Czy Hiszpania podąży śladami Grecji?

Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI
Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI

W czerwcu Grecja musi spłacić kolejne transze pożyczki udzielonej przez „wielką trójkę”. Sporo osób zastanawia się, czy to realne. Wiele wskazuje na to, że aby bez kolejnej transzy pomocy uregulować wszystkie czerwcowe zobowiązania wobec MFW (w czerwcu łącznie 1,6 mld euro, płatne w 3 transzach), Grecja musiałaby wybierać pomiędzy ich uregulowaniem a wypłatą świadczeń dla własnych obywateli (emerytury, zasiłki, płace w sektorze publicznym). Jeżeli spojrzymy na tę kwestię z perspektywy greckich rządzących, wybór wydaje się dosyć oczywisty. Rosnącą niepewność w sprawie porozumienia Grecji z wierzycielami potwierdza nasilający się odpływ depozytów gospodarstw domowych i firm z greckich banków. Ich wartość w kwietniu spadła do 133,7 mld euro. Niestety dla rynków istotnie rzutuje to na sentyment do europejskich aktywów. Sytuacja jest o tyle trudna, że szacując ryzyko Grexitu lub Graccidentu, równie dobrze można by rzucić monetą – szanse pozytywnego i negatywnego zakończenia impasu wydają się wyrównane.

Choć jest to jedno z większych, to jednak nie jedyne zmartwienie europejskich inwestorów. Nie mniej ważny jest rozwój sytuacji w Hiszpanii. Interesująco prezentują się wyniki majowych wyborów regionalnych i samorządowych w tym kraju. Co prawda dominującą siłą polityczną pozostaje Partia Ludowa premiera Mariano Rajoya, ale wciąż rośnie poparcie dla ugrupowania Podemos, które można określić mianem hiszpańskiej Syrizy. Pokazuje to, że w Europie powraca fala oporu społecznego przed zaciskaniem pasa i trudnymi reformami gospodarczymi. Według negatywnego scenariusza, gdyby ta tendencja utrzymała się do wyborów parlamentarnych (ich konkretnej daty jeszcze nie znamy, ale nie mogą się one odbyć później niż 20 grudnia tego roku), mogłoby dojść do powtórki scenariusza greckiego – tyle że w znacznie większej skali, bo musimy pamiętać, że Hiszpania jest czwartą co do wielkości gospodarką w strefie euro.

Z kolei w USA nie doszło jeszcze do rozstrzygnięć, które wyznaczyłyby kierunek dla rynków, choć oczywiście to, co dzieje się za oceanem, przykuwa uwagę inwestorów. Po serii rozczarowujących danych z amerykańskiej gospodarki na początku tego roku koniunktura zaczęła się poprawiać. W II kwartale spodziewany jest wzrost PKB rzędu 2,5% lub więcej. Na to nakłada się wyższy od oczekiwań wzrost inflacji bazowej i spadek stopy bezrobocia (do 5,4% w kwietniu) w okolice poziomów, przy których powinna pojawić się coraz większa presja na wzrost płac ze strony amerykańskich pracowników (a to z kolei także powinno sprzyjać wzrostowi inflacji). Z tego powodu jest niemal pewne, że do podwyżek stóp procentowych w USA dojdzie jeszcze w tym roku. Inwestorzy w zasadzie zgadzają się co do tego, że Fed podejmie decyzję już na wrześniowym posiedzeniu. Jeśli sprawdzi się historyczna prawidłowość, że spadki indeksu S&P 500 następują zazwyczaj 3–4 miesiące przed podwyżką stóp, w czerwcu amerykańską giełdę może nawiedzić korekta.

Obligacje IPF o wartości 200 mln zł wyemitowane

0

IPF Investments Polska („IPF IP”) spółka zależna firmy International Personal Finance („IPF”, właściciela Provident Polska) zakończyła dziś emisję obligacji o wartości 200 mln zł, o pięcioletnim terminie wykupu przypadającym na rok 2020. Oprocentowanie obligacji jest zmienne i równe jest stawce 6 miesięcznego WIBORu powiększonego o marżę w wysokości 4,25%.

Pomyślne zakończenie tej transakcji jest częścią naszej strategii pozyskiwania długoterminowych funduszy, przy niższych kosztach i ze zróżnicowanych źródeł. Dzięki dostępowi do lokalnego rynku obligacji w Polsce, najbardziej znaczącego kraju dla biznesu IPF, mogliśmy zebrać fundusze w walucie lokalnej, od szerokiej bazy inwestorów krajowych – mówi Adrian Gardner Dyrektor Finansowy IPF.

Wpływy z nowej emisji zostały częściowo wykorzystane do odkupienia wyemitowanych w roku 2010 przez IPF IP obligacji o wartości 90,6 mln zł z dniem wykupu przypadającym na 30 czerwca 2015 roku, o zmiennym oprocentowaniu opartym o 6 miesięczny WIBOR powiększony o marżę w wysokości 7.50%. Pozostałe obligacje z tej transzy, o wartości 109,4 mln zł, zostaną spłacone w dacie ich wymagalności.

Transakcja została zorganizowana przez dwa polskie banki, które są częścią dużych, międzynarodowych grup bankowych. Pokazuje ona nasze stałe zaangażowanie na polskich rynkach finansowych – akcje IPF są równolegle notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie i w Londynie; a obligacje będą notowane w Warszawie w ramach alternatywnych systemów obrotu organizowanych przez GPW i BondSpot SA. Wpływy zostaną wykorzystane na inwestycje w przyszły wzrost naszego biznesu pożyczek domowych i internetowych w Polsce i na świecie – dodaje Adrian Gardner.

Prowadzącymi Księgę Popytu były: Bank Polska Kasa Opieki S.A oraz Bank Zachodni WBK S.A..

Jesteśmy bardzo zadowoleni z nowej emisji i zaufania, jakim obdarzyli nas inwestorzy lokujący środki na rynku instrumentów dłużnych w Polsce – podkreśla Piotr Cybulski Treasury Manager odpowiedzialny za transakcję.

 

NeedApp Poznań chce „zmobilizować” mieszkańców

Czy wirtualne rozwiązanie może przełożyć się na aktywność jego użytkowników w realnym świecie? Odpowiedź na to pytanie możemy poznać już wkrótce podczas NeedApp Poznań. W ramach wydarzenia tworzone będą aplikacje mobilne zachęcające poznaniaków do angażowania się w życie miasta. Wezmą w nim udział firmy programistyczne, przedstawiciele władz, aktywiści miejscy i inne osoby, którym bliskie są sprawy Poznania. Efekty ich prac poznamy już w czerwcu.

NeedApp Poznań odbędzie się w dniach 20-21 czerwca. Będzie to trzecia edycja wydarzenia zainicjowanego przez ECDF mKlaster – lokalną instytucję otoczenia biznesu dążącą do wzmocnienia pozycji wielkopolskich firm na rynku, rozwoju technologii mobilnych i pobudzania innowacyjności w regionie. NeedApp Poznań organizowany jest przy współpracy z Urzędem Miasta Poznania, które jako cel wydarzenia ustanowiło stworzenie aplikacji zachęcającej poznaniaków do dbania o wspólne dobro.  – Nawet najdrobniejsza aktywność mieszkańców na rzecz dokonywania pozytywnych zmian w bliższym i dalszym otoczeniu może przełożyć się na widoczne i niepodważalne efekty. Dlatego tak ważne jest dla nas wsparcie ich zaangażowania, jak również zaoferowanie nowoczesnych narzędzi do brania czynnego udziału w życiu miasta. Wierzymy, że zarówno formuła NeedAppa, zakładająca skupienie się na potrzebach odbiorców, jak i jego efekt w postaci aplikacji mobilnej, zapewnią rozwiązanie ułatwiające poznaniakom kształtowanie obrazu własnej okolicy.  – mówi Agnieszka Kępa z Wydziału Zdrowia i Spraw Społecznych Urzędu Miasta Poznania.

NeedApp Poznań chce „zmobilizować” mieszkańcówNeedApp opiera się na autorskiej formule składającej się z dwóch elementów. Pierwszym z nich są warsztaty kreatywne, które dzięki użyciu metody Design Thinking i energicznej pracy grupowej pozwalają na wypracowanie pomysłów na rozwiązania konkretnych problemów. W przypadku NeedApp Poznań osoby biorące udział w tej części będą tworzyły koncepcje dla mieszkańców – młodszych, starszych, z różnych branż i środowisk, również osób, którym grozi wykluczenie społeczne. Uczestnikami warsztatów będą przedstawiciele władz i świata nauki, miejscy aktywiści, społecznicy oraz przedstawiciele najróżniejszych branż. Rekrutacja jest otwarta i chęć udziału w mogą zgłaszać wszystkie osoby zainteresowane tworzeniem rozwiązań dla miasta oraz poznaniem innowacyjnej metody Design Thinking stosowanej przez największe światowe marki.

Koncepcje wypracowane w pierwszym etapie zostaną przekazywane firmom programistycznym uczestniczącym w hackathonie (maratonie kodowania), który stanowi drugi element NeedAppa. Przez następną dobę tworzą one prototypy aplikacji mobilnych rywalizując o zlecenie na realizację swojego projektu. W ten sposób w nieco ponad 30 godzin powstaną zaawansowane koncepcje odpowiadające na zadany temat. Zwycięski projekt zostanie wdrożony i oddany do użytku poznaniakom. – Sukces poprzednich edycji przekonuje, że nasza formuła sprawdza się w praktyce i może być stosowana do opracowywania rozwiązań najróżniejszych problemów. Cieszymy się, że Urząd Miasta Poznania zaufał naszej nietypowej, ale efektywnej metodzie i że może ona posłużyć do realizacji celów społecznych wpisując się przy okazji w trend „smart cities” mówi Marcin Paradowski, koordynator ECDF mKlaster.

Coraz łatwiej o pracę na wakacje, rosną również wynagrodzenia

Zapotrzebowanie na pracowników w czasie wakacyjnym co roku powiększa liczbę dostępnych na rynku ofert o kilka tysięcy miejsc pracy. Jak wynika z obserwacji ekspertów agencji zatrudnienia Manpower, w miesiącach poprzedzających sezon letni liczba ofert pracy tymczasowej, na zasadach której zatrudniani są często pracownicy w okresie wakacyjnym, wzrasta o ok. 10-12% w porównaniu do okresu poprzedniego. Rosną również wynagrodzenia. W większych aglomeracjach i ośrodkach miejskich stawki zwiększyły się nawet o ok. 15-20%  w ujęciu rocznym.

Jak wynika z obserwacji ekspertów agencji zatrudnienia Manpower, w miesiącach poprzedzających sezon letni liczba ofert pracy tymczasowej, na zasadach której zatrudniani są często pracownicy w okresie wakacyjnym, wzrasta o ok. 10-12% w porównaniu do okresu poprzedniego. Pierwsze rekrutacje pracowników zaczynają się już wczesną wiosną, a prawdziwy bum na prace sezonowe przypada na początek wakacji. Jest to związane ze wzmożoną potrzebą wsparcia pracowniczego podczas występujących okresowo pików produkcyjnych w branży spożywczej, przetwórstwa spożywczego czy kosmetycznej, ale również z potrzebą poszukiwania pracowników na zastępstwo podczas najbardziej urlopowego okresu w roku.

–  Popyt pracodawców na dodatkowe wsparcie podczas wakacji z roku na rok jest coraz większe, czego efektem jest zwiększenie liczby miejsc pracy, wyjaśnia Tomasz Walenczak, Dyrektor Operacyjny w agencji zatrudnienia Manpower. – Trudno w tym momencie oszacować całkowitą liczbę ofert, jakie będą czekały na nas do prac wakacyjnych w tym roku, bo jest to uzależnione od różnych czynników jak choćby aura pogodowa. Obserwując jednak rynek oraz decyzje pracodawców, możemy prognozować wzrost liczby miejsc pracy o ok. 12-15% w porównaniu do roku poprzedniego. Rosną też wynagrodzenia. W większych aglomeracjach i ośrodkach miejskich stawki w ujęciu rocznym zwiększyły się nawet  o ok. 15-20%. Dotyczy to takich regionów jak wielkopolskie, mazowieckie, pomorskie, śląskie, czy dolnośląskie. Z kolei w ośrodkach pozamiejskich, których struktura pracy często bazuje na działalności rolniczej lub okołorolniczej, ten skok jest mniejszy, utrzymując się na poziomie inflacyjnym, i wynosi ok. 1-4% – komentuje Tomasz Walenczak.

Firmy, które najczęściej zgłaszają zapotrzebowanie na wsparcie pracowników w okresie letnim
i przedwakacyjnym to zwykle przedsiębiorstwa prowadzące szeroko pojętą działalność handlową, usługową i dystrybucyjną, zajmujące się przetwórstwem warzyw i owoców, rolnicze oraz budowlane. Pracowników poszukują również firmy eventowe, administracyjne, a także centra usług dla biznesu. Pośród dostępnych ofert, znajdują się także stanowiska biurowe na zastępstwo, głównie recepcyjne oraz związane z prostymi pracami administracyjnymi, jak i fizyczne, czyli np. propozycje dla pakowaczy, magazynierów, roznosicieli ulotek, hostess.

Prócz możliwości dodatkowego zarobku, prace w miesiącach letnich mogą być okazją do zdobycia doświadczenia zawodowego i poszerzenia swoich kwalifikacji, co ułatwi dalsza drogę na rynku pracy.
To również szansa na objęcie stanowiska, o które czasem trudniej jest ubiegać się w pozostałych sezonach roku. Poszukiwani są m.in. pracownicy produkcji, magazynierzy, roznosiciele ulotek, hostessy, a także pracownicy biurowi.

Wyzwaniem, z którym borykają się pracodawcy jest nie tylko zrealizowanie rekrutacji w stosunkowo krótkim czasie, ale również pozyskanie osób, które będą wystarczająco zmotywowane do wykonywania pracy okresowej. Z tego powodu też coraz częściej decydują się na przekazanie całego procesu do agencji zatrudnienia, która gwarantuje im pozyskanie pracowników w wyznaczonym czasie. Przekazanie tego zadania doświadczonym konsultantom agencji zatrudnienia daje pracodawcy pewność dobrze przeprowadzonej selekcji zatrudnionych osób. Mający wiedze rynkowa rekruterzy dbają o to, by pozyskani pracownicy rzeczywiście posiadali kompetencje niezbędne do dobrego wykonywania powierzanych im zadań, a także by mieli wystarczającą motywację do działania, co ma później swoje przełożenie
na efekt.

Zwykle pracownicy sezonowi zatrudniani są na zasadach umów zlecenia lub też umów o pracę tymczasową. Zatrudnienie pracowników tymczasowych to często zbawienne rozwiązanie dla pracodawców. Gwarantuje nie tylko sprawniejszą obsługę zwiększonej ilości klientów oraz zamówień, jaka przypada dla przedsiębiorców w tym okresie, ale także pozwala zminimalizowanie dodatkowe koszta, które w innym wypadku związane by były z koniecznością samodzielnej rekrutacji potrzebnego w tym czasie pracodawcy personelu.

Ile Polskę kosztują długie weekendy?

Przed nami kolejny długi weekend. Boże Ciało wypada w czwartek, więc wystarczy wziąć urlop w piątek, by mieć cztery dni wolne. Bardzo wielu ludzi skorzysta z tej możliwości. Polacy pracują dużo i wolne nam się należy. Jednak nie ma nic za darmo. Każdy długi weekend kosztuje polską gospodarkę miliardy złotych.

W 2015 roku czekają nas 252 dni robocze i 113 dni wolnych, czyli o dwa mniej niż w 2014. Z 13 dni ustawowo wolnych od pracy, dwa przypadną w soboty, a cztery w niedzielę. Doliczając do tego co najmniej 20 dni płatnego urlopu w roku okazuje się, że ponad 1/3 roku jest wolna od pracy. Jednocześnie Polacy należą do jednego z najbardziej zapracowanych narodów na świecie – w pracy spędzamy średnio 1940 godzin rocznie. Dla porównania Niemcy pracują średnio 1388 godzin rocznie, a Francuzi – 1489 godzin rocznie.

– Niestety, co 10. Polak spędza w zakładzie pracy ponad 60 godzin tygodniowo. Jednocześnie zarabiamy mało. Przeciętne polskie wynagrodzenie stanowi ok. 40% średniej UE (23% niemieckiej), przy stosunkowo wysokiej wydajności pracy, która stanowi już blisko 70% unijnej przeciętnej. Innymi słowy, pracujemy dużo, zarabiamy mało, więc wolne nam się należy – stwierdza Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Nie zmienia to faktu, że każdy długi weekend to spory koszt dla gospodarki. Ma on duży wpływ na dane makroekonomiczne, np., liczba dni pracy ma duży wpływ na wyniki produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Z analizy Bankier.pl wynika, że jeden dodatkowy dzień wolny, z którego skorzysta ok. 50% wszystkich zatrudnionych kosztuje ok. 0,3% PKB. Oznacza to, że zwiększona liczba urlopów w trakcie długich weekendów powoduje stratę dla gospodarki w wysokości ok. 4,5-5 mld zł.

– Z drugiej strony, nie można dodatkowego dnia wolnego traktować jako bezwzględną stratę. Ludzie po wypoczynku pracują lepiej, bardziej efektywnie, mają lepsze pomysły, są bardziej innowacyjni. Innymi słowy, może być tak, że jeden dodatkowy dzień urlopu sprawi, że po powrocie do pracy będziemy efektywniej dokładać się do PKB. Jest to bardzo trudne do zmierzenia, ale nie jest tajemnicą, że w nowoczesnych gospodarkach skrócony czas pracy i dłuższe urlopy dla pracowników traktuje się jako inwestycję, a nie koszt – dodaje Łukasz Piechowiak.

 

Rynek Pracy Specjalistów w maju 2015

W maju opublikowano na portalu Pracuj.pl 35 974 ofert pracy, co oznacza 5% wzrostu w porównaniu z majem 2014 r. Miniony miesiąc był kolejnym potwierdzającym stałą tendencję wzrostową polskiego rynku pracy. Najwięcej ofert pracy opublikowano dla branż handel i sprzedaż, bankowość finanse i ubezpieczenia oraz dla przemysłu ciężkiego. Najdynamiczniej przyrasta liczba ofert pracy dedykowanych inżynierom oraz specjalistom obsługi klienta.

Jakie branże zatrudniały w maju?

 Niezmiennie najwięcej ofert pracy opublikowano z branży handel i sprzedaż, było to 7 140 ofert, co stanowiło jedną piątą wszystkich majowych ogłoszeń o pracę. Jednak w stosunku do maja 2014 roku odnotowano w tej branży niewielki, bo 2%, spadek liczby ofert. Branża bankowość, finanse i ubezpieczenia utrzymuje drugą po liderze pozycję z 15% udziałem w ogólnej liczbie opublikowanych w maju ogłoszeń.

Na trzecim miejscu uplasował się przemysł ciężki z 3 247 ogłoszeniami o pracę. W przypadku tej branży odnotowano znaczący, 13%, wzrost liczby ofert porównując dane rok do roku. Najwięcej ogłoszeń o pracę z branży przemysł ciężki skierowano do specjalistów handlu i sprzedaży, inżynierów oraz specjalistów produkcji, najbardziej w porównaniu z majem 2014 r., wzrosło zapotrzebowanie w tej branży na specjalistów obsługi klienta – o 34%.

Budownictwo nie traci impetu

W maju budownictwo i nieruchomości było branżą, która odnotowała, największy, bo 15%, wzrost ofert pracy w porównaniu z majem 2014 r. Najwięcej ogłoszeń o pracę z tej branży skierowano do osób odpowiedzialnych za handel i sprzedaż – 868 ofert, ekspertów budownictwa – 776 ofert oraz inżynierów 562 oferty. Najdynamiczniej natomiast przyrastała liczba ogłoszeń z tej branży skierowanych do osób odpowiedzialnych za obsługę klienta – aż 60% wzrostu rok do roku oraz za handel i sprzedaż, o 23% więcej ogłoszeń niż przed rokiem. Nie maleje także popyt na specjalistów budownictwa – ofert skierowanych do nich było o 10% więcej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego.

Dla jakich specjalistów maj był łaskawy?

 W maju najwięcej pracy było dla specjalistów handlu i sprzedaży – opublikowano dla nich 13 443 ogłoszeń, co stanowiło 37% wszystkich ogłoszeń. Poszukiwano także finansistów – 5 793 ogłoszeń o pracę, specjalistów IT – 4 855 ofert oraz inżynierów – 3 571 ofert.

Najdynamiczniej rok do roku przyrosło zapotrzebowanie na inżynierów – wzrost o 19% w porównaniu do maja 2014 r. oraz specjalistów obsługi klienta – wzrost o 7% rok do roku. Inżynierów poszukiwały przede wszystkim branże: przemysł ciężki,  budownictwo i nieruchomości, handel i sprzedaż, przemysł lekki oraz telekomunikacja i zaawansowane technologie. Najwięcej specjalistów obsługi klienta potrzebnych było firmom z branży handel i sprzedaż – 2212 ofert z tej branży oraz bankowości – 1324 ofert.

Gdzie było najłatwiej o pracę w maju?

 Najwięcej ofert pracy opublikowali pracodawcy z województwa mazowieckiego – 8 033, wzrost o 9%  rok do roku, dolnośląskiego 3637, wzrost o 8,5% rok do roku oraz województw małopolskiego i śląskiego.  W maju najchętniej zatrudniały firmy największe – powyżej 250 pracowników – opublikowane przez nie oferty stanowiły niemal jedną trzecią ogółu ogłoszeń. Z kolei największy przyrost zapotrzebowania na pracowników odnotowały, porównując z majem 2014r., przedsiębiorstwa średnie (51-250 pracowników) i wyniósł on w maju 2015 r. 21,5%.

Także po stronie pracowników widać utrzymujący się optymizm i wzmożoną aktywność w poszukiwaniu nowej pracy. W maju na portalu Pracuj.pl zarejestrowało się ponad 78 tysięcy nowych użytkowników co oznacza 21% wzrost w porównaniu z majem 2014 r. Znacząco, o 10,12%, zwiększyła się także liczba wysyłanych aplikacji na oferty pracy (porównując maj 2015 do maja 2014).

Rynek Pracy Specjalistów w maju 2015

 

200 mln zł na innowacje w rolnictwie i leśnictwie oraz rozwój technologii przyjaznych środowisku

Oszczędniejsze wykorzystanie zasobów wodnych, poprawa jakości powietrza poprzez innowacyjne rozwiązania dla rolnictwa niskoemisyjnego, nowe technologie przemiany biomasy na energię elektryczną i ciepło – to zaledwie kilka z projektów, które wspiera Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach strategicznego programu badań naukowych i prac rozwojowych „Środowisko naturalne, rolnictwo i leśnictwo” – BIOSTRATEG. 9 czerwca rusza nabór wniosków w drugim już konkursie. Do rozdysponowania jest 200 mln złotych.

Program, oprócz podniesienia międzynarodowej pozycji Polski w badaniach naukowych i pracach rozwojowych, ma na celu transfer do otoczenia społeczno-gospodarczego innowacyjnych rozwiązań opracowanych przez korzystających ze wsparcia NCBR naukowców. Realizacja programu daje też szansę na zwiększenie udziału polskich zespołów badawczych w projektach i inicjatywach w ramach unijnego programu Horyzont 2020.

Lena Kolarska-Bobińska Minister nauki i szkolnictwa wyższego
Lena Kolarska-Bobińska
Minister nauki i szkolnictwa wyższego

– Dynamicznie zmieniająca się rzeczywistość niesie wiele wyzwań, którym muszą sprostać naukowcy. Polska, podobnie jak inne kraje, musi działać na rzecz zapewnienia zrównoważonego rozwoju, odpowiedzialnego zarządzania zasobami naturalnymi oraz efektywnej produkcji rolnej. W programie BIOSTRATEG wspieramy najlepsze projekty, które wprowadzają nowatorskie rozwiązania, będące odpowiedzią na te wyzwania  –  mówi minister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Lena Kolarska-Bobińska.
Program BIOSTRATEG obejmuje pięć obszarów badawczych , tj.:

  • bezpieczeństwo żywnościowe i bezpieczeństwo żywności;
  • racjonalne gospodarowanie zasobami naturalnymi ze szczególnym uwzględnieniem gospodarki wodnej;
  • przeciwdziałanie i adaptacja do zmian klimatu, ze szczególnym uwzględnieniem rolnictwa;
  • ochrona bioróżnorodności oraz zrównoważony rozwój rolniczej przestrzeni produkcyjnej;
  • leśnictwo i przemysł drzewny.

– Potencjał produkcyjny polskiego rolnictwa i leśnictwa oraz jakość środowiska naturalnego zależą od zdolności do wdrażania innowacyjnych technologii produkcji oraz racjonalnego gospodarowania zasobami naturalnymi. Efekty prac badawczych realizowanych w ramach programu BIOSTRATEG przełożą się na wzrost innowacyjności tych sektorów polskiej gospodarki, a co za tym idzie lepszą jakość życia Polaków – mówi dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski

Budżet II konkursu to 200 mln zł. Środki te będą przeznaczone na dofinansowanie projektów obejmujących badania naukowe, prace rozwojowe oraz działania związane z przygotowaniem do wdrożenia wyników projektów. O dofinansowanie mogą się ubiegać  konsorcja  złożone z co najmniej trzech podmiotów. Minimalna wartość dofinansowania projektu to 10 mln zł, a maksymalny czas realizacji projektu to 36 miesięcy. Nabór wniosków będzie trwał od 9 czerwca do 24 lipca.
Program BIOSTRATEG realizowany będzie do 2019 roku. Jego całkowity budżet wyniesie 500 mln zł. W pierwszym, rozstrzygniętym w grudniu zeszłego roku konkursie dofinansowanie w wysokości ponad 130 mln zł otrzymało 9 najlepszych spośród 67 ocenianych przez ekspertów projektów. W ramach projektów objętych wsparciem NCBR naukowcy pracują m.in. nad metodami innowacyjnego żywienia w zrównoważonej produkcji drobiarskiej, zwiększenia oszczędności zasobów wodnych i poprawy jakości powietrza dzięki wykorzystaniu retencyjnej wody opadowej, nową technologią bezpośredniej przemiany biomasy na energię elektryczną i ciepło oraz nowymi rozwiązaniami dla rolnictwa niskoemisyjnego, zdolnego do adaptacji do zmian klimatu.

Wciąż dużo niejasności wokół niemieckiej płacy minimalnej. Postępowanie KE nie kończy sprawy

Bartosz Najman, prezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców
Bartosz Najman, prezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców

Wciąż nie wiadomo, w jakim zakresie polscy kierowcy muszą otrzymywać niemiecką płacę minimalną. Komisja Europejska stwierdziła, że obowiązuje ona przy transporcie wewnątrz Niemiec, ale niejasne są warunki jej stosowanie przy przewozach między Niemcami i Polską. Bruksela uznała wprawdzie przepisy za naruszające unijne prawo, ale wyjaśnienie sprawy może potrwać nawet kilka lat.

Komisarze unijni sprawdzali zgodność uregulowań niemieckich z prawem unijnym i stwierdzili, że transport w części dotyczącej kabotażu [przewozów w całości wewnątrz Niemiec przez zagraniczne firmy – red.] podlega pod niemieckie rozporządzenie, natomiast tranzyt w całości nie podlega. Przewozy dwustronne, czyli takie jak np. z Polski do Niemiec i z Niemiec do Polski również podlegają, ale z pewnymi wyjątkami. Niestety, Komisja Europejska nie określiła, jakie to są wyjątki – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Najman, prezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

W połowie maja Komisja Europejska poinformowała, że rozpocznie postępowanie w sprawie stosowania przepisów o niemieckiej płacy minimalnej w obszarze transportu. Bruksela uznała, że wymaganie, by zagraniczni przewoźnicy płacili kierowcom jedynie przejeżdżającym przez Niemcy co najmniej 8,50 euro za godzinę, jest naruszeniem unijnej zasady swobody świadczenia usług.

Decyzja Brukseli nie rozwiązuje jednak problemu m.in. polskich firm transportowych. Do tej pory przepisy były zawieszone, a kontrole praktycznie nie były prowadzone. Najman twierdzi, że niemieckie służby od początku roku sprawdziły polskich przewoźników tylko trzy razy. Wiele firm nie wywiązywało się z obowiązku raportowania czasu pracy kierowców na terenie Niemiec, wiedząc o braku kontroli. Teraz to się jednak zmieni.

Po tej negatywnej dla Polski decyzji Komisji Europejskiej większa część przewoźników zacznie zgłaszać swoich pracowników do strony niemieckiej i dostosowywać się do regulacji ustawy MiLoG, bojąc się ogromnych sankcji finansowych, jakie strona niemiecka może nałożyć – ocenia Najman. – Należy przypomnieć, że kary uregulowane w niemieckiej ustawie mogą sięgać nawet 0,5 mln euro.

Najman ocenia decyzję jako negatywną dla Polski, bo na pewno podniesie koszty działania przewoźników wykonujących kabotaż na terenie Niemiec. Niejasne są przepisy dotyczące przewozów z i do Niemiec. Jedynie w tranzycie na pewno niemiecka płaca minimalna nie ma zastosowania.

Wyjaśnienie pozostałych wątpliwości oraz zlikwidowanie uznanych za naruszające unijne prawo niemieckich regulacji może potrwać nawet kilka lat. Ekspert przypomina, że teraz Komisja Europejska będzie prowadziła postępowanie, które może skończyć się wnioskiem do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Dopiero unijny trybunał może wymusić na Niemcach zmianę prawa pod sankcją wysokich kar finansowych.

Możemy spodziewać się uszczegółowienia wyjątków dotyczących transportu dwustronnego, bo to bardzo ważna dla Polski kwestia. W późniejszym czasie musimy oczekiwać wyjaśnień strony niemieckiej, mają one przyjść do dwóch miesięcy od postanowień Komisji. Później będzie wymiana informacji między Komisją a Niemcami i dopiero po upływie określonego czasu Komisja Europejska może, choć nie musi, wszcząć postępowanie w ETS – tłumaczy Najman.

Według niego cała procedura potrwa co najmniej dwa lata, a przez ten czas polscy przewoźnicy będą musieli stosować się do niemieckich przepisów.

Najman zaznacza jednak, że medialne doniesienie o kosztach dla polskiej branży transportowej są nieco przesadzone. Niemiecka płaca minimalna będzie dla nich dużym obciążeniem, ale już teraz za dzień pracy kierowcy w tym kraju polskie firmy płacą ok. 55 euro. Najman podkreśla, że przy dostosowaniu polityki płacowej i wliczeniu w płacę części kosztów związanych m.in. z ryczałtem za nocleg czy dietą, podwyżka nie jest już tak wysoka.

2 czerwca w Brukseli odbyło się spotkanie Czechów, których również silnie dotyka ta regulacja, z przedstawicielami KE i PE. Na spotkaniu urzędnicy potwierdzili, że w związku z pojawiającymi się problemami w zakresie regulacji transportowych Komisja Europejska przygotuje Pakiet Mobilności, czyli propozycje przepisów w sektorze transportu. Ma on opierać się na trzech filarach: opłatach drogowych, aspektach społecznych i rynku wewnętrznym. Pakiet ma być gotowy w drugiej połowie przyszłego roku, ale już wkrótce mogą rozpocząć się konsultacje.

Zdjęcie z Polski procedury nadmiernego deficytu pozwoli zwiększyć wydatki budżetowe. Przynajmniej o 3 mld zł

Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion
Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion

Odmrożenie płac w budżetówce, obniżka VAT-u, pieniądze na pierwszą pracę dla młodych. Na takie dodatkowe wydatki budżetowe możemy liczyć, jeżeli UE ostatecznie zdecyduje się zdjąć z Polski procedurę nadmiernego deficytu. Rozmach przy zwiększaniu wydatków będzie jednak zależeć od rozwoju sytuacji gospodarczej. 

Polska została objęta procedurą nadmiernego deficytu przed sześciu laty. To rodzaj ostrzeżenia ze strony KE, informującym o tym, że zadłużenie jest zbyt duże i przekracza 3 proc. PKB. Przez ostatnie lata rząd wydawał więc pieniądze oszczędniej, a gospodarka przyspieszała. W tym roku deficyt ma spaść poniżej 3 proc., w związku z czym Komisja Europejska zarekomendowała zdjęcie z Polski procedury nadmiernego deficytu. Decyzję tę musi potwierdzić jeszcze Rada, ale sprawa wydaje się przesądzona.

W czerwcu procedura nadmiernego deficytu zostanie najpewniej zniesiona, bo rekomendacja Komisji Europejskiej jest jednoznaczna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Jednak do tego, żeby procedura została znowu uruchomiona, brakuje 0,2 punktu procentowego, czyli około 3 mld zł.

Teraz polski budżet będzie mógł być tworzony z nieco większym rozmachem, ale rząd powinien zachować umiar.

Poszaleć możemy na 3 mld zł, a nie na 30, 50 czy 60 mld zł – mówi Kuczyński.

To zdecydowanie za mało, by spełnić niektóre obietnice, jakie padły w czasie kampanii prezydenckiej. Ich spełnienie wymaga dziesiątków miliardów, a na takie kwoty Polski nie stać. Jeżeli jednak gospodarka nadal będzie przyspieszać, to rząd będzie mógł dysponować nieco większymi środkami.

Jeżeli gospodarka będzie się rozwijała szybciej, to deficyt może spaść do 2,5 proc. czy nawet 2 proc. Jeden punkt procentowy to jest 16 mld zł, więc wtedy już można trochę poszaleć – ocenia Piotr Kuczyński, zwracając uwagę na to, że politycy mają już  sporo pomysłów, które chcą realizować. – W tej chwili już się mówi o odmrożeniu płac w budżetówce. To już się naprawdę należy. Niewykluczone, że jeżeli będzie naprawdę dobrze w gospodarce, to VAT wróci do 22 proc. nie w styczniu 2017, a już w 2016 roku. Mamy też 100 tys. osób zatrudnionych w pierwszej pracy, co ma kosztować rocznie 2,5 mld, choć według mnie niewiele to da.

Program „Pierwsza praca” proponowany przez Bronisława Komorowskiego w kampanii prezydenckiej został przejęty przez koalicję rządową. Projekt wpłynął do Sejmu. Dzięki dopłatom do wynagrodzenia osób młodych pracę ma znaleźć 100 tys. osób poniżej 30. roku życia.

Prognozy wzrostu polskiego PKB są optymistyczne. Rząd zakłada, że wzrośnie on o 3,4 proc. Międzynarodowy Fundusz Walutowy uznał ostatnio, że może to być nawet wzrost o 3,5 proc. Wyniki pierwszego kwartału wskazały na dynamikę rozwoju na poziomie 3,6 proc.

To, że rząd jest ostrożny w swoich ocenach wzrostu gospodarczego, oznacza, że działa według zasady najwyższego bezpieczeństwa całego budżetu. A kto ma rację w prognozach, to jak zwykle okaże się po fakcie, bo prognozy są tylko po to, żeby je zmieniać – uważa główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion

Jak przypomina Piotr Kuczyński, w gospodarce jest zbyt wiele niewiadomych, by precyzyjnie ocenić to, jak naprawdę będzie się rozwijała.

Gdyby na Ukrainie znów zaczęło coś się dziać, to pewnie lekko przyhamowałaby nasza gospodarka i wtedy sytuacja byłaby gorsza. Grecja też na chwilę może popsuć nastroje. Jest dużo niepewności, ale biorąc pod uwagę dzisiejsze warunki, można powiedzieć, że polska gospodarka jest skazana na wzrost – mówi analityk.

5 proc. substancji spalanych w polskich piecach jest zabronionych. Wymyślony w Polsce dron pomoże wykryć, kto zatruwa powietrze w miastach

Michał Kierul, prezes zarządu Softblue SA
Michał Kierul, prezes zarządu Softblue SA

Polacy zbyt często używają w piecach szkodliwych paliw. Nawet 5 proc. tego, co trafia na opał, mogą stanowić substancje zabronione. W rezultacie problem zanieczyszczonego powietrza jest coraz poważniejszy. Wiele miast jest więc zainteresowanych technologiami, które pozwoliłyby wykryć, co wydostaje się z kominów do atmosfery.

Około 5 proc. spalanych substancji w Polsce są to substancje zabronione – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Kierul, prezes zarządu Softblue SA. – Tysiące osób umiera z powodu ich spalania. Problem jest coraz bardziej odczuwalny przez mieszkańców. Są uzdrowiska, które za chwilę mogą przestać nimi być właśnie z racji zanieczyszczenia powietrza spowodowanego niską emisją.

Softblue, firma specjalizująca się w biznesowym wykorzystywaniu wynalazków inżynierów i naukowców, od początku 2014 roku pracuje nad stworzeniem dronów do badania poziomu zanieczyszczenia powietrza. AirDron może zbierać również informacje o tym, z czego składa się dym wydobywający się z komina, a tym samym dostarczać danych o gospodarstwach używających materiałów zabronionych w celach grzewczych.

Większość dużych miast w Polsce wyraziła chęć przystąpienia do uczestnictwa w tym projekcie, do zakupu takiego urządzenia bądź skorzystania z naszych usług. Wierzymy, że potencjał tego rynku jest potężny i że będziemy czołowym dostawcą takich rozwiązań zarówno w Polsce, jak i w Europie – mówi Michał Kierul.

Przekonuje, że wpływ projektów badawczo-rozwojowych na codzienne życie, w tym na bezpieczeństwo i zdrowie ludzi, będzie coraz większy. Nowe technologie znajdują coraz więcej zastosowań. Dla przykładu ForestDron firmy Softblue będzie monitorował obszary leśne pod kątem pożarów, składowania śmieci czy nielegalnej wycinki i kradzieży drewna. Spółka pracuje też nad rozwiązaniami, które pomogą w diagnostyce chorób serca. System SoftHeart umożliwia badania serca w widmach niesłyszalnych, a SoftGene wykrywanie modyfikacji genetycznych, np. w żywności, i badania pokrewieństwa.

Innowacje to podstawa gospodarki wielu krajów rozwiniętych, naszych zachodnich sąsiadów – zwraca uwagę prezes Softblue SA. – Tam bardzo dużo inwestuje się w sektor B+R, a to przekłada się na dużą stopę zwrotu. Polska jest na trudnym etapie, bo stopień innowacyjności polskiej gospodarki jest jednym z najniższych w Europie. Ale to jest właśnie nisza, którą trzeba wykorzystać i którą można przekuć w dobry biznes. Wierzymy, że to się uda.

Firma zaznacza, że jej model biznesowy jest unikalny na skalę europejską. Wyrosła z doradztwa w projektach europejskich i teleinformatyki, a obecnie stała się operatorem nowych technologii. Od 2012 roku w spółce funkcjonuje dział badań i rozwoju, który teraz skupia się na trzech obszarach: biotechnologii, teleinformatyce i programowaniu.

Wierzymy, że dzięki synergii tych działań możemy być liderem w Polsce i Europie w zakresie komercjalizacji wyników badań sekcji badawczo-rozwojowej w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw – zaznacza Michał Kierul.

Inwestorów do miast przyciąga długofalowa strategia rozwoju i silny kapitał ludzki

Valentino Castellani, były burmistrz Turynu
Valentino Castellani, były burmistrz Turynu

Wieloletnia strategia rozwoju miasta, dostępność dobrych ośrodków edukacyjnych, budujących kapitał ludzki, właściwe relacje między sektorem publicznym a prywatnym oraz dobre przywództwo. To najważniejsze elementy, które decydują o atrakcyjności inwestycyjnej miasta. Nawet najmniejsze ośrodki powinny nawiązywać dzisiaj relacje o zasięgu globalnym.

By miasto przyciągało inwestorów, musi przede wszystkim mieć bardzo wyraźnie lub przynajmniej dobrze zdefiniowaną, długofalową strategię rozwoju miasta, wspólną dla mieszkańców i władz, czyli najważniejszych partnerów – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Valentino Castellani, były burmistrz Turynu. – Wspólna, długofalowa wizja jest warunkiem wstępnym, jeśli miasto chce być atrakcyjne i wiarygodne dla inwestorów.

Polskie miasta wciąż stosunkowo słabo wypadają w rankingach atrakcyjności inwestycyjnej. Jak wynika z najnowszego raportu „Emerging Trends in Real Estate Europe 2015” opracowanego przez firmę doradczą PwC oraz Urban Land Institute (ULI), rośnie zainteresowanie rynkami najbardziej dotkniętymi przez kryzys finansowy oraz miastami spoza tzw. pierwszej ligi.

W tegorocznym zestawieniu pierwsze miejsca zajęły Berlin, Dublin oraz Madryt. Ale najwyższy wzrost odnotowały Ateny (o 23 pozycje), Amsterdam (o 17 pozycji), Lizbona (o 17 pozycji), Madryt (o 16 pozycji) i Birmingham (o 14 pozycji). Warszawa znalazła się na 14. miejscu (w 2014 roku była na jedenastym). Stolica Polski, tak jak rok temu, pozostaje najbardziej atrakcyjną lokalizacją w Europie Środkowo-Wschodniej dla nieruchomości komercyjnych.

Jest wiele czynników, które decydują o konkurencyjności miasta – zauważa Valentino Castellani. – Jednym z nich jest edukacja, czyli umiejętności mieszkańców i kapitał ludzki. Chodzi o uniwersytety oraz centra badawcze, które są ważnym atutem.

Pokazuje to przykład Berlina, lidera zestawienia PwC. Miasto, które wcześniej było skoncentrowane raczej na wspomaganiu przedsięwzięć krajowych, obecnie otwiera się na kapitał zagraniczny. Z uwagi na wysoki poziom wykształcenia mieszkańców stolica Niemiec wskazywana jest jako atrakcyjne miejsce inwestycyjne dla spółek technologicznych oraz medialnych, zaś młody wiek tamtejszej populacji skłania firmy do przedsięwzięć budowlanych i deweloperskich.

Jak podkreśla Castellani, poza edukacją potrzebne są dobre relacje pomiędzy sektorem publicznym a prywatnym.

Po trzecie, ważne jest systemowe podejście do problemów w tym sensie, że na przykład kwestie środowiskowe muszą być połączone z wydajnością inwestycji. I w końcu konieczne jest dobre przywództwo – uważa Valentino Castellani.

Szczególnie w przypadku największych ośrodków – zdaniem byłego burmistrza Turynu – istotny jest także stopień globalizacji.

Warszawa jest stolicą, więc o wiele ważniejsze niż w ośrodkach lokalnych jest dla niej dobre połączenie ze środowiskiem globalnym – precyzuje Valentino Castellani. – Mniejsze miasta nie są tak połączone, ale dla każdego z nich, nawet najmniejszego, prawdziwym wyzwaniem jest dzisiaj nawiązywanie tego rodzaju relacji.

Jego zdaniem dla miast najważniejsze są inwestycje, które tworzą miejsca pracy,

Inwestorzy powinni stawać się stopniowo partnerami władz i przyjmować odpowiedzialność, dzieląc cele razem z lokalną społecznością, do której takie przedsięwzięcia są adresowane – mówi ekspert.

Prof. Valentino Castellani był burmistrzem Turynu z ramienia centrolewicowej koalicji od 22 lipca 1993 do 31 maja 2001. Specjalizuje się w zagadnieniach związanych z transmisją danych.

Rośnie sprzedaż mięsa kosztem jego przetworów i wędlin

Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso
Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso

Polacy wzorem europejskich konsumentów spożywają coraz więcej mięsa kosztem jego przetworów i wędlin. Powoli przekonują się także do kupowania mięsa paczkowanego. Na rynku jest coraz więcej tego typu produktów funkcjonalnych, dopasowanych do potrzeb konsumenta, np. dania do szybkiego przygotowania czy w mniejszych porcjach.

Polacy wciąż jedzą najwięcej wędlin spośród wszystkich mieszkańców Europy. Z danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej spożycie wędlin wynosi ok. 40 proc. spożywanego mięsa, ale z roku na rok maleje. Obecnie preferencje kulinarne Polaków kierują się w stronę mięsa, a nie przetworów mięsnych. Podobne tendencje występują także w innych krajach europejskich.

Polska jeszcze do niedawna była pozytywnym przykładem kraju, gdzie konsumuje się bardzo dużo wędlin. Ale wynikało to m.in. z tradycji produkcji i dobrej jakości wędlin. Polacy byli przyzwyczajeni do konsumpcji dobrych, tradycyjnych i jakościowych wędlin, z czego Polska słynie w całej Europie. Ten trend się w tej chwili odwraca na korzyść mięsa – mówi agencji informacyjnej Newseria Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso.

Według GUS spożycie mięsa surowego w ubiegłym roku wzrosło o 1,4 proc. Ekspert podkreśla, że zmieniające się kulinarne preferencje Polaków odbiją się na obrotach firm z branży mięsnej. Segment wędlin jest bowiem segmentem droższych produktów niż segment samego mięsa.

Wymusza to też zmiany w kierunku rozwoju branży. Polacy coraz chętniej sięgają po mięso paczkowane, mimo że jeszcze do niedawna nie byli do niego przekonani. Z danych firmy Drosed wynika, że konsumenci bardzo często postrzegają bowiem zapakowane mięso jako produkt pełen konserwantów, a więc szkodzący zdrowiu. Eksperci przekonują jednak, że opakowanie daje większe możliwości prześledzenia drogi od hodowcy do sklepu, a co za tym idzie –większą kontrolę nad tym procesem. Najszybciej rośnie sprzedaż paczkowanego drobiu.

W tym też kierunku będzie pewnie inwestowała branża, czyli w kierunku innowacyjności, dopasowania produktu do potrzeb konsumenta, zarówno pod względem jakościowym czy smakowym, jak i pod względem samego opakowania produktu. Czyli produktu, który będzie można szybko przygotować jako danie główne, lub produktu, który będzie odpowiedniej wielkości – mówi Witold Choiński.

Zapakowane próżniowo mięso można przetrzymywać bez otwierania nawet do dwóch tygodni. Folia, w którą produkt jest zapakowany, nie wpływa na smak ani zapach mięsa.

Europejskie ligi piłkarskie z rekordowymi przychodami. Polska wciąż w tyle

Grzegorz Kita, prezes zarządu Sport Management
Grzegorz Kita, prezes zarządu Sport Management

Europejskie ligi piłkarskie zarabiają więcej niż kiedykolwiek w historii. Jak wynika z raportu Deloitte, w sezonie 2013/2014 ich przychody przekroczyły 20 mld euro. Wzrost napędza przede wszystkim pięć największych lig – angielska, niemiecka, hiszpańska, włoska i francuska. Polskie kluby są daleko w tyle, a powodem jest m.in. zbyt mały nacisk na kwestie sponsoringu i marketingu.

Piłka nożna w Europie jest silna jak nigdy. Pomimo ostatnich lat, które możemy określać w ekonomii mianem lat kryzysów o rozmaitych charakterze, które przetaczały się przez gospodarki, to właściwie każda wartość, którą generuje europejski rynek futbolowy, wzrasta – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes zarządu Sport Management.

Z raportu Deloitte wynika, że najwyższe przychody uzyskała angielska Premier League – w sezonie 2013/2014 było to 3,9 mld euro (wzrost o 29 proc. w stosunku do poprzedniego sezonu). 13-proc. wzrost do 2,3 mld euro zanotowała niemiecka Bundesliga, a 3-proc. wzrost do 1,9 mld hiszpańska La Liga. Wzrosły również przychody włoskiej Serie A oraz francuskiej Ligue 1. Razem tych pięć lig odpowiadało za ponad 60 proc. przychodów wszystkich europejskich rozgrywek piłkarskich na szczeblu krajowym.

Mniejsze ligi zarabiały jednak znacznie mniej, a polska jest wyraźnie w tyle. Jak tłumaczy Kita, powodem jest przede wszystkim wciąż zbyt mały nacisk na działania sponsoringowe i marketingowe nie w wymiarze czysto sportowym, ale jako element strategii klubu jako spółki.

Nasz start nastąpił rzeczywiście dopiero około 1990 roku i to, co kluby angielskie, hiszpańskie, włoskie czy niemieckie robiły przez cały właściwie XX wieku, my robimy dopiero dwudziesty któryś rok – zaznacza Kita. – Dzisiaj większym problemem w klubach piłkarskich staje się zarządzanie o charakterze marketingowym czy strategicznym, pomijając działkę sportową, niż same działania o charakterze marketingowo-promocyjno-sponsoringowym.

Jak wyjaśnia Kita, kluby i ligi piłkarskie czerpią przychody z trzech obszarów: praw do transmisji meczów, dni meczowych (czyli m.in. biletów oraz handlu na stadionie) oraz sponsoringu. Jak wynika z raportu Deloitte, dla lig najważniejsze są przychody od stacji telewizyjnych – w sezonie 2013/2014 wyniosły one dla pięciu głównych lig 5,4 mld euro. To właśnie ligi najbardziej korzystają na tego typu kontraktach. Najczęściej bowiem spółka zarządzająca rozgrywkami zawiera jedną umowę z nadawcą, a potem dzieli wpływy między kluby. Inaczej jest jedynie w Hiszpanii, gdzie każdy klub sam zawiera umowę, ale wkrótce się to zmieni.

Sponsoring przyniósł pięciu największym ligom w sezonie 2013/2014 4 mld euro, a wpływy z dni meczowych wyniosły 1,9 mld euro. To ostatnie źródło, choć najmniejsze z punktu widzenia całych lig, jest jednak kluczowe bezpośrednio dla klubów.

Kita dodaje, że kluby mogą jeszcze korzystać z czwartego źródła przychodów – sprzedaży zawodników.

Klub piłkarski jest bardzo specyficzną formą organizacji, specyficzną firmą, i to jest w pewnym sensie jego podstawowa działalność. Transfery także mają swoje znaczenie, natomiast na poziomie lig podstawowe są przychody z praw telewizyjnych, o wiele mniejsze, ale też znaczne przychody o charakterze sponsoringowym. Natomiast kluby generalnie konsumują to, co uda im się wytworzyć w ramach dnia meczowego – tłumaczy Kita.

Jak wyjaśnia Kita, o ile działania w obszarze sponsoringu i wpływów z dni meczowych są w polskich klubach prowadzone na dobrym, a często nawet ponadprzeciętnym poziomie, o tyle przez brak strategicznego podejścia przychody są wciąż znacznie niższe niż w Europie Zachodniej.

Sama pozycja działów marketingu, PR, promocji czy nawet funkcje rzecznika prasowego są zbyt słabe w poszczególnych klubach, są zbyt słabo dofinansowane, żeby prowadzić działania na większą skalę. W niektórych klubach piłkarskich widzę bardzo ciekawe akcje promocyjne czy marketingowe, ale ich cechą wspólną jest to, że one są pojedyncze, incydentalne – ocenia Kita.

Raport Deloitte wskazuje jednak, że mimo wielkich przychodów tylko dwie z pięciu największych lig (Bundesliga i Premier League) zanotowały zysk. Najbardziej rentowna była liga angielska, która łącznie zanotowała ponad 800 mln euro zysku operacyjnego, a wiodący klub (Manchester United) miał zysk na poziomie ok. 160 mln euro.

Eksperci Deloitte wyliczyli, że w sezonie 2016/2017 rynek europejskiej piłki nożnej będzie wart 25 mld euro.

Stopy procentowe bez zmian – co z kredytami i lokatami?

Rady Polityki Pieniężnej zdecydowała dzisiaj o utrzymaniu stóp procentowych na dotychczasowym poziomie, który od marca br. wynosi 1,50 proc. Niskie stopy mają bezpośredni wpływ na oprocentowanie kredytów i depozytów. Jak decyzja RPP przełoży się na sytuację kredytobiorców oraz osób oszczędzających?

Główna stopa procentowa Narodowego Banku Polskiego (stopa referencyjna) wynosi dziś 1,50 proc. Warto przypomnieć, że to najniższa wartość w całej historii polskiego rynku finansowego.

Niskie stopy procentowe sprawiają, że kredyty są tańsze. Kredytobiorcy płacą niższe odsetki od zaciągniętych zobowiązań. Wystarczy spojrzeć na średnie oprocentowanie nominalne 30-letniego kredytu hipotecznego na kwotę 200 tys. złotych zaciągniętego na zakup nieruchomości wartej 300 tys. zł. Jeszcze rok temu (czerwiec 2014 roku) wynosiło ono 4,80 proc., a obecnie przyjmuje wartość 3,68 proc.

Podobna zależność dotyczy także produktów oszczędnościowych. Bezpośrednim skutkiem obniżek stóp procentowych przeprowadzonych przez NBP jest niższe oprocentowanie kont i lokat oszczędnościowych. Średnie oprocentowanie rocznej lokaty na kwotę 5 tys. złotych wynosi dziś 1,59 proc., podczas gdy 12 miesięcy temu było to jeszcze 2,47 proc.

– Utrzymywanie niskich stóp procentowych przez Narodowy Bank Polski wcześniej czy później się skończy. Wynika to z faktu, że każda gospodarka (w tym Polski) porusza się w cyklach. W okresach spowolnienia obowiązują niskie stopy procentowe, ale w czasach dobrej koniunktury następuje wzrost tego parametru – tłumaczy Jacek Kasperczyk, główny analityk Comperia.pl.

Nie bez znaczenia są także odczyty inflacji, której poziom również jest „pilnowany” przez bank centralny. Co prawda, w ostatnim czasie mamy w Polsce do czynienia z deflacją (ujemna wartość inflacji), ale po ostatnim odczycie można się spodziewać, że dno deflacyjne jest już za nami.

To, że stopy procentowe na pewno zostaną podwyższone nie ulega najmniejszej wątpliwości. W ramach uspokojenia należy jednak dodać, że nie nastąpi to w najbliższych kilku-, czy nawet kilkunastu miesiącach. Dość umiarkowane tempo wzrostu PKB naszego kraju oraz brak presji inflacyjnej będą działały stabilizująco na decyzje podejmowane przez RPP – dodaje Jacek Kasperczyk z porównywarki finansowej Comperia.pl.

 

Wicepremier Piechociński podczas targów International Caspian Oil & Gas Exhibition w Baku

– Uzależnienie od zewnętrznych dostaw gazu ziemnego i ropy naftowej, jak również zobowiązania dotyczące ochrony klimatu, zmuszają nas do podjęcia zdecydowanych działań w zakresie bezpieczeństwa energetycznego i konkurencyjności gospodarki – powiedział wicepremier, minister gospodarki Janusz Piechociński podczas otwarcia targów „International Caspian Oil & Gas Exhibition”. Wydarzenie odbyło się 2 czerwca 2015 r. w Baku.

Wicepremier Piechociński podczas targów International Caspian Oil & Gas Exhibition w BakuWicepremier zwrócił uwagę na współczesne znaczenie Azerbejdżanu i Kaukazu Południowego dla globalnej energetyki. – Region ten jest dogodnym miejscem dla rozwoju projektów wydobywczych oraz przesyłu surowców energetycznych, a jego rola będzie stale rosnąć – powiedział. – Potencjał importowy Europy Środkowej jest bardzo duży i potrzebuje dywersyfikacji. W tym kontekście liczę, iż polskie firmy biorące udział w rozpoczynających się właśnie targach nawiążą lub pogłębią dotychczasowe relacje gospodarcze z firmami prowadzącymi inwestycje w regionie Kaukazu w formule różnorodnych projektów – dodał.

Minister gospodarki podkreślił, że targi „International Caspian Oil & Gas Exhibition” to jedno z najważniejszych wydarzeń branży energetycznej w regionie. – Mam nadzieję, że zaplanowane na najbliższe dni wydarzenia ugruntują pozycję Azerbejdżanu jako regionalnego centrum wymiany wiedzy i doświadczeń pomiędzy przedstawicielami administracji rządowej i biznesu energetycznego – powiedział. – Uznaję rozpoczynające się dziś wydarzenia za kolejny etap w kierunku poprawy bezpieczeństwa energetycznego w Europie – dodał.

Azerbejdżan i Polska są gospodarczymi liderami w swoich regionach i odgrywają kluczową rolę w utrzymaniu ich stabilności i zapewnieniu rozwoju – powiedział wicepremier, minister gospodarki Janusz Piechociński podczas spotkania z Prezydentem Republiki Azerbejdżanu Ilhamem Alijewem i ministrem energetyki Natikiem Alijewem.

Wicepremier Piechociński zaznaczył, że Polska chce budować stosunki z Azerbejdżanem na bazie partnerstwa o charakterze strategicznym, zarówno pod względem politycznym, jak i gospodarczym. – Stąd duża aktywność polskich władz i biznesu w Azerbejdżanie. Jesteśmy gotowi przekazać nasze doświadczenia w dziedzinie dywersyfikacji gospodarki, akcesji do WTO oraz dostępu do rynków UE – powiedział.

Uczestnicy spotkania omawiali również kwestię współpracy w dziedzinie ropy i gazu. – Wszystkie kraje Europy Środkowo–Wschodniej, w tym także Polska, potrzebują dywersyfikacji dróg oraz źródeł dostaw nośników energii. W opinii Polski gaz azerbejdżański mógłby stanowić bardzo wartościowe uzupełnienie dla obecnych dostaw gazu ziemnego do krajów UE – powiedział wicepremier Piechociński. – Polska jest gotowa wspierać Azerbejdżan w zakresie reform prawa energetycznego na przykład w formule projektów twinningowych – dodał.

Ministerstwo Gospodarki (MG)

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 03.06.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Inflacja wraca na Stary Kontynent

Jak wynika z danych opublikowanych we wtorek przez Eurostat, dynamika dóbr i usług konsumpcyjnych w strefie euro wzrosła w ostatnim miesiącu o 0.3% r/r, podczas gdy większość analityków spodziewała się wyniku na poziomie 0.2% r/r. Mimo iż do osiągnięcia celu inflacyjnego – wyznaczonego przez EBC na poziomie 2% – pozostaje jeszcze długa droga, wiele wskazuje na to, że informacje o zakończeniu trwającego pół roku okresu deflacji, będą dla Mario Draghiego istotnym argumentem przemawiającym za kontynuowaniem aktualnej polityki monetarnej. Wiadomości o poprawie sytuacji ekonomicznej w Eurostrefie w znaczący sposób wpłynęły także na wycenę wspólnej waluty – podczas wczorajszej sesji kurs EUR/USD wzrósł o 2.08%, sięgając poziomu 1.1187. Obok inflacji, czynnikiem, który istotnie przyczynił się do wczorajszego umocnienia euro, pozostawały również kiepskie dane płynące ze Stanów Zjednoczonych, gdzie wyraźnie spadła liczba zamówień fabryk z 2.2% do -0.4%. Nie ulega jednak wątpliwości, że optymizm towarzyszący inwestorom na Starym Kontynencie jest mocno przesadzony, biorąc pod uwagę mglistą niepewną Grecji. Zgodnie z zapowiedziami szefa Eurogrupy, Jeroean Dijsselbloema, nawet jeśli projekt reform przedstawiony przez premiera Aleksisa Tsiprasa zostanie zaakceptowany i dojdzie do podpisania porozumienia, jest już za późno, aby w tym tygodniu odblokować kolejną transzę pomocy finansowej dla Grecji.

Dzisiejsza sesja upłynie pod znakiem publikacji usługowych indeksów PMI. W ciągu dnia uwagę inwestorów z Europy przyciągną także informacje o dynamice sprzedaży detalicznej (prognoza 0.6% m/m) i wysokości stopy bezrobocia (prognoza 11.2%) w strefie euro. Popołudnie, decyzję w sprawie wysokości stóp procentowych podejmie EBC oraz RPP. Zza Oceanu napłyną natomiast wiadomości na temat aktualnej sytuacji na tamtejszym rynku pracy.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

saxo bank

RPP utrzymała stopy proc. bez zmian. Decyzja zgodna z oczekiwaniami

Rada Polityki Pieniężnej podczas posiedzenia w dniach 2-3 czerwca 2015 r. zdecydowała się nie zmieniać poziomu stóp procentowych – poinformował NBP w komunikacie. Decyzja jest zgodna z oczekiwaniami ekonomistów.

Rada postanowiła utrzymać stopy procentowe NBP na niezmienionym poziomie:

  • stopa referencyjna 1,50% w skali rocznej;
  • stopa lombardowa 2,50% w skali rocznej;
  • stopa depozytowa 0,50% w skali rocznej;
  • stopa redyskonta weksli 1,75% w skali rocznej;

 

W Polsce zaczyna upadać coraz więcej małych firm

  • Liczba upadłości była podobna jak przed rokiem, ale skala ich działalności była dużo mniejsza – upadały firmy z sektora MSP, o lokalnej lub co najwyżej regionalnej skali działalności
  • Nie były to firmy debiutujące na rynku, szukające na nim swojego miejsca a raczej te, które je utraciły – na skutek problemów swoich odbiorców w poprzednich kwartałach, zbyt małego popytu na swoje wyroby i usługi, a przede wszystkim – z powodu postępujących procesów koncentracji, występujących z różnym natężeniem we wszystkich branżach
  • W większości województw liczba upadłości była niższa niż przed rokiem, wzrosła natomiast w woj. mazowieckim, łódzkim i śląskim
  • Upadały firmy mniejsze, niż przed rokiem – zsumowany ostatni znany obrót firm, o których upadłości doniosły w marcu oficjalne źródła wyniósł ok. 200 mln złotych w skali roku, ale jeszcze trzy-cztery lata wcześniej te same firmy generowały obroty rzędu 450-500 milionów złotych zatrudniając przy tym ok. 2000 osób. Nie są to więc w większości przypadków firmy debiutujące na rynku i upadające po zakończeniu kroplówki wsparcia i ulg, ale takie, które stopniowo traciły na nim swoje miejsce.
Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes
Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes

– Koniunktura, zwłaszcza na rynku wewnętrznym w sektorze budowlanym oraz dóbr konsumenckich trwałego użytku przyszła dla nas zbyt późno – to opinia wielu przedsiębiorców z tych branż, którą tłumaczą swoje problemy – mówi Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. Rzeczywiście, ale stagnacja popytu w minionych latach oraz ostra konkurencja cenowa (a nawet w efekcie deflacja od jakiegoś czasu) była tylko katalizatorem zmian, które już zachodziły – koncentracji na rynku i przestawienia większości branż na bardziej rygorystyczne pilnowanie kosztów, odejście od modelu rozwoju polegającego jedynie na zwiększaniu sprzedaży. Duże firmy najszybciej cięły koszty, łatwiej mogły przenieść niskie marże i ceny na swoich dostawców niż firmy mniejsze, nie łączące się w większe organizacje, mające więc wyższe koszty stałe. Bowiem nie tylko w dystrybucji, ale także w produkcji oraz w usługach duże oszczędności daje efekt większej skali działalności – przy zmiennej koniunkturze w ostatnich latach wiele firm się o tym przekonało i postanowiło skorzystać z bessy, a więc i niskiej wyceny wielu konkurentów do ich przejęcia. Obecne upadłości to właśnie efekt koncentracji – już nie tylko w handlu detalicznym czy hurtowym, ale także wśród producentów czy usługodawców (firmy transportowe czy np. drukarnie). Czy to oznacza, ze na rynku kurczy się już miejsce dla firm mniejszych, lokalnych? Nie, ale kończy się czas naśladowania, robienia tego co inni – małe firmy znaleźć swoje miejsce na rynku mogą dzięki innowacyjności swojej oferty, nie tylko klasycznie pojętej wynalazczości ale też w kwestii dystrybucji czy kreowania nowych potrzeb konsumentów (m.in. jakości obsługi).

Budownictwo – dobre wyniki sektora a mimo to…

– Liczba upadłości firm wykonawczych jest zbliżona do tej sprzed roku, chociaż są to firmy mniejsze niż w 2014 roku – mówi Michał Modrzejewski, dyrektor analiz Branżowych w Euler Hermes.  Ich obroty liczone w milionach i dziesiątkach milionów świadczyłyby o tym, iż są podwykonawcy, a nie główni wykonawcy dużych inwestycji. Wydaje się jednak, iż przyczyna ich problemów nie zawsze było jedynie wstrzymywanie zapłaty lub presja ze strony głównego wykonawcy… W ostatnich kwartałach mniej było spektakularnych, dużych inwestycji jak przed 2012 rokiem, dlatego sądzić należy, że duża wiele z tych firm działało samodzielnie na mniejszych, lokalnych – np. samorządowych placach budów. Przyczyną ich problemów nie były więc jak przed laty model działalności dużych zleceniodawców (przerzucających presje cenową w dół, na podwykonawców), ale niskie ceny na rynku, które zbyt śmiało aprobowały w celu zdobycia kontraktów (nie mając takiej możliwości ich zbijania jak koncerny budowlane, przerzucające sprzęt i ludzi między placami budów).
Co może bardziej zaskakiwać wobec jednak rosnącego popytu, to stosunkowo częste problemy także dystrybutorów oraz producentów materiałów budowlanych. Połowa bo osiem spośród 15 upadłości w sektorze produkcyjnym dotyczyła firm nastawionych głównie na rynek budowlany, podobnie w hurcie – 5 spośród 12 hurtowni, których upadłość znalazła się w publikacjach w maju zaopatrywała budownictwo. Michał Modrzejewski wyjaśnia: „Rynek produkcji, jak i dystrybucji budowlanej uległ w ostatnich latach dużej zmianie – nie polega on już często na „wypychaniu” ale na „ssaniu”, tzn. producenci i dystrybutorzy nie zarzucają placów towarem, ale dostarczają go w krótkim czasie na konkretne zamówienie wykonawcy. Podobnie jak w przemyśle samochodowym – zmniejsza się koszty przechodząc w sporym stopniu na system dostawy „na zamówienie” zamiast produkowania na duże place (one i tak występują, ale mogą być mniejsze – a w ślad za tym także niższe są koszty). Co więcej, dosyć często główne place składowania towarów umieszczane są u wybranych, największych hurtowników, co pozwala producentom ograniczyć swoje koszty logistyczne w zamian za dodatkowe bonusy dla tych dystrybutorów. Miejsce części dystrybutorów zajmują więc tak naprawdę firmy kurierskie… Pewną rolę w kłopotach części dystrybutorów oraz producentów ma też rozwój rynku elektronicznego – platform zakupowych umożliwiających porównywanie kosztów. Tutaj najlepiej widać efekt skali działalności – niskie ceny, jakie mogą zaoferować największe firmy.

Najwięcej upadłości – sektor usług, przede wszystkich świadczonych na rzecz biznesu

Mniej niż w latach ubiegłych upada firm związanych z rynkiem konsumenckim (m.in. gastronomią, turystyką i hotelarstwem czy ochroną zdrowia). Gros upadłości to firmy zapewniające obsługę procesów inwestycyjnych (projektowanie, nadzór nad inwestycjami, późniejsza ich obsługa), obsługujące rynek pracy (rekrutacja oraz pracownicy czasowi), wspierające działalność marketingowo-reklamową. Mimo pewnego poluzowania na rynku finansowym wciąż w statystykach upadłości pojawiają się firmy pośredniczące w kwestiach finansowych – kredytowych czy leasingowych.
Dosyć silny wzrost inwestycji przedsiębiorstw (za GUS: ponad 11% w r/r w I kwartale) pozwala sądzić, iż to nie ich brak jest przyczyną problemów firm obsługujących inwestycje czy pośredniczących w ich finansowaniu. Ich nabywcy pilnują jednak kosztów – stąd konkurencja wypycha z rynku firmy mniejsze, niekoniecznie droższe ale np. oferujące mniejszą paletę usług (finansowych czy związanych ze wspomnianymi inwestycjami). Rynek preferuje obecnie firmy większe, oferujące zintegrowaną obsługę.

Wzrost liczby upadłości w woj. mazowieckim, łódzkim i śląskim

Nie jest przypadkiem, iż wzrost upadłości nastąpił właśnie w tych województwach – najbardziej aktywnych gospodarczo (wkrótce zatem do tej grupy dołączyć mogą woj. wielkopolskie i dolnośląskie). To w nich najszybciej widać efekty wspomnianej koncentracji – można sądzić, iż z czasem może mieć miejsce także w pozostałych województwach, w których działa mniej przedsiębiorstw.

Wirtualna Polska Holding kupuje Grupę NextWeb Media

0

Wirtualna Polska Holding sfinalizowała zakup 100 proc. udziałów w Grupie NextWeb Media, wydawcy serwisów abcZdrowie.pl, Parenting.pl oraz twórcy platformy blogów Blomedia.pl. Tym samym pozyskała zarówno zespół specjalistów oraz unikatowy know-how, jak i znacząco rozwinęła swoją ofertę dla reklamodawców. Akwizycja istotnie wzmacnia pozycję Grupy WP w perspektywicznych kategoriach tematycznych „Zdrowie, medycyna” oraz „Dzieci, rodzina”.

NextWeb Media to jedna z dynamiczniej rozwijających się spółek mediowych w kraju, prowadząca działalność wydawniczą i reklamową opartą o autorskie rozwiązania content marketingowe, natywne formaty reklamowe oraz technologię Big Data.

Czołowymi produktami grupy są serwisy abcZdrowie.pl, jeden z najpopularniejszych portali zdrowotnych w Polsce oraz Parenting.pl, nowoczesny serwis przeznaczony dla rodziców.  W skład Grupy wchodzi spółka Blomedia.pl, która prowadzi platformę content marketingu, skupiającą niezależnych, opiniotwórczych autorów. Ta sieć zrzesza łącznie 600 blogów w takich kategoriach tematycznych jak moda, kulinaria, nowe technologie, motoryzacja, podróże i parenting. Media spółki docierają do 4,6 mln realnych użytkowników, a uwzględniając blogi zrzeszone w Blomedia.pl szacunkowy zasięg wynosi 5,5 mln realnych użytkowników miesięcznie (Megapanel PBI/Gemius za marzec 2015). Cena zakupu za 100 proc. udziałów NextWeb Media to 19,4 mln zł. Ponadto struktura transakcji przewiduje płatność warunkową w kwocie 3,5 mln zł płatną po roku od nabycia oraz dodatkowe płatności typu earn-out płatne na przestrzeni trzech lat od nabycia.

Nie zwalniamy tempa. Tym razem inwestujemy w silne marki z segmentu zdrowego stylu życia, skupione wokół Grupy NextWeb Media. Traktując rynki zachodnie jako referencyjne, zdrowie jest dla nas jednym z kluczowych obszarów rozwoju biznesu z racji między innymi intensywnej migracji budżetów farmaceutycznych do Internetu. Z tego powodu, korzystając ze środków pozyskanych z giełdy, konsekwentnie realizujemy strategię budowania partnera pierwszego wyboru w najważniejszych kategoriach tematycznych. Wierzymy w rozwój działalności e-commerce polegającej na umawianiu wizyt i świadczeniu porad lekarskich przez Internet – mówi Jacek Świderski, Prezes Zarządu Wirtualnej Polski Holding. – Cieszymy się również na nowe talenty w naszej organizacji. Doceniamy dorobek i przedsiębiorczość zespołu prowadzonego przez Jakuba Zielińskiego.

Grupa NextWeb Media od początku dynamicznie rozwijała swoje usługi, skupiając się głównie na obszarach zdrowia i rodziny. W ramach abcZdrowie.pl funkcjonuje unikatowa na polskim rynku usługa zadawania bezpłatnych pytań do lekarzy przez pacjentów. Obecnie w projekt zaangażowanych jest 1500 lekarzy i specjalistów, którzy odpowiedzieli na ponad 385 000 pytań pacjentów. W portalu działa również jedno z największych forów o tematyce zdrowia i medycyny oraz ranking lekarzy i placówek medycznych. Parenting.pl charakteryzuje się natomiast aktywną społecznością rodziców, rozbudowanym forum poświęconym tematyce rozwoju i wychowania dziecka, katalogiem produktów i usług oraz rankingiem szpitali i poradni położniczych.

Zdrowie i medycyna to jeden z najmniej zagospodarowanych obszarów Internetu o bardzo dużym potencjale wzrostu wspieranym megatrendami związanymi ze starzeniem się społeczeństwa. Wydatki reklamowe ponoszone przez firmy farmaceutyczne na media online wzrosły w ubiegłym roku o ponad 110 proc. AbcZdrowie.pl to niewątpliwie najbardziej innowacyjny polski serwis w tematyce zdrowia, czerpiący z najlepszych światowych wzorców – mówi Grzegorz Czapski, Wiceprezes ds. Rozwoju Grupy Wirtualna Polska. – Oferowane przez NextWeb Media autorskie rozwiązania Big Data pozwalają na precyzyjne dotarcie z komunikatem marketingowym do grupy docelowej, co w połączeniu z przestrzenią reklamową Grupy WP tworzy unikatowe narzędzie dla marketerów. – dodaje.

Grupa Wirtualna Polska to nie tylko lider polskiego Internetu, ale najlepszy partner jakiego mógłby sobie wymarzyć każdy przedsiębiorca, świetnie rozumiejący media internetowe, posiadający fantastyczny zespół doświadczonych specjalistów, zaplecze technologiczne, kulturę biznesową i styl zarządzania jak w start-upie. Dzięki integracji z Grupą WP otwierają się dla nas olbrzymie możliwości do dalszego, dynamicznego rozwoju – mówi Jakub Zieliński, CEO i założyciel Grupy NextWeb Media.

Wraz z akwizycją Grupa Wirtualna Polska pozyskuje zespół specjalistów posiadających wieloletnie doświadczenie w rozwoju autorskich rozwiązań reklamowych. Na przestrzeni kilku lat spółka stworzyła jeden z najpopularniejszych na polskim rynku formatów reklamy natywnej Power Content oraz zaawansowane technologie wykorzystujące Big Data. Dzięki wysokiej skuteczności produktów reklamowych spółka jest w stanie efektywnie monetyzować powierzchnię reklamową. Dodatkowo specjalizuje się w dobrym dopasowaniu komunikatu marketingowego do precyzyjnie targetowanej grupy użytkowników, co pozwoliło grupie NextWeb Media na osiągnięcie ponad 70 proc. obecnych przychodów z tytułu reklamy natywnej oraz rozwiązań content marketingowych.

Zakup Grupy NextWeb Media jest już trzecią akwizycją zrealizowaną przez Wirtualną Polskę Holding ze środków pozyskanych z majowej oferty publicznej. Dwie pierwsze dotyczyły zakupu niezależnych internetowych platform radiowych: OpenFM oraz PolskaStacja.pl. Grupa WP konsekwentnie wzmacnia swój wzrost organiczny m.in. przez inwestycje w spółki świadczące usługi komplementarne do usług Grupy oraz w produkty uzupełniające jej portfolio. W 2014 roku spółka zainwestowała łącznie ponad 66 mln zł w zakup takich podmiotów jak Grupa Money.pl, serwisy e-commerce Domodi i Homebook oraz portal SportoweFakty.pl, realizując strategię jakościowych akwizycji wspierających osiąganie przez nią pozycji partnera pierwszego wyboru, naturalnego i głównego medium informacyjno-kulturalno-rozrywkowego w Polsce.

 

Zapowiada się neutralne posiedzenie RPP

Dzisiejsze posiedzenie RPP nie powinno przynieść niespodzianek. Analitycy są właściwie zgodni co do tego, że nie dojdzie do żadnych zmian. Kolejny krok w negocjacjach z Grecją. Wierzyciele ustalili wspólne stanowisko, pytanie czy Ateny je zaakceptują.

 

Dzisiaj kończy się dwudniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Poznamy decyzję w sprawie stóp procentowych, jednakże niemal nikt nie spodziewa się innej niż utrzymanie stóp na poziomie 1,5%. W dalszym ciągu mamy do czynienia z deflacją w Polsce, zatem nie ma na razie mowy o pojawianiu się ryzyk inflacyjnych. Z drugiej strony gospodarka rozwija się prawidłowo, a bezrobocie spada. Stymulowanie jej, teraz jeszcze tańszym kredytem, może spowodować pojawianie się baniek spekulacyjnych. O ile sama decyzja jest w miarę pewna, to o 16:00 odbędzie się konferencja prasowa, na której nie raz już działo się znacznie więcej niż podczas ogłaszania decyzji. Analitycy uważnie słuchaj słów prezesa Marka Belki. Jeżeli będzie on malował optymistyczną wizję rozwoju i podnoszenia stóp na jesieni/zimą, złoty powinien się umacniać.

 

Doszło do porozumienia w sprawie Grecji. Jest tylko jeden problem, rząd w Atenach nie jest jego stroną. Porozumieli się już wierzyciele. Jest zgoda między Komisją Europejską, Europejskim Bankiem Centralnym i Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Teraz porozumienie czeka na akceptację władz Grecji. Obserwatorzy liczą na to, że zostanie ono zaakceptowane do piątku, gdyż wtedy mija termin spłaty kolejnej raty. Warto również zwrócić uwagę, że wedle informatorów Financial Times porozumienie to ma obowiązywać tylko do końca czerwca. Taka formuła pozwala ponownie kupić więcej czasu na negocjacje. Rynki reagują na te informacje entuzjastycznie, doszło zarówno do umacniania się euro względem dolara jak i złotego wobec głównych walut.

 

Problemów gospodarczych w Australii ciąg dalszy. Gwałtowny wzrost bezrobocia spowodował tam już dwukrotne obniżki stóp procentowych w ostatnich miesiącach by pobudzić gospodarkę. Wczoraj poznaliśmy lepsze od oczekiwań dane o tamtejszym wzroście PKB. Niby jest to dobra wiadomość, problemem jest to, że za wzrost odpowiedzialne są czynniki, które nie pozwolą go długo utrzymać. Wzrost zapasów oczywiście podnosi wskaźnik, ale świadczy o problemach ze sprzedażą. Długotrwałe utrzymywanie się takiej tendencji nie jest niczym dobrym, tym bardziej że można spodziewać się spadku produkcji przemysłowej z tym związanej. Dolar australijski stracił w ciągu roku 20% na wartości względem dolara amerykańskiego.

 

Dzisiaj trwa seria publikacji indeksów PMI dla usług. Nie są one tak istotne jak te dla przemysłu, ale gdyby doszło do dużych niespodzianek rynki powinny reagować. Oprócz tego warto zwrócić uwagę na:

14:15 – USA  – raport o zatrudnieniu ADP,

14:30 – Strefa Euro – konferencja po posiedzeniu EBC.

Wykres kursu średniego

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 03.03.2015 do 03.06.2015

 

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700, utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum po wybiciu z kanału na 4,1550. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,0750, a następnie poziom 3,9700, czyli wspomniane ostatnie minima lokalne.

Wykres kursu średniego

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 03.03.2015 do 03.06.2015

 

Kurs CHF/PLN jeszcze niedawno poruszał się od ponad dwóch miesięcy w trendzie bocznym pomiędzy poziomami 3,8000 a 3,9400 po czym wyskoczył w górę. Dla ruchu w dół wsparciem jest obecnie minima na 3,9450. W przypadku kontynuacji ruchu w górę opór stanowić będzie ostatnie maksimum na poziomie 4,0150.

Wykres kursu średniego

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 03.03.2015 do 03.06.2015

 

Kurs USD/PLN wybił się z trendu spadkowego. Wsparciem są okolice 3,5210, gdzie znajdują się ostatnie minima lokalne. Oporem jest ostatnie maksimum lokalne na 3,8200.

Wykres kursu średniego

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 03.03.2015 do 03.06.2015

 

Po dotarciu do niemal 6,0000 w marcu, kurs zawrócił dotarł do 5,4300 i ponownie wraca ku górze. Oporem dla obecnej korekty jest ostatnie maksimum na 5,8800. Kurs utworzył kanał wzrostowy, jednakże doszło do wybicia z tej formacji w dół. Jeżeli ruch ten będzie kontynuowany najbliższym wsparciem jest minimum lokalne na 5,5400.

Maciej Przygórzewski – główny dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Big Data coraz popularniejsza

Big Data powoli zyskuje w Polsce na popularności. Sektor pożyczkowy, w którym technologia ta wykorzystywana jest w procesie scoringu, który w przeciągu kilku sekund analizuje dane z kilku tysięcy źródeł informacji, docenił ją już dawno. Unia Europejska rozważa, by nie wylać dziecka z kąpielą, czyli jak sprawić, aby użytkownicy mogli chronić się przed zbieraniem o nich wrażliwych danych, a jednocześnie nie ograniczać analizy digital finance. Czy przy pomocy Big Data ZUS skoreluje swoje dane z urzędem skarbowym?

Platforma doradcza Wikibon prognozuje, że do 2017 roku wartość globalna sektora Big Data osiągnie poziom 47 mld USD. To rynek, którego dynamika wzrostu przekracza 40% w skali roku. W Polsce zdaniem specjalistów to przyszłość i coś więcej niż tylko bankowość internetowa i rachunki online. Rozwiązania Big Data wykorzystują zwłaszcza firmy digital finance, np. mikropożyczkowe, do weryfikacji zdolności kredytowej klientów.

Od początku istnienia wykorzystujemy własne systemy Big Data do pozyskania wiedzy na temat zdolności kredytowej pożyczkobiorców. Informacje są analizowane wyłącznie za zgodą klienta –mówi Aleksander Rutkowski, dyrektor zarządzający w Kreditech Polska, spółki zarządzającej markami Flexinero, Kredito24, Pandamoney i Zaimo.

Poprzez model Big Data to nie indywidualne czynniki grają główną rolę w ocenie klienta, ale ich całościowy obraz cyfrowy. Pojedynczy piksel nie robi bowiem żadnego wrażenia, w przeciwieństwie do całego obrazu, składającego się z milionów pikseli. Dzięki informacjom pozyskanym np. z Facebooka czy Google + Kreditech potwierdza tożsamość, nazwisko, datę urodzenia czy miejsce zamieszkania wnioskodawcy. Na podstawie takich danych buduje jego model behawioralny, aby określić możliwości spłacania pożyczki. W praktyce oznacza to, że przy aplikowaniu o pożyczkę system Kredito24 lub Pandamoney prosi o chwilowy dostęp do profilu na Facebooku, aby sprawdzić czy nasza aktywność w tym portalu społecznościowym potwierdza informacje, które podaliśmy we wniosku. Co ciekawe nie są tu tak istotne – jak ma to miejsce w bankach – dane z BIK czy KRD.

Kreditech to odosobniony przypadek tak otwartego mówienia o temacie Big Data. W Polsce technologia ta jest wciąż zjawiskiem nowym i pozostaje na etapie rozwojowym, dlatego też tradycyjne banki komercyjne patrzą nań nadal z dużą dozą rezerwy, choć jej skuteczność znacznie przewyższa tradycyjne metody scoringowe, uniezależnienia od danych dostępnych w BIK i skraca proces scoringu do kilkudziesięciu sekund. Wykorzystywanie technik analizy Big Data w zachodnich firmach digital finance to standard, który pozwala bankom na zminimalizowanie nietrafionych pożyczek.

W administracji Big Data mogłyby wykorzystywać ZUS czy urzędy skarbowe. Korelacja danych z urzędów pomogłaby chronić interesy pracowników, którzy najczęściej dopiero w fazie upadłości przedsiębiorstwa dowiadują się, że nie były odprowadzane ich składki pracownicze. Big Data nie należy się bać, tylko stosować umiejętnie, z poszanowaniem prawa do prywatności.

Kreditech Polska

Do 2020 roku ilość subskrypcji smartfonów osiągnie 6,1 miliarda

Odkrycia opisane w najnowszej edycji Mobility Report 2015 opublikowanego dziś przez Ericsson pokazują, że do roku 2020 zaawansowane technologie mobilne będą powszechnie stosowane na całym świecie: ilość subskrypcji smartfonów zwiększy się ponad dwukrotnie, osiągając 6,1 miliarda, 70% populacji świata będzie korzystać ze smartfonów, a 90% będzie objętych zasięgiem mobilnych sieci szerokopasmowych.

Wyczerpujący raport na temat aktualnych trendów mobilnych pokazuje, że wzrost na rozwiniętych rynkach wynika ze zwiększenia liczby urządzeń przypadających na jednego użytkownika. W regionach rozwijających się wynika on natomiast z lawiny nowych subskrypcji możliwej dzięki coraz korzystniejszym cenom smartfonów; do końca 2020 roku niemal 80% subskrypcji smartfonów będzie pochodzić z rejonu Azji/Pacyfiku, Bliskiego Wschodu i Afryki.

70 procent osób będzie używać smartfonów

Wraz z ciągłym wzrostem ilości, ma miejsce gwałtowny wzrost zużycia danych: przewidywany jest dziesięciokrotny wzrost ilości danych wykorzystywanych przez smartfony do roku 2020, gdy 80 procent całego mobilnego ruchu danych będzie pochodzić ze smartfonów. Średnie miesięczne użycie danych na smartfon w Ameryce Północnej wzrośnie z 2,4 GB do 14 GB w 2020 r.

Gwałtowny wzrost liczby aplikacji i spadające koszty połączenia z internetem to kluczowe czynniki wpływające na wzrost liczby urządzeń podłączonych do internetu. Dodając do tego nowe, większe możliwości aplikacji, łatwo zauważyć że prowadzi to do jeszcze silniejszego wzrostu  liczby tych urządzeń. Prognoza Ericsson zawarta w raporcie, mówi że w 2020 roku do internetu podłączonych będzie 26 miliardów urządzeń – jesteśmy więc na dobrej drodze do osiągnięcia liczby 50 miliardów podłączonych urządzeń w perspektywie kilkunastu lat.

Każdego roku do 2020, mobilny ruch wideo będzie rósł aż o 55 procent rocznie i na koniec tego okresu będzie stanowił około 60 procent całego mobilnego ruchu danych. Wzrost napędzany jest głównie przez zmieniające się preferencje użytkowników dotyczące usług strumieniowego przesyłania treści wideo oraz rosnącą dominację treści wideo w Internecie, w tym wiadomości, reklam i mediów społecznościowych.

Gdy patrzymy na użycie danych na rozwiniętych mobilnych rynkach szerokopasmowych, widzimy że znacząca część ruchu generowana jest przez ograniczoną liczbę subskrybentów. Ci użytkownicy danych stanowią 10 procent wszystkich subskrybentów, ale generują 55 procent całego ruchu danych. Wśród danych zużywanych przez tych użytkowników dominują treści wideo. Oglądają oni około godzinę wideo dziennie, co stanowi 20-krotnie więcej w porównaniu do przeciętnych użytkowników.

Raport Ericsson na temat mobilności przedstawia dane prognostyczne, analizy i daje wgląd w ruch mobilny, subskrypcje i zachowania konsumenckie, dzięki czemu znamy obecne trendy dotyczące ruchu i rynków występujące w Społeczeństwie Sieciowym.

Ericsson regularnie dokonuje pomiarów ruchu w ponad 100 sieciach funkcjonujących w we wszystkich regionach zakątkach świata. Szczegółowe pomiary wykonywane są w wybranych komercyjnych sieciach WCDMA/HSPA i LTE, a ich celem jest zbadanie różnych wzorów ruchu danych.

źródło: Ericsson

Wypłata – nie zawsze pewny punkt umowy

3/4 Polaków uważa, że nie ma takiej sytuacji, która usprawiedliwiałaby niewypłacenie pensji pracownikom – wynika z sondażu przeprowadzonego na zlecenie Krajowego Rejestru Długów przez TNS Polska. Jednak wciąż zdarza się, że polskie firmy nie płacą wynagrodzeń na czas. A pieniądze, o jakie dopominają się oszukani pracownicy nie są wcale małe. Średnia kwota niewypłaconej pensji, jaka trafiła do bazy danych Krajowego Rejestru Długów to 11,5 tys. złotych, czyli równowartość czterech uśrednionych pensji netto.

TNS Polska na zlecenie KRD zapytał Polaków o to, czy są w stanie znaleźć usprawiedliwienie dla pracodawcy, który nie płaci swoim pracownikom pensji. W naszym powszechnym przekonaniu pracodawcy powinni płacić swoim pracownikom za wykonaną pracę – niezależnie od okoliczności. Aż 73% ankietowanych odpowiedziało, że nie widzi żadnego powodu, który mogłoby stać się usprawiedliwieniem dla niewypłacenia wynagrodzenia pracownikom.

Wśród sytuacji, w których część z nas zaakceptowałaby opóźnienie lub nieotrzymanie pensji, znalazły się te, które wiązały się z trudną sytuacją finansową przedsiębiorstwa. Występowanie zatorów płatniczych, czyli brak zapłaty od kontrahentów, zostało wskazane jako usprawiedliwienie niewypłacenia pensji przez 14% ankietowanych. Z tłumaczeniem, że nie otrzymali wypłaty, ponieważ pieniądze te zostały przeznaczone na uratowanie przedsiębiorstwa przed upadłością, pogodziłoby się już tylko 8% pytanych Polaków. Spowolnienie gospodarcze, nakłady inwestycyjne i brak wolnej gotówki były zrozumiałym powodem dla niewielkiego odsetka pozostałych badanych.

Pracodawcy nie płacą na czas

Jak podaje Państwowa Inspekcja Pracy w samym tylko 2014 roku odnotowano opóźnienia w wypłacie pensji dla pracowników na łączną kwotę ponad 171 mln zł. Sytuacja zatrudnionych, których wypłaty nie trafiają na ich konta jest o tyle trudna, że często czują się bezradni wobec sytuacji, w jakiej się znaleźli. Nie znając przysługujących im praw, pozostają też bierni w swoich działaniach.

Jako pracownicy mamy określone obowiązki, ale ma je również nasz pracodawca. Terminowe przekazywanie wynagrodzenia pracownikom jest jednym z nich – wyjaśnia Konrad Siekierka z kancelarii prawnej VIA LEX. – Niepłacącego pracodawcę powinniśmy pisemnie wezwać do zapłaty zaległego wynagrodzenia. Gdy nie wywiąże się z tego zobowiązania we wskazanym terminie, radzę jak najszybciej złożyć pozew do sądu pracy. Im szybciej uzyskamy wyrok, tym większe mamy szanse na odzyskanie należnych nam pieniędzy. Nie każdy ma też świadomość, że za opóźnienie w wypłacie wynagrodzenia, pracownikowi przysługują odsetki ustawowe, które wynoszą obecnie 8% w skali roku – dodaje Siekierka.

Wytoczenie powództwa przeciwko pracodawcy nie jest związane z koniecznością złożenia przez którąkolwiek ze stron wypowiedzenia umowy o pracę lub też od jej rozwiązania. Dodatkowo – posiadając wyrok z sądu pracy, każdy oczekujący na zaległą wypłatę pracownik, może przekazać informacje o zadłużeniu swojego pracodawcy do Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

To dodatkowy argument i forma nacisku na niepłacącego pracodawcę. Wpis do Krajowego Rejestru Długów to sygnał nie tylko dla jego potencjalnych kontrahentów, że zdarza mu się mieć zaległości finansowe, ale także dla kolejnych pracowników, którzy będą szukali informacji przed rozpoczęciem pracy w danej firmie –podpowiada Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Z upominaniem się o swoje pieniądze nie warto czekać zbyt długo. Jeśli pracodawca uchyla się od obowiązku płacenia za wykonaną przez nas pracę, warto jak najszybciej podjąć działania zmierzające do odzyskania należnych nam pieniędzy.

Brak wypłaty wynagrodzeń może mieć kilka powodów. Jednak firmy, które nie płacą innym, również pensje pracowników ustawiają dość nisko w hierarchii płatności, przez co nieopłacone wynagrodzenia mogą urosnąć do wielkich kwot – mówi Radosław Koński, dyrektor Departamentu Windykacji w Kaczmarski Inkasso.

Potwierdzają to dane z Krajowego Rejestru Długów. Pracodawca – rekordzista, którego zadłużenie zostało przekazane do KRD ma do oddania tylko jednemu ze swoich pracowników aż 80 tysięcy złotych.

Pracodawca – pracowity. Czy terminowy? Nie zawsze

Polski rynek pracy przeszedł wyjątkowo długą drogę od czasów nastąpienia w kraju kapitalizmu. Właśnie dlatego polscy biznesmeni wciąż muszą mierzyć się z wizerunkiem wyzyskujących swoich pracowników prywaciarzy, jaki przylgnął do nich na początku przemian ustrojowych. Dużą pomocą przy zmianie tych opinii są tu coraz bardziej europeizujące się przepisy prawa pracy, a także przyjmowanie nowych, propracowniczych standardów. Jednak to w dużej mierze od samych pracodawców zależeć będzie, jaką ostatecznie cenzurkę wystawi im społeczeństwo.

Przed naszymi biznesmenami wciąż jeszcze bardzo długa i kręta droga. Patrząc na poziom wynagrodzeń w kraju, daleko nam jeszcze do reszty Europy. Jak wynika z przeprowadzonego przez nas badania, aż 81% Polaków uważa, że pensje w polskich firmach są zbyt niskie. Jednak gdy firma przestaje płacić wynagrodzenie swoim pracownikom, uderza bezpośrednio w ich prawa. Dlatego takie sytuacje nie powinny mieć w ogóle miejsca –podkreśla Waldemar Sokołowski, prezes Rzetelnej Firmy.

Branża IT w Polsce do 2020 roku osiągnie wartość 6,24 mld USD

Nowe technologie w Polsce trzymają się mocno. Badacze Future Market Insights prognozują, że polski rynek IT osiągnie do 2020 roku wartość 6,24 mld USD, rosnąc średnio o 6% rocznie.[i] Do kraju odważnie wkraczać będą także kolejne technologie, które mogą zmieniać oblicze firm. Tymczasem, według prognoz Gartnera, globalne IT urośnie w 2015 r. o 3,1%, a przy uwzględnieniu spadków kursu dolara… obniży się o 1,3%, do 3,66 bln USD.

Branża IT jako jedna z najdynamiczniej rozwijających się i przyszłościowych gałęzi polskiej gospodarki?

Tak oceniają badacze Future Market Insights. Już w 2013 r. wartość rynku IT w Polsce sięgnęła 4,1 mld USD i będzie nadal dynamicznie rosnąć. Co zastanawiające, według ośrodka Gartner globalna branża IT odnotowuje w tym samym czasie lekkie spowolnienie. Prognozowany wzrost w 2015 r. to 3,1% (0,6% mniej niż w poprzedniej prognozie). Przy uwzględnieniu malejącej wartości dolara wartość branży ma jednak spaść o 1,3%, do 3,66 bln USD. Kursy walut tworzą iluzję kryzysu, jednak prowadzą także m.in. do wzrostu realnych cen usług i produktów IT na Zachodzie.

Paradoksalnie, pozytywnym czynnikiem wpływającym na wartość sektora IT w Polsce może być rosnąca liczba wdrożeń rozwiązań dla biznesu, które na Zachodzie są już teraz szeroko rozpowszechnione. To m.in. systemy ERP i CRM, technologie chmurowe czy firmowe aplikacje mobilne. Przy jednoczesnej lekkiej zadyszce na rynkach zachodnich, w Polsce firmy z branży IT mają wciąż wiele obszarów do intensywnego rozwoju – komentuje Wojciech Mach, Dyrektor Zarządzający w Luxoft Poland.

Według analiz Future Market Insights, polski rynek IT jest napędzany przez m.in. zwiększające się zainteresowanie przedsiębiorstw technologiami – dającymi realną przewagę nad konkurencją.

Największe nakłady na usługi IT ponoszą sektory: finansowy, publiczny i produkcyjny. Widać zapotrzebowanie rynku na rozwiązania CRM, optymalizację procesów (BPM), narzędzia Business Intelligence (BI) oraz optymalizację zarządzania środkami trwałymi, w tym nieruchomościami – precyzuje Dariusz Mazurek, Członek Zarządu Capgemini Polska, CEO Application Services.

Technologiczna rewolucja i ewolucja

Obok rozwiązań najczęściej wymienianych w Polsce w kontekście IT dla biznesu, na świecie rozwijają się jednak także inne dziedziny. Przykładem takiej technologii jest Internet Rzeczy (IoT). Według Accenture doprowadzi on do istotnych przemian biznesowych – przeobrażając sektory, które łącznie odpowiadają za aż 2/3 produktu krajowego brutto w krajach G20. Technologia ta będzie się rozwijać także w Polsce. Potwierdzają to wyniki badań Cisco Forum 2015 w Zakopanem – 2/3 z uczestników stwierdziło, że w ciągu 3 lat Internet Rzeczy wpłynie na strategię biznesową polskich firm.

IoT może przynieść dużo większą rewolucję, niż inne cyfrowe przełomy – jego konsekwencją jest połączenie fizycznych i cyfrowych przedmiotów w wielu kanałach, a nie na ograniczonej liczbie urządzeń. To realny trend. Blisko 2/3 badanych przez Accenture konsumentów chce zakupić do 2019 r. urządzenia domowe podłączone do sieci[v] – mówi Witold Rogowski, Dyrektor Zarządzający Accenture Delivery Center Polska.

Ewoluuje także obszar coraz bardziej popularny w polskich firmach – czyli chmura obliczeniowa. Prognozy IHS Techology zakładają, że globalny rynek cloud osiągnie wartość 235 mld USD do 2017 r., a Polska będzie częścią tego trendu. Potwierdzają to badania Comarch, zgodnie z którymi 65% polskich przedsiębiorców korzysta z usług chmurowych.

Technologie cloud są coraz częściej wykorzystywane w wielu obszarach życia, jednak szczególną popularność zyskują wśród klientów biznesowych. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest dynamicznie zmieniające się środowisko pracy, które umożliwia coraz bardziej elastyczne formy zatrudnienia m.in. pracę mobilną. Dlatego wszystkie narzędzia ułatwiające pracę zdalną są coraz chętniej wdrażane do funkcjonującej infrastruktury IT przedsiębiorstw – opowiada Leszek Bareja, Product Manager w Xerox Polska.

Zmiany przeżywają technologie webowe czy pozycjonowanie haseł w wyszukiwarkach internetowych (SEO). W ostatnich latach rosnący wpływ na pozycjonowanie stron w Google, Yahoo i Bing ma mechanizm Schema.org, przyjęty przez wszystkie z tych firm i umożliwiający bardziej precyzyjne przygotowanie wyników związanych z poszukiwanymi przez użytkownika hasłami.

Witryny w których zastosowano znaczniki semantyczne schema.org mogą uzyskać znacznie lepszą widoczność w wynikach wyszukiwania. Odnotowują wtedy wzrost liczby kliknięć w link nawet o 30% w stosunku do tradycyjnych witryn. Zachodzi to dzięki wprowadzeniu specjalnych znaczników dla wybranych elementów witryny – dodaniu w jej kodzie etykiet rozpoznawanych przez algorytmy Google’a – tłumaczy Mirosław Sopek, Wiceprezes w MakoLab.

Polska w świecie IT

Rynek IT w Polsce czekają przeobrażenia. Według Future Market Insights, dominują na nim usługi, które odpowiadają za ponad 50% jego przychodów, jednak do 2020 roku stracą one swoją dominującą pozycję na rzecz segmentu oprogramowania. Rozwój usług i zaawansowanego oprogramowania IT, na przyszłościowym rodzimym rynku, powinien pomagać Polsce nadrabiać w najbliższej przyszłości dystans do zachodnich rynków, wciąż poszukujących dalszych możliwości rozwoju.

 

Chińczycy zainwestują w Fabryce Łożysk Tocznych z Kraśnika 130 mln zł. Chcą dołączyć do pierwszej dziesiątki producentów podzespołów samochodowych na świecie

0
Weiren Zhao, dyrektor generalny w spółce Tri-Ring International
Weiren Zhao, dyrektor generalny w spółce Tri-Ring International

130 mln zł zamierza zainwestować do przyszłego roku chiński koncern Tri Ring, który w 2013 roku kupił blisko 90 proc. udziałów w Fabryce Łożysk Tocznych z Kraśnika. Nakłady mają być przeznaczone na prace badawczo-rozwojowe oraz powiększenie sieci sprzedaży. Chińczycy chcą być wiodącym producentem podzespołów samochodowych na świecie, dlatego także w Polsce poszukują partnera do kolejnej inwestycji.

Cały czas inwestujemy w Kraśniku – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Weiren Zhao, dyrektor generalny w spółce Tri Ring International. – Od momentu przejęcia do 2016 roku mamy zaplanowany ciąg inwestycji o wartości ponad 130 mln zł.

Tri Ring Group Corporation został większościowym udziałowcem w Fabryce Łożysk Tocznych z Kraśnika pod koniec maja 2013 roku. Chińczycy kupili wtedy od Agencji Rozwoju Przemysłu blisko 90 proc. udziałów w zakładzie. Obecnie, jak twierdzi dyrektor Weiren Zhao, koncern skupia się na inwestycjach w postęp technologiczny, bo niektóre maszyny znajdujące się na wyposażeniu fabryki są już bardzo stare. Do zakładu trafiają też nowoczesne technologie, które mają podnieść jakość produktów, a sieć sprzedaży jest rozszerzana, głównie za pośrednictwem innych oddziałów grupy.

Baza w Polsce to pierwsze tego rodzaju zagraniczne przedsięwzięcie, ale w tej chwili zainwestujemy również w Stanach Zjednoczonych – informuje dyrektor Weiren Zhao. – Mamy także oddziały w Niemczech, Austrii oraz Indiach. Bardzo dobrze pracujemy również z różnymi fabrykami z branży automotive. W dalszym ciągu będziemy inwestować. Chcemy, aby Tri Ring zaistniał na rynku światowym jako zaufany partner biznesowy. Naszym długoterminowym celem jest wejście z zakładami, takimi jak Fabryka Łożysk Tocznych, do pierwszej dziesiątki producentów łożysk na świecie.

Zdaniem dyrektora generalnego Tri Ring International nakłady na fabrykę w Kraśniku należą do największych inwestycji grupy na świecie.

Teraz chodzi o to, żeby ta maszyna jeszcze lepiej pracowała, motywowała, aby siła produkcyjna dawała nam jeszcze poważniejszą pozycję na tle wszystkich konkurentów – wskazuje dyrektor Weiren Zhao. – Wyroby Kraśnika, według mojej wiedzy, są bardzo dobre. Musimy tylko popracować nad podniesieniem jakość, tak aby wszyscy producenci samochodów, maszyn przemysłowych czy innych urządzeń mieli do nas jeszcze więcej zaufania, a nasze produkty były bardziej konkurencyjne na światowym rynku.

Tri Ring nie zamierza jednak kończyć swojej aktywności inwestycyjnej w Polsce na fabryce z Kraśnika.

Szukamy nowych możliwości – zapewnia dyrektor. – W tej chwili, oczywiście, skupiamy się na produkcji ściśle w branży automotive. Nie mogę powiedzieć, że już mamy konkretny cel, ale cały czas go poszukujemy.

Tri Ring Group Corporation jest jedną z największych chińskich firm z branży okołosamochodowej i maszynowej. Fabryka Łożysk Tocznych powstała w 1938 r. jako zakład wytwarzający amunicję. Produkcję łożysk tocznych rozpoczęto w niej dziesięć lat później.

Rekordowe napływy do TFI ciągną w górę krajowe indeksy. Polskim akcjom sprzyja także hossa na światowych rynkach

Rafał Irzyński, główny analityk Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych
Rafał Irzyński, główny analityk Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych

Do krajowych funduszy akcji od początku roku napłynęło ponad 3,6 miliarda złotych. Szeroki strumień nowych środków wspiera krajowy parkiet giełdowy. Wysokie poziomy indeksów zawdzięczamy także dobrej koniunkturze na światowych rynkach. Istnieje jednak ryzyko, że wraz ze wzrostem stóp procentowych w USA nastąpi znaczy odpływ kapitału z Polski.

Mimo ostatnich spadków indeks szerokiego rynku WIG od początku roku zanotował już ponad 7,5-proc. wzrost. Jest to wynik znacznie lepszy od stopy zwrotu osiągniętej przez amerykańskie akcje. Wciąż mamy jednak sporo do nadrobienia w stosunku do giełd we Frankfurcie i Paryżu. Niemiecki DAX 30 urósł w ostatnich pięciu miesiącach o ponad 15 proc, a paryski wskaźnik CAC 40 jest jeszcze lepszy.

– II połowa roku na Giełdzie Papierów Wartościowych wciąż wygląda optymistycznie. Należy jednak cały czas mieć na uwadze to, że tutaj poziom wysokich poziomów giełd zagranicznych, które dalej mają się dobrze i utrzymują trendy wzrostowe, tak naprawdę wisi i nad polskim rynkiem. I kiedy można powiedzieć, że ten balon może pęknąć, to również z pewnością dotknie to i warszawską giełdę. Pytanie tylko kiedy – ocenia Rafał Irzyński, główny analityk Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych.

Inwestujący w Polsce na razie nie obawiają się jednak bessy. Raport Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami pokazuje, że saldo wpłat i umorzeń środków do funduszy inwestycyjnych na przestrzeni pierwszych czterech miesięcy bieżącego roku wyniosło plus 8,6 miliarda złotych. Największa część tego strumienia skierowana była do funduszy akcyjnych. Saldo dla tego segmentu wyniosło ponad 3,6 miliarda złotych.

– Napływy do funduszy są rekordowe, w końcu zaczęły korzystać fundusze akcyjne. To oczywiście nie jest bez znaczenia dla wycen polskich akcji. I na razie nie wygląda na to, żeby ta tendencja uległa zmianie, mamy niskie stopy procentowe, lokaty w bankach i rachunki oszczędnościowe są bardzo nisko oprocentowane, więc te napływy powinny się dalej utrzymać – mówi agencji Newseria Rafał Irzyński.

Perspektywy zagranicznych giełd papierów wartościowych mają wpływ także na krajowy rynek akcji. Obecnie inwestorzy zwracają uwagę na możliwość podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Choć ostatni protokół FOMC mówi, że w czerwcu zmiana poziomu stóp jest mało prawdopodobna, to jednak w dłuższym terminie działania Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych mogą wywołać odpływ kapitału znad Wisły.

– W krótkim terminie nie wydaje mi się, żeby był duży efekt pierwszej podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. To już jest po części efekt, który jest już wyceniany i brany pod uwagę przez inwestorów. W dłuższym terminie może, niestety, wystąpić – tłumaczy główny analityk SII.

Obecny konsensus rynkowy zakłada, że podwyżka stóp procentowych za oceanem nastąpi najwcześniej we wrześniu bieżącego roku. W opinii analityków możliwy jest także scenariusz, w którym zacieśnienie polityki monetarnej przez FED nastąpi dopiero w przyszłym roku.

Łączna suma aktywów w zarządzaniu krajowych funduszy inwestycyjnych na koniec kwietnia osiągnęła wartość 224,8 miliarda złotych, a saldo wpłat i umorzeń w każdym z ostatnich 25 miesięcy było dodatnie.

S.Masalski: Dwucyfrowe oprocentowanie obligacji korporacyjnych powinno być czerwonym światłem dla inwestorów

Seweryn Masalski, zarządzający w MM Prime TFI
Seweryn Masalski, zarządzający w MM Prime TFI

Wzrost polskiego PKB w I kwartale bieżącego roku wyniósł 3,6 proc. Odczyt sygnalizuje wyraźne ożywienie w krajowej gospodarce, a to stwarza dogodny moment do kupna obligacji korporacyjnych. Korzystna koniunktura zmniejsza bowiem poziom ryzyka transakcyjnego i zwiększa perspektywy firm. Zbyt wysoka rentowność długu powinna jednak być dla inwestorów wyraźnym sygnałem ostrzegawczy.

Teraz jest bardzo dobry moment na kupowanie obligacji korporacyjnych. Mamy wzrost gospodarczy, co oznacza także zyski firm, biznes prowadzi się dobrze. W związku z tym spółki emitujące obligacje korporacyjne są dobrą inwestycją. Możemy mieć pewność, że nasze pieniądze zostaną zwrócone z przyzwoitym procentem – mówi agencji Newseria Inwestor Seweryn Masalski, zarządzający w MM Prime TFI.

Według raportu Coface w 2014 roku znacząco zmalała w Polsce liczba zgłaszanych wniosków o upadłość oraz faktycznie ogłoszonych sądownie upadłości. Spadek o 7 proc. w stosunku do poprzedniego roku może świadczyć o wyraźnej poprawie sytuacji ekonomicznej wśród krajowych przedsiębiorstw.

I tu wybór możliwych inwestycji jest dosyć szeroki, zwłaszcza jeśli popatrzymy na większe spółki z większych branż, możemy odnaleźć bardzo dobre, pewne inwestycje, które dają przyzwoity dochód, wyższy np. niż lokata bankowa albo obligacje skarbowe. Radziłbym przyjrzeć się spółkom z sektora finansowego, nie tylko bankom, lecz także np. firmom windykacyjnym – sugeruje Masalski.

Zarządzający w MM Prime TFI wskazuje także na inne atrakcyjne branże. Według niego ciekawie wyglądają duże spółki deweloperskie oraz przedsiębiorstwa z sektora transportowego. Inwestycje na rynku długu korporacyjnego można realizować między innymi poprzez system obrotu Catalyst.

Tak naprawdę jest kilka prostych rad, które można zastosować, nawet jeśli nie mamy jakiegoś większego zaplecza analitycznego albo finansowego. Po pierwsze spójrzmy na oprocentowanie. Im wyższe, tym wyższe ryzyko, więc te najwyżej oprocentowane oferty lepiej traktować z dużą ostrożnością. Za to te niżej oprocentowane są w większości przypadków dobrą inwestycją – tłumaczy Seweryn Masalski.

W rozmowie z agencją Newseria Inwestor zarządzający w MM Prime TFI radzi przyjrzeć się ogólnej koniunkturze panującej w danej branży. Jako przykład podaje deweloperów, których perspektywy wyglądają obiecująco. Stabilny poziom cen nieruchomości nie budzi obaw o powstanie bańki, tak jak miało to miejsce w 2008 roku.

Mimo że przeciętne oprocentowanie obligacji korporacyjnych także maleje, to w obliczu poprawiającej się koniunktury, stanowią one dobrą alternatywę dla obligacji skarbowych i lokat. Nawet po ostatnim odbiciu polskie papiery dłużne o 10-letnim terminie zapadalności zapewniają inwestorom niecałe 3,0 proc. zwrotu rocznie. Jeszcze niższe są odsetki oferowane od depozytów bankowych. Tutaj najlepsze oferty dla lokat 12-miesięcznych ledwie przekraczają 2,0 proc. netto.

Oprocentowanie obligacji korporacyjnych – ogólnie rzecz biorąc – ostatnio spada. Właśnie w związku z tym, że mamy wzrost gospodarczy, sytuacja emitentów się poprawia, więc pozwalają sobie na wypuszczanie nowych obligacji z niższym oprocentowaniem, bo ryzyko spada i jest dużo chętnych na ten rodzaj aktywów – ocenia zarządzający w MM Prime TFI.

Ekspert zwraca jednak uwagę na to, że oferowana rentowność na poziomie przekraczającym 10 proc. powinna stanowić dla inwestorów pewien sygnał ostrzegawczy. Dwucyfrowe odsetki z obligacji korporacyjnych mogą świadczyć o tym, że inwestycja niesie ze sobą znaczne ryzyko.

Polska Agencja Kosmiczna jesienią zacznie działalność merytoryczną. Rocznie na projekty kosmiczne w kraju może trafiać 100 mln euro

Marek Banaszkiewicz, prezes Polskiej Agencji Kosmicznej
Marek Banaszkiewicz, prezes Polskiej Agencji Kosmicznej

Nawet 100 mln euro rocznie będzie trafiać na projekty polskiego przemysłu kosmicznego. Działania te może pomóc koordynować formująca się właśnie Polska Agencja Kosmiczna, która od jesieni zacznie działalność merytoryczną. Najważniejsze by efektywnie wykorzystać dostępne środki oraz działać na rzecz sektora obronnego.

Mamy budżet 30 mln euro rocznie w programach Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA), a także około 10 mln euro od przyszłego roku w programach EUMETSAT-u, czyli agencji meteorologicznej, i całkiem spory udział w projektach europejskich, czyli około 40 mln euro. Razem to jest 80 mln euro. Do tego dochodzą środki krajowe z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju i Narodowego Centrum Nauki – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Banaszkiewicz, prezes Polskiej Agencji Kosmicznej. – W sumie mówimy o kwocie rzędu 100 mln euro rocznie.

Polska Agencja będzie m.in. dbać o to, by te fundusze, które jako państwo członkowskie Unii inwestujemy w Europejskiej Agencji Kosmicznej i w programach europejskich, wróciły do kraju i pozwoliły finansować kosmiczne badania polskich naukowców.

Drugim wyzwaniem jest działanie na rzecz obronności i bezpieczeństwa, bo to jest wymóg chwili. Cały sektor, współpracując, może przynieść wartość dodaną dla polskiej obronności, polskiego bezpieczeństwa i agencja to też ma na uwadze – deklaruje  prof. Marek Banaszkiewicz. – Trzeci to jest zaopatrywanie administracji w produkty i usługi, które są im potrzebne, a które są oparte na technikach satelitarnych i technologiach kosmicznych.

Polska stała się członkiem Europejskiej Agencji Kosmicznej pod koniec 2012 roku. Od tego czasu, jak oceniono w podsumowującym ten okres raporcie, wzrosła konkurencyjność polskiego przemysłu (zwłaszcza w sektorze usług opartych na wykorzystywaniu technik satelitarnych) oraz jego zaangażowanie w rozwój nowoczesnych technologii kosmicznych. To oznacza, że udział Polski w europejskich programach komicznych będzie rósł, szczególnie gdy Polska Agencja Kosmiczna zacznie działać w pełnym zakresie. Istniejąca od pół roku instytucja koncentruje się na razie na działaniach organizacyjnych.

Agencja w tym roku musi się do końca zorganizować – informuje prezes PAK. – Ma już siedzibę w Gdańsku, będzie miała oddziały w Warszawie i Rzeszowie. Trwa faza rekrutacji pierwszych pracowników. Pierwszym zadaniem jest rozpoczęcie działalności merytorycznej jesienią.

Polska Agencja Kosmiczna potrzebuje specjalistów. Szuka pracowników, którzy zajmą się jej sprawami kosmicznymi: inżynierów i naukowców, a także fachowców od kwestii bardziej przyziemnych, jak ekonomistów i prawników.

Budżet agencji [10 mln zł – red.] w tej chwili pozwala na 35, może 50 pracowników, to zależy od tego, jakie to będą stanowiska i jakie formy zatrudnienia – zaznacza Marek Banaszkiewicz.

P.Bielski (BZ WBK): podwyżka stóp procentowych w USA możliwa we wrześniu, w Polsce powodów do zmian nie będzie przed końcem 2016 r.

Piotr Bielski, starszy ekonomista Banku Zachodniego WBK
Piotr Bielski, starszy ekonomista Banku Zachodniego WBK

Przez kilka kolejnych kwartałów nie będzie potrzeby zmian poziomu stóp procentowych – ocenia starszy ekonomista Banku Zachodniego WBK. Taki powód pojawi się nie wcześniej niż pod koniec przyszłego roku. Postępujące ożywienie w europejskiej gospodarce oraz program ilościowego łagodzenia polityki pieniężnej sprawiają, że w najbliższym czasie nie należy spodziewać się żadnych niespodzianek ze strony EBC. Z kolei w USA jest duża szansa na podwyżkę stóp procentowych we wrześniu.

Wskaźnik IFO oceniający perspektywy dla biznesu w Niemczech, największej gospodarki w UE, osiągnął w kwietniu poziom 108,50 punktów i był najwyższy od lipca ubiegłego roku. W maju zanotował jednak spadek, podobnie PMI, czyli wskaźnik aktywności w przemyśle, który był najniższy od trzech miesięcy. Wynik PMI dla całej strefy euro był nieznacznie wyższy niż w kwietniu (52,2 wobec 52 pkt), a w niektórych krajach, jak Hiszpania czy Włochy, był najwyższy od lat.

Moim zdaniem w gospodarce europejskiej mamy w tej chwili ożywienie. I wprawdzie mieliśmy ostatnio trochę rozczarowujących odczytów, ale myślę, że indeksy aktywności w usługach powinny pokazać lepszą aktywność przedsiębiorców i potwierdzić, że nie jest tak źle pod względem tempa wzrostu gospodarczego w II kwartale. Spodziewałbym się wyników, które nie pogłębią obaw o ożywienie gospodarki w Europie – mówi agencji Newseria Piotr Bielski, starszy ekonomista Banku Zachodniego WBK.

Jego zdaniem decyzje banków centralnych strefy euro i Polski nie powinny w najbliższym czasie zaskakiwać.

W strefie euro mamy zadeklarowany i wprowadzany już w życie program ilościowego łagodzenia polityki pieniężnej, który będzie realizowany przynajmniej do września 2016 roku. Nie spodziewam się, aby nadchodzące dane spowodowały, że bank centralny nagle zechce odejść od tej zaprogramowanej ścieżki – tłumaczy Piotr Bielski.

Ekonomista podobnie ocenia sytuację w polityce pieniężnej w naszym kraju. Przez najbliższych kilka kwartałów nie należy spodziewać się większych zmian. Dobre dane napływające z gospodarki zarówno odnośnie dynamiki PKB, jak i wartości inflacji sprawiają, że nie ma powodu do zmian poziomu stóp procentowych. Najnowszy odczyt dynamiki polskiego PKB za I kwartał 2015 roku mówi o wzroście na poziomie 3,6 proc. Według szacunków GUS ceny dóbr i usług konsumpcyjnych w kwietniu wzrosły o 0,4 proc. w porównaniu do marca, choć w ujęciu rocznym wciąż notowana jest deflacja (1,1 proc.).

Ani powodu do obniżki, ani do podwyżki w tej chwili nie widać i pewnie nie pojawi się on wcześniej niż pod koniec 2016 roku – mówi Bielski.

Dużo wcześniej mogą się zmienić stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych. Po publikacji ostatniego komunikatu FOMC, czyli Komitetu Otwartego Rynku regulującego politykę monetarną w USA, rynek uznaje za bardzo mało prawdopodobny scenariusz podwyżki stóp procentowych jeszcze w tym miesiącu. Dominuje pogląd, że nastąpi to najwcześniej we wrześniu, a nawet w grudniu, choć decyzja zależy głównie od danych płynących z największej gospodarki świata.

Następną decyzją amerykańskiego banku centralnego będzie podwyżka. W tej chwili pytanie jest tylko takie, jak szybko ona nastąpi. Myślę, że kolejne dane z USA pokażą, że jednak nie jest tak źle z amerykańską gospodarką, jak mogłoby się wydawać po danych z I kwartału – prognozuje starszy ekonomista w Banku Zachodnim WBK.

Ostatni odczyt kwartalnej dynamiki PKB Stanów Zjednoczonych w ujęciu zanualizowanym pokazał jednak niewielkie spowolnienie, na poziomie 0,7 proc. (wskaźnik ten pokazuje, o ile w całym roku urosłaby gospodarka, gdyby rozwijała się w takim tempie, jak w danym kwartale wobec kwartału poprzedzającego).

Lepiej wyglądają odczyty wskaźnika wyprzedzającego ISM dla usług. Wartość na poziomie 57,8 jest znacznie wyższa od granicznego poziomu 50 pkt. Pozwala to na wyciągnięcie wniosku, że Stany Zjednoczone radzą sobie ze spowolnieniem, a kolejne odczyty mogą być dla inwestorów pozytywnym zaskoczeniem.

Myślę, że kolejne publikacje z USA będą potwierdzały to, że rzeczywiście idziemy do przodu z aktywnością gospodarczą, trochę odbija inflacja, poprawia się rynek pracy i wrześniowa podwyżka stóp się uprawdopodabnia. To może być jednak dla rynku zaskoczenie, że dziś instrumenty finansowe wyceniają tę podwyżkę bardziej w grudniu niż we wrześniu – podkreśla Piotr Bielski.

Citroën zmienia strategię na polskim rynku. Od 1 czerwca niższe ceny i nowa oferta

Jacek Trojanowski, dyrektor generalny Citroën Polska
Jacek Trojanowski, dyrektor generalny Citroën Polska

1 czerwca Citroën wprowadzi nową politykę handlową. Pojawi się nowa oferta: human – simple – smart, która ma być lepiej dostosowana do zmieniających się potrzeb konsumentów, prostsza i bardziej przejrzysta. Ze 102 wersji modeli osobowych zostaną 63, a po znaczącej obniżce cenowej nowe modele Citroëna mają być jednymi z najtańszych na rynku.

To nie jest tylko nowa strategia. Śmiem nazwać to, co zrobiliśmy, mianem rewolucji handlowej. Od 1 czerwca diametralnie zmieniliśmy wszystko, co do tej pory istniało – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Trojanowski, dyrektor generalny Citroën Polska. – Przede wszystkim bardzo mocno obniżyliśmy ceny wszystkich samochodów. Od tej chwili cena, którą klient znajdzie na portalu motoryzacyjnym, na stronie Citroën.pl czy przeczyta w prasie motoryzacyjnej będzie rzeczywistą ceną, którą zapłaci w salonie.

Citroën opiera swoją nową politykę handlową na trzech kluczowych wartościach: optimistic, human i smart. Przedstawiciele marki podkreślają, że to odpowiedź na zmieniające się nawyki klientów.

Oferta ma być przede wszystkim prostsza, dlatego marka redukuję gamę oferowanych wersji – z obecnych 102 wersji modeli osobowych w nowej strategii znajdą się 63. Poza tym schemat zakupowy w znacznej mierze przenosi się do internetu, wymaga więc szybkiej, prostej i precyzyjnej informacji. Dotyczy to również ceny.

Jeżeli na portalach internetowych klient znajduje cenę, jaką stosowaliśmy do tej pory, czyli wysoką cenę cennikową, to być może już z góry straciliśmy pewną grupę klientów, bo oni już nie chcieli wykonać kolejnego kroku, pójść do salonu i dowiedzieć się, jaka jest rzeczywista, finalna cena zakupu – mówi Trojanowski.

Nowością jest wprowadzenie na rynek serii specjalnej More Life, czyli aut z każdego modelu z takim wyposażeniem, jakiego najczęściej poszukują polscy klienci. Modele z tej serii wszystkie opcje będą miały wliczone w cenę, dzięki czemu ostateczny koszt zakupu będzie znany od razu.

Na nowej strategii zyska zarówno klient, jak i marka. Klient, bo ma pełną przejrzystość naszej oferty. My, bo jeżeli produkt i jego wartości oraz technologie będą w centrum uwagi, to w rozmowie handlowej pozwoli nam to sprzedawać więcej i w dodatku będą to samochody lepiej wyposażone. Obydwie strony wygrywają również dlatego, że dostępność tych samochodów staje się lepsza – wymienia Trojanowski.

Citroën podkreśla, że obniżenie cen nowych modeli – w sytuacji kiedy różne czynniki wymuszają na koncernach ich podwyżki – będzie korzystne dla ich wartości przy odsprzedaży za kilka lat. Marka zaproponuje również rozwiązania, która w Polsce nie są jeszcze bardzo popularne, związane z długoterminowym leasingiem aut.

Polski konsument niewiele różni się od klienta z rynku zachodniego. Oczekiwania i sposób wyboru samochodu są identyczne. Jedyną różnicą jest to, że klient zachodni bardzo często, zwłaszcza w niektórych krajach, korzysta z takiej formy zakupu, która powoduje, że nie on jest właścicielem samochodu, ale płaci miesięczną ratę wynajmu. My również wprowadzimy do naszej oferty wkrótce tego typu produkty – zapowiada Trojanowski.

Nowy rozdział w historii Citroëna otworzyło wprowadzenie na rynek modelu C4 Cactus. Ma on prezentować nową strategię produktową marki – samochodów o wyraźnym designie, wyposażonych w nowoczesne, użyteczne na drodze technologie, dla klientów, którzy lubią się wyróżniać.

Wartość inwestycji w Polsce rośnie o ponad 8 proc. rocznie. Nasz kraj jest regionalnym liderem

Katarzyna Rzentarzewska, starszy analityk Erste Group
Katarzyna Rzentarzewska, starszy analityk Erste Group

Porozumienie w sprawie planu Junckera zakłada realizację projektów inwestycyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej o wartości 40-60 miliardów euro. Największa część tej sumy przypadnie Polsce. Dynamika inwestycji na poziomie 8 proc. oraz prognozy mówiące o wzroście PKB o 3,5 proc. stawiają nasz kraj w gronie gospodarczych liderów regionu. Problem dla przedsiębiorców wciąż są jednak skomplikowane procedury legislacyjne.

W ubiegłym tygodniu przedstawicielom państw członkowskim oraz negocjatorom Unii Europejskiej udało się dojść do porozumienia w sprawie planu Junckera. Finansowanie projektów odbywać się będzie dzięki środkom zgromadzonym w Europejskim Funduszu Inwestycji Strategicznych. Zgodnie z założeniami do 2017 roku plan powinien pobudzić inwestycje w Unii Europejskiej na kwotę 315 miliardów euro.

Plan Junckera to dodatkowy zastrzyk środków poza funduszami europejskimi. W tej chwili kraje Europy Środkowo-Wschodniej złożyły już wszystkie projekty. Wartość polskich projektów to ponad 17 mld euro na najbliższe trzy lata (2015-2017). Są  one gotowe do realizacji i czekają jedynie na partnera strategicznego i dopływ funduszy – mówi agencji Newseria Katarzyna Rzentarzewska, starszy analityk Erste Group.

Jak oceniają analitycy Erste Group, państwa Europy Środkowo-Wschodniej mogą być największym beneficjentem planu Junckera. Szacują, że w naszym regionie zostaną zrealizowane projekty o wartości ok. 40-60 miliardów euro.

W najbliższych latach to oszczędności i fundusze europejskie będą odgrywały główną rolę w finansowaniu inwestycji. Sektor małych i średnich przedsiębiorstw w Europie Środkowo-Wschodniej jest o tyle ważny, że generuje 35 proc. wartości dodanej. Nie odbiega w niczym od innych krajów europejskich. Inwestycje, które będzie generował ten sektor, są również ważne dla wzrostu – wyjaśnia ekspertka Erste Group.

Analiza Erste Group pokazuje, że udział małych i średnich przedsiębiorstw w strukturze PKB państw Europy Środkowo-Wschodniej jest niemal taki sam, jak w Niemczech czy Austrii.

Pod względem dynamiki inwestycji Polska jest w gronie regionalnych liderów. W gospodarkach Europy Środkowo-Wschodniej średnia wynosi 6,3 proc., co przekłada się na przewidywany wzrost PKB na poziomie około 2,1 proc.

Wzrost inwestycji w najbliższych latach w Polsce powinien się utrzymać na podobnym poziomie. W zeszłym roku było to ponad 9 proc. W tym roku oczekujemy zbliżonej dynamiki inwestycji – ponad 8 proc. To wszystko przekłada się na ponad 3-proc. wzrost gospodarczy – prognozuje Rzentarzewska.

W kwietniu Międzynarodowy Fundusz Walutowy podwyższył prognozę zmian PKB dla naszego kraju do 3,5 proc. W uzasadnieniu można przeczytać, że spowodowane jest to głównie poprawą warunków ekonomicznych u głównych partnerów handlowych Polski. Ożywienie odznacza się także większym zainteresowaniem inwestycjami wśród rodzimych przedsiębiorstw.

Firmy decydują się na inwestycje przede wszystkim dlatego, że widzą większy popyt wewnętrzny. Prywatna konsumpcja rośnie, co przekłada się na większą liczbę zamówień, a w związku z tym firmy zaczynają inwestować w zwiększenie swojej produkcji. To jest istotny czynnik początkowy, który wyzwala ten potencjał – wyjaśnia Katarzyna Rzentarzewska.

Podkreśla jednak, że aby utrzymać wysoką dynamikę wzrostu inwestycji potrzebne są zmiany – poprawa w zakresie struktury otoczenia gospodarczego oraz ułatwienie dostępu do finansowania tych podmiotów. Przedstawicielka Erste Group zaznacza, że sektor małych i średnich przedsiębiorstw ma przed sobą poważne wyzwania. Najważniejszym problemem, z którym musi się zmierzyć, są niejasne przepisy prawne oraz skomplikowane procedury gospodarcze. Katarzyna Rzentarzewska dostrzega jednak pozytywne zmiany. Czas zakładania firmy został skrócony z 25 do 7 dni. Zmniejszył się także okres oczekiwania na niektóre pozwolenia budowlane.

Łódź będzie się zmieniać za unijne pieniądze. Rewitalizacja obejmie obszar 1,4 tys. hektarów

Marek Cieślak, wiceprezydent Łodzi
Marek Cieślak, wiceprezydent Łodzi

Władze Łodzi liczą na co najmniej 4 mld zł ze środków unijnych. Zamierzają wydać te pieniądze na poprawę jakości życia w mieście, m.in. sprawniejszą komunikację, potrzeby wspólnot mieszkaniowych oraz rewitalizację zaniedbanych kwartałów centrum. Dzięki inwestycjom mają wzrosnąć szanse Łodzi na organizację Małego Expo 2022.

4 mld zł z unijnego programu Zintegrowane Inwestycje Terytorialne oraz Regionalnego Programu Operacyjnego to znaczący zastrzyk finansowy dla miasta.

Będziemy także aplikować o pewne środki na poziomie rządowym do Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju. Ale 4 mld zł to kwota, która na razie w wieloletniej prognozie finansowej się mieści. To sporo, bo roczny budżet Łodzi wynosi 4 mld zł, więc jakby kolejny budżet miasta chcielibyśmy ze środków unijnych wykorzystać. Mam nadzieję, że nam się to uda – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Cieślak, wiceprezydent Łodzi.

W kolejnych latach prawdziwym wyzwaniem dla miasta będzie rewitalizacja najbardziej zaniedbanych części miasta. To kwestia, do której władze Łodzi przywiązują największą wagę, również w kontekście starań o organizację Małego Expo 2022.

– Myślę, że doszliśmy już do takiego etapu, że czas najwyższy doprowadzić do tego, żeby centrum miasta było przyjazne. Stąd duże projekty rewitalizacyjne, rewitalizacja obszarowa w sumie dotykająca 1,4 tys. ha. Mam nadzieję, że uda się wytworzyć mechanizmy nie tylko dla miasta, lecz także dla wspólnot mieszkaniowych i inwestorów prywatnych – mówi Marek Cieślak.

To duże wyzwanie, bo projekty rewitalizacyjne będą dotyczyć ok. 15-20 tys. mieszkańców. To również kwestia wrażliwa społecznie.

– To nie jest prosty remont, to także rewitalizacja społeczna, i myślę, że idea związana z włączeniem społeczności lokalnych w rewitalizację to wyzwanie, któremu miasto musi sprostać – podkreśla Cieślak.

Innym jest dokończenie największych inwestycji infrastrukturalnych.

Mam nadzieję, że w 2016 roku dokończymy największe inwestycje drogowe, oddamy dworzec razem z PKP i Nowe Centrum Łodzi, czyli projekt dotyczący zagospodarowania 90 ha w centrum miasta. To są nasze priorytety w najbliższej perspektywie finansowej – podkreśla wiceprezydent miasta.

Kluczowe projekty w ramach budowy NCŁ to m.in. budowa rynku Kobro, dworca Łódź Fabryczna i linii kolejowej między Łodzią a Widzewem, rewitalizacja EC1 czy przebudowa ulicy Moniuszki. Do 2015 roku realizacja kosztowała miasto ok. 350 mln zł, a inwestorów prywatnych – ok. 900 mln zł.

Dzięki realizowanym inwestycjom Łódź ma się stać smart city. Efekty w pierwszej kolejności będzie można zobaczyć w ruchu ulicznym oraz działaniach pomocy społecznej.

Mamy duży program związany ze skonsolidowaniem 240-250 skrzyżowań w mieście i próbą sterowania ruchem – zapowiada Marek Cieślak. – Drugi program w ramach smart city jest związany z integrowaniem służb pomocy społecznej i urzędów pracy. O tym kierunku rząd mówi od dłuższego czasu, my próbujemy to realizować. Nie da się oddzielić pomocy społecznej od wspierania rynku pracy. To są dwa programy, które wydaje się, że za chwilę się sfinalizują.

Centra handlowe inwestują w nowe technologie. Chcą w ten sposób zwiększyć sprzedaż

0
Lidia Deja, szef marketingu i PR w Apsys Polska
Lidia Deja, szef marketingu i PR w Apsys Polska

Zarządcy centrów handlowych stawiają na nowe technologie, które mają ułatwić zakupy i przyciągnąć klientów. Przykładem mogą być tzw. beacony, które pozwalają na dopasowanie oferty do konkretnej osoby. Wiedząc, że klienci nawet podczas zakupów nie rozstają się ze smartfonami, centra handlowe tworzą aplikacje, które informują o aktualnych promocjach, wskazują wolne miejsce na parkingu czy drogę do sklepu. Rola wielokanałowości w handlu staje coraz większa.

W ostatnim czasie preferencje zakupowe, upodobania i zachowania klientów bardzo się zmieniły. Ma to swoje źródło m.in. w upowszechnieniu nowych technologii. Dzisiaj klienci masowo korzystają z internetu, mediów społecznościowych, tabletów, smartfonów i to oczywiście nie pozostaje bez znaczenia dla kształtu rynku retail, w tym dla centrów handlowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Lidia Deja, szef marketingu i PR w Apsys Polska.

Polacy coraz częściej robią zakupy przez internet, przede wszystkim ze względu na szybkość i wygodę. Większość klientów nawet podczas zakupów nie rozstaje się ze smartfonami czy tabletami. Z raportu mShopper przeprowadzonego przez Mobile Institute wynika, że z urządzeń mobilnych korzysta 44 proc. Polaków. Do zmiany upodobań klientów przystosowują się centra handlowe, w których przybywa rozwiązań skierowanych do posiadaczy smartfonów czy tabletów.

W związku z upowszechnieniem nowych technologii wiemy, że dzisiaj najbardziej skuteczny model sprzedaży to omnichannel, czyli sprzedaż przez wiele kanałów. Wzajemnie się one uzupełniają i tworzą zintegrowany system. Centrum handlowe jest dziś przestrzenią zdigitalizowaną, bo żeby być skutecznym zarządcą i wspierać najemców, trzeba samemu korzystać z nowych technologii – tłumaczy Deja.

Dlatego nowoczesne centra handlowe wdrażają nowe technologie. Łódzka Manufaktura testuje system beaconów, czyli niewielkich nadajników odbierających sygnały ze smartfonów, które zbierają informacje o upodobaniach, zwyczajach i zachowaniach klientów. Dzięki temu najemcy mogą stworzyć spersonalizowaną ofertę, adekwatną do oczekiwań konkretnego klienta. Dzięki aplikacjom na smartfony, klienci mogą również otrzymywać informacje o aktualnych promocjach w sklepach, obok których właśnie przechodzą.

Prostota, przyjemność i skuteczność stanowią o jakości obsługi klienta. W tym zakresie technologie są kluczowe. Przykładem może być szybko rozwijająca się usługa „click and collect”, która jest najlepszym przykładem wielokanałowości – wskazuje ekspertka z Apsys Polska.

Dzięki aplikacji klient może zamówić produkt przez internet i poprosić o dostawę do domu albo przyjść do sklepu, przymierzyć i zdecydować, czy produkt zatrzymuje, czy zwraca. Możliwości i konfiguracji jest wiele, ale wszystkie mają sprawić, że zakupy w centrum handlowym będą szybkie i przyjemne. Podobnie jak zakupy w sieci, które cieszą się coraz większym zainteresowaniem.

Technologie warunkują nowoczesność i trudno sobie wyobrazić centrum handlowe najnowszej generacji bez ogólnie dostępnego internetu. Wi-Fi stało się standardem. Podobnie aplikacja mobilna, która ma np. funkcję geolokalizacji, czyli ułatwia znalezienie wolnego miejsca na parkingu, odszukanie samochodu, jeśli parking jest duży, czy znalezienie danego sklepu – przekonuje Lidia Deja.

Większość centrów handlowych nowszej generacji decyduje się na korzystanie z najnowszych technologii, co przy coraz większej liczbie użytkowników urządzeń mobilnych jest koniecznością. W ubiegłym roku smartfony generowały 12 proc. ruchu internetowego (badania Gemius), a ich udział rośnie. Na Zachodzie urządzenia przenośne generują blisko połowę ruchu. Dlatego centra handlowe cały czas się zmieniają. Walczą o klientów nie tylko różnorodnością oferty, lecz także nowinkami technologicznymi.

Jeżeli porównamy centra najnowszej generacji w Polsce i na Zachodzie, to będą one mniej więcej w tym samym stopniu odwoływały się do tych technologii. Tym bardziej że deweloperzy, właściciele i zarządcy centrów handlowych to bardzo często firmy międzynarodowe, a więc ich know-how, doświadczenie i dbałość o tzw. custom experience jest podobna, a właściwie taka sama – mówi ekspertka.

Kolejne 2-3 lata będą decydujące dla polskiego przemysłu spożywczego. Dla mniejszych firm może to być trudny okres

Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności (PFPŻ)
Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności (PFPŻ)

Rosnący eksport i utrzymujący się na stabilnym poziomie popyt wewnętrzny wpływają na dobrą sytuację rynku rolno-spożywczego w Polsce. 30-proc. nadwyżka mocy produkcyjnej sprawia, że producenci muszą coraz mocniej ze sobą konkurować, również cenami. Najbliższe 2-3 lata mogą mieć duże znaczenie dla kondycji i kształtu polskiego przemysłu żywnościowego, ale może to być trudny czas dla firm, szczególnie tych średnich.

Cechą wyróżniającą rynek rolno-spożywczy w Polsce na tle sąsiednich rynków, jak Czech czy kraje nadbałtyckie, jest bardzo stabilny popyt wewnętrzny. Mamy dosyć duży, bo prawie 60-proc., udział polskich producentów w rynku żywności w Polsce. Dodatkową cechą jest bardzo dynamicznie rozwijający się eksport. To nasze główne determinanty – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności (PFPŻ).

Dane resortu gospodarki wskazują, że mimo embarga nałożonego przez Rosję eksport polskiej żywności w ubiegłym roku wyniósł 21,5 mld euro i był 4,5 proc. większy niż w 2013 roku. Optymistycznie wyglądają również dane za I kwartał br.

Gantner wskazuje, że dziś ok. 30 proc. rodzimej produkcji trafia na eksport. Ale to jednak rynek wewnętrzny jest kluczowy dla producentów żywności. Jego wartość to ok. 170 mld zł, czyli prawie dwa razy więcej niż eksportu.

W tej chwili rynek jest praktycznie nasycony pod względem mocy przetwórczych. Szacuje się wręcz, że polscy producenci mają prawie 30-proc. nadwyżkę. Skutkuje to dużą konkurencją na rynku wewnętrznym, przede wszystkim konkurencją cenową. Skutki tego widzimy w utrzymującej się od kilku miesięcy deflacji, głównie spowodowanej przez zastój na rynku cen żywności – tłumaczy ekspert.

Z danych PFPŻ wynika, że obecnie za 80 proc. eksportu odpowiada 7 proc. firm spożywczych. Biorąc pod uwagę nadwyżkę produkcji, zwiększenie eksportu będzie największym wyzwaniem dla sektora MŚP. Z kolei silna konkurencja na rynku wewnętrznym powoduje, że najbliższe 2- 3 lata dla firm z tego sektora mogą okazać się kluczowe.

W tym okresie będzie formował się finalny kształt polskiego przemysłu żywnościowego, niestety, nie będzie to łatwy okres dla firm, szczególnie tych średnich – prognozuje Andrzej Gantner.

Pozytywnie ocenia jednak perspektywy całego rynku rolno-spożywczego i dodaje, że jest kilka segmentów, które będą rozwijać się szybciej. To m.in. sektor żywności ekologicznej, choć wciąż jest on na relatywnie niskim poziomie. Ogólnopolskie Stowarzyszenie Przetwórców i Producentów Produktów Ekologicznych „Polska Ekologia” szacuje, że rynek w Polsce wart jest 600-650 mln zł. Polacy coraz częściej są proekologiczni, a to oznacza, że ten segment rynku może notować wzrosty. Rośnie też popularność produktów regionalnych.

Widać pewien ruch w kierunku produktów funkcjonalnych, szczególnie kierowanych do specyficznych grup ludności, zarówno pod względem płci, jak i wieku. Jest też widoczny trend, nie tylko jest związany z ekologią i tradycyjnością, lecz także dotyczący dostępności produktów świeżych – komentuje Gantner.

Praktyki i staże szansą dla młodych. Pozytywnie ocenia je ponad 70 proc. studentów

Mariola Raudo, kierownik ds. rekrutacji i HR Biznes Partner w Nestlé Polska
Mariola Raudo, kierownik ds. rekrutacji i HR Biznes Partner w Nestlé Polska

Letnie miesiące to najlepszy czas na praktyki i staże, które pozwolą zadbać o swoją karierę i zdobyć nowe umiejętności, zwłaszcza że 70 proc. studentów ocenia, że uczelnie nie przygotowują ich wystarczająco dobrze do poszukiwania pracy. W Polsce praktyki związane z kierunkiem studiów odbywa trzy czwarte studiujących, a ponad 70 proc. z nich określa je jako bardzo przydatne. Dla najlepszych stażystów to okazja na pierwszą pracę. Korzystają na tym także pracodawcy, którzy w ten sposób zyskują już wykwalifikowaną kadrę.

Trzy miesiące wakacyjne są najczęściej wybierane przez praktykantów na odbywanie staży i praktyk. Jest to też czas, kiedy firmy dają młodym ludziom szansę zetknięcia się z realnym środowiskiem pracy. Nasza firma w tym roku otwiera 16. edycję programu praktyk letnich – mówi agencji Newseria Mariola Raudo, kierownik ds. rekrutacji i HR Biznes Partner w Nestlé Polska.

Dla studentów staże to możliwość nie tylko zdobycia doświadczenia i potrzebnych kwalifikacji, lecz także możliwość poznania potrzeb pracodawcy. To istotne, zwłaszcza że jak pokazują wyniki raportu Deloitte „Pierwsze kroki na rynku pracy. Ogólnopolskie badanie studentów i absolwentów”, aż 70 proc. studentów uważa, że polskie uczelnie źle przygotowują do poszukiwania pracy. Studia kładą nacisk na teorię, w efekcie na rynek pracy trafiają nieprzygotowani młodzi ludzie.

Wszystkie staże powinny być płatne. Nie chodzi tylko o zaangażowanie, bo młodzi ludzie, żeby zdobyć wiedzę, są w stanie przyjść na praktyki bezpłatne. Niejednokrotnie, tak jak w naszym przypadku, praktykanci są z całej Polski, oni muszą za te pieniądze się utrzymać, wynająć mieszkania. Jeśli praktyka jest dobrze skonstruowana, to oni wykonują konkretną pracę i powinni za nią otrzymać wynagrodzenie – przekonuje Raudo.

W Polsce pracodawcy coraz częściej oferują płatne praktyki, wciąż jednak zdarzają się przypadki, że to firma za możliwość odbycia stażu wymaga od młodych ludzi zapłaty. Atrakcyjna oferta praktyk to nie tylko szansa dla studentów, lecz także dla pracodawców. 80 proc. z nich ma problemy ze znalezieniem osób o odpowiednich kwalifikacjach, a w ten sposób mogą zdobyć nowych pracowników, już dopasowanych do wymagań na określonym stanowisku.

U nas ok. 40-50 proc. praktykantów pozostaje w firmie na dłużej. Stawiamy na ludzi wewnątrz organizacji, promujemy ich, mamy też sporo tzw. miejsc początkowych. Jeśli taka możliwość jest, proponujemy miejsca pracy tym praktykantom, którzy mogą i chcą w firmie zostać – wskazuje ekspertka z Nestlé.

Nawet jeśli bezpośrednio po zakończeniu praktyk w firmie nie ma wakatu, informacje zbierane od menadżerów wskazują, gdzie wkrótce będą potrzebni nowi pracownicy. Wówczas sięga się po praktykantów. Jak podkreśla Raudo, głównym celem staży jest jednak dzielenie się wiedzą i danie szansy studentom na uzyskanie nowych kompetencji.

Badanie Deloitte wskazują, że studenci doceniają praktyki i staże. 74 proc. badanych w swoim doświadczeniu ma praktyki w Polsce związane z kierunkiem studiów, 56 proc. wzięło udział w innych programach oferowanych przez pracodawcę. Wysoko oceniają również ich skuteczność – 71 proc. oceniło praktyki jako bardzo skuteczne.

Ekspertka przypomina, że do rozmowy w sprawie odbycia stażu należy się dobrze przygotować.

Przy składaniu aplikacji młody człowiek powinien być świadomy, dlaczego chce iść do danej firmy, co może dzięki temu uzyskać, jakie umiejętności i kompetencje. W naszej firmie droga do uzyskania praktykanta jest długa. Zależy nam na osobach, które są najbardziej zmotywowane, mają największy potencjał i są świadome, że akurat w tej firmie chciałyby te praktyki odbyć – wskazuje Raudo.

Mężczyźni coraz bardziej interesują się modą. Kupują świadomie i kierują się przede wszystkim jakością

Janusz Bielenia, właściciel Studia Szycia na Miarę
Janusz Bielenia, właściciel Studia Szycia na Miarę

Młodzi mężczyźni coraz więcej wydają na ubrania. 15 proc. z nich przyznaje, że interesuje się modą. Choć wciąż sektor odzieży damskiej globalnie sprzedaje więcej, to męski rośnie w szybszym tempie. Mężczyźni stawiają na jakość, choć nie zależy im na markach. Młodsze pokolenie lubi oryginalność, dlatego zamiast powielać modowe wzorce wybierają ubrania szyte na miarę. Dlatego sektor męskiej odzieży luksusowej rośnie w siłę, w przyszłym roku wzrost może sięgnąć nawet 15-20 proc.

– Mężczyzna do 35. roku życia bardzo się różni od choćby 10 lat starszego. W luksusowej branży modowej szukają oni jakości, są bardziej odważni pod względem kolorów. W ogóle mężczyźni są bardziej indywidualni i nie zależy im na konkretnej marce – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Janusz Bielenia, właściciel Studia Szycia na Miarę – Bielenia.

Raport „Gender Factor – męskie branże w kobiecych rękach” wskazuje, że mężczyźni, zwłaszcza ci młodsi, zwracają coraz większą uwagę na modę. Interesuje się nią 10 proc. mężczyzn, ale u tych do 35. roku życia wskaźnik ten wynosi 15 proc. Dlatego choć odzież damska jest więcej warta, to męski sektor rozwija się w szybszym tempie – globalnie o 4,1 proc. do poziomu ponad 100 mld dol. (kobieca moda osiągnęła wartość 150 mld dol., wzrost o 2,8 proc.).

– Zaskakuje mnie, jak bardzo zmieniło się podejście mężczyzn do mody na przestrzeni wieków. Teraz są bardziej odważni, potrafią szybciej wydawać pieniądze, ale traktują je jako inwestycję w swoją indywidualność, w to, co założą. Nie chcą kupować ubrania takich samych, jak inni. Szukają indywidualności, a nie marek – podkreśla Bielenia.

Jeszcze kilka lat temu eleganckie męskie ubrania wyglądały podobnie – szare lub granatowe marynarki, często w delikatne paski. Teraz mężczyźni szukają ubrań, które ich wyróżnią, wiedzą czego chcą i najczęściej nie korzystają z pomocy kobiet. Do zakupów podchodzą też znacznie bardziej racjonalnie niż panie. Stawiają na jakość, nie na ilość.

Raport „Gender Factor” wskazuje, że o ile kobiety kupują ubrania z domieszką sztucznych materiałów, o tyle w przypadku mężczyzn jest to nie do pomyślenia. Zakupy są też bardziej przemyślane: panowie porównują materiały, sprawdzają stan swojej garderoby i dopiero wówczas decydują się na zakup.

– Według mnie klient bardzo pozytywnie się zmienił ze względu na to, że poszukuje produktu wysokiej jakości nie tylko materiałowej, lecz także samego rzemiosła. Taki garnitur będzie dłużej noszony, będzie dłużej lepiej wyglądał i tego właśnie szuka mężczyzna – ocenia ekspert.

Wartość rynku luksusowej odzieży rośnie. Z raportu KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce 2014” wynika, że w ubiegłym roku był on wart nieco ponad 2 mld zł. Według prognoz w 2017 roku może to być ponad 2,3 mld zł. Bielenia ocenia, że w przypadku męskich ubrań szytych na miarę wzrost może być jeszcze większy, nawet do 20 proc.

– Składa się na to kilka elementów. Po pierwsze lepiej zarabiają, znaleźli też sposób na pokazanie swojej indywidualności. To już nie tylko samochód. Często mam klientów, którzy jeżdżą średniej klasy autem, a wydają duże pieniądze na garnitur, bo sprawia im to przyjemność – mówi właściciel Studia Szycia na Miarę – Bielenia.

Młodsze pokolenie czerpie inspiracje z internetu i dobrze ubranych gwiazd. Badacze wyróżniają dwa typy konsumentów: Henry (high earner, not rich yet) i Yummy (young, urban male). Łączy ich przywiązanie do jakości i wysokogatunkowych tkanin.

Mężczyzna, idąc na spotkanie, chce wyglądać dobrze, poza tym tego wymaga też od niego pracodawca. Dlatego myślę, że w tym segmencie będzie duży wzrost – ocenia Janusz Bielenia.