DocData Fulfilment Solutions sp. z o.o wykorzystuje potencjał najszybciej rozwijającego się na kontynencie rynku handlu internetowego i wzmacnia swoją obecność w Polsce

Firma właśnie podpisała umowę na najem 4 315 mkw powierzchni
 magazynowej oraz 400 mkw powierzchni biurowej z Prologis Park Błonie i we wrześniu 2015 wprowadzi się do nowej siedziby. Najemcę w procesie poszukiwań odpowiedniego obiektu oraz negocjacji umowy reprezentowała międzynarodowa firma doradcza BNP Paribas Real Estate Poland.Prologis Błonie

„Celem strategicznym było wyselekcjonowanie lokalizacji, która spełniałaby wieloaspektowe wymagania i długoterminowe plany naszego klienta. Ponieważ jest to pierwszy magazyn klasy A Docdaty w Polsce, specjalnie na potrzeby tej transakcji przeprowadziliśmy nie tylko szczegółową analizę obiektów, ale również ich mikroekonomicznego otoczenia. Wśród parametrów wyboru znalazły się m.in.: dostępność siły roboczej, kosztów pracy, poziom bezrobocia, bliskość głównych rynków i możliwość ekspansji.” – komentuje Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Magazynowych, BNP Paribas Real Estate Poland.

Docdata Fulfilment Solutions Sp. z o.o. to polski oddział holenderskiej firmy DOCDATA N.V., wiodącego w Europie dostawcy usług dla sprzedawców internetowych, oferującego  kompleksową obsługę procesów logistycznych. Potrzeba powiększenia struktur w Polsce pojawiła się wraz z rozpoczęciem współpracy z z najbardziej wpływowym graczem krajowego rynku, Grupą Allegro. W ramach uzgodnionego partnerstwa od 1 października 2015 Docdata będzie zajmować się kompleksową obsługą procesów logistycznych Grupy Allegro, w tym po raz pierwszy na terenie Polski świadczeniem usługi fulfilment.  Kontrakt z Allegro to kolejny krok milowy na drodze rozwoju firmy w Polsce. Ponieważ przesięwzięcie będzie realizowane w okolicach Warszawy, oznacza to także, że firma rozszerza swoje usługi dla e-commerce jeszcze dalej na rynek Europy Środkowo-Wschodniej. Obecnie do klientów Docdaty należą m. in. Zalando, brands4friends czy ASOS, na zlecenie których wysyłanych jest ponad 250 tys. artykułów dziennie na terenie Europy.

W zarządzaniu naszymi jakościowymi procesami zależy nam na świadczeniu najwyższego standardu usług i doborze partnerów o najlepszych kwalifikacjach. Doceniamy ogrom pracy wykonany przez naszego doradcę BNP Paribas Real Estate Poland, dzięki której otrzymaliśmy przekrojową, wieloaspektową analizę rynku. Umożliwiła nam ona podjęcie najtrafnijszej decyzji na drodze realizacji dynamicznej ekspansji w Polsce i zawarcie umowy z Prologis.” – mówi  Stefan Van Hoof, Managing Director, DocData Fulfilment Solutions sp. z o.o.

Prologis Park Błonie to obiekt lokalizowany w centralnej Polsce, nieopodal stolicy Polski, umożliwiający szybkie połączenie ze wszystkimi polskimi oraz paneuropejskimi trasami transportowymi. Położony jest w odległości 25 kilometrów na zachód od centrum Warszawy, co umożliwia dystrybucję towarów w samej Warszawie, jak i w całej aglomeracji. Centrum leży przy drodze E30/DK92, łączącej Europę Zachodnią i Wschodnią, zaledwie 8 kilometrów od nowo otwartej autostrady A2 łączącej Warszawę z Berlinem, 40 kilometrów od międzynarodowego lotniska Okęcie i 38 kilometrów od lotniska Modlin.

Prologis Park Błonie to centrum dystrybucyjne składające się z siedmiu budynków o łącznej powierzchni 152 000 metrów kwadratowych powierzchni magazynowej i biurowej. Oprócz wyposażonych w nowoczesne rozwiązania techniczne magazynów na terenie parku znajdują się liczne miejsca parkingowe i przestronne place manewrowe dla pojazdów ciężarowych, a całość jest strzeżona całodobowo. Centrum spełnia wszystkie wymagania współczesnych użytkowników obiektów dystrybucyjnych.

„Wysokiej jakości obiekty dystrybucyjne, profesjonalne usługi zarządzania oraz proaktywne podejście do budowania relacji z klientami to standardy Prologis obowiązujące na każdym rynku. Cieszymy się, że DocData Fulfilment Solutions, z którą współpracujemy na rynku holenderskim, doceniła nasze wartości i zdecydowała się na wynajem naszej powierzchni także w Polsce. Doskonała lokalizacja oraz możliwość dalszego rozwoju na terenie Prologis Park Błonie zdecydowały o wyborze tego kompleksu” – powiedziała Kamila Pruk, Leasing Manager Prologis w Polsce.

Prologis jest wiodącym dostawcą i zarządcą powierzchni magazynowych w Polsce, Czechach, na Słowacji, Węgrzech i w Rumunii oferującym ponad 4,3 miliona metrów kwadratowych zlokalizowanych w 43 parkach w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Jako lider wśród deweloperów nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce obsługuje zarówno lokalnych, jak i globalnych klientów, udostępniając im ponad 2.2 miliona metrów kwadratowych powierzchni w całym kraju.

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 29.09.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Jaki wpływ miał kryzys na zatrudnienie w UE?

Dane Eurostatu wskazują, że od 2008 do 2014 roku w Polsce wskaźnik zatrudnienia osób w wieku 20-64 lata zmienił się nieznacznie – z poziomu 65% urósł do 66,5%. Mogło by się wydawać, że jak na sześcioletni okres to niewiele. Jednak na tle pozostałych 28 państw unijnych znaleźliśmy się w gronie dziewięciu gospodarek, w których w czasie kryzysu odnotowano wzrost wskaźnika zatrudnienia. Mimo tego, w zestawieniu wszystkich członków UE, Polska w 2014 roku znalazła się dopiero na 20. miejscu.

Największy wzrost w omawianym okresie odnotowano na Malcie (o 7,1 p.p.), na Węgrzech (o 5,2 p.p.) i w Niemczech (o 3,7 p.p.). Oprócz tego wskaźnik wzrósł w Rumunii, Austrii, Wielkiej Brytanii, Czechach oraz Luksemburgu.

W pozostałych 19 krajach członkowskich wskaźnik obniżył się. W największym stopniu w Grecji (-13 p.p.) na Cyprze (-8,9 p.p.) i w Hiszpanii (-8,6 p.p.).

Wskaźniki zatrudnienia osób w wieku 20-64 lata w krajach Unii Europejskiej* w 2008, 2011 i 2014 roku (w %)

Wskaźniki zatrudnienia osób w wieku 20-64 lata w krajach Unii Europejskiej* w 2008, 2011 i 2014 roku (w %)
*Chorwacja jest członkiem UE od 2013 roku
Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu

Marta Kowalówka
Sedlak & Sedlak

 

Regionalny optymizm na rynku pracy

W ciągu kilku nadchodzących miesięcy liczba ofert pracy będzie wzrastać. Sprzyja temu obecna sytuacja gospodarcza, a także zapotrzebowanie na pracę, powiązane z okresem około bożonarodzeniowym, do którego część rekrutacji rusza już teraz.

Wzmożone poszukiwania pracowników rozpoczną takie branże jak usługowa, produkcyjna oraz handlowa. Większej liczby ofert możemy spodziewać się również w transporcie, logistyce i komunikacji, a także centrach usług wspólnych. Jak wynika z raportu Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia, opublikowanego przez ManpowerGroup, firmę doradztwa personalnego, prognoza netto zatrudnienia na IV kwartał br. jest najwyższa w regionie Centralnym, w skład którego wchodzą województwa mazowieckie i łódzkie. Uzyskany wynik wynosi tu +11%, co oznacza poprawę sytuacji zarówno w ujęciu kwartalnym jak i rocznym, odpowiednio o 9 i o 7 punktów procentowych.2 Podobnie wysoki wynik odnotowano dla regionu Północno-Zachodniego. Również we wszystkich pozostałych terenach kraju prognozy zatrudnienia są dodatnie, wskazując na trend w kierunku zwiększania liczby miejsc pracy. Uzyskane w raporcie Barometr Manpower prognozy pokrywają się z obserwacjami konsultantów agencji zatrudnienia Manpower.

Prognozy zatrudnienia w regionach Polska-Barometr Manpower
Wykres 1. Prognoza netto zatrudnienia dla regionów Polski na Q4 2015 r. Źródło: Raport Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia.

Poprawę na regionalnym rynku pracy obserwujemy już od dłuższego czasu, – komentuje Karolina Rząsa, ekspert agencji zatrudnienia Manpower. – Tylko w chwili bieżącej mamy do zaoferowania około 1500 miejsc pracy u naszych klientów na terenie regionu Centralnego, a spodziewamy się, że ilość ta będzie wzrastać. Podobnie wygląda sytuacja w pozostałych regionach Polski. To rekrutacje do różnych branż i na różne stanowiska. Pośród nich pracę znajdą zatem pracownicy produkcji, magazynierzy, pakowacze, spedytorzy, kierowcy, przedstawiciele handlowi czy też pracownicy centrów usług wspólnych, a także wielu innych. Wzrost obserwujemy nie tylko w ilości dostępnych ofert, ale również w wynagrodzeniach, które uległy poprawie w porównaniu do adekwatnego okresu sprzed roku. Proponowane stawki, w zależności od stanowiska, wahają się w granicach od 11 zł do 15 zł  zł brutto za godzinę w przypadku stanowisk niższego szczebla i w granicach od 12 zł do 20 zł brutto za godzinę w przypadku stanowisk średniego szczebla, – dodaje Karolina Rząsa.

Z perspektywy kandydatów sytuacja staje się więc powoli coraz lepsza. Jednocześnie pracodawcy coraz bardziej odczuwają nasilający się niedobór talentów. Borykając się z narastającymi problemami w pozyskaniu pracowników, częściej są skłonni obniżać swoje dotychczasowe wymagania. Zwiększa to szansę na pracę również dla tych, którzy do niedawna mieli problem z jej znalezieniem z racji zbyt małego doświadczenia lub też zbyt długiego czasu przebywania na bezrobociu.

– Firmy mają coraz większe kłopoty w pozyskaniu kandydatów. Skłania je to do rewizji dotychczasowej polityki personalnej i sięgnięcia po niewykorzystywane metody działania, – analizuje sytuację Karolina Rząsa z Manpower. – Pracodawcy przychylniejszym okiem patrzą na osoby długotrwale bezrobotne oraz bez doświadczenia. Zmieniają także podejście do benefitów pozapłacowych. Jeszcze do niedawna były to dodatki przyznawane na stanowiskach specjalistycznych oraz wyższych. Obecnie oferuje się je również pracownikom niższego szczebla, a także tym zatrudnionym na zasadach umowy o pracę tymczasową. Jesteśmy więc świadkami ciekawej zmiany na rynku, bo dotyczącej mentalności pracodawców. Uświadamiają sobie, że pracownik jest cenną wartością. A im o niego będzie trudniej, tym bardziej będą skłonni w niego inwestować. Jesteśmy u początku tej drogi, ale wszystko wskazuje na to, że idziemy we właściwym kierunku. W aktualnej sytuacji rynkowej umiejętność pozyskania pracowników to często być albo nie być dla firmy na rynku, – dodaje przedstawiciel Manpower.

Rozwój małych firm w II połowie 2015: innowacyjność popłaca

Mali przedsiębiorcy wkroczyli w drugą połowę 2015 roku z bardzo umiarkowanym optymizmem. Nadal spodziewają się silnej presji na obniżenie cen produktów i usług, ale coraz rzadziej będą się jej poddawać. Szansę na rozwój widzą w konsekwentnym inwestowaniu w rozbudowę oferty, bardziej innowacyjne sposoby działania i coraz częściej w inwestowanie w nowych pracowników. To wnioski z badania Instytutu Badań i Analiz OSB oraz portalu Firmy.net.

Firmy.net zaprezentował wnioski z piątego badania polskich mikro- i małych firm w raporcie „Jak w Polsce prowadzi się własny biznes”. Oprócz prognoz na drugą połowę 2015 roku, zawiera on także m.in. ocenę minionego półrocza przez przedsiębiorców.

Z ostrożnym optymizmem na II połowę 2015 roku

Jako że minione półrocze było dużym rozczarowaniem dla przedsiębiorców, na obecne patrzą oni z jeszcze większą ostrożnością niż wcześniej. Dokładnie połowa z nich (50 proc.) przewiduje, że sytuacja ogólna ich firm pozostanie bez zmian, wśród pozostałych przedsiębiorców nieznacznie częściej oczekiwana jest poprawa sytuacji niż pogorszenie.

Wykres nr 1 – Prognozowana zmiana sytuacji ogólnej firm w drugiej połowie 2015 roku

Wykres 1 Prognozowana zmiana sytuacji ogólnej firm w II połowie 2015
Wykres 1 Prognozowana zmiana sytuacji ogólnej firm w II połowie 2015

Najwięcej optymizmu mają firmy z sektorów przemysłu, handlu, usług i budownictwa. Firmy działające w sektorze rolnictwa (w tym leśnictwa, łowiectwa i rybactwa) nie spodziewają w trwającym półroczu zmian ani na lepsze, ani na gorsze.

Małe firmy wciąż z nadzieją wyczekują poprawy swojej sytuacji, pomimo tego, że prognozowany poziom sprzedaży w kraju wciąż jest niski, co nie daje również szans na poprawę sytuacji finansowej. Dodatkowo obawy o wzrost gospodarczy kraju, który według Polaków zależy głównie od decyzji rządowych, są spotęgowane zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi. „Koncerty” obietnic wyborczych, zarówno partii rządzącej, jak i głównej partii opozycyjnej, są bardzo kontrowersyjne i tak naprawdę przedsiębiorcy nie bardzo wiedzą, czego mogą spodziewać się w najbliższym czasie. Stąd przede wszystkich wynika ich ostrożny optymizm – tłumaczy dr Dariusz Śledź z Instytutu Badań i Analiz, Grupa OSB.

Presja na obniżenie cen nadal silna

Ponad połowa przedsiębiorców (62,9 proc.) oczekuje, że w nadchodzącym półroczu utrzyma taki sam poziom cen. W grupie pozostałych przedsiębiorców częściej przewiduje się jednak ich obniżenie (22,4 proc.) niż wzrost (14,7 proc.). Firmy spodziewają się silnej presji na obniżenie cen przede wszystkim na rynku krajowym. Ci, którzy działają za granicą, w większości oczekują, że ceny ich produktów i usług się nie zmienią.

Wykres nr 2 – Prognozowana zmiana poziomu sprzedaży na rynku krajowym w II połowie 2015 r.

Wykres 2 Prognozowana zmiana poziomu sprzedaży na rynku krajowym
Wykres 2 Prognozowana zmiana poziomu sprzedaży na rynku krajowym

Wykres nr 3 – Prognozowana zmiana poziomu sprzedaży na rynku zagranicznym w II połowie 2015 r.

Wykres 3 Prognozowana zmiana poziomu sprzedaży na rynku zagranicznym
Wykres 3 Prognozowana zmiana poziomu sprzedaży na rynku zagranicznym

Rozwój przez innowacje…

Strategia walki ceną nie jest jednak dominującą wśród przedsiębiorców. Większość z nich uważa, że najlepiej poprawie ich pozycji konkurencyjnej przysłuży się postawienie na innowacyjność, co obejmuje wprowadzanie nowych usług/produktów do oferty lub udoskonalenie obecnych (27,3 proc.), wykorzystanie nowych form promocji i reklamy (19,6 proc.) oraz zakup nowych maszyn/sprzętu (13 proc.). Są to metody budowania konkurencyjności, na które większość małych firm postawiła już w minionym półroczu.

Wykres nr 4 – Działania, jakie planują wdrożyć przedsiębiorcy, mające największy wpływ na poprawę pozycji konkurencyjnej w przedsiębiorstwach w okresie nadchodzących 6 miesięcy

Wykres 4  Działania na poprawę pozycji konkurencyjnej w II połowie 2015
Wykres 4 Działania na poprawę pozycji konkurencyjnej w II połowie 2015

„Innowacyjność popłaca. W przypadku najmniejszych firm mówimy o poszerzaniu oferty czy nowych formach reklamy, które to działania przyniosły przedsiębiorcom najlepsze efekty oraz są nadzieją na przyszłość. Jak pokazują wyniki naszych badań, długookresowe wysiłki małych firm włożone w budowanie marki zaprocentowały wzrostem ich rozpoznawalności na rynku. Optymistyczne jest też to, że nie brakuje przedsiębiorców, którzy mimo niezadowalających przychodów oraz rosnących kosztów prowadzenia firmy wciąż inwestują w działania, które pomagają im zdobywać nowych klientów – opiniuje Michał Kurczycki z portalu Firmy.net.

..i (coraz częściej) wzrost zatrudnienia

Na uwagę zasługuje także coraz bardziej popularna strategia budowania pozycji konkurencyjnej przez wzrost zatrudnienia. Wprawdzie najliczniejsza grupa przedsiębiorców, bo aż 3/4 badanych, planuje utrzymać poziom zatrudnienia na obecnym poziomie, to jednak w grupie pozostałych częściej planowane jest zwiększenie liczby zatrudnionych (16,1 proc.) niż jej zmniejszenie (9,2 proc.). Dodatkowo aż 11,2 proc. przedsiębiorców zaczęło postrzegać zatrudnianie dobrych specjalistów, jako skuteczny sposób na zbudowanie swojej pozycji konkurencyjnej na rynku.

Sytuacja ogólna firm jednak bez szans na poprawę w II półroczu

Pomimo wyraźnej mobilizacji małych firm i ich planowanej aktywności w zakresie budowania swojej pozycji na rynku, nie spodziewają się one w II połowie 2015 roku przełomu, jeśli idzie o poprawę swojej sytuacji finansowej. Najliczniejsza grupa przedsiębiorców (47,9 proc.) oczekuje, że ich sytuacja finansowa pozostanie bez zmian, natomiast wśród pozostałych częściej przewiduje się jej pogorszenie (29,1%) niż poprawę (23%).

Wykres nr 5 – Prognozowana zmiana sytuacji finansowej w II połowie 2015 r.

Wykres 5 Prognozowana zmiana sytuacji finansowej w II połowie 2015
Wykres 5 Prognozowana zmiana sytuacji finansowej w II połowie 2015

Informacje o badaniu
Badanie nastrojów gospodarczych zostało przeprowadzone po raz piąty w czerwcu 2015 r. z zastosowaniem techniki CAWI przez Instytut Badań i Analiz OSB. W badaniu wzięło udział 1419 przedstawicieli małych firm (50,3 proc. firm jednoosobowych, 43,2 proc. mikro firm, zatrudniających od 1 do 9 pracowników, oraz 6,5 proc. małych firm, zatrudniających od 10 do 49 osób), które są zarejestrowane w wyszukiwarce firm Firmy.net. Wśród ankietowanych większość zajmuje się działalnością usługową (68,1 proc.), 19,6 proc. – handlową, 6,8 proc. – budowlaną, 5 proc. – przemysłowo-produkcyjną, a około 0,5 proc. działa w branży rolnej. Z uwagi na liczbę i strukturę respondentów wyniki badania mają charakter reprezentatywny.

Raport z pełnymi wynikami badań można pobrać pod adresem: http://www.firmy.net/raporty/nastroje-gospodarcze-wsrod-malych-firm-w-czerwcu-2015-r.html.

Ile kosztuje wykształcenie dziecka na amerykańskim uniwersytecie?

Zgodnie z rankingiem The 2015 Academic Ranking of World Universities, 17 z 20 najlepszych uczelni na świecie to uniwersytety z USA. Badania potwierdzają, że studia za oceanem to nie tylko prestiż, ale także szansa na lepszą pracę i wyższe zarobki. Sprawdziliśmy, z jakimi kosztami powinien liczyć się rodzic absolwenta szkoły średniej, chcącego zdobywać wiedzę na amerykańskim uniwersytecie.

Już teraz ponad 4,3 mln studentów uczy się poza granicami swojego kraju, z czego ok. 48 tys. to Polacy (dane OECD). Prognozuje się, że w ciągu najbliższych 5 lat liczba ta podwoi się. Rosnące zainteresowane międzynarodowymi uczelniami, szczególne tymi za oceanem, nie dziwi. Według raportu Komisji Europejskiej, absolwenci zagranicznych studiów zdecydowanie lepiej radzą sobie na rynku pracy, uzyskując wyższe i lepiej płatne stanowiska. Aż 64 proc. ankietowanych pracodawców przyznaje, że osobom z międzynarodowym doświadczeniem chętniej powierza bardziej odpowiedzialne zadania.

Pokutuje opinia „drogie i niedostępne”

Według badań Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, w trzech ostatnich latach odsetek Polaków, którzy wyjechali na zagraniczne studia wzrósł o 20 proc. USA to, obok Wielkiej Brytanii i krajów Unii Europejskiej, jeden z chętniej wybieranych kierunków. Jego atrakcyjność wynika zarówno z globalnego charakteru nauki, jak i szerokiej dostępności innowacyjnych programów, sprzętów i badań naukowych możliwych do prowadzenia na tamtejszych uczelniach.

Mimo zainteresowania studiami w USA, liczba Polaków kształcących się na amerykańskich uczelniach nadal nie jest satysfakcjonująco wysoka. Pokutuje dość powszechne przekonanie, że studiowanie za granicą jest zbyt drogie na polską kieszeń. Sprawdziliśmy, jak wyglądają przybliżone ceny za rok nauki na topowych amerykańskich uczelniach na poziomie undergraduate (odpowiednik naszego licencjata). W kosztach uwzględniono opłaty za czesne (tzw. tuition), choć należy jeszcze pamiętać o opłatach za akademik, wyżywienie, ubezpieczenie, książki czy wydatki osobiste:

  • Columbia University – $ 49 138
  • NYU / New York University – $ 44 848
  • Yale University – $ 44 000
  • Stanford University – $ 43 683
  • MIT / Massachusetts Institute of Technology – $ 43 498
  • Harvard University – $ 42 292
  • Princeton University – $ 40 170
  • Purdue University – $ 28 794

1 200 zł/m-c za naukę na Harvardzie?

Jak się okazuje, istnieje kilka furtek oferowanych przez amerykańskie uczelnie, dzięki którym na studiowanie za oceanem pozwoli sobie nawet mniej zamożny, za to ambitny kandydat. Anna Korzeniewska, pierwsza Polka, która ukończyła studia podyplomowe Professional Certificate in Fundraising na New York University (NYU), a teraz z ramienia firmy GlobalEdu pomaga młodym ludziom wyjeżdżać na studia w USA, tłumaczy: – Amerykański system oświaty jest otwarty na ludzi wyróżniających się, nawet gdy nie posiadają odpowiednich funduszy wymaganych do podjęcia nauki. Osiem prestiżowych uczelni, m.in. Harvard, MIT, Columbia czy Stanford, przyznają stypendia w systemie need-blind. Oznacza to, że uczelnia, decydując się na przyjęcie kandydata, składa jednocześnie deklarację przyznania mu stypendium w takiej wysokości, żeby jego rodzina była w stanie podołać finansowo temu wyzwaniu (zarobki rodziców podawane są na etapie aplikacji). Także stypendia naukowe oferowane przez renomowane uniwersytety prywatne to potężne środki finansowe powodujące, że studiowanie tam może okazać się nawet tańsze niż edukacja np. w Wielkiej Brytanii.

Innymi sposobami na obniżenie kosztów nauki w USA jest podział nauki na dwa etapy – ukończenie dwuletnich studiów na Community College i uzyskanie tytułu Associate, a następnie kontynuacja nauki na uniwersytecie i zdobycie po dwóch latach tytułu Bachelor. Kolejną furtką – podjęcie pracy na kampusie w wymiarze do 20 godzin tygodniowo. Wiele uczelni redukuje koszt studiów o przepracowaną wartość. Jeszcze inną – obniżenie kosztów ubezpieczenia i zakwaterowania, np. poprzez przeniesienie się z pokoju 1-osobowego do 3-osobowego. Warto też pamiętać o stypendiach naukowych, socjalnych i sportowych.

Korzystając z dostępnych furtek, student może obniżyć łączny koszt edukacji w Stanach z przykładowych 40 000, do np. 4 000 dolarów rocznie. To w przeliczeniu ok. 14 000 zł, zatem 1 200 zł/m-c za rok nauki np. na Harvardzie. Trzeba też pamiętać, że USA to nie tylko wyniki w nauce, ale też osobowość, osiągnięcia sportowe i pasje. To też indywidualne podejście do każdego ucznia, choć także indywidualne wymogi każdej uczelni.

Uczelnie zza oceanu na wyciągnięcie ręki

Studiowanie w Stanach jest na wyciągnięcie ręki, a sama procedura aplikacyjna do przejścia. – Proces zawsze rozpoczyna się od poznania kandydata, jego możliwości i preferencji. Na tej podstawie pomagamy wybrać uczelnie i rozpoczynamy proces aplikacyjny, m.in. przygotowanie do SAT. Na koniec zostają już tylko sprawy wizowe – tłumaczy procedurę Anna Korzeniewska, i dodaje: – Im uczeń i jego rodzic prędzej podejmą decyzję o chęci studiowania w USA, tym większa szansa przyjęcia na wymarzony uniwersytet. Ambasada USA sugeruje rozpoczęcie tego procesu nawet 1,5 roku przed planowanym terminem rozpoczęcia studiów w USA.

Jaką edukację zapewnić dziecku? Możliwie najlepszą, szczególnie że dziś młodzi ludzie mają nieporównywanie większe możliwości niż kiedyś. Warto z nich korzystać, by dać sobie i pokoleniom nie tylko satysfakcjonującą teraźniejszość, ale i przyszłość.

Źródło: http://www.GlobalEduWeb.com

Dla kogo praca od ręki? – raport

W jakich branżach i w którym województwie znajdziesz najszybciej zatrudnienie? Kogo i z jakimi kwalifikacjami szukają pracodawcy? Kto nie ma problemu ze znalezieniem pracy – dowiedz się więcej z najnowszej analizy rynku przygotowanej przez GoldenLine.

Wyszukiwanie pracowników w serwisach rekrutacyjnych i dotarcie bezpośrednio do nich z ofertą pracy jest coraz chętniej stosowaną przez rekruterów metodą na znalezienie dobrego specjalisty czy managera. Ograniczając czas i koszty rekrutacji, rekruterzy sięgają po narzędzia pozwalające prosto i szybko znaleźć kandydatów z odpowiednimi kwalifikacjami i szybko skontaktować się z nimi. Z analiz Wyszukiwarki Kandydatów GoldeLine jasno wynika kogo w pierwszej kolejności szukają pracodawcy i jaki poziom znajomości języka obcego wymagają od tych kandydatów rekruterzy.

Handlowcy do wszystkich branż

Od początku roku pracowników szukano najczęściej w pięciu branżach: TI, Handlu, Marketingu, Finansach i HR. W każdej z tych branż w pierwszej kolejności szukano przedstawicieli handlowych. Co ciekawe, w branży marketingowej handlowców szukano aż w 47% przypadków spośród wszystkich szukanych stanowisk. Najrzadziej, choć także często, w branży finansowej 15%. Najbardziej aktywne pod kątem szukania pracowników były województwa: mazowieckie, śląskie, wielkopolskie, małopolskie, dolnośląskie, łódzkie i pomorskie. Wśród nich handlowców najczęściej szukano w śląskim 22% wszystkich szukanych specjalności, a najrzadziej w łódzkim 12%. Od przedstawicieli handlowych oczekuje się znajomości języków obcych. Aż 44% rekruterów szukało na to stanowiska osób z dobra znajomością języka angielskiego oraz 16% ze znajomością biegłą i 10% z podstawową. Handlowców z biegłym językiem niemieckim z kolei szukało 10% rekruterów, a 6% z dobrym.

Kierownikiem być

We wszystkich branżach szukano też managerów średniego szczebla. Najwięcej kierowników szukano w branży finansowej 18% a najmniej w marketingowej 4%. Wśród województw dominowały małopolskie i łódzkie – po 8%, w mazowieckim 5%, a w pozostałych po 4%. Od managerów pracodawcy oczekują znajomości języka angielskiego w większości przypadków na poziomie dobrym 44%, biegłym w 28%, podstawowym tylko 3%. Pracownika na stanowisko kierownicze z dobrą znajomością języka niemieckiego szukało 9%, a 5% z biegłą.

Zdolności analityczne

Pracowników działów analiz także szukały wszystkie wymienione wyżej branże. W tym zakresie dominowały: finansowa 7% i IT 5%. Analityków najczęściej szukano w województwie mazowieckim 7%. Od analityków oczekuje się znajomości języka angielskiego na poziomie dobrym w 47% przypadków, biegłego w 32%, podstawowego w 6%. Dodatkowo rekruterzy szukali na to stanowisko osób z dobrym niemieckim 6% oraz dobrym francuskim 4%.

Total planuje do 2017 roku otworzyć w Polsce 100 stacji paliw. Spółka chce umocnić swoją pozycję na polskim rynku

Magdalena Myszczyszyn

Total do 2017 roku planuje otworzyć w Polsce 100 stacji paliw. Inwestycje będą realizowane głównie w południowej i zachodniej Polsce. Celem spółki jest zdobycie silnej pozycji na krajowym rynku.

– Naszym celem jest posiadanie do 2017 roku 100 stacji paliw w Polsce, chcemy być marką rozpoznawalną i najczęściej wybieraną przez klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Magdalena Myszczyszyn, dyrektor stacji i hurtu paliw Total Polska.

Jak zapewnia, spółkę interesują przede wszystkim lokalizacje z dobrym potencjałem rozwojowym, niezależnie od tego, czy znajdują się w niewielkich miastach, czy przy drogach krajowych. Na razie w Polsce działa sześć stacji francuskiego koncernu.

– Aktualnie skupiamy się na terenie zachodniej i południowej Polski i tam szukamy partnerów, którzy tak jak my dzielą pasję do biznesu detalicznego – wyjaśnia Magdalena Myszczyszyn.

Spółka stawia sobie za cel zdobycie silnej pozycji na polskim rynku oraz sprawienie, by marka Total była rozpoznawalna i doceniana głównie ze względu na dostępność usług i dobrą obsługę klientów.

Na koncernie, jak na wielu innych firmach petrochemicznych, odbijają się niskie ceny ropy. Surowiec w ciągu roku potaniał o połowę. Total ma plan sprzedaży aktywów o wartości 10 mln dolarów w okresie 2015-2017.

– Sytuacja rynkowa dla każdego biznesu, w którym cena spada praktycznie o połowę, jest wyzwaniem, tym bardziej w przypadku koncernów paliwowych – mówi dyrektor stacji i hurtu paliw Total Polska pytana o wpływ cen ropy na kondycję biznesu petrochemicznego.

Reakcją koncernu na zmieniające się otoczenie rynkowe jest przede wszystkim bardziej selektywny dobór projektów inwestycyjnych oraz wprowadzenie działań zmierzających do optymalizacji zarządzania i ograniczenia kosztów.

– Pomimo bardzo trudnej sytuacji na rynku grupa Total w I połowie 2015 roku osiągnęła zysk 5,7 mld dol. Jest to tylko 12-proc. spadek w porównaniu do tego samego okresu w 2014 roku. Jest to świetny wynik tylko dzięki temu, że jesteśmy zintegrowaną organizacją, która prowadzi różnorodne działania – zwraca uwagę przedstawicielka paliwowej spółki.

Zdaniem Magdaleny Myszczyszyn obecnie trudno określić jednolity profil klienta stacji benzynowych. Pewna grupa korzysta z nich jedynie w celu zatankowania paliwa, inna oczekuje także usług towarzyszących, jak dostęp do ciepłych przekąsek czy napojów.

– Zauważamy, że zarówno większość spółek petrochemicznych, jak i duże koncerny paliwowe optymalizują obecnie swoje działania i starają się uporać z tą trudną dla wszystkich sytuacją – mówi dyrektor stacji i hurtu paliw Total Polska.

Zdaniem Magdaleny Myszczyszyn polscy kierowcy chętniej niż zachodni kupują paliwa premium. Przykładowo w Niemczech wskaźnik ten wynosi jedynie 5 proc., a we Francji 12 proc.

– Jeżeli skupimy się na samych paliwach, to bardzo popularne w naszym kraju i ciągle cieszące się bardzo dużym powodzeniem są paliwa premium. Średni udział paliw premium w zależności od lokalizacji w całości sprzedaży paliw wynosi około 20 proc. informuje.

Widoczna jest także tendencja do tankowania pełnego banku lub jednorazowych wydatków na poziomie minimum 100 zł. W przypadku standardowych paliw są to przeciętnie znacznie niższe kwoty.

Total Polska jest częścią koncernu Total, jednej z największych na świecie firm energetycznych. Total zatrudnia na całym świecie ponad 100 tys. osób, a roczne przychody ze sprzedaży kształtują się na poziomie 212 mld dol.

Inwestycja w szkolenia i studia dla pracowników to sposób na pozyskanie i utrzymanie wysoko wykwalifikowanej kadry

CEO Magazyn Polska

Wobec  spadającego bezrobocia pracodawcom coraz trudniej zapełnić wakaty w swoich firmach. Szczególnie poszukiwani są specjaliści, ale tych na rynku pracy brakuje już od dawna. Alternatywą może być wsparcie podnoszenia kwalifikacji zawodowych przez osoby już pracujące w firmie bądź kuszenie nowych pracowników szkoleniami i studiami.

Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, w sierpniu bez pracy było 10 proc. Polaków. To najlepszy wynik od grudnia 2008 roku, oznacza jednak również, że na krajowym rynku coraz trudniej znaleźć chętnych do pracy. O ile jeszcze przy takim poziomie bezrobocia zajęcia mogą poszukiwać ludzie mniej wykwalifikowani, o tyle specjalistów zaczyna brakować. Coraz częściej pracodawcy zaczynają się więc przymierzać do przeszkolenia osób, które już u nich pracują, czyli podnoszenia kwalifikacji zawodowych.

– Oznacza to nabywanie i uzupełnianie wiedzy oraz umiejętności przez pracownika za zgodą pracodawcy bądź z inicjatywy pracodawcy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Alicja Biernat, adwokat w Kancelarii EIR Legal. – Najczęściej mówimy tutaj o różnego rodzaju studiach, czy to studiach magisterskich, czy licencjackich, bardzo popularnymi formami podnoszenia kwalifikacji zawodowych są również studia podyplomowe. Do tego dochodzą wszelkiego rodzaju kursy językowe, również kursy uznawane za granicą, jak ACCA bądź MBA, a także szereg kursów specjalistycznych, które służą np. awansowaniu pracownika.

Kodeks pracy w artykule 94. mówi m.in. o tym, że pracodawca jest zobowiązany do umożliwienia pracownikom podnoszenia kwalifikacji zawodowych. W praktyce nie jest to, jak twierdzą specjaliści od prawa pracy, bezwarunkowy obowiązek, ale możliwość, z której obie strony mogą skorzystać.

– Wiadomo, że jeśli pracodawca uważa, że na danym stanowisku konieczne są pewne dodatkowe kwalifikacje czy dodatkowe umiejętności bądź że na takim stanowisku przydadzą się te dodatkowe kwalifikacje, wówczas często decyduje się sfinansować pracownikowi takie studia czy kurs – mówi mec. Alicja Biernat. – Pracownik również może liczyć na szereg udogodnień. Te wzajemne prawa i obowiązki pracodawca i pracownik uzgadniają w umowie szkoleniowej zwanej potocznie „lojalką”. Jeśli chodzi o uprawnienia pracownika, to tutaj najważniejsze są urlopy szkoleniowe. Bo warto zauważyć, że pracodawca, jeśli zgodzi się już na podnoszenie kwalifikacji zawodowych przez pracownika, musi później temu pracownikowi udzielić urlopów szkoleniowych.

Do przygotowania się na egzamin uznający kwalifikacje zawodowe pracownik może otrzymać 6 dni urlopu, a jeśli będzie to egzamin dyplomowy – nawet 21 dni. Dodatkowo pracodawca musi zwalniać pracownika na czas konieczny na dojazd na zajęcia oraz na uczestnictwo w tych zajęciach. Trzeba też pamiętać, że wszystkie te zwolnienia od pracy są traktowane jako nieobecność usprawiedliwiona. Pracownik zachowuje w tym czasie normalne wynagrodzenie. Te uprawnienia zapisane są w kodeksie pracy (art. 1031 – 1035 ), a potwierdza je umowa szkoleniowa, jaką zawierają pracodawca i pracownik. Ten ostatni ma też jednak pewne zobowiązania.

– Jeśli pracodawca zdecydował się sfinansować te szkolenia czy studia, to wiadomo, że chciałby, aby nabyte przez tego pracownika kwalifikacje były wykorzystywane u tego pracodawcy, a nie w innej firmie – zwraca uwagę adwokat z Kancelarii EIR Legal. – Dlatego też w takiej umowie zazwyczaj pracodawcy zobowiązują pracownika do pozostania w zatrudnieniu właśnie u tego pracodawcy przez określony czas i maksymalnie jest to okres 3 lat. Oczywiście pracownik ma możliwość odejścia z pracy wcześniej, ale wówczas będzie ponosił negatywne konsekwencje finansowe, ponieważ będzie musiał zwrócić część kosztów tych szkoleń czy studiów.

Przy tym, jeśli pracownik odejdzie, ponieważ pracodawca notorycznie łamie swoje obowiązki wobec pracownika, a przyczyny okażą się uzasadnione, to tych kosztów nie będzie musiał zwracać. Pracownik zaoszczędzi także, gdy to pracodawca wypowie umowę o pracę. Będzie musiał natomiast zrekompensować koszty opłaconych przez pracodawcę kursów, szkoleń lub studiów, jeśli sam złoży wypowiedzenie bądź jeśli zostanie zwolniony bez wypowiedzenia, czyli dyscyplinarnie. Musi też zwrócić koszty szkoleń, jeśli nie podejmie studiów, przerwie je lub nie będzie zaliczał egzaminów. Ogólnie pracownik nie musi zwracać całości kosztów, przepisy mówią, że jest to zwrot proporcjonalny.

– Jeśli chcemy podpisać dobrą umowę szkoleniową, to przede wszystkim musimy wziąć pod uwagę to, jaki jest to rodzaj studiów – tłumaczy mec. Alicja Biernat z Kancelarii EIR Legal. – Łatwiej będzie nam to zrobić, jeśli są to studia np. podyplomowe, ponieważ z góry wiemy, ile one trwają. Wówczas możemy łatwo określić proporcje, że np. po danym okresie czasu pracownik, jeśli zrezygnuje z pracy, zwraca jakiś procent kosztów. Natomiast trudniej jest w przypadku np. kursu ACCA, który składa się z modułów i tutaj nie możemy przewidzieć okresu trwania kursu. Dlatego też za każdym razem trzeba wszystko bardzo  indywidualnie rozważyć. Aby uniknąć niepotrzebnych spięć, warto dobrze określić prawa i obowiązki stron umowy, a w szczególności to, kiedy i w jakich proporcjach pracownik powinien zwracać pracodawcy koszty szkoleń.  

Awaria informatyczna może zniszczyć najlepszą firmę. Warto nie tylko zabezpieczyć dane, lecz także zagwarantować, że awaryjny system szybko zastąpi uszkodzony

Krzysztof Rachwalski

Dobre zabezpieczenie zasobów przedsiębiorstwa może być warunkiem jego przetrwanie podczas kryzysu informatycznego. Nie wystarczy kopia danych, potrzebny jest system awaryjny, który błyskawicznie zastąpi uszkodzoną sieć – przekonuje specjalizująca się w przechowywaniu danych szwajcarska spółka Veeam Software.

Specjaliści radzą, by firmowe zasoby przechowywać w trzech kopiach, w tym jedną poza siedzibą przedsiębiorstwa. Na dodatek przechowywać je należy w taki sposób, by awaryjny system mógł natychmiast podjąć pracę i zastąpić uszkodzony. Problem leży jednak w kosztach. Na takie rozwiązanie decydują się głównie duże i bogate spółki. Tymczasem im i tak łatwiej radzić sobie z ewentualnymi problemami.

Są duże, więc łatwiej sobie radzą z różnego rodzaju awariami, które zdarzają się zawsze i zdarzać się będą – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Krzysztof Rachwalski, dyrektor regionalny na obszar Europy Środkowo-Wschodniej w Veeam Software. –  Różnego rodzaju przestoje i awarie są szczególnie niebezpieczne dla małych i średnich przedsiębiorstw, bo mogą skutkować tym, że takie organizacje po prostu znikną z rynku. Co ważne, duże organizacje mogą stracić trochę na wizerunku, ale z reguły sobie radzą, choć jak pokazuje przeszłość, również bardzo duże firmy, które nie podążały za tendencjami rynkowymi, po prostu znikały z rynku.

Veeam Software specjalizuje się w dostarczaniu narzędzi do zabezpieczenia i zabezpieczeniach wysokiej dostępności dla infrastruktury informatycznej, która jest podstawą ciągłości biznesowej. Firma z ostrożnością ocenia zabezpieczenia stosowane przez mniej przewidujące firmy.

Mniejsze organizacje korzystają z różnego rodzaju systemów do backupu i zabezpieczania danych – mówi Krzysztof Rachwalski. – To jest trochę staroświeckie podejście, oparte na przekonaniu, że jeżeli mamy backup, to mamy już zabezpieczenie i możemy spać spokojnie. W momencie sytuacji awaryjnej, kiedy pilnie potrzebujemy odzyskać nasze środowiska i przywrócić ciągłość działania naszego biznesu, okazuje się jednak, że np. nie da się środowisk odzyskać i nie możemy przywrócić dostępności dla naszego biznesu. Większe organizacje mogą wykorzystywać narzędzia bardziej złożone czy też lokalizacje zastępcze, ale to jest kosztowne. Natomiast my wychodzimy z założenia, że należy dostarczyć zarówno dużym organizacjom, jak i mniejszym, średnim, małym przedsiębiorstwom narzędzia, które będą dla nich dostępne, a zrealizują tę podstawową potrzebę naszej rzeczywistości, czyli niezachwianą ciągłość działania firmy.

Korzystanie z zabezpieczeń stosowane jest w większości firm na rynku. Niektóre branże zmusza do tego obowiązujące prawo, inne robią to z rozsądku.  

– W zasadzie większość organizacji w tej chwili korzysta z tego typu narzędzi, tylko z różnych – zwraca uwagę dyrektor regionalny na obszar Europy Środkowo-Wschodniej w Veeam Software.  Przykładowo w sektorze finansowym firmy muszą w interesie klientów posiadać centra zapasowe, monitorować dostępność własnych usług, w związku z tym sektor finansowy, bankowy i ubezpieczeniowy takie narzędzia musi posiadać. Natomiast, jeżeli chodzi o inne sektory, to jest to raczej spowodowane pewnymi tendencjami rynkowymi i wymaganiami klientów. Bo jeżeli firmy nie spełniają tych wymagań, to po prostu tracą klientów i przewagę konkurencyjną.

Polacy nie mają dostępu do nowych technologii zwalczania nowotworów. Rozwiązaniem będzie stworzenie Funduszu Walki z Rakiem

dr Krzysztof Łanda, lekarz, prezes Fundacji Watch Health Care

Rocznie na choroby nowotworowe zapada w Polsce ponad 140 tys. osób. Wydatki na onkologię sięgają ok. 6,5 mld zł, co odpowiada 6 proc. całkowitych wydatków na zdrowie, ale pieniędzy wciąż brakuje. Przez to chorzy nie tylko długo czekają na leczenie, lecz także nie mają dostępu do nowoczesnych technologii. Poza koszykiem świadczeń gwarantowanych pozostaje ponad 250 innowacyjnych technologii lekowych oraz tysiąc nielekowych. Sytuację może poprawić Fundusz Walki z Rakiem (FWR), który byłby finansowany z nadwyżki środków pochodzących z działalności komplementarnych ubezpieczeń zdrowotnych.

Chcemy udostępnić wszystkim Polakom innowacyjne technologie medyczne, które znajdują się poza koszykiem świadczeń gwarantowanych w Polsce. To często najnowocześniejsze metody leczenia i diagnostyki, jakie medycyna zna, ale których nie finansuje Narodowy Fundusz Zdrowia, czyli nie są finansowane ze środków publicznych. To projekt podobny do brytyjskiego Cancer Drugs Fund, z tym że chcemy uniknąć błędów, które oni popełnili – mówi agencji Newseria Biznes dr Krzysztof Łanda, lekarz, prezes Fundacji Watch Health Care, jeden z autorów raportu „Fundusz Walki z Rakiem”.

Raport dotyczący FWR stanowi propozycję zmian systemowych w Polsce. Mają one na celu zapewnienie dostępu do innowacyjnych metod leczenia i diagnostyki chorób nowotworowych. Co istotne, Fundusz ma gwarantować zarówno dostęp do leków, jak i do technologii nielekowych. Obecnie wśród gwarantowanych świadczeń brakuje tych innowacyjnych, ratujących życie, które są w większości dostępne w innych krajach UE. Z danych Fundacji Watch Health Care wynika, że ponad 250 technologii lekowych i ok. 1 tys. nielekowych pozostaje w Polsce poza koszykiem świadczeń gwarantowanych.

Chcielibyśmy, żeby funkcjonowała reguła priorytetu, a więc żeby każdy Polak uzyskiwał taki sam dostęp do świadczeń, które fundusz będzie finansował – podkreśla dr Łanda i przekonuje, że zyskają wszyscy pacjenci onkologiczni. – Nie trzeba będzie, jak dzisiaj, czekać często latami, zanim Minister Zdrowia podejmie decyzję o włączeniu jakiejś technologii do koszyka świadczeń gwarantowanych. Dzięki funduszowi Polacy mieliby natychmiastowy dostęp. Co więcej, planujemy tzw. early access, czyli z funduszu mogłyby być finansowane takie cząsteczki lekowe czy technologie, które są w końcowych fazach badań klinicznych.

Fundusz Walki z Rakiem pozwala na zapewnienie dostępności do innowacyjnych metod leczenia i diagnostyki chorób nowotworowych bez sięgania po środki publiczne. Opiera się na zasadach solidaryzmu – finansowanie FWR miałoby pochodzić z nadwyżki środków pochodzących z działalności komplementarnych ubezpieczeń zdrowotnych. Dzisiaj na rynku można kupić jedynie ubezpieczenia suplementarne, czyli abonamentowe. Im więcej Polaków nie ma dostępu do świadczeń finansowanych przez NFZ, tym większy jest popyt na tego typu usługi. Niestety, one nie gwarantują dostępu do innowacyjnego leczenia.

Fundusz powinien obejmować wszystkie osoby, które z racji swoich możliwości finansowych powinny płacić składkę, natomiast w ramach solidaryzmu wszyscy będą z niego korzystać. Polacy nie mają dostępu do wielu skutecznych technologii zwalczania nowotworów. Próbujemy podjąć pierwszy krok, którym jest fundusz do walki z nowotworami, od czegoś trzeba zacząć – mówi dr Leszek Borkowski, farmakolog kliniczny w Szpitalu Wolskim, prezes Fundacji Razem w Chorobie.

Autorzy raportu oceniają, że na dodatkowe ubezpieczenie komplementarne zdecydowałoby się 20 proc. społeczeństwa, składka mogłaby wynieść od 50 do 90 zł. Podkreślają, że ubezpieczenia komplementarne mają potencjał nawet 30 mld zł rocznie, a skumulowana nadwyżka środków finansowych przez 5 lat może wynieść blisko 19 mld zł.

Dr Borkowski wskazuje, że aby system się sprawdził, konieczne jest jednak wprowadzenie zmian.

Ubezpieczenia komplementarne powinny być powiązane z podatkami. Jeżeli ktoś wykupuje ubezpieczenia, powinien mieć ulgę w podatkach. Jeżeli nie, musi płacić większy podatek. Per saldo państwo i tak będzie miało pieniądze, ale ludzie będą mogli dokonać wyboru. Nie można po prostu sięgać do portfeli, tylko stworzyć system zabezpieczający ich godność i leczenie w czasie choroby – tłumaczy Leszek Borkowski.

Rak po chorobach sercach jest najczęstszą przyczyną śmierci. W Polsce co roku diagnozuje się chorobę onkologiczną u ponad 140 tys. osób, z czego ok. 90 tys. umiera. W dużej mierze odpowiada za to długi czas oczekiwania na leczenie. OnkoBarometr WHC wskazuje, że obecnie czas oczekiwania na świadczenia zdrowotne z zakresu onkologii odbiega od standardów europejskich. W Wielkiej Brytanii od momentu zgłoszenia się pacjenta do rozpoczęcia leczenia nie powinno minąć więcej czasu niż dwa miesiące. W Polsce trwa to nawet pół roku. Często leczenie jest nieefektywne, ale pomóc mógłby dostęp do nowych technologii ratujących życie.

– To nie jest problem złej kadry, bo tę mamy bardzo dobrą, ale możliwości kadr są ograniczone przez finanse państwa, które nie refunduje wszystkich leków i wszystkich technologii medycznych – przyznaje Leszek Borkowski.

Utrzymanie wzrostu gospodarczego na poziomie 3,5–4 proc. może obniżyć bezrobocie do 9 proc.

Ignacy Morawski

Stopa bezrobocia w Polsce w sierpniu wyniosła 10 proc. Zejście do jednocyfrowej wartości jest kwestią najbliższych miesięcy – oceniają ekonomiści. Warunkiem jest jednak utrzymanie tempa wzrostu gospodarczego na poziomie 3,5–4 proc. Ewentualnym zagrożeniem jest sytuacja na rynkach zagranicznych.

Sytuacja na rynku pracy jest ewidentnie lepsza. Widać to po rosnącym zatrudnieniu, po spadającym bezrobociu, po wysokiej liczbie nowych ofert pracy i po rosnących płacach realnych – mówi agencji Newseria Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku..

W sierpniu przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było o 1 proc. wyższe niż przed rokiem. Z kolei przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto wzrosło o 3,4 proc. – do poziomu 4024,95 zł. Poprawę sytuacji widać także w nastrojach konsumentów. Wprawdzie we wrześniu zarówno bieżący, jak i wyprzedzający wskaźnik ufności konsumenckiej były niższe niż w sierpniu, ale i tak były zdecydowanie wyższe niż rok temu. W sierpniu nastroje konsumentów były najlepsze od 2007 roku, kiedy dynamika PKB była rzędu 6-7 proc. rocznie.

 Ludzie odczuwają tę poprawę. Pozostaje jednak pytanie, czy odczuwając tę poprawę, są z tego powodu usatysfakcjonowani. Pojęcie satysfakcji wymyka się ocenie ekonomicznej, więc trudno mi odpowiedzieć na pytanie – wyjaśnia Morawski.

Dobrą sytuację na rynku pracy zapewnia wzrost gospodarczy. Przy dynamice na poziomie 3,5–4 proc. rośnie popyt na pracę i powstają nowe miejsca pracy. Ekspert zaznacza jedna, że w kolejnych latach tempo wzrostu zatrudnienia ulegnie zmniejszeniu. Powodem jest wejście w okres recesji demograficznej i idący za tym spadek osób w wieku produkcyjnym.

Jednocześnie więcej osób będzie przechodzić na emeryturę i będzie coraz mniej ludzi w wieku 1525 lat, czyli ludzi, wśród których stopa bezrobocia jest najwyższa. Ta grupa dopiero wchodzi na rynek pracy i w naturalny sposób nie cieszy się wielkim popytem ze strony pracodawców. Takich ludzi będzie coraz mniej – przewiduje Ignacy Morawski. – Te dwa czynniki sprawią, że w Polsce malało będzie bezrobocie strukturalne, czyli takie, które nie powoduje żadnych napięć inflacyjnych i płacowych.

Główny ekonomista BIZ Banku oczekuje, że przy dotychczasowym tempie wzrostu naszej gospodarki, bezrobocie podawane przez GUS zejdzie w okolice 9 proc.

Jeżeli na świecie nie stanie się nic bardzo złego, nie dojdzie do wielkiej recesji w Chinach czy kolejnego epizodu kryzysu finansowego, nowej wojny z Rosją, to bezrobocie powinno być w kolejnych latach wyraźnie niższe, niż jest teraz – prognozuje Morawski.

Profile na Platformie Usług Elektronicznych ZUS założyło już ponad 1,3 mln osób. Pozwala im to na kontakt z Zakładem online

Marta Juśko

Platforma Usług Elektronicznych została uruchomiona, by usprawnić komunikację z Zakładem Ubezpieczeń Społecznym. Mogą z niej korzystać ubezpieczeni, płatnicy składek i świadczeniobiorcy. Za jej pośrednictwem można wysyłać wnioski elektronicznie i tą samą drogą otrzymać odpowiedź. Na platformie już zarejestrowało się 1,3 mln użytkowników. Trwają prace nad udostępnieniem PUE na urządzeniach mobilnych.

Platforma Usług Elektronicznych to przede wszystkim całodobowy dostęp do informacji zapisanych na naszym koncie w ZUS. Dla poszczególnych grup klientów przygotowany został specjalny panel, który ułatwia załatwianie spraw specyficznych dla danej grupy, dlatego niektóre usługi czy dane zgromadzone na koncie różnią się w zależności od tego, w jakiej roli występujemy – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marta Juśko z Departamentu Obsługi Klientów w Centrali ZUS.

Osoby ubezpieczone, czyli pracownicy, mogą sprawdzić bieżące informację o składkach na koncie, ubezpieczeniach, do których zostali zgłoszeni, i zobaczyć, czy przedsiębiorca zgłosił do ubezpieczenia także pozostałych członków rodziny pracownika. Na PUE można również obliczyć wysokość prognozowanej emerytury, dzięki kalkulatorowi emerytalnemu. Narzędzie to przydaje się również pracodawcom, którzy w ten sposób mogą opłacić i rozliczyć składki czy uzyskać informację o zaksięgowanych płatnościach. Co więcej, PUE daje też możliwość uzyskania zaświadczenia o niezaleganiu ze składkami. Zyskują też emeryci i renciści.

Świadczeniobiorcy mogą przede wszystkim śledzić stan swoich świadczeń, mają dostęp do swoich formularzy PIT. Mogą również złożyć dyspozycję zmiany sposobu wypłaty świadczenia – podkreśla Juśko.

Ekspertka podkreśla, że PUE to nie tylko możliwość całodobowego dostępu do informacji, lecz także możliwość kontaktu z ZUS-em bez wychodzenia z domu. Można także umówić się na wizytę w wybranym urzędzie w dowolnym czasie, co pozwala uniknąć kolejek i oszczędzić czas.

Dzięki profilowi PUE można wysyłać do ZUS-u elektronicznie wnioski i otrzymywać na nie również elektronicznie odpowiedzi. Wnioski są na profilu automatycznie wypełniane na podstawie danych dostępnych na koncie, następnie trzeba je podpisać elektronicznie. W tym celu trzeba dysponować podpisem elektronicznym, czyli profilem zaufanym ePUAP, całkowicie bezpłatnym, lub certyfikatem kwalifikowanym – wyjaśnia Juśko.

Profil zaufany ePUAP to bezpieczeństwo dla korzystających z usług PUE. Wyrobienie takiego podpisu elektronicznego to krótki proces. Aby go uzyskać, wystarczy wypełnić wniosek elektronicznie i potwierdzić tożsamość w punktach potwierdzających, m.in. w placówkach ZUS. Innym rodzajem podpisu elektronicznego jest certyfikat kwalifikowany, ten jednak jest już usługą płatną i korzystają z niego większe firmy.

Aby założyć profil PUE, należy zarejestrować się na portalu Pue.zus.pl. Podczas rejestracji uzyskuje się login, trzeba wybrać hasło i w ciągu 7 dni od rejestracji udać się osobiście z dokumentem tożsamości do dowolnej placówki ZUS, by potwierdzić swoją tożsamość. Zakładając profil PUE, uzyskujemy dostęp do danych wrażliwych. Nie muszą tego natomiast robić te osoby, które posiadają certyfikat kwalifikowany bądź profil zaufany ePUAP – mówi ekspertka ZUS.

Możliwe jest również uzyskanie upoważnienia do PUE poprzez wypełnienie pełnomocnictwa. To korzyść przede wszystkim dla przedsiębiorców, którzy w ten sposób mogą nadać uprawnienia konkretnemu pracownikowi, który w ich imieniu wypełni dokumenty i prześle je do ZUS-u.

Platforma Usług Elektronicznych to pierwsze tego typu rozwiązanie w Polsce. Profile założyło już ok. 1,3 mln osób. Wkrótce PUE ma być dostępne na urządzeniach mobilnych.

Polisy OC zdrożały średnio o 15 proc. Jednym z powodów jest wprowadzenie bezpośredniej likwidacji szkód

Agnieszka Burzyńska-Janiec

Pojawienie się na rynku polis OC z usługą bezpośredniej likwidacji szkody spowodowało wzrost cen polis przeciętnie o 15 proc. – wynika z obserwacji CUK Ubezpieczenia. Opcja ta umożliwia kierowcom likwidację szkody w firmie, w której są ubezpieczeni, a nie u ubezpieczyciela sprawcy. Średni koszt najtańszego OC we wrześniu był o 48 zł większy niż pół roku temu. Na podwyżkę cen mogła mieć wpływ także grudniowa rekomendacja Komisji Nadzoru Finansowego.

Sześć miesięcy po wprowadzeniu usługi bezpośredniej likwidacji szkód ceny komunikacyjnych polis od odpowiedzialności cywilnej wzrosły średnio o 15 proc. – mówi agencji Newseria Agnieszka Burzyńska-Janiec, regionalny kierownik sprzedaży w multiagencji ubezpieczeniowej CUK Ubezpieczenia. – Prognozowane zwyżki w wysokości 100-200 proc. nie miały więc miejsca i raczej nie należy się ich spodziewać.

W kwietniu br. pierwszych osiem firm ubezpieczeniowych, pod nadzorem Polskiej Izby Ubezpieczeń, przystąpiło do systemu Bezpośredniej Likwidacji Szkód. Dzięki temu, że za likwidację szkody i wypłatę odszkodowania odpowiedzialny jest ubezpieczyciel poszkodowanego, który następnie rozlicza się z ubezpieczycielem sprawcy, dla poszkodowanego cały proces przebiega szybciej i sprawniej niż w klasycznym wariancie.

Średni koszt najtańszego OC we wrześniu br. wyniósł 389 zł – to 48 zł więcej niż 6 miesięcy temu. W porównaniu ze średnią cen z lipca wakacyjny wzrost wyniósł 2 proc., co oznacza, że ceny się stabilizują. Analizę przeprowadzono dla tego samego profilu kierowcy: osoba w wieku 33 lat, prowadząca samochód bezszkodowo od 10 lat i 60 proc. zniżki w OC, właściciel Opla Astry z 2007 roku o pojemności silnika 1,4 i mocy 90 KM.

Najwyższe wzrosty odnotowali mieszkańcy Szczecina, Olsztyna i Poznania, a najmniejsze – kierowcy z Wrocławia, Torunia i Lublina. W rankingu miast wojewódzkich najwięcej za OC płacą mieszkańcy Wrocławia, Warszawy, Gdańska i Poznania – co najmniej 466-476 zł.

Zwyżka cen jest oczywiście zauważalna – przyznaje Agnieszka Burzyńska-Janiec. – Ale ceny polis OC są uwarunkowane różnymi czynnikami. Może to być spowodowane wprowadzeniem BLS, ale również wydaniem nowych wytycznych przez Komisję Nadzoru Finansowego.

Wytyczne Komisji z 16 grudnia 2014 roku dotyczą likwidacji szkód z ubezpieczeń komunikacyjnych i związanego z tym ryzyka. Zostały wydane ze względu na rosnącą liczbę skarg ze strony konsumentów dotyczących m.in. terminowej wypłaty odszkodowań, ich wysokości, procesu likwidacji szkód oraz niejasnych i niepełnych procedur.

Głównym celem wydanych pod koniec grudnia ubiegłego roku wytycznych KNF było wprowadzenie jednakowych standardów dla towarzystw ubezpieczeniowych podczas likwidacji szkód z OC. Analitycy rynku i przedstawiciele zakładów ostrzegali, że mogą one doprowadzić do znaczących podwyżek cen polis. Zdaniem ekspertki zmiany te na pewno zmusiły ubezpieczycieli do tego, by większą wagę przykładali do jakości oferowanych usług.

To wiąże się z kosztami – tłumaczy Agnieszka Burzyńska-Janiec. – Wiadomo, że ubezpieczyciele stosują w swoich ofertach różne ceny, dlatego każdorazowo przed zakupem polisy warto porównywać składki. Można bowiem znaleźć tańszą polisę o takim samym zakresie i sumie ubezpieczenia. Ubezpieczyciele bacznie obserwują rynek, siebie nawzajem i rosnącą świadomość klientów.

Jak wynika z obserwacji CUK Ubezpieczenia, dla klientów przy wyborze polisy najważniejsza jest cena. W dalszej kolejności uwzględniają poprzednie doświadczenia z danym ubezpieczycielem oraz renomę czy rozpoznawalność marki.

Producent drzwi Porta walczy z podróbkami

Zdzisław Kwidziński

Bezprawne wykorzystywanie cudzej własności intelektualnej zdarza się w prawie każdej branży. Z nieuczciwą konkurencją walczą także producenci drzwi. Firma Porta KMI Poland złożyła zawiadomienie do prokuratury po tym, jak odkryto bezprawne wykorzystanie jej znaków towarowych na ponad 200 parach drzwi zamontowanych w domu studenckim Politechniki Gdańskiej. Łączne straty z tego tytułu szacowane są na co najmniej 300 tys. złotych.

W ostatnim czasie zauważyliśmy intensyfikację działań nieuczciwej konkurencji. Proceder jest o tyle niebezpieczny, że dotyczy drzwi technicznych. W ostatnim czasie zgłosiliśmy do prokuratury sprawę dotyczącą drzwi ogniowych, dokładnie drzwi przeciwpożarowych EI 30, które w dużej liczbie, mowa tu o ponad 200 sztukach, zostały zamontowane w akademiku Politechniki Gdańskiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Zdzisław Kwidziński, szef działu R&D w firmie Porta KMI Poland.

Jak podkreśla, badania certyfikacyjne i audyty wykazały, że podrobiono nie tylko produkt, lecz także znak towarowy firmy.

Proceder naraził nas na straty rzędu około 300 tys. zł. Łączne straty są jednak zdecydowanie wyższe, ponieważ koszt badań certyfikacyjnych oraz audytów nadzoru budowlanego należy oszacować w tym wypadku na kwotę powyżej miliona złotych – mówi Zdzisław Kwidziński.

Walka z podróbkami to coraz poważniejszy problem dla polskich firm. Im produkt lepszej jakości, tym częściej usiłuje się go podrabiać. W Polsce służby celne coraz częściej przechwytują podrabianą odzież, kosmetyki, papierosy czy leki. W skali globalnej rynek podróbek generuje dla gospodarki straty liczone w miliardach dolarów. To wymusza na firmach, również w Polsce, szczególne działania.

W celu utrzymania najwyższej jakości produktów drzwiowych firma Porta prowadzi szeroko zakrojone działania informacyjne. Nie ukrywamy, że know-how, które posiadają nasi inżynierowie i dział R&D, prowadzi do tego, że produkty Porta są na najwyższym światowym poziomie technicznym – wyjaśnia Zdzisław Kwidziński.

Każdy z wyrobów trafiających na rynek opatrzony jest specjalną znamionową tabliczką, która znajduje się w przyldze drzwiowej. Tabliczka zawiera parametry techniczne danego produktu, w tym informacje na temat akustyczności, odporności ogniowej czy dymoszczelności.

Klient, zakupując takie drzwi, może również sprawdzić w dostępnej na naszej stronie internetowej aprobacie technicznej dokładne parametry zakupionego produktu drzwiowego – dodaje Kwidziński. – Aktywnie współpracujemy z nadzorem budowlanym oraz audytami zewnętrznymi, które certyfikują corocznie pod względem jakości firmę Porta oraz reżim technologiczny w naszym parku maszynowym w pięciu fabrykach w Polsce oraz w Europie.

Jak podkreśla przedstawiciel Porta, walka z podróbkami ma nie tylko chronić interes spółki, lecz także zapewnić bezpieczeństwo obecnym i przyszłym użytkownikom dostępnych w Polsce drzwi specjalnego przeznaczenia, które charakteryzują się określonymi parametrami technicznymi, zgodnymi z wymogami Prawa budowlanego. Ma to być wyraźny sygnał od branży, że tego typu nielegalne działania spotkają się ze zdecydowaną reakcją środowiska.

Innowacyjne polskie start-upy na celowniku inwestorów zagranicznych. Zaangażowanie polskich koncernów wciąż niewielkie

Maciej Sadowski

Polska na czele krajów Europy Środkowo-Wschodniej pod względem liczby start-upów. Z coraz większą uwagą przyglądają im się zagraniczni inwestorzy. Dotyczy to szczególnie najbardziej innowacyjnych firm. W ich rozwoju mogłoby pomóc większe zainteresowanie dużych polskich korporacji.

Korporacje w niedostateczny sposób angażują się w inwestowanie w start-upy. Gdyby każda z nich dała listę trzech najbardziej technologicznie palących problemów do rozwiązania, to deklaruję, że przyprowadzę projekty, zarówno z Polski, jak i zagranicy, które będą rozwiązaniem na nie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Sadowski, kierujący fundacją StartUp Hub Poland. – Dla dużych polskich koncernów inwestycja rzędu 10 mln złotych rocznie to nie jest dużo, a dzięki niej wokół tych firm mogłyby powstać małe pęcherzyki w postaci innowacyjnych start-upów.

W ten sposób każdy z koncernów zyskuje innowacyjne pomysły na rozwiązanie swoich problemów, a także zdobywa punkty wizerunkowe. W dłuższej perspektywie takie „pęcherzyki” mogą się stać pełnowartościowym centrum badawczo-rozwojowym dla danej firmy. Jak podkreśla Sadowski, w taki sposób rozwijają się m.in. Google czy Intel.

Większe zaangażowanie korporacji mogłoby się przyczynić do zakorzenienia się innowacji w polskim ekosystemie – mówi Maciej Sadowski.

Zaznacza jednocześnie, że polskim start-upom i tak jest łatwiej niż jeszcze kilka lat temu, bo inwestorzy zagraniczni, np. fundusze venture capital, z coraz większą uwagą przyglądają się tworzonym nad Wisłą innowacjom. Wciąż jednak to zainteresowanie nie jest satysfakcjonujące.

– Chcielibyśmy, żeby było więcej inwestorów. To jest jednak uzależnione od jednego, absolutnie najważniejszego elementu, jakim jest duża podaż wysokokalorycznych, ciekawych start-upów, które naprawdę mają szansę na globalną ekspansję, a nie kolejny jakiś tam serwis randkowy dla wędkarzy, który może zrobi jakąś chwilową karierę w Polsce, ale potem nikt w to nie zainwestuje globalnie – wyjaśnia Maciej Sadowski.

Jego zdaniem w Polsce drzemie ogromny potencjał i ma szanse stać się technologicznym hubem, który będzie sprzyjał rozwojowi innowacyjnych start-upów. Nasz kraj już jest jednym z liderów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej pod względem liczby start-upów. Stale rozwija się też startupowy ekosystem. Funkcjonuje tu ponad 50 Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości. Od 2004 roku dzięki nim powstało ponad 7 tys. firm, a obecnie rozwija się w nich więcej niż 1,5 tys. start-upów.

Raport Kompassu mówi o nas jako o tzw. fast runnerów, czyli kraju, który bardzo szybko dobija do czołówki. Do Berlina będzie nam nadal daleko, ale z drugiej strony takie huby jak np. Praga czy Budapeszt – moim zdaniem – są już powoli w cieniu Polski jako zbioru kilku hubów: Warszawy, Krakowa czy Trójmiasta – mówi prezes Fundacji StartUp Hub Poland.

Dzięki temu Polska ma też szanse, by przyciągać młodych i innowacyjnych przedsiębiorców z innych krajów, np. Ukrainy, Mołdawii czy Białorusi. Wyszukiwaniem tego typu projektów zajmuje się właśnie fundacja.

Zachęcamy, żeby w Polsce i z krajowym kapitałem komercjalizowali swoje odkrycia, żeby tu stworzyli miejsca pracy, oddali fiskusowi procent za działalność i jeszcze sławili naszą markę „made in Poland” na świecie – mówi Sadowski.

Rozwojowi innowacyjności i start-upom sprzyjać mogą również inicjatywy ustawodawcze, m.in. przyjęta w ubiegłym tygodniu przez Sejm ustawa o wspieraniu innowacyjności. Wprowadza ona możliwość zaliczania kosztów działalności badawczo-rozwojowej do kosztów uzyskania przychodów w podatkach dochodowych. Umożliwi ona także rozwój rynku venture capital przez premiowanie funduszy inwestujących w najbardziej innowacyjne firmy zajmujące się działalnością B+R.

Według raportu sporządzonego przez Business Link na podstawie ankiet z udziałem około stu aktywnych, młodych biznesmenów do rozwoju start-upów najbardziej potrzebne są: zwiększanie liczby klientów (54 proc.), wsparcie finansowe (38 proc.) oraz nowi partnerzy biznesowi (32 proc.). Prawie dwie trzecie ankietowanych biznesmenów wierzy, że Polska to dobre miejsce na rozwój start-upu.

StartUp Hub Poland skupia się na tworzeniu odpowiednich warunków dla start-upów high technology w Polsce. Fundacja oferuje projektom wsparcie finansowe w postaci do 50 tys. euro kapitału preinkubacyjnego oraz do 1,7 mln euro kapitału zalążkowego, a także dostęp do biur, laboratoriów, mentoring i wsparcie prawne czy operacyjne.

W Polsce ściąganie podatków najmniej efektywne w Unii Europejskiej

W najnowszym raporcie Komisji Europejskiej, podsumowującym reformy podatkowe w Unii, Polska znalazła się w gronie 5 krajów, których system sprawozdawczości podatkowej i ogólnej polityki fiskalnej wymaga reformy. Ściąganie podatków w Polsce generuje największe koszty w skali całej Unii Europejskiej i jedne z największych obciążeń związanych z rozliczeniami po stronie przedsiębiorstw. Nic dziwnego, że znajdujemy się w grupie państw, które mają największy problem z długiem z tytułu niezapłaconych podatków.

Polska, Bułgaria, Czechy, Niemcy i Słowacja to 5 krajów, które według raportu Komisji Europejskiej powinny znacznie poprawić efektywność administracyjną systemu podatkowego. Polska zajmuje ostatnie pozycje w rankingu pod względem efektywnego pozyskiwania pieniędzy z VAT, mamy też trudności z długiem wynikającym z niezapłaconych podatków. Autorzy dokumentu wskazują za raportem Banku Światowego z 2014 r., że Polska jest w czołówce krajów (za Bułgarią i Czechami), gdzie przedsiębiorcy MŚP poświęcają najwięcej czasu na wypełnianie deklaracji podatkowych. Wyjątkowo słabo wypadamy w zakresie kosztów ściągania należności wobec państwa. Raport Komisji powołuje się na dane OECD (2015), według których Polskę charakteryzują najwyższe jednostkowe koszty pobory podatku. Za nami znalazły się Słowacja, Niemcy, Czechy, Bułgaria i Rumunia.

„Talenty polskich urzędników i czas przedsiębiorców są marnowane na ściąganie od małych i średnich firm stosunkowo niewielkich kwot w skali całego budżetu. Dla przykładu stu największych płatników CIT odpowiada za 40% wpływów z tytułu tego podatku. Szacuję, że tysiąc największych płatników CIT odpowiada za 90% kwoty przychodów w tym obszarze. To oznacza, że system można znacznie uprościć zmniejszając obciążenia dla administracji i przedsiębiorców”, komentuje Henryk Siodmok, prezes zarządu grupy Atlas.

Jak wskazują autorzy raportu komisji Europejskiej od władz coraz częściej oczekuje się lepszych efektów przy mniejszym nakładzie pracy i niższych kosztach. Stąd ważne jest wykorzystanie nowych technologii czy rozliczeń on-line. Tutaj niestety Polska również znalazła się w gronie krajów, które stosunkowo wolno wdrażają nowoczesne rozwiązania. Raport wskazuje też potrzebę upraszczania systemu podatkowego i zwiekszania jego stabilności w czasie.

„Polskie przedsiębiorstwa muszą borykać się z ciągłymi zmianami przepisów. Jak wskazuje raport Grant Thornton, w samym 2014 roku weszło w życie blisko 2 tys. aktów prawnych, z czego jedna trzecia miała pośredni lub bezpośredni wpływ na działalność firm. Zamiast dążyć do upraszczania i ujednolicania przepisów, mnoży się ustawy i nowelizacje, także w sferze podatków. Małe i średnie firmy potrzebują prostych, niezmiennych zasad oraz równych szans w stosunku do dużych podmiotów. Będziemy o tym dyskutować pod koniec października na Forum dla Wolności i Rozwoju Law4Growth – kongresu podczas którego zaproponujemy gotowe propozycje zmian przepisów, tak by sprzyjały rozwojowi gospodarczemu“, mówi prof. nadzw. dr hab. Barbara Piontek, sekretarz generalna i opiekun merytoryczny warsztatów eksperckich w ramach Forum.

Z pozytywnych zmian wprowadzonych przez Polskę raport Komisji Europejskiej wymienia m.in. uproszczenia księgowe dla mikroprzedsiębiorstw oraz przepisy utrudniające unikanie opodatkowania.

O raporcie

Raport Komisji Europejskiej “Reformy podatkowe w krajach członkowskich Unii Europejskiej 2015. Wyzwania polityki podatkowej dla wzrostu ekonomicznego i równowagi fiskalnej” został przygotowany przez Dyrekcję Generalną Komisji Europejskiej ds. Gospodarczych i Finansowych oraz Dyrekcję Generalną Komisji Europejskiej ds. Podatków i Unii Celnej. Jest to przygotowywany corocznie dokument, którego głównym celem jest wzbudzenie dyskusji na temat polityki fiskalnej krajów unijnych oraz analiza wyzwań podatkowych oraz niedawnych reform przeprowadzanych przez państwa członkowskie.

Raport dokonuje przeglądu ostatnich trendów w przychodach podatkowych i omawia główne reformy wprowadzone przez państwa członkowskie w ciągu ostatniego roku. Ponadto dokument pochyla się nad kwestiami o szczególnym znaczeniu makroekonomicznym: potencjalnym wpływie, jaki podatki mają na stabilność budżetową państwa oraz nad zmniejszeniem obciążeń podatkowych pracy, jako narzędziu stymulacji wzrostu gospodarczego państw członkowskich. Autorzy dokonują dokładnej analizy obecnych rządów w kontekście administrowania, ściągania i redystrybucji podatków, a także dają propozycje poprawy konstrukcji podatków w wybranych obszarach.

Popołudniowy komentarz walutowy z 28.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 28.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Nieruchomości komercyjne w Polsce – raport RICS za II kwartał 2015

Charakterystyka kluczowych trendów makroekonomicznych

Zgodnie z przewidywaniami w 2015 roku polska gospodarka rozwinie się w równie energicznym tempie, co w minionym roku, przewyższając prawdopodobnie 3.4% wzrost. Przyczyni się do tego w dużej mierze konsumpcja na poziomie gospodarstw domowych, na której ożywienie wpływ mają polepszająca się sytuacja na rynku pracy, wzrost realnych dochodów (wspomagany niską inflacją/deflacją) i rosnące zaufanie konsumentów. Utrzymanie przez bank centralny podstawowych stóp procentowych na historycznie niskim poziomie stymulować będzie gospodarczą aktywność co najmniej do przyszłego roku. Do osłabienia wzrostu może przyczynić się natomiast lekko restrykcyjny kurs polityki budżetowej, który wydaje się uzasadniony w obliczu aktualnego tempa wzrostu gospodarki i który może w efekcie doprowadzić do zwiększenia zobowiązań budżetowych państwa w nadchodzących latach. Ten wyraźnie pozytywny obraz jest sprzeczny z bardziej ostrożną oceną sytuacji wynikającą z raportu RICS za II kwartał br. dotyczącego rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce. Zdaniem autorów raportu na nastrojach najemców i inwestorów negatywnie odcisnął się nienadążający za gwałtownie rosnącą podażą popyt, zarówno na rynku najmu, jak i inwestycji, wywołujący presję na czynsze i kapitał inwestycyjny w wybranych sektorach rynku.

Nastroje na rynku najemców

Wskaźnik nastrojów najemców nieznacznie spadł do -19. To trzynasty konsekutywny kwartał, w którym odnotowano negatywny odczyt nastrojów. Popyt na rynku najmu efektownie wzrósł w segmencie magazynów i skromniej w sektorze powierzchni biurowych. Popyt na powierzchnie handlowe nieznacznie spadł. Dostępność powierzchni zwiększyła się w przekroju całego rynku. Wzrost w sektorach nieruchomości handlowych i magazynowych był relatywnie skromny wobec zdecydowanego wzrostu podaży przestrzeni biurowych. Oczekiwania odnośnie do czynszów są negatywne w każdym obszarze rynku, zarówno w trzy jak i dwunastomiesięcznym horyzoncie czasowym. Zdaniem uczestników badania w segmentach handlowym i magazynowym spadek czynszów będzie niewielki, o wiele bardziej wyraźny natomiast w odniesieniu do czynszów biurowych.

Nastroje na rynku inwestorów

Wskaźnik nastrojów inwestorów nieco się poprawił i osiągnął +7, potwierdzając wcześniejsze sygnały stopniowej poprawy ogólnych warunków na rynku inwestycji w Polsce. Popyt ze strony inwestorów rośnie w miarę równomiernym tempie we wszystkich sektorach rynku. Najwyższy wzrost zainteresowania zagranicznych kupców przyciągnęły segmenty biurowy i handlowy. Podaż nieruchomości na sprzedaż wzrosła zdecydowanie w sektorze biurowym i nieśmiało także w sektorze handlowym. Sektor magazynowy natomiast odnotował spadek podaży. Oczekiwania odnośnie do wartości kapitału w perspektywie 12 miesięcy wskazują na delikatny wzrost w sektorze magazynowym i sugerują znaczny spadek cen w sektorze biurowym. Respondenci przewidują, że w odniesieniu do obiektów handlowych będziemy świadkami umiarkowanego spadku cen.

Na rynku odczuwany jest stały popyt na powierzchnię biurową w Warszawie i w miastach regionalnych, szczególnie tych, które przyciągają do siebie centra BPO/SSC. Zainteresowaniem najemców cieszą się również nowe obiekty handlowe podczas gdy w segmencie nieruchomości magazynowych popyt ze strony najemców dynamicznie rośnie. Z uwagi na znaczne zainteresowanie międzynarodowych inwestorów lokowaniem środków na polskim rynku nieruchomości można się spodziewać kontynuacji powyższych trendów. Fundusze inwestycyjne zainteresowane przejęciem najlepszych nieruchomości powinny oczekiwać wzrostu cen spowodowanego kompresją stóp kapitalizacji we wszystkich segmentach rynku – komentuje Monika Dębska-Pastakia FRICS, Partner, Prezes zarządu Knight Frank.

Mamy do czynienia z typowym na rynku nieruchomości komercyjnych cyklem koniunkturalnym i Polska nie jest tutaj wyjątkiem. Deweloperzy dalej będą budować dlatego będziemy świadkami obniżki czynszów, a być może także dostosowania się rynku do cen. W tym konkretnym cyklu zyska najemca. Inwestorzy nie ustają w poszukiwaniach atrakcyjnych nieruchomości na rynku, czego wyrazem jest niesłabnący na nie popyt w Polsce – komentuje  Nigel Wade, członek zarządu RICS w Polsce, Prezes zarządu Commerson Real Estate.

Zmiany stóp w USA rządzą rynkami

Wracamy do znanej już w historii sytuacji, gdzie “co by się nie działo” jest rozpatrywane z perspektywy wzrostu stóp procentowych w USA. Na niekorzyść euro – głównej przeciwwagi dla dolara – działają kwestie polityczne. Nie tylko kryzys imigracyjny, ale i działania separatystyczne kolejnych regionów.

W piątek miała miejsce ciekawa rzecz podczas publikacji danych z USA. Oczekiwania analityków rozminęły się z oczekiwaniami inwestorów. Poznaliśmy lepsze od oczekiwań dane na temat wzrostu PKB. Annualizowany wzrost PKB wyniósł 3,9% przy oczekiwaniach na 3,7%. Lepsze dane z gospodarki powinny wspierać lokalną walutę. W przypadku USA efekt ten powinien być tym silniejszy, że od danych makroekonomicznych zależy czas podwyżki stóp procentowych. Najwyraźniej inwestorzy liczyli na jeszcze lepsze odczyty.

W niedzielę odbyły się wybory regionalne w Katalonii. Są to dość specyficzne wybory, gdyż region ten od dawna wykazuje tendencje separatystyczne. Partie głośno mówiące o odłączeniu się od Madrytu zdobyły w tych wyborach 72 mandaty w 135 osobowym parlamencie. W efekcie istnieje poważne ryzyko, że będą miały dość głosów by swój program realizować. Na przeszkodzie stoi co prawda trybunał konstytucyjny, ale niewykluczone, że działania takie spowodują jeszcze wiele emocji na rynkach. Gra toczy się w końcu o spore pieniądze, gdyż Katalonia jako bogatszy region nie chce finansować reszty kraju. Rząd w Madrycie od lat próbuje na drodze prawnej uniemożliwić ogłoszenie niepodległości. W ramach tych działań od pięciu lat Katalończycy stracili status osobnego narodu.

Uwaga rynków skupiona jest w dalszym ciągu na Stanach Zjednoczonych. Inwestorzy są już niemal pewni podwyżki stóp procentowych w najbliższych miesiącach. Czy na pewno musi do niej dojść? Patrząc historycznie od 5 lat żyjemy z perspektywą podwyżki stóp procentowych w USA w przeciągu 12 miesięcy. Oczekiwania te pojawiały się i znikały w zależności od sytuacji rynkowej. Na początku tego roku, po serii bardzo słabych danych, temat ten przycichł, ale przecież to zeszłoroczny ruch przenoszący EUR/USD z poziomów powyżej 1,3000 w okolice 1,1000 był spowodowany właśnie lepszymi perspektywami w USA i spodziewanymi w związku z tym wzrostami stóp. Czy nie należy się zatem spodziewać takiego ruchu? FED bardzo boi się zabić tak mozolnie wypracowany wzrost gospodarczy, a to znaczy, że możemy jeszcze miesiącami czekać na dobry moment.

Poznaliśmy dzisiaj Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury według BIEC (Bureau for Investments and Economic Cycles). Po lepszy sierpniowym odczycie wróciliśmy ponownie do poziomów z lipca.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Columbus Capital S.A. planuje połączyć się z Columbus Energy S.A.

Columbus Capital S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, opublikowała zmodyfikowaną Strategię Rozwoju na lata 2015-2016. Emitent zamierza skoncentrować swoją działalność na segmencie Odnawialnych Źródeł Energii oraz na segmencie inwestycyjnym.

Columbus Capital S.A. planuje połączyć się z Columbus Energy S.A., tworząc podmiot, który będzie sprawował działania zarządcze w obszarze biznesu energetycznego oraz inwestycyjnego. COLUMBUS ENERGY S.A., bo tam ma się nazywać nowopowstała Spółka,  będzie dążył do zdobycia mocnej pozycji konkurencyjnej w branży Odnawialnych Źródeł Energii, wykorzystując m.in. efekty synergii wynikające z potencjału obu podmiotów, optymalizacji i zwiększenia skali działania oraz redukcji kosztów działalności. Głównym celem Zarządu Spółki będzie ubieganie się o dopuszczenie jej akcji do obrotu na rynku regulowanym GPW w Warszawie.

„Modyfikacja strategii rozwoju związana jest z zawartym porozumieniem z Columbus Energy S.A. o podstawowych warunkach transakcji połączenia. Widzimy olbrzymi potencjał rozwoju dla rynku OZE w Polsce, a zwłaszcza dla branży fotowoltaiki i zamierzamy dobrze zagospodarować ten segment biznesowy. Naszym nadrzędnym celem jest takie zwiększenie skali działalności, które spowoduje mocny wzrost wartości Spółki oraz umożliwi nam zmianę rynku notowań akcji na rynek regulowany.” – wyjaśnia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki Columbus Capital S.A.

W segmencie Odnawialnych Źródeł Energii Spółka zamierza wykorzystać bardzo dobrą koniunkturę w branży fotowoltaiki, która wynika z wejścia w życie nowej Ustawy o OZE, wprowadzającej taryfy gwarantowane oraz z uruchomienia Programu Prosument. Emitent dzięki otwarciu nowych oddziałów zamierza zwiększyć terytorialny obszar swojego działania z obecnych 30% powierzchni kraju do 80% na koniec 2 kw. 2016 r. Oprócz sprzedaży mikroinstalacji fotowoltaicznych dla klientów indywidualnych, COLUMBUS ENERGY S.A. liczy także na dodatkowe przychody z sektora zamówień publicznych na instalacje fotowoltaiczne oraz umów w sektorze B2B po uruchomieniu dotacji unijnych na lata 2014-2020.

W 2016 r. Spółka w związku z rosnącymi potrzebami finansowymi zamierza aktywnie poszukiwać inwestora strategicznego. Zarząd rozważa także emisję obligacji. W przyszłym roku COLUMBUS ENERGY S.A. ma także zamiar rozszerzyć swoją ofertę o sprzedaż produktu „termomodernizacja domów jednorodzinnych”, co będzie związane z uruchomieniem nowego programu wsparcia z NFOŚiGW o nazwie „RYŚ”. Natomiast od 2017 r. chce stać się pierwszą firmą w Polsce, która wprowadzi na nasz rynek usługę dla klientów indywidualnych o nazwie „Power Purchase Agreement”. Będzie ona polegać na tym, że COLUMBUS ENERGY S.A. będzie montował instalację fotowoltaiczną na obiekcie oraz zarządzał całością przepływów energii elektrycznej i gazu, a także rozliczeń z nimi związanych.

„Dzięki otwarciu nowych oddziałów w Polsce będziemy chcieli istotnie zwiększyć terytorialny obszar naszego działania. Liczymy także na rozwój innych źródeł przychodów, m.in. z sektora zamówień publicznych na instalacje fotowoltaiczne oraz umów w sektorze B2B. Nasze plany na kolejne lata zakładają stałe rozszerzanie oferty o kolejne produkty. Myślę, że prowadzone rozmowy z inwestorami strategicznymi, pozwolą nam pozyskać finansowanie na realizację przyjętej strategii rozwoju.” – dodaje Ciszewski.

Spółka będzie również prowadziła działalność inwestycyjną, a Zarząd nie wyklucza powstania Grupy Kapitałowej, w której poszczególne podmioty będą odpowiedzialne za poszczególne rodzaje działalności gospodarczej. COLUMBUS ENERGY S.A. ma zamiar zbudować portfel spółek, w których będzie posiadała strategiczne pakiety akcji, wspierała ich zarządzanie oraz uzyskiwała dochody powstałe w wyniku zwiększania się ich wartości.

Columbus Capital S.A. zakończyła 2014 r. skonsolidowanym zyskiem netto wynoszącym 936 tys. zł. Plany Emitenta zakładają poszukiwanie nowych projektów inwestycyjnych oraz zbudowanie nowej strategii rozwoju, która pozwoli zmaksymalizować wykorzystanie potencjału zasobów Spółki.

Małe i średnie firmy w Polsce mają niedojrzałe polityki bezpieczeństwa informacji

20 proc. przedstawicieli małych i średnich firm zupełnie nie archiwizuje swoich danych. W przypadku kradzieży lub zniszczenia sprzętu są oni narażeni na ich całkowitą utratę. Kolejna odsłona badań „Nowoczesne IT w MŚP 2015” realizowanych przez Ipsos MORI dla Microsoft wskazuje na brak procedur związanych z bezpieczeństwem informacji w polskich małych i średnich firmach. W przypadku dostępu do danych poza biurem, połowa uczestników badania stawia na najbardziej ryzykowne rozwiązanie, czyli transfer danych przez e-mail na prywatną pocztę. Co ciekawe, 95 proc. szefów firm akceptuje taki proceder. Mimo wciąż niskiej świadomości w kwestii ochrony danych, 11 proc. respondentów z polskich organizacji podkreśla, że pełne poczucie bezpieczeństwa i poufności danych wpływa na produktywność ich pracy.

Główne wnioski z badań:

  • Polskie firmy wciąż nie pamiętają o bezpiecznej archiwizacji danych firmowych: 20 proc. firm z sektora MŚP nie ma dostępu do danych w przypadku kradzieży, czy zniszczenia sprzętu.
  • Bezpieczna archiwizacja w chmurze stosowana tylko wśród 22 proc. firm: biorąc pod uwagę średnią europejską, która wynosi 33 proc., pozostajemy daleko w tyle w adaptacji rozwiązań opartych o chmurę, zapewniających najwyższy poziom ochrony.
  • Zaufany dostawca usług chmurowych może zapewnić znacznie wyższy poziom bezpieczeństwa informatycznego, niż firmy z sektora MŚP są w stanie zrobić to samodzielnie.
  • Niedojrzała polityka bezpieczeństwa: 47 proc. pracowników MŚP działających poza biurem przesyła potrzebne dane na prywatny e-mail. 95 proc. szefów firm daje na to przyzwolenie.

Ups… gdzie podziały się moje dane?

W sytuacji zniszczenia lub kradzieży laptopa, 20 proc. przedstawicieli małych i średnich firm napotyka na ogromny problem, ponieważ zupełnie nie archiwizuje danych związanych z pracą. W tym przypadku znacząco odstajemy od standardów europejskich, gdzie wynik okazał się niższy o 7 punktów procentowych. 46 proc. respondentów z polskich firm przyznaje, że mogłaby mieć trudności z odzyskaniem plików, ale ma szansę odtworzyć je z dysku twardego, gdzie znajdują się kopie zapasowe.

Mniej niż ¼ (22 proc.) pracowników MŚP potwierdza, że dysponuje archiwum on-line w chmurze. Co ciekawe, w tym przypadku również jesteśmy daleko w tyle za Europą, gdzie popularność rozwiązań chmurowych do archiwizacji danych jest dużo wyższa i sięga 33 proc. wskazań. Do pracowników z Finlandii, którzy są najbardziej otwarci na „chmurę” dzieli nas aż 17 punktów procentowych (39 proc. archiwizuje online).

Statystyki pokazują, że swoistymi pionierami w wykorzystaniu możliwości chmury do archiwizacji danych są mikroprzedsiębiorstwa. 29 proc. przedstawicieli tej grupy korzysta właśnie z modelu cloud do zapisu kopii zapasowych. Do chmury przekonane jest również najmłodsze pokolenie polskich pracowników w wieku 18-24, które wskazuje na back-up online jako preferowane miejsce przechowania danych (26 proc.). Z drugiej strony w grupie „młodych” pracowników MŚP zarejestrowano największych odsetek osób, który wcale nie tworzy kopii zapasowych.

Niedojrzała polityka bezpieczeństwa

Osoby, wykonujące obowiązki służbowe poza biurem zapewniają sobie dostęp do danych głównie poprzez transfer plików na prywatną pocztę, co deklaruje 47 proc. badanych. Odsetek ten rośnie aż do 63 proc. wśród firm „analogowych”, które przyznają się do realizacji większości procesów w trybie offline. Niemal 1/3 respondentów dzięki usługom w chmurze korzysta z danych przez smartfon, tablet lub komputer, natomiast 30 proc. wskazuje na dostęp do danych poprzez zdalny desktop. Jedynie 18 proc. korzysta z transferu danych wykorzystując dyski wirtualne typu OneDrive. Wyniki wskazują również, że pracownicy firm europejskich najmocniej przywiązani są do zdalnego dostępu do danych przechowywanych w chmurze (40 proc.). Co ciekawe, osoby korzystające z transferu chmurowego lub te, które wysyłają dane e-mailem twierdzą, że kierownictwo ich firm ma świadomość dostępu do danych w taki właśnie sposób.

„Przestarzałe oprogramowanie, które jest niedostosowane do aktualnego poziomu rozwoju technologii oraz zagrożeń w cyberprzestrzeni, rodzi bardzo duże ryzyko dla biznesu. Zwiększa m.in. potencjał ataków ze strony malware’u i hakerów. Ryzyko to rośnie tym bardziej jeśli mamy do czynienia z pirackim oprogramowaniem, które tylko z pozoru jest tańsze, ale w rezultacie naraża firmę nie tylko na konsekwencje finansowe i prawne, ale również na utratę danych” – przekonuje Przemysław Szuder, dyrektor działu Small & Medium Business Solutions and Partners w Microsoft. „Usługi chmurowe dają gwarancję bezpieczeństwa przy jednoczesnej optymalizacji kosztów i wydajności procesów. Co więcej, użytkownicy mogą mieć pewność, że dostępne oprogramowanie będzie zawsze aktualne i zgodne z ciągle zmieniającymi się wymogami ochrony danych. Decydując się na chmurę, firmy zaszczepiają w swojej organizacji politykę bezpieczeństwa dostosowaną do codziennych wyzwań stawianych przez rosnące zagrożenia w cyberprzestrzeni” – dodaje Przemysław Szuder.

Zaufany dostawca usług chmurowych może zapewnić znacznie wyższy poziom bezpieczeństwa informatycznego, niż firmy z sektora MŚP są w stanie zrobić to samodzielnie i to praktycznie w każdym obszarze biznesowym. Microsoft dysponuje najszerszą ofertą w zakresie bezpiecznych rozwiązań w modelu Cloud dla MŚP. Jako jeden z nielicznych dostawców posiada certyfikat ISO 27018, który gwarantuje bezpieczne i przejrzyste zasady przetwarzania danych dla swoich usług w chmurze – Office 365, Azure i CRM Online. Taki poziom bezpieczeństwa wymagany jest między innymi w Kancelarii Radcy Prawnego Piotra Skrzypczaka, specjalizującej się w obsłudze inwestycji budowlanych, która zdecydowała się na wdrożenie usługi Office 365.

Działamy na rzecz klientów zarówno publicznych jak i prywatnych. Niezwykle istotne jest to, aby dane wrażliwe, które stanowią tajemnicę handlową, a czasem nawet państwową, były w sposób bezpieczny przechowywane i udostępniane za pomocą systemu informatycznego. Usługa Office 365 daje nam tę pewność, a także zapewnia elastyczność i wymierne korzyści finansowe – powiedział Piotr Skrzypczak, właściciel Kancelarii.

Przedstawiciele mikro-, małych i średnich firm deklarują, że kwestia cyberbezpieczeństwa ma dla nich wysoki priorytet, jednak praktyka bywa różna. Słabości najczęściej wynikają z błędów człowieka. Niefrasobliwość pracowników wciąż jest postrzegana jako największe zagrożenie dla bezpieczeństwa informatycznego firm. Kolejnym ważnym czynnikiem są też nadmierne oszczędności, przez które firmy korzystają z przestarzałego oprogramowania. Na te wyzwania pozwalają odpowiedzieć nowoczesne rozwiązania oraz zawsze aktualne usługi w chmurze. Zaufany dostawca może zapewnić znacznie wyższy poziom bezpieczeństwa informatycznego, niż MŚP są w stanie zrobić to samodzielnie i to praktycznie w każdym obszarze biznesowym.

BVT S.A. zadebiutuje jutro na rynku NewConnect

BVT S.A., Spółka zajmująca się windykacją pakietów wierzytelności masowych, zadebiutuje w dniu jutrzejszym na rynku NewConnect. Debiut Spółki na alternatywnym rynku był dla jej Zarządu jednym z najważniejszych celów, a jego osiągnięcie pozwoli realizować przyjęty plan rozwoju.

W dniu 23.09.2015 r. Zarząd GPW w Warszawie podjął uchwałę o wprowadzeniu do alternatywnego systemu obrotu na rynek NewConnect 1.000.000 akcji serii C Spółki o wartości nominalnej 0,10 zł każda. Cena emisyjna akcji, uwzględniając przeprowadzony w lipcu br. split w stosunku 1:50, wynosiła 0,80 zł za szt. W ofercie prywatnej BVT S.A. pozyskało 800 tys. zł. Środki te zostały przeznaczone głównie na nabywanie kolejnych pakietów wierzytelności oraz obsługę już wcześniej zakupionych, co pozytywnie wpłynęło na wyniki finansowe Emitenta.

„Przygotowując się do debiutu na rynku NewConnect Zarząd realizował kolejny etap, który został zawarty w strategii rozwoju Spółki od samego początku jej działalności. Zdaję sobie sprawę, że specyfika rynku wierzytelności wymaga elastyczności, która musi objawiać się także w posiadanych możliwościach dotyczących pozyskiwania środków finansowych. Jedną z takich opcji jest emisja akcji, która przyniosła BVT wpływ w wysokości 800 tys. zł. Środki, jakie Spółka pozyskała poprzez emisję akcji serii C, pozwoliły na zrealizowanie w pełni umowy zakupu pakietów wierzytelności z sektora transportu kolejowego oraz przyśpieszenie tempa, w jakim posiadane wierzytelności wdrożone zostały do realnej windykacji. Miało to znaczący wpływ na osiągnięte przez nas wyniki finansowe w I i II kwartale br. Dbałość Zarządu o utrzymanie proporcji kosztów na poziomie adekwatnym do rzeczywistych potrzeb oraz realna ocena zakupionych pakietów pozwoliły na wygenerowanie wyników dających możliwość wypłaty dywidendy naszym Akcjonariuszom w pierwszym pełnym roku działalności Spółki. Debiut na rynku NewConnect zwiększy także naszą wiarygodność biznesową na rynku wierzytelności i pozwoli nam umacniać pozytywny wizerunek wśród partnerów biznesowych.” – komentuje Katarzyna Szuba, Prezes Zarządu Spółki BVT S.A.

Spółka realizując założenia przyjętej Strategii Rozwoju, która zakłada nabywanie pakietów wierzytelności w nowych branżach, dokonała we wrześniu br. zakupu pakietów wierzytelności polskiego operatora telekomunikacyjnego o łącznej wartości nominalnej sięgającej blisko 3,22 mln zł. W ich skład wchodzi portfel spraw sądowych (usługi mobilne) oraz portfel klientów biznesowych (usługi stacjonarne). Jest to zarazem pierwszy zakup wierzytelności z nowej branży dokonany przez BVT S.A. Emitent złożył także najlepszą ofertę w przetargu na zakup pakietu wierzytelności pochodzących z sektora masowego transportu miejskiego. Jego wartość nominalna wynosi ponad 3 mln zł.

„Zgodnie z przyjętym planem rozwoju uczyniliśmy pierwsze kroki w celu dywersyfikacji posiadanego portfela wierzytelności. Do chwili obecnej nasza działalność oparta była na sektorze transportu masowego. Przygotowując się do wejścia w nowe obszary Zarząd zadbał, aby obszar, w którym się specjalizujemy, działał stabilnie generując przychód adekwatny do realnie windykowanego wolumenu należności. Wchodząc w nową branżę mamy tożsame założenie, aby przy maksymalnej optymalizacji kosztów minimalizować ryzyko związane z rentownością nabywanych pakietów. Jest to nadrzędna zasada, którą się kierujemy, bez względu na to, na jakim obszarze koncentrujemy nasze działania. W związku z powyższym Zarząd podjął decyzję o zakupie dwóch pakietów z branży telekomunikacyjnej, które nie są wobec siebie tożsame. Pozwoli to na wdrożenie nowego schematu windykacji aż w dwóch obszarach, branży usług telekomunikacyjnych jako takiej oraz sferze wierzytelności biznesowych. Do chwili obecnej posiadaliśmy pakiety wierzytelności, które dotyczyły wyłącznie osób fizycznych. Przedmiotowy zakup jest etapem rozwoju BVT S.A., który oparty będzie na dotychczas posiadanych strukturach oraz współpracy z firmą windykacyjną. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że będzie on też w toku windykacji wymagał rozwinięcia tych struktur oraz modyfikowania schematów działania, ale będzie to tylko i wyłącznie potwierdzenie słuszności podjęcia decyzji o rozszerzeniu działalności Spółki na nowe obszary. Spodziewamy się odzwierciedlenia podjętych działań w naszych wynikach finansowych na koniec I kwartału 2016 r. Uważam, że jest to kolejny, bardzo ważny krok Spółki w dążeniu do celu, jakim jest dla nas zdobycie i ugruntowanie pozycji na rynku wierzytelności bankowych.” – zakończyła Prezes Szuba.

W lipcu 2015 r. Emitent nabył pakiet 4.834 sztuk wierzytelności o łącznej wartości nominalnej sięgającej ponad 486 tys. zł. W chwili obecnej BVT S.A. posiada w swoim portfelu ok. 240 tys. szt. wierzytelności, a ich łączna wartość nominalna przekracza 83 mln zł. Prowadzenie skutecznej windykacji tych pakietów Spółce notować wyraźną progresję wyników finansowych. W 2 kw. br. Emitent osiągnął 608 tys. zł zysku netto przy przychodach wynoszących 1.674 tys. zł. Całe pierwsze półrocze 2015 r. Spółka zakończyła zyskiem netto wynoszącym 1.177 tys. zł oraz sprzedażą na poziomie 3.335 tys. zł.

BVT S.A. specjalizuje się w nabywaniu i obsłudze pakietów wierzytelności masowych o dużej dywersyfikacji dłużników, a ich zlokalizowanie obejmuje swoim zasięgiem teren całego kraju. Nabyte przez Spółkę pakiety wierzytelności zlecane są do windykacji firmie prowadzącej działalność w tym zakresie. Emitent specjalizuje się obecnie w obsłudze wierzytelności związanych z przedsiębiorstwami z branży transportu kolejowego.

Głównym akcjonariuszem BVT S.A. jest notowana na rynku NewConnect Spółka Kupiec S.A., która posiada akcje stanowiące 45,12% udziału w kapitale zakładowym oraz 46,12% udziału w ogólnej liczbie głosów na WZA. Rolę Autoryzowanego Doradcy dla BVT S.A. pełni Beskidzkie Biuro Consultingowe S.A. Natomiast Doradcą Finansowym i jednym z akcjonariuszy Spółki jest ABS Investment S.A. BVT S.A. zakończyło 2014 r. zyskiem netto w wysokości 822 tys. zł oraz przychodami na poziomie 2.536 tys. zł. Akcjonariusze Spółki otrzymali również dywidendę z zysku wypracowanego w 2014 r. w łącznej kwocie 532 tys. zł, co stanowiło blisko 65% całego osiągniętego zysku.

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 28.09.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Porta KMI Poland: Dzięki nowej fabryce w ciągu 5 lat możemy zwiększyć przychody o około 100 mln zł

Jacek Woźniak

Uruchomienie nowej fabryki w Ełku ma zapewnić spółce Porta KMI Poland w ciągu najbliższych 5 lat dodatkowe przychody na poziomie 100 mln złotych. Powstający kosztem 70 mln zł zakład będzie jednym z najnowocześniejszych w Polsce i umożliwi konkurowanie pod względem jakości z zagranicznymi producentami. Firma w najbliższym czasie chce wzmocnić swoją pozycję na rynkach zagranicznych, głównie w Europie Zachodniej, oraz wyjść ze swoimi produktami poza granice Starego Kontynentu.

– Dla spółki w najbliższym czasie najważniejszym wydarzeniem będzie inwestycja w nowy zakład do produkcji drzwi i ościeżnic metalowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Woźniak, dyrektor sprzedaży firmy Porta KMI Poland.

Nowy zakład będzie zlokalizowany tuż obok istniejącej fabryki w Ełku. Łączna powierzchnia nowego obiektu wyniesie około 15 tys. mkw., a koszt inwestycji szacowany jest na około 70 mln złotych. Powstający zakład jest niezwykle istotny z punktu widzenia strategii firmy. Pozwoli bowiem na produkcję metalowych skrzydeł i ościeżnic, które mogą konkurować pod względem jakości z międzynarodowymi potentatami.

– Jest to jedyna w swoim rodzaju fabryka szyta na miarę naszej firmy. Przez 15 lat produkcji drzwi metalowych wypracowaliśmy sobie własny, autorski model linii produkcyjnej, dzięki czemu ta linia będzie najnowocześniejsza w kraju – zdradza szef sprzedaży Porta KMI Poland.

Rozmówca oczekuje, że dzięki nowej linii produkcyjnej sprzedaż w ciągu najbliższych 5 lat zwiększy się o około 100 mln złotych. W 2013 roku spółka osiągnęła łącznie przychody na poziomie 258 mln złotych.

– Porta dystrybuuje swoje produkty w Polsce poprzez sieć autoryzowanych dilerów. Łącznie wszystkich punktów dilerskich mamy około stu. Natomiast współpracują z nimi autoryzowane punkty sprzedaży, których jest około tysiąca – informuje Jacek Woźniak.

Spółka ponadto sprzedaje swoje produkty poprzez sieć marketów wielkopowierzchniowych. Łącznie wszystkich punktów jest przeszło 1,5 tysiąca. Firma nie rezygnuje także z inwestycji w posiadane zaplecze technologiczne. Park maszynowy jest na bieżąco modernizowany, a procesy produkcyjne ulegają ciągłej optymalizacji.

– Firma Porta sprzedaje praktycznie do wszystkich krajów Unii Europejskiej, jednak koncentrowaliśmy się przede wszystkim na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. Są to głównie Rumunia, w której mamy zakład produkcyjny oraz centrum logistyczne, Czechy, Słowacja, Węgry oraz Bułgaria – wylicza Woźniak

Spółka w najbliższym czasie planuje zwiększyć swoją aktywność eksportową na rynkach Europy Zachodniej. Mowa tu przede wszystkim o Niemczech oraz Austrii. Wśród kontrahentów Porty znajdują się także odleglejsze kraje, jak Nigeria, Paragwaj czy Australia.

– Największym zagrożeniem jest protekcjonizm krajów eksportowych, do których chcemy sprzedawać. Rynek drzwi nie jest bowiem jeszcze zharmonizowany z żadnym prawem, a na każdym rynku istnieją bardzo ścisłe regulacje dające pierwszeństwo producentom narodowym – wyjaśnia ekspert.

Przedstawiciel spółki Porta KMI Poland tłumaczy, że oprócz wysokich barier wejścia na rynki zagraniczne, problem są także różnice kursowe. Producent w dużą części materiałów zaopatruje się na zachodzie Europy, a tymczasem przychody uzyskiwane są w lokalnej walucie.

Quad/Graphics chce zostać liderem na europejskim rynku poligraficznym. Planuje wielomilionowe inwestycje

0

CEO Magazyn Polska

Quad/Graphics, polska spółka z amerykańskim właścicielem, która należy do największych firm poligraficznych na kontynencie, zamierza umocnić swoją pozycję w Europie. Zapowiada wielomilionowe inwestycje w rozwój technologiczny i przymierza się do ekspansji na kolejne rynki. Dzięki efektywnej organizacji jest w stanie osiągać wyniki dwukrotnie lepsze od zachodnich konkurentów.

Chcemy stać się jednym z największych i odnoszących największe sukcesy przedsiębiorstw poligraficznych w Europie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Gruszecki, wiceprezes ds. finansów Quad/Graphics Europe. – Chcemy wejść do najwyższej ligi, czyli zdecydowanie zwiększyć naszą obecność w kraju, w którym druk wynaleziono, czyli w Niemczech, gdzie już jesteśmy obecni.

Spółka realizuje zlecenia zarówno dla wydawców gazet czy katalogów, jak i dla agencji reklamowych czy handlu detalicznego. Jak ocenia jej zarząd, sukces Quad/Graphics wynika z możliwości wykraczania poza złożone potrzeby najbardziej wymagających klientów. Należą do niej dwie drukarnie wyposażone w najnowocześniejsze maszyny poligraficzne w Europie. Oferuje różnorodne usługi: od przygotowania materiałów do druku, poprzez produkcję, po dystrybucję.

Dziś Quad/Graphics Europe dostarcza usługi na rynki Wielkiej Brytanii, Niemiec, Skandynawii, Rosji, Francji oraz do krajów Europy Środkowej. By ten obszar poszerzyć, firma zapowiada wydanie wielomilionowych kwot. Finansować zamierza się ze źródeł własnych oraz z kredytów bankowych. Inwestuje głównie w infrastrukturę w Polsce, czyli swą najważniejszą drukarnię w Wyszkowie koło Warszawy. Ambitny plan rozwoju spółka zamierza zrealizować w ciągu najbliższych trzech lat.

– Żeby to zrobić, rozszerzamy naszą platformę produkcyjną, koncentrujemy się na podstawowej działalności i ciągłym udoskonalaniu, wprowadzamy metody lean continuous improvement – mówi Marek Gruszecki. Stosujemy też polskie metody polegające na usprawnieniach organizacyjnych firmy. Jesteśmy bardzo otwarci na wejście w nowe rynki, ale podejmujemy ryzyko w sposób rozsądny.

Rynek poligraficzny nie jest łatwy z racji przenoszenia przez firmy części działalności promocyjnej do internetu. Wiceprezes ds. finansów Quad/Graphics Europe liczy jednak na to, że zlokalizowanie tego typu działalności w Polsce  daje firmie  dużą przewagę konkurencyjną w tym biznesie.

Rynek poligraficzny w każdym z krajów maleje, jest obarczony dużym ryzykiem, jest to trudny rynek. Rynek niemiecki jest jednak kilkakrotnie większy niż rynek polski, są tam ogromne możliwości, tym bardziej że polskie firmy czy firmy polsko-amerykańskie są w stanie konkurować i odnotowywać to, co myśmy odnotowali, czyli wzrost sprzedaży i rentowności na malejącym rynku.

Konkurencja na rynku poligraficznym jest duża, a tradycyjnych wydawnictw drukuje się coraz mniej. Internet szybko zastępuje klasyczne gazety i czasopisma, a zamiast papierowych książek, klienci coraz częściej wybierają elektroniczne.

Śledzimy rentowność, wyliczamy medianę wyników rentowności naszych największych konkurentów i są to minimalne marże na poziomie marży EBITDA 7 proc. czy zyskowności w okolicach 2 proc., zatem prawie nieistniejące – ocenia wiceprezes Marek Gruszecki z Quad/Graphics Europe. Nam się udaje pobijać tę medianę, czyli takie średnie wskaźniki przebijamy ponaddwukrotnie. Korzystamy z bardzo efektywnych metod polskiej myśli organizacyjnej, która daje nam tę przewagę.

Zetor umacnia swą obecność na polskim rynku. Czeski producent ciągników buduje nową siedzibę w Kaliszu

Robert Szewczyk

Czeski Zetor buduje w Kaliszu nową siedzibę swojej polskiej spółki i w przyszłym roku zamierza ją ukończyć. Producent ciągników jest zadowolony z 14-proc. udziału w polskim rynku, bo daje mu to trzecią pozycję na rynku znacznie większym niż rodzimy.

Zetor w tym roku świętował dwudziestolecie obecności w Polsce i jak informuje, sprzedał w tym czasie niemal 34,5 tys. traktorów. Przychody firmy na tym rynku przekraczały w 2014 roku 250 mln zł.

Cały czas staramy się wypuszczać nowe produkty – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Robert Szewczyk, kierownik ds. marketingu Zetor Polska. – Zetor co roku ma jakieś nowe ciągniki. Wszystko jest uzależnione od naszego rynku. Jeżeli rynek będzie czegoś potrzebował, to na pewno to dostarczymy. Jeżeli chodzi o naszą firmę, to będziemy w tym roku budować nową siedzibę. Myślę, że w przyszłym roku możemy się w niej spotkać.

O ile czeska firma rozpoczęła działalność na polskim rynku w latach 90., o tyle jej ciągniki są tu obecne od początku, czyli od 1946 roku, kiedy rozpoczęła działalność. Przez lata PRL-u czeskie traktory sprzedawała kaliska Agroma i dlatego zarówno obecna siedziba firmy, jak i nowo budowana znajdują się właśnie w Kaliszu.

Do tej pory nie mieliśmy przyzwoitej siedziby, takiej, którą moglibyśmy się pochwalić – przyznaje Robert Szewczyk. – Przy naszym udziale w rynku, a jesteśmy na trzecim miejscu w sprzedaży nowych ciągników, to najwyższy czas, by się zaprezentować naszym rolnikom, żeby widzieli, że ta firma jest poważna. Zresztą Zetor w Polsce jest bardzo popularny praktycznie od początku istnienia. Od 1946 roku, czyli od momentu, w którym firma powstała, ciągniki były sprzedawane w Polsce. Szacuje się, że wyprodukowano ponad 1,2 mln zetorów ogólnie, z tego blisko 150 tys. jest cały czas w Polsce. To jest największy rynek dla Zetora.

Choć w Czechach i na Słowacji do tej marki należy połowa rynku, to z racji swej wielkości rynek polski zapewnia producentowi wyższą sprzedaż. Mimo trzeciej pozycji jaką tu zajmuje, firma jest zadowolona z osiągniętego udziału.

– Oczywiście jesteśmy obecni w Czechach i na Słowacji, bo to są rynki strategiczne, ich własne – mówi kierownik ds. marketingu Zetor Polska. – Tam udział procentowy Zetora wynosi prawie 50 proc. U nas to jest około 14 proc., ale myślę, że to i tak bardzo dużo, a przy tej konkurencji, którą mamy w tej chwili w Polsce, to naprawdę jesteśmy na dobrym poziomie.

Obecnie sprzedaż ciągników w Polsce determinowana jest polityką dopłat Unii Europejskiej. Mimo że plantatorzy mają możliwość uzyskania wsparcia finansowego do kupowanych traktorów, nie wpływa to na rynek ożywczo. Raczej sprawia, że wielu potencjalnych kupców ociąga się z decyzją o inwestycji w nowe maszyny do czasu uzyskania pomocy.

– Dopłaty unijne spowodowały, że klient, który może dostać dopłatę, zawsze pomyśli, że nie muszę kupić dzisiaj, poczekam, może mi się uda taką dopłatę uzyskać – opowiada Robert Szewczyk z Zetor Polska. – Każdy z nas zrobiłby to samo, jeżeli miałby tylko taką możliwość.

W Polsce nie powstał jeszcze żaden innowacyjny lek. Nasi naukowcy coraz bardziej zaangażowani w projekty biotechnologiczne

Paweł Nowicki

Rynek leków biotechnologicznych rośnie w tempie ok. 10 proc. rocznie. Coraz więcej firm pracuje nad innowacyjnymi lekami, mimo że polski rynek jest trudny, wymagający dużych nakładów i długotrwałych badań. Za to w dziedzinie innowacyjnych urządzeń medycznych Polacy mają już na swoim koncie wiele sukcesów. Prace nad ich wprowadzeniem na rynek mogłaby jednak przyspieszyć ścisła współpraca między nauką a biznesem.

Średni koszt dotarcia do nowego leku wynosi około 1 mld dolarów – od pomysłu do wdrożenia go na rynek. Niestety, ta wartość często jest dużo wyższa. Na Zachodzie łatwiej wprowadza się wynalazki, bo jest dużo więcej kapitału, w Polsce żadnego jeszcze biotechnologicznego, innowacyjnego polskiego leku nie mamy i biorąc pod uwagę koszty, może się okazać, że jeszcze długo nie będziemy mieli – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Nowicki, prezes zarządu BTM Innovations, koordynator klastra BioTechMed Mazovia.

Polskie firmy zgłaszają coraz więcej wniosków do Europejskiego Urzędu Patentowego. Z danych firmy doradczej Crido Taxand wynika, że w ubiegłym roku było ich ponad 370, to ok. 45 proc. wszystkich patentów zgłaszanych przez kraje regionu. Zgłoszenia najczęściej dotyczą rozwiązań z zakresu biotechnologii. Od krajów zachodnich dzieli nas jednak przepaść – z Niemiec w 2014 roku wpłynęło 25 tys. wniosków patentowych. Brak kapitału sprawia, że wprowadzenie na rynek nowych leków jest trudne, na przeszkodzie stoi też czas. Mimo to zainteresowanie takimi projektami rośnie.

Prace komercjalizacyjne trwają bardzo długo, bo od momentu, kiedy naukowiec albo grupa badawcza spostrzegą jakieś ciekawe rozwiązanie w biotechnologii, do momentu, w którym stanie się ono lekiem i trafi na rynek, mija 7-10 lat – wyjaśnia Nowicki. – Mimo to coraz więcej badań z dziedziny biotechnologii i odkryć na wczesnych etapach jest realizowanych w Polsce. Sukcesy, mamy nadzieję, wkrótce nastąpią, bo jest kilka firm w Polsce, które starają się rozwijać innowacyjne leki biotechnologiczne.

W Polsce wydatki na badania i rozwój nie są jeszcze priorytetem firm. Problemem jest finansowanie wydatków na B+R przez prywatne przedsiębiorstwa – w Polsce stanowią one niewiele ponad 40 proc. Dopóki środków nie będzie więcej, dopóty trudno będzie dogonić Zachód. Choć w ciągu 10 lat wydatki na innowację podwoiły się, to jesteśmy w dziesiątce tych krajów europejskich, w których stanowią one mniej niż 1 proc PKB. Najlepiej wygląda sytuacja na Mazowszu.

Na tle ośrodków naukowych w Polsce Mazowsze i Warszawa wypadają bardzo dobrze. Wedle badań GUS prawie 50 proc. nakładów na badania i rozwój, zarówno publicznych, jak i prywatnych, w obszarze biotechnologii jest wydatkowanych w tym regionie, w szczególności w aglomeracji warszawskiej – wskazuje Nowicki.

Biotechnologia ma coraz większą przyszłość, przybywa studentów na kierunkach z nią związanych. Problemem wciąż są wysokie koszty badań – nawet pomysł i zebrane środki mogą nie wystarczyć na wprowadzenie produktu na rynek. Potrzebna jest współpraca między światem nauki a biznesem, która pomogłaby skomercjalizować wynalazki.

Mazowiecki klaster BioTechMed jest pomostem pomiędzy nauką a biznesem. Staramy się być tłumaczem języka biznesowego i naukowego, żeby pośrodku spotkali się ludzie reprezentujący te środowiska i wspólnie decydowali się na podjęcie ryzyka – mówi ekspert. – Staramy się wspierać proces transferu technologii z jednostek naukowych do biznesu, współpracę z inwestorami i firmami przemysłowymi czy R&D, które funkcjonują w klastrze.

Ze 170 projektów odkrytych przez klaster w ubiegłym roku 40 jest na etapie budowania biznesplanów, zaś 10 projektów zostało już przedstawionych inwestorom.

Jako naukowcy nie mamy doświadczenia w komercjalizacji, dlatego potrzebny jest ktoś, kto wyjaśni, pomoże i pokaże, że jest możliwe wprowadzenie naszego pomysłu na rynek. Często projekty kończą swoją historię ciekawymi osiągnięciami albo lądują w szufladzie. Potrzebny jest ktoś, kto wyłapie pomysł i krok po kroku wyjaśni, jak go wprowadzić na rynek – przekonuje Barbara Ostrowska, doktorantka Politechniki Warszawskiej na Wydziale Inżynierii Materiałowej i prezes MaterialsCare, spółki, która stoi za bioimplantami.

Już wkrótce bioimplant może służyć regeneracji tkanki kostnej oraz chrzęstnej. Jest wytwarzany z ulegającego rozpadowi biologicznego materiału o zwiększonej trwałości. Jego kształt będzie taki, jak ubytek kostny określonego pacjenta, opracowany na podstawie badania chorego. Biologiczne rusztowanie zostanie wydrukowane na drukarce 3D, zasiedlone pobranymi od pacjenta komórkami macierzystymi i wszczepione w miejsce ubytku.

Bioimplant ma pomóc w odbudowie powstałej nieciągłości w kości. Komórki odtworzą kształt implantu, z czasem implant rozpuści się, a w tym miejscu zostanie odtworzona kość w naturalnym wymiarze – tłumaczy Ostrowska.

Przyznaje, że największą trudnością było wprowadzenie wynalazku na rynek. Konieczne było przeprowadzenie badań laboratoryjnych i uzyskanie pomocy ze strony sektora przemysłu, który odpowie za komercjalizację projektu. Dlatego wsparcie biznesu jest nieodzowne.

Zyski zależą od tego, gdzie implant będzie wykorzystywany. Jeżeli będzie wszczepiany zwierzętom, na czym teraz bazujemy, to zysk jest prawdopodobny, ale koszt implantu będzie wyższy. Jeżeli będzie wszczepiany ludziom, to zysk wzrośnie, choćby z tego względu na to, że liczymy na refundację z NFZ-u – mówi Ostrowska.

Sieci handlowe mają coraz większe opóźnienia w płatnościach. W terminie płaconych jest o 10 proc. faktur mniej niż w 2014 r.

0

Robert Kremser

Przez pierwsze trzy miesiące roku 70 proc. faktur wystawianych przez dostawców sieciom handlowym było regulowane w terminie. To o około 10 proc. mniej niż w tym samym okresie 2014 roku. Powodem nie są jednak problemy finansowe sieci, bo ich kondycja jest stabilna, lecz raczej nasycenie rynku oraz szybko rosnąca konkurencja. 

– W całej branży bardzo spadła moralność płatnicza, czyli wywiązywanie się ze zobowiązań wobec dostawców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Kremser, dyrektor ds. rozwoju w firmie Bisnode Polska. – Wyjątkiem są sklepy osiedlowe, gdzie parametry te nie uległy pogorszeniu.

Jak wynika z analizy Bisnode Polska, w pierwszym kwartale 70 proc. zobowiązań sieci handlowych realizowane było po terminie płatności wynoszącym do 30 dni. Rok temu aż 80 proc. faktur było opłacone na czas.

Wynika to nie tyle ze złej sytuacji finansowej sieci handlowych, bo one są w bardzo dobrej kondycji i nie mają problemu z pieniędzmi – tłumaczy Kremser. – Bardziej jest to rezultat spowolnienia rozwoju tej części gospodarki.

Sieci handlowe sprzedaży detalicznej artykułów spożywczych w Polsce mają się bardzo dobrze. Z danych Bisnode Polska wynika, że ponad 53 proc. z ponad 200 badanych podmiotów znajduje się w bardzo dobrej lub dobrej kondycji finansowej, a kolejne 23 proc. w dobrej.

Na rynek wchodzą kolejne sieci handlowe, więc konkurencja rośnie. Te istniejące w ostatnich latach szybko zwiększały liczbę sklepów, a dziś tempo nieco wyhamowało.

Spadek dynamiki przychodów jest wyraźny – wskazuje Kremser. – Przełożyło się to na moralność płatniczą sieci handlowych. Spowolniony rozwój widać w opóźnionym wywiązywaniu się ze zobowiązań.

Według DNB Bank Polska oraz firmy doradczej Deloitte w ciągu ostatniej dekady znacząco zmieniły się obraz i struktura polskiego handlu. Od 2002 roku ogólna liczba sklepów zmniejszyła się o przeszło 21 proc. (z ponad 450 tys. do niespełna 350 tys.). W tym samym czasie szybko rosła liczba formatów wielkopowierzchniowych. Obecnie sklepy mające od 400 mkw. zajmują przeszło połowę całkowitej powierzchni handlowej (wobec 28 proc. w 2005 r.). Ich udział w sprzedaży przewyższa przy tym poziom rozwiniętych gospodarek.

Zdaniem Kremsera coraz mniej osób robi duże zakupy w hipermarkecie raz w tygodniu. Konsumenci wolą mieć sklep bliżej domu, częściej wybierają sklepy osiedlowe. Sieci handlowe w odpowiedzi na tę zmianę zmniejszyły powierzchnie i zaczęły rozglądać się za lokalizacjami bliżej klienta. Widać to między innymi w segmencie hipermarketów, które uruchamiają mniejsze sklepy osiedlowe oraz mikroplacówki na stacjach benzynowych.

– Również hurtownie spożywcze zaczęły otwierać tego rodzaju placówki. Trwa bitwa o lokalizację, żeby ten przemodelowany biznes miał sens. Nowych sklepów powstają znacznie wolniej niż sieci założyły i prognozy są coraz skromniejsze. Rośnie konkurencja i między sieciami, i między placówkami pod tym samym szyldem. Koncentracja na jednym obszarze geograficznym jest już tak duża, że sklepy nawet wewnątrz sieci zaczynają konkurować – zauważa Robert Kremser.

Podkreśla, że ta zmiana modelu biznesowego nie będzie mieć znaczącego wpływu nas moralność płatniczą sieci handlowych.

Ważne, żeby nie ulegała ona pogorszeniu – podkreśla dyrektor ds. rozwoju w Bisnode Polska. – Na szczęście mało jest faktur mających między 30 a 90 dni opóźnienia, to dosłownie kilka procent, więc tutaj nie ma dużego zagrożenia. Sam fakt, że sieci przetrzymują faktury do płacenia, nie jest jednak dobry dla ciągłości biznesu dostawców, którzy nie zawsze mogą protestować.

Nie zanosi się jednak na to, by sytuacja miała ulec znaczącej poprawie.

Platformy wirtualnej obsługi klientów mogą zmienić branżę medyczną. Umożliwią wirtualne konsultacje lekarskie i zapisy do szpitali

Technologie, które unowocześniają branże hotelarską i bankową, mogą mieć zastosowanie w medycynie. Dzięki nowoczesnym platformom obsługi możliwe staną się wirtualne konsultacje lekarskie czy zapisy do szpitali. Wind Mobile, dostawca tego typu rozwiązań dla hoteli i banków, chce mocniej rozwijać się w obszarze medycznym. Na rozwój produktów i wsparcie sprzedaży trafi część z 6 mln zł z emisji akcji. W piątek krakowska spółka zadebiutowała na rynku głównym GPW.

Dzisiaj inwestujemy najwięcej w nasze najnowsze obszary działalności, czyli produkt bankowy LiveBank, który sprzedajemy już na całym świecie, oraz produkt hotelowy iLumio. Oczywiście cały czas wspieramy i rozwijamy sektor bankowy i telekomunikacyjny. To takie obszary grupy, które dziś przynoszą największe przychody – mówi agencji Newseria Rafał Styczeń, prezes Wind Mobile.

iLumio to platforma mobilna, dzięki której klienci hoteli mogą wybrać i zarezerwować pokój, zameldować się w nim oraz zamawiać różne dostępne w obiekcie usługi i za nie płacić. Hotele coraz częściej stawiają na tego typu rozwiązania, nadrabiając w ten sposób zaległości technologiczne wobec innych obszarów turystyki. Z kolei LiveBank, kierowany do instytucji finansowych, ułatwia zaawansowaną komunikację wideo między bankiem a klientem.

Spółka ma plan, jak to narzędzie wykorzystać w branży medycznej.

Lada dzień na rynku polskim będzie miała odsłonę wirtualna przychodnia, którą projekt właśnie zrealizowaliśmy. Wykorzystujemy LiveBank w zupełnie innym segmencie rynku. Za pomocą wideokonferencji będzie można w pewien sposób organizować wizyty lekarskie w świecie wirtualnym. Czyli zamiast iść do lekarza, będzie można przeprowadzić konsultacje lekarskie przez internet – wyjaśnia Rafał Styczeń.

To dla Wind Mobile nowy obszar działalności. Jak podkreśla prezes, również iLumio może mieć na tym rynku zastosowanie – dziś sprzedaje się m.in. w szpitalach.

Krakowska spółka Wind Mobile w piątek zadebiutowała na rynku głównym GPW, przenosząc akcje z NewConnect i emitując nowe. Pozyskała z emisji 5,85 mln zł.

Mamy plany, by pozyskane środki zainwestować przede wszystkim w rozwój sprzedaży naszych produktów, czyli LiveBank i iLumio – mówi Styczeń. – Produkty dzisiaj doskonale konkurują z produktami naszych światowych konkurentów. Chcemy tę część biznesu mocno dofinansować, zarówno sprzedaż, jak i dalszy rozwój produktu, aby utrzymywać przewagę konkurencyjną.

Spółka dostarcza rozwiązania technologiczne głównie firmom telekomunikacyjnym, bankom i branży hotelarskiej. Jej produkty są obecne zarówno na rynkach Europy Zachodniej, jak i Bliskiego Wschodu. Ma przedstawicielstwa w Australii i USA. Chce zwiększyć swoją obecność w Azji.

Pozyskane pieniądze przeznaczymy przede wszystkim na dofinansowanie sprzedaży w Europie Zachodniej i na rynkach Bliskiego Wschodu oraz na rynki azjatyckie, które nam się otwierają w związku z negocjowanymi teraz kontraktami – zapowiada prezes spółki.

Szczególne nadzieje Wind Mobile wiąże z rynkiem Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

W Emiratach jest bardzo młoda populacja korzystająca z nowoczesnych rozwiązań, np. z bankowości elektronicznej, mobilnej czy z wideobankowości, którą dostarczamy w postaci produktu LiveBank – uzasadnia decyzje inwestycyjne Grzegorz Młynarczyk, wiceprezes spółki. – Jest to też rynek, na którym buduje się najwięcej na świecie hoteli, do których kierowany jest nasz drugi produkt flagowy, czyli iLumio. Te hotele potrzebują bardzo nowoczesnych rozwiązań, żeby zachęcić klientów do korzystania z ich usług.

Jak podkreśla zarząd Wind Mobile, choć spółka dziś najmocniej inwestuje w obszar bankowy oraz hotelowy, czyli najnowsze dla siebie sektory, to nie zaniedbuje tradycyjnej telekomunikacji. Plany rozwoju w tym zakresie są dwa. Z jednej strony spółka chce maksymalizować przychody i rentowność działalności usługowej, która w dużej mierze opiera się na współpracy z firmą Wipro w zakresie dostarczania usług outsourcingu dla T-Mobile.

Z drugiej strony chcemy intensyfikować eksport naszych produktów telekomunikacyjnych, przede wszystkim Halodzwonka, oraz produktów, które udaje nam się w ostatnim okresie bardzo skutecznie sprzedawać, jak nowe usługi głosowe, media gatewaye, serwery do wysyłania wiadomości oraz rozwiązań w zakresie sterowania roamingiem, w czym odnosimy ostatnio sukcesy – mówi Tomasz Kiser, wiceprezes Wind Mobile.

Spółka Wind Mobile, która niebawem zmieni nazwę na Ailleron, uzyskała w I półroczu 2015 roku 32,4 mln zł przychodu i niemal podwoiła zysk netto (4,9 mln zł).

Czwarta rewolucja przemysłowa powoli staje się faktem. Wykorzystanie internetu rzeczy i chmury usprawni produkcję i obniży koszty

Paweł Stefański, prezes spółki Balluff

Koncepcja Fabryka 4.0 zakłada, że przed powstaniem fizycznego produktu, możliwe będzie wytworzenie jego modelu w świecie wirtualnym. Pozwoli to zoptymalizować proces produkcji i znacznie ograniczyć koszty. Choć czwarta rewolucja przemysłowa, jak do tej pory, w Polsce stanowi raczej teoretyczną koncepcję, to coraz większa grupa przedsiębiorców przygotowuje się do wykorzystania nowych rozwiązań w praktyce.

Fabryka 4.0, a właściwie idea przemysłu 4.0, to idea, która zrodziła się w Niemczech. Pierwszy raz zaczęto o niej mówić w 2011 roku, podczas targów w Hanowerze. Sam pomysł ma na celu przede wszystkim zapewnić konkurencyjność wytwarzania w oparciu o nowe technologie połączone z internetem – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Stefański, prezes spółki Balluff, działającej w obszarze automatyki biznesowej.

Idea Fabryki 4.0 jest relatywnie nowa. Na polskim rynku jak do tej pory nie wyszła poza obszar koncepcyjnych rozważań. Zdaniem Stefańskiego widać już jednak pierwsze oznaki wskazujące, że koncepcja ta może być wkrótce wdrażana na szerszą skalę.

To np. wszelkie przejawy automatyzacji produkcji i dostarczania informacji z tych automatycznych procesów do warstwy zarządczej w zakładzie produkcyjnym i łączenia się ze swoimi dostawcami lub klientami. Przemysł motoryzacyjny tutaj wiedzie prym – wymienia Stefański.

Duże bardziej zaawansowane prace nad wdrożeniem koncepcji Fabryki 4.0 mają miejsce w Niemczech. Plany zakładają przede wszystkim utworzenie platformy informacyjnej i komunikacyjnej w oparciu o technologię chmury. Wpłynie to na poprawę relacji pomiędzy producentami a dostawcami i pozwoli na optymalizację procesu produkcji.

Firmy, chociażby takie jak Volkswagen czy firmy rodzime jak Wielton, tworząc nowe systemy produkcyjne, starają się, aby były one przygotowane właśnie pod tę ideę przemysłu 4.0 – prezes spółki Balluff podaje przykłady polskich przedsiębiorstw ukierunkowanych na nową ideę.

Trend związany z przenoszeniem coraz większej liczby zadań do internetu oraz usieciowieniem produkcji eksperci określają mianem czwartej rewolucji przemysłowej.

Patrząc wstecz, pierwsza rewolucja przemysłowa, czyli maszyna parowa. Później kolejna rewolucja przemysłowa, czyli procesy oparte na produkcji seryjnej. Następna już w latach 50. i 60. – produkcja oparta o komputery – prezes spółki Balluff wylicza kolejne etapy rewolucji w przemyśle. – W tej chwili mówimy o mocnym usieciowieniu, o internecie rzeczy, który jest jednym z elementów czwartej rewolucji przemysłowej.

Według Pawła Stefańskiego obecna forma edukacji w Polsce nie pozwala na szersza realizację koncepcji Fabryki 4.0. Kształcimy zbyt mało osób związanych z zawodami inżynieryjnymi i technicznymi. Brak wykwalifikowanych kadr hamuje rozwój nowoczesnych technologii przemysłowych w naszym kraju.

– System kształcenia dualnego w Niemczech oparty o możliwość kształcenia bazującego na praktykach zawodowych dobrze się sprawdza. Zresztą wystarczy popatrzeć na gospodarkę niemiecką, która należy do najmocniejszych na świecie – tłumaczy.

Brakuje 50 tys. specjalistów z branży IT. Deficyt co roku powiększa się o kolejne 3-5 proc.

Witold Rogowski

Do końca dekady w całej Unii Europejskiej brakować będzie około 800 tys. specjalistów z sektora IT. Problem dotyczy także Polski. Niedobór informatyków w naszym kraju sięga 50 tys. osób, a deficyt rośnie co roku o kolejne 3-5 procent. Luka wynika z szybkich zmian technologicznych oraz malejącej liczby absolwentów kierunków informatycznych. Rozwiązaniem może być zacieśnienie współpracy między środowiskiem naukowym a biznesem. Dzięki temu osoby trafiające na rynek pracy będą dużo lepiej przygotowane do stawianych im wymagań.

W Unii Europejskiej szacuje się, że do 2020 roku brakować będzie około 800 tys. specjalistów z branży IT. Dziś w Polsce – według badań renomowanych agencji – brakuje około 50 tys. osób – mówi agencji informacyjnej Newseria Witold Rogowski, dyrektor zarządzający Accenture Delivery Center w Polsce

Ekspert ocenia jednak, że rzeczywiste braki wśród specjalistów z branży IT mogą być wyższe. Szacunki na kolejne lata zakładają, że różnica między popytem na pracowników w branży informatycznej a ich podażą będzie rosnąć o kolejne 3-5 procent rocznie.

Po pierwsze, powodem jest rosnące zapotrzebowanie, czyli zmiany technologiczne, wszystko, co się dzieje w nowych technologiach, w każdej z dziedzin naszego życia, które potrzebują coraz więcej informatyków i rozwiązań przez nich przygotowywanych – wymienia Witold Rogowski.

Szef Accenture Delivery Center wymienia także drugi powód. Jest nim niż demograficzny. Obecnie studia informatyczne rozpoczyna i kończy znacznie mniej osób niż jeszcze kilka lat temu. Według raportu spółki Sedlak & Sedlak w 2006 roku w Polsce było ponad 17 tys. absolwentów informatyki. Siedem lat później ich liczba spadła o blisko 20 proc. – do 13,7 tys. W całej UE liczba osób kończących studia informatyczne spadła o 13 proc.

Problemem jest też konkurencja ze strony zagranicznych pracodawców, którzy chętnie zatrudniają wykwalifikowanych Polaków.

W Polsce widzimy duży drenaż młodych talentów. Oni wyjeżdżają pracować do innych krajów, gdzie mają lepsze warunki rozwoju, lepszą karierę i wyższe zarobki – dodaje Rogowski.

Niedobór specjalistów z branży IT najbardziej dotyka szybko rosnące sektory gospodarki, takie jak telekomunikacja czy obszar FMCG. Postęp technologiczny zachodzący w tych branżach generuje duże zapotrzebowanie na informatyków.

W związku z tym w danych technologiach musimy mieć więcej specjalistów, żeby obsłużyć większą liczbę klientów – wyjaśnia ekspert..

Jednym z pomysłów na zatrzymanie w kraju większej liczby absolwentów kierunków informatycznych jest większa elastyczność w procesie edukacji. Ekspert jako przykład tego typu działań podaje współpracę między Accenture Delivery Center a uczelniami w Łodzi. W ramach wspólnego projektu powstają nowe, profilowane kierunki studiów jak np. finanse cyfrowe wykładane na Uniwersytecie Łódzkim.

W ten sposób pokazujemy młodym ludziom: to nie jest tylko twarde IT, możecie być finansistami z wiedzą informatyczną. Ogólnie współpraca, czyli takie informowanie się nawzajem o tym, co jest potrzebne na rynku, jest możliwe do wykształcenia w tym momencie na uczelniach – tłumaczy Witold Rogowski

Elastyczniejsza oferta programowa uczelni wyższych pozwala na nabycie umiejętności, które będą przydatne w momencie zakończenia studiów. Dzięki temu absolwenci wkraczający na rynek pracy będą lepiej przygotowani do wymagań stawianych przez pracodawców i szybciej odnajdą się w zawodzie.

Spożycie gorzkiej czekolady rośnie szybciej niż mlecznej. Konsumenci szukają droższych słodyczy

Maciej Herman

Na polskim rynku słodyczy dominującą kategorią wciąż są czekolady, które odpowiadają za 50 proc. przychodów producentów. Do 2018 roku spożycie tego produktu powinno rosnąć w tempie około 3 proc. rocznie. Rynek czekolady gorzkiej, chociaż jest mniejszy niż wyrobów z czekolady mlecznej, to rośnie szybciej. Konsumenci częściej poszukują słodyczy zdrowych, wybierają też droższe produkty i bardziej wyszukane.

Na krajowym rynku słodyczy coraz popularniejsze są czekolady gorzkie oraz produkty w polewie z gorzkiej czekolady, które mają wysoką zawartość magnezu i słusznie są postrzegane jako zdrowsze słodycze – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Herman, dyrektor ds. sprzedaży LOTTE Wedel. – Rynek ten, mimo że na razie jest mniejszy od czekolady mlecznej, dużo dynamiczniej się rozwija.

Według ostatniego raportu firmy doradczej KPMG rynek słodyczy w Polsce wart jest nieco ponad 13 mld zł. Połowę z tego (blisko 6,5 mld zł) zajmuje segment czekolady.

W Polsce mamy do czynienia z fazą rynku dojrzałego – przekonuje Maciej Herman. – Konsumpcja słodyczy czekoladowych wciąż nie jest wysoka, bo wynosi około 4,5 kg na osobę, podczas gdy w Wielkiej Brytanii jest to 11 kg, ale każdy rynek ma swoją specyfikę, a konsumenci w poszczególnych krajach mają różne upodobania.

Preferencje konsumentów w Polsce również się zmieniają. Szukają nie tylko słodyczy droższych, lecz także takich o nowych smakach.

Widzimy, że na rynku czekolady coraz więcej konsumentów poszukuje produktów droższych, ale też unikalnych, o wyrafinowanych smakach – mówi Herman. – Dlatego też rozwijamy nasz koncept wedlowskich pijalni czekoladowych: otwieramy nowe punkty, gdzie oferujemy specjalne portfolio produktów, których nie ma w sklepach.

Z raportu KPMG wynika, że w latach 2008-2013 wartość sprzedaży wyrobów czekoladowych w Polsce rosła średnio o 2 proc. rocznie. W tym roku – jak podkreśla Herman – sprzedaż lekko hamuje. Jednak wciąż możliwe są kilkuprocentowe wzrosty.

Zdaniem analityków KMPG wartość tej kategorii wzrośnie do 2018 roku w sumie o ponad 17 proc. Rocznie będzie powiększać swoją wartość średnio o 3,3 proc. Prognozowane tempo wzrostu w kolejnych latach będzie wyższe od prognozowanej dynamiki sprzedaży tego rodzaju wyrobów w pozostałych krajach Unii Europejskiej (1 proc.).

– Zakładając, że Wedel i inni producenci będą wprowadzać na rynek produkty innowacyjne, ciekawe dla konsumentów, spodziewam się delikatnego wzrostu konsumpcji, ale już nie takiego jak kiedyś, kilkunastoprocentowego. Myślę jednak, że rozwój rzędu 2,3 czy 4 proc. rocznie jest w Polsce cały czas możliwy – mówi Maciej Herman.

Polskie wyroby czekoladowe trafiają również na eksport, nie tylko do krajów Unii Europejskiej, lecz także do takich państw, jak Arabia Saudyjska czy Stany Zjednoczone. Według KPMG sprzedaż tego rodzaju słodyczy na rynki zagraniczne jest główną siłą napędzającą produkcję w Polsce, która wynosi blisko milion ton rocznie.

Popołudniowy komentarz walutowy z 25.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 25.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Leasing samochodów osobowych w mikroprzedsiębiorstwach

Leasing jest najpopularniejszą w Polsce formą finansowania zakupu samochodów do firm. Z roku na rok rośnie zainteresowanie tą formą finansowania również wśród firm z sektora MSP. Jak wynika z analizy Oferteo.pl – serwisu pośredniczącego między osobami poszukującymi produktów a ich dostawcami – właściciele małych firm stawiają na samochody używane w przedziale cenowym między 30 a 60 tys. zł, a umowę chcą podpisać na okres 4-6 lat.

Samochody używane najpopularniejszym wyborem

Samochody nowe a uzywane

Popularność samochodów używanych to widoczna tendencja w przypadku  „osobówek”. Oferteo.pl notuje dwukrotnie więcej zapytań o samochody używane niż o nowe (61% w stosunku do 32%). 7% przedsiębiorców decyduje się na skorzystanie z obu opcji – kupują zarówno samochody używane jak i nowe.

Mikroprzedsiębiorcy wybierają auta do 100 tys. zł

Jak wynika z analizy zapytań ofertowych w Oferteo.pl przedsiębiorcy najczęściej decydują się na auta w przedziale cenowym od 30 do 60  tys. (40% zapytań). Prawie 1/3 mikroprzedsiębiorców interesuje się względnie niedrogimi samochodami – o wartości do 30 tys. zł.  21% badanych firm zamierza zainwestować w leasing samochodu o wartości od 60 do 100 tys., a 12% powyżej 100 tys. zł.

Dłuższy okres leasingowania – najwygodniejszy dla mikroprzedsiębiorcówDługość okresu leasingowania

Oferteo.pl zauważa, że równo połowa zapytań dotyczących leasingu samochodów osobowych dotyczyła leasingu na okres 4-6 lat. Popularny okazał się również leasing na umowę do 3 lat – chce ją podpisać aż 41% mikroprzedsiębiorców. Stosunkowo długim okresem leasingowania, obejmującym umowy na więcej niż 7 lat, jest zainteresowanych mniej niż 1 na 10 firm (9%).

„Zwykle maksymalny czas umowy leasingu dla samochodów wynosi 5 lat, jednakże niektóre firmy leasingowe dopuszczają dłuższy czas trwania umowy – do 7 lat. Pozwala to znacznie obniżyć wysokość miesięcznej raty, co w przypadku małych firm może być szczególnie istotne” – podkreśla Karol Grygiel, członek Zarządu Oferteo.pl.

Najczęściej wybierane marki

Wśród najpopularniejszych marek samochodów  osobowych,  jakie chcieli wziąć w leasing w ciągu ostatniego roku przedstawiciele mikroprzedsiębiorstw korzystający z Oferteo.pl, znajdują się: Skoda, Ford, Toyota oraz Opel.

Warunki finansowe – to one decydują o wyborze firmy leasingowejczynniki decydujące o wyborze firmy leasingowej

Jak widzimy w analizie przeprowadzonej przez firmę Oferteo.pl, warunki finansowe są głównym czynnikiem decydującym o wyborze firmy leasingowej. Zwraca na nie uwagę aż 84% respondentów. Istotnym aspektem jest również poziom obsługi zapytań (np. szybkość kontaktu, wrażenia z rozmowy) – kieruje się nim 45 % ankietowanych.

Dla około 1/3 badanych firm przy wyborze firmy leasingowej znaczące są takie elementy jak warunki prawne w umowie (31%), reputacja firmy i jej rozpoznawalność (30%) oraz możliwa długość trwania umowy leasingowej (26%). Stosunkowo niewielu ankietowanych polega na opinii i rekomendacji znajomych – odpowiedź tę zaznaczyło 12% respondentów.

Inne czynniki wpływające na wybór firmy leasingowej to zdaniem badanych „ułatwienia proceduralne” – czyli możliwość skorzystania z leasingu bezpośrednio w salonie samochodowym.

Firmy leasingowe – profesjonalizm w podejściu do klienta

Według Oferteo.pl klienci są w przeważającej większości zadowoleni z poziomu obsługi oferowanej przez firmy leasingowe (97%). 96% mikroprzedsiębiorców uważa, że firmy spełniły ich oczekiwania i wywiązały się z zawartych umów.

„Firmy leasingowe coraz lepiej zdają sobie sprawę z potrzeb klientów. Wiedzą, że nie tylko warunki finansowe, ale również np. poziom obsługi stanowią istotny aspekt przy wyborze oferty. To sprawia, że leasingodawcy są coraz bardziej profesjonalni. To korzyść przede wszystkim dla potencjalnych leasingobiorców” – mówi Karol Grygiel, członek Zarządu Oferteo.pl.

Przedstawione dane pochodzą z analizy 365 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl oraz 121 ankiet wypełnionych przez osoby, które nabyły samochód osobowy w leasingu.