Słaby rok dla polskiego rynku akcji. W ciągu ostatnich 12 miesięcy WIG20 stracił ponad 18 procent

Mijający rok nie był udany dla polskiego rynku akcji. Po dobrym początku, notowania przeszły w trend spadkowy. Najgorzej radził sobie indeks największych spółek. WIG20 w skali ostatnich 12-miesięcy znajduje się ponad 18 procent pod kreską. Lepiej jest w przypadku małych i średnich spółek, których stopy zwrotu kształtują się na poziomie jednocyfrowego zysku. Choć perspektywy polskiej gospodarki na przyszły rok są bardzo dobre, to o kształcie rynku w 2016 roku zdecyduje sentyment inwestorów zagranicznych oraz czynniki polityczne.

Rok 2015 był bardzo ciekawym rokiem. Po pierwsze na początku 2015 roku wydawało się, że są szanse, że WIG zbliży się do poziomu 60 tys. punktów, czyli wzrośnie wyraźnie ponad kilkanaście procent. Na początku, jeszcze w I kw. wydawało się, że są na to spore szanse – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Sobiesław Kozłowski, koordynator ds. analiz giełdowych Domu Maklerskiego Raiffeisen Bank Polska.

W okresie od stycznia do końca kwietnia 2015 roku indeks szerokiego rynku WIG zanotował niemal 10-procentowy wzrost, przekraczając poziom 57 tys. punktów. Jeszcze lepiej radziły sobie w tym czasie indeksy małych i średnich spółek – sWIG80 oraz mWIG40 zyskały na wartości odpowiednio blisko 14 i 11 procent.

Zaskoczeniem in minus są natomiast te największe spółki, które jeszcze do marca, kwietnia radziły sobie przyzwoicie, były na plusie. Lecz drugiej strony od momentu wyborów prezydenckich, czyli mniej więcej od maja, czerwca WIG20 jest w wyraźnym trendzie spadkowym – ocenia analityk.

Indeks WIG20 w skali całego roku znajduje się na ponad 18-procentowym minusie. Od czasu majowych szczytów strata wynosi ponad 25 procent. Nawet po uwzględnieniu dywidend wypłacanych przed poszczególne spółki, inwestorzy od stycznia stracili już ponad 17 procent. Indeksowi polskich blue-chipów w największym stopniu ciążyły spółki surowcowe i energetyczne, a także banki.

Perspektywy zależą zarówno od czynników krajowych, jak też od czynników zagranicznych. Czynniki krajowe to kwestia podatku bankowego, który prawdopodobnie już jest w dużym stopniu wyjaśniony. Ustawa jednak do tej pory jeszcze nie jest uchwalona – zauważa Sobiesław Kozłowski.

Z kolei wśród czynników ryzyka zagranicznego należy wskazać negatywny sentyment wokół rynków wschodzących, do których w dalszym ciągu zalicza się Polska. Indeks MSCI Emerging Markets od początku roku stracił już ponad 15 proc. i aktualnie znajduje się poniżej poziomów, które ostatnio obserwowano w 2011 roku.

Wydaje się, że otoczenie, w którym PKB w 2016 roku może wzrosnąć o mniej więcej 3,8 procent a stopa bezrobocia jest jednocyfrowa jest środowiskiem korzystnym dla inwestorów akcyjnych. Na razie mamy jednak niepewność i wyczekiwanie – tłumaczy Kozłowski.

Koordynator ds. analiz giełdowych Dom Maklerski Raiffeisen Bank Polska uważa, że w długoterminowej perspektywie inwestycyjnej obecnie jest dobry moment do kupna akcji. Inwestycji należy jednak dokonywać selektywnie, pamiętając o odpowiednim zarządzaniu ryzykiem.

Trudno w tej chwili jednoznacznie przesądzić, jakie będzie rozstrzygnięcie odnośnie do OFE. Zgadzam się, że to jest czynnik ryzyka szczególnie dla tych spółek, w których OFE mają ponad 40-50 proc. akcji –mówi ekspert o ewentualnej rewizji polskiego systemu emerytalnego.

Wśród największych dwudziestu spółek dwucyfrowy udział otwartych funduszy emerytalnych mają Asseco Poland, PKN Orlen i PKO BP. Sięga on jednak maksymalnie 23,5 proc. w przypadku pierwszej z tych spółek. Analityk zaznacza jednak, że w obecnej chwili dla inwestorów ważniejsze są wyniki finansowe osiągane przez poszczególne spółki niż ryzyko ze strony OFE.

I. Morawski (BIZ Bank): Zmiany na szczytach władz oraz niska inflacja mogą skłonić RPP do obniżenia stóp procentowych w 2016 r. Cięcia mogą wynieść nawet 50 pkt bazowych

CEO Magazyn Polska

Program „Rodzina 500 plus” powinien stanowić istotny czynnik pobudzający wzrost konsumpcji oraz wspierający dynamikę wzrostu gospodarczego w 2016 roku. Może przy tym jednocześnie tworzyć pewną presję inflacyjną, która nie powinna wyrwać się spoza kontroli – uważa Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku. W obliczu niskiej inflacji oraz zmian politycznych możliwe jest natomiast obniżenie stóp procentowych. RPP w perspektywie najbliższych miesięcy może dokonać cięć o 25 lub nawet 50 pkt bazowych.

– Istotnym czynnikiem, który może podbić nastroje konsumentów i konsumpcję będzie program „500 Plus”. Miliony polskich rodzin otrzymają od kwietnia dotacje na dzieci, które prawdopodobnie w dużej mierze zostaną wydane – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku.

Program przewiduje, że na każde drugie i kolejne dziecko rodzina otrzyma świadczenie wychowawcze w kwocie 500 złotych netto miesięcznie. Wsparcie będzie można otrzymać także w przypadku posiadania tylko jednego dziecka. Tu kryterium będzie dochód na osobę w rodzinie w kwocie nie przekraczającej 800 zł na osobę lub 1200 zł, kiedy rodzice opiekują się dzieckiem niepełnosprawnym.

– To może być wsparcie dla konsumpcji. Natomiast trzeba pamiętać, że będzie to czynnik jednorazowy. To nie jest trwałe wsparcie dla wzrostu gospodarczego. Najciekawsze pytanie brzmi, czy to podniesie dzietność. Tego nie wiemy. Zobaczymy za parę lat – ocenia Morawski.

Ekspert dodaje przy tym, że program „Rodzina 500 plus”  będzie oddziaływać także na wzrost inflacji. Jest to o tyle istotne, że od sierpnia 2014 roku mamy w Polsce do czynienia z ujemną dynamiką wzrostu cen. Działania rządu mogą, więc pomóc w powrocie naszego kraju na ścieżkę inflacyjną.

– Czynniki, które blokują silny wzrost inflacji są jednak tak znaczące, że wątpię czy będziemy mieć do czynienia z wymknięciem się inflacji spod kontroli – tłumaczy.

Ekonomista prognozuje, że w 2016 roku średni poziom inflacji nie powinien przekroczyć 1 procenta. Przedstawiciel BIZ Banku odnosi się także do kwestii polityki stóp procentowych prowadzonej przez Radę Polityki Pieniężnej. Do tej pory wydawało się, że poziom stóp przez dłuższy czas pozostanie na niezmienionym poziomie. Jednak wraz z nadchodzącymi zmianami w składzie RPP koszt pieniądza może ulec dalszemu obniżeniu.

– Przedstawiciele nowego rządu otwarcie deklarowali, że chcieliby, aby nowa rada polityki pieniężnej stopy procentowe obniżyła, a przecież rząd ma duży wpływ na to, kto w radzie polityki się znajdzie – wyjaśnia.

Aktualny poziom stopy referencyjnej znajduje się na historycznie niskim poziomie i wynosi jedynie 1,50 procenta. Jednak ryzyko polityczne w połączeniu z niską inflacją mogą sprawić że w najbliższych miesiącach Rada Polityki Pieniężnej dokona cięć stóp procentowych o 25 lub nawet 50 pkt bazowych.

– Natomiast, nie jest to scenariusz pewny. Oczekuję, że stopy procentowe zostaną obniżone o dwadzieścia pięć do pięćdziesięciu punktów bazowych na wiosnę – stwierdza Morawski.

Enter Air w Nowym Roku liczy na utrzymanie pozycji rynkowego lidera oraz zwiększenie przewagi nad konkurencją

CEO Magazyn Polska

W 2016 roku Enter Air liczy na utrzymanie pozycji lidera polskiego rynku przewozów czarterowych oraz kilkunastoprocentowy wzrost sprzedaży. Dla spółki istotne źródło przychodów stanowią także przeloty międzynarodowe, które świadczy we współpracy z touroperatorami. Dzięki temu flota, którą dysponuje przewoźnik jest znacznie efektywniej wykorzystywana. Spółka prowadzi także usługi szkoleniowe – kształcąc przyszłych pilotów Boeingów 737.

– Początek 2015 roku zaczął się dla nas lekkimi turbulencjami – pamiętamy kłopoty Grecji i duży znak zapytania, czy ten kraj zostanie w strefie euro. Jednocześnie trochę niepokojów w Afryce Północnej, spowodowały zawirowania na rynku – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Kobielski, członek zarządu ds. handlowych w spółce Enter Air.

Rozmówca dodaje jednak, że z punktu widzenia obsłużonej ilości pasażerów wymienione czynniki nie miały dla spółki Enter Air żadnego znaczenia. Zmianie uległy jedynie destynacje wybierane przez podróżnych – zamiast lotów do Egiptu, duża cześć z nich poleciała do Bułgarii czy Hiszpanii.

Według danych za 2014 rok łączna ilość przewiezionych pasażerów wyniosła 1,5 mln, z czego 0,3 mln skorzystało z usług spółki Enter Air na trasach międzynarodowych.

– Nasz model biznesowy jest oparty w dużej mierze o dystrybucję pojemności naszych samolotów. Klient biznesowy, czyli touroperator kupuje dziewięćdziesiąt kilka procent całej naszej pojemności, którą jesteśmy w stanie zaoferować rynkowi – Andrzej Kobielski tłumaczy jak wygląda model biznesowy, który przyjął przewoźnik.

Pozostałe miejsca oferowane są pasażerom indywidualnym, którzy mogą zarezerwować lot bezpośrednio poprzez stronę internetową spółki.

W 2016 roku Enter Air spodziewa się kilkunastoprocentowego tempa wzrostu przychodów. Dzięki temu spółka ma zamiar utrzymać pozycję rynkowego lidera (obecnie posiada 31,6 proc. udziału w rynku polskich przewozów czarterowych) lub zwiększyć swoją przewagę nad konkurencją.

– Naszym podstawowym produktem jest przewóz pasażerów z jednego lotniska na lotnisko docelowe. Mamy w ofercie także usługę szkolenia pilotów, ośrodek szkoleniowy i ten segment jak najbardziej eksploatujemy. W tej chwili kolejka chętnych do tego, aby uzyskać licencję pilota na samolot typu Boeing 737 przekracza 2 lata – tłumaczy Andrzej Kobielski.

Menadżer precyzuje, że ilość chętnych jest tak duża, że osoby które dziś zgłoszą się na szkolenie prowadzone przez spółkę Enter Air będą mogli rozpocząć je dopiero na początku 2018 roku. Oprócz usług szkoleniowych istotne źródło przychodów stanowi także sprzedaż pokładowa. W ofercie znajdują się głównie produkty spożywcze oraz artykuły butikowe.

– W tej chwili współpracujemy z największymi polskim touroperatorami, co gwarantuje dużą stabilność i bezpieczeństwo również dla klienta końcowego. Duzi touroperatorzy mają w swoim portfelu wszystkie kierunki, dzięki temu nawet, gdyby na rynku działy się jakieś nieplanowane zdarzenia, to bardzo łatwo jest przekierować strumień pasażerów na te, które są bezpieczne – wyjaśnia.

Ekspert wskazuje przy tym na dużą sezonowość panującą na rynku przewozów lotniczych. Zdecydowana większość ruchu przypada na okres od czerwca do września. Na pozostałe miesiące przypada zaledwie 1/4 pasażerów.

– Radzimy sobie z tą sezonowością w trochę inny sposób. Ponad 1/3 naszej aktywności jest prowadzona poza granicami Polski. Jesteśmy dość dużym eksporterem usług i działamy na rynkach Europy Zachodniej, we Francji, w Wielkiej Brytanii, również w Izraelu, gdzie ta sezonowość jest znacznie mniejsza – stwierdza.

Dzięki temu flota spółki, na którą składa się łącznie 17 samolotów typu Boeing 737-400 i 737-800 jest wykorzystywana w możliwie efektywny sposób.

Według danych za okres I – III kwartał 2015 roku Enter Air osiągnął narastająco 648,5 mln złotych przychodów ze sprzedaży (wzrost o 5,4 proc. r/r). Zysk netto w tym okresie wyniósł natomiast aż 40 mln zł. To aż o 148 proc. więcej, niż w tym samym okresie rok wcześniej.

Prawa do akcji spółki Enter Air zadebiutowały w połowie grudnia 2015 roku na głównym rynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

ORP Ślązak może zostać oddany nawet 18 miesięcy później niż zakładano. Pod znakiem zapytania stoi realizacja programów na kolejne okręty wojenne

CEO Magazyn Polska

Opóźnienie w oddaniu ORP Ślązak może sięgać nawet 18 miesięcy – ocenia kmdr por. rez. Maksymilian Dura, dziennikarz portalu Defence24.pl. Prace mogą trwać niemal dwukrotnie dłużej, niż deklarowała Stocznia Marynarki Wojennej. W konsekwencji duże straty poniesie Marynarka Wojenna. Opóźnienie jest także niekorzystne dla realizacji dalszych elementów programu modernizacji polskich sił zbrojnych. SMW, która jest spółką w upadłości, ma być również wykonawcą sześciu okrętów w ramach programów Miecznik i Czapla.

Już ponad miesiąc temu zwracaliśmy się z pytaniem do MON-u, czy jest opóźnienie w oddaniu ORP Ślązak. Wówczas mówiono, że harmonogram jest realizowany w normie. Teraz jednak okazuje się, że takie opóźnienie jest. Mówi się, że może ono wynieść kilkanaście miesięcy – mówi agencji Newseria Biznes komandor porucznik rezerwy Maksymilian Dura, dziennikarz portalu Defance24.pl.

Stocznia Marynarki Wojennej deklarowała w kontrakcie podpisanym w 2013 roku, że okręt zostanie oddany w listopadzie 2016 roku. Wszystko wskazuje jednak na to, że choć firma Thales dostarczyła już wszystkie urządzenia, to prace potrwają niemal dwukrotnie dłużej, niż zakładano, a opóźnienie może sięgnąć nawet 18 miesięcy.

Czas opóźnień, a także ewentualne konsekwencje umowne zostaną doprecyzowane w I kwartale 2016 r. po przeprowadzeniu analizy szczegółowego harmonogramu budowy okrętu, do opracowania którego została zobligowana Stocznia Marynarki Wojennej SA w upadłości likwidacyjnej, oraz po zakończeniu rozmów z wykonawcą budowy (SMW) i dostawcami poszczególnych elementów Zintegrowanego Systemu Walki (Thales Nederland B.V. i PBP Enamor sp. z o.o.) – podkreśla Ministerstwo Obrony Narodowej w korespondencji z Newserią.

MON wskazuje, że „w ramach rutynowej procedury nadzorczo-rozliczeniowej stwierdzono brak możliwości montażu elementów ZSW na platformie okrętu ORP Ślązak przez SMW. Konsekwencją powyższego było zainicjowanie procesu oceny stanu realizacji umowy oraz ustalenia przyczyn zaistniałego stanu rzeczy. Wstępna ocena wykazała występowanie problemów w SMW w zakresie zarządzania projektem o tak skomplikowanym poziomie technologiczno-technicznym, co przyczyniło się do powstania opóźnień, które wstępnie szacowane są na kilkanaście miesięcy.

W stoczni pracują ludzie, którzy mają doświadczenie w remontowaniu jednostek, natomiast my tutaj mówimy o budowie nowego okrętu, bardzo skomplikowanego, z okrętowym systemem walki, z którym w Polsce nigdy nie mieliśmy do czynienia. Pamiętajmy o tym, że budowa okrętów to jest uruchomienie całej sieci dostawców, których my nie mamy tak naprawdę i to będzie problem – mówi Maksymilian Dura.

Ekspert ocenia, że konsekwencje opóźnień mogą okazać się bardzo kosztowne. Przede wszystkim wykonawca prawdopodobnie będzie musiał zapłacić milionowe kary umowne. Dokładna umowa i jej koszty nie są znane, jednak przy niedotrzymaniu terminu naprawy ORP Orzeł kary za każdy dzień opóźnienia wynosiły od 0,2 do 0,5 proc. wartości zamówienia. Jeśli wysokość kontraktu jest podobna do dwóch ostatnich umów podpisanych z Thales Nederland i polskim Enamor, które wyceniono na ok. 400 mln zł, to można ocenić, że każdy dzień zwłoki może kosztować od 0,2 do 0,5 mln euro dziennie. Przy 18-miesięcznym opóźnieniu może być to nawet 270 mln euro, choć ostateczne koszty mogą okazać się znacznie wyższe – wynika z analizy Defence24.pl.

Jest jednak o wiele większe niebezpieczeństwo. Stocznia Marynarki Wojennej jest cały czas lansowana jako najlepszy wykonawca dla przyszłych programów Miecznik i Czapla, czyli sześciu okrętów, które w przyszłości mają być trzonem Marynarki Wojennej. Jeżeli będą one realizowane podobnie jak program Ślązak, to MW nie zobaczy nowych okrętów jeszcze przez długi czas – ostrzega Maksymilian Dura. – Należałoby się zastanowić nad tym, czy nie dlatego ukrywano opóźnienie, żeby Stocznia Marynarki Wojennej mogła dostać ten kontrakt – podkreśla.

Opóźnienie ma też remont okrętu podwodnego Orzeł (z marca 2015 do prawdopodobnie lutego 2016 roku).

Ekspert podkreśla, że istotne jest równe traktowanie przy przetargach wszystkich podmiotów, również zagranicznych. Wygrana firmy z innego kraju nie musi oznaczać, że statki będą budowane poza granicami Polski. Rodzime firmy mogą odgrywać znaczącą rolę w tym procesie, ale kwestie zarządzania powinny zostać w rękach doświadczonych podmiotów – podkreśla Dura.

Stocznia Marynarki Wojennej jest w upadłości, ma problemy zarówno z uzyskaniem zamówień, jak i z podpisywaniem umów. Dlatego potrzebna jest „czapa”, którą w przypadku Miecznika i Czapli była Polska Grupa Zbrojeniowa. Natomiast tak naprawdę to ogromy problem, skąd stocznia ma na to wziąć pieniądze – przekonuje Maksymilian Dura. – Trzeba pamiętać o tym, że programy okrętowe to nie jest źródło dochodów dla Stoczni Marynarki Wojennej. To jest źródło okrętów dla Marynarki Wojennej.

Od stycznia duże zmiany w Kodeksie pracy. Możliwe będzie zatrudnienie pracownika tylko na trzy umowy na czas określony, maksymalnie na 33 miesiące

CEO Magazyn Polska

Od stycznia 2016 roku wchodzą w życie zmiany w Kodeksie pracy. Nowe przepisy ograniczają możliwość zawierania umów na czas określony poprzez wprowadzenie limitów w ich stosowaniu. Pracodawca będzie mógł zawrzeć tylko trzy takie umowy z jednym pracownikiem, na maksymalnie 33 miesiące. Za nieuzasadnione przekroczenie limitów pracodawcy grozi grzywna do 30 tys. zł. 

Podstawowym celem ustawodawcy w nowelizacji Kodeksu pracy było ograniczenie możliwości zawierania przez pracodawców z pracownikami umów o pracę na czas określony. Drugą zasadniczą kwestią była zrównanie pozycji pracowników zatrudnionych na podstawie umów o pracę na czas określony, z pracownikami zatrudnionymi na podstawie umów o pracę na czas nieokreślony – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Patrycja Szałas-Maciąga, adwokat z Kancelarii JS Legal.

Jedną z umów terminowych, której dotyczą zmiany w przepisach, jest umowa o pracę na okres próbny. W każdej tego typu umowie powinien zostać dookreślony cel, dla którego została zawarta. Dzięki temu ma zostać ograniczone stosowanie umów na czas próbny po raz kolejny – dotychczas pracodawcy obchodzili przepisy i decydowali się na podpisywanie właśnie takich umów, aby uniknąć zawierania tych na czas nieokreślony. Co do zasady umowa o pracę na okres próbny może być zawarta tylko raz. Ustawodawca przewidział jednak wyjątki.

Jeden z nich dotyczy zawarcia z pracownikiem ponownej umowy na okres próbny, jeśli pracownik będzie wykonywał inną pracę. Chodzi o całkowicie inne stanowisko związane z innym zakresem obowiązków i innymi kwalifikacjami. Drugi wyjątek dotyczy sytuacji, gdy dany pracodawca i pracownik zawierają po raz kolejny umowę o pracę na okres próbny dotyczącą tego samego rodzaju pracy, ale od wygaśnięcia poprzedniej minęły już trzy lata – wyjaśnia adwokat.

Ograniczone zostaną też zasady stosowania umów na czas określony. Od nowego roku pracodawca będzie mógł zawrzeć z danym pracownikiem trzy takie umowy, a łączny czas ich obowiązywania nie będzie mógł przekroczyć 33 miesięcy. Dotychczas przy umowach terminowych nie było takich ograniczeń, więc pracodawcy z takiej możliwości chętnie korzystali. Od 2016 roku to się zmieni i czwarta umowa lub każda kolejna, która przekracza okres 33 miesięcy, zostanie automatycznie uznana za zawartą na czas nieokreślony. Przewidziane są jednak sytuacje, w których możliwe będzie przekroczenie limitów.

Pierwsza dotyczy celu, jakim jest zastępowanie pracownika, którego nieobecność jest usprawiedliwiona. Druga sytuacja natomiast dotyczy umów i prac dorywczych i sezonowych. Inną kwestią jest świadczenie pracy w okresie kadencji oraz najbardziej elastyczna przesłanka – jeśli wymagają tego obiektywne przesłanki leżące po stronie pracodawcy – wymienia Szałas-Maciąga.

Jak podkreśla ekspertka, pracodawca będzie musiał wskazać przyczyny, dla których została zawarta kolejna umowa na czas określony z przekroczeniem wskazanych w ustawie limitów. Zawarcie umowy na czas określony powinno służyć zaspokojeniu rzeczywistego zapotrzebowania o charakterze okresowym i w świetle wszystkich okoliczności zawarcia umowy ma być niezbędne.

Jeśli umowa została zawarta z przyczyn obiektywnych leżących po stronie pracodawcy, powinien on wskazać je w umowie i w ciągu 5 dni roboczych od jej zawarcia przekazać do Okręgowego Inspektoratu Pracy. Jeżeli pracodawca nie dochowa tego obowiązku, będzie to wykroczenie przeciwko prawom pracownika zagrożone sankcją grzywny w wysokości od 1 tys. do 30 tys. zł – wskazuje Patrycja Szałas-Maciąga.

Nowelizacja Kodeksu pracy wprowadza też zmiany w okresach wypowiedzenia, które mają być zależne nie od rodzaju umowy, ale od długości jej obowiązywania. Przy umowach zawartych na okres krótszy niż pół roku będzie można ją wypowiedzieć z dwutygodniowym wyprzedzeniem, a z miesięcznym przy umowach zawartych na dłuższy niż półroczny okres. Jeśli zatrudnienie będzie trwało 3 lata, okres ten ulega wydłużeniu do 3 miesięcy. Tym samym pracodawcy będą musieli stosować takie same okresy wypowiedzenia przy umowach na czas określony, co w przypadku umów na czas nieokreślony.

Lotnisko Chopina uruchomi w przyszłym roku 25 nowych połączeń. Warszawski port lotniczy ma za sobą rekordowy rok

CEO Magazyn Polska

Lotnisko Chopina uruchomi w 2016 roku 25 nowych połączeń. Port lotniczy odprawił w tym roku już ponad 11 milionów pasażerów – to rekordowa ilość, która pozwala konkurować Warszawie z Pragą o miano regionalnego lidera. Polski port znajduje się przy tym w bardzo dobrej kondycji finansowej. Za 2015 rok spodziewane jest ponad 100 mln złotych zysku, a dzięki rozbudowie terminala oraz uruchomieniu nowych połączeń możliwe są kolejne rekordy. Plany na 2016 roku zakładają, że z warszawskiego lotniska odleci ponad 12 mln osób.

– To był bardzo udany rok dla Lotniska Chopina. Przede wszystkim obsłużyliśmy rekordową liczbę pasażerów – ponad 11 milionów. Jesteśmy z tego dumni i świadczy to o tym, że Lotnisko Chopina znajduje się w gronie największych i najważniejszych lotnisk w Europie, a na pewno w tej części Europy – mówi agencji informacyjnej Newseria Przemysław Przybylski, rzecznik Lotniska Chopina.

Rosnąca liczba pasażerów korzystających z warszawskiego lotniska sprawia, że coraz większa liczba przewoźników rozważa możliwość uruchomienia połączeń ze stolicy Polski. Jak dodaje rzecznik, polskim portem interesują się nie tylko linie europejskie, ale także operatorzy spoza kontynentu.

– To był bardzo udany rok również pod względem wyników finansowych. Po raz pierwszy w historii spółka Porty Lotnicze, która zarządza Lotniskiem Chopina osiągnie zysk wynoszący ponad 100 mln zł. To jest wynik przede wszystkim efektów restrukturyzacji, którą przeprowadziliśmy w zeszłym roku, jak i bardzo dobrych wyników ruchu na lotnisku – informuje Przybylski.

Rozmówca dodaje, że dla Lotniska Chopina największą konkurencję stanowią przede wszystkim Budapeszt oraz Praga. Węgierską stolicę pod względem ilości odprawianych pasażerów wyprzedziliśmy już kilka lat temu. Jeśli chodzi natomiast o Pragę, to rzecznik liczy, że uda się ją wyprzedzić już w 2016 roku. Realizacja celu ma być możliwa między innymi dzięki uruchomieniu nowych połączeń lotniczych.

– W 2016 roku uruchomionych zostanie z Warszawy co najmniej 25 zupełnie nowych tras. Linie lotnicze już ogłosiły te trasy, a kilka innych połączeń ciągle czeka na ogłoszenie. Więc tak dużej liczby nowych tras nie ma żadne inne lotnisko w Europie – stwierdza.

Jak szacuje przedstawiciel warszawskiego portu lotniczego już w 2016 roku liczba odprawionych pasażerów może przekroczyć 12 milionów. Łącznie z nowymi trasami w rozkładzie lotów na sezon zimowy znajdą się aż 83 destynacje, a także kilkadziesiąt połączeń obsługiwanych w ruchu czarterowym.

Wśród potwierdzonych połączeń międzykontynentalnych w ofercie znajdą się na pewno loty do Toronto oraz Tokio.

W 2015 roku zakończyliśmy jeden szeroko zakrojony program inwestycyjny, którego efektem jest m.in. przebudowa terminala. Nowa część terminala, którą oddaliśmy do użytku w maju, jest większa i bardziej wszechstronna, niż dotychczasowy budynek tzw. terminala buraczkowego – dodaje Przemysław Przybylski.

Dzięki modernizacji wzrosła także ilość stanowisk odprawy bagażowo-biletowej oraz kontroli bezpieczeństwa. Powiększona została także strefa komercyjna wraz z nowymi sklepami i restauracjami.

Przepustowość lotniska dzięki tej przebudowie zwiększyła się do 26 mln pasażerów rocznie. Tak więc zapas przepustowości mamy jeszcze znaczny. Nowych inwestycji na razie w najbliższym czasie nie planujemy. To, co zrobiliśmy w zeszłym roku na razie nam wystarczy – wyjaśnia.

Dalekosiężne plany lotniska Chopina zakładają natomiast dalszą rozbudowę z myślą o większej ilości pasażerów. Powstanie więcej pirsów, czyli przejść łączących lotnisko z samolotami oraz nowe stanowiska kontaktowe dla maszyn obsługujących rejsy międzykontynentalne.

To jest perspektywa najbliższych 5 lat, na razie przygotowujemy się do planowania. Później będziemy myśleć o tym jak wybierać wykonawcę i te plany realizować – zdradza rzecznik Lotniska Chopina.

Polski rynek rozwiązań chmurowych w 2015 r. jest wart 400 mln zł. Wśród nowych klientów będą największe firmy i administracja publiczna

CEO Magazyn Polska

Wiodącym trendem w 2016 roku będzie dalsza migracja do chmury coraz większych podmiotów, która napędzi wzrost całej branży cloud computingu. Znaczącym zjawiskiem stanie się też rosnące zainteresowanie administracji publicznej zaletami przetwarzania w chmurze. W najbliższej przyszłości strategicznego znaczenia nabiorą również kompetencje w zakresie wykorzystania potencjału chmury. Ich brak – według analityków – zagrozi co czwartej firmie utratą rynkowej pozycji.

Podsumowując bieżący rok, można wyróżnić trzy istotne zjawiska, które będą kształtować polski rynek w segmencie chmury. Pierwszy trend to wykorzystanie chmury przez duże podmioty – jest on efektem dojrzewania rynku usług cloud computingu, co przekłada się na stały wzrost jego wartości.

Oczekujemy dalszego wzrostu rynku chmury. W 2014 roku rósł on w tempie około 30 proc., a wszystkie prognozy dotyczące tego roku mówią, że to tempo utrzyma się na poziomie około 25 proc. W 2016 roku w Polsce może osiągnie on wartość ok. 530 mln zł – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Nawojczyk, CMO w firmie Oktawave. – Na dynamikę wzrostu rynku wpływa wykorzystanie chmury przez coraz większe przedsiębiorstwa.

Chmura zyskała zaufanie dużych graczy, którzy docenili jej zalety, tzn. elastyczność, bezpieczeństwo, dostęp na żądanie oraz obniżone koszty utrzymania infrastruktury. To, co dostrzegł biznes, zauważyła także administracja publiczna. Chodzi oczywiście o to, że przetwarzanie w chmurze może całkowicie zmienić podejście do wykorzystywania zasobów informatycznych zarówno z perspektywy użytkowników, jak i dostawców tych zasobów.

Rozwiązania chmurowe w administracji mogą służyć bezpiecznemu przechowywaniu kluczowych dla funkcjonowania państwa danych oraz tworzeniu ich kopii. To sprawdzi się zwłaszcza w przypadku poważnych cyberataków, awarii czy klęsk żywiołowych. Chmura umożliwi także tworzenie rozwiązań wysokiej dostępności, które będą reagowały na incydenty w systemie. Przetwarzanie w chmurze ponadto przyspieszy i usprawni proces załatwiania urzędowych spraw, zapewniając bezawaryjny dostęp do usług online.

Przełomem, który wpłynie na rozwój rynku chmury w najbliższej przyszłości, jest decyzja europejskiego lidera w zakresie cyfryzacji, czyli Estonii. Rząd tego państwa jako pierwszy w naszym regionie postanowił skorzystać z potencjału chmury obliczeniowej i zadecydował o migracji swoich zasobów do chmury.

Decyzja Estonii pokazuje to, co biznes zrozumiał już dużo wcześniej, że de facto chmura obliczeniowa oznacza podwyższone bezpieczeństwo, dodatkowe i lepsze zabezpieczenie swoich procesów biznesowych lub administracyjnych – mówi Dariusz Nawojczyk. – Skorzystają na tym obywatele, którzy otrzymają szybszy dostęp do danych, a przede wszystkim dostaną systemy informatyczne, które w znacznie mniejszym stopniu będą narażone na wszelkiego rodzaju przestoje, opóźnienia czy niedostępności związane z bieżącym utrzymaniem czy wprowadzaniem nowych wersji oprogramowania.

Trzecim kierunkiem rozwoju rynku chmury będą kwestie związane z bezpieczeństwem. Niespodzianką mijającego roku stała się decyzja Trybunału Sprawiedliwości UE, która podważyła porozumienie Safe Harbour. Program ten umożliwiał amerykańskim firmom przetwarzanie danych osobowych firm i instytucji z UE. W ostatnim werdykcie sędziowie ocenili jednak, że zapisy porozumienia nie gwarantują spełnienia restrykcyjnych unijnych wymagań w zakresie ochrony danych.

Ta decyzja to sygnał dla wszystkich podmiotów, które muszą szczególnie chronić dane osobowe, np. dla firm z wdrożonym certyfikatem ISO 27001, że ich dane powinny przetwarzać podmioty działające w Polsce lub w Europejskim Obszarze Gospodarczym – mówi Dariusz Nawojczyk.

Ciekawe będą zatem konsekwencje zmian legislacyjnych dotyczących przetwarzania danych, które na nowo musi wypracować UE z USA, a które zainspirują tematy związane z bezpieczeństwem.

Większe firmy widzą już dziś, że chmura obliczeniowa pozwala na zwiększenie produktywności i konkurencyjności – wyjaśnia Dariusz Nawojczyk. – Analitycy Gartnera są przekonani, że aż 25 proc. przedsiębiorstw, które nie przeniosą swoich danych do chmury obliczeniowej w ciągu najbliższych 10 lata, straci swoją obecną pozycję rynkową.

BM Reflex: Ceny ropy w przyszłym roku mogą odbić się od dna. Głównie z powodu mniejszej produkcji w USA

CEO Magazyn Polska

W ciągu ostatniego miesiąca cena ropy naftowej na londyńskiej giełdzie spadła o ponad 18 proc. We wtorek za baryłkę trzeba było płacić niecałe 37 dolarów. Analitycy BM Reflex prognozują, że w najbliższych kilku miesiącach nie będzie drastycznej zmiany cen. Większych wzrostów można spodziewać się wiosną. Długotrwałe odbicie będzie zaś możliwe dzięki ograniczeniu podaży ropy w USA.

Biorąc pod uwagę czynniki fundamentalne na rynku ropy naftowej, trzeba powiedzieć, że do połowy roku sytuacja na tym rynku pewnie nie ulegnie zmianie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Urszula Cieślak z firmy analitycznej BM Reflex. – Na przełomie tego i 2016 roku ceny ropy prawdopodobnie będą oscylowały wokół obecnego poziomu. Nieznacznie tylko mogą spaść lub wzrosnąć.

W ciągu ostatniego półrocza ropa Brent potaniała o około 42 proc. W połowie grudnia cena baryłki spadła poniżej 40 dol., we wtorek kosztowała niecałe 37 dol.

Spodziewamy się większego odbicia mniej więcej od końca lutego, marca, kiedy zwyczajowo będzie rosło wiosenne zapotrzebowanie na paliwa – prognozuje Urszula Cieślak.

W przyszłym roku jest także szansa na długotrwałe odbicie, jeśli zacznie się zmniejszać nadwyżka podaży nad popytem. Wpływ na dzisiejsze spadki cen w dużej mierze ma rewolucja łupkowa w Stanach Zjednoczonych, która sprawiła, że kraj ten stał się większym producentem tego surowca niż Arabia Saudyjska i Rosja.

W wyniku ograniczenia liczby wiertni w Stanach Zjednoczonych prawdopodobnie zacznie spadać produkcja ropy naftowej w USA, co będzie wpływało na globalną podaż ropy na rynkach. To może być ten początek zwyżek cen ropy naftowej – tłumaczy Urszula Cieślak.

Jej zdaniem średnioroczne ceny nie będą jednak znacząco odbiegać od dzisiaj notowanych poziomów.

Dla kierowców oznacza to, że niska wartość paliwa, która zapewne ukształtuje się pod koniec br., może być coraz wyższa podczas kolejnych dwunastu miesięcy – podkreśla Cieślak.

Końcówka grudnia przyniosła dalszy spadek cen na stacjach benzynowych. Benzyna 95-oktanowa potaniała o 8 gr na litrze, olej napędowy – o 10 gr, a autogaz – o 6 gr. Na części stacji ceny benzyny spadły poniżej 4 zł, a autogazu – poniżej 2 zł.

Susza i niski poziom wód gruntowych w spowodowały trudną sytuację producentów kukurydzy

CEO Magazyn Polska

Z powodu suszy i niskiego poziomu wód gruntowych bieżący rok dla producentów kukurydzy był szczególnie trudny. Mogą ucierpieć także hodowcy bydła mlecznego i mięsnego, dla których roślina ta jest podstawą produkcji pasz. Jest jednak szansa, że w przyszłym roku uda się odbudować zapasy nasion i kiszonek na pasze, o ile pogoda będzie bardziej sprzyjała, a powierzchnia upraw kukurydzy utrzyma się powyżej 1 miliona ha.

Wyzwania, jakie stoją przed rolnictwem w przyszłym roku to przede wszystkim utrzymanie poziomu produkcji i odbudowa upraw kukurydzy kiszonkowej – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Roman Warzecha z Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin przy Państwowym Instytucie Badawczym w Radzikowie, członek rady Polskiego Związku Producentów Kukurydzy. – Pozostaje ona główną, niedającą się zastąpić paszą przy produkcji mleka oraz mięsa.

Z powodu suszy i niskiego poziomu wód gruntowych bieżący rok dla producentów kukurydzy upłynął w szczególnie trudnych warunkach. Było to już czwarte dwanaście miesięcy, podczas których powierzchnia upraw przekraczała milion hektarów. Gwałtowny jej wzrost nastąpił po trudnej zimie przełomu 2011 i 2012 roku, kiedy to wymarzło 30 proc. zbóż ozimych. Utraconą powierzchnię trzeba było czymś obsiać, wielu rolników postawiło wtedy na kukurydzę. Na osiągniętym wtedy poziomie powyżej miliona ha uprawy utrzymują się do dzisiaj.

Bieżący rok był najtrudniejszy w krajowej historii kukurydzy, od kilkudziesięciu lat nie było tak dużych niedoborów wody, zwłaszcza między lipcem i sierpniem w połączeniu z tak wysokimi temperaturami – przekonuje Roman Warzecha z Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin przy Państwowym Instytucie Badawczym w Radzikowie, członek rady Polskiego Związku Producentów Kukurydzy. – Koło Warszawy, gdzie prowadzę doświadczenia w sierpniu mieliśmy zaledwie 5 mm opadów, a temperatura była o cztery stopnie wyższa niż w ubiegłym roku. Generalnie natomiast opady w sezonie wegetacyjnym były dwa razy niższe niż zazwyczaj i wyniosły zaledwie 200 ml. To nieporównywalne warunki. Tak było przy tym w przeważającej części kraju.

Kukurydza, jak przypomina Roman Warzecha, jest rośliną wymagającą wilgoci, dlatego w br. ucierpiała najbardziej ze wszystkich upraw. Ponadto jest rośliną o długiej wegetacji. W wyniku tego odnotowano znaczący spadek zbiorów ziarna. Z danych Polskiego Związku Producentów Roślin Zbożowych wynika, że zbiory kukurydzy w tym roku były niższe o 50-70 proc. od ubiegłorocznych. To oznacza zbiory rzędu 2 mln ton.

Ale sytuacja pogodowa najbardziej dotknęła uprawy kukurydzy na kiszonkę, która jest podstawą produkcji pasz dla bydła przeżuwającego, a więc także mleka i mięsa wołowego.

Paszy po prostu w pewnym momencie zabrakło – tłumaczy Roman Warzecha. – Kolby były niewykształcone, co sprawiło, że szereg zasiewów na ziarno kukurydzy sprzedano na pniu na kiszonkę, a mimo tego i tak nie udało się zabezpieczyć potrzeb do produkcji mleka oraz mięsa. Szło nam już bardzo dobrze, bo rok wcześniej po raz pierwszy wyeksportowaliśmy prawie dwa mln ton ziarna kukurydzy, która stała się wręcz naszym hitem eksportowym. W tym roku ceny natomiast nie są atrakcyjne i nie pokrywają nawet kosztów produkcji.

Roman Warzecha ma nadzieję, że w przyszłym roku uda się utrzymać powierzchnię upraw kukurydzy na poziomie przekraczającym 1 milion ha.

Wyzwania, jakie stoją przed rolnictwem w przyszłym roku to przede wszystkim utrzymanie poziomu produkcji i odbudowa upraw kukurydzy kiszonkowej – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Roman Warzecha z Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin przy Państwowym Instytucie Badawczym w Radzikowie, członek rady Polskiego Związku Producentów Kukurydzy. – Pozostaje ona główną, niedającą się zastąpić paszą przy produkcji mleka oraz mięsa.

Z powodu suszy i niskiego poziomu wód gruntowych, jak tłumaczy Roman Warzecha, bieżący rok dla producentów kukurydzy upłynął w szczególnie trudnych warunkach. Było to już czwarte dwanaście miesięcy, podczas których powierzchnia upraw przekraczała 1 milion ha. Gwałtowny jej wzrost nastąpił po trudnej zimie przełomu 2011 i 2012 roku kiedy to wymarzło 30 proc. zbóż ozimych. Utraconą powierzchnię trzeba było czymś obsiać, wielu rolników postawiło wtedy na kukurydzę. Na osiągniętym wtedy poziomie powyżej miliona ha uprawy utrzymują się do dzisiaj.

Nie jest to jednak pewne, bo mogą wystąpić problemy z zaopatrzeniem w nasiona. Z powodu suszy zmalała bowiem także produkcja w krajach, które wytwarzają nasiona na potrzeby Polski.

Nasze odmiany są specyficzne, bo muszą mieścić się w tzw. klasach wczesności, które uprawiamy w Polsce, czyli mówimy o liczbie FAO [klasa wczesności] pomiędzy 180 a 300 – tłumaczy Roman Warzecha. – Kraje południa Europy uprawiają kukurydzę późniejszą FAO 400, 500, 600, więc takich nasion nie możemy sprowadzać do Polski, bo po prostu u nas nie dojrzeją. Trzeba więc jak najszybciej zaopatrywać się w nasiona. Globalnie ich nie zabraknie, ale poszczególnych odmian na pewno będzie znacznie mniej.

Krajowa hodowla nasion zachowała się jako jedyna w nowej Unii Europejskiej. Za granicą nie wytrzymała konkurencji i obecnie zaopatruje 35 do 40 proc. rynku. W Polsce działa szereg firm hodowlano-nasiennych, koncernów międzynarodowych, takich jak KWS, Pioneer, Dekalb, czy Limagrain. Niedawno pojawiła się nowa firma Saatbau (dawna centrala nasienna w Środzie Śląskiej).

Obecnie w Polsce sprzedawane są nasiona przez około 20 podmiotów, a odmiany pochodzą z krajowego rejestru, czyli są u nas zarejestrowane i przebadane – informuje Roman Warzecha. – Ale mamy także wiele pochodzących z tzw. katalogu europejskiego, które są zarejestrowane w innych krajach UE. To wszystko, rzecz jasna, FAO 300, przystosowane dla naszych, krajowych warunków.

Rynek pracy w 2015 roku umocnił pozycję pracowników

Kondycja polskiego rynku pracy w mijającym roku była wyjątkowo dobra. Stopa bezrobocia spadła do najniższej od 2008 roku, rósł popyt inwestycyjny i konsumpcja. To wszystko przełożyło się na stabilny wzrost gospodarczy, który stymulował powstawanie nowych miejsc pracy. Wraz z umacniającym się rynkiem pracownika, wzrasta presja płacowa i rosną deficyty wśród kandydatów do pracy. Zdaniem ekspertów Work Service, w niektórych regionach Polski mamy już do czynienia z formalnym, a nie realnym problemem bezrobocia.

Rok 2015 był bezsprzecznie najlepszym rokiem na rynku pracy w ciągu ostatnich 8lat. Na przestrzeni roku bezrobocie spadło o ponad 2 pp., co przełożyło się na zmniejszenie liczby osób pozostających bez zatrudnienia o 292 tysiące. Tak dobre wyniki w ostatniej dekadzie notowaliśmy tylko raz – w 2008 roku, przed wybuchem kryzysu finansowego.

rynek-pracy-2015

Od początku tego roku obserwowaliśmy malejącą stopę bezrobocia, a także choć nieznaczny, to stabilny wzrost płac. Na koniec listopada 2015 roku średnie wynagrodzenie brutto wyniosło 4164,01zł,co stanowiło wzrost o 4 proc. rok do roku.

Dobra sytuacja gospodarcza przełożyła się w tym roku na generowanie nowych miejsc pracy. W rekordowych momentach w Urzędach Pracy zalegało ponad 120 tys. nieobsadzonych miejsc, a na szerokim rynku pracę świadczyło ponad 16 milionów Polaków. Tak wyraźne pozytywne zmiany przełożyły się również na poczucie stabilizacji wśród pracowników. Od początku roku spadł odsetek osób obawiających się o zatrudnienie z 28% do 19%, a co drugi pracujący Polak deklarował, że oczekuje wzrostu wynagrodzenia. To wskazuje trend w jakim będziemy podążać w 2016 roku. Większa dynamika wzrostu płac powinna zostać wymuszona poprzez coraz silniejszą konkurencję o kandydatów do pracy– mówi Tomasz Misiak, Prezydent Rady Nadzorczej Work Service S.A.

W jakich obszarach i gdzie znaleźć pracę

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że do po 3 kwartałach 2015 r. powstało 242,8 tys. nowych miejsc pracy. Największą liczbę zanotowało przetwórstwo przemysłowe –50,7 tys. oraz handel; naprawa pojazdów samochodowych – 64 tys. Kolejne miejsca zajęły budownictwo oraz działalność profesjonalna, naukowa i techniczna.

Spadek bezrobocia był widoczny we wszystkich województwach w kraju. Największą różnicę zanotowano w województwie Warmińsko-Mazurskim, o3,5 pp. Pomimo tej poprawy, jest to nadal województwo, które z wynikiem 15,8% notuje najwyższy poziom bezrobocia w skali całego kraju. Z kolej najniższą stopę bezrobocia odnotowano w Wielkopolsce 6,1% (spadek od stycznia 2015 r. o 1,9 punktu procentowego)

Polski rynek pracy charakteryzuje się dużym zróżnicowaniem terytorialnym. Na wschodzie obserwujemy słabszą aktywność inwestycyjną przedsiębiorstw, a to przekłada się na mniejszą liczbę nowych miejsc pracy i wyższy odsetek bezrobotnych. Z kolei w zachodnich województwach zaczynamy zbliżać się do sytuacji, w której bezrobocie ma już znamiona raczej formalne niż realne. Deficyty pracownicze potrafią być tak duże, że wypełnienie pojawiających się wakatów stanowi w wielu przypadkach jedno z kluczowych wyzwań dla pracodawców– mówi Krzysztof Inglot Pełnomocnik Zarządu Work Service S.A.

Migracje pracowników

Poprawiająca się sytuacja na rynku pracy wpłynęła na zmiany migracyjne w Polsce. Z jednej strony zmniejszyła chęci Polaków do poszukiwania pracy zarobkowej poza granicami kraju, a z drugiej strony pojawiające się deficyty pracownicze wymusiły większą otwartość na cudzoziemców.

 Z naszego raportu „Migracje zarobkowe Polaków” wynika, że ponad milion Polaków jest zdecydowanych na emigrację, a 27% planuje wyjechać na stałe. Chociaż wskaźniki te są nadal wysokie, to w porównaniu do lat poprzednich zmniejsza się liczba chętnych do opuszczenia kraju. Wyjazd do pracy za granicę, w perspektywie najbliższych miesięcy, rozważa 14,7% Polaków, będących aktywnymi lub potencjalnymi uczestnikami rynku pracy a to o 6 punktów procentowych mniej niż jeszcze na początku tego roku – podkreśla Tomasz Misiak i dodaje: Niestety w tym roku nie obserwowaliśmy wzrostu zainteresowania migracją wewnętrzną. Bony relokacyjne, nie cieszyły się dużą popularnością. Polacy nadal rzadko decydują się na zmianę miejsca zamieszkania, by podjąć pracę w innym mieście lub województwie. A często zmiana regionu może wystarczyć, aby znaleźć odpowiednie oferty zatrudnienia, bez konieczności wyjazdu z kraju.

Jednocześnie dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, pokazują coraz większy napy imigrantów zarobkowych do Polski. W pierwszym półroczu 2015 r. powiatowe urzędy pracy zarejestrowały ponad 410 tys. oświadczeń złożonych przez obcokrajowców.

Cudzoziemcy w tym roku stali się odpowiedzią na braki pracowników na lokalnych rynkach pracy. Jak pokazują nasze badania12% polskich pracodawców planuje w nadchodzących miesiącach zatrudnianie imigrantów. I nie jest to tylko poszukiwanie tańszej siły roboczej, ale potrzeba znalezienia rąk do pracy. Co więcej74% przedsiębiorców uważa, że cudzoziemcy mają zbliżone do Polaków oczekiwania finansowe, a są przy tym sumienni, posiadają międzynarodowe doświadczenie i biegle posługują się językami obcymi dodaje Krzysztof Inglot.

Rośnie rola agencji zatrudnienia

Rok 2015 był również przełomowy dla sektora HR w Polsce. Z raportu Barometr Rynku Pracy IV wynika, że już 23% polskich firm planuje poszukiwać pracowników, przy wsparciu agencji zatrudnienia. Jest to wzrost wskazań o 9 pp., co pokazuje w jak szybkim tempie rośnie ich znaczenie na rynku.

 – Już ponad milion Polaków znalazło pracę za pośrednictwem agencji zatrudnienia. Stają się one coraz istotniejszymi pracodawcami w skali kraju, ale mają również inne zadania. W tym roku rozpoczął się proces aktywizacji osób długotrwale bezrobotnych przez prywatne podmioty, a jednym z zadań na przyszłość będzie przywrócenie na rynek pracy niemal 2 milionów Polaków biernych zawodowo, którzy mają potencjał do podejmowania zatrudnienia – podsumowuje Krzysztof Inglot.

W 2016 przybędzie ćwierć miliona najemców

Rynek najmu przeżywał w roku 2015 prawdziwy rozkwit – oceniają eksperci. Tendencja wzrostowa będzie się nadal utrzymywać, zarówno z racji coraz większego zainteresowania Polaków wynajmem, a nie zakupem mieszkań, jak i za sprawą przybywających inwestorów indywidualnych, dla których kupno mieszkania na wynajem jest jedną z najzyskowniejszych obecnie form inwestycji kapitału.

 Przyczyny coraz większej popularności rynku najmu leżą głównie w postępujących tendencjach społecznych, takich jak zwiększona mobilność pracowników, niechęć do wieloletnich kredytów czy wzrost liczby rozwodów. Powodów tego trendu należy się też doszukiwać w zmianach prawnych, m.in. kolejnej modyfikacji w rekomendacji S, zgodnie z którą klienci kupujący mieszkanie na kredyt w roku 2016 powinni dysponować minimum 15-proc. wkładem własnym. Dostępność kredytów hipotecznych zapewne będzie maleć także z racji zapowiadanego podatku bankowego, który przełoży się na podwyższenie marży kredytów. Czynniki te będą też prowadzić do znaczącego wzrostu rynku zakupu mieszkań z przeznaczeniem na wynajem. – W ciągu ostatnich pięciu lat rynek najmu podwoił się i będzie dalej rosnąć. Szacujemy, że w 2016 roku w nowo wynajętych mieszkaniach zamieszka ok. 250 tys. najemców – komentuje Artur Kaźmierczak, prezes zarządu Mzuri CFI 2 – spółki celowej Grupy Mzuri, uruchomionej w ramach inicjatywy Mzuri CFI, opartej na modelu inwestowania grupowego w branży nieruchomości. –  Dzisiaj, w dużych miastach już ok. 15-20 proc. mieszkań jest kupowanych przez inwestorów z przeznaczeniem na wynajem. Spodziewamy się, że w 2016 roku odsetek ten wzrośnie do ok. 20-25 proc., co będzie napędzane m.in. odpływem kapitału z giełdy, lokat i funduszy inwestycyjnych. Należy jednak pamiętać, że ceny najmu oraz czynsze pozostaną dość stabilne, co będzie wynikać z równoważenia się sił popytu i podaży – dodaje Kaźmierczak.

We wrześniu 2015 Grupa Mzuri przeprowadziła badanie opinii inwestorów, którego wyniki jednoznacznie wskazują, iż coraz popularniejszym sposobem inwestowania w nieruchomości jest crowdfunding. – Zdaniem 74 proc. przebadanych przez nas osób, inwestowanie grupowe w nieruchomości jest dobrą formą inwestowania dla osób dysponujących relatywnie niewielkim kapitałem – podkreśla Kaźmierczak. – Pozwala ono na udział w projektach inwestycyjnych, które dla większości inwestorów są niemożliwe, jak np. zakup całych kamienic czy udział we własności dużego portfela mieszkań. Należy się zatem spodziewać wzrostu znaczenia inwestycji grupowych w mieszkania na wynajem, choć pozostaną one nadal jedynie marginesem całego rynku.

 Niewiadomą w kontekście rozwoju rynku najmu będzie działanie Funduszu Mieszkań na Wynajem, który przyczynia się do popularyzacji tej formy zapewnienia sobie dachu nad głową, choć jego praktyczny wpływ na rynek najmu – przy niecałych 400 wynajmowanych mieszkaniach – jest marginalny. – Jeżeli tylko nowy rząd nie zdecyduje zakończyć tej inicjatywy, to należy spodziewać się dalszych zakupów przez Fundusz BGK. Niemniej, jeśli nie dojdzie do znacznej dynamizacji jego działań, znaczenie tej inicjatywy będzie maleć na tle coraz większej aktywności innych inwestorów instytucjonalnych – dużych funduszy inwestycyjnych z Polski i z zagranicy, którzy bardziej uaktywnią się w przyszłym roku, choć budowane przez nich mieszkania wejdą na rynek dopiero w 2017 roku – dodaje Kaźmierczak.

O potencjale rynku najmu w Polsce świadczą też sukcesy firm działających w branży. Grupa Mzuri – lider w zakresie zarządzania najmem, w roku 2015 zanotowała wzrost zarządzanego majątku o 50 proc. Przyczyniły się do tego sukcesy inicjatyw crowdfundingowych spółki, m.in. Mzuri CFI 2, która zgromadziła ok. 2,5 mln zł, a której model biznesowy zakłada zakup portfela mieszkań po atrakcyjnych cenach, przeprowadzanie ich remontów, a następnie wynajem w celu osiągania regularnych korzyści finansowych z czynszu najmu.  Prognozowana stopa zwrotu z tej inwestycji może docelowo osiągnąć nawet 7 proc. rocznie. Jako że spółka przyjmuje formę wehikułu otwartego, potencjalni inwestorzy nie są ograniczeni terminem przystąpienia do Mzuri CFI 2.

Popołudniowy komentarz walutowy z 29.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 29.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Smartfony przejmują świat reklamy

To prawdopodobnie jedna z najmniejszych przestrzeni reklamowych świata, a mimo to z roku na rok rozwija się w dwucyfrowym tempie. O czym mowa? O reklamie na ekranie smartfona. Wedle eMarketera globalne wydatki na reklamę mobilną w tym roku sięgną 68,89 mld USD, ale już w przyszłym wyniosą ponad 101 mld USD. To rekordowy wzrost w historii reklamy digitalowej. Z kolei w Stanach Zjednoczonych do końca 2017 roku wydatki na mobile advertising mają prześcignąć wydatki na reklamę desktopową. Na czym polega magia reklamy mobilnej, na którą marketerzy przeznaczają coraz większe budżety reklamowe?

Smartfonizacja świata

Możemy już chyba mówić o „smartfonizacji świata”. eMarketer szacuje zaś, że do roku 2017 co trzeci człowiek na naszej planecie będzie posiadał inteligentny telefon. Smartfona posiada już 60 proc. Polaków, a online pozostaje blisko 16 mln z nas. Na ekran komórki spoglądamy dziś częściej, niż na ekran komputera. Według badań SlickText statystyczna osoba sprawdza swój telefon średnio 150 razy dziennie i ma go w zasięgu ręki przez 14 godzin na dobę. Wystarczy skojarzyć ze sobą te dwa fakty aby zrozumieć, dlaczego to właśnie reklama mobilna stała się teraz języczkiem u wagi dla branży marketingowej. Potencjalna publiczność, której już za kilka lat będzie można wyświetlić reklamę – będzie po prostu gigantyczna: to przecież blisko 2 mld odbiorców komunikatu!

Statystyczny Polak dziennie spędza ponad dwie godziny w Internecie w smartfonie. Dlatego reklamodawcy zdecydowali się przeznaczyć aż o 239 proc. więcej środków na reklamy mobilne niż w ubiegłym roku. Choć teraz mobile advertising przeżywa swój boom, to przez ostatnie kilka lat przebywał raczej w cieniu pozostałych formatów reklamy digitalowej. Wielu marketerów traktowało ten rynek jako mało interesujący i jeszcze niedojrzały obszar komunikacji. Teraz to właśnie mobile jest na świeczniku i na popularności zyskuje smart advertising, czyli wykorzystanie danych o zainteresowaniach i preferencjach użytkowników w reklamie smartfonowej. Dzięki analityce Big Data generowanego przez posiadaczy komórek – otrzymają oni w swoich przeglądarkach spersonalizowane komunikaty reklamowe. Jest to o tyle istotne, że w tym momencie blisko 58 proc. konsumentów skarży się na reklamy i promocje wyświetlane na małym ekranie. Zdaniem posiadaczy smartfonów komunikaty są wciąż zbyt ogólne oraz niedopasowane do ich zainteresowań. Reklamodawcy mobilni niedostatecznie wykorzystują zatem w swoich komunikatach dane o użytkownikach Sieci – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, spółki zajmującej się analizą i monetyzacją danych z Internetu desktopowego oraz mobilnego, twórca największej platformy Big Data w tej części Europy – Na rynku mobile marketingu wyróżnią się zatem ci gracze, którzy będą wiedzieli, jak trafić do konkretnego klienta ze spersonalizowaną ofertą, przygotowaną na urządzenia mobilne. A to oznacza, że wygrają ci, którzy będą wiedzieli jak zrobić użytek z danych mobilnych. Przetworzą je i przeanalizują, a następnie wyświetlą swoje reklamy odpowiednio wyselekcjonowanej („wytargetowanej”) publiczności. Skuteczność takiej reklamy jest wysoka: jak donosi BizReport aż 64 proc. posiadaczy smartfonów dokonało zakupu właśnie pod wpływem wyświetlenia  spersonalizowanej reklamy mobilnej – dodaje Piotr Prajsnar.

Mobile na fali

To właśnie rynek reklamy mobilnej stanowi dziś główny motor wzrostów globalnych wydatków reklamowych. Analitycy Zenith Optimedia szacują, że w latach 2015−2018 wydatki na tę część reklamy digitalowej będą rosły średnio o 32 proc. rocznie. I to właśnie mobile całkowicie zdominuje w tym czasie reklamę digitalową, pochłaniając aż 87 proc. wszystkich nowych środków w nią zainwestowanych. Co ciekawe – z badań Zenith Optimedia wynika również, że ten rok będzie momentem przełomowym dla branży marketingowej. Po raz pierwszy w historii więcej niż połowa (53 proc.) kampanii displayowych zostanie zakupiona w modelu programmatic buying, czyli zautomatyzowanego zakupu mediów. W nadchodzącym roku udział modelu programmatic wzrośnie już do 60 proc.

W tym roku w Stanach Zjednoczonych wydatki na samą tylko reklamę mobilną przekroczą 51 proc. całości nakładów na e-reklamę. Nic dziwnego, że mobile rośnie w siłę, skoro comScore twierdzi, że blisko połowa konsumentów w Stanach Zjednoczonych przegląda witryny e-sklepów właśnie za pomocą urządzeń mobilnych: smartfonów (34 proc.) i tabletów (14 proc.). Według badań Sharethrough spersonalizowana lub natywna reklama mobilna notuje dziś czterokrotnie większą klikalność (CTR) niż standardowy, masowy baner, a konsumenci oglądają ją aż o 53 proc. częściej, niż inne formy reklamy mobilnej.

Rewolucji reklamowej w sektorze mobile kroku dotrzymuje również Europa. IHS Technology szacuje, że europejski rynek reklam mobilnych już teraz pod względem przychodów przewyższa rynek aplikacji mobilnych. W tym roku na Starym Kontynencie reklamy mobilne mają zapewnić firmom ponad 5 mld EUR zysku – to niemal o miliard EUR więcej, niż w przypadku zysku z aplikacji mobilnych. Ta dysproporcja ma się pogłębiać w kolejnych latach: do 2018 roku zyski firm z reklam mobilnych w Europie mają przekroczyć próg 8,1 mld EUR. To o 2,8 mld EUR więcej niż zyski z aplikacji smartfonowych.

„Mobile to nie urządzenie – mobile to dane”

Mobile advertising staje się atrakcyjny dla firm nie tylko dlatego, że smartfony stały się w zasadzie przedłużeniem ludzkiej ręki i nieodłącznym towarzyszem życia. Potencjalnych reklamodawców kusi również fakt, że użytkownicy urządzeń mobilnych to dzisiaj jedni z głównych producentów danych. Dziennie generują około 5,2 PB (Petabajtów) danych. Dlatego w IBM powiada się: „Mobile to nie urządzenie – mobile to dane”. Lawinowo rosnąca ilość Big Data generowanych przez posiadaczy smartfonów to sygnał dla analityków danych, że w sektorze w Big Data trwa mobilna rewolucja, która będzie miała niebagatelne znaczenie dla analityki internetowej – i dla biznesu w ogóle.

– Urządzenia mobilne dostarczają dziś jednych z najbardziej wiarygodnych informacji o konsumentach. Dane pochodzące ze współczesnych smartfonów pozwalają łatwiej i z większą precyzją uchwycić oraz zrozumieć zachowanie użytkownika w Sieci. Posiadają nie tylko znacznie szerszy zestaw cech przydatnych do analizy, ale także większą rozdzielczość. A to oznacza, że dzięki smartfonom firmy mogą wiedzieć o swoich klientach więcej. Poza tym możliwość połączenia różnych źródeł danych, na przykład mobilnego i desktopowego Big Data, otwiera przed analitykami internetowymi całkiem nowe możliwości – mówi Piotr Prajsnar – Przetworzone dane sprawią, że reklamodawcy mobilni będą mogli lepiej rozeznać się w kwestiach preferencji i intencji zakupowych posiadaczy smartfonów, a tym samym skierować do nich komunikat skrojony na miarę ich potrzeb. W rezultacie zyskają oni możliwość efektywniejszego i bardziej precyzyjnego docierania do konkretnych targetów. Z kolei dla statystycznego użytkownika najbardziej odczuwalnym skutkiem będą po prostu lepiej spersonalizowane reklamy na jego smartfonie – dodaje CEO Cloud Technologies.

Reklama mobilna nie jest po prostu kolejnym trendem w branży marketingowej. Mobile marketing z wykorzystaniem danych na naszych oczach staje się jednym z najważniejszych obszarów rynku reklamy digitalowej. A w ciągu kilku najbliższych lat może okazać się nawet jego najważniejszym filarem. Dlatego reklamodawcy powinni uważniej przyjrzeć się małym ekranom, ponieważ to właśnie na nich w najbliższych latach rozegra się jedna z najbardziej fascynujących batalii o klienta.

Jak drogo będziemy się zadłużać?

Poznajemy coraz więcej szczegółów dodatkowych projektów przychodowych nowego rządu. Mowa o podatkach: bankowym i od sklepów wielkopowierzchniowych. Z punktu widzenia rynków ważniejszy wydaje się podatek bankowy, gdyż wygląda na to, że silnie wpłynie on na rynek obligacyjny, preferując takie inwestycje banków.

W 1 programie Polskiego Radia minister finansów Paweł Szałamacha potwierdził datę wprowadzenia podatku od sklepów wielkopowierzchniowych na 1 marca. Tak szybkie wprowadzenie tego świadczenia jest oczywiście spowodowane koniecznością wypełnienia dziury w budżecie. Nie ma jej na razie, ale z pewnością powstanie gdy rząd zacznie realizować obietnice wyborcze. Ostatnie doniesienia medialne mówią, że projekt 500zł na każde dziecko w dalszym ciągu nie ma ostatecznej wyceny. Głównym powodem jest tutaj nieznany zakres uprawnionych do tego świadczenia obywateli. Rynki patrzą podejrzliwie na wszelkie majstrowanie z budżetem. Dobrym dowodem na strach na rynkach jest oprocentowanie polskich obligacji. Im więcej inwestorzy oczekują, tym wyżej oceniają ryzyko. Obecnie po chwilowej stabilizacji w okolicach 2,7% w październiku i listopadzie znów zwracamy się w stronę 3%. Był już co prawda osiągnięty w grudniu poziom 3,3%, aczkolwiek było to podczas oczekiwania na decyzję FED. Im wyższe jest oprocentowanie obligacji tym drożej będziemy zaciągać kolejne zobowiązania, a tym samym nasz potencjalnie rosnący deficyt będzie droższy.

Ze względu na problemy z kosztem obsługi długu, a konkretnie niedyskryminowanie krajowych podmiotów, inwestycje w polskie obligacje mają nie podlegać podatkowi bankowemu. Jest to dobra wiadomość dla sektora bankowego. Zła jest taka, że stawka podatku ma wzrosnąć do 0,44%. Jaki będzie tego efekt? Rentowność obligacji szybko zostanie zbita do akceptowalnych poziomów, gdyż żeby bank podjął inną decyzję niż inwestycja w obligacje musi być ona korzystniejsza o ponad wspomniane 0,44% od inwestycji w obligacje. W ten sposób rząd zapewnia sobie tańsze finansowanie deficytu. Problemem może okazać się to, że polskie instytucje zwiększą swój udział w długu przez co zmniejszą zaangażowanie w gospodarce. Państwo wchodząc na rynek długu zawsze pogarsza warunki dla biznesu, wymuszając na nim akceptacje gorszych warunków. Ciężko przewidzieć obecnie w pełni skutki takiego manewru. Tańsze kredytowanie jest korzystne dla polskiej gospodarki. Gorszy dostęp do kredytu z kolei szkodzi gospodarce. Czas pokaże jaki będzie bilans. Z punktu widzenia rynków ten temat coraz bardziej zyskuje na znaczeniu.

Od rana poznaliśmy słabsze dane z Hiszpanii. Sprzedaż detaliczna rośnie o 3,3% wobec 6% przed rokiem. Dzisiaj przed nami już tylko indeks zaufania konsumentów – Conference Board – o godzinie 16:00. Po nocy opublikowane zostaną dane na temat tygodniowej zmiany zapasów paliw w USA. Nadprodukcja ropy i rosnące zapasy wpływają na spadki cen czarnego złota.

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 29.09.2015 do 29.12.2015Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 29.09.2015 do 29.12.2015

Kurs EUR/PLN po ostatnich spadkach przeszedł z trendu wzrostowego w boczny. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,3650 gdzie znajduje się ostatnie maksimum lokalne. W przypadku spadków wsparcie stanowić będzie linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na 4,2250. Jest to poziom, na którym kurs już dwukrotnie odbił się w górę.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 29.09.2015 do 29.12.2015Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 29.09.2015 do 29.12.2015

Kurs CHF/PLN przeszedł z trendu wzrostowego w boczny. Gdyby doszło do powrotu do wzrostów istotnym poziomem są wciąż okolice 4,0400, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem są testowane obecnie okolice 3,9000-3,9100, na których to kurs wielokrotnie odbijał w górę.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 29.09.2015 do 29.12.2015Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 29.09.2015 do 29.12.2015

Kurs USD/PLN powrócił do trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,0450. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem minima lokalne na 3,8400, gdzie kurs odbijał się na początku listopada.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 29.09.2015 do 29.12.2015Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 29.09.2015 do 29.12.2015

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił. Najbliższym oporem dla ruchu w górę jest krótkookresowa linia spadkowa na poziomie 5,8500. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest dopiero minimum stanowiące punkt wyjścia do obecnego ruchu wzrostowego, czyli poziom 5,6600.

Popołudniowy komentarz walutowy z 28.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 28.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Rośnie polski eksport

W tym roku wartość polskiego eksportu będzie o 7,5 proc. wyższa niż w 2014 r. (ujęcie nominalne, w EUR). Prognoza na 2016 r. jest jeszcze lepsza: wzrost eksportu powinien wynieść nawet 10-11 proc. Największym wyzwaniem w kolejnych miesiącach pozostaje większa dywersyfikacja rynków zbytu oraz wzrost wolumenów eksportu do krajów pozaeuropejskich. W średnio i długoterminowej perspektywie głównym celem polskiej gospodarki musi być wzrost produkcji i eksportu towarów zaawansowanych technologicznie i innowacyjnych.

eksport– Po bardzo dobrym roku 2015, kiedy szacujemy że polski eksport osiągnie wartość nominalną 170 mld euro, prognozujemy, że rok 2016 będzie jeszcze lepszy. Nasze szacunki zakładają 11 proc. wzrost – mówi newsrm.tv Robert Antczak, dyrektor Sprzedaży Produktów Bankowości Korporacyjnej Banku Zachodniego WBK.

W mijającym roku najaktywniejsze w eksporcie były te branże, które historycznie od lat opierają swoją działalność o sprzedaż na zagranicznych rynkach: motoryzacyjna, maszyn i urządzeń (w tym elektrycznych) oraz sektor rolno-spożywczy.

Większa dywersyfikacja rynków zbytu będzie coraz pilniejszą potrzebą polskiego eksportu. – W wielu branżach, np. w branży spożywczej możliwości wzrostu na rynku europejskim są coraz mniejsze. To rynek może łatwiejszy logistycznie, ale skrajnie konkurencyjny, podczas gdy w innych, dalszych regionach w co najmniej kilku branżach istnieje popyt, który polscy producenci mogliby z sukcesem zaspokoić. Możliwości są potencjalnie nieskończone, choć rzeczywiście istnieje kilka „dopasowań” nowych kierunków dla naszych branż, gdzie perspektywy wydają się szczególnie dobre – mówi Robert Antczak i podaje kilka przykładów: polskie słodycze oraz mleko w Chinach i wybranych krajach Azji Południowo-Wschodniej, kosmetyki, biżuteria i inne towary luksusowe na Bliskim Wschodzie, produkty ze zbóż w Afryce Północnej, części i podzespoły dla branż automotive i lotniczej w Ameryce Południowej.

Jeśli chodzi o nieco dalszą przyszłość polskiego eksportu, to o ile polskie firmy będą inwestować w dywersyfikację i nie zmaterializują się główne ryzyka dla polskiego handlu zagranicznego polski eksport może go zakończyć z wynikiem nawet 11 proc. na plusie. Wśród największych zagrożeń wymienia ewentualne konflikty społeczno-polityczne destabilizujące światową i europejską gospodarkę, jak również ich konsekwencje: zamknięte rynki docelowe czy nagłe wahania kursów walut. 

Dostawcze trojaczki z Valenciennes

Pamiętacie trojaczki z Kolina? Ich historia zaczęła się w 2005 roku. Na Salonie Samochodowym w Genewie zaprezentowano wtedy trzy blisko spokrewnione ze sobą modele. Wszystkie powstawały w fabryce w czeskim Kolinie, każdy z nich był jednak nieco inny i nazywał się zupełnie inaczej: Toyota Aygo, Citroën C1 i Peugeot 107. Dziesięć lat później Salon Samochodowy w Genewie będzie miejscem premiery lekkiego samochodu dostawczego – najnowszego wspólnego projektu Toyoty, Peugeota i Citroëna. 

 large_proace_03Nareszcie możemy spodziewać się godnego konkurenta dla Volkswagena Transportera. Nowe trojaczki z zakładów we francuskim Valenciennes to mieszanka japońskiej technologii i francuskiego stylu oraz najwyższych standardów bezpieczeństwa, co potwierdziły już zaliczone na pięć gwiazdek testy Euro NCAP. Nowy produkt Toyoty i PSA – w zależności od wersji nadwozia – może być lekkim samochodem dostawczym, pojazdem do transportu osób albo przestronnym autem rodzinnym. Podobnie jak w przypadku trojaczków segmentu A, dostawczo-osobowy samochód będzie występować w trzech wersjach, pod trzema markami i nazwami: Toyota ProAce, Citroën Spacetourer i Peugeot Traveller.

Samochody zadebiutują na genewskim salonie w marcu i trafią na rynek w pierwszej połowie 2016 roku. Nowe modele koncernów Toyota i PSA to odpowiedź na rosnące zapotrzebowanie europejskiego rynku na lekkie pojazdy użytkowe średnich rozmiarów. Bliźniacze modele osobowo-użytkowych samochodów pojawią się na rynku w tym samym czasie. Będą dostępne w wersjach: combi, przeznaczonej dla prywatnych użytkowników oraz w shuttle – do przewozów wahadłowych dla zawodowych przewoźników. Toyota ProAce będzie oferowana w wersjach osobowej i furgon.

Toyota Motor Europe i PSA podjęły współpracę przy budowie samochodów dostawczych już w 2012 roku. W jej ramach został zaprojektowany pierwszy model ProAce, spokrewniony z Peugeotem Expertem i Citroënem Jumpy. Najnowszy samochód to kolejny etap realizacji umowy o współpracy koncernów, obowiązującej do 2020 roku. Toyoty ProAce były od 2013 roku projektowane na bazie istniejących samochodów Peugeota i Citroëna. Podpisana w 2012 roku umowa przewidywała również wspólne opracowanie samochodów następnej generacji. Zgodnie z założeniami, współpraca ma sięgać kolejnego dziesięciolecia.

– Cieszymy się, że rozpoczęta w 2012 roku współpraca z PSA Peugeot Citroën doprowadziła do powstania całkowicie nowej generacji Toyoty ProAce. To owoc ciężkiej pracy, zarówno wspólnej, jak i wykonanej na poziomie każdej z marek. Nowa Toyota ProAce i wszystkie jej odmiany wzbogacą gamę solidnych i trwałych samochodów, jakich oczekują od nas klienci – oświadczył Johan van Zyl, prezes spółki Toyota Motor Europe.

Podpisana umowa umożliwiła nam opracowanie nowej platformy, dzięki której możemy oferować naszym klientom na całym świecie nowoczesne samochody, wyjątkowo konkurencyjne w tym segmencie powiedział Patrice Lucas, dyrektor ds. programów i strategii w PSA Peugeot Citroën. 

Głównym celem współpracy obu koncernów jest zaoferowanie konkurencyjnego produktu w segmencie średniej wielkości samochodów dostawczych, busów i kombi. Pomóc ma w tym optymalizacja kosztów rozwoju i produkcji. Podobnie działają też inne koncerny, czego przykładem mogą być osobowo-dostawcze bliźniaki Citan i Kangoo, wspólne dzieło Mercedesa i Renault, produkowane w jednej fabryce we Francji oraz spokrewniona z nimi Dacia Dokker, technicznie bazująca na modelu Lodgy.

Nowe trojaczki Toyoty i PSA są produkowane w zakładzie Peugeot Citroën – Sevel Nord we francuskim Valenciennes. Toyota Motor Europe pokryła część kosztów prac rozwojowych oraz inwestycji, niezbędnych do produkcji nowych modeli. Wszystkie trzy modele mają te same charakterystyki techniczne, silniki i wyposażenie, ale zachowują odrębną stylistykę, typową dla każdej z marek.

 Dodajmy, że nowa Toyota ProAce, znana także jako Citroën Spacetourer i Peugeot Traveller, przeszła już testy bezpieczeństwa czynnego i biernego Euro NCAP, zdobywając maksymalną notę 5 gwiazdek. Samochód uzyskał wynik na poziomie 87% za ochronę kierowcy i dorosłych pasażerów oraz aż 91% za ochronę dzieci. Maksymalną liczbę punktów zdobył za bezpieczeństwo dzieci w wieku 1,5 roku oraz ochronę pasażerów w zderzeniu bocznym.

Program testów Euro NCAP obejmuje cztery aspekty: bezpieczeństwo kierowcy i dorosłych pasażerów, bezpieczeństwo dzieci, ochronę pieszych oraz dostępność i skuteczność działania systemów bezpieczeństwa. Testy potwierdziły, że przedział pasażerski jest stabilny i zapewnia dobrą ochronę osobom we wnętrzu: zderzenie czołowe ani boczne nie niesie ze sobą większych zagrożeń. Uznanie zyskała także dobrze widoczna kontrolka działania poduszki powietrznej pasażera. Dzięki niej kierowca ma pewność, że poduszka jest wyłączona, kiedy na przednim siedzeniu znajduje się dziecko w foteliku.

Toyota Motor Europe kieruje na naszym kontynencie sprzedażą samochodów Toyoty i Lexusa, części i akcesoriów oraz produkcją i pracami konstrukcyjnymi. Zatrudnia ok. 20 tys. osób. Od 1990 r. zainwestowała tu ponad 8 mld euro. Zbudowała sieć 30 importerów dystrybutorów, obsługujących 56 krajów, obejmującą ok. 3 tys. punktów sprzedaży i 9 zakładów produkcyjnych. W 2014 r. Toyota sprzedała w Europie ponad 888 tys. samochodów, zaś na całym świecie ponad 10 mln aut – najwięcej ze wszystkich producentów.

Grupa PSA Peugeot Citroën ma w swojej gamie trzy marki. Trzecią stała się – niedawno powołana jako niezależny, oddzielny produkt – linia samochodów DS. Francuski koncern sprzedał w 2014 roku na całym świecie 3 mln samochodów. Jest drugim co do wielkości europejskim producentem aut, a jego obroty sięgnęły 54 mld euro. Grupa PSA działa w 160 krajach. Zajmuje się również finansami, poprzez spółkę Banque PSA Finance oraz produkcją wyposażenia samochodowego, za pośrednictwem firmy Faurecia.

Prof. M. Wierzbowski: Słaby rok dla GPW w Warszawie. Powodem zmiany w OFE, ryzyko polityczne oraz rosnąca konkurencja ze strony innych operatorów handlu

CEO Magazyn Polska

Zarówno dla inwestorów, jak i dla samej Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie nie był to łatwy rok – ocenia wiceprezes Rady Giełdy prof. Marek Wierzbowski. Słabe zachowanie rynku wynika m.in. z marginalizacji roli OFE, awersji inwestorów indywidualnych do ryzyka oraz czynników politycznych. Indeks WIG20 stracił w tym czasie blisko 20 procent, a sama giełda musi sprostać rosnącej konkurencji ze strony innych operatorów obrotu. Skutkuje to spadkiem obrotów sesyjnych, które dziś są o 10 proc. niższe niż przed rokiem i o niemal 20 proc. niż dwa lata temu.

– Nie był to rok łatwy i wiąże się to z kilkoma faktami. Pierwszy to odejście OFE, które spowodowało zmniejszony popyt na giełdzie, znaczne inwestycje funduszy inwestycyjnych za granicą oraz nastawienie inwestorów indywidualnych, którzy nadal trzymają znaczną ilość swoich oszczędności w bankach –mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor prof. Marek Wierzbowski, wiceprezes Rady Giełdy.

Z powodu reformy systemu emerytalnego liczba uczestników OFE skurczyła się z blisko 16,7 mln do niespełna 2,6 mln osób. W związku z tym wpływy do firm działających w ramach II filara są znacznie mniejsze. Dla Polaków wciąż najpopularniejszą formę oszczędzania są depozyty bankowe. Według danych spółki Analizy Online na lokatach bieżących i terminowych złożone było ponad 600 mld złotych, co stanowiło ponad 55 proc. ogółu posiadanych oszczędności.

– Następnie mieliśmy okres wyborczy, który zawsze wywołuje pewne wstrzymanie się inwestorów i obserwacje, później nastąpił okres niepewności co do kwestii podatkowych itd. To wszystko poskutkowało tym, że mamy w tej chwili indeksy giełdowe, w szczególności WIG, na dość niskim poziomie – dodaje prof. Wierzbowski.

Od początku 2015 roku indeks giełdowy WIG zanotował niemal 10-procentową stratę. Jeszcze gorzej zachowuje się indeks WIG20, który obecnie jest już prawie 20 proc. pod kreską.

– Na pewno nie był to rok łatwy dla giełdy. Podjęto jednak szereg działań mających na celu zmniejszenie kosztów i rozwój pewnych nowych usług. Nawiasem mówiąc, to nie są łatwe okresy dla wszystkich giełd – tłumaczy wiceprezes Rady Giełdy.

Rozmówca wskazuje na problem spadającej aktywności inwestorów. Według danych opublikowanych przez GPW suma obrotów akcjami wyniosła do końca listopada 2015 roku nieco ponad 206 mld złotych. Oznacza to wyraźny spadek w stosunku do poprzednich lat. W 2013 roku inwestorzy dokonali transakcji o łącznej wartości przekraczającej 256 mld złotych. Niskie obroty na giełdzie wymuszają poszukiwania nowych źródeł przychodów. Stało się to jednym z głównych wyzwań ostatniego prezesa GPW Pawła Tamborskiego, który swe stanowisko objął w lipcu 2014 roku, a złożył w grudniu 2015 roku.

– Na pewno to był początek tego niełatwego okresu. Podjęto szereg działań mających na celu zmniejszenie kosztów na giełdzie, rozwój nowych produktów i  dotarcie do nowych partnerów handlowych – wylicza.

Wiceprezes Rady Giełdy zauważa przy tym znaczne zaostrzenie konkurencji pomiędzy poszczególnymi giełdami. O klientów walczą także alternatywne platformy obrotu. Dodaje, że jeśli Warszawa chce utrzymać pozycję regionalnego centrum finansowego, to także sama musi się w tę walkę włączyć.

2016 rok nie będzie łaskawy dla rynku surowców. Ich notowania nie sięgnęły jeszcze dna

0

CEO Magazyn Polska

W ciągu najbliższych 12 miesięcy rynki surowcowe powinny zanotować swoje długoterminowe minima, po czym możliwe jest przejście do tendencji wzrostowej – uważa Adam Dakowicz z AgioFunds TFI. Dotychczasowa słabość surowców wynika przede wszystkim ze znacznej nadpodaży oraz słabości popytu. Rynkom nie sprzyjał także dolar amerykański.

– Notowania surowców są w tej chwili pod wpływem trzech czynników. Pierwszy to jest fundamentalna nadpodaż surowców. Mieliśmy dobre 10 lat, kiedy ceny surowców utrzymywały się na wysokim poziomie, dlatego wiele firm wydobywczych doinwestowało w moce wytwórcze, a te dziś są zdecydowanie większe, niż wynosi bieżące zapotrzebowanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Adam Dakowicz, prezes zarządu AgioFunds TFI.

Oprócz nadpodaży surowców, ekspert zwraca także uwagę na relatywną siłę dolara amerykańskiego oraz ogólną słabość światowej gospodarki. Silna waluta Stanów Zjednoczonych wpływa bowiem negatywnie na wycenę poszczególnych aktywów. Natomiast słabe tempo wzrostu globalnego PKB sprawia, że popyt na surowce pozostaje niski.

– Z nadpodażą na razie nic się nie da zrobić. To jest proces, który jednak będzie się przetaczał przez rynek. Tak jak moce wytwórcze były budowane przez lata, tak teraz przez kilka dobrych lat pewnie będą, nie chcę powiedzieć zmniejszane, ale racjonalizowane – stwierdza.

Rozmówca jest przy tym zdania, że dalszy potencjał umacniania dolara amerykańskiego jest raczej ograniczony. Dakowicz uważa, że polityka monetarna, którą aktualnie prowadzi Fed, dla rynków surowcowych stanowi w pewnym sensie pozytywny sygnał.

– Ważnym czynnikiem jest globalny wzrost. Przeważają prognozy, które sygnalizują delikatną poprawę dynamiki PKB w roku przyszłym, więc ten czynnik również lekko będzie wspierał notowania surowców – zauważa.

Prezes AgioFunds TFI przewiduje, że w 2016 roku rynki surowcowe w dalszym ciągu pozostaną słabe. Liczy jednak na to, że ich notowania osiągną długoterminowe minima, po czym w kolejnych latach zaczną zyskiwać na wartości.

Ekspert odnosi się jednocześnie do cen paliw na stacjach benzynowych. Dzięki taniej ropie naftowej kierowcy płacą za litr benzyny niewiele ponad 4 złote. Zdaniem Adama Dakowicza pozytywne dla konsumentów tendencje utrzymają się jeszcze przez dłuższy czas.

– Nie spodziewałbym się jednak cen paliw poniżej 4 zł. Jeśli nawet złoty się nieco umocni względem dolara, to nie przełoży się tak jeden do jednego, więc ten impuls z ewentualnego umocnienia złotego mógłby wynosić 3 do 5 procent – dodaje.

Według przewidywań przedstawiciela AgioFunds TFI ceny ropy na światowych rynkach przez cały 2016 rok utrzymają się w przedziale miedzy 30 a 40 dolarów za baryłkę. Adam Dakowicz unika jednak prognoz dotyczących rynku złota oraz srebra. Jego zdaniem są to surowce o wysoce spekulacyjnym charakterze i trafne przewidzenie ich przyszłych cen jest bardzo trudne.

– W przypadku miedzi duży wpływ będą miały Chiny. Byłbym tu raczej bliski stwierdzenia tego, że obecne poziomy plus minus 10–15 proc. w każdą ze stron, to jest zakres, w którym prawdopodobnie notowania przyszłoroczne się zmieszczą – przewiduje.

Admiral Boats liczy na zyski ze sprzedaży na południu Europy i Bliskim Wschodzie. Po kryzysie greckim znów rosną zamówienia na łodzie sportowe i rekreacyjne

CEO Magazyn Polska

Po kilku kryzysowych latach na międzynarodowy rynek wraca koniunktura na łodzie. Ich polski producent, Admiral Boats, ma już pełny portfel zamówień na najbliższy sezon. Firma zdobywa kolejne rynki zbytu dla swoich produktów. Liczy, że po sukcesach w Skandynawii czy Europie Zachodniej znajdzie też klientów w ciepłych krajach, gdzie sezon praktycznie nigdy się nie kończy.

– Szukamy dużej dywersyfikacji, bo to daje poczucie bezpieczeństwa. Rynki Europy Południowej są bardzo wymagające. Tam są też nasi najwięksi konkurenci. Ale doświadczenie nabyte w Norwegii, gdzie wysoka jakość oczekiwana przez finalnego odbiorcę i uznana wysoka jakość potwierdzona testami w mediach specjalistycznych, pozwoliło nam teraz szukać odbiorców w Hiszpanii – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Bartoszewicz, prezes zarządu Admiral Boats. 

Producent łodzi szuka klientów poprzez targi, docierając do nich bezpośrednio. Coraz częściej jednak klienci zgłaszają się sami, ponieważ marka jest dostrzegalna na rynku łodzi. W tym roku największą sprzedaż firma zrealizowała w Holandii i krajach skandynawskich, ale ma też na koncie umowy podpisane m.in. z Brytyjczykami. Najważniejsza jest jednak realizacja strategii dywersyfikacji portfela zamówień poprzez szukanie kolejnych rynków.

 Celem nadrzędnym jest zarabianie pieniędzy poprzez sprzedaż łodzi sportowych  deklaruje prezes zarządu Admiral Boats.  Zaczynaliśmy od Holandii, gdzie udało nam się w 2012 roku osiągnąć 30-proc. udział w rynku łodzi typu sloep o wymiarach od 3 do 10 metrów. Sukcesywnie wchodziliśmy na kolejne rynki. Oczywiście były też słabsze chwile, np. w Niemczech, gdzie jest potencjalnie duży rynek, a dopiero w 2015 roku widzimy wyraźną poprawę w sprzedaży.

Przychody Admiral Boats po trzech kwartałach obniżyły się o 12 mln zł, spadając do niespełna 21 mln zł. Spółka informuje, że wynika to ze zmian organizacyjnych. Zamiast wynajmowania hal produkcyjnych producent postawił własne i wyposażył je w nowoczesne maszyny. Ponadto firma ograniczyła usługi zlecane podwykonawcom i większość pracowników zatrudniła na etatach. Te kosztowne posunięcia mają z czasem przynieść oszczędności, np. na logistyce i transporcie. Na razie spowodowały jednak wzrost kosztów i spadek przychodów ze sprzedaży materiałów i towarów podwykonawcom.

Firma stara się też uporać z największym wyzwaniem w tego typu biznesie, sezonowością zamówień. Szuka więc np. odbiorców z różnych stref klimatycznych.

  Nie tylko z Europy Północnej, gdzie ten sezon trwa krócej  zaznacza Andrzej Bartoszewicz, prezes zarządu Admiral Boats.  Lecz także z Europy Południowej, Turcji i Iranu, z którymi podpisaliśmy porozumienia. Jest też produkcja laminatu technicznego. Produkujemy elementy dla budownictwa, eksportowane m.in. do Irlandii i Wielkiej Brytanii. Produkujemy elementy stalowe, robimy remonty jednostek rzecznych, barek, kutrów, lodołamaczy. 

W mijającym roku spółce udało się m.in. otworzyć przedstawicielstwo w Teheranie i zrealizować pierwsze dostawy na rynek hiszpański. Najważniejsza była jednak poprawa koniunktury w branży. Przez ostatnie 3 lata, czyli od 2012 roku, rynek był w odwrocie.

– Od kryzysu greckiego w Europie była tendencja, żeby nie chwalić się posiadaniem pieniędzy, nie kupować rzeczy, które nie są absolutnie niezbędne mówi prezes zarządu Admiral Boats.  Ta tendencja wyraźnie została odwrócona w tym roku w taki sposób, że dzisiaj każda firma z branży ma pełny portfel zamówień. Wyczerpaliśmy już możliwość dostarczenia łodzi na sezon 2015/2016. Tylu klientów złożyło rezerwację, że w tej chwili produkujemy pełną parą.

4 stycznia 2016 r. NWZA spółki podejmie decyzję o publicznej emisji akcji. Firma planuje pozyskać środki finansowe m.in. na zakup nowych maszyn produkcyjnych oraz dalszy rozwój działalności. Spółka podtrzymuje chęć wejścia na rynek główny GPW w 2016 r.

Opłaty na odcinku A2 Nowy Tomyśl–Konin wzrosną dopiero w marcu. Na ferie kierowcy pojadą zgodnie z dzisiejszym cennikiem

CEO Magazyn Polska

Autostrada Wielkopolska SA zdecydowała o przesunięciu ze stycznia na marzec 2016 roku podwyżek opłat na odcinku A2 między Nowym Tomyślem a Koninem. Dzięki temu w okresie ferii zimowych kierowcy samochodów osobowych będą mogli podróżować jeszcze według niższych stawek. Podwyżka dotyczyć będzie tylko pojazdów kategorii I, czyli samochodów osobowych, oraz kategorii V, czyli ponadnormatywnych. Wynika ona z rosnących kosztów utrzymania autostrady i obciążeń podatkowych.

Podwyżka wejdzie w życie 1 marca 2016 roku z uwagi na to, że wcześniej będzie okres ferii zimowych, które trwają sześć tygodni. Wówczas autostradą A2 porusza się wielu klientów, którzy korzystają tylko z autostrady jednorazowo, a nie na co dzień. Zatem z uwagi na interes społeczny odraczamy tę podwyżkę. Szacujemy, że przez te dwa miesiące przejedzie autostradą około 2 mln pojazdów kategorii I, czyli samochodów osobowych – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Zofia Kwiatkowska ze spółki Autostrada Wielkopolska.

Jak wyjaśniają przedstawiciele AWSA, podniesienie opłat na odcinku między Nowym Tomyślem a Koninem wiąże się z rosnącymi kosztami eksploatacji. Wynikają one m.in. ze wzrostu ruchu na bezpłatnej obwodnicy Poznania (z 25-km obwodnicy korzysta dziennie ok. 60 tys. pojazdów, z czego tylko 20 tys. w tranzycie i dlatego korzysta odpłatnie) przy jednoczesnym braku przychodów z tego tytułu. Operator autostrady dodaje również, że z opłat pobieranych na bramkach finansowane są nie tylko bieżące naprawy eksploatacyjne, lecz także wszelkie inwestycje.

Opłaty dla samochodów osobowych wzrosną o 2 gr za kilometr. Dla pojazdów ponadnormatywnych podwyżka wyniesie 20 gr za kilometr. W przypadku pozostałych kategorii ceny się nie zmienią. W ostatnich 10 latach wzrosły one tylko raz – o 7 proc.

Na dalszym odcinku do granicy z Niemcami w Świecku ceny pozostają bez zmian – mówi Kwiatkowska.

Wszystkie działania koncesjonariuszy w związku z bieżącym i tzw. ciężkim utrzymaniem autostrady (remonty, modernizacje) czy spłatą kredytów finansowane są w całości z opłat za przejazdy. Do tego dochodzą nakłady na nowe inwestycje. W przypadku A2 ostatnie inwestycje wiązały się m.in. z przebudową systemu radiowego (10 mln zł), przygotowaniem do rozbudowy bezpłatnej obwodnicy Poznania (ok. 20 mln zł do 2015 roku), a także przygotowaniem do poszerzenia o trzeci pas ruchu odcinka od węzła Komorniki do węzła Krzesiny. Eksperci oceniają więc, że trudno porównywać to z sytuacją na autostradach publicznych, które są dotowane z budżetu.

Wpływy z opłat na autostradach publicznych pokrywają koszty ich eksploatacji na poziomie ok. 40 proc. A zatem pozostałe 60 proc. dopłacane jest przez państwo, czyli tak naprawdę my wszyscy składamy się na autostrady, nawet jeżeli nie mamy samochodów i autostradami nie jeździmy. I to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego autostrady publiczne są tańsze – wyjaśnia prof. Włodzimierz Rydzkowski z Katedry Polityki Transportowej na Wydziale Ekonomicznym Uniwersytetu Gdańskiego.

Z budżetu finansowane są również takie inicjatywy jak otwarcie bramek na A1 w okresie wakacyjnego szczytu.

Dodatkowo stawki na autostradach publicznych są zwolnione z 23 proc. VAT, a koncesjonariusze muszą ten podatek odprowadzać.

Stawki na autostradach koncesyjnych są stawkami brutto. Co roku Autostrada Wielkopolska odprowadza do budżetu państwa ok. 100 mln zł z tytułu podatku VAT – mów Zofia Kwiatkowska.

Profesor Rydzkowski wyjaśnia, że w ten sposób pośrednio koncesjonariusze jako płatnicy VAT dokładają się do utrzymywania autostrad publicznych. Z kolei użytkownicy komercyjnych autostrad niejako dokładają się do tego dwa razy – na autostrady publiczne trafia bowiem część ich podatków, a pośrednio także finansowane są one z części wpływów z opłat na autostradach koncesjonowanych.

Po wprowadzeniu Jednolitego Rynku Cyfrowego unijny PKB może wzrosnąć o kilkaset miliardów euro

CEO Magazyn Polska

Kilkaset miliardów euro może zyskać Unia Europejska po wdrożeniu Jednolitego Rynku Cyfrowego. To też szansa dla Unii, by zbudować przewagi konkurencyjne – uważa europoseł Michał Boni. Przedsiębiorcy zyskają dzięki temu dostęp do znacznie większego rynku, a dotarcie do nowych klientów będzie mniej kosztowne niż dziś. Z kolei konsumenci dzięki większemu wyborowi będą mieli dostęp do lepszych ofert.

– Jednolity Rynek Cyfrowy to jedna z największych szans dla Europy, żeby zbudować nowe przewagi konkurencyjne – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji.

Ideą Jednolitego Rynku Cyfrowego (JRC) jest usunięcie krajowych ograniczeń dotyczących transakcji online. Eksperci podkreślają, że przedsiębiorcy zyskują niespotykane dotąd możliwości pozyskiwania nowych klientów, kontrahentów czy finansowania. Dzięki wdrożeniu inicjatywy Komisji Europejskiej powstać może kilkaset tysięcy miejsc pracy, a wzrost przychodów może sięgnąć kilkuset miliardów euro.

– To jest ważne dla małych przedsiębiorstw, bo będzie im łatwiej oddziaływać i budować relacje z klientami w innych krajach. To w różnych dziedzinach w sumie przełoży się na 700–800 mld euro więcej w nadchodzących latach dla europejskiego GDP – mówi Michał Boni.

Przyjęta wiosną 2015 roku strategia Jednolitego Rynku Cyfrowego ma trzy filary. Pierwszym jest poprawa dostępu do dóbr i usług cyfrowych w całej Europie, drugim – stworzenie odpowiednich warunków i jednolitych zasad prowadzenia działalności dla sieci cyfrowych i usług innowacyjnych, aby mogły się lepiej rozwijać. Trzecim jest zmaksymalizowanie potencjału wzrostu gospodarki związanego z gospodarką cyfrową. Komisja Europejska wyróżniła 16 inicjatyw w ramach tych filarów, które mają być realizowane do końca przyszłego roku.

To pozwoli ominąć bariery, które tworzą 28 reżimów prawnych w różnych dziedzinach – mówi Boni. – Myślę, że to wszystko powinno być zharmonizowane, co nie oznacza, że wszędzie będzie jednakowe, bo to byłoby absurdalne. Tylko trzeba ustalić, które rzeczy są potrzebne do tego, żebyśmy korzystali też ze wzrostu rynku.

Jak wynika z analizy KE, unijni konsumenci mogliby co roku zaoszczędzić 11,7 mld euro, gdyby kupując w internecie mieli dostęp do pełnej gamy produktów i usług oferowanych w UE. Jednocześnie niecałe 40 proc. konsumentów przyznaje, że ma zaufanie do e-sklepów, które mają siedzibę w innym państwie członkowskim.

Co więcej, tylko 7 proc. małych i średnich firm w UE prowadzi sprzedaż transgraniczną. Jednak 57 proc. przedsiębiorców podkreśla, że rozpoczęłoby lub zwiększyłoby sprzedaż do innych krajów, gdyby na terenie całej UE stosowane były jednakowe przepisy w tym zakresie.

– To wymaga oczywiście rozwiązania wielu szczegółowych kwestii i zbudowania przekonania, że krajom europejskim nie opłaca się bronić swoich własnych rynków, tylko że powinny przyznać, że są dziedziny, w których będą działały wspólnie – podkreśla były minister.

Zmiany w urlopach rodzicielskich. Od 2016 roku mogą z nich skorzystać oboje rodzice, niezależnie od formy zatrudnienia

CEO Magazyn Polska

Od nowego roku wchodzą w życie zmiany dotyczące urlopów rodzicielskich. Dodatkowy urlop macierzyński zostanie włączony do urlopu rodzicielskiego, który tym samym wydłuży się do 32 tygodni. Urlop rodzicielski będzie też proporcjonalne wydłużony, gdy połączy się go z pracą w niepełnym wymiarze czasu pracy. Do października 2015 roku z urlopów rodzicielskich skorzystało ponad 316 tys. osób.

Od 2 stycznia 2016 roku nie będzie dodatkowego urlop macierzyński. Jego wymiar zostanie włączony do urlopu rodzicielskiego, w związku z czym urlop rodzicielski będzie wynosił 32 tygodnie w przypadku urodzenia jednego dziecka oraz 34 tygodnie w przypadku urodzenia dwójki lub więcej dzieci przy jednym porodzie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Skarżycka z Departamentu Zasiłków w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych.

Przez pierwsze sześć (lub osiem) tygodni urlopu rodzicielskiego zasiłek macierzyński będzie wynosił 100 proc. wysokości podstawy. Jeśli natomiast matka zdecyduje się otrzymywać 80 proc. wysokości przez cały okres trwania urlopu, wydłużeniu ulega termin na złożenie wniosku o udzielenie urlopu macierzyńskiego i rodzicielskiego – z dotychczasowych 14 na 21 dni. Nowe przepisy wprowadzają też proporcjonalne wydłużenie urlopu rodzicielskiego, jeśli łączy się go z pracą w niepełnym wymiarze czasu.

Urlop rodzicielski w przypadku osoby pracującej u pracodawcy, który udzielił jej tego urlopu, wynosi maksymalnie 64 tygodnie w przypadku urodzenia jednego dziecka bądź 68 tygodni w przypadku urodzenia dwójki lub więcej dzieci – wyjaśnia Skarżycka.

Od nowego roku urlop rodzicielski będzie przysługiwał bezpośrednio po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego. Będzie go można wykorzystać jednorazowo lub w częściach – od 2016 roku w nie więcej niż czterech (dotychczas maksymalnie trzech częściach). Poza pierwszą i ostatnią żadna z części nie może być krótsza niż osiem tygodni. Z urlopu należy skorzystać nie później niż do zakończenia roku kalendarzowego, w którym dziecko skończy sześć lat.

Urlop rodzicielski przysługuje łącznie obojgu rodzicom dziecka. Oznacza to, że całość urlopu rodzicielskiego i zasiłku macierzyńskiego przysługującego za ten okres może wykorzystać matka dziecka bądź ojciec. Rodzice mogą też podzielić się wymiarem przysługującego urlopu rodzicielskiego – tłumaczy Skarżycka.

Przepisy pozwalają również na skorzystanie z urlopu obojgu rodzicom w tym samym czasie. Wówczas jednak każde z nich może wykorzystać po 16 tygodni, tak by łącznie nie przekroczyć pełnego wymiaru trwania urlopu rodzicielskiego. Jak przypomina ekspertka ZUS, takie dzielenie się urlopem jest możliwe, niezależnie od formy zatrudnienia rodziców. Dotychczas przepisy na to nie pozwalały.

Jeżeli matka dziecka, która prowadzi działalność gospodarczą, wykorzysta 16 tygodni zasiłku macierzyńskiego za okres urlopu, pozostałe 16 tygodni może wykorzystać ojciec dziecka, będący pracownikiem. Urlop w wymiarze do 16 tygodni może być udzielony w terminie nieprzypadającym bezpośrednio po poprzedniej części tego urlopu ani nieprzypadającym bezpośrednio po wykorzystaniu zasiłku za okres odpowiadający poprzedniej części urlopu – podkreśla Katarzyna Skarżycka.

Urlop rodzicielski cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W 2014 roku z urlopów dla rodziców skorzystało ok. 631 tys. osób, w tym blisko 472 tys. kobiet i ponad 159 tys. mężczyzn. W tym z urlopów rodzicielskich skorzystało prawie 316 tys. osób. Do października 2015 roku z urlopów skorzystało już ponad 605 tys. osób, w tym 316 tys. z urlopu rodzicielskiego. Warto z takiej możliwości skorzystać – podkreślają psycholodzy, zwłaszcza że obecność matki przez pierwszy rok życia dziecka jest nie do przecenienia.

Przez pierwszy rok buduje się pierwsze zaufanie i przywiązanie. Te 6–7 miesięcy po urodzeniu dziecka, mimo że nam może się wydawać, że nie mamy dużego kontaktu z dzieckiem, bo jest ono mało społeczne, to jednak więź, zwłaszcza z mamą, tworzy się właśnie wtedy. Od tego, jaka ona będzie w tym okresie, często zależy dalszy rozwój dziecka i może mieć to nawet wpływ na to, jakim człowiekiem będzie w przyszłości – przekonuje Katarzyna Kucewicz, psycholog i psychoterapeuta.

Zaznacza również, że mama jak nikt inny jest w stanie szybko zauważyć niepokojące objawy w zachowaniu malucha.

Dziecko do pierwszego roku życia niepokojąco zachowuje się wtedy, kiedy jest nazbyt spokojne – podkreśla psycholog. – Kiedy mamy nie ma, jest w pracy, czy kiedy nie przeznacza czasu na wychowanie, nie ma możliwości bardzo szybkiej reakcji. Wówczas i dziecko, i cała rodzina mogą ponieść tego poważne konsekwencje – mówi Katarzyna Kucewicz.

Rośnie liczba wymuszeń online i ataków na urządzenia mobilne. W 2016 roku cyberprzestępczość nie spadnie

CEO Magazyn Polska

W przyszłym roku internauci powinni się spodziewać większej aktywności cyberprzestępców w obszarze złośliwej reklamy internetowej, wymuszeń oraz ataków na urządzenia mobilne – przestrzegają eksperci z Trend Micro Inc. Cyberprzestępstwa będą bardziej wyrafinowane i lepiej przygotowane, niż ma to miejsce dziś. Aby skutecznie się zabezpieczyć, trzeba przede wszystkim mieć świadomość zagrożenia oraz zachować zdrowy rozsądek.

Powszechność zagrożeń jest coraz większa. Rośnie także ryzyko, że ktoś będzie chciał ukraść nasze pieniądze, zarówno osobiste, jak i te należące do firm, czego skutkiem może być zakłócenie pracy przedsiębiorstw czy instytucji publicznych. Niestety, szanse skuteczności takiego działania są duże – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Jarski, dyrektor regionalny w firmie Trend Micro.

Jak wynika z raportu Trend Micro, nadchodzące dwanaście miesięcy będzie punktem zwrotnym w tzw. malvertisingu, czyli złośliwych reklamach w internecie. W samych Stanach Zjednoczonych 48 proc. konsumentów korzysta już z blokującego działania marketingowe w sieci oprogramowania typu „ad blocker”. Popularność takich rozwiązań rośnie o 41 proc. roku. W efekcie cyberprzestępcy będą musieli szukać nowych metod atakowania użytkowników i pozyskiwania wrażliwych danych o nich.

Cyberprzestępcy opracują nowe metody spersonalizowanych ataków, sprawiając, że 2016 rok będzie czasem wymuszeń online – podkreślają przedstawiciele Trend Micro.

Wymuszenia te w większym stopniu opierać się będą na narzędziach inżynierii społecznej i analizach psychologicznych ofiar. Cyberprzestępcy będą ujawniać więcej obciążających danych, co dodatkowo negatywnie odbije się na ofiarach.

To jest trochę tak jak w zabawie w policjantów i złodziei. Złodzieje zawsze będą próbowali być o krok przed tymi, którzy ich ścigają. Żeby móc skutecznie zabezpieczyć się przed możliwością ataku, jak i jego skutecznością, przede wszystkim konieczna jest świadomość zagrożenia i zachowanie zdrowego rozsądku w tym, co robimy w internecie – mówi Jarski.

Wielu użytkowników sieci nie zdaje sobie sprawy z zagrożeń, jakie wiążą się z otwieraniem podejrzanych wiadomości czy klikaniem w podsyłane linki, w ten sposób infekując komputery złośliwym oprogramowaniem.

Ten sposób atakowania, czyli tzw. phising, próba wysłania poczty, która będzie potem namawiała odbiorcę do wykonania operacji niebezpiecznej, jest najczęstszym pierwszym krokiem w ataku, który ma potem dużo gorsze konsekwencje. Czy to będzie właśnie tzw. ransomware, czyli zaszyfrowanie naszego dysku i potem próba ściągnięcia okupu, czy jakaś jeszcze bardziej skomplikowana struktura atakująca – wskazuje Michał Jarski.

Według raportu Trend Micro w przyszłym roku wzrośnie znacząco (do 20 mln) liczba maleware&HASH39;u przeznaczonego na urządzenia mobilne. Złośliwe oprogramowanie będzie wymierzone głównie w Chiny oraz użytkowników nowych, mobilnych narzędzi opłat online na świecie.

Takie działania z jednej strony są trudne do zneutralizowania, z drugiej – sukces obrony zaczyna się od świadomości. Nie wolno wykonywać ważnych operacji w miejscach niebezpiecznych, otwierać nieznanych załączników, korzystać z niezweryfikowanego oprogramowania, a podczas zarządzania finansami należy zawsze sprawdzać, czy rzeczywiście nastąpiło połączenie z bankiem, a nie z fałszywką – przestrzega Michał Jarski.

W 2016 roku nastąpi eskalacja ataków prowadzących do systematycznego niszczenia celów z pomocą danych, które wyciekną z dużych organizacji. W związku z tym strategia cyberbezpieczeństwa obierana przez instytucje rządowe i korporacje nabierze bardziej ofensywnego charakteru.

Deweloperzy sprzedali w tym roku o ok. 20 proc. więcej mieszkań niż w 2014 roku. Rynek nieruchomości czekają zmiany

CEO Magazyn Polska

Deweloperzy w siedmiu największych miastach mogą w tym roku sprzedać 52–53 tys. mieszkań. To o prawie 20 proc. więcej niż w 2014 roku. W przyszłym roku trudno będzie o równie wysoki wzrost. Rynek oczekuje raczej stabilizacji, tym bardziej że rośnie wymagany wkład własny. Niewiadomą pozostaje zachowanie inwestorów kupujących na wynajem.

Rok 2015 na pierwotnym rynku był rekordowy. Zarówno popyt, jak i podaż znacznie przekroczyły dane, które mieliśmy za rok ubiegły – podsumowuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Jędrzyński, analityk rynku nieruchomości z portalu RynekPierwotny.pl.

Na siedmiu głównych rynkach mieszkaniowych monitorowanych przez RynekPierwotny.pl (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Trójmiasto, Łódź i Katowice), liczba mieszkań w tym roku wzrosła z niespełna 49 tys. do ponad 55 tys. w warunkach bardzo wysokiego popytu. Analitycy portalu szacują, że do końca roku zostanie sprzedanych więcej niż 50 tys. lokali, ok. 52–53 tys., co oznacza wynik lepszy od ubiegłorocznego o jedną piątą.

– Ceny przy tym będą stabilne, przy lekkiej tendencji wzrostowej – prognozuje Jarosław Jędrzyński. – Chociaż powiedziałbym raczej, że będzie to korekta niż trwała aprecjacja.

W 2015 roku na pierwotnym rynku nieruchomości największy wzrost cen serwis odnotował w Katowicach, gdzie mieszkania podrożały o 6 proc. O 5 proc. ceny wzrosły w Trójmieście. Natomiast w pozostałych analizowanych miastach wahania były symboliczne i wyniosły ok. 3 proc. Jedynym miastem, gdzie wartość lokali nieco spadła, był Kraków (o 0,5 proc.).

Ale stało się tak nie dlatego, że popyt był mniejszy, bo było wręcz przeciwnie – tłumaczy Jarosław Jędrzyński. – Pojawiły się inwestycje, które zaniżyły średnią wartość. Na rynek weszło dużo mieszkań w bardzo atrakcyjnych cenach, co spowodowało, że przeciętna wartość lokalu dla całego miasta lekko się obniżyła. Nie można więc mówić o tendencji.

Jak podkreśla, stabilna sytuacja cenowa jest również na rynku wtórnym. Tym bardziej że w przypadku mieszkań z drugiej ręki nie ma takiego boomu sprzedażowego, jak na rynku pierwotnym. Sprzedaż nowych mieszkań napędza program Mieszkanie dla Młodych. Do tej pory z programu skorzystało ponad 36,5 tys. osób. W listopadzie do BGK wpłynęła po raz kolejny rekordowa liczba wniosków o dofinansowanie wkładu własnego na kwotę ponad 143 mln zł.

Poza znaczną poprawą parametrów programu został on przesunięty również na rynek wtórny, co spowodowało znaczny wzrost jego popularności i w tej chwili MdM jest kołem zamachowym rynku nieruchomości. Tego spodziewamy się również w roku przyszłym – mówi Jędrzyński.

W jego opinii popularność programu wskazuje na to, że środków w 2016 roku może zabraknąć już w III kwartale.

Dlatego oddziaływanie tego programu może nie przedłużyć się do końca roku, ale zdecydowanie ten program wciąż będzie znaczący. Tym bardziej że rośnie znowu udział własny kredytów mieszkaniowych do 15 proc., a więc powinno dalej być to wzmocnienie popytu na mieszkania w MdM – wyjaśnia ekspert.

To jeden z powodów, dla którego kolejne 12 miesięcy będzie trudniejsze dla rynku nieruchomości niż 2015 rok. Klienci banków mogą spodziewać się wyższych marż kredytowych.

Trudno oczekiwać, żeby deweloperzy znowu pobili rekord sprzedażowy o 20 proc. spodziewamy się raczej, że będzie to rok stabilizacji albo wręcz lekkiego spadku popytu – uważa Jarosław Jędrzyński.

Wielką niewiadomą są inwestorzy kupujący nieruchomości pod wynajem. Ich zwiększoną aktywność deweloperzy obserwowali przez cały 2015 rok, głównie ze względu na niskie stopy procentowe, które zniechęcają do oszczędzania na lokatach bankowych.

Być może popyt inwestycyjny został już nasycony i ulegnie zmniejszeniu. Nie spodziewamy się załamania rynku czy spowolnienia, ale pęd deweloperów i rynku pierwotnego powinien się osłabić – ocenia analityk serwisu RynekPierwotny.pl.

Rynek dronów wart jest ok. 165 mln zł. W kolejnych latach tylko sektor zastosowań cywilnych może wzrosnąć o 150 proc.

0

CEO Magazyn Polska

Na ok. 165 mln zł szacowany jest dziś krajowy rynek dronów. W 2016 roku i kolejnych latach wartość tylko cywilnych zastosowań może wzrosnąć o 150 proc., natomiast wojskowych – w zależności od rozstrzygnięć przetargowych – nawet o kilkaset procent. W firmach użycie bezzałogowych statków powietrznych przede wszystkim redukuje koszty. Ale istotne jest także to, że można kierować je w miejsca, do których nie dotrą inne urządzenia.

Wielość zastosowań i branż, w których mogą być wykorzystywane technologie bezzałogowe, głównie latające, jest bardzo duża – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Prost, radca prawny w Kancelarii Bird & Bird, współautor raportu „Rynek dronów w Polsce 2015. Księga popytu i podaży”. – Drony mogą być przydatne zarówno podczas filmowania, fotografowania z powietrza, jak i w sektorze geodezyjnym, fotogrametrycznym, a kończąc na monitorowaniu infrastruktury krytycznej przez przedsiębiorstwa gospodarujące gazowymi i telekomunikacyjnymi liniami przesyłowymi.

Jak podkreśla, wykorzystanie dronów w firmach przede wszystkim obniża koszty. Bezzałogowe statki powietrzne można wysłać tam, gdzie samolot czy helikopter nie pojawi się ze względu na zagrożenie bezpieczeństwa. Technologie bezzałogowe coraz częściej są też wykorzystywane przez służby porządku publicznego, takie jak policja czy straż graniczna.

Coraz większym zainteresowaniem drony cieszą się w sektorach ratowniczym i poszukiwawczym – przekonuje Tomasz Prost. – Europejska Agencja Bezpieczeństwa Morskiego zainteresowana jest na przykład wykorzystywaniem bezzałogowych statków powietrznych na redzie portu morskiego w Hamburgu. Mają one tam monitorować poziom stężenia siarki i dwutlenku węgla w powietrzu.

Jak wynika z raportu Instytutu Mikromakro „Rynek dronów w Polsce 2015. Księga popytu i podaży” wartość sektora szacowana jest na około 165 mln zł. Duży potencjał wzrostu ma zarówno sektor zastosowań cywilnych, jak i wojskowych.

Rynek dronów na świecie liczony już jest w miliardach dolarów. Prognozy branżowe wskazują, że do 2023 roku wartość tylko zastosowań cywilnych wzrośnie do 6 mld dol. Natomiast prognozy budżetowe określające programy na badania i rozwój oraz sektor zamówień publicznych ze strony rządu i wojska wskazują na wzrost do 12 mld dol. – wskazuje Tomasz Prost.

W Polsce większość rynku (102 mln zł) to sprzedaż dronów zabawkowych oraz półprofesjonalnych i profesjonalnych dronów fotograficznych. Szkolenia operatorskie i prace fotogrametryczne, związane z wykonywaniem pomiarów na podstawie zarejestrowanych obrazów, to segment wart ok. 27 mln zł, a produkcja i sprzedaż dronów profesjonalnych – kolejne 35 mln zł.

Tendencja wzrostowa – w opinii ekspertów – będzie się utrzymywała na wysokim poziomie jeszcze przez długi czas. Z rozwojem tej technologii wiążą się jednak określone regulacje prawne. A w tym zakresie świadomość nie jest wystarczająca. Jak podkreśla Prost, nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że ścisłe centrum Warszawy leży w trzech strefach ograniczonych lotów. Aby móc wykonywać operacje na tym obszarze, konieczne jest uzyskanie trzech zgód od organów administracji zarówno rządowej, jak i samorządowej.

Przepisy prawa krajowego są przyjęte, niemniej nie można latać zawsze, wszędzie i nie każdy może kierować tego rodzaju statkami – precyzuje Tomasz Prost. – Dlatego opracowaliśmy poradnik dla użytkowników działających zarówno w sektorze biznesowym, handlowym, jak i sportowo-rekreacyjnym. Wskazujemy na zagrożenia wiążące się z wykorzystywaniem i eksploatacją dronów w polskiej przestrzeni powietrznej, zwracamy choćby uwagę na potrzebę zapoznania się z klasyfikacją polskiej przestrzeni powietrznej.

W ramach nowej perspektywy budżetowej Komisja Europejska przewiduje dofinansowanie dla firm działających w branży lotnictwa bezzałogowego w ramach programu Horyzont 2020 oraz COSME. Również krajowe instytucje publiczne mogą udzielać wsparcia na takie projekty.

BVT S.A. chce działać w segmencie wierzytelności sekurytyzowanych

BVT S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od września 2015 r., zajmująca się windykacją pakietów wierzytelności masowych, zamierza złożyć wniosek o udzielenie przez Komisję Nadzoru Finansowego pozwolenia na zarządzanie wierzytelnościami sekurytyzowanymi. Emitent dokonał także nabycia dwóch pakietów wierzytelności od polskiego operatora telekomunikacyjnego.

 BVT S.A. podpisała umowę z wyspecjalizowanym podmiotem, która dotyczy przygotowania dokumentacji związanej ze złożeniem przez Spółkę wniosku do KNF-u o udzielenie zezwolenia na zarządzanie wierzytelnościami sekurytyzowanymi. Uzyskanie takiego pozwolenia będzie kolejnym elementem realizacji założeń strategii rozwoju Emitenta, która zakłada stałe rozszerzanie jego obszaru działalności. Zarząd Spółki ocenia również, że wejście w segment wierzytelności sekurytyzowanych będzie bardzo dobrym przygotowaniem do funkcjonowania w nowych strukturach po przejęciu WindykacjaPL Sp. z o.o.

„Połączenie podmiotów BVT S.A z WindykacjaPL Sp. z o.o. otwiera przed Spółką nowe możliwości. Jedną z nich, z jakiej Zarząd zdecydował się korzystać, jest uzyskanie pozwolenia Komisji Nadzoru Finansowego na zarządzanie wierzytelnościami sekurytyzowanymi. Jest to ważny etap w długofalowej strategii rozwoju Spółki. Ze względu na jego specyfikę oraz konieczność spełnienia wielu restrykcyjnych wymogów formalnych wymagać będzie od nas przeorganizowania niektórych struktur, co i tak bezdyskusyjnie miałoby miejsce w procesie połączenia. Natomiast dzięki wchłonięciu przez nas spółki WindykacjaPL Sp. z o.o. jako całego przedsiębiorstwa nie organizujemy żadnego z działów operacyjnych łączonego podmiotu od podstaw, a to już ogromna oszczędność zarówno czasowa, jak i pod względem kosztów. Uzyskanie przedmiotowego pozwolenia z KNF wyróżni nas na tle podmiotów konkurencyjnych i pozwoli na poważne wzmocnienie, już i tak, stabilnej pozycji BVT S.A. na rynku wierzytelności w Polsce. Dołączymy do krajowej czołówki rynku obrotu wierzytelnościami, a należy wspomnieć, że trend na nim jest rosnący. Wartość rynku wierzytelności w Polsce wg KPF wzrosła od grudnia 2010 r. do pierwszego półrocza 2015 r. z 20,4 mld zł do 61,6 mld zł. Po rozszerzeniu działalności Spółki w wyniku uzyskania zezwolenia z KNF spodziewam się wzrostu wypracowywanego przez nas wyniku finansowego. Oczywiście proces uzyskania pozwolenia będzie trwał i wygeneruje pewne koszty. Jednakże jestem pewna, że w dłuższej perspektywie przyniesie to wymierne korzyści wizerunkowe oraz finansowe samej Spółce, a co za tym idzie i naszym Akcjonariuszom.” – komentuje Katarzyna Szuba, Prezes Zarządu Spółki BVT S.A.

Spółka dokonała również zakupu dwóch pakietów wierzytelności w ramach zawartej umowy z polskim operatorem telekomunikacyjnym. Nabyte pakiety wierzytelności zawierają należności wynikające z niezapłaconych przez klientów indywidualnych faktur za usługi oraz sprzęt, not odsetkowych oraz obciążeniowych, a także kar z tytułu zerwania umów lojalnościowych. Łączna wartość nominalna zakupionych przez Emitenta pakietów sięga prawie 1 mln zł. Dokonane transakcje są kolejnym elementem realizacji założeń strategii rozwoju BVT S.A. i będą miały istotny wpływ na jej wyniki finansowe w kolejnych kwartałach.

„Rozpoczynając we wrześniu br. współprace w zakresie nabywania wierzytelności z jednym z polskich operatorów telekomunikacyjnych założyliśmy, że pierwszym etapem wejścia w ten obszar wierzytelności musi być poznanie wszystkich „rodzajów” pakietów, jakie są oferowane do sprzedaży. Nabycie ostatnich dwóch pakietów jest zamknięciem tego etapu. W chwili obecnej Spółka realnie windykuje trzy pakiety wierzytelności telekomunikacyjnych i odzwierciedlenie tego procesu w wynikach finansowych, jakie osiąga, będzie miało początek w raporcie okresowym za 4 kwartał 2015 r., ale dopiero wynik finansowy za 1 kwartał 2016 r. pokaże to wyraźnie. Pozostałe dwa pakiety  zostaną wdrożone do windykacji w styczniu 2016 r. Jak już wcześniej kilkukrotnie wspominałam, są to pakiety, których obsługa charakteryzuje się rozłożeniem w czasie, środki finansowe zaangażowane w ich zakup oraz obsługę odzyskiwane są w dłuższym czasie, ale z kolei przynoszą większe dochody niż np. w przypadku wierzytelności transportowych. Wnioski, jakie Zarząd wyciągnął po podsumowaniu dotychczasowej pracy nad pakietami telekomunikacyjnymi, pozwalają utwierdzić się w przekonaniu, że są to pakiety o dobrej rentowności. Jednak aby ją osiągnąć, trzeba planować długookresową ich obsługę. Mimo to uważam, że tak jak kiedyś wierzytelności transportowe, tak teraz należności telekomów, staną się dla Spółki stałym i pewnym źródłem dochodu. Takie zabezpieczenie spływu środków finansowych do Spółki oraz działania podjęte w związku z planowaną emisją obligacji zapewnią nam zabezpieczenie finansowe pozwalające na nabywanie kolejnych pakietów wierzytelności, wejście w nowe obszary rynku oraz, co niemniej istotne, przyspieszenie obsługi pakietów już obsługiwanych. Zdaniem Zarządu wszystkie powyższe aspekty działalności Spółki pozwolą na jej dalszy rozwój, uzyskanie wyników finansowych na zadowalającym Zarząd, ale też i Akcjonariuszy, poziomie. Jestem pewna, że odpowiednio skalkulowane koszty oraz rentowność pakietów, jakie nabywamy, przełożą się na zwiększenie wartości BVT S.A., co z kolei w prosty sposób będzie miało odzwierciedlenie w wartości rynkowej Spółki i będzie to wymiernym rezultatem dla naszych Akcjonariuszy.” – podsumowuje Szuba.

Prognoza finansowa BVT S.A. zakłada osiągnięcie w 2015 r. zysku netto w wysokości 2,5 mln zł. Została ona oparta na osiąganych przychodach finansowych netto, wartościach i planowanej rentowności nabywanych pakietów wierzytelności oraz na przewidywanym rozwoju i efekcie skali działalności Emitenta. W 3 kw. 2015 r. Spółka zanotowała 377 tys. zł zysku netto przy przychodach ze sprzedaży na poziomie 1.260 tys. zł. Narastająco, od początku tego roku Emitent wypracował już zysk netto w kwocie 1.555 tys. zł przy sprzedaży sięgającej 4.594 tys. zł.

BVT S.A. specjalizuje się w nabywaniu i obsłudze pakietów wierzytelności masowych o dużej dywersyfikacji dłużników, a ich zlokalizowanie obejmuje swoim zasięgiem teren całego kraju. Nabyte przez Spółkę pakiety wierzytelności zlecane są do windykacji firmie prowadzącej działalność w tym zakresie. Emitent specjalizuje się obecnie w obsłudze wierzytelności związanych z przedsiębiorstwami z branży transportu kolejowego.

Głównym akcjonariuszem BVT S.A. jest notowana na rynku NewConnect Spółka Kupiec S.A., która posiada akcje stanowiące 45,12% udziału w kapitale zakładowym oraz 46,12% udziału w ogólnej liczbie głosów na WZA. Rolę Autoryzowanego Doradcy dla BVT S.A. pełni Beskidzkie Biuro Consultingowe S.A. Natomiast Doradcą Finansowym i jednym z akcjonariuszy Spółki jest ABS Investment S.A.

BVT S.A. zakończyła 2014 r. zyskiem netto w wysokości 822 tys. zł oraz przychodami na poziomie 2.536 tys. zł. Akcjonariusze Spółki otrzymali również dywidendę z zysku wypracowanego w 2014 r. w łącznej kwocie 532 tys. zł, co stanowiło blisko 65% całego osiągniętego zysku.

L4 w formie elektronicznej

1 stycznia 2016 wniesie wiele zmian, jeśli chodzi o zwolnienia lekarskie dla pracowników. Od tej chwili nie będą oni musieli osobiście dostarczać formularzy zwolnienia lekarskiego do zakładu pracy. To spore ułatwienie – dla chorych pracowników wyprawa do miejsca pracy, by dostarczyć druk, nie zawsze była przyjemna, a niekiedy mogło to wpłynąć na ich stan zdrowia, tym bardziej że mieli oni na to tylko 7 dni od wystawienia zwolnienia. Nierzadko dostarczały je osoby bliskie pracownikowi – partnerzy lub członkowie rodziny. Od stycznia 2016 nie będzie takiej konieczności – tradycyjne L4 mają zostać wyparte przez elektroniczne zwolnienia lekarskie.

Nowe zwolnienia elektroniczne

Chory pracownik nie zawsze jest w stanie wykonywać swoje obowiązki, dlatego (jeśli tak zaleci mu lekarz) powinien zostać w domu. Takie czasowe zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy dokumentowane jest zwolnieniem lekarskim, które pracownik jest zobowiązany dostarczyć do miejsca pracy. Od nowego roku nie będzie musiał przedstawiać go pracodawcy osobiście – zrobi to lekarz, wprowadzając L4 do systemu. Zmiany te z pewnością usprawnią przepływ dokumentów między pracownikiem, pracodawcą oraz Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Pracownik nie będzie miał też możliwości sfałszować zwolnienia lekarskiego, zaś pracodawca będzie mógł (również online) wystąpić do zakładu Ubezpieczeń Społecznych o kontrolę prawidłowości jego wystawienia. Zmniejszy się więc liczba nadużyć, popełnianych w tym zakresie.

Jeśli chodzi o elektroniczne L4, pracodawca ma szczególnie ważny obowiązek – powinien on założyć profil informacyjny na platformie ZUS.

Wystawianie e-zwolnień a obowiązki pracodawcy

Płatnik składek, który zgłasza powyżej 5 ubezpieczonych, ma obowiązek założyć profil informacyjny nie później niż do 31 grudnia 2015 roku. Samo założenie konta nie jest skomplikowane – zakłada się je dla osoby fizycznej, przez internet i bezpłatnie. Dokonuje się tego za pomocą Platformy Usług Elektronicznych – systemu udostępnionego przez ZUS. Płatnik powinien jednak posiadać także profil zaufany, a do tego ma obowiązek utrzymywać go również wtedy, gdy nie będzie miał obowiązku wysyłania dokumentów elektronicznych (np. w sytuacji, gdy zmniejszy się liczba zatrudnianych przez niego osób). Jeżeli pracodawca założy profil do 31 grudnia 2015 roku, nie musi informować o tym fakcie osób zatrudnianych.

Pracodawcy, którzy nie zatrudniają więcej niż 5 osób, nie muszą zakładać profilu informacyjnego. Będą więc oni wówczas otrzymywać wydruk elektronicznego zwolnienia lekarskiego, a pracownicy będą im je dostarczać w ciągu 7 dni od momentu wystawienia. Nie oznacza to, że mają zakaz tworzenia kont w systemie ZUS – jeżeli się na to zdecydują, będą mieli takie uprawnienia, jak więksi pracodawcy, którzy posiadają profil zaufany.

Jeżeli płatnik, niezależnie od tego, ilu pracowników zgłasza do ubezpieczenia, nie założy konta w systemie ZUS do końca roku 2015, ma obowiązek poinformować na piśmie swoich pracowników o konieczności dostarczania papierowych zwolnień lekarskich od 1 stycznia 2016 r. W przypadku zatrudnienia nowej osoby w trakcie roku 2016 pracodawca powinien poinformować ją o tym najpóźniej w pierwszym dniu podlegania ubezpieczeniu chorobowemu.

Procedura wystawiania elektronicznego L4

Dzięki cyfryzacji procesu wystawiania zwolnień lekarze zyskają większy dostęp do informacji zgromadzonych na kontach ubezpieczonych i płatników składek w zakresie niezbędnym do wystawienia L4. Będzie ono miało formę dokumentu elektronicznego, uwierzytelnionego za pomocą kwalifikowanego certyfikatu lub profilu zaufanego ePUAP. Odbiorcami takiego zaświadczenia będą zarówno ZUS, jak i pracodawca. Lekarz przekazuje wystawiony dokument do elektronicznej skrzynki podawczej ZUS, który z kolei udostępni je bezpłatnie płatnikowi składek na jego profilu informacyjny. Powinno to odbyć się nie później niż w dniu następującym po dniu otrzymania zaświadczenia lekarskiego. L4 w formie elektronicznej będzie traktowane tak samo, jak to wydane tradycyjnie.

Dokładniejsza kontrola zwolnień lekarskich

Wprowadzone od nowego roku zmiany pozwolą skuteczniej kontrolować proces wystawiania zwolnień lekarskich i ograniczyć liczbę nadużyć w tym zakresie, zwłaszcza jeśli chodzi o zwolnienia krótkotrwałe. Do tej pory, ze względu na stosunkowo długi czas dostarczania L4, niełatwo skontrolować, czy zwolnienie z obowiązku pracy jest realizowane zgodnie z przeznaczeniem. Krótszy będzie też czas oczekiwania na wypłatę świadczeń z ZUS.

Pracodawca nie zawsze otrzyma e-zwolnienie

Płatnik składek może otrzymać zwolnienia elektroniczne tylko, jeśli posiada zaufany profil. Utrudniony dostęp będzie miał też do nich, gdy lekarz wystawiający zwolnienie nie ma dostępu do internetu lub wystawia L4 w trakcie wizyty domowej. W takim przypadku, a także na wyraźne żądanie pacjenta, dozwolone jest wystawienie zwolnienia tradycyjnego, jednak lekarz ma obowiązek każdorazowo wprowadzić je do systemu ZUS w ciągu trzech dni od wystawienia dokumentu lub od ustania przyczyn uniemożliwiających przekazanie zaświadczenia. Wystawianie zwolnień lekarskich na formularzu ZUS ZLA będzie jednak możliwe tylko do 31 grudnia 2017 roku.  Do tego czasu nawet płatnik, który posiada profil w systemie ZUS, może odbierać L4 pracowników dwiema drogami: online i w formie papierowej.

Dlaczego tak często wpadamy w pętlę zadłużenia?

Od kiedy pojawiły się pierwsze instytucje finansowe ludzie zaczęli brać pożyczki. Pomimo upływu czasu ten sposób doraźnej poprawy domowego budżetu jest nadal bardzo popularny. Nie stanowiłoby to problemu, gdyby każdorazowo decyzja o takim zobowiązaniu była podejmowana racjonalnie – po przeanalizowaniu naszych możliwości finansowych. Jeśli natomiast kolejne pożyczki i kredyty zaciągamy zbyt pochopnie, możemy mieć problem ze spłatą zobowiązań. Eksperci Grupy Casus Finanse, należącej do międzynarodowej Grupy Lindorff, podpowiadają, jak nie wpaść w pętlę zadłużenia i uchronić domowy budżet przed finansową katastrofą.

Na początku roku Komisja Nadzoru Finansowego przedstawiła prognozy dotyczące udzielania nowych kredytów. Wynikało z nich, że w 2015 roku wzrośnie liczba kredytów konsumpcyjnych udzielonych przez banki. Miało to być aż o 13,6% więcej niż w roku ubiegłym. Niebawem przekonamy się, czy te prognozy się sprawdziły. Faktem jest jednak, że zadłużamy się coraz częściej, dlatego decyzje o kolejnych pożyczkach czy kredytach należy podejmować świadomie i być za nie odpowiedzialnym.

Bezmyślne zadłużanie się

Jak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej, w 2014 r. aż 15,3 mln obywateli, czyli już co drugi dorosły Polak, posiadał kredyt. Co więcej, 2,38 mln z nich to klienci podwyższonego ryzyka.  Jak to możliwe, że liczba osób zadłużonych jest tak wysoka? Po pierwsze, nie zastanawiamy się nad kredytami, które zaciągamy, po drugie, nie kontrolujemy bieżących wydatków. Te dwa zaniedbania mogą mieć poważne konsekwencje. Eksperci Casus Finanse, należącej do Grupy Lindorff, zwracają uwagę na inny ważny aspekt – nie wszyscy Polacy potrafią kontrolować swoje wydatki. Nie monitorują systematycznie posiadanych na koncie bankowym środków, przez co trudno jest im racjonalnie ocenić, czy mogą sobie pozwolić na ponoszenie kolejnych dodatkowych kosztów. W konsekwencji powoduje to wielokrotne korzystanie z różnych form pożyczek – zakupy ratalne, nieprzemyślane korzystanie z kart kredytowych, kredyty czy szybkie pożyczki gotówkowe – które często nakładają się na siebie. W konsekwencji popadamy w spiralę zadłużenia, z której nie potrafimy się uwolnić. Dlatego, aby uniknąć takiej sytuacji, należy dokładne analizować potrzeby i planować wydatki. Przed zaciągnięciem kolejnych zobowiązań, warto ocenić, czy stać nas na kredyt lub pożyczkę i czy powód, dla którego je zaciągamy, jest naprawdę istotny.

Kiedy pojawi się problem ze spłatą…

Jeśli wpadliśmy w finansowe tarapaty, przede wszystkim nie powinniśmy unikać kontaktu z wierzycielem. Już w momencie pojawienia się pierwszych problemów ze spłatą zobowiązania, powinniśmy jak najszybciej poinformować kredytodawcę o naszych kłopotach. Szybkie działanie zdecydowanie zwiększa szanse na znalezienie – wspólnie z wierzycielem czy bankiem – rozwiązania satysfakcjonującego obie strony. Bardzo wiele spraw  kończy się na szczęście na etapie polubownym, który jest zdecydowanie najkorzystniejszy finansowo dla osób ze zobowiązaniem dłużnym. Istnieje też szereg udogodnień w procesie spłaty zobowiązania, które mamy szansę wynegocjować tylko podczas rozmów z wierzycielem. W przypadku pożyczki czy kredytu możemy wnioskować o wydłużenie terminu płatności, rozłożenie zobowiązania na raty, a także odstąpienie od dochodzenia części zobowiązania. Jak ostrzegają pracownicy banków, ukrywanie kłopotów finansowych nie pomaga w rozwiązaniu sytuacji. Jeśli doprowadzimy do opóźnienia, np. w spłacie kredytu, w wielu sytuacjach ograniczy to możliwości ewentualnych zmian harmonogramu spłaty.

Przed podjęciem decyzji o zmianie warunków kredytu czy zaciągnięciu kolejnej pożyczki warto przyjrzeć się dokładnie budżetowi domowemu. Może okazać się, że dokonując niewielkich zmian w comiesięcznych wydatkach uda nam się wygospodarować dodatkową kwotę, która pozwoli  terminowo spłacać zobowiązania czy np. zacząć oszczędzać. Taka „poduszka finansowa” w przyszłości stanie się szansą na realizowanie naszych potrzeb, bez konieczności korzystania z różnych form pożyczek.

Spokojne Święta

Święta na rynkach minęły bardzo spokojnie. Dane zarówno z USA jak i z Japonii nie zaskoczyły analityków, a przy ogólnym małym zaangażowaniu inwestorów nie wprowadziły większych zmian. Słowacja obniża VAT. Dobry wynik wskaźnika wyprzedzającego koniunkturę w Polsce.

 

W czasie Świąt publikacje danych makroekonomicznych nie były zbyt liczne. W Wigilię poznaliśmy wnioski o zasiłek dla bezrobotnych w USA. Okazały się one lepsze od oczekiwań. Analitycy spodziewali się 270 tysięcy, odczyt wyniósł 267 tysięcy. W przypadku tygodniowych danych nie jest to duża rozbieżność. Rynki specjalnie nie reagowały, również ze względu na nieobecność sporej części graczy z powodu Świąt.

W nocy przed pierwszym dniem Świąt poznaliśmy jeszcze dane z Japonii. Były one niemal w pełni zgodne z oczekiwaniami analityków. Inflacja wyniosła 0,3% z kolei bezrobocie okazało się o 0,1% wyższe od oczekiwań i wyniosło aż … 3,3%. Dane te nie przyniosły wielkich zmian na rynkach. Dane z Japonii również otworzyły dzisiejsze odczyty. Produkcja przemysłowa w kraju kwitnącej wiśni rośnie o 1,6% w skali roku. To o 0,4% wolniej niż spodziewali się analitycy. Również sprzedaż detaliczna nie zachwyca, spadając w skali roku o 1%, czyli to samo 0,4% gorzej od oczekiwań analityków. Polityka stymulowania gospodarki realizowana przez ten kraj nie przynosi spodziewanych efektów.

Słowacja obniża VAT. Co prawda zmniejszona stawka dotyczy tylko niektórych produktów, ale znalazły się na tej liście artykuły żywnościowe. Jest to kolejna inicjatywa rządu Roberta Fico. Szacowany koszt dla budżetu wyniesie około 77 milionów euro, co w skali takiego kraju jak Słowacja z pewnością będzie zauważalne. Celem takiego ruchu jest ulżenie najuboższym, u których wydatki na żywność stanowią większy procent budżetów domowych. Praktyka pokaże jak duży wpływ na ceny będzie miał spadek VAT z 20% na 10%, aczkolwiek część analityków spodziewa się wzrostu marż.

O 9:00 poznaliśmy wskaźnik wyprzedzający koniunktury według Biec (Bureau for Investments and Economic Cycles). Wynik o 0,3 pkt lepszy niż w poprzednim miesiącu cieszy. Nie jest to jednak ani przesadnie ważny wskaźnik, ani odczyt o tyle lepszy by wpłynąć na rynki.

Od rana polski złoty delikatnie traci na wartości. Biorąc pod uwagę jak zyskiwał w zeszłym tygodniu można śmiało domniemywać, że to na razie tylko korekta tamtego umocnienia.

Dzisiejszy dzień pozbawiony jest już ważnych danych makroekonomicznych. Istotne odczyty pojawią się dopiero jutro, aczkolwiek wyraźnie widać, że kalendarze są raczej ubogie i na okres między Świętami a Nowym Rokiem nie zaplanowano wielu publikacji.

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 28.09.2015 do 28.12.2015Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 28.09.2015 do 28.12.2015

Kurs EUR/PLN po ostatnich spadkach przeszedł z trendu wzrostowego w boczny. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,3650 gdzie znajduje się ostatnie maksimum lokalne. W przypadku spadków wsparcie stanowić będzie linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na 4,2250. Jest to poziom, na którym kurs już dwukrotnie odbił się w górę.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 28.09.2015 do 28.12.2015Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 28.09.2015 do 28.12.2015

Kurs CHF/PLN przeszedł z trendu wzrostowego w boczny. Po przebiciu poprzednich oporów kolejnym istotnym poziomem są wciąż okolice 4,0400, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem są testowane obecnie okolice 3,9000-3,9100, na których to kurs wielokrotnie odbijał w górę.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 28.09.2015 do 28.12.2015Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 28.09.2015 do 28.12.2015

Kurs USD/PLN powrócił do trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,0450. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem minima lokalne na 3,8400, gdzie kurs odbijał się na początku listopada.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 28.09.2015 do 28.12.2015Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 28.09.2015 do 28.12.2015

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił. Najbliższym oporem dla ruchu w górę jest krótkookresowa linia spadkowa na poziomie 5,8500. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest dopiero minimum stanowiące punkt wyjścia do obecnego ruchu wzrostowego, czyli poziom 5,6600.

Największe spółki na GPW czeka kontynuacja spadków co najmniej do połowy 2016 roku

CEO Magazyn Polska

W 2016 roku polski rynek giełdowy pozostanie słaby, a indeksy mogą zanotować kolejne minima – uważa Marcin Kiepas, dyrektor działu analiz w Admiral Markets. Inwestorzy obawiają się przede wszystkim ryzyka związanego z podatkiem bankowym, a także z działaniami polityków w obszarze przemysłu energetycznego i wydobywczego. Wpływ tych czynników będzie dyskontowany przez rynki przynajmniej do końca pierwszego półrocza. Druga połowa roku może przynieść koniec spadków, ale nie musi oznaczać odbicia.

– Polska giełda aktualnie cierpi na dwie choroby. Z jednej strony ciążą jej czynniki globalne, chociażby drogi dolar, tanie surowce i obawy o rynki wschodzące, m.in. o kondycję chińskiej gospodarki. Z drugiej strony dość mocno w połowie roku ujawniło się ryzyko polityczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Kiepas, dyrektor działu analiz Admiral Markets.

Patrząc na czynniki związane z ryzykiem politycznym, analityk szczególnie duże zagrożenie dostrzega w podatku bankowym. Danina ma być pobierana od wysokości aktywów w posiadaniu poszczególnych instytucji. Podatek ma być płacony nie tylko przez banki, lecz także przez ubezpieczycieli oraz firmy pożyczkowe.

– Mamy też ryzyko związane z obiecanym, a niedokonanym cięciem podatku od kopalin, co wpłynęło na kurs KGHM-u, czy obawy związane z połączeniem sektora energetycznego dla kopalń. Wydaje się, że te czynniki lokalne będą jeszcze przynajmniej do połowy przyszłego roku kształtować kursy, spychając je na coraz niższe poziomy – przewiduje Marcin Kiepas.

Od maja 2015 roku polski rynek giełdowy pozostaje w długoterminowym trendzie spadkowym. Indeks WIG od tego czasu stracił na wartości ponad 18 procent. Jeszcze gorzej zachowuje się indeks WIG20, który w skali ostatnich 7 miesięcy jest niemal 25 proc. pod kreską.

– Jeżeli uwzględnimy, że ryzyko globalne również będzie obecne, to niestety perspektywy dla polskiego rynku akcji w 2016 roku nie są najlepsze. Być może lepiej będą się spisywały małe spółki, natomiast w przypadku tych największych można oczekiwać kontynuacji spadków – ocenia analityk Admiral Markets.

Zdaniem eksperta w I półroczu 2016 roku nakładać się będzie na siebie szereg negatywnych czynników, które mogą szkodzić rynkom akcji. W tym czasie podejmowane będą ważne decyzje polityczne odnośnie do banków, sektora energetycznego czy branży wydobywczej. Analityk zauważa, że spora część tych czynników ryzyka już została przez inwestorów zdyskontowana, jednak część z nich nie ma jeszcze odzwierciedlenia w cenach akcji.

– Zakładam, że takie dyskontowanie negatywnego wpływu będzie trwało do połowy roku. Niemniej jednak, nawet jeżeli to ryzyko przestanie być dla inwestorów istotne, nie musi to wcale oznaczać odbicia cen akcji – uważa.

Funt brytyjski może być czarnym koniem w 2016 r. W centrum uwagi będzie też niemiecki indeks DAX

CEO Magazyn Polska

To funt brytyjski może być czarnym koniem inwestycyjnym w 2016 roku, uważa Daniel Kostecki z HFT Brokers. Polskie akcje i złoty nie należą ostatnio do chętnie polecanych przez analityków. Są jednak walory na rynkach, którymi powinni się zainteresować ci, którzy gotowi są zaryzykować w nadziei na zyski. Daniel Kostecki poza funtem stawia na dolara nowozelandzkiego oraz akcje niemieckich spółek.

 Czarnym koniem inwestycyjnym może być brytyjski funt, pod warunkiem że wykluczymy brexit podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Daniel Kostecki, analityk rynków finansowych HFT Brokers.  To jest ryzyko polityczne. Niestety, na ten temat wypowiedzą się już politycy, a nie ekonomiści. Ekonomiści dojdą do głosu w momencie, kiedy już to się wydarzy i ocenią, jakie będą tego skutki. Chociaż teraz już możemy je szacować.

W grudniu Wielka Brytania podjęła decyzję o przeprowadzeniu referendum ws. wystąpienia z Unii Europejskiej. Odbędzie się ono w ciągu najbliższych dwóch lat.

Funt brytyjski jest ostatnio tani. Od początku roku podrożał wprawdzie wobec polskiego złotego o ponad 4,6 proc., jednak w tym czasie dolar zyskał ponad 9 proc., a frank szwajcarski przeszło 10 proc.

 Zakładając pozytywny scenariusz, to właśnie funt brytyjski może być jedną z ciekawszych walut przyszłego roku  ocenia Daniel Kostecki. – Jest on jeszcze niedoszacowany i może zacząć w I kwartale zyskiwać w relacji np. do takich walut jak złoty. Bądź też jak frank szwajcarski, który jest najniżej oprocentowany.

W poszukiwaniu interesujących inwestycji analityk rynków finansowych HFT Brokers sugeruje, by zajrzeć także na antypody.

Z egzotycznych walut do franka szwajcarskiego może także zyskiwać np. dolar nowozelandzki, który z grona tych najważniejszych walut świata jest z kolei najwyżej oprocentowany. Tutaj inwestorzy mogą się zapożyczać w najtańszym franku i deponować te środki w najwyżej oprocentowanym dolarze nowozelandzkim.

Zarabiać można jednak nie tylko na rynku walutowym. Wprawdzie w polskiej giełdzie analitycy na razie nie dostrzegają wielkiego potencjału, jednak już u naszych sąsiadów  sytuacja wygląda znacznie lepiej.

Zwróciłbym uwagę na jeden rynek, o którym wcześniej nie wspomniałem, czyli na niemiecki rynek akcji  mówi Daniel Kostecki z HFT Brokers. Musimy pamiętać o tym, że Europejski Bank Centralny cały czas prowadzi program luzowania ilościowego. To może dalej pozytywnie przekładać się na wzrosty na niemieckim rynku. Dlatego tutaj nawet szacowałbym, że indeks DAX, czyli główny indeks niemieckiej giełdy, może jeszcze wzrosnąć o 10 czy 15 proc. w najbliższych miesiącach.

W grudniu Europejski Bank Centralny podjął decyzję o obniżeniu stopy depozytowej do -0,30 proc. z -0,20 proc. Ogłosił też przedłużenie programu pomocowego zwiększającego ilość pieniądza na rynku o pół roku, czyli do końca marca 2017 r.

 

BVT chce pozyskać 2 mln zł z emisji obligacji. Zakończenie inkorporacji BVT i WindykacjiPL planowane jest na pierwszy kwartał 2016 roku

0

CEO Magazyn Polska

Spółka BVT, której działalnością podstawową jest zakup pakietów wierzytelności pochodzących ze zróżnicowanych obszarów rynku, zamierza pozyskać do marca przyszłego roku 2 mln zł. Środki, które uzyska z emisji obligacji, przeznaczy na rozwój działalności inwestycyjnej, czyli zakup nowych pakietów wierzytelności, w tym bankowych o zróżnicowanych formach zabezpieczenia oraz pochodzących z rynku  telekomunikacyjnego. Równocześnie z projektem dotyczącym emisji obligacji realizowane będzie połączenie BVT SA z WindykacjąPL sp. z o.o. Ostateczny finał obu projektów planowany jest na koniec I kwartału 2016 roku.

– Na rynku wierzytelności w Polsce cały czas widzimy zmiany – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Leszek Wróblewski, prezes zarządu spółki Kupiec SA, głównego udziałowca BVT SA oraz WindykacjiPL sp. z o.o. – Kiedyś telekomy sprzedawały swoje należności na niższych poziomach cenowych, teraz te poziomy są wyższe. Wielokrotnie wspominaliśmy, że  zamiarem BVT jest wejście na rynek wierzytelności bankowych. W chwili obecnej jesteśmy na etapie rozmów wstępnych z kilkoma bankami, obserwujemy też uważnie toczące się przetargi. Wierzytelności bankowe wymagają większych nakładów finansowych i zaangażowania ich na dłuższy czas.

BVT SA wraz ze spółką WindykacjaPL koncentrują się na nabywaniu należności pochodzących z sektora transportowego. To wierzytelności masowe (kolej oraz komunikacja miejska). We wrześniu firma nawiązała współpracę z jednym z polskich operatorów telekomunikacyjnych, co pozwoliło jej nabyć kilka pakietów wierzytelności z tego sektora o zróżnicowanym pod względem zarówno samego dłużnika, jak i zabezpieczenia charakterze.

– Na razie spróbowaliśmy trzech branż i tylko bankowa nas trochę wystraszyła – zauważa Leszek Wróblewski. – Nie chcemy jednak skakać od razu na głęboką wodę. Wolimy najpierw delikatnie sprawdzić. W przypadku wierzytelności zabezpieczonych, próbujemy kupić portfel, na którym powinniśmy dobrze zarobić. Będziemy więc mogli szybko się nauczyć. Musimy jednak pamiętać o tym, że niestety ten rynek wymaga dużych kwot.

Zdaniem Leszka Wróblewskiego największą barierą rozwoju jego biznesu jest kwestia pozyskania finansowania na większe zakupy wierzytelności.

– To pozwala szybko rosnąć – tłumaczy Wróblewski. – Dlatego w przyszłym roku chcemy pozyskać finansowanie w formie obligacji. Myślimy o tym, aby zintensyfikować obroty. Zysk na pewno chcielibyśmy utrzymać na obecnym poziomie, może większym. Jest to możliwe, bo mamy fajny zespół. Jedynym ograniczeniem jest finansowanie.

Prezes zarządu spółki Kupiec podkreśla, że ostatnie zakupy należności były finansowane wyłącznie z kapitału, jaki spółka BVT pozyskała m.in. w drodze emisji akcji oraz finansowania bankowego.

– Mając 750 tys. zł, kupiliśmy wierzytelności warte około 3 mln zł, więc obróciliśmy kapitałem kilka razy – zauważa Wróblewski. – W przypadku wierzytelności telekomów rotacja jest wolniejsza. Nie będziemy w stanie tak szybko obracać wartością, aczkolwiek zyskowność może osiągnąć wyższy poziom, przy jednoczesnym założeniu jej rozciągnięcia w czasie.

Dlatego BVT SA przygotowuje się do emisji obligacji, z której planuje pozyskać minimum 2 mln zł na dalszy rozwój działalności inwestycyjnej.

– Myślimy jednak o trochę większej kwocie, ale zobaczymy – zastrzega prezes Wróblewski. – Ważna dla nas jest także kwestia zabezpieczenia: czy będą to papiery niezabezpieczone czy zabezpieczone na wierzytelnościach lub nieruchomościach. Nie spieszymy się. Przygotowujemy się do nowych projektów, jednocześnie planując ich finansowanie. Mamy nadzieję, że pod koniec pierwszego kwartału 2016 roku uda się to zrealizować.

W marcu przyszłego roku ma się sfinalizować inkorporacja należących do spółek portfelowych Kupca SA, BVT SA i WindykacjiPL sp. z o.o., informuje Leszek Wróblewski. Spółka BVT notowana jest na rynku NewConnect od września tego roku.

– BVT ma potężny dopływ należności, stały i duży. WindykacjaPL, którą BVT ma przejąć, obecnie rozwija swoją działalność w segmencie należności telekomów. Myślę, że w BVT zostaną skumulowane duże zakupy oraz zlecenia.

Podstawową działalnością Kupca są transport i spedycja. W III kwartale 2015 roku firma zarobiła 1,7 mln zł na czysto. Przychody spółki sięgnęły 7,8 mln zł. Akcje Kupca notowane na NewConnect w ciągu roku zyskały ponad 96 proc.

M. Budzanowski: Terminal LNG kluczowy dla strategii „Polska bez Gazpromu”

CEO Magazyn Polska

Terminal w Świnoujściu jest już po pierwszych testach. W lutym 2016 roku gazoport przyjmie drugą testową dostawę LNG, a w czerwcu rozpocznie działalność komercyjną. To pierwszy krok do budowy strategii „Polska bez Gazpromu”. Konieczne są jednak zmiana prawa gazowego i rozbudowa połączeń gazowych z innymi krajami, m.in. z Litwą i Ukrainą. Polska jako kraj tranzytowy odgrywa na europejskim rynku gazu szczególną rolę.

Kluczowy moment, czyli oddanie terminalu LNG w Świnoujściu i przepłynięcie pierwszego statku z Kataru, to wyznacznik budowy nowej strategii gazowej dla kraju, czyli tzw. strategii „Polska bez Gazpromu” – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mikołaj Budzanowski, były minister skarbu państwa, dziś wiceprezes Boryszewa. – Z takim przekonaniem budowaliśmy gazoport od 2008 roku, żeby zagwarantować Polsce alternatywne źródło gazu z całego świata, nie tylko z Kataru, lecz także ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, krajów afrykańskich czy krajów azjatyckich.

Dzięki uruchamianej w Świnoujściu instalacji do Polski może trafiać 5 mld m³ gazu rocznie. Po wybudowaniu trzeciego zbiornika przepustowość wzrośnie do 7,5 mld m³. 11 grudnia do gazoportu przypłynął pierwszy metanowiec z Kataru. Dostarczony gaz pozwolił na przeprowadzenie szeregu testów. Druga dostawa przypłynie za półtora miesiąca. Jeśli wszystkie testy przebiegną pomyślnie, to komercyjna działalność rozpocznie się w czerwcu 2016 roku.

To nowy moment dla rynku gazu w Polsce i dla nowych inwestycji, które będą temu towarzyszyć. To niewątpliwie dobry czas. Natomiast on musi być powiązany ze zmianami w prawie energetycznym, czyli musi nastąpić kompleksowe przebudowanie prawa gazowego po to, żebyśmy faktycznie mogli korzystać z terminala LNG i alternatywnych dostaw gazu również gazociągami do rynku europejskiego – podkreśla Mikołaj Budzanowski.

Wyjaśnia, że chodzi m.in. o zmianę regulacji dotyczących obowiązku magazynowania gazu, który dziś dotyka PGNiG, czy zniesienie taryf gazowych. Te kwestie – zdaniem byłego ministra – ograniczają budowę konkurencyjnego rynku gazu w Polsce.

Według Budzanowskiego niezbędne jest także zmiana rozporządzenia dywersyfikacyjnego, które ma obowiązywać od 2016 roku. Zgodnie z projektem w latach 2016–2022 maksymalny udział gazu z jednego źródła nie może przekraczać 64 proc., a od 2023 roku – 49 proc. Za nieprzestrzeganie nowego prawa dostawcom grozić będą wysokie kary.

Jest więc wiele kwestii, które muszą zostać rozwiązane i uregulowane. Również te dotyczące tego, kto będzie i w jakiej formie ponosił koszty utrzymania terminala LNG w Świnoujściu, czyli tzw. socjalizacja terminala, żeby w jak najmniejszym stopniu obciążyć tym kosztem odbiorców gazu w Polsce – wyjaśnia Mikołaj Budzanowski.

Budowa konkurencyjnego rynku gazu ma duże znaczenie także w kontekście regionalnym. Polska jako kraj tranzytowy odgrywa poważną rolę w systemie europejskim. Stąd potrzeba rozbudowy infrastruktury przesyłowej. W październiku br. została podpisana umowa z KE ws. dofinansowania budowy gazociągu między Polską a Litwą. Dzięki temu kraje bałtyckie zostaną mocniej zintegrowane z europejską siecią.

Jesteśmy też krajem potencjalnie tranzytowym do Ukrainy – tłumaczy Budzanowski. – I to jest ta wielka szansa dla Polski, żebyśmy faktycznie mogli z wykorzystaniem funduszy unijnych rozbudować obecne i budować nowe połączenie z Ukrainą o wielkości co najmniej 7 mld m³ gazu.

Firma z problemami finansowymi może skorzystać z pomocy ZUS. Składki mogą zostać odroczone, rozłożone na raty, a niekiedy także umorzone

CEO Magazyn Polska

Przy bankructwie firmy tracą wszyscy – przedsiębiorcy, pracownicy i państwo. Dlatego należności wobec ZUS mogą zostać rozłożone na raty, a termin płatności – odroczony. Dzięki nowym przepisom, które weszły w życie z początkiem grudnia, możliwe jest rozłożenie na raty należności zarówno za pracowników w części finansowanej przez płatnika, jak i przez ubezpieczonych. W wyjątkowych sytuacjach przedsiębiorcy mogą się ubiegać nawet o umorzenie należności.

Przedsiębiorca, który ma przejściowe kłopoty, może udać się do oddziału ZUS. Tam są doradcy, którzy pomogą mu wypełnić dokumenty, by mógł się ubiegać o odroczenia płatności zaległych składek lub rozłożenie płatności na raty. To sytuacja znacznie lepsza niż bankructwo – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Jeśli firma bankrutuje, konsekwencje odczują wszyscy, nie tylko przedsiębiorcy. Znikają miejsca pracy, rośnie bezrobocie, a do ZUS trafia mniej składek. Upadek firmy nie oznacza też, że pracownicy mogą liczyć na otrzymanie zaległych pensji, są one wypłacane z majątku, o który jednak ubiegają się też inni wierzyciele. Dlatego jak przekonuje ekspert, jeśli firma nie jest trwale nierentowna, to dobrym rozwiązaniem jest porozumienie z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych.

Jeżeli przedsiębiorca będzie chował głowę w piasek, to w pewnym momencie zarówno urząd skarbowy, jak i ZUS upomną się o zaległe składki, bo leży to w interesie pracowników. Gdyby ZUS nie egzekwował składek, pracownicy mieliby niższe emerytury – podkreśla Mordasewicz.

Tylko przez pierwsze osiem miesięcy tego roku do ZUS-u wpłynęło prawie 34 tys. wniosków przedsiębiorców o rozłożenie na raty zaległości. W ponad połowie przypadków zgoda została udzielona, tylko 2 proc. wniosków odrzucono. W 19 proc. z ponad 14 tys. wniosków, które ZUS pozostawił bez rozpoznania, przyczyną było nieuregulowanie zaległości z tytułu składek, które nie podlegały uldze – to składki finansowane przez ubezpieczonych, którzy nie są płatnikami składek.

Teraz z rozłożenia na raty może skorzystać większa grupa przedsiębiorców. W grudniu weszła w życie zmiana ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, która zmieniła zasady umarzania składek. Nowe przepisy umożliwiają rozłożenie na raty składek finansowanych również przez ubezpieczonych, którzy nie są płatnikami składek.

Konsekwencją zmian w ustawie dopuszczających możliwość objęcia ulgą składek za ubezpieczonych w części przez nich finansowanej, czyli potrącanych przez pracodawcę z ich wynagrodzenia, jest fakt, że należności objęte umową są ewidencjonowane na subkoncie ubezpieczonego oraz przekazywane do otwartych funduszy emerytalnych wraz z należną opłatą prolongacyjną i ewentualnie odsetkami za zwłokę – tłumaczy Agnieszka Jakubiec z Departamentu Realizacji Dochodów w ZUS.

Przedsiębiorcy, którzy mają problemy z płynnością finansową, mogą też skorzystać z drugiego rodzaju ulgi proponowanej przez ZUS, czyli z odroczenia terminu płatności składek. Podobnie jak w przypadku rozłożenia należności na raty, uldze podlegają obecnie również składki finansowane przez ubezpieczonych niebędących płatnikami.

– W przeciwieństwie do układów ratalnych mogą nim zostać objęte wyłącznie należności, których termin płatności nie upłynął. Aby wniosek był skuteczny, należy go złożyć najpóźniej ostatniego dnia upływu terminu płatności lub nadać na poczcie. Taki wniosek może być złożony na kilka kolejnych miesięcy – podkreśla ekspertka ZUS.

Innym rozwiązaniem problemów finansowych firmy może być umorzenie należności. Jest to jednak rozwiązanie wyjątkowe i stosowane niemal wyłącznie wtedy, gdy należności są całkowicie nieściągalne. Nowelizacja ustawy nie zmieniła zasady, że można umorzyć tylko należności dotyczące osób prowadzących działalność gospodarczą, natomiast w przypadku składek za pracowników – tylko w tej części, która jest finansowana ze środków przedsiębiorcy.

W przypadku, kiedy ZUS skutecznie dochodzi należności, a płatnik znajduje się w trudnej sytuacji materialnej, rodzinnej lub zdrowotnej, może się ubiegać u umorzenie należności. Należy jednak pamiętać o tym, że wtedy umorzenie należności może dotyczyć wyłącznie składek na jego własne ubezpieczenie – przypomina Agnieszka Jakubiec.

Centra handlowe coraz bardziej atrakcyjne dla reklamodawców

CEO Magazyn Polska

Galerie handlowe to dziś jedne z najbardziej poszukiwanych lokalizacji dla reklamodawców. Ich zaletą jest duża grupa potencjalnych odbiorców reklamy – to klienci, którzy do centrów przychodzą nie tylko na zakupy, lecz także po to, by spędzić tam wolny czas. Jednym z popularnych narzędzi dla reklamodawców są digitale, czyli cyfrowe ekrany. Służą one nie tylko przekazowi marketingowemu. Zarządcy galerii mogą w ten sposób także informować klientów o aktualnych promocjach, wydarzeniach czy zmianach w godzinach otwarcia. 

Polska jest fantastycznym rynkiem galerii handlowych, które tworzą unikalną przestrzeń publiczną dla reklamy zewnętrznej – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kalina Janicka, prezes zarządu Clear Channel Poland. – „Widownia” w galeriach jest coraz większa, odwiedzający je ludzie spędzają czas na konsumowaniu marek i gotowi są wydawać na to pieniądze.

Jak wynika z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych, krajowi konsumenci mają do dyspozycji 450 galerii handlowych, co sytuuje Polskę w okolicach średniej unijnej. W budowie znajduje się 30 tego rodzaju obiektów, choć nieco mniejszych. Największym rynkiem jest Warszawa, na terenie której prowadzi działalność 12 centrów handlowych. Jak informuje Janicka, w ciągu najbliższych dwóch lat przybędą w stolicy cztery duże galerie handlowe.

Interesują nas miejsca, w których kupujący spędzają średnio dwie godziny, gdzie przebywają nie tylko w celu zakupowym, lecz także towarzyskim, by wspólnie wykorzystać wolny czas, pójść do restauracji itp. – twierdzi Janicka. – Clear Channel jest globalną firmą reklamy zewnętrznej kierującą się w wyborze kierunków rozwoju oferty wartością przestrzeni publicznej oraz „widowni”, jaka w niej przebywa.

Zdaniem Johna Entwistle’a z Clear Channel International na całym świecie centra handlowe stają się kluczowymi lokalizacjami dla reklamy zewnętrznej. Coraz więcej ludzi korzysta z ich usług, więc rośnie także ich atrakcyjność z punktu widzenia reklamodawców, którzy mogą tam skutecznie eksponować swoją markę. Służyć temu mają digitale, czyli 65-calowe ekrany cyfrowe, osadzone na ponad 2-metrowym totemie.

Dla reklamodawców istotne jest to, jacy klienci odwiedzają daną lokalizację, dlatego centra handlowe dają tak wielkie możliwości – tłumaczy Entwistle. – W ciągu ostatnich dwóch lat widzimy szczególny wzrost w tym segmencie. Mamy też wiele nowych projektów w Wielkiej Brytanii i Francji. Wszędzie centra handlowe stają się atrakcyjne dla naszych klientów, bo obecność tam daje im dostęp do właściwej kategorii odbiorców.

Clear Channel Poland systematycznie powiększa sieć elektronicznych powierzchni reklamowych – dziś liczy ona ponad 100 digitali. Nośniki stoją w siedmiu galeriach handlowych w kraju, m.in. w gdyńskim Centrum Riviera, w Parku Bielany Wrocławskie i CH Magnolia we Wrocławiu oraz w czterech centrach w stolicy – Galerii Mokotów, CH Arkadia, CH Wola Park i CH Wileńska.

Odnosimy wielkie sukcesy we współpracy z naszymi partnerami w galeriach i agencjach reklamowych – twierdzi Entwistle. – Uważam, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy dokonaliśmy w Polsce znaczącego postępu, w szczególności w regionie warszawskim. Chcemy podzielić się tymi doświadczeniami ze wszystkimi naszymi spółkami.

Digitale głównie stawiane są tam, gdzie jest największy ruch. Ich przewagą jest to, że ich treść może być zmieniana w zależności od pory roku, sezonu, pogody, dnia tygodnia czy pory dnia.

W wyniku bliskiej współpracy z właścicielami centrów i reklamodawcami możemy łatwiej rozpoznać, jakie ekrany i treści są w danym przypadku najbardziej odpowiednie, co powinny przedstawiać itp. Nasza strategia koncentruje się więc na tym, aby rozwijać technologie cyfrowe tam, gdzie to tylko możliwe, z korzyścią dla wszystkich – przekonuje John Entwistle.

Jak podkreśla, reklama zewnętrzna podnosi atrakcyjność takich placówek. Jednocześnie mogą służyć jako nośnik informacji dla klientów danego obiektu.

Na ekranach możemy też przekazywać informacje ważne z punktu widzenia centrum handlowego – wskazuje Entwistle. – Jednym z najważniejszych kierunków rozwoju w ostatnich latach jest cyfryzacja i cyfrowe ekrany nowej generacji. Mają one wielki potencjał zarówno dla centrów, jak i firm reklamowych. Ich rolą jest nie tylko przekazywanie konsumentom informacji, lecz także budowanie ogólnego, sympatycznego wrażenia z wizyty.

Zdaniem Paolo Dosi, prezesa włoskiego oddziału Clear Channel, firma nadal w tak dużej skali chce uczestniczyć w procesie angażowania konsumentów.

Bycie blisko punktów sprzedaży jest w tym momencie kluczowe, to bardzo odważna i twórcza propozycja, którą chcemy zaoferować naszym markom – ocenia Paolo Dosi. – W tej chwili we Włoszech mamy jedenaście centrów i około 300 ekranów. Nasza współpraca z właścicielami wygląda bardzo dobrze, ale kluczowa jest umiejętność wniesienia wartości dodanej. Chcemy osiągnąć ten cel w tym roku.

Clear Channel na świecie ma ponad 5 tys. digitali w 200 galeriach handlowych w 19 krajach.