Grodno stawia na odnawialne źródła energii i liczy na hossę w budownictwie. Spółka ma nadzieję na poprawę dobrych wyników z zeszłego roku

CEO Magazyn Polska

Sieć hurtowni elektrotechnicznych Grodno prognozuje osiągnięcie lepszych wyników w tym roku niż w bardzo udanym 2014 r. Spółce sprzyjać mają rozwój fotowoltaiki, ciepła zima oraz ożywienie na polskim rynku budowlanym.

– Obszar fotowoltaiki jest dla nas w tym roku kluczowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Jurczak, prezes zarządu Grodna.Mamy doświadczenie i występujemy w inwestycjach fotowoltaicznych jako generalny wykonawca, czyli prowadzimy dany projekt od doradztwa, poprzez projekt, wykonawstwo i kończymy na oddaniu tej instalacji do zakładu energetycznego.

Inwestycje w odnawialne źródła energii stają się coraz ważniejszym segmentem polskiej gospodarki. W Polsce za pięć lat ma być produkowane w ten sposób 15 proc. zużywanego prądu. To wymaga gigantycznych inwestycji, ale w przypadającej na Polskę cząstce budżetu unijnego na tego typu inwestycje przewidziano 4,5 mld euro.

Grodno prowadzi inwestycje w fotowoltaikę od 1,5 roku. Spółka zbudowała w tym czasie kilkadziesiąt instalacji. Ustawa, która ma wejść w życie od 2016 roku, jeszcze bardziej ma ten segment rozwinąć. Obecnie jest on oceniany na 2 mld zł, a Grodno liczy na to, że do końca roku obrotowego 2015/2016 będzie stanowił 5 proc. jego przychodów.

W tym roku nasi klienci korzystają z dofinansowania do 40 proc. wartości kredytu z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska. Fundusz przeznaczył do 2018 roku 800 mln zł dotacji w ramach tego projektu – zwraca uwagę Andrzej Jurczak. Z tego zostało już wydatkowane 200 mln. My, jako spółka, również pomagamy naszym klientom w rozmowach z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska w pozyskaniu dofinansowania. Obszar fotowoltaiki realizujemy kompleksowo.

Grodno liczy także na dynamiczny rozwój swojego podstawowego rynku, czyli budowlanki. W tym roku oczekuje się znacznego wzrostu inwestycji mieszkaniowych. Kondycja polskiej gospodarki się poprawia, spada bezrobocie i rosną pensje. Do tego tanieją kredyty, a ceny spadają. To wszystko sprawia, że wielu Polaków coraz poważniej myśli o budowlanej inwestycji.

W grupie naszych kluczowych klientów jest mały i średni instalator, ale też inwestor indywidualny, który buduje i remontuje dom, buduje zakład przemysłowy, biurowiec informuje prezes zarządu Grodna. Dlatego wierzę, że obniżka stóp procentowych będzie sprzyjać inwestycjom. To już widać po rozmowach z naszymi klientami, dużymi i średnimi firmami instalacyjnymi. Oni już mają portfel zamówień na 2015 rok zapełniony.

W roku obrotowym 2013/2014 Grodno osiągnęło przychody ze sprzedaży sięgające 209 mln zł, o niemal 16 mln wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto przekroczył 4 mln przy 0,5 mln zysku w tym samym okresie poprzedniego roku obrotowego. W tym roku spółka zapowiada dalszą poprawę wyników.

Branży budowlanej sprzyjają warunki zewnętrzne, w tym sektorze występuje sezonowość prac ocenia prezes Andrzej Jurczak z Grodna. W tym roku zima jest bardzo łagodna, więc cały czas trwają prace ziemne, nieustannie sprzedajemy asortyment, na który zwyczajowo popyt pojawia się dopiero w kwietniu. Jeśli chodzi o branżę budowlaną, to jestem bardzo optymistycznie nastawiony do tego, co będzie się działo zarówno w inwestycjach indywidualnych, takich jak domy jednorodzinne i mieszkania, jak i w inwestycjach biznesowych.

Sieć sprzedaży Herbalife ma już 6 tys. partnerów. Firma chce zainwestować w nowe kanały dystrybucji produktów

0

CEO Magazyn Polska

Globalna firma odżywcza Herbalife, działająca w branży sprzedaży bezpośredniej, ma już w Polsce sześć tysięcy niezależnych partnerów, działających m.in. w klubach zdrowego stylu życia. W ciągu najbliższych 2-3 latach Herbalife Polska zamierza dostosować swój system dystrybucji produktów do przewidywanego dynamicznego rozwoju, rozważając otwarcie w największych miastach tzw. Experience Centers m.in. ze specjalnymi maszynami vendingowymi, które pozwolą partnerom Herbalife zaopatrzyć się w niezbędne produkty przez całą dobę. Sieć rozważa także wprowadzenie alternatywnych kanałów dystrybucji.

Rok 2013 i 2014 były dla Herbalife w Polsce szczególne – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Konrad Szałkiewicz, dyrektor generalny Herbalife Polska. – Dwa lata temu otworzyliśmy nowe centrum finansowo-operacyjne w Krakowie. Dziś z Polski obsługujemy 52 kraje regionu europejskiego i chcemy dalej rozwijać placówki, zatrudniając kolejne osoby i dokładając kolejne procesy serwisowe. Obecnie oferujemy około 70 linii produktów. W naszych planach jest regularne poszerzanie tego asortymentu, tak aby konsumenci mogli sięgać po nowe, ciekawe oferty produktowe.

W ubiegłym roku firma uruchomiła nowe centrum finansowo-operacyjne w Krakowie, które zatrudnia ponad 120 osób i obsługuje 52 kraje regionu europejskiego, Bliskiego Wschodu i Afryki. Obecnie w portfolio sieci znajduje się ponad 150 produktów, z czego w Polsce dostępnych jest ok. 70. Ubiegły był rekordowy rok dla Herbalife w Polsce także z innego powodu. Sieć odnotowała najwyższy w swojej 20-letniej historii nad Wisłą przyrost sprzedaży, która na koniec 2014 roku wyniosła 11 mln dol.

Istotnym elementem naszej strategii jest wspieranie niezależnych partnerów Herbalife i rozwój ich biznesów, ale w sposób stabilny – informuje Konrad Szałkiewicz. – Tutaj stawiamy na kilka elementów: jednym jest rozwój klubów zdrowego stylu życia. To bardzo ciekawa inicjatywa, która tak naprawdę stoi u podstaw naszych wyników, bo koresponduje z potrzebami klientów. Badania przeprowadzone na Uniwersytecie w Pensylwanii potwierdziły oświadczenie Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychologów, żełatwiej jest utracić i utrzymać wagę, kiedy masz wsparcie”.

Działające w Polsce kluby skupiają wspierających się wzajemnie ludzi, którzy mają wspólne cele związane z kontrolą wagi i zdrowym stylem życia. Nasi partnerzy oferują tam szkolenia dotyczące podstaw żywienia, indywidualne konsultacje w zakresie wdrożenia diety dostosowanej do potrzeb, dwunastotygodniowe grupy wsparcia, zajęcia fitness i wiele innych zajęć. Tworzą w ten sposób miejsca sprzyjające walce ze złymi nawykami żywieniowymi i formowaniu się lokalnych społeczności promujących zdrowy styl życia, a także sprzyjające walce z otyłością, która stała się poważnym problemem społecznym.

Branża jest bardzo duża, konkurencja ogromna, natomiast większość producentów sprzedaje po prostu produkty – zauważa Szałkiewicz. – To, co my oferujemy, jest połączeniem jakości artykułów z modelem biznesowym marketingu sieciowego. W nim możemy dać konsumentom to, czego potrzebują: bezpośrednią opiekę, kontakt, motywację oraz edukację. Dzięki kombinacji tych elementów i wsparciu z naszej strony odnoszą sukcesy, a my budujemy przewagę konkurencyjną.

Obecnie Herbalife Polska ma sześć tysięcy zarejestrowanych partnerów, tylko w ubiegłym roku ich liczba zwiększyła się o około 10 proc. W związku z tym sieć planuje test nowych rozwiązań, które mają ułatwić dostęp do produktów.

– W ciągu najbliższych 2-3 lat planujemy przetestować wdrożenie maszyn vendingowych, tylko dla naszych partnerów, którzy w kilku wybranych lokalizacjach w największych aglomeracjach mieliby dostęp do produktów przez całą dobę, aby dostarczać je z kolei swoim konsumentom – precyzuje Szałkiewicz. – W praktyce byłyby one związane z otwieraniem tzw. Experience Centers, do których nasi partnerzy mogliby przyprowadzić konsumenta, aby mógł spróbować produkty, by przeprowadzić szkolenia i zaopatrzyć się w najbardziej podstawowe i potrzebne artykuły. Ale jestem ostrożny z prognozami, jeśli chodzi o liczbę i skalę. Myślę, że rozpoczniemy od jednej tego rodzaju placówki, aby sprawdzić, na ile się ona przyjmie w polskich warunkach. Taki model bardzo dobrze się sprawdza w kilku krajach Europy i w Rosji.

Innym, rozważanym pomysłem jest skorzystanie z niestandardowych systemów dystrybucji, takich jak paczkomaty InPost.

Te rozwiązania mogą ułatwić naszym partnerom dostęp do produktów – tłumaczy Szałkiewicz. – Musimy być jednak pewni, że warunki, w jakich produkty czekałyby na odbiór, spełnią nasze normy. Nie upatruję w tym jednak źródła naszego potencjalnego, przyszłego wzrostu. Istotą nadal będzie serwis i doświadczenie oferowane klientom w klubach zdrowego stylu życia.

Herbalife Polska nadal będzie inwestować w budowanie marki. Obecnie, jak przypomina Szałkiewicz, sieć jest sponsorem największej imprezy triathlonowej w Polsce Herbalife IRONMAN Gdynia 2015, do niedawna nazywanej Herbalife Triathlon Gdynia.

Mamy dużą satysfakcję, ponieważ z jednej strony świadomość marki rośnie, z drugiej – udało nam się wykreować modę na triathlon również wśród naszych pracowników, partnerów i ich klientów – przekonuje Szałkiewicz. – W tym roku na różnych dystansach tylko z Teamu Herbalife”wystartuje łącznie ponad 140 osób. W związku z tym planujemy dalsze inwestycje w promowanie aktywnego trybu życia.

Herbalife Polska jest trzecią największą organizacją w branży marketingu sieciowego (MLM, z ang. Multi Level Marketing), który polega na osobistej prezentacji, udzielaniu informacji i oferowaniu towarów oraz usług konsumentom bez jakichkolwiek form pośrednictwa.

Fed debatuje, kiedy podnieść stopy. Reakcja inwestorów może być gwałtowna

CEO Magazyn Polska

Zgodnie z oczekiwaniami inwestorów w lecie Zarząd Rezerwy Federalnej ma po raz pierwszy od siedmiu lat podnieść amerykańskie stopy procentowe. Jeśli stanie się to wcześniej, reakcja rynku może być bardzo gwałtowna.

Rozpoczynające się dziś posiedzenie FOMC, czyli Federalnego Komitetu do spraw Operacji Otwartego Rynku, dawno już nie było z tak wielką uwagą obserwowane przez inwestorów. Decyzja tego gremium będzie bowiem realizowana przez Fed. Obecnie na rynku oczekuje się, że amerykańskie stopy procentowe wzrosną w okolicach sierpnia, a w oczekiwaniu na tę decyzję drożeje dolar.

Jeżeli informacje z Fedu będą sugerowały, że ten termin może być przesunięty, np. na czerwiec, to wtedy prawdopodobna reakcja na rynku będzie niezwykle silna i można się spodziewać gwałtownego umocnienia amerykańskiej waluty, chociaż już od 10 miesięcy trwa bardzo silna aprecjacja mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Stefaniak, główny dealer walutowy DMK.Natomiast, jeżeli w komunikacie będą informacje, które będą sugerowały, że ten termin będzie oddalony w czasie, to wtedy reakcja będzie prawdopodobnie odwrotna, czyli dolar powinien się bardzo gwałtownie osłabić.

W praktyce amerykańska waluta wzmocniła się już na tyle, że za jedno euro płaci się zaledwie 1,06 dolara. Przyspieszenie podwyżek stóp może oznaczać osiągnięcie przez obie waluty poziomu parytetu, czyli sytuacji, gdy 1 euro kosztuje 1 dolara.

– Natomiast, jeżeli tak się nie stanie, gwałtowne odbicie o 5, a nawet 10 centów jest jak najbardziej możliwe zwraca uwagę Andrzej Stefaniak. – Proszę pamiętać o tym, że od 10 miesięcy nie było większej korekty na eurodolarze, tak że sprężyna jest bardzo napięta, ludzie się przyzwyczaili do tego, że dolar zyskuje na wartości, perspektywy na odbicie są zdecydowanie większe niż perspektywy na umocnienie amerykańskiego dolara.

W ocenie głównego dealera walutowego DMK taki scenariusz wydaje się dziś najbardziej prawdopodobny.

Osobiście spodziewam się decyzji niekorzystnej dla dolara, czyli odsunięcia tej perspektywy pierwszej podwyżki stóp procentowych, ale w scenariuszach prawdopodobieństwa ten scenariusz określam na około 55 proc.

Amerykańskie stopy procentowe zostały obniżone do rekordowo niskiego poziomu w 2008 roku, po upadku banku Lehman Brothers i rozpoczęciu związanego z nim kryzysu bankowego. By ożywić zagrożoną recesją gospodarkę, Amerykanie zdecydowali się radykalnie obniżyć cenę pieniądza. Od tego czasu podstawowe stopy procentowe wynoszą tam 0-0,25 proc. Ta decyzja pozwoliła ożywić gospodarkę w USA i mimo że podwyżka stóp wydaje się w tej sytuacji uzasadniona, to zmiana polityki monetarnej po tylu latach wymaga ostrożności.

Fed bardzo się będzie bał rynkowej reakcji na tę decyzję, ze względu na to na razie jest badane to, czy reakcja będzie gwałtowna, czy będzie taka bardzo wygładzona uważa Andrzej Stefaniak z DMK. Niestety, i rynki akcji, i rynki dolara od wielu miesięcy kontynuują trendy i nie ma większych korekt, dlatego obawiam się, że jeżeli informacje z Fedu byłyby bardzo jastrzębie, czyli, że podwyżki będą szybciej, to wtedy i dolar może zareagować, i giełda prawdopodobnie też.

W tym roku ruszą pierwsze studia podyplomowe przygotowujące do prowadzenia inwestycji w Afryce. Inicjatorem ich stworzenia jest dr Jan Kulczyk

W październiku w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej (SWPS) w Warszawie ruszą pierwsze w Europie Środkowo-Wschodniej studia podyplomowe, przygotowujące do prowadzenia biznesu w Afryce. Projekt został przygotowany z inicjatywy największego polskiego inwestora na tym kontynencie – Jana Kulczyka, we współpracy z Piotrem Voelkelem, współzałożycielem SWPS. Studia prowadzone będą w oparciu o unikalny program oferujący dostęp do praktycznej wiedzy przekazywanej przez czołowych przedsiębiorców odnoszących sukcesy w Afryce, doświadczonych dyplomatów i najlepszych wykładowców. Merytorycznym partnerem studiów został Uniwersytet Stellenbosch, czołowy ośrodek akademicki z RPA.

Europa ma historię, doświadczenie, wiedzę i technologię, ale to Afryka jest kontynentem przyszłości. Dzisiaj mieszka tam już miliard ludzi, a za 25 lat będą to 2 mld ludzi. Potencjał jest ogromny, zwłaszcza że nie jest tak, jak nam się wydaje, że to są biedni ludzie. To są w gruncie rzeczy bardzo bogaci ludzie, tylko oni tych swoich skarbów jeszcze nie wyciągnęli z sejfu, który nazywa się ziemia – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Jan Kulczyk, przewodniczący rady nadzorczej Kulczyk Investments.

Roczne studia podyplomowe „Africa: Business and Beyond” przygotują studentów do prowadzenia inwestycji w Afryce i wykorzystania potencjału tego kontynentu. Jak podkreśla Kulczyk, to obecnie najbiedniejszy, najsłabiej wykształcony, ale jednocześnie najmłodszy kontynent, który musi się gospodarczo rozwijać i który ma przed sobą wielką przyszłość. Potencjał ludzki w połączeniu z bogactwami naturalnymi Afryki powoduje, że inwestycje na tym kontynencie mogą dać szansę Europie na rozwój gospodarczego, wykorzystanie swojego doświadczenia, wiedzy i technologii.

Jak wynika z prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, już za pięć lat połowa z dwudziestu najszybciej rozwijających się krajów na świecie będzie znajdowała się w Afryce Subsaharyjskiej. Według Kulczyka istnieje wielki potencjał synergii między Europą a Afryką, a Polska może być pierwszym krajem, który na dużą skalę wykorzysta tę współpracę.

Jan Kulczyk przekonuje także, że Polska, która byłą już liderem zmian transformacyjnych na naszym kontynencie, ma teraz szanse zainspirować resztę Europy do wykorzystania wielkiego potencjału, jaki tkwi we współpracy gospodarczej z Afryką.

Studia, które ruszą na SWPS w październiku br., będą łączyły wiedzę teoretyczną z praktyką. Program będzie zdominowany przez analizę studiów przypadku, których autorami są polscy przedsiębiorcy oraz ambasadorowie biorący udział w przemianach gospodarczych Afryki. Partnerem inicjatywy została Rada Inwestorów w Afryce, której członkowie aktywnie włączą się w proces edukacyjny.

Wśród wykładowców będą zarówno przedsiębiorcy, jak i eksperci rynku afrykańskiego. Jednym z nich będzie Horst Köhler, prezydent Niemiec w latach 2004-2010, a wcześniej dyrektor Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Kulczyk zwraca uwagę na to, że praktyczne doświadczenie na rynku afrykańskim jest bezcenne, bo inwestowanie tam różni się od prowadzenia działalności na innych kontynentach. Dlatego właśnie swoją wiedzą ze studentami dzielić będą się ci, którym już udało się osiągnąć sukces w Afryce. Wiedza ta może się wkrótce okazać bardzo przydatna, bo w miarę wzrostu inwestycji w Afryce, przedsiębiorcy będą potrzebowali pracowników rozumiejących ten rynek. Wielu wykładowców studiów „Africa: Business and Beyond” cały czas aktywnie działa na tym kontynencie.

Jak mówi prof. dr hab. Andrzej Eliasz, rektor SWPS, szkoła stawia sobie za cel wykształcenie kadr do zadań stojących przed Polską.

W związku z tym wydaje nam się dosyć oczywiste, że rozwijanie współpracy z Afryką jest szalenie ważne – podkreśla Eliasz. – Nie ma w tej chwili specjalistów tak dobrze przygotowanych interdyscyplinarnie, jak Ci, którzy opuszczą mury naszej uczelni, dlatego jestem przekonany, że absolwenci będą mieli zapewnione zatrudnienie.

Piotr Voelkel, przedsiębiorca i współzałożyciel SWPS dodaje, że bliska współpraca środowisk biznesowych i naukowych to coś, czego w Polsce wciąż brakuje. SWPS chce to zmienić, a jednym z przykładów jest właśnie program „Africa: Business and Beyond”. Uczelnia zapewni kadrę naukową, którą uzupełnią praktycy z doświadczeniem w Afryce.

Polski biznes, który do tej pory odnosił wielkie sukcesy dzięki elementarnej zaradności, musi wejść na poziom bardziej skutecznej współpracy z uczelniami wyższymi. To dotyczy zarówno badań naukowych, jak i edukacji, która będzie bardziej przygotowywała potencjalnych absolwentów do pracy w biznesie. Liczę na to, że przykład Jana Kulczyka da też sygnał innym ludziom biznesu – mówi Voelkel.

Studia na SWPS to pierwszy taki kierunek w Europie Środkowo-Wschodniej. Partnerem merytorycznym studiów został Uniwersytet Stellenbosch z Republiki Południowej Afryki.

BZ WBK: W I kwartale spodziewane lekkie spowolnienie w gospodarce. Potem nastąpi odbicie

CEO Magazyn Polska

Bezrobocie spada, Polacy  wydają coraz więcej na zakupy, a firmy inwestują. Do tego stopy procentowe NBP są najniższe w historii, a ceny zaczną rosnąć najwcześniej pod koniec roku. W tej sytuacji przez najbliższe lata Polska powinna utrzymać wysokie tempo wzrostu gospodarczego – prognozuje BZ WBK. I kwartał będzie jednak okresem lekkiego spowolnienia.

Pamiętajmy o wysokiej bazie z ubiegłego roku, tam mieliśmy efekt wyjątkowo wysokich inwestycji, m.in. dlatego że były ulgi podatkowe na zakup nowych samochodów mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Bielski ekonomista z BZ WBK.Ten I kwartał 2015 roku pewnie będzie takim dołkiem, od którego nastąpi odbicie i kolejne kwartały przyniosą przyspieszenie wzrostu i za sprawą szybkiej konsumpcji, i za sprawą wciąż niezłej dynamiki inwestycji i ożywiającego się eksportu.

Gospodarka zyska też dzięki marcowej decyzji Rady Polityki Pieniężnej o obniżce o 50 punktów bazowych wszystkich stóp procentowych NBP, co oznacza, że są one dziś najniższe w historii, choć nie, że są niskie w porównaniu z innymi światowymi gospodarkami. W Polsce przez lata wysokiej inflacji odziedziczonej po epoce PRL-u utrzymywane były bardzo wysokie stopy. Wraz z poprawą kondycji gospodarczej były one jednak bardzo ostrożnie obniżane.

Ani polskim konsumentom, ani polskim przedsiębiorcom nie trzeba teraz jakiegoś dodatkowego dopalacza uważa Piotr Bielski. – Popyt konsumpcyjny i inwestycje rosną przyzwoicie. Natomiast ta decyzja była potrzebna bardziej w związku z otoczeniem międzynarodowym. Z tym, że byliśmy krajem o jednych z wyższych realnych stóp procentowych na świecie i tak relatywnie wobec innych krajów patrząc, to po prostu te stopy były za wysokie.

W ocenie większości ekonomistów kolejnych obniżek stóp procentowych NBP nie należy obecnie oczekiwać, co zresztą Rada wyraźnie zadeklarowała. Chyba że na międzynarodowym rynku finansowym wydarzy się coś nadzwyczajnego.

Gdyby tak było, że złoty wzmocni się dramatycznie, to być może będą potrzebne jakieś dalsze działania ze strony banku centralnego, żeby przed tą nadmierną aprecjacją złotego się obronić ocenia ekonomista z BZ WBK.Natomiast zobaczymy, czy to się stanie. Na razie jednak przez ostatnie miesiące złoty nie był jakąś nadmiernie silną walutą.

Co bardzo pomagało polskim eksporterom, którzy dziś są jednym z filarów wzrostu gospodarczego. Polskiej gospodarce nie zaszkodziły też miesiące deflacji. Nie ma więc powodu, by stymulować wzrost cen kolejną obniżką stóp. Tym bardziej że w ocenie ekonomistów tempo deflacji powinno w tym roku słabnąć. To by oznaczało, że ceny za kilka miesięcy zaczną rosnąć.

Popołudniowy komentarz walutowy z 17.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 17.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Szczepienia w Polsce

Polska na tle Europy może się pochwalić dużą tzw. wyszczepialnością dzieci i młodzieży, przekraczającą 95 proc. Oznacza to, że taki odsetek tej populacji do 12. roku życia poddawany jest – zgodnie z obowiązującym kalendarzem szczepień – szczepieniom obowiązkowym – przypomina portal Money.pl. Im wyższy współczynnik, tym większa szansa na niemal całkowite wyeliminowanie groźnych chorób zakaźnych na danym terenie. Jednak, jak tłumaczą eksperci, nawet przy takim wysokim odsetku, jak w Polsce, spadek zaledwie o pięć punktów procentowych może oznaczać powrót masowych zachorowań, a nawet ryzyko wystąpienia epidemii.

Z danych Głównego Inspektoratu Sanitarnego wynika, że z roku na rok przybywa osób, które postanawiają nie szczepić swoich dzieci. Podczas gdy w 2009 roku liczba odmów wynosiła 3,1 tysiąca, to po pięciu latach wzrosła ponad czterokrotnie i w 2014 roku wyniosła już 12,8 tysiąca.

Jak przekonuje Jan Bondar, rzecznik Głównego Inspektoratu Sanitarnego, ta tendencja niepokoi. Brak szczepień to główna przyczyna szerzącej się u naszych zachodnich sąsiadów odry. W Niemczech, gdzie nie ma obowiązkowych szczepień, od października 2014 roku zachorowało na nią ponad 600 osób, a jeden chłopiec z jej powodu zmarł. Jak szacuje WHO odra stanowi ósmą z kolei przyczynę zgonów na świecie i odpowiada za co dziesiątą śmierć wywołaną różnymi przyczynami wynikającymi z powikłań wśród dzieci poniżej 5 roku życia.

W Polsce w tym roku odnotowano już 10 przypadków tej choroby. To jeszcze nie tak wiele i jak zapewnia Bondar, jeszcze nie możemy mówić o epidemii. Nie oznacza to jednak, że i nas, już niebawem, czekać będzie podobny problem jak Niemcy, Wielką Brytanię czy Stany Zjednoczone. Jak podaje Money.pl. w 2013 roku ponad 9200 przypadków odry odnotowano łącznie w Gruzji oraz Turcji, skąd część zakażeń mogła zostać przeniesiona do krajów Unii Europejskiej.

Z raportu Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny wynika, że zanim szczepionka przeciw odrze stała się ogólnie dostępna, każdego roku na świecie chorowało około 130 mln osób. W Polsce obowiązkowe szczepienia wprowadzono w 1975 roku, przedtem każdego roku na odrę chorowało od 120 tys. do 200 tys. osób, z tego 100-300 osób umierało.

Do niedawna śmiertelność wśród dzieci spowodowana odrą jednak systematycznie spadała. W 2000 roku zmarło na tę chorobę 562 tys. osób na świecie, czyli prawie pięciokrotnie więcej niż dwanaście lat później. Tendencja była tak wyraźna, że prognozowano nawet, że w niektórych regionach świata uda się ją całkowicie wyeliminować. W Europie miało to nastąpić w 2015 roku. Już wiadomo, że nie będzie to możliwe.

W Polsce szczepienia dzieci są obowiązkowe. I choć nikt na siłę dziecka nie zaszczepi, rodzice nieszczepiący mogą zostać ukarani. Rzecznik Głównego Inspektoratu Sanitarnego, Jan Bondar w rozmowie z Money.pl przypomina, że rodzice, którzy nie spełniają obowiązku szczepień mogą zostać ukarani grzywną do 1500 zł wynikającej z Kodeksu Wykroczeń. Z tym, że kara nakładana jest na każde z rodziców osobno. Wynosi zwykle kilkaset złotych, ale nie jest jednak jednorazowa – może być nakładana kilkakrotnie, aż do momentu, w którym rodzice zaszczepią dziecko. Jednorazowo grzywna nie może jednak przekraczać kwoty 10 tys. złotych.

Procedura nakładania kar na rodziców uchylających się do obowiązkowych szczepień dzieci
źródło: Sanepid. Dane za rok 2014
Liczba osób, które odmówiły obowiązkowych szczepień 12 700
Liczba wezwań wysłanych przez sanepid 3300
Liczba wniosków do wojewody o karę pieniężną do 10 tys. zł 687
Liczba ukaranych rodziców od lipca do końca 2014 r. 73

Natomiast grzywny nakładane wielokrotnie nie mogą łącznie przekroczyć kwoty 50 tys. zł, a w przypadku osób prawnych i jednostek organizacyjnych nieposiadających osobowości prawnej kwoty nawet 200 tys. zł. Zgodnie z prawem, karę na nieszczepiącego rodzica nakłada wojewoda na wniosek złożony przez sanepid.

W praktyce do nałożenia grzywny dochodzi bardzo sporadycznie. W ubiegłym roku na blisko 13 tysięcy przypadków nie zaszczepienia dzieci sanepid wysłał 3,3 tys. wezwań, ale już wniosków o ukaranie tylko 687. Grzywnę zasądzono w mniej niż stu przypadkach.

Polska z budżetu państwa na z roku na rok wydaje coraz więcej na kupno szczepionek w ramach realizacji obowiązkowych szczepień ochronnych. Obecnie kwota ta przekracza już 112 milionów złotych – podaje Biuro Analiz Sejmowych w raporcie z lutego 2015 roku. Z tego blisko 9,5 tysiąca złotych wydawane jest na około 10 tys. dawek szczepionki przeciwko wspomnianej już odrze – śwince – różyczce (MMR).

Jeszcze w 15 lat temu na tego typu zakupy – jak pisze Money.pl – Polska wydała sumę 40 milionów złotych. W ciągu dziesięciu lat kwota ta się podwoiła i stale rośnie. Wciąż jeszcze daleko nam jednak do standardów europejskich. Polska jest ostatnim krajem Unii Europejskiej, który nie wprowadził jeszcze szczepionek wysokoskojarzonych (należących do obowiązkowego kalendarza szczepień, ale podawanych z jednego wkłucia) do obowiązkowych szczepień ochronnych i jednym z ostatnich, który nie wprowadził obowiązkowych szczepień przeciwko pneumokokom dla całej populacji.

Jest znacznie większa grupa osób dorosłych, którzy są podatni na tego wirusa, bo nie uzyskali lub utracili już poszczepienną odporność. Przypomnę, że nie ma obowiązku szczepienia dorosłych

 

Ranking Sklepów Internetowych Opineo 2015

Ranking Sklepów Internetowych Opineo 2015

Już po raz siódmy w historii serwis Opineo ogłosił roczny ranking najlepiej ocenianych sklepów internetowych. Wyróżnionych zostało 250 e-sklepów w 17 kategoriach. Dla kogo siódemka okazała się szczęśliwa, a kto stracił pozycję lidera — o tym, jak zwykle, zadecydowali konsumenci. Wystawiając sklepowi opinię, oceniali szybkość realizacji zamówienia, poziom obsługi oraz jakość zapakowania przesyłki.

Sukces w rankingu to ukoronowanie całorocznych wysiłków włożonych w obsługę klienta i pracę nad jakością oferowanych usług. Jednak dla sklepów internetowych, które gromadzą konsumenckie opinie potransakcyjne i aktywnie słuchają swoich klientów, obecność w zestawieniu nie jest zaskoczeniem, tylko potwierdzeniem ich dobrych praktyk. Sporej grupie sklepów udało się obronić wysoką pozycję z poprzednich edycji rankingu, ale są też wielcy przegrani, którzy w wyniku niedostatecznej oceny konsumenckiej nie zakwalifikowali się do finału.

Najlepsi w swojej klasie

O miejscu sklepu internetowego w rankingu zadecydowały łączne oceny konsumenckie za 2014 rok oraz liczba opinii. Wyłonionych zostało 250 najlepiej ocenianych e-sklepów w 17 kategoriach. Oto liderzy poszczególnych kategorii:

Mega-sklepy — Morele.net, Sklepy średniej wielkości — North.pl, Młode wilki — Omegasoft.pl, Dla dzieci — Smyk.com, Zdrowie i uroda — Iperfumy.pl, Zegarki i biżuteria — Korallo.pl, Sport — Hurtowniasportowa.net, Odzież i obuwie — Sklep.Wittchen.com, Motoryzacja — Oponeo.pl Artykuły medyczne — Aptekagemini.pl, Ogród i narzędzia — Rolmarket.pl, Dom i wnętrze — Garneczki.pl, Artykuły zoologiczne — Krakvet.pl, Militaria i survival — GunFire.pl, Gry, gadżety, prezenty — Keye.pl, Książki i edukacja — Czytam.pl, Żywność — Chocolissimo.pl.

I tak: Morele.net, North.pl, Smyk.com, Iperfumy.pl, Korallo.pl, Oponeo.pl, GunFire.pl i Chocolissimo.pl sięgnęły po zwycięstwo kolejny rok z rzędu. Sklep.wittchen.com, Hurtowniasportowa.net czy Aptekagemini.pl obroniły swoje pozycje z ubiegłorocznych rankingów branżowych. Dla pozostałych sukces w obecnym rankingu to zasłużony awans lub udany debiut.Liderzy 17 kategorii Ranking Sklepów Internetowych Opineo 2015

Najwięksi w zestawieniu

W sporcie obowiązuje zasada: im większy gracz, tym więcej musi udowadniać. Nie inaczej jest w lidze Mega-sklepów. To szczególna kategoria, bo stanowią ją weterani internetowego biznesu. To sklepy sprawdzone przez miliony: działają od wielu lat, od dawna gromadzą opinie, obsługują mnóstwo klientów i realizują tysiące zamówień. Oferują przebogaty asortyment: od komputerów, sprzętu AGD/RTV i foto, po multimedia, rozrywkę i kulturę. Jak co roku, zestawienie Mega-sklepów budzi najwięcej emocji.

Tym razem, żeby dostać się do finału, Mega-sklepy musiały spełnić następujące warunki: łączna ocena nie mogła być niższa niż 11,0 pkt, ocena za ubiegły rok — powyżej 8,0, liczba opinii zgromadzonych w 2014 r. musiała wynosić powyżej 2000, a liczba opinii w całej historii istnienia w Opineo — powyżej 10.000. W efekcie powstało zestawienie dziesięciu najmocniejszych graczy:Ranking Sklepów Internetowych Opineo 2015

Obsługa ważniejsza niż cena

Ale jeśli chodzi o ranking — wielkość nie ma znaczenia. Paweł Kucharzak, prezes zarządu Opineo przekonuje: — Laury zdobywają sprzedawcy najlepiej oceniani przez klientów, bez względu na wielkość, obroty czy zasięg działania. Dlatego na uwagę zasługuje każdy z 250 wyróżnionych e-sklepów. Wszystkie one udowadniają, że zwrot z inwestycji w obsługę klienta i Customer Experience w branży e-commerce jest zarówno możliwy, jak i satysfakcjonujący.

W ubiegłym roku konsumenci wystawili 1.080.418 opinii o sklepach internetowych. To niemal cztery razy więcej niż w 2010 r. i ponad 43 razy więcej niż 2007 roku. Rośnie już nie tylko liczba osób kupujących Internecie, ale też świadomość samych klientów, którzy rozumieją, że wystawiając sklepowi opinię, mogą aktywnie uczestniczyć w rozwoju rynku e-commerce w Polsce.

Jak wynika z analizy treści ubiegłorocznych opinii o sklepach internetowych — najczęściej komentowaną i ocenianą przez konsumentów kwestią była „obsługa klienta” (ten temat został poruszony 404 704 razy). Nieco mniej, bo jedna trzecia opinii, dotyczyła „kontaktu” (340 405 razy), a w zaledwie jednej czwartej wszystkich opinii poruszany został temat „cen” oferowanych przez sklep internetowy (275 561).

Cena zresztą przestaje być czynnikiem warunkującym zakupy w danym sklepie internetowym. Dużo ważniejsze są: profesjonalna obsługa, szybka wysyłka i szybkie płatności: „Najszybszy sklep internetowy, jaki znam. Z szybszą dostawą się jeszcze nie spotkałam, a przy okazji, wspaniałe produkty, dobrze zabezpieczone w paczce i dobry kontakt. Robię tu duże zakupy co najmniej raz w miesiącu. Polecam”* [1]— pisze Domi w opinii o sklepie z listopada 2014.

„Bardzo dobry sklep z profesjonalnym podejściem do klienta. Świetna opcja live-chatu, w razie jakiegokolwiek problemu wszystko rozwiązane momentalnie. Towar super jakości w pełni spełniający moje oczekiwania. Na pewno dokonam tam jeszcze zakupów. Dodatkowym plusem jest, że sklep współpracuje z programem PAYBACK”* — ocenia zakupy w innym sklepie Wiewioor1 (sierpień 2014).

Dane Opineo wskazują, że 40% sklepów internetowych ocenionych przez klientów przynajmniej raz otrzymało od nich negatywną opinię. Najniższe oceny sklepy uzyskują za „jakość pakowania przesyłek”, najwyższe — za „szybkość realizacji zamówienia”.

Każda opinia jest czyjąś historią zakupową z dobrym lub złym zakończeniem. Każda jest dla sklepu cenną lekcją i wskazówką. Dlatego dopóki sklepy będą chciały zbierać opinie i słuchać swoich klientów, będę spokojny o przyszłość polskiego e-commerce — podsumowuje Paweł Kucharzak.

Pełen ranking Opineo dostępny jest na stronie: http://static.opineo.pl/press/dl/ranking-sklepow-internetowych-opineo-2015.pdf

[1] *Wszystkie opinie pochodzą z serwisu www.opineo.pl

Patroni Medialni Rankingu:

Onet, Newsweek, Biznes.pl, SMEbusiness.pl, Evigo, Ceo.com.pl, Biznes Benchmark, Twójbiznes24.pl, E-biznes.pl, QBusiness.pl, Retail360.pl, Retail Trends Polska, Komercyjnie.com, Informacjehandlowe.pl, Inwestycje.pl, Web-news.pl, InformacjeBranżowe.pl, AGDRTV24.pl, Trendz.pl, MarketingKobiet.pl, Marketinglink.pl, SprawnyMarketing.pl, VideoTesty, Na1miejscu.pl, Modern-Technology.pl, Biznes2Biznes.com, Gazeta MSP, FP20.

Partnerzy Rankingu:

RedCart.pl, KIR, ZUMI, Skąpiec.pl, IAI S.A., Rzetelna Firma, Loopa.eu.

 

Pozwolenie na budowę domu nie będzie potrzebne

Chcesz postawić dom lub przebudować już stojący? Niedługo nie będziesz potrzebował pozwolenia na budowę. Nowelizacja Prawa budowlanego mająca wejść w życie w połowie roku nie obejmie jednak wszystkich.

Zmiana przepisów ułatwi życie osobom stawiającym i przebudowującym domy jednorodzinne. Jeśli prace budowlane nie będą uciążliwe dla sąsiadów, będzie można je rozpocząć bez pozwolenia na budowę. Wystarczy jedynie zgłoszenie inwestycji w starostwie oraz dostarczenie projektu budowlanego i pewnych wymaganych dokumentów. Starosta będzie miał 30 dni na wniesienie ewentualnego sprzeciwu.

„Zmiany dotyczą przede wszystkim inwestorów indywidualnych, którzy budują niewielkie domy jednorodzinne. Te większe raczej będą wymagały pozwolenia na budowę” – mówi serwisowi infoWire.pl dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich Konrad Płochocki.

Nowelizacja Prawa budowlanego jest oceniana bardzo pozytywnie. Wprowadzone zmiany z pewnością będą dużym udogodnieniem dla planujących budowę lub przebudowę domu. Być może są one również zapowiedzią kolejnych reform: „Mamy nadzieję, że te ułatwienia, które zaczną się od domów jednorodzinnych, pójdą dalej – dotkną również większych inwestorów – i uda się przyspieszyć inwestycje. Oczywiście im są one szybsze, tym tańszy koszt budowy mieszkań, co jest pożądane dla rynku” – informuje ekspert.

Pracownik monitorowany

W każdej firmie zatrudniającej pracowników, koszty osobowe należą do najpoważniejszych pozycji w budżecie. Nie dziwi więc, że menedżerowie chcą mieć kontrolę nad tym, w jaki sposób pracownicy wykorzystują czas pracy. Z pomocą coraz częściej przychodzi im nowoczesne oprogramowanie.

Można powiedzieć, że pracodawcy i pracownicy to dwie grupy, których interesy nie zawsze są zbieżne. Teoretycznie u podstaw zatrudnienia stoi przekonanie, że wszyscy – szefowie i podwładni – wspólnie pracują na sukces firmy, by osiągać z tego tytułu korzyści, ale w praktyce często dają o sobie znać głęboko zakorzenione przekonania. W efekcie, pracownik może dążyć do tego, by wykonywać jedynie minimum tego, czego się od niego oczekuje, pracodawca natomiast najchętniej stałby z przysłowiowym batem nad każdym zatrudnionym i patrzył na ręce podczas każdej wykonywanej czynności.

Czy można coś zrobić, aby relacje między przełożonym a podwładnym były bardziej cywilizowane? Jak sprawić, by szef nie wątpił nieustannie w zaangażowanie pracownika, ale też, aby pracownik nie szukał okazji do „leniuchowania”? Właśnie temu służą rozmaite systemy do monitorowania pracy.

Wszystkie dane w jednym miejscu

Poprzez monitorowanie niekoniecznie trzeba rozumieć ciągłą kontrolę przy pomocy kamer czy też nieustanne podglądanie monitora pracownika. Aplikacje usprawniające zarządzanie personelem często pozwalają na przechowywanie innych, ważnych informacji na temat wykonywanej pracy.

– Głównym celem zbierania informacji na temat pracy na poszczególnych stanowiskach jest  usprawnienie przepływu informacji oraz ich przechowywanie dla celów analitycznych. Wykorzystywane mogą być różne narzędzia, takie jak kalendarz spotkań i zadań, lista spraw do wykonania, zarządzanie projektami i zadaniami w projektach, harmonogramowanie, czy też karta czasu pracy – mówi Maciej Blajer z firmy informatycznej Enadis.

Przechowywanie takich danych w jednym miejscu bardzo ułatwia zarządzanie informacjami. Dzięki temu pracodawca jest w stanie uzyskać przekrojowe raporty – np. o czasie pracy pracownika nad danym projektem, czy też o średnim czasie, jakiego pracownicy potrzebują na wykonanie poszczególnych zadań. Dzięki temu kierownik czy dyrektor może na bieżąco obserwować postęp w zadaniach wykonywanych przez podległe mu osoby.

Nie tylko kontrolowanie

Zarządzanie pracownikami to pojęcie znacznie szersze niż tylko monitorowanie. Osoby zarządzające personelem powinny mieć możliwość, aby w jednym miejscu uzyskać zarówno dostęp zarówno do danych na temat czasu i jakości pracy zatrudnionej osoby, jak i na przykład do umów, rozliczeń delegacji, czy też płac (wysokość premii można na przykład automatycznie powiązać z efektywnością).

Przedsiębiorstwa, które chcą zarządzać pracownikami i monitorować ich pracę, mogą zdecydować się na zamówienie aplikacji „szytej na miarę”, a więc dostosowanej do jej konkretnych, bardzo indywidualnych wymagań. Na rynku istnieją jednak również gotowe systemy dedykowane małym i średnim firmom – np. dostępna on-line aplikacja Systim.

Program ten, poza rozbudowanymi opcjami służącymi księgowaniu i wystawianiu faktur, pozwala również na przechowywanie informacji o czasie pracy, czy realizowanych w firmie projektach. Posiada też kalendarz i moduł „zadania”, który umożliwia współpracę i wymianę informacji pomiędzy pracownikami.

Program nie zastąpi zdrowego rozsądku

Założeniem podobnych programów jest usprawnienie pracy firmy. Nie wnoszą one wiele nowego do codziennych obowiązków pracownika, natomiast znacząco przyspieszają i usprawniają komunikację oraz obieg informacji w firmie. Oczywiście pod warunkiem, że osoby zarządzające przedsiębiorstwem zachowają zdrowy rozsądek.

– Jeśli firma narzuci na pracowników zbyt wiele procedur związanych nie z konkretną pracą, ale z nadzorem i kontrolą nad nią, szybko może się okazać, iż pracownicy większość czasu poświęcają na czynności inne niż te, które faktycznie generują wartość dla firmy – przestrzega Maciej Blajer.

Zazwyczaj nie ma potrzeby, aby kontrolowanie pracowników wiązało się z montażem kamer nad poszczególnymi stanowiskami pracy, czy też z podglądem obrazów wyświetlanych na ich monitorach, choć takie możliwości teoretycznie również istnieją.

– Kamery i monitorowanie ekranu powinno się wykorzystywać w ostateczności, na przykład gdy istnieją mocno uzasadnione podejrzenia, iż pracownik nie wykonuje powierzonych mu zadań – mówi przedstawiciel Enadis.

Nowoczesne programy pomagają zoptymalizować pracę na dowolnym stanowisku, dlatego systematyczny nadzór nad realizowaniem zadań powinien przełożyć się na konkretne oszczędności dla firmy. Pracownik, który wie, iż jego praca jest mierzona lub obserwowana, ma więcej motywacji do tego, aby starannie ją wykonywać.

Niestety, jeśli zatrudnieni zostaną pozostawieni sami sobie, bez jakiegokolwiek kontroli, istnieje ryzyko, iż przynajmniej niektórzy nie będą angażować się w swoją pracę. Z drugiej strony, zbyt restrykcyjna kontrola może bardziej blokować niż motywować. Wydaje się jednak, że zastosowanie nowoczesnego oprogramowania do zarządzania pracownikami ułatwia znalezienie odpowiedniego kompromisu między swobodą a kontrolą, a przy okazji pozwala usprawnić obieg informacji w firmie.

Można już pobierać wstępnie wypełnione zeznanie podatkowe (PFR)

0

Wstępnie wypełnione zeznanie podatkowe (PFR) zostało udostępnione podatnikom. Wszyscy, którzy składają PIT-37 mogą skorzystać z tej usługi. PFR będzie dostępne w części ogólnodostępnej Portalu Podatkowego (www.portalpodatkowy.mf.gov.pl).  Złożono już ponad 650 PIT-37 z wykorzystaniem PFR.

16 marca br. minister finansów Mateusz Szczurek oddał do użytku nową usługę wstępnie wypełnionego zeznania podatkowego (PFR). Jest ona adresowana do osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej, którzy zobowiązani są do rozliczenia rocznego na formularzu PIT-37. Usługa PFR jest dostępna dla podatników od 16 marca do 30 kwietnia 2015 roku, a w latach następnych od 15 marca do 30 kwietnia.

Wstępnie wypełnione zeznanie podatkowe (PFR) jest przygotowane na podstawie danych zawartych w informacjach o dochodach osób fizycznych, sporządzanych przez płatników podatku dochodowego od osób fizycznych oraz podmioty, które nie pełnią funkcji płatnika w tym podatku (PIT-11, PIT-R, PIT-8C). Podatnicy znajdą tam zatem informacje o swoich dochodach, przychodach, zaliczkach i składkach. To tylko propozycja rozliczenia rocznego, dodatkowa pomoc, udogodnienie w rozliczeniach. Usługa ta adresowana jest do najliczniejszej grupy podatników – powiedział Mateusz Szczurek. Ma ona ograniczać do minimum obowiązek podatników związany z rozliczeniem rocznym.

Usługa PFR jest realizowana z wykorzystaniem formularza interaktywnego, który umożliwia podatnikowi edycję wszystkich dostępnych pól formularza PIT-37, a także modyfikację wszystkich danych, dopisanie ulg i wniosku o przekazanie 1% na rzecz wybranej przez podatnika Organizacji Pożytku Publicznego oraz dodanie załączników – powiedział kierownik zespołu ds. wstępnie wypełnionego zeznania podatkowego, naczelnik Urzędu Skarbowego Łódź Widzew Piotr Michalak.

PFR może złożyć podatnik niezalogowany, wystarczy tylko adres email, na który kierowana będzie korespondencja. PFR będzie dostępne w części ogólnodostępnej Portalu Podatkowego (www.portalpodatkowy.mf.gov.pl).

Przed wysłaniem podatnik powinien zweryfikować wstępnie wypełnione zeznanie podatkowe (PFR) pod kątem poprawności i kompletności danych. Udostępnienie wstępnie wypełnionego zeznania jest możliwe dzięki elektronicznemu przesyłaniu przez płatników informacji o dochodach osób fizycznych. Wicedyrektor Departamentu Administracji Podatkowej w Ministerstwie Finansów Jarosław Wyszyński podkreślił, ze podczas składania deklaracji przez płatników system e-Deklaracje pracował bezawaryjnie, mimo że w dniach 24-26 lutego liczba przyjętych przez system e-Deklaracje dokumentów wynosiła ponad 1,7 mln dziennie.

Do pobrania PFR i wysłania zeznania podatkowego niezbędne są następujące dane:

  • Identyfikator podatkowy – PESEL/NIP.
  • Imię i nazwisko.
  • Data urodzenia.
  • Kwota przychodu za 2014 rok – suma przychodów z posiadanych informacji PIT-11, PIT-8C, PIT-R.
  • Kwota przychodu za 2013 rok – niezbędna do wysyłki zeznania.
  • Adres e-mail.

Wstępnie wypełnione zeznanie podatkowe PIT-37 nie obejmuje m.in. przychodów otrzymywanych od organów emerytalno-rentowych (np. ZUS). Jeśli podatnik otrzymał przychody od organów rentowych powinien je uwzględnić (dopisać) w zeznaniu. Wstępnie wypełnione zeznanie (PFR) realizowane jest w ramach Projektu e-Deklaracje2.

Zakładka Wstępnie wypełnione zeznanie podatkowe na Portalu Podatkowym.

A. Halicki: Do 2020 roku każdy Polak z dostępem do szerokopasmowego internetu o szybkości co najmniej 30 Mb/s

Rusza program Polska Cyfrowa. Resort administracji i cyfryzacji stawia przede wszystkim na rozbudowę infrastruktury. Obecnie dostęp do internetu ma 70 proc. polskich domów, a 76 proc. aktywnych łączy pozwala na prędkość transmisji większą niż 10 Mb/s. 45 tys. km budowanej sieci światłowodowej pozwoli na szerszy dostęp do internetu i rozwój e-usług w administracji. Może też powstać więcej małych i średnich przedsiębiorstw.

Program operacyjny Polska Cyfrowa właśnie startuje – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Halicki, minister administracji i cyfryzacji. – Część konkursów została już ogłoszona, w maju nastąpią pierwsze rozstrzygnięcia konkursów drugiej i trzeciej osi – mówi minister.

Najważniejszym wyzwanie jest umożliwienie dostępu do internetu jak największej liczbie Polaków. Z  raportu GUS „Społeczeństwo informacyjne w Polsce” z 2014 roku wynika, że obecnie internet dociera do ponad 74 proc. domów, a regularnie korzysta z niego 63 proc. osób (6 proc. więcej niż w 2010 roku). Na tle Europy Zachodniej to jednak wciąż niewiele, tam z internetu korzysta średnio ponad 75 proc. osób, a np. w Islandii – 95 proc. Nowy program ministerstwa ma to zmienić.

Największe kwoty, po 1 mld euro, są przewidywane na projekty dotyczące budowy i infrastruktury do 2020 roku. To kontynuacja projektu, który zamkniemy w tym roku. Do końca 2015 roku sieć szerokopasmowa obejmie cały kraj, będzie to 45 tys. km sieci światłowodowej – tłumaczy Halicki.

W 2014 roku 71 proc. gospodarstw domowych w Polsce będzie miało dostęp do sieci szerokopasmowej. Prędkość transmisji jest w Polsce niższa od średniej europejskiej. Blisko 76 proc. aktywnych łączy pozwala na transmisję z prędkością do 10 Mb/s, a zaledwie 4 proc. powyżej 30 Mb/s. Ministerstwo chce, by do 2020 roku każdy Polak miał dostęp do internetu o szybkości co najmniej 30 Mb/s.

Drugim etapem będzie budowa sieci dostępowych w poszczególnych miejscach. Dla firmy oznacza to możliwość realizowania inwestycji oraz utrzymania sieci sprzedaży usług teleinformatycznych do ogromnej liczby odbiorców – podkreśla ekspert.

Program ma też zachęcić do większej aktywności w sieci osoby starsze i bierne zawodowo. W 2014 roku spośród tych grup z internetu regularnie korzystało 20 proc. Powszechniejszy ma być też dostęp do e-usług w administracji. Na rozwoju cyfrowym skorzysta też gospodarka.

W zasięgu sieci znajdzie się 8-10 mln Polaków. Właściwie każdy z nas będzie miał możliwość skorzystania ze stacjonarnego dostępu do internetu i innych usług teleinformatycznych. To pozwoli rozwijać się małym i średnim przedsiębiorstwom – analizuje Andrzej Halicki.

Na program Polska Cyfrowa do 2020 roku Polska przeznaczy 10 mld zł, z czego 8 mld ze środków unijnych.

Likwidacja bramek zwiększyłaby liczbę kierowców korzystających z autostrad. To korzyść dla budżetu

Transport samochodowy jest najbardziej dotowaną gałęzią transportu. Państwo ponosi 75-80 proc. kosztów. Eksperci przekonują więc, że potrzebne jest urealnienie opłat za przejazd po drogach krajowych. Zwiększenie wpływów do budżetu przyśpieszyłoby rozszerzanie systemu viaTOLL dla samochodów ciężarowych i wprowadzenie elektronicznego systemu poboru opłat zamiast bramek na autostradach.

Jeśli kierowcy będą mogli w łatwiejszy sposób dokonywać opłat, to prawdopodobnie przełoży się na korzyści dla budżetu. Po prostu większa liczba pojazdów będzie zainteresowana korzystaniem z autostrad, co bez wątpienia jest korzystne, zważywszy na obciążenie ruchem alternatywnych dróg krajowych – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Łukasz Zaborowski, ekspert w dziedzinach miasto i transport Instytut Sobieskiego (IS).

Zaletą elektronicznego systemu poboru opłat jest także, jak zapewnia Zaborowski, prostota. Wystarczy jednorazowa rejestracja i opłaty są pobierane automatycznie. Poza tym powinno wpłynąć to na obniżkę kosztów technicznych ponoszonych przez państwo.

Zdaniem eksperta IS transport drogowy jest najbardziej dotowaną gałęzią transportu. Państwo ponosi ¾ kosztów każdego przejechanego kilometra przez użytkownika samochodu osobowego. Zaborowski przekonuje, że powinno dojść do urealnienia opłat za transport drogowy.

Jeśli porównamy to z konkurencyjną gałęzią transportu, jaką jest kolej, to w zasadzie dążymy do tego, żeby traktować infrastrukturę kolejową na zasadach komercyjnych, czyli do tego, żeby ona się samofinansowała. Jest to oczywista nierównowaga międzygałęziowa, ponieważ infrastruktura drogowa jest finansowana z opłat zaledwie w niewielkim stopniu. Przekłada się to na wybory użytkowników – mówi Łukasz Zaborowski.

Dlatego ważną kwestią jest również rozszerzanie viaTOLL dla samochodów o masie powyżej 3,5 tony na kolejne drogi. A to w opinii eksperta idzie zbyt wolno. Dziś system obejmuje ok. 3 tys. km. Do 2018 roku ma być ich ponad dwukrotnie więcej. W 2014 roku do systemu włączono tylko 266 km dróg, w tym będzie podobnie.

Model dróg płatnych jest korzystny i pożądany w gospodarce. Każde dodatkowe obciążenie użytkowników dróg być może jest postrzegane jako decyzja niekorzystna politycznie, ale kierunek jest słuszny – mówi Zaborowski. – Urealnienie kosztów transportu sprawiłoby, że gospodarka stałaby się bardziej efektywna. Oczywiście wyższe opłaty znalazłyby odzwierciedlenie w płacach, kosztach usług czy towarów, ale w skali całej gospodarki byłoby to korzystne, bo wyeliminowalibyśmy to, co mamy teraz, czyli zbędne przewozy.

Nowa ustawa konsumencka nie spełnia oczekiwań sprzedawców. Część przepisów jest zbyt szczegółowa, część zbyt ogólna

Nowa ustawa konsumencka, która funkcjonuje w Polsce od 25 grudnia ub.r., znacznie rozszerza obowiązki informacyjne przedsiębiorców, zwłaszcza prowadzących sklepy internetowe lub sprzedaż poza lokalem firmy, oraz zwiększa uprawnienia klienta, a tym samym jego ochronę. Zdaniem przedsiębiorców są to dobre przepisy, ale część z nich jest zbyt szczegółowa lub za mało precyzyjna.

Nowa ustawa konsumencka, którą przygotowywał resort sprawiedliwości przy wsparciu Urzędu Ochrony Konsumentów i Konkurencji, wdrożyła do polskiego prawa unijną dyrektywę 2011/83/UE i uporządkowała przepisy dotyczące sprzedaży konsumenckiej.

Na pewno ustawa ta lepiej chroni konsumentów. Wydaje nam się jednak, że wiele zapisów tej ustawy jest zbyt szczegółowych lub za mało precyzyjnych – mówi agencji Newseria Biznes Mirosław Luboń, dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej.

Jego zdaniem ostatecznej interpretacji w niektórych sprawach będą musiały dokonywać sądy, do których zapewne będą trafiały sporne sprawy. Dotyczy to na przykład zakupów przez klientów dużych i stosunkowo drogich przedmiotów.

Jeśli ktoś decyduje się na zwrot po jakimś czasie, to ma do tego pełne prawo, ale jeśli używał np. odkurzacza, garnków to powstaje pytanie, kto ma ponosić koszty zmniejszania wartości tych rzeczy. Czy ma to być konsument, sprzedawca, dystrybutor czy producent – zastanawia się Luboń.

Według niego brakuje precyzyjnego określenia, w jaki sposób ta odpowiedzialność ma być rozłożona. Poza tym nie wiadomo również, kto ma decydować o tym, jak ta rzecz jest w tej chwili wyceniana i na ile.

– Tego typu rzeczy są bardzo nieostro zapisane w tej ustawie i podejrzewam, że pojawi się w związku z tym sporo kontrowersji – ocenia dyrektor generalny.

Nowa ustawa konsumencka znacznie rozszerza również obowiązki informacyjne przedsiębiorców, zwłaszcza prowadzących sklepy internetowe lub sprzedaż poza lokalem firmy. Przede wszystkim kupujący ma wiedzieć o wszelkich kosztach i zobowiązaniach, jakie wiążą się z podpisaniem umowy i kupnem danego towaru. Mirosława Luboń nie ma zastrzeżeń do tej listy, zwraca jednak uwagę na jej szczegółowość.

– Ta lista jest za długa. Oprócz wielu trafionych zapisów – cała lista ma aż 21 takich obowiązków  niektóre w ogóle nie bardzo można zastosować w praktyce. I wydaje mi się, że wiele z nich będzie po prostu martwym przepisem – dodaje Luboń.

Nowa ustawa reguluje również zawieranie umów tylko przez telefon. Jeśli przedsiębiorca w trakcie rozmowy telefonicznej proponuje zawarcie umowy, musi potwierdzić jej treść na papierze lub innym trwałym nośniku, np. poprzez e-mail. Dopiero po złożeniu przez klienta oświadczenia – na papierze lub innym trwałym nośniku – umowa zostanie skutecznie zawarta.

W marketingu bezpośrednim, czyli sprzedaży na odległość, bardzo często używa się telefonów. Wprowadzenie tej ustawy i nowego przepisu w prawie telekomunikacyjnym powoduje, że tzw. cold calls, czyli dzwonienie bez uprzedzenia jest w zasadzie zabronione  – mówi Mirosław Luboń.

Według niego obecnie interpretacje są przeróżne, a stanowiska samych prawników różnią w tej sprawie.

Nie bardzo wiadomo jak będzie to interpretował Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Te rzeczy trzeba jak najszybciej uzgodnić i zinterpretować – podsumowuje dyrektor generalny.

Nestlé uruchomiło fabrykę karmy dla zwierząt w Nowej Wsi Wrocławskiej pod Wrocławiem. Docelowo koncern chce tam zainwestować ponad 450 mln zł

0

CEO Magazyn Polska

Ponad 450 mln zł zainwestuje w Polsce szwajcarski koncern spożywczy Nestlé. W Nowej Wsi pod Wrocławiem ruszyła wybudowana przez firmę fabryka karmy dla zwierząt. Pracę w niej dostało już ponad 250 osób.

Na razie zakończony został pierwszy etap inwestycji i ruszyła produkcja mokrej karmy dla kotów.

– Nowa fabryka jest ważną inwestycją, która pozwoli firmie Nestlé Purina nie tylko w Polsce, lecz także w Europie Środkowo-Wschodniej zwiększyć wartości naszej produkcji oraz nasz udział w rynku i da nam większą przewagę konkurencyjną na tym rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Giorgio Vesprini, szef regionu Europy Centralnej i dyrektor generalny Nestlé Purina PetCare w Polsce. – Pozwoli nam również zintensyfikować współpracę z naszymi głównymi klientami w obu kanałach: spożywczym i specjalistycznym.

Na razie Nestlé zainwestowało w Nowej Wsi Wrocławskiej ponad 300 mln zł zaplanowanych środków. Pozostała część wydana ma być jeszcze w tym roku.

Postanowiliśmy podzielić tę inwestycję na to, co już zainwestowaliśmy w nową fabrykę, czyli około 93 miliony franków szwajcarskich, oraz na to, co zainwestujemy jeszcze w tym roku, czyli około 44 milionów franków szwajcarskich – deklaruje Giorgio Vesprini.

Nowa fabryka Nestlé dzięki dogodnej lokalizacji, koło Wrocławia, blisko granicy, pozwala na łatwy dostęp do wszystkich rynków w regionie centralnym. Na obecnym etapie inwestycji całkowita liczba pracowników nowej fabryki wynosi ponad 250, a ponad 95 proc. tych osób stanowią pracownicy z Polski. Dzięki inwestycji pracę mają też lokalni kontrahenci koncernu.

Pochodzenie surowca jest dla nas bardzo ważne. Obecnie 75 proc. pozyskujemy lokalnie, a pozostała część pochodzi z obszarów znajdujących się w niedalekim sąsiedztwie Polski – podkreśla szef regionu Europy Centralnej i dyrektor generalny Nestlé Purina PetCare w Polsce.

Karma dla kotów z fabryki w Nowej Wsi trafiać ma także na rynek niemiecki, jednak docelowo rynek polski jest ważny ze względu na dynamiczny wzrost.

Polski rynek jest największym rynkiem w Europie Środkowo-Wschodniej, całkowity obrót wynosi około 2 mld zł, więc jest to ważny rynek – ocenia Giorgio Vesprini z Nestlé Purina PetCare w Polsce. – Proszę zauważyć, że estymowana populacja kotów w Polsce wynosi 5,8 mln, a psów jest 7,5 mln. Rynek karmy dla zwierząt jest więc bardzo istotny i perspektywiczny. Mamy wielką szansę zwiększenia jego wartości, stąd zdecydowaliśmy się na uruchomienie fabryki w Polsce.

Rynek obligacji korporacyjnych rozwija się bardzo dynamicznie. Najaktywniejsze są na nim spółki deweloperskie oraz windykacyjne

Ostatnie pięć lat to okres bardzo intensywnego wzrostu rynku obligacji korporacyjnych. Zwiększyła się zarówno liczba emitentów i sektorów, które reprezentują, jak i podmiotów zajmujących się oferowaniem emisji. Także popyt ze strony instytucji oraz inwestorów indywidualnych jest coraz większy. W ostatnich kwartałach redukcji uległy oferowane marże i wydłużył się okres zaciąganych w ten sposób pożyczek.

Obserwujemy wzrost zarówno liczby podmiotów zajmujących się oferowaniem obligacji nieskarbowych, emitentów i sektorów, z których pochodzą, jak i popytu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Rafał Kozioł, manager transakcji Domu Maklerskiego Michael/Ström. – Otwierają się nowe fundusze inwestycyjne nastawione na zakup takich papierów, przybywa inwestorów detalicznych, coraz więcej banków, ubezpieczycieli, funduszy mieszanych czy OFE skłania się ku tego rodzaju inwestycjom.

Sprzyja im także Komisja Nadzoru Finansowego. Jak w niedawnej rozmowie z Newserią zapewniał Andrzej Jakubiak, przewodniczący KNF, na wsparcie komisji mogą liczyć działania związane z ratingowaniem i notowaniem na rynku Catalyst. Komisja propaguje rozwój rynku tego rodzaju papierów, ustanawiając np. jasne zasady wchodzenia na parkiet. Ułatwieniem dla rynku ma też być ustawa o obligacjach, która wejdzie w życie w lipcu.

Większość obligacji oparta jest o oprocentowanie zmienne w formule WIBOR powiększony o marżę – informuje Rafał Kozioł. – W ostatnich kwartałach obserwujemy umiarkowaną kompresję marż, co jest korzystne dla emitentów, podobnie jak znaczny spadek poziomu WIBOR. Przez 2,5 roku stopa WIBOR 6M spadła z poziomu ok. 5 pp. do ok. 1,7pp.

Środowisko niskich stóp procentowych zachęca inwestorów do poszukiwania instrumentów, które dadzą wyższy zwrot na kapitale. Po załamaniu giełdowym z 2008 roku i lat następnych będą poszukiwać alternatywnej formy, którą mogą być papiery korporacyjne.

Na rynku są obecne dwa główne sektory emitentów – wskazuje Rafał Kozioł. – Pierwszym są spółki deweloperskie, wśród których możemy wyróżnić te specjalizujące się w inwestycjach komercyjnych oraz te specjalizujące się w inwestycjach mieszkaniowych, zarówno o zasięgu ogólnopolskim, jak i regionalnym. Drugi to branża finansowa, przede wszystkim spółki windykacyjne, faktoringowe, pożyczkowe oraz banki emitujące dług podporządkowany.

Emisja obligacji firmom deweloperskim daje możliwość pozyskania długu, którego nie muszą spłacać z konkretnych projektów. Spółki finansowe do emisji skłania natomiast fakt, że nie posiadają one z reguły twardych aktywów (np. nieruchomości), które mogłyby stanowić zabezpieczenie kredytów.

Zdaniem eksperta ze względu na pewien przesyt emitentów z tych branż inwestorzy poszukują obecnie obligacji spółek przemysłowych, produkcyjnych i usługowych, które generują wysokie oraz stabilne przepływy finansowe, jak np. telekomy czy multimedia.

W naszej ocenie rynek ten powinien dalej rosnąć zarówno w ujęciu wartościowym, jak i pod względem szerokości, czyli liczby spółek i sektorów, z których będą pochodzić – ocenia Kozioł.

Jego zdaniem perspektywy branży mieszkaniowej są stosunkowo dobre, dlatego inwestycje w obligacje tego rodzaju spółek są stosunkowo mało ryzykowne.

Ostatnie kwartały przyniosły poprawę kondycji deweloperów, co miało również przełożenie na wzrost zainteresowania podmiotów emisjami obligacji – zauważa Rafał Kozioł. – W perspektywie dwóch lat ceny mieszkań nie powinny spadać. Popyt na nie powinien być wysoki w obliczu niskich stóp procentowych. Zagrożeniem dla marż mogą być trudność z pozyskiwaniem atrakcyjnych gruntów. Ale emitentami obligacji są przeważnie większe spółki, które zyskują kosztem mniejszych, ponieważ lepiej radzą sobie w prowadzeniu inwestycji w reżimie ustawy deweloperskiej [określającej m.in. sposób finansowania zakupu nieruchomości poprzez tzw. rachunki powiernicze – red.].

W segmencie obligacji oferowanych przez spółki windykacyjne widać natomiast pewne wyhamowanie wzrostu, które wynika – według Rafała Kozioła –z coraz częstszego sięgania po inne źródła finansowania.

Widzimy zarówno zamykające się fundusze inwestycyjne i sprzedaż ich jednostek inwestorom detalicznym, jak i transakcje kupna portfeli wierzytelności we współpracy z bankami, które w związku z tym udzielają kredytów na zakup – zauważa Kozioł. – Od około 3-4 lat obserwujemy także wysoką konkurencję na przetargach, co negatywnie wpływa na ceny kupowanych portfeli.

Obligacje korporacyjne notowane są na rynku Catalyst od 30 września 2009 roku.

Tylko co dziesiąta polska firma wie o możliwości ubezpieczenia należności handlowych

Mniej niż 10 proc. polskich firm wie, że należności handlowe można ubezpieczyć. Najczęściej takimi ubezpieczeniami interesują się te podmioty, które mają kłopoty ze zbytem swoich produktów i usług lub funkcjonują w warunkach silnej konkurencji. W innych krajach europejskich obejmowanie ubezpieczeniem przyszłych płatności jest znacznie popularniejsze.

Szacujemy, że mniej niż 10 proc. podmiotów zna tego rodzaju produkt – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Arkadiusz Taraszkiewicz, dyrektor regionalny w firmie Atradius Credit Insurance. – We Francji czy Niemczech wskaźnik ten znacznie przekracza 20 proc. To pokazuje drogę, jaką firmy ubezpieczeniowe muszą jeszcze pokonać. Firmy natomiast muszą się dużo nauczyć.

Jak w niedawnej rozmowie z Newserią stwierdził Sławomir Szarek, prezes zarządzającej wierzytelnościami spółki Casus Finanse, rynek zaległych należności w ubiegłym roku wyceniany był na 14-15 mld zł. W tym około 2 mld zł stanowiły wierzytelności wynikające z kredytów hipotecznych.

Ubezpieczeniem należności handlowych najbardziej zainteresowane są przedsiębiorstwa prowadzące działalność w bardziej ryzykownych branżach.

Są to podmioty funkcjonujące w sektorach dotkniętych niepokojącymi zjawiskami – tłumaczy Taraszkiewicz. – Taki proces obserwowaliśmy w ostatnich dwóch latach wśród firm budowlanych, elektrotechnicznych oraz przedsiębiorstw z branży RTV i AGD, dostawców do hurtowni czy detalistów, gdzie miało miejsce wiele upadłości.

Sporym powodzeniem, jak zauważa dyrektor regionalny w firmie Atradius Credit Insurance, cieszą się także produkty kierowane do podmiotów prowadzących sprzedaż zagraniczną. Świadomość możliwości ubezpieczenia transakcji handlowych wśród właścicieli takich przedsiębiorstw jest również stosunkowo wysoka.

Mówię tu nie tylko o Rosji i Ukrainie, co jest oczywiste, bo także kontrahenci w Niemczech, Szwecji, na Węgrzech czy w Czechach budzą zainteresowanie naszych przedsiębiorców – podkreśla Arkadiusz Taraszkiewicz. – Właściciele polskich firm chcą jednak zabezpieczyć transakcje z przedsiębiorcami z tych krajów.

Polacy mogą stracić 7 mld zł przez niewielką konkurencję na rynku energii elektrycznej

Nawet 7 mld zł mogliby zaoszczędzić odbiorcy energii elektrycznej do 2020 r., gdyby w Polsce wzrosła konkurencja na rynku energii. Obecnie polskie gospodarstwa domowe płacą za prąd ponad dwa razy więcej niż wynosi unijna średnia. Drożej jest jedynie na Słowacji. Głównym problem jest brak rabatów hurtowych dla alternatywnych sprzedawców energii.

Na rynku energii elektrycznej z konkurencją nie jest najlepiej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Grzegorz Bernatek, kierownik projektów analitycznych z firmy Audytel. – Ceny energii elektrycznej w Polsce są relatywnie duże. Choć nominalnie nie są zbyt wysokie, to jeśli zestawimy je z siłą nabywczą gospodarstw domowych i z tym, ile muszą wydawać przedsiębiorstwa, okazuje się, że jest to palący problem, który powoduje, że gospodarka rozwija się wolniej.

Jak wynika z danych Audytela, udział kosztów energii elektrycznej w budżecie gospodarstw domowych w Polsce wynosił w 2011 r. 9,1 proc. Dla całej Unii Europejskiej średnia wynosiła jedynie 4,5 proc. Jedynie na Słowacji prąd pochłaniał większą część domowego budżetu (10,9 proc.).

Zwiększenie konkurencji na rynku energii elektrycznej mogłoby jednak doprowadzić do obniżenia rachunków o niemal 1,7 proc. do 2020 r. Audytel prognozuje, że dzięki rozwojowi konkurencji cena 1 kWh prądu dla odbiorców domowych mogłaby do 2020 r. spaść do 0,4892 zł netto z obecnego poziomu 0,5048 zł netto. W połączeniu ze zwiększeniem wolumenu dałoby to gospodarstwom domowym prawie 2,4 mld zł nadwyżki do 2020 r.

Spadłyby również ceny dla odbiorców niebędących gospodarstwami domowymi, co dałoby im nadwyżkę w wysokości 4,6 mld zł.

Zidentyfikowaliśmy trzy bariery, które powodują, że konkurencja na polskim rynku nie rozwija się, przez co ceny są wyższe niż mogłyby być. Główną barierą na polskim rynku jest to, że produkty hurtowe, które sprzedaje się na bazie energii elektrycznej, nie mają w ogóle w sobie rabatów hurtowych – wyjaśnia Bernatek.

Brak rabatów hurtowych oznacza, że alternatywni sprzedawcy energii, kupujący energię elektryczną od producentów, nie otrzymują żadnych upustów. Przez to nie są w stanie przedstawić odbiorcom tak atrakcyjnej oferty cenowej jak największe koncerny.

Audytel w raporcie zwrócił także uwagę na to, że Operatorzy Systemu Dystrybucji utrudniają przechodzenie klientów do alternatywnych sprzedawców.

Są to problemy związane z nierealizowaniem pewnych działań w terminie, z tym, że następują problemy z przekazywaniem umów. Klienci się denerwują, dochodzą do wniosku, że zdecydowali się na zakup energii u innego sprzedawcy, bo myśleli, że będą mieli taniej, a okazuje się, że mają problemy, że pojawiają się konieczności wystawiania reklamacji, że przesyłane są faktury korygujące, wprowadzany jest bardzo duży zamęt, który może stanowić większy problem dla klienta de facto niż ta obniżka – tłumaczy Bernatek.

Raport Audytela zwraca także uwagę na to, że sprzedawcy należący do grup kapitałowych OSD otrzymują lepsze warunki niż konkurenci. Dodatkowo alternatywni sprzedawcy energii muszą utrzymywać wysokie zabezpieczenia finansowe.

Zwiększenie konkurencji spowodowałoby według Audytela wprawdzie straty OSD oraz spółek obrotu w wysokości ponad 1,8 mld zł do 2020 r., ale ogólny dobrobyt wzrósłby o ponad 5,3 mld zł. Skorzystaliby nie tylko odbiorcy, lecz także Skarb Państwa – podatki wzrosłyby łącznie do 2020 r. o 185 mln zł.

Żeby uzdrowić rynek, trzeba przyjrzeć się dokładnie hurtowym produktom za pomocą których można świadczyć usługi sprzedaży energii w sposób konkurencyjny oraz uzdrowić istniejące procedury. Dzięki temu rzeczywiście alternatywni sprzedawcy, których jest coraz więcej, będą mogli tę energię sprzedawać taniej i z większym zadowoleniem klientów końcowych – ocenia Bernatek.

Zauważa, że to szczególnie ważne w nadchodzących latach, bo wobec potrzeby inwestycji w modernizację sieci przesyłowych oraz moce wytwórcze, a także wpływ polityki klimatycznej UE, ceny energii w Polsce będą rosły.

W outsourcingu Polska nie jest tańsza tylko lepsza. Inwestorzy wolą nas od tańszej konkurencji

Branża outsourcingowa rozwija się Polsce bardzo dynamicznie, a prognozy są bardzo dobre. Centra usług wspólnych powstają już nie tylko w dużych miastach, lecz także w zupełnie nowych lokalizacjach. Dzięki atrakcyjnemu położeniu oraz dobrze wykształconym pracownikom Polska zaczęła wygrywać z tańszymi państwami.  

W ciągu ostatnich 10 lat w Polsce powstało blisko 700 centrów operacyjnych świadczących usługi outsourcingowe dla firm z całego świata. Zatrudniają one już ponad 150 tys. osób, a w ocenie ekspertów na tym nie koniec.

Perspektywy wzrostu są dosyć duże mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiktor Doktór, prezes fundacji Pro Progressio.Ostatnie 10 lat pokazuje, że ten sektor cały czas dynamicznie się rozwija i nie zwalnia swojego wzrostu. Możemy spokojnie założyć, że ten wzrost będzie na poziomie 15, 18, a może nawet 20 proc. w nadchodzących latach.

Nadal z miast, które są wybierane do lokowania tego typu inwestycji w Polsce, najczęściej wybiera się Warszawę, Kraków i Wrocław. Widać jednak, że inwestorzy zaczynają zmieniać nastawienie i pojawia się grupa innych miast, które bardzo dynamicznie się w tym obszarze rozwijają.

– Popularne są Katowice, Łódź, Poznań i Trójmiasto wymienia Wiktor Doktór. To zdecydowanie wybijające się rynki, bardzo szybko i dynamicznie się rozwijające i doganiające tę pierwszą trójkę, ale znowu niejedyne. Widzimy też, że takie ośrodki, jak Szczecin, Lublin, Rzeszów czy Bydgoszcz również są zainteresowane tym sektorem. Pierwszych kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt inwestycji z tego sektora już jest lokowanych w tych miastach.

Wybierając Polskę na miejsce inwestycji, sektor outsourcingowy nie kieruje się już tylko ceną, lecz przede wszystkim jakością kadr i jakością świadczonej pracy, którą można w Polsce znaleźć. Dlatego nowe centra powstają najczęściej w miastach akademickich, gdzie są szkoły wyższe, odpowiednie kierunki nauczania, zarówno ekonomiczne, bankowe, finansowe, jak i filologie obce.

Gdyby ta branża kierowała się tylko niską ceną i niskimi kosztami, to pewnie nigdy do Polski by nie przyszła zwraca uwagę prezes fundacji Pro Progressio.Są znacznie tańsze lokalizacje na świecie, chociażby Indie czy Chiny, gdzie można spokojnie świadczyć tego typu usługi. Polska się wybiła jakością, dostępnością do rynków klienckich, czyli Zachodniej Europy, Skandynawii, czy bezpośrednimi połączeniami ze Stanami Zjednoczonymi.

Dotąd polskie centra wspólne świadczyły głównie usługi finansowo-księgowe, ubezpieczeniowe i logistyczne. Wraz z rozwojem tego rynku można oczekiwać coraz bardziej specjalistycznej oferty.

Wchodzi do Polski outsourcing usług prawniczych, tzw. LPO, czyli legal process outsourcing, i usługi oparte na wiedzy, tzw. KPO, czyli knowledge process outsourcing – podkreśla Wiktor Doktór z fundacji Pro Progressio, zajmującej się rozwojem branży outsourcingowej w Polsce. – Widzimy, że te procesy stają się coraz bardziej zaawansowane, że wymagają znacznie większych kompetencji i że nie są to procesy powtarzalne. O ile wcześniej były to procesy, które mógł wykonywać każdy albo dużo ludzi, o tyle w tym momencie zaczynamy się specjalizować.

Tylko niewielki procent podwładnych mówi o problemie mobbingu i molestowania w miejscu pracy. Paraliżuje ich wstyd, bezsilność i strach przed zwolnieniem

Mobbing przejawia się w poniżaniu pracowników, manipulowaniu ich uczuciami, przerzucaniu na nich winy za słabe wyniki i zastraszaniu. Ocenę skali zjawiska utrudnia fakt, że większość ofiar boi się o tym głośno mówić. Z raportu Eurofound wynika, że zaledwie czterech na stu pracowników w Polsce przyznaje się do tego, że są lub byli molestowani seksualnie w miejscu zatrudnienia. Dane dotyczą tylko osób zatrudnionych na etatach. 

W miejscu pracy prześladowcą jest zazwyczaj przełożony lub współpracownik ofiary. Mobbing zwykle nie ma charakteru otwartej, jawnej agresji. Atak na ofiarę przybiera często formę manipulacji psychicznej przy zachowaniu pozorów poprawności.

Około 14 proc. pracowników w Unii Europejskiej doświadcza różnych form przemocy psychicznej, werbalnej oraz molestowania seksualnego w pracy. W Polsce ten wskaźnik jest nieco niższy. Problem polega na tym, że wiele zachowań agresywnych polscy pracownicy odbierają jako pewną bolączkę w pracy, którą trzeba znosić. Nie mają świadomości, że są to zachowania, z którymi powinni walczyć, czy na drodze sądowej, czy poprzez rozmowę z pracodawcą – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Barbara Surdykowska, ekspert Instytutu Spraw Publicznych.

Ofiarami mobbingu i molestowania seksualnego w miejscu pracy zdecydowanie częściej są panie. Z badań przeprowadzonych przez CBOS wynika, że co trzecia kobieta w wieku od 18 do 24 lata jest adresatką niechcianych żartów i propozycji seksualnych (i co dwunasty mężczyzna), a w grupie od 25 do 34 lata – co dziesiąta (i co trzydziesty mężczyzna).

Europejska Fundacja na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy, tzw. Eurofound, wydała raport dotyczący przemocy w pracy. Ma on pokazać, w jaki sposób państwa członkowskie zwalczają to zjawisko. Mobbing ma olbrzymie konsekwencje ekonomiczne. Mówię tu o kosztach absencji chorobowych, zmniejszonej efektywności pracowników i większej skali rotacji – tłumaczy Barbara Surdykowska.

Najbardziej wstydliwą sprawą jest molestowanie seksualne. W ciągu ostatnich 10 lat na sądową wokandę trafiło zaledwie 12 spraw o takie wykroczenie. Wszystkie skończyły się wyrokiem uznającym winę sprawcy. Wstyd, bezsilność i strach przed zwolnieniem sprawiają, że ofiary wolą milczeć i same zmagają się z problemem molestowania czy mobbingu.

Wszystkie badania wyraźnie pokazują, że czym wyższy poziom stresu w pracy, tym większa szansa na mobbing. Kwestia przepływu informacji,  jednoznacznego określenia ról zawodowych i wsparcia – te elementy środowiska pracy w bardzo dużym stopniu korelują ze skalą mobbingu, przemocy werbalnej, psychicznej. Musimy patrzeć na to, jakie elementy środowiska pracy należy zmodyfikować tak, by zagrożenie tymi zjawiskami było mniejsze – wyjaśnia Barbara Surdykowska.

Wszystkie badania i raporty odnoszą się tylko do osób zatrudnionych na etatach. Pracownicy na umowach śmieciowych i samozatrudnieni pozostają poza statystyką.

W raporcie zwraca się uwagę na to, że w ujęciu ogólnoeuropejskim bardzo wzrasta przemoc ze strony osób trzecich – klienta, pacjenta, ucznia. Wielu z nas spotkało się z taką sytuacją na przykład w supermarkecie. Kiedy stoimy w kolejce i kończy się papier w kasie, wszyscy agresywnie rzucamy się na kasjerkę. To oczywiście nie znaczy, że pracodawca odpowiada za poziom kultury całego społeczeństwa, ale pamiętajmy o tym, że powinni oni prowadzić szkolenia, które uczą pracowników, jak sobie radzić z tego rodzaju zagrożeniami – mówi Barbara Surdykowska.

Barbara Surdykowska podkreśla, że dobrym polskim przykładem jest Zespół ds. Zagrożeń Psychospołecznych w miejscu pracy, które powołały centrale związkowe i organizacje pracodawców.

Ten zespół opracował wzorcową politykę antymobbingową, skierował także do resortu pracy wspólne rekomendacje, które dotyczą np. tego, aby w ramach szkolenia dotyczącego bezpieczeństwa i higieny pracy przekazywać pracownikom wiedzę o tym, jak nie stać się ofiarą przemocy psychicznej w miejscu pracy. To są ważne działania podejmowane wspólnie przez związki zawodowe i organizacje pracodawców – dodaje Barbara Surdykowska.

Jak podkreślają eksperci, udowodnienie mobbingu jest bardzo trudne, a zbieranie dowodów może trwać bardzo długo. Według nich warto jednak znaleźć w sobie siłę, by przerwać ten wyniszczający psychicznie i fizycznie proceder.

Popołudniowy komentarz walutowy z 16.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 16.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Szacunkowe dane o wykonaniu budżetu państwa w lutym 2015 r.

W lutym 2015 r. oszacowano:

  • dochody budżetu państwa na kwotę 47.151,7 mln zł,
  • wydatki budżetu państwa na kwotę 58.482,9 mln zł,
  • deficyt budżetu państwa na kwotę 11.331,2 mln zł.

Pracodawcy o unijnej dyrektywie w sprawie czasu pracy

15 marca br. zakończyły się konsultacje społeczne dotyczące rewizji unijnej dyrektywy w sprawie czasu pracy. Konfederacja Lewiatan, a także BUSINNESEUROPE uważają, że regulacje związane z elastycznym czasem pracy powinny zapadać na szczeblu państw, sektorów i przedsiębiorstw. Ponadto wszelkie zmiany nie powinny utrudniać stosowania istniejących umów zbiorowych.

Dyrektywa ma na celu zapewnienie minimalnych, wspólnych dla wszystkich państw członkowskich norm ochrony zdrowia i bezpieczeństwa pracowników przed ryzykiem związanym z nadmiernymi lub niewłaściwymi godzinami pracy oraz z niewłaściwą ilością czasu przeznaczonego na odpoczynek i regenerację sił po pracy. Dyrektywa ma zastosowanie do wszystkich sektorów działalności, zarówno publicznych, jak i prywatnych, w tym opieki zdrowotnej i służb ratunkowych. Nie ma ona zastosowania do osób prowadzących działalność na własny rachunek.

– Przedsiębiorcy zrzeszeni w BUSINNESEUROPE, w tym Konfederacja Lewiatan, podkreślają, że obecnie nie ma potrzeby przeprowadzania rewizji wspomnianej dyrektywy. Jeśli jednak Komisja Europejska zdecydowałaby się na ten krok, to tylko w ograniczonym zakresie – mówi Anna Kapłon, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Zdaniem pracodawców problemy dotyczące zmieniającego się rynku pracy nie powinny być rozwiązywane poprzez poprawę dyrektywy na poziomie Unii Europejskiej, tylko na szczeblu państwowym, przy uwzględnieniu zróżnicowanej sytuacji poszczególnych krajów. Przy jej korekcie należy położyć nacisk zwłaszcza na rozwiązanie spraw związanych z kwestią czasu dyżurów, poprzez zdefiniowanie czasu dyżurów oraz wprowadzenie rozróżnienia pomiędzy aktywnym i nieaktywnym dyżurem, gdzie nieaktywny dyżur nie powinien być uznawany za czas pracy (sytuacja gdy pracownik jest na dyżurze, ale nie istnieje konieczność jego obecności w miejscu pracy, nie powinna być zaliczana jako czasy pracy, jeśli pracownik nie jest wezwany do aktywnego wykonywania pracy).

Zmieniający się rynek pracy wymusza coraz większą elastyczność w organizowaniu czasu pracy. Przykładowo, pracownicy potrzebują możliwości zbilansowania pracy i odpoczynku w elastyczny sposób, inaczej niż w pojedynczych, ciągłych okresach. W wielu przypadkach rozwiązania zostały już znalezione na szczeblu państwowym/sektorowym lub na szczeblu firmy w ramach obecnej dyrektywy.

W dyrektywie, która była konsultowana, ustanowiono wspólne minimalne wymogi dla wszystkich państw członkowskich, między innymi:
– dobowe i tygodniowe okresy odpoczynku pracowników (zazwyczaj 11 kolejnych godzin odpoczynku dobowego i 24 – 35 nieprzerwanych godzin tygodniowego odpoczynku)
– przerwa na odpoczynek podczas godzin pracy (w przypadku gdy dzień roboczy jest dłuższy niż
sześć godzin)
– tygodniowe limity czasu pracy dla pracowników (średnio 48 godzin tygodniowo, wliczając
nadgodziny)
– coroczny płatny urlop dla pracowników (co najmniej 4 tygodnie rocznie)
– dodatkowa ochrona dla pracowników wykonujących pracę w porze nocnej:
– normalna liczba godzin pracy nie może przekroczyć 8 godzin (średnio) w okresie 24-
godzinnym,
– czas pracy nie może przekraczać 8 godzin w każdym okresie 24 godzin, jeżeli wiąże się ona
ze szczególnym niebezpieczeństwem lub z poważnym obciążeniem fizycznym lub
psychicznym,
– prawo wszystkich pracowników wykonujących pracę w porze nocnej do bezpłatnego
badania lekarskiego przed przydzieleniem zadań oraz w regularnych odstępach czasowych,
– prawo do przeniesienia „w każdej możliwej chwili” do wykonywania pracy w dzień, jeśli
pracownik cierpi na problemy zdrowotne związane z pracą w porze nocnej,
– działania w celu zapewnienia, że pracodawcy korzystający regularnie z pracy w porze
nocnej, powiadomią o tym właściwe władze, jeśli zostaną o to poproszeni.
Dyrektywa nie zawiera żadnego przepisu odnoszącego się do wynagrodzenia (z wyjątkiem prawa do 4 tygodni płatnego urlopu rocznego).

Głównym celem konsultacji było zgromadzenie opinii społeczeństwa w zakresie aktualności zapisów dyrektywy oraz ocena skutków jej działania w kontekście przeprowadzenia ewentualnych zmian w jej dotychczasowych zapisach.

Konfederacja Lewiatan

Przygotuj się na kontrolę fiskusa

0

Ograniczenie ogólnej liczby kontroli i jednoczesny wzrost kontroli trafnych – oficjalne plany Ministerstwa Finansów nie pozostawiają wątpliwości. Rok 2015 stoi pod znakiem kontroli podatkowych, które mają zwiększyć wpływy do budżetu państwa. Jak stawić czoła fiskusowi i co robić, by nasze zarobki nie znalazły się pod nadzorem skarbówki? 

Kontrole mogą przydarzyć się każdemu przedsiębiorcy. W zeszłym roku fiskus przeprowadził ich aż 77,5 tysiąca, z czego ponad 33 tysiące (43 proc.) okazało się trafnych. – Jedynie niewielka część nadużyć wyłapanych przez Urząd Skarbowy to przemyślane i zaplanowane przestępstwa podatkowe. Pozostałe skuteczne interwencje wynikają raczej z nieuwagi podatników oraz z popełnianych przez nich pomyłek, których na ogół można łatwo uniknąć i skorygować – tłumaczy Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Tydzień ostatniej szansy

Fiskus sam daje nam czas na poprawienie wszelkich niedociągnięć. Od czasu doręczenia zawiadomienia o planowanej kontroli, każdy przedsiębiorca ma co najmniej 7 dni na to, by skorygować błędy oraz uzupełnić ewentualne braki w rozliczeniach. W tym czasie warto także dokonać wnikliwej analizy ksiąg, ewidencji i najważniejszych dokumentów. – Trzeba pamiętać, że wykryte podczas sprawdzania deklaracji błędy, można skorygować bez względu na ich rodzaj lub zakres – tłumaczy Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie. – Każdy podatnik może przed rozpoczęciem kontroli złożyć korektę, która zmienia pierwotne zeznanie i sprawia, że kontrola zajmuje się wyłącznie zeznaniem skorygowanym – dodaje.

Pamiętajmy o terminach

Oficjalne rozpoczęcie kontroli następuje z chwilą okazania upoważnienia przez przedstawiciela skarbówki. Warto sprawdzić, czy zawiera ono wszystkie obowiązkowe dane i dokumenty dotyczące kontroli. Jeśli tak nie jest, mamy prawo jej odmówić, a fiskus może wrócić do naszej firmy dopiero gdy poprawi wszystkie uchybienia. – Czas trwania kontroli skarbowej jest ograniczony przez Ustawę o swobodzie działalności gospodarczej. Zgodnie z jej zapisami może ona trwać maksymalnie 12 dni roboczych u mikroprzedsiębiorstw, 18 dni roboczych u małych przedsiębiorstw, 24 dni robocze u średnich przedsiębiorstw oraz 48 dni roboczych u pozostałych – mówi Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.  Po zakończeniu pracy, urzędnik zobowiązany jest do sporządzenia oficjalnego protokołu, z dokładnym opisem badanej sprawy, oceną prawną oraz pouczeniem o prawie kontrolowanego do złożenia ewentualnego zastrzeżenia.

Odwołania i zastrzeżenia

Z tej ostatniej możliwości powinni skorzystać wszyscy przedsiębiorcy, którzy nie zgadzają się z postanowieniami sporządzonego przez urzędnika protokołu. Ich wątpliwości mogą dotyczyć m.in. sposobu ustalenia stanu faktycznego, zasadności podważenia rzetelności kontrolowanych ksiąg podatkowych oraz przedstawionej oceny prawnej. – Na zgłoszenie zastrzeżenia mamy 14 dni od dnia doręczenia protokołu, a brak odpowiedzi w tym czasie skarbówka traktuje jako dostosowanie się do jej ustaleń. Warto też pamiętać, że nasze zastrzeżenie będzie ważne jedynie, gdy dołączymy do niego konkretne wnioski dowodowe i ustosunkujemy się do opinii Urzędu. W swoim piśmie powinniśmy zatem zawrzeć dokładne oznaczenie kwestionowanego protokołu oraz wyczerpujący spis wszystkich zażaleń oraz wyjaśnień. Dopiero wtedy fiskus będzie zobowiązany do rozpatrzenia pisma i ewentualnej zmiany swojej decyzji – podkreśla Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Czy kontrola musi być zapowiedziana?

Generalnie organy podatkowe zawiadamiają przedsiębiorcę o zamiarze przeprowadzenia kontroli podatkowej. Jednak są okoliczności, które zwalniają fiskusa z tego obowiązku. Jedną z nich jest podejrzenie o przestępstwo skarbowe. Fiskus nie uprzedzi o swej interwencji, jeżeli czynności kontrolne mają stanowić działania zapobiegawcze popełnieniu przestępstwa lub wykroczenia skarbowego, a także służą zabezpieczeniu dowodów jego popełnienia. Co więcej, jeśli przedsiębiorca nie zgłosił do Urzędu Skarbowego działalności gospodarczej lub też przychodów nieznajdujących pokrycia w ujawnionych źródłach – także może spodziewać się niezapowiedzianej kontroli skarbówki. Jej powodem mogą być także wątpliwości, co do zasadności zwrotu różnicy podatku lub też zwrotu podatku naliczonego zgodnie z przepisami regulującymi podatek VAT.

Koniec z zatrudnianiem krewnych w urzędach?

0

Zakaz zatrudniania małżonków oraz osób spokrewnionych do drugiego stopnia włącznie w urzędach jednostek samorządu terytorialnego również wtedy, gdy nie ma mowy o stosunku podległości służbowej – Twój Ruch domaga się zaostrzenia przepisów.

„Często się zdarza, że rządzący w danej gminie zatrudnia swoich krewnych w urzędach. Ustawa dopuszcza taką sytuację, jeżeli zatrudniony nie podlega bezpośrednio wójtowi, burmistrzowi czy prezydentowi miasta. My chcemy takie uprawnienia całkowicie wykluczyć” – mówi serwisowi infoWire.pl Andrzej Lewandowski, poseł Twojego Ruchu.

Władza często lekceważy problem nepotyzmu. Uważa, że naturalne jest zatrudnianie bliskich znajomych i krewnych w administracji samorządowej. Jednak z perspektywy świadczenia usług publicznych praktyki te są niedopuszczalne. „Radny zatrudniony po znajomości traci funkcję kontrolną. Jeżeli będzie zadawał trudne pytania burmistrzowi czy prezydentowi miasta, to szybko starci pracę. Dlatego lepiej, żeby takich związków nie było. Radny musi pełnić funkcję kontrolną, stąd te wszystkie nasze projekty” – podkreśla rozmówca.

Twój Ruch chce również rozszerzenia katalogu osób objętych ograniczeniami w prowadzeniu działalności gospodarczej o zastępców kierowników jednostek organizacyjnych gminy, powiatu i województwa. Zakłada się też, że wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast będą mieli całkowity zakaz pełnienia funkcji w radach nadzorczych spółek podległych gminie. „Nowe przepisy są konieczne, bo trzeba ukrócić zawłaszczanie administracji publicznej przez partie polityczne oraz lokalne komitety wyborcze” – zaznacza Andrzej Lewandowski.

Regionalny System Ostrzegania działa coraz lepiej

Poinformuje o silnych mrozach, wichurach, podtopieniach i poradzi, co robić w sytuacjach kryzysowych – mowa o Regionalnym Systemie Ostrzegania (RSO). Na razie jest on wdrażany. W pełni będzie można z niego korzystać od 1 lipca.

Informacje o zagrożeniach pogodowych czy drogowych można znaleźć ze stronach urzędów wojewódzkich. Od stycznia 2015 r. są one przekazywane również za pośrednictwem telewizji publicznej – w tej chwili paski z komunikatami pojawiają się tylko w kanałach regionalnych, ale od lipca będą ukazywały się we wszystkich programach w MUX3.

Z RSO można już korzystać za pomocą aplikacji mobilnej dostępnej na iOS-a, Androida i Windows Phone’a – mówi serwisowi infoWire.pl Artur Koziołek, rzecznik prasowy Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. Aplikacja poinformuje o zagrożeniu, ale zaopatrzono ją też w poradniki postępowania w sytuacjach kryzysowych. „Ten system działa coraz lepiej. Już niedługo będzie można wybrać poszczególne województwa, przez które będziemy przejeżdżać, i sprawdzić, czy na danym terenie jest bezpiecznie” – dodaje rozmówca.

Osoby mieszkające na obszarach zagrożonych np. powodziami czy wichurami, jeśli zgłoszą swoje numery telefonów komórkowych do bazy Wojewódzkiego Centrum Zarządzania Kryzysowego, będą otrzymywać ostrzeżenia w formie SMS-ów.

NIK o przebudowie drogi krajowej nr 91 we Włocławku

Realizacja największej od wielu lat inwestycji drogowej we Włocławku – drogi krajowej nr 91 (o planowanej wartości 285 mln zł) jest niemal podręcznikowym przykładem nieprawidłowego zarządzania i nadzoru. Biorąc pod uwagę skalę nieprawidłowości Delegatura NIK w Bydgoszczy skierowała do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa niegospodarności skutkującej szkodą w wielkich rozmiarach.

Delegatura NIK w Bydgoszczy skontrolowała dwa z czterech etapów tej inwestycji i ustaliła, że:

  • dokumentację projektową opracowano m.in. w oparciu o nieaktualne dane geotechniczne z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku, na podstawie nieprawidłowo przeprowadzonych badań geotechnicznych podłoża (wykonano czterokrotnie mniej odkrywek i odwiertów niż wymagała tego Polska Norma). Ponadto dokumentacja nie została zweryfikowana ani w terminie jej odbioru, ani w ciągu 3 lat do rozpoczęcia inwestycji. Włocławek utracił tym samym możliwość żądania jakichkolwiek roszczeń od projektanta, który ogłosił upadłość kilka lat po wykonaniu zamówienia;
  • posługiwanie się tą wadliwą dokumentacją projektowa miało poważne konsekwencje w trakcie prac budowlanych: konieczne było aneksowanie umów i zlecanie robót dodatkowych, nieprzewidzianych w projekcie. Doprowadziło to do wzrostu kosztów I etapu o prawie 14 mln zł, z czego 9,5 mln zł wydano z naruszeniem przepisów o udzielaniu zamówień publicznych. Błędy w udzielaniu zamówień były też główną przyczyną utraty przez Włocławek dofinansowania z Unii Europejskiej (ponad 28 mln zł);
  • wykonawcę robót budowlanych I etapu Inwestycji wybrano z naruszeniem zasady uczciwej konkurencji i równego traktowania wykonawców. Bezpodstawnie odrzucono ofertę najkorzystniejszą. Wykonanie prac zlecono innemu podmiotowi, za cenę wyższą o prawie 50 tys. zł;
  • problemy z jakością przebudowanej drogi pojawiły się już w trakcie prac. Stwierdzono je po siedmiu miesiącach od odebrania prac I etapu i po niespełna roku na skrzyżowaniu modernizowanym w ramach II etapu. W tym kontekście szczególną uwagę zwraca włączenie wykonawcy robót budowlanych w skład komisji, która dokonała odbioru I etapu inwestycji. W konsekwencji sam wykonawca brał udział w ocenie prawidłowości wykonanych przez siebie prac, co rażąco naruszało interesy zamawiającego. Dodatkowo NIK ustaliła, że Dyrektor Miejskiego Zarządu Dróg nie egzekwował od inżyniera kontraktu I etapu realizacji obowiązków wynikających z umowy, w szczególności dotyczących udziału tego inżyniera w pobieraniu próbek do badań laboratoryjnych mających zweryfikować jakość materiałów i robót.

Zdaniem NIK nadzór Prezydenta Włocławka nad Miejskim Zarządem Dróg był daleko niewystarczający: prezydent podejmował działania sporadycznie, w jednostkowych przypadkach i po wystąpieniu nieprawidłowości, których skali i skutków nie można już było ograniczyć. Przykładem takiego działania była kontrola zlecona przez Prezydenta w Miejskim Zarządzie, której wyniki wskazywały na naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

Mimo to Prezydent nie skierował niezwłocznie odpowiedniego zawiadomienia, co doprowadziło do przedawnienia części czynów.  Z uwagi na fakt, iż przedmiotem kontroli były jedynie dwa spośród czterech etapów inwestycji, NIK zaleciła Prezydentowi Włocławka całościowe jej rozliczenie, w tym nałożenie na wykonawców ewentualnych kar umownych.

W związku z ustaleniami kontroli Delegatura skierowała do Prokuratury Okręgowej we Włocławku zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa polegającego na niedopełnieniu obowiązków przez funkcjonariuszy publicznych. Zdaniem NIK doprowadzili oni swoimi działaniami (lub ich zaniechaniem) do szkody w wielkich rozmiarach w budżecie miasta (czyn z art. 296 § 3 k.k.). NIK wskazuje przede wszystkim na odbiór wadliwie sporządzonej dokumentacji projektowej, która nie została odpowiednio zweryfikowana. Wady dokumentacji spowodowały na etapie prac budowlanych konieczność zlecania robót nieprzewidzianych w projekcie, często z naruszeniem przepisów o udzielaniu zamówień publicznych. W ten sposób Włocławek utracił ponad 28 mln zł dofinansowania z Unii Europejskiej, a koszt realizacji I etapu inwestycji zwiększył się o prawie 14 mln zł (z 39,5 mln zł do 53,3 mln zł).

A. Stefaniak (DMK): Eskalacja wojny na Ukrainie może osłabić złotego. Frank powyżej 4 zł znów prawdopodobny

Rynek walutowy z uwagą obserwuje wieści z frontu wojny na Ukrainie. Uspokojenie sytuacji utrzyma franka na względnie słabym poziomie i umocni złotego. Eskalacja konfliktu może przynieść ponowne osłabienie polskiej waluty i kurs franka na poziomie od 4 zł, a nawet 4,4 zł.

Po dramatycznym skoku w połowie stycznia kurs franka ustabilizował się w okolicach 3,9 zł. To znacznie niżej niż 4,4 zł, które frank kosztował zaraz po ogłoszeniu przez centralny bank Szwajcarii, że przestaje bronić swej waluty przed wzrostem wartości wobec euro. Znacznie więcej jednak niż niespełna 3,6 zł, które za franka płacono przed tą decyzją.

– Zachowanie złotego w ostatnich kilku tygodniach jest niezwykle ciekawe ze względu na to, że postępuje w zdecydowanej sprzeczności z tym, co się dzieje na innych walutach regionu – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Stefaniak, główny dealer walutowy DMK.

Obecnie głównym zagrożeniem dla stabilnych notowań pary frank/złoty jest sytuacja na Ukrainie i rozwój tamtejszych wydarzeń. Jeżeli dojdzie do zaostrzenia sytuacji, złoty może dodatkowo silnie tracić na wartości.

Myślę, że ten scenariusz jest na razie jeszcze scenariuszem bazowym – ocenia Andrzej Stefaniak, przypominając, że gdy pojawia się ryzyko wojny inwestorzy starają się trzymać swe środki w jak najbardziej bezpiecznych aktywach. – Wszystko zależy od geopolityki, czyli od sytuacji na Ukrainie. Jeżeli będzie nowa ofensywa, jakaś eskalacja, to wtedy jest to możliwe. Ryzyko geopolityczne jest teraz największym ryzykiem i rynki będą podlegały tym informacjom z linii frontu.

Frank szwajcarski jest uznawany za jedną z najbezpieczniejszych walut świata. Gdy rośnie napięcie geopolityczne, inwestorzy kupują go automatycznie.

– Rynek jest wrażliwy na te informacje z Europy, czyli z Ukrainy – zwraca uwagę główny dealer walutowy DMK. –  I jeżeli nastąpi eskalacja, to myślę, że frank zacznie się umacniać globalnie, czyli para frank do złotego na pewno wróci wtedy do poziomu 4,0 i będzie możliwość zobaczenia tych poziomów maksymalnych ze stycznia, czyli 4,40 lub nawet trochę wyżej.

Jeżeli do tego dojdzie, można oczekiwać interwencji banku centralnego Szwajcarii. Dla gospodarki tego kraju zbyt mocna waluta nie jest korzystna ze względu na eksport. Na rynek dotarły już informacje, które sugerują, że jeżeli dojdzie do kolejnej fali umocnienia się franka szwajcarskiego, to tamtejszy bank centralny może znowu obniżyć stopy procentowe.

– Była to informacja, że bank centralny może interweniować, jeżeli para, ta główna z frankiem szwajcarskim, czyli euro do franka spadnie w okolicach parytetu, czyli 1,00 – podkreśla Andrzej Stefaniak z DMK. – Jeżeli tak będzie, to wtedy frank-złoty zbliży się do poziomu euro-złotego, czyli do poziomu obecnie około 4,15.

J. Piechociński: Wszystkie programy unijne wspierające innowacyjność są zatwierdzone. Pierwsze środki ruszą w II połowie roku

Na początku II półrocza rozpocznie się nabór wniosków do głównych programów operacyjnych UE w zakresie innowacyjności i działalności naukowo-badawczej. Polska ma już zatwierdzone wszystkie programy sektorowe i wojewódzkie z nowej perspektywy unijnej 2014-2020. Wicepremier Janusz Piechociński zapewnia, że istotnym celem jest zmiana proporcji generowania projektów, tak aby nawet 2/3 z nich wynikało z realnych potrzeb przedsiębiorstw.

– W całej perspektywie na innowacyjność przeznaczymy 25 mld zł. Już w pierwszych tygodniach drugiego półrocza rozpoczniemy aplikacje i będziemy docierać z środkami do pierwszych beneficjentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Janusz Piechociński, wicepremier i minister gospodarki. – Tym razem Polska sprawnie poradziła sobie z kwestiami związanymi z programami sektorowymi, z ich zatwierdzaniem. Wszystkie są zatwierdzone, podobnie jak programy wojewódzkie.

Głównym programem operacyjnym nowej perspektywy unijnej 2014-2020 w zakresie budowy innowacyjności przez środowisko naukowo-badawcze będzie program Wiedza Edukacja Rozwój (z pulą środków 4,69 mld euro). Z kolei NCBiR prowadzi m.in. programy sektorowe INNOLOT i INNOMED, które odpowiadają za opracowanie innowacyjnych rozwiązań dla przemysłu lotniczego i medycyny.

Minister gospodarki zwraca uwagę na to, że Polska jest już gotowa na uruchomienie pierwszych nowych naborów, choć w tym roku jeszcze będą kończone wnioski z pierwszej perspektywy UE, głównie w sektorze nauki, czyli szkolnictwa wyższego, instytutów badawczych. Piechociński zaznacza, że to gospodarka ma zamawiać stosowne projekty, a instytuty i ośrodki naukowo-techniczne – projektować konkretne rozwiązania i je realizować.

– Jednocześnie w tej samej perspektywie unijnej do 2020 roku chcemy odwrócić proporcje, tak by z obecnej 1/3 środków prywatnych w wydatkach na B+R zrobić 2/3, a więc zastosować mechanizm mnożnikowy. Dzięki temu sektor przedsiębiorstw będzie generował więcej projektów i środków – podkreśla wicepremier.

Janusz Piechociński uzupełnia, że kluczowa przy ocenie projektów, m.in. w NCBiR, jest ich szybka realizacja i adaptacja do polityki gospodarczej, tak aby środki te przyczyniły się do podniesienia konkurencyjności polskiej gospodarki, która dzięki temu lepiej mogłaby stawiać czoła rosnącym wyzwaniom na światowym rynku.

– Innowacyjność to zmiana postaw, a nie tylko technika, technologia i organizacja produkcji. To także człowiek, kapitał ludzki i społeczny. Dlatego próbujemy dokonać swoistej socjalizacji tego obszernego procesu innowacyjności, także na poziomie zespołów ludzkich, grup badawczych, relacji pomiędzy instytutami i gospodarką czy już bezpośrednio w samym przedsiębiorstwie – zaznacza wicepremier.

Jak przekonuje, przy zmianach w gospodarce należy patrzeć na perspektywy rynków, z którymi Polska współpracuje, sprzedając produkt czy wytworzoną usługę.

– Polityka gospodarcza dzisiaj to nie jest zarządzanie procesami innowacyjności, to także oddziaływanie poprzez kapitał, którym dysponujemy, w  tym duże środki unijne, poprzez przedsiębiorców, poprzez ponad 100 tys. pracowników naukowych, z czego 60 tys. ma minimum stopień doktora, i poprzez coraz więcej centrów badawczo-rozwojowych – podsumowuje Janusz Piechociński.

Jego zdaniem m.in. dlatego w programie rozwoju przedsiębiorstw Polska kładzie nacisk na wyłonienie i rozwój klastrów wzorcowych, które pomogą znaleźć obszary szczególnej polskiej specjalizacji.

Eksport wieprzowiny poza UE spadł o połowę. Producenci mięsa są jednak optymistami

CEO Magazyn Polska

Ubiegły rok nie był szczęśliwy dla branży mięsnej. Rosyjskie embargo na polskie mięso i wykryte przypadki afrykańskiego pomoru świń zablokowały eksport na rynki wschodnie i do krajów azjatyckich. Eksport wieprzowiny poza kraje Unii Europejskiej spadł o 46 proc. Dobrze rozwija się natomiast eksport do krajów unijnych. Eksperci prognozują, że uda się utrzymać rynki i zwiększyć eksport.

– Wiele działań eksportowych jest blokowanych przez embargo i problemy związane z afrykańskim pomorem u dzików. Utraciliśmy na jakiś czas rynki bardzo rozwinięte, takie jak Chiny, Korea czy Japonia – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego.

Chiny i Rosja to najwięksi odbiorcy polskiego mięsa. W 2013 roku sprzedano tam ponad 150 tys. ton wieprzowiny. Rynki azjatyckie były dotychczas największym konsumentem mniej wartościowych produktów mięsnych. To właśnie tam sprzedawano mięso, które w Polsce i Europie cieszyło się mniejszym zainteresowaniem.

Rynki krajów trzecich zostały zastąpione rynkami unijnymi i eksport w ramach Unii Europejskiej bardzo dobrze się rozwijał. Mam nadzieję, że w tym roku uda nam się te rynki utrzymać, a jednocześnie zwiększyć wolumen eksportowy – ocenia Różański.

Jak wynika z danych FAMMU/FAPA eksport polskiej wieprzowiny na rynki poza Unią Europejską spadł aż o 46 proc. W całym 2014 roku wyeksportowano 620 tys. ton tego mięsa, przy 709 tys. ton w 2013 roku. Agencja Rynku Rolnego podaje, że wzrósł natomiast eksport drobiu (867 tys. ton, wzrost o 20 proc.) i wołowiny (361 tys. ton, czyli 2 proc. więcej niż w 2013 roku).

Ekspert zaznacza, że działania promocyjne, które są możliwe dzięki środkom z Unii, pozwolą na zdobycie kolejnych rynków, część zakładów mięsnych ma jednak duże problemy z dotarciem do nowych odbiorców.

Bardzo wielu polskich przedsiębiorców ma kłopoty z lokowaniem swoich produktów na rynku krajowym, unijnym czy na rynkach krajów trzecich. Wycofują się z działań promocyjnych, bo po prostu ich na to nie stać – tłumaczy Różański.

Raport Ryzyka Branżowego Bisnode Polska wskazuje, że w wyniku embarga i afrykańskiego pomoru świń spadły wyniki wielu firm. W styczniu tego roku w dobrej i bardzo dobrej sytuacji finansowej znajdowało się 45,1 proc. zakładów mięsnych. Rok wcześniej odsetek ten był znacznie wyższy – 80,4 proc. Wzrosła także liczba firm, które znajdują się w bardzo złej sytuacji (z 6,8 na 11,6 proc.).

Każdy jednak walczy. Chwała polskim producentom, że nie poddają się w tych trudnych sytuacjach, tylko chcą stwarzać miejsca pracy i chronić zakłady przed likwidacją – podkreśla prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego.

ZAiKS: akcja „Nie płacę za pałace” ma spowolnić wydanie nowego rozporządzenia w sprawie opłaty reprograficznej

Konflikt między Stowarzyszeniem Autorów ZAiKS a producentami sprzętu elektronicznego się nasila. Dwa miesiące temu importerzy i producenci z branży RTV zainicjowali akcję „Nie płacę za pałace”, sugerując, że objęcie opłatą reprograficzną smartfonów i tabletów służy prywatnym interesom ZAiKS. Z kolei zdaniem Stowarzyszenia Autorów akcja ma spowolnić wydanie zaktualizowanego rozporządzenia z wykazem sprzętów objętych opłatą przez ministra kultury.

– O ideę akcji „Nie płacę za pałace” pewnie trzeba zapytać jej inicjatorów, bo jest to ewidentnie wprowadzenie w błąd odbiorców, konsumentów kultury, a także tych, którzy zobowiązani są do opłaty reprograficznej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Lewandowski, dyrektor generalny Stowarzyszenia Autorów ZAiKS.

Akcja „Nie płacę za pałace” została zainicjowana w styczniu przez Związek Importerów i Producentów Sprzętu Elektronicznego Branży RTV i IT. Kluczowym aspektem akcji jest petycja skierowania do premier Ewy Kopacz, minister kultury Małgorzaty Omilanowskiej oraz posłów, w której zwolennicy akcji mogą wyrazić swój sprzeciw przeciwko działaniom ZAiKS. Na Facebooku akcja zgromadziła już prawie 11 tys. fanów.

– Producenci i importerzy, którzy zgodnie z prawem zobowiązani są do wnoszenia opłat z tytułu urządzeń, które pozwalają na utrwalanie, i zwielokrotnianie twórczości nie chcą tych opłat wnosić od smartfonów i tabletów ­– podkreśla Lewandowski. –  Posługują się oni metodami brudnych rąk. Sięgają do argumentów, które nie mają nic wspólnego z samym problemem, żeby zdyskredytować wierzyciela. Bo obowiązek zapłaty z tytułu czystych nośników jest obowiązkiem ustawowym i obciąża zarówno producentów, jaki i importerów.

Opłata reprograficzna uiszczają zarówno producenci, jak i dystrybutorzy urządzeń i nośników umożliwiających kopiowanie utworów. Jej wysokość stanowi od 1 do 3 proc. ceny urządzenia i teoretycznie zakłada ona rekompensatę twórcom za straty wynikające z powielania utworów. Opłata dotyczy np. magnetowidów czy odtwarzaczy CD. ZAiKS proponuje, by do listy urządzeń dołączyć smartfony i tablety, co w konsekwencji odczują konsumenci ze względu na prawdopodobnie wyższą finalną cenę urządzenia.

Jak dodaje dyrektor generalny Stowarzyszenia Autorów ZAiKS, opłata reprograficzna istnieje w Polsce od 1994 roku. Natomiast specyfika tej opłaty polega na nakładaniu jej na nowe urządzenia, które zyskują na popularności. W 2008 roku znowelizowano rozporządzenie z wykazem urządzeń objętych opłatą, lecz obecnie najpopularniejsze smartfony i tablety nie znalazły się tam.

Ministerstwo zapytało, a my przekazaliśmy propozycję na temat tego, które urządzania powinny zostać objęte opłatą i w jakim stopniu – mówi Krzysztof Lewandowski. – Minister zgodnie z prawem o przygotowanie takiej opinii prosi również organizacje, które reprezentują producentów, albo samych producentów, także organizacje twórcze, a zebrawszy te opinie wydaje rozporządzenie.

Dyrektor ZAiKS zaznacza, że akcja „Nie płacę za pałace” podjęta przez ZIPSEE ma wpłynąć na minister kultury.

Jest to działanie, które ma spowolnić złożenie przez nią podpisu i zbadanie sprawy. Tak naprawdę jest to działanie, które ma doprowadzić do  zaniechania ustalenia tego, które nośniki i urządzenia oraz w jakiej wysokości powinny być objęte opłatą ­– podsumowuje Krzysztof Lewandowski.

Z drugiej strony ZIPSEE argumentuje, że ZAiKS już w ramach opłaty reprograficznej pobiera 26 mln zł, a próba rozciągnięcia jej na kolejne urządzenia służy dodatkowym zyskom, a nie faktycznemu zahamowaniu powielania utworów muzycznych i dodatkowemu wynagradzaniu twórców.

Capgemini chce zatrudnić 700 nowych pracowników. Szuka głównie specjalistów komputerowych

CEO Magazyn Polska

O ponad 10 procent zamierza zwiększyć w tym roku zatrudnienie w Polsce konsultingowo-outsourcingowa firma Capgemini. Poszukiwani będą głównie programiści. Ci wspierający zadania działów IT u klientów, jak i specjalizujący się w tworzeniu aplikacji.

Capgemini wykonuje zlecenia związane głównie z obsługą globalnych klientów korporacyjnych. Zajmuje się sektorem finansowym, motoryzacyjnym, produkcyjnym, a nawet produkcją filmową. W Polsce zatrudnia już ponad 6 tys. ludzi.

– Obserwujemy cały czas zainteresowanie naszymi usługami, dlatego już teraz mamy zaplanowane przyjęcie ponad 700 nowych osób w tym roku mówi agencji informacyjnej Newseria Dariusz Mazurek dyrektor zarządzający, członek zarządu Capgemini Polska. Z jednej strony są to usługi związane z pisaniem aplikacji. Mamy już we Wrocławiu zespół, który się tym zajmuje, ale zatrudnimy jeszcze ponad 300 osób. Ważne są także pozostałe zespoły, chociażby te zajmujące się usługami outsourcingowymi czy rozwiązaniami aplikacyjnymi, tu zatrudnienie zwiększymy o 400 osób.

Firma rekrutuje nowych pracowników we wszystkich pięciu miastach, w których prowadzi działalność: Warszawie, Krakowie, Katowicach, Opolu oraz Wrocławiu. Jak jednak deklaruje, w razie potrzeby może też otworzyć kolejne centrum kompetencyjne w nowym miejscu.

Śledzimy to, co się dzieje na rynku, i obserwujemy chociażby dynamikę rozwoju sektora usług outsourcingowych informuje Dariusz Mazurek. Tu mamy największą dynamikę. Ten biznes rozwija się w tempie 20 proc. rok do roku. Stąd też nasze plany zatrudnienia około 400 osób związane właśnie z samym outsourcingiem. Zatrudnimy także osoby ze zdolnościami programistycznymi, czyli te, które rozwijają aplikacje, piszą oprogramowanie.

Capgemini poszukuje osób, które z jednej strony mają kompetencje techniczne, czyli właśnie wykształcenie i doświadczenie programistyczne, z drugiej strony umiejętności językowe.

– Będąc firmą globalną, pracujemy dla klientów na całym świecie podkreśla dyrektor zarządzający, członek zarządu Capgemini Polska. – Dotychczas nasz zespół, który zajmuje się rozwojem aplikacji we Wrocławiu, głównie zatrudniał osoby ze znajomością języka niemieckiego, w tej chwili to nam się bardzo mocno rozwija, również wchodzimy na inne rynki, gdzie podstawowym językiem jest angielski.

W Polsce Capgemini specjalizują się też w pracy dla sektora usług komunalnych, energetycznego i gazowego. Dostrzega też dużo ciekawych projektów związanych z transformacją cyfrową sektora publicznego i w tym kierunku planuje rozwój.

– W ramach naszej całej działalności w Polsce poszukujemy zarówno absolwentów, jak i studentów, którym oferujemy bardzo interesujące praktyki. Poszukujemy także doświadczonych programistów, analityków, konsultantów, którzy są zaznajomieni ze specyfiką branż, w których my jesteśmy lub chcemy się rozwijać, a to jest głównie sektor usług publicznych, finanse oraz administracja publiczna.

Spadają zyski hurtowni spożywczych. Pomóc może zwiększenie sprzedaży

CEO Magazyn Polska

Mimo znaczącego spadku zysków w hurtowniach spożywczych większość z nich (ponad 85 proc.) jest w dobrej lub bardzo dobrej kondycji. Kluczem do utrzymania pozycji rynkowej jest zwiększanie asortymentu i wartości obrotów, bo w warunkach deflacji hurtownie nie mogą liczyć na podniesienie marży.

Hurtownie spożywcze, podobnie jak sieci handlowe, są w bardzo dobrej kondycji finansowej, ale dynamika ich wzrostu mocno spadła w porównaniu z 2011 i 2012 r. – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Kremser, dyrektor ds. rozwoju zajmującej się zarządzaniem ryzykiem biznesowym firmy Bisnode Polska. – W ostatnich dwunastu miesiącach nastąpiło nagłe spowolnienie wzrostu hurtowni. Za chwilę może się to przełożyć na spadek ich rentowności.

Jak wynika z analizy Bisnode Polska na temat sektora handlu artykułami spożywczymi, z ponad 120 objętych badaniem hurtowni 64 proc. jest w bardzo dobrej sytuacji finansowej, 21,4 proc. – dobrej, a zaledwie 14 proc. – w słabej i bardzo złej.

Deklaracjom teoretycznie przeczą statystyki. Wprawdzie najlepsze podmioty pomnażają swoje przychody, inwestując w dobrze rozwinięte sieci franczyzowe, ale z raportu wynika, że w 2013 roku wszystkie objęte analizą hurtownie wykazały łączny przychód w wysokości 33,1 mld zł, taki sam jak w 2012 roku. Rok wcześniej natomiast raportowały o 10 proc. większe przychody w stosunku do poprzednich dwunastu miesięcy. Znacząco spadły jednak zyski – w 2013 roku wykazały ponad 185 mln zł zysku, czyli ponad 66 proc. mniej niż w 2012 roku.

Przy spadku zysków rentowność z pewnością będzie malała – zauważa Robert Kremser. – Jedynym sposobem na to, żeby rosły przychody, jest zwiększenie wolumenu. Nie jest to jednak proste. Chłonność rynku i sieci handlowych też jest ograniczona, nie zwiększą nagle zakupów. Nie jest to więc proces szybki do przeprowadzenia, na pewno będzie rozłożony w czasie.

W tym roku, jak prognozuje dyrektor w Bisnode Polska, hurtownie spożywcze będą się zmagały z konsekwencjami deflacji, czyli spadku cen. Dlatego samo zwiększanie sprzedaży nie będzie oznaczało poprawy wyników.

Wymaga to także pewnego odbicia ceny. Wojna cenowa powinna się kończyć, może zmniejszy się deflacja, która mocno uderza zarówno w sieci handlowe, jak i hurtownie – uważa Robert Kremser. – Będzie to na pewno jeszcze trwało przez dwa pierwsze kwartały roku. Może druga połowa 2015 roku przyniesie odmianę.

Konsumenci coraz częściej sprawdzają wiarygodność firm, m.in. deweloperów i biur podróży

0

Do tej pory w biurach informacji gospodarczej konsumenci najczęściej sprawdzali własną wiarygodność płatniczą. Rzadziej sięgali po informacje o kondycji finansowej firm, z którymi planowali nawiązać współpracę. Jednak w ciągu ostatnich kilku lat świadomość konsumentów w zakresie sprawdzania wypłacalności firm, jak i własnej wiarygodności finansowej w biurach informacji gospodarczej wzrosła.

Takie informacje na temat wiarygodności przedsiębiorcy udostępniają biura informacji gospodarczej. Wprawdzie taka weryfikacja nie jest jeszcze powszechna, ale sięga po nią coraz więcej osób.

– Pierwszorzędne znaczenie dla konsumenta planującego współpracę z daną firmą powinno mieć to, czy jest ona wypłacalna, jak wygląda jej zdolność kredytowa oraz czy z takim przedsiębiorstwem można w ogóle prowadzić bezpiecznie interesy – mówi agencji informacyjnej Newseria Edyta Szymczak, prezes zarządu Rejestru Dłużników ERIF Biura Informacji Gospodarczej SA.

Jak wynika z danych Rejestru Dłużników ERIF BIG, konsumenci coraz częściej dbają o bezpieczeństwo zawieranych transakcji. Ruch w serwisie infokonsument.pl, który m.in. pozwala sprawdzić wiarygodność partnerów handlowych, wzrósł w ostatnim roku o blisko 40 proc. w stosunku do 2013 roku.

– Dla przeciętnego Kowalskiego przedmiotem sprawdzenia może być na przykład deweloper, firma turystyczna, biuro podróży czy sklep internetowy. W serwisie infoKonsument.pl drogą internetową można zweryfikować, czy dana firma aktualnie nie zalega ze zobowiązaniami finansowymi wobec jakiegokolwiek innego przedsiębiorcy czy gracza rynkowego – wyjaśnia Edyta Szymczak.

Tego rodzaju informacje są także przydatne podczas poszukiwania pracy. W biurach informacji gospodarczej można sprawdzić, czy przyszły pracodawca nie zalega z płatnościami wobec kontrahentów bądź  pracowników.

– Spektrum możliwych zastosowań serwisu infoKonsument.pl jest bardzo szerokie – podkreśla Edyta Szymczak. – Rejestr udostępnia bowiem również informacje pozytywne na temat przedsiębiorcy, który solidnie wywiązuje się ze swoich zobowiązań. Dla firmy, która je posiada, to dodatkowy atut, przewaga konkurencyjna. Zatem może ona wpłynąć na ostateczny wybór jej usług lub produktów przez konsumentów.

Prezes Rejestru Dłużników ERIF BIG prognozuje, że usługa ta będzie cieszyć się coraz większym zainteresowaniem wśród konsumentów. Podobnie było ze sprawdzaniem informacji na temat własnej wiarygodności finansowej.

– Polacy wiedzą, że jest to niezbędna procedura podczas ubiegania się na przykład o kredyt lub pożyczkę w instytucji finansowej. Warto wtedy znać informacje, jakimi na nasz temat dysponują uczestnicy rynku finansowego. Statystyka prowadzonego dla konsumentów w Polsce serwisu infoKonsument.pl wskazuje, że praktycznie każdy zarejestrowany użytkownik przynajmniej raz pobrał raport na swój własny temat – mówi Edyta Szymczak.

– Nieco gorzej jest jeszcze z nawykiem sprawdzania przez konsumentów wiarygodności płatniczej przedsiębiorców, dlatego Rejestr Dłużników ERIF popularyzuje bezpieczne zachowania konsumentów poprzez promocję tej usługi – dodaje Edyta Szymczak.

Rejestr Dłużników ERIF BIG chce zachęcać Polaków do weryfikacji danych na temat firm i podmiotów gospodarczych. Z okazji Światowego Dnia Konsumenta, przypadającego 15 marca, obniża ceny tej usługi. Do 26 kwietnia pierwsze sprawdzenie wiarygodności firmy w serwisie infoKonsument.pl będzie kosztowało 5 zł brutto, a każde następne – 1 zł. Poza promocją usługa kosztuje 35 zł.

Motorem wzrostu chińskiej gospodarki ma być popyt wewnętrzny. To szansa dla firm oferujących dobra konsumpcyjne i farmaceutyki

CEO Magazyn Polska

Rosną szanse polskich przedsiębiorców na eksport towarów do Chin. Motorem wzrostu tego kraju w większym niż dotychczas stopniu ma być popyt wewnętrzny. Mogą na tym zarobić firmy produkujące dobra konsumpcyjne i farmaceutyki oraz te, które nimi handlują.

Rząd chiński próbuje zmienić profil gospodarki chińskiej z nastawionej na inwestycje wewnętrzne i eksport  na popytu wewnętrzny i usługi – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Arkadiusz Taraszkiewicz, dyrektor regionalny firmy Atradius Credit Insurance, zajmującej się m.in. ubezpieczaniem kredytów kupieckich. – To będzie proces wieloletni, ale wszystko wskazuje na to, że popyt wewnętrzny, również na produkty importowane, powinien być coraz większy. Daje to potencjalne możliwości przedsiębiorcom, którzy będą eksportować wyroby przetworzone.

Dotychczas większość krajowej sprzedaży zagranicznej do tego kraju stanowiły surowce i dobra w niewielkim stopniu przetworzone. Tymczasem Chiny są głównym producentem, eksporterem i konsumentem węgla, w wyniku czego pojawia się potrzeba zakupu choćby maszyn górniczych.

Trzeba jednak pamiętać, że ostatni rok był dosyć trudny dla tamtejszej gospodarki – zauważa Taraszkiewicz. – Mimo że wzrost produktu krajowego brutto wciąż jest na poziomie 7 proc., wiele gałęzi gospodarki jest już przeinwestowana. Zjawisko to dotyczy branży stalowej i górniczej, których moce przekraczają potrzeby. Natomiast takie sektory jak farmacja czy branża elektroniczna wciąż rosną, i to w tempie dwucyfrowym.

Jak wynika z analizy firmy Atradius, bardzo dobrze jest kondycja firm z sektora rolnego i usług finansowych. Korzystne są także perspektywy współpracy z podmiotami rynku dóbr szybko zbywalnych (FMCG) oraz usług. Także sektor farmaceutyczny, jeden z największych na świecie, w najbliższych latach powinien nadal dynamicznie rosnąć.

Dość ryzykowne są natomiast branże stalowa i wydobywcza, bo tam jest nadprodukcja, zapasy zbyt wysokie, ceny surowców spadają, a firmy walczą z płynnością, tym bardziej że banki niechętnie zapewniają finansowanie – precyzuje Taraszkiewicz. – Natomiast w sektorach takich jak szeroko pojęte dobra konsumenckie, czyli od elektroniki, IT, poprzez meble, aż po farmaceutyki sytuacja jest dużo lepsza.

W każdym przypadku jednak, jak przestrzega Arkadiusz Taraszkiewicz, trzeba uważać, bo dane finansowe firm prywatnych w Chinach nie są przejrzyste i mogą błędnie odzwierciedlać rzeczywistą sytuację finansową przedsiębiorstwa.

Nawet banki zaczynają działać trochę nerwowo na tym rynku i bez ostrzeżenia wycofują linie kredytowe, szczególnie w branży stalowej – wskazuje Taraszkiewicz. – Oczywiście perspektywy w tym sektorze są, ale tak jak na wszystkich rynkach wschodzących, trzeba dwa razy się zastanowić zanim nawiąże się współpracę.

Powody kiepskiej sytuacji finansowej ewentualnego partnera mogą być rozmaite.

Jeżeli popatrzymy pod kątem form własności, to firmy prywatne mogą nie płacić z powodów kulturowych oraz dlatego że ich sytuacja finansowa tak naprawdę jest o wiele gorsza, niż wynikałoby z oficjalnych danych – przypuszcza Taraszkiewicz. – Podmioty państwowe natomiast płacą bardzo kiepsko, ale jednak regulują swoje należności, choć ich dane finansowe przeważnie nie są najlepsze.

Na rynku chińskim działa kilka wiarygodnych wywiadowni gospodarczych, takich jak Sinotrust czy Creditice. Informacje o kondycji ewentualnego partnera można także uzyskać, prosząc o tzw. dane zarządcze, czyli wewnętrzne. Zdaniem Taraszkiewicza pokażą one mniej więcej prawdziwy obraz firmy, choć dane te trudno dostać.

Chiny są największym partnerem handlowym Polski w Azji. Według szacunków Ministerstwa Gospodarki eksport krajowych przedsiębiorstw do tego kraju w 2013 roku osiągnął wartość 1,595 mld euro (wzrost o 17  proc.), a import – 14,573 mld euro (wzrost o 6 proc.). Ujemne saldo wyniosło 12,978 mld euro i było wyższe o 649 mln euro w stosunku do roku poprzedniego. W okresie od stycznia do grudnia 2014 roku import z Chin wzrósł o ponad 19 proc. i wyniósł 17,4 mld euro. Chiny tym samym zrównały się z Rosją pod względem importu towarów do Polski i zajmują drugie po Niemczech miejsce.