Rolnicy wstrzymują się z inwestycjami. Producenci maszyn i urządzeń rolniczych czekają na nową perspektywę unijną

CEO Magazyn Polska

2015 rok na rynku maszyn rolniczych nie będzie tak korzystny jak poprzednie 12 miesięcy. Przerwa w dopłatach z UE powoduje bowiem, że rolnicy wstrzymują się z inwestycjami i kupują jedynie najbardziej potrzebne maszyny. Sytuacja na rynku jest jednak stabilna. Branża liczy na uruchomienie nowych środków, z tym że nowa perspektywa – ze względu na strukturę dopłat – nie będzie dla producentów już tak korzystna. 

Czekamy niecierpliwie na kolejne wsparcie finansowe, ale myślę, że ten rok wcale nie jest taki zły, jak niektórzy uważają – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Szewczyk, kierownik ds. marketingu produkującej ciągniki firmy Zetor Polska. – Chłonność naszego rynku jest bardzo duża. Rolnicy uwierzyli bowiem, że z rolnictwa da się wyżyć i na wysokim poziomie prowadzą swoje gospodarstwa.

Jak podkreśla Robert Szewczyk polski rynek ciągników i innych urządzeń rolniczych w br. był jednak słabszy niż w poprzednich latach. Wpływ na to miała kończąca się unijna perspektywa finansowa. Środki z UE wspierają sprzedaż tylko w niektórych miesiącach.

Zauważamy oczywiście takie skoki w tym roku, tak było np. w maju i w czerwcu, odnotowaliśmy wtedy bardzo duże skoki sprzedaży. To były właśnie szczątkowe dopłaty z poprzedniego systemu – mówi Szewczyk.

Z raportu monitorującej rynek rolniczy firmy Martin & Jacob wynika, że w czerwcu – dzięki wypłacie zaległych środków z PROW 2007–2013 – odnotowano rekordową liczbę rejestracji nowych ciągników, ponad 2 tys. Lipcowe wyniki sprzedażowe były jednak zdecydowanie gorsze. Zarejestrowano tylko 781 ciągników – o 61 proc. mniej niż w czerwcu i 46 proc. mniej niż rok wcześniej. W ciągu siedmiu miesięcy roku zarejestrowano w Polsce ponad 8,2 tys. traktorów.

Rolnicy nabywają obecnie tylko to, czego naprawdę potrzebują w danej chwili, nikt nie kupuje na wyrost – precyzuje Robert Szewczyk. – Jeżeli są dopłaty, rolnicy kupują lepiej wyposażone sprzęty. Jeżeli tych dopłat nie ma, to jednak każdy bardziej liczy pieniądze, bo musi 100 proc. wyłożyć z własnej kieszeni. Wtedy bardzo rozsądnie dobierają sobie sprzęt.

Rekordowe dwanaście miesięcy dla firm produkujących maszyny i urządzenia przyniósł 2012 rok. Rolnicy zarejestrowali wówczas ponad 19 tys. nowych ciągników.

Wtedy rzeczywiście mieliśmy duży napływ pieniędzy. Myślę, że przy większych dopłatach z Unii ten wynik by się znowu powtórzył – przekonuje Robert Szewczyk. – Ale uważam, że aż takich dopłat już nie będzie, bo jednak zmieniło się trochę w ich strukturze. Bezpośrednio na maszyny i urządzenia samych pieniędzy nie będzie już zbyt dużo. Mimo to możemy optymistycznie patrzeć w przyszłość, bo rynek będzie się rozwijał.

Firma Zetor obchodzi właśnie dwudziestolecie działalności. Na przestrzeni dwóch dekad można zauważyć zmiany struktury zgłaszanego przez rolników popytu.

Od początku produkcji naszym przebojem jest model Major, najmniejszy ciągnik pomocniczy dla gospodarstw rolnych – wyjaśnia przedstawiciel firmy. – Polska to rynek stosunkowo małych gospodarstw rolnych, gdzie ciągnik ma bardzo dużo zastosowań. Na początku sprzedawaliśmy ciągniki głównie bez przedniego napędu. Stanowiły one 90 proc. sprzedaży, a w zeszłym roku znaleźliśmy kupców na dwie takie maszyny. Pozostałe, prawie 3 tys. sztuk, to maszyny z napędem.

Jak podkreśla, największe zapotrzebowanie jest na maszyny mające od 90 do 100 koni mechanicznych.

Polacy coraz częściej zlecają transport zwierząt za granicę. Najczęściej podróżują psy, ale przybywa też kotów

CEO Magazyn Polska

Najczęściej transportuje się psy z Polski do Wielkiej Brytanii – wynika z analizy serwisu Clicktrans.pl. Koszt przewozu pupila na Wyspy to średnio 792 zł. Coraz częściej podróżują również koty. Zwierzę, które będzie przekraczać granicę, musi mieć paszport, mikrochip i aktualne szczepienia przeciwko wściekliźnie. Zanim zdecydujemy się na daną firmę transportową, warto się upewnić, czy ma ona specjalną licencję i uprawnienia w tym zakresie.

Z roku na rok obserwujemy wzrost zainteresowania usługą profesjonalnego transportu naszych domowych pupili. Wynika to przede wszystkim z tego, że po Polacy często emigrują za pracą i mamy do czynienia z taką sytuacją, że rodzina leci samolotem, ale taka podróż byłaby nieprzyjemna dla pupila, dlatego do przewozu zwierzęcia wynajmuje się profesjonalistów – mówi agencji informacyjnej Newseria Michał Brzeziński, założyciel serwisu Clicktrans.pl.

Z danych firmy wynika, że 63 proc. zleceń transportu zwierząt domowych dotyczy Wielkiej Brytanii. Na drugim miejscu jest Irlandia – 12 proc., a na trzecim Niemcy – 7 proc. Na dalszych pozycjach plasują się takie kraje, jak Hiszpania (3 proc.), Holandia (3 proc.), Francja (2 proc.), Norwegia i Włochy.

Najczęściej przewozimy psy (około 60 proc.), na drugim miejscu są koty (25 proc.), a na dalszym miejscu takie zwierzęta domowe, jak fretki, myszki, chomiki, świnki morskie itd. – mówi Michał Brzeziński.

Jak podkreśla, cena usługi uzależniona jest od długości trasy, jaka jest do pokonania, i od wielkości zwierzęcia, ale nie tylko. Niektóre zwierzaki wymagają specjalnych warunków podróży, np. częstszych postojów i specjalnego karmienia.

Średnia cena transportu za granicę, czyli np. do Wielkiej Brytanii, w przypadku psa to około 800-850 zł, w przypadku kota trochę taniej – około 700 zł. Natomiast transport krajowy, ponieważ takich zleceń również jest sporo, jest mniej więcej o połowę tańszy – wyjaśnia Michał Brzeziński.

Przewóz szczeniaków jest tańszy o około 20 proc. niż dużych psów. Najczęściej przewożonymi rasami są labradory, yorki i shih tzu.

Zanim zdecydujmy się na daną firmę transportową, warto się upewnić, czy ma ona specjalną licencję i uprawnienia w tym zakresie. Wszystkie potrzebne informacje można znaleźć na stronie Głównego Inspektoratu Weterynarii.

Polecamy sprawdzić, jak wygląda samochód, czy jest odpowiednio klimatyzowany, czy kierowca będzie na pewno karmił zwierzę, w jakich odstępach są planowane postoje, jakie są standardy tej firmy – tłumaczy Michał Brzeziński.

Trzeba również pamiętać o procedurach, które obowiązują w Unii Europejskiej w przypadku przewozu zwierząt za granicę.

– Zwierzę musi posiadać mikrochip, aktualne szczepienia przeciwko wściekliźnie, musi przejść odpowiednie badania i posiadać paszport. W poszczególnych krajach Unii Europejskiej to może się różnić – dodaje Michał Brzeziński.

Wśród zwierząt transportowanych do Polski większość stanowią psy, a sprowadza się je głównie z Wielkiej Brytanii (43 proc), Hiszpanii (9 proc.), Włoch (7 proc), Niemiec (7 proc) oraz Irlandii (7 proc). W obrębie kraju najczęściej przewożone są psy dorosłe i szczenięta, koty, króliki, szynszyle, papugi, świnki morskie i szczury.

Popołudniowy komentarz walutowy z 05.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 05.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Rynek marek własnych w Polsce będzie rósł stabilnie, napędzany głównie przez supermarkety i sklepy małego formatu

Według szacunków zawartych w raporcie PMR „Marki własne detalistów w Polsce 2015. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2015-2020”, rynek marek własnych w Polsce wzrośnie o 6,6% w 2015 roku i osiągnie wartość 44,4 mld zł. Perspektywy rozwoju są dobre, jednak do 2020 r. rynek nie powtórzy już takich wzrostów jak w latach 2009-2012.Wartość i dynamika rynku marek własnych w Polsce

Wolniejszy wzrost rynku jest pochodną niższych wzrostów sprzedaży marek własnych w dyskontach, odpowiadających obecnie za 66% jego wartości. Dotyczy to zwłaszcza lidera rynku, Biedronki, w której udział marek własnych w obrotach jest z każdym rokiem niższy (aktualnie wynosi ok. 50%, podczas gdy jeszcze w 2009 r. udział ten wynosił 58%). Podobny trend zaobserwować można na przykładzie Lidla, który również w ostatnim czasie mocno poszerzył ofertę produktów markowych.

Ponadto, należy zauważyć, iż wszystkie największe sieci handlowe już oferują marki własne w najszybciej rotujących kategoriach, więc kolejne wprowadzane produkty nie będą przynosiły już tak spektakularnych wzrostów na obszarze całego rynku. Ponadto, rozwój oferty ilościowej będzie hamowany chociażby przez powierzchnię sklepów handlowych. Tak więc wzrost rynku w kolejnych latach będzie przede wszystkim efektem większego popytu na produkty marek własnych, które z roku na rok cieszą się większym zaufaniem, w drugiej kolejności – rozwoju oferty ilościowej.

Nie oznacza to jednak, że liczba marek własnych w sieciach nie będzie rosnąć. Zwłaszcza supermarkety coraz mocniej stawiają na markę własną. Sieci, które znacznie zwiększyły ten asortyment w ciągu ostatniego roku/dwóch lat to m.in. Stokrotka, Polomarket, Piotr i Paweł czy Alma.

Również sklepy małego formatu (obecnie trzeci największy kanał dystrybucji marek własnych) to segment, w którym dokonuje się największy wzrost sprzedaży marek własnych. Ich dynamiczny wzrost jest rezultatem wprowadzania i rozwijania oferty marek własnych przez wszystkich dużych dystrybutorów hurtowych, specjalizujących się zarówno w produktach spożywczych, jak i chemicznych. Należą do nich: Makro Cash & Carry, Grupa Eurocash, Grupa Specjał, Interchem czy Delko. Firmy te obsługują około jedną trzecią rynku spożywczego w Polsce.Marki własne w wybranych sieciach supermarketówWybrane linie marek własnych w sieciach handlu małoformatowego

Za wzrostem rynku marek własnych w kolejnych latach przemawiają także zmiany w zakresie oferty produktowej, które zachodzą na rynku w ostatnich latach. Sieci starają się walczyć z konkurencją oferując klientom coraz szerszy wachlarz produktów, często zdrowszych, z kategorii premium, z zagranicy.

Do najważniejszych trendów produktowych należą:

– Nacisk na produkty świeże: owoce i warzywa, a także pieczywo; część sieci uruchomiła w sklepach minipiekarnie do wypieku pieczywa na miejscu (np. Lidl, Biedronka, Kaufland).

– Zdrowsza żywność – ograniczanie ilości soli, cukru, chemicznych dodatków i konserwantów w żywności, np. Biedronka, Alma.

– Żywność Eko/Bio/Organic – produkty rolne pochodzące z gospodarstw z certyfikatem ekologicznym np. Tesco Organic, Auchan Bio, Piotr i Paweł Bio.

– Produkty premium, np. importowane z Francji – Intermarche, Carrefour; marka Deluxe w Lidlu, czy La Speciale w Biedronce. Ich znaczenie, podobnie jak marek własnych w segmencie bio/eko, będzie rosło, z uwagi na pogłębienie trendu zdrowego odżywiania.

– Więcej artykułów niespożywczych – bogatsza oferta kosmetyków (Biedronka, Lidl, Netto), a także odzieży, artykułów sportowych (Lidl), marka odzieżowa F&F oraz dziecięca Tesco Loves Baby w Tesco.

– Zatrudnianie znanych osób do promocji własnych produktów – Lidl (kucharze Pascal Brodnicki i Karol Okrasa, czy aktualnie Dorota Wellman), Tesco (Robert Makłowicz), Eurocash (Ewa Wachowicz).

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. Marki własne detalistów w Polsce 2015.

Jakiego CIO potrzebują dziś firmy? Odpowiada Sanil Solanki (Gartner)

Sanil Solanki, Research Director, Gartner
Sanil Solanki, Research Director, Gartner

Z wyników badań wynika, że w dzisiejszych czasach firmy powinny zintensyfikować inwestycje w nowe technologie, które z branż w najbliższym czasie czeka technologiczna rewolucja?

W długofalowej perspektywie wszystkie branże odczują wpływ przesunięcia z ery uprzemysłowionego IT do ery cyfrowej. W krótkim terminie, służba zdrowia, usługi publiczne i edukacja wydają się najbardziej dojrzałe do cyfrowej rewolucji. Wszystkie trzy mają  dostęp do funduszy rządowych, które poddawane są drastycznym cięciom na świecie, a w stopniu ekstremalnym w Europie. Potrzeba dostarczenia rozwiązań biznesowych, które są tańsze, a równocześnie pozwalają na lepsze współdziałanie i wsparcie pacjentów, studentów czy obywateli, ma wysoki priorytet. Technologia pozwala na równoczesną poprawę obsługi i redukcję kosztów biznesowych, oczekujmy więc dalszych inwestycji w innowacyjne rozwiązania. Najbliższe 5 lat przyniesie znaczącą transformację tych branż. 

Kto ma być liderem zmiany w firmie? Jakiego CIO potrzebują dziś firmy?

Kadry zarządzające firm oczekują od CIO, że ci wprowadzą organizacje w erę cyfrowego biznesu. Zarówno CEO jak i CFO obserwują wartość dla akcjonariuszy, którą zapewnia sukces w sferze biznesu cyfrowego, ale równocześnie przyznają, że nie posiadają o nim wystarczającej wiedzy. Oczekują od CIO przywództwa, pozwalającego im zrozumieć, w jaki sposób można powielić ten sukces w ramach własnej organizacji. W przyszłości, CIO mogą wcale nie wywodzić się z IT, mogą też nie posiadać kompetencji technicznych. Nowi dyrektorzy IT będą mianowani na stanowiska nie ze względu na wiedzę merytoryczną, ale raczej zdolności przywódcze dla biznesu  (których brakuje wielu CEO/CFO, jak sami przyznają). Będą oni musieli myśleć w kategoriach rozwiązań biznesowych z wykorzystaniem technologii, a nie skupiać się na  modernizacji rozwiązań biznesowych w ramach ograniczonych możliwości IT.

Na przykładzie branży hotelarskiej, która jako nowy trend wyznacza np. samoobsługowe hotele, które branże powinny zmieniać podejście do inwestycji w nowe technologie i dostosować się do zmian zarówno w swojej działalności jak i zarządzaniu personelem?

Zmiany można już zaobserwować w przypadku robotów i/lub urządzeń podejmujących codzienne decyzje, w przeszłości zarezerwowane wyłącznie dla ludzi. Wyniki w zakresie bezpieczeństwa są znacznie  korzystniejsze dla urządzeń niż  człowieka, dlatego transport, z taksówkami bezzałogowymi kursującymi na lotniska i do miast, może być kolejnym przykładem nowego podejścia do inwestycji w technologie. Zmianę przejdzie również branża marketingowa: pojawią się kampanie skierowane bezpośrednio do cyfrowych asystentów, jak na przykład Apple Siri lub Microsoft Cortana, ponieważ ci, na podstawie zgromadzonych danych, mogą w przyszłości podejmować decyzje zakupowe, np. dotyczące zamówienia ulubionych kwiatów żony. Albo, na podstawie ‘polubień’ znajomych na Facebooku, cyfrowi asystenci mogą sugerować wybór wakacyjnych wycieczek.

Cloud computing, mobilność, social media oraz big data należą dziś do światowych trendów – które z branż mają największe zaległości? Z czego wynika powściągliwość firm z tych branż, jakie napotykają bariery? W czym upatrywać szans na zmianę?

Dużo jest prawdy w powiedzeniu, że ‘dobre jest wrogiem lepszego’. Organizacje, które mają się dobrze i rok do roku odnotowują niewielki wzrost, są często najmniej otwarte na zmianę. Nie widzą potrzeby znaczących inwestycji w technologie, dopóki nie udowodnią realnego zwrotu z inwestycji. Z naszych obserwacji wynika, że średniej wielkości spółki obierają najbardziej ostrożną ścieżkę jeśli chodzi o inwestowanie w nowe technologie. Te organizacje często zarządzają kosztami tak, by utrzymywać niskie marże, a z IT korzystają w tradycyjny sposób – w sposób inkrementalny usprawniają procesy wewnętrzne, by były szybsze i bardziej efektywne. Te firmy patrzą krótkoterminowo na zarządzanie przedsiębiorstwem, a to prowadzi do bardziej ostrożnego podejścia i niechęci do inwestowania w nowe trendy, dopóki nie udowodni się wynikających z nich korzyści. Brakuje im również wiedzy i umiejętności niezbędnych do osiągnięcia sukcesu w cyfrowym środowisku, ponieważ często nie są to firmy wystarczająco duże, aby zatrudnić osoby z szerokimi kompetencjami. Sukces w cyfrowym świecie determinowany jest przez specjalistyczne umiejętności i strategiczne myślenie. Taki typ osób nazywamy ‘generalistami’. Mogą oni wchodzić w określone role i wychodzić z nich w miarę potrzeb. Średniej wielkości organizacje postawiły na specjalistów, dlatego też brakuje im dziś pracowników o umiejętnościach biznesowych. Aby odnieść sukces w cyfrowym świecie, ta luka musi zostać zapełniona.

Analiza stron internetowych światowych marek

Zgodnie z wynikami przeprowadzonych ostatnio badań niemal 2/3 największych marek dysponuje wielojęzycznymi stronami internetowymi, a witryna dostępna w 11 wersjach językowych dociera statystycznie do odbiorców 88,7% światowego PKB. Najnowsze dane pokazują również ciekawą zależność: wraz ze wzrostem liczby tłumaczeń firmowej strony na kolejne języki dostrzega się trend wzrostu rozpoznawalności, wartości i finansowej siły marki.

Raport języki stron internetowych największych światowych marekNiemal 2,5 tysiąca przeanalizowanych stron

Przez osiem ostatnich lat niezależny instytut analiz rynkowych Common Sense Advisory (CSA Research) przeprowadził kompleksowe badanie stron internetowych największych światowych marek. Podstawę do analizy stanowiły rankingi Forbes Global 2000, Interbrand 100 Best Brands oraz Alexa Top 500 Global Websites. Głównym celem było natomiast ocenienie wskaźnika MVP, który służy do określenia potencjalnej wartości rynkowej w przestrzeni internetowej.

Mogłoby się wydawać, że w mocno zglobalizowanym współczesnym świecie strona firmowa wyposażona w kilka wersji językowych to podstawa w prowadzeniu biznesu. Okazuje się, że 37% spośród największych marek dysponuje jednojęzyczną witryną, a 10% wiodących stron nie ma tłumaczenia na język angielski. Oznacza to, że firmy te świadomie pozostają nieosiągalne dla potencjalnych klientów i partnerów działających w obrębie internetowej społeczności. Tłumaczenia stron internetowych to stałe zlecenie w naszym biurze. Korzyści płynące z tego rozwiązania dostrzegają zarówno mali przedsiębiorcy, jak i rynkowi giganci – mówi pracownik Biura Tłumaczeń 123tłumacz.pl.

Strona internetowa a kondycja finansowa firmy

Wyniki badań wskazują, że 1506 na 2407 przeanalizowanych witryn dysponowało wersjami wielojęzycznymi, będąc zarazem przetłumaczonych średnio na 9,2 języków. Analizując dane zebrane przez CSA Research, można również zauważyć wyraźną korelację między liczbą dostępnych na stronie języków, a siłą finansową marki.

Średnią wartość marki dla firm posiadających wielojęzyczne strony internetowe (w przedziale tłumaczeń od 12 do 19 języków) określono w 2014 r. na 12 mld $. Autorzy badań obliczyli, że przedsiębiorstwo, które stawia sobie za cel wartość marki przekraczającą 10 mld $ powinno do 2018 r. przetłumaczyć swoją firmową witrynę na 12 języków, a jeśli zależy mu na ekstremalnie szybkim rozwoju – na co najmniej 20 języków i dialektów.

Wielojęzyczne strony światowych gigantów

Dane zebrane przez CSA Research pokazują, że największe firmy, które mieszczą się w pierwszym tysiącu rankingu Forbes, posiadają strony internetowe przetłumaczone średnio na 4,1 języków. Witryny światowych gigantów z pierwszej pięćdziesiątki mają natomiast statystycznie 17 wersji językowych. Podobny trend zaobserwować można na liście Aleksa. Okazuje się zatem, że im więcej tłumaczeń na stronie danej marki, tym większe prawdopodobieństwo, że pojawi się ona w czołówce rankingów.

Największe firmy, takie jak Toyota, IBM, Santander wysokie miejsca w klasyfikacji zawdzięczają swojemu doświadczeniu. Należy jednak zauważyć, że wiele stosunkowo młodych marek (m.in. Google, Facebook, LinkedIn) zdecydowało się, by wdrożyć zaawansowane strategie globalizacyjne, lokalizacyjne i tłumaczeniowe, zyskując dzięki temu udział w rynku kosztem dotychczasowych liderów.

Polskie firmy nadążają za trendem globalizacji

Dostrzegamy, że polskie firmy wyczuwają trend globalizacji i coraz intensywniej inwestują w wielojęzyczne strony internetowe. Bardzo często witryny firmowe są przez nas nie tylko tłumaczone, ale również dopasowywane do danego rynku, czyli lokalizowane – mówi przedstawiciel Biura Tłumaczeń 123tłumacz.pl. Proces lokalizacji o tyle uskutecznia tłumaczenie, że pozwala wychwycić determinanty danego rynku, zwyczaje i specyfikę docelowych odbiorców.

Badania agencji Common Sense Advisor dowodzą, że przetłumaczenie strony internetowej na 11 języków pozwala dotrzeć do odbiorców 87,7% światowego PKB. Polskie przedsiębiorstwa dostrzegają zatem, że wielojęzyczna witryna to inwestycja, która szybko się zwraca i przynosi dodatkowe zyski. Coraz częściej otrzymujemy zlecenia tłumaczenia stron firmowych na języki takie jak turecki, japoński, chiński, czy nawet indonezyjski – dodaje przedstawiciel 123tłumacz.pl.

Źródło: 123tlumacz.pl

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 05.10.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Polski eksport do Holandii szybko rośnie

Choć Holandia to kraj „płaski jak stół”, to nasi eksporterzy wznoszą się tam obecnie na przysłowiowe wyżyny. Polski eksport do tego kraju rośnie obecnie najszybciej spośród pierwszej dziesiątki odbiorców naszych towarów. W okresie I-VII 2015 r. był wyższy aż o 18,5 proc. niż w tym samym okresie przed rokiem.

Radosław Jarema
Radosław Jarema

Od stycznia do lipca 2015 r. wartość polskiego eksportu do Holandii wzrosła o 787,2 mln euro r/r. Tym samym Niderlandy wspięły się o jedno miejsce wyżej z 7. pozycji notowanej rok temu na 6. miejsce na obecnej liście naszych najważniejszych odbiorców towarów. Zwiększył się także udział kraju tulipanów w ogóle polskiego eksportu z 4 proc. do 4,5 proc. – Nie tylko przypadek Holandii pokazuje, że rok 2015 to rok zmian w polskim eksporcie. Gwałtownie malejące znaczenie Rosji, która na liście głównych odbiorców spadła z 6. pozycji zajmowanej rok temu na 7. spowodował, że inne kraje stają się dla naszych firm coraz ważniejsze. W tym roku w gronie 10 głównych odbiorców polskiego eksportu przywitaliśmy Hiszpanię (obecnie 9. miejsce), pożegnaliśmy za to Słowację. Dalszy, bardzo prawdopodobny, spadek znaczenia Rosji będzie generować kolejne zmiany. Możliwe, że na liście top odbiorców pojawią się inne kraje, np. USA – komentuje Radosław Jarema, szef instytucji płatniczej AKCENTA w Polsce, rozliczającej transakcje walutowe eksporterów i importerów.

Holandia – skąd te wzrosty?

Prosta odpowiedź: zewsząd. Według danych GUS za I półrocze 2015 r. wzrost całościowego eksportu do Holandii był efektem wyższych obrotów w większości kategorii eksportowanych produktów, w tym w najważniejszych. Dla maszyn i urządzeń mechanicznych i elektronicznych, które odpowiadają za 1/3 całości wywozu do Holandii wzrost wyniósł +11 proc. r/r, dla produktów mineralnych (11,4 proc. udziału w całym eksporcie do Holandii) wyniósł +76 proc. r./r. O prawie 1/3 wzrósł, w porównaniu do podobnego okresu rok wstecz, eksport artykułów przemysłowych (7,7 proc. udział) i o 27 proc. r/r w przypadku gotowych artykułów spożywczych, napojów bezalkoholowych i alkoholowych oraz tytoniu i wyrobów tytoniowych (7,6 proc. udział). Wśród mniej istotnych kategorii eksportowych warto zwrócić uwagę na duży wzrost eksportu z Polski produktów chemicznych i przemysłów pokrewnych (+48 proc. r/r) oraz dzieł sztuki i antyków, które są w tym roku w Holandii hitem (+296 proc. r/r).

Z kolei za wzrost popytu Holendrów na import z Polski w dużej mierze odpowiada… Rosja. Holenderski import z tego kraju spadł w I półroczu 2015 r. o prawie 28 proc. r/r., zaś eksport zmniejszył się o 37 proc. r/r. – Kryzys na kierunku wschodnim dotknął nie tylko Polski. Inne kraje UE także odczuwają głębokie spadki obrotów handlowych z Rosją i tak jak my starają się rekompensować je dywersyfikacją i intensyfikacją współpracy z dotychczasowymi partnerami. W taki sposób Rosja wpływa na zacieśnianie wewnątrzwspólnotowych relacji gospodarczych  – mówi przedstawiciel AKCENTY.

Polskie produkty na każdym kroku

– Patrząc z perspektywy historycznej gospodarka Holandii od stuleci opiera się na handlu międzynarodowym. Długa lista produktów, które wysyłamy z Polski do kraju tulipanów cieszy tym bardziej, że Holandia sama jest potężnym eksporterem a z kolei na rynku holenderskim konkurencją dla Polski jest cały świat – wskazuje Jarema.

W poprzednim roku Królestwo Niderlandów było m.in. głównym odbiorcą polskiego eksportu jachtów i łodzi rekreacyjnych oraz drugim w kolejności (po Niemczech) dla motocykli i motorowerów. To właśnie do Holandii wysyłamy najwięcej jaj, piwa, zup i bulionów oraz przetworów spożywczych homogenizowanych. Kraj ten jest też jednym z najważniejszych rynków dla eksporterów sosów, mieszanek przyprawowych, musztardy, słodzonych warzyw, owoców i orzechów, bydła, mięsa, nabiału, rzepaku oraz melasy. Holendrów także ubieramy, w tym w odzież zwykłą (z dzianiny i innych materiałów) i sportową a także dostarczamy bieliznę i dodatki np. futerały i walizki. Urządzamy także holenderskie domy akcesoriami takimi jak: firanki i zasłony oraz dywany, meble czy oświetlenie. Polska jest mocna w eksporcie do Holandii urządzeń i materiałów dla przemysłu m.in.: paliwa, lin oraz kabli z żeliwa lub stali, łożysk tocznych, silników i innych elementów dla produkcji i przesyłania prądu czy elektronicznych układów scalonych.

Immofinanz planuje duże inwestycje w Polsce. Chce budować biurowce i centra handlowe

CEO Magazyn Polska

Wielki biurowiec w Warszawie, vis-à-vis Galerii Mokotów, kompleks handlowo-biurowo-mieszkaniowy w pobliżu starej stacji kolejowej Warszawa Główna oraz liczne obiekty handlowe w całej Polsce planuje wybudować austriacki deweloper Immofinanz. Firma działa na wielu europejskich rynkach, ale dziś to Polska jest terenem jej największych inwestycji.

Immofinanz Group to jak podaje Polska Rada Centrów Handlowych jedna z największych w Europie firm z branży nieruchomości. Jest notowana na giełdzie w Wiedniu. Firma buduje bardzo zróżnicowane obiekty, głównie komercyjne, ale też mieszkaniowe. Jej specjalność to wielkie centra handlowe, biurowce i magazyny dla logistyki, ale też mniejsze sklepy typu dyskontowego. W sześciu europejskich krajach, m.in. w Polsce, buduje sieć parków handlowych Stop.Shop.

Mamy bardzo sprecyzowane oczekiwania inwestycyjne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jacek Wesołowski, country manager development Immofinanz Group Poland. Chcemy robić dalej nasze parki handlowe Stop.Shop., których mamy już 56 w całej Europie Środkowej. Budujemy właśnie obiekt w Świnoujściu, za chwilę zaczniemy w Szczytnie, kolejny jest w przygotowaniu w Gdyni. Budujemy również obiekty o nazwie VIVO!, za chwilę otworzymy obiekt w Stalowej Woli. Mamy przygotowane grunty pod następny w Krośnie i ten format będziemy propagowali dalej.

Obok sieci niewielkich parków handlowych, przeznaczonych głównie dla indywidualnego handlu, Immofinanz ma też w planach znacznie większe inwestycje, niekiedy zmieniające całe kwartały miasta.

Inwestycje dystryktowe, tak jak planowana właśnie inwestycję przy Warszawie Głównej, w których powstaną wielofunkcyjne obiekty, czyli nie tylko handel, lecz także biurowce, hotel i mieszkania mówi Jacek Wesołowski. To są takie formaty, w których chcemy się pojawiać. Oprócz tego będziemy budowali obiekty biurowe, przejęliśmy teren po Emparku. Będziemy tam realizowali bardzo dużą inwestycję, częściowo zmieniając funkcję obiektów, które stoją, a częściowo wyburzając i budując nowe. To potężna inwestycja, którą będziemy realizowali w najbliższym czasie.

Generalnie swoje wszechstronne inwestycje Immofinanz tłumaczy koniecznością dopasowania inwestycji do miejsca, w którym ma powstać. Firma stara się dla każdej lokalizacji znaleźć odpowiedni i potrzebny lokalnej społeczności obiekt.

Szukamy właśnie zdefiniowanych formatów i lokalizacji pod te zdefiniowane formaty. Te pomysły, które już się sprawdziły, chcemy powielać tłumaczy country manager development Immofinanz Group Poland. – Nasza firma jest przygotowana do każdego rozmiaru, co zresztą widać, bo ten najmniejszy format , czyli Stop.Shop., wchodzi nawet do miast poniżej 30 tys., gdy te największe lokujemy w stolicach województw, bo one wymagają takiej społeczności i takiego cashmentu, który dają tylko te duże miasta. Jesteśmy obecni we wszystkich formatach i do każdego miasta próbujemy się z jakimś, który mamy w planach, dopasować.

Immofinanz działa na trzech głównych rynkach  w Austrii, Niemczech i Polsce, a także na mniejszych rynkach, takich jak Czechy, Słowacja, Rumunia. Jak mówi Jacek Wesołowski z Immofinanz, Polska dzisiaj jest największym rynkiem inwestycyjnym dla firmy.

Te inwestycje czasami są rozłożone w czasie. Przykładowo inwestycje, czy to w Emparku, czy przy Warszawie Głównej, mogą być realizowane nawet przez 10 lat. Wszystko zależy od tempa rozmów w mieście, od tego, czy znajdziemy zrozumienie co do planu miejscowego, czas to pokaże. Nasza firma jest jednym z potężniejszych graczy w Europie, dlatego środki finansowe nie są dla problemem i tę przewagę inwestycyjną chcemy właśnie wykorzystywać.

HSM Polska inwestuje w serwis i zwiększa zatrudnienie

CEO Magazyn Polska

HSM Polska planuje inwestycje w rozwój sieci serwisowej. Niemiecki producent niszczarek do dokumentów i utylizacji odpadów zamierza też zwiększyć zatrudnienie w Polsce. Firma chce bronić pozycji czołowego producenta urządzeń do zgniatania odpadów.  

Firma HSM Polska powstała w 2008 roku jako przedstawicielstwo niemieckiego producenta niszczarek. Rozpoczęła od zatrudnienia 12 osób, a dziś jej zespół zwielokrotnił się i ciągle rośnie.

Z biegiem kolejnych lat zatrudnienie wzrastało i dziś spółka generuje obrót roczny rzędu 43 mln zł i zatrudnia 43 pracowników, w przyszłości również planujemy zwiększyć zatrudnienie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Sobaniec, ekspert HSM Polska. Przede wszystkim będziemy inwestować w rozwój sieci serwisowej. Sprzedajemy urządzenia do niszczenia dokumentów, ale mamy również dział technologii ochrony środowiska, który dystrybuuje urządzenia do zagęszczania, zmniejszania objętości odpadów. W związku z dynamicznym rozwojem sieci handlowych w Polsce pojawiła się potrzeba zapewnienia tym klientom jak najlepszego serwisu. W związku z tym dalej zamierzamy rozwijać serwis tak, aby był on jak najszybciej dostępny i jak najlepszy, tego wymagają klienci.

Obecnie HSM ma w Polsce mocną pozycję. Planowane inwestycje mają spowodować jej utrzymanie, a firma liczy, że zachowa to, co udało się jej przez ostatnie siedem lat osiągnąć.

W zakresie urządzeń do niszczenia dokumentów nasze kalkulacje wskazują, że mamy pozycję wicelidera ocenia Marcin Sobaniec. Biorąc pod uwagę asortyment, trudno nam będzie osiągnąć pozycję lidera. W zakresie urządzeń do prasowania odpadów sytuacja jest lepsza, ponieważ nasze kalkulacje wskazują, że mamy pozycję lidera. W związku z tym to raczej my będziemy gonieni, niż będziemy zdobywać wyższe pułapy.

Ekspert HSM Polska szacuje, że polski rynek niszczarek wart jest kilkadziesiąt milionów złotych. Zdecydowana większość odbiorców tego typu sprzętu, między 50 a 70 proc., to jednak klienci z sektora publicznego. Reszta to głównie firmy prywatne, a zupełnie marginalną część stanowią klienci indywidualni. Gdy chodzi o  urządzenia do przetwarzania odpadów, głównym odbiorcą są sieci handlowe oraz regionalne instalacje przetwarzania odpadów komunalnych, gdzie instalowane są największe urządzenia do zagęszczania i prasowania odpadów.

Rynek zdobywa się wytrwałą pracą, w związku z tym od ośmiu lat intensywnie poszukujemy i wyłuskujemy kolejnych klientów, którzy są zainteresowani naszym produktem lub usługą. Kolejna rzecz to utrzymanie tego klienta, czyli właściwy serwis posprzedażowy. Mówiąc o właściwym serwisie, mam na myśli jego jakość. Właśnie nią chcemy utrzymać klienta, żeby w przyszłości kupił kolejne nasze urządzenia.

Zarówno HSM Polska, jak i cała grupa spodziewa się w tym roku jednocyfrowego wzrostu przychodów, przy czym polska filia generuje około 10 proc. przychodów całego przedsiębiorstwa. Na rynku panuje spora konkurencja, ale firma liczy, że przekona klientów do swojej oferty

Urządzenia niemieckie w porównaniu do pozostałych produktów na rynku cechują się dłuższą gwarancją deklaruje Marcin Sobaniec z HSM Polska. Oferujemy 3-letnią gwarancję, podczas gdy pozostali producenci oferują 2-letnią. Dodatkowo udzielamy dożywotniej gwarancji na jednoelementowe wałki tnące, co nie jest standardem w przypadku urządzeń konkurencyjnych.

Po wyborach notowania spółek na GPW mogą rosnąć. Najbardziej tych, które potaniały po wypowiedziach polityków

CEO Magazyn Polska

Inwestorzy mają w Polsce problem z korzystnym ulokowaniem swoich pieniędzy. Bankowe lokaty są bardzo nisko oprocentowane, a akcje spółek tanieją zarówno w Warszawie, jak i na świecie. Analitycy radzą jednak, by przygotowywać się do inwestycji w papiery wartościowe. Tuż po wyborach polskie spółki powinny zacząć odrabiać straty.

Od niemal dwóch lat ceny w sklepach spadają, a roczna deflacja sięgała we wrześniu 0,8 proc. Stopy procentowe w Narodowym Banku Polskim są najniższe w historii III RP, zaś oprocentowanie lokat bankowych nie przekracza dziś (w najlepszym przypadku) 3 proc. Na rynku akcji po wyborczym zwycięstwie kandydata PiS-u panuje bessa i od 25 maja WIG20 stracił ponad 20 proc. Nie lepiej dzieje się na giełdach zagranicznych, gdzie jeszcze niedawno ceny rosły.

Ta tendencja została wyhamowana przez złą sytuację na giełdach krajów azjatyckich podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adrian Apanel, zarządzający funduszami akcji i depozytowym MM Prime TFI. Tam, głównie przez spadki w Chinach, które miały duże przełożenie na wyniki spółek europejskich, jak i innych zagranicznych. To spowodowało, że przypływy do tych funduszy zostały ograniczone. Ogólnie wydaje mi się, że w dalszej części roku, po uspokojeniu sytuacji w Chinach, te wpływy powinny nadal być na stabilnych poziomach i w przyszłości, w kolejnym roku, w przypadku poszerzenia luzowania ilościowego w Europie na pewno te wyniki powinny być znacznie lepsze niż w II połowie 2015 roku.

Mimo niekorzystnej sytuacji na rynkach inwestorzy coraz chętniej wracają do funduszy inwestycyjnych. Liczą, że z powszechnym spadkiem cen poradzą sobie pracujący tam specjaliści.

Widzimy dość mocne zainteresowanie produktami depozytowymi, produktami płynnościowymi mówi Adrian Apanel. Widać, że inwestorzy, którzy trzymali swoje pieniądze w bankach na nisko oprocentowanych lokatach, powoli przyzwyczajają się do tej sytuacji i starają się szukać dodatkowych zysków na produktach, które są tworzone przez fundusze inwestycyjne. Widać dużą popularność produktów depozytowych płynnościowych.

W ocenie zarządzającego funduszami akcji i depozytowym MM Prime TFI to dobry wybór. Jego zdaniem akcje w Polsce powinny wkrótce zacząć drożeć.

– Jest spore ryzyko związane z wyborami w Polsce, widzieliśmy w przeszłości, jak nawet kilkuzdaniowe obietnice mogą mieć wpływ na ceny akcji spółek na Giełdzie Papierów Wartościowych. Myślę, że należy przeczekać teraz sytuację, podejść z rezerwą do rynku akcji. Natomiast im bliżej wyborów, im bliżej tego ostatecznego rozwiązania, tym lepiej przyjrzeć się tym spółkom, które zostały najbardziej przecenione, i powoli zajmować pozycje długie obliczone na wzrosty cen na tych walorach. Wyniki wyborów nawet w przypadku zwycięstwa PiS-u nie powinny sprawić, że te spółki będą dalej spadały i warto w tych sektorach poszukiwać takich spółek, które mogą mieć potencjał dwucyfrowego odbicia.

Na zwycięzcę tegorocznych wyborów rynek typuje partię Jarosława Kaczyńskiego. Z tą oceną wiąże się przecena sektorów najbardziej zagrożonych przez rządy tego ugrupowania, które zgodnie z deklaracjami liderów PiS-u zostaną dotknięte decyzjami nowego rządu. Chodzi o banki oraz sektor energetyczny.

Wśród najbardziej przecenionych spółek są banki – podkreśla Adrian Apanel z MM Prime TFI. Przełożenie na cały sektor ma obietnica Prawa i Sprawiedliwości związana z wprowadzeniem podatku bankowego i wszystkie banki poczuły w swoich kursach te plany. Problemem jest też kwestia przewalutowania kredytów frankowych. Inwestorzy starają się unikać banków z dużym udziałem takich kredytów w okresie przedwyborczym. Natomiast po wyborach wydaje mi się, że już presja na wprowadzenie takiej ustawy będzie na pewno mniejsza, więc skupimy się właśnie na takich najbardziej przecenionych walorach, jak Banku PKO BP czy Millennium.

W ocenie analityka nie należy się też obawiać zapowiedzi polityków dotyczących energetyki. Zapowiedź połączenia tych wielkich spółek z kopalniami przyniosła spadek indeksu WIG-energia o 23 proc., a to już dyskontuje te scenariusze negatywne.

Takie spółki, jak Energa, która zazwyczaj jest postrzegana jako firma energetyczna, która głównie skupia swoją działalność na energii odnawialnej, ale również takie spółki, jak Tauron czy PGE – ich wyceny również są obecnie atrakcyjne.

Polskie firmy zbrojeniowe są w stanie dostarczyć 90 proc. sprzętu potrzebnego armii. Przemysł liczy na kontrakty z MON

CEO Magazyn Polska

130 mld zł, które Polska wyda do 2022 roku na modernizację armii, może mieć ożywczy wpływ na krajową gospodarkę – uważają eksperci i przedstawiciele branży zbrojeniowej, którzy liczą na zamówienia z resortu obrony narodowej. Przekonują, że w polskich fabrykach można wyprodukować niemal wszystko, czego potrzebuje wojsko. Stworzone dzięki temu produkty i technologie będą później mogły służyć także cywilom.

Program modernizacji polskiej armii rozpoczął się dwa lata temu. Do 2022 roku Polska przeznaczy na zbrojenia 130 mld zł. Budżet ten jest znacznie wyższy niż wsparcie z UE dla polskich firm.

Pomoc unijna dla przedsiębiorców w latach 2007-2013 wyniosła trochę ponad 10 mld euro. W kolejnych latach będzie to kolejne kilkanaście miliardów. To razem jest dużo mniejsza kwota niż te pieniądze wydane na modernizację – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, dyrektor zarządzający PZL-Świdnik, prezes Związku Pracodawców Klastry Polskie. – Gdybyśmy z rozmysłem wydawali te pieniądze, moglibyśmy podnieść poziom nowoczesności polskiej armii, a jednocześnie poziom technologiczny i wytwórczy polskiego przemysłu. Mielibyśmy zatem dwóch wygranych.

Obecnie wdrażanych jest 14 programów modernizacyjnych, wśród nich program obrony powietrznej, artyleryjski czy program wozów bojowych. MON poszukuje też dostawców m.in. śmigłowców, a niedługo ma ruszyć również przetarg na okręty podwodne.

Armia się modernizuje, jest coraz nowocześniejsza. Można mieć pretensję o tempo tych przemian, natomiast nakreślony kierunek jest dobry, bo co roku modernizacja jest korygowana – mówi gen. dyw. prof. dr hab. inż. Zygmunt Mierczyk, rektor-komendant Wojskowej Akademii Technicznej. – 130 mld zł to są środki, które mogą poruszyć polską gospodarkę, nie tylko polskie firmy zbrojeniowe, lecz także firmy kooperujące.

Wsparcie dla przemysłu obronnego to nie tylko poprawa jego kondycji. To także umożliwienie mu tworzenia produktów i technologii, które później mogą być wykorzystywane przez cywilów.

Przemysł lotniczy ma bardzo dużą zdolność generowania technologii podwójnego zastosowania – zapewnia Krzysztof Krystowski. – Ten sam śmigłowiec, który początkowo jest budowany jako wojskowy, bardzo szybko uzyskuje wersję cywilną i jest sprzedawany w setkach, tysiącach egzemplarzy do zastosowań cywilnych. Podobnie jest z samolotami.

Eksperci i przedstawiciele branży przekonują, że polskie firmy mają potencjał, by odgrywać kluczową rolę w procesie modernizacji armii – posiadają duży potencjał produkcyjny i technologiczny oraz szeroki asortyment produktów i systemów.

Właściwie jesteśmy w stanie zrealizować co najmniej 90 proc. zamówień armii w zakresie realizowanej obecnie modernizacji – deklaruje prezes PZL-Świdnik. – Polski przemysł obronny potrafi produkować: od okrętów poprzez urządzenia, systemy pancerne po artyleryjskie, nawet rakietowe, tylko tutaj akurat ograniczone w zasięgu. Jesteśmy jednym z pięciu krajów w Europie, które mają u siebie potencjał intelektualny i technologiczny, żeby produkować śmigłowce. A to nie jest rzecz banalna.

Zdaniem generała Mierczyka sektor obronny jest – obok medycznego i farmaceutycznego – jednym z najbardziej innowacyjnych sektorów polskiej gospodarki. To oddziałuje także na inne dziedziny – przemysł zbrojeniowy może korzystać z technologii powstających w małych firmach czy start-upach.

Widzimy bardzo duży potencjał w wielu firmach w zakresie dostarczania innowacji, produktów, półproduktów do innych dużych firm działających w sektorze zbrojeniowym. Bardzo nam zależy na inicjowaniu takiej współpracy, która może przyczynić się do rozwoju nie tylko zbrojeniówki, lecz także innych dziedzin – mówi Bożena Lublińska-Kasprzak, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

O szansach i wyzwaniach stojących przed polskim przemysłem zbrojeniowym dyskutowano podczas zorganizowanej 30 września debaty na Wojskowej Akademii Technicznej pt. „Przemysł zbrojeniowy – motor rozwoju gospodarczego”. Organizatorem był Instytut Biznesu.

Inwestorzy coraz bardziej doceniają budownictwo ekologiczne. Stale przybywa budynków z zielonymi certyfikatami

W Polsce powstaje coraz więcej nieruchomości przyjaznych środowisku, w których oszczędnie zużywa się energię czy wodę. Z korzyści, jakie dają zielone certyfikaty, zdają sobie sprawę nie tylko inwestorzy na rynku powierzchni biurowych, lecz także firmy działające na rynku nieruchomości handlowych, przemysłowych czy mieszkaniowych. Trendy na tym rynku dotyczą również producentów materiałów budowlanych.

Na świecie obowiązują obecnie dwa systemy certyfikacji budynków – BREEAM (system brytyjski) i LEED (system amerykański). Systemy certyfikacji budynków na świecie wprowadzono już w latach 90. Polscy inwestorzy zaczęli z nich korzystać dopiero po roku 2000.

Dzisiaj certyfikat BREEAM posiada już 250 tys. budynków na całym świecie. W Polsce jest ich zdecydowanie mniej, ale sytuacja z roku na rok się poprawia.

W 2005 roku w Polsce były tylko dwa certyfikowane budynki, 10 lat później mamy ich już 154 – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Federico Tonetti, prezes zarządu LafargeHolcim w Polsce – Dzisiaj większość inwestorów w Polsce chce mieć zieloną pieczątkę na swojej inwestycji.

Zielony certyfikat to już standard na rynku powierzchni biurowych. W 2015 roku wśród certyfikowanych budynków w Polsce 72 proc. stanowią biurowce.

Coraz częściej są to budynki handlowe (15 proc.) oraz przemysłowe (13 proc.). W tym roku firma Skanska oddaje do użytku pierwsze certyfikowane osiedle mieszkaniowe – mówi Tonetti.

Budynek, którego jakość potwierdzono zielonym certyfikatem (np. BREEAM lub LEED), wymaga użycia nowoczesnych technologii związanych z odnawialnymi źródłami energii lub ograniczających zużycie wody czy energii. To nie tylko dowód uznania dla inwestora, lecz także potwierdzenie jakości nieruchomości, co jest częściej doceniane przez najemców.

Takie podejście daje wiele korzyści wszystkim stronom – mówi Federico Tonetti. – To m.in. korzyści środowiskowe wynikające z użycia technologii ponownego wykorzystania wody oraz wykorzystywania naturalnych źródeł energii do ogrzewania. W systemie certyfikacji ocenia się obieg wody, poziom zużycia energii i jej źródła, zarządzanie odpadami, aspekty ekologiczne terenów pod budowę budynku, a też aspekty wpływające na komfort życia mieszkańców.

Na komfort życia mieszkańców wpływają m.in. dostępność miejsc parkingowych, stojaków na rowery, odległość od komunikacji miejskiej, dostęp do szkół, przedszkoli i infrastruktury miejskiej.

Certyfikat gwarantuje, że deweloper zaplanował realizację swojej inwestycji tak, by spełnić szereg ściśle określonych kryteriów sprzyjających ekologii i ułatwić życie przyszłym użytkownikom. W procesie tym pomaga ścisła współpraca inwestora z wykonawcami i dostawcami materiałów.

Dla LafargeHolcim, który jest jednym z największych w Polsce dostawców cementu dla budownictwa, starania inwestorów o uzyskanie ekologicznych certyfikatów są motywacją do poszukiwania innowacyjnych rozwiązań w zakresie materiałów budowlanych. Użyte podczas budowy materiały mają bowiem duże znaczenie w procesie certyfikacji.

Dzisiaj pracujemy nad technologią ponownego wykorzystania betonu. Certyfikacja jest również gwarantem zrównoważonego rozwoju łańcucha dostaw – tłumaczy prezes LafargeHolcim w Polsce. – Jako pierwsza firma w naszej branży w Polsce uzyskaliśmy certyfikację BE S6001. To oznacza, że, używając naszych rozwiązań, inwestorzy, generalni wykonawcy i architekci mogą liczyć na dodatkowe punkty w procesie certyfikacji, zarówno w systemie BREEAM, jak i LEED. Dzisiaj wszystkie nasze rozwiązania dla budynków mają zielone certyfikaty. Bardzo cieszymy się, że temat ten staje się kluczowy dla inwestycji w Polsce.

Jak podkreśla, firma zmienia się wraz z oczekiwaniami klientów i rynku.

Obecnie jesteśmy zorganizowani według segmentów (budynki i infrastruktura) i kanałów (B2B, B2C). Jesteśmy też pierwszą firmą tego typu, która wprowadziła takie rozwiązanie w Polsce i jedną z nielicznych na świecie – wyjaśnia Federico Tonetti.

Polskie firmy z sukcesem dokonują ekspansji zagranicznej. Ich przykład jest zachętą dla innych przedsiębiorców

CEO Magazyn Polska

Produkty i usługi polskich firm coraz lepiej sprzedają się na zagranicznych rynkach. Prognozy KUKE mówią o 10-proc. wzroście eksportu – do 173 mld euro. Firmy, których działalność za granicą i najlepsze praktyki w tym zakresie mogą być punktem odniesienia dla innych przedsiębiorców, zostały nagrodzone podczas tegorocznego Europejskiego Forum Nowych Idei przez Fundację Kronenberga działającą przy Citi Handlowy. Zwycięzcami drugiej edycji konkursu zostali Grupa Nowy Styl i Samsung.

Przewagę konkurencyjną polskich produktów coraz częściej jest jakość. Zgodnie z badaniem przeprowadzonym przez Fundację Kronenberga przy Citi Handlowy taką strategię stosuje już 56 proc. firm. 41 proc. stara się zdobywać rynki, konkurując ceną.

82 proc. firm, które prowadzą ekspansję zagraniczną, jest zadowolonych z jej efektów. Większość chce ją kontynuować, a 41 proc. podkreśla, że będzie ją rozwijać na szerszą skalę. Tych, którzy myślą o dalszej ekspansji, jest o 2 punkty procentowe więcej niż rok temu. Prawie połowa firm prowadzi swój biznes w co najmniej trzech krajach.

Ideą konkursu Emerging Market Champions jest promowanie liderów przedsiębiorczości.

Chcemy w tym konkursie nagradzać, wspierać i pokazywać najlepsze przykłady polskich firm za granicą, a od tej edycji również ekspansję zagranicznych firm w Polsce, czyli inwestowania w przedsięwzięcia w Polsce i budowania rynku pracy, zatrudniania ludzi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kaczmar, prezes Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowym.

Nagroda przyznawana jest w dwóch kategoriach – Polskie inwestycje zagraniczne i Zagraniczne inwestycje w Polsce. W pierwszej z nich nagradzane są polskie firmy z powodzeniem rozwijające działalność za granicą, bo – jak podkreślają jej przedstawiciele – ich sukcesy są najlepszą motywacją dla innych przedsiębiorców.

Szczególne znaczenie dla firm, które nagradzamy, ma to, że w pierwszym etapie wyłaniania zwycięzców grupą, która rekomenduje, jest rada ekspertów złożona z 260 ludzi biznesu, ekonomistów, specjalistów od przedsiębiorczości, czyli de facto w pierwszym etapie zwycięzcy są nominowani często przez swoich konkurentów – podkreśla Krzysztof Kaczmar. – To jest największy rodzaj wyróżnienia dla firm nagrodzonych. Oczywiście później, w drugim etapie, jest specjalna kapituła złożona z ważnych osób, które dokonują ostatecznego wyboru.

W tym roku laureatem nagrody jest Grupa Nowy Styl, producent i eksporter mebli.

W kategorii polskich firm dokonujących ekspansji zagranicznej zwyciężyła Grupa Nowy Styl, która dokonała bardzo znaczących przejęć zarówno w Szwajcarii, w Niemczech, jak i w innych krajach, w Holandii, w Anglii, i poszerzyła swój biznes na tamtych rynkach – uzasadnia wybór szef Fundacji Kronenberga.

Druga kategoria adresowana jest do przedsiębiorstw zagranicznych pochodzących z rynków wschodzących, które dokonują w Polsce znaczących inwestycji, stwarzając tym samym nowe miejsca pracy oraz wpływając na rozwój gospodarki. Nagrodę w tej kategorii otrzymała firma Samsung.

W kategorii firm, które są firmami zagranicznymi, a zainwestowały w Polsce, nagrodzony został Samsung ze swoimi inwestycjami w wytwórstwo sprzętu AGD oraz w rozwój centrum badawczo-rozwojowego, które umiejscowiono w Warszawie – mówi Krzysztof Kaczmar.

Z badania Fundacji Kronenberga wynika, że polskie firmy nie mają kompleksów wobec konkurentów z innych rynków. 90 proc. działających za granicą przedsiębiorstw postrzega siebie jako przynajmniej tak samo innowacyjnych jak lokalnie funkcjonujące firmy.

Prawa kupujących w e-sklepach są coraz lepiej zabezpieczone, a to przekłada się na wzrost obrotów

CEO Magazyn Polska

Już ponad 60 proc. e-sklepów poprawnie informuje konsumentów o prawie do rezygnacji z zakupionego towaru – podaje Europejskie Centrum Konsumenckie. Dostosowanie się do nowego prawa, szczególnie w zakresie przyjmowania zwrotów i ich weryfikacji, jest dla sprzedawców dużym wyzwaniem. Wprowadzenie tych przepisów działa jednak na korzyść e-sklepów, bo zwiększa zaufanie konsumentów, a tym samym obroty e-handlu. Pomaga także zdobyć klientów za granicą.

Mimo że zakupy internetowe cieszą się coraz większą popularnością, wielu konsumentów nadal podchodzi do nich nieufnie. Szczególnie korzystanie z zagranicznych e-sklepów nadal nie jest popularne w Europie. 61 proc. mieszkańców wspólnoty wciąż woli kupować w e-sklepach we własnym kraju. Zmienić to nastawienie mogą obowiązujące we wszystkich krajach Unii przepisy, które lepiej chronią konsumentów w sieci. W Polsce weszły one w życie pod koniec grudnia ubiegłego roku. Wiążą się one z dodatkowymi obowiązkami informacyjnymi e-sprzedawców wobec klientów.

Sprzedawca internetowy zobowiązany jest poinformować konsumenta przed złożeniem zamówienia o przysługującym mu prawie do odstąpienia od umowy w terminie 14 dni i sposobie jego wykonania, a także wzorze formularza odstąpienia – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Jędrzejak, specjalista ds. prawa e-commerce w Trusted Shops, europejskiej firmie oceniającej jakość e-sklepów. – Co istotne, termin jest liczony nie od daty sprzedaży, lecz od dnia otrzymania towaru przez konsumenta.

Konsument może odstąpić od umowy w dowolny sposób: poprzez wysłanie oświadczenia mailowo, telefonicznie, a nawet SMS-em. Jeżeli wybierze drogę elektroniczną, czyli wyśle e-mail bądź skontaktuje się za pomocą elektronicznego formularza odstąpienia dostępnego na stronie, to sprzedawca zobowiązany jest niezwłocznie potwierdzić otrzymanie takiego oświadczenia.

Potwierdzenia należy dokonać na trwałym nośniku, przy czym w rozumieniu ustawy o prawach konsumenta trwałym nośnikiem jest również e-mail – tłumaczy Marcin Jędrzejak. – Skutkiem odstąpienia jest uznanie, że umowa nie została zawarta. Strony zobowiązane są zwrócić sobie wzajemne świadczenia: konsument – towar, a sprzedawca – wszystkie uiszczone przez konsumenta opłaty. Jeżeli sprzedawca nie poinformował na stronie sklepu konsumenta o tym, że ponosi on koszty zwrotu, sprzedawca ponosi je we własnym zakresie.

Regulacje dotyczące zwrotów to spore wyzwanie dla e-sklepów, szczególnie tych mniejszych.

Ze zwrotami towarów wiąże się wiele czasochłonnych i generujących koszty działań sklepu takich jak korespondencja z klientem, przyjęcie zwracanego towaru, wykonanie przelewu wstecznego, korekta dokumentacji rachunkowej czy próba uzyskania prowizji od serwisu transakcyjnego – mówi specjalista ds. e-commerce w Trusted Shops.

To zwykłe obowiązki, które wiążą się z bezproblemowym zwrotem. Największe wyzwania i problemy zaczynają się, kiedy zwrócony towar jest uszkodzony lub nosi wyraźne oznaki nadmiernego niewłaściwego użycia.

W przypadku zwrotów uszkodzonych towarów należy podkreślić, że konsument powinien wykonywać swoje prawo do odstąpienia od umowy z poszanowaniem prawa sprzedawcy internetowego do dalszej ponownej sprzedaży takiej rzeczy bez konieczności obniżania jej ceny – mówi Jędrzejak.

W przeciwnym wypadku sprzedawca może ubiegać się o odszkodowanie.

Konsument ponosi odpowiedzialność za zmniejszenie wartości rzeczy wynikające z nieprawidłowego sprawdzenia takiej rzeczy, tj. w sposób wykraczający poza konieczne do stwierdzenia charakteru, cech i funkcjonowania takiej rzeczy – mówi ekspert Trusted Shops. – Dla sklepów, które chciałyby dowiedzieć się nieco więcej o możliwości uzyskania odszkodowania oraz sposobie i zakresie wyliczania kwoty odszkodowania, polecam bezpłatny poradnik Trusted Shops dotyczący realizacji zwrotów w praktyce.

Choć prokonsumenckie przepisy są dla e-sprzedawców wyzwaniem, to mogą też działać na ich korzyść. Kupujący, czując się bezpieczniej, chętniej robią zakupy w sieci. Z najnowszego raportu firmy Geminus wynika, że 55 proc. Polaków robiło zakupy w internecie, podczas gdy rok temu z e-sklepów korzystało 46 proc. Co piąty kupujący był jednak rozczarowany tym, co otrzymał, więc obowiązujące przepisy dotyczące zwrotów mogą rozwiać obawy sporej grupy nabywców.

Dodatkowo przestrzeganie przepisów, które są wspólne dla całej UE, pomoże e-sklepom zdobywać klientów na rynkach zagranicznych. Do transgranicznych transakcji podchodzą sceptycznie zarówno e-sklepy, jak i konsumenci. W rozwiązywaniu ewentualnych sporów w zakresie zakupów transgranicznych bezpłatną pomoc oferuje sieć Europejskich Centrów Konsumenckich.

Ćwierć miliona aut jeździ bez ważnego OC. Ofiary wypadków spowodowanych przez nieubezpieczonych są podwójnie poszkodowane

CEO Magazyn Polska

Choć ubezpieczenie OC pojazdu jest obowiązkowe, po polskich drogach bez wykupionej polisy jeździ blisko 250 tys. pojazdów. W ubiegłym roku nieubezpieczeni i nieznani sprawcy byli odpowiedzialni za ponad 6 tys. wypadków. Poszkodowani w nich muszą się zmierzyć nie tylko ze skutkami wypadków. Proces uzyskiwania odszkodowania bywa znacznie dłuższy niż w wtedy, gdy sprawca wypadku posiada OC. W 2014 roku wartość spraw prowadzonych przez Europejskie Centrum Odszkodowań przeciwko UFG przekroczyła 4,7 mln zł. Do połowy września tego roku – już ponad 9 mln zł.

W Polsce zgodnie z ustawą o ubezpieczeniach obowiązkowych w Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczeń Komunikacyjnych ubezpieczenie OC pojazdu jest obowiązkowe. Mimo tego wiele pojazdów jeździ po polskich drogach bez polisy. Według danych UFG jest to około 250 tys. pojazdów, a tendencja jest wzrostowa – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Joanna Smereczańska-Smulczyk, ekspert Europejskiego Centrum Odszkodowań.

W ubiegłym roku w Polsce doszło łącznie do blisko 35 tys. wypadków drogowych. Ponad 6,1 tys., czyli 17,5 proc., spowodowali nieznani sprawcy i nieubezpieczeni kierowcy. Za ponad 4,7 tys. wypadków winę ponoszą osoby, które nie wykupiły ubezpieczenia OC. To o blisko 300 więcej niż w 2013 roku. Jeśli sprawca wypadku nie ma polisy (lub jest nieznany), roszczenie należy zgłosić do UFG za pośrednictwem dowolnego towarzystwa ubezpieczeniowego.

Rolą funduszu jest kompensowanie roszczeń odszkodowawczych na rzecz osób poszkodowanych w wypadkach spowodowanych przez osoby, które poruszały się nieubezpieczonym samochodem, lub przez nieznanych sprawców. To rola gwarancyjna funduszu wynikająca wprost z ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych – podkreśla ekspertka.

Zgodnie z przepisami fundusz powinien wypłacić odszkodowanie poszkodowanemu, czyli zadośćuczynienie, zwrot kosztów leczenia lub rehabilitacji. Może również wypłacić materialne – za uszkodzenie np. pojazdu, ale tylko pod warunkiem, że podczas wypadku doszło do obrażeń ciała u któregokolwiek z użytkowników, a rozstrój zdrowia trwał dłużej niż 14 dni.

Tak naprawdę proces likwidacji nie różni się od procesu likwidacji szkód z pojazdem, który ma ubezpieczenie OC. Różnica wynika z tego, że sprawa jest likwidowana poprzez zakład ubezpieczeń, do którego kierujemy to roszczenie. Problemy są inne, czas oczekiwania jest dłuższy, bo UFG musi sprawdzić, czy faktycznie pojazd, którym szkoda została wyrządzona, nie miał polisy OC, od 4 do 6 miesięcy. To przedłuża proces likwidacji szkody i tym samym ochronę osoby poszkodowanej – tłumaczy Smereczańska-Smulczyk.

Dla porównania sprawa likwidowana z towarzystwem ubezpieczeniowym trwa nie dłużej niż 30 dni, a najczęściej – 2 tygodnie. UFG ogranicza również okres czasu, w którym wypłaca odszkodowanie, do 3 lat od daty zdarzenia. Jeśli czas ten jest dłuższy, fundusz stwierdza, że sprawa uległa przedawnieniu i odmawia zbadania sprawy.

Taka praktyka w naszej ocenie jest zła i ogranicza, a wręcz uniemożliwia rekompensatę szkód osobom poszkodowanym. Znamy uchwałę Sądu Najwyższego z 2013 roku, która wskazuje, że jeżeli okoliczności zdarzenia mówią, że mogło dojść do zdarzenia, które jest przestępstwem, wówczas 20-letni okres przedawnienia roszczeń odnosić należy również do UFG – przekonuje ekspertka EuCO.

Obecnie, jeśli do wypadku dojdzie z winy kierowcy, którego samochód nie ma wykupionego OC, proces może się rozpocząć tylko wówczas, gdy zostanie ustalone, że pojazd faktycznie nie miał polisy. Znacznie wydłuża to cały proces. Tymczasem w dużej mierze wynika to tylko z praktyki stosowanej przez fundusz, zaś w samej ustawie nie ma takich uregulowań.

Może lepszą praktyką, która w pełni chroniłaby osoby poszkodowane, byłoby, gdyby UFG wypłacało to roszczenie na rzecz osób poszkodowanych, jeżeli jest ono uzasadnione. Dopiero zwrotnie natomiast poszukiwało i sprawdzało, czy faktycznie pojazd sprawcy zdarzenia nie miał ubezpieczenia OC w dniu zdarzenia – podkreśla Joanna Smereczańska-Smulczyk.

W latach 2010-2014 w sprawach przeciwko funduszowi firma wywalczyła dla klientów ponad 16,5 mln zł. Od początku tego roku do połowy września wartość spraw na etapie przedsądowym wyniosła 6,5 mln, a na etapie sądowym – ponad 2,8 mln zł. Łącznie to już ponad 9,3 mln zł.

Metody udrażniania zatok są coraz mniej inwazyjne. Nowoczesne zabiegi dostępne również w Polsce

CEO Magazyn Polska

Na przewlekłe zapalenie zatok cierpi ok. 15 proc. Polaków, a przyczyną 70 proc. bólów głowy, na które się uskarżamy, są chore zatoki. Stany zapalne nasilają się szczególnie w okresie jesienno-zimowym. Od niedawna nowoczesna laryngologia dysponuje coraz mniej inwazyjnymi zabiegami, które udrażniają chore zatoki.

Lekarze tłumaczą, że zapalenie zatok najczęściej pojawia się po zwykłym przeziębieniu. Może też mieć podłoże alergiczne. O zapaleniu zatok mówimy wtedy, kiedy w okolicy czoła i nasady nosa pacjent odczuwa przewlekły ból, a dolegliwość nasilają się w godzinach porannych i przy pochylaniu, konieczna jest konsultacja ze specjalistą.

Okres jesienno-zimowy cechuje się zwiększoną zachorowalnością na infekcje zatok, sprzyja rozwijaniu się stanów zapalnych. Problemy związane z zatokami bezpośrednio przekładają się na zaburzenia wentylacji nosa. Możliwości leczenia są albo farmakologiczne, albo chirurgiczne. My proponujemy pacjentom zabieg udrożnienia zatok, zapewniający stały drenaż i stałą wentylację – mówi agencji informacyjnej Newseria dr n. med. Michał Michalik, specjalista otolaryngologii w Centrum Medycznym MML.

Metody udrażniania zatok są coraz mniej inwazyjne. Przykładem może być balonoplastyka XprESS. W Stanach Zjednoczonych zostało wykonanych już ponad 100 tys. takich zabiegów. Od dwóch miesięcy mogą z nich również korzystać Europejczycy. Jedną z dwóch europejskich klinik, które włączyły do swojej oferty tę metodę, jest Centrum Medyczne MML w Warszawie.

Technika polega na tym, że po bardzo precyzyjnym podglądzie endoskopowym znajdujemy naturalne ujścia zatok, wprowadzamy tam delikatne sondy, a po nich balonik. Możemy go odpowiednio napełnić, poszerzając ujścia. Struktura ujść naturalnych zatok jest tak zbudowana, że po jej poszerzeniu ten wymiar już zostaje. To zwykle jest zabieg jednorazowy, który rozwiązuje problem praktycznie na zawsze – tłumaczy Michalik.

Specjaliści podkreślają, że w porównaniu do tradycyjnego balonikowania zatok, nowa metoda ma sporo ulepszeń. Przede wszystkim jest mniej inwazyjna.

Co istotne, jest jedno urządzenie do udrażniania wszystkich zatok. Dzięki temu zabieg jest bardziej precyzyjny i krótszy. Przy wcześniejszych technikach jest trochę większy próg skomplikowania, bo są różne urządzenia do różnych zatok – wyjaśnia dr n. med. Michał Michalik. – Zabiegi są funkcjonalne, czyli przywracające czynność – likwidujemy przyczynę i w ten sposób nie dopuszczamy do wystąpienia konsekwencji.

Zabieg przeznaczony jest dla pacjentów, u których występują przewlekłe lub ostre stany zapalne zatok. Może być wykonywany nawet u pacjentów z poważnymi chorobami serca, u których nie może być wykonywane znieczulenie ogólne.

Zabieg wykonuje się w warunkach gabinetu, co najwyżej w lekkiej sedacji, czyli w nadzorze anestezjologicznym, głównie ze względu na polepszenie komfortu pacjenta. To jest też technika, którą na pewno będziemy wykorzystywać w leczeniu najmniejszych pacjentów, bo czym mniejsza inwazyjność zabiegu, tym lepiej – mówi specjalista otolaryngologii.

Po dwóch godzinach od wykonania zabiegu pacjent może opuścić klinikę. Maksymalnie w ciągu dwóch dni wraca do normalnej aktywności.

Po wszystkich zabiegach zatokowych pacjent ma nos zatkany. Przy tej technice, nos działa od razu i zatoki w miarę możliwości jak najszybciej zaczynają się drenować i wentylować. Nie stosujemy żadnych opatrunków – dodaje dr n. med. Michał Michalik.

Zabieg kosztuje około 9 tys. zł. Podobnie jak starsza metoda balonoplastyki zatok nie jest on refundowany przez Narodowy Fundusz Zdrowia.

Kapitał wraca na rynki, ale za wcześnie na hurraoptymizm

Sytuacja na globalnych rynkach wydaje się niezbyt optymistyczna. Czy można wskazać jakiekolwiek pozytywne okoliczności?

Robert Ślepaczuk, Szef Inwestycji Ilościowych w Union Investment TFI
Robert Ślepaczuk, Szef Inwestycji Ilościowych w Union Investment TFI

R.Ś.: Szukając symptomów optymizmu, warto podkreślić, że po ekstremalnie wysokich odpływach z rynków rozwijających się, a wcześniej Chin i USA, obserwujemy odwrócenie dynamiki napływów kapitału do ETF-ów. Od tygodnia czy dwóch ich beneficjentem są rynki wschodzące, z których wcześniej inwestorzy ewakuowali się w obawie o nikłe perspektywy gospodarcze i osłabienie lokalnych walut wraz z umacnianiem dolara napędzanym przez Fed. Tak było m.in. w Brazylii, gdzie w ciągu roku – dwóch lat real osłabił się w stosunku do amerykańskiej waluty o 100%. Kapitał portfelowy częściowo powraca także do Chin. Niektóre banki inwestycyjne uznały, że spadki w Państwie Środka były na tyle dotkliwe, że spora część negatywnych informacji została już zdyskontowana. Oczywiście napływy, które obserwujemy, nie świadczą o tym, że koniunktura na rynkach akcji nagle się poprawi, bo do tego potrzeba potwierdzenia w postaci rosnących odczytów z gospodarki i poprawiających się wyników spółek. Mimo wszystko to pozytywny sygnał.

Po niedawnym wystąpieniu szefowej Fed, Janet Yellen, dolar znów zaczął się umacniać. Które aktywa najbardziej odczuwają skutki postępowania tego trendu?

Marek Straszak, zarządzający funduszami w Union Investment TFI.
Marek Straszak, zarządzający funduszami w Union Investment TFI.

M.S.: Oprócz negatywnego wpływu na rynki akcji krajów emerging markets silny dolar amerykański wywołuje także presję na cenę surowców, zwłaszcza metali przemysłowych. W połączeniu z tanią ropą naftową przyczynia się to do obniżenia kosztu produkcji tych surowców. Firmy wydobywcze są zmuszone do zwiększania produkcji, aby regulować swoje zobowiązania, co łącznie ze słabnącym popytem ze strony Chin powoduje ciągłą nadpodaż na rynku surowcowym. Na tym tle pozytywnie przedstawiają się jedynie perspektywy dla wybranych surowców rolnych, na przykład kukurydzy, która jest względnie odporna na wahania waluty amerykańskiej. W naszej opinii słaba sytuacja na rynku surowcowym może potrwać jeszcze dłużej, dopóki podaż nie zrówna się z popytem.

Czy coś jeszcze przykuwa Panów szczególną uwagę?

R.Ś.: Warto przyjrzeć się ostatniej reakcji rynków na decyzję Fed, bo różni się ona znacząco od reakcji obserwowanych przez ostatni rok lub dwa. Dotąd inwestorzy odbierali dobre informacje z amerykańskiej gospodarki jako niekoniecznie pozytywne, ponieważ oznaczały one wyższe prawdopodobieństwo podwyżek stóp procentowych przez Fed. Z kolei gorsze dane paradoksalnie postrzegali bardziej pozytywnie, bo oddalały perspektywę takiego ruchu. Po wrześniowym posiedzeniu Fed oraz przemówieniu Janet Yellen reakcja rynków okazała się diametralnie inna od dotychczasowych, wręcz książkowa. Komunikat o wstrzymaniu się z podwyżką stóp procentowych w obawie przed zduszeniem zbyt kruchego wzrostu gospodarczego spowodował, że rynki się zaniepokoiły, a indeksy zaczęły się osuwać. Potem nadeszły jeszcze dwa ciosy ze strony Volkswagena i BMW. Z uwagi na skalę biznesu tych spółek istnieje ryzyko, że samochodowa ekoafera odbije się rykoszetem na całej branży motoryzacyjnej. Jeśli tak się stanie, będzie to dodatkowe obciążenie dla rynków akcji, które już teraz znajdują się pod presją.

Marek Straszak dołączył do zespołu asset allocation w Union Investment TFI

W lipcu do zespołu asset allocation kierowanego przez Radosława Piotrowskiego dołączył nowy doradca inwestycyjny – Marek Straszak.

Marek Straszak, zarządzający funduszami w Union Investment TFI.
Marek Straszak, zarządzający funduszami w Union Investment TFI.

Nowy członek komórki odpowiadającej za globalne inwestycje jest absolwentem Doradztwa Inwestycyjnego na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie, licencjonowanym doradcą inwestycyjnym oraz maklerem papierów wartościowych. Niedawno zaliczył także pierwszy etap trzyletniego egzaminu Chartered Financial Analyst (CFA) Doświadczenie w pracy maklera i analityka akcji zdobywał w takich firmach, jak Alior Bank, Erste Securities oraz Dom Maklerski BPS.

W Union Investment TFI Marek Straszak zajmuje się m. in. doradztwem inwestycyjnym, zarządzaniem portfelami inwestycyjnymi i wsparciem w zarządzaniu funduszami inwestycyjnymi o strategii asset allocation.

Zespół asset allocation Union Investment TFI gromadzi profesjonalistów zarządzających produktami opartymi o różne klasy aktywów (tzw. multi-asset investing) na rynkach globalnych, przy aktywnym wsparciu pozostałych działów departamentu zarządzania oraz z wykorzystaniem globalnego know-how spółki matki z Frankfurtu – Union Asset Management Holding AG. Komórka kierowana przez Radosława Piotrowskiego zarządza także portfelami klientów i doradza im w oparciu o profile ryzyka (tzw. individual risk profiling) oraz proces asset allocation.

Szwajcaria cierpi na mocnym franku

Indeksy PMI nie spowodowały rewolucji na rynkach. Gorsze dane nadeszły za to ze Szwajcarii, oprócz koniunktury spada tam sprzedaż detaliczna. Również dane z USA nie zachwyciły rynków, ale inwestorzy dali dolarowi kredyt zaufania przed dzisiejszymi odczytami.

Wczorajszy dzień na rynkach upłynął pod dyktando indeksów koniunktury. Warto zwrócić tutaj uwagę na odczyt dla Węgier. Kraj ten zaliczył bardzo duży wzrost, a jego indeks jest na najwyższym poziomie w regionie. Wynosi aż 55,8 pkt i jest wzrostem o 4,8 pkt względem poprzedniego okresu. Delikatnie słabiej od oczekiwań wypadły Niemcy i Włochy. Lepiej wypadła z kolei Francja. W efekcie indeks dla całej Unii Europejskiej trafił dokładnie w oczekiwania analityków. Co ciekawe inwestorzy musieli mieć inny pogląd, gdyż po tych danych euro zaczęło umacniać się wobec dolara.

Gorsze dane nadeszły ze Szwajcarii. Indeks PMI wyniósł 49,5 pkt. Nie jest to wiele poniżej symbolicznej bariery 50 pkt rozdzielającej wzrost od recesji. Warto natomiast zwrócić uwagę, ze analitycy spodziewali się osiągnięcia 51,8 pkt. Druga ważna informacja z tego kraju do spadek sprzedaży detalicznej o 0,3% w skali roku. Szczególnie te ostatnie dane nie mogą dziwić. Mocna waluta wpływa na to, że z jednej strony kraj ten jest bardzo drogi na zewnątrz a z drugiej strony dla samych obywateli zakupy za granicą są znacznie atrakcyjniejsze. Jest to dobra wiadomość dla kredytobiorców frankowych, o których zapomniała ostatnio kampania wyborcza. Słabsze dane z gospodarki osłabiają bowiem franka, a zatem kupimy walutę na ratę kredytu odrobinę taniej. Nie jest to oczywiście reakcja podobna do tej ze stycznia, aczkolwiek wczorajszy ruch o około pół centima osłabienia na EUR/CHF powoduje, że przy niezmienionym kursie euro frank powinien być o 1,5-2 groszy tańszy.

Dane z USA zaniepokoiły rynki. Liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych okazała się o 3% większa od oczekiwań, aczkolwiek taki błąd nie jest niczym nadzwyczajnym przy tych danych. Większym problemem jest indeks ISM dla przemysłu, który w ciągu miesiąca spadł aż o 0,9 pkt do najniższego poziomu od przeszło dwóch lat. Rynki na razie nie zareagowały. Jeżeli poznamy kolejny gorszy pakiet z USA można spodziewać się sporej przeceny gdy inwestorzy będą odwracać pozycję. W chwili obecnej inwestują oni pod podniesienie stóp procentowych w USA. Gorsze dane powinny oddalać ten scenariusz.

Od rana poznaliśmy dane z Japonii. Stopa bezrobocia wzrosła i wynosi już 3,4%. Z drugiej strony wydatki gospodarstw domowych rosną o 2,9% wobec oczekiwanych 0,4%. Popyt wewnętrzny jest ważnym problemem Japonii, której obywatele mają silne skłonności do oszczędzania.

Dzisiaj na rynkach powinno być spokojniej. Zakończenie tygodnia przy dniach wolnych zarówno w Chinach jak Indiach zawiera właściwie tylko dane z USA:

  • 14:30 – USA – stopa bezrobocia i zmiany zatrudnienia,
  • 16:00 – USA – zamówienia na dobra i zamówienia w przemyśle

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

JR HOLDING S.A. dołącza do segmentu NewConnect Lead

JR HOLDING S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2012 r., decyzją GPW w Warszawie została zakwalifikowana do segmentu NewConnect Lead. Emitent dołączył tym samym do grona 26 największych i najpłynniejszych spółek z alternatywnego rynku.

GPW w Warszawie już po raz kolejny dokonała okresowej weryfikacji wskaźników i warunków, a Emitenci zostali zakwalifikowani do segmentu NewConnect Lead począwszy od dnia 01.10.2015 r. W ramach analizy ilościowej wyznaczane są wskaźniki rynkowe spółek za okres ostatnich 6 miesięcy i tylko te z nich, które spełniają określone kryteria, mogą trafić do segmentu NewConnect Lead. Do kryteriów tych można zaliczyć m.in.: średnią wartość kapitalizacji spółki, która musi przekraczać 5 mln EUR, a w wolnym obrocie musi znajdować się co najmniej 10% akcji spółki oraz średni kurs akcji spółki, który powinien być wyższy niż 50 gr, a jego średnia zmienność nie może przekraczać 15%. Akcje Emitenta muszą być również notowane na rynku NewConnect od co najmniej 12 miesięcy kalendarzowych. Spółki zakwalifikowane do segmentu NewConnect Lead mogą liczyć na szczególne oznaczanie w serwisach informacyjnych GPW oraz odrębną prezentację spółek w wynikach notowań.

„Zakwalifikowanie do segmentu NewConnect Lead to dla nas ogromne wyróżnienie. Bycie w gronie największych i najpłynniejszych spółek z alternatywnego rynku, które mają największe szanse spełnić kryteria dopuszczeniowe do przejścia na rynek regulowany powinno być także dla naszych Akcjonariuszy czytelnym sygnałem, że prowadzone przez Spółkę działania przekładają się na oczekiwane rezultaty. Świadczy to również spełnianiu  wysokich kryteriów w zakresie wykonywania obowiązków informacyjnych oraz stosowania zasad ładu korporacyjnego. W dalszym ciągu zamierzamy dbać o wysoki poziom komunikacji z rynkiem, bowiem przekłada się on pozytywnie na wizerunek Spółki oraz większe zaufanie do niej.” – ocenia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING S.A.

Spółka zmieniła w ostatnim czasie nazwę, co wynika z jej większej aktywności w różnych segmentach biznesowych oraz koncentracji na branżach stabilnych oraz dochodowych. Obecnie Emitent funkcjonuje jako Holding, w obrębie którego znajdują się podmioty działające w różnych branżach, m.in. nieruchomości oraz Odnawialnych Źródeł Energii. Każda ze spółek wchodzących w skład Grupy Kapitałowej jest rentowna dzięki efektywnemu sposobowi zarządzania. JR HOLDING S.A. zamierza koncentrować się na projektach inwestycyjnych, które cechują się stabilnością oraz posiadają dobre perspektywy do osiągania wysokich stóp zwrotu.

W skład Grupy Kapitałowej JR HOLDING S.A. wchodzą głównie podmioty działające na rynku nieruchomości komercyjnych. Ich głównym przedmiotem działalności jest nabywanie nieruchomości w atrakcyjnych cenach, a następnie ich modernizacja oraz zmiana struktury najemców, co pozwala na wzrost generowanych przychodów i uzyskiwanie wyższej kwoty ze sprzedaży tak zrestrukturyzowanych budynków. JR HOLDING S.A. poszerzył również prowadzoną działalność poprzez zwiększenie zaangażowania kapitałowego w branżę OZE.

Do końca 2016 roku zdolność przeładunkowa terminalu kontenerowego DCT w Gdańsku się podwoi. Pozwoli to konkurować mu z największymi portami w Europie

CEO Magazyn Polska

Trwa rozbudowa gdańskiego terminalu kontenerowego DCT. Łączny koszt inwestycji szacowany jest na 250 mln euro. Prace obejmują budowę nowego nabrzeża, które pozwoli na obsłużenie nawet największych kontenerowców. Uruchomienie nowego terminalu planowane jest na koniec 2016 roku. Dzięki inwestycji zdolność przeładunkowa DCT w Gdańsku podwoi się i wyniesie w sumie 3 mln TEU.

– DCT Gdańsk jest największym terminalem kontenerowym na Bałtyku. W tej chwili trwa projekt inwestycyjny warty ponad 200 mln euro, w wyniku którego powstanie kolejny terminal, właściwie nabrzeże dla największych statków pływających na świecie – mówi Adam Żołnowski, wiceprezes ds. finansowych DCT Gdańsk.

Po zakończeniu rozbudowy gdański terminal będzie w stanie przyjąć statki kontenerowe o długości nawet 400 m. Pozwoli to nie tylko umocnić pozycję lidera na Morzu Bałtyckim pod względem zdolności przeładunkowej, lecz także prowadzić skuteczną konkurencję z portami w Hamburgu i Rotterdamie.

– Dzięki tej inwestycji zyskuje nie tylko samorząd, lecz także zyskuje budżet państwa. Dzięki inwestycji wpływy z tytuły VAT-u i akcyzy, które trafiają do budżetu państwa, ulegną podwojeniu – zwraca uwagę Adam Żołnowski.

W 2014 roku DCT Gdańsk przeładował łącznie 1,2 mln kontenerów o długości 20 stóp (TEU), tym samym zbliżając się do maksymalnych możliwości przeładunkowych terminalu. Duże obłożenie posiadanych mocy było podstawą do podjęcia decyzji o budowie nowego nabrzeża. Po rozbudowie gdański terminal będzie mógł nominalnie przeładować do 3 mln TEU w ciągu roku. To tylko trzykrotnie mniej niż port w Hamburgu (największy po Rotterdamie port przeładunkowy w Europie).

– Inwestycja jest dosyć kompleksowa, ponieważ jest to realizowana w formule project finance, czyli z ograniczonym udziałem kapitału własnego oraz przy pewnego rodzaju ograniczeniach związanych z dzierżawą gruntu – wyjaśnia wiceprezes ds. finansowych DCT Gdańsk.

Ponieważ gdańska spółka nie posiada prawa własności do gruntu, na którym realizowana jest inwestycja, konieczne było nawiązanie partnerstwa publiczno-prywatnego. Finansowanie na realizację projektu udało się pozyskać od konsorcjum złożonego z 7 polskich i zagranicznych instytucji bankowych.

Zwiększenie mocy przeładunkowych ułatwi portowi obsłużenie klientów, których liczba w ostatnich kwartałach wyraźnie wzrosła.

– DCT do 2014 roku praktycznie współpracowało z jednym dużym klientem – największą linią oceaniczną na świecie. Od tego roku mamy tych klientów już praktycznie dziesięciu, a do grona naszych klientów dołączył kolejny z największych sojuszy oceanicznych, czyli G6 – wyjaśnia Żołnowski.

Rozbudowa terminalu kontenerowego DCT pozwoli zdywersyfikować portfel klientów oraz ułatwi liniom oceanicznym dostęp do swoich odbiorców. Do tej pory zmuszeni byli transferować swoje towary przy wykorzystaniu portu w Hamburgu. Nowe nabrzeże pozwoli na skrócenie czasu dostawy i obniży koszty transportu.

– Pierwszy krok, który wykonaliśmy, był bardzo istotny dla rozwoju regionu, a za nim idą kolejne. Myślę, że warto wspomnieć tutaj chociażby o budowie centrów logistycznych na zaplecze DCT. Są już magazyny, powstają chłodnie, tworzy się u nas prawdziwy klaster logistyczny związany z gospodarką portową – podsumowuje wiceprezes DCT Gdańsk.

Ardigen w ciągu najbliższego roku zaprezentuje pierwszy produkt z obszaru medycyny spersonalizowanej. Liczy na podbój USA i Europy Zachodniej

Należąca do Selvity spółka bioinformatyczna Ardigen zapowiada, że w ciągu roku zaprezentuje pierwszy produkt z obszaru medycyny spersonalizowanej. Najważniejszy dla firmy jest rynek amerykański, a w Polsce liczy na pozycję branżowego lidera.

– W najbliższym roku będziemy się koncentrować na części usługowej, równolegle pracujemy już nad produktem podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Janusz Homa, prezes zarządu spółki Ardigen. – Natomiast celem strategicznym ewidentnie jest produkt w obszarze medycyny spersonalizowanej. Liczę na to, że w przyszłym roku ten produkt już ujrzy światło dzienne i pierwsi klienci będą mogli z niego korzystać.

Medycyna spersonalizowana uważana jest za przyszłość lecznictwa na świecie. Opierając się na biologii molekularnej, pozwoli ona dobrać lek na chorobę konkretnego pacjenta. Jest to jednak metoda przyszłości, choć prace nad jej praktycznym zastosowaniem są bardzo zaawansowane. Ardigen jako firma bioinformatyczna będzie, jak informuje jej właściciel, kontynuować prace Selvity z dziedziny zarządzania informacją laboratoryjną, ale ma również poszerzyć jej ofertę o zindywidualizowane projekty bioinformatyczne i usługi z obszaru medycyny spersonalizowanej.

Spółka zapowiada, że jej produkt dotyczyć będzie onkologii, oferowany ma być także za granicą, zarówno ośrodkom onkologicznym, szpitalom i klinikom, jak i firmom farmaceutycznym i pacjentom. Dla firmy jest to szansa na zdobycie nowych rynków.

– Mamy dwa zdefiniowane silne rynki mówi Janusz Homa. – Najważniejszy jest rynek amerykański i równolegle rynek Europy Zachodniej. Na rynku polskim jesteśmy liderem, jeśli chodzi o systemy rozwiązań laboratoryjnych, i tutaj jak najbardziej pozycję lidera chcemy utrzymać. Na rynku polskim będziemy również oferować te produkty, które uda nam się stworzyć w obszarze medycyny spersonalizowanej.

Obecnie rynek bioinformatyki jest rynkiem wzrostowym, rocznie powiększa się o ok. 20 proc. Dziś jest on wart ok. 4 mld dol., a w ciągu najbliższych 5 lat ma osiągnąć poziom 13-14 mld dol.

– Jest to młody rynek, w związku z tym nie ma jeszcze problemów z bardzo silną konkurencją ocenia prezes zarządu Ardigen. – W tej chwili mamy przygotowaną ofertę poza genomiką i proteomiką również w obszarze metabolomiki i immunomiki, która jest w tej chwili zupełnie nowością na rynku światowym. Patrzymy na rynek globalnie, dlatego zweryfikowaliśmy już to z klientami zagranicznymi.

W I półroczu przychody Selvity przekraczały 24,6 mln zł i były o ponad milion złotych wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto spółki przekraczał 3 mln zł i był o 1 mln zł wyższy niż rok wcześniej. Jej spółka córka, rozpoczynając działalność, ma zapewnione finansowanie na poziomie 3,7 mln zł, z czego 2,7 mln zapewni firma matka, a resztę pozostali akcjonariusze. Ardigen, przejmując dotychczasową działalność bioinformatyczną Selvity, otrzymuje też dostęp do jej bazy klientów m.in. z branży biotechnologicznej, farmaceutycznej, medycznej, chemicznej, spożywczej, kosmetycznej, wydobywczej oraz energetycznej. Na stałe współpracuje z laboratoriami usługowymi, kryminalistycznymi i ośrodkami akademickimi z Polski oraz innych krajów. To jednak nie oznacza, że przed nową spółką stoją łatwe zadania.

– Jest to biznes niewątpliwie kapitałochłonny. Planujemy większość kapitału założycielskiego i cały zysk generowany przez część usługową przeznaczyć na rozwój produktu – przyznaje Janusz Homa, prezes Ardigen.

Dodaje, że są też okoliczności sprzyjające temu przedsięwzięciu.

– To jest biznes wysokomarżowy. Trudno mi teraz mówić o konkretnych wartościach, ale kiedy produkty już będą, to spodziewamy się, że ich rentowność będzie bardzo wysoka. Jeśli mówimy o części usługowej, to tutaj możemy się spodziewać marży na poziomie ok. 30 proc.

MM Prime TFI: Indeksy na zachodnich giełdach powinny rosnąć, gdy inwestorzy zaczną kupować przecenione akcje chińskich spółek

CEO Magazyn Polska

Narastający w Chinach kryzys nie powinien uderzyć w polską gospodarkę. Bardziej ucierpią kraje wysoko rozwinięte, które mają szerokie kontakty z firmami Państwa Środka. Na dłuższą metę jednak ich problemy powinny zostać rozwiązane przez zdecydowane działania, jakie podejmą zarówno władze chińskie, jak i Europejski Bank Centralny. Adrian Apanel z MM Prime TFI uważa, że najlepiej można będzie zarobić na akcjach spółek, które tanieją w związku z problemami Chin.

Chińska gospodarka, która przed dekadą rosła o kilkanaście proc. rocznie, rozwija się coraz wolniej. W tym roku ekonomiści szacują, że tamtejsze PKB wzrośnie o mniej niż 7 proc. W sierpniu, jak przyznały chińskie władze, eksport tego kraju spadł o ponad 5 proc., a import o blisko 14 proc. Pęknięcie bańki inwestycyjnej na giełdzie w Szanghaju pociągnęło w dół indeksy głównych giełd. Od połowy lipca niemiecki DAX stracił ponad 18 proc. (co prawda w ostatnich dniach pomógł mu też Volkswagen), a amerykański Dow Jones 10 proc.

W przypadku indeksów światowych mamy do czynienia ze spowolnieniem gospodarczym w Chinach, które pokazało nam na przestrzeni ostatnich tygodni, jak bardzo istotne będzie przełożenie tego, co się dzieje w Chinach, na wszystkie giełdy światowe tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adrian Apanel, zarządzający funduszami akcji i depozytowym MM Prime TFI. Zarówno spółki krajów rozwiniętych w Europie, jak i spółki amerykańskie bardzo dotkliwie zostały potraktowane właśnie przez to, co działo się w Chinach. To powolne pękanie bańki, które zostało już zapoczątkowane w połowie roku, sprawia, że pojawiło się ryzyko związane z inwestycjami, nawet w takich krajach, jak Niemcy, Francja czy Stany Zjednoczone.

W tym czasie polski indeks WIG20 stracił 10,1 proc. Zdaniem analityków jednak przyczyn słabych notowań polskich spółek poszukiwać można raczej na miejscu niż w Azji. Polskie akcje tanieją z powodu wyborczej niepewności na scenie politycznej. Po głosowaniu sytuacja powinna się ustabilizować i bez względu na sytuację w Chinach polskie akcje powinny zacząć odrabiać straty.

Wydaje się, że Polska była trochę na uboczu, nasza gospodarka nie jest tak mocno związana z gospodarką chińską jak gospodarka amerykańska, niemiecka czy francuska podkreśla Adrian Apanel. Natomiast wydaje mi się, że w pewnym momencie, kiedy już te spadki zostaną wytracone, jeżeli dodatkowy stymulus, takie dodatkowe czynniki, na które liczę, że rząd chiński wprowadzi do gospodarki, sprawi, że te spółki, które zostały mocno przecenione, powoli powrócą do łask inwestorów, to również rynki krajów takich jak Polska będą beneficjentami tych wzrostów.

Obecne spadki na światowych giełdach oznaczają jednak, że tam można oczekiwać najpoważniejszego odbicia w wyniku działań interwencyjnych, które przy wytraceniu potencjału spadkowego na giełdzie w Chinach mogą spowodować, że głównie spółki niemieckie, francuskie, hiszpańskie i włoskie będą ponownie rosły. Dodatkowo wesprzeć je może EBC.

– Mamy tutaj przed sobą potencjalne dodrukowanie pieniądza w strefie euro, drugą fazę luzowania ilościowego, o którym powoli zaczyna się spekulować mówi zarządzający funduszami akcji i depozytowym MM Prime TFI. Na chwilę obecną prezes Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi zapewnia, że przygląda się sytuacji na rynkach światowych, gospodarce chińskiej i presji deflacyjnej w Europie. Wydaje się, że kwestia zwiększenia tego programu QE w Europie, tego programu luzowania ilościowego, to kwestia dodatkowych stymulantów, ona może powrócić w kolejnym roku i z tego również korzystać będą spółki małe i średnie w rozwiniętych krajach Europy.

Obecnie europejska gospodarka zmaga się z niską inflacją, a niekiedy wręcz deflacją. Mimo realizowania programu QE, czyli skupu obligacji państw członkowskich strefy euro przez Europejski Bank Centralny, ceny nie zaczęły rosnąć, a we wrześniu nawet spadły o 0,1 proc. W tej sytuacji analitycy oczekują kontynuacji programu skupu obligacji, zwanego luzowaniem ilościowym. Dalsze pompowanie pieniędzy w rynek oznaczałoby ożywienie na europejskich giełdach.

Wydaje mi się, że będziemy na pewno zwracać uwagę nie tylko na sytuację na rynkach globalnych, lecz także na presję inflacyjną, a w tym momencie na środowisko deflacyjne w Europie, które niestety się pogłębia – podkreśla  Adrian Apanel z MM Prime TFI. Wydaje się, że to, co zostało zrobione do tej pory, czyli ta pierwsza faza programu QE, nie jest wystarczające i to na pewno będzie to miało wpływ na decyzje Europejskiego Banku Centralnego. Jeżeli inflacja nie będzie wracała do strefy euro, jeżeli nadal te wskaźniki aktywności gospodarczej będą na niskich poziomach, to możemy liczyć na poszerzenie tego programu w roku kolejnym.

Rośnie pozycja polskiego przemysłu chemicznego w Europie. Firmy z branży skupione są głównie na Mazowszu

Branża chemiczna jest jednym z motorów rozwoju gospodarczego. Tworzy nowe rozwiązania technologiczne i tym samym wspiera rozwój innych branż. Zatrudnienie jednej osoby w spółce chemicznej skutkuje stworzeniem czterech miejsc pracy w innych przedsiębiorstwach. Najwięcej firm z tej branży działa na Mazowszu. Wspierać je będzie Mazowiecki Klaster Chemiczny. O tym, jak to wsparcie powinno wyglądać, dyskutować będą eksperci z Polski i zagranicy podczas 6. Forum Rozwoju Mazowsza.

Branża chemiczna sprzyja innowacyjności, konkurencyjności oraz pomaga w rozwiązywaniu problemów technologicznych i pokonywaniu technologicznych barier w innych obszarach gospodarki. A polska chemia w niektórych obszarach należy do coraz silniejszych graczy w Europie.

– Jesteśmy szóstym rynkiem kosmetyków w Europie po takich potęgach jak Wielka Brytania, Francja czy Niemcy, które są dosyć naturalnie uznawane za kraje wiodące w tym obszarze podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Popik, członek zarządu Agencji Rozwoju Mazowsza oraz Europejskiej Sieci Regionów Chemicznych (ECRN). Najwięcej firm kosmetycznych jest na Mazowszu. Są tu duże rozpoznawalne marki, jak Dr Irena Eris, Bell, Eveline, oraz cała masa firm średnich i małych. Dodatkowo mamy też tutaj do czynienia z operowaniem w ramach łańcucha wartości.

Rozwój polskiego przemysłu kosmetycznego pociąga za sobą również rozwój przemysłu opakowaniowego, współpracę z producentami tworzyw sztucznych. Branża staje się znakiem rozpoznawczym Polski w Europie i na świecie. Dzięki niej rośnie liczby wdrożeń innowacyjnych w polskim przemyśle.

– Mamy do czynienia z innowacją w samej chemii, bo producenci chemii szukają nowych formuł i nowych sposobów udoskonalania już istniejących produktów – tłumaczy Piotr Popik. – Natomiast ogromnym obszarem, który wydaje się być naprawdę niezwykle obiecujący, jest właśnie wzmacnianie oddziaływania chemii na inne obszary gospodarki, na inne branże, i poprawiania ich wyników, poziomu ich innowacyjności, ich konkurencyjności poprzez ciekawe rozwiązania chemiczne. Bo musimy pamiętać, że to oddziaływanie technologiczne jest niesamowite, ponieważ inne branże określają kierunek, w którym chciałyby iść, ale to chemia musi rozwiązać problemy, które przed nimi stoją. Pokazuje, w jaki sposób dojść do zamierzonego celu poprzez pokonanie dotychczasowych barier technologicznych.

Rozwój branży w regionie wspiera Mazowiecki Klaster Chemiczny, który jest wpisany w strategię działalności Płockiego Parku Przemysłowo-Technologicznego. Został on stworzony wokół największej w tym regionie firmy chemicznej, czyli PKN Orlen.

– Zrozumienie działalności klastrowej jest coraz większe wśród przedsiębiorców mówi Zbigniew Bednarski, prezes zarządu Płockiego Parku Przemysłowo-Technologicznego. – W tej chwili mamy już ponad 109 podmiotów i kilkanaście czeka w kolejce na przyłączenie się do klastra. Cieszymy się również, że klaster chemiczny reprezentuje bardzo wiele dziedziny, począwszy od chemii gospodarstwa domowego, poprzez bardzo dobrze reprezentowaną branżę kosmetyczną czy chemię gospodarstwa domowego, aż po przemysł stalowy, który współpracuje z branżą chemiczną. Mamy firmy z kilkunastu obszarów, które upatrują swoją przyszłość właśnie we współpracy z branżą chemiczną.

W ramach klastra ma powstać stowarzyszenie, które będzie mogło się ubiegać o środki unijne, zgłaszać projekty do programów, np. takich jak Innochem, realizowanych pod auspicjami NCBiR. Planowane jest też przygotowywanie dobrego środowiska badawczo-rozwojowego dla grup projektowych, które się na Mazowszu wykrystalizowały. Klaster ma być centrum i zapleczem badawczo-rozwojowym rozwiązującym problemy, które pojawiają się w branży chemicznej.

– Mazowiecki Klaster Chemiczny to dobre miejsce do upowszechniania wiedzy na temat open innovation, bardzo dobrej obecnie dla budowania pozycji konkurencyjnej dla wielu firm – ocenia Magdalena Jackowska-Rejman, CEO techBrainers. – Chemia ma to do siebie, że jest w zasadzie wszechobecna, dlatego rozwiązania w tym obszarze i dostęp do tej wiedzy są bardzo ważne dla firm, zwłaszcza dla tych, które nie mają zespołów, które mogłyby takie problemy rozwiązywać. Dlatego o chemii i jej ważności w budowaniu polskich mocnych marek będziemy rozmawiać na 6. Forum Rozwoju Mazowsza 7 i 8 października na Stadionie PGE Narodowym.

Chodzi o dobrą organizację przemysłu chemicznego, bo – jak podsumowuje Piotr Popik z Agencji Rozwoju Mazowsza – jest to szansa dla całego przemysłu w regionie.

– Przyjmuje się, że dwa nowo stworzone miejsca pracy w chemii skutkują ośmioma miejscami pracy wygenerowanymi w innych branżach. W związku z tym możemy przemysł chemiczny potraktować jako pewną oś rozwojową, zarówno pod kątem właśnie innowacji, jak i poziomu konkurencyjności. Natomiast to, co jest równie istotne, to wkład chemii, po pierwsze, w ochronę środowiska, ponieważ to chemia musi na siebie wziąć największy ciężar, jeśli chodzi o redukcję zanieczyszczeń i poprawę efektywności technologii, również pod kątem energetycznym. Po drugie sektor chemiczny jest też nadzieją w ścieżce Komisji Europejskiej do ponownego uprzemysłowienia Europy, reindustrializacji – podsumowuje Piotr Popik.

Na umowach cywilnoprawnych pracuje 2 mln osób. 15 proc. z nich powinno mieć etat

CEO Magazyn Polska

1,5 mln Polaków jest zatrudnionych na umowy-zlecenia, zaś 0,5 mln – na umowy o dzieło. Umowy cywilnoprawne ze względu na mniejsze obowiązki w zakresie płacenia składek są bardziej korzystne dla pracodawców, zdarzają się więc nieprawidłowości przy ich zawieraniu. Nawet 15 proc. z 2 mln pracowników powinno być zatrudnionych na etacie, bo wykonywana przez nich praca spełnia szereg przesłanek ku temu.

Za osoby wykonujące pracę na podstawie umowy o dzieło nie opłaca się żadnych składek. Natomiast w przypadków umów-zleceń zleceniodawca ma obowiązek zgłosić zleceniobiorców do obowiązkowych ubezpieczeń, czyli emerytalnego, rentowego i wypadkowego, i musi opłacać składkę na ubezpieczenie zdrowotne. Zleceniobiorca może zaś przystąpić do dobrowolnego ubezpieczenia chorobowego – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Okułowicz z Departamentu Ubezpieczeń i Składek w ZUS.

Od wynagrodzenia wypłacanego z tytułu umowy-zlecenia składki ZUS potrącane są w różny sposób, w zależności od innych tytułów do ubezpieczeń, jakie posiada zleceniobiorca. Umowy o dzieło z zasady nie podlegają oskładkowaniu. Jeśli jednak umowy cywilnoprawne zostały zawarte z własnym pracodawcą, to składki są odprowadzane łącznie z przychodem z umowy o pracę.

Przy umowach o pracę, jest szerszy zakres obowiązkowych ubezpieczeń. Osoba zatrudniona na etacie podlega ubezpieczeniom na zasadach określonych dla pracowników, czyli obowiązkowo ubezpieczeniom emerytalnym, rentowym, chorobowemu, wypadkowemu, a także ubezpieczeniu zdrowotnemu – zaznacza ekspert ZUS.

W przypadku, gdy dana osoba wykonuje umowę-zlecenie i jednocześnie pracuje na umowę o pracę u innego pracodawcy, obowiązki ubezpieczeniowe są uzależnione od wysokości przychodu. Jeśli z umowy o pracę osiąga wynagrodzenie co najmniej równe minimalnemu, to z tytułu umowy-zlecenia będzie podlegała obowiązkowo tylko ubezpieczeniu zdrowotnemu. Jeśli wynagrodzenie jest niższe od minimalnego, ubezpieczenia emerytalne i rentowe będą obowiązkowe.

Umowy cywilnoprawne, takie jak umowa-zlecenie i umowa o dzieło są związane z Kodeksem cywilnym i wszelkie rozpatrywanie spraw ma miejsce w sądzie. Umowy-zlecenia są popularne, dotyczą wykonania określonej czynności w określonym czasie i dlatego często powtarzają się po sobie – wskazuje Maria Kacprzak-Rawa, rzecznik prasowy Okręgowego Inspektora Pracy w Warszawie. – Umowa o dzieło jest umową rezultatu, czyli wykonania dzieła, utworu czy statuetki.

Z danych GUS wynika, że na umowach cywilnoprawnych pracuje ok. 2 mln Polaków, z czego 1,5 mln jest zatrudnionych na umowy-zlecenia, zaś 0,5 mln na umowy o dzieło. Pracodawcy często jednak nadużywają umów śmieciowych. Przeprowadzone w ubiegłym roku kontrole PIP wykazały, że 15 proc. zawartych umów-zleceń spełniało warunki charakterystyczne dla umów o pracę, czyli wykonywanie czynności w miejscu i czasie wskazanym przez zleceniodawcę, pod jego ścisłą kontrolą.

Zlecenie ma wówczas znamiona stosunku pracy, w związku z tym można się zwrócić do inspektora pracy, który prosi pracodawcę o zawarcie umowy o pracę. Jeżeli to nie pomaga, pracownik może w sądzie pracy domagać się zawarcia umowy o pracę. Inspektor reprezentuje pracownika i zwraca się do sądu o ustalenie istnienia stosunku pracy – tłumaczy ekspertka PIP.

Wszelkie wątpliwości związane z prawidłowością umowy można omówić z prawnikami PIP. Pomogą oni też napisać pozew do sądu. W latach 2012–2013 ponad 12 tys. osób otrzymało umowę o pracę zamiast posiadanych umów-zleceń czy umów o dzieło.

Umowy cywilnoprawne nie są umową o pracę. Nie przysługuje ani urlop wypoczynkowy, ani odprawa, czyli świadczenia, które należą się osobom nawiązującym stosunek pracy – przypomina Kacprzak-Rawa.

Grupa Muszkieterów modernizuje sklepy i planuje otwarcie 500 kolejnych. Obroty w tym roku mają wynieść ponad 5,8 mld zł

CEO Magazyn Polska

Grupa Muszkieterów, zrzeszająca właścicieli sklepów Intermarché i Bricomarché, w pierwszym półroczu wygenerowała 2,75 mld zł obrotów. W całym roku mają one sięgnąć 5,85 mld zł. Żeby utrzymać tempo rozwoju na trudnym rynku i przy utrzymującej się deflacji, Grupa zmienia koncept sklepów Intermarché. Wprowadza też możliwość zamawiania zakupów przez internet i ich odbiór w sklepie. Przyjęta przez Bricomarché polityka cenowa przynosi bardzo dobre efekty. W ciągu pięciu lat pod szyldami obu sieci powstanie 500 nowych sklepów.

W najbliższych pięciu latach chcielibyśmy zwiększyć liczbę naszych placówek, zarówno dla sieci Intermarché, jak i Bricomarché, o 500 sklepów – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Patrick Renault, prezes zarządu Grupy Muszkieterów w Polsce. – Do końca tego roku przybędzie 15 sklepów Intermarché i 17 Bricomarché.

Grupa w pierwszym półroczu wygenerowała 2,75 mld zł obrotów. Do końca roku mają one oscylować wokół 5,85 mld zł. Sama sieć Intermarché wypracowała 2,09 mld zł obrotów.

Nasz rynek jest bardzo trudny. Wpływa na to deflacja, która na produktach spożywczych występuje od marca ubiegłego roku – mówi Krzysztof Waligórski, prezes dyrekcji handlowej Intermarché. – Nasza sieć i sklepy w nowym koncepcie radzą sobie przyzwoicie na tym rynku, notujemy wzrost obrotów.

Nowy koncept sklepów Intermarché uwzględnia zmieniające się preferencje klientów. Supermarkety będą miały nową aranżację, nowoczesny design, a także wzbogacą się o specjalne strefy produktowe.

Stawiamy na produkty świeże, dlatego w naszych sklepach jest wędzarnia (mięso rozbieramy na miejscu), piekarnia, cukiernia oraz stoisko z warzywami i owocami. Te działy zostały przez nas zaakcentowane. Duży nacisk położyliśmy też na produkty gotowe, czyli do szybkiego przygotowania, oraz na produkty bio. Jako sieć francuska chcieliśmy wyróżnić się także szerokim asortymentem win – wymienia Waligórski.

Zmiany wprowadzono już w czterech sklepach: w Poznaniu, Zielonej Górze, Kluczborku i Międzychodzie. Do końca października nowym wizerunkiem zyskają kolejne cztery placówki: w Obornikach Wielkopolskich, Śremie, Turku oraz Brzesku. Jak podkreśla Waligórski, na razie reakcja klientów na nowy koncept jest bardzo pozytywna.

90 proc. respondentów odpowiedziało, że koncept jest bardzo przyjazny. 50 proc. klientów zadeklarowało – co nas bardzo cieszy  że będą robili częściej niż do tej pory zakupy w tym sklepie. To też się przekłada na wyniki – przekonuje Krzysztof Waligórski.

I dodaje, że wszystkie nowe placówki będą uruchamiane już w zmienionym koncepcie.

Sieć we wrześniu wprowadziła także usługę Drive, czyli możliwość zamówienia zakupów przez internet i odbioru w sklepie. W ofercie jest blisko 7,5 tys. produktów.

W przypadku Bricomarché obroty w I półroczu sięgnęły 669 mln zł, to aż o 25 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2014 roku. Na tle rynku DIY (do it yourself) sieć rozwija się bardzo dynamicznie. Przewagą konkurencyjną jest polityka cenowa Bricomarché, która polega przede wszystkim na utrzymaniu cen na jak najniższym poziomie.

W I półroczu tego roku, dzięki zachowaniu takiej polityki, uzyskaliśmy aż 25-proc. przyrost obrotów – wylicza Marian Słomiak, pełnomocnik zarządu Grupy Muszkieterów ds. Bricomarché. – Daje nam to pierwsze miejsce na rynku supermarketów DIY i mocne czwarte miejsce na rynku hipermarketów i supermarketów.

Grupa Muszkieterów chce także rozwijać sieć przymarketowych stacji paliw Intermarché. W pierwszym półroczu otwarto pięć nowych placówek.

Grupa podjęła niedawno współpracę z Uniwersytetem Ekonomicznym w Poznaniu w celu otwarcia podyplomowego kierunku studiów „Zarządzanie sieciami handlowymi”. W ramach współpracy zajęcia prowadzić będą najlepsi specjaliści z Grupy Muszkieterów wraz z wykładowcami UEP.

Będą to zajęcia, które – mamy nadzieję – w najbliższej przyszłości przyniosą rezultaty i być może wejdą na stałe do program studiów na tej uczelni – twierdzi Patrick Renault, prezes Grupy. – Korzyści są dwojakie – uniwersytet zyska na kontakcie ze światem biznesu, a nam będzie łatwiej poznać świat studentów i dostosować ofertę zatrudnienia – dodaje.

Grupa Muszkieterów jest największą siecią franczyzową w kategorii supermarketów spożywczych i typu dom i ogród w kraju. Zrzesza ponad 270 przedsiębiorców zarządzających 224 supermarketami Intermarché, 57 stacjami paliw i 116 supermarketami Bricomarché. W centrali Grupy w dwóch magazynach logistycznych i 340 supermarketach pracuje ponad 14 tys. osób.

Duże nadzieje związane z uruchomieniem produkcji nowej Astry w Gliwicach. Opel liczy na znaczący wzrost sprzedaży, a resort gospodarki na przyspieszenie w branży

CEO Magazyn Polska

Opel spodziewa się, że produkowana w Polsce Astra piątej generacji pozwoli znacząco zwiększyć udział koncernu w polskim rynku. Rozpoczęcie montażu zaawansowanego technologicznie modelu jest ważne także dla regionu i całej gospodarki. Ministerstwo liczy na wzrost eksportu, nowe zamówienia i inwestycje w branży motoryzacyjnej.

Polska należy do szóstki największych producentów samochodów w Europie. Jest też liderem w produkcji i eksporcie części samochodowych. W zeszłym roku z krajowych fabryk na eksport trafiły samochody, części, akcesoria i podzespołów motoryzacyjnych warte ponad 18 mld euro.

W tym roku, także dzięki GM i wzrostowi produkcji w Gliwicach, przekroczymy 20 mld. Od trzech lat przemysł motoryzacyjny goni największą polską branżę eksportową, czyli wieś i rolnictwo, które w tym roku będzie miało 25,5 mld euro – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński.

Seryjna produkcja Astry piątej generacji, którą Opel rozpoczął 29 września, ma duże znaczenie zarówno dla branży, jak i dla całej gospodarki.

Przy montażu tych samochodów pracuje 3,9 tys. osób, a w fabryce silników już pracuje 500 osób. Wiele miejsc pracy powstanie wśród tych, którzy produkują opony, felgi, zawieszenia, tworzą odlewy, przekładnie i tak możemy wyliczać dalej. Mało kto o tym wie, że z 26 typów silników do samochodów osobowych produkowanych w Europie 16 powstaje w Polsce – podkreśla Piechociński.

Opel zajmuje czwartą pozycję na polskim rynku. Szefowie koncernu liczą jednak na to, że nowy model pomoże Oplowi w zdobyciu miejsca w pierwszej trójce. W ciągu ośmiu miesięcy 2015 roku sprzedaż Opla wzrosła o 18 proc. i osiągnęła poziom 21 700 samochodów, zwiększając udział koncernu do 7,8 proc.

Mamy już złożonych 30 tys. zamówień. W kolejnych miesiącach nowa Astra będzie wprowadzana na poszczególne rynki w Europie i wtedy zaczniemy prawdziwą sprzedaż. Astra stanowi 20 proc. naszej sprzedaży – informuje Peter Christian Küspert, wiceprezes ds. sprzedaży i obsługi posprzedażowej w Grupie Opel. – Nie chcemy mówić o prognozach sprzedaży nowej generacji, ale jesteśmy przekonani, że dilerzy i klienci pokochają nowy model, co wpłynie na wyniki sprzedażowe.

Rocznie w Polsce kupowanych jest ok. 350 tys. nowych samochodów. Zdaniem Piechocińskiego polski rynek stopniowo zwiększa swoją chłonność – ze względu na średni wiek pojazdów na polskich drogach można spodziewać się zwiększonych zakupów w kolejnych latach.

Dzięki inwestycji Opla w przyszłym roku produkcja samochodów w Polsce może przekroczyć 700 tys. Zyska na tym eksport, bo za granicę nadal trafiać powinno 98 proc. aut z Polski.

Jak podkreśla Andrzej Korpak, dyrektor General Motors Manufacturing Poland, większość produkcji z Gliwic trafia do Niemiec i Wielkiej Brytanii. Stopniowo po latach kryzysowych odradza się rynek hiszpański.

Także Turcja jest dla nas ważnym rynkiem. Turcy kupują od nas jeszcze poprzednią generację – wyjaśnia Korpak. – Będziemy też produkować kabriolet dla Amerykanów. Seryjną produkcję rozpoczniemy dopiero w listopadzie, ale auto już teraz budzi sensację i jest jednym z najczęściej reklamowanych samochodów.

Zdaniem Piechocińskiego rozpoczęcie produkcji nowej Astry będzie mieć duże znaczenie także dla innych firm z branży motoryzacyjnej. Wicepremier liczy na większe zamówienia dla przedsiębiorców i większe zainteresowanie polskim rynkiem innych koncernów motoryzacyjnych.

Dzisiaj w polskiej przestrzeni motoryzacyjnej brakuje nam jeszcze blachy na karoserię, stąd program Kraków Nowa Huta. Po modernizacji wielkiego pieca razem z Mittalem przystępujemy do modernizacji walcowni po to, żeby móc tam produkować blachę najnowszej generacji dla europejskich i nie tylko europejskich samochodów. Jeśli nam się to powiedzie, to tym samym potwierdzimy, że w Polsce warto otwierać nowe zakłady i nowe montownie bez nadmiernego finansowania ze strony publicznej – mówi Piechociński.

Zmiany w prawie autorskim czekają na podpis prezydenta. Twórcy zyskają na wypożyczeniach w bibliotekach

CEO Magazyn Polska

W tym roku duże zmiany w prawie autorskim. W sierpniu w życie weszła mała nowelizacja przepisów, kolejna – tzw. duża nowelizacja – czeka jeszcze tylko na podpis prezydenta. Zmiany będą dotyczyć m.in. dzieł sierocych i kwestii dozwolonego użytku. 

Nowelizacja ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych pozwoli na dostosowania polskich przepisów do wymogów prawa unijnego. Dotyczy m.in. kwestii dozwolonego użytku publicznego, czyli sytuacji, kiedy można skorzystać z utworu bez zgody twórcy i zapłaty wynagrodzenia. Takie prawo będą miały jak do tej pory wyłącznie instytucje oświatowe, ale będą mogły z niego skorzystać w większej liczbie przypadków, np. przy kursach online. Dokument reguluje też możliwość wykorzystania dzieł przez osoby fizyczne czy biblioteki.

Druga rzecz dotyczy wprowadzenia opłat bibliotecznych. Wydawca czy autor będzie dostawał rekompensatę z tego tytułu, że jego książka jest wypożyczana przez bibliotekę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy.

Szacowane wydatki na wynagrodzenia dla twórców i wydawców to 4-5 mln zł. Będą one pochodzić z dofinansowania przekazywanego przez resort kultury ze środków Funduszu Promocji Kultury. Tego typu rozwiązania wprowadziła już większość państw UE. Wynagrodzenie będzie przysługiwać autorom piszącym w języku narodowym, tłumaczom na język polski oraz twórcom grafik, ilustracji czy zdjęć, które są częścią danego utworu.

Kolejny punkt dużej nowelizacji dotyczy tzw. dzieł sierocych, czyli utworów, do których prawdopodobnie nie wygasły autorskie prawa majątkowe i jednocześnie nie ma możliwości dotarcia do właścicieli tych praw w celu uzyskania ich zgody na legalną eksploatację. W zbiorach polskich instytucji kulturalnych znajduje się wiele książek, czasopism czy utworów muzycznych i filmowych, które z powodu nieznajomości autora są wyłączone z użytkowania.

Przyjęto rozwiązania, które pozwolą wykorzystać to dzieło sieroce, a jednocześnie zobowiążą organizacje zbiorowego zarządu do tego, żeby wyszukała autora, twórcę czy wydawcę, po to, żeby potem zrekompensować płatność, która wpłynęła na jego konto za wykorzystanie tego dzieła sierocego – wyjaśnia Hoffman. – To samo dotyczy utworów niedostępnych w handlu.

Zgodnie z ustawą są to utwory wydane przed 1994 rokiem, których nie można kupić ani w internecie, ani w tradycyjnym obrocie. Archiwa, instytucje kultury, oświaty i jednostki naukowe będą mogły je digitalizować i udostępniać w sieci pod określonymi warunkami.

Kolejnym z istotnych założeń zmian w ustawie jest ułatwienie publikowania utworów nieobjętych ochroną praw autorskich, czyli pozostających w domenie publicznej. Nowe przepisy zdejmą z wydawców obowiązek odprowadzania 5 proc. uzyskiwanych w ten sposób przychodów, które do tej pory przekazywane były na Fundusz Promocji Twórczości. Fundusz ten zostanie zlikwidowany.

Duża nowelizacja została 11 września przyjęta przez Sejm po poprawkach Senatu. Teraz czeka na podpis prezydenta. Przepisy mają wejść w życie w styczniu 2016 roku.

To kolejna w tym roku zmiana w prawie. Mała nowelizacja weszła w życie 1 sierpnia br. Reguluje ona m.in. to, jak obliczać czas ochrony autorskich praw majątkowych do utworów słowno-muzycznych. Wydłuża też z 50 do 70 lat okres ochrony fonogramów i utrwalonych na nich wykonań, dzięki czemu twórcy będą mogli czerpać korzyści ze swoich dzieł znacznie dłużej.

Tych zmian w prawie na pewno potrzeba o wiele więcej. To jest np. kwestia uszczegółowienia dozwolonego użytku. Powstaje rozbieżność interesów twórców, wydawców i rynku, który chciałby mieć do wszystkiego dostęp, pobrać treści, miksować i robić na tej podstawie utwory. Ten problem będzie następował i trzeba go w sposób rozsądny załatwić – mówi Maciej Hoffman. – W Europie też dyskutują o tym, czy wprowadzić np. opłatę internetową. Tylko kto się na to zgodzi. Myślę, że problem ten będzie narastał.

Jak podkreśla, potrzebne są również zmiany w prawie prasowym, m.in. nowa definicja prasy czy dziennikarza.

Popołudniowy komentarz walutowy z 01.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 01.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Rynek Inwestycyjny w Europie Środkowej z potencjałem wzrostu w średnio-terminowej perspektywie

Według najnowszego raportu Rynek Inwestycyjny w Europie Środkowej I połowa 2015, przygotowany przez Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa BNP Paribas Real Estate Poland, pomimo wzrostu wolumenu kapitału poszukującego atrakcyjnych nieruchomości w Europie Centralnej, silnych podstaw ekonomicznych regionu, wyższych zwrotów w porównaniu do rynków zachodnich, całkowita wartość transakcji inwestycyjnych spadnie do końca roku o ok. 10-15%. Jednakże w kolejnych kwartałach można spodziewać się powrotu do trendu wzrostowego z uwagi na zwiększoną ilość produktów inwestycyjnych dostępnych na rynku w perspektywie 12-24 miesięcy.

W pierwszej połowie 2015 całkowita wartość transakcji w Europie Środkowej osiągnęła poziom 2.6 miliarda euro, 13.5% mniej w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Pomimo ogromu kapitału i większej ilości inwestorów zainteresowanych rynkami Europy Środkowej, do końca 2015 roku, wartość transakcji osiągnie poziom 6.8-7.1 miliarda euro, notując spadek o  10-15% w stosunku do tego samego okresu w 2014 r.

Anna Staniszewska, Dyrektor, Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland
Anna Staniszewska, Dyrektor, Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland

Niezaleznie od ilości kapitału zainteresowanego inwestycjami w regionie Europy Środkowej, w tym roku zauważymy spadek wartości transkacji w stosunku do ubiegłego roku. Głównych przyczyn należy upatrywać w ograniczonej ilości portefli transakcyjnych, niedostatku nieruchomości typu prime oraz dychotomii w oczekiwaniach właścicieli i inwestorów.” – komentuje autorka raportu, Anna Staniszewska, Dyrektor, Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland.

W ciągu pierwszego półrocza całkowita wartość transkacji w Czechach po raz pierwszy w historii była wyższa niż w Polsce osiągając poziom prawie 1.3 miliarda euro w stosunku do 800 millionów euro na polskim rynku. Zmiana na pozycji lidera spowodowana została spektakularną transakcją o wartości 570 millionów euro w Pradze. Węgry odnotowały 10 % udział w rynku, a Rumunia uplasowała się na nastepnym miejscu z ośmioma punktami procentowymi i  całkowitą wartością transakcji na pozimie 200 milionów euro. Pozostałe  1% zostało alokowane w Słowacji. Dotychczasowe zainteresowanie inwestorów, dostepność produktów inwestycyjnych oraz ich finansowania dla poszczególnych krajów powinny pozostać na podobnym poziomie w ciągu kolejnych kwartałów. Jednak wraz z końcem roku Polska ma szansę na odzyskanie pozycji lidera.

Kraje Europy Środkowej w ciągu ostatnich sześciu miesięcy zanotowały już kompresję stóp kapitalizacji w najważniejszych sektorach o 25-50 p.p.  Trend powinien utrzymać umiarkowane tempo zmian, szczególnie wobec ograniczonej perpektywy wzrostów poziomu czynszów w ciągu najbliższych 2-3 lat.

Mateusz Skubiszewski, Dyrektor, Capital Markets, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland
Mateusz Skubiszewski, Dyrektor, Capital Markets, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

“Kompresja stóp kapitalizacji w krajach i regionach zmusza inwestorów do poszukiwań na rynkach drugo-, a nawet trzeciorzędnych oraz brania pod uwagę projektów z dużym potencjałem rozwoju.” – mówi  Mateusz Skubiszewski, Dyrektor, Capital Markets, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland.

W toku budowy jest ogromna ilość produktów wysokiej jakości, których realizacja przewidziana jest w latach 2015-2018, szczególnie w Polsce, gdzie znajduje się 80% całkowitej podaży. Te wysokiej klasy nieruchomości powstające we wszystkich sektorach rynku będą magnesem dla potencjalnych inwestorów w średniookresowej perspektywie.

Axence z nowym Specjalistą ds. PR i Digital Marketingu

Jacek Konrad Dąbrowski, Starszy Specjalista ds. PR i Digital Marketingu Axence
Jacek Konrad Dąbrowski, Starszy Specjalista ds. PR i Digital Marketingu Axence

Axence – producent profesjonalnego oprogramowania do kompleksowego monitorowania i zarządzania sieciami komputerowymi – wzmacnia dział marketingu produktów. Do zespołu dołączył Jacek Konrad Dąbrowski, który objął stanowisko Starszego Specjalisty ds. PR i Digital Marketingu. Będzie odpowiedzialny m.in. za działania media relations w kraju i za granicą oraz rozwój kanałów digital firmy.

W Axence stawiamy na konsekwentną ewolucję i innowację we wszystkich działach począwszy od produkcji, przez sprzedaż, na nowoczesnym marketingu kończąc. Chcemy rozwijać naszą obecność w cyfrowych kanałach komunikacji, a w szczególności w mediach społecznościowych, koncentrujemy się także na zdobywaniu największych rynków, m.in. USA. Wierzę, że doświadczenie Jacka w kampaniach realizowanych dla międzynarodowych firm z branży IT oraz jego kreatywność, wspomogą nas w obecnych i przyszłych projektach – mówi Agnieszka Mikrut, PR and Marketing Manager w Axence.

Jacek Konrad Dąbrowski swoją przygodę z public relations zaczynał w warszawskiej agencji Partner of Promotion, gdzie wspierał zespół w projektach realizowanych na rzecz dużych klientów z branży IT, m.in. Samsung, Logitech, AMD. Następnie koordynował działania komunikacyjne dla klientów Genesis PR: spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie i jednocześnie liderów innowacji w swoich sektorach. Ostatnie dwa lata pracował jako Specjalista ds. PR w krakowskiej agencji Sarota PR, w której opiekował się klientami ICT (cyberbezpieczeństwo i akcesoria sieciowe) oraz start-upami technologicznymi.

Jest absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego na kierunku Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna oraz Szkoły Głównej Handlowej w zakresie Zarządzania Kulturą. Legitymuje się również certyfikatem Professional Diploma in Digital Marketing, wydawanym przez Digital Marketing Institute z Dublina.

III edycja badania Candidate Experience

Z ubiegłorocznej edycji badania „Candidate Experience” wynika, że choć 65% pracodawców uważa, że dba o relacje z kandydatami na wszystkich etapach procesu rekrutacyjnego, to w opinii większości kandydatów (57%) firmy nie dbają o ten obszar biznesu. Czy w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy postawy pracodawców uległy zmianie? Koalicja na rzecz Przyjaznej Rekrutacji postanowiła to sprawdzić i rozpoczęła trzecią edycję badania postaw i działań pracodawców w zakresie Candidate Experience.

W badaniu postawione zostaną pytania dotyczące dbania o relacje z kandydatami w czasie i po rekrutacji. Czy pracodawcy zdają sobie sprawę, że odczucia kandydatów mają wpływ na wizerunek firmy? Czy pracownicy wyższego szczebla włączają się w proces rekrutacji? Do udzielenia odpowiedzi na te i inne pytania już po raz trzeci zaprasza wszystkich pracodawców Koalicja na rzecz Przyjaznej Rekrutacji powołana z inicjatywy eRecruitment Solutions, właściciela platformy eRecruiter.

Tegoroczna edycja badania potrwa od 1 do 16 października br. Wypełnienie ankiety zajmuje kilka minut. Badanie jest anonimowe, a jego wyniki zostaną zaprezentowane w formie zbiorczej. W podziękowaniu za wypełnienie kwestionariusza, wszyscy ankietowani otrzymają pełny raport z wynikami, a co dziesiąty kod do Audioteki.

Link do badania: http://questionpro.com/t/ABpGbZS87n.

W ubiegłorocznej, drugiej edycji badania „Candidate Experience” wzięło udział 640 rekruterów oraz niemal 3,5 tysiąca kandydatów. Wówczas udowodniono, że proces rekrutacji ma zasadniczy wpływ na wizerunek przedsiębiorstwa. Niemal połowa kandydatów (46%), którzy wynieśli negatywne wrażenia z rekrutacji u danego pracodawcy, zmienia nastawienie do jego produktów lub usług na negatywne i rezygnuje z ich zakupu. Jaki wniosek wypłynie z kolejnego badania Candidate Experience? Zapraszamy do podzielenia się swoimi doświadczeniami i udziału w badaniu.

Badanie „Candidate Experience” składa się z dwóch części. Pierwsza dotyczy opinii pracodawców na temat doświadczeń kandydatów i jest realizowana wśród osób zajmujących się procesami rekrutacyjnymi w firmach. Druga część zawiera opinie kandydatów na temat rekrutacji, które są zebrane w ramach badania „Specjaliści na rynku pracy”, przeprowadzonego przez portal Pracuj.pl.

Cinkciarz.pl wprowadza nową markę Conotoxia na międzynarodowe rynki

Conotoxia to marka, którą Cinkciarz.pl wprowadza na międzynarodowe rynki. Spółka będzie realizowała usługi płatnicze i wymiany walut. Pierwsze akcje promocyjne rozpoczną się już wkrótce w USA.

Cinkciarz.pl oraz Conotoxia, będą funkcjonować równolegle wobec siebie. Łączą je założenia strategiczne i komunikacyjne. Nie zmieni się identyfikacja wizualna. Logo, kolorystyka i układ graficzny pozostają identyczne.

Spółka Conotoxia posiada licencję instytucji płatniczej. Cinkciarz.pl na mocy zawartej z nią umowy agencyjnej również może z tej licencji korzystać. To oznacza, że Cinkciarz.pl i Conotoxia są hybrydą, mogącą świadczyć usługi przekazów pieniężnych, płatności, przelewów oraz wymiany walut.

– Cinkciarz.pl to brand, w który od lat inwestujemy i z którego nie zamierzamy rezygnować. Jest niezwykle rozpoznawalny, mocny i jednoznacznie kojarzony z wymianą walut. Nie boimy się nazw silnych marketingowo. Jesteśmy pewni, że Polonia świetnie wyłapuje je w natłoku obcojęzycznych reklam. Jednocześnie rozszerzamy swój przekaz i wychodzimy poza sektor klientów posługujących się językiem polskim. Chcemy, aby z serwisu korzystali rodowici Amerykanie, Anglicy, Norwegowie i obywatele krajów na całym świecie – mówi Kamil Sahaj, dyrektor marketingu Cinkciarz.pl.

Kampania marketingowa Conotoxii rozpocznie się w krajach, w których nie obowiązuje wspólna, europejska waluta, a jednocześnie rynek bankowości elektronicznej jest najbardziej rozwinięty. Pierwsze akcje promocyjne rozpoczną się w USA, a następnie w Wielkiej Brytanii i krajach skandynawskich.