Samodzielne zaplanowanie podróży czy wyjazdu urlopowego nie wymaga zmysłu organizacyjnego. Nie jest czasochłonne i przede wszystkim jest bezpieczne oraz pozwala zaoszczędzić nawet połowę kosztów, które poniesiemy wybierając się na wakacje z biurem podróży. Ekspert FRU.PL radzi jak nie przepłacić, wybrać najlepszą opcję i móc w pełni cieszyć się z wyjazdu.
Wiosna to dobry moment by pomyśleć o wakacyjnej podróży, niezależnie od terminu wyjazdu. Planując wakacje marzymy o odpoczynku, prywatności, spokoju i swobodzie. Decydując się na samodzielną organizację wycieczki zyskujemy pewność, że wymarzony urlop nie będzie udręką. Nie musimy także obawiać się bankructwa touroperatora. Nie jesteśmy przywiązani do jednego miejsca, przez co możemy zwiedzić więcej ciekawych miejsc. Ponadto, jeśli zorganizujemy wycieczkę na własną rękę, zamiast korzystać z oferty biur podróży, zyskamy pewność, że wakacje odbędą się i będą dokładnie takie jak chcemy.
– Jest dostatecznie wcześnie, aby znaleźć atrakcyjne cenowo loty oraz odpowiadające naszym gustom zakwaterowanie. Obecnie ceny biletów lotniczych w wyszukiwarce FRU.PL zaczynają się już od kilkunastu złotych za przelot. Warto też na bieżąco śledzić wyszukiwarkę oferującą dogodne połączenia w ofercie Smart Connection, czyli z przesiadką w innym mieście, lub Sun Break, będące tanimi pakietami wakacyjnymi, które obejmują przelot i zakwaterowanie. Wyselekcjonowane destynacje typu Sun Break obejmują miejsca, które sprzyjają nie tylko wypoczynkowi nad brzegiem basenu, ale także wielu innym aktywnościom. Są ciekawe pod względem kulturowym lub historycznym, albo świetnie nadają się dla miłośników sportów – mówi Maciej Knopa, Travel Manager FRU.PL. – Wyjazd na własną rękę jest też mniej ryzykowny, niż ten z przypadkowym touroperatorem.
Wiele linii lotniczych oferuje tanie loty w okresie wakacji. Korzystając z ofert biur podróży musimy liczyć się z tym ,że cena za przelot często stanowi ponad połowę kosztów całego wyjazdu. Za parodniową wycieczkę z oferty biura podróży na dowolną śródziemnomorską wyspę zapłacimy kilka tysięcy złotych, a organizując taki sam wyjazd samodzielnie możemy kilkakrotnie zmniejszyć koszty.
– Wybranie na wakacyjny wypoczynek śródziemnomorskiej wyspy to doskonała alternatywa dla osób z ograniczonym budżetem. Opcja lotów łączonych z przesiadką – Smart Connection, pozwala na przelot tańszy nawet o 90 procent. Smart Connection to także minimalizacja ryzyka opóźnienia lub odwołanialotu, ponieważ usługa obejmuje połączenia o statystycznie największej punktualności. Bonusem takiej podróży jest także wizyta w dodatkowym mieście, w którym zaplanowana jest przesiadka.
To z pewnością uatrakcyjni wakacje i pozwoli czerpać dodatkową radość z wakacji. W ten sposób za mniejsze pieniądze zwiedzamy więcej – podkreśla ekspert FRU.PL.
Egzotyczne podróże kojarzą się przeważnie z ogromnymi wydatkami, jednak ceny w wielu miejscach w Azji są zdecydowanie niższe od polskich czy nawet europejskich. Podróże na własną rękę okazują się bardzo korzystne cenowo gdy chcemy odwiedzić kraje Azji oraz Ameryki Północnej i Południowej. Największy koszt takiej podróży to bilety lotnicze – ale jeżeli zarezerwujemy je z kilkunastotygodniowym wyprzedzeniem, uda się sporo zaoszczędzić, a łączny wydatek będzie porównywalny nawet z tym, co trzeba wydać na urlop nad polskim wybrzeżem.
– Samodzielny zakup biletu i rezerwacja hotelu zapewnia nie tylko swobodę, ale jest zdecydowanie tańsza niż wycieczka z biurem podróży. Oferta Smart Connection dostępna w serwisie FRU.PL to najtańsze loty z przesiadką nie tylko do miast do miast Europy, ale przede wszystkim do odległej Azji, Ameryki Południowej i Stanów Zjednoczonych – wyjaśnia Knopa.
Rezerwując przelot i noclegi na platformie do rezerwacji FRU.PL dostajemy ponadto gwarancję, że na wakacje pojedziemy. Nie ponosimy ryzyka, że rezerwacja nie dojdzie do skutku. Jest ona dokonywana w naszym imieniu, a nie w imieniu biura podróży.
Plusem samodzielnie zorganizowanego urlopu jest możliwość zwiedzania i poznawania codziennego życia mieszkańców. Możemy również korzystać z lokalnych środków komunikacji, pociągów i autobusów, którymi dojedziemy bardzo szybko w interesujące nas miejsce.
– Poczucie większej swobody podczas urlopu zorganizowanego na własną rękę to dla wielu podróżujących pozostaje bezcenne. Polscy turyści coraz częściej szukają nowych doświadczeń i zamiast podążać utartymi szlakami, starają się odnaleźć duszę miast nierzadko kosztem rezygnacji z opieki rezydenta i hotelowych usług all inclusive. Dla coraz większej liczby turystów tylko samodzielna organizacja wakacji pozwala na pełne cieszenie się urlopem – podsumowuje przedstawiciel FRU.PL.
Zdolność komunikowania się i kreatywność to cechy menedżera, które stwarzają największe szanse na sukcesy firmy. Z badań firmy doradczej Grant Thornton wynika, że cechą, która jest nisko ceniona przez polskich menedżerów okazuje się uczciwość.
Badania przeprowadzono wśród 100 największych prywatnych polskich firm, a o ich wynikach mówi w rozmowie z MarketNews24 Jacek Kowalczyk z Grant Thornton.
Notowania na większości rynków Starego Kontynentu we wtorek przebiegały w spokojnej atmosferze i zakończyły się wzrostami. Niemiecki DAX zyskał na koniec dnia 0,65%, francuski CAC 40 wzrósł o 0,36%, natomiast brytyjski FTSE 100 o 0,68%. Niestety, nie można podobnie powiedzieć o sesji na naszym rodzimym rynku.
WIG 20 tracił już drugą sesję z rzędu. Finalnie, zakończył dzień ze stratą o 1,26% przy obrotach dochodzących do 490 mln zł. Eksperci dopatrują się powodów takiego zachowania przede wszystkim w spodziewanej obniżce ratingu dla Polski przez agencję Moody’s. W sumie, trudno doszukać się innych przyczyn, a przypomnijmy, że rewizja ratingu ma nastąpić w najbliższy piątek. Co może dziwić w całej tej sytuacji, to fakt, że polski złoty w stosunku do dolara i euro nieznacznie się umocnił. Prawdopodobnie, polska waluta została przeceniona na tyle, że jeszcze przed piątkową rewizją zacznie zyskiwać.
Napływające we wtorek dane makroekonomiczne były raczej mieszane. Najpierw, poznaliśmy informacje o inflacji PPI z Chin, która w kwietniu wyniosła -3,4% w odniesieniu rok do roku (prognoza -3,8%). Martwić może natomiast produkcja przemysłowa w Niemczech. W marcu spadła o 1,3%, podczas gdy konsensus rynkowy oscylował przy poziomie -0,3%. Zdecydowanie lepiej wyglądają dane dotyczące handlu zagranicznego gospodarki niemieckiej, gdzie eksport wzrósł drugi miesiąc z rzędu o 1,9%. Wieczorem, poznaliśmy cotygodniową informację API (American Petroleum Institute) na temat akcji ropy naftowej w USA, która wzrosła bardziej niż oczekiwano. Zgodnie z raportem, wartość wskaźnika wzrosła do 3,400M z 1,265M w ubiegłym miesiącu. Analitycy oczekiwali podniesienie się poziomu o 0,300M.
Dzisiejszy kalendarz makroekonomiczny będzie ubogi w odczyty. Poznamy jedynie dane dotyczące produkcji przemysłowej w Wielkiej Brytanii, a po południu informacje o zapasach ropy naftowej w USA.
Sesja w USA:
Wtorek na nowojorskich giełdach należał w całości do strony popytowej. Wzrosty na głównych indeksach były najsilniejsze od dwóch miesięcy, między innymi dzięki rosnącym cenom ropy naftowej. Na koniec dnia, indeks Dow Jones Industrial Average wzrósł o 1,26%, S&P 500 zyskał 1,25%, a Nasdaq Composite 1,26%.
Waluty:
Kurs EURUSD dotarł na koniec wtorkowych notowań do poziomu 1,1374, tracąc 0,08%. Kurs EURGBP spadł o 0,38%, osiągając poziom 0,7871, natomiast EURJPY wzrósł o 0,73%, docierając do poziomu 124,21.
Polska waluta jest dziś rano wyceniana następująco: 4,4232 PLN wobec euro, 3,8835 PLN wobec dolara amerykańskiego, 3,9888 PLN wobec franka szwajcarskiego oraz 5,6023 PLN wobec funta szterlinga.
Surowce:
Złoto na koniec dnia wzrosło o 0,03%, osiągając poziom 1266 USD za uncję. Wartość srebra wzrosła o 0,24% do poziomu 17,13 USD za uncję.
Sesja dla ropy naftowej zakończyła się wzrostami. Odmiana WTI zyskała 2,85%, docierając do poziomu 44,68 USD za baryłkę, natomiast odmiana Brent zyskała 4,19%, osiągając tym samym poziom 45,46 USD za baryłkę.
Osoby rozważające karierę w finansach często stają przed wyborem: ukończenie MBA Finance czy zdobycie certyfikatu CFA (Chartered Financial Analyst). Obie możliwości mają swoje zalety, ale warto zastanowić się dłużej nad tym, która z nich zapewni większe szanse na wspięcie się po szczeblach kariery w obszarze finansów. Profesor Manfred Frühwirth, Academic Director Professional MBA Finance, wraz z dwójką swoich obecnych studentów – Alexandrem Ovchinnikovem, prezesem ALM w Raiffeisen Banku oraz Ivaylo Penevem, członkiem zarządu w ELANA Fund Management, rozmawiają o plusach i minusach obu ścieżek oraz przedstawiają swoje motywacje do zrealizowania zarówno CFA, jak i MBA.Wywiad może pomóc zdecydować, która ze ścieżek jest właściwa dla Ciebie.
Wielu ekspertów rekomenduje ukończenie CFA na początku kariery, ponieważ MBA jest skierowane do profesjonalistów z dużym doświadczeniem. Podzielacie ich opinię?
Prof. Frühwirth: Zdecydowanie. Większość szkół wymaga 4 lub 5-letniego doświadczenia od kandydatów aplikujących na program MBA. Na ukończenie CFA zwykle decydują się osoby będące na wczesnym etapie kariery lub coraz częściej studenci kierunków finansowych.
Jakie są główne różnice pomiędzy tymi dwoma programami?
Penev: Skupienie się na umiejętnościach miękkich oraz na innych obszarach niezwiązanych z finansami daje szersze spojrzenie na biznes i umożliwia poznanie go z zupełnie innej perspektywy niż liczby, bilanse i zestawienia. CFA to dobry wybór, aby szybko rozwinąć się w dziedzinie finansów, jednak zdobycie kolejnych stopni w karierze wymaga całościowej edukacji biznesowej. MBA ułatwia zbudowanie sieci kontaktów oraz zrozumienie różnych aspektów biznesu. Nowe perspektywy pokazane przez innych studentów i profesorów mają duży wpływ na podejmowane później decyzje.
CFA skupia się na samodzielnej nauce, MBA z kolei głównie polega na pracy w grupach. Co to oznacza dla studentów?
Prof. Frühwirth: Zaletą programu MBA jest to, że zdobyta wiedza przydaje się nie tylko w świecie finansów, ale też w innych branżach. Studenci spoza finansowego środowiska wnoszą do zajęć świeże spojrzenie. Dzięki temu wszyscy uczą się od siebie oraz szlifują umiejętności zarządzania i komunikowania się. Dodatkowo podczas ćwiczeń w grupie czy wspólnym przygotowywaniu projektów studenci lepiej się poznają oraz budują szeroką sieć kontaktów.
Penev: Podstawowe moduły biznesowe na Finance MBA pomogły mi zobaczyć potencjalne słabości naszego modelu biznesowego i zainspirowały do wdrożenia nowych rozwiązań. Wymiana doświadczeń z grupą mądrych ludzi była bardzo pouczająca. Obecnie rozważam założenie biznesu razem z kolegą, którego poznałem na zajęciach.
Ovchinnikov: Uważam, że kontynuowanie nauki jest bardzo ważne, aby pozostać na czasie. Kiedy zapisałem się na program MBA miałem dwa cele: pogłębienie moich umiejętności zarządzania oraz czerpanie pomysłów ze spotkań z ludźmi z różnych branż. Obydwa cele osiągnąłem.
Jeśli mieliby Panowie podsumować różnice między CFA a Finance MBA w 30 sekund, jak by ona brzmiała?
Prof. Frühwirth: MBA pozwala na elastyczność w karierze, ponieważ lepiej przygotowuje do odnalezienia się w różnych środowiskach pracy. CFA będzie dobrym wyborem dla kogoś, kto chce skupić się na świecie inwestycji, zapewni potrzebną wiedzę z zakresu analiz inwestycyjnych, strategii oraz alokacji aktywów.
Ovchinnikov: Zarówno CFA jak i MBA wymagają ciężkiej pracy, poświęcenia oraz dużych umiejętności. Obydwa programy z pewnością pomogą wyróżnić się na tle innych kandydatów na rynku pracy. Jednak różnią się od siebie – CFA zapewnia kwalifikacje dla osób specjalizujących się w rynku inwestycji, natomiast MBA sprawdza się lepiej w przypadku stanowisk menadżerskich, niekoniecznie w sektorze finansowym.
Penev: Mnie osobiście CFA pomogło na samym początku kariery. MBA było kolejnym krokiem w moim rozwoju, kiedy zdobywałem wyższe stanowiska menadżerskie w swojej firmie. Obydwa znalazły się w moim CV. Program CFA dostarczył mi wiedzy na temat finansów, natomiast MBA nauczyło mnie szerzej patrzeć na to, jak zarządza się biznesem i zasobami, a także pomogło zauważać i tworzyć nowe możliwości.
Dyrektorzy finansowi (CFO) uważają, że polska gospodarka znajduje się w dobrej kondycji, ale widać wśród nich rosnące poczucie niepewności. Aż sześciu na dziesięciu badanych uważa, że mamy obecnie do czynienia z wysokim poziomem niepewności ekonomicznej. W Europie Zachodniej taką opinię wyraża aż 70 proc. CFO. Jak jednak zauważają eksperci firmy doradczej Deloitte, która przygotowała kolejną edycję międzynarodowego badania dyrektorów finansowych CFO Survey, w Polsce przyczyny tego pogorszenia nastrojów są nieco inne niż w pozostałych krajach europejskich i wynikają z obawy o spadek popytu krajowego, rosnącej presji cenowej oraz niepewności wynikającej z zapowiadanych zmian legislacyjnych.
Poprzednie edycje badania pokazały, że dyrektorzy finansowi wiarygodnie przewidują rozwój polskiej gospodarki. Ich wcześniejsze prognozy wzrostu PKB dla Polski na rok 2013 (około 1,5 proc PKB), rok 2014 (około 3 proc.) i rok 2015 (około 3 proc.) sprawdziły się.
Obecna edycja, która była przeprowadzona w kwietniu tego roku, pokazała, że europejscy CFO ponownie zwracają baczną uwagę na sytuację geopolityczną na świecie. Optymizm netto (różnica osób wskazujących na poprawę sytuacji ekonomicznej i odsetek mówiących o jej pogorszeniu) ważony skalą PKB poszczególnych państw wynosi dla krajów Unii Europejskiej zaledwie 3 proc. A jak jest w Polsce? „Wśród polskich CFO także zanotowaliśmy istotnie obniżenie poziomu optymizmu, choć jego poziom jest dużo wyższy niż w innych krajach unijnych. W obecnej fali badania poziom ten wynosi 21 proc., podczas gdy pół roku wcześniej było to 32 proc. Taki spadek nastrojów na tle historycznych wyników może wskazywać, że możemy się spodziewać obniżenia tempa wzrostu PKB w perspektywie 6-12 miesięcznej” – mówi Krzysztof Pniewski, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte.
Opinie CFO co do wysokości wzrostu PKB Polski na rok 2016 pokazują, że przewidują oni nieco niższy wzrost niż ten zapisany w założeniach budżetowych, wynoszący 3,8 proc. Aż 51 proc. z nich uważa, że sięgnie on 2,6-3,5 proc., czyli ich prognozy są zbieżne raczej z przewidywaniami OECD. Tylko osiem procent respondentów uważa, że będzie on wyższy niż 3,5 proc. Aż 76 proc. CFO oczekuje inflacji poniżej 2 proc. a 8 proc. prognozuje nawet możliwość wystąpienia deflacji. Dyrektorzy nie zakładają więc impulsu inflacyjnego, który może pojawić się po wdrożeniu choćby części obietnic nowego rządu.
Zdaniem 44 proc. menedżerów odpowiedzialnych za finanse, bezrobocie będzie dalej się obniżać. Nie brakuje jednak opinii, że liczba bezrobotnych nieznacznie wzrośnie (20 proc. badanych). Prognozy kursu euro uległy niewielkiej zmianie w porównaniu z poprzednią falą badania – 79 proc. dyrektorów uważa, ż będzie on się kształtował w przedziale 4,10-4,40 zł (5 proc. wyżej niż prognozy z zeszłego roku, które kształtowały się na poziomie 4,00 – 4,29 zł).
Poziom niepewności ekonomicznej w Polsce zwiększył się, wracając do poziomu z lat 2012-2013. A sześciu na dziesięciu badanych uważa, że mamy do czynienia z wysokim poziomem niepewności.
Pół roku wcześniej było to 33 proc. Zaledwie 26 proc. uważa poziom niepewności za standardowy, podczas gdy w poprzedniej fali badania było to aż 56 proc. Również CFO z Europy Zachodniej odczuwają wysoki poziom niepewności – tam zdecydowana większość (około 70 proc.) dyrektorów odpowiedzialnych za finanse uważa, że obecnie niepewność jest wyższa niż przeciętnie – może być to spowodowane ryzykiem Brexitu, spowolnieniem w Chinach i wyzwaniami geopolitycznymi, w tym kryzysem migracyjnym i zagrożeniem terrorystycznym. „Wydaje się, że polscy CFO są bardziej przyzwyczajeni do niepewności i inaczej oceniają jej poziom niż zachodni koledzy. Inne są też przyczyny, które wpłynęły na pogorszenie nastrojów. Źródłem niepewności w Polsce jest bardzo silna konkurencja na rynku lokalnym, w tym obawa o spadek popytu krajowego, którą wyraża 18 proc. CFO i rosnąca presja cenowa, na którą wskazało 16 proc. Istotnym źródłem niepewności jest również zmienne prawo gospodarcze, które w ciągu sześciu miesięcy wzrosło w naszym rankingu z 11 do 14 proc.” – mówi Robert Nowak, Dyrektor w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte. Nie dziwi więc fakt, że spadła liczba CFO którzy uważają, że obecnie jest dobry czas na podejmowanie ryzyka (22 proc., spadek o 16 pp. procentowych w porównaniu do poprzedniej edycji badania). W krajach strefy euro było to 32 proc., w państwach poza strefą 24 proc.
Z kolei 43 proc. dyrektorów finansowych uważa, że w porównaniu z sytuacją sprzed sześciu miesięcy perspektywy finansowe ich przedsiębiorstw w ciągu najbliższych miesięcy będą lepsze lub znacznie lepsze. W krajach strefy euro optymistycznie i raczej optymistycznie perspektywy dla swoich firm widzi jedynie 24 proc. ankietowanych, a poza strefą 26 proc. Na tle Europy dynamika przychodów, marż i inwestycji w polskich firmach jest również wyższa. Można jednak zauważyć, że coraz bardziej zbliża się ona do poziomu strefy euro. Pod względem przychodów, odsetek dyrektorów finansowych w Polsce liczących na wzrost jest najwyższy w Europie (76 proc.), z czego aż 21 proc. przewiduje, że wzrost ten będzie znaczący. W krajach strefy euro było to odpowiednio 66 i 9 proc.
Po pół roku przerwy na szczyt priorytetów polskich CFO powrócił wzrost przychodów. Dotychczasowy lider, czyli redukcja kosztów bezpośrednich spadła na trzecie miejsce. Ta zmiana priorytetów jest odpowiedzią na kluczowe wyzwania polskich przedsiębiorstw, które są związane z ryzykami spadku popytu i rosnącej presji cenowej.
Kredyt bankowy jest nadal zdecydowanie najatrakcyjniejszym źródłem finansowania. Łącznie 60 proc. badanych oceniło tę formę jako atrakcyjną (w tym 14 proc. jako bardzo atrakcyjną). Niemniej ocena atrakcyjności, jak i dostępności kredytów znacząco spadły w ciągu ostatniego półrocza, wracając do poziomów z roku 2014 i 2015. „Jest to związane z szeregiem zmian dotyczących sektora bankowego takich, jak podatek bankowy, potencjalne przewalutowanie kredytów frankowych oraz upadłość banków spółdzielczych. Te zdarzenia mogą mieć wpływ na zacieśnienie polityki kredytowej banków. W tej chwili czterech na dziesięciu menedżerów odpowiedzialnych za finanse uważa, że kredyty są łatwo dostępne. Pół roku wcześniej było to 62 proc.” – wyjaśnia Piotr Świętochowski, Dyrektor w Dziale Audytu Deloitte.
Aż 45 proc. badanych dyrektorów finansowych prognozuje wzrost poziomu transakcji M&A w Polsce. Charakter prognozy pozostaje stabilny od dłuższego czasu i oznacza, że rynek fuzji i przejęć będzie się rozwijał powoli.
Dyrektorzy finansowi byli pytani również o Umowę o Transatlantyckim Handlu i Partnerstwie Inwestycyjnym pomiędzy UE i USA. Ma ona ustandaryzować regulacje dotyczące własności intelektualnej, prawa pracy i ochrony środowiska. Zwolennicy tych regulacji uważają, że ułatwi ona wzajemną wymianę gospodarczą, co zwiększyłoby wzrost gospodarczy obu kontynentów. Przeciwnicy są zdania, że ograniczy ona wolność poszczególnych krajów w zakresie stanowienia prawa.
Największymi zwolennikami TTIP są CFO ze Szwecji, Belgii, Portugalii i Niemiec. Najmniej zainteresowani wydają się być CFO z Rosji (14 proc.) i Turcji (11 proc.) – krajów niepodlegających traktatowi. Ale większość CFO (73 proc.) uznała, że Umowa nie będzie miała wpływu na ich firmy. W Polsce taką opinię wyraziło 76 proc. menedżerów. Być może przedsiębiorstwa, w których pracują nie prowadzą stosunków handlowych z USA lub nie rozumieją wpływu tych regulacji na biznes w Europie.
„Polscy CFO nadal optymistycznie patrzą na rozwój polskiej gospodarki, a wahnięcia nastrojów i rosnący poziom niepewności ekonomicznej wiążą się z niewiadomą, która pojawia się zawsze, gdy sytuacja geopolityczna silnie się zmienia albo następuje zmiana rządów w kraju. Jest to tym bardziej naturalne, że jesteśmy obecnie świadkami wielu zapowiedzi zmian legislacyjnych, a te są zawsze dla gospodarki ryzykowne” – podsumowuje Krzysztof Pniewski.
Co roku w Polsce organizowanych jest ponad 2 000 imprez biegowych. Biegi na 5 czy 10 kilometrów, jak również pół czy pełne maratony organizowane są praktycznie w każdym większym mieście. Najbardziej zahartowani zawodnicy coraz częściej decydują się również na udział w zagranicznych rywalizacjach. Nierzadko start w spotkaniach biegowych łączą z wyjazdem turystycznym. Biorąc udział w zawodach w Londynie, Barcelonie czy Nowym Jorku warto poświęcić trochę czasu na zwiedzenie tych miast. Niezapomnianych wrażeń mogą dostarczyć również np. Półmaraton Nocy Polarnej organizowany w Norwegii, sztafeta między wybrzeżem Adriatyku, a Morzem Tyrreńskim czy pokonanie historycznej trasy Fejdippidesa – „pierwszego maratończyka”.
Sportowiec na wakacjach
Niezależnie od tego czy celem podróży jest uczestnictwo w zawodach, czy w trakcie urlopu pragniemy jedynie kontynuować cykl treningowy, powinniśmy pamiętać o odpowiednim zabezpieczeniu się na ewentualność kontuzji i konieczności skorzystania z pomocy medycznej. Wyrobienie karty EKUZ przed wyjazdem za granicę weszło już Polakom w nawyk, jednak szczególnie sportowcy nie mogą zapomnieć o wykupieniu dodatkowego ubezpieczenia, które gwarantuje szerszą ochronę.
– Biegacze powinni uważnie studiować zakres kupowanego ubezpieczenia turystycznego, szczególnie jeżeli planują start w zagranicznych zawodach. O ile organizatorzy zapewniają zaplecze medyczne na wypadek nieszczęśliwych zdarzeń, to urazy wymagające specjalistycznej pomocy i hospitalizacji obciążą wyłącznie naszą kieszeń. Udział w zawodach mieści się w kategorii wyczynowego uprawiania sportów, a trening w dniach je poprzedzających może być rozpatrywany jako amatorskie uprawianie sportów wysokiego ryzyka. Obie kategorie wymagają wykupienia odpowiednich zwyżek zakresu ochrony – wskazuje Piotr Ruszowski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Mondial Assistance.
Nie tylko dla biegaczy
Amatorzy biegania nie są jednak jedynymi, którzy przed wyjazdem wnikliwie powinni zapoznać się z dostępnymi na rynku ubezpieczeniami turystycznymi. W końcu większości z nas urlop kojarzy się z różnego rodzaju aktywnościami fizycznymi i lubimy w jego trakcie rekreacyjnie uprawiać sport. Niektóre dostępne na rynku produkty już w ramach standardowego zakresu zapewniają ochronę od następstwa nieszczęśliwych wypadków podczas najpopularniejszych z nich. Obejmują ona zazwyczaj m.in. wypoczynkową jazdę na rowerze, grę w piłkę nożną, koszykówkę bądź siatkówkę czy rolkarstwo, tenis i pływanie. W przypadku bardziej wyczynowych form, jak np. nurkowanie, trzeba zadbać o rozszerzenie polisy.
– Osoby zamierzające aktywnie spędzić wypoczynek zagraniczny mogą skorzystać z dedykowanych tym celom produktów. Oferują one szerokie możliwości ochrony w trakcie wykonywania różnych czynności od gry w badmintona poczynając na spadochroniarstwie lub wspinaczce wysokogórskiej kończąc. Co więcej, polisy turystyczne, oprócz NNW i ubezpieczenia kosztów leczenia gwarantują ochronę bagażu podręcznego i sprzętu sportowego oraz OC – dodaje Piotr Ruszowski.
Bądź ostrożny
Sport to zdrowie, jednak nie możemy zapominać, że równocześnie jest jedną z najczęstszych przyczyn kontuzji. W związku z tym, zwłaszcza w trakcie zagranicznego urlopu, powinniśmy zachować szczególną ostrożność. Niefortunne zdarzenie, którego będziemy ofiarą może wyniknąć w okolicznościach, które spowodują, że ubezpieczyciel odmówi pokrycia kosztów pomocy. Do najpopularniejszych wyłączeń należą szkody powstałe m.in.: w wyniku spożycia alkoholu lub substancji psychoaktywnych czy w wyniku uprawiania sportów w miejscach do tego nieprzeznaczonych oraz nierespektowania ogólnie uznanych zasad bezpieczeństwa.
Popularne urlopowe aktywności, które mogą wymagać wykupienia zwyżki:
jazda konna
jazda quadem
jazda skuterem wodnym
wakeboarding
skoki na bungee
wspinaczka (w tym na ściance w zamkniętym pomieszczeniu)
Już co 5. Polak regularnie biega[1]. Część osób nie poprzestaje na rywalizacji w krajowych zawodach. Planując udział w zagranicznej imprezie trzeba pamiętać o odpowiedniej ochronie.
W tematyce walutowej mamy obecnie jeden ważny temat. Jest to potencjalna obniżka ratingu. Przewijają się dwa wątki – dlaczego dojdzie do obniżki i kto jest jej winien. Jak to często bywa, w dyskusji obu stronom brakuje merytorycznych argumentów.
W mediach pojawiają się symulacje co stanie się po obniżce ratingu Polski. Dobrym przykładem jest tutaj prognoza Artura Maliszewskiego z DMK. Stwierdził on, że po pierwsze Moody’s na 99,9% obniży rating. Z drugiej strony prognozuje on, że pomimo tego złoty nie przebije poziomu 4,51zł. Większość analityków uważa, że decyzja agencji jest już w cenach i sama obniżka ratingu będzie zaledwie wykonaniem wyroku, który dawno zapadł. Co ciekawe, w tych samych prognozach na wypadek nieobniżenia ratingu przewidywany jest niewielki ruch w dół. Patrząc na te prognozy można odnieść wrażenie, że ta decyzja jednak, wbrew zapowiedziom, nie jest najważniejszym wydarzeniem maja dla złotówki, gdyż niezależnie od wyniku nic wielkiego się nie stanie.
Same prognozy na temat szans na obniżkę opierają się niemal wyłącznie na czynnikach politycznych. Jako ważny element podaje się list ministra finansów Pawła Szałamachy do prezesa Trybunału Konstytucyjnego Andrzeja Rzeplińskiego. Zupełnie w tych rozważaniach pomijane jest to, co jest istotą pracy agencji ratingowych, czyli długoterminowe perspektywy gospodarki. W końcu rating wydawany jest nie na dzisiejsze spłaty, a na wieloletnie obligacje. Zapowiedziane pakiety socjalne jasno wskazują, że dobre wyniki makroekonomiczne, które udało nam się wypracować w poprzednich latach, mogą nie zostać utrzymane. I to właśnie ta obawa, wbrew temu co stara nam się wmówić w mediach, jest głównym paliwem dla decyzji agencji ratingowych. Podatek bankowy nie pokrywa programu 500+, w przyszły roku nie ma częstotliwości na sprzedaż, a w kolejce czeka obniżka wieku emerytalnego i VAT. Oczywiście, klimat w około jest nieciekawy, co pewnie może skutkować przeszacowaniem czynników politycznych. Problemem natomiast są prognozy co do dochodów i wydatków budżetu, bo to z niego spłacane są zobowiązania.
Kolejnym czynnikiem, który jest silnie brany pod uwagę, jest kondycja sektora finansowego. Z jednej strony piszemy pisma do przeciwników politycznych, a z drugiej ogłaszamy na kilka dni przed decyzją zawieszenie działalności kolejnego SKOK-u. Zarząd komisaryczny w Arce, bo o niej mowa, działał już od połowy zeszłego roku. Obecnie strata SKOK-u przekracza 25% depozytów, co i tak jest absurdalnym parametrem. Braki zostaną uzupełnione z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, czyli zapłacą za to banki. Kwota 25 milionów złotych nie zabije tego sektora, ale to kolejny cios.
W tarapaty finansowe może wpaść każdy i to szybciej niż się nam wydaje. Czasem wystarczy tylko brak oszczędności i niezaplanowany wydatek, by nasz budżet został zachwiany. Czy w związku z tym, jesteśmy bardziej przezorni i odkładamy pieniądze na tzw. „czarną godzinę”? Firma Lindorff SA w najnowszym badaniu „Finansowe zwyczaje Polaków”[1] sprawdziła, czy Polacy mają „poduszkę finansową” i jakie działania podejmują, by uniknąć problemów finansowych.
Jesteśmy rozsądni?
Jak wynika z badania przeprowadzonego przez firmę Lindorff SA – przynajmniej w teorii – jesteśmy rozważni. Aż 83% ankietowanych zgodziło się ze stwierdzeniem, że powinno się regularnie płacić bieżące zobowiązania i nie dopuszczać do sytuacji, w której pojawią się zaległości. Badani deklarowali także, że niechętnie korzystają z możliwości zaciągania kredytu, czy pożyczki – 70% respondentów woli radzić sobie w inny sposób. Natomiast 82% ankietowanych stwierdziło, że aby wyjść z zadłużenia należy zrezygnować ze zbędnych wydatków.
Ponadto, posiadany już kredyt lub pożyczka powstrzymuje ponad połowę badanych (54%) przed wydawaniem pieniędzy na drobne przyjemności. Z drugiej strony dla ponad 1/3 respondentów (35%) zaciągnięte zobowiązanie nadal nie jest powodem do rezygnacji z wydatków na rozrywki i inne niekonieczne wydatki. Jeśli natomiast pojawią się zaległości w regularnym spłacaniu zaciągniętego zobowiązania to ponad połowę respondentów (52%) powstrzymają one przed dalszym zaciąganiem kredytów/pożyczek, a co trzeciego ankietowanego nie.
Warto oszczędzać, ale…
Mimo że ankietowani twierdzą, że warto oszczędzać (82%), to aż połowa z nich wydaje cały dochód na bieżąco, uważając, że nie stać ich na oszczędzanie. Ponadto, biorąc pod uwagę wyniki raportu, można wnioskować, że większość nie wie, jak może dobrze zainwestować swoje oszczędności – blisko 70% ankietowanych deklaruje, że robiliby to częściej, gdyby znali na to sposób. Wskazuje to na dużą potrzebę edukacji u ankietowanych – specjaliści twierdzą, że tylko część osób deklarujących „nie stać mnie na oszczędzanie” rzeczywiście nie ma z czego odkładać. Reszta po prostu nigdy nie wypracowała w sobie nawyku systematycznego odkładania kilku procent dochodów.
[1] Raport „Finansowe zwyczaje Polaków”, zrealizowany na zlecenie firmy Lindorff SA, kwiecień 2016 r. Ogólnopolskie badanie ilościowe realizowane techniką CAWI – przeprowadzone wśród członków społeczności badawczej Zymetrii, N=458, osoby w wieku 25-50 lat.
Czy myślimy przyszłościowo?
Tylko co piąty ankietowany nie zgadza się ze stwierdzeniem, że powinno się odkładać pieniądze na emeryturę inaczej, niż jedynie poprzez odprowadzanie składek emerytalnych. Zdecydowana większość – aż 60% – uważa tę tezę za słuszną. Przy czym – w praktyce – tyle samo badanych w planowaniu wydatków nie wybiega poza horyzont miesiąca.
Deklaratywne zachowania Polaków zamykają się w 3 tezach, z którymi godzi się 4/5 pytanych: „warto oszczędzać”, „powinno się odkładać pieniądze na przyszłą emeryturę inaczej niż tylko poprzez obowiązkowe składki emerytalne” oraz „należy regularnie regulować swoje zobowiązania i nie dopuszczać do zaległości w płatnościach”. Jednocześnie te zasady, słuszne dla ponad 80% ankietowanych, nie pokrywają się z zachowaniami faktycznymi. Aż 50% ankietowanych przyznało, że cały dochód przeznaczają na bieżące potrzeby i nie stać ich na oszczędzanie, a zaległości w spłatach nie powstrzymują przed zaciągnięciem kolejnego kredytu aż 33% badanych.
Kupując maszyny lub samochody do firmy, przedsiębiorcy często stają przed trudnym wyborem – leasing czy kredyt? Przedstawiamy 5 kwestii, na które warto zwrócić uwagę decydując o sposobie finansowania.
Wybieraj z korzyścią dla swoich podatków
Polskie firmy są szczególnie obciążone przez fiskusa, dlatego większość przedsiębiorców stara się w jak największym stopniu korzystać z dostępnych ulg. Już na etapie wyboru finansowania nowych inwestycji dla działalności gospodarczej, należy dowiedzieć się, który sposób pozwoli nam zaoszczędzić na podatkach. W przypadku zakupu np. samochodu w leasing, całość opłat – czyli opłatę wstępną, miesięczne raty leasingowe, itp., możemy zaliczyć do kosztów uzyskania przychodu. Kredyt nie daje takiej możliwości. Tu kosztem są odpisy amortyzacyjne. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, okres amortyzacji nowego samochodu wynosi 5 lat i przez taki czas możemy proporcjonalnie obniżać podstawę opodatkowania, nawet gdy umowa kredytowa trwa np. 3 lata. Dodatkowo, w przypadku samochodów osobowych, których wartość przekracza 20 tys. euro, amortyzacja powyżej tej kwoty nie jest kosztem uzyskania przychodu.
– Załóżmy, że chcemy nabyć samochód za 150 tys. zł, a ustawowe 20 tys. euro to 80 tys. zł – tłumaczy Paweł Mazur z ANG Biznes – Wtedy tylko 80 tys. zł może być kosztem uzyskania przychodu w przypadku tego samochodu, dodatkowo rozłożone na 5 lat (po 20% rocznie). Pozostała część, czyli aż 70 tys. zł, to odpisy amortyzacyjne, których nie możemy zaliczyć do kosztów uzyskania przychodu. Leasing nie ma takich ograniczeń, kosztem będzie całe 150.000 zł.
BIK i zdolność kredytowa
Firmy leasingowe nie raportują umów do bazy BIK. W związku z tym ich obsługa nie wpływa na ocenę zdolności kredytowej. Zobowiązanie, które nie jest widoczne w BIK, często nie jest brane pod uwagę przy wyliczaniu zdolności przez automatyczne systemy oceny klienta, podczas gdy kredyt może tę zdolność obniżyć. Niektóre banki nawet wiedząc o umowie leasingu, nie biorą jej pod uwagę przy wyliczaniu zdolności kredytowej, traktując ten koszt, jak np. koszt wynajmu lokalu.
Procedury
Powiedzenie „czas to pieniądz”, idealnie pasuje do porównania procesu uzyskania leasingu lub kredytu inwestycyjnego. W przypadku samochodów lub nowych, niezbyt skomplikowanych maszyn – biurokracja nie jest aż tak skomplikowana. Problem pojawia się, gdy maszyna jest specjalistyczna lub przedstawia dużą wartość.
– Banki, w przeciwieństwie do firm leasingowych, nie specjalizują się w ocenie zbywalności takich przedmiotów – wyjaśnia Paweł Mazur. – Chcąc kupić taką maszynę, musimy przedstawić dodatkowe zabezpieczenie, np. nieruchomość. Firmy leasingowe, ze względu na wyspecjalizowanie właśnie w tej dziedzinie, potrafią ocenić rynek wtórny i płynność, a co za tym idzie taki przedmiot może stanowić jedyne zabezpieczenie. Dzięki temu klientowi łatwiej jest przebrnąć przez formalności.
Forma własności
Przy kredycie, właścicielem środka trwałego jest firma, a bank – czyli finansujący, zabezpiecza się korzystając z przewłaszczenia, bądź np. zastawu rejestrowego. W przypadku samochodów, to firma widnieje w dowodzie rejestracyjnym jako właściciel.
W leasingu, przez cały okres finansowania właścicielem jest firma leasingowa, a klient jest tzw. korzystającym i opłaca czynsz za korzystanie, a po zakończeniu okresu trwania umowy, może wykupić przedmiot za umówioną wcześniej kwotę.
Zdaniem ekspertów, konsumenci coraz chętniej sięgają po usługi leasingowe.
– Zwiększone zainteresowanie usługami leasingowymi obserwujemy w miesiącach wiosennych oraz jesienią, przed końcem roku. Aczkolwiek miniony rok pokazał, że równie wysoki sezon możemy odnotowywać w okresie wakacyjnym. Przykładowo w lipcu 2015 dostarczyliśmy naszym klientom prawie ponad 1 tys. samochodów, czyli porównywalnie do najlepszych miesięcy w roku. Firmy, wybierając leasing, optymalizują koszty prowadzenia działalności. Najbardziej popularnym produktem wśród przedsiębiorców jest leasing z serwisem i usługami dodanymi w pakiecie – tłumaczy Konrad Karpowicz z Masterlease.
Okres umowy i łatwość cesji
W kwestii długości okresu umowy, kredyt jest bardziej elastyczny – dostępne są zarówno krótkie umowy, jak i długie np. na 120 czy 180 miesięcy. W leasingu, okresy często determinowane są stawką amortyzacji i są ściśle związane z ustawą o rachunkowości. Jeśli zaś chodzi o cesję, jest to łatwiejsze w leasingu, gdzie zmiany korzystającego są bardzo popularne. Jeśli firma chce przenieść prawa i obowiązki korzystającego na inną firmę, potrzebna jest tylko zgoda leasingodawcy i podpisanie nowej umowy. Z kredytem jest to zdecydowanie bardziej problematyczne. Chcąc sprzedać dany przedmiot, musimy najpierw spłacić kredyt, aby bank zwolnił zabezpieczenie – dopiero wtedy możliwa jest zmiana właściciela.
Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku powierzchni magazynowych w Polsce na koniec I kw. 2016 r.
Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo – Przemysłowych w Polsce, JLL, informuje: „To było bardzo mocne otwarcie roku na polskim rynku magazynowym. W I kw. 2016 r. podpisano umowy najmu na łącznie 680 000 mkw. To najlepszy wynik zarejestrowany w pierwszym kwartale w ostatnim dziesięcioleciu i bardzo dobry prognostyk na pozostałą część roku. Co więcej, w I kw. łączne zasoby powierzchni magazynowej w Polsce przekroczyły 10 milionów mkw., co umocniło ją na dziewiątym miejscu w Europie pod względem podaży”.
Najwięcej powierzchni magazynowej w I kw. wynajęto w Okolicach Warszawy (184 000 mkw.), na Górnym Śląsku (142 000 mkw.) oraz w Poznaniu (123 500 mkw.). Największą umowę najmu podpisał Kaufland (45 000 mkw. w Panattoni Park Bydgoszcz).
Największe umowy najmu w I kw. 2016 r.
Najemca
Park
Rodzaj umowy
Powierzchnia (mkw.)
Kaufland
Panattoni Park Bydgoszcz
Nowa umowa
45 000
CLIP Logistic
CLIP Poznań
Nowa umowa
25 000
Avon
Panattoni Park Garwolin
Odnowienie
25 000
Saint Gobain
Panattoni Park Sosnowiec II
Rozszerzenie
22 400
Źródło: JLL, magazyny.pl, I kw. 2016 r.
Podaż
Łączne zasoby powierzchni magazynowo – przemysłowej w Polsce wyniosły ok. 10,37 mln mkw. na koniec I kw. 2016. W pierwszych trzech miesiącach roku do użytku oddano aż 418 000 mkw. nowych magazynów. Większość nowych projektów ukończono w Okolicach Warszawy (137 000 mkw.), Górnym Śląsku (87 000 mkw.) i Polsce Centralnej (85 000 mkw.).
„Deweloperzy pozostają bardzo aktywni. W budowie jest obecnie 640 000 mkw. powierzchni magazynowo – przemysłowej, co plasuje sektor magazynowy za biurowym, ale przed segmentem centrów handlowych. Najwięcej magazynów powstaje w Poznaniu – 160 000 mkw., Okolicach Warszawy – 108 000 mkw. oraz Polsce Centralnej – 106 000 mkw.”, wylicza Przemysław Ciupek, Starszy Analityk Rynku, JLL.
Coraz więcej powierzchni budowane jest spekulacyjnie.
„Aż 54% powstającej obecnie powierzchni magazynowej realizowane jest na zasadach spekulacyjnych, czyli bez wiążących umów najmu. Dla porównania, na koniec I kw. 2014 r. było to jedynie 5,5%. To jasno pokazuje, że deweloperzy darzą polski rynek dużym zaufaniem i widzą dalszy potencjał jego wzrostu”, dodaje Tomasz Mika.
Pustostany
Na koniec I kw. wskaźnik pustostanów wynosił 6,7%, nieznacznie wzrastając wobec rekordowo niskiego stanu z końca 2015 r. (6,2%). Najwięcej wolnej powierzchni jest w Okolicach Warszawy (11,8% ogólnych zasobów). Małe rynki takie jak Szczecin czy Opole charakteryzują się zerowym poziomem dostępnej powierzchni.
Powierzchnia istniejąca i w budowie (mkw.) vs pustostany (%). Źródło: JLL, magazyny.pl, I kw. 2016 r.
Czynsze
Jak podaje portal magazyny.pl, w I kw. czynsze bazowe pozostały na niezmienionym poziomie i nadal są najwyższe w Warszawie Mieście (4,1 – 5,3 euro za mkw. miesięcznie) i Krakowie (3,8 – 4,5 euro za mkw. miesięcznie). Najniższe stawki za obiekty typu Big Box są w Polsce Centralnej (2,6 – 3,2 euro za mkw. miesięcznie). Należy jednak zauważyć, że powyższe czynsze nie uwzględniają oferowanych przed deweloperów zachęt i zniżek stanowiąc tym samym stawkę wyjściową do dalszych negocjacji.
Związek Polskiego Leasingu, organizacja reprezentująca polski sektor przedsiębiorstw leasingowych podała, że do grona firm członkowskich przystąpiły dwa podmioty: Alior Leasing oraz Leasing Polski. Spółki będą raportować wyniki na poczet przygotowywanych przez ZPL analiz rynkowych oraz podejmą współpracę z innymi przedstawicielami branży w ramach działających zespołów i grup roboczych ZPL. Alior Leasing działalność operacyjną rozpoczął w IV kw. 2015r., natomiast początki Leasingu Polskiego sięgają 1996 roku (pierwotnie pod nazwą Generalne Towarzystwo Leasingowe).
Przystępując do Związku PolskiegoLeasingu, liczymy na wsparcie i możliwość skorzystania z doświadczeń Związku w trzech podstawowych obszarach: współpracy z instytucjami europejskimi w zakresie implementacji rozwiązań prawnych w Polsce, współpracy z innymi firmami leasingowymi i instytucjami okołofinansowymi m.in. w zakresie działalności na rzecz wpierania rozwiązań pro biznesowych, pozyskiwania środków unijnych czy uczestnictwa w pracach grup roboczych i współpracy z PZWLP – powiedział Marek Lozia, Prezes Zarządu Alior Leasing Sp. z o.o.
Leasing Polski jest spółką stworzoną, aby wspierać swoją wiedzą polskich przedsiębiorców w ich działalności. Biorąc udział w pracach Związku Polskiego Leasingu możemy skorzystać także z doświadczeń innych firm działając na rzecz zapewnienia naszym klientom bezpieczeństwa w obrocie gospodarczym, a także w tworzeniu sprzyjających warunków w rozwoju ich biznesu – powiedział Paweł Gliniewicz, Prezes Leasing Polski Sp. z o.o.
Spółka Alior Leasing powstała w kwietniu 2015 r., natomiast działalność operacyjną prowadzi od października 2015 r. Udziałowcem Alior Leasing Sp. z o.o. jest Alior Bank SA (100% udziałów). Misją firmy jest dostarczanie najlepszych rozwiązań leasingowych, które stanowią odpowiedź na oczekiwania nowoczesnych firm poszukujących kompleksowej oferty leasingowej, dopasowanej do ich indywidualnych potrzeb.
Leasing Polski jest częścią Grupy Kapitałowej GTL S.A, działającej aktywnie na krajowym rynku od 20 lat. Firma powstała w oparciu o polski kapitał, co zapewnia niezależność i stabilizację finansową. Duże doświadczenie w finansowaniu inwestycji pozwoliło wypracować jej skuteczne i szybkie metody działania, dostosowane do indywidualnych potrzeb klientów.
Związek Polskiego Leasingu (ZPL) to organizacja reprezentująca polski sektor przedsiębiorstw leasingowych, która zrzesza 29 firm leasingowych oraz Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów. ZPL jest członkiem Leaseurope – organizacji zrzeszającej 45 związków z 33 krajów Europy. ZPL uczestniczy w pracach grup i zespołów roboczych przygotowujących i opiniujących projekty regulacji prawnych dotyczących branży leasingowej. Przedstawiciele ZPL utrzymują bieżące kontakty z przedstawicielami administracji publicznej i parlamentarzystami.
ABS Investment S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od lutego 2011 r., zajmująca się działalnością inwestycyjną oraz doradczą, zakończyła 1 kw. 2016 r. zyskiem netto w kwocie 91 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie 296 tys. zł. Emitent przedstawił również prognozy finansowe na 2016 r.
ABS Investment S.A. prognozuje wypracowanie w 2016 r. zysku brutto na 1 akcję w przedziale 0,50 – 0,55 zł. Z kolei wartość aktywów Spółki (wraz z należnościami ze sprzedaży aktywów) na 1 akcję ma wynieść na koniec tego roku od 3,60 zł do 4,00 zł. Prognozy finansowe Emitenta zostały sporządzone w oparciu o zakładane przez Zarząd wyniki z działalności inwestycyjnej, otrzymane dywidendy od spółek portfelowych, prowadzone nowe inwestycje w spółki publiczne oraz zawarte umowy na świadczenie usług doradczych.
„Prognozujemy wypracowanie w tym roku zysku brutto w przedziale 0,50 – 0,55 zł na akcję oraz uzyskanie wartości aktywów na akcję na koniec roku w przedziale 3,60 – 4,00 zł. Traktujemy to jako duże wyzwanie i bardzo ambitny cel, lecz możliwy do zrealizowania.” – ocenia Sławomir Jarosz, Prezes Zarządu Spółki ABS Investment S.A.
Spółka istotnie zwiększyła w 1 kw. br. poziom przychodów generowanych ze świadczenia usług doradczych, bowiem w analogicznym kwartale ub. roku ich wartość wyniosła 100 tys. zł. Ten segment biznesowy, a przede wszystkim wysokość osiąganych w nim przychodów, pozwala Emitentowi na zabezpieczenie bieżących kosztów funkcjonowania bez konieczności dokonywania transakcji finansowych. ABS Investment S.A. stale zwiększa portfel zawartych umów doradczych, co powinno pozytywnie wpłynąć na wyniki finansowe Spółki w kolejnych kwartałach. Warto również dodać, że 1 kw. 2016 r. był piątym kwartałem z rzędu, w którym Emitent zanotował dodatni wynik netto. Świadczy to o utrzymaniu trendu wzrostowego i to pomimo niekorzystnej sytuacji rynkowej.
„Działalność inwestycyjna i usługowa są ze sobą silnie skorelowane dlatego, że ABS świadczy usługi głównie dla spółek portfelowych. Czym szerszy i bardziej aktywny portfel, tym i większe możliwości dla ABS w zakresie doradztwa. Szczególnie interesuje nas aktywność w zakresie przejęć i fuzji, budowania strategii oraz pozyskiwania partnerów handlowych i finansowych. W związku z tym zwiększenie liczby spółek w portfelu ABS sprzyja również wzrostowi przychodów z usług. Oczekujemy więc dobrych wyników finansowych w kolejnych kwartałach.” – dodaje Jarosz.
ABS Investment S.A. pozostaje aktywne w swoim głównym obszarze działalności, a więc inwestycjach kapitałowych. Wartość portfela inwestycyjnego Spółki na koniec 1 kw. 2016 r. wynosiła blisko 20 mln zł, z czego ok. 17,6 mln zł stanowiły podmioty notowane na rynku NewConnect oraz na rynku regulowanym GPW w Warszawie. Emitent cały czas poszukuje interesujących spółek, prowadząc ich wnikliwą selekcję oraz dobór w oparciu o bardzo rygorystyczne kryteria inwestycyjne. W ostatnim czasie do portfela inwestycyjnego ABS Investment S.A. włączone zostały innowacyjne i perspektywiczne podmioty, z którymi Zarząd Spółki wiąże bardzo duże nadzieje. Emitent liczy w tym roku także na uzyskanie wysokich przychodów z tytułu otrzymania dywidend ze spółek portfelowych.
„Portfel ABS jest obecnie starannie wyselekcjonowany. Bardzo wysoko oceniam jakość spółek oraz ich potencjał wzrostu. Potwierdzeniem tego jest fakt, że spodziewam się, iż ok. 10 spółek z portfela wypłaci dywidendę – 5 z nich to już zadeklarowało. Będzie to istotny dodatek do działalności inwestycyjno-usługowej w tym roku. Obecnie mam duży komfort w wyborze spółek do portfela, bo wpływa do nas kwartalnie ok. 100 propozycji inwestycyjnych. Naszymi podstawowymi kryteriami inwestycyjnymi jest cena transakcji, forma płatności, perspektywy rozwoju spółki oraz pakiet usług dla ABS. Ostatnio pojawiło się 6 nowych pozycji w portfelu, a aktualnie pracujemy nad 3-4 kolejnymi projektami. W tym roku na NewConnect powinna zadebiutować spółka portfelowa Outdoorzy S.A.” – zakończył Prezes Jarosz.
ABS Investment S.A. opublikuje raport roczny za 2015 r. w dniu 18.05.2016 r. Notowane na rynku Catalyst obligacje Spółki cały czas utrzymują się powyżej poziomu 100% ich wartości nominalnej. Emitent realizuje również dwa programy skupu akcji własnych – skup A prowadzony poprzez transakcje sesyjne na rynku NewConnect oraz skup B prowadzony w ramach umów cywilnoprawnych poza rynkiem. Wskaźnik C/Z ABS Investment S.A. uwzględniając wyniki finansowe za 1 kw. 2016 r. wynosi aktualnie 5,4. Natomiast wartość wskaźnika C/WK Emitenta kształtuje się na poziomie 0,7.
ABS Investment S.A. jest spółką notowaną na rynku NewConnect od lutego 2011 r., która prowadzi działalność w dwóch obszarach: inwestycji kapitałowych oraz doradztwa finansowego. We wrześniu 2014 r. jej obligacje zadebiutowały również na rynku Catalyst. ABS Investment S.A. specjalizuje się w inwestycjach w firmy działające w niszowych branżach, mające już rozwinięty biznes o ponadprzeciętnej oczekiwanej stopie zwrotu. Od grudnia 2015 r. Spółka znajduje się w składzie portfela indeksu NCIndex30, który grupuje trzydzieści najbardziej płynnych spółek z rynku NewConnect.
Z niepokojem czyta się wyniki badań wśród CFO przeprowadzone w Europie przez Deloitte. Aż 70 proc. menedżerów finansowych najwyższego stopnia uważa, że istnieje wysokie ryzyko niepewności ekonomicznej. Ma ono źródło w wielu miejscach, jak problemy strefy euro, w tym niemrawy wzrost gospodarczy czy niewypłacalność Grecji. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo Brexitu. Na to nakłada się kryzys imigracyjny, którego końca nie widać, a na pomysł jego rozwiązania nikt do tej pory nie wpadł. Stosowane półśrodki są bezskuteczne.
Nieco lepsze nastroje panują wśród polskich dyrektorów finansowych. Jednak są one znacząco gorsze niż pół roku temu, kiedy tylko co trzeci badany był pesymistą. Dziś, podobnie jak w latach 2012-2013, aż 60 proc. spośród CFO uważa, że poziom niepewności ekonomicznej jest wysoki. Dlaczego, skoro kondycja polskiej gospodarki jest całkiem dobra?
Dyrektorzy finansowi myślą perspektywicznie. Przyczyn pogorszenia nastrojów upatrywać należy w oddziaływaniu czynników zewnętrznych. Martwi ich słaba forma gospodarki Unii Europejskiej, szczególnie niektórych krajów strefy euro, zadyszka gospodarki Chin, niepewność polityczna za naszą wschodnią granicą i w innych regionach świata. Do czynników wewnętrznych należy zaliczyć niekończące się spory polityczne oraz niepewność prawa, a w zasadzie możliwe zmiany legislacyjne, które miałyby negatywny wpływ na gospodarkę rynkową i sektor finansów publicznych. Kielicha goryczy dopełnia spodziewana obniżka ratingu Polski przez agencję ratingową Moody’s. Politycy winni wsłuchać się więc w opinie CFO, którzy mają najbliższy kontakt z realną gospodarką i są w stanie najtrafniej i najszybciej zdiagnozować źródła problemów.
Jan Mazurek, ekspert Domu Maklerskiego Michael / Ström
Wypowiedź: Piotr Jankowski, wiceprezes Zarządu Michael/Ström.
W Polsce wartość obligacji nieskarbowych, tj. wyemitowanych przez przedsiębiorstwa, banki i jednostki samorządu terytorialnego w relacji do PKB stanowi około 6 proc. W Niemczech wskaźnik ten wynosi 100%, USA 150% a w Holandii 250%. Obecnie coraz więcej przedsiębiorców rezygnuje z dotychczasowych form finansowania na rzecz emisji dłużnych papierów wartościowych. Kiedy bardziej opłacalny jest kredyt, a kiedy emisja obligacji?
– Obligacje nie są wprost konkurencją dla kredytu bankowego. Bardzo często są one wykorzystywane przez przedsiębiorców wraz z kredytem bankowym a nie zamiast niego. Są to instrumenty, które kierujemy do innych inwestorów np. funduszy inwestycyjnych. Z reguły w kredytach finansowane są konkretne przedsięwzięcia a w obligacjach całe przedsiębiorstwa – mówi newsrm.tv Piotr Jankowski, wiceprezes Zarządu Michael/Ström.
Na rozwiniętych rynkach duży udział w finansowaniu przedsiębiorstw mają emisje obligacji. Rynek kapitałowy jest miejscem, gdzie przepływają ogromne strumienie pieniędzy od osób, które mają nadwyżki do podmiotów, którym są one potrzebne. W Polsce przez wiele lat ta forma finansowania nie była skutecznie wykorzystywana, a na emisje dłużnych papierów wartościowych decydowały się tylko nieliczne, zazwyczaj duże podmioty. W ostatnich latach nastąpiło pewne ożywienie, jednak do poziomu krajów rozwiniętych jest nam daleko.
Inwestowanie w obligacje wiąże się z ryzykiem. Należy je więc oszacować na podstawie analizy sprawozdań finansowych emitenta, raportów bieżących, informacji prasowych, sytuacji branży a także ogólnej sytuacji na rynku finansowym i w gospodarce. Jedną z miar ryzyka kredytowego emitentów dłużnych papierów wartościowych jest rating. Ocenę ratingową danego podmiotu wydają agencje ratingowe. Są to specjalistyczne instytucje, które przeprowadzają jakościową klasyfikację dłużnych papierów wartościowych pod kątem wiarygodności finansowej ich emitentów oraz warunków rynkowych. Ocena ratingowa jest ważnym elementem uwzględnianym przez inwestorów przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych, ponieważ analiza prowadzona przez agencje obejmuje szerszy zakres badań, niż tradycyjna analiza finansowa. W rezultacie, odsetki, czyli cena, jaką płaci emitent obligacji za pożyczane na rynku pieniądze, zależy w znacznej mierze od jego ratingu. Agencja wydająca ocenę na bieżąco monitoruje nadany przez siebie rating do momentu wykupu papierów dłużnych. W każdej chwili, jeżeli zaistnieją uzasadnione przesłanki, ocena ratingowa może być zweryfikowana i zmieniona. Do wiodących agencji ratingowych należą Standard&Poor’s, Moody’s oraz Fitch. Usługi tych agencji są jednak drogie i mogą sobie na nie pozwolić tylko duże, zamożne firmy. Problemem polskiego rynku jest brak krajowej agencji ratingowej, odpowiedniej dla mniejszych przedsiębiorstw, których nie stać na kosztowaną międzynarodową agencję. Jest jednak szansa na zmianę tej sytuacji. W trakcie organizacji jest Instytut Analiz i Ratingu, którego założycielem jest Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie SA. Będzie to krajowa agencja ratingowa, która ma zająć się głównie wydawaniem ocen dla obligacji notowanych na Catalyst
Wielu przedsiębiorców w dalszym ciągu nie docenia korzyści z emisji obligacji, gdzie to oni decydują o warunkach zaciągnięcia długu ustalając oprocentowanie, terminy spłaty i zabezpieczenia. Nie bez znaczenia dla finansów przedsiębiorstwa emitującego obligacje jest korzystny cash flow, bowiem w większości przypadków najpierw spłacane są odsetki a kapitał na końcu. Jednak praktyka pokazuje, że koszt pozyskania kapitału poprzez emisje obligacji jest zazwyczaj wyższy niż kredyt bankowy. Często ten czynnik ma wpływ na decyzje przedsiębiorstwa. Czy jednak zawsze koszt kapitału powinien decydować o wyborze źródła finansowania przedsiębiorstwa? Jakie pozafinansowe czynniki należy jeszcze uwzględnić poszukując optymalnego źródła finansowania? Aby odpowiedzieć na to pytanie potrzebna jest gruntowna analiza wartości dodanej, jaką niesie emisja obligacji, szczególnie wtedy, gdy są one notowane na rynku regulowanym lub w alternatywnym systemie obrotu. W pierwszej kolejności należałoby wskazać na korzyści marketingowe i reputacyjne. Spółka, której obligacje są notowane na Catalyst korzysta z bezpłatnej promocji swej marki, pojawiającej się regularnie w serwisie giełdowym, internetowych i gazetowych serwisach informacyjnych oraz komentarzach analityków. Dzięki transparentności łatwiej spółce nawiązać kontakty biznesowe, a także pozyskać kolejne transze finansowania dłużnego czy przeprowadzić publiczną emisję akcji. Instytucje finansowe, jak banki czy firmy faktoringowe, chętnie współpracują z takimi podmiotami, bowiem dzięki realizowanym publicznie obowiązkom informacyjnym mają ciągły monitoring sytuacji ekonomicznej danego podmiotu.
Obligacje vs. kredyt
Obligacje
Kredyt
Większa elastyczność w wykorzystaniu środków pozyskanych z emisji obligacji, co często pomaga w szybszej i bardziej efektywnej realizacji projektu inwestycyjnego.
Bank najczęściej dość rygorystycznie kontroluje wykorzystanie środków z kredytu, a wypłata kredytu najczęściej odbywa się w transzach.
Zakres celów inwestycyjnych możliwych do sfinansowania dzięki emisji obligacji jest bardzo szeroki.
Na niektóre cele inwestycyjne banki nie udzielają finansowania.
Wielu dawców kapitału, których udziały tworzą w sumie wysokie kwoty. Emitent unika skomplikowanych procedur bankowych. Emitent zmniejsza stopień uzależnienia od zmian polityki kredytowej banków. Jest to szczególnie istotne w przypadku spółek współpracujących z niewielką liczbą banków, z których pozyskały znaczącą część swojego finansowania.
Jeden pożyczkodawca. Limity zaangażowania banku mogą ograniczyć wielkość kredytu. Skomplikowane procedury bankowe.
W wielu przypadkach zabezpieczenie emisji nie jest wymagane, zwłaszcza gdy emitentami są podmioty publiczne o
bardzo dobrej kondycji finansowej. Spektrum aktywów mogących stanowić zabezpieczenie jest szersze niż w przypadku kredytu bankowego.
Bank decyduje o rodzaju zabezpieczenia i jego wielkości. Z reguły banki wymagają wyższej relacji wartości zabezpieczenia do wysokości kredytu. Niektóre grupy aktywów w ogóle nie są akceptowane przez banki jako zabezpieczenie.
W większości przypadków Emitent najpierw spłaca odsetki a kapitał w dniu wykupu bligacji. Obciążenia przez okres trwania finansowania są niskie.
Spłata zobowiązania odbywa się regularnie w okresie kredytowania w formie rat kapitałowo-odsetkowych.
Emitent ma większy wpływ na wysokość oprocentowania obligacji i długość okresów odsetkowych.
Wysokość oprocentowania, sposób jego ustalania i harmonogram spłat rat określa bank.
Koszt kapitału z obligacji wyższy od kosztu kredytu.
Koszt kredytu niższy niż koszt finansowania obligacjami.
Przekazywanie informacji o sytuacji finansowej jest sformalizowane, gdy obligacje są notowane, ale nawet w tym przypadku ogranicza się do informowania o istotnych dla emitenta wydarzeniach oraz przekazywania rocznych
i półrocznych sprawozdań finansowych.
Bank w dowolnym momencie może żądać informacji o aktualnej sytuacji firmy.
Publiczna promocja emitenta, jeżeli obligacje są notowane na Catalyst.
Brak publicznej promocji kredytobiorcy.
Rating publiczny uwiarygadnia emitenta.
Wewnętrzna analiza banku nie jest znana publicznie.
Polski rynek call center rośnie w tempie jednocyfrowym. Jednym z kluczowych trendów widocznych w ostatnim czasie jest konsolidacja sektora. Swoją pozycję na rynku właśnie poprzez przejęcia innych podmiotów z branży, umocniły ostatnio Arteria i CCIG.
Z najnowszej edycji raportu PMR „Rynek call center i contact center w Polsce” szacunkowe przychody blisko 160 podmiotów działających w branży w 2015 r. przekroczyły już wyraźnie 1 mld zł, a wzrost rok do roku wyniósł 7,5%, co oznacza wynik o pół punktu procentowego lepszy niż rok wcześniej. Trzeba podkreślić dwa fakty. Po pierwsze, o ile nawet w przypadku największych firm jest dostęp do całkowitych przychodów, o tyle dane na temat ich struktury są mocno ograniczone. Powoduje to konieczność dokonywania założeń i estymacji, opierających się między innymi na posiadanej bazie obiektów i stanowisk oraz danych z innych rynków. Druga sprawa to fakt, że wartości te odnoszą się jedynie do tzw. outsourcingu call i contact center, podczas gdy większość, szczególnie dużych przedsiębiorstw, posiada również własne, prywatne centra, i tak zdefiniowany rynek byłby kilkukrotnie większy. Wynika to z faktu, że model korzystania z zasobów własnych jest nieporównywalnie bardziej rozpowszechniony w firmach niż outsourcing.
Jeśli chodzi o kluczowe trendy, to ostatnie 12 miesięcy dla polskiej branży call center upłynęło pod hasłem ruchów konsolidacyjnych i porządkowania działających grup kapitałowych. Rynek – zgodnie z naszymi zeszłorocznymi prognozami – był w stanie rozwijać się również organicznie. W opinii przedstawicieli dostawców 2015 rok był okresem względnej stabilizacji. Dominowały działania optymalizacyjne, mające na celu poprawę marżowości, a niekoniecznie jak najwyższej sprzedaży. Niektórzy z dostawców dodają, że udało im się wypracować zyski, bądź wyraźnie poprawić wyniki, po bardziej wymagających latach 2012-2014.
Sektor komercyjnych usług call i contact center w Polsce charakteryzuje stabilny wzrost, choć dynamika utrzymuje się na jednocyfrowym poziomie. O ile branża usług call center w 2008 roku w czasie pierwszego spowolnienia gospodarczego, nie odczuła znacząco skutków kryzysu, obecnie uczestnicy rynku nie mogą najczęściej mówić o dynamicznym rozwoju. Nadal podobnie jak w latach poprzednich, nie należą do rzadkości problemy z płynnością, regulowaniem zobowiązań, redukcje zatrudnienia, zamknięcia obiektów czy przetasowania mające na celu łączenie podmiotów.
Liderami polskiego rynku komercyjnych usług call center, uwzględniając ostatnie przejęcia, są Arteria, CCIG i arvato Polska. Wśród 90 największych zmapowanych przez nas komercyjnych call center przeważają jednak firmy średniej wielkości, posiadające od 51 do 200 stanowisk telemarketerskich. Stanowią one dokładnie dwie trzecie z badanej grupy. Z kolei, na firmy większe przypada jedna czwarta rynku – największe z ponad 500 stanowiskami stanowią 4%, a najmniejsze, gdzie liczba miejsc dla telemarketerów nie przekracza 50, odpowiadają za ok. 9%. Udziały te dotyczą 90 obiektów. W przypadku uwzględnienia większej ich liczby, w całkowitej liczbie stanowisk skokowo wzrośnie udział przede wszystkim obiektów małych i bardzo małych.
Inwestorzy chętnie lokują swój kapitał na rynku nieruchomości – od wielu miesięcy ich udział w transakcjach zawieranych na rynku nowych mieszkań kształtuje się na poziomie ok. 30 – 40 proc.
Na wysokie stopy zwrotu z najmu lokali można dziś liczyć w Trójmieście z Gdańskiem na czele oraz oczywiście w Warszawie. – Mieszkania uchodzą za jedną z najbardziej bezpiecznych lokat kapitału, zapewniając aktualnie 4-5-proc. roczną stopę zwrotu z najmu, czyli niemal dwa razy więcej niż stawki, jakie można otrzymać na lokacie bankowej – zauważa Dariusz Krawczyk, Prezes Zarządu Polnord S.A.
Droższe lokale w Trójmieście
Zainteresowanie rynkiem nowych mieszkań w głównych polskich aglomeracjach nie słabnie – w I kw. br. deweloperzy giełdowi zakontraktowali ponad 5 tys. lokali, prawie o 20 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2015 r. Gros transakcji to efekt zakupów inwestycyjnych. – Trudno znaleźć bezpieczną inwestycję, która pozwoli zarobić więcej niż 2-3 proc. w skali roku – zauważa Bartosz Turek, analityk rynku nieruchomości Lion’s Bank.
Jak podają eksperci Home Broker, rentowność inwestycji w mieszkanie na wynajem w Gdańsku wynosi ponad 5,5 proc. netto w skali roku. Pod tym względem Gdańsk pozostaje zdecydowanym liderem na polskim rynku. Według szacunków REAS w Trójmieście aż 22 proc. spośród mieszkań sprzedanych w 2015 r. zostało nabytych przez inwestorów.
– Perspektywy wzrostu transakcji o charakterze inwestycyjnym są ściśle związane z poziomem stóp procentowych – niskie oprocentowanie depozytów, a jednocześnie niskie koszty finansowania inwestycji zwiększają atrakcyjność zwrotów z inwestycji w mieszkania na wynajem. Trudno jednak dzisiaj przewidywać, jakie będą nieodległe decyzje Rady Polityki Pieniężnej – opowiada Paweł Sztejter, Partner Zarządzający i Wiceprezes Zarządu REAS.
Trójmiasto ma niekwestionowaną przewagę nad innymi aglomeracjami w postaci dostępu do Zatoki Gdańskiej. Perełką jest Sopot, o statusie uzdrowiska, idealne miejsce do kupna nieruchomości na wynajem turystyczny. – Ciekawym rozwiązaniem może być też zakup mieszkania z widokiem na wodę i wynajem lokalu studentom w trakcie roku akademickiego. W odróżnieniu od właścicieli podobnych nieruchomości w innych aglomeracjach, inwestor z Trójmiasta będzie się cieszył, gdy jego lokal opustoszeje na czas wakacji. Może bowiem wtedy oddać swoje „M” na wynajem dla turystów. To rozwiązanie jest dziś „na czasie” skoro coraz głośniej mówi się o zagrożeniu terrorystycznym w popularnych do tej pory kurortach wakacyjnych. Zatem prawdopodobne Bałtyk będzie w tym roku przeżywał większe oblężenie niż zwykle – prognozuje Bartosz Turek.
Jak dodaje Jarosław Jędrzyński, analityk portalu RynekPierwotny.pl, w 2015 r. po raz trzeci Gdynia zajęła pierwsze miejsce w rankingu najlepszych polskich miast do zamieszkania, przygotowywanym przez Radę Monitoringu Społecznego. – To może być jednym z powodów, choć na pewno nie jedynym, rosnącego powodzenia Trójmiasta pośród młodych Polaków poszukujących swojego miejsca do życia – mówi Jędrzyński. Zwraca uwagę, że od początku boomu, czyli od połowy 2013 r., ceny mieszkań od deweloperów pozostają stabilne mimo ogromnego popytu. Wyjątek stanowi właśnie Trójmiasto, gdzie stawki za nowe „M” poszły w górę z niespełna 6 tys. zł w II kw. 2013 r. do prawie 6,6 tys. zł za mkw. obecnie. – To jest najlepszy dowód atrakcyjności inwestycyjnej Trójmiasta. Inwestorzy zarabiają tu bowiem nie tylko na wynajmie lokali mieszkalnych, ale także na wzroście ich wartości w czasie – zapewnia Jarosław Jędrzyński. Jednocześnie, jak zauważają przedstawiciele REAS, w ostatnich kwartałach na trójmiejskim rynku nowych mieszkań wobec szybkiego wzrostu popytu skraca się okres potrzebny do wyprzedaży pozostających w ofercie mieszkań. – Dzisiaj wynosi on niewiele ponad trzy kwartały, co jest oznaką wyraźnej przewagi popytu nad podażą – zaznacza Paweł Sztejter.
Z kolei warszawskie mieszkania oferują przeciętny zysk netto ok. 5,3 proc. Ten wynik plasuje stolicę na drugim miejscu za Gdańskiem.
Kawalerki i większe apartamenty
Niesłabnącym powodzeniem cieszą się kawalerki – najtańsze w zakupie i wynajmie, a także ewentualnej późniejszej sprzedaży. – Im mniejsze lokum, tym stopa zwrotu z wynajmu większa. To dlatego rosnącą popularnością cieszą się u krajowych inwestorów tzw. mikroapartamenty, które w Polsce bardzo dobrze sprawdziły się jako mieszkaniowy produkt inwestycyjny – mówi Jarosław Jędrzyński.
Obok kawalerek, przedmiotem transakcji inwestycyjnych są „dwójki” o niewielkim metrażu. – Wśród inwestorów szukających mieszkań „pod studentów” zainteresowaniem cieszą się też lokale o większej liczbie pokoi, ale o jak najmniejszej powierzchni. Takie podejście pozwala osiągnąć wyższą rentowność wynajmu – sugeruje Bartosz Turek.
Dariusz Krawczyk zapewnia, że inwestorzy chętnie wchodzą również w projekty droższe, o wyższym standardzie. – Takie mieszkania wynajmują się szczególnie dobrze w turystycznych kurortach. Klienci, świadomi przyszłych zysków, są w stanie wydać na nie 400 – 500 tys. zł – zauważa Dariusz Krawczyk. Lokale tego typu są dostępne np. w Osiedlu Brama Sopocka, realizowanym w Gdyni przez Polnord.
– W naszym kraju inwestorzy indywidualni wykazują się coraz większym doświadczeniem i fachowością – wybierają lokale po wnikliwej analizie wszystkich parametrów, które mogą wpłynąć na ich najem. Zwracają uwagę nie tylko na główny czynnik na rynku nieruchomości – czyli lokalizację, lecz także na obecną i przyszłą infrastrukturę wokół osiedla, standard i funkcjonalność mieszkań, a także markę dewelopera – wylicza Dariusz Krawczyk.
2500 m kw i praca dla nawet 250 osób w 2019 roku. To efekt rozbudowy fabryki Kongsberg Automotive Pruszków. Powiększenie podwarszawskiego zakładu to zielone światło dla planów na nowe inwestycje i najnowsze technologie, a także kolejne miejsca pracy.
– Powiększenie fabryki w Pruszkowie to bardzo dobra informacja dla mieszkańców miasta. Przynosi nadzieję na wzrost produkcji a przez to liczby miejsc pracy – mówi newsrm.tv Jan Starzyński, prezydent Pruszkowa.
Firma zainwestowała 3 miliony PLN w nową część zakładu, o łącznej powierzchni 2500 m kw. Dla polskiego oddziału w Pruszkowie, rozbudowa oznacza wyposażenie zakładu w kolejne linie najnowszych technologii szycia. Planowane są również zatrudnienia, nawet 250 osób w 2019 roku.
Powiększenie zakładu związane jest również z nowymi kontraktami, które firma pozyskała w ostatnim czasie. Zakład w Pruszkowie wygrał m.in. globalny przetarg na produkcję mat grzewczych do aut segmentu premium, znanego niemieckiego producenta. Wartość kontraktu to blisko 230 milionów PLN w przeciągu 8 lat, a uruchomienie produkcji zaplanowano na 2017 rok. Bogate zaplecze techniczne oraz doświadczenie i dotychczasowa współpraca ze znaczącymi globalnymi klientami, zaowocowały kolejnym kontraktem – na produkcję mat grzewczych do podłokietników i paneli bocznych drzwi do samochodów terenowych marki premium. Jego wartość to kolejne 120 milionów PLN.
– Postanowiliśmy powiększyć zakład w Pruszkowie w celu utworzenia i zwolnienia, rozbudowy obszarów na potrzeby produkcji oraz nowych projektów, a co za tym idzie, uruchomień nowych linii produkcyjnych. Taka inwestycja daje nam wzrost produkcji na poziomie 40 mln Euro. Skalę inwestycji natomiast planujemy na poziomie 17 mln Euro w 2016 roku – tłumaczy Krzysztof Hauk, General Manager Kongsberg Automotive Pruszków.
Outdoorzy S.A., Spółka zajmująca się sprzedażą odzieży oraz sprzętu sportowego za pośrednictwem własnego sklepu internetowego, chce zadebiutować na przełomie 2 i 3 kw. 2016 r. na rynku NewConnect. Emitent zakończył już emisję akcji serii C, z której pozyskał łącznie 625 tys. zł.
Spółka działa w branży e-commerce i prowadzi działalność handlową obejmującą sprzedaż odzieży oraz sprzętu sportowo-turystycznego w formie sklepu internetowego outdoorzy.pl. Powstał on w 2008 r. i od tamtego czasu notuje coroczny wzrost przychodów ze sprzedaży. Outdoorzy S.A. z przeprowadzonej emisji akcji serii C pozyskali środki w wysokości 625 tys. zł, sprzedając 250 tys. szt. akcji po cenie emisyjnej wynoszącej 2,50 zł za akcję. Kapitał zostanie przeznaczony przez Emitenta na zwiększenie zapasów magazynowych, co pozwoli na wzrost obrotów oraz osiąganie wyższych rentowności.
„Pozyskane środki z emisji akcji chcemy przeznaczyć na zwiększenie naszego magazynu, co pozwoli na wzrost średniej ilości zamówień realizowanych przez sklep. Mamy także zamiar zintensyfikować działania marketingowe, głównie inwestując w reklamę internetową. Będziemy nadal poszerzali oferowany przez nas asortyment, m.in. o sprzęt rowerowy oraz artykuły związane z bieganiem. Wejście na rynek NewConnect otwiera Spółce dostęp do rynku kapitałowego oraz inwestorów, z których współudziałem zamierzamy zostać liderem w naszej branży.” – ocenia Paweł Miśkiewicz, Członek Zarządu Spółki Outdoorzy S.A.
Outdoorzy S.A. posiada bardzo duże doświadczenie w handlu e-commerce oraz zespół, który jest w stanie skutecznie realizować założenia przyjętej strategii rozwoju Spółki. Wdrożony przez Emitenta system pracy jest przygotowany do obsłużenia większej liczby zleceń. Sklep internetowy outdoorzy.pl ma w swojej ofercie głównie takie produkty jak odzież, obuwie, akcesoria turystyczne i wspinaczkowe oraz artykuły związane ze sportami zimowymi. Jego klienci mogą znaleźć w jednym miejscu asortyment uznanych marek oraz uzyskać pomoc i doradztwo w zakresie doboru odpowiedniego sprzętu.
„Naszymi głównymi przewagami konkurencyjnymi są przede wszystkim szerokie kontakty z dostawcami oraz ogromna znajomość rynku. Posiadamy dużą wiarygodność finansową i umiejętność długoterminowego planowania, co w naszej branży jest niezwykle istotne. Spółka ma ściśle określone cele, które zamierza realizować po wejściu na alternatywny rynek, a nasza elastyczna struktura organizacyjna stwarza nam możliwości szybkiej adaptacji do zmieniających się warunków rynkowych. Jestem przekonany, że upublicznienie na rynku NewConnect pozwoli nam stale zwiększać przychody oraz nasz udział w rynku, co w długoterminowej perspektywie przełoży się także na wzrost zysków.” – dodaje Miśkiewicz.
Outdoorzy S.A. jest podmiotem, który powstał w 2013 r. z przekształcenia spółki cywilnej Outdoorzy Spółka Cywilna Paweł Miśkiewicz Łukasz Golonka. Głównymi Akcjonariuszami Spółki są ABS Investment S.A. oraz Robinson Europe S.A.
W kwietniu tego roku zaczęło obowiązywać rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 31 marca 2016 r., które w znaczący sposób zmieniło zapisy rozporządzenia w sprawie prowadzenia podatkowej księgi przychodów i rozchodów. Jedną ze zmian jest wprowadzenie nowego wzoru KPiR, które wynika z wejścia w życie nowych przepisów o rozliczaniu kosztów działalności badawczo-rozwojowej. Został też zniesiony obowiązek sporządzania spisu z natury na dzień 1 stycznia oraz drukowania księgi prowadzonej w formie elektronicznej. Jak obecnie wygląda księga?
Księga przychodów i rozchodów – nowy wzór
Jak wspomniano już wyżej, konieczność stworzenia nowego wzoru KPiR jest spowodowana dodaniem do niej nowej kolumny, w której podatnik może ujmować koszty z działalności badawczo-rozwojowej.
KPiR założona przed 8 kwietnia 2016 roku
Przedsiębiorcy, którzy rozpoczęli prowadzenie księgi przed wspomnianą datą wejścia w życie nowych przepisów, nie muszą korzystać z nowego wzoru i mogą nadal posługiwać się KPiR z 16 kolumnami. Minusem takiego rozwiązania jest brak wydzielonego miejsca na koszty działalności badawczo-rozwojowej. Podatnik, który zdecyduje się na prowadzenie księgi według starego wzoru, a który ponosi koszty na działalność badawczo-rozwojową, powinien:
ewidencjonować je według zasad przyjętych przez siebie przed dniem wejścia w życie nowelizacji;
wpisywać je w pełnej wysokości, niezależnie od tego, jaka ich część będzie odliczona od podstawy opodatkowania;
sumować je po zakończeniu roku podatkowego.
KPiR założona po 8 kwietnia 2016 roku włącznie
Każdy, kto rozpocznie prowadzenie działalności po 8 kwietnia 2016 roku włącznie, ma obowiązek prowadzić księgę przychodów i rozchodów według nowego wzoru. W kolumnie przeznaczonej do ujmowania kosztów działalności badawczo-rozwojowej, określanej przez art. 26e ustawy o PIT, należy wskazać wszystkie koszty działalności badawczo-rozwojowej, niezależnie od tego, jaka ich część będzie odliczona od podstawy opodatkowania. Jeśli konkretne wydatki nie są kosztami podatkowymi, powinno się je ująć w osobnej kolumnie zgodnie z ich kwalifikacją.
Nowy wzór księgi przychodów i rozchodów prezentuje się w ten sposób:
Korekta kosztów a księga przychodów i rozchodów
Podatnicy, którzy przed 1 stycznia 2016 r. dokonali korekty kosztów w sposób wskazany w art. 24d ustawy o PIT, w zakresie zwiększenia kosztów uzyskania przychodów stosują przepisy obowiązujące w chwili dokonywania korekty. Dotyczy to przede wszystkim tworzenia dokumentów określających zwiększenie kosztów uzyskania przychodów na podstawie art. 24d ustawy o podatku dochodowym, których zakres był regulowany również przepisami kpir.
Księga przychodów i rozchodów a zmiany w spisach z natury
Od czasu wejścia w życie nowelizacji rozporządzenia w sprawie KPiR spis z natury trzeba przygotować także na okoliczność utraty w ciągu roku podatkowego prawa do zryczałtowanego opodatkowania podatkiem dochodowym. Takie rozwiązanie jest nowością i nie było dotychczas stosowane.
Dokładniejszy opis znajdziemy w § 27 ust. 1 rozporządzenia w sprawie KPiR. Mówi ono, że Podatnicy są obowiązani do sporządzenia i wpisania do księgi spisu z natury towarów handlowych, materiałów (surowców) podstawowych i pomocniczych, półwyrobów, produkcji w toku, wyrobów gotowych, braków i odpadów, zwanego dalej „spisem z natury”, na dzień 1 stycznia, na koniec każdego roku podatkowego, na dzień rozpoczęcia działalności w ciągu roku podatkowego, a także w razie utraty w ciągu roku podatkowego prawa do zryczałtowanego opodatkowania podatkiem dochodowym, zmiany wspólnika, zmiany proporcji udziałów wspólników lub likwidacji działalności.
Podatnicy, którzy sporządzili spis z natury na dzień 31 grudnia, nie mają obowiązku dokonywać go jeszcze raz, 1 stycznia 2016 r. W spisie z natury nie musimy już ponadto uwzględniać zmniejszenia kosztów, którego dokonaliśmy w trakcie korekty kosztów.
KPiR prowadzona elektronicznie – drukowanie
Podatnicy nie muszą również drukować elektronicznej księgi przychodów i rozchodów na koniec miesiąca – nowe przepisy anulowały ten obowiązek.
Księga przychodów i rozchodów prowadzona elektronicznie jest prawidłowa, jeżeli podatnik:
przedstawił na piśmie szczegółową instrukcję obsługi programu komputerowego, z której korzysta przy prowadzeniu księgi;
stosuje program komputerowy zapewniający szybki i prosty wgląd w treść dokonywanych zapisów oraz umożliwiający drukowanie wszystkich danych w porządku chronologicznym, zgodnie ze wzorem księgi;
przechowuje zapisane dane na informatycznych nośnikach danych w sposób chroniący je przed zniszczeniem lub zniekształceniem, naruszeniem ustalonych zasad ich przetwarzania lub ich modyfikacją w sposób nieuprawniony.
Nowe przepisy w sprawie prowadzenia KPiR przyniosły wiele zmian. Z całą pewnością najistotniejsza jest dodanie do księgi kolumny, w której podatnik może rozliczać koszty działalności badawczo-rozwojowej. Pozostałe, choć mniej istotne, również warto znać – podatnik nie musi już drukować księgi prowadzonej elektronicznie i dokonywać spisu z natury 1 stycznia.
Angelika Borowska, specjalista ds. księgowości wfirma.pl
Ronson sfinalizował zakup działki przy ulicy Marywilskiej na Żeraniu, gdzie planuje wybudować największe w swojej historii osiedle na ok. 1500 mieszkań. W pierwszym etapie inwestycji, która trafi do sprzedaży w połowie roku, znajdą się 233 lokale o powierzchni od 28 do 100 m2.
– Osiedle przy ul. Marywilskiej ze względu na swoją wielkość będzie największym wyzwaniem w historii Ronsona. Projekt cenowo będzie wpisywał się w ekonomiczny segment rynku, nie zapominamy jednak o elementach typowych dla inwestycji Ronsona, takich jak wysoka jakość mieszkań, dbałość o części wspólne oraz benefity dla mieszkańców. Z kolei położony niedaleko osiedla przystanek kolejki miejskiej Warszawa Żerań zapewni dobre połączenie z centrum Warszawy – mówi Andrzej Gutowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Ronson Development.
W listopadzie 2015 r. Ronson informował o zawarciu umowy przedwstępnej zakupu działki na Żeraniu. Wartość transakcji wyniosła blisko 36 mln zł. Dzięki finalizacji transakcji bank ziemi Ronsona powiększył się do ponad 5100 lokali, z czego 3000 przypada na rynek warszawski.
Urlop w egzotycznym kraju, samochód do jeżdżenia przez rok, albo wykończenie mieszkania przez dewelopera, to promocje, którymi kuszą klientów firmy budowlane. Najbardziej cenioną formą przez klientów są upusty cenowe.
Firmy deweloperskie wprowadzają bardzo różne promocje dla klientów, którzy na kupione mieszkanie będą musieli poczekać rok czy dwa lata. Kupują dziurę w ziemii, ale deweloperzy oferują w promocji urlop w egzotycznym kraju, wykończenie mieszkania na koszt firmy do kwoty 20 tys. zł.
– Najbardziej cenione przez klientów są upusty cenowe – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław M.Skoczeń z Grupy Emmerson. – Choćby z tego względu, że przy niższej cenie metra kwadratowego łatwiej uzyskać kredyt.
W sektorze MŚP w I kwartale 2016 roku tylko jedna na piętnaście firm planowała skorzystanie z usług faktoringu – wynika z odczytu „Barometr EFL”[1]. Najczęściej z tego instrumentu finansowego korzystają firmy przemysłowe (13,3 proc.) i handlowe (13 proc).
Z badania „Portfel należności polskich przedsiębiorstw”[2] wynika, że w pierwszym kwartale br. blisko połowa firm deklarowała, iż zatory płatnicze to poważna bariera rozwojowa.
Barometr EFL 2016 I kwartał
Faktoring zyskuje w oczach polskich przedsiębiorców
Skutecznym rozwiązaniem problemów z płynnością finansową firmy może być usługa faktoringu, która w Polsce od kilku lat zyskuje na znaczeniu. Według danych Polskiego Związku Faktorów (PZF) wynika, że w pierwszym kwartale 2016 roku z faktoringu skorzystało 6870 klientów wobec 6071 w analogicznym okresie ubiegłego roku. Łączna wartość obrotów 22 firm faktoringowych raportujących do PZF wyniosła 34,8 mld zł i była wyższa o 15,4 proc. r/r. (30 172 mln zł w I kw. 2015).
Faktoring, obok kredytu bankowego i leasingu, powoli staje się jedną z podstawowych form pozyskania środków finansowych w przedsiębiorstwach. Jest też zabezpieczeniem przed ryzykiem złych długów i utratą płynności finansowej przez przedsiębiorców. Usługa faktoringu polega na bieżącym finansowaniu przedsiębiorstwa i nabywaniu jego wierzytelności handlowych. Firma faktoringowa bierze na siebie odpowiedzialność za stałą weryfikację kontrahentów klienta, monitorując ich zachowania płatnicze, co w efekcie dyscyplinuje dłużników. Dodatkowo, zajmuje się też dochodzeniem spłat, a w przypadku faktoringu pełnego – przejmuje na siebie ryzyko braku spłaty należności. Tak więc faktoring zmniejsza ryzyko prowadzonej działalności handlowej i zapewnia płynność finansową przedsiębiorstwa, nie pogarszając tym samym jego wiarygodności kredytowej – twierdzi Stanisław Atanasow, Prezes Zarządu Eurofactor.
Barometr EFL: firmy najczęściej wybierają gotówkę
Badanie potwierdza, że nadal podstawowym źródło finansowania sektora MŚP są środki własne (89% wskazań). Jednak, biorąc pod uwagę zewnętrzne wsparcie, najpopularniejszy dotąd kredyt bankowy został zdetronizowany przez leasing – 41,5 proc. vs. 43,8 proc. Tylko co siódma firma korzysta z ubezpieczenia majtku firmy (14,2 proc.), a jedna na piętnaście z faktoringu (6,8 proc.).
Wyraźną tendencję w korzystaniu z produktów finansowych widać spoglądając na wielkość podmiotów. Zgodnie z nią, im firma zatrudnia więcej pracowników, tym częściej korzysta z zewnętrznych funduszy. Podczas gdy wśród mikro firm 90,5 proc. zarządzających bazuje na środkach własnych, 30,5 proc. na kredycie, 23 proc. na leasingu, a z faktotungu tylko 2,5 proc, tak 83 proc. średnich przedsiębiorców finansuje swoją działalność gotówką, 59 proc. leasingiem, 53 proc. kredytem bankowym, natomiast 9,2 proc. sięga po faktoring.
[1]Barometr EFL” jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest metodą CATI przez Ecorys na zlecenie EFL S.A., a jego wyniki są publikowane co kwartał. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa sześciuset mikro, małych i średnich firm z całej Polski. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 5 – 11.02.2016 r.
[2] „Portfel należności polskich przedsiębiorstw” to badanie przeprowadzane na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej oraz Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce
Grupa odnotowuje zyski 28. rok z rzędu, w tym roku w rekordowej wysokości 8,2 mld AED (2,2 mld USD);
Stabilny rozwój działalności w miarę wzrostu zdolności przewozowej, znaczne inwestycje w rozwój działalności – 17,3 mld AED (4,7 mld USD);
Grupa ustaliła dywidendę Investment Corporation of Dubai na poziomie 2,5 mld AED (681 mln USD).
Emirates odnotowuje najwyższy zysk w swojej historii – 7,1 mld AED (1,9 mld USD);
Oferowanie linii przekracza poziom 56 mld tonokilometrów (ATKM) dzięki powiększeniu floty o 29 nowych samolotów;
Spadek przychodu o 4% do 85,0 mld AED (23,2 mld USD) po stracie 6,0 mld AED (1,6 mld USD) w wyniku niekorzystnego kursu walutowego.
Rekordowy zysk dnata – po raz pierwszy powyżej poziomu 1 mld AED (287 mln USD);
Przychód na poziomie 10,6 mld AED (2,9 mld USD) odzwierciedleniem dalszego rozwoju spółki – ponad 64% przychodu z działalności międzynarodowej.
Grupa Emirates poinformowała, że 28. rok z rzędu odnotowała zysk i stabilny rozwój firmy, kończąc rok z rekordowymi zyskami i umacniając swoją pozycję mimo wyzwań związanych z sytuacją na świecie i działalnością firmy w tym okresie.
W roku podatkowym 2015-16 zarówno linie Emirates, jak i dnata osiągnęły rekordową zdolność przewozową i najwyższe zyski w historii, co łączy się z rozwojem Grupy na całym świecie, a także odnotowały wzrost dzięki strategicznym inwestycjom.
W opublikowanym dziś sprawozdaniu rocznym za 2015-16 r. Grupa Emirates wykazała zysk w wysokości 8,2 mld AED (2,2 mld USD) za rok podatkowy trwający do 31 marca 2016 r., co stanowi wzrost aż o 50% w stosunku do zeszłego roku. Przychody Grupy wyniosły 93 mld AED (25,3 mld USD), o 3% mniej w stosunku do wyników z zeszłego roku, a stan środków pieniężnych Grupy znacząco wzrósł do poziomu 23,5 mld AED (6,4 mld USD).
Jego Wysokość Szejk Ahmed bin Saeed Al Maktoum, prezes zarządu Grupy Emirates, powiedział: – Emirates i dnata osiągnęły rekordowe zyski i bardzo dobre wyniki biznesowe, kontynuując rozwój przez cały rok 2015-16. Znakomite wyniki Grupy mimo niekorzystnej sytuacji na rynku walutowym, która uszczupliła nasze przychody i zyski, zmiennych warunków gospodarczych na świecie przy chwiejnych nastrojach konsumentów i inwestorów oraz braku stabilizacji społeczno-politycznej w wielu regionach świata świadczą o skuteczności naszego modelu biznesowego i naszych strategii.
Inwestycje w rozwój naszych pracowników i całej firmy umożliwiają nam szybką reakcję na nowe szanse i wyzwania, które przynosi każdy kolejny rok. W roku 2015-16 Grupa przeznaczyła łącznie ponad 17,3 mld AED (4,7 mld USD) na nowe samoloty i wyposażenie, przejęcia spółek, nowoczesną infrastrukturę, najnowsze technologie i inicjatywy na rzecz pracowników. Dzięki temu, opierając się na solidnych podstawach, zwiększymy przewagę nad konkurencją i przyspieszymy realizację naszych celów długoterminowych – dodał szejk Al Maktoum.
Liczba pracowników wzrosła o 13%, do ponad 95 000 przedstawicieli ponad 160 różnych narodowości w ponad 80 firmach i spółkach zależnych Grupy.
Spodziewamy się, że w nadchodzącym roku niskie ceny ropy pozostaną swego rodzaju bronią obosieczną – błogosławieństwem z punktu widzenia naszych kosztów operacyjnych, ale i przekleństwem z uwagi na gospodarkę światową i zaufanie konsumentów. W przyszłości problemem może pozostawać silna pozycja dolara amerykańskiego względem głównych walut, a także powoli nadciągające zagrożenie protekcjonizmu w niektórych krajach. Mimo to wkraczamy w nowy rok obrotowy bez obaw, z dobrymi wynikami, zróżnicowanym globalnym portfolio i utalentowanymi pracownikami z całego świata. Będziemy nadal rozwijać naszą działalność w sposób rentowny i jeszcze bardziej starać się spełniać, a nawet przechodzić oczekiwania naszych klientów – powiedział szejk Al Maktoum.
Na podstawie całkowitych zysków Grupa ustaliła dywidendę Investment Corporation of Dubai na poziomie 2,5 mld AED (681 mln USD).
Całkowite oferowanie połączeń pasażerskich i cargo Emirates przekroczyło poziom 56 mld ATKM, wynosząc na koniec roku obrotowego 56,4 mld ATKM, co umocniło pozycję Emirates jako największych linii lotniczych na świecie. Przewoźnik w ciągu roku zwiększył oferowanie o 5,5 mld ATKM, czyli o 11% w porównaniu z rokiem 2014-15.
W ciągu ostatniego roku Emirates otrzymały rekordową liczbę 29 nowych samolotów, w tym 16 Airbusów A380, 12 Boeingów 777-300ER i jednego Boeinga 777F, dzięki czemu na koniec marca stan floty przewoźnika wyniósł 251 maszyn. W tym samym okresie linie wycofały dziewięć maszyn, tym samym obniżając średni wiek floty do 74 miesięcy, czyli około połowy średniej w całej branży lotniczej, która wynosi 140 miesięcy. Linia pozostaje największym na świecie operatorem Boeinga 777 i A380 – oba samoloty są dziś jednymi z najbardziej nowoczesnych i wydajnych szerokokadłubowych maszyn tego typu.
Wraz z dostawą nowych samolotów Emirates otworzyły nowe kierunki dla pasażerów: Bali, Bolonię, Cebu, Clark, Stambuł (Sabiha Gökçen), Meszhed, Multan i Orlando, a także dwa nowe kierunki towarowe: Columbus i Ciudad del Este. Ponadto linie zwiększyły liczbę połączeń i oferowanie na 34 dotychczasowych trasach do miast w Afryce, Azji, Europie, na Bliskim Wschodzie i w Ameryce Północnej, zapewniając swoim klientom jeszcze większy wybór i lepszą komunikację.
W związku ze znaczną dewaluacją walut w stosunku do dolara amerykańskiego i korektami cen biletów po spadku cen paliw, przychody Emirates zmniejszyły się o 4% do 85 mld AED (23,2 mld USD).
Nieustanne umacnianie dolara amerykańskiego względem walut na większości spośród kluczowych rynków, na których działa przewoźnik, spowodowało zmniejszenie przychodu Emirates o 6,0 mld AED (1,6 mld USD) i obniżenie zysków o 4,2 mld AED (1,1 mld USD).
Z drugiej strony całkowite koszty operacyjne spadły o 8% w porównaniu z rokiem podatkowym 2014-15. Średnia cena paliwa lotniczego w ciągu roku zmniejszyła się, co przyczyniło się do wzrostu zysków linii. Wydatki Emirates na paliwo spadły w ciągu ostatniego roku o 31% do poziomu 19,7 mld AED (5,4 mld USD). Paliwo stanowi obecnie 26% kosztów operacyjnych (w roku 2014-15 było to 35%), jednak nadal ma kluczowy udział w wydatkach ponoszonych przez linie.
Emirates z powodzeniem wytrzymały rosnącą presję konkurencji na wszystkich rynkach odnotowując zysk w wysokości 7,1 mld AED (1,9 mld USD), co stanowi wzrost o 56% w stosunku do zeszłorocznych wyników, oraz marżę zysku w wysokości 8,4% – najlepszy rezultat od roku 2010-11.
Przewożąc rekordową liczbę 51,9 mln pasażerów (wzrost o 8%), linie Emirates przekroczyły barierę 50 mln pasażerów i uzyskały współczynnik wypełnienia miejsc (Passenger Seat Factor) na poziomie 76,5%. Spadek współczynnika wypełnienia miejsc w porównaniu z poprzednim rokiem (79,6%) nastąpił w wyniku istotnego zwiększenia liczby dostępnych miejsc przypadających na kilometr (ASKM) o 13%, a także częściowo w rezultacie utrzymującej się niepewności gospodarczej i silnej konkurencji na wielu rynkach.
Całkowity wzrost liczby pasażerów odzwierciedla zapotrzebowanie wśród pasażerów na loty supernowoczesnymi samolotami Emirates na dogodnych trasach przez port przesiadkowy w Dubaju. Współczynnik wypełnienia miejsc w klasach premium i ogółem dla flagowego samolotu Emirates – A380– okazał się najwyższy, co odzwierciedla popularność produktów premium i A380 wśród pasażerów. 31 marca br. linie Emirates dysponowały 75 Airbusami A380, które obsługiwały jedno na cztery połączenia pasażerskie przewoźnika.
Ze względu na osłabienie wszystkich głównych walut względem dolara, zysk z przewozu pasażerów spadł do 26,7 fils (7,3 centa amerykańskiego) na przychód z pasażerokilometra (Revenue Passenger Kilometres, RPKM).
Aby sfinansować rozwój floty, linie Emirates zebrały łącznie rekordową kwotę 26,9 mld AED (7,3 mld USD) za pomocą różnych struktur finansowania.
Wśród najważniejszych wydarzeń inwestycyjnych należy wymienić zawartą przez Emirates niezwykłą, hybrydową umowę leasingu operacyjnego na sfinansowanie samolotu A380, opartą na funduszach niemieckich banków i inwestorów instytucjonalnych oraz pożyczce według zasad Murabaha w systemie bankowości islamskiej.
W Azji linie podpisały na rynku japońskim umowę leasingu operacyjnego z opcją wykupu JOLCO (Japanese Operating Lease with a Call Option) na samoloty A380 i Boeing 777-300ER, które zostały dostarczone w minionym roku. Linie Emirates zawarły także pierwszą umowę leasingu operacyjnego na samolot A380 finansowany całkowicie z funduszy koreańskich nabywców instytucjonalnych poprzez oferty na rynku niepublicznym w grupie instytucji niebędących bankami.
Transakcje te odzwierciedlały strategię Emirates polegającą na dążeniu do dywersyfikacji źródeł finansowania i stanowią potwierdzenie dobrych wyników finansowych oraz wiarygodności modelu biznesowego linii w oczach inwestorów.
Emirates zamknęły rok finansowy na rekordowym poziomie 14,1 mld AED (3,8 mld USD) przepływów pieniężnych z działalności operacyjnej.
Przychody uzyskane z sześciu regionów Emirates pozostają zrównoważone, żaden region nie przynosi więcej niż 30% całkowitych przychodów. Regionem przynoszącym najwyższe przychody jest Europa – 24,0 mld AED (6,5 mld USD), o 5% mniej w porównaniu do roku 2014-15. Zaraz za nią znajduje się region Azji Wschodniej i Australazji, gdzie przychody spadły o 9% do 22,4 mld AED (6,1 mld USD). Region kontynentów amerykańskich odnotował wzrost przychodów o 9% do poziomu 12,0 mld AED (3,3 mld USD). Przychód w regionach Afryki oraz Zatoki Perskiej i Bliskiego Wschodu spadł o 3% do poziomu odpowiednio 9,1 mld AED (2,5 mld USD) i 8,4 mld AED (2,3 mld USD). Z kolei region Azji Zachodniej i Oceanu Indyjskiego odnotował 4-procentowy spadek przychodów, które wyniosły 7,6 mld AED (2,1 mld USD).
Wzbogacając swoją ofertę dla pasażerów, linie Emirates przeznaczyły w zeszłym roku ponad 80 mln AED (21,9 mln USD) na instalację i obsługę darmowej sieci bezprzewodowej w samolotach, która jest teraz dostępna na pokładach 70% z nich. Ponadto przewoźnik wprowadził nowe zestawy akcesoriów dla pasażerów klasy pierwszej i biznes, nową linię zabawek i zestawów podróżnika dla dzieci, udoskonalone siedzenia rozkładane do pozycji leżącej w klasie biznes na pokładzie samolotów Boeing 777-300ER, a także zaprezentował samolot A380 w konfiguracji dwuklasowej, w którym znajdują się największe indywidualne ekrany telewizyjne w klasie ekonomicznej. Linie Emirates otworzyły także nowe poczekalnie lotniskowe na lotniskach Tokio Narita i w Kapsztadzie, zwiększając ich liczbę do 39 na całym świecie. Od momentu powstania pierwszej poczekalni Emirates przewoźnik zainwestował w projekt ponad 352 mln USD.
Na rok 2016-17 linie zapowiedziały otwarcie nowych połączeń do Yinchuan i Zhengzhou w Chinach, Rangunu w Mjanmie i Hanoi w Wietnamie oraz zwiększenie oferowania na dotychczas obsługiwanych trasach.
Emirates SkyCargo nadal odgrywa ważną rolę w rozwoju działalności firmy, przynosząc 14% całkowitego przychodu linii z transportu.
Linie lotnicze cargo Emirates odnotowały przychód w wysokości 11,1 mld AED (3,0 mld USD), co stanowi 9-procentowy spadek w porównaniu z rokiem poprzednim. Natomiast pojemność samolotów przewoźnika wzrosła o 6% do poziomu 2,5 mln ton pomimo trudności na rynku i przy stale zmieniającym się zapotrzebowaniu na przewozy towarowe. W tym roku zysk z przewozu towarów w przeliczeniu na tonokilometr (FTKM) zmniejszył się gwałtownie o 16%, co wiązało się między innymi z osłabieniem kursów najważniejszych walut.
Oprócz usług cargo w nowo otwartych rejsach pasażerskich, linie Emirates SkyCargo zwiększyły liczbę lotów towarowych do Meksyku i wprowadził nowe połączenia towarowe do Ho Chi Minh (Wietnam), Ahmedabadu (Indie), Columbus (USA), Algieru (Algieria) i Ciudad del Este (Paragwaj).
W roku 2015-16 przewoźnik oficjalnie otworzył specjalny terminal cargo na lotnisku Al Maktoum International (DWC) i otrzymał nowy samolot Boeing 777F, dzięki czemu dysponuje obecnie flotą 15 maszyn: 13 Boeingów 777F i dwóch Boeingów 747-400F.
Hotele Emirates odnotowały przychód w wysokości 700 mln AED (191 mln USD), co stanowi wzrost o 1% w porównaniu z rokiem poprzednim.
Rok 2015-16 przyniósł dnata najwyższe zyski w całej 57-letniej historii firmy, które po raz pierwszy przekroczyły poziom 1 mld AED (287 mln USD). Przychody dnata wzrosły do poziomu 10,6 mld AED (2,9 mld USD), co stanowi kontynuację bardzo dobrych wyników z poprzedniego roku. Ponad 64% przychodu dnata stanowi teraz działalność międzynarodowa.
Firma osiągnęła znaczący wzrost przychodów o 16% dzięki polityce wzrostu organicznego, a do lepszych wyników przyczynił się także pierwszy pełny rok działalności Stella Group przejętej przez dnata Travel w październiku 2014 r., czyli jeszcze w poprzednim roku obrotowym, oraz dział obsługi lotniskowej należący dotąd w 50% do partnera joint venture Toll w Australii, którą spółka odkupiła w całości w marcu 2015 r.
Kontynuując rekordowe inwestycje z zeszłego roku dnata nadal tworzyła podstawy przyszłego wzrostu inwestując 585 mln AED (159 mln USD) w rozwój swoich pracowników, infrastruktury i technologii oraz nowe przejęcia.
Do najważniejszych wydarzeń roku podatkowego 2015-16 należało przejęcie nowych podmiotów międzynarodowych: działu cargo należącego do spółki Aviapartner na lotnisku Amsterdam-Schiphol, spółki Ground Handling SPA na dwóch lotniskach w Mediolanie oraz spółki RM Ground Services w Brazylii, dzięki czemu dnata po raz pierwszy pojawiła się na kontynencie amerykańskim.
Przychody dnata UAE Airport Operations, w tym obsługi samolotów i cargo, wzrosły o 13% do poziomu 2,9 mld AED (777 mln USD). Ów znaczący wzrost wiąże się z uprzednim zamknięciem pasów startowych na lotnisku w Dubaju (DXB) na 80 dni, co ograniczyło przychody w roku poprzednim.
W miarę wzrostu przychodów liczba samolotów obsługiwanych przez dnata w Zjednoczonych Emiratach Arabskich wzrosła o 12% do 211 000, natomiast objętość obsłużonego cargo spadła o 6% do 689 000 ton, co stanowi odzwierciedlenie utrzymującej się słabości branży cargo. Dubai World Central stanowi obecnie 24% obsługi cargo dnata w Dubaju. W trakcie roku spółka rozpoczęła działalność w nowej hali przylotów D na lotnisku DXB, gdzie 3 000 wyszkolonych pracowników pomaga klientom przystosować się do nowego obiektu.
Przychody dnata International Airport Operations wzrosły znacznie o 32% do 2,1 mld AED (571 mln USD) dzięki zwiększeniu skali działalności firmy i przejęciu nowych spółek w Holandii i Brazylii. Liczba obsługiwanych samolotów wzrosła wyraźnie o 63% do 178 000, a ilość obsługiwanego ładunku zwiększyła się aż o 46% do 1,4 mln ton. Wyniki te stanowią potwierdzenie korzyści, jakie przyniosły zeszłoroczne inwestycje w nowoczesną infrastrukturę cargo na całym świecie, w szczególności w Wielkiej Brytanii.
Działalność gastronomiczna dnata przyniosła przychód w wysokości 1,9 mld AED (514 mln USD), o 7% mniej w porównaniu z poprzednim rokiem, co wiąże się głównie ze znaczącym osłabieniem głównych walut w stosunku do dolara amerykańskiego. Firma dostarczyła w ciągu roku ponad 57 mln posiłków, co stanowi minimalny spadek o 1% w związku z niższymi wynikami sprzedaży we Włoszech.
Przychody dnata Travel Services wzrosły gwałtownie, bo aż o 34%, do poziomu 3,3 mld AED (901 mln USD) – obecnie jest to największa firma należąca do dnata pod względem wielkości przychodów. Przyczynił się do tego głównie rozwój działalności firmy w Wielkiej Brytanii – pełny rok pracy Stella Group przejętej w październiku 2014 r. oraz integracji działalności działu Destination & Leisure Management należącego Grupy Emirates w Dubaju i dystrybutora usług turystycznych, firmy Emquest. Całkowita wartość transakcji sprzedaży usług turystycznych wzrosła znacząco o 20% do 11,7 mld AED (3,2 mld USD).
W roku obrotowym 2015-16 koszty operacyjne dnata wzrosły o 17% do 9,6 mld AED (2,6 mld USD), co odzwierciedla wpływ integracji nowo nabytych spółek, głównie w sektorze obsługi lotniskowej i usług turystycznych.
Rekordowe saldo gotówkowe dnata w wysokości 3,5 mld AED (944 mln USD) w ciągu ostatniego roku wzrosło znacząco dzięki pozyskaniu nowych spółek. Przepływy pieniężne z działalności dnata w roku 2015-16 osiągnęły poziom 1,4 mld AED (379 mln USD), co stanowi wzrost o 31% w porównaniu z rokiem poprzednim i nowy rekord firmy.
Liczba pracowników dnata wzrosła do ponad 34 000, czyli o 24%, z uwzględnieniem pracowników nowo nabytych spółek. W miarę rozwoju działalności firmy na arenie międzynarodowej udział pracowników dnata zatrudnionych w Zjednoczonych Emiratach Arabskich zmalał do 48%.
Pełny raport roczny 2015-16 Emirates Group – obejmujący dane dotyczące Emirates, dnata oraz ich spółek zależnych – dostępny jest na stronie: www.theemiratesgroup.com/annualreport
Pomimo zmieniających się warunków rynkowych Grupa Energa zanotowała stabilne wyniki finansowe. W I kwartale Grupa wypracowała 2 621 mln zł przychodów. EBITDA wyniosła 645 mln zł. Jednorazowe odpisy na kwotę 305 mln zł brutto miały wpływ na zysk netto, który wyniósł 11 mln zł. Przed odpisami wynik netto ukształtował się na poziomie 290 mln zł.
Grupa Energa odnotowała w I kwartale 2016 roku przychody na poziomie 2 621 mln zł wobec 2 913 mln zł w analogicznym okresie ub. r. EBITDA wyniosła 645 mln zł i była niższa o 7 proc. w stosunku do wyniku sprzed roku. Na poziom zysku netto, który wyniósł 11 mln zł, wpływ miało rozpoznanie odpisów aktualizujących wartość niefinansowych aktywów trwałych. Zdarzenie, które jednorazowo obniżyło wynik operacyjny o 305 mln zł, a zysk netto o 279 mln zł netto, ma jedynie charakter księgowy i nie wpływa na sytuację finansową i płynność Grupy.
– Zmieniające się warunki rynkowe, w tym związane z regulacjami prawnymi, stanowią wyzwanie dla całego sektora energetycznego. Tym bardziej cieszy nas stabilna sytuacja Grupy. Świadczą o tym nie tylko jej wyniki finansowe, lecz także odnotowany w minionym kwartale wzrost inwestycji o 42 procent, a także poprawa niezawodności dostaw energii, co znajduje potwierdzenie w skróceniu czasu awarii o ponad 70 procent, a ich liczby – o ponad połowę. Na uwagę zasługuje także wzrost wolumenu sprzedanej energii o 14 proc., a dystrybuowanej – o 3 procent – podkreśla Dariusz Kaśków, prezes zarządu Energa SA.
Wyniki w poszczególnych obszarach działalności:
Segment Dystrybucji – kluczowy dla Grupy obszar pomimo mniej sprzyjających warunków rynkowych i regulacyjnych w I kwartale utrzymał wynik EBITDA na zeszłorocznym poziomie 499 mln zł. Na rezultaty pozytywny wpływ miał wzrost wolumenu dystrybuowanej energii o 3 proc., przy jednoczesnym spadku średniej stawki sprzedaży usług dystrybucyjnych (efekt niższej taryfy obowiązującej w 2016 roku). Negatywny wpływ miały także niższe niż w poprzednim roku przychody z tytułu opłat przyłączeniowych.
Segment Sprzedaży – wypracował wynik EBITDA na poziomie 28 mln zł wobec 49 mln zł w tym samym okresie rok wcześniej. Główną przyczyną spadku jest niższa marża na energii elektrycznej, co jest przede wszystkim efektem nieujętych w procesie kontraktacji sprzedaży kosztów białych certyfikatów (obowiązek na 2016 rok został przedłużony dopiero pod koniec grudnia 2015 roku). Jednocześnie Segment konsekwentnie rozwija działalność handlową w obszarze gazu. Nastąpił dziesięciokrotny wzrost wolumenu (z 67 GWh w I kwartale 2015 roku do 671 GWh w I kwartale bieżącego roku, co spowodowało wzrost marży na sprzedaży gazu o 6 mln zł w ujęciu rok do roku.
Segment Wytwarzania – EBITDA wyniosła 133 mln zł wobec 153 mln w I kwartale ub. r. Biorąc pod uwagę niższy o 0,2 TWh wolumen produkcji energii oraz redukcję wsparcia zielonymi certyfikatami dla EW Włocławek i współspalania biomasy są to solidne rezultaty. Odpowiedzią na niesprzyjające otoczenie było obniżenie kosztów paliw do produkcji – wydatki na węgiel i biomasę zostały zmniejszone o 50 mln zł wobec I kwartału 2015 roku co z jednej strony było efektem spadających wolumenów produkcji, zmiany miksu paliwowego (odejście od droższej biomasy), a zdrugiej niższych kosztów jednostkowych zakupu węgla.
Wpływ odpisu aktualizującego wartość niefinansowych aktywów trwałych w wysokości 305 mln zł na zysk netto wyniósł 279 mln zł.
Więcej klientów biznesowych, więcej sprzedanej energii
Całkowita moc wytwórcza zainstalowana w Grupie Energa na koniec I kwartału 2016 roku wyniosła 1,31 GWe. Grupa wytworzyła 1,0 TWh energii elektrycznej brutto wobec 1,2 TWh w analogicznym okresie ub. r. Spadek wynika głównie z niższej produkcji opartej o węgiel w związku z mniejszym zapotrzebowaniem na pracę na rzecz Operatora Sieci Przesyłowej w Elektrowni w Ostrołęce oraz remontem kapitalnym jednego z bloków. Ze względu na ograniczone w ustawie o OZE wsparcie dla źródeł współspalających biomasę oraz trwające dostosowanie instalacji dedykowanej, w I kwartale br. Grupa nie produkowała energii z tego źródła. Dodatkowo ze względu na warunki pogodowe niższa była produkcja z farm wiatrowych.
W I kwartale 2016 roku wzrosła produkcja ciepła o ok. o 7%, co wynikało ze wzrostu zapotrzebowania na rynkach lokalnych.
O 3 proc. wzrósł wolumen energii elektrycznej dostarczonej przez Energa-Operator – wyniósł on 5,6 TWh, wobec 5,5 TWh energii przesłanej w analogicznym okresie ubiegłego roku.
Sprzedaż energii elektrycznej do odbiorców końcowych wyniosła 4,9 TWh i była o 14 proc. wyższa niż w I kwartale ub. r. – to głównie efekt wzrostu sprzedaży detalicznej dzięki pozyskaniu szeregu nowych odbiorców w segmentach klientów strategicznych, biznesowych i instytucji publicznych. Natomiast w efekcie spadku sprzedaży energii na rynku hurtowym łączny wolumen sprzedanej energii w pierwszych 3-ech miesiącach roku był o 13 proc. niższy niż w tym samym okresie 2015 roku.
Inwestycje – znaczna poprawa niezawodności dostaw energii elektrycznej
Na koniec I kwartału br. wskaźniki ciągłości zasilania okazały się istotnie lepsze niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Średni czas awarii na odbiorcę (wskaźnik SAIDI) skrócił się o prawie 70 proc. (wyniósł 25,5 min. wobec 88,1 min. w analogicznym okresie ub. r.) Średnia częstotliwość przerw w dostawach prądu na odbiorcę (wskaźnik SAIFI) obniżyła się o ponad połowę z 0,9 do 0,4. Poprawa wynika zarówno z faktu, iż w I kwartale tego roku nie było awarii masowych, takich jak te spowodowane w analogicznym okresie ub. r. orkanem Feliks, jak również z konsekwentnej polityki inwestycyjnej w modernizację sieci. Poprawę niezawodności dostaw energii widać również na przestrzeni ostatnich kilku lat: w porównaniu do pierwszych 3 miesięcy 2013 roku, w minionym kwartale tego roku średni czas awarii na odbiorcę skrócił się o 14,2 min, czyli o 36 proc., natomiast średnia częstotliwość awarii na odbiorcę obniżyła się z poziomu 0,53 do 0,4.
W I kwartale łączne wydatki inwestycyjne Grupy wyniosły 381 mln zł i były o 42 proc. wyższe niż w pierwszych 3 miesiącach poprzedniego roku. Ponad 70 proc. tej kwoty, czyli 269 mln zł, to nakłady w Segmencie Dystrybucji. W ich wyniku:
przyłączono 7,4 tys. nowych klientów,
wybudowano i zmodernizowano 741 km linii średniego oraz niskiego napięcia,
przyłączono do sieci 55 MW nowych źródeł OZE.
W Segmencie Wytwarzanie kontynuowany był remont generalny i dostosowanie do wymogów środowiskowych kolejnego bloku w Elektrowni w Ostrołęce. Na końcowym etapie są prace związane z oddaniem do eksploatacji farmy wiatrowej Parsówek o mocy 26 MW – w I kwartale otrzymała ona koncesję Urzędu Regulacji Energetyki.
Praktycznie od lat 90. rating Polski był tylko podwyższany. Pierwszy raz naszą ocenę wiarygodności kredytowej obniżono w styczniu tego roku, co było wyraźnym sygnałem zmiany nastawienia największych agencji ratingowych do polskiej gospodarki. 13 maja może dojść do ponownego obniżenia ratingu. Czy jest się czego obawiać?
Obecny rating przyznany Polsce przez agencję ratingową Moody’s został nadany w 2002 r. Jego obniżenie mogłoby sugerować, że zdaniem analityków tej agencji Polska jest w gorszej kondycji finansowej, niż była przed wstąpieniem do Unii Europejskiej. Zatem „jeśli wziąć pod uwagę tylko ten czynnik, wydaje się, że obniżenie ratingu Polski przez tę agencję nie jest przesądzone, choć niekoniecznie musi to być odbierane w taki sposób” – zaznacza w rozmowie z serwisem infoWire.pl Paweł Goźliński, prezes zarządu agencji ratingowej Global Rating.
Moody’s podkreśla, że dzisiejszy poziom oceny wiarygodności kredytowej Polski jest rezultatem stabilnego wzrostu gospodarczego wynikającego z silnego popytu wewnętrznego, rosnącego zatrudnienia i aktywności inwestycyjnej. „Z drugiej strony komunikaty tej agencji wskazują na zwiększające się ryzyko spadku wiarygodności Polski spowodowane destabilizacją systemu prawnego w związku z zamieszaniem wokół Trybunału Konstytucyjnego” – stwierdza ekspert.
Obniżenie, podwyższenie czy też utrzymanie poziomu ratingu przekłada się na koszty obsługi zadłużenia. Dzisiaj widzimy, że Polska ponosi te koszty na dużo wyższym poziomie niż choćby Litwa, Łotwa czy Malta, które mają rating A-, a oprocentowanie 10-letnich obligacji skarbowych – w granicach 1–1,5%, podczas gdy u nas rentowność takich obligacji to ok. 3%. „Oznacza to, że inwestorzy traktują nasz kraj o wiele rygorystyczniej niż inne o porównywalnym ratingu. Dlatego jego zmniejszenie przez agencję ratingową wcale nie musi istotnie przełożyć się na negatywną ocenę inwestorów” – wyjaśnia Paweł Goźliński. Może mieć za to przełożenie na krótkoterminowe wahania kursów walutowych czy indeksów giełdowych. Jednak w średnim i długim terminie nie będzie to miało znaczenia dla osób, które spłacają kredyty w walutach, czy przedsiębiorców importujących swoje towary z zagranicy. Sytuacja niewątpliwie dosyć szybko się ustabilizuje.
„Pewne jest natomiast, że w przypadku obniżenia ratingu Polski weryfikacji zostaną poddane ratingi niektórych firm zlokalizowanych na terenie naszego kraju. Część z nich może spodziewać się obniżenia swoich ocen wiarygodności kredytowej. W dłuższej perspektywie może wpłynąć to na wyższe koszty pozyskiwania finansowania przez te przedsiębiorstwa” – twierdzi rozmówca.
W piątek 13 maja agencja ratingowa Moody&HASH39;s, jedna z trzech największych, zrewiduje bądź utrzyma rating Polski. Po kilku ostrzeżeniach związanych z nierozwiązanym wciąż konfliktem wokół Trybunału Konstytucyjnego rynek spodziewa się obniżki oceny kredytowej. To osłabi i tak niezbyt mocnego złotego.
– Obniżka ratingu w styczniu tego roku przez agencję S&P była pewnego rodzaju ostrzeżeniem, kolejna może już być bardzo bolesna dla rynku polskiego złotego przede wszystkim z perspektywy inwestorów zagranicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Maciej Leściorz, dyrektor ds. sprzedaży i edukacji CMC Markets. – Wiele firm inwestycyjnych nie może inwestować na rynku, którego rating został obniżony przez dwie najważniejsze agencje, czyli właśnie przez Moody’s i S&P. Dlatego to jest kluczowa kwestia. Poza tym samo otoczenie polityczne w dalszym ciągu nie jest w pełni klarowne, zatem to też odciąga od rynku polskiego.
Na rynku globalnym inwestorzy liczą się najbardziej ze zdaniem trzech największych agencji ratingowych, które wystawiają oceny państwom, samorządom i przedsiębiorstwom. Na ich podstawie zagraniczni inwestorzy podejmują decyzje głównie dotyczące zakupu obligacji konkretnych krajów, choć także akcji największych spółek w nich funkcjonujących. W styczniu jedna z tej trójki, agencja Standard & Poor’s, obniżyła rating Polski do BBB+ z A-. Było to krokiem nieoczekiwanym, gdyż wcześniej perspektywa ratingu była pozytywna, co sugerowało możliwość podwyższenia oceny w kolejnych dwóch latach. Po tej decyzji złoty osłabił się do poziomu 4,50 za euro, najniższego od 2011 roku.
W najbliższy piątek swoją nową ocenę wiarygodności kredytowej Polski przedstawi druga z trzech wielkich agencji, Moody’s. Obecnie Polska ma u niej rating A2 z perspektywą stabilną. Ekonomiści spodziewają się jednak cięcia o jeden poziom. To w dalszym ciągu obligacje o umiarkowanym ryzyku, jednak inwestorzy otrzymają negatywny sygnał, zwłaszcza że z ich zainteresowaniem polskimi aktywami i tak od roku nie jest dobrze, nie tylko z powodu politycznych i budżetowych perturbacji.
– Polska znajduje się w koszyku państw wschodzących, rynków rozwijających się, zatem sam ten fakt już w sytuacji, kiedy na rynku pojawia się awersja do ryzyka, może od rynku polskiego nieco odciągać. Zatem te wszystkie kwestie nakładające się na siebie mogą powodować, że na rynku polskim, na rynku walutowym, względem złotego będzie dość silna presja podażowa, zatem na parach z euro możemy zobaczyć nawet powrót powyżej poziomu 4,50 w krótkim horyzoncie czasowym – ostrzega Leściorz.
W połowie stycznia złoty osłabił się do rekordowych od ponad czterech lat poziomów 4,50 za euro. Potem jednak, zarówno na skutek uspokojenia nastrojów, jak i działań EBC, osłabiających wspólną walutę, zszedł poniżej 4,25 na początku kwietnia. Potem jednak kurs zawrócił na północ i znów przekracza 4,40 zł. Negatywna dla Polski decyzja Moody’s może wesprzeć ten trend.
– Myślę o poziomach powyżej 4,50 raczej w szerszym horyzoncie czasowym. Natomiast na pewno do ogłoszenia decyzji przez Moody’s rynek walutowy będzie się bardzo wahał, będzie bardzo zmienny. Zatem tutaj jest zagrożenie takiej zmienności, natomiast przekroczenie tych poziomów może nastąpić dopiero po ewentualnej decyzji, jeżeli oczywiście się ona okaże negatywna dla Polski – przekonuje Leściorz. – Oczywiście od dłuższego czasu ta decyzja jest wyceniana przez rynek, zatem to nie jest tak, że w momencie ogłoszenia decyzji nagle nastąpi skok, to już od pewnego czasu następuje.
Osłabienie złotego nastąpi także na innych głównych walutach, w tym na dolarze.
– Poziomy 3,95, nawet podejście pod 4 zł, w krótkim horyzoncie czasowym jest możliwe. Pytanie, jak później rynek się zachowa, czy te bardzo istotne opory, które są ulokowane na tych poziomach, będą na tyle silne, aby powstrzymać przed dalszą deprecjacją złotego – zastanawia się przedstawiciel CMC Markets.
W przypadku utrzymania ratingu na obecnym poziomie nie należy oczekiwać gwałtownego umocnienia złotego, lecz raczej jego stabilizacji na obecnych lub nieco tylko wyższych poziomach. Polska waluta może też podlegać wahaniom w okolicach posiedzeń Rady Polityki Pieniężnej, choć ryzyko obniżki stóp nie jest wysokie. Ostatni szybki odczyt inflacji za kwiecień wskazał jednak na pogłębianie się deflacji rok do roku (ceny spadły o 1,1 proc., mocniej niż w którymkolwiek miesiącu I kw.), choć w ujęciu miesięcznym po raz drugi z rzędu lekko wzrosły. To może skłaniać Radę do gołębiego podejścia. Natomiast informacja o kandydaturze Adama Glapińskiego na prezesa NBP nie spowodowała na rynku żadnych negatywnych ruchów i jest jednoznacznie pozytywnie oceniana przez polityków, ekonomistów i rynek.
Dzięki stabilnemu wzrostowi gospodarczemu i programowi „Rodzina 500 plus” konsumenci powinni masowo ruszyć na zakupy. Lider rynku sprzedaży ratalnej, Santander Consumer Bank, liczy na większy popyt na kredyty gotówkowe, zwłaszcza w kanale internetowym. Chce też skorzystać na wzroście zasobności portfeli Polaków i powiększyć sieć sklepów, z którymi współpracuje, oraz sieć salonów samochodowych, w których oferuje kredyty samochodowe.
– Rozwój ekonomiczny w Polsce będzie kontynuowany w środowisku niskich stóp procentowych. To oznacza, że marże spadają, oferta dla klientów jest tańsza, lepsza, ale dochodowość biznesu będzie spadać. Dlatego kluczowy jest rozwój biznesu, przede wszystkim w tych segmentach, w których już działamy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Przybył, prezes zarządu Santander Consumer Bank. – Współpracujemy z tysiącami sklepów, z blisko tysiącem dilerów samochodowych, prowadzimy również sprzedaż i obsługę klientów poprzez 300 naszych oddziałów i tę działalność chcielibyśmy rozszerzyć. Szczególny nacisk będzie położony na rozwój oferty w internecie.
Po I kwartale 2016 r. przychody banków z tytułu odsetek wyniosły 13,3 mld zł. To wprawdzie tylko nieznacznie mniej niż rok temu, gdy stopy procentowe były już niskie. W porównaniu z 2012 r., gdy referencyjna stopa procentowa była na trzykrotnie wyższym poziomie niż obecnie, wpływy z odsetek po marcu wynosiły jednak 18 mld zł. Tani kredyt oznacza jednak jego większą dostępność dla klientów.
– Nasza oferta bardzo taniego kredytu dla nowych klientów już na poziomie 3,99 proc. trafiła do wielu klientów, którzy zdecydowali się rozpocząć z nami współpracę – mówi Przybył. – Przewidujemy dalszy rozwój sprzedaży ratalnej. Widzimy również potencjał dwucyfrowego rozwoju rynku leasingu, na którym również jesteśmy obecni. Tu także będziemy poszerzać ofertę produktową.
Santander Consumer Bank chwali się pozycją lidera rynku w sprzedaży ratalnej prowadzonej w sklepach. Udziela też kredytów samochodowych w alonach samochodowych i punktach dilerskich (łącznie ponad 1000 punktów). Zamierza rozwijać oba segmenty współpracy, licząc na zwiększoną konsumpcję dzięki, spadkowi bezrobocia, wzrostowi wynagrodzeń i ciągle niższym cenom. Wszystkie te czynniki sprawiają, że za równowartość zawartości swoich portfeli Polacy mogą kupić więcej.
– Otoczenie makroekonomiczne jest pozytywne dlatego, że wzrost PKB jest kontynuowany. Widzimy również, że wdrożenie programu „Rodzina 500 plus” przełoży się pozytywnie na konsumpcję wśród tej części społeczeństwa, która skorzysta ze świadczenia. Oczekujemy, że to przyniesie wzrost popularności kredytów konsumenckich wśród klientów indywidualnych, a to jest właśnie ten rynek, na którym jesteśmy liderem – mówi Arkadiusz Przybył.
Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że w I kwartale wartość zapytań o kredyty konsumpcyjne była niższa niż przed rokiem o 4,8 proc. Aż 23 proc. Polaków zadeklarowało jednak zaciągnięcie w tym roku kredytu gotówkowego, przy czym głównym celem ma być remont mieszkania wykonywany zazwyczaj po I kwartale roku.
– Będziemy kontynuować prace nad efektywnością operacyjną, co oznacza zarówno upraszczanie i cyfryzację procesów, jak i utrzymywanie odpowiedniej efektywności kosztowej, aby oferta dla klienta była jak najtańsza i jak najlepsza. W warunkach niskich stóp procentowych i dodatkowych obciążeń to jest jedyna droga do utrzymania dochodowego biznesu w banku – podkreśla Przybył.
Aktualnie Santander Consumer Bank jest w ścisłej czołówce najbardziej efektywnych banków w Polsce i regularnie plasuje się w trójce najlepszych pod względem ROE. Upraszczanie i cyfryzacja procesów oznaczać będą zwiększenie nacisku na kanał internetowy, który zarówno umożliwia łatwiejsze, szybsze i tańsze zaciągnięcie pożyczki, jak i zrównuje szanse banków w rywalizacji z firmami pożyczkowymi oferującymi pieniądze przez internet. Dlatego Santander Consumer Bank liczy na rozwój tego kanału sprzedaży.
– W internecie usprawniamy zarówno proces sprzedaży, jak i obsługi klienta. Kredyt gotówkowy, który zaoferowaliśmy pod koniec ubiegłego roku, spotkał się z bardzo dobrym odbiorem klientów, dlatego tę ofertę będziemy poszerzać – zapowiada prezes Santander Consumer Banku. – W ramach kredytów ratalnych oczekujemy kontynuacji dużych wzrostów. Współpracujemy też z największymi sklepami oferującymi sprzedaż w sieci. Tu spodziewamy się również wzrostu do poziomu ponad 60 tys. kredytów ratalnych zawartych przez kanał internetowy w tym roku.
Grupa Maspex z Wadowic, jeden z największych polskich producentów branży spożywczej, obserwuje ożywienie zakupowe w krajach naszego regionu. Kluczem do sukcesu firmy jest szukanie nisz na poszczególnych rynkach i przejmowanie lokalnych producentów, bo mimo większego apetytu konsumentów na zakupy rynki są już dojrzałe i nie czekają na nowe produkty. Zwłaszcza że klienci są przywiązani do znanych sobie smaków i dość konserwatywni w wyborach.
– Mamy do czynienia z powrotem pewnego optymizmu konsumenckiego w regionie. Widzimy pozytywne trendy sprzedażowe nie tylko w Polsce, lecz i w Czechach, na Słowacji, na Węgrzech, w Rumunii i Bułgarii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Pawiński, prezes Maspeksu Wadowice. – Dwa rynki – ukraiński i rosyjski – z kolei są cały czas pod presją. Tam siła nabywcza maleje ewidentnie, mamy więc do czynienia z reakcją odwrotną. Trudno tam mówić o optymizmie konsumenckim.
Produkty Grupy Maspex obecne są na 50 rynkach świata: w Europie, USA, Kanadzie, na Bliskim i Dalekim Wschodzie. Z zagranicy pochodzi więcej niż jedna trzecia przychodów Grupy, których rząd wielkości to 3,5–4 mld zł. Jak podaje Maspex, w Rumunii, Bułgarii, Czechach, na Słowacji, na Węgrzech, krajach bałtyckich czy na Bałkanach produkty Grupy zajmują czołowe pozycje na rynku.
– Nie ma rynków, na które się łatwo wchodzi, na których ktoś na nas czy na inne firmy z Polski czeka. To jest po prostu kwestia dobrego zdefiniowania naszych przewag, zrozumienia, w czym jesteśmy dobrzy, i próba dopasowania własnej oferty do wypatrzonej niszy rynkowej – mówi Pawiński. – To jest duża praca, żeby dostrzec tę maleńką lukę niezagospodarowaną przez ofertę konkurentów i spróbować w nią wejść, a później rozbudować ją w kategorię. Myślę, że na żadnym rynku w Europie nie mamy już do czynienia z taką dziewiczą przestrzenią, którą można zagospodarować bez ograniczeń.
Z tego względu Maspex wybrał strategię zdobywania rynków zagranicznych poprzez akwizycje obecnych już na nich lokalnych firm o dobrze rozpoznawalnych markach.
– To bardzo ważne i to jest jeden z elementów naszego DNA i pomysłów na to, jak funkcjonować na rynkach zewnętrznych. Przykładowo, na rynku czeskim czy słowackim numerem jeden w sokach jest nasz brand Relax, ale na rynku rumuńskim czy litewskim jest Tymbark. Umiejętność dobrania do swojego portfolio lokalnych specyfik brandowych też jest bardzo ważna – podkreśla Krzysztof Pawiński.
Maspex eksportuje głównie soki i napoje (Kubuś, Tymbark, Caprio), produkty instant, takie jak cappuccino i czekolada La Festa, zabielacze do kawy Coffeeta, herbatki Ekland, a także produkty przejęte od Agros Novy: Krakus i Łowicz.
Jak mówi prezes Grupy Maspex, konsumenci są w swoich wyborach spożywczych bardzo konserwatywni. Potrafią sięgnąć po nowości z ciekawości, jednak rzadko pozostają im wierni, w przeciwieństwie do smaków, które znają od lat.
– Mamy dział rozwoju produktów. Obserwujemy trendy i zmiany na rynku światowym, ale równocześnie dajemy upust swoim fantazjom i pomysłom na nowe produkty. Natomiast branża spożywcza ma to do siebie, że tylko drobna część z tych wariacji produktowych ma dobry odbiór u konsumentów – zauważa Krzysztof Pawiński. – Jesteśmy otwarci na zmianę naszych nawyków konsumenckich. Z chęcią eksperymentujemy, ale to jest tylko ozdobnik i dodatek do tych naszych głównych preferencji, i to jest dobre.
Wyjaśnia, że dzięki takiemu charakterowi tego rynku firmy spożywcze mogą zaplanować sprzedaż i stabilnie zwiększać przychody, unikając zarówno skokowych wzrostów, jak i spadków dochodów.
Na świecie pracuje kilka miliardów urządzeń połączonych, które przekazują do sieci zebrane informacje. W najbliższych latach ich liczba, a co za tym idzie – również ilość wytwarzanych danych będą dynamicznie rosły. To sprawia, że firmy coraz częściej inwestują w systemy analityczne. – Przedsiębiorstwa dostrzegają możliwość komercjalizowania informacji zaszytych w danych, których do tej pory nie analizowali – przekonuje dyrektor IBM Polska. Przyszłością rozwiązań IT jest ich spersonalizowanie i dostosowanie do potrzeb indywidualnego klienta.
– Wydajność obliczeniową rozwiązań IT, które dostarczaliśmy na rynek w latach 90., można określić wielkością dwóch telefonów typu iPhone, zarówno pod względem prędkości obliczeń, jak i pojemności pamięci. Jeżeli popatrzymy na zmiany technologiczne przez ten pryzmat, to obecnie możemy zrobić technologicznie praktycznie wszystko – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Pietrzak, dyrektor ds. technologicznych w IBM Polska.
Dużym wyzwaniem dla firm dzisiaj jest dynamicznie rosnąca ilość generowanych informacji. To sprawia, że firmy dostrzegają konieczność inwestowania w systemy analityczne, które nie tylko przetwarzają zgromadzone dane, lecz także pomagają wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski, kluczowe dla biznesu.
IDC prognozuje, że w ciągu najbliższych dwóch lat liczba urządzeń podłączonych do sieci wykorzystujących technologię internetu rzeczy wzrośnie ponaddwukrotnie, do 22 mld. Niektóre instytucje mówią nawet o wzroście do kilkuset miliardów w ciągu kolejnych pięciu lat. To nie tylko komputery i smartfony, lecz także samochody, samoloty czy czujniki energii.
– Jesteśmy zalewani różnego rodzaju informacjami, coraz trudniej się je analizuje, a jeszcze trudniej wyciąga poprawne wnioski, również biznesowe, i podejmuje decyzje w oparciu o technologię. Stąd nasz pomysł i wyjście na rynek z rozwiązaniami poznawczymi takimi jak Watson – wskazuje Pietrzak.
Z danych IBM wynika, że w ostatnich kilku latach wygenerowanych zostało blisko 90 proc. wszystkich danych dostępnych obecnie na świecie, jednak ok. 80 proc. z nich nie zostało uporządkowanych. Superkomputer Watson daje większą możliwość wykorzystania potencjału zgromadzonych informacji i ich ustrukturyzowanie.
– Przedsiębiorstwa dostrzegają możliwość komercjalizowania informacji zaszytych w danych, których do tej pory nie analizowali. Dobrym przykładem jest zapis rozmów z call center, które dotychczas, jeżeli nie były podłączane pod systemy klasy CRM, były praktycznie niewidoczne dla firm. Obecnie można je analizować, żeby budować lepszy profil nabywcy danej usługi – tłumaczy Pietrzak.
Jak podkreśla Pietrzak, na znaczeniu w przedsiębiorstwach zyskują chmury obliczeniowe.
– Większość rozwiązań związanych z oprogramowaniem migruje powoli do chmury obliczeniowej, zwłaszcza funkcjonalności główne, rozpoznawanie obrazu, przetwarzanie dużych zbiorów danych jest udostępniane przez platformy, jak platformy usługowe dla twórców oprogramowania – przekonuje ekspert IBM.
Jak wynika z danych IDC, do 2020 roku globalne wydatki przedsiębiorstw na oprogramowanie, sprzęt, wdrożenia, serwis oraz zarządzanie usługami w chmurze wyniosą ponad 500 mld dolarów, czyli ponadtrzykrotnie więcej niż obecnie.
Jak wyjaśnia Pietrzak, przedsiębiorstwa oczekują oferty dostosowanej do ich potrzeb, spersonalizowanych technologii, które będą odpowiadać potrzebom danego biznesu.
– Żyjemy w świecie hiperspersonalizowanym. Każdy z nas oczekuje produktu szytego na miarę, nie chce otrzymywać zbędnych informacji. Tego rodzaju systemy mogą w tym pomóc – podkreśla dyrektor ds. technologicznych IBM.
Firmy zdają sobie sprawę z tego, że nowoczesne technologie pozwalają im budować przewagi konkurencyjne na rynku. W ocenie dyrektora IBM to nie zmieni się w najbliższym czasie, jednak technologia stanie się bardziej przezroczysta.
– Będziemy wykorzystywali technologie do budowy tej przewagi, natomiast nie będziemy się już zastanawiali nad tym, w jaki sposób ta technologia działa czy jak jest zbudowana. To pozostawimy dostawcom takim jak IBM – mówi Piotr Pietrzak.
Wydatki na żywienie poza domem w ubiegłym roku zwiększyły się co prawda o prawie 5 proc., osiągając blisko 25 mld zł, ale nadal są kilka razy mniejsze niż w pozostałych krajach UE. Analitycy prognozują więc lata dynamicznego wzrostu rynku, w którym duży udział w tym mieć będą Quick Service Restaurants (popularne fast foody).
– Rynek gastronomiczny rośnie bardzo dynamicznie, ponieważ wzrasta tempo życia – przekonuje w rozmowie a agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Zacny, szef rozwoju w spółce Burger King Poland. – Rośnie liczba osób stołujących się poza domem, bardzo zmienia się również struktura pracy. Coraz więcej kobiet pracuje i nie ma czasu na to, aby gotować w domu.
Jak wynika z ostatniego raportu specjalizującej się w analizie rynków Europy Środkowej i Wschodniej firmy PMR, krajowy rynek HoReCa po ubiegłorocznym wzroście o 4,6 proc. był wart 24,8 mld zł. Specjaliści tej pracowni prognozują, że w br. urośnie on o 5,4 proc., a wartość sprzedaży ukształtuje się na poziomie 26,4 mld zł.
Według PMR Polacy wciąż bardzo mało wydają na tego rodzaju usługi. Dane europejskiej pracowni statystycznej Eurostat wskazują, że krajowi konsumenci kierują na ten rynek 3,2 proc. swoich budżetów domowych, Czesi – 8,4 proc., Niemcy podobnie jak Słowacy – 5,3 proc. Najwięcej pieniędzy na usługi HoReCa przeznaczają mieszkańcy południa Europy.
Podobne wnioski, jak zauważa Przemysław Zacny, wynikają z analizy przygotowanej na zlecenie Burger Kinga przez renomowaną, brytyjską pracownię CICA. Zdaniem tej firmy konsumpcja usług HoReCa w ciągu najbliższych 10–15 lat zwiększy się kilkukrotnie. Istotnym elementem tego procesu mają być placówki z segmentu Quick Service Restaurant (tzw. fast food).
– W wyniku tej kompleksowej analizy krajowego rynku potencjał rozwoju sieci w Polsce został oceniony na około 180–200 restauracji Burger King – wskazuje Przemysław Zacny.
Sieć szuka obecnie gruntów pod nowe lokalizacje. Chce na nich uruchamiać zarówno własne placówki, jak i franczyzowe. Ciekawymi dla przedsiębiorstwa lokalizacjami są dysponujące zazwyczaj terenami odpowiedniej wielkości stacje benzynowe i MOP-y przy autostradach. Do 2021 roku amerykańska marka chce otwierać 20–30 placówek rocznie.
– Bardzo poważnie podchodzimy do tematu właściwego rozplanowania budowy restauracji w sensie lokalizacji – deklaruje Przemysław Zacny. – Każda powinna obejmować swoim zasięgiem jak największy efektywny rejon mieszkańców, ale nie powodując przy tym kanibalizacji (zabierania klientów – red.) innej placówki w pobliżu.
W maju, jak twierdzi Przemysław Zacny, planowane jest uruchomienie nowej placówki Burger Kinga w Gdańsku, a miesiąc później – w Krakowie. Następne restauracje sieć zamierza otwierać jesienią (wrzesień, październik i listopad) na Śląsku. Mniejsze, przystosowane do obsługi samochodowej (tzw. Drive Thru), punkty uruchamiane mają być w Krakowie, Gdańsku, Poznaniu (dwa), Lublinie oraz przy drodze ekspresowej z Warszawy w kierunku Kielc.
Internetowa sprzedaż nadal rozwija się szybko. W tym roku handel w sieci może wzrosnąć do 35 mld zł, czyli o około 15 proc. w ujęciu rocznym. Konkurencja na tym rynku jest coraz większa, dlatego sklepy mocniej walczą o klientów. Konsumenci mogą oczekiwać nowych form bardziej spersonalizowanej reklamy, poprawy funkcjonalności stron e-sklepów oraz udogodnień w płatnościach i dostawach.
– Prognozujemy, że e-handel w tym roku wzrośnie o 15 proc. i osiągnie wartość 35 mld zł. Trend wzrostowy jest wciąż bardzo wyraźny. Coraz więcej ludzi kupuje w internecie, co wiąże się z tym, że zaczynają ufać e-sklepom – mówi agencji Newseria Biznes Marek Kemnitz, starszy menadżer sprzedaży w Sociomantic Labs.
Kupując w sieci, klienci liczą przede wszystkim na oszczędności. Dlatego też cenią możliwość porównania cen w kilku sklepach. Dodatkowo mają możliwość poznania opinii o danym produkcie, usłudze bądź sklepie innych internautów, także swoich znajomych z portali społecznościowych.
– W grę wchodzą media społecznościowe, a także blogi, na których jest dużo informacji o produktach i opisów doświadczeń. Zauważyliśmy, że ten sposób rekomendacji jest coraz popularniejszy. Według badań Gemiusa 70 proc. użytkowników ufa takim rekomendacjom znajomych lub obcych ludzi, ale oczywiście potwierdzonych jakimiś testami – tłumaczy Kemnitz.
Jak podkreśla Kemnitz, zwyczaje, nawyki i wybory konsumentów w coraz większym stopniu są analizowane przez sprzedawców za pośrednictwem specjalistycznych narzędzi. Analiza big data pomaga skuteczniej promować sklep, jego produkty lub usługi, trafiać z tą promocją do określonej grupy odbiorców i wprowadzać do sprzedaży nową ofertę. Zdaniem analityków Gartnera analiza danych przyniesie najlepsze rezultaty właśnie w sektorze business-to-client, czyli tam, gdzie dochodzi do dużej ilości wysokowolumenowej sprzedaży, w takich branżach jak e-commerce, usługi bankowe czy telekomunikacyjne.
– Bardzo ważne jest wykorzystanie zewnętrznych źródeł danych, bo sklep może uzyskać informacje behawioralne czy na temat użytkowników także z zewnętrznych źródeł. Pozwala nam to jeszcze lepiej wdrożyć informacje na ich temat do naszych obecnie już prowadzonych kampanii i jeszcze podkręcić efektywność naszych działań reklamowych – precyzuje Kemnitz. – Idziemy w kierunku efektywnego wykorzystywania budżetów reklamowych. Patrzymy nie tylko na to, żeby być w internecie, lecz także na to, żeby finalnie każda złotówka, którą inwestujemy, przekładała się na sprzedaż.
Do takich działań na pewno zalicza się m.in. marketing spersonalizowany. Chodzi o to, żeby zarówno przez pocztę, jak i przez strony internetowe do danego klienta trafiała reklama lub informację, które mogą go zainteresować. Personalizacja odnosi się także do komunikacji.
– Warto zwrócić uwagę na to, żeby dążyć do bliskiej komunikacji. Marketing e-mailowy jest bardzo ważny, ale też sama komunikacja z użytkownikami na stronie. Często się spotykamy z tym, że można znaleźć w małym dolnym rogu czat, który umożliwia użytkownikom zadanie pytania naszym konsultantom, dopytania o informację na temat naszych produktów – mówi Kemnitz.
Czat to jedna z funkcjonalności ceniona przez klientów. Kemnitz dodaje, że podstawą jest sprawnie działająca strona.
– Kolejnym ważnym dla klientów elementem są płatności. Ważne jest, żebyśmy mieli zintegrowane z naszą działalności wszelkie możliwe dostępne rodzaje płatności, od możliwości opłaty za pobraniem po płatności online. Wiele sklepów wprowadza dodatkową możliwość wydłużenia płatności i rozłożenia jej na raty, co też podoba się klientom – mówi ekspert. – Wiele sklepów w Polsce stara się wprowadzić dostawę z dnia na dzień. Buduje to zaufanie do brandu.
E-booki stanowią ok. 2 proc. rynku książki w Polsce. Z prognoz Virtualo wynika, że do końca tego roku wydatki na ich zakup powinny przekroczyć 85 mln zł, podczas gdy na koniec 2015 roku było to 60 mln zł. Rynek zyskuje, mimo że rośnie również skala piractwa. Co najmniej jedna trzecia czytelników pozyskuje e-booki z nielegalnych źródeł. Branżę może to kosztować nawet 250 mln zł.
– E-booki i książki drukowane będą współistnieć. Nie dążymy do takiego momentu, że rynek totalnie wyprze książki drukowane. Chcemy, żeby czytelnicy mieli wybór – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Martyna Bednarczyk, koordynator ds. marketingu Virtualo.
Z badania Virtualo wynika, że e-czytelnicy czytają nawet trzy razy więcej niż czytelnicy książek drukowanych. Wpływ na to może mieć cena e-booków, która jest średnio o 20–30 proc. niższa niż tradycyjnej lektury.
– Najczęściej e-booki czytamy w podróży, w komunikacji miejskiej. Również audiobooki cieszą się w podróży dużą popularnością. Nawet jadąc samochodem, bez żadnego zagrożenia, możemy się skupić jednocześnie na treści książki i prowadzeniu auta – mówi Martyna Bednarczyk
Kupienie e-booka lub audiobooka w księgarni internetowej jest najwygodniejszą metodą pozyskania książki elektronicznej, dużo wygodniejszą niż „spiracenie” czy transakcja w sklepie stacjonarnym – uważa 75 proc. klientów Virtualo. Badania pokazały jednak, że około jednej trzeciej osób pozyskuje treści z nielegalnych źródeł. Sami ankietowani przekonani byli, że robi tak mniej więcej połowa czytelników. W rzeczywistości tak wysoki odsetek występuje wśród uczniów i studentów.
– Prowadzimy akcję „Antypiracimy”, w którą zaangażowaliśmy wielu znakomitych pisarzy polskich. Zachęcamy czytelników do dzielenia się zdjęciami, na których pokazują różne aspekty legalnego czytania. Zachęcamy do tego, żeby pokazywać, że czytanie legalne jest fajne i się opłaca. Warto jest doceniać autorów i dobre książki i w ten sposób promować czytelnictwo – mówi Martyna Bednarczyk.
Na polskich forach internetowych nielegalnie jest dostępnych 150 tys. tytułów. Koszty piractwa dla branży są ogromne. Z szacunków Virtualo wynika, że strata może sięgać dwukrotności wartości rynku, ale są również dane, które wskazują, że może to być 250 mln zł.
– Akcja będzie trwała do końca maja, można ją obserwować m.in. na Facebooku i na Instagramie – tam głównie prowadzimy działania, ale też na różnych portalach ogólnopolskich są informacje na ten temat – mówi Bednarczyk.
Celem akcji jest uświadomienie, że nielegalne jest wykorzystywanie e-booków do celów komercyjnych, zamieszczanie ich w sieci bez pozwolenia wydawcy, powielanie i rozpowszechnianie oraz sprzedawanie. Osobom, które nielegalnie udostępniają e-booki, grozi grzywna, kara ograniczenia wolności, a nawet kara pozbawienia wolności.
Polskie budownictwo zmienia swoje oblicze. Firmy budowlane i deweloperskie coraz częściej poszukują pracowników umysłowych, a nie tylko fizycznych. Rośnie odsetek specjalistów odpowiedzialnych za nadzór nad procesem inwestycyjnym oraz tzw. funkcje wsparcia, czyli IT, HR, finanse, prawo czy komunikacja z mediami. Branża chętnie zatrudnia osoby z wykształceniem inżynieryjnym, ale też absolwentów zarządzania, psychologii czy ekonomii. Przykładowo, w Skanska – największej firmie budowlano-deweloperskiej w kraju – managerowie nadzorujący inwestycje i specjaliści pracujący w biurach stanowią już ponad 60% wszystkich zatrudnionych. To zmiana wynikająca z rosnącej złożoności i interdyscyplinarności projektów budowlanych. Na polskie place budowy wkraczają nowe technologie i energooszczędne rozwiązania, które wymagają nieco innych kompetencji niż jeszcze 10 lat temu.
Według raportu Global Construction 2030[1], branża budowlana ma być jedną z kluczowych dla rozwoju globalnej ekonomii do 2025 r. Dziś budownictwo jest jednym z najbardziej innowacyjnych i interdyscyplinarnych segmentów gospodarki na świecie. Branża w ostatnich latach stała się liderem w testowaniu dronów, robotów, technologii mobilnych i inteligentnych materiałów. To również rynek, który z uwagi na globalne wyzwania środowiskowe inwestuje coraz więcej środków w nowoczesne rozwiązania energooszczędne, które mogą pomóc zmniejszyć negatywny wpływ człowieka na środowisko i budować w sposób zrównoważony. Według U.S. Green Building Council (USGBC) – w 2005 r. jedynie 2% wszystkich budynków (poza mieszkaniowymi) było klasyfikowanych jako zrównoważone. Do 2012 r. odsetek ten wzrósł do 41%, a dziś według szacunków może stanowić nawet 50%[2]. Przeobrażenia jakie zachodzą w „budowlance”, przekładają się na zmiany w środowisku pracy i strukturze zatrudnienia w firmach budowlanych i deweloperskich. Coraz liczniejszą grupę stanowią dziś pracownicy umysłowi, czyli specjaliści odpowiedzialni za nadzór i wspieranie realizacji projektu. Ich zadaniem jest dostarczanie zespołom na budowie wszystkich narzędzi, które pozwolą sprawnie, bezpiecznie i na czas zrealizować inwestycję – biurową, mieszkaniową, drogową, kolejową czy hydro-inżynieryjną.
W całym kraju Skanska zatrudnia około 8 tysięcy osób, z czego ponad 4,5 tysiąca stanowią pracownicy nadzoru. W grupie tej są m.in. inżynierowie budowy i projektu, kierownicy budowy, kierownicy robót czy majstrowie. Na stanowiska nadzorcze na budowie Skanska rekrutuje zarówno osoby z dłuższym stażem, jak i młodych inżynierów tuż po studiach. Rokrocznie zatrudnienie w firmie znajduje kilkuset takich specjalistów.
Interdyscyplinarność przez duże „I”
Wśród najbardziej pożądanych kompetencji w branży nadal na pierwszym miejscu wymienia się tzw. STEM (science, technology, engineering, mathematics), czyli umiejętności techniczne, które są kluczowe dla wszystkich stanowisk związanych z nadzorem na budowie, np. kierownik budowy, kierownik robót czy inżynier projektu. Coraz częściej jednak firmy z branży poszukują specjalistów z wykształceniem interdyscyplinarnym.
– Dziś w Skanska zatrudniamy około 160 Menedżerów Projektów, którzy koordynują działania na wszystkich etapach inwestycji: od marketingu i oferowania, przez nadzór nad wykonawstwem, zarządzanie zespołem, po obsługę pogwarancyjną i zarządzanie finansami. Menedżerowie Projektów w Skanska odpowiadają nie tylko za nadzór nad realizacją kontraktów, ale także za rozwój biznesu na lokalnych rynkach. Wachlarz zadań na tym stanowisku można porównać do odpowiedzialności dyrektora zarządzającego małym przedsiębiorstwem. To wyjątkowe i dość innowacyjne podejście w branży – zauważa Katarzyna Skorupka-Podziewska, Dyrektor ds. zarządzania zasobami ludzkimi Skanska S.A.
Coraz większą grupę pracowników stanowią też absolwenci filologii, psychologii, administracji czy informatyki – kierunków, które do tej pory nie zawsze kojarzyły się z pracą na budowie.
– Około 550 osób zatrudnionych w Skanska na polskim rynku to pracownicy tzw. funkcji wsparcia, czyli eksperci, którzy na co dzień pracują w takich obszarach jak prawo, finanse, HR, komunikacja, controlling, administracja, zaopatrzenie czy BHP, wspierając realizację projektów budowlanych. Dzięki temu pracownicy na placach budowy mogą, przy wykorzystaniu nowoczesnych narzędzi, pracować efektywniej i bezpieczniej – mówi Katarzyna Skorupka-Podziewska.
W branży pojawiają się też inne nowe stanowiska, np. asesorzy ds. zrównoważonego rozwoju, ekolodzy czy piloci dronów (bezzałogowych statków powietrznych).
– Taka zróżnicowana pod względem profilu pracownika struktura zatrudnienia przekłada się na nasz styl pracy i wpływa na jakość rozwiązań, które możemy zaoferować klientom. Na przykład przygotowując się do startu deweloperskich projektów mieszkaniowych organizujemy tzw. magle kreatywne, do których zapraszamy pracowników z różnym doświadczeniem. Uwzględniamy wiele punktów widzenia i wypracowujemy lepsze pomysły, niż gdybyśmy pracowali w obrębie tylko swoich specjalizacji – dodaje Katarzyna Skorupka-Podziewska.
Nowe kompetencje na innowacyjnym placu budowy
Na wszystkich stanowiskach związanych z nadzorem i koordynowaniem prac na placach budowy są wykorzystywane nowoczesne narzędzia technologiczne. Coraz częściej na placu budowy spotkamy np. pilota drona wykonującego tzw. obloty nad inwestycją, pomagające określić m.in. postęp prac. Jakościową zmianą na placach budowy jest też technologia BIM. Szacuje się, że BIM pozwala na osiągnięcie oszczędności rzędu 5-20%, dzięki m.in. eliminacji możliwych błędów na etapie projektowym (np. usunięcia kolizji instalacyjnych), skróceniu czasu pracy i zapewnieniu większego bezpieczeństwa pracownikom. Dodatkowo, dzięki aplikacjom mobilnym, wszyscy pracownicy mogą mieć dostęp do elektronicznej dokumentacji w każdym miejscu i czasie. Od niedawna na polskich placach budowy wykorzystuje się też skaning laserowy, który może służyć do inwentaryzacji architektonicznej, wizualizacji 3D miast i budynków, czy nawet wirtualnych wycieczek i pomiarów nawierzchni drogowych.
– Nowoczesne technologie zmieniły całkowicie środowisko pracy inżynierów na budowie. Aby ze wszystkich tych rozwiązań mogli oni efektywnie korzystać, organizujemy regularne szkolenia dla naszych pracowników – wyjaśnia Aleksander Szerner, Menedżer Wsparcia Technicznego, Skanska.
Drugą rewolucyjną zmianą, która zaczyna być widoczna na polskich placach budowy, jest podejście do środowiska naturalnego. Popyt na zielone budownictwo jest szczególnie widoczny w segmencie biurowym. Według badania przeprowadzonego przez Skanska i JLL pod patronatem ABSL[3], 64% respondentów z sektora usług dla biznesu wyraża chęć podpisania tzw. zielonej umowy najmu, zawierającej informację na temat właściwego użytkowania wynajętej powierzchni, segregacji śmieci, wyboru operatora czy odpowiedniej utylizacji odpadów. Firma Skanska Property Poland proponuje zielone szkolenia, podczas których najemcy uczą się, jak optymalnie wykorzystać zrównoważone rozwiązania zastosowane w budynku. Eko rozwiązania w budynkach biurowych, ale i mieszkalnych wymagają zatrudniania określonych specjalistów. Na przykład, do realizowanej przez Skanska w Warszawie budowy Osiedla Mickiewicza został zaangażowany ekolog, który czuwa nad ochroną fauny i flory podczas budowy, a także asesor ds. BREEAM, który weryfikuje m.in. czy materiały użyte do budowy osiedla posiadają odpowiednie atesty. Osoby z wykształceniem w zakresie ochrony środowiska naturalnego czy biochemii współpracują również przy opracowywaniu innowacyjnych materiałów budowlanych. W 2015 r. Skanska S.A. wykorzystywała przy budowie dróg mieszkankę pochodzącą z recyklingu materiału pozyskanego z rozbiórki istniejącej drogi i wybudowała unikalną w skali kraju kładkę z żywicy termoutwardzalnej, której elementy nie ulegają korozji biologicznej ani chemicznej, są odporne na wilgoć, promieniowanie UV oraz temperaturę.
Grupa Skanska
Jesteśmy częścią Grupy Skanska, której historia sięga 1887 roku. Grupa zatrudnia obecnie 43 tys. osób w Europie i na kontynencie amerykańskim i należy do największych firm budowlano-deweloperskich na świecie. Wspólnie z klientami i partnerami Skanska planuje i buduje zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju, a jej najważniejszym celem jest poprawa jakości życia społeczności. Skanska uczestniczy w najciekawszych przedsięwzięciach naszych czasów i pracuje przy 10 tys. projektów. Przychody Grupy za rok 2015 wyniosły 16,5 mld EUR, a zysk operacyjny 691 mln EUR. Główna siedziba firmy mieści się w Sztokholmie w Szwecji. Od 1965 r. Skanska jest notowana na sztokholmskiej giełdzie. Standardy pracy Skanska na całym świecie określają zapisy „Kodeksu postępowania”. Na każdym rynku pracujemy zgodnie ze wspólnymi wartościami: troszczymy się o życie, działamy etycznie i transparentnie, razem jesteśmy lepsi, dbamy o klienta.
W Polsce Skanska zatrudnia prawie 8 tys. osób w trzech spółkach: Skanska S.A., Skanska Property Poland, Skanska Residential Development Poland. Zysk operacyjny Grupy za rok 2015 wyniósł 470 mln zł, a przychody 5,5 mld zł.
[2] Dane U.S. Green Building Council (USGBC), dane dotyczące USA, 2015, źródło: www.forconstructionpros.com/article/12135751/going-green-is-easier-than-ever-in-todays-building-and-construction-industry
[3] Źródło: Skanska, JLL, ABSL: BPO i Centra Usług Wspólnych: Menedżerowie firm zabierają głos w sprawie nieruchomości biurowych, 2015.
Aż 92 proc. menedżerów HR i członków kadry kierowniczej na świecie uważa zmiany organizacyjne w ich firmach za najważniejszą kwestię z dziedziny zarządzania zasobami ludzkimi w tym roku. Z raportu „Global Human Capital Trends 2016. The new organization: Different by design” firmy doradczej Deloitte wynika, że ta „nowa organizacja” opiera się na zespołach o szerokich kompetencjach oraz zmodyfikowanym modelu zarządzania. W Polsce, w związku z rosnącym zapotrzebowaniem na utalentowanych pracowników, najważniejszym trendem jest rozwój przywództwa i wykształcenie nowego pokolenia liderów.
Badanie Deloitte objęło ponad 7 tys. przedstawicieli branży HR i kadry kierowniczej z 130 krajów, w tym Polski. W tym roku odbyła się jego czwarta edycja. Przez ostatnie trzy lata trendem numer jeden w świecie HR, na który wskazywali ankietowani było przywództwo. W tym roku miejsce lidera zajęły zmiany organizacyjne, na które wskazało 92 proc. respondentów. Przywództwo, które zajęło drugie miejsce, odnotowało wynik o 3 p.p. gorszy.
Nowoczesne technologie i przełomowe zmiany w biznesie zwiększają zapotrzebowanie na „organizację nowego typu”, odchodzące od hierarchicznych i funkcjonalnych modeli biznesowych na rzecz zintegrowanych „sieci zespołów”. W pewnym sensie firmy zaczynają przypominać bardziej zespoły realizujące hollywoodzkie produkcje, gdzie ludzie spotykają się, by wykonać zadanie, a po jego zakończeniu rozstają się, aby zająć się kolejnym projektem. „W ten sposób zwiększają one swoją elastyczność, wzmagają kulturę współpracy i bardziej skuteczny sposób skupiają się na klientach. Jednak pomimo ogromnego zainteresowania, jakie wywołują te przemiany, zaledwie 21 proc. respondentów ma poczucie, że ich organizacje dobrze radzą sobie z tworzeniem zintegrowanych zespołów, których członkowie charakteryzują się różnorodnymi kompetencjami, a tylko 12 proc. rozumie, w jaki sposób współpracują ze sobą ich pracownicy” – wyjaśnia Magdalena Jończak, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte. Niemal połowa badanych (45 proc.) twierdzi, że ich firmy są już w trakcie restrukturyzacji lub, że takie zmiany planują (6 proc.)
Na ten skomplikowany proces dodatkowo nakładają się jeszcze rosnące różnice pokoleniowe. Milenialsi, wykazujący wysokie oczekiwania odnośnie rozwoju osobistego, zaczynają pracować ramię w ramię z przedstawicielami starszego pokolenia, którzy często decydują się odłożyć emeryturę na później.
Polski biznes rozwija przywództwo
W Polsce zmiany organizacyjne znalazły się dopiero na piątym miejscu wśród najważniejszych trendów w zarządzaniu kapitałem ludzkim. Może to wynikać z tego, że zwykle światowe trendy widać w naszym kraju z pewnym opóźnieniem. Poza tym w Polsce mamy obecnie do czynienia z rynkiem pracownika, na którym wiele firm boryka się z problemem pozyskania odpowiednich kadr. Jest to oznaką stosunkowo dobrej kondycji przedsiębiorstw w Polsce, które zwiększają zatrudnienie i dynamicznie się rozwijają. „To sprawia, że nie widzą one potrzeby reorganizacji, która zwykle prowadzona jest w warunkach trudnych ekonomicznie, z uwagi na konieczność cięcia kosztów lub też bardziej efektywnego zarządzania. Wraz z zapotrzebowaniem na kompetentnych pracowników, rośnie popyt na liderów. W szczególności trudno jest pozyskać menedżerów z wiedzą techniczną lub inżynierską. Trudności ze znalezieniem menedżerów są w całej Polsce, wiele firm zlokalizowanych w średniej wielkości miastach skarży się na ich słabą mobilność. Dlatego też najważniejszym wyzwaniem dla ekspertów od zarządzania kadrami w Polsce jest rozwój przywództwa” – wyjaśnia Magdalena Jończak z Deloitte.
Potrzeba rozwoju przywództwa przejawia się w trzech obszarach:
Rozwój młodych pracowników, którzy będą w stanie awansować w ciągu jednego lub dwóch lat i objąć nowe funkcje. Wiele firm żałuje, że wcześniej nie uruchomiło programów sukcesji lub zarządzania talentami i w sytuacji, gdy odchodzą kluczowi menedżerowie, nie ma sukcesorów gotowych ich zastąpić.
Rozwój obecnych menedżerów, którzy muszą dopasować swój styl zarządzania do oczekiwań pokolenia Y. Pracownicy wywodzący się z tej generacji są bardziej wymagający co do atmosfery panującej w firmie i szybciej podejmują decyzję o odejściu w przypadku, gdy kultura organizacyjna im nie odpowiada. A jest ona tworzona w dużej mierze przez menedżerów, dotychczas często tego nieświadomych, poprzez to, za co nagradzają i za co karzą swoich podwładnych.
Programy retencji dla menedżerów – wielu dobrze rokujących, młodych menedżerów otrzymuje oferty nowej pracy i z uwagi na chęć rozwoju oraz podejmowania nowych wyzwań przyjmuje je. Lojalność menedżerów jest niższa niż kiedyś. Firmy głowią się, w jaki sposób ich zatrzymać, pracując nad różnego rodzaju zachętami i programami retencyjnymi. Coraz więcej menedżerów jest z pokolenia Y i jako priorytet traktuje swój rozwój osobisty oraz możliwość pogodzenia pracy z życiem prywatnym. Oni także zwracają uwagę na atmosferę panującą w firmie i gdy są przeciążeni kolejnymi wyśrubowanymi celami oraz presją, jednocześnie nie mając wizji rozwoju w danej organizacji, nie wahają się zmienić pracy.
Szkolenia: jakość, a nie ilość
Znacząca różnica pomiędzy Polską a światem nie dotyczy jedynie zmian organizacyjnych i przywództwa. W Polsce na drugim miejscy wśród trendów HR znalazły się szkolenie i rozwój, które na świecie plasują się dopiero na piątej pozycji. Może to wynikać z faktu, że firmy w naszym kraju szukają nowego podejścia do obszaru szkoleń. „Ich formuła, która obowiązywała w ostatnich kilku latach wyczerpała się. Wiele firm skorzystało ze szkoleń finansowanych przez Unię Europejską w ramach programu rozwoju kapitału społecznego, co dało wyraźny zastrzyk wiedzy o kompetencjach oraz umiejętnościach menedżerskich. Z drugiej jednak strony niektóre firmy zasypały pracowników dużą liczbą szkoleń, w wyniku czego pracownicy doszli do wniosku, że już posiedli potrzebne kompetencje lub też zrazili się do udziału w szkoleniach widząc, że niekoniecznie udział w nich przekłada się na efektywność i jakość ich pracy” – tłumaczy Krzysztof Kwiecień, dyrektor HR w Deloitte w Polsce i Europie Środkowej.
Wiele firm popełniło błędy stawiając na jednorazowe szkolenia, ponadto nie zapewniając pracownikom wsparcia przy wdrożeniu w życie umiejętności, których się nauczyli na szkoleniach. Nie brakowało też głosów, że wiele szkoleń było niskiej jakości lub też prowadzone były przez niekompetentnych i niedoświadczonych trenerów. Firmy obecnie stawiają na długoterminowe programy rozwojowe, złożone z kilku szkoleń, warsztatów i są uzupełnione różnymi formami wsparcia w rzeczywistym wdrożeniu nowych umiejętności, takich jak np. coaching, mentoring lub uzupełniające materiały w formie
e-learningu. Z uwagi na wyższy koszt takich programów, firmy dedykują je najczęściej określonej grupie menedżerów lub najbardziej utalentowanym pracownikom.
HR wchodzi w erę cyfryzacji
Nowym trendem jest na świecie cyfryzacja HR. Wskazało na nią aż 74 proc. ankietowanych. Zjawisko to polega na całkowitym przekształceniu narzędzi i usług kadrowych oraz oparciu ich na technologiach cyfrowych. Już 42 proc. firm reorganizuje swoje struktury kadrowe, aby móc oferować mobilne systemy szkoleniowe w formie just-in-time (umożliwiające uczenie się przy wykorzystaniu Internetu i w zależności od potrzeb), a 59 proc. przekształca tradycyjne ramy HR w bardziej mobilne systemy, aby ułatwić ich obsługę pracownikom.
„Tegoroczne badanie światowych trendów w zakresie kapitału ludzkiego nakreśla szereg różnych wyzwań. W kontekście rosnącego tempa zmian, firmy oraz szefowie działów HR, którzy aktywnie reagują na rodzące się trendy z pewnością zyskają przewagę nad konkurencją i zwiększą swoje szanse na zwycięstwo w globalnej wojnie o najlepszych pracowników” – podsumowuje Magdalena Jończak.
Dziesięć najważniejszych trendów w HR na świecie w 2016 roku:
Zmiany organizacyjne – 92 proc. uznało je za ważne lub bardzo ważne (w Polsce nr 6)
Przywództwo – 89 proc. uznało je za ważne lub bardzo ważne (w Polsce nr 1)
Kultura – 86 proc. uznało je za ważne lub bardzo ważne (w Polsce nr 5)
Zaangażowanie – 85 proc. uznało je za ważne lub bardzo ważne (w Polsce nr 3)
Szkolenia – 84 proc. uznało je za ważne lub bardzo ważne (w Polsce nr 2)
Myślenie projektowe – 79 proc. uznało je za ważne lub bardzo ważne (w Polsce nr 7)
Zmiana kompetencji działu HR – 78 proc. uznało je za ważne lub bardzo ważne (w Polsce nr 8)
Analityka zasobów ludzkich – 77 proc. uznało je za ważne lub bardzo ważne (w Polsce nr 9)
Cyfryzacja HR – 74 proc. uznało je za ważne lub bardzo ważne (w Polsce nr 4)
Zarządzanie zasobami ludzkimi – 71 proc. uznało je za ważne lub bardzo ważne (w Polsce nr 10)
BioMaxima S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od czerwca 2010 r., działającą w obszarze biotechnologii na rynku diagnostyki laboratoryjnej, zakończyła 2015 r. zyskiem netto w wysokości 1.455 tys. zł przy przychodach ze sprzedaży na poziomie 23.085 tys. zł. Emitent cały czas aktywnie rozwija swoją działalność na rynku krajowym oraz na rynkach zagranicznych.
W 2014 r. zysk netto Spółki sięgnął 455 tys. zł, a jej przychody ze sprzedaży ukształtowały się na poziomie 21.647 tys. zł. Wyniki finansowe Emitenta uległy istotnej poprawie w ujęciu rdr., bowiem zysk netto wzrósł o 320%, a przychody zwiększyły się o ponad 6%. BioMaxima S.A. kontynuuje przyjętą strategię rozwoju, która zakłada dynamiczną ekspansję na rynkach zagranicznych oraz wzrost sprzedaży w obszarze postępowań przetargowych. Spółka koncentruje obecnie swoje działania na rozwoju innowacyjności, rozszerzaniu asortymentu produktowego oraz wprowadzeniu zaawansowanych technologii.
„Nasze działania optymalizujące koszty, szczególnie w pierwszych miesiącach 2015 roku przyniosły spore oszczędności. Rozszerzenie produkcji szybkich testów, zwiększenie obecności na rynku laboratoriów przemysłowych oraz zmiany w ofercie przyczyniły się do wzrostu sprzedaży i osiągnięcia bardzo dobrego wyniku finansowego za cały ubiegły rok.” – komentuje Henryk Lewczuk, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.
BioMaxima S.A. realizuje plan rozwoju nastawiony na konsolidację podmiotów działających na rynku biotechnologicznym. Przeprowadzone przez Emitenta akwizycje Polabu, Emapolu oraz Cebo pozwoliły mu na stworzenie bardziej kompleksowej oferty oraz na wejście na rynki eksportowe. Zbudowanie silnej grupy z potencjałem do wygrywania konkurencji w wybranych segmentach rynku diagnostycznego powinno zapewnić Spółce sukces na rynkach zagranicznych. W tym roku BioMaxima S.A. będzie nadal chciała rozwijać działalność eksportową oraz umacniać swoją pozycję na rynku polskim. Emitent zamierza również aktywnie pozyskiwać środki pochodzące z funduszy unijnych, które przeznaczone zostaną na wprowadzanie innowacyjnych i nowoczesnych technologii. Wszystkie podejmowane działania mają umożliwić Spółce dalszą poprawę wyników finansowych w kolejnych latach.
„Pozyskanie funduszy unijnych pozwoli zdynamizować rozwój Spółki, aczkolwiek nie jest to warunek konieczny, bowiem jesteśmy także w stanie sfinansować projekty rozwojowe z własnych środków. Testy do badania lekooporności, własny analizator biochemiczny oraz specyficzne szybkie testy umożliwią nam uzyskać dużą dynamikę wzrostu w 2017 r. Gdyby jednak Spółka otrzymała dofinansowanie – na co bardzo liczymy – to więcej pieniędzy będziemy mogli przeznaczyć na inne projekty. Nasze dotychczasowe doświadczenia w pozyskiwaniu dotacji z lat ubiegłych są pozytywne i wszystkie złożone wnioski otrzymały dofinansowanie. Ewentualne pozyskanie dotacji w bieżącym roku na wsparcie eksportu pozwoli nam na uczestnictwo w większej ilości wystaw zagranicznych oraz ograniczy duże koszty własne z tytułu udziału w tych wydarzeniach.” – podsumowuje Prezes Lewczuk.
BioMaxima S.A. zanotowała 444 tys. zł zysku netto w 1 kw. 2016 r. przy przychodach ze sprzedaży sięgających 5.845 tys. zł. W 1 kw. ub. roku zysk netto Spółki wyniósł 413 tys. zł, a przychody ze sprzedaży ukształtowały się na poziomie 5.256 tys. zł. Po czterech miesiącach 2016 r. wartość przychodów ze sprzedaży Spółki wyniosła 7.631 tys. zł wobec 6.982 tys. zł w analogicznym okresie 2015 r.
BioMaxima S.A. jest polską firmą działającą w szeroko rozumianym obszarze biotechnologii na rynku diagnostyki laboratoryjnej. Jest jednym z dwóch krajowych producentów odczynników do diagnostyki in vitro, jednym z trzech producentów podłoży mikrobiologicznych. Spółka jest również dystrybutorem produktów uznanych światowych firm diagnostycznych takich jak m.in. Nova Biomedical, Mitsubishi Chemical, Biolog. Emitent zaopatruje w swoje produkty ponad 2 tys. laboratoriów w Polsce oraz prowadzi działalność eksportową na ponad 40 rynkach. Strategia rozwoju Spółki zakłada prowadzenie działań konsolidacyjnych sektora biotechnologicznego.
Toyota rozpoczęła produkcję samochodów w Europie 24 lata temu. Pierwszym modelem, który opuścił linię produkcyjną w fabryce w Derbyshire, była znana z wyjątkowej niezawodności Carina E. 14 kwietnia 2016 roku z fabryki w Portugalii wyjechał 10-milionowy samochód japońskiej marki.
6 fabryk samochodów i 3 fabryki silników w 7 krajach, m.in. w Wielkiej Brytanii, Francji i Polsce.
7 modeli produkowanych na Starym Kontynencie: Auris, Auris Touring Sports i Yaris, także w wersjach hybrydowych, oraz Avensis, Corolla, Verso i Camry. W 2016 dołączą do nich RAV4 i C-HR;
3 silniki benzynowe, 3 jednostki wysokoprężne i 2 skrzynie biegów wytwarzane w Europie.
14 kwietnia z taśmy produkcyjnej zjechała 10-milionowa europejska Toyota. Była to Corolla, światowy bestseller i najpopularniejszy model wszechczasów. Kompaktowy sedan jest produkowany w fabryce Toyota Caetano Portugal w mieście Ovar, działającej od 1971 roku. Obecnie powstaje w niej także Land Cruiser 70 eksportowany do Afryki Południowej.
Pierwsze zakłady należące wyłącznie do Toyoty powstały w Wielkiej Brytanii w 1992 roku. Najpierw został otwarty ośrodek w Burnaston, w Derbyshire, który rozpoczął działalność od produkcji legendarnej Cariny E. Kilka miesięcy później ruszyła fabryka silników w Deeside w Walii. Obecnie w Derbyshire powstaje Avensis z nadwoziem sedan i kombi oraz Auris hatchback i Auris Touring Sports, także w wersji hybrydowej. Fabryka w Deeside w Północnej Walii wytwarza silniki 1.6 i 1.8 VVT-i oraz montuje napędy hybrydowe. W drugiej połowie 2016 roku zostanie w niej uruchomiona produkcja nowego napędu hybrydowego do Toyoty C-HR.
W 2002 roku Toyota Motor Manufacturing Poland rozpoczęła produkcję 1-litrowego silnika do Toyoty AYGO i Yarisa oraz manualnej skrzyni biegów. Trzy lata później działalność rozpoczęła Toyota Motor Industries Poland, wytwarzająca silniki 2.0 i 2.2 D-4D.
Samochody rodem z Europy
Najnowsze wersje Yarisa, Aurisa i Avensisa zostały zaprojektowane w studiu ED2 w środkowej Francji (design) oraz w centrum technicznym Toyoty w Belgii (technologia). ED2 Design uczestniczyło także w tworzeniu Toyoty C-HR, która powstała z myślą o europejskich klientach. Osiągnięcia projektantów ze Starego Kontynentu zyskują coraz większy wpływ na stylistykę całego koncernu.
„Nasze doświadczenie obejmuje stworzenie pierwszego samochodu hybrydowego segmentu B sprzedawanego w Europie, konstruowanie napędów hybrydowych, a także eksport samochodów do Ameryki Północnej i Japonii. Przyszłość wygląda równie obiecująco. Spodziewamy się, że w ciągu 2 lat produkcja w Europie wzrośnie o kolejne 20%” – powiedział Johan van Zyl, prezydent i CEO Toyota Motor Europe.
Fakty i liczby
W ubiegłym roku Toyota wyprodukowała w Europie 66 000 samochodów. Firma sprzedała 810 000 aut marki Toyota i 64 000 pojazdów Lexusa.
71% samochodów Toyoty sprzedawanych w Europie powstaje w lokalnych fabrykach.
Inwestycje Toyoty na kontynencie wyniosły dotąd łącznie 9 miliardów Euro.
Toyota współpracuje z 400 europejskimi dostawcami oraz odbiera części z 600 fabryk, istotnie przyczyniając się do rozwoju europejskiej gospodarki.
24% samochodów Toyoty i Lexusa sprzedawanych w Europie to hybrydy. W 2015 roku sprzedaż hybryd wyniosła 209 000 aut. 150 000 z nich powstało we Francji (Yaris) i Wielkiej Brytanii (Auris).
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Słabsze dane z Czech. Powolny koniec deflacji w Szwajcarii. Pierwszy wyrok na korzyść kredytobiorcy walutowego w Polsce. Trwa odliczanie do decyzji Moody’s w sprawie ratingu Polski.
Wczoraj poznaliśmy dane makroekonomiczne naszego południowego sąsiada. Bezrobocie zgodnie z oczekiwaniami spadło do 5,7%, czyli poziomu o ponad 4% niższego niż w Polsce. Produkcja przemysłowa rośnie o 0,5% wolniej niż sądzono, czyli o 0,6% w skali roku. Nie miało to wpływu na rynki walutowe, gdyż Czeski Bank Narodowy w dalszym ciągu pilnuje kursu 27 koron za jedno euro.
Lepiej od oczekiwań wypadły dane ze Szwajcarii. Inflacja w ujęciu miesięcznym jest dodatnia i wynosi 0,3%. W skali roku jest to spadek już tylko o 0,4%, to o 0,2% wyższe ceny niż sądzili analitycy. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Jeśli inflacja wzrasta z bardzo niskich poziomów, sugeruje wychodzenie gospodarki z marazmu. W efekcie inwestorzy, widząc dobre perspektywy Szwajcarii, dokupili franki. Ruch ten z oczywistych powodów nie mógł cieszyć kredytobiorców frankowych.
Skoro o nich mowa, zapadł pierwszy korzystny wyrok w sądzie w sprawie kredytu denominowanego we franku szwajcarskim. Sąd wykreślił z umowy tylko niedozwolone zapisy. W rezultacie bank musi oddać nie tylko różnicę w kwocie rat płaconych w CHF, a tych, które płaciłby w złotych. Utrzymany został LIBOR zamiast WIBOR-u. W efekcie uzyskano kredyt złotowy o oprocentowaniu podobnym do frankowego, czyli 2,5% niższym niż inne kredyty hipoteczne w złotych. Jest to rozwiązanie o wiele korzystniejsze od tego, które oferowały najbardziej hojne ustawy, które czekały w parlamencie. Podtrzymanie tego toku działań przez sądy wyższej instancji oznacza poważne problemy dla całego sektora. Już przewalutowanie ze zmianą stopy procentowej mogło spowodować kilka bankructw. Brak zmiany stopy procentowej oznacza dla nich wyrok, a lista zagrożonych się wydłuża.
Trwa odliczanie do piątkowej decyzji Moody’s w sprawie ratingu Polski. Z jednej strony czuć panikę i błaganie opozycji o wstrzymanie się na tydzień z wytykaniem najbardziej niedemokratycznych poczynań, jak chociażby znany już list Ministra Finansów do przewodniczącego Trybunału Konstytucyjnego. Z drugiej mamy takie kwiatki, jak nowy projekt Ministerstwa Sprawiedliwości mający na celu podporządkowanie Rady Sądowniczej. W opracowaniu napisane jest wprost, że projekt może pogorszyć indeksy i ratingi gospodarcze Polski. Pytanie zatem dlaczego jest wprowadzany. Gdyby doszło do obniżki ratingu, należy spodziewać się silnego osłabienia złotego.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Andrzej Krzemiński, Prezes Zarządu Raiffeisen Leasing komentuje wyniki branży leasingowej w pierwszym kwartale 2016 roku
Pierwszy kwartał 2016 roku pokazał, że polska branża leasingowa wciąż rośnie w siłę. Wysoki ponad 23 proc. wzrost wartości nowych kontraktów jest powodem do radości, ale także mobilizuje nas do dalszego rozwoju usług. Ten sukces obliguje całą branżę leasingową do zaangażowania się w dalszy rozwój polskiej konkurencyjności. W Raiffeisen Leasing postanowiliśmy skupić się na rozwijaniu produktów skierowanych do polskich MŚP. Jesteśmy przekonani, że mali i średni przedsiębiorcy są siłą motoryczną polskiej gospodarki i należy im się solidne wsparcie. Dlatego od wielu lat pełnimy rolę Narodowego Pośrednika Finansowego w programach strukturalnych Unii Europejskiej. W celu wspierania polskich MŚP pozyskujemy gwarancje finansowe, dzięki którym oferujemy produkty leasingowe z obniżonymi wymaganiami kwalifikacyjnymi. Obecnie wraz z Europejskim Funduszem Inwestycyjnym angażujemy się we wspieranie innowacyjności polskich przedsiębiorstw. Przystąpiliśmy do programu Horyzont 2020 i od 1 maja 2016 r. uruchomiliśmy ofertę z gwarancjami finansowymi Innovfin. Dzięki temu programowi polscy przedsiębiorcy mogą pozyskać preferencyjne źródło finansowania badań i innowacji. Wierzymy, że współpraca branży finansowej i instytucji europejskich przyczyni się nie tylko do rozwoju polskiego leasingu, ale przede wszystkim w realny sposób wesprze budowanie konkurencyjności polskich przedsiębiorstw na arenie międzynarodowej.
Rok 2016 ma przynieść kolejny, około 4% wzrost na rynku HoReCa osiągając przy tym wartość 26,2 mld zł[1]. W Polsce branża ta coraz bardziej się rozwija i dorównuje światowym standardom. Świadczy o tym m.in powiększająca się liczba polskich restauracji znajdujących się w przewodniku Main Cities of Europe, czy też wysoka pozycja w czołówce najbardziej przyjaznych hoteli w Europie. Dodatkowym czynnikiem pobudzającym rozwój branży może okazać się rządowy program 500+. Według szacunków dzięki niemu nawet 500 mln zł zostanie wydanych w sektorze usług HoReCa.
–„Rzeczywiście, rynek gastronomiczno-hotelarski zwiększa swoje obroty. Potwierdza to chociażby fakt, że w roku 2015, w porównaniu z rokiem wcześniejszym, liczba udzielonych noclegów w obiektach noclegowych wzrosła o ok. 9%. Istotną kwestią jest także to, że o taki sam procent zwiększyło się przeciętne średnie wynagrodzenie w sekcji zakwaterowania i gastronomii, co niewątpliwie podnosi motywację pracowników do pracy. Właściciele restauracji przy podejmowaniu decyzji o zakupie produktów coraz częściej najpierw zwracają uwagę na jakość, dopiero później na cenę. To wszystko przekłada się na wyniki, jaki polski rynek osiąga w europejskich rankingach. Uzyskanie gwiazdki Michelin przez drugą warszawską restaurację oraz zajęcie 5 miejsca w Europie w rankingu gościnności jest powodem do dumy[2]” – mówi Patryk Komisarczyk z Loyd Horeca Services.
Analitycy PMR prognozują dalszy wzrost rynku usług HoReCa, a za liderów branży uznają sektory gastronomii hotelowej i cateringu. Sektor biznesowy związany z tym typem usług jest jednym z najbardziej dynamicznie rozwijających się na świecie. Specjaliści przewidują, że do 2020 r. powiększy się on aż trzykrotnie. Szczególnie rozwija się sektor usług typu „hospitality management”. Termin ten odnosi się do działalności usługowej w branży turystycznej, skupiającej się na wspomaganiu inwestorów w prowadzeniu restauracji, hoteli, planowaniu i organizacji wydarzeń, spotkań czy innych aktywności związanych z organizacją czasu i pobytu gości w danym miejscu. Konsumenci z roku na rok stają się bardziej wymagający i coraz ciężej sprostać ich oczekiwaniom w każdym aspekcie. Dobrym rozwiązaniem w takiej sytuacji staje się więc outsourcing.
–„Usługi outsourcingowe w gastronomi to nie tylko delegacja prostych obowiązków biurowych, czy kadrowych poza struktury firmy. Nowoczesny outsourcing gastronomiczny to tak zwane hospitality management, czyli kompleksowe zarządzanie hotelami, restauracjami czy organizacją czasu wolnego. Zarządzanie gościnnością to szereg nowoczesnych metod gospodarowania usługami hotelarsko-gastronomicznymi, w skład których wchodzą systemy kontrolingu poziomu jakości usług gościnnych, zarządzanie relacjami z gośćmi oraz badanie ich opinii. Outsourcing gastronomiczny to także nowoczesne narzędzia marketingu i promocji gościnności usługowej” – mówi Patryk Komisarczyk. Dzięki skorzystaniu z kompleksowych usług delegowania obowiązków osoby, które zdecydowały na inwestycję w branży HoReCa, mogą wypracować bądź zwiększyć przewagę konkurencyjną swojego przedsięwzięcia. Dzięki synergiczności działań, a także poprzez ograniczanie kosztów operacyjnych, outsourcing gastronomiczny staje się atrakcyjnym rozwiązaniem także dla tych inwestycji, które borykają się z problemami finansowymi.
–„Skorzystanie z modelu outsourcingu gastronomicznego jest dobrym rozwiązaniem z wielu względów. Rozsądnie dobrany partner pomoże nam zarówno w otworzeniu nowego hotelu, czy restauracji, począwszy od zaprojektowania pomieszczeń, kończąc na zatrudnieniu profesjonalnego personelu. Takie działania pozwalają zaoszczędzić czas i skupić się na najważniejszych kwestiach dla danego podmiotu. Jeżeli odpowiednio wybierzemy operatora naszej inwestycji, zarówno hotelowej jak i restauracyjnej, możemy być spokojni o podniesienie jej rentowności. Dobry outsoucer to partner, który zna potrzeby i struktury lokalnego rynku, który ma know-how a jego model biznesowy oparty jest o zasady zrównoważonego rozwoju i dostosowany jest do wymagań rynku gastronomicznego” – kończy Patryk Komisarczyk.
Branża HoReCa to jedna z najbardziej złożonych gałęzi sektora usługowego. Istotną rolę odgrywa w niej bardzo dużo elementów, takich jak zarządzanie personelem, czy też pozyskiwanie odpowiednich produktów. Dodatkowo jest uzależniona od bardzo wielu czynników. Wymienione okoliczności sprawiają, że efektywne zarządzanie wszystkimi aspektami w tej branży jest bardzo trudne, jednak nie niemożliwe.