Polska może wpaść w pułapkę średniego dochodu. Bez reform grozi nam długotrwałe spowolnienie gospodarcze

W Polsce trzeba zwiększyć inwestycje w nowe technologie, tworzyć i promować własne marki oraz usprawniać państwową administrację. Bez tego grozi nam zjawisko zwane przez ekonomistów pułapką średniego dochodu, charakterystyczne dla państw goniących bogatszy Zachód. Oznacza ono długotrwałe i znaczące obniżenie tempa wzrostu gospodarczego.

Pułapka średniego dochodu jest nowym pojęciem – mówi agencji informacyjnej Newseria Łukasz Pokrywka, wiceprezes Instytutu Kościuszki. – Istnieje wśród ekonomistów spór co do tego, czy rzeczywiście takie pojęcie powinno być stosowane, a jeżeli tak, to czy Polska utknęła na średnim poziomie dochodu. Teoretycznie rzecz biorąc, poziom PKB per capita w Polsce plasuje się powyżej tego progu. W związku z czym można by było zadać pytanie, czy wszystko jest w porządku i czy Polska rozwija się w sposób poprawny w ostatnich latach.

Middle income trap, czyli pułapka średniego dochodu to zjawisko charakterystyczne dla państw rozwijających się i chcących się szybko bogacić. To pewnego rodzaju przegrzanie gospodarki spowodowane tym, że dotychczasowe impulsy rozwoju przestają działać. Ekonomiści zauważyli, że krytycznym momentem było w wielu krajach rozwijających się przekroczenie poziomu dochodu w wysokości 16,7 tys. dolarów na głowę mieszkańca. Polska przekroczyła go w 2010 roku. Potem obserwowano długotrwałe spowolnienie gospodarcze.

Jeżeli popatrzymy na dane statystyczne i porównamy Polskę do krajów regionu albo do całej Unii Europejskiej, to możemy być z siebie dumni, dlatego że w ostatnich kilku latach Polska dokonała ogromnego skoku. Jeżeli jednak porównamy się poziom życia, nie trzeba być ekspertem, żeby dostrzec ogromny dystans, jaki nas dzieli od wysoko rozwiniętych krajów – mówi Pokrywka.

Minister finansów zapowiada, że PKB Polski ma w 2015 roku sięgnąć 71 proc. średniej w Unii Europejskiej. Jak jednak podkreśla ekspert, pułapka średniego dochodu to nie tylko kwestia tempa rozwoju, lecz także jego motorów.

– Ważne jest to, czy wzrost gospodarczy jest generowany przez prostą imitację, przez podwykonawstwo dla zaawansowanych firm zagranicznych, czy może to polskie firmy kreują marki i produkty, które są znane, cenione i kupowane przez ludzi na całym świecie. Niestety, takich przykładów znanych polskich marek, znanych na świecie, jest bardzo mało i można je pewnie policzyć na palcach jednej ręki lub dwóch – tłumaczy Łukasz Pokrywka.

Jego zdaniem w Polsce ryzyko wpadnięcia w pułapkę średniego dochodu istnieje. Są jednak możliwości, by temu zapobiec. Efektem pułapki jest bowiem długotrwałe spowolnienie gospodarcze.

Przede wszystkim trzeba zmienić politykę gospodarczą – przekonuje wiceprezes Instytutu Kościuszki. – Polska nie może przyciągać inwestorów tylko tanią siłą roboczą, dlatego że jest więcej krajów, które są konkurencyjnych kosztowo. Nie ma prostego rozwiązania, jak przejść na inny poziom wzrostu gospodarczego. Mówi się o większych wydatkach na badania i rozwój, jednak nie można dosypywać więcej pieniędzy do nieefektywnego i nieszczelnego systemu edukacji, który jest oderwany od gospodarki i nieefektywny.

Kolejne potrzebne zmiany to usprawnienie kwestii instytucjonalnych – przepisów, systemu podatkowego, administracji i instytucji publicznych.

Najlepszym scenariuszem, którego realizacja pozwoli uniknąć wpadnięcia w pułapkę średniego dochodu, jest gruntowna reforma administracji publicznej, ale nie rewolucja – zaznacza Łukasz Pokrywka. – Chodzi o ewolucyjne zmiany, które być może z poziomu urzędniczego wydają się drobne i nieistotne, ale z punktu widzenia codziennego prowadzenia biznesu są kluczowe, ponieważ zmniejszają nakład czasu, pieniędzy i energii ludzi, którzy kreują wzrost gospodarczy albo przynajmniej powinni go kreować.

Provident chce w tym roku obsłużyć ok. miliona klientów

Provident jest już liderem na rynku pożyczek pozabankowych udzielanych w sposób tradycyjny i tylko w zeszłym roku obsłużył 850 tys. osób. Celem na ten rok jest przekroczenie poziomu miliona klientów. Spółka chce w tym roku rozwijać sprzedaż pożyczek przez internet. Do pożyczek pozabankowych zachęcać będzie regulacja rynku, która niebawem powinna trafić do parlamentu.

W zeszłym roku osiągnęliśmy ogromny sukces, o czym świadczy, po pierwsze, rozpoznawalność marki na poziomie powyżej 90 proc., po drugie, obsługa rekordowej liczby klientów, aż 850 tysięcy osób. Chcielibyśmy, żeby liczba klientów w tym roku wzrosła. Może w najbliższym czasie uda nam się zdobyć nawet milion klientów – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Alicja Kopeć, członek zarządu Provident Polska.

Jak podkreśla Alicja Kopeć, dzięki takiej liczbie klientów Provident jest zdecydowanym liderem rynku pożyczek pozabankowych. Na rynku pożyczek internetowych spółka ma słabszą pozycję, bo działalność w tym segmencie rozpoczęła dopiero kilka miesięcy temu. Między innymi dzięki rozwojowi segmentu pożyczek internetowych Provident liczy na to, że wyniki w tym roku będą co najmniej tak samo dobre jak w poprzednim. Poza pożyczkami internetowymi spółka wprowadziła w zeszłym roku także ofertę dla małego biznesu oraz pożyczki miesięczne.

Nasze produkty to nie są tzw. chwilówki. One są udzielane za mniejszą cenę i na dłuższy okres. To jest produkt, który cieszy się dużym zainteresowaniem. Stworzyliśmy też produkt dla przedsiębiorców, jesteśmy na początku sprzedaży tej linii produktowej i mam nadzieję, że ona też będzie sukcesem – ocenia Kopeć.

Dodaje, że w kolejnym roku sytuacja na rynku pożyczek pozabankowych może ulec dużej zmianie ze względu na nową ustawę, nad którą prace trwają od kilku lat. Jeśli ustawę uda się przyjąć jeszcze w tej kadencji Sejmu, może ona wejść w życie w pierwszej połowie 2016 r.

– Zwiększy ona reputacje rynku pozabankowych pożyczek gotówkowych. My w pełni tą regulację popieramy – podkreśla Kopeć. – Po pierwsze, wprowadzi limitowanie kosztów, a nie tylko odsetek, co jest bardzo prokonsumenckie. Jednocześnie da KNF i UOKiK narzędzia, które zapobiegną takim aferom, jak Amber Gold, które, niestety, zepsuły reputację rynku, który nie ma nic wspólnego z tego typu działalnością.

Proponowana przez resort finansów nowa ustawa ma m.in. ustalić limit kar i opłat pobieranych przez firmy pożyczkowe. Poziom ten będzie wynosił 55 proc. kosztów pożyczki. Ma ona także ograniczyć liczbę bardzo drogich pożyczek udzielanych na krótki czas, tzw. chwilówek.

Kopeć podkreśla, że prace nad ustawą były prowadzone w sposób uwzględniający potrzeby zarówno klientów, jak i pożyczkodawców. Provident od początku był w nie mocno zaangażowany. Za stworzenie przejrzystej, odpowiedzialnej i bezpiecznej oferty pożyczkowej dla klientów indywidualnych i małych firm spółka została wyróżniona tytułem Finansowa Marka Roku 2014, które Providentowi przyznała „Gazeta Finansowa”.

Producenci mięsa drobiowego chcą sprzedawać produkty głównie pod swoimi markami

Sieci super- i hipermarketów oraz dyskonty zwiększają udziały marek własnych w sprzedaży. Wytwarzaniem tego rodzaju produktów na ich zlecenie zajmują się najczęściej producenci mający w ofercie również swoje, markowe wyroby. Część wytwórców świadomie ogranicza jednak przyjmowanie zamówień w segmencie marek własnych. Uzasadniają to możliwością pełnej identyfikacji produktu, aż do momentu sprzedaży konsumentowi.

Wszystkie sieci handlowe starają się czymś oryginalnym wyróżnić: w ubiegłym roku głównym elementem, który lansowano trochę na siłę, była świeżość wyrobów oraz dostępność i szerokość oferty – wskazuje Ryszard Waśniewski, dyrektor zarządzający w Indykpol Brand Management, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria podczas Poland & CEE Retail Summit. – Dzisiaj mówi się też o niskich cenach: wyroby markowe, świeże i relatywnie wysokiej jakości, powinny być tak samo tanie, jak te niemające marki.

Dziś klienci są coraz bardziej świadomi. Liczy się dla nich już nie tylko cena, lecz także takie wartości, jak zdrowie, sposób odżywiania oraz wygoda dokonywanych zakupów.

Sieci w coraz większym stopniu wykorzystują informację na temat klienta – zauważa Waśniewski. – Wynika z nich, że dzisiaj jest on coraz bardziej zamożny, świadomy i wyciąga wnioski. Pojawiają się trzy podstawowe kategorie: zdrowie, sposób odżywiania, wygoda, czyli możliwość robienia zakupów blisko i często. To potrzeby, na które detaliści starają się odpowiedzieć. My dostarczamy wyroby, które są dobre, zdrowe, a jednocześnie w cenach pozwalających na ich kupno bez ponoszenia astronomicznych kosztów.

Sieci handlowe coraz częściej stawiają na marki własne. Najczęściej produkcją zajmują się firmy, które produkują również własne markowe produkty. Jak podkreśla Waśniewski, tylko w nielicznych przypadkach sieci inwestują we własne fabryki.

Dzisiaj niewiele sieci, w zaledwie kilku krajach ma jednocześnie własne fabryki. Najbardziej efektywnym sposobem obsługi klienta i sposobem na dostarczanie szerokiego portfolio produktów jest specjalizacja – twierdzi Ryszard Waśniewski.

Zdaniem Waśniewskiego tzw. integracja pionowa, w której sieć handlowa posiada własne zakłady produkcyjne, systemy dystrybucji oraz sklepy, nie daje tak znaczącej jak kiedyś przewagi konkurencyjnej. Podkreśla, że Indykpol, jako producent, nie jest zainteresowany rozwojem integracji pionowej w zakresie zaopatrzenia i dostarczania klientom wyrobów.

Jako lider produkcji mięsa drobiowego w Polsce staramy się utrzymać to, co jest dla nas najważniejszą zaletą: brand, czyli markę – podkreśla Waśniewski. – Nie wytwarzamy dużych ilości artykułów niemarkowych, stanowią one około 20 proc. produkcji. Brand powoduje, że mamy pełną identyfikację produktu od jaja, przez własne pasze, które sami wytwarzamy, aż po sam produkt. W efekcie dostarczamy klientowi polski produkt polski, a konsument może być pewien, że kupując takie wyroby, otrzyma to, czego naprawdę oczekuje.

Według opublikowanego w październiku ubiegłego roku raportu firmy badawczej Nielsen prawie co czwarta złotówka wydana na artykuły codziennego użytku przeznaczana jest przez konsumentów na produkty sprzedawane pod marką własną sieci handlowych. Według analityków to właśnie tego rodzaju artykuły odpowiadają za wzrost sprzedaży towarów konsumpcyjnych odnotowany w trakcie poprzedzających badanie dwunastu miesięcy. Konsumenci wydali na nie ogółem 21 mld zł, czyli o 2,8 proc. więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej.

Polacy szukają zdrowych dżemów, sosów i soków

Polacy zwracają coraz większą uwagę na skład przetworów owocowych i warzywnych, wybierając te bardziej naturalne. Wiodąca na tym rynku Agros-Nova reaguje na zmieniające się nawyki konsumentów, wprowadzając zdrowe produkty. Zwiększa też swoją aktywność w internecie i komunikację z klientem, bo konsumenci coraz częściej przy wyborze danego produktu kierują się wizerunkiem jego producenta. W grudniu spółka sprzedała niektóre marki Maspeksowi, ale nie wpływa to na strategię i planowane nowości.

Ostatni rok był potwierdzeniem naszej silnej pozycji w kategoriach, w których jesteśmy na pierwszym albo na drugim miejscu. Ugruntowaliśmy pozycje wdrażanych nowości rynkowych, które są zgodne z obecnie panującymi trendami konsumenckimi. Są to wdrożenia dosyć odważne, ale z dużym naciskiem na zdrowy produkt, który jest słodzony sokiem jabłkowym, oraz na informowanie konsumenta o jakości wsadu owocowo-warzywnego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria podczas Poland & CEE Retail Summit Karolina Karolczak, dyrektor marketingu handlowego, Agros-Nova.

Karolczak podkreśla, że produkty zdrowe i wysokiej jakości cieszą się teraz dużym powodzeniem, bo Polacy są coraz bardziej świadomymi konsumentami. Czytają etykiety i wybierają produkty, które są lepszej jakości. Na przykład w przypadku dżemów rosnąca liczba konsumentów zwraca uwagę na to, czy są one słodzone cukrem czy sokami owocowymi. Z kolei w przypadku sosów, np. keczupu, Polacy sprawdzają, ile jest w nich warzyw.

Dzięki reagowaniu na te trendy Agros-Nova w tym roku zamierza utrzymać pozycję lidera w tych segmentach, w których już teraz jest największą firmą. Zgodnie z informacjami umieszczonymi na stronie internetowej spółki, jest ona liderem w kilku segmentach: dżemów, sosów gotowych i koncentratów zup.

Dalej będziemy umacniać naszą pozycję lidera w tych kategoriach – zapewnia Karolczak.

Na plany spółki nie ma wpływu na razie przejęcie niektórych marek w grudniu ub.r. przez wadowicki Maspex. Transakcja objęła m.in. marki Łowicz, Krakus, Kotlin czy Tarczyn. Agros-Nova nadal będzie właścicielem zakładu i centrum logistycznego w Tymienicach (dwa pozostałe zakłady trafią do Maspeksu) oraz marek soków Fortuna, Garden i Pysio. Po sprzedaży marek Maspeksowi Agros-Nova informowała, że będzie szukała możliwości rozwoju w segmencie soków, w tym również poprzez akwizycje.

Czekamy na decyzję UOKiK-u. Wszystkie działania prowadzimy torem wcześniej zaplanowanym. Dla nas I połowa roku to czas wdrożenia nowości. Mamy premiery w wielu kategoriach, w których jesteśmy liderem, i w produktach dżemowych, i w sosach – zapowiada Karolczak.

Dodaje, że duże znaczenie dla spółki ma też e-commerce oraz działania promocyjne prowadzone w sieci. Wynika to również ze zmiany zachowań konsumentów. Coraz częściej zwracają oni uwagę na wizerunek i obecność danej marki w sieci. Polacy, jak zaznacza Karolczak, utożsamiają produkty na półkach w sklepach z tym, jak wizerunek danej marki kreowany jest w internecie.

Darmowe gry mobilne dają zarobić. Polscy producenci gier stawiają na ten segment

Segment gier mobilnych rozwija się szybciej niż tradycyjnych, dlatego na te produkty stawiają polscy producenci. Szczególnie perspektywiczny jest rozwój gier free to play, które oferują darmową rozrywkę. Odpowiadają one za ponad 90 proc. przychodów z gier mobilnych.

Rynek gier tradycyjnych rośnie niesamowicie szybko, ale jeszcze szybciej rośnie segment gier mobilnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games. – Gry free to play stanowią w sumie ponad 90 proc. przychodów z gier mobilnych. W dużej mierze jest to zasługa Azji, która realizuje ponad połowę globalnych przychodów z rynku gier mobilnych.

Gry free to play dostępne są wprawdzie bezpłatnie, ale zysk przynoszą oferowane ich miłośnikom dodatki, które zwiększają atrakcyjność rozgrywki. Gracze mogą za pieniądze poprawić np. umiejętności czy moce swego awatara lub zakupić mu wirtualne wyposażenie.

Na tego typu produkty stawiają również polscy producenci. Firma Vivid Games, dostrzegając potencjał tego rynku, zamierza walczyć o zwiększenie w nim swego udziału.

 Mamy nową strategię – potwierdza Remigiusz Kościelny. – Będziemy publikować i produkować gry typu free to play. To nie jest nowe, natomiast będziemy to robić na większą skalę. Oprócz produkcji gier własnych rozpoczynamy również program publikacji gier zewnętrznych. Dzięki temu będziemy w stanie wydawać znacznie więcej gier rocznie niż do tej pory.

Rynek gier free to play jest sporym wyzwaniem dla firm, które specjalizowały się w tradycyjnych formach. Prezes Vivid Games jest jednak dobrej myśli.

Dopiero uczymy się zachowań graczy, bo zaledwie od połowy roku nasze gry dostępne są za darmo. Obserwujemy ten rynek od dłuższego okresu czasu i jesteśmy blisko tych trendów. Już teraz na bazie naszych obserwacji i doświadczeń budujemy i implementujemy coraz to nowsze i lepsze rozwiązania do gier, które produkujemy – mówi Kościelny.

W planach Vivid Games ma produkcję nowych tytułów. Oprócz oferowanego już graczom „Kick Boxingu” szykuje „Street Fighting” i „Real Casino”, które trafią na rynek w przyszłym roku. Stawia też na promocję i pozyskiwanie użytkowników, chce rozwijać technologie, inwestować w IP i nie wyklucza też akwizycji.

Spółka ma dobrą pozycję startową, bo w zeszłym roku osiągnęła bardzo dobre wyniki. Niemal podwoiła przychody ze sprzedaży, które przekroczyły 15 mln zł. Jej zysk netto był prawie czterokrotnie wyższy niż w 2013 roku, przekraczając 2,7 mln zł. Stąd o finansowanie przyjętej strategii nie musi się raczej martwić.

Będziemy ją finansować częściowo ze środków własnych, jednak obecność na tak konkurencyjnym rynku mobilnym wymaga również istotnych nakładów, na przykład na promocję i marketing – ocenia prezes Vivid Games. – W związku z tym zadecydowaliśmy, że w tym roku będziemy emitować akcje na NewConnect. Nastąpi to już w kwietniu, będzie to emisja w wysokości od 7 do 10 milionów.

W drugiej połowie roku Vivid Games zamierza przenieść się na rynek główny GPW. Na rynku alternatywnym spółka notowana jest od sierpnia 2012 roku. Jej akcje podrożały w tym czasie już siedemnastokrotnie.

Własne konto bankowe uczy dzieci gospodarowania pieniędzmi

Dzięki kontom bankowym i kartom przedpłaconym dla najmłodszych dziecko może mieć stały dostęp do pieniędzy, dysponując jednak wyłącznie sumą wyznaczoną przez rodziców. Jest to przydatne zwłaszcza podczas wyjazdów, gdy dziecko jest z dala od rodziców. Konta bankowe to także dobry sposób na naukę oszczędzania i gospodarowania kieszonkowym.

Produkty i usługi finansowe, z których mogą korzystać dzieci, cieszą się rosnącym zainteresowaniem wśród polskich rodziców. Coraz więcej osób przekonuje się do tego, że należy umożliwić dzieciom korzystanie z tego typu usług, aby ułatwić im codzienne funkcjonowanie. Rodzice są zainteresowani przede wszystkim kontami bankowymi dla swoich pociech. Na konto mogą oni łatwo wpłacić lub przelać pieniądze z kieszonkowego. Dzięki usłudze stałego zlecenia z konta rodziców dziecko będzie otrzymywało pieniądze w ściśle wyznaczonych odstępach czasu. Konto bankowe jest gwarancją bezpieczeństwa pieniędzy, gotówkę dziecko łatwo może bowiem zgubić lub stracić w wyniku kradzieży. Jest to także okazja do edukacji finansowej dzieci.

– Konto daje możliwość nauki. Dziecko może spróbować, jak zarządza się swoimi pieniędzmi, część odkładając na rachunek oszczędnościowy, część zostawiając na bieżące wydatki. W oszczędzaniu pomagają np. takie programy, jak Smart Saver – przelewając pieniądze albo płacąc za coś w sklepie, można sobie ustalić, że część kwoty tej transakcji będzie trafiała automatycznie na konto oszczędnościowe – mówi Piotr Utrata, rzecznik prasowy ING Banku Śląskiego, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Do konta zazwyczaj wydawana jest karta debetowa, którą można posługiwać się w bankomatach oraz w sklepie. W wielu bankach otwarcie i prowadzenie konta dla dziecka jest bezpłatne. W okresie ferii i wakacji szkolnych dużym zainteresowaniem cieszą się karty przedpłacone. Działają one podobnie jak karta prepaidowa do telefonu. Żeby móc z niej skorzystać, trzeba najpierw wpłacić pieniądze. Umowę z bankiem podpisuje rodzic lub opiekun ustawowy dziecka i to on wpłaca odpowiednią kwotę pieniędzy.

– Karta przedpłacona daje możliwość wypłaty pieniędzy z bankomatu, płacenia w sklepie, bo to jest zwykła karta, na którą wcześniej rodzic wpłaca określoną kwotę. To bardzo popularna usługa w okresie wakacyjnym, kiedy dziecko wyjeżdża na kolonie albo na obóz. Koncentrujemy się na takich profitach, korzyściach finansowych z oferowania i posiadania konta osobistego, ale można w ciekawy i innowacyjny sposób korzystać z różnych produktów, które są związane z kontem, np. kart – mówi Piotr Utrata.

Banki proponują karty, które nakleja się na telefon, klucze lub breloczki do kluczy. Za ich pomocą można wypłacać zbliżeniowo pieniądze w bankomacie lub płacić w sklepie. Karty tego typu przeznaczone dla dzieci mają najczęściej zabawny kształt lub wesołą kolorystykę. Dzieci biegle posługują się obecnie smartfonami i tabletami, dlatego większość banków oferuje dostęp do bankowości internetowej. Dzięki temu dziecko posiadające konto bankowe może w każdej chwili sprawdzić jego stan lub wykonać przelew. Ta ostatnia operacja musi zostać jednak zatwierdzona przez rodziców.

– Od niedawna w Polsce jest usługa, która polega na tym, że można płacić za pomocą telefonu. Płacimy wówczas, podając nie PIN, lecz kod, który generuje nam telefon. W ten sposób płacimy w sklepie albo wypłacamy pieniądze z bankomatu. Myślę, że to atrakcyjna forma, bo częściej zdarza nam się zapomnieć portfela niż telefonu. To nie tylko rozwiązanie dla dorosłych, lecz także dla dzieci – mówi Piotr Utrata.

Posiadanie konta bankowego przez dzieci może się też przyczynić do oszczędności. Większość kont jest oprocentowana, dzięki czemu dziecko może choć trochę powiększyć otrzymaną od rodziców kwotę. Konto przyczynia się także do bardziej racjonalnych zakupów, pozwala bowiem kupować w sklepach internetowych, gdzie produkty są najczęściej tańsze niż w sklepach stacjonarnych.

Polacy lubią czytać o problemach znanych osób. Wykorzystują to media i tworzą artykuły viralowe

0

 

Polskie media upodobały sobie artykuły viralowe. Ich celem jest zainteresowanie czytelnika do tego stopnia, że będzie on śledził kolejne materiały na dany temat i przesyłał je znajomym. Autorzy tego typu tekstów wykorzystują przede wszystkim zamiłowanie Polaków do czytania o znanych osobach. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy największą popularnością cieszyły się teksty dotyczące prywatnego życia Justyny Kowalczyk, Adama Małysza czy Kamila Durczoka.

W terminologii medialnej określenie „artykuł viralowy” pojawiło się kilka lat temu. Nazwa pochodzi od angielskiego słowa „viral”, czyli „wirusowy”. Jest to pojęcie mieszczące w sobie różne gatunki dziennikarskie: materiał viralowy może być reportażem, sprawozdaniem, wywiadem, a nawet raportem. Musi dotyczyć nośnego medialnie tematu, którym aktualnie żyje większa część społeczeństwa. Jego celem jest dotarcie do grupy odbiorców, pośród których będzie się rozprzestrzeniał. Materiały viralowe występują we wszystkich rodzajów mediów, szczególnie mocno są jednak związane z internetem.

– Artykuł viralowy to nic innego jak materiał, który ma przyciągnąć uwagę odbiorcy na tyle, na ile praktycznie go zarazi. Jak sama nazwa wskazuje, to jest wirus.Czytelnik będzie na tyle mocno go przeżywał, że jak kogoś przy najbliższej okazji spotka, to mu o tym powie i prześle mu link – mówi agencji Newseria prof. dr hab. Kazimierz Wolny-Zmorzyński, medioznawca.

Artykuły viralowe bazują m.in. na fakcie, że Polacy lubią czytać o problemach osobistych znanych osób, zwłaszcza jeśli problemy te dotyczą zdrowia psychicznego. Czytelnicy nie traktują takich tekstów jako plotki rodem z tabloidu, lecz jako istotne doniesienie prasowe. Kilka miesięcy temu ogromne zainteresowanie odbiorców zyskały materiały na temat depresji Justyny Kowalczyk. Zdaniem ekspertów większość czytelników utożsamiała się z polską narciarką, pokazała ona bowiem, że nie jest tak silna psychicznie, jak przypuszczano. Stała się przez to bliższa przeciętnemu czytelnikowi.

Czytelnicy zastanawiali się także, co się stało, że Adam Małysz nie ukończył rajdu Paryż-Dakar. Nawet można to sprawdzić po kliknięciach. Szukali przyczyny: czy problem z samochodem, czy może jakiś kryzys rodzinny? Przykładów pewnie można by mnożyć. Takim wirusem, który zaraził wszystkich, był ostatnio materiał dotyczący redaktora Kamila Durczoka. Niestety, prawdą jest to, że czyjeś nieszczęście nas wzmacnia. Nie tylko mnie nie wychodzi, lecz także komuś silniejszemu i podawanemu za wzór, więc i ja się lepiej czuję – mówi prof. dr hab. Kazimierz Wolny-Zmorzyński.

Podstawą artykułu viralowego, obok nośnego tematu, jest tytuł i lead. Mają one być tak skonstruowane, aby przykuć uwagę czytelnika i trzymać w napięciu do końca tekstu. Aby to osiągnąć, autor powinien stosować krótkie zdania i plastyczny, barwny język, co pomoże odbiorcy wyobrazić sobie opisywaną historię. Należy także unikać takich przymiotników, jak piękny, wspaniały, smakowity, rewelacyjny, bo takie określenia same nasuwają się odbiorcy, który po przeczytaniu danego materiału odkłada go i jeszcze chce wracać do niego. Dobrze jest także uzupełnić tekst fotografią. Dziennikarz piszący artykuł viralowy musi odznaczać się dużą spostrzegawczością, a także mieć zmysł obserwacji i znać się na ludzkiej psychice, tak aby móc wpływać na uczucia czytelnika.

– Twórca takiego materiału musi sam być na tyle silny i bezpieczny, żeby nie ulegać tej sensacji. Bo ten viral, ten wirus polega właśnie na tym, że im bardziej jest on sensacyjny, tym lepiej, bo wtedy bardziej to trafi do odbiorcy. Trzeba nad tym panować. Wprawdzie temat może załatwić wszystko i być połową sukcesu, dziennikarz odniesie sukces, publikując odpowiedni temat, czy to w prasie, czy w radiu, czy w telewizji, odpowiednio montując program telewizyjny czy audycję radiową, odpowiednio pisząc artykuł. Ale jak nie będzie panował nad niektórymi faktami, nie wyważy ich, to może ten temat spalić – mówi prof. dr hab. Kazimierz Wolny-Zmorzyński.

Zdaniem ekspertów polskie media wyraźnie zmierzają w kierunku materiałów viralowych. Jest to widoczne nie tylko w portalach internetowych, dla których najważniejsza jest klikalność artykułów, lecz także w serwisach informacyjnych, zarówno prasowych, jak i telewizyjnych.

Popołudniowy komentarz walutowy z 19.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 19.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Co motywuje nas do zmiany pracy?

Jak wynika z badania Pracuj.pl Specjaliści na rynku pracy czynnikami motywującymi specjalistów do podejmowania nowych wyzwań zawodowych są przede wszystkim zarobki oraz możliwość rozwoju zawodowego i atmosfera pracy. Wielu badanych deklarowało, że czuje się niedocenianych w obecnej pracy i jest to dla nich poważny impuls do rozglądania się za nowym pracodawcą. Najmniej skorzy do zmiany pracodawcy są pracownicy IT, z kolei aż 30% osób zajmujących się sprzedażą i obsługą klienta chętnie dokonałoby takiej zmiany w swoim życiu zawodowym w ciągu roku.

 Co nas skłania do zmiany pracy?

 Z badania wynika, że specjalistów do zmiany pracy motywują dwa podstawowe czynniki – są to zarobki, ważne dla 60% respondentów, oraz brak możliwości rozwoju, awansu – mobilizujące do zmiany pracy 57% badanych. Kolejnym, wskazanym przez respondentów aspektem, było poczucie niedocenienia w pracy, na które wskazało 43% badanych. Jedna czwarta zmienia nie tylko pracę ale i branżę, i właśnie chęć takiej zmiany jest dla 23% osób powodem, dla którego poszukują nowych obszarów zawodowych. Dla 12% badanych kwestia niemożności pogodzenia życia zawodowego z prywatnym była czynnikiem mobilizującym do zmiany pracodawcy.

Zarobki czy rozwój zawodowy?

Przedstawiciele niemal wszystkich branż jako najbardziej motywujący do zmiany pracy aspekt wymieniają zarobki. Jedynie dla specjalistów IT są one na drugim miejscu –po rozwoju zawodowym (66% wskazań na rozwój vs 63% na zarobki). Wśród respondentów w wieku 26-30 lat, zarobki i brak możliwości rozwoju czy awansu to równorzędne czynniki skłaniające do dokonania zmian w życiu zawodowym  (po 65% wskazań). Natomiast wśród osób z kolejnej grupy wiekowej, czyli 31-40 lat, rozwój i awans są kluczowe – na ten czynnik wskazało 60% respondentów, podczas gdy zarobki miały 58% wskazań. Osoby z wyróżnionych grup wiekowych zdają sobie sprawę, że są w takim momencie kariery, w którym bardzo ważne jest inwestowanie w rozwój, który wraz ze stażem pracy, przekłada się na wyższe zarobki.

Duży wpływ na wybór czynnika motywującego do poszukiwania nowych wyzwań zawodowych ma także poziom wykształcenia. W przypadku osób z wyksztalceniem wyższym, zarobki i możliwość rozwoju miały niemal tę samą wagę. W przypadku osób z dyplomem MBA zdecydowanie rozwój i awans są aspektem kluczowym – tak wskazało 51% badanych, podczas gdy na zarobki 40% respondentów. Także osoby z wykształceniem podyplomowym stawiają na rozwój – jest on istotny dla 61% respondentów, podczas gdy zarobki dla 55% pracowników z tej grupy.

Specjaliści najbardziej zdeterminowani do szukania pracy

Najbardziej zdeterminowani do zmiany pracodawcy są specjaliści zajmujący się marketingiem, reklamą i PR – w tym gronie 60% pracowników twierdzi, że szuka pracy, a 29% z nich chce tę pracę zmienić w ciągu najbliższego roku. Tuż za nimi plasują się specjaliści ds. sprzedaży i obsługi klienta, wśród nich 56% szuka nowej pracy, a na jej zmianę w ciągu roku liczy 32% deklarujących się jako poszukujący nowej pracy.

Spośród analizowanych grup najmniej chętni do zmiany pracodawcy są specjaliści IT – w tej branży mniej niż połowa (48%) osób bierze pod uwagę zmianę w życiu zawodowym i tylko 25% nastawia się na zmianę pracy w ciągu roku.

Co decyduje o wyborze pracodawcy?

 Najważniejsze trzy czynniki, które są przez badanych brane pod uwagę przy wyborze nowego pracodawcy, to wyższe zarobki – ważne dla 74%  badanych, szkolenia i możliwość rozwoju – na ten aspekt wskazało 54% respondentów, oraz dobra atmosfera pracy istotna dla połowy osób biorących udział w badaniu. Co ciekawe, na równowagę między życiem zawodowym a prywatnym wskazało 37% osób. Czyli, jak wynika z badania, nie jest to czynnik najbardziej motywujący do opuszczenia obecnego pracodawcy, jednak ważny przy wyborze nowej pracy. Respondenci proszeni o wybranie tylko jednego kluczowego powodu decydującego o wyborze konkretnego pracodawcy, wskazali na zarobki (54%), na drugim miejscu uplasowała się możliwość rozwoju zawodowego (30%).

 

Źródło: badanie Pracuj.pl „Specjaliści na rynku pracy”, przeprowadzone przez Pracuj.pl metodą ankiety dostępnej online na grupie 4656 osób z min. 2-letnim doświadczeniem na rynku pracy, październik 2014.

Cytowanie wyników badania tylko za podaniem źródła: Badanie Pracuj.pl Specjaliści na rynku pracy

WIOSENNE PORZĄDKI NA WIELKANOC

Z tegorocznego badania PAYBACK Opinion Poll, wynika, że 66% Polaków rozpocznie przygotowania do Wielkanocy od wiosennych porządków. Co drugi Polak na zakupy wielkanocne wyda od 200 do 500 zł. 28% osób deklaruje, że wyda mniej niż w poprzednich latach. Natomiast 66% ankietowanych zamierza oszczędzać na przedświątecznych zakupach. Po produkty na świąteczny stół udamy się głównie do hipermarketów i dyskontów. Ponad połowa Polaków zamierza wesprzeć w tym czasie najuboższych.

Polacy lubią sprzątać!

66% ankietowanych planuje zacząć porządki z początkiem wiosny. Ponad połowa respondentów (53%) uważa tą czynność za przyjemną. Prawie wszyscy będą sprzątać sami lub z rodziną. Najważniejsze wiosenne „misje” to gruntowne wysprzątanie mieszkania (43%), auta (41%) i odświeżenie szafy oraz garderoby (46%). To panie (63%) raczej niż panowie (33%) wybiorą się na zakupy w poszukiwaniu nowych ubrań. Wiosenne porządki wg kobiet, to również czas zadbania o siebie, dlatego planują zainwestować w zabiegi pielęgnacyjne (30%), zajęcia ruchowe (36%) i kulturalne(22%). Panowie z zadań wiosennych najbardziej lubią sprzątanie auta (24%). Jednogłośnie zarówno dla pań, jak i panów najmniej lubianym punktem wiosennych porządków jest mycie okien (36% kobiet, 40% mężczyzn).

76% zapytanych przez PAYBACK respondentów deklaruje, że chemię gospodarczą kupi w hipermarketach i dyskontach. Z usług sklepów online oraz dostawy bezpośrednio na wskazany adres skorzysta zaledwie 2% osób. Poziom wydatków na artykuły czyszczące jest taki sam jak w 2014 roku[1]. 31% ankietowanych wyda na chemię gospodarczą od 51 do 100zł. Prawie połowa natomiast zainwestuje więcej niż 100zł.

Rodzinny czas

Najważniejszą wartością świąt wielkanocnych dla większości Polaków jest czas spędzony z rodziną (70%). Przy stole Wielkanocnym zasiądziemy przeważnie w gronie najbliższych (74%), we własnym domowym zaciszu (64%), z więcej niż pięcioma osobami (50%). Dla co drugiej ankietowanej osoby wymiar religijny jest bardzo istotny. Dodatkowo 32% zapytanych uznaje, że Wielkanoc, to doskonały czas na wypoczynek.

Świąteczne wydatki

Na wielkanocne zakupy spożywcze co drugi Polak zamierza przeznaczyć podobną sumę jak w roku ubiegłym- od 200 do 500zł. 28% osób deklaruje, że wyda mniej niż w poprzednich latach.[2] Poza artykułami spożywczymi, kupimy również akcesoria świąteczne: palemki oraz kwiaty ozdobne(50%), słodycze ze świątecznych edycji (63%) oraz akcesoria do dekorowania pisanek (44%). Słabnie popularność kartek świątecznych. W tym roku wyśle je 40% ankietowanych, to o 6 punktów procentowych mniej niż w 2014.

Sprawdzone metody Polaków na oszczędzanie

Z przeprowadzonej ankiety wynika, iż dwie na trzy osoby stara się oszczędzić na zakupach wielkanocnych. Najpopularniejszym sposobem jest przygotowanie listy niezbędnych rzeczy i ścisłe jej przestrzeganie w markecie, sklepie czy to na bazarku (63%). Innymi metodami są  korzystanie z wyprzedaży i promocji (56%); wykorzystanie punktów zebranych w programach lojalnościowych (28%); kupowanie tańszych produktów np. marki własnej sklepu (44%); rozłożenie wydatków w czasie (41%); unikanie kuszących ofertami miejsc i sytuacji (19%); zaopatrzenie się w mniejszą ilość rzeczy, za to markowych (15%).

 

Wolę pomóc, niż znaleźć się w takiej sytuacji

Ponad połowa osób wesprze uboższych w okresie około świątecznym. Przeważnie kupi konkretne produkty ze sklepów (48%) lub marek (40%) biorących udział w specjalnych akcjach charytatywnych. Co trzecia osoba przekaże datki pieniężne, a co czwarta przygotuje paczki z żywnością. 6% osób natomiast przekaże punkty zebrane w programach lojalnościowych na dane organizacje lub akcje charytatywne.

[1] Wg wyników ankiety nt. wielkanocnych wydatków Polaków przeprowadzonej w 2014 roku w ramach PAYBACK Opinion Poll. Kolejne dane dot. zeszłego roku podano także na podstawie wyników tejże ankiety.

[2] W tegorocznej ankiecie umożliwiono odmowę udzielenia odpowiedzi na pytanie dot. kwoty przeznaczonej na produkty spożywcze. Z opcji tej skorzystało 12% ankietowanych.

NIK wzmacnia współpracę z Państwową Inspekcją Pracy

Najwyższa Izba Kontroli będzie współdziałać z Państwową Inspekcją Pracy w zakresie przestrzegania uprawnień pracowniczych i prawa pracy. Prezes Krzysztof Kwiatkowski w czasie spotkania z Iwoną Hickiewicz, Głównym Inspektorem Pracy, zadeklarował, że Izba będzie badać, jak wygląda dziś zatrudnienie pod kątem zawieranych umów w jednostkach sektora finansów publicznych.

Iwona Hickiewicz przedstawiła najważniejsze problemy rynku pracy. W ocenie PIP sytuacja nie wygląda dobrze. Kodeks Pracy, tworzony na początku lat siedemdziesiątych, mimo 80 nowelizacji nie przystaje do rzeczywistości. Pisany był w warunkach innej gospodarki i dzisiaj nie blokuje skutecznie patologii na rynku pracy.  Pozostawia dowolność w interpretowaniu przepisów, co powoduje zbyt dużą swobodę w kształtowaniu umów. Państwowa Inspekcja Pracy uważa więc, że Kodeks Pracy powinien zostać napisany na nowo.

Zdaniem Głównego Inspektora Pracy poważnym problemem jest narastające zjawisko zatrudniania na postawie umów cywilnoprawnych. Pracodawcy coraz częściej preferują umowy zlecenie, umowy o dzieło lub samozatrudnienie, a pracownicy zgadzają się na takie warunki, chcąc utrzymać pracę. Tymczasem podejmując zatrudnienie w innej formule niż stosunek pracy, pozbawieni są wielu uprawnień ochronnych, nie mają płatnych urlopów, nie są zabezpieczeni w razie wypadku i choroby. Mają kłopoty z nabyciem uprawnień rentowych czy emerytalnych.

Pracodawcy, którzy odchodzą od umowy o pracę na rzecz innych form zatrudnienia, tłumaczą się wysokimi kosztami pracy, choć w istocie poszukują mniej skomplikowanego sposobu zatrudniania i zwalniania pracowników, adekwatnie do koniunktury ekonomicznej.

Od stycznia 2016 r. wchodzą przepisy dotyczące oskładkowania umów cywilnoprawnych. Dla pracowników oznaczać ma to  stabilniejszą pracę i ubezpieczenie. Według resortu pracy i polityki społecznej ozusowanie „śmieciówek” ma przynieść 650 mln złotych wpływu do kasy ZUS, ale ma też ochronić rzeszę pracowników zatrudnionych na umowę zlecenie.

Kolejnym krokiem w ucywilizowaniu rynku pracy miały być tak zwane klauzule społeczne, czyli zabezpieczenia dla pracowników wymagane od wykonawcy przez zamawiającego przy okazji przetargów publicznych. Jak się jednak okazuje, postępowania z ich zastosowaniem to wciąż mniej niż 1 proc. wszystkich udzielonych zamówień publicznych. Najczęściej stosowały je samorządy gminne i ich jednostki, wykorzystując do wykonywania wielu usług komunalnych m.in. bezrobotnych i niepełnosprawnych. Na razie jednak klauzule społeczne z trudem przebijają się do praktyki zamówień publicznych. Dlatego NIK sprawdzi, jak podmioty publiczne dbają o przedstawienie tego rodzaju wymagań przy okazji przetargów.

Izba  zamierza wzmocnić współpracę z Państwową Inspekcją Pracy i jej 16 okręgowymi inspektoratami. Będzie dzielić się swoją wiedzą w zakresie badania zawieranych umów w jednostkach sektora finansów publicznych, klauzul społecznych i innych praktyk stosowanych przez jednostki administracji rządowej, jednostki samorządu terytorialnego, spółki Skarbu Państwa oraz spółki komunalne.

Złe przepisy nie pomogły najsłabszym firmom

Przepisy nakładające na podatników obowiązek korekty kosztów uzyskania przychodów w przypadku nieuregulowania w terminie zobowiązania, po dwóch latach obowiązywania, nie przyczyniły się do zmniejszenia zatorów płatniczych. Dlatego powinny zostać uchylone – uważa Konfederacja Lewiatan.

Ich uchwalenie było reakcją ustawodawcy na występujące w gospodarce zatory płatnicze prowadzące do pogorszenia lub utraty płynności finansowej przez część firm. Miały wpłynąć na zwiększenie dyscypliny płatniczej tych przedsiębiorców, którzy wykorzystując swoją przewagę rynkową, wymuszają na słabszych nieprzyzwoicie długie terminy płatności.

– Popieramy projekt, który powstał w Kancelarii Prezydenta, aby uchylić te przepisy. Ich nieprecyzyjność, wadliwa konstrukcja i wyjątkowo sankcyjny charakter powodują, że przedsiębiorcy zmuszeni zostali do ponoszenia wysokich kosztów księgowo-ewidencyjnych oraz obarczeni zostali ogromnym ryzykiem podatkowym, zależnym tak naprawdę od rzetelności ich kontrahentów – mówi Przemysław Pruszyński, ekspert podatkowy Konfederacji Lewiatan.

Przepisy te miały stanowić wsparcie dla firm mających najsłabszą pozycję rynkową, takich które ze względu na dużą konkurencję „zmuszane były” kredytować silniejsze podmioty. Niestety w praktyce okazało się, że to właśnie tym słabszym firmom zaszkodziły najbardziej.
– Jakiekolwiek poprawki legislacyjne nie przyniosą oczekiwanych rezultatów, a jedynym rozwiązaniem, które może ulżyć administracyjnie i finansowo przedsiębiorcom, jest ich uchylenie, na co wskazuje zresztą Prezydent RP, składając do Sejmu taką propozycję rozwiązania problemu – dodaje Przemysław Pruszyński.

Konfederacja Lewiatan

Przybywa wolnych miejsc pracy w UE

Wskaźnik nowych miejsc pracy powoli rośnie w krajach UE – poinformował Eurostat.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Eurostat podał, że krajach UE wzrósł wskaźnik wolnych miejsc pracy (liczony jako: liczba wolnych miejsc pracy/liczba miejsc pracy ogółem – obsadzonych i wolnych) – w 4. kwartale 2013 r. wynosił on 1,5, a w 4. kwartale 2014 1,7. W szczytowym, 2007 r., wskaźnik ten wynosił 2,2. A średnia dla 3 ostatnich lat to 1,5.
Patrząc na gospodarkę krajów UE przez pryzmat rosnącej liczby wolnych miejsc pracy i poszukiwania na te miejsca pracy pracowników także poza firmą otrzymywalibyśmy potwierdzenie, że bardzo powoli ale jednak gospodarka europejska budzi się do życia. Otrzymalibyśmy, gdyby nie fakt, że na tę poprawę zapracowały przede wszystkim dwie gospodarki – niemiecka i brytyjska (w których „tradycyjnie” wskaźnik ten jest znaczenie wyższy niż w pozostałych krajach UE, a w 4. kwartale 2014 r. wzrósł o 0,4 punkty – do 3,2 w Niemczech i 2,4 w W.Brytanii). W pozostałych krajach UE zmiany są niewielkie, a w niektórych krajach także na gorsze (np. Chorwacja, Cypr).

Poszukiwanie pracowników na wolne miejsca pracy (zwolnione oraz nowe) w Niemczech powinno nas cieszyć, bo potwierdza siłę niemieckiej gospodarki, a tym samym daje szanse na wzrost naszego eksportu. Jednak wzrost wskaźnika wolnych miejsc pracy nastąpił w Niemczech w usługach, a nie w przemyśle, do którego trafia ponad 50 proc. polskiego eksportu (tu spadł, ale ciągle jest wyższy niż średni wskaźnik dla EU28).

Wskaźnik wolnych miejsc pracy w Polsce kształtuje się od 3 lat średnio na poziomie 0,5, czyli jest 3-krotnie niższy niż średni wskaźnik dla UE28. Taki też był w 4. kwartale 2014 r. Jednocześnie wiemy, że zatrudnienie w firmach 10+ wzrosło w 4. kwartale ubr. o 0,7 proc., a w całym 2014 r. zatrudnienie wzrosło w tych firmach o 0,6 proc. Firmy poszukiwały zatem pracowników, ale nie widać tego w danych Eurostatu. Co może być tego przyczyną? Obawiam się, że przede wszystkim niechęć (wynikająca z dotychczasowego doświadczenia) firm do poszukiwania pracowników przez urzędy pracy. Badania Konfederacji Lewiatan pokazują, że przedsiębiorstwa szukając pracowników rzadko korzystają z pomocy urzędów pracy.

Wolą szukać dając ogłoszenia w prasie, wśród „znajomych” (swoich i swoich pracowników, korzystając z profesjonalnego wsparcia firm headhunter’skich (przy szukaniu pracowników o wyższych kwalifikacjach). Miejmy nadzieje, że wprowadzone w zeszłym roku ustawą o promocji zatrudnienia zmiany w funkcjonowaniu publicznych instytucji rynku pracy oraz dopuszczenie firm prywatnych wpłynie na profesjonalizację poszukiwania pracowników przez większą liczbę przedsiębiorstw niż dotychczas. Najważniejsze jednak, aby nowych miejsc pracy (w ramach miejsc wolnych) przybywało.

Konfederacja Lewiatan

Ordynacja podatkowa pod lupą przedsiębiorców

Do konsultacji społecznych trafił projekt kierunkowych założeń nowej ordynacji podatkowej przygotowany przez KKOPP, który przewiduje m.in. ochronę podatników i efektywniejszy pobór podatków. Zdaniem Konfederacji Lewiatan zawarte w nim propozycje nie stanowią jeszcze przełomu w relacji podatnik – urząd skarbowy.

Komentarz Przemysława Pruszyńskiego, eksperta podatkowego Konfederacji Lewiatan

Przede wszystkim pozostać ma kontrowersyjna klauzula o unikaniu opodatkowania. To niebezpieczne przepisy, które niosą ze sobą bardzo duże ryzyko, ponieważ podatnik ma ponosić konsekwencje działalności zgodnej z prawem, którą minister finansów będzie kwestionował, jako tą, która służy unikaniu opodatkowania. Trzeba pamiętać, że przepisy podatkowe nie nakazują płacić możliwie najwyższych podatków, a wręcz przeciwnie z orzecznictwa sądów wynika, że mamy prawo do kształtowania swoich rozliczeń podatkowych w sposób dla nas ajkorzystniejszy. Koniczne zatem jest, aby w Radzie ds. Unikania opodatkowania, która wydawać będzie opinie
o zasadności zastosowania klauzuli zasiadał przedstawiciel przedsiębiorców.

Pozytywnie przyjmujemy propozycję skatalogowania praw i obowiązków podatnika. Chodzi o wskazanie praw przysługujących obywatelom, ochronę pozycji podatnika i skierowanie do urzędów jasnych wytycznych postępowania – wielu podatników nie zna swoich uprawnień, więc katalog z ordynacji ułatwi im zidentyfikowanie zachowań urzędniczych, które wykraczają poza przyjęty kanon, a w konsekwencji ułatwią dochodzenie swoich praw.
Cieszy fakt, że przewiduje się w przyszłej Ordynacji podatkowej wprowadzenie takich zasad jak zakazu nadużywania prawa przez organy podatkowej, tym bardziej w kontekście proponowanego wprowadzenia klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, zasady pragmatyzmu, która miałaby się przejawiać w niepodejmowaniu przez organy działań nieekonomicznych oraz ta, której obecnie rząd jest przeciwny in dubio pro tributario, tj. rozstrzygania wątpliwości podatkowych na korzyść podatników.

Na krytykę zasługuje skrócenie terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego do 3 lat tylko dla podatników nieprowadzących działalności. Będzie to krzywdzące dla przedsiębiorców.

W założeniach trzeba większy nacisk położyć na poprawę efektywności administracji podatkowej i skrócenie tego terminu dla wszystkich. Dobrze brzmi deklaracja uchylenia przepisów służących przedłużaniu tych terminów w nieskończoność.

Szczegółową opinię przedstawimy po zakończeniu konsultacji.

Konfederacja Lewiatan

Serwis Ministerstwa Finansów „Stroną Internetową bez Barier”

0

Strona internetowa Ministerstwa Finansów została wyróżniona 1. miejscem w kategorii serwisów internetowych administracji publicznej zawierających powyżej 100 podstron, w ramach VI edycji konkursu „Strona Internetowa bez Barier”. Celem konkursu jest wyłonienie serwisów internetowych, najlepiej dostosowanych dla potrzeb osób niepełnosprawnych, starszych i pozostałych narażonych na wykluczenie cyfrowe. Konkurs organizowany jest przez Fundację Widzialni oraz Szerokie Porozumienie na Rzecz Umiejętności Cyfrowych.

Wyniki konkursu zostały ogłoszone podczas konferencji „Cyfrowo Wykluczeni”, którą zorganizowano 17 marca 2015 r. w Sejmie RP. W trakcie spotkania zostało również zaprezentowane opracowanie „Raport Dostępności 2015″, w którym starano się określić poziom wdrożenia wybranych aspektów standardu dostępności WCAG 2.0 w serwisach internetowych instytucji administracji publicznej. Eksperci Fundacji Widzialni oraz użytkownicy z niepełnosprawnościami z różnych grup narażonych na wykluczenie cyfrowe, bazując na wynikach poprzedniego „Raportu Otwarcia” z 2013 roku, przeanalizowali stan dostępności 109 serwisów instytucji.

Strony internetowe zostały podzielone na trzy kategorie: najważniejsze osoby i instytucje, administracja centralna – ministerstwa oraz strony resortowe. W raporcie serwis MF uzyskał najwięcej punktów (43,4) i najwyższą ocenę (86,7%).

Jestem niezwykle wzruszona, ponieważ strony instytucji publicznych to są trudne strony – powiedziała wiceminister finansów i pełnomocnik rządu ds. informacji i edukacji finansowej Izabela Leszczyna. –Obiecuję, że będziemy coraz lepsi. Obiecuję, że strony resortowe również będą coraz lepsze – dodała minister Leszczyna, odbierając nagrodę.

Dbałość o dostępność serwisu internetowego dla osób zagrożonych wykluczeniem cyfrowym jest procesem, który ma charakter ciągły, dlatego Ministerstwo Finansów będzie kontynuować swoją aktywność w tej dziedzinie wykorzystując dotychczasowe doświadczenia i podejmując dialog z innymi podmiotami zainteresowanymi podnoszeniem świadomości społecznej w zakresie dostępności.

Więcej informacji o tematyce konferencji oraz skróconą wersję „Raportu Dostępności 2015” (plik pdf 811 KB) opublikowano na stronie internetowej Fundacji Widzialni (link otwiera okno w innym serwisie).

Praca w szarej strefie nie popłaca

Na pracę na czarno pracownicy decydują się najczęściej, aby uniknąć podatków lub dorobić na studiach albo emeryturze. Szara strefa dotyczy zwykle rolniczych prac sezonowych, ale także remontów i napraw oraz zabiegów kosmetycznych.

W 2013 r. polska szara strefa stanowiła równowartość 23,8% PKB. To stosunkowo dużo. W Unii Europejskiej największy wskaźnik zanotowano jednak w Bułgarii (31,2%) oraz Rumunii i Chorwacji (po 28,4%). Najmniejszy – w Szwajcarii (7,1%), Austrii (7,5%) i Luksemburgu (8%).

Problem dotyczy zarówno wysoko, jak i nisko wykwalifikowanych pracowników – pracują oni na czarno i popełniają przestępstwa karnoskarbowe. „Obecnie zwiększona liczba kontroli pomaga stopniowo eliminować szarą strefę, jednak w Polsce nadal jest zbyt mało inspekcji, a kary za nielegalną pracę są zbyt niskie na tle innych państw” – mówi serwisowi infoWire.pl Krzysztof Inglot z Work Service. Przykładem są Niemcy. Pracodawcy za nielegalne zatrudnianie grozi grzywna do 500 tys. euro. Zapłaci też sam pracownik – nawet do 15 tys. euro. Jeśli nie ma pieniędzy, sąd może zamienić mu grzywnę na więzienie.

Należy pamiętać, że brak umowy podpisanej z pracodawcą jest niebezpieczny. Bez odpowiedniej dokumentacji nie skorzystamy z opieki zdrowotnej czy odszkodowania. Nie mamy też pewności, że otrzymamy zapłatę za pracę.

Jeśli chcemy założyć własną firmę, warto skorzystać z dotacji unijnych lub programów pomocowych w urzędach pracy. Fachowiec z pewnością nie będzie narzekał na brak zleceń i poradzi sobie z prowadzeniem dobrze prosperującego biznesu.

Zaostrzone normy emisji spalin dla maszyn rolniczych

W trosce o środowisko Unia Europejska przygotowała nowe normy emisji spalin dla ciągników. Szkopuł w tym, że wielu rolników nie stać na kupno odpowiednich maszyn, które z powodu zastosowania nowoczesnych technologii znacząco podrożały.

Normy spalin zostały wprowadzone w celu ograniczenia zanieczyszczeń wynikających z emisji cząstek stałych z silnika. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że w całej Unii Europejskiej użytkowanych jest 10 mln traktorów, z których 3 mln mają nie więcej niż 15 lat, a pozostałe – niestety – od 15 do nawet 70. „Wyobraźmy sobie stary ciągnik pracujący na polu, który wyrzuca przez swój komin wielką ilość cząstek stałych. Gdyby nie wprowadzone normy emisji spalin, po kilku latach eksploatacji trudno byłby mówić o ekologicznej żywności” – zauważa w rozmowie z serwisem infoWire.pl Tadeusz Rzeszowski z Pol-Agra.

Ostatnie normy zostały wprowadzone w październiku 2014 r. Do 2018 r. mają zostać zaostrzone. Co to oznacza dla rolników? Wyższe ceny. Producenci ciągników zostali zmuszeni do wprowadzenia zmian konstrukcyjnych. „W wielu maszynach zastosowano nowoczesne silniki” – wyjaśnia rozmówca.

Wymiana ciągnika to wydatek kilkudziesięciu, a nawet kilkuset tysięcy złotych. Producenci odczuwają na razie stagnację, ponieważ rolnicy wyczekują, aż znowu będą dostępne unijne fundusze pomocowe, które będzie można wykorzystać na zakup sprzętu rolniczego.

Mandaty z fotoradarów dla właścicieli aut – uważaj, komu pożyczasz samochód

0

Kierowcy, którzy zostali uwiecznieni na zdjęciu przez fotoradar, często nie chcą przyznawać się do przewinienia. Nic dziwnego, że ściąganie należności jest problematyczne. Rząd zapowiada zmiany prawne – jedną z nich ma być to, że mandaty z fotoradarów będą płacić nie kierujący pojazdami, ale ich właściciele.

Mandaty będą wystawiane na podstawie zdjęć numerów rejestracyjnych. Karami finansowymi mają być obciążane nie tylko osoby prywatne, lecz także przedsiębiorstwa, wypożyczalnie samochodów i firmy leasingowe.

Co ważne, projekt ustawy zakłada całkowite zniesienie punktów karnych za przekroczenie prędkości, które zarejestruje fotoradar. Wystawiane będą tylko mandaty. Jeśli do wykroczenia dojdzie w terenie niezabudowanym, wyniosą one maksymalnie 20% średniego wynagrodzenia (ok. 750 zł), a minimalnie – 1,5% średniego wynagrodzenia. W przypadku przekroczenia prędkości w terenie zabudowanym stawki będą dwukrotnie wyższe.

Czy nowe przepisy ułatwią ściąganie należności? „Wydaje się, że pomysł, aby mandat płacił właściciel samochodu, jest słuszny […]. Z całą pewnością to rozwiązałoby problemy. Pieniądze odbierałoby się od tego, komu dało się auto” – mówi serwisowi infoWire.pl Włodzimierz Zientarski, dziennikarz motoryzacyjny i prezes zarządu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kierowca.pl.

Lewiatan za szybkim powołaniem Rady Dialogu Społecznego

Są ogromne szanse na uzgodnienie projektu ustawy o Radzie Dialogu Społecznego – oświadczył w środę prezydent Bronisław Komorowski, po spotkaniu z partnerami społecznymi z Komisji Trójstronnej. Konfederacja Lewiatan uważa, że nowa ustawa o dialogu społecznym może być gotowa jeszcze przed wakacjami.

Cieszę się, że ekspercki zespół związków zawodowych, organizacji pracodawców i resortu pracy uzgodnił najważniejsze zapisy projektu nowej ustawy. Pozostały do rozstrzygnięcia kwestie, w których mamy rozbieżne zdania, ale jeśli będziemy dalej tak pracować, to jestem przekonana, że szybko się z nimi uporamy. Wszystkie wątpliwości powinniśmy rozwiać w czasie wyjazdowego spotkania z udziałem szefów organizacji pracodawców, związków zawodowych i ministra pracy. W interesie pracowników, pracodawców i rządu, jest jak najszybsze powołanie nowej platformy dialogu społecznego i powrót do efektywnego dialogu.

Projekt ustawy o Radzie Dialogu Społecznego zawiera wiele dobrych rozwiązań, które powinny zdecydowanie poprawić jakość i skuteczność dialogu społecznego w Polsce, choć zdaję sobie sprawę, że najlepsze nawet zapisy ustawowe, bez otwartości, zaufania i dobrych praktyk, nie przesądzą o ostatecznym wyniku.

Konfederacja Lewiatan

Przedsiębiorcy czekają na kodeks budowlany

0

Podpisana przez prezydenta Bronisława Komorowskiego nowelizacja prawa budowlanego ma usprawnić proces budowlany przez zniesienie wielu ograniczeń biurokratycznych i prawnych. Zdaniem Konfederacji Lewiatan są to drobne, korzystne zmiany, które nie zracjonalizują jednak gospodarki przestrzennej. Przedsiębiorcy czekają na kodeks budowlany.

Komentarz Jeremiego Mordasewicza, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan

Zniesienie obowiązku uzyskania decyzji o pozwoleniu na budowę w stosunku do niektórych obiektów budowlanych, zwłaszcza wolnostojących domów jednorodzinnych ułatwi realizację tych obiektów. Niestety, nowelizacja nie odnosi się do najważniejszych problemów dotyczących lokalizacji inwestycji i planowania przestrzennego. Pracodawcy czekają teraz na kodeks budowlany, który umożliwi racjonalne zagospodarowanie przestrzeni i powstrzyma bezplanową urbanizację. Obecne, niekontrolowane rozpraszanie zabudowy i rozlewanie się miast generuje ogromne koszty rozbudowy infrastruktury, zmniejsza efektywność inwestycji i obniża standard życia.

Konfederacja Lewiatan

Przemysł nie zawiódł, sprzedaż detaliczna nieco niższa

Produkcja przemysłowa wzrosła w styczniu br. o 4,9 procent w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku. Jednocześnie sprzedaż detaliczna była niższa o 1,3 procent r/r. – podał GUS.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Przetwórstwo przemysłowe nie zawiodło, a szczególnie branże eksportowe – maszyny i urządzenia, produkcja pojazdów samochodowych, mebli i komputerów. To potwierdzenie dobrych prognoz zawartych w lutowym wskaźniku PMI. Przemysł ciągnie w dół górnictwo, ale także produkcja odzieży, co nie rokuje dobrze tej branży. Wzrost produkcji na poziomie prawie 5 proc. wskazuje, że możemy liczyć na dalszą poprawę sytuacji na rynku pracy i wzrost wynagrodzeń.

Mimo słabych wyników w lutym, w kolejnych miesiącach powinna poprawić się sytuacja w budownictwie.
W kontekście coraz lepszej sytuacji na rynku pracy i rosnących płac, zbyt słabo wypadła sprzedaż detaliczna, która w ujęciu rocznym, w cenach bieżących spadła o 1,3 proc., natomiast w cenach stałych wzrosła o 2,4 proc., dzięki sprzedaży w niewyspecjalizowanych sklepach (super-hipermarketach), a także pozostałej sprzedaży w wyspecjalizowanych sklepach.

Jednak jak spojrzy się na dynamikę sprzedaży w poszczególnych grupach produktów to sytuacja nie wygląda źle, bo we wszystkich poza samochodami i pozostałą sprzedażą, odnotowujemy wzrosty. Gospodarstwa domowe ostrożnie, ale systematycznie zwiększają zakupy.
W kolejnych miesiącach należy się też spodziewać wzrostu sprzedaży aut. Spadek sprzedaży w lutym to wynik wysokiej bazy w analogicznym miesiącu 2014 roku, ze względu na zmiany podatkowe.

Niepokoi natomiast znacząca różnica w dynamice sprzedaży, w cenach stałych i bieżących, odzieży i obuwia. Branża chcąc zwiększyć przychody, ciągle silnie konkuruje cenami, co w lutym odbiło się już na spadku produkcji odzieży.

Konfederacja Lewiatan

Pracodawcy apelują o nowe procedury

0

W związku z wieloma wątpliwościami dotyczącymi rozliczania pacjentów, którzy zostali wskazani w systemie eWUŚ jako osoby nieubezpieczone, Konfederacja Lewiatan apeluje do Narodowego Funduszu Zdrowia o wypracowanie w takich przypadkach jednolitej procedury postępowania, która byłaby dogodna zarówno dla płatnika publicznego, jak i dla świadczeniodawców.

Problem weryfikacji ubezpieczonych jest najtrudniejszy na poziomie podstawowej opieki zdrowotnej, ponieważ obecny stan wymusza niejako konieczność stałego sprawdzania wszystkich zgłoszonych do lekarza pacjentów, niezależnie od tego czy pacjent zgłosi się do placówki POZ, czy też nie. Niestety, dotychczasowe rozmowy na poziomie województw nie dają jednoznacznego rozwiązania.

Zgodnie z ustawą o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych jedną z dopuszczalnych form potwierdzenia przez pacjenta prawa do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych jest złożenie oświadczenia. Jest ono ważne przez trzy miesiące, co oznacza, że przed upływem tego okresu podmiot leczniczy udzielający świadczeń zdrowotnych z zakresu podstawowej opieki zdrowotnej powinien dokonać weryfikacji pacjenta w eWUŚ. W tym miejscu rodzi się zatem pytanie czy dopuszczalne jest żądanie od pacjentów przedkładania oświadczeń raz na kwartał. A ponadto, kiedy pacjent powinien złożyć kolejne oświadczenie (z jaką datą) przy kończącej się 3-miesiecznej płatności przez NFZ?

– Ustawa o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych wprost wskazuje, że uprawnionym do ustalenia osoby odpowiedzialnej za poniesienie kosztów świadczenia jest Narodowy Fundusz Zdrowia. Tym samym świadczeniodawcy nie mają nie tylko narzędzi, ale również nie mają prawa do dokonywania weryfikacji dokumentów otrzymywanych od pacjentów – mówi Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Konieczne wydaje się zatem wprowadzenie platformy współpracy umożliwiającej szybkie działanie w celu wyeliminowania istniejących wątpliwości i sprawną weryfikację statusu pacjentów w systemie eWUŚ. Przedsiębiorcy zrzeszeni w Konfederacji Lewiatan deklarują współpracę przy stworzeniu procedury weryfikacji świadczeniodawców.

Konfederacja Lewiatan

Rosną płace i zatrudnienie

Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w ujęciu rocznym, w lutym br. wzrosło o 3,2 proc. , zaś zatrudnienie zwiększyło się o 1,2 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.

dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan
dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Lutowe dane o zatrudnieniu i wynagrodzeniach w sektorze przedsiębiorstw potwierdzają nadzwyczaj optymistyczne jak na tą porę roku nastroje na rynku pracy. Zatrudnienie w firmach pozostało na poziomie odnotowanym w styczniu. Oznacza to wzrost w ujęciu rocznym o ok. 1.2 proc. czyli niemal 60 tys. osób. Utrzymuje się zatem tempo wzrostu zatrudnienia liczone r/r na poziomie z początku roku. Jest to wzrost o 1 pkt. proc. wyższy niż na początku roku 2014. . Również w przypadku przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw odnotowano wyraźny wzrost, zarówno w stosunku do poziomu ze stycznia (o 1 proc.), jak i z lutego poprzedniego roku (3,4 proc.). Wzrost ten realizowany jest w warunkach deflacji, a zatem siła nabywcza wynagrodzeń rośnie szybciej, o 1,1 proc. w stosunku do stycznia i 5 proc. w stosunku do lutego 2014.

Poprawę wskaźników rynku pracy można wiązać z pozytywnym wpływem koniunktury gospodarczej na zatrudnienie. Dobre sygnały płyną z sektora przemysłowego, gdzie wskaźnik PMI w lutym utrzymał się na poziomie bliskim tego ze stycznia (55,1) i wciąż pozostaje wysoki wskazując na możliwą dalszą poprawę. W ramach tego wskaźnika już trzeci miesiąc z rzędu rósł subwskaźnik dotyczący zatrudnienia, co wskazuje, że w sektorze przemysłowym możemy spodziewać się dalszego wzrostu popytu na pracę. Dzięki oddziaływaniu tych czynników stopa bezrobocia była w lutym 2015 r. niższa o niemal 2 pkt. proc. w stosunku do poprzedniego roku, a liczba bezrobotnych spadła o ok. 336 tys. osób. W kolejnych miesiącach możemy spodziewać się przyspieszenia tych pozytywnych zmian. W lutym zgłoszono do urzędów pracy 95,1 tys. miejsc pracy i aktywizacji zawodowej o ok. 23 tys. więcej niż w styczniu

Konfederacja Lewiatan

 

Kierunkowe założenia nowej Ordynacji podatkowej

0

Komisja Kodyfikacyjna Ogólnego Prawa Podatkowego uprzejmie informuje, że 17 marca br. zamieściła na stronie BIP Ministerstwa Finansów kierunkowe założenia nowej Ordynacji podatkowej.

Komisja zachęca do zapoznania się z treścią opracowanego dokumentu i oczekuje na ewentualne propozycje, opinie. Można je kierować za pośrednictwem usługi „Pismo ogólne” ePUAP Ministerstwa Finansów, tytułując „Wniosek do Komisji Kodyfikacyjnej Ogólnego Prawa Podatkowego” (link otwiera nowe okno w serwisie zewnętrznym). Komisja deklaruje, że przeanalizuje każdą, zarówno pozytywną jak i negatywną ocenę zaproponowanych rozwiązań

W 2015 roku przychody sektora zbrojeniowego spadną o ok. 1,3 procent

W 2015 roku łączne przychody przemysłu lotniczo-zbrojeniowego w skali całego świata powinny wzrosnąć o około 3 proc. w porównaniu do roku poprzedniego. O ile jednak branża lotnicza odnotowuje wzrost, to w przypadku sektora zbrojeniowego można już mówić o stałej tendencji spadkowej. Według raportu „2015 Global aerospace and defense industry outlook”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, globalne przychody przemysłu zbrojeniowego na przestrzeni ostatnich lat spadają. Wpływ na taki stan rzeczy ma przede wszystkim kurczący się budżet na obronność i wojsko w USA. Ten spadkowy trend firmy zbrojeniowe mogą jednak powstrzymać, inwestując w innowacyjne technologie wojskowe oraz ograniczając koszty.

Aż 97 proc. globalnych wydatków na obronność, które w 2013 roku wyniosły 1,7 bln dolarów, pochodzi z 50 państw – liderów o najwyższych budżetach na ten cel. Wśród nich największym są Stany Zjednoczone, które pochłonęły aż 39 proc. tej sumy. „Nie dziwi więc fakt, że jakakolwiek redukcja budżetu obronnego USA wpływa negatywnie na kondycję przemysłu zbrojeniowego na całym świecie. Po zakończeniu operacji wojskowych w Iraku i Afganistanie rząd amerykański dość mocno ograniczył wydatki na wojsko. W 2013 roku weszła w życie ustawa, które zredukowała budżet obronny USA o 37 mld dolarów. Zapisano w niej, że w ciągu kolejnych dziewięciu lat zmniejszą się one o 52 mld dolarów rocznie” – wyjaśnia Piotr Świętochowski, Dyrektor w Dziale Audytu, Ekspert ds. przemysłu obronnego, Deloitte.

W 2013 roku przychody 20 największych firm reprezentujących przemysł zbrojeniowy w USA zmniejszyły się o 2,5 proc. W pierwszych trzech kwartałach 2014 roku było to 2,1 proc. Choć są kraje, takie jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska, Indie, Korea Południowa, Japonia, Chiny czy Rosja, które zwiększają swoje budżety na obronność, to nie zmienia to faktu, że utrzymuje się tendencja spadkowa dotycząca globalnych przychodów sektora zbrojeniowego w tempie ok. 1,3 proc. rocznie. Tak było w 2014 roku w porównaniu do 2013 roku i taki sam spadek przewidywany jest również w tym roku (w porównaniu do roku 2014). Przychody globalnego przemysłu zbrojeniowego kurczą się, mimo toczących się kilku regionalnych konfliktów zbrojnych, choćby na Ukrainie, w Syrii czy na terenie tzw. Państwa Islamskiego.

Dlatego, jak wskazuje raport Deloitte, w nadchodzących latach sektor zbrojeniowy stanie przed dwoma znaczącymi wyzwaniami:

  • jak osiągnąć rentowny wzrost na słabnącym rynku,
  • jakie działania ograniczające koszty zapewnią utrzymanie akceptowalnych wyników finansowych.

„Firmy, które odniosły sukces, w walce o dobre wyniki wchodzą na sąsiadujące rynki, sprzedając produkty zbrojeniowe za granicę i inwestując w opracowywanie produktów nowej generacji z dziedziny cyberbezpieczeństwa, elektroniki zbrojeniowej, precyzji uderzeniowej oraz zaawansowanych narzędzi analitycznych. Innowacyjne rozwiązania są dla nich potencjalnymi źródłami przychodu” – wyjaśnia Piotr Świętochowski. Nie można wykluczyć także dalszego ograniczania kosztów, chociażby poprzez akwizycję i konsolidację firm działających w przemyśle zbrojeniowym. W Polce w zeszłym roku również nastąpiła istotna zmiana, w roku 2014 powstała Polska Grupa Zbrojeniowa, w ramach, której Skarb Państwa skonsolidował spółki z branży będące pod podporządkowane MON, ARP oraz MSP, w sumie ponad 30 podmiotów. Celem konsolidacji było uporządkowanie rynku, lepsze wykorzystanie pieniędzy na poprawę obronności.

Tymczasem wskaźnik wzrostu sektora lotnictwa cywilnego osiągnie prawdopodobnie w tym roku około 7,7 proc. W tym samym czasie spodziewany jest rekordowy poziom produkcji maszyn lotniczych, który wzrośnie o 6 proc. Eksperci Deloitte szacują, że w ciągu najbliższych dwudziestu lat na świecie zostanie wyprodukowanych pomiędzy 31,3 tys. a 34,3 tys. nowych samolotów, a lotniczy transport pasażerski będzie rósł w tym samym czasie o około 5 proc. rocznie. „Podstawowymi czynnikami wzrostu w tym segmencie jest wymiana przestarzałych modeli samolotów na paliwooszczędne maszyny nowej generacji oraz nasilenie ruchu pasażerskiego, zwłaszcza w regionie Bliskiego Wschodu oraz Azji i Pacyfiku” – dodaje Tom Captain, Deloitte USA, Globalny Lider Sektora Lotniczego oraz Przemysłu Obronnego.

Opracowanie „2015 Global aerospace and defense industry outlook. Growth for commercial aerospace; defense decline continues” zostało opublikowane w lutym br.

W zamówieniach publicznych coraz mniej czasu na renegocjacje umów

W nowym prawie zamówień publicznych kluczową zmianą – zarówno z punktu widzenia zamawiającego, jak i wykonawcy – jest obowiązek waloryzacji umów zawartych na dłużej niż 12 miesięcy. Kontrakty długoterminowe powinny być renegocjowane w przypadku zmiany płacy minimalnej, stawki VAT, zasady podlegania ubezpieczeniom społecznym lub wysokości składki. Od 1 stycznia 2016 roku oskładkowaniu zaczną podlegać umowy zlecenia, dlatego niezwykle istotne jest, żeby jak najwcześniej przygotować się do nowych przepisów i już teraz rozpocząć negocjacje z wykonawcami – uważa Konfederacja Lewiatan.

Konieczne jest zakończenie renegocjacji jeszcze w 2015 roku, tak by zwaloryzowane umowy obowiązywały od 1 stycznia 2016. Tylko wówczas możliwe będzie skuteczne wypełnienie obowiązków, jakie legislator powierzył podmiotom odpowiedzialnym za kształtowanie rynku zamówień publicznych. Dzięki temu możliwe będzie odejście od patologii na rynku zamówień publicznych, gdzie instytucje państwowe wybierały oferty ze stawkami w granicach 5-7 zł za godzinę brutto – czyli nawet połowę niższymi niż minimalne krajowe wynagrodzenie.

– Nowe zapisy w zakresie ubezpieczeń społecznych, które wchodzą w życie od 1 stycznia 2016, zwiększają poziom bezpieczeństwa pracowników, prowadzą do podwyższenia jakości przetargów publicznych oraz zapewniają dodatkowe wpływy do budżetu państwa. W związku z tym niezwykle istotną kwestią pozostaje odpowiednie przygotowanie się do funkcjonowania w nowym otoczeniu prawnym. W tym celu niezbędne jest rozpoczęcie renegocjacji między wykonawcami i zamawiającymi obowiązujących umów długoterminowych po to, by uwzględnić nowe zasady oskładkowania umów zleceń. Jest to niesłychanie ważne zarówno z punktu widzenia zamawiającego – któremu zależy na tym, aby zlecone usługi były nadal realizowane na jak najwyższym poziomie – oraz wykonawcy – ze względu na nowe obowiązki powstałe w wyniku zmian dotyczących umów zleceń – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Rady Zamówień Publicznych przy Konfederacji Lewiatan.

Polska pozostaje niechlubnym liderem w Unii Europejskiej pod względem liczby osób pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych – według danych Eurostatu aż 26,8% Polaków znajduje zatrudnienie na tej podstawie . Średnia unijna jest niemal o połowę mniejsza – 13,7% . W związku z tym już od 2009 roku ozusowanie umów zleceń było wspólnym postulatem związków zawodowych oraz pracodawców. Po osiągnięciu tego celu, należy jak najlepiej przygotować się na zmiany, które wejdą w życie po 31 grudnia 2015 roku. W związku z tym renegocjacja umów powinna być tak zaplanowana, żeby od 1 stycznia 2016 roku wszystkie podmioty działające na rynku zamówień publicznych mogły funkcjonować w zgodzie z nowo obowiązującymi przepisami.

Niemniej istotną kwestią pozostaje dokonanie pełnej waloryzacji – zgodnej z intencją ustawodawcy. Konieczne jest, by zamawiający uwzględniał w swoich kalkulacjach wynagrodzenia pracowników według stawek brutto. Koszt wynagrodzenia obejmuje bowiem nie tylko kwotę wypłacaną pracownikowi, ale także odprowadzane podatki i składki na ubezpieczenia społeczne.

Właściwa reorganizacja i tym samym kontynuacja obowiązujących kontraktów, to korzystne rozwiązanie dla każdej ze stron. Zamawiający bowiem nie będzie obarczony kosztami rozpoczęcia postępowania przetargowego. Wykonawca zaś może liczyć na uczciwe rozliczenie realizowanej usługi, które zostanie zwaloryzowane o zmiany w systemie ubezpieczeń społecznych. Pracownicy mają natomiast gwarancję zabezpieczenia swojego interesu oraz miejsc pracy, co jest szczególnie istotne w kontekście wysokiego poziomu bezrobocia, które w styczniu 2015 roku wyniosło 12,1% .

Serwis infoPraca chce być wiceliderem rynku. Inwestuje w aplikacje mobilne

0

inwestycje

CEO Magazyn Polska

Jeden z głównych serwisów rekrutacyjnych w Polsce – infoPraca, dostrzegając zmiany na polskim rynku pracy, zamierza rozwinąć możliwości mobilne serwisu, tak aby poszukiwanie pracy poprzez aplikacje czy portale społecznościowe było bardziej przyjazne. Z drugiej strony serwis chce poprawić bezpośredni kontakt z firmami, m.in. po to, by lepiej dopasować do nich ofertę kandydatów i zaoferować narzędzia, które pozwolą firmom efektywnie przesyłać informację zwrotne o procesie rekrutacji. Dzięki tym działaniom ma nadzieję zająć pozycję wyraźnego wicelidera rynku.

Patrząc na rozwój naszego serwisu, mogę powiedzieć, że na pewno będziemy stawiali na dwa filary: klientów, czyli firm, które poszukują kandydatów, i kandydatów, czyli osoby, które szukają pracy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Jurkiewicz, dyrektor generalny serwisu rekrutacyjnego infoPraca. – Z jednej strony będziemy poszukiwali klientów za pomocą nowych rozwiązań technologicznych, z drugiej strony będziemy nawiązywali bardzo bliskie kontakty przez różne instytucje czy w bezpośredni sposób z kandydatami, którzy poszukują tej pracy.

W jego ocenie w perspektywie długoterminowej na rynku będzie mniej pracowników, a nowe rozwiązania technologiczne mają wspomóc kontakt oferujących z poszukującymi pracy.

Mówiąc o poprawie procesu spotkania kandydata z pracodawcą, myślimy o skróceniu tego procesu oraz zaoferowaniu narzędzi umożliwiających udzielania informacji zwrotnej osobom, które poszukują pracy – tłumaczy Jurkiewicz.

Jak dodaje, w aktualnej sytuacji rynkowej pomimo spadku stopy bezrobocia pracodawcy twierdzą, że nie znajdują odpowiednich pracowników, a z drugiej strony kandydaci mimo wielu wysłanych CV nie otrzymują żadnych odpowiedzi. Dlatego nowe rozwiązania w infoPraca mają poprawić komunikację między obydwiema grupami.

W tej chwili na rynku pracy królują nowe technologie, dlatego jednym z naszych celów jest zapewnienie pełnej mobilności w poszukiwaniu pracy, czyli rozwój aplikacji oraz rozwiązań wykorzystujących media społecznościowe. Zależy nam również na tym, by oferty były szerzej dostępne, a proces pozyskiwania pracownika znacznie krótszy – mówi Marek Jurkiewicz.

Najpopularniejszym serwisem rekrutacyjnym w Polsce jest Pracuj.pl z 1,8 mln użytkowników i 54 mln odsłon (dane za listopad 2014 r.). Inne portale z ofertami pracy na polskim rynku to Indeed.com, Gazetapraca.pl. Jooble.com.pl, Gowork.pl czy Praca.pl. Z badania Gemiusa przeprowadzonego w ubiegłym roku wynika, że miały one 0,8-1 mln użytkowników.

Chcemy być niekwestionowanym numerem dwa wśród serwisów rekrutacyjnych – zaznacza dyrektor generalny serwisu infoPraca. – Jesteśmy już numerem dwa, ale chcemy tę pozycję cały czas rozwijać, by zbliżyć się do naszego największego konkurenta.

Aplisens zakończył inwestycje w produkcję. W tym roku chce zwiększyć sprzedaż i rozwijać swoje spółki handlowe

0

CEO Magazyn Polska

Aplisens w zeszłym roku zakończył duże inwestycje, teraz spodziewa się wzrostu przychodów. Producent aparatury kontrolno-pomiarowej dla przemysłu sfinalizował już budowę dwóch nowych fabryk i w tym roku zamierza głównie rozwijać swoje zagraniczne spółki handlowe.

– Zeszły rok był ostatnim rokiem dużych inwestycji – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Adam Żurawski, prezes zarządu Aplisens.W styczniu 2014 roku uruchomiliśmy fabrykę w Radomiu. W III kw. zakończyliśmy inwestycję związaną z budową siedziby w Moskwie i tam nastąpiła przeprowadzka, więc to też była spora inwestycja. Kolejnym przedsięwzięciem był zakład w Krakowie, który budowaliśmy, a w styczniu tego roku przeprowadziliśmy się do tego zakładu.

W kraju spółka planuje więc w 2015 roku tylko niewielkie wydatki na technologię, podkreślając, że gros inwestycji w moce wytwórcze zostało już zrobionych. Zaplecze produkcyjne grupy to dziś 6 zakładów w Polsce oraz jeden na Białorusi.

W tym roku planujemy oprócz dokończenia zakładu w Radomiu, termin oddania przesunął się na styczeń-luty, wydatki związane z modernizacją zakładu w Warszawie zapowiada Adam Żurawski.To nie są duże koszty. Mówimy tu o kosztach modernizacji technologii i wydatkach na rozwój, choć wydatki na badania i rozwój co roku u nas rosną i wydaje mi się, że to będzie kolejny rok, w którym będziemy je zwiększali.

Aplisens wydawał dotąd na prace badawczo-rozwojowe ok. 4 proc. przychodów. Te nakłady mają jednak rosnąć szybciej niż przychody. W 2014 roku przychody spółki przekraczały 89 mln zł i  były o 11,5 proc. wyższe niż w 2013 roku.

Natomiast z takich dodatkowych spraw, to na pewno będą dofinansowania spółek zależnych, być może nam się uda założyć kolejną spółkę zależną w dużym kraju Unii Europejskiej deklaruje prezes zarządu spółki. 

Aplisens posiada takich firm sześć, w Niemczech, Rosji, Czechach, Rumunii, na Białorusi i Ukrainie. Nie są to jednak w większości, jak zaznacza, spółki produkcyjne.

To są spółki handlowe, które pomagają nam sprzedawać nasze produkty na poszczególnych rynkach. Jedyną spółką produkcyjną, którą mamy, jest spółka na Białorusi. Obsługuje ona rynek WNP.

Dzięki swym zagranicznym oddziałom Aplisens eksportuje swoje wyroby. Prawie 60 proc. przychodów spółki pochodziło bowiem ze sprzedaży międzynarodowej. Mimo wzrostu przychodów zysk netto spółki spadł do 12,6 mln zł. Był w ten sposób niższy od zysku w 2013 rok o ponad 1,8 mln zł. Nie wiadomo jeszcze, czy spółka podzieli się zyskiem z akcjonariuszami i wypłaci dywidendę. Przed rokiem przeznaczyła na ten cel 3,5 mln zł.

W ostatnich latach dzieliliśmy się, przeznaczając na dywidendę około 25 proc. zysku – przypomina prezes Adam Żurawski z Aplisens. Natomiast dziś nie mamy jeszcze żadnych ustaleń dotyczących wypłaty dywidendy.

W tym roku jednak spółka prognozuje poprawę wyników. Oczekuje wprawdzie, że sprzedaż jej wyrobów na Wschodzie będzie teraz słabsza, zamierza to jednak nadrobić na rynkach Unii Europejskiej.

TelForceOne obok nowej linii smartfonów chce rozwijać także produkcję systemów oświetlenia LED i sprzedaż zagraniczną

CEO Magazyn Polska

TelForceOne, znany z produkcji telefonów myPhone wchodzi w nowy segment. Rozwijać będzie także produkcję systemów oświetlenia LED, które redukuje zużycie energii elektrycznej nawet o 75 proc. Nie zamierza jednak zmieniać swojej podstawowej działalności, choć chce sprzedawać systemy oświetlenia LED jako oddzielne produkty. Firma stawia także na eksport, którego udział w przychodach spółki ma w ciągu kilku lat stać się dominujący.

Spółka nie chce ograniczać się do produkcji i sprzedaży urządzeń telekomunikacyjnych, dlatego będzie rozszerzać portfolio związane z pracami zespołu badawczo-rozwojowego. Został on utworzony, by zwiększać funkcjonalność linii aparatów myPhone. Natomiast szybko okazało się, że kompetencje inżynierskie można wykorzystać także do oświetlenia LED.

To również urządzenia elektroniczne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Wiesław Żywicki, wiceprezes zarządu TelForceOne. – Pracując nad tymi zagadnieniami od roku, dokonaliśmy pięciu zgłoszeń patentowych. Najważniejszy pomysł i rozwiązanie, które zrealizowaliśmy, to innowacyjna instalacja zasilania oświetlenia przemysłowego. Okazuje się, że wprowadzając LED, możemy uzyskać do 50 proc. oszczędności na energii elektrycznej. Natomiast zwiększając to o ogniwa fotowoltaiczne, uzyskujemy do 75 proc., podczas gdy okres zwrotu trwa dwa lata.

Oświetlenie LED nie będzie jednak, jak zastrzega Żywicki, podstawowym obszarem działań i sprzedaży spółki.

To jedno z zagadnień, które powstają przy okazji prac zespołu badawczo-rozwojowego nad telefonami komórkowymi – wyjaśnia prezes Żywicki. – Po prostu poszerzamy nasze kompetencje, umiejętności, a następnie staramy się z nich w optymalny sposób korzystać.

TelForceOne ma już na koncie kilka realizacji oświetlenia LED zasilanego przez ogniwa fotowoltaiczne. Spółka wykonała m.in. modernizację hal produkcyjnych koncernu Bosch w Łodzi oraz japońskiego producenta papierosów JTI Polska. Obecnie firma, jak informuje Żywicki, prowadzi rozmowy ze znaczącymi spółkami krajowymi i międzynarodowymi, które są zainteresowane wprowadzeniem jeszcze w br. do swoich obiektów tego rodzaju instalacji.

O skali będziemy mówili w połowie 2015 roku, kiedy zostaną zawarte kontrakty – zastrzega prezes Żywicki. – Oświetlenie LED do tej pory nie było dla nas istotnym obszarem działalności, w związku z czym trudno spodziewać się wygenerowania w ciągu roku gigantycznych przychodów. Natomiast najważniejsze jest dla nas to, że we wszystkich usługach bardzo mocno jesteśmy nastawieni na to, by rozwiązania własne stanowiły podstawę zwiększania funkcjonalności naszych podstawowych artykułów. W żadnym stopniu nie zmieni to zasadniczej strategii, którą jest produkcja i dystrybucja pod własnymi markami akcesoriów mobilnych oraz telefonów i smartfonów.

Z racji tego, że zainteresowanie oświetleniem zgłaszają działające w Polsce przedsiębiorstwa zagraniczne, TelForceOne spodziewa się większej liczby zamówień składanych przez ich spółki macierzyste. W związku z tym strategia firmy zakłada również zwiększenie przychodów z eksportu.

 Może być podobnie jak z sieciami sprzedażowymi: jesteśmy obecni z podstawową ofertą we wszystkich sieciach w Polsce i w związku z tym zaczynamy teraz prowadzić rozmowy z centralami, żeby wejść z ofertą do placówek na terenie Europy – przypuszcza Żywicki. – Wyjście ze sprzedażą poza Polskę w znacznie większym stopniu jest jednym z naszych celów strategicznych. Do tej pory blisko połowa przychodów pochodziła z innych krajów. 

TelForceOne w najbliższy poniedziałek opublikuje wyniki roczne. Po trzech kwartałach 2014 roku grupa miała 197,4 mln zł skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży, niemal dwa razy tyle, co przed rokiem. Zysk netto wyniósł prawie 5,5 mln zł wobec 2 mln zł rok wcześniej.

Nowe propozycje ZBP dla zadłużonych we frankach mogłyby wejść w życie dopiero za rok

CEO Magazyn Polska

Propozycje Związku Banków Polskich dotyczące osób zadłużonych we frankach szwajcarskich mogą pomóc niektórym, ale nie rozwiążą systemowego problemu – ocenia Piotr Kuczyński z Domu Inwestycyjnego Xelion. Ich wprowadzenie potrwałoby nawet rok, bo wymagałoby zmian w prawie. Wcześniejsze propozycje banków zostały już wdrożone, a klienci, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji, mogą z nich korzystać.

Niestety, propozycje Związku Banków Polskich, tak zresztą jak propozycje przewodniczącego KNF Andrzeja Jakubiaka, są dobre, ciekawe i interesujące, ale nie rozwiązują systemowego ryzyka. Są o tyle dobre, że te dwa fundusze, które proponuje Związek Banków Polskich, pomagałyby tym, którzy mają największe potrzeby – przewlekła choroba, utrata pracy czy różne nieszczęścia, które chodzą po ludziach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

Według nowej propozycji Związku Banków Polskich powstać miałby fundusz wspierania restrukturyzacji kredytów hipotecznych. Skorzystać z jego usług mogliby klienci, którzy np. z uwagi na przewlekłą chorobę lub klęskę żywiołową nie mogą spłacać terminowo kredytu, niezależnie od tego, w jakiej walucie są zadłużeni.

ZBP proponuje także stworzenie sektorowego funduszu stabilizacyjnego, który miałby na celu ochronę osób dotychczas regularnie spłacających swoje kredyty w przypadku kolejnego gwałtownego wzrostu ceny franka. Banki chcą także umożliwić zamianę zabezpieczenia kredytów hipotecznych na inne.

Na pewno absolutnie ciekawe, interesujące i godne pochwały jest to, że banki zdecydowałyby się na możliwość przeniesienia hipoteki z danego mieszkania na jakąś inną nieruchomość czy inne wartościowe rzeczy. To spowodowałoby, że ludzie nie byliby uwiązani do obiektów, na które brali hipoteczne kredyty – chwali Kuczyński.

Zauważa jednak, że wprowadzenie takich rozwiązań nie rozwiąże systemowego ryzyka związanego z wahaniami kursu franka. Kuczyński spekuluje, że gdyby za kilka lat szwajcarska waluta podrożała jeszcze bardziej, to problemy osób spłacających kredyty we frankach powrócą.

Propozycję ZBP krytykuje także Komisja Nadzoru Finansowego, według której to rozwiązania dobre przede wszystkim dla samych banków, a do tego wymagające dużego zaangażowania środków publicznych. KNF cały czas oczekuje jednak na wiążącą propozycję ze strony banków.

Kuczyński zauważa, że dodatkowym problemem jest także to, że wprowadzenie proponowanych przez ZBP funduszy potrwałoby co najmniej rok, gdyż wymaga dużych zmian w prawie. Krótkoterminowe rozwiązania wdrożone przez banki na początku tego roku w ramach tzw. sześciopaku (m.in. wakacje kredytowe oraz ograniczenie spreadów walutowych) sprawdzają się dobrze.

Klienci mogą skorzystać z sześciopaku, który był wcześniej proponowany, i rzeczywiście korzystają. Prawdę mówiąc, raty spłacane są zazwyczaj niższe od grudniowych. Jest to tylko kwestia wartości kredytów a nie rat, bo jeżeli chodzi o raty, to nie ma najmniejszych problemów – przekonuje Kuczyński.

K. Król: odejście od przestarzałego systemu ręcznego poboru opłat na autostradach dałoby wiele możliwości

CEO Magazyn Polska

Manualny pobór opłat na polskich autostradach to anachroniczny system, który niepotrzebnie skopiowaliśmy z innych krajów – ocenia doradca Prezydenta RP Krzysztof Król. Zastąpienie go systemem elektronicznym przyniosłoby same korzyści. Takie rozwiązanie jest technicznie wykonalne, a poza płatnością za drogi elektronicznie moglibyśmy płacić m.in. za parking, a nawet za paliwo czy mycie samochodu.

To, że przyjęliśmy anachroniczny system, jest oczywiście błędem – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Król, doradca Prezydenta RP. – Powtórzyliśmy to szkodliwe dla państwa i kierowców rozwiązanie, dlatego jak najszybciej powinniśmy od niego odejść, czyli przejść na system elektroniczny, bezinwazyjny, system, który jest znany na świecie.

Król podkreśla, że przez wybrany wiele lat temu manualny system poboru opłat na polskich autostradach tworzą się coraz większe korki. To było do przewidzenia, bo z podobnymi problemami borykają się m.in. Włosi i Francuzi, u których również płatności dokonuje się ręcznie w punkcie poboru opłat.

Dlatego jak przekonuje Król, w Polsce jak najszybciej powinien zostać wprowadzony elektroniczny system poboru opłat. Według zapowiedzi Marii Wasiak, minister infrastruktury i rozwoju, może to nastąpić jednak najwcześniej w listopadzie 2018 r., bo wtedy kończy się umowa na system viaTOLL dla pojazdów ciężarowych. Wasiak podkreśla, że system musi zapewniać interoperacyjność z innymi krajami UE. Według niej takie rozwiązanie jest korzystniejsze niż wdrożenie przejściowego systemu na kilka lat.

Król zapewnia, że elektroniczny pobór opłat to rozwiązanie, które leży w zasięgu naszych możliwości technicznych. Obejmujący pojazdy ciężarowe na autostradach, drogach ekspresowych i niektórych krajowych viaTOLL sprawdza się bardzo dobrze. Przeszkody nie powinno stanowić nawet to, że część autostrad w Polsce jest koncesyjna.

Król zwraca uwagę na to, że w znacznie bardziej skomplikowanym technologicznie segmencie telefonii komórkowej operatorzy wypracowali procedury i systemy umożliwiające wzajemne rozliczanie połączeń czy wiadomości. Dlatego jest przekonany, że możliwe jest wypracowania satysfakcjonującego państwo i koncesjonariuszy rozwiązania również w obszarze płatności za drogi.

Moglibyśmy być jednym z prekursorów systemu elektronicznej identyfikacji samochodów, indywidualnego kodu dla każdego samochodu czy właściciela lub poruszającego się tym pojazdem, który mógłby bezinwazyjnie przejeżdżać przez Polskę autostradami. Kilometry byłyby naliczane za pomocą jego nadajnika, który byłby umieszczony w samochodzie – tłumaczy Król.

Według niego taki system byłby tańszy w utrzymaniu, wygodniejszy dla kierowców oraz bardziej przejrzysty. Płatności można by dokonywać za pomocą kart przedpłaconych, kart płatniczych lub na podstawie comiesięcznej faktury. W ten sposób użytkownicy dokładnie wiedzieliby, ile i za co muszą zapłacić.

Jednak Król zauważa, że taki system daje dużo większe możliwości niż tylko płatności za autostrady. Według niego Polska powinna stanąć na czele tej zmiany technologicznej, dzięki której samochody będą funkcjonować jak elektroniczna portmonetka. Same, bez żadnej aktywności ze strony użytkownika, będą płacić chociażby za parking czy w przyszłości za wjazd do centrów miast. Docelowo system mógłby umożliwić nawet bezgotówkowe rozliczanie usług, jak np. myjni samochodowych.

Metalowe tablice rejestracyjne mają ponad sto lat. Kiedy wynaleziono samochody i postanowiono, że trzeba je jakoś identyfikować, wymyślono system umieszczenia tablic. Najwyższy czas, żeby zastąpić je identyfikacją elektroniczną, to znaczy połączyć graficzny wzór tablicy z umieszczonym najlepiej w tablicy elektronicznymi nadajnikiem – wyjaśnia Król. – Samochód identyfikowany elektronicznie stałby się elektroniczna portmonetka, tak jak smartfon stał się portfelem.

Wprowadzenie elektronicznej płatności za drogi umożliwiłoby także objęcie opłatami wszystkich fragmentów autostrad, również tych, które teraz są bezpłatne. Król zdaje sobie sprawę z tego, że nie będzie to popularne wśród kierowców, ale zaznacza, że wszyscy na tym skorzystają. Więcej dróg płatnych oznacza bowiem więcej pieniędzy na inwestycje.

Jako kierowca jestem zadowolony, że przejeżdżam za darmo, jadąc do Torunia, ale jako obywatel narzekam, że nie mam autostrady do Częstochowy, i wiem, że to między innymi dlatego, że nie zapłaciłem za drogę z Warszawy do Torunia – tłumaczy Król.

Polskie firmy coraz chętniej inwestują. Widać to na rynku nieruchomości

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy coraz częściej inwestują swoje środki. Do tej pory robiło to tylko ok. 15 proc. przedsiębiorstw, jednak odsetek ten będzie rósł. Świadczy o tym coraz większe zainteresowanie inwestycjami w grunty oraz w badania i rozwój. Zwłaszcza w tym drugim obszarze przedsiębiorcy mogą liczyć na duże zachęty ze strony UE. 

Ogólnie firmy w Polsce inwestują bardzo mało środków. 14-16 proc. firm nie inwestuje w ogóle. Jeszcze mniej przedsiębiorstw inwestuje w działania o charakterze innowacyjnym. Stąd bardzo duża część naszych instrumentów, czy to w latach 2007-2013, czy w nowej perspektywie finansowej Unii Europejskiej na lata 2014-2020, współfinansuje inwestycje realizowane przez przedsiębiorców – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bożena Lublińska-Kasprzak, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Jak przypomina Lublińska-Kasprzak, w poprzedniej perspektywie budżetowej UE w latach 2007-2013 dofinansowanie otrzymało wiele inwestycji infrastrukturalnych. Część z nich przeprowadziły jednostki badawcze i firmy zainteresowane prowadzeniem działalności innowacyjnej. Powstawały m.in. centra badawcze. W obecnej perspektywie nacisk kładziony będzie przede wszystkim na jak najlepsze wykorzystanie tej infrastruktury.

Prezes PARP za sukces we wdrażaniu funduszy unijnych otrzymała tytuł Finansisty Roku 2014, przyznawany przez „Gazetę Finansową”. Agencja odpowiada za ok. 3 proc. wydatków inwestycyjnych w Polsce.

Lublińska-Kasprzak zwraca uwagę na to, że fundusze unijne są dla przedsiębiorców bardzo dużą zachętą. Chociaż zwykle nie finansują całej inwestycji, to zachęta w postaci najczęściej 50-proc. dopłaty skłania firmy do wydania większej kwoty z własnych środków.

Ta infrastruktura publiczna, która powstała, będzie teraz wykorzystywana w kolejnych latach do wspierania przedsiębiorców i budowania tego potencjału innowacyjności. Przygotowaliśmy między innymi specjalny program w ramach Polski Wschodniej, który ma się przyczynić do tego, że ta infrastruktura zostanie zapełniona przez innowacyjnych przedsiębiorców – tłumaczy Lublińska-Kasprzak.

Zwiększone zainteresowanie inwestycjami widać jednak nie tylko w obszarze badań i rozwoju. Firmy cały czas potrzebują nowych gruntów. W 2014 r. Agencja Nieruchomości Rolnych sprzedała 25 proc. więcej terenów niż rok wcześniej. Sprywatyzowanych zostało 128 tys. hektarów, co przyniosło Skarbowi Państwa ponad 2,3 mld zł. W tym roku poziom sprzedaży ma być nie niższy niż rok temu.

Być może jest to sygnał, że nadchodzi boom inwestycyjny w Polsce. Sprzedaliśmy w 2014 r. łącznie około 1500 hektarów gruntów inwestycyjnych. Myślę, że Agencja jest jednym z największych podmiotów na rynku, który w swoim zasobie posiada najbardziej zróżnicowane i najbardziej atrakcyjne grunty inwestycyjne – podkreśla Leszek Świętochowski, prezes ANR.

Świętochowski podaje przykład terenów we Wrześni, która ANR wniosła aportem pod nową inwestycję Volkswagena. Niemiecki koncern buduje w Wielkopolsce nową fabrykę – będzie to największy zakład produkcyjny w Europie zajmujący się montażem samochodów dostawczych.

Wzrost zainteresowania terenami inwestycyjnymi przekłada się na wzrost cen, co cieszy ANR. Agencja sprzedała w ubiegłym roku grunty na obrzeżach Warszawy w cenie przekraczającej 100 zł za metr kwadratowy.

Równie dobrze rozwija się rynek nieruchomości mieszkaniowych. Perspektywy na 2015 rok bardzo pozytywnie ocenia Marcin Nawrocki, członek zarządu Marvipolu.

Dla Marvipolu będzie to zdecydowanie rok nieruchomości mieszkaniowych – podkreśla Nawrocki. – Perspektywy biznesowe na pewno będziemy realizować projekt w ramach projektu Central Parku Ursynów. Tutaj warto się pochwalić  jesteśmy w wyjątkowej sytuacji, ponieważ na wszystkie etapy budowy mamy pełną dokumentację.

Nawrocki dodaje, że poza ponad 2,5-tysięcznym projektem w ramach Central Parku Ursynów spółka planuje w tym roku również rozpoczęcie kilku mniejszych inwestycji w Warszawie. Każda z nich będzie miała po ok. 100 mieszkań.

Wyróżnienie Finansista Roku 2014 przyznano również spółce Marvipol oraz prezesowi ANR Leszkowi Świętochowskiemu. Nagroda przyznawana jest przez tygodnik „Gazeta Finansowa”.

Grupa Muszkieterów zwiększy liczbę sklepów w Polsce. Spółka planuje też budowę fabryki mięsa

Ponad 50 nowych sklepów Intermarché i Bricomarché ma zostać otwartych w tym roku. Obie sieci oparte o model franczyzowy zwiększają przychody znacznie szybciej niż średnia rynkowa. Spółka planuje też budowę fabryki mięsa.

Polska to dla nas bardzo ważny kierunek rozwoju. Widzimy, że na tym rynku zachodzi wiele dynamicznych zmian, dlatego nasza strategia rozwoju jest długoterminowa i trwała – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Patrick Renault, prezes Grupy Muszkieterów w Polsce. – Jakiś czas temu nasz rozwój był mniej dynamiczny, ponieważ robimy wszystko, żeby jak najlepiej go przygotować, zawsze dbając franczyzobiorcę.

Obroty Grupy Muszkieterów w Polsce w 2014 r. przekroczyły 5,4 mld zł, co stanowiło wzrost o ponad 11 proc. rok do roku. Jak podkreśla Patrick Renault, Polska jest motorem napędowym rozwoju całej grupy na arenie międzynarodowej. Muszkieterowie są obecni także we Francji, Belgii, Portugalii oraz Serbii.

Grupa rośnie szybciej niż cały rynek, co jest dla spółki optymistycznym sygnałem na nadchodzące lata.

Polska Izba Handlu w grudniu ubiegłego roku zanotowała progresję obrotów 4 proc., a nasza sieć w tym samym okresie, porównując rok do roku, zanotowała 8-porc. progresję – zauważa Krzysztof Waligórski, prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché.

Również sieć Bricomarché, działająca w branży dom i ogród, zanotowała w ubiegłym roku wzrost znacznie przewyższający średnią rynkową. Obroty tych sklepów wzrosły o ponad 19 proc. do 1,1 mld zł, podczas gdy wzrost całego segmentu sięgnął 3-3,5 proc.

W tym roku obroty mogą wzrosnąć m.in. dzięki nowym sklepom. Planowane jest otwarcie aż 57 nowych placówek, w tym 36 Intermarché i 21 Bricomarché. Wśród tych drugich 7 sklepów powstanie w lokalizacjach przejętych od Nomi. W październiku ubiegłego roku Bricomarché przejęło 14 z 24 lokalizacji tej sieci. Trzy pierwsze sklepy z tej grupy rozpoczęły działalność już w zeszłym roku.

W tym roku udało nam się otworzyć już dwa sklepy w Stargardzie Szczecińskim i Bełchatowie. Kolejne miejsca to Konin i Przemyśl. Planujemy otworzyć łącznie 7 lokalizacji, a umów mamy podpisanych 13 – informuje Marian Słomiak, pełnomocnik zarządu Grupy Muszkieterów ds. Bricomarché.

Bricomarché, które już jest pod względem obrotów liderem w segmencie supermarketów dom i ogród, planuje dużą kampanię reklamową w telewizji pod hasłem „Tanio i pod ręką”. W supermarketach tej marki ma pojawiać się też więcej produktów związanych z dekoracją i aranżacją wnętrz.

Jak podkreśla Słomiak, to odpowiedź na zmieniające się zapotrzebowanie klientów. Coraz częściej chcą oni dokonywać zmian w swoich mieszkaniach i ogrodach, niekoniecznie związanych z dużymi remontami. Dlatego w ofercie Bricomarché pojawi się więcej akcesoriów i elementów dekoracyjnych, szczególnie w najważniejszym dla spółki segmencie ogród.

Również w Intermarché pojawią się zmiany. Największą nowością będzie testowany w tym roku koncept sklepów drive, czyli takich, w których klient dokonuje zakupów przez internet, a potem podjeżdża samochodem do specjalnego punktu załadunku, gdzie odbiera sprawunki.

Dodatkowo Intermarché myśli o budowie własnej fabryki mięsa. Na razie nie zapadły jednak decyzje dotyczące lokalizacji ani terminu budowy.

Planujemy otwarcie fabryki mięsa, ale nie ma w tej chwili tak daleko zaawansowanych rozmów, żebyśmy mogli przekazać jakiś komunikat – mówi Waligórski. – W żadnym wypadku nie zamierzamy zaniechać rozbiorów w naszych sklepach. To w dalszym ciągu będzie funkcjonowało, także jeśli pojawi się ewentualna fabryka, ale wtedy już nie w takim zakresie jak w tej chwili.

W dalszej przyszłości Muszkieterowie mogą także zainwestować w kolejny nowy magazyn logistyczny. Niedawno uruchomiony został magazyn w Swadzimiu pod Poznaniem. W miarę zwiększania liczby sklepów może powstać kolejne centrum. Waligórski podkreśla, że sam budowa potrwa dwa lat, wcześniej musi jednak zapaść decyzja o lokalizacji.

Od połowy 2016 roku audytor i doradca nie będą mogli pochodzić z jednej firmy. Sprawozdania finansowe w UE mają być niezależne

0

CEO Magazyn Polska

Za rok zmienią się przepisy regulujące zasady świadczenia usług księgowych. Parlament Europejski zdecydował, że jedna firma nie może być i audytorem, i doradcą. Ma to poprawić przejrzystość tego typu usług i zwiększyć niezależność kontrolerów.

Obecnie często bywa tak, że firmy świadczące usługi księgowe mają w swojej grupie podmioty, które świadczą zarówno usługi doradztwa podatkowego czy prawnego, jak i usługi związane z badaniem sprawozdań finansowych.

I mamy często taką sytuację, że temu samemu podmiotowi świadczone są te różne usługi, co powoduje pewne wątpliwości dotyczące niezależności, rzetelności – mówi agencji informacyjnej Newseria Roman Namysłowski, partner w Crido Taxand. – Bo z jednej strony mamy firmę, która doradza, w jaki sposób zaplanować rozliczenia podatkowe, jaką strukturę efektywną wdrożyć, żeby zminimalizować np. obciążenia podatkowe, a z drugiej strony mamy podmiot z tej samej grupy, który bada sprawozdania finansowe i weryfikuje rzetelność tych sprawozdań.

To budzi obawy o rzetelność podobnych usług. Dlatego w zeszłym roku Parlament Europejski i Rada UE przyjęły najpierw dyrektywę, a później rozporządzenie, które zmienią warunki funkcjonowania podmiotów jednocześnie świadczących usługi doradcze i badania sprawozdań. Teraz prawo krajowe muszą dopasować do tych przepisów polskie władze. Nowe zasady mają zacząć obowiązywać w połowie przyszłego roku

Ze względu przede wszystkim na zapewnienie pewnej niezależności i przejrzystości świadczenia usług od połowy przyszłego roku nie będzie można co do zasady łączyć świadczenia usług audytorskich z doradczymi – informuje Roman Namysłowski. – To jest dyrektywa i rozporządzenie, przed polskim ustawodawcą ciągle jeszcze etap przyjęcia odpowiednich przepisów w tym zakresie. Natomiast nie ma wątpliwości co do tego, że to wywróci do góry nogami dotychczasowy porządek, jeżeli chodzi o świadczenie tych usług.

Zmiany nie dotkną wszystkich firm na rynku, tylko tzw. podmioty i jednostki istotne z punktu widzenia gospodarki, spółki, które są notowane na giełdzie, firmy ubezpieczeniowe i banki. Państwa Unii mogą poszerzyć grupy podmiotów, w stosunku do których te nowe zasady będą stosowane.

Celem tych zmian jest zapewnienie większej niezależności i przejrzystości – podkreśla partner Crido Taxand. – Inwestorzy przecież podejmują decyzje właśnie na podstawie sprawozdań finansowych. W związku z tym z punktu widzenia inwestora istotne jest to, by sprawozdanie było rzetelne, a w sytuacji, w której firma, która świadczy usługi doradcze i np. proponuje określone usługi zmierzające do ograniczenia, to jednocześnie firm audytorska, która bada sprawozdania finansowe, pojawia się ryzyko związane z niezależnością.

Przepisy dotyczące usług księgowych mają charakter paneuropejski. To oznacza, że gdy firma w jednym kraju świadczy usługi związane z badaniem sprawozdania, czyli usługi audytorskie, to w innym kraju co do zasady nie będzie mogła świadczyć usług doradczych.

– Przede wszystkim powinny się przygotować firmy, które korzystają z tego rodzaju usług, bo zmiana przepisów oznacza, że od połowy przyszłego będą musiały korzystać nie z jednego podmiotu, tak jak do tej pory, czyli tego, który świadczył usługi doradcze i audytorskie, ale z różnych podmiotów – mówi Namysłowski. – W związku z tym powinny z wyprzedzeniem pomyśleć o tym, jaką firmę wybiorą i z usług czyich podmiotów będą w przyszłości korzystały.

Social media dają szansę stworzenia własnej marki. Trzeba jednak umieć mądrze wykorzystać ich potencjał

CEO Magazyn Polska

Powszechny dostęp do internetu i mediów społecznościowych daje szansę na stworzenie własnej marki. Niesie jednak za sobą także ryzyko. Nieodpowiednie zdjęcia na prywatnym profilu w portalu społecznościowych mogą zaszkodzić karierze zawodowej, a nawet najlepsze informacje zaprezentowane w nieciekawy sposób nie przebiją się.

Internet stał się narzędziem do budowania marki w internecie, zarówno osobistej, jak i biznesowej. Kiedyś wymienialiśmy się informacjami na lokalną skalę, mogłem się spotkać z 30 osobami i powiedzieć im o moim hobby czy mojej ekspertyzie. Dzisiaj tak mam dostęp do medium o potencjalnie globalnym zasięgu – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Tkaczyk, specjalista ds. budowania marki z agencji Midea.

Tkaczyk zaznacza, że dzięki blogom, mediom społecznościowym i innym narzędziom internetowym każdy może wyrazić swoją opinię, którą potem przeczytają odbiorcy na całym świecie. Jest to jednak tylko teoretyczna możliwość. Ponieważ internet pełny jest treści, wypracowanie swojej marki wymaga wyróżnienia się i zaprezentowania swojej opinii w ciekawy sposób.

Ciekawe i świadome budowanie własnego wizerunku w sieci to duża szansa, ale i odpowiedzialność. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że przez rozwój technologii cały czas pozostają związani z firmą,w której pracują. A to powoduje, że muszą one odpowiedzialnie podchodzi do publikowanych w internecie treści. Nieodpowiednie zdjęcia czy opinie mogą łatwo zaszkodzić karierze zawodowej, a także pracodawcy.

Pracownik, który po godzinach jest obecny w sieci, nadal jest pracownikiem firmy, może być jej ambasadorem i dbać o reputację. Wszystko to, co robi w sieci, w jakiś sposób może wpłynąć zarówno na reputację firmy, jak i na odbiór samego pracownika. Warto zawsze świadomie działać w mediach społecznościowych, żeby być spójnym i uniknąć potencjalnych konsekwencji w życiu zawodowym – przestrzega Patrycja Gołos, dyrektor ds. korporacyjnych i polityki publicznej UPC Polska.

UPC Polska jako jeden z wiodących dostawców usług dostępu do internetu w Polsce angażuje się w promowanie świadomego zarządzania swoim wizerunkiem w sieci. Patrycja Gołos podkreśla, że spółka chce uczyć, jak wykorzystywać szanse, a równocześnie nie wpaść w pułapki internetu.

Zachęcamy do świadomego zarządzania swoim „cyfrowym ja”, po to, żeby szukać inspiracji, rozwijać się i korzystać z kapitału, jakim jest możliwość budowania marki w sieci. To prowadzi do rozwoju, do pracy, do poznawania nowych ludzi, do dzielenia się tym, co tworzymy. Ważne, by budować swój wizerunek w taki sposób, w jaki chcielibyśmy być postrzegani, oraz spójny z tym, jacy jesteśmy na co dzień – tłumaczy Patrycja Gołos.

Tkaczyk zauważa, że nie wszyscy Polacy równie świadomie korzystają z internetu. Tzw. pokolenie X to osoby, które sceptycznie podchodzą do nowych technologii. Nie mają profili w mediach społecznościowych i uważają, że nie są im one potrzebne. Z kolei w skład pokolenia Y wchodzą ludzie, którzy nauczyli się korzystać z internetu. To właśnie te osoby często korzystają z portali społecznościowych najmniej odpowiedzialnie, dzieląc się zbyt wieloma szczegółami ze swojego życia prywatnego.

Z kolei pokolenie Z to osoby, które od urodzenia są otoczone nową technologią. One zupełnie inaczej podchodzą do internetu i mediów społecznościowych.

Młodzi to ludzie, którzy żyją na rynkach przepełnionych produktami. O ile ich rodzice nadal pamiętają czasy, kiedy w sklepach nie było różnych rzeczy i mają podświadomą potrzebę gromadzenia, o tyle młodzi takiej potrzeby nie mają. Wybierają dostęp zamiast posiadania – wyjaśnia Tkaczyk.

Dlatego osoby z pokolenia Z nie czują potrzeby posiadania samochodu, wolą korzystać z aplikacji umożliwiających dzielenie się kosztami przejazdu. Podobnie nie kupują już płyt czy książek, lecz korzystają za opłatą z internetowych bibliotek i kolekcji.

Osoby z pokolenia Z zdają sobie sprawę np. z zagrożeń dotyczących prywatności dużo lepiej niż pokolenie ich rodziców, pokolenie, które choć nabyło technologię, to niekoniecznie potrafi używać wszystkich jej mechanizmów do kontrolowania prywatności – podkreśla Tkaczyk.

Zakłady pracy chronionej zagrożone. Po zrównaniu dotacji przestają być konkurencyjne na rynku

W Polsce jest coraz mniej zakładów pracy chronionej. Wprowadzone 1 stycznia 2015 zmiany w przepisach sprawiły, że pracodawcom takie rozwiązanie przestaje się opłacać. Firmy, które specjalizowały się w zatrudnianiu inwalidów, utraciły przywileje, a to spowodowało, że przestawiają się teraz na normalną działalność rynkową.  

Zakłady pracy chronionej powstały na podstawie przepisów uchwalonych na początku lat 90. Dzięki ulgom podatkowym i dotacjom w szczytowym momencie, czyli ok. 2000 r., było ich 3,4 tys. W 2010 roku ich liczba spadła do mniej niż 2 tys., a dziś mamy ich niewiele ponad tysiąc. Przyczyną są zmiany w przepisach, które odbierają tego typu firmom przywileje. Zgodnie z obowiązującą od stycznia znowelizowaną ustawą o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych dotację z PFRON może dostać każdy przedsiębiorca zatrudniający inwalidów bez względu na formę prowadzonej działalności.

Pod koniec zeszłego roku w zakładach pracy chronionej pracowało ponad 147 tys. osób, aż o 30 tys. mniej niż rok wcześniej. Jak policzył Główny Urząd Statystyczny, w tym czasie ogółem pracowało 397 tys. niepełnosprawnych. Było to 23,7 proc. inwalidów w wieku produkcyjnym, czyli o 1,8 proc. więcej niż 2013 roku.

Formuła ta przestała być atrakcyjna dla przedsiębiorców, którzy zatrudniają osoby niepełnosprawne, dlatego wycofują się oni z tej formy prowadzenia przedsiębiorstwa mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Zając, prezes zarządu krajowego Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych.Zakłady pracy chronionej mają bardzo istotny wpływ na zatrudnienie osób niepełnosprawnych. Są fachowcami w zakresie zatrudniania i rehabilitacji zawodowej osób niepełnosprawnych.

Dotacje na zatrudnienie osoby niepełnosprawnej zostały zrównane, choć obowiązki zakładów pracy chronionej są znacznie większe niż zwykłych firm zatrudniających osoby niepełnosprawne. Różni je choćby konieczność zapewnienia zatrudnionym specjalistycznej opieki medycznej.

Pracodawcy prowadzący te zakłady mają pojęcie o rehabilitacji zawodowej zwraca uwagę Jan Zając. – Rehabilitacja zawodowa to również integracja osób niepełnosprawnych z pełnosprawnymi. Większość naszego czasu spędzamy przecież w pracy, dlatego jest to bardzo ważny czynnik nie tylko gospodarczy, lecz także społeczny w naszym kraju.

Przedsiębiorcy coraz częściej rezygnują ze statusu zakładu pracy chronionej, bowiem ta formuła prowadzenia firmy stała się dziś mniej korzystna niż prowadzenie firmy na otwartym rynku. Generuje koszty, nie dając żadnej przewagi nad zwykłymi firmami.

To są normalne firmy, które funkcjonują w gospodarce rynkowej podkreśla prezes zarządu krajowego Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych. – Konkurują na rynku z jego pozostałymi uczestnikami, mając tylko ten specjalny status, który głównie dotyczy spełnienia określonych warunków w zakresie zatrudniania osób niepełnosprawnych, tzn. wskaźnika zatrudnienia oraz dostosowania zakładu pracy do potrzeb osób niepełnosprawnych.

Zakładami pracy chronionej jest również cały sektor spółdzielczy, bardzo istotny z punktu widzenia rehabilitacji zawodowej, między innymi wszystkie spółdzielnie inwalidów czy spółdzielnie niewidomych.

To są firmy, które są w bardzo słabej kondycji finansowej ubolewa Jan Zając z Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych.Dofinansowanie związane z zatrudnieniem osób niepełnosprawnych jest ich istotnym elementem przeżycia, to ich wartość dodana. Jeżeli część tego dofinansowania te zakłady straciły, a straciły, to wpadły automatycznie w kłopoty finansowe, a to zagraża ich egzystencji.

Finansiści oraz inżynierowie będą zatrudniani w Krakowie i we Wrocławiu. W Warszawie oprócz finansistów poszukiwani są specjaliści od sprzedaży

CEO Magazyn Polska

Rekruterzy obserwują zwiększoną aktywność branży finansowej. Analitycy, menedżerowie i kontrolerzy finansowi poszukiwani są zarówno na warszawskim rynku pracy, jak i we Wrocławiu czy w Krakowie. W stolicy duże zapotrzebowanie na nowych pracowników wykazują też sektor IT oraz marketing. We Wrocławiu i w Krakowie poszukiwanych jest za to wielu inżynierów.

Dzisiejszy rynek pracy to wciąż rynek pracodawcy, choć w niektórych obszarach powoli staje się rynkiem pracownika. Myślę przede wszystkim o shared services centers, czyli centrach usług wspólnych oraz IT – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Dziedzic, dyrektor w Page Personnel, firmie zajmującej się rekrutacją i doradztwem personalnym.

Rynek centrów usług wspólnych dynamicznie rośnie. Działa na nim już ponad 470 centrów z kapitałem zagranicznym. Przeciętny przyrost zatrudnienia to 15 tys. osób rocznie. Na początku ubiegłego roku w sektorze zatrudnionych było 128 tysięcy osób. Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych szacuje, że do końca 2015 roku będzie ich 150 tys.

Rynek się zmienia: do tej pory był to rynek pracodawcy, teraz powoli staje się rynkiem pracownika. Coraz to nowe usługi przenoszone są do Polski z centrów zagranicznych. Wymagają one od kandydatów zarówno większych umiejętności, jak i doświadczenia. A to oznacza, że pracodawcy muszą zaproponować takim kandydatom wyższe wynagrodzenie – mówi Dziedzic.

Dane Ministerstwa Gospodarki wskazują, że obecnie w Polsce zatrudnionych jest ok. 400 tys. informatyków, jednak już teraz branża narzeka na brak ponad 50 tys. specjalistów. Jak podkreśla Dziedzic, zwiększone zapotrzebowanie w branży IT obserwowane jest przez rekruterów firmy przede wszystkim w Warszawie. Poszukiwani są głównie programiści, a oferowane im zarobki to 8-12 tys. zł brutto miesięcznie. Aktywne w rekrutacjach na stołecznym rynku stały się również branża finansowa oraz sprzedaż i marketing.

– Poszukiwani są kandydaci na kilka stanowisk, głównie analityka finansowego albo kontrolera finansowego. Mogą oni zarobić od 8 do nawet 15 tys. zł brutto miesięcznie. Na rynku sprzedaży i marketingu rekrutujemy głównie key account managerów – ci, którzy pracują w sektorze B2B mogą zarobić od 8 do nawet 14 tys. zł – mówi dyrektor w Page Personnel.

Na rynku katowickim i wrocławskim wielu pracowników poszukuje również branża finansowa.

– Kontroler może zarobić 12-15 tys. zł, menedżer 15-20 tys. zł brutto. Katowice i Wrocław mają też duży popyt na inżynierów. W zależności od specjalizacji ich zarobki kształtują się tu na poziomie 6-12 tys. zł – mówi Dziedzic.

Kierunkom humanistycznym może pomóc współpraca z organizacjami, które zatrudniają absolwentów

Szanse absolwentów kierunków humanistycznych na rynku pracy mogłyby wzrosnąć, gdyby uczelnie humanistyczne – na wzór uczelni technicznych – bardziej współpracowały z pracodawcami. Chodzi m.in. o współpracę z tymi organizacjami, które są zainteresowane zatrudnianiem humanistów. Wówczas dofinansowywanie takich kierunków przynosiłoby większe korzyści i z czasem pojawiałby się szansa na wzrost dotacji. Współpraca z pracodawcami jest dla uczelni szczególnie istotna w obecnej sytuacji demograficznej.

Wszystkie uczelnie zaobserwowały już, że z przyczyn demograficznych zmniejsza się liczba studentów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Bejnarowicz, country manager CIMA w Polsce, instytutu zajmującego się kształceniem w zakresie rachunkowości zarządczej. – Okazuje się, że dzisiaj muszą już konkurować o każdego absolwenta szkoły średniej.

Jak wynika z informacji Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, z 378 zarejestrowanych niepublicznych uczelni wyższych 84 zostało już wykreślonych lub obecnie jest w trakcie likwidacji (albo została na nią udzielona zgoda).

Prawie 50 proc. będzie musiało upaść bądź zostanie zmuszonych do konsolidacji, ponieważ do tego zmierza demografia – ocenia Jakub Bejnarowicz. – Uczelnie państwowe tymczasem korzystają z tej sytuacji i ściągają do siebie większą niż wcześniej liczbę studentów.

Więcej studentów mają szansę przyciągnąć uczelnie, po których będą oni mieli większe możliwości znalezienia pracy. Żeby zwiększyć zatrudnienie wśród absolwentów, szkoły nawiązują współpracę z firmami i instytucjami. Z jednej strony biorą one udział w dostosowywaniu programów studiów do wymogów rynku pracy, z drugiej – zyskują wykwalifikowanych pracowników.

Taką możliwość mają również kierunki humanistyczne.

Nie można w ten sam sposób oceniać wyników, efektów kształcenia czy prowadzonych badań przez placówki o różnych profilach – twierdzi Jakub Bejnarowicz. – W przypadku nauk ścisłych, jak fizyka, chemia, biologia czy ekonomia, pracodawcy są w stanie łatwiej zweryfikować, jak wygląda współpraca i mogą realizować wspólnie różnego rodzaju projekty. W przypadku nauk humanistycznych, np. filozofii czy psychologii, sprawa nie jest tak prosta. Uczelnie prowadzące tego typu kierunki powinny nawiązywać bliższą współpracę z organizacjami, które docelowo zatrudniają ich absolwentów.

Szczególnie trudna jest sytuacja osób kończących kierunki humanistyczne. W mniejszym stopniu bowiem, jak ocenia Bejnarowicz, kształcą one umiejętności poszukiwane przez pracodawców.

To nie jest kierunek, który generuje wysoką liczbę atrakcyjnych miejsc pracy – uważa Bejnarowicz – Tego typu nauki są jednak potrzebne, bo one pozwalają mieć szerszy pogląd na świat, niejako poza głównym nurtem. Jeżeli ministerstwo ma na szali korzyści versus koszty, to myślę, że niekoniecznie może decydować się na dofinansowanie takich nauk, jak filozofia czy psychologia. Woli projekty, które potencjalne mogą przynieść wymierne korzyści, również finansowe.

Chartered Institute of Management Accountants (CIMA) to instytut zajmujący się kształceniem profesjonalistów z dziedziny zarządzania finansami. Oferuje międzynarodowy program kwalifikacji zawodowej w dziedzinie rachunkowości zarządczej (ang. management accountancy). CIMA gromadzi obecnie 227 000 członków oraz studentów w 179 krajach świata. Program szkoleniowy poświęcony jest wyłącznie kształceniu specjalistów potrzebnych w środowisku biznesowym. Kwalifikacja CIMA popularna jest wśród konsultantów, doradców finansowych, kadry kierowniczej odpowiedzialnej za procesy planowania i kontroli oraz osoby decydujące o strategii firmy. CIMA jest również organizatorem konkursu dla studentów Global Business Challenge, którego światowy finał odbędzie się w tym roku w Warszawie.

CIMA w Polsce nawiązała współpracę już z czterema ośrodkami akademickimi, dzięki czemu widzimy, że jest zainteresowanie – placówki chcą wzmocnić swoją kadrę naukową i zwiększyć potencjał zatrudnienia studentów – informuje Bejnarowicz.

Popołudniowy komentarz walutowy z 18.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 18.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl