WPROST czwarty rok z rzędu najbardziej opiniotwórczym tygodnikiem w Polsce

Tygodnik WPROST czwarty rok z rzędu pozostaje najbardziej opiniotwórczym tygodnikiem w Polsce. W 2013 r. inne media powoływały się na publikacje WPROST 3043 razy. Tylko w prasie WPROST był cytowany 1145 razy.

Swoje dane opublikowały Instytut Monitorowania Mediów, który co miesiąc publikuje ranking „Najbardziej opiniotwórcze polskie media” oraz Newton Media, który bada liczbę cytatów w innych tytułach prasowych. Wśród materiałów opublikowanych na łamach tygodnika WPROST największym zainteresowaniem innych tytułów prasowych cieszyły się m.in. teksty Bartosza Janiszewskiego „Fundacja na rzecz prezesa” (nr 8/2013), w którym opisano problemy prezesa fundacji KidProtect.pl, Magdaleny Rigamonti „Mata Hari Kaczyńskiego” (nr 10/2013), o pozyskaniu przez Ilonę Klejnowską z Prawa i Sprawiedliwości poufnych informacji na temat Solidarnej Polski oraz Michała Majewskiego, Sylwestra Latkowskiego i Cezarego Bielakowskiego „Nowak – złote dziecko Tuska” (nr 17/2013). Za cykl publikacji na temat ministra Nowaka jego autorzy dostali Grand Press 2013 w kategorii „Dziennikarstwo śledcze”. Bartosz Janiszewski za swój tekst otrzymał nominację do Grand Pressa w kategorii News.

Dlaczego Twoja marka powinna znaleźć się na Instagramie?

Wielu ludzi frazę „social media” jednomyślnie kojarzy z Facebookiem. Jest to jednak jedynie część większej całości. Warto poszerzyć dystrybucję swoich komunikatów o inne pola, zwłaszcza w dobie ograniczania zasięgów na platformie Zuckerberga. Dobrym ruchem dla marek wydaje się rozszerzenie działalności na Instagrama. Czy słusznie?

Na początek garść statystyk. Serwis, który powstał w 2010 roku, ma w tym momencie 150 milionów aktywnych użytkowników w miesiącu. Codziennie, loguje się tam przynajmniej 70% zarejestrowanych użytkowników. Do tej pory zamieszczono tam ok. 16 miliarda zdjęć, dziennie średnio 55 milionów. Co sekundę zdjęcia te zbierają ok. 8500 polubień.

Czemu więc nie skorzystać z tego medium do komunikacji naszej marki? Na ten pomysł wpadło już wiele firm, jednak wciąż jest to niezagospodarowany rejon. Instagram bowiem stał się znaczącą częścią mobilnego życia wielu użytkowników, zmieniając ich w tzw. instagram junkie, czyli osoby uzależnione od dzielenia się swoim życiem na tej platformie.

Mimo, że perspektywa skorzystania z takiej bazy jest kusząca, warto pamiętać o regułach panujących na tym portalu – komentuje Bartłomiej Pałacki, Social Media Manager GRUPA 365 NET – Przede wszystkim Instagram nie jest przedłużeniem naszej działalności na Facebooku. Oczywiście – można i należy nawet łączyć te platformy w strategii komunikacyjnej – jednak treści które zamieszczamy, powinny się od siebie znacząco różnić. Facebook jest przede wszystkim nastawiony na informacje, natomiast Instagram na wrażenia, sprzedawanie emocji. – dodaje.

Instagram przede wszystkim sprawdza się również jako wsparcie komunikacyjne dla organizowanych przez markę eventów. Facebook bowiem bardzo ogranicza zasięgi postów, które zamieszczane są po kolei w małych odstępach czasu, natomiast na Instagramie nie ma tego problemu. Kolejną jego zaletą jest zdecydowanie lepsza responsywność jeśli chodzi o hashtagi, które na Facebooku się nie sprawdziły. Instagram ma również wielką przyszłość jako aplikacja mobilna, gdyż jak wynika z raportu IAB, ze smartfonów korzysta już 6 milionów Polaków, a liczba ta w przeciągu roku znacząco się zwiększy.

Z pewnością nie są to informacje, obok których należy przejść obojętnie. Wynika z nich bowiem dobitnie, że rozszerzanie swojej promocji o ten serwis, zdecydowanie się opłaci i otworzy nowe drogi dla marketerów i specjalistów od social media, ponieważ o ile mówienie o końcu Facebooka w najbliższym czasie wydaje się przesadzone, o tyle nie zaszkodzi przygotować się na taką ewentualność zawczasu.

Virtualo podsumowuje rok 2013 i przedstawia prognozę na 2014. Sprzedało prawie pół miliona książek elektronicznych

Nowe usługi, debiut nowych podmiotów oraz agresywna walka o miejsce na rynku – 2013 rok obfitował w ciekawe wydarzenia i istotne zmiany na rynku książek cyfrowych. Firma Virtualo, należąca do grupy Empik zakończyła rok z dobrym wynikiem sprzedażowym umacniając pozycję lidera w branży e-booków.

Dynamiczny wzrost sprzedaży książek cyfrowych

Wielkość sprzedaży na rynku e-booków w 2013 roku Virtualo oszacowało na poziomie 22 mln zł netto. Sprzedaż największego dystrybutora na rynku e-książek wzrosła prawie dwukrotnie w stosunku do 2012 roku. W 2013 roku pojawiły się natomiast znaczne różnice pod względem dynamiki wzrostu sprzedaży między różnymi podmiotami. Wahają się one między 10% a 400% wzrostu w stosunku do poprzedniego roku. Wynika to z doświadczeń, jakie nabyły wydawnictwa i sklepy o największej aktywności marketingowej i sprzedażowej. To one radzą sobie obecnie najlepiej na rynku e-booków i notują największe wzrosty sprzedaży. Miniony rok 2013 był dla nas dużym wyzwaniem i jednocześnie szansą, aby umocnić pozycję lidera na rynku e-booków – mówi Robert Rybski, Prezes Virtualo. Dzięki skutecznej strategii udało się osiągnąć założone, ambitne cele sprzedażowe i zamknąć rok dobrym wynikiem finansowym – dodaje. W 2013 roku Virtualo sprzedało prawie pół miliona książek elektronicznych – w tym 400 tysięcy w sprzedaży na sztuki i 100 tysięcy w innych modelach biznesowych.

Obecnie Virtualo współpracuje z 350 wydawcami i posiada ofertę ponad 31 tysięcy e-książek, wśród których ponad 15 tysięcy to treści komercyjne, w tym najważniejsze bestsellery i nowości, a także ponad 2 tysięcy audiobooków. Praktycznie wszystkie tytuły z kategorii beletrystyka dostępne są bez DRM i w opcji wygodnego multiformatu, co z pewnością zachęca do zmiany czytanej wersji z książki papierowej na e-bookową. Dodatkowo obserwujemy ciekawy trend – w 2013 roku Klienci, którzy kupowali e-booki już w 2012 roku, w 2013 kupili ich średnio o 40% więcej, możemy zatem stwierdzić, że w ich przypadku czytanie e-booków poskutkowało wzrostem czytelnictwa z 3,1 do 4,4 książki cyfrowej – komentuje Małgorzata Błaszczyk, Marketing Manager Virtualo.

Dynamikę wzrostu rynku e-booków, mimo nadal spadającego w Polsce czytelnictwa, kształtuje rosnąca liczba Klientów nabywających legalnie treści cyfrowe. Wśród najczęściej wybieranych przez nich gatunków literackich dominuje: literatura piękna, obyczajowa, proza, powieści, literatura faktu, które stanowią 32% wszystkich zakupów. W drugiej kolejności czytelnicy wybierają e-booki kryminalne, sensacyjne, horrory i thrillery – 26%. W 2013 roku dużą popularnością cieszyły się także romanse i erotyki – 10% oraz fantastyka 9%. Po 5% stanowiła również sprzedaż e-booków w kategoriach: nauki społeczne i historia; biznes oraz nauka języków obcych i podróże. Średnia cena e-booka w najbardziej popularnej kategorii – literatura piękna wynosiła 19,50zł brutto. E-bookowym bestsellerem 2013 roku został „Bezcenny” Zygmunta Miłoszewskiego.

Mimo dynamicznego wzrostu, na rynku e-booków nie ma dużo miejsca na nowe podmioty. Sklepy, które dopiero planują budować swoją pozycję i markę na tym rosnącym rynku muszą być przygotowane na silną rywalizację oraz ogrom pracy do wykonania. Obecnie działające podmioty bardzo mocno walczą o nowych Klientów, głównie ceną. Branże czeka również konsolidacja, wiele mniejszych sklepów może nie przetrwać kolejnego roku. Sprzedaż e-booków nie jest sprawą łatwą i wymaga zaufania Klientów, które buduje się latami – mówi Małgorzata Błaszczyk, Marketing Manager Virtualo. Kluczową kwestią jest dostęp do zakupionych treści cyfrowych, a mniejszy podmiot, którego przyszłość jest niepewna nie może zagwarantować swoim odbiorcom, że utrzyma się na rynku- dodaje.

Nowe usługi i projekty ważne dla branży

W 2013 roku Virtualo zrealizowało nowe projekty dla rynku książek cyfrowych. Jednym z nich jest usługa B2B kierowana do wydawców – zorganizowany system do konwersji książek do różnych formatów cyfrowych. Wydawcy są coraz bardziej zainteresowani jakością swoich publikacji elektronicznych i łatwiej przekonać ich do tej inwestycji niż kilka lat temu – mówi Robert Rybski, Prezes Virtualo.

Uruchomienie nowych usług e-publishingowych to część strategii kompleksowej obsługi rynku e-booków od składu cyfrowego po dostarczenie produktów do klientów końcowych i obsługi biblioteki cyfrowej. Virtualo posiada zaawansowaną, zintegrowaną platformę do dystrybucji kontentu cyfrowego, która w 2013 roku została rozbudowana o moduł do cyfrowej dystrybucji gier do ściągnięcia, na sprzedaż których zdecydował się empik.com.

Rozwój technologii i zmiana pokoleniowa

Siłą napędową rozwoju rynku treści cyfrowych są duże zmiany w obszarze nowych technologii, jak również zmiana pokoleniowa. Ogromny wpływ na dynamikę rozwoju rynku e-booków ma fakt, iż użytkownicy coraz częściej korzystają z treści za pośrednictwem urządzeń mobilnych. Zwiększenie aktywności zawodowej i tempa życia powoduje, iż ludzie nie rozstają się z telefonami komórkowymi i tabletami, wykorzystując czas na e-lekturę w komunikacji miejskiej, domach czy kawiarniach. Z książek cyfrowych jak wynika z przeprowadzonego przez Virtualo badania w 2013 roku „E-czytelnik w wielkim mieście” korzystają najchętniej młodzi ludzie (ponad 50%) i aktywni zawodowo specjaliści (ponad 21%). Potwierdza to potrzebę edukowania i zachęcania do e-czytelnictwa osób po 50 roku życia, którym warto przybliżyć temat wirtualnych książek.

Zbyt wysoki VAT na książki cyfrowe i piractwo

Jedną z największych barier rozwoju rynku treści cyfrowych w Polsce jest wciąż 23% stawka VAT na książki elektroniczne w odniesieniu do książek tradycyjnych, obłożonych tylko 5% stawką VAT. Odczuwają to przede wszystkim konsumenci, którzy wyraźnie sygnalizują, iż e-książki powinny być tańsze, niż ich papierowe odpowiedniki wymagające wyższych kosztów magazynowania i logistyki.

Negatywnym zjawiskiem, które osłabia również potencjał rynku e-booków jest piractwo internetowe dotykające każdej branży, bazującej na sprzedaży produktów w sieciach internetowych.

Prognozy na rok 2014 i 2015 – utrzymanie tempa wzrostu rynku

Wartość polskiego rynku książek cyfrowych w 2014 i 2015 roku Virtualo szacuje na 40 i 60 mln złotych. Mimo iż obecnie nie przekracza on 2-3% całego rynku książki tradycyjnej, to jednak, w przeciwieństwie do rynku książki papierowej, szybko rośnie. Na wzrost sprzedaży w kolejnych latach będzie wpływać rosnąca popularność czytników e-booków oraz aplikacji na tablety i smartfony. Dużą szansą na jeszcze szybszy wzrost rynku byłoby również zrównanie stawki VAT na e-booki do poziomu 5%.

W 2014 zamierzamy podwoić sprzedaż osiągniętą w roku 2013. Jest to cel jak najbardziej realny, posiadamy doświadczenia, które umożliwiają nam aktywne kształtowanie sytuacji oraz osiąganie najlepszych wyników dla naszych partnerów biznesowych – podsumowuje Robert Rybski, Prezes Virtualo.

Chcesz otrzymać godną emeryturę? – licz na siebie!

Do myśli, że przeciętny Kowalski – zanim przejdzie na emeryturę – będzie musiał pracować dłużej, Polacy zdążyli się przyzwyczaić. I o ile praca do 67. roku życia nie wzbudza już tak ogromnych emocji jak na początku, o tyle teraz każdy zastanawia się, jaka będzie wysokość świadczenia emerytalnego w przyszłości. Nurtującym pytaniem jest również to, kto ją wypłaci – Zakład Ubezpieczeń Społecznych czy Otwarty Fundusz Emerytalny?

Emerytura to zwieńczenie wielu lat pracy, niejednokrotnie ciężkiej i okupionej wyrzeczeniami. Przechodząc na nią, każdy chciałby żyć nie tyle na wysokim poziomie – jeździć na wycieczki w ciepłe kraje i w pełni korzystać z uroków życia na starość. Większość Polaków przede wszystkim nie chciałaby martwić się o to, że otrzymując pieniądze z emerytury musi wybierać – uiścić opłaty za mieszkanie czy kupić leki i żywność. Niestety rzeczywistość jest przykra. Comiesięczne wypłaty emerytur i coroczne waloryzacje zależą od bieżącej sytuacji gospodarczej kraju oraz decyzji polityków. Jedno jest pewne – w wyniku starzenia się społeczeństwa za kilkadziesiąt lat Polski nie będzie stać na wypłatę godziwych świadczeń.

Na jaką emeryturę z ZUS mogą liczyć 20-, 30-, 40-latkowie? Tego nikt nie umie powiedzieć. Jak zaznacza Zbigniew Derdziuk, Prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych „[…] wypłata świadczenia emerytalnego zależy od tego, kto ile pracuje i jaki ma rodzaj umowy. Dzisiaj młodzi ludzie nie mają stałej pracy, składki są niższe, dlatego słuszne jest, żeby budować tę bazę składkową nie tylko na dzisiaj, ale i na przyszłość. […] Składki można kontrolować. Na stronie ZUS-u można się zalogować i zobaczyć, ile zapłaciliśmy składek, jaka jest nasza przyszła emerytura.”

Emerytura wchodzącego na rynek pracy społeczeństwa będzie głodowa – podkreślają twórcy „Raportu o sytuacji ZUS”. Mariusz Pawlak, główny ekonomista Związku Pracodawców i Przedsiębiorców zaznacza, że „Głównym przesłaniem było pokazanie jak największej liczbie ludzi, że muszą zadbać sami o własną emeryturę. ZUS jest tak naprawdę tworem, który będzie istniał dopóki będzie mógł się zadłużać. A powiedzmy, że ten poziom już został osiągnięty.”

Stąd też teza postawiona przez twórców raportu, że w ciągu najbliższych lat ZUS zbankrutuje. W perspektywie średnio- i długoterminowej nie jest możliwe wypłacanie obecnie gwarantowanych świadczeń emerytalnych. Konieczne są strukturalne reformy systemu emerytalnego lub zwiększona presja fiskalna.

Zakład Ubezpieczeń Społecznych nie zbankrutuje, a świadczenia będą wypłacane, bo jest to jeden z podstawowych obowiązków państwa – zaznacza Władysław Kosiniak-Kamysz, Minister Pracy i Polityki Społecznej. „Oczywiście system musi ulegać zmianom i my te zmiany wprowadziliśmy. Zaproponowaliśmy chociażby wydłużenie wieku emerytalnego, zmiany w emeryturach mundurowych, emerytury pomostowe. To wszystko jest elementem niezmieniającym systemu. To ewoluuje, następuje cały czas – chociażby decyzje w sprawie OFE.”

W myśl ustawy jaka weszła w życie, każdy pracujący i płacący składki sam wybierze, czy chce przekazywać je do OFE, czy do ZUS. Łukasz Piechowiak, Główny Ekonomista portalu Bankier.pl wyjaśnia, że można zrobić to na 3 sposoby: „[…] pójść do ZUS czy OFE osobiście, wysłać list albo zrobić to drogą elektroniczną. Decyzję podjąć trzeba, inaczej zostaniemy z całym dobrodziejstwem przeniesieni do ZUS-u i wtedy nie będzie pola manewru.” Mamy na to czas od 1 kwietnia do 1 lipca 2014 r., albo przy rozpoczęciu pierwszej pracy. Swoją decyzję będzie można zmienić dopiero w 2016 r., a następnie co cztery lata.

Co wybrać? ZUS czy OFE? Eksperci nie widzą różnicy. Jak podkreśla Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Pracodawców i Przedsiębiorców „My jesteśmy zwolennikami emerytury obywatelskiej. To jest chyba jedyne wyjście w tej sytuacji demograficznej, czyli emerytura w wysokości 900-1000 złotych – równa dla wszystkich po przekroczeniu określonego wieku. Ten wiek prawdopodobnie będzie musiał być podnoszony, na 67 latach się nie skończy.”

Ustawa restrukturyzująca system emerytalny została podpisana przez Prezydenta Bronisława Komorowskiego 27 grudnia ubiegłego roku. Jednocześnie podjął on decyzję o przekazaniu ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Wniosek o zbadanie, czy jest ona zgodna z Konstytucją trafił do Trybunału w ostatni piątek. Zatem losy przyszłych emerytów póki co nie są jeszcze znane.

NIK sprawdzi jak polska administracja jest przygotowana do skorzystania z unijnych pieniędzy

82,5 mld euro może otrzymać Polska z budżetu UE w ramach unijnej polityki spójności. Nieprzestrzeganie europejskich regulacji może grozić utratą pieniędzy. NIK sprawdzi jak polska administracja jest przygotowana do skorzystania z unijnych pieniędzy w nowym okresie finansowania. Kontrola rozpoczyna się dzisiaj o 10.00 panelem ekspertów. Gospodarzem prowadzącym dyskusję z ekspertami będzie Prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski. W panelu stronę kontrolowanych podmiotów reprezentuje m.in. wicepremier Elżbieta Bieńkowska.

Rok 2014 rozpoczyna nową perspektywę budżetową Unii Europejskiej na lata 2014 – 2020. Polska stanie się jednym z największych beneficjentów funduszy unijnych. W ramach polityki spójności realizowanych będzie sześć programów krajowych oraz szesnaście programów regionalnych. Aby w pełni wykorzystać dostępne środki polska administracja musi podjąć skuteczne działania w zakresie wdrożenia polityki strukturalnej.

Najwyższa Izba Kontroli sprawdzi, jak Polska radzi sobie z wdrażaniem nowej polityki strukturalnej, czyli przygotowaniem niezbędnych dokumentów programowych, przygotowaniem krajowego systemu procedur oraz instytucji odpowiedzialnych za prawidłowe wykorzystanie funduszy z UE, a także z wypracowaniem na gruncie prawa krajowego rozwiązań niezbędnych do sięgnięcia po środki unijne. NIK przeprowadzi czynności kontrolne w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju, które odpowiedzialne jest m.in. za przygotowanie wdrożenia funduszy strukturalnych i funduszu spójności, za uzgodnienia z Komisją Europejską szczegółowych warunków korzystania z tych funduszy oraz za przygotowanie sześciu krajowych programów operacyjnych. Izba skontroluje także zarządy województw, które z kolei odpowiadają za przygotowanie szesnastu regionalnych programów operacyjnych.

Kontrola rozpoczyna się panelem ekspertów. Przedstawiciele NIK, administracji rządowej i samorządowej oraz świata nauki, a także parlamentarzyści i reprezentanci organizacji pozarządowych będą dyskutować o najistotniejszych problemach i trudnościach, dotyczących systemu wdrażania polityki spójności na lata 2014 – 2020.

Największe niebezpieczeństwo, niosące groźbę opóźnień, stanowi ewentualne niezatwierdzenie przez Komisję Europejską umowy partnerstwa w terminie umożliwiającym rozpoczęcie realizacji programów i projektów jeszcze w 2014 roku. Na rozpoczęcie negocjacji z Polską Komisja przygotowała własne stanowisko. Może to spowodować wydłużenie rozmów oraz konieczność wprowadzenia zmian zarówno w projekcie umowy, jak i w projektach programów.

Opóźnienia mogą wystąpić również na etapie zatwierdzania przez Komisję Europejską krajowych i regionalnych programów operacyjnych. Jak wynika z wcześniejszych kontroli NIK (w latach 2007-2013) procedury uzgadniania zapisów w dokumentach trwały bardzo długo, czasami nawet około roku.

Inne problemy wiążą się z ustanowieniem systemów zarządzania i kontroli wykorzystania środków z UE. W przypadku niektórych programów nie podjęto bowiem jeszcze ostatecznej decyzji, które podmioty będą pełnić funkcję instytucji pośredniczących i wdrażających. Po raz pierwszy zadania instytucji certyfikującej, w przypadku programów regionalnych, będą realizować zarządy województw urzędy marszałkowskie. Istnieje ryzyko, że urzędy marszałkowskie nie dysponują odpowiednim potencjałem organizacyjnym i kadrowym.

Kolejne możliwe opóźnienia zostały wskazane w obszarze przygotowania i zatwierdzenia procedur wewnętrznych instytucji zaangażowanych w system zarządzania i kontroli. Może to wpłynąć bezpośrednio na opóźnienia we wdrażaniu programów. Bez przygotowanych procedur wewnętrznych Minister Infrastruktury i Rozwoju nie może wydać decyzji potwierdzającej (desygnacji) spełnienie warunków, które zapewniają prawidłową realizację programu operacyjnego. Takie potwierdzenie jest niezbędne do rozpoczęcia realizacji programów.

Problemy mogą pojawić się też w czasie przygotowania kontraktów terytorialnych, czyli umów pomiędzy rządem, a samorządami poszczególnych województw. Istnieje ryzyko, że dokumenty nie zostaną uzgodnione i podpisane w terminie.

I wreszcie, aby Polska mogła skutecznie wdrożyć unijne fundusze, musi dostosować prawo krajowe do nowych unijnych przepisów. System wdrażania polityki strukturalnej wymaga przygotowania szeregu aktów prawnych, które nieterminowo przyjęte – mogą wpłynąć na opóźnienia w wyborze i realizacji projektów w 2014 roku.

Dziś w Krakowie spotkanie w ramach Trójkąta Weimarskiego

Do 2020 roku udział przemysłu w PKB Unii Europejskiej ma wzrosnąć z 16 do 20 proc. Kraje członkowskie powinny dbać nie tylko o rozwój przemysłu, lecz także o jego konkurencyjność na arenie międzynarodowej. W tej sprawie Polska, Francja i Niemcy powinny mówić jednym głosem – uważa Olgierd Dziekoński, minister w Kancelarii Prezydenta RP. Dziś rozpoczyna się kolejne spotkanie w ramach Trójkąta Weimarskiego.

W czasie międzynarodowej konferencji „Gospodarczy Trójkąt Weimarski” przedstawiciele Francji, Niemiec i Polski oraz instytucji unijnych będą zastanawiać się, jak zwiększyć produkcję przemysłową w Europie. To ważne, by Unia stała się bardziej odporna na kryzysy. Niezbędna jest równowaga pomiędzy polityką klimatyczną a przemysłową.

 – Europa traci przemysł i stała się bardziej wrażliwa na kryzysy. W momencie kryzysu finansowego nastąpił odwrót od ideologii, która była dominującym przesłaniem w latach 90., że przemysł będzie zanikał, a na naszych rynkach będą dominowały usługi. Wydaje się, że powrót do wartości, jaką jest produkcja materialna, pokazuje, że przemysł stabilizuje gospodarkę i buduje jej konkurencyjność – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

Dla państw Trójkąta Weimarskiego przemysł jest ważną częścią gospodarki narodowej. W Niemczech 23 proc. PKB pochodzi z przemysłu przetwórczego, w Polsce powyżej 18 proc., a we Francji ponad 10 proc. Unijna średnia to 16 proc. Trzy kraje razem produkują 40 proc. unijnego PKB.

Współpraca przy rozwoju przemysłu jest konieczna, by osiągnąć unijny cel, czyli zwiększenie udziału przemysłu w PKB wspólnoty do 20 proc. do 2020 roku. Dziekoński podkreśla, że to istotne również ze względu na miejsca pracy i zarobki, które w przemyśle są średnio o 10-15 proc. wyższe niż w całej gospodarce.

W ocenie ministra niezbędne jest określenie wspólnych interesów pomiędzy Niemcami, Francją i Polską. Jeśli uda się wypracować wspólne stanowisko, szanse na jego realizację znacznie wzrosną. Tym bardziej że kwestie polityki przemysłowej mają być jednym z tematów marcowego spotkania Rady Europejskiej.

Dziekoński podkreśla, że trudnym, ale koniecznym zadaniem jest znalezienie równowagi pomiędzy polityką klimatyczną i przemysłową. Koszty energii nie mogą być zbyt wysokie, ale równocześnie nie można być przeciwnym ochronie środowiska.

 – W zmianach dotyczących polityki energetycznej możemy dostrzec również pewne szanse i możliwości. Efektywność energii to są również nowe miejsca pracy i nowe technologie. Również energetyka rozproszona oparta o tradycyjne źródła zasilania – węgiel, gaz – jest szansą na rozbudowywanie nowych źródeł wzrostu w sferze nowych technologii przemysłowych – przekonuje sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

W jego ocenie większe znaczenie przemysłu przyczyni się do wzrostu pozycji Unii Europejskiej na arenie światowej. Obecnie Europa ma ok. 24-proc. udział w handlu światowym, a większa konkurencyjność przemysłu może przyczynić się do wzrostu tego udziału. W tym celu niezbędne jest wykorzystanie potencjału naukowego i połączenie dużego potencjału intelektualnego Europy z możliwościami przemysłowymi.

W polityce przemysłowej duże znaczenie powinien mieć też przemysł obronny. Dziekoński przypomina, że w krajach takich, jak Stany Zjednoczone, Izrael czy Korea Południowa to właśnie przemysł wojskowy jest źródłem innowacyjności i sukcesu gospodarczego.

 – Zastanówmy się, czy w Europie nie powinniśmy pójść wspólnie tym samym tropem działania, ale do tego potrzebna jest wspólna strategia bezpieczeństwa europejskiego, o którą zresztą prezydent Bronisław Komorowski od wielu lat zabiega – ocenia Dziekoński.

Co roku liczba lotów nad Polską będzie rosła o 10 proc.

Od końca listopada w Polsce działa nowy system kontroli lotów, który docelowo pozwoli na zwiększenie przepustowości. Kontrolerzy ruchu lotniczego ostrzegają jednak, że potrzeba dalszych inwestycji, by sprostać rosnącemu ruchowi. Konieczne jest m.in. wprowadzenie pionowego podziału przestrzeni powietrznej oraz szkolenie nowych kontrolerów.

 – Polska 26 listopada 2013 roku wprowadziła nowy system zarządzania ruchem lotniczym. I w swoim założeniu w najbliższej dekadzie system ten ma pozwolić na znaczący wzrost możliwości całego systemu zarządzania ruchem lotniczym – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Janiszewski, przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego. – Nowy system zarządzania ruchem lotniczym będzie mógł spełniać swoje możliwości tylko w momencie, kiedy przede wszystkim przejdziemy na podział pionowy, czyli wdrożymy nowe struktury przestrzeni powietrznej oraz wyszkolimy dodatkowe kadry.

Nowy system był niezbędny, bo w Polsce w ciągu ostatnich dziesięciu lat ruch lotniczy się podwoił. Do tego nad naszym krajem przebiega wiele dróg lotniczych, które wykorzystywane są przez samoloty z innych krajów. Każdego dnia przez polskie niebo przelatuje nawet do 2,5 tys. maszyn. W miarę poprawy koniunktury w Europie ruch lotniczy będzie dalej rósł. Janiszewski szacuje, że można się spodziewać 10-proc. przyrostu liczby lotów rocznie.

Nawet w kilku ostatnich latach, gdy inne kraje w Europie notowały spadki, Polska utrzymywała rokrocznie kilkuprocentowe wzrosty liczby połączeń, pasażerów i operacji lotniczych. Jednak teraz wyzwaniem jest poprawa efektywności systemu kontroli ruchu lotniczego.

 – Musimy zacząć inwestować w kadry, bardzo mocno musimy inwestować przede wszystkim w sprzęt radionawigacyjny, jak radary, urządzenia radionawigacyjne, czy też potocznie mówiąc radia służące do komunikacji z pilotami w powietrzu. Jak również w reorganizację przestrzeni powietrznej i wdrożenie podziału pionowego – apeluje Janiszewski.

Podział pionowy przestrzeni powietrznej znacznie poprawi efektywność i zmniejszy obciążenie poszczególnych kontrolerów. W Polsce tzw. przestrzeń kontrolowana rozciąga się od wysokości 9,5 tys. stóp (ok. 2,9 km) do wysokości 46 tys. stóp (ok. 14 km), obejmuje także rejony lotnisk. Jest podzielona na sektory, czyli obszary kontrolowane przez jedną osobę i mające inne częstotliwości radiowe. W zależności od natężenia ruchu może ich być maksymalnie dziewięć.

Wprowadzenie podziału pionowego oznaczałoby podzielenie przestrzeni kontrolowanej również w zależności od wysokości. Ułatwiłoby to rozdzielenie m.in. samolotów startujących i lądujących (czyli znajdujących się niżej) od lecących na wysokości przelotowej.

Janiszewski dodaje, że mimo prowadzonych inwestycji, Polska jest jednym z najtańszych krajów pod względem kontroli ruchu lotniczego w Europie, co świadczy o dużej efektywności systemu. Zgodnie z unijnymi przepisami ceny usług świadczonych przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej nie mogą być wyższe niż ponoszone koszty i inwestycje.

 – Już od 2007 i 2008 roku Polska notuje bardzo dobre wyniki, jeśli chodzi o wzrost efektywności. Jesteśmy na trzecim miejscu w całej Europie, jeśli chodzi o efektywność zarówno kosztową, jak i operacyjną. Kosztową nawet lepiej, ponieważ koszty usług, jakie świadczymy na rzecz linii lotniczych, to tylko 35,52 euro. Natomiast pakiet Single European Sky, czyli jednolite europejskie niebo zakłada, że w latach 2015-2019 średnia opłata jednostkowa ma wynosić w Europie 53 euro – tłumaczy Janiszewski.

Zgodnie z danymi organizacji Eurocontrol, agendy zrzeszającej narodowych zarządców przestrzeni powietrznej, w styczniu w kontynentalnej części UE najtańsze były Irlandia (opłata jednostkowa 30,77 euro) oraz Grecja (34,68 euro). Tańsze od Polski były też m.in. przestrzeń nad portugalskimi wyspami na Atlantyku (10,60 euro), Gruzja (24,28 euro), Malta (27,76 euro), Armenia (30,78 euro), Turcja (32,12) oraz Mołdawia (34,96 euro). Wszystkie te kraje są członkami organizacji Eurocontrol. W krajach Europy Zachodniej opłata jednostkowa często wynosi ponad 70 euro, np. w Niemczech w styczniu było to 77,47 euro.

Unia Europejska nie jest gotowa na ujednolicenie prawa o dopalaczach

CEO Magazyn Polska

Według opinii Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego Unia Europejska nie jest gotowa na ujednolicenie przepisów dotyczących tzw. dopalaczy. Zdaniem sprawozdawcy tej opinii, Davida Searsa, brakuje jak dotąd dostatecznych informacji na ten temat. Ponadto problem ten występuje tylko w niektórych krajach Unii, a opinie na jego temat są zróżnicowane. 

 To była najtrudniejsza opinia, jaką kiedykolwiek napisałem, nie dlatego, że temat był skomplikowany, lecz dlatego, że brakowało nam danych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes David Sears, członek Grupy Pracodawców należącej do Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego, instytucji doradczej UE zrzeszającej przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego.

Tzw. nowych substancji psychoaktywnych, nazywanych w Polsce dopalaczami, jest w sumie ok. 300 rodzajów, a co tydzień powstaje nowy gatunek. Często – w przeciwieństwie do klasycznych narkotyków takich, jak kokaina, heroina czy marihuana – nie są one formalnie zdelegalizowane. Jednak również prowadzą do uzależnień, problemów zdrowotnych, a w skrajnych przypadkach – do śmierci. Dlatego przedstawiciele Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego podkreślają, że dopalacze powinny być traktowane jako problem zdrowotny i społeczny, a nie działalność przestępcza.

Ich zdaniem, Komisja Europejska nie jest jednak gotowa do stworzenia ujednoliconych przepisów w kwestii dopalaczy, m.in. z powodu braku wiarygodnych informacji oraz faktu pozostawania polityki zdrowotnej w gestii państw członkowskich. Dlatego też proponują pozostawienie na razie zróżnicowanego prawa w tej kwestii. Tym bardziej że problem nie dotyczy w równym stopniu wszystkich krajów europejskich, dlatego też poglądy na temat jego uregulowanie się różnią. 

 Dopalacze to przede wszystkim trend widoczny w państwach północnej Europy – mówi Sears. Najwięcej tych narkotyków przenika do Irlandii. Polska, Wielka Brytania i Łotwa również zaliczają się do największych użytkowników. To zjawisko jeszcze nie występuje w całej Europie, co czyni trudniejszym dojście do konsensusu, bo nie wszystkie kraje członkowskie widzą problem – dodaje ekspert. 

Kwestia ta jest o tyle trudna do uregulowania, że dopalacze są łatwo dostępne dla młodych ludzi przez internet. Biznes ten nie musi być powiązany z  rynkiem danego kraju, co znacznie utrudnia kontrolę.   

 Handel takimi substancjami to biznes, który prowadzą często młodzi, obyci z internetem ludzie, dla których jest to forma walki z systemem – mówi Sears. Wygląda to tak, że młodzi ludzie wysyłają zamówienia do firmy farmaceutycznej czy chemicznej w Indiach czy Chinach, mówiąc: „zróbcie tę molekułę, a my ją sprzedamy”. Wystarczy więc zamówić przez internet coś o egzotycznej nazwie i dostają towar kilka dni później pocztą.

W Parlamencie Europejskim pierwsze czytanie dotyczące nowych substancji psychoaktywnych zostanie zakończone przed majowymi wyborami. Z kolei Rada UE powołała grupę roboczą, która ma na celu uzgodnienie wspólnego stanowiska na temat dopalaczy do końca roku.

Dobra obsługa klienta zwiększa sprzedaż

CEO Magazyn Polska

Polscy konsumenci przy zakupach wciąż najczęściej kierują się ceną, ale coraz ważniejszym czynnikiem przy wyborze sklepu lub usługodawcy jest jakość obsługi. Przedsiębiorcy zwiększają więc nakłady na poprawę relacji z klientami. Efekty widać. Według Polskiego Programu Jakość Obsługi wskaźnik satysfakcji klientów z obsługi wynosi dziś 75 proc., a w ciągu ostatnich dwóch lat wzrósł o 14 punktów procentowych.

W ciągu kilkunastu lat polskie firmy przeszły długą drogę i w bardzo poprawiły jakość obsługi. Wyniki badań w ramach Polskiego Programu Jakości Obsługi porównane na przestrzeni ostatnich kilku lat organizatorzy nazywają cudem.

 – Jeszcze kilka lat temu wskaźnik satysfakcji konsumenta pod względem jakości obsługi w Polsce wynosił zaledwie 44 proc., podczas gdy w Stanach Zjednoczonych – 75-76 proc. W tym roku poziom satysfakcji polskich konsumentów wynosi już 75 proc., a w ciągu ostatnich dwóch lat wykonaliśmy skok aż o 14 punktów procentowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Bartoń, prezes Grupy VSC, organizatora programu.

Przedsiębiorcy dostrzegają już rolę jakości i chętnie w nią inwestują, tym bardziej że, zdaniem prezesa VSC, mogą liczyć na szybki i wyraźny zwrot z takiej inwestycji. 

 – Z przeprowadzonych przez nas analiz wynika, że badanie jakości obsługi realizowane przez tajemniczych klientów, na przykład w sklepach obuwniczych, zwraca się sześćdziesięciokrotnie. O tyle rośnie wartość sprzedanego obuwia, o tyle więcej klientów korzysta z usług firmy – przekonuje prezes VSC.

Jego zdaniem, nakłady firm na podwyższanie jakości obsługi, mimo że rosną, są wciąż za małe, ale przedsiębiorcy dojrzewają do takich decyzji.

 – Przygotowaliśmy szereg narzędzi i porad ułatwiających firmom podjęcie tej decyzji. Po prostu wyliczamy, że to się opłaci – podkreśla Bartoń.

Według VSC wpływ jakości na wyniki sprzedażowe jest tak duży, że większy sens mają wydatki na poprawę jakości obsługi niż na różne formy tradycyjnych reklam, których efekty są trudne do zmierzenia. 

 – W przypadku jakości obsługi ten efekt możemy mierzyć z dokładnością do pojedynczego klienta i to jest niezwykle cenne – informuje Mirosław Bartoń.

Jakość obsługi klienta jest równie ważna w przypadku firm działających w internecie. W niektórych branżach, jak np. pożyczek online, gdzie ceny są porównywalne, jest to główne kryterium, jakim kierują się konsumenci.

 – Gotówkę może dostarczyć każdy, możemy pożyczyć od znajomego lub od przedsiębiorstwa takiego jak Vivus. Z pewnego powodu klienci wybierają nas – mówi Piotr Kaczmarski, dyrektor Departamentu Obsługi Klienta Vivus Finance, firmy, która została jednym z laureatów nagrody Gwiazda Jakości Obsługi 2014. – Jestem przekonany, że wybierają firmę Vivus dlatego, że doceniają jakość i szybkość, z jaką reagujemy na ich potrzeby i dostarczamy naszą gotówkę na ich konto. Dziś to krócej niż 3,5 minuty. W przyszłości ten czas będzie jeszcze krótszy, w przyszłości będziemy potrafili dotrzeć do szerszego grona klientów.

Tegoroczne plany firmy są jasne: więcej klientów, więcej gotówki dla klientów i jeszcze lepsza obsługa. Dyrektor z firmy Vivus Finance uważa, że rynek będzie w dalszym ciągu ewoluował w kierunku modelu obsługi, w którym najważniejsze będą szybkość i łatwość, z jaką klienci mogą sięgać po produkty finansowe.

Samar: inwestycja Volkswagena w Polsce bardzo prawdopodobna. Dałaby 3 tys. miejsc pracy

CEO Magazyn Polska

Nie ma jeszcze oficjalnego potwierdzenia decyzji Volkswagena dotyczącej budowy nowego zakładu w okolicach Poznania. Jest ona jednak bardzo prawdopodobna. Dostawczy Crafter składany byłby przypuszczalnie tylko w naszym kraju. Warto przypomnieć, że działająca już w Polsce fabryka Volkswagena jest wyłącznym europejskim producentem modelu Caddy. Obecnie niemiecki koncern wydaje się być jedyną firmą motoryzacyjną, rozważającą budowę fabryki w naszym kraju. 

 – Większość producentów boryka się dziś z nadprodukcją w swoich zakładach zlokalizowanych w Europie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Badań Motoryzacyjnych Samar. – Pamiętajmy jednak, że polski rynek ma ogromny, wciąż niewykorzystany potencjał. Dziś rejestruje się u nas około 300 tysięcy nowych samochodów, a szacuje się, że mogłoby być ich około miliona. Oczywiście, ze względu na nasze możliwości finansowe, nie będziemy kupowali tylu nowych aut, ale poziom 400-500 tysięcy jest realny.

Duży rynek zbytu w Polsce, szczególnie na auta dostawcze, jest, zdaniem Drzewieckiego, jednym z głównych czynników przemawiających za zlokalizowaniem nowej fabryki Volkswagena w naszym kraju. Przyciągnięcie nowych inwestycji wymaga jednak również zapewnienia firmom korzystnych warunków prowadzenia biznesu.

 – Liczą się przede wszystkim niskie koszy pracy, jej wysoka jakość oraz odpowiednie zaplecze, w postaci chociażby uczelni przygotowujących kadrę – wyjaśnia Wojciech Drzewiecki.

Inwestycja Volkswagena oznaczałaby powstanie około 3 tysięcy miejsc pracy w samym zakładzie produkcyjnym oraz kilka tysięcy następnych przy wytwarzaniu niezbędnych komponentów.

 – Temat miejsc pracy to nie wszystko. Ponieważ auta muszą być obsługiwane, a więc sieć dealerska obsługująca auta i dodatkowe podmioty, chociażby myjnie samochodowe, też na tym skorzystają – przekonuje ekspert.

Rośnie zainteresowanie firm ściąganiem nieprzeterminowanych należności przez zewnętrzne firmy

CEO Magazyn Polska

Firmy faktoringowe, które na rzecz firm zajmują się ściąganiem nieprzeterminowanych należności, osiągają dwucyfrowe wzrosty obrotów. Pozwala im to optymistycznie prognozować rozwój w tym roku. Rośnie wartość rynku, ale również, co ważne dla branży, liczba klientów. Dla nich firmy chcą wprowadzać innowacyjne rozwiązania.

Spółki skupione w Polskim Związku Faktorów (PZF) sfinansowały w ubiegłym roku wierzytelności o łącznej wartości 96,58 miliarda złotych. Wzrost wartości rynku o ok. 15,5 proc. jest co prawda niższy niż rok wcześniej (20 proc.), jednak osiągnięcie dwucyfrowej dynamiki obrotów w czasie gospodarczych zawirowań oznacza, że po wyjściu z okresu spowolnienia powinno być jeszcze lepiej.

 – W porównaniu do lat poprzednich rzeczywiście wzrost był słabszy, ale na tle trudnej rzeczywistości gospodarczej osiągnięty wynik napawa zadowoleniem. Szczególnie, co dla branży faktoringowej znaczące, wraz ze wzrostem obrotów wzrosła nam w takim samym stopniu liczba klientów, dłużników, kontrahentów, faktur. To doskonała baza na rok 2014 – komentuje Dariusz Steć, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego Polskiego Związku Faktorów.

Zachodzące zmiany i stopniowe wychodzenie ze spowolnienia gospodarczego sprzyjają także stopniowemu zmniejszaniu zatorów płatniczych. W okresie problemów gospodarczych firmy zachowują ostrożność, sprzedając swoje produkty kontrahentom i oczekując krótszych terminów płatności. Takie zjawiska odbiły się na obrotach branży, ale perspektywy zarówno w gospodarce, jak i samym faktoringu są, zdaniem Dariusza Stecia, bardzo dobre.

 – Nigdy nie jest tak, że będziemy w 100 proc. zadowoleni. Ale sygnałem wcześniej niespotykanym był bardzo dynamiczny przyrost liczby klientów w ubiegłym roku. To zdarzyło się po raz pierwszy od wielu lat i świadczy o wzroście popularności usług faktoringowych mierzonym nie tylko wzrostami obrotu. Dla branży to zjawisko kluczowe: w naszej działalności chodzi o to, by coraz więcej klientów korzystało z naszych usług – przekonuje wiceprzewodniczący.

Rosnąca popularność usług faktoringowych, czyli ściągania nieprzeterminowanych należności w imieniu klientów przez zewnętrzne instytucje, świadczy o tym, że rynek staje się coraz bardziej dojrzały. Zdaniem Stecia, czeka go etap wdrażania innowacyjnych rozwiązań.

 – Przede wszystkim będziemy szukać innowacji technologicznych. Będą to w głównej mierze modyfikacje i usprawnienia już istniejących rozwiązań. Będziemy je zmieniać tak, by faktoring stawał się coraz bardziej popularny, by usługi były łatwiejsze w użyciu i przyjemniejsze dla naszych klientów. Już dziś głównym narzędziem w faktoringu jest internet, współpraca odbywa się za pośrednictwem sieci. Jednak zawsze wszystko można udoskonalić, poprawić, zaproponować nową jakość klientom – informuje przedstawiciel PZF.

Warszawiacy mogą zdecydować, na co miasto wyda 25 mln zł. Trwa nabór projektów

CEO Magazyn Polska

Jednym z najskuteczniejszych narzędzi motywowania mieszkańców do uczestnictwa w życiu społecznym są budżety partycypacyjne. Po raz pierwszy ideę tę wcielono w życie w 2011 roku w Sopocie. W następnym roku w jego ślady poszły cztery inne miasta, a w kolejnym – kilkanaście następnych. Od 20 stycznia trwa na przykład pierwszy nabór projektów w Warszawie. W sumie do podziału przeznaczono 25 mln zł.

Choć dwie trzecie Polaków wyraża gotowość angażowania się w konsultacje społeczne, to zaledwie 10 proc. społeczeństwa bierze w nich udział – wynika z badań Fundacji Fundusz Współpracy. Jednym z najskuteczniejszych narzędzi motywowania mieszkańców do uczestnictwa w życiu społecznym są tzw. budżety partycypacyjne, w ramach których obywatele decydują, na jakie cele społeczne przeznaczą daną pulę pieniędzy.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Fundację Fundusz Współpracy w ramach projektu „Decydujmy razem” – Polacy niechętnie angażują się w podejmowanie decyzji na poziomie lokalnym.

 – Mimo że około 60 proc. deklaruje chęć i wolę interesowania się sprawami lokalnymi, to jedynie jedna trzecia wszystkich Polaków w jakikolwiek sposób angażuje się w działania partycypacyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Daniel Prędkopowicz, koordynator projektu „Decydujmy razem” w Fundacji Fundusz Współpracy.

Udział w konsultacjach społecznych bierze zaledwie co dziesiąty ankietowany. Tych statystyk nie poprawia nawet prowadzenie konsultacji w internecie. Z badań wynika, że jedynie 2 proc. osób zaangażowanych w konsultacje skorzystało w tym celu z sieci.

W celu aktywizacji społeczeństwa Fundacja Fundusz Współpracy prowadzi szereg działań, takich jak szkolenia dla administracji publicznej, samorządowców czy animacje społeczne. Jedną z takich inicjatyw jest finansowany ze środków unijnych w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego projekt „Decydujmy razem”. Obecnie bierze w nim udział 108 samorządów, które budują zespoły robocze, opracowują dokumenty strategiczne, promują dobre praktyki oraz szukają w tym zakresie sprawdzonych rozwiązań zarówno w kraju, jak i za granicą.

 – Celem jest głównie zbudowanie systemu wsparcia dla partycypacji publicznej w Polsce, a więc pewnych mechanizmów, sprawdzonych działań, które będzie można wykorzystać w każdej gminie czy powiecie na terenie kraju – wyjaśnia Daniel Prędkopowicz.

Podkreśla przy tym, że efekty wydatkowania środków na aktywizację społeczeństwa są wymierne. Jego zdaniem, jeśli mieszkańcy danej społeczności poczują, że ich zdanie wpłynęło na decyzję lokalnych władz, zaczną interesować się sprawami, które dotychczas były im obojętne, a więc np. zagospodarowaniem przestrzeni, dokumentami rozwojowymi czy też zwykłymi problemami ich osiedli.

 – Widać efekty tych działań, widać efekty rozmów i prac, a przede wszystkim decyzji wypracowanych wspólnie z mieszkańcami – podkreśla. – Czyli jeżeli władze organizują cały proces związany z budżetem partycypacyjnym, decydują się na wydzielenie części własnego budżetu i oddają decyzję mieszkańcom, na co mają być przeznaczone te środki, to wiemy i mamy pewność, że te środki zostaną przeznaczone na tę czy inną inwestycję.

Firmy korzystające z leasingu chętniej inwestują w innowacje i pracowników

CEO Magazyn Polska

Dziś leasingować można niemal wszystko od samochodów, poprzez maszyny, oprogramowanie i sprzęt biurowy, aż po nieruchomości. Taka forma finansowania pozwala rozwijać działalność i inwestować w innowacyjne rozwiązania. Coraz chętniej korzystają z niej również małe i średnie firmy. Spółki korzystające z leasingu zwykle są bardziej innowacyjne i chętniej niż inne inwestują w pracowników.

– Małe firmy, które decydują się na leasing, są bardziej dojrzałe niż firmy, które niechętnie korzystają z zewnętrznego finansowania. Są one świadome potrzeb, szukają kolejnych aktywów niezbędnych do rozwoju. To spółki, które chcą inwestować, szczególnie inwestują we wszystkie rodzaje innowacji procesowych lub produktowych. Przygotowują nowe produkty, nowe usługi, wprowadzają innowacje marketingowe – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Innowacyjność, dążenie do ekspansji za granicą, chęć sprzedaży usług i produktów nie tylko w Polsce – wszystko to wymaga odpowiednich środków, rozwiązań informatycznych, maszyn i urządzeń. A leasing daje możliwość ich szybkiego pozyskania.

– Okazuje się, że wśród firm korzystających z leasingu jest znacznie więcej firm otwartych na świat niż wśród firm, które z leasingu nie korzystają – mówi główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Z badań mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw przeprowadzonych przez Konfederację Lewiatan wynika, że leasingobiorcy są bardziej otwarci na rozwój. Firmy, które leasingiem finansują aktywa, urządzenia i środki transportu, częściej niż firmy niekorzystające z leasingu twierdziły, że ich priorytetem biznesowym na najbliższe dwa lata jest inwestowanie w pracowników.

– To pozornie wydaje się dziwne, ale wyjaśnienie jest proste. Leasingobiorcy modernizują wytwarzanie, unowocześniają park maszynowy, kupują urządzenia i w efekcie potrzebują pracowników o wyższych kwalifikacjach, lepiej wyedukowanych i z większym doświadczeniem, by lepiej wykorzystać posiadane aktywa – mówi Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek.

Najbardziej rozpowszechniony wśród przedsiębiorców wszelkich branż jest leasing pojazdów.

– Korzystają z niego zarówno firmy transportowe, jak i przemysł. Każda działalność gospodarcza wymaga przynajmniej jednego środka transportu, a sfinansować go można właśnie leasingiem – mówi Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek.

Ekonomistka wskazuje też firmy zajmujące się działalnością naukową, techniczną, firmy doradcze, prawnicze czy podatkowe jako klientów innych przedmiotów leasingu, jak np. leasing zaawansowanego sprzętu biurowego.

Głównym źródłem finansowania zewnętrznego obok leasingu są kredyty bankowe. Leasing budzi jednak większe zainteresowanie niż kredyty, szczególnie wśród mniejszych spółek.

– Przedsiębiorstwa korzystają z leasingu często dlatego, że brakuje im zabezpieczeń dla kredytów, które są wymagane przez banki. Z reguły ich nie mają, a jeśli mają, to niewystarczające. To wyjaśnia czemu sięgają po leasing – tłumaczy ekonomistka.

Wartość leasingu w Polsce wzrosła w ubiegłym roku o 13 proc. do 35,3 mld zł.

W przyszłą sobotę ruszy TVP ABC dla dzieci. Na początek – materiały archiwalne i bez reklam

Telewizja Polska uruchomi 15 lutego nowy kanał dla dzieci – TVP ABC. Do końca miesiąca nie będzie reklam, pojawią się one dopiero po 1 marca. Nadawca zapowiada też wiele premier i produkcji własnych, choć ze względów finansowych na razie nie będzie studia. Program ma być bezpieczny dla dzieci, a od kwietnia ruszą też programy dla rodziców i opiekunów.

 – Ramówka jest już zamknięta, prawie wszystkie taśmy są już podstawione w wideotece, robimy ostatnie przeglądy emisyjne. W tej chwili koncentrujemy się na przygotowaniu oprawy, zwiastunów i wypełnieniu pozostałych wakatów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Mierzejewska-Wawryków, szefowa TVP ABC.

Stacja będzie nadawana na pierwszym multipleksie cyfrowym (MUX-1), więc będzie dostępna dla wszystkich odbiorców. Mierzejewska-Wawryków podkreśla, że nie będą potrzebne żadne zmiany w sprzęcie telewizyjnym, np. dekodery, a jedynie zakodowanie nowego programu na kanale. Wciąż trwają rozmowy z sieciami kablowymi i satelitarnymi, które są zainteresowane posiadaniem TVP ABC w swojej ofercie.

Choć koncesja TVP ABC zezwala na nadawanie od 6 do 23, początkowo program będzie nadawany od 7 do 21. Od kwietnia po godz. 21 w ramówce pojawią się specjalne programy dla rodziców, a od samego początku o godz. 17 w TVP ABC będzie pasmo premierowe.

Stacja będzie kierować swoje programy przede wszystkim do dzieci w wieku od lat 3 do 12. Mają one być bezpieczne i angażujące. Mierzejewska-Wawryków chciałby, aby rodzice mogli pozostawić dzieci same podczas oglądania TVP ABC bez obawy o treść programów. Młodzi widzowie mają nie tylko dobrze się bawić, lecz także poszerzać wiedzę dzięki ciekawym programom edukacyjnym.

TVP ABC będzie jedyną bezpłatną, choć objętą abonamentem, stacją telewizyjną dla dzieci.

 – Oferta pierwszych sześciu tygodni będzie opierała się przede wszystkim na archiwalnych programach Telewizji Polskiej, takich jak „Mama i ja”, „Domowe przedszkole”, „Zygzaki”, „Wirtulandia”, „Jedyneczka”, „Budzik”, tytuły, które pokolenie dzisiejszych rodziców doskonale zna. Ale też na filmach animowanych przez niektórych nazywane kultowymi, czyli „Bolek i Lolek”, „Koziołek Matołek”, „Miś Uszatek” – wylicza Mierzejewska-Wawryków.

Dodaje, że nie zabraknie też produkcji zagranicznych, takich jak „Smerfy” czy „Pszczółka Maja”. Telewizja Polska jest już w trakcie zakupu kolejnych licencji na znane programy dla dzieci.

Po okresie rozruchu w TVP ABC ma się pojawić więcej produkcji własnych. Nie będzie jednak studia, bo to zbyt kosztowne. Dopiero od 1 marca stopniowo zaczną się pojawiać reklamy.

Fuzja House of Skills i Grupy training&consulting

Łączą się dwaj ważni gracze branży doradczo – szkoleniowej. Z dniem 1 stycznia 2014 roku, Grupa training&consulting stała się integralną częścią House of Skills.

Fuzja House of Skills i Grupy training&consulting może być jednym z pierwszych wskaźników urzeczywistnienia prognoz mówiących o konsolidacji branży. Połączenie świadczy o dążeniu firm szkoleniowo-doradczych do wykorzystania efektu skali przy jednoczesnym zwiększeniu jakości i zakresu świadczonych usług.

Grupa training&consulting, której działalność koncentrowała się na projektach z obszaru negocjacji i budowania porozumienia, uzasadnia integrację z House of Skills potrzebą dotarcia do większej grupy klientów oraz oferowania im kompletnych zestawów rozwiązań, wspierających jakość i efektywność pracy na każdym etapie rozwoju organizacji. – Z punktu widzenia Grupy, połączenie z House of Skills, pozwoli na zwielokrotnienie skali naszych dotychczasowych działań – mówi Ewa Kastory, prezes Grupy training&consulting, obecnie Senior Partner w House of Skills. – Nadal będziemy realizować programy rozwojowe w obszarze porozumień i procesów negocjacyjnych, ale dzięki połączeniu z House of Skills, dostarczymy nasze usługi większym grupom pracowników, utrzymując przy tym międzynarodowe standardy – dodaje Kastory.

W następstwie fuzji, House of Skills poszerza obszar merytorycznych specjalizacji, które będzie kierować do kadry zarządzającej oraz pracowników szczebla operacyjnego dużych i średnich przedsiębiorstw. – Dzięki rozwiązaniom, w których specjalizowała się Grupa training&consulting, poszerzyliśmy naszą ofertę o kolejny, siódmy już, obszar kompetencji, „Negocjacje i porozumienia”. Jesteśmy przekonani, że to doskonałe uzupełnienie naszej dotychczasowej oferty – komentuje Aleksander Drzewiecki, prezes House of Skills. – Wierzymy, że wspólnymi siłami udało nam się stworzyć skuteczny pakiet rozwiązań, który pozwoli odpowiedzieć na potrzeby dynamicznie zmieniającego się rynku i funkcjonujących na nim organizacji – dodaje Drzewiecki.

W wyniku połączenia spółek struktura know-how House of Skills zbudowana jest obecnie z 7 obszarów, stanowiących odpowiedź na kluczowe wyzwania menedżerskie: Strategie biznesowe, Przywództwo i zarządzanie, Zarządzanie zmianą, Zwycięskie Zespoły, Umiejętności osobiste, Zarządzanie kapitałem ludzkim oraz nowopowstały obszar Negocjacje i porozumienia.

Dnia 5. lutego 2014 r. odbyła się konferencja prasowa House of Skills, lidera na rynku doradczo – szkoleniowym w Polsce, na której oficjalnie ogłoszono nową strukturę organizacji. Dzięki fuzji z Grupą training&consulting, House of Skills poszerzyło dotychczasową ofertę o kolejny obszar wyspecjalizowanego know-how, Negocjacje i porozumienia.
W ramach wydarzenia, Aleksander Drzewiecki – prezes spółki House of Skills – oraz Ewa Kastory, była prezes Grupy training&consulting, obecnie senior partner House of Skills, przedstawili motywy, jakimi się kierowali przy fuzji obu spółek oraz opowiedzieli o płynących z niej korzyściach. Drzewiecki zaprezentował również nowe obszary specjalizacji, jakie pojawiły się w ofercie House of Skills dzięki połączeniu z Grupą training&consulting.
Naświetlając kontekst transakcji, prelegenci akcentowali rosnące znaczenie multispecjalizacji – wysoko wyspecjalizowanych, a zarazem interdyscyplinarnych i kompleksowych rozwiązań rozwojowych, połączonych w jeden spójny proces, odpowiadający potrzebom danej organizacji. Według Aleksandra Drzewieckiego, oczekiwania odbiorców względem firm doradczo-szkoleniowych będą sprzyjać konsolidacji branży i wzmocnią dążenie do poszerzania ofert działających w niej podmiotów.

W efekcie fuzji, House of Skills do dotychczasowych specjalizacji (Strategie biznesowe, Przywództwo i zarządzanie, Zarządzanie zmianą, Zwycięskie Zespoły, Umiejętności osobiste, Zarządzanie kapitałem ludzkim) dodało nowy obszar kompetencji – Negocjacje i porozumienia. W ramach połączenia, dotychczasowe produkty Grupy training&consulting – w tym marka Roczna Szkoła Negocjacji – będą dostępne dla większego grona firm i organizacji.

Na zakończenie merytorycznej części konferencji, Ewa Kastory – odpowiedzialna za nowy obszar kompetencji House of Skills – zaprezentowała próbkę szkolenia z zakresu umiejętności negocjacyjnych. Uczestnicy mieli okazję wcielić się w negocjatorów i zrozumieć na czym polega innowacyjne podejście programu rozwojowego Kastory, akcentującego sytuacyjny kontekst interakcji (tzw. meta cele) oraz strategiczną rolę procesu budowania porozumienia.

Coraz wyższa jakość wzrostu gospodarczego w Polsce według indeksu ESCAPE

Jakość wzrostu gospodarczego w Polsce jest coraz wyższa. Według tegorocznego indeksu ESCAPE – opracowanego przez firmę doradczą PwC – Polska znalazła się na 21 pozycji wyprzedzając takie kraje jak Włochy czy Grecja, lokując się tuż za Francją i Wielką Brytanią. Wzrostem gospodarczym o najwyższej jakości mogą pochwalić się Szwecja, Szwajcaria i Singapur.

Indeks ESCAPE – opracowany przez PwC – opisuje całościowo rozwój kraju w aspekcie gospodarczym, społecznym, technologicznym, politycznym i środowiskowym. Poprzez pięć wymiarów takich jak:

  • wzrost i stabilność gospodarcza,
  • rozwój społeczny i spójność,
  • technologie informatyczne i komunikacjne,
  • instytucje polityczne, prawne i regulacyjne,
  • zrównoważony rozwój

określa zdolność danego kraju do ucieczki z pułapki średnich dochodów w przypadku gospodarek wschodzących oraz ucieczki od stagnacji po kryzysie finansowym dla gospodarek rozwiniętych.

„Polska po raz kolejny znalazła sie pośród 42 największych gospodarek świata analizowanych przez PwC pod kątem jakości wzrostu gospodarczego – czyli po pierwsze tego, czy wzrost ten jest trwały, a po drugie czy wpływa pozytywnie na jakość życia obywateli” – wyjaśnia Mateusz Walewski, starszy ekonomista PwC. „Z pułapką średnich dochodów mamy do czynienia wtedy, gdy poziom rozwoju gospodarczego danego kraju osiąga fazę plateau i ostateczną stagnację przed zakwalifikowaniem się do grupy państw wysoko rozwiniętych. Taka sytuacja może się pojawić, gdy w gospodarkach wschodzących rosną wynagrodzenia i następuje spadek konkurencyjności kosztowej czyli w efekcie nie jest możliwe ani konkurowanie z rozwiniętymi gospodarkami w zakresie innowacyjności i wysokich kwalifikacji, ani w zakresie taniej produkcji z gospodarkami o niskich dochodach”.

W zestawieniu ESCAPE bardzo wysokie miejsca od 2000 r. zajmują kraje Europy Północnej: Szwecja (1. miejsce), Szwajcaria (2. miejsce), Holandia(4. miejsce), Finlandia (5. miejsce) i Dania (6. miejsce). Poza Europą dobre wyniki osiągnął Singapur (3. miejsce), a coraz lepsze pozycje w indeksie mają także takie kraje jak Australia, która awansowała z 13. miejsca w 2000 roku na 7. w 2012 roku, czy Chile, przenosząc się na 16. miejsce w 2012 roku z 21. zajmowanego dwa lata wcześniej.

”Polska, Rumunia i Rosja wykazują w ostatnich latach szczególnie silny wzrost. Aby przejść do klubu zaawansowanych gospodarek w naszym zestawieniu, nie wystarczy po prostu dobrze radzić sobie według tradycyjnych wskaźników ekonomicznych takich jak wzrost PKB czy inflacja. Wskaźnik ESCAPE obejmuje znacznie szerszy zakres parametrów – m.in. jakość systemu zdrowia i edukacji, zaawansowanie technologii komunikacyjnych czy efektywne i stabilne otoczenie prawne – przekładających się z jednej strony na jakość życia, a z drugiej na długoterminowy wzrost gospodarczy. Są to więc czynniki istotne przy podejmowaniu decyzji o inwestycji w danym kraju zarówno w przypadku inwestycji produkcyjnych, jak i przy rozszerzaniu działalności handlowej na nasz rynek” – podkreśla Mateusz Walewski.

Więcej informacji o indeksie ESCAPE

Wskaźnik ESCAPE uwzględnia szereg krajów, wskaźników i okresów, wykorzystując dane na poziomie krajowym z oficjalnych źródeł takich jak Bank Światowy i MFW. Istnieje 20 indywidualnych zmiennych ujętych we wskaźniku, ważonych równo na poziomie 5% w celu uniknięcia nadmiernego wpływu pojedynczej zmiennej na ogólne wyniki. Wskaźnik obejmuje 42 największe gospodarki świata, co stanowi około 85% światowego PKB w 2012 roku. Wyniki dostępne są dla trzech lat: rok bazowy 2000, rok 2007 jako ostatni przed uderzeniem globalnego kryzysu finansowego oraz rok 2012 jako najnowsze dostępne dane wskazujące na szereg wskaźników uznawanych w niniejszym opracowaniu.

Aby uzyskać więcej informacji na temat wskaźnika ESCAPE opracowanego przez PwC, zapraszamy na naszą stronę internetową: http://www.pwc.co.uk/economic-services/the-economy.jhtml. 30 najlepszych krajów według wskaźnika w 2012 roku zostało wymienionych w poniższej Tabeli 2 (patrz pełny raport na naszej stronie internetowej w zakresie wyników dla wszystkich krajów według wskaźnika).

Informatycy potrzebują nowych wyzwań zawodowych

Najpoważniejsze cięcia budżetowe w IT są już za nami – tylko jeden na pięciu liderów IT przyznaje, że ich budżet w roku 2013 został zredukowany. Jednocześnie dyrektorzy IT chcą mieć bardziej strategiczny wpływ na swoje organizacje i takich też ról szukają w perspektywie swojego rozwoju zawodowego. Co trzeci menedżer reprezentujący tę branżę, biorący udział w globalnym badaniu „CIO 2013” przeprowadzonym przez firmę doradczą Deloitte, nie czuje się spełniony zawodowo. Także polscy dyrektorzy IT nie chcą być postrzegani jedynie jako specjaliści od naprawy sprzętu komputerowego w firmie. Przyznają jednak, że często brak im, tak potrzebnych w biznesie, kompetencji społecznych i interpersonalnych.

Badanie Deloitte „CIO 2013” ma charakter globalny, gdyż objęło siedmiuset liderów IT z trzydziestu sześciu krajów Europy, w tym Polski, obu Ameryk, Bliskiego Wschodu, Afryki, Azji i Australii. Wzięli w nim udział menedżerowie reprezentujący różne branże i sektory, w tym m.in. finansowy i ubezpieczeń oraz publiczny.

Wyniki badania wskazują, że inwestycje w obszarze IT rosną. Dotyczy to większości lokalizacji i branż. Jedynie 22 proc. badanych w skali globalnej przyznaje, że ich budżet w roku 2013 był niższy niż w roku poprzednim. „Godnym uwagi i jedynym wyjątkiem jest sektor publiczny, gdzie w roku 2013 ponad jedna trzecia kadry zarządzającej IT musiała stawić czoła trudnościom wynikającym z obniżenia budżetu. W przypadku 86 proc. polskich respondentów budżet wzrósł lub pozostał na tym samym poziomie, ale redukcja kosztów pozostaje jednym z ważniejszych priorytetów” – mówi Stanisław Bochnak, Dyrektor Grupy Technology Integration w Deloitte.

Na co są wydawane pieniądze w działach IT? W Polsce 55 proc., a na świecie 58 proc. budżetu jest przeznaczane na bieżącą działalność. Chociaż prawie 60 proc. to wciąż dużo, taki podział stanowi krok we właściwym kierunku dla tych działów IT, które są zainteresowane rozwojem. Pozostałe środki w skali globalnej (42 proc.) wydawane są właśnie na wspieranie zmian i rozwoju. Na rozwój biznesu i nowych produktów przeznaczane jest w Polsce tylko około 30 proc. budżetu IT, natomiast pozostałe 15 proc. jest przeznaczane na transformację działalności biznesowej i reorganizację. Na tym tle w badaniu wyróżnia się rodzimy sektor finansowy, który przeznacza więcej na inwestycje w rozwój biznesu (35 proc.), często koncentrując się na reorganizacji modelu operacyjnego IT. Na pytanie o priorytety w budżecie, 82 proc. liderów IT (w Polsce 88 proc.) podało, że najważniejszym z nich jest reagowanie na nowe potrzeby biznesu. Na drugim miejscu na świecie jest wspieranie strategii cyfrowej poprzez nowe technologie: aplikacje mobilne, cloud computing, media społecznościowe i analitykę. Inwestowanie w rozwój kadry IT okazuje się być także dużo częściej priorytetem dla polskich liderów IT, niż wynika to z badania światowego: prawie 75 proc. lokalnych liderów IT wskazało ten obszar jako priorytetowy wobec 50 proc. na świecie.

Liderzy IT zdają sobie sprawę, że informatycy są bardzo często postrzegani stereotypowo, tzn. jako specjaliści od naprawiania sprzętu komputerowego. Tymczasem oni sami chcą występować w roli partnera biznesowego. Prawie 70 proc. badanych uważa, że ich praca będzie przynosiła najlepsze rezultaty, jeśli sami oni będą wspierać realizację strategii biznesowej swojej firmy. Jednocześnie aż 61proc. respondentów oceniło obecne umiejętności swoich zespołów w zakresie partnerstwa IT z biznesem jako tylko dobre lub słabe, ograniczone jedynie do sporadycznej współpracy z innymi działami biznesowymi. „W Polsce połowa badanych czuje się w tym obszarze mocna. Jednocześnie jednak aż 63 proc. polskich respondentów wskazuje, że nie ma dedykowanego zespołu zarządzania relacjami IT z biznesem, a z tego tylko co trzeci ma w planach zbudowanie takiego zespołu” – mówi Stanisław Bochnak.

Polską specyfiką jest także to, że tam gdzie nie ma zespołu zarządzania relacjami wysoką samoocenę w zakresie partnerstwa z biznesem ma aż 65 proc. respondentów, natomiast tam gdzie taki zespół funkcjonuje, jedynie 43proc. wysoko oceniło swoje partnerstwo. Na podstawie poprzedniego badania CIO można postawić tezę, że ta wysoka samoocena wynika z uzasadnionego psychologicznie lepszego oceniania siebie.

Podobnie jak w badaniu globalnym, tak i w Polsce, jako główną barierą w efektywnym zarządzaniu relacjami IT z biznesem postrzegane jest brak zaangażowania biznesu i niewłaściwe rozumienie roli IT (47proc. respondentów) oraz kolidujące priorytety i ograniczone zasoby IT (ok. jedna trzecia respondentów).

Menedżerowie IT, którzy nie mogą spełniać się w biznesie, częściej niż inni myślą o zmianie pracy. Choć mniej więcej połowa respondentów stwierdziła, że gdy będą podejmować decyzję o kolejnym kroku zawodowym prawdopodobnie pozostaną w IT, to co czwarty w poszukiwaniu nowych wyzwań, aspiruje do zasiadania w zarządzie, w szczególności do stanowisk członka zarządu ds. operacji (COO) lub prezesa zarządu (CEO).

W Polsce aspiracje do pozostania prezesem zarządu zadeklarowało prawie 40 proc. respondentów. Najważniejszymi czynnikami, które skłoniłyby ich do zmiany ich obecnej roli są: nowe wyzwania (37 proc.) oraz większy wkład w tworzenie strategii biznesowej organizacji (23 proc.).

Okazuje się jednak, że przeszkodą dla menedżerów IT w szerszym zaistnieniu w biznesie jest także brak umiejętności interpersonalnych i społecznych. Wielu liderów IT nadal boryka się z problemem zachowania równowagi między wiedzą technologiczną a umiejętnościami potrzebnymi, by aktywnie funkcjonować w biznesie. Ponad połowa kadry zarządzającej IT ma problemy ze znalezieniem pracowników, którzy potrafią myśleć w kategoriach biznesu. Niewiele mniej niż połowa poszukuje pracowników, którzy myślą strategicznie i skutecznie się komunikują. W Polsce te wskaźniki wynoszą odpowiednio 49 i 53 proc. Prawie trzy czwarte polskich respondentów doświadczyło problemów przy rekrutacji odpowiednio wykwalifikowanego i doświadczonego personelu IT. Na tym tle wypadamy gorzej niż pozostałe badane kraje, gdzie na podobne problemy wskazywał co drugi respondent. Wśród brakujących kompetencji technicznych w polskich działach IT najczęściej wskazywane są: analiza biznesowa, zgodność, ryzyko i bezpieczeństwo oraz analityka / Big Data. „Nasze badanie dowodzi, że menedżerowie IT bardzo często czują się niespełnieni zawodowo. Chcą być pełnoprawnymi partnerami biznesowymi dla swoich zarządów i być źródłem innowacji dla swoich firm. Jednocześnie jednak ich zespołom brakuje kompetencji personalnych, które pozwoliłby im umiejętnie komunikować się z otoczeniem biznesowym. Naszym zdaniem jest to luka, o której wypełnieniu powinny pomyśleć także wyższe uczelnie techniczne, które oprócz umiejętności zawodowych powinny wyposażać swoich absolwentów w umiejętności społeczne” – podsumowuje Stanisław Bochnak.

Dlaczego znów nic nie wyszło z moich noworocznych postanowień?

Początek nowego roku to w obiegowej opinii najlepszy moment na większe zmiany w naszym życiu. Pierwszego stycznia postanawiamy zatem schudnąć, zacząć oszczędzać, rzucić w końcu palenie czy spędzać nieco mniej czasu w pracy. Plany często są niezwykle ambitne. Szybko okazać się jednak może, że nasza wola nie jest tak silna, jak początkowo zakładaliśmy.

Do przygotowania listy noworocznych postanowień większość z nas co roku zabiera się z niemałym zapałem. Wszak wszystkie umieszczane na nich zmiany wiążą się z jakąś poprawą – zdrowia, relacji rodzinnych, stanu oszczędności czy poziomu wykształcenia.

I o ile na samym początku zwykle nie brakuje nam motywacji do działania, to już po kilku tygodniach dopada nas proza dnia codziennego, przez co ambitne plany po raz kolejny zmuszeni jesteśmy odłożyć na następny rok. Jak bowiem pokazują liczne badania, styczniowe zobowiązania udaje się zrealizować średnio jedynie 15% z nas.

Czy to oznacza, że nie warto nawet próbować? Absolutnie nie! Zamiast tego powinniśmy sprawdzić, jakie błędy najczęściej popełniamy już na samym początku naszej drogi i co zrobić, by uniknąć wielu czyhających na nas pułapek.

Jedna zmiana na raz

Przede wszystkim powinniśmy uświadomić sobie, że siła woli działa niemalże jak nasze mięśnie: im bardziej eksploatowana, z tym mniejszym wysiłkiem może w danej chwili pracować.

Z tego powodu zamiast już od 1. stycznia zarzucać się szeregiem postanowień, lepiej je rozplanować i systematycznie wdrażać w nieco dłuższym okresie. Pozwoli nam to skupić się na jednej zmianie na raz, co z całą pewnością podniesie efektywność wszystkich działań.

Warto wiedzieć, że siłę woli można sukcesywnie budować poprzez regularne ćwiczenia. W tym przypadku sztangę i hantle zastępują wdrożenia kolejnych, pozytywnych nawyków i choćby drobne, ale konsekwentnie realizowane zobowiązania.

Istotne jest, aby zapewnić sobie przy tym wsparcie w postaci odpowiednich warunków, w których funkcjonujemy. Często popełnianym błędem jest przeszacowanie siły własnej woli. Jeśli więc postanowiliśmy np. schudnąć, zadbajmy o to, by nigdy nie mieć pod ręką żadnych słodyczy – także tych kupowanych przez rodzinę czy znajomych.

Poranek jak nowy rok

Jeśli z jakichś powodów wraz z początkiem roku nie udało nam się wprowadzić w naszym życiu żadnych istotnych zmian, to nic straconego. Idealnym momentem na wdrażanie postanowień jest każdy poranek, bowiem właśnie wtedy mamy najwięcej silnej woli.

Pamiętajmy jednocześnie, by zawsze „mierzyć siły na zamiary”. Jeśli ostatnio nie udało się nam zrealizować jakiegoś konkretnego zobowiązania, to tym razem warto zacząć od czegoś innego. Frustracja i rozczarowanie poprzednią porażką w niczym nam nie pomogą – lepiej jest wybrać coś prostszego, wzmocnić swoją wolę i do owego tematu wrócić później.

Planujmy z głową

Kolejnym istotnym elementem ułatwiającym wytrwanie w swoich postanowieniach jest solidne planowanie i przygotowanie mentalne. Na zmiany bowiem z całą pewnością nie warto decydować się pod wpływem chwili, gdyż w ten sposób zdobyta motywacja przeważanie szybko znika.

Każde zagadnienie należy najpierw dokładnie przemyśleć i wskazać elementy, na jakich najbardziej nam zależy. Później przychodzi czas na ułożenie planu – określenie i rozpisanie sposobu, w jaki nasz cel spróbujemy zrealizować.

W określeniu drogi do sukcesu często pomocne okazują się odpowiedzi na pytania: w jaki sposób chce zrealizować swoje postanowienie? Kiedy i gdzie będę to robił? Z czego zrezygnuję, by osiągnąć to, co sobie założyłem? Jakie przeszkody mogą się pojawić i jak przez nie przebrnę?

Ważne przy tym także jest umiejętne projektowanie swojego czasu. Nasze zobowiązania po upływie kilku dni, miesięcy czy nawet lat powinny dać się łatwo zmierzyć, co pozwoli stwierdzić, czy swój cel rzeczywiście osiągnęliśmy.

Im prościej, tym skuteczniej

Wprowadzając szereg rozmaitych zmian, prędzej czy później przydarzyć się nam może chwila słabości. To absolutnie normalne – istotne przy tym jednak jest, by potknięcie to nie zakłóciło realizacji naszego długofalowego planu.

Niekiedy może się też okazać, że wybrane przez nas postanowienie da się zrealizować wyłącznie w inny, niż zamierzony przez nas sposób, gdyż nie przewidzieliśmy niektórych przeciwności losu czy przeliczyliśmy się oceniając własną silną wolę. Modyfikacje te nie są niczym złym, pod warunkiem, że pozwolą nam osiągnąć upragniony cel.

Należy też pamiętać, by instrukcje przekazywane do mózgu były maksymalnie uproszczone. Przykładowo zamiast mówić wiele znaczące słowa „zacznę się zdrowo odżywiać” lepiej po prostu w swojej diecie zamienić słodycze na bakalie, a zdanie „będę się więcej ruszał” zastąpić postanowieniem chodzenia do pracy na piechotę.

Innymi słowy – kluczem do sukcesu w realizacji wszelkich zobowiązań jest skupienie się na prostych i konkretnych zachowaniach, które przybliżają nas do realizacji głównego celu, a jednocześnie dają się łatwo wykonać i zmierzyć.
Autor: Grzegorz Frątczak / CEO Solutions

Kompania Piwowarska oficjalnym partnerem i dostawcą piwa na Stadionie Narodowym w Warszawie

We wtorek 4 lutego 2014 r. Kompania Piwowarska oraz operator Stadionu Narodowego – spółka PL.2012+ podpisali umowę, na mocy której lider branży piwowarskiej został partnerem największego stadionu w Polsce. W ramach umowy KP otrzymała tytuł Oficjalnego Sponsora – Dostawcy Piwa. Umowa będzie obowiązywać przez 3 lata.

Dzisiejsza uroczystość podpisania umowy to efekt kilkumiesięcznych rozmów i negocjacji. Na mocy dokumentu Kompania Piwowarska zyskała status partnera Stadionu Narodowego i otrzymała tytuł Sponsora – Dostawcy Piwa. Tym samym od końca lutego kibice oraz uczestnicy imprez organizowanych na Stadionie Narodowym będą mogli napić się piwa Tyskiego oraz innych piw z portfolio KP.

– Jesteśmy dumni z tego, że Tyskie będzie towarzyszyć uczestnikom wydarzeń odbywających na Stadionie Narodowym – biznesowych, muzycznych, kulturalnych, które ostatnio goszczą tutaj coraz częściej, a przede wszystkim sportowych, tak silnie kojarzonych ze wspaniałym świętem, jakim jest wspólne przeżywanie przez polskich kibiców sportowych emocji. Stadion Narodowy to miejsce niezwykle atrakcyjne i prestiżowe, dlatego obecność na nim Kompanii Piwowarskiej, będącej liderem krajowego rynku piwa, oraz Tyskiego, ulubionego piwa Polaków, jest zupełnie naturalna.

Jesteśmy przekonani, że wspólnie z firmą PL.2012+ zapewnimy gościom Stadionu Narodowego obsługę i rozrywkę na najwyższym poziomie – mówi Marzena Piórko, wiceprezes Kompanii Piwowarskiej ds. sprzedaży.

Umowa między KP a PL.2012+ została podpisana na 3 lata. W jej ramach Kompania Piwowarska ma prawo do wykorzystania wizerunku Stadionu Narodowego w komunikacji marketingowej. Branding firmy i jej marek pojawi się na zewnątrz i wewnątrz obiektu, jak również na jego stronie internetowej. Oficjalnemu sponsorowi zostanie także udostępniony czas na ekranach LED zamontowanych nad płytą boiska.

– Naszym celem zawsze była współpraca z tymi firmami, które w sposób nowoczesny i innowacyjny myślą o marketingu i sprzedaży. Jesteśmy przekonani, że Kompania Piwowarska poprzez partnerstwo ze Stadionem Narodowym zyskuje unikalną możliwość dotarcia do naszych wspólnych klientów

w oparciu o emocje i unikalne wrażenia, jakich dostarcza każdy dzień na Stadionie Narodowym. Oczywiście zawsze ważny będzie fakt, że produkty wchodzące w skład portfolio Kompanii Piwowarskiej będą miały wyłączność na Narodowym, ale mam wrażenie, że dużo cenniejsze jest to, że Stadion jest miejscem jedynym w swoim rodzaju, o wyjątkowym charakterze, a przede wszystkim z najlepszą ofertą wydarzeń w Polsce. To doskonała platforma do tego, by wzbogacać doświadczenie marki – mówi Tomasz Zahorski dyrektor ds. partnerstw korporacyjnych w PL.2012+.

Dla Kompanii Piwowarskiej tytuł Oficjalnego Sponsora – Dostawcy Piwa Stadionu Narodowego stanowi bez wątpienia duże wyróżnienie i istotne przedsięwzięcie biznesowe. Jednocześnie to nie pierwszy w historii tej firmy alians ze sportem. KP poprzez swoje marki wspiera nie tylko konkretne drużyny i obiekty sportowe w wielu regionach kraju, ale także ważne wydarzenia, którymi żyje cała Polska. Wystarczy wspomnieć, że marka Tyskie od 2008 r. jest sponsorem polskiej reprezentacji olimpijskiej.

Ile dni wolnych w 2014 roku za święta przypadające w sobotę?

Dzięki orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, od października 2012 roku ponownie możemy cieszyć się dodatkowym dniem wolnym za święto przypadające w sobotę. W ubiegłym roku żaden dzień ustawowo wolny od pracy nie wypadał w sobotę, jednak w 2014 roku będziemy mieli parę okazji, by skorzystać z obowiązującego przywileju i odebrać dodatkowe wolne.

– Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2 października 2012 przywrócił stan prawny sprzed 2011 roku i sprawił, że znów mamy prawo do dodatkowego dnia wolnego w przypadku, gdy święto wypada w dzień wolny inny niż niedziela – mówi Bożena Ryszka, prawnik w TGC Corporate Lawyers. – Każde święto, o ile nie wypada w niedzielę, obniża wymiar czasu pracy o 8 godzin, jeśli więc przypada ono w sobotę, a ta nie jest dniem pracującym w danej organizacji, pracodawca zobligowany jest do udzielenia podwładnym dodatkowego dnia wolnego – dodaje ekspert.

Jak wynika z kalendarza, w bieżącym roku dni świąteczne wypadną w sobotę dwukrotnie – 3 maja oraz 1 listopada. – Będzie więc okazja, by w porozumieniu z pracodawcą odebrać dzień wolny np. w piątek i w poniedziałek i tym samym nieco wydłużyć sobie świąteczne weekendy – mówi Bożena Ryszka z TGC Corporate Lawyers. Choć to jeszcze odległa perspektywa, także w 2015 roku taka możliwość pojawi się dwa razy – 15 sierpnia i 26 grudnia.

Polskie szpitale nieprzygotowane na szybką informatyzację

CEO Magazyn Polska

Na osiem miesięcy przed pierwotnym terminem uruchomienia pełnej Elektronicznej Dokumentacji Medycznej blisko 60 proc. szpitali deklaruje, że nie jest jeszcze na to gotowa. Co dziesiąty ocenia stan swoich przygotowań jako bardzo zły, a 20 proc. placówek twierdzi, że ma trudności z pozyskaniem środków finansowych na ten cel. Zdecydowana większość jednak zapowiada, że zdąży przed terminem, czyli 1 sierpnia 2017 roku.

 – Przejście z dokumentacji papierowej na elektroniczną wymaga wprowadzenia licznych zmian w infrastrukturze informatycznej placówek ochrony zdrowia  – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Rzepka, dyrektor na Polskę, Białoruś i Ukrainę z firmy informatycznej Fortinet, która przeprowadziła badanie wśród przedstawicieli szpitali.

1 sierpnia 2014 r., czyli pierwotnie wyznaczony termin wdrożenia systemów informatycznych umożliwiających całkowitą cyfryzację wszystkich danych, w tym np. karty chorób pacjentów okazał się niemożliwy do zrealizowania. Ministerstwo Zdrowia zaproponowało wydłużenie okresu przejściowego na wprowadzenie tego obowiązku do końca lipca 2017 roku. Projekt zmian w ustawy o systemie informacji  w ochronie zdrowia jest w procesie konsultacji. Możliwe, że zostanie przyjęty jeszcze w tym kwartale.

46 proc. ankietowanych przez Fortinet pracowników placówek medycznych stwierdziło, że na przygotowanie ich szpitala do wdrożenia tzw. Elektronicznej Dokumentacji Medycznej wystarczy rok. Możliwe trudności z dotrzymaniem terminu zadeklarowało 12 proc. badanych (wskazali, że potrzebują ponad trzech lat).

 – Najsprawniej z przygotowaniami radzą sobie szpitale prywatne, kliniczne oraz wojewódzkie. One najlepiej również użytkują środki pozyskane na ten cel, mają większą świadomość zagrożeń i są lepiej przygotowane do wdrożenia tejże ustawy – mówi Mariusz Rzepka.

Co piąty szpital ma trudność w pozyskiwaniu środków finansowych na ten cel. Mniej więcej tyle samo zapewnia, że określony budżet już posiada – projekty związane z informatyzacją mają być finansowane głównie ze środków własnych placówek i ze środków unijnych.

Problemem jest też kwestia zapewnienia bezpieczeństwa danych medycznych. Tylko 17 proc. szpitali ocenia, że dotychczasowe systemy są na tyle dobre, by odeprzeć większość ataków hakerów.

 – Informatycy narzekają na  brak należytych środków i brak pewności co do poziomu zabezpieczeń obecnie funkcjonujących systemów. Zwracają uwagę na konieczność dodatkowych zabezpieczeń w infrastrukturze informatycznej – mówi Rzepka.

Oprócz rozwiązań infrastrukturalnych szpitale zamierzają również zadbać o tzw. czynnik ludzki, czyli szkolenia dla personelu. Taki zamiar deklaruje blisko 60 proc. z nich.

Badanie zostało przeprowadzone w IV kwartale 2013 r. przez firmę Fortinet wśród działów IT polskich placówek medycznych. Na pytania ankieterów odpowiadali pracownicy wyższego szczebla administracji odpowiedzialni za wdrażanie systemów IT ze 100 szpitali publicznych i prywatnych. 

Unia Europejska wstrzyma finansowanie dla budowy lotnisk

CEO Magazyn Polska

Komisja Europejska nie da pieniędzy na nowe lotniska w Polsce do 2020 r. Eksperci oceniają, że to słuszna decyzja, bo samorządy chciały budować zbyt dużo portów lotniczych, które nie miały szans na rentowność. Na nowe lotnisko jest miejsce właściwie tylko na północnym wschodzie, ale zagrożone małym ruchem są też niektóre istniejące porty lotnicze.

 – Lotniska regionalne są sprawą dobrą i bardzo pożądaną, ale bez przesady. Lotnisko generuje przychody, nowe miejsca pracy, służy otwarciu regionu na świat, ale jest ograniczona liczba osób, która może skorzystać z jego usług. Jeżeli będziemy mieli blisko siebie, w promieniu 50 km, trzy duże lotniska, to one będą stały puste albo będą używane bardzo rzadko – ocenia Bartosz Głowacki ze „Skrzydlatej Polski”. 

Do podobnych wniosków doszli Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju oraz Komisja Europejska. Dlatego w obecnej, unijnej perspektywie budżetowej, która potrwa do 2020 r., nowe porty lotnicze nie mogą liczyć na wspólnotowe dofinansowanie. Pieniądze z Brukseli trafią jedynie do istniejących lotnisk wpisanych do Transeuropejskiej Sieci Transportowej TEN-T.

Brak finansowania z Unii może oznaczać problemy m.in. dla samorządów w Białymstoku oraz Kielcach, które planują nowe lotniska. Przebudowywany i reaktywowany port lotniczy w Szczytnie-Szymanach otrzyma jednak wsparcie z UE, gdyż projekt został zaakceptowany w ramach poprzedniej perspektywy budżetowej. Inwestycja na Warmii musi jednak zostać rozliczona do końca 2015 r., co może być trudne, bo trwają dopiero przetargi na budowę terminala. Na ukończeniu jest też budowa lotniska w Gdyni, ale nie wiadomo, czy KE nie nakaże zwrotu 91 mln zł dotacji otrzymanej przez spółkę od samorządów. Bruksela analizuje, czy lotnisko w Gdyni ma szansę na rentowność.

 – Lotnisko jest częścią infrastruktury i nie da się tego przełożyć wprost na bilans zysków i strat, ale w jakiejś perspektywie czasowej musi być rentowne. A takiego progu rentowności zarówno w przypadku lotniska w Szymanach, jak i lotniska w Gdyni w dającej się przewidzieć perspektywie czasowej nie widać – uważa Krzysztof Moczulski z lotnictwo.net.pl.

Głowacki dodaje, że w Polsce potrzebne jest obecnie jeszcze tylko jedno lotnisko – na północnym wschodzie kraju. Najbardziej zaawansowane są prace w Szymanach. W ostatnich latach analizowano również powstanie lotniska w Białymstoku, ale w styczniu zarząd województwa podjął decyzję o zaprzestaniu przygotowań do budowy, głównie ze względu na zapowiedź wycofania finansowania unijnego.

W Polsce w ciągu ostatnich dwóch lat uruchomiono dwa nowe lotniska, w Modlinie i Lublinie. Trwa budowa w Radomiu, własne lotnisko chce też mieć Koszalin (w Zegrzu Pomorskim). Jednak nawet niektóre starsze lotniska są zagrożone utratą połączeń i pasażerów.

 – Zauważmy, że poprawia się infrastruktura drogowa w naszym kraju. Kilka lat temu, zanim jeszcze powstał Modlin, promowano lotnisko Łódź-Lublinek tym, że można dojechać z Warszawy do Łodzi w niecałe dwie godziny. Teraz mamy kwestię odwrotną. Teraz z Łodzi do Warszawy można dojechać w godzinę bardzo dobrą drogą. Więc dlaczego pasażerowie mieliby korzystać z Lublinka, skoro mogliby skorzystać z Warszawy czy z Modlina – podkreśla Głowacki.

 – Powinniśmy popatrzeć na to, co się działo w Hiszpanii, gdzie lotniska były budowane na potęgę. I teraz duża część z nich stoi pusta. Warto sobie zadać pytanie, czy trzeba teraz się bić o to, żeby Ryanair nie obcinał tras z istniejących lotnisk, czy warto mieć mniej lotnisk, ale zapewniających na tyle dużą liczbę pasażerów, że o przewoźnika nie będzie trzeba się bić, ponieważ sam potencjał lotniska będzie wystarczająco zachęcający dla niego – ocenia Moczulski.

Ten rok będzie przełomowy dla specjalnych stref ekonomicznych. Czekają je duże zmiany

CEO Magazyn Polska

Specjalne strefy ekonomiczne czekają w tym roku duże zmiany. Zaczną przyciągać inwestorów nie tylko infrastrukturą i preferencyjnymi warunkami inwestowania, lecz także kadrą naukową i parkami technologicznymi. Powstanie specjalna platforma ułatwiająca współpracę pomiędzy inwestorami z różnych stref w całym kraju. Strefy chcą też angażować się w poprawę sytuacji w szkołach zawodowych.

 – Trwają negocjacje nad jedną z najważniejszych inwestycji w Polsce w tym roku. Są różne doniesienia prasowe, ale nie chciałabym jeszcze używać nazwy tego przedsiębiorstwa – mówi Teresa Kamińska, prezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Kamińska zapowiada, że ten rok będzie przełomowy i bardzo ważny dla działalności stref, nie tylko ze względu na nowe duże inwestycje, lecz także na zmiany, jakie w tych strefach zachodzą.

 – Jest nowa perspektywa finansowa, jest też nowe oblicze stref. To już nie są strefy, które tylko przygotowują grunty, infrastrukturę, obsługują inwestorów. To strefy, które również dysponują parkami naukowo-technologicznymi, a więc oferują ośrodki badawczo-rozwojowe – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Teresa Kamińska.

Strefom ekonomicznym zależy na lepszym wykorzystaniu potencjału naukowców, parków technologicznych, a także poprawie szkolenia zawodowego. To wszystko ma przyciągnąć nowych inwestorów, którzy spowodują, że strefy staną się miejscem powstawania nowych technologii.

 – Szkolnictwo zawodowe i średnie techniczne, jak wiemy, jest problemem. Strefy w tej chwili bardzo mocno zaangażowały się w elastyczne szkolnictwo zawodowe. Każdy inwestor będzie mógł wykształcić sobie kadrę i w programach unijnych, i w programach strefowych, dostosowaną do jego potrzeb – wyjaśnia Kamińska. – Po drugie, jest kwestia parków naukowo-technologicznych, a więc jest możliwość pozyskania kadry i naukowej, i inżynieryjnej, do badań po bardzo preferencyjnych cenach.

Strefy chcą też zachęcać inwestorów do współpracy w ramach różnych sektorów. Kamińska chciałaby, by PSSE była inicjatorem i współtwórcą klastrów: rolno-spożywczego, stoczniowego i mechanicznego. Dzięki temu mogłaby stać się pośrednikiem pomiędzy inwestorami i pomagać im w znalezieniu klientów, podwykonawców i technologii. Powstaje w tym celu specjalna platforma o ogólnopolskim zasięgu, dzięki której inwestorzy będą mogli łatwiej znajdować partnerów.

 – Zaangażowaliśmy się w restrukturyzację terenów przemysłowych. Wchodzimy tam z restrukturyzacją terenów, infrastruktury, z przygotowaniem pod nowe inwestycje – dodaje Kamińska.

PSSE jest właścicielem Gdańskiego Parku Naukowo-Technologicznego oraz Bałtyckiego Portu Nowych Technologii, który znajduje się na części terenów byłej Stoczni Gdynia. Z założenia BPNT ma łączyć proces rewitalizacji tych terenów ze wsparciem rozwoju przedsiębiorczości na Pomorzu.

Oskładkowanie umów cywilnoprawnych może uderzyć w studentów

CEO Magazyn Polska

Pracodawcy nie będą zatrudniać nowych osób, a dokładać obowiązków już zatrudnionym pracownikom – taki może być efekt oskładkowania umów cywilnoprawnych. Inny, równie niekorzystny dla rynku pracy może być zwiększenie szarej strefy. Na proponowanych przez rząd zmianach mogą też stracić studenci, którzy zwykle dorabiają, pracując na umowy o dzieło lub umowy-zlecenia.

 – Z jednej strony rzeczywiście te propozycje powodują, że osoby, które są zatrudnione na umowach cywilnoprawnych, zyskają pewność etatu. Czy to zachęci pracodawców do zatrudniania? Uważam, że niekoniecznie – mówi Agnieszka Engel z Centrum Szkoleniowo-Rozwojowego Sapientia, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Szczecinie. – Wręcz przeciwnie, będzie to znowu powodowało omijanie prawa.

Jej zdaniem, omijanie prawa będzie polegało między innymi na wydłużaniu czasu pracy osobom już zatrudnionym na etat. Pracodawcom nie będzie się opłacało zatrudnianie pracowników na umowę-zlecenie na krótki czas, do doraźnych projektów. 

 – Na pewno rozwinie się szara strefa, czyli osoby będą zwyczajnie zatrudniane bez umów, mówiąc kolokwialnie na czarno albo zatrudniane na bardzo krótki wymiar, 1/16 etatu – mówi Engel. – Te rozwiązania dzisiaj już bardzo łatwo ominąć, bo jako argumenty podaje się to, że te osoby będą miały płacone składki. Zresztą osoby po 26. roku życia, zawierając umowę cywilnoprawną, umowę-zlecenie, muszą być oskładkowane.

Każdy, kto zechce, może być też ubezpieczony przez to, że sam płaci składkę zdrowotną ze swoich zarobków. A więc możliwość pełnego oskładkowania jest już w prawie zapewniona. Jak dodaje ekspertka, zatrudnienie na umowę-zlecenie tak naprawdę ogranicza tylko możliwość przynależności do związków zawodowych, bo nawet przed wypowiedzeniem etat nie chroni. 

 – Nie oszukujmy się, jeżeli przychodzi moment, że pracodawca jest zmuszony zwolnić pracownika, to go zwalnia, czy jest on na umowę o pracę, czy na umowę-zlecenie – przekonuje rozmówczyni Newserii Biznes.

Jak dodaje, zmiany uderzyć mogą także w studentów, którzy dziś są zwolnieni ze składek do ukończenia 26 lat. Jeśli rząd oskładkuje także tę grupę, pracodawcy będą woleli zatrudnić osoby w pełni dyspozycyjne, nie ograniczone grafikiem zajęć na uczelni. Problemy mogą mieć również tzw. freelancerzy.

 – Młode osoby zyskują dzięki temu po pierwsze wynagrodzenie, a po drugie doświadczenie. Osoby, które pracują jako freelancerzy, na zlecenie – im jest też tak wygodnie – mówi Engel. – W sytuacji, kiedy oczekujemy stabilizacji, sięgamy po umowę o pracę. Wszystko będzie się sprowadzało zawsze do jednego: potrzeb pracodawcy i potrzeb pracownika.

Sprzedaż tabletów w Polsce wzrośnie o ponad 15 proc. Popularność zyskują większe urządzenia

CEO Magazyn Polska

W Polsce wciąż jest popyt na nowe tablety. Na rynek wchodzą urządzenia w nowych rozmiarach i z funkcjonalnościami zaprojektowanymi specjalnie dla młodszych odbiorców, a nabywcy pierwszych modeli zaczynają już wymieniać swoje tablety na nowe. Lark szacuje, że wzrost rynku wyniesie w tym roku 15-30 proc.

W ubiegłym roku sprzedaż tabletów przekroczyła dużo ponad milion egzemplarzy. W tym roku wyniki mogą być znacznie lepsze. Poręczne urządzenia coraz częściej zastępują komputery i notebooki, a przydają się głównie jako narzędzie rozrywki. Boom rozpoczął się mniej więcej trzy lata temu i część użytkowników zaczyna poszukiwać nowych modeli.

 – Proces wymiany urządzeń będzie przyspieszał. Klienci, którzy kupili swój pierwszy tablet dwa, trzy lata temu, dzisiaj go wymieniają z uwagi na dramatyczny skok technologiczny w ciągu ostatnich lat, a użytkownicy coraz częściej przywiązują wagę do parametrów technicznych – liczby rdzeni procesora, matrycy, ilości pamięci – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Adamczuk, dyrektor sprzedaży w Lark Europe.

Spodziewa się w tym roku ilościowego wzrostu sprzedaży w przedziale między 15 proc. a 30 proc., przy czym za bardziej prawdopodobną uważa dolną granicę. Zwraca też uwagę na nowe modele, jak zaprezentowane niedawno na amerykańskich targach CES tablety 11-, 12- i 13-calowe. 

 – Nie sądzę, by osiągnęły one znaczący udział w rynku. Na pewno będzie rosła rola urządzeń 8-calowych jako alternatywy dla 7-calowych, gdzie akcent kładziemy na mobilność. Z drugiej strony duży udział będą miały modele o większych przekątnych, traktowane jako urządzenia domowe – tłumaczy Michał Adamczuk.

Wraz z rozwojem technologii zmienia się też wzornictwo i rozszerza funkcjonalność tabletów. Rośnie rola nowych kategorii, jak np. tablety przeznaczone dla dzieci.

 – Wyróżniają się nie tylko kolorową obudową, lecz także ergonomiczną konstrukcją, która przystosowana jest do potrzeb młodych klientów. Mają też specjalnie dla dzieci opracowane launchery [platformy do uruchamiania aplikacji – red.] i zapewniają sprawną kontrolę rodzicielską – mówi dyrektor.

Intensywnie rozwija się kategoria tabletów z dodatkowymi funkcjami, jak GPS czy tuner telewizji cyfrowej.

 – To są wartości dodane, dzięki którym znacząco poszerzamy możliwości tabletów. Liczymy także na  coraz intensywniejszy wzrost kategorii tabletów z wbudowanymi modemami 3G – dodaje.

Lark największą sprzedaż odnotowuje na półce cenowej do 499 zł. To urządzenia oparte o dwurdzeniowe procesory, zwykle 7-calowe, czasem większe.

 – Bardzo intensywnie rośnie sprzedaż urządzeń o nieco lepszych parametrach, o ciekawszym designie. Klient chętniej wyda 10-15 proc. więcej na tablet wyróżniający się na tle innych urządzeń. Ten trend utrzyma się także w tym roku – uważa dyrektor sprzedaży w Lark Europe.

Firma wprowadza na rynek modele 8-calowe o wysokich parametrach: wielordzeniowych procesorach, z matrycą IPS, cienkie, w aluminiowych obudowach ultra-slim.

 – Przy tej wielkości, niewielkiej grubości i masie urządzenie jest bardzo lekkie i świetnie leży w dłoni – przekonuje Michał Adamczuk.

Już wkrótce zmiany w kodeksie pracy dotyczące pracy w niedzielę i święta. Ustawa czeka na podpis prezydenta

Zapisana ustawowo możliwość pracy centrów usług biznesowych w niedziele i święta, które przypadają na dni robocze zagranicznych klientów, obniży koszty funkcjonowania i ułatwi rozwój branży, a to może oznaczać nowe miejsca pracy. Zmiana pozwoli na rezygnację z pracy zmianowej, co powinno być dobrze odebrane przez pracowników. Nie jest jednak do końca jasne, jakie firmy i w jakim dokładnie zakresie będą mogły z nowych przepisów skorzystać.

Planowane i niedawno wprowadzone regulacje w Kodeksie pracy dotyczą m.in.: płacy minimalnej, urlopów, elastycznego czasu pracy, reformy urzędów pracy i uporządkowania kwestii związanych pracą w niedziele i święta. Dla segmentu usług biznesowych, zatrudniającego – według danych ABSL (Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych w Polsce) – ponad 120 tysięcy specjalistów, ważnym zapisem jest regulacja tzw. usług transgranicznych.

 – Firmy, które świadczą usługi międzynarodowe głównie w zakresie IT, finansów czy księgowości, będą mogły kontynuować pracę w niedzielę i w święta, w które u obsługiwanego przedsiębiorcy zagranicznego wypada dzień pracy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Dulewicz, radca prawny i partner w kancelarii CMS Cameron McKenna.

Prawniczka podkreśla, że nowy przepis pozytywnie wpłynie na rynek pracy. Nowe prawo spowoduje, że pracodawcy będą mogli zatrudnić mniejszą liczbę pracowników i świadczyć usługi w niedzielę i święta. Dotychczas praca centrów usług wspólnych w niedzielę i święta była niemożliwa. W zamian wprowadzono pracę zmianową – pracodawca musiał zatrudniać ludzi na dwie zmiany, najlepiej w taki sposób, żeby czasy ich pracy nie zachodziły na siebie. Rezygnacja z pracy zmianowej przyniesie więc centrom oszczędności.

 – W Polsce działa około 400 ośrodków outsourcingowych, które muszą prowadzić pracę zmianową lub tzw. pracę weekendową – wyjaśnia Katarzyna Dulewicz. – Takie rozwiązanie wymagało utrzymywania dużej liczby pracowników. Nowe przepisy są elastyczne. Dzięki nim Polska stanie się bardziej konkurencyjna wobec państw sąsiednich i ma szansę przyciągnąć nowe centra usług biznesowych.

Jednocześnie uważa, że zmiany powinny być również dobrze przyjęte przez samych pracowników.

 – Skończy się praca zmianowa, za pracę w niedzielę i święta pracownikom będzie przysługiwać dzień wolny. Pracownicy zostali należycie zabezpieczeni i ochronieni, a liczba miejsc pracy wzrośnie – dodaje ekspertka.

W przepisach pozostają jednak luki i niedociągnięcia. Prawniczka zwraca uwagę, że w uzasadnieniu do projektu uznano, że zmiany zostaną wprowadzone w celu zwiększenia inwestycji w nowe centra usług biznesowych.

Myślę, że na przykład firmy consultingowe czy prawnicze, które świadczą prawie stale usługi na rzecz klientów zagranicznych i również robią to za pomocą poczty e-mail i telefonu, też mogłyby z takich przepisów skorzystać. To szara strefa przepisu nie wiadomo, w którą stronę pójdzie interpretacja – stwierdza Katarzyna Dulewicz.

Drugi problem to kwestia osób, które mogą wykonywać prace w niedziele i święta. Według prawa można zatrudniać pracowników, którzy wykonują pracę przy pomocy poczty elektronicznej lub telefonu oraz osoby, które umożliwiają wykonanie tych usług.

 – Pytanie, kogo ta kategoria obejmuje? Na pewno informatyków, ale już chyba nie sprzątaczki. Czy może to być firma cateringowa? Pozostaje problem, czy można ściągnąć całą firmę w niedzielę do pracy, czy tylko niezbędną liczbę osób do zapewnienia minimum świadczenia usług – mówi partner w kancelarii CMS Cameron McKenna.

Dodatkowo nie sprecyzowano, czy praca ma być prowadzona wyłącznie przy pomocy poczty e-mail lub telefonu ani czy niezbędne jest pojawienie się pracowników w miejscu pracy.

 – Przy tak luźno sformułowanym przepisie bez lektury uzasadnienia ustawy może dochodzić do nadużyć – mówi Katarzyna Dulewicz.

Ostatni miesiąc na odliczenie podatku VAT od aut firmowych. Sejm zajmie się dziś przyjętym przez rząd projektem

Luty to prawdopodobnie ostatni miesiąc, w którym przedsiębiorcy mogą kupić lub wyleasingować pojazdy z homologacją dla samochodu ciężarowego na korzystnych warunkach, czyli z pełnym odliczeniem VAT-u od ceny auta i kosztów paliwa. Rząd chce szybkiego uchwalenia limitów odliczeń, a Sejm ma szansę przegłosować zmiany jeszcze w tym tygodniu.

Od początku roku przestały obowiązywać ograniczenia w odliczaniu podatku od samochodów firmowych traktowanych – dzięki homologacji – jako ciężarówki. Podatnikom przysługuje pełne prawo do odliczenia VAT-u zarówno przy nabyciu, jak i leasingu takich samochodów. Mogą też odliczać cały podatek VAT od paliwa i wszelkich wydatków eksploatacyjnych. W przypadku samochodów osobowych bez takiej homologacji kupujący mają prawo odliczyć do 60 proc. VAT-u, nie więcej jednak niż 6 tys. złotych. Mogą w całości odliczać ten podatek od wydatków eksploatacyjnych, ale już nie od zakupów paliwa. Taki stan potrwa najdłużej do końca marca, a prawdopodobnie tylko do końca lutego. Potem zmiany dotkną wszystkich użytkowników firmowych samochodów osobowych i ciężarowych.

 – W przypadku aut ciężarowych sytuacja nabywcy będzie różna od sytuacji leasingobiorcy. Ten pierwszy po wejściu w życie zmian będzie mógł odliczyć tylko 50 proc. VAT-u. Leasingobiorca, który zawrze umowę i odbierze pojazd przed wejściem zmian w życie, zachowa prawo do odliczania 100 proc. VAT-u od rat leasingowych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Szafarowska, partner i doradca podatkowy w MDDP.

Wyjątkiem są pojazdy wyłącznie do użytku służbowego, gdzie odliczeniu podlega cały VAT, co jest jednak obwarowane szeregiem warunków i sankcji.

W obu przypadkach – i samochodów osobowych, i ciężarowych wykorzystywanych w celach służbowych i prywatnych – możliwość odliczenia VAT-u od wszelkich wydatków eksploatacyjnych zostanie ograniczona do połowy wysokości podatku.

 – To nowa sytuacja. Do tej pory serwis, naprawy, części zamienne czy usługi myjni traktowaliśmy jak wydatki uprawniające do odliczenia całości VAT – komentuje ekspertka.

Zmienią się też regulacje dotyczące kupna samochodów prywatno-służbowych. Po zmianach nabywca odliczy 50 proc. VAT-u.

 – Ale nie będzie już limitu kwotowego. Dziś możemy odliczyć 60 proc. VAT, ale maksymalnie do 6 tys. zł. W nowych przepisach kwota będzie dowolna, co dla przedsiębiorców może okazać się korzystne – informuje Marta Szafarowska.

Także leasingobiorcy będą mogli odliczać 50 proc. VAT-u przy wykorzystaniu samochodu osobowego w działalności gospodarczej.

Ministerstwo Finansów uniemożliwiło natomiast użytkownikom samochodów osobowych prywatno-służbowych odliczanie VAT-u od paliwa. Taka sytuacja ma obowiązywać do końca czerwca 2015 roku.

 – Tu niestety zachodzi obawa, że to zapis iluzoryczny i zakładany termin zostanie przesunięty w czasie – uważa partner MDDP.

Nawet jeśli termin zostanie utrzymany, przedsiębiorcy przez ponad rok nie będą mogli w ogóle odliczyć VAT-u z tytułu nabycia paliwa do samochodów osobowych.

W ten sposób podatnicy, którzy wykorzystują samochody osobowe, stracą w stosunku do obowiązujących dzisiaj regulacji. Z jednej strony zostaną pozbawieni części uprawnień w zakresie odliczania VAT-u od wydatków eksploatacyjnych, a z drugiej nie zyskają żadnych praw w zakresie odliczania podatku z tytułu zakupu paliwa. W przypadku paliwa samochody ciężarowe, dające odliczenie na poziomie 50 proc., nadal będą miały przewagę nad osobowymi – podsumowuje Marta Szafarowska.

Nowe przepisy wejdą w życie dwa tygodnie po ogłoszeniu w Dzienniku Ustaw. Przy narzuconym przez rząd i ustawodawcę tempie, prawdopodobnie zaczną obowiązywać od 1 marca.

Rośnie innowacyjność polskiej gospodarki. Zwiększa się też zainteresowanie naszymi produktami na rynkach zagranicznych

CEO Magazyn Polska

Wzrost eksportu zaawansowanych technologicznie produktów, który miał miejsce w ostatnim roku, pokazuje, że rośnie innowacyjność polskiej gospodarki. Choć blisko 80 proc. importerów i eksporterów widzi dla siebie więcej szans niż zagrożeń w nadchodzącym roku, wciąż mają wiele obaw, szczególnie związanych ze spadkiem zamówień i wahaniami kursów walut.

 – Główne zagrożenia firmy widzą przede wszystkim w obniżeniu liczby zamówień, w zmniejszeniu popytu na ich produkty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Jarema, dyrektor zarządzający instytucji płatniczej Akcenta w Polsce. – Dużym zagrożeniem są też wahania kursów walut, to że będą się one kształtowały nie w taki sposób, jaki wynika z obliczeń tych importerów i eksporterów. A trzecim, najważniejszym zagrożeniem, które widzą, jest wzrost kosztów pracy.

Badania firmy Akcenta pokazują, że mniejszego popytu obawia się co drugi polski przedsiębiorca handlujący z zagranicą, a nieprzewidzianych wahań kursowych – co trzeci. Jedna czwarta firm boi się wzrostu kosztów pracy, przy czym obawy te są silniejsze wśród eksporterów (31 proc.) niż wśród importerów (22,3 proc.). 

W ciągu ostatniego roku obroty polskich przedsiębiorców w handlu zagranicznym wzrosły o 13 proc. Co najważniejsze rośnie również eksport bardziej zaawansowanych technologicznie towarów.

 – Wzrost eksportu polskiej żywności był dwa razy większy niż średnia krajowa wzrostu eksportu. Drugą gałęzią jest przemysł chemiczny. I pojawia się także przemysł elektromaszynowy, który jest na trzecim miejscu – wymienia dyrektor zarządzający firmy Akcenta. – Zaczyna wzrastać eksport, handel zagraniczny firm, które zajmują się produktami techniki wysokozaawansowanej, także widać, że innowacyjność gospodarki rośnie.

Blisko trzy czwarte polskich eksporterów i importerów patrzy w przyszłość z optymizmem. Oznacza to, że aż 40 proc. z nich oczekuje zwiększenia swoich zysków wobec ubiegłego roku, a 30 proc. ocenia, że będą one na porównywalnym poziomie.

 – Te dane potwierdzają wzrost obrotów naszych klientów, który był za ostatnie dwa kwartały wyższy w porównaniu do analogicznego okresu 2012 roku o 21 proc – dodaje Radosław Jarema.

Jak wynika z badania „Plany i nastroje importerów i eksporterów” instytucji płatniczej Akcenta – najbardziej optymistyczni są właściciele dużych przedsiębiorstw, którzy mają partnerów handlowych na rynku niemieckim, będącym głównym motorem polskiego eksportu. Poprawy oczekują też kontrahenci, którzy prowadzą wymianę handlową z europejskimi krajami, ale spoza strefy euro oraz z partnerami z rynków wschodzących, m.in. z Afryki czy Półwyspu Arabskiego.

Wynajem mieszkań będzie stawał się coraz popularniejszy. Pomogą inwestorzy instytucjonalni

CEO Magazyn Polska

Nad wprowadzeniem programu dopłat do mieszkań na wynajem pracuje Bank Gospodarstwa Krajowego. Zarządzany przez bank Fundusz Mieszkań na Wynajem planuje nabyć pierwsze budynki w II kwartale tego roku. Mieszkania w tych budynkach zaczną być wynajmowane pod koniec roku. Pojawienie się tak dużego inwestora instytucjonalnego i zachęcenie młodych do wynajmu może ożywić ten rynek, który w Polsce – w porównaniu do krajów zachodnioeuropejskich – wciąż jest stosunkowo słabo rozwinięty. 

Prowadzona przez Bank Gospodarstwa Krajowego spółka BGK Nieruchomości, która będzie zarządzać Funduszem Mieszkań na Wynajem, została zarejestrowana w KRS pod koniec stycznia. Fundusz będzie nabywał nie pojedyncze mieszkania, lecz całe budynki w największych miastach, m.in.: Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu. Czynsze w wynajmowanych lokalach mają być wyższe od tych w mieszkaniach komunalnych, ale niższe niż w ich komercyjnych odpowiednikach.

Choć fundusz to inicjatywa rządowa mająca na celu zwiększenie mobilności zawodowej Polaków, ma działać na zasadach rynkowych i przynosić zyski. W przyszłości BGK nie wyklucza całkowitego wycofania się z inwestycji i sprzedania certyfikatów inwestycyjnych innym podmiotom. 

 Wejście na rynek inwestora instytucjonalnego powinno zwiększyć zainteresowanie inwestycjami w mieszkania pod wynajem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławek Muturi, prezes zajmującej się wynajmem firmy MZURI (mzuri.pl) i Stowarzyszenia Mieszkanicznik. Powstaje pewna podaż czynszówek, które gdy wejdą na rynek, będą w pewnej perspektywie dostępne też dla inwestorów instytucjonalnych.

Polski rynek najmu będzie się rozwijał

Obecnie rynek wynajmu jest w Polsce stosunkowo słabo rozwinięty. Większość Polaków, inaczej niż mieszkańcy państw Europy Zachodniej, woli kupić mieszkanie, nawet na kredyt, niż je wynajmować.

 – W Polsce dzisiaj mamy tylko ok. 3-5 proc. mieszkań, które są wynajmowane na zasadach komercyjnych, a na zachodzie Europy jest ich znacznie więcej – mówi  Sławek Muturi.

Brakuje też tradycji budowania mieszkań dla inwestorów, którzy chcieliby je później wynajmować innym.

 95 proc. mieszkań sprzedawanych przez deweloperów to mieszkania kupowane przez Kowalską czy Nowaka, którzy mają zamiar tam zamieszkać. Tymczasem na Zachodzie proporcje te są odwrotne. Sądzę, że rynek polski będzie zmierzać w tym kierunku – twierdzi Muturi.

Do zwiększenia inwestycji w nieruchomości na wynajem mogą zachęcić także stosunkowo wysokie stopy zwrotu, jakie można na nich uzyskać.

 – Sądzę, że wieloletni trend będzie sprzyjał zwiększaniu popularności najmu, zwłaszcza że przychody z najmu są relatywnie wysokie. Średnio można uzyskać 4-4,5 proc., a w naszej praktyce osiągamy zwroty rzędu 7-8, nawet 10 proc. – przekonuje Muturi.

MCI polecany na 2014 r. przez Noble Securities

0

Pozytywne sygnały napływające z polskiej gospodarki powinny znaleźć odzwierciedlenie w wynikach spółek giełdowych w 2014 r. – tak wynika z analizy domu maklerskiego Noble Securities. Zdaniem jego analityków największych wzrostów należy spodziewać się po przedstawicielach sektorów cyklicznych i małych spółkach wchodzących w skład indeksu sWIG80. Wśród 14 wytypowanych przez specjalistów spółek, które w 2014 r. mogą rosnąć najszybciej znalazła się MCI Management SA.

Bezrobotni Polacy po ukończeniu 50. roku życia nie otrzymują skutecznej pomocy w znalezieniu trwałego zatrudnienia

Dla większości bezrobotnych w wieku 50+ efekty programów aktywizacji zawodowej i łagodzenia skutków bezrobocia, realizowanych przez powiatowe urzędy pracy, są krótkotrwałe i nieskuteczne. Nie spełniają swojej podstawowej roli, jaką jest doprowadzenie do trwałego wyjścia z bezrobocia.

NIK skontrolowała, jak Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej oraz wybrane 24 powiatowe urzędy pracy realizują programy aktywizacji zawodowej tej grupy bezrobotnych.

Pracodawcy, którzy biorą udział w różnego rodzaju programach dla osób bezrobotnych w wieku 50+ , uzyskują dodatkową siłę roboczą, nie ponosząc przy tym żadnych kosztów. Nie przedłużają jednak umów zatrudnionym, a urzędy pracy nie mają odpowiednich instrumentów prawnych, które pozwoliłyby na wyegzekwowanie od pracodawców przedłużenia umowy. NIK zwraca uwagę, że wskaźniki efektywności zatrudnienia, na podstawie których Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej ocenia sytuację, są zbyt optymistyczne i nie oddają prawdziwej skali problemu.

Osoby powyżej 50. roku życia stanowią ponad jedną piątą ogółu bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy. W badanym okresie (2010-2012) liczba bezrobotnych, w grupie 50+, systematycznie wzrastała. O ile ogólna liczba bezrobotnych w grupie osób poniżej 50. roku życia wzrosła o 7,6 proc., o tyle wśród osób powyżej 50. roku życia odsetek ten wzrósł o 15,4 proc. Osoby w wieku 50+ o dwa miesiące dłużej poszukiwały pracy niż młodsi bezrobotni. W tej grupie było też najwięcej osób dotkniętych bezrobociem długotrwałym (powyżej jednego roku).

Kontrola pokazała niewielką skuteczność działań aktywizujących (mierzoną uzyskaniem stałego zatrudnienia). Najgorzej w tym zestawieniu wypadają różnego rodzaju staże. Zatrudnienia nie znalazła ponad połowa ich uczestników (55 proc.). Pozostali zostali zatrudnieni na podstawie umów krótkoterminowych. Większość z nich (75 proc.) po wygaśnięciu umów musiała ponownie zarejestrować się jako osoby bezrobotne w urzędach pracy. Podobnie nieprzydatne okazały się szkolenia. Na 691 osób objętych różnego rodzaju szkoleniami – poza osobami, które podjęły działalność gospodarczą (jako kolejną formę aktywizacji po szkoleniu) – zaledwie 40 znalazło zatrudnienie, które można powiązać z jego tematyką.

Z kolei forma aktywizacji polegająca na przyznaniu bezrobotnemu środków na podjęcie własnej działalności gospodarczej przeważnie traktowana była jako substytut świadczeń społecznych. Do takiej oceny skłania kontrolerów fakt, że ponad połowa założonych w ten sposób firm nie przetrwała. Te, które działają, nie osiągają zakładanych zysków. Ich działalność ogranicza się jedynie do opłacania minimalnych składek na ubezpieczenie społeczne.

Urzędy nie sprawdzają ponadto, czy beneficjenci wywiązują się z zobowiązań zadeklarowanych w biznesplanach.

Stosunkowo najbardziej skuteczne okazało się refundowanie pracodawcy kosztów wyposażenia stanowiska pracy. Osoby zatrudnione dzięki temu narzędziu pracowały przez wymagane dwa lata. Jednak tylko 40 proc. z nich kontynuowało pracę. Większość (60 proc.) musiała się zarejestrować ponownie jako bezrobotni, podczas gdy ich niedawni pracodawcy składali nowe wnioski o refundację.

W trakcie kontroli NIK zidentyfikowała szereg przyczyn, które obniżają skuteczność działań aktywizujących osoby bezrobotne. Do najważniejszych należą:

Rozbieżność ofert pracy i oczekiwań osób bezrobotnych.

Oferty pracy, zgłaszane przez pracodawców do urzędów pracy, nie odpowiadają potrzebom bezrobotnych. Osoby po ukończeniu 50 lat poszukują stabilizacji, czyli stałej pracy umożliwiającej dłuższą perspektywę zatrudnienia. Tymczasem większość ofert dotyczy zatrudnienia za minimalne wynagrodzenie, na podstawie krótkich umów lub też obciążona jest warunkiem założenia własnej firmy.

Rotacja pozyskanych w urzędzie pracowników przynosi korzyści pracodawcom.

Dla większości przedsiębiorców złożenie oferty w urzędzie pracy sprawia, że dzięki dotacjom pozyskują pracowników oraz wsparcie finansowe, nie ponosząc przy tym żadnych kosztów. Kontrola wykazała, że oferty tych samych pracodawców powtarzają się, co świadczy o tym, że w rzeczywistości nie oferują oni stałej pracy. Ponadto NIK ma podejrzenia, że część pracodawców traktuje urzędy pracy jako miejsce wyszukiwania pracowników, których następnie zatrudnia nielegalnie. Świadczyć mogą o tym wykryte we wszystkich urzędach nagminne przypadki wycofywania przez przedsiębiorców ofert po zgłoszeniu się osób chętnych do pracy.

Zarejestrowane w urzędach pracy osoby z grupy 50+ w większości mają niskie kwalifikacje i słabe doświadczenie zawodowe.

Około 70 proc. osób w tym wieku ma wykształcenie zasadnicze zawodowe, podstawowe lub niższe. 18 proc. ma staż pracy poniżej pięciu lat lub nigdy nie pracowało. Pracodawcy często przyznają w nieoficjalnych rozmowach, że nie są zainteresowani takimi pracownikami.

Bezrobotnym w wieku powyżej 50 lat urzędy proponują zwykle tańsze i najmniej skuteczne formy aktywizacji.

To przede wszystkim szkolenia i staże. Z Funduszu Pracy dla grupy osób 50+ przeznaczono w 2012 roku do 9,3 proc. ogólnej kwoty na przeciwdziałanie bezrobociu. Tymczasem grupa ta stanowi ponad jedną piątą wszystkich bezrobotnych.

W ocenie NIK Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej stosuje nieadekwatne wskaźniki do pomiaru skuteczności programów aktywizujących. Ukształtowany w połowie lat 90. wskaźnik efektywności zatrudnienia (mierzony odsetkiem osób, które uzyskały pracę w ciągu trzech miesięcy od zakończenia stażu czy szkolenia) nie uwzględnia współczesnych realiów dla osób w grupie 50+. Obecnie na rynku przeważają bowiem oferty pracy krótkoterminowej. Po zakończeniu umowy przedsiębiorcy zwykle ponowne składają oferty w urzędzie pracy, a pracownicy ponownie rejestrują się jako bezrobotni – i znów poddawani są programom aktywizacyjnym. Taka sytuacja fałszuje statystyki i tworzy nieprawdziwy obraz bezrobocia w grupie 50+. Podobnie jest z podejmowaniem działalności gospodarczej. Uznaje się je za efektywne, choć to kolejna forma aktywizacji wspierana finansowo przez państwo, a nie trwała forma zatrudnienia.

Kontrola NIK pokazała, że te nieadekwatne wskaźniki prowadziły do błędnych decyzji finansowych. Np. Ministerstwo w roku 2012 skierowało dodatkową kwotę 200 mln zł do powiatów, które według tych wskaźników były najbardziej skuteczne. Rozpoznanie to kazało się jednak błędne. Wytypowane powiaty były w stanie wykorzystać tylko jedną trzecią tej kwoty.

NIK przeprowadza kontrolę w Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych

NIK rozpoczęła kontrolę przygotowania Zakładu Ubezpieczeń Społecznych do realizacji zadań wynikających z ustawy (z 6 grudnia 2013 r.), która zmieniła dotychczasowe zasady funkcjonowania systemu emerytalnego w Polsce.

Kontrola NIK dotyka obszaru szczególnie istotnego dla funkcjonowania państwa, jakim jest powszechny system emerytalny. Departament Pracy, Spraw Społecznych i Rodziny NIK przeprowadza kontrolę w Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Czynności kontrolne zostały już właśnie rozpoczęte – równocześnie z wejściem w życie najważniejszych zmian. W razie potrzeby, NIK zbierze też informacje w Ministerstwach Pracy i Polityki Społecznej oraz w Ministerstwie Finansów. Izba nie wyklucza rozszerzenia kontroli o oddziały ZUS w zakresie technicznego wykonania postanowień ustawy o przejęciu przez ZUS środków OFE. Decyzja o ewentualnej kontroli w oddziałach ZUS zostanie podjęta po zrealizowaniu wstępnych badań w Centrali ZUS.

ZUS na wprowadzenie niezbędnych zmian, wynikających z reformy systemu emerytalnego, w planie finansowym na 2014 r. zapewnił sobie kwotę 80 mln złotych. NIK zbada zasadność wydatkowania takiej kwoty ze środków publicznych.

Ustawa z 6 grudnia 2013 r. zobowiązała ZUS m.in. do:

– Przejęcia przez ZUS części obligacyjnej OFE (51,5%, tj. około 150 mld zł).

NIK zbada prawidłowość przebiegu tego procesu i ustali w przyjętych przez ZUS aktywach udział obligacji i bonów skarbu państwa (według danych Komisji Nadzoru Finansowego, na koniec 2013 r., w obligacjach skarbowych ulokowanych było około 45% aktywów OFE).

– Przyjmowania oświadczeń o przekazywaniu składek do OFE (od 1 kwietnia do 31 lipca 2014 r.),

Izba sprawdzi przygotowanie ZUS do obsługi tego przedsięwzięcia, (skala przygotowań musi uwzględniać m.in. liczbę osób, które zadeklarują pozostanie w OFE – liczba członków OFE będzie miała wpływ na wielkość deficytu Funduszu Ubezpieczeń Społecznych). NIK zbada, jakie są prognozy ZUS odnośnie deficytu FUS oraz wpływ na kondycję ekonomiczną FUS przejęcia ok. 150 mld zł z OFE.

– Poinformowanie OFE o obowiązku przekazania środków za osoby, które w okresie od 1 lutego 2014 r. do 30 października 2014 r. osiągnęły wiek niższy o 10 lat od wieku emerytalnego – tzw. suwak bezpieczeństwa (w dniu 31 października 2014 r.), następnie przejęcie środków oraz informacji o liczbie i wartości umorzonych jednostek rozrachunkowych za te osoby (do 12 listopada 2014 r.).

– Informowania OFE o osobach, które osiągnęły wiek (po dniu 31 października 2014 r.) niższy o 10 lat od wieku emerytalnego oraz do przyjęcia i ewidencji informacji o liczbie i wartości jednostek rozrachunkowych umorzonych na rachunkach członków OFE (od 1 listopada 2014 r.),

– Przejęcia z OFE środków zgromadzonych na rachunkach osób pobierających okresową emeryturę kapitałową (do 30 maja 2014 r.) oraz osób niepobierających, a którzy zawiesili prawo do świadczenia – do 12 czerwca 2014 r. (okresowa emerytura kapitałowa przysługuje członkowi OFE do osiągnięcia przez niego wieku emerytalnego i finansowana jest ze środków zgromadzonych w tych funduszach oraz z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych – w ramach środków zewidencjonowanych na subkoncie w ZUS).

NIK zbada stan przygotowań ZUS do realizacji tych zadań, (m.in. dostosowanie użytkowanych w ZUS systemów informatycznych). Izba sprawdzi m.in. czy wydatki, jakie poniósł ZUS na prace dostosowawcze, dokonane zostały skutecznie i oszczędnie.

NIK sprawdzi też, czy przejęcie przez ZUS dodatkowych zadań, związanych z reformą systemu emerytalnego, nie miało negatywnego wpływu na terminowość wypłaty bieżących świadczeń.

Dyrektywa siarkowa zagrozi małym armatorom i bałtyckiej żegludze promowej. Koszty zakupu paliwa mogą wzrosnąć nawet o 70 proc.

CEO Magazyn Polska

Armatorzy promów pasażerskich oraz małych statków towarowych pływających po Bałtyku mogą znaleźć się w trudnej sytuacji od początku przyszłego roku. Po wejściu w życie unijnej dyrektywy siarkowej koszty zakupu paliwa dla statków mogą się zwiększyć aż o 70 proc. Zmiany nie zaszkodzą jednak flocie masowców Polskiej Żeglugi Morskiej. 

 – Na naszą floty masowców dyrektywa siarkowa będzie miała ograniczony wpływ, gdyż na Bałtyk i Morze Północne zawijamy stosunkowo rzadko. Problemy mogą mieć zwłaszcza armatorzy statków operujących w okolicach Bałtyku. To małe jednostki, które z wielkich portów Morza Północnego dowożą na Bałtyk ładunki. Dramatyczne zmiany na pewno nastąpią w żegludze promowej dlatego, że miejscem operowania jest tylko Bałtyk – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Szynkaruk, dyrektor naczelny Polskiej Żeglugi Morskiej.

Wchodząca w życie na początku przyszłego roku unijna dyrektywa siarkowa będzie obowiązywać jedynie na wodach Bałtyku, Morza Północnego oraz Kanału La Manche. Zgodnie z nią maksymalna zawartość siarki w paliwach żeglugowych zmaleje z obecnego limitu 1 proc. do 0,1 proc. Na innych akwenach redukcja potrwa do 2020 r. i będzie łagodniejsza – do poziomu 0,5 proc. To wpłynie bezpośrednio na wzrost ceny paliwa dla statków.

Szynkaruk ocenia, że tona paliwa niskosiarkowego używanego przez promy od stycznia 2015 roku to koszt ok. 1000 dolarów. Obecnie stosowane na Bałtyku paliwa kosztują w okolicach 550-600 dolarów. Taki wzrost kosztów nie będzie mógł być w całości przerzucony na klientów, więc ucierpią finanse armatorów. 

 – Olbrzymie kłopoty mogą mieć właściciele starych jednostek, które mogą być nieefektywne ekonomicznie po wzroście cen paliwa – ocenia Szynkaruk. – Duże kłopoty mogą mieć nasze porty, gdyż spora część ładunków może uciec do portów Morza Śródziemnego lub Morza Północnego, które znajdują bliżej granicy  strefy, gdzie stosuje się paliwa o obniżonej zawartości siarki. Z transportu morskiego spora część ładunków może też uciec na drogi, co jest wbrew dokumentom unijnym.

Przed przeniesieniem transportu towarów z mórz na drogi i tory ostrzegają także Europejski Związek Armatorów oraz inni przedstawiciele branży. Zgodnie z unijnymi planami transport morski powinien odgrywać coraz większą rolę. Szynkaruk podkreśla jednak, że dyrektywa siarkowa utrudnia realizację tych planów.

Szynkaruk ma nadzieję, że do przyszłego roku rząd przyjmie przepisy, które umożliwią tankowanie statków skroplonym gazem (LNG). To szansa dla budowanego gazoportu w Świnoujściu, który według dyrektora PŻM powinien stać się centrum tankowania statków nie tylko korzystających z polskich portów, lecz także wszystkich innych, które wpływają na Bałtyk.

Szynkaruk dodaje, że ekologiczne tankowanie statków gazem jest zgodne z wytycznymi UE. 

 – Posiadanie terminalu i ewentualnego miejsca do tankowania, a wcześniej przyjęcie przepisów umożliwiających obrót i dostawy LNG, jest kluczowym tematem i będziemy nad tym z rządem pracować – zapowiada Szynkaruk.

Armatorzy z zadowoleniem obserwują również prace nad tzw. pakietem morskim, który zakłada znaczne uproszczenie i skrócenie do maksymalnie doby wszystkich procedur administracyjnych związanych z odprawą towarów w portach. Szynkaruk podkreśla, że zainteresowani, w tym m.in. przedstawiciele armatorów, portów oraz agentów morskich od wielu lat wskazywali, że istniejące obostrzenia prawne utrudniają rozwój transportu drogą morską. 

 – Przyjęcie tych przepisów to jest spełnienie naszych wieloletnich postulatów i cieszymy się bardzo, że obrót portowy, dostępność i konkurencyjność naszych portów oraz ekonomiczne podstawy  funkcjonowania floty zdecydowanie się poprawią. To jest krok w bardzo dobrą stronę – przekonuje Szynkaruk.

Pakiet morski już wkrótce powinien trafić pod obrady Rady Ministrów.

Neonet walczy o pozycję lidera w swojej branży. Planuje także ekspansję zagraniczną

CEO Magazyn Polska

Neonet chce w tym roku stać się największym sklepem RTV, AGD i IT w Polsce. W następnych latach spółka planuje ekspansję zagraniczną, przede wszystkim w Europie Środkowej. W krajach Europy Zachodniej Neonet chce sprzedawać sprzęt za pomocą sklepu internetowego. W ciągu kilkunastu miesięcy niewykluczony jest debiut giełdowy spółki.

 – Być może w perspektywie kilkunastu miesięcy będziemy myśleć o upublicznieniu naszej oferty, ale na chwilę obecną chcemy jeszcze trochę wzrosnąć na rynku – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kiestrzyń, wiceprezes zarządu Neonet SA. – Nasza strategia sprowadza się do jednego – być numerem jeden w Polsce.

Podkreśla, że to jest główny cel spółki na 2014 rok. Dziś Neonet ma ponad 300 salonów sprzedaży w kraju.

 – Kolejne lata to będzie wyjście na rynki zagraniczne, ze szczególnym uwzględnieniem Europy Środkowej – przekonuje wiceprezes.

Kiestrzyń precyzuje, że w następnych latach spółka planuje wejść na rynek w Bułgarii i Rumunii. Interesujące dla sieci są również Czechy i Słowacja. Mniej prawdopodobna jest ekspansja na Wschód. Choć Kiestrzyń przyznaje, że już teraz wielu klientów Neonetu przyjeżdża zza wschodniej granicy, jednak problemem jest niestabilna sytuacja polityczna i gospodarcza w tych krajach.

Również Europa Zachodnia nie należy do priorytetów Neonetu. Wynika to z dużego nasycenia sklepami AGD, RTV i IT w tej części kontynentu. Kiestrzyń nie wyklucza otwierania tam tradycyjnych sklepów w dalszej przyszłości, ale na razie firma będzie koncentrować się na poprawie oferty internetowej.

 – Europa Zachodnia jest rynkiem dojrzałym, z którym bardzo trudno konkurować w relacji do budżetów marketingowych globalnych koncernów, które operują na tym rynku. Wierzę, że nasze sklepy internetowe za chwilę dzięki poprawie logistyki będą bardzo mocno konkurowały ze sklepami zagranicznymi – zapowiada Kiestrzyń.

Spółka finansuje rozwój ze środków własnych oraz kredytów bankowych. Kiestrzyń podkreśla, że dziś zadłużenie jest na bezpiecznym poziomie.

Warszawskie Lotnisko Chopina wdraża program inwestycyjny wart 1,5 mld zł

CEO Magazyn Polska

Warszawskie Lotnisko Chopina zarobiło w ubiegłym roku 62 mln zł netto. Władze portu podkreślają, że biorąc pod uwagę wart 1,5 mld zł program inwestycyjny, to bardzo dobry wynik. Jego osiągnięcie było możliwe dzięki rekordowej liczbie pasażerów, która po raz pierwszy w historii przekroczyła 10 mln w ciągu roku. Rozbudowa terminalu pozwoli na zwiększenie przepustowości lotniska do 20 mln pasażerów rocznie, a także spowoduje wzrost znaczenia Warszawy jako portu przesiadkowego. Już teraz 15 proc. pasażerów to osoby w tranzycie. 

 – Po raz pierwszy w historii lotniska przekroczyliśmy magiczną liczbę 10 mln pasażerów. Byli to przede wszystkim pasażerowie w ruchu międzynarodowym – około 11 proc. to ruch krajowy i około 13 proc. to ruch czarterowy. Rośnie też nasze znaczenie jako portu przesiadkowego. Tranzyt to w tej chwili około 15 proc. naszego ruchu, czyli prawie 1,5 mln pasażerów – wylicza w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Michał Marzec, naczelny dyrektor przedsiębiorstwa państwowego „Porty Lotnicze” oraz dyrektor Lotniska Chopina.

Rekordowa, wynosząca 10,7 mln liczba pasażerów przełożyła się na bardzo dobry wynik finansowy. W ubiegłym roku Lotnisko Chopina zarobiło około 50 mln zł netto. Wynik udało się osiągnąć pomimo tego, że trwa duży program inwestycyjny, warty łącznie 1,5 mld zł.

Najważniejszym jego elementem jest przebudowa starszej części terminalu pasażerskiego, która zakończy się jeszcze w tym roku. Terminal zostanie udostępniony do eksploatacji w przyszłym. Cały program inwestycyjny zaplanowano na trzy lata.

Michał Marzec podkreśla, że w tym roku spółka zacznie spłacać część kredytów zaciągniętych pod program inwestycyjny. Przez to 2014 r. będzie trudniejszy pod względem finansowym. Jednak Dyrektor Naczelny PPL liczy, że uda się zakończyć prace związane zarówno z terminalem pasażerskim, jak i z infrastrukturą lotniczą, a najpóźniej w pierwszej połowie przyszłego roku obiekty zostaną oddane do eksploatacji. 

 – Zakończenie przebudowy terminalu, który stworzy wspólną architektoniczną bryłę z nową częścią, zakończy się w tym roku. Dotyczy to również wielu inwestycji na polu manewrowym lotniska. Będziemy budować nowe drogi kołowania, nowe płyty, które zwiększą naszą przepustowość. Zakończenie programu inwestycyjnego umożliwi nam obsłużenie nawet powyżej 20 mln pasażerów rocznie – podkreśla Marzec.

Przebudowa terminalu oznacza nie tylko wzrost przepustowości oraz komfortu dla podróżnych (m.in. poprzez bezpośrednie połączenie ze stacją kolejową), lecz także nowe możliwości komercyjne. Na początku stycznia PPL sfinalizował umowę z firmą HDS Polska na obsługę strefy komercyjnej w nowej części terminalu. 10-letni kontrakt oznacza nawet kilkaset milionów złotych przychodów dla spółki zarządzającej warszawskim lotniskiem.

Otwarcie strefy komercyjnej pozwoli zwiększyć przychody, bo obecnie jej częściowe wyłączenie oznacza mniejsze wpływy do kasy PPL-u. Dyrektor M. Marzec dodaje, że w tym roku wyzwaniem będzie nie tylko zakończenie inwestycji, lecz także zapełnienie luki po Ryanairze. Irlandzki przewoźnik niskokosztowy do końca września oferował loty z Lotniska Chopina, ale potem zdecydował się na powrót na lotnisko w Modlinie. 

 – Ryanair wrócił do Modlina, czyli jego pasażerów nie będziemy mogli obsługiwać tutaj. Będziemy usatysfakcjonowani, jeżeli przekroczymy po raz kolejny liczbę 10 mln pasażerów w tym roku – prognozuje Marzec. Jednocześnie podkreśla jednak, że Modlin uzupełnia ofertę lotniska Chopina: – Idea budowania Modlina to jest nasz pomysł. Uważamy, że taka duża aglomeracja i taki duży region jak Warszawa i Mazowsze są w stanie wygenerować ruch zdywersyfikowany zarówno na część low-costową, jak i tradycyjną. Sądzę, że oba te lotniska są absolutnie komplementarne, nie mówiąc już o czysto technicznym wzajemnym wsparciu w sytuacjach trudnych.

Państwowe Porty Lotnicze mają 30,39 proc. udziałów w lotnisku w Modlinie. Ten podwarszawski port lotniczy, który do lipca pozostawał zamknięty dla samolotów obsługujących loty pasażerskie z uwagi na zły stan drogi startowej, obsłużył w 2013 r. 344 tys. pasażerów.

Przemysł farmaceutyczny obawia się umowy o wolnym handlu UE-USA

CEO Magazyn Polska

Uwolnienie rynku farmaceutycznego na mocy umowy o wolnym handlu pomiędzy UE i USA może nieść ze sobą poważne zagrożenia zarówno dla polskiego przemysłu farmaceutycznego, jak i pacjentów NFZ – ostrzegają przedstawiciele branży. Ich zdaniem zharmonizowanie europejskich i amerykańskich przepisów prawa farmaceutycznego spowodowałoby w Polsce dwuletnie opóźnienie we  wprowadzaniu na rynek leków generycznych. Postulują więc wyłączenie z umowy o wolnym handlu niektórych przepisów.

Dla polskiej branży farmaceutycznej problemem pozostaje fakt, że unijne i amerykańskie przepisy dotyczące wprowadzania leków na rynek i ich ochrony patentowej istotnie różnią się między sobą. Zdaniem Piotra Błaszczyka, wiceprezesa Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego (PZPPF),  z tego powodu uwolnienie rynków w przypadku leków może przynieść negatywne skutki – zarówno dla polskiego przemysłu farmaceutycznego, jak i pacjentów NFZ.

 – Polski przemysł farmaceutyczny jest głównie przemysłem generycznym, a więc konkurujący z ochroną patentową dla leków i rozwiązań innowacyjnych, które są wprowadzane do poszczególnych generacji leków – tłumaczy. – System istniejący w Stanach Zjednoczonych, inny od polskiego i europejskiego, polega na tym, że przed złożeniem leku do rejestracji, należy rozpoznać czystość patentową leku, co powoduje opóźnienie w ewentualnym wejściu na rynek leku generycznego.

Podkreśla, że system europejski jest dużo bardziej przejrzysty od amerykańskiego, bowiem wstrzymanie bądź całkowite wycofanie leku z obrotu (w przypadku naruszenia jego patentu) może nastąpić dopiero po rejestracji leku, czyli po wprowadzeniu go na rynek.

 – Właśnie ten aspekt traktujemy jako zagrożenie przy harmonizacji dla ewentualnego wprowadzania nowych generyków na rynek, co może opóźnić o około dwa lata, w naszej ocenie, wejście nowych generyków. Czyli również opóźni moment obniżenia ceny leku, co jest niekorzystne dla pacjentów i dla systemu refundacyjnego Narodowego Funduszu Zdrowia. – tłumaczy wiceprezes PZPPF.

Z tego powodu Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego postuluje o wyłączenie z umowy najbardziej wrażliwych kwestii.

 – Postulatem jest to, ażeby wyłączyć pewne rozwiązania z umowy, które spowodowałoby szybszy dostęp leków generycznych do rynku europejskiego na pewno o co najmniej dwa lata – zaznacza Piotr Błaszczyk.

Dodaje, że chodzi przede wszystkim o tzw. „patent linkage”, czyli o powiązanie rozpoznania patentowego z procedurą rejestracyjną leku. Europejska procedura rejestracyjna nie ma bowiem nic wspólnego z rozpoznaniem patentowym, a dotyczy jedynie rozpoznania, bezpieczeństwa i skuteczności produktu leczniczego.

W czerwcu ubiegłego roku Komisja Europejska dostała od państw członkowskich UE mandat do negocjacji Transatlantyckiego Paktu Handlu i Inwestycji. Na jego mocy ma powstać największa strefa wolnego handlu na świecie, dzięki harmonizacji unijnych i amerykańskich przepisów dotyczących poszczególnych grup produktów.

Niższa opłata interchange nie od razu przełoży się na znaczące obniżki kosztów dla punktów handlowych

CEO Magazyn Polska

Wraz z wprowadzeniem niższej opłaty interchange agenci rozliczeniowi będą mieli nowe obowiązki. Na wniosek punktów handlowych ujawnią strukturę kosztów pobieranych prowizji, muszą więc przygotować do tego swoje systemy. Obniżenie interchange, która jest jedną ze składowych prowizji, nie musi wcale przełożyć się na zwiększenie sieci akceptacji kart – ostrzega Jacek Koszel z IT Card.

Nowa ustawa obniżająca interchange oznacza nie tylko zmianę stawki, lecz także nakłada nowe obowiązki na agentów rozliczeniowych. Przede wszystkim na żądanie punktu handlowego agent rozliczeniowy będzie musiał przedstawić strukturę kosztów składających się na prowizję.

 – Systemy agentów rozliczeniowych muszą zostać dostosowane do takiego prezentowania wartości pobranej prowizji. Choć informacje będą podawane tylko na żądanie akceptanta, każdy agent rozliczeniowy musi się przygotować do nowej sytuacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Koszel, dyrektor Departamentu Marketingu i Sprzedaży w IT Card. – My jesteśmy na etapie przygotowywania się do całokształtu zmian.

Na prowizję, oprócz opłaty interchange, składają się jeszcze opłaty organizacji płatniczych oraz marża agenta rozliczeniowego, który rozlicza transakcje i podpisuje umowy z akceptantem. Główna część składowa tej prowizji ulegnie znacznej obniżce. Nie oznacza to jednak automatycznie spadku kosztów dla punktu handlowego.

 – W przypadku pozostałych składowych zmiany będą rozłożone w czasie, a o wysokości całej prowizji zadecyduje rynkowa konkurencja – uważa Jacek Koszel. – Biorąc również pod uwagę stopień nasycenia polskiego rynku, obniżka interchange może mieć niewielki wpływ na powiększenie bazy akceptacji kart. Dla punktów, które nie akceptują kart, problemem są wysokie opłaty stałe za terminal, a nie prowizje. Na przykład korporacje taksówkowe są skłonne płacić 5-6 proc. z tytułu prowizji transakcji, ale oczekują w zamian bardzo niskiej opłaty za terminal.

Przez długie lata opłaty interchange pobierane w Polsce od transakcji kartami płatniczymi należały do najwyższych w Europie. Do końca 2012 roku stawki wynosiły średnio około 1,6 proc., podczas gdy średnia w UE była niższa niż 1 proc. Teraz opłaty wynoszą 1,2-1,3 proc. Ponieważ próby skłonienia organizacji płatniczych do samodzielnego zmniejszenia obciążeń nie przyniosły rezultatu, obniżki wprowadzono ustawowo. Od lipca stawki interchange płacone przez akceptantów, czyli placówki honorujące płatności kartami, wyniosą maksymalnie 0,5 proc.

 – My już teraz postanowiliśmy nieco obniżyć nasze opłaty, by zachęcić akceptantów do podpisywania umów. I podejmujemy starania, by takich umów podpisać w najbliższym czasie możliwie jak najwięcej przed zmianami na rynku – tłumaczy Jacek Koszel w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Prawie cała produkcja mebli w Polsce idzie na eksport

CEO Magazyn Polska

Produkowane w Polsce meble w 90 proc. trafiają na eksport. Zdecydowana większość z nich jest robiona na zamówienie zagranicznych koncernów i sprzedawana pod obcą marką. Brak silnych polskich marek, rozdrobnienie branży i brak środków na badania i rozwój to według przedstawicieli branży główne bariery w utworzeniu silnego polskiego przemysłu meblarskiego. 

 Dzięki sprawnej i taniej sile roboczej Polska stała się bardzo szybko atrakcyjnym miejscem do produkcji mebli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Respondek, wiceprezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli. – Większość z 26 tysięcy polskich firm z branży to małe, średnie i mikroprzedsiębiorstwa. Rozdrobnienie branży to z jednej strony nasza siła, ale z drugiej  słabość.

90 proc. polskich mebli jest eksportowanych, jednak większość polskich przedsiębiorców wytwarza meble na zamówienie zachodnich koncernów i sprzedaje je pod ich markami.

 – Dzięki temu mniejsze są koszty, zwłaszcza te związane z promocją. W meblarstwie trzeba przez 10 lat przeznaczać minimum 10 proc. ceny końcowej na promocję, by zbudować markę. Jednocześnie jak raz wypromujemy markę, to wcale nie mamy gwarancji, że to wystarczy i nie będzie trzeba jej promować później – mówi Respondek. 

Jednak inwestycja taka może się opłacić, bo mebel markowy może osiągnąć cenę nawet dwa razy wyższą od pochodzącego z masowej produkcji.

 – Tam, gdzie robimy tylko i wyłącznie meble zlecane przez innych i pod inną marką sprzedawane, tam zyskowność nie jest duża. Jeśli robimy własne meble i mamy wypromowaną markę, zyskowność jest zdecydowanie większa – mówi Respondek.  Jeśli mebel bez marki, porównywalny często do mebla brandowego, można sprzedać za 2 tys. zł za pojedynczą kanapę, to mebel jakościowy można zdecydowanie sprzedać za 4 tys. zł.

Zdaniem wiceprezesa Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli, poważną barierą w dynamicznym rozwoju polskich firm meblarskich jest brak środków na badania i rozwój.

 Szansy upatrujemy w tym, co się obecnie promuje w europejskiej gospodarce, a więc w postawieniu na badania i rozwój, w sojuszu między sferą badawczą a biznesem – mówi Respondek. – Do tego potrzeba jednak funduszy. Problemem jest także niewielki rozmiar polskich przedsiębiorstw z branży meblowej. Brakuje kadry administracyjnej, która nawiązałaby współpracę z uczelniami czy instytutami meblarskimi i oszacowała choćby niezbędne nakłady – dodaje.

Potrzeba badań wynika między innymi ze zmieniających się trendów w meblarstwie i preferencji klientów. Przykładowo tradycyjne komplety wypoczynkowe, złożone z kanapy trzyosobowej, dwuosobowej i fotela, stały się już przeżytkiem.

 – Dzisiaj większość osób poszukuje mebli indywidualnych, oddzielnych dla każdego, które można wziąć ze sobą w każdym momencie, gdy zmieni się miejsce zamieszkania – mówi Respondek. – Popularne są meble wielofunkcyjne, wykorzystywane zarówno w pracy, jak i przy oglądaniu telewizji. Jeszcze większe zmiany zachodzą w przypadku kuchni, gdzie techniki jest zdecydowanie więcej niż mebli. Warto badać nowe trendy, gdyż dzięki temu będziemy produkować towary, na które jest popyt – dodaje.

Polki rodzą coraz mniej dzieci. Za 6 lat jedną czwartą społeczeństwa będą stanowić osoby po sześćdziesiątce

CEO Magazyn Polska

Polskie społeczeństwo starzeje się i proces ten będzie przebiegał coraz gwałtowniej – przestrzegają eksperci. Polki niechętnie rodzą dzieci i znacznie później niż pokolenia ich matek i babć decydują się na zakładanie rodziny. Specjaliści przewidują, że proces starzenia się społeczeństwa będzie przebiegał w Polsce najgwałtowniej spośród wszystkich krajów Unii Europejskiej. Młode pokolenie już niedługo nie będzie w stanie zapracować na utrzymanie starszych osób.

W Polsce zawsze się wydawało, że jest dużo ludzi, jest nadwyżka siły roboczej, nadwyżka ludzi młodych. Bardzo dużo dzieci urodziło się w pierwszej połowie lat 80, w okresie tzw. „baby boomu”. Wtedy na świat przychodziło średnio 600 tys. dzieci., teraz 300 tys. Niestety współczynniki dzietności systematycznie malały i od 1990 roku były poniżej zastępowalności pokoleń – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Krystyna Iglicka-Okólska, demograf i socjolog.

Dane Eurostatu pokazują, że w 2020 r. osoby po 60. roku życia będą stanowić blisko 25% ludności polskiego społeczeństwa, a prognoza ludności na lata 2008–2035 opracowana przez GUS wskazuje, że najbliższe lata będą cechowały się przyrostem ludności w najstarszych grupach wieku (tzw. pokolenie stulatków). Szacuje się, że w roku 2030 liczba osób w wieku 85 lat i więcej może sięgać prawie 800 tysięcy.

By poradzić sobie z niżem demograficznym, zachodnie kraje otwierają granice i przyjmują imigrantów. W Wielkiej Brytanii współczynnik dzietności znacznie wzrósł po fali emigracji z Polski. Zahamowało to również proces starzenia się społeczeństwa. Tymczasem Polska ma najniższy współczynnik imigrantów w całej Unii Europejskiej.

Problem starzenia się społeczeństwa polskiego będzie jednym z największych problemów kraju. Kolejne generacje młodych ludzi będą musiały utrzymać coraz większe rzesze ludzi starszych przy niewydolności systemów emerytalnych – mówi Krystyna Iglicka-Okólska.

Eksperci przestrzegają, że problem starzenia się społeczeństwa polskiego może wywołać kolejne fale emigracji. Według prognoz już za kilka lat na 100 ludzi w wieku produkcyjnym będzie przypadało 90 osób w wieku poprodukcyjnym. W przypadku Niemiec, które od lat zmagają się z problemem starzenia się społeczeństwa, współczynnik ten wynosi 60 proc.