Reforma zasad promocji produktów rolnych i rolno-spożywczych. W tym roku kraje unijne dostaną na ten cel 111 mln euro

CEO Magazyn Polska

W 2016 roku kraje unijne dysponować będą budżetem w wysokości ponad 111 mln euro na działania w zakresie promocji produktów rolnych i rolno-spożywczych. Docelowo w 2019 roku kwota wsparcia wynieść ma 200 mln euro. Fundusze posłużą do realizacji kampanii informacyjnych prowadzonych poza obszarem Unii Europejskiej oraz wewnątrzunijną promocję produktów regionalnych.

– Mechanizmy, które pozwalają promować wołowinę na rynku wewnętrznym czy Unii Europejskiej, i mechanizmy, które pozwalają promować w krajach trzecich, to są w tej chwili dwa różne mechanizmy. Wchodzi teraz reforma polityki promocji Unii Europejskiej i tam jest duży nacisk na promocję w krajach trzecich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Wierzbicki, prezes zarządu Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego.

Projekt reformy promocji produktów rolno-spożywczych zakłada rozszerzenie prowadzonych działań także poza rynki unijne. Zwiększeniu ulegnie jednocześnie pula środków, którą dysponować będą kraje członkowskie. W obecnym roku na ten cel przeznaczone zostanie 111 mln euro, a w roku 2019 będzie to już 200 mln euro.

– 75 proc. budżetu będzie prawdopodobnie przeznaczone na to, aby nadwyżki towaru z Europy wysyłać w dobrych cenach poza rynek europejski. 25 proc. budżetu będzie przeznaczone na promocję w Unii Europejskiej i tu będzie spora konkurencja – informuje Wierzbicki.

Jak podkreśla, na promocję wołowiny na wewnętrznych rynkach Unii Europejskiej przeznaczone zostaną stosunkowo niewielkie środki. Ekspert liczy natomiast na możliwość realizacji kampanii informacyjno-reklamowej w oparciu o fundusze w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich.

– Tutaj trwają prace w Ministerstwie Rolnictwa nad rozporządzeniem, które będzie regulowało zasady. Liczymy, że z tych środków będzie można takie kampanie z powodzeniem prowadzić na rynku wewnętrznym – stwierdza prezes zarządu PZPBM.

Obecnie dominującym segmentem, na którym w Europie sprzedawana jest polska wołowina, jest rynek HoReCa (hotele-restauracje-catering). Ekspert liczy jednak, że dzięki promocji już wkrótce pojawią się możliwości sprzedaży mięsa na inne obszary europejskiego rynku, a także poza Unię.

– Chcielibyśmy docierać do nowoczesnych kanałów i poprzez sieci handlowe pojawić się na półkach sklepów niemieckich, hiszpańskich i francuskich. O to zabiegamy i te rozmowy trwają, to jest też duża szansa dla polskiego sektora wołowiny – wyjaśnia.

Choć pojedynczy producenci z Polski eksportują już mięso na rynki zagraniczne, to jednak w świadomości europejskiego klient pojęcie „polskiej wołowiny” jeszcze nie istnieje. W tej kwestii nasz kraj ma jeszcze duże rezerwy.

Kondycja polskich producentów w dużej mierze uzależniona jest od sytuacji panującej w sektorze mlecznym.

– W Polsce produkcja wołowiny jest uzależniona od krów mlecznych. Głównym źródłem naszych cieląt do produkcji wołowiny są krowy mleczne, to jest około dziewięćdziesięciu kilku procent. W związku z tym jesteśmy uzależnieni od sektora mlecznego i zależy nam na tym, żeby sektor mleczny w Polsce miał się dobrze – tłumaczy.

Jerzy Wierzbicki wyjaśnia, że silny sektor mleczny tworzy naturalne zaplecze surowcowe w postaci cieląt służących do produkcji wołowiny. W oparciu o taki model produkcji działają m.in. przetwórcy z Nowej Zelandii. Jest to jeden ze światowych potentatów branży mleczarskiej z roczną produkcją na poziomie 21,8 mln ton (blisko dwukrotnie więcej niż w Polsce).

– Naszym wyzwaniem jest poprawa rentowności produkcji. Jeśli będziemy produkować w sposób rentowny, to i produkcja pewnie będzie rosła, to jest gra rynkowa. Po akcesji w 2004 roku wyeksportowaliśmy około milion sztuk cieląt, a za ten rok prawdopodobnie będzie to zaledwie 100 tys. sztuk cieląt – informuje Jerzy Wierzbicki.

Prezes PZPBM dodaje, że tegoroczna wielkość importu również znajdzie się w okolicach 100 tys. sztuk. Równowaga w bilansie handlu zagranicznego wskazuje na wzrost konkurencyjności polskiego rynku. Przeszkodą w dalszym wzroście są jednak ceny wołowiny, które ciągle pozostają na niskim poziomie.

– Te ceny są, niestety, w dalszym ciągu zbyt niskie, nie takie, jakie chcielibyśmy uzyskiwać. Marketing rolny jest kluczem do tego, żeby osiągać lepsze ceny i zwiększyć popyt – podsumowuje Wierzbicki.

Nagła zmiana temperatury może spowodować uszkodzenie komputera

CEO Magazyn Polska

Tradycyjny sprzęt komputerowy jest wrażliwy na działanie ekstremalnych warunków atmosferycznych. Nagła zmiana temperatury czy wilgotności może spowodować, że dojdzie do jego uszkodzenia. Rozwiązaniem jest unikanie ekspozycji sprzętu na skrajne warunki lub używanie sprzętu posiadającego certyfikat MIL-STD-810G. Jest to standard gwarantujący odporność komputera nie tylko na ekstremalne temperatury, lecz także na uszkodzenia mechaniczne oraz nagłe skoki zasilania.

Dla każdego typu urządzenia zbyt wysoka temperatura lub zbyt niska temperatura jest bardzo niekorzystna – mówi agencji informacyjnej Newseria Maciej Polak, PC business development manager z firmy Lenovo.

Eksperci podkreślają, że w czasie silnych mrozów nasilają się przypadki utraty danych z nośników cyfrowych. Takie ryzyko wiąże się z sytuacją, gdy komputer przez długi czas wystawiony na działanie niskiej temperatury jest potem włączany w ciepłym pomieszczeniu. Po ponownym uruchomieniu urządzenia może dojść do skroplenia skondensowanej pary wodnej i uszkodzenia sprzętu. A to oznacza nie tylko koszty związane z awarią, lecz także utratę danych.

Komputer, mówiąc kolokwialnie, po prostu się spali. Urządzenie elektroniczne zwykle nie jest przygotowane na to, żeby znosić ekstremalne temperatury i ich gwałtowną zmianę, np. z -20 do co najmniej +20 stopni Celsjusza w bardzo krótkim czasie – tłumaczy Maciej Polak.

W celu uniknięcia podobnych problemów należy przede wszystkim unikać ekspozycji sprzętu elektronicznego na ekstremalne temperatury. Eksperci radzą, by przewozić laptopy czy tablety w specjalnych futerałach, a także, by po wejściu do ciepłego pomieszczenia odczekać z uruchomieniem sprzętu.

Jak podkreśla Maciej Polak, każde tradycyjne urządzenie przystosowane jest to pracy w tzw. temperaturze akceptowalnej, która jest określana przez producenta. Przestrzeganie wytycznych gwarantuje, że sprzęt przez długi czas będzie działał bezawaryjnie.

Maszyny biznesowe poddawane są testom na okoliczność pracy w ekstremalnych warunkach. Temperatura jest tylko jednym kryterium, jeżeli chodzi o ekstremalne warunki – informuje przedstawiciel Lenovo.

Jak podkreśla, tego typu wyzwania są brane pod uwagę przy projektowaniu urządzeń ThinkPad. Testy dotyczą także wytrzymałości sprzętu w razie upadku z wysokości niespełna jednego metra, pracy w pomieszczeniach o dużej wilgotności (91–98 proc.) lub mocno zapylonych oraz odporności na uszkodzenia mechaniczne. Sprawdza się także jak zachowuje się komputer, kiedy pracuje w wysokich temperaturach (od +30 do +60 stopni Celsjusza), testowana jest także niezawodność i wydajność układu chłodzenia.

Z pomocą przychodzą nam specjalne normy – to norma Departamentu Obrony armii amerykańskiej United States Military Standard 810G. Każde urządzenie, które spełnia określone wymogi z danej normy, charakteryzuje się zdecydowanie wyższą odpornością na warunki ekstremalne – wyjaśnia Maciej Polak. – Komputer wyjęty z bagażnika z temperatury -20 stopni i przeniesiony do ciepłego, ogrzewanego pomieszczenia, w którym panuje temperatura +20, będzie funkcjonował prawidłowo tuż po włączeniu. Został on zaprojektowany i wytworzony przez naszych konstruktorów z użyciem takiej technologii, która zabezpiecza go przed szokiem temperaturowym.

Przedstawiciel Lenovo dodaje, że taki certyfikat stanowi dla użytkownika informację, że jego notebook zaliczany jest do klasy business ruggedized. Oznacza to, że sprzęt jest odpowiednio wzmocniony i przystosowany zarówno do skrajnych temperatur, jak i innych niekorzystnych warunków.

Sardynia cieszy się coraz większą popularnością wśród Polaków. W 2015 roku wyspę odwiedziło ponad 17 tys. polskich turystów

CEO Magazyn Polska

Polacy pokochali Sardynię. Są na 11. miejscu spośród krajów, których obywatele odwiedzili w tym roku tę wyspę. Szczególnie popularne były wyjazdy typu city break, a więc pobyty 4–5 dniowe. Zwiększenie zainteresowania Polaków Sardynią wynika w dużej mierze z uruchomienia tanich połączeń lotniczych.

Włochy od lat cieszą się ogromną popularnością wśród polskich turystów. Z danych KPMG wynika, że kraj ten znajduje się na trzecim miejscu, zaraz po Chorwacji i Hiszpanii, jako preferowany kierunek wyjazdu. Według Banca d’Italia wydatki polskich turystów we Włoszech w 2014 roku wyniosły 624 miliony euro. Zdaniem ekspertów Polaków przyciąga przede wszystkim włoski styl życia oraz dziedzictwo kulturowe Włoch. O atrakcyjności tego kierunku świadczy także oferta pielgrzymkowa i gastronomiczna – z raportu firmy PizzaPortal.pl wynika, że kuchnia włoska należy do najbardziej lubianych przez Polaków.

– Zastanawiam się, dlaczego Polacy kochają Włochy. Myślę, że jesteśmy dosyć podobni pod względem sposobu myślenia, sposobu bycia i sposobu przeżywania pewnych rzeczy. Na przykład w biznesie to widać często, że jest łatwiej przyjeżdżać do Polski, żeby robić biznes, bo nie ma takich różnic kulturowych, które można spotkać w innych krajach – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Elisabetta Caprino, sekretarz generalny Włoskiej Izby Handlowo-Przemysłowej w Polsce.

W ostatnich latach coraz większą popularność zyskuje zwłaszcza Sardynia, do czego przyczyniło się m.in. uruchomienie tanich połączeń lotniczych do Cagliari. Z danych Włoskiej Izby Handlowo-Przemysłowej wynika, że w pierwszych ośmiu miesiącach 2015 roku na Sardynię przyjechało 17 tys. Polaków. Sprawia to, że Polska znajduje się na 11. miejscu pośród krajów, których obywatele odwiedzili w tym roku Sardynię. Wśród Polaków szczególnie popularne są zwłaszcza wyjazdy typu city break – średnia długość pobytu polskich turystów to 5 dni.

Morze na Sardynii jest naprawdę piękne i jest porównywalne do mórz, które są bardziej znane w Miami czy na Karaibach. Natomiast jest blisko, to są dwie godziny lotu i można np. na weekend wpaść i mieć właśnie taki klimat.  Dobre jedzenie, myślę, że lepsze niż na Karaibach – mówi Elisabetta Caprino.

Zdaniem ekspertów Polaków na Sardynię przyciągają wspaniałe plaże, dobry klimat, piękna przyroda, kuchnia, architektura oraz możliwość uprawiania sportów wodnych. Przeżywająca wyraźny wzrost zainteresowania ze strony turystów wyspa coraz bardziej uwzględnia zapotrzebowania przyjezdnych i dopasowuje je do rosnących potrzeb polskiego rynku. Resort turystyki stawia m.in. na rozwój pól golfowych, stadnin konnych, tras do wycieczek rowerowych.

Sardynia jest też bardzo charakterystyczna, bo rzeczywiście jest to morze, ale w środku są góry, więc idzie się zupełnie do innego świata, jak się wchodzi do środka Sardynii. I są pasterze, owce i zupełnie inne atrakcje, które też warto zwiedzić czy obejrzeć – mówi Elisabetta Caprino.

Nie tylko Polacy coraz chętniej jeżdżą na Sardynię. W 2015 roku wyspa zanotowała dwucyfrowy wzrost ruchu turystycznego – w porównaniu z analogicznym okresem w ubiegłym roku liczba przyjazdów wzrosła o prawie 24 proc, a liczba pobytów o 35,5 proc.

Polski rekordzista w walce ze skarbówką chce 157 mln zł odszkodowania

Marek Isański po blisko 20 latach zmagań – oczyszczony z zarzutów – dostał zwrot 7 milionów odsetek. Od Skarbu Państwa żąda jednak kolejnych 157 milionów odszkodowania. – To olbrzymie pieniądze. Dla mnie jednak ważniejsze jest, by dzieciom ostatecznie wykazać, że ojciec nie kradł – mówi Isański w wywiadzie dla money.pl.

W latach 90. Marek Isański stworzył Towarzystwo Finansowo Leasingowe. Firma leasingowała autobusy dla PKS, zatrudniała 40 pracowników i miała miliony złotych zysku rocznie. W roku 1996 Isański został jednak oskarżony o oszustwa i aresztowany na trzy miesiące. Cztery lata później Urząd Skarbowy w Zielonej Górze stwierdził, że TFL oszukiwało przy naliczaniu zwrotu VAT – poszło o to, że TFL siedzibę miało w Zielonej Górze, a autobusy kierowcy PKS przejmowali w Sanoku. Gdyby robili to w Zielonej Górze, wszystko byłoby w porządku.

Firma odwoływała się od tego orzeczenia wielokrotnie, a kolejne wyroki przechylały szale zwycięstwa z jednej na drugą stronę. Ostatecznie TFL nie wytrzymało ciężaru domiarów podatkowych, które łącznie wyniosły 20 mln zł. Dopiero wyrok z 2012 roku ostatecznie stwierdził, że urzędnicy w rażący sposób złamali prawo. Nie jest to koniec procesów Isańskiego z polskimi urzędami.

– Najgorsze jest to, że to był zwykły błąd urzędnika najniższego szczebla, który zakwestionował wszystkie wcześniejsze wnioski kontrolne urzędu skarbowego. Mieliśmy stałe kontrole i wszystko było ok. Potem przyszedł jeden człowiek i stwierdził, że wszystko, czego dotknąłem, to ukradłem. Od kiedy zapadła decyzja, że spółka niesłusznie naliczała zwrot VAT, absolutnie wszyscy – z naczelnikami i ministrem – stanęli za tym urzędnikiem – opowiada w money.pl Marek Isański.

W 2002 roku właściciel TFL wygrał w Naczelnym Sądzie Administracyjnym. Zgodnie z ówczesnym prawem wystąpił wtedy o odszkodowanie do ministra finansów. – Jednak zamiast zadośćuczynienia dowiedziałem się, że na prośbę ministra interweniował prokurator generalny i Sąd Najwyższy jednak uchylił wyrok NSA. W ten sposób ponownie mocy prawnej nabrały niekorzystne dla mnie rozstrzygnięcia – opowiada. – Nie mogłem już zaskarżyć poprzednich decyzji, bo… minął czas na odwołanie. W taki oto sposób pozbawiono mnie prawa do sądu. Kolejne kilkanaście lat przekonywałem sądy administracyjne, by w ogóle uzyskać możliwość dochodzenia swoich praw.

Marek Isański mówi, że pomimo ostatecznej wygranej batalii z państwem nie czuje wielkiej satysfakcji: – Nie chciałem poświęcić życia na walkę z własnym państwem, zwłaszcza z tak zwanym wolnym, o które walczyłem w NZS. To gorsze niż walka z okupantem. 20 najlepszych lat życia wyjęte z życiorysu i świadomość, że już żadnego przedsiębiorcy ze mnie nie będzie – mówi w rozmowie z money.pl. – Świat mi uciekł i to jest ta największa przegrana. Na dziś żyję procesem o odszkodowanie.

Isański żąda teraz od państwa kwoty 157 mln zł odszkodowania za doprowadzenie TFL do upadku. Skąd ta suma?

– To jest odpowiedź na pytanie: gdzie byłaby moja firma, gdyby nie działania skarbówki? To naprawdę ostrożny szacunek. Utracone korzyści wyliczyliśmy, symulując zarobki spółki w latach, kiedy nie mogła ona funkcjonować przez bezprawne postępowanie urzędników. I to przy założeniu, że nie zwiększamy udziału w rynku, a tylko utrzymujemy kontrakty, które już mieliśmy. Do tego doliczyliśmy jeszcze straty w majątku należącym do spółki. Moim absolutnym obowiązkiem jest domaganie się ponad 150 mln zł. Jednak zupełnie spokojnie mógłbym wnioskować o 500 czy 800 milionów. Mam nadzieję, że może wreszcie kimś to wstrząśnie. Dla mnie jednak ważniejsze jest, by dzieciom ostatecznie wykazać, że ojciec nie kradł – tłumaczy założyciel TFL. Jak sam podkreśla, w tej kwocie nie uwzględnia zadośćuczynienia za bezprawny areszt, bo ta sprawa już się przedawniła.

– Formalnie sprawa już się zakończyła. Na finiszu jest ekspertyza weryfikująca kwotę. Nie mam jednak złudzeń, że ewentualne zwycięstwo nie zakończy jeszcze sprawy, bo zapewne prokuratoria będzie się odwoływać od wyroku. Ale na wiosnę tego roku powinniśmy już usłyszeć orzeczenie sądu – przewiduje Marek Isański.

Przedsiębiorca nie ukrywa rozgoryczenia faktem, że jego z daniem w Polsce do dziś przedsiębiorcy są traktowani prawie jak oszuści, a co najmniej podejrzliwie.

– A to oni przecież płacą największe podatki. Nie potrafię tego zrozumieć, jak można niszczyć tych, z których tak naprawdę się żyje – mówi portalowi money.pl Isański. – To jest choroba przynależna dla homo sovieticus, gdzie państwo to instytucje, a nie obywatele. W Polsce pozytywny wynik kontroli w ocenie urzędników jest wtedy, kiedy znajdzie się jakaś nieprawidłowość. A przecież pozytywny powinien być taki, który nie wykazuje żadnych uchybień. W przypadku kontroli skarbowej jest trochę jak z wirusem HIV. Pozytywny wynik oznacza chorobę. Ponadto kontrola mogłaby być pewnym wsparciem dla przedsiębiorcy, coś mu podpowiedzieć, a tu jest polowanie na grzywnę. Nasz system nie odróżnia podatnika, który nie radzi sobie z przepisami od tego, który chce oszukać.

Autor: Krzysztof Janoś

Cały wywiad z Markiem Isańskim przeczytać można w money.pl:
http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/polski-rekordzista-w-walce-ze-skarbowka-7,186,0,1985466.html

Popołudniowy komentarz walutowy z 04.01.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 04.01.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Eksperci prognozują, co w 2016 roku czeka Polaków na rynku nieruchomości

W 2016 roku dużą rolę nadal odgrywać będzie program Mieszkanie dla Młodych, ale przewidziana pula pieniędzy może się skończyć już w połowie roku – prognozują eksperci rynku nieruchomości. To nie jedyne niespodzianki na najbliższe miesiące. Czego się spodziewać i co to oznacza dla statystycznego Kowalskiego?

Zdaniem eksperta, miniony rok był przełomowy dla rynku nieruchomości. – Rozpoczęto budowę rekordowej liczby mieszkań, Mieszkanie dla Młodych święciło triumfy, a inwestycje luksusowe odnotowały doskonałe wyniki. Jaki będzie rok 2016? Na pewno inny, z kilkoma zmianami i zaskoczeniami – mówi Tomasz Wilczek, dyrektor generalny RED Real Estate Development, www.red-development.pl

MdM nadal ważny, ale

W ostatnich miesiącach 2015 roku rządowy program Mieszkanie dla Młodych bił rekordy popularności. Po znowelizowaniu przepisów (większa prorodzinność i dołączenie rynku wtórnego) od września do końca listopada 2015 roku złożono wnioski na 333 mln zł. Dla porównania od stycznia do sierpnia – 292 mln zł, a w całym 2014 roku – 366 mln zł.

W 2016 roku MdM nadal będzie odgrywać dużą rolę, ale należy pamiętać, że nie jest to jedyny decydujący czynnik podczas zakupu mieszkania. Klienci zwracają uwagę na lokalizację, przemyślany układ mieszkania,  ale ogromną rolę odgrywa także dodatkowa oferta dewelopera, jak choćby częściowe wykończenie czy ekologiczne rozwiązania na osiedlu mówi Teresa Witkowska, dyrektor sprzedaży osiedla Alpha Park w Warszawie. – Dlatego coraz ważniejsze będzie nowoczesne podejście firm deweloperskich oraz dostosowywanie oferty do klientów, a nawet wyprzedzanie ich oczekiwań.

Kluczowy dla rynku nieruchomości będzie pierwszy kwartał 2016 roku. To właśnie wtedy zaktualizowane zostaną limity MdM. Ich wysokość nie jest jeszcze znana, ale jeśli okaże się niższa niż obecnie, to inwestycji mieszczących się w zakresie programu będzie mniej. W wyniku tego osoby poszukujące mieszkania w MdM będą miały mniejszy wybór. To nie wszystko.

– Jeśli popularność rządowego programu utrzyma się na poziomie z ostatnich kilku miesięcy, istnieje duże prawdopodobieństwo, że już w połowie 2016 roku zabraknie środków przewidzianych na MdM. Budżet jest bowiem ograniczony – w 2016 roku do 730 mln zł – mówi Teresa Witkowska. – Duże zainteresowanie dofinansowaniem MdM i ryzyko wyczerpania się środków sprawiają, że z decyzją o zakupie mieszkania warto się pospieszyć.

Wkład własny w górę

W dodatku banki znajdą się w nowej sytuacji. W życie wejdą nowe zasady kredytowania, które nie napawają optymizmem, a z którymi Polacy, chcąc nie chcąc, będą musieli się zmierzyć. Banki podwyższą marżę, a wkład własny przy zaciąganiu kredytu wzrośnie z 10% do 15%. O ile jeszcze w 2014 roku przy zakupie mieszkania za 350 tys. zł wystarczyło 17,5 tys. zł, o tyle od stycznia trzeba zgromadzić aż 52,5 tys. zł!

Zdaniem Romy Peczyńskiej, marketing managera inwestycji Red Park, dla mniej zamożnych klientów oznacza to konieczność przygotowania się do zakupu mieszkania z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym. – Nowe przepisy wymagają wcześniejszego odkładania pieniędzy. Zmiany nie były tajemnicą, zostały ogłoszone ponad półtora roku temu. Kredytobiorców mieli czas, aby przygotować się zakupu nieruchomości – mówi Roma Peczyńska.

Jednak taka zmiana może wydawać się dużym wydatkiem, zwłaszcza dla ludzi młodych. – To duża grupa naszych klientów. Niemniej warto pamiętać, że takie osoby nie są pozostawione same sobie. Najczęściej większość wymaganego 15-procentowego wkładu własnego – 10% – mogą spłacić z MdM, a jeśli mają dzieci, dofinansowanie pozwala pokryć całą wymaganą przez bank kwotę.

Tendencja wzrostowa w luksusie

Zdaniem ekspertów 2016 rok utrzyma jeszcze jedną ważną tendencję. Rosnącym zainteresowaniem cieszyć się będą inwestycje luksusowe. Wytłumaczeniem takiego zjawiska jest regularnie rosnąca liczba zamożnych Polaków. W 2015 roku dochód powyżej 7,1 tys. zł miało 969 tys. osób, a w 2016 roku ich liczba po raz pierwszy przekroczy 1 mln. Łączny roczny dochód osób zamożnych i bogatych wynosi obecnie 155 mld zł, co w porównaniu do poprzedniego roku oznacza 5% wzrostu.

Zarobki Polaków rosną, a wraz z nimi pojawiają się większe wymagania. Ale inwestycja luksusowa to nie tylko synonim prestiżu. Taka nieruchomość często zyskuje na wartości, dlatego to również dobry sposób na lokowanie pieniędzy – mówi Ewa Piechota, marketing manager Nowej Papierni, loftowego osiedla we Wrocławiu. – W przypadku loftów stopa zwrotu jest dużo wyższa niż dla typowych mieszkań. Z nowego mieszkania w wysokim standardzie możemy się spodziewać stopy zwrotu na poziomie maksymalnie 5%. Natomiast loft da nam nawet 10%.

Duże zainteresowanie inwestycją przekonało dewelopera RED Real Estate Development do dalszej rozbudowy osiedla Nowa Papiernia.

Zmiany w przepisach dotyczących stawek adwokackich i radcowskich

Z początkiem tego roku po raz pierwszy od kilkunastu lat w sposób istotny zmieniły się w Polsce opłaty za czynności adwokackie i radcowskie. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że od 1 stycznia 2016 r. wzrosły one dwukrotnie. Nowe regulacje dotyczą także kwot, które w razie przegrania procesu dłużnik będzie musiał zapłacić wierzycielowi tytułem zwrotu kosztów wynagrodzenia prawnika. Co ta zmiana w praktyce oznacza dla klientów kancelarii prawnych i dlaczego w konsekwencji jest ona korzystna szczególnie dla przedsiębiorców czekających na swoje należności? Wyjaśnia to Michał Jurczak, adwokat z WFY Group LAW&TAX.

Mogłoby się wydawać, że zmiana kosztów obsługi prawnej mocno uderzy po kieszeni klientów kancelarii prawnych, jednak – jak zauważa adwokat Michał Jurczak z WFY Group LAW&TAX – wbrew pojawiającym się komentarzom nowelizacja przepisów nie musi się wiązać ze zwiększeniem kosztów pomocy prawnej, a wręcz przeciwnie – w ostatecznym rozrachunku może pozytywnie wpłynąć na szybkość i skuteczność funkcjonowania wielu procedur, szczególnie tych związanych z odzyskiwaniem zaległych firmom należności.

Jak to możliwe? – Obecnie w sprawach o zapłatę z reguły nie są pobierane opłaty wstępne w przypadku spraw mniej skomplikowanych i to nadal nie ulegnie zmianie. Tam, gdzie opłaty są pobierane, wzrost minimalnej stawki praktycznie nie będzie odczuwalny dla klientów, zwiększa się bowiem kwota, którą to nie klient, ale jego przeciwnik będzie musiał zapłacić tytułem kosztów wynagrodzenia kancelarii, gdy przegra proces – wyjaśnia Jurczak. Co ważne wzrost opłat za czynności prawne może także wpłynąć na zmniejszenie zatorów płatniczych bez konieczności interwencji sądowej, szczególnie jeśli mowa o mniejszych kwotach zadłużenia. – Dla osób zalegających z zapłatą drobnych kwot proces sądowy może wiązać się z dodatkowymi, bardzo wysokimi kosztami. W skrajnych przypadkach suma, którą dłużnik w razie przegranej będzie musiał zapłacić, gdy sprawa trafi do sądu, może nawet przewyższyć wartość pierwotnego długu – wyjaśnia Michał Jurczak z WFY Group LAW&TAX. – W konsekwencji sprawy częściej niż dotychczas mogą się kończyć jeszcze na etapie przedsądowym. Dłużnik świadomy ewentualnych kosztów bądź nauczony doświadczeniem będzie starał się spłacić dług lub zawrzeć ugodę zanim sprawa trafi do sądu. Rozwiązanie takie dla wierzyciela będzie oznaczało oszczędność czasu, a dla dłużnika pieniędzy – dodaje.

Dla przykładu dłużnik zalegający z zapłatą 1501 zł w razie przegrania procesu będzie musiał uregulować płatność za adwokata drugiej strony w wysokości 1200 zł. Do tego dochodzą jeszcze także opłaty sądowe, w tym przypadku 30 zł. Pamiętajmy jednak, że będą to jedynie podstawowe wydatki. Mogą one bowiem dodatkowo wzrosnąć o koszty stawiennictwa świadków lub opinii biegłych. W konsekwencji będzie oznaczać to powiększenie pierwotnego zadłużenia prawie o 100%. W przypadku sprawy o zapłatę 5000-10000 zł koszy adwokackie wyniosą 2400 zł, a przy kwocie 10000-50000 zł będzie to 4800 zł. – W długoterminowej perspektywie zmiana przepisów może mieć więc pozytywny wpływ na przedsiębiorców. Spowoduje bowiem, że łatwiejsze i bardziej opłacalne, nawet gdy konieczne będzie wystąpienie na drogę sądową, stanie się dochodzenie drobnych kwot, które w wielu branżach, np. spożywczej lub transportowej, stanowią przecież większość zaległości – podsumowuje Jurczak.

Mieszkanie w spadku? Skorzystaj z sukcesji!

Mieszkanie lub dom to podstawowy i najważniejszy składnik majątku Polaków – wynika z najnowszego badania „Zasobność gospodarstw domowych w Polsce” przygotowanego w tym roku przez NBP. Jednocześnie, tylko nieliczni dbają o to, by majątek ten trafił rzeczywiście we właściwe ręce w wypadku śmierci właściciela.

Proza życia bywa czasem bardzo bolesna – niespodziewana śmierć męża czy żony może przydarzyć się w każdej, nawet najbardziej szczęśliwej rodzinie. Niestety, większość z nas odsuwa na bok tego typu nieprzyjemne myśli, pozostawiając tę ważną przecież sprawę wyłącznie losowi. A przecież dobrym rozwiązaniem byłby tu zawczasu spisany testament, którym uregulować można późniejsze prawa do tzw. masy spadkowej.

Zbigniew Szymański, doradca finansowy Alex T. Great
Zbigniew Szymański, doradca finansowy Alex T. Great

Testament to jednak nie wszystko – warto zadbać też o finansowe bezpieczeństwo przyszłych spadkobierców, chroniąc ich przed ewentualnymi kłopotami, jakie mogą się pojawić na etapie podziału majątku. – Wyobraźmy sobie młode małżeństwo, tuż po ślubie, z pierwszym w życiu kredytem mieszkaniowym. Zwykle w takich wypadkach kredyt to ich wspólne zobowiązanie wobec banku, dlatego w przypadku śmierci jednego ze współmałżonków całe obciążenie finansowe spływa nagle na barki tylko jednej osoby. Co więcej, w takiej sytuacji bank dość szybko zdecyduje się na ponowną weryfikację zdolności kredytowej, chcąc rzetelnie ocenić, czy w nowej sytuacji wdowa lub wdowiec będą w stanie unieść spłatę kredytu na pierwotnych warunkach. I trzeba zrozumieć takie podejście banku, który po prostu chce zadbać o bezpieczeństwo swoich pieniędzy. Właśnie dlatego warto pomyśleć zawczasu, by zabezpieczyć rodzinę przed skutkami nieprzewidzianych zdarzeń – wyjaśnia Zbigniew Szymański, doradca finansowy Alex T. Great.

To właśnie miejsce dla sukcesji, która, choć ważna, jest w naszym kraju wciąż mało popularna. A co tak naprawdę oznacza? – Sukcesja to świadome przekazanie majątku osobie bądź osobom, którym rzeczywiście chcemy go przekazać. Mówiąc dokładniej, sukcesja pozwala przekazać majątek nie tyle na podstawie ogólnodostępnego prawa spadkowego, a zgodnie z wolą osoby wykorzystującej w tym celu sukcesję – podkreśla Renata Górska z Alex T. Great Doradcy Finansowi. – Trzeba dodać, że dobrze sporządzony plan sukcesji majątkowej nie wyklucza wcale prawa spadkowego, a tylko wzmacnia jego skuteczność poprzez zastosowanie odpowiednio dobranych instrumentów finansowych, które gwarantują pełną realizację całej woli spadkobiercy.

W tym miejscu warto znów posłużyć się przykładem – wyobraźmy sobie sytuację, w której wolą zmarłego ojca rodziny jest przekazanie całego swojego majątku (mieszkania, domu, gruntu, pieniędzy) w ręce jednego tylko członka rodziny. Poprawnie przygotowany testament „ubierze” wolę spadkodawcy w stosowne paragrafy, jednak pozostali zstępni z pewnością upomną się o – prawnie uzasadnioną – należną im część, zwaną potocznie zachowkiem. – Szybko może się okazać, że taki spadek to dla obdarowanego prawdziwy kłopot. Chcąc spłacić pozostałe, nieujęte w testamencie osoby, które decyzją sądu nabędą prawa do części majątku, spadkobierca zmuszony jest zwykle sprzedać dom lub przekazane mu w spadku mieszkanie, by zadośćuczynić finansowo pozostałym. A mówiąc wprost, spłacić należną im część. Właśnie tu najlepiej sprawdzają się mechanizmy sukcesji, które dają szansę na zgromadzenie majątku niezbędnego do późniejszej realizacji testamentu przez obdarowanego, choćby właśnie na spłatę zobowiązań czy opłaty podatkowe – tłumaczy Zbigniew Szymański.

Renata Górska, doradca finansowy Alex T. Great
Renata Górska, doradca finansowy Alex T. Great

Wracając do pierwszego przykładu: zgromadzone w planie sukcesji środki stanowią doskonałe zabezpieczenie ewentualnych roszczeń banku. To właśnie z pomocą kapitału sukcesyjnego można, w razie potrzeby, spłacić wcześniej kredyt mieszkaniowy lub choćby wyrównać brakującą różnicę, która pojawić się może w wysokości nowo ustalonej przez bank raty. – Warto pamiętać, że w przypadku poważnych kłopotów ze spłatą kredytu mieszkaniowego, bank może go wypowiedzieć, przejmując tym samym obciążoną nim nieruchomość. Trudno nawet wyobrazić sobie, jak wielka może to być strata i kłopot dla pogrążonej w bólu rodzinie. Oczywiście, to sytuacja ostateczna, skrajna, ale z pewnością należy liczyć się z tym, że bank, w przypadku śmierci jednego ze współmałżonków, ustali nowe warunki kredytu, zwiększając jego marżę, co stawia rodzinę zmarłego w trudnej sytuacji. Tu znów pomocny będzie kapitał zgromadzony w planie sukcesji – dodaje Renata Górska, doradczyni z Alexa.

Dodajmy, że sukcesja to nie tylko mechanizmy finansowe, których celem jest zabezpieczenie majątkowe spadkobiercy lub spadkobierców. – Cały proces sukcesji przebiega wielotorowo i opiera się na kompleksowych działaniach i doradztwie doświadczonej w tematyce sukcesji kancelarii prawnej oraz specjalisty ds. finansów. Takie połączenie gwarantuje, że sukcesja zostanie rzeczywiście prawidłowo zaplanowana i poprawnie zrealizowana – zapewnia Zbigniew Szymański z Alex T. Great.

Może zatem warto już dziś poważnie pomyśleć o tym, by odpowiednio zabezpieczyć przyszłość swoich najbliższych i zadbać o to, by majątek rzeczywiście trafił w ich ręce? Sukcesja będzie tu z pewnością skutecznym rozwiązaniem. Pamiętajmy, że jej ideą jest finansowa pomoc kierowana do konkretnej osoby, dzięki czemu spadkobierca będzie mógł samodzielnie zdecydować o tym, w jaki sposób chce wykorzystać zgromadzony kapitał.

Opracował:
Tomasz Kulpa

Alex T. Great Doradcy Finansowi

Wszystko, co musisz wiedzieć o języku japońskim

Mimo, że język japoński wydaje się być stosunkowo prosty do nauczenia, opanowanie go do perfekcji może sprawiać już więcej problemów. Poniżej zamieszczono przegląd kluczowych aspektów tego niezwykłego języka. Artykuł skupia się jednak na wyjaśnieniu dlaczego japoński jest interesujący – jest to bardzo złożony i subtelny język, używany przez ponad 125 milionów ludzi na świecie.tłumaczenia japoński

Unikalne cechy japońskiego

Japoński jest językiem trudnym pod wieloma względami, po pierwsze głównie ze względu na to, że Japończycy na różne sposoby podchodzą do procesu komunikacji. Dodatkowo, Japonia ma wyjątkową i dość trudną w odbiorze kulturę. Japonia była, w istocie, krajem dość zamkniętym na resztę świata do XIX wieku, a rezultaty tej dowolnej izolacji są widoczne do dzisiaj.

Są one również widoczne w samym języku, który jest trudny zarówno konceptualnie, jak i językowo. Japoński nie funkcjonuje w ten sam sposób, co większość języków, oznacza to, że nawet po opanowaniu pewnej części słownictwa i zasad gramatycznych można być na przegranej pozycji. Oznacza to również, że nawet osoba „biegła” w języku, może spotkać się z drwinami ze strony Japończyków, zaledwie po otworzeniu ust. Japoński jest więc trudny z wielu powodów.

Formy japońskiego

Jak zostało wspomniane w jednej z anegdot, japoński ma kilka różnych form, w zależności od sytuacji społecznej. Pierwszym lepszym przykładem może być 5 różnych form znaczeniowych wyrazu „ja” używanych wymiennie w zależności od adresata. Dodatkowo, istnieje również całkiem osobny, formalny język grzecznościowy, nazywany Keigo, który jest nadal używany w Japonii, choć już znacznie rzadziej niż w przeszłości.

Wniosek jest jeden, japoński, w przeciwieństwie do angielskiego, pozostaje językiem wyjątkowo dokładnym w kwestii interakcji społecznych, klasy społecznej i wyrażania szacunku. W trakcie nauki tego języka warto więc mieć to na uwadze żeby uniknąć niezamierzonej obrazy.

Japońskie pismo

Aby jeszcze bardziej utrudnić naukę japońskiego, w jego pisowni wykorzystuje się 3 zestawy znaków (nie liter) w różnych pisemnych wariantach: Kanji, stworzony z zapożyczonych z Chin znaków oraz Hiragana i Katakana – które często określa się wspólnym mianem Kana, każdy składa się z 46 znaków. Można pisać po japońsku zarówno poziomo od góry do dołu lub w bardziej tradycyjny sposób – pionowo, od prawej do lewej. Obie metody są spotykane w dzisiejszym japońskim.

Japońskie osobliwości natury mechanicznej

Poza zasadami gramatycznymi i systemem pisania, japoński w dość unikalny sposób podchodzi do pisemnej komunikacji, co często może wprowadzać w błąd. Jedną rzeczą jest fakt, że podmiot bywa bardzo często całkowicie pomijany w zdaniach, skazując odbiorcę i co gorsza biednego, cierpiącego męki tłumacza na zgadywanie kto może być podmiotem z kontekstu. Jest to jednym z największych problemów, który mogą napotkać osoby rozpoczynające swoją przygodę z tym językiem, ponieważ większość osób z zachodu a także z innych kultur przywykła do dokładniejszego określania kto jest kim w zdaniach. Kolejne wyzwanie? Nie istnieje podział na liczbę mnogą i pojedynczą, istnieją jedynie wyrazy. I kolejny raz to kontekst okazuje się być rozwiązaniem. Pod wieloma względami japoński opiera się na subtelności i wymaga ostrożnego podejścia.

Jako profesjonalny tłumacz muszę przyznać, że jeden aspekt japońskiego szczególnie potrafi mnie wykończyć, mianowicie fakt, że czasowniki zawsze występują na końcu zdań, co sprawia, że tłumaczenie zdań z innych języków na japoński jest dość problematyczne. Jednocześnie, nie jest to cecha typowa jedynie dla japońskiego, więc istnieje wiele przykładów, którymi można się posiłkować.

Wyzwania związane z kulturą japońską

Język i kultura nie mogą nigdy istnieć bez siebie, jest to oczywiste. Jednym z największych problemów, który może doprowadzać uczących się tego języka do szaleństwa, jest to, że większość komunikacji w japońskim opiera się na wrażliwości i interpretacji, nie na dosłownym, rzeczowym przekazie. Powoduje to, że często ludzie z zachodu mogą czuć się zagubieni i drapać się po głowie w trakcie oglądania japońskiej telewizji czy filmów.  Język japoński po prostu nie stosuje dosłownych opisów. Japończycy lubią używać wyobraźni i mają niemalże surrealistyczne podejście, które pomaga w poprawnej interpretacji. Takie podejście nie jest niczym niezwykłym, o ile jest się zaznajomionym z kulturą japońską, jednak w innym przypadku, kiedy ktoś pochodzi przykładowo z Anglii, gdzie wszystko jest bezpośrednio komunikowane, japońskie podejście może okazać się barierą nie do przejścia.

Wymowa języka japońskiego

Z drugiej strony japoński jest jednym z najłatwiejszych języków na świecie pod względem wymowy, pod warunkiem zignorowania różnych akcentów. Istnieje stosunkowo niewiele dźwięków używanych w japońskim i kiedy już zostaną opanowane, można wymówić każde słowo, praktycznie bez pomyłki.

Z drugiej strony, w japońskim istnieje spora liczba akcentów. Mimo, że Japonia może się wydawać Amerykanom małym krajem, w jej obrębie istnieje wiele wyraźnie odmiennych obszarów i kiedy już dana osoba opanuje japoński, będzie mogła łatwo rozróżnić skąd jest dany mówca. Akcenty znacznie utrudniają poprawne zrozumienie języka, nawet po osiągnięciu wysokiego poziomu znajomości japońskiego.

W japońskim występuje także pokaźna liczba homonimów, wyrazów, które brzmią identycznie, ale mają różne znaczenia. To może bardzo utrudnić zrozumienie sensu wypowiedzi dopóki nie pozna się dokładnego kontekstu.

E-biznes bez działalności gospodarczej? Sprawdź dropshipping

Chcesz założyć własny biznes? Jak to zrobić bez kapitału czy własnego magazynu? Nowe możliwości daje sprzedaż w modelu dropshippingowym. Wyspecjalizowane platformy działają tak, że właściciel sklepu nie musi nawet mieć własnej firmy. Dowiedz się, jak to funkcjonuje.

Online shopping and e-commerce backgroundDropshipping to stosunkowo nowy model sprzedaży. Początkowo był sposobem na to, by usprawnić i ułatwić logistykę. Zyskuje jednak coraz większą popularność, ponieważ znakomicie pasuje do dynamicznie rozwijającego się e-handlu.

Na czym polega dropshipping? Ten model można nazywać sprzedażą z bezpośrednią wysyłką. Dlaczego bezpośrednią? Ponieważ unika się wszystkich pośredników typowych w handlu konwencjonalnym. Produkt zamówiony przez klienta w sklepie internetowym trafia do niego bezpośrednio od dostawcy.

To oznacza, że prowadząc sklep internetowy nie musimy utrzymywać magazynów i dokonywać hurtowych zakupów, ani martwić się o logistykę. W ten sposób odpada wiele kosztów stałych, a do tego nie zamraża się kapitału w towarze – mówi Krzysztof Grzegorzewski, dyrektor zarządzający platformy dropshippingowej Dropka.pl.

Dziś wielu sprzedawców w Polsce działa w systemie dropshippingowym na allegro czy aliexpressie. Jednak muszą zajmować się wysyłką, płatnościami oraz księgowością i znaleźć sobie rzetelnego dostawcę. Są też portale oferujące w jednym miejscu dostęp do wielu hurtowni dropshippingowych. Ale z punktu widzenia sprzedawców również mają pewne wady. Oferują tylko płatny dostęp lub wymagają opłaty abonamentowej za dostęp do większej liczby dostawców. Poza tym jeśli chcemy otworzyć sklep online na takich portalach, to potrzebna jest działalność gospodarcza. Dotyczy to także regularnego handlu za pośrednictwem popularnych portali aukcyjnych.

W dropshippingu pojawił się jednak nowy trend. Wyspecjalizowane platformy ułatwiają prowadzenie sprzedaży już nie tylko w sensie logistycznym. Sprzedawcy nie muszą nawet prowadzić działalności gospodarczej. Jak to działa?

Otwierając u nas sklep internetowy, sprzedawca umieszcza w nim towary dostępne na naszym portalu. Płatnościami i księgowością zajmuje się Dropka.pl. Właściciel sklepu nie jest ani właścicielem towaru, ani fizycznie go nie posiada, nie jest też stroną transakcji. Jedynie udostępnia odnośniki do naszych towarów na swojej stronie lub na stronie swojego sklepu, doliczając ustaloną przez siebie marżę. Jego jedyne zadanie to dobór asortymentu i pozyskiwanie klientów – wyjaśnia Krzysztof Grzegorzewski.

Co na to prawo?

Czy pozwala na tego rodzaju działalność? W jaki sposób rozliczać się z urzędem skarbowym? Marże za sprzedane towary za pośrednictwem sklepu na platformie takiej jak Dropka.pl kumulują się na koncie użytkownika. Dochód wypłacany jest mu w formie prowizji. Stanowi przychód z innych źródeł w rozumieniu ustawy z dnia 26 lipca 1991 roku o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz. U. 1991 nr 80 poz. 350).

To znaczy, że użytkownik jest zobowiązany wykazać otrzymany przychód w zeznaniu rocznym i odprowadzić od niego należny podatek dochodowy. Natomiast jeśli chcemy, oprócz towarów dostępnych na Dropka.pl, sprzedawać także własne towary lub tylko własne towary, to zgodnie z przepisami trzeba prowadzić działalność gospodarczą – wyjaśnia Krzysztof Grzegorzewski.

Jak duże jest zainteresowanie takim modelem sprzedaży? Okazuje się, że dla wielu osób w Polce kusząca jest wizja prowadzenia sklepu bez biurokracji związanej z prowadzeniem działalności gospodarczej.

Portal dopiero wystartował, ale zainteresowanie jest coraz większe. Otrzymujemy też dużo pytań o to, jak to działa. Przekonują prostota tego modelu i fakt, że nie trzeba inwestować żadnych środków. Wystarczy mieć dobry pomysł i znać się na marketingu – dodaje Krzysztof Grzegorzewski.

Będzie trudniej o kredyt hipoteczny

W grudniu banki chciały pożyczyć rodzinom na mieszkanie wyraźnie mniej niż przed rokiem. Czas pokaże czy jest to preludium przed zmianami, które czekają rynek w przyszłym roku. Większość z nich utrudni dostęp do bankowego finansowania.

– Trzyosobowa rodzina dysponująca dochodem na poziomie 5 tys. zł netto jeżeli poszłaby do banku z prośbą o kredyt na 30 lat to uzyskałaby średnio niecałe 420 tys. zł. To jest o ponad 30 tys. zł mniej niż przed rokiem – mówi newsrm.tv Bartosz Turek, Lion’s Bank.

Powód? Po części może to być wdrożenie wymagań stawianych przez KNF (np. podniesienie minimalnych kosztów utrzymania rodziny oraz wymagań kapitałowych wobec banków), częściowo dostosowanie do nowych warunków, w jakich przychodzi bankom działać. Przypomnijmy, że od stycznia obowiązywać zacznie nowy 15-proc. próg wymaganego wkładu własnego przy kredytach hipotecznych. Do tego banki złożyły się na wypłaty dla klientów upadłego SK Banku i fundusz restrukturyzacji kredytów, a do tego muszą wnieść wyższe składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Gdyby tego było mało na wprowadzenie czeka też nowy podatek. Trudno więc oczekiwać, żeby banki drenowane z pieniędzy dalej prowadziły równie chętnie akcję kredytową.

Pocieszeniem dla kredytobiorców może być informacja, że rok temu kredyty były droższe. Obecnie przy zaciąganiu kredytu na 300 tys. zł i 30 lat trzeba się liczyć z ratą miesięczną na poziomie 1339 zł (przy założeniu marży banku w wysokości 1,73%). Rok temu rata kredytu o identycznej wartości wynosiła 1408 zł, czyli była o 69 zł wyższa.

Zadłużając się dziś – przy niskim poziomie stóp procentowych – trzeba się liczyć z tym, że stopy procentowe w końcu zaczną rosnąć, a wraz z nimi comiesięczna rata. Dziś za każde pożyczone na 30 lat 100 tys. zł trzeba do banku oddawać co miesiąc średnio 446 zł. Gdyby stopy procentowe podniesiono na przykład o 1 pkt. proc., to rata za identyczny kredyt wzrosłaby do 504 zł miesięcznie. Nie jest jednak wykluczone, że w kolejnym cyklu zaostrzania polityki pieniężnej dojdzie do większych podwyżek niż o 1 pkt. proc. Warto więc zauważyć, że gdyby stopy procentowe wzrosły do poziomu sprzed obniżek (podstawowa stopa była na poziomie 4,75%, a nie 1,5% jak dziś), rata w przeliczeniu na każde pożyczone 100 tys. zł mogłaby wzrosnąć do poziomu około 640 zł miesięcznie

Mocny początek roku na rynkach

Analitycy byli zgodni, że 2016 rok nie zapowiada się jako nudny, aczkolwiek początek i tak większość z nich zaskoczył. Zawieszenie notowań z powodu silnych spadków w Chinach. Zerwanie stosunków dyplomatycznych między Iranem a Arabią Saudyjską. Słabsze dane z Polski i gwałtowny spadek na złotówce.

Rok 2016 rozpoczął się na rynkach od tematu Chin. Zanim inwestorzy w Europie i USA zdążyli przyjść do pracy, ich azjatyccy koledzy już dokonali czegoś, co prawdopodobnie będzie głównym tematem pierwszych tygodni roku. Spadki na giełdzie w Szanghaju były na tyle silne, że najpierw zawieszono sesje na 15 minut, po czym, gdy spadki nie ustały, skrócono ją. Pozwolił na to przepis mówiący o tym, że jeżeli spadki lub wzrosty sięgają 7% regulator ma takie prawo. Jest to pierwszy dzień obowiązywania przepisów umożliwiających taką reakcję. Jak to często bywa w takich sytuacjach spadki rozlały się również na inne giełdy w regionie. Co mogło spowodować tak silne spadki? Powodów jest kilka. Po pierwsze słabsze dane z gospodarki. Otrzymaliśmy dziesiąty z rzędu, gorszy od 50 pkt, odczyt indeksu PMI dla przemysłu. Po drugie 8 stycznia wygasa półroczny zakaz sprzedaży akcji przez akcjonariuszy mających powyżej 5% udziałów. Jak nie trudno się domyślić potężna ucieczka kapitału nie pomogła chińskiej walucie i od rana traci ona wobec dolara. Jak wygląda strach na rynkach, widać wyraźnie po porannych reakcjach na złotówce. Straciła ona około 3 groszy, licząc od godzin nocnych.

W polskich mediach ekonomicznych po zakończeniu tematu podatku bankowego wraca kolejna obietnica wyborcza partii rządzącej. Obniżka podatku VAT z 23% na 22%, bo o tym mowa, wydaje się jednak poważnie zagrożona. Powodów jest kilka. Po pierwsze jest to około 9 mld złotych wpływów budżetowych, czyli więcej niż rząd zamierza uzyskać z podatku bankowego. Po drugie założenie, że spadek VAT o 1 punkt procentowy obniży o tyle samo ceny jest dość odważne. Wiele osób wskazuje, że zamiast prezentu dla obywateli stworzony zostanie prezent dla sprzedawców zwiększający ich marżę o tą samą wartość.

Arabia Saudyjska zerwała stosunki dyplomatyczne z Iranem. Powodem były zamieszki w Iranie, w których ucierpieli dyplomaci saudyjscy. Powodem zajść była egzekucja szyickiego przywódcy religijnego w Arabii Saudyjskiej. Oba te państwa mają mocno napięte stosunki ze względu na różniące je odłamy Islamu oraz próby dominowania w regionie. Wydarzenia te chwilowo podbiły ceny ropy, jednakże trwająca od rana korekta wyrównała ten ruch. Jeżeli sytuacja w regionie będzie się komplikować to powinno to rzutować na ceny ropy naftowej. Z drugiej strony wątpliwe jest by ta konkretna sytuacja eskalowała.

W czwartek 31 grudnia poznaliśmy gorsze od oczekiwań wyniki wskaźnika rynku pracy wg. BIEC. Dzisiaj rano poznaliśmy odczyt indeksu PMI dla Polski. Był on gorszy od oczekiwań i wyniósł 52,1 pkt  – dokładnie tyle co miesiąc wcześniej.

Dzisiejszy kalendarz danych makroekonomicznych składa się z publikacji indeksów PMI dla przemysłu we wszystkich ważniejszych gospodarkach.

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 04.10.2015 do 04.01.2016Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 04.10.2015 do 04.01.2016

Kurs EUR/PLN po ostatnich spadkach przeszedł z trendu wzrostowego w boczny. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,3650 gdzie znajduje się ostatnie maksimum lokalne. W przypadku spadków wsparcie stanowić będzie linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na 4,2250. Jest to poziom, na którym kurs już dwukrotnie odbił się w górę.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 04.10.2015 do 04.01.2016Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 04.10.2015 do 04.01.2016

Kurs CHF/PLN przeszedł z trendu wzrostowego w boczny. Gdyby doszło do powrotu do wzrostów istotnym poziomem są wciąż okolice 4,0400, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem są testowane obecnie okolice 3,9000-3,9100, na których to kurs wielokrotnie odbijał w górę.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 04.10.2015 do 04.01.2016Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 04.10.2015 do 04.01.2016

Kurs USD/PLN powrócił do trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,0450. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem minima lokalne na 3,8400, gdzie kurs odbijał się na początku listopada.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 04.10.2015 do 04.01.2016

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił. Najbliższym oporem dla ruchu w górę jest krótkookresowa linia spadkowa na poziomie 5,8500. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest dopiero minimum stanowiące punkt wyjścia do obecnego ruchu wzrostowego, czyli poziom 5,6600.

Polski eksport 2015 : Unia Europejska trzyma się mocno

Mimo iż w minionym roku dużo mówiło się o nowych rynkach zbytu i ich potencjale, to rosnący eksport zawdzięczamy przede wszystkim kierunkom dobrze już znanym naszym firmom. Według ostatnich dostępnych danych (za pierwsze 10. miesięcy 2015 r.) do krajów unijnych z pierwszej 10-tki odbiorców wysłaliśmy towary o wartości wyższej aż o 10,5 mld EUR niż rok temu!

Wg danych GUS w ciągu 10. miesięcy 2015 r. największy przyrost eksportu odnotowaliśmy na rynkach krajów rozwijających się (14,2 proc. r/r), na drugim miejscu ze wzrostem rzędu 9,4 proc. r/r była Unia Europejska. Jednak wartościowo te kierunki dzieli ogromna przepaść, baza unijna jest bowiem ponad 8,5 razy większa. A jak się to przekłada na realne wartości? Eksport do krajów Unii w tym okresie był o 12,4 mld EUR wyższy niż rok wstecz. W przypadku rynków krajów rozwijających się wzrósł w tym czasie tylko o 1,7 mld EUR, zauważa ekspert AKCENTY. – Bardzo duże wzrosty eksportu do dalekich krajów są oczywiście sukcesem, ale trzeba pamiętać, że biorą się często z niskich baz, czyli danych wyjściowych za poprzedni okres – mówi Radosław Jarema, szef AKCENTY w Polsce, instytucji płatniczej realizującej i zabezpieczającej transakcje walutowe eksporterów i importerów.

Wysokie wzrosty eksportu na bliskich kierunkach

Przyrosty wartości eksportu do krajów UE w 2015 r. są imponujące. W ok. 85 proc. odpowiadają za nie unijne kraje z pierwszej 10-tki naszych najważniejszych odbiorców, dla których eksport w okresie styczeń-październik 2015 r. wzrósł aż o 10,5 mld EUR w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej.

W przypadku naszego najważniejszego rynku zbytu, czyli Niemiec, eksport w ciągu 10. miesięcy 2015 r. wzrósł o 10,1 proc. r/r, czyli o blisko 4,5 mld EUR. Dwucyfrowe przyrosty wartości wywozu notujemy także z pozostałymi państwami pierwszej trójki naszych największych odbiorców eksportu – Wielką Brytanią (11,7 proc. r/r) i Czechami (11,2 proc. r/r). Łącznie w okresie styczeń-październik 2015 r. wartość eksportu do tych trzech krajów, wzrosła o ponad 7 mld EUR. Tym samym udział pierwszej trójki w ogóle polskiego wywozu wzrósł z ok. 39 proc. w analogicznym okresie 2014 r. do już 40,2 proc. obecnie.

W top 10-tce kierunków polskiego wywozu dwucyfrową dynamikę wzrostu zanotowaliśmy także z Włochami (12,7 proc. r/r), Holandią (16,3 proc. r/r) i Hiszpanią (13,9 proc. r/r). Najmniejsze wzrosty widać na kierunku szwedzkim (2,2 proc. r/r), a najgłębszy (i jedyny w zestawieniu) spadek zaliczyła Rosja. – Embargo i ochłodzenie na linii UE – Moskwa wyraźnie wpłynęło na wymianę handlową Polski z rosyjskim sąsiadem. W ciągu 10. miesięcy 2015 r. obroty polskich eksporterów z tym krajem spadły o 28,4 proc. r/r a to aż blisko 1,7 mld euro straty w porównaniu z rokiem ubiegłym. Pamiętajmy, że embargo już wtedy trwało kilka miesięcy, więc zeszłoroczna baza i tak była przez nie obniżona – wskazuje Radosław Jarema.

Ryzyko kursowe dużym obciążeniem

Choć niewątpliwie rosnący eksport (7 proc. r/r po 10. miesiącach 2015 r.) jest ogromnym sukcesem polskich przedsiębiorców, to warto pamiętać, że realne dochody z kontraktów uzyskują oni dopiero po przewalutowaniu swoich należności. Ryzyko niekorzystnych wahań notowań, które obniżają zyski to powszechna bolączka eksporterów, ale niestety tylko mała część eliminuje ten problem. Wg badania AKCENTY, aż 78 proc. eksporterów nie stosuje żadnych zabezpieczeń przed ryzykiem kursowym i nadal nieduży (31 proc.) odsetek eksporterów planuje w najbliższej przyszłości zabezpieczyć swoje finanse przed nieprzewidywalnością notowań.

Jak bardzo zmienna potrafi być sytuacja na rynku walutowym pokazał chociażby miniony 2015 r., kiedy to na wielu ważnych dla polskiego handlu walutach dochodziło do rekordowych spadków lub wzrostów, jak np. w przypadku dolara czy brytyjskiego funta. Obie waluty notowały w minionym roku najwyższe wartości od blisko dekady. – W zmiennej rzeczywistości dokładne przewidzenie i zaplanowanie finansów firmy handlującej z zagranicą staje się niemożliwe. Są jednak rozwiązania, które ułatwiają planowanie finansów firmy i zapewniają pewność co do przyszłej marży na kontrakcie w danej walucie – mówi Jarema. Jednym z najprostszych i zarazem najlepszych rozwiązań dla MŚP są transakcje terminowe forward. Pozwalają one zabezpieczyć dany kurs i rozliczyć się po nim z kontrahentem w przyszłości. Narzędzie to jest bezpłatne i bezpieczne, bo ma formę umowy i bez względu na to co się dzieje na rynku walutowym przedsiębiorca ma gwarancję, że wymieni swoją zabezpieczoną kwotę po kursie przewidzianym w umowie forwardu – podkreśla przedstawiciel AKCENTY.

Branża hotelarska w Polsce urośnie w 2016 roku

W 2016 roku obcokrajowcy stanowić będą znacznie ponad 20 proc. wszystkich gości hotelowych w Polsce. Wzrośnie także zainteresowanie Polską w zakresie turystki medycznej, coraz większe znaczenie mieć będą opinie gości hotelowych zamieszczane w Internecie, szczególnie w mediach społecznościowych. Wzrośnie także znaczenie działań z zakresu CSR, na które coraz częściej zwracają uwagę klienci – to główne wnioski z czwartej edycji raportu “Hotel Sales & Marketing Trends 2016” przygotowanego przez ekspertów Profitroom przy współpracy firmy doradczej Deloitte.

W tegorocznym opracowaniu zostało ujętych łącznie 21 trendów, które nawiązują do zagadnień związanych z czynnikami bezpośrednio kształtującymi sytuację na rynku hotelarskim, jak i do powszechnych zmian technologicznych czy społecznych wpływających na sposób dokonywania rezerwacji. Informacje zawarte w Trendach 2016 pozwalają sądzić, że branża hotelarska w Polsce może liczyć na dalszy wzrost i rozwój w przyszłym roku. Niewątpliwie jest to dobra informacja zarówno dla osób powiązanych z branżą hotelarską, jak i dla tych, którzy po prostu korzystają z usług różnych obiektów, ponieważ poprawi się także ogólny komfort gości, a także jakość komunikacji z nimi.

Z raportu można dowiedzieć się także o wzroście popularności Polski jako celu podróży dla gości z zagranicy oraz uzyskać wskazówki, w jaki sposób przygotować się na ich przyjęcie w hotelach. Według danych GUS tylko w roku 2015 udzielono ponad 13 mln noclegów gościom z zagranicy, a liczba ta z roku na rok wzrasta. Szacuje się, że w 2016 roku obcokrajowcy znacznie przekroczą próg 20 proc. wszystkich gości hoteli. Trend taki rysuje się z powodu zawirowań geopolitycznych i innych nieoczekiwanych zmian, które obniżyły bezpieczeństwo turystów w lokalizacjach dotąd bezpiecznych. Warto także zwrócić uwagę na fakt, iż duże zainteresowanie Polską występuje również w zakresie turystyki medycznej, która stała się skutecznym pomysłem na wyróżnik biznesowy wielu obiektów w Polsce. Dzięki rozwojowi usług związanych z szeroko pojętą ochroną zdrowia, i ich promocją zagranicą, do Polski przyjeżdża nawet 350 tysięcy osób (głównie z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Rosji), które korzystają z zabiegów czy leczenia właśnie w naszym kraju.

W “Hotel Sales & Marketing Trends 2016” opublikowano także prognozy związane ze zmianą postaw w trakcie procesu rezerwacji w hotelach. Między innymi zaprezentowany został trend, który dotyczy wzrostu znaczenia opinii innych gości hotelu w procesie zakupowym. Według danych Profitroom użytkownik internetu przed zarezerwowaniem pobytu w danym hotelu przegląda średnio aż 18 stron internetowych, a wśród nich portale z opiniami czy też profile w mediach społecznościowych. Celem tych działań jest zweryfikowanie swoich informacji o marce, którą są zainteresowani i podjęcie decyzji zakupowej m.in. na podstawie recenzji innych osób. Dostrzega to coraz więcej osób odpowiedzialnych za marketing i sprzedaż w hotelach, w związku z czym prognozuje się wzrost znaczenia informacji o gościu jako zasobu, którego posiadanie pozwala lepiej zarządzać wizerunkiem marki, a w rezultacie konkurować z innymi obiektami w tej wymagającej branży.

Czy komunikaty dopasowane do odbiorców będą w 2016 roku jeszcze popularniejsze? Według ekspertów Profitroom staną się wręcz koniecznością. – 70 proc. gości hotelowych oczekuje bardziej spersonalizowanych doświadczeń w myśl hasła “less ideas more experience”. W 2016 roku nie będziemy mówili już o segmentach gości, ale o ich profilach. O profilach, które mogą być zmienne w czasie, zależnie od sytuacji w jakich gość się znajduje. Planuje podróż służbową? A może wybiera wymarzone wakacje? Cała sztuka polegała będzie na rozpoznaniu potrzeb klienta na poszczególnych etapach i zapewnieniu mu spersonalizowanych doświadczeń. Targetowanie w 2016 roku to już nie tylko dopasowywanie przekazu pod gościa, ale do etapu podróży, na którym się znajduje – podsumowuje Karolina Antonowicz, Customer Success Director w Profitroom.

Nieodzownym elementem każdego dobrego hotelu staje się podejmowanie działań w zakresie społecznej odpowiedzialności biznesu. Między innymi poprzez wdrażanie rozwiązań oszczędzających prąd, wodę, efektywne zarządzanie odpadami. – Obserwując rynek hotelarski, zwracamy uwagę na rosnące znaczenie działań w zakresie społecznej odpowiedzialności hoteli. W dobrych hotelach standardem staje się dbanie o ochronę środowiska, wspieranie społeczności lokalnych, tworzenie dobrych warunków dla pracowników a w konsekwencji tworzenie unikalnego doświadczenia dla klientów z Polski, i coraz częściej z zagranicy. Nasze doświadczenia pokazują, że klienci coraz częściej zwracają uwagę na tego typu działania, już na etapie wyboru hotelu, nie tylko w czasie pobytu w nim – mówi Paulina Kaczmarek, menedżer Sustainability Consulting w Deloitte.

Te i wiele innych informacji na temat trendów w branży hotelarskiej na 2016 rok znajdują się na stronie http://www.profitroom.pl/trendy-2016, z której można pobrać kompletny raport z 19 trendami przygotowanymi przez firmę Profitroom i dwoma, których autorami byli współtworzący wydanie pracownicy firmy doradczej Deloitte. Raport “Hotel Sales & Marketing Trends 2016”, to najpopularniejsze w polskiej branży hotelarskiej opracowanie trendów, które będą kształtowały marketing i sprzedaż hoteli w 2016 roku. Jest to już czwarta edycja przygotowana przez ekspertów z firmy Profitroom, w tym roku wzbogacona o prognozy opracowane przez Deloitte. Trendy zawarte w poprzednich latach sprawdziły się niemal w 100 proc. dlatego warto się zapoznać z nowym raportem i poznać odpowiedź na pytanie co czeka polskie hotele w 2016 roku?

Fitch Polska: Rynek polskich obligacji korporacyjnych od 9 lat rośnie w tempie 30 proc. i w 2016 roku ma szansę na jeszcze większe wzrosty

CEO Magazyn Polska

Rynek obligacji korporacyjnych rozwija się od 2006 roku w tempie 30 proc. rocznie. Ma szansę na coraz większy rozwój. Zdaniem Mirosława Dudzińskiego, dyrektora regionalnego Fitch Ratings, polski rynek obligacji nieskarbowych nadal jest bardzo młody na tle innych krajów zachodnich, ale ma szansę na sukces.

– Polski rynek obligacji nieskarbowych nadal jest bardzo młodym i niedojrzałym rynkiem w porównaniu do rynków zachodnich, szczególnie eurorynku i rynku amerykańskiego. Biorąc jednak pod uwagę olbrzymi potencjał uważam, że jesteśmy skazani na sukces. Zaczęliśmy pewien trend, którego już nie można zatrzymać. Pozostaje tylko kwestia tempa rozwoju.

Mirosław Dudziński jest zdania, że tempo rozwoju rynku papierów nieskarbowych w 2016 roku będzie jeszcze większe niż w obecnym. Zaznacza jednocześnie, że na zyski z inwestycji w tego typu obligacje będzie miało wpływ wiele czynników, m.in. decyzje Rady Polityki Pieniężnej w sprawie wysokości stóp procentowych.

 Mówi się o tym, że nowa Rada Polityki Pieniężnej może obniżyć stopy procentowe, więc ten element, czyli stopy bazowe, może potencjalnie spaść. Z drugiej strony spread, czyli oczekiwana przez inwestorów marża, w porównaniu do stóp bazowych prawdopodobnie wzrośnie. Dodatkowo, nastawienie inwestorów do polskiego rynku długu i sytuacja na świecie wyznaczą ceny. 

Dyrektor pytany o wpływ na rynek obligacji m.in. wzrostu wymogów regulacyjnych banków, planowanego podatku bankowego oraz wyższych składek na BFG podkreśla, że skutkiem będzie utrudniony dostęp do kredytów, które będą też droższe.

– Pozostają wtedy dwa inne źródła finansowania  ocenia Mirosław Dudziński  Pozyskiwanie kapitału w formie emisji nowych akcji lub obligacje korporacyjne emitowane na rynek krajowy lub międzynarodowy. W mojej ocenie obligacje będą bardziej popularne. Zakładam, że nowe pieniądze będą płynęły do funduszy inwestujących w tego typu instrumenty.

Mirosław Dudziński z Fitch Ratings pytany o postrzeganie polskiego rynku długu przez zagranicznych inwestorów, ocenia, że nie jest on zachęcający w obecnej chwili. Głównymi przyczynami jest brak wypracowanego standardu dokumentacji, oprocentowanie oparte na zmiennej stopie procentowej WIBOR oraz ryzyko walutowe.

– Poza standardem dokumentacji na rynkach zagranicznych obligacje korporacyjne oparte są na stałej stopie procentowej, podczas gdy w Polsce cały czas mamy jeszcze rynek stopy zmiennej – podkreśla rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mirosław Dudziński, dyrektor regionalny Fitch Ratings, odpowiedzialny za przedsiębiorstwa i projekty infrastrukturalne w krajach Europy Środkowej i Wschodniej. – Trudniej jest wyceniać obligacje i zawierać transakcje, szczególnie spekulacyjne, na papierach, które są oparte na stopie zmiennej. Dlatego w mojej ocenie te czynniki, o ile się nie zmienią, będą zniechęcały inwestorów zagranicznych do polskiego rynku obligacji korporacyjnych.

Multico zainwestuje w tym roku 0,5 mld zł. W planach są m.in. projekty deweloperskie, w tym budowa nowego biurowca Mennicy Polskiej

CEO Magazyn Polska

Nakłady inwestycyjne, które w 2016 roku planuje ponieść grupa Multico, szacowane są na około 500 mln zł, z czego w samej Warszawie będzie to 100 mln zł. Flagowym projektem ma być nowy biurowiec spółki Mennica Polska, który powstanie na stołecznej Woli. W ocenie właściciela grupy Zbigniewa Jakubasa na polskiej giełdzie wkrótce może pojawić się sporo okazji inwestycyjnych. Szczególnie w związku z możliwą likwidacją Otwartych Funduszy Emerytalnych.

– W tych spółkach, w których uczestniczymy, giełdowych i pozagiełdowych, zakładamy spore nakłady inwestycyjne i dalszy fundamentalny rozwój w każdej z tych spółek według potrzeb i zdrowego rozsądku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Zbigniew Jakubas, właściciel Grupy Kapitałowej Multico.

Grupa ma w swoim portfelu udziały w kilkunastu spółkach, takich jak m.in. Mennica Polska, Newag oraz Zakłady Automatyki Polna. Planowane nakłady inwestycyjne Multico na 2016 rok szacowane są na około 0,5 mld zł, z czego w samej Warszawie będzie to 100 mln zł. W przypadku stolicy koniecznością jest jednak otrzymanie warunków zabudowy dla terenów, na których grupa ma zamiar inwestować.

– W innych miejscach w kraju trwają w tej chwili inwestycje warte 50 mln zł. Ponadto mamy pewien plan inwestycyjny w obszarze przemysłowym. Nie chciałbym jednak zdradzać jeszcze szczegółów – informuje Zbigniew Jakubas.

W przyszłym roku Multico skoncentruje się na inwestycjach deweloperskich. Projekty mieszkaniowe realizowane będą w Poznaniu, Lublinie oraz Warszawie. Oprócz tego w planach grupy jest także budowa nowego biurowca dla Mennicy Polskiej, który zlokalizowany będzie na warszawskiej Woli.

– Biurowiec czeka na dokumentację. Były zmienione pewne plany i musimy znowu od początku przejść dokumentację. Jesteśmy na dobrej drodze, mam nadzieję, że to kwestia 2–3 miesięcy – dodaje inwestor.

W ocenie Zbigniewa Jakubasa Mennica Polska ma duży potencjał biznesowy. Inwestor poprzez Grupę Multico zwiększył w ostatnim czasie swoje zaangażowanie w spółce. Jego zdaniem obecna wycena giełdowa nie odzwierciedla w pełni jej rzeczywistej wartości.

Ponadto zainteresowanie przedsiębiorcy wzbudza jedna z firm działających w branży przemysłowej. Jak stwierdza, planowana na przyszły rok transakcja stanowi dla spółki bardzo duże wyzwanie.

– Patrząc na to, jak na inwestycję giełdową, za chwilę większość spółek na giełdzie, a przynajmniej sporo, będzie niedoszacowana. Giełda spadła przez ostatnie 2 miesiące prawie 20 proc., więc myślę, że warto przyglądać się niektórym spółkom – tłumaczy.

Dobra okazja do inwestycji na giełdzie może nadarzyć się także w przypadku możliwej reformy emerytalnej. W jej wyniku OFE zmuszone byłyby sprzedawać posiadane akcje bezpośrednio na rynku, co stanowiłoby atrakcyjną opcję przede wszystkim dla inwestorów z długoterminowym nastawieniem.

M. Mróz (Grupa Copernicus): Miniony rok stał pod znakiem decyzji banków centralnych. Zagraniczni inwestorzy nie interesowali się polskimi akcjami ani złotym

CEO Magazyn Polska

Polska gospodarka ma za sobą nie najgorszy rok. Dynamika wzrostu PKB utrzymywała się w okolicach 3,5 procent, przy jednoczesnej niewielkiej deflacji i stabilnej polityce gospodarczej. Inwestorzy zagraniczni nie interesowali się jednak polskim rynkiem akcji ani rynkiem walutowym. Z kolei dla światowych rynków finansowych najistotniejsze były działania prowadzone przez banki centralne – przede wszystkim przez Fed, Narodowy Bank Szwajcarii oraz EBC.

– Miniony rok dla polskiej gospodarki był całkiem dobrym czasem. Mieliśmy stabilną, ponad trzyprocentową dynamikę wzrostu gospodarczego przy ujemnej inflacji i co bardzo ważne – przy bardzo stabilnej, przewidywalnej polityce gospodarczej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Mróz, główny ekonomista Grupy Copernicus.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego PKB Polski w III kwartale 2015 roku niewyrównywany sezonowo wzrósł o 3,5 proc. rdr. Natomiast przez cały rok panowała deflacja, czyli spadek cen, który w listopadzie wyniósł 0,6 proc. rdr.

– Wszystko to powodowało, że Polska, chociaż nie była najbardziej atrakcyjnym spośród całej grupy rynków wschodzących, to była solidnym rzemieślnikiem, którego trudno było pominąć w konstruowaniu portfela inwestycyjnego właśnie w zakresie rynków wschodzących – tłumaczy Marcin Mróz.

Jak zauważa ekonomista, przez cały 2015 rok mimo niskich stóp procentowych dużym zainteresowaniem inwestorów cieszył się rynek dłużny. Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych w ostatnich miesiącach oscylowała w granicach 2–3 proc. i była znacznie niższa niż przed 2014 rokiem, choć rekordów z tego okresu nie pobiła.

– Moim zdaniem to był główny, najjaśniejszy punkt, jeżeli chodzi o polską gospodarkę. W innych obszarach, jak choćby na rynku giełdowym, inwestorzy zagraniczni specjalnie polską gospodarką się nie interesowali – stwierdza.

Potwierdzenie słów głównego ekonomisty Grupy Copernicus stanowi chociażby zachowanie Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Indeks WIG20 od początku roku stracił na wartości niemal 20 procent. Rynek walutowy również przez większość roku pozostawał stabilny – nawet przy uwzględnieniu ostatniego spadku wartości polskiego złotego amplituda wahań względem euro czy dolara zamykała się w 10–12 procentach.

– W związku z tym ostatni rok na polskim rynku finansowym, podsumowując trzy obszary rynkowe, można uznać za udany – tłumaczy Mróz.

Ekspert dodaje, że dominującym czynnikiem, który kształtował zachowanie globalnych rynków finansowych na przestrzeni 2015 roku, były działania banków centralnych. Szczególnie ważna dla inwestorów była polityka monetarna prowadzona przez Fed. Przez większą część roku rynek oczekiwał pierwszych od 2006 roku podwyżek stóp procentowych, a nastąpiło to dopiero w grudniu.

– Po drodze mieliśmy również zaskakujące decyzje innych banków centralnych. Mieliśmy zaskoczenie na samym początku roku ze strony szwajcarskiego banku centralnego, który uwolnił kurs franka. Mieliśmy również zaskakującą decyzję ze strony EBC, który poluzował politykę pieniężną w znacznie mniejszym stopniu, niż wcześniej zapowiadał – wyjaśnia.

Choć Europejski Bank Centralny przedłużył program luzowania ilościowego o pół roku do końca marca 2017 roku, obniżając jednocześnie stopę depozytową, to jednak rynek oczekiwał bardziej gołębiego nastawienia. Z tego powodu na początku grudnia euro skokowo umocniło się m.in. w stosunku do dolara.

– Jakbym miał wskazać kamienie milowe i najważniejsze wydarzenia w gospodarce światowej minionego roku, to był to zdecydowanie rok pod znakiem banków centralnych i ich zaskakujących decyzji, tudzież odwlekania decyzji w czasie – podsumowuje.

Ekspresówki 2+1 mogą uratować plany budowy dróg

CEO Magazyn Polska

Koszt wszystkich inwestycji ujętych w Programie Budowy Dróg Krajowych na lata 2014–2023 szacowany jest na 198 mld zł. Niestety, na ten cel zabezpieczono kwotę o ponad 90 mld zł niższą. Co oznacza, że program będzie musiał prawdopodobnie zostać skorygowany. Jednym z pomysłów na oszczędności jest zastąpienie tras ekspresowych drogami mających tylko trzy pasy szerokości. Eksperci pozytywnie oceniają ten pomysł oraz deklaracje ministra, że nie będzie otwierał bramek wjazdowych na autostrady w okresie wakacyjnym, aby doraźnie rozładować korki.

Program Budowy Dróg Krajowych na lata 2014–2023, który został przyjęty jeszcze przez poprzedni rząd, zakłada budowę blisko 4 tysięcy kilometrów dróg krajowych i autostrad, a także około 50 obwodnic miejskich. Poważne wyzwanie stanowi jednak finansowanie inwestycji. Maksymalny budżet, jaki został zarezerwowany na ten cel, wynosi bowiem jedynie 107 mld zł. Program będzie wymagał prawdopodobnie korekty, aby dostosować go do możliwości finansowania.

Jednym z pomysłów Ministerstwa Infrastruktury i Budownictwa na obniżenia kosztów budowy i utrzymania dróg jest możliwość zastąpienia wzorem krajów skandynawskich dróg ekspresowych drogami złożonymi z trzech pasów. Na drogach typu 2+1 dwa pasy prowadzą w jedną stronę, a w kierunku przeciwnym wiedzie tylko jeden pas ruchu. Następnie po kilku kilometrach następowałaby zmiana układu jezdni. Tego typu rozwiązanie mogłoby obniżyć koszty budowy nawet o połowę.

– Jedna z propozycji rządu mówiąca o budowie dróg szybkiego ruchu w modelu 2+1 – naprzemiennie dwa pasy w jedną, jeden w przeciwną stronę – jest bardzo rozsądnym rozwiązaniem wtedy, kiedy brakuje środków. Kraje, które zdecydowały się na takie rozwiązanie, dziś nie narzekają na wysokie koszty utrzymywania dróg szybkiego ruchu – mówi agencji informacyjnej Newseria Krzysztof Gorzkowski, dyrektor ds. marketingu & PR Kapsch Telematic Services.

Budując infrastrukturę drogową, należy brać pod uwagę nie tylko koszty inwestycji, lecz także jej dalszego utrzymania przez lata.

– Hiszpania, która wybrała dzięki środkom unijnym zupełnie inny model, dziś jest w poważnym kłopocie, ruch jest mniejszy, niż zakładano, a tamtejszy skarb państwa znacząco obciążony jest kosztami utrzymania zarówno dróg szybkiego ruchu, jak i wybudowanych równolegle do nich płatnych autostrad. Mam nadzieję, że dzięki takim decyzjom te błędy w Polsce nie zostaną popełnione – stwierdza Krzysztof Gorzkowski.

W Polsce drogi są utrzymywane m.in. z Krajowego Funduszu Drogowego, do którego trafiają opłaty z systemu viaTOLL, obejmującego pojazdy o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 tony. W ciągu ostatnich czterech lat z tytułu opłat do Krajowego Funduszu Drogowego kierowcy pojazdów powyżej trafiło niemal 5,5 mld zł, z czego jedynie w 2015 roku była to kwota aż 1,5 mld zł. Obecnie system viaTOLL obejmuje ponad 3150 km dróg.

Problemem na istniejących już w Polsce autostradach jest płynność ruchu podczas wjazdu i zjazdu z płatnych odcinków. Punkty manualnego poboru opłat bardzo spowalniają ruch, przez co w szczycie okresu urlopowego kierowcy musieli stać w wielogodzinnych korkach. Minister Andrzej Adamczyk już zapowiedział, że do tej kwestii należy podejść kompleksowo, a nie stosować jedynie doraźne rozwiązania, jak np. otwieranie bramek w dni, kiedy liczba podróżujących jest najwyższa.

– To odważna i mądra decyzja ministra Andrzeja Adamczyka, który już jako wiceszef Komisji Infrastruktury w poprzedniej kadencji Sejmu wielokrotnie krytykował doraźne i nieefektywne działania, jakim było podnoszenie szlabanów i to wyłącznie na jednym koncesyjnym odcinku drogi – mówi ekspert.

Krzysztof Gorzkowski ma nadzieję, że dzięki konsekwencji obecnego rządu uda się ujednolicić system poboru opłat, co znacznie poprawi płynność ruchu na polskich autostradach. viaTOLL, czyli elektroniczny system poboru opłat na wszystkich odcinkach autostrad, byłby wygodny i przyjazny dla kierowców.

Polska przyciąga coraz więcej turystów z Azji. Pomogło bezpośrednie połączenie lotnicze z Pekinem i kampanie promocyjne

CEO Magazyn Polska

Do Polski przyjeżdża coraz więcej turystów z Azji, głównie z Chin, Japonii i Indii. W ubiegłym roku Polskę odwiedziło ok. 120 tys. osób z tych trzech państw. Do wzrostu zainteresowania naszym krajem przyczyniła się m.in. dwuletnia kampania „Lubię Polskę” prowadzona w Chinach, Japonii i Indiach, która uwzględniała specyfikę poszczególnych rynków. Zdaniem ekspertów Polska może przyciągnąć znacznie większą liczbę turystów z tych kierunków. Tym bardziej że Azjaci będą coraz częściej i chętniej podróżować.

Z danych Polskiej Organizacji Turystycznej wynika, że w 2014 roku Polskę odwiedziło blisko 120 tys. turystów z Japonii, Chin i Indii. Z Chin i Japonii do Polski przyjechało po 50 tys. turystów, a z Indii – 18 tys. To znacznie więcej niż w latach ubiegłych – w przypadku turystów z Państwa Środka wzrost osób korzystających z polskiej bazy noclegowej wyniósł 22 proc. Zdaniem ekspertów do wzrostu zainteresowania Polską jako destynacją turystyczną przyczyniło się otwarcie bezpośrednich połączeń lotniczych do Pekinu oraz kampanie promocyjne.

Jest to bardzo potrzebne działanie z racji tego, że do tej pory na rynkach azjatyckich nas praktycznie nie było, a jest tam cały świat. Europa już w świadomości Azjatów funkcjonuje, natomiast Europa Środkowa jeszcze walczy o swoje miejsce i nie wolno nam nie wsiąść do tego pociągu – mówi agencji informacyjnej Newseria Elżbieta Wąsowicz-Zaborek, wiceprezes Polskiej Organizacji Turystycznej.

Kampania „Lubię Polskę” prowadzona była przez POT od 2013 roku w Japonii, Chinach i Indiach. Jej celem było pokazanie Polski jako atrakcyjnej destynacji turystycznej. W zależności od kraju, Polska Organizacja Turystyczna wybrała różne drogi dotarcia do potencjalnego odbiorcy. W Japonii i Chinach skupiono się głównie na reklamach telewizyjnych i prasowych. W Chinach przekaz kierowano do touroperatorów, właścicieli biur podróży oraz dziennikarzy, w Japonii natomiast do dziennikarzy i przedsiębiorców.

Na rynku indyjskim skupiliśmy się na trochę innej grupie, jaką jest rynek Bollywood. Mamy tutaj twórców, którzy z nami ręka w rękę realizowali pewne działania i fantastyczny film „Kick”, który obejrzało blisko 20 mln osób – mówi Elżbieta Wąsowicz-Zaborek.

Kampania kosztowała 50 mln zł i była finansowana ze środków Unii Europejskiej. Choć w kolejnych latach środki z UE nie będą w tak dużym stopniu przeznaczane na promocję, nie oznacza to jednak zaprzestania działań tego typu w Azji, tym bardziej że w najbliższych latach będzie to najintensywniej podróżujący rynek świata.

Działania promujące Polskę w Azji wspiera m.in. Zagraniczny Ośrodek Polskiej Organizacji Turystycznej w Pekinie. Podobny ośrodek już od kilku lat działa w Tokio.

Pracujemy też mocno z partnerami z Grupy Wyszehradzkiej, czyli z Czechami, Słowakami i Węgrami, żeby wizerunek Europy Środkowej był mocniejszy. To się już udaje, już widać kilkunastoprocentowe wzrosty z roku do roku. Podczas kampanii było to już bardzo widoczne, liczymy na to, że ta tendencja się utrzyma – mówi Elżbieta Wąsowicz-Zaborek.

Zdaniem ekspertów z Polskiej Organizacji Turystycznej do wzmożenia zainteresowania Polską przyczyni się także otwarcie kolejnego bezpośredniego połączenia lotniczego. Od stycznia samoloty PLL LOT latać będą do Tokio.

NRL: W Polsce brakuje lekarzy. Trzeba poprawić warunki pracy i zwiększyć liczbę osób przyjmowanych na studia

CEO Magazyn Polska

W polskiej służbie zdrowia nie ma odpowiedniej liczby lekarzy i pielęgniarek. Na tysiąc mieszkańców przypada zaledwie 2,2 lekarza – to jeden z najniższych wskaźników w Europie. Aby zwiększyć liczbę fachowców, konieczne są zmiany w rekrutacji na studia. Resort zdrowia zapowiada, że od przyszłego roku pula miejsc na kierunkach medycznych wzrośnie o 15 proc. Potrzebni są przede wszystkim lekarze szerokich specjalności – chirurdzy ogólni i interniści. Jeśli sytuacja się nie poprawi, ceny usług medycznych będą rosły.

Są spore braki w liczbie lekarzy i bardzo duże braki pielęgniarek i położnych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Romuald Krajewski, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej. – Jeżeli teraz rozpoczniemy działania, które wynikają ze wskaźników demograficznych, to możemy się spodziewać, że unikniemy większego spadku liczby lekarzy, zwłaszcza specjalistów, a sytuacja może się zacząć poprawiać w perspektywie 1015 lat.

Z raportu organizacji OECD „Health at Glance” wynika, że w Polsce na tysiąc mieszkańców przypada 2,19 lekarza. To wynik, który plasuje nas w ogonie Europy. Z przebadanych krajów europejskich gorsza sytuacja panuje jedynie w Turcji i Macedonii. Brakuje również pielęgniarek. Na tysiąc Polaków przypada ich 5,2. Dla porównania w Niemczech wskaźnik ten wynosi 11,2, a w Szwajcarii – 16.

Żeby zwiększyć liczbę pracujących fachowców w ochronie zdrowia, należy podejmować wiele działań, począwszy od rekrutacji na studia. Liczba osób rozpoczynających studia musi być większa niż obecnie i cieszymy się, że Ministerstwo Zdrowia zapowiada, że tak będzie – wskazuje ekspert NRL.

Liczba studentów na kierunkach medycznych w Polsce systematycznie rośnie. Jeszcze w 2003 roku było ich 12,3 tys., zaś w 2014 – ponaddwukrotnie więcej, blisko 26 tys. To jednak wciąż za mało. Dlatego eksperci podkreślają, że powinien zostać zwiększony limit miejsc na uczelniach medycznych. W tym roku przewidziano ok. 3,5 tys. miejsc. Resort zapowiada, że od przyszłego roku pula ma zostać zwiększona o 15 proc.

Osobom kończącym studia należy umożliwić robienie specjalizacji – to podstawowa ścieżka rozwoju zawodowego. Następnie należy stworzyć dobre warunki do wykonywania zawodu – mówi Krajewski.

Widoczny jest trend szukania przez młodych lekarzy i absolwentów uczelni pracy poza granicami Polski. Dane Naczelnej Izby Lekarskiej wskazują, że tylko w 2005 roku, zaraz po wejściu do Unii, wydano ponad 2 tys. zaświadczeń uprawniających do pracy w innych krajach unijnych. W 2014 roku było ich 820, więcej niż w poprzednich latach (średnio niecałe 700).

Dlatego w gronie lekarzy problemem jest wysoka średnia wieku. Z danych Naczelnej Izby Lekarskiej wynika, że przekracza on 54 lata. Ponad 73 proc. ginekologów i położników ma więcej niż 50 lat, podobnie jest w pediatrii. Również w grupie internistów i chirurgów ponad połowa lekarzy skończyła 50 lat (odpowiednio 50 i 60 proc.).

W obecnej praktyce medycznej są duże możliwości zastępowania. Potrzebujemy specjalności, które mają szeroki zakres – to chirurgia ogólna i interna. Większość pacjentów potrzebuje takich lekarzy, a w tych specjalnościach sytuacja demograficzna jest niekorzystna – wskazuje wiceprezes NRL.

Aby zatrzymać emigrację, pojawiają się pomysły, by wprowadzić zmiany w programie kształcenia. Szkolenie lekarzy jest w dużej mierze finansowane ze środków budżetu, można więc uzależnić udział w szkoleniu od zobowiązania przyszłych lekarzy do przepracowania określonego czasu w Polsce.

Jak podkreśla Krajewski, zmiany są konieczne, inaczej braki kadrowe odczują na własnej kieszeni pacjenci.

W każdej dziedzinie jeżeli jest mało pracowników, to ich praca staje się bardziej kosztowna. Dodatkowym problemem jest to, że ogromna większość krajów Unii i inne kraje na świecie mają również problemy z personelem, aby więc zatrzymać pracowników u nas, będziemy musieli o nich dbać w każdy możliwy sposób – przekonuje Romuald Krajewski.

Ekstremalne warunki pogodowe i zagraniczna konkurencja szkodzą polskim producentom zbóż

CEO Magazyn Polska

Z powodu ekstremalnych warunków pogodowych, jakie w ubiegłym roku panowały w Polsce, plony zbóż były niskie. Najgorzej było w przypadku zbóż jarych, a w szczególności kukurydzy. Sytuacja w nadchodzącym roku również może być trudna. Powodem jest jesienna susza, która utrudniła siewy zbóż ozimych. Polskim rolnikom zagraża przy tym podaż z rynków wschodnich. Takie kraje jak Rosja czy Ukraina mają znacznie niższe koszty produkcji i mogą sprzedawać zboża po cenach będących poniżej progu opłacalności dla polskich wytwórców.

– Rok 2015 był rokiem specyficznym. Niestety, takie lata jak miniony rok coraz częściej się powtarzają – mam na myśli suszę i wszelkiego rodzaju anomalie pogodowe. Uważam, że nie jesteśmy przygotowani jako rolnicy i państwo do odpowiedniej reakcji na warunki atmosferyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stanisław Kacperczyk, prezes zarządu Polskiego Związku Producentów Roślin Zbożowych.

Stanisław Kacperczyk podkreśla, że największym problemem polskich rolników jest brak przygotowania w zakresie melioracji, zbiorników retencyjnych czy odpowiedniego nawadniania. Najistotniejszy jest tu jednak brak systemu ubezpieczeniowego, które pozwalałby zabezpieczyć majątki rolników na wypadek klęsk żywiołowych. Sytuacja producentów zbóż jest więc wyjątkowo trudna.

– W tym roku plony zbóż ozimych były na zadowalającym poziomie. Gorzej jest ze zbożami jarymi, a szczególnie bardzo źle jest z kukurydzą. W wielu regionach plonów nie było w ogóle, a jeżeli były, to było średnio zaledwie 3–4 tony z hektara – informuje.

Zdaniem prezesa poziom cen, jaki panuje na krajowym rynku, nie jest satysfakcjonujący. W Polsce za zboża płaci się mniej niż na europejskich giełdach. Występują także wyraźne różnice wewnętrzne, gdzie ceny na północy kraju są wyższe niż w województwach południowych. Za istniejące różnice w dużym stopniu odpowiadają koszty związane z transportem, przez co faktyczne koszty nabycia zbóż przez rolników znacznie różnią się od tych oficjalnych.

– Chcielibyśmy, aby ceny rekompensowały koszty produkcji, żeby rolnicy dostali godną zapłatę za swoją pracę. Niestety, tak dzisiaj nie jest. Robimy kalkulację na potrzeby związku i z tych kalkulacji jasno wynika, że pieniądze, które otrzymują rolnicy, nie pokrywają kosztów produkcji – tłumaczy Kacperczyk.

Ekspert uważa, że w 2016 roku sytuacja na rynku zbóż nadal będzie trudna, a zbiory zarówno pszenicy, jak i rzepaku będą niskie. Susza, która jesienią dotknęła nasz kraj, znacznie utrudniła bowiem ich siew.

– Okazuje się jednak, że na polskim rynku nawet nieurodzaj nie decyduje o poziomie cen. Rynek polski i brak zboża na polskim rynku tylko w znikomym stopniu decydują o tym poziomie. Jesteśmy na rynku globalnym i obecnie nie ma problemu z przemieszczaniem zbóż z różnych rejonów świata – mówi prezes PZPRZ na temat czynników kształtujących poziom cen na krajowym rynku zbóż.

Duży wpływ na ceny ma sytuacja panująca w takich krajach jak Ukraina, Rosja czy Kazachstan. Wymienione państwa należą do grona światowych potentatów, a do tego mają dużo niższe koszty produkcji niż w Polsce. Jeśli zdecydują się na eksport części ze swoich plonów na nasz rynek, wówczas automatycznie przekłada się to na spadek cen poszczególnych zbóż.

– Obecnie w dużej mierze obserwujemy walkę na rynkach światowych. Ale problemem jest także Ukraina, bo nawet niewielkie ilości zboża z tego rynku mogą wpływać na ceny zboża w Polsce. Tak się działo w zeszłym roku w przypadku kukurydzy i tak również dzieje się obecnie – wyjaśnia Stanisław Kacperczyk.

W przyszłym roku branża handlu produktami elektrotechnicznymi będzie się konsolidować

0

CEO Magazyn Polska

Od 2017 roku można spodziewać się ożywienia w budownictwie. Działająca na jego zapleczu branża handlu artykułami elektrotechnicznymi większe nadzieje na wzrost popytu wiąże jednak z demografią i rozwojem nowoczesnych technologii. W przyszłym roku prawdopodobnie sektor czeka konsolidacja.

Sądzę, że w branży dystrybucji technicznej jest teraz czas na konsolidację, o której mówi się już latami – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Folta, prezes zarządu sprzedającej artykuły elektrotechniczne spółki TIM. – Myślę, że to właśnie 2016 rok może być czasem konsolidacji sektora.

Duże znaczenie dla branży sprzedaży produktów elektrotechnicznych mają wyniki budownictwa. Początkowy entuzjazm związany z nadzieją na powrót ożywienia w tym sektorze, jak zauważa Krzysztof Folta, ostatnio nieco osłabł. Jak wynika z ostatniego raportu firmy doradczej Deloitte „Polskie spółki budowlane 2015”, znaczącego ożywienia tej gałęzi gospodarki można się spodziewać dopiero od 2017 r.

Na szczęście nasz biznes nie jest tak mocno powiązany z budownictwem – wskazuje Krzysztof Folta. – W ramach konsolidacji powinno powstać 4-5 dużych firm ogólnokrajowych. Mam nadzieję, że pozostali gracze będą drugą ligą.

Będąca jednym z kluczowych graczy na tym rynku spółka TIM jednak, jak zapewnia Krzysztof Folta, nie planuje na razie fuzji ani przejęć. Firma zamierza nadal rozwijać się nie przez akwizycje, ale organicznie, poprzez zwiększanie zasięgu i poszukiwanie nowych klientów na oferowane produkty.

Od początku istnienia sklepu średnia wartość zlecenia wynosi około 1–1,1 tys. zł i się nie zmienia, co jest fenomenem w skali Europy – twierdzi Krzysztof Folta. – Rośnie nam liczba zamówień i zleceń, ale średnia wartość jest fenomenalna, bo na poziomie tysiąca złotych. Wzrasta także liczba klientów, włączamy nowych dostawców, czyli rozszerzamy rynek produktowy. Patrzę na to bardzo pozytywnie. W Europie jest tylko jedna firma, która ma podobne wyniki.

Aktualnym celem spółki TIM, jak przekonuje Krzysztof Folta, jest umocnienie pozycji przedsiębiorstwa w Polsce. Służyć ma temu rozbudowa oferty oraz dalsze dbanie o to, by dostępna była w możliwie jak najniższych cenach.

Po pierwsze, moim celem jest to, żeby przekroczyć 800 mln zł sprzedaży w Polsce, bo wówczas wszystkie wskaźniki nam się poprawią i staniemy się bardzo zyskowną firmą – informuje Krzysztof Folta. – Na razie celem numer jeden jest dla nas umocnienie pozycji w Polsce.

Przychody ze sprzedaży krajowej GK TIM wyniosły w 2014 roku niemal 510 mln zł.

Na korzyść całej branży dystrybucji produktów elektrotechnicznych – zdaniem Krzysztofa Folty – działają dwa zjawiska: demografia oraz szybki rozwój nowoczesnych technologii.

To ostatnie wyprzedziło trochę demografię, więc musimy jeszcze poczekać, aż dzisiejsi piętnastolatkowie albo młodsi wejdą na rynek pracy – mówi Krzysztof Folta. – Proszę zobaczyć, jak oni się zachowują: wszyscy chodzą ze smartfonami, iPadami. Czekamy więc, kiedy ci młodzi ludzie, którzy już tylko potrafią klikać, wejdą wreszcie na rynek pracy. To jest właśnie czynnik demograficzny, o którym mówiłem.

Co roku w szarej strefie przeprowadza się transakcje o wartości 215 mld zł. To cztery razy więcej niż wynosi polski deficyt

CEO Magazyn Polska

215 mld zł – tyle warte są transakcji, które nie zarejestrowano, co stanowił 12,4 proc. PKB. Zdecydowana większość jest rozliczana w gotówce. To polska szara strefa. Związany z nią ubytek dochodów budżetu z tytułu CIT wyniósł w 2014 roku około 40 mld zł. Straty wynikające z niedoborów w opłacaniu akcyzy na wyroby tytoniowe szacowane były na blisko 5 mld zł.

Według naszych szacunków wartość niezarejestrowanych transakcji gotówkowych w 2014 roku to około 215 mld zł, czyli około 12,4 proc. PKB – informuje agencję Newseria Biznes dr Marek Rozkrut, partner i główny ekonomista w firmie doradczej EY. – Znacząca część tego typu produktów jest nabywana w gotówce. W związku z tym ubytek dochodów z tytułu samego podatku CIT wyniósł blisko 40 mld zł.

Zdaniem dr. Marka Rozkruta to najłatwiejszy sposób pomiaru wielkości szarej strefy w Polsce, gdzie transakcje nie są rejestrowane, produkty i usługi trafiają do sprzedaży, a z drugiej strony są nabywane bez zarejestrowania i opłacania podatków. Do tego trzeba doliczyć także inne tytuły podatkowe, np. z akcyzy. Według szacunków EY niedobory w tym zakresie, głównie ze względu na przemyt papierosów, sięgają około 5 mld zł rocznie.

Musimy również pamiętać o tym, że znaczna część luki podatkowej, ubytku dochodów w tym zakresie, związana jest z transakcjami, które są rejestrowane i opłacane elektronicznie, zostaje wystawiona faktura, wszystko wygląda bardzo dobrze, transakcja jest legalna, ale gdy przychodzi do zapłaty VAT, jeden z  podmiotów nagle wyparowuje i go nie ma – tłumaczy dr Marek Rozkrut. – W związku z tym należności nie wpływają i mamy do czynienia z oszustwem czy wyłudzeniem, które w różnych branżach i z różnym natężeniem miało i wciąż ma miejsce.

Taki proceder bardzo silnie występował np. branży stalowej, gdzie swego czasu połowa rynku prętów zbrojeniowych pochodziła z nielegalnej działalności związanej z wyłudzaniem VAT-u. Problem został rozwiązany m.in. dzięki wprowadzeniu odwrotnego obciążenia tym podatkiem, które polega na przerzuceniu obowiązku rozliczania podatku VAT ze sprzedawcy na nabywcę.

Ogromna szara strefa i wyłudzenia podatkowe mają również miejsce na rynku paliw, w szczególności diesla. Według szacunków EY prawie jedna piąta transakcji odbywa się tam w szarej strefie, z czym wiążą się ogromne ubytki dochodów budżetowych.

Z jednej strony mamy bardzo duże braki wpływów państwa w związku z wyłudzeniami podatkowymi, które odbywają się w ramach transakcji formalnie zarejestrowanych, z drugiej – znaczną część szarej strefy związaną z działalnością, która w ogóle nie jest rejestrowana, gdy sprzedaż nie jest odnotowana, bo firma nie istnieje, ktoś nie wystawia faktury, ale za to ma niższą cenę – precyzuje dr Marek Rozkrut. – Idąc do sklepu, płacąc gotówką, często nawet nie wiemy, że paragon czy transakcja w ogóle nie zostaną zarejestrowane.

W przypadku legalnych produktów i usług, ale nielegalnie sprzedawanych albo pochodzących z przemytu można wpływać na poziom tego rodzaju transakcji, jak przekonuje dr Marek Rozkrut z EY, przede wszystkim poprzez regulacje prawne. Ale znaczenie ma również poziom rozwoju gospodarczego: im bowiem bogatsze jest społeczeństwo, wyższy dochód, niższe podatki, tym skłonność do korzystania z szarej strefy jest mniejsza.

Równocześnie mierzone są takie indeksy jak moralność podatkowa czy poszanowanie instytucji publicznych – mówi dr Marek Rozkrut. – One także znajdują odzwierciedlenie w skłonności do prowadzenia działalności w szarej strefie, pokazują, na ile obywatele są skłonni w tego rodzaju działalność się zaangażować.

Ważnym elementem wskazującym na wielkość szarej – zdaniem głównego ekonomisty EY – jest rozwój infrastruktury płatniczej pozwalającej przeprowadzać transakcje w sposób elektroniczny, a nie gotówką.

Znaczna część tych ostatnich odbywa się w szarej strefie, gdy konsument płaci i nie wie, że generuje szarą strefę, bo nie jest świadomy, że druga strona, czyli sprzedawca tej transakcji, jej nie zarejestruje – zauważa dr Marek Rozkrut. – Jeżeli płacimy elektronicznie, ograniczamy tego rodzaju proceder. Natomiast nie wyeliminujemy szarej strefy, gdy obie strony transakcji korzystają z niej świadomie, dlatego że transakcje między nimi nadal będą odbywać się za pośrednictwem gotówki.

Niepewność polityczna i gwałtowne osłabienie liry

W 2015 r. w Turcji dwukrotnie odbywały się wybory, zatem w ciągu ostatnich dwóch lat obywatele chodzili do urn już cztery razy. Po fiasku rozmów w sprawie utworzenia rządu koalicyjnego po wyborach parlamentarnych z 7 czerwca kolejne wybory przeprowadzono 1 listopada. Połączenie zwiększonej niepewności politycznej, problemów w sferze bezpieczeństwa i globalnych obaw dotyczących sytuacji gospodarczej spowodowało gwałtowne osłabienie liry, która we wrześniu osiągnęła historyczne minimum względem USD.

Z uwagi na silną zależność Turcji od napływu kapitału i importu towarów, przedsiębiorstwa tureckie negatywnie odczuły gwałtowne wahania kursu i głęboką deprecjację liry. Dodatkowo słabość EUR względem USD spowodowała skurczenie marży zysku firm rozliczających koszty produkcji w USD i przychody w EUR. Liczba i wartość czeków bez pokrycia wzrosła, co wskazuje na pogorszenie się wydolności płatniczej. Rosnące napięcia w regionie wpłynęły także na zmniejszenie eksportu, co przełożyło się na spadek przychodów firm. Te negatywne skutki odczuły głównie branże: metalurgiczna (oprócz hutnictwa żelaza i stali), budowlana i chemiczna.

W związku ze znacznym odprężeniem politycznym po wyborach z 1 listopada wyprzedaż liry zmniejszyła się. W najbliższym okresie decyzje amerykańskiej Rezerwy Federalnej w kwestii polityki monetarnej mogłyby ograniczyć zmienność kursów walut wschodzących, w tym liry. W połączeniu ze wzrostem zaufania konsumentów mogłoby to zmniejszyć ryzyko sektorowe. Niemniej jednak problemy z bezpieczeństwem w regionie oraz podatność struktury gospodarki kraju na zewnętrzne czynniki nadal będą oddziaływać na poziom ryzyka. Ta sytuacja dotyczy przede wszystkim branży metalurgicznej (z włączeniem hutnictwa żelaza i stali) oraz spożywczej i tekstylnej, gdyż są one najbardziej dotknięte deprecjacją liry. Ponadto ostatnie wydarzenia zwiększające ryzyko geopolityczne – takie jak napięcia między Turcją i Rosją oraz akty przemocy w Syrii i Iraku – również przesądzają o kondycji tych sektorów oraz negatywnie odbijają się na zdolności płatniczej.

Od stycznia wzrośnie wymagany wkład własny do kredytów hipotecznych. Nie musi to jednak oznaczać spadku popytu na kredyty

CEO Magazyn Polska

Podniesienie minimalnego wkładu własnego do 15 proc. może, wpłynąć na zmniejszenie popytu na mieszkania, ale nie musi. Część banków może umożliwić uzyskanie kredytu z 10-proc. wkładem pod warunkiem zastosowania dodatkowych zabezpieczeń w postaci blokady oszczędności lub ubezpieczenia brakującej części wkładu. KNF podkreśla, że tylko 10 proc. musi być w gotówce.

Od 2016 roku mamy wzrost udziału własnego w kredytach mieszkaniowych do 15 proc. Zastanawiamy się, czy zmniejszy się popyt na mieszkania, czy rzeczywiście będzie gorzej. 15 proc., nie mówiąc już o 20 proc. w 2017 roku, to bardzo dużo i istnieje niebezpieczeństwo, że popyt na mieszkania spadnie – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jarosław Jędrzyński, analityk rynku nieruchomości z portalu RynekPierwotny.pl.

Wielu Polaków stać na nieruchomość tylko dzięki kredytom. Jednak duża część ma większe od wymaganych oszczędności.

Po przyjęciu przez KNF Rekomendacji S, pojawiły się głosy, że zahamuje to popyt na rynku mieszkań. Z raportu Amron/ Sarfin wynika jednak, że w 2014 roku, kiedy wkład własny wynosił 5 proc., banki udzieliły ponad 174 tys. kredytów o wartości 37 mld zł, podobnie jak rok wcześniej, kiedy obowiązkowego wkładu nie było. Tylko w listopadzie 2015 roku indeks zapotrzebowania na kredyty mieszkaniowe wzrósł o blisko 16 proc. Od początku 2015 roku średnia wartość indeksu wyniosła 3,4 proc., natomiast od lipca – 8,7 proc. Dlatego również teraz liczba kredytów może się utrzymać na podobnym poziomie, zwłaszcza że Rekomendacja S pozwala na to, żeby klient wniósł tylko 10 proc. w gotówce, a 5 proc. – w innej formie.

Banki podzielą się na cztery grupy. Pierwsza grupa będzie udzielać kredytów pod zastaw, np. obligacji czy oszczędności lokat bankowych. Inne banki będą udzielać kredytu pod warunkiem wykupienia ubezpieczenia na brakującą część wkładu własnego. Jeszcze inne będą stosować obie opcje naraz, natomiast znajdzie się kilka banków, które będą kategorycznie domagać się 15-proc. wkładu własnego – przekonuje Jędrzyński.

Innym sposobem zabezpieczenia brakującego wkładu własnego może być podwyższenie marży, co dla klientów oznacza wyższą miesięczną ratę. KNF podkreśla jednak, że wyłącznie podwyższenie prowizji nie będzie wystarczające i nie może być stosowane jako ekwiwalent części wkładu własnego.

Jak wskazuje Jędrzyński, kredytobiorcy muszą się liczyć z dodatkowymi obowiązkami.

Będzie więcej papierkowej roboty, trzeba będzie ubezpieczyć kredyt i ponieść tego koszty. Na pewno sytuacja się nie poprawi, tylko pogorszy. Ale jeżeli ktoś planuje zakup mieszkania i ma zdolność kredytową, to na pewno z tego nie zrezygnuje tylko dlatego, że musi ponieść wyższy koszt miesięczny, ok. kilkudziesięciu złotych na każdej racie, z racji ubezpieczenia kredytu – podkreśla analityk.

Tylko 8 proc. Polaków realizuje postanowienia noworoczne. Przyczyną są zbyt ogólne cele i nierealne oczekiwania

CEO Magazyn Polska

Zdecydowana większość Polaków nie jest w stanie wytrwać w noworocznych postanowieniach dłużej niż trzy miesiące. Przyczyną są zbyt ogólnie sformułowane cele i nierealistyczne oczekiwania. Eksperci radzą, by zmiany wprowadzać stopniowo, zaczynając od tych najłatwiejszych do zrealizowania. Dobrze też zapewnić sobie wsparcie znajomych lub osób, którym udało się osiągnąć podobny cel.

Według badań Interaktywnego Instytutu Badań Rynkowych w 2014 roku postanowienia noworoczne zrobiło blisko 80 proc. Polaków. Ankietowani planowali schudnąć, rzucić palenie, zadbać o zdrowie, żyć oszczędniej i spędzać więcej czasu z rodziną. Tylko 8 proc. Polaków zrealizowała jednak zamierzone cele, większość poddała się po trzech miesiącach. Zdaniem ekspertów tendencja do robienia noworocznych postanowień wynika z wiary w magiczną moc liczb. Większość ludzi wierzy, że 1 stycznia to najlepsza szansa na nowy początek, a wszystko, co przyniesie nowy rok, będzie dobre.

W naszej kulturze jest takie wymaganie, że od 1 stycznia magicznie ma się coś zmienić, czyli np. mamy rzucić palenie, rzucić pracę, zacząć ćwiczyć. Tylko to wszystko jest w kwestii marzeń, a nie realizacji. Czyli coś mówimy i uważamy, że jak będzie 1 stycznia, to to się jakoś samo zadzieje – mówi agencji informacyjnej Newseria Izabela Kielczyk, psycholog biznesu.

Zdaniem ekspertów niepowodzenie w realizacji noworocznych postanowień wynika przede wszystkim z braku motywacji. Dlatego warto nie ulegać modzie i zastanowić się, czy planowane działania wynikają rzeczywiście z własnych potrzeb. Poza tym winne są także nierealistyczne oczekiwania i zbyt ogólnie sformułowane cele. Noworoczne postanowienia powinny być przede wszystkim konkretne i możliwe do zrealizowania. Eksperci radzą, by podzielić każdy cel na mniejsze etapy – radość z realizacji poszczególnych etapów będzie źródłem motywacji do dalszego działania.

Czasami ludzie chcą czegoś, ale np. nie mają czasu, żeby codziennie ćwiczyć. W związku z tym może lepiej sobie powiedzieć, że to będzie jeden dzień w tygodniu, godzina osiemnasta w środę, kiedy będę ćwiczyć. I taki cel bardziej nas motywuje, bo on jest konkretny – mówi Izabela Kielczyk.

Warto też wyznaczyć sobie konkretny termin wykonania zadania, a także opracować dokładny plan jego realizacji. Przy planowanej zmianie pracy warto jest wcześniej przygotować dobre CV, zorientować się w aktualnej sytuacji na rynku pracy, oszacować czy ma się środki finansowe na utrzymanie w razie konieczności szybkiego odejścia z pracy przed znalezieniem kolejnej. Warto też nagradzać się za każde pozytywne zrealizowanie kolejnego etapu. Zdaniem psychologów urzeczywistnianie noworocznych postanowień warto zacząć od najłatwiejszego z wyznaczonych sobie zadań.

Człowiek psychologicznie boi się wyzwań, nie chce od razu trudności. A jak zobaczy, że mu z jednym wyszło, to się okazuje, że z drugim też. I tutaj bym też powiedziała, żebyśmy nie byli tacy rygorystyczni wobec siebie, jak nam coś nie wyjdzie czy przesunie się o tydzień czy dwa – mówi Izabela Kielczyk.

Osobom o niskiej motywacji lub mającym problemy z samodyscypliną eksperci radzą, by zapewniły sobie wsparcie z zewnątrz. Może to być pomoc bliskich, przyjaciół lub osób, które mają za sobą podobne doświadczenia, najlepiej zakończone sukcesem. Najważniejsza jest jednak wyrozumiałość dla samego siebie – dążenie do realizacji celów za wszelką cenę może bowiem niekorzystnie odbić się na zdrowiu psychicznym. Może stać się powodem frustracji, agresji oraz obniżenia wiary we własne możliwości.

Pasażerom, którym odwołano lot, przysługuje prawo do posiłków i noclegu. Odszkodowania nie otrzymają, jeśli odwołano go z przyczyn nadzwyczajnych

0

CEO Magazyn Polska

W przypadku odwołania lotu pasażerowi przysługują określone prawa. Między innymi zwrot kosztów biletu, prawo do posiłków, napojów oraz rozmów telefonicznych. Może również domagać się odszkodowania za opóźnienie lotu powyżej 3 godzin lub jego odwołanie. Jeśli jednak zostały one spowodowane zaistnieniem nadzwyczajnych okoliczności, których nie można było uniknąć, np. ze względu na strajk, przewoźnik nie ma obowiązku wypłaty rekompensaty.

Jeżeli pasażerowie są już na lotnisku i lot zostanie odwołany z powodu strajku, przysługuje im pakiet uprawnień. Po pierwsze, zwrot ceny biletu w ciągu 7 dni, a także prawo do posiłków i napojów w ilości odpowiedniej do czasu oczekiwania na kolejny lot. Gdyby pasażer musiał zostać na noc na lotnisku, przysługuje mu też prawo do zakwaterowania i transportu z lotniska do hotelu i z hotelu na lotnisko oraz prawo do wykonania dwóch rozmów telefonicznych, wysłania dwóch faksów czy e-maili – mówi agencji Newseria Biznes prof. Anna Konert, ekspert prawa lotniczego i prodziekan Wydziału Prawa i Administracji Uczelni Łazarskiego.

Jeżeli pasażerowie dotrą na miejsce docelowe z co najmniej trzygodzinnym opóźnieniem, mają prawo do uzyskania odszkodowania w wysokości od 250 do 600 euro. Kwota jest uzależniona od długości trasy. W przypadku lotów w obrębie UE i trasy do 1,5 tys. km to 250 euro, przy dłuższych trasach – 400 euro. Jeśli jedno z lotnisk znajduje się poza krajami wspólnoty, będzie to 250 euro (do 1,5 tys. km), 400 euro (do 3,5 tys. km) oraz 600 euro przy trasach powyżej 3,5 tys. km.

Zasada jest taka, że odszkodowanie przysługuje za odwołany lot. Przewoźnik natomiast nie ma obowiązku jego wypłaty, gdy lot został odwołany z powodu nadzwyczajnych okoliczności, np. strajku. Czyli przewoźnik nie ma obowiązku wypłaty zryczałtowanego odszkodowania w przypadku odwołania lotu właśnie z powodu strajku – tłumaczy ekspertka. – Usterka techniczna jednak nie jest już nadzwyczajną okolicznością.

Wyjątkowe okoliczności to nie tylko strajk, lecz także złe warunki pogodowe, wybuchy wulkanów utrudniające widoczność. Wówczas przewoźnik nie ma obowiązku wypłaty odszkodowania, musi jednak zapewnić pakiet pomocy, czyli posiłki czy nocleg. Odszkodowanie nie będzie też przysługiwać, jeśli przewoźnik zaproponował alternatywny lot na tej samej trasie w podobnym terminie, co pierwotny lot.

Aby skutecznie wyegzekwować odszkodowanie, należy się zwrócić bezpośrednio do linii lotniczych.

Jeśli przewoźnik odmówi wypłaty, pasażer ma możliwość zwrócenia się ze skargą do Komisji Ochrony Praw Pasażerów w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego. Jest też druga możliwość – zwrócenie się do sądu. Obecnie mamy dwie procedury – administracyjno-prawną w ramach Urzędu Lotnictwa Cywilnego oraz procedurę sądową w ramach złożenia skargi w sądzie cywilnym – wskazuje prof. Konert.

Ekspertka przekonuje, że nie ma potrzeby korzystania z potrzeb zewnętrznych firm specjalizujących się w uzyskiwaniu odszkodowań. Przede wszystkim jest to związane z kosztami – pasażer musi wówczas zapłacić wysoki procent od uzyskanej rekompensaty.

Takie firmy mogą się okazać przydatne w sądach. Mimo wszystko uważam jednak, że procenty, które biorą, są zbyt wysokie – ocenia ekspertka prawa lotniczego.

Profesjonalne tłumaczenie japońskiego – 123tlumacz.pl

tłumaczenia japoński

W czasach ogromnego wpływu komunikacji internetowej i kolosalnego technologicznego rozwoju w dziedzinie przekładu warto zauważyć, że mimo wszystko nie udało się rozwinąć systemu, który potrafi zastąpić prawidłowość i precyzję człowieka. Można by się zastanawiać, czemu technologia nie jest w stanie przekroczyć bariery języka.

Niektóre japońskie słowa są niezwykle trudne do przetłumaczenia

Nie jest zaskakującym fakt, że część najbardziej trudnych do przetłumaczenia słów pochodzi z języka japońskiego. Dobrym tego przykładem jest słowo „naa”, które w regionie Kansai jest używane do podkreślania zdań lub zaznaczania, że wątek rozmowy się nie urwał.

Tak, zdajemy sobie sprawę z tego, że jest wiele narzędzi i źródeł dostępnych w Internecie, które mogą pomóc zmniejszyć przepaść językową w ponad 50 językach świata, ale narzędzia te wciąż tłumaczą zbyt dosłownie i nie radzą sobie z dwuznacznością i niuansami ludzkich wypowiedzi.

Kanji: japoński system pisma

Jednym z największych wyzwań w zrozumieniu japońskiego jest Kanji. Istnieją trzy systemy pisma w tym języku. Jeden z nich, a konkretnie katakana, jest używany tylko do zapisu słów pochodzenia obcego, i występuje w nim około 50 000 znaków (albo: Kanji), które są dosłownymi przedstawieniami kompletnych pojęć.

Żródła do tłumaczenia Kanji

Istnieje aplikacja na smartfony, która pozwala na ręczne wprowadzenie Kanji, wyświetlając nam jego słownikową definicję, jednak należy znać kolejność pociągnięć pędzelkiem, aby być w stanie poprawnie zinterpretować znaki. Inny gadżet działa jak ołówek: przesuwa się go nad tekstem, a on przedstawia japońskie tłumaczenie. Narzędzia te z pewnością są bardzo pomocne, ale mimo wszystko nie są w stanie powiedzieć nam, co ludzie naprawdę mieli na myśli pod warstwą tego, co zostało powiedziane.

Podobnie jak wiele innych ludów kultury Wschodu, Japończycy wolą mówić niebezpośrednio, unikając mówienia wyraźnie i szczerze. Jeżeli japoński taksówkarz sugeruje, że może być ciężko osiągnąć cel podróży w ciągu pół godziny, to ma na myśli to, że jest to absolutnie niemożliwe w tak krótkim czasie. Nawet jeśli chce odpowiedzieć „nie”, to będzie się wypowiadał mętnie i wymijająco. A jeśli ktoś będzie chciał wyjaśnić znajomemu, że nie pojawi się na jego przyjęciu, to powie „być może przyjdę” zamiast „nie ma mowy”.

Kwestią dyskusji jest pytanie, czy sztuczna inteligencja kiedykolwiek będzie w stanie pokonać podobne „ludzkie” trudności.

Więcej informacji na stronie: 123tlumacz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 30.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 30.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Ile przepłacamy za paliwo?

Dlaczego rekordowo niskie ceny paliw w Europie nie przekładają się na podobnej wysokości oszczędności dla polskich kierowców? Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl tłumaczy to w oparciu o dziewięć wykresów.

 Obecnie litr ropy Brent wyrażony w złotych jest wyceniany na ok. 90 gr. Pomijając przełom lat 2008/2009, czyli szczyt kryzysu finansowego, są to najniższe poziomy od ponad 10 lat.

Wykres 1: Cena ropy naftowej Brent wyrażona w złotych

Cena ropy naftowej Brent wyrażona w złotych

Biorąc pod uwagę ostatnie 20 lat, należy zauważyć, że nie tyle ropa jest aktualnie szczególnie tania, tylko w poprzednich latach była wyjątkowo droga. Jeszcze od 1994 r. do 2004 r. jej średnioroczna cena wahała się w granicach 25-75 gr za litr.

Wykres 2: Cena paliwa bezołowiowego 95 na rynku ARA wyrażona w złotych

Cena paliwa bezołowiowego 95 na rynku ARA wyrażona w złotych

Historia na rynku paliw przedstawia się bardzo podobnie do cen ropy naftowej. Benzyna 95 oktanowa oferowana na rynku ARA (Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia), która jest wyznacznikiem cen dla europejskich rafinerii, jest obecnie wyceniania na 98 gr za litr. Warto jednak zwrócić uwagę, że czasami różnica pomiędzy ropą a benzyną, jest bardzo wyraźna. Pokazuje to kolejne zestawienie.

Wykres 3: Zestawienie ARA 95 oraz ropy Brent. Obie wartości w złotych

Zestawienie ARA 95 oraz ropy Brent. Obie wartości w złotych

Koszt paliwa jest wyższy od ceny ropy naftowej, gdyż benzyna jest efektem przerobu ropy naftowej. Są jednak momenty, kiedy różnica znacznie się zwiększa. Taka sytuacja miała miejsce w połowie br., kiedy dochodziła nawet do 60 gr. za litr. Wynikało to m.in. z wyższego od oczekiwań popytu na paliwo zarówno w Europie, jak i w USA.

Wykres 4: Porównanie detalicznej ceny benzyny w Polsce i na rynku europejskim

Porównanie detalicznej ceny benzyny w Polsce i na rynku europejskim

Analizując zestawienia obejmujące Polskę już na pierwszy rzut oka widać, że obecne poziomy cen paliw w europejskich portach nie korespondują z cenami detalicznymi. Na początku 2007 r. oraz 2009 r. ARA 95 kosztowała ok. 1 zł. Wtedy natomiast, według danych Komisji Europejskiej, za benzynę 95 płaciliśmy około 3.60-3.70 zł.

Wykres 5: Cena benzyny bezołowiowej 95 na krajowym rynku hurtowym bez podatków

Cena benzyny bezołowiowej 95 na krajowym rynku hurtowym bez podatków

Szukając powodów zwiększających się różnic pomiędzy ceną paliw na rynku ARA a kosztem litra benzyny przy dystrybutorze, warto zwrócić uwagę na krajowy rynek hurtowy. Obecnie paliwo bezołowiowe bez podatków i marży detalicznej kosztuje 1.56 zł. Jest o prawie 60 gr droższe niż analogiczny produkt w europejskich portach.

Wykres 6: Porównanie cen benzyny 95 w krajowym hurcie oraz na rynku ARA

Porównanie cen benzyny 95 w krajowym hurcie oraz na rynku ARA

Ostatnia dekada pokazuje, że ceny paliwa 95 w polskim hurcie (linia biała) podążają ściśle za kosztem benzyny na rynku ARA. Do końca pierwszego kwartału 2015 r. różnica mieściła się w granicach 20-30 gr za litr. Można to tłumaczyć m.in. koniecznością dodawania bio komponentów do paliw oraz wprowadzeniem w tym roku opłaty zapasowej. Te dwa czynniki zwiększają koszt benzyny w sumie o ok. 11-12 gr w hurcie. Resztę stanowiły koszty transportu i standardowa marża hurtowa. Sytuacja jednak zmieniła się bardzo wyraźnie od drugiego kwartału 2015 r., co dobrze przedstawiają kolejne wykresy.

Wykres 7: Różnica pomiędzy krajowym hurtem i rynkiem ARA

Wykres 7: Różnica pomiędzy krajowym hurtem i rynkiem ARA

Przez ostatnie 10 lat różnica pomiędzy ceną paliwa bezołowiowego w polskim hurcie a na rynku ARA była względnie stabilna. W poprzedniej dekadzie wahała się w granicach 10-20 gr, a w obecnej zwiększyła się do ok. 20-30 gr. Warto zauważyć, że była względnie stała, mimo gwałtownych ruchów na światowych rynkach na przestrzeni lat, zarówno ropy, jak i benzyny bezołowiowej.

Wykres 8: Rożnica pomiędzy krajowym hurtem a rynkiem ARA

Wykres 8: Rożnica pomiędzy krajowym hurtem a rynkiem ARA

Powyższa grafika jeszcze lepiej przedstawia zaburzenia rynku hurtowego względem sytuacji na europejskim rynku paliw. Miesięczna średnia różnica pomiędzy cenami krajowymi oraz ARA 95, wzrosła w drugim kwartale 2015 r. z okolic 25 gr do 45 gr. To oznacza, że w detalu wraz z podatkiem VAT musieliśmy płacić ok. 25 gr więcej za litr, niż wynikałoby to z kosztów popularnej „bezołowiówki” w Europie.

Badana relacja pogorszyła się w ostatnich miesiącach jeszcze wyraźniej. Od października różnica hurt/ARA rosła coraz bardziej, by osiągnąć w grudniu poziomy w granicach 65 gr. Dodatkowo obecna średnia miesięczna w/w różnicy to 60 gr. W rezultacie kierowcy przy dystrybutorach płacą około 35-40 gr brutto więcej za litr paliwa bezołowiowego, niż wynikałoby to ze standardowej marży hurtowej, obserwowanej jeszcze w pierwszym kwartale 2015 r. Oznacza to również, że cena PB 95 na stacjach powinna kształtować się w okolicach 3.7-3.8 zł, a nie powyżej 4 zł, jak ma to miejsce obecnie.

Wykres 9: Rożnica cen pomiędzy polskim hurtem a ARA

Rożnica cen pomiędzy polskim hurtem a ARA

Warto również przypomnieć sobie inny ciekawy moment z polskiego rynku paliw. Grafika pokazuje, że późnym latem 2011 r. różnica pomiędzy polskim hurtem a ARA 95 zaczęła się nagle obniżać i w pewnym momencie osiągnęła poziom ujemny, wynoszący prawie 10 gr. Nie jest to błąd wyliczeń czy wykresu. Był to czas, kiedy w Polsce toczyła się kampania parlamentarna, a politycy prześcigali się w pomysłach, jak pomóc kierowcom. Nagle ceny hurtowe wyraźnie spadły, a to spowodowało, że w czasie wyborczej gorączki zobaczyliśmy ceny detaliczne na poziomie 4.99 za litr. Później oczywiście zarówno ceny hurtowe i detaliczne natychmiast wróciły do wcześniejszych poziomów.

 

 

 

Za nami intensywny rok na rynku ubezpieczeń: BLS, reklamacje, Solvency II

Rok 2015 był czasem wielu zmian i wyzwań na rynku ubezpieczeniowym w Polsce. Wprowadzenie bezpośredniej likwidacji szkód, nowych przepisów dotyczących procesu obsługi reklamacji, powołanie urzędu Rzecznika Finansowego oraz przygotowania do Solvency II to najważniejsze z nich. Na dynamikę branży wpływały trendy zarówno ogólnoeuropejskie, jak i lokalne. W całej Unii Europejskiej rośnie rola klientów i konsumentów, postępuje cyfryzacja, natomiast w Polsce wciąż zmagamy się z niskim zaufaniem do instytucji finansowych oraz wojną cenową.

WLODARCZYK_MOCZKOWSKA_ANNA_GothaerSytuacja polskiego sektora finansowego, w tym segmentu ubezpieczeń, jest bardzo dynamiczna. Wprowadzane są istotne zmiany, które powodują, że zasady działania zakładów ubezpieczeniowych ulegają istotnym modyfikacjom. Jak wynika z dostępnych danych polski sektor finansowy należy do najbardziej stabilnych w Europie, a nowe regulacje, takie jak Wypłacalność II czy ustawa dotycząca reklamacji i Rzecznika Finansowego, mają na celu wzmocnienie stabilności instytucji finansowych poprzez skodyfikowanie zasad postępowania. Dynamika, wynikająca z trendów rynkowych, które obserwujemy w całej Europie, dodatkowo może zostać wzmocniona wynikiem wyborów parlamentarnych w Polsce, poprzez planowane nowe regulacje. Warto także podkreślić, że polski rynek finansowy, a więc także zakłady ubezpieczeń, z trudem odzyskuje poziom zaufania sprzed kryzysu finansowego, jednak jak pokazują wyniki badania Diagnoza Społeczna 2015 w ciągu ostatnich dwóch lat wiarygodność ubezpieczycieli wzrosła[1]. To optymistyczny trend, który dzięki nadchodzącym zmianom ma szansę się utrzymać.

BLS, czyli kierowcy mogą liczyć na wsparcie swojego ubezpieczyciela

Pierwszy obszar zmian dokonanych przez Polską Izbę Ubezpieczeń w porozumieniu z ubezpieczycielami dotyczy wprowadzenia bezpośredniej likwidacji szkód (BLS). Zdecydowana większość Polaków postrzega OC komunikacyjne jako obowiązkowy podatek, a nie usługę dającą wymierne korzyści. W związku z tym rywalizacja pomiędzy poszczególnymi zakładami ubezpieczeń dotyczyła tylko aspektu cenowego. Przekonanie, że im mniej kierowca płaci za tego typu ubezpieczenie, tym lepiej, jest nadal dość silne, jednak w naszej ocenie będzie się zmieniać. Niewątpliwy wpływ na zmianę tego podejścia będzie mieć wprowadzona w Gothaer w maju tego roku bezpośrednia likwidacja szkód. To rozwiązanie sprawia, że obok ceny, kryterium wyboru obowiązkowej polisy komunikacyjnej, będzie również jakość procesu likwidacyjnego. W naszej ocenie to najlepszy kierunek dla polskiej branży ubezpieczeniowej, jeśli zależy nam na poprawie jakości usług, a w konsekwencji na większym zaufaniu klientów do ubezpieczycieli. Nowy model z pewnością przyczyni się także do przerwania wojny cenowej zgodnie z rekomendacją Komisji Nadzoru Finansowego.

Więcej praw klienta w zakresie reklamacji

Drugim istotnym zagadnieniem było wprowadzenie nowych regulacji dotyczących procesu obsługi reklamacji oraz powołanie urzędu Rzecznika Finansowego. W nowej ustawie zaproponowano szereg ważnych zmian w zakresie wymogów informacyjnych oraz procesu reklamacyjnego. Celem twórców była systematyzacja i uszczegółowienie zasad, które mają być przestrzegane przez wszystkie główne podmioty działające na rynku finansowym. W perspektywie najbliższych lat pomysł uregulowania procesów reklamacyjnych w opinii Gothaer będzie miał pozytywny wpływ na rynek ubezpieczeniowy. Problemami, które dotyczą tego zagadnienia, był natomiast krótki czas, w którym zakłady ubezpieczeń musiały dostosować się nowych, niejednokrotnie kosztownych, rozwiązań organizacyjnych oraz niepewność, co do sposobu interpretacji zapisów ustawowych.

Przygotowania do Solvency II na ostatniej prostej

Trzecim obszarem, który już ma duży wpływ na segment ubezpieczeniowy w Polsce, jest podpisana pod koniec października br. ustawa regulująca rynek ubezpieczeniowy wynikająca z wejścia w życie dyrektywy Wypłacalność II (Solvency II). Nowa dyrektywa, a tym samym podpisana przez Prezydenta RP ustawa, wprowadza zmiany w trzech obszarach działalności spółek ubezpieczeniowych – kapitałowym, systemu zarządzania oraz sprawozdawczości. Solvency II oznacza dla ubezpieczycieli istotny wzrost wymogów kapitałowych, co więcej, wyliczenie to będzie opierać się o szerszy zakres zagadnień niż obecnie, m.in. uwzględnia ryzyko rynkowe i kredytowe. Zakłady ubezpieczeń muszą także spełnić wiele wymogów administracyjno-organizacyjnych oraz sprawozdawczych w związku z założeniami nowoprojektowanego systemu zarządzania. Prace nad systemem Wypłacalność II trwały już długo zarówno w Polsce, jak i w UE, dlatego w grudniu 2015 roku w zasadzie zostały zakończone. Warto jednak podkreślić, że efektem wprowadzenia dyrektywy ma być ostrożniejsze prowadzenie działalności ubezpieczeniowej, a w konsekwencji wzmocnienie rynku pod kątem finansowym.

Trzy kierunki zmian w przyszłości

W kolejnych miesiącach i latach, niezbędne dla zapewnienia płynności funkcjonowania i realizacji zobowiązań wynikających z zawartych umów przez zakłady ubezpieczeń, są podwyżki cen. Jeszcze przez dłuższy czas na rynku będzie się utrzymywała silna konkurencja w tym obszarze, ale zarówno ustawa o działalności ubezpieczeniowej, jak i bezpośrednia likwidacja szkód powoli powodują, że ceny ubezpieczenia OC komunikacyjnego rosną. Należy oczekiwać utrzymania tego trendu w 2016 roku. Warto też podkreślić, że podwyżki będą zróżnicowane pod względem wysokości i uzależnione od poszczególnych segmentów czy grup ryzyka przyjmowanych do ubezpieczenia.

Scenariuszem, który czeka branżę ubezpieczeniową w najbliższych miesiącach, jest także wprowadzenie podatku od aktywów bankowych i zakładów ubezpieczeniowych, które mają ponad 4 mld zł aktywów. Podobne rozwiązania funkcjonują już w innych krajach europejskich, jednak warto zwrócić uwagę, że najczęściej dotyczy to państw, w których sektor ubezpieczeniowy jest na tyle rozległy, że zniechęcanie instytucji do krótkoterminowych operacji finansowych jest uzasadnione z punktu widzenia stabilności rynku – w Polsce nie mamy jeszcze do czynienia z taką sytuacją.

Po trzecie, w związku z mobilną rewolucją dokonującą się w życiu codziennym Polaków w takich obszarach jak usługi bankowe czy zakupy, kolejne dwanaście miesięcy z pewnością przybliżą użytkowników smartfonów czy tabletów do korzystania z usług ubezpieczeniowych. W Gothaer już zrobiliśmy kilka kroków w tym celu, m.in. uruchomiliśmy aplikację Gothaer Pomoc, a w przyszłym roku planujemy kolejne wdrożenia, w ramach strategii rozwoju całej Grupy Gothaer, dla której cyfryzacja jest jednym z kluczowych projektów w 2016 roku.

[1]http://www.piu.org.pl/public/upload/ibrowser/Wiadomosci%20Ubezpieczeniowe/WU%203%202015/WU%202015-03_01_szumlicz.pdf

Gospodarka współpracy lekiem na polskie bezrobocie?

Na gruncie amerykańskim sharing economy (gospodarka współpracy) cieszy się poparciem większości rekruterów i osób poszukujących pracy. Potwierdzają to wyniki badania przeprowadzonego w Stanach Zjednoczonych przez CareerArc: 89% pracodawców i 85% poszukujących pracy uznaje sharing economy za pozytywną ewolucję gospodarki pracy. Co więcej, ponad 2/3 respondentów aprobuje ten model gospodarki – nawet w obliczu towarzyszących mu wyzwań prawnych. Sharing economy mocnym krokiem wchodzi do Polski i dzieli społeczeństwo na swych przeciwników i zwolenników. Czy gospodarka współdzielenia jest rzeczywistym zagrożeniem dla tradycyjnych usług i polskiego rynku pracy, czy wręcz przeciwnie – może być skutecznym narzędziem w walce z bezrobociem?

Gospodarka współpracy (ang. sharing economy), nazywana także ekonomią współdzielenia polega na łączeniu osób za pomocą platform internetowych w celu realizacji danej usługi lub też korzystania z określonych dóbr. Wspólne przejazdy (np. Blablacar.pl) czy też współdzielenie nieruchomości (np. Airbnb) to przykłady sharing economy, które cieszą się coraz większą popularnością również w Polsce. Kierunek rozwoju tego modelu oraz potencjalny wpływ na rynek pracy w europejskiej rzeczywistości można przewidywać przez pryzmat Stanów Zjednoczonych, gdzie już blisko 2/3 poszukujących zatrudnienia rozważa pracę jako dostawca usług na żądanie. W przypadku nagłej utraty pracy chęć podjęcia tego rodzaju działalności wzrasta do 72%.

 –„Rosnący w siłę rynek pracownika tworzy w Polsce korzystny klimat dla rozwoju sharing economy, gdyż właśnie ten model kształtuje się w oparciu o pożądaną przez kandydatów elastyczność wykonywania obowiązków. Warto jednak zauważyć, że dążenie do większej swobody w kwestii czasu i miejsca pracy kształtowało rynek pracy jeszcze przed boomem na nowe technologie. Kilka lat temu ta tendencja przejawiała się w dynamicznym rozwoju outsourcingu, pracy tymczasowej i sezonowej. Dziś potrzebę mobilności zawodowej podchwyciły również platformy takie jak np. Uber. Rozwój ekonomii współpracy wydaje się nieunikniony, nawet w obliczu oporu tradycyjnych usługodawców” – komentuje Bartosz Kaczmarczyk, prezes Grupy Kapitałowej Loyd.

 Wątpliwości dotyczące sharing economy dotyczą w dużej mierze praw i obowiązków osób świadczących usługi. Pojawiają się też pytania o charakter odpowiedzialności właściciela platformy internetowej. O tym, jak w Polsce będzie wyglądała gospodarka współdzielenia w przyszłości najprawdopodobniej zadecydują regulacje unijne. 28 października br. komisarz ds. rynku wewnętrznego Elżbieta Bieńkowska zapowiedziała opracowanie wytycznych, które wskażą władzom krajów unijnych, jak stosować unijne przepisy w odniesieniu do sektora ekonomii współdzielenia. Istotny problem z perspektywy przyszłych regulacji stanowi określenie formy zatrudnienia usługodawców. W Stanach Zjednoczonych 88% osób poszukujących pracy i 75% pracodawców uważa, że ci, którzy pracują w sharing economy przez 40 godzin w tygodniu lub więcej, powinni być sklasyfikowani jako pracownicy etatowi.

–„Problem regulacji formy zatrudnienia w kontekście sharing economy wynika w gruncie rzeczy z rozbieżnych oczekiwań usługodawców: z jednej strony cenią oni pracę w tym modelu za elastyczność, z drugiej zaś narzekają na brak korzyści związanych z zatrudnieniem w pełnym wymiarze godzin. Trudno w tej przestrzeni o kompromis. Niewątpliwie, rosnąca w siłę gospodarka współdzielenia wpłynie na transformację rynku pracy – o czym już dziś przekonani są amerykańscy specjaliści branży HR. Pozytywnymi aspektami tego modelu wydają się niskie bariery wyjścia i wejścia, które umożliwiają potencjalnym usługodawcom łatwe i szybkie zdobywanie doświadczenia. Warto zwrócić uwagę na to, że praktyka w modelu sharing economy często przekłada się na rzeczywiste kompetencje, cenione przez kolejnych pracodawców. Doświadczenie w tej przestrzeni to nie zawsze przejściowe zajęcie i szybki zarobek, ale niekiedy także cenny wpis w życiorysie zawodowym, szczególnie jeśli kandydat aplikuje do pokrewnej branży” – komentuje Hanna Listek, dyrektor zarządzający spółki Polski HR.

75% amerykańskich rekruterów zachęca aplikantów do uwzględniania sharing economy w swoim doświadczeniu zawodowym, nawet w przypadku rekrutacji na stanowisko specjalisty. Rekomendacja ta jest jeszcze silniejsza (95%), gdy kandydaci aplikują do branży usługowej (restauracji, hotelarstwa, transportu, itp.)

Toyota tworzy mapy aktualizowane w czasie rzeczywistym

Co wyjdzie, jeśli do map Google dodać Janosika i pomnożyć przez aktualizację w czasie rzeczywistym i 100 razy większą precyzję? Nowe mapy Toyoty.

 Toyota rozwija system generowania wysoce precyzyjnych map z myślą o technologii zautomatyzowanego prowadzenia pojazdów. System ma wykorzystywać dane z kamer i odbiorników GPS samochodów zwykłych użytkowników – warunkiem uczestnictwa w programie jest oczywiście zainstalowanie takich urządzeń w samochodzie. W ten sposób Toyota przenosi crowdsourcing znany kierowcom chociażby z Janosika na wyższy poziom. Projekt zostanie zaprezentowany podczas targów CES (Consumer Electronics Show) 2016, które odbędą się w Las Vegas dniach 6-9 stycznia.

mapa aktualizowana w czasieSystem wykorzystuje kamery i dane GPS tysięcy pojazdów do gromadzenia obrazów dróg. Informacje te trafiają do centrów przetwarzania danych, gdzie są automatycznie łączone w spójną całość, poddawane korekcji i aktualizowane. W ten sposób na bieżąco powstają mapy dróg dla rozległych obszarów, na tyle precyzyjne, że umożliwiają autonomicznym samochodom bezkolizyjne poruszanie się po drogach publicznych.

Warunkiem skutecznego wdrożenia systemów automatycznego prowadzenia pojazdów jest dysponowanie cyfrowym opisem układu dróg z uwzględnieniem zasad ruchu drogowego, w tym informacji o ograniczeniach prędkości i oznakowaniu dróg. Precyzyjna lokalizacja pojazdów wymaga także dostępu do informacji o oznakowaniu poziomym, krawężnikach i innych elementach dróg, a także dziurach i wybojach.

Do tej pory dane dla systemów automatycznego prowadzenia samochodów gromadzone były przez specjalne pojazdy wyposażone w trójwymiarowe skanery laserowe. Dane zbierane przez nie podczas jazdy po obszarach zurbanizowanych i terenach niezabudowanych były ręcznie uzupełnianie o dodatkowe informacje np. o oznakowaniu. Wadą tego sposobu tworzenia map jest jednak rzadka aktualizacja, ograniczająca ich użyteczność. Metoda ta wiąże się ponadto ze znacznymi kosztami, wynikającymi z manualnego procesu gromadzenia i uzupełniania informacji.

Choć efekty działania takiego systemu, opartego na kamerach i GPS, obarczone są większym prawdopodobieństwem błędu, niż dane uzyskane z użyciem trójwymiarowych skanerów laserowych, błędy pozycjonowania można eliminować za pomocą technologii integrujących i korygujących obrazy zebrane z wielu pojazdów, a także precyzyjnych mechanizmów wyznaczania trajektorii ruchu. Dzięki temu błąd pozycjonowania na prostych drogach nie przekracza 5 cm. Wykorzystanie do gromadzenia informacji pochodzących z wielu pojazdów zwykłych użytkowników i istniejącej infrastruktury zapewnia bieżącą aktualizację danych. Dodatkową zaletą jest możliwość wdrożenia i rozbudowy systemu przy stosunkowo niewielkich nakładach.

Toyota chce rozpocząć program crowdsourcingowego tworzenia map w 2020 roku. Choć początkowo użycie systemu ma być ograniczone do dróg ekspresowych i autostrad, plany dalszego rozwoju przewidują rozszerzenie jego zastosowania na zwykłe drogi, a także wykorzystanie do zapobiegania wypadkom. Toyota będzie również dążyć do rozwinięcia współpracy z dostawcami map, aby udostępnić swoją technologię szerokim rzeszom użytkowników.

Nowy system tworzenia map stanowi część programu Mobility Teammate, zaprezentowanego przez Toyotę w październiku 2015 r. Jest to strategia wprowadzania technologii zautomatyzowanego prowadzenia pojazdów w taki sposób, by nie zmniejszać przyjemności, jaką kierowcy czerpią z jazdy samochodem.

Zmiany w kredytach hipotecznych – co przyniesie nam nowy rok?

Kredyt hipoteczny to jeden z najlepszych sposobów na sfinansowanie zakupu mieszkania. Jakie zmiany szykuje nam nadchodzący rok? Czy będziemy obserwować kontynuację rozpoczętych trendów czy też czekają na nas wielkie zmiany? Temat pod lupę bierze Jacek Kasperczyk, analityk porównywarki finansowej Comperia.pl.

Kredyty hipoteczne są najprostszą metodą sfinansowania zakupu nieruchomości. Jego największymi zaletami są przede wszystkim wysoka kwota na jaką można je zaciągnąć oraz stosunkowo długi okres spłaty wynoszący kilkadziesiąt lat. – Mijający właśnie rok był dla tych produktów dość burzliwy – obniżki stóp procentowych, zmieniające się limity w programie MdM czy też pomysły przewalutowania kredytów frankowych. – komentuje Jacek Kasperczyk, analityk Comperia.pl. A co nas czeka w 2016 roku? Czy będziemy obserwować kontynuację zapoczątkowanych już trendów, czy może pojawią się nowe wyzwania?

Czekają nas tanie kredyty

Zbliżający się rok zapowiada się obiecujący pod względem oprocentowania kredytów hipotecznych. Niewiele wskazuje na to, by Narodowy Bank Polski zdecydował się zaostrzyć politykę pieniężną. – Przewidujemy, że stopy procentowe przynajmniej przez pierwsze półrocze powinny utrzymać się na obecnym poziomie. Operacja taka wpłynie pozytywnie na oprocentowanie kredytów hipotecznych, które od marca 2015 r. utrzymywało się na rekordowo niskim poziomie. – mówi Jacek Kasperczyk, analityk Comperia.pl. Dokładny wykres tego parametru dla 30-letniego kredytu hipotecznego na 300 tys. złotych z 20 proc. wkładem własnym, za ostatnie 5 lat, wygląda następująco:

Średnia RRSO kredytów hipotecznych

Opracowane przez Comperia.pl

Ostatnie odczyty średniej RRSO kredytów hipotecznych od blisko 10 miesięcy oscylują w granicach 4 proc. To bardzo niska wartość, która ewidentnie świadczy o tym, że odchodzący właśnie rok był bardzo łaskawy dla kredytobiorców złotówkowych – dodaje. Jak przewidują analitycy Comperia.pl.  sytuacja ta będzie kontynuowana. Brak presji inflacyjnej oraz niezbyt okazały wzrost gospodarczy są wystarczającymi argumentami przemawiającymi za utrzymaniem przez NBP stóp procentowych na dotychczasowym poziomie. Co więcej, w przypadku nagłego pogorszenia koniunktury możliwe są dalsze cięcia stóp.

Niepewnie na złotym

Nadchodzący rok może okazać się ciężki dla wszystkich posiadaczy walutowych kredytów hipotecznych. Wiele wskazuje na to, że notowanie polskiego złotego względem euro, franka szwajcarskiego czy dolara amerykańskiego mogą podlegać znaczącym fluktuacjom. – Elementem przemawiającym za tym faktem jest chociażby grudniowa decyzja Europejskiego Banku Centralnego o przedłużeniu programu zapewniającego płynność systemu finansowego do marca 2017 r. oraz obniżenie stopy depozytowej obowiązującej w Strefie Euro. – komentuje Jacek Kasperczyk, Comperia.pl. Nie bez znaczenia będą także operacje dokonywane przez FED (System Rezerwy Federalnej – bank centralny USA), który może kontynuować zapoczątkowaną pod koniec 2015 r. operację zacieśniania prowadzonej przez siebie polityki pieniężnej.

A jak będzie wyglądać sytuacja franka szwajcarskiego? – Jeśli chodzi o notowania franka względem polskiego złotego to prędzej będą one uzależnione od aktualnych nastrojów panujących na całym rynku finansowym i ogólnym sentymencie inwestorów do polskiego złotego niż od decyzji tamtejszego banku centralnego (SNB). Na chwilę obecną nie zanosi się bowiem, aby podmiot ten nosił się z zamiarem przeprowadzenia jakichkolwiek zmian w swojej polityce pieniężnej. – komentuje Jacek Kasperczyk, Comperia.pl.

(Nie)wzrasta wkład własny do 15 procent

Zgodnie z zapisami widniejącymi w Rekomendacji S od 1 stycznia 2016 r. pojawia się wymóg wnoszenia 15 proc. wkładu własnego przez osoby zainteresowane kredytem hipotecznym. Przepisy zostawiają kredytobiorcom jednak pewną furtkę. Chodzi o możliwość wniesienia 10 proc. wkładu własnego na obecnych zasadach oraz o „doubezpieczenie” brakujących 5 procent. Co więcej, zamiast odpowiedniej polisy kredytobiorca może przedstawić inne zabezpieczenie np. blokadę środków na rachunku lub zastaw na dłużnych papierach wartościowych Skarbu Państwa lub NBP. – W praktyce zaciągnięcie kredytu np. na 200 tys. zł będzie wyglądało tak, że 20 tys. zł będzie wymaganym wkładem własnym wniesionym ze środków własnych klienta lub z dopłaty pochodzącej z programu Mieszkanie dla Młodych, a na brakujące 10 tys. zł zostanie wykupione odpowiednie ubezpieczenie. – komentuje Jacek Kasperczyk, Comperia.pl.

Młodzi nadal uprzywilejowani

W nadchodzącym roku nadal będzie obowiązywał program wspierający młode osoby w zakupie mieszkania. Rozwiązanie, o którym mowa to dobrze znany program „Mieszkanie dla Młodych” (MdM), który zgodnie z zapisami ustawy będzie obowiązywał do dnia 30 września 2018 r. Pozostaje tylko pytanie: czy starczy na to pieniędzy? – Już na koniec listopada br. wnioski o dofinansowania w przyszłym roku opiewały na kwotę ponad 225 mln zł z 730 mln zarezerwowanych w Funduszu Dopłat. Składanych wniosków przybywa w bardzo szybkim tempie, np. w listopadzie 2015 r. Polacy zawnioskowali o 125 mln zł dopłaty. Jeśli trend ten zostanie utrzymany – środków w programie MdM może zabraknąć już po kilku miesiącach 2016 roku. – komentuje Jacek Kasperczyk, Comperia.pl.

Na odsiecz frankowiczom

Ostatni rok był bardzo burzliwy dla posiadaczy kredytów denominowanych we franku szwajcarskim. Głównymi pomysłami na rozwiązanie kwestii spornych i pomoc frankowiczom były m.in. przewalutowanie kredytów po kursie z dnia uruchomienia, stworzenie specjalnych funduszy ratunkowych, różne dopłaty państwowe. Nadchodzący 2016 r. zapewne przyniesie rozwiązanie tego problemu. – W związku z tym, że w przypadku kredytów hipotecznych we franku największym problemem kredytobiorców nie jest wysokość raty kredytowej a całkowity poziom zadłużenia. Moim zdaniem wprowadzone rozwiązanie powinno skupiać się właśnie na nim. Jednym z nich mogłoby być na przykład powołanie specjalnego funduszu, do którego trafiałaby różnica pomiędzy wartością nieruchomości a wysokością zadłużenia – komentuje Jacek Kasperczyk, Comperia.pl. Sposób działania tego rozwiązania przedstawiają poniższe punkty.

  1. Klient w 2008 roku kupił mieszkanie za 300 tys. złotych zaciągając 150 tys. franków długu (kurs uruchomienia kredytu 2 złote).
  2. W dniu dzisiejszym mieszkanie nadal jest warte 300 tys. zł, ale aktualne zadłużenie kredytobiorcy wynosi 520 tys. złotych (130 tys. CHF x 4 złote = 520 tys. zł – zakładam, że przez ostatnie lata spłacił już 20 tys. CHF).
  3. Klient przewalutowuje kredyt na złote po dzisiejszym kursie i dalej spłaca raty w PLN liczone od 300 tys. złotych, 220 tys. złotych wpada do funduszu „toksycznego” na nieoprocentowany rachunek.
  4. Ceną za takie rozwiązanie jest całkowite zrzeczenie się praw do nieruchomości na bank udzielający kredytu hipotecznego. Klient płaci raty, przy czym są one traktowane podobnie do „czynszu” za wynajem mieszkania.
  5. Na koniec – jeśli będzie chciał nabyć prawa do nieruchomości będzie musiał spłacić dług w funduszu toksycznym. Gdy tego nie zrobi bank stanie się właścicielem nieruchomości i umarzy dług widniejący we wspomnianym funduszu.
  6. Jednocześnie po dokonaniu spłaty nowego zadłużenia 300 tys. złotych, klient staje się „wolny” – traci co prawda prawo do kupionej za franki nieruchomości, ale jednocześnie pozbywa się długu 220 tys. złotych wynikłego z różnicy pomiędzy aktualnym saldem zadłużenia a wartością nieruchomości.

Kiepskie czasy dla banków

Rok 2016 zapewne nie będzie łaskawy dla instytucji finansowych. Rząd obecnie przygotował propozycję opodatkowania banków oraz towarzystw ubezpieczeń podatkiem od zgromadzonych aktywów. W przypadku tych pierwszych podmiotów nowa danina ma wynosić 0,39 proc., a w przypadku ubezpieczycieli 0,6 proc. w skali roku. Czy wprowadzenie nowego obciążenia wpłynie negatywnie na sytuację polskiego sektora finansowego? – I tak, i nie. Po pierwsze, szacowana wysokość podatku to około 4-5 mld zł, czyli mniej więcej jedna trzecia zysku netto osiąganego przez banki w ostatnich latach. Po drugie, sprawi ona, że słabe banki, generujące zbyt małą rentowność z posiadanych aktywów, zostaną przejęte przez te mocniejsze. I po trzecie, podatek bankowy z powodzeniem funkcjonuje już w wielu krajach europejskich (Węgry, Wielka Brytania, Francja, Niemcy) więc nie ma przeszkód, by nie przyjął się i w naszym kraju. – komentuje Jacek Kasperczyk, Comperia.pl.

Do złych stron nowego obciążenia z pewnością należy fakt, że zostanie ono pośrednio przetransferowane na klienta. Tym samym w najbliższych dwunastu miesiącach należy oczekiwać niewielkiego ograniczenia akcji kredytowej oraz podwyżek opłat za podstawowe produkty i usługi bankowe, co już możemy zaobserwować w podniesionej przez niektóre banki marży kredytów.

Podsumowanie

Rynek finansowy jest na tyle dynamiczny, że w ciągu tak długiego okresu jak 12 miesięcy mogą się wydarzyć jakieś nieprzewidziane sytuacje i powyższe prognozy trzeba będzie zrewidować. Niemniej, na chwilę obecną przedstawione powyżej zmiany wydają się najbardziej możliwe do zrealizowania.

Nowy rok – nowa praca. Czyli 7 zasad jak dotrzymać postanowienia noworocznego

Przełom roku to czas, w którym wiele osób podejmuje postanowienia noworoczne. Często dotyczą one kwestii związanych z kondycją, zdrowiem, a także rozwojem kariery zawodowej. Jednym z najpopularniejszych postanowień jest zmiana pracy. Jak sprawić, by ta decyzja nie została tylko w sferze planów czy marzeń? Szukanie pracy wymaga wytrwałości i systematyczności. Pracuj.pl przedstawia siedem zasad, które pomogą poszukującym wytrwać w noworocznym postanowieniu.

  1. Analiza rynku pracy

Rozpoczęcie poszukiwania pracy powinno zostać poprzedzone dokładną analizą tego, jak wygląda rynek pracy w danej specjalizacji czy, szerzej, branży. Taką analizę najłatwiej przeprowadzić korzystając z możliwości, jakie daje portal rekrutacyjny, taki jak Pracuj.pl. Znajdują się na nim nie tylko ogłoszenia o pracę, lecz także porady dotyczące przygotowania dokumentów rekrutacyjnych, informacje o tym, czego można oczekiwać po samym procesie rekrutacyjnym czy profile pracodawców.

  1. Profesjonalne CV to podstawa

Analiza oczekiwań pracodawców pozwala na przygotowanie CV będącego realną odpowiedzią na daną ofertę pracy. Do tworzenia swej wizytówki zawodowej, jaką jest dobrze przygotowane CV, warto wykorzystać narzędzia takie jak Kreator CV dostępny na Pracuj.pl (www.cv.pracuj.pl). Kreator CV „podpowiada” co należy zawrzeć w dokumencie i z jakich elementów dobre CV powinno być zbudowane. Przygotowując życiorys należy także pamiętać o tym, by nie zawierać w nim wszystkich informacji na temat dotychczasowej kariery zawodowej. Dane zawarte w takim dokumencie powinny odpowiadać dokładnie na oczekiwania pracodawcy – żaden rekruter nie ma czasu na czytanie wielostronicowych elaboratów. W praktyce oznacza to duży nakład pracy, aby za każdym razem dopasować życiorys do konkretnego ogłoszenia – jednak tak zindywidualizowane CV jest bardzo dobrze postrzegane przez pracodawców.

  1. Jaka pensja na jakim stanowisku?

Jak pokazują badania Pracuj.pl Specjaliści na rynku pracy 2014 r., największą motywacją do poszukiwania nowej pracy są zarobki. Większość pracujących myśli o zmianie pracy z powodów finansowych, a dokonując wyboru nowego miejsca zatrudnienia, kieruje się przede wszystkim wynagrodzeniem. Dlatego wiedza o tym, jak wyglądają przeciętne zarobki w danej specjalizacji czy branży, jest dla poszukujących pracy bardzo przydatna.  Z drugiej strony pracodawcy nie są nadal zbyt skłonni do zamieszczania tej informacji w ogłoszeniach rekrutacyjnych. Dlatego bardzo przydatne są narzędzia umożliwiające porównanie zarobków – takie jak serwis www.zarobki.pracuj.pl z wygodną porównywarką zarobków. Dzięki temu narzędziu można dowiedzieć się, ile zarabiają specjaliści w danej branży, o danym doświadczeniu i kwalifikacjach. Pozwala to zweryfikować oczekiwania finansowe, a na rozmowie kwalifikacyjnej odpowiedzieć na jedno z trudniejszych pytań  –  o oczekiwane wynagrodzenie.

  1. Pracuj Select, czyli rozwiązania wspierające poszukiwanie pracy 

Aby usprawnić proces poszukiwania pracy, warto sięgać po nowoczesne technologie, jakie oferują portale rekrutacyjne. Dobrym przykładem jest Pracuj Select – narzędzie, które analizując  kwalifikacje i doświadczenie kandydatów, automatycznie dopasuje do nich oferty pracy i poleca daną kandydaturę rekruterom. Aby z niego skorzystać, wystarczy uzupełnić profil na Pracuj.pl i włączyć jego widoczność dla rekruterów. Profile założone na Pracuj.pl nie są publicznie dostępne. Użytkownicy sami zarządzają widocznością profilu i mogą oznaczyć pracodawców, którym z różnych względów nie chcą być polecani (np. firmy, w których pracują lub pracowali). Użytkownicy w swoim profilu mogą również sprawdzić, ilu rekruterów na Pracuj.pl szuka kandydatów o ich kompetencjach, co dodatkowo zachęca do pozostawania na bieżąco z ofertami pracy.

  1. Systematyczność kluczem do sukcesu

 Konsekwencja i systematyczność – to podstawa w poszukiwaniu pracy. Do zadania należy podejść systemowo i z planem. Założyć, że z określoną częstotliwością będzie się przeglądało oferty pracy. Wysyłać CV i nie zrażać się, że trzeba czekać na odpowiedź dłużej niż parę dni. Najważniejsze to podejść do poszukiwania pracy jak do… pracy. Wytrwałość, cierpliwość i konsekwencja przyniosą na pewno oczekiwane efekty.

  1. Czas poszukiwania pracy to nie jest czas stracony

 Bardzo pomocne w zdobyciu wymarzonej pracy jest stałe podnoszenie kompetencji. Analizy Pracuj.pl pokazują, że połowa ogłoszeń o pracę zawiera wymóg znajomości języka obcego. Warto więc zadbać o jego poziom. Czy to poprzez indywidualne zajęcia, czy też w szkole językowej – warto się uczyć. Nawet proste oglądanie seriali w oryginale czy czytanie w obcym języku już może rozwinąć kompetencje lingwistyczne.

  1. Ważne jest wsparcie bliskich

W procesie poszukiwania pracy niezbędne okazuje się wsparcie bliskich i znajomych. Otoczeni innymi ludźmi, łatwiej możemy wytrwać w postanowieniu zmiany pracy. Zatem warto rozmawiać, dzielić się swoimi wątpliwościami, słuchać rad innych – to zwiększa komfort psychiczny i daje poczucie stabilizacji. Rozmowy z innymi, to też pole do wymiany cennych spostrzeżeń na temat dotychczasowego życia zawodowego. Dzięki nim można dostrzec swoje cechy czy kwalifikacje, których do tej pory nie brało się pod uwagę.

Podatek bankowy coraz bliżej

Blitzkrieg w wykonaniu rządu trwa. Podatek bankowy już przeszedł przez Sejm, teraz Senat i Prezydent. Skutki dla budżetu nie są pewne, a opinie specjalistów podzielone. Giełdy kontynuują grudniowe wzrosty.

Stało się, Sejm uchwalił podatek od banków w wysokości 0,44%. Pierwotne plany zakładały stawkę 0,39% w skali roku, aczkolwiek po wyłączeniu obligacji z tego podatku, zwiększono jego stawkę. Wiele osób zwraca co prawda uwagę, że udział obligacji w bilansach banków wzrośnie. Spowoduje to przeszacowanie wpływów z podatku. Podatkiem objęte są również firmy ubezpieczeniowe oraz te prowadzące działalność parabankową. Autorzy ustawy nie ukrywają, że jest to podatek celowy na sfinansowanie obietnic społecznych. Pojawił się również limit kwot, od których instytucja objęta jest taką daniną. Najniższy obowiązuje dla firm pożyczkowych i wynosi 200 mln złotych. W przypadku ubezpieczyli i banków jest to odpowiednio 2 i 4 mld złotych. Wyłączony z podatku został Bank Gospodarstwa Krajowego oraz inne banki krajowe, których co prawda na razie jeszcze nie ma, ale nie można wykluczyć ich powstania.

Nie mogło zabraknąć furtki dla Skok-ów. W przypadku zrzeszeń pozwolono im sprawdzać limit dla każdego banku osobno, czyli de facto nie opodatkować większości środków. Jaki to wszystko będzie miało wpływ na walutę? Otwarte pozostaje pytanie o domknięcie budżetu na 2016 rok i kolejne lata. Zmiany na pewno uderzą w polski system bankowy. Z jednej strony podatek osłabi zyski banków, ponieważ wedle projektu rządu ma sięgnąć ⅓ zysków całego sektora. Z drugiej strony wspiera Skoki, na których bankructwa składają się banki. Większość tych ryzyk jest już w cenach, więc jeżeli uda się uniknąć innych negatywnych efektów złoty może nawet zyskiwać.

Giełdy kontynuują grudniowe zwyżki. Jest pewna prawidłowość na rynku, gdzie fundusze podkupują akcje spółek pod koniec roku, by podbić ich ceny. Podnosi to wyniki roczne. Ponieważ od lat większość funduszy robi to samo, mamy do czynienia z typową samospełniającą się przepowiednią. Nie dziwi zatem, że pomimo niskiej aktywności na rynkach większość giełd rośnie w grudniu. Dobrym przykładem jest WIG20 czy Dow Jones.

Ceny ropy naftowej są już na takich niskich poziomach, że dają się we znaki nawet Arabii Saudyjskiej. Kraj ten posiada słabo zdywersyfikowany budżet składający się w 77% z wpływów z ropy naftowej. Nie bez znaczenia dla tego kraju są też koszty operacji wojskowych. Ze względu na to, tegoroczny bilans nie domyka się imponującą kwotą 98 mld dolarów. Efektem będą konieczne cięcia wydatków socjalnych i dopłat, między innymi do … paliwa.

Dzisiejszy kalendarz danych makroekonomicznych nie zawiera żadnej istotnej publikacji.

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 30.09.2015 do 30.12.2015Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 30.09.2015 do 30.12.2015

Kurs EUR/PLN po ostatnich spadkach przeszedł z trendu wzrostowego w boczny. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,3650 gdzie znajduje się ostatnie maksimum lokalne. W przypadku spadków wsparcie stanowić będzie linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na 4,2250. Jest to poziom, na którym kurs już dwukrotnie odbił się w górę.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 30.09.2015 do 30.12.2015Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 30.09.2015 do 30.12.2015

Kurs CHF/PLN przeszedł z trendu wzrostowego w boczny. Gdyby doszło do powrotu do wzrostów istotnym poziomem są wciąż okolice 4,0400, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem są testowane obecnie okolice 3,9000-3,9100, na których to kurs wielokrotnie odbijał w górę.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 30.09.2015 do 30.12.2015Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 30.09.2015 do 30.12.2015

Kurs USD/PLN powrócił do trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,0450. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem minima lokalne na 3,8400, gdzie kurs odbijał się na początku listopada.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 30.09.2015 do 30.12.2015Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 30.09.2015 do 30.12.2015

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił. Najbliższym oporem dla ruchu w górę jest krótkookresowa linia spadkowa na poziomie 5,8500. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest dopiero minimum stanowiące punkt wyjścia do obecnego ruchu wzrostowego, czyli poziom 5,6600.