Czy deweloperzy budują teraz większe mieszkania?

Czy widoczne jest zainteresowanie większymi mieszkaniami? Czy w ofercie deweloperów nadal dominują lokale kompaktowe? Jak zmieniają się preferencje, jeśli chodzi o wielkość mieszkań. Opinie deweloperów na ten temat prezentuje portal nieruchomości Dompress.pl.

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp

Metraż mieszkań zależy od charakteru inwestycji. Te zlokalizowane w centrach miast przyciągają głównie inwestorów kupujących mieszkania na wynajem. Są oni zainteresowani lokalami o mniejszej powierzchni, charakteryzującymi się kompaktowym i funkcjonalnym rozkładem. Takie mieszkania oferujemy na przykład w doskonale zlokalizowanej krakowskiej inwestycji 5 Dzielnica, gdzie ponad 70 proc. oferty stanowią lokale 1 i 2-pokojowe.

W przypadku projektów wybieranych przez klientów, poszukujących mieszkań dla siebie, widzimy wzrost zainteresowania większymi metrażami. Jest to związane przede wszystkim ze zwiększoną zdolnością nabywczą kupujących, która jest między innymi efektem kolejnych obniżek stóp procentowych. W naszej ofercie posiadamy projekty, w których udział mieszkań 2 – 4 pokojowych z 30 proc. w pierwszym etapie budowy inwestycji wzrósł do ponad 50 proc. w kolejnej. Stanowi to odpowiedź na obecne potrzeby klientów.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Średnia powierzchnia mieszkań zmienia się. Klienci powoli wymieniają pierwsze mieszkania na większe, a osoby kupujące swoje pierwsze mieszkania częściej wybierają dwa pokoje niż kawalerki. W segmencie trzypokojowym natomiast królują lokale kompaktowe, o mniejszym metrażu. Mieszkania o powierzchni powyżej stu metrów to rynek wymagającego klienta, poszukującego zazwyczaj docelowego lokalu. W każdej inwestycji z dużą uwagą projektujemy mieszkania dla tej grupy osób i rozkładowe lokale na ogół szybko znajdują nabywców. Zainteresowanie tego typu mieszkaniami dobrze obrazuje uruchamiany przez nas kolejny etap warszawskiego projektu Kolska od Nowa:). W przypadku tej inwestycji duże zainteresowanie klientów największymi lokalami, budowanymi w pierwszym etapie osiedla, skłoniło nas do rozszerzenia tej oferty.

Tomasz Sznajder, wiceprezes zarządu Polnord

Podążamy za gustami i potrzebami naszych klientów, a te jasno pokazują, że już od kilku lat w centrum zainteresowań znajdują się lokale o powierzchni do 60 m kw. Takie mieszkania można znaleźć we wszystkich naszych inwestycjach: od Trójmiasta i Szczecina, przez Olsztyn, Łódź, aż po Warszawę. Zmiany upodobań klientów idą w nieco innym kierunku niż powierzchnia. Dziś nabywcy dużą wagę przywiązują do otoczenia inwestycji. Klientom zależy na bliskości terenów zielonych, własnym tarasie, czy ogródku. Cenią sobie bezpieczeństwo, oczekując od dewelopera zastosowania odpowiednich rozwiązań. Przede wszystkim jednak chcą, aby ich mieszkanie było wyjątkowe, dlatego chętnie samodzielnie aranżują wnętrze. Taką możliwość mają m.in. w osiedlach: City Park Łódź, Brama Sopocka w Gdyni, 2 Potoki w Gdańsku, czy Śródmieście Wilanów w Warszawie.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Wielkość sprzedawanych przez nas lokali zwiększa się średnio o 2 proc. rocznie. Nadal jednak do najchętniej kupowanych nieruchomości należą dwupokojowe mieszkania o powierzchni ok. 45 m kw. i takie stale wprowadzamy do naszej oferty. To najbardziej popularny typ mieszkania wśród zarówno wśród osób dokonujących zakupu w celach inwestycyjnych, jak i kupujących swoje pierwsze M.

Magdalena Rurarz, dyrektor działu sprzedaży i marketingu Victoria Dom

Nie obserwujemy dużej zmiany jeśli chodzi o preferencje klientów dotyczące powierzchni mieszkań, choć na strukturę oferowanych lokali w nowych projektach niewątpliwie wpływ ma program dopłat do kredytów Mieszkanie dla młodych. Daje się zauważyć niewielki wzrost zapytań o większe mieszkania 3 i 4 pokojowe.

Marcin Zaremba-Śmietański, główny analityk i członek zarządu operacyjnego w Grupie Deweloperskiej GEO

Ostatnie lata przyniosły znaczące zmiany w strukturze oferowanych lokali. Średni metraż mieszkań uległ redukcji z ponad 50 m kw. do 45 – 48 m kw. Nie towarzyszyło temu jednak zmniejszenie średniej liczby pomieszczeń. W praktyce zmiany te oznaczają projektowanie coraz mniejszych pokoi. Sypialnie o metrażu 8 – 9 m kw. powoli stają się standardem, podobnie jak łączenie salonu z otwartą kuchnią – tzw. aneksem, co pozwala zamknąć oba pomieszczenia na przestrzeni do 20 m kw.

Zmiany te wynikają z potrzeb i oczekiwań klientów oraz ich możliwości finansowych. Mieszkanie 2-3 pokojowe można dziś kupić taniej niż kilka lat temu, bo jego metraż jest mniejszy. Rodziny mogą teraz łatwiej stać się właścicielami trzypokojowych mieszkań. Są one nieco mniejsze, ale rekompensuje to niższa cena oraz możliwość ulokowania dzieci w osobnych pokojach.

Zuzanna Kordzi dyrektor ds. handlowych w ECO-Classic

Tworząc założenia dotyczące projektu opieramy się na obserwowanych trendach panujących na rynku. Większa dostępność kredytów sprawia, że klienci mogą pozwolić sobie teraz na większy metraż.

W latach kryzysu w przypadku mieszkań dwupokojowych poszukiwane były metraże do 40 – 45 m kw., a trzypokojowych do 55 – 65 m kw. Wcześniej w czasach „boomu frankowego” kupowane były mieszkania dwupokojowe, które miały metraż 50 – 60 m kw. i trzypokojowe o powierzchni 70 – 80 m kw. Obecnie klienci znów nastawiają się  na większe i wygodniejsze mieszkania.

Prócz większej dostępności kredytów istotną rolę odgrywa również stabilna sytuacja gospodarcza, w takiej atmosferze klienci decydują się również na dużo większe lokale. W trudniejszych latach deweloperzy rezygnowali z projektowania mieszkań 4 pokojowych i większych co spowodowało, że tego typu lokale prawie zniknęły z oferty. Obserwując te prawidłowość w ostatnim etapie inwestycji Hubertus na warszawskim Mokotowie zdecydowaliśmy się na zaprojektowanie dwukrotnie większej ilości mieszkań 4 i 5 pokojowych niż w poprzednim etapie i jak się okazało była to słuszna decyzja.

Lidia Fedorczuk, menedżer sprzedaży w Atlas Estates

Aktualnie planujemy rozpoczęcie dwóch nowych projektów inwestycyjnych w Warszawie. Jeden powstanie na Woli przy ul. Nakielskiej, a na Żoliborzu rozpoczniemy realizację drugiego etapu Apartamentów przy Krasińskiego. W obydwu przypadkach zmniejszyliśmy średnią powierzchnię mieszkań, tak aby każdy lokal był atrakcyjny cenowo i funkcjonalny, ponieważ kompaktowość jest aktualnie najbardziej poszukiwaną cechą mieszkań różnych typów.

Nadal najbardziej popularne są dwójki do 45 m kw. Zauważamy jednak, że w porównaniu z poprzednimi latami optymizm konsumentów wzrósł, a koszt kredytu spadł, co sprawia, że zainteresowanie 3 pokojami w rozsądnym metrażu jest dziś większe. W odróżnieniu od osiedli wprowadzanych na rynek kilka lat temu postawiliśmy więc bardziej na mieszkania trzypokojowe, które w obu planowanych projektach będą stanowić 37 – 38 proc. oferty.

Urszula Hofman, reprezentująca Grupę Inwest

Na warszawskim rynku największym zainteresowaniem cieszą się dwupokojowe mieszkania o powierzchni ok. 40 m kw. Dla klientów większe znaczenie od metrażu mieszkania ma ilość pokoi, czy też możliwa do uzyskania ilość pokoi. Chodzi o lokale, w których na danej powierzchni można uzyskać większą ilość pokoi. Podczas projektowania staramy się, aby średnia powierzchnia mieszkań była jak najmniejsza.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor pionu marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Nasze doświadczenie z kilku ostatnich lat pokazuje, że klienci najbardziej zainteresowani są mieszkaniami o powierzchni do 60 m kw., dlatego w ponad 60 procentach tego typu lokale zajmują nasze inwestycje. Obserwujemy również tendencję związaną z  gospodarowaniem przestrzenią w mieszkaniach. Dotyczy to lokali nabywanych w początkowej fazie budowy, kiedy najłatwiej jest wprowadzić zmiany układu pomieszczeń w mieszkaniu według potrzeb nabywców. Taką możliwość klienci mają wybierając lokale w ramach drugiego etapu inwestycji Zielona Dolina na warszawskiej Białołęce, czy trzeciego etapu Bliskiej Woli przy ulicy Kasprzaka.

Marta Jagłowska, Marketing Manager w firmie Marvipol

W ostatnim czasie obserwujemy liczne zmiany na rynku, w tym większe zainteresowanie mniejszymi mieszkaniami o dobrych układach, gdzie na niewielkim metrażu można wydzielić kilka pokoi. Wchodząca właśnie do sprzedaży inwestycja Lake Park Apartments położona na warszawskim Służewcu została zaprojektowana w taki sposób, aby spełniała oczekiwania klientów. Stąd w ofercie dostępne są kawalerki o powierzchni 31 m kw., czy mieszkania dwupokojowe o metrażu nie przekraczającym 40 m kw.

Jarosław Jankowski, prezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Duża konkurencja na rynku mieszkaniowym oraz zmieniające się preferencje klientów wymagają od deweloperów szybkiego reagowania na nowe trendy. Obecnie, jedynie projekty skrojone zgodnie z oczekiwaniami nabywców mogą odnosić sukcesy. Dlatego też, planując realizację kolejnych etapów naszych inwestycji, bardzo szczegółowo analizujemy sprzedaż w już uruchomionych fazach oraz opinie i zapytania ze strony klientów. Dzięki takiemu modelowi działania m.in. dostrzegliśmy, że wzrosło zainteresowanie większymi mieszkaniami wśród osób poszukujących lokali na warszawskiej Woli, w rejonie ulicy Jana Kazimierza. Dlatego w kolejnych etapach Miasta Wola i Stacji Kazimierz znalazło się w ofercie więcej takich mieszkań.

Wojciech Stisz, reprezentujący firmę Barc Warszawa S.A. 

W inwestycjach z segmentu popularnego nie projektujemy już kawalerek. Zastąpiły je małe dwójki o metrażu trzydziestu kilku metrów. W Warszawie poszukiwane są nadal ekonomiczne oferty, a redukcja powierzchni mieszkań pozwala obniżyć cenę całkowitą lokali. Dlatego w kolejnym etapie inwestycji Tarasy Dionizosa usytuowanej na warszawskiej Białołęce w ofercie znalazły się w większości mieszkania kompaktowe, które wciąż cieszą się dużym zainteresowaniem klientów.

Autor: Kamil Niedźwiedzki

PMI dla przemysłu Polski najniższy od roku

Maciej Przygórzewski - główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

Wydawać by się mogło, że operacje wojskowe zawsze powodują zamieszanie na rynkach walutowych. Jak widać nie zawsze i rosyjska interwencja w Syrii na razie przebiega spokojnie. Słabsze dane poznaliśmy zarówno z Polski, jak i z Chin.

Poznaliśmy odczyt PMI dla przemysłu Polski. Wyniósł on co prawda powyżej 50 pkt, czyli symbolicznej granicy oddzielającej recesję od wzrostu, ale był najniższy od roku. Wskaźnik powstaje na podstawie ankiet, dlatego też nie musi od razu oznaczać pogorszenia sytuacji a jedynie spadek optymizmu menadżerów biorących w niej udział. Nie zmienia to faktu, że indeksy PMI traktowane są jako ważne barometry w gospodarce i często pozwalają przewidywać rozwój przyszłych wypadków. Gospodarce wciąż ciążą niskie ceny surowców, które doprowadziły do spadku ogólnego poziomu cen. Z drugiej strony niskie ceny surowców obniżają koszty funkcjonowania przedsiębiorstw.

W Chinach indeks PMI dla przemysłu wypadł lepiej od oczekiwań ale to tylko dlatego, że analitycy oczekiwali jeszcze większych spadków. Gospodarka chińska zwalnia, co jest faktem, pozostaje pytanie w jakim tempie będzie się teraz rozwijać. Nawet pesymistyczne prognozy nie przewidują recesji, ale nawet jak w tym roku licznymi pakietami stymulującymi uda się dowieźć upragnione 7% wzrostu gospodarczego to w kolejnych latach ten wynik jest już chyba po za zasięgiem Państwa Środka. Jest to najniższy poziom od ponad 6 lat. Rynki nie reagują na razie zbytnio na te dane, gdyż chińska giełda ma dzień wolny. Wszakże mamy już 66 rocznicę proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej. Nie jest to najlepsze tło dla świętowania.

Rosja rozpoczęła działania bojowe w Syrii. Siły rosyjskie walczą z państwem islamskim i wspierają reżim Baszara el-Asada. Wydawać by się mogło, że zaangażowanie się światowego mocarstwa w otwarty konflikt militarny, i to zdaniem wielu analityków skazany na porażkę, powinno odbić się szerokim echem na rynkach. Inwestorzy wcale jednak nie uciekają od aktywów ryzykownych. Rubel jest dzisiaj najdroższy od ponad miesiąca. Waluty naszego regionu osłabiły się do dolara, ale jest to efekt ruchów na głównej parze walutowej, na której ponownie dolar umacnia się względem euro.

Wczorajsze dane z Wielkiej Brytanii negatywnie zaskoczyły rynki. Wzrost gospodarczy zwolnił mocniej niż oczekiwali analitycy Poznaliśmy dane na temat zmian cen. Deflacja w Polsce, która miała być tylko przejściowym zjawiskiem wynosi w wyniku kryzysu na rynku surowcowym aż 0,8%. Dobre dane nadeszły z USA. Lepiej od oczekiwań wypadł raport na temat zatrudnienia i to on umacniał dolara względem euro.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane:

  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 16:00 – USA – Indeks PMI dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Marek Kondrat rozwija winny biznes

Znany aktor rozwija swoją sieć Kondrat Wina Wybrane. Do sklepów winiarskich w największych miastach Polski właśnie dołączył bar winny w Krakowie – BARaWINO. Klienci znajdą w nim wina z całego świata oraz przekąski od lokalnych producentów.

Marek Kondrat pierwszy sklep otworzył w Warszawie w 2012 roku. Później rozwijał sieć franczyzową, która rozrosła się do siedmiu sklepów w największych miastach w Polsce: Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Przemyślu, Katowicach, Bydgoszczy, Gliwicach.

Teraz rozpoczął nowy etap swojej działalności. W Krakowie przy ulicy Mostowej 1 powstał lokal pod szyldem BARaWINO. Miejsce pomysłem, wystrojem i atmosferą nawiązuje do francuskich bar-à-vin – jest połączeniem sklepu i baru winnego. To drugi sygnowany przez aktora lokal w Krakowie. Pierwszym jest sklep Kondrat Wina Wybrane przy ulicy Dolnych Młynów 9.

BARaWINA / BARaWINO W Krakowie przy ulicy Mostowej 1
BARaWINO W Krakowie przy ulicy Mostowej 1

Etykiety, które staną na półkach BARaWINA, zostały wybrane podczas winnych podróży Marka Kondrata. W ofercie dostępne są starannie wyselekcjonowane produkty od producentów między innymi z Francji, Włoch, Hiszpanii, Niemiec, Izraela, Chile, Polski.

Wszystkie propozycje charakteryzują przystępne ceny, rozpoczynające się od 4 zł za kieliszek. Oferta lokalu to również ciepłe napoje, oranżady, świeże soki, a także drobne przekąski od lokalnych dostawców, między innymi bundz, oscypek, obwarzanki i chleb z krakowskiej „Piekarni Mojego Taty”.

Kondrat Wina Wybrane Marek Kondrat
Marek Kondrat

Poszerzenie działalności to odpowiedź na rozwój rynku w Polsce. Według badań KPMG od 2004 roku sprzedaż win gronowych w Polsce wzrosła o 56%. W efekcie statystyczny Polak wypija 7 litrów wina, rocznie w tym 3,5 litra wina gronowego. Dla porównania Francuzi wypijają 45 litrów, Portugalczycy 42 litry, a Włosi 37 litrów.

Polacy wiedzą coraz więcej o winie, a ich wybory są mniej przypadkowe. To sprawia, że miejsca takie jak BARaWINO są potrzebne. Lokal stworzy możliwość spróbowania najlepszych produktów, zabrania ich do domu, a także – co ważne dla mnie osobiście – rozmowy o nich. Stanie się to możliwe dzięki pomocy wykwalifikowanej obsługi, która pomoże zarówno amatorowi jak i koneserowi dobrać wino odpowiednie do indywidualnego gustu. Bo dobre wino to takie, które nam smakuje – mówi Marek Kondrat, właściciel sieci sklepów Kondrat Wina Wybrane i lokalu BARaWINO.

Neinver, zarządca sieci Factory Outlet, chce powiększać swoje centra handlowe i wzbogacać liczbę ich najemców

Monika Olejnik-Okuniewska, Business Development Marketing Director Neinver Polska

Hiszpańska grupa Neinver, która w Polsce zarządza centrami outletowymi Factory, zamierza rozbudowywać dotychczas działające centra handlowe. Po otwarciu najnowszej inwestycji, rozbudowanego outletu w warszawskim Ursusie firma liczy na dalszą poprawę wyników sprzedaży i liczby przyciąganych klientów.

W Polsce działa obecnie 13 centrów outletowych, z czego pięć – dwa w Warszawie i po jednym w Krakowie, Poznaniu i Wrocławiu – są w zarządzie hiszpańskiej korporacji.

Łączna powierzchnia wszystkich centrów outlet zarządzanych przez firmę Neinver w Polsce to jest 92 tys. mkw. podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Monika Olejnik-Okuniewska, Business Development Marketing Director Neinver Polska. I właściwie wszystkie nasze centra outletowe są w całości wynajęte. Zdarzają się pojedyncze sklepy, które pozostają puste, ale klienci tego nie widzą, dlatego że podpisujemy umowy krótkoterminowe i organizujemy tam tzw. pop-up store&HASH39;y, czyli tymczasowe sklepy, które cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem naszych klientów.

Neinver 13 lat temu otworzył pierwsze centrum typu outlet w Polsce, właśnie w warszawskim Ursusie. W połowie września br. została otwarta nowa część tego obiektu.

Powiększyliśmy je o kolejnych 6 tys. mkw. I myślę, że to wydarzenie najlepiej pokazuje, jaki jest stosunek naszej firmy do tego, co dzieje się obecnie na rynku. Wierzymy, że najlepsze lokalizacje zostały przez nas zabezpieczone. Zbudowaliśmy tam swoje centra outletowe i teraz chcemy je wzmacniać. Chcemy je powiększać i poszerzać ofertę. Znamy dość dobrze naszych klientów, wiemy, jakie są ich oczekiwania i myślę, że właśnie rozbudowa centrum outlet w Ursusie pokazuje, jaki jest nasz kierunek.

Neinver stara się dobierać najemców w taki sposób, by oferować zarówno ofertę masową, jak i ze średniej półki pod znanymi markami. W tym typie sklepów najemcami muszą być przedstawiciele znanych, światowych marek, które swoje towary decydują się wystawią po obniżonych cenach.

Coraz lepsza oferta modowa z bardzo różnych segmentów, bo to jest i segment typowo masowy, ale jest też taki segment średni deklaruje Business Development Marketing Director Neinver Polska. Mamy sporo międzynarodowych marek, szczególnie modowych, mamy bardzo mocną ofertę sportową. Popracowaliśmy również nad ofertą gastronomiczną, w Ursusie pojawiły się dwa nowe lokale gastronomiczne, to jest restauracja Sphinx, która do tej pory świetnie sobie radziła w innych naszych lokalizacjach i kawiarnia SO! COFFEE. Naszym zdaniem to, co zrobiliśmy w tej chwili z centrum outlet w Ursusie to jest właśnie ten optymalny zarówno miks najemców.

W lipcu Neinver podpisał umowę z TIAA Henderson Real Estate, na mocy której sprzedał połowę udziałów w Factory Annopol w Warszawie i Factory w Krakowie. Jak podkreślały obie firmy, to część strategicznego partnerstwa, w ramach którego firmy będą rozwijać centra outletowe w całej Europie.

To cały czas jest oczywiście tendencja zwyżkowa, otwieramy nowe centra, teraz powiększyliśmy centrum. Natomiast, kiedy porównujemy sobie to rok do roku, to ubiegły rok zakończyliśmy takim bardzo dobrym wzrostem, dlatego że odwiedziło nas 10 proc. klientów więcej niż w roku ubiegłym. To było łącznie 13 mln osób. Sprzedaż wraz z odwiedzalnością rośnie. W 2014 roku zanotowaliśmy 10-proc. wzrost odwiedzalności i 20-proc. wzrost sprzedaży. Widzimy już, co dzieje się po otwarciu nowej fazy Ursusa. Niestety nie mogę państwu podać konkretnych liczb, ale mogę zapewnić, że wraz z 60-proc. odwiedzalnością rok do roku, Ursus świetnie radzi sobie również ze sprzedażą.

Selvita powołała firmę bioinformatyczną. Spółka córka przeznaczy 3,7 mln zł na inwestycje

0

W ciągu najbliższych pięciu lat światowy rynek bioinformatyczny ma się powiększyć co najmniej trzykrotnie. Jego wartość z obecnych 4 mld dolarów może wzrosnąć do nawet 14 mld dolarów. Selvita SA, największa firma biotechnologiczna w Europie Środkowo-Wschodniej, zamierza mieć udział w tym wzroście, dlatego powoła wyspecjalizowaną w tej branży spółkę córkę Ardigen SA. Na początek zainwestuje ona 3,7 mln zł w rozwój usług i prace nad produktem z obszaru medycyny spersonalizowanej.

Ardigen ma być spółką bioinformatyczną, tzn. łączącą umiejętność analizy danych biologicznych z zaawansowaną informatyką. Jej zadaniem ma być dostarczanie innowacyjnych usług w obszarze medycyny spersonalizowanej. Nowa firma przejmie dotychczasową działalność pionu bioinformatycznego Selvity oraz jej kompetencje z zakresu systemów zarządzania informacją laboratoryjną.

– Krótkoterminowym celem spółki jest zbudowanie silnej pozycji na rynku międzynarodowym w zakresie usług bioinformatycznych podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Janusz Homa, prezes zarządu Ardigen SA. – Natomiast w dłuższej perspektywie stawiamy na innowacyjny produkt lub usługę w obszarze medycyny spersonalizowanej oferowany na rynku globalnym.

Jak informuje w komunikacie Selvita, nowa spółka będzie koncentrować się na trzech strategicznych kierunkach. Obok wcześniej rozwijanego obszaru systemów do zarządzania informacją laboratoryjną klasy LIMS oraz systemów bioinformatycznych CLC bio, służących do sekwencjonowania kwasów nukleinowych oraz białek, Ardigen świadczyć ma usługi w obszarze integracji i przetwarzania dużych zbiorów danych oraz tworzenia oprogramowania na zamówienie.

– Produkt będzie oferowany zarówno ośrodkom onkologicznym, jak i firmom farmaceutycznym dodaje Janusz Homa. – Chcemy także, aby ten produkt był dostępny dla pacjentów.

Selvita ocenia, że dzięki dotychczasowej działalności jej pionu usługowego i rozwoju usług bioinformatycznych Ardigen już teraz ma stabilną pozycję na rynku, o czym świadczy dostęp do szerokiej bazy klientów m.in. z branży biotechnologicznej, farmaceutycznej, medycznej, chemicznej, spożywczej, kosmetycznej, wydobywczej oraz energetycznej. Ma też zapewnioną współpracę z laboratoriami usługowymi, kryminalistycznymi i ośrodkami akademickimi z Polski oraz innych krajów.

– W tej chwili mamy zapewnione finansowanie na poziomie 3,7 mln zł – informuje prezes zarządu Ardigen. – Jest to poziom, który całkowicie wystarczy nam, żeby rozwinąć część usługową oraz rozpocząć prace nad pierwszym własnym produktem z obszaru medycyny spersonalizowanej.

Ardigen zakłada, że utrzyma pozycję lidera w branży usług bioinformatycznych w Polsce. Ma też nadzieję na sukces tam, gdzie rynek jest największy i rozwija się najbardziej dynamicznie. Prezes spółki Janusz Homa zapowiada, że firma myśli m.in. o Stanach Zjednoczonych oraz Europie Zachodniej.

– Potencjał jest bardzo duży. W tej chwili rynek bioinformatyki jest rynkiem bardzo wzrostowym. Obecnie jego wartość to 4 mld dolarów, w najbliższych 5 latach osiągnie on poziom 13-14 mld dolarów, co oznacza wzrost rok do roku na poziomie 20 proc.

Conbelts rusza na podbój rynków zagranicznych i wkracza w produkcję urządzeń dla kopalń odkrywkowych

Beata Janowska

Ekspansja na rynki zagraniczne i rozwój firmy poprzez akwizycje – to główne cele spółki Conbelts. Producent taśm przenośnikowych dla górnictwa planuje rozszerzyć swoją działalność o nowe rynki i produkty. W planach są m.in. Australia, Meksyk oraz Chile. Z powodu kryzysu węgla kamiennego firma szuka alternatywnych źródeł przychodów. W planach ma m.in. wejście w segment górnictwa odkrywkowego.

– Od trzech lat pracowaliśmy nad nowymi rynkami w ramach projektu „Paszport do eksportu”. Dzisiaj mogę powiedzieć, że mamy pierwsze jaskółki, jeżeli chodzi o rynek australijski, rynek chilijski i Meksyk – wyjaśnia Beata Janowska, dyrektor finansowa spółki Conbelts w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor.

Conbelts swoich szans biznesowych upatruje m.in. w górnictwie odkrywkowym. W ostatnim czasie spółka przestała postrzegać siebie jedynie jako dostawcę taśm przenośnikowych dla górnictwa. Obecna strategia zakłada również wejście w segment rozwiązań dla transportu poziomego. Dzięki nowej orientacji biznesowej znacznie poszerzyło się grono potencjalnych kontrahentów.

– Conbelts to firma, która produkuje taśmy przenośnikowe przeznaczone dla górnictwa węgla podziemnego. To są taśmy, które nie przenoszą pożaru. Chodzi o bezpieczeństwo górników, którzy pracują na dole – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Beata Janowska, dyrektor finansowa Conbelts.

Wydobycie węgla kamiennego zarówno w Polsce, jak i w całej Europie systematycznie maleje. W ubiegłym roku całkowita produkcja w nad Wisłą wyniosła jedynie 72,5 mln ton. Oznacza to spadek o ponad 5,0 proc. w stosunku do 2013 roku. Jeszcze w 2001 roku wydobycie węgla w Polsce przekraczało 100 mln ton.

– W związku z tym nie możemy opierać swoich planów rozwojowych na tym rynku. Oznacza to dla nas, o czym wiemy od dawna i nad czym pracujemy od kilku lat, konieczność poszukiwania nowych rynków, gdzie możemy wejść z naszym podstawowym biznesem – tłumaczy Beata Janowska.

Oprócz zagranicznej ekspansji śląski producent taśm przenośnikowych nie rezygnuje ze swojego podstawowego biznesu. Stabilne grono partnerów biznesowych w Polsce pozwala spółce na utrzymanie płynności finansowej. W celu zwiększenia przychodów niezbędne jest jednak zdaniem Janowskiej wyjście z produktami poza granice kraju.

– Chociażby ze względu na logistykę trudno rezygnować z takiego rynku [górnictwa węgla kamiennego – red.]. Chodzi o to, żeby pamiętać o bezpieczeństwie utrzymania płynności finansowej. Natomiast nie mogę powiedzieć, że możemy budować strategię rozwojową na tym rynku – tłumaczy dyrektor finansowa Conbelts Bytom.

Bytomska spółka jest teraz na etapie przebudowywania strategii. Obecna kadra kierownicza stoi przed dylematem, czy koncentrować się na kilku zagranicznych rynkach i wejść tam w kooperacji z innymi firmami, czy podążać w stronę stworzenia globalnej spółki oferującej produkty z zakresu zaplecza górniczego.

– To jest wybór między tym, czy chcemy pracować w firmie średniej tak jak dzisiaj, gdzie wszyscy się znamy, rozumiemy i umiemy się komunikować czasami zgodnie z procedurami, a czasami po prostu idziemy po strukturach poziomych, czy chcemy pracować w korporacji – tłumaczy Janowska.

Polski rynek pracy będzie potrzebować ponad milion imigrantów. Konieczne będzie stworzenie odpowiedniej polityki migracyjnej

Sławomir Jankiewicz

W 2050 roku liczba ludności w Polsce może spaść do niespełna 34 mln osób, a już w 2030 roku może brakować rąk do pracy. Zapełnić lukę demograficzną mogą imigranci. Oni będą także wzmacniać popyt wewnętrzny. W Polsce brakuje jednak odpowiedniej polityki migracyjnej oraz przepisów związanych z integracją i asymilacją. To konieczność, zwłaszcza że w najbliższych latach będą do Polski napływać imigranci z Azji i Afryki.

W Polsce mamy dzisiaj 38,5 mln ludzi, z tego ponad 3 mln żyje za granicą, czyli tak naprawdę mamy tylko 35,5 mln. Dzietność jest na bardzo niskim poziomie, co jeszcze zwiększa ubytek ludności. Do 2035 roku będzie nas poniżej 36 mln, odejmując od tego 2 mln osób, które prawdopodobnie nie wrócą z emigracji, będzie nas poniżej 34 mln. Dlatego potrzebujemy imigrantów, żeby móc dalej się rozwijać i zwiększać PKB – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Sławomir Jankiewicz, dyrektor Instytutu Finansów i Bankowości w Wyższej Szkole Bankowej w Poznaniu.

Z danych GUS wynika, że poziom dzietności w 2014 roku wyniósł 1,3. Prognozy mówią, że w 2050 roku liczba ludności Polski spadnie poniżej 34 mln osób. Osoby starsze będą stanowiły coraz większą grupę społeczną – w 2035 roku 23 proc. Polaków będzie miało powyżej 65 lat, w 2050 roku – już ponad 30 proc. Nie pozostanie to bez wpływu na rynek pracy. Raport Boston Consulting Group wskazuje, że w 2030 roku Polska będzie potrzebować 20 mln pracowników, aktywnych zawodowo będzie zaś tylko ok. 16 mln osób. Imigranci będą mogli w części zapełnić tę lukę.

W Polsce jest miejsce zarówno dla wykwalifikowanych, jak i niewykwalifikowanych pracowników. Brakuje nam np. robotników budowlanych, położnych, pielęgniarek, ale również specjalistów, np. lekarzy – wymienia Jankiewicz. – W większości nie są to zajęcia wysokopłatne, w związku z tym poziom życia imigrantów na pewno będzie dużo niższy niż na Zachodzie, gdzie płace są wyższe. Stąd też pytanie, czy imigranci będą w ogóle chcieli w Polsce zostać.

Konieczne jest stworzenie odpowiedniej polityki migracyjnej, tak by osoby, które na nowy dom wybiorą Polskę, mogły się łatwiej zasymilować. Jak zaznacza ekspert wciąż brakuje rozwiązań w zakresie szkolnictwa czy nauczania języka polskiego. Pierwszy sprawdzian przed Polską to przyjęcie uchodźców z krajów Bliskiego Wschodu, głównie z Syrii. Bez odpowiednich przepisów ich asymilacja będzie trudna. Wciąż nie wiadomo nawet, jak ma przebiegać proces weryfikacji imigrantów.

To są problemy, których nie możemy rozwiązać, ponieważ nie ma odpowiedniej polityki. To widać w obozach dla uchodźców, gdzie dochodzi czasami do patologii, wprowadzania obyczajów niezgodnych z polskim prawem, przestępczości, a my sobie nie potrafimy z tym poradzić. Co się zatem stanie, kiedy liczba imigrantów będzie powyżej miliona – przekonuje Jankiewicz.

Istotne, by imigrantów jak najszybciej wprowadzić na rynek pracy. Obozy dla uchodźców w dłuższej perspektywie odzwyczajają od zatrudnienia, takim osobom trudniej znaleźć pracę – tym trudniej, im więcej czasu spędzą w obozie. Rozstrzygnięcia wymagają też kwestie prawne i takie opracowanie systemu, który pozwoli na asymilację imigrantów bez powielania błędów popełnianych przez kraje Zachodu.

W Wielkiej Brytanii dziewczynki w wieku 12-13 lat znikają z systemu nauki i są wysyłane do krajów, z których pochodzą. Tam są wydawane za mąż i kiedy osiągną pełnoletność, wracają do Wielkiej Brytanii, oczywiście z mężem. Te dzieci wychodzą poza system kształcenia, są złamane psychicznie i w zasadzie nie nadają się już do powrotu na rynek pracy – tłumaczy ekspert WSB.

Zdaniem Jankiewicza istotna jest również pomoc w powrocie do kraju tych Polaków, którzy od II wojny światowej mieszkają na terenach Europy Wschodniej. Na Ukrainie mieszka łącznie ponad 700 tys. Polaków, w Kazachstanie – według różnych szacunków – od 50 do nawet 90 tys., na Białorusi – ok. 50 tys. Z danych MSW wynika, że co roku do Polski wraca zaledwie ok. 250 osób, w pierwszej połowie tego roku – 85.

Jesteśmy im to winni, a po drugie są nam najbliżsi kulturowo, dlatego to ich w pierwszej kolejności powinniśmy ściągnąć do kraju. Będziemy mieć coraz większą falę uchodźców z Ukrainy ze względu na biedę i niestabilność wynikające z wojny. Moim zdaniem to drudzy potencjalnie najlepsi imigranci, ponieważ asymilacja nastąpi bardzo szybko – przekonuje profesor.

Jankiewicz przekonuje, że proces migracyjny nie skończy się na uchodźcach z Bliskiego Wschodu. W perspektywie najbliższych lat do Europy mogą też dotrzeć mieszkańcy Azji, przede wszystkim Chin, ze względu na złe warunki pracy i problemy społeczne.

Polityka jednego dziecka spowodowała, że w Chinach jest bardzo dużo mężczyzn, natomiast mało kobiet. Żeby pozyskać żonę w Chinach, potrzebne są duże pieniądze. Dlatego Chińczycy będą szukać lepszych warunków do rozwoju, pracy, handlu, a także żon i to jest problem, który na pewno odbije się również na Polsce – ocenia Sławomir Jankiewicz.

Rusza program wspierania udziału polskich firm w badaniach kosmosu. Polska Agencja Kosmiczna liczy na wielomilionowe kontrakty

Polska Agencja Kosmiczna chce pomagać rodzimym przedsiębiorcom w zdobywaniu zamówień związanych z europejskimi programami badań kosmosu. Prezes PAK liczy, że dzięki europejskim kontraktom kosmicznym do polskich firm wróci co najmniej składka, jaką Polska płaci co roku Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA).

Polska wnosi na europejskie programy badania kosmosu 30 mln euro rocznie. To niespełna 1 proc. budżetu ESA, więc zyskać można znacznie więcej. Tym bardziej, że światowy budżet badań kosmicznych szacowany jest na 300 mld dolarów.

Agencja ma trochę uporządkować sytuację w sektorze kosmicznym w Polsce – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor prof. Marek Banaszkiewicz, prezes Polskiej Agencji Kosmicznej. Jest organem koordynującym wiele działań, które różne podmioty państwowe, stowarzyszenia czy inne organizacje podejmują. Pierwszorzędnym celem jest jednak doprowadzenie do tego, żeby efektywnie odzyskiwać pieniądze z Europejskiej Agencji Kosmicznej, z naszej składki.

Już teraz Polska Agencja Kosmiczna zamierza wdrożyć kilka programów, które chce kontynuować w przyszłym roku. Pierwszy z nich to pomoc w aplikacjach o projekty Europejskiej Agencji Kosmicznej dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Ten program uruchomimy lada dzień informuje prof. Marek Banaszkiewicz. Chcemy zapewnić eksperckie wsparcie tym przedsiębiorstwom, które po raz pierwszy albo po raz drugi startują w konkursach ESA i borykają się z wieloma problemami, pisząc ofertę. Mamy także w planach stworzenie czy ogłoszenie konkursu na kilka studiów wykonalności – głównie dla pionu wojskowego – dotyczących dużych rozwiązań satelitarnych czy projektów naziemnych wspierających obronność i bezpieczeństwo.

Polska przystąpiła do Europejskiej Agencji Kosmicznej trzy lata temu i jako nowy członek Agencji może liczyć na wspracie. Między innymi na 5-letni program przetargów, w ramach którego co najmniej 45 proc. płaconej przez Polskę składki ma wrócić do kraju w postaci kontraktów. To oznacza spore możliwości zdobycia kontraktów różnego typu.

To zależy, z czym te małe i średnie firmy chciałyby do ESA wyjść, tzn. my tu nie stawiamy żadnych ograniczeń, to mogą być zarówno technologie kosmiczne, jak i aplikacje, czyli zastosowania tłumaczy prezes Polskiej Agencji Kosmicznej. Dodaje jednak, że to nie wszystko: – Mamy w planach od przyszłego roku także wsparcie również aplikacji do Horyzontu 2020. Tu rozumiem, będziemy ściśle współpracować z Krajowym Punktem Kontaktowym [dla programu ramowego Horyzont 2020 – red.].

W ramach programu Horyzont 2020 Bruksela chce przeznaczyć w latach 2014-2020 na badania naukowe i innowacje prawie 80 mld euro. Horyzont 2020 to największy w historii program finansowania nauki w Unii Europejskiej. Jego celem jest, jak wyjaśnia polskie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, stworzenie spójnego systemu finansowania innowacji: od koncepcji naukowej, poprzez etap badań, aż po wdrożenie nowych rozwiązań, produktów czy technologii.

Firmy audytorskie mają być bardziej niezależne od klientów. Trwają prace nad nowymi przepisami

CEO Magazyn Polska

Zwiększenie niezależności biegłych rewidentów, podniesienie jakości badania sprawozdań finansowych i wzmocnienie nadzoru publicznego nad audytorami – to trzy główne cele zmian w przepisach, nad którymi pracuje resort finansów. Zmieniona ustawa będzie mieć duży wpływ na jednostki zainteresowania publicznego, czyli spółki giełdowe. Nadzór będzie mieć możliwość sankcjonowania nie tylko biegłych rewidentów, lecz także członków rad nadzorczych i komitetów audytu. 

W resorcie finansów trwają prace nad dostosowaniem polskiego prawa do wymogów UE. Celem unijnych przepisów jest rozdzielenie podmiotów świadczących dla jednego klienta usługi doradcze i badanie sprawozdań.

Postawiono sobie trzy główne cele, które są zgodne z celami wynikającymi z dyrektywy. Pierwszy cel dotyczy wzmocnienia niezależności biegłych rewidentów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ewa Jakubczyk-Cały, prezes zarządu PKF Consult. – W tym zakresie wprowadzono sporo regulacji kierunkowych. Jedna z nich dotyczy rotacji firm audytorskich, następna – sposobu wyboru audytora i zakazu klauzul, które ograniczają wybór do określonych jednostek.

Jest też propozycja, by zmniejszyć maksymalny udział wynagrodzenia od jednego klienta w łącznych przychodach firmy audytorskiej. Ma on spaść z 40 do 25 proc.

Drugi cel zmian w przepisach to podniesienie jakości badań sprawozdań finansowych. Temu służyć mają regulacje dotyczące organizacji firm audytorskich, procedur i zadań komitetu audytu.

Trzeci cel dotyczy zmian w nadzorze publicznym nad audytorami. Już poprzednie nowelizacje wprowadziły Komisję Nadzoru Audytowego, której zadaniem jest nadzór nad całokształtem funkcjonowania biegłych rewidentów i korporacji zawodowych oraz procesem badania sprawozdań finansowych, z nastawieniem szczególnie na jednostki zainteresowania publicznego.

Zmiany polegają na całkowitym oderwaniu biegłych rewidentów praktyków, którzy nie będą już mogli w jakimkolwiek stopniu być członkami Komisji Nadzoru Audytowego. Drugim elementem jest przejęcie bezpośredniej kontroli nad badaniem sprawozdań finansowych jednostek zainteresowania publicznego, która do tej pory powierzona była samorządowi. To powoduje, że ciało nadzorcze jest całkowicie niezależne od wpływu biegłych rewidentów na sposób kontroli – wyjaśnia Ewa Jakubczyk-Cały.

Nadzór przejmuje też system dochodzeń i sankcji nie tylko w stosunku do biegłych rewidentów i firm audytorskich, lecz także członków rad nadzorczych i komitetu audytu w jednostkach zainteresowania publicznego.

Proponowane zmiany – zdaniem prezes PKF Consult – będą miały duży wpływ na jednostki zainteresowania publicznego, i to nie tylko na ich sprawozdawczość, lecz także na członków ich rad nadzorczych.

Kary w tym przypadku są co do zasady podobne jak dla biegłych rewidentów, czyli maksymalna kara to 4 mln zł dla osoby fizycznej i 10 proc. przychodów dla osób prawnych – mówi Ewa Jakubczyk-Cały, ale uspokaja: – Dyrektywa jednoznacznie stanowi, że wysokość kar powinna być zależna od istoty przewinienia, ale i od możliwości finansowych, czyli dochodów osiągniętych przez osobę karaną.

Skutek tych zmian może być również taki, że z około 100 firm uprawnionych do badania jednostek zainteresowania publicznego na rynku pozostanie ok. 15-20.

Cały ten system ma jednak sprawić, że jakość sprawozdań finansowych, jakość informacji finansowej się poprawi – mówi prezes PKF Consult.

Na rynek jubilerski wraca dobra passa. Polacy wydają coraz więcej pieniędzy na biżuterię dobrej jakości

Zbigniew Górecki

Jubilerów szczególnie cieszy wzrost sprzedaży w segmencie biżuterii z górnego przedziału cenowego, wykonanej z metali szlachetnych, z naturalnymi kamieniami i o unikanym wzornictwie. Cena przestała już być najważniejszym kryterium zakupu, a klienci coraz częściej stawiają na jakość i wartość produktu, rezygnując z masowych wyrobów. Po latach królowania bylejakości i ozdób z sieciówek Polacy zaczynają doceniać kunszt profesjonalnych jubilerów.

Biżuteria stała się nieodłącznym elementem stroju, który idealnie dopełnia i podkreśla każdą stylizację, nawet najskromniejszą. Dlatego klienci szukają przede wszystkim modeli oryginalnych, wyjątkowych i gustownych. Powraca moda na biżuterię wartościową.

Na Zachodzie, ale również w Polsce coraz bardziej widoczny jest trend odwrotu od biżuterii sieciowej, masowej. Jest ona produkowana w ogromnych nakładach, a co za tym idzie – często jest kiepskiej jakości, a przy tym nietania. A Polacy szukają czegoś, z czym się będą identyfikowali – biżuterii o ciekawym, nietuzinkowym wzornictwie, ze szlachetnymi kamieniami – mówi agencji informacyjnej Newseria Zbigniew Górecki, prezes Firmy Jubilerskiej Górecki.

Jubilerzy podkreślają, że nie ma jednego uniwersalnego trendu we wzornictwie. Wszystko zależy od upodobań klientów.

Cena w tej chwili nie jest już głównym wyznacznikiem podjęcia decyzji: kupujemy czy nie. Często klient skłonny jest zapłacić wyższą cenę, ale w zamian za to oczekuje rzeczywiście biżuterii na dużo lepszym poziomie, z naturalnymi kamieniami o wysokich standardach, wysokich parametrach, biżuterii wykonanej z metali szlachetnych, takich jak złoto czy nawet platyna – tłumaczy Zbigniew Górecki.

Górecki przyznaje, że klienci coraz bardziej doceniają biżuterię wykonaną przez rzemieślników z wieloletnim doświadczeniem, dlatego chętnie odwiedzają prywatne pracownie jubilerskie z tradycjami.

Tak jak teraz każdy ma swojego fryzjera czy stomatologa, tak niedługo modnym pojęciem będzie „mój jubiler”. Myślę, że nadchodzi okres, w którym każdy będzie miał swojego jubilera, który będzie znał potrzeby swojego klienta, prace, które dla niego zrobił, do którego będzie można zawsze wrócić, u którego będzie można coś domówić – mówi Zbigniew Górecki.

Jubilerzy nie kryją satysfakcji z tego, że dobra biżuteria cieszy się coraz większym zainteresowaniem klientów. Dobra passa na rynku utrzymuje się już od ubiegłego roku.

Po ostatnich paru latach dużego zastoju następuje wyraźne odbicie na rynku jubilerskiego. Wiąże to się m.in. z tym, że wyniki naszej gospodarki są pomyślne, wzrost PKB jest na przyzwoitym poziomie, wzrasta zatrudnienie. Portfel Polaka jest coraz bardziej zasobny, w związku z tym może on przeznaczyć więcej środków na zakup czegoś bardziej wartościowego i poszukuje wyrobów bardziej wyrafinowanych – podkreśla Zbigniew Górecki.

Podobnie jak projektanci mody, którzy co sezon lansują w swoich kolekcjach nowe wzory i kolory, tak samo jubilerzy podążają za różnymi trendami.

Biżuteria stawia na kolor, ma być radosna, wesoła, ciekawa, optymistyczna. Na rynek wchodzi coraz więceh szlachetnych kamieni kolorowych, które ożywiają biżuterię. To, co jeszcze do niedawna było klasyką, czyli 2-3 gramy złota i diamencik, na szczęście odchodzi do lamusa – mówi Górecki.

Biżuteria jest nie tylko elementem stroju, lecz także prezentem z okazji ważnych uroczystości takich, jak ślub, komunia czy chrzest. Może być również inwestycją, zarówno emocjonalną, jak i finansową. Bardzo często sklepy jubilerskie odwiedzane są również w grudniu, kiedy klienci szukają dla swoich bliskich świątecznych i mikołajkowych upominków.

Dobra biżuteria po wielu latach budzi wspomnienia, rodzi jakiś sentyment, jest naprawdę wspaniałą wartością i wspaniałym przekazem, często pokoleniowym. Inwestycja w dobrą biżuterię wykonaną z metali i kamieni szlachetnych jest też świetną lokatą, której stopa zwrotu z całą pewnością po latach będzie bardzo wysoka – dodaje Zbigniew Górecki.

Trendy w najnowszej biżuterii są prezentowane od dziś do soboty na targach Złoto Srebro Czas, które odbywają się w Warszawie, w Centrum Targowo-Kongresowym MT Polska.

Ożywienie w budownictwie. Polski rynek drzwi może wzrosnąć w tym roku o 8 proc.

Jacek Woźniak

Poprawa sytuacji w budownictwie przekłada się na wzrost produkcji w stolarce, zarówno drzwiowej, jak i okiennej. W ubiegłym roku ten pierwszy segment wzrósł o 8 proc., drugi o 10 proc. W tym roku oba segmenty mogą wzrosnąć o 8 proc. – wynika z analiz PMR. Firma Porta KMI Poland, polski producent drzwi, notuje zwiększone zamówienia w budownictwie instytucjonalnym i wielorodzinnym. 

Od 5 lat w Polsce bardzo mocno rozwija się rynek drzwi, jest coraz bardziej konkurencyjny, wchodzą na niego nowe podmioty. Polska stolarka jest bardzo innowacyjna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Woźniak, szef sprzedaży w firmie Porta KMI Poland.

W 2013 roku wartość produkcji drzwi w Polsce wyniosła ponad 3,4 mld zł. Sprzedaż na rodzimym rynku warta była niemalże 2,3 mld zł, a eksport – 1,17 mld zł. Wartość importu drzwi do Polski wyniosła nieco ponad 127 mln zł. Jak wynika z raportu PMR, większość działających na tym rynku firm produkuje zarówno drzwi, jak i okna, ale liderami rynku są podmioty, które postawiły na specjalizację i skupiają się na jednym segmencie działalności.

Na tegoroczne ożywienie sprzedaży wpływają głównie poprawiająca się kondycja polskiej gospodarki i rosnąca dynamicznie liczba rozpoczynanych inwestycji mieszkaniowych. Dane GUS wskazują, że w ciągu ośmiu miesięcy roku rozpoczęto budowę 110 669 mieszkań, czyli o 11,3 proc. więcej niż rok wcześniej.

Mamy do czynienia z ożywieniem w sprzedaży stolarki, przede wszystkim dla budynków instytucjonalnych. Mówimy tutaj o hotelach i różnego rodzaju urzędach. My również robimy tego typu drzwi i one są w tym roku bardzo popularne – twierdzi Jacek Woźniak. – Widać też bardzo mocne ożywienie w budownictwie wielorodzinnym. Tam też sprzedajemy nasze produkty i one również wykazują się w tym roku bardzo dużą dynamiką sprzedaży.

Porta KMI Polska ma 20-30-proc. udział w rynku w Polsce. Jak podkreśla Woźniak, firma ma szeroką ofertę produktów, które są zróżnicowane nie tylko pod względem zastosowania, lecz także pod względem cenowym. Obserwacje producenta wskazują, że polski klient staj się coraz bardziej wymagający i oczekuje coraz wyższych parametrów użytkowych.

W segmencie drzwi wewnętrznych w klienci najczęściej decydują się na drzwi białe, drzwi jednokolorowe, w odcieniach szarości. Natomiast jeżeli mamy wziąć pod uwagę konstrukcję, to bardzo popularne stają się drzwi o konstrukcji ramowej – wyjaśnia Jacek Woźniak.

Co ciekawe, również rynek drzwi cechuje się w Polsce regionalizacją.

Zarówno na wschodzie i zachodzie, jak i na południu Polski są różne tradycjonalizmy. Widać również duże różnice między tym, czego oczekuje klient w dużych miastach, a tym, czego oczekują klienci w mniejszych miejscowościach i na wsiach – twierdzi Jacek Woźniak. – W dużych ośrodkach miejskich popularne są drzwi nowoczesne, minimalistyczne, natomiast w regionach wiejskich są to drzwi w stylu retro, klasyczne – dodaje.

Po aferze dotyczącej wyprowadzenia dużej kwoty z PFRON pracodawcy obawiają się częstszych kontroli

Mateusz Brząkowski

Zatrudniający osoby niepełnosprawne przedsiębiorcy obawiają się, że z powodu głośnej afery dotyczącej przypuszczalnego wyprowadzenia 13 mln zł z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych wzrośnie liczba kontroli. Apelują o to, by nie uogólniać tej sytuacji i nie odnosić jej do innych firm. Podkreślają, że systemu nie da się zabezpieczyć przed potencjalnymi oszustami za pomocą takich postępowań kontrolnych.

Jedna duża, nagłośniona medialnie afera dotycząca wyprowadzenia dużej kwoty z PFRON może wpłynąć negatywnie na pozostałych pracodawców, którzy taką pomoc uzyskują – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mateusz Brząkowski, radca prawny Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych (POPON). – Większość pracodawców jest uczciwa. Obawiają się jednak, że z powodu negatywnych doniesień medialnych po raz kolejny zostaną zwiększone obowiązki kontrolne.

Pod koniec sierpnia br. Centrale Biuro Antykorupcyjne zatrzymało między innymi Marcina Dubienieckiego, męża Marty Kaczyńskiej, w związku ze śledztwem dotyczącym wyłudzenia blisko 13 mln zł z PFRON.

Oczywiście, kontrole są po to, żeby wyłapywać nieprawidłowości. Czym innym są jednak błędy, które skutkują na przykład zwrotem części dofinansowania czy refundacji, a czym innym czyny będące przestępstwem. Może się okazać, że zwiększone uprawnienia kontrolne wcale nie zlikwidują takich sytuacji, jak ostatnia afera z wyprowadzeniem dużej kwoty z PFRON. W toku czynności sprawdzających nie da się tego wyłapać – przekonuje Mateusz Brząkowski.

Jego zdaniem zmieniona powinna być sama filozofia kontroli. Przepisy są bowiem nieprecyzyjne i mogą być interpretowane zarówno na korzyść, jak i niekorzyść przedsiębiorcy zatrudniającego osoby niepełnosprawne.

Co z tego, że firma będzie uzyskiwała pomoc publiczną na zatrudnianie niepełnosprawnych w dobrej wierze, skoro powstanie pewna nieścisłość, niejasność, która podczas kontroli zostanie zinterpretowana przez urzędnika na niekorzyść pracodawcy – zauważa Brząkowski. – Kontrola oczywiście może zwiększać swoje kompetencje. Natomiast główny nacisk  moim zdaniem  powinien być położony na praktykę, czyli badanie konkretnych przypadków. Nie jest dobre organizowanie kontroli ze z góry założoną tezą dotyczącą właściwej interpretacji danego przepisu, z reguły na niekorzyść zatrudniającego.

Zatrzymani przez CBA usłyszeli zarzuty m.in. kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, wyłudzenia ponad 13 mln zł z PFRON i prania brudnych pieniędzy.

Warto podejść do tej sytuacji na spokojnie, żeby nie wrzucać wszystkich do jednego worka. Nie chcemy, by nagle się okazało, że ustawodawca ma kolejny bodziec do wskazania pracodawców jako tych najgorszych, by zmniejszyć im pomoc, kwoty dofinansowania, kwotę refundacji, a podnieść zakres i częstotliwość kontroli, bo system trzeba teraz uszczelnić – przekonuje radca prawny POPON. – Najgorsze to jest uogólnianie i stwierdzanie, że prawda o wszystkich, którzy biorą pieniądze z PFRON-u, jest taka, że mają coś za uszami. Tak na pewno nie jest, dlatego celem powinno być to, żeby tę prawdę i tę obiektywną sytuację przedstawiać.

Popołudniowy komentarz walutowy z 30.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 30.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Budowa autostrady A1 będzie droższa o 400 milionów złotych

Autostrada A1 z Tuszyna do Częstochowy miała być gotowa na Euro2012. Nadal nie jest. Rząd twierdzi, że znalazł nowy pomysł na jej budowę. Tyle, że – jak sprawdził portal money.pl – o 400 mln zł droższy od poprzedniego scenariusza. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad szacowała, że wybudowanie A1 z Tuszyna w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego do Częstochowy kosztowałoby około 3,672 mld zł. Ale wiadomo, że ta prognoza jest już nieaktualna. Dlaczego? Bo to nie GDDKiA będzie budowała tę drogę.

Rząd chce, by zajęła się tym tzw. drogowa spółka specjalnego przeznaczenia. Zapisano to nawet w rządowym programie budowy dróg, ogłoszonym z wielką pompą pod koniec sierpnia. W tym samym programie nie znalazła się jednak kluczowa informacja: za ile specjalna spółka wybuduje drogę.

Kwota zapisana została w innym rządowym programie: „Śląsk 2.0”. Według tego dokumentu będzie to 4,1 mld zł. Czyli ponad 400 mln zł drożej, niż szacowała drogowa dyrekcja. Skąd ta rozbieżność?

– Kwota ujęta w programie Śląsk 2.0 jest jedynie szacunkiem, zaś koszt inwestycji ustalony zostanie po rozstrzygnięciu przetargu i wyłonieniu wykonawcy zadania – przekazały money.pl służby prasowe Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju.

A dlaczego wariant, że drogę ma budować specjalna spółka jest o kilkaset milionów droższy niż wariant, gdyby zajęła się tym GDDKiA? Na to konkretnej odpowiedzi brak. – Budowa odcinka przez drogową spółkę specjalnego przeznaczenia będzie z wielu względów, w tym ekonomicznych, korzystniejszym wariantem realizacji tej inwestycji – przekonuje tylko ministerstwo. Szczegółów nie zdradza.

Oficjalne statystyki podają, że ruch między Tuszynem a Częstochową to 30-45 tysięcy samochodów na dobę. To dużo. Rząd przyznaje, że ten fragment A1 jest wśród najpilniejszych inwestycji na terenie całej Polski. Brakująca autostrada ma spinać gotową już A1 na Pomorzu i w centralnej Polsce z S8 z Warszawy i A1 na Śląsku, a także, dzięki A4, z miastami w południowej Polsce.

Drogi wybudowane i w trakcie budowy 2015
Źródło: Raport money.pl

Aż dziwne, że tak ważnej drogi nadal nie ma. Zwłaszcza, że A1 ze Strykowa do Częstochowy miała być gotowa przed Euro 2012. Ale najpierw wygasła koncesja, bo konsorcjum, które miało budować drogę nie dopięło finansowania. Autostrada miała więc być budowana w systemie tradycyjnym, z pieniędzy budżetowych.

Następnie brakującą część autostrady między Strykowem a Pyrzowicami podzielono na dwie części. O ile fragment między Pyrzowicami a Częstochową zyskał status „w realizacji”, to między Częstochową a Tuszynem nadal nic się nie dzieje. Były wiceminister transportu Radosław Stępień zakładał się nawet, że jeżeli droga nie będzie gotowa na Euro, to przejedzie tę trasę rowerem. Wiceminister dotrzymał słowa i przejechał na rowerze ponad 200 kilometrów, ale A1 nie wydłużyła się dzięki temu nawet o metr.

Czy wersja rządowa będzie tańsza? Odpowiedzią, jak pisze money.pl, jest pewien zabieg księgowy. Cała konstrukcja ze spółką specjalnego przeznaczenia powstała, by koszty budowy nie obciążały deficytu finansów publicznych. Wiceminister infrastruktury Paweł Olszewski tłumaczył ostatnio w odpowiedzi na jedną z interpelacji poselskich, że autostrada będzie dochodowa i dlatego nie ma możliwości sfinansowania jej z pieniędzy unijnych. Spółka specjalnego przeznaczenia ma w całości należeć do Skarbu Państwa, a nadzorował ją będzie minister odpowiedzialny za transport. „Prace nad powołaniem spółki są zaawansowane” – zapewnił wiceminister.

Kilkaset milionów złotych kapitału założycielskiego dla spółki ma pochodzić z Krajowego Funduszu Drogowego. Resztę pieniędzy potrzebnych na budowę spółka ma zebrać z rynku. W ministerstwie portal money.pl dowiedział się, że opracowywany jest wniosek prenotyfikacyjny pomocy publicznej do KE. Mówiąc prościej, resort zapyta Komisję Europejską, czy taka konstrukcja, jaką sobie wymyślił, jest zgodna z unijnymi przepisami.

Trudny rynek powinien urealnić oczekiwania co do stóp zwrotu

&Lstroke;ukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
&Lstroke;ukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Okres hossy z lat 2003-2007 wciąż pozostaje w pamięci wielu inwestorów, którzy z utęsknieniem czekają na powtórkę tamtej atmosfery. Wówczas trwające silne trendy wzrostowe zapewniały wspaniałe środowisko do systematycznego pomnażania kapitału. Wszystko to działo się jednak przy pokaźnym wzroście gospodarczym oraz zupełnie innym poziomie stóp procentowych. Teraz środowisko jest całkowicie odmienne. Tak, jak wcześniej PKB potrafił przez dwa lata rosnąć o ponad 6%, tak teraz dynamiki na poziomie 4% nie jest w stanie przekroczyć. Dodatkowo stopy procentowe są rekordowo niskie. Według powszechnego mniemania niski koszt pieniądza dla giełdy jest korzystny, gdyż maleją koszty finansowania działalności spółek, a ich przyszłe przepływy pieniężne po zdyskontowania są dzisiaj więcej warte. Każdy kij ma jednak dwa końce, a ten drugi w przypadku środowiska umiarkowanego wzrostu oraz niskich stóp procentowych potrafi być nieprzyjemny. Otóż zmniejszeniu ulega spodziewana w przyszłości stopa zwrotu z zainwestowanego kapitału. Dotyczy to wszystkich klas aktywów, nie tylko giełdy. Oprocentowanie obligacji jest tak niskie, że trudno o ich dalsze spadki. Spready na obligacjach korporacyjnych też uległy takiemu zawężeniu, że ich atrakcyjność wyraźnie zmalała. Oprocentowanie lokat bardzo szybko spadło po tym, jak RPP obniżyła główną stopę do poziomu 1,5%. Może nieruchomości wciąż dają atrakcyjny zysk? Średnią stopę zwrotu z wynajmu można szacować  na 4%, co raczej ciężko uznać za wyjątkowo atrakcyjny poziom jak na kapitałochłonność oraz potrzebę zarządzania, z jaką wiąże się posiadanie nieruchomości. Nie jest więc tak, że trudna sytuacja na GPW jest odosobnionym w inwestycyjnym świecie przypadkiem. Właśnie dlatego tak popularne w ostatnim czasie stały się fundusze absolutnej stopy zwrotu, gdyż trudne środowisko premiuje elastyczną postawę, a podejście „kup i trzymaj” przy braku monitoringu potrafi być dla portfela kosztowne. Mimo jednak całej negatywnej aury oraz ostatnich nieprzyjemnych spadków na giełdzie, stwierdzić należy, że o katastrofie mówić nie można. Nie jest to okres regularnej bessy, skoro WIG od początku roku stracił 3%. Czy to zły wynik jak na widmo Chinageddonu bądź krajowego sporego przedwyborczego zamieszania? Mimo to należy otwarcie powiedzieć, że środowisko stało się trudne, ale nie jest na tyle beznadziejne, by pozbawić inwestora możliwości zarobku. Wymaga jednak wyłuskania spółek poszukiwanych przez kapitał, czyli wzrostowych i dywidendowych. Nie obejdzie się też bez elastyczności oraz racjonalnych oczekiwań obniżających możliwe do osiągnięcia stopy zwrotu i to ze wszystkich aktywów.

Małe i średnie przedsiębiorstwa gazelami polskiej gospodarki według My Company Polska

Profesor Elżbieta Mączyńska, Prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego oraz członek Rady Naukowej Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN komentuje wyniki sondażu TNS Polska dla My Company Polska. „Małe i średnie przedsiębiorstwa potrafią zadbać o swą efektywność, zapewniając przy tym spore wpływy do budżetu” – mówi.Wyniki badań TNS Polska Co hamuje rozwój biznesu w Polsce

Profesor Elżbieta Mączyńska
Profesor Elżbieta Mączyńska, Prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego oraz członek Rady Naukowej Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN

Małe i średnie przedsiębiorstwa są solą polskiej gospodarki, która bez ich harmonijnego wzrostu kuleje. Profesor Elżbieta Mączyńska podaje przykład Niemiec, których potęga ekonomiczna w dużej mierze jest wynikiem dbałości o tworzenie dobrych warunków do funkcjonowania MSP. Ten kraj powinien być dla Polski wzorcem. Sektor MSP jest tam wnikliwie monitorowany oraz analizowany przez specjalistyczne instytuty badawcze. Dzięki temu usuwane są wszelkie bariery prawne, organizacyjne, podatkowe, czy edukacyjne. To prawda, że sytuacja w Polsce stopniowo się poprawia, ale niektóre przeszkody w rozwoju MSP nadal pozostają bez zmian – to przede wszystkim nieprzejrzystość i złożoność prawa. Według badań przeprowadzonych przez TNS Polska dla My Company Polska ponad połowa respondentów (52%) uważa, że niejasne przepisy prawa są głównym hamulcem rozwoju ich firm. Przez to małe i średnie przedsiębiorstwa znajdują się na gorszej pozycji w konfrontacji z większymi firmami, które stać na kosztowną obsługę prawną. Urzędowy galimatias interpretacyjny, szczególnie w przypadku prawa podatkowego, zwiększa koszty transakcyjne w działalności gospodarczej. Przez to produktywność w gospodarce oraz wydajność pracy są niższe niż w wielu innych krajach. Dodatkowo mamy do czynienia z powolnością machiny sądowej.

Zdaniem prof. Elżbiety Mączyńskiej, małe i średnie przedsiębiorstwa wymagają troskliwego podejścia w polityce społeczno-gospodarczej. To gazele gospodarki, wywierające na nią ożywczy wpływ, które niestety mogą zginąć w chorym środowisku gospodarczym, zwłaszcza prawnym. A za to odpowiedzialne jest państwo. Jednym z podstawowych zadań nowego rządu powinno być usunięcie głównego hamulca ich rozwoju – niejasność przepisów prawnych.

Warszawskie biura atrakcyjne nie tylko dla międzynarodowych firm

Dobrą pozycję negocjacyjną, jaką obecnie mają najemcy warszawskich biur, wykorzystują nie tylko globalne firmy i polskie przedsiębiorstwa, ale także coraz liczniej instytucje państwowe       

Warszawa
Źródło fot. Walter Herz

Na warszawskim rynku biurowym warunki dyktują dziś najemcy. Duży wybór wolnej powierzchni biurowej i wciąż rosnąca podaż stawia firmy poszukujące biur w dogodnej sytuacji, sprzyjającej negocjacjom. Walkę o najemców toczą właściciele budowanych, modernizowanych i istniejących obiektów biurowych.

Małgorzata Brawura-Biskupska z firmy doradczej Walter Herz zauważa lekką tendencję zniżkową, jaka notują obecnie w Warszawie stawki czynszowe za wynajem powierzchni biurowej. – Właściciele biurowców, którzy oferują konkurencyjne ceny nie mogą jednak narzekać na brak chętnych, ponieważ popyt na stołeczne biura utrzymuje się wysokim poziomie. W ostatnich miesiącach wynajęta została w Warszawie rekordowo duża ilość powierzchni, co biorąc pod uwagę konkurencyjność rynku, najlepiej świadczy o tym, jak dużą skłonność do ustępstw mają obecnie właściciele budynków biurowych – mówi Małgorzata Brawura-Biskupska.

Rekordowe umowy najmu

Warszawa ze względu na swój potencjał ekonomiczny, kapitał ludzki, jakim dysponuje i coraz większą dostępność wysokiej klasy powierzchni biurowej to atrakcyjny rynek dla zachodnich firm i światowych korporacji. Zagraniczne firmy chętnie lokują w stolicy Polski swoje biura regionalne i centra usług dla biznesu. Stąd nienotowane dotychczas wyniki wynajmu powierzchni biurowej. Sytuację na rynku dobrze ilustruje umowa podpisana w pierwszej połowie bieżącego roku przez firmę Samsung na wynajem aż 21 tys. m kw. powierzchni w kompleksie Warsaw Spire.

Wpływ na popyt ma nie tylko zapotrzebowanie na powierzchnię zgłaszane przez wchodzące do naszego kraju zagraniczne firmy. Także rodzime przedsiębiorstwa lokują swoje siedziby w komfortowych biurach. Coraz aktywniejsze na warszawskim rynku biurowym są również instytucje administracji państwowej, które jak podaje firma Walter Herz, stają się silną grupą najemców.

Największe rabaty w realizowanych obiektach

Małgorzata Brawura-Biskupska przyznaje, że na konkurencyjnym warszawskim rynku na największe rabaty mogą liczyć firmy, które decydują się na wynajęcie powierzchni biurowej w obiektach będących w trakcie budowy. – W takich przypadkach efektywne stawki najmu, po rozliczeniu wakacji czynszowych, mogą okazać się niezwykle korzystne. Najemcy, którzy są skłonni podpisać umowę w trakcie budowy obiektu mogą liczyć na stawki na poziomie tych, które obowiązują w niższej klasy budynkach, czy inwestycjach gorzej zlokalizowanych, przyznaje reprezentantka Walter Herz.

– Firmy które podpisują umowy przednajmu, poza atrakcyjnym czynszem, mogą liczyć także na takie bonusy, logotyp umieszczony na elewacji budynku, czy zyskać niestandardową aranżację biura. Wynajmujący oferują również dodatkowe pakiety zachęt na aranżacje, relokacje, czy umeblowanie i przystają na elastyczniejsze zapisy w umowach. Dotyczą one na przykład możliwości ekspansji powierzchni wraz z rozwojem firmy, czy wyłączności na prowadzenie określonej działalności w budynku. Najwięksi najemcy mogą mieć też wpływ na wybór dostawców usług w budynku, np. operatora kantyny, dodaje Małgorzata Brawura-Biskupska.

Zdaniem Małgorzaty Brawury-Biskupskiej rozkład budynku ma szczególnie duże znaczenie dla instytucji państwowych, od których firma Walter Herz dostaje w ostatnim czasie coraz więcej zapytań ofertowych. – Urzędy zwykle poszukują powierzchni biurowej w układzie gabinetowym. Szczególne wymagania co do lokalizacji i samych budynków zależą od poszczególnych instytucji państwowych. Biurowiec nie musi być usytuowany w centrum, ale jego położenie powinno zapewniać dobrą infrastrukturę i dostęp do środków transportu publicznego. Układ wewnętrzny budynku musi być też dostosowany do potrzeb danej instytucji. Warunkiem podpisania umowy przez najemców instytucjonalnych jest wyrażenie czynszu w złotych, a często także spełnienie różnego rodzaju wymagań indywidualnych związanych z procedurami obowiązującymi w danej instytucji – przyznaje.

Budynki dla administracji państwowej

Ze względów proceduralnych niektóre jednostki administracji państwowej poszukują do wynajęcia całych budynków biurowych. Także inwestorzy starają się zainteresować swoimi projektami instytucje państwowe. Jednym z obiektów biurowych, jaki komercjalizuje firma Walter Harz jest inwestycja przy ul. Ciołka 12A na warszawskiej Woli. To kolejny projekt w tej lokalizacji inwestora, w którego ośmiu innych biurowcach ulokowało już swoje siedziby wiele instytucji publicznych. Przedstawicielka Walter Herz przyznaje, że plan budowy kolejnego biurowca powstał z myślą o najemcy instytucjonalnym.

Małgorzata Brawura-Biskupska informuje, że jednostki administracyjne najczęściej przenoszą się ze starszych budynków do nowych chcąc zoptymalizować koszty związane z utrzymaniem biur. Jakość powierzchni biurowej i stan techniczny obiektów, jakie zajmują urzędy często odbiega od przyjętych obecnie standardów. Przy czym, instytucje państwowe rzadko podejmują się teraz samodzielnej budowy i zarządzania własnymi budynkami, chcąc skoncentrować się wyłącznie na realizacji zadań statutowych.

Aktywność podmiotów instytucjonalnych

W tym roku największą umową najmu, podpisaną przez publicznego najemcę był kontrakt zawarty przez Powszechny Zakład Ubezpieczeń na wynajem 17,5 tys. m kw. powierzchni w budynku Konstruktorska Business Center. Małgorzata Brawura-Biskupska przypomina również, że Centrum Unijnych Projektów Transportowych wynajęło 6 200 m kw. biur w powstającym przy rondzie Daszyńskiego kompleksie Warsaw Spire, a dodatkowe 5 000 m kw. zajęły spółki z grupy Poczty Polskiej w budynku Domaniewska Office HUB na Mokotowie. – Ponadto, Ministerstwo Spraw Zagranicznych wynajęło centralnie zlokalizowany budynek Foksal City, a Urząd Komunikacji Elektronicznej wszedł do biurowca przy ul. Kasprzaka. Niedawno także Polskie Sieci Elektroenergetyczne ulokowały się przy al. Jerozolimskich w inwestycji Delta Eurocentrum Office Complex na powierzchni 6 300 m kw., wylicza przedstawicielka Walter Herz.

Nowe warszawskie biurowce budują swoją przewagę konkurencyjną, oferując dodatkowe funkcjonalności na terenie kompleksów i w samych budynkach. Najemcy wysokiej klasy obiektów mają do dyspozycji na miejscu różnego rodzaju placówki usługowe, punkty handlowe, restauracje, kawiarnie, atrakcyjnie zaaranżowane miejsca do odpoczynku i rekreacji, a nawet fitness cluby i przedszkola. Tego typu udogodnieniami skutecznie przyciągają najemców. Chcąc dotrzymać kroku konkurencji, coraz więcej podobnych wygód oferują również budynki klasy B i modernizowane obiekty biurowe.

Autor: Walter Herz

30 tys. zamówień jeszcze przed uruchomieniem sprzedaży. W Gliwicach ruszyła regularna produkcja nowego Opla Astry

CEO Magazyn Polska

Nowy Opel Astra trafi do sprzedaży w listopadzie, a już cieszy się dużym zainteresowaniem. Opel otrzymał ponad 30 tys. zamówień na nowy model. Koncern właśnie uruchomił regularną produkcję piątej generacji Astry w fabryce Gliwicach. Takie zlecenie dla zakładu jest ważne zarówno dla regionu, jak i dla całej branży motoryzacyjnej.

W tym roku idziemy na wynik 640-650 tys. sztuk wyprodukowanych w Polsce po 584 tys. w zeszłym roku. Cały wzrost bierze się z podwojenia produkcji Opla w Gliwicach, co pokazuje, że ten koncern dokonał głębokiej restrukturyzacji, wzmocnił potencjał wytwórczy w Polsce. Tu w Gliwicach Opel trafił na bardzo dobre warunki, świetną kadrę, dobre zaplecze instytutów Politechniki Śląskiej i kapitalną załogę, która ściga się ze światem w jakości produkowanych samochodów – mówi agencji Newseria Biznes wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński.

Jak podkreśla, decyzja o produkcji w Gliwicach kolejnego nowego i technicznie zaawansowanego modelu marki Opel potwierdza wszechstronność i doświadczenie polskiego zespołu.

To potwierdza walory Polski w wymiarze globalnym, a jednocześnie buduje dodatkowe zapotrzebowanie na części, akcesoria i podzespoły. Jesteśmy szóstą montownią nowych samochodów osobowych w Europie, ale największym producentem i eksportem części, akcesoriów i podzespołów samochodowych. Na tym budujemy nasze przewagi – mówi Piechociński.

Astra jest jednym z najchętniej wybieranych samochodów w Polsce w okresie ostatnich 20 lat. Jak wynika z danych Instytutu Samar, w ubiegłym roku była czwartym najchętniej wybieranym przez klientów modelem. Uwzględniając statystyki dotyczące wszystkich generacji Astry od 1991 roku w Polsce, model ten zajmuje trzecie miejsce.

Koncern liczy, że nowa wersja powtórzy rynkowy sukces poprzedników. Przesłanki do takiego scenariusza już są – jeszcze przed premierą klienci złożyli zamówienia na 30 tys. sztuk nowego modelu.

Jesteśmy bardzo ucieszeni informacją, że jest 30 tys. zamówień złożonych zanim zaczęliśmy sprzedaż. Entuzjazm klientów powoduje, że nasze plany będą musiały być zweryfikowane w górę – mówi Andrzej Korpak, dyrektor General Motors Manufacturing Poland.

Astra jest najlepszym spośród produkowanych do tej pory modeli Opla. Gliwicka fabryka zwiększyła zatrudnienie o 450 osób. Dodatkowo przy produkcji Astry przez następne dwa lata pracować będą pracownicy zakładu w Tychach, który teraz jest przebudowywany. Dostosowanie fabryki do nowej produkcji kosztowało ok. 150 mln euro – za tę kwotę m.in. wybudowano trzy dodatkowe hale, zainstalowano nowe matryce w tłoczniach i unowocześniono spawalnie.

Zwiększyliśmy automatyzację spawalni. Jak otwieraliśmy ten zakład 17 lat temu, to automatyzowana linia stanowiła 20 proc. była, a manualna – 80 proc. Teraz proporcje są odwrotne. To jest duża inwestycja w roboty najnowszej generacji. To kosztuje, ale zwraca się w jakości – wyjaśnia Andrzej Korpak.

Wyróżnikami nowej generacji jest m.in. nowoczesny design i rozwiązania technologiczne na najwyższym poziomie. Auto posiada innowacyjny system wsparcia kierowcy OnStar, który może automatycznie wzywać pomoc w razie wypadku, zlokalizować auto i przeprowadzić zdalną diagnostykę.

W aucie zastosowano także wiele innowacyjnych rozwiązań, m.in. nieoślepiające matrycowe reflektory Intellilux LED. Samochód jest lżejszy od poprzedniej wersji o 200 kg, jest ponadto bardziej przestronny i ma bardziej aerodynamiczną sylwetkę. Jest napędzany nowo opracowanymi oszczędnymi silnikami.

1 października Międzynarodowym Dniem Osób Starszych

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego osoby po 65 roku życia stanowią w Polsce około 16 proc. W 2050 roku będzie to już 32,7 proc. Z danych Komisji Europejskiej wynika, że stosunek osób niepracujących (w wieku 65+) do ogółu zatrudnionych wzrośnie w Polsce w 2060 r. z obecnych 33 proc. do ponad 80 proc. Problem wykluczenia osób starszych jest jednak nie tylko zagadnieniem ekonomicznym, ale także społecznym. Dlatego firma doradcza Deloitte zaangażowała się w pomoc seniorom. W najbliższą niedzielę pracownicy Deloitte włączą się w obchody Międzynarodowego Dnia Osób Starszych, obchodzonego m.in. w warszawskim Parku Saskim. Współorganizatorem imprezy jest Ogólnopolskie Stowarzyszenie „mali bracia Ubogich”.

Międzynarodowy Dzień Osób Starszych został ustanowiony przez Organizację Narodów Zjednoczonych 25 lat temu. Obchodzony jest 1 października. Święto zostało ustanowione po to, aby zwrócić uwagę na problemy osób starszych, wzmocnić obraz starzenia się jako naturalnego procesu oraz zachęcić do dyskusji na temat problemów ludzi dojrzałych. W tym roku warszawskie obchody tego święta odbędą się 4 października w Parku Saskim. Jednym z wystawców podczas niedzielnego pikniku będzie Ogólnopolskie Stowarzyszenie „mali bracia Ubogich”. Tego dnia będzie można bezpłatnie porozmawiać z prawnikiem, psychologiem, a także zapoznać się z ofertą zajęć dla seniorów. Dostępne będą też informacje o „Telefonie Zaufania dla osób starszych”, a osoby, którym bliskie są problemy najstarszego pokolenia zyskają możliwość podpisania „Apelu o poszanowanie godności osób bez względu na wiek”. Apel ten jest także dostępny na stronie Stowarzyszenia. W Parku Saskim będą również obecni pracownicy Deloitte, którzy tego dnia wcielą się w rolę wolontariuszy.

Współpraca pomiędzy Deloitte a Stowarzyszeniem „mali bracia Ubogich” nie ograniczy się jedynie do wsparcia polskich obchodów Międzynarodowego Dnia Osób Starszych. Pracownicy Deloitte zaangażują się także w organizację spotkań wigilijnych dla członków Stowarzyszenia, jak również w inicjatywy z okazji Dnia Babci i Dziadka. „Poprzez nasze działania chcemy dotrzeć nie tylko do potrzebujących, samotnych seniorów, ale także uświadomić opinii publicznej, jak ważne są potrzeby osób starszych, a jednocześnie jak niepokojące jest zjawisko ich wykluczenia. W Deloitte bliska jest nam idea, że godność się nie starzeje, a seniorzy zasługują na więcej uwagi” – mówi Ewa Suszek, Koordynator projektu ze strony Deloitte.

Od strony ekonomicznej, o potencjale usług dla tej grupy społecznej będzie mowa podczas tegorocznej edycji Kongresu Senioralnego, który odbędzie się w 6 października. Eksperci Deloitte Renata Onisk i Michał Turczyk będą tam mówić o rozwoju nowej w Polsce gałęzi gospodarki skierowanej właśnie do osób starszych, tzw. gospodarki srebrnej.

Polskie firmy przyczyniają się do realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ

17 celów, 169 zadań i 304 wskaźniki – rządy krajów na świecie przyjęły założenia, dzięki którym do 2030 r. ludziom ma się żyć lepiej, zdrowiej i bezpieczniej. Cele ONZ to nie tylko sprawa rządów. Światowe i polskie firmy udowadniają, że mogą realnie przyczynić się do ich realizacji. Niektóre robią to zresztą każdego dnia – prowadząc odpowiedzialny biznes. I tak od wielu lat.

Dla wielu firm nowe wytyczne to coś więcej niż uniwersalne cele, pobożne życzenia czy plany na bliżej nieokreśloną przyszłość. To ważne elementy ich strategii biznesowej.

17 celów ONZ w praktyce

Przykład Kompanii Piwowarskiej (KP), największej firmy piwowarskiej w Polsce pokazuje, że prowadzenie biznesu w sposób odpowiedzialny i zrównoważony przynosi rozwój i dobrobyt społecznościom wokół nas.

Zrównoważony rozwój leży u podstawy naszego biznesu. Zdajemy sobie sprawę, że jego trwałość zależy od kondycji ekonomicznej i społecznej naszego otoczenia oraz odpowiedzialnego gospodarowania zasobami naturalnymi. Dlatego zintegrowaliśmy te zagadnienia w podejściu „Postaw na piwo”. Każdego dnia warząc piwo, współpracując z dostawcami czy klientami wiemy, że przyczyniamy się do realizacji wspólnej wizji Narodów Zjednoczonych. To wspaniałe uczucie! – skomentował Paweł Kwiatkowski, rzecznik prasowy Kompanii Piwowarskiej.

Globalne cele ONZRozwój biznesu i społeczności, odpowiedzialne spożycie alkoholu, oszczędzanie wody, czyste środowisko i wydajne i przyjazne uprawy to 5 źródeł wzrostu uznanych przez KP za kluczowe dla prowadzenia odpowiedzialnego biznesu piwowarskiego. Jak w praktyce browary za ich pośrednictwem przyczyniają się do realizacji celów ONZ?

Wsparcie małych przedsiębiorstw

Jednym z celów firmy do 2020 r. jest wsparcie 13,5 tysiąca małych i średnich firm w Polsce i ponad 500 tysięcy biznesów na świecie, w ramach grupy SABMiller, do której należy Kompania. Współpracującym z browarami właścicielom małych sklepów czy pubów firma dostarcza nie tylko ulubione piwa Polaków, ale także wiedzę i rozwiązania służące dalszemu rozwojowi tych biznesów. W grę wchodzą szkolenia z zakresu zarządzania kategorią piwa i budowania kultury piwnej oraz rekomendacje dotyczące asortymentu pozwalającego przyciągać kolejnych konsumentów. Dzięki takiemu podejściu, przedsiębiorcy zwiększają swoją konkurencyjność na rynku i uzyskują realne korzyści w postaci wzrostu sprzedaży. A to już pierwszy krok do poprawy dobrobytu ich rodzin i najbliższych. W ubiegłym roku KP objęła takim programem prawie 4 tysiące firm. Podobny projekt SABMiller w Ameryce Łacińskiej pozwoli wesprzeć do 2020 r. 190 tysięcy właścicieli sklepów, z których 70 procent stanowią kobiety. Szacuje się, że w ten sposób pośrednio uda się pomóc ponad 750 tysiącom ludzi w tym obszarze.

– Do roku 2020 chcemy w Europie realizować ambitny cel zakładający poprawę źródeł utrzymania 77 500 drobnych przedsiębiorców działających w tym regionie. Jesteśmy przekonani, że możemy też zadbać o podniesienie dobrobytu społeczności, wśród których działamy, wspierając tworzenie miejsc pracy i zapewniając dodatkowe możliwości lokalnym przedsiębiorcom. – podsumowała Sue Clark, dyrektor generalny SABMiller w Europie.

Woda na wagę złota

Woda to źródło życia i największe dobro, dlatego ochrona tego źródła dotyczy każdego z nas. Kompania Piwowarska należy do czołówki browarów na świecie pod względem oszczędzania wody, zużywając jedynie 2,85 hl wody na hl piwa, podczas gdy średnio w polskich browarach zużywa się około 4-6 hl, a w niektórych – nawet 10 hl. Grupa SABMiller wprowadza dobre praktyki na wszystkich rynkach, na których jest obecna. W mieście Neemrana, w Rajasthanie (Indie) działania na rzecz oszczędzania wody i poprawy infrastruktury upraw doprowadziły do podniesienia poziomu wody na tym obszarze o 23%, średnia produktywność na hektarze upraw zwiększyła się o 235,5 procenta, a średni dochód netto – wzrósł o 21%.

Dbałość o czyste środowisko

Kompania Piwowarska prowadzi także działania mające na celu obniżanie emisji dwutlenku węgla i zmniejszanie poziomu odpadów we własnych browarach, pomagając przy tym dostawcom, klientom i lokalnym środowiskom realizować ten cel. Na najbliższe lata zaplanowano zmniejszenie poziomu emisji dwutlenku węgla w przeliczeniu na 1 litr piwa o 25% w całym łańcuchu wartości (w stosunku do poziomu z roku 2010). Cel ten realizowany jest poprzez zakup wyłącznie przyjaznych dla środowiska lodówek, wykorzystanie odnawialnych źródeł energii, redukcję gramatury opakowań, modernizację floty ciężarowej czy programy szkoleniowe dla kierowców z zakresu ekologicznej jazdy.

Zgodnie z polityką ONZ, kluczem do sukcesu wszystkich ambitnych celów ma być tworzenie partnerstw i szeroka współpraca firm, instytucji i rządów na rzecz zrównoważonego rozwoju. Firmy, jak SABMiller i należąca do niej Kompania Piwowarska już wyraziły swoją otwartość na takie rozwiązanie. Czas pokaże jak wiele jeszcze można zdziałać prowadząc „biznes jak co dzień”.

Jesteśmy gotowi do tego by, poprzez działania naszej firmy i w ramach partnerskiej współpracy, pokazywać innym jak biznes może wspierać rozwiązywanie największych światowych wyzwań. – skomentował Alan Clark, prezes SABMiller.

Z założenia, nowe cele ONZ zastępują 8 celów milenijnych z roku 2000, które przyczyniły się m.in. do wyprowadzenia ze skrajnego ubóstwa ponad miliarda osób, eliminacji nierówności między kobietami i mężczyznami w dostępie do edukacji oraz zapewnienia 91 procentom mieszkańców świata dostępu do źródła wody pitnej.

Toyota i Park24 rozbudowują testowy system zintegrowanego transportu miejskiego w Tokio

Do użytkowanych obecnie pięciu i-ROAD-ów dołączy 25 elektrycznych mikrosamochodów COMS, czterokołowych pojazdów produkowanych przez Toyota Auto Body. Pozwoli to użytkownikom dobrać środek transportu do ich potrzeb i upodobań.

Na podstawie zebranych dotąd opinii wybrano 30 nowych lokalizacji dla stacji ładowania i odbioru pojazdów. Nowe stacje znalazły się m.in. przy głównych dworcach kolejowych Tokio. Wynajęty pojazd można oddać w dowolnym punkcie należącym do systemu, zatem opłaty pokrywają rzeczywisty czas podróży. Przez następne 6 miesięcy Toyota i Park24 będą prowadziły badania trafności wyboru lokalizacji stacji ładowania.

Pierwsza faza programu była adresowana do wąskiej grupy klientów biznesowych i wybranych użytkowników indywidualnych. Od października będą mogli w nim uczestniczyć wszyscy chętni.

Program jest oparty na Ha:mo, systemie niskoemisyjnego transportu publicznego. Toyota i Park24 wypracowały dzięki zebranym dotąd doświadczeniom nowe rozwiązania, obejmujące m.in. udoskonaloną wersję systemu zarządzania pojazdami. Zamiast karty magnetycznej, użytkownicy będą się posługiwali smartfonami do odblokowywania pojazdów oraz ich zdawania po zakończeniu podróży. Ha:mo umożliwia korzystanie z samochodów o każdej porze dnia i nocy.

Zebrane dotąd dane pozwoliły udoskonalić system od strony komfortu użytkownika oraz dopracować szczegółowe zagadnienia, np. procedurę wypożyczania i uruchamiania samochodu. Celem dalszych prac jest rozwój programu w takich dziedzinach jak ułatwianie korzystania z serwisu, zaspokajanie możliwie wszystkich potrzeb klientów indywidualnych i biznesowych, rozbudowa sieci punktów odbioru pojazdów o kolejne strategiczne lokalizacje oraz integrowanie systemu z siecią transportu publicznego.

Pilotażowy program Car Plus & Ha:mo ma doprowadzić do komercjalizacji nowego systemu transportu miejskiego, uwzględniającego pełną integrację z programem wynajmu krótkoterminowego. Nowy system da mieszkańcom miast więcej swobody oraz przyczyni się do stworzenia społeczeństwa niskoemisyjnego, w pełni korzystającego z wygód miejskiego życia.

Podobne systemy oparte na Ha:mo działają już w Grenoble we Francji i w Toyota City w Japonii. Trzyletni program testowy w Grenoble wystartował w październiku 2014 roku. W jego ramach Toyota nie tylko dostarcza 35 i-ROAD-ów i 35 COMS-ów, ale jest także odpowiedzialna za system zarządzania car-sharingiem.

Toyota i-ROAD to niewielki pojazd elektryczny, przypominający w pełni zabudowany motocykl. Łączy te zalety samochodów i motocykli, które mają największy wpływ na efektywne poruszanie się w mieście. Jest wąski i zwrotny jak jednoślad, ale zapewnia stabilność, bezpieczeństwo i izolację od deszczu, spalin i hałasu, pozwalając cieszyć się spokojną rozmową lub muzyką. Nowatorskie trzykołowe podwozie dostarcza wyjątkowych wrażeń z jazdy oraz doskonale amortyzuje nierówności nawierzchni. Co szczególnie istotne, na jednym miejscu parkingowym mieszczą się cztery i-ROAD-y.

Pojazd ważący 300 kg napędzają dwa silniki elektryczne o mocy 2kW, które dzięki energii zgromadzonej w bateriach litowo-jonowych zapewniają zasięg 50 km. Dodatkowo, nowatorski system Active Lean pozwala kierowcy w łatwy sposób kontrolować wychylenie pojazdu i gwarantuje stabilną jazdę. Dzięki niemu wrażenia z jazdy i-ROAD-em są jedyne w swoim rodzaju.

Druga faza programu pilotażowego Car Plus & Ha:mo
Okres Od 20 października 2015 do 31 marca 2016
Lokalizacje 30 stacji w 5 okręgach Tokio: Chiyoda, Chuo, Koto, Minato i Bunkyo
Liczba pojazdów i-Road: 5 pojazdów
COMS: 25 pojazdów
Ceny i-Road: 412 jenów za 15 min. (z podatkiem)
COMS: 206 jenów za 15 min. (z podatkiem)

 

Toyota i-Road
Długość 2345 mm
Szerokość 870 mm
Wysokość 1455 mm
Maks. prędkość 60 km/h
Liczba miejsc 1
Napęd Elektryczny

 

 

Toyota Auto Body COMS
Długość 2395 mm
Szerokość 1095 mm
Wysokość 1500 mm
Maks. prędkość 60 km/h
Liczba miejsc 1
Napęd Elektryczny

 

Rekrutacja w IT: firmy tracą kandydatów przez długi czas i stereotypy

Sprawna rekrutacja kandydatów z branży IT to duże wyzwanie dla firm. Na tym rynku to często pracownik, a nie pracodawca, dyktuje warunki. Z uwagi na specyfikę sektora szczególnie istotna jest dbałość o candidate experience, niestandardowe podejście i krótki czas procesu rekrutacyjnego. Eksperci eRecruiter wspólnie ze specjalistami HR z branży IT przygotowali kilka wskazówek, których warto się trzymać w poszukiwaniach specjalisty ds. IT. Zwłaszcza, że zapotrzebowanie na tego typu kandydatów stale rośnie. Jak wynika z danych Pracuj.pl, w I półroczu 2015 roku na rynku pojawiło się ponad 30 tys. ofert z branży IT – aż o 10 proc. więcej w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku.

Wspieramy wielu pracodawców, którzy poszukują pracowników z sektora IT, w zarządzaniu projektami rekrutacyjnymi i widzimy, jak duża jest specyfika tego procesu. To bardzo wymagający rynek, na którym w związku z globalizacją i informatyzacją usług, specjaliści są na wagę złota. Dlatego rekrutacje muszą być profesjonalne i w większym stopniu nastawione na kandydata. Chodzi m.in. o stały kontakt czy rzetelną informację zwrotną na każdym etapie procesu. Są jednak również elementy specyficzne, o których warto pamiętać, bo to często one decydują o powodzeniu procesu rekrutacyjnego – mówi Izabela Bartnicka, ekspert eRecruiter.

Po pierwsze, zadbaj o szybki czas realizacji procesu rekrutacji

Każdy specjalista ds. rekrutacji wie, że prowadząc rekrutację w branży IT powinien się sprężać. Przedłużanie procesu może skłonić kandydata do przyjęcia konkurencyjnej oferty pracy. Dlatego trzeba zadbać o to, by zachowując wszystkie standardy związane z rekrutacją, utrzymać wysoką jakość przy równie wysokim tempie pracy. Jak wskazuje Agnieszka Knoll z Concare IT, w ich firmie praktyką jest podejmowanie decyzji o przyjęciu danego pracownika w trakcie pierwszego spotkania. – Nasze rekrutacje są kilkuetapowe i na tle innych branż ekspresowe. To pozwala nam uniknąć zagrożenia, że konkurencja nas ubiegnie i przed nami zatrudni wartościowego pracownika. Na początku kandydaci wypełniają formularz, który jest szczegółowy, miarodajny i zbiera informacje związane z kompetencjami kandydata, co daje nam pełniejsze wyobrażenie, że dana osoba będzie odpowiadała naszym wymaganiom. Następnie z wybranymi kandydatami prowadzimy telefoniczne rozmowy rekrutacyjne. Zapraszając wybrane osoby na spotkanie z udziałem osoby decyzyjnej (przyszły lider, manager bądź dyrektor), które jest ostatnim etapem, zakładamy, że to potencjalnie nowy członek naszego zespołu. Jeżeli rozmowa przebiegnie pomyślnie bardzo często od razu informujemy go o pozytywnej decyzji składając ofertę pracy – mówi Agnieszka Knoll.

Po drugie, postaw na candidate experience

Specjaliści od rekrutacji w branży IT muszą zdobyć mistrzostwo w dziedzinie kontaktu z kandydatami na każdym etapie procesu – od udzielania im profesjonalnej informacji zwrotnej po podtrzymywanie relacji już po zakończeniu rekrutacji. Wszystko po to, aby nie utracić potencjalnych perełek, których możemy potrzebować w przyszłości. Jednak informowanie o tych podstawowych rzeczach pozostaje dla wielu firm wyzwaniem. – Ciągle słyszę od nowych współpracowników i przyjaciół, że w przypadku wielu procesów rekrutacyjnych nie otrzymywali żadnej odpowiedzi od przedstawicieli firmy, w której starali się o pracę. Jest to niedopuszczalne, bo dla kandydata proces szukania pracy to często stresujący czas, a brak kontaktu ze strony pracodawcy tylko ten stres potęguje – mówi Karolina Wąsala z Ganymede.

Po trzecie, nie ufaj stereotypom

Wielu specjalistów zajmujących się rekrutacją zakłada, że osoba, która często zmienia pracę, nie jest najlepszym kandydatem na pracownika. Przyjmuje się, że taki kandydat będzie miał raczej luźny stosunek do swoich obowiązków i nie przywiąże się do nowego pracodawcy. Jednak w przypadku pracowników z branży IT, takie założenie często nie ma żadnego uzasadnienia. Specyfiką sektora jest praca projektowa, która zazwyczaj ma z góry narzucone ramy czasowe i dlatego niektórzy po zakończonym projekcie, decydują się na zmianę pracodawcy. W związku z tym założenie, że pracownik będzie nielojalny ze względu na częstotliwość zmiany pracy traci na znaczeniu.

Po czwarte, pamiętaj, że liczy się nie tylko wiedza, ale i chęć rozwoju

Rekrutacja w IT najczęściej wymaga włączenia do procesu ekspertów merytorycznych, którzy znają się na specyfice branży. Udział osób znających chociażby specyficzny język IT w rekrutacji to dodatkowa wartość, która pozwala w szybki i wyczerpujący sposób przekazać informacje, które interesują kandydata, oraz zweryfikować jego wiedzę. Jednak najbardziej wartościowy pracownik to nie tylko ten, który ma dużą wiedzę techniczną czy zna różne języki programowania. Równie istotna jest motywacja do zdobywania nowej wiedzy i chęć rozwoju. To często dużo istotniejsze niż zgromadzona wiedza. Warto być na to wyczulonym, bo najgorsze, co może zrobić rekruter, to odrzucić talent ze względów biurokratycznych.

Po piąte, przykładaj wagę do employer branding

„Pracodawca z wyboru” to nie tylko chwytliwy termin, ale również realny cel, do którego powinni dążyć przedsiębiorcy. Dzięki temu kandydaci będą mieli pewność, że starają się o posadę w firmie, która może zapewnić im stabilny rozwój. – Według mnie najwięcej można dziś zyskać, dzięki przemyślanej strategii employer brandingu. W naszej firmie najważniejszym przedsięwzięciem w tym obszarze jest Akademia Ganymede, którą z powodzeniem prowadziliśmy cały ubiegły rok akademicki. Chcemy dać się poznać kandydatowi jako pracodawca otwarty na inicjatywy i nowe możliwości, taki, który pomaga w rozwijaniu własnych umiejętności – mówi Karolina Wąsala z Ganymede.

Główna zasada selekcji i zatrudnienia pracownika z branży IT to umiejętność łączenia profesjonalizmu i złotych zasad procesu rekrutacji z nieszablonowym podejściem. Dzięki temu firma już podczas pierwszego kontaktu z kandydatem zapozna go z obowiązującą kulturą organizacyjną i z pewnością zwiększy szanse na przyciągnięcie do siebie najlepszych. Prawdziwe talenty potrzebują odpowiedniej kombinacji dobrych warunków pracy z możliwością rozwoju w firmie o ugruntowanej pozycji. Warto udowodnić, że jest się takim pracodawcą, zaczynając od profesjonalnego procesu rekrutacji.

Problemy w Azji to nie tylko Chiny – Japonia znów zwalnia

Problemy w Azji to nie tylko Chiny. Japonia, pomimo olbrzymich środków pompowanych przez Bank Japonii w gospodarkę, w dalszym ciągu nie wraca na ścieżkę wzrostu. Polski rząd przyjął budżet na 2016 rok.

Chiny, pomimo spowolnienia w gospodarce, w dalszym ciągu inwestują w złoto. W dalszym ciągu, gdyż zdaniem analityków robiły to cały czas, teraz po prostu się do tego przyznają. Tym razem poinformowały o wzroście rezerw o “zaledwie” 1%. “Zaledwie”, gdyż w lipcu niespodziewanie poinformowano o wzroście o 60%. Była to wtedy pierwsza oficjalna informacja od ponad 6 lat. Obecnie kraj ten wyraźnie stara się przejść na znacznie wyższy poziom transparentności. Nie wiadomo czy jest to efektem zwalniającej gospodarki, czy chęci spełnienia oczekiwań Międzynarodowego Funduszu Walutowego i dołączenia juana do grona walut światowych. Taki ruch mógłby osłabić dolara, który to obecnie jest w tamtym rejonie świata główną walutą.

Rząd Polski przyjął projekt budżetu na 2016 rok. Zakłada on deficyt budżetowy na poziomie 54,6 mld zł, co jak na rok wyborczy jest podejrzanie niskim wynikiem. Wynosi on co prawda 2,8% PKB, co sugeruje, że przy kilku niedoszacowaniach, które w latach wyborczych mogą się zdarzyć może szybko przekroczyć 3% i wrócimy do procedury nadmiernego deficytu. Nie muszą to być zresztą niedoszacowania. Jeżeli wierzyć badaniom opinii publicznej w nowym sejmie będzie inna koalicja rządowa i jeżeli będzie ona chciała zrealizować swoje zapowiedzi ciężko będzie się zmieścić poniżej progu 3%. Tym bardziej, że partie te nie stawiają sobie za główny cel przestrzegania tego typu ograniczeń. Powrót do procedury nadmiernego deficytu powinien powodować osłabianie się złotego względem głównych walut.

Wczoraj poznaliśmy dobre dane z Wielkiej Brytanii. Wnioski o kredyt hipoteczny nieznacznie wzrosły, natomiast pozytywnym zaskoczeniem okazała się sprzedaż detaliczna. Indeks wzrósł z oczekiwanych 28 pkt do 49 pkt. W Niemczech wstępne dane na temat wzrostu cen mówią o minimalnej deflacji. -0,2% zamiast -0,1% to z jednej strony nie duża różnica, ale wystarczyło by na rynkach akcenty przesunęły się na drugą stronę oceanu. Tym bardziej, że opublikowany wczoraj indeks zaufania konsumentów, pomimo oczekiwanych spadków, wzrósł.

W nocy poznaliśmy dane z Japonii. Kraj ten po pierwszych sukcesach nowej polityki gospodarczej znów przeżywa gorszy moment. Gorzej od oczekiwań wypadły zarówno produkcja przemysłowa, jak i sprzedaż detaliczna. To ważne parametry do prognozowania zmian PKB.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane:

  • 10:30 – Wielka Brytania – PKB,
  • 14:00 – Polska – Inflacja konsumencka – wstępne dane,
  • 14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Konferencja Fabryka Przyszłości w drodze do Przemysłu 4.0 Wrocław 21-22 października 2015 r.

Eksperci twierdzą, że za 10-20 lat będziemy świadkami czwartej rewolucji przemysłowej, która polegać będzie na wykorzystaniu technik informacyjnych w klasycznych gałęziach przemysłu. W ślad za ideą „Przemysłu 4.0”, 21-22 października 2015 r. we Wrocławiu, odbędzie się już druga edycja Konferencji Fabryka Przyszłości, której celem jest propagowanie wiedzy o istniejących i tworzonych technologiach, realizujących tę ideę.Konferencja 4.0

Program Konferencji

Podczas konferencji przedstawione zostaną inicjatywy świata nauki i przemysłu służące wykreowaniu inteligentnego przedsiębiorstwa zdolnego maksymalnie optymalizować proces produkcji. Będzie to okazja do spotkania i wymiany poglądów z krajowymi i zagranicznymi ekspertami z zakresu automatyki przemysłowej oraz przedstawicielami przodujących uczelni technicznych w Polsce. Konferencję reprezentują wyższe uczelnie techniczne oraz nowoczesne przedsiębiorstwa (Lapp Group, Wago, Balluff, Fanuc), tworzące projekty do przyszłych rozwiązań, elementy automatyki, systemy sterowania i niezawodne połączenia sieciowe komponentów całego systemu.

Więcej informacji:

Data: 21-22 października 2015 r.

Miejsce Konferencji: Wrocławskie Centrum Kongresowe Przy Hali Stulecia ul. Wystawowa 1 51-618 Wrocław

Zgłoszenia: http://przemysl40.pl/

Po nowej RPP nie oczekuję cięcia stóp

Krzysztof Izdebski, Zarządzający Funduszami Obligacji Union Investment TFI
Krzysztof Izdebski, Zarządzający Funduszami Obligacji Union Investment TFI

O popycie na polskie obligacje i możliwych decyzjach nowej Rady Polityki Pieniężnej rozmawiamy z Krzysztofem Izdebskim, zarządzającym funduszami obligacji Union Investment TFI.

Fed nie podniósł stóp procentowych. Jak ta decyzja przekłada się na rynki obligacji?

Reakcja rynków na tę decyzję była podręcznikowa – brak podwyżek został zinterpretowany jako obawa amerykańskiego banku centralnego o koniunkturę gospodarczą w USA. To zaś skierowało inwestorów ku bezpiecznym aktywom, m.in. obligacjom amerykańskim i niemieckim. Na tym trendzie skorzystał także polski rynek papierów dłużnych. Żeby przypomnieć, jeszcze dwa tygodnie temu Ministerstwo Finansów sprzedawało papiery 10-letnie z rentownością 3,05%. Na fali globalnego popytu na obligacje papiery te spadły do ok. 2,85%. Także obligacje o krótszym terminie zapadalności znajdują wielu chętnych – takiego szału zakupów nie obserwowaliśmy od kilku miesięcy. Ministerstwo Finansów na zeszłotygodniowej aukcji sprzedało 5-letnie obligacje po 2,3%, podczas gdy dwa tygodnie temu ich oprocentowanie wynosiło 2,5%. Pomimo braku oczekiwań ostatni okres okazał się pozytywny dla obligacji.

Największe światowe banki prognozują, że w 2016 r. globalny wzrost gospodarczy nieco spowolni, co może przełożyć się również na polskie PKB. Jednocześnie w przyszłym roku zmieni się skład Rady Polityki Pieniężnej. Czy w takich okolicznościach można liczyć na złagodzenie polityki monetarnej w Polsce?

Moim zdaniem to pobożne życzenie. Jest mało prawdopodobne, aby nowa Rada Polityki Pieniężnej zainaugurowała swoją kadencję od obniżki stóp procentowych. Szczególnie jeśli spojrzymy na skalę cięć dokonanych w ostatnim cyklu. Weźmy pod uwagę, że prognozy wzrostu gospodarczego w Polsce na 2016 r. przekraczają 3%, a inflacja rośnie i najprawdopodobniej w przyszłym roku wejdzie w przedział celu inflacyjnego NBP.

Pierwsza edycja Poland IT Meeting już za nami

Wrocław na dwa dni stał się polską stolicą branży informatycznej. W dniach 24 oraz 25 września ponad 100 specjalistów branży IT z całej Europy spotkało się na w stolicy Dolnego Śląska na pierwszej edycji wydarzenia Poland IT Meeting. Pionierska forma wydarzenia, skupiająca się wokół idei networkingu i budowania relacji, okazała się prawdziwym sukcesem. Pozwoli to, by Poland IT Meeting na stałe wpisało się w kalendarz imprez IT w Europie i Polsce.

Organizator Rafał Wójcicki (po prawej), fot. Poland IT Meeting
Organizator Rafał Wójcicki (po prawej), fot. Poland IT Meeting

Pierwsza edycja spotkania miała miejsce w największym centrum biznesowo-konferencyjnym, hotelu Haston we Wrocławiu. Wydarzenie zgromadziło ponad 100 przedstawicieli największych firm informatycznych z całej Europy. Uczestnicy wydarzenia odbyli kilkanaście indywidualnych spotkań biznesowych z dotychczasowymi oraz potencjalnymi Partnerami Biznesowymi. Przy pomocy spersonalizowanej aplikacji, mogli oni sami zaplanować kalendarz spotkań, zdecydować, z którymi przedstawicielami firm chcą przeprowadzić rozmowy, a jednocześnie zmaksymalizować efektywność spędzonego czasu.

Poland IT Meeting 2015Po zakończeniu części formalnej spotkania, uczestnicy mieli okazję spotkać się na uroczystej kolacji uświetnionej występem grupy Multivisual, która zaprezentowała spektakularne show przy użyciu laserów oraz innych rekwizytów multimedialnych. Uczestnicy odwiedzili też wrocławski klub muzyczny oraz odbyli spacer po historycznej części Wrocławia.

Rafał Wójcicki, organizator wydarzenia komentuje:Po blisko rocznych przygotowaniach, wydarzenie okazało się niebywałym sukcesem. Otrzymaliśmy mnóstwo pozytywnych opinii od Partnerów, zarówno z Polski, jak i zagranicy. Jestem przekonany, że uczestnicy wydarzenia nawiązali mnóstwo owocnych relacji, które przełożą się realnie na ich sytuację biznesową. Już teraz rozpoczynamy przygotowania do przyszłorocznej edycji, na której spodziewamy się co najmniej 200 uczestników. Naszym celem jest, aby Poland IT Meeting stało się największą imprezą tego typu w regionie Europy Środkowo – Wschodniej. Pierwsza edycja była dla nas wyzwaniem, by zbudować zaufanie pośród naszych odbiorców i przekonać ich do samej idei. Teraz musimy sprostać oczekiwaniom na kolejne edycje, wyciągnąć wnioski i ulepszyć formułę.”

Poland IT Meeting 2015Więcej informacji o tegorocznej edycji wydarzenia można znaleźć na stronie internetowej: www.polanditmeeting.com. Tam również pojawiać się będą aktualizacje odnośnie edycji przyszłorocznej.

Organizatorem Poland IT Meeting jest agencja GutPR.

MM Prime TFI: Rozstrzygnięcie wyborów, także na korzyść PiS-u, może przynieść wzrosty na giełdzie. Najbardziej zyskać mogą spółki energetyczne, banki, spółki handlowe i producenci gier

Adrian Apanel z MM Prime TFI

Koniec niepewności związanej z huśtawką nastrojów wyborczych może przysłużyć się polskiej giełdzie. Zdaniem Adriana Apanela, zarządzającego z MM Prime TFI, dzisiejsze niskie ceny akcji uwzględniają już ewentualne zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych. Po głosowaniu najbardziej przecenione akcje mogą podrożeć, ponieważ prawdopodobnie nie wszystkie obietnice będące postrachem rynku zostaną wprowadzone w życie.

W ocenie zarządzającego można liczyć na to, że po wyborach górę weźmie pragmatyzm i zwycięska partia zrezygnuje ze swych najbardziej niepokojących pomysłów z kampanii lub przynajmniej je złagodzi. To może nie tylko uspokoić nastroje na rynku, lecz nawet wywołać optymizm. Dotyczy to szczególnie takich sektorów, jak mocno w tym roku przecenione energetyka czy bankowość. Można też oczekiwać zupełnie nowych rozwiązań dla górnictwa.

Inaczej takie rozwiązanie się formułuje w okresie przedwyborczym, gdzie trzeba dużo obiecywać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adrian Apanel, zarządzający funduszami akcji i depozytowym MM Prime TFI. Natomiast po wygraniu wyborów możliwe, że ta presja ze strony wyborców będzie już mniejsza i partia, która wygra, bardziej pragmatycznie będzie podchodziła do kwestii rozwiązania tego problemu.

Jedna z zapowiedzi PiS dotyczy wprowadzenia podatku bankowego.

– Miałby on finansować te bardzo kosztowne obietnice socjalne PiS dla osób o skromniejszym dochodzie. Natomiast wcale te wszystkie obietnice nie muszą zostać spełnione i bardzo możliwe, że banki nie zostaną obłożone tak wielkimi obciążeniami, jak było to obiecane wcześniej – mówi ekspert.

Dlatego w opinii Adriana Apanela rynki przyjmą wygraną PiS-u spokojnie, bo najważniejszy dla inwestorów jest brak ryzyka, brak niepewności. Po jesiennych wyborach takie ryzyko powinno zostać wyeliminowane i większość inwestorów, którzy wstrzymywali się z decyzjami inwestycyjnymi, powróci na warszawską giełdę.

– Wydaje się, że bardzo dużo jest w cenach i te decyzje, te obietnice przedwyborcze, jeżeli nawet zostaną spełnione, to nie będą już miały na wyceny tych spółek dużego wpływu. Natomiast warto zauważyć, że PiS w przeszłości podchodził bardzo pragmatycznie do kwestii gospodarki. Przypomnę, że Platforma również obiecywała i 15-proc. podatek liniowy i obniżenie VAT-u na wiele produktów, a skończyło się to wiadomo, jak. Spokojnie podchodziłbym do tych obietnic i nie przejmował się aż tak mocno tymi ryzykami, które mogą pojawić się po wygraniu wyborów przez PiS.

Od początku roku najmocniej przecenione zostały subindeksy WIG-surowce (spadek o ponad 28 proc. z przyczyn niskich cen surowców na światowych rynkach) oraz WIG-energia (-23 proc.) i WIG-banki (-18,5 proc.). Według Apanela te dwa ostatnie mają szanse na odbicie po uspokojeniu wyborczych nastrojów.

Jestem przekonany, że sektory, które zostały bardzo mocno przecenione, czyli banki i energetyka, w przypadku stabilizacji i wyeliminowania ryzyka politycznego i pierwszych decyzji istotnych dla tych sektorów, powinny odbić i powrócić do wzrostów, które były zapoczątkowane kilka lat temu mówi zarządzający funduszami akcji i depozytowym MM Prime TFI. Wydaje się, że te sektory bardzo mocno przecenione są ciekawą inwestycją. Natomiast jeszcze do wyborów należy bardzo uważać na obietnice wyborcze, które do tej pory powodowały wahania kursów spółek energetycznych i banków.

Pomijając kwestie polityczne, trzeba zaznaczyć, że są sektory, które powinny korzystać z polepszającej się kondycji polskiej gospodarki, wzrostu tempa PKB.

To są spółki, które są związane ze sprzedażą detaliczną, spółki obuwnicze, spółki, które korzystają z tego, że osoby mają większy dochód rozporządzalny, więcej wydają np. na wyjścia do restauracji, spędzanie czasu poza domem, spółki restauracyjne, do tego na pewno bardzo ciekawie wyglądają spółki, które zajmują się produkcją gier, czy jest to CD Red, czy 11 bit studios, czy Vivid Games, Polacy pokazali, że potrafią robić bardzo dobre gry, które osiągają bardzo dobre wyniki nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie ocenia Adrian Apanel z MM Prime TFI.

Niemiecki HSM woli budować niszczarki do dokumentów w Europie. Korzyści z inwestycji w Chinach coraz mniejsze

Marcin Sobaniec z HSM Polska

Chiny przestają być atrakcyjnym miejscem do budowy fabryk. HSM, producent urządzeń do niszczenia dokumentów i nośników danych, stara się utrzymać swój potencjał w Europie, na czym korzystają także polscy dostawcy podzespołów do niszczarek tej firmy.

HMS posiada trzy zakłady produkcyjne w Niemczech oraz spółkę joint venture w Chinach. Z biegiem lat w strukturze firmy wykształciły się dwa ośrodki produkcji urządzeń do niszczenia dokumentów: w Niemczech, gdzie znajduje się największa liczba producentów tego typu urządzeń, oraz właśnie w Chinach.

Z biegiem lat korzyści płynące z produkcji w Chinach zniknęły – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Sobaniec, ekspert HSM Polska. Koszty pracy wzrosły znacząco, Chińczycy podnieśli też wyraźnie jakość, w związku z tym dzisiaj korzyści wynikające z produkcji w Chinach nie są tak jasne i klarowne, jak były jeszcze 5 czy 10 lat temu. Dlatego dziś producenci niemieccy skupiają się na tym, żeby utrzymać produkcję w Europie przy jednoczesnym wykorzystaniu pewnych korzyści, które są w produkcji w Chinach, a dotyczy to głównie produkcji małych urządzeń o niewielkich wydajnościach. Nie planujemy rozbudowy czy budowy produkcji w Polsce, natomiast już dziś możemy powiedzieć, że polscy producenci dostarczają podzespoły do firm w Niemczech.

Marcin Sobaniec mówi, że trudno oszacować potencjał sprzedaży niszczarek w Polsce, ponieważ żaden z producentów urządzeń do niszczenia dokumentów nie publikuje danych o swoich obrotach w tej kategorii urządzeń. Dodaje jednak, że pobieżne szacunki mówią, że jest to rynek wart kilkadziesiąt milionów złotych.

– Każdy, kto produkuje dokumentację papierową, powinien być zainteresowany urządzeniem do niszczenia dokumentów. Każde przedsiębiorstwo, które przetwarza swoje dane, które wytwarza dokumenty, powinno mieć takie urządzenie. Popyt na rynku w ostatnich latach jest mniej więcej taki sam, natomiast udział w rynku poszczególnych producentów zmienia się z roku na rok.

Branża urządzeń do niszczenia dokumentów nie jest sektorem, w którym szybko następują modyfikacje sprzedawanych urządzeń. Wprawdzie producenci starają się oferować użytkownikom nowe funkcjonalności czy urządzenia o wyższych parametrach technicznych, jednak z uwagi na oczekiwania rynku nowe serie produktowe są wprowadzane co 5 czy 10 lat.

Urządzenia do niszczenia dokumentów sprzedajemy pośrednio, czyli poprzez sieć dilerską zwraca uwagę ekspert HSM Polska. Natomiast nasze szacunki wskazują, że 50-70 proc. odbiorców to klienci sektora publicznego. Pozostałą część stanowią firmy prywatne, zupełnie marginalną stanowią klienci indywidualni. W zakresie urządzeń do przetwarzania odpadów głównym odbiorcą są sieci handlowe, a jest to związane z ich dynamicznym wzrostem w ostatnich latach. I kolejnym dużym klientem są oczywiście regionalne instalacje przetwarzania odpadów komunalnych, gdzie instalowane są największe urządzenia do zagęszczania i prasowania odpadów.

Zarówno HSM Polska, jak i cała firma spodziewa się w tym roku jednocyfrowego wzrostu przychodów. Spółka HSM Polska odpowiada za około 10 proc. przychodów całej firmy.

Inwestujemy zarówno w procesy, które usprawniają produkcję, jak i w nowy park maszynowy. W zeszłym roku przeznaczyliśmy 4 proc. przychodów na inwestycje deklaruje Marcin Sobaniec z HSM Polska.

Przyznaje, że trudno jest powiedzieć, ile firma wydaje na innowacje, badania i rozwój, ponieważ w każdej z fabryk wygląda to trochę inaczej. Regularnie inwestuje natomiast w kadrę pracowniczą.

 Firma zatrudnia około 800 osób, a fabryka współpracuje ze szkołą zawodową, która po każdym z trzech lat nauki przysyła praktykantów na szkolenia, które trwają 2 czy 3 miesiące. Podczas tej nauki praktykanci uczą się pracy w fabryce, a po skończeniu szkoły mają możliwość zatrudnienia się w przedsiębiorstwie. Praktykanci oczywiście otrzymują wynagrodzenie za czas przepracowany w firmie.

Veeam Software chce upowszechnić przechowywanie zasobów przedsiębiorstw w chmurze danych. Współpraca z Integrated Solutions ma ułatwić dotarcie z ofertą do mniejszych firm

0

Krzysztof Rachwalski

Firma Veeam Software uruchomiła usługi, umożliwiające małym i średnim firmom bezpieczne przechowywanie zapasowych kopii danych w chmurze. Podejmując współpracę z rodzimą spółką, chce zagwarantować, że dane pozostaną kraju.

Utrata danych może oznaczać dla firm ogromne straty i paraliż działalności. Fachowcy radzą, by przechowywać je przynajmniej w trzech kopiach, na dwóch różnych nośnikach i poza siedzibą firmy. Równie ważne jest, by awaryjny system mógł niemal natychmiast podjąć działanie, umożliwiając funkcjonowanie przedsiębiorstwa bez zakłóceń.

Szwajcarska spółka Veeam Software oraz należąca do Orange firma Integrated Solutions chcą upowszechnić w Polsce bezpieczne przechowywanie informacji w chmurze. Dzięki współpracy obu firm klienci mają zyskać możliwość łatwiejszego zabezpieczania swoich zasobów. Oferta ma być dostępna nie tylko dla największych i bogatych przedsiębiorstw, lecz także dla mniejszych firm. Veeam Software planuje w najbliższych miesiącach uruchomić nową wersję swojego sztandarowego produktu, czyli Backup & Replication Availability Suite, i stworzyć swoiste centrum zapasowe w formie usługi.

 Razem z firmą Integrated Solutions sprawimy, że przechowywać dane w chmurze będą mogły także mniejsze organizacje, średnie i małe, czyli te, których nie stać na budowę specjalnej infrastruktury, a które także jej potrzebują po to, by odpowiadać na potrzeby nowoczesnego rynku i by świadczyć klientom usługi w sposób dostępny i ciągły – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Krzysztof Rachwalski, dyrektor regionalny na obszar Europy Środkowo-Wschodniej Veeam Software.

Jak mówi, tworzenie kopii danych i przechowywanie ich w bezpiecznych miejscach to jedyna gwarancja, że będą one bezpieczne.

– Powinniśmy nasze backupy przechowywać w trzech kopiach, na dwóch różnych nośnikach, przy czym jeden z tych nośników powinien być dla bezpieczeństwa przechowywany w innej lokalizacji niż nasza firma. Dotychczas odbywało się to na takiej zasadzie, że firmy zapisywały dane na najtańszych dostępnych nośnikach, czyli na taśmach, i gdzieś je wywoziły. Było to dość kosztowne, wadliwe i co najważniejsze – czasochłonne. Koszt i czas odtworzenia takich środowisk z tej znanej lokalizacji był bardzo długi. Poza tym to było rozwiązanie dostępne tylko dla dużych organizacji.

Współpraca Veeam Software i Integrated Solutions ma pozwolić upowszechnić usługę przechowywania danych w chmurze i umożliwić skorzystanie z niej wszystkim chętnym.

Realizujemy strategię, którą sobie wyznaczyliśmy, że dostępność powinna być możliwa dla wszystkich, nie tylko dla najbardziej zasobnych, największych organizacji, że powinna również być domeną tych najmniejszych, które też tego potrzebują –  informuje Krzysztof Rachwalski. – W zasadzie mniejsze, średnie organizacje nie mają możliwości budowania specjalnej infrastruktury czy centrum zapasowego w innej lokalizacji, również kupienie takiej tradycyjnej usługi nierzadko jest ogromnym wyzwaniem, w związku z tym na bazie naszej infrastruktury czy na bazie infrastruktury Orange, a naszych produktów możemy tworzyć replikację całego data center produkcyjnego czy grupy do chmury.

Dzięki temu w przypadku awarii całego ośrodka podstawowego firma, która umieściła swe dane w bezpiecznej chmurze, może z nich w każdej chwili zacząć korzystać. Veeam Software na podstawie zdefiniowanej procedury Disaster Recovery może spowodować, że te środowiska zostaną uruchomione w infrastrukturze zapasowej, a w momencie, kiedy klient poradzi sobie z awarią, bez problemu wrócą do korzystania z lokalizacji podstawowej. Jak mówi Krzysztof Rachwalski, dodatkową zaletą tego rozwiązania jest fakt, że cała operacja odbędzie się w Polsce.

Są platformy chmurowe udostępniane przez bardzo duże organizacje międzynarodowe, takie jak Microsoft, natomiast bardzo często klienci z pewną nieufnością podchodzą do tego, że te centra przetwarzania danych są zlokalizowane poza terenem Polski – tłumaczy Krzysztof Rachwalski z Veeam Software. – I to był też jeden z głównych elementów, dla którego chcieliśmy i uruchomiliśmy taką usługę razem z firmą lokalną. Była to odpowiedź na potrzeby klientów, że chcemy jednak, aby te dane były przechowywane na terenie naszego kraju.

Produkt ma trafić nie tylko do mniejszych firm, lecz także do mniejszych miejscowości. Od 29 września trwa roadshow Integrated Solutions, podczas którego firma ma zaprezentować rozwiązanie ponad tysiącowi firm w 14 miastach.

Trwają prace nad ustawą o zdrowiu publicznym. Ustawa ta stwarza możliwość powołania międzyresortowej instytucji dbającą o finanse ochrony zdrowia

Dorota Hryniewiecka-Firlej, prezes zarządu Pfizer Polska

W sektorze zdrowia jest za mało środków, a i te, które są, wydatkowane są nieefektywnie. Opracowywana ustawa o zdrowiu publicznym ma być szansą na stworzenie międzyresortowej instytucji, która zajmie się ochroną zdrowia Polaków. Przedstawiciele branży medycznej w Polsce podkreślają, że służba zdrowia to tak złożona kwestia, że powinno być za nie odpowiedzialne nie tylko Ministerstwo Zdrowia, lecz także inne resorty i instytucje.

Takie obszary sektora zdrowia jak opieka zdrowotna, zdrowie publiczne i opieka społeczna zostały „zlokalizowane” w Ministerstwie Zdrowia. Czym innym jednak jest zajmowanie się chorymi, czyli medycyna naprawcza, a czym innym dbałość o zdrowie w ogóle, o zdrowie całego społeczeństwa, a czym innym jest opieka społeczna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Hryniewiecka-Firlej, prezes zarządu Pfizer Polska.

Jak podkreśla, instytucjonalne połączenie tych obszarów przekracza możliwości efektywnego zarządzania. Dlatego, żeby poprawić efektywność wydawanych na służbę zdrowia środków, trzeba odciążyć Ministerstwo Zdrowia.

Trzeba ograniczyć jego działalność wyłącznie do ochrony zdrowia, a zdrowie publiczne i opiekę społeczną powierzyć specjalnie w tym celu powołanej międzyresortowej platformie, która będzie odpowiedzialna za jak najskuteczniejszą alokację i wykorzystanie środków przeznaczonych na zdrowie publiczne i opiekę społeczną – proponuje prezes Pfizer Polska. – Można postawić pytanie: które ministerstwo ma większy wpływ na stan zdrowia publicznego, czy Ministerstwo Zdrowia, czy resort rolnictwa (np. antybiotyki w kurczakach), czy może Ministerstwo Sportu i Turystyki (poziom WF w szkołach) itd. Można uszeregować wszystkie ministerstwa według wielkość ich wpływu na poziom zdrowia publicznego.

Według niej szansą na rozpoczęcie takiej międzyresortowej współpracy w zakresie zdrowia jest opracowywana właśnie ustawa o zdrowiu publicznym.

Jeżeli uda nam się przeforsować ustawę o zdrowiu publicznym, która właśnie mówi o zbliżeniu tych silosów, w których aktualnie żyjemy, to byłaby szansa na urzeczywistnienie takiego myślenia już w przyszłym roku – wyjaśnia Hryniewiecka-Firlej.

Wśród założeń ustawy o zdrowiu publicznym jest wprowadzenie zmian legislacyjnych tworzących ramy dla systemu zdrowia publicznego w Polsce. Nowe przepisy mają określić kompetencje wszystkich podmiotów odpowiedzialnych za zdrowie Polaków, w tym administracji publicznej, rządowej, samorządowej oraz podległych im instytucji zdrowia publicznego. Ustawa zakłada utworzenie Rady ds. Zdrowia Publicznego – organu opiniodawczo-doradczego ministra zdrowia. Jest też możliwość powołania pełnomocnika rządu ds. zdrowia publicznego. Dokumentem strategicznym dla zdrowia publicznego ma być Narodowy Program Zdrowia, pierwszy obejmie okres 2016-2020. Ustawę 11 września przyjął Sejm. Nad dokumentem pracują właśnie senatorowie.

Dokument określa kierunek walki z chorobami przewlekłymi niezakaźnymi trapiącymi znaczną część populacji, jak na przykład choroby cywilizacyjne, nałogi, niezdrowy tryb życia czy czynniki pośrednio wpływające na zdrowie, w tym środowisko fizyczne i społeczne życia, pracy i nauki, oraz czynniki społeczno-ekonomiczne.

Według pani Doroty Hryniewieckiej-Firlej oprócz zmian systemowych w ochronie zdrowia warto też skoncentrować się na lepszym wykorzystaniu dysponowanych środków.

Próbujemy od lat radzić sobie z dylematem, czy mamy za mało pieniędzy w systemie, czy nie najlepiej wydajemy te, które mamy? Według mnie jest to koniunkcja. Nauczmy się mądrze wydawać te pieniądze, które są w systemie, i jednocześnie pracujmy nad tym, żeby było ich w systemie więcej – podkreśla prezes Pfizer Polska.

Polska światowym liderem w produkcji biżuterii z bursztynem. Rośnie nie tylko eksport, lecz także sprzedaż w kraju

Agata Całka

Polska jest potęgą w produkcji biżuterii z bursztynem. Jej udział w światowym rynku szacuje się na blisko 70 proc. Wartość produkcji biżuterii w naszym kraju wynosi ok. 200 mln euro, większość trafia na eksport – do Azji, krajów Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Powoli rośnie też zainteresowanie bursztynem w Polsce. Łączony z innymi kamieniami, oprawiany w złoto czy srebro przyciąga miłośniczki eleganckiej biżuterii.

Zainteresowanie bursztynem na świecie jest duże – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Agata Całka z firmy Amber-Ring. – W przypadku naszej firmy 80-90 proc. produkcji trafia na eksport, do Europy, Stanów Zjednoczonych, Kanady i przede wszystkim do Chin. Chiny całkowicie zdominowały ten rynek: do Państwa Środka trafia 80 proc. całej produkcji – wskazuje.

Z danych Ministerstwa Gospodarki wynika, że eksport polskiej biżuterii wyniósł w ubiegłym roku 46 mln dolarów. Największym zainteresowaniem cieszyły się ozdoby z bursztynem. Polska jest potęgą w produkcji biżuterii z wykorzystaniem bursztynu. Dane resortu wskazują, że udział Polski w światowym rynku sięga 70 proc.

Europa wciąż lubi bursztyn, podoba jej się, ale wzrost cen kamienia sprawił, że eksport na rynki Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych zmalał – podkreśla ekspertka. – Ceny bursztynu kształtują się różnie, od bardzo tanich, drobnych przedmiotów, do bardzo drogich, które ceną przewyższają złoto i sięgają nawet do 30 euro za gram w wyrobie.

Ceny surowca poszły znacznie w górę, m.in. przez embargo Rosji na eksport bursztynu wprowadzone pod koniec 2013 roku. Wiosną ubiegłego roku za kilogram wysokiej jakości bursztynu trzeba było zapłacić nawet 14 tys. zł. W ostatnim czasie obserwować można bardzo duże zainteresowanie surowcem ze strony Chin. W dużej mierze to efekt przekonania, że jest to jeden ze świętych kamieni Buddy.

Chińczycy uważają, że to kamień nie tylko piękny, lecz także przynoszący szczęście i zdrowie. Najbardziej cenią kulkę, która jest najdroższym wyrobem z bursztynu. To święty i zdrowy kamień, dlatego jest dla nich tak ważny – ocenia Całka.

Dopiero teraz bogacący się Chińczycy mogą sobie pozwolić na zakup bursztynu. Dla nich jest to również inwestycja finansowa, z tym że podchodzą do niej inaczej – im coś jest droższe, tym bardziej atrakcyjne inwestycyjnie.

Choć większość produkcji bursztynu trafia na eksport, rośnie też zainteresowanie tym kamieniem w Polsce. Zdaniem ekspertki to w dużej mierze efekt nowego wzornictwa – bursztyn nie kojarzy się z biżuterią dostępną w każdym nadmorskim sklepie z pamiątkami, ale z ekskluzywną, nowoczesną.

Pracuję w tej branży około 20 lat i w tym czasie wiele się zmieniło. Zaczynałam, tak jak moi rodzice, od naszyjników z korali, tzw. hawajki. Obecnie robimy całkiem inną biżuterię, łączymy bursztyn z kolorowymi kamieniami, z perłami i złotem. Teraz najbardziej pożądane są duże kamienie w złotych oprawach, z filigranem, łączone z diamentami. Wzornictwo bardzo się poprawiło – mówi ekspertka Amber-Ring.

Jak podkreśla Całka, nie ma dwóch takich samych kamieni, można w nim znaleźć zatopione miliony lat wcześniej owady, zamknięte pęcherzyki powietrza czy krople wody.

Dobre lata dla branży były w latach 90., kiedy pojawił się film „Park Jurajski”. Teraz byłoby dobrze, gdyby polskie celebrytki i kobiety związane z biznesem dostrzegły piękno bursztynu i zaczęły go nosić. Byłaby to najlepsza reklama dla naszej branży, bo rynek bursztynu opiera się na modzie i trendach, podobnie jak cała biżuteria i gospodarka – podkreśla Agata Całka.

Okazją do podziwiania biżuterii z bursztynami będą 16. Międzynarodowe Targi Biżuterii i Zegarków Złoto Srebro Czas. Weźmie w nich udział 30 firm bursztynniczych, głównie z Pomorza. Targi odbędą się w dniach 1-3 października w Warszawie, w Centrum Targowo-Kongresowym MT Polska, przy ul. Marsa 56 C w Warszawie.

Od stycznia większe uprawnienia rady wierzycieli. Będą mieli realny wpływ na postępowanie restrukturyzacyjne

Adam Miłosz

Nowe prawo restrukturyzacyjne, które wejdzie w życie w styczniu 2016 roku, zwiększy uprawnienia rady wierzycieli, czyli organu reprezentującego wszystkich wierzycieli dłużnika. Rada będzie powoływana na wniosek trzech niewielkich wierzycieli lub jednego większego (ponad 20 proc. wierzytelności), a nie jak dotąd tylko sędzia-komisarz. W ten sposób wierzyciele zyskają realny wpływ na postępowanie restrukturyzacyjne.

Od przyszłego roku zacznie obowiązywać ustawa Prawo restrukturyzacyjne. Zostaną wprowadzone cztery nowe postępowania restrukturyzacyjne w dużej mierze oparte na praktykach międzynarodowych, które mogą pomóc dłużnikowi uniknąć upadłości. Więcej uprawnień będą mieć również wierzyciele, którzy zyskają realny wpływ na tok spraw.

Jedną ze zmian jest na nowo ukształtowana pozycja rady wierzycieli, która po pierwsze będzie musiała być powołana przez sędziego-komisarza na wniosek dłużnika, trzech wierzycieli lub wierzycieli mających odpowiednią sumę wierzytelności. Po drugie, żeby działalność rady nie była sparaliżowana, zostanie wprowadzona instytucja zastępcy członka rady, który będzie mógł głosować w jego zastępstwie – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Miłosz, radca prawny i partner w kancelarii Galt.

Dotychczas rada była powoływana na wniosek sędziego-komisarza, który miał też prawo wskazywać i odwoływać jej członków. Od przyszłego roku to wierzyciele będą mieli wpływ na jej działanie, a tym samym na tok prowadzenia spraw. Będą też wyrażać zgodę na część działań dłużnika, a wierzyciele niezadowoleni z działań rady będą mogli zaskarżać podejmowane uchwały.

To wentyl bezpieczeństwa, który pozwala wierzycielom kontrolować działania rady – podkreśla ekspert. – Innym bardzo istotnym uprawnieniem rady jest wpływ na to, kto będzie nadzorcą albo zarządcą w postępowaniu restrukturyzacyjnym. Rada wierzycieli będzie mogła podjąć uchwałę zobowiązującą sąd do zmiany osoby nadzorcy sądowego lub zarządcy.

Jak przekonuje Adam Miłosz, obecnie wierzyciele często nie uczestniczyli w radzie wierzycieli, ponieważ nie widzieli w tym sensu albo po prostu nie były one powoływane.

Rada powinna na pierwszym posiedzeniu przyjąć regulamin działania, który określi tryb posiedzeń, sposób zbierania głosów i zasady współpracy rady z nadzorcą sądowym albo zarządcą oraz dłużnikiem. Istotne jest również to, że decyzje będą mogły być podejmowane przez radę nie tylko na posiedzeniach, lecz także np. mailowo.

Aby zasiadać w radzie, trzeba mieć umocowanie udzielone przez wierzyciela, aczkolwiek warto, żeby taka osoba znała się na prawie upadłościowym i restrukturyzacyjnym, a po drugie, żeby miała uprawnienie do efektywnego podejmowania decyzji – mówi ekspert kancelarii Galt.

Jeśli reprezentant uczestniczący w posiedzeniach rady będzie mógł podejmować decyzje na miejscu i nie będzie od nikogo zależny, jest szansa, że postępowanie będzie się toczyć sprawnie. Dotychczas często zdarzało się, że w radzie zasiadały osoby niedecyzyjne, których jednym zadaniem było przekazywanie informacje do centrali, co znacznie spowalniało proces decyzyjny.

– Jeśli będą to osoby kompetentne, które będą umiały ocenić działania restrukturyzacyjne, dokumenty finansowe i plany biznesowe, to jest szansa, że to instrumentarium, które daje ustawa, się sprawdzi – ocenia Adam Miłosz.

Na rynku nieruchomości biurowych rządzą najemcy. Współczynnik powierzchni niewynajętej wynosi 15 proc.

Grzegorz Strutyński

Rynek powierzchni biurowych dzisiaj zdecydowanie należy do najemców. I choć w II kwartale wykazywali oni rekordową aktywność – podpisano umowy najmu na ponad 220 tys. mkw., to współczynnik pustostanów w kraju kształtuje się w okolicach 15 proc., a w przyszłym roku, jak oceniają deweloperzy, może dojść do 16 proc. Za 2-3 lat powinien być jednak znacząco niższy.

Rynek powierzchni biurowej stał się rynkiem najemcy. To on jest dziś panem sytuacji, a my, jako ten, który dostarcza usługę w postaci biur, musimy się mocno nagimnastykować, żeby go zainteresować – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Strutyński, dyrektor handlowy w grupie deweloperskiej HB Reavis.

Jak wynika z ostatniego raportu MarketView firmy doradczej i inwestycyjnej CBRE, w samej tylko stolicy znajduje się obecnie 4,5 mln mkw. powierzchni biurowej. W budowie jest prawie 40 obiektów biurowych o łącznej powierzchni ponad 630 tys. mkw.

W II kwartale roku aktywność najemców była rekordowo wysoka. Ponad 220 tys. mkw. nowo wynajętej powierzchni świadczy o tym, że firmy chcą lokować swoje siedziby w bardziej nowoczesnych budynkach. Poza tym dobra sytuacja gospodarcza w kraju powoduje, że firmy się rozwijają i potrzebują dodatkowej powierzchni, podobnie jak nowe przedsiębiorstwa zagraniczne wchodzące na polski rynek.

Deweloperzy także są aktywni. Z danych JLL wynika, że w I półroczu na rynku przybyło 345 tys. mkw. nowej powierzchni, z czego na Warszawę przypadło blisko 147 tys. W całym kraju w budowie jest blisko 1,4 mln mkw. nowych biur.

Wzrósł poziom pustostanów, który obecnie wynosi już około 15 proc. z tendencją wzrostową. Pod koniec 2016 roku może to być nawet 16 proc. – mówi Strutyński.

CBRE przewiduje, że w przyszłym roku wskaźnik ten w stolicy może sięgnąć 19 proc. Po 2016 roku sytuacja powinna jednak zacząć się stabilizować.

W Warszawie widać spadek liczby nowych inwestycji budowanych spekulacyjnie [bez wcześniejszych umów najmu – red.], co pewnie spowoduje, że strona podażowa trochę wyhamuje przy rosnącym popycie albo przy dosyć dużej absorpcji netto – prognozuje Grzegorz Strutyński. – Za dwa, trzy lata może to doprowadzić do sytuacji, w której poziom równowagi na rynku zbliży się do około 10 proc., ale to jest optymistyczny scenariusz.

Obecnie – zdaniem Grzegorza Strutyńskiego – najemcy szukają nowoczesnych budynków i powierzchni, które są o wiele bardziej elastyczne i mogą nawet pomóc im zatrzymać pracowników.

To jest bardzo wyraźny trend nie tylko w Warszawie i w Polsce, lecz w ogóle w całym regionie – zauważa dyrektor handlowy HB Reavis.

Podkreśla, że na tle innych miast regionu Warszawa jest zdecydowanym liderem.

Coraz więcej zagrożeń dla systemów IT w firmach. Największe ryzyko stwarzają jednak pracownicy

Paula Januszkiewicz

Nie brak zabezpieczeń i wadliwy system, lecz działania pracowników są największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa IT w firmie. Zatrudnieni używają niedostatecznie złożonych haseł i to tych samych do różnych aplikacji. Nie zdają sobie sprawy z tego, że ściąganie plików czy klikanie w linki z niepewnego źródła może skutkować cyberatakiem na zasoby firmy. Odpowiednie szkolenia pomagają jednak ograniczyć ryzyko. 

– Można by przypuszczać, że technologia IT w firmach działa nie do końca dobrze, ale w dzisiejszych czasach największe ryzyko stwarzają jednak pracownicy, którzy otwierają różnego rodzaju załączniki, nie mając świadomości, jakie zagrożenia mogą nieść – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paula Januszkiewicz, ekspert Hexcode i Cqure w zakresie bezpieczeństwa IT.

Użytkownikcy są najsłabszym ogniwem w systemie ochrony przed cyberatakami. Według ubiegłorocznego badania PwC aż 70 proc. nadużyć wynikało z błędów obecnych lub byłych pracowników firmy, często popełnianych nieświadomie.

Problem w tym, że pracownicy nie są świadomi zagrożeń. Hexcode ma status wyłącznego partnera CQURE Academy, realizującej program edukacyjny Security Expert 2.0. Tego rodzaju przedsięwzięcia szkoleniowe w firmach – zdaniem Januszkiewicz – są istotne i powinny być pierwszym kokiem mającym na celu podniesienie stopnia bezpieczeństwa infrastruktury informatycznej.

– To szkolenia, które nazywamy security awareness, czyli budowanie świadomości bezpieczeństwa wśród pracowników – tłumaczy Paula Januszkiewicz. –Uczą się oni, jak zapobiegać pewnym sytuacjom, jak w ogóle do nich nie dopuszczać. Do tego dochodzi wdrożenie pewnych rozwiązań IT, które mimo wszystko, gdy użytkownik jednak coś kliknie, zrobi coś niewłaściwego, będą w stanie infrastrukturę przed skutkami takich działań zabezpieczyć.

Firmy świadczące usługi bezpieczeństwa informatycznego czekają dobre lata. Jak wynika z raportu firmy PMR, ich przychody w ostatnich latach rosną o blisko 10 proc. rocznie. W 2010 roku rynek rozwiązań z zakresu bezpieczeństwa IT wart był ponad 659 mln zł, a trzy lata później został wyceniony na blisko 871 mln zł. Analitycy przypuszczają, że w tym roku jego wartość przekroczy 1 mld zł. Oznacza to, że przychody dostawców takich rozwiązań w Polsce rosną mniej więcej dwa razy szybciej niż cała branża IT.

 Jedną z ważniejszych rzeczy, które powinniśmy wdrożyć, jest rozwiązanie, które zapobiega wykonywaniu złośliwego kodu – twierdzi Paula Januszkiewicz. – Po jego implementacji, gdy użytkownik kliknie w złośliwy link i otworzy załącznik, to kod po prostu się nie wykona. Z naszego doświadczenia wynika, że praktycznie żaden klient nie ma wdrożonego takiego rozwiązania, a tego typu ataków jest coraz więcej.

Podkreśla, że sporym problemem jest także brak najprostszych zabezpieczeń w działaniach pracowników, np. związanych z hasłami. Rzadko hasła te są wystarczająco złożone. Zdarza się też, że pracownicy używają tego samego szyfru podczas logowania do rozmaitych kont osobistych i firmowych, a dodatkowo zapisują je w przeglądarce. Problemem nawet nie jest sama siła takiego szyfru, ale jego powtarzalność.

– Firmy i użytkownicy nadal używają haseł w celu uwierzytelniania dostępu. Ale można skorzystać także z innych sposobów, np. smartcard czy uwierzytelnianie odciskiem palca. W najnowszych technologiach Microsoftu, na przykład aplikacji Windows Hello, odbywa się to poprzez przeskanowanie biometrii twarzy. Jest kilka rozwiązań, które niekoniecznie polegają na hasłach, ale oczywiście są one i nadal będą ważne – zauważa Paula Januszkiewicz.

Jak wynika z opracowania firmy Check Point Software Technologies w ciągu każdej godziny przeprowadzanych jest na świecie 106 różnego rodzaju działań wymierzonych w firmę lub organizację. W stosunku do 2013 roku ich liczba wzrosła 48-krotnie.

Popołudniowy komentarz walutowy z 29.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 29.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Kredyt czy czynsz – co lepsze?

W Szwajcarii mieszkanie wynajmuje ponad połowa społeczeństwa. W Polsce? Tylko 8%! Powód jest prosty – lokal własnościowy kojarzy nam się ze stabilizacją i bezpieczeństwem. Zachęcające są również ceny oferowane przez deweloperów.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w nieruchomościach własnościowych mieszka zdecydowana większość Polaków – 73%. Na wynajem decyduje się niewielki ułamek społeczeństwa – około 8%. Pozostałą część stanowią lokale własnościowe obciążone kredytem (9%), a także kwatery komunalne, socjalne lub służbowe (8%).

Kredyt idealny

Większość spośród badanych (84%) podczas zakupu skorzystała z kredytu. Decydując się na pomoc banku należy zwrócić uwagę na kilka czynników. Dwa podstawowe to oprocentowanie i wysokość marży. Do całkowitego kosztu kredytu często dolicza się ubezpieczenie pomostowe oraz polisę na życie lub ubezpieczenie wkładu własnego. Na jakie warunki kredytowe może liczyć trzyosobowa rodzina (2+1), która zamierza kupić mieszkanie za 350 tys. zł na rynku pierwotnym?

Według Rankingu kredytów hipotecznych serwisu Money.pl, przy obecnie obowiązującym 10% wkładzie własnym (w tym przypadku 35 tys. zł), kredytobiorca może liczyć na ofertę z prowizją od 0% do nawet 5% i z marżą od 1,55% do 3,6%. W rezultacie – w zależności od oferty banku – miesięczna rata 30-letniego kredytu wynosi od 1370 zł do 1820 zł.

Warto pamiętać, że od 2017 roku zacznie obowiązywać wyższy, 20-procentowy wkład własny. Wówczas raty będą mniejsze, ale trudniej będzie „uzbierać” na obowiązkową wpłatę, która w przypadku mieszkania za 350 tys. zł wyniesie 70 tys. zł. To sprawia, że z decyzją o zakupie mieszkania warto się pośpieszyć – mówi Teresa Witkowska, dyrektor sprzedaży Alpha Park, inwestycji w warszawskim Ursusie.

Wybór jest prosty?

Jak na tym tle przedstawiają się opłaty za wynajem dwupokojowego mieszkania? Wśród dużych miast najtańsze lokale można wynająć w Łodzi (od 1100 zł do 1500 zł miesięcznie), Katowicach (o 1200 zł do 1700 zł) i Gdańsku (od 1250 zł -1850 zł). Najdroższy jest rynek warszawski – średnia cena za wynajem dwupokojowego mieszkania wynosi około 2000 zł. W poszczególnych dzielnicach stawki są jednak bardzo zróżnicowane – wahają się od 1500 w Wesołej, do około 2600 w Śródmieściu.

Świadomość klientów rośnie, dlatego wiele osób woli spłacać raty kredytu, niż finansować komuś mieszkanie. Przy miesięcznym czynszu w wysokości 2000 zł ma to miejsce już po 14 latach. Dodatkowo w Polsce istnieje bardzo silna potrzeba posiadania własnej nieruchomości. To całkowicie inaczej niż na przykład w Szwajcarii, gdzie wynajmujący stanowią ponad połowę społeczeństwa. U nas mieszkania są jednak zdecydowanie tańsze, dlatego chętniej się na nie decydujemy – mówi Teresa Witkowska.

Wysoka jakość rośnie w siłę

Ekspert dodaje, że w ostatnim czasie oczekiwania na rynku deweloperskim bardzo się zmieniły – zarówno pod kątem podejścia do nieruchomości, jak również obsługi. – Klienci nadal zwracają uwagę na cenę i lokalizację, ale bardzo ważna stała się jakość. Kupując mieszkanie własnościowe mamy większy wybór, wykańczamy je tak jak chcemy, a w rezultacie czujemy się w nim lepiej i bezpieczniej – mówi.

Przeglądając oferty mieszkaniowe warto zwracać uwagę na szczegóły, między innymi na to, czy mieszkanie obejmuje rządowa dopłata Mieszkanie dla Młodych, czy deweloper oferuje wykończenie „pod klucz”, a także czy nieruchomość ma dodatkowe zalety, jak  na przykład modne w ostatnim czasie rozwiązana ekologiczne.

– Niektórzy deweloperzy oferują więcej niż inni. Na przykład na osiedlu Alpha Park mieszkańcy mogą liczyć na wykończenie mieszkania w cenie. To bardzo wygodne
i oszczędne rozwiązanie, dzięki któremu oszczędzamy czas i pieniądze, a przy okazji otrzymujemy materiały wysokiej jakości, które służą mieszkańcom przez lata
– mówi Teresa Witkowska.

Polski startup celuje w rynek światowy

Spółka Softgem wprowadziła na rynek Proces.io – rozwiązanie skierowane do firm średniej wielkości, które w nowatorski sposób zwiększa efektywność pracy. Polsko-hindusko-niemiecki zespół chce swój pomysł sprzedawać na całym świecie. Rynek aplikacji tego typu szybko rośnie. Amerykański instytut MarketsandMarkets wskazuje, że w 2019 r. ma osiągnąć wartość ponad 5,5 miliarda dolarów.

Proces.ioProces.io pozwala w innowacyjny sposób rozrysować dowolny proces zachodzący w firmie na ciąg etapów i zlecić go pracownikom do wykonania w świecie wirtualnym. System pozwala obrazować procesy biznesowe wielokrotnie szybciej w porównaniu do rozwiązań konkurencyjnych. Umożliwia również modyfikowanie kolejnych kroków procesu w trakcie pracy. Dostępne obecnie systemy mają w tej mierze mocno ograniczone możliwości. Firma dostrzegła też inny słaby punkt konkurencji i od startu dysponuje dużym zasobem gotowych szablonów procesów biznesowych.

Zastosowanie Proces.io jest bardzo szerokie. Z aplikacji mogą korzystać praktycznie wszystkie działy firmy, począwszy od księgowości, poprzez dział personalny, prawny, obsługę klientów, działy zakupów, sprzedaży oraz wiele innych. Żeby skorzystać z Proces.io wystarczy założyć konto w systemie i zaprosić współpracowników lub podwykonawców. Ze względu na elastyczność, szybkość wdrożenia i niski koszt, aplikacja stanowi doskonałą alternatywę dla oprogramowania pisanego na zamówienie.

– Skalę naszej innowacyjności pokazał test na Tajwanie, gdzie spotkaliśmy się z entuzjastycznym przyjęciem – mówi Marcin Dudek, pomysłodawca Proces.io i prezes Softgem. – W systemie wiodącej firmy zachodniej skomplikowany proces obsługi klienta powstawał tam zwykle kilka dni. Proces.io pozwoliło zredukować ten czas do zaledwie pół godziny – zaznacza Marcin Dudek.

Proces.ioProces.io umożliwia szybsze i dokładniejsze wykonywanie powtarzalnych czynności biznesowych, które każdego dnia są udziałem osób zatrudnionych w tysiącach firm. Przykładowo: akceptowanie faktur w przedsiębiorstwie z oddziałami terenowymi odbywa się w Proces.io na podstawie zeskanowanych dokumentów. Od chwili zarejestrowania faktury w systemie, poszczególni pracownicy mają wgląd w proces sprawdzania i akceptacji dokumentu. Menadżer może zlecić wypłatę środków podwykonawcy, np. podczas podróży służbowej, korzystając z Proces.io na telefonie komórkowym.

Proces.io - procesy w komputerze i tablecieSystem Proces.io jest dostępny w wersji internetowej oraz na tablety i komórki działające pod kontrolą systemu Android (w przygotowaniu jest wersja na iOS). Firmy zatrudniające do pięciu pracowników mogą korzystać z rozwiązania za darmo. Większe podmioty płacą 7, 12 lub 22 dolary za użytkownika w skali miesiąca. Abonamenty różnią się zakresem funkcjonalności i rodzajem wsparcia udzielanego przez zespół Proces.io. Szkolenie z tworzenia procesów biznesowych zajmuje ok. 2 godzin.

Proces.io w pigułce:

  • motywuje pracowników, ponieważ umożliwia podgląd poszczególnych etapów działania oraz dostęp do informacji i poleceń
  • redukuje do zera zadania niewykonane
  • eliminuje obieg papierowych dokumentów i minimalizuje wymianę e-maili
  • ułatwia koordynowanie pracy zespołu dzięki automatycznemu przydzielaniu zadań i kompetencji
  • zapewnia kontrolę funkcjonowania firmy poprzez monitoring realizacji powierzonych zadań
  • pozwala na monitorowanie działań dotychczas niedostępnych kadrze kierowniczej
  • zwiększa efektywność poszczególnych pracowników, zespołów i całej firmy.

Proces.io - jak powstaje proces biznesowyProces.io to aplikacja, która zwiększa efektywność i dokładność pracy, a także stanowi doskonałą alternatywę dla oprogramowania pisanego na zamówienie. Rozwiązanie umożliwia rozrysowanie dowolnego procesu, który zachodzi w firmie, na ciąg czynności realizowanych przez pracowników w świecie wirtualnym. Dzięki temu możliwe jest wyeliminowanie papierowych dokumentów, zmniejszeniu ulega także wymiana e-maili. Aplikacja została przygotowana przez specjalistów z zakresu zarządzania, ekonomii i inżynierii, pochodzących z Polski, Niemiec i Indii.

Instytut badawczy MarketsandMarkets, w raporcie opublikowanym w maju 2015 r., prognozuje, że globalny rynek systemów zarządzania przepływem pracy będzie rozwijał się bardzo dynamicznie w najbliższych kilku latach. Według ekspertów jego wartość wzrośnie z obecnego poziomu 1,5 miliarda dolarów do ponad 5,5 w roku 2019.

Więcej: www.proces.io

Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka 8.1. Wspieranie działalności gospodarczej w dziedzinie gospodarki elektronicznej.

Alior Bank finansuje budowę elektrowni wiatrowych

Alior Bank S.A., vortex energy oraz Max Bögl International SE podpisały umowę w sprawie finansowania budowy parku wiatrowego Jóźwin.  Jest to kolejny, znaczący projekt w sektorze odnawialnych źródeł energii, w którego realizację zaangażował się Alior Bank.

Na mocy podpisanej umowy Alior Bank udzielił kredytu w wysokości 112 mln złotych na budowę parku wiatrowego Jóźwin, składającego się z dziewięciu elektrowni wiatrowych firmy GE o łącznej mocy 25,3 MW.

Bank pozytywnie ocenił projekt z uwagi na potencjał wietrzności terenu, na którym powstaje park wiatrowy i doświadczenie inwestorów w budowie i eksploatacji farm wiatrowych w Polsce i na świecie.

Alior Bank, jako bank uniwersalny, aktywnie rozwija działalność kredytową również w ramach project finance i uczestniczy w finansowaniu znaczących projektów infrastrukturalnych. Bank posiada w swoim zespole specjalistów o unikalnych kompetencjach i doświadczeniu w tym zakresie – powiedział Maciej Rudziński, Dyrektor Departamentu Dużych Firm w Alior Banku.

– Jesteśmy szczególnie dumni z sukcesów Banku w zakresie finansowania farm wiatrowych. W ostatnich 18 miesiącach sfinansowaliśmy elektrownie o łącznej mocy 265 MW i to na trudnym rynku cechującym się niepewnością legislacyjną w okresie poprzedzającym uchwalenie ustawy o OZE i spadającymi w ostatnich miesiącach cenami zielonych certyfikatów – dodał Bartłomiej Hofman, Dyrektor Zespołu Kredytów Strukturyzowanych w Alior Banku.

Zespół Kredytów Strukturyzowanych Alior Banku specjalizuje się w finansowaniu inwestycji w takich dziedzinach jak:

  • energetyka, szczególnie OZE,
  • media i telekomunikacja,
  • nieruchomości komercyjne i mieszkaniowe.

Zespół jest też aktywnym uczestnikiem rynku kredytów konsorcjalnych, dla średnich i dużych klientów.

Park wiatrowy Jóźwin jest zlokalizowany na terenie gmin Kleczew oraz Ślesin, a wytworzona w nim energia odnawialna pozwoli na zasilenie blisko 20.000 gospodarstw domowych. Uruchomienie turbin wiatrowych planowane jest na koniec 2015 r., natomiast przewidywana roczna produkcja energii wytworzonej z siły wiatru wynieść ma 66 GWh. Pozwoli to na uniknięcie emisji do atmosfery 22.000 ton CO2 w porównaniu do energii wytworzonej ze źródeł konwencjonalnych.