Sytuacja na Wschodzie źle wpływa na sektor duty free. Przez Ukrainę traci Baltona

0

CEO Magazyn Polska

Sytuacja geopolitycznie negatywnie wpływa na sektor duty free i firmy dostarczające produkty dyplomatom i do ambasad. Drastyczny spadek wartości hrywny na Ukrainie i perturbacje firm transportowych przyczyniły się do znaczącego wzrostu kosztów finansowych Grupy Baltona. W przyszłym roku – wraz z poprawą wyników branży lotniczej, zwiększeniem ruchu lotniczego i rosnącymi zakupami klientów – spółka oczekuje poprawy wyników finansowych.

Sytuacja na Wschodzie się komplikuje. Wydarzenia na Ukrainie wpłynęły na to, co się dzieje w firmach, działających w sektorze duty free – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Sączek, dyrektor logistyki przedsiębiorstwa Baltona. – Koszty wzrastają w związku z tym, że pogorszyła się także sytuacja firm transportowych. Oznacza to, że biznes spada, a stawki rosną.

Jak wynika z opublikowanych 17 marca br. przez Państwowy Komitet Statystyki Ukrainy danych dotyczących handlu zagranicznego tego kraju w styczniu br. eksport tamtejszych towarów na rynki UE spadł o 31 proc., a do Rosji o 60 proc. (w porównaniu z styczniem ub.r.). Całość ukraińskiej sprzedaży zagranicznej w styczniu spadła o 31 proc., import zaś skurczył się aż o 33,4 proc.

Dajemy sobie radę, ale ta sytuacja miała jednak wpływ na nasze wyniki – wskazuje Sączek w rozmowie przeprowadzonej podczas Poland & CEE Retail Summit 2015. – Nie wspominając o różnych zmianach związanych z rozwiązaniami w portach lotniczych. Obecnie prawo się zmienia i są pewne zmiany w przepisach, które powodują, że musimy szybko dostosowywać logistycznie bezpieczeństwo łańcucha dostaw. Lotnisko to strefa bezpieczna i ściśle kontrolowana, a więc duże wyzwanie.

Baltona prowadzi sklep duty free na lotnisku we Lwowie, które leży daleko od działań militarnych. Duże osłabienie hrywny wpłynęło bezpośrednio na wzrost kosztów finansowych Grupy. Ujemne różnice kursowe netto wyniosły w ubiegłym roku 3.536 tys. zł, z czego 1.689 tys. zł dotyczyło spółki na Ukrainie.

Na koniec ubiegłego roku Grupa posiadała 52 lokale handlowe. Operuje na wyłączność w sektorze duty free w Gdańsku, Rzeszowie, Poznaniu, Montpellier oraz we Lwowie, a przez grupę CDD Holding BV również w Belgii, Holandii i Niemczech.

Będziemy uruchamiać nowe sklepy Baltona Duty Free w różnych krajach, zamierzamy wchodzić na nowe rynki dyplomatyczne – zapowiada Sączek. – Baltona jako jeden z niewielu graczy w Europie ma pozwolenie na prowadzenie biznesu i zaopatrywanie dyplomatów w tego rodzaju formule, więc planujemy wejście na nowe rynki, rozwój biznesu retailowego oraz B2B, czyli zaopatrywanie promów i linii lotniczych. Ten ostatni pozytywnie wpływa na nasze marże.

Jak podkreśla, istotną rolę w Grupie odgrywa rynek polski, który wciąż się rozwija.

W ubiegłym roku przychody ze sprzedaży Grupy Przedsiębiorstwo Handlu Zagranicznego Baltona osiągnęły poziom 363 mln zł i były o blisko połowę wyższe niż rok wcześniej. Największy wzrost sprzedaży odnotowano w trzech segmentach: sklepy (o 30 proc.), dystrybucja B2B (o 108 proc.) oraz gastronomia (52 proc.). Wynik netto Grupy zamknął się stratą w wysokości 3666 tys. zł. Jak wynika z listu zarządu do akcjonariuszy, Grupa spodziewa się znaczącej poprawy wyników finansowych w tym roku. Ma się do tego przyczynić rosnący ruch lotniczy, wzrost średniej sprzedaży na każdego podróżnego i dalsza optymalizacja organizacyjna.

Sprzedawcy internetowi zbyt wolno dostosowują regulaminy swoich sklepów do nowych przepisów

CEO Magazyn Polska

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ocenia, że firmy zbyt wolno dostosowują się do zmienionych przepisów dotyczących sprzedaży internetowej i zakupów na odległość. Nowe prawo weszło w życie pod koniec grudnia, a jego kształt był znany już od połowy ubiegłego roku. Wciąż jednak w regulaminach niektórych e-sklepów nie zostały uwzględnione zmiany, np. wydłużenie do 14 dni okresu na odstąpienie od umowy.

Znowelizowana ustawa, która obowiązuje od 25 grudnia 2014 roku, ma zwiększyć bezpieczeństwo coraz popularniejszych zakupów dokonywanych poza lokalem sprzedawcy, głównie w e-sklepach. Jej najważniejszym zapisem jest możliwość zwrotu towaru kupionego na odległość lub odstąpienia od umowy przez okres 14 dni.

Widzimy, że w praktyce regulaminy nie uległy zmianie. W niektórych nadal są stare przepisy, według których konsument ma prawo tylko do 10-dniowego okresu odstąpienia od umowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Lehmann, starszy specjalista w delegaturze Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Bydgoszczy.

Jak podkreśla, sytuacja jest o tyle dziwna, że przedsiębiorcy mieli dużo czasu na dostosowanie się do nowych przepisów. Ich ostateczny kształt był znany już w połowie ubiegłego roku.

– Było dosyć długie, bo aż sześciomiesięczne, vacatio legis. Dlaczego przedsiębiorcy tego nie uczynili, trudno mi powiedzieć. Na pewno nie wszystkie przepisy są dla przedsiębiorcy, lecz także dla konsumenta, jasne. Robimy wszystko, żeby tę informację w sposób prawidłowy przekazywać – mówi Lehmann.

UOKiK przyznaje, że mimo że część przedsiębiorców zwleka z dostosowaniem regulaminów swoich sklepów do nowego prawa, skarg nie ma na razie zbyt dużo.

Skargi dotyczące nowej ustawy dopiero do nas wpływają, bo dotyczy to umów zawartych po 25 grudnia 2014 roku – zaznacza Krzysztof Lehmann. – Niewątpliwie przedsiębiorcy muszą dostosować regulaminy swoich sklepów internetowych do nowych przepisów, w tym umożliwić konsumentowi prawo od odstąpienia od umowy w ciągu 14 dni. Na bieżąco weryfikujemy takie kwestie, zależy nam jednak na tym, by przedsiębiorców z własnej inicjatywy dostosowywali swoje regulaminy.

Nowe przepisy pozwalają nabywcy na wycofanie się z decyzji, gdy towar do niego fizycznie dotrze i nie spełnia on jego oczekiwań. Dają mu też czas na przemyślenie decyzji, często podejmowanej pochopnie. Dotyczą bowiem nie tylko e-sklepów, lecz wszelkiego typu domów wysyłkowych, zakupów z katalogów, transakcji zawieranych przez telefon oraz na różnego rodzaju prezentacjach.

Na pewno trzeba edukować nie tylko przedsiębiorców, lecz także konsumentów oraz rzeczników konsumentów, którzy bezpośrednio udzielają porad prawnych konsumentom – podkreśla ekspert UOKiK.

Nawet gdy przedsiębiorcy nie uwzględnili jeszcze nowych przepisów w swych regulaminach, to i tak ich one obowiązują. Krzysztof Lehmann podkreśla, że jeżeli pojawi się problem, pomóc mogą rzecznicy konsumentów. Dzięki nim będzie też można ocenić to, jak sprawdza się nowe prawo.

Myślę, że to będzie możliwe dopiero po pierwszym roku obowiązywania ustawy, kiedy spłyną do UOKiK sprawozdania z działalności rzeczników. Wtedy będziemy mogli zobaczyć skalę problemu z wdrożeniem tych przepisów, to gdzie przedsiębiorcy najbardziej naruszali interesy konsumentów – mówi ekspert.

Tanieje ropa, ale benzyna drożeje. Rafinerie odrabiają straty, podnosząc marże

CEO Magazyn Polska

Ropa tanieje, a mimo to ceny paliw na polskich stacjach nie spadają, a jeśli już to symbolicznie. W ciągu półtora miesiąca litr benzyny czy oleju napędowego podrożał o prawie 30 groszy. Przyczyną są rosnące marże oraz drożejący do ubiegłego tygodnia dolar.

Na początku marca cena baryłki ropy Brent na międzynarodowych rynkach spadła poniżej 60 dolarów i w ocenie analityków w najbliższych miesiącach jeszcze może potanieć. Wprawdzie podrożał też dolar, w którym rozliczane są transakcje na rynku surowcowym, jednak zmiany te nie były aż tak znaczące, by uzasadnić ostatnie wzrosty cen paliw na polskich stacjach.

Jeżeli w ostatnim miesiącu ceny paliw wzrosły powyżej 20 groszy, to jest to spowodowane tym, że marże rafineryjne w ostatnich miesiącach bardzo szybko wzrosły – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw. – Dzisiaj rafinerie już konsumują letni szczyt zużycia benzyny. W Stanach Zjednoczonych jest już ona gromadzona na lato i dzisiaj rafinerie marżę benzynową mają praktycznie taką samą, jak marże oleju napędowego, co jest ewenementem, od kilku dobrych miesięcy tak nie było.

W II połowie marca w Polsce litr 95-oktanowej benzyny bezołowiowej kosztował średnio 4,65 zł. To o 10 gr więcej niż na początku miesiąca, podobnie podrożały też inne paliwa na polskich stacjach.

Myślę, że dzisiaj rafinerie nie mają powodów do narzekań, raczej będą zarabiały. To przeciwnie do firm wydobywających ropę, bo one rzeczywiście dzisiaj mają znacznie trudniej, zwłaszcza te firmy, które wzięły duże kredyty na wydobycie – ocenia Andrzej Szczęśniak. – To jest powszechny na świecie problem. Natomiast rafinerie dzisiaj odrabiają straty z ostatnich lat. Pytanie tylko jak długo.

Pomimo taniejącej ropy zarówno płocki Orlen, jak i gdański Lotos mieli w ostatnim kwartale zeszłego roku po ponad 1 mld zł strat netto. Przyczyną były zapasy obowiązkowe obu koncernów paliwowych, których wartość wraz ze spadającymi cenami surowca na rynkach także spadła. Rosnące marże powinny zrekompensować rafineriom przynajmniej część strat, oznaczają jednak, że ceny na stacjach raczej nie spadną.

Dzisiaj za wzrost cen paliw są odpowiedzialne rafinerie i ich marże. Wydaje mi się, że w najbliższym czasie tak pozostanie – uważa ekspert rynku paliw. – Ropa tanieje, natomiast marże rafineryjne będą rosły, czyli raczej będziemy mieli do czynienia z trendem wzrostowym cen. Wydaje mi się, że w ciągu 2-3 tygodni jest to dosyć przewidywalny trend. Natomiast nie będzie to spowodowane ani ropą, ani dolarem, ponieważ te czynniki dzisiaj zmniejszają ceny paliw.

Nawet dalsze spadki cen na rynku ropy nie powinny przynieść obniżek na stacjach, ponieważ także ich właściciele czekają na okazję, by odrobić straty.

– Mamy mikroskopijne, wręcz czasami zerowe marże dla stacji paliw, w związku z tym, gdy sytuacja się trochę uspokoi, to one będą wtedy czynnikiem wzrostu cen albo przynajmniej zablokują spadki cen, jeżeli ceny ropy rzeczywiście będą szły w dół – zwraca uwagę Andrzej Szczęśniak. – W najbliższym okresie możemy się spodziewać lekkich wzrostów cen paliw, a jeżeli cena ropy dalej będzie ostro szła w dół, to mamy stabilizację, a nie spadek cen.

Polacy chcą jeść zdrowo. Polska może stać się europejskim liderem produkcji żywności ekologicznej

CEO Magazyn Polska

W ciągu ostatniego roku popyt na żywność ekologiczną wzrósł o 20 proc. Przybyło więc certyfikowanych gospodarstw rolnych, które mogą produkować tego typu żywność. Zwiększyła się także liczba przetwórców i handlowców działających w tej branży. Polska ma szansę stać się liderem w ekoprodukcji. Wartość tego rynku już szacowana jest na 700 mln zł.

Rynek żywności ekologicznej to od kilku lat jeden z najszybciej rozwijających się segmentów żywności na świecie. W krajach Europy Zachodniej i Stanach Zjednoczonych stanowi on ok. 4 proc. całego rynku rolno-spożywczego. W Polsce żywność ta stanowi zaledwie 0,3 proc. całego rynku, jednak zdaniem ekspertów w ciągu pięciu lat może wzrosnąć nawet do 10 proc. W ciągu ostatniego roku popyt na ekologiczną żywność zwiększył się bowiem o 20 proc. Z danych SGGW wynika, że już co dziesiąty Polak regularnie kupuje żywność ekologiczną, doceniając za smak, wysoką jakość oraz walory prozdrowotne.

Coraz więcej ludzi szuka produktów o wysokiej jakości i produktów prozdrowotnych lub ekologicznych. Jesteśmy pierwszą i największą siecią oferującą tego typu żywności na rynku. Nasza podaż spotyka się z rosnącym popytem, dzięki czemu piąty rok z rzędu odnotowujemy ponad 30-proc. wzrosty sprzedaży. Wierzymy, że rynek będzie rósł jeszcze szybciej, a na pewno nie wolniej niż do tej pory – mówi agencji informacyjnej Newseria Sławomir Chłoń, prezes zarządu Organic Farma Zdrowia.

Wartość polskiego rynku żywności ekologicznej wynosi ok. 700 mln zł. Zdaniem ekspertów w 2015 roku na ekologiczną żywność Polacy wydadzą znacznie więcej, bo ok. 770 mln zł. Wzrost zainteresowania tego typu produktami to efekt nie tylko zwiększającej się świadomości zdrowotnej Polaków, lecz także coraz lepszej podaży. Zwiększa się liczba producentów żywności ekologicznej, a co za tym idzie – spadają jej ceny. Zmniejszają się także koszty logistyczne.

W Polsce widoczna jest bardzo duża dynamika rozwoju sektora ekologicznego. Mówię tu o wzroście liczby certyfikowanych gospodarstw rolnych, zwiększaniu areału ziemi, która jest przeznaczona pod te uprawy, oraz rosnącej liczbie przetwórców i handlowców. Podaż rynku rośnie bardzo szybko i myślę, że Polska może być w ciągu kilku lat jednym z absolutnych liderów w Europie w produkcji. Mam też nadzieję, że w zakresie konsumpcji w ciągu dekady uda się trochę dogonić rynek europejski – powiedział Sławomir Chłoń podczas Poland & CEE Retail Summit 2015.

Z danych Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych wynika, że pod koniec 2014 roku w Polsce działało 426 certyfikowanych przetwórni, o niemal 5 proc. więcej niż rok wcześniej. O tym, że produkt pochodzi z certyfikowanego źródła świadczy symbol zielonego listka na opakowaniu. Polacy najchętniej kupują ekologiczne produkty roślinne, jaja, miód oraz produkty zwierzęce, np. wyroby wędliniarskie. Dużym popytem cieszy się także ekologiczne pieczywo. Ekoprodukty dostępne są już nie tylko na bazarach lub w specjalistycznych sklepach, lecz także coraz częściej trafiają na półki supermarketów.

Zakończyła się era nieprawdopodobnie dynamicznego wzrostu dyskontów, ponieważ po pierwsze kraj został pokryty tego typu formatem sklepów, po drugie pozostali gracze rynku – hipermarkety, supermarkety, sklepy typu convenience – zareagowały na ten trend, zmieniając swoją ofertę i podejście do klienta. Okazało się, że wszyscy pozostali też mają coś dobrego i ciekawego do zaoferowania. Nastąpiło więc uspokojenie rynku i w tej chwili wszyscy gracze z powrotem są w grze – mówi Sławomir Chłoń.

Organic Farma Zdrowia posiada sieć stacjonarnych delikatesów i dwa sklepy internetowe. W lipcu 2014 roku przejęła 10 sklepów pod marką Tradycyjne Jadło, a jesienią otworzyła w Warszawie sklep convenience Organic Zielone Oko. Biorąc pod uwagę tendencję na rynku żywności ekologicznej, marka prognozuje dwucyfrowy wzrost przychodów w 2015 roku.

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Polski prezydent wśród najdroższych głów państw Unii Europejskiej

168 milionów złotych zostało zarezerwowanych w tegorocznym budżecie na wydatki Kancelarii Prezydenta RP. Nie jest to rekordowa kwota, bo Bronisław Komorowski wydawał już więcej, ale na tle Europy i tak robi wrażenie. Jak policzył portal Money.pl, więcej na utrzymanie głów swoich państw wydają tylko Włosi, Francuzi i brytyjska rodzina królewska.

Według tegorocznych założeń prezydenckiego budżetu, aż 128 ze 168 milionów złotych pochłoną bieżące wydatki prezydenckiej kancelarii. Zaplecze Bronisława Komorowskiego mieści się niedaleko budynku Sejmu, w imponującym gmachu przy ulicy Wiejskiej. Kancelaria zatrudnia prawie 400 osób, doradców, ministrów i pracowników obsługi. Średnia pensja w biurze to 9,2 tysiąca złotych brutto miesięcznie – wynika z danych Naczelnej Izby Kontroli za 2013 rok.

Dodatkowo prezydentowi, jako zwierzchnikowi polskich sił zbrojnych, podlega Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. W tym roku kierowane przez Stanisława Kozieja BBN ma do dyspozycji niemal 14 milionów złotych – podaje Money.pl.

Oprócz tego, ponad 11 milionów złotych będzie w tym roku kosztowało wyprodukowanie zestawu medali, orderów i innych odznaczeń państwowych przyznawanych przez prezydenta. To o prawie milion złotych mniej niż przed rokiem. Również budżet BBN został pomniejszony o podobną kwotę.

Kancelaria Bronisława Komorowskiego wypłaca też emerytury byłym prezydentom – Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski dostają na rękę nieco ponad cztery tysiące złotych miesięcznie. Wojciech Jaruzelski nie pobierał pieniędzy z kancelaryjnej kasy, korzystał bowiem z wyższej, generalskiej emerytury w wysokości sześciu tysięcy złotych.

Kancelaria ma na utrzymaniu nie tylko siedzibę przy Wiejskiej, ale też trzy prezydenckie rezydencje: w Wiśle, Ciechocinku i na Helu.

Z pieniędzy Kancelarii Prezydenta ratowane są też krakowskie zabytki. Na ten cel pójdzie w tym roku 30 milionów złotych – dokładnie tyle, co przed rokiem. Pieniądze są wysyłane na konto Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa i co roku stanowią pokaźny odsetek całego budżetu Kancelarii, choć w ostatnich latach prezydent jest coraz mniej hojny. W latach 2009-2012 Kraków dostawał na zabytki aż 42 miliony złotych rocznie, czyli o 12 milionów więcej, niż teraz.

Budżet prezydenta (w milionach złotych)
* – 23 grudnia 1995 r. prezydentem został A. Kwaśniewski
** – 23 grudnia 2005 r. prezydentem został L. Kaczyński
*** – 6 sierpnia 2010 r. prezydentem został B. Komorowski
źródło: NIK
2015 168
2014 168
2013 171
2012 178
2011 170
2010*** 156
2009 155
2008 161
2007 162
2006 138
2005** 160
2004 162
2003 158
2002 141
2001 133
2000 131
1999 113
1998 101
1997 101
1996 75
1995* 59

 

168 milionów złotych przeznaczonych na obsługę prezydenta stawia nasz kraj w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o koszt utrzymania głowy państwa. Jak podaje Money.pl, Europejskim rekordzistą jest prezydent Włoch. Kancelaria mieszcząca się na rzymskim Kwirynale wydaje co roku 230 milionów euro. W przeliczeniu to ponad 940 milionów złotych. Kwota duża, bo i biuro prezydenta Sergio Mattarellego jest wyjątkowo rozpasane. Zatrudnia aż 1700 osób, a samemu prezydentowi płaci około 20 tysięcy euro miesięcznie.

Pokaźną część całej kwoty pochłania też utrzymanie willi w Castelporziano pod Rzymem. Nieruchomość zajmuje niemal sześć hektarów. Na rezydencję składa się pokaźny pałac z kilkoma dziedzińcami i rozległym zapleczem otaczającym go niczym mur, a także pokaźny ogród z rzadkimi gatunkami roślin. Włochy wydają na utrzymanie głowy państwa fortunę, mimo że rola prezydenta jest w tym kraju niezwykle skromna.

Pierwsza piątka najbardziej kosztownych prezydentów (bez koronowanych głów państw)

źródło: strony rządowe poszczególnych państw
Nazwisko Kraj Budżet kancelarii (po przeliczeniu na zł)
1. Sergio Mattarella Włochy 940
2. Francois Hollande Francja 410
3. Bronisław Komorowski Polska 168
4. Joachim Gauck Niemcy 135
5. Sauli Niinisto Finlandia 80

Inaczej jest w przypadku prezydenta Francois Hollande’a. Przywódca Francji też ma duży budżet (drugi w Europie), ale w przeciwieństwie do swojego włoskiego odpowiednika, także sporo do powiedzenia w kwestii polityki. W sumie utrzymanie Hollande’a i jego kancelarii będzie kosztowało w tym roku sto milionów euro, czyli około 410 milionów złotych. To mniej niż przed rokiem – prezydenckiej świcie udało się zacisnąć pasa i ograniczyć wydatki o dziewięć milionów euro.

Kancelaria Hollande’a stara się zmniejszyć koszty utrzymania już od kilku lat. Między innymi w okresie od 2012 do 2014 roku zlikwidowała 54 etaty (dziś zatrudnia 828 osób), a w 2012 roku zredukowała pensję prezydenta o 30 procent do kwoty niecałych 15 tysięcy euro miesięcznie – pisze Money.pl.

Trzecią najbardziej kosztowną głową państwa w Europie jest w tym roku królowa Elżbieta II. Pałac Buckingham w roku obrachunkowym 2014-2015 pobierze z państwowego budżetu 38 milionów funtów, ponad dwa miliony więcej niż rok wcześniej. W przeliczeniu daje to około 216,6 milionów złotych, które wydawane są na utrzymanie rodziny królewskiej i jej personelu, a także między innymi na remonty należących do Windsorów pałaców.

Zaraz za Elżbietą II w rankingu najdroższych w utrzymaniu głów państw znajduje się Bronisław Komorowski. Jeśli brać pod uwagę tylko prezydentów pozostałych unijnych krajów (czyli bez uwzględniania koronowanych głów), wszyscy oni są tańsi.

Ustępuje mu pod tym względem również holenderski król Wilhelm. Wydatki władcy Holandii sięgają niemal 40 milionów euro, czyli w przeliczeniu około 164 milionów złotych.

Cztery miliony euro mniej przypadnie belgijskiej rodzinie królewskiej, a 145 milionów koron, czyli około 70 milionów złotych trafi do norweskiego króla Haralda V. Następne w kolejności są rodziny królewskie w Szwecji (16 milionów euro), Belgii (15 milionów euro), Danii (12,5 milionów euro), Hiszpanii (niecałe 8 milionów euro) i Luksemburga (również niecałe 8 milionów euro).

Masz prawo wiedzieć, ile zarabia urzędnik

Obowiązek publikacji informacji o zarobkach pracowników samorządowych oraz „trzynastce”, specjalnym wynagrodzeniu dodatkowym – takiej zmiany w prawie domaga się Stowarzyszenie Sieć Obywatelska – Watchdog Polska.

Wykazy płac, a także informacje o nagrodach pracowników urzędów, miałyby być publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej raz na kwartał. „Działanie to ma przeciwdziałać niesprawiedliwemu planowaniu wynagrodzeń w jednostkach samorządu terytorialnego, w wyniku czego osoby o podobnych kwalifikacjach pracujące na tych samych stanowiskach otrzymują różne pensje” – mówi serwisowi infoWire.pl Katarzyna Batko-Tołuć ze Stowarzyszenia Sieć Obywatelska – Watchdog Polska.

W społeczeństwie dominują opinie o zbyt wysokich pensjach urzędniczych. Jednak – jak zaznacza rozmówczyni – ujawnienie informacji o zarobkach prawdopodobnie nie wywołałoby żadnej sensacji, ponieważ okazałoby się, że są one mniejsze, niż nam się powszechnie wydaje.

„Polacy zakorzenieni są w kulturze tajemnicy i mają przekonanie, że wielu rzeczy nie należy ujawniać, aby móc utrzymać porządek” – zaznacza ekspertka. A przecież dzięki jawności jest możliwy dialog, w którym nie skupiamy się na mitach i stereotypach, ale poruszamy rzeczy istotne z punktu widzenia obywateli, jak np. sposób zarządzania budżetem. Ludzie nie ufają z kolei w sytuacjach, kiedy informacje są zatajane. Dlatego jawność odgrywa tak ważną rolę w budowaniu zaufania do władzy.

„Nie istnieją powody, które zabraniałyby wprowadzenia zapisu nakazującego ujawnianie płac urzędników  do polskiego prawa. Jednak aby to zrobić, potrzebna jest zmiana polskiej mentalności” – podkreśla rozmówczyni.

Polskie pszczelarstwo – dla pasji czy pieniędzy?

Dla jednych zajmowanie się pszczelarstwem to hobby, rozrywka i urozmaicenie życia, dla drugich – tradycja, przechodząca z pokolenia na pokolenie. W każdym przypadku to biznes – tylko czy obecnie jest opłacalny? czy ma przyszłość?

„W Polsce większość miodu pochodzi od małych, prywatnych hodowców oraz rodzinnych firm, a nie od pszczelarzy skupionych w spółdzielniach” – mówi serwisowi infoWire.pl Piotr Stański z firmy Stanpol S.C. Sklep Pszczelarski. Przeciętnie nasi hodowcy mają od dwóch do sześciu uli. A szkoda, bo właściciele powyżej piętnastu – zarejestrowani w Polskim Związku Pszczelarskim oraz sanepidzie – mogą starać się o dotację z Unii Europejskiej. Ma ona pomóc w poprawie jakości miodu oraz usprawnić produkcję i sprzedaż produktów pszczelich.

Pszczoły można hodować nie tylko na wsiach. Coraz częściej ule stawiane są na dachach budynków, działkach rekreacyjnych czy zamkniętych osiedlach w miastach. W samej Warszawie jest ponad setka uli i stale ich przybywa. Dla porównania w Monachium jest 500 pasiek.

Polskie miody kupowane od hodowców są droższe niż te z supermarketów, ale lepsze jakościowo. Pszczelarze sprzedają też propolis i pyłek, które wzmacniają organizm, czy mleczko pszczele, mające szerokie zastosowanie, między innymi w kosmetyce. Amatorom „czegoś mocniejszego” z pewnością spodoba się bogata oferta miodów pitnych.

Dla pszczelarzy bardzo ważny jest rynek zbytu. Niestety, choć Ministerstwo Rolnictwa próbuje zwiększyć eksport polskiego miodu, to 80% produktu zostaje w Polsce. Przyczynia się do tego to, że z powodu chorób pszczół powstaje go zbyt mało. W zwiększeniu produkcji pomóc mogliby rolnicy. „Nie ustają apele, by opryskiwali rośliny po godzinie 18, gdy większość owadów jest już w ulu i nie grozi im kontakt z chemicznymi środkami ochrony” – zaznacza ekspert.

Giełda potrzebuje kobiet

Tylko 1/5 wszystkich inwestorów giełdowych stanowią kobiety. Wynik nie jest zadowalający, zwłaszcza że Polki są przedsiębiorcze. Do aktywności na rynku ma je zachęcić akcja „Giełda jest kobietą”.

Celem przedsięwzięcia jest zwiększenie wiedzy Polek na temat inwestowania na giełdzie oraz podniesienie ich wiary w swoje możliwości. W ramach akcji zaplanowano szkolenia z udziałem specjalistek z rynku kapitałowego w czterech miastach: Warszawie (17 marca), Wrocławiu (8 kwietnia), Poznaniu (27 maja) i Gdańsku (3 czerwca). Pierwsze spotkanie odbyło się w Sali Notowań warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Podczas zajęć o charakterze szkoleniowo-warsztatowym z elementami wykładu motywacyjnego uczestniczki mogą zdobywać wiedzę na temat rynku kapitałowego oraz możliwości rozwoju firmy i lokowania oszczędności dzięki inwestycjom na giełdzie.

Jak pokazują wyniki Ogólnopolskiego Badania Inwestorów 2014, kobiety stanowią niespełna 18% inwestorów. Wskaźnik ten stale rośnie, niemniej dynamika zmian jest za mała. Zakładając, że średni wzrost udziału kobiet systematycznie inwestujących się utrzyma, będą one stanowiły 50% wszystkich inwestorów dopiero w roku 2035. „Dlatego ważne jest, aby kobiety chcące zabezpieczyć swoją przyszłość oraz osiągnąć niezależność finansową mogły uzyskać wiedzę oraz umiejętności niezbędne do swobodnego poruszania się na rynku i świadomego podejmowania decyzji inwestycyjnych” – mówi serwisowi infoWire.pl Joanna Pydo, dyrektor ds. relacji inwestorskich z Energi. „Najważniejsze, żeby nie bały się ryzyka, które towarzyszy inwestowaniu na giełdzie” – dodaje.

„Giełda jest kobietą” to przedsięwzięcie realizowane w ramach Akcjonariatu Obywatelskiego – programu edukacyjnego o inwestowaniu na giełdzie, który w 2010 r. zainicjowało Ministerstwo Skarbu Państwa przy współpracy najważniejszych instytucji i organizacji rynku kapitałowego oraz spółek giełdowych. Akcja została objęta honorowym patronatem Prezesa Rady Ministrów Ewy Kopacz.

Rośnie konkurencja na rynku energii. Już blisko 290 tys. konsumentów zmieniło dostawcę prądu

CEO Magazyn Polska

Na koniec 2014 roku liczba osób, które zmieniły dostawcę energii elektrycznej, przekroczyła 287 tys. Choć to ponad dwukrotny wzrost w porównaniu z grudniem 2013 roku, to i tak skala jest niewielka. W tym względzie energetyka znajduje się na początku drogi, którą kilka lat wcześniej przechodziła telekomunikacja. Rosnąca świadomość konsumentów powoduje, że dostawcy usług muszą dostosowywać ofertę do ich wymagań.

 Konsumenci są coraz bardziej świadomi. Zaczynają dostrzegać, że inny operator może sprzedać im energię i zaproponować ofertę lepszą pod względem zarówno cenowym, jak i jakościowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Rogowski, prezes zarządu dostarczającej usługi do miejsca zamieszkania spółki Multimedia Polska. – Tak jak wiele lat temu byliśmy w zakresie usług telekomunikacyjnych na początku przemian rynkowych, tak dzisiaj jesteśmy w energetyce. Najbliższe lata pokażą, jak ten rynek ostatecznie będzie wyglądał. Ale to, co robimy, już dziś jest bardzo obiecujące.

Multimedia Polska jest dostawcą usług telekomunikacyjnych: telewizji cyfrowej z wideo na żądanie (VoD), szerokopasmowego i mobilnego internetu oraz telefonii. Od jakiegoś czasu oferuje także swoim abonentom coraz bardziej kompleksowe usługi dla domu: ubezpieczenia, monitoring pomieszczeń, a od 2014 roku zajmuje się również sprzedażą energii elektrycznej m.in. w tzw. Energetyzującym Pakiecie (wraz z telewizją i internetem).

Prognoz dotyczących liczby odbiorców energii nie chcę przedstawiać, w sytuacji rynku publicznego nawet chyba nie bardzo mogę (spółka notowania jest na giełdzie, z czym wiążą się ściśle określone obowiązki informacyjne – red.) – wskazuje Andrzej Rogowski. – Jednak plany mamy dość ambitne. Na pewno nadal kluczowe pozostaną internet, głos i wideo. Ale po to, żeby rozszerzyć dostęp do klienta, zwiększyć jego satysfakcję i lojalność, na pewno będziemy rozszerzać ofertę.

Na koniec 2014 roku z usług spółki korzystało ok. 820 tys. klientów, z czego 437,1  tys. było użytkownikami co najmniej dwóch usług (spośród telewizji, internetu i telefonu), a ok. 130,2 tys. – trzech usług. Rogowski zapewnia, że spółka będzie rozwijać także swój serwis VoD (usług wideo na życzenie), który w najbliższym czasie zostanie wzbogacony o nowe treści.

Umowy jeszcze nie są zamknięte, jesteśmy w ostatniej fazie ich dopinania – informuje Andrzej Rogowski. – Nie chcę wymieniać naszych partnerów, ale z co najmniej trzema wielkimi wytwórniami zawrzemy umowy, co oznacza, że większość dobrej oferty dostępnej na świecie będzie dostępna także w Multimediach.

Multimedia Polska działa w ok. 200 polskich miejscowościach. W ubiegłym roku przychody Grupy wyniosły 705,8 mln zł, skorygowany zysk EBITDA –355,6 mln zł, a zysk netto – 51,3 mln zł.

Polimex-Mostostal do połowy roku chce dokonać scalenia akcji

0

CEO Magazyn Polska

Polimex-Mostostal wychodzi na prostą po tym, jak trzy lata temu znalazł się na krawędzi bankructwa. Od 2016 roku spółka ma znowu zarabiać. Dzięki porozumieniu z wierzycielami od października ponownie może startować w przetargach publicznych. W ten sposób co miesiąc zdobywa kilka nowych zamówień.

Polimex-Mostostal otrzymał w marcu zgodę Komisji Nadzoru Finansowego na wprowadzenie do obrotu publicznego akcji z emisji konwersyjnej, która była skierowana do wierzycieli finansowych. Akcje weszły do obrotu w ostatni piątek. By ratować się przed upadłością, spółka w październiku sprzedała Agencji Rozwoju Przemysłu papiery warte 140 mln zł.

– To jest jeden bardzo istotny etap – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Maciej Stańczuk, p.o. prezesa zarządu Polimeksu-Mostostalu. – Kolejnym etapem będzie scalenie akcji, ponieważ obecny status spółki groszowej jest na dłuższą metę nieakceptowalny i uniemożliwia myślenie o takich  normalnych, komercyjnych emisjach. Tutaj też mamy plany, chcemy przeprowadzić scalenie akcji mniej więcej do połowy tego roku.

Ubiegły rok był kluczowy dla Polimeksu. Zadłużona spółka zmagała się z wierzycielami składającymi wnioski o jej upadłość. Pod koniec września udało się wynegocjować kompromis.

Osiągnęliśmy porozumienie z wierzycielami finansowymi, pod którym z ręką na sercu się podpisaliśmy – podkreśla Maciej Stańczuk. – Mnie w szczególności zleżało na tym, że to porozumienie tym razem miało charakter absolutnie zakotwiczony w realiach biznesowych i taki, z którego Polimex miałby szanse z dużym prawdopodobieństwem się wywiązać. To porozumienie z kolei uruchomiło całą lawinę kolejnych rzeczy, część pozytywnych, część mniej pozytywnych.

Groźba bankructwa Polimeksu-Mostostalu spowodowała też to, że spółka nie była w stanie uczestniczyć w przetargach na nowe projekty. Od października firma ponownie jest obecna na rynkach. Udało jej się m.in. wynegocjować z wierzycielami finansowymi dostęp do linii gwarancyjnej, bez której trudno jest uczestniczyć w nowych przetargach.

Od października sukcesywnie nie ma miesiąca czy nawet tygodnia, w którym nie zyskujemy nowych kontraktów – informuje p.o. prezesa zarządu Polimeksu-Mostostalu. – To szczególnie cieszy, ponieważ świadczy o dwóch rzeczach. Po pierwsze o tym, że nadal jesteśmy firmą konkurencyjną i zbieramy owoce restrukturyzacji operacyjno-kosztowej, którą wdrożyliśmy i którą zajmowaliśmy się co najmniej przez ostatni rok. To znaczy też, że mamy takie struktury kosztowe, które umożliwiają nam konkurowanie z sukcesem z innymi firmami. Wróciliśmy również na rynki zagraniczne, co znaczy, że spółka nie tyko w wymiarze lokalnym, lecz także w wymiarze międzynarodowym ma taki poziom kosztów, że skutecznie możemy zawalczyć o kontrakty zagraniczne.

Spółka zapowiada, że wkrótce poinformuje rynek o strategii oraz planach biznesowych na 2015 rok.

Zadanie na ten rok to przede wszystkim dalsze odzyskiwanie reputacji rynkowej, dalsze odzyskiwanie zaufania naszych partnerów biznesowych, przede wszystkim na rynku krajowym, oraz jednocześnie penetrowanie możliwości biznesowych spółki na rynkach zagranicznych – deklaruje Maciej Stańczuk p.o. prezesa Polimex-Mostostal.

ITP SA rejestruje nowe urządzenia medyczne i rozszerza ofertę

0

CEO Magazyn Polska

Lider rynku technologii medycznych i kosmetycznych ITP SA na fali rosnącego popytu na usługi poprawiające urodę wprowadza na polski rynek kolejne produkty marki Neauvia Organic i rejestruje dwa innowacyjne urządzenia. To efekt rosnących nakładów spółki na badania i rozwój, które dzisiaj przekraczają już 1 mln zł.

Rozszerzamy portfolio produktów marki Neauvia, co pozwoli nam na wprowadzenie na jesieni na rynek kilku nowych produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dominik Śliwowski, członek zarządu ITP SA. – W segmencie urządzeń medycznych jesteśmy w trakcie procesu rejestracji platformy do ciała oraz lasera medycznego i w tym lub w przyszłym roku uruchomimy ich produkcję.

ITP SA zajmuje się sprzedażą urządzeń dla medycyny i medycyny estetycznej. Spółka działa także w segmencie wellness – poprzez sprzedaż produktów fitness clubom, siłowniom hoteli, obiektom sportowym i  klientom indywidualnym. Firma współpracuje z takimi markami, jak LGP czy Technogym.

– W segmencie medycyny estetycznej w Polsce jesteśmy liderem, z około 40-proc. udziałem w rynku. Sprzedajemy głównie takie urządzenia, jak lasery i platformy medyczne – mówi Śliwowski. – Z kolei w sektorze wellness jesteśmy jedną z trzech wiodących marek na polskim rynku, a jeżeli chodzi o produkty kosmeceutyczne Neauvia, to od roku rozwijamy tę działalność i na tę chwilę sprzedajemy je w Polsce oraz w 17 krajach na całym świecie.

ITP SA do tej pory rozwijała się organiczne i o własnych siłach. Obecnie firma, przeprowadzając ekspansję zagraniczną, potrzebuje partnera, dlatego, jak tłumaczy Dominik Śliwowski, firma rozmawia m.in. z funduszami private equity, które będą w stanie pomóc spółce w rozwoju na rynkach zagranicznych.

Nowe produkty to pokłosie działalności badawczo-rozwojowej spółki. Nakłady R&D obecnie przekraczają 1 mln zł, czyli 2 proc. przychodów spółki i – jak przyznaje Śliwowski – co roku ulegają podwojeniu.

– Naszymi klientami są właściciele prywatnych klinik medycyny estetycznej, lekarze, prywatne szpitale, hotele, obiekty sportowe, placówki medyczne, ale także szkoły wyższe i prywatni użytkownicy – wymienia Dominik Śliwowski.

Członek zarządu ITP SA wyjaśnia, że obszary działalności spółki, czyli zarówno medycyna estetyczna, medycyna, wellness, sport, jak i produkty beauty, co roku notują wzrost przychodów wynikający z rozwoju rynku.

– W Polsce jest to wzrost sięgający od 9 do 20 proc. w zależności od segmentu i kategorii produktów, na świecie podobnie – od kilku do kilkunastu procent w zależności od rynku. Gonimy kraje rozwinięte bardzo szybko i właściwie tempo wzrostu w Polsce wynika z dystansu, jaki dzieli Polskę i pozostałe rynki – podsumowuje członek zarządu ITP SA.

Wiosna pachnie dywidendą

Sezon wynikowy na giełdzie chyli się powoli ku końcowi. Większość spółek razem z informacją o przychodach i zyskach dostarczała akcjonariuszom także potencjalną kwotę dywidendy. Która firma wypłaci grosze, a która nagrodzi inwestorów za zaufanie? W zapowiedziach nie brakuje niespodzianek.

Rekomendacje dotyczące podziału zysków za rok 2014 zdążyli poznać już akcjonariusze ponad 70 spółek. W zestawieniu nie brakuje symbolicznych dywidend, jak np. w przypadku Stalprofilu, który każdemu posiadaczowi akcji wartej 13,88 zł wypłaci 10 groszy dywidendy.

Hojniejsze spółki wypłacą nawet 50% swojego zysku, m.in. spółki energetyczne, w których swoje udziały posiada Skarb Państwa. PGE przekaże inwestorom od 30 do 50%t swojego zysku, Tauron właścicielowi każdej akcji zapłaci 0,15 zł, a Enea 0,47 zł. Dywidendową furorę robi jednak Energa, która podzieli się w tym roku z akcjonariuszami aż 600 mln zł ze swojego zysku. Zaowocuje to dywidendą na poziomie 1,44 zł na akcję.

Inwestorzy mogą liczyć również na spółki państwowe z innych branż, przykładowo PZU na dywidendy przekaże znaczącą część z sięgającego niemal 3 mld zł zysku. Rozczaruje jednak KGHM, który wypłaci akcjonariuszom o 1/4 pieniędzy mniej niż przed rokiem. W przypadku wymienionych spółek, pieniądze z dywidend zasilą przede wszystkim budżet. Zgodnie z założeniami ustawy budżetowej Ministerstwo Skarbu Państwa chce w tym roku pozyskać z dywidend 4,6 mld zł.

Niskie stopy zachęcają do inwestycji na giełdzie

– Na rynku znajdziemy wiele prywatnych firm, które hojnością chcą podnieść swoją atrakcyjność w oczach inwestorów. Dywidendy od zawsze budzą zainteresowanie inwestorów – przede wszystkim tych długoterminowych – i dla sporej części rynku stanowią jedną z głównych cech decydujących o zakupie bądź sprzedaży papierów danej spółki – komentuje Adam Torchała, analityk Bankier.pl.

Wśród dużych spółek uwagę zwraca m.in. Orange, które każdemu akcjonariuszowi posiadającemu papier wart 9,5 zł wypłaci 50 groszy dywidendy. Wśród mniejszych uwagę przykuwa Macrologic – znany producent oprogramowania dla przedsiębiorstw – który wypłaci 3 zł dywidendy. Obecny kurs akcji tej spółki wynosi 40 zł.

– Szanujące się i zyskowne spółki muszą wypłacać dobre dywidendy. O to przecież pierwotnie chodziło na giełdzie. Obecnie stopy procentowe są na historycznie niskich poziomach. Trzymanie oszczędności na lokacie co najwyżej daję gwarancję, że nie stracimy pieniędzy. Inwestycje na giełdzie wiążą się z ryzykiem, ale dają nadzieję na wyższe zarobki. Najprościej pokazać to na przykładzie. Gdybyśmy rok temu (19 marca 2014 roku) założyli lokatę w banku na 10 tys. zł, to maksymalnie zyskalibyśmy 400 zł. Osoby, które wybrałyby inwestycje w akcje, np. Energi – raz, że zyskaliby 40% na samych papierach (stan na 19 marca 2015 roku), a dwa – mogliby spodziewać się wypłaty ponad 600 zł dywidendy – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Eksperci pomogą NIK w kontrolach dotyczących ochrony zwierząt

W NIK rozpoczęła funkcjonowanie Rada do Spraw Wspierania Działań na Rzecz Ochrony Zwierząt. Powołany przez Prezesa Krzysztofa Kwiatkowskiego zespół ma pełnić w Najwyższej Izbie Kontroli funkcję doradczą.

Do zadań Rady należy przede wszystkim wskazywanie najważniejszych problemów w dziedzinie ochrony zwierząt, opiniowanie tematów kontroli, udział w panelach ekspertów oraz współpraca z organizacjami pozarządowymi, uczelniami i stowarzyszeniami zawodowymi. Rada może zasięgać porad ekspertów zewnętrznych, a także powoływać doraźne zespoły robocze.

– Chcemy wspierać kontrolerów naszą wiedzą, pokazując im te zagrożenia i nieprawidłowości, które zazwyczaj ciężko znaleźć w dokumentach – mówi Marta Lichnerowicz z Fundacji Dobrych Zwierząt. Oprócz niej do Rady weszli: Beata Krupianik , Magdalena Środa, Dorota Sumińska, Stanisław Tym, Sylwia Najsztub i Agnieszka Pawlus. Ze strony NIK skład uzupełniają: Ryszard Szyc, Magdalena Bratkowska, Grzegorz Brzostek, Hubert Cichocki, Katarzyna Papińska, Edyta Tuszyńska i Krzysztof Babicki. Na czele zespołu stoją wspólnie Anna Krzywicka oraz Karina Daniszewska-Schwerzler.

Podczas inauguracyjnego spotkania omówione zostały m.in. zagadnienia związane z planowaną na wiosnę pierwszą konferencją dotyczącą ochrony zwierząt. Ma być ich więcej. Rada chce bowiem nie tylko wspomagać NIK, ale także poprzez NIK docierać ze swoim przesłaniem do świadomości obywateli. A przesłanie to brzmi następująco: dobre i mądre podejście do zwierząt jest nie tylko moralne i buduje pełne ładu relacje człowieka z otoczeniem, ale także po prostu się opłaca i przynosi Skarbowi Państwa realne oszczędności.

Porozumienie pracodawców, związków zawodowych i rządu w sprawie dialogu społecznego

Szefowie organizacji pracodawców, związków zawodowych i minister pracy, w czasie wyjazdowego spotkania w Dobieszkowie pod Łodzią, doszli do porozumienia i uzgodnili projekt nowej ustawy o dialogu społecznym. Konfederacja Lewiatan ma nadzieję, że zostanie ona uchwalona jeszcze w pierwszej połowie roku i w ten sposób rozpocznie działalność Rada Dialogu Społecznego.

Partnerzy społeczni uzgodnili projekt ustawy regulujący funkcjonowanie instytucji dialogu społecznego na szczeblu krajowym i regionalnym.  W miejsce Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych powstanie Rada Dialogu Społecznego . Najważniejszą  zmianą będzie poszerzenie kompetencji Rady Dialogu Społecznego, a szczególnie partnerów społecznych. Oprócz ustawy wypracowano również projekt regulaminu Rady.

– Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia. Ten kompromis jest  w interesie pracowników, pracodawców i rządu. Teraz czekamy na jak najszybsze powołanie nowej platformy dialogu społecznego i powrót do efektywnego dialogu. Choć zdaję sobie sprawę, że najlepsze nawet zapisy ustawowe, bez otwartości, zaufania i dobrych praktyk, nie przesądzą o ostatecznym wyniku – mówi Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan.

W ciągu dwóch tygodni władze każdej z organizacji wyrażą  ostateczne stanowisko dotyczące projektu ustawy. Minister Pracy i Polityki Społecznej przedstawi zaś efekty wspólnych uzgodnień na jednym z najbliższych posiedzeń rządu.

Wszystkie organizacje pracodawców, związków zawodowych i strona rządowa zobowiązują się do niezwłocznego podjęcia rozmów na temat kompetencji, które dotychczas przysługiwały Trójstronnej Komisji, a wynikały z innych ustaw, np. regulujących wysokość płacy minimalnej, waloryzację emerytur i rent oraz warunki udzielania pomocy społecznej.

Konfederacja Lewiatan

„The Economist”: Polska potrzebuje własnych produktów i mocnych marek. Szybkiego rozwoju nie da tania siła robocza i technologie zakupione na zewnątrz

 

W ciągu ostatnich 25 lat Polska osiągnęła ogromny sukces: zaczynała jako jeden z najbiedniejszych krajów Europy Środkowej, obecnie jej PKB wynosi 66 proc. średniej Unii Europejskiej. Dotychczas jednak największym atutem była stosunkowo tania siła robocza. Zdaniem Jana Cieńskiego, dziennikarza „The Economist”, motorem dalszego rozwoju powinny być innowacyjne pomysły, system finansowania start-upów, poprawa stosunków między administracją i biznesem oraz reforma systemu politycznego.

Polska osiągnęła ogromny sukces w ostatnim ćwierćwieczu, bo zaczynała jako jeden z najbiedniejszych krajów Europy Środkowej, a obecnie jej PKB stanowi 66 proc. średniego PKB w UE – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jan Cieński, dziennikarz tygodnika „The Economist”.

Zdaniem Jana Cieńskiego jest to przede wszystkim efekt mądrej polityki rządowej, szczególnie wczesnych reform z planu Balcerowicza. Istotny wpływ miał na to także napływu inwestycji zagranicznych po 1989 roku oraz powstanie niespodziewanie dużej klasy przedsiębiorców, którzy stworzyli bardzo wiele ciekawych przedsiębiorstw.

Kolejny etap jest trudniejszy, bo dotychczas Polska rosła dzięki taniej sile roboczej i kupionym na zewnątrz technologiom – zauważa Cieński. – Teraz trzeba samemu tworzyć nowe, innowacyjne rozwiązania, firmy powinny się łączyć i razem przebijać na zachodnich rynkach z własnymi markami, co obecnie jest rzadkością.

Istnieją co prawda przedsiębiorstwa, takie jak PESA (producent taboru szynowego) czy wytwarzający pojazdy komunikacji miejskiej Solaris Bus & Coach, których produkty są znane i cenione na świecie. Większość jednak – zdaniem Jana Cieńskiego – to dostawcy podzespołów, które trafiają głównie do Niemiec, bo sprzedaż zagraniczna do tego kraju odpowiada za około jedną czwartą polskiego eksportu.

Ale szerokie wejście na rynki światowe dla krajowych firm jest do zrobienia – twierdzi dziennikarz tygodnika „The Economist”. – PESA dziesięć lat temu prawie w ogóle nie istniała na zagranicznych rynkach, a kilka lat temu wygrała kontrakt wart więcej niż miliard euro i dzisiaj sprzedaje lokomotywy do Niemiec. Nowy Styl, który robi meble biurowe, niedawno kupił kilka firm niemieckich i obecnie funkcjonuje w dużej skali na tamtejszym rynku.

Atutami polskich przedsiębiorstw, jak uważa Cieński, są stosunkowo krótka historia, brak rutyny oraz energia i umiejętność dostosowania się do zmieniających się warunków.

Wszystkie krajowe firmy są bardzo młode, najstarsze mają mniej więcej 20-25 lat i obecnie dochodzą do takiego poziomu skali, że mogą już się przebijać – precyzuje korespondent tygodnika „The Economist”. – Ale to jest bardzo trudne, bo nie można polegać już tylko na taniej sile roboczej, należy dużo inwestować w innowacje, być zwrotnym i przedsiębiorczym. To bardzo wymagające także dla zarządu, który inaczej musi podchodzić do firmy. Ale jak są sukcesy, to znaczy, że jest to wykonalne. Teraz tylko trzeba sprawić, by miało to miejsce w szerszej skali.

Przedsiębiorcy wskazują, że rozwój gospodarczy Polski hamuje brak firm globalnych, zbyt niskie wsparcie innowacyjności, niskie kapitały własne przedsiębiorstw czy wysoki udział szarej strefy. Wciąż szwankuje też prawo, zbyt słabo w porównaniu z najbogatszymi państwami rozwinięta jest infrastruktura, niski jest także poziom zaufania społecznego i siła nabywcza konsumentów.

Obecnie konieczne jest mnóstwo żmudnych, małych reform, nie można już liczyć na jedną wielką przebudowę, jaka miała miejsce za Leszka Balcerowicza – wskazuje Jan Cieński. – A więc poprawa wyższych uczelni, finansowanie start-upów, zmiana przepisów, jeśli chodzi o rozpoczęcie biznesu, poprawa stosunków między biznesem i uczelniami, usprawnienie systemu politycznego. To bardzo męczący system, reformy nigdy się nie kończą, trwają w nieskończoność, bo cały czas trzeba coś zmieniać i poprawiać.

S. Niesiołowski: Nikt nie będzie nam dyktować, w jakich warunkach czy przeciwko komu możemy użyć broni. Niezależność jest najważniejszym kryterium wyboru uzbrojenia dla polskiej armii

CEO Magazyn Polska

Polskie siły zbrojne dysponują największym od lat budżetem na modernizację, który w tym roku ma wynieść około 13 mld zł. Przy wydawaniu tak potężnych pieniędzy ważne jest to, by w parze ze zwiększanie zdolności posiadanej broni, szła także możliwość niezależnego jej użycia. Jak pokazuje przykład przetargu na nowe okręty podwodne, decyzje MON zmierzają w tym kierunku. W styczniu resort zmienił stanowisko w sprawie ich zakupu. Obecnie chodzi nie tylko o nabycie samych okrętów, lecz także o wyposażenie ich w rakiety manewrujące.

Kwestia nowych okrętów podwodnych jest śledzona także przez parlament – Politycznie jest oczywiste, że musi to być uzbrojenie kupowane w krajach należących do NATO – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stefan Niesiołowski, poseł na Sejm RP z ramienia Platformy Obywatelskiej, szef Komisji Obrony Narodowej Technologicznie powinna to być broń najnowocześniejsza na świecie bądź jedna z najnowocześniejszych. Ważne też jest to, by decyzja o użyciu takiej broni, była podejmowana w Polsce. Nie może być tak, że jakieś państwo sprzeda nam uzbrojenie, którego użycie uzależni użycie od swojej polityki.

Pod koniec stycznia br. resort obrony narodowej zdecydował, że kupi okręty podwodne wraz z pociskami manewrującymi. Jesienią MON miał inne plany: najpierw postępowanie na okręty, potem rakiety. Wiceminister obrony Czesław Mroczek poinformował, że po analizach zdecydowano się jednak połączyć obydwa przetargi.

To bardzo dobra, logiczna i myślę, że konieczna decyzja, bo okręty bez rakiet właściwie w niewielkim stopniu spełniają swoją funkcję – ocenia Stefan Niesiołowski. – Trzeba postawić sprawę jasno: akwenem morskim, który nas interesuje, jest Morze Bałtyckie. Polskie jednostki podwodne, które będą tam operowały, muszą mieć w zasięgu swoich rakiet terytoria przybrzeżne potencjalnego agresora. W związku z tym decyzja o tym, że kupujemy łodzie, ale z rakietami, jest oczywista.

Tegoroczny budżet na modernizację polskich sił zbrojnych wynosi około 13 mld zł (łącznie z ostatnią, wynoszącą 5,5 mld zł transzą płatności za samoloty F-16). Ważne jest to, by podczas jego realizacji, jak podkreśla szef Komisji Obrony Narodowej Sejmu RP, rezygnować z ofert uzależniających ewentualne użycie broni od innych czynników niż wewnętrzne, polskie, na przykład decyzji państwa, z którego pochodzi oferent.

Tego rodzaju zapisy pojawiają się w umowach, ale są to kwestie, które podlegają negocjacjom – informuje Stefan Niesiołowski. – Moje zdanie jako szefa Komisji Obrony jest takie: możemy dyskutować, ale to my płacimy i kupujemy nowoczesną broń, więc to my decydujemy. Jeśli ktoś chce nam stawiać tego rodzaju warunki, to niech sobie znajdzie innego nabywcę. Nikt nie będzie nam dyktować, w jakich warunkach czy przeciwko komu możemy użyć takiej broni.

Niezależność w wykorzystaniu zakupionego uzbrojenia, w tym rakiet manewrujących, ważna jest także dla kierownictwa MON. Jak zaznaczył niedawno wiceminister Czesław Mroczek, możliwość autonomicznego użycia pocisków, bez każdorazowej zgody państwa producenta, będzie punktem wyjścia przy wyborze systemu.

Polski nie stać też, jak uważa Stefan Niesiołowski, na kupno przestarzałego czy używanego sprzętu bojowego.

Ja bym raczej z tego rezygnował, podziękowałbym – przekonuje Niesiołowski. – Byliśmy już w paru konfliktach, w których mieliśmy broń przestarzałą i to na ogół źle się kończyło. Dlatego jeżeli w tej chwili niepodległa, demokratyczna i wolna Polska ma kupować uzbrojenie, to musi być to broń nie z drugiej, a z pierwszej ręki. Najlepiej jak byśmy wyprodukowali ją sami, ale jeśli na razie nie możemy, to powinniśmy kupować najnowocześniejszą.

Do 2022 roku łączne wydatki na modernizację polskich sił zbrojnych mają wynieść blisko 91 mld zł.

NIK będzie kontrolować zakupy armii. Zbada też duże projekty drogowe i kolejowe

 

Najwyższa Izba Kontroli planuje w tym roku przeprowadzenie 110 postępowań. Sprawdzane będą m.in. rozliczenia projektów realizowanych w ramach poprzedniej perspektywy unijnej. Z powodu napiętej sytuacji na Wschodzie na znaczeniu zyskają także postępowania związane z funkcjonowaniem sił zbrojnych w kontekście zarówno zdolności mobilizacyjnych, jak i ustawy o zamówieniach publicznych.

W tym roku przyglądamy się projektom, które były finansowane z mijającej perspektywy budżetowej Unii Europejskiej – precyzuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli. – Będziemy przedstawiać informacje na temat realizacji inwestycji drogowych i jakości wykonanych dróg, bo chcielibyśmy mieć pewność, że nie będą to drogi, które po kilku latach trzeba będzie remontować. Przyglądamy się także inwestycjom kolejowym, czyli tym największym projektom.

Jak wynika z dokumentu „Plan pracy Najwyższej Izby Kontroli na 2015 rok” przygotowanego pod koniec ubiegłego roku, NIK planuje przeprowadzenie 110 kontroli, w tym najwięcej w administracji publicznej (19 postępowań, czyli 17 proc. wszystkich). Systemu ochrony zdrowia ma dotyczyć 14 kontroli (13 proc.), a zagadnień związanych z transportem – 13 (12 proc.).

Kontrolerzy NIK są obecni w instytucjach publicznych, spółkach skarbu państwa, komunalnych, w samorządzie – informuje Kwiatkowski. – Sprawdzają, czy pieniądze podatników są wydawane legalnie, gospodarnie, celowo, czyli tak, aby zadania, które za ich pomocą realizowane, były wydawane jak najlepiej. Jesteśmy zarówno przy dużych projektach infrastrukturalnych, takich jak gazoport, projekty drogowe i autostradowe, jak i w małej szkole wiejskiej. Robimy to, aby obywatele mieli przekonanie, że wszędzie tam, gdzie wydawane są pieniądze publiczny, robione jest to jak najlepiej.

Poza planowanymi kontrolami NIK przeprowadza także każdego roku kilkaset kontroli doraźnych, które umożliwiają szybkie zbadanie problemu pojawiającego się w debacie publicznej. W razie konieczności pilnego sprawdzenia aktualnych zagadnień o szczególnym znaczeniu dla kraju, przeprowadzane są natomiast kontrole doraźne specjalne.

Przyglądamy się zabezpieczeniom funkcjonowania państwa w takich obszarach, które jeszcze do niedawna uciekały naszej uwadze, a teraz, także z uwagi na kontekst międzynarodowy, stają się coraz ważniejsze – wskazuje Kwiatkowski. – Stąd cały blok kontroli związanych z funkcjonowaniem polskiej armii, jej zdolnościami mobilizacyjnymi oraz nowoczesnymi systemami uzbrojenia, które mają być wprowadzane. Żeby je zakupić, trzeba prawidłowo przeprowadzić procedury związane z ustawą o zamówieniach publicznych.

W ubiegłym tygodniu Krzysztof Kwiatkowski otrzymał tytuł Finansisty Roku 2014 przyznawany przez „Gazetę Finansową”. W uzasadnieniu nagrody podkreślono jego odwagę, zdecydowanie i konsekwencję w kontrolowaniu najważniejszych instytucji państwowych, polityków oraz administracji.

Ponad 330 miejsc pracy uratowanych w pierwszych tygodniach działania programu pomocy dla firm dotkniętych embargiem

CEO Magazyn Polska

Kilka firm dotkniętych skutkami rosyjskiego embarga już skorzystało z pomocy resortu pracy. Dzięki działającemu od 1 lutego programowi wsparcia uchroniono przed likwidacją ponad 330 miejsc pracy. Z pomocy mogą skorzystać nie tylko firmy handlujące z Rosją, lecz także przedsiębiorstwa transportowe czy producenci opakowań, którzy pośrednio stracili na wprowadzeniu embarga.

Nasze działania są kierowane do wszystkich firm, które bezpośrednio lub pośrednio odczuły skutki rosyjskiego embarga – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej. – Po miesiącu funkcjonowania programu wiemy, że skorzystało już z niego kilka firm, mówimy tu o trzystu trzydziestu kilku miejscach pracy. Z mojej perspektywy każde miejsce pracy, które chronimy, jest ważne, nie możemy jednak oceniać i ewaluować tego programu po miesiącu działania.

Do organizacji wsparcia polski resort pracy jest dobrze przygotowany. Obowiązująca od 1 lutego ustawa przewiduje budżet na pomoc dla poszkodowanych firm w wysokości 0,5 mld zł, z czego połowa może być wydana w tym roku.

Wszyscy, którzy będą mieli problem, mogą otrzymać wsparcie – deklaruje Jacek Męcina. – Polega ono na tym, że w ciągu 6 miesięcy współfinansujemy zatrudnienie pracowników. Robimy to, na co pozwala także pomoc publiczna w rozumieniu przepisów unijnych. Ale te 6 miesięcy oddechu może być wykorzystane, by znaleźć alternatywę dla swojej działalności i to może być cenne rozwiązanie.

Założeniem programu jest danie firmom czasu na znalezienie sobie alternatywnych partnerów handlowych i nowych rynków zbytu. Patrząc na wyniki polskiego eksportu, wielu przedsiębiorców poradziło sobie z tym zadaniem jeszcze w zeszłym roku. Po kilku miesiącach obowiązywania rosyjskiego embarga na polskie towary jego skutki w skali ogólnopolskiej nie wydają się bardzo dotkliwe. Polscy eksporterzy notują rekordową sprzedaż. W styczniu, jak informuje Główny Urząd Statystyczny, wartość polskiego eksportu przekraczała 13,4 mld euro i była o 0,6 proc. wyższa niż rok wcześniej. Dziś zaledwie 3 proc. z tego to eksport do Rosji, która w ten sposób zajmuje 7. miejsce wśród krajów, z którymi handlują polscy dostawcy. Co nie zmienia faktu, że są firmy, dla których ograniczenie polskiego handlu ze wschodem to poważny kłopot i potrzebne jest im wsparcie.

Najlepiej by było, gdyby firmy w ogóle nie musiały korzystać z tych mechanizmów, ponieważ oznaczałoby to, że świetnie sobie radzą – podkreśla wiceminister pracy i polityki społecznej. – Te instrumenty mają pomóc w znalezieniu alternatywnych rozwiązań, czyli alternatywnych rynków zbytu, ewentualnie w zmianie formuły, modelu czy zakresu działalności. Firmy transportowe sobie świetnie radzą, znajdując rynki na Zachodzie. Firmy eksportowe, jak wiemy, także poszukują alternatywnych rynków i całkiem nieźle im to wychodzi.

Minister podkreśla jednak, że zadaniem państwa jest reagowanie na sytuacje, w których z przyczyn obiektywnych pojawiają się problemy w funkcjonowaniu podmiotów gospodarczych. I tak jest dokładnie z sytuacją związaną z embargiem. Są firmy, które bez wsparcia, sobie nie poradzą.

Działania mogą być kierowane do firm, które już od sierpnia mają problemy bezpośrednio czy pośrednio związane z barierami eksportowymi. Zidentyfikowaliśmy sporo firm, które produkowały opakowania do towarów eksportowych, które szły na Wschód. Okazało się, że embargo spowodowało problemy także u nich. Dotyczy to także firm transportowych, nie tylko tych, które mają zamknięty dostęp do przewozów na Wschód, lecz także tych, które zajmowały się przewozem na rynku krajowym, który był bezpośrednio związanym z tym eksportem – wyjaśnia Jacek Męcina.

PKO Bank Hipoteczny rozpocznie działalność 1 kwietnia. Pierwsza emisja listów zastawnych przewidywana jest w połowie roku

0

CEO Magazyn Polska

PKO Bank Hipoteczny, który będzie specjalizował się w sprzedaży kredytów mieszkaniowych, rozpocznie działalność operacyjną 1 kwietnia. Już w drugiej połowie br. w oparciu o udzielone kredyty odbędzie się pierwsza emisja listów zastawnych na kwotę około 500 mln zł. Kolejne emisje są planowane w następnych kwartałach. Dzięki listom zastawnym bank będzie mógł udzielać kredytów o stałym oprocentowaniu nawet na okres siedmiu lat, ograniczając ryzyko wzrostu stóp procentowych po stronie klienta. 

PKO Bank Hipoteczny rozpocznie działalność operacyjną 1 kwietnia 2015 roku, pierwszego kredytu udzielimy także w tym miesiącu, natomiast pierwszą emisję listów zastawnych o wartości około 500 mln zł przewidujemy na połowę roku – informuje w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Rafał Kozłowski, prezes zarządu PKO Banku Hipotecznego. – Zakładamy, że udział kredytów o wydłużonym okresie stałej stopy procentowej będzie w Polsce stopniowo rósł. Dla przykładu na rynku niemieckim czy duńskim regułą jest udzielanie pożyczek z okresem stałej stopy procentowej na poziomie 5-7 lat. W Polsce dominują kredyty o stopie zmiennej.

Na zaoferowanie tego rodzaju kredytów pozwalać będą emisje listów zastawnych. To rodzaj dłużnego, imiennego lub na okaziciela, papieru wartościowego, tzw. obligacji zabezpieczonej (z ang. covered bonds) charakteryzującej się stosunkowo wysokim poziomem bezpieczeństwa oraz niskim ryzykiem inwestycyjnym. Służy ona przede wszystkim do refinansowania portfeli kredytowych. Jak zauważa Komisja Nadzoru Finansowego w swoim raporcie z prac grupy ds. emisji listów zastawnych, pod koniec 2011 roku udział tego rodzaju papierów w refinansowaniu polskich banków sięgał zaledwie 0,14 proc. W całej Unii Europejskiej natomiast wynosił ok. 20 proc.

Zakładamy, że banki hipoteczne będą mogły emitować listy zastawne o stałym oprocentowaniu, a w efekcie zaoferować na rynku kredyty hipoteczne z wydłużonym okresem stałej stopy procentowej – przekonuje Rafał Kozłowski. – Obecnie polskie banki mają w ofercie pożyczki z oprocentowaniem stałym w okresie nie przekraczającym zazwyczaj trzech miesięcy. Jesteśmy przekonani, że finansowanie w postaci listów zastawnych umożliwi pozyskanie środków o stałym oprocentowaniu, a następnie zaproponowanie klientom kredytów hipotecznych ze stałym oprocentowaniem w okresie od pięciu do siedmiu lat.

Aby to było możliwe, konieczne są jednak zmiany w prawie. Najważniejsze z nich – zdaniem prezesa Kozłowskiego – to wprowadzenie procedury postępowania w przypadku upadłości banku hipotecznego, zmiana limitów inwestycyjnych otwartych funduszy emerytalnych oraz zniesienie tzw. podatku u źródła, opłaty na rzecz fiskusa pobieranej w przypadku płatności transgranicznych, w których podmiot otrzymujący przychód (podatnik) ma inną rezydencję podatkową niż podmiot dokonujący wypłaty (rezydent).

Pierwszą emisję listów zastawnych skierujemy do inwestorów polskich, głównie otwartych funduszy emerytalnych, towarzystw funduszy inwestycyjnych oraz ubezpieczeniowych – wskazuje Kozłowski. – Po nowelizacji kolejne emisje będziemy kierować do inwestorów zagranicznych. W innych krajach europejskich inwestorzy spoza danej jurysdykcji obejmują zwykle około 80 proc. emisji.

Założenia nowej ustawy Rada Ministrów przyjęła w sierpniu ubiegłego roku. Obecnie, jak twierdzi Rafał Kozłowski, Ministerstwo Finansów wraz z resortem sprawiedliwości oraz Rządowym Centrum Legislacji kończą prace nad konkretnym jej brzmieniem.

Spodziewamy się, że w najbliższych tygodniach projekt nowego prawa zostanie skierowany do Parlamentu – mówi Kozłowski.

Trudna sytuacja producentów słodyczy. Ich sprzedaż spada

CEO Magazyn Polska

Polacy w ubiegłym roku kupili o ponad 2 proc. mniej słodyczy niż w 2014 r. Producenci w tej trudnej sytuacji rynkowej, na którą dodatkowo wpłynęła utrzymująca się deflacja oraz wysokie ceny kakao i orzechów laskowych, szukają szans na zwiększenie rentowności poprzez wprowadzanie nowych produktów. Taka strategia okazała się skuteczna dla Wedla, który pomimo słabej koniunktury zanotował kilkunastoprocentowy wzrost sprzedaży.

Branża słodyczy po raz pierwszy zanotowała spadek wolumenu o ponad 2 proc. Ten rok nie był najłatwiejszy, a to spowodowało zwiększoną konkurencję, zwłaszcza w obszarze cenowym, przede wszystkim między sieciami handlowymi i częściowo również między producentami. Wedel jest jednak z ubiegłorocznych wyników bardzo zadowolony – podkreślił Maciej Herman, dyrektor sprzedaż i marketingu Lotte Wedel, w rozmowie z agencją Newseria Biznes podczas Poland & CEE Retail Summit 2015.

Herman zwraca uwagę na to, że w ubiegłym roku w większości segmentów branży produktów szybko zbywalnych nastąpiła stagnacja lub nawet spadki sprzedaży. Sytuację producentów dodatkowo pogorszyła utrzymująca i pogłębiająca się od lipca ubiegłego roku deflacja.

Producenci słodyczy dodatkowo odczuli wysokie ceny kakao i orzechów laskowych. Te wszystkie czynniki spowodowały, że rentowność tej działalność jest bardzo niska. Problemy z marżami odczuwają wszyscy producenci w Polsce.

Wedel na tym tle zanotował jednak bardzo dobry rok. Kilkunastoprocentowy wzrost sprzedaży zarówno w handlu tradycyjnym, jak i wielkopowierzchniowym wynikał między innymi z wprowadzenia nowych, dobrze przyjętych produktów.

Przede wszystkim są to duże tabliczki deserowe panna cotta, tiramisu, creme brulee, które spotkały się z bardzo dużym zainteresowaniem konsumentów. Odnotowaliśmy bardzo duże wzrosty na rynku tabliczek czekoladowych. Odnowiliśmy grafikę Torcika Wedlowskiego, co również dało nam bardzo wysokie wzrosty w tym kanale. Wprowadziliśmy CzekoWafel  nowy produkt dla naszej firmy w kategorii wafli impulsowych [kupowane pod wpływem impulsu, umiejscowione np. przy kasach ‒ red.], który też spotkał się z bardzo dużym zainteresowaniem – wylicza Herman.

Wedel nie zamierza jednak poprzestać na wprowadzonych w zeszłym roku produktach i chce nadal rozwijać ofertę. Właśnie z uwagi na planowane nowości druga połowa tego roku będzie znacznie ważniejsza dla spółki niż poprzednie lata.

Na rynek trafią m.in. gorzkie czekolady deserowe w smakach przetestowanych już w poprzednim roku z czekoladą mleczną. Wedel zamierza także wprowadzić nową linię pralin deserowych. To bardzo obiecujący produkt, bo jak zauważa Herman, praliny są produktami o znacznie wyższej marży niż czekolady.

Wedel planuje także nowe produkty dla dzieci, w tym Ptasie Mleczko ze zwiększoną ilością wapnia, batony oraz Czekotubki. Ten ostatni produkt został wycofany z rynku kilka lat temu, ale teraz wraca w nowym opakowaniu.

Nasz eksport także rozwija się bardzo dynamicznie. Większość naszych klientów zagranicznych to Polacy, którzy wyemigrowali kiedyś do Stanów Zjednoczonych, Kanady czy Wielkiej Brytanii. Oni czekają na nowości tak samo, jak Polacy w kraju. Nowości, które wprowadzamy w Polsce, na pewno trafią takżena rynek eksportowy – dodaje Herman.

Rynki wschodnie atrakcyjne dla polskich firm informatycznych. Podbój tych rynków odkładają jednak na spokojniejsze czasy

0

 

Polskie rozwiązania informatyczne są doceniane za granicą. To pomaga w ekspansji firm na światowych rynkach. Dla Asseco Business Solutions atrakcyjni są również klienci na Wschodzie, ale ze względu na napiętą sytuację geopolityczną firma wstrzymuje się z rozwijaniem tam działalności i koncentruje się na Europie Zachodniej.

– Mamy produkty na tyle dojrzałe, że nadszedł czas, by wychodzić z nimi za granicę. W 2015 roku koncentrujemy się na wychodzeniu z naszymi produktami za naszą zachodnią granicę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Lizon, członek zarządu Asseco Business Solutions. – W ubiegłym roku prowadziliśmy dość intensywne działania, żeby wyjść za wschodnią granicę, ale z racji trudnej sytuacji podjęliśmy decyzję o wstrzymaniu prac.

Podkreśla, że decyzja o zawieszeniu ekspansji na Wschód może zostać zmieniona, jeśli nastąpi uspokojenie sytuacji na Ukrainie. Na razie spółka koncentruje się na Europie Zachodniej, chociaż najbardziej perspektywiczne są dla niej kontrakty obejmujące kilka rynków.

– Strategia jest taka, żeby do pierwszej ligi wybierać klientów o strukturze ogólnoświatowej. Nie jest wykluczone, że jeśli wygramy taki kontrakt, którego realizacja będzie lokowana na wielu rynkach, trafimy też poza Europę – wyjaśnia Lizon. – Chcemy iść z tymi rozwiązaniami do dużych koncernów, które de facto operują na każdym rynku.

Przykładem realizacji projektu na kilku rynkach jest kontrakt Asseco BS z producentem napojów alkoholowych Bacardi.

– W ramach tego kontraktu w zeszłym roku realizowaliśmy projekt na czterech rynkach, w tym roku  na kolejnych i jeszcze pracy zostanie na 2016 rok – mówi Lizon.

Spółka jest już obecna m.in. w Holandii, Francji, na Litwie i Łotwie, w Estonii oraz Rosji. W 2013 roku oferowane przez spółkę rozwiązania mobilne dla klientów sektora FMCG znalazły się w raporcie firmy badawczo-doradczej Gartner („Vendor Panorama for Retail Execution and Monitoring in Consumer Goods 2013”) w gronie 19 światowych dostawców.

Za granicę wychodzimy z naszym sztandarowym produktem, czyli z Mobile Touch. Natomiast próbujemy zmienić nieco strategię, żeby dołączyć do niego produkty komplementarne, które sprzedawaliśmy tylko w Polsce, np. Platformę Connector – tłumaczy Lizon.

Zdaniem członka zarządu Asseco BS kontrakty z klientami zagranicznymi będą wymagać inwestycji wewnętrznych, głównie w zakresie rozbudowy zespołów i skonstruowania nowych metod obsługi klientów z różnych rynków. Spółka nie planuje przejęć spółek zagranicznych i otwierania swoich biur na nowych rynkach.

– Obsługa kontraktów z Polski staje się coraz łatwiejsza. Jakość takich metod jest na tyle wystarczająca, że można prowadzić w ten sposób negocjacje i nikt nie czuje potrzeby, żeby spotykać się personalnie – zwraca uwagę Mariusz Lizon. – Dzięki temu dla firm takich jak nasza zagraniczne rynki stoją otworem.

Rafał A. Ziemkiewicz: Polacy emigrują, bo nie chcą się męczyć z kisielem

 

Polacy nie przestaną emigrować, dopóki w Polsce nie zostaną wprowadzone wzorce z krajów cywilizowanych – twierdzi Rafał A. Ziemkiewicz. Zadaniem państwa jest bowiem służenie obywatelom, a nie zmuszanie ich do posłuszeństwa, co się obecnie dzieje w Polsce. Życie w kraju porównuje do pływania w kisielu – jest ono możliwe, ale wymaga dużego wysiłku. Zdaniem publicysty najgorsza sytuacja panuje na prowincji, gdzie lokalni dygnitarze nadużywają władzy.

Z danych GUS wynika, że za granicą na stałe przebywa już ponad 2 mln Polaków. Nadal zameldowani są oni w Polsce, a za granicą szukają już nie tylko pracy, lecz przede wszystkim lepszych niż w rodzinnym kraju zarobków i godniejszych warunków do życia. Badania CBOS pokazują, że o emigracji zarobkowej myśli obecnie co piąty Polak. Wśród osób w grupie wiekowej 18-24 lat wyjazd z Polski rozważa jedna trzecia badanych. Wielu z nich nie zamierza wyjechać na stałe, bardzo często jednak nie wyobrażają sobie powrotu do kraju po odniesieniu sukcesu na emigracji. Zdaniem Rafała Ziemkiewicza w Polsce musiałoby się bardzo wiele zmienić, aby ci ludzie zechcieli wrócić do kraju.

Musiałyby zostać przyjęte pewne wzorce krajów cywilizowanych. Chodzi o to, żebyśmy zaczęli mieć państwo, które służy obywatelom, a nie państwo, które służy samo sobie czy jakiejś tam grupie, nomenklaturze, która to państwo okupuje – mówi Rafał A. Ziemkiewicz agencji informacyjnej Newseria.

Publicysta nie dziwi się temu, że młodzi ludzie decydują się na emigrację, zwłaszcza pochodzący z małych miejscowości i wsi. Jego zdaniem sytuacja w tzw. Polsce prowincjonalnej, nie jest już wprawdzie tak zła, jak kilkanaście lat temu, wciąż jednak nie należy do najlepszych. Przyczynami są przede wszystkim korupcja wśród władz samorządowych oraz nadużywanie uprawnień przez lokalnych dygnitarzy.

Lewiatan się twardo broni. Sprzyja mu to, że para, która by bardzo dawno rozsadziła ten szybkowar, uchodzi bokiem, bo jest szeroko otwarta furtka, do skorzystania z której wręcz niedwuznacznie ta kasta rządząca zachęca. Jak wam się nie podoba, to sobie stąd wyjedźcie. My tutaj rządzimy, my wygrywamy wszystkie wybory, bo odpowiednio skorumpowaliśmy wystarczającą liczbę wyborców, którzy żyją dzięki nam, dzięki władzy są naszą klientelą. A jak się komuś nie podoba, niech sobie wyjedzie – mówi Rafał A. Ziemkiewicz.

Zdaniem publicysty Polska jest państwem, które zmusza obywatela do posłuszeństwa. Życie w Polsce publicysta porównuje do pływania w kisielu – możliwego, ale wymagającego dużego wysiłku. Jego zdaniem młodzi Polacy, zwłaszcza ci najbardziej aktywni, wyjeżdżają bowiem mają dość życia w takich warunkach.

Nie chcą się męczyć z kisielem, tylko chcą się znaleźć w miejscu, gdzie mogą od razu się sprawdzić na równych prawach. I tak są zawsze trochę do tyłu jako imigranci, którzy gorzej znają język, nie znają lokalnego układu. Ale i tak mimo wszystko łatwiej im konkurować z Anglikami, Irlandczykami czy Amerykanami, niż tutaj walczyć z układem, który na szczeblu lokalnym bywa mafią, czasami bardzo potężną – mówi Ziemkiewicz. – Ten kisiel to jest kwestia pewnej renty, którą płacimy na utrzymanie Towarzysza Szmaciaka, wszystkich jego krewnych i znajomych.

W branży outsourcingu Polacy obsługują klientów w 40 językach. Zlecane są coraz bardziej zaawansowane procesy

Krajowe centra usług dla biznesu obsługują klientów w 40 językach. Międzynarodowe koncerny zlecają polskim centrom coraz bardziej zaawansowane procesy, które wymagają dużego doświadczenia i wysokich kompetencji. Najpopularniejsze pozostają jednak podstawowe usługi, jak administracja, zarządzanie kadrami i finansami, a także serwis technologiczny. Te procesy będą w dalszym ciągu odpowiadać za dynamiczny rozwój branży outsourcingu w Polsce.

Sektor outsourcingu procesów biznesowych rozwija się bardzo dynamicznie – potwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Mazurek, dyrektor zarządzający i członek zarządu świadczącej tego rodzaju usługi firmy Capgemini Polska. – Co ciekawe, w ramach tych usług dostawcy proponują wciąż nowe rozwiązania. To już nie tylko zarządzanie finansami, księgowością czy obsługą HR, lecz także bardziej zaawansowane procesy.

Jak podkreśla Mazurek, są to m.in. obsługa transakcji bankowych i finansowych, obsługa obiegu dokumentacji i jego digitalizacja.

Rynek usług biznesowych jest bardzo różnorodny – firmy oferują szeroki wachlarz usług dla klientów z całego świata. Większość podmiotów świadczy usługi w co najmniej kilku obszarach. Z raportu ABSL (Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych) wynika, że 87 proc. podmiotów w latach 2010-2014 rozszerzyła zakres świadczonych usług. Prawie tyle samo zamierza dalej go rozszerzać w ciągu kolejnych dwóch lat. W 92 proc. centrów w tym czasie znacznie wzrósł poziom zaawansowania obsługiwanych procesów.

To są procesy, które wymagają większego doświadczenia i kompetencji. Ale przede wszystkim z racji obsługi klientów z całego świata potrzebujemy ludzi, którzy znają różne, czasem nawet bardzo egzotyczne języki – mówi Dariusz Mazurek.

Polskie centra usług outsourcingowe obsługują kontrahentów w około 40 językach. Zdaniem Mazurka to bardzo duże osiągnięcie dla kraju takiej wielkości jak Polska. Najczęściej klienci są obsługiwani w języku angielskim – wynika z badania ABSL. Na kolejnych miejscach znalazły się język niemiecki, polski, francuski, hiszpański, włoskirosyjski. Osiem najpopularniejszych języków jest wykorzystywanych w co najmniej jednej trzeciej centrów. Rośnie jednak zapotrzebowanie na znajomość bardziej egzotycznych języków, jak japoński, koreański, wietnamski, hebrajski czy turecki.

W ciągu niespełna dwóch i pół roku sektor centrów usług wspólnych urósł o połowę. W Polsce funkcjonuje ponad 470 centrów usług z kapitałem zagranicznym. Zatrudniają one ok. 130 tys. osób. W ciągu ostatnich sześciu lat ponad połowa nowych miejsc pracy nad Wisłą powstała dzięki tego rodzaju podmiotom.

Według Dariusza Mazurka w najbliższych miesiącach dalej motorem rozwoju branży będzie obsługa podstawowych procesów, związanych m.in. z finansami i administracją czy zarządzaniem kadrami.

Będzie również miejsce na to, żeby wejść z bardziej zaawansowanymi usługami. To niewątpliwie będzie nadal najsilniejszy motor rozwoju – twierdzi Mazurek. – Wciąż najważniejszą częścią naszych usług będą serwisy technologiczne. Dzięki specjalistom, którzy są ulokowani w Polsce, jesteśmy w stanie wspierać obsługę infrastruktury informatycznej klientów w całej Europie, a nawet na całym świecie.

Dziewięć na dziesięć badanych przez ABSL centrów świadczy usługi dla klientów z Europy Zachodniej. 63 proc. obsługuje podmioty działające w Polsce, a ok. 60 proc. w Europie Środkowo-Wschodniej.

Asseco Business Solutions szuka globalnych kontrahentów. W 2015 r. stawia na rynki zachodnie i wstrzymuje prace na rynkach wschodnich

0

 

Europa Zachodnia będzie w tym roku celem Asseco Business Solutions, podobnie jak globalni partnerzy, którzy potrzebują rozwiązań wdrażanych w swoich oddziałach na całym świecie. Natomiast rozpoczęte w ubiegłym roku prace nad eksportem na rynki wschodnie zostały na razie zamrożone.

– Mamy produkty na tyle dojrzałe, że nadszedł czas, żeby wyjść z nimi za granicę. W 2015 roku koncentrujemy się na ekspansji na Zachód – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mariusz Lizon, członek zarządu Asseco Business Solutions. – W ubiegłym roku prowadziliśmy dość intensywne działania, żeby wyjść za wschodnią granicę, ale z racji trudnej sytuacji podjęliśmy decyzję o wstrzymaniu prac.

Podkreśla, że decyzja o zawieszeniu ekspansji na Wschód może zostać zmieniona, jeśli nastąpi uspokojenie sytuacji na Ukrainie. Na razie spółka koncentruje się na Europie Zachodniej, chociaż najbardziej perspektywiczne są dla niej kontrakty obejmujące kilka rynków.

– Strategia jest taka, żeby do pierwszej ligi wybierać klientów o strukturze ogólnoświatowej. Nie jest wykluczone, że jeśli wygramy taki kontrakt, którego realizacja będzie lokowana na wielu rynkach, to trafimy także poza Europę – wyjaśnia Lizon. – Chcemy iść z tymi rozwiązaniami do dużych koncernów, które de facto operują na każdym rynku.

Przykładem realizacji projektu na kilku rynkach jest kontrakt Asseco BS z producentem napojów alkoholowych Bacardi.

– W ramach tego kontraktu w zeszłym roku prowadziliśmy działania na czterech rynkach, w tym roku na kolejnych, a pracy zostanie jeszcze na 2016 rok – mówi Lizon.

Spółka jest już obecna m.in. w Holandii, Francji, na Litwie i Łotwie, w Estonii oraz Rosji. W 2013 roku oferowane przez spółkę rozwiązania mobilne dla klientów sektora FMCG znalazły się w raporcie firmy badawczo-doradczej Gartner („Vendor Panorama for Retail Execution and Monitoring in Consumer Goods 2013”) w gronie 19 światowych dostawców.

Za granicę wychodzimy z naszym sztandarowym produktem, czyli z produktem Mobile Touch. Próbujemy jednak zmienić nieco strategię, żeby dołączyć do niego produkty komplementarne, które sprzedawaliśmy tylko w Polsce, np. Platformę Connector – tłumaczy Lizon.

Zdaniem członka zarządu Asseco BS kontrakty z klientami zagranicznymi będą wymagać inwestycji wewnętrznych, głównie zakresie rozbudowy zespołów i skonstruowania nowych metod obsługi klientów z różnych rynków. Spółka nie planuje przejęć spółek zagranicznych i otwierania swoich biur na nowych rynkach.

– Obsługa kontraktów z Polski staje się coraz łatwiejsza. Jakość takich metod jest na tyle wystarczająca, że można prowadzić w ten sposób negocjacje i nikt nie czuje potrzeby, żeby spotykać się personalnie – zwraca uwagę Mariusz Lizon. – Dzięki temu dla firm takich jak nasza zagraniczne rynki stoją otworem.

Nowoczesne serwisy pomagają w wyborze i zakupie mieszkania

 

Zakup mieszkania nie musi być skomplikowanym procesem. Nowoczesne serwisy internetowe pozwalają łatwo wyszukać dopasowane do potrzeb klienta mieszkanie, zwracając uwagę na takie szczegóły, jak nasłonecznienie czy stan klatek schodowych. Ułatwiają także załatwianie formalności związanych z uzyskaniem kredytu i finalizacją zakupu. Dostępne są na wszystkich urządzeniach mobilnych, dzięki czemu można z nich skorzystać nawet w momencie oglądania mieszkania.

Z pomocą przy wyborze i zakupie mieszkania przychodzi nowoczesna technologia. Serwisy internetowe na każdym etapie  od wyszukiwania ofert do formalności niezbędnych do sfinalizowania transakcji  podpowiadają klientom, na co powinni zwrócić uwagę.

Kiedy wybieramy mieszkanie i chcemy je obejrzeć na żywo, dzięki serwisowi wiemy, na co zwrócić uwagę i o co spytać właściciela mieszkania. Często nie zwracamy uwagi na to, czy lokal nagrzewa się w słońcu, czy po otwarciu okien jest tam głośno i jaki jest stan klatek schodowych. Odpowiedzi na te pytania, podpowiedzą nam, czy to jest rzeczywiście mieszkanie, o którym marzymy. Kiedy już zobaczymy kilka mieszkań i będziemy mieli swoich faworytów, możemy w serwisie ocenić je, porównać, zrobić notatki, które pomogą nam w przyszłości wybrać któreś z mieszkań – mówi Miłosz Gromski, menadżer ds. komunikacji w ING Banku Śląskim, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Przykładem takiego serwisu jest NAVIDOM. Umożliwia on przeszukiwanie ofert, gromadzenie w jednym miejscu najciekawszych ogłoszeń, wyliczenie kosztów zakupu i utrzymania wybranych mieszkań. Nie trzeba składać wizyty w banku, żeby dowiedzieć się o możliwość uzyskania kredytu. Wystarczy w serwisie wpisać zarobki, dochody oraz informacje na temat zobowiązań, aby poznać swoją zdolność kredytową. Po wybraniu wymarzonego mieszkania w załatwianiu formalności pomaga spersonalizowana pod typ lokum lista kroków.

– Kiedy zdecydujemy się na wybór konkretnego mieszkania, stajemy przed problemem, jakie dokumenty złożyć, gdzie, co nas czeka, jakie opłaty dodatkowe i nieprzewidziane być mogą się jeszcze pojawić. Staramy się pomóc także w tym, informując o konkretnych dokumentach, które powinien przygotować klient,  bo będą wymagane podczas procesu kredytowego albo w trakcie kupna mieszkania – mówi Miłosz Gromski.

Ułatwieniem dla klientów jest również to, że serwisy tego typu są dostępne na urządzeniach mobilnych, można więc na bieżąco, podczas oglądania mieszkania, sporządzać notatki, by później do nich sięgnąć.

Popołudniowy komentarz walutowy z 20.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 20.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Aplikacje ERP i ECM do obsługi reklamacji, czyli jak zyskać mimo straty?

Z obserwacji rynku wynika, że ponad 90 proc. konsumentów składa reklamacje bezpośrednio w miejscu zakupu. 10 minut zajmuje pracownikowi przyjęcie zgłoszenia oraz przekazanie sposobu rozpatrzenia zdarzenia. Następny krok, czyli stworzenie papierowego protokołu rejestrującego reklamację – kolejne 30 minut. Jak rozwiązać problemy czasowo-ekonomiczne salonów sprzedaży w Polsce? Jak rynek oprogramowania ERP i ECM reaguje na te potrzeby?

Zgodnie z danymi opublikowanymi przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, tylko w 2013 roku miejscy i powiatowi rzecznicy udzielili ponad 443 tys. porad, z czego przeszło 77 tys. dotyczyło zakupu odzieży i obuwia, a ponad 41 tys. – sprzętu RTV i AGD. Niezadowoleni z zakupów i jakości obsługi byli także klienci sklepów oferujących elementy wyposażenia mieszkania (ponad 20 tys. skarg), sprzedających komputery (blisko 15 tys. skarg) oraz artykuły motoryzacyjne (9 tys. skarg).

Równie niepokojące wnioski płyną z ankiety przeprowadzonej przez Ośrodek Badania Opinii Adama Kowalskiego na zlecenie Trusted Trader. Mimo że ponad połowa ankietowanych deklarowała, że w przypadku niezadowolenia z zakupu „raczej” składa reklamację, a 11 proc. robi to „zawsze”, to aż 10 proc. respondentów wskazało, że w takiej sytuacji zamiast zgłaszać skargę, rezygnuje z usług danej firmy. W takim przypadku salon sprzedaży odnotowuje realną stratę, ponieważ każdy nierozwiązany spór rzutuje na wizerunek oraz utrudnia osiąganie wysokiej i stabilnej pozycji na rynku. Co więcej, firma traci szansę na pozyskanie wartościowych informacji od klienta, stanowiących niezbędną wiedzę do poprawy jakości produktów lub procesu obsługi, a co za tym idzie, również eliminacji przyczyn powstawania reklamacji.

Reklamacja jako dążenie do doskonałości?

Wyniki ankiety OBOAK pokazały, że klienci chętniej walczą o „swoje”, gdy reklamują towary zakupione w dużej firmie. Właśnie w takich placówkach niezwykle istotne są nie tylko ustalone, pisemne regulacje systematyzujące warunki dokonywania reklamacji, ale przede wszystkim – stosowane rozwiązania, w tym wsparcie systemów IT, optymalizujących zarządzanie procesami. Dziś uwagę przedsiębiorców przyciągają szczególnie te systemy ERP lub ECM, które nie obciążając czasowo personelu pozwalają na zbieranie danych jakościowych od niezadowolonych konsumentów. Jak wyjaśnia Michał Soloch, ekspert z QSG S.A., firmy dostarczającej system e-Quality: – Klient, który zakupi uszkodzony towar prędzej czy później zgłosi obiekcje, dochodząc swoich praw do posiadania produktu wolnego od wad. To zadaniem sprzedawcy jest zaspokojenie tych roszczeń, o ile oczywiście są zasadne. Niestety wiele placówek sprzedaży boryka się z trudnościami uniemożlwiającymi szybkie i skuteczne rozpatrywanie reklamacji. Taka sytuacja może zniechęcać klienta, który zamiast wyrazić chęć polubownego rozwiązania sprawy, swoją skargę zgłasza do instytucji chroniących prawa konsumenta, narażając przy tym firmę na straty wizerunkowe i finansowe.

Dla placówki sprzedaży obsługującej dziesiątki czy setki tysięcy klientów inwestycja w system ułatwiający obsługę reklamacji to decyzja uzasadniona przyczynami ekonomicznymi. Taki standard myślenia od dawna obowiązuje w firmach, które funkcjonując na rynkach wysoce konkurencyjnych wiedzą, że rzetelna obsługa posprzedażowa, w szczególności właściwy kontakt z niezadowolonym klientem, to korzyści dla każdej ze stron. Widoczne jest to szczególnie wtedy, gdy wdrożony system ERP lub ECM umożliwia nie tylko zgłaszanie skarg przez klientów oraz szybkie ich rozpatrywanie przez pracowników, ale także – stanowi narzędzie do komunikacji oraz budowania relacji z konsumentem. Dzięki takim aplikacjom firma może zbierać opinie o produktach czy świadczonych usługach oraz wykorzystywać dane do podnoszenia jakości obsługi, eliminacji przyczyn powstawania reklamacji oraz skutecznego odzyskiwania lojalności klientów.

Do obsługi reklamacji wystarczy urządzenie z internetem

Dziś istotą skutecznego zarządzania reklamacjami jest możliwość wymiany danych oraz raportowania informacji o wadliwych towarach w czasie rzeczywistym. Taką możliwość dają nowoczesne systemy ERP/ECM, a konkretnie – aplikacje webowe i mobilne, które oddawane są zarówno klientom danego sklepu lub salonu, jak i jego pracownikom. Pierwsi z nich korzystają z dedykowanych aplikacji instalowanych na urządzeniu mobilnym lub dostępnych poprzez przeglądarkę internetową. Za ich pośrednictwem, bez konieczności wizyty w placówce sprzedaży, klienci zgłaszają reklamację, dodają pliki multimedialne (np. obrazujące uszkodzenia), otrzymują bieżące informacje o zmianach statusów zgłoszeń, czy też wystawiają ocenę odzwierciedlającą poziom satysfakcji z przebiegu procesu reklamacji.

Obok aplikacji oddawanych klientom, taki system to intuicyjne aplikacje webowo-mobilne dedykowane pozostałym uczestnikom łańcucha wartości (pracownikom logistyki, magazynierom, sprzedawcom czy pracownikom biura obsługi klienta). Zbierane przez nich dane „jakościowe”, po weryfikacji i zatwierdzeniu, są udostępniane w czasie rzeczywistym wszystkim zainteresowanym użytkownikom systemu. Taka funkcjonalność zwiększa jakość obsługi i przyspiesza działania reklamacyjne. Co więcej, informacje o skargach przekazywane są także firmom produkcyjnym lub/i logistycznym, dzięki czemu mogą podejmować natychmiastowe działania eliminujące przyczyny powstawania tego typu zdarzeń w przyszłości. W efekcie spada liczba uszkodzonych towarów dostarczanych na rynek, co zmniejsza ryzyko zakupu wadliwego produktu przez klienta końcowego. Są to zatem wymierne korzyści dla wszystkich uczestników łańcucha – nie tylko sklepu i jego klienta, ale również producenta i dostawcy.

Rynek otwarty na konsumenta

Automatyzacja zarządzania reklamacjami poprzez dedykowane narzędzia IT to eliminacja tradycyjnych, czasochłonnych procedur związanych z obsługą tego typu zdarzeń. To nowa jakość w obsłudze klienta, który może zgłaszać reklamacje bez wychodzenia z domu, dostarczając niezbędne, a zarazem wartościowe opinie i dane jakościowe. To oszczędność czasu pracownika wyłapującego przypadki związane ze złą jakością produktów na półkach, który rejestruje w systemie wadę jakościową towaru w kilku prostych krokach zajmujących nie więcej niż kilkanaście sekund. W końcu – to technologia, która wyklucza konieczność tworzenia papierowych protokołów, przenosząc dokumentację do bezpiecznych, wirtualnych narzędzi, do których dostęp posiadają wszyscy upoważnieni uczestnicy łańcucha. – Coraz większe zainteresowanie polskich firm tego typu rozwiązaniami to znak, że rynek coraz bardziej otwiera się na konsumenta, dbając o wizerunek oraz wysoką jakość usług na wszystkich etapach łańcucha wartości – podsumowuje Michał Soloch.

Decydujące rozmowy o dialogu społecznym

W Dobieszkowie pod Łodzią, z udziałem szefów organizacji pracodawców, związków zawodowych i ministra pracy, rozpoczynają się rozmowy, których celem jest uzgodnienie nowej ustawy o dialogu społecznym. Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan uważa, że są duże szanse na ostateczne wypracowanie projektu ustawy o Radzie Dialogu Społecznego.

Kilka dni temu ekspercki zespół związków zawodowych, organizacji pracodawców i resortu pracy uzgodnił najważniejsze zapisy projektu nowej ustawy.

– Jestem przekonana, że w czasie wyjazdowego spotkania, rozwiążemy wszystkie kwestie, w których mamy rozbieżne zdania. Dalej podtrzymuję opinię, że nowa ustawa o dialogu społecznym może być gotowa jeszcze przed wakacjami – mówi Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan.

W interesie pracowników, pracodawców i rządu, jest jak najszybsze powołanie nowej platformy dialogu społecznego i powrót do efektywnego dialogu.

Konfederacja Lewiatan

Czy lokaty oparte o WIBOR to dobra alternatywa?

0

Kilka banków ma w swojej ofercie lokaty, których oprocentowanie opiera się o wskaźnik WIBOR. Stawka podąża w ślad za aktualną ceną pieniądza na rynku międzybankowym. Z analizy Bankier.pl wynika jednak, że takie lokaty też mogą być pułapką.

– Lokaty „wiborne” nie są bez wad. Po pierwsze, banki stosują niskie marże, które z reguły oscylują maksymalnie w granicach 1 pkt proc. Po drugie, lokaty te nie mają szans w starciu z promocyjnymi ofertami banków, bo są powiązane na sztywno z jednym parametrem. Po decyzji Rady o podwyżce stopy procentowej NBP, banki od razu zareagują na zmiany, wprowadzając podwyżki w lokatach. Tymczasem w przypadku lokat opartych o WIBOR, oprocentowanie zaktualizuje się dopiero na początku nowego kwartału – komentuje Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl.

Oprocentowanie większości lokat w bankach oscyluje między 1 a 2 proc. Jeśli jednak zdecydujemy się zamrozić pieniądze na rok, dwa lub trzy, możemy liczyć na stawki sięgające nawet 3 proc. Takie lokaty mogą okazać się jednak pułapką. Za rok stawki depozytów mogą pójść do góry i lokata na 3 proc. będzie standardem z niższej półki. Jeśli jednak zerwiemy nasz depozyt przed upływem 2, czy trzech lat, bank nie wypłaci nam odsetek.

Niektóre banki proponują alternatywę wobec lokat-pułapek: depozyty o oprocentowaniu zmiennym, których stawka opiera się o wskaźnik WIBOR. Wskaźnik ten odzwierciedla cenę pieniądza na rynku międzybankowym. Oprocentowanie lokaty zmienia się kilka razy do roku, na przykład co kwartał i podąża za aktualnym kursem WIBOR-u. Kurs ten powiększony jest o dodatkową marżę banku, np. 1 pkt proc.i z reguły różni się od stopy referencyjnej NBP. Na przykład WIBOR 3M to obecnie 1,65 proc.

– Lokata to bezpieczna forma lokowania kapitału, ale nie oszukujmy się – nawet najlepsze oferty gwarantują nam stosunkowo niewielki zysk. Zdarza się, że czas potrzebny na znalezienie najlepszej lokaty kosztuje nas więcej niż potencjalny zysk. Przy oprocentowaniu rzędu 2%, zakładając lokatę na 10 tys. zł, możemy liczyć na maksymalnie 200 zł zysku. Jeśli kogoś to nie zadowala, a jednocześnie ma wyższą skłonność do ryzyka, to zawsze pozostają mu inwestycje na giełdzie. Ryzyko jest większe, ale potencjalny zysk może być dużo wyższy – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Przeszczep od zwierzęcia ratunkiem dla człowieka?

Polska ustawa transplantacyjna mówi, że człowiekowi można przeszczepić narząd od zwierzęcia. Wymaga to jednak akceptacji specjalnego zespołu Krajowej Rady Transplantacyjnej.

„Zgodnie z moją wiedzą w Polsce do tej pory wykonano jeden przeszczep narządu od zwierzęcia. Była to transplantacja serca wykonana przed laty przez prof. Religę” – mówi serwisowi infoWire.pl prof. Roman Danielewicz, dyrektor Centrum Organizacyjno-Koordynacyjnego ds. Transplantacji „Poltransplant”. Dlaczego tego typu zabieg nigdy nie został powtórzony?

Cały problem z przeszczepami od zwierząt polega na barierze immunologicznej, która powoduje, że narządy obcych gatunków są odrzucane. „Oczywiście cały czas trwają prace w tej dziedzinie, natomiast wydaje się, że inne skuteczne metody transplantacji zostaną rozpowszechnione wcześniej. Przykładem może być hodowanie narządów w warunkach laboratoryjnych” – podkreśla ekspert.

Nie należy zapominać także o barierze kulturowej. W przypadku niektórych religii przeszczep odzwierzęcy jest nie do zaakceptowania. Jednak zdaniem rozmówcy „osoba w sytuacji skrajnej niewydolności, bez szansy otrzymania organu od ludzkiego dawcy, prawdopodobnie zdecydowałaby się na to, aby narząd do przeszczepu pochodził od zwierzęcia”. Ponieważ życie ludzkie ma wartość najwyższą.

Czy konwencja stambulska pomoże zwalczyć przemoc wobec kobiet?

0

Każdego roku 700 tys. Polek pada ofiarą przemocy. Żyją z katami, ale zazwyczaj nie zwracają się do nikogo o pomoc. Często wynika to z obaw o swoje bezpieczeństwo, jednak zwykle nie wiedzą, gdzie szukać wsparcia. Przyjęcie konwencji antyprzemocowej ma to zmienić. Ustawa ratyfikująca ten akt została już podpisana przez prezydenta.

W ubiegłym roku odbyło się tylko 61 tys. spraw dotyczących przemocy domowej. Wyrokami skazującymi zakończyło się 12 tys. Dlaczego tak mało? Polski kodeks karny nie zna pojęcia przemocy. Problemem jest też to, że kobiety często odwołują zeznania.

W myśl konwencji akty przemocy mają być ścigane z urzędu, a nie tylko na wniosek ofiary. „Osoby dotknięte przemocą będą mieć zapewnioną ochronę tożsamości, a ich kontakt ze sprawcą zostanie ograniczony (będą np. mogły składać zeznania w trybie zaocznym)” – mówi serwisowi infoWire.pl Małgorzata Fuszara, Pełnomocnik Rządu ds. Równego Traktowania.

Przyjęcie konwencji sprawi również, że w ustawie o przemocy zostanie wprowadzone pojęcie tzw. przemocy ekonomicznej. Zmianą będzie też to, że przepisy ustawy obejmą także osoby rozwiedzione, które nie mieszkają razem. Ponadto powstanie ogólnokrajowy, całodobowy, bezpłatny telefon zaufania dla ofiar przemocy.

Konwencja stambulska przynosi oprócz tego szczególne spojrzenie na dzieci, które były świadkami agresji. „Badania wskazują, że w dzieciństwie i później, w dorosłym życiu ich psychika obciążona jest negatywnymi skutkami przemocy: przejmują zachowania agresywne i mają problemy z nawiązywaniem relacji. Takie osoby niemal całe życie podlegają obserwacji psychologów oraz lekarzy” – wyjaśnia rozmówczyni. „Konwencja traktuje dziecko będące świadkiem przemocy jako jej ofiarę i obejmuje je specjalną opieką” – dodaje.

Polacy czekają na przyjęcie konwencji stambulskiej już od dwóch lat. 14 marca prezydent podpisał ustawę ratyfikacyjną. Nie oznacza to automatycznej ratyfikacji, ale można się spodziewać, że przyjęcie konwencji wkrótce stanie się faktem.

Elektrotim dobrze ocenia perspektywy swojego rynku. Spółka zamierza zwiększyć zatrudnienie i inwestycje oraz poprawić wyniki

0

CEO Magazyn Polska

Elektrotim oczekuje, że polski rynek elektroinstalacji wzrośnie w tym roku znacznie powyżej 10 proc. Spółka ma już satysfakcjonujący portfel zamówień i planuje zwiększyć zatrudnienie o 1/5. Zapowiada, że po słabszym 2014 roku tegoroczne wyniki się poprawią.

Zauważyliśmy w połowie ubiegłego roku, że jest popyt w kilku segmentach rynku i że najbliższe lata zapowiadają się dobrze dla wykonawców elektroinstalacji i wykonawców sieci elektroenergetycznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Diakun, prezes zarządu Elektrotim. – Jeżeli do tego dołożymy jeszcze modernizacje elektrowni węglowych, to będą to dobre lub bardzo dobre czasy.

Andrzej Diakun ocenia, że wzrosty na tych rynkach będą zdecydowanie większe niż 10 proc. Stąd deklaracje o planach zwiększenia zatrudnienia w grupie o 20 proc.

Elektrotim sprzedaje swoje produkty na kilku segmentach rynku. W chwili obecnej posiadany portfel zamówień Elektrotimu to około 200 mln złotych. Jest rozłożony na elektroenergetykę, operatorów systemów dystrybucyjnych, przemysł oraz budownictwo dla wojska. Spodziewam się, że w najbliższej przyszłości zamówienia, które będziemy pozyskiwali, będą z tych segmentów, o których powiedziałem wcześniej, oraz z przemysłu.

W 2015 roku spółka planuje wydać m.in. ponad 2 mln zł na elektronikę i informatykę. Wprowadza aplikacje do systemu klasy ERP, wdraża system Axapta 2012 i do tego jeszcze kilka systemów pomocniczych. Wydatki inwestycyjne całej grupy (CAPEX) zbliżą się do 10 mln zł, nie licząc ewentualnych wydatków na branżowe przejęcia. Elektrotim zapowiada też inwestycje w odtworzenie parku maszynowego i większe zaangażowanie w prace rozwojowe.

Rozpoczęliśmy współpracę z Politechniką Wrocławską – informuje prezes zarządu Elektrotim. – W przeszłości mieliśmy bardzo dobre doświadczenia przy współpracy z nią w zakresie systemów ochrony przez blackoutem. W tej chwili mamy wyselekcjonowane projekty, które w grupach problemowych są badane i omawiane przez mieszane zespoły złożone z pracowników Elektrotimu, spółek elektrociepłowniczych i pracowników politechniki.

W 2014 roku przychody Elektrotimu były bliskie 198 mln zł, co jednak oznacza spadek o 23 mln, porównując do 2013 roku. Z 7,5 mln zł do 1,35 mln spadł też zysk netto grupy. Mimo to prezes spółki zapowiada, że polityka wypłacania dywidendy akcjonariuszom będzie kontynuowana.

Zarząd zawsze stosował politykę, której efektem było dawanie satysfakcji akcjonariuszom z posiadania akcji. Od 2008 do 2014 roku włącznie wypłaciliśmy około 60 mln złotych dywidendy. Mamy nadzieję, że tę politykę będziemy stosowali w przyszłości. Na temat stopy dywidendy, jak tylko zarząd podejmie stosowną uchwałę, niezwłocznie poformujemy opinię publiczną w raporcie bieżącym.

BVT, spółka zależna Kupca, chce debiutować na NewConnect w maju. Perspektywy rozwoju rynku wierzytelności rosną

0

CEO Magazyn Polska

Wraz z poprawą kondycji gospodarczej kraju i większą dostępnością kredytów poprawiła się sytuacja finansowa Polaków, łatwiej więc złe długi wyegzekwować. Zajmująca się wierzytelnościami spółka BVT liczy na co najmniej kilka lat prosperity. W maju chce wejść na NewConnect.

Trzeba patrzeć na naszych dłużników, którzy jeżeli mają łatwiejszy dostęp do kredytów na mniejsze kwoty, to łatwiej spłacają swoje zobowiązania mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Leszek Wróblewski, przewodniczący rady nadzorczej BVT, prezes Kupiec SA.W związku z tym dostępność kredytów, ich koszt i zasobność społeczeństwa na pewno mają wpływ na spłacanie wierzytelności. Widzimy bardzo wyraźną poprawę, wszystko zmierza w dobrą stronę.

Zajmująca się windykacją spółka BVT (spółka zależna notowanego na rynku alternatywnym Kupca) istnieje od października 2013 roku. Teraz po raz pierwszy mogła więc podsumować swoje roczne wyniki.

Zarobiliśmy w tym okresie ponad 800 tys. przy obrotach sięgających 2,5 mln – informuje Leszek Wróblewski. Uważam, że to bardzo dobry debiut. Zajmujemy się windykacją należności masowych. W portfelu spółki jest 240 tys. należności o wolumenie 500-600 zł. Wszystkie są zabezpieczone nakazami zapłaty. Co ciekawe, okres windykacji tych pakietów to 2-3 lata, więc te dotychczas zakupione w kapitale 86 mln zł dają nam pracę na co najmniej 2-3 lata. Stabilny rozwój przez ten czas mamy zapewniony.

W planach BVT ma teraz wejście na rynek NewConnect. Spółka z emisji pierwotnej pozyskała 800 tys. zł. Akcjonariusze objęli 20 tys. akcji po 40 zł, czyli ośmiokrotnie drożej od ich wartości nominalnej. Dla spółki bardzo ważnym aspektem debiutu jest też wzrost rozpoznawalności firmy wśród inwestorów.

– Na chwilę obecną finansujemy się ze środków własnych, emisji pierwotnej i kredytów. Nie korzystamy z emisji obligacji, ale jesteśmy bardzo mocno nastawieni na rozwój i na pewno w II połowie roku nastąpi moment, w którym będziemy potrzebowali dodatkowych źródeł na zakupy – deklaruje przewodniczący Rady Nadzorczej BVT i prezes spółki Kupiec, do której należy niemal 50-proc. pakiet akcji BVT. 

Władze liczą na to, że debiut spółki odbędzie się jeszcze w maju. Mają nadzieję, że dzięki wejściu na giełdę łatwiej będzie jej pozyskiwać bardzo potrzebne na rynku wierzytelności finansowanie.

Windykacja należności to przede wszystkim bardzo ciekawy biznes, rozwojowy – zachęca Leszek Wróblewski z BVT.Jest bardzo duża podaż pakietów wierzytelności na rynku. Można wybierać, trzeba to jednak robić mądrze, bo są różne oferty, zarówno droższe, jak i tańsze. My staramy się kupować pakiety, które dają nam godziwą stopę zwrotu. 

Mocny dolar uderza nie tylko w amerykańskich eksporterów, lecz także w firmy zadłużone w tej walucie. Po krótkim wahnięciu na skutek komunikatu Fed dolar znów się wzmocnił

CEO Magazyn Polska

Obniżenie prognoz wzrostu dla amerykańskiej gospodarki przez Fed i późniejsze dojście do celu inflacyjnego osłabiło dolara tylko na kilkanaście godzin. Nie oznacza bowiem wcale, że podwyżki stóp w Stanach w tym roku nie będzie, choć po konferencji Janet Yellen analitycy spodziewają się przesunięcia tego ruchu na wrzesień. Mocny dolar szkodzi amerykańskiej gospodarce, a inne banki centralne osłabiają swoją walutę, obniżając stopy.

Stopy procentowe w USA są na rekordowo niskich poziomach od 2008 roku, gdy ich radykalna obniżka pomogła przezwyciężyć kryzys związany z ryzykownymi operacjami międzynarodowych banków. Dziś jednak po tamtej recesji nie ma śladu i amerykańskie PKB rośnie w tempie przekraczającym 3 proc. rocznie. Stopy można by więc podnieść, co od miesięcy obstawiają inwestorzy. Innego scenariusza życzyłyby sobie przedsiębiorstwa.

Jeżeli chodzi o dolara, to mamy dosyć kuriozalną sytuację, dlatego że tylko w ciągu dwóch pierwszych miesięcy roku banki centralne na całym świecie podjęły 23 decyzje o obniżce stóp procentowych, 23 decyzje w styczniu i lutym – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. –  Dlaczego? Dlatego że wszystkie kraje dbają o to, żeby mieć słabą walutę, żeby gospodarka była konkurencyjna. A w Stanach Zjednoczonych jest odwrotnie, mówi się o podwyżce stóp.

Marzec nie przyniósł zmiany trendu, stropy obniżyła m.in. RPP, a w tym tygodniu szwedzki Riksbank.

O ile jednak o podwyżce stóp w USA się rzeczywiście mówi, o tyle komunikaty wydawane przez Fed nie są ją tak jednoznaczne. Wprawdzie po zakończonym 18 marca posiedzeniu zgodnie z oczekiwaniami inwestorów nie pojawiło się słowo „cierpliwie” w zdaniu dotyczącym perspektyw podwyżek stóp, co można by odebrać jako zapowiedź ich przyspieszenia i dolar podrożał. Potem jednak czytelnicy komunikatu dostrzegli, że Fed obniżył prognozy inflacji, która w 2015 roku sięgać ma nie 1,65 proc. jak szacowano w grudniu, a 1,35 proc. W roku przyszłym ma zaś wynosić 1,7, a nie 1,85 proc. Słabszy ma być też amerykański wzrost i PKB może wzrosnąć o 2,5 proc., zamiast 2,8 proc. prognozowanych wcześniej na obecny rok. W rezultacie dolar zaczął słabnąć. To ucieszyło wiele firm na świecie zaniepokojonych ostatnimi posunięciami szefowej Fed.

 Fed zakończyły to drukowanie dolara, poluzowanie ilościowe, a to prowadzi do potężnego umocnienia dolara – przypomina Piotr Kuczyński. – Nic dziwnego, jeżeli rentowność obligacji amerykańskich jest powyżej 2 proc., a obligacji niemieckich – 0,2 proc., to wiadomo, gdzie idą pieniądze. Stąd te umocnienia. Jeżeli chodzi o sytuację zadłużonych w dolarze – bardzo wiele firm na całym świecie ma kredyty dolarowe, to strasznie ona w nie uderza.

Osłabienie amerykańskiej waluty i wsparcie cen surowców okazało się jednak krótkotrwałe. Po kilkunastu godzinach eurodolar był na poziomie sprzed komunikatu.

Perspektywy wzmocnienia dolara nie cieszą zwłaszcza firm w USA. Dla wielu z nich wyższe oprocentowanie kredytów i mocna waluta oznaczałyby gorsze wyniki finansowe.

40 proc. zysków sektora firm, które są w indeksie S&P 500 pochodzi z zagranicy, w związku z tym mocny dolar bardzo w nie bije – zwraca uwagę główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Dobija to też ceny surowców, co wiemy doskonale, ponieważ im silniejszy dolar, tym tańsze surowce. To z kolei uderza w kraje surowcowe, m.in. Brazylię i Rosję, zmniejsza popyt globalny na całym świecie i spowalnia wzrost gospodarczy. Podsumowując, silny dolar nie jest w interesie świata.

Warsaw Enterprise Institute: Samorządowi urzędnicy nie radzą sobie z przepisami. Potrafią zniszczyć lokalną firmę przez złą interpretację prawa

Problemy, jakie powstają tam, gdzie firmy zależne są od decyzji urzędników, należą do najpoważniejszych przeszkód w rozwoju gospodarczym Polski – oceniają eksperci Warsaw Enterprise Institute. Dotyczy to m.in. liczby niezbędnych zezwoleń, czasu oczekiwania na nie, systemu podatkowego i interpretacji przepisów. To problem w wielu gminach, gdzie urzędnicy wydają się nie dostrzegać związku między powodzeniem lokalnych firm i rozwojem regionu.

Niezbędnych zezwoleń jest za dużo, a czas oczekiwania na nie jest zbyt długi. Samorządy nie nadążają za biznesem i potrzebą rozwoju przedsiębiorczości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Wróblewski, publicysta, wiceprezes Warsaw Enterprise Institute. – Jeden z powodów może być taki, że brakuje bodźców: zbyt mało pieniędzy zostaje w gminie, w zbyt dużym stopniu gminy i samorządy są uzależnione od jałmużny budżetu państwa.

W rezultacie urzędnicy nie dostrzegają powodu, by rozwiązywać problemy biznesu. Jak podkreśla Wróblewski, gdyby więcej pieniędzy podatników zostawało w samorządzie, np. w wyniku zmiany systemu podatkowego, gminy byłyby bardziej zainteresowane pozyskiwaniem przedsiębiorców i rozwijaniem otoczenia dla nich, dzięki czemu wygrywałyby konkurencję z innymi samorządami.

Problemem są liczne zmiany w przepisach, za którymi urzędnikom często trudno nadążyć. Zdaniem Wróblewskiego groźniejsza niż zbyt rygorystyczne prawo jest jednak zła jego interpretacja.

Jest zbyt duża liczba przepisów i zbyt duża arbitralność – urzędnik może interpretować te przepisy w dowolny sposób i nie jest pewien, za co zostanie ukarany, a za co pochwalony – mówi Tomasz Wróblewski.

To powoduje, że nawet przepisy tworzone w najlepszej wierze, jak ustawa o wychowaniu w trzeźwości, która reguluje kwestie zezwoleń na sprzedaż alkoholu, mogą doprowadzić do ruiny firmy i przedsiębiorców nieświadomych absurdów ukrytych w ustawie.

Wiceprezes WEI podaje przykład warszawskiego restauratora Artura Jarczyńskiego, któremu urzędnicy cofnęli zezwolenie na sprzedaż alkoholu w niektórych lokalach.

Na etykiecie sprzedawanego w restauracjach cydru producent napisał bowiem, że zawiera on 4,5 proc. alkoholu, podczas gdy miał prawo sprzedawać trunki o wyższej zawartości alkoholu. Zdaniem śródmiejskich urzędników Jarczyński, oferując klientom ten cydr, złamał ustawę o wychowaniu w trzeźwości. Cofnięte przez nich pozwolenie może oznaczać upadek kilku popularnych restauracji, zwolnienia ich pracowników oraz utratę dochodów podatkowych przez gminę.

– W każdym kraju może się zdarzyć, że urzędnik nie lubi przedsiębiorcy – podkreśla wiceprezes Warsaw Enterprise Institute. – Problem jest taki, że zawsze powinno być jakieś ciało, jeden mądrzejszy urzędnik czy polityk, który na to spojrzy i zastanowi się, czy mi na pewno opłaca się, żeby 2-3 najpopularniejsze atrakcje w mieście zostały zamknięte. Jaki będzie wpływ takiej decyzji na budżet gminy? Czy to nie spowoduje większych perturbacji? To jest właśnie problem ogromnej arbitralności w stosowaniu prawa.

Eksperci podkreślają, że sprawa Jarczyńskiego jest tym bardziej kontrowersyjna, że podobne postępowania w innych miastach i dzielnicach Warszawy kończyły się umorzeniem. Poza tym producent przedstawił badania, które świadczą o tym, że w cydrze – który jako wino z jabłek fermentuje – dopuszczalne są odchylenia +/- 1 proc. w zawartości alkoholu. Nie zostało to jednak uwzględnione przez urzędników.

Nie można wymagać od urzędników, żeby byli wszyscy dalekowzroczni, mądrzy, przewidywalni i dobroduszni, tacy nie będą. Natomiast prawo powinno wykluczać takie przepisy i jasno regulować. Jakby od początku do końca było to powiedziane, urzędnicy by to zawsze sprawdzali, inna byłaby też postawa przedsiębiorcy, który pewnie sam by wszystko sprawdzał – mówi Tomasz Wróblewski. – Taka elastyczność w stosowaniu tego prawa jest największym problemem. Nawet nie rygorystyczne prawo, lecz jego lekkie traktowanie i możliwość różnorakiego interpretowania.

150 tys. urządzeń do elektronicznej płatności za autostrady za pół ceny. Zmniejszą się korki przed bramkami

Kapsch Telematic Services sprzeda 150 tys. urządzeń pokładowych viaAUTO po obniżonej o połowę cenie. Dzięki tej akcji nawet pięciokrotnie może wzrosnąć liczba kierowców aut osobowych płacących elektronicznie za przejazd autostradami. Kapsch chce dotrzeć przede wszystkim do kierowców regularnie korzystających z najszybszych tras.

W ramach akcji promocyjnej chcemy zaoferować użytkownikom 150 tys. urządzeń pokładowych w cenie o połowę niższej. Czyli łącznie, razem z doładowaniem w wysokości 50 zł do wykorzystania, będzie to kosztować 120 zł. Akcja będzie trwała do wyczerpania zapasów – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Cywiński, dyrektor generalny Kapsch Telematic Services.

Obecnie tylko ok. 8 proc. kierowców samochodów osobowych płaci elektronicznie za przejazd autostradami zarządzanymi przez GDDKiA. Jest to możliwe w ramach systemu viaAUTO, bliźniaczego do obejmującego pojazdy ciężarowe systemu viaTOLL. O ile jednak system elektroniczny dla aut ciężarowych jest obowiązkowy, o tyle dla kierowcy samochodów osobowych nie, mogą oni płacić za przejazd manualnie.

Zatrzymywanie się przy bramkach w celu wniesienie opłaty powoduje jednak korki na autostradach. Kapsch szacuje, że gdyby wszyscy korzystali z systemu elektronicznego, przepustowość każdego pasa ruchu mogłaby wzrosnąć nawet czterokrotnie: ze 140 do 600 pojazdów na godzinę.

System elektroniczny ma docelowo całkowicie zastąpić manualny pobór opłat, ale nie nastąpi to przed 2018 r. Minister infrastruktury i rozwoju Maria Wasiak zapowiedziała, że dopiero po wygaśnięciu obecnej umowy z Kapschem w 2017 r. będzie możliwe rozszerzenie elektronicznego systemu poboru opłat na wszystkie pojazdy. Innego zdania są eksperci, którzy w ostatnich dniach ostro krytykowali decyzję szefowej MIR.

Na razie Kapsch musi więc działać na rzecz jak najszerszego wykorzystania dobrowolnego dla kierowców aut osobowych systemu elektronicznego.

Kontrakt zobowiązuje nas do działań, które mają na celu zwiększenie stopnia wykorzystania systemu elektronicznego dla samochodów osobowych do ponad 50 proc. W tej chwili na autostradach zarządzanych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad jest to jedynie 8 proc. Oceniamy, że po zakończeniu tej akcji ten udział wzrośnie do 30-40 proc., co będzie wyraźnie widoczne w zmianie modelu ruchu na placach poboru opłat – mówi Cywiński.

Akcja ruszy w przyszłym tygodniu. Za urządzenie viaAUTO (które nie jest przypisane do konkretnego samochodu) wraz z doładowaniem w wysokości 50 zł chętni zapłacą tylko 120 zł. Poza promocją cena samego urządzenia to 135 zł. Do tego należy doliczyć doładowanie za minimum 50 zł.

Zakładamy, że około 70 proc. urządzeń dotrze do tych, którzy korzystają z autostrad codziennie. I to bez wątpienia pokaże istotną zmianę modelu ruchu i zmniejszenie dziennych kolejek na autostradach, głównie na autostradzie A4 – podkreśla Cywiński.

Korzyści odczują szczególnie kierowcy na Śląsku. Na autostradzie A4 tworzą się bowiem największe korki, bo choć część przebiegająca przez aglomerację śląską jest darmowa, to kierowcy muszą jednak pobrać bilet (tzw. bilet zerowy), a potem oddać go w punkcie poboru opłat. Dlatego nawet bez ponoszenia kosztów przejazdu, muszą czekać w korkach do bramek.

Decyzja zarządu Kapsch AG była taka, żeby sfinansować połowę tej kwoty, w wysokości 70 zł razy 150 tys. urządzeń. Ale koszty po naszej stronie są wyraźnie wyższe, dlatego że uruchamiamy dodatkowe kanały dystrybucji, zwiększamy sieć dystrybucji, koszty promocji również są po naszej stronie – zaznacza Cywiński.

Po raz pierwszy spółka uruchomi również sprzedaż internetową. Urządzenie viaAUTO będzie można zamówić w sieci, a dostarczone zostanie pocztą.

Poprzednie akcje promocyjne na urządzenia viaAUTO cieszyły się bardzo dużym powodzeniem. Latem ubiegłego roku z inicjatywy MIR-u 5 tys. urządzeń w cenie 100 zł (wraz z doładowaniem) rozeszło się w 3 tygodnie