Ranking najtańszych ubezpieczeń samochodowych – maj 2015

Od 1 do 31 maja b.r. ponad 150 000 użytkowników porównywarki Ubea.pl szukało najtańszego ubezpieczenia OC. Wyniki kalkulacji internautów posłużyły do stworzenia kolejnego rankingu polis komunikacyjnych. Te ubezpieczenia zostały podzielone na cztery kategorie (OC, OC + AC, OC + NNW oraz OC + AC + NNW). Podobnie jak miesiąc wcześniej, najwyższe pozycje zajęło trzech różnych ubezpieczycieli.

W maju najtańsze były polisy Liberty, You Can Drive i Link4

W czterech poniższych tabelach można znaleźć informacje na temat firm oferujących najtańsze polisy OC dla kierowców oraz większe pakiety (OC + NNW, OC + AC oraz OC + AC + NNW). Ubezpieczyciele zostali uszeregowani zgodnie z liczbą uzyskanych punktów. Każde z klasyfikowanych towarzystw oceniono w skali od 0,00 punktów do 5,00 punktów. „Najniższy wynik oznacza, że ubezpieczyciel we wszystkich pojedynczych porównaniach ulokował się na ostatniej pozycji. Firma z najwyższą ilością punktów (5,00 pkt) musiałaby zająć pierwsze miejsce w każdej kalkulacji wykonanej przez internautów” – wyjaśnia Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl.  

Nina Kuczyńska zaznacza, że w praktyce żaden ubezpieczyciel nie uzyskuje skrajnych wyników (0,00 pkt lub 5,00 pkt). Od 1 do 31 maja b.r. największą liczbę punktów zebrała firma Liberty Ubezpieczenia (4,59 punktu – ranking pakietów OC + AC + NNW). Ostatnie miejsce w porównaniach najczęściej  zajmowały pakiety OC + AC + NNW, sprzedawane przez Proamę (wynik: 1,82 punktu).

Warto zwrócić uwagę, że w trzech kategoriach wygrała ta sama firma, co miesiąc wcześniej. Mowa o porównaniach dotyczących:

  • ubezpieczeń OC (zwycięzca You Can Drive – marka Ergo Hestia)
  • pakietów OC + AC (zwycięzca Liberty Ubezpieczenia)
  • pakietów OC + AC + NNW (zwycięzca Liberty Ubezpieczenia)

Jeżeli chodzi o majowe zestawienie pakietów OC + NNW, to pierwsze miejsce zajął Link4 (awans o jedną pozycję). Wspomniana firma do marca b.r. wygrywała we wszystkich kategoriach. Trzeba odnotować, że od pierwszego rankingu Ubea.pl (styczeń 2015 r.), grupę „najtańszych” ubezpieczycieli regularnie uzupełniają też firmy Aviva oraz AXA Direct.

„Wymienione towarzystwa razem z Liberty Ubezpieczenia, Link4 oraz You Can Drive, najczęściej można znaleźć w czołówce” – mówi Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Ranking OC dla kierowców (maj 2015 r.)
Miejsce

rankingowe

Nazwa ubezpieczyciela Liczba punktów

w maju 2015 r.

Zmiana pozycji rankingowej w stosunku do kwietnia

2015 r.

1. You Can Drive (Ergo Hestia) 4,33 ↔ (0)
2. Liberty Ubezpieczenia 4,31 ↔ (0)
3. Aviva 4,05 ↗ (+1)
4. Link4 3,97 ↘ (-1)
5. MTU (Ergo Hestia) 3,73 ↗ (+1)
6. Generali Direct 3,65 ↗ (+2)
7. AXA Direct 3,56 ↘ (-2)
8. TUW TUZ 3,51 ↗ (+1)
9. Proama 3,41 nie klasyfikowano w kwietniu
10. PZU 3,34 ↘ (-3)
11. Gothaer 3,07 ↔ (0)
12. UNIQA 2,98 ↔ (0)
13. Ergo Hestia 2,97 ↘ (-3)
14. TUW „TUW” 2,85 ↗ (+1)
15. InterRisk 2,22 ↘ (-1)
16. Compensa 2,05 ↘ (-3)

 

Ranking pakietów OC + NNW dla kierowców (maj 2015 r.)
Miejsce

rankingowe

Nazwa ubezpieczyciela Liczba punktów

w maju 2015 r.

Zmiana pozycji rankingowej w stosunku do kwietnia

2015 r.

1. Link4 4,22 ↗ (+1)
2. Liberty Ubezpieczenia 3,93 ↗ (+3)
3. PZU 3,86 ↘ (-2)
4. Aviva 3,85 ↔ (0)
5. You Can Drive (Ergo Hestia) 3,77 ↘ (-2)
6. Compensa 3,77 ↗ (+5)
7. MTU (Ergo Hestia) 3,64 ↘ (-1)
8. InterRisk 3,64 ↗ (+5)
9. AXA Direct 3,49 ↘ (-2)
10. Generali Direct 3,48 ↘ (-2)
11. Ergo Hestia 3,31 ↘ (-1)
12. TUW TUZ 3,25 ↘ (-3)
13. Gothaer 2,61 ↘ (-1)
14. UNIQA 2,41 ↔ (0)

 

Ranking pakietów OC + AC dla kierowców (maj 2015 r.)
Miejsce

rankingowe

Nazwa ubezpieczyciela Liczba punktów

w maju 2015 r.

Zmiana pozycji rankingowej w stosunku do kwietnia

2015 r.

1. Liberty Ubezpieczenia 4,57 ↔ (0)
2. Link4 4,45 ↔ (0)
3. AXA Direct 3,84 ↔ (0)
4. Aviva 3,72 ↗ (+1)
5. You Can Drive (Ergo Hestia) 3,69 ↘ (-1)
6. Gothaer 3,28 ↗ (+1)
7. Generali Direct 2,90 ↗ (+1)
8. MTU (Ergo Hestia) 2,83 ↗ (+2)
9. TUW TUZ 2,80 ↔ (0)
10. UNIQA 2,21 ↗ (+3)

 

Ranking pakietów OC + AC + NNW dla kierowców (maj 2015 r.)
Miejsce

rankingowe

Nazwa ubezpieczyciela Liczba punktów

w maju 2015 r.

Zmiana pozycji rankingowej w stosunku do kwietnia

2015 r.

1. Liberty Ubezpieczenia 4,59 ↔ (0)
2. Link4 4,53 ↔ (0)
3. AXA Direct 4,16 ↔ (0)
4. Compensa 4,09 ↗ (+4)
5. Aviva 3,98 ↗ (+1)
6. You Can Drive (Ergo Hestia) 3,72 ↗ (+1)
7. Gothaer 3,58 ↗ (+2)
8. Generali Direct 3,31 ↗ (+2)
9. TUW TUZ 3,26 ↗ (+2)
10. MTU (Ergo Hestia) 3,25 ↗ (+2)
11. InterRisk 2,95 ↗ (+2)
12. PZU 2,92 ↓ (-8)
13. UNIQA 2,66 ↗ (+2)
14. Ergo Hestia 2,27 ↔ (0)
15. Proama 1,82 ↓ (-10)

Metodologia tworzenia rankingów: wynik punktowy jest ustalany na podstawie kalkulacji składek, które użytkownicy serwisu Ubea.pl wykonali w ostatnich 30 dniach. Najlepszy możliwy wynik to 5,00 punktów, a najgorszy to 0,00 punktów.

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Ubea.pl

Kilku ubezpieczycieli zaliczyło spore wzrosty lub spadki …

Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl podkreśla, że prócz pozycji i wyników poszczególnych firm, na uwagę zasługują również informacje o miesięcznych zmianach. Dzięki nim można sprawdzić, którzy ubezpieczyciele zaliczyli spore wzrosty lub spadki (w stosunku do kwietnia b.r.).

Po przeanalizowaniu majowych wyników okazuje się, że największy wzrost w rankingowej klasyfikacji zaliczyły firmy Compensa (awans z 11 pozycji na 6 pozycję – ranking OC + NNW) oraz InterRisk (awans z 13 miejsca na 8 miejsce – ranking OC + NNW). Jeżeli chodzi o spadki, to tylko jeden ubezpieczyciel uzyskał znacznie mniej punktów niż miesiąc wcześniej. W rankingu pakietów OC + AC + NNW, firma Proama „spadła” z piątej pozycji na piętnastą.

Nina Kuczyńska przypomina, że już za miesiąc będzie można podsumować rankingowe wyniki z całego półrocza. Takie informacje pozwolą na sprawdzenie długookresowych trendów w klasyfikacji ubezpieczycieli. „Na razie wydaje się, że mimo istotnych zmian (m.in. wprowadzenia systemu BLS), firmy znane ze sprzedaży tanich polis, potrafią utrzymać swoją przewagę” – podsumowuje Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl.

Źródło: porównywarka ubezpieczeń Ubea.pl

Co przyniesie III kwartał dla rynku pracy?

59 000 pracodawców o rynku pracy w nadchodzącym kwartale

Według globalnego raportu Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia już dziewiąty kwartał z rzędu wśród przedsiębiorców w Polsce będzie panował optymizm. W sześciu z 10 badanych sektorach gospodarki oraz we wszystkich badanych regionach kraju oczekuje się wzrostu poziomu zatrudnienia. Najlepsze perspektywy w nadchodzących trzech miesiącach odnotowano dla branż Transport/Logistyka/Komunikacja oraz Handel detaliczny
i hurtowy. Największą chęć poszerzania swoich zespołów deklarują pracodawcy z dużych firm, liczących powyżej 250 pracowników.

Jak wynika z opublikowanego dzisiaj przez ManpowerGroup, firmę doradztwa personalnego, kwartalnego raportu Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia. pracodawcy w Polsce są umiarkowanie optymistyczni co do planów zwiększania zatrudnienia w III kwartale 2015 r. Prognoza netto zatrudnienia dla Polski po korekcie sezonowej wynosi +4%. W ujęciu kwartalnym wynik spadł o 3 punkty procentowe, a w ujęciu rocznym nie ulega zmianie. Spośród 750 przebadanych w Polsce pracodawców, 13% przewiduje zwiększenie całkowitego zatrudnienia, 4% zamierza redukować etaty a 78% nie planuje zmian personalnych w najbliższym kwartale.

Stopa bezrobocia w Polsce wciąż maleje, a obserwowana na rynku pracy sytuacja jest stabilna
i umiarkowanie optymistyczna, –
komentuje Iwona Janas, Dyrektor Generalna ManpowerGroup
w Polsce
. – Po przedwakacyjnym wzroście zapotrzebowania na pracowników możemy spodziewać się, że w III kwartale popyt na nich nieco zmaleje. Jest to jednak spowodowane sezonowością rynku pracy i nie powinno stanowić powodów do obaw. Nasz kraj jest wciąż jednym z najszybciej rozwijających się rynków, a potrzeba powiększania zespołów będzie się utrzymywać na stabilnym poziomie, dotycząc zarówno osób na stanowiskach specjalistycznych, jak i wykwalifikowanych pracowników fizycznych. To zapotrzebowanie na pracowników, w połączeniu ze zwiększającymi się trudnościami w ich pozyskaniu, wpływa na odczuwaną presję płacową. Możemy więc spodziewać się wzrostu nakładów na wynagrodzenia oraz systemy motywacji pracowniczej, choć na duże skoki przyjdzie nam jeszcze poczekać, – dodaje Iwona Janas.

Wykres 1. Prognoza netto zatrudnienia dla Polski w ciągu kolejnych kwartałów. Źródło: Raport Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia.
Wykres 1. Prognoza netto zatrudnienia dla Polski w ciągu kolejnych kwartałów. Źródło: Raport Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia.

W III kwartale 2015 r. w sześciu z 10 badanych sektorach[1] prognoza netto zatrudnienia jest dodatnia. Najwyższą prognozę netto zatrudnienia odnotowano dla Sektorów Transport/Logistyka/ Komunikacja, +14%, oraz Handel detaliczny i hurtowy, +11%. Wyraźny optymizm widać także w Budownictwie i Produkcji przemysłowej, gdzie uzyskany wynik wynosi +8% dla obu. Na umiarkowanie pozytywny trend wskazują prognozy uzyskane dla branż Finanse/Ubezpieczenia/Nieruchomości/Usługi oraz Instytucje sektora publicznego, odpowiednio +6% i +3%. Ujemną prognozę netto zatrudnienia odnotowano dla trzech sektorów. Najniższy wynik uzyskano dla branż Energetyka/Gazownictwo/Wodociągi, a także Kopalnie/Przemysł wydobywczy, odpowiednio -6% i -4%. Mało optymistyczne prognozy odnotowano też dla sektorów Restauracje i hotele oraz Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo, odpowiednio -1% i 0%.

– Najwięcej nowych miejsc pracy przybywa w dużych przedsiębiorstwach, które częściej dokonują nowych inwestycji i przeznaczają na nie większe nakłady, – zauważa Iwona Janas. – Równocześnie z racji dużej konkurencyjności i konieczności dostosowywania się pracodawców do sytuacji bieżącej, wzrasta zainteresowanie przedsiębiorców elastycznymi rozwiązaniami dla rynku pracy. Pod względem zapotrzebowania na pracę tymczasową, Polska jest jednym z najbardziej dynamicznie rozwijających się krajów w Europie. Wzrost liczby ofert tego typu, w połączeniu z panującym niedoborem talentów, może wpłynąć na znaczne skrócenie czasu poszukiwania kolejnych pracodawców przez osoby zatrudniane na zasadach umów o pracę tymczasową, – komentuje Dyrektor Generalna ManpowerGroup w Polsce.      

[1] Sektory uwzględnione w badaniu: Budownictwo, Energetyka/ Gazownictwo/ Wodociągi, Finanse/ Ubezpieczenia/ Nieruchomości/ Usługi, Handel detaliczny i hurtowy, Instytucje sektora publicznego, Kopalnie/ Przemysł wydobywczy, Produkcja przemysłowa, Restauracje/ Hotele, Rolnictwo/ Leśnictwo/ Rybołówstwo, Transport/ Logistyka/ Komunikacja.

Wykres 2. Prognoza netto zatrudnienia dla sektorów w Polsce na Q3 2015 r. Źródło: Raport Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia.
Wykres 2. Prognoza netto zatrudnienia dla sektorów w Polsce na Q3 2015 r. Źródło: Raport Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia.

W ujęciu kwartalnym pogorszenie prognoz nastąpiło w sześciu z 10 badanych sektorach. Największy spadek odnotowano dla Budownictwa, o 11 punktów procentowych. Umiarkowanie pogorszyła się prognoza dla Produkcji przemysłowej, o 6 punktów procentowych, a także dla branż Restauracje/Hotele oraz Transport/Logistyka/Komunikacja, o 4 punkty procentowe dla obu. Wzrost prognoz uzyskano
dla trzech sektorów: Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo, o 4 punkty procentowe, a także Finanse/Ubezpieczenia/Nieruchomości/Usługi oraz Handel detaliczny i hurtowy, o 2 punkty
procentowe dla obu.

W ujęciu rocznym poprawa prognoz nastąpiła w sześciu z 10 badanych sektorach. Największy wzrost,
o 5 punktów procentowych, odnotowano dla Budownictwa. Nieznaczną poprawę wyników uzyskano
dla branż Energetyka/Gazownictwo/Wodociągi oraz Finanse/Ubezpieczenia/Nieruchomości/Usługi,
o 2 punkty procentowe dla obu. Największy spadek odnotowano dla sektora Produkcja przemysłowa,
o 7 punktów procentowych. W pozostałych branżach wynik nie zmienił się lub pozostaje na zbliżonym poziomie.

We wszystkich sześciu badanych regionach Polski[1] prognoza netto zatrudnienia dla III kwartału 2015 r. jest dodatnia. Oznacza to, że w większości kraju przeważa optymizm pracodawców co do planów zwiększania liczby etatów w nadchodzącym kwartale. Najwyższy wynik uzyskano dla regionu Północnego, dla którego prognoza netto zatrudnienia wynosi +10%. Umiarkowany optymizm odnotowano również dla regionów Północno-Zachodniego, Wschodniego oraz Południowo-Zachodniego, gdzie prognoza wynosi odpowiednio +7%, +6% i +5%. Najniższe wyniki uzyskano dla regionów Południowego i Centralnego, odpowiednio +3% i +1%.

W porównaniu z wynikami dla II kwartału 2015 r. prognoza zatrudnienia spadła w czterech z sześciu badanych regionach, w jednym wzrosła a w jednym pozostaje na tym samym poziomie. Największy spadek, o 8 punktów procentowych, odnotowano w regionie Południowym. W regionie Centralnym wynik spadł umiarkowanie, o 4 punkty procentowe, a w Południowo-Zachodnim i Wschodnim pogorszył się nieznacznie, o 2 punkty procentowe dla obu. Prognoza dla Północy poprawiła się umiarkowanie o 4 punkty procentowe. W regionie Północno-Zachodnim wynik nie ulega zmianie.

W ujęciu rocznym wzrost optymizmu pracodawców nastąpił w trzech z sześciu badanych regionach
a spadek w dwóch. Największą poprawę, o 4 punkty procentowe dla obu, uzyskano w regionach Północnym oraz Wschodnim. Nieznaczny wzrost, o 2 punkty procentowe, uzyskano dla regionu Północno-Zachodniego. Pogorszenie prognoz odnotowano w regionach Centralnym i Południowo-Zachodnim, odpowiednio o 6 i o 3 punkty procentowe.

W badaniu Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia dla III kwartału 2015 r. deklaracje
polskich respondentów przedstawiono również w podziale pod względem rodzajów organizacji
na przedsiębiorstwa duże średnie, małe oraz mikroprzedsiębiorstwa[2]. Dla pracodawców w trzech
z czterech wyżej wymiennych grup prognoza netto zatrudnienia jest dodatnia. Najbardziej pozytywne wyniki odnotowano na podstawie odpowiedzi respondentów z dużych przedsiębiorstw, dla których prognoza wynosi +17%. Dla średnich i małych przedsiębiorstw uzyskano umiarkowane wyniki, odpowiednio +5% i +4%. Najniższą prognozę odnotowano na podstawie deklaracji pracodawców z mikroprzedsiębiorstw, gdzie wynik wyniósł -4%, wskazując na mało optymistyczne perspektywy dla poszukujących pracy.

W badaniu ManpowerGroup wzięło udział blisko 59 tysięcy pracodawców z 42 krajów
i terytoriów
. Zgodnie z ich deklaracjami pozytywny klimat na globalnym rynku pracy utrzyma się
w najbliższym kwartale. W 40 badanych krajach i terytoriach, pracodawcy przewidują zwiększenie zatrudnienia. W porównaniu do poprzedniego kwartału plany związane ze zwiększeniem zatrudnienia uległy poprawie w 11 z 42 badanych krajach i terytoriach, a osłabieniu w 22. W ujęciu rocznym wzrost prognoz odnotowano na 15 rynkach a osłabienie na 23. Najbardziej pozytywne plany dotyczące zwiększenia zatrudnienia ustalono na podstawie deklaracji pracodawców na Tajwanie (+42%),
w Indiach (+37%), Japonii (+23%) i Hongkongu (+16%) i w Stanach Zjednoczonych (+16%).
Państwa, w których prognoza dla III kwartału 2015 r. jest negatywna to: Włochy (-4%) i Brazylia (-3%). Są to jednocześnie jedyne ujemne prognozy odnotowane w tej edycji badania ManpowerGroup.

Kwartalny badanie Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia przeprowadzono w Polsce
już po raz 30. Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej
na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich
badanych 42 krajów i terytoriów a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę
są dostępne na stronie na stronie: http://manpowergroupsolutions.com/DataExplorer/.

[1] Regiony Polski według podziału Eurostatu: Centralny (łódzkie, mazowieckie), Południowo-Zachodni (dolnośląskie, opolskie), Południowy (małopolskie, śląskie), Północno-Zachodni (wielkopolskie, zachodniopomorskie, lubuskie), Północny (kujawsko-pomorskie, warmińsko-mazurskie, pomorskie), Wschodni (lubelskie, podkarpackie, świętokrzyskie, podlaskie).

[2] Podział respondentów pod względem wielkości przedsiębiorstw: mikroprzedsiębiorstwa (zatrudniające mniej niż 10 osób), małe przedsiębiorstwa (od 10 do 49 osób), średnie przedsiębiorstwa (od 50 do 249 osób), duże przedsiębiorstwa (powyżej 250 osób).

Grupa Vistal na koniec I kwartału 2015 ma dwucyfrowy wzrost portfela zamówień. Spółka negocjuje kontrakty o wartości 217,5 mln zł

0
Robert Ruszkowski, wiceprezes Vistal Gdynia
Robert Ruszkowski, wiceprezes Vistal Gdynia

Vistal Gdynia po kilku latach inwestycji i dobrych wynikach I kwartału chciałaby utrzymać w tym roku szybkie tempo wzrostu przychodów. Pod koniec I kwartału 2015 roku portfel zamówień Grupy Vistal wzrósł o 17 proc. rok do roku i wyniósł 251,7 mln zł, dodatkowo spółka negocjuje kontrakty o wartości 217,5 mln zł.

Chcemy teraz trochę wolniej inwestować – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Robert Ruszkowski, wiceprezes Vistal Gdynia, podczas odbywającego się w siedzibie kancelarii K&L Gates posiedzenia Rady Związku Pracodawców FORUM OKRĘTOWEGO. – Planujemy doprowadzić do tego, żeby to, co dotychczas zbudowaliśmy, a przede wszystkim nasza olbrzymia nowa hala produkcyjna na nabrzeżu w porcie Gdynia, zaczęło na 100 proc. pracować i przynosić efekty. Dzięki nowemu zakładowi nasze moce produkcyjne wzrosły prawie dwukrotnie, co już zaczyna się przekładać na wzrost przychodów. Umożliwi nam to dotarcie do klientów bardziej wymagających, oczekujących produkcji pod zadaszeniem ze względu na specyficzne wymogi danej konstrukcji.

Specjalizujący się w budowie konstrukcji stalowych, m.in. dla przemysłu stoczniowego Vistal Gdynia miał w I kwartale 87,4 mln zł skonsolidowanych przychodów, co oznacza wzrost o 16 mln zł w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. Zysk netto spółki w I kwartale 2014 r. przekroczył 5,7 mln, co oznacza wzrost o blisko 72 proc. rok do roku.

Nasza sprzedaż była lepsza o ponad 22 proc. w stosunku do wyników I kw. roku poprzedniego – podkreśla Robert Ruszkowski. – Oczywiście to nie świadczy o tym, że tak będzie na koniec roku, ale chcemy utrzymać rozsądną dynamikę wzrostu. Na przykład obecny wzrost backlogu [wartości portfela zamówień] utrzymuje się na poziomie kilkunastu procent.

Z przemysłu morskiego, w tym stoczniowego, pochodzi ok. 30 proc. przychodów (na koniec 2014 r.) gdyńskiego Vistalu. W regionie ta branża jest przemysłem dominującym i rozwijającym się, cały czas zwiększa zatrudnienie i sprzedaż.

Wierzymy, że bardzo dobrze będziemy się rozwijali. Plany są ambitne i mamy nadzieję, że w przyszłym roku odnotujemy kolejny znaczący wzrost sprzedaży także w ramach branży morskiej – uważa wiceprezes spółki, przypominając, że dla branży morskiej bardzo istotna jest sytuacja w sektorze ropy i gazu. – Liczymy na to, że niezależnie od tego, co się w najbliższym czasie wydarzy, i tak pozyskamy kontrakty. Ale oczywiście będzie znacznie łatwiej, jeżeli ten rynek w ciągu najbliższego pół roku czy roku odbije. Oczywiście znaczenie ma też kurs złotego, ponieważ większość naszej sprzedaży to eksport, więc umocnienie złotego akurat nie jest korzystne. Ale na tym poziomie, na jakim jest obecnie, dobrze sobie radzimy. Generalnie zawsze uważamy, że najwięcej zależy od nas, warunki zewnętrzne mogą nam pomóc, ale przede wszystkim wynik zależy od naszego własnego zaangażowania.

Vistal produkuje wielkogabarytowe, specjalistyczne konstrukcje stalowe. Prowadzi działalność głównie w segmentach: infrastruktury (mosty, wiadukty, kładki, tunele), marine & offshore (elementy konstrukcji do wydobycia ropy i gazu oraz infrastruktura portowa, elementy statków) oraz budownictwa specjalistycznego (budownictwo przemysłowe, hydrotechniczne, kubaturowe).

Produkujemy elementy systemów odsiarczania spalin na największe statki pasażerskie na świecie, które montowane są przez wiele firm, stoczni, także w Polsce, ale chyba poza nami nikt ich nie produkuje – zwraca uwagę Robert Ruszkowski. – Niewiele jest firm w Europie, które takie konstrukcje produkują, więc np. nasze elementy systemów odsiarczania dostarczamy do portów i stoczni praktycznie w całej Europie, a nawet dalej.

Polska europejskim zagłębiem produkcji sprzętu AGD. Firmy inwestują w nowe moce produkcyjne

0
Wojciech Kocikowski, wiceprezes zarządu ds. finansowych w spółce Amica
Wojciech Kocikowski, wiceprezes zarządu ds. finansowych w spółce Amica

Krajowy rynek AGD w ciągu pierwszych czterech miesięcy roku zwiększył się o około 10 proc. Rośnie także zapotrzebowanie na polskie wyroby za granicą. Producenci sprzętu inwestują więc w rozwój nowych mocy. Polska jest europejskim liderem produkcji tego rodzaju sprzętów, konkuruje tylko z Turcją. Decydują o tym korzystne położenie, stabilna gospodarkę oraz wykwalifikowana i wciąż stosunkowo tania siła robocza. 

Zarówno pod kątem rynkowym, jak i atrakcyjności miejsca Polska plasuje się w światowej czołówce producentów sprzętu AGD – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kocikowski, wiceprezes zarządu ds. finansowych w spółce Amica. – Jesteśmy dzisiaj jednym z dwóch, obok Turcji, najważniejszych centrów produkcyjnych w Europie.

Atrakcyjność Polski wynika z położenia geograficznego, które otwiera możliwości eksportu zarówno na Zachód, jak i na Wschód. Centralne położenie w Europie powoduje, że rozwija się sprzedaż zagraniczna AGD zarówno do Niemiec, jak i Rosji. Również pozostałe kraje Unii Europejskiej kupują dużo sprzętu wytwarzanego w Polsce. Najwięcej sprzętu eksportujemy do Niemiec (21 proc.) i Wielkiej Brytanii (13 proc.).

Na pozytywny wizerunek polskiego sektora AGD na świecie wpływa mariaż kilku cech. Oprócz położenia są to także bardzo atrakcyjne koszty pracy i bardzo stabilna gospodarka, która rozwija się o kilka procent rocznie – przekonuje Kocikowski. – To wszystko powoduje, że rośnie wydajność pracy., a efektywność produkcji jest coraz lepsza.

Dodatkowo inwestorzy chwalą sobie zasoby kadry inżynierskiej w Polsce.

W ubiegłym roku produkcja dużego AGD w kraju przekroczyła 20 mln sztuk. Produkcja rozwija się głównie w trzech regionach: we Wronkach w Wielkopolsce, na Dolnym Śląsku oraz w Łódzkiem, które odpowiada za jedną piątą produkcji AGD w Polsce – wynika z danych przedstawionych podczas III Międzynarodowego Forum Producentów Artykułów Gospodarstwa Domowego.

Atutem Polski jest także głęboki i wciąż rozwijający się rynek wewnętrzny. Krajowy popyt na AGD spowodował, jak wskazuje Wojciech Kocikowski, że w ciągu pierwszych czterech miesięcy rynek wzrósł o około 10 proc.

Popyt wyraźnie przesuwa się w kierunku sprzętu do zabudowy – zauważa wiceprezes zarządu ds. finansowych spółki Amica. – My to widzimy i w związku z tym staramy się bardziej koncentrować się właśnie na sprzęcie do zabudowy. To trend, który rozpoczął się w krajach zachodnich. Obecnie bardzo podobnie to wygląda w Polsce.

Jak wynika z danych GUS, produkcja sprzedana w kategorii urządzenia elektryczne i nieelektryczny sprzęt gospodarstwa domowego w pierwszych czterech miesiącach 2015 roku wzrosła o 13,2 proc. w stosunku do tego samego okresu rok wcześniej. W tym czasie najmocniej wzrosła produkcja suszarek do prania (o 36 proc.), zmywarek do naczyń (18 proc.) oraz elektrycznych kuchni i piekarników do wbudowania (po ok. 13 proc.).

Firmy zwiększają moce produkcyjne. Na początku kwietnia br. Amica oddała do użytku nową halę produkcyjno-magazynową. Docelowo ma w niej stanąć osiem nowoczesnych linii montażowych. Swoje inwestycje spółka koncentruje na terenie Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, która obejmuje podstrefę Wronki.

Ryzyko na rynku rosyjskim pozostaje niezmienne od ponad roku i wiążą się z niestabilnością waluty, a przede wszystkim ze spadającym popytem, który miał miejsce w szczególności podczas pierwszego kwartału br. w związku z grudniową deprecjacją rubla – tłumaczy Kocikowski. – Mieliśmy wtedy do czynienia z dużym, ponad 30-proc., spadkiem tamtejszego rynku AGD. Była to trudna sytuacja zarówno dla dystrybutorów, jak i producentów.

Pod koniec roku pierwsze regionalne konkursy na dofinansowanie innowacyjności. Głównym beneficjentem będą miasta

Paweł Orłowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju
Paweł Orłowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju

W III lub IV kwartale tego roku ruszą pierwsze konkursy na wsparcie innowacyjności z regionalnych programów operacyjnych. Konkursy z krajowej puli środków unijnych już wystartowały. Miasta skorzystają na projektach zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio dzięki temu, że mają w nich siedziby najbardziej rozwojowe firmy.

– W III-IV kw. tego roku będzie pierwszy większy front konkursów w ramach programów regionalnych. Marszałkowie województw tworzą cały system instytucjonalny, mają przygotowane, wynegocjowane i zatwierdzone programy. Wszystkie programy krajowe również są zatwierdzone i stopniowo uruchamiane. Jako pierwszy będzie program Polska Cyfrowa i program Wiedza Edukacja Rozwój – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Orłowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju.

Jak podkreśla Orłowski, ze środków w perspektywie unijnej 2014-2020 samorządy skorzystają jeszcze bardziej niż w poprzedniej. Władze wojewódzkie będą miały do rozdysponowania 31,3 mld euro (38 proc. całej puli unijnych środków dla Polski) – to o 14 mld euro więcej niż w perspektywie 2007-2013. Samorządy skorzystają także dzięki środkom krajowym – to głównie one będą bezpośrednio i pośrednio beneficjentami unijnych programów.

Miasta to ośrodki, w których są zlokalizowane instytuty badawczo-rozwojowe, uczelnie wyższe, ośrodki akademickie i przedsiębiorcy, którzy przede wszystkim wdrażają innowacje do realnego życia gospodarczego. Ta współpraca się koncentruje w miastach. Wsparcie będzie dostępne z programu Inteligentny Rozwój [o budżecie 8,6 mld euro – red.] oraz w ramach programów regionalnych – wyjaśnia Orłowski.

Dodaje, że miasta skorzystają nie tylko dzięki dofinansowaniu działających na ich terenie firm i instytucji. Samorządy mogą także być bezpośrednimi beneficjentami unijnych środków. Na rozwój innowacyjności miast mogą zostać przeznaczone środki z regionalnej puli oraz z krajowych programów Infrastruktura i Środowisko (budżet: 27,5 mld euro) i Polska Cyfrowa (2,3 mld euro).

Kolejnym źródłem finansowania będzie program operacyjny Wiedza, Edukacja, Rozwój (Power), którego budżet finansowany przez Europejski Fundusz Społeczny wyniesie 4,4 mld euro do 2020 roku. Środki z tego programu będą skierowane przede wszystkim do młodych ludzi. Orłowski wyjaśnia, że finansowanie z programów Power oraz Polska Cyfrowa już zostało uruchomione.

Orłowski wylicza, że dzięki unijnym środkom można rozwijać między innymi e-administrację, elektroniczne usługi w zakresie służby zdrowia, inteligentne systemy zarządzania zasobami miasta oraz transportem, a także wspierać przedsiębiorczość i innowacje społeczne. Zastrzega jednak, że nie można do tego problemu podchodzić w sposób uniwersalny – każde miasto potrzebuje bowiem innego działania.

To jest zawsze wsparcie szyte na miarę, więc trudno przyjąć globalnie, w jakich obszarach są największe potrzeby miast. W niektórych to będzie niskoemisyjny transport publiczny, w niektórych technologie ICT, w innych wsparcie nawiązywania współpracy pomiędzy biznesem a nauką, czy wreszcie bezpośrednie rozwojowe wsparcie przedsiębiorców – małych i średnich – wylicza Orłowski.

Podsekretarz stanu w MIR dodaje, że wyzwaniem w ciągu kolejnych lat nie będzie samo wydanie środków – projektów kwalifikujących się do dofinansowania będzie z pewnością bardzo dużo. Większym problemem jest jednak takie przeznaczenie unijnych środków, które zagwarantuje efektywność tego finansowania.

Z punktu widzenia innowacyjności będziemy musieli zastanawiać się raczej nad tym, jak wybrać projekty, które będą dawały największą wartość dodaną, a nie nad samym dostępem do kapitału – tłumaczy Orłowski.

Trwają konsultacje Kodeksu budowlanego. Ma porządkować przepisy związane z budownictwem

0
Ryszard Kowalski, prezes Związku Pracodawców Producentów Materiałów dla Budownictwa
Ryszard Kowalski, prezes Związku Pracodawców Producentów Materiałów dla Budownictwa

Nowy Kodeks budowlany, który ma być kompleksowym zbiorem przepisów budowlanych, trafił do konsultacji społecznych i międzyresortowych. Opinie branży budowlanej, która jest najbardziej zainteresowana nowymi przepisami, są dla kodeksu krytyczne.

Ministerstwo Rozwoju i Infrastruktury zaznacza, że Kodeks budowlany będzie bardziej rozbudowany niż na przykład Kodeks drogowy. Ale zdaniem Związku Pracodawców Producentów Materiałów dla Budownictwa projektowane przepisy są niewystarczająco rozbudowane.

– Wiemy, jakie było założenie. Kodeks budowlany miał uregulować całość procesu inwestycyjno-budowlanego od początku do końca. Mam wrażenie, że po pierwsze tego założenia nie realizuje, po drugie de facto została zrobiona jedna księga pt. Prawo budowlane i w dodatku tylko w odniesieniu do tego, co się dzieje na placu budowy od projektu – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Ryszard Kowalski, prezes Związku Pracodawców Producentów Materiałów dla Budownictwa.

Wyjaśnia, że w Kodeksie zabrakło problemów dotyczących samych początków przygotowania inwestycji budowlanej. Brakuje między innymi regulacji kwestii przygotowania inwestycji, a co się z tym wiąże przeprowadzenia szeregu koniecznych analiz, jakie trzeba wykonać przed podjęciem decyzji o budowie. Zabrakło też zapisów dotyczących monitorowania późniejszego procesu inwestycyjnego. Kolejnym zgłaszanym problemem na początku konsultacji jest nierozwiązany problem planów zagospodarowania przestrzennego.

– W dalszym ciągu proponuje się jakieś substytuty, które tworzą tylko wrażenie, że rozwiązujemy problem, a dramat tych regulacji dotyczących zagospodarowania przestrzennego polega na tym, że one tylko na papierze są udane i okazuje się to dopiero po kilku latach. Prawo wchodzi w życie, musi minąć kilka lat, żeby pojawił się dowód z praktyki, że niestety te przepisy znowu nam się nie udały – mówi Kowalski.

W nowym prawie ma się znaleźć między innymi pojęcie „zgody budowlanej”, czyli pozwolenie na budowę, oraz instytucja „milczącej zgody”, czyli uznanie, że zgoda została przyznana, jeśli urzędnik w określonym czasie nie zgłosił sprzeciwu. Ustawodawca chce także zrezygnować z konieczności przedstawiania projektu technicznego przy ubieganiu się o pozwolenie na budowę. Dodatkowo wykonanie innych robót związanych na przykład z przebudową obiektu, a nie typową budową od zera, nie będzie w ogóle wymagało pozwolenia. Katalog obiektów, które będą mogły być budowane na podstawie tylko zgłoszenia, ma być znacznie większy.

Ministerstwo chce, aby proces starania się o pozwolenie na budowę, trwał krócej niż obecnie. W Kodeksie ma się znaleźć się zapis, zgodnie z którym urzędnik rozpatrujący wniosek będzie miał maksymalnie 21 dni na udzielenie zgody lub wydanie odmowy.

Zakończenie prac nad całością Kodeksu zaplanowano na przyszły rok. Nowe przepisy mają zacząć obowiązywać od 1 stycznia 2017 roku.

Rolls-Royce rozszerza współpracę z polskim przemysłem stoczniowym. Jest zainteresowany udziałem w programie modernizacji Marynarki Wojennej

0
Przemysław Roth, członek zarządu Rolls-Royce w Polsce
Przemysław Roth, członek zarządu Rolls-Royce w Polsce

Rolls-Royce systematycznie zwiększa zakres współpracy z polskimi kooperantami. W finalnych produktach koncernu jest coraz więcej produkowanych w Polsce elementów, a działająca w Gdańsku spółka joint venture obsługuje coraz więcej rynków. Roll-Royce jest zainteresowany programem modernizacji Polskich Sił Zbrojnych, dlatego buduje relacje z polskimi stoczniami.

Po osiąganych wynikach widać, że działalność koncernu w Polsce się rozwija – mówi agencji Newseria podczas odbywającego się w siedzibie kancelarii K&L Gates posiedzenia Rady Związku Pracodawców FORUM OKRĘTOWEGO Przemysław Roth, członek zarządu Rolls-Royce w Polsce. – Nie chodzi tylko o Rolls-Royce’a, jako samą spółkę, ale mam na myśli także współpracę z polskimi firmami przemysłowymi, która z roku na rok się rozszerza. Spółka lokuje w Polsce produkcje komponentów oraz gotowych wyrobów o coraz większej wartości dodanej.

W należącej do koncernu spółce joint venture Scandinavian Electric Gdańsk powstają na przykład rozdzielnice elektryczne oraz falowniki (urządzenia elektryczne zamieniające prąd stały, którym są zasilane, na zmienny o regulowanej częstotliwości wyjściowej). W krakowskim oddziale Rolls-Royce zatrudnia inżynierów oraz specjalistów ds. zakupów strategicznych, którzy pozyskują partnerów na całym świecie i odpowiadają za konkurencyjność koncernu w sektorze morskim.

Na działalność Rolls-Royce Poland trzeba patrzeć w szerszej perspektywie – precyzuje Przemysław Roth. – Każda globalna firma przemysłowa wykonuje wiele analiz, dokonuje przeglądu całego swojego portfela i często sama nie produkuje, tylko zleca na zewnątrz. Nie koncentrowałbym się na liczbie osób zatrudnionych przez Rolls-Royce’a w Polsce, ale raczej na całościowym podejściu do tego rynku, czyli kooperacji, współpracy z partnerami.

W 2013 roku Rolls-Royce razem z Daimlerem przymierzał się już do budowy produkcji elementów silników w Stargardzie Szczecińskim. Spółka otrzymała obietnicę rządowego grantu oraz zwolnień podatkowych w ramach Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Jak podkreśla Roth, koncern jest zainteresowany udziałem w programie modernizacji polskiej armii, szczególnie dotyczącym Marynarki Wojennej.

Mamy odpowiednie kompetencje, doświadczenie oraz znaczącą obecność w Polsce, gdzie prowadzimy firmę, zatrudniamy pracowników, wydajemy dużo pieniędzy, co pozwala nam predestynować do roli ważnego partnera dla polskiej Marynarki Wojennej w przyszłości – zauważa Roth. – Oczywiście, mamy nadzieję, że będzie się to odbywać na zasadach rynkowych. W związku z tym budujemy nasze relacje między innymi z polskimi stoczniami, które będą w przyszłości te okręty budować.

Jak podkreśla członek zarządu Rolls Royce w Polsce, dużą część przychodów koncern przeznacza na badania i rozwój. W zeszłym roku globalne wydatki na ten cel przekroczyły 900 mln funtów. Roth wyjaśnia, że innowacje koncernu pozwalają obniżyć koszty operacyjne klientów. Obejmują one m.in. rozwiązania w zakresie kontroli na statkach. Dzięki nowym rozwiązaniom coraz więcej operacji jest zautomatyzowanych, sterowanie poszczególnymi urządzeniami jest integrowane, tym samym rośnie liczba czynności, które można wykonywać bezpośrednio z poziomu mostka.

W rezultacie wymagane są mniejsze załogi, a co za tym idzie – armatorzy czy operatorzy mają niższe koszty, co w dużym stopniu przekłada się na ich konkurencyjność – tłumaczy Roth. – Nasze prace rozwojowe w zakresie silników i podwyższania ich sprawności skutkują natomiast ogromnymi oszczędnościami w zużyciu paliwa. Koszt paliwa stanowi lwią część nakładów operatora.

Blokady SMS Premium Rate i odpowiednie oprogramowanie pomagają chronić dzieci przed treściami pornograficznymi

Dawid Piekarz, rzecznik UKE
Dawid Piekarz, rzecznik UKE

Prawo i technologia dają rodzicom wiele możliwości zabezpieczenia dzieci przed pornografią oraz innymi niepożądanymi treściami w sieci czy telefonie. Pomóc mogą blokady SMS-ów Premium Rate i odpowiednie oprogramowanie oferowane m.in. przez operatorów. Nawet najbardziej skuteczne blokady nie zastąpią jednak osobistego nadzór nad tym, co dziecko robi w internecie i jak korzysta z telefonu.

– Istnieją mechanizmy, które pozwalają zablokować dostęp małoletnim do niebezpiecznych dla nich treści, przede wszystkim treści erotycznych, pornograficznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Kucharczyk z Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – Takie mechanizmy to przede wszystkim różnego rodzaju oprogramowania, jak kontrola rodzicielska, które pozwalają rodzicom i opiekunom sprawdzać, al także blokować dostęp do pornografii na urządzeniach takich jak komputer stacjonarny, laptop czy telefon komórkowy.

Programy te pozwalają ograniczać czy blokować zarówno wyświetlanie treści, jak i korzystanie z konkretnych programów. Dodatkowo co roku Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej przyznaje certyfikaty „Bezpieczny Internet” dostawcom, którzy oferują skuteczne programy tego typu.

Chcemy, żeby operatorzy się o ten certyfikat ubiegali, oczywiście po spełnieniu kryteriów, po to, żeby konsumenci mieli wybór i mogli na poziomie samej usługi telekomunikacyjnej zabezpieczyć siebie i dzieci przed dostępem do tego typu treści – mówi Dawid Piekarz, rzecznik UKE.

Rodzice mają też możliwość zablokowania SMS-ów z treściami pornograficznymi. Premium Rate to usługa telekomunikacyjna o podwyższonej opłacie. Za jej pośrednictwem użytkownicy mogą zamawiać gry, subskrypcje, brać udział w konkursach i loteriach, ale służą one również do uzyskania płatnego dostępu do treści pornograficznych i sekstelefonów.

Jednym z narzędzi prawnych, które wprowadził Urząd, była nowelizacja prawa telekomunikacyjnego, która zobowiązuje każdego operatora do tego, żeby na życzenie abonenta bezpłatnie zablokował dostęp do wszystkich usług Premium Rate, zarówno wychodzących, jak i przychodzących, oraz żeby ustalił na życzenie abonenta górny limit kwot, jakie można na tego typu usługi wydać – mówi Dawid Piekarz.

Dzieci do ukończenia 13. roku życia nie mają zdolności do czynności prawnych, co oznacza, że nie mogą same skutecznie zaciągać zobowiązań ani nabywać praw. Natomiast ograniczoną zdolność do czynności prawnych mają małoletni, którzy ukończyli już 13 lat, ale nie osiągnęli jeszcze wieku pełnoletności. Ustawodawca dopuszcza wprawdzie możliwość zawierania umów przez osoby, które nie mają zdolności do czynności prawnych, ale mogą one być zawierane w drobnych, bieżących sprawach życia codziennego, na przykład zakupu w kiosku karty pre-paid. Tym samym za ważne, w świetle polskiego prawa, uznaje się zawieranie umów, z zakresu drobnych, bieżących spraw życia codziennego przez osoby niemające zdolności do czynności prawnych lub osoby o ograniczonej zdolności do czynności prawnych, dokonanych poprzez czynność faktyczną, jaką jest zakup karty pre-paid dostawcy usług. Do drobnych, bieżących spraw życia codziennego nie można natomiast zaliczyć zakupu aparatu telefonicznego/ smartfona czy też zawarcia umowy powiązanej z zakupem urządzenia.

Biorąc pod uwagę to, że dziecko może samo zakupić kartę pre-paid, istotne jest, by rodzice zadbali o to, w jaki sposób będzie ono korzystało z usług.

Najlepszą ochroną małoletnich użytkowników smartfonów będzie założenie blokady usług premium, która ograniczy dzieciom dostęp do tych treści. Usługa Blokady Premium Rate dostępna jest zarówno dla użytkowników korzystających z ofert abonamentowych, jak i powszechnie dostępnych ofert na kartę. Wystarczy w tym celu skontaktować się z naszym dostawcą usług – wyjaśnia Milena Górecka, naczelnik Wydziału Polityki Konsumenckiej w Urzędzie Komunikacji Elektronicznej.

Blokady, programy i filtry nie są jednak aż tak doskonałe, by po ich zainstalowaniu uznać, że nasze dziecko jest całkowicie bezpieczne.

Oprogramowania typu kontrola rodzicielska opierają się na pewnego rodzaju filtrach treści. Ktoś najpierw musi oznaczyć dane strony jako niebezpieczne, dostępne tylko dla osób pełnoletnich. Ale wiadomo, że to może być zawodne, bo jeżeli jakaś strona nie zostanie właściwie oznaczona, to nasze dziecko pomimo założonej blokady może uzyskać do niej dostęp – mówi Paweł Kucharczyk. – Dlatego apelujemy do rodziców, aby podchodzili do sprawy z rozwagą i weryfikowali, w jaki sposób dziecko korzysta z internetu czy telefonu, z jakimi stronami się łączy, jakie strony odwiedza.

Jak podkreśla Dawid Piekarz, często problemem jest brak świadomości rodziców i opiekunów. Po pierwsze, nie zawsze zdają sobie sprawę z samego zagrożenia i możliwości dostępu dziecka do niepożądanych treści, a po drugie, nie zawsze wiedzą, jak ten dostęp ograniczyć.

UKE prowadzi działania, które uświadamiają rodzicom i opiekunom, jakie są możliwości, co pozwala zabezpieczyć dzieci przed nieodpowiednimi treściami. Ponieważ w znacznej części przypadków problem polega nie na tym, że brakuje odpowiednich narzędzi, lecz na tym, że często konsumenci nie są świadomi z jednej strony zagrożeń, a z drugiej strony narzędzi, którymi dysponują – podkreśla Dawid Piekarz.

Potrzebne jest również zaangażowanie rodziców w aktywność ich dzieci w internecie i rozsądny nadzór nad nią.

– Przede wszystkim musimy sprawdzać, z jakich usług korzystają nasze niepełnoletnie dzieci – zwraca uwagę Milena Górecka. – To my zawieramy umowę z danym dostawcą usług, my jesteśmy osobą odpowiedzialną za to, z jakich urządzeń korzysta nasze dziecko, w jaki sposób wchodzi na strony internetowe czy korzysta z urządzeń mobilnych. Tylko od nas zależy, czy zabezpieczymy je odpowiednio.

Eksperci podkreślają, że nie ma jednego idealnego sposobu na zabezpieczenie dziecka przed dostępem do pornografii. Gdy jednak skorzysta się ze wszystkich dostępnych możliwości, ryzyko będzie znacząco mniejsze.

Polacy lubią dzielić się z innymi. Najchętniej z kimś bliskim, choć większość nie odmówi też wsparcia obcej osobie

Urszula Czerniawska, junior brand manager w firmie Milka
Urszula Czerniawska, junior brand manager w firmie Milka

66 proc. Polaków deklaruje, że lubi się dzielić. Z badania przeprowadzonego na zlecenie producenta czekolady Milka wynika wprawdzie, że najchętniej oddamy coś dla nas cennego osobom bliskim, jednak zdecydowana większość deklaruje też gotowość dzielenia się z zupełnie obcymi osobami.

Badani przez firmę IQS przyznawali, że lubią się dzielić. Najchętniej ze swoimi bliskimi, mężem, żoną, siostrą, bratem czy przyjaciółmi.

Polacy jako naród bardzo lubią się dzielić, jesteśmy wychowani w słowiańskiej tradycji dzielenia się i jednocześnie jesteśmy narodem rodzinnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Jamroziak, psycholog biznesu. – W ostatnich latach to nieco się zmieniło, ludzie zaczęli się przenosić do miast, gdzie mieszkają w blokach wśród nowych osób, co sprzyja rozluźnianiu się więzów rodzinnych. Mam wrażenie, że nasza skłonność do dzielenia trochę spadła.

Co ciekawe, ankietowani lepiej ocenią swoją własną skłonność (66 proc.) niż Polaków jako ogółu. Blisko połowa uważa Polaków za naród skłonny do dzielenia się z innymi.

Mam wrażenie, że jesteśmy narodem dzielącym się. Dowodem są wszelkiego rodzaju akcje pomocy dla osób w trudnej sytuacji – ocenia Tomasz Jamroziak. – Dzielimy się z ludźmi, którzy wyraźnie tego potrzebują. Jesteśmy tak uwarunkowani biologicznie, że odczuwamy potrzebę niesienia pomocy słabszym, otaczania opieką osób słabszych, starszych i dzieci.

Z badania zainicjowanego przez Milkę wynika, że na deklarowaną skłonność do dzielenia się ma wpływ wiek badanych. Większa jest obserwowana w grupie wiekowej 15-18 lat, kiedy ważna jest rodzina i grupa rówieśnicza, mniejsza w grupie 25-34 lata.

To osoby, które są na początku wieku produkcyjnego, na etapie zdobywania i gromadzenia dóbr, mają trochę mniejszą skłonność do dzielenia się. Na początku swojego życia dzielimy się bardziej chętnie. Również osoby starsze, które już doświadczyły tego, że w życiu potrzebujemy również innych ludzi, dzielą się chętnie – mówi Jamroziak.

Wśród ludzi skłonnych do dzielenia się 93 proc. jest gotowych oddać rzeczy całkiem nowe, których nie używa. Jednocześnie 89 proc. deklaruje, że jest gotowa sfinansować obiad obcej osobie w potrzebie.

Psycholog Maria Rotkiel zwraca uwagę na to, że zarówno z badania, jak i obserwacji codziennego życia widać, że chętniej dzielą się kobiety.

Kobiety są wrażliwsze na nastrój innych osób. One też większą przyjemność czerpią z tego, że sprawiają komuś przyjemność – mówi Rotkiel. – Każda pomoc, każdy miły gest są nie tylko efektem tego, że kobieta chce sprawić przyjemność, wyczuwa, komu ta przyjemność poprawiłaby nastrój, dla kogo byłaby ważna, lecz także przez to współodczuwanie ona sama czerpie z dzielenia się dużą satysfakcję.

Jak podkreśla, możemy dzielić się z powodów zewnętrznych, żeby lepiej się poczuć, lecz także z pobudek zewnętrznych – by komuś pomóc, zrobić przyjemność czy wzmocnić relację.

Jesteśmy skłonni podzielić się tak naprawdę wszystkim, co mamy, chociaż najchętniej dzielimy się rzeczami używanymi. W badaniu okazało się jednak, że Polacy równie chętnie dzielą się niby błahą rzeczą, jaką jest kostka czekolady. Jest to nasz sposób na okazanie sympatii, przyjaźni, okazanie i udowodnienie relacji, która nas łączy z wybraną osobą. Słodycze są zdecydowanie tym elementem, którym chętnie dzielimy się z osobami bliskimi – podkreśla Urszula Czerniawska, junior brand manager w firmie Milka.

– Ostatnia kostka ulubionej czekolady to nie jest sprawa błaha, bo jeśli ktoś z Państwa lubi czekoladę, to wie, jak trudno odmówić sobie ostatniej kostki. Okazuje się z tych badań, że tą ostatnią kostką podzielilibyśmy się z osobami nam najbliższymi – mówi Tomasz Jamroziak.

Milka z tej polskiej skłonności do dzielenia się postanowiła uczynić element akcji promocyjnej. Zaproponowała swoim klientom możliwość wysłania do wybranej osoby ostatniej kostki czekolady.

Z prawie 2,5 mln tabliczek zabraliśmy ostatnią kostkę czekolady –  wyjaśnia Czerniawska. – Na www.fioletowastrona.pl wszyscy mogą się nią podzielić z osobami najbliższymi, przyjaciółmi, rodziną, bliskimi i w ten sposób okazać im swoją sympatię i podkreślić łączące ich uczucia. Akcja Milki opiera się na założeniu, że ostatnia kostka czekolady z opakowania jest najcenniejsza. Zauważyliśmy, że gdy zjadamy tę ostatnią kostkę czekolady, to tak naprawdę traktujemy ją jako taki ostatni element, który pozwala nam zapamiętać smak czekolady na dłużej.

Podczas pierwszych dwóch tygodni akcji Milka wysłała już kilkadziesiąt tysięcy kostek.

Wydatki sieci handlowych na reklamę wzrosły w ciągu roku o 90 mln zł. Najwięcej kosztowała promocja w radiu

Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów w Instytucie Monitorowania Mediów
Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów w Instytucie Monitorowania Mediów

Sieci handlowe nie oszczędzają na reklamie. W I kwartale wydatki na ten cel wyniosły 284 mln zł. To o 50 mln zł mniej niż w poprzednim kwartale, ale w ujęciu rocznym więcej o ponad 90 mln zł. Sieci zwiększały swoją obecność w radiu i telewizji, redukowały natomiast wydatki na prasę. 

284 mln zł – tyle działające w Polsce sieci handlowe przeznaczyły w I kwartale 2015 roku na promocję w mediach. W stosunku do poprzedniego kwartału oznacza to spadek o około 50 mln zł. Ale porównując to z wydatkami w analogicznym okresie ubiegłego roku okazuje się, że te wydatki wzrosły o około 90 mln zł – mówi Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów w Instytucie Monitorowania Mediów, który zbadał wydatki na reklamę działających w Polsce sieci handlowych.

W podziale na medium, największym reklamobiorcą było radio. Na ten rodzaj reklamy sieci wydały ponad 134 mln zł, a na reklamę w telewizji – 131 mln zł. Na radio stawiał Lidl (50 mln zł) i Carrefour (14 mln zł), zaś Biedronka i Tesco wybrały moc obrazu. Na reklamy w telewizji wydały odpowiednio 38 mln i 17 mln zł.

Czołową trójkę największych reklamodawców stanowią sieci Lidl, Biedronka oraz Tesco. To one wzbudzają też największe zainteresowanie mediów, również internautów. Te same sieci są jednocześnie tymi, o których internauci na Facebooku, Twitterze, forach czy blogach rozmawiają najczęściej – tłumaczy Jadaś.

Zdecydowanym liderem jest Lidl, który na reklamy przeznaczył 99 mln zł. Druga Biedronka znacznie mniej – 58 mln zł. Tesco utrzymało trzecią pozycję, ale wydatki zmalały o 14 mln zł.

Choć te sieci zdecydowanie najwięcej wydały na reklamy, to najdroższy spot wyemitowało Intermarché. Spot „Słynny szef kuchni odkrywa Polskę” został wyemitowany 1400 razy i kosztował blisko 6 mln zł. Biedronka zachęcała natomiast do odkrycia smaków Portugalii. Na osiem tego typu spotów sieć wydała łącznie blisko 14 mln zł.

W badanym okresie największe wydatki reklamowe zauważyliśmy w marcu. Miało to głównie związek z Wielkanocą. Wtedy sieci handlowe postawiły na kreacje nawiązujące do zakupów, które Polacy zwykle robią przed świętami – analizuje Jadaś.

Najwięcej na emisję reklam w marcu wydały Lidl i Biedronka – odpowiednio 46 mln i 27 mln zł. Wielkanocne promocje cenowe były najczęstszym tematem rozmów internautów o sieciach handlowych.

Dyskusje, które były prowadzone w serwisach społecznościowych, nawiązywały do świąt Wielkiej Nocy, wyprzedaży i promocji reklamowanych w mediach tradycyjnych. Można zauważyć wprost proporcjonalną zależność tego, co Polacy słyszą w radiu, oglądają w telewizji i spotykają w prasie, do tego, co staje się tematem dyskusji na temat sieci handlowych w social mediach – tłumaczy ekspert z IMM.

Internauci chętnie wymieniają się informacjami o niskich cenach i szukają obniżek. Tematów nie brakowało, bo od stycznia do marca sieci handlowe prześcigały się w promocjach. Biedronka kusiła kosmetykami w atrakcyjnych cenach, Carrefour zwracał pieniądze za jedne z pięciu zakupów w postaci e-bonu, a Lidl przekonywał o „superbombastycznych cenach”.

Z analizy wydźwięku wypowiedzi internautów na temat sieci handlowych w Polsce wynika, że są to wypowiedzi z reguły pozytywne. Zdarzają się opinie negatywne, jednak procentowe porównanie tych krytycznych do tych pozytywnych wypada na korzyść sieci handlowych – przekonuje Łukasz Jadaś.

Ponad 90 proc. firm świadczących usługi IT w Polsce planuje zwiększenie zatrudnienia. Poszukiwani programiści i analitycy biznesowi

Grzegorz Śniadała, przedstawiciel IT Club ABSL, organizacji zrzeszającej najważniejszych inwestorów z sektora nowoczesnych usług dla biznesu
Grzegorz Śniadała, przedstawiciel IT Club ABSL, organizacji zrzeszającej najważniejszych inwestorów z sektora nowoczesnych usług dla biznesu

93 proc. firm świadczących usługi IT w Polsce chce w ciągu najbliższych lat rozszerzyć swoją działalność, a tym samym zwiększyć zatrudnienie. Obecnie w branży pracuje ponad 140 tys. osób, a liczba ta wciąż rośnie. Poszukiwani będą analitycy biznesowi, programiści i specjaliści o umiejętnościach miękkich i z dobrą znajomością języków obcych. Usługi informatyczne z Polski dostarczane są w 25 językach.

Branża zatrudnia obecnie około 140 tys. osób – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Śniadała, przedstawiciel IT Club ABSL, organizacji zrzeszającej najważniejszych inwestorów z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. – Według respondentów naszego badania IT Clubu ok. 90 proc. firm zamierza zwiększyć zatrudnienie jeszcze w tym roku. Zdecydowana większość z nich planuje rozszerzać zakres swojej działalności w ciągu kolejnych 2 latach. Dotyczy to przechodzenia w stronę coraz bardziej zaawansowanych zadań, np. analityki biznesowej, zarządzania projektami, architektury technicznej i biznesowej.

Ostatnie lata były dla branży IT wyjątkowo korzystne. Dane GUS-u wskazują, że od 2009 do 2013 roku liczba firm świadczących usługi IT wzrosła z 40,2 do 60,7 tys. Największe firmy zatrudniają 55 tys. osób, łącznie w całym sektorze pracuje ich ponad 140 tys.

Z raportu ABSL „Rynek usług IT w Polsce” wynika, że zatrudnienie będzie coraz większe. 91 proc. przedsiębiorstw wskazuje, że jeszcze w tym roku będzie poszukiwać nowych pracowników.

Poszukiwane będzie szerokie spektrum zawodów: od analityków biznesowych, programistów, poprzez specjalistów od technologii sieciowych, po project managerów z dobrą znajomością języków i biznesu – ocenia ekspert.

Znajomość języków obcych jest w tym segmencie koniecznością. Usługi IT świadczone są z Polski w 25 językach, co wskazuje na globalną skalę biznesu. Działające w Polsce firmy świadczą usługi dla klientów z różnych części świata. W przypadku polskich firm dominują rodzimi klienci (88 proc.), a 64 proc. skupia się na zagranicznych markach. W przypadku firm z zagranicznym kapitałem usługi świadczone są globalnie.

80 proc. takich firm świadczy usługi na rzecz Europy Zachodniej, a ponad 50 proc. na rzecz klientów z Ameryki Północnej. Istnieją oczywiście kierunki, które są nieco niedoreprezentowane, takie jak Ameryka Południowa czy Azja, ale jest to pole do popisu dla nas i naszego rozwoju – ocenia Śniadała.

Raport ABSL pokazuje, że w ostatnich 3 latach w 90 proc. firm zwiększył się zakres świadczonych usług. Większość przedsiębiorstw realizuje co najmniej kilka procesów biznesowych, 93 proc. deklaruje też rozszerzanie zakresu swojej działalności w ciągu najbliższych dwóch lat. Dlatego na pracę mogą liczyć osoby o szerokich kompetencjach.

Poszukujemy kompetencji twardych, związanych bezpośrednio z technologią, znajomości spraw sieciowych, systemów klasy ERP. Ważne są też umiejętności miękkie, które mogą pomóc naszym pracownikom w rozwoju takich specjalności, jak analityka biznesowa czy zarządzanie projektami – komentuje ekspert ABSL.

W najbliższych latach rynek usług IT będzie notować stabilny wzrost. Globalne wydatki firm na ten cel będą rosły średnio w tempie 4,6 proc. rocznie i na koniec 2018 roku mają wynieść 3,9 mld dolarów. Duża konkurencja między firmami IT i małe różnice między produktami oznaczają, że przyszłością sektora są te firmy, które najlepiej zaadaptują nowe technologie i odpowiedzą na potrzeby klientów.

Dzisiejszy świat IT idzie coraz bardziej w kierunku konsumeryzacji. W zasadzie każdy, kto ma kartę kredytową, może zacząć dostarczać usługi. Firmy, które będą w stanie opanować takie technologie jak mobility, big data, media społecznościowe, automatykę, robotykę czy automatyzację procesów biznesowych przy pomocy wymienionych technologii, będą wygrywać na rynku w przyszłości – prognozuje Grzegorz Śniadała.

Cukrzyca jest zaniedbywana w polityce zdrowotnej większości państw UE. Za 20 lat co dziesiąty dorosły Europejczyk może być na nią chory

prof. Leszek Czupryniak, były prezes Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego
prof. Leszek Czupryniak, były prezes Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego

Skandynawia, Wielka Brytania, Niemcy i Francja – to kraje, które dużą wagę przywiązują do problemu cukrzycy, ale niewiele europejskich krajów bierze z nich przykład. Lekarze i pacjenci krytykują, że większość państw członkowskich zbyt mało uwagi poświęca cukrzycy w polityce zdrowotnej. Problem jest coraz poważniejszy. W 2035 roku co dziesiąty dorosły Europejczyk może być diabetykiem.

Cukrzyca, podobnie jak nowotwory czy choroby układu krążenia, jest zaliczana do najpoważniejszych schorzeń cywilizacyjnych. Mimo postępów w medycynie Polska znajduje się w czołówce państw o najwyższej zachorowalności na cukrzycę. Według danych NATPOL na tę chorobę cierpi już ponad 2,7 miliona Polaków, z czego 550 tys. to pacjenci niezdiagnozowani.

Kraje, które są na samym szczycie rozwoju ekonomicznego, jak Skandynawia, Niemcy, Wielka Brytania czy Francja, przywiązują dużą wagę do diabetologii, do rozwiązywania problemów chorych na cukrzycę. Natomiast kraje, które dołączyły do UE w 2004 roku, i jeszcze kilka innych, nie traktują cukrzycy jako wystarczająco istotnego priorytetu polityki zdrowotnej – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Leszek Czupryniak, były prezes Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego.

Skala problemu cukrzycy jest coraz większa. W 2013 roku w Europie na cukrzycę chorowało ponad 56 mln osób. Do 2035 roku liczba ta wzrośnie do blisko 69 mln. To oznacza, że diabetykiem będzie co dziesiąty Europejczyk w przedziale wiekowym 20-79 lat – wynika z danych Międzynarodowej Federacji Diabetologicznej (IDF). Według danych Światowej Organizacji Zdrowia cukrzyca i jej powikłania w 2030 roku będą siódmą przyczyną śmierci na świecie, a liczba zgonów z powodu tej choroby w ciągu najbliższych 10 lat wzrośnie o ponad 50 proc.

Walczyć z tym zjawiskiem w Europie chcą przedstawiciele ExPAND, czyli Europejskiej Sieci na rzecz Zmian w Polityce Zdrowotnej Dotyczącej Cukrzycy. To pierwszy tego typu projekt w ramach Unii Europejskiej skupiający parlamentarzystów z różnych krajów, pacjentów oraz środowisko medyczne, którzy podkreślają, że cukrzyca jest obszarem zaniedbanym przez wiele rządów krajów Unii Europejskiej.

Zaczęła się rozwijać ponadnarodowa inicjatywa, w pewnym sensie grupa lobbingowa, grupa nacisku, angażująca lokalne autorytety, diabetologów, pielęgniarki, pacjentów, media, rozpoczynająca już po raz kolejny w polskich warunkach dialog z władzami Ministerstwa Zdrowia, rządu i pokazująca, dlaczego cukrzyca pozostaje ostatnim dużym zaniedbanym obszarem w polityce zdrowotnej – mówi prof. Czupryniak.

W trakcie I Konferencji ExPAND twórcy inicjatywy rozpoczęli prace nad „Planem dla Cukrzycy” – strategicznym dokumentem zawierającym propozycje realnych i skutecznych rozwiązań.

Eksperci podkreślają, że aby zapobiegać cukrzycy, uważanej za największą epidemię XXI wieku, konieczne jest podjęcie szeregu usystematyzowanych działań, które usprawnią profilaktykę, leczenie tej choroby i ograniczą ryzyko powikłań. Równie ważna jest edukacja w kierunku zmiany stylu życia Polaków.

Pokazujemy, że diabetologia jest dziedziną, gdzie nawet niewielkie nakłady finansowe mogą przynieść znaczną poprawę w zakresie redukcji liczby zachorowań, czyli w zapobieganiu samej cukrzycy, oraz w jej leczeniu i zapobieganiu powikłaniom – podkreśla prof. Leszek Czupryniak. – Chorzy na cukrzycę są grupą, która wymaga zwrócenia uwagi na ich złożone potrzeby. Chodzi o dostęp do leków czy powstanie sieci gabinetów stopy cukrzycowej itd.

Jak podkreśla, kluczowe jest również edukowanie pacjentów.

Ktoś, kto zachorował na cukrzycę typu II, musi uzyskać odpowiednią wiedzę i zastosować ją w codziennym życiu. Musi wiedzieć, jak ma się odżywiać, jaką aktywność fizyczną ma wykonywać i jak w praktyce ma to wprowadzić w swój codzienny plan życia. Wszędzie na świecie jest to realizowane przez zespoły terapeutyczno-edukacyjne, pielęgniarki i edukatorki, które wiedzą, w jaki sposób dotrzeć do każdego pacjenta, by wytłumaczyć mu, co robi źle – mówi prof. Leszek Czupryniak.

Dużą bolączką jest również brak dostępu do nowych leków w Polsce, mimo że od lat są stosowane w innych krajach UE.

One zmieniły przebieg leczenia cukrzycy, są standardem leczenia w krajach, nie tylko Zachodniej Europy, lecz także w krajach ościennych – Czechach, Słowacji, republikach bałtyckich. Tu cały czas władza pozostawała głucha na nasze prośby – mówi prof. Leszek Czupryniak.

Innym problemem jest finansowanie opieki diabetologicznej, zarówno ambulatoryjnej, jak i szpitalnej.

Parę lat temu NFZ wprowadził kompleksową ambulatoryjną opiekę specjalistyczną, która wydaje się być dobrym pomysłem, ale jest tak słabo finansowana, że mało który ZOZ wchodzi w ten program. Również leczenie szpitalne jest bardzo niedoszacowane i praktycznie nie mamy możliwości skutecznego zapobiegania i leczenia zespołu stopy cukrzycowej w prawidłowo wyposażonych pod względem sprzętu i kadry medycznej gabinetów – dodaje prof. Leszek Czupryniak.

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Obligacje korporacyjne staja się coraz bardziej ryzykowne. Emitują je głównie firmy z problemami finansowymi

Mariusz Pawlak partner Lorek Pawlak Family Office
Mariusz Pawlak partner Lorek Pawlak Family Office

Rośnie ryzyko związane z inwestycjami w obligacje korporacyjne. Dziś sprzedają je głównie firmy, które mają problemy finansowe i banki odmówiły im kredytu. Przy bardzo niskich stopach procentowych w Polsce pożyczka w banku jest bowiem znacznie bardziej atrakcyjna od emisji papierów dłużnych.

W ubiegłych latach obligacje korporacyjne były bardzo ciekawym sposobem na inwestycje. Kredyty bankowe miały wysokie oprocentowanie, więc na sprzedaż własnych papierów dłużnych decydowało się wiele firm. Warunki, jakie proponowały, też były znacznie zyskowniejsze od bankowych lokat.

– Rynek obligacji korporacyjnych jeszcze dwa lata temu, a nawet do zeszłego roku był bardzo atrakcyjny, ponieważ nie mieliśmy dużo przypadków bankructw emitentów, kiedy powstawało dużo funduszy inwestycyjnych, które rozpraszały ryzyko poprzez dywersyfikację mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mariusz Pawlak partner Lorek Pawlak Family Office. – Wówczas można było osiągnąć nawet 7- i 8-proc. stopy w Polsce przy praktycznie minimalnym ryzyku.

Obecnie jednak nie jest to już tak atrakcyjna forma inwestycji. Stopy procentowe NBP są najniższe w historii, a w raz z nimi potaniały w Polsce kredyty. Z drugiej strony wyraźnie wzrosło ryzyko na rynku obligacji. Znacząco spadła bowiem liczba atrakcyjnych emisji pośród których mogą wybierać inwestorzy.

To ryzyko wynika głównie z tego, że jednak dług dzisiaj emituje ta korporacja, która nie otrzymała kredytu w banku zwraca uwagę Mariusz Pawlak. – Należy pamiętać o tym, że dziś stopy są bardzo niskie, w związku z tym banki oferują bardzo atrakcyjne oprocentowanie. Jeżeli więc ktoś nie przeszedł tej weryfikacji bankowej, to znaczy, że niesie ze sobą większe ryzyko, przez co musi oferować wyższe stopy zwrotu. Wyższe stopy zwrotu to wyższy koszt jego obsługi i mniejsza rentowność przedsiębiorstwa, więc ma mniejszy margines na ewentualną pomyłkę w prowadzeniu swojej działalności gospodarczej.

Dlatego decydując się na inwestowanie oszczędności w obligacje korporacyjne, trzeba bardzo uważać. Przed ulokowaniem w takich papierach pieniędzy warto się dobrze przyjrzeć firmie, której udziela się takiej pożyczki doradza partner Lorek Pawlak Family Office.

– Dzisiaj, po serii bankructw deweloperów, mamy tak naprawdę kolejne ryzyko, to ryzyko kredytowe przy tej inwestycji. Obecnie nawet inwestycja w obligacje emitentów korporacyjnych jest raczej inwestycją ryzykowną. Jak zatem wybierać? Na pewno lepiej zainwestować w kilku, a nawet kilkunastu emitentów, niż skupić się na jednym, chyba że go naprawdę bardzo dobrze znamy.

Przy wyborze emitenta, w którego papiery można bezpiecznie zainwestować, najważniejsza jest jego kondycja finansowa. Nawet wysoka płynność obligacji nie będzie miała znaczenia, gdy strategia finansowa spółki przestanie się dopinać.

Nawet tych obligacji, które dzisiaj są płynne, w sytuacji, kiedy emitent będzie bankrutował, nikt nie będzie w stanie sprzedać, bo nie będzie na nie popytu ocenia Mariusz Pawlak partner Lorek Pawlak Family Office. – Ważniejsza niż płynność obligacji jest jednak wiarygodność emitenta.

MM Prime TFI: Zamożni Polacy coraz więcej inwestują w zamkniętych funduszach. W rok rynek zyskał 10 proc.

Maciej Michalski, wiceprezes zarządu MM Prime Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych
Maciej Michalski, wiceprezes zarządu MM Prime Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych

W ciągu roku rynek zamkniętych funduszy inwestycyjnych urósł w Polsce o 10 proc. To oznacza, że zamożni Polacy zaczynają dywersyfikować swe oszczędności w poszukiwaniu nowych miejsc, gdzie mogą ulokować nadwyżki finansowe.

Zamknięte fundusze inwestycyjne to oferta dla ludzi znacznie bogatszych od przeciętnej. Stają się one coraz bardziej popularne wśród ludzi dysponujących co najmniej 200 tys. zł. Takimi nadwyżkami finansowymi dysponują w Polsce głównie przedsiębiorcy i wysoko wykwalifikowany top management.

Większość przedsiębiorców w pewnym momencie dochodzi do granicy, kiedy już nie mogą zwiększyć rentowności swojego biznesu, może nie chcą się angażować, może chcą zdywersyfikować swoją działalność mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Maciej Michalski, wiceprezes zarządu MM Prime Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych. – Jeżeli przedsiębiorca stawia tylko na działalność gospodarczą, to jakby wrzucił wszystkie pieniądze do jednego koszyka. Mimo że zna go bardzo dobrze, to nie wie nigdy, jak zareaguje gospodarka i jego przedsiębiorstwo na dane z gospodarki.

Dlatego zamożni przedsiębiorcy zaczynają szukać innych rozwiązań. Inwestują w nieruchomości, zazwyczaj komercyjne, czasami mieszkania na handel oraz w fundusze inwestycyjne. Tu część wybiera fundusze bezpieczne. Zamiast trzymać pieniądze w bankach, gdzie przy dzisiejszych stopach procentowych lokaty są oprocentowane na 1-1,5 proc., decydują się często na skorzystanie z bezpiecznych rozwiązań depozytowych, które dają między 3,5 a 4 proc. Inni inwestują w fundusze bardziej dynamiczne – akcji albo oparte na surowcach lub wierzytelnościach.

 Ogólnie fundusze bardziej dynamiczne obarczone są większym ryzykiem, ale mają też większą stopę zwrotu podkreśla Maciej Michalski. Stopa zwrotu takich funduszy inwestycyjnych, akcyjnych, w tym roku plasuje się bardzo wysoko, ponieważ od początku roku większość z nich zarobiła po dziesięć, a nawet kilkanaście procent tylko w kilku ostatnich miesiącach. Na pewno jest to sukces nie tylko rynku, lecz także przedsiębiorców, którzy zdecydowali się na takie rozwiązania.

Wśród dynamicznych funduszy najbardziej atrakcyjne są oferty funduszy zamkniętych. Wynika to z ich specyfiki zwraca uwagę wiceprezes zarządu MM Prime Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych.

Fundusz otwarty musi trzymać zawsze pieniądze na wypłatę, bo nigdy nie wie, kiedy klienci przyjdą po pieniądze. To powoduje, że 7 do 10 proc. całości pieniędzy, którymi zarządza dane towarzystwo, musi leżeć na rachunku bankowym, ponieważ to stanowi płynność danego funduszu. Natomiast fundusze inwestycyjne zamknięte zazwyczaj dostarczają wyższą stopę zwrotu niż fundusze otwarte, ponieważ takie fundusze trzymają gotówkę.

W przypadku funduszy zamkniętych, w których kupuje się drogie certyfikaty, wycofanie zainwestowanych pieniędzy odbywa się w ściśle określonych terminach. Pomiędzy nimi FIZ-y mogą zainwestować całą posiadaną gotówkę, osiągając wyższe stopy zwrotu. To sprawia, że funduszom zamkniętym przybywa klientów. Szczególnie ostatnio, gdy polska gospodarka przyspiesza i efekty tego rozwoju wielu Polaków poczuło w kieszeniach.

– Nasz rynek w ciągu roku urósł o ponad 10 proc. ocenia Maciej Michalski z MM Prime TFI.  Biorąc pod uwagę wzrost gospodarczy, który wyniósł kilka procent, i porównując go z 10 proc. w funduszach inwestycyjnych, należy uznać, że to duży sukces.

Projekty wdrażane przez Softblue mogą trafić na rynek już w przyszłym roku. W lipcu spółka chce zadebiutować na NewConnect i nie wyklucza nowych emisji

Michał Kierul, prezes Softblue
Michał Kierul, prezes Softblue

Softblue zapowiada, że projekty, nad którymi pracuje, już w przyszłym roku będą wprowadzane na rynek. Firma specjalizująca się w biznesowym wykorzystywaniu badań i projektów naukowych oraz doradztwie i tworzeniu systemów IT w lipcu chce zadebiutować na NewConnect, by móc łatwo pozyskać nowy kapitał na inwestycje.

Chcemy, żeby nasze projekty były projektami niskiego ryzyka i wysokiej stopy zwrotu – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Michał Kierul, prezes Softblue. – Te projekty są już realne, namacalne, gotowe i są na etapie wdrażania, dlatego staramy się minimalizować ryzyko do zera. To są oczywiście czynniki techniczne, technologiczne, ale je minimalizuje nasz doskonały zespół. Ryzyko finansowe to pozyskanie funduszy na realizację projektów, ale jesteśmy na dobrej drodze, żeby te czynniki ryzyka niwelować do zera.

Spółka ocenia, że stopień innowacyjności polskiej gospodarki jest jednym z najniższych w Europie. Chce to jednak wykorzystać i przekuć w dobry biznes. Softblue zapewnia, że potrafi wybierać do wdrożeń takie projekty, które powinny dać zyski. Firma pozyskała w kwietniu od inwestorów instytucjonalnych 10 mln zł w zamian za pakiet ponad 22,5 proc. akcji. Te pieniądze pozwolą jej m.in. na wsparcie prowadzonych projektów oraz inwestycje w nowe wynalazki. W lipcu firma chce zadebiutować na rynku NewConnect.

Większość projektów będzie wdrażanych pod koniec tego roku lub na początku przyszłego – zapewnia Michał Kierul. – Nasze autorskie rozwiązania, drony do badania niskich emisji czy ForestDron, już w dużej mierze są gotowe. Nasi partnerzy to Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 w Bydgoszczy, czyli firma o solidnych podstawach. Stąd jesteśmy pewni, że w przyszłym roku będziemy mogli wiele naszych produktów wdrażać i oferować na rynku.

AirDron to urządzenie, które pozwoli zbadać skład i poziom tzw. niskiej emisji, czyli dymu, jaki unosi się nad polskimi miastami z prywatnych oraz przemysłowych kominów. Ta technologia pomoże wykryć i wyeliminować największych trucicieli.

Około 5 proc. spalanych substancji w Polsce to substancje zabronione – ocenia prezes Softblue. – Tysiące osób umiera z powodu ich spalania. Większość dużych miast w Polsce wyraziło chęć przystąpienia do uczestnictwa w tym projekcie i zakupu takiego urządzenia bądź skorzystania z naszych usług. Stąd wierzymy, że potencjał tego produktu jest potężny i będziemy dominującą firmą w tym zakresie w Polsce i Europie.

Softblue specjalizuje się w komercjalizacji badań i projektów naukowych. Obecnie firma wiąże spore nadzieje także z projektami SoftHeart, umożliwiającym badania serca w widmach niesłyszalnych, i SoftGene, umożliwiającym wykrywanie modyfikacji genetycznych, np. w żywności, i badanie pokrewieństwa.

– W naszej firmie są systemy, które na bieżąco analizują koszty i etapy wdrożenia danego systemu – podkreśla prezes Michał Kierul z Softblue. – Na bieżąco widzimy, co się dzieje z danym projektem, więc na pewno damy sobie z tym radę. Każdy z nich wymaga czasu, szczególnie te z sektora B+R, ale w tych projektach już jest wiele części gotowych, więc wymaga to tylko dokończenia i wdrożenia, a w to wierzymy, że się uda.

W 2014 roku spółka miała 5,2 mln zł przychodów. Mimo poczynienia znacznych inwestycji w sektor B+R osiągnęła zysk netto w wysokości 165 tys. zł.

Podatnicy składają coraz więcej dokumentów drogą elektroniczną. W czerwcu kolejne udogodnienia

0
Jacek Kapica, podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów
Jacek Kapica, podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów

Blisko połowa rocznych deklaracji podatkowych, czyli ponad 7 mln PIT-ów, w tym roku wpłynęła do urzędów skarbowych drogą elektroniczną. Podatnicy coraz chętniej przesyłają w ten sposób również inne dokumenty – na koniec maja było ich w sumie 35 mln. Resort finansów zapowiada, że jeszcze w tym miesiącu pojawi się możliwość weryfikacji dochodów przez miejskie ośrodki pomocy społecznej czy sprawdzenia kontrahenta w zakresie płacenia podatku VAT.

– W 2008 roku drogą elektroniczną przesyłano 103 tysiące deklaracji. W tym roku na koniec maja było to 35 mln dokumentów na 65 mln przesyłanych w ciągu roku. Już dzisiaj ponad 50 proc. dokumentów jest przesyłanych drogą elektroniczną, a to dopiero połowa roku – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Kapica, podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów.

Według niego ten kanał komunikacji jest funkcjonalny dla podatników, szczególnie osób fizycznych, i chętnie przez nich wykorzystywany, m.in. dlatego że nie muszą posiadać podpisu kwalifikowanego.

– Nie muszą chodzić po niego do urzędu skarbowego, tylko mogą się podpisać danymi autoryzującymi z przychodu, z dokumentów z ubiegłego roku, które każdy ma u siebie w domu. Statystyki pokazują, że to był właściwy kierunek – dodaje Kapica.

Jak wskazują wyniki badania preferencji podatników w zakresie zeznań podatkowych, wykonanego przez firmę doradczą PwC na zlecenie Ministerstwa Finansów, w 2015 r. polscy podatnicy złożyli ponad 7 mln e-Deklaracji. Stanowi to 46 proc. wszystkich zeznań PIT za ubiegły rok. Wśród ankietowanych blisko 31 proc. podatników rozliczyło zeszłoroczny PIT za pomocą systemu e-Deklaracje, a 99 proc. z nich zamierza korzystać z systemu także w kolejnych latach. Z kolei prawie połowa z tych, którzy złożyli PIT za 2014 rok w tradycyjny sposób, w przyszłym roku chce zrobić to online.

Wśród największych zalet systemu e-Deklaracje ankietowani wskazali przede wszystkim wygodę (84,3 proc.) i oszczędność czasu (88,2 proc.). Wśród największych wad znalazły się między innymi: konieczność podawania kwoty z roku ubiegłego (23,5 proc.), wymagania sprzętowe (11,9 proc.) czy brak możliwości składania NIP-3 (6,4 proc.). Według PwC mimo wskazywanych wad ponad 77 proc. wszystkich badanych uznało system e-Deklaracje za przejrzysty i funkcjonalny.

Z nowości, które udostępniamy, warto wspomnieć o wstępnie wypełnianym zeznaniu podatkowym, które w tym roku zostało po raz pierwszy udostępnione. Skorzystało z tego ponad 100 tys. osób. Można mówić, że to mało, ale przypomnę, że w 2008 roku w ogóle wszystkich deklaracji było 103 tys. To jest coś, co będzie się rozwijało – zapewnia Kapica.

Usługa wstępnie wypełnionego zeznania podatkowego (PFR) to propozycja rozliczenia rocznego. Ma ona sprawić, że składanie zeznania podatkowego będzie prostsze, gdyż podatnik nie będzie musiał wypełniać sam zeznania podatkowego, bo zrobi to za niego administracja podatkowa. Z tej propozycji podatnik może, ale nie musi skorzystać.

W przyszłym roku chcemy to wstępnie wypełnione zeznanie udostępnić również dla PIT-37 w oparciu o informacje od organów emerytalno-rentowych, a więc dla emerytów i rencistów. Będą oni mogli elektronicznie również wpisać tam organizację pożytku publicznego, na którą chcą przeznaczyć 1 proc., więc to dla nich będzie w przyszłym roku istotna korzyść – podkreśla wiceminister.

Ministerstwo Finansów zapowiada także wdrożenie kolejnych udogodnień.

– W czerwcu chcemy udostępnić możliwość zweryfikowania dochodu dla osób, które są podopiecznymi miejskich ośrodków pomocy społecznej. Osoby te nie będą musiały chodzić do urzędu skarbowego po zaświadczenia o tym, jakie mają dochody i czy kwalifikują się do pomocy społecznej – zapowiada Jacek Kapica.

Dodał, że to miejski ośrodek pomocy społecznej, mając upoważnienie tych osób, bezpośrednio sprawdzi w miejscowym urzędzie skarbowym ich dochody.

– Natomiast dla biznesu po 20 czerwca będziemy w stanie udostępnić usługę weryfikacji kontrahenta zarejestrowanego w zakresie podatku VAT. Po pierwsze, zapewni to bezpieczeństwo transakcji, bo podatnik będzie wiedział, że ma do czynienia z zarejestrowanym kontrahentem, po drugie, zwiększy pewność płacenia podatków i odprowadzenia VAT-u z tego tytułu – podkreśla wiceminister.

Inwestycje warte ponad 300 mld zł dzięki planowi Junckera. Ten instrument może zastąpić politykę spójności po 2020 r.

Danuta Jazłowiecka, posłanka do Parlamentu Europejskiego
Danuta Jazłowiecka, posłanka do Parlamentu Europejskiego

Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych, utworzony w ramach planu Junckera, ma do 2017 roku pobudzić inwestycje warte 315 miliardów euro, a tym samym unijną gospodarkę. Jeśli ten instrument okaże się skuteczny, może zastąpić politykę spójności po 2020 roku – uważa Danuta Jazłowiecka, europosłanka. Plan ma być w czerwcu zatwierdzony przez rządy państw członkowskich.

Utworzony w ramach planu Junckera Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych (EFSI) ma mieć bazę kapitałową w wysokości 21 miliardów euro. Dzięki wykorzystaniu dźwigni finansowej jego zdolność inwestycyjna przekroczy 60 miliardów euro.

EFSI ma służyć pobudzeniu zamrożonych środków na inwestycje. Ponoć w Europie jest to ponad 300 mld euro, więc warto by rzeczywiście odmrozić te środki i zwiększyć inwestycje. Służyć ma przede wszystkim inwestycjom ryzykownym, dużym, które mogłyby zdynamizować rozwój gospodarczy Unii Europejskiej – mówi Danuta Jazłowiecka, posłanka do Parlamentu Europejskiego.

Tym samym EFSI przyczyni się do stworzenia nowych miejsc pracy oraz realizacji unijnej polityki inwestycji w innowacje i nowe technologie. Jak podkreśla Jazłowiecka, może przyczynić się do tego, że młodzi, zdolni Europejczycy będą na Starym Kontynencie prowadzić badania i realizować swoje pomysły, zamiast emigrować do USA czy rozwijających się państw azjatyckich.

Porozumienie ws. wdrażania planu inwestycyjnego uzgodniono w ramach UE pod koniec maja. Jeszcze w czerwcu ostatecznie zatwierdzą go szefowie rządów państw członkowskich. EFSI ma zacząć finansować projekty z końcem lata.

– Okres do 2017 roku jest dość krótki, ale jeżeli uda się uruchomić te pieniądze, jeżeli ten plan zacznie być skutecznie realizowany, to najprawdopodobniej wydłużymy go. Przewiduję, że być może to jest rozwiązanie na fundusze europejskie, fundusze strukturalne po roku 2020. Cały czas w Europie, szczególnie w zachodniej części, mówi się o tym, że nie chcemy już polityki spójności, że zbyt dużo rozdajemy pieniędzy, a Europie Zachodniej też się należą jakieś pieniądze, też przeżyła dosyć mocny kryzys. Być może to będzie właśnie rozwiązanie na czas po roku 2020 – tłumaczy Jazłowiecka.

Swój wkład w EFSI zadeklarowała także Polska. Przez Bank Gospodarstwa Krajowego oraz Polskie Inwestycje Rozwojowe baza kapitałowa europejskiego funduszu zostanie zasilona kwotą do 8 miliardów euro. Na liczącej kilka tysięcy pozycji wstępnej liście projektów około 250 zostało zgłoszonych przez nasz kraj. Priorytetami mają być inwestycje związane z energetyką, transportem, badaniami i innowacyjnością.

Na proces finansowania projektów inwestycyjnych wpływać ma przede wszystkim ich jakość i potencjalny wpływ na koniunkturę gospodarczą.

Nie chcemy, żeby w jakikolwiek sposób były brane pod uwagę kryteria demograficzne, mimo że wiemy, że jest część Europy, która potrzebowałaby bardzo mocno różnego rodzaju inwestycji. Podstawowym kryterium są dobre projekty i te dobre projekty będą zgłaszane do Europejskiego Banku Inwestycyjnego. Tam eksperci, którzy mają olbrzymie doświadczenie, będą analizowali, które z tych projektów można finansować, na które można dać gwarancję. W ten sposób będą dokonywane wybory – wyjaśnia Danuta Jazłowiecka.

Europosłanka zaznacza, że inwestycje współfinansowane przez EFSI będą cechować się wyższym poziomem ryzyka, niż te, na które przeznaczone są fundusze strukturalne. W przypadku powodzenia takiego projektu można jednak liczyć na wymierne korzyści, jak chociażby powstanie nowych miejsc pracy.

Coraz więcej osób chce pracować w energetyce jądrowej. Pierwsza elektrownia stworzy kilka tysięcy nowych miejsc pracy

dr inż. Krzysztof Fornalski, ekspert z Biura Technologii i Eksploatacji spółki PGE EJ 1
dr inż. Krzysztof Fornalski, ekspert z Biura Technologii i Eksploatacji spółki PGE EJ 1

W samej elektrowni jądrowej, która ma powstać w Polsce, zatrudnienie znajdzie ok. 1-1,5 tys. osób. Rozwój tej dziedziny energetyki przyczyni się jednak do powstawania nowych miejsc pracy również w innych segmentach gospodarki. Na to wyzwanie coraz lepiej przygotowany jest system edukacyjny. Powstają nowe specjalizacje w ramach takich kierunków, jak prawo, ochrona środowiska czy zarządzanie. Rośnie też zainteresowanie młodych ludzi tymi zagadnieniami.

Sytuacja w kadrach dla energetyki jądrowej w naszym kraju przedstawia się coraz lepiej – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr inż. Krzysztof Fornalski, ekspert z Biura Technologii i Eksploatacji spółki PGE EJ 1, odpowiedzialnej za budowę pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. – Coraz więcej uczelni otwiera nowe kierunki studiów związane z tą tematyką. Także szkoły średnie wyrażają zainteresowanie kształceniem techników dla energetyki jądrowej. Powoli idziemy do przodu i z optymizmem możemy patrzeć w przyszłość.

Wyjaśnia, że widać stopniowy postęp i coraz więcej uczelni, przede wszystkim politechniki, oferuje kierunki studiów związane z energetyką jądrową zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio – np. dotyczące ochrony radiologicznej czy fizyki jądrowej.

Doświadczenie krajów, w których elektrownie jądrowe już funkcjonują, wskazuje, że przy samej budowie zatrudnionych jest kilka tysięcy osób. W trakcie eksploatacji jednego bloku na terenie obiektu pracuje ok. 800 osób (w zależności od technologii). Polska elektrownia ma docelowo posiadać kilka bloków, więc zatrudnienie wyniesie ok. 1-1,5 tys. osób. Przede wszystkim poszukiwane będą osoby z wykształceniem średnim technicznym.

Dookoła takiej inwestycji pracuje cały sektor usług związanych np. z cateringiem czy pielęgnacją przyrody – wyjaśnia Fornalski. – Do tego dochodzą przedstawiciele elektrowni w większych miastach, naukowcy i specjaliści z innych branż. W związku z tym liczba osób, które zawodowo wiążą się z energetyką jądrową, jest dużo większa niż liczba pracujących bezpośrednio w elektrowni oraz jej otoczeniu. Można śmiało powiedzieć, że ten krąg jest kilka razy większy.

Młodzi ludzie coraz częściej postrzegają energetykę jądrową jako perspektywiczną dziedzinę, w której chcą się kształcić. Zdaniem Emilii Kopeć, inżyniera fizyki technicznej, kończącej jednocześnie studia prawnicze na Uniwersytecie Wrocławskim, wystarczy tylko informacja o tym, że energetyka jądrowa pojawi się w programie szkoły czy uczelni, aby zgłaszali się chętni do nauki.

Energetyka jądrowa to bardzo rozwojowy i niezwykle innowacyjny sektor, i to nie tylko ze względów technologicznych, wymusza ona także rozwój takich dziedzin, jak prawo czy zarządzanie – uważa Emila Kopeć.

Aby jeszcze bardziej wzmocnić to zainteresowanie, a w rezultacie pozyskać specjalistyczne kadry, PGE EJ 1 uruchomiła program współpracy z uczelniami pod nazwą „Atom dla Nauki”. Dzięki niemu studenci mogą brać udział w konkursach oraz zdobywać wiedzę praktyczną w ramach „Dni z Atomem dla Nauki”.

Program Polskiej Energetyki Jądrowej został przyjęty przez rząd w styczniu 2014 roku. Zadanie budowy i eksploatacji pierwszej polskiej elektrowni jądrowej powierzono spółce PGE Polska Grupa Energetyczna SA. Za przygotowanie procesu inwestycyjnego, jego realizację oraz późniejszą eksploatację w Grupie Kapitałowej PGE odpowiada specjalnie powołana do tego celu spółka PGE EJ 1.

Komercjalizacja wąskim gardłem polskiej innowacyjności. Potrzebna ścisła współpraca biznesu i nauki

0
Piotr Koral, prezes zarządu Grupy Investin
Piotr Koral, prezes zarządu Grupy Investin

Problemy z wprowadzaniem na rynek efektów prac badawczych mają nie tylko naukowcy, lecz także przedsiębiorcy. Dlatego żeby skutecznie wykorzystać unijne środki na badania i rozwój, współpraca tych dwóch środowisk musi się zacieśnić. Ma to ułatwić ruszająca dziś w Warszawie Akademia Komercjalizacji.

Jesteśmy na początku budowania rynku innowacji w Polsce, de facto w każdym segmencie tego rynku. Także procesy komercjalizacji technologii, które są jednym z fundamentalnych komponentów szeroko rozumianego rynku innowacji, znajdują się w początkowej fazie kształtowania się – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Koral, prezes zarządu Grupy Investin, która wspiera poszukiwania inwestorów dla start-upów technologicznych.

Jak wynika ze wszystkich badań, polska gospodarka należy do najmniej innowacyjnych w Unii Europejskiej i OECD. W Polsce zgłaszanych jest tylko 12 patentów na milion mieszkańców – to najmniej w całej UE i ponad dziesięciokrotnie mniej od wspólnotowej mediany. Również pod względem nakładów prywatnego biznesu na badania i rozwój pozostajemy daleko w tyle za Europą.

Jednym z największych problemów jest właśnie komercjalizacja, czyli wprowadzanie nowych produktów na rynek, Dlatego dostępne dla jednostek badawczych oraz przedsiębiorców unijne i krajowe środki w najbliższych latach będą uzależnione właśnie od możliwości komercjalizacji. Sam tylko unijny program operacyjny Inteligentny Rozwój ma budżet 8,6 mld euro. Dodatkowe środki będą pochodziły z budżetu krajowego i rozdysponuje je Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Często do uzyskania dotacji niezbędne będzie przedstawienie konkretnego biznesplanu z założeniami komercjalizacji.

Koral zwraca jednak uwagę na to, że w tym obszarze jest dużo do zrobienia.

Ze względu na świeżość tego etapu i na ograniczenia w dostępie do wiedzy o komercjalizacji widoczna jest przepaść między środowiskami nauki i biznesu, które powinny ze sobą przede wszystkim współpracować – ocenia Koral. – Samo dzielenie na jedną i drugą stronę wynika z praktycznych powodów. Dużo lepiej byłoby mówić o pewnej wspólnocie interesu, łączącej biznes i świat nauki, i mam nadzieję, że do tego nieuchronnie zmierzamy.

Podkreśla, że komercjalizacja to skomplikowany proces, który wymaga dużego zrozumienia i wiedzy z obydwu stron.

To są bardzo złożone działania, wynikające nie tylko ze złożoności przedsięwzięć, lecz przede wszystkim z obecności bardzo wielu reprezentantów, przedstawicieli podmiotów, które w tym całym łańcuchu są i muszą być obecne. To są osoby reprezentujące bardzo różne środowiska, charakteryzujące się różnymi stanami mentalnymi i percepcją otaczającej rzeczywistości – tłumaczy Koral.

Zastrzega, że choć strona biznesowa zwykle nieco lepiej rozumie wymagania rynku, to problemy występują po obydwu stronach. Najłatwiej jest wtedy, gdy prace badawcze zainicjowane są przez przedsiębiorców i prowadzone w ramach firm. Co najmniej w połowie przypadków nowe technologie tworzone są przez naukowców prowadzących badania w jednostkach akademickich. Wtedy, jak ocenia Koral, komercjalizacja jest dużo trudniejsza, bo świat nauki słabo rozumie wymagania biznesu.

W tej sytuacji pojawia się potrzeba łączenia osób pochodzących ze świata nauki, czyli z bardzo ograniczoną znajomością świata biznesu, z ludźmi ze świata biznesu, których obecność jest niezbędna na odpowiednim etapie tego złożonego procesu – objaśnia Koral. Dodaje: – Nie chcę podkreślać wyłącznie ograniczeń po stronie nauki, są także po stronie biznesu. To wcale nie jest tak, że ten świat jest dużo bardziej „otrzaskany” w realiach tego procesu niż świat nauki.

Pomimo trudności w komercjalizacji innowacji w Polsce przedsiębiorcy, którzy się na nie zdecydują, korzystają. Jak pokazały opublikowane w kwietniu badania PwC, niemal 60 proc. przedsiębiorców osiąga w ciągu dwóch lat zyski z wdrożonych efektów prowadzonej działalności B+R. W 2014 r. ponad 40 proc. nowych produktów na rynku było wynikiem innowacji, a najwięcej takich rozwiązań wprowadził sektor IT.

Aby nauczyć świat nauki i przedsiębiorców skutecznej komercjalizacji, w ramach rozpoczynających się dziś Warszawskich Dni Innowacji wystartuje Akademia Komercjalizacji. Koordynatorem projektu jest Grupa Investin.

Zainteresowanie inwestorów Warszawą rośnie. Możliwe nowe miejsca pracy w usługach, finansach i nowych technologiach

Michał Olszewski, zastępca prezydenta miasta stołecznego Warszawy
Michał Olszewski, zastępca prezydenta miasta stołecznego Warszawy

Zainteresowanie inwestorów stolicą jest coraz większe. Władze miasta prowadzą rozmowy z firmami, które chcą wejść na warszawski rynek. Nowe miejsca pracy mogą powstać w usługach, finansach, ale także w nowych technologiach. Rocznie w Warszawie przybywa 400 tys. mkw. powierzchni biurowej, co świadczy o atrakcyjności inwestycyjnej miasta.

Jest kilka rozmów w toku, niestety, ze względu na stan zaawansowania trudno dzisiaj rokować – zastrzega w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Olszewski, zastępca prezydenta miasta stołecznego Warszawy. – Pojawiło się kilku dużych graczy, m.in. z rynku finansowego, którzy intensywnie rozglądają się w stolicy.

Jak podkreśla, miasto angażuje się w tworzenie oferty, która ma przyciągnąć do stolicy inwestorów. Coraz częściej jednak z taką inicjatywą wychodzą same firmy, które chcą zaistnieć na warszawskim rynku.

Mamy trochę inną sytuację niż niektóre polskie miasta, które same szukają inwestorów. Spodziewamy się finalizacji niektórych transakcji w przyszłym roku – mówi Michał Olszewski. – To będą miejsca pracy przede wszystkim w sektorze usług, zwłaszcza usług finansowych. Liczymy na co najmniej jedną inwestycję w sektorze badań i rozwoju technologicznego, w zakresie nanotechnologii.

Nie chce jednak podawać konkretów na temat prowadzonych rozmów. Podkreśla, że wskaźnikiem atrakcyjności miasta jest m.in. sytuacja na rynku nieruchomości biurowych.

– Skoro cały czas pojawiają się nowe projekty, to znaczy, że jest na nie popyt i są zasiedlane – mówi Olszewski.

Warszawa jest największym rynkiem nieruchomości komercyjnych w Polsce. Jak wynika z raportu MarketView, firmy doradczej i inwestycyjnej CBRE, w stolicy znajduje się obecnie 4,45 mln mkw. powierzchni biurowej. Co roku przybywa tu około 400 tys. mkw., mniej więcej tyle, ile znajduje się w Gdańsku. W pierwszym kwartale br. w Warszawie przybyło 59,2 tys. mkw., a współczynnik pustostanów wyniósł 13 proc. W budowie znajduje się obecnie 683,6 tys. mkw. nowych biur.

W ciągu pierwszych trzech miesięcy br. absorpcja powierzchni biurowej w Warszawie wyniosła 62,3 tys. mkw., znacznie przewyższając średnią z ostatnich czterech lat (ok. 39 tys. mkw.). Był to drugi z rzędu kwartał, kiedy wielkość wynajętej powierzchni przekroczyła poziom podaży, powodując niewielki spadek wskaźnika pustostanów.

Mniejsze sklepy, nie dyskonty, będą napędzać handel. Coraz większy udział zdobywa internet

0
Dariusz Winek, główny ekonomista Banku Gospodarki Żywnościowej
Dariusz Winek, główny ekonomista Banku Gospodarki Żywnościowej

Klienci coraz częściej wybierają zakupy w sklepach typu convenience, kosztem sklepów wielkopowierzchniowych. Choć supermarkety i dyskonty wygenerowały w ubiegłym roku ponad 50 proc. wartości sprzedaży osiągniętej na rynku artykułów spożywczych, to w siłę rosną mniejsze sklepy. Przyszłością branży jest e-handel – w ciągu 10 lat w ten sposób zakupy może robić nawet 30 proc. klientów.

Kluczowe zjawisko, jakie w tej chwili ma miejsce na rynku, to zmiany dotyczące procesów dystrybucji. Jeszcze kilka lat temu sieci dyskontowe odpowiadały głównie za wzrost rynku, przykładem może być ekspansja sieci Biedronka czy Lidl – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Winek, główny ekonomista Banku Gospodarki Żywnościowej. – Teraz najszybciej rozwijającym się segmentem rynku są sklepy małopowierzchniowe, jak Freshmarket, Żabka, Odido czy Delikatesy Centrum.

Raport Banku BGŻ „Skuteczne strategie w przemyśle spożywczym” wskazuje, że handel detaliczny w Polsce można podzielić na 5 etapów. Od lat 90. rozwijał się handel indywidualny. W 1999 roku jego udział w rynku wynosił 74 proc., jednak od 2000 roku zaczął maleć na rzecz handlu wielkopowierzchniowego. W 2005 roku liczba hipermarketów przekroczyła w Polsce 370, a w 2012 roku supermarketów było już 4,4 tys. Od 2010 w siłę rosły dyskonty (w 2013 roku ich udział w sprzedaży wynosił 22 proc.). Teraz zyskują sklepy małopowierzchniowe, do 400 mkw.

Mamy do czynienia ze spadkiem marż dystrybutorów, towary stają się tańsze w relacji do supermarketów czy nawet dyskontów. Dysproporcje cenowe są mniejsze, a my jesteśmy coraz bardziej wygodni, dlatego staramy się kupować w drodze do pracy albo w mniejszych ilościach – przekonuje ekspert Banku BGŻ.

Zakupy planowane, duże i robione raz w tygodniu, wybiera coraz mniej klientów. Jak podkreśla Winek, wciąż jednak dyskonty i duże sklepy mają największy udział w sprzedaży. Przygotowany przez firmę PMR raport „Handel detaliczny artykułami spożywczymi w Polsce 2014” ocenia, że w ubiegłym roku sklepy wielkopowierzchniowe miały ok. 50 proc. udziały w sprzedaży. Mały format generuje 40 proc. obrotów

W tej chwili większą dynamikę wzrostu powinny mieć sklepy typu convenience, czyli mniejsze sieciowe sklepy. To obszar, w którym upatrujemy największych wzrostów w najbliższych latach. Trudniejsza sytuacja czeka duże sieci wielkopowierzchniowe, pod względem sprzedaży nie ma tam może załamania, ale na pewno jest stagnacja – ocenia ekonomista.

W ubiegłym roku powstało 700 nowych sklepów Żabka (łącznie jest ich już ok. 4 tys.), w tym roku ma powstać kolejne 800. Znacznie mniejszą dynamikę ma Biedronka – przybyło 190 sklepów (do 2,6 tys. łącznie). Na sklepy convenience stawiają też hipermarkety, np. Carrefour. W 2014 roku powstało ok. 100 sklepów, z czego większość właśnie w mniejszym formacie.

Innym kanałem dystrybucji, który rośnie bardzo szybko, jest sprzedaż internetowa. Oczekujemy, że do 2025 roku jej udział może wzrosnąć nawet do 30 proc. Wydaje się, że to kanał, który będzie bardzo dynamicznie się rozwijał – przekonuje Dariusz Winek.

Obecnie żywność kupuje wirtualnie ok. 10 proc. społeczeństwa, a w 2013 roku wartość rynku żywnościowego e-commerce wyniosła 450 mln zł (dane PMR). W najbliższych kilku latach może to być nawet 2 mld zł.

G. Kita: skandale w FIFA na razie nie zagrażają wizerunkowi sponsorów

0
Grzegorz Kita, prezes zarządu Sport Management
Grzegorz Kita, prezes zarządu Sport Management

To śledztwa przeciwko członkom władz FIFA, a nie presja sponsorów skłoniły Seppa Blattera do odejścia – uważa Grzegorz Kita, prezes Sport Management. Według niego wpływ firm sponsorujących piłkarską federację jest duży, ale nie można go przeceniać – to tylko 30 proc. wszystkich wpływów, poza tym reputacja sponsorów na razie w niewielkim stopniu ucierpiała na skandalu w organizacji.

Przez FIFA przechodzi swoiste tsunami wizerunkowo-finansowe. Mamy do czynienia z sytuacjami zarówno o charakterze korupcyjnym, jak i ze złym zarządzaniem – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes Sport Management. – Trudno było przewidzieć, że Blatter zrezygnuje tak szybko. Byłem jednak święcie przekonany, że to prędzej czy później nastąpi, że ta kadencja w ogóle nie ma szans na przetrwanie.

Kita podkreśla, że już podczas odbywających się półtora tygodnia temu wyborów przewodniczącego FIF-y widać było słabość sprawującego tę funkcję od 1998 r. Seppa Blattera. Zaledwie kilkadziesiąt godzin po aresztowaniu w szwajcarskim hotelu członków komitetu wykonawczego piłkarskiej organizacji i oskarżeniu ich przez amerykański Departament Sprawiedliwości m.in. o „zinstytucjonalizowaną korupcję” Blatter został ponownie wybrany na to stanowisko. Przeciwko niemu wypowiadało się jednak wyjątkowo wielu przedstawicieli światowego futbolu, zwłaszcza z Europy.

Po ujawnieniu informacji, że w korupcję mógł być zamieszany Jérôme Valcke, najbliższy współpracownik Blattera, przewodniczący FIF-y w ubiegły wtorek niespodziewanie podał się do dymisji, choć nadal działa w tej organizacji.

Kita przypomina, że jeszcze przed działaniem szwajcarskich i amerykańskich służb wokół FIF-y było bardzo dużo niejasności. To właśnie narastająca presja, oskarżenia o korupcję przy przyznawaniu mistrzostw świata w 2022 r. oraz działania szwajcarskich i amerykańskich wymiarów sprawiedliwości doprowadziły do dymisji Blattera. Mniejszą rolę – według Kity – mieli w tym sponsorzy.

Nie przeceniałbym wpływu sponsorów w tej sytuacji. FIFA i mundiale są tak atrakcyjnym i gorącym produktem marketingowym, że sponsorom wcale nie jest łatwo podjąć decyzję o rezygnacji z takiego narzędzia marketingowego – podkreśla Kita. – Pieniądze, które sponsorzy inwestują w piłkę nożną i mundiale, są bardzo duże i bardzo atrakcyjne, ale ich głos nie jest ostateczny.

Prezes Sport Management zwraca uwagę na to, że najważniejsi sponsorzy FIF-y i najbliższych mistrzostw świata (Visa, Budweiser, McDonald&HASH39;s, Adidas i Hyundai) wyrażali się do tej pory bardzo dyplomatycznie o kolejnych skandalach w tej organizacji. Takie wypowiedzi też miały jednak swój skutek, a gwałtowniejszych reakcji nie należało oczekiwać.

Sponsor nie może zbyt mocno zaangażować się w pewien konflikt, jeśli on go nie dotyczy merytorycznie – podkreśla Kita. – W tej chwili moglibyśmy policzyć, że cała afera FIFA trwa kilka dni, gdyby ona trwała trzy tygodnie, dwa miesiące, pojawiały się coraz to nowe fakty, byłaby silna postawa antagonistyczna Seppa Blattera, być może wtedy sponsorzy powinni się zachowywać agresywniej, bardziej dynamicznie, na ten moment myślę, że zrobili tyle, ile powinni.

Dodaje, że sponsorzy mogli również nieoficjalnie wywierać presję na organizację. Ostre publiczne wypowiedzi nie leżały jednak w ich interesie. Podobnie było w związku z doniesieniami o fatalnych warunkach pracy dla robotników w Katarze, które mogły doprowadzić do śmierci kilkuset z nich. Sponsorzy bardzo łagodnie skrytykowali gospodarza mistrzostw świata w 2022 r.

Wynika to z tego, jak tłumaczy Kita, że wbrew pozorom zła reputacja sponsorowanej organizacji nie przekłada się na straty tych marek. Konsumenci najczęściej nie obciążają winą za skandale w FIF-ie jej sponsorów. Podobnie było w Polsce – podczas szeroko zakrojonej akcji sprzeciwu wobec działań PZPN-u ze sponsorowania związku wycofały się niektóre firmy, które potem tego żałowały, bo okazało się, że był to pochopny ruch.

Ci, którzy zrezygnowali ze sponsoringu reprezentacji, bardzo szybko chcieli do niego powrócić, ale ich miejsca były już zajęte – przypomina Kita.

Tak samo mogłoby być w przypadku rezygnacji ze sponsoringu FIF-y. Do tego, jak zwraca uwagę Kita, finansowy wpływ sponsorów na światową organizację jest mniejszy, niż często się przyjmuje.

W czteroleciu 2011-2014 FIFA wygenerowała 5,7 mld dolarów przychodów. To są pieniądze gigantycznej korporacji. Z tego 1,6 mld pochodzi od sponsorów, więc ich głos jest bardzo silny, ale ta kwota rozkłada się na cztery lata, na wielu sponsorów, więc to nie jest do końca tak, że sponsorzy mogą powiedzieć: zabieramy te pieniądze i ich presja przez to jest bardzo silna – mówi Kita.

Dodaje, że FIFA ma wystarczające zasoby finansowe (ok. 1,5 mld dolarów rezerw) oraz wpływy ze sprzedaży praw do transmisji meczów (ponad 2,5 mld dolarów w latach 2011-2014), by nie ulegać tak łatwo presji pojedynczych, nawet dużych, sponsorów.

Gry komputerowe są ważnym narzędziem edukacyjnym: uczą logicznego myślenia, rozwijają wyobraźnię i usprawniają pracę mózgu

Maciej Szamotulski, marketing manager Squla
Maciej Szamotulski, marketing manager Squla

Gry komputerowe mają pozytywny wpływ na inteligencję i zdolności dzieci – podkreślają eksperci od edukacji. Rozwijają spostrzegawczość, uczą myślenia przestrzennego i strategicznego, a także wpływają na rozwój mózgu, sprawiając, że mały gracz potrafi wykonywać kilka zadań równocześnie. Z badań wynika, że 72 proc. dzieci w wieku od 3 do 16 lat regularnie gra w gry komputerowe.

Pedagodzy tłumaczą, że w trakcie grania mózg wbrew pozorom nie rozleniwia się, tylko jest pobudzony i działa na wysokich obrotach. U małych graczy następuje błyskawiczne usprawnienie koordynacji ruchowo-wzrokowej, rozwija się wyobraźnia przestrzenna i zdolność do nieszablonowego myślenia.

Dziś dzieci mają technologię we krwi, a ich placem zabaw jest internet. Badania pokazują, że korzystanie z najnowszych technologii może stymulować nowe połączenia nerwowe, co naukowcy w tej chwili utożsamiają z większą inteligencją i świadomością. Badacze potrafią wskazać bezpośredni związek przyczynowy pomiędzy korzystaniem ze zdobyczy technologii, również gier, a powierzchnią mózgu – mówi agencji informacyjnej Newseria Maciej Szamotulski, marketing manager Squla.pl.

Eksperci z platformy edukacyjnej Squla.pl podkreślają, że rodzice, którzy chcą odpowiednio zadbać o rozwój intelektualny dziecka, powinni zainwestować w nowoczesne pomoce naukowe. Maluchy niemal od urodzenia otoczone są nowymi technologiami, a nauka online wydaje im się bardziej atrakcyjna.

Jedną z największych zalet gier jest możliwość doświadczeń wirtualnych, czyli przeżywania sytuacji niedostępnych dzieciom na co dzień, co potęguje rozwój empatii, a także myślenia strategicznego i abstrakcyjnego. Gry mają też niesamowity urok i dzieci mu ulegają. Dzięki nim mogą budować statki kosmiczne i podbijać nimi kosmos czy zdobywać nowe lądy. Kto nie pragnie takich doznań? Dzięki temu nowe technologie i gry rozwijają zdolność rozwiązywania problemów czy twórczego i nieszablonowego myślenia – tłumaczy Maciej Szamotulski.

Wskazuje także na społeczny aspekt korzystania z gier komputerowych i nowych technologii.

Abstrahując od samych powiązań pomiędzy graczami, którzy muszą działać razem, aby odnieść sukces czy osiągnąć cel, wiemy, że dzieciaki swoje sukcesy później przeżywają społecznie w klasie czy na portalu społecznościowym. Całe to doświadczenie jest doświadczeniem społecznym – wyjaśnia Maciej Szamotulski.

Kluczowe jest stawianie kolejnych wyzwań, rywalizacja lub współpraca, a także częste nagradzanie uczestników za zdobywanie kolejnych poziomów.

W ostatnim czasie pojawiło się również pojęcie zwane gryfikacją, co oznacza mniej więcej wykorzystanie najlepszych schematów znanych z gier w procesie edukacji. Lepiej jest, gdy nauka będzie właśnie taką frajdą, jak gry i zabawy – mówi Maciej Szamotulski.

Wyróżnia się trzy filary gryfikacji: „fun”– zabawa i zadowolenie płynące z uczestnictwa w pewnym procesie, „friends” – możliwość zabawy w grupie, poczucie wspólnoty, dzielenie się wynikami i osiągnięciami oraz „feedback” – otrzymywanie szybkiej informacji zwrotnej o swoich błędach i postępach.

Popołudniowy komentarz walutowy z 05.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 05.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Rynek pierwotny – Poznań wyprzedził Gdańsk

Aktywność deweloperów nie rozkłada się równomiernie na poszczególnych rynkach. Czy nadąża ona za popytem zgłaszanym przez klientów? Jak wygląda podaż deweloperskich mieszkań w wybranych miastach po pierwszych miesiącach 2015 r?

Na najbardziej rozwiniętym warszawskim rynku pierwotnym mieliśmy do czynienia w I kw. br. ze spadkiem dostępnej oferty. Tutejsi klienci na koniec tego okresu mieli do dyspozycji o 1,8% mniej deweloperskich mieszkań niż w końcówce 2014 r. Oferta oscyluje w okolicach 15,5 tys. propozycji, co na tle ostatnich kilku lat można uznać za wartość przeciętną. Krzysztof Kołakowski z inwestycji ,,Bobrowiecka 10″ uważa, że jest to efekt większej ostrożności warszawskich deweloperów.

Deweloperzy nie skupiają się już na masowym budowaniu nowych inwestycji. Nowo budowane osiedla są coraz bardziej przemyślane i kierowane do bardziej wymagającego klienta – twierdzi Krzysztof Kołakowski.

Dostępna podaż uległa zmniejszeniu jeszcze w Gdańsku. Spadek liczby oferowanych mieszkań przez deweloperów w tym mieście był znacznie silniejszy, sięgając 4,8% kw/kw i w rezultacie schodząc poniżej pułapu 3,9 tys. lokali. W tym samym czasie miał miejsce bardzo silny wzrost oferty w Poznaniu. Przekroczył on 17% kw/kw, co skutkowało pokonaniem poziomu 4,1 tys. deweloperskich mieszkań znajdujących się w ofercie. Mieszkańcy stolicy Wielkopolski tak duży wybór mieli ostatnio w III kw. 2012 r. Za skokowy wzrost oferty odpowiada ponadprzeciętny strumień nowej podaży. W I kw. 2015 r. poznańscy deweloperzy rozpoczęli sprzedaż 13 inwestycji i niemal 1,5 tys. mieszkań. Obecna wielkość podaży oznacza także, iż Poznań przegonił pod tym względem Gdańsk.

Wzbogaceniu w pierwszych trzech miesiącach 2015 r. uległa również oferta w Krakowie i we Wrocławiu. W pierwszym z wymienionych miast kwartalny wzrost sięgnął 3,8%, natomiast w drugim wyniósł on 1,3%. Warto podkreślić, iż zarówno w jednym i drugim przypadku obecna wielkość oferty wyraźnie przekracza jej średni poziom z ostatnich kilku lat.

Oferta dostępnych mieszkań (tys.), rynek pierwotny, I kw. 2015 r.

Oferta dostępnych mieszkań (tys.), rynek pierwotny, I kw. 2015 r.
Źródło: Grupa Emmerson, Dział Badań i Analiz

Jarosław Mikołaj Skoczeń, Grupa Emmerson S.A.

Liczba klientów w bankach – I kw. 2015

Na koniec pierwszego kwartału 2015 roku PKO Bank Polski obsługiwał blisko 8,9 mln klientów z czego 8,4 mln to klienci detaliczni. Drugie miejsce pod względem liczby obsługiwanych klientów zajmuje Bank Pekao SA. Trzecie należy do mBanku.

Jak co kwartał poprosiliśmy banki o podanie informacji na temat tego, ilu obsługują klientów. Tu sytuacja nie ulega dynamicznym zmianom. Liderem pozostaje PKO Bank Polski, który na koniec marca obsługiwał blisko 8,9 mln klientów z czego 8,4 mln to klienci detaliczni.

Drugie miejsce pod względem liczby obsługiwanych klientów zajmuje Bank Pekao SA. Na koniec pierwszego kwartału miał ich 4,9 mln z czego 4,6 mln to detal. Ostatnie miejsce na podium należy do mBanku. Obsługuje ich 4,82 mln, w tym 4,8 mln klientów indywidualnych.

Liczba klientów na koniec I kwartału 2015 r.:

Kolejne miejsce zajmuje BZ WBK, który po raz pierwszy podał nam informacje na ten temat. Ma 4,3 mln klientów z czego 4 miliony to klienci indywidualni. W tym miejscu warto zauważyć, że podczas fuzji z Kredyt Bankiem mówiono, że połączony bank będzie obsługiwał 3,5 mln klientów. Dziś ma ich o 800 tys. więcej.

Liczba klientów detalicznych na koniec I kwartału 2015 r.:

Analizując powyższe informacje należy mieć na uwadze, że jedna osoba może być klientem nawet kilkunastu banków. Nie można więc zestawiać bezpośrednio powyższych danych na przykład z liczbą ludności Polski. Warto też pamiętać, że klientem obok osób fizycznych są także firmy, samorządy, organizacje pozarządowe, fundacje, gminy czy miasta.

autor: Wojciech Boczoń

Przychody europejskiego rynku futbolowego przekroczyły 20 mld euro

Piłka nożna niezmiennie przyciąga zarówno kibiców, jak i pieniądze. W sezonie 2013/2014 przychody europejskiego rynku futbolowego przekroczyły 20 mld euro. Na dobrą kondycję piłkarskiego biznesu wpływają przede wszystkim wyniki europejskich lig z „wielkiej piątki” (Bundesliga, La Liga, Ligue 1, Premier League i Serie A), w tym w szczególności angielskiej ligi. Wartość dwudziestu największych klubów Premier League wynosi prawie jedną piątą wartości całego europejskiego rynku piłki nożnej. To główne wnioski 24. edycji raportu „Annual Review of Football Finance 2015” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

Stadion Camp Nou to najczęściej odwiedzany przez turystów obiekt w Barcelonie
Stadion Camp Nou to najczęściej odwiedzany przez turystów obiekt w Barcelonie

Rok wcześniej wartość europejskiego rynku piłki nożnej wynosiła 19,9 mld euro. Obecnie jest to ponad 20 mld euro. Według wyliczeń ekspertów Deloitte w sezonie 2016/2017 będzie to już 25 mld euro.

W omawianym raporcie, w sezonie 2013/2014 nowe umowy w obszarze praw do transmisji telewizyjnych spowodowały wzrost przychodów „wielkiej piątki” europejskich lig piłkarskich o 15 proc. do wartości 11,3 mld euro. „Już trzeci rok z rzędu każda spośród lig europejskich z „wielkiej piątki” zanotowała rekordowe przychody, co ponownie dowodzi, że piłka nożna na najwyższym poziomie nadal stanowi „treść o największej wartości” dla nadawców oraz że partnerzy handlowi gotowi są sporo zapłacić za to, aby utożsamiano ich z najlepszymi klubami europejskimi” – mówi Dan Jones, Partner, Lider Sports Business Group, Deloitte UK.

Angielska Premier League umocniła się na pozycji lidera pod względem osiąganych przychodów

Manchester United Stadion Old Trafford
Manchester United Stadion Old Trafford

Wzrost przychodów o 29 proc. spowodował, że Premier League, której łączne przychody osiągnęły poziom 3,3 mld funtów (3,9 mld euro), jeszcze wyraźniej zaznaczyła swą dominującą pozycję wśród lig na świecie. Przychody z transmisji wzrosły o 48 proc. (569 mln funtów), przy czym trzy czwarte tego wzrostu jest zasługą nowych krajowych i międzynarodowych transakcji dotyczących praw do transmisji. „W sezonie 2013/2014 jedynie 5 klubów w Europie spoza Premier League zarobiło więcej na transmisjach telewizyjnych niż klub z najniższymi przychodami z tego źródła spośród drużyn najlepszej angielskiej ligi. Po serii najnowszych doniesień dotyczących transakcji handlowych zawieranych przez angielskie kluby, należy spodziewać się, że Premier League prześcignie Bundesligę pod względem przychodów komercyjnych i w sezonie 2014/15 stanie się światowym liderem we wszystkich trzech kluczowych kategoriach przychodów” – wyjaśnia Dan Jones.

W kolejnym, ósmym już roku stałych wzrostów, niemiecka Bundesliga umocniła się na pozycji numer dwa na liście europejskich lig generujących najwyższe wpływy, osiągając łączny wzrost przychodów o 13 proc. (257 mln euro) do poziomu 2,3 mld euro. Łączna wartość nowych kontraktów dotyczących praw do transmisji zawartych przez Bundesligę 1 i Bundesligę 2 przekroczyła wartość poprzednich umów o ponad 50 proc. Wciąż jednak wartość praw do meczów Bundesligi 1 jest nadal najniższa spośród całej „wielkiej piątki” lig europejskich.

Łączne przychody wszystkich klubów La Liga wzrosły o 3 proc. (65 mln euro) do poziomu 1,9 mld euro. Wzrost ten miał jednak miejsce wyłącznie dzięki dwóm klubom z Madrytu, natomiast łączne przychody pozostałych 18 klubów spadły w porównaniu z rokiem ubiegłym.

Na rynku krajowym pojedyncze kontrakty nadal zniekształcały całkowity obraz sytuacji finansowej hiszpańskiej ligi. W maju 2015 roku Ministerstwo Sportu Hiszpanii ogłosiło, że począwszy od sezonu 2016/17 prawa do transmisji krajowych meczów piłki nożnej w tym kraju będą sprzedawane łącznie w nadziei na stworzenie i zaoferowanie potencjalnym nabywcom praw do transmisji bardziej atrakcyjnego i przejrzystego produktu.

Niezłe osiągnięcia niektórych włoskich klubów w pucharach europejskich w bardzo niewielkim stopniu wpłynęły na wzrost łącznych przychodów klubów z Serie A. Te zwiększyły się zaledwie o 1 proc. do poziomu 1,9 mld euro Jest to kolejny dowód na to, że przychody klubów piłkarskich we Włoszech są silnie uzależnione od przychodów ze sprzedaży praw do transmisji, które stanowiły aż 59 proc. łącznych przychodów ligi. Jest to największy udział spośród wszystkich lig piłkarskich „wielkiej piątki”.

W sezonie 2013/14 łączne przychody Ligue 1 zwiększyły się o 201 mln euro (15 proc.) do poziomu blisko 1,5 mld euro. Spośród francuskich klubów liderem był klub Paris Saint-Germain ze wzrostem przychodów w wysokości 75 mln euro. Średnia oglądalność Ligue 1 wzrosła do najwyższego poziomu od sezonu 2008/09 i osiągnęła średni poziom ponad 21 tys. widzów na mecz, na co wpływ miała modernizacja stadionów wielu klubów przed nadchodzącymi mistrzostwami UEFA Euro 2016. Mimo to przychody ze sprzedaży biletów na mecze wzrosły zaledwie o 4 proc. (5 mln euro) do sumy 144 mln euro, z czego 44 proc. było zasługą PSG.

Po raz pierwszy od sezonu 2006/07 każda z lig „wielkiej piątki” osiągnęła współczynnik wartości wypłacanych wynagrodzeń w stosunku do przychodów na poziomie 70 proc. lub mniej. Oprócz La Liga pozostałe ligi „wielkiej piątki” w sezonie 2013/14 zanotowały poprawę tego współczynnika (Bundesliga: 49 proc., Premier League: 58 proc., Ligue 1: 64 proc., Serie A: 70 proc.). W La Liga współczynnik ten wzrósł z 57 do 60 proc. Łączny współczynnik wypłacanych wynagrodzeń do przychodów spadł do najniższego, od sezonu 1999/2000, poziomu 59 proc.

„Wprowadzone przez UEFA finansowe zasady fair play w połączeniu z kontrolą kosztów w ligach piłkarskich niektórych krajów zdają się mieć wpływ na decyzje klubów na to, na co przeznaczane są wzrosty ich przychodów. W dwóch ostatnich sezonach zaledwie 31 proc. wzrostu przychodów europejskiej „wielkiej piątki” przeznaczono bezpośrednio na wynagrodzenia, podczas gdy we wcześniejszych latach nawet ponad  60 proc. wzrostów przeznaczano na ten cel” – wyjaśnia Adam Bull, Senior Consultant, Sports Business Group, Deloitte UK.

Zysk operacyjny Premier League w wysokości 614 mln funtów uzyskany w sezonie 2013/14 prawie trzykrotnie przewyższył poprzedni rekord ustanowiony przez Bundesligę z sezonu 2012/13. Aż 19 z 20 klubów w Premier League zanotowało zysk operacyjny, a łączna marża operacyjna wzrosła do poziomu 19 proc. Po raz kolejny Bundesliga była drugą jedyną ligą wśród „wielkiej piątki” mogącą pochwalić się zyskiem operacyjnym, chociaż spadł on o 5 proc. (14 mln euro) do poziomu 250 mln euro.

Inne kluczowe wnioski z rocznego przeglądu finansów piłkarskich:

  • W wyniku nowych transakcji dotyczących praw do transmisji sportowych przychody z ich sprzedaży dwóch największych lig europejskich wzrosły o 18 proc. do wartości 5,4 mld euro, co przyczyniło się do wzrostu łącznych przychodów „wielkiej piątki” lig piłkarskich o 48 proc. Po ogłoszeniu przez każdą z nich szczegółów dotyczących lepszych warunków kontraktów sprzedaży praw do transmisji co najmniej do sezonu 2016/17, wydaje się, że źródło to nadal będzie stanowiło kluczowy element przychodów,
  • Przychody z umów sponsorskich i innych źródeł komercyjnych wzrosły o 18 proc. do poziomu 4 mld euro, co stanowi drugi pod względem wartości element łącznych przychodów (35 proc),
  • Przychody ze sprzedaży biletów na mecze całej „wielkiej piątki” lig w roku 2013/14 wzrosły o 4 proc. i wyniosły 1,9 mld euro,
  • Decyzja dotycząca łącznej sprzedaży praw do transmisji meczów La Liga począwszy od sezonu 2016/17 spowoduje bardziej równomierny podział przychodów z tego źródła pomiędzy klubami, dzięki czemu stosunek pomiędzy najwięcej i najmniej zarabiającymi klubami w La Liga spadnie z 7,4:1 w sezonie 2013/14 do prawie 4,5:1. Dla porównania w sezonie 2013/14 współczynnik ten w Serie A wyniósł 5,3:1, w Ligue 1: 3,4:1, w Bundeslidze 2:1 oraz 1,6:1 w Premier League,
  • Bundesliga odnotowała rekordową średnią liczbę widzów w Europie wynoszącą ponad 42,6 tys. na mecz oraz frekwencję ponad 90 proc. na stadion. Jednak nie była to frekwencja tak wysoka, jak na stadionach Premier League, gdzie wyniosła ona 96 proc. i gdzie padł krajowy rekord średniej frekwencji wynoszącej 36 691 widzów na mecz. W sezonie 2013/14 w Ligue 1 średnia frekwencja wzrosła do ponad 21 tys. widzów, w Serie A wzrost ten był ledwo zauważalny (23 011 widzów), natomiast w La Liga pozostał na niezmienionym poziomie 25 320 widzów na mecz
  • Różnica pomiędzy „wielką piątką” a pozostałymi ligami Europy w sezonie 2013/14 stale się powiększa. W celu wsparcia rozwoju konkurencji i zapewnienia większej stabilności finansowej klubom, wiele lig zawarło dłuższe kontrakty z partnerami w zakresie praw do transmisji, przede wszystkim w Holandii, Belgii i Danii,

Dzięki łącznym przychodom w wysokości 587 mln funtów w roku 2013/14 angielska Football League Championship zachowała pierwsze miejsce na świecie pod względem generowanych przychodów wśród lig na drugim poziomie rozgrywek piłkarskich.

Debata „Polska bezpieczna i silna finansowo: listy zastawne i REIT – instrumenty, które wesprą rozwój rynku kapitałowego i wzmocnią system bankowy”

15 czerwca na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie odbędzie się debata „Polska bezpieczna i silna finansowo: listy zastawne i REIT – instrumenty, które wesprą rozwój rynku kapitałowego i wzmocnią system bankowy”. Początek o godz. 11.30 w Sali Notowań (II piętro). Organizatorem debaty jest „Puls Biznesu”, a GPW jej partnerem strategicznym. Patronatem honorowym debatę objęły Ministerstwo Skarbu Państwa i Ministerstwo Finansów.

W debacie udział wezmą:

  1. Grzegorz Chłopek, prezes ING Powszechnego Towarzystwa Emerytalnego
  2. Janusz Cichoń, sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów
  3. Zbigniew Jagiełło, prezes PKO Banku Polskiego
  4. Wojciech Kowalczyk, sekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa
  5. Andrzej Reich, dyrektor Departamentu Regulacji Bankowych, Instytucji Płatniczych i Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego
  6. Iwona Sroka, prezes Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych
  7. Paweł Tamborski, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie

Tematy debaty:

  • Czy polski system bankowy potrzebuje zmian w strukturze finansowania kredytów hipotecznych?
  • Jakie korzyści klientom, instytucjom finansowym i gospodarce przyniosłaby taka zmiana i upowszechnienie listów zastawnych?
  • Czy i jakie zmiany prawne są konieczne do tego, by rynek nabrał dynamiki? Czy przygotowywane zmiany prawne są satysfakcjonujące z punktu widzenia celu?
  • Dwie pieczenie na jednym ogniu, czyli jak zachęcić Polaków do długoterminowego oszczędzania i jednocześnie aktywnego inwestowania nadwyżek finansowych, tak, aby miliardy złotych z depozytów wykorzystać do rozwoju polskiej gospodarki.
  • Jak pokazują liczne badania, Polacy najchętniej inwestowaliby w nieruchomości, ale tego nie robią, ponieważ możliwości pośrednich inwestycji są ograniczone – ledwie 1 proc. aktywów zarządzanych przez TFI to nieruchomości. Jak to zmienić?
  • Czy polskie nieruchomości w większym stopniu powinny być w polskich rękach?
      • Czy REIT może stanowić rozszerzenie/kontynuację idei akcjonariatu obywatelskiego?
      • Czy rząd jest rozważa/jest gotowy na ulgi podatkowe, wspierające rozwój rynku kapitałowego (także w kontekście zmian w systemie emerytalnym i wyzwań, jakie stoją w tym obszarze)
      • Co rynek kapitałowy zyska dzięki zwiększeniu wartości emisji listów zastawnych i pojawieniu się REIT?

Udział w debacie jest bezpłatny. Rejestracja na stronie http://patriotyzm.pb.pl/debata

GPW

Najdziwniejsze wpadki podczas rekrutacji

0

Napisanie CV bywa traktowane jako zło konieczne. Wielu kandydatów nie przykłada się do jego utworzenia, szuka wzorów, do których dopasowuje treść. I tu popełnia pierwszy, zasadniczy błąd. CV jest bowiem naszą wizytówką, pełniącą także funkcję przepustki do bram pracy, jakiej szukamy i na jakiej nam zależy. Staranność przygotowania tego dokumentu świadczy o autorze. Szablonowość nie jest w cenie u pracodawców. Oznacza to, że nie szuka się pomysłów i nie zabiega o wyróżnienie.

Rozmowę rekrutacyjną można również określić mianem kwalifikacyjnej. Na początku warto wspomnieć, że źle rokująca rozmowa to taka, kiedy kandydat nie jest świadomy, u jakiego pracodawcy jest. Wbrew pozorom, nie jest to odosobnione zjawisko. Jakie jeszcze błędy w czasie rozmowy rekrutacyjnej popełniają osoby szukające pracy? Wyjaśnia Marek Jurkiewicz, prezes infoPraca.

Wypowiedź: Marek Jurkiewicz, prezes infoPraca

Majowy BIK Indeks na Kredyty Mieszkaniowe i Konsumpcyjne

Wartość BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), który  informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych, wyniosła +6,3% w maju 2015 r. Oznacza to, że w maju 2015 r., banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 6,3%, w przeliczeniu na dzień roboczy, w porównaniu z majem 2014 r. Od początku 2015 r. średnia wartość indeksu wyniosła 0,0%.

Analizując statystyki zapytań o raporty dla klientów wnioskujących o kredyty mieszkaniowe od początku roku, raporty pobrano dla prawie 6% mniej klientów (165,4 tys. względem 175,3 tys. w 2014 r.), natomiast łączna wartość wnioskowanych kwot kredytów była niemal identyczna jak rok wcześniej – mówi Sławomir Grzybek, z Biura Informacji Kredytowej.

Wartość BIK Indeks – Popytu na Kredyty Konsumpcyjne (BIK Indeks – PKK), który informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów konsumpcyjnych, wyniosła +9,0% w maju 2015 r. Oznacza to, że w maju 2015 r., banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty konsumpcyjne na kwotę wyższą o 9,0%, w przeliczeniu na dzień roboczy, w porównaniu z majem 2014 r. Od początku 2015 r. średnia wartość indeksu wyniosła 3,2%.

W maju udostępniliśmy raporty kredytowe dla łącznej wartości wnioskowanych kwot kredytów konsumpcyjnych wynoszącej 8,0 mld zł w porównaniu do 7,7 mld zł w maju 2014 r. Wynik majowy jest tym lepszy, że w maju tego roku mieliśmy w kalendarzu mniej dni roboczych niż rok wcześniej. Łącznie udostępniliśmy raporty kredytowe dla 957 tys. klientów w porównaniu do 1046 tys. klientów rok wcześniej – dodaje Sławomir Grzybek.

Rośnie liczba przestępstw internetowych

W 2014 r. w policyjnych statystykach zanotowano 22 tys. przestępstw internetowych. Szacuje się, że liczba ta będzie rosła. Z raportu Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń wynika, że najbardziej prawdopodobnym zagrożeniem zw. z siecią będzie phishing. W skali 1-5 prawdopodobność jego wystąpienia została ocenione na 4,67.Wyniki badania przeprowadzonego przez firmę Intel Security przeprowadzone na 19 tys. internautów z 144 krajów pokazują, że zaledwie 3% badanych było w stanie rozpoznać fałszywe maile.

Obszar usług bankowych to jeden z najbardziej dynamicznie rozwijających się sektorów w Internecie. Dlatego też na jego polu jest popełniana duża część przestępstw. Oszustwa, podczas których sprawca wykorzystując ogólnie dostępne usługi internetowe, wyłudza poufne dane, co w konsekwencji przyczynia się do przejęcia pieniędzy bądź tożsamości ofiary to phishing. Fałszywe powiadomienia od banków, systemów płatności elektronicznej, operatorów poczty e-mail itp. stanowią elementy wykorzystywane przez złodziei posługujących się tą metodą. Nazwa na ten rodzaj przestępstwa została podobno wymyślona przez samych jego sprawców.

Wypowiedź: Leszek Zięba, Menadżer ds. Kluczowych Partnerów

Pani Prezes czyli biznes w szpilkach

Jak kobiety radzą sobie w zarządzaniu firmą? Doskonale, zwłaszcza w Polsce. Z raportu Women in business: the path to leadership wynika, że w naszym kraju co trzeci manager to kobieta. Pod tym względem stanowimy światową czołówkę. Co sprawia, że Polki tak świetnie radzą sobie w biznesie?

Rozważna i wytrwała

Jednym z największych kobiecych atutów w zarządzaniu przedsiębiorstwem jest sposób myślenia. Panie nastawione są na budowanie trwałych relacji, współpracę i satysfakcję każdej ze stron. W momentach konfliktowych częściej kierują się własną intuicją i moralnością niż sztywnymi regułami czy strategiami. Jednocześnie chętniej korzystają z pomocy innych oraz łatwiej znoszą ewentualne porażki i sytuacje stresowe. – Podejmowanie decyzji, często trudnych, jest stałym elementem życia nie tylko dyrektorów, ale także każdej kobiety – mówi Anna Muras, prezes zarządu firmy UpMenu. – W takich działaniach nie pozostajemy jednak sami, o czym wielu panów zapomina. Czasem nawet krótka rozmowa z drugą osobą pozwala zmienić punkt widzenia i wybrać odpowiednie rozwiązania. Gotowość do kompromisów, elastyczność, ale również umiejętność tworzenia trwałych relacji i realizacji własnych celów, to kobiecy przepis na sukces.

Specjalistki od trudnych zadań

Według Grant Thornton, kobiety zasiadające na najwyższych stanowiskach managerskich najczęściej odpowiadają za dział HR (27%) lub finansowy (18%). W Polsce natomiast odsetek ten jest znacznie wyższy i wynosi kolejno 47 i 24%. – Kobiety doskonale sprawdzają się na tych funkcjach dzięki racjonalności podejmowanych decyzji i odpowiedzialności – stwierdza Anna Kochańska, wiceprezes i dyrektor sprzedaży Expander Advisors. – Dalekowzroczność oraz skrupulatność pozwalają im zawsze „trzymać rękę na pulsie” i reagować z odpowiednim wyprzedzeniem. Polki przed podjęciem ważnych decyzji finansowych częściej radzą się zewnętrznych ekspertów, co pozwala im ograniczyć ryzyko i zwiększyć racjonalność działania. Dzięki dużej empatii oraz skłonnościom do budowania pozytywnej i przyjaznej atmosfery, kobiety doskonale radzą sobie w kontaktach zarówno z pracownikami, jak i klientami lub kontrahentami. Sprawdzają się więc świetnie w roli managerów zarządzających nie tylko zasobami ludzkimi, ale również efektywną sprzedażą – dodaje ekspertka.

Wyboista droga na szczyt

Osiągnięcie sukcesu nie zawsze jest jednak proste. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni wskazują, że największym wyzwaniem na drodze do sukcesu są obowiązki macierzyńskie i inne zobowiązania rodzinne[1]. To właśnie kobieta częściej rezygnuje z pracy w celach wychowawczych. Wyjściem, które mogłoby zmienić taki stan rzeczy jest zmiana sposobu myślenia o opiece nad dziećmi oraz działania zmierzające do popularyzacji urlopów wychowawczych wśród mężczyzn.

Co ciekawe, co piąta kobieta pytana o przeszkody na drodze do kariery wskazała również brak ambicji zawodowych czy wiary we własne siły. – Kobiety często nie starają się o awans, nawet mimo posiadania odpowiednich kompetencji czy doświadczenia – mówi Anna Muras z UpMenu – Powodem może być ostrożność, która sprawia, że zanim podejmiemy się nowych zadań, najpierw chcemy być pewne swoich umiejętności. Tak ważne decyzje wolimy spokojnie przemyśleć, co sprawia, że nie walczymy o własny rozwój. Czasem jednak warto zaryzykować, może się bowiem okazać, że jesteśmy lepsze niż same sądziłyśmy.

Taka zapobiegawczość ma też korzystne strony. Wpływa bowiem na wzrost kompetencji przedstawicielek płci pięknej. Panie chętniej się dokształcają i rozwijają swoje umiejętności. Już teraz 64% osób z wyższym wykształceniem w Polsce to właśnie kobiety.


[1] Women in business: the path to leadership

 

Państwowa spółka zbuduje terminal kurierski dla DHL za 65 mln zł

LS Airport Services, spółka z większościowym udziałem Skarbu Państwa, podpisała umowę z DHL Express Poland na budowę najnowocześniejszego międzynarodowego lotniczego terminala kurierskiego w Polsce. Szacunkowa wartość inwestycji to 65 mln zł.

Umowa zawarta pomiędzy LS Airport Services S.A., największym dostawcą usług na rynku cargo w Polsce i globalną firmą logistyczną DHL, dotyczy budowy międzynarodowego lotniczego terminala kurierskiego wraz z całą infrastrukturą. Powierzchnia całkowita obiektu wyniesie blisko 7 tys. mkw., a koszt inwestycji szacowany jest na 65 mln zł. Planowana współpraca znacząco wpłynie na wzrost wartości aktywów spółki Skarbu Państwa oraz skutkować będzie powstaniem najnowocześniejszej jednostki operacyjnej wśród lotnisk w Polsce z największym wolumenem międzynarodowych przesyłek kurierskich. Umowa została zawarta przy wsparciu Agencji Rozwoju Przemysłu.

Wielomilionowa inwestycja - Państwowa spółka zbuduje terminal kurierski dla DHL
Inwestycja LS Airport Services jest dowodem na to, że Skarb Państwa działa jak duża i sprawnie funkcjonująca grupa kapitałowa, szukając synergii pomiędzy spółkami, których jest właścicielem. Budowany terminal z powodzeniem będzie mógł konkurować z wiodącymi portami lotniczymi cargo. Inwestycja jest odpowiedzią na zapotrzebowanie rynku lotniczego i logistycznego w Polsce i zwiększy wartość aktywów spółki – mówi Rafał Baniak, podsekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa.

Międzynarodowy lotniczy terminal kurierski powstanie w Warszawie, przy ul. Wirażowej, na terenie należącym do LS Airport Services, zlokalizowanym w bezpośrednim sąsiedztwie międzynarodowego Portu Lotniczego im. Fryderyka Chopina. Docelowa wydajność urządzeń sortujących oraz rozmiar powierzchni przeładunkowej są dwa razy większe niż w przypadku drugiej co do wielkości jednostki DHL Express w Regionie Europy Środkowej.

Nowy kompleks umocni pozycję stolicy na rynku cargo lotniczego. W przyszłości możliwe będzie rozszerzenie jego funkcjonalności o obsługę innych krajów, tak jak ma to już miejsce na lotniskach w Gdańsku oraz Katowicach. Inwestycja korzystnie wpłynie na wymianę handlową, ułatwiając pracę polskim importerom oraz eksporterom.

Zawarta przez LS Airport Services umowa jest krokiem w dywersyfikacji świadczonych usług. Do tej pory rdzeniem naszych działań było oferowanie usług handlingowych, zapewniając naziemną obsługę liniom lotniczym. Dzięki nowej inwestycji poszerzymy obszar naszych działań o możliwość oferowania powierzchni magazynowych, co w znaczny sposób przełoży się na dochody spółki. Budowa lotniczego terminala kurierskiego z pewnością przyciągnie kolejnych inwestorów, co pozwoli na wykorzystanie terenów około lotniskowych, którymi dysponujemy oraz będzie dodatkową szansą na dalszy rozwój – mówi Marcin Opaliński, Prezes Zarządu LS Airport Services.

Realizacja Projektu wpisuje się w program aktywizacji terenów około lotniskowych należących do spółki LS Airport Services. Na powodzenie przedsięwzięcia, wpłynęły takie czynniki jak: bardzo dobra znajomość specyfiki branży lotniczej, dostępność optymalnej lokalizacji, posiadane przez spółkę nieruchomości oraz finansowe i merytoryczne wsparcie udzielone przez Agencję Rozwoju Przemysłu.

Budowa obiektu przeznaczonego do obsługi międzynarodowych usług lotniczych w Warszawie jest częścią największego programu inwestycyjnego prowadzonego w ostatnich latach przez DHL w Europie. W ramach niego uruchomiono między innymi inwestycje na lotnisku Heathrow w Londynie, hubach przeładunkowych w Lipsku, Bratysławie, Pradze czy Stambule. Inwestycja w Warszawie jest kolejnym kluczowym etapem realizacji programu i największym jak dotąd przedsięwzięciem DHL Express w Europie Środkowej. Największym w wielu aspektach, zarówno pod względem nakładów finansowych, jak i możliwości operacyjnych.

Z perspektywy 24-letniej obecności DHL w Polsce, budowa największego i najnowocześniejszego do tej pory obiektu DHL Express jest kluczową inwestycją w skali krajowej i europejskiej. Korzystną, dla rozwoju działalności naszej firmy, ale przede wszystkim dającą większe możliwości dla wzrostu wymiany handlowej eksporterom i importerom w kraju. Inwestycja ta, stworzy nowe perspektywy rozwoju współpracy międzynarodowej naszym stałym i przyszłym Klientom, umożliwiając im obecność na ponad 220 rynkach – mówi Tomasz Buraś, Prezes Zarządu DHL Express (Poland).

Ile waluty kupują Polacy na wakacje?

Ile pieniędzy wziąć na tygodniowy wyjazd all inclusive do Grecji, a ile na dwa tygodnie do Tajlandii? Euro czy dolary? Gotówkę czy kartę? Wszystko oczywiście zależy od naszych planów, kierunku i charakteru wycieczki, jednak jak wynika z danych Internetowykantor.pl polski turysta kupuje na urlop walutę za średnio 3 tys. zł do europejskich krajów, a na dalsze wyprawy za 6,5-7 tys. zł.

InternetowyKantor.pl przeanalizował zakupy kilku tysięcy swoich klientów, którzy zdeklarowali, iż kupują walutę w celach turystycznych. Okazuje się, że w 2014 roku klienci-turyści nabywali online głównie euro. Stanowiło ono 70% wszystkich zakupów w kantorze na wyjazdy urlopowe. Nie jest to dziwne, kiedy przyjrzymy się kierunkom naszych urlopów. Najpopularniejsze kraje turystyczne wśród Polaków to wg portalu wakacje.pl: Grecja (29.8%), Egipt (19.9%), Turcja (17,5%), Hiszpania (15.7%). Najczęściej turyści nabywają europejską walutę w miesiącach wakacyjnych i tuż przed nimi, czyli w maju i czerwcu. Średnia kwota, jaką kupowali to 700 euro.

Wszystko w cenie?

Należy pamiętać, że gdy jedziemy na wakacje all inclusive i nie zamierzamy kupować na miejscu drogich wycieczek fakultatywnych, najczęściej zabieramy 100-200 euro, na pamiątki i rezerwę. Gdy nie mamy zamówionych posiłków, chcemy wynająć samochód na miejscu i aktywnie zwiedzać – tak kwota musi być odpowiednio wyższa i wynosi nawet ponad 1000 euro. 700 euro jest średnią ze wszystkich zakupów.

Dolary na egzotyki

Drugą co do popularności walutą kupowaną w celach turystycznych jest dolar amerykański (ok. 15%). Co ciekawe dolary kupujemy w innych miesiącach niż euro, głównie w okresie jesienno-zimowym. Szczyt zakupu dolarów przypada wg Internetowykantor.pl na luty. USD kupujemy nie tylko na podróże do Egiptu, czy Tunezji, ale przede wszystkim do egzotycznych krajów w Azji (Tajlandia), czy Ameryki Środkowej i Południowej (Meksyk, Karaiby, Brazylia). Wyjazdy tam popularne są właśnie w okresie polskiej zimy i wczesnej wiosny.

Roczny trend zainteresowania EUR względem USD wśród klientów deklarujących zakup waluty na wakacje. Dane za 2014 rok.
Roczny trend zainteresowania EUR względem USD wśród klientów deklarujących zakup waluty na wakacje. Dane za 2014 rok.

Źródło: Currency One

Średnia kwota zakupu dolarów przed wyjazdem to 1800 USD. Jest znacznie wyższa niż ta w euro. Wynikać to może właśnie z dalszych, i z reguły dłuższych, podróży urlopowych w egzotyczne kierunki. Z naszych analiz wynika, że na wakacyjny zakup dolarów wydajemy ok. 6800 zł, a na euro 2900 zł – mówi Łukasz Olek z zarządu InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl.

Te wysokie kwoty nie oznaczają jednak, że całą wymienioną w kantorze internetowym walutę wypłacamy z banku w gotówce. Z reguły bierzemy ze sobą tylko jej cześć do portfela, a resztę trzymamy na koncie walutowym z podpiętą do niego kartą walutową. Dzięki temu pieniądze są bezpieczniejsze, nienarażone na ryzyko kradzieży, a turyści mogą płacić kartą bezpośrednio w danej walucie, bez drogiego przewalutowania przez banki.

Polskie fabryki muszą produkować więcej i szybciej

0

Cena, jakość produktu, czas realizacji zlecenia – w dobie globalizacji rynku i zaostrzającej się rywalizacji w sektorze produkcyjnym to wartości, które determinują sukces przedsiębiorstwa. Tylko co zrobić, by było szybko, tanio i dobrze?

Polskie fabryki muszą produkować więcej i szybciejWspółczesna fabryka, aby utrzymać wymagany poziom dyktowany potrzebami płynącymi z rynku, produkuje coraz więcej w coraz szybszym tempie. Nierzadko od producenta wymaga się także krótkich serii w cenach produkcji wielkoseryjnej. Sprostanie tym wyzwaniom nie jest łatwe i obliguje do wdrożenia nowoczesnych rozwiązań, także technologicznych, usprawniających procesy produkcyjne. Kluczowa jest bowiem ich optymalizacja, choć jak przyznają właściciele fabryk – bez generowania potrzeby inwestowania w dodatkowe środki trwałe w parkach maszynowych. Czy jest zatem sposób na spełnienie tych oczekiwań? Tak. Automatyzacja produkcji za pomocą nowoczesnych narzędzi IT.

Automatyzacja, która się opłaca

Automatyzacja procesów produkcyjnych jako trend zatacza coraz szersze kręgi. Mając uniwersalne zastosowanie, wdrożenia obejmują praktycznie wszystkie gałęzie przemysłu. Skąd wynika tak duże powodzenie tego typu projektów? Z możliwych do osiągnięcia oszczędności, będących skutkiem zautomatyzowania produkcji. – Oprogramowanie, które wdrożyła nasza fabryka pozwoliło na usprawnienie pracy operatorów, doprowadziło także do zwiększenia wydajności procesów. Znacząco ograniczyliśmy poziom marnotrawstwa oraz poprawiliśmy jakość wyrobów. To z kolei umożliwiło skuteczne zaspokajanie zwiększających się potrzeb klientów w czasie krótszym niż do tej pory – tak wdrożenie e-Production, systemu służącego do opomiarowania wydajności pracy maszyn skomentowali właściciele Padma Art, fabryki produkującej elementy wyposażenia wnętrz dla IKEA. I rzeczywiście, bo jak dowodzi przykład tego przedsiębiorstwa, implementacja systemu do monitorowania procesów produkcji może być bardzo opłacalna. Już po kilku miesiącach od wdrożenia fabryka odnotowała pierwsze rezultaty w postaci zwiększenia produktywności o 20 proc. oraz redukcji poziomu odpadowości o 15 proc. Dodajmy, że wdrożenie systemu objęło ok. 100 maszyn, a wartość inwestycji szacowana była na 1 mln pln.

Silna koncentracja na eliminacji strat

Z danych GUS wynika, że zainteresowanie przedsiębiorców środkami automatyzacji produkcji systematycznie rośnie. Z jednej strony polski przemysł szuka sposobów na skuteczne obniżanie kosztów oraz zwiększanie elastyczności produkcji, z drugiej – na rynku pojawia się coraz więcej narzędzi, także IT, stanowiących odpowiedź na faktyczne zapotrzebowanie producentów. Jakie to potrzeby?

Dziś celem każdego prosperującego przedsiębiorstwa jest skuteczna eliminacja wszelkich przejawów braku efektywności oraz redukcja zbędnych kosztów. Priorytetem jest także zwiększanie wydajności produkcji i podwyższanie jakości wytwarzanych produktów. – Z doświadczenia wynika, że najlepiej na rynku radzą sobie te przedsiębiorstwa, które posiadają zaplecze technologiczne pozwalające na planowanie i harmonogramowanie produkcji oraz wprowadzanie stosownych zmian adaptacyjnych. Widać to w codziennym rytmie pracy, jak i momentach mniej oczekiwanych, jak np. przy konieczności wyprodukowania dużego zamówienia w krótkim czasie. Wtedy wiedza o wydajności parku maszynowego połączona z możliwością dokonania zmian w możliwościach produkcyjnych jest nieoceniona – tłumaczy Michał Soloch, dyrektor działu strategiczno-operacyjnego z firmy informatycznej QSG S.A. Jak dodaje ekspert, takie zapotrzebowanie ze strony fabryk to oczywiste wyzwanie także dla planistów tworzących i wdrażających systemy automatyzujące i monitorujące procesy produkcyjne. Konieczne jest bowiem, by oferowane wsparcie IT dokładnie pokrywało się z potrzebami współczesnych fabryk.

W idealnym czasie, w ściśle określonej jakości

Jakie nowe możliwości pojawiają się przed fabryką, która dokona automatyzacji produkcji? Mając do dyspozycji system do autonomicznych pomiarów wraz z odpowiednimi modułami, operator zyskuje dostęp do wszelkich informacji o produktywności, stratach i awaryjności w parku maszynowym. Jest w stanie na bieżąco weryfikować wydajność maszyn, kontrolować produkcję oraz dokonywać wymaganych zmian adaptacyjnych. Wszystkie te dane gromadzone i udostępniane są w czasie rzeczywistym, dzięki czujnikom instalowanym na maszynach. Ich analiza i wykorzystanie to realna możliwość zwiększania współczynnika OEE przy posiadanych środkach trwałych. Dzięki większej wiedzy o statusach bieżących procesów produkcyjnych i możliwości szybszego reagowania na zmieniające się okoliczności to także mniejsza liczba awarii, nieplanowanych przerw i przestojów, wewnętrznych problemów organizacyjnych oraz ograniczanie ryzyka nadprodukcji czy powstawania nadmiernych zapasów i odpadów. – Dzięki informacjom o wydajności parku maszynowego można produkować więcej, w krótszym czasie, przy zachowaniu właściwej jakości produktów. Zmniejsza się poziom marnotrawstwa oraz ogranicza ryzyko pojawienia się wadliwego towaru w obrocie handlowym – podsumowuje Michał Soloch.

Dzisiejsze przedsiębiorstwa oczekują zaawansowanych rozwiązań informatycznych wspierających produkcję i budujących przewagę konkurencyjną poprzez zdolność do obsługi większej liczby zamówień. Z całą pewnością współczesne systemy IT realizują te potrzeby, gwarantując osiąganie możliwie największego współczynnika całkowitej efektywności wyposażenia przy możliwie najniższych kosztach mierzonych zarówno czasem, jak i zasobami.

Źródło: www.qsg-company.com

Dodatek za wysługę lat (stażowy) dla pracującego emeryta

Współcześnie wielu emerytów podejmuje pracę, a ich zatrudnienie nierzadko odbywa się  na podstawie umowy o pracę. W związku z tym pojawiają się liczne pytania dotyczące konieczności ponoszenia kosztów zatrudnienia takiej osoby, odprowadzania odpowiednich składek i ich wysokości. Choć zgodnie z obowiązującymi przepisami sytuacja emeryta zasadniczo nie różni się od sytuacji pozostałych pracowników, wątpliwości niektórych pracodawców budzi również kwestia dodatku za wysługę lat. Rozwiewa je Adam Puchacz, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu.

Adam Puchacz, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu
Adam Puchacz, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu

Na wstępie warto zaznaczyć, iż na pensję pracownika może składać się kilka elementów. Głównym jest oczywiście wynagrodzenie podstawowe (zasadnicze), ale  jego uzupełnieniem mogą być również dodatkowe składniki. Jednym z nich jest dodatek za wysługę lat, określany też mianem dodatku stażowego. Związany jest z długością przepracowanego okresu i przysługuje pracownikowi, który posiada określony staż pracy. Na jego wysokość wpływa liczba lat przepracowanych przez daną osobę. Pod uwagę może być brany ogólny staż pracy, czas pracy w danym zawodzie lub u jednego pracodawcy. Niekiedy zachodzi także konieczność spełnienia dalszych, wynikających z przepisów prawa przesłanek.

Czym jest dodatek za wysługę lat?

Jest to składnik wynagrodzenia dodawany do płacy zasadniczej. Możemy wyróżnić dwa przypadki, w których powstaje podstawa do jego przyznania: z mocy ustaw szczególnych (dodatek obligatoryjny, przysługujący z mocy prawa) i na podstawie przepisów wewnątrzzakładowych (co oznacza, że ma charakter fakultatywny). Z mocy prawa przysługuje on tylko wybranym grupom zawodowym, takim jak na przykład: nauczyciele, pracownicy samorządowi kolejarze, policjanci, żołnierze i inni.

Odpowiednie ustawy podobnie określają warunki, które uprawniają do otrzymania dodatku stażowego, jego wysokość i sposób naliczania.

W wypadku braku takich przepisów, o tym czy dodatek stażowy będzie doliczany decyduje wyłącznie pracodawca. W takim przypadku możliwość jego wypłaty może wynikać z przepisów wewnątrzzakładowych (zbiorowego układu pracy albo wewnętrznego regulaminu wynagradzania) lub samej umowy o pracę.

Zatem w sytuacji, gdy przepisy szczególne ani postanowienia pracodawcy nie przyznają uprawnienia do otrzymania dodatku stażowego, nie przysługuje on zatrudnionemu, bez względu na liczbę przepracowanych lat.

Emeryt – pracownik jak każdy inny

Warto zaznaczyć, że w kwestii dodatku za wysługę lat  zatrudnienie emeryta nie różni się  od sytuacji pracownika, który emerytury nie pobiera.

Dodatek stażowy liczony jest wszystkim pracownikom zatrudnionym na podstawie umowy o pracę, w wysokości określonej przez przepisy prawa pracy. Nie ma znaczenia, czy pracownikiem jest emeryt. Wysokość dodatku wynika z wyżej wymienionych przepisów prawa pracy (art. 9 § 1 Ustawy Kodeks pracy: Ilekroć w Kodeksie pracy jest mowa o prawie pracy, rozumie się przez to przepisy Kodeksu pracy oraz przepisy innych ustaw i aktów wykonawczych, określające prawa i obowiązki pracowników i pracodawców, a także postanowienia układów zbiorowych pracy i innych opartych na ustawie porozumień zbiorowych, regulaminów i statutów określających prawa i obowiązki stron stosunku pracy) i maksymalnie może wynieść 20% wynagrodzenia zasadniczego, ale tylko w odniesieniu do pracowników publicznej służby zatrudnienia. Nie ma natomiast przeszkód, aby akty prawa wewnętrznego regulowały tę kwestię korzystniej dla pracownika (np. możliwa jest sytuacja, w której dodatek stażowy wyniesie 30, 40 a nawet  50% podstawowej pensji). Podstawę jego naliczania stanowi wynagrodzenie zasadnicze osoby zatrudnionej.

Przeważnie do określenia stażu pracy, który uprawnia pracownika do otrzymania dodatku stażowego wlicza się wszystkie poprzednio zakończone okresy zatrudnienia oraz inne, jeżeli z mocy odrębnych przepisów podlegają one wliczeniu do okresu pracy, od którego zależą uprawnienia pracownicze. Do dodatku stażowego zalicza się okresy zatrudnienia, czyli świadczenia pracy w ramach stosunku pracy. Co ważne, nie dolicza się w związku z tym okresów wykonywania pracy w ramach umów cywilnoprawnych np. zlecenia, umowy o dzieło, czy okresu prowadzenia działalności gospodarczej.

Na poczet dodatku stażowego zalicza się natomiast wszystkie inne okresy, jeżeli z mocy przepisów odrębnych podlegają one wliczeniu do okresu pracy i mają wpływ na wymiar uprawnień pracowniczych. Przykładem mogą być urlop wychowawczy i okres pobierania zasiłku dla bezrobotnych. Emeryt otrzymuje w takim wypadku maksymalną stawkę dodatku, która wynika z aktów prawa pracy obowiązujących u pracodawcy.

Podsumowując, osobie, która pobiera świadczenie emerytalne,  na poczet dodatku stażowego zalicza się wszystkie poprzednie okresy, które uprawniają ją do pobierania emerytury. W sytuacji, gdy nie osiągnął on liczby lat, które uprawniają go do otrzymywania maksymalnej stawki dodatku stażowego, zatrudnienie na emeryturze wpłynie na podwyższenie tego okresu, co umożliwi mu osiągnięcie stawki maksymalnej. Przykładem może być pracownik samorządowy z 18 letnim stażem pracy, który zatrudniony na umowę o pracę, podczas gdy pobiera emeryturę, może osiągnąć maksymalną wysokość dodatku stażowego, pracując jeszcze 2 lata.

Urlop wypoczynkowy

Emeryt otrzymuje urlop na zasadach przewidzianych w art. 152 – 173 Kodeksu Pracy, a zatem jego sytuacja w tym zakresie również nie różni się od pozostałych pracowników. W przypadku ciągłości zatrudnienia przysługuje mu urlop w pełnym wymiarze 26 dni, zaś w razie  ponownego zatrudnienia u innego pracodawcy proporcjonalnie do okresu zatrudnienia w danym roku – tak jak pozostałym pracownikom.

Sprzedajesz wycieczki? Pamiętaj o formalnościach

W czerwcu rusza sezon urlopowy. Może warto dorobić na pośrednictwie turystycznym? Świadczenie takiej usługi wymaga jednak spełnienia pewnych formalności. Na początku trzeba założyć działalność gospodarczą. Kolejnym krokiem jest m.in. instalacja kasy fiskalnej. Pamiętajmy też, że firmę można zawiesić po sezonie. Wtedy zaoszczędzimy na ZUS-ie i podatkach. 

W ubiegłym roku liczba osób wyjeżdżających na urlop z biurami podróży wzrosła o jedną trzecią.[1] To dobry sygnał dla branży oraz tych, którzy planują zostanie pośrednikiem turystycznym, albo założenie własnej agencji turystycznej. O czym jednak trzeba pamiętać i jakie formalności należy dopełnić?

– Założenie samej agencji turystycznej nie jest ani skomplikowane, ani kosztowne.  W przeciwieństwie do biura podróży nie są wymagane zezwolenia oraz doświadczenie w branży. Za to konieczny jest wpis do ewidencji działalności gospodarczej, wynajęcie lub zakup lokalu, w którym będzie mieścić się biuro oraz instalacja kasy fiskalnej – tłumaczy Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie. – Warto pamiętać, że mniej formalności wymaga samo pośrednictwo turystyczne, jednak i tutaj potrzebna jest kasa fiskalna i wpis do ewidencji działalności gospodarczej – dodaje ekspert.

Jaka forma działalności?

Wybór formy prawnej leży po stronie założyciela i zależy od skali działalności, na jaką się decyduje. Jeśli chcemy być pośrednikiem, a nie właścicielem agencji turystycznej to wystarczy założenie jednoosobowej działalności gospodarczej.

– Aby otworzyć jednoosobową działalność gospodarczą wystarczy wypełnić online tzw. formularz CEIDG-1. Trzeba jednak w tym przypadku dysponować podpisem elektronicznym lub mieć zaufany profil na ePUAP. Bez tego złożenie wniosku online nie kończy procedury rejestracyjnej i trzeba w urzędzie gminy stawić się niestety osobiście. Można także udać się po prostu do urzędu, pobrać właściwy formularz, wypełnić go i złożyć na ręce odpowiedniego urzędnika. Dopuszczalna jest również opcja przesłania wniosku listem poleconym. Jednak trzeba tu pamiętać, że wymaga to notarialnego potwierdzenia podpisu osoby mającej zamiar zarejestrować działalność gospodarczą – tłumaczy Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

 

Kasa fiskalna bez wyjątku

Zgodnie z obowiązującymi przepisami pośrednicy turystyczni są zobowiązani do tego, by posiadać kasę fiskalną i wystawić paragony za usługę – np. za sprzedaż biletów lotniczych czy miejsc w hotelu.

– Należy pamiętać, że prowadzenie ewidencji sprzedaży przy pomocy kasy fiskalnej dotyczy wszystkich podatników, którzy dokonują sprzedaży na rzecz osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej oraz rolników ryczałtowych. Obowiązek ten dotyczy również agentów turystycznych, prowadzących księgę przychodów i rozchodów, którzy pośredniczą w procesie sprzedaży między wycieczkowiczami, a biurami turystycznymi, przewoźnikami czy hotelami – mówi Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Zdarzają się zwolnienia z obowiązku rejestrowania sprzedaży przy pomocy kasy. Chodzi tu o początkujących przedsiębiorców, startujących dopiero z własnym biznesem, u których sprzedaż nie przekroczyła kwoty 20 tys. zł rocznie. W przypadku agentów turystycznych będących podatnikami VAT, którzy pośredniczą w procesie sprzedaży na przykład pomiędzy biurem turystycznym a prywatnymi osobami kupującymi wycieczki wyłącznie w celach osobistych, nie ma opcji zwolnienia z „wbijania na kasę”.

Według Kodeksu Cywilnego, agent podpisujący z biurem podróży umowę agencyjną, zobowiązuje się w ramach własnej działalności gospodarczej do odpłatnego i stałego pośrednictwa w zawieraniu umów w imieniu biura z klientami końcowymi. Agent taki jest podatnikiem VAT, a sprzedaż realizowana przez zleceniobiorcę w imieniu zleceniodawcy (jak to ma miejsce w tym przypadku) powinna być ewidencjonowana.  A zatem, w przypadku pośredników usług turystycznych, którzy są podatnikami VAT istnieje konieczność, poza wprowadzaniem do kasy fiskalnej sprzedaży własnej, wystawiania także paragonów za sprzedaż prowadzoną na rzecz lub w imieniu innych podatników (np. przewoźników lub biura podróży).

[1] Za: http://www.rp.pl/artykul/940587,1175315.html