W lutym media najczęściej powoływały się na Gazetę Wyborczą, Rzeczpospolitą oraz radio RMF FM – wynika z najnowszego raportu Instytutu Monitorowania Mediów. Więcej na http://bit.ly/1OP2J91.
Aplisens stopniowo zmienia kierunki eksportu. Spółka liczy na wzrost zamówień z UE oraz Azji, Afryki i Ameryki
Producent urządzeń kontrolno-pomiarowych spółka Aplisens w 2015 roku spodziewa się mniejszej sprzedaży na rynkach wschodnich oraz jej wzrostu na rynkach UE. W Polsce spółka generuje obroty głównie dzięki zamówieniom z branży energetycznej i ekologicznej, co dodatkowo mogą wesprzeć środki z nowej perspektywy finansowej UE i nowe inwestycje. Aplisens liczy na zdobycie nowych rynków zbytu w Ameryce Południowej, Azji i Afryce, gdzie już teraz notuje ponad 30-proc. dynamikę wzrostu przychodów.
– 2014 rok nie był zły, bo mimo gorszej sytuacji na rynkach WNP sprzedaż wzrosła o ponad 11 proc. Na najbardziej newralgicznym rynku WNP te wzrosty były na poziomie 12 proc., co nas pozytywnie zaskoczyło, bo spodziewaliśmy się raczej spadków lub co najwyżej stabilizacji – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Żurawski, prezes zarządu Aplisens, dostawcy przemysłowej aparatury kontrolno-pomiarowej. – Gorzej wygląda prognozy na kolejne kwartały, tutaj jednak obawiamy się tąpnięcia na poziomie zamówień. Ta obawa występowała w zasadzie od roku, natomiast spodziewamy się, że w końcu to może nastąpić.
Obroty na rynku ukraińskim skurczyły się o 45 proc. Jak zwraca uwagę Żurawski, wzrost na rynkach wschodnich wynika z wyższych obrotów na rynku rosyjskim i obsługującym go rynku białoruskim. Łącznie kraje WNP odpowiadały za około 40 proc. sprzedaży spółki, podobnie jak rynek polski. Na rynku krajowym popyt w stosunku do 2013 roku był wyższy o 8 proc, co zdaniem Żurawskiego jest wynikiem powyżej oczekiwań.
– W najbliższych kwartałach w Polsce spodziewamy się wzrostu zapotrzebowania na aparaturę kontrolno-przemysłową w branży energetycznej oraz związanej z ekologią, czyli m.in. w spalarniach czy podmiotach działających w ramach gospodarki wodno-ściekowej wymagającej opomiarowania różnych mediów – wyjaśnia Żurawski.
Jak dodaje, zbliżający się start realizacji środków z nowej perspektywy unijnej pomoże rynkowi poprzez nowej inwestycje.
– W 2014 roku mieliśmy spadki w przemyśle ciężkim, poza tym widzimy, jaka panuje sytuacja w górnictwie. Tu nie spodziewamy się wzrostów, raczej stabilizacji lub nawet spadków – przekonuje prezes Aplisens.
Rynek UE jest już dla grupy trzecim rynkiem (po WNP i Polsce) pod względem generowanych obrotów, z udziałem 14,42 proc. w całej sprzedaży. Osiągnięty w 2014 roku 13-proc. wzrost przychodów z tego rynku jest dla Adama Żurawskiego pewnym rozczarowaniem, co wynika z wpływu sytuacji na Wschodzie na rynek europejski. Natomiast w 2015 prezes spółki Aplisens spodziewa się wyższego wzrostu.
– Wydaje nam się, że w tej chwili trzeba bardziej optymistycznie patrzeć na ten rynek, na którym wzrosty powinny być nieco większe niż w ubiegłym roku – mówi Żurawski. – Gospodarka Niemiec ożywiła się, odzwierciedla się to we wzrostach naszej sprzedaży na tym rynku.
Aplisens eksportuje swoje produkty także do bardziej egzotycznych krajów. Udział tej sprzedaży w ogólnych przychodach jest jeszcze niewielki, ale dzięki temu rośnie ona w szybkim tempie. W 2014 roku rynki poza WNP, Polską i UE wygenerowały 5,3 proc. sprzedaży. Wzrosły natomiast w tempie niemal 32 proc.
– Na pozostałych rynkach w regionach Ameryki Południowej, Azji i Afryki odnotowaliśmy największy przyrost na poziomie trzydziestu kilku procent –tłumaczy Adam Żurawski. – Oczywiście nasz udział na tych rynkach jest bardzo mały, ale podejmujemy próby wejścia do poszczególnych krajów i tutaj widzimy największe szanse wzrostu w kolejnych latach.
Spółka oferuje urządzenia (m.in. przetworniki ciśnienia, sondy głębokości, czujniki temperatury) wykorzystywane m.in. w energetyce, przemyśle rafineryjnym, spożywczym, chemicznym i farmaceutycznym. Obecnie Aplisens posiada spółki zależne w Niemczech, Rosji, Czechach, Rumunii, na Białorusi i Ukrainie, które odpowiadają za niemal 2/3 przychodów firmy. W 2014 roku spółka odnotowała przychody na poziomie 89,3 mln zł (wzrost o 11,5 proc.), zysk EBIT w wysokości 17 mln zł (spadek o 6,6 proc.) oraz zysk netto rzędu 12,6 mln zł (spadek o 12,7 proc.).
Polska sieć gazowa wymaga szybkich i kosztownych remontów. Niezbędne inwestycje idą w miliardy złotych
Znaczna część sieci gazowej w Polsce jest przestarzała, dlatego wymaga natychmiastowej modernizacji. W ciągu najbliższej dekady konieczne mogą się okazać miliardowe inwestycje. By im sprostać i zwiększyć stopień bezpieczeństwa, Polska Spółka Gazownictwa, właściciel sieci, musi przejść gruntowną przemianę.
Polska Spółka Gazownictwa to czołowy dystrybutor gazu w Polsce, który obsługuje ponad 6,7 mln odbiorców końcowych. Posiada sieć gazociągów o długości ponad 170 tys. km, którymi rozprowadza blisko 10 mld m3 gazu rocznie. Niestety, znaczna część należącej do spółki sieci jest już przestarzała.
– Większość z nich była budowana w środkowym PRL-u, podobnie jak bardzo duża część wszelkiej infrastruktury przesyłowej w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominik Smyrgała, kierownik studiów podyplomowych Bezpieczeństwo Energetyczne w Collegium Civitas. – To jest taki moment, w którym nie da się dłużej odwlekać inwestycji w renowację albo wymiany na nowe. Trzeba kłaść nowe rury, albo te, które już leżą, zastępować nowymi, ponieważ kończy się okres resursu (gwarancja bezpieczeństwa i sprawności eksploatacji – red.) tych instalacji, w związku z czym mogą one i będą coraz częściej ulegać awariom.
To oznacza, że prace muszą rozpocząć się szybko. Istniejąca sieć musi wytrzymać obciążenia stale rosnących zamówień na gaz w Polsce.
– W ciągu najbliższej dekady nie tylko konieczna jest wymiana części rur, lecz także trzeba kłaść nowe – ocenia Dominik Smyrgała. – Wynika to z tego, że stale zwiększa się w Polsce udział gazu ziemnego w rynku nośników energii. Powstaje np. coraz więcej domów jednorodzinnych albo budynków ogrzewanych nie tyle węglem czy paliwami stałymi, ile właśnie gazem ziemnym.
Rosnący rynek gazu wymaga inwestycji, te zaś nakładów finansowych. I to, jak szacuje kierownik studiów podyplomowych Bezpieczeństwo Energetyczne w Collegium Civitas, znacznych nakładów.
– Inwestycje te będą kosztowały bardzo, bardzo dużo, koszty idą w dziesiątki czy setki milionów, może nawet miliardy złotych, gdybyśmy chcieli wymienić całość tych sieci. To są przecież tysiące kilometrów rurociągów. W związku z tym spółka będzie musiała rozłożyć to w jakiejś perspektywie czasowej na etapy. To wieloletni proces i trzeba będzie zacząć od tych, które są w najgorszym stanie, i od tych, które obsługują w tej chwili największą liczbę odbiorców.
Polska Spółka Gazownictwa nie ma możliwości przeniesienia tych kosztów na odbiorców. Taryfy gazowe zatwierdza bowiem Urząd Regulacji Energetyki, który niechętnie godzi się na podwyżki, zwłaszcza wysokie. Spółka musi więc szukać pieniędzy u siebie, tnąc własne koszty.
– W Polsce z dystrybucją jest tak, że PSG ma bardzo mocną pozycję, która wynika jeszcze z okresu monopolistycznego – zwraca uwagę Dominik Smyrgała z Collegium Civitas. – Ale jeżeli Spółki nie będzie stać na modernizację własnej infrastruktury albo na docieranie do nowych klientów, może okazać się, że do klientów będą docierali inni operatorzy. W konsekwencji PSG będzie tracić te części rynku, w których była dostawcą, bo okaże się, że jej infrastruktura uległa dekapitalizacji i w związku z tym nie jest w stanie świadczyć swoich usług.
Spośród obsługiwanych przez spółkę ponad 170 tysięcy km sieci gazociągów i przyłączy ponad połowa ma więcej niż 20 lat, z czego 49 tys. km przeszło 25 lat.
Za miesiąc nowa wersja programu Płatnik. Możliwa będzie komunikacja online między ZUS a klientem
Pod koniec kwietnia ZUS udostępni nową wersję swojego programu do rozliczania składek ubezpieczeniowych. Najważniejszą zmianą będzie wykorzystanie internetu do komunikacji na bieżąco pomiędzy płatnikiem a urzędem. ZUS liczy na to, że dzięki nowej wersji programu w rozliczeniach będzie mniej błędów.
– Wersja Płatnika, która będzie pod koniec kwietnia dostępna na naszych stronach, jest zupełnie nowa. Przede wszystkim wszystko będzie działo się online, więc klient będzie od razu mógł zweryfikować wszystkie swoje dane – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zbigniew Derdziuk, odchodzący ze stanowiska prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. – To jest połączenie interaktywności Płatnika i e-Płatnika dla tych, którzy korzystają z Platformy Usług Elektronicznych.
Największą zmianą w dziesiątej wersji Płatnika będzie lepsze zintegrowanie programu z siecią internetową. Pozwoli to na bieżącą komunikację pomiędzy płatnikiem a urzędem. Jak podkreśla Derdziuk, jest to dużo wygodniejsze dla przedsiębiorców.
– Będzie od razu możliwość podejrzenia niektórych danych, które zostały wysłane do ZUS-u. Będziemy na bieżąco skomunikowani, czyli to jest proste przejście z offline na online – tłumaczy prezes ZUS-u.
Nowy Płatnik ma mieć także zdecydowanie więcej funkcji ułatwiających rozliczanie składek. Program będzie wskazywał użytkownikom popełnione błędy i podpowiadał, w jaki sposób należy wypełnić poszczególne formularze. Dzięki temu ma zmaleć liczba błędów popełnianych przez przedsiębiorców.
– System będzie przedsiębiorcom podpowiadał, za kogo trzeba składki odprowadzić, jak je wyliczyć, pomoże je wyliczyć, a gdyby chcieli przez pomyłkę drugi raz to zrobić, podpowie, że to już zostało zrobione – wylicza funkcje programu Derdziuk.
Dzięki komunikacji z internetem program będzie miał też funkcję autoaktualizacji. To oznacza, że przedsiębiorcy będą mieli pewność, że cały czas mają dostęp do najbardziej aktualnej wersji programu.
Jak zaznacza Derdziuk, mniejsza liczba błędów jest korzystna nie tylko dla płatników, lecz także dla samego urzędu. Pracownicy ZUS-u nie będą bowiem musieli spędzać tak wiele czasu na poprawianiu przesłanych do urzędu formularzy.
Program Płatnik jest bezpłatny i można go pobrać bezpośrednio ze strony ZUS-u.
ZAiKS prowadzi ok. 2 tys. procesów ws. łamania praw autorskich. Niepłacących przedsiębiorców ubywa
Coraz mniej przedsiębiorców unika opłaty za prawa autorskie do odtwarzania utworów muzycznych. Choć ZAiKS ciągle prowadzi w tej kwestii ok. 2 tys. postępowań sądowych, świadomość tego obowiązku jest coraz większa. Przedsiębiorcy nieregulujący opłaty muszą liczyć się z kontrolą i otrzymaniem pisma z wezwaniem do zapłaty. Jeśli dana firma nadal nie płaci, sprawa może trafić do sądu.
‒ Tych instytucji, które nie płacą, jest już naprawdę niewiele, dlatego że świadomość w tym zakresie jest dość duża. Wiadomo, że ten, kto korzysta z cudzej twórczości, bez względu na jej źródło, i wplata ją w działalność gospodarczą, zobowiązany jest do legalnego korzystania z tej twórczości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Lewandowski, dyrektor generalny Stowarzyszenia Autorów ZAiKS. ‒ Większość przedsiębiorców ma umowy licencyjne i większość płaci. Choć mimo tego w skali kraju ZAIKS prowadzi około 2 tys. procesów.
Jak podkreśla Lewandowski, opłat za prawa autorskie najczęściej nie regulują nowe przedsiębiorstwa. Często wynika to z braku świadomości takiego obowiązku. Lewandowski tłumaczy, że takie firmy często są niechętnie nastawione do wszystkich opłat.
Zgodnie z prawem opłaty za prawa autorskie musi uiścić każdy przedsiębiorca, który odtwarza publicznie muzykę. Dotyczy to m.in. salonów fryzjerskich, restauracji czy hoteli. Stawki te są bardzo zróżnicowane, ale dokładnie określone w tabeli publikowanej na stronie internetowej ZAiKS-u, a także organizacji pokrewnych, takich jak ZPAV i SAWP. Stawki opłat zależą m.in. od typu przedsiębiorstwa, wielkości miasta, w którym się znajduje, i wielkości samego lokalu.
Dla przykładu, przedsiębiorca posiadający niewielki obiekt handlowy o powierzchni do 50 mkw. musi zapłacić 55,85 zł miesięcznie, ale już właściciel restauracji w Warszawie, która może pomieścić jednocześnie 100 osób, musi się liczyć z opłatą w wysokości 352,80 zł miesięcznie. Za odtwarzanie muzyki podczas meczu na stadionie mieszczącym 10 tys. osób opłata wzrasta do 444,97 zł. Właściciel sklepu o powierzchni 10 tys. mkw. zapłacić 681,08 zł. To nie jedyne opłaty, bo łącznie w Polsce działa 15 (łącznie z ZAiKS-em) organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, w tym cztery związane z zarządzaniem prawami związanymi z wykorzystywaniem muzyki. Koszty więc stają się znacznie wyższe.
‒ Większość przedsiębiorców, firm handlowych czy usługowych wnosi takie opłaty nie tylko na rzecz twórców, lecz także artystów, wykonawców i producentów. To liczy się już w tej chwili w dziesiątkach tysięcy podmiotów – podkreśla Lewandowski. ‒ Te, które nie płacą, najpierw są informowane o tym, że takie obowiązki po ich stronie istnieją, wysyłane są do nich pisma, wyjaśnienia. Jeśli mimo tego odmawiają, to pozostaje tylko jedna droga w państwie demokratycznym – pozew do sądu.
Lewandowski zwraca uwagę na to, że dla wielu przedsiębiorców odtwarzana muzyka to świadomie dobierany element kreowania wizerunku lokalu. Z uwagi na wzrost znaczenia muzyki, np. w akcjach marketingowych, wzrosła też wiedza o opłatach i gotowość do ich regulowania.
Weryfikacji spełniania obowiązku wnoszenia opłat za prawa autorskie służą kontrole ZAiKS-u. Pracownicy 13 dyrekcji okręgowych stowarzyszenia na bieżąco prowadzą kontrole i rozmowy z przedsiębiorcami. Jak zaznacza Lewandowski, większość spraw kończy się zawarciem umowy licencyjnej. Może to wynikać z tego, że firmy chcą uniknąć nieprzyjemności związanych z postępowaniem sądowym.
Lewandowski dodaje, że ZAiKS nie ma problemów ze zidentyfikowaniem muzyki objętej ochroną praw autorskich.
‒ Jeśli to jest radio i telewizja, to sprawa jest oczywista. Podobnie w przypadku płyt. Może być pewien kłopot, jeśli muzyka pochodzi z internetu. Ale wobec tego, że ZAIKS zajmuje się tą problematyką od 96 lat i w powiązaniu ze 126 zagranicznymi organizacjami zbiorowego zarządzania, te metody badania są od dawna opracowane, także te, które odnoszące się do posługiwania się technologią cyfrową – tłumaczy Lewandowski.
Inspektorzy ZAiKS-u są wyposażeni w urządzenia pozwalające zarejestrować i zidentyfikować odtwarzaną muzykę. ZAiKS rejestruje chronione przez siebie utwory na szwajcarskiej liście IPI, podobnie jak robią to wszystkie zagraniczne organizacje zbiorowego zarządzania. Dzięki temu stowarzyszenie ma informację o chronionych zagranicznych utworach, a organizacje spoza naszego kraju – o polskich utworach.
Lewandowski przypomina, że to po stronie przedsiębiorcy leży obowiązek udowodnienia, że odtwarzana muzyka nie jest objęta ochroną.
M. Mróz (Copernicus): Szwajcarski Bank Narodowy będzie interweniował na rynku walutowym tylko okazjonalnie. Frank może się osłabić pod koniec roku
Frank szwajcarski może potanieć w perspektywie kilku lub kilkunastu miesięcy. Mocna waluta będzie szkodzić szwajcarskiej gospodarce, a po obniżeniu prognoz wzrostu przez Szwajcarski Sekretariat Stanu do spraw Gospodarki (SECO) inwestorzy mogą przestać traktować franka jako bezpieczną inwestycję.
– Zobaczyliśmy bardzo wyraźne obniżenie projekcji ekonomicznych zarówno w zakresie PKB, jak i inflacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Mróz, główny ekonomista Grupy Copernicus. – Okazało się, że w deflacyjnych rejonach Szwajcaria może przebywać przez najbliższe dwa lata. Również prognoza wzrostu gospodarczego na ten rok została wyraźnie obniżona. Widać, że mocna szwajcarska waluta przekłada się na fundamenty.
SECO jeszcze w grudniu szacował, że PKB wzrośnie w 2015 oraz w 2016 roku o ponad 2 proc. Najnowsza prognoza zakłada zaledwie 0,9 proc. wzrostu w tym roku i 1,8 proc. w przyszłym. W tej sytuacji można oczekiwać, że Szwajcarzy spróbują osłabić swoją walutę.
– Bank centralny Szwajcarii nie wyklucza dalszych interwencji – zwraca uwagę Marcin Mróz. – Moim zdaniem to była najmniej przekonująca część komunikatu. Wziąwszy pod uwagę to, że dopiero niedawno bank zrezygnował z obecności na rynku walutowym, bardzo mało prawdopodobne wydaje się, żeby trwale na ten rynek wrócił. Jedyne, czego możemy się spodziewać, to okazjonalnych prób stabilizowania kursu franka, nie zaś permanentnej obecności na rynku walutowym.
Wprawdzie od styczniowej decyzji Szwajcarskiego Banku Narodowego tamtejsza waluta nieco straciła na wartości, jednak nadal kosztuje znacznie więcej niż na początku roku. Obecnie za szwajcarskiego franka trzeba płacić ok. 3,9 zł, podczas gdy w pierwszej połowie stycznia kosztował on o ponad 10 proc. mniej. Ta sytuacja nie służy szwajcarskiej gospodarce, zaś okazjonalne próby stabilizowania kursu franka mogą się okazać nieefektywne.
– Z punktu widzenia poziomów kursu walutowego nie powinno to mieć większego znaczenia – ocenia główny ekonomista Grupy Copernicus. – Moim zdaniem raczej będzie się w najbliższym czasie wahać wokół poziomu, który widzimy na rynku walutowym obecnie. Dopiero w perspektywie kilku kolejnych kwartałów, gdy okaże się, że szwajcarska gospodarka pokazuje coraz większe oznaki ekonomicznej zadyszki, wtedy rzeczywiście możemy zobaczyć trwałe dostosowanie na rynku walutowym i słabszy kurs franka.
Większy wpływ na strategię walutowych inwestorów będzie bowiem miała kondycja tamtejszej gospodarki. Jej słabe wyniki mogą zniechęcić tych, którzy w Szwajcarii szukają głównie bezpieczeństwa.
– Najbliższe kwartały to moim zdaniem nie najciekawszy obraz szwajcarskiej gospodarki – podkreśla Marcin Mróz. – Spowolnienie wzrostu gospodarczego będzie się odbijało jednak na notowaniach franka, który powinien w horyzoncie najbliższych kwartałów się osłabiać. Natomiast nie jest to perspektywa najbliższych tygodni, raczej oczekiwałbym osłabienia franka w perspektywie kilku kolejnych kwartałów, być może nastąpi to pod koniec roku.
Polskie firmy wygrywają na konkurencyjnym rynku europejskim
Polskie firmy wywalczyły dla siebie miejsce na światowym rynku, zdominowanym przez międzynarodowe korporacje. O tym, że spółki z naszego kraju, choć są mniejsze, to odnoszą sukcesy, świadczą chociażby statystyki eksportu, szczególnie w obrębie UE. W ubiegłym roku Polska odnotowała niemal 30 mld euro nadwyżki w handlu z krajami wspólnoty.
– Jeśli popatrzymy na bilans handlowy, czyli różnicę między eksportem i importem, to co prawda w ostatnim roku wynik był ujemny, -2,4 mld euro w obrotach handlowych, ale z Unią Europejską ta nadwyżka wynosi ponad 20 mld euro. To naprawdę bardzo dużo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Jerzy W. Pietrewicz, wiceminister gospodarki i pracownik Instytutu Rynków i Konkurencji, Kolegium Nauk o Przedsiębiorstwie w SGH. – Japonia w 2014 rok w relacjach ze światem osiągnęła nadwyżkę w wysokości 20 mld euro.
Jak wynika z danych GUS, w ubiegłym roku nadwyżka wymiany z UE wyniosła dokładnie 28,8 mld euro i była większa o 4,3 mld euro niż rok wcześniej.
Pietrewicz podkreśla, że takie statystyki polskiego eksportu świadczą o tym, że polscy przedsiębiorcy znaleźli dla siebie miejsce na globalnych rynkach. Światową gospodarkę kontrolują międzynarodowe korporacje, który wyznaczają tempo i kierunek rozwoju. Niewielkim w porównaniu do nich rodzimym firmom nie jest łatwo, jednak Polakom udało się zdobyć udział w rynku.
Wiceminister gospodarki zwraca uwagę na to, że trudno jednoznacznie zmierzyć konkurencyjność polskich przedsiębiorstw. Jednak silna i wciąż poprawiająca się pozycja eksportowa jest jednym z ważnych wyznaczników.
– Można na to najprościej spojrzeć od tej strony, czy przedsiębiorstwo się rozwija, w jakim tempie, na jakich rynkach lokuje swoje produkty, czy na rynku krajowym, czy na rynkach zagranicznych, z jaką konkurencją musi się zmierzyć. Jeśli utrzymuje tempo wzrostu, jeśli wchodzi na kolejne rynki, to znaczy że jest konkurencyjne – wyjaśnia Pietrewicz.
Uzyskanie tak dużej nadwyżki handlowej w handlu z krajami UE jest niezwykle cenne. Jak zwraca uwagę Pietrewicz, europejska wspólnota to wyjątkowy rynek. Nie można go nazwać w pełni wolnym, bo dużą rolę odgrywają regulujące prawa konkurencji instytucje w Brukseli. Właśnie to unikalne połączenie gospodarki wolnorynkowej ujednolicenia rynku i kontrolowanego przez instytucje rozwoju okazało się sukcesem.
– Szereg procesów nie kształtuje się tutaj spontanicznie, tylko ma charakter regulowany czy kontrolowany – podkreśla Pietrewicz. – Jak na razie wydaje się, że zdaje to egzamin, chociaż tempo rozwoju Unii nie jest imponujące. Ale nie tylko PKB się liczy, lecz także poziom życia, satysfakcja obywateli i sposób zagospodarowania wolnego czasu. To wszystko jest niewymierne, ale ważne. Myślę, że Unia Europejska ma czym się pochwalić.
Pietrewicz podkreśla, że pod wieloma względami częściowo regulowana konkurencja wewnątrz UE daje największe szanse rozwoju oraz przynosi największą korzyść obywatelom. Bruksela dba o to, by w wyniku przetrwania tylko najbardziej konkurencyjnych firm nie powstały monopole, co mogłoby nastąpić według teorii ekonomicznej.
Równocześnie ograniczenia wolnej konkurencji w UE są na tyle niewielkie, że nie przeszkadzają firmom zwiększać efektywności alokacji zasobów. Jak podkreśla Pietrewicz, nie zawsze musi to skutkować najniższymi cenami. Największą zaletą takiej konkurencji jest utrzymanie cen na poziomie akceptowalnym przez klientów, a równocześnie przynoszącym oczekiwanie zyski przedsiębiorcom.
– Tam, gdzie mamy do czynienia ze wzrostem gospodarczy w warunkach stabilnych cen, możemy mówić o efektywnej konkurencji – tłumaczy Pietrewicz.
Popularność małych centrów handlowych rośnie. Konsumenci wybierają galerie blisko domu, a marki szukają obiektów z niższymi czynszami
Centra handlowe typu convenience korzystają na tym, że konsumenci coraz chętniej robią zakupy blisko domu. Mniejsze galerie, usytuowane w pobliżu dużych osiedli, notują co roku znaczne wzrosty obrotów, niektóre nawet o 30 proc. To również atrakcyjne miejsce dla sklepów, bo czynsze są dużo niższe niż w dużych galeriach. Zarządcy tych obiektów podkreślają jednak, że chcą przyciągać więcej droższych marek, bo tego oczekują klienci.
– Wszyscy walczą o obniżenie kosztów. Mieszkańcy szukają tanich sieci handlowych i chcą robić zakupy blisko domu. Sklepy chciałyby wchodzić do niedużych i tanich lokalizacji, żeby nie płacić zbyt wysokich czynszów. Dzięki temu mogą oferować swoje produkty czy usługi w sensowych cenach. Chcemy, by klient był ostatecznie zadowolony i mógł w pobliżu miejsca zamieszkania robić tanie i wygodne zakupy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksander Walczak, prezes zarządu Dekada Realty, spółki budującej centra handlowe typu convenience i nimi zarządzającej.
Na razie spółka ma w portfelu 10 tego typu obiektów i planuje w ciągu kolejnych 2-3 lat postawić drugie tyle. Jak podkreśla prezes, segment ten szybko się rozwija. Praktycznie w każdej miejscowości mającej ponad 30 tys. mieszkańców powstają tego typu centra handlowe.
– My celujemy w centra, które miałyby przynajmniej kilkunastu najemców, czyli o powierzchni od 3 tys. mkw. – mówi Aleksander Walczak. – Wtedy stwarzamy dość dobrą siłę ściągalności, bo zapewniamy podstawowy asortyment produktów, po które sięgają kupujący w trakcie codziennych zakupów.
Tego typu obiekty korzystają na tym, że klienci wolą robić zakupy blisko domu. Funkcjonujące galerie co roku notują wzrosty obrotów.
– Nasze najlepsze centra rok do roku zwiększyły obroty o ponad 30 proc., a najgorsze o 5-6 proc. – wyjaśnia prezes Dekada Realty.
Receptą na sukces handlowy w małych miastach są niskie czynsze dla najemców. W takich obiektach plasują się one na poziomie 12-14 euro za mkw. i od lat pozostają stabilne. To pozwala uzyskać najemcom odpowiednią rentowność prowadzonej działalności.
– Na tym polega uroda naszych projektów, że robimy centra w mniejszych miejscowościach czy nawet w większych miastach, ale dla lokalnej społeczności, czyli na przykład dla mieszkańców poszczególnych osiedli. Chodzi o to, żeby w te lokalizacje wchodziły marki znane, popularne, które nie płacą zbyt wysokich czynszów, bo sprzedają towary w cenach akceptowalnych dla przeciętnego Polaka – ocenia Walczak.
Dekada Realty liczy jednak na to, że również bardziej prestiżowe marki, widząc potencjał mniejszych galerii, zaczną lokować w nich swoje sklepy czy salony. Tym bardziej że rosną wymagania samych klientów: oczekują wyższego standardu, za który są gotowi płacić.
– Liczymy, że w naszych centrach handlowych pojawią się sklepy z produktami i usługami na nieco wyższym poziomie, że pojawi się więcej punktów gastronomicznych i w ten sposób nasze centra zyskają pełniejszy wymiar – prognozuje prezes Dekada Realty. – W przyszłości one będą bardziej przypominały duże centra handlowe, tylko w mniejszej skali, będą miejscem codziennych zakupów, ale w pewnym zakresie cen – od najniższych do średnich, ale nie będą to centra o charakterze dyskontu wyprzedażowego.
Nowa ustawa o odnawialnych źródłach energii nie wpłynie na odbiorców energii
Osoby, które będą produkowały energię ze źródeł odnawialnych, po wejściu ustawy o OZE zyskają kosztem tych, którzy pozostaną przy całkowicie tradycyjnych źródłach. W skali kraju nieznacznie mogą też spaść nakłady na sieci przesyłowe. Będą to jednak zmiany na tyle nieduże, że nie wpłyną na odbiorców energii.
‒ Regulacyjnie przesuniemy część pieniędzy z kieszeni jednych odbiorców energii do kieszeni drugich. W zamian za to wygenerujemy pewną ilość zielonej energii, do produkcji której zobowiązała nas Unia Europejska. Myślę więc, że z punktu widzenia całej gospodarki nie ma to wielkiego wpływu na nas jako na odbiorców energii – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Owczarski, prezes zarządu firmy energetycznej Polski Prąd.
Podpisana 11 marca br. przez prezydenta Bronisława Komorowskiego ustawa o odnawialnych źródłach energii (OZE) po raz pierwszy reguluje energetykę prosumencką. Oznacza to, że odbiorcy energii, którzy zamontują instalacje OZE, będą mogli sprzedawać nadmiar wyprodukowanej energii z powrotem do sieci. Otrzymają za to gwarantowane ustawowo stawki. Są one wyższe od stawek rynkowych i zgodnie z ustawą wynoszą od 65 do 75 groszy za kilowatogodzinę (z wyjątkiem biogazu, który jest wyceniany taniej). Ceny rynkowe wynoszą obecnie ok. 25 groszy za kilowatogodzinę.
‒ Ustawa o OZE ma wpływ na zwiększenie kosztów dopłat do zielonej energii – podkreśla Owczarski. ‒ Ten dodatkowy wpływ związany z poprawkami prosumenckimi to około 1-1,5 zł z MWh, więc to nie jest dużo. Już dzisiaj w cenie energii elektrycznej płacimy od 30 a 35 zł za MWh dopłat do tzw. certyfikatów pochodzenia.
Zielone certyfikaty pochodzenia to prawa majątkowe, które producenci energii elektrycznej otrzymują w zamian za świadectwa wyprodukowania energii ze źródeł odnawialnych. Można nimi obracać na Towarowej Giełdzie Energii. Po wejściu w życie nowej ustawy o OZE od 1 stycznia 2016 r. system kolorowych certyfikatów zniknie i zostanie zastąpiony aukcjami energii.
Owczarski zwraca uwagę na to, że koszt dopłaty do prosumentów nie będzie istotną zmianą na polskim rynku energii. Będzie to jedynie przesunięcie środków z kieszeni konsumentów nieprodukujących zielonej energii do tych, którzy zainstalują panele słoneczne lub niewielkie elektrownie wiatrowe przy swoich domach.
Na nowej ustawie w niewielkim stopniu może skorzystać cała gospodarka, bo zmaleją wydatki na sieci przesyłowe energii elektrycznej.
‒ Rozproszony model generacji energii jest efektywniejszy z punktu widzenia sieci dystrybucyjnej. Wymaga niższych nakładów na sieci przesyłowe i umożliwia lepsze konsumowanie prądu tam, gdzie on jest produkowany. Więc gdybyśmy zauważyli faktycznie spadek inwestycji w sieci dystrybucyjne, to wszyscy na tym zaoszczędzimy. Natomiast wydaje mi się, że przy tak niewielkich limitach wsparcia, które obecnie są na poziomie jedynie kilkuset MW mocy zainstalowanej, nie będzie to miało istotnego wpływu na całość funkcjonowania systemu energetycznego w Polsce – ocenia Owczarski.
O ile jednak koszty dopłat dla prosumentów nie będą dużym obciążeniem, o tyle negatywny wpływ na rynek może mieć to, że opłaty te będą ponosić dystrybutorzy, a nie sprzedawcy energii. To duża różnica, bo sprzedawcy funkcjonują na uwolnionym rynku i muszą konkurować ceną.
‒ Dzisiaj sprzedawcy energii konkurują nie tylko ceną energii czynnej, lecz także ceną certyfikatów pochodzenia, które mogą wyceniać taniej bądź drożej. Jeżeli zaczniemy przesuwać te elementy związane ze wsparciem zielonej energii do części dystrybucyjnej, to znajdzie się to w części regulowanej, która jest przez prezesa URE podnoszona każdego roku o 1-3 proc., więc zmniejsza się przez to zakres wolnego rynku. Zmniejsza się liczba sprzedawców oferujących konkurencyjne ceny, w związku z tym klienci mają mniej możliwości, by oszczędzać – wyjaśnia Owczarski.
Wydawca „Wprost”: media w Polsce są skorumpowane układem politycznym bądź biznesowym
Polski rynek medialny jest zbyt ciasny, by media mogły dobrze prosperować bez patronatu biznesu lub partii politycznych – twierdzi wydawca „Wprost” Michał M. Lisiecki. Jego zdaniem zbyt mało mediów zachowuje dziś neutralność polityczną i światopoglądową. Problemem jest także nadmierne wyprzedawanie prywatnych mediów inwestorom zagranicznym. Michał M. Lisiecki żałuje, że żaden z polskich koncernów nie był w stanie wziąć udziału w transakcji kupna stacji TVN.
Wolne media to zdaniem Michała M. Lisieckiego jeden z największych sukcesów transformacji ustrojowej i gospodarczej w Polsce. Dzięki dziennikarskiej kontroli poczynań władz Polska gospodarka mogła się swobodnie rozwijać. Liczne badania pokazują, że im większa jest ochrona wolności mediów i swobody wypowiedzi, tym wyższy jest poziom zamożności społeczeństwa i rozwoju biznesu. Media ze swojej natury powinny więc stać w opozycji do władz państwa i stale prowadzić z nimi spór. Polskie media stają się jednak coraz bardziej zależne od polityki, a jedną z przyczyn tego stanu jest nadmierne nasycenie rynku.
– System mediów w Polsce jest trudny. Można powiedzieć, że są one uwikłane w pewien układ polityczny bądź biznesowy. Jest bardzo mało środków masowego przekazu, które podają informacje, nie wyrażają poglądów. Każdy zarzeka się, że jest wolnym medium i pisze niezależnie, natomiast zbyt silnie broniąc jakichkolwiek poglądów, stają się tubą takiego czy innego rządu, takiej czy innej partii politycznej – mówi Michał M. Lisiecki, wydawca „Wprost” i „Do Rzeczy”, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria. – Rynek jest zbyt konkurencyjny, zbyt ciasny.
Zdaniem Lisieckiego problemem polskiego rynku medialnego jest także zbyt szybka i nieodpowiedzialna prywatyzacja. W jej efekcie zbyt wiele mediów trafiło całkowicie w ręce zagranicznych inwestorów. Lisiecki uważa, że polskie władze powinny chronić rodzime media i wprowadzić regulacje prawne na wzór tych, które istnieją np. w Stanach Zjednoczonych lub Niemczech. Kraje te dbają o to, by nabywca mienia publicznego legitymował się ich paszportem lub by duży procent udziałów w jego firmie mieli obywatele tych państw.
– W momencie, kiedy mamy dużo zagrożeń ze Wschodu, coraz bardziej doceniamy rolę mediów publicznych, ale one mają złą sytuację finansową. Niestety, płacenie abonamentu w Polsce nie jest ani popularne, ani nikt nie jest do tego życzliwie nastawiony. Musimy rozumieć, że jeżeli mamy słabe media prywatne w polskich rękach, to powinniśmy przynajmniej dbać o siłę mediów publicznych. Chyba dzisiaj po raz pierwszy otwarcie powiem, że jestem za płaceniem abonamentu. Sam nie płacę go od lat, ale zacznę to robić – mówi Michał M. Lisiecki.
Wydawca „Wprost” ubolewa nad tym, że żadnej polskiej firmy nie było stać na wykupienie stacji TVN. Telewizja ta za kwotę 584 mln euro została kupiona przez Scripps Network, amerykańską korporację medialną specjalizującą się w programach lifestyle&HASH39;owych. Michał M. Lisiecki uważa, że z punktu widzenia sytuacji rodzimego rynku medialnego lepiej by było, gdyby w TVN pozostał choćby niewielki udział kapitału polskiego.
– Mamy liberalny rynek, to jest pozytywne, więc nie można odmówić nikomu prywatyzacji, dalszej sprzedaży i blokować takiej transakcji. Ale zwyczajnie jest szkoda, że polskich firm nie stać na kupno polskich mediów. W ogóle w polskie media bardzo mało się inwestuje, jest ich coraz mniej. Spekuluje się, że jeden z dzienników, który dzisiaj jest w polskich rękach, też sobie słabo radzi kapitałowo i że „flirtuje” z kapitałem niemieckim – mówi Michał M. Lisiecki.
O sytuacji na polskim rynku medialnym dyskutowano podczas II spotkania Round Table Mixer. RTM to cykl spotkań liderów z zakresu polityki, biznesu i mediów urodzonych po 1 sierpnia 1972 roku. Inicjatorami wydarzenia są amerykański ekonomista i finansista Matthew Tyrmand oraz prezes zarządu PMPG Michał M. Lisiecki.
Polacy coraz częściej zamawiają wielkanocne potrawy w restauracjach i firmach cateringowych
Catering wielkanocny zyskuje coraz większą popularność. Z pomocy profesjonalnych kucharzy korzystają nie tylko firmy, lecz także osoby prywatne, którym brak czasu, chęci lub umiejętności, by przygotować potrawy na wielkanocny stół. W restauracjach i firmach cateringowych można zamówić zarówno tradycyjne polskie dania, jak i potrawy bardziej egzotyczne. Cena wielkanocnego cateringu zaczyna się od 30 zł za osobę.
Z badań firmy CBOS wynika, że mniej niż połowa Polaków postrzega święta wielkanocne jako przeżycie religijne. Dla 65 proc. badanych jest to przede wszystkim okazja do spędzenia czasu z bliskimi. Polacy są przywiązani do obecności tradycyjnych potraw na świątecznym stole, coraz rzadziej jednak przygotowują je samodzielnie. Częściej korzystają z usług profesjonalnych kucharzy. Przyczyną jest przede wszystkim wygoda, chęć spędzenia czasu z rodziną oraz nadmiar obowiązków zawodowych i rodzinnych.
– Jest wiele restauracji oraz firm cateringowych, które oferują tego typu usługi. Jeżeli chcemy, żeby obiad świąteczny był zbliżony do smaków tradycyjnych, to warto wybrać restaurację, która takie potrawy oferuje. Jeżeli lubimy eksperymentować, możemy skorzystać z kuchni, która oferuje nowe smaki. Dzięki temu będziemy mogli zaskoczyć swoich bliskich i znajomych nowymi pomysłami, nowymi daniami – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Muras, prezes zarządu UpMenu.
Poszukując odpowiedniej restauracji, warto zajrzeć na blogi kulinarne lub strony internetowe poszczególnych lokali. Można tam znaleźć opinie i recenzje dotyczące nie tylko serwowanych dań, lecz także usług dodatkowych. Warto także odwiedzić wybrany lokal, spróbować przygotowywanych tam potraw, a nawet porozmawiać z kucharzem na ich temat. Eksperci radzą ponadto przetestowanie rzetelności dostawców, np. poprzez zamówienie lunchu do pracy. W ten sposób można sprawdzić nie tylko jakość potraw, lecz także punktualność dostawców. Składając zamówienie, należy dokładnie ustalić liczbę potraw, wielkość porcji oraz sposób i czas ich dostarczenia.
– Najlepiej, jeśli wybierzemy taką firmę dużo wcześniej. Im wcześniej, tym lepiej, ponieważ wiele restauracji czasami potrafi doliczać dodatkowe opłaty za zamówienia na ostatnią chwilę. Natomiast oferta również będzie bogatsza i będziemy mieli większy wybór w restauracjach, jeżeli zaczniemy robić to dużo wcześniej – mówi Anna Muras.
Ceny cateringu wielkanocnego zaczynają się od 30 zł za osobę. Koszt zamówienia świątecznego cateringu nie różni się od kosztów samodzielnego przygotowania potraw. Z danych IBRiS Homo Homini wynika, że w 2014 roku na organizację Wielkanocy blisko 30 proc. Polaków zamierzało wydać od 101 do 300 zł. Co czwarty Polak zamierzał natomiast przeznaczyć na święta od 301 do 500 zł. Jest to kwota porównywalna do cen cateringu. Warto pamiętać o tym, że oferta restauracji i firm cateringowych może być dostosowana do indywidualnych wymagań i możliwości finansowych. Możliwe jest także obniżenie kosztów, np. poprzez wykorzystanie własnej zastawy.
– Każdy, kto myśli o zamówieniu potraw świątecznych, obawia się wysokich kosztów. Natomiast jeżeli organizujemy święta, to przygotowujemy obiad świąteczny, co oznacza, że po pierwsze, wydajemy pieniądze na zakup poszczególnych produktów, po drugie, przyrządzamy potrawy, wkładając w to czas i wysiłek, które też są cenne. Jeżeli te elementy weźmiemy pod uwagę, to może się okazać, że oferta cateringowa dostępna na rynku wcale nie jest taka droga – mówi Anna Muras.
Usługi cateringu świątecznego świadczą nie tylko duże firmy cateringowe i restauracje, lecz także mniejsze firmy, często rodzinne.
MCI realizuje wyjście z Netii za ponad 158 mln zł
Fundusz z Grupy MCI Management zobowiązał się do zbycia wszystkich posiadanych akcji Netii na rzecz FIP 11 Funduszu Inwestycyjnego Zamkniętego Aktywów Niepublicznych. Wpływy ze sprzedaży akcji przekroczą 158 mln zł a stopa zwrotu na inwestycji (IRR) wyniesie 19%.
W ramach tzw. umowy zobowiązującej zbytych zostanie prawie 27 mln akcji po cenie 5,86 zł każda, za łączną wartość ponad 158 mln zł. Termin realizacji transakcji zaplanowany został na 9 kwietnia 2015 r., z zastrzeżeniem możliwości przesunięcia daty rozliczenia na 15 kwietnia br.
– Nasza koncepcja budowania wartości Netii zakładała realny wpływ na jej strategię rozwoju. Z uwagi na posiadanie zbyt małego udziału w akcjonariacie i brak możliwości zakupu po atrakcyjnej cenie znaczącego pakietu akcji od innych akcjonariuszy, nasze możliwości realnego decydowania o kierunkach rozwoju spółki były bardzo ograniczone. Dlatego podjęliśmy decyzję o wyjściu z inwestycji, realizując stopę zwrotu na poziomie 19% IRR – powiedział Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management S.A.
Niezależnie od sprzedaży akcji spółki, MCI Management podtrzymuje, że Netia niezmiennie jest atrakcyjnym aktywem telekomunikacyjnym. Prowadzona w spółce restrukturyzacja znacząco redukuje koszty operacyjne, co poprawi jej zyskowność i możliwość generowania gotówki, a przez to zwiększy potencjał dywidendy dla akcjonariuszy. Jej przewagi konkurencyjne w postaci dobrej jakości, nowoczesnej sieci światłowodowej i własnej sieci dostępowej pozwalają na dostarczanie atrakcyjnej oferty dla klientów indywidualnych i biznesowych. Natomiast realizowany podział spółki na trzy części: B2B, B2C oraz infrastrukturę, umożliwi kreowanie przejrzystej strategii dla poszczególnych działów, a przez to poprawi efektywność operacyjną.
15 maja 2014 r. subfundusz inwestycyjny MCI.EuroVentures 1.0 FIZ, należący do funduszu MCI.PrivateVentures FIZ z Grupy MCI,, nabył pakiet akcji spółki Netia S.A., największego alternatywnego operatora stacjonarnego w Polsce, stanowiący 5% jej kapitału zakładowego. Po kolejnych transakcjach nabycia, na dzień podpisania umowy z FIP 11 Funduszem Inwestycyjnym Zamkniętym Aktywów Grupa MCI posiadała 26.973.328 akcji Netii S.A. stanowiących 7,75% w jej kapitale zakładowym.
Spark Software pozyskuje finansowanie od funduszy i aniołów biznesu
Zarządzany przez MCI Capital TFI S.A. (Grupa Kapitałowa Private Equity Managers S.A.), fundusz Internet Ventures FIZ oraz park technologiczny YouNick zainwestowali w firmę Spark Software, będącą nowym biznesem pomysłodawcy e-supermarketu Frisco.pl. Do grona inwestorów dołączyli również aniołowie biznesu, m.in.: Sebstian Siemiątkowski założyciel miedzynarodowego systemu e-płatności Klarna.com oraz Andrzej Targosz, prezes Fundacji Proidea i organizator konferencji Bitspiration. Inwestycja założycieli, funduszy oraz aniołów biznesu zakłada dofinansowanie przedsięwzięcia łączną kwotą ok. 3 mln zł.
Powstała w styczniu br. spółka Spark Software pracuje nad platformą mobilną, która ma szansę zrewolucjonizować globalne zakupy offline i online produktów FMCG. Unikalny na skalę światową projekt polskich przedsiębiorców po raz pierwszy bezpośrednio połączy konsumentów z producentami towarów szybkozbywalnych. Firma zapowiada, że gotowy produkt pojawi się na rynku najpóźniej w 2016 r. Testowe wdrożenia systemu w wybranych sieciach handlowych w Polsce rozpoczną się natomiast już na początku września tego roku. Spark Software wyposaży klientów w specjalną aplikację mobilną, z której będzie można korzystać zarówno w sklepach tradycyjnych, jak i internetowych. W tych pierwszych poza rabatami za lojalność i spersonalizowanymi promocjami zyskamy także na wygodzie i oszczędności czasu przy sklepowych kasach. Zeskanowane telefonem towary będą trafiały prosto do toreb czy wózków, a przejście przez specjalnie dedykowaną bramkę z beaconami automatycznie uruchomi procedurę zapłaty. Polska branża FMCG jest dla pomysłodawców projektu jedynie pierwszym krokiem w międzynarodowej ekspansji. Jeśli platforma spełni oczekiwania rynku, firma ma szansę stać się w tym sektorze globalnym potęgą.
Dotychczas, jeśli klient np. raz w miesiącu kupował Vizir, to producent proszku, koncern Procter&Gamble, nie posiadał takiej informacji. Dzięki naszemu produktowi nie tylko uzyska taką wiedzę – oczywiście bez danych osobowych, ale będzie mógł również odwdzięczyć się konsumentowi za jego lojalność przygotowanymi specjalnie dla niego rabatami i promocjami – wyjaśnia Witold Ferenc, prezes zarządu Spark Software.
Dzięki zastosowaniu naszego rozwiązania skorzystają wszystkie strony transakcji. Uciążliwe dla wielu osób, powtarzalne zakupy produktów FMCG staną się wygodniejsze, przyjemniejsze i przede wszystkim tańsze. Producenci otrzymają proste i skuteczne narzędzie, które pozwoli na zautomatyzowaną personalizację sprzedaży – do poziomu indywidualnego konsumenta. Co ostatecznie przełoży się na niższe koszty oraz wyższą efektywność działań marketingowych poszczególnych marek i brandów. Digitalizacja handlu offline opłaci się z pewnością również tradycyjnym sieciom handlowym, skracając np. kolejki przy kasach – dodaje Witold Ferenc.
Inwestycja w Spark Software to kolejny projekt realizowany wspólnie z Krajowym Funduszem Kapitałowym (KFK), który w roli współudziałowca kilkunastu funduszy inwestycyjnych typu venture capital, wspiera inwestowanie w młode polskie firmy napotykające na barierę finansowania swego rozwoju ze względu na wczesny etap działalności operacyjnej i niepewność odnośnie efektu ekonomicznego.
O YouNick
YouNick (dotychczas Nickel Technology Park Poznań) to pierwszy w Polsce niepubliczny park technologiczny. Po 8 latach działalności ewoluuje on w zgodne ze światowymi trendami miejsce wspierania innowacyjnych jednostek i biznesów. Miejsce, w którego centrum jest człowiek – najemca, pracownik i pomysłodawca innowacji. Wprowadzane w podpoznańskich Złotnikach zmiany dotyczą nie tylko istniejącej i nowo budowanej infrastruktury, ale przede wszystkim kultury organizacyjnej, oferowanego pakietu usług dodatkowych oraz prowadzonej działalności inwestycyjnej. Na terenie parku w blisko 60 firmach pracuje obecnie ponad 600 osób. Dalsze 20-30 spółek zapełni w 2015 r. nowo powstający trzeci biurowiec. Od ponad 4 lat, m.in. dzięki wykorzystaniu funduszy unijnych, YouNick aktywnie wspiera komercjalizację innowacyjnych przedsięwzięć i wyników badań w branży biotechnologicznej, medycznej, IT, chemicznej, ochrony środowiska oraz odnawialnych źródeł energii. Efektem dotychczasowego, unikalnego na skalę kraju, podejścia do procesu inwestycyjnego, jest 17 prężnie rozwijających się spółek zależnych, odnoszących coraz większe sukcesy w Polsce i za granicą.
O Internet Ventures FIZ
Internet Ventures FIZ, fundusz zarządzany przez MCI Capital TFI S.A. (Grupa Kapitałowa Private Equity Managers S.A.) inwestuje w spółki technologiczne i internetowe na etapie venture capital (wczesny etap, wzrost) działające w obszarach: digital media, Internet, software, mobile and wireless technologies (B2C), cloud computing, big data, serwisy gier i rozrywki on-line, e-advertising i m-advertising.
O Krajowym Funduszu Kapitałowym S.A.
KFK S.A. jest pierwszym polskim funduszem funduszy venture capital/private equity (VC/PE). Działalność KFK polega na inwestowaniu w fundusze venture capital, które zasilają kapitałowo małe i średnie przedsiębiorstwa polskie, szczególnie przedsiębiorstwa innowacyjne o wysokim potencjale rozwoju lub prowadzące działalność badawczo – rozwojową. Jest on współudziałowcem funduszu Internet Ventures z Grupy Kapitałowej Private Equity Managers SA.
O Private Equity Managers S.A.:
Private Equity Managers S.A. to spółka dominująca w grupie kapitałowej wyspecjalizowanej w zarządzaniu różnymi klasami aktywów w funduszach alternatywnych private equity, w tym w funduszach venture capital („Grupa”). Fundusze inwestycyjne, których portfelami inwestycyjnymi zarządzają podmioty z grupy Private Equity Managers S.A., inwestują przede wszystkim w szybko rosnące spółki z sektora technologicznego z regionu CEE. Charakteryzuje je bardzo niskie ryzyko odpływu kapitału pod zarządzaniem, związane z długoterminową specyfiką działania funduszy private equity oraz gotówkowym charakterem przychodów. Na koniec 2014 r. aktywa pod zarządzaniem grupy wyniosły 1,67 mld zł.
Popołudniowy komentarz walutowy z 27.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Popołudniowy komentarz walutowy z 27.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Noś odblaski i bądź bezpieczny na drodze
Co czwarta osoba, która ginie w wypadku, to pieszy. Jak zaznaczają policjanci, mitem jest, że najczęściej do tragedii dochodzi nocą na nieoświetlonej drodze. Aby jednak zwiększyć swoje bezpieczeństwo i być widocznym w każdej sytuacji, warto nosić odblaski.
W pierwszym kwartale bieżącego roku policja odnotowała ok. 23 tys. wykroczeń polegających na nienoszeniu elementów odblaskowych poza obszarem zabudowanym po zmierzchu. A przecież od wprowadzenia w sierpniu 2014 r. nowelizacji Prawa o ruchu drogowym jest to obowiązek. Funkcjonariusze nałożyli więc ponad 15 tys. mandatów karnych. „Przepis ten przestał być martwy […]. Piesi, którzy nie mają do dyspozycji chodnika, coraz częściej noszą kamizelki i elementy odblaskowe. Korzystają też z latarek bądź włączają telefony, gdy z naprzeciwka nadjeżdża pojazd” – zaznacza mł. insp. Marek Konkolewski z Komendy Głównej Policji.
Jak wynika z raportu przeprowadzonego w ramach kampanii „Bezpieczny, bo widoczny”, 30% osób mieszkających na wsi nie używa odblasków. W małych miastach nie nosi ich aż 55% mieszkańców. „Nasza akcja ma na celu zwiększanie bezpieczeństwa na drogach, zwłaszcza w odniesieniu do dzieci. Ważne jest przyzwyczajanie do noszenia odblasków i kreowanie na nie mody” – mówi serwisowi infoWire.pl Karolina Wirowska, koordynatorka akcji „Bezpieczny, bo widoczny”.
Kiedy wychodzimy z domu, często zapominamy o opaskach czy przywieszkach, dlatego warto kupować odzież z elementami fluorescencyjnymi. Podobnie jest z obuwiem. „To stopami wykonujemy najwięcej ruchów. Gdy buty mają odblaski, kierowcy mogą nas łatwiej i szybciej zauważyć na drodze” – zaznacza Katarzyna Nowicka z firmy Bartek.
Dobre wyniki sektora bankowego w Polsce
Niskie stopy procentowe, nowe regulacje dotyczące udzielania kredytów czy ryzyko osłabienia wzrostu gospodarczego z powodu konfliktu na Ukrainie – to tylko część problemów sektora bankowego w naszym kraju. Mimo tego rynek się rozwija. Widać to po wynikach osiąganych przez banki w 2014 r.
Jak czytamy w „Sprawozdaniu z działalności Komisji Nadzoru Finansowego w 2014 roku”, wynik finansowy netto polskiego sektora bankowego w ubiegłym roku wyniósł 16,23 mld zł i był najwyższy w historii. To suma o ponad 0,8 mld większa niż w roku 2013.
Powodów do zadowolenia nie kryją prezesi banków. „Wyniki finansowe Banku Pocztowego za ubiegły rok są rekordowe. Osiągnęliśmy 43,6 mln zł. Ten wynik jest o 21% lepszy niż w roku 2013. Nasze dochody w 2014 r. wzrosły o 13%, do ponad 330 mln zł, a nasz zwrot z kapitału osiągnął poziom 10,5%. Jest wyższy niż średnia na rynku” – mówi serwisowi infoWire.pl Szymon Midera, prezes Banku Pocztowego. Podkreśla również, że duży wpływ na tak dobre rezultaty miało wprowadzenie Pocztowego Konta ZawszeDarmowego – oferty, która przyciągnęła blisko 100 tys. nowych klientów.
A jaki będzie dla rynku rok 2015? Według raportu „CE Banking Outlook. North-South Divide on the Road to Recovery” należy się spodziewać, że ożywienie gospodarcze w Europie Środkowej przyczyni się do dalszego rozwoju sektora bankowego w tym regionie. W Polsce powinno się to przełożyć między innymi na większą liczbę zaciąganych kredytów. Wydaje się zatem, że polskie banki nie mają szczególnych powodów do niepokoju.
Komentarz walutowy z 27.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Komentarz walutowy z 27.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Po ogłoszeniu dobrych wyników Grodno zapowiada kontynuowanie przejęć, rozwój sieci sprzedaży oraz zwiększenie asortymentu
Przychody spółki Grodno, dystrybutora artykułów elektrotechnicznych, w III kwartale bieżącego roku obrotowego wzrosły o 17 proc., wynik operacyjny o 36 proc., a netto – 44 proc. W związku z tym prezes firmy zapowiada kontynuację strategii przejęć oraz powiększanie sieci punktów handlowych. Spółka rozwijać będzie sprzedaż fotowoltaiki, urządzeń z segmentu klimatyzacji i wentylacji (HVAC), specjalistycznych kabli oraz oświetlenia, szczególnie przemysłowego.
– Wyniki po III kwartale są bardzo zadowalające – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Jurczak, prezes zarządu zajmującej się sprzedażą artykułów elektrotechnicznych spółki Grodno. – Urośliśmy szybciej niż rynek: przychody wzrosły o 17 proc., wynik operacyjny o 36 proc., netto – o 44 proc. To pokazuje słuszność założonej strategii.
Sama sprzedaż, jak informuje prezes Andrzej Jurczak, odpowiada za około 55 proc. przychodów spółki. Reszta generowana jest przez dystrybucję, ale z wartością dodaną w postaci usług, projektów, audytów oraz występowanie w roli generalnego wykonawcy.
– Z optymizmem patrzymy teraz na ten rok finansowy – przekonuje prezes Jurczak. – Podtrzymujemy realizację naszej prognozy finansowej. Obecnie jest bardzo dobry klimat w szeroko rozumianej branży budowlanej, chociażby ostatnia obniżka stóp procentowych daje podstawy do rozwoju tych inwestycji, są rozpisywane fundusze europejskie. Wierzę w to, że przed branżą jest dobry okres i do 2020 roku na pewno będziemy mieli co robić.
Strategia rozwoju Grodna obejmuje m.in. rozwój sieci dystrybucji zarówno poprzez rozwój organiczny, jak i przejęcia. Pod koniec lutego br. spółka podpisała umowę kupna większości przedsiębiorstwa Elektromag za 4,3 mln zł. Celem transakcji, jak podano w komunikacie, było wzmocnienie pozycji przedsiębiorstwa w segmencie przemysłowym.
– Strategia rozwoju Grodna nie wyklucza rozwoju sieci przez przejęcia nowych punktów – zapewnia prezes Jurczak. – Rynek stwarza różne okazje, bo następuje zmiana pokoleniowa i mentalna. Firmy, które mają pomysł, know-how i wiedzę oraz doświadczenie, będą się rozwijać i mają przed sobą przyszłość.
Drugą z dróg rozwoju sieci, jak przekonuje Andrzej Jurczak, jest szukanie nowych lokalizacji i ich budowa.
– W tym roku finansowym uruchomiliśmy siedem punktów poprzez rozwój organiczny, więc wraz z przejętą częścią Elektromagu mamy tych punktów już osiem z planowanych dziesięciu na dwa lata finansowe – wskazuje prezes Jurczak. – To pokazuje tylko, że rozwijamy się, mamy pomysły i wykorzystujemy możliwości, które stwarza rynek.
Pod koniec listopada ubiegłego roku Grodno wznowiło, zawieszoną w czerwcu, ofertę publiczną akcji serii C. W wyniku oferty publicznej spółka pozyskała 5,65 mln zł ze sprzedaży blisko 1,9 mln akcji. Zebrane środki miały wesprzeć rozwój sieci dystrybucji, asortymentu, nowych kanałów sprzedaży oraz optymalizację procesów zarządzania w logistyce i dystrybucji.
– Rozwijamy nowy segment, jakim jest klimawent (klimatyzacja i wentylacja – red.) – wyjaśnia Andrzej Jurczak. – Podpisaliśmy umowę na wyłączność z firmą Johnson Controls, rozwijamy dystrybucję marki York, zwiększamy także nasz udział w oświetleniu. Kolejnym obszarem rozwoju jest informatyka, w którą również inwestujemy, tak jak zapowiadaliśmy w prospekcie emisyjnym.
Grodno chce rozwijać sprzedaż, jak zapowiada prezes Jurczak, urządzeń fotowoltaicznych, zwiększać udział w przychodach dystrybucji specjalistycznych kabli, automatyki oraz oświetlenia przemysłowego.
– Prognoza dla branży na kolejny rok będzie bardzo pozytywna – zapewnia Andrzej Jurczak. – Jestem dobrze nastawiony do nowego roku finansowego.
Grodno jest notowane na rynku NewConnect od 2011 roku.
Przejęcie firm Cursor oraz Divante pozwoli spółce Tell wejść na rynek e-commerce i zdywersyfikować działalność. Firma liczy na dwucyfrowy wzrost tegorocznych przychodów i marż
Przejęcie spółki Cursor oraz większościowego pakietu akcji Divante, o którym Tell SA poinformował na początku marca, pozwoli spółce wejść w obszar e-commerce i oferować klientom nowe usługi. Zdaniem prezesa spółki Rafała Stempniewicza nie należy się jednak spodziewać bezpośrednich efektów synergii, takich jak redukcja kosztów. Koszt przejęć obciążył wynik brutto 2014 r., natomiast w 2015 r. Tell liczy na dwucyfrowy wzrost przychodów i marż. Dokładną prognozę spółka opublikuje w maju.
– Nie można powiedzieć, że po tej transakcji będziemy mieć jakieś bezpośrednie synergie, które chcielibyśmy wykorzystywać – precyzuje Rafał Stempniewicz. – Spółki te bardziej pasują do tego, żebyśmy wspólnie działali dla nowych i istniejących klientów, niż żeby wykazywać synergie po połączeniu. Tutaj takiej sytuacji raczej nie będzie.
Na rynku telefonii komórkowej Tell SA funkcjonuje od 1997 r. Działalność przedsiębiorstwa koncentruje się na sprzedaży telefonów i usług telekomunikacyjnych sieci Orange Polska SA oraz akcesoriów do aparatów komórkowych. Obecnie firma jest największym dealerem Orange: pod szyldem spółki działa 159 punktów w całej Polsce, w których pracuje 440 osób. Z kolei Cursor i Divante działają w branży e-commerce i obsługują łącznie kilkaset firm z branży FMCG, finansowej, telekomunikacyjnej oraz farmaceutycznej. Jak podaje spółka, w 2017 roku chce na poziomie grupy osiągnąć skonsolidowany wynik EBITDA w wysokości 25 mln zł.
– Transakcja odbyła się pod koniec 2014 roku, dlatego związane z nią koszty będą miały odzwierciedlenie w wynikach za ubiegły rok, czyli tym samym w br. już ich nie będzie – zauważa Stempniewicz. – W tym roku i w latach następnych liczymy na solidny wzrost wyników. O szczegółach i prognozach spróbujemy poinformować rynek w okolicach maja, wtedy też pokażemy tegoroczne prognozy. Planujemy minimum dwucyfrowe wzrosty zarówno przychodów, jak i marż.
Wyniki 2014 roku były w Tellu nieco słabsze od tych z 2013 roku. Przychody spadły do 248,6 mln zł z 263,9 mln zł, zysk operacyjny zmniejszył się do 10,8 mln zł z 11,5 mln zł, a zysk netto wyniósł 6,03 mln zł wobec 8,6 mln zł rok wcześniej.
Dzięki przejęciu dwóch spółek i inwestycji kapitałowej Tell SA, jak tłumaczy Stempniewicz, wszedł w nowy rynek, czyli e-commerce, co pozwoliło mocno zdywersyfikować działalność.
– Tell był spółką pracującą niemal wyłącznie dla operatorów telefonii komórkowej – wskazuje prezes zarządu spółki. – Dzięki tej inwestycji możemy pochwalić się dużo większym portfolio klientów oraz wykonywanych aktywności.
Na początku marca br. spółka poinformowała, że złożyła inwestorowi, czyli spółce OEX, ofertę objęcia 1,77 mln akcji po cenie emisyjnej 13 zł za jeden papier, czyli (łącznie) 23,11 mln zł. Inwestor przyjął ofertę, obejmując tym samym wszystkie przedstawione do sprzedaży akcje. W zamian za to przeniósł na Tell SA 163,5 mln akcji spółki Cursor SA o wartości nominalnej jednego grosza, stanowiących 100 proc. jej kapitału zakładowego o łącznej wartości 36,8 mln zł oraz 592 udziałów o wartości nominalnej 50 zł każdy w kapitale zakładowym firmy Divante, stanowiących 51 proc. o wartości 6,8 mln zł.
Spółka easyCALL.pl rozwija sieć sprzedaży i planuje pozyskanie partnera z zagranicy. Eksport usług ma zwiększyć przychody o jedną piątą
Spółka easyCALL.pl chce rozwijać sieć sprzedaży dla małych i średnich przedsiębiorstw poza województwem mazowieckim. W związku z tym spółka rozbudowuje pakiety oferowanych usług dotyczące przede wszystkim telekonferencji oraz wirtualnej centrali. Z każdego nowego oddziału firma spodziewa się pozyskać kilkudziesięciu nowych klientów w miesiącu. easyCALL.pl poszukuje także partnerów do współpracy za granicą. Eksport usług hurtowych ma zwiększyć przychody o około jedną piątą, czyli o 3 mln zł.
– W ubiegłym roku zaczęliśmy intensywnie rozbudowywać dział sprzedaży skierowany do małego i średniego biznesu (B2B, czyli Business to Business – red.) – informuje agencję Newseria Inwestor Michał Jakubowski, prezes zarządu easyCALL.pl. – W województwie mazowieckim zakończyło się to sukcesem, jesteśmy zadowoleni z osiąganych tam i stale rosnących wyników. W związku z tym chcemy rozwinąć tego typu sprzedaż w województwach ościennych. Mamy nadzieję, że stanie się to do połowy br., a wyniki tych działań powinny być widoczne pod koniec tego roku lub na początku przyszłego.
Zarząd easyCALL.pl zakłada, że z każdego nowego oddziału można pozyskać kilkudziesięciu klientów biznesowych w miesiącu. Jeśli się to uda, to baza abonencka firmy pod koniec br. powinna wzrosnąć do kilku tysięcy. W związku z tym spółka planuje rozwój oferowanych temu segmentowi odbiorców usług, przede wszystkim tych związanych z telekonferencjami oraz wirtualną centralą (możliwość obsługi średniej wielkości przedsiębiorstwa).
– Wiemy, że sprzedaż usługi telekomunikacyjnej polegającej na połączeniu dwóch osób nie jest rzeczą, która może przekonać klientów do tego, by zmienili usługodawcę – zauważa Jakubowski. – W związku z tym już w zeszłym roku stworzyliśmy kilka produktów specjalnie dla małych i średnich przedsiębiorstw: wirtualną centralę i telekonferencje. Usługi te już oferujemy, obecnie są dźwignią naszej sprzedaży i sprawdzają się bardzo dobrze.
Krajowe firmy są coraz bardziej zainteresowane telefonią internetową. Według raportu specjalizującej się w badaniach rynków Europy Środkowej i Wschodniej firmy PMR liczba linii VoIP (skrót od ang. Voice over Internet Protocol) w segmencie B2B w Polsce w ciągu ostatnich lat nieprzerwanie notuje wzrost i pod koniec 2013 r. przekroczyła pół miliona. Największy przyrost liczby linii w stosunku do roku wcześniejszego odnotowano w 2010 roku, kiedy grupa abonentów zwiększyła się o ponad 35 proc. W 2013 roku wzrosła o ponad 13 proc. Szacuje się, że obecnie z usług telefonicznych w formule VoIP korzysta w Polsce przeszło 2,5 mln abonentów. W Europie liderem jest Francja (22 mln numerów) oraz Niemcy (10 mln).
– Myślimy o sprzedaży za granicę naszych usług w formie hurtowej – zapowiada Jakubowski. – W związku z tym zamierzamy bardzo intensywnie rozwijać dział sprzedaży. Chcemy w br. zatrudnić kilku topowych menadżerów firm telekomunikacyjnych, więc mamy nadzieję, że te plany są bardzo realne. Pierwsze informacje na ten temat przedstawimy w przeciągu miesiąca, może dwóch.
W kręgu zainteresowań firmy znajdują się zagraniczni operatorzy telekomunikacyjni, którzy mogliby uzupełnić swoje portfolio o usługi oferowane przez easyCALL.pl klientom biznesowym na krajowym rynku i dostosować ofertę do tamtejszego zapotrzebowania.
– Myślę, że taka sprzedaż mogłaby zwiększyć nasze przychody o blisko 20 proc., czyli o około 3 mln zł – wskazuje Jakubowski.
Analitycy PMR szacują, że do 2017 r. światowe przychody z tytułu biznesowych usług opartych o protokół internetowy będą rosnąć 7 proc. rocznie. Zainteresowanie firm wynika nie tylko z niższych kosztów połączeń, które w porównaniu do telefonii stacjonarnej mogą kosztować mniej nawet o 60 proc., lecz także z dostępu do szeregu dodatkowych usług, których brakuje w ofercie tradycyjnych telekomów.
Resort pracy: Polskie przepisy antymobbingowe są dobre, więc nie ma potrzeby ich zmieniać. Najważniejsze są zasady wewnątrz firm
Wprowadzone w Polsce przepisy mające przeciwdziałać mobbingowi w pracy są dobre i nie ma potrzeby ich zmieniać – ocenia resort pracy i zapowiada promowanie dobrych praktyk wśród pracodawców. Możliwości jest wiele: począwszy od kodeksów etycznych, skończywszy na uruchomieniu telefonów zaufania dla pracowników.
Zmiana prawa pracy w Polsce nastąpiła bezpośrednio przed naszą integracją z Unią Europejską. To wtedy kodeks pracy został obudowany regulacjami, które dotyczyły zasad przeciwdziałania dyskryminacji w miejscu pracy oraz przeciwdziałania mobbingowi.
– Toczono długie dyskusje, czy wybrać model regulowania problematyki mobbingu w polskim kodeksie pracy, czy też postąpić tak, jak większość krajów Unii Europejskiej i odwoływać się do przepisów kodeksu cywilnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej. – My wybraliśmy tę trudniejszą, ale i bardziej efektywną ścieżkę uregulowania odpowiedzialności pracodawcy za działania mobbingowe, które dzieją się w firmie.
Pracodawca odpowiada za mobbing wśród swoich pracowników, mimo że bardzo często może nie wiedzieć, że w relacjach między bezpośrednim przełożonym a podwładnym źle się dzieje. Dlatego ważne jest promowanie i wdrażanie w firmach procedur antymobbingowych.
– W firmie, w której jest jasny kodeks etyki i w której jest procedura antymobbingowa, pracownik, który się czuje dyskryminowany albo mobbingowany, może się zwrócić do osoby godnej zaufania, może też wystąpić z wnioskiem, aby specjalna komisja antymobbingowa rozpatrzyła tę sprawę – podkreśla Jacek Męcina.
Takie rozwiązania funkcjonują również w ministerstwie pracy. Korzysta z nich wiele firm, bo dobrze przygotowane mechanizmy i procedury działają jak bezpieczniki. Gdy pojawia się problem, zostaje on zidentyfikowany i rozwiązany. Wtedy nie ma powodu, by firma ponosiła konsekwencje niewłaściwych poczynań swego pracownika.
– Są też innowacyjne rozwiązania. Na przykład firma w porozumieniu ze stowarzyszeniem psychologów wykupuje usługę, która jest pewnego rodzaju telefonem zaufania. Gdy z rozmowy wynika, że jest jakiś problem, pracodawca jest o tym powiadamiany, a pracownik otrzymuje porady, jak ma postępować. Takie działania są potrzebne – mówi wiceminister. – Powszechnym rozwiązaniem są także strony internetowe i różne komunikatory. Można z tą informacją dotrzeć do pracowników. Rzecz w tym, by podjąć te odpowiedzialne działania w każdej firmie.
Jak podkreśla, najważniejsza jest popularyzacja. Pracodawcy muszą wiedzieć, że są rozwiązania, które mogą pomóc osobom zagrożonym lub mobbingowanym w miejscu pracy. Zdaniem wiceministra przyniesie to lepsze efekty niż ewentualne zaostrzenie przepisów prawnych.
Rocznie sądy rozpatrują ok. 600-700 spraw o mobbing, z czego większość kończy się przegraną osób pozywających. Męcina zwraca uwagę na to, że często okazuje się, że to, co poszkodowany pracownik nazywa mobbingiem, tak naprawdę okazuje się dyskryminacją. Tymczasem nie jest rolą pracodawcy, by oceniać takie kwestie. Rolą pracodawcy jest stworzenie mechanizmów, które będą przeciwdziałać takim zjawiskom.
– Jeżeli pojawia się problem, to jedynym właściwym do rozstrzygnięcia jest, po pierwsze, zainteresowany, który może z daną sprawą zwrócić się do sądu, a po drugie, właśnie sąd. Dużo ważniejsze są jednak działania prewencyjne, a więc procedury antymobbingowe, regulaminy i kodeksy etyczne, które firmy muszą przyjmować i popularyzować zarówno wśród management, jak i wśród pracowników, żeby zwiększać świadomość ich uprawnień – podkreśla Jacek Męcina.
Rozwiązywanie sporów konsumenckich poza sądem ma być łatwiejsze. We wtorek rząd zajmie się założeniami do nowych przepisów
Na najbliższym posiedzenie rząd ma zająć się projektem założeń do ustawy o pozasądowym rozstrzyganiu sporów. Przygotowywane przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zmiany mają ułatwić i przyspieszyć rozwiązywanie sporów między konsumentami a przedsiębiorcami. Pomijanie drogi sądowej staje się coraz popularniejsze, bo jest zdecydowanie szybsze, tańsze i bardziej skuteczne. Urząd liczy, że nowe przepisy zostaną przyjęte do końca kadencji Sejmu.
– Czasami jest tak, że wszystkich problemów między klientami a przedsiębiorcami nie da się rozwiązać horyzontalnie, w związku z czym trzeba dokładnie przeanalizować konkretny spór. Temu będzie służył system ADR, czyli system alternatywnego sposobu rozwiązywania sporów, który w tej chwili tworzymy poprzez nowe przepisów ustawy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Karczewska, wiceprezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Jak podkreśla, dziś często konsument nie wie, do jakiej instytucji może się zgłosić, kiedy pojawi się spór z przedsiębiorcą. W nowym systemie ADR wskazane będą podmioty, zarówno publiczne, jak i niepubliczne, które będą mogły udzielić konsumentowi wsparcia i pomóc w pozasądowym rozstrzygnięciu sporu.
– Po wejściu w życie nowych przepisów konsument ze swoją skargą będzie się mógł zwrócić do konkretnego ośrodka ADR branżowego albo innego, gdzie jego spór zostanie rozpoznany – wyjaśnia Karczewska.
Sprawy te będą trafiały do ADR przy takich instytucjach, jak Inspekcja Handlowa, Urząd Regulacji Energetyki czy Urząd Komunikacji Elektronicznej. Warunkiem jest to, by ADR-y były bezstronne, sprawiedliwe, a ich działania transparentne. Postępowania prowadzone w ramach nowego systemu mają być nie tylko znacznie łatwiejsze i szybsze (proponowany maksymalny czas rozpatrzenia sporu to 90 dni), lecz także mniej kosztowne.
Unijne regulacje zakładają, że uzupełnieniem systemu ADR ma być elektroniczna platforma (ODR), która ułatwi rozwiązywanie sporów między konsumentami i przedsiębiorcami z różnych państw członkowskich UE.
Projektem założeń do nowych przepisów na najbliższym posiedzeniu 31 marca ma się zająć Rada Ministrów.
Przyjęcie nowych rozwiązań wymusza na Polsce dyrektywa z 2013 roku w sprawie alternatywnych metod rozstrzygania sporów konsumenckich. Termin jej implementacji upływa 9 lipca br.
– Mam nadzieję, że ustawa zostanie uchwalona do końca kadencji tego Sejmu – mówi Karczewska.
Dziś polubowne rozwiązywanie sporów jest możliwe tylko w przypadku niektórych usług i transakcji, ale zyskuje na popularności. Urząd liczy na to, że nowe przepisy jeszcze zwiększą odsetek rozstrzyganych w ten sposób spraw. Oczekuje, że w ciągu pięciu lat liczba spraw podwoi się i wyniesie ok. 45 tys. rocznie.
– Aby konsument poczuł się na rynku bezpiecznie, potrzebne są przepisy nowej ustawy konsumenckiej, ale istotne są również organy, które go chronią – tłumaczy wiceprezes UOKiK. – Konieczne jest, by w tym zakresie instytucje współpracowały ze sobą w sieci. W mojej ocenie ważna jest także siła popytowa konsumentów. Dzisiaj potrafią oni czasami przeciwstawić się nieuczciwym praktykom stosowanym przez firmy z różnych branż. To bardzo ważny element, którego wcześniej nie było.
HSBC: Polskie firmy mogą skorzystać na boomie w tureckiej gospodarce. Największe szanse mają firmy zajmujące się infrastrukturą energetyczną, transportową i telekomunikacyjną
Polscy przedsiębiorcy mogą skorzystać na dużym zapotrzebowaniu na inwestycje w szybko rosnącej tureckiej gospodarce. PKB tego kraju liczone w dolarach wzrosło w ciągu ostatniej dekady ponaddwukrotnie, a perspektywy są równie dobre – w najbliższych latach prawdopodobnie będzie się zwiększało o około 5 proc. Szykują się duże inwestycje infrastrukturalne. Największą szansę na tym rynku mają firmy specjalizujące się w inwestycjach z sektora energetycznego, transportu i telekomunikacji. Ale rośnie także zapotrzebowanie na dobra konsumpcyjne.
– Turcja w ostatnich latach przeszła transformację – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jaime Amoedo, odpowiedzialny za bankowość międzynarodową w tureckim oddziale banku HSBC. – W ciągu ostatniej dekady PKB tego kraju niemal potroiło swoje rozmiary. To jest rynek z 80 milionami mieszkańców i każdego roku powiększa się o milion. Przewiduje się, że w przyszłości Turcja będzie najszybciej rozwijającym się rynkiem OECD, z prawdopodobnym wzrostem pomiędzy 5-6 proc. rok do roku.
W październiku ubiegłego roku Turcja obniżyła prognozy wzrostu gospodarczego w 2015 roku do 4 proc., uzasadniając korektę niekorzystnymi warunkami panującymi w światowej gospodarce. Według Ahmeta Davutoğlu, premiera tego kraju, powrót na ścieżkę szybszego wzrostu uzależniony jest m.in. od rozwoju technologii, krajowych zasobów energii, zwiększenia wydajności energetycznej i wsparcia sektorów zdrowia oraz turystyki.
Zdaniem premiera Turcji nowa strategia zwiększy produkt krajowy brutto Turcji w 2018 roku do 1,3 bln dolarów (w ubiegłym roku wyniósł on 822 mld dolarów; dla porównania PKB Polski to około 520 mld dolarów). W tym czasie deficyt na rachunku obrotów bieżących ma być zredukowany z 7 proc. w 2013 roku do 5,2 proc., a bezrobocie ma spaść do 7 proc. z prawie 10 proc. obecnie. W ślad za tym prognozy PKB Turcji zredukowała także Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Według tej instytucji PKB tego kraju ma wzrosnąć w 2015 roku o 3,2 proc., a nie o 4 proc., jak wcześniej sądzono. OECD oczekuje ponownego przyspieszenia dynamiki do 4 proc. w 2016 r.
– Polskie firmy mają w Turcji wiele możliwości. Trudno znaleźć tam sektor, który się nie rozwija albo nie przeżywa rozkwitu – uważa Jaime Amoedo. – Na tureckim rynku jest duże zapotrzebowanie na infrastrukturę energetyczną, transportową i telekomunikacyjną. Nie mam wątpliwości, że polskie firmy, które szczególnie liczą się w tym sektorze, mają duże szanse na tureckim rynku. W budżecie ujęto na przykład budowę około 11 tysięcy kilometrów tras dla szybkich pociągów.
Jak podkreśla, w Turcji rośnie także zapotrzebowanie na dobra konsumpcyjne. Jego źródłem jest powiększająca się co roku klasa średnia, największy odbiorca tego rodzaju produktów.
– Dziesięć lat temu w Turcji było zaledwie 60 galerii handlowych, dziś jest ich ponad 350 – mówi ekspert HSBC. – Są tu naprawdę dobre możliwości rozwoju dla marek, które wchodzą na ten rynek ze swoimi produktami.
Jego zdaniem Turcja stwarza dobre warunki dla zagranicznych przedsiębiorstw, które przez tamtejszą administrację traktowane są tak samo, jak miejscowe. Obecnie w Turcji prowadzi działalność około 30 tys. podmiotów z kapitałem zagranicznym.
– Turecki rząd podjął w ostatnich latach wiele inicjatyw, żeby przyciągnąć zagraniczne firmy – zauważa Jaime Amoedo. – Warto wskazać na projekt rozwoju regionalnego, który daje duże korzyści przedsiębiorstwom decydującym się na ulokowanie swojego biznesu w regionach niebędących typowymi miejscami inwestycji, w zakresie obniżenia podatków, składek na ubezpieczenie społeczne itd. To widoczna różnica, która pomaga szybko stać się konkurencyjnym zakładem produkcyjnym na tureckim rynku.
Odpowiedni lobbing w Brukseli może pomóc biznesowi. Polskie firmy są tam wciąż mało aktywne
Tylko 4,2 proc. polskich organizacji gospodarczych ma biuro w Brukseli. To niewiele, bo wśród niemieckich organizacji odsetek ten sięga ponad 44 proc. Tymczasem skuteczny lobbing w Brukseli może przynieść wiele korzyści biznesowi. Ponad 70 proc. prawodawstwa, które dotyczy przedsiębiorców, powstaje właśnie w instytucjach unijnych.
– To nie polski rząd stanowi większość praw, które mają wpływ na polskie przedsiębiorstwa. To, o czym muszą pamiętać firmy, to fakt, że ponad 70 proc. prawodawstwa, które na nie wpływa, pochodzi z Brukseli – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jeremy Galbraith, prezes na Europę, Środkowy Wschód i Afrykę w Burson-Marsteller, światowej firmie public relations i public affairs. – Prawodawstwo może dodać regulacje, faworyzować jednego gracza w danym sektorze, może też wprowadzić zakaz wobec danych produktów. Dlatego jeśli polskich firm zabraknie w Brukseli, w związku z czym nie będą próbować wpływać na prawodawstwo, z miejsca na tym stracą.
Jak podkreśla, jest to tym bardziej istotne, że firmy z innych państw członkowskich oraz międzynarodowe korporacje z USA czy Chin aktywnie lobbują na rzecz swoich interesów w Brukseli.
Jak wynika z badań Eurolob II, dotyczącego lobbingu w Brukseli, jedynie 4,2 proc. polskich organizacji gospodarczych ma w stolicy Belgii biuro. W Niemczech odsetek ten jest dziesięciokrotnie wyższy – 44,3 proc. Niecałe 12 proc. organizacji polskich posiada wpis w rejestrze przejrzystości UE, ale są to przede wszystkim małe organizacje.
Badanie wskazało też, że większość polskich organizacji ma budżet na działania lobbystyczne niższy niż 100 tys. euro, a tylko w niecałych 5 proc. firm budżet mieści się w przedziale 1-5 mln euro. Takie środki są do dyspozycji 34 proc. organizacji niemieckich, ponad 30 proc. francuskich i 23 brytyjskich.
– Najważniejsze jest to, by polskie firmy były obecne w Brukseli, żeby były aktywne w stowarzyszeniach handlowych, żeby miały w Brukseli swoje przedstawicielstwa. Duże amerykańskie, brytyjskie, holenderskie czy francuskie firmy mają tam swoje biura, w których jest ktoś, kto dba o te kwestie. Bardzo niewiele polskich firm to robi, a obecność tam jest najważniejsza – mówi Jeremy Galbraith.
Inną metodą może być członkostwo w stowarzyszeniach handlowych, które są skuteczne jako rzecznicy firm i organizacji, lub też korzystanie z pomocy zawodowych doradców.
Jak podkreśla Galbraith, unijne prawo nie reguluje lobbingu przepisami, jednak został stworzony rejestr przejrzystości. Choć jest on dobrowolny, to Komisja Europejska wyraźnie zaznacza, że jest gotowa spotykać się wyłącznie z tymi organizacjami, które się w nim zarejestrowały.
– Byłoby lepiej, gdyby rejestracja była obowiązkowa, tak żeby wszystkie organizacje lobbujące musiały się rejestrować. Nie podjęto jednak tak daleko posuniętych kroków – zaznacza ekspert.
Ekspert zaznacza, że przy lobbowaniu kluczowa jest transparentność i odpowiednie rozeznanie. Ważne jest także podjęcie inicjatywy na odpowiednio wczesnym etapie, kiedy można mieć jeszcze wpływ na podejmowane decyzje.
– Trzeba umieć dobrze przedstawić swoją sprawę i trzeba mieć niezależną ocenę ekonomiczną lub naukową. Ważne jest także to, by używać właściwych narzędzi lobbingu. Najskuteczniejszym środkiem jest spotkanie z kimś twarzą w twarz. Trzeba się upewnić, czy mamy odpowiednie materiały. Firmy uwielbiają wielostronicowe dokumenty, a statystyczny polityk chce znać trzy najważniejsze zagadnienia. To moim zdaniem najważniejsze wskazówki, które pomogą skutecznie lobbować – mówi prezes Burson-Marsteller.
Netto Polska zamierza co roku otwierać do 30 nowych sklepów i zatrudniać ponad 300 osób
Nawet 30 nowych sklepów rocznie chce otwierać w Polsce duńska sieć dyskontów Netto. To jednak o połowę mniej niż firma zapowiadała poprzednio. Obecnie właściciel Netto przeznacza na inwestycje 200 mln zł i planuje zatrudnienie ponad 300 osób.
Netto ma obecnie w Polsce 335 sklepów oraz dwa centra logistyczne. Od października 2013 r., gdy otwarty został 300. sklep Netto w Polsce, sieć uruchomiła w naszym kraju 35 nowych placówek. Przeciętny metraż polskiego marketu sieci to 750 mkw. Duńska firma poza Polską i rodzimym rynkiem działa jeszcze w Niemczech i Szwecji.
– Ograniczyliśmy nieco nasze inwestycje, nie ze względu na wyniki, bo jesteśmy z nich bardzo zadowoleni, lecz ze względu na zmianę właściciela w naszej spółce matce – mówi agencji informacyjnej Newseria Kent Petersen, dyrektor generalny Netto Polska. – Wciąż jednak mamy plany rozwoju w Polsce, choć już nie tak agresywne, jak planowaliśmy dwa lata temu. Teraz chcemy otwierać od 25 do 30 sklepów rocznie.
Rok temu większościowym udziałowcem Dansk Supermarked, właściciela ponad 1300 sklepów sieci Netto w Europie, została duńska Grupa Salling. Przed zmianą w akcjonariacie spółka deklarowała uruchamianie w Polsce od 50 do 75 sklepów rocznie. Zamierzała też otwierać co roku jedno nowe centrum logistyczne w naszym kraju. Z nowym właścicielem rozwój sieci Netto będzie nieco wolniejszy.
– 25 sklepów z około 12 pracownikami w każdym i kilku pracowników do magazynu – to są wyliczenia dotyczącej tej inwestycji – powiedział Kent Petersen podczas Poland & CEE Retail Summit 2015. – Dziś zatrudniamy 4,8 tys. osób i na pewno będzie więcej. Inwestycje będą warte około 200 milionów złotych.
Netto zadowolone jest z wyników osiągniętych w Polsce w zeszłym roku, choć dyrektor sieci podkreśla, że nie pomaga w działalności rosyjskie embargo na polską żywność. Spowodowało ono spadki cen, które przyczyniły się do deflacji, co w ocenie dyrektora generalnego Netto Polska było najważniejszym dla handlu wydarzeniem w zeszłym roku.
– Widzieliśmy też reakcję Narodowego Banku Polskiego. Obniżka stóp procentowych była słuszną decyzją. Już obserwujemy, że ceny zaczynają iść w górę. Brakowało nam takiej reakcji w ubiegłym roku – podkreśla Kent Petersen.
Netto jest trzecią co do wielkości siecią dyskontów w Polsce. Duńczyków wyprzedzają Portugalczycy z Jeronimo Martins, czyli właściciele Biedronki z ponad 2,5 tys. placówek, oraz niemiecki Lidl, który ma ich przeszło 0,5 tys. Mimo czasowego ograniczenia tempa rozwoju Netto deklaruje, że zamierza realizować swoją strategię długookresową, która zakłada m.in. podwojenie liczy sklepów w Polsce.
W call contact center roboty mogą zastąpić ludzi. Branża usług telefonicznych w Polsce nie będzie już tak szybko rosła
W branży call contact center pracuje w Polsce ok. 200 tys. osób. Polskie centra obsługują wiele różnych firm w kilkunastu językach. Po 20 latach dynamicznego rozwoju teraz branżę czeka pewna stagnacja, a zagrożeniem dla zatrudnionych w centrach obsługi telefonicznej jest zmierzanie w kierunku automatyki.
– Z jednej strony jesteśmy bardzo nastawieni na jakość pracy, więc branża call center będzie rozwijać się w oparciu o wysokie kompetencje pracowników, którzy będą w stanie udzielić konkretnej odpowiedzi, adekwatnej do tego, czego dzwoniący do call center klient poszukuje. Jest to dosyć kosztowna usługa, dlatego będziemy mieli coraz więcej urządzeń, aplikacji i systemów, które będą usprawniały obsługę klienta zarówno w zakresie jego identyfikacji, jak i udzielania mu konkretnych odpowiedzi – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiktor Doktór, prezes zajmującej się wspieraniem usług outsourcingowych fundacji Pro Progressio.
Branża call contact center działa w Polsce od 20 lat. Kiedyś kontakt z klientem był wyłącznie telefoniczny (call center), dziś obsługa obejmuje także kanał internetowy, czyli np. czaty czy e-maile. W opinii eksperta w najbliższych latach branża nie będzie rozwijać się już tak szybko jak do tej pory i tak szybko jak centra usług wspólnych.
– Będzie to bardziej stagnacja niż dalszy dynamiczny rozwój. Myślę, że wyniesie on maksymalnie 5 proc. rocznie dla usług typowego call contact center. Natomiast przy procesach finansowo-księgowych, zarządzania wiedzą czy opartych o usługi prawnicze wzrost wyniesie od 15 do 20 proc. Następne lata będą przynosiły podobny wzrost i rozwój tego typu inwestycji – mówi prezes fundacji Pro Progressio.
Jeszcze kilka lat temu centra tego typu koncentrowały się wyłącznie na obsłudze polskiego rynku, przede wszystkim w zakresie telemarketingu, telesprzedaży i infolinii. Dziś praktycznie każda branża korzysta z usług call center, a ich zakres znacząco się rozwinął. Oferowane jest np. profesjonalne wsparcie techniczne i informatyczne dla klientów.
– Bardzo rozwinęły się usługi telefoniczne, tzw. helpdeski. Są one zarówno pierwszej, drugiej, jak i trzeciej linii wsparcia, czyli wsparcia technicznego, wymagające wiedzy i kompetencji technicznych – zwraca uwagę Wiktor Doktór. – Tutaj nie wystarczy to, że ktoś z wykształceniem podstawowym usiądzie przy stanowisku konsultanta i udzieli informacji na temat tego, jak jest zbudowany komputer. Chodzi o rozwiązanie bardzo skomplikowanych problemów natury technicznej i działy call center w tej chwili je wykonują.
Rozwój branży napędzany jest również przez nowoczesne technologie. Polskie firmy zaczęły produkować zaawansowane aplikacje dla call center, które skutecznie zastąpiły systemy z zagranicy.
Call center to duży pracodawca. Branża zatrudnia ok. 200 tys. osób.
– Natomiast nie możemy tego zawęzić tylko do call center w modelu outsourcingowym. Takie centra są wielokrotnie wykorzystywane wewnątrz firm i są to czasami spółki córki, a czasami ogromne departamenty obsługi klienta, chociażby w bankach czy firmach ubezpieczeniowych – mówi Doktór.
Jak podkreśla, w ciągu ostatnich pięciu lat wiele mówiło się o pogorszeniu jakości pracy w call center, ale teraz następuje widoczne odbicie.
Coraz więcej prób kradzieży pieniędzy z kart płatniczych. Przed skopiowaniem danych z karty można się jednak zabezpieczyć
Zagrożenie skimmingiem, czyli kradzieżą poprzez skopiowanie danych z paska karty płatniczej, rośnie. Aby ograniczyć ryzyko, przy płatnościach kartą trzeba zachować szczególną ostrożność. Eksperci radzą, by nie spuszczać karty z oczu, a przy podejmowaniu środków z bankomatu zwrócić uwagę, czy nie ma na nim dodatkowych nakładek lub kamer, które mogłyby służyć kopiowaniu danych.
Z ubiegłorocznego badania ZBP i TNS wynikało, że co trzeci ankietowany ocenia jako dużą skalę klonowania kart, czyli kopiowania danych z paska magnetycznego w celu kradzieży środków z konta. Zagrożenie dotyczy zarówno płatności kartą w sklepach czy restauracjach, jak i transakcji bankomatowych.
Eksperci podkreślają, że przy zachowaniu odpowiedniej ostrożności, można zminimalizować ryzyko skimmingu.
– Płacąc kartą w sklepie lub restauracji, powinniśmy przede wszystkim pilnować swojej karty. Nigdy nie powinniśmy stracić jej z oczu. Nie pozwalajmy na przykład pracownikowi oddalić się gdzieś z nasza kartą na zaplecze, cała płatność powinna odbywać się przy kliencie – radzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Lejman z PKO Banku Polskiego. – Z kolei kiedy wypłacamy pieniądze z bankomatu, powinniśmy się przyjrzeć, czy nie ma w nim podejrzanych niepasujących części, dodatkowej nakładki czy na przykład dodatkowej kamery.
Magdalena Lejman zaleca, aby wypłacając pieniądze z bankomatu, zasłonić dłonią klawiaturę, tak aby nie dało się zauważyć wprowadzanego PIN-u. Jej zdaniem jeśli cokolwiek w wyglądzie bankomatu budzi zaniepokojenie, należy natychmiast skontaktować się z bankiem lub policją.
Konsumenci powinni również systematycznie śledzić swoją historię transakcji.
– Jeżeli którakolwiek transakcja wydaje nam się podejrzana, powinniśmy natychmiast złożyć reklamację w banku. Pamiętajmy, że banki mają swoje procedury, dzięki którym monitorują transakcje i jeżeli one z kolei wychwycą coś niepokojącego, z reguły kontaktują się z klientem bądź chwilowo blokują kartę, aby przestępcy nie mogli skorzystać ze środków na tej karcie – wyjaśnia Lejman.
Ważne jest również ustawienie na swoim koncie limitów w transakcjach bezgotówkowych i bankomatowych, żeby ustrzec się przed utratą wszystkich środków w przypadku, gdy dojdzie do skopiowania danych. Jak tylko klient zauważy jakieś nieprawidłowości, powinien od razu zastrzec kartę w swoim banku.
Eksperci radzą, by ostrożność zachować również przy zakupach internetowych. Warunkiem koniecznym są programy antywirusowe, a także korzystanie ze znanych witryn. Klient powinien sprawdzić, czy na stronie rejestracji lub logowania połączenie jest szyfrowane.
Jak podkreśla Lejman, zarówno banki, jak i towarzystwa ubezpieczeniowe mają w swojej ofercie produkty zabezpieczające karty. Zwykle za kilka złotych miesięcznie można zabezpieczyć się przed użyciem karty lub danych karty przez osobę nieuprawnioną.
Zarówno banki, jak i producenci bankomatów starają się ograniczać ryzyko skimmingu. Niektóre instytucje montują np. bankomaty z czytnikami zbliżeniowymi.
Teraz jest dobry moment na zaplanowanie majówki. W kwietniu wybór będzie mniejszy, a ceny wyższe
W tym roku kalendarz jest wyjątkowo niekorzystny – popularna wśród Polaków majówka będzie trwała tylko trzy dni. Mimo to nie brakuje chętnych na wyjazd w tym terminie. Obecnie w biurach podróży trwa jeszcze przedsprzedaż i promocje. Najczęściej wybieranym kierunkiem jest Grecja.
– Jeszcze do końca marca trwa w biurach podróży okres przedsprzedaży, co oznacza, że możemy kupić wyjazd na majówkę w niższej cenie. Możemy także pytać o bezpłatne gwarancje niezmienności ceny, wycieczki fakultatywne, vouchery gratis czy inne dodatkowe bonusy. Niezmienność ceny oznacza, że nie zapłacimy więcej, jeżeli zmienią się np. kursy walut czy opłaty lotniskowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Klaudyna Mortka, specjalista ds. PR z serwisu Wakacje.pl.
Teraz też można ciągle jeszcze liczyć na większy wybór ofert. Chociaż niektóre kierunki z niektórych lotnisk regionalnych są już wyprzedane.
– Nie brakuje też takich turystów, którzy czekają na last minute, natomiast należy pamiętać, że last minute to już nie jest pełna oferta i może być tak, że jakiegoś miejsca w hotelu czy na jakimś kierunku już nie będzie. Dlatego warto kuć żelazo póki gorące i wakacje wybrać już teraz – mówi Klaudyna Mortka.
Mimo niekorzystnego kalendarza biura podróży liczą na spore zainteresowanie wyjazdami w tym czasie. Chętnych nie brakuje, bo w większości popularnych krajów sezon jeszcze się nie rozpoczął. Turystów przyciągają przede wszystkim wyjazdy zagraniczne do cieplejszych miejsc niż Polska. To m.in. Egipt, Turcja i Hiszpania.
– W tym roku atrakcyjnym i najczęściej wybieranym kierunkiem jest Grecja. Pojawiły się nowości, małe wyspy, gdzie możemy kameralnie odpocząć, m.in. Lindos czy Leros. Ta druga będzie na majówkę już dostępna dla turystów – podkreśla Mortka.
Wybór kierunku i miejsca wypoczynku zależy oczywiście od preferencji zainteresowanych. Ci, którzy wolą bardziej aktywny wypoczynek, wybierają wycieczki objazdowe.
– Polecamy Grecję, Wyspy Kanaryjskie, Cypr, a także Maltę. To są kierunki, gdzie nie będzie upałów, dzięki czemu będziemy mogli sobie swobodnie wynająć samochód, rower i pozwiedzać – mówi przedstawicielka portalu Wakacje.pl. – Włochy i Francja to są kierunki, które przodują w wycieczkach objazdowych.
Z danych serwisu wynika, że najczęściej turyści podróżują we dwoje. Średnio płacą za kilkudniowy wyjazd około 5350 zł.
Popołudniowy komentarz walutowy z 26.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Popołudniowy komentarz walutowy z 26.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Minimalną stawka godzinowa w tzw. umowach śmieciowych
Już 18 kwietnia mieszkańcy Warszawy po raz kolejny boleśnie przekonają się, że życie w stolicy nie jest łatwe, szczególnie kiedy jednego roku wybiera się prezydenta i parlament. Tego dnia zarówno OPZZ jak i przedstawiciele wszystkich związków zrzeszonych w porozumieniu zorganizują masową demonstrację, która ma pokazać, że rząd Ewy Kopacz ma za nic postulaty walczących o prawa pracownicze. Podczas protestu na sztandary trafią: ograniczenie umów śmieciowych, nowa ustawa o dialogu społecznym, walka z ubóstwem, całościowa polityka rodzinna i minimalna płaca godzinowa – pisze portal Money.pl.
– Polska jest dziwnym krajem gdzie wielu ludzi zarabia mniej niż minimalne wynagrodzenie zapisane ustawowo. Dzieje się tak za sprawą zbyt częstego stosowania umów zlecenia i o dzieło. Wielokrotnie już przedstawialiśmy dowody i wyliczenia potwierdzające, że są Polacy pracujący w ochronie, czy gastronomii, zarabiający po 3-4 złote za godzinę – mówi Piotr Szumlewicz, ekspert OPZZ.
Przyjmując, że średnio zatrudnieni na etacie w Polsce pracują 168 godzin w miesiącu, zarabiający 3 złote na godzinę miesięcznie otrzymują 504 złote brutto. Będący w odrobinę lepszej sytuacji, dostający 4 złote, muszą próbować przeżyć miesiąc za 672 brutto – wylicza Money.pl. Należy też pamiętać, że opłacając wszystkie składki, pracujący na zlecenie nie zarobi więcej, niż etatowiec.
Biorąc na potrzebę tego przykładu obecnie obowiązującą płace minimalną, czyli 1750, z tytułu umowy zlecenia pracownik „na rękę” otrzyma 1274,16 zł. Z tytułu umowy o pracę 1286,16. Inaczej rzecz wygląda w obciążeniach umów o dzieło z 1750 złotych, pracownik otrzyma 1592 zł tyle, że bez opłacenia jakiejkolwiek składki. Co więcej nie o te umowy głównie chodzi. – Pracujący za te 3-4 złote oczywiście nie zawierali umów o dzieło tylko o zlecenie. Patologia dotyczy głównie tego drugiego rozwiązania wygodnego dla pracodawców – wyjaśnia Szumlewicz.
| Porównanie zarobków netto, w zależności od rodzaju umowy | ||||
| rodzaj umowy | Umowa o pracę | Umowa zlecenie | Umowa o dzieło (50% kosztów uzyskania przychodu) |
Umowa o dzieło (20% kosztów uzyskania przychodu) |
| źródło: Money.pl | ||||
| Wynagrodzenie brutto | 1750 | 1750 | 1750 | 1750 |
| Składka społeczna | 239,93 | 239,93 | 0 | 0 |
| Składka zdrowotna | 135,91 | 135,91 | 0 | 0 |
| Podatek dochodowy | 88 | 100 | 158 | 252 |
| Wynagrodzenie netto | 1286,16 | 1274,16 | 1592 | 1498 |
– Rozumiemy, że tak szybko nie da się zupełnie wyeliminować zatrudnienia na tak zwane umowy śmieciowe, ale wierzymy, że można je ucywilizować przez wpisanie do nich minimalnej stawki za godzinę na poziomie 11 złotych – mówi Piotr Szumlewicz. Związkowy ekspert przekonuje, że taka właśnie stawka stanowiła by ekwiwalent obecnego minimalnego wynagrodzenia. Ponownie przeliczając to przez 168 godzin miesięcznie, daje nam to 1848 złotych, czyli nawet o 100 złotych więcej od minimalnej. Zdaniem strony związkowej, trzeba jednak przyjąć założenie, że na umowy zlecenie często pracuje się w mniejszym wymiarze niż te 168 godzin, stąd też różnica.
W Europie minimalna stawka godzinowa określona jest w zaledwie kilku krajach. Jak przypomina Money.pl. od stycznia tego roku w Niemczech jest to 8,50 euro, Irlandii – 8,65, Francji – 9,61, Wielkiej Brytanii – po przeliczeniu 9,12, ale pojawiły się już zapowiedzi podniesienia do 9,40 euro.
– Wprowadzenie minimalnych stawek godzinowych przy umowach cywilno-prawnych (umowa o dzieło i zlecenie) jest karkołomne bo nie jest często możliwe określenia czasu trwania ukończenia zamówionego dzieła, na przykład – odpowiada Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan. – Zawierającego umowę zlecenie też nie musi interesować czas. Umawia się na staranne wykonanie, ale nie ma potrzeby szacować jak długo to potrwa. Sprzątanie biura na przykład można wycenić na 300 złotych i nie ma znaczenia czy trwa to trzy godziny, czy pięć.
Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej w odpowiedzi przesłanej Money.pl argumentuje z kolei, że możliwość ustalenia minimalnej płacy godzinowej, za prace wykonywane na podstawie umów cywilnoprawnych „wymaga szczególnego podejścia”. Co więcej, wyraźnie daje do zrozumienia, że projekt nowelizacji ustawy złożony formalnie przez SLD, a będący opracowany przez OPZZ posiada istotne luki prawne. – Na negatywne aspekty takiego rozwiązania uwagę zwracał między innymi Sąd Najwyższy oraz Prokurator Generalny. W opinii wyrażonej do poselskiego projektu „ustawy o zmianie ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę„, Sąd Najwyższy wskazał, m.in., że projektowana regulacja jest wadliwa, gdyż nie uwzględnia różnicy pomiędzy przedmiotem świadczenia pracownika w stosunku pracy a przedmiotami świadczeń osób pozostających w różnych cywilnoprawnych zobowiązaniach – przekonuje ministerstwo.
– Pomysł z godzinową stawką minimalną wprowadziłby zupełnie niepotrzebne zamieszanie. Płaca minimalna i tak rośnie szybciej niż średnie wynagrodzenie. Nie psujemy tego co działa wyrównując różnice w płacach. Relacja tej minimalnej do średniej wzrosła z 35 proc. w 2007 do 44 proc. w 2014 – mówi w rozmowie z Money.pl Jacek Brzozowski, doradca prezydenta Pracodawców RP.
Piotr Szumlewicz, ekspert OPZZ zwraca jednak uwagę na to, że żądania związkowców i tak są bardziej wyważone niż te wynikające z badań opinii publicznej – Polacy w zdecydowanej większości popierają wprowadzenia minimalnej stawki za godzinę pracy do umów zlecenia. I w ocenie badanych powinno być to nawet 15 złotych – podkreśla. Rzeczywiście w badaniach CBOS z sierpnia ubiegłego roku, 74 procent jest za i wskazuje, że 15 złotych byłoby jej właściwym poziomym.
Jak przypomina Money.pl, zwolennicy minimalnej stawki godzinowej przeważali we wszystkich grupach społecznych i demograficznych, ale częściej byli robotnicy wykwalifikowani, aż 85 proc. i Polacy o najniższych dochodach – 83 proc.. Wśród przeciwników takiego rozwiązania przeważają technicy, zatrudnieni w usługach i specjaliści wyższego szczebla.
Policja odbierze prawo jazdy za przekroczenie prędkości
Polacy lubią szybką jazdę samochodem. Pojawił się pomysł, żeby kierowcom, którzy zdecydowanie przekroczyli prędkość, policjanci odbierali prawo jazdy od razu podczas zatrzymania. I to na trzy miesiące. Już słychać głosy, że byłaby to zbyt surowa kara. Co innego można by zatem zrobić, aby zmniejszyć liczbę osób zbyt szybko poruszających się po naszych drogach?
Jeszcze nie wiadomo, czy propozycja Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zostanie przyjęta, ale kierowcy rzadko zdejmujący nogę z pedału gazu powinni mieć się na baczności. Jeśli nowe przepisy wejdą w życie, za przekroczenie dozwolonej prędkości o co najmniej 50 km/h w terenie zabudowanym prawo jazdy będzie odbierane. Gdyby w ciągu trzech miesięcy od utraty dokumentu kierowca został przyłapany na prowadzeniu samochodu, okres zatrzymania prawa jazdy wydłużałby się do sześciu miesięcy. Jeżeli w tym czasie osoba wsiadłaby za kółko ponownie, starosta wydawałby decyzję o całkowitym cofnięciu uprawnień do kierowania autem.
„Wprowadzanie reżimu (zastraszanie zakazami i zabieranie prawa jazdy) nie jest wcale dobrym rozwiązaniem” – mówi serwisowi infoWire.pl Włodzimierz Zientarski, prezes zarządu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kierowca.pl. Ekspert zauważa, że odebranie dokumentu na dłuższy czas nie jest najbardziej dolegliwą karą. Kierowca wie wtedy, że w końcu będzie musiał sobie poradzić w zaistniałej sytuacji, więc zaczyna organizować sobie życie bez samochodu. Trudniej jest mu w przypadku utraty prawa jazdy na np. dwa tygodnie. Zwykle jest to bowiem za krótki okres, żeby nie móc go przeczekać, ale odnaleźć się w nowej rzeczywistości jakoś trzeba. Nieodpowiednie wydaje się również dożywotnie odbieranie dokumentu uprawniającego do kierowania samochodem. „Nie należy karać ludzi nieodwracalnie – człowiek zawsze powinien mieć szansę na poprawę. Lepszym wyjściem jest edukacja i uświadamianie kierowców” – dodaje rozmówca.
W 2014 r. policja zatrzymała ponad 70 tys. praw jazdy. W stosunku do roku poprzedniego odnotowano ponadsześciokrotny wzrost liczby utraconych dokumentów za „rażące łamanie przepisów ruchu drogowego”, w tym za zbyt szybką jazdę. Trzeba zrozumieć, skąd bierze się nonszalancja na jezdni. Często jest to wynik niekonsekwentnego stosowania kar przez funkcjonariuszy, obowiązywania mało przejrzystych przepisów, do których trudno się dostosować, oraz złego oznakowania dróg. „Prawo o ruchu drogowym należy gruntownie oczyścić, zracjonalizować i skonkretyzować” – podsumowuje Włodzimierz Zientarski.
Trudne czasy dla producentów maszyn rolniczych
Po latach tłustych nadchodzą chude? Na rynku maszyn rolniczych taki scenariusz jest możliwy. Bo choć w przypadku przyczep i kosiarek nastąpił wzrost sprzedaży, to producenci ciągników czy kombajnów odnotowują od pewnego czasu spadki.
Ubiegły rok – mimo 5% spadku sprzedaży – nie był dla polskiego rynku maszyn rolniczych najgorszy, ale aby móc nazwać go dobrym, dużo brakuje. „Dla dilerów problemem na pewno jest spadająca zdecydowanie rentowność” – mówi serwisowi infoWire.pl Tadeusz Rzeszowski z Pol-Agra. Słabe wyniki sprzedaży maszyn rolniczych wynikają po części ze spadków cen produktów rolno-spożywczych – rolnicy mają mniej pieniędzy na zakup sprzętu. „Kończą się również fundusze unijne z poprzedniego programowania. Niewielu pozostało klientów, którzy mają niezrealizowane wnioski” – dodaje ekspert.
Prognozy sprzedaży maszyn rolniczych na bieżący rok nie są optymistyczne: eksperci oczekują kolejnego spadku, nawet o 10%. Rolnicy na razie wstrzymują się z zakupami – czekają na wypłatę środków z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich.
Ceny sprzętu rolniczego – niestety – będą rosły. Trend na całym świecie jest taki, że z każdym rokiem produkuje się maszyny coraz bardziej zaawansowane. Zmiany konstrukcyjne, prowadzące do wzrostu cen sprzętu, nie wynikają z kaprysu producentów – wymusza je nowe ustawodawstwo, dotyczące chociażby emisji spalin.
„Również klienci chcą maszyn coraz nowocześniejszych, lepiej wyposażonych. Odreagowują czasy, kiedy sprzęt był prosty, wręcz prymitywny, i nie dawał satysfakcji z eksploatacji, komfortu. Nie był też wydajny ani bezpieczny” – zaznacza rozmówca. Nic dziwnego, że 20% rolników deklaruje zakup nowych maszyn, a tylko 13% jest zainteresowanych używanymi.
Komentarz walutowy z 26.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Komentarz walutowy z 26.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Intermarché będzie rozwijać sieć. Testuje nowy koncept placówek i odbiór towarów bez wysiadania z auta

Intermarché kontynuuje ofensywę na polskim rynku. Sieć zamierza umocnić swoją pozycję w Polsce, inwestując w jakość oraz zwiększając dostępność oferty. Podtrzymuje też swoje zapowiedzi dotyczące intensywnego rozwoju sklepów do 2020 roku.
Większość sklepów w Polsce narzeka na panującą w kraju deflację. Jak podał główny Urząd Statystyczny, średnie ceny w lutym były o 1,6 proc. niższe niż rok wcześniej. Odbija się to głównie na sklepach sprzedających produkty codziennego użytku. Żywność w lutym była tańsza o 2,6 proc., zaś odzież i obuwie o 5,3 proc. To oznaczało, że rosły koszty właścicieli sklepów, bowiem utrzymanie poziomu obrotów wymagało sprzedaży znacznie większej ilości towarów. W rezultacie wiele sieci miało niższe zyski.
– Cały czas przyglądamy się sytuacji na rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Waligórski, prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché. – Radzimy sobie na nim lepiej niż przyzwoicie i nie planujemy żadnej weryfikacji planu realizacji strategii Polska CAP 2020, czyli planu rozwoju sieci Intermarché do 2020 roku. W dalszym ciągu zakłada on uruchomienie kolejnych 300 sklepów, co oznacza, że w 2020 roku pod szyldem Intermarché będzie w Polsce działać 500 placówek.
Zamiast korygować plany rozwoju, Intermarché szykuje zmiany w istniejących oraz nowo powstających sklepach. Sieć stawia na podnoszenie jakości zarówno asortymentu, jak i obsługi klientów.
– Mamy trzy nowe elementy w funkcjonowaniu sieci spożywczej w Polsce – informuje Krzysztof Waligórski. – Nowy koncept ma być odpowiedzią na oczekiwania klientów i trudną sytuację, w której polski handel się w tej chwili znajduje. To jest też element, który pozwoli nam zrealizować plan Polska CAP 2020. Nie możemy też jako sieć przejść obojętnie obok oczekiwań konsumenta i jego nastawienia do zakupów przez internet. Dla nas ważnym elementem jest także bezpośrednia komunikacja z klientem.
To zaś oznacza inwestycje w marketing i promocje. Sieć nadal zamierza wykorzystywać swoje atuty: własne wędzarnie, piekarnie i cukiernie. W marcu Intermarché uruchomiło sklep testowy, na którym wzorować mają się z czasem wszystkie placówki firmy.
– Zmiana jest gruntowna – deklaruje prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché. – Chcieliśmy zaakcentować nasze wyróżniki – własną wędzarnię, czyli produkcję wyrobów wędliniarskich na miejscu, oraz szeroki asortyment produktów lokalnych i regionalnych. Bardzo dużą wagę przywiązujemy do jakości i świeżości produktów oraz sposobu ich wyeksponowania, zarówno w dziale warzyw i owoców, jak i w piekarni.
Nowe sklepy uzupełniać będą nowe możliwości dokonywania w nich zakupów. Towary będzie można wybrać zdalnie, zaś na miejscu tylko odebrać.
– Będziemy testować zarówno odbiór przy sklepie, z samochodu, czyli drive light, jak i odbiór w sklepie, w punkcie wskazanym przez nas – podkreśla prezes Krzysztof Waligórski z Intermarché. – Zamierzamy równomiernie rozwijać obydwie formy. Po teście będziemy mogli określić, w którym kierunku pójdziemy bardziej zdecydowanie. Dzisiaj wydaje się, że zarówno pierwsze, jak i drugie rozwiązanie będzie w Polsce wdrażane.
Introl, producent systemów automatyki przemysłowej, liczy na duże zamówienia w 2016 roku

Dopiero w przyszłym roku rozpoczną się inwestycje, które przyniosą ożywienie na rynku automatyki przemysłowej. Specjalizująca się w tej branży spółka Introl dostrzega większe zainteresowania swoimi systemami, ale wzrostu zamówień oczekuje dopiero wtedy, gdy ustabilizuje się polskie prawo i ruszą wielkie inwestycje, zwłaszcza w energetyce.
Przedstawiciele spółki podkreślają, że na razie nie widzą wysypu zamówień, otrzymują jednak dużo zapytań. Inwestorzy chcą się zorientować w możliwościach, ofertach i cenach.
– Spodziewam się, że w przyszłym roku rozpoczną się realizacje – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wiesław Kapral, przewodniczący rady nadzorczej Introlu. – My szczególnie liczymy na energetykę, która realizuje duże projekty, więc tej pracy będzie dużo. Wprawdzie ciągle brakuje odpowiedniej ustawy, która zaktywizowałaby pewne działania, szczególnie, jeżeli chodzi o czystą energię.
Dzięki unijnemu wparciu polska energetyka będzie się szybko zmieniać. Z jednej strony emisja dwutlenku węgla w państwach Unii Europejskiej ma do roku 2030 zostać ograniczona o co najmniej 40 proc. Z drugiej Polska znalazła się wśród państw, które otrzymają wsparcie na sfinansowanie tych zmian. Tylko na przebudowę polskiej energetyki Bruksela da ok. 7,5 mld euro. Obok udziału w wielkich projektach energetycznych Introl liczy też na inne inwestycje związane z ochroną środowiska.
– To jest dość trudny i niedoinwestowany rynek, na pewno jest tam mnóstwo roboty i z tego względu jest bardzo ciekawy – ocenia Wiesław Kapral. – To tam są głównie kierowane pieniądze na wsparcie. Aczkolwiek te realizacje nie są łatwe. Myślę jednak, że to się musi rozwijać, bo rzeczywiście tam wiele trzeba jeszcze zrobić.
Z ponad 27 mld euro, jakie Unia przeznacza na realizacje w Polsce programu Infrastruktura i Środowisko, część na pewno trafi na inwestycje związane ochroną środowiska. Nadal jednak trwają prace nad ustawami, od których zależą konkretne projekty.
– Sektor przemysłowy rozwija się cały czas, aczkolwiek mógłby szybciej – ubolewa przewodniczący rady nadzorczej Introlu. – Widzimy wiele innych możliwości, które nie są wykorzystywane. Myślę, że prawo nie jest najlepiej skonstruowane, otoczenie działalności nie jest najlepsze. Powszechnie znane są historie toczących się spraw i problemów z fiskusem itd. Zmiany na pewno przyspieszyłyby rozwoju. Niemniej jednak nie ma tragedii, kraj się rozwija i to widać, przemysł też.
Jedynie z górnictwem, niegdyś potężnym odbiorcą wyrobów automatyki przemysłowej, Introl nie wiąże już specjalnych nadziei na współpracę.
– Górnictwo jest w beznadziejnej sytuacji – podkreśla Wiesław Kapral z Introlu. – Zresztą nigdy nie było w dobrej. My pracujemy dla górnictwa, aczkolwiek w niedużym zakresie, staramy się brać bezpieczne projekty, nieduże. Kondycja tych firm jest straszna, więc nie wiem, jak to się wszystko potoczy. To również zależy od tego, czy Unia zaakceptuje plan pomocy dla górnictwa, czy nie, bo też tak się może zdarzyć. Czarno widzę górnictwo, dlatego w tej chwili niechętnie wchodzimy w ogóle w tego rodzaju projekty.
Pracownik z umiejętnościami pilnie poszukiwany
Pracodawcy poszukują osób sumiennych i komunikatywnych, ale duży nacisk kładą także na ich chęci do pracy i ambicje. Coraz mniejsze znaczenie mają wiek oraz wydajność kandydata.
Z ofert pracy wynika, że od przyszłych pracowników oczekuje się przede wszystkim elastyczności, kreatywności, zdolności interpersonalnych i nastawienia na sukces. Dopiero w dalszej kolejności wymieniane są kwalifikacje. Podstawową umiejętnością wymaganą na rynku jest znajomość języków obcych. „Jest to częsty problem dla osób starszych, ponieważ za ich czasów w edukacji nie kładziono nacisku na umiejętność posługiwania się językami obcymi. Zarówno seniorzy, jak i przede wszystkim osoby młode muszą mieć na uwadze swoją karierę i kształcić się w tym zakresie” – mówi serwisowi infoWire.pl Krzysztof Inglot z Work Service. Co ważne, w niedalekiej przyszłości szczególnie warto będzie znać nie tylko język angielski, lecz także rosyjski i chiński.
„Na rynku pracy wciąż poszukuje się absolwentów kierunków ścisłych i technicznych: informatyki, matematyki, motoryzacji oraz mechatroniki i budowy maszyn. Tworzone są ponadto całkiem nowe stanowiska, np. związane z energetyką atomową. To branża, która w przyszłości będzie się rozwijała i generowała liczne miejsca pracy” – zaznacza rozmówca.
Widać również zapotrzebowanie na wykwalifikowanych pracowników opieki, tak nad osobami starszymi, jak i nad dziećmi. Pracy na pewno nie zabraknie też prawnikom. W perspektywie 5–10 lat wzrośnie także popularność takich zawodów, jak kosmetolog oraz fryzjer. „Sektor usług dla ludności będzie się rozwijał. Osoby, które nie mają ambicji pójść na studia wyższe, ale chcą znaleźć dobrą pracę, powinny kształcić się w tym kierunku” – podkreśla ekspert.
Pracodawcy proponują zmiany w prawie zamówień publicznych
Rada Zamówień Publicznych Konfederacji Lewiatan przygotowała rekomendacje, których celem jest zapewnienie równowagi między zamawiającymi i wykonawcami w zamówieniach publicznych. Mają one w pełni zabezpieczyć interesy wszystkich uczestników rynku.
Urząd Zamówień Publicznych rozpoczął prace nad nową ustawą o zamówieniach publicznych, która ma zwiększyć efektywność i jakość przetargów publicznych oraz realizowanych w ramach ustawy projektów. Rada Zamówień Publicznych Konfederacji Lewiatan aktywnie zaangażowała się w konsultacje i skierowała do UZP rekomendacje dotyczące zapewnienia równowagi stron w zamówieniach publicznych. Propozycja zapisu art. 139 Pzp ma na celu uzdrowienie sytuacji w obszarze kształtowania treści SIWZ. Dotychczasowa praktyka wskazuje, że zamawiający – korzystając z uprzywilejowanej pozycji – niejednokrotnie nadmiernie obarczał ryzykiem wykonawcę.
Pełne uwzględnienie zgodności SIWZ z zasadami współżycia społecznego – na mocy art. 353 Kodeksu Cywilnego – pozwoli w pełni zabezpieczyć interes publiczny oraz wszystkich uczestników rynku zamówień publicznych.
Postulowane przez Konfederację Lewiatan zapisy nowej ustawy Prawo zamówień publicznych gwarantują przede wszystkim uzyskanie świadczeń o najwyższej jakości, a jednocześnie zabezpieczają wykonawcę przed nierealnymi oraz nierynkowymi wymogami zawartymi w wadliwie skonstruowanych SIWZ. Przy kształtowaniu ram postępowania przetargowego nie można zapominać bowiem o rzeczywistych możliwościach wykonania przedmiotu zamówienia i w związku z tym należy uwzględniać jedynie realne do osiągnięcia rezultaty. W przeciwnym razie usługa wykonawcy będzie niemożliwa do spełnienia i tym samym warunki przetargowe – na mocy których zawarty zostanie kontrakt – będą naruszać art. 353 Kodeksu cywilnego. W takiej sytuacji – zgodnie z art. 58 § 1 KC – zamawiający musi liczyć się z sankcją w postaci nieważności podpisanej umowy. Autorami propozycji zapisu są mec. Mirella Lechna z Kancelarii Wardyński i wspólnicy SP. k. i mec. Jarosław Sroka partner w Kancelarii BSJP Brockhuis Jurczak Prusak SP. k.
– Postulowane zapisy art. 139 Pzp mają przede wszystkim uzdrowić sytuację na rynku zamówień publicznych oraz wyeliminować szkodliwe zjawisko zachwiania równowagi między stronami umowy. Właściwe i zgodne z prawem Pzp i Kodeksem Cywilnym kształtowanie SIWZ w postępowaniach przetargowych pozwala odpowiednio zabezpieczyć interes publiczny. Niedopuszczalne są sytuację, takie jak w przypadku budowy dróg szybkiego ruchu i autostrad, gdy przez sektor budowlany przeszła fala bankructw spowodowana wadliwymi zapisami umownymi. W konsekwencji destabilizacji uległa cała branża, co negatywnie wpłynęło nie tylko na czas budowy tras komunikacyjnych, ale przede wszystkim na poziom zatrudnienia. Uwzględnienie w SIWZ zasad współżycia społecznego jest niezbędnym krokiem w celu dalszej profesjonalizacji rynku zamówień publicznych. W związku z tym Konfederacja Lewiatan opracowała wraz z kancelarią Wardyński i Wspólnicy oraz BSJP Brockhuis Jurczak Prusak zestaw proponowanych zapisów do nowej ustawy Pzp, który przekazała UZP. Ponadto Urząd Zamówień Publicznych otrzymał katalog dobrych praktyk naszego autorstwa, który ma ułatwić zamawiającym pełną i zgodną z intencją ustawodawcy realizację zapisów prawnych obecnie obowiązującej ustawy. Dokument jest swoistym vademecum umożliwiającym właściwe konstruowanie przetargów, który będzie stale rozszerzany o nowe zagadnienia – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Rady Zamówień Publicznych Konfederacji Lewiatan.
Kwestia wadliwie konstruowanych SIWZ jest również istotna ze względu na orzecznictwo Krajowej Izby Odwoławczej, która stoi na stanowisku, że zamawiający w sposób dowolny kształtuje postępowanie o udzielenie zamówienia publicznego – decydując o jego przedmiocie, rodzaju, parametrach, zakresie oraz warunkach realizacji czy innych obowiązkach umownych. Jednocześnie – zgodnie z tym podejściem – zamawiający w żaden sposób nie ogranicza swobody kontraktowania, gdyż wykonawca, któremu postanowienia SIWZ nie odpowiadają może po prostu nie składać oferty.
Krajowa Izba Odwoławcza wyraziła pogląd, że interes publiczny, jaki reprezentuje zamawiający, przeważa nad prywatnym interesem wykonawcy. Taka praktyka – związana z wprowadzeniem nadmiernej odpowiedzialności wykonawcy i przerzucaniem na niego większości ryzyk – spowodowała nowe zjawisko o charakterze patologii na rynku zamówień publicznych. Brak reguł rozsądku, racjonalności gospodarczej oraz równowagi stron umowy w konsekwencji bowiem wiąże się z niesolidnym i nieterminowym realizowaniem zobowiązań przez wykonawców, co tym samym jest sprzeczne z intencją Krajowej Izby Odwoławczej oraz uniemożliwia osiągnięcie zakładanych korzyści dla interesu publicznego.
– Wprowadzenie tej zmiany do prawa zamówień publicznych umożliwi wykonawcom egzekwowanie przed Krajową Izbą Odwoławczą – jeszcze na etapie przygotowywania projektów umów – postanowień kontraktowych zapewniających bardziej zrównoważony bilans wzajemnych ryzyk i świadczeń. Obecnie to zamawiający dyktują treść umów, często w sposób jednostronnie korzystny tylko dla nich, których wykonawcy zasadniczo nie mają możliwości zakwestionować. W konsekwencji zmiana ta może przyczynić się do ukształtowania dobrej praktyki zawierania umów bardziej ‘zbilansowanych’, co z pewnością będzie służyć realizacji interesu publicznego – mówi Jarosław Sroka, radca prawny, Wspólnik Kancelarii BSJP Brockhuis Jurczak Prusak.
– Propozycja stanowi reakcję sektora prywatnego przeciwko takiemu kształtowaniu warunków przetargu, w wyniku którego nadmierna odpowiedzialność odszkodowawcza oraz ryzyko lokowane są po stronie wykonawcy, bowiem jest to sprzeczne z uczciwością i rzetelnością kupiecką oraz wbrew zasadom współżycia społecznego. Dostępne środki prawne nie ułatwiają wykonawcom zmiany wadliwych – z punktu widzenia prawa cywilnego – postanowień SIWZ. Proponowany zapis ma skłonić tak zamawiających, jak i Krajową Izbę Odwoławczą do szerszego zastosowania zasad kształtowania umów wzajemnych, które wywodzą się z prawa cywilnego – dodaje Mirella Lechna, radca prawny, wspólnik Kancelarii Wardyński i Wspólnicy.
Wyłącznie skuteczna realizacja zamówienia pozwala na osiągnięcie planowanych korzyści dla interesu publicznego i prawidłowe wydatkowanie środków publicznych – cel taki nie zostanie osiągnięty, jeśli zamawiający na skutek nieprawidłowego skonstruowania SIWZ i braku ofert byliby zmuszeni do ponownego ogłaszania postępowań przetargowych. Rekomendowany zapis art. 139 ustawy Prawo zamówień publicznych jest krokiem w kierunku uzdrowienia sytuacji w sektorze i wyjściem do prac nad nową.
Konfederacja Lewiatan
Quercus TFI stawia w tym roku na budowlankę i pozabankowy sektor finansowy. Towarzystwo liczy na dwucyfrową stopę zwrotu z inwestycji
W tym roku najbardziej opłacić powinny się inwestycje giełdowe – prognozuje Quercus TFI. Towarzystwo stawia na akcje firm budowlanych oraz sektor finansowy, ale poza bankami, i liczy na dwucyfrową stopę zwrotu ze swoich funduszy agresywnych.
– Wydaje mi się, że w 2015 roku w przypadku produktów zawierających akcje są możliwe dwucyfrowe stopy zwrotu w zależności od liczby akcji w portfelu i tego, czy są to akcje średnich, małych czy dużych firm – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI. – W przypadku instrumentów dłużnych czy funduszy dłużnych zakładamy, że w tym roku stopy zwrotu nie będą oszałamiające, w przypadku funduszy obligacji już nie ma co liczyć na stopy zwrotu rzędu 5-10 proc., natomiast w przypadku funduszy gotówkowych wydaje nam się, że powtórzymy mniej więcej wynik z 2014 roku, czyli zysk na poziomie około 3 proc.
Sporym zainteresowaniem polskich inwestorów nadal cieszą się obligacje i różnego typu papiery dłużne. To one przynosiły bowiem w ostatnich latach wysokie, przekraczające niekiedy 10 proc. stopy zwrotu. Znawcy rynku jednak zgodnie twierdzą, że szanse na powtórkę z podobnej hossy są nikłe. Obligacje powiązane są bowiem ze stopami procentowymi NBP, a te ostatnio zostały mocno obniżone i dziś są najniższe w historii. Dlatego inwestorzy powinni pomyśleć o innych sposobach pomnażania swoich pieniędzy.
W tym roku Quercus TFI stawia raczej na spółki giełdowe. Polska gospodarka wyraźnie przyspiesza i można mieć nadzieję na poprawę wyników wielu firm.
– Głównie są to średnie i mniejsze firmy z różnych sektorów – ocenia Sebastian Buczek. – Bardzo lubimy szeroko rozumiany sektor budowlany i okołobudowlany. Lubimy też sektor finansowy, ale poza bankami, które w naszej ocenie są dość drogie. W zasadzie w każdym sektorze można znaleźć cały czas spółki, których wyceny są atrakcyjne i których potencjał do osiągnięcia dobrych stóp zwrotu jest całkiem spory.
Polska budowlanka ma trudny czas za sobą. Zastój na rynku nieruchomości oraz obliczone na jak najniższą cenę kontrakty drogowe zaszkodziły wielu firmom. Z drugiej strony wiele z nich przeszło pomyślną restrukturyzację, a obecnie oczekuje się sporego ożywienia na rynku. Fundusze europejskie pozwolą w najbliższych latach wybudować sporo nowych dróg, zmodernizować energetykę i infrastrukturę, a coraz zamożniejsi Polacy ponownie myślą o kupnie nieruchomości.
– Tak, kondycja tych firm wyraźnie się poprawiła. Poza dwiema firmami można powiedzieć, że większość wyszła już z tych trudności i powinna notować wyraźną poprawę wyników – uważa prezes Quercus TFI. – Zresztą większość firm już opublikowała wyniki za 2014 rok i ta poprawa już w ubiegłorocznych wynikach jest widoczna. Oczekujemy dalszej poprawy w 2015 roku i wszyscy sobie ostrzymy zęby, że lata 2016-2017 też powinny być niezłe i ze względu na środki unijne, i ze względu na niskie stopy procentowe, to powinno temu sektorowi też pomagać.
Sebastian Buczek ocenia, że w każdym sektorze można znaleźć spółki, które cały czas są nisko wycenione i gdzie potencjał wzrostu jest ciągle wyraźny. Jego firma zamierza m.in. inwestować w sektor finansowy, jednak z wyłączeniem akcji banków.
– Wszystkie spółki, które korzystają z niskich stóp procentowych, jak chociażby KRUK, czyli spółki wierzytelnościowe, takie jak TFI czy spółki odszkodowawcze, są to te firmy, które w tym roku bardzo dobrze sobie radzą na naszej warszawskiej giełdzie. Banki są raczej w defensywie, na kilkuprocentowych minusach. Ze względu na to, co stało się z frankiem szwajcarskim i dość restrykcyjne podejście naszego regulatora nie oczekujemy ze strony banków poprawy wyników finansowych – prognozuje prezes Quercus TFI.
Orange inwestuje w innowacje. Na badania i rozwój chce wydać w tym roku ponad 50 mln złotych
Innowacyjność w branży telekomunikacyjnej jest już nie tylko wyborem, lecz także staje się obowiązującym standardem. Orange, który rocznie przeznacza na badania i rozwój 50-60 mln zł, traktuje tę działalność oraz współpracę ze start-upami jako ważny element biznesu. Dzięki innowacyjności operator może wyróżnić się na rynku i zaproponować klientom nowe produkty i usługi.
‒ Dziś tempo zmian jest bardzo duże, szczególnie w firmach technologicznych, w związku z tym innowacje stają się kluczowym elementem funkcjonowania – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Muszyński, wiceprezes Orange Polska.
Orange wyróżnia się na tle polskich telekomów pod względem zaangażowania w badania i rozwój. Zatrudnia w swoich laboratoriach nie tylko doświadczonych inżynierów, lecz także studentów i absolwentów uczelni technicznych. Blisko współpracuje także z polskimi start-upami. Firma cały czas jest nastawiona na poszukiwanie nowych rozwiązań.
Orange Polska stosuje model Open Innovation. Dzięki temu swój wpływ społeczny zaznacza nie tylko poprzez bezpośrednie oddziaływanie innowacji na życie ludzi czy społeczności, lecz także poprzez transfer wiedzy w tym zakresie do podmiotów, z którymi współpracuje. Pozwala im to wprowadzać na rynek własne innowacyjne projekty i rozwiązania.
Piotr Muszyński zwraca uwagę na to, że taka działalność nie powinna być traktowana jako coś wyjątkowego. Innowacyjność firmy to istotny element strategii. Coraz częściej polega ona nie tylko na tworzeniu zupełnie nowych rozwiązań, lecz także na łączeniu, adaptowaniu i przekształcaniu istniejących produktów, usług i technologii.
‒ To jest kluczowa dla nas rzecz, ponieważ nasze działanie jako przedsiębiorcy zależy od tego, jak bardzo jesteśmy w stanie przekonać do siebie użytkowników. Rynek jest bardzo konkurencyjny i przy standardowym podejściu do produktu oraz usługi możemy na rynku konkurować tylko ceną. Element innowacyjności zwiększa naszą atrakcyjność ‒ podkreśla Muszyński.
Dzięki zaangażowaniu Orange w badania i rozwój skorzystać mogą także młodzi polscy naukowcy. Pracując dla polskiego oddziału Orange Lab, mogą przyczynić się do wdrożenia rozwiązań i nowych usług nie tylko w Polsce, lecz także np. we Francji. Ta wymiana technologiczna działa również w przeciwnym kierunku ‒ Orange Polska ma dostęp do innowacji opracowanych za granicą. Polscy klienci dzięki temu mogą mieć w ofercie atrakcyjniejsze produkty i usługi.
Orange współpracuje również z początkującymi przedsiębiorcami. Spółka organizuje m.in. akcelerator dla start-upów Orange Fab. W każdej edycji programu uczestniczy ponad 100 projektów. Najlepsi mają szansę na rozwój swojego produktu, nawiązanie nowych kontaktów biznesowych, wsparcie finansowe do 40 tys. zł i współpracę z Orange.
‒ Kultura start-upów jest elementem naszego ekosystemu. W momencie, kiedy start-upy zaczęły się definiować jako nowa dziedzina gospodarki, jako formuła funkcjonowania młodych przedsiębiorców, zrodziła się wokół tego cała sztuka zarządzania innowacyjnymi projektami. Dla nas nie było to żadnym zaskoczeniem, ponieważ jest to element naszego stylu działania. Pozwala na jeszcze szersze otwarcie się na ludzi myślących z inną dynamiką biznesową – podkreśla Muszyński.
Orange stara się poprzez działania innowacyjne wpływać nie tylko na ofertę firmy, lecz także na społeczności lokalne. Na przykład program Business Intelligence Hackathon API (BIHAPI) promuje tworzenie innowacyjnych rozwiązań informatycznych na bazie otwartych danych dostarczanych przez miasta i samorządy. Uczestnicy konkursu tworzą usługi na potrzeby lokalnej społeczności. Natomiast dzięki programowi Imagine with Orange każdy może podzielić się swoimi pomysłami i otrzymać pomoc w ich realizacji. Zgłoszone poprzez platformę internetową http://imagine.orange.pl są komentowane i wzbogacane przez ludzi z całego świata. Społeczność wybiera najbardziej trafne i pomysłowe propozycje.






















