W USA zaczynają się dyskusje na temat podwyżek stóp procentowych. Rynki reagują natychmiast: złoto jest w odwrocie, a dolar znów zyskuje na wartości. W tle Polska po raz kolejny przetrwała przegląd ratingu, ale problemy pozostają w mocy.
Złoto głównym przegranym wojny w Zatoce
Dzisiaj nad ranem uncja złota wyceniana była na 4200 USD. W ciągu niecałego tygodnia królewski kruszec spadł z poziomu ponad 5000 do 4200 USD. Powodów tej przeceny jest przynajmniej kilka. Po pierwsze, złoto niedawno zaliczyło duże wzrosty, a wielu inwestorów czekało na dobry moment do realizacji zysków. Po drugie, stopy procentowe w USA – których oczekiwane obniżki napędzały wzrosty – jednak mają w tym roku nie spadać. Co więcej, patrząc na wyceny kontraktów terminowych na stopę procentową, rynek oczekuje wzrostów. W Polsce pojawia się tu jeszcze jeden kontekst. W oparciu o zmiany wyceny złota powstał jeden z pomysłów finansowania polskiego programu zbrojeń. Musimy jednak pamiętać, że nie był to pomysł sprzedaży złota, tylko zmiany jego wyceny. To oznaczałoby księgowy zysk NBP, a z tego zysku realnie „wydrukowano” by pieniądze i wykonano przelew do budżetu. Obecne spadki cen kruszcu nie są wywoływane zapowiedziami tego manewru.
Dolar znów w formie
Wspomniane w poprzednim paragrafie zmiany w polityce monetarnej przełożyły się również na dolara. Skoro jeszcze niedawno amerykańską walutę wyceniano w oparciu o założenie, że będzie ona wypłacać coraz to słabsze odsetki, a nagle ma wypłacać lepsze, to zainteresowanie rośnie. Biorąc pod uwagę ostatnie wystąpienie Jerome’a Powella na konferencji prasowej, w sumie nie wiadomo, skąd się wzięła narracja o podwyżkach stóp. Widać jednak, że inwestorzy usłyszeli tam coś, czego inni nie słyszeli i zamierzają pod to inwestować. Możliwe jest też to, że zmienia się horyzont oczekiwanego trwania wojny w Zatoce Perskiej. Jeżeli obecna operacja specjalna – jak stara się ją bagatelizować administracja prezydencka, robiąc bardzo niesmaczne nawiązanie do narracji rosyjskiej – przerodzi się w coś, co historia zapamięta jako III wojnę w Zatoce Perskiej, to na jednej podwyżce (i to nie tylko w USA) się najprawdopodobniej nie skończy.
Kolejny przegląd bez obniżki ratingu
Piątkowy przegląd ratingu Polski w agencji Moody’s zakończył się utrzymaniem ratingu Polski, ale również utrzymaniem negatywnej perspektywy na przyszłość. Oznacza to, że analitycy widzą ryzyko, iż jeśli sytuacja będzie się rozwijać w takim kierunku, to wiarygodność kredytowa Polski prędzej czy później spadnie. Mowa tutaj w szczególności o zadłużeniu naszego kraju i deficycie budżetowym. Jeżeli miałoby dojść do obniżki ratingu, powinno to tylko pogorszyć sytuację. Niższy rating oznacza bowiem wyższy koszt obsługi długu, a wyższy koszt obsługi to wyższy deficyt. W dłuższym okresie oznaczałoby to osłabienie złotego. Jest to również kolejny powód dla którego dyskusja o finansowaniu tak dużego programu jak SAFE jest krytyczna. Druk pieniędzy w ramach zmian wyceny złota wcale nie musi być dobrze widziany przez agencje ratingowe. Drukowanie pieniędzy, gdy nie jest się USA, jest bowiem bardzo źle widziane.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.
Wojna i blokada Cieśniny Ormuz zakłócają globalne łańcuchy dostaw – przekierowanie statków na trasy wokół Afryki wydłuża czas dostaw surowców i winduje koszty frachtu.
Cła ochronne, kontyngenty na import oraz wyrównanie kosztów emisji CO₂ między producentami w UE, a importerami spoza UE ograniczają napływ tańszej stali spoza Europy.
Ograniczenia UE, wojna na Bliskim Wschodzie i perturbacje na światowych rynkach mogą – wg ekspertów – spowodować wzrost ceny stali o około 10 proc.
Stal ma ogromne znaczenie dla branży budowlanej, w której działa co 7. polska firma MŚP, ale tylko 50,3 proc. firm przeżywa pierwszy rok.
Ostra konkurencja nie pozwala na marże, które wchłoną duży wzrost kosztów stali. U najmniejszych koszty to 82,1 proc. przychodów – bufor na podwyżki cen materiałów jest praktycznie zerowy.
Decyzja administracji USA o nałożeniu ceł na stal i aluminium wstrząsnęła globalnym rynkiem surowców. Eksport stali z UE do USA zmniejszył się o 30 proc. w drugiej połowie 2025 roku. Choć chwilowo zwiększa to podaż stali w Europie i może wywierać presję cenową w dół, to efekt ten może być krótkotrwały. Rosnące koszty energii i emisji CO₂, ograniczenia importu oraz rosnący popyt w sektorach infrastruktury i zbrojeń mogą w kolejnych miesiącach podnieść ceny stali na rynku europejskim. Rynek wycenia wzrost cen stali o 5–10 proc. Do tego dochodzi zamknięcie Cieśniny Ormuz – strategicznego traktu, co podnosi koszty paliwa i frachtu. Dla polskich firm budowlanych i przemysłowych – już dziś działających na granicy rentowności – to może być za dużo naraz. Część z nich będzie zmuszona renegocjować kontrakty lub realizować projekty ze stratą.
Wzrosty cen stali są już na horyzoncie: benchmark HRC (taśma gorącowalcowana) ma wzrosnąć do około 750 dol. za tonę w 2026 r. (z 650–700 dol., które notowano w połowie 2025 r.), a brytyjski dostawca All Steels szacuje wzrost cen stali w UE o ponad 200 funtów za tonę.
– Rynki surowcowe reagują na sygnały polityczne błyskawicznie, jeszcze zanim realny przepływ stali ulegnie zmianie. Polskie firmy budowlane, korzystające z produktów opartych na stali, powinny już teraz uruchomić tryb zarządzania ryzykiem cenowym. Warto przeanalizować kontrakty, zadbać o szybszy przepływ pieniądza i – jeżeli to możliwe – zakontraktować dostawy stali z wyprzedzeniem. Zwlekanie z decyzją może kosztować znacznie więcej niż działanie prewencyjne – mówi Alicja Małek, ekspert eFaktor, specjalizującego się w finansowaniu MŚP.
Ochrona rynku UE ogranicza import taniej stali, a koszty produkcji w Europie są wysokie
Ochrona rynku UE w postaci ceł ochronnych, kontyngentów importowych oraz mechanizmów takich jak CBAM (Carbon Border Adjustment Mechanism – wyrównanie kosztów emisji CO₂ między producentami w UE a importerami spoza UE) ograniczają napływ tańszej stali spoza Europy. W efekcie nadwyżki stali powstałe po spadku eksportu do USA nie przekładają się automatycznie na trwały spadek cen na rynku europejskim. Jednocześnie europejscy producenci mierzą się z rosnącymi kosztami energii, emisji CO₂ oraz transportu surowców, co podnosi koszt wytworzenia stali. W rezultacie presja kosztowa może z czasem przeważyć nad chwilową nadpodażą i prowadzić do wzrostu cen. Podwyżki są możliwe, a w skrajnych scenariuszach, przy przedłużającej się wojnie w rejonie Zatoki Perskiej – mogą przekroczyć 10 proc.
Cieśnina Ormuz: wąskie gardło, przez które wycieka stabilność
Choć stal nie jest masowo eksportowana z Zatoki Perskiej, blokada Cieśniny Ormuz może silnie, choć pośrednio, wpływać na jej ceny. Przede wszystkim przez ten wąski szlak transportowany jest znaczący udział światowego handlu ropą i LNG. Jego zakłócenie szybko przekłada się na wzrost cen energii. Produkcja stali należy do najbardziej energochłonnych procesów przemysłowych – energia elektryczna, gaz i paliwa stanowią znaczącą część kosztów pracy hut, dlatego droższa energia szybko podnosi koszt wytworzenia stali.
Drugim czynnikiem jest transport i logistyka. Zakłócenia w tak ważnym węźle żeglugi powodują przekierowanie statków na dłuższe trasy. To zwiększa koszty frachtu i wydłuża czas dostawy surowców dla przemysłu. W efekcie rosną koszty operacyjne hut i producentów wyrobów stalowych, nawet jeśli sama stal nie pochodzi z regionu Zatoki Perskiej.
– Dodatkowo cła i ogólnie globalne napięcia w handlu surowcami zwiększają niepewność na rynkach i podnoszą koszty finansowania zapasów oraz transportu. Blokada Cieśniny Ormuz to nie odległy problem geopolityczny. Każdy tydzień opóźnienia w dostawie surowca to czas, w którym firma płaci za towar, którego jeszcze nie może sprzedać, wykorzystać w produkcji czy na inwestycji. To może być poważnym ciosem dla płynności finansowej firm. Wydłużenie dostaw surowców o kilka tygodni oznacza konieczność utrzymywania wyższych zapasów i zamrażanie większego kapitału obrotowego. Od mądrego zarządzania płynnością finansową może dziś zależeć przetrwanie wielu firm – wskazuje Alicja Małek z eFaktor.
Polskie podwórko: branża budowlana pod presją
Na taki rozwój sytuacji z niepokojem patrzą rodzime firmy z branży budowlanej, zwłaszcza te małe i średnie. Według Raportu PARP 2025, budownictwo skupia 15,2 proc. wszystkich polskich firm MŚP – ale tylko niewiele ponad 50 proc. z nich przeżywa pierwszy rok działalności. W 2024 r. zarejestrowano w tej branży 66,5 tys. nowych firm i wyrejestrowano 40,1 tys. To jedna z najwyższych rotacji w całej polskiej gospodarce. Wskaźnik kosztów mikroprzedsiębiorstw wynosi 82,1 proc. przychodów. Każda podwyżka cen stali to bezpośrednie uderzenie w płynność finansową firm, które realnie nie mają bufora na wchłonięcie podwyżek.
Cła, kryzys logistyczny w Zatoce Perskiej i rosnące ceny energii to ciosy, które padają jednocześnie. Dość krótki, 150-dniowy okres globalnych ceł USA niedługo się skończy. Jednak nie oznacza to natychmiastowej poprawy sytuacji. Będzie to moment, w którym rynek sfinalizuje wycenę nowej rzeczywistości.
Te branże także ucierpią
Budownictwo jest najbardziej narażone na skok cenowy. Stal zbrojeniowa, profile i blachy stanowią 30–50 proc. kosztów konstrukcji stalowej, a wzrost cen oznacza wymierne uszczuplenie marż.
Również motoryzacja zmaga się z podwójną presją: droższym materiałem i osobnymi 25-procentowymi cłami na auta i części samochodowe.
– Podwyżki mogą dotknąć także szeroko pojętą infrastrukturę. Drogi, mosty, linie kolejowe – mogą należeć do kolejnych ofiar podwyżek. Rywalizowanie o kontrakty w przetargach wymusza presję na marże, szczególnie mniejsze firmy nie są w stanie upchnąć dodatkowych kosztów. Tym bardziej że europejski program zbrojeń podgrzewa popyt na stal w tym samym czasie, gdy podaż jest ściskana przez politykę celną – podsumowuje Alicja Małek z eFaktor.
Pod presją znajdą się również producenci maszyn, sprzętu AGD i instalacji OZE, a zapowiadane poszerzenie ceł o miedź rozszerza krąg zagrożeń jeszcze bardziej.
Polska umacnia swoją pozycję jako jeden z najbardziej atrakcyjnych kierunków dla instytucjonalnego kapitału nieruchomościowego w Europie — taki jednoznaczny przekaz dominował podczas targów MIPIM 2026 w Cannes. Jak podkreślają eksperci AXI IMMO, największej polskiej firmy doradczej na rynku nieruchomości komercyjnych, zaufanie inwestorów do Polski nie tylko powraca, ale wręcz przyspiesza.
Silny optymizm wśród zagranicznych inwestorów
Grzegorz Chmielak, Head of Capital Markets and Valuation & Advisory, AXI IMMO, komentuje: „Podczas targów MIPIM w Cannes Polska była postrzegana jako rynek, który przyciąga inwestorów, w tym zakresie możemy mówić o nowej fali optymizmu… Jest ogólne przekonanie, że warto w Polsce inwestować. Co więcej, sytuacja geopolityczna już od jakiegoś czasu, jest postrzegana jako nowa normalność, w której wszyscy muszą działać. Obok aktywnych inwestorów z CEE, w tym krajów bałtyckich, oraz inwestorów z Francji, powoli ożywia się kapitał core, sygnalizując gotowość do zakupów w drugiej połowie 2026 roku”.
Rynek magazynowy pozostaje liderem
Joanna Lewandowska, Associate Director, Capital Markets, AXI IMMO, wskazuje, że: „Jeśli chodzi o rynek magazynowy w Polsce, to jest bardzo duży popyt na długie najmy tych powierzchni, szczególnie jeśli nieruchomość ma jednego najemcę z długim najmem. W tym subsektorze inwestor może uzyskać najbardziej atrakcyjne stopy zwrotu. To jest po prostu najbardziej pożądany produkt, w tym momencie jest to zdecydowanie prime”.
Zmieniające się warunki geopolityczne mogą dodatkowo wygenerować popyt ze strony branż, które będą potrzebowały większej powierzchni w związku z przekształceniami globalnych łańcuchów dostaw.
Inflacja, koszty finansowania i globalna niepewność
Joanna Lewandowska zwraca również uwagę, że: „Oczywiście wspominano o nowej wojnie, m.in. w kontekście kosztów finansowych, które mogą delikatnie wzrastać. Istnieje świadomość, że inflacja się pojawi na pewno, tylko pozostaje pytanie, w jakiej skali. Ogólnie widać dużą niepewność co do sytuacji na świecie. Nie pomaga też fakt, że rynek europejski dostanie w tej sytuacji »tylko« rykoszetem. Jak kula śnieżna dotrą do nas problemy z paliwami, z nawozami, środki ochrony roślin – szok inflacyjny jest realny”.
Banki mają nadpłynność — i chęć finasowania
Wśród przedstawicieli sektora finansowego wybrzmiała bardzo wyraźnie gotowość do finansowania różnego typu aktywów, banki mają obecnie wysoką płynność i niezmiennie chcą finansować dobre nieruchomości.
Szersza rynkowa zmiana wyczuwalna w Cannes
Rozmowy prowadzone w Le Palais des Festivals były bardziej selektywne i ukierunkowane niż w poprzednich latach — co wskazuje, że kapitał wraca, lecz z wyższymi wymaganiami i większą ostrożnością. Silnym trendem była rosnąca rola prywatnego długu: fundusze dłużne i dostawcy finansowania strukturyzowanego coraz częściej wypełniają lukę finansową, zwłaszcza w Niemczech, ale też stopniowo w całej Europie i w Polsce.
Polskie miasta, regiony i firmy zaprezentowały się w Cannes wyjątkowo silnie — była to jedna z najmocniejszych obecności Polski w historii MIPIM.
Grzegorz Chmielak podsumowuje: „Polska jest bardzo dobrze przygotowana na kolejny cykl rynkowy, a rozmowy, które prowadziliśmy w Cannes, tylko utwierdzają nas w tym przekonaniu”.
Notowane na rynku NewConnect toruńskie studio Dark Point Games opublikowało wyniki za 2025 rok. Spółka osiągnęła 4,72 mln zł przychodów netto ze sprzedaży, co oznacza wzrost o ponad 49 proc. w porównaniu z 2024 rokiem. Jednocześnie firma zakończyła rok zyskiem netto w wysokości 91 tys. zł, podczas gdy rok wcześniej notowała stratę przekraczającą 2 mln zł.
Na poziomie operacyjnym spółka również poprawiła wyniki. EBITDA wyniosła 2,71 mln zł, co wskazuje na wyraźną poprawę efektywności działalności w porównaniu z poprzednim rokiem. Z komunikatu wynika, że istotnym elementem była zarówno rosnąca sprzedaż gier, jak i kontrola kosztów. Obecnie firma koncentruje się przede wszystkim na rozwoju nowego projektu pod nazwą Brightfall.
– 2025 r. potwierdził skuteczność naszej strategii. Dynamiczny wzrost przychodów oraz powrót do rentowności to efekt rosnącej popularności naszych gier i efektywnej monetyzacji. Jednocześnie konsekwentnie rozwijamy portfolio, wprowadzamy innowacyjne funkcje oraz budujemy silną społeczność graczy. Dzięki temu nie tylko zwiększamy przychody, ale także tworzymy solidne fundamenty długoterminowego wzrostu wartości spółki – mówi Paweł Waszak, prezes zarządu Dark Point Games S.A.
W 2025 roku studio intensywnie pracowało nad grą Brightfall, która obok marki Achilles ma być jednym z kluczowych projektów w portfolio spółki. Tytuł został zapowiedziany jako kooperacyjny survival z otwartym światem. Akcja gry ma toczyć się w XVII-wiecznej Anglii, na tajemniczej wyspie wymazanej z map. W założeniu gracze będą mierzyć się tam z zagrożeniem określanym jako „żyjąca ciemność”.
Twórcy zapowiadają, że jednym z najważniejszych elementów gry będzie mechanika oparta na świetle i ciemności. Ma ona wpływać nie tylko na oprawę wizualną, ale również bezpośrednio na rozgrywkę. To rozwiązanie ma stanowić jeden z głównych wyróżników nowej produkcji. Premiera gry w formule Early Access na platformie Steam planowana jest jeszcze w 2026 roku.
– Głównym wyróżnikiem tytułu będzie w pełni dynamiczny system światła i ciemności, który wpłynie zarówno na warstwę wizualną, jak i mechanikę rozgrywki. Każdy element oświetlenia w grze będzie mógł się zmieniać, a świat reagować wraz z poziomem jasności. Żyjąca ciemność to serce naszej produkcji, a nie tylko klimatyczny dodatek. Z pewnością na graczy czeka spora dawka emocji i adrenaliny – zapowiada Paweł Waszak.
Spółka deklaruje, że Brightfall od początku projektowany jest jako gra o długim cyklu życia. Dotyczy to zarówno rozwijania zawartości po premierze, jak i modelu generowania powtarzalnych przychodów. Tego typu podejście wpisuje się w szerszy trend obecny w branży gier, w którym wydawcy coraz częściej stawiają na dłuższe utrzymywanie aktywności graczy wokół jednego tytułu. Dla Dark Point Games może to oznaczać próbę budowania bardziej stabilnych źródeł przychodów w kolejnych latach.
W 2026 roku spółka planuje także dalszy rozwój gry Achilles: Survivor. Zapowiedziano co najmniej trzy duże aktualizacje, które mają objąć nowe postacie, wyzwania oraz dodatkowe tryby rozgrywki. Studio chce również rozwijać systemy poprawiające komfort gry i wspierające dalszą monetyzację marki. Pokazuje to, że spółka zamierza równolegle rozwijać nowe projekty i wzmacniać już istniejące tytuły.
Achilles: Survivor zadebiutował w lipcu 2025 roku. Jest to jednoosobowa gra typu „bullet heaven”, osadzona w realiach mitologii greckiej. Gracze wcielają się w Achillesa lub innych bohaterów mitologicznych, walcząc z falami przeciwników, rozwijając umiejętności i budując struktury wspierające rozgrywkę. Tytuł stanowi obecnie jeden z ważniejszych elementów obecnego portfolio studia.
Z perspektywy strategicznej 2026 rok ma być dla Dark Point Games okresem dalszego wzmacniania rozpoznawalności firmy i poszukiwania nowych źródeł przychodów. Spółka zapowiada, że chce rozwijać zarówno obecne projekty, jak i przygotowywać kolejne produkcje. W centrum pozostają rozwój portfolio, angażowanie społeczności graczy oraz budowanie długoterminowej wartości. Opublikowane wyniki sugerują, że po słabszym 2024 roku studio poprawiło sytuację finansową, ale najbliższe kwartały będą istotne dla oceny trwałości tego trendu.
Notowana na rynku NewConnect spółka EKIPA Holding opublikowała skonsolidowane wyniki finansowe za 2025 rok. Grupa osiągnęła 83,99 mln zł przychodów, wobec 74,23 mln zł rok wcześniej, co oznacza wzrost o 13 proc. rok do roku. Jednocześnie był to okres wyraźnego wzrostu kosztów, związanych m.in. z realizacją projektu T5M3 oraz uruchamianiem nowych linii biznesowych.
W efekcie rentowność grupy pogorszyła się w porównaniu z 2024 rokiem. EBITDA wyniosła 9,09 mln zł, podczas gdy rok wcześniej było to 14,48 mln zł. Z kolei skonsolidowany zysk netto spadł do 3,38 mln zł z 8,51 mln zł, czyli o około 60 proc. rok do roku.
Jednym z najważniejszych wydarzeń minionego roku dla grupy był kinowy debiut filmu „100 dni do matury”, wyprodukowanego przez spółkę Laniakea Pictures. Premiera odbyła się 26 lutego 2025 r., a film przyciągnął do kin ponad 320 tys. widzów w pierwszy weekend. Łączna frekwencja przekroczyła następnie milion widzów.
Produkcja została później udostępniona również na platformach streamingowych. W maju trafiła do Amazon Prime Video, a następnie do Netfliksa. Jak podano, wpływy z dystrybucji pozwoliły nie tylko pokryć koszty produkcji, ale także zakończyć projekt z zyskiem, a sama Laniakea Pictures po raz pierwszy wygenerowała przychody dla całej grupy.
2025 to był dla nas naprawdę mocny rok. Szczególnie dumny jestem z filmu “100 dni do matury”. Sukces naszego debiutu kinowego pokazał, że jesteśmy w stanie realnie konkurować w branży filmowej – a w perspektywie kolejnych projektów, w tym animacji, może to stać się dla nas segmentem równie istotnym jak działalność influencerska. Równolegle kolejna edycja formatu Twoje 5 Minut udowadnia, że mimo ogromnej konkurencji wciąż potrafimy skutecznie kreować nowych twórców i budować trwałą wartość w obszarze influencerskim. To pokazuje stabilność naszego modelu biznesowego – opartą nie na jednorazowych sukcesach, ale na powtarzalnym, zaplanowanym procesie. – mówi Łukasz Wojtyca, Prezes Zarządu EKIPA Holding
Istotnym elementem działalności grupy w 2025 roku pozostawał także projekt „Twoje 5 Minut”, którego trzecia edycja została zrealizowana w ubiegłym roku. Internetowy format talent show przyniósł do EKIPY 11 nowych influencerów, co – według spółki – zwiększyło jej potencjał twórczy i zasięg społeczności. W czerwcu odbyła się również druga edycja EKIPA FESTIWALU w TAURON Arenie Kraków.
Pod koniec roku grupa przygotowywała także projekt MULTIVERSE EKIPA CAMP, który odbył się w styczniu 2026 roku. W jego ramach powstały nowe utwory muzyczne wykonywane przez influencerów. Materiały dokumentujące wydarzenie publikowano na kanale Karola Wiśniewskiego, a utwory i teledyski trafiły na kanał EKIPY.
W 2025 roku grupa podejmowała również działania organizacyjne i rozwijała nowe obszary działalności. Jednym z nich było powołanie spółki INFLUCENTER, zarejestrowanej 7 października 2025 r. Jej pierwszy projekt obejmował otwarcie sklepu stacjonarnego w krakowskiej Galerii Bonarka, gdzie organizowano również spotkania z twórcami internetowymi.
Kolejnym krokiem było utworzenie spółki PORTALL, która ma rozwijać działalność w zakresie influencer marketingu. Zgodnie z zapowiedziami ma ona funkcjonować jako niezależna agencja, obsługująca zarówno twórców związanych z EKIPĄ, jak i influencerów spoza jej struktur. Grupa wyodrębniła także działalność domu produkcyjnego do spółki Direct by EKIPA, odpowiedzialnej za produkcję wideo dla projektów internetowych, teledysków, filmów oraz realizacji dla klientów zewnętrznych.
Rozwijamy również kolejne filary naszej działalności – Influcenter, Portall i Direct – które przybliżają nas do stworzenia w pełni zintegrowanej Agencji 360. Choć są to różne projekty, łączy je wspólny cel: otwieranie nowych kanałów monetyzacji naszych IP i karier twórców, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Stawiamy na skalę i długoterminowy wzrost, dlatego część środków świadomie przeznaczyliśmy na inwestycje, które zaprocentują w kolejnych latach. Widzimy też ogromny potencjał w obszarze muzyki, która będzie jednym z kluczowych kierunków rozwoju EKIPY w 2026 roku i w kolejnych latach. Mamy ambitne plany i przekonanie, że potencjał naszej Grupy oraz realizowanych projektów będzie przekładał się na dalszy rozwój EKIPY – dodaje Łukasz Wojtyca.
W ubiegłym roku do kin trafił także dokument „Friz & Wersow. Miłość w czasach online”, związany z Karolem „Frizem” Wiśniewskim i Weroniką „Wersow” Sową. Film zadebiutował 3 października i – według podanych danych – był najchętniej oglądanym filmem dokumentalnym w polskich kinach w 2025 roku, osiągając wynik 263 296 sprzedanych biletów. W weekend otwarcia znalazł się także na pierwszym miejscu polskiego box office.
Produkcja została udostępniona na platformie Amazon Prime Video 26 grudnia 2025 roku. Jak wskazano, przez trzy miesiące utrzymywała się na pierwszym miejscu w zestawieniu najchętniej oglądanych filmów dokumentalnych na tej platformie. Spółka podkreśla, że projekt ten był jednym z ważniejszych elementów rozwoju jej działalności filmowej.
Opublikowane wyniki pokazują więc mieszany obraz 2025 roku w EKIPA Holding. Z jednej strony grupa zwiększyła skalę działalności i zanotowała rekordowe przychody, z drugiej – znacząco spadły wskaźniki zyskowności. Z przekazanych informacji wynika, że spółka wiąże ten spadek z okresem intensywnych inwestycji oraz rozbudową nowych segmentów biznesowych, które mają przynosić efekty w kolejnych latach.
Według szacunków problem tzw. luki czynszowej dotyczy w Polsce nawet 4 milionów rodzin. To osoby, które zarabiają zbyt dużo, by zakwalifikować się do najmu komunalnego, a jednocześnie zbyt mało, by uzyskać kredyt hipoteczny. Znajdują się one w systemowej próżni. Nowa strategia rządu ma być próbą wypełnienia tej luki poprzez zwiększenie podaży mieszkań społeczno-czynszowych. Jej wpływ na rynek komentuje Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom.
Zgodnie z zapowiedziami rządu w tym roku na mieszkalnictwo z budżetu państwa przeznaczone zostanie 6,7 mld zł, a po uwzględnieniu środków z KPO łączna kwota wyniesie blisko 8,7 mld zł. Dzięki tym funduszom w niemal 900 lokalizacjach ma powstać około 18 tys. mieszkań komunalnych i społecznych oraz 2,5 tys. miejsc w akademikach.
Według ogłoszonych informacji, z zapowiadanej puli środków, rząd planuje zakontraktować jednocześnie remont, termomodernizację oraz budowę 18 tys. lokali. Niewątpliwie odbudowa zasobu mieszkań dostępnego w ramach najmu komunalnego to krok w dobrą stronę. Być może to nawet ważniejszy element tej strategii niż sama realizacja nowych inwestycji. Pojawia się jednak pytanie, czy w tej samej kwocie uda się faktycznie zmieścić wszystkie te działania, w tym wspomniane 18 tys. mieszkań.
W ostatniej dekadzie w Polsce rocznie oddawanych do użytkowania było średnio 5,4 tys. mieszkań komunalnych, spółdzielczych czy SIM-ów i TBS-ów. Planowane 18 tys. może stanowić wyraźne zwiększenie dotychczasowej skali, o ile etap kontraktowania inwestycji znajdzie swoje odzwierciedlenie w realnej produkcji. Nie wywoła jednak rewolucji w ogólnej liczbie mieszkań oddawanych do użytku w kraju. Firmy deweloperskie co roku dostarczają około 130 tys. nowych lokali, a gospodarstwa domowe kolejne 70 tys.
Oczywiście dla części potencjalnych beneficjentów to może być dobra wiadomość, jednak nie jest to skala, która mogłaby zasadniczo zmienić obraz rynku. Dodatkowo, kluczowym ryzykiem pozostaje finansowanie. W sytuacji wysokich wydatków, zarówno zbrojeniowych, jak i socjalnych, oraz utrzymującego się dużego deficytu budżetowego, istotą tego planu będzie sprawne przekazanie środków do Banku Gospodarstwa Krajowego i zakontraktowanie budów w bieżącym roku.
Mimo tych poważnych wątpliwości co do skali przedstawionego planu, można wskazać jego realną zaletę. Jednym z ważniejszych elementów tej strategii może być wzmocnienie dość pozytywnego trendu w sektorze budownictwa społecznego i komunalnego. Obecnie zjawisko to nie występuje jeszcze w oczekiwanej skali. Patrząc na dane GUS, w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy liczba rozpoczynanych tego typu budów nie przekracza 5 tys. mieszkań. Jeżeli jednak udałoby się jednorazowo zakontraktować budowę dodatkowych 10 tys. mieszkań, co jest założeniem bardziej realistycznym niż nagły wzrost o 18 tys., to w statystykach powinniśmy zobaczyć wyraźne odbicie już w dwóch-trzech najbliższych latach.
Prezes UOKiK nałożył ponad 7 mln zł kar na spółki działające na rynku odnawialnych źródeł energii oraz blisko 400 tys. zł na osoby zarządzające. Urząd zakwestionował zarówno sposób pozyskiwania klientów, jak i treść stosowanych wzorców umownych. Zastrzeżenia dotyczyły firm Polska Energia Grupa Kapitałowa oraz Energia dla Pokoleń. Postępowanie obejmuje także spółkę Nasz Prąd, której wzorce umów nadal są analizowane.
Jak podkreśla UOKiK, instalacje OZE, takie jak fotowoltaika czy pompy ciepła, są dla wielu konsumentów kosztowną inwestycją. Często są finansowane z oszczędności życia albo za pomocą kredytu. Tym bardziej przedsiębiorcy powinni działać w sposób przejrzysty i uczciwy, zarówno na etapie reklamy, jak i podpisywania umowy. Zdaniem Urzędu część firm wykorzystywała jednak presję, niejasne sformułowania oraz zapisy przerzucające ryzyko na klienta.
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny zaznaczył, że przy inwestycjach sięgających dziesiątek tysięcy złotych konsumenci mają prawo oczekiwać rzetelnych informacji i odpowiedzialności po stronie sprzedawcy. W ocenie Urzędu niedopuszczalne jest sprzedawanie instalacji fotowoltaicznych poprzez wzbudzanie lęku i wywieranie presji. Równie niepokojące są umowy skonstruowane w taki sposób, by niemal wszystkie koszty i konsekwencje obciążały konsumenta. Takie praktyki, według regulatora, godzą w podstawowe prawa nabywców.
Jedna z decyzji dotyczy spółki Polska Energia Grupa Kapitałowa, która miała stosować reklamy stylizowane na urzędowe pisma. Do skrzynek pocztowych trafiały druki przypominające oficjalną korespondencję, opatrzone nagłówkami takimi jak „Ogłoszenie” czy „Zawiadomienie”. Na kopertach pojawiał się też czerwony nadruk „Zawiadomienie dla mieszkańców gminy”. Dla wielu odbiorców mogło to wyglądać jak list z urzędu lub od operatora energetycznego, a nie jak materiał reklamowy prywatnej firmy.
Według UOKiK taki zabieg nie był przypadkowy, lecz miał zwiększyć skuteczność przekazu handlowego. Odbiorca, przekonany, że ma do czynienia z ważną informacją urzędową, mógł szybciej otworzyć korespondencję i potraktować jej treść bardziej serio. Dodatkowo firma miała wzmacniać presję, strasząc odbiorców gwałtownym wzrostem cen energii. W materiałach pojawiały się sugestie, że ceny prądu mogą wzrosnąć nawet o 300–400 proc.
Urząd wskazał jednak, że takie prognozy nie były przedstawiane z odpowiednim kontekstem ani źródłami. Tymczasem realny wzrost cen energii dla gospodarstw domowych w latach 2022–2024 wyniósł niespełna 33 proc. Nie uwzględniano też mechanizmów osłonowych, takich jak mrożenie cen energii. W ocenie UOKiK przekaz miał przede wszystkim wywołać strach i skłonić konsumenta do szybkiego podpisania umowy na instalację fotowoltaiczną.
Druga z ukaranych spółek, Energia dla Pokoleń, stosowała wzorce umów, które mogły utrudniać klientom dochodzenie ich praw. Chodziło m.in. o zapisy odnoszące się do terminów realizacji inwestycji oraz odpowiedzialności za opóźnienia. W dokumentach pojawiały się nieprecyzyjne określenia, takie jak „niekorzystne warunki atmosferyczne”. Zdaniem Urzędu konsument nie był w stanie jednoznacznie ocenić, czy opóźnienie montażu rzeczywiście wynikało z nadzwyczajnych okoliczności.
Takie sformułowania mogły w praktyce prowadzić do wielotygodniowego oczekiwania bez realnej możliwości wyegzekwowania terminu wykonania instalacji. Klient nie miał pewności, czy firma rzeczywiście napotkała przeszkody niezależne od siebie, czy jedynie korzystała z nieostrego zapisu umownego. Problem dotyczył także deklarowanych efektów inwestycji. Jeśli podczas sprzedaży padały konkretne obietnice dotyczące oszczędności lub produkcji energii, a w samej umowie firma zastrzegała, że niczego nie gwarantuje, konsument mógł zostać wprowadzony w błąd.
W toku postępowania Urząd analizował również reklamację dotyczącą zamontowania innego modelu kluczowego elementu instalacji niż ten, który klientowi pokazano w projekcie. Spółka argumentowała, że wizualizacja nie stanowiła integralnej części umowy i miała jedynie charakter poglądowy. Z perspektywy konsumenta sytuacja wygląda jednak inaczej. To, co zostało przedstawione podczas rozmowy handlowej jako konkretne rozwiązanie, mogło później okazać się niewiążącą prezentacją.
Wątpliwości Prezesa UOKiK wzbudziły także wzorce umów stosowane przez spółkę Nasz Prąd. Postępowanie w tej sprawie nadal trwa, ale już teraz Urząd wskazuje na zapisy, które mogą naruszać interesy konsumentów. Jedna z klauzul przewidywała, że jeśli nieruchomość nie będzie odpowiednio przygotowana do montażu, klient może zostać obciążony dodatkowym kosztem. Jeżeli sytuacja nie zmieniłaby się w ciągu dwóch godzin od przyjazdu ekipy, spółka mogłaby naliczyć 1000 zł za każdy dzień zwłoki.
Tego rodzaju zapis budzi szczególne zastrzeżenia, ponieważ spółka nie doprecyzowała, co dokładnie oznacza „przygotowanie” nieruchomości. Otwiera to drogę do dowolnej interpretacji i potencjalnego naliczania bardzo wysokich opłat. W praktyce konsument mógłby zostać obciążony znacznymi kosztami bez jasnego standardu oceny, czy rzeczywiście nie wywiązał się ze swoich obowiązków. Zdaniem Urzędu takie postanowienia mogą mieć charakter niedozwolony.
Łącznie Prezes UOKiK nałożył na spółki kary w wysokości 7 033 289 zł. Najwyższą sankcję otrzymała Energia dla Pokoleń – 6 129 221 zł. Polska Energia Grupa Kapitałowa została ukarana kwotą 904 068 zł. Dodatkowo na osoby zarządzające nałożono łącznie 387 tys. zł kar finansowych.
Odpowiedzialność osobistą ponieśli także menedżerowie zaangażowani w zakwestionowane praktyki. W przypadku spółki Energia dla Pokoleń kary nałożono na Jadwigę Kurkiewicz, Marcina Janosza oraz Kacpra Kruka. W przypadku Polska Energia Grupa Kapitałowa sankcje objęły Jolantę Iwonę Kubiczek i Adrianę Małgorzatę Kałużę. UOKiK podkreśla, że odpowiedzialność za naruszenia nie powinna kończyć się wyłącznie na samej spółce.
Obie decyzje nie są jeszcze prawomocne. Firmy skorzystały z prawa do odwołania i skierowały sprawy do sądu. Ostateczne rozstrzygnięcie będzie więc zależało od dalszego postępowania sądowego. Już teraz jednak działania UOKiK stanowią wyraźny sygnał ostrzegawczy dla całej branży OZE.
To nie pierwsza interwencja Urzędu na rynku odnawialnych źródeł energii. Wcześniej Prezes UOKiK ukarał już spółkę Sunday Polska oraz zakwestionował postanowienia stosowane przez inne podmioty z sektora. Pokazuje to, że rynek OZE pozostaje obszarem szczególnego zainteresowania regulatora. Rosnące zainteresowanie fotowoltaiką i pompami ciepła nie może bowiem oznaczać przyzwolenia na agresywny marketing i nieuczciwe wzorce umów.
Mewo – już dziś będące największą polską firmą prywatną, świadczącą usługi badawczo-pomiarowe dla sektora energetycznego na Bałtyku – ma szansę wyrosnąć na regionalnego lidera, a także stać się globalnym dostawcą zintegrowanych danych o dnie mórz i oceanów na rynku wartym miliardy dolarów. Taki może być efekt zasilenia kapitałowego przez Vinci z grupy BGK.
Realizowany przez spółkę program inwestycyjny, dzięki wsparciu kapitału publicznego, wywoła efekt mnożnikowy w gospodarce: otworzy Polskę na nowe rynki, wygeneruje kontrakty i miejsca pracy, a także zmobilizuje wielu partnerów i poddostawców.
Korzyści z tej inwestycji będą mieć jednak nie tylko wymiar ekonomiczny: zwiększy ona bezpieczeństwo infrastruktury krytycznej na Bałtyku, a zgromadzone przez Mewo dane będą mogły być zastosowane w obronności.
– Realizowany przez spółkę program inwestycyjny, dzięki wsparciu kapitału publicznego, ma potencjał, aby otworzyć Polskę na nowe rynki, wygenerować kontrakty i miejsca pracy, a także zmobilizować wielu partnerów i poddostawców. Korzyści płynące z tej inwestycji będą mieć wymiar nie tylko ekonomiczny: zwiększy ona bezpieczeństwo infrastruktury krytycznej na Bałtyku, a pozyskiwane przez firmę dane znajdą zastosowanie również w obszarze obronności– powiedział Andrzej Domański, minister finansów i gospodarki, podczas uroczystości podpisania umowy inwestycyjnej pomiędzy Vinci z grupy BGK a spółką Mewo na statku badawczym Amber Cecylia.
Amber Cecylia
Polska w gronie liderów
Jak zaznaczył, obecny również na tym wydarzeniu sekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury Arkadiusz Marchewka, dzięki strategicznym inwestycjom publicznego kapitału, w takie spółki, jak Mewo, Polska ma szansę wejść do grona regionalnych liderów usług badawczo-pomiarowych, a także uczestniczyć w europejskim rynku usług podmorskich dla sektora offshore, którego wartość do 2030 roku szacuje się na ok. 15 mld dolarów. – To historyczny moment, w którym przed polską firmą otwiera się perspektywa zastania globalnym dostawcą zintegrowanych danych o dnie, wodach oraz infrastrukturze mórz i oceanów o możliwym zastosowaniu dual-use, czyli zarówno w projektach cywilnych, jak i w obronności – podkreślił przedstawiciel resortu infrastruktury.
Wzrost znaczenie komponentu krajowego
Mewo jest największą i jednocześnie najbardziej zaawansowaną technologicznie polską firmą prywatną, świadczącą usługi badawczo-pomiarowe dla sektora energetycznego na Morzu Bałtyckim, a także niezależnym liderem usług monitoringu infrastruktury krytycznej na Bałtyku. Spółka uczestniczy we wszystkich projektach offshore w polskiej strefie Morza Bałtyckiego, których wartość wynosi ok. 80 mld zł. Zrealizowała w sumie ponad 125 projektów badawczo-pomiarowych na Morzu Bałtyckim, m.in. dla PGE, Orlenu, Gaz-Systemu, o łącznej wartości ponad 750 mln zł, przyczyniając się do zwiększenia udziału tzw. komponentu krajowego (local content) w morskiej energetyce wiatrowej.
Strategiczna inwestycja
Vinci, poprzez swój specjalny fundusz, wspierający dojrzale i perspektywiczne firmy, zainwestował w Mewo 62,5 mln zł. – Inwestycja Vinci wpisuje się w strategiczne cele BGK, obejmujące wspieranie innowacyjnych i skalowalnych polskich technologii oraz rozwój gospodarki opartej na wiedzy. Dzięki działalności Vinci, BGK może wspierać spółkę, która ma potencjał, by stać się globalnym ambasadorem polskiej myśli technologicznej i jednocześnie wzmacniać kluczowe dla bezpieczeństwa publicznego obszary – powiedział Mirosław Czekaj, prezes BGK. Zwrócił uwagę, że Bank Gospodarstwa Krajowego zamierza do 2027 r. osiągnąć poziom ok. 13,5 mld zł inwestycji kapitałowych.
Międzynarodowa ekspansja
Środki o wartości 62,5 mln zł zostaną przeznaczony na podwojenie posiadanej przez Mewo floty statków badawczych, w efekcie czego spółka będzie dysponować aż sześcioma tego typu jednostkami. – Kapitał pochodzący od Vinci zainwestujemy w specjalistyczny sprzęt nowej generacji, w tym roboty podwodne, a także w rozwój najnowocześniejszej infrastruktury cyfrowej – wylicza Paweł Gajewski, prezes i współzałożyciel Mewo.
Bursztyn ery cyfrowej
Bartosz Drabikowski, prezes Vinci, podkreśla, że celem zarządzanego przez firmę funduszu private equity, jest wspieranie dojrzałych firm, mających sprawdzony model biznesowy i ambitne plany rozwoju. – Naszą misją jest zatrzymywanie w Polsce najwyższej klasy zespołów inżynieryjnych, badawczych, zarządczych, a także mobilizowanie spółek do tego, aby w naszym kraju budowały swoje centra biznesowe, badawcze i operacyjne i stąd zarządzały ekspansją zagraniczną. Inwestując w Mewo, wspieramy tworzenie unikatowych danych o stanie mórz i oceanów, czyli polski bursztyn ery cyfrowej, co idealnie wpisuje się w naszą strategię – powiedział Bartosz Drabikowski.
Dodał, że Vinci jest inwestorem mniejszościowym w spółkach, dzięki czemu dotychczasowi akcjonariusze i założyciele mogą zachować swój pakiet większościowy i dalej realizować strategię rozwoju biznesu. Ta zasada obowiązuje również w przypadku inwestycji w Mewo.
Wielkie ambicje
Prezes Paweł Gajewski podkreślił, że celem spółki jest międzynarodowa ekspansja i rozszerzenie zasięgu geograficznego działalności najpierw na Morze Północne, Morze Czarne i Morze Śródziemne, a po 2030 r. także na Ocean Indyjski. – Mamy ambicje stać się regionalnym liderem usług podmorskich, a także globalnym dostawcą zintegrowanych danych o stanie mórz i oceanów, z przychodami na poziomie 300 mln zł rocznie – podsumował. Sumaryczna wartość nakładów inwestycyjnych, jakie poniesie spółka na swój strategiczny program inwestycyjny, przekroczy 130 mln zł. Przypomnijmy, że w grudniu 2025 r. Mewo pozyskało także z PARP dofinansowanie w wysokości 4,9 mln zł, w ramach ścieżki SMART, na rozwój zdolności usługowych. Wspólnie z wejściem kapitałowym Vinci stanowi to dobry przykład współdziałania polskich instytucji rozwoju działających w ramach inicjatywy Team Poland na rzecz ekspansji zagranicznej polskich przedsiębiorstw.
W środę decyzja o pozostawieniu stóp procentowych bez zmian zapadła w Kanadzie i USA. Wczoraj na swoich posiedzeniach stóp procentowych nie obniżyła Wielka Brytania, strefa euro oraz Czechy. Polska pozostaje pod tym względem w awangardzie zmian. Poznaliśmy też nowe dane o wynagrodzeniach w naszym kraju – nie rosną już tak szybko, jak oczekiwali analitycy.
Brytyjczycy nie zmieniają stóp
Wczoraj Bank Anglii podjął decyzję w sprawie stóp procentowych. Brytyjczycy – podobnie jak decydenci w niemal wszystkich bankach centralnych – uznali, że zmiany stóp w obliczu wojny w Zatoce Perskiej nie są najlepszym pomysłem. Polska jako jedyny duży kraj wyłamała się ostatnio z tego trendu. Na obronę RPP można jednak wskazać, że wskaźniki makroekonomiczne Polski uzasadniały taki ruch, o ile wierzyło się w relatywnie krótką wojnę. Jednak już na konferencji prasowej po ogłoszeniu tej decyzji Adam Glapiński przyznawał, że w tę krótką wojnę nie wierzy. Brytyjczycy są jednak bardziej ostrożni. Decyzja o braku zmian kosztu pieniądza zapadła, co jest sporą rzadkością przy dynamicznej sytuacji rynkowej, jednomyślnie. Po decyzji funt lekko zyskiwał względem euro, co pokazuje, że oddalające się obniżki, bo tak trzeba interpretować jednomyślność, przekonały inwestorów do tej waluty.
Co na to EBC?
Wczoraj poznaliśmy również decyzję Europejskiego Banku Centralnego, która rynków nie zaskoczyła. Wielu analityków uważa, że – o ile nie wydarzy się coś nadzwyczajnego – 2,15% będzie docelowym poziomem stóp dla strefy euro. Takim nadzwyczajnym wydarzeniem może być np. spowolnienie gospodarcze, które EBC mogłoby próbować złagodzić tańszym kredytem. A takie spowolnienie może być wywołane np. problemami z dostępem do surowców energetycznych. Wyższe koszty funkcjonowania przedsiębiorstw oraz rosnący procent wydatków przeznaczanych na paliwo mogą potężnie uderzyć w europejskie przedsiębiorstwa. Jednak ten scenariusz na razie na szczęście się nie materializuje. Teoretycznie EBC nie ma w swoich celach tzw. podwójnego mandatu jak FED, czyli dbania zarówno o inflację, jak i o wzrost, ale praktyka pokazuje, że trochę w ten sposób funkcjonuje.
Wynagrodzenia w Polsce
Wczoraj poznaliśmy dane na temat płac w Polsce. Dotyczą one przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób. Z jednej strony taka grupa badawcza obejmuje raptem 40% zatrudnionych. Ale z drugiej strony to i tak prawdopodobnie najlepsze dane na temat wynagrodzeń publikowane w Polsce. Średnie wynagrodzenie wzrosło do 9135,69 zł. Jest to wynik o 6,1% wyższy niż rok temu, ale niższy od oczekiwań rynków (6,6%). Z kolei zatrudnienie spada o 0,8%, a oczekiwano spadku o 0,9%. Czyli pracuje nas więcej niż oczekiwali analitycy, ale za to za mniej niż przewidywali. Nadal jednak wzrost zarobków wyraźnie wyprzedza inflację, co powoduje, że przeciętnie jako społeczeństwo bogacimy się. Jest to długofalowo dobra wiadomość dla złotego. Waluty lubią silne rynki wewnętrzne.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych decyzja w sprawie ratingu Polski. Trzeba jednak pamiętać, że to piątek, więc rynki przygotowują się na weekend.
Przedsiębiorcy doskonale wiedzą, że nie wystarczy raz zarobić pieniędzy, aby można mówić o sukcesie. Liczy się także odpowiednie ukształtowanie biznesu. Takie, które pozwala uchronić majątek przed działaniem fiskusa, wierzycieli i komornika. Polskie prawo obfituje w odpowiednie narzędzia prawne, trzeba tylko wiedzieć, gdzie ich szukać. Przeczytaj, jak zadbać o ochronę majątku przedsiębiorstwa.
Na czym polega ochrona majątku w biznesie?
Prawna ochrona majątku polega na ukształtowaniu relacji majątkowych, struktury własności i wykorzystaniu dostępnych konstrukcji prawnych w taki sposób, aby zabezpieczyć środki finansowe i inne aktywa przedsiębiorstwa na wypadek sytuacji kryzysowych – wypadków losowych, sporów z kontrahentami, rozwodu. Kontrolowane ryzyko biznesowe ułatwia podejmowanie dalszych decyzji niezależnie od tego, czy przedsiębiorca we własnym imieniu jako JDG, czy też prowadzi spółkę kapitałową.
Skuteczna ochrona majątku nie zawsze dotyczy biznesu sensu stricto. Przedsiębiorca może też chronić majątek prywatny, jeśli pozostawi testament, założy fundację rodzinną lub dokona darowizny na rzecz osoby najbliższej.
Przed podjęciem decyzji skonsultuj plan działania z radcą prawnym lub adwokatem specjalizującym się w planowaniu ochrony majątku przedsiębiorstw. Takie usługi świadczy np. Kancelaria Oniszczuk & Associates.
Jak zabezpieczyć majątek swojej firmy – na to musisz zwrócić uwagę
Ochrona majątku dłużnika może być przeprowadzona na wiele sposobów. Zakres dostępnych możliwości zależy przede wszystkim od Twojej sytuacji. Nie każdy przedsiębiorca może pozwolić sobie na wniesienie majątku wystarczającego do założenia fundacji rodzinnej. Sam dłużnik musi też uważać, aby nie zostało mu zarzucone działanie na szkodę wierzycieli. Które metody mają w praktyce kluczowe znaczenie dla ochrony majątku firmy?
Przekształcenia spółek
Prowadzenie działalności gospodarczej w formie spółki kapitałowej pozwala oddzielić majątek osobisty właściciela od majątku spółki. Szczególną popularnością cieszą się spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Można je założyć niewielkim kosztem, są znacznie tańsze i łatwiejsze do prowadzenia niż spółka akcyjna, a pozwalają na oszczędności dzięki takim rozwiązaniom jak np. estoński CIT. Proces przekształcania spółek jest złożony, więc warto powierzyć go profesjonalistom.
Założenie fundacji rodzinnej
Stosunkowo nowym rozwiązaniem jest utworzenie fundacji rodzinnej. Jej aktywa tworzą odrębną masę względem majątku fundatora, a egzekucja długów może być prowadzona do wysokości wniesionego majątku. Zarządzanie fundacją rodzinną można powierzyć osobom trzecim.
Zawarcie małżeńskiej umowy majątkowej
Małżeńska umowa majątkowa, tzw. intercyza, to dobre rozwiązanie dla osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. Środek prawny pozwala na ograniczenie odpowiedzialności za długi związane z biznesem wyłącznie do masy majątkowej przedsiębiorcy.
Restrukturyzacja
Postępowanie restrukturyzacyjne w przeciwieństwie do ogłoszenia upadłości pozwala na dalsze, względnie swobodne, prowadzenie działalności gospodarczej. Przedsiębiorca przebudowuje jednak portfel długów tak, aby zaspokojenie wierzytelności stało się możliwe.
Gdzie szukać pomocy prawnej w ochronie majątku?
Twoja firma się rozwija i chcesz zadbać o ochronę aktywów? Koniecznie skonsultuj strategię działania z prawnikiem. Kancelaria Oniszczuk & Associates specjalizuje się w takich działaniach jak zakładanie i przekształcanie spółek polskich oraz zagranicznych, prowadzenie postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych, zakładanie trustów. Wybierz współpracę z ekspertami i czuj się bezpiecznie!
Wojna w Iranie to pierwszy w historii przypadek skoordynowanego wykorzystania działań cybernetycznych prowadzonych równolegle z atakiem rakietowym i systemem alarmów dla ludności cywilnej.
Gdy w centralnym Izraelu rozbrzmiały syreny alarmowe, do obywateli zaczęły trafiać masowe wiadomości SMS. Zawierały one zarówno groźby, jak i elementy dezinformacji. Równocześnie rozsyłano wiadomości podszywające się pod oficjalne komunikaty obrony cywilnej, zachęcające do instalacji aplikacji pomagającej w znalezieniu schronienia.
Aplikacja „ShelFriend”, była wg Check Point Research złośliwym oprogramowaniem na system Android, umożliwiającym pełne przejęcie kontroli nad urządzeniem użytkownika, w tym dostęp do lokalizacji, kamery, plików i wiadomości.
Zdarzenia z ostatnich godzin pokazują, że granica między konfliktem zbrojnym a cyberprzestrzenią praktycznie przestała istnieć. Eksperci wskazują na pierwszy w historii przypadek skoordynowanego wykorzystania działań cyberprzestępczych równolegle z atakiem rakietowym i systemem alarmów dla ludności cywilnej. To zmiana, która może mieć istotne konsekwencje dla bezpieczeństwa państw, ale także dla biznesu i rynków.
Wydarzenia ostatniej nocy stają się precedensem w historii wojny. W nocy 20 marca br. FBI zablokowało stronę internetową grupy Handala – hakerskiej organizacji przestępczej, która opierała swoje działania przede wszystkim na kanałach publicznych, wzmacniając efekt psychologiczny skali rzekomych sukcesów. – „Zamknięcie stron i kanałów Handali uderza w nich tam, gdzie najbardziej boli. Ich operacje w dużej mierze polegają na publikowaniu treści w celu wywołania efektu psychologicznego, często wyolbrzymiając skalę szkód, by zwiększyć strach. Ograniczenie ich możliwości nadawania podważa ten efekt” – podkreśla Gil Messing, Chief of Staff w firmie Check Point Software.
Równolegle odnotowano operację, która – zdaniem ekspertów – wyznacza nowy standard działań hybrydowych. W godzinach porannych, dokładnie o 6:55, gdy w centralnym Izraelu rozbrzmiały syreny alarmowe, do obywateli zaczęły trafiać masowe wiadomości SMS. Zawierały one zarówno groźby, jak i elementy dezinformacji, m.in. komunikat: „Netanjahu nie żyje. Śmierć nadchodzi do was i wkrótce otworzą się przed wami bramy piekieł”. Równocześnie rozsyłano wiadomości podszywające się pod oficjalne komunikaty obrony cywilnej, zachęcające do instalacji aplikacji pomagającej w znalezieniu schronienia.
Aplikacja „ShelFriend”, była wg Check Point Research złośliwym oprogramowaniem na system Android, umożliwiająceym pełne przejęcie kontroli nad urządzeniem użytkownika, w tym dostęp do lokalizacji, kamery, plików i wiadomości.
Pierwsza taka operacja w historii konfliktów – rakiety, SMS-y i złośliwe aplikacje
Kluczowy jest jednak nie sam charakter ataku, lecz jego synchronizacja. Jak podkreślają analitycy, to pierwszy znany przypadek jednoczesnego wykorzystania: ostrzału rakietowego, syren alarmowych, masowej dystrybucji SMS i złośliwego oprogramowania mobilnego.
– „To pierwszy taki przypadek połączenia ataku fizycznego – ostrzału rakietowego i syren – z cyberofensywą skierowaną na telefony komórkowe obywateli. Fakt, że wszystko było zsynchronizowane co do minuty, czyni tę operację wyjątkową” – wskazują eksperci firmy Check Point.
Operacja przypisywana jest Iranowi oraz Korpusowi Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) i – jak zaznaczono – nie miała charakteru incydentalnego. Była to skoordynowana kampania wykorzystująca wiele kanałów jednocześnie, w tym legalną infrastrukturę komunikacyjną, taką jak systemy SMS czy mailing.
Wykorzystanie AI i presja psychologiczna
Istotnym elementem operacji było także wykorzystanie narzędzi sztucznej inteligencji do tłumaczenia i lokalizacji komunikatów, co pozwoliło zwiększyć ich wiarygodność i tempo dystrybucji. Atakujący stosowali język i formę imitującą oficjalne komunikaty, a także elementy wizualne budujące zaufanie. W efekcie kampania była w stanie w krótkim czasie osiągnąć szeroki zasięg i silny efekt psychologiczny.
Wojciech Głażewski, dyrektor generalny Check Point Software Technologies w Polsce.
Dla Polski ten incydent to wyraźny sygnał, że współczesne konflikty łączą działania militarne z natychmiastowymi operacjami cybernetycznymi wymierzonymi w cywilów. Kluczowe staje się zabezpieczenie systemów komunikacji państwo–obywatel, takich jak alerty RCB, które mogą zostać wykorzystane do dezinformacji. Państwo powinno traktować smartfony obywateli jako element infrastruktury bezpieczeństwa, wymagający ochrony i edukacji użytkowników. Niezbędne jest także rozwinięcie zdolności szybkiego reagowania na operacje informacyjne, zwłaszcza prowadzone z użyciem narzędzi AI. W praktyce oznacza to konieczność integracji obrony cybernetycznej, systemów kryzysowych i działań wojskowych w jeden spójny system.
Implikacje dla gospodarki i firm
Z perspektywy gospodarczej wydarzenia te mają kilka istotnych konsekwencji. Po pierwsze, rośnie ryzyko operacyjne dla firm działających w regionach objętych napięciami geopolitycznymi – szczególnie tych, które opierają swoją działalność na infrastrukturze mobilnej i komunikacyjnej.
Po drugie, zwiększa się presja na inwestycje w cyberbezpieczeństwo, zwłaszcza w obszarze ochrony urządzeń końcowych (endpoint security) i systemów komunikacji kryzysowej.
Po trzecie, wydarzenia te mogą wpłynąć na wyceny spółek z sektora cyberbezpieczeństwa, które stają się kluczowym elementem infrastruktury krytycznej.
Nowy paradygmat konfliktu
Zarówno działania FBI wobec Handali, jak i zsynchronizowana operacja w Izraelu wskazują na wyraźną zmianę w sposobie prowadzenia konfliktów. Cyberprzestrzeń przestaje być jedynie wsparciem działań militarnych – staje się ich integralnym elementem.
Dla rynków oznacza to konieczność uwzględnienia nowego rodzaju ryzyka: ataków, które jednocześnie oddziałują na infrastrukturę fizyczną, cyfrową i psychikę społeczeństw. W praktyce może to oznaczać większą zmienność, wzrost kosztów bezpieczeństwa i redefinicję strategii zarządzania ryzykiem w skali globalnej.
System zarządzania magazynem – jak go sprawnie wdrożyć?
Od zarządzania magazynem zależy tempo działania całej firmy, a także jej wyniki finansowe. Kiedy Twój biznes się rozwija, warto automatyzować procesy również w tym obszarze. Może Ci w tym pomóc system zarządzania magazynem. Co daje i jak go sprawnie wdrożyć? Podpowiadamy.
Wdrożenie systemu zarządzania magazynem w Twojej firmie, czyli oszczędności i wzrost wydajności
Nowoczesny system zarządzania magazynem (WMS) pozwala na pełną kontrolę nad procesami logistycznymi zachodzącymi w magazynie. Oprogramowanie, w zależności od wersji, wspiera przyjęcia towaru, kompletację zamówień, zarządzanie lokalizacjami oraz inwentaryzację.
Jedną z największych zalet takiego rozwiązania jest automatyzacja wielu operacji magazynowych jednocześnie. System może wskazywać optymalne lokalizacje składowania, prowadzić pracowników przez proces kompletacji czy minimalizować liczbę błędów przy wydawaniu towaru. Dzięki temu Twoja firma nie tylko przyspieszy obsługę zamówień, ale również zredukuje koszty operacyjne. Lepsze wykorzystanie przestrzeni magazynowej i optymalizacja pracy zespołu często przekładają się na wzrost wydajności całego magazynu.
Jak sprawnie wdrożyć system zarządzania magazynem? Instrukcja krok po kroku
Skuteczne wdrożenie systemu WMS wymaga podejmowania odpowiednich kroków – przemyślanych i dopasowanych do specyfiki Twojej działalności. Jak powinien przebiegać ten proces krok po kroku?
Krok I – określenie, jak obecnie wygląda przepływ towarów, gdzie pojawiają się opóźnienia i które procesy wymagają optymalizacji.
Krok II – wybranie rozwiązania na miarę Twoich potrzeb. Możesz zdecydować się np. na WMS Invident – program oferowany przez firmę Optidata. Ma on kompleksowy charakter, więc nie musisz dodatkowo inwestować w inne moduły. Zapewnia m.in. obsługę lokalizacji, tworzenie zleceń kompletacyjnych czy przeprowadzanie inwentaryzacji.
Krok III – odpowiednie przygotowanie infrastruktury technologicznej. Wdrożenie często obejmuje integrację systemu z innymi narzędziami wykorzystywanymi w firmie, takimi jak systemy ERP, platformy kurierskie czy urządzenia magazynowe, np. skanery kodów kreskowych lub terminale mobilne.
Krok IV – szkolenie pracowników. Nawet najlepszy system zarządzania magazynem nie przyniesie oczekiwanych efektów, jeśli zespół nie będzie umiał w pełni wykorzystać jego możliwości.
Na co zwrócić uwagę, wybierając system zarządzania magazynem?
Aby zarządzanie magazynem przyniosło oczekiwane efekty, wybór odpowiedniego systemu WMS powinien być poprzedzony dokładną analizą potrzeb Twojej organizacji oraz planów dotyczących jej dalszego rozwoju. Dzięki temu wdrożenie będzie łatwiejsze, a funkcje systemu będę odpowiadały faktycznym potrzebom. Warto zwrócić uwagę nie tylko na aktualne funkcjonalności, ale także na:
możliwość rozbudowy systemu wraz ze wzrostem skali działalności – dzięki temu unikniesz konieczności zmiany oprogramowania w przyszłości i zapewnisz ciągłość procesów logistycznych;
łatwość integracji z innymi narzędziami, takimi jak systemy ERP, platformy kurierskie czy rozwiązania wykorzystywane w e-commerce – to umożliwi stworzenie spójnego środowiska pracy i płynny przepływ danych między działami;
intuicyjność obsługi systemu – im prostszy i bardziej przejrzysty interfejs, tym szybciej pracownicy przyswoją nowe narzędzie i zaczną wykorzystywać jego potencjał;
wsparcie powdrożeniowe i aktualizacje – dzięki temu zyskasz bezpieczeństwo działania, dostęp do nowych funkcji i pewność, że system będzie rozwijał się razem z Twoim biznesem.
Doświadczenie partnera technologicznego ma duże znaczenie dla powodzenia całego projektu. Firmy wdrażające WMS powinny nie tylko dostarczyć oprogramowanie, ale także pomagać w optymalizacji procesów magazynowych i dostosowaniu systemu do otoczenia konkretnego biznesu. Dobrze dobrane rozwiązanie wdrożone przy wsparciu ekspertów pozwoli Ci uniknąć błędów, skrócić czas implementacji i szybciej osiągnąć zakładane efekty biznesowe.
Sprawdź możliwości systemów WMS i przekonaj się, jak mogą usprawnić pracę Twojego magazynu.
Początek sezonu budowlanego przynosi inwestorom chłodne zderzenie z rzeczywistością. Budowa domu jest dziś nawet o 50% droższa niż pięć lat temu. Jak wynika z wyliczeń Rankomat na podstawie danych rynkowych, koszt realizacji 100-metrowego domu w stanie deweloperskim to już średnio 441 tys. zł, wobec ok. 300 tys. zł w 2021 roku. Należy jednak dodać, że w ostatnim roku wzrost cen wyhamował do ok. 3% r/r. Wspomniane kwoty nie obejmują m.in. działki, przyłączy i wykończenia. W praktyce oznacza to, że całkowity koszt inwestycji sięga dziś 650–900 tys. zł. Uzyskanie kredytu w takich kwotach wymaga posiadania dochodu na poziomie 9 -12 tys. zł netto miesięcznie.
Przy budżecie 441 tys. zł: 32% kosztów stanowi wzniesienie murów, 25% – wykonanie dachu, 7% – stolarka, 36% – doprowadzenie budynku do stanu deweloperskiego (instalacje, tynki, posadzki). Tak wynika z danych kb.pl. Materiały budowlane odpowiadają zazwyczaj za 60–70% całej inwestycji.
Początek 2026 roku przyniósł umiarkowaną stabilizację cen materiałów budowlanych. Grupa PSB Handel S.A. odnotowała w styczniu wzrost na poziomie 0,4% rdr. Wyraźnie droższe są jednak materiały drewniane (+15%). Większą presję widać po stronie robocizny. Według portalu wielkiebudowanie.pl w 2025 roku ceny usług budowlanych wzrosły o 6,2% rdr, a prognozy na 2026 rok zakładają kolejny wzrost – o ok. 4%. Wraz z rozpoczęciem sezonu budowlanego możliwe są dalsze podwyżki. Przedłużający się konflikt na Bliskim Wschodzie również może wpłynąć na wzrost cen.
Co jeszcze podnosi koszt inwestycji?
Podane kwoty należy powiększyć o VAT oraz wydatki nieuwzględnione w podstawowym kosztorysie: zakup działki, projekt budowlany, przyłącza, ogrodzenie, kierownika budowy, geodetę czy nadzór inwestorski. Eksperci zalecają także zabezpieczenie 10–15% rezerwy budżetowej na nieprzewidziane wydatki.
Na finalną cenę wpływają m.in.: bryła i stopień skomplikowania projektu, standard zastosowanych materiałów, lokalizacja inwestycji, wybrana technologia ogrzewania i instalacji.
Gdzie można szukać oszczędności?
Pierwszym obszarem jest projekt. Gotowy projekt domu do 100 m² kosztuje średnio 2,5–5 tys. zł, podczas gdy projekt indywidualny to wydatek rzędu 15–30 tys. zł. Alternatywą są bezpłatne projekty Głównego Urzędu Nadzoru Budowlanego (dla wybranych metraży).
Część kosztów można ograniczyć poprzez samodzielne wykonanie wybranych prac wykończeniowych, zakup materiałów w promocjach czy poza szczytem sezonu. Zawsze warto porównać oferty ekip budowalnych, jednak oszczędności nie powinny oznaczać rezygnacji z doświadczonej ekipy wykonawczej.
Istotnym elementem budżetu pozostaje działka. Ceny gruntów budowlanych zaczynają się od nieco ponad 100 zł za m² w woj. lubelskim i lubuskim, a sięgają nawet ponad 2000 zł na Pomorzu blisko wybrzeża. Wyjątkowo atrakcyjne działki pod względem położenia, mogą być jeszcze droższe. W miastach stawki wahają się od 132 zł w Gorzowie Wielkopolskim do 1373 zł w Warszawie (cenametra.pl, średnia cena w lutym 2026). Budowa na wcześniej posiadanej działce znacząco obniża całkowity koszt inwestycji.
Ile trzeba zarabiać, żeby zbudować dom?
W praktyce całkowity koszt inwestycji, wraz z działką, przyłączami i wykończeniem wyniesie ok. 650–900 tys. zł. Jeśli taka kwota będzie finansowana kredytem hipotecznym, to uzyskanie potrzebnej kwoty wymaga dochodu rzędu 9–12 tys. zł netto miesięcznie. Szacunek ten dotyczy dwóch osób bez dzieci i bez innych zobowiązań kredytowych. W przypadku rodzin z dziećmi lub osób spłacających inne kredyty wymagany dochód będzie odpowiednio wyższy.
Początek2026r.przyniósłwyraźne wyhamowanie nowych inwestycji mieszkaniowych,alenieoznaczatoosłabieniarynku.DaneGUSpokazująraczej wejście w fazę stabilizacji–deweloperzy, dysponując szeroką ofertą, ostrożniej uruchamiają nowe projekty, jednocześnie utrzymując aktywnośćw zakresie pozwoleń.
W kolejnych miesiącach można spodziewać się stopniowego ożywienia, wspieranego sezonowością i dużą liczbą inwestycji rozpoczętych w poprzednim roku.
Rozpoczęte budowy: spokojny początek roku
W pierwszych dwóch miesiącach 2026 r. deweloperzy rozpoczęli budowę łącznie 18 535 mieszkań, czyli o 21,3% mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. W samym lutym rozpoczęto budowę 9 647 lokali, co oznacza wzrost o 8,5% względem stycznia.
Biorąc pod uwagę, że historycznie marzec jest najmocniejszym miesiącem pierwszego kwartału, poprawa skali nowych inwestycji powinna być widoczna również w kolejnym odczycie. W ujęciu kwartalnym liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto w I kwartale, powinna pozostać zbliżona do poziomów obserwowanych w IV kwartale 2025 r., kiedy uruchomiono budowę 29,6 tys. lokali.
–Wyniki z ostatnich miesięcy wskazują na stabilizację aktywności deweloperów, wynikającą przede wszystkim z wysokiego poziomu dostępnej oferty mieszkań. Taka sytuacja sprzyja większej selektywności w przygotowywaniu i wprowadzaniu do sprzedaży nowych projektów–komentuje Patryk Kozierkiewicz, radca prawny w Polskim Związku Firm Deweloperskich.
Pozwolenia na budowę
W obszarze przygotowania nowych inwestycji aktywność deweloperów pozostaje wyraźna. Po słabszym początku roku w lutym uzyskali oni pozwolenia na budowę 15 720 lokali, co oznacza wzrost o 34,6% w porównaniu ze styczniem.
Obraz ten jest jednak mniej korzystny w ujęciu rocznym. W pierwszych dwóch miesiącach 2026 r. liczba uzyskanych pozwoleń była wyższa niż rok wcześniej jedynie o 1%, co potwierdza stabilizację rynku w segmencie planowanych projektów.
–Naobecnymetapiejestzbytwcześnie,abyoszacowaćjakbędziekształtowaćsię zapotrzebowanie na nowe pozwolenia w skali całego roku. Prognozujemy jednak, że na wynik w kolejnych miesiącach pozytywnie wpłynąć mogą nowe przepisy schronowe, które mogły skłaniać inwestorów do wnioskowania o pozwolenia przed końcem 2025 r. tak, aby wnioski te procedowane były w oparciu o poprzednieregulacje–uważa ekspert PZFD.
Mieszkania oddane do użytkowania
W styczniu i lutym deweloperzy oddali do użytkowania łącznie 17 110 mieszkańczyli o 6,7% mniej niż rok wcześniej, na co największy wpływ mogły miećniesprzyjające warunki atmosferyczne panujące tej zimy.
W porównaniu miesiąc do miesiąca, wynik z lutego utrzymał się na podobnym poziomie do styczniowego, a różnica wyniosła zaledwie -1,3%.
–Ze względu na dużą liczbę nowych inwestycji rozpoczętych w 2024 r. oraz średni, około24-miesięcznycyklbudowy,w bieżącymrokunależyoczekiwaćstopniowegowzrostuliczbymieszkańoddawanychdo użytkowania względem poziomów obserwowanych w 2025 r.–podsumowuje Patryk Kozierkiewicz.
Polska dotychczas „traciła” – wrzucana przy okazji różnych kryzysów do jednego worka z innymi krajami intensywnie się modernizującymi, mimo iż nasze wyniki gospodarcze były w konkretnych momentach zazwyczaj lepsze niż w innych, porównywalnych krajach. Obecnie niestety jesteśmy bardziej niż inne gospodarki narażeni na efekty kryzysu – nie tylko poprzez duże uzależnienie od dostaw z krajów regionu Zatoki Perskie, ale także obecny kryzys energetyczny uwypukla strukturalną słabość – „potrójny deficyt” Polski.
Niecałe 2 miesiące zakłóceń w Cieśninie Ormuz mogłyby spowodować wzrost średniej inflacji na rynkach wschodzących gospodarek o +0,8–1,0 p.p. przy ograniczonych skutkach recesyjnych – wyjątkiem są kraje GCC (członkowie Rady Współpracy Zatoki Perskiej). Allianz Trade szacuje bowiem, że zamknięcie Cieśniny Ormuz na okres do sześciu tygodni spowodowałoby spadek PKB o 1,6 punktu procentowego w Arabii Saudyjskiej i o 3,3 punktu procentowego w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Turystyka – kluczowy filar dywersyfikacji gospodarek regionu Zatoki Perskiej – również ucierpiałaby w krótkoterminowej perspektywie, co miałoby skutki uboczne w postaci zmniejszonego napływu bezpośrednich inwestycji zagranicznych oraz opóźnień w realizacji megaprojektów zgodnie z harmonogramami, w tym projektów związanych ze sztuczną inteligencją.
Od szoku cenowego do szoku podażowego? W miarę przedłużania się konfliktu gospodarki azjatyckie mogą stanąć w obliczu zakłóceń podaży, które będą towarzyszyć silniejszym wstrząsom inflacyjnym, biorąc pod uwagę, że 56% ich importu ropy naftowej i 30% całkowitego importu gazu pochodzi z Bliskiego Wschodu. W Azji na niedobór dostaw bardziej narażone są Tajwan, Wietnam, Tajlandia, Pakistan, Bangladesz i Sri Lanka, natomiast w Afryce najbardziej ucierpią Egipt, Etiopia, Kenia i Tunezja, biorąc pod uwagę ich zależność od węglowodorów z Bliskiego Wschodu. Tymczasowy niedobór można by częściowo złagodzić poprzez dostosowanie koszyka energetycznego (tj. węgiel i, w mniejszym stopniu, odnawialne źródła energii), ale zakłócenia w dostawach energii przez dłuższy okres wymagałyby racjonalizacji (zmniejszenia) popytu na importowane węglowodory o -5 do -7% w końcowym zużyciu energii, jeśliby ich ceny się podwoiły.
W przypadku zamknięcia Cieśniny Ormuz trwającego dłużej niż trzy miesiące znacznie więcej rynków wschodzących będzie narażonych na wysokie ryzyko recesji, ponieważ borykają się one z potrójnym deficytem (budżetowym, na rachunku bieżącym oraz energetycznym). Wpływ na wzrost PKB rynków wschodzących wyniósłby średnio od co najmniej 0,5 punktu procentowego do 3,1% (oprócz Chin). Najbardziej zagrożone recesją w wyniku przedłużone konfliktu byłyby Bangladesz, Egipt, Etiopia, Jordania, Kenia, Maroko, Pakistan, Polska, Rumunia, Sri Lanka i Tunezja. Tymczasem kolejna grupa gospodarek znajduje się w sytuacji umiarkowanie wysokiego zagrożenia recesją, ponieważ mają one większe pole manewru, aby wesprzeć swoje gospodarki – są to: Chile, Chiny, Węgry, Indie, Filipiny, Tajwan, Tajlandia i Turcja. Natomiast duzi eksporterzy surowców, tacy jak Brazylia i Meksyk, wydają się strukturalnie odporni pomimo deficytów budżetowych, ponieważ eksport energii łagodzi wpływ wyższych cen.
Wstrząs nastąpił w momencie sprzyjającym carry trade na rynkach wschodzących (strategia inwestycyjna polegająca na pożyczaniu pieniędzy w walucie o niskim oprocentowaniu i inwestowaniu ich w walutę lub aktywa o wyższej stopie zwrotu). Wymaga to selektywnej, indywidualnej oceny (waluty) każdego kraju w oparciu o ukierunkowaną premię za ryzyko energetyczne. Rozpoczęła się wczesna korekta wycen rynkowych: rynki walutowe zareagowały szybko, przy czym największą deprecjację odnotował funt egipski (-9,2%), a następnie forint węgierski (-8%) i peso chilijskie (-4,9%). Przecena na lokalnych rynkach obligacji to bardzo zróżnicowany krajobraz. W Meksyku wzrost nominalnych rentowności wynika głównie z wyższych oczekiwań inflacyjnych, podczas gdy w Europie Środkowej i Wschodniej – gdzie wyprzedaż była najsilniejsza – rynki wyceniają większy udział premii za ryzyko i płynność. Wstrząs komplikuje również perspektywy polityki pieniężnej: wraz ze wzrostem ryzyka inflacji spowodowanego cenami energii wiele banków centralnych rynków wschodzących prawdopodobnie dłużej utrzyma stopy na niezmienionym poziomie, pomimo spowolnienia wzrostu gospodarczego. Przedłużający się konflikt może spowodować bardziej zdecydowaną zmianę wyceny oczekiwań inflacyjnych na krzywych rynków wschodzących, co spowoduje stromy wzrost lokalnych krzywych rentowności i opóźni cykle łagodzenia polityki pieniężnej. Ogólnie rzecz biorąc, korekta prawdopodobnie będzie miała charakter selektywny, a nie systemowy. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest zatem pojawienie się ukierunkowanej premii za ryzyko energetyczne w odniesieniu do najbardziej wrażliwych gospodarek rynków wschodzących, a nie szeroko zakrojona wyprzedaż w całej klasie aktywów.
Od szoku cenowego do szoku podażowego?
40-procentowy skok cen energii w pierwszym tygodniu konfliktu był najszybszym kanał transmisji jego skutków na gospodarkę światową. 9 marca cena ropy naftowej na krótko osiągnęła poziom 120 USD za baryłkę, by później spaść do 80 USD za baryłkę. W tym ygodniu cena ropy utrzymuje się na poziomie o około 15% wyższym od poziomu sprzed konfliktu. Nawet jeśli transport energii zostanie zakłócony tylko na krótki okres, konflikt nadal będzie miał trwały wpływ na ceny energii, ponieważ przywrócenie produkcji i dostaw do poziomu sprzed konfliktu zajmie prawdopodobnie kilka tygodni. W Allianz Trade spodziewamy się, że ceny powrócą (po zakończeniu działań wojennych) do poziomu bliższego 70 USD za baryłkę, co nadal będzie stanowiło wzrost o 16% w stosunku do poziomu sprzed konfliktu. Zmiana ta może spowodować wzrost średniej inflacji w gospodarkach wschodzących o 0,8–1,0 punktu procentowego, ale skala tego wzrostu będzie zależała od ekspozycji poszczególnych krajów na rynek energetyczny (szczególnie w Azji i wśród importujących energię gospodarek wschodzących). Gospodarki Europy Środkowo-Wschodniej – zwłaszcza Węgier i Rumunii – poniosą największe straty w PKB ze względu na silną zależność od importu energii, a za nimi plasują się Tajlandia i Chile. Eksporterzy ropy, tacy jak Nigeria, Kolumbia i Brazylia, będą stosunkowo dobrze chronieni, dodatkowo wśród jej importerów Indonezja wyróżnia się większą odpornością na obecna sytuację dzięki znacznym krajowym zdolnościom produkcyjnym w sektorze energetycznym.
Wykres 1: Zmiana stóp inflacji i tempa wzrostu PKB w 2026 r. w wybranych gospodarkach wschodzących, scenariusz bazowy, a scenariusz pesymistyczny
Źródła: Oxford Economics, Allianz Trade Research
Najbardziej bezpośrednie skutki gospodarcze dotykają przede wszystkim krajów położonych najbliżej konfliktu – w regionie Zatoki Perskiej i na całym Bliskim Wschodzie – gdzie konflikt bezpośrednio zakłócił normalną działalność gospodarczą. Wstępne szacunki dotyczące krótkotrwałego konfliktu wskazują na spadek PKB w Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratach Arabskich odpowiednio o -3 pkt. proc. i -4,3 pkt. proc., biorąc pod uwagę poważne zakłócenia gospodarcze, spadek turystyki oraz tymczasowy spadek eksportu energii spowodowany faktycznym zamknięciem Cieśniny Ormuz. Jednak krótkotrwały konflikt przyniósłby również później stosunkowo szybkie ożywienie gospodarcze, z wskaźnikami na poziomie +6,5% w Arabii Saudyjskiej i +7,6% w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Spadek PKB w całej Radzie Współpracy Zatoki Perskiej wyniósłby -3,3 punktu procentowego, przy znacznym odbiciu wynoszącym +6,4% wzrostu PKB w 2027 r. Sektor nieruchomości w Dubaju — jeden z najbardziej dynamicznych rynków nieruchomości na świecie w ostatnich latach — poniósł znaczne straty na rynku finansowym w tygodniu od rozpoczęcia konfliktu, a ceny akcji głównych deweloperów notowanych na giełdzie gwałtownie spadły o 13%–17%: Pozostała część regionu, zwłaszcza Kuwejt i Bahrajn, odczuje największy wpływ konfliktu ze względu na zależność od Cieśniny Ormuz zarówno w zakresie eksportu, jak i importu. Spready CDS dla Bahrajnu wzrosły o prawie 40% od wybuchu działań wojennych — jest to najostrzejszy ruch w ramach GCC i wyraźny sygnał rynkowy, że inwestorzy dokonują wyraźnego rozróżnienia między kredytami krajów Zatoki Perskiej na podstawie odporności fiskalnej i samowystarczalności w zakresie węglowodorów.
Scenariusz długotrwałej wojny spowodowałby poważniejsze konsekwencje w postaci znacznego spadku eksportu węglowodorów i zmniejszenia zaufania do regionu. Historia wskazuje na kilka scenariuszy wpływu konfliktu na region. Wojna tankowców między Irakiem a Iranem w latach 80., która groziła zamknięciem Cieśniny Ormuz, miała poważne długoterminowe konsekwencje dla Arabii Saudyjskiej w zakresie wskaźnika wzrostu gospodarczego, a królestwo odnotowało w latach 1981–1988 średni wzrost na poziomie +0,5%, głównie z powodu zmniejszenia eksportu ropy. Chociaż zarówno Arabia Saudyjska, jak i Zjednoczone Emiraty Arabskie mają pewne możliwości kontynuowania eksportu ropy naftowej poprzez różne rurociągi łączące ich pola naftowe z portami poza Zatoką Perską, długotrwałe zamknięcie Cieśniny Ormuz znacznie ograniczyłoby eksport węglowodorów obydwu krajów. Najbardziej ucierpiałyby jednak Kuwejt, Katar, Bahrajn i Irak, które nie mają zbyt wielu możliwości eksportowych poza korzystania z Cieśniny Ormuz.
Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie cieszyły się również dużym napływem inwestycji i ludzi, zwłaszcza od czasu pandemii, dzięki otwartym granicom, zwolnieniom podatkowym dla mieszkańców oraz rosnącej liczbie obiektów rekreacyjnych i atrakcji turystycznych. Precedensy historyczne sugerują, że turystyka w Zatoce Perskiej mogłaby się odbudować w ciągu jednego do dwóch lat. Jeśli jednak konflikt będzie się przedłużał i trwale zmieni postrzeganie bezpieczeństwa w regionie – tak jak miało to miejsce w Egipcie w latach 2013–2017 – czas potrzebny na jej odbudowę wydłuży się do pięciu do siedmiu lat, co będzie miało złożony wpływ na bezpośrednie inwestycje zagraniczne, harmonogramy megaprojektów, szersze ambicje związane z programem „Wizja 2030” oraz dążenie regionu do stania się globalnym centrum sztucznej inteligencji. ąFizyczne zagrożenie dla centrów danych (Iran zaatakował co najmniej trzy centra danych obsługiwane przez Amazon w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Bahrajnie) to nie wszystko – istotne są też konsekwencje, jakie wywrą one na działalność gospodarczą, ponieważ mogą one sparaliżować banki, urzędy państwowe itp. Poza krajami GCC pozostała część regionu również może odczuć skutki konfliktu, a nawet kraje tak odległe jak Egipt czy Turcja odnotują spadki w turystyce.
Drugą falą skutków ataku na Iran byłby niedobór węglowodorów spowodowany dłuższym zamknięciem Cieśniny Ormuz. Doprowadziłoby to do poważnego wstrząsu podażowego – scenariusza o zupełnie innym charakterze i bardziej destrukcyjnym, który w większości przypadków spowodowałby recesję w krajach uzależnionych od energii z regionu Zatoki Perskiej. Regionem najbardziej dotkniętym tymi skutkami byłaby Azja, biorąc pod uwagę dużą jej zależność od węglowodorów z Bliskiego Wschodu, gdyż 56% importu ropy w regionie pochodzi z Zatoki Perskiej. Ceny gazu mogłyby potencjalnie podwoić się, co mogłoby spowodować spadek zużycia gazu w Azji o 5–7%. Opierając się na precedensie europejskim, Allianz Trade szacuje, że każdy 1-procentowy spadek zużycia gazu oznaczałby utratę 0,08–0,10 punktu procentowego wzrostu PKB. W związku z tym dla Azji mogłoby to oznaczać wpływ większy niż -0,5 punktu procentowego PKB w przypadku krajów najbardziej dotkniętych, takich jak Korea Południowa (-0,7 punktu procentowego), lub spadek poniżej 0,2 punktu procentowego, jak ma to miejsce w przypadku Indii (-0,1 punktu procentowego).
Wpływ na gospodarki azjatyckie będzie zarazem nierównomierny – wśród krajów najbardziej dotkniętych znajdą się Tajwan, Pakistan i Wietnam, podczas gdy Malezja, Indonezja i Chiny pozostaną w bezpiecznej strefie. Tajwan jawi się jako kraj najbardziej narażony ze względu na wysoką zależność od węglowodorów z Bliskiego Wschodu, wysoki udział ropy w koszyku energetycznym oraz bardzo niski poziom krajowych zapasów ropy. Pakistan i Wietnam również znajdują się w delikatnej sytuacji, ponieważ około 40% ich zużycia ropy naftowej pochodzi ze źródeł bliskowschodnich, a rezerwy są bardzo niskie. Jednak ich koszyk energetyczny jest nieco mniej uzależniony od ropy naftowej niż w przypadku innych rynków wschodzących o podobnej zależności od Bliskiego Wschodu, ale o większych rezerwach. Pomimo rezerw wystarczających na około miesiąc, Indie, a w szczególności Sri Lanka, wykazują podobne cechy i są również bardzo narażone. Tajlandia to kolejna gospodarka zagrożona: pomimo stosunkowo dobrze zapełnionych magazynów rezerw i niskiej zależności od Bliskiego Wschodu, wysokie uzależnienie tego kraju od ropy w koszyku energetycznym może skutkować istotnym szokiem inflacyjnym, ponieważ będzie musiała płacić więcej za ropę (w swoim miksie energetycznym) w porównaniu z innymi krajami. Podobnie, gdyby konflikt i zamknięcie cieśniny Ormuz miały trwać, Filipiny i Indonezja również mogłyby zacząć odczuwać pewien wpływ inflacyjny, ponieważ coraz więcej krajów zacznie konkurować o nowych dostawców (co podniesie ceny). Pomimo względnej zależności od importu z Zatoki Perskiej, Chiny korzystają z jednego z najwyższych poziomów rezerw w regionie w połączeniu ze stosunkowo niską zależnością od ropy w swoim koszyku energetycznym. Indonezja powinna być chroniona przed szokiem inflacyjnym pomimo niskich rezerw, biorąc pod uwagę jej niską zależność od Bliskiego Wschodu, ale także od reszty świata.
Rynki wschodzące spoza Azji są stosunkowo lepiej zabezpieczone przed zakłóceniami w Cieśninie Ormuz. Europejskie rynki wschodzące są stosunkowo odporne na obecny kryzys dzięki niewielkiej ekspozycji na ropę z Bliskiego Wschodu – z wyjątkiem Polski – oraz stosunkowo niskiej zależności od ropy w szerszym koszyku energetycznym a także solidnym rezerwom strategicznym. Z kolei kraje Ameryki Łacińskiej pomimo ich większego uzależnienia od ropy są jednocześnie dobrze odizolowane od obecnego wstrząsu energetycznego ze względu na bardzo niską, marginalną zależność od importu z Bliskiego Wschodu.
Wykres 2: Uzależnienie od ropy z Bliskiego Wschodu na wybranych rynkach wschodzących
Poziom zapasów ropy naftowej:
Uwaga: Uzależnienie od ropy oblicza się jako import netto ropy naftowej z Bliskiego Wschodu podzielony przez całkowite zużycie ropy.
Źródła: IEA, UN Comtrade, Allianz Trade Research
Ostateczny wpływ kryzysu na rynku ropy i gazu na globalną gospodarkę zależeć będzie również od skali środków wsparcia wdrożonych przez poszczególne kraje w celu złagodzenia skutków dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw. Reakcje polityczne mogłyby znacznie złagodzić szok inflacyjny, co widać było podczas kryzysu energetycznego w Europie w 2022 r. Wówczas rządy europejskie wprowadziły środki wsparcia energetycznego o wartości odpowiadającej w ciągu roku około 4% PKB, na które składały się m.in. ograniczenia cen, obniżki podatków i transfery (subsydia). Zakładając, że obecny wstrząs wywrze mniej więcej o połowę mniejszy efekt niż europejski kryzys energetyczny z 2022 r., to gospodarki azjatyckie, biorąc pod uwagę ich większą zależność od importowanej energii, prawdopodobnie będą potrzebowały dotacji w wysokości około 0,25% PKB (lub około 2% w ujęciu rocznym), aby złagodzić jego wpływ na gospodarstwa domowe i firmy.
W regionie Europy Środkowo-Wschodniej Węgry już wprowadziły już ograniczenia cen paliw, zwiększając presję na deficyt budżetowy, który wynosi już -5,1%. W Azji Indonezja, Korea Południowa i Japonia zapewniają swoim obywatelom stałe wsparcie poprzez dotacje energetyczne i ograniczenia cen ropy. Na Bliskim Wschodzie Egipt znalazł się w niepewnej sytuacji: dotacje pozostają znaczne, budżet na lata 2025/26 już dotychczas uwzględniał alokację na nie 0,6% PKB. Przy deficycie fiskalnym wynoszącym już -10% i równym mu deficycie zewnętrznym Kair może popaść w problemy fiskalne. Podczas ostatniego kryzysu Zjednoczone Emiraty Arabskie i Katar wsparły Egipt dużymi transferami kapitałowymi, ale biorąc pod uwagę nowe priorytety stolic Zatoki Perskiej związane z wojną, pozostaje pytanie, w jaki sposób Egipt mógłby przetrwać długi okres wysokich cen energii.
Pomimo potencjalnych środków zaradczych zakłócenia w dostawach energii, sytuacja wymaga racjonalizacji popytu. Chociaż część niedoboru węglowodorów można złagodzić poprzez dostosowanie koszyka energetycznego – na przykład poprzez tymczasowe zwiększenie produkcji energii z węgla – a około połowa zakłóconych dostaw mogłaby potencjalnie zostać przekierowana lub zrównoważona przez wyższą produkcję ropy w innych miejscach (zwłaszcza w USA lub Rosji), to substytucja dostaw zrekompensowałaby zakłócenia tylko częściowo. W takim scenariuszu racjonalizacja popytu na energię stałaby się nieunikniona, co dotknęłoby zarówno przedsiębiorstwa, jak i gospodarstwa domowe. Kilka gospodarek azjatyckich – od Japonii po Tajlandię – odczuwa skutki zamknięcia cieśniny Ormuz i podjęło szybkie działania w celu zarządzania dostawami, wdrażając środki od zakazów eksportu paliw i polityki oszczędzania energii, takich jak czterodniowy tydzień pracy i nakaz pracy zdalnej, po zwiększenie zakupów ropy od Rosji. Doświadczenia Europy z 2022 r. ilustrują skalę dostosowań, które mogą być konieczne. W szczytowym momencie kryzysu, kiedy ceny gazu wzrosły trzykrotnie do 330 EUR/MWh, a zależność od Rosji wynosiła ponad 40% całkowitego importu gazu do UE, Europie udało się zmniejszyć zużycie gazu o prawie 20% w następstwie wysokich cen, niedoborów dostaw i nadzwyczajnych środków politycznych (odgórnej polityki ograniczania zużycia i kampanii społecznych).
Bliski Wschód odpowiada za 30% całkowitego importu gazu ziemnego do Azji, przy czym również w tym przypadku występują pewne różnice między poszczególnymi krajami. Indie, których 80% importu pochodzi z Zatoki Perskiej, są najbardziej narażone na wpływ konfliktu na ceny gazu, a za nimi plasują się Wietnam i Indonezja. Ponieważ jednak gaz ziemny nie odpowiada za produkcję dużej części energii w tych krajach, to wpływ ten powinien pozostać stosunkowo niewielki. Chociaż wstrząs w dostawach gazu będzie znacznie mniejszy niż w przypadku ropy, to należy uważnie monitorować Tajlandię, Tajwan i Pakistan, ponieważ w ich koszyku energetycznym gaz ziemny ma większy udział niż średnia w całym regionie, a jednocześnie są one stosunkowo zależne od importu z Bliskiego Wschodu, zwłaszcza Tajwan i Pakistan, gdzie region Zatoki Perskiej zaspokaja ponad 25% ich zużycia.
Bardziej dotkliwe i systemowe skutki uboczne pojawią się, jeśli Cieśnina Ormuz pozostanie zamknięta dłużej niż przez krótki okres, przekształcając to, co zaczęło się jako szok cenowy, w zakłócenie strukturalne. Każdy dodatkowy tydzień zamknięcia Cieśniny Ormuz potęguje presję recesyjną, ponieważ rezerwy się wyczerpują, a niedobory podaży się pogłębiają. W scenariuszu trwającym dłużej niż trzy miesiące PKB rynków wschodzących odnotuje średni spadek o -0,5 pp lub więcej, przy czym gospodarki najbardziej uzależnione od energii poniosą nieproporcjonalnie dużą część tego obciążenia. W takim scenariuszu rynki wschodzące borykające się z podwójnym deficytem – budżetowym i na rachunku bieżącym – stanęłyby w obliczu silnej presji, ponieważ rosnące rachunki za import energii pogłębiałyby i tak już napięte salda zewnętrzne oraz potrzeby finansowe.Najpoważniej ucierpiałyby kraje borykające się z potrójnym deficytem – gdzie do deficytu budżetowego i na rachunku bieżącym dochodzi jeszcze deficyt bilansu energetycznego (jak niestety Polska) – które w tej sytuacji stanęłyby w obliczu jednoczesnej presji na swoje waluty, spready obligacji skarbowych (koszt obsługi zadłużenia) i tempo wzrostu, dysponując jednocześnie bardzo ograniczoną przestrzenią polityczną do reagowania.
Kraje, w których występuje jednocześnie deficyt budżetowy, nierównowaga w bilansie płatniczym oraz uzależnienie od importu energii, okazują się najbardziej narażone na długotrwałe zakłócenia w dostawach energii z Bliskiego Wschodu.Gospodarki takie jak Rumunia, Polska i Tunezja wykazują najwyraźniejszą konfigurację potrójnego deficytu, gdzie znaczne deficyty budżetowe zbiegają się z deficytami na rachunku bieżącym i strukturalnie ujemnym bilansem energetycznym. W tych przypadkach wyższe ceny ropy naftowej jednocześnie zwiększyłyby deficyty zewnętrzne, pogorszyłyby dynamikę budżetową poprzez dotacje energetyczne lub słabszy wzrost gospodarczy oraz osłabiłyby ich waluty pogorszając warunki wymiany handlowej (koszt importu surowców). Kilka krajów wschodzących i o niższych dochodach, które są importerami – w szczególności Egipt, Sri Lanka, Kenia, Etiopia, Jordania, Maroko i Bangladesz – również wydają się szczególnie narażone na skumulowany efekt tych deficytów ze względu na już wysokie potrzeby finansowe i swoje ograniczone bufory makroekonomiczne. Natomiast eksporterzy surowców, tacy jak Nigeria, Kolumbia i Indonezja, są stosunkowo bezpieczne ponieważ dodatnie salda energetyczne stanowią naturalne zabezpieczenie przed wyższymi cenami ropy, wspierając zarówno dochody budżetowe, jak i rachunki zewnętrzne.
Druga grupa gospodarek znajduje się w strefie pośredniej, gdzie ich podatność na efekty przedłużającego kryzysu na rynkach węglowodorów wynika przede wszystkim z zależności energetycznej, a nie z szeroko zakrojonych zaburzeń równowagi makroekonomicznej. Do tej kategorii należą Chile, Chiny, Indie, Filipiny, Węgry, Tajwan, Tajlandia i Turcja. Gospodarki te charakteryzują się strukturalnie ujemnym bilansem energetycznym i w związku z tym stanęłyby w obliczu presji na rachunki zewnętrzne, gdyby ceny pozostały wysokie, ale ogólny wpływ makroekonomiczny zależy od przestrzeni politycznej i zewnętrznych buforów. W kilku przypadkach stosunkowo łatwe do opanowania salda rachunku bieżącego, zdywersyfikowane gospodarki lub silniejsze pokrycie rezerw mogłyby złagodzić wstrząs. Natomiast duzi eksporterzy surowców, tacy jak Brazylia i Meksyk, wydają się strukturalnie odporni pomimo deficytów budżetowych, ponieważ eksport energii łagodzi wpływ wyższych cen. Ogólnie rzecz biorąc, tabela podkreśla, że przenoszenie się przedłużającego się wstrząsu naftowego na rynki wschodzące pozostanie bardzo nierównomierne, a ryzyko skoncentruje się w gospodarkach, w których nakładają się na siebie nierównowagi zewnętrzne, ograniczenia budżetowe i zależność energetyczna.
Tabela 1. Ekspozycja rynków wschodzących, reakcje rynkowe i mechanizmy radzenia sobie
Źródła: LSEG, Allianz Trade Research. Uwaga: Dane na dzień 13.03.2026 r. Na zielono zaznaczono banki centralne, które obniżały stopy procentowe przed eskalacją konfliktu na Bliskim Wschodzie.
W szczególności Turcja i Indie znajdują się na styku rywalizujących bloków – korzystne położone geograficzne, politycznie niezaangażowane, a jednocześnie gospodarczo współzależne – stąd grozi im poniesienie kosztów tych współzależności. Z perspektywy rynkowej oba kraje nadal odnotowują podwójny deficyt (poza energetycznym także budżetowy i na rachunku bieżącym). W ubiegłym roku Turcja po raz pierwszy od 2022 r. powróciła do dodatniego salda pierwotnego, podczas gdy Indie od pewnego czasu odnotowują dodatnie saldo pierwotne. W przypadku Turcji najnowsza historia pokazuje, że gdy ceny energii osiągały najwyższy poziom (w 2022 r., ale także w cyklu 2012–2014), Ankara utrzymywała dodatnie saldo pierwotne – kosztem inflacji. W tym roku saldo rachunku bieżącego będzie raczej ujemne i może osiągnąć 2–2,5% PKB, jeśli ceny energii pozostaną wysokie, co wpłynie na lirę i inflację w kraju, ale może też istnieć możliwość wdrożenia pewnych dotacji. Dyscyplina fiskalna jest wciąż zachowana, ale pokusa złagodzenia skutków wzrostu cen energii w jakiś sposób również może wzrosnąć biorąc pod uwagę: stosunek długu do PKB na poziomie 25%, dalszy wzrost wartości rezerw złota oraz nieustannie toczącą się debatę na temat przyspieszenia wyborów prezydenckich przed ich zaplanowanym zgodnie z kalendarzem wyborczym terminem w maju 2028 r. Indie również znajdują się w lepszej sytuacji niż w scenariuszu z 2022 r., przy czym deficyt budżetowy zmniejszył się w porównaniu z okresem 2022 r. (-0,8% w 2025 r. w porównaniu z -2% w 2022 r.), a saldo zewnętrzne wynosi -0,2% PKB. Chociaż niedobór energii mógłby im zaszkodzić, to Indie mogłyby zastąpić import ropy naftowej i gazu ziemnego większym zużyciem krajowego węgla, łagodząc część tego wstrząsu. Jednocześnie indyjskie rezerwy walutowe pozostają na bardzo wysokim poziomie, odpowiadającym 11-miesięcznemu importowi.
Czy rynki wschodzące czekają wzrost cen energii?
Nowa eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie może zniwelować rekordowe zyski rynków wschodzących. Rok 2025 rozpoczął się od wyraźnego odpływu kapitału z rynków wschodzących (z wyłączeniem Chin), osiągając skumulowany najniższy poziom -10,8 mld USD w okresie wprowadzenia ceł prezydenta Trumpa z okazji „Dnia Wyzwolenia”. Był to jednak punkt zwrotny, ponieważ nastroje rynkowe i deprecjacja dolara zmieniły się na korzyść rynków wschodzących, przywracając napływ kapitału do nich. W rezultacie rok 2025 zakończył się rekordowymi przepływami portfelowymi (410 mld USD), prawie dwukrotnie wyższymi niż w poprzednim roku, znacznie powyżej średniej historycznej i stanowiącymi odwrócenie tendencji w stosunku do odpływu kapitału odnotowanego po pandemii. Fundusze obligacji rynków wschodzących zakończyły rok 2025 pierwszym rocznym napływem netto od 2021 r., wynoszącym łącznie +31,8 mld USD.
Wykres 3: Przepływy kapitałowe na rynki wschodzące, mld USD
Źródła: LSEG Workspace, Allianz Trade Research
Patrząc w perspektywie do końca 2026 r., choć klasa aktywów rynków wschodzących jest strukturalnie silniejsza, kluczowym aspektem przyszłych działań będzie selektywność. Bezpośrednia ekspozycja benchmarku na kraje najbardziej narażone (Egipt, Indie, Filipiny, Tajlandia, Turcja) pozostaje ograniczona, ponieważ stanowią one mniej niż 3% indeksu MSCI Emerging Markets ex-China. Najbardziej wrażliwe gospodarki europejskie (Polska, Rumunia) rzeczywiście odczułyby skutki wyższej inflacji, ale ryzyko niedoborów podaży zostałoby prawdopodobnie zrównoważone przez europejskie mechanizmy, które prawdopodobnie zostałyby przywrócone, gdyby konflikt trwał dłużej.
Rynki walutowe szybko zareagowały na eskalację konfliktu na Bliskim Wschodzie, a większość walut rynków wschodzących osłabiła się w ciągu pierwszego tygodnia. W okresie od 27 lutego do 13 marca kilka walut odnotowało gwałtowne spadki, ponieważ wyższe ceny ropy i silniejszy dolar amerykański wywołały powszechną ucieczkę od ryzyka (wykres 4). Największą deprecjację odnotował funt egipski (-9,2%), co odzwierciedla jego wrażliwość jako dużego importera netto energii z istotnym deficytem budżetowym i zewnętrznym. Waluty Europy Środkowej również znacznie osłabły, a forint węgierski (-8%), złoty polski (-4,9%) i korona czeska (-4,5%) znalazły się pod presją, ponieważ silna zależność regionu od importowanej energii połączyła się z likwidacją pozycji inwestorów. W Ameryce Łacińskiej wśród walut osiągających najgorsze wyniki wyróżniało się peso chilijskie (-4,9%) ze względu na ujemny bilans energetyczny, natomiast w Azji osłabiły się również peso filipińskie (-3,6%) i baht tajski (-4,6%) w związku z dużym uzależnieniem regionu od dostaw ropy z Bliskiego Wschodu. Część wyprzedaży odzwierciedla likwidację wcześniejszych pozycji inwestorów: kilka walut, które osiągały dobre wyniki na początku roku, znalazło się wśród walut o najgorszych wynikach podczas ostatniej fali unikania ryzyka.
W miarę stabilizacji warunków, zmiany kursów walut będą prawdopodobnie wyraźniej odzwierciedlać różnice w ekspozycji poszczególnych krajów na sektor energetyczny. Wyższe ceny ropy naftowej zazwyczaj wspierają waluty eksporterów energii, jednocześnie osłabiając waluty importerów, co sugeruje, że waluty niektórych eksporterów z Ameryki Łacińskiej, takie jak real brazylijski i peso kolumbijskie, mogą się ustabilizować po ustąpieniu początkowej korekty spowodowanej awersją do ryzyka. Natomiast waluty takie jak forint węgierski, won koreański, rand południowoafrykański i peso chilijskie wydają się już uwzględniać część szoku energetycznego i mogą pozostać wrażliwe na rozwój konfliktu oraz zmiany cen ropy.
Niektóre waluty pozostały stosunkowo odporne pomimo ekspozycji na wyższe ceny ropy, zwłaszcza rupia indyjska i lira turecka, gdzie aktywne zarządzanie banku centralnego pomogło ograniczyć zmienność. Jednak im dłużej ceny energii pozostają na wysokim poziomie, tym trudniej może być utrzymanie tej stabilności. W perspektywie długoterminowej czas trwania zakłóceń w Cieśninie Ormuz pozostanie kluczowym czynnikiem determinującym dalszą presję na rynki walutowe: przedłużające się zakłócenia utrzymałyby ceny energii na wysokim poziomie i wzmocniłyby pozycję dolara amerykańskiego, podczas gdy szybsze rozwiązanie konfliktu prawdopodobnie pozwoliłoby na częściowe odwrócenie ostatniej słabości walut omawianej grupy krajów (w tym Polski).
Wykres 4: Zmiany kursów walut od początku konfliktu na Bliskim Wschodzie
Źródła: LSEG Refinitiv, Allianz Trade Research
Pomimo trwającego szoku nadal postrzegamy fundamenty rynków wschodzących jako silne, co częściowo łagodzi wpływ wojny. Rezerwy walutowe pozostały na wysokim poziomie, ponieważ wiele rynków wschodzących wykorzystało warunki panujące w 2025 r. do ich odbudowy, pomimo wyzwań związanych z amerykańskimi cłami. Banki centralne Indii, Korei Południowej, Tajwanu i kilku krajów Azji Południowo-Wschodniej odzyskały około 132 mld USD rezerw walutowych pod koniec 2025 r. i na początku 2026 r., czyli ponad połowę tego, co straciły podczas wcześniejszych defensywnych interwencji walutowych, czemu sprzyjał słabszy dolar i napływ kapitału. Bank centralny Indii był szczególnie agresywny w odbudowywaniu rezerw, aby lepiej bronić rupii w przypadku spadków.
Wykres 5: W ciągu ostatniego roku rezerwy walutowe wzrosły w większości rynków wschodzących (wzrost r/r)
Uwaga: Rezerwy międzynarodowe, w tym złoto
Źródła: LSEG, Allianz Trade Research
Szczęście w nieszczęściu – eskalacjakonfliktu na Bliskim Wschodzie pojawiła się w stosunkowo „korzystnym” momencie dla różnic stóp procentowych (kraje wschodzące – dolar), ponieważ benchmarkowe obligacje skarbowe USA odnotowały szeroki spadek, związany ze strukturalną zmiany wyceny premii za ryzyko fiskalne w USA w 2025 r. W 2025 r. realne stopy procentowe uległy poprawie, ponieważ inflacja w gospodarkach wschodzących spowolniła szybciej niż stopy nominalne, co pozwoliło bankom centralnym zachować znaczący bufor realnych stóp procentowych bez naruszania stabilności walutowej lub wywoływania destrukcyjnego odpływu kapitału. Ta równoległa konfiguracja ujawniła ogólną poprawę sytuacji w świecie rynków wschodzących, jednocześnie podkreślając wyraźne podziały w tej grupie. Turcja, Brazylia, Kolumbia i Nigeria wyróżniają się największymi różnicami nominalnymi w stosunku do amerykańskich obligacji skarbowych, choć argumenty przemawiające za inwestycjami znacznie się różnią w poszczególnych rynkach. Turcja, Brazylia i Kolumbia oferują również podwyższone stopy realne, co tworzy rzadką zgodność wartości wewnętrznej i zewnętrznej. Republika Południowej Afryki wraz z Meksykiem zajmują pozycję pośrednią, charakteryzującą się podwyższoną różnicą i wysoką stopą realną, choć mniej ekstremalną niż w Brazylii i Kolumbii. Tymczasem Chiny, Tajlandia i Malezja oferują niewielkie różnice stóp w stosunku do USA, co sugeruje, że rynki te są wyceniane korzystnie przede wszystkim przez inwestorów krajowych.
Wykres 6: Stopa realna, różnica stóp procentowych i swapy ryzyka kredytowego na wybranych rynkach wschodzących
Źródła: LSEG Workspace, Allianz Trade Research
Ten nowy wstrząs geopolityczny odnawia jednak obawy przed stagflacją, a banki centralne wstrzymują się z działaniami ze względu na wyższą presję inflacyjną. Oczekiwania inflacyjne gwałtownie wzrosły w związku z szybkim wzrostem cen w ciągu tygodnia od zamknięcia Cieśniny Ormuz – dynamika ta jest już widoczna na rynkach amerykańskich obligacji skarbowych, na których ich rentowności gwałtownie wzrosły, a nie spadły, ponieważ rynki obligacji wyceniają ten konflikt przede wszystkim jako szok inflacyjny, a nie szok wzrostowy. Stawia to banki centralne w bardzo niekomfortowej sytuacji: spowolnienie wzrostu gospodarczego zwykle wymagałoby obniżek stóp procentowych, ale utrzymująca się inflacja spowodowana cenami energii uniemożliwia im podjęcie takich działań. Fed, który dotychczas podążał ścieżką stopniowego łagodzenia polityki pieniężnej, może teraz zmienić kurs i utrzymać stopy na niezmienionym poziomie, a nawet podnosić je do końca 2026 r. Dla banków centralnych rynków wschodzących – z których wiele, jak Egipt i Turcja, już teraz porusza się po kruchych ścieżkach dezinflacji – ograniczenie to jest jeszcze bardziej wiążące, ponieważ presja na deprecjację waluty potęguje inflację importowaną, pozostawiając niewiele miejsca na wspieranie wzrostu gospodarczego bez ryzyka ponownej spirali inflacyjnej.
Spready obligacji państwowych rynków wschodzących nieznacznie wzrosły, odzwierciedlając ostrożne podejście w nastrojach inwestorów. Zmiana ta była bardziej wyraźna w Afryce, na Bliskim Wschodzie i w Europie Środkowo-Wschodniej. Najbardziej gwałtowne korekty miały miejsce w krajach najbardziej narażonych, takich jak Bahrajn czy Pakistan, gdzie poważna wrażliwość na import energii spotęgowała wrażliwość rynków. Natomiast pozostała część regionu Zatoki Perskiej pozostała stosunkowo stabilna, wspierana przez wysokie dochody z ropy naftowej, które częściowo zrównoważyły podwyższone ryzyko geopolityczne. Tę odporność należy jednak interpretować ostrożnie. Historycznie rzecz biorąc, rynki spreadów miały tendencję do wyceniania wstrząsów geopolitycznych z opóźnieniem, reagując bardziej zdecydowanie dopiero gdy twarde dane ekonomiczne zaczynają ujawniać ich rzeczywisty wpływ. Jeśli Cieśnina Ormuz pozostanie zamknięta dłużej niż około czterech tygodni, a zakłócenia w dostawach zaczną przekładać się na wskaźniki makroekonomiczne, nie można wykluczyć szerszego i bardziej chaotycznego rozszerzenia spreadów kredytowych na rynkach wschodzących, szczególnie wśród państw zależnych od importu energii.
Kluczową kwestią jest to, czy lokalne rynki obligacji zaczynają uwzględniać w swoich wycenach ryzyko inflacyjne. Kluczowym pytaniem jest to, czy lokalne rynki obligacji zaczynają wyceniać ryzyko inflacyjne. Progi rentowności (ang. breakeven inflation – BEI)[1] stanowią miarę oczekiwań inflacyjnych oczekiwanych przez rynek w czasie rzeczywistym. Ponieważ ceny ropy są istotnym motorem kompensacji inflacyjnej (Wykres 7), wzrost cen ropy powinien standardowo wypychać wskaźniki BEI na rynkach wschodzących (EM) w górę. Jednak przed obecnymi wstrząsami zabezpieczenie przed inflacją na rynkach wschodzących wydawało się niezwykle tanie. Dla reprezentatywnego koszyka gospodarek średni 10-letni próg rentowności wynosił zaledwie 3,89%, podczas gdy historyczna wrażliwość na 10-procentowy wzrost cen ropy wynosiła średnio tylko +8 pb w BEI – znacznie poniżej tego, co nasze symulacje sugerują w odniesieniu do faktycznej stopy inflacji. Innymi słowy, oczekiwania inflacyjne nadal reagowały na ceny ropy, ale w znacznie mniejszym stopniu niż podczas poprzednich okresów napięć. Ma to znaczenie, ponieważ wrażliwość BEI na ceny ropy zazwyczaj wzrasta, gdy rynki zaczynają postrzegać wstrząs jako bardziej trwały i strukturalny. Jeśli konflikt będzie długotrwały, oczekiwania inflacyjne na krzywych rentowności rynków wschodzących prawdopodobnie ulegną zatem silniejszej korekcie.
Wykres 7: 10-letnie rynkowe oczekiwania inflacyjne (BEI) na rynkach wschodzących (z wyłączeniem Turcji) a cena ropy
Uwagi: Prognozę inflacji wyliczono tylko dla krajów, które mają aktywny rynek obligacji indeksowanych inflacją. Uwzględniono Brazylię, RPA, Polskę, Meksyk, Koreę Południową, Turcję, Chile, Izrael i Kolumbię.
Czy ta korekta już się rozpoczęła? Wstępne dane wskazują, że trwają zmiany wyceny, ale nie są one jednolite. W pierwszym tygodniu po atakach (od 27 lutego do 9 marca) największe poszerzenie krzywej breakeven odnotowała RPA – o +57 pb, z 4,32% do 4,89%, co jest zgodne z wrażliwością jej rachunku bieżącego i zależnością od importu energii. Wartość breakeven w Polsce wzrosła o +34 pb, a w Meksyku o +28 pb – są to znaczące zmiany na rynkach, na których przed szokiem oczekiwania inflacyjne były zbliżone do celów banku centralnego lub nawet poniżej nich. Korekta nie była jednak powszechna. Wartość breakeven w Kolumbii spadła o 45 pb, ponieważ rynki uwzględniły korzyści wynikające z warunków handlu netto eksportera ropy, podczas gdy w Izraelu wzrosła ona jedynie o +10 pb.
Analiza zmian nominalnych rentowności 10-letnich obligacji pomaga wyjaśnić czynniki stojące za zmianą wyceny oraz stopień, w jakim odzwierciedla ona inflację w porównaniu z ogólną awersją do ryzyka (wykres 8). Chile jest obecnie najbardziej wyraźnym przykładem korekty cen spowodowanej inflacją: wzrost nominalnych rentowności o 18 pb wynikał w znacznej mierze z rozszerzenia krzywej breakeven o 33 pb, podczas gdy realne rentowności spadły o 15 pb, co wskazuje, że ruch ten był w całości skorelowany z wyższymi oczekiwaniami inflacyjnymi. W przypadku Turcji (+233 pb nominalnie, w tym +181 pb z tytułu breakeven) i Korei (+26 pb, z czego +20 pb z tytułu breakeven) również większość korekty cen wynikała z kompensacji inflacji. Meksyk, który początkowo wydawał się prawie całkowicie napędzany inflacją, od tego czasu doświadczył szerszej wyprzedaży: rentowności nominalne wzrosły obecnie o +49 pb, z czego +28 pb można przypisać poziomom breakeven, a +21 pb – rentownościom realnym. Nadal wskazuje to na ruch wywołany inflacją, ale z bardziej widocznym elementem premii za ryzyko niż wcześniej. Brazylia to znacznie wyraźniejszy kontrast. Nominalne rentowności wzrosły o +88 pb, mimo że krzywe breakeven spadły o 6 pb, co oznacza wzrost realnych rentowności o +94 pb i wyraźnie wskazuje na wyższe premie kredytowe i płynnościowe, ale nie na inflację. Również RPA podąża w tym kierunku. Przy nominalnych rentownościach wyższych o 96 punktów bazowych rozszerzenie krzywej breakeven w dużej mierze uległo odwróceniu do zaledwie 22 punktów bazowych, przy czym 74 punkty bazowe wyjaśnić można wyższymi realnymi rentownościami, co sugeruje, że ruch ten jest obecnie związany głównie z awersją do ryzyka, a nie z początkowo obserwowaną zmianą wyceny oczekiwań inflacyjnych. Kolumbia (-13 pb) pozostaje wyjątkiem, w którym rentowności nominalne nadal rosną, ponieważ rynki nadal doceniają korzyści wynikające z poprawy warunków dla tego eksportera netto ropy, podczas gdy Izrael (+14 pb) przeszedł od umiarkowanego wzrostu do łagodnej wyprzedaży. W Europie Środkowo-Wschodniej najostrzejsze wyprzedaże na lokalnych rynkach stóp odnotowały Turcja, Rumunia i Węgry, a Polska nie pozostaje daleko w tyle. Zmiana w Turcji (+233 pb) – najbardziej wyraźna spośród wszystkich rynków wschodzących – odzwierciedla połączenie silnej zależności od importu ropy, bliskości geograficznej konfliktu oraz rynku, na który już wcześniej wyceniana była kruchość dynamiki dezinflacji. Rumunia (+101 pb) wyprzedziła Węgry (+94 pb) jako kraj o drugim największym wahaniu w regionie: oba kraje skorzystały na silnym wzroście stóp procentowych przed wybuchem konfliktu, a obecna wyprzedaż jest częściowo korektą techniczną, ponieważ inwestorzy realizują zyski z rozciągniętych długich pozycji, co potęguje dodatkowo obecnie wrażliwość energetyczna regionu i szeroka korekta cen w regionie Europy Środkowo-Wschodniej w związku z awersja do ryzyka (ucieczka do dolara). Polska (+83 pb) i Czechy (+59 pb) dopełniają obraz ogólnej bieżącej słabości regionu Europy Środkowo-Wschodniej w wycenach lokalnych obligacji skarbowych.
Wykres 8: Zmiany rentowności 10-letnich obligacji rynków wschodzących po wybuchu konfliktu: wpływ inflacji breakeven na realną rentowność, pb
Źródło: Bloomberg, LSEG Datastream, Allianz Research. Uwagi: Zmiany rentowności w okresie od 27.02.2026 r. do 13.03.2026 r.
Perspektywy przepływów kapitałowych na rynkach wschodzących w 2026 r. są obecnie w dużym stopniu uzależnione od scenariusza, który będzie realizowany. W przypadku krótkotrwałego konfliktu – trwającego od czterech do pięciu tygodni – napływ kapitału do rynków wschodzących powinien pozostać ogólnie dodatni, a rynki stosunkowo szybko powrócą do warunków sprzed Dnia Wyzwolenia. Inwestorzy staną się jednak bardziej selektywni, dokonując wyraźniejszego rozróżnienia między krajami na podstawie ekspozycji na sektor energetyczny (jak Polska) i podatności na inflację, zamiast traktować rynki wschodzące jako jednolitą klasę aktywów. Przedłużający się konflikt znacząco zmieniłby ten obraz. Przepływy kapitałowe skierowałyby się w stronę bezpieczniejszych aktywów, podczas gdy gospodarki najbardziej narażone – przede wszystkim Egipt i Pakistan – stanęłyby w obliczu najsilniejszej presji na odpływ kapitału, ponieważ połączenie napięć walutowych i importowanej inflacji zmieniłoby ich profil ryzyka. W tym otoczeniu wycena prawdopodobnie przybrałaby formę selektywnej premii za ryzyko energetyczne, wyraźnie rozróżniającej emitentów państwowych narażonych na ryzyko od tych, którzy są od niego odizolowani, zamiast wywoływać szeroko zakrojoną wyprzedaż aktywów rynków wschodzących.
Ten scenariusz ma miejsce w kontekście dotychczas wyjątkowo dobrego roku dla emisji długu rynków wschodzących. Jeśli chodzi o waluty twarde, emisja obligacji państwowych wzrosła z około 72 mld USD w 2022 r. do około 236 mld USD w 2025 r. – najwyższego poziomu w historii – odzwierciedlając rzeczywisty powrót dostępu do międzynarodowych rynków finansowania. Głównymi motorami tego wzrostu były Arabia Saudyjska i Turcja, przy czym sama emisja Turcji wzrosła z 12 mld USD w 2022 r. do około 31 mld USD w 2025 r. Znaczący wkład miała również Polska, której emisja wzrosła do około 30 mld USD w 2024 r., a dodatkowe wsparcie zapewniły Zjednoczone Emiraty Arabskie i Meksyk. Równolegle wzrosła emisja obligacji w walutach lokalnych, na czele z Brazylią, Polską i Indiami, przy czym Czechy stały się szczególnie znaczącym emitentem z wynikiem 195 mld USD – największym bezwzględnym wzrostem w tym okresie – przy dalszym wsparciu ze strony Tajlandii i Meksyku. Skala tego ożywienia podkreśla, jak wiele jest w grze: przedłużający się konflikt grozi przerwaniem wieloletniego trendu odbudowy dostępu rynków wschodzących do finansowania właśnie w momencie, gdy zyskały one najsilniejszą od lat pozycję na globalnym rynku.
Nieco ponad dwa tygodnie po rozpoczęciu konfliktu obserwujemy niewielkie pogorszenie wyników wśród bardziej narażonych emitentów państwowych. Podczas gdy Filipiny nadal notują wyniki zasadniczo zgodne z ogólną sytuacją na rynku, Egipt – a w szczególności Turcja i Indie – doświadczyły bardziej wyraźnego poszerzenia spreadów. Jeśli za punkt odniesienia przyjąć konflikt na Ukrainie, spready mogą wzrosnąć o około jedną trzecią do połowy poziomu sprzed kryzysu. W praktyce oznaczałoby to szacunkowe poszerzenie spreadów o około 80 pb dla Turcji, 35 pb dla Filipin, 180 pb dla Egiptu i 35 pb dla Indii. Warto jednak zauważyć, że sytuacja makrofinansowa Turcji jest obecnie znacznie lepsza niż na początku 2022 r., a premie za ryzyko związane z energią podczas kryzysu na Ukrainie okazały się ostatecznie krótkotrwałe.
[1]Różnica między rentownością zwykłych obligacji a obligacji indeksowanych inflacją. Pokazuje, jakiej inflacji spodziewa się rynek.Stąd 10-letnie progi rentowności to miara oczekiwań inflacyjnych na podstawie obligacji 10-letnich
Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Synektika jednomyślnie zatwierdziło podział tej giełdowej spółki, w wyniku którego do Syn2bio – podmiotu, który również będzie notowany na GPW – trafi działalność związana z badaniami nad kardioznacznikiem i przyszłą komercjalizacją tego innowacyjnego radiofarmaceutyku do diagnostyki chorób serca.
– Decyzje akcjonariuszy Synektika oraz Syn2bio, podjęte na walnych zgromadzeniach i zatwierdzające podział, oznaczają, że jesteśmy już na ostatniej prostej procesu wydzielenia projektu kardioznacznika do odrębnej spółki. Cieszy nas, że koncepcja podziału spotkała się z szerokim poparciem akcjonariuszy uczestniczących w NWZ Synektika – uchwała została podjęta jednomyślnie. Przed nami jeszcze formalna rejestracja podziału przez sąd. Jeśli nastąpi to zgodnie z założonym harmonogramem, Syn2bio zadebiutuje na warszawskim parkiecie około 16 kwietnia – komentuje Cezary Kozanecki, założyciel i prezes Synektika oraz prezes Syn2bio.
Obopólne korzyści dzięki podziałowi
Głównym przedmiotem działalności Syn2bio będzie dalszy rozwój projektu kardioznacznika oraz jego komercjalizacja, a w przyszłości także poszukiwanie nowych, innowacyjnych cząsteczek farmaceutycznych.
Kardioznacznik SYN2 to innowacyjny radiofarmaceutyk do diagnostyki chorób serca wieńcowej, o globalnym potencjale sprzedaży. W wyniku podziału, Syn2bio przejmie od Synektika wyłączne prawa do produkcji i sprzedaży tego znacznika na całym świecie. Jednocześnie jest on pod ochroną patentową na najbardziej istotnych rynkach, w tym Europy i Japonii, oraz jest w procesie uzyskiwania ochrony patentowej w Stanach Zjednoczonych. Synektik z sukcesem zakończył pierwszą oraz drugą fazę badań klinicznych i obecnie jest na zaawansowanym etapie badań trzeciej, ostatniej fazy. Pozytywne zakończenie tego etapu umożliwi rozpoczęcie procesu rejestracyjnego w Europie i Stanach Zjednoczonych, niezbędnego do wprowadzenia kardioznacznika do obrotu na tych rynkach.
Głównym źródłem przyszłych przychodów Syn2bio będą tzw. umowy partneringowe, czyli np. licencje na produkcję kardioznacznika udzielone podmiotom trzecim, m.in. w Europie Zachodniej oraz w Stanach Zjednoczonych, lub własna produkcja tego radiofarmaceutyku przez Syn2bio. W opinii Spółki, największy potencjał związany z przyszłą komercjalizacją kardioznacznika jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie co roku wykonuje się około 7 milionów badań perfuzji mięśnia sercowego. Drugim rynkiem z największym potencjałem jest rynek europejski.
Synektik wyposaży Syn2bio w odpowiednie środki do kontynuowania badań klinicznych przez okres kolejnych 12-14 miesięcy po podziale. Łączna kwota finansowania zapewniona przez Synektik to 50 mln zł (licząc od daty wyceny spółek na potrzeby podziału, tj. od 30 czerwca 2025 r.). Spółka Syn2bio będzie ponadto mogła ubiegać się o środki pochodzące z grantów, dotacji oraz programów finansowania badań rozwojowych przeznaczonych dla MŚP, które dla Synektika – jako dużego przedsiębiorstwa – nie są obecnie dostępne.
Obok dodatkowego finansowania zewnętrznego, spółce Syn2bio, skupionej na rozwoju projektu kardioznacznika i poszukiwaniu nowych cząsteczek farmaceutycznych, łatwiej też będzie pozyskać inwestorów, w tym branżowych, zainteresowanych takim profilem działalności, akceptujących inny poziom ryzyka i oczekujących wyższej potencjalnej stopy zwrotu w przyszłości.
Pozostała działalność prowadzona obecnie przez Synektik pozostanie w dotychczasowej spółce. Będzie się on zatem nadal zajmować m.in. dystrybucją i serwisem innowacyjnych urządzeń medycznych, opracowywaniem własnych rozwiązań informatycznych, produkcją i sprzedażą radiofarmaceutyków, a także pracami badawczo-rozwojowymi w zakresie poszukiwania generyków istniejących produktów radiofarmaceutycznych, które nie wymagają prowadzenia długotrwałych badań klinicznych.
Synektik jest dziś dojrzałą, wysokodochodową firmą, z potencjałem dalszego systematycznego wzrostu sprzedaży i dochodów. Po sfinalizowaniu podziału, wyniki wypracowywane przez Synektik nie będą już uwzględniały kosztów badań nad kardioznacznikiem (w ostatnich latach wynosiły one około 20-30 mln zł rocznie), co przełoży się na wyższą rentowność, zwiększając tym samym potencjał wypłat dywidendy.
Emisja akcji podziałowych Syn2bio dla akcjonariuszy Synektika
12 marca br. Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła prospekt Syn2bio. Został on przygotowany w związku z emisją akcji podziałowych, które zostaną przydzielone akcjonariuszom Synektika w drodze oferty publicznej. Przydział nastąpi w stosunku 1 do 1. Oznacza to, że za każdą 1 akcję Synektika posiadaną w tzw. dniu referencyjnym inwestor otrzyma 1 akcję Syn2bio. Nastąpi to automatycznie, bez konieczności podejmowania dodatkowych czynności przez akcjonariuszy. Wyemitowanych zostanie łącznie 8.529.129 akcji Syn2bio (na taką samą liczbę akcji dzieli się obecnie kapitał Synektika).
Intencją Spółki jest, aby dzień referencyjny został wyznaczony na 7 kwietnia br. W takim scenariuszu, sesja giełdowa 1 kwietnia (tj. dwa dni sesyjne przed dniem referencyjnym) będzie ostatnią, na której będzie możliwość nabycia akcji Synektika uprawniających do uczestnictwa w podziale. Oznacza to zarazem, że kurs odniesienia na kolejną sesję (2 kwietnia) zostanie pomniejszony o wartość działalności wydzielanej do Syn2bio, czyli o około 7,73% (proporcja ta wynika z wyceny sporządzonej wcześniej na potrzeby planu podziału, wg stanu na 30 czerwca 2025 r.). Wartość ta będzie jednocześnie stanowiła kurs odniesienia dla pierwszej sesji notowania akcji Syn2bio na GPW. Według przyjętego harmonogramu, giełdowy debiut Syn2bio spodziewany jest około 16 kwietnia br.
Przewidywany harmonogram podziału Synektika i publicznej oferty akcji Syn2bio – dalsze kroki
24 marca 2026 r.
Podjęcie przez GPW warunkowej uchwały dot. dopuszczenia akcji Syn2bio S.A. do obrotu na rynku regulowanym (pod warunkiem dojścia podziału do skutku)
30 marca 2026 r.
Wpis w rejestrze przedsiębiorców KRS podwyższenia kapitału zakładowego Syn2bio dokonanego w związku z podziałem Synektik S.A. (Dzień Wydzielenia)
1 kwietnia 2026 r.
Ostatni dzień sesyjny, w którym będzie można nabyć akcje Synektik S.A. uprawniające do objęcia akcji Syn2bio S.A.
7 kwietnia 2026 r.
Dzień Referencyjny
10 kwietnia 2026 r.
Podjęcie przez GPW uchwały o wprowadzeniu akcji Syn2bio S.A. do obrotu na rynku regulowanym
16 kwietnia 2026 r.
Pierwszy dzień notowania akcji Syn2bio S.A. na rynku regulowanym GPW
Najnowsze dane GUS o skali budownictwa mieszkaniowego w Polsce nie pozostawiają złudzeń. Przed nami bardzo przeciętny rok. Dwa filary tego rynku, czyli firmy deweloperskie i gospodarstwa domowe, wyraźnie zredukowały aktywność, rozpoczynając w lutym budowę o 15% mniejszej liczby mieszkań niż rok temu. Jeśli spojrzeć na skumulowane statystyki ze stycznia i lutego, sytuacja wygląda jeszcze poważniej – zanotowano spadek o 22% rok do roku i wynik aż o 14% gorszy od średniej z ostatnich pięciu lat. Na tle tej rynkowej zimy wyłania się jednak zaskakujący paradoks – przebudzenie w kategorii mieszkań społeczno-czynszowych. Choć skala budownictwa jest tu nadal niewielka, to w kontekście nowej strategii mieszkaniowej rządu zasługuje na szczególną uwagę. Sytuację komentuje Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom.
Z danych GUS wynika, że liczba mieszkań i domów oddanych do użytku w Polsce w lutym była porównywalna zarówno z wynikami ze stycznia, jak również z lutym 2025 roku. Wszystkie grupy inwestorów oddały łącznie 14,6 tys. lokali, czyli o 0,3% mniej niż w styczniu i o 0,9% więcej niż rok wcześniej. W ramach tej puli deweloperzy dostarczyli 8,5 tys. mieszkań, co oznacza spadek o 1,3% miesiąc do miesiąca i o 1,4% w ujęciu rocznym. Mimo że różnice względem poprzedniego miesiąca i roku są niewielkie, to warto zaznaczyć, że liczba mieszkań oddanych w dwóch pierwszych miesiącach 2026 roku jest najniższa od pięciu lat zarówno w kategorii budownictwa ogółem, jak również w segmencie deweloperskim (na sprzedaż lub wynajem).
Firmy deweloperskie odpowiadały za 58% wszystkich oddanych do użytku w lutym lokali mieszkalnych. W sytuacji gorszych względem stycznia wyników deweloperów oraz odrobinę lepszych wyników inwestorów indywidualnych, udział tych ostatnich w ogólnej liczbie oddawanych lokali wzrósł z 39% do 40%. W porównaniu z lutym 2024 roku, gospodarstwa domowe (w terminologii GUS to inwestorzy indywidualni) zakończyły budowę o 6% większej liczby domów i mieszkań, a w porównaniu z poprzednim miesiącem ich rezultat był o 3% lepszy.
Niewielki spadek liczby lokali oddawanych do użytku przez firmy deweloperskie w ujęciu miesiąc do miesiąca, znajduje potwierdzenie w danych prezentowanych w postaci narastającej od początku roku sumy zrealizowanych lokali. W okresie styczeń-luty firmy deweloperskie przekazały do użytkowania 17,1 tys. mieszkań i domów, czyli o prawie 7% mniej niż przed rokiem.
W tym samym czasie (styczeń-luty) inwestorzy indywidualni zrealizowali 11,6 tys. lokali, czyli o 3,5% więcej niż w analogicznym okresie 2025 roku. Wiele wskazuje na to, że z niższymi w ujęciu rok do roku wynikami w kategorii mieszkań oddanych do użytkowania ogółem będziemy mieli do czynienia przez kilka najbliższych miesięcy.
Starania różnych grup inwestorów o uzyskanie pozwoleń na budowę w lutym przyniosły wyraźnie lepsze efekty niż w styczniu. Także w porównaniu z 2025 rokiem wyniki te są o kilkanaście procent wyższe. Łączna liczba pozwoleń wydanych w lutym sięgnęła 22,7 tys., z czego 15,7 tys. pozwoleń uzyskali deweloperzy, a 6,5 tys. inwestorzy indywidualni. Zatem suma uzyskanych w lutym pozwoleń była o 29% wyższa niż w styczniu. W ujęciu rocznym liczba pozwoleń na budowę wzrosła o ponad 12%. W odróżnieniu od stycznia, w lutym to firmy deweloperskie, a nie gospodarstwa domowe, wykazały w tej kategorii większą aktywność niż rok wcześniej.
Liczba lokali mieszkalnych, na budowę których różne grupy inwestorów uzyskały pozwolenie w okresie styczeń-luty (narastająco), jest o kilkadziesiąt mieszkań wyższa niż rok temu.
W pierwszych dwóch miesiącach 2026 roku deweloperzy uzyskali pozwolenia na budowę łącznie 27,4 tys. mieszkań i domów (o 1% więcej r/r), a inwestorzy indywidualni 12,3 tys. (o 10,6% więcej r/r).
Statystyki GUS po lutym dotyczące rozpoczynanych w całej Polsce budów sugerują wyraźne spowolnienie, mimo że w stosunku do stycznia odnotowano wzrost. Jednak liczba rozpoczynanych przez wszystkie grupy inwestorów budów zmniejszyła się w ciągu roku o niemal 15% i to pomimo anomalii, którą GUS odnotował rok temu. Normą jest, że liczba rozpoczynanych w lutym budów jest większa niż w styczniu. W 2025 roku było jednak inaczej – wyniki z lutego były gorsze od styczniowych.
W lutym 2026 roku wszystkie grupy inwestorów rozpoczęły budowy 14,1 tys. lokali mieszkalnych. W ostatnich pięciu latach mniej rozpoczynanych budów GUS odnotował tylko w wyjątkowym pod wieloma względami 2023 roku. Skumulowana dla dwóch pierwszych miesięcy liczba mieszkań, których budowy zostały rozpoczęte wyniosła zaledwie 26,4 tys. i okazała się o 22% mniejsza niż przed rokiem i o 14% niższa od średniej z ostatnich pięciu lat.
Tak znaczący spadek to efekt wyraźnie mniejszej aktywności zarówno firm deweloperskich, jak również gospodarstw domowych.
Firmy deweloperskie w lutym bieżącego roku rozpoczęły wprawdzie budowę o 8,5% większej liczby lokali niż w styczniu, jednak w stosunku do lutego ubiegłego roku ich aktywność zmniejszyła się o 21%.
Skumulowane wyniki firm deweloperskich w tej kategorii wskazują na ogromne zróżnicowanie aktywności w poszczególnych latach. Wyniki z 2026 roku są wprawdzie o 10% niższe od średniej z ostatnich pięciu lat, ale jednocześnie pozostają wyraźnie lepsze od tych odnotowanych w 2023 roku i porównywalne z 2022 rokiem.
Bieżące dane GUS o rozpoczynanych budowach należy interpretować także w kontekście statystyki udzielanych pozwoleń. Od początku roku różnica między liczbą uzyskanych pozwoleń i liczbą rozpoczynanych budów sięgnęła aż 13,9 tys., co oznacza, że co trzecie uzyskane pozwolenie nie ma na razie swojej realizacji w postaci budowy. Ponad 60% (8,9 tys.) tej nadwyżki powstało za sprawą pozwoleń uzyskanych przez firmy deweloperskie, co może być efektem pojawienia się nowych ryzyk w otoczeniu rynku mieszkaniowego (potencjalny wzrost kosztów budowy wraz ze wzrostem cen nośników energii).
O tym, że wyraźne wstrzymanie się firm deweloperskich z rozpoczynaniem nowych budów ma ścisły związek z rosnącą niepewnością, świadczą dane z ubiegłego roku. W pierwszych dwóch miesiącach 2025 roku odsetek odłożonych pozwoleń wynosił zaledwie 11%.
Wyniki Grupy Żabka za 2025 rok – zysk netto powyżej 1 mld zł, przyspieszenie tempa ekspansji oraz wzrost kluczowych wskaźników zgodny z celami strategicznymi[1].
Znaczące przyspieszenie ekspansji sieci oraz wzrost sprzedaży LfL w Polsce i Rumunii, wsparte poprawą rentowności, efektywności oraz wyjątkowo silnymi przepływami pieniężnymi.
W 2025 r. Grupa Żabka rozwijała się szybciej niż rynek, systematycznie zwiększając swoje udziały w handlu detalicznym. Skonsolidowana sprzedaż do klienta końcowego wzrosła o 14,1% rok do roku, osiągając 31,1 mld zł. Dynamika sprzedaży porównywalnej (LfL) w Polsce wyniosła 5,3%, zgodnie z celem Grupy zakładającym średni jednocyfrowy wzrost. Wynik ten został osiągnięty mimo niekorzystnych warunków pogodowych, co potwierdza atrakcyjność oferty i jej dopasowanie do oczekiwań klientów.
Skorygowany wynik EBITDA wyniósł 4,07 mld zł, rosnąc rok do roku o 16%, dzięki przyspieszonej ekspansji sieci, wyższej sprzedaży, skutecznej kontroli kosztów oraz rentowności segmentu cyfrowego. Skorygowany zysk netto wzrósł o 40,6% do rekordowego poziomu 1,0 mld zł, a marża skorygowanego zysku netto sięgnęła 3,2%, przekraczając zakładany poziom 3%.
W 2025 roku Grupa Żabka uruchomiła 1 394 sklepy, tym samym przekraczając podwyższony cel otwarć, zakładający 1 300 nowych placówek w minionym roku. Na koniec roku sieć Grupy Żabka liczyła 12 339 sklepów, w tym 173 w Rumunii, co umocniło jej pozycję jako największego ekosystemu modern convenience w Europie.
Tomasz Suchański, CEO Grupy Żabka, komentuje:
Wyniki za 2025 rok potwierdzają, że przyjęta strategia rozwoju Grupy Żabka jest skuteczna. Osiągnęliśmy wszystkie komunikowane inwestorom wskaźniki finansowe, jednocześnie przyspieszając realizację wybranych inicjatyw strategicznych, w tym ekspansję sieci sklepów. W połowie roku podnieśliśmy prognozę otwarć do ponad 1 300 placówek w Polsce i Rumunii, a ostatecznie przekroczyliśmy ten poziom. Tak dobre wyniki były możliwe dzięki wysokiej dostępności atrakcyjnych lokalizacji, utrzymującemu się silnemu zainteresowaniu franczyzobiorców współpracą z naszą siecią oraz konsekwentnej dyscyplinie kosztowej i koncentracji na rentowności jednostkowej sklepów. To podejście pozwala nam skalować biznes w sposób przewidywalny i z wysoką precyzją realizacji. Kapitał lokujemy w sposób przemyślany – tam, gdzie realnie wzmacnia nasze strategiczne filary: dalszą ekspansję sieci w Polsce, konsekwentne budowanie obecności w Rumunii oraz inwestycje w cyfrową i operacyjną efektywność.
Tomasz Blicharski, Group Chief Strategy & Development Officer, powiedział:
Ekspansja sieci oraz wzrost sprzedaży porównywalnej w Polsce i Rumunii konsekwentnie przybliżają nas do realizacji długoterminowego celu ponad dwukrotnego zwiększenia sprzedaży do klienta końcowego w latach 2023–2028. Dynamikę wzrostu wzmacniają rozwijające się biznesy cyfrowe oraz stabilne przepływy pieniężne. Naszą przewagą jest model zarządzania oparty na danych i wysoka elastyczność operacyjna. Pozwala nam to szybko reagować na zmiany rynkowe i utrzymywać wysokie tempo skalowania biznesu. Konsekwentnie rozwijamy precyzyjne dopasowanie oferty do lokalnych potrzeb klientów. Jednocześnie inwestujemy w hiperpersonalizację na poziomie sklepu, aby każdy punkt sprzedaży jeszcze lepiej odpowiadał specyfice swojej społeczności. Kluczową rolę odgrywa zintegrowana platforma operacyjna, obejmująca łańcuch dostaw, zarządzanie kategoriami oraz zaawansowane wykorzystanie danych i technologii. Dzięki niej możemy efektywnie zarządzać dostępnością produktów i elastycznie dostosowywać ofertę. Zrównoważony rozwój pozostaje integralną częścią tego modelu. Czynniki ESG są wbudowane zarówno w strategię, jak i w codzienne decyzje operacyjne. Efekty tej strategii widoczne są również w Rumunii, gdzie sieć Froo systematycznie buduje skalę i umacnia swoją pozycję rynkową.
Marta Wrochna-Łastowska, CFO Grupy Żabka
Marta Wrochna-Łastowska, CFO Grupy Żabka, dodaje:
Zdyscyplinowane alokowanie kapitału i koncentracja na efektywności operacyjnej pozwoliły nam skutecznie zmniejszyć zadłużenie oraz – dzięki skalowalności naszego modelu biznesowego – podnieść cel dotyczący liczby otwarć sklepów. Mimo trudniejszego otoczenia rynkowego zwiększyliśmy rentowność oraz elastyczność finansową. Skorygowana EBITDA wzrosła w 2025 roku o 16% rok do roku, osiągając poziom 13,1% marży, co oznacza przekroczenie komunikowanego przez nas przedziału 12–13% w ramach przedstawionych wcześniej oczekiwań. Wzrost ten był możliwy dzięki dalszemu skupieniu na poprawie marż produktowych, dyscyplinie kosztowej, efektowi skali oraz rentowności segmentu cyfrowej oferty dla klientów. Jeszcze wyraźniej poprawił się skorygowany zysk netto, który wzrósł o 40,6%. Marża skorygowanego zysku netto zwiększyła się do 3,2%, przekraczając wcześniej komunikowany cel na poziomie 3%. W ubiegłym roku intensywnie pracowaliśmy również nad poprawą struktury finansowania. W maju przeprowadziliśmy pierwszą emisję obligacji o wartości 1 mld PLN, a jesienią skutecznie zrefinansowaliśmy umowę kredytową, czego efektem jest obniżona marża oraz wydłużony termin wymagalności. Wszystkie te kroki zwiększyły naszą elastyczność finansową i przyczyniły się do obniżenia kosztu długu. Zgodnie z założeniami podtrzymujemy oczekiwanie średnio do wysokiego jednocyfrowego wzrostu LfL w 2026 roku oraz w średnim terminie. Zakładamy stabilną skorygowaną marżę EBITDA na górnym poziomie przedziału 12–13% oraz stopniową poprawę marży zysku netto do ok. 4,5% w horyzoncie średnioterminowym.
Kluczowe informacje nt. wyników Grupy Żabka po 2025 roku:
Sprzedaż do klienta końcowego wyniosła 31 135 mln zł, o 14,1% więcej niż rok wcześniej. W ostatnim kwartale 2025 r. osiągnęła poziom 7 867 mln zł (+14,3%. rdr).
Przychody wyniosły 27 153 mln zł (+14,1% rdr). Tylko w 4. kwartale 2025 r. zwiększyły się o 14,0% do 6 922 mln zł.
Wzrost wyników sprzedażowych był efektem zarówno wzrostu sprzedaży porównywalnej (LfL), jak i szybko rosnącej liczby nowych sklepów.
Dzięki dużej dostępności atrakcyjnych lokalizacji w Polsce oraz przyspieszeniu ekspansji w Rumunii, na koniec 2025 r. sieć Grupy Żabka – największa sieć convenience w Europie – liczyła 12 339 placówek, po otwarciu 1 394 nowych sklepów (+19,6% r/r). W Rumunii, gdzie Grupa rozwija sieć pod marką Froo, liczba sklepów na koniec okresu wzrosła rok do roku o 188% do 173 placówek, a ruch klientów zbliża się do poziomu obserwowanego w Polsce. Zgodnie z aktualizacją strategii opublikowaną w 2025 r. podwyższony cel otwarć nowych sklepów w Polsce i Rumunii wynosi ponad 1 300 placówek rocznie. W efekcie na koniec 2028 r. sieć będzie liczyła około 16 tys. sklepów, czyli o około 1 500 więcej, niż zakładano podczas debiutu na GPW.
W 2025 r. sprzedaż porównywalna (LfL) wzrosła o 5,3%, zgodnie z oczekiwaniami, dzięki działaniom zwiększającym ruch klientów i wartość koszyka zakupowego, pomimo niesprzyjających warunków pogodowych.
Skorygowany wynik EBITDA w 2025 r. wzrósł o 16% do 4 066 mln zł, a jego marża wyniosła 13,1% wobec 12,8% w 2024 r. Osiągnięty wynik przekroczył górną granicę przedziału 12-13% marży określonego w ramach komunikowanych wcześniej oczekiwań. Wzrost napędzała większa skala działalności, sprzedaż LfL, efektywne zarządzanie kosztami oraz rentowność biznesów cyfrowych (DCO), częściowo zniwelowana przez wyższe koszty franczyzobiorców. W 4. kwartale skorygowana EBITDA wyniosła 1 134 mln zł (+14,9% rdr).
Na koniec 2025 r. roku oferta street food była dostępna we wszystkich sklepach Grupy Żabka w Polsce. Do oferty wprowadzono 622 nowe produkty (m.in. pod marką Good Mood), a zakres wygodnych usług powiększył się o ponad 20 pozycji. Na koniec 2025 r. Grupa Żabka miała 10 mln aktywnych użytkowników cyfrowych. Wartość zakupów użytkowników aplikacji Żappka była średnio wyższa o 20% w porównaniu do pozostałych klientów.
Przychody w biznesach cyfrowych (DCO) wzrosły o 25% w 2025 r., a Grupa jest na ścieżce realizacji celu z IPO, zakładającego pięciokrotne zwiększenie przychodów do 2028 r. Wzrost wspierał rozwój istniejących usług cyfrowych, m.in. dwucyfrowy wzrost sprzedaży platformy Maczfit, oraz rozwój marek Delio, Jush! i Dietly. Do rozwoju kanałów online przyczyniają się też nowe projekty, jak Izidrop czy Żabka ADS. Izidrop to usługa logistyczna e-commerce z konkurencyjnymi cenami dostaw paczek we współpracy m.in. z Allegro Delivery. Z kolei w ramach Żabka Ads zainstalowano blisko 6 tys. ekranów w ponad 4 tys. sklepów, co umożliwia dotarcie do 27 mln konsumentów, umacniając pozycję Grupy w retail media.
Po raz pierwszy wynik netto Grupy przekroczył 1 mld zł. W 2025 r. zysk skorygowany wyniósł 1 003 mln zł (+40,6% rdr), a raportowany 1 057 mln zł (+78,3% rdr). W samym 4. kwartale było to odpowiednio 354 mln zł (+20,6% rdr) oraz 527 mln zł (+144,3% rdr). Do osiągnięcia rekordowego wyniku przyczyniło się m.in. obniżenie kosztów finansowych po udanym refinansowaniu
Marża skorygowanego zysku netto w 2025 r. wzrosła do 3,2% z 2,6% przed rokiem, przekraczając założenia na poziomie 3%. W samym 4. kwartale zwiększyła się ona do 4,5%, z 4,3% w 4. kwartale 2024 r.
Wolne przepływy pieniężne (FCF) w 2025 r. osiągnęły 1 740 mln zł, w porównaniu do 1 531 mln zł rok wcześniej. Wzrost wynikał przede wszystkim z większej skali działalności i wyższej rentowności, co przełożyło się na silny wzrost skorygowanego EBITDA oraz korzystniejsze zarządzanie kapitałem obrotowym.
Silne przepływy pieniężne pozwoliły sfinansować nakłady inwestycyjne (CAPEX) w 2025 r. na poziomie 1 624 mln zł (-3% rdr), z czego 539 mln zł przypadło na 4. kwartał (-13,5% rdr). Kluczowe inwestycje obejmowały otwarcie nowych sklepów, modernizację istniejących placówek oraz rozwój sieci w Rumunii i kanałów cyfrowych w ramach inicjatywy Nowe Silniki Rozwoju(NGE).
Dzięki wysokiemu poziomowi generowanej gotówki Grupa skutecznie realizowała strategię redukcji zadłużenia, obniżając wskaźnik długu do skorygowanego EBITDA z 1,5x w 2024 r. do docelowego 1,0x na koniec 2025 r.
Podsumowanie wyników za 4Q2025 i 2025 rok
W mln PLN
4Q 2025
4Q 2024
Zmiana
2025
2024
Zmiana
Przychody ze sprzedaży
6 922
6 072
14,0%
27 153
23 797
+14,1%
Zysk brutto ze sprzedaży
1 445
1 217
18,7%
5 100
4 391
+16,1%
EBITDA
1 103
891
23,8%
3 876
3 363
+15,3%
Skorygowany wynik EBITDA*
1 134
987
14,9%
4 066
3 505
+16,0%
Wynik netto
527
216
144,3%
1 057
593
78,3%
Skorygowany wynik netto**
354
294
20,6%
1 003
714
40,6%
Wybrane KPI i mierniki efektywności
(wszystkie marże obliczone na podstawie sprzedaży do klienta końcowego)
4Q 2025
4Q 2024
Zmiana
2025
2024
Zmiana
Skonsolidowana sprzedaż do klienta końcowego, w mln PLN***
7 867
6 884
14,3%
31 135
27 277
+14,1%
Liczba sklepów na koniec okresu
w tym Rumunia
12 339
173
11 069
60
+11,5%
188%
12 339
173
11 069
60
+11,5%
188%
Wzrost sprzedaży porównywalnej (LFL)
4,8%
7,1%
(2,3pp)
5,3%
8,3%
(2,9pp)
Nowo uruchomione sklepy (brutto)
w tym Rumunia
1 394
60
1 166
118
+19,6%
+96,6%
Marża EBITDA
14,0%
12,9%
1,1pp
12,4%
12,3%
+0,1 p.p.
Marża skorygowanego wyniku EBITDA*
14,4%
14,3%
0,1pp
13,1%
12,8%
+0,3 p.p.
Marża zysku netto
6,7%
3,1%
3,6pp
3,4%
2,2%
1,2pp
Marża skorygowanego zysku netto**
4,5%
4,3%
0,2pp
3,2%
2,6%
0,6pp
Działania w zakresie zrównoważonego rozwoju
W 2025 r. Grupa Żabka zrealizowała cele postawione dla kluczowych wskaźników ESG w obszarach zrównoważonego stylu życia, pozytywnego wpływu na otoczenie, odpowiedzialnej organizacji oraz wpływu na klimat i środowisko. Sprzedaż produktów marek własnych promujących świadomą konsumpcję osiągnęła 2,1 mld zł. Zastosowanie sztucznej inteligencji pozwoliło lepiej dopasować dostawy do potrzeb, ograniczając straty i potencjalny wpływ na środowisko. Intensywność strat żywności w operacjach własnych spadła o niemal 25% w porównaniu do 2020 r., a 87% niesprzedanych produktów trafiło do dalszego zagospodarowania. Dzięki bliskiej współpracy z dostawcami, już prawie 92% z nich zapoznało się z kodeksem postępowania. Wskaźnik zaangażowania pracowników wyniósł 4,67 p., co plasuje wynik wśród top 25% najbardziej zaangażowanych organizacji na świecie (89. percentyl). Udział plastiku pierwotnego w opakowaniach marek własnych wyniósł ponad 36%, emisje gazów cieplarnianych (GHG) w operacjach własnych spadły o prawie 35% w odniesieniu do roku bazowego 2020, a intensywność emisji w zakresie trzecim o 66,2% w odniesieniu do roku bazowego 2020. Od października 2025 r. w niemal wszystkich sklepach Żabka w Polsce funkcjonuje System Depozytowy (DRS) wdrożony dobrowolnie, umożliwiający łatwy recykling butelek i puszek objętych systemem. Klienci w zamian otrzymują zwrot pieniędzy lub rabat na kolejne zakupy.
Skuteczność w integracji agendy ESG do operacji biznesowych oraz modelu zarządzania Grupy Żabka potwierdza najwyższa możliwa ocena AAA w rankingu MSCI ESG. Grupa została oceniona po raz pierwszy, od razu plasując się wśród 10% najlepszych firm sektora handlu detalicznego na świecie, co potwierdza, że decyzje operacyjne i finansowe są zgodne z długoterminowym budowaniem wartości z uwzględnieniem czynników ESG.
Skonsolidowane sprawozdanie dotyczące zrównoważonego rozwoju zostało przygotowane zgodnie z dyrektywą CSRD, europejskimi standardami ESRS oraz unijną Taksonomią działalności zrównoważonej środowiskowo. Zawiera m.in. analizę podwójnej istotności, dane o wpływie Grupy na środowisko, społeczeństwo i ład korporacyjny (ESG).Prezentuje kompleksowy przegląd działań i postępów Grupy w realizacji celów określonych w Ramowej Polityce ESG oraz Strategii Odpowiedzialności.
[1] Niniejszy komunikat prasowy zawiera wybrane wskaźniki finansowe, które nie są zdefiniowane ani określone zgodnie z MSSF, w związku z czym stanowią Alternatywne Wskaźniki Wyników („APM”) w rozumieniu Wytycznych ESMA dotyczących Alternatywnych Wskaźników Wyników (ESMA/2015/1415). APM-y prezentowane są w celu lepszego zrozumienia bazowych wyników operacyjnych oraz sytuacji finansowej Grupy. Nie należy jednak analizować ich w oderwaniu od ani traktować jako substytutu miar sporządzonych zgodnie z MSSF. Alternatywne Wskaźniki Wyników („APM”) stanowią istotny element komunikacji finansowej jednostki i pełnią ważną funkcję uzupełniającą wobec informacji prezentowanych w sprawozdaniach finansowych. APM-y są miarami finansowymi, które nie są zdefiniowane w obowiązujących ramach sprawozdawczości finansowej. APM-y wykorzystywane w niniejszym komunikacie prasowym obejmują: sprzedaż do klienta końcowego (Sales to End Customers), skorygowaną EBITDA, skorygowany zysk netto, CAPEX, wolne przepływy pieniężne (Free Cash Flow) oraz wskaźnik zadłużenia netto do skorygowanej EBITDA. Informacje dotyczące ich definicji oraz znaczenia zostały przedstawione na ostatniej stronie niniejszego komunikatu prasowego.
Decyzje Rezerwy Federalnej i Banku Japonii tworzą obecnie układ, który w średnim terminie nadal sprzyja utrzymaniu wysokiego kursu USD/JPY, choć jednocześnie zwiększa ryzyko gwałtownych wahań. Fed pozostawił stopy procentowe bez zmian w przedziale 3,5–3,75% i wyraźnie dał do zrozumienia, że nie spieszy się z luzowaniem polityki pieniężnej. Podniesienie prognozy inflacji na 2026 r. do 2,7% oraz utrzymanie oczekiwań na zaledwie jedną obniżkę stóp pokazują, że amerykański bank centralny obawia się bardziej uporczywej presji cenowej, zwłaszcza w warunkach wojny na Bliskim Wschodzie i droższej ropy. Z perspektywy rynku walutowego taki przekaz ma relatywnie jastrzębi wydźwięk, ponieważ oznacza, że rentowności aktywów dolarowych mogą pozostać podwyższone przez dłuższy czas.
Z kolei Bank Japonii utrzymał stopę procentową na poziomie 0,75%, a więc nadal prowadzi politykę znacznie łagodniejszą niż Fed, mimo że w samym banku zaczynają być widoczne bardziej jastrzębie głosy. Fakt, że jeden z członków zarządu opowiadał się za podwyżką do 1,0%, sugeruje, że temat dalszego zacieśniania polityki pieniężnej nie zniknął. Jednocześnie przekaz prezesa Kazuo Uedy pozostał ostrożny i silnie uzależniony od napływających danych. BOJ dostrzega ryzyka inflacyjne związane z cenami energii, sytuacją geopolityczną i słabym jenem, ale nie jest jeszcze gotowy do bardziej zdecydowanej reakcji. Oznacza to, że różnica między stopami procentowymi w USA i Japonii nadal pozostaje szeroka, a właśnie ten spread jest jednym z ważniejszych czynników wspierających dolara wobec jena.
Dla kursu omawianej pary walutowej oznacza to przede wszystkim utrzymanie przewagi dolara wobec waluty kraju Kwitnącej Wiśni. Inwestorzy wciąż mają powód, by finansować się w jenie i lokować kapitał w wyżej oprocentowanych aktywach dolarowych. Dopóki Fed pozostaje ostrożny w kwestii obniżek, a BOJ jedynie sygnalizuje możliwość dalszych podwyżek, lecz jeszcze ich nie przeprowadza, bazowy scenariusz dla tej pary walutowej pozostaje wzrostowy. Istotne znaczenie mają okolice poziomu 160,00. To nie tylko bariera psychologiczna, lecz także poziom, przy którym rośnie ryzyko werbalnych lub faktycznych interwencji ze strony japońskich władz. Ostrzeżenia ministra finansów sprawiają, że inwestorzy nie chcą zbyt agresywnie testować dalszego osłabienia jena, nawet jeśli fundamenty nadal przemawiają za mocnym dolarem. W praktyce oznacza to, że kurs może pozostawać wysoko, ale jego ruch w górę staje się coraz mniej płynny i bardziej podatny na nagłe cofnięcia. Dzisiejsze wyraźne umocnienie jena, obserwowane około godziny 8:00 czasu polskiego, może sugerować możliwość interwencji po stronie japońskich władz lub przynajmniej wzrost obaw rynku przed takim ruchem.
Podsumowując, kombinacja ostrożnie jastrzębiego Fed i nadal powściągliwego BOJ wspiera utrzymanie USDJPY na wyższych poziomach. Fundamenty nadal faworyzują dolara, a Fed nie daje rynkowi szybkiej ulgi w postaci serii obniżek. Dodatkowo konflikt na Bliskim Wschodzie podnosi awersję do ryzyka na rynkach finansowych, co sprzyja umocnieniu dolara amerykańskiego. Z drugiej strony im bliżej poziomu 160 na parze USDJPY, tym większego znaczenia nabierają czynniki polityczne i ryzyko interwencji. Najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada więc utrzymanie presji na słabego jena, ale przy jednoczesnym wzroście prawdopodobieństwa krótkoterminowych, gwałtownych spadków pary walutowej wywołanych komunikacją władz lub zmianą globalnych nastrojów.
Wczorajszy dzień upłynął pod dyktando decyzji FED. Zgodnie z oczekiwaniami analityków stopy procentowe nie uległy zmianie, a na konferencji przedstawiono wizję, że przez najbliższe miesiące również do tego nie dojdzie. Okazuje się jednak, że część inwestorów – sądząc po reakcji rynków – nie podzielała zdania analityków.
Dwie ceny ropy
Mamy obecnie na rynku pogłębiającą się różnicę cenową pomiędzy gatunkami ropy naftowej. Już wczoraj była ona ogromna, bo zbliżała się do 12 USD. Jak zatem nazwać dzisiejszą, wynoszącą niemal 18 USD? Obecna sytuacja pokazuje nam, że Amerykanie do pewnego stopnia uodpornili się na kryzys naftowy – w przeciwieństwie do większości świata. W ciągu tygodnia, gdy ropa WTI stała w miejscu, Brent poszła w górę o 13%. Ropa amerykańska jest surowcem lądowym i nie ma możliwości jej łatwego załadowania na tankowce i eksportu, dlatego cena nie rośnie tak mocno. Problem polega na tym, że bazą dla wyceny surowca trafiającego do Polski jest jednak Brent – nawet jeżeli nie jest to paliwo płynące z Zatoki Perskiej. W rezultacie amerykański wyborca nie ponosi kosztów wojny tak bardzo, jak jego koledzy z Europy czy Azji.
Czy FED nie zaskoczył?
Wczorajsza decyzja Federalnego Komitetu Otwartego Rynku była zgodna z oczekiwaniami analityków. Potwierdzały to zresztą kontrakty terminowe na stopę procentową. W rezultacie po samej decyzji nie było widać większego ruchu na walutach. Ten zaczął się dopiero w trakcie konferencji prasowej prezesa FED Jerome’a Powella. Co ciekawe, wcześniej było jednak widać reakcję inwestorów na surowcach, giełdzie czy kryptowalutach. Wygląda na to, że z jakiegoś powodu duże grupy uczestników rynku liczyły jednak na obniżkę stóp procentowych. Było to zresztą widoczne już przed decyzją, bo w ostatnich dniach obserwowaliśmy wzrosty zarówno na giełdach, jak i na rynku kryptowalut. Gdy cięcie stóp się nie pojawiło, nastąpiło gwałtowne wycofywanie się z tych inwestycji i wyraźne spadki.
Co powiedział Powell?
Jerome Powell na konferencji – choć sprawiał wrażenie lekko poddenerwowanego – prezentował bardzo spójny przekaz. Malował on obraz Ameryki znajdującej się w pewnym rozkroku pomiędzy dwoma siłami: z jednej strony bodźcem inflacyjnym wynikającym zarówno z wojny w Zatoce Perskiej, jak i nadchodzących ceł, a z drugiej ryzykiem spowolnienia gospodarczego wywołanego m.in. tą samą wojną. W rezultacie podwójny mandat FED – dbania oraz o stabilność cen i o gospodarkę – stawia bank centralny w sytuacji, w której zmiana stóp procentowych w każdą stronę wydaje się złym rozwiązaniem. Trzeba oczywiście pamiętać, że – jak wspominaliśmy – kryzys paliwowy nie dotyka USA w takim stopniu jak Europy. Z kolei problemy na rynku pracy Amerykanie w dużej mierze wywołali sami, walcząc z niekoniecznie nielegalnymi imigrantami. W trakcie konferencji, a szczególnie w części pytań, rynki zrozumiały, że w najbliższym czasie naprawdę nie będzie obniżek stóp procentowych. W związku z tym widzieliśmy przeceny na giełdach i złocie, a dolar wyraźnie się umacniał.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych kolejne decyzje banków centralnych: o 13:00 w Wielkiej Brytanii oraz o 14:30 w Czechach.
Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych Mirosław Wróblewski potwierdził, że przetwarzanie danych osobowych pacjentów w celu kierowania do nich zaproszeń na badania przesiewowe jest zgodne z przepisami RODO. W wydanym stanowisku wskazał, że działania takie mieszczą się w zakresie profilaktyki zdrowotnej i mogą być realizowane bez konieczności uzyskiwania zgody pacjenta.
Podstawa prawna w RODO
Jak podkreślono w piśmie skierowanym do Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie, podstawą prawną jest art. 9 ust. 2 lit. h RODO. Przepis ten dopuszcza przetwarzanie szczególnych kategorii danych osobowych – w tym danych dotyczących zdrowia – jeżeli jest to niezbędne do celów profilaktyki, diagnozy medycznej lub organizacji systemu opieki zdrowotnej.
Prezes UODO zaznaczył jednak, że takie przetwarzanie musi odbywać się pod ścisłym nadzorem osób zobowiązanych do zachowania tajemnicy zawodowej. Oznacza to konieczność spełnienia wysokich standardów bezpieczeństwa i poufności danych.
Efekt konsultacji z Narodowym Instytutem Onkologii
Stanowisko UODO jest efektem spotkania z przedstawicielami Narodowego Instytutu Onkologii, którzy zwrócili się o interpretację przepisów w kontekście profilaktyki onkologicznej i działalności naukowej. Kluczową kwestią była legalność kierowania zaproszeń na badania przesiewowe do pacjentów.
W odpowiedzi organ nadzorczy potwierdził, że takie działania są zgodne z prawem i wpisują się w szeroko rozumiane działania profilaktyczne systemu ochrony zdrowia.
Kodeks postępowania dla sektora zdrowia
Prezes UODO odwołał się również do Kodeksu postępowania dla sektora ochrony zdrowia, który precyzuje zasady przetwarzania danych. Zgodnie z jego zapisami zgoda pacjenta nie jest wymagana, jeśli przetwarzanie danych służy celom zdrowotnym, w tym profilaktyce.
Do takich działań zaliczają się m.in. zaproszenia na badania przesiewowe czy informacje o szczepieniach realizowanych w ramach Programu Szczepień Ochronnych. Jednocześnie podkreślono, że kodeks może być dowodem należytego działania administratora tylko w przypadku podmiotów, które są jego formalnymi sygnatariuszami.
Wątpliwości wokół Internetowego Konta Pacjenta
W stanowisku zwrócono uwagę na niejasności dotyczące wykorzystania Internetowego Konta Pacjenta (IKP) jako narzędzia komunikacji profilaktycznej. Choć obowiązujące przepisy przewidują dostęp pacjentów do informacji zdrowotnych, nie określają jednoznacznie zasad aktywnego przekazywania takich informacji przez podmioty medyczne.
Zdaniem prezesa UODO konieczne są zmiany legislacyjne, które pozwolą wykorzystać IKP jako pełnoprawny kanał komunikacji – w tym do wysyłania zaproszeń na badania przesiewowe.
Dane pseudonimowe i badania naukowe
W piśmie poruszono także kwestię przetwarzania danych pseudonimowych w badaniach naukowych. Prezes UODO wskazał na potrzebę dostosowania polskich regulacji do unijnych przepisów dotyczących Europejskiej Przestrzeni Danych dotyczących Zdrowia (rozporządzenie 2025/327).
Nowe regulacje umożliwiają przetwarzanie takich danych w uzasadnionych przypadkach, pod warunkiem że jest to niezbędne dla celów naukowych i odbywa się z zachowaniem odpowiednich zabezpieczeń.
Konieczność ochrony praw pacjentów
UODO podkreśla, że przetwarzanie danych osobowych – nawet w celach zdrowotnych – musi respektować prawa i wolności pacjentów. Kluczowe znaczenie ma tu zasada minimalizacji danych oraz wdrożenie odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych.
Postulat zmian legislacyjnych
Już 1 września 2025 r. prezes UODO wystąpił do Ministra Zdrowia z wnioskiem o przygotowanie zmian prawnych umożliwiających bezpieczne udostępnianie danych medycznych, m.in. w formie zaszyfrowanej i pseudonimizowanej. Proponowane rozwiązania zakładają wykorzystanie specjalnego „klucza kodującego”, który uniemożliwiałby odbiorcy danych ich ponowną identyfikację.
Minister Zdrowia zadeklarował gotowość do współpracy w tym zakresie, natomiast UODO oczekuje jeszcze na stanowisko Ministra Nauki.
Wnioski
Stanowisko UODO rozwiewa istotne wątpliwości dotyczące zgodności działań profilaktycznych z przepisami o ochronie danych osobowych. Jednocześnie pokazuje, że system prawny w obszarze cyfrowej ochrony zdrowia wciąż wymaga doprecyzowania – szczególnie w kontekście nowych technologii i rosnącej roli danych w medycynie.
W lutym dynamika wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw wyraźnie rozczarowała. Płace wzrosły o 6,1 proc. w ujęciu rocznym, podczas gdy rynek oczekiwał 6,6 proc. Przeciętne wynagrodzenie brutto w firmach zatrudniających powyżej 10 osób (z wyłączeniem sektora publicznego) wyniosło 9 135,69 zł.
To kolejny sygnał potwierdzający, że presja płacowa systematycznie słabnie. Po bardzo silnym 2024 roku – kiedy tempo wzrostu wynagrodzeń było najwyższe od dwóch dekad – obecne odczyty wskazują na wyraźne schłodzenie rynku pracy. W praktyce oznacza to, że czynnik płacowy przestaje być istotnym źródłem obaw inflacyjnych dla Rady Polityki Pieniężnej.
Jednocześnie punkt ciężkości w ocenie perspektyw inflacji przesuwa się w stronę czynników zewnętrznych. W ostatnich tygodniach kluczowe znaczenie mają napięcia geopolityczne na Bliskim Wschodzie, które przekładają się na wzrost cen surowców energetycznych – przede wszystkim ropy naftowej i gazu – oraz na umocnienie dolara.
Rynek stopy procentowej zareagował na te ryzyka dość zdecydowanie – wyceny kontraktów praktycznie wykluczyły scenariusz obniżek stóp w Polsce w tym roku, a zaczynają stopniowo dyskontować możliwość ich podwyżek.
Dla dalszej ścieżki polityki pieniężnej kluczowe będzie nie tylko to, jak silny okaże się ewentualny szok cenowy, ale również jak długo utrzymają się obecne napięcia. Najbliższe tygodnie będą pod tym względem rozstrzygające, ponieważ pokażą, jak mocno wzrost cen energii zacznie przekładać się na szerszą presję inflacyjną.
Wojna w Iranie tworzy szczególnie trudne otoczenie dla oficjeli ośmiu banków centralnych G10, którzy decydują o stopach procentowych w tym tygodniu.
Kluczowe punkty:
Wojna w Iranie i skok cen ropy powodują agresywne jastrzębie zmiany wycen.
USA są mniej narażone na podbicie inflacji niż strefa euro i Wlk. Brytania.
Dot plot Fedu może po zmianach wskazywać na brak cięć w 2026 r.
Obniżka stóp procentowych Banku Anglii jest w krótkim terminie wykluczona.
EBC może uderzyć w jastrzębi ton w obliczu ryzyka inflacyjnego.
Retoryka i działania przywódców obu stron konfliktu w ostatnim czasie sugerują, że szybkie jego rozwiązanie nie tylko jest mało prawdopodobne, ale że wojna może trwać wiele miesięcy, a nie tylko tygodni. Najbardziej palącą kwestią dla rynków finansowych i oficjeli banków centralnych jest zamknięcie cieśniny Ormuz – jednego z kluczowych globalnych szlaków transportu ropy. Jeśli będzie trwało dłuższy czas, nie tylko będzie zwiększać niepewność geopolityczną, ale może mieć poważne implikacje inflacyjne.
W odpowiedzi na globalny wzrost cen ropy (cena ropy Brent wzrosła od początku roku o ponad 40% i przekracza 100 USD za baryłkę) obserwowaliśmy powszechną zmianę wyceny oczekiwań dotyczących stóp procentowych w górę, szczególnie w Europie, która, jakby nie patrzeć, jest importerem energii netto.
Rynki swap coraz śmielej wyceniają podwyżki stóp procentowych – w przypadku Europejskiego Banku Centralnego niemal dwie do końca roku. Podobnie silne zmiany obserwujemy w kontekście Banku Anglii – rynki w ponad 70% wyceniają podwyżkę stóp procentowych przed końcem roku. Do niedawna oczekiwano dwóch cięć. Pozycja USA jako eksportera ropy netto sprawia, że zmiana wycen w przypadku Rezerwy Federalnej była mniej agresywna, niemniej kolejne cięcie po drugiej stronie Atlantyku nie jest obecnie oczekiwane wcześniej niż w drugiej połowie roku.
Uważamy, że odpowiedź banków centralnych na wojnę w Iranie będzie zależała w dużej mierze od dwóch czynników. Po pierwsze, czasu trwania konfliktu i zamknięcia cieśniny Ormuz, który ma największe znaczenie dla skali i okresu ewentualnych dalszych wzrostów globalnych cen ropy. Po drugie, od oceny oficjeli banków, na ile wzrost cen energii wpłynie na efekty drugiej rundy. Zwykle politykę monetarną postrzega się jako narzędzie, które nie jest pomocne w odpowiedzi na szoki podażowe, niemniej może to ulec zmianie, jeśli decydenci będą obawiać się spirali płacowo-cenowej bądź odkotwiczenia oczekiwań inflacyjnych.
Poniżej przedstawiamy nasze najważniejsze przemyślenia dotyczące posiedzeń banków centralnych G3 w tym tygodniu.
FOMC: bez pośpiechu i pochopnych decyzji
Termin: środa (18.03) o 19:00
Zmiana wycen oczekiwań dotyczących stop procentowych jest w USA znacznie mniejsza niż w Europie. Stany Zjednoczone są eksporterem netto ropy, więc są mniej narażone na inflację importowanej ropy, a skok globalnych cen energii powinien je wesprzeć w kontekście warunków handlu i realnego wzrostu PKB. Uważamy więc, że na Fedzie nie ciąży żadna presja, by podejmować prędkie decyzje dotyczące dalszej ścieżki stóp procentowych. Ceny gazu ziemnego w USA pozostają od początku marca niezwykle stabilne, zaś aprecjacja dolara powinna częściowo chronić gospodarstwa domowe i firmy przed rosnącymi kosztami energii.
Fed musi również walczyć z lokalnymi problemami, szczególnie trwającym ochłodzeniem na amerykańskim rynku pracy. Zgodnie z raportem NFP (non-farm payrolls) liczba miejsc pracy spadła w lutym o 92 tys. netto, zaś 6-miesięczna średnia wynosi obecnie właściwie zero po niedawnej silnej rewizji w dół danych Biura Statystyki Pracy (BLS). Prezes Fedu Jerome Powell wypowiadał się w ostatnim czasie na temat rynku pracy w sposób wyważony, a nie wyraźnie pesymistyczny, niemniej bank centralny będzie zapewne patrzeć na najnowsze dane z ostrożnością. Można by argumentować, że spowolnienie to jest związane w dużej mierze z zaostrzeniem kursu względem imigracji i wpływem inwestycji w AI, niemniej o ile pierwsze wydaje się dość jasne, o tyle dowody na to drugie są niejednoznaczne.
Oficjele FOMC mieli bardzo mało czasu, by komentować sytuację w Iranie przed zwyczajowym okresem blackoutu. W komunikatach wyraźnie wybrzmiewał pogląd, że jest zbyt wcześnie, by przewidywać wpływ wojny w Iranie na amerykańską gospodarkę. Nie sądzimy, że Powell odejdzie istotnie od takiej narracji, niemniej najprawdopodobniej naświetli, jakie ryzyka proinflacyjne stanowi wojna w krótkim terminie, i da do zrozumienia, że Fedowi nie spieszno do dalszego rozluźniania polityki monetarnej. Rynki mogą to postrzegać jako jastrzębi sygnał; naszym zdaniem, Powell ostatecznie nie będzie się jednak do niczego zobowiązywać i przyjmie postawę „wait and see”.
Poza tym rynki skupią się na aktualizacji projekcji stóp procentowych Fedu, która przychodzi w nieco niefortunnym momencie, biorąc pod uwagę niepewność za granicą. Uczestnicy rynku przygotowują się na jastrzębią korektę dot plotu – względem grudnia znacznie bardziej prawdopodobna jest mniejsza, a nie większa, liczba cięć. Spodziewamy się, że mediana na 2026 r. pozostanie na poziomie 3,4% (czyli będzie zgodna z jedną obniżką), niemniej może wzrosnąć i wskazywać na brak zmian. Sądzimy, że przynajmniej część decydentów będzie przewidywać wyższą stopę fed funds niż wcześniej. Rynki mogą to postrzegać jako pozytywne dla dolara, niemniej uwagi Powella, że wojna stworzyła znaczącą niepewność dla prognoz banku, prawdopodobnie ograniczą reakcję na rynku walutowym.
BoE: cięcie w marcu jest wykluczone
Termin: czwartek (19.03) o 13:00
Przed niedawnym zaostrzeniem konfliktów na Bliskim Wschodzie w pełni spodziewaliśmy się kolejnej obniżki stóp procentowych Banku Anglii na jego marcowym posiedzeniu, ostatnie wydarzenia całkowicie rozwiały jednak te oczekiwania. Choć Wielka Brytania jest nieco mniej zależna od importu surowców energetycznych niż strefa euro, pozostaje ich importerem netto i jest silnie narażona na ryzyka inflacyjne spowodowane globalnym wzrostem cen ropy. Liberalizacja brytyjskiego rynku energetycznego, odejście od krajowej produkcji ropy i ograniczone możliwości magazynowania gwarantują niewielką ochronę przed zmiennością na rynku globalnym i mogą oddziaływać w kierunku dalszego wzrostu inflacji powyżej celu 2%.
Spodziewamy się, że Komitet utrzyma w czwartek stopy procentowe na niezmienionym poziomie w wyniku niemal jednogłośnej decyzji – możliwe, że jeden lub dwoje gołębich członków opowie się ponownie za cięciem (czyli rozkład głosów wyniesie 8:1 lub 7:2). Bank bez wątpienia stwierdzi, że wojna w Iranie i wzrost cen kontraktów futures na ropę stanowią istotne ryzyko wzrostowe dla brytyjskiej inflacji, co niemal całkowicie wyklucza możliwość dodatkowych obniżek stóp procentowych w krótkim terminie, chyba że dojdzie do szybkiej deeskalacji napięcia. Jest jednak zdecydowanie za wcześnie, by decydenci mogli się do czegoś zobowiązywać, i sądzimy, że póki nie zyskają większej jasności w kontekście czasu trwania wojny w Iranie, będą utrzymywać postawę „wait and see”.
Rynki swap wyceniają obecnie w dużej mierze podwyżkę Banku Anglii o 25 pb. do końca 2026 r. Podobnie jak w przypadku EBC, uważamy jednak, że jest to reakcja zbyt silna, biorąc pod uwagę słaby krajowy popyt i ochłodzenie na rynku pracy. Należy również zauważyć, że nie wiadomo jeszcze, czy szok podażowy będzie wystarczająco silny, by odkotwiczyć oczekiwania inflacyjne. Ostatnie odczyty makroekonomiczne z kraju, szczególnie te dotyczące rynku pracy, nie były szczególnie optymistyczne i sądzimy, że Komitet nie będzie chciał wykluczać możliwości kolejnych cięć w przyszłości, szczególnie jeśli wojna zakończy się szybciej, niż się obecnie przewiduje.
EBC: uspokojenie z domieszką jastrzębiości
Termin: czwartek (19.03) o 14:15
Przed rozpoczęciem wojny w Iranie rynki były przekonane, że Rada Prezesów przez jakiś czas, potencjalnie do końca roku, nie będzie zmieniać swojej polityki, jako że presja cenowa ustabilizowała się, a czynniki ryzyka dla wzrostu gospodarczego i inflacji wydawały się dość zbalansowane. Zaostrzenie konfliktu na Bliskim Wschodzie stawia jednak to przekonanie pod znakiem zapytania. Nie dość, że wzrosła niepewność, to bilans ryzyk dla strefy euro, która jest jedną z gospodarek najsilniej narażonych na zakłócenia dostaw surowców energetycznych, przechylił się w kierunku stagflacyjnym.
Prezeska EBC Christine Lagarde wspomniała o tych ryzykach w swoich niedawnych komentarzach, przy czym podkreśliła, że blok może skuteczniej niż kiedyś radzić sobie z szokami. Sednem jej słów były spokój i czujność. Część decydentów była jednak bardziej dosadna. Jastrzębi prezes Bundesbanku Joachim Nagel zasygnalizował, że EBC zareaguje „zdecydowanie” i „w porę”, jeśli szok energetyczny zagrozi szerokim skokiem inflacji. Peter Kazimir, prezes słowackiego banku centralnego, również zasugerował, że reakcja EBC jest „potencjalnie bliżej, niż wiele osób sądzi”. Rynki swap wyceniają obecnie prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w czerwcu na ok. 70% i w sumie blisko 40 pb. podwyżek do końca roku.
Uważamy, że biorąc pod uwagę dużą niepewność dotyczącą dalszego przebiegu konfliktu na Bliskim Wschodzie, jest za wcześnie, by ściśle określić, jak może wyglądać ścieżka stóp procentowych w tym roku, jesteśmy jednak coraz silniej przekonani, że kolejnym ruchem EBC będzie raczej podwyżka, a nie cięcie. Choć tradycyjnie bank w dużej mierze zignorowałby szok podażowy, jego niedawne doświadczenia ze wzrostem inflacji po rosyjskiej inwazji na Ukrainę sprawią zapewne, że będzie on bardziej wyczulony na efekty drugiej rundy. Nawet przed rozpoczęciem wojny w Iranie ostatnie dane (w tym istotne zaskoczenie w górę dynamiką negocjowanych płac w IV kwartale) wskazywały na taki kierunek.
Spodziewamy się, że Lagarde przyjmie uspokajający ton z jastrzębią nutą – prawdopodobnie powie, że EBC uważnie obserwuje wojnę w Iranie i nie pozwoli, by niebezpieczny wzrost inflacji utrwalił się w gospodarce. Choć rzadko wypowiada się wprost, ton i rozłożenie akcentów w jej komentarzach, szczególnie dotyczące tego, jak nisko zawiesza poprzeczkę dla przyszłych podwyżek stóp procentowych, będą kluczowe dla reakcji euro. Poza jej wypowiedziami warte uwagi będą nowe projekcje ekonomiczne, zwłaszcza opracowane przez EBC modele scenariuszy w zależności od rozwoju konfliktu w Iranie.
Choć intuicja podpowiada, że wyprowadzka poza miasto to synonim większej przestrzeni, twarde dane rynkowe przeczą temu przekonaniu. Z analizy Otodom wynika, że przeciętny dom oferowany przez firmy deweloperskie w granicach administracyjnych siedmiu największych miast w Polsce jest średnio o 13% większy niż ten budowany na obrzeżach. Zamiast rozległych posiadłości, przedmieścia coraz częściej wypełniają przystępniejsze cenowo bliźniaki i domy szeregowe.
Pod koniec stycznia przeciętny metraż domu jednorodzinnego oferowanego w analizowanych przez Otodom miastach (Katowice, Kraków, Łódź, Poznań, Trójmiasto, Warszawa, Wrocław) wynosił 126 mkw., podczas gdy w ich aglomeracjach było to 112 mkw., czyli o około 14 mkw. mniej. Należy jednak pamiętać, że ogólna średnia nie oddaje pełnego obrazu sytuacji, gdyż poszczególne rynki wykazują pod tym względem znaczne zróżnicowanie.
Największe różnice dotyczą Warszawy i Katowic – odpowiednio 29% i 27%. Jak zaznacza Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom, “wynika to przede wszystkim z wyjątkowo dużego przeciętnego metrażu domów deweloperskich w tych miastach (powyżej 140 mkw.), a nie z relatywnie małej powierzchni nieruchomości oferowanych w ich obwarzanku. W obu przypadkach przeciętny metraż domów budowanych poza granicami administracyjnymi miasta pozostaje bowiem powyżej średniej dla siedmiu największych rynków i wynosi 115 mkw. w Warszawie oraz 114 mkw. w Katowicach”.
– Dostępność oraz ceny gruntów w miastach wymuszają na firmach deweloperskich określoną strategię sprzedażową. Aby inwestycja w drogą działkę była uzasadniona, powstają na niej większe nieruchomości o podwyższonym standardzie, zbliżonym do rezydencji. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja na obrzeżach. Tam dominuje zabudowa odpowiadająca możliwościom finansowym klasy średniej, czyli nowoczesne bliźniaki i szeregowce. W efekcie przeciętny dom pod miastem jest dziś o ponad jedną dziesiątą mniejszy niż ten budowany w jego granicach, choć dla wielu kupujących pozostaje rozsądnym kompromisem między własnym ogrodem a budżetem – wyjaśnia Paweł Jarząbek.
Cena ziemi potrafi pochłonąć nawet połowę kosztów inwestycji
W 2025 roku udział kosztów zakupu terenu w kosztach projektu mieszkaniowego w największych polskich miastach sięgał od 20% do nawet 50%. Z raportu „Nieruchomości gruntowe w Polsce 2025”, opracowanego przez Otodom i Hectares, wynika, że w sierpniu ubiegłego roku średnie ofertowe ceny działek w Warszawie wynosiły 893 zł za metr kwadratowy. Stawki w stolicy są rekordowe na tle innych dużych miast. W drugim pod względem liczby mieszkańców Krakowie, ceny ofertowe gruntów są o 30% niższe niż w Warszawie.
Kraków to na tym tle wyjątkowo ciekawy przypadek. Różnica między przeciętną powierzchnią domu oferowanego przez firmy deweloperskie w mieście a w aglomeracji jest tu relatywnie niewielka i wynosi niespełna 4%. Nie dzieje się tak jednak dlatego, że metraż domów w granicach administracyjnych jest mały (134 mkw.). Powodem jest specyfika krakowskiego obwarzanka. Deweloperzy stawiają tam przestronniejsze domy o średniej powierzchni 129 mkw. To najwyższa wartość wśród siedmiu analizowanych aglomeracji oraz wynik o 30% wyższy od średniej powierzchni domu oferowanego poza granicami administracyjnymi Łodzi.
Mniejszy metraż za miejski adres – czy to dobra wymiana?
Ze schematu, według którego przeciętny dom oferowany przez deweloperów w granicach siedmiu największych miast jest większy niż ten na obrzeżach, wyłamuje się jedynie wspomniana Łódź. Tam średni metraż domu w mieście jest o 9% mniejszy niż w obwarzanku.
– Specyfika Łodzi polega na tym, że posiada jedną z największych powierzchni administracyjnych w Polsce, co przekłada się na jej unikatową, rozlaną strukturę. Daje to deweloperom zupełnie inne możliwości niż w innych miastach. Mogą realizować projekty na terenach o charakterze niemal podmiejskim, wciąż pozostając w granicach miasta – wyjaśnia Paweł Jarząbek.
W Łodzi dom w granicach miasta stał się bezpośrednią alternatywą dla dużego mieszkania w zabudowie wielorodzinnej. Aby zachować konkurencyjność cenową, deweloperzy stawiają na mniejsze metraże. Z kolei klienci poszukujący większych przestrzeni, naturalnie kierują swój wzrok na gminy ościenne.
Gdzie rynek idealnie odzwierciedla średnią dla siedmiu największych miast?
Procentowa różnica w Poznaniu jest niemal identyczna jak średnia dla siedmiu największych miast (13%). Warto jednak zauważyć, że pod względem przeciętnej wielkości bezwzględnej, poznańskie domy, zarówno te zlokalizowane w mieście, jak w aglomeracji, są nieco mniejsze niż ogólnopolska średnia i wynoszą odpowiednio 113 mkw. i 100 mkw. Przy tym pod koniec stycznia przeciętna cena całkowita oferowanego domu w Poznaniu wynosiła 1 227 362 zł, podczas gdy za nieruchomość pod miastem trzeba było zapłacić 768 103 zł, a więc 7,8 tys. zł/mkw.
Mex Polska S.A., spółka holdingowa notowana na Głównym Rynku GPW, zawarła umowę z BNP Paribas dotyczącą finansowania o wartości 5 mln zł. Zdaniem Zarządu dodatkowy kapitał nie tylko zapewnia spółce bezpieczne i stabilne warunki do dalszego skalowania działalności, ale może także przyspieszyć tempo ekspansji, które zakłada otwieranie co najmniej sześciu nowych lokali rocznie – a w sprzyjających okolicznościach pozwoli realizować te plany znacznie szybciej. Co istotne, finansowanie doskonale uzupełnia konsekwentnie realizowany model rozwoju oparty na wzroście organicznym oraz rozważnym zarządzaniu kapitałem.
– Pozyskanie nowego kapitału to dla nas nie tylko wzmocnienie bezpieczeństwa finansowego i komfortu dalszego skalowania biznesu, ale też realna szansa na przyspieszenie tempa naszego rozwoju. Zachowujemy przy tym naszą sprawdzoną dyscyplinę – rozwijamy się organicznie i odpowiedzialnie zarządzamy kapitałem. Nowe finansowanie znacząco zwiększa naszą elastyczność i pozwala jeszcze efektywniej wykorzystywać pojawiające się możliwości rynkowe. – komentuje Paweł Kowalewski, Prezes Zarządu Mex Polska S.A.
Spółka planuje, że środki pozyskane w ramach linii kredytowej zostaną przeznaczone na uruchamianie nowych lokali w ramach swojego portfolio.
– To finansowanie zapewnia nam komfort pewnej i bezpiecznej realizacji naszego strategicznego celu – otwierania co najmniej sześciu nowych lokali rocznie w najbardziej atrakcyjnych biznesowo lokalizacjach – przy jednoczesnym utrzymaniu bezpiecznego poziomu zadłużenia oraz optymalnej struktury finansowania. – dodaje Dariusz Kowalik, Członek Zarządu i Dyrektor Finansowy Mex Polska S.A.
Pozyskane środki wpisują się w model rozwoju holdingu oparty na efektywnym wykorzystaniu dźwigni finansowej oraz konsekwentnym wzroście organicznym. Strategia Grupy koncentruje się na rozwoju autorskich konceptów gastronomicznych oraz systematycznym zwiększaniu skali działalności, co przekłada się na umacnianie pozycji rynkowej.
Zarząd podkreśla, że stabilne zaplecze finansowe stanowi fundament dalszego budowania wartości dla akcjonariuszy, przy zachowaniu konserwatywnego podejścia do zarządzania ryzykiem. Zawarcie umowy z BNP Paribas potwierdza również wiarygodność kredytową spółki oraz pozytywną ocenę jej modelu biznesowego przez instytucje finansowe.
Mex Polska S.A. należy do największych grup gastronomicznych w kraju. Obecnie sieć obejmuje ponad 60 rentownych lokali w najbardziej atrakcyjnych lokalizacjach. Jej przychody w ostatnich latach konsekwentnie rosną, a według szacunków na koniec 2025 roku przekroczą 127 mln zł, co oznacza wzrost o prawie 20% w porównaniu z rokiem poprzednim. Sukces ten wynika m.in. z odpowiedniego doboru lokalizacji, zdywersyfikowanej oferty, rozwoju formatów delivery i dark kitchen oraz skutecznej modernizacji marek.
Termin publikacji skonsolidowanych wyników finansowych za 2025 rok został wyznaczony na 15 kwietnia 2026 r.
Rząd przedstawił projekt zmian w Ordynacji podatkowej, który wprowadza obowiązek przekazywania interpretacji indywidualnych wydawanych przez organy jednostek samorządu terytorialnego do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej w celu ich publikacji w Biuletynie Informacji Publicznej Ministerstwa Finansów. Zdaniem Związku Pracodawców BCC to istotny krok w stronę większej przejrzystości systemu podatkowego i realny sukces postulatów zgłaszanych przez środowisko przedsiębiorców.
Rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy – Ordynacja podatkowa (Druk Sejmowy nr 2352) przewiduje centralizację publikacji interpretacji indywidualnych wydawanych przez organy podatkowe jednostek samorządu terytorialnego. Zgodnie z proponowanymi przepisami interpretacje te będą przekazywane do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej i publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej Ministerstwa Finansów wraz z dodatkowymi informacjami, takimi jak słowa kluczowe czy wskazanie przepisów, co znacząco ułatwi ich wyszukiwanie i analizę.
– To bardzo ważna i oczekiwana zmiana, szczególnie dla przedsiębiorców rozliczających podatki lokalne, w tym przede wszystkim podatek od nieruchomości. Dziś interpretacje są wydawane przez wiele różnych organów, ale nie istnieje jedna, dostępna baza, która pozwalałaby je łatwo odnaleźć i porównać. To prowadzi do niepotrzebnych rozbieżności, niekonsekwencji i obniża pewność prawa. Proponowana nowelizacja to pierwszy, ale bardzo istotny krok do uporządkowania tego obszaru – mówi Michał Borowski, Przewodniczący Komisji Podatkowej oraz Dyrektor Departamentu Dialogu Regulacyjnego Business Centre Club, partner w kancelarii Dentons.
ZP BCC podkreśla, że kierunek zaproponowanych zmian jest w pełni zgodny z postulatami organizacji zgłaszanymi w rozmowach z Ministrem Finansów Andrzejem Domańskim.
W szczególności Business Centre Club od dłuższego czasu wskazywał na potrzebę:
stworzenia scentralizowanego systemu informacji o interpretacjach w podatkach lokalnych,
docelowej centralizacji samego procesu wydawania interpretacji przez Ministerstwo Finansów.
Obecna nowelizacja realizuje pierwszy z tych postulatów.
– To duży sukces BCC i dowód na to, że dialog społeczny może przekładać się na konkretne zmiany legislacyjne. Rząd wdraża pierwszy z dwóch kluczowych postulatów, które zgłaszaliśmy w sprawie interpretacji w podatkach lokalnych. Centralizacja informacji o wydawanych interpretacjach to rozwiązanie potrzebne, racjonalne i korzystne dla przedsiębiorców. Liczymy, że kolejnym krokiem będzie pełna centralizacja wydawania tych interpretacji – dodaje Michał Borowski.
Zdaniem BCC projektowane regulacje mogą przyczynić się do większego ujednolicenia praktyki interpretacyjnej organów podatkowych w zakresie podatków lokalnych. Szerszy dostęp do interpretacji wydawanych przez różne organy pozwoli przedsiębiorcom oraz administracji publicznej łatwiej identyfikować rozbieżności interpretacyjne, co w dłuższej perspektywie może zwiększyć spójność stosowania prawa podatkowego.
– Doceniamy otwartość Ministerstwa Finansów na dialog z partnerami społecznymi i uwzględnienie głosu przedsiębiorców w procesie legislacyjnym. To przykład dobrej zmiany, która poprawia transparentność systemu podatkowego i zwiększa bezpieczeństwo prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce – podsumowuje Michał Borowski.
Fakt, że postulaty środowiska przedsiębiorców znalazły odzwierciedlenie w przygotowanym projekcie legislacyjnym, pokazuje znaczenie dialogu społecznego oraz realną sprawczość Business Centre Club w procesie stanowienia prawa gospodarczego w Polsce. Business Centre Club będzie nadal aktywnie uczestniczył w pracach nad rozwiązaniami, które zwiększają przejrzystość systemu podatkowego, wzmacniają pewność prawa i poprawiają warunki prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce.
Zarząd spółki TREX S.A. spodziewa się osiągnąć 76 mln zł przychodów w 2026 r. oraz 114 mln zł w 2027 r. Zysk EBITDA ma zostać wypracowany na poziomie 4,9 mln zł w 2026 r. oraz 8,3 mln zł w 2027 r. Spółka ostatnio istotnie zwiększyła miesięczne przychody i dynamicznie wchodzi na kolejne rynki zagraniczne.
Zgodnie z opublikowanym dziś raportem, Zarząd TREX S.A. zapowiada, iż bieżący rok zamknie skonsolidowanymi przychodami na poziomie 76 mln zł. Zarząd oczekuje też, że wynik EBITDA osiągnie wartość 4,9 mln zł. Prognozy te odzwierciedlają znakomitą kondycję TREX na rynku i dotyczą nowo otwieranych kanałów sprzedażowych.
Warto przypomnieć, iż w lutym br. Grupa Kapitałowa TREX opublikowała nową strategię rozwoju na lata 2026-27, a następnie poinformowała o istotnym wzroście miesięcznych przychodów ze sprzedaży. Skonsolidowane przychody ze sprzedaży TREX w styczniu 2026 r. wyniosły 9,6 mln zł, co stanowiło wzrost o 106,75% w stosunku do stycznia 2025 r. (4,6 mln zł).
– Ostatnie dwa lata działalności grupy TREX potwierdziły zasadność przyjętego modelu rozwoju. Skutecznie weszliśmy na rynek sprzętu sportowego w Polsce i Niemczech, zbudowaliśmy rozpoznawalność marki oraz solidne zaplecze organizacyjne i operacyjne pod dalszą ekspansję. Z kolei w bieżącym roku weszliśmy w nowy etap – skalowania działalności w wymiarze europejskim. Mamy ambicje zbudować jedną z najbardziej dostępnych marek sprzętu sportowego w europejskim e-commerce – wyjaśnia Karolina Koczwara, prezeska Zarządu TREX S.A.
Strategia rozwoju Grupy TREX zakłada, że jej oferta ma być dostępna tam, gdzie klienci rozpoczynają i finalizują proces zakupowy. W praktyce oznacza to systematyczne budowanie obecności na wszystkich liczących się platformach marketplace w Europie – zarówno międzynarodowych, jak i lokalnych – oraz konsekwentne obniżanie barier wejścia dla klienta końcowego.
– Naszym celem nie jest agresywne konkurowanie najniższą ceną, lecz osiąganie optymalnej równowagi pomiędzy konkurencyjnością oferty a ochroną marży, przy jednoczesnym zachowaniu wysokiej dostępności produktów. To pozwoli Grupie skalować działalność w sposób kontrolowany, powtarzalny i odporny na presję cenową, tworząc trwałe podstawy do dalszego wzrostu po 2027 r. – tłumaczy Karolina Koczwara.
Grupa planuje systematycznie rozszerzać działalność na kolejne rynki europejskie, w tym m.in.: Rumunię, Czechy, Węgry, Słowację, Włochy, Hiszpanię, a także Litwę, Łotwę i Estonię.
– Opublikowane dziś prognozy finansowe są wypadkową naszego odpowiedzialnego podejścia do rynku oraz celów, jakie przyjęliśmy w naszej strategii, gdzie kluczowym elementem jest systematyczna analiza i optymalizacja marżowości w ujęciu rynkowym, kanałowym i produktowym. To pozwoli nam podejmować decyzje oparte na rentowności, a nie wyłącznie wolumenie sprzedaży – dodaje Prezeska TREX S.A.
Zarząd spodziewa się, że przychody Grupy na koniec 2027 r. osiągną wartość 114 mln zł, a zysk EBITDA zostanie wypracowany na poziomie 8,3 mln zł.
Bank inwestuje miliony w budowę modelu ryzyka kredytowego, który z niezwykłą trafnością przewiduje niewypłacalność klientów. Model osiąga znakomite wyniki w testach: rośnie precyzja, poprawia się recall, krzywa ROC pnie się w górę, a zespół data science świętuje sukces. Mimo to po sześciu miesiącach wpływ biznesowy pozostaje znikomy. Straty kredytowe praktycznie się nie zmieniają, czas zatwierdzania wniosków nadal jest długi, zespoły ryzyka wciąż nadpisują rekomendacje modelu, a procesy operacyjne pozostają w dużej mierze nietknięte. Model jest imponujący technicznie, ale sam proces decyzyjny się nie zmienił.
Taka sytuacja jest znacznie częstsza niż wiele organizacji chce przyznać. W różnych branżach firmy tworzą zaawansowane modele predykcyjne, pozostawiając jednocześnie podstawowe mechanizmy podejmowania decyzji bez większych zmian. Predykcja się poprawiła, decyzje nie.
– Ta luka pokazuje fundamentalną zmianę w sposobie myślenia o AI i analityce. Coraz częściej granicą rozwoju nie jest już wydajność modeli, lecz jakość decyzji. Właśnie dlatego rośnie zainteresowanie dziedziną określaną mianem Decision Intelligence. Kluczowe pytanie dla współczesnej sztucznej inteligencji nie brzmi już „Czy potrafimy to przewidzieć?”, lecz „Co powinniśmy z tym zrobić?” – mówi Miłosz Trawczyński, Senior Executive, Consulting & AI Solutions, SAS Polska.
Analiza podstawą zmian
Przez większą część ostatniej dekady dyskusja wokół data science koncentrowała się na predykcji. Organizacje inwestowały w modele zdolne przewidywać odpływ klientów, wykrywać oszustwa, rekomendować produkty czy prognozować popyt. Choć możliwości te były przełomowe, utrwaliły subtelne przekonanie, że lepsze prognozy automatycznie prowadzą do lepszych rezultatów.
– W rzeczywistości predykcje tworzą wartość tylko wtedy, gdy wpływają na decyzje. Model wykrywający podejrzane transakcje niewiele daje, jeśli śledczy nie mogą działać wystarczająco szybko; prognoza odejścia klienta jest mało użyteczna, jeśli zespoły utrzymania klientów nie mają jasnych strategii reakcji; prognoza popytu traci sens, jeśli łańcuch dostaw nie potrafi się dostosować na czas. Predykcja odpowiada na pytanie statystyczne, podczas gdy podejmowanie decyzji na pytania operacyjne – dodaje Miłosz Trawczyński.
Skąd się bierze decyzja
Aby zrozumieć, dlaczego predykcje często nie przekładają się na wyniki, warto przyjrzeć się strukturze rzeczywistych procesów decyzyjnych. Większość decyzji organizacyjnych obejmuje wiele warstw: polityki, regulacje, nadzór ludzki, ograniczenia operacyjne i sprzeczne cele. Nawet pozornie prosta decyzja, jak zatwierdzenie wniosku kredytowego, zależy nie tylko od wyniku modelu, lecz także od wymogów regulacyjnych, apetytu na ryzyko, polityki cenowej, kwestii równości traktowania czy zdolności operacyjnych. Między wynikiem modelu a działaniem często pojawiają się dodatkowe reguły, progi i ręczne przeglądy. Takie środowisko tworzy „lukę decyzyjną”, czyli dystans między wnioskiem analitycznym a wykonaniem operacyjnym. Jej zamknięcie wymaga czegoś więcej niż lepszych modeli: potrzebna jest integracja analityki bezpośrednio z procesami decyzyjnymi. Innymi słowy, AI musi przejść od systemów predykcyjnych do systemów decyzyjnych. Predykcja mówi nam, co może się wydarzyć; inteligencja decyzyjna określa, co należy zrobić dalej.
Pomocnym sposobem zrozumienia tej zmiany jest koncepcja „stosów decyzyjnych” (Decision Stack). U podstaw znajduje się warstwa danych, takich jak sygnały, zdarzenia i wzorce zachowań gromadzone w systemach. Nad nią znajdują się modele, które przekształcają dane w prognozy lub klasyfikacje. Kolejną warstwę stanowi logika decyzyjna: polityki, reguły, ograniczenia i mechanizmy optymalizacyjne przekładające prognozy na działania. Następnie pojawia się orkiestracja operacyjna, gdzie decyzje są osadzane w procesach, interakcjach z klientem i systemach automatycznych. Na szczycie znajduje się uczenie i sprzężenie zwrotne, czyli monitorowanie wyników i wykorzystywanie ich do doskonalenia modeli oraz strategii decyzyjnych. Wiele organizacji inwestuje głównie w warstwę modeli, pozostawiając logikę decyzyjną i orkiestrację w dużej mierze manualnymi. Decision Intelligence koncentruje się na całym stosie, przekształcając AI z narzędzia diagnostycznego w zdolność operacyjną.
– Różnicę tę dobrze ilustruje rozwój systemów wykrywania oszustw. Wczesne rozwiązania skupiały się na identyfikacji podejrzanych transakcji i generowaniu alertów analizowanych ręcznie. Wraz ze wzrostem wolumenu transakcji podejście to osiągnęło granice wydajności, a analitycy zostali zalani fałszywymi alarmami. Problemem przestała być sama dokładność wykrywania, stała się nim priorytetyzacja decyzji. Nowoczesne platformy łączą modele predykcyjne z silnikami decyzyjnymi, które określają reakcję na każdy sygnał: część transakcji jest blokowana natychmiast, inne wymagają dodatkowej weryfikacji, jeszcze inne trafiają do analizy w zależności od przewidywanej straty lub wpływu na klienta. System nie tylko przewiduje oszustwa, lecz nimi zarządza. Podobna transformacja zachodzi w marketingu, ryzyku kredytowym, zarządzaniu łańcuchem dostaw czy ochronie zdrowia. AI przechodzi od izolowanych modeli do zintegrowanych platform decyzyjnych – mówi Miłosz Trawczyński.
Wraz ze wzrostem automatyzacji decyzji rośnie znaczenie ładu korporacyjnego (governance). Gdy AI wpływa na decyzje wysokiej wagi – kredytowe, ubezpieczeniowe czy medyczne – organizacje muszą zapewnić ich przejrzystość, uczciwość i rozliczalność. Decision Intelligence wprowadza nowe wyzwania, ponieważ decyzje powstają w wyniku interakcji wielu elementów: modeli, reguł, algorytmów optymalizacyjnych i procesów operacyjnych. Zrozumienie, jak zapadła decyzja, wymaga wglądu w cały stos. Dlatego rośnie znaczenie takich obszarów jak nadzór nad modelami, audyty AI i transparentność decyzji. Organizacje muszą przejść od zarządzania pojedynczymi modelami do zarządzania całymi systemami decyzyjnymi. Regulacje już podążają w tym kierunku. Przykładem jest europejski AI Act, który kładzie nacisk na zarządzanie ryzykiem i odpowiedzialność za decyzje wspierane przez AI.
– Największą wartość z AI czerpią niekoniecznie firmy z najbardziej zaawansowanymi modelami, lecz te, które przeprojektowują sposób podejmowania decyzji i wbudowują inteligencję w procesy operacyjne. Zamykają one lukę między wnioskiem a działaniem, tworząc systemy, w których dane, modele, polityki i procesy działają jako zintegrowana całość – dodaje Miłosz Trawczyński.
Eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie wywołała gwałtowne reakcje na rynkach finansowych – drożeje ropa i inne surowce, rośnie niepewność inwestorów, a indeksy giełdowe spadają. Choć toczy się on tysiące kilometrów od Polski, jego skutki będą stosunkowo szybko docierały także na krajowy rynek nieruchomości. Droższa energia oznacza wyższe koszty produkcji materiałów budowlanych, wzrost inflacji i ryzyko utrzymania stóp procentowych, a nawet ich wzrostu. W efekcie deweloperzy mogą mierzyć się z rosnącymi kosztami inwestycji w momencie, gdy popyt na mieszkania staje się coraz bardziej ostrożny.
Na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie inwestorzy zaczęli już dyskontować potencjalne skutki konfliktu dla globalnej gospodarki, w tym ryzyko wzrostu inflacji i spowolnienia gospodarczego. Jak jednak podkreślają analitycy portalu RynekPierwotny.pl, spadki głównych indeksów rodzimej giełdy rzędu około 5 proc. po dwóch tygodniach trwania konfliktu trudno uznać za paniczną wyprzedaż akcji. Może to sugerować, że część inwestorów wciąż zakłada relatywnie szybkie wygaszenie militarnej konfrontacji i powrót do względnej stabilizacji.
Nie tylko inwestorzy giełdowi zdają sobie sprawę z zagrożeń związanych z konfliktem na Bliskim Wschodzie. Choć toczy się on tysiące kilometrów od Polski, jego skutki mogą być odczuwalne także dla krajowej gospodarki i rynku nieruchomości mieszkaniowych. O tym, czy negatywny scenariusz rzeczywiście się zmaterializuje, zdecyduje rozwój sytuacji, czas trwania konfliktu oraz skala ewentualnej eskalacji działań militarnych.
Potencjalne kanały wpływu konfliktu na rynek nieruchomości
Ceny surowców i materiałów budowlanych
Jedną z pierwszych reakcji rynków na eskalację konfliktu był gwałtowny wzrost cen ropy naftowej i gazu ziemnego. Energia pozostaje jednym z kluczowych czynników kosztowych w produkcji materiałów budowlanych – od cementu i stali, przez izolacje termiczne po płytki ceramiczne i panele podłogowe.
Wpływ cen energii na sektor budowlany jest wielopoziomowy. Produkcja podstawowych materiałów, takich jak stal, cement czy elementy murowe, jest uzależniona od kosztów energii elektrycznej i gazu ziemnego. Z kolei materiały izolacyjne, czy tworzywa sztuczne są bezpośrednio powiązane z cenami produktów ropopochodnych – wyjaśnia Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.
W praktyce oznacza to, że wzrost cen ropy i gazu może przełożyć się na:
– droższe materiały budowlane (zwłaszcza materiały izolacyjne EPS/XPS),
– wyższe koszty transportu,
– wzrost kosztów realizacji inwestycji deweloperskich.
Efekty te jednak będą rozłożone w czasie ze względu na cykl produkcyjny, hedging kosztów surowców i niewyprzedane zapasy.
Ryzyko zaburzeń w łańcuchach dostaw
Konflikty geopolityczne często prowadzą do zakłóceń w globalnych łańcuchach dostaw. Dotyczy to zarówno transportu morskiego, jak i dostępności niektórych kluczowych surowców.
Jednym z najważniejszych punktów globalnej infrastruktury energetycznej pozostaje Cieśnina Ormuz, przez którą transportowana jest znaczna część światowych dostaw ropy i gazu, ale także m.in. helu czy surowców wykorzystywanych w produkcji nawozów azotowych. Wstrzymanie żeglugi w tym regionie może prowadzić nie tylko do napięć na rynkach energii, ale również do zaburzeń w dostępności innych surowców strategicznych dla gospodarki.
Fizyczna blokada dostępu do części z nich może wywołać szereg efektów ubocznych. Przykładowo ograniczenia w dostawach nawozów azotowych mogą zmniejszać potencjał produkcji żywności w krajach regionu, natomiast niedobory helu wykorzystywanego w procesach technologicznych mogą utrudniać produkcję półprzewodników. W konsekwencji zakłócenia mogą przenosić się na kolejne sektory gospodarki – od elektroniki po przemysł motoryzacyjny.
Wpływ na inflację i stopy procentowe
Wzrost cen energii i surowców prowadzi wprost do wzrostu inflacji konsumenckiej. Droższe paliwa zwiększają koszty transportu, produkcji i usług, co z czasem przekłada się na wyższe ceny w całej gospodarce.
Jeżeli presja inflacyjna utrzyma się przez dłuższy czas, banki centralne mogą opóźnić obniżki stóp procentowych lub utrzymać je na podwyższonym poziomie. Obecne oczekiwania rynków finansowych dla stóp procentowych w Polsce mówią nie tylko o zatrzymaniu trwającej od maja 2025 serii decyzji RPP o obniżkach, ale nawet rysują perspektywę ponownych podwyżek – kontrakty terminowe FRA z 13 marca 2026 pokazują oczekiwania wzrostu stawki WIBOR 3M do 4,5% z obecnego 3,8%. Oferty kredytów stałoprocentowych w ciągu dwóch tygodni od rozpoczęcia konfliktu poszybowały o 50 punktów bazowych w górę – tak w Polsce, jak i na innych rynkach, m.in. w USA.
Dla rynku mieszkaniowego oznacza to:
– wyższe raty kredytów hipotecznych,
– ograniczenie zdolności kredytowej gospodarstw domowych i firm,
– większą ostrożność kupujących przy podejmowaniu decyzji o zakupie mieszkania,
– niższą dostępność finansowania dla deweloperów.
Reakcja rynków finansowych
Niepewność geopolityczna zazwyczaj prowadzi do odpływu kapitału z bardziej ryzykownych sektorów gospodarki. Spadki notowań spółek deweloperskich są często jedną z pierwszych reakcji inwestorów, zwłaszcza że pogorszyła się ich perspektywa popytowa i marżowa.
Jednocześnie nieruchomości bywają postrzegane jako długoterminowe zabezpieczenie kapitału przed inflacją, co w części przypadków może zwiększać zainteresowanie inwestycyjnym zakupem mieszkań – pytanie tylko, czy w Polsce, gdzie ryzyko geopolityczne pozostaje podwyższone, a sam konflikt na Bliskim Wschodzie wspiera siłę Rosji, choćby poprzez większe wpływy budżetowe z eksportu ropy i gazu, jak i odciągnięcie uwagi USA od tego regionu.
W efekcie wpływ napięć geopolitycznych na rynek nieruchomości bywa ambiwalentny – krótkoterminowo rośnie niepewność, ale w dłuższej perspektywie nieruchomości mogą zyskiwać na atrakcyjności jako realne aktywo.
Efekt domina w gospodarce
W skrajnym scenariuszu eskalacji konfliktu – np. w przypadku długotrwałej blokady Cieśniny Ormuz, czy zniszczenia infrastruktury produkcyjnej ropy i gazu – mechanizm wpływu na gospodarkę może wyglądać następująco:
ograniczenie globalnych dostaw ropy i gazu,
wzrost cen energii i paliw,
wzrost kosztów produkcji i transportu,
wzrost inflacji,
utrzymanie wyższych stóp procentowych.
Taki łańcuch zdarzeń prowadziłby do wzrostu kosztów budowy mieszkań oraz jednoczesnego pogorszenia dostępności kredytów hipotecznych.
– popyt mieszkaniowy może słabnąć,
– dostępność kredytów pozostaje ograniczona,
– kupujący stają się bardziej ostrożni.
Oznacza to, że wzrost kosztów nie musi automatycznie prowadzić do wzrostu cen mieszkań. W części przypadków presja kosztowa może zostać przejęta przez marże deweloperów lub prowadzić do ograniczenia liczby nowych inwestycji.
Możliwe scenariusze dla rynku
W przewidywalnej przyszłości rynek mieszkaniowy może rozwijać się według kilku scenariuszy.
Scenariusz stabilizacji
Konflikt ma ograniczony wpływ na gospodarkę, ceny surowców stabilizują się na poziomach podwyższonych wobec 2025 roku, a rynek mieszkaniowy funkcjonuje w warunkach umiarkowanego wzrostu.
Scenariusz kosztowy
Droższa energia i materiały budowlane podnoszą koszt inwestycji, co prowadzi do stopniowego wzrostu cen mieszkań.
Scenariusz spowolnienia
W przypadku globalnego spowolnienia gospodarczego popyt na mieszkania może osłabnąć, co zwiększy presję na marże deweloperów i ograniczy liczbę nowych inwestycji.
Realistycznie w przypadku kontynuacji konfliktu rzeczywistość może przebiegać między scenariuszem kosztowym i scenariuszem spowolnienia, a od innych czynników (np. uruchomienia nowego programu stymulującego popyt, jak BK2% w 2023 roku) może zależeć który z nich faktycznie się zrealizuje.
Wnioski
Choć konflikt na Bliskim Wschodzie ma przede wszystkim wymiar geopolityczny, jego skutki gospodarcze mogą sięgać znacznie dalej. Dla rynku mieszkaniowego kluczowe znaczenie będą miały trzy czynniki:
– poziom inflacji i stóp procentowych,
– ceny energii i materiałów budowlanych,
– kondycja gospodarki i rynku pracy.
To właśnie one zdecydują, czy globalne napięcia przełożą się na trwałą zmianę trendów na polskim rynku nieruchomości – podsumowuje Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.
Od kilku lat globalna gospodarka, a zwłaszcza sektor nieruchomości, funkcjonują w otoczeniu podwyższonej niepewności i częstej zmienności. Mamy obecnie do czynienia z szarym nosorożcem, zdarzeniem którego można było się spodziewać, tylko nie było wiadomo gdzie i kiedy – bo o rosnącym napięciu na Bliskim Wschodzie wiemy nie od dziś. Obecnie nie mamy sygnałów bezpośredniego spadku popytu na polskim rynku deweloperskim, ale przy przedłużającym się szoku inflacyjnym i jego przełożeniu się na koszty kredytów możemy się spodziewać osłabienia popytu, przy rosnącej presji na marże deweloperów i liczbę nowych projektów deweloperskich. Dokładnie taki scenariusz widzieliśmy w 2022 roku na polskim rynku deweloperskim, mimo, choć skala szoku inflacyjnego była znacznie większa, niż ten który obecnie obserwujemy. Dalsze losy konfliktu będą determinowały, czy szok ten będzie krótkoterminowy, czy też na lata zmieni krajobraz rynków energetycznych, a w efekcie rynku nieruchomości – dodaje Jan Dziekoński, Główny Ekonomista portalu RynekPierwotny.pl
Model pracy ponownie znalazł się w centrum uwagi firm. Po okresie intensywnego testowania elastycznych rozwiązań, wiele organizacji weryfikuje swoje dotychczasowe podejście do pracy zdalnej i hybrydowej. W zamian poszukują kierunku, który pogodzi potrzeby biznesu z oczekiwaniami pracowników. Jednak osiągnięcie kompromisu nie zawsze się udaje, co w 2026 roku może przyczynić się do konfliktów na linii pracodawca-zatrudnieni.
Model pracy pozostaje przedmiotem sporu pracowników i pracodawców. Badanie Hays Poland wykazało, że specjalistom zależy na pełnej elastyczności czasu i miejsca pracy (46 proc.), tymczasem takie rozwiązanie oferuje zaledwie 10 proc. organizacji.
20 proc. firm planuje zmienić w tym roku obecnie funkcjonujący model pracy. Największy odsetek z nich (9 proc.) planuje zwiększyć zakres pracy stacjonarnej. Tylko 3 proc. chce postawić na częstszą pracę zdalną.
Brak transparentnej komunikacji i wzajemnego zrozumienia potrzeb pracodawców i pracowników może prowadzić do zwiększonej rotacji. Logiczne uzasadnienie decyzji firmy w zakresie zmiany modelu pracy pozostanie kluczowe dla utrzymania zaufania zatrudnionych.
W ostatnim czasie przez rynek pracy przetoczyła się kolejna fala doniesień o firmach ograniczających swoim pracownikom dostęp do pracy z domu. Pracodawcy coraz częściej decydują się na weryfikację dotychczasowych rozwiązań i zwiększenie oczekiwań wobec obecności pracowników w biurach. Najczęściej motywują to chęcią zwiększenia efektywności, przepływu informacji, rozwoju zawodowego pracowników i innowacyjności. Te argumenty niejednokrotnie nie spotykają się jednak z akceptacją pracowników, którzy od pracodawcy oczekują przede wszystkim elastyczności.
Oczekiwania pracowników i pracodawców wyraźnie się różnią
Jak wynika z Raportu płacowego Hays 2026, obecnie zdecydowana większość organizacji praktykuje model hybrydowy, z jasno określonym zakresem pracy zdalnej. Najwięcej, bo 30 proc. pracodawców oczekuje od pracowników obecności w biurze wymiarze 2-3 dni w tygodniu. Tymczasem prawie połowa specjalistów i menedżerów preferowałaby rozwiązanie, w którym mają pełną dowolność w kontekście tego, z jakiego miejsca i z jaką regularnością realizują swoje obowiązki służbowe. Taka pełna elastyczność funkcjonuje jednak w zaledwie co dziesiątej organizacji.
Źródło: Raport płacowy 2026, Hays Poland.
W praktyce rozbieżność pomiędzy oczekiwaniami profesjonalistów względem modelu pracy i faktyczną ofertą pracodawcy może prowadzić od obniżonej satysfakcji z życia zawodowego, a nawet rozważania zmiany miejsca zatrudnienia. Jak pokazują bowiem wyniki badania Hays, z perspektywy pracowników, głównym pozafinansowym czynnikiem decydującym o przyjęciu oferty pracy jest właśnie model pełnienia obowiązków służbowych (64 proc.).
– Specjaliści chcący zachować elastyczność w kontekście miejsca wykonywania pracy, mają ku temu konkretne powody. Swobodny dostęp do pracy zdalnej traktują bowiem jako jeden z kluczowych fundamentów swojego dobrostanu oraz równowagi pomiędzy życiem zawodowym i prywatnym. To szczególnie istotne w dobie coraz większej zmienności i dynamiki biznesu – zauważa Aleksandra Tyszkiewicz, CEE Executive Director – Enterprise Solutions w Hays Poland.
Zmiany w modelu pracy jako element strategii biznesowej?
Zwiększenie zakresu pracy stacjonarnej niesie za sobą ryzyko obniżonej satysfakcji pracowników, zwiększonej rotacji, a także ograniczonej puli talentów. Mimo to część pracodawców postanowiła, że w roku 2026 dokona zmiany modelu pracy funkcjonującego w firmie.
Organizacje planujące zmiany modelu pracy należą do mniejszości. Jednak wśród firm, które uwzględniły taki krok w strategii na najbliższe miesiące, dominują te chcące zwiększyć wymiar pracy stacjonarnej. Niestety jest to rozwiązanie najmniej atrakcyjna przez profesjonalistów.
Źródło: Raport płacowy 2026, Hays Poland.
Co może zatem sprawiać, że blisko co dziesiąta organizacja oczekuje częstszej obecności pracowników w biurach? Z jednej strony może to być odpowiedzią na złożoność i dynamikę zmian zachodzących w biznesie. Pracodawcy mogą zakładać, że większa dostępność zespołów w biurze pozwoli im wzmocnić przepływ informacji i wymianę wiedzy, lepiej zarządzać organizacją oraz utrzymać konkurencyjność w niepewnym otoczeniu biznesowym. W tym kontekście zwiększenie pracy stacjonarnej może zatem być próbą utrzymania przewagi konkurencyjnej.
Z drugiej zaś może być próbą rozwiązania problemów HR, z jakimi obecnie mierzy się wiele organizacji – trudnością w integracji zespołów, spadkiem poczucia przynależności pracowników czy ich niesatysfakcjonującą produktywnością. Chociaż okres pandemii udowodnił, że praca z domu wcale nie musi skutkować obniżoną efektywnością, to część organizacji wyznaje przekonanie, że praca w biurze oferuje większą kontrolę nad procesami biznesowymi, a co za tym idzie – może mieć pozytywny wpływ na produktywność pracy. Część firm motywuje taką decyzję również kulturą organizacyjną, którą trudniej jest kształtować w warunkach pracy zdalnej.
Zarządzenie powrotu do biura lub znaczne zwiększenie wymiaru pracy stacjonarnej czasem jest również sposobem na nieformalną redukcję zatrudnienia. – Utrata elastyczności dla niektórych pracowników jest motywacją do samodzielnej decyzji o odejściu z firmy. Dzieje się tak w szczególności, gdy decyzję o powrocie do biura podejmują organizacje, które do tej pory oferowały pracę zdalną i zatrudniały osoby zamieszkujące różne regiony kraju – komentuje Aleksandra Tyszkiewicz.
Niepopularne decyzje mogą sporo kosztować
Profesjonaliści mają świadomość, że rynek pracy się zmienia, a organizacje muszą się dostosować do nowej sytuacji. Jednak w momencie, gdy decyzja o zmianie modelu pracy nie jest osadzona w strategii firmy i nie uwzględnia realnych potrzeb pracowników – ci tracą do niej zaufanie, a ich zadowolenie i poczucie bezpieczeństwa spada. W praktyce oznacza to, że wyzwaniem pozostaje nie tyle sama zmiana modelu pracy, co jej uzasadnienie.
Specjaliści i menedżerowie nie chcą bez zrozumiałego dla nich powodu rezygnować z wypracowanej rutyny i poczucia równowagi. Jak dodaje Aleksandra Tyszkiewicz z Hays – Powrót do biura musi być logiczny, spójny i dobrze zakomunikowany. Pracownicy – zarówno obecni, jak i potencjalni – powinni rozumieć, co realnie tracą i zyskują. W przeciwnym razie ograniczanie elastyczności może być równoznaczne z utratą wartościowych talentów.
Transparentna komunikacja i wzajemny szacunek to zatem nie tylko dowód dojrzałości organizacji, ale także warunek budowania zaufania i długofalowej zdolności firm do przyciągania najlepszych specjalistów.
Od 13 marca br. zmienił się sposób prowadzenia sporów w zamówieniach publicznych. Nowelizacja przepisów dotyczących postępowania przed Krajową Izbą Odwoławczą wprowadza nie tylko zdalne rozprawy, ale przede wszystkim nowy model postępowania. W praktyce oznacza to, że kluczowe dla wyniku sprawy stają się pierwsze pisma procesowe, a błędy popełnione na początku mogą być trudne lub niemożliwe do naprawienia na dalszym etapie postępowania.
Spór rozstrzyga się wcześniej niż dotychczas
Nowelizacja wzmacnia obowiązek przedstawiania argumentów i dowodów już na wczesnym etapie postępowania, zbliżając procedurę przed KIO do zasad znanych z postępowania cywilnego w sprawach gospodarczych. Oznacza to ograniczenie możliwości uzupełniania stanowiska w trakcie rozprawy.
– W praktyce ciężar sporu przesuwa się na etap pierwszych pism. To tam trzeba przedstawić pełną argumentację i dowody, bo później przestrzeń do ich uzupełniania będzie znacznie ograniczona niż obecnie – wskazuje mec. Michał Liżewski, partner w kancelarii LEGALLY.SMART, specjalista ds. zamówień publicznych. – W wielu przypadkach o wyniku sprawy może decydować to, jak przygotowane jest odwołanie lub przystąpienie – dodaje.
Zdalne rozprawy zmieniają dynamikę postępowania
Nowe przepisy dopuszczają prowadzenie rozpraw i posiedzeń w formule zdalnej. Z jednej strony oznacza to uproszczenie organizacyjne i ograniczenie kosztów udziału stron, z drugiej – zmianę sposobu prowadzenia sporu.
3 dni, które mogą przesądzić o wyniku sprawy
Szczególnie istotna zmiana dotyczy wykonawców przystępujących do postępowania. Termin na przystąpienie nadal wynosi 3 dni, jednak jego znaczenie wyraźnie rośnie – już na tym etapie konieczne jest przedstawienie pełnego stanowiska wraz z dowodami.
– Przystąpienie przestaje być formalnością. W praktyce to jedno z kluczowych pism w całym postępowaniu. W ciągu kilku dni trzeba przygotować kompletną argumentację, bo późniejsze uzupełnienia mogą okazać się niemożliwe – wskazuje ekspert ds. zamówień publicznych.
Nowe zasady dowodowe – mniej miejsca na korekty
Nowelizacja wprowadza zasadę koncentracji materiału dowodowego, co oznacza ograniczenie możliwości przedstawiania nowych dowodów na dalszych etapach postępowania. Kluczowe staje się nie tylko ich zgromadzenie, ale również precyzyjne wskazanie, jakie fakty mają potwierdzać.
– To zmiana jakościowa. Nie wystarczy mieć rację – trzeba ją od początku dobrze udokumentować i jasno przedstawić. Niedopatrzenia na starcie mogą przesądzić o wyniku sprawy – zaznacza mec. Liżewski.
Szybciej, ale z większą odpowiedzialnością
Zmiany mają przyspieszyć postępowania i zwiększyć ich przewidywalność, ale jednocześnie podnoszą wymagania wobec uczestników rynku zamówień publicznych. Każda sprawa wymaga teraz jeszcze dokładniejszego przygotowania już na etapie inicjowania sporu.
Dodatkowym wyzwaniem pozostają przepisy przejściowe, bowiem nie wszystkie sprawy rozpoznawane po 13 marca podlegają nowym zasadom, co w praktyce oznacza konieczność każdorazowej analizy trybu postępowania.
Polacy chcą tańszych zakupów przed świętami. Blisko 70% oczekuje zaostrzonej walki, szczególnie pomiędzy dyskontami.
Według najnowszego branżowego raportu, 69,2% Polaków oczekuje zaostrzonej walki cenowej między sklepami, aby zrobić taniej wielkanocne zakupy. Do tego 16,5% rodaków temu zaprzecza, a 10,4% nie umie się określić. Natomiast 3,9% konsumentów twierdzi, że ich to nie obchodzi. Autorzy raportu przypominają, że przed świętami ceny w sklepach tradycyjnie rosną, a jednocześnie sieci w tym czasie walczą o klientów obniżkami. Zdaniem ekspertów, w tym roku, z powodu konfliktu na Bliskim Wschodzie, priorytetem dla handlu może być stabilizacja cen i zapewnienie dostępności towarów, a nie intensywna walka na ceny.
Jak wynika z raportu pt. „Polacy na świątecznych zakupach. Wielkanoc 2026” autorstwa UCE RESEARCH i Shopfully Poland, 69,2% konsumentów oczekuje zaostrzonej walki cenowej pomiędzy sklepami, szczególnie dyskontami, żeby w tym roku zrobić taniej świąteczne zakupy. Obecnie 16,5% rodaków jest przeciwnego zdania, a 10,4% pozostaje niezdecydowanych. Z kolei 3,9% klientów w ogóle to nie obchodzi.
– Blisko 70% Polaków wykazuje dużą wrażliwość na ceny i gotowość do planowania zakupów w oparciu o promocje w okresie przedświątecznym. Pokazuje to, że dla większości społeczeństwa cena pozostaje kluczowym czynnikiem wyboru miejsca zakupów przed świętami, a dyskonty nadal są postrzegane jako segment najbardziej konkurencyjny cenowo – mówi Robert Biegaj, współautor raportu z Shopfully Poland.
Zdaniem eksperta, oczekiwania konsumentów dotyczące zaostrzonej walki cenowej przed świętami mają realne podstawy, choć po części wynikają też z nadziei na niższe ceny. Dyskonty tradycyjnie mocno rywalizują cenowo wewnątrz swojej kategorii w okresie przedświątecznym, wprowadzając promocje na popularne produkty spożywcze i artykuły prezentowe. Dodatkowo, wciąż istotna wrażliwość konsumentów na ceny sprawia, że sieci handlowe mogą stosować obniżki, aby przyciągnąć klientów i zwiększyć sprzedaż.
– Na decyzje cenowe wpływają też czynniki takie, jak nadwyżki magazynowe czy sezonowa logika handlu. Sklepy często wykorzystują okres przedświąteczny do wyprzedaży lub promocji, co naturalnie nasila konkurencję cenową. Jednocześnie rosnące koszty produkcji, transportu i surowców w niektórych kategoriach mogą ograniczać przestrzeń do agresywnych obniżek. W sytuacji globalnych napięć, np. konfliktu na Bliskim Wschodzie, priorytetem dla sieci może być stabilizacja cen i zapewnienie dostępności towarów, a nie intensywna walka cenowa – dodaje Robert Biegaj.
Jednocześnie ekspert uważa, że zaostrzona walka cenowa w okresie przedświątecznym może być dla sklepów, szczególnie dyskontów, atrakcyjnym narzędziem przyciągania klientów, ale wiąże się też z pewnymi ryzykami. Obniżki cen przyciągają więcej osób do sklepów, zwiększają sprzedaż produktów promocyjnych i sezonowych oraz mogą wzmocnić wizerunek sieci jako miejsca konkurencyjnego cenowo. Jednocześnie agresywne promocje zmniejszają marże i mogą prowadzić do presji cenowej w całym segmencie, a w skrajnych przypadkach – do szybszego wyprzedania niektórych towarów.
– Dla konsumentów oznacza to szansę na tańsze zakupy świąteczne, szczególnie w dyskontach, choć nie wszystkie produkty będą objęte promocjami, a część towarów może znikać z półek szybciej niż zwykle. W praktyce zaostrzenie walki cenowej jest więc narzędziem korzystnym zarówno dla sklepów, które chcą zwiększyć ruch i sprzedaż, jak i dla klientów szukających okazji, pod warunkiem zachowania równowagi między atrakcyjnymi cenami a dostępnością towarów – wyjaśnia Robert Biegaj.
Autorzy raportu przypominają również, że przed świętami ceny produktów w polskich sklepach standardowo wzrastają. Jednak sieci handlowe mogą podnosić je w mniejszym stopniu niż konkurencja, utrzymywać wybrane produkty na dotychczasowym poziomie lub stosować promocje i obniżki tylko na wybrane towary przyciągające klientów, takie jak popularne słodycze czy podstawowe produkty spożywcze.
– W mojej opinii, w praktyce najprawdopodobniejszy jest scenariusz mieszany. Część cen wzrośnie wolniej niż u konkurencji, inne pozostaną niezmienione, a wybrane produkty będą objęte promocjami. Taka strategia pozwoliłaby sieciom zachować rentowność, a jednocześnie przyciągnąć klientów porównujących oferty różnych sklepów. Dla konsumentów oznaczałoby to dostęp do atrakcyjnych ofert i promocji, nawet przy utrzymującym się ogólnym sezonowym trendzie wzrostu cen – analizuje ekspert z Shopfully Poland.
Współautor raportu przypomina też, że dla części konsumentów głównym wyznacznikiem pozostaje dostępność produktów i wygoda zakupów. – Wśród 16,5% respondentów, którzy nie oczekują zaostrzonej walki cenowej przed świętami, są konsumenci mniej wrażliwi cenowo. Ponadto panuje też przekonanie, że w okresie świątecznym ceny produktów i tak rosną, a promocje nie zawsze przynoszą realne oszczędności. Dlatego nie wszyscy planują swoje zakupy w oparciu o nie – stwierdza Robert Biegaj.
Do tego około 4% badanych w ogóle nie jest zainteresowanych ww. kwestią. Według eksperta z Shopfully Poland, taka postawa wynika przede wszystkim z dwóch czynników. Część osób nie celebruje świąt w tradycyjny sposób lub ogranicza zakupy świąteczne do minimum, dlatego walka cenowa między sklepami nie jest dla nich istotna. Poza tym dla niektórych konsumentów ceny przedświąteczne nie mają większego znaczenia ze względu na dobrą sytuację finansową, co pozwala im robić zakupy bez obaw o koszty.
Opis metody analitycznej/badawczej
Raport pt. „Polacy na świątecznych zakupach. Wielkanoc 2026” powstał na kanwie specjalnego badania opinii publicznej. Badanie zostało przeprowadzone na początku marca 2026 roku metodą CAWI (Computer-Assisted Web Interview), polegającą na realizacji ankiet internetowych wspomaganych komputerowo. Badanie zostało zrealizowane przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH i Shopfully Poland na ogólnopolskiej próbie 1008 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat. Respondenci zostali dobrani w sposób kwotowo-losowy (tj. pod względem wieku, płci i regionu) z wykorzystaniem panelu badawczego, a udział w badaniu miał charakter anonimowy.
Rosnące ceny paliw, napięcia geopolityczne i presja kosztowa zaczynają uderzać w kluczowe sektory polskiej gospodarki. Przedsiębiorcy ostrzegają przed efektem domina – od transportu po handel i usługi – który może przełożyć się na przyspieszenie inflacji i realne zagrożenie dla stabilności firm. Branża TSL apeluje do rządu o pilne działania osłonowe, a prawnicy wskazują, że w obliczu nadzwyczajnych warunków coraz częściej konieczna może być ingerencja w obowiązujące umowy.
Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie
Przedsiębiorcy przyzwyczaili się do wielkich wyzwań, bo ostatnie lata t czas globalnej pandemii, ale też wojna w Ukrainie, która trwa i nadal rezonuje na naszą gospodarkę. Wysokie ceny paliwa na światowych rynkach będą mieć szybkie odzwierciedlenie na rynnach lokalnych. Przed nami więc kryzys, który odbije się na wielu branżach od TSL po handel, usługi, właściwie wszystkie branże, które do swojej pracy wymagają paliwa.
Nie oczekujemy od rządzących recept na kryzys światowy wywołany na Bliskim Wschodzie, bo wiemy, że na sytuację geopolityczną polscy politycy nie mają wpływu. Mogą jednak pomagać przedsiębiorcom. Dialog i przygotowanie programu osłonowego dla przewoźników drogowych jest potrzebny. Transport jest w Polsce jednym z głównych „budowniczych” PKB. Firmy te od lat borykają się ze zmiennymi warunkami działania. Tym razem jednak może nie obejść się bez wsparcia ze strony rządzących.
W gospodarce bardzo popularne stało się pojęcie: Efekty drugiej rundy, czyli podnoszenie przez firmy cen w reakcji na wzrost ich kosztów (pracy, energii, surowców), co skutkuje przyśpieszeniem inflacji. W obecnej sytuacji to pośredni efekt wzrostu cen ropy: droższe paliwa powodują większe koszty transportu czy produkcji niektórych towarów. Zwykle taka sytuacja występuje, gdy drastycznie rosną ceny paliwa albo energii. Przykład: rosną ceny paliwa, a za kilka dni odczuwamy wzrost cen np. pieczywa. Przykład: rosną ceny komponentów nawozowych, a kilka tygodni później droższe są owoce i warzywa. Spodziewamy się SILNEGO efektu drugiej rundy, bo już pierwsze wzrosty kosztów były znacznie wyższe niż się spodziewano. Efekt drugiej rundy w gospodarce będzie wygenerowany przez wzrost cen paliwa.
Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych
Petycja do Premiera Donalda Tuska jest wyrazem naszej troski o to, w jak dramatycznej sytuacji znalazła się branża transportowa i jak wielkie problemy nam grożą, jeżeli sytuacja się nie zmieni. Transport jest jednym z budowniczych polskiego PKB. Branża dotykaną szeregiem unijnych restrykcji, a jednocześnie branżą najszybciej odczuwalną zmiany globalne. Czujemy, że nasza sytuacja od lat nie jest najlepsza, a drastyczny wzrost cen paliwa to pogorszenie perspektyw nie tylko na rozwój, ale i w wielu przypadkach po prostu na trwanie w działalności. Mamy już przykłady firm decydujących się na zwolnienia, zawieszanie kursów czy występujących do prawników i mediatorów o wsparcie, bo działanie w tej formule finansowej będzie generowało straty przy tak wielkim wzroście kosztów. I kwartał roku 2026 porównujemy z rokiem 2020 i 2022, czyli czasem pandemii i czasem wojny w Ukrainie.
Michał Gajda, adwokat pracujący z przedsiębiorcami
Polskie prawo od dawna dostrzega, że pewne nadzwyczajne zdarzenia mogą w sposób radykalny zmienić realia wykonywania umowy. Oczywiście opiera się na zasadzie, że umowy należy wykonywać zgodnie z ich treścią. Jednak istnieje w naszym porządku prawnym mechanizm pozwalający reagować na sytuacje nadzwyczajne, jest to tzw. klauzula nadzwyczajnej zmiany stosunków. Jeżeli po zawarciu umowy nastąpi zdarzenie o charakterze wyjątkowym, którego strony nie mogły przewidzieć, a jego skutkiem jest poważne zachwianie równowagi kontraktowej, sąd może zmienić sposób wykonania umowy, wysokość świadczenia, a nawet ją rozwiązać.
W praktyce oznacza to, że jeżeli po zawarciu umowy nastąpi zdarzenie o charakterze wyjątkowym i trudnym do przewidzenia, którym jest nieoczekiwany konflikt zbrojny, nagłe załamanie łańcuchów dostaw, skokowy wzrost cen surowców czy zamknięcie szlaków transportowych – a wykonanie umowy zaczyna grozić jednej ze stron rażącą stratą, prawo dopuszcza możliwość ingerencji w treść zobowiązania. Warto jednak podkreślić, że sama wojna jako wydarzenie medialne nie jest jeszcze wystarczająca. Kluczowe jest wykazanie realnego wpływu tych zdarzeń na konkretny kontrakt i na możliwość jego wykonania.
Akcje Farm Innovations S.A. – spółki działającej od 10 lat w branży vet-tech, zostały dopuszczone do wprowadzenia na rynek NewConnect. Zgodnie z Uchwałą nr 370/2026 Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie z 17 marca 2026 r., do alternatywnego systemu obrotu na rynku NewConnect zostały dopuszczone akcje zwykłe serii A, B, B1, B2 i C spółki. Obecnie firma oczekuje na wyznaczenie pierwszego dnia notowań akcji.
–To istotny moment dla naszej firmy i dla wszystkich, którzy od początku zaufali nam i wspierali naszą działalność. Planowany debiut na NewConnect to potwierdzenie potencjału naszych rozwiązań w sektorze vet-tech oraz kolejny krok w realizacji strategii rozwoju spółki – mówi Sebastian Przeniosło, prezes Farm Innovations S.A.
Farm Innovations S.A. rozwija technologie identyfikacji i monitorowania zdrowia zwierząt hodowlanych i domowych. Spółka tworzy systemy oparte na chipach podskórnych oraz urządzenia monitorujące parametry zdrowotne i dobrostan zwierząt w czasie rzeczywistym. Jej rozwiązania pozwalają hodowcom i właścicielom zwierząt reagować szybciej na sygnały zdrowotne, zwiększać efektywność hodowli i poprawiać dobrostan zwierząt.
Firma posiada znaczący udział w rynku chipowania koni i zwierząt hodowlanych w Polsce – do tej pory oznakowała ponad 100 tys. zwierząt, w tym przeszło 80 tys. koni i 10 tys. alpak. Farm Innovations S.A. współpracuje z kluczowymi instytucjami branżowymi, takimi jak Polski Związek Hodowców Koni, Polska Izba Mleka, Instytut Zootechniki – Państwowy Instytut Badawczy (IZ PIB Kraków) i rozwija innowacyjne rozwiązania, w tym programy ubezpieczeniowe dla zwierząt gospodarskich, a w przyszłości również domowych. Strategicznym celem spółki jest dalszy rozwój technologii vet-tech, ekspansja oraz zwiększenie udziału sprzedaży zagranicznej w strukturze przychodów, przy jednoczesnym utrzymaniu wysokiej jakości obsługi klientów i rozbudowy infrastruktury danych i systemów monitoringu.
UOKiK: uczelnie mają oddać studentom pieniądze za zawyżone czesne. Są też milionowe kary
Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydał decyzje dotyczące nieuprawnionych podwyżek czesnego w trakcie trwania studiów. Sprawa dotyczy dwóch uczelni – Uniwersytetu SWPS w Warszawie oraz Politechniki Lubelskiej. Zgodnie z ustaleniami UOKiK, instytucje te podnosiły opłaty w okresie, gdy obowiązujące przepisy wyraźnie tego zabraniały. W efekcie studenci mogą liczyć na zwrot nadpłaconych kwot, a uczelnie zostały ukarane finansowo.
Podwyżki niezgodne z prawem
Jak przypomina UOKiK, w okresie od lipca 2018 r. do września 2023 r. obowiązywały przepisy gwarantujące niezmienność czesnego przez cały cykl studiów. Oznaczało to, że uczelnia – po podpisaniu umowy ze studentem – nie mogła ani podnosić opłat, ani wprowadzać nowych kosztów dla danego rocznika.
Mimo to, jak ustalił urząd, zarówno Uniwersytet SWPS, jak i Politechnika Lubelska stosowały praktyki polegające na zwiększaniu czesnego w trakcie nauki. W przypadku części studentów oznaczało to wzrost opłat o kilkaset złotych za semestr, a w skrajnych przypadkach – nawet o kilka tysięcy złotych w całym cyklu kształcenia.
Konkretne przykłady podwyżek
Na Politechnice Lubelskiej problem dotyczył m.in. studentów studiów niestacjonarnych, którzy rozpoczęli naukę w latach akademickich 2021/2022 i 2022/2023. Przykładowo na kierunku zarządzanie czesne wzrosło z 1750 zł do 2300 zł już po roku studiowania.
Z kolei Uniwersytet SWPS stosował klauzule waloryzacyjne, które pozwalały na systematyczne podnoszenie opłat dla kolejnych lat studiów. W efekcie różnice pomiędzy pierwszym a ostatnim rokiem nauki – np. na kierunkach takich jak prawo czy psychologia – sięgały kilku tysięcy złotych.
UOKiK: cena musi być przewidywalna
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny podkreśla, że w przypadku odpłatnych studiów kluczowe znaczenie ma transparentność kosztów już na etapie rekrutacji.
– W płatnej formie edukacji cena gra kluczową rolę. Student musi wiedzieć, jakie koszty poniesie do momentu uzyskania dyplomu. W analizowanym okresie prawo nie dopuszczało podwyżek, a mimo to były one stosowane – wskazał szef UOKiK.
Zwroty dla studentów
W wydanych decyzjach urząd nakazał uczelniom zwrot niesłusznie pobranych opłat. Studenci mają otrzymać różnicę pomiędzy faktycznie zapłaconym czesnym a kwotą obowiązującą w momencie podpisania umowy.
Uczelnie będą zobowiązane do poinformowania uprawnionych osób o należnych zwrotach – zarówno poprzez swoje strony internetowe i media społecznościowe, jak i indywidualnie. Na realizację tych działań mają trzy miesiące od momentu uprawomocnienia się decyzji.
Milionowe kary dla uczelni
Oprócz obowiązku zwrotu pieniędzy UOKiK nałożył na uczelnie kary finansowe za naruszenie zbiorowych interesów konsumentów.
Uniwersytet SWPS w Warszawie został ukarany kwotą 2 075 000 zł,
Politechnika Lubelska – 921 000 zł.
Łączna wysokość sankcji wynosi więc blisko 3 miliony złotych.
Zmiana przepisów od 2023 roku
Warto zaznaczyć, że od roku akademickiego 2023/2024 obowiązują już nowe regulacje. Uczelnie mogą podnosić czesne, jednak tylko raz w roku i maksymalnie o wskaźnik inflacji ogłaszany przez GUS.
Nowe zasady nie mają jednak zastosowania do studentów, którzy rozpoczęli naukę wcześniej. W ich przypadku nadal obowiązują warunki finansowe ustalone w momencie podpisania umowy.
Decyzje jeszcze nie są ostateczne
Decyzje Prezesa UOKiK nie są prawomocne. Uczelnie mają prawo odwołać się do sądu, co oznacza, że sprawa może jeszcze trafić na dalszy etap postępowania.
Jednocześnie już teraz sygnał wysłany przez regulatora jest wyraźny – uczelnie, podobnie jak inne podmioty rynkowe, muszą respektować prawa konsumentów, a studenci mają prawo do stabilnych i przewidywalnych warunków finansowych przez cały okres nauki.
Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Agnieszka Majewska przekazała Marszałkowi Sejmu stanowiska do poselskich projektów zakładających zmiany w ustawie o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi (druk sejmowy 2007 i 2010). Jak zaznaczyła, dostrzega powagę argumentów wskazujących na negatywne społeczne, gospodarcze i zdrowotne skutki nadużywania alkoholu. Dotykają one także przedsiębiorców jako pracodawców. Jednocześnie Minister Majewska wskazała na liczne zagrożenia dla przedsiębiorców sektora MŚP, wynikające z braku precyzji wprowadzanych definicji, a także ze skutków postulowanych regulacji, które obejmować mają m.in. całkowity zakaz reklamy piwa, nowe zasady sprzedaży na odległość oraz ograniczenia dotyczące stacji paliw.
Agnieszka Majewska zwróciła także uwagę, że projektowane przepisy mogą prowadzić do nadmiernych obciążeń dla mniejszych podmiotów, zwłaszcza tych działających lokalnie i tradycyjnie, w szczególności browarów rzemieślniczych, winiarni, regionalnych wytwórców prowadzących produkcję innych napojów alkoholowych na małą skalę czy przedsiębiorców prowadzących punkty sprzedaży.
Rzecznik MŚP podkreśla, że:
nieprecyzyjne definicje reklamy i promocji skutkować mogą niejasnością prawa oraz ryzykiem nakładania kar nawet za działania nie mające charakteru promocyjnego, takie jak ekspozycja produktu czy opis oferty w sklepie internetowym;
całkowity zakaz reklamy napojów obejmujący również piwo i piwo bezalkoholowe szczególnie dotkną małe, lokalne browary, dla których możliwość informowania o produktach jest kluczowym elementem konkurowania z dużymi podmiotami;
tradycyjna produkcja piwa czy wina pełni ważną funkcję kulturową i turystyczną w wielu regionach Polski, a projektowane ograniczenia zaszkodzić mogą promocji regionalnych produktów oraz negatywnie wpłynąć na lokalnych przedsiębiorców z branż reklamy, gastronomii, organizacji czasu wolnego i wydarzeń lub na podmioty z nimi współpracujące;
objęcie zakazem sprzedaży alkoholu stacji paliw może być nieproporcjonalne w skutkach i nieuzasadnione, a przede wszystkim dotknąć głównie przedsiębiorców sektora MŚP zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, gdzie stacje paliw są często jedynym czynnym całodobowo punktem sprzedaży produktów pierwszej potrzeby, prowadząc dodatkowo także sprzedaż napojów alkoholowych;
ograniczenia dotyczące sprzedaży alkoholu na odległość uderzą głównie w najmniejsze podmioty, które dzięki tej formie sprzedaży mogą docierać do klientów w całym kraju, podczas gdy nowe obowiązki techniczne i logistyczne mogłyby całkowicie wykluczyć takie firmy z rynku.
Rzecznik MŚP postuluje doprecyzowanie przepisów, rozważenie łagodniejszych rozwiązań oraz wyjątków dla najmniejszych firm, aby uniknąć ich marginalizacji i ograniczenia konkurencyjności. W stanowiskach do obu projektów zaapelowano także o ponowną analizę projektów oraz odstąpienie od tych zmian, które w sposób nieproporcjonalny i niesprawiedliwy uderzają w przedsiębiorców z sektora MŚP.
Minister Agnieszka Majewska podkreśla, że: „Społeczne i gospodarcze skutki nadużywania alkoholu dotykają także przedsiębiorców jako pracodawców, jednakże równie ważne jest, aby planowane zmiany były racjonalne, proporcjonalne i adekwatne. W szczególności konieczne jest zachowanie równowagi między realizacją celów zdrowotnych państwa a ochroną stabilnych warunków prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce oraz słusznych interesów przedsiębiorców sektora MŚP.”
82% prezesów globalnych firm ubezpieczeniowych jest przekonanych o wzroście swoich organizacji w perspektywie najbliższych trzech lat – wynika z raportu „KPMG CEO Outlook 2025. Insurance”. Jednocześnie aż 83% liderów wskazuje cyberprzestępczość i niestabilność środowiska cyfrowego jako największą barierę wzrostu. W odpowiedzi firmy zwiększają inwestycje w sztuczną inteligencję oraz przyspieszają transformację cyfrową, koncentrując się na automatyzacji procesów i wykorzystaniu zaawansowanej analityki danych. Jednocześnie mierzą się z rosnącą presją kosztową oraz wzrostem wartości roszczeń z tytułu ekstremalnych zjawisk pogodowych.
Raport KPMG powstał na podstawie opinii 110 prezesów globalnych firm ubezpieczeniowych reprezentujących najważniejsze segmenty rynku, w tym ubezpieczenia na życie, majątkowe, komunikacyjne, zdrowotne oraz reasekuracyjne. Wyniki badania wskazują, że branża ubezpieczeniowa poszukuje nowych źródeł wzrostu, koncentrując się na łączeniu nowoczesnych technologii z doświadczeniem pracowników oraz na doskonaleniu zarządzania ryzykiem. Istotnym kontekstem dla tych działań są również rosnące koszty szkód związanych m.in. z czynnikami klimatycznymi oraz zmieniające się wymogi regulacyjne, które wpływają na alokację kapitału i strategie inwestycyjne firm.
Polski sektor ubezpieczeniowy funkcjonuje dziś pod wpływem dwóch silnych, równoległych trendów. Z jednej strony rosną oczekiwania dotyczące wykorzystania nowych technologii – automatyzacji procesów, zaawansowanej analityki danych czy rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji – które mają przyspieszać obsługę klientów i jednocześnie poprawiać efektywność kosztową działalności. Z drugiej strony ubezpieczyciele działają w branży zaufania publicznego, co oznacza konieczność zachowania szczególnej ostrożności w obszarze bezpieczeństwa danych, odporności operacyjnej i zarządzania ryzykiem, na co zwracają uwagę zarówno regulatorzy, jak i zarządy spółek. W praktyce oznacza to funkcjonowanie w dwóch światach – rozwoju innowacji technologicznych, a z drugiej strony wysokich wymagań w zakresie bezpieczeństwa i nadzoru. Te perspektywy nie są jednak sprzeczne. Kluczowe staje się stworzenie odpowiednich ram zarządczych, które pozwolą rozwijać nowe rozwiązania przy jednoczesnym utrzymaniu wysokich standardów kontroli i cyberodporności – mówi Tomasz Dąbkowski, Partner Associate, Dział Usług Finansowych, Szef Grupy Aktuarialnej w KPMG w Polsce.
AI jako jeden z głównych kierunków inwestycji
Sztuczna inteligencja znajduje się dziś wśród najważniejszych priorytetów inwestycyjnych sektora ubezpieczeniowego. 73% CEO deklaruje, że rozwój rozwiązań opartych na AI stanowi kluczowy kierunek inwestycji, a 67% spodziewa się zwrotu z tych inwestycji w okresie od jednego do trzech lat. Taki sam odsetek prezesów planuje przeznaczać w najbliższym czasie około 10-20% budżetu na rozwój technologii sztucznej inteligencji.
Rozwiązania AI są wdrażane przede wszystkim w procesach likwidacji szkód, gdzie umożliwiają automatyczną analizę roszczeń i przyspieszają wypłaty odszkodowań. Technologia wspiera również ocenę ryzyka w procesach underwritingowych, wykorzystując alternatywne źródła danych do kalkulacji składek, a także rozwój cyfrowych kanałów sprzedaży i współpracę z podmiotami InsurTech.
Jednocześnie organizacje dostrzegają wyzwania związane z adaptacją nowych technologii. Według badania 77% prezesów z branży ubezpieczeń wskazuje gotowość organizacji i rozwój kompetencji pracowników jako główną barierę wdrażania AI, a 75% podkreśla rosnącą konkurencję o specjalistów w tym obszarze. Dodatkowym wyzwaniem pozostaje modernizacja przestarzałych systemów IT, które w wielu organizacjach ograniczają tempo wdrażania innowacji.
W sektorze ubezpieczeniowym szczególnie istotne jest dziś znalezienie równowagi między rozwojem innowacyjnych technologii a wysokimi wymaganiami w zakresie bezpieczeństwa, nadzoru i zarządzania ryzykiem. Wdrażanie sztucznej inteligencji w ubezpieczeniach jest dobrym przykładem tej równowagi. Technologia ta może znacząco usprawnić underwriting, obsługę szkód czy kontakt z klientem, ale jednocześnie wymaga jasno określonych zasad odpowiedzialnego wykorzystania danych, przejrzystości modeli oraz odpowiedniego nadzoru nad procesami decyzyjnymi. Wspierające w tej sytuacji są wymogi zawarte w Rozporządzeniu AI Act, które porządkują kwestię AI governance – rozwiązań obejmujących zarówno kwestie technologiczne, jak i organizacyjne.
Warto przy tym pamiętać, że wraz z cyfryzacją rośnie ekspozycja na zagrożenia cybernetyczne. Dla ubezpieczycieli oznacza to konieczność równoległego wzmacniania zabezpieczeń technicznych, kompetencji pracowników oraz mechanizmów zarządzania ryzykiem cyfrowym. W dłuższej perspektywie to właśnie zdolność do połączenia innowacyjności z bezpieczeństwem będzie jednym z kluczowych czynników budujących zaufanie klientów i trwałą przewagę konkurencyjną na rynku – mówi Tomasz Dąbkowski, Partner Associate, Dział Usług Finansowych, Szef Grupy Aktuarialnej w KPMG w Polsce.
Cyberzagrożenia kluczowym wyzwaniem dla branży
Ze względu na skalę operacji oraz wrażliwość przetwarzanych danych firmy ubezpieczeniowe pozostają szczególnie narażone na cyberataki. 83% ankietowanych prezesów uznaje cyberprzestępczość i brak bezpieczeństwa cyfrowego za największą barierę rozwoju swoich organizacji.
Cyberzagrożenia generują rosnący popyt na ubezpieczenia oraz zwiększają znaczenie inwestycji w budowanie odporności cyfrowej. Ponad połowa respondentów (53%) wskazuje cyberbezpieczeństwo jako najważniejszy kierunek inwestycji w obszarze zarządzania ryzykiem.
O raporcie:
Raport „KPMG CEO Outlook 2025: Insurance” powstał na podstawie odpowiedzi 110 prezesów globalnych firm z sektora ubezpieczeń, reprezentujących najważniejsze segmenty rynku, w tym ubezpieczenia na życie, majątkowe, zdrowotne, komunikacyjne oraz działalność reasekuracyjną i brokerską. Respondenci zarządzają organizacjami o rocznych przychodach przekraczających 500 mln dolarów, przy czym niemal połowa kieruje firmami generującymi ponad 10 mld dolarów rocznie. Badanie zostało przeprowadzone na 11 kluczowych rynkach, m.in. w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Japonii i Indiach.
Ekspansja zagraniczna stanowi klucz do dynamicznego rozwoju firmy, lecz wymaga kompleksowego przygotowania. Od rzetelnej analizy rynku i oceny potencjału eksportowego, przez wybór strategii wejścia, zarządzanie ryzykiem kursowym i finansowanie, po pokonywanie barier prawnych i kulturowych – ten przewodnik omawia wszystkie kluczowe aspekty. Poznaj sprawdzone metody, by skutecznie internacjonalizować swój biznes i uniknąć kosztownych błędów.
Jak przeprowadzić analizę rynku i ocenić potencjał eksportowy?
Rozpoczynając profesjonalną analizę rynku, warto postawić na rzetelny desk research. Wykorzystanie nowoczesnych narzędzi analitycznych pozwala błyskawicznie wybadać zapotrzebowanie i wyłapać najnowsze trendy. Aby głębiej zrozumieć otoczenie biznesowe i uporządkować zasoby, warto wdrożyć sprawdzone metody badawcze:
google trends oraz statista do monitorowania dynamiki rynku,
analiza PEST naświetlająca wpływ czynników zewnętrznych na projekt,
model pięciu sił Portera służący do oceny atrakcyjności sektora,
macierz SWOT porządkująca wewnętrzne zasoby, szanse i zagrożenia,
próg rentowności oraz wskaźnik ROI jako fundament finansowy.
Opierając się na konkretnych liczbach, zyskujesz solidną bazę do podejmowania kluczowych decyzji biznesowych. Chłodna kalkulacja finansowa minimalizuje ryzyko i pozwala realnie ocenić siłę konkurencji, co jest niezbędne do osiągnięcia sukcesu w każdym sektorze.
Który model ekspansji zagranicznej wybrać dla swojej firmy?
Skuteczna ekspansja zagraniczna wymaga rzetelnej analizy danych oraz precyzyjnego oszacowania własnych możliwości. Wybór konkretnej strategii zależy przede wszystkim od dostępnego kapitału oraz poziomu ryzyka, jaki jesteś w stanie zaakceptować. Jak wskazują specjaliści z https://nowekolory.pl/ , w świecie cyfrowym kluczowe znaczenie ma nienaganna logistyka i błyskawiczne tempo dostaw, szczególnie w modelach opartych na sprzedaży internetowej. Istnieje kilka sprawdzonych metod wejścia na nowy rynek, które pozwalają na efektywne skalowanie marki:
tradycyjny eksport towarów,
sprzedaż przez e-commerce i platformy marketplace,
licencjonowanie oraz franczyza,
model joint venture z zagranicznym wspólnikiem,
inwestycje typu greenfield,
przejęcie istniejącego już przedsiębiorstwa.
Niezależnie od wybranej drogi, każda decyzja biznesowa musi opierać się na chłodnej kalkulacji, wnikliwej analizie konkurencji oraz prognozach rentowności. Korzystając z profesjonalnego doradztwa strategicznego oferowanego przez nowekolory.pl, zapewnisz swojej firmie realny sukces i stabilną pozycję poza granicami kraju, minimalizując ryzyko błędu na nowym terytorium.
Jak pokonać bariery formalno-prawne i celne w handlu międzynarodowym?
Osiągnięcie sukcesu w handlu wymaga wdrożenia skutecznej strategii compliance, która zapewnia pełną zgodność z przepisami. Fundamentem bezpiecznego biznesu, szczególnie przy ekspansji poza Unię Europejską, jest dbałość o kluczowe aspekty formalno-prawne:
rzetelna weryfikacja certyfikatów produktowych,
restrykcyjne przestrzeganie wymogów RODO,
znajomość procedur celnych i limitów,
uzyskanie niezbędnych licencji eksportowych,
sprawne rozliczanie podatku VAT,
ochrona własności intelektualnej poprzez rejestrację znaków towarowych.
Dla sektora MŚP priorytetem powinna być optymalizacja finansowa oraz unikanie ryzyka podwójnego opodatkowania. Kompletna dokumentacja to najskuteczniejszy sposób na wyeliminowanie kosztownych kar i uciążliwych przestojów na granicach, co bezpośrednio buduje silną i stabilną pozycję rynkową przedsiębiorstwa.
W jaki sposób różnice kulturowe wpływają na konieczność lokalizacji oferty?
Lokalizacja to proces wykraczający znacznie poza standardowy przekład językowy. To wielowymiarowa sztuka adaptacji produktu do unikalnych zwyczajów oraz specyficznych oczekiwań konkretnego regionu. Zrozumienie lokalnych kodów kulturowych pozwala skutecznie wyróżnić się na tle konkurencji i zbudować autentyczne zaufanie wśród nowych odbiorców. Aby skutecznie zaistnieć na zagranicznym rynku, warto zadbać o:
dostosowanie estetyki wizualnej do gustów konsumentów,
udostępnienie preferowanych i bezpiecznych metod płatności,
pozycjonowanie oparte na regionalnych frazach kluczowych,
budowanie relacji podczas branżowych targów i misji,
bieżące analizowanie i zaspokajanie potrzeb rynku.
Precyzyjna i dopasowana komunikacja stanowi fundament stabilnego rozwoju marki. Dzięki niej firma zyskuje lojalność klientów, co bezpośrednio przekłada się na wzrost sprzedaży oraz sukces w nowym otoczeniu biznesowym.
Skąd pozyskać fundusze na internacjonalizację przedsiębiorstwa?
Wyjście z ofertą poza granice kraju wiąże się z dużym wysiłkiem i kosztami, dlatego warto zawczasu pozyskać zewnętrzne finansowanie. Fundusze Europejskie otwierają przed przedsiębiorcami drzwi do bezzwrotnych dotacji na innowacyjne projekty, które znacznie ułatwiają ten proces. Instytucje takie jak PARP czy BGK oferują szereg narzędzi wspierających ekspansję:
bezzwrotne dotacje w ramach programu FENG,
wsparcie z popularnej Ścieżki SMART,
finansowanie udziału w prestiżowych targach,
organizacja zagranicznych misji gospodarczych,
doradztwo przy budowaniu strategii eksportowej.
Planując budżet, należy pamiętać o limicie pomocy de minimis, który obecnie wynosi 300 tysięcy euro w ciągu trzech lat podatkowych. Takie wsparcie pozwala realnie obniżyć koszty operacyjne, co bezpośrednio przekłada się na wzmocnienie pozycji firmy i budowanie jej przewagi na globalnym rynku.
Jakich błędów unikać podczas wprowadzania produktu na nowe rynki?
Zagraniczny sukces wymaga czegoś więcej niż tylko doskonałego produktu. Bez rzetelnego przygotowania nawet najlepsza oferta może przegrać w starciu z rynkową rzeczywistością. Aby skutecznie budować pozycję na nowych rynkach, należy wystrzegać się błędów, które najczęściej niweczą wysiłki przedsiębiorców:
brak konkretnej strategii wejścia na dany rynek,
lekceważenie kosztów logistyki, które mogą obniżyć marżę nawet o 20%,
błędne pozycjonowanie marki i próba walki cenowej w segmencie premium,
nadmierne uzależnienie od jednego regionu generujące zbędne ryzyko,
kopiowanie schematów z rodzimego podwórka bez uwzględnienia lokalnej specyfiki,
zbyt szybkie oczekiwanie na zwrot z inwestycji prowadzące do przedwczesnej rezygnacji.
Bezpieczna ekspansja to przede wszystkim chłodna kalkulacja oraz wnikliwa analiza konkurencji. Pamiętaj, że cierpliwość i dopasowanie działań do potrzeb lokalnego odbiorcy to fundamenty, na których opiera się trwały wzrost i stabilna pozycja firmy za granicą.
Rok 2025 okazał się przełomowy dla rynku najmu zwrotnego w Polsce. Po raz pierwszy wartość aktywów operacyjnych w głównych sektorach – logistycznym, handlowym i produkcyjnym – przekroczyła poziom 800 tys. mkw. Łączna wartość transakcji wyniosła około 3,5 mld zł, co oznacza kilkukrotny wzrost względem lat 2022-2024. W ub.r. liczba transakcji zwiększyła się o około 25-30% rdr. Było to efektem rosnącego zainteresowania inwestorów instytucjonalnych oraz większej świadomości firm w zakresie korzyści płynących z tego modelu finansowania. Dodatkowo wartość największej transakcji w regionie Europy Środkowo-Wschodniej przekroczyła 250 mln euro.
Rok rekordów
Przełomowy i transformacyjny był zeszły rok dla rynku najmu zwrotnego w Polsce, zarówno pod względem skali zawieranych transakcji, ewolucji struktury portfeli nieruchomości, jak i dynamiki inwestycyjnej. Nastąpiły istotne zmiany w zainteresowaniu inwestorów zarówno instytucjonalnych, jak i prywatnych. W konsekwencji wzrosła płynność oraz profesjonalizacja rynku.
– Głównie warto zwrócić uwagę na rekordową liczbę i wartość transakcji. Pierwszy raz w historii polskiego rynku najmu zwrotnego przekroczono 800 tys. mkw. aktywów operacyjnych w kluczowych sektorach – logistycznym, handlowym i produkcyjnym. Łączna wartość transakcji szacowana jest na poziomie ok. 3,5 mld złotych. To oznacza kilkukrotny wzrost w stosunku do lat 2022-2024 i wyraźnie pokazuje rosnące znaczenie tej formy finansowania – podkreśla Agnieszka Radkiewicz, ekspertka rynku nieruchomości komercyjnych, Business Development Manager w INWI.
Szacuje się, że w ub.r. liczba transakcji wzrosła o ok. 25-30% w stosunku do 2024 roku. W ocenie ekspertów rynkowych, to było efektem rosnącego zainteresowania inwestorów instytucjonalnych i większej świadomości przedsiębiorstw co do zalet tego mechanizmu finansowania. Najważniejszym czynnikiem napędzającym rozwój rynku była popularyzacja najmu zwrotnego jako narzędzia umożliwiającego firmom uwolnienie kapitału zamrożonego w nieruchomościach.
– W zeszłym roku polski rynek najmu zwrotnego odnotował kilka wyjątkowo dużych i strategicznych transakcji, które jednoznacznie potwierdziły jego dojrzałość i rosnącą atrakcyjność dla firm operacyjnych. Najbardziej spektakularna była sprzedaż dwóch nowoczesnych obiektów należących do producenta Eko Okna o łącznej wartości przekraczającej 250 mln EUR. Sprzedano dwie nowoczesne hale o łącznej powierzchni 264 tys. mkw. za kwotę przekraczającą 1 mld PLN – przypomina Radkiewicz.
Była to rekordowa transakcja w skali Europy Środkowo Wschodniej. To jednocześnie największy sale-and-leaseback w historii całego regionu i to z udziałem polskiego przedsiębiorstwa. Zdaniem ekspertów od nieruchomości komercyjnych, świadczy on o rosnącym prestiżu i dojrzałości naszego rynku wobec globalnego kapitału.
– Kolejna transakcja to sprzedaż Volvo we Wrocławiu 75 tys. m², które wynajmuje AIRA, szwedzki producent. Równolegle zrealizowano transakcję dotyczącą obiektu magazynowo-fulfillmentowego w Bydgoszczy o powierzchni ponad 100 tys. m², którego najemcą jest LPP, a także portfel nieruchomości przemysłowych firmy Tenneco na Górnym Śląsku, obejmujący około 180 tys. m² powierzchni, sprzedany w formule najmu zwrotnego – informuje ekspertka z INWI.
Polska stała się istotnym punktem na mapie globalnych inwestycji sale-and-leaseback, przyciągając kapitał funduszy zagranicznych, co jeszcze kilka lat temu było domeną tylko rynków Europy Zachodniej. Można też zauważyć, że do największych transakcji dochodzi w sektorze przemysłowym i logistycznym. To potwierdza rolę tych segmentów jako fundamentów polskiej gospodarki oraz jako najpewniejszych aktywów generujących stabilny dochód czynszowy.
– Jednocześnie różnorodność dużych transakcji – od dystrybucji po centra przemysłowe – pokazuje, że najem zwrotny jest elastycznym narzędziem finansowym, które można stosować w wielu sektorach, w zależności od strategii korporacyjnej i cyklu życia aktywów. Natomiast skala i regularność takich transakcji potwierdzają wysokie zaufanie do stabilności najemców oraz przewidywalności przepływów pieniężnych – analizuje Agnieszka Radkiewicz.
Dobre i złe warunki
W ub.r. wyraźnie zwiększył się udział funduszy private equity i real estate, a także zagranicznych inwestorów instytucjonalnych działających w strukturach REIT (Real Estate Investment Trust), AIF (Alternative Investment Funds), a także RAIF (Reserved Alternative Investment Fund). Obecność tych podmiotów przyczyniła się do wzrostu profesjonalizacji transakcji, większej przejrzystości i konkurencyjności ofert na rynku.
– Świadomość rynku w zakresie najmu zwrotnego tak wzrosła, że mechanizm ten przestał być niszową formą finansowania. Stał się pełnoprawnym, rozpoznawalnym narzędziem, klasyfikowanym w politykach inwestycyjnych przedsiębiorców, analizowanym w procesach due diligence przez banki i traktowanym jako alternatywa dla kredytu czy emisji obligacji – zauważa Agnieszka Radkiewicz.
Zeszły rok przyniósł również znaczącą dywersyfikację klas aktywów objętych najmem zwrotnym. Mechanizm ten przestał być domeną jedynie rynku magazynowego i logistycznego. Wzrosło zainteresowanie obiektami handlowymi, takimi jak retail parki czy centra convenience oraz nieruchomościami przemysłowo-produkcyjnymi. Ta ewolucja świadczy o dojrzałości rynku i coraz szerszym zrozumieniu korzyści płynących z najmu zwrotnego jako narzędzia finansowania.
– Wzrosty były napędzane też przez spadek inflacji. To pozwoliło firmom lepiej planować przepływy finansowe i zwiększyć apetyt na wykorzystanie aktywów nieruchomościowych do refinansowania działalności operacyjnej. Przedsiębiorstwa mogły rozważać dłuższe umowy najmu oparte na bardziej przewidywalnym koszcie pieniądza, a inwestorzy lepiej modelowali realne stopy zwrotu i wartość przyszłych przepływów. Najem zwrotny pomagał firmom uwalniać kapitał z nieruchomości bez konieczności zaciągania drogich zobowiązań kredytowych – uważa znawczyni rynku z INWI.
Gospodarka polska w 2025 roku nadal rozwijała się w umiarkowanym tempie, a popyt na powierzchnie magazynowe i handlowe utrzymywał się na relatywnie wysokim poziomie. Według ekspertów rynkowych, to sprzyjało transakcjom sale and leaseback w segmentach o stabilnym popycie najemców – szczególnie tam, gdzie chcieli oni zabezpieczyć ciągłość operacyjną bez konieczności reinwestowania w aktywa nieruchomościowe.
– Jednak, pomimo rekordowych wyników i dynamicznego rozwoju, rynek najmu zwrotnego w Polsce w 2025 roku mierzył się również z kilkoma istotnymi wyzwaniami. Brak jednolitych standardów kontraktowych komplikował procesy transakcyjne, zarówno po stronie najemców, jak i inwestorów. Prowadziło to do wydłużenia procesów decyzyjnych oraz negocjacyjnych i wymagało wsparcia doradczego na każdym etapie transakcji – zwraca uwagę Agnieszka Radkiewicz.
Z kolei brak dedykowanych regulacji lub preferencji podatkowych dla najmu zwrotnego, np. w porównaniu z leasingiem czy finansowaniem kredytowym, ograniczał pełny potencjał rozwoju tego segmentu. Choć rynek transakcji najmu zwrotnego bił rekordy, to przedsiębiorcy wciąż wykazywali duże przywiązanie do posiadania nieruchomości operacyjnych na własność. Jednakże zaangażowanie inwestorów instytucjonalnych w tego typu transakcje na polskim rynku przyczyniły się do wzrostu zaufania oraz zrozumienia korzyści finansowania przedsiębiorstwa w tej strukturze.
– Największym wyzwaniem w 2025 roku pozostawały czynniki makroekonomiczne, takie jak koszt kapitału i dostępność finansowania bankowego, które miały większy wpływ na tempo wzrostu rynku niż kwestie regulacyjne. Stabilne otoczenie prawne i podatkowe pozwoliło rynkowi najmu zwrotnego w 2025 roku osiągnąć rekordowe wolumeny zarówno pod względem powierzchni, jak i wartości transakcji, wielokrotnie przewyższając poziom z roku poprzedniego i podkreślając rosnącą rolę tego mechanizmu finansowania w Polsce – podsumowuje ekspertka z INWI.
Grupa Klepsydra zawarła umowę inwestycyjną ze spółką Glob sp. z o.o. oraz jej wszystkimi wspólnikami, na mocy której Grupa Klepsydra stanie się jedynym właścicielem swojego największego konkurenta w segmencie międzynarodowego transportu osób zmarłych i ich prochów. Transakcja będzie realizowana w dwóch etapach, a kwota zapłacona na rzecz dotychczasowych wspólników spółki Glob za wszystkie posiadane przez nich w tej spółce udziały wynosie 9,4 mln zł brutto.
Grupa Klepsydra konsekwentnie realizuje opublikowaną w połowie 2023 r. strategię konsolidacji polskiego rynku funeralnego, umacniając pozycję lidera tego rynku. Od debiutu na GPW przejęła już 7 spółek pogrzebowych, osiągając 11 podmiotów w grupie kapitałowej, w tym 3 nowoczesne krematoria. Najnowsze przejęcie podwoi operacje firmy w segmencie międzynarodowego transportu osób zmarłych i ich prochów, dając możliwość wypracowania kolejnych wzrostów.
Pierwszy etap transakcji obejmuje dokapitalizowanie spółki Glob przez Grupę Klepsydra. W ramach tego etapu Grupa Klepsydra obejmie 1.000 udziałów w podwyższonym kapitale zakładowym Glob w zamian za wkład pieniężny w wysokości 7,5 mln zł. W wyniku realizacji tego etapu Grupa Klepsydra będzie posiadała 91% udziału w kapitale zakładowym Glob.
Drugi etap transakcji obejmuje wystąpienie dotychczasowych wspólników z Glob. Wszystkie udziały Glob posiadane przez dotychczasowych wspólników zostaną automatycznie umorzone za wynagrodzeniem w wysokości 9,4 mln zł brutto zapłaconym przez Glob na rzecz dotychczasowych wspólników. Po przeprowadzeniu procedury umorzenia, Grupa Klepsydra stanie się jedynym wspólnikiem Glob posiadającym 100% udziału w jej kapitale zakładowym.
„Przejmujemy największego konkurenta firmy Bongo Międzynarodowe Usługi Pogrzebowe – firmę Glob, z którą od wielu lat walczymy o miano lidera rynku w tym segmencie. Do naszej grupy kapitałowej dołącza więc prężna organizacja, która od blisko 30 lat z powodzeniem działa na rynku transgranicznych usług pogrzebowych. Tak jak w przypadku innych przejętych przez nas firm, będziemy dalej rozwijać firmę Glob i jej działalność, ponieważ cieszy się ona uznaniem na rynku i ma swoich wieloletnich partnerów, realizując wysokiej jakości usługi pogrzebowe” – powiedział Marek Cichewicz, prezes zarządu spółki holdingowej Grupa Klepsydra S.A.
„Glob to firma rodzinna, którą wraz z moimi braćmi, Jarosławem i Szymonem, budowaliśmy od blisko 30 lat. Osiągnęliśmy bardzo dużo. Glob to dziś czołowa firma w segmencie międzynarodowego transportu osób zmarłych i ich prochów. Przyszedł jednak czas na ograniczenie naszych działalności i skupienie się na rodzinie, zdrowiu oraz prowadzeniu lokalnej działalności pogrzebowej i kremacyjnej. Dlatego zdecydowaliśmy się na sprzedaż Glob spółce Grupa Klepsydra, która rozumie rynek pogrzebowy i wie jak prowadzić ten biznes z sukcesem. Bardzo się cieszę, że marka Glob będzie istniała dalej, towarzysząc kolejnym pokoleniom Polaków w ich ostatniej podróży – podróży do ojczyzny na wieczny spoczynek. Życzę sukcesów całej spółce i dziękuję dotychczasowym pracownikom za ogrom dotychczasowej pracy, ich zaangażowanie i profesjonalizm. Jestem przekonany, że będą się oni dalej rozwijali pod skrzydłami lidera rynku – Grupy Klepsydra” – powiedział Maciej Drejka, dotychczasowy prezes zarządu spółki Glob i jeden z jej wspólników.
Glob specjalizuje się w sprowadzaniu osób zmarłych lub ich prochów z zagranicy do Polski oraz przewozach z Polski do innych krajów, z wykorzystaniem transportu lądowego, lotniczego i morskiego. Glob jest głównym konkurentem BONGO Międzynarodowe Usługi Pogrzebowe sp. z o.o., spółki należącej do grupy kapitałowej Grupy Klepsydra.