Przeciętne pensje w mikrofirmach poniżej średniej krajowej

Według ostatniego raportu Głównego Urzędu Statystycznego, w 2014 roku działalność gospodarczą w Polsce prowadziło 1 826,3 tys. mikroprzedsiębiorstw, czyli podmiotów o liczbie pracujących, która nie przekracza 9 osób. Oznacza to wzrost o ponad 4% w skali całego roku. Najwyższy odsetek stanowiły firmy zajmujące się handlem i naprawą samochodów (26%), administrowaniem (13%), budownictwem (12%) i przemysłem (9%). W ubiegłym roku w mikroprzedsiębiorstwach było zatrudnionych 3 569,7 tys. osób, o 128 tys. więcej niż w 2013 roku. Najwięcej przedsiębiorstw z tej grupy miało swoją siedzibę w województwie mazowieckim (17,5%), śląskim (11,4%) i wielkopolskim (10,2%).

Wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach prawie dwukrotnie niższe niż w większych firmach

Przeciętne miesięczne wynagrodzenie w mikrofirmach w 2014 roku wyniosło 2 257 PLN brutto. Oznacza to, że pracownik takiej firmy „na rękę” dostawał średnio 1 639 PLN. To o 1 723 PLN brutto mniej niż wyniosło średnie wynagrodzenie w podmiotach zatrudniających powyżej 9 osób w (3 980 PLN brutto). W porównaniu do 2013 roku nastąpił spory wzrost średniego wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach – o 112 PLN. Jednak tak wysoka dynamika tego wynagrodzenia to w dużej mierze zasługa wzrostu płacy minimalnej, która w 2013 roku wyniosła 1 600 PLN brutto, a w 2014 roku została podniesiona do 1 680 PLN. Analizując dane na temat zarobków osób zatrudnionych w mikroprzedsiębiorstwach należy mieć na uwadze, że w tego typu firmach często zatrudnia się w oparciu o umowę o pracę za stawkę minimalną, natomiast pozostała część wynagrodzenia wypłacana jest „pod stołem”, w celu uniknięcia wysokich podatków. Takie procedery częściej mają miejsce w niewielkich firmach ponieważ mają one mniej sformalizowaną strukturę oraz mniej osób jest zaangażowanych w w przygotowywanie list płac i zestawień do różnych urzędów co stwarza większe poczucie bezpieczeństwa. Dlatego też dane te mogą nie do końca odzwierciedlać rzeczywiste stawki wynagrodzeń na rynku.

Najwyższe wynagrodzenie otrzymywali zatrudnieni w województwie mazowieckim – średnio 2 629 PLN brutto miesięcznie. Następnie w pomorskim i na Dolnym Śląsku – kolejno 2 365 i 2 337 PLN na miesiąc. Najniższe przeciętne wynagrodzenia otrzymywali pracownicy mikrofirm z województwa świętokrzyskiego (1 983 PLN) i podkarpackiego (1 991 PLN).

Mapa 2. Średnie wynagrodzenia w mikrofirmach w podziale na województwa w 2014 roku (brutto w PLN)
Średnie wynagrodzenia w mikrofirmach w podziale na województwa w 2014 roku

Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w mikroprzedsiębiorstwach w 2014 roku w porównaniu do 2009 roku wzrosło o 24,9%. Największą dynamikę odnotowano w województwach: śląskim (29,7%), podlaskim (29,3%), kujawsko-pomorskim (28,6%) i lubelskim (28%). Najmniejsze przyrosty były na Mazowszu (20,8%) i Opolszczyźnie (21,2%).

Wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach według sekcji PKD

Najwyższe wynagrodzenia otrzymywali pracownicy mikroprzedsiębiorstw z komunikacji i informacji – średnio 3 428 PLN brutto na miesiąc. Jednak to i tak o połowę mniej niż otrzymywali pracownicy zatrudnieni w większych firmach. Na drugim miejscu w zestawieniu mikrofirm znalazły się osoby obsługujące rynek nieruchomości. Ich średnie wynagrodzenia wyniosły 3 008 PLN. Znacznie niższe wynagrodzenia, nie przekraczające 2 tys. PLN, otrzymywali pracownicy zatrudnieni w zakwaterowaniu i gastronomii (1 889 PLN brutto), leśnictwie i rybactwie (1 886 PLN) oraz w innych usługach (1 879 PLN). We wszystkich sekcjach gospodarki pracujący w mikroprzedsiębiorstwach zarabiali mniej niż w większych firmach. Największa różnica między zarobkami w mikroprzedsiębiorstwach a w podmiotach zatrudniających więcej niż 9 osób wystąpiła w branży finansów i ubezpieczeń. W mikrofirmach pracownicy średnio otrzymywali 2 499 PLN, a w pozostałych o 4 016 PLN więcej, czyli średnio 6 515 PLN brutto miesięcznie.

Wykres 1. Wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach i w większych firmach według podstawowego rodzaju działalności w 2014 roku (średnia brutto w PLN)Wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach i w większych firmach według podstawowego rodzaju działalności w 2014 roku (średnia brutto w PLN)

Różnice pomiędzy zarobkami osób pracujących w mikrofirmach a pozostałych przedsiębiorstwach, czyli tych zatrudniających więcej niż 9 osób jest znaczna. Są sekcje, gdzie różnice są niewielkie (administrowanie z różnicą 286 PLN) oraz takie jak finanse i ubezpieczenia, gdzie różnica w wynagrodzeniach, w zależności od wielkości podmiotu wynosi ponad 4 tys. PLN. Należy pamiętać o tym, że dane na temat wynagrodzeń w mikroprzedsiębiorstwach mogą być obarczone błędem.

Ewelina Jurczak
Sedlak & Sedlak

W 2016 roku rynek dermokosmetyków w Polsce powróci na ścieżkę wzrostu

Dermokosmetyki (kosmetyki apteczne) w starzejącym się społeczeństwie są uznawane za zdecydowanie tańszą alternatywę dużo droższych zabiegów medycyny estetycznej. Sprzedaż tych produktów wykazuje sezonowość. Początek jesieni (szczególnie dotyczy to września) przynosi spadek wydatków na nieplanowane dobra ekskluzywne (w tym również dermokosmetyki). Związane jest to z rozpoczęciem roku szkolnego i zwiększeniem wydatków na szkolne wyprawki dla dzieci. W okresie przed świętami sprzedaż natomiast ponownie rośnie. Sprzedaż jest również wysoka w miesiącach letnich.

W latach 2010-2011 negatywny wpływ na analizowany rynek miał przede wszystkim kryzys gospodarczy. W 2012 r., oprócz gorszej koniunktury, na dynamikę rynku negatywnie wpłynęły przepisy nowej ustawy refundacyjnej. Poza tym w ostatnich latach mamy do czynienia również ze stopniowym nasycaniem się rynku – szeroka paleta produktów powiela już istniejące na rynku receptury. Co więcej, nie ułatwia sytuacji producentów i dystrybutorów skomplikowana ścieżka legislacyjna (w porównaniu do innych krajów, a nie do innego typu produktów, np. leków) – chodzi przede wszystkim o sprzeczność decyzji wydawanych przez różne instytucje, w wyniku czego produkty dostępne na innych rynkach, np. skandynawskim, mogą utknąć w Polsce na etapie rejestracji.

Warto zaznaczyć jednak, że w 2013 r. rynek „dostosował się” do nowych warunków prawnych i sprzedaż kosmetyków w aptekach była znowu jednym z najatrakcyjniejszych kanałów dystrybucji dermokosmetyków w Polsce. W naszej opinii, coraz większa liczba aptekarzy była zainteresowana wprowadzeniem dermokosmetyków do swojej oferty. Są to bowiem produkty, na których możliwe jest generowanie 30-40% marż (średnia marża w 2013 r. to, według PharmaExpert, 37%; kilka lat temu wynosiła 20-30%), co pozwala redukować negatywne skutki ustawy refundacyjnej. Dowodem tego optymizmu jest fakt wprowadzania na rynek nowych marek i produktów nawet w trudnym 2012 r. Warto jednak zaznaczyć, że ze względu na wspomniane wyżej czynniki już na pewno nie będzie to tak dynamicznie rozwijający się segment, jak kilka lat temu.

W 2015 r. widzimy duże osłabienie dynamiki rynku pod względem wartości. Wynika to przede wszystkim z faktu, iż ceny dermokosmetyków od roku 2013, łącznie z rokiem 2015, spadają. Wiąże się to z rosnącą konkurencją, jak również z faktem, iż napotkano na barierę ze strony siły nabywczej pacjentów. W naszej opinii jednak, w 2016 r. rynek powróci na ścieżkę wzrostu, ponieważ długofalowo segment ten ma bardzo dobre perspektywy rozwoju (takie jak sytuacja makroekonomiczna, trendy z Zachodu, stosunkowa młodość rynku).wartość rynku kosmetyków aptecznych w Polsce

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. Rynek dermokosmetyków w Polsce 2015.

Autor raportu: Monika Stefańczyk

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 23.10.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Dobrze zlokalizowane biuro z usługami – magnes na wykwalifikowanych pracowników?

Na dzisiejszym rynku pracy to pracownicy coraz częściej dyktują warunki zatrudnienia, a firmy stają na głowie, by ich do siebie przyciągnąć. Jak to robią? Co to jest EVP firmy i dlaczego jest tak ważny?

Znalezienie wykwalifikowanego pracownika i przywiązanie go na stałe do firmy to dzisiaj trudne zadanie. Każde solidne przedsiębiorstwo spełni podstawowe warunki: dobra płaca, pakiet ubezpieczeń i pewność zatrudnienia. Dlatego potencjalny pracownik szuka czegoś więcej. Ważne jest EVP. Czyli co właściwie?

Tajemnica EVP

Employee Value Proposition to wartości i korzyści, jakie firma może zaproponować potencjalnym pracownikom. EVP powinno być zbiorem cech, które odróżniają pracodawcę od konkurencji. Jednak dla różnych pracowników EVP może być czymś innym: wynagrodzeniem, elastycznymi godzinami pracy, prestiżowym biurem, dodatkowymi benefitami.

– W przypadku wysoko wykwalifikowanych pracowników, szczególnie z branży IT, wynagrodzenie przestaje być czynnikiem decydującym. Programiści, i nie tylko oni, szukają wartości dodanej, np. dobrej atmosfery w pracy i usług, które podniosą jej jakość. Te aspekty liczą się coraz bardziej. Przez osoby młode są wręcz stawiane na pierwszym miejscu – mówi Shuckie Ovadiah, inwestor i CEO OVO Wrocław.

OVO_officeNa pierwszy plan wysuwa się więc wizerunek przedsiębiorstwa. Co stanowi o jego atrakcyjności? Znakomita lokalizacja z łatwym dojazdem, możliwość uczestniczenia w ciekawych projektach
i wyzwania czy podkreślające status biuro. Te warunki spełniają nieliczni.

– Zarówno dla przedsiębiorstwa, jak i jego pracowników ważna jest lokalizacja. Centrum miasta, łatwy dojazd i parking na miejscu będą mocnymi kartami przetargowymi podczas rekrutacji, a w następnej kolejności będą również decydować o przywiązaniu do firmy – mówi Piotr Śliwka, dyrektor zarządzający w firmie Poland – Sotheby’s International Realty. – Liczy się dobry wizerunek i warunki pracy. Przykładem może być Google, który jest znakomicie rozpoznawalny, a dla wielu osób praca w tej firmie to marzenie.

Google zapewnia przyjazne otoczenie i usługi w pracy. Dla pracowników przygotowywane są posiłki, dostępne są siłownie czy pokoje relaksu, w których można odpocząć lub pograć w gry. Między innymi przez to korporacja jest postrzegana jako jeden z najlepszych pracodawców, a ich biura obrastają legendą.

Podobnie kompleksowe usługi zagwarantuje wielofunkcyjny OVO Wrocław. Oprócz biur znajduje się tu pięciogwiazdkowy hotel DoubleTree by Hilton, restauracja, sklepy, butiki oraz lokale usługowe na parterze, klub fitness z basenem i SPA, centrum konferencyjne czy wewnętrzne zielone patio.

– Właściciele firm, pracownicy, a także ich partnerzy będą mogli korzystać ze wszystkich tych funkcji. Bez potrzeby wychodzenia poza kompleks będzie można zorganizować spotkanie, konferencję, umówić się na lunch i wrócić do biura, zaledwie trzy piętra wyżej. A po pracy czeka nas relaks w klubie fitness – mówi Ewa Omasta, manager ds. marketingu i sprzedaży OVO Wrocław. To gwarancja wygody, a przede wszystkim wielka oszczędności czasu.

Karta przetargowa

Dodatkowo firmy w OVO Wrocław będą korzystały z usług concierge’a, biura będą dla nich dostępne 24 godziny na dobę przez osobną klatkę schodową, a w prestiżowym lobby klienci zostaną odpowiednio powitani. Z kolei jedyna w swoim rodzaju bryła budynku gwarantuje rozpoznawalność. Takie miejsce nie będzie dla potencjalnego pracownika obojętne.

Jako budynek niebanalny i wielofunkcyjny OVO Wrocław robi znakomite pierwsze wrażenie oraz utrwala ekskluzywny wizerunek. – Biura w OVO Wrocław to ponadprzeciętne środowisko pracy. Dostęp do luksusowego klubu fitness, pływalni, kawiarni czy restauracji jest solidną kartą przetargową dla firmy, która konkuruje o najlepszych pracowników w swojej branży – mówi Krzysztof Jabłoński z biura Iglica Nieruchomości. – Lokalizacja w centrum Wrocławia i najwyższej klasy budynek to dla firmy także prestiż.

 

W objęciach politycznej niepewności

Lukasz Bugaj, analityk DM BOS
Lukasz Bugaj, analityk DM BOS

W minionym tygodniu wskazywałem, że rynek powinien zmierzyć się z przedwyborczym przystankiem i od tamtego czasu rzeczywiście zwyżki ustały, a aktywność handlu uległa zmniejszeniu. Widać to szczególnie w segmencie spółek największych, gdzie zarówno popyt jak i podaż przyjęły postawę wyczekującą. Korelacja z najważniejszymi europejskimi parkietami uległa zmniejszeniu, a na zaznaczeniu zyskały nasze wewnętrzne aspekty polityczne. Słabszy złoty wskazuje, że inwestorzy przygotowują się na zwycięstwo głównej partii opozycyjnej, ale nie to jest teraz najważniejsze. Nie wiadomo bowiem, czy potrzebna będzie koalicja, jak ona mogłaby wyglądać oraz w jakim stopniu zmieni się powyborcza retoryka, której aktualne tony grają miejscami na niebezpiecznych strunach. Warto w tym miejscu wspomnieć, że z początkiem miesiąca na parkiecie pojawił się nowy zagraniczny kapitał, który wciąż jest na nim obecny. Jeżeli się on wystraszy powyborczego krajobrazu politycznego, to jego ewakuacja wyrządzi sporo szkód, włącznie z zaprzepaszczeniem perspektyw na lepszą końcówkę roku. Nie jest to jednak scenariusz bazowy, gdyż ten cały czas zakłada pewną racjonalność w postępowaniu polityków, którzy wraz z końcem kampanii wyborczej zejdą na ziemię. Tym samym uwzględniając pojawiające się już napływy środków do funduszy akcji rynków wschodzących, dalej poprawiać się powinien sentyment wokół giełdowych parkietów. Lokalnie oprócz polityki ważny będzie ruszający sezon wynikowy. Poprzedni kwartał pokazał, że poprawa wciąż jest widoczna, ale nie jest tak powszechna, jak można zakładać. Ponadto klarownych pozytywnych zaskoczeń wcale nie było tak dużo i można było czuć niedosyt, szczególnie w kontekście zdecydowanie lepiej odebranych wyników za I kw. Aktualnie martwić nieco mogą pojawiające się już zapowiedzi gorszych raportów, które wciąż uznawać można za „wypadek przy pracy”, tym niemniej spotykają się one z uzasadnioną negatywną reakcją. Z drugiej strony wspomnieć trzeba o pojawiających się również wezwaniach na akcje, które może szczególną powszechnością nie grzeszą, ale sygnalizują, że duzi inwestorzy aktualne wyceny uznają za atrakcyjne z długoterminowego punktu widzenia. W tym kontekście do wzrostów aż tak wiele nie potrzeba. Uspokoić się musi nabrzmiały ostatnio wątek polityczny, a publikowane wyniki potwierdzić powinny wciąż trwający wzrost gospodarczy. Faworytami cały czas pozostają małe i średnie spółki, dla których bilans ryzyk i szans wciąż jest korzystniejszy niż w przypadku blue chipów.

Już wkrótce Chińczycy będą zarabiali więcej niż Polacy

Od kliku lat ekonomiści mówią, że tania chińska siła robocza niebawem przejdzie do historii. Tempo, w jakim bogaci się przeciętny obywatel Chin, jest zadziwiające. Polacy mogą tylko zazdrościć – komentuje Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl.

Chińska gospodarka w trzecim kwartale rozwijała się w tempie 6.9 proc. r/r. Wzrost PKB był nieco wyższy od szacunków. Nie wywołało to jednak wielkiego optymizmu na rynkach akcji, gdyż część ekonomistów podważa ostatnio wiarygodność oficjalnych danych publikowane przez Pekin. Nikt jednak nie kwestionuje tych dotyczących wzrostu wynagrodzeń, a dla przeciętnego obywatela to właśnie one są miarodajnym wskaźnikiem sukcesu kraju.

Marcin_LipkaWedług oficjalnych danych Narodowego Biura Statystyki Chin (NBS), w 2005 r. przeciętne roczne wynagrodzenie wynosiło 18.2 tys. juanów (CNY), co przy kursie USD/CNY na poziomie 8.27, stanowiło 2.2 tys. dol. amerykańskich (USD). Dawało to więc mniej niż 200 dol. miesięcznie. W tym samym czasie przeciętna pensja w Polsce wynosiła 2.5 tys. zł, co przy kursie dol. z 2005 r. oznaczało zarobki w graniach 750 dol.

Ostatnia dekada przyniosła jednak znaczące przetasowania w kwestii wynagrodzeń. W roczniku statystycznym NBS, średnie wynagrodzenie w 2013 r. wynosiło już 51 tys. juanów. Według danych Niemieckiej Izby Handlowej w Chinach, w ostatnich dwóch latach rosło ono w tempie przekraczającym 8 proc. rocznie. To oznacza, że obywatele Państwa Środka zarabiają już około 60 tys. juanów. Przy obecnym kursie USD/CNY na poziomie 6.35 daje to niecałe 9.5 tys. dol. na rok, czyli około 800 dol. miesięcznie.

Tymczasem w Polsce, według ostatnich danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS), przeciętne miesięczne wynagrodzenie we wrześniu b.r. wyniosło 4059 zł, czyli 1082 dol. Z tego wynika, że w ciągu minionej dekady stosunek pensji Chińczyka do Polaka wyrażony w dolarze wzrósł z około 25 proc. do prawie 75 proc.

Zarobki w chińskich miastach wyższe niż w polskich

Już w 2013 r. przeciętne roczne wynagrodzenie mieszkańca Pekinu czy Szanghaju przekraczało 90 tys. juanów. Biorąc pod uwagę ogólnokrajowe tempo wzrostu pensji w Chinach, jest to obecnie około 105 tys. juanów chińskich, czyli 8.7 tys. miesięcznie (1377 dol.). Według danych GUS, średnie zarobki w Warszawie wynoszą 5222 zł (1392 dol.), w Krakowie 4309 zł (1149 dol.), w Łodzi 3670 zł (978 dol.), a we Wrocławiu 4242 zł (1131 dol.). Wynika z tego, że tylko Warszawa dotrzymuje kroku głównym chińskim miastom, ale różnica jest minimalna i biorąc pod uwagę tempo wzrostu wynagrodzeń, już za rok zarobki w żadnym polskim mieście nie będą wyższe niż te w metropoliach Państwa Środka.

Różnica w wynagrodzeniach na korzyść chińskiego pracownika rośnie wraz z jego wyższymi kwalifikacjami. Interesująco prezentują się zestawienia zarobków profesjonalistów, zamieszczone w zestawieniu „Raport Płacowy 2015” firmy rekrutacyjnej Hays oraz w opracowaniu „The 2015 Hays Asia Salary Guide”. Na ich podstawie można przypuszczać, że osoby, które chcą poprawić swój status materialny, zaczną wyjeżdżać do Chin, zamiast do krajów strefy euro.

Pracownik zatrudniony na stanowisku Brand Manger w Chinach zarabia około 375 tys. junów rocznie, to niecałe 5 tys. dol. miesięcznie. Pensja dla osoby zajmującej to stanowisko w Polsce jest wyceniana na 10 tys. zł (niecałe 2.7 tys. dol. miesięcznie). Podobne tendencje zachodzą także w innych sektorach, m.in. bankowym, farmaceutycznym, IT czy telekomunikacyjnym. Dodatkowo im wyższe stanowisko, tym wyższa różnica wynagrodzeń.

Skąd pochodzi sukces chińskiego pracownika?

Oczywiście powstaje pytanie z czego wynika sukces osiągnięty przez chińskiego pracownika. Tę kwestię roztrząsają prawdopodobnie nie tylko Polacy, ale również mieszkańcy innych krajów Azji czy Europy Środkowo-Wschodniej, którzy jeszcze 10 lat temu zarabiali znacznie więcej niż zatrudnieni w Państwie Środka.

Analizując historię rozwoju Chin, można dojść do wniosku, że złożyło się na to kilka elementów. Przede wszystkim szerokie otwarcie się na produkcyjny kapitał zagraniczny, który na początku zachęcony tanimi kosztami pracy, a później rosnącym i bogacącym się rynkiem wewnętrznym, zainwestował ponad 1.5 bil. dol. w ostatnich 30 latach. Odpowiednie wykorzystanie tego kapitału pozwoliło Chinom stać się eksportowym centrum świata.

Kolejnym elementem jest spójna, przemyślana i dalekowzroczna polityka chińskiego rządu. I choć nam plany „pięcioletnie” kojarzą się z PRL i brakiem efektywności to jednak marki „made in China” i otoczki tego sloganu zazdroszczą praktycznie wszystkie gospodarki rozwijające się.

Nie można również zapominać o pracowitości obywateli i mimo ustroju socjalistycznego, braku życzeniowego podejścia w stosunku to państwa.

Oczywiście trudno się spodziewać, by chińskie pensje rosły w stosunku 10 proc. rocznie przez kolejne dekady. Jednak ten kraj ma nowy plan: „Innovate in China”, który znacznie zwiększa szanse na utrzymanie pozytywnego trendu wynagrodzeń. Aktualnie Pekin przeznacza na badania i rozwój ponad 2 proc. PKB, (ok. 200 mld dol.). Robi to zresztą konsekwentnie od lat. Od 2002 r., według danych OECD, te wydatki przekraczały 1 proc. PKB.

Wydatki Polski na innowacje nigdy nie przekroczyły 1 proc. PKB. Mało tego przez większość lat, od początku 2000 r., kwota na inwestycje prorozwojowe oscylowała w graniach 0.5 proc. do 0.6 proc. PKB. W efekcie w najnowszym rankingu The Global Competitiveness Report 2015–2016 opublikowanym przez World Economic Forum w kategorii określającej poziom innowacyjności poszczególnych państw, Chiny znalazły się na 31 miejscu. Polska zajęła dopiero 64 pozycję, dziesięć oczek za Ukrainą.

Weź sklepik w swoje ręce

Z danych GUS-u wynika, że w 2014 roku działało w Polsce ponad 4 mln firm, a ich liczba wciąż rośnie. Najlepiej radzą sobie mikroprzedsiębiorstwa, czyli jednoosobowe działalności gospodarcze, które wyrabiają 30 proc. polskiego PKB. Jak grzyby po deszczu wyrastają firmy ze zdrową żywnością, naturalnymi kosmetykami, ekologicznymi ubraniami. Podobnie jest ze zdrowymi restauracjami, które propagują ideę slow food. Dlaczego zatem sklepiki szkolne nie mogą być zdrowe? I jaki biznesplan powinny mieć, by nie zamykać się z powodu nowych przepisów Ministra Zdrowia?

Minister Zdrowia wprowadził do szkół nowe przepisy dotyczące żywienia dzieci.  Zarządził, że mają jeść zdrowo, niezależnie od tego, czy kupują w sklepikach szkolnych, czy jedzą w stołówkach. Dla niektórych szkół nowe rozwiązanie jest oczywiste. Wiele z nich od dawna korzysta z firm cateringowych, wydaje śniadania w stołówce lub posiada bufety śniadaniowe zamiast sklepików szkolnych. To jednak niewielki procent. Większość sklepików do tej pory nie dbała o właściwe żywienie dzieci, skupiając się na sprzedaży batoników, czipsów, napojów słodzonych. Dziś zamykają podwoje i narzekają, że nowe zasady wprowadzono zbyt szybko, a ich biznes upada. – Decyzje o zamknięciu niektórych sklepików mogą być pochopne. Myślę, że są oparte na przypuszczeniach, a nie konkretnych wyliczeniach. Trudno bowiem oszacować sytuację finansową sklepiku, opierając się na danych z jednego miesiąca. A trzeba pamiętać, że sklepiki rozpoczęły działalność tuż po wakacjach, czyli we wrześniu i minęło zbyt mało czasu, by podejmować tak radykalne decyzje – podkreśla Magdalena Olczak, doktorantka ekonomii na SGH, która prowadzi badania dotyczące start-upów i nowopowstałych firm.

 Nie potrafimy, więc zamykamy

SKLEPIK_1_Fundacja BOŚ.W Polsce działa blisko 30 tys. szkół. W ponad połowie funkcjonują sklepiki szkolne. Po wejściu w życie nowych przepisów część z nich zamknęła się. Powód? Najemcy podkreślają, że nie zarobią na sprzedaży zdrowych kanapek, a dzieci i tak kupią chipsy i batoniki w pobliskich sklepach, ponieważ są to produkty, które lubią najbardziej. – Naszym zdaniem nowe przepisy są szansą na zmianę nawyków żywieniowych dzieci, które zakorzeniły się nie tylko w polskich szkołach, ale również domach – podkreśla Barbara Lewicka-Kłoszewska z Fundacji BOŚ. – Dyskusja, która rozgorzała wokół zarządzenia Ministra Zdrowia ujawniła jak źle był dotychczas skonstruowany cały system żywienia dzieci w szkołach. Nie da się wprowadzać ulepszeń bez dużych zmian u podstaw. Trzeba zadać sobie pytanie jak dotychczas funkcjonowały sklepiki szkolne, często bez bieżącej wody, bez lodówek lub chłodziarek umożliwiających przechowywanie świeżej żywności, bez dostatecznej wiedzy jak komponować posiłki. W skrócie można powiedzieć, że sklepiki szkolne działały jak małe sklepy spożywcze, których jedyną misją było zakupienie towaru w hurtowni, a później sprzedaż. To zbyt mało, by prowadzić odpowiedzialny społecznie biznes. A trzeba zdać sobie sprawę, że sklepik szkolny powinien być właśnie takim biznesem – mówi Barbara Lewicka-Kłoszewska z Fundacji BOŚ, która od 2011 roku prowadziła program „Sklepiki szkolne – zdrowa reaktywacja”, przeznaczając rocznie blisko 50 tys. zł na granty, dzięki którym sklepiki mogą zmienić się w zdrowe bufety śniadaniowe.

 Asortyment bez zastrzeżeń

 SKLEPIK_2_Fundacja BOŚDotychczas na przykładowej sklepikowej półce znajdowało się ponad 700 łyżeczek cukru (sacharozy), 13 łyżeczek soli, 1425 g tłuszczu oraz 700 g nasyconych kwasów tłuszczowych – tak wynika z wyliczeń dietetyków Fundacji BOŚ. – Mówimy tylko o jednej półce, a nie o całym sklepiku – podkreśla Aleksandra Koper, dietetyczka odpowiedzialna za wyliczenia. Co powinno znaleźć się wśród sklepikowych produktów, by spełniać wymogi Ministra Zdrowia? – Przede wszystkim kanapki z ciemnego pieczywa z warzywami, pastami warzywnymi lub rybnymi, dobrej jakości wędlinami oraz nabiałem. Do tego koktajle lub musy, zdrowe jogurty z muesli lub owocami, sałatki, soki owocowe lub warzywne bez dosładzania, małe przekąski np. naleśniki zbożowe z pieczonymi jabłkami i rodzynkami, babeczki z kaszy gryczanej z dodatkiem warzyw, orzechy, suszone owoce – wylicza. Co powstrzymuje najemców przed sprzedawaniem takich produktów? – Przypuszczam, że model biznesowy, który przyjęli za właściwy i według którego dotychczas funkcjonowali – zaznacza Magdalena Olczak, doktorantka ekonomii w SGH. – Znam wiele przypadków, w których najemca dzierżawił kilka lub kilkanaście sklepików jednocześnie, zatrudniał sprzedawczynie w każdym z nich i zaopatrywał się w towar w hurtowni. Taki człowiek nie ma dziś czasu, ani odpowiedniej załogi, by przygotowywać gotowe posiłki na miejscu, a tym bardziej robić to codziennie. Często nie ma też odpowiedniego sprzętu, a jego zakup musiałby sfinansować kredytem. Przede wszystkim nie ma jednak kompetencji ani wiedzy, by oferować dobrze skomponowane produkty, ponieważ dotychczas był przede wszystkim handlowcem – podsumowuje Magdalena Olczak. – Naszym zdaniem to dobry moment, by dotychczasowi najemcy zmienili sposób myślenia o prowadzeniu sklepików szkolnych. To również dobry moment, by te sklepiki, które zostały „zamknięte lub porzucone” trafiły w ręce osób, które chcą prowadzić biznes z misją, znają się na zdrowym żywieniu, mają cierpliwość, by wypróbowywać nowe przepisy, chcą prowadzić dialog z dziećmi i dążyć do sytuacji, w której zarówno dzieci chcą kupować zdrowe produkty i dania, jak i oni sami generują zysk z tej sprzedaży – podsumowuje Barbara Lewicka – Kłoszewska.

 Jak założyć zdrowy sklepik i w co go wyposażyć?

Koszt inwestycji to około 6 tys. złotych, już z zakupionym towarem. Koszty miesięczne, które trzeba brać pod uwagę to opłata za czynsz (najem) oraz media, około 500 zł miesięcznie, w zależności od szkoły. Według wyliczeń przygotowanych przez magazyn „Własny biznes franchising” spodziewane przychody w sklepiku to ok. 7,5 tys. zł miesięcznie, które po opłaceniu podatków i odjęciu poniesionych kosztów dają ok. 3 tys. zł zysku. W co wyposażyć sklepik, by mógł oferować zdrowe produkty?W przypadku, gdy pomieszczenie przeznaczone na sklepik szkolny ma dostęp do bieżącej wody, ma zapewnione miejsce na umywalkę do mycia rąk i zlew do mycia żywności, produkty takie jak kanapki, sałatki, koktajle mogą być przygotowywane na miejscu w sklepiku. Wówczas sklepik powinien mieć blat kuchenny, szafkę na żywność suchą, lodówkę, blender, deski do krojenia, noże kuchenne, miski. Dodatkowo może znaleźć się w nim krajalnica, grill elektryczny, naleśnikarka i inne sprzęty. Trzeba pamiętać, że osoby pracujące w sklepiku muszą spełniać wymagania stawiane dla personelu kuchennego, czyli posiadać aktualne badania sanepidu – mówi Maria Jakubowska, dietetyk z Fundacji BOŚ. – W przypadku, gdy sklepik szkolny nie ma dostępu do bieżącej wody możliwa będzie tylko i wyłącznie sprzedaż produktów w opakowaniach jednostkowych takich jak kanapki czy sałatki, które trafiają do sklepiku już zapakowane w pojemniczki prosto np. z firmy cateringowej. Dodatkowo orzechy i owoce suszone sprzedawane są w opakowaniach producenta, podobnie jak jogurty, kefiry itp. Taki sklepik będzie także wymagał zakupu witryny chłodniczej bądź lodówki (do sprzedaży kanapek, sałatek, jogurtów itp.) – dodaje. – Prowadzenie sklepiku szkolnego na pewno nie jest proste. Podobnie jak prowadzenie innych biznesów. Tego typu działalność należy zaliczyć do inicjatyw odpowiedzialnych społecznie, które stawiają na dialog, ulepszają się, dopasowują do rynku. Myślę, że w dopasowaniu i dialogu tkwi właśnie klucz do sukcesu – podsumowuje Magdalena Olczak.

Sklepiki szkolne przestają być wyłącznie typowymi „spożywczakami”. By móc spełnić wymogi stawiane przez rozporządzenie Ministra Zdrowia, muszą stać się „bufetami” ze zdrowym drugim śniadaniem. Poważniejszym i nie tylko biznesowym przedsięwzięciem jest zapewnienie kompleksowego i zdrowego wyżywienia w szkole. Przecież posiłki ucznia na drugim śniadaniu się nie kończą.

 Ile jest cukru i innych składników na jednej (przykładowej) sklepikowej półce?

Na 1 półce:

·         batony w opakowaniach zbiorczych:

twixy 30 szt., marsy 36 szt., snickersy 30 szt.,

·         napoje: cola 16 butelek 0,5 l, fanta 16 butelek 0,5 l,

·         żelki – opakowanie zbiorcze 1275 g,

·         drożdżówki 6 sztuk,

·         małe paczuszki chipsów paprykowych – 20 szt.

39 350 kcal

21000 mg sodu – 53 g soli – 13 łyżeczek soli

3614 g sacharozy – 3,6 kg cukru – 723 łyżeczki!

1425 g tłuszczu

700 g kwasów tłuszczowych nasyconych

426 g białka

6300 g węglowodanów

6550 mg wapnia

3200 mg magnezu

80 mg żelaza

430 µg wit. A

6 mg wit. B1

10 mg wit. B2

10 mg wit. B6

0,42 µg wit. B12

185 mg wit. C

1300 µg kwasu foliowego

328 mg cholesterol

140 g błonnika pokarmowego

 

Sekunda w Internecie – Internet w sekundę

Zapraszamy do Internetu. Na sekundę. Dosłownie. Ten mikroskopijny wycinek czasu w zupełności bowiem wystarczy, aby zrozumieć, że dzisiejsza Sieć to miejsce niekontrolowanego rozrostu danych i nadprodukcji Big Data. Co może zdarzyć się w sekundę w Internecie? Internauci pobiorą ponad 800 aplikacji, przeprowadzą 1 885 rozmów na Skype, wrzucą 2 760 fotek na Instagram oraz 10 205 tweetów na Twittera, a także dokonają ponad 108 tys. odsłon na YouTube i blisko 51 tys. wyszukiwań w Google. Big Data rozmnaża się przez pączkowanie.

Potop 2.0

Big Data rozrasta się już w tempie, którego nikt nie jest w stanie kontrolować. Dlatego nie powinno nikogo dziwić, że to właśnie kategoria zawrotnej prędkości (ang. Velocity), z jaką produkujemy dane, stała się jednym z „czterech V”, składających się na definicję Big Data. Pozostałe „V” to: Volume – czyli ogromna ilość wytwarzanych danych, Variety – czyli ich różnorodność oraz Veracity – czyli wiarygodność danych.

– W ciągu sekundy globalna Sieć powiększa się o około 30 GB danych. Mniej więcej tyle „ważył” cały Internet 20 lat temu. To pokazuje szalone tempo, w jakim rozwija się dzisiaj Big Data  – wyjaśnia Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, największej platformy Big Data w tej części Europy – W czasach, gdy Internet jeszcze raczkował, raptem 6 proc. materiałów światowej kultury było zdigitalizowanych. Dziś cyfryzacja wkracza w zasadzie w każdy element naszej kultury. W ciągu kwadransa Internet rozrasta się średnio o 20 biliardów bitów danych. Analogową równowartością tej liczby byłyby wszystkie dzieła składające się na kanon literatury światowej. Bez cienia przesady możemy więc określić nasze czasy mianem „epoki danych” czy cyfrowego potopu – dodaje Piotr Prajsnar.

Tezę Piotra Prajsnara potwierdzają statystyki. Papierkiem lakmusowym jest w tym przypadku wzrost liczby domen internetowych. Według badania VeriSign w drugim kwartale 2015 roku Internet powiększył się o 2 mln nowych domen. To o 0,8 proc. więcej, niż w pierwszym kwartale tego roku. Szacuje się, że w Sieci zarejestrowanych jest obecnie już ponad 296 mln domen. Centre Domain Wire donosi, że w II kwartale 2015 r. największą liczbę nowych rejestracji osiągnęły Niemcy, Wielka Brytania oraz Holandia. Natomiast rodzima „peelka” plasuje się na dosyć wysokiej, bo 8 pozycji w Europie oraz 12 na świecie.

W I kwartale tego roku zakupiono 284 tys. domen. W marcu liczba rejestracji przekroczyła 105 tys. Pod tym względem był to trzeci najlepszy miesiąc w historii polskiego rynku domen. Wyższe liczby rejestracji w skali miesiąca uzyskano tylko w latach 2010 i 2012 r. Kolejne miesiące też nie przyniosły rozczarowania.  Pod względem rejestracji był to najlepszy drugi kwartał w historii domeny z końcówką „.pl” – mówi Łukasz Gawior, dyrektor operacyjny Zenbox.pl, polskiej spółki zajmującej się hostingiem – W ubiegłym roku co trzecia polska firma zatrudniająca powyżej 10 pracowników nie miała strony internetowej. Ta luka będzie się oczywiście zmniejszać, ponieważ własne www jest dziś wizytówką firmy w Sieci – dodaje Łukasz Gawior.

Co ciekawe, Polska zajmuje aktualnie 3 miejsce pod względem dynamiki przyrostu nowych rejestracji. Obecnie liczba zarejestrowanych domen „.pl” przekroczyła już 2,6 mln. Wiele wskazuje na to, że 2015 rok podobnie jak poprzedni, zakończy się wynikiem ponad miliona nowych rejestracji.

Internet wrzuca piąty bieg

Przyspieszeniu (nad)produkcji danych w Sieci towarzyszy również zwiększenie szybkości transferu danych. Według raportu Akamai Technologies „Global Average Connection Speeds and Global Broadband Connectivity”, prędkość Sieci w drugim kwartale 2015 roku wzrosła globalnie o 3,5 proc, do poziomu 5,1 Mb/s. Na 144 badane państwa aż w 110 krajach zanotowano zwiększenie przepustowości łączy. Wzrost wahał się od 0,4 proc. (w Senegalu, gdzie średnia prędkość Internetu osiągnęła poziom 1,5 Mb/s) do 67 proc. w Tunezji, gdzie przepustowość wyniosła 2,8 Mb/s. Dla porównania polski Internet może pochwalić się średnią prędkością sięgającą 7,6 Mb/s.

Internet jest dzisiaj fundamentalnym środkiem komunikacji firm z otoczeniem i to właśnie biznes będzie głównym beneficjentem wzrostu przepustowości łącz internetowych. W dzisiejszym, cyfrowym biznesie liczy się dosłownie każda sekunda i każdy bit danych. Od tego zależy przecież dostępność i skuteczność wszelkich usług, np. bankowych czy telekomunikacyjnych – mówi Michał Jakubowski, prezes easyCALL.pl, polskiej spółki oferującej rozwiązania z zakresu telefonii internetowej dla biznesu – W Polsce przez Internet dzwoni już ponad pół miliona firm. Już teraz blisko co trzecie połączenie głosowe realizowane jest właśnie za pośrednictwem Internetu, a ściślej: technologii VoIP. Powodem są m.in. niższe koszty rozmów, sięgające nawet 60 proc. w skali miesiąca. A dzięki przyspieszającemu internetowi jakość rozmów oraz funkcjonalność VoIP już teraz znacznie przewyższa tę oferowaną przez tradycyjną telefonię – dodaje Michał Jakubowski.

Właśnie dlatego, jak twierdzi Mark Zuckerberg, ojciec Facebooka i jeden z głównych wizjonerów oraz trendsetterów w branży IT, tradycyjna telefonia stacjonarna odchodzi do lamusa historii. Zuckerberg nie ma żadnych wątpliwości: telefonią przyszłości będzie – a w zasadzie już jest – telefonia internetowa VoIP.

Lewandowski a Big Data

Jak szybko informacja obiega dziś Internet? Innymi słowy: z jaką prędkością Big Data rozmnaża się w Sieci? Wymownym przykładem jest casus… Roberta Lewandowskiego.

Snajper Bayernu Monachium strzelając pięć bramek w meczu z Wolfsburgiem rozbił internetowy bank. W ciągu doby po udostępnieniu filmiku, w którym Lewandowski masakruje obronę Wolfsburga, pojawił się on na blisko 2 mln stron. W momencie pisania tego tekstu video z Lewandowskim strzelającym pięć bramek widniało już na ponad 5 mln witryn internetowych. To tylko jeden z przykładów eksplozji cyfrowego kontentu. Oczywiście internetowa fala euforii związanej pięcioma bramkami „Lewego” powoli opada. Tymczasem fala produkcji Big Data – nie opada nigdy.

W ciągu doby dociera do nas potencjalnie tyle treści, ile nasi dziadkowie konsumowali średnio przez całe swoje życie. Myliłby się jednak ten, kto przymiotnik „Big” w Big Data utożsamiałby wyłącznie z gigantyczną ilością danych. Oznacza on przede wszystkim to, co możemy z tymi danymi realnie zrobić. A dzięki zaawansowanej analityce internetowej możemy zdziałać już naprawdę dużo – mówi Łukasz Kapuśniak, Chief Big Data Officer Cloud Technologies – Najbardziej powszechnym przykładem jest chyba wykorzystanie danych w reklamie internetowej. Dane pozwalają „posprzątać Internet” z reklamowego śmietnika. Obecnie internaucie wyświetla się średnio 1 707 masowych bannerów reklamowych w ciągu miesiąca. Z reguły nie zapamiętuje on żadnego z nich. Powód? Reklama kierowana do wszystkich – to reklama kierowana do nikogo. Marketingowcy stosujący dane w swoich kampaniach nie mają tego prblemu, ponieważ wiedzą, jaką reklamę i jakiemu użytkownikowi mogą wyświetlić – dodaje Łukasz Kapuśniak.

Analityka danych nie ogranicza się jednak wyłącznie do posprzątania naszej przeglądarki z reklamowego spamu. Aktualnie na ustach świata jest też analityka predyktywna, która właśnie dzięki danym jest w stanie przewidywać np. kryzysy finansowe na światowych rynkach, katastrofy ekologiczne czy turbulencje polityczne w różnych państwach. Korzysta z niej choćby amerykańska CIA. Korzystają z niej również organizacje porządku publicznego, Trzeci Sektor (NGO), czy naukowcy. A w niedalekiej przyszłości dzięki Internetowi Rzeczy dane będą produkować już całe miasta (smart cities). W Internecie zaroi się więc od kolejnych informacji.

Płuca internetu – jak oddycha globalna Sieć?

O tym jak szybko rośnie Internet i wolumen danych, świadczy rozwój centrów danych, pełniących funkcję płuc gigantycznej maszynerii cyfrowego świata. Według prognoz IDC do 2017 roku na całym świecie będzie ponad 8,6 mln ośrodków data center. PMR Research w raporcie „Rynek centrów danych w Polsce 2015” szacuje, że każdego roku światowa powierzchnia w centrach danych powiększa się o 4 do 7 tysięcy mkw. Polski Internet może zaczerpnąć najgłębszy oddech dzięki centrom danych warszawskiego ATM: zajmują one 13 600 mkw. powierzchni, wypełniając tym samym blisko 12,2 proc. polskiego rynku centrów danych*. To największe płuco Internetu w Polsce i jedno z największych w tej części Europy.

– Na początku lat 90. przepustowość łączy polskiego Internetu sięgała raptem 9600 bitów na sekundę. Obecnie, dzięki zrealizowanym w ostatnich latach inwestycjom, informacja przesłana przez Internet pokonuje drogę pomiędzy Warszawą a dowolnym innym miastem w Polsce w zaledwie 2,5 milisekundy. W ciągu 5-10 milisekund dociera do innego kraju w Europie, a na pokonanie drogi do miasta położonego na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych potrzebuje 70-90 milisekund. Można powiedzieć, że dziś Internet jest jak szybkonogi Achilles – tłumaczy Ewelina Hryszkiewicz z  ATM, operatora ogólnopolskiej sieci światłowodowej ATMAN i pierwszej firmy w Polsce, która wpięła się do Sieci – Niedawno Duński Uniwersytet Techniczny (DTU) osiągnął prędkość aż 43 terabitów na sekundę. Dzięki takiej prędkości ściągnięcie pliku o wielkości 1 GB zajęłoby zaledwie 0,2 milisekundy – dodaje Ewelina Hryszkiewicz.

Z internetowego boomu danych korzysta dziś coraz więcej firm. Rozbudowują one własne systemy CRM oraz ERP, integrując je z zewnętrznymi hurtowniami danych, czyli Data Management Platform (DMP).

Danych w Sieci jest tak dużo, są tak rozdrobnione i rozprzestrzeniają się z taką prędkością, że żaden wewnętrzny system klasy BI w firmie nie poradzi sobie z ich przetworzeniem i zmonetyzowaniem. Rozwiązaniem stają się wówczas platformy DMP, które uzupełniają systemy CRM i ERP, działając jako repozytoria i agregatory danych o internautach, przetwarzając je z różnych źródeł. Dzięki nim bank czy firma uzyskują 360-stopniowy obraz swojego klienta w ciągu kilku chwil i wiedzą, jaką ofertą mogą mu zaproponować. Platformy DMP jako jedyne są dziś w stanie poradzić sobie z zarządzaniem danymi w tym chaotycznym środowisku, jakim jest Internet – mówi Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.

Według badań przeprowadzonych przez Intel w Europie z analityki danych korzysta średnio co czwarte przedsiębiorstwo (25 proc.) w Polsce takie rozwiązania wykorzystuje jednak raptem 18 proc. firm. Z badań przeprowadzonych na zlecenie Intel wynika, że pod tym względem plasujemy się za Czechami, Słowacją oraz Węgrami. Jeśli jednak wierzyć zapewnieniom przedsiębiorców z polskiego rynku średnią europejską osiągniemy już w tym roku, ponieważ kolejne 6,7 proc. ankietowanych firm planuje wdrożenie takich rozwiązań do końca 2015 roku.

Kto tworzy Big Data?

To, że co sekundę Internet ugina się od ciężaru Big Data, potwierdzają firmy analityczne. Oracle szacuje, że co roku Sieć powiększa swoje rozmiary o ponad 40 proc. Obecnie jej wielkość szacuje się na 6 ZB (Zettabajtów). Jednak już w 2020 roku ma to być przynajmniej 45 ZB. IDC przelicza, że na każdego mieszkańca Ziemi przypadnie tym samym ponad 5 GB danych.

Gros danych generowanych w Sieci wcale nie pochodzi od ludzi. Często jest dziełem botów bądź programów. To zjawisko określa się jako „Dirty Data”, czyli dosłownie „brudne dane”. Szacuje się, że już teraz od 50 do nawet 80 proc. czasu, jaki badacze danych spędzają w firmach nad analizą Big Data, pochłania oczyszczanie danych. Jednym z zadań platformy DMP jest te dane przesiać, przetworzyć, uporządkować i posegmentować, oddzielając dane o rzeczywistej wartości od tych, które są tylko cyfrowym bełkotem – mówi Piotr Prajsnar.

Z równie imponującą prędkością, co ilość danych w Sieci, rośnie dziś wartość rynku Big Data. IDC szacuje, że globalny rynek analityki danych rośnie dziś w tempie sześciokrotnie szybszym niż cała branża IT. Grand View Research twierdzi, że do 2022 roku będzie wart już ponad 72,38 mld USD.

Internet nie zwalnia tempa, a produkcja Big Data przyspiesza z roku na rok. To oznacza, że przed branżą analityczną stoją prawdziwe wyzwania. Analitycy danych już teraz robią co mogą, aby odkodować chaotyczne, cyfrowe hieroglify i przetłumaczyć je na informacje wartościowe dla biznesu oraz konsumenta. Jednak, jak szacuje, obecnie udaje nam się spożytkować raptem 20 proc. całego wolumenu Big Data. Do 2020 roku będziemy już w stanie sensownie wykorzystać 30 proc. danych wygenerowanych w Sieci.

EBC wsparło dolara

Czwartek był momentem wytchnienia dla kredytobiorców walutowych. Był to pierwszy dzień w tym tygodniu, w którym złoty wyraźnie nie tracił. Inicjatywę na rynkach przejmuje EBC z nowym programem luzowania ilościowego.

Wiadomością dnia z pewnością było posiedzenie EBC i konferencja prasowa po nim. Pozostawienie stóp na niezmienionym poziomie nikogo nie zdziwiło. Ważna była deklaracja o tym, że w grudniu ponownie rozpatrzone zostanie dostosowanie polityki monetarnej. Co to znaczy? Zdaniem analityków na grudniowym posiedzeniu Europejskiego Banku Centralnego zapadnie decyzja o poluzowaniu polityki monetarnej. Reakcja rynków była silna. Giełdy poszły gwałtownie w górę, od razu dyskontując wzrosty, które wywoła napływ taniego kapitału. Ponieważ drukować będziemy w Europie to euro będzie tracić na wartości. Widać to było wyraźnie na głównej parze walutowej, która po deklaracji zmieniła swoją wartość o ponad 1,5% na korzyść dolara.

Mało kto spodziewał się takiego tygodnia na funcie. Waluta brytyjska umocniła się silnie wobec pozostałych walut. Imponujące były wzrosty wedle złotego, gdzie waluta zaczęła tydzień od poziomów 5,70 zł a wczoraj ocierała się o 5,90 zł. Co powoduje, że inwestorzy zainteresowani są funtem? Po pierwsze dobre dane, np. wczorajsza sprzedaż detaliczna wyniosła 1,5% powyżej oczekiwań. Po drugie kontekst. W USA po odtrąbieniu sukcesu, czyli wyjścia z kryzysu cały czas jednak nie jest tak dobrze, by podnieść stopy. W Unii Europejskiej więcej się mówi o podkręceniu drukarek niż o powrocie stóp do dodatnich poziomów. W rezultacie kraj, który po prostu ma trochę lepsze od oczekiwań wyniki, nagle jest bardzo atrakcyjnym miejscem do inwestowania.

Szykuje się ciekawa końcówka roku. Oprócz wspomnianego programu luzowania w Europie czeka nas coroczny problem z limitem zadłużenia w USA. Obecny limit zostanie wyczerpany na samym początku listopada. Gdyby doszło do “shutdownu” z pewnością zaciąży to na notowaniach dolara.

Wczoraj poznaliśmy wskaźniki koniunktury gospodarczej w Polsce. Lepiej wypadły ufność konsumencka i handel detaliczny, gorzej budownictwo, przemysł bez zmian. Ważniejsze dane opublikowano w USA. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych wzrosła znacznie mniej niż oczekiwano.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na publikację wstępnych odczytów indeksów PMI dla przemysłu. Dane makroekonomiczne to jedno, aczkolwiek to co zobaczymy w poniedziałek na rynkach zależy od tego co zrobimy my i nasi rodacy w niedzielę przy urnach.

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 23.07.2015 do 23.10.2015Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 23.07.2015 do 23.10.2015

Kurs EUR/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Po przebiciu maksimum na poziomie 4,2600, kurs kontynuuje wzrosty. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,2900 gdzie znajduje się nowe maksimum lokalne. W przypadku spadków kolejne wsparcie stanowi linia łącząca minima lokalne na 4,2100 a następnie minima w okolicach 4,1550-4,1600.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 23.07.2015 do 23.10.2015Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 23.07.2015 do 23.10.2015

Kurs CHF/PLN przeszedł w trend wzrostowy. Po przebicia testowanej linii oporu na 3,8950 kolejnym istotnym oporem są okolice 3,9500 gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,8650, a następnie ostatnie minimum, czyli 3,8090.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 23.07.2015 do 23.10.2015Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 23.07.2015 do 23.10.2015

Kurs USD/PLN wybił się z trendu bocznego. Nowym oporem są trzymiesięczne maksima na 3,8550. dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,6800.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 23.07.2015 do 23.10.2015Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 23.07.2015 do 23.10.2015

Kurs GBP/PLN podążał jeszcze w zeszłym tygodniu w krótkoterminowym trendzie spadkowym. Wczoraj doszło do wybicia i najbliższymi ograniczeniami dla wzrostu kursu są obecnie maksima lokalne na 5,9000. W przypadku spadków ważnym wsparciem jest 5,6600 czyli ostatnie minimum.

Śmieciowe umowy nie muszą oznaczać śmieciowych emerytur

Blisko co trzeci Polak pracuje na umowach cywilnoprawnych, czyli tzw. „śmieciówkach”. Problem ten dotyczy w szczególności grupy wiekowej 15-24, w której na takich warunkach zatrudnionych jest aż 71,2 %osób – tak wynika z najnowszego raportu Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD)[1]. Porównując te statystyki z innymi krajami OECD, Polska znalazła się na pierwszym, niechlubnym miejscu pod względem liczby osób pracujących na „śmieciówkach”. Co to oznacza dla naszych przyszłych emerytur? Czy młodzi Polacy mają w ogóle szansę na godziwą i bezpieczną przyszłość?

Problem dotyczący umów śmieciowych nasila się z każdym kolejnym rokiem. Z roku na rok prezentowane są też plany, które mają zrewolucjonizować system zawierania umów pracodawca-pracownik. Rozwiązanie tego problemu, o ile w ogóle nadejdzie,  nie nastąpi zapewne szybko. Jak wiadomo, osoby zatrudnione na umowach śmieciowych w chwili przejścia na emeryturę otrzymywać mogą symboliczne świadczenia, które prawdopodobnie nie wystarczą na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Czy tak musi wyglądać przyszłość milionów Polaków? Jak twierdzą eksperci z Legg Mason – nie, a najważniejsze to wziąć sprawy we własne ręce i już teraz podjąć odpowiednie kroki, które zaowocują w przyszłości. Jakie? Specjaliści podsuwają kilka pomysłów, jak polepszyć warunki życia na emeryturze.

„Wysokość naszej emerytury w olbrzymim stopniu zależy od nas samych. Im szybciej niezależnie zaczniemy odkładać część naszych zarobków na „jesień życia”, tym nasza sytuacja finansowa po zakończeniu kariery zawodowej będzie lepsza. Bardzo często zastanawiamy się, czy stać nas na oszczędzanie. Myślę, że powinniśmy zadać sobie pytanie, czy stać nas na nieposiadanie oszczędności, szczególnie po 60-tce. Obecnie każdy z nas może wybrać narzędzie – bądź kilka narzędzi – spośród kilkunastu dostępnych na rynku, które pomnożą zebrany przez nas kapitał. Indywidualne Konto Emerytalne (IKE), Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE), konto bankowe, papiery wartościowe czy akcje giełdowe – to tylko niektóre z dostępnych rozwiązań. Warto dodać, że konta IKE oraz IKZE stanowią formy oszczędzania umożliwiające nie tylko odkładanie środków na przyszłość, ale również skorzystanie z ulg podatkowych.” – mówi Karina Trafna z Legg Mason TFI.

Rozwiązaniami, które z roku na rok zyskują na popularności, są właśnie IKE i IKZE. Oba konta łączy kilka cech: po pierwsze, oba rachunki posiadają limity wpłat. W przypadku IKE
w 2015 roku jest to 11 877 zł rocznie, a w przypadku IKZE 4 750,80 zł. Po drugie, oba rozwiązania przy spełnieniu pewnych warunków nie są obciążone podatkiem od zysków w wysokości 19%, przy czym wpłaty na IKZE za dany rok można nawet odliczyć od dochodu w rozliczeniu PIT. Ulga z tego tytułu za bieżący rok sięga nawet 1 520,26 zł.

„Odkładając systematycznie co miesiąc np. na IKZE 300 złotych przez 25 lat, przy założeniu  wpłat na początku miesiąca i stopy zwrotu w wysokości 5%, nasz dodatek do emerytury wypłacony jednorazowo może wynieść nawet[2]ok. 160 000 zł. Dodatkowo szacowana suma ulg podatkowych w podatku dochodowym może wynieść 16 200 zł [3] lub 28 800[4] Jak pokazują wyliczenia, środki zgromadzone na IKZE mogą stanowić pokaźny zastrzyk finansowy do emerytury, który mógłby pozwolić na utrzymanie dobrego standardu życia po zakończeniu kariery zawodowej. Skorzystanie z takich narzędzi jak IKE i IKZE, w przypadku osób pracujących na umowach cywilnoprawnych nie tylko mogłoby diametralnie poprawić ich sytuację na emeryturze, a dla niektórych osób mogłoby być jedynym „wypracowanym” świadczeniem, jakie będą otrzymywać. Dlatego warto pomyśleć o swojej przyszłości jak najwcześniej i podjąć decyzję, jak ją zabezpieczyć” – dodaje Karina Trafna z Legg Mason TFI.

[1] http://www.oecd-ilibrary.org/employment/oecd-employment-outlook-2014_empl_outlook-2014-en

[2] Przy założeniu średniorocznej stopy zwrotu w wysokości 5%

[3] Przy opodatkowaniu PIT w stawce 18%

[4] Przy opodatkowaniu PIT w stawce 32%

Ranking najpopularniejszych pracodawców 2015

Którzy pracodawcy cieszą się największą popularnością? Którego najwyżej oceniają pracownicy? Kto najlepiej komunikuje się ze swoimi potencjalnymi, aktualnymi i byłymi pracownikami? Zobacz, kto znalazł się na liście nagrodzonych firm.

Serwis GoldenLine od początku swojego istnienia za główny cel działalności stawiał łączenie pracodawców i pracowników. Z sukcesem robi to nadal. Z jednej strony daje więc możliwość tworzenia profili zawodowych pracownikom a z drugiej dostarcza pracodawcom szeregu możliwości prezentowania swoich firm. Dostępne w serwisie narzędzia takie jak Profile Pracodawców czy Katalog Pracodawców, mają na celu wspierać proces komunikacji pomiędzy tymi grupami. Pracodawcy mają dzięki temu realny wpływ na to, co dzieje się w ich organizacjach, a opinie o nich, nawet te negatywne, mogą być źródłem cennych informacji i bodźcem do podejmowania właściwych działań. Wielu pracodawcom udaje się konsekwentnie i bezkompromisowo działać stawiając na najważniejsze zasoby firmy czyli ludzi.

20 października 2015 r. podczas uroczystej gali z okazji 10-lecia GoldenLine, ogłoszona została lista laureatów.

Wręczenie statuetek Top 10 Najpopularniejszych Pracodawców 2015 w serwisie GoldenLine

 

 

 

 

 

TOP 10 Najpopularniejszych Pracodawców 2015 w serwisie GoldenLine:

  1. Orange Polska
  2. Capgemini Polska
  3. Randstad Polska
  4. Sii
  5. Nokia
  6. ABB
  7. Delphi Poland
  8. Alior Bank
  9. T-Mobile Polska
  10. Nationale-Nederlanden

Zwycięzców wyłoniono na podstawie algorytmu, który uwzględniał następujące dane: średnią z ocen wystawionych na Profilu Pracodawcy w odniesieniu do ich liczby, aktywność pracodawców na profilach czyli liczbę dodawanych postów i komentarzy oraz ilość publikowanych ofert pracy.

Zestawienie najpopularniejszych pracodawców zostało przygotowane w oparciu o algorytm wykorzystywany w Katalogu Pracodawców. Katalog daje możliwość sortowania pracodawców według średniej z ocen wystawionych na profilach lub według popularności. Użytkownicy mają dodatkowo możliwość sortowania pracodawców po branży oraz po lokalizacji. Na pozycję w Katalogu Pracodawców według popularności wpływa średnia z ocen wystawionych przez byłych lub obecnych pracowników na profilach w stosunku do liczby wystawionych opinii, aktywność na profilach rozumiana jako dodawane komentarze, posty oraz oferty pracy.

Wrocław przybliżył ideę czwartej rewolucji przemysłowej

21 oraz 22 października br. we Wrocławskim Centrum Kongresowym odbyła się Konferencja „Fabryka Przyszłości – w drodze do Przemysłu 4.0”. Podczas niej przedstawione zostały inicjatywy świata nauki i przemysłu służące wykreowaniu inteligentnego przedsiębiorstwa, tzw. fabryki jutra. Uczestnicy mieli okazję zwiedzić siedziby organizatorów, firmy: Balluff, Fanuc, Lapp Group i Wago, które specjalizują się w automatyzacji produkcji, wymienić się swoją wiedzą oraz poglądami, a także wysłuchać interesujących prelekcji. 

Industry 4.0, to ukierunkowany na przyszłość projekt niemieckiego rządu federalnego, który ma na celu intensywniejsze wykorzystanie technik informacyjnych w klasycznych gałęziach przemysłu, a polski przemysł, który wciąż jeszcze konkuruje głównie kosztami pracy, może skorzystać na tym procesie podwójnie – dlatego trzeba o tym mówić już dziś.

Honorowy patronat nad Konferencją objęło Ministerstwo Gospodarki oraz Prezydent Wrocławia, natomiast patronem instytucjonalnym została Polsko-Niemiecka Izba Przemysłowo-Handlowa. Konferencja została podzielona na dwie części: sesję plenarną, odbywającą się we Wrocławskim Centrum Kongresowym oraz 4 sesje technologiczne w siedzibach Organizatorów.

Paweł Stefański, Balluff Rozpoczęcie KonferencjiWystąpienia prelegentów

Czwarta rewolucja przemysłowa to przede wszystkim zaprzęgnięcie narzędzi i rozwiązań informatycznych do dokonania zmian w przemyśle – stworzenie inteligentnej fabryki, i to, co nas nierozerwalnie czeka, to współpraca człowieka z robotem – tymi słowami rozpoczął swoje wystąpienie dr inż. Jarosław Panasiuk z Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie.

Istotnym elementem Przemysłu 4.0 jest także Internet rzeczy. To koncepcja, wedle której różne przedmioty mogą gromadzić i przetwarzać dane za pośrednictwem sieci komputerowej. Zdaniem Bartłomieja Andrusiewicza z firmy Rec Global oraz Konrada Napieralskiego z firmy CISCO dostosowanie sieci oraz jej możliwości są coraz większe, a Internet of Things nie może istnieć bez ekosystemu. Wszystkie rzeczy muszą działać właśnie w globalnym ekosystemie i to przemysł daje moc do tego, aby IoT mógł się wdrożyć. Obecnie Internet of Things jest bardzo mocno sterowany przez Stany Zjednoczone, ale konkretne ekosystemy powstają już w różnych częściach świata – dodają.

Drugiego dnia Konferencji rozmawiano m.in. o współpracy środowiska nauki i przemysłu, wpływie robotyzacji na konkurencyjność polskich przedsiębiorstw, pozyskiwaniu funduszy na badania i rozwój oraz narzędziach podatkowych, które wspierają rozwój nowych technologii.

Nagrodzeni studenci

W ramach drugiej edycji Konferencji, Organizatorzy ogłosili konkurs skierowany do studentów Wyższych Uczelni Technicznych w Polsce. Jego tematem była koncepcja instalacji demonstracyjnej prezentującej ideę Przemysłu 4.0. Pierwszego dnia Konferencji ogłoszono wyniki konkursu oraz wręczono nagrody laureatom. I miejsce zajął Łukasz Okrojek z Politechniki Warszawskiej, II miejsce Wojciech Korchut z Politechniki Wrocławskiej, a trzecie Tomasz Pietrowski również z Politechniki Wrocławskiej. Wygrali oni odpowiednio 5 000, 3 000 oraz 2 000 złotych. Wygłaszając swoje podziękowanie, Michał Kownacki, Dyrektor Generalny firmy WAGO, dodał żartobliwie „Panowie, jeśli nie macie jeszcze roboty – wysyłajcie do nas swoje CV, czekamy na Was!”. Laureaci zaprezentowali zwycięskie koncepcje podczas sesji plenarnej pierwszego dnia Konferencji.

W Konferencji wzięło udział ponad 160 osób, wśród nich dominowali reprezentanci nowoczesnych polskich przedsiębiorstw, tworzących projekty do przyszłych rozwiązań, przedstawiciele uczelni wyższych, producenci zaawansowanych technologii oraz ich odbiorcy.

Po wyborach rynki giełdowe czeka stopniowa stabilizacja, a następnie powrót do wzrostów. W powyborczy poniedziałek indeksy raczej pójdą w górę

CEO Magazyn Polska

Wraz z ogłoszeniem wyników wyborów powinien się skończyć zastój na warszawskim parkiecie. Nawet w przypadku dużych przetasowań na polskiej scenie politycznej inwestorzy powinni zareagować pozytywnie. Akcje będzie wspierał także powrót zagranicznego kapitału oraz pozytywne tendencje panujące ostatnio wokół rynków wschodzących.

– Oddziaływanie wyborów na pewno jest bardzo istotne, ale co ciekawe specyfika polskiego rynku powoduje, że przed samymi wyborami, czyli w sytuacji, w której jesteśmy w tej chwili, polska giełda zachowuje się bardzo stabilnie w odróżnieniu od innych rynków – mówi Jan Żuralski, prezes Private Wealth Consulting.

Ekspert wyjaśnia, że inwestorzy w Polsce ewentualne zmiany w rządzie dyskontują znacznie szybciej, niż ma to miejsce chociażby w Stanach Zjednoczonych czy nawet Turcji.

– Największa zmienność na GPW w Warszawie zazwyczaj się pojawia między dziesiątym a dziewiątym dniem przed wyborami, w zeszłym tygodniu mieliśmy taką sytuację. W tej chwili następuje powolna stabilizacja – mówi Żuralski. – Zazwyczaj w ogniu wyborów zmienność na polskim rynku kapitałowym jest bliska zeru.

Prezes Private Wealth Consulting prognozuje, że pierwsza sesja giełdowa po dniu wyborów, nawet w przypadku diametralnych zmian na scenie politycznej, powinna przebiegać pozytywnie. Głównie dlatego, że zmiany te, choć rewolucyjne, są spodziewane. Następnie rynek czeka okres około tygodniowej stabilizacji. Inwestorzy w tym czasie będą kalkulować wpływ nowego układu sił w parlamencie na rynki finansowe.

– Obserwujemy zmniejszoną płynność na polskiej giełdzie, widać, że inwestorzy instytucjonalni, zwłaszcza z zagranicy, wstrzymują się z zakupami przed wyborami w Polsce. W poniedziałek, kiedy już będzie wiadomo, jak będzie wygląda scena polityczna, inwestorzy zdecydują się wejść na rynek – przekonuje Żuralski.

Początkowy ruch na rynku może mieć związek z zamykaniem krótkich pozycji przez inwestorów grających na spadki. Stanowić to będzie pierwszy impuls do wzrostu cen akcji. Potem powinna nastąpić stopniowa stabilizacja notowań oraz powrót do trendu wzrostowego. Dodatkowym czynnikiem wspierającym napływ kapitału na warszawski parkiet będzie powracający wśród inwestorów sentyment do rynków wschodzących.

– Wydaje się, że głównym elementem determinującym jeszcze zachowanie polskiej giełdy jest to, co dzieje się na rynku międzynarodowym. W tej perspektywie wydaje się, że rynki typu emerging, czyli takie jak Polska czy Turcja, wracają właśnie do gry.

Xcity Investment planuje budowę 18 obiektów handlowych, biurowych i mieszkaniowych. Siedem innych już powstaje

CEO Magazyn Polska

Polskie koleje wraz z inwestorami szykują się do przebudowy kilkunastu nieruchomości PKP w największych polskich miastach. Siedem inwestycji już trwa, a 18 jest na etapie przygotowań. Powstaną tam m.in. zintegrowane z dworcami centra handlowe, biurowce oraz mieszkania.

PKP chce zarobić na posiadanych hektarach gruntów oraz dziesiątkach budynków, które często mają bardzo atrakcyjną lokalizację. Szuka więc partnerów, którzy podejmą współpracę w formule joint venture, gdzie koleje wnoszą nieruchomość, a wspólnicy stawiają na niej dochodowy obiekt. Powołana przez koleje spółka Xcity Investment jest dziś trakcie realizacji siedmiu projektów. Trwa już budowa Warszawy Zachodniej, a na finiszu są przygotowania do innych inwestycji: Gdynia Międzytorze i Kraków Bosacka, projektów handlowych w Koninie i w Mińsku Mazowieckim oraz projektu w Poznaniu.

Prowadzimy w tej chwili negocjacje na temat trzech projektów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Maciej Król, prezes zarządu Xcity Investment. – Jest to m.in. Olsztyn Główny, Warszawa Główna oraz Warszawa Zachodnia III etap. W tej chwili uruchamiamy kolejnych 15 projektów inwestycyjnych, które będą zaprezentowane na rynku w najbliższych tygodniach i są to projekty m.in. w Bielsku-Białej, Skarżysku-Kamiennej, Kłodzku, Kutnie oraz kilka projektów w Warszawie i Katowicach.

W sumie PKP zarządza ponad 100 tys. nieruchomości, które może sprzedać lub wynająć. Są wśród nich zarówno miejsca pod billboardy reklamowe, jaki i wielkie działki lub budynki w centrach miast.

To są bardzo różne miejsca i bardzo różne miasta, w szczególności ze względu na wielkość, bo mamy tu zarówno mniejsze, jak i większe miejscowości. Natomiast kluczową kwestią jest wykorzystanie potencjału wynikającego m.in. z lokalizacji stacji kolejowych w pobliżu i ruchu komunikacyjnego, który jesteśmy w stanie zapewnić w tym miejscu.

PKP ma nieruchomości pod bardzo różne projekty, zarówno o funkcji mieszkaniowej, jak i biurowej, jednak dominującą funkcją tak w wielkich, jak i małych miastach jest funkcja handlowa. Obecnie Xcity Investment skupia się jednak na centrach miast.

Analizujemy wszystkie lokalizacje we wszystkich miastach bez względu na ich rozmiar – informuje prezes zarządu Xcity Investment. One wszystkie są bardzo atrakcyjne. Oczywiście w każdym z tych przypadków jest weryfikowany optymalny sposób wykorzystania, ale wszystkie są przedmiotem zainteresowania inwestorów i staramy się wykorzystać tę okazję.

Atutem wielu nieruchomości PKP jest możliwość zintegrowania realizowanych tam projektów z funkcjonującą komunikacją, i miejską, i kolejową, i drogową. W praktyce zapewniających np. możliwość łatwego i naturalnego pozyskiwania klientów dla funkcjonujących tam sklepów, lokali gastronomicznych czy punktów usługowych.

W niektórych inwestycjach mamy do czynienia z funkcjami dworcowymi, jakkolwiek to nie dotyczy wszystkich inwestycji zwraca uwagę prezes Maciej Król z Xcity Investment. Ale mimo tego staramy się w każdej z inwestycji tworzyć tego typu przestrzeń. Nie ukrywam, że mamy za cel wykorzystywanie potencjału lokalizacji, które znajdują się w centrach miast, co naturalnie skutkuje tendencją do tego, by starać się wkomponowywać te projekty w istniejącą tkankę miejską.

Konstruująca systemy do magazynowania firma Baumalog szuka inwestora. Chce się intensywnie rozwijać przez kolejne pięć lat

0

CEO Magazyn Polska

W najbliższych latach rynek systemów magazynowych do składowania towarów będzie rósł w tempie dwucyfrowym. Zajmująca się ich konstruowaniem firma Baumalog chce skorzystać z dobrej koniunktury, zakupić grunt i wybudować zakład do wytwarzania części zaprojektowanych przez siebie systemów. Firma prowadzi rozmowy z inwestorami branżowymi, nie wyklucza też współpracy z inwestorem spoza rynku.

– Jesteśmy po czteroletnim okresie działalności, mamy usystematyzowane biuro konstrukcyjne i poszukujemy inwestora, aby w ciągu pięciu latach dokonać znacznego rozwoju. Planujemy zakup gruntu oraz budowę własnego obiektu, który pozwoli nam na wytwarzanie części do naszych systemów  mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Kozłowski, prezes spółki Baumalog.

Spółka bierze pod uwagę dwa scenariusze dotyczące jej rozwoju. Jednym z nich jest pozyskanie strategicznego inwestora branżowego z dużym doświadczeniem rynkowym. Dzięki zaangażowaniu w firmę Baumalog partner zyskałby dostęp do nowej niszy rynkowej. Rozważana jest także opcja inwestora z zewnątrz, który wszedłby w zupełnie nowy dla niego obszar biznesu.

– Zachętą dla potencjalnego inwestora jest rynek, który dopiero się rozwija, co to na tle Europy jest zauważalne. W Polsce tych maszyn jest kilkadziesiąt, a w Europie Zachodniej kilka czy kilkanaście tysięcy, więc czeka nas duży rozwój rynku – tłumaczy prezes Baumalog.

Drugim atutem są znacznie niższe koszty w porównaniu z konkurencją z Europy Zachodniej. Umożliwi to w niedalekiej przyszłości stworzenie bogatego portfela zamówień.

Mamy własne biuro konstrukcyjne. Zatrudniamy w nim sześciu światowej klasy konstruktorów mechaników, którzy pracują nad specjalnymi rozwiązaniami budowanymi według życzeń naszych klientów. Tym się w głównej mierze odróżniamy od firm, które operują na rynku polskim, a pochodzą z Europy Zachodniej – wyjaśnia.

Jak podkreśla, systemy magazynowe konstruowane i wytwarzane przez firmę umożliwiają wyeliminowanie człowieka z prac w magazynie, a także znaczne ograniczenie powierzchni wymaganej do składowania towarów.

Dobrym przykładem jest tu firma PIT-RADWAR w Warszawie, jedna ze spółek zbrojeniowych, w której zastosowano system składowania, co umożliwiło ograniczenie powierzchni składowania o ponad 80 proc.

Dzięki współpracy z zagranicznymi podmiotami produkty spółki Baumalog oferowane są także poza Polską. Firma ma kontakty biznesowe we Włoszech, w Hiszpanii, Francji, Chinach oraz Katarze.

Dobre perspektywy przed polską gospodarką morską. Ubiegły rok przemysł stoczniowy zamknął z 10 mld zł przychodów

CEO Magazyn Polska

Polska gospodarka morska jest w coraz lepszej sytuacji. Pracuje dla niej 1,6 tys. firm. Rośnie też zatrudnienie w firmach budujących i wyposażających statki. Do 2017 roku polskie stocznie mają podpisane kontrakty na budowę kilkudziesięciu statków o wartości blisko 1 mld euro. Konieczna jest jednak większa popularyzacja tego sektora, która pozwoli przyciągnąć młodych ludzi i tym samym przyspieszyć dynamikę jego wzrostu.

Kiedyś byliśmy zaściankiem światowym, teraz możemy czuć się częścią nowoczesnego światowego przemysłu okrętowego. Statki projektowane i budowane u nas są wyposażane na najwyższym światowym poziomie, zachodni inwestorzy nie boją się nam przekazywać coraz większych wyzwań i ciekawszych zleceń – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Andrzej Rutkowski, prezes Zarządu Salt Ship Design Poland.

Szacuje się, że przychody sektora okrętowego przekroczyły w ubiegłym roku 10 mld zł. Rośnie liczba firm, które pracują w branży, wzrasta też zatrudnienie. Jeszcze w 2009 roku przy budowie i wyposażaniu statków pracowało 23 tys. osób, obecnie jest ich ponad 32 tys. Rosną też przychody stoczni – dane Związku Pracodawców „Forum Okrętowe” wskazują, że w ubiegłym roku wzrost wyniósł ok. 10 proc. W dużej mierze to zasługa kompetentnej kadry.

W ciągu 3,5 roku działalności mamy podpisanych, w trakcie realizacji lub zrealizowanych, 10 projektów. We wszystkich uczestniczyli polscy inżynierowie, to świadczy też o tym, jak liczą się na międzynarodowym rynku okrętowym, jak uznawana jest ich marka. Wiem, jak ceniony jest polski przemysł okrętowy i polskie kadry, a mówię to z perspektywy przeszło dwudziestu lat współpracy z Norwegami i czternastu lat zatrudnienia w tym kraju. W Norwegii w stoczniach często pracuje więcej Polaków niż Norwegów – podkreśla Rutkowski.

Salt Ship Design prowadzi dwa biura – w Norwegii i w Polsce. W polskim zatrudnionych jest dwukrotnie więcej inżynierów, to również – zdaniem prezesa firmy – świadczy o pozycji polskiego przemysłu stoczniowego i uznaniu polskich możliwości projektowych.

Za opracowanie kompletnego pakietu dokumentacji jednostki typu Offshore Construction Vessel SALT 301, o unikalnych właściwościach manewrowych, która została wprowadzona w tym roku do eksploatacji, firma otrzymała nagrodę Innowacyjnej Gospodarki Morskiej wręczoną podczas Forum Gospodarki Wodnej.

Rutkowski podkreśla, że ta nagroda to uznanie dla polskiej myśli technicznej. W projekcie było jednak więcej polskich akcentów.

Kadłub był budowany i częściowo wyposażany w czterech polskich stoczniach: Konrem Nauta, Montex, Wisla Holms i Ustka. Gotowe sekcje były transportowane do Norwegii i tam ostatecznie montowane w stoczni Kleven Maritime AS. Podczas prac projektowo-konstrukcyjnych posiłkujemy się także lokalnymi biurami i niektóre z nich uczestniczyły również w tym projekcie. Poza tym ściśle współpracujemy z DNV GL (projekt ten był klasyfikowany przez to Towarzystwo), a także korzystamy z usług ich działu doradczego. W większość naszych projektów zaangażowany jest też basen modelowy Centrum Techniki Okrętowej – wymienia Rutkowski.

Branża morska rośnie w siłę, brakuje jednak odpowiedniej promocji przemysłu okrętowego. Pod względem edukacji sytuacja wygląda dobrze – na Akademii Marynarki Wojennej czy Akademii Morskiej nie brakuje chętnych do nauki, a o jedno miejsce ubiega się kilku kandydatów (na AMW w 2014 roku było to nieco ponad 4, a rok wcześniej – 6,8 na jedno miejsce).

Stocznie przeżywają okres rozwoju. Zmieniły się jednak rynki, struktury przewozów, zmian jest bardzo dużo. Mam nadzieję, że wszystko idzie ku dobremu, tylko, że postęp jest może za wolny. Chcielibyśmy, żeby szybciej to przebiegało, ale pewnych procesów dziejowych nie da się przyspieszyć. To nie jest czas wielkiego entuzjazmu okresu międzywojennego, kiedy cała Polska kochała morze – ocenia dr inż. Jerzy Litwin, dyrektor Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku.

Brakuje imprez, które zachęcałyby młodzież do tematyki morskiej. Jak podkreśla Litwin, często też większe zainteresowanie wykazują mieszkańcy środkowej Polski niż osoby z wybrzeża. Publikacje są łatwo dostępne, nie brakuje wystaw, potrzeba jednak impulsu, dzięki któremu zainteresowanie morzem byłoby coraz większe.

Muzeum Morskie w Gdańsku stara się przyciągnąć jak najwięcej odwiedzających. Jerzy Litwin otrzymał nagrodę Innowacyjnej Gospodarki Morskiej w kategorii „osobowość” za aktywne promowanie elementów kulturowych związanych z przemysłem okrętowym oraz interaktywną wystawę „Statki. Nasza pasja”.

Wyniki ekonomiczne działań w gospodarce morskiej osiągnęły 7-proc. wzrost. Jestem przekonany, że będzie lepiej, przemysł okrętowy ma wielkie szanse, zwłaszcza że produkujemy w tej chwili statki wysokospecjalistyczne. To już nie są popularne statki typu masowiec, gdzie zaangażowanie konstrukcyjne czy innowacje były na drugim planie. Nasze statki są bardzo nowoczesne, mają nowoczesne rozwiązania ekologiczne w napędach, to wielkie wyzwanie dla młodzieży, która też powinna się tym interesować – przekonuje Jerzy Litwin.

Długie kolejki i brak dostępu do niektórych leków to główne problemy służby zdrowia. Politycy nie mają pomysłu na ich rozwiązanie

CEO Magazyn Polska

Coraz większe kolejki do specjalistów oraz brak innowacyjnych leków i technologii to największe problemy polskiej ochrony zdrowia. Dodatkowe środki finansowe to za mało, by naprawić sytuację. Niezbędna jest ich prawidłowa dystrybucja, aby wykluczyć dalsze marnotrawienie pieniędzy. Równie istotna jest zmiana polityki kontraktowania. Zdaniem fundacji Watch Health Care politycy nie mają jednak pomysłu na efektywne zarządzanie systemem opieki zdrowotnej. 

Z obserwacji fundacji Watch Health Care wynika, że średni czas oczekiwania na świadczenia zdrowotne wynosi 2,9 miesiąca. Ograniczony jest dostęp do lekarzy specjalistów, zbyt długi jest także czas oczekiwania na świadczenia diagnostyczne. Dotyczy to zarówno kosztownych świadczeń specjalistycznych, jak i znacznie tańszych podstawowych badań. Do wielu nowoczesnych leków i terapii polscy pacjenci wciąż nie mają dostępu – dotyczy to m.in. co najmniej 256 leków i 1000 tzw. technologii nielekowych dopuszczonych do obrotu w Unii Europejskiej.

Często są to technologie bardzo skuteczne, często najskuteczniejsze w danej chorobie, ale równocześnie bardzo drogie. Wielu Polaków nie stać na to, coraz więcej pacjentów bierze kredyty, sprzedaje domy, samochody, zapożycza się u rodziny, w bankach, żeby tylko dostać taką czy inną technologię, ponieważ walczą o życie – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Krzysztof Łanda, prezes fundacji Watch Health Care.

Zdaniem fundacji WHC kwestia problemów służby zdrowia jest niewystarczająco podkreślana w toczącej się kampanii wyborczej. Przedstawiciele sceny politycznej nie mają też pomysłu na zaradzenie im. Deklarowane przez niektórych polityków zwiększenie nakładów na służbę zdrowia wydaje się mało realne, zresztą nie musi to oznaczać rozwiązania problemu. Niezbędne jest ich prawidłowe rozmieszczenie w ramach systemu, a także uporządkowanie zawartości koszyka świadczeń gwarantowanych.

Zawartość koszyka nie może być ponad stan, czyli gwarancje dla społeczeństwa muszą odpowiadać wielkości środków na realizację tego koszyka. U nas jest deficyt środków. Drugą rzeczą jest wycena, a oprócz tego limity i w ogóle polityka dotycząca kontraktowania, którą prowadzi NFZ od 1 stycznia 2012 roku na zlecenie ministra zdrowia. Minister zdrowia od początku tego roku ma wszelkie prerogatywy i tylko on, jednoosobowo, jest odpowiedzialny za stan systemu – mówi dr Krzysztof Łanda.

Zdaniem środowisk pacjenckich środki finansowe w resorcie zdrowia są nieprawidłowo alokowane. Przykładem są oszczędności dokonane w ciągu ostatnich trzech lat dzięki ustawie refundacyjnej. Prawie 4 mld zł powinny zostać przeznaczone na refundację innowacyjnych terapii, tymczasem wykorzystano je w szpitalnictwie. Fundacja Watch Health Care uważa z kolei, że przyczyną słabej kondycji polskiej służby zdrowia są także fałszywe obietnice polityków. Łanda podkreśla, że ustawy i projekty ustaw wychodzące z resortu zdrowia to najgorsze jakościowo akty prawne spośród wszystkich ministerstw. Brakuje też konsultacji projektów ustaw z Radą Legislacyjną przy premierze.

System ochrony zdrowia to najbardziej skomplikowana dziedzina gospodarki. Tutaj nikt się ekspertem nie staje w ciągu roku czy dwóch. Wydaje mi się, że politykom po prostu brak wiedzy o tym, jakie są mechanizmy regulacyjne na rynku. Myślę, że jest duży strach przed wypowiadaniem się na tematy dotyczące ochrony zdrowia, dlatego że łatwo jest zyskać kompetencje w innych działach gospodarki, a w ochronie zdrowia bardzo trudno – mówi dr Krzysztof Łanda.

Fundacja Watch Health Care czynnie włączyła się w poprawę jakości polskiej służby zdrowia. W raporcie „Fundusz Walki z Rakiem. Propozycje rozwiązań systemowych” zawarła propozycje mające na celu zapewnienie dostępności do innowacyjnych metod leczenia i diagnostyki chorób nowotworowych bez udziału środków z budżetu państwa.

Za 2-3 lata może ruszyć kopalnia Nowa Ruda na Dolnym Śląsku. Inwestycja przyczyni się do powstania nawet 2 tys. nowych miejsc pracy

CEO Magazyn Polska

Budowa kopalni w Nowej Rudzie może zostać ukończona w ciągu najbliższych 2-3 lat. Inwestycja o wartości 300-500 mln złotych pozwoli na wydobywanie około 2 mln ton węgla koksującego rocznie. Realizacja projektu ma także bardzo istotny wpływ na lokalny rynek pracy. Dzięki kopalni pracę może znaleźć nawet 2 tys. osób. 

– Węgiel koło Nowej Rudy może być polskim złotem, które będzie można eksportować na całą Europę. Obecnie UE importuje 200 mln ton węgla, a takiego węgla jak w Nowej Rudzie w Europie po prostu nie ma, więc jest szansa, że jakościowo ten węgiel będzie bardzo atrakcyjny – mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Dyduch, radny sejmiku województwa dolnośląskiego, jeden z inicjatorów poszukiwań inwestora.

Inwestorem została australijska Grupa Balamara, która w Polsce działa poprzez swoją spółkę Coal Holding. Zwróciła ona uwagę na wysoki potencjał inwestycyjny Nowej Rudy. Znajdują się tam bowiem bogate pokłady węgla koksującego, który docelowo wykorzystywany jest przy wytopie metali szlachetnych. Oprócz Nowej Rudy plany Australijczyków obejmują także zagłębie lubelskie oraz okolice Katowic. Radny sejmiku województwa dolnośląskiego podkreśla jednocześnie wysoką jakość surowca z Dolnego Śląska.

– Ten węgiel koksujący jest jedyny w Polsce, być może jedyny w Europie, jeśli chodzi o jakość. Mam nadzieję, że uda się tę kopalnię wybudować – informuje polityk Zjednoczonej Lewicy.

Zasoby węgla w projekcie Nowa Ruda zostały oszacowane łącznie na nawet 170 mln ton. Zakładany poziom wydobycia ma wynieść około 2 mln ton rocznie. Pozwoli to na eksploatację surowca przez okres przynajmniej kilkudziesięciu lat.

Prace nad projektem Nowa Ruda trwają już od półtora roku. W tym czasie zostały przeprowadzone badania geologiczne oraz oszacowano wielkość zasobów. Podjęto także rozmowy z Ministerstwem Środowiska w sprawie uzyskania pozwolenia na budowę kopalni. Koncesja na wydobycie węgla została już udzielona.

– W tej chwili pozostaje jeszcze część elementów organizacyjnych i sama inwestycja. Mamy nadzieję, że za 3-4 lata kopalnia będzie gotowa. Co jest najciekawsze, a szczególnie dla nas, dla lewicy, to to, że może tam być zatrudnione nawet 2 tys. osób. To potężna inwestycja – wyjaśnia Marek Dyduch.

Dla województwa dolnośląskiego kopalnia w Nowej Rudzie mogłaby być takim samym gospodarczym motorem napędowym, jakim jest np. PZL-Świdnik dla Lubelszczyzny czy PKN Orlen dla Płocka.

Koszt całej inwestycji szacowany jest na 300-500 mln zł, z czego 10 mln zł zostało już przeznaczone na przeprowadzenie badań. Radny zauważa, że kopalnia w Nowej Rudzie ma duże szanse na osiągnięcie rentowności. Powodem jest wysoka jakość posiadanych złóż i relatywnie niewielkie zasoby węgla koksującego na świecie.

– Ten węgiel, oczywiście po przetworzeniu, możliwy jest do wykorzystania w chemii bądź w innych potrzebnych działaniach w dzisiejszej gospodarce. To nie jest tylko element samego wydobycia i opału, wręcz przeciwnie – jest to element przetworzenia chemicznego – podkreśla Dyduch. – Akurat ten węgiel odgrywa potężną rolę przy wytopie najlepszych stali.

Inwestycja powinna w bardzo istotnym stopniu wpłynąć na kondycję rynku pracy w regionie. Stopa bezrobocia w powiecie kłodzkim według wrześniowych danych GUS-u wyniosła 20,2 proc. i była jedną z najwyższych w całym województwie dolnośląskim.

– Utworzenie 2 tys. miejsc pracy byłoby wręcz marzeniem dla tamtej okolicy i myślę, że to bezrobocie spadłoby do kilku, kilkunastu procent, dlatego że jeszcze trzeba liczyć zatrudnienie w firmach współpracujących – przewiduje polityk.

Radny ocenia, że oprócz bezpośredniego wzrostu zatrudnienia kopalnia w Nowej Rudzie może się przyczynić do powstania jeszcze dodatkowych 1-2 tys. miejsc pracy.

Ruszył program badań słuchu u dzieci wiejskich. Nawet 15 proc. z nich może mieć jego zaburzenia

CEO Magazyn Polska

Ogólnopolskim badaniem przesiewowym słuchu objęta będzie młodzież z terenów wiejskich. Łącznie w tym roku szkolnym przebadanych zostanie aż 165 tysięcy uczniów szkół podstawowych. Program realizowany jest we współpracy KRUS-u z Instytutem Fizjologii i Patologii Słuchu. Dzięki zastosowaniu mobilnych laboratoriów i rozwiązań z zakresu telemedycyny program ma bardzo innowacyjny charakter. Jest to o tyle istotne, że problem zaburzeń słuchu dotyczyć może nawet 15 procent młodzieży.

– Bardzo się cieszę, że Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego wspólnie z Instytutem Fizjologii i Patologii Słuchu realizuje badania przesiewowe słuchu dla młodzieży i dzieci, które rozpoczynają edukację na terenach wiejskich. Przebadanych zostanie 165 tysięcy dzieci – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej.

Polityk podkreśla wagę prowadzonych badań. W wielu przypadkach rodzice nie zdają sobie bowiem sprawy z ubytku słuchu u ich dzieci. Ten problem może dotyczyć nawet 15 procent uczniów.

– Widać więc, że jest potrzebne dotarcie do małych ośrodków, wsi i gmin, gdzie często nie ma dostępu do takich specjalistów, a na pewno nie ma dostępu do tak specjalistycznych badań – dodaje.

Wyniki badań przesiewowych słuchu przeprowadzonych w mobilnych laboratoriach przesyłane są do specjalistycznych ośrodków. Dzięki zastosowaniu telemedycyny proces analizy jest znacznie prostszy i pozwala na szybkie dokonanie oceny stanu zdrowia badanego.

– To badanie przesiewowe słuchu to wielka innowacja – podkreśla Kosiniak-Kamysz. – Oznacza dostępność na tym podstawowym poziomie, dotarcie do pacjenta, dotarcie do osoby, która może nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, że powinna się przebadać. Liczy się też sposób przeprowadzenia badania, użycie telemedycyny, najnowszych osiągnięć. KRUS wbrew temu, co niektórzy dzisiaj próbują powiedzieć, nie jest instytucją archaiczną, ale jest instytucją nowoczesną, również w ujęciu dbania o swojego ubezpieczonego, o jego rodzinę.

Program jest kontynuacją badań, jakie Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu przeprowadził w latach 2008, 2010 i 2011. Wówczas objęto nimi 350 tys. dzieci. Obecnie całkowity koszt przebadania 165 tysięcy dzieci z terenów wiejskich szacowany jest na prawie 3 miliony złotych. Większa część tej kwoty pochodzi z Funduszu Składkowego Ubezpieczenia Społecznego Rolników (FSUSR). Badanie zaplanowane jest na okres najbliższych siedmiu miesięcy.

– Staram się łączyć nie tylko obowiązki ministerialne, lecz także zawsze pamiętać o powołaniu lekarza, dlatego postawienie na profilaktykę i na rehabilitację jest dla mnie bardzo ważne – mówi Władysław Kosiniak-Kamysz, przypominając, że z wykształcenia jest lekarzem.

Minister podkreśla istotną rolę edukacji zdrowotnej w przełamywaniu barier i oporów przed kontaktem z lekarzami. Dobrze wyedukowane dziecko na późniejszym etapie życia będzie zdawało sobie sprawę z korzyści, które niesie profilaktyka zdrowia. Ponadto szybkie podjęcie leczenia poprawi zdolności edukacyjne dzieci, które w ten sposób będą miały szansę na lepsze wyniki w nauce i korzystniejszy start w życie.

– Bardzo dobrze, że jest ten program, to kolejna edycja. On daje szansę na stworzenia naprawdę dobrych przykładów i dobrych praktyk, nie tylko dla grupy dzieci, ale mam nadzieję za chwilę dla grupy seniorów i takie rozmowy trwają pomiędzy ZUS-em a KRUS-em, żeby badać seniorów – tłumaczy Kosiniak-Kamysz.

Kosiniak-Kamysz zaznacza, że polityka senioralna będzie miała coraz większe znaczenie wobec zmian demograficznych w społeczeństwie.

– Bardzo ważne jest wyzwanie związane z seniorami. Przyjęliśmy długofalową politykę senioralną na lata 2014–2020, w której dbałość o zdrowie i dostępność do lekarzy specjalistów, do lekarzy geriatrów to bardzo ważny element. Powstał Narodowy Instytut Geriatrii. Dostępność nie tylko do badań, lecz także do rehabilitacji, do aktywności ruchowej – zaznacza minister pracy.

Analizy rynków rolnych kluczowe dla decyzji biznesowych rolników. W kolejnych latach będą wspierać również banki spółdzielcze

CEO Magazyn Polska

Ponad 13 mld euro zasili polskie rolnictwo w nowej perspektywie UE. Potencjalni beneficjenci będą musieli jednak mieć także wkład własny i to banki spółdzielcze będą odgrywać dużą rolę we współfinansowaniu tych projektów. Decyzję o przyznaniu finansowania mają bankom ułatwić analizy rynków rolnych dostarczane przez Fundację Programów Pomocy dla Rolnictwa FAPA. Z jej prognoz już dziś korzysta wielu przedsiębiorców, którzy planują inwestycje w gospodarce rolnej.

Fundacja od ponad 20 lat przygotowuje bieżące analizy głównych rynków rolnych, które systematycznie dostarcza instytucjom zajmującym się rolnictwem, m.in. Ministerstwu Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Narodowemu Bankowi Polskiemu, a także ponad tysięcznej rzeszy subskrybentów, przedsiębiorstwom sektora rolno-spożywczego i rolnikom.

Wiedza o tym, co się dzieje na rynku mleka, cukru, biopaliw czy zbóż, jest kluczowa z punktu widzenia projektowania zamiarów inwestycyjnych w rolnictwie, jak również w biznesach okołorolnych – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria dr Przemysław Litwiniuk, dyrektor Fundacji Programów Pomocy dla Rolnictwa FAPA.

Jak dodaje, raporty fundacji pozwalają wszystkim, którzy są związani z rynkiem rolnym, podejmować bardziej racjonalne decyzje biznesowe. Resort rolnictwa korzysta z prognoz fundacji m.in. przy konstruowaniu Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich.

W najbliższym czasie FAPA chce stworzyć narzędzia wspierające bankowość spółdzielczą. Ten sektor ma bowiem odgrywać istotną rolę przy finansowaniu wykorzystania środków z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich przez producentów rolnych i podmioty gospodarcze z tego sektora.

Chcemy dostarczać bankom spółdzielczym informacji na temat sytuacji w poszczególnych gałęziach gospodarki rolnej, tak aby mogły rzetelnie oceniać ryzyka inwestycyjne oraz wspierać rolników i przedsiębiorców, którzy chcą korzystać ze środków pomocowych w nowej perspektywie finansowej, realizując różnego rodzaju projekty finansowane właśnie z II filaru wspólnej polityki rolnej – deklaruje Przemysław Litwiniuk.

Jak informuje ministerstwo rolnictwa, łączne środki publiczne przeznaczone na realizację Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich 2014–2020 wyniosą ponad 13,5 mld euro, z czego prawie 8,6 mld euro będzie pochodziło z budżetu UE, a niemal 5 mld euro z wkładu krajowego.

 Z racji tego, że dużo środków z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich będzie przeznaczone na pomoc zwrotną i bezzwrotną dla polskich producentów rolnych, sektor ten będzie potrzebował środków na udział własny – zwraca uwagę dyrektor Fundacji Programów Pomocy dla Rolnictwa FAPA. – Banki spółdzielcze są najbliżej sektora rolno-spożywczego, dlatego to do nich chcemy zaadresować pomoc informacyjną tak, aby mogły dobrze i bezpiecznie mogły służyć temu sektorowi.

Fundacja Programów Pomocy dla Rolnictwa FAPA została wyróżniona nagrodą Business Premium 2015 przez redakcję „Bloomberga” za udostępnianie bezpłatnych analiz na temat sektora oraz dostarczanie szczegółowych informacji dotyczących tendencji, wpływu uregulowań prawnych i ekonomicznych, a także zmian na światowych rynkach rolnych.

Po ponad 20 latach działalności ta nagroda stanowi wyraz uznania dla moich współpracowników, dla ich fachowości, rzetelności oraz dla wiarygodności fundacji jako podmiotu, który działa na rzecz rozwoju polskiego rolnictwa – mówi Przemysław Litwiniuk.

Pesymiści i osoby niezorganizowane częściej mają problemy z zadłużeniem

CEO Magazyn Polska

Na terminową spłatę należności wpływa nie tylko zasobność portfela, lecz także cechy charakteru. Osoby słabo zorganizowane, które np. nie planują podróży przed czasem, a w dzieciństwie odrabiały prace domowe w ostatniej chwili, częściej mają problemy z zadłużeniem. Kłopoty ze spłacaniem długu mają także ci, którzy łatwiej poddają się czarnym myślom i rozmaitym lękom. To powoduje również, że w przypadku niespłacanego zadłużenia unikają kontaktu z wierzycielami. 

Z badań wynika, że cechy, które mogą wiązać się z problemami nadmiernego zadłużenia, to brak sumienności i łatwe uleganie negatywnym emocjom. Brak sumienności oznacza pewnego rodzaju lekkomyślność. Takie osoby, które odkładają na później spłacanie długów i nie myślą o problemie poważnie, mogą przyjmować perspektywę, że wszystko załatwi się samo i nie trzeba będzie podejmować żadnego działania – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Tomasz Zaleśkiewicz, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu.

Badanie przeprowadzone przez Instytut Millward Brown na zlecenie Grupy KRUK wskazuje, że osoby, które mają problem z zadłużeniem, cechuje brak konsekwencji w działaniu. Blisko 40 proc. tych, którzy choć jedną należność płacą po terminie, nie planuje swoich podróży przed czasem (w porównaniu z 27 proc. osób spłacających rachunki na czas). Okazuje się także, że aż 77 proc. osób, które mają przynajmniej jedno zadłużenie powyżej 500 zł, w dzieciństwie odrabiało prace domowe na ostatnią chwilę lub nie odrabiało wcale.

Problemy ze spłatą długu idą w parze również z pesymizmem i negatywnym nastawieniem do życia.

Cechy osobowości związane z uleganiem negatywnym emocjom mogą mieć ogromne znaczenie w sytuacji, kiedy pojawiają się problemy z zadłużeniem. Często takie osoby przyjmują wtedy bardzo pesymistyczną wizję rzeczywistości, ulegają rozmaitym lękom. Zamiast szukać sensownych rozwiązań problemu, uprawiają czarnowidztwo. Zamiast działać, koncentrują się na sobie i swoich negatywnych emocjach. Stosując techniki ucieczkowe od problemu, unikają myślenia o nim i kontaktów z firmą obsługującą ich zadłużenie – podkreśla prof. Zaleśkiewicz.

Blisko połowa zadłużonych pesymistów przyznaje też, że kiedy nie widzi efektów działań, to szybko się zniechęca, trudno też przychodzi im bycie zadowolonym. Ponad 60 proc. uważa również, że oszczędzanie wymaga dużego wysiłku.

Takie osoby nadmiernie koncentrują się na tym, żeby poradzić sobie z negatywnymi emocjami. Nie odbierają telefonów czy korespondencji. To pozwala zapomnieć o problemie, ale na bardzo krótko. Problem zamiast być stopniowo rozwiązywany, zaczyna narastać i się komplikować – wskazuje Zaleśkiewicz.

Jak podkreśla psycholog biznesu, problemy z zadłużeniem można próbować eliminować. Jeśli uda się zapanować nad niektórymi cechami charakteru, łatwiej będzie też odzyskać kontrolę nad swoim życiem.

Jeżeli ktoś zauważył, że ma problem z terminowym spłacaniem karty kredytowej, to może w ogóle powinien zrezygnować z jej używania. Podobnie jak w przypadku, kiedy ludzie próbują sobie poradzić z nałogiem, np. palenia papierosów. Radzi się im, żeby unikali sytuacji, w której mogą ulegać pokusie. Należy rezygnować z sytuacji, o których wiemy, że mogą skończyć się kłopotami finansowymi – przekonuje psycholog społeczny z SWPS we Wrocławiu.

Wśród osób zadłużonych zwiększyła się świadomość na temat negatywnych konsekwencji unikania kontaktu z wierzycielem czy firmą obsługującą zadłużenie.

Osoby zadłużone nie powinny się obawiać kontaktu z bankiem czy instytucją finansową. Przecież wierzycielom także zależy na znalezieniu rozwiązania i ostatecznej spłacie zaległości. Są więc otwarci na szukanie sposobów, aby było to możliwe. Dlatego warto jak najszybciej odezwać się do nich i wspólnie ustalić jakiś plan naprawczy – podkreśla Tomasz Zaleśkiewicz.

Popołudniowy komentarz walutowy z 22.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 22.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Pędzący tygrys – czyli warszawski rynek powierzchni biurowych po III kwartale 2015

Według raportu Market View – Warszawski Rynek Biurowy w III kw. 2015 przygotowanego przez ekspertów firmy CBRE, trzeci kwartał roku dla warszawskiego rynku biurowego był szczególny w świetle obecnych trendów dominujących w tym sektorze. Znacząco spadł poziom pustostanów, wynoszący na koniec III kw. 12,9%, a także wolumen wynajętej powierzchni oraz absorpcja osiągnęły historycznie najwyższy poziom.
WarszawaW okresie od lipca do września obserwowaliśmy wzrost aktywności najemców, ponad 200 firm wynajęło więcej niż 220 tys. mkw. powierzchni biurowej, co jest rekordowo najwyższym wynikiem. Wśród tych, które wynajęły nowe biura są choćby DLA Piper, Astra Zeneca, Samsung Electronics czy Asus. Aktywność najemców zaobserwowana w pierwszych trzech kwartałach 2015 roku zrównała się z poziomem najmu za cały 2014 rok.

Łukasz Kałędkiewicz, Dyrektor Działu Powierzchni BiurowychŁukasz Kałędkiewicz, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych, CBRE komentuje:
„Już od kilku kwartałów w kontekście stołecznego rynku biurowego mówimy o rynku najemcy i to określenie jest wciąż aktualne. Dla firm potrzebujących nowej powierzchni biurowej lub zainteresowanych powiększeniem przestrzeni warszawski rynek dawno nie był tak sprzyjający – możliwości wyboru lokalizacji oraz standardu budynku rosną, a wraz z nimi apetyt na lepsze warunki najmu. Sytuacji sprzyja rosnąca marka Warszawy na arenie międzynarodowej, to największe w kraju centrum biznesu z doskonale wykształconą kadrą pracowniczą. Warszawa staje się co raz częściej centralą dla firm operujących w regionie Europy Środkowo – Wschodniej.”

Wysoka aktywność najemców spowodowała spadek wskaźnika pustostanów, który na koniec III kw. wyniósł 12,9%. W nadchodzących kwartałach 2016 roku planowane jest dostarczenie na rynek znacznej ilości powierzchni biurowej, głownie w Centrum Warszawy. Z tego powodu przewidywany jest wzrost wskaźnika pustostanów, przynajmniej do połowy 2016 roku.
Łukasz Kałędkiewicz, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych, CBRE, dodaje:
„Nadchodzące kwartały zdecydowanie zmienią panoramę Warszawy oraz sytuację na rynku. W budowie pozostają 44 budynki biurowe, podaż w Centrum Warszawy wzrośnie o 23%. Powoli obserwujemy malejącą ilość projektów spekulacyjnych i rosnącą ilość budynków, które czekają na dużą umowę przedwstępną, aby rozpoczęła się ich realizacja. Wciąż jednak dobry projekt jest w stanie się obronić i w chwili oddania do użytkowania być dobrze skomercjalizowany.”
Czynsze pozostają na stabilnym poziomie, jednak duża konkurencyjność na rynku zmusza właścicieli do stosowania elastycznej polityki cenowej. Prognozowany jest spadek poziomu najwyższych stawek czynszu będących obecnie na poziomie 24 EUR – koniec – CBRE Informacja Prasowa CBRE to największa na świecie firma doradcza i inwestycyjna działająca w sektorze nieruchomości komercyjnych (pod względem przychodów za rok 2014), a także jedna z 500 wiodących firm świata według rankingów magazynu Fortune oraz agencji ratingowej Standard & Poor’s. CBRE, z siedzibą główną w Los Angeles, zatrudnia około 52 000 pracowników i obsługuje inwestorów, właścicieli oraz najemców nieruchomości w ponad 370 biurach na całym świecie (nie wliczając firm stowarzyszonych i partnerskich). Zakres usług świadczonych przez CBRE obejmuje: doradztwo strategiczne w zakresie inwestycji i wynajmu, usługi korporacyjne, usługi zarządzania nieruchomościami oraz projektami, administrację firm, bankowość hipoteczną, wyceny, usługi deweloperskie, usługi zarządzania inwestycjami oraz usługi konsultingowe i analityczne.

Aplikacje mobilne rewolucjonizują rynek usług taksówkarskich

Liczba użytkowników usług taksówkarskich nie maleje. Nic dziwnego, że na rynku są już dostępne aplikacje mobilne, dzięki którym taksówkę możemy zamówić i opłacić za pośrednictwem internetu, a po zakończonym kursie – ocenić kierowcę, który nas wiózł.

„Korzystanie z taksówek jest jednym z najszybszych i najwygodniejszych sposobów przemieszczania się po mieście. Taksówkarze mają przywilej poruszania się po pasach dla autobusów, dzięki czemu mogą unikać korków. Ponadto, jeśli jedziemy taksówką, pozbywamy się problemu z parkowaniem własnego auta” – mówi serwisowi infoWire.pl Krzysztof Urban, dyrektor zarządzający w firmie Mytaxi.

Z usług taksówkarskich najchętniej korzystają osoby w wieku od 30 do 40 lat. Zwykle są to biznesmeni oraz osoby, które chcą się dostać na spotkanie towarzyskie lub z niego wrócić. Najczęściej taksówkę zamawiamy w godzinach szczytu, a także w piątkowe i sobotnie noce, najrzadziej z kolei – w poniedziałki.

Wśród klientów coraz większą popularnością cieszą się aplikacje służące do zamawiania i opłacania kursów przez internet. „Żeby skorzystać z naszej aplikacji, wystarczy ją zainstalować oraz – jeżeli chcemy przez nią płacić – dodać kartę płatniczą i możemy zamówić kurs dwoma kliknięciami. Jeśli chodzi o kierowców, mogą z nami współpracować wszyscy licencjonowani taksówkarze w danym mieście, którzy spełnią nasze kryteria. Konieczne są podpisanie umowy i instalacja aplikacji na swoim telefonie” – informuje rozmówca.

Państwo nie pobierające podatku dochodowego

Zlikwidowanie podatku dochodowego nie jest pomysłem nowym. Co jakiś czas słyszymy o zniesieniu podatku za pracę. Co ważniejsze, im więcej zarabiamy, zazwyczaj jest to związane z posiadaniem większych kompetencji, tym większe koszty ponosimy. Wydaje się, że jest to jeden z najmniej sprawiedliwych podatków, które są odgórnie nakładane na obywateli. Jednak czy zniesienie tego podatku nie jest przypadkiem gotową katastrofa dla budżetu państwa, czy wręcz przeciwnie jest to bodziec, który rozrusza gospodarkę?

W 2015 roku zakładane dochody podatkowe mają wynieść około 269,8 mld zł.

  • Dochody z tytułu podatku VAT to około 134,6 mld zł. Stanowi to prawie 50% wszystkich wpływów z podatków.
  • Akcyza również stanowi bardzo dużą część dochodów. Zakładany jest wpływ w 2015 roku w wysokości 63,6 mld zł, co stanowi około 23% wpływów. Na końcu dopiero znajduje podatek dochodowy PIT oraz CIT.
  • PIT ma wynieść około 44,4 mld zł, co stanowi 16% wpływów.
  • CIT ma wynieść jeszcze mniej, bo jedyne 24,5 mld zł, czyli około 9%!

Z powyższych szacunków widać, że podatki dochodowe stanowią najmniejszą część dochodów. Jednak zlikwidowanie wpływów z tego tytułu trzeba czymś zastąpić. Od dawna rozmawia się o ujednoliceniu stawek VAT. Jedna stawka uszczelniłaby system i poprawiła ściągalność. W 2011 roku padł nawet konkretny pomysł wprowadzenia 18% stawki VAT, a wpływy z tego tytułu wyniosłyby 18 mld zł.

Podatek CIT stanowi najmniejszy procentowy wpływ do budżetu. Tajemnicą poliszynela jest unikanie przez międzynarodowe korporacje tego właśnie podatku. Zastąpienie go podatkiem przychodowym w wysokości 1% powinno uszczelnić system. Podatek ten jest dużo łatwiejszy do skontrolowania oraz dużo mniejszy od podatku CIT, ale obejmowałby wszystkie przedsiębiorstwa. W 2015 roku szacuje się, że przychody wszystkich przedsiębiorstw wyniosą 3 biliony zł, więc podatek wyniósłby około 30 mld zł.

Należy dodać, że część dodatkowych środków, które zostałyby w kieszeniach obywateli w związku z zlikwidowanie podatku dochodowego wróciłaby do budżetu w postaci VATu, ze względu na zwiększoną konsumpcję. Ponadto uproszczenie prawa podatkowego przyniosłoby oszczędności w aparacie skarbowym, ograniczenie szarej strefy, likwidacja umów śmieciowych, spadek bezrobocia, zwiększenie inwestycji itd. Co więcej, słusznie niektórzy eksperci zauważają, że dochody z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych pochodzą w znacznej części z sektora budżetowego. Państwo samo na siebie nakłada podatki, a i tak za chwilę te środki wypływają na chociażby wynagrodzenia. Dochody z tytułu stawki PIT mogą być de facto połowę mniejsze.

Rozwiązanie, choć może wydawać się rewolucyjne, ma sporo pozytywnych stron i przede wszystkim upraszcza ordynację podatkową. Państwo nie każe obywatela za jego ciężką pracę. Niemniej jednak wymaga to zmiany wielu przepisów oraz przede wszystkim wielkiej odwagi ze strony polityków. Zatem prawdopodobnie jeszcze długo przyjdzie nam płacić za wykonywanie pracy.

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 22.10.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Cyfryzacja europejskich banków napędza polski rynek pracy dla specjalistów IT

Cyfryzacja banków staje się kluczowym narzędziem w walce o udziały rynkowe – wynika z najnowszego raportu GFT Group, The Secrets of Digital Banking Success. Tym co skłania 90 proc. podmiotów do inwestowania w tym obszarze, jest zwiększenie lojalności i satysfakcji klientów. Jednak pomimo że 9 na 10 banków stworzyło bądź pracuje nad cyfrową strategią, jedynie 8 proc. wdrożyło kompleksowe rozwiązanie. Sprawną digitalizację hamuje nieodpowiednia struktura organizacyjna banków, trudności związane z integracją z dotychczasowymi systemami, a także brak wykwalifikowanej kadry. W rezultacie, pojawia się nisza dla specjalistów łączących kompetencje technologiczne i znajomość sektora finansowego. To szansa dla polskich programistów.

W pół drogi do cyfryzacji

Jak wynika z raportu GFT Group, większość graczy na europejskim rynku bankowym poczyniła już pierwsze kroki w kierunku cyfryzacji. 9 na 10 banków posiada lub pracuje nad strategią digitalizacji. Proces ten jest jednak daleki od ukończenia. Zaledwie 8 proc. ankietowanych przyznało, że udało im się sfinalizować wprowadzenie cyfrowych rozwiązań. Pozostali respondenci wśród najpilniejszych potrzeb, na pierwszym miejscu wymieniają zbudowanie platformy internetowej. Innymi obowiązkowymi elementami cyfrowej strategii jest oferowanie usług poprzez kanały mobilne, wielokanałowe sposoby dystrybucji oraz wdrożenie systemów umożliwiających działania marketingowe i podejmowanie decyzji w czasie rzeczywistym. Z kolei za kluczowe czynniki sukcesu strategii cyfrowej respondenci uznali spójność obsługi klienta we wszystkich kanałach, jakość usług i ich personalizację.

Walka z czasem i o klienta

Jak pokazuje badanie, szybka i sprawna cyfryzacja jest warunkiem koniecznym dla utrzymania udziałów rynkowych, zwłaszcza w świetle rosnącej konkurencji ze strony podmiotów pozabankowych, m.in. z sektora technologicznego (np. PayPal). Inwestycje w tym obszarze napędza przede wszystkim chęć zwiększenia satysfakcji i lojalności klientów. Taką motywację jako najważniejszą wymieniło aż 90 proc. uczestników badania. Dopiero na drugim miejscu znajduje się zwiększenie dochodów.
Obecnie banki znajdują się w fazie radykalnego przeformułowania swoich strategii. W przeszłości w centrum uwagi zawsze znajdował się produkt. Wszystkie struktury i procesy były nakierowane na stworzenie jak najbardziej rentownej oferty. W tej chwili ulega to zmianie – w centrum zostaje postawiony konsument, a także jego oczekiwania i potrzeby – komentuje Jurgen Gürner, szef marketingu GFT.

Jednak w drodze do szybkiej i sprawnej cyfryzacji banki napotykają szereg wewnętrznych barier, co sprawia, że proces ten rozciąga się w czasie. Niemal połowa decydentów (48 proc.) przyznała, że na całkowite wdrożenie cyfrowej strategii potrzebuje od 3 do nawet 5 lat, co jest znacznym okresem na tak dynamicznie rozwijającym się rynku.

Cyfrowa rewolucja napędza popyt na specjalistów

Wśród trzech największych barier digitalizacji wymieniane są nieodpowiednia struktura organizacyjna banków, trudności związane z integracją z dotychczasowymi systemami, a także brak wykwalifikowanej kadry. Dlatego pojawia się nisza dla specjalistów łączących kompetencje technologiczne i znajomość specyfiki funkcjonowania sektora bankowego. Banki potrzebują ich, by osiągnąć następny etap rozwoju. Mimo to, współpraca z zewnętrznymi dostawcami nie stała się jeszcze powszechną praktyką – tylko ok. 1 na 4 respondentów przyznaje, że jego bank współpracuje z firmą z sektora FinTech. Wyjątkiem jest rynek niemiecki, gdzie taka współpraca cieszy się większą popularnością. Okazuje się jednak, że przeważająca ilość firm (około 2/3), które już zdecydowały się na współpracę z zewnętrznymi organizacjami jest nią usatysfakcjonowana. – Cyfryzacja jest dla europejskich banków sposobem na utrzymanie przewagi konkurencyjnej, a co za tym idzie, nieodzownym etapem rozwoju. Jednak wewnętrzny brak kompetencji w instytucjach bankowych będzie w najbliższych latach generował popyt na usługi wykwalifikowanych specjalistów z sektora FinTech. Polska jako bardzo atrakcyjna lokalizacja nearshoringowa dla krajów europejskich ma szansę na tym skorzystać. Według raportu KPMG, już dziś nasz kraj jest najbardziej preferowaną w Europie i drugą na świecie lokalizacją dla outsourcingu usług IT. Zapotrzebowanie ze strony sektora finansowego będzie w najbliższych latach stymulować polski rynek pracy dla specjalistów IT. Poszukiwani będą zwłaszcza eksperci łączący wiedzę techniczną ze znajomością funkcjonowania sektora bankowego, którzy będą w stanie zaprojektować i wdrożyć cyfrowe rozwiązania – mówi Piotr Kania, Dyrektor Zarządzający GFT Polska.

Kolejnym źródłem rozwoju rodzimego rynku ICT jest postępująca cyfryzacja polskich banków. Według danych Związku Banków Polskich, na koniec pierwszego półrocza 2014 r. dostęp do bankowości internetowej miało ponad 23 mln osób, co oznacza, że w ciągu roku ich liczba wzrosła o przeszło 2 mln. Ponadto, z sierpniowych danych serwisu PRNews.pl wynika, że obecnie w Polsce około 4,3 miliona klientów banków aktywnie korzysta z bankowości mobilnej. Stanowi to około 27% klientów indywidualnych aktywnie korzystających z bankowości internetowej, a liczba ta zwiększa się co miesiąc o około 100 tys. Dane te pokazują, że rodzime instytucje finansowe powinny inwestować w rozwój nowoczesnych technologii aby utrzymać przewagę rynkową i wyróżnić się na tle konkurencji.

Co roku sieć zmienia ponad 1,2 mln osób. Jak wybrać najlepszą ofertę?

W pierwszych dziewięciu miesiącach tego roku sieć zmieniło ponad 1,2 mln osób, co dało wynik o 8 proc. większy niż w roku poprzednim – wynika z informacji zebranych przez portal Telepolis.pl. Tych zmian może być więcej, bo już niedługo rozpocznie się świąteczna gorączka zakupów.

– Tradycyjnie czwarty kwartał jest takim okresem „żniw”. Wtedy kupujemy prezenty, a jeżeli kupowaliśmy takie prezenty dwa lata temu to właśnie teraz wtedy wypada czas na przedłużenie umowy z operatorem komórkowym – mówi newsrm.tv Witold Tomaszewski, redaktor TELEPOLIS.PL – Wszyscy operatorzy mają teraz bardzo podobną ofertę jeżeli chodzi o usługi. To są z reguły abonamenty za 29, 39 złotych, które oferują rozmowy i SMSy bez limitów oraz pakiet transmisji danych. To są oczywiście ceny abonamentu bez telefonu.

To, że ceny usług są podobne nie oznacza, że ceny telefonów też kształtują się na podobnym poziomie. Różnice mogą wynieść nawet kilkaset złotych. Jeżeli szukamy konkretnego modelu, warto przejrzeć ofertę różnych operatorów.

Jak wynika z danych zebranych przez portal największym beneficjentem przenośności numerów od dwóch lat jest P4. Jednak w samym III kw. br. udział tego operatora w numerach przechodzących spadł do 42 proc. na korzyść Orange. Niestety ostatnie miesiące nie były udane dla T-Mobile, który nie tylko odnotował znaczną liczbę odejść swoich klientów, ale też miał poważne problemy z zainteresowaniem swoją ofertą klientów innych sieci.

Wybory też na Facebooku

Wybory i sprawy związane z polityką są bardzo ważne na Facebooku i są często omawianym tematem. Dlatego wprowadzamy w niedzielę guzik „jestem wyborcą”, który pozwoli użytkownikom na dzielenie się informacją o tym, że idą głosować, że byli głosować, czy też że chcą głosować. Jest to pewnego rodzaju działanie pro frekwencyjne – mówi newsrm.tv Jakub Turowski, Facebook.

Guzik „jestem wyborcą” pokaże się na newsfeedzie. Swoim wyglądem będzie nawiązywał do polskiej flagi. Będzie tam też napis jestem wyborcą. Po udostępnieniu informacja pokaże się na newsfeedzie wszystkich znajomych użytkownika.  – Informacja zachęca do udziału w wyborach. W szczególności jest to może ważne dla młodych wyborców. Osób, które po raz pierwszy idą głosować i którzy może skorzystają z tego guzika jako przypomnienia – dodaje Jakub Turowski.

Sama kampania wyborcza też coraz mocniej gości na portalach społecznościowych. Często używanym narzędziem były np. sesje pytań i odpowiedzi.

Jak nadchodzące wybory parlamentarne wpłyną na złotego?

Enrique Diaz- Alvarez, Dyrektor ds. Oceny Ryzyka w Ebury:

Podczas gdy polityka monetarna NBP zdaje się być  zdefiniowana na najbliższe miesiące, uwaga inwestorów skupia się teraz wokół niedzielnych wyborów parlamentarnych oraz ich potencjalnego wpływu na kondycję PLN.

Sondaże uległy dramatycznej zmianie po tym gdy w połowie maja wybory prezydenckie wygrał kandydat Prawa i Sprawiedliwości Andrzej Duda. Jeśli wierzyć właśnie przewidywaniom sondażowym, w najbliższą niedzielę zakończyć się może ośmioletni okres rządów Platformy Obywatelskiej. Biorąc jednak pod uwagę fakt, iż żadnej partii nie udało się zapewnić większości parlamentarnej po 1989 roku, oraz że partner koalicyjny może okazać się trudny do znalezienia, tak naprawdę najnowszy skład parlamentu nie jest jeszcze przesądzony.

Popularność partii PiS zdaje się rosnąć na fali przedwyborczych obietnic, które choć atrakcyjne, najpewniej okażą się bardzo kosztowne. Dla przypomnienia: wśród najważniejszych obietnic
PiS znajduje się̨ obniżenie wieku emerytalnego, dodatkowe zapomogi oraz podniesienie progu kwoty wolnej od podatku. Analitycy przewidują, że takie reformy będą̨ kosztować państwo około 50 – 200 miliardów złotych, co z kolei wywołuje obawy wśród inwestorów.

Do tej pory efekt wyborów na złotego był raczej ‘stłumiony’. Co prawda polska waluta straciła wobec euro w przeciągu ostatnich miesięcy, jednak PLN utrzymał w dużym stopniu swoją pozycję w stosunku do dolara, pomimo mieszanych odczytów napływających z polskiej gospodarki.

Kurs EUR/PLN (styczeń 2015 – październik 2015)

kurs eur

Kurs USD/PLN (styczeń 2015 – październik 2015)

kurs usd

Co czeka PLN po wyborach?

Rynki finansowe nie lubią niepewności, dlatego możliwa wygrana PiS najpewniej obniży wartość złotego tuż po 25 października. Dodatkową presję na walutę może wywołać przeciągający
się zazwyczaj proces tworzenia koalicji, jeżeli partii Jarosława Kaczyńskiego nie uda się zapewnić większości parlamentarnej.

Warto brać także pod uwagę fakt, iż PiS zadeklarowało potrzebę kilku tygodni aby ocenić jakie zmiany wygrana partia chciałaby wprowadzić. Pomimo tego, niektóre fakty i liczby są już znane
– wydatki na obronę narodową oraz politykę socjalną wyniosą około 2% PKB. Trudniejszy do obliczenia jest wpływ na budżet krajowy reform proponowanych przez PiS względem emerytur. Pomimo składanych obietnic, większość analityków spodziewa
się zderzenia z budżetową rzeczywistością przez polityków PiS; ponadto najnowsze podatki nałożone na większe sklepy oraz banki do pewnego stopnia pokryją koszty związane z reformami. Spodziewamy się, iż obietnice wyborcze PiS tak naprawdę wyniosą około 1% polskiego PKB i tym samym nie wpłyną znacząco na kondycję fiskalną kraju oraz nie będą miały długoterminowego wpływu na pozycję złotego.

Analizując wpływ wyborów na polską walutę w poprzednich
latach, wyniki miały zawsze krótkotrwały efekt. Wierzymy zatem,
iż złoty będzie zależny od innych czynników, takich jak polityka monetarna NBP, decyzja Rezerwy Federalnej w Stanach, oraz następne kroki które zdecyduje się podjąć Europejski Bank Centralny. Spodziewamy się̨ podwyżki stóp procentowych w USA najprawdopodobniej w grudniu bieżącego roku, natomiast Mario Draghi najpewniej w najbliższym czasie zadecyduje o przedłużeniu programu skupu europejskich aktywów. Te kroki zapewne wzmocnią dolara wobec większości walut gospodarek wschodzących, do których nadal zaliczany jest PLN. Polityka monetarna Europejskiego Banku Centralnego natomiast spowoduje osłabienie euro,
co oczywiście wpłynie na kurs wymiany szczególnie polskich eksporterów. Obecne osłabienie polskiego pieniądza jest szansą dla tych przedsiębiorców, którzy chcą zabezpieczyć poziom kursu EUR/PLN na nadchodzące kwartały.

3500 osób umiera przez elektrownie węglowe?

Energetyka węglowa co roku przyczynia się do ok. 3 500 przedwczesnych zgonów, zwiększa zachorowalność na schorzenia układu oddechowego i układu krążenia. Elektrownie wciąż otrzymują jednak dotacje, które przewyższają roczny budżet wszystkich polskich szpitali publicznych – alarmuje organizacja HEAL Polska zajmująca się wpływem zanieczyszczeń powietrza na zdrowie.

– Wiemy, że energetyka węglowa emituje zanieczyszczenia. Wiemy, że zanieczyszczenia wpływają na zdrowie – mówi newsrm.tv Łukasz Adamkiewicz, doradca ds. Węgla i Zdrowia HEAL – Okazuje się, że jeśliby porównać subwencje bezpośrednie w postaci, chociażby, wcześniejszych emerytur i także koszty zdrowotne, energetyka oparta na węglu kosztuje nas więcej niż rocznie wydajemy na szpitale.

Na dobrą sprawę jest to jeden z niewielu, można powiedzieć, że jedyny taki raport w Polsce, który ocenia nowoczesną energetykę – mówi Adamkiewicz o raporcie pt. „Subwencje dla energetyki węglowej a koszty zdrowotne. Studium przypadku projektu elektrowni Łęczna”. Podkreśla również negatywny wpływ zanieczyszczeń emitowanych przez elektrownie węglowe na zdrowie mieszkańców pobliskich terenów: „Elektrownie mniej więcej w Polsce funkcjonują 40 lat (…) i w ciągu funkcjonowania tej elektrowni, ona przyczynia się do ponad 500 przedwczesnych zgonów w poszczególnych regionach. W tym kontekście sytuacja najgorzej przedstawia się w województwie mazowieckim, a dokładnie w Warszawie.”

– Raport prezentuje również jednostkową kalkulację kosztów zewnętrznych dla planowanej na Lubelszczyźnie inwestycji budowy nowej elektrowni węglowej Łęczna. Koszt funkcjonowania tej 500 megawatowej elektrowni wynosi od 1,2 do prawie 4 miliardów złotych. Jeśli chodzi o koszt inwestycyjny to elektrownia będzie kosztowała 3 mld złotych, a jakbyśmy doliczyli do tego koszt zdrowotny to prawdopodobnie ta inwestycja by nie powstała. – podkreśla Łukasz Adamkiewicz, po czym stwierdza – Czy nowocześnie znaczy zdrowo? W przypadku elektrowni, niestety nie.

Jak wygląda kondycja rynku leasingu samochodów w Polsce, jakie są perspektywy na najbliższe miesiące, lata?

Wyniki rynku leasingu samochodów osobowych napawają optymizmem. Sprzedaż samochodów osobowych w Europie stale rośnie – wrzesień był 25 miesiącem z rzędu, w którym rosła sprzedaż samochodów. Według danych ACEA rejestracja wzrosła o 9,8% do 1,39 miliona pojazdów.

Również w Polsce segment ten notuje wzrosty rok do roku. Było to możliwe między innymi dzięki korzystnym przepisom dla leasingu aut z segmentu premium. Nowe  przepisy  w stosunku do poprzednio obowiązujących pozwalają bowiem na większe odliczenie VAT od wszystkich kosztów związanych z pojazdami o cenie netto powyżej 120 tysięcy złotych. Istotnym czynnikiem jest również możliwości odliczenia 50% VAT od paliwa samochodów służbowych używanych do tzw.  „celów mieszanych.”  Efektem jest  rosnąca liczba rejestracji pojazdów dla firm, której udział według ostrożnych szacunków wynosi około 65% całej sprzedaży samochodów do 3,5 t na rynku polskim.

Jednocześnie rynkowi sprzyja otoczenie makroekonomiczne. Zrównoważony wzrost gospodarczy, wzrost dochodów oraz  spadek bezrobocia napędzają popyt wewnętrzny, co bezpośrednio przekłada się na wzrost sprzedaży samochodów. Wyniki z września potwierdzają trend: sprzedano 27 255 pojazdów (wzrost o 15,7% rok do roku). Ostatnie prognozy dla rynku mówią nawet o wyniku 343 000 sprzedanych pojazdów osobowych i 54 000 pojazdów dostawczych na koniec bieżącego roku, co będzie miało odzwierciedlenie w wynikach branży leasingowej. Jak pokazują ostatnie analizy rynku, zmiany podatkowe oraz zaostrzenie przez banki polityki udzielania kredytów owocują znacznie większym zainteresowaniem klientów leasingiem. Dane za pierwsze półrocze roku 2015 pokazują, iż łączna wartość aktywnego portfela branży leasingowej jest porównywalna z wartością salda kredytów inwestycyjnych udzielonych firmom przez banki (80,4 mld PLN vs. 97,5 mld PLN). Jeżeli ostatni kwartał  nie przyniesie negatywnych niespodzianek dla gospodarki, takich jak eskalacja konfliktu na Ukrainie czy efektów tzw. „kryzysu migracyjnego” – wszystko wskazuje, iż rok 2015 będzie najlepszym dla leasingu samochodów w ostatnich latach.

Kolejny awans Cinkciarz.pl na liście największych firm w Polsce

“Rzeczpospolita” opublikowała czternastą edycję Listy 2000 Polskich Przedsiębiorstw. Spółka Cinkciarz.pl kolejny rok z rzędu awansowała. Tym razem na 26 miejsce w rankingu.

Na podstawie informacji zebranych przez redakcję wysłano ankiety do ponad 6 tys. firm, które w 2014 r. osiągnęły co najmniej 100 mln zł przychodów. W zestawieniu zaprezentowano wyniki 2 tys. przedsiębiorstw. Cinkciarz.pl zajął 26 miejsce. W stosunku do ub. roku awansował o dwie pozycje. Spółka zajęła także wysokie miejsce na liście przedsiębiorstw o najwyższych stopach zwrotu z aktywów. Tutaj Cinkciarz.pl znalazł się na 39 pozycji.

Serwis wymiany walut jest też najwyżej notowaną firmą w województwie lubuskim. Kolejny na liście jest żarski Kronopol, który uplasował się na 169 miejscu.

– Jesteśmy bardzo zadowoleni z wyników za 2014 r. Obroty w wysokości 8,4 mld zł to powód do dumy. Wytrwale pracujemy nad tym, aby dostarczać naszym klientom usług najwyższej jakości. Jak widać, przynosi to wymierne korzyści – komentuje Piotr Kiciński, wiceprezes Cinkciarz.pl.

Większość firm, znajdujących się na czołowych miejscach rankingu, należy do spółek Skarbu Państwa. Pierwsze miejsce w zestawieniu zajął PKN Orlen, kolejne Jeronimo Martins Polska. Na trzeciej pozycji znalazło się PGNiG SA. Cinkciarz.pl wyprzedza m.in. Pocztę Polską czy Polską Grupę Zbrojeniową.

– Dla przedsiębiorstw niezwykle istotny i widoczny w naszym rankingu eksporterów jest wzrost ich sprzedaży zagranicznej. Coraz więcej firm rusza ze swoimi towarami za granicę, zdobywa tam doświadczenie i staje do konkurencji z najnowocześniejszymi firmami Zachodu – komentuje ranking Paweł Jabłoński, zastępca redaktora naczelnego “Rzeczpospolitej”.

Czy EBC przerwie spadki na złotym?

Złotówka w dalszym ciągu gwałtownie traci. Zdaniem części komentatorów jest to strach przed realizacją obietnic wyborczych zarówno przez partię rządzącą jak i jej potencjalnego następcę. Z drugiej strony dzisiaj odbędzie się ważna konferencja prasowa EBC, która może odwrócić sytuacje na rynkach.

Kolejne deklaracje przodującej w sondażach przedwyborczych partii nie są najlepiej przyjmowane na rynkach. Wielu analityków obawia się, że nie są one do końca policzone. Z jednej strony słyszymy bowiem o zwiększeniu kwoty wolnej od podatku i ulgach, z drugiej strony o zwiększeniu dotacji sektorowych czy gwałtownym wzroście środków na inwestycje. Dotychczas złośliwi zauważali, że tego wszystkiego nie da się sfinansować podatkiem od hipermarketów i banków. Potencjalny sposób na sfinansowanie takich projektów podał pan Paweł Szałamacha. Jest to dążenie do 5% wzrostu gospodarczego. Gdyby ten projekt się udał faktycznie mielibyśmy więcej środków w budżecie na niektóre ekstrawagancje. Problem polega na tym, że ten parametr nie zależy od woli ustawodawcy i nie można go na sztywno wpisać do budżetu i kazać gospodarce o tyle urosnąć. Wątpliwości rynków budzi również pomysł wygenerowania przez NBP 350 mld złotych. Program miałby być wzorowany na projektach QE przeprowadzanych w strefie euro lub USA. Nie wiadomo czy skala tego przedsięwzięcia czy niska skuteczność programów w UE i USA budzi większy niepokój.

Jak na tę sytuację reagują waluty? W poniedziałek euro kosztowało 4,23 zł wczoraj osiągnęło 4,29 zł i nie jest powiedziane, że to już koniec tego ruchu. Podobnie wygląda również sytuacja na innych walutach. Frank dotarł do 3,95 zł, dolar zatrzymał się tuż przed 3,80 zł a funt osiągnął 5,85 zł. Wybory są oczywiście wskazywane jako główne źródło obecnego stanu rzeczy. Jest to z punktu widzenia rodzimego podwórka na pewno główny czynnik. Warto natomiast zwrócić uwagę na fakt, że dzisiaj odbędzie się posiedzenie EBC, wobec którego to analitycy jeszcze niedawno mieli spore nadzieje. Zdaniem wielu mogą paść dzisiaj deklaracje w sprawie kolejnego pakietu luzowania ilościowego. Skuteczność tych działań nie jest pewna, ale dostawa taniej gotówki na rynki strefy euro działa korzystnie na nasz region. Gdzieś w końcu zostaną zainwestowane te pieniądze, a poprzednie programy były kierowane w naszą stronę. W rezultacie gdyby doszło do deklaracji w sprawie programu powinno to wpłynąć korzystnie na notowania złotego, a może nawet odwrócić obecną niekorzystną tendencję.

Rano poznaliśmy dobre dane z Hiszpanii. Bezrobocie wyniosło jeden punkt procentowy mniej niż oczekiwania analityków. Taka informacja brzmi bardzo dobrze. Jest też druga część tej wiadomości, pomimo takiej poprawy wynosi ono 21,2%. Dzisiaj warto zwrócić jeszcze uwagę na następujące dane:

10:30 – Wielka Brytania – sprzedaż detaliczna,

14:30 – Strefa Euro – konferencja prasowa EBC,

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 22.07.2015 do 22.10.2015Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 22.07.2015 do 22.10.2015

Kurs EUR/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Po osiągnięciu maksimum na poziomie 4,2600, kurs kontynuuje wzrosty. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,2900 gdzie znajduje się nowe maksimum lokalne. W przypadku spadków kolejne wsparcie stanowi linia łącząca minima lokalne na 4,2100 a następnie minima w okolicach 4,1550-4,1600.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 22.07.2015 do 22.10.2015Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 22.07.2015 do 22.10.2015

Kurs CHF/PLN przeszedł w trend wzrostowy. Po przebicia testowanej linii oporu na 3,8950 kolejnym istotnym oporem są okolice 3,9500 gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,8650, a następnie ostatnie minimum, czyli 3,8090.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 22.07.2015 do 22.10.2015Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 22.07.2015 do 22.10.2015

Kurs USD/PLN Znajduje się w trendzie bocznym. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest linia łącząca ostatnie maksima na 3,8100. dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,6800.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 22.07.2015 do 22.10.2015Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 22.07.2015 do 22.10.2015

Kurs GBP/PLN podążał jeszcze w zeszłym tygodniu w krótkoterminowym trendzie spadkowym. Wczoraj doszło do wybicia i najbliższymi ograniczeniami dla wzrostu kursu są obecnie maksima lokalne na 5,8500. W przypadku spadków ważnym wsparciem jest 5,6600 czyli ostatnie minimum.

Z Zachodu do Polski. Apartament dla niezależnego seniora – nowy styl życia

Prowadzą kompleksowe centra dla seniorów na Zachodzie, teraz postanowili przenieść najlepsze praktyki na grunt Polski. Firma MD Nursing z potężnym deweloperem Angel Poland Group buduje sieć nowoczesnych centrów seniora i prezentuje nowy styl życia na emeryturze. Jak będzie funkcjonowało pierwsze w polskiej sieci Angel Care? Czym właściwie są apartamenty chronione?

MD-Nursing jest operatorem centrów opieki nad osobami starszymi o wysokim standardzie. Jej współzałożyciele – prof. Michael Davidson i prof. Shlomo Noy – mają doświadczenie w pracy naukowej oraz w opiece nad seniorami czy osobami chorymi na demencję. Najlepsze praktyki przenoszą teraz do Polski. Razem z potężną grupą deweloperską budują sieć Angel Care, kompleksowych centrów dla seniorów.

– To nowy styl życia, doceniony w krajach zachodnich, ale dotychczas nieznany w Polsce. Angel Care oznacza najwyższy poziom usług dla seniorów, a także opieki nad osobami z zaburzeniami, które pojawiają się z wiekiem – mówi Michał Kowalski, dyrektor generalny sieci Angel Care, której pierwszy ośrodek powstaje we Wrocławiu.

Seniorzy chcą być aktywni intelektualnie i fizycznie oraz spotykać się z rówieśnikami. Jednak nie zawsze jest to proste. Po pierwsze dlatego, że utrzymanie własnego domu lub mieszkania kosztuje sporo czasu i wysiłku. Z kolei korzystanie z oferty różnych aktywności (jak fitness, taniec czy nawet wyjście do kina lub teatru) oraz realizacja własnych zainteresowań bywają utrudnione na przykład ze względu na odległość od centrum miasta
i trudny dojazd.

Wszystko to powoduje, że nawet sprawni i aktywni seniorzy wolą żyć w komfortowym mieszkaniu, które nie będzie wymagało wspinaczki po stromych schodach, cieszą się z pomocy przy zakupach czy drobnych naprawach. Coraz większe znaczenie przywiązują do bezpieczeństwa, na przykład udogodnień w łazience, szerokich przejść, braku progów, windy itp. Chętnie wybierają też takie miejsce i sposób życia, dzięki którym unikają samotności.

– Dlatego przychylnie patrzą na apartamenty chronione. To nowy styl życia seniorów, którego do tej pory nie było w Polsce. Osoby starsze, lecz wciąż aktywne, żyją tutaj bez stresu, otoczeni kompleksowymi usługami i rówieśnikami o podobnych zainteresowaniach – dodaje Michał Kowalski.

Aktywny seniorApartament to usługi

Zainteresowanie nowym stylem życia w kompleksowym centrum seniora potwierdzają wyniki, a także plany inwestora. – Im bliżej zakończenia realizacji Angel Care, tym bardziej zainteresowanie się zwiększa. Planujemy budowę sieci kompleksowych centrów Angel Care. Seniorzy z Polski i innych młodych krajów Unii Europejskiej zasługują na nowoczesne ośrodki. Rodzi się nowy trend, który wyznaczają polscy seniorzy  – mówi Michał Kowalski. Ale czym właściwie różni się apartament chroniony Angel Care od tradycyjnego mieszkania?

Komfort gwarantują usługi dodatkowe. Na życzenie przygotowywane będą zdrowe posiłki, apartament będzie regularnie sprzątamy oraz zaopatrywany w bieliznę pościelową i ręczniki. Istnieje możliwość korzystania z usług indywidualnego opiekuna, zrobienia zakupów na życzenie i realizacji innych zleceń.

Mieszkańcy mogą liczyć również na wiele aktywności, które podnoszą jakość życia i zapewniają szczęśliwe starzenie się. Będą mieli dostęp do pomieszczeń wspólnych, w których mogą rozwijać swoje zainteresowania
i zawierać znajomości. Przykłady? Pokoje spotkań na każdym piętrze, biblioteka, sala fitness, tematyczne wieczory filmowe lub z muzyką, ciekawe wykłady, wycieczki za miasto, gry towarzyskie, pracownia działań twórczych czy zielony ogród na dziedzińcu, miejsce spacerów i relaksu.

– To przyjazne środowisko, w którym seniorzy znajdą towarzystwo i unikną samotności, która jest częstą przyczyną depresji w starszym wieku – mówi prof. Shlomo Noy, ceniony w świecie geriatra i współzałożyciel Angel Care. – Mieszkańcom zapewniamy warunki do podejmowania aktywności fizycznej, intelektualnej, a także społecznej. To główne czynniki wpływające na poczucie szczęścia w życiu.

Najważniejsze jest bezpieczeństwo. Opieka medyczna przez całą dobę

Apartament chroniony jest wykończony w wysokim standardzie, budynek z nowoczesnymi technologiami monitorowany i bezpieczny, w dodatku zlokalizowany w centrum miasta, co ułatwia codzienne funkcjonowanie. To wszystko może jeszcze spełnić zwykłe mieszkanie. Trudniej będzie o zniesienie wszystkich barier architektonicznych, jak progi, schody, brak poręczy itp., ale to jeszcze jest możliwe. Prawdziwą wartością dodaną apartamentów chronionych będą usługi, które zapewnią największy komfort życia, a także spokój i brak stresu. To także ma ogromne znaczenie dla szczęśliwego starzenia się.

Każde pomieszczenie apartamentów w Angel Care zostanie wyposażone w nowoczesny system instalacji przywoławczej. Dzięki niemu dyżurujący na korytarzu personel medyczny otrzymuje sygnał od mieszkańca i może błyskawicznie zjawić się na miejscu. To niemożliwe do zrealizowania w mieszkaniu, gdzie zwykły upadek może spowodować może doprowadzić do złamania i unieruchomienia na wiele godzin, zanim ktoś zjawi się z pomocą. Angel Care zapewnia też dostęp do lekarzy specjalistów, np. geriatrów, ortopedów czy psychologów.

W apartamencie chronionym drobne naprawy i remonty wykona serwis Angel Care. Dlaczego to takie ważne? Wiele z prac domowych grozi upadkiem – mycie okien, mycie podłóg, zawieszanie firanek, sięganie po rzeczy znajdujące się w zawieszonych wysoko szafkach – w Angel Care zostaną wykonane przez personel, więc nie ma obaw o zrobienie sobie krzywdy. Poza tym nie będą to ludzie obcy, co ma znaczenie dla bezpieczeństwa. Dzięki temu senior nie musi się także obawiać nierzetelnych lub nieuczciwych fachowców, na przykład zawyżających kwoty napraw.

Szczęśliwe życie. Nie rezygnować z aktywności

Angel Care to pierwsze w Polsce tak kompleksowe centrum seniora. Powstaje we Wrocławiu przy ul. Dyrekcyjnej. 48 apartamentów chronionych (jedno lub dwuosobowych) przeznaczonych jest dla samodzielnych i aktywnych seniorów. W każdym znajdzie się w pełni wyposażony aneks kuchenny z lodówką, płytą grzejną i czajnikiem elektrycznym, a także łazienka dostosowana do potrzeb seniora (bezprogowe prysznice z siedziskami, poręcze, meble z koszami cargo na bieliznę).

– Jestem zdania, że należy pogodzić się ze starzeniem, ale nie rezygnować z aktywności. Według badań wiek 60-80 lat to najszczęśliwszy okres ludzkiego życia. Warto wtedy ułatwić sobie wiele spraw, zapewnić bezpieczeństwo i brak stresu. W tradycyjnym mieszkaniu to bardzo trudne do osiągnięcia, w apartamencie chronionym to pewność – mówi prof. Shlomo Noy.

Dyrekcyjna_wizualizacja tylu budynku

Faktoring sposobem finansowania należności i zobowiązań … przed terminem płatności i wymagalnych

Portfel MSP to nie tylko należności, ale i zobowiązania. Jest szansa na poprawę dostępu do kredytów dla małych i średnich przedsiębiorstw. Rozwija się faktoring, a wraz z nim oczekiwania przedsiębiorców względem banków i faktorów. Na co powinny się przygotować instytucje finansujące? Na kompleksową obsługę całego portfela firmy, począwszy od należności, po zobowiązania.  

Jesienna akcja kredytowa w segmencie MSP

Przedsiębiorstwa MSP nazywamy motorem gospodarki bo odpowiadają za 50 proc. PKB. Mimo dużego znaczenia tego sektora restrykcyjna polityka kredytowa banków oznacza dla blisko połowy małych i średnich przedsiębiorców brak szans na pozyskanie kredytu. NBP podaje, że tej jesieni możemy się spodziewać łagodzenia przez banki polityki kredytowej w segmencie długoterminowych kredytów dla MSP, a co za tym idzie wzrostu popytu na kredyty dla przedsiębiorstw. Tymczasem, w naszym kraju z każdym rokiem zyskują na znaczeniu alternatywne sposoby finansowania biznesu. Przykładem jest polski faktoring – najszybciej rosnący rynek, zarówno w skali Europy, jak i świata. Zgodnie z danymi Polskiego Związku Faktorów firmy zrzeszone odnotowały na koniec III-go kwartału ponad 17 % wzrost w stosunku do tego samego okresu roku ubiegłego. Dwucyfrowa dynamika wzrostu w akwizycji tej usługi utrzymuje się od wielu lat.

Faktoring zamiast kredytu, finansowanie należności, czy coś więcej?

Dla części firm faktoring był dotąd alternatywą dla kredytu bankowego, w związku ze wspomnianymi trudnościami w jego pozyskaniu. Obecnie coraz więcej może sobie pozwolić, aby zdywersyfikować źródła finansowania i traktować go jako dodatkowe źródło gotówki, tym bardziej, że  nie obniża on zdolności kredytowej firmy. Jak w związku z tym będzie się rozwijał rynek usług finansowych dla przedsiębiorstw?  Wraz z coraz lepszą ofertą finansowania dedykowaną dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw rosną ich oczekiwania względem instytucji finansujących. Finansowanie faktoringowe polega na tym, że firma faktoringowa wypłaca przedsiębiorcy do 90 proc. wartości przekazanych do finansowania należności przed terminem płatności. To rozwiązanie pozwala poprawić płynność finansową przedsiębiorstwom prowadzącym sprzedaż z odroczonym terminem płatności, ale rzadko rozwiązuje wszystkie kłopoty firmy.

Firmy oczekują również finansowania własnych zobowiązań

Pozostaje pytanie co ze zobowiązaniami własnymi przedsiębiorstwa? Firmy poszukują kompleksowych rozwiązań, które polegałyby na zarządzaniu całym portfelem, zarówno po stronie należności, jak i zobowiązań. Odpowiedzią jest między innymi tzw. faktoring odwrotny, w ramach którego firma faktoringowa finansuje zobowiązania klienta wobec jego dostawców. Instrument ten w Pragma Faktoring jest produktowo łączony z faktoringiem klasycznym, ale w istocie ma więcej wspólnego z pożyczką. W przypadku faktoringu odwrotnego źródłem spłaty jest sam klient faktoringowy, a nie rozproszony portfel odbiorców jak w przypadku tradycyjnego faktoringu. Z tego też powodu w ofercie tej pozabankowej spółki faktoring odwrotny jest raczej dostępny jako usługa dodatkowa dla klientów korzystających np. z faktoringu klasycznego lub eksportowego. W ten sposób firmy faktoringowe premiują swoich stałych klientów. Usługa ta stanowi duże wsparcie szczególnie w firmach, w których występuje niewspółmierny cykl rotacji do zobowiązań, czyli tych które muszą płacić swoim dostawcom szybciej niż same otrzymają zapłatę od odbiorców.

Przed terminem i po terminie płatności

Faktoring klasyczny nie rozwiąże również problemów z przeterminowanymi należnościami, choć  w dużym stopniu ogranicza ich powstanie. Faktorzy przed przyjęciem do finansowania danego odbiorcy weryfikują jego sytuację finansową i rzetelność płatniczą, a następnie prowadzą monitoring płatności, ale to dotyczy tylko finansowanych należności. Z różnych danych wynika, że w zależności od branży z problemem nieterminowo regulowanych należności, prym niezmiennie wiedzie budowlanka i transport, spotkało się od 30 do blisko 50 proc. polskich przedsiębiorców. Wynika z tego, że przedsiębiorcy oczekują od instytucji, że sfinansują również faktury, na których termin płatności został przekroczony. Na przeciw tym oczekiwaniom wychodzi Pragma Faktoring, która może oferować takie rozwiązania dzięki temu, że posiada w Grupie kapitałowej spółkę windykacyjną. Samo finansowanie należności wymagalnych polega bowiem najczęściej na tym, że są one odkupowane za gotówkę z pewnym dyskontem od przedsiębiorcy – wierzyciela. Dzięki połączeniu ofert spółki z Grupy Pragma są w stanie zaoferować przedsiębiorcom z sektora MSP kompleksowe rozwiązanie problemów po stronie należności oraz zobowiązań, zarówno tych niewymagalnych, jak i wymagalnych.

Grzegorz Pardela – Dyrektor Handlowy, Członek Zarządu Pragma Faktoring SA

Dlaczego w energetyce nie ma „koników”?

Pojęcie „konika” jest wszystkim doskonale znane z okresu PRL-u. Od takiej osoby, zawsze można było zakupić bilet na wydarzenie kulturalne czy inny towar deficytowy.  Dlatego też, można zastanawiać się dlaczego „koników” nie spotyka się dziś w sektorze energetycznym. Przecież ich działanie to również czysta ekonomia polegająca na pojawianiu się przedsiębiorczych ludzi i firm w chwilach czasowego braku danego towaru (energii). Wydawałoby się, że rynek energetyczny to wręcz wymarzone miejsce dla „konika”. Dlaczego tak jednak nie jest?

Warunki, w jakich doskonale odnajduje się „konik” to doskonały rynek dla szybkiej spekulacji, a przede wszystkim, zmagazynowania i potem upłynnienia deficytowego towaru. Pierwszym problemem jaki się pojawia jest magazynowanie. Rynek energii jest różny od wszelkich rynków dóbr materialnych, ponieważ jest rynkiem natychmiastowym.

Analizując dobowy wykres zapotrzebowania na energię okazuje się, że musimy o prawie 30% zmieniać poziom produkcji od szczytów do dolin nocnych. Problemy z niedomiarem
w sytuacjach zapotrzebowania, w bardzo sposób możemy zniwelować zmagazynowaną energią (której przecież jest w nadmiarze w rezerwach produkcyjnych w innej części dnia).

Konwencjonalne i znane metody, czyli elektrownie szczytowo pompowe ograniczone są
z uwagi na konieczność posiadania wysokiego spadku dla sztucznego jeziora. Co więcej, wszystkie inne metody mają jakieś wady i ograniczenia i na dzień dzisiejszy nie dają przełomu w tej materii, pomimo licznych testów i badań.

Istotną kwestią, jest szeroko rozumiana technologia, która w kwestii magazynowania energii ma wiele do powiedzenia. Począwszy od układów bateryjnych (gigantyczne akumulatory, ale dziś największe instalacje to kilka mln MWh) poprzez koła zamachowe (pytanie o ilość magazynowanej energii), superkondensatory, układy nadprzewodników, aż po różnego rodzaju układy z ogniwami paliwowymi lub instalacji z magazynowaniem sprężonego powietrza. Ponadto, można wyróżnić akumulatory ciepła (EC Siekierki w Warszawie lub EC w Białymstoku) jako element magazynowania energii cieplnej przy generacji skojarzonej. Jednakże wciąż brakuje rozwiązań technologicznych, a przede wszystkim masowej produkcji sprawdzonego rozwiązania i dobrej ceny za magazyn. Masowe powielenie rozwiązania
i korzystna cena mogą się sprawdzić w mniejszych przydomowych instalacjach pod warunkiem, że pomysły Tesla Motors (domowe magazyny energii PowerWall) przebiją się cenowo lub też jeśli konkurencja odpowie czymś jeszcze tańszym. Niemniej jednak energetyka zawodowa wciąż czeka na rewolucję w postaci prostego i skutecznego rozwiązania.

Tanio zmagazynowana energia ze źródeł odnawialnych to rodzaj biletów w kieszeni naszego znajomego „konika” – w uproszeniu – tanio kupione spod lady u zaprzyjaźnionej kasjerki bilety, sprzedawane z krociowym zyskiem. Podobnie gwarantowana i subsydiowana w FiT zielona energia, produkowana zgodnie z warunkami pogodowymi, może być rzucona na rynek szczytowego zapotrzebowania i w ten sposób położyć kres klasycznym instalacjom
i przynieść wysokie zyski.