimy o inwestycjach, których podmioty publiczne nie mogłyby same sfinansować, więc mamy mobilizację kapitału inwestycyjnego z rąk prywatnych, z innych przedsiębiorstw. Chodzi tak naprawdę o szukanie fajnych pomysłów na innowacyjne, duże projekty i jednocześnie znajdowanie dla nich inwestorów – podkreśla Świtalski.

Uruchomione instrumenty to elementy Europejskiego Funduszu na rzecz Inwestycji Strategicznych, który jest jednym z narzędzi w planie Junckera. Fundusz zakłada także wsparcie dużych projektów infrastrukturalnych.

Projekty w ramach planu powinny być powyżej 10 mln euro. Są to spore projekty, ale też małe i średnie przedsiębiorstwa łapią się w ten pułap. W Polsce jest jeden projekt, który został już podpisany, jest w trakcie realizacji i doprecyzowania. To projekt rozbudowy mleczarni – mówi Piotr Świtalski. – Kolejnych 5–6 projektów jest w fazie przygotowywania.

Projekty, które chcą uzyskać tanie finansowanie zwrotne, muszą spełniać kryteria wyznaczone w planie Junckera, jak innowacyjność, wsparcie integracji i gospodarki cyfrowej, unię energetyczną.

W ramach planu powstaje portal projektów inwestycyjnych, który ma na celu zbliżanie do siebie pomysłodawców, czyli przedsiębiorstwa, które mają jakiś projekt, na który szukają finansowania, i inwestorów z drugiej strony.

W skrócie to jest EIPP – European Investment Project Portal – mówi Piotr Świtalski. – Na tym portalu nie tylko jest możliwość znalezienia inwestorów dla swoich projektów czy projektów dla pieniędzy, które chcemy zainwestować, lecz także są informacyjne o tym, jak znaleźć konsultanta, który nam doradzi, jak napisać projekt, jak znaleźć najlepszych inwestorów. Jest to cała baza wiedzy, z której mogą czerpać obie strony.

Zgodnie z założeniami plan ma pomóc w stworzeniu miliona nowych miejsc pracy w całej Unii.

Trzeba pamiętać o tym, że plan inwestycyjny jest odrębnym narzędziem od innych narzędzi finansowych, które Unia Europejska oferuje. Polska jest dużym beneficjentem funduszy strukturalnych w przeciwieństwie do starszych państw członkowskich, więc tutaj te proporcje mogą wyglądać inaczej – mówi Świtalski. – Projekt planu jest przewidziany do 2018 roku, a co dalej, to zobaczymy.

Plan Inwestycyjny dla Europy to jeden z motywów przewodnich tegorocznego Dnia Europy. Innym jest mobilność i korzyści, jakie płyną z tego dla obywateli, turystów, pracowników i przedsiębiorców.

W tym roku konsumpcja cydru w kraju może wzrosnąć do 15 mln litrów. To może być polski hit eksportowy

CEO Magazyn Polska

Polacy pokochali cydr. Jego spożycie rośnie w tempie dwucyfrowym i szacuje się, że w tym roku sięgnie 15 mln litrów. W porównaniu do spożycia piwa to jednak wciąż niewiele. – Dziś to ok. 0,3 proc. konsumpcji piwa, ale potencjał oceniamy na 1–2 proc. – przekonują producenci Cydru Lubelskiego. To oznacza konsumpcję na poziomie 40–80 mln litrów rocznie. Cydr ma również szansę zdobyć zagraniczne rynki. Do tego jednak konieczne są regulacje, które będą wspierać produkcję napoju z krajowych jabłek.

Po trzech latach od wprowadzenia cydru na pewno możemy mówić o wielkim sukcesie. Rynek rośnie. W 2015 roku znacznie przekroczył 10 mln litrów, spodziewamy się, że w tym roku wzrost będzie ponownie kilkudziesięcioprocentowy – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Robert Ogór, prezes zarządu Ambra SA, producenta Cydru Lubelskiego.

W 2013 roku spożycie wyniosło 2 mln litrów, rok później było to już przeszło 9 mln. W tym roku konsumpcja może wzrosnąć do 15 mln litrów. Tym samym wartość rynku sięgnie 130 mln zł. Jak podkreśla Ogór, to mniej więcej połowa rynku win musujących czy wermutów. Szacuje się, że do 2025 roku rynek cydru będzie wart 1 mld zł rocznie.

Patrząc przez pryzmat skali konsumpcji piwa w Polsce, widać, że spożycie cydru nie jest duże. Jeśli nawet zgodnie z prognozami osiągniemy w tym roku poziom 15 mln litrów, to będzie to zaledwie ok. 0,3 proc. spożycia piwa – wskazuje Ogór.

W ubiegłym roku produkcja piwa w Polsce wyniosła ponad 39,4 mln hektolitrów, a statystyczny dorosły wypił ok. 100 litrów tego napoju. Dla porównania spożycie per capita cydru wynosi 0,31 litra na osobę. W Wielkiej Brytanii, która pod tym względem znajduje się w europejskiej czołówce, jest to ponad 17 litrów. Branża liczy jednak na to, że w Polsce spożycie cydru będzie systematycznie rosnąć.

Oceniamy, że bazowy potencjał tego rynku to 1–2 proc. konsumpcji piwa, co oznacza nawet 80 mln litrów rocznie. Oczekujemy, że za 5 lat rynek cydru przekroczy 1 proc. konsumpcji piwa i będzie rósł w skali kilkudziesięciu procent rocznie – ocenia prezes grupy Ambra

Ok. 30 proc. dorosłych konsumentów deklaruje, że spróbowało cydru. To podobny odsetek co w przypadku whisky. Do spożycia piwa przyznaje się ponad 70 proc. Polaków. Perspektywy rozwoju dla rynku cydru są więc duże.

Konsumenci w Polsce bardzo jasno określili, czego oczekują od cydru. Stawiają na produkt naturalny, wytwarzany ze świeżego soku z jabłek, nie z koncentratu, bez sztucznych barwników i aromatów. Dla konsumentów szczególnie istotna jest regionalność, pochodzenie produktu, to, kto za nim stoi, jakie są jego korzenie. To podkreśla jego autentyczność i wysoką jakość – podkreśla Agata Domaradzka, brand manager Cydr Lubelski.

Coraz ważniejsza staje się dla konsumentów również różnorodność, rozumiana jako produkcja z różnych odmian jabłek, nie zaś jako stosowanie koncentratów czy dodawanie soków.

Biorąc pod uwagę to, jakim bogactwem są jabłka w Polsce, ile mamy odmian, które różnią się smakiem, zapachem, wiemy, że możemy stworzyć cydr, który będzie oddawał te charakterystyczne cechy. Oczekujemy takiego rozwoju, jaki widzimy w piwach, czyli zyskujące na popularności piwa regionalne, rzemieślnicze, pszeniczne. Cydr naturalny, ze świeżego soku też może mieć swoje różnorodne gatunki i odmiany – przekonuje Domaradzka.

Polska jest jedną ze światowych potęg pod względem produkcji jabłek. Ponad 3 mln ton to tyle, ile wynoszą zbiory winogron w Hiszpanii. Naturalny cydr musi jednak konkurować na rynku z tańszymi odpowiednikami produkowanymi z koncentratu, a nie ze świeżych owoców. Jak podkreśla prezes grupy Ambra, w Polsce rynek cydru może się rozwijać podobnie jak w Hiszpanii rynek winogron, gdzie ukształtował się silny rynek produktu naturalnego i regionalnego.

Istotne jest to, aby wzorzec produktu, który tworzy rynek, dawał szansę na stworzenie w skali międzynarodowej unikalnej jakościowej propozycji. Kraje bogate w takie zasoby naturalne wiedzą o tym i tworzą regulacje obejmujące ochronę i promocję ich produktów, opartych o surowce rolne, co umożliwia zagwarantowanie ich najwyższej jakości oraz maksymalne wykorzystanie charakterystycznych walorów – tłumaczy Ogór.

Napój powinien być produkowany w sposób naturalny – taki zapis zdaniem prezesa spółki Ambra powinien się również znaleźć w regulacjach prawnych. Dodaje, że cydr zyskuje dużą popularność właśnie ze względu na to, że jest to produkt naturalny, lekki i regionalny.

Produkty regionalne mają największą wartość dodaną dla krajów z dużą produkcją rolniczą. Dla strategii eksportowych polskiego cydru potrzebna jest ochrona cydru jako produktu naturalnego – przekonuje Robert Ogór.

Leasing popularniejszy od kredytu bankowego wśród małych i średnich firm. Branża dostosowuje do nich swoją ofertę

70 proc. nowych samochodów w Polsce kupowanych jest w leasingu. Z tego mniej więcej połowę kupują mikro-, małe i średnie firmy, które zaczęły doceniać zalety tego narzędzia finansowania. Ten segment klientów staje się coraz atrakcyjniejszy dla firm leasingowych, dlatego dostosowują one swoją ofertę do potrzeb nawet jednoosobowych firm.

Mikroprzedsiębiorstwa, podobnie jak duże firmy, dostrzegły już zalety leasingu. Są one w obu przypadkach takie same – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Sulewski, dyrektor handlowy w firmie LeasePlan Fleet Management Polska. – Po pierwsze, to tarcza podatkowa. Wszystkie koszty wynikające z leasingu samochodu stanowią koszty uzyskania przychodu dla firmy, a więc obniżają podstawę do opodatkowania.

Drugą zaletą jest fakt, że taki sposób finansowania w odróżnieniu od kredytu nie obciąża bilansu firmy. Jeżeli przedsiębiorstwo będzie chciało wziąć pożyczkę, np. na kupno maszyny albo linii produkcyjnej, to jego bilans w banku wypadnie dużo korzystniej, a tym samym lepiej zostanie określona zdolność kredytowa.

Korzyścią dla małych firm jest również to, że korzystanie z nowych aut osobowych czy transportowych w leasingu nie generuje tak dużych nakładów finansowych jak ich zakup. W wynajmie miesięczna rata jest bowiem spłatą utraty wartości samochodu, a nie całkowitego kosztu zakupu pojazdu.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na efekt wizerunkowy. Samochód jest bardzo dobrym nośnikiem reklamy i bardzo dobrym narzędziem motywowania pracowników. Dostarczanie pracownikom co trzy lata nowych samochodów, bezpiecznych, z pełną obsługą, takich, że nie muszą się martwić, co zrobią w przypadku jakiejś awarii czy nieprzewidywanej sytuacji na trasie, jest również ogromną korzyścią, którą chcemy zaoferować mikro- i małym przedsiębiorstwom – wyjaśnia Sulewski.

Jak podkreśla, ważne jest to, że w miesięcznym koszcie wynajmu uwzględnione są także wydatki na ubezpieczenie, assistance i serwis.

– W przypadku małych i średnich przedsiębiorstw to z reguły właściciel firmy bądź prezes odpowiadają za flotę samochodową. I to oni poświęcają swój cenny czas na szukanie nabywcy na samochód używany bądź negocjowanie warunków na serwis tych samochodów czy pomoc użytkownikowi, który pojechał z Olsztyna w delegację do Szczecina i tam akurat miał awarię – mówi Artur Sulewski.

W Polsce obecnie prowadzi działalność 1,8 mln podmiotów zatrudniających mniej niż dziesięciu pracowników. Zdaniem eksperta to ogromny potencjał dla firm leasingowych. Chociaż wcześniej nastawione były one głównie na obsługę największych korporacji, to dostrzegają już potencjał także takich małych i mikroprzedsiębiorstw.

To ogromny rynek, zarówno pod względem liczby samochodów, jak i efektywności – precyzuje Artur Sulewski. – Pod względem efektywności Polska jest w połowie średniej europejskiej, także w obszarze tym jest jeszcze wiele do zrobienia. Jeden z najlepszych sposobów podniesienia efektywności to specjalizacja. Gdy ktoś zajmuje się na co dzień samochodami, pomocą drogową, zapewnieniem mobilności, to będzie to robił lepiej niż mikroprzedsiębiorstwo tworzące oprogramowanie.

Branża leasingowa dostosowuje swoją ofertę do najmniejszych firm, które w tej formie finansowania najbardziej cenią elastyczność. Jak wynika z Barometru Europejskiego Funduszu Leasingowego, w I kwartale już nie kredyt bankowy a leasing był najchętniej wykorzystywanym produktem finansowym przez MŚP.

Branża oferuje małym i średnim firmom nie tylko leasing, lecz także inne elastyczne rozwiązania, np. związane z wynajmem.

Przedsiębiorcy, którzy świadczą usługi sezonowe, potrzebują pięciu samochodów, a poza wakacjami tylko dwóch, czy osoby, które rozpoczynają nową działalność i nie chcą od razu inwestować w zakup nowych samochodów bądź umowy długoterminowe, mogą skorzystać z takiej elastycznej usługi. Jeżeli po trzech miesiącach okazuje się, że pomysł jest sukcesem, przedłużają tę umowę. Jeżeli po trzech miesiącach okazuje się, że pomysł, niestety, nie wypalił, mogą zwrócić taki samochód bez żadnych dodatkowych kosztów – wyjaśnia Artur Sulewski.

Elastyczność godzin pracy coraz ważniejsza dla pracowników. Doceniają oni także pracę zdalną

CEO Magazyn Polska

Pięć trendów będzie w najbliższym czasie znacząco wpływać na rynek pracy – podkreślają eksperci firmy ADP. Jednym z nich jest elastyczność środowiska pracy. Pracownicy chcą mieć wpływ na godziny, w których pracują, a dzięki rozwojowi technologii telekomunikacyjnych na znaczeniu zyskuje też praca zdalna. Istnieje również silna potrzeba poczucia stabilności, większej autonomii i możliwości pracy nad istotnymi z ich punktu widzenia projektami.

Dzięki naszemu badaniu „Evolution of work” widzimy kilka trendów, które pojawiają się na rynkach pracy zarówno w Europie, w Azji, jak i w Ameryce Północnej. Wśród tych najbardziej widocznych są zdecydowane pragnienie możliwości uelastycznienia swojego czasu pracy, wpływu na harmonogram pracy oraz postępująca automatyzacja powtarzalnych zadań – mówi agencji Newseria Biznes Magdalena Dacka, HR Business Partner w ADP Polska.

Pracodawcy, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom pracowników i doceniając ich potrzeby, mogą  czerpać wiele korzyści, także tych ekonomicznych. Zaangażowana, wydajna i samodzielna kadra to skarb dla każdej firmy. Dziś wśród pracujących szczególnie pożądana jest elastyczność środowiska pracy i możliwość pozyskiwania wiedzy w czasie rzeczywistym. Pracownicy dążą też do zwiększenia autonomii, chcąc, z jednej strony mieć możliwość swobodniejszego kształtowania czasu, w którym wykonują obowiązki zawodowe, z drugiej strony zachowując poczucie stabilności.

Pracownicy bardzo dobrze postrzegają uelastycznienie harmonogramu pracy – szczególnie widoczne jest to w Polsce. Na rekrutacjach, które odbywają się m.in. w ADP Polska, pytanie o tę kwestię pada coraz częściej. Poszukujący nowego zatrudnienia chcą wiedzieć, czy możliwa jest praca w domu lub po prostu w jakimś innym miejscu poza biurem. Moim zdaniem będzie to jeden z ważniejszych trendów w przyszłości – twierdzi Magdalena Dacka.

Coraz szersze możliwości pracy przez urządzenia mobilne czy możliwość świadczenia pracy w innym miejscu niż w biurze są przez pracowników postrzegane pozytywnie. 95 proc. respondentów badania „Evolution of work”, zrealizowanego przez ADP Research Institute, jest zdania, że już niebawem będzie w stanie wykonywać swoją pracę z dowolnego miejsca na ziemi. To ważna wskazówka dla pracodawców. Szczególnie w niektórych branżach tradycyjne biuro powoli przestaje istnieć.

Jak podkreśla Magdalena Dacka, elastyczne środowisko pracy może być zarówno największą zaletą, jak i największą wadą firmy.

Dzięki temu, że pracownicy będą mogli wpływać na swój harmonogram czasu pracy, stres związany z pogodzeniem życia prywatnego i pracy zawodowej powinien zostać zminimalizowany. Możemy sobie to wyobrazić na przykładzie młodych rodziców, którzy rano muszą zawieźć dziecko do przedszkola i nie będą musieli bardzo się spieszyć, żeby punktualnie na 9.00 trafić do biura – wyjaśnia Dacka. – Z drugiej strony, będąc stale podpiętym pod chmurę, pod komórkę oraz e-mail, poczucie work-life balance może być zachwiane. Nie ma wówczas podziału na dom i pracę.

Badanie ADP wskazało, że najbardziej otwarte na zmiany są społeczeństwa o większym udziale młodych osób. Dla przykładu w regionie Azji i Pacyfiku takie podejście deklaruje 81 proc. mieszkańców. W Europie entuzjastyczne podejście wykazuje ok. 59 proc. respondentów. Z kolei 52 proc. Europejczyków odczuwa obawy związane z koniecznością szybkiego przyswojenia nowych umiejętności. W regionie Azji i Pacyfiku wspomina o tym jedynie 19 proc. respondentów.

Polacy, podobnie jak ich koledzy z Europy Zachodniej, martwią się o stabilność zatrudnienia. Trendy związane z automatyzacją, z optymalizacją pewnych procesów są wyraźnie odczuwane. Polacy boją się stracić zatrudnienie i cenią sobie jego stabilność, nie zawsze jednak oznacza to długość zatrudnienia – mówi Magdalena Dacka.

Dawniej bezpieczeństwo zatrudnienia kojarzono ze stałym etatem. Dziś pracownicy definiują je jako rozbudowaną sieć zawodową i możliwość skorzystania ze znajdujących się w niej kontaktów w celu znalezienia pracy, która będzie kolejnym etapem rozwoju kariery. 45 proc. spośród badanych obawia się, że automatyzacja, inteligentne maszyny i sztuczna inteligencja mogą zastąpić człowieka przy wykonywaniu najbardziej powtarzalnych zadań. Rozwój techniki i technologii postrzegają więc jako zagrożenie dla bezpieczeństwa zatrudnienia.

Badanie „Evolution of work” zostało zrealizowane przez ADP Research Institute. Przeprowadzono je wśród ponad 2 tys. pracowników i pracodawców z 13 krajów.

Wydatki na reklamę internecie wzrosną w tym roku o 15 proc. Cały rynek będzie się rozwijać trzy razy wolniej

CEO Magazyn Polska

Rosną wydatki na reklamę. W tym i w 2017 roku wzrosty mogą sięgać 4,5 proc. – wynika z prognoz firmy Carat. Choć liderem jest telewizja, to dynamicznie rozwija się segment cyfrowy. Rozwój branży mobilnej, mediów społecznościowych i reklam wideo sprawia, że w przyszłym roku segment ten może stanowić 30 proc. wartości rynku. To szansa dla dzienników i magazynów, które w ten sposób choć częściowo mogą zrekompensować straty związane ze spadkiem reklam w druku.

Pod względem wydatków na reklamę w Polsce bezwzględnym numerem jeden będzie telewizja, z blisko 50-proc. udziałem. Drugi w torcie reklamowym jest internet, z 30-proc. udziałem. Spadki notuje natomiast prasa drukowana, magazyny, dzienniki. Radio i out-of-home mają się dobrze i tam będziemy widzieli kilkuprocentowe wzrosty wydatków – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Wyglądała, digital director w domu mediowym Carat Polska.

W tym roku na świecie na reklamę firmy wydadzą wedle prognoz 538 mld dol., czyli o 4,5 proc. więcej niż rok wcześniej. Udział rynkowy telewizji w 2015 roku utrzymywał się na wysokim poziomie, ok. 42 proc., a w tym roku może nieznacznie wzrosnąć ze względu na wydarzenia (igrzyska olimpijskie, mistrzostwa Europy w piłce nożnej czy amerykańskie wybory prezydenckie), które wpłyną na wzrost oglądalności.

Niekorzystna tendencja utrzymuje się w mediach drukowanych.

Spadek wyniesie kilka procent. Największy w przypadku dzienników (5,4 proc.) i nieco mniejszy w przypadku magazynów (1,7 proc.), zwłaszcza kolorowych czy people, które publikują jakościowy kontent – wskazuje ekspert Carat Polska.

Dynamicznie rosną natomiast wydatki na reklamę cyfrową. Według analizy Carat w tym roku wzrost wyniesie 15 proc., również w 2017 r. wzrost będzie dwucyfrowy (13,6 proc). W efekcie już w tym roku cyfrowa reklama zagarnie 27 proc. rynku reklamowego, a w przyszłym blisko 30 proc.

Pytanie, czy magazyny są w stanie zrekompensować spadki reklamami na swoich portalach w internecie, najmocniej trapi to włodarzy firm zajmujących się printem. Odpowiedź nie jest prosta, bo w niektórych przedsiębiorstwach nie ma nawet strategii połączenia świata printu z digitalowym. Cały czas wiele firm uczy się tego modelu, ale bezwzględnie wygrają te firmy, które mają w internecie dobry kontent, rozszerzają to, co w prasie, a nie powielają 1:1 – ocenia Wyglądała.

Na rosnący segment reklamy internetowej wpływają rozwój branży mobilnej (blisko 38 proc.), filmów online (34,7 proc.) i mediów społecznościowych (ok. 30 proc.).

Na zwiększenie wydatków w internecie będą wpływać również zmiany związane z big data, targetowaniem reklam i programmatic, czyli audience planning. Jesteśmy w stanie coraz precyzyjniej wykorzystywać media internetowe do dotarcia do konsumentów, coraz efektywniej jesteśmy w stanie wydawać pieniądze, zbliżając cele marketingowe i biznesowe przez użycie odpowiednich narzędzi – tłumaczy ekspert Carat Polska.

Media będą musiały się dostosować do zmieniających potrzeb konsumentów i innej konsumpcji mediów. Oznacza to konieczność połączenia różnych kanałów komunikacji, łączenia treści telewizyjnych czy mediów drukowanych z internetem. Jak podkreśla Wyglądała, w mediach digitalowych dzieje się obecnie bardzo dużo, co oznacza, że wzrost wydatków na reklamę w internecie może być znacznie większy, niż wynika to z prognoz.

Możliwości łączenia światów telewizji i internetu stają się coraz bardziej realne i potrzebne. Mamy narzędzia, które potrafią to mierzyć, mamy ludzi i podejście, które potrafi to monetyzować. Dlatego na pewno te osoby, które zajmują się reklamą internetową i digitalem, mogą spać spokojnie – ocenia Łukasz Wyglądała.

Z badania Mindshare Polska wynika, że już 70 proc. internautów korzysta z kilku ekranów jednocześnie. Dlatego zdaniem eksperta dobre perspektywy czekają przede wszystkim te firmy, które rozwiną multiscreening.

Grupa 11 bit studios po I kwartale 2016

Grupa 11 bit studios zarobiła w I półroczu 7,62 mln zł netto

Grzegorz Miechowski Prezes Zarządu 11 Bit Studios SA
Grzegorz Miechowski, Prezes Zarządu 11 Bit Studios S.A.

Utrzymująca się na wysokim poziomie sprzedaż gry „This War of Mine” (TWoM) sprawiła, że Spółka kolejny kwartał z rzędu wypracowała bardzo dobre wyniki finansowe. Przychody ze sprzedaży w II kwartale wyniosły, na poziomie skonsolidowanym, blisko 6,74 mln zł, czyli były blisko siedmiokrotnie większe niż w analogicznym okresie 2014 r. Były równocześnie o kilka procent wyższe niż w pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku. – To m.in. wynik czerwcowej akcji promocyjnej Steam Summer Sales, której efekty przeszły nasze oczekiwania. Jest to dla nas również dowód, że „This War of Mine” ma jeszcze duży potencjał sprzedażowy – komentuje Grzegorz Miechowski, Prezes Spółki.

Zysk operacyjny Grupy w II kwartale br. sięgnął 4,35 mln zł wobec 0,46 mln zł straty przed rokiem. Zysk netto, przypadający na akcjonariuszy jednostki dominującej, wyniósł 3,41 mln zł. Rok wcześniej Grupa w tej pozycji miała ujemny wynik rzędu 0,46 mln zł. Różnica pomiędzy zyskiem operacyjnym i netto wynikała z wysokich, pozostałych kosztów operacyjnych, które wyniosły blisko 0,68 mln zł. W analogicznym okresie 2014 r. miały pomijalną wartość 49 groszy. – Skokowy wzrost w tej pozycji był m.in. efektem utworzenia rezerwy w wysokości 0,39 mln zł na zaniechany projekt realizowany w ramach programu Innotech. Do zakończenia II kwartału projekt nie został jeszcze finalnie rozliczony z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju. Rezultaty prac, czyli nowe elementy technologii własnej do tworzenia gier, będę rozliczane w kolejnych okresach w trakcie jej eksploatacji a rezerwa zostanie rozwiązana – wyjaśnia Prezes. Na pozostałą kwotę złożyła się darowizna na rzecz fundacji War Child (0,18 mln zł) i nakłady (prawie 0,1 mln zł), poniesione na grę Jameson the Pilot, której produkcja (realizowana w ramach 11 bit launchpad) została zaniechana.

Narastająco, po sześciu miesiącach, obroty skonsolidowane 11 bit studios wynosiły już 13,26 mln zł czyli były o przeszło 830 proc. większe niż rok temu (1,59 mln zł). Zysk operacyjny po dwóch kwartałach przekraczał już 9,18 mln zł (rok wcześniej strata w tej pozycji sięgała 1 mln zł) a zysk netto 7,62 mln zł wobec 0,99 mln zł straty rok temu. Potwierdzeniem doskonałej sytuacji finansowej 11 bit studios są posiadane zasoby pieniężne. Na koniec czerwca Grupa miała na kontach 16,29 mln zł.

11 bit studios zamierza dalej eksploatować markę This War od Mine. W lipcu tego roku Spółka wypuścił wersję TWoM dedykowaną na tablety z systemami operacyjnymi iOS i Android. Jesienią planowana jest premiera gry w wersji na smartfony (również z systemami iOS i Android). – Pracujemy obecnie nad jeszcze jednym projektem związanym z TWoM, którego szczegóły będziemy mogli ujawnić w niedługim czasie – deklaruje Prezes. Równolegle Spółka prowadzi też prace nad kolejną dużą grą o roboczym tytule Industrial, której premiera planowana jest na 2016 r.

Coraz lepiej radzi też sobie platforma gamesrepublic.com, która systematycznie poszerza portfolio sprzedawanych gier i zwiększa przychody. Na koniec czerwca miała 550 tys. zarejestrowanych użytkowników a katalog liczył ponad 900 tytułów. – Prowadzimy też kilka projektów w ramach naszej inicjatywy wydawniczej 11 bit launchpad. Są na różnym etapie zaawansowanie. Pierwsze premiery nowych gier w ramach 11 bit launchpad planowane są na 2016 r. – opowiada Prezes.

11 bit studios finalizuje też prace nad prospektem emisyjnym. Dokument powinien trafić do Komisji Nadzoru Finansowego w III kwartale. Zmiana rynku notowań Spółki na GPW z NewConnect planowana jest na jesień tego roku.

85% pracowników korporacji w wirtualnych zespołach

Międzynarodowa praca i doświadczenia wprost z polskiego biurka – to hasło, którym pracodawcy coraz częściej starają się kusić kandydatów. Co się jednak za nim kryje? W biurach nad Wisłą i na całym świecie zwiększa się liczba wirtualnych zespołów, w których Polacy współpracują z osobami z innych miast, krajów, a nawet kontynentów. Według badań Nemetres Research Group liczba „pracowników wirtualnych” wzrosła w ciągu ostatnich 5 lat aż ośmiokrotnie. Z kolei CultureWizard dodaje, że 85% pracowników międzynarodowych firm należy do globalnych zespołów wirtualnych, a 20% poświęca na interakcje w nich ponad połowę swojego czasu pracy.

Ostatnie lata to okres głębokich i istotnych przemian w sferze funkcjonowania firm. Coraz częściej zmiany te idą w stronę wirtualnego zarządzania i tworzenia wirtualnych zespołów, głównie w organizacjach opartych na wiedzy. Z globalnej ankiety Regus Global Economic Indicator, w której udział wzięło 26 tys. przedstawicieli kadry kierowniczej z ponad 90 krajów świata wynika, że prawie połowa z osób pełniących menedżerskie stanowiska ma możliwość pracy na odległość przez przynajmniej połowę dni roboczych.

Organizacje wirtualne stały się obecnie formą prowadzenia biznesu, co często przynosi firmie wymierne korzyści. Charakteryzują się one dużo większą szybkością działania i elastycznością. Poprzez tworzenie zespołów składających się ze specjalistów z różnych dziedzin firma ma możliwość lepszego wykorzystania posiadanej wiedzy i zdolności, a także możliwość skorzystania z rzadkiej i specjalistycznej wiedzy pracowników z innych państw – opowiada Maciej Wituszyński, Menedżer ds. Rekrutacji w Shell Business Operations Kraków. W tym jednym z siedmiu strategicznych ośrodków biznesowych Shella na świecie całkowicie wirtualne stanowiska zajmuje aż 150 osób.

Jak wynika z opublikowanego w czerwcu raportu „Duke University/CFO Magazine Global Business Outlook Survey” 60% europejskich firm decyduje się na tworzenie wirtualnych zespołów, których charakterystyczną cechą jest tymczasowość. Jest ona związana z okresem realizacji danego zadania. W takim modelu wirtualna grupa specjalistów jest tworzona na potrzeby danego projektu, a po jego zakończeniu pracownicy wchodzą w nowe grupy projektowe.

Wirtualne rozwiązania i realne korzyści

W pracy wirtualnych zespołów wykorzystuje się liczne narzędzia komunikacyjne, z których większość jest już znana pracownikom współczesnych biur.

Najczęściej wykorzystuje się Skype, e–mail, wideokonferencje czy komunikatory, przydatne głównie w komunikacji wewnętrznej firmy. Wspomniane wideokonferencje dają możliwość odbycia rozmowy w dowolnym miejscu i w dowolnym czasie, bez konieczności podróżowania, co bardzo obniża koszty współpracy. 74% spośród 3000 menedżerów biorących udział w badaniu CultureWizard „2016 Trends In Global Virtual Teams” uważa, że takie rozmowy w znacznym stopniu poprawiają wydajność wirtualnych zespołów. Dodatkowo ich uczestnicy mają wrażenie rozmowy twarzą w twarz. Z innych narzędzi bardzo popularne są również narzędzia Google Hangout lub NetMeeting, czyli prowadzenie rozmowy między dwiema osobami z wykorzystaniem głosu i obrazu z kamery internetowej oraz chat roomy – wylicza Maciej Wituszyński.

Ciekawym przykładem rozwiązania dla wirtualnych zespołów jest tzw. Virtual Coffee, organizowane przez Shell. To nieformalne rozmowy, dzięki którym członkowie grup roboczych mogą się poznać i porozmawiać. Takie spotkania pozwalają zbudować relacje, które sprzyjają dalszym kontaktom biznesowym. Inną formą podtrzymywania takich kontaktów są też „get to know you”, czyli zaproszenia on–line na krótką rozmowę, podczas której przedstawia się swoją osobę i obszar zainteresowań. Dzięki temu pracownicy wiedzą dokładnie czym zajmują się inni wirtualni specjaliści w firmie.

Odległość geograficzna generuje czasem trudność w pogodzeniu efektywnej pracy z różnicami stref czasowych. Pracodawcy starają się przekuć to wyzwanie w zaletę. Przy tworzeniu międzynarodowych zespołów wirtualnych wiele firm korzysta ze strategii o nazwie „follow the sun” (podążaj za słońcem). Pracownicy w zależności od strefy czasowej, mogą na zmianę, niemal przez całą dobę monitorować przebieg projektu.

Zarządzanie wirtualnym tyglem

Zarządzanie wirtualnym zespołem jest szczególnym wyzwaniem dla menedżerów w organizacji. Badania CultureWizard pokazują, że najważniejszymi wyzwaniami w porównaniu do bezpośrednich kontaktów są dla nich w tym wypadku zarządzanie konfliktami (54%), procesami decyzyjnymi (55%) czy też umożliwianie swobodnego wypowiadania własnych opinii przez członków zespołu (53%). Dlatego zarówno menedżerowie, jak i pracownicy muszą wykazywać się specyficznym zestawem kompetencji.

Od menedżerów zarządzających zespołami wirtualnymi wymaga się nie tylko wiedzy specjalistycznej, ale też umiejętności z zakresu zarządzania zasobami ludzkimi, m.in. w obszarze umiejętności coachingowych. Podstawą jest także wiedza dotycząca najnowszych technologii oraz umiejętność wykorzystywania narzędzi IT, stanowiących główny środek komunikacji pomiędzy członkami zespołu. Pracownicy rekrutowani do międzynarodowych zespołów wirtualnych oceniani są przede wszystkim pod kątem posiadanej wiedzy eksperckiej, ale również pod kątem istotnych w zarządzaniu kompetencji miękkich. Takich, jak umiejętności komunikacyjne i pracy w zespole, zaangażowanie i zdolność do motywacji innych –  podsumowuje Maciej Wituszyński.

Nowy CEO BPI Polska

Mariusz Rodak został nowym Dyrektorem Generalnym BPI Polska – firmy deweloperskiej należącej do międzynarodowej grupy CFE z siedzibą w Belgii. Zastąpi na tym stanowisku Frederika Lesire, który wróci do siedziby głównej spółki w Brukseli.

BPI MARIUSZ RODAKMariusz Rodak jest absolwentem Instytutu Architektury i Urbanistyki na Politechnice Łódzkiej i stypendystą UniwersytNauk Stosowanych w Moguncji. Przed objęciem funkcji Dyrektora Generalnego w BPI, w latach 2011-2016 był Członkiem Zarządu spółki TREI Real Estate Poland Sp.zo.o, gdzie odpowiadał za zarządzanie i rozbudowę portfolio składającego się z ponad 100 nieruchomości handlowych. Wcześniej (2009-2011) w zespole Raiffeisen Evolution Project Development na stanowisku Project Development Senior Professional odpowiadał za zakup nieruchomości, organizację i zarządzanie procesem inwestycyjnym centrów handlowych. Z Raiffeisen Evolution Project Development był związany również w latach 2006 -2008. Później (2008-2009) był Dyrektorem Technicznym i Członkiem Zarządu w spółce Chmielna Development należącej do Kulczyk Real Estate Holding.  Mariusz Rodak pracował także jako architekt Grupy PORR / UBM w Warszawie i w Wiedniu oraz współpracował z firmami Epstein, Jankil, JPM Design & Build. Prywatnie jest mężem i ojcem trójki dzieci, interesuje się rolnictwem ekstensywnym i fotografią. Biegle mówi po niemiecku i angielsku.

Nowy Dyrektor Generalny BPI Polska zastąpi na tym stanowisku Frederika Lesire, który wróci do siedziby głównej spółki w Brukseli.

Adam Sierociński i Antoni Kamiński w Deloitte Digital

Team kreatywny – Adam Sierociński (copywriter) i Antoni Kamiński (art director) – przechodzi z Leo Burnett do Deloitte Digital. Dołączają do zarządzanego przez Michała Owczarka działu Strategy+Creative. Są autorami wielu kampanii nagradzanych w prestiżowych konkursach reklamowych, w Polsce i zagranicą.

Adam Sierociński i Antoni Kamiński w Deloitte Digital
Adam Sierociński i Antoni Kamiński w Deloitte Digital

Adam i Antoni to młody, ale wszechstronne doświadczony zespół. W ich portfolio są zarówno duzi marketerzy i znane brandy, jak i aplikacje mobilne czy kampanie zintegrowane. Są bardzo ambitni, co zawsze cenimy u kreatywnych – mówi Mateusz Książek, dyrektor kreatywny w Deloitte Digital, z którym nowy zespół będzie pracował na co dzień w warszawskim oddziale agencji.

Deloitte Digital daje możliwości pracy w nowoczesnym środowisku pod okiem prawdziwych ekspertów – komentuje Antoni Kamiński – jest to zmiana, którą traktujemy jako szansę na dalszy rozwój poprzez udział w innowacyjnych projektach – dodaje Adam Sierociński.

Antoni Kamiński, art director, pracuje w branży agencyjnej od 11 lat.  Karierę rozpoczął w 2005 r. w agencji Cytryna, później pracował w agencjach: Communication Unlimited i Kropka Bordo, a od 2013 r. w Leo Burnett. Współpracował m.in. z klientami takimi jak: Jeep, Fiat, Philip Morris, Bacardi, Grolsch, Budweiser, Multi-Med, Ferrero, Unicef, Statoil oraz CNN (praca dla tej stacji została wyróżniona w konkursie Złote Orły).

Jest absolwentem warszawskiej ASP (kierunek: Architektura Wnętrz) oraz The Florence Institute Of Design International (Graphic Design).

Adam Sierociński, copywriter, karierę rozpoczynał w agencji Scholz & Friends w 2010 r. W kolejnych latach pracował w agencjach IQ Marketing, Paralotna i Havas Worldwide, a w 2014 r. dołączył do Leo Burnett, gdzie wraz z Antonim Kamińskim stworzyli team kreatywny. Sierociński pracował dla takich firm i marek jak: Tchibo, Sony, Unilever, Kraft, Absolut, Skoda, Fundacja Synapsis, Żubr, Zelmer czy Kia. Za wiele spośród swoich prac honorowany był branżowymi nagrodami – m.in. Kreaturami za kampanię dla Fundacji Synapsis i Fundacji Itaka, Golden Drum za „The 3 % Conference” czy Silver Effie za kampanię marki Jacobs.

Jest absolwentem SWPS w Warszawie (kierunek: Psychologia Stosunków Międzynarodowych) oraz Szkoły Mistrzów Reklamy (Copywriting).

Branża CFM urosła o prawie 9% r/r po I kwartale 2016

Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów – jedyna w kraju organizacja reprezentująca branże CFM i Rent a Car – wprowadza nowe standardy definiowania rynku wynajmu długoterminowego samochodów (CFM) w Polsce. Zmiany dotyczą zakresu oraz rodzaju usług, które są zaliczane do tzw. wynajmu długoterminowego aut. Głównym celem zmian jest pełne ujednolicenie funkcjonujących w Polsce standardów, z tymi stosowanymi na starszych
i bardziej rozwiniętych rynkach zachodnioeuropejskich oraz precyzyjne rozgraniczenie wynajmu długoterminowego od ofert klasycznego leasingu samochodów, wzbogaconych jedynie o proste usługi takie jak ubezpieczenie, czy assistance. Zgodnie z danymi PZWLP, przygotowanymi w oparciu o nowe, bardziej restrykcyjne zasady, branża wynajmu długoterminowego samochodów w naszym kraju urosła po I kwartale 2016 r. o blisko 9% r/r, co jest wynikiem o jeden punkt procentowy lepszym niż rok wcześniej.     

Sławomir Wontrucki
Sławomir Wontrucki, Prezes Zarządu PZWLP, Prezes LeasePlan Polska

Pomimo, że wynajem długoterminowy samochodów to w Polsce wciąż usługa młoda, funkcjonująca od ok. 20 lat, to zyskała już bardzo dużą popularność wśród firm
i przedsiębiorców, stając się jedną z najważniejszych form finansowania flot aut służbowych. Jeszcze dekadę temu wynajem długoterminowy był w Polsce rozwiązaniem niszowym, z którego korzystały przede wszystkim duże międzynarodowe korporacje. Obecnie chętnie sięgają już po nie rodzimi przedsiębiorcy z sektora małych i średnich firm, korzystający na co dzień zaledwie z kilku samochodów służbowych. Usługa ta staje się tańszą i bardziej komfortową alternatywą dla klasycznego leasingu samochodów, gwarantującego wyłącznie finansowanie aut bez ich obsługi serwisowej i administracyjnej.

Zachodnioeuropejskie standardy w polskiej branży wynajmu długoterminowego

Wynajem długoterminowy pojazdów przywędrował do Polski z Europy Zachodniej, gdzie funkcjonuje już od ok. pół wieku i jest tam dominującym sposobem finansowania aut służbowych. W niektórych krajach w wynajmie długoterminowym znajduje się większość, nawet 70-80%, samochodów flotowych. Dynamiczny rozwój branży i przyrost liczby aut w usługach tego typu na polskich drogach, oscylujący w ostatnich latach w granicach 9 – 11% rocznie powoduje, że wynajem długoterminowy staje się jedną z najważniejszych form finansowania samochodów służbowych także w Polsce, zastępującą powoli przede wszystkim klasyczny leasing pojazdów. Coraz większe rozmiary i znaczenie rynku CFM w naszym kraju powodują konieczność pełnego ujednolicenia obowiązujących u nas standardów i definicji usług, ze standardami obowiązującymi na starszych i bardziej rozwiniętych rynkach zachodnioeuropejskich.

Dotychczas w Polsce do wynajmu  długoterminowego, poza usługami zapewniającymi firmie – klientowi zewnętrzne finansowanie samochodów służbowych wraz z ich pełną obsługą (czyli Full Serwis Leasing oraz Leasing z Serwisem), zaliczana była również usługa Wyłącznego Zarządzania (Fleet Management), polegająca jedynie na zarządzaniu flotą aut firmowych, bez jej finansowania. Tymczasem, na wzorcowych dla Polski rynkach Europy Zachodniej, za samochody flotowe w wynajmie długoterminowym uznawane są już obecnie wyłącznie auta jednocześnie finansowane i zarządzane przez zewnętrzną firmę CFM.

Dostosowując polską branżę CFM do referencyjnych dla nas rynków zachodnioeuropejskich zdecydowaliśmy, że od 2016 roku w definicji wynajmu długoterminowego w naszym kraju również mieścić się będą tylko usługi zapewniające klientowi całkowity outsourcing wszelkich kwestii związanych z flotą,
a więc finansowanie i obsługę samochodów –
mówi Sławomir Wontrucki, Prezes Zarządu PZWLP, Prezes LeasePlan Fleet Management Polska. – Oznacza to, że dotychczasowa usługa Wyłącznego Zarządzania nie będzie już zaliczana do wynajmu długoterminowego samochodów. Ujednolicenie definicji usług CFM ze standardami stosowanymi w innych europejskich krajach pozwoli nam na łatwiejsze porównywanie danych pomiędzy rynkami
w poszczególnych państwach oraz pomoże w rozwijaniu współpracy międzynarodowej.  

Wprowadzone przez PZWLP zmiany w definiowaniu rynku CFM nie ograniczają się jednak do pozostawienia w gronie zaliczanych do wynajmu długoterminowego 2 z 3 dotychczasowych usług – Full Serwis Leasingu (FSL) oraz Leasingu z Serwisem (LS). W definicji drugiej
z wspomnianych usług bowiem – Leasingu z Serwisem – wprowadzone zostały znacznie bardziej restrykcyjne, niż do tej pory kryteria. Podobnie jak dotychczas, możliwe będzie zakwalifikowanie do niej samochodów finansowanych przez firmę CFM i objętych minimum 2 elementami obsługi floty, jednakże wśród nich koniecznie musi się zawsze znajdować stała i nieograniczona opieka serwisu mechanicznego nad autami.

Zaostrzenie kryteriów definicji usługi Leasingu z Serwisem wynika nie tylko z konieczności pełnego dostosowania polskiej branży CFM do standardów zachodnioeuropejskich, ale jest również konieczną odpowiedzią na zachodzące na rynku w naszym kraju zmiany
w ofercie finansowania flot –
mówi Sławomir Wontrucki, Prezes Zarządu PZWLP, Prezes LeasePlan Polska. – Wprowadzenie w definicji tej usługi wymogu serwisu mechanicznego gwarantuje bowiem, że będą do niej zaliczane wyłącznie auta objęte obsługą, zapewniającą klientowi najważniejsze korzyści wynajmu długoterminowego, a więc przejęcie przez zewnętrzną firmę ciężaru codziennej opieki administracyjnej i serwisowej nad jego autami służbowymi. Pozwoli to na jednoznaczne i precyzyjne rozgraniczenie usług zaliczanych do wynajmu długoterminowego, od coraz większej na rynku liczby ofert klasycznego leasingu, wzbogaconych jedynie o prostą obsługę floty np. w zakresie ubezpieczenia, czy assistance. Usługi tego typu nie zapewniają bowiem klientowi zakresu
i komfortu obsługi aut służbowych, występującego w wynajmie długoterminowym oraz nie przynoszą również takich samych korzyści – zarówno ekonomicznych, jak
i operacyjnych.

Wynajem długoterminowy to przede wszystkim usługa Full Serwis Leasingu

Zgodnie z nowymi, bardziej restrykcyjnymi standardami definiowania usług wynajmu długoterminowego, w branży CFM w Polsce, reprezentowanej przez PZWLP (ok. 80% rynku), po
I kwartale 2016 roku znajdowało się prawie 118 tys. (117.904) samochodów. Podobnie do rynków zachodnioeuropejskich, zdecydowana większość z nich, bo aż 90% (106.127 aut), była objęta usługą Full Serwis Leasingu (FSL). Gwarantuje ona przedsiębiorcy zewnętrzne finansowanie aut służbowych oraz ich kompleksową obsługę administracyjną i serwisową, poprzez np. serwis mechaniczny i blacharski, zarządzanie wymianą opon, przeglądy i rejestracje, ubezpieczenie, assistance, zarządzanie kartami paliwowymi, likwidację szkód komunikacyjnych, pełne doradztwo ekspertów flotowych, czy wreszcie odsprzedaż pojazdów po zakończeniu ich eksploatacji w firmie. Przedsiębiorca korzystający z usługi Full Serwis Leasingu może się skupić na swojej podstawowej działalności biznesowej, a wszelkie uciążliwe i czasochłonne kwestie związane z codzienną opieką nad autami służbowymi, pozostawić wyspecjalizowanej firmie wynajmu długoterminowego (CFM). Dzięki uzyskiwanej w ten sposób oszczędności czasu, a także korzystaniu z preferencyjnym stawek firmy CFM np. dotyczących składek ubezpieczeniowych, napraw i części zamiennych, czy zakupu opon, Full Serwis Leasing, w porównaniu z klasycznym leasingiem, zakupem aut na kredyt lub za gotówkę, przynosi firmie znaczące oszczędności
w całkowitych kosztach związanych z samochodami służbowymi – sięgające nawet kilkunastu procent.

W drugiej z usług zaliczanych do wynajmu długoterminowego, a więc Leasingu z Serwisem, znajdowało się prawie 12 tys. (11.777) samochodów, stanowiących 10% ogółu floty.

Wynajem długoterminowy urósł o 9% r/r – tempo wzrostu szybsze niż rok temu

Branża wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce, biorąc pod uwagę flotę aut znajdującą się w dominującej usłudze Full Serwis Leasingu, urosła po I kwartale 2016r. o blisko 9% r/r (8,9%). Oznacza to, że dynamika wzrostu była o jeden punkt procentowy wyższa, niż
w analogicznym okresie rok temu.

W pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku, zgodnie z danymi IBRM Samar, firmy miały ponad 61-procentowy udział w łącznej sprzedaży nowych aut osobowych w polskich salonach, kupując nieco ponad 64 tys. pojazdów. Według szacunków PZWLP, branża wynajmu długoterminowego zakupiła w pierwszym kwartale 2016r. niecałe 10 tys. (9,7 tys.) samochodów osobowych, co oznacza, że wygenerowała 15% łącznej sprzedaży w tym zakresie. Zdecydowana większość (ponad 7,5 tys.) tych aut została nabyta przez firmy skupione w PZWLP.

W liczącej prawie 118 tys. flocie samochodów służbowych w wynajmie długoterminowym firm należących do PZWLP, po pierwszym kwartale 2016r. większość, czyli 72,5%, stanowiły auta
z silnikami dieslowskimi. Pojazdy wyposażone w silniki benzynowe miały udział na poziomie 27,3%. Wciąż marginalną część stanowiły natomiast samochody z napędami ekologicznymi, których odsetek wynosił jedynie 0,25% łącznej floty, czyli 293 samochody (283 z silnikami hybrydowymi, 10 z napędami w pełni elektrycznymi).

Lista najpopularniejszych w Polsce samochodów w wynajmie długoterminowym pozostaje już od kilku kwartałów niezmienna i są nimi: Skoda Octavia, Ford Focus, Skoda Fabia, Toyota Yaris i Opel Astra.

Dynamiczny rozwój branży Rent a Car – aż 28% r/r

W maju 2015r. w PZWLP utworzona została „Grupa Firm Rent a Car”, czyli odrębna struktura
w ramach organizacji, skupiająca największe krajowe i międzynarodowe, sieciowe wypożyczalnie samochodów. Po ok. roku od rozpoczęcia działalności, w pracach Grupy uczestniczy już 8 wypożyczalni samochodów, będących członkami organizacji, które łącznie po I kwartale 2016r. dysponowały flotą blisko 12 tys. (11.973) samochodów w wynajmie krótko- (do 30 dni)
i średnioterminowym (1 miesiąc – 2 lata). Dynamika wzrostu liczby aut w branży Rent a Car reprezentowanej w PZWLP była po pierwszym kwartale bieżącego roku wysoka, gdyż wyniosła aż 28% r/r. Jednocześnie, 8 należących do PZWLP wypożyczalni samochodów, czyli Avis, Budget, Express, Hertz, Panek, Rentis, Sixt i 99rent zakupiło w pierwszych trzech miesiącach roku razem ponad 2,1 nowych aut osobowych.

Wysokie tempo wzrostu  branży Rent a Car w Polsce jest efektem trwającego od wielu lat dynamicznego rozwoju branży wynajmu długoterminowego oraz całego rynku flotowego w kraju – mówi Sławomir Wontrucki, Prezes Zarządu PZWLP, Prezes LeasePlan Polska. – Rosnąca szybko w Polsce liczba aut flotowych przekłada się jednocześnie na coraz większe zapotrzebowanie na auta zastępcze, które bardzo często pochodzą właśnie
z wypożyczalni samochodów. Dodatkowo, znaczący wpływ na dynamikę rozwoju branży Rent a Car ma również zwiększający się popyt na samochody zastępcze wśród firm ubezpieczeniowych, które w coraz większym stopniu świadczą tego typu usługi na rzecz klientów indywidualnych.

Członkowie PZWLP kupują 1/3 samochodów osobowych sprzedawanych do firm w Polsce

Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów to jedyna w Polsce organizacja reprezentująca branże wynajmu długoterminowego aut (CFM) i Rent a Car. PZWLP istnieje od 2005r. i skupia obecnie 22 członków, w tym najważniejsze i największe na polskim rynku firmy CFM oraz duże sieciowe, polskie i międzynarodowe wypożyczalnie samochodów. Jednym z głównych celów PZWLP od początku istnienia organizacji jest wyznaczanie najwyższych standardów rynkowych w zakresie usług wynajmu i leasingu aut. Organizacja ma obecnie znaczący wpływ nie tylko na kształtowanie warunków rozwoju branży flotowej w kraju, ale również na kondycję całego rynku motoryzacyjnego. Zgodnie z danymi opublikowanymi po I kwartale 2016r., firmy członkowskie PZWLP zakupiły łącznie na potrzeby usług wynajmu krótko-, średnio- i długoterminowego, a także klasycznego leasingu, prawie 20 tys. (19.883) aut osobowych, co oznacza, że odpowiadały za 1/3 (31%) całkowitej sprzedaży samochodów osobowych do firm w kraju.

Bezpośrednia Likwidacja Szkody od A do Z, czyli 4 pytania do Eksperta oraz infografika

Marek Dmytryk, Zastępca Dyrektora Biura Ubezpieczeń Detalicznych Gothaer TU SA.
Marek Dmytryk, Zastępca Dyrektora Biura
Ubezpieczeń Detalicznych Gothaer TU SA.

4 pytania do Marka Dmytryka, Zastępcy Dyrektora Biura Ubezpieczeń Detalicznych Gothaer TU SA.

Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że w 2015 roku miało miejsce ponad 21 tys. kolizji drogowych. Najczęstsze przyczyny? Niedostosowanie prędkości do warunków jazdy, nieustąpienie pierwszeństwa przejazdu oraz niezachowanie bezpiecznej odległości między samochodami. Od 2015 roku – w przypadku wystąpienia kolizji drogowej – poszkodowany może być kompleksowo obsługiwany przez swojego ubezpieczyciela, zamiast szukać towarzystwa ubezpieczeniowego sprawcy. Nie wszyscy ubezpieczyciele gwarantują jednak to rozwiązanie, z kolei nie wszyscy kierowcy mają dostateczną wiedzę na temat Bezpośredniej Likwidacji Szkody.

Z badania przeprowadzonego przez Gothaer wynika, że 80 proc. kierowców uważa, iż to ich ubezpieczyciel powinien pomagać w likwidacji szkody. Czym jest BLS? Ile kosztuje? Czy zwiększa wysokość składek OC? Jak wpływa na cały proces likwidacji szkody? O wyjaśnienia poprosiliśmy Marka Dmytryka, Zastępcę Dyrektora Biura Ubezpieczeń Detalicznych Gothaer TU SA.

Czym jest Bezpośrednia Likwidacja Szkody?

Wyobraźmy sobie kolizję drogową i standardowy proces likwidacji szkody, w którym poszkodowany zgłasza zdarzenie w towarzystwie ubezpieczeniowym sprawcy, nie swoim. Bezpośrednia Likwidacja Szkody to rozwiązanie, które znacznie upraszcza sprawę. Dlaczego? Ponieważ w przypadku kolizji drogowej poszkodowany może być kompleksowo obsłużony przez swojego ubezpieczyciela. To właśnie on dokona oględzin uszkodzonego pojazdu, rozliczy szkodę i wypłaci mu należne odszkodowanie. Później, już po zakończeniu procesu likwidacji szkody, zakład ubezpieczeń, u którego mamy zawarte ubezpieczenie OC wystąpi do towarzystwa ubezpieczeniowego, w którym sprawca wykupił polisę OC o zwrot wypłaconego odszkodowania. Średni czas likwidacji szkód w systemie Bezpośredniej Likwidacji Szkody  jest prawie dwa razy krótszy niż standardowy. Dzięki temu rozwiązaniu można zaoszczędzić czas i kontaktować się z firmą, którą znamy i sami wybraliśmy.Jak dziala BLS?

Skąd pomysł na Bezpośrednią Likwidację Szkody i czy wszystkie towarzystwa ubezpieczeniowe proponują tę usługę?

System BLS funkcjonuje z powodzeniem w wielu krajach Unii Europejskiej m.in. we Francji, Belgii i Włoszech, ale w Polsce jest dość nowym rozwiązaniem (wprowadzono go w 2015 roku). Co ważne, tylko niektóre firmy zdecydowały się wprowadzić to ułatwienie dla swoich Klientów, jeszcze mniej towarzystw stworzyło możliwość korzystania z niego przez wszystkich swoich ubezpieczonych, niezależnie od tego gdzie ubezpieczony był sprawca w zakresie OC. Do tego grona zalicza się Gothaer, który oferuję opcję Bezpośredniej Likwidacji Szkody dla wszystkich swoich klientów posiadających zawarte ubezpieczenie OC posiadacza pojazdu mechanicznego, bez względu, gdzie jest ubezpieczony sprawca zdarzenia.

Ile to kosztuje i czy jest obowiązkowe?

Likwidacja szkody w systemie Bezpośredniej Likwidacji Szkody nie jest obowiązkowa i jest darmowa. Każdy może skorzystać z niej dobrowolnie. Co ważne, Bezpośrednia Likwidacja Szkody nie ma wpływu na wysokość wypłacanego odszkodowania. Jest to jedynie proces likwidacji szkody, a nie czynnik (taki jak np. rozmiar szkody), który mógłby mieć wpływ na wysokość odszkodowania. Nie zmienia się również zakres odpowiedzialności ubezpieczyciela OC np. możliwość korzystania z auta zastępczego, holowanie pojazdu.

Jakie szkody można zgłosić w systemie Bezpośredniej Likwidacji Szkody?

W ramach Bezpośredniej Likwidacji Szkody można zgłosić szkodę, która spełnia kilka kryteriów: w zdarzeniu brały udział tylko 2 samochody, nikt nie został ranny, kolizja miała miejsce na terenie Polski, a sprawca jest w ubezpieczony na terenie naszego kraju. Co ważne, na miejscu zdarzenia była policja lub poszkodowany posiada oświadczenie sprawcy.

Henryk Lewczuk: BioMaxima S.A. nadal zwiększa przychody ze sprzedaży

BioMaxima S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od czerwca 2010 r., działającą w obszarze biotechnologii na rynku diagnostyki laboratoryjnej, osiągnęła wzrost przychodów ze sprzedaży w kolejnym miesiącu 2016 r. W kwietniu br. ich wartość narastająco wyniosła 7.631 tys. zł.

Po czterech miesiącach 2015 r. Emitent zanotował przychody ze sprzedaży w kwocie 6.982 tys. zł, więc tegoroczny wynik wykazuje ponad 9% wzrost. Duży wpływ na tak wysoką progresję wartości sprzedaży Spółki mają przede wszystkim wygrywane postępowanie przetargowe. W okresie styczeń-kwiecień 2016 r. ich wartość sięgnęła 2.755 tys. zł wobec 2.411 tys. zł w analogicznym okresie ub. roku, co stanowi o ponad 14% wzrost w tym segmencie biznesowym. BioMaxima S.A. liczy, że uda jej się utrzymać dynamikę zwiększania przychodów ze sprzedaży w ujęciu rdr. w każdej grupie produktowej. Zarząd Spółki oczekuje również, że prowadzone działania w zakresie rozwoju eksportu pozwolą jej zwiększać wartość sprzedaży na rynkach zagranicznych.

„Cieszy nas fakt rosnącej sprzedaży na rynku krajowym, bowiem tą tendencję zapowiadaliśmy już w ubiegłym roku. Poczynione przez Spółkę starania w zakresie zmian zarówno kosztowych, jak i jakościowych, w części asortymentu produktów oraz agresywna polityka przetargowa przynoszą oczekiwane efekty.” – podkreśla Henryk Lewczuk, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.

BioMaxima S.A. kontynuuje przyjętą strategię rozwoju w obszarze rozwijania działalności handlowej na rynkach zagranicznych i prowadzi rozmowy z kolejnymi kontrahentami. W minionym miesiącu Spółka aktywnie uczestniczyła w pozyskiwaniu nowych partnerów handlowych, głównie z Ukrainy oraz Indii. Emitent nadal rozważa przeprowadzanie kolejnych transakcji akwizycji na rynku polskim oraz rumuńskim, które znacząco wpłynęłyby na jego rozwój i wyniki finansowe w kolejnych latach.

W kwietniu br. Spółka podpisała umowę o współpracy z Zakładem Technologii Plazmowych i Energii Odnawialnej Politechniki Lubelskiej oraz list intencyjny z Uniwersytetem Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie w zakresie współpracy przy opracowywaniu testów diagnostycznych, w tym testów do badania lekooporności. Jest to związane z przygotowanym wnioskiem o dotację unijną w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój Działanie 2.1 „Wsparcie Inwestycji w Infrastrukturę B+R Przedsiębiorstw”. Kwota kosztów kwalifikowanych w tym projekcie wynosi 3.840 tys. zł, a kwota ewentualnego dofinansowania sięga 2.294 tys. zł. Wniosek o dotację ma zostać złożony przez Emitenta w pierwszych dniach maja 2016 r.

„Skala prowadzonych rozmów z kontrahentami zagranicznymi oraz ich potencjał rynkowy pozwalają przypuszczać, że w najbliższych miesiącach również dynamika wzrostu eksportu ulegnie radykalnej poprawie. Składane kolejne wnioski o dotacje unijne pokazują, że Spółka ma konkretny plan rozwoju, zwłaszcza w zakresie nowoczesnych technologii własnych produktów, które pozwolą nam zdynamizować rozwój sprzedaży w kolejnych latach. Opracowanie testów do oznaczania lekooporności przy wykorzystaniu funduszy unijnych i wprowadzenie ich na rynek krajowy oraz eksportowy może podnieść dynamikę sprzedaży nawet o kilkadziesiąt procent. A jest to tylko jeden z kilku realizowanych projektów.” – dodaje Prezes Lewczuk.

BioMaxima S.A. wypracowała w 1 kw. 2016 r. 444 tys. zł zysku netto przy przychodach ze sprzedaży wynoszących 5.845 tys. zł. W analogicznym okresie ub. roku zysk netto Spółki sięgnął 413 tys. zł, a przychody ze sprzedaży ukształtowały się na poziomie 5.256 tys. zł.

BioMaxima S.A. jest polską firmą działającą w szeroko rozumianym obszarze biotechnologii na rynku diagnostyki laboratoryjnej. Jest jednym z dwóch krajowych producentów odczynników do diagnostyki in vitro, jednym z trzech producentów podłoży mikrobiologicznych. Spółka jest również dystrybutorem produktów uznanych światowych firm diagnostycznych takich jak m.in. Nova Biomedical, Mitsubishi Chemical, Biolog. Emitent zaopatruje w swoje produkty ponad 2 tys. laboratoriów w Polsce oraz prowadzi działalność eksportową na ponad 40 rynkach. Strategia rozwoju Spółki zakłada prowadzenie działań konsolidacyjnych sektora biotechnologicznego.

Grupa Mostostal Warszawa dobrze rozpoczyna rok – komentuje Andrzej Goławski

Komentarz prezesa Zarządu Mostostal Warszawa SA – Andrzeja Goławskiego do danych finansowych ze skonsolidowanego sprawozdania finansowego Grupy Mostostal Warszawa za I kwartał 2016 roku.

Andrzej Goławski
22.10.2015 – WARSZAWA – ANDRZEJ GOLAWSKI – MOSTOSTAL WARSZAWA SA
FOT. BRUNO FIDRYCH

Pierwszy kwartał 2016 r. był kolejnym dobrym okresem dla działalności Grupy Mostostal Warszawa. Osiągnięte wyniki znacznie przewyższają te za I kwartał 2015 r. (wzrost sprzedaży o 46% i zysku brutto o 416%). EBiTDA wyniosła 36 mln PLN i stanowiła 10% sprzedaży Grupy.

Sytuacja gotówkowa Grupy utrzymuje się na dobrym, stabilnym poziomie. Spadek środków pieniężnych o kwotę 39 mln zł  związany jest z uregulowaniem w I kwartale 2016 r. zobowiązań, na które w końcu roku 2015 utworzono rezerwy (roboty budowlane wykonane a niezafakturowane przez podwykonawców).

Bardzo dobrze przebiega współpraca z naszym największym wierzycielem tj. Accioną Infraestructuras S.A., czego efektem jest wydłużenie terminów spłaty trzech pożyczek na II połowę 2017 r. oraz deklaracja, że są możliwe dalsze przedłużenia terminów ich spłaty. Zadłużenie z tytułu pożyczek na 31.03.2016 r. wynosiło 207 mln PLN i uległo zmianie w porównaniu z końcem roku 2015 głównie z tytułu naliczenia odsetek.

Na dzień 31 marca 2016 roku kapitał własny netto Grupy Mostostal Warszawa wynosił 236 mln PLN (w porównaniu do 31 grudnia 2015 zwiększył się o 5%), natomiast zatrudnienie osiągnęło stan 1.459 pracowników i było niższe o 14 osób w porównaniu do stanu na dzień 31.12.2015 roku.

Portfel zleceń Grupy Mostostalu Warszawa na koniec marca 2016 r. wyniósł 2,0 mld PLN i pomimo obniżenia w stosunku do końca roku zapewnia on funkcjonowanie Grupy na podobnym poziomie w ciągu 2 lat. Podjęte działania organizacyjne polegające na otwarciu Oddziału Zachodniego w Poznaniu oraz wzmocnieniu działów ofertowania, w naszej ocenie, przyczynią się do pozyskania nowych kontraktów i zwiększenia portfela zamówień w niedalekiej przyszłości.

W I kwartale br. udało nam się także rozszerzyć współpracę z kolejnymi instytucjami finansowymi w zakresie pozyskiwania gwarancji oraz krótkoterminowego finansowania.

W dniu 19 kwietnia 2016 r. Walne Zgromadzenie Spółki podjęło uchwałę o przeznaczeniu zysku osiągniętego w 2015 r. na pokrycie strat z 2013 r.

Ocena sprawozdania finansowego za I kwartał 2016 roku stanowi solidną podstawę do twierdzenia, że rok 2016 będzie dobrym rokiem dla Grupy Mostostalu Warszawa.

Raport z rynku pracy w USA wyznaczy trend na najbliższe dni

Przedostatnia w tym tygodniu sesja na rynkach światowych zakończyła się w większości wypadków spadkami indeksów. Najsilniej tracił w Europie indeks polskich największych spółek, WIG 20. Na koniec dnia odnotował spadek o 1,48%, przy obrotach sięgających 405 mln złotych. Nieco lepiej radziły sobie giełdy w zachodniej części Starego Kontynentu – niemiecki DAX na koniec dnia wyszedł na plus, zyskując 0,24%, francuski CAC 40 stracił 0,11%, a brytyjski FTSE 100 wzrósł zaledwie o 0,09%.

Konrad Mikołajko Head of Support Patron FX
Konrad Mikołajko
Head of Support
Patron FX

Inwestorów nie rozpieszczały również wczorajsze publikacje makroekonomiczne, które były w dodatku słabsze od oczekiwań. Dowiedzieliśmy się między innymi, że usługowy PMI dla Chin spadł do 51,8 pkt. z 52,2 pkt., podczas gdy oczekiwano 52,6 pkt. Odczyt PMI w Wielkiej Brytanii wyniósł 52,3 pkt, podczas gdy poprzedni odczyt był na poziomie 53,7 pkt. Z USA natomiast poznaliśmy raport Chalangera, który ukazał wyższą liczbę planowanych zwolnień Stanach Zjednoczonych, a także cotygodniową liczbę złożonych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Tutaj niestety wynik również okazał się gorszy od konsensusu – przy założeniu wzrostu z 257 tys. do 260 tys. finalnie było to 274 tys., a jeszcze dwa tygodnie temu wskaźnik notował poziomy najniższe od ponad czterdziestu lat. Cóż za dynamika zmian…

Dziś bez wątpienia oczy wszystkich inwestorów skierowane będą na amerykańskie odczyty z rynku pracy (Payroll), który prawdopodobnie okaże się znaczący z perspektywy dalszych działań podejmowanych przez Rezerwę Federalną USA i możliwe że bardziej precyzyjnie nakreśli ścieżkę kształtowania się stóp procentowych. Oprócz tego poznamy dynamikę produkcji przemysłowej w Hiszpanii, a także decyzję Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych w Polsce. Prognoza jednak w drugim wypadku zakłada, iż stopy procentowe pozostaną na niezmienionym poziomie.

Sesja w USA:

Czwartek na giełdach w Nowym Jorku przyniósł minimalne zmiany głównych indeksów. Drożejąca ropa naftowa pomagała spółkom sektora paliwowego i ten był najsilniejszy podczas notowań. Finalnie indeks Dow Jones Industrial Average zyskał 0,05%, S&P 500 spadł o 0,02%, a Nasdaq Composite stracił 0,18%.

Waluty:

Kurs EURUSD dotarł na koniec czwartkowych notowań do poziomu 1,1401, tracąc 0,75% w stosunku do poziomu otwarcia. Kurs EURGBP spadł o 0,74% osiągając poziom 0,7867, natomiast EURJPY stracił 0,44%, docierając do poziomu 122,39.

Polska waluta jest dziś rano wyceniana następująco: 4,4273 PLN wobec euro, 3,8761 PLN wobec dolara amerykańskiego, 4,0061 PLN wobec franka szwajcarskiego oraz 5,6182 PLN wobec funta szterlinga.

Surowce:

Złoto na koniec dnia wzrosło o 0,47% osiągając poziom 1279,25 USD za uncję. Wartość srebra wzrosła o 0,69% do poziomu 17,42 USD za uncję.

Sesja dla ropy naftowej zakończyła się wzrostami. Odmiana WTI zyskała 1,39 % docierając do poziomu 44,39 USD za baryłkę, natomiast odmiana Brent zyskała 1,41% osiągając tym samym poziom 45,25 USD za baryłkę.

Konrad Mikołajko
Head of Support
Patron FX

Toyota przyspiesza prace nad akumulatorami przyszłości

Badacze z amerykańskich laboratoriów Toyoty opracowali rozwiązanie, umożliwiające stworzenie tańszych i bezpieczniejszych akumulatorów o znacznie większej pojemności.

Naukowcy pracujący w laboratoriach Toyota Research Institute of North America (TRINA) w Ann Arbor w stanie Michigan dokonali istotnych postępów w pracach nad akumulatorami nowej generacji, odznaczającymi się szeregiem zalet w stosunku do akumulatorów litowo-jonowych bądź litowo-polimerowych używanych obecnie np. w samochodach elektrycznych.

Jednym z obiecujących kierunków rozwoju tego rodzaju akumulatorów jest zastąpienie litu innym metalem lekkim – magnezem. W przeciwieństwie do jednowartościowego litu, jest on dwuwartościowy, co samo w sobie oznacza możliwość gromadzenia dwukrotnie większego ładunku elektrycznego przez każdy atom. Magnez jest też bardziej rozpowszechniony w przyrodzie, a więc tańszy, a ponadto bardziej stabilny, co radykalnie zmniejsza ryzyko pożaru, będące jedną z największych wad akumulatorów litowo-jonowych. Przez długi czas jednak na przeszkodzie do stworzenia akumulatorów wykorzystujących magnez stał brak odpowiedniego elektrolitu, nie powodującego korozji elementów akumulatora.

Przełom przyniosła współpraca zespołu pracującego nad akumulatorami magnezowymi z badaczami zajmującymi się materiałami zdolnymi przechowywać wodór dla pojazdów zasilanych ogniwami paliwowymi, takich jak Toyota Mirai. Inżynier Rana Mohtadi zaproponowała wówczas wypróbowanie w akumulatorach magnezowych związków stosowanych do przechowywania wodoru. Dalsze badania potwierdziły, że to był strzał w dziesiątkę.

Toyota Research Institute of North America (TRINA
In case you’ve forgotten how batteries work, here’s a quick refresher.
Batteries are made up of three main components; a ANODE (-), a CATHODE (+) and between them, a ELECTROLYTE. Electrons move between the anode and the cathode through the external circuit, while ions are transported through the electrolyte to balance the charge. Different metal combinations require different electrolytes that must efficiently allow the movement of ions while not corroding the anode and cathode.

– „Udało nam się wykorzystać materiał używany wcześniej tylko do przechowywania wodoru i stworzyć z niego praktyczny i konkurencyjny składnik akumulatorów magnezowych” – mówi Mohtadi – „To było fascynujące”.

Nie mniej niezwykły był wpływ na to odkrycie kultywowanej przez Toyotę kultury różnorodności i współpracy.

– „Wyniki tych prac świadczą o sile naszego zespołu” – mówi szef Energy Storage Group w TRINA, Paul Fanson – „Staramy się kojarzyć ludzi o różnych specjalnościach i zajmujących się różnymi technologiami i umożliwiać im współpracę. Ten przykład potwierdza, że nasze podejście świetnie się sprawdza.”

Wprowadzenie akumulatorów nowej generacji na rynek wymaga jeszcze wielu lat badań, jednak Toyota nie zamierza zachować odkrycia wyłącznie dla siebie. – „Chcielibyśmy, aby nowy elektrolit stał się standardem w akumulatorach magnezowych. Pragniemy, aby inni badacze włączyli się w prace nad ich dalszym rozwojem” – mówi Oscar Tutusaus, współpracownik Rany Mohtadi.

Efektem tych prac będą akumulatory o większej gęstości energii, pozwalające np. zwiększyć zasięg samochodów hybrydowych, takich jak Toyota Prius, Prius Plug-in, Auris Hybrid, Yaris Hybrid, RAV4 Hybrid czy Lexus CT 200h, w trybie elektrycznym.

Oprocentowanie kredytów nadal niskie – stopy procentowe bez zmian

Na zakończonym dziś posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej postanowiono utrzymać stopy procentowe na dotychczasowym poziomie. Oznacza to, że podstawowa stopa NBP – stopa referencyjna – nadal będzie wynosiła 1,50 proc.

Już ponad rok minął od ostatniej obniżki stóp procentowych przeprowadzonych przez polski bank centralny. Poprzednia zmiana poziomu tego parametru miała miejsce w marcu 2015 roku i wyniosła 0,5 pkt. proc. doprowadzając tą zmienną do wartości najniższych w całej historii polskiego rynku finansowego.

Zmiana stóp procentowych NBP

Stopy procentowe NBP

Raty ostro w dół

– Powyższa sytuacja pozytywnie wpłynęła na portfele osób spłacających kredyty hipoteczne wyrażone w polskim złotym. Wynika to z faktu, iż stopy ogłaszane przez NBP oddziałują bezpośrednio na poziom stóp WIBOR, które są ważną częścią składową oprocentowania zobowiązań mieszkaniowych, a jak wiadomo niskie oprocentowanie danego kredytu przekłada się na niski poziom rat kredytowych. – mówi Jacek Kasperczyk, analityk porównywarki finansowej Comperia.pl. – Przykładowo, rata 30-letniego kredytu hipotecznego na kwotę 300 tys. zł, zaciągniętego w styczniu 2009 r. wynosi dziś 1481,00 zł, podczas gdy jeszcze trzy lata temu była ona równa 1717,00 zł. – dodaje.

Niestety nie wszyscy są zadowoleni

Łagodna polityka pieniężna prowadzona przez Narodowy Bank Polski ma swoje wady, wśród których należy wymienić przede wszystkim spadek oprocentowania produktów oszczędnościowych. Jeszcze trzy lata temu średnie oprocentowanie kwartalnej lokaty na kwotę 5 tys. zł wynosiło około 2,91 proc. w skali roku. Obecnie, zmienna ta jest niemal dwukrotnie niższa i przyjmuje wartość 1,49 proc. Taka sytuacja sprawia, że osoba posiadająca wspomniany depozyt uzyskuje dziś dwukrotnie mniejsze odsetki – obniżka z 29,50 zł do 15,00 zł.

Niestety wiele wskazuje na to, że w najbliższych kilku miesiącach nasz rodzimy bank centralny będzie wspierał utrzymanie niskich stóp procentowych.

Źródło: Comperia.pl

Ryzyko polityczne w Turcji powróciło

Wydarzenia na tureckiej scenie politycznej w kontekście przeceny tureckich akcji analizuje Robert Burdach, zarządzający funduszami akcji Union Investment TFI

Robert BurdachAhmet Davutoğlu – premier Turcji i przewodniczący rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) – zapowiedział, że na nadzwyczajnym zjeździe partii 22 maja nie będzie się ubiegał o ponowny wybór na lidera partii. Jest to równoznaczne ze zmianą na stanowisku premiera. Reakcja tureckiej giełdy oraz waluty na tę wiadomość okazała się bardzo gwałtowna…

Nie jest tajemnicą, że w AKP funkcjonują dwie frakcje: zwolenników prezydenta Erdoğana (stanowiąca większość) oraz będąca w mniejszości frakcja, której przewodzi Davutoğlu. W ostatnich dniach konflikt pomiędzy prezydentem a premierem osiągnął punkt krytyczny, a szansa na porozumienie w kluczowych obszarach zarządzania państwem drastycznie spadła. Stąd zapowiedź dymisji. W tej sytuacji zapewnienia składane przez premiera Davutoğlu o braku słów krytyki oraz pełnym szacunku wobec prezydenta Erdoğana zabrzmiały dla inwestorów wyjątkowo niewiarygodnie.

Zmiana na stanowisku szefa partii, a nawet premiera, nie wydaje się dostatecznym powodem, by wywołać aż tak duże spadki na rynku finansowym. Takie sytuacje się zdarzają. Skąd tak silny wzrost awersji do tureckich aktywów?

Oprócz rezygnacji zapowiedzianej przez premiera Davutoğlu w Turcji znacząco wzrosło ryzyko ponownego przeprowadzenia wcześniejszych wyborów parlamentarnych. Trzecie wybory na przestrzeni kilkunastu miesięcy postawiłyby pod dużym znakiem zapytania stabilność tureckiej demokracji. Z kolei brak stabilności politycznej nigdy nie sprzyja inwestowaniu kapitału. Widać to choćby na przykładzie Rosji.

W jakim celu AKP miałaby dążyć do rozpisania nowych wyborów?

Nie od dziś wiadomo, że Recep Tayyip Erdoğan dąży do umocnienia władzy prezydenckiej. Przy obecnym układzie w tureckim parlamencie nie jest to możliwe, jako że rządzącej partii AKP brakuje większości konstytucyjnej do przegłosowania takich zmian. Jak się okazuje, prokurdyjska Ludowa Partia Demokratyczna (HDP) i skrajnie nacjonalistyczna partia MHP, które po ostatnich wyborach z dobrym wynikiem weszły do parlamentu, tracą zwolenników. Według najnowszych sondaży poparcie dla tych ugrupowań spadło poniżej 10%, co w Turcji stanowi próg wyborczy. Gdyby wyniki sondażowe znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości i AKP zdobyłaby większość konstytucyjną, z parlamentu zniknęłaby silna opozycja, a prezydent Erdoğan mógłby przeforsować system prezydencki. Rynki obawiają się dryfowania Turcji w kierunku rządów autorytarnych.

Czy wzrost ryzyka politycznego w Turcji niweluje dobre fundamenty, na których dotąd inwestorzy opierali swoje zaangażowanie w tureckie aktywa?

W efekcie gwałtownego wzrostu ryzyka politycznego niektóre fundamenty wspierające tureckie akcje zostały czasowo podkopane. Można tu wskazać chociażby stabilność tureckiej waluty, która jeszcze do niedawna generowała apetyt zagranicznych inwestorów na tureckie aktywa. Z drugiej strony wiele argumentów za Turcją nie uległo zmianie. Można tu wskazać chociażby tempo wzrostu PKB, prognozowane atrakcyjne stopy dywidendy oraz wzrosty zysków tureckich spółek. Do momentu rozwoju sytuacji na scenie politycznej inwestowanie w Turcji będzie się wiązało ze zwiększonym ryzykiem.

Złoty słaby, RPP i Glapiński bez emocji

Marcin Kiepas, dyrektor działu analiz Admiral Markets
Marcin Kiepas, dyrektor działu analiz Admiral Markets

Złoty w piątek osłabił się do głównych walut, w tym do słabo spisującego się ostatnio szwajcarskiego franka. Inwestorzy bez emocji przyjęli wyniki posiedzenia RPP i kandydaturę Adama Glapińskiego na nowego prezesa NBP. W centrum uwagi dalej pozostaje decyzja Moody’s i ustawa frankowa.

Desygnowanie Adama Glapińskiego na przyszłego prezesa Narodowego Banku Polskiego (NBP), który na tym stanowisku zastąpi odchodzącego Marka Belkę, nie było dla rynków finansowych najmniejszym zaskoczeniem. Od momentu, gdy wszedł on do zarządu NBP, wszyscy spodziewali się takiego obrotu sprawy. Stąd też na rynku walutowym brak było reakcji na to wydarzenie.

Osobę Glapińskiego, który wcześniej był członkiem Rady Polityki Pieniężnej (RPP), należy ocenić pozytywnie, dając mu duży kredyt zaufania. Prezentuje on umiarkowane poglądy, co jest cechą pożądaną na tym stanowisku. Podkreślić ponadto trzeba, że sama zmiana na stanowisku prezesa NBP przeprowadzana jest w sposób bardzo profesjonalny.

Nowy prezes NBP będzie musiał zmierzyć się z kilkoma stojącymi przed nim wyzwaniami. Te największe to ustawa o pomocy frankowiczom, stabilność sektora bankowego w obecnych trudnych warunkach (podatek bankowy, niskie stopy procentowe, ustawa frankowa), czy też obrona niezależności banku centralnego przed zakusami polityków. To ostatnie może wydać się paradoksalnie o tyle trudne, że w partii rządzącej wydaje się funkcjonować duże niezrozumienie dla roli NBP w gospodarce i duża pokusa do wykorzystania banku do jej stymulowania. Dał temu wyraz nawet prezydent Andrzej Duda, który jako najważniejszy cel przed Adamem Glapińskim postawił stabilność złotego, podczas gdy zgodnie z ustawą podstawowym celem jest utrzymanie stabilnego poziomu cen (czyli inflacja). To pokazuje, że obóz rządzący może przedkładać krótkoterminowe cele ponad główny cel funkcjonowania NBP.

Większych emocji w piątek nie wywołało też posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Podjęta decyzja o pozostawieniu stóp procentowych na dotychczasowym poziomie (główna 1,50%) była powszechnie oczekiwana, a komunikat opublikowany po posiedzeniu niewiele się różnił od poprzedniego. Rynek zakłada, że koszt pieniądza w Polsce pozostanie stabilny aż do III kwartału 2017 roku, gdy prognozowana jest jego podwyżka. W naszej opinii na taki ruch możemy zaczekać nawet do ostatniego kwartału przyszłego roku. Ponadto nie wykluczamy, że jeszcze w tym roku na rynku pojawią się spekulacje odnośnie możliwej obniżki stóp (tylko i wyłącznie spekulacje), podłożem dla których będą słabsze dane makroekonomiczne z Polski i strefy euro. Ewentualne pojawienie się takich spekulacji mogłoby mieć negatywne przełożenie na notowania złotego.

Podobnie bez dużych emocji zostały przyjęte dziś, będące wydarzeniem dnia na rynkach globalnych,  miesięczne dane z amerykańskiego rynku pracy. Odnotujmy jednak, że o ile w kwietniu stopa bezrobocia w USA utrzymała się na prognozowanym poziomie 5%, to już zatrudnienie w sektorze pozarolniczym wzrosło mniej od konsensusu (160 tys. vs 200 tys.). W efekcie oczekiwania na kolejne podwyżki stóp procentowych przez Fed odsunęły się w czasie, co generalnie jest dobrą wiadomością dla złotego i polskich aktywów.

Sentyment wokół złotego pozostaje obecnie słaby. Jednym z podstawowych źródeł tego stanu rzeczy jest zakładane cięcie ratingu Polski przez agencję Moody’s. Decyzja w tej sprawie zapadnie w najbliższy piątek 13 maja. Rynek jest przekonany, że Moody’s obniży ocenę wiarygodności kredytowej z utrzymywanego od listopada 2002 roku poziomu A2 (ocena ta jest o 1 stopień wyższa niż rating nadany przez Fitch i o 2 stopnie niż S&P).

Być może skala dzisiejszej przeceny złotego byłaby jeszcze większa, gdyby nie złagodzenie obaw o nową wersję ustawy o pomocy dla tzw. frankowiczów. Ma ona pojawić się pod koniec maja. Zgodnie z nieoficjalnymi doniesieniami, ma ona nie zawierać przymusu przewalutowania kredytów frankowych, a umożliwić ich posiadaczom odzyskanie spreadów lub zwolnienie z kredytów w zamian za zwrot mieszkań bankom.

W przyszłym tygodniu temat ratingu i ustawy frankowej pozostaną jednymi z ważniejszych dla złotego. Jednak nie będą to tematy jedyne. Uwaga inwestorów będzie się koncentrować jeszcze na publikowanych w najbliższy piątek wstępnych szacunkach dynamiki polskiego Produktu Krajowego Brutto (PKB) za I kwartał br. (prognozowane wyhamowanie wzrostu do 3,4% z 4,3% R/R w IV kwartale 2015) oraz sytuacji na rynkach globalnych.

O godzinie 17:06 kurs EUR/PLN testował poziom 4,4257 zł, rosnąc z poziomu 4,4053 zł wczoraj na koniec dnia. Notowania USD/PLN podskoczyły do 3,8763 zł z 3,8633 zł. Szwajcarski frank podrożał do 3,9980 zł z poziomu 3,9910 zł. Ten ostatni wzrost o tyle zwraca uwagę, że szwajcarska waluta w ostatnich dniach spisuje się słabo. I tak w przypadku EUR/CHF, czyli najważniejszej pary walutowej z punktu widzenia Szwajcarów, kurs podskoczył z 1,0978 do dzisiejszego maksimum na poziomie 1,1091, będącego jednocześnie 3-miesięcznym maksimum tej pary.

Ostatnie zachowanie złotego, a także analiza sytuacji na wykresach polskich par sugeruje, że w przyszłym tygodniu należy oczekiwać dalszego osłabienia złotego w relacji do euro i dolara. Takie zachowanie byłoby też logiczne przed piątkową decyzją Moody’s, która w takim układzie w momencie jej podjęcia (czyli cięcia ratingu) w całości będzie już zdyskontowana. Stąd też samo cięcie nie tylko nie musi wywołać przeceny złotego, ale nawet mogłoby go umocnić. Każda inna decyzja, jako że będzie dużą niespodzianką, umocni go zaś w sposób skokowy.

Niejasne natomiast pozostają perspektywy franka. Jego notowania od prawie dwóch tygodni konsolidują się wokół poziomu 4 zł. Prawdopodobieństwo wybicia górą (do 4,06-4,07 zł), jak i dołem (do 3,92 zł), kształtuje się na podobnym poziomie.

Komentarz przygotował:

Marcin Kiepas
Główny Analityk
Admiral Markets AS Oddział w Polsce

W Polsce powstaje obecnie ok. 1,5 mln mkw. biur

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynkach biurowych w Warszawie i pozostałych największych polskich miastach[1] na koniec I kw. 2016 r.

Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, JLL, informuje: „W I kw. 2016 r. podpisano umowy najmu na łącznie 250 400 mkw. powierzchni biurowej, z czego na główne rynki poza stolicą przypadło 108 200 mkw. Najwyższy popyt rejestrowaliśmy w Warszawie – 142 200 mkw., a następnie w Krakowie – 39 400 mkw. Spodziewamy się wzrostu aktywności najemców w nadchodzących miesiącach”.

Największe umowy najmu biur zawarte w I kw. 2016 r. w Polsce

Firma Miasto Budynek Powierzchnia (mkw.)
Credit Suisse Wrocław Grunwaldzki Center 10 800
Aon Kraków Enterprise Park E 10 750
Allegro Warszawa Q22 7 600
Poufny najemca Warszawa Atrium 2 7 500
Rockwell Automation Katowice A4 Business Park III 7 450
Primulator Łódź Primulator HQ 7 300
Shell Kraków Dot Office 5 850
Heineken Global Shared Services Kraków Vinci Office Center 5 700

Źródło: JLL, PORF, I kw. 2016                                   

„Sektor nowoczesnych usług dla biznesu pozostaje kluczowym najemcą biur na głównych rynkach poza Warszawą. Na firmy z tej branży przypadło 63% popytu zarejestrowanego poza stolicą w I kw. 2016 r. Największy udział w popycie na biura sektor miał we Wrocławiu – 83%, Katowicach – 81% oraz Krakowie – 74%”, dodaje Anna Młyniec.

Podaż

Łączne zasoby powierzchni biurowej w Polsce wyniosły ok. 8,3 mln mkw. na koniec I kw. W analizowanym okresie na rynek trafiło ok. 218 000 mkw. nowych biur (113 000 w Warszawie oraz 105 000 poza nią).

Największe projekty biurowe oddane do użytku w I kw. 2016 r.

Budynek Miasto Powierzchnia (mkw.)  
Eurocentrum Office Complex Delta Warszawa 25 000  
Astrum Business Park I Warszawa 22 600  
Tryton Business House Gdańsk 21 300  
Atrium 2 Warszawa 20 250  
Prime Corporate Center Warszawa 20 150  
Gdański Business Center II C Warszawa 19 700  
O3 Business Campus I Kraków 19 200  
C200 Gdańsk 17 000  
Kaufland HQ Wrocław 16 000  
Storrady Park Offices Szczecin 7 400  
Equal Business Park A Kraków 6 900    
KróLEWska Warszawa 5 400  
Tensor X Gdynia 5 000  

Źródło: JLL, PORF, I kw. 2016

„Ok. 1,5 mln mkw. biur jest obecnie w budowie na terenie całego kraju. Największą aktywność deweloperów rejestrujemy w Warszawie, w której powstaje 662 000 mkw., a następnie w Krakowie – 284 000 mkw., Wrocławiu – 170 000 mkw. i Łodzi – 106 000 mkw. Z naszych wstępnych szacunków wynika, że polski rynek biurowy może w 2016 r. urosnąć nawet o 900 000 mkw.”, wylicza Mateusz Polkowski, Dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL.

Powierzchnie niewynajęte

Współczynnik pustostanów w Warszawie sięgnął 14,1% na koniec I kw. 2016 r. Poza Warszawą najniższy wskaźnik powierzchni niewynajętej rejestrowany jest w Krakowie (5,7%), a najwyższy w Szczecinie (18,3%).

Czynsze

Najwyższe czynsze transakcyjne w centrum Warszawy wahają się od 21 do 23,5 euro za mkw. miesięcznie oraz od 11 do 18 euro za mkw. miesięcznie poza nim. Wśród pozostałych głównych rynków biurowych w Polsce najniższe czynsze oferowane są w Lublinie (11 – 12 euro za mkw. miesięcznie), a najwyższe w Poznaniu i Wrocławiu (14 – 14,5 euro za mkw. miesięcznie).

***

W I kw. 2016 r. zespół ekspertów JLL doradzał przy transakcjach najmu biur na łączną powierzchnię ok. 61 000 mkw. w całej Polsce, co daje najwyższy, 34-procentowy udział w rynku wśród wszystkich firm doradczych.

[1] Główne rynki biurowe poza Warszawą to Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań, Łódź, Lublin i Szczecin

Koniec tygodnia dla dolara

Choć pretendentów do głównej roli jest dziś kilku, piątek ma w rzeczywistości tylko jednego aktora: są nimi dane z amerykańskiego rynku pracy, czyli nonfarm payrolls. Rynek oczekuje wzrostu zatrudnienia o 200 tys. osób, choć wątpliwości, że taki wynika uda się osiągnąć, jest sporo. Dzisiejsze dane są ważniejsze niż zwykle, bo rynki pamiętają o przestawieniu akcentów w kwietniowym komunikacie FOMC i gorszym od oczekiwań wzroście PKB. Od tego, czy rynek pracy utrzyma się we wzorowej kondycji, czy wzrost zatrudnienia będzie wysoki, a dynamika wynagrodzeń osiągnie poziom konsensusu, zależy siła dolara.

Reszta dzisiejszych wydarzeń jest tłem dla NFP. Nawet Donad Trump, deklasujący rywali i coraz pewniej zmierzający do nominacji Partii Republikańskiej, zszedł na plan dalszy. Rynek jednak coraz poważniej dyskutuje o jego zwycięstwie w wyborach prezydenckich, a nawet pojawiły się opinie, że należy pomyśleć o przetasowaniach aktywów, bardziej stawiając na spółki zbrojeniowe, a zdecydowanie mniej na handlujące z Chinami i Meksykiem. Trump nie będzie miał problemu ze zwiększeniem deficytu budżetowego, co rynki finansowe muszą wziąć pod uwagę.

Brytyjczycy czekają na wyniki wyborów samorządowych. Listy zwycięzców i przegranych pojawiają się od rana, i tak będzie przez cały dzień. Dane z Londynu powinny być znane wieczorem. Już teraz wiadomo, że Szkocka Partia Narodowa (SNP) zwyciężyła – po raz trzeci z rzędu – w wyborach do regionalnego parlamentu. SNP zapowiadała, że w przypadku Breksitu, będzie zabiegać o przeprowadzenie po raz kolejny referendum niepodległościowego. Funt może być dzisiaj nerwowy, bo ewentualna zmiana układu politycznego tuż przed referendum wprowadzi na rynek kolejny element niepewności.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Kolporter zainwestuje w rozwój logistyki i informatyzację. Dystrybutor prasy chce zwiększać swój udział w rynku o ok. 2 proc. rocznie

0

CEO Magazyn Polska

Lider rynku dystrybucji prasy zapowiada inwestycje w rozwój logistyki oraz informatyzację działalności. Kolporter za cel stawia sobie przede wszystkim maksymalne wykorzystanie swoich wewnętrznych możliwości, by poprawić jakość i skuteczność dystrybucyjną. Firma zamierza także rozbudowywać swój udział w rynku o 1–2 proc. rocznie. 

– Przede wszystkim sektor inwestuje w dwa obszary: logistykę i informatyzację – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Materek, rzecznik prasowy Kolportera – Oferta wydawców prasy jest coraz bogatsza. Oferują różnego rodzaju wydania specjalne i dodatki. Dlatego często jeden tytuł dystrybuujemy dwu-, trzykrotnie w ciągu dnia lub w kilku wariantach po to, aby go jak najefektywniej sprzedać. Aby to wszystko odpowiednio zadziałało, potrzebne są dobre systemy informatyczne.

Inwestycje mają być dzielone po połowie: 50 proc. na logistykę i 50 proc. na systemy informatyczne. Jak zapewnia rzecznik Kolportera, spółka pracuje na własnych systemach informatycznych, które są przez cały czas rozwijane i modyfikowane. Ułatwia to przyjmowanie do dystrybucji nowych tytułów. Tylko w ubiegłym roku przybyło ich ponad 200.

– To były nie tylko kolekcje książkowe. To pokazuje, jak bardzo złożony jest obecnie proces dystrybucji. Jest to nie tylko dystrybucja gazet, tak jak było kiedyś, lecz także dystrybucja produktów fizycznych, które są dołączane do prasy. Do tego wszystkiego niezbędna jest informatyka na najwyższym poziomie i odpowiednia logistyka, stąd taki kierunek inwestycji – uzasadnia Materek.

Kolporter ma 56 proc. udziału w rynku dystrybucji prasy. Razem z dwoma pozostałymi dominującymi graczami – Ruchem i Garmond Press – odpowiada za 90 proc. rynku. Dystrybutor ma plan powiększać swój udział o ok. 2 proc. rocznie.

– Jesteśmy przygotowani na to, że możemy zająć znacznie większą część rynku. Natomiast nie jest to nasz cel strategiczny. Obecnie skupiamy się na wykorzystaniu do maksimum naszych wewnętrznych możliwości i ewentualnych rezerw po to, aby poprawić skuteczność dystrybucyjną – deklaruje Materek – Nie zakładamy sytuacji skokowego wzrostu udziału w rynku. Zupełnie satysfakcjonującym dla nas jest poziom 1–2-proc.

Głównym centrum dystrybucyjnym spółki pozostaje centrum logistyczne w Mościskach koło Warszawy, gdzie Kolporter dysponuje 24 tys. mkw. powierzchni z 40 tys. mkw., które ma w całej Polsce. Jak mówi Materek, na razie nie ma potrzeby rozbudowy tych centrów.

– To centrum jest bardzo nowoczesne. Postawiliśmy na jego informatyzację, na to, aby było bardzo mobilne i w pełni przygotowane do obsłużenia jak największego ruchu. Jest do tego przygotowane. W tym momencie nie myślimy o rozbudowie tej bazy. Jest zupełnie satysfakcjonująca na ten obszar rynku, który obsługujemy, a nawet na znacznie większy.

Kolporter obsługuje obecnie ponad 28 tys. punktów sprzedaży i 5 tys. prenumeratorów. Jak mówi rzecznik firmy, dostarcza on prasę do 90 proc. punktów sprzedaży.

– Staramy się sukcesywnie powiększać swój zasięg i liczbę swoich partnerów. Natomiast nie są to wartości skokowe. Wynika to z naturalnego procesu rotacji na rynku. Część punktów w sposób naturalny znika z rynku, a w te miejsca pojawiają się nowe. Oczywiście mamy dla nich ofertę i staramy się z nimi na bieżąco nawiązywać współpracę. Przede wszystkim myślimy o poprawie efektywności sprzedaży, a nie o skokowym wzroście liczby odbiorców.

D. Sierakowska (DM BOŚ): Wzrost cen ropy może jeszcze wyhamować

CEO Magazyn Polska

Wyższe notowania ropy naftowej w ostatnim czasie były odreagowaniem po długotrwałym trendzie spadkowym i ich kontynuacja nie jest pewna. Poziom czterdziestu kilku dolarów za baryłkę to maksymalna granica poruszania się notowań surowca w najbliższym czasie. Analitycy nie wykluczają nawet spadku cen czarnego złota.

– Dobre nastroje na rynku ropy naftowej cechowały inwestorów w zasadzie tylko w ostatnich miesiącach. Mieliśmy do czynienia z pewnym odbiciem notowań w górę, ale jeszcze nie oznacza to, że ceny ropy naftowej powracają do trwałych wzrostowych trendów. Sądzę, że raczej było to odreagowanie po długotrwałym trendzie spadkowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dorota Sierakowska, analityk rynków surowcowych z Domu Maklerskiego BOŚ.

Ekspertka zaznacza, że szansą na umocnienie i kontynuację wzrostowego trendu mogłoby być wsparcie ze strony rynkowych fundamentów. Jak jednak dodaje, obecnie nie zanosi się na pojawienie takich czynników. Impulsem do trwałych wzrostów mogłyby być konkretne informacje polityczne związane z ewentualnym zamrożeniem produkcji surowca zarówno przez członków OPEC, jak i kraje spoza kartelu. Do porozumienia jednak nie doszło.

– Takie informacje na pewno wspierałyby kupujących. Nie zmienia to jednak faktu, że o takie decyzje będzie bardzo trudno – ocenia.

Według najnowszych prognoz popyt i podaż ropy naftowej w 2017 roku prawdopodobnie się zrównoważy. Bank Światowy zakłada, że za kilka lat cena surowca może powrócić do 60 dol za baryłkę. Sierakowska zaznacza jednak, że do tego czasu prawdopodobne są jeszcze przeceny na tym rynku. Ewentualnych spadków na rynku ropy nie odczują jednak polscy kierowcy. To ile wydają na stacjach paliw, w większym stopniu zależy od kursu złotego względem głównych globalnych walut, a tu w opinii Sierakowskiej optymizmu nie widać.

– Niewykluczone jest to, że notowania ropy naftowej spadną. Zwłaszcza że jeżeli faktycznie doszłoby do jakiejś zwyżki, to prawdopodobnie wiązałoby się to również ze zwiększeniem aktywności amerykańskich spółek wydobywczych, które wciąż czekają na wyższe ceny ropy naftowej, a więc podaż by się zwiększyła – wyjaśnia.

Wsparciem dla ostatniego wzrostu cen ropy był pożar lasu w Zachodniej Kanadzie, w okolicach miejscowości Fort McMurray. Doprowadził do wstrzymania wydobycia surowca z okolicznych piasków roponośnych. Drugim czynnikiem sprzyjającym kupujących były informacje napływające z Libii. Jak zaznacza ekspertka z DM BOŚ wiele wskazuje jednak na to, że te dwa czynniki wpłyną na wzrost tylko krótkoterminowo. Dodaje, że do większych zwyżek potrzebne będą dodatkowe sprzyjające dane.

Jeszcze w połowie 2014 roku cena baryłki na światowych rynkach kształtowała się w okolicach 100 dolarów. Później nastąpił gwałtowny spadek do okolic 30 dolarów, który trwał do stycznia tego roku. Ostatnie miesiące to korekta kursu. Obecnie ceny czarnego złota oscylują w okolicach 45 dolarów za baryłkę.

Z ostatnich danych DoE wynika, że produkcja ropy w USA spadła w ubiegłym tygodniu do najniższego poziomu od września 2014 r. Obecnie wynosi 8,83 mln b/d, jej spadek w ubiegłym tygodniu wyniósł 113 tys. baryłek dziennie. Obserwowany spadek jest pozytywny dla rynków ropy.

Inwestycje zagraniczne w Polsce nie są zagrożone. Ważniejszy od zachęt jest dla inwestorów popyt globalny na ich produkty

CEO Magazyn Polska

Polska wciąż jest najbardziej atrakcyjnym inwestycyjnie krajem w Europie Środkowo-Wschodniej. W I kw. PAIiIZ zamknął 15 projektów zagranicznych, podczas gdy rok temu było ich 8. Zdaniem Tomasza Kaczora, głównego ekonomisty Banku Gospodarstwa Krajowego, dla inwestycji zagranicznych istotniejsza od zachęt kreowanych przez rządy jest sytuacja samej firmy i popyt na jej produkty na całym świecie.

– Inwestycje zagraniczne to wbrew pozorom nie w tak dużym stopniu efekt zachęt ze strony rządu czy samorządu, ile przede wszystkim odzwierciedlenie sytuacji u głównych partnerów handlowych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomasz Kaczor, główny ekonomista BGK. – To, co robią firmy, które są zależne od swoich spółek matek w Europie Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych, zależy w dużej mierze od tego, jak wyglądają perspektywy zbytu na produkty całego koncernu w skali globalnej. 

Jak podała Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych, w I kw. zakończyła ona 15 inwestycji zagranicznych o łącznej wartości 76,5 mln euro. Stworzyły one 3,3 tys. miejsc pracy. Przed rokiem było to 8 inwestycji, kreujących 2,5 tys. miejsc pracy. Na koniec marca agencja prowadziła 179 projektów, o 9 więcej niż rok wcześniej. Miejsc pracy będzie jednak o jedną trzecią więcej (40 tys. vs. 30 tys.).

– Nie widzę dużego zagrożenia związanego ze wzrostem globalnym, więc także perspektywy inwestycyjne w Polsce są stosunkowo korzystne – tłumaczy Kaczor. – Na pewno nie musimy konkurować z krajami ościennymi o pojedyncze choćby bardzo widowiskowe inwestycje oferujące bardzo duże korzyści inwestorom. To nie zawsze się opłaca.

Z badania inwestorów przeprowadzonego przez Polsko-Niemiecką Izbę Przemysłowo-Handlową wynika, że Polska jest dla nich wciąż najbardziej atrakcyjnym w regionie krajem. Na 6 możliwych punktów uzyskała 4,8, a za nami uplasowały się Czechy (4,4 pkt), Słowacja (4,3 pkt) i Estonia (4,2 pkt). Dobre oceny Polsce przyznano m.in. za członkostwo w Unii Europejskiej (UE), wysokie kwalifikacje kadr, jakość kształcenia akademickiego oraz motywację pracowników. Wzrosły też oceny bazy poddostawców w Polsce oraz infrastruktury, a także coraz wyższej moralności płatniczej firm.

Jak podkreśla ekonomista, dla powrotu inwestorów na polski rynek kapitałowy większe znaczenie mają wydarzenia za oceanem niż rozgrywające się nad Wisłą.

– Rynki finansowe w Polsce są jednak – przy całej skali naszej gospodarki w dobrej formie – nieco peryferyjne i tak naprawdę decyzje władz monetarnych zarówno za Atlantykiem, jak i w strefie euro są głównymi czynnikami, które wpływają na zachowania inwestorów u nas w kraju  – przekonuje Tomasz Kaczor. – To, jak potoczy się cykl podwyżek stóp w Stanach Zjednoczonych, czy będziemy mieli jedną podwyżkę tak jak wyceniają to rynki, czy też będziemy ich mieli więcej, to będzie głównym czynnikiem determinującym kondycję polskich rynków finansowych.

Jak mówi, przyspieszenie cyklu podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych nie byłoby dobrą wiadomością dla polskich rynków finansowych. Jednak fakt, że Europejski Bank Centralny co najmniej do września 2017 roku będzie wspomagał rynki, zagrożenie nie jest duże.

Wielką niewiadomą pozostaje natomiast skutek ewentualnego opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej.

– Gdyby doszło do wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, otworzyłaby się puszka Pandory. Okazałoby się, że mechanizm, który do tej pory był biletem w jedną stronę, ma jakąś drogę powrotu. Pomijając efekty czysto ekonomiczne, które są spore, bo przecież Wielka Brytania jest dużym partnerem pozostałych krajów Unii Europejskiej, w mojej ocenie dużo ważniejsze, bo długookresowo przeważające byłyby skutki polityczne. 

Polska Grupa Zbrojeniowa chce pozyskać kontrakty na modernizację armii o wartości ponad 60 mld zł. Szczegóły nowej strategii przedstawi 31 maja

CEO Magazyn Polska

Polska Grupa Zbrojeniowa zapowiedziała rewizję strategii na lata 2015–2030. Podtrzymuje chęć uczestniczenia w Programie Modernizacji Technicznej polskiej armii i będzie się starać o kontrakty wartości 60 mld zł. Przedstawiciele grupy podkreślają, że ma ona być strategicznym elementem systemu bezpieczeństwa kraju i jednocześnie rezygnuje z osiągnięcia zaplanowanych wcześniej celów finansowych. 

O potrzebie zmian PGZ mówiła podczas konferencji NCSS dot. przemysłu zbrojeniowego.

Polska Grupa Zbrojeniowa chce być strategicznym elementem systemu bezpieczeństwa państwa. Czyli to, że zostaliśmy przeniesieni pod nadzór Ministerstwa Obrony Narodowej ma dla nas wymierne znaczenie. Po drugie, chcemy uczestniczyć w istotny sposób w gospodarce opartej na wiedzy i reindustrializacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Szczepan Ruman, dyrektor Biura Strategii i Analiz w Polskiej Grupie Zbrojeniowej. – Mamy takie poczucie, że jako grupa przemysłowa o obrotach rzędu 5 mld zł powinniśmy być istotnym tego elementem.

Polska Grupa Zbrojeniowa składa się z ponad 60 spółek i zatrudnia 17,5 tys. osób. Jej roczne przychody sięgają 5 mld zł, zaś rentowność EBITDA – 11 proc. W pierwotnych założeniach strategii do 2030 r. zakładano wzrost tych przychodów do 12 mld zł, a rentowności do 15 proc., jednak obecnie zapowiedziano zaniechanie tych celów. Na razie grupa podczas konferencji Narodowego Centrum Studiów Strategicznych przedstawiła zaktualizowane cele strategiczne. Nowa strategia zostanie ogłoszona pod koniec miesiąca.

Po trzecie, w obszarze produkcji stawiamy na kooperację i partnerstwo, jesteśmy bardzo otwarci na partnerstwa, które przyczynia się do transferu technologii do Polskiej Grupy Zbrojeniowej i do przemysłu w Polsce – podkreśla Ruman.

Jednym z celów Polskiej Grupy Zbrojeniowej ma być utworzenie Centrum Innowacji, koordynowanie obszarów badań i rozwoju oraz akwizycja spółek i myśli technologicznej. Jej zadaniem będzie też wspieranie polskich małych i średnich firm kooperujących z PGZ.

Myślę, że polskie małe i średnie przedsiębiorstwa mają bardzo wiele do zaoferowania również w obszarze innowacyjności, dlatego że bardzo często to w takich firmach panuje bardzo dobry klimat do powstawania innowacyjnych rozwiązań. My, jako Polska Grupa Zbrojeniowa, jesteśmy z jednej strony otwarci na współpracę, z drugiej strony otwarci na akwizycję tego typu przedsiębiorstw, które uzupełniałyby kompetencyjnie zakres naszej oferty – zapowiada Szczepan Ruman.

Grupa podtrzymała zamiar aktywnego uczestniczenia w Programie Modernizacji Technicznej polskiej armii, który ma być aktualizowany przez MON. Wartość kontraktów możliwych do pozyskania szacuje na ponad 60 mld zł.

Perspektywy rozwoju Polskiej Grupy Zbrojeniowej są jak najlepsze. Będziemy chcieli pozyskać programy i realizować kompleksowo Program Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych RP o wartości powyżej 60 mld zł. Jeżeli ten program będzie poszerzany, to myślę, że Polska Grupa Zbrojeniowa również będzie w tym partycypować. Mam nadzieję, że będzie to istotny i przełomowy element rozwoju całego polskiego przemysłu zbrojeniowego – podkreśla dyrektor Biura Strategii i Analiz w Polskiej Grupie Zbrojeniowej

Zapewnia, że dla PGZ bardzo istotne jest również to, by budowana oferta była atrakcyjna również za granicą.

Liczymy na to, że w oparciu o partnerstwo, o produkty, które stworzymy na potrzeby Programu Modernizacji Technicznej, będziemy mogli eksportować nasze produkty i uczestniczyć w międzynarodowych łańcuchach dostaw – informuje Ruman.

Ambasador Szwajcarii: Aby zwiększyć innowacyjność, Polska potrzebuje czołowego uniwersytetu. Powinna też zachęcać do powrotu Polaków mieszkających za granicą

CEO Magazyn Polska

Szwajcaria jest drugim największym inwestorem w Polsce spośród krajów spoza UE. Na koniec 2014 roku wartość inwestycji przekroczyła 4 mld euro. Szwajcarskie firmy nie inwestują w Polsce ze względu na tanią siłę roboczą, ale ze względu na zdolne i wykształcone kadry – podkreśla ambasador Szwajcarii. Aby zwiększać tę przewagę, Polsce potrzebna jest uczelnia, która będzie wysoko w międzynarodowych rankingach. Dużym i wciąż niewykorzystanym zasobem są też Polacy mieszkający poza granicami kraju.

– Szwajcarskie firmy nie przybyły do Polski w poszukiwaniu taniej siły roboczej, bo praca za 200 dolarów jest w Wietnamie czy w Indonezji. Przyjechały tu dla inżynierów, wykształconej kadry, szczególnie w zakresie IT – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrej Motyl, ambasador Szwajcarii w Polsce.

Jak dodaje, to właśnie wykształcona kadra w dużej mierze decyduje o innowacyjności danego kraju. W rankingach innowacyjności Szwajcaria plasuje się w globalnej czołówce. Ambasador zapewnia, że nie byłoby to możliwe bez uczelni w Zurychu czy Lozannie.

– W Polsce brakuje jednego czołowego uniwersytetu, który znajdowałby się wysoko w międzynarodowych rankingach, do którego chcieliby przyjeżdżać najlepsi studenci na świecie i w którym chcieliby uczyć najlepsi profesorowie – tłumaczy Motyl. – Kontakt z czołowymi uniwersytetami sprawił, że mamy najbardziej innowacyjne firmy farmaceutyczne na świecie. Jeżeli Polska nie będzie miała takiego uniwersytetu, nie będziecie mieli czołowych profesorów i najlepszych studentów. Wasi najlepsi studenci pojadą do Lozanny lub Zurychu i my, Szwajcarzy, możemy wam za to tylko serdecznie podziękować.

Zdaniem Motyla Polska nie może też zapominać o tych osobach, które od lat mieszkają w innych krajach, które wyjechały tam na uczelnie lub do pracy. Istotny jest również kontakt z osobami, które mają polskie korzenie.

– Nawet jeśli wśród nich jest jeden procent ludzi o wysokich kompetencjach, zajmujących się pracami badawczo-rozwojowymi, to już mamy ogromny zasób kadry. Powinniście brać przykład z Izraela, który współpracuje z Żydami za granicą – szukajcie poza granicami Polaków i ściągajcie ich do kraju – podkreśla Andrej Motyl.

Najbardziej widocznym obszarem dwustronnej współpracy jest Szwajcarsko-Polski Program Współpracy wart 490 mln franków szwajcarskich.

– Nasz wkład finansowy w politykę spójności dla Europy Środkowej i Wschodniej wynosi ponad miliard franków, z czego Polska otrzymała blisko połowę – podkreśla ambasador Szwajcarii w Polsce.

Fundusz Szwajcarski jest formą bezzwrotnej pomocy zagranicznej przyznanej przez Szwajcarię Polsce w ramach szwajcarskiej pomocy dla 10 państw członkowskich Unii Europejskiej, które przystąpiły do niej w 2004 roku. Łącznie dofinansowano w sumie 58 projektów i programów oraz ok. 1,7 tys. mniejszych inicjatyw realizowanych w całej Polsce.

– Blisko 0,5 mld franków wydano w ciągu ostatnich sześciu lat, częściowo na transport. To był z jednej strony rozwój koncepcji transportowych, z drugiej unowocześnianie taboru kolejowego w niektórych miastach – wskazuje Motyl.

Dzięki środkom funduszu w Legionowie powstanie centrum komunikacyjne (10 mln franków), zakupiono też nowe pojazdy szynowe dla WKD (ponad 19 mln fraków). Wykonano również 50 inwestycji poprawiających bezpieczeństwo w ruchu drogowym na terenie kilku powiatów (4 mln franków), a Służba Celna i Policja otrzymały nowe pojazdy.

– Co istotne, inwestujemy w fundusze, w których mali i średni przedsiębiorcy mogą pozyskać kredyt na rozwój swojego biznesu. Rozwijamy takie fundusze w Polsce, ponieważ system bankowy nie jest tu jeszcze tak dojrzały jak w Szwajcarii. Jest to więc bardzo ważny obszar współpracy – przekonuje ambasador Szwajcarii. – Ważna jest także współpraca badawczo-rozwojowa. Mamy do wydania około 30 mln euro. Jeżeli Szwajcarzy współpracują z polskimi naukowcami, którzy mają dobry projekt, może być on przez nas sfinansowany.

Jak podkreśla, równie ważne, co współpraca na poziomie państwowym, jest zaangażowanie prywatnych firm. Szwajcaria jest jednym z najbardziej znaczących inwestorów w naszym kraju. Zgodnie z danymi NBP łączna wartość inwestycji na koniec 2014 roku osiągnęła 4,1 mld euro. Według PAIiIZ Szwajcaria jest po USA drugim spoza UE inwestorem w Polsce. W Polsce rośnie nie tylko liczba inwestycji, lecz także liczba projektów realizowanych w usługach. Nie ma praktycznie branży, która nie byłaby reprezentowana przez szwajcarskie firmy.

Santander Consumer Bank zyskuje na współpracy z Justyną Kowalczyk. Klienci są gotowi wiązać się z bankiem na dłużej

CEO Magazyn Polska

Od jesieni ubiegłego roku trwa współpraca Santander Consumer Banku z  Justyną Kowalczyk, jedną z najsłynniejszych polskich sportsmenek. Mistrzyni olimpijska reklamuje szybki kredyt gotówkowy Santander Consumer Banku, bank zaś sponsoruje biegaczkę i za jej namową bierze udział w akcjach charytatywnych. Zyski są nie tylko wizerunkowe. Z obserwacji banku wynika, że od czasu nawiązania współpracy klienci chętniej korzystają z jego długoterminowych usług.

Współpraca z Justyną Kowalczyk, jako najbardziej rozpoznawalną polską sportsmenką, to zdecydowanie dobra inwestycja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Przybył, prezes zarządu Santander Consumer Banku. – Już teraz, po zakończeniu pierwszego sezonu, możemy powiedzieć, że rozpoznawalność Justyny oraz jej cechy, takie jak upór, dążenie do celu i pozytywne nastawienie, przekładają się na postrzeganie banku przez naszych klientów. Widzimy, że więcej osób postrzega pozytywnie nasz bank.

Jak podkreśla, dobrze wpływa to na rozpoznawalność marki, a to z kolei pozwala rozszerzać relacje z klientami.

Justyna Kowalczyk od jesieni ub.r. promowała kredyt gotówkowy, możliwy do zaciągnięcia w 15 minut. Zdaniem Arkadiusza Przybyła akcja zaowocowała wzmocnieniem wizerunku i siły marki, co znalazło odzwierciedlenie w wyższej dochodowości działalności i większej lojalności klientów.

Na koniec I kwartału Grupa Santander Consumer Bank miała 14,3 mld zł udzielonych kredytów, o 2,5 proc. więcej niż rok wcześniej, głównie dzięki wzrostowi portfela kredytów gotówkowych i kart kredytowych. Z kolei zobowiązania wobec klientów, czyli m.in. środki zgromadzone na lokatach i depozytach, wyniosły 7,9 mld zł i były wyższe od ubiegłorocznych o blisko 20 proc.

Współpraca z Santander Consumer Bankiem bardzo dużo ułatwia, ponieważ bank, jako dobry sponsor, pomaga mi i finansowo, i marketingowo. Mogę sobie pozwolić na wszystko, co jest mi potrzebne, by na odpowiednim poziomie uprawiać sport – podkreśla Justyna Kowalczyk.

Dla biegaczki, która ostatnio zwyciężyła w biegu na 25 km w Islandii, sezon 2015/2016 już się zakończył, natomiast na dniach rozpoczną się przygotowania do kolejnego.

Oprócz tego, że jesteśmy głównym sponsorem Justyny w jej działalności narciarskiej, oraz oprócz tego, że jest ona ambasadorką naszej marki, co przekłada się na nasz biznes, dodatkowo Justyna zainspirowała nas do rozszerzenia działalności charytatywnej, do nawiązania współpracy z Polskim Towarzystwem Walki z Mukowiscydozą – mówi Przybył. – My ze swojej strony zainspirowaliśmy Justynę do tego, żeby była ambasadorem Akademii Zdrowia Santandera. To projekt, poprzez który bank chce popularyzować aktywność fizyczną i sport wśród Polaków.

Santander Consumer Bank działa w Polsce pod tą marką od 2006 roku. Ma ponad 300 oddziałów i specjalizuje się w udzielaniu kredytów, obsłudze kart, leasingu i sprzedaży ratalnej. Obsługuje 33 tys. placówek handlowych, oferując kredyty ratalne, oraz 800 salonów i dealerów samochodowych, w których proponuje kredyt samochodowy.

Chorzy na stwardnienie rozsiane tracą prawo do refundacji leków po 5 latach od rozpoczęcia terapii

CEO Magazyn Polska

Osoby chore na zaawansowaną postać stwardnienia rozsianego mogą liczyć tylko na 5 lat refundowanej terapii. Po tym czasie tracą prawo dostępu do bezpłatnego leczenia. Pacjenci chcą zniesienia krzywdzącego ich zapisu w ustawie – odpowiednio prowadzona terapia jest dla nich bowiem jedyną gwarancją uniknięcia inwalidztwa i zachowania niezależności. W przyszłym roku mija pięć lat od wprowadzenia leków drugiej linii leczenia i wielu chorych obawia się, że może stracić dostęp do leków.

Stwardnienie rozsiane (SM) to przewlekła choroba układu nerwowego, w przebiegu której na skutek stanów zapalnych uszkodzeniu ulegają osłonki nerwów. Prowadzi to do upośledzenia przewodzenia impulsów nerwowych oraz zaburzenia pracy niemal wszystkich organów w ciele człowieka.

W Polsce na stwardnienie rozsiane cierpi ok. 55 tys. osób. Choroba uaktywnia się zazwyczaj między 20 a 40 rokiem życia i w skrajnych przypadkach może nawet w ciągu kilku lat doprowadzić do całkowitego inwalidztwa. Nowoczesne leki pozwalają opóźnić jej rozwój, zapobiec nawrotom oraz znacznie poprawić stan zdrowia, a tym samym jakość życia pacjentów. Dzięki temu chorzy mogą pozostawać aktywni zawodowo i społecznie.

Pacjenci z SM są niezależni. To są bardzo heroiczne historie, często pacjent mimo niesprawności żyje aktywnie, włącza się w działania na rzecz innych. Chorzy pozostają aktywni, robią rzeczy niesamowite, biegają maratony bądź po prostu żyją aktywnie, pracują, zakładają rodziny – mówi agencji informacyjnej Newseria Magdalena Fac-Skhirtladze, sekretarz generalna Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego.

W terapii pacjentów ze stwardnieniem rozsianym istotna jest szybka diagnoza, wdrożenie leczenia oraz dostęp do nowoczesnych leków. Podstawą leczenia chorych na SM są leki immunomodulujące, które oddziałują na stany zapalne. Polscy pacjenci mają jednak ograniczony dostęp do tych terapii, zwłaszcza w tzw. drugiej linii terapii, gdy choroba jest bardzo aktywna.

Nie ma to uzasadnienia w danych klinicznych i danych rejestracyjnych leku. Prawdopodobnie w przyszłym roku, bo wtedy mienie pięć lat od wprowadzenia leków drugiej linii leczenia, wielu pacjentom zostaną odebrane leki z powodów administracyjnych – mówi Magdalena Fac-Skhirtladze.

Zdaniem specjalistów przerwanie skutecznej terapii w szybkim tempie prowadzi do pogorszenia stanu zdrowia pacjentów i wystąpienia kolejnego rzutu choroby. W Polsce występuje ponadto dysproporcja w dostępie do terapii na poziomie regionalnym. Wynika to przede wszystkim ze sposobów finansowania programów leczenia przez wojewódzkie oddziały NFZ, liczby świadczeniobiorców oraz rozlokowania szpitali. W województwie lubuskim dostęp do leczenia pierwszą linią terapii jest bardzo ograniczony, nie ma też żadnego ośrodka prowadzącego leczenie drugiej linii.

Dochodzi do takich kuriozów, że pacjenci migrują między województwami, co nie jest efektywne dla nikogo. Pacjent musi swoje wolne dni urlopowe zużywać na to, by jechać po lek, a jego lokalny NFZ i tak za jego leczenie płaci. Właściwie nie ma to najmniejszego sensu, ale takie sytuacje się zdarzają – mówi Magdalena Fac-Skhirtladze.

Środowiska pacjenckie zwracają uwagę na to, że właściwie prowadzona terapia jest jedynym gwarantem niezależności pacjenta. Ważnym elementem w dyskusji na temat sytuacji chorych na SM jest ich chęć kontynuowania pracy zawodowej – większość nie tylko nie rezygnuje z zatrudnienia podczas terapii, lecz także szuka własnej niszy na rynku pracy mimo postępującej niepełnosprawności. Polskie Towarzystwo Stwardnienia Rozsianego planuje w maju debatę w Sejmie, do której zostaną zaproszeni pacjenci, eksperci i przedstawiciele władz.

Mamy nadzieję, że pokaże ona, że pacjent chce być niezależny, nie chce być ciężarem dla systemu. Jeżeli pacjent tę niezależność traci, to my, jako system, zawiedliśmy, albo nie dając mu właściwego leczenia, albo odpowiednio szybkiej diagnozy, albo wsparcia społecznego – mówi Magdalena Fac-Skhirtladze.

Na problemy pacjentów chorych na stwardnienie rozsiane ma również zwrócić uwagę Światowy Dzień SM, obchodzony na całym świecie w ostatnią środę maja.

Szkolnictwo zawodowe odzyskuje prestiż. Naukę w zawodówce lub technikum kontynuuje prawie połowa gimnazjalistów

CEO Magazyn Polska

Szkoły zawodowe stają się coraz popularniejsze. W ubiegłym roku 49 proc. gimnazjalistów kontynuowało naukę w placówce zawodowej albo technikum. Po ukończeniu tego rodzaju edukacji aż 98,4 proc. pracuje, z czego prawie połowa – w wyuczonym zawodzie. Emigrację zarobkową rozważa coraz mniej absolwentów.

Szkolnictwo zawodowe odzyskuje dawny prestiż. Przywraca się wiarę w to, że nie tylko umie kształcić fachowców, ale przede wszystkim ręce do pracy, które będą potrzebne na krajowym rynku – mówi agencji Newseria Biznes Justyna Pokojska z Laboratorium Gospodarki Cyfrowej DELab Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak wynika z raportu przygotowanego przez DELab UW dla Gumtree, w ubiegłym roku już 49 proc. młodych polskich gimnazjalistów zdecydowało się na edukację w szkołach technicznych i zawodowych, z czego 36 proc. – w technikach i 13 proc. – zawodówkach. To o prawie 25 proc. więcej niż w 2000 roku.

Jak przypomina Pokojska, w latach 70. ubiegłego wieku dwie trzecie uczniów szkół podstawowych decydowało się na tego rodzaju naukę. Odwrót nastąpił w latach 90., kiedy aspiracje edukacyjne młodych Polaków wzrosły. Do szkół bezpośrednio przygotowujących do zawodu trafiało tylko czterech na dziesięciu uczniów.

Mieszkańcy wsi dwa razy częściej niż ich rówieśnicy z dużych miast decydują się na szkołę zawodową (13,3 proc. vs. 6,3 proc.) i wyraźnie częściej na technikum (54,3 proc vs. 43 proc.). Odsetek wskazań szkoły policealnej jako ostatnio ukończonej był jednak w miastach znacznie większy niż na wsi.

Na pewno związane jest z dostępnością. Na wsiach nie ma wielu możliwości kontynuowania nauki. W większych ośrodkach co czwarty absolwent zawodówki lub technikum decyduje się następnie na kontynuację nauki w szkole policealnej – zauważa Justyna Pokojska.

Po ukończeniu edukacji zawodowej młodzi ludzie zazwyczaj uzyskują zatrudnienie, i to w dużej części odpowiadające wykształceniu. Według raportu DELab UW 98,4 proc. absolwentów techników i zawodówek obecnie pracuje, z czego 49 proc. w wyuczonym zawodzie.

Mamy zatem do czynienia z bezrobociem na minimalnym poziomie – wskazuje Justyna Pokojska. – Do dorabiania w szarej strefie przyznało się 14 proc. ankietowanych, czyli co siódmy. Oczywiście niekoniecznie musi to oznaczać, że jest ich tylko tyle, bo były to odpowiedzi deklaratywne. Tych kilkanaście procent oświadczyło, że taką aktywność zawodową podejmuje.

Jak podkreśla, wśród wszystkich pracujących 44 proc. to osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę, jedna piąta – na podstawie umowy krótkotrwałej, czyli wykonująca zlecenia lub pracująca na podstawie umowy o dzieło. Pozostałe uzyskały zatrudnienie w firmach rodzinnych albo utrzymują się z innych świadczeń i prac dorywczych, na przykład zastępstw.

Odsetek osób pracujących na umowę o pracę jest wciąż niski. Wśród absolwentów więcej mężczyzn ma etat (52 proc. vs. 37 proc. kobiet). To być może jest związane również z obciążeniami rodzinnymi i macierzyńskimi kobiet oraz z niepewnością, czy kobieta nie zniknie po zatrudnieniu na formę stałą – wyjaśnia Pokojska. – Nasi badani zwrócili uwagę na to, że ich marzeniem i ambicją jest otrzymanie stałej umowy o pracę, pracodawcy natomiast niechętnie podczas pierwszego zatrudnienia chcą taką umowę oferować.

Jak wynika z Europejskiego Raportu Płatności Konsumenckich przeprowadzonego przez Intrum Justitia w 21 krajach europejskich, około 40 proc. Polaków w grupie od 18 do 24 roku życia rozważa wyjazd do innego kraju w poszukiwaniu zatrudnienia. Więcej kreślących plany takiego wyjazdu jest tylko na Węgrzech, gdzie chęć emigracji deklaruje 60 proc. respondentów.

Z naszego badania wynika, że poziom zainteresowania emigracją zarobkową znacząco spada – twierdzi Justyna Pokojska. – Nadal co drugi uczeń czy absolwent szkoły technicznej rozważa wyjazd za granicę do pracy, jednak zdecydowanych na to, żeby to zrobić w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy, jest tylko 15 proc., czyli co siódmy realnie planuje emigrację zarobkową. Pozostałe 35 proc. to osoby, które nie wykluczają takiej możliwości. Nie są to jednak plany konkretne, raczej możliwość, jeśli w Polsce nie udałoby się znaleźć zatrudnienia na odpowiednim poziomie.

Polacy remontują łazienkę przeciętnie 3–4 razy w życiu. Jakość wyposażenia jest więc dla nich kluczowa

CEO Magazyn Polska

Przeciętny Polak odnawia swoją łazienkę 3–4 razy w życia. Dziś robi to bardziej świadomie i bardziej zwraca uwagę na trwałość i jakość urządzeń i wyposażenia. Przedstawiciele firmy Geberit przyznają, że wciąż preferencje Polaków są odmienne od wyborów Szwajcarów, Niemców czy Holendrów. Rozwijający się rynek daje grupie możliwość testowania wielu nowych produktów.

– Klienci chcą inwestować w łazienkę coraz więcej i robią to w sposób coraz bardziej świadomy – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Powalacz, prezes zarządu w firmie Geberit Polska. – Przeciętny konsument remontuje to pomieszczenie trzy, maksymalnie cztery razy w życiu. W związku z tym kupowanie produktu, który za dwa lata zacznie przeciekać, a za cztery – zagrażać bezpieczeństwu mieszkańców piętro niżej, mija się celem.

Badanie przeprowadzone dla Grupy Okazje pokazało, że co trzeci Polak planuje remont łazienki. Jak zapewnia Powalacz, Geberit Polska, producent armatury i akcesoriów łazienkowych, prowadzi szeroką politykę informacyjną, której celem jest pogłębianie wiedzy konsumentów. Zakupiona w ubiegłym roku marka Koło pozwoliła grupie rozszerzyć portfolio produktowe, co zaowocowało znaczącym zwiększeniem sprzedaży w Polsce. Dzięki akwizycji udział Polski w sprzedaży firmy Geberit wzrósł ponaddwukrotnie.

– W zasadzie mamy kompletną ofertę marki Geberit. Natomiast na pewno pozostaniemy też rynkiem, na którym będziemy śmielej podchodzić do różnego rodzaju pilotów rynkowych. Odmienność polskich preferencji od preferencji Szwajcarów, Niemców czy Holendrów wciąż jest zauważalna, więc grupa ma szansę testowania niektórych produktów na rynku, który wciąż do miana rynku dojrzałego bardzo mocno zmierza – podkreśla Przemysław Powalacz.

W tym roku, jak zapowiada, oferta produktowa Geberit nie powiększy się znacząco. Najważniejszym celem grupy jest utrzymanie pozycji lidera w segmencie tzw. misek bezkołnierzowych.

– W naszym małym, łazienkowym świecie to rewolucja na miarę telewizorów kubaturowych i płaskich – twierdzi Przemysław Powalacz. – Jestem przekonany, że za 5–7 lat produkty bezkołnierzowe będą miały pozycję dominującą. Tradycyjne rozwiązania znikną, bo nie ma najmniejszego powodu, dla którego miałyby istnieć.

Miski ustępowe wykonane w tej technologii nie mają ceramicznego obrzeża, które do tej pory było metodą zapobiegającą wylewaniu się wody podczas spłukiwania. Eksperci podkreślają, że tę metodę udało się zastąpić, dzięki czemu miski łatwiej jest utrzymywać w czystości i zużywa się mniej wody.

– Jak potwierdziły niektóre badania, my w tym obszarze mamy najlepsze rozwiązania techniczne, a przede wszystkim największy udział rynkowy. Co druga miska bezkołnierzowa sprzedana w Polsce to produkt marki Koło lub Keramag w ramach Grupy Geberit – podkreśla Przemysław Powalacz.

Mająca siedzibę główną w Szwajcarii i założona w 1874 roku Grupa Geberit, oferująca rożnego rodzaju systemy sanitarne i rurowe, jest europejskim liderem technologii sanitarnych. Przedsiębiorstwo ma przedstawicielstwa w 41 krajach świata, szesnaście zakładów produkcyjnych i zatrudnia kilkanaście tysięcy osób.

Ubiegłoroczne przychody netto ze sprzedaży Grupy, po wzroście o 24,2 proc., wyniosły blisko 2,6 mld franków szwajcarskich. Szwajcaria w grupie odpowiada za 10,6 proc. sprzedaży, natomiast inne kraje europejskie za 80,4 proc. (w tym Europa Środkowo-Wschodnia za 9,2 proc.).

Raport PZPM i KPMG: „Branża motoryzacyjna” w I kwartale 2016

W pierwszym kwartale 2016 roku zarejestrowano w Polsce 104,7 tys. nowych samochodów osobowych – o 14,2 proc. więcej niż rok wcześniej. To zdecydowanie najlepszy wynik od kilku lat. Również samochody użytkowe biją rekordy. Rejestracje samochodów dostawczych wzrosły o 17,4 proc. r/r do poziomu 13,9 tys. sztuk. Jednocześnie w I kwartale zarejestrowano 6,3 tys. samochodów ciężarowych o DMC>3,5t, 38,9 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2015 roku. Mniej dynamicznie rozwija się produkcja ulokowanych w Polsce fabryk motoryzacyjnych. W I kwartale 2016 roku odnotowano jedynie minimalny wzrost liczby wyprodukowanych pojazdów ogółem (o 0,1 proc. r/r). Spadła produkcja pojazdów użytkowych, jednocześnie już kolejny rok z rzędu wzrosła liczba samochodów osobowych, które opuściły polskie fabryki (o 2,2 proc. r/r do poziomu 154,6 tys.).

Sprzedaż na polskim rynku motoryzacyjnym bije rekordy

I kwartał 2016 roku był bardzo korzystny dla rynku nowych samochodów osobowych. Zarejestrowano w nim 104,7 tys. nowych samochodów, czyli 13,0 tys. więcej niż w analogicznym okresie 2015 roku i o 8,0 tys. więcej niż w poprzednim kwartale. Znacząco zwiększyły się zakupy nabywców instytucjonalnych (26,1 proc. r/r), zmalały jednak rejestracje klientów indywidualnych (-0,9 proc.). Szczególnie szybki wzrost odnotował segment marek premium.

Dynamiczny wzrost rejestracji marek premium jest trendem, który obserwujemy już od dłuższego czasu. W I kwartale 2016 roku rejestracje w tym segmencie wzrosły o 33,3 proc. r/r, podczas gdy sprzedaż marek popularnych wzrosła o 12,2 proc. Widoczna jest wyraźna dominacja nabywców instytucjonalnych w tym segmencie. Jednak co ciekawe, w I kwartale widoczny był stosunkowo silny wzrost rejestracji klientów indywidualnych (o 15,5 proc. r/r), podczas gdy w 2015 roku, zainteresowanie nabywców indywidualnych markami premium malało, ale spadek ten był coraz mniejszy

– komentuje Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Bardzo dobry wynik odnotował także segment samochodów osobowych z napędami alternatywnymi (tu uwzględniono: tylko elektryczne i hybrydowe). W okresie od stycznia do marca 2016 roku ich rejestracje wzrosły o 42,8 proc. w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku.

W ciągu ostatnich kilku lat sprzedaż samochodów z napędami alternatywnymi wzrosła kilkakrotnie. Jeszcze w 2012 roku zarejestrowano jedynie 866 pojazdów tego typu, w 2013 roku liczba ta wyniosła już 1900, w 2014 – blisko 4000, a w 2015 roku – prawie 5700. W samym pierwszym kwartale 2016 roku zarejestrowano 2 169 samochodów z napędami alternatywnymi, co bardzo dobrze rokuje na wynik w skali całego roku. Dominują samochody z napędami hybrydowymi, które odpowiadają za ok. 95 proc. rejestracji w tym segmencie. Wciąż znacznie więcej aut z napędem alternatywnym kupują klienci instytucjonalni niż prywatni, a ich liczba znacznie rośnie

– komentuje Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Pierwsze trzy miesiące roku przyniosły także znaczny wzrost sprzedaży we wszystkich segmentach rynku samochodów użytkowych. Zarejestrowano 13,9 tys. nowych samochodów dostawczych (o DMC<=3,5t), czyli o 17,4 proc. więcej niż rok wcześniej. Rejestracje samochodów ciężarowych wzrosły o 38,9 proc. r/r, do poziomu 6 297 sztuk. Rejestracje nowych przyczep i naczep wyniosły 5 825 sztuk i wzrosły o 37,1 proc. r/r. O 35,4 proc. wzrosła także liczba rejestracji nowych autobusów (DMC>3,5t). W I kwartale 2016 roku zarejestrowano 512 sztuk.

Jednoślady – w segmencie motocykli odnotowano spadek, ale wyniki wciąż są dobre

W I kwartale 2016 roku liczba zarejestrowanych nowych motocykli wyniosła 3 733 sztuki, czyli o 364 sztuki mniej niż w analogicznym okresie 2015 roku (-8,9 proc.).

Warto pamiętać, że na wyniki sprzedażowe w 2015 roku znaczny wpływ miało wprowadzenie w 2014 roku bardziej liberalnych regulacji w zakresie uprawnień do prowadzenia jednośladów o pojemności do 125 cm3. Do tego przyczyniło się przyspieszenie rejestracji w końcówce roku, w związku ze zmianami przepisów homologacyjnych od stycznia 2016 roku. W związku z tym, mimo, że w pierwszym kwartale 2016 roku odnotowaliśmy spadek sprzedaży w stosunku do poprzedniego roku, jest to wciąż bardzo dobry wynik. Zarejestrowano ponad dwa razy więcej motocykli niż w I kwartale 2014 roku i ponad trzy razy więcej niż w analogicznym okresie 2013 roku

– mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Tymczasem na rynku motorowerów utrzymuje się trend spadkowy, tym bardziej, że część popytu na te pojazdy przesunęła się do kategorii motocykli. W I kwartale 2016 roku zarejestrowano 2 944 sztuki motorowerów, co oznacza spadek o 41,5 proc. w porównaniu z analogicznym okresem w roku poprzednim.

Produkcja – ożywienie w segmencie samochodów osobowych trwa

W I kwartale 2016 roku wyprodukowano w Polsce 188,8 tys. pojazdów samochodowych – o 0,1 proc. więcej niż rok wcześniej. Produkcja samochodów dostawczych i ciężarowych wyniosła 33,2 tys. sztuk i była o 7,6 proc. mniejsza niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Spadek produkcji odnotowano także w przypadku autobusów. Wyprodukowano 991 sztuk, co oznacza spadek o 8,5 proc. r/r. O 2,2 proc. wzrosła produkcja samochodów osobowych – do 154,6 tys. szt.

Wzrost w pierwszym kwartale jest dość umiarkowany, ale warto pamiętać, że po 2008 roku produkcja samochodów osobowych w Polsce co roku spadała, a dopiero w 2015 roku udało się wypracować wzrost. Dane nt. pierwszych trzech miesięcy bieżącego roku dają nadzieję, że zwiększenie produkcji w 2015 roku nie było incydentalne i że ożywienie będzie trwałe. Sytuacja rynkowa jest sprzyjająca. W I kwartale 2016 roku w Unii Europejskiej zarejestrowano 3,8 mln nowych samochodów osobowych, o 8,2 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2015 roku. Jest to najlepszy I kwartał od 2008 roku

– komentuje Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Wzrost także dotyczy eksportu produktów motoryzacyjnych

Aktualne dane Eurostatu pozwalają także podsumować eksport motoryzacyjny z Polski w 2015 roku. W skali całego roku wyeksportowano produkty motoryzacyjne o wartości 27,9 mld EUR, co oznacza wzrost 9,8 proc. r/r. Wartość eksportu pojazdów, przyczep i naczep wyniosła 9,8 mld EUR (+12,9 proc. r/r). Największy udział mają jednak wciąż podzespoły, części i akcesoria motoryzacyjne – w ich przypadku wartość eksportu wzrosła do 18,2 mld EUR (+8,2 proc. r/r).

Czy Polakom w pracy doskwiera „niskopłacyzm”, „bezperspektywizm” i „rutynizm”?

Aż 70 proc. Polaków uważa, że ich zarobki są za niskie, a blisko połowa badanych uważa, że ma ograniczone możliwości awansu w obecnej pracy – wynika z raportu Pracuj.pl „Czas na zawodowe zmiany”. Ponadto 39 proc. respondentów chce się rozwijać zawodowo, ale pracodawca nie oferuje satysfakcjonujących perspektyw. Co zrobić, aby kariera nie stała w miejscu – radzą eksperci Pracuj.pl.

 Co doskwiera Polakom w pracyW najnowszej kampanii Pracuj.pl zachęca Polaków do przyglądania się swojej karierze, bycia na bieżąco z trendami rynkowymi oraz analizy ofert pracy dostępnych w serwisie. Kampania jest oparta na zabawie słowotwórczej wykorzystującej takie słowa jak „niskopłacyzm”, „bezperspektywizm” czy „rutynizm”. Niestandardowa forma przekazu ma zwracać uwagę na symptomy, które mogą być znakiem, że nadszedł czas na zmianę pracy.

Nie jesteś zadowolony z zarobków? Zobacz, ile zarabiają inni!

Jednym z najważniejszych czynników determinujących nasze zadowolenie z pracy są zarobki. Jak pokazują wyniki badania Pracuj.pl, aż 70 proc. Polaków twierdzi, że ich wynagrodzenie jest za niskie. Na wysokość pensji narzekają częściej kobiety (74%) niż mężczyźni (67%). Ponadto blisko połowa ankietowanych (49%) uważa, że ma ograniczone możliwości awansu. Więcej kobiet (54%) niż mężczyzn (45%) nie dostrzega szans na poprawę sytuacji.

Bardzo często zdarza się, że pracownicy nie mają orientacji w obszarze wynagrodzeń na analogicznych stanowiskach w innych firmach. Przez to trudniej jest im negocjować podwyżkę z przełożonym lub próbować zwiększyć pensję dzięki zmianie pracodawcy. Warto sprawdzić, co może nam zaoferować rynek pracy i ocenić realne szanse na wyższe zarobki. Wystarczy wejść na www.zarobki.pracuj.pl i porównać nasze wynagrodzenie z osobami znajdującymi się na tym samym etapie kariery w naszej branży – komentuje Maciej Bąk, ekspert ds. Raportów Wynagrodzeń w Grupie Pracuj.

Czujesz, że stoisz w miejscu? Śledź oferty pracy i bądź na bieżąco!

Według badania Pracuj.pl, 39% Polaków chce się rozwijać zawodowo, ale uważa, że w obecnej pracy ma ograniczone perspektywy rozwoju. Jednocześnie, 35% badanych ma poczucie, że stoi w miejscu.

Bardzo często to w nas samych jest wewnętrzny opór przed zmianą, która mogłyby wpłynąć na poprawę naszej sytuacji zawodowej. Nie warto czekać, aż rzeczywistość sama się odmieni. Aby nasza pozycja na rynku pracy była lepsza, musimy systematycznie się rozwijać i zdobywać pożądane przez pracodawców kompetencje i umiejętności. Dlatego powinniśmy być czujni i stale aktualizować naszą fachową wiedzę, a także być na bieżąco z obowiązującymi trendami i oczekiwaniami rekruterów oraz pojawiającymi się na Pracuj.pl ofertami pracy. Dzięki temu będziemy gotowi do działania, gdy postanowimy ruszyć z miejsca  – przekonuje Sabina Dąbrowska-Olbryś, Learning and Development Manager w Grupie Pracuj.

Dokucza Ci rutyna i wypalenia zawodowe? Czas na zmiany!

Prawie co czwartemu badanemu (24%) w codziennej pracy dokucza rutyna. Natomiast już co piątego Polaka dotyka wypalenie zawodowe. Badanie pokazało, że problem częściej dotyczy kobiet (25 proc.) niż mężczyzn (16 proc.). Na występowanie powyższych symptomów mogą składać się  m.in. niesatysfakcjonujące warunki zatrudnienia, niezmieniający się od lat zakres obowiązków czy poczucie bezradności w dokonywaniu zmian zawodowych.

Niezadowolony pracownik z czasem staje się mniej efektywny. Jeśli przez dłuższy czas utrzymuje się negatywny stan emocjonalny w związku z pracą, może dojść do wypalenia zawodowego. Dlatego powinniśmy dokonywać bieżącej analizy naszej sytuacji zawodowej, która pomoże zweryfikować, co nam przeszkadza, a co motywuje do działania. To pozwoli dostrzegać sygnały świadczące o tym, że może warto rozejrzeć się za nowym miejscem zatrudnienia  – dodaje Sabina Dąbrowska-Olbryś z Grupy Pracuj.

*Wyniki badania zrealizowanego na zlecenie Pracuj.pl przez TNS Polska, na reprezentatywnej próbie 1000 aktywnych zawodowo Polaków (kwiecień 2016).

Powoływanie się na wyniki badania jest możliwe wyłącznie za podaniem źródła: Raport Pracuj.pl „Czas na zawodowe zmiany”.

###

Pracuj.pl to wiodący polski serwis rekrutacyjny. Kandydatom dostarcza codziennie ponad 30 tysięcy ofert pracy od atrakcyjnych pracodawców, a także porady specjalistów dotyczące poszukiwania pracy, rozwoju kariery zawodowej oraz zdobywania dodatkowych kwalifikacji. Portal powstał w 2000 r. i należy do Grupy Pracuj, będącej właścicielem wiodących marek na rynku rekrutacji on-line w Polsce i na Ukrainie.

Londyn głosuje, Europa czeka

Ważnych publikacji gospodarczych nie ma dziś wiele, ale dzień zapowiada się interesująco. Ciekawe informacje pojawią się poza sferą gospodarki, ale ich wpływ na rynki i tak jest olbrzymi. Doświadcza tego właśnie turecka lira, szarpana konfliktem między premierem Ahmetem Davutoglu a prezydentem Erdoganem. Atmosfera jest napięta, ryzyko polityczne rośnie, region staje się coraz bardziej zapalny, zwłaszcza po zapowiedzi Davutoglu, że Turcja może wysłać do Syrii swoje wojska lądowe.

W centrum uwagi jest dziś Wielka Brytania, nie tylko ze względu na słabe, po raz kolejny, dane PMI, tym razem dla usług. Wielka Brytania wybiera dziś władze lokalne, w tym mera Londynu. Faworytem jest laburzysta Sadiq Khan – urodzony w Londynie syn pakistańskich imigrantów, muzułmanin, prawnik zajmujący się prawami człowieka. Kontrkandydat to konserwatysta Zac Goldsmith. Drugie dno tegorocznych wyborów to stosunek do Breksitu: Khan jest zwolennikiem pozostania Wielkiej Brytanii w UE, Goldsmith to eurosceptyk. Wyniki głosowania dla większości regionów w Wielkiej Brytanii będą znane w piątek rano, a dla Londynu – prawdopodobnie po południu.

Inwestorzy czekają na jutrzejsze dane z amerykańskiego rynku pracy. Nie do końca wiadomo, czego się spodziewać, bo prognozy nie są jednoznaczne: subindeks zatrudnienia w kwietniowym odczycie ISM dla usług wyraźnie wzrósł, natomiast dane ADP na temat rynku pracy rozczarowały. Piątek przyniesie rozstrzygnięcie, który ze wskaźników jest bliższy prawdy.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Bank Światowy: Ceny surowców będą rosnąć. Ropa za kilka lat powróci do poziomu 60 dolarów

CEO Magazyn Polska

Niskie ceny surowców to już przeszłość – uważa starszy ekonomista Banku Światowego. Wprawdzie o powrocie do poziomów z początku 2014 roku długo nie będzie mowy, ale za 3–4 lata ropa powinna się znaleźć na poziomie 60 dolarów.

– Nasza prognoza cen ropy na ten rok to około 41 dol. za baryłkę. Jeszcze w styczniu prognozowaliśmy, że będzie to około 37 dol. Ta prognoza zakłada, że w pozostałej części tego roku ceny mniej więcej utrzymają się na poziomie z ostatnich kilku tygodni, czyli ponad 40 dol. Zakładamy, że ceny ropy będą rosły do około 50 dol. w przyszłym roku i tak stopniowo do około 60 dol. w okresie od 2019 do 2020 r.  – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Leszek Kąsek, starszy ekonomista Banku Światowego.

Cena ropy naftowej, która spadała od połowy 2014 roku, zaczęła odbijać przed połową lutego. Od tej pory ropa WTI podrożała o dwie trzecie, do 45 dolarów za baryłkę. Cena ropy Brent wzrosła o połowę, do 46 dolarów. To jednak wciąż nawet nie jest połowa ceny sprzed dwóch lat. Zdaniem ekonomistów choć czasy ekstremalnie tanich surowców się skończyły, to jednak zwyżki będą stopniowe.

– Wydaje się, że czasy taniej ropy minęły. Teraz będą czasy nieco droższej ropy, niż było to pod koniec roku ubiegłego czy w styczniu tego roku. W przypadku metali te spadki będą już bardziej umiarkowane. W przypadku miedzi i srebra spodziewam się, że ceny będą rosły stopniowo, podobnie z surowcami rolnymi. Wydaje się, że na wszystkich tych rynkach surowcowych czasy tanich surowców się skończyły –  prognozuje Kąsek.

Srebro od początku roku podrożało o 27 proc., złoto – o niemal 23 proc. i przekroczyło ostatnio barierę 1300 dolarów za uncję, miedź – o ponad 5 proc. Podobnie jest z surowcami rolnymi: soja podrożała od początku roku o 22 proc. (najmocniej w kwietniu), pszenica o niemal 5 proc., zaś kukurydza – o ponad 10 proc.

Ponieważ niskie ceny surowców spowodowane były z jednej strony nadpodażą, a z drugiej spadkiem popytu, zwłaszcza ze strony dużych gospodarek wschodzących, takich jak Chiny, to odbicie na rynku surowców może być oznaką zdrowienia globalnej gospodarki.

– Zwyżki cen mogą sugerować, że gospodarka światowa ma się nieco lepiej, czy może będzie się rozwijać nieco szybciej, niż oczekiwano do tej pory. Są to jednak małe zmiany i wiemy, że na te zmiany dostosowania cen surowców, w szczególności ropy, wpływają zarówno czynniki popytowe, jak i podażowe. Dlatego niekoniecznie gospodarka światowa w dużym stopniu skorzysta z tych podwyżek –  mówi Kąsek. – Nie odbędzie się to na pewno w szybkim okresie. Pocieszeniem będzie fakt, że te kraje, które były w dużym stopniu uzależnione od tych rynków, odczują pewną ulgę. Mówię tutaj w szczególności o niektórych krajach w Afryce czy Brazylii.

Według Banku Światowego gospodarka światowa, podobnie jak grupy krajów rozwiniętych i rozwijających się, osiągnie w tym roku wzrost o pół pkt. proc. wyższy niż przed rokiem. Dla całego świata będzie to tempo 2,9 proc., przy czym dla krajów najzamożniejszych będzie to 2,1 proc., zaś dla rozwijających się – 4,8 proc.

L. Balcerowicz (FOR): Polsce grozi spowolnienie tempa doganiania bogatych krajów Zachodu

CEO Magazyn Polska

Poziom życia w Polsce to ok. 70 proc. poziomu w bogatych krajach Europy Zachodniej. 30-proc. lukę da się zasypać, ale do tego potrzebne są reformy – podkreśla prof. Leszek Balcerowicz. Jego zdaniem realizacja prezydenckich i rządowych zapowiedzi zmian, m.in. obniżania wieku emerytalnego, może spowolnić tempo doganiania Zachodu, a w skrajnym przypadku nawet doprowadzić do zatrzymania tego procesu.

PiS odziedziczył gospodarkę na krótką metę w dobrym stanie i ona się rozwija siłą rozpędu. To dotyczy z pewnością tego roku i nie wykluczam, że jeszcze w przyszłym roku będziemy się rozwijać w tempie około 3 proc. z pewnym odchyleniem plus minus. To, co jest problemem, to tempo naszego wzrostu na dłuższą metę, w perspektywie 5, 10 czy 20 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Leszek Balcerowicz przewodniczący Rady Forum Obywatelskiego Rozwoju. – Polska nie dogoniła jeszcze Zachodu. Choć odniosła największe sukcesy we wzroście gospodarczym spośród wszystkich krajów postsocjalistycznych, to jednak nam sporo zostało.

Jak podkreśla, Polska, jeśli chodzi o poziom życia, wciąż znajduje się daleko za krajami Zachodu. Aby wyrównać tę lukę, nasz kraj musi się rozwijać w szybkim tempie jeszcze przez co najmniej kilkanaście lat. Po uwzględnieniu różnic w sile nabywczej pieniądza, polskie PKB per capita wynosi tylko 70 proc. średniej dla wszystkich państw Unii Europejskiej. To i tak znacznie lepiej niż w momencie unijnej akcesji w 2004 roku. Wówczas było to zaledwie 51 proc. średniej. Zdaniem Ministerstwa Finansów do końca 2018 roku wskaźnik zwiększy się do 76 proc. unijnego poziomu.

W raporcie Forum Obywatelskiego Rozwoju z zeszłego roku pokazaliśmy, co trzeba zrobić, żeby Polska utrzymywała tempo doganiania Zachodu. Potrzebne są określone reformy. Mogę powiedzieć, że wszystko, co do tej pory jest robione przez rząd PiS-u i co jest zapowiadane, idzie albo w przeciwnym kierunku, jak obniżanie wieku emerytalnego, albo jest obojętne, czyli nie rozwiązuje tych problemów – mówi prof. Balcerowicz.

Raport FOR wskazuje, że największe problemy, z którymi boryka się polska gospodarka, to starzejące się społeczeństwo i coraz mniej rąk do pracy, niska stopa inwestycji oraz słaby poziom ogólnej efektywności. Eksperci postulują więc reformy, które będą dotyczyć aktywizacji zawodowej osób starszych, kobiet, imigrantów i młodych wchodzących na rynek pracy. FOR rekomenduje m.in. uproszczenie systemu podatkowego i usprawnienie działalności sądów.

– Oczywiście, nikt nie jest w stanie dokładnie przewidzieć, jak się ułoży wzrost na krótszą metę w 2017 r., bo jest wiele czynników. Na przykład jeżeli w Chinach nastąpi silne spowolnienie, a to jest istotne, to dotknie różne kraje, w tym Polskę, m.in. poprzez spowolnienie w Niemczech. Łatwiej jest powiedzieć, co będzie na dłuższą metę. Jest praktycznie pewne, że przy realizacji PiS-owskiego programu polska gospodarka, niestety, po pewnym czasie będzie dużo wolniej się rozwijać, a w skrajnym przypadku może przestać doganiać Zachód – prognozuje prof. Balcerowicz.

Dodaje, że dużym problemem jest deficyt budżetowy, który zgodnie z założeniami budżetu w tym roku wyniesie 2,8 proc. PKB (ponad 54 mld zł). W szczycie cyklu koniunkturalnego, gdzie – jak podkreśla Balcerowicz – znajduje się polska gospodarka, powinien on być bliższy zera. W związku z tym przewodniczący FOR zaleca zdecydowanie większą dyscyplinę finansową, niż ma to miejsce obecnie.

Gdyby można było osiągnąć dobrobyt przez rozdawanie pieniędzy, jak w programie „Rodzina 500 plus”, to wszyscy na świecie byliby bogaci. Ale wiem, że to nie jest sposób na wyprowadzenie kraju z zacofania, że poprzez zmiany, które wprowadzą lepsze warunki dla uczciwej prywatnej przedsiębiorczości, w tym tworzenia miejsc pracy, można doganiać kraje bogatsze – podkreśla ekonomista, przewodniczący Rady FOR.