Słabnie dynamika wynagrodzeń oraz zatrudnienia – wzrośnie bezrobocie

Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw nie wzrosło w ujęciu rocznym w lipcu, zgodnie z naszą prognozą. – W ujęciu absolutnym ubyło 3tys. miejsc pracy, co jest spójne ze spadkową tendencją na rynku pracy. Biorąc pod uwagę fakt, że spowolnienie jeszcze de facto nie osiągnęło dna – spodziewamy się go dopiero na przełomie 2012 i 2013 roku – spadki zatrudnienia w kolejnych miesiącach będą bardziej widoczne.

Najnowsze dane publikowane przez Główny Urząd Statystyczny wskazują na spadek poziomu zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw. W stosunku do zeszłego miesiąca zatrudnienie zmniejszyło się o niemal 3 tys. osób i wynosi obecnie 5,528 mln osób.

Obecny brak poprawy na rynku pracy zapowiada jeszcze gorszą końcówkę tego roku. W ostatnich miesiącach obserwujemy minimalną dynamikę tworzenia nowych miejsc pracy, szczególnie tych, które uznawane są za pierwsze prace, co w największym stopniu przekłada się na wzrost bezrobocia wśród osób młodych. Firmy zamiast zwiększać zatrudnienie, starają się realizować obecne zamówienia podstawową załogą, co skutkuje wydłużaniem czasu pracy obecnych pracowników, kosztem tworzenia nowych etatów – komentuje Tomasz Hanczarek, Prezes Zarządu Work Service S.A.

– Nie możemy wykluczyć ujemnych zmian zatrudnienia w ujęciu rocznym, można spodziewać się także coraz szybszego wzrostu stopy bezrobocia. Trudno nam zgodzić się z prognozami wysnuwanymi na poziomie resortu pracy, że stopa bezrobocia nie przekroczy 13 proc. do końca roku – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku.

Pomimo wzrastającej niepewności gospodarczej i wyhamowywaniu zwiększania zatrudnienia w wielu firmach, obecnie można wyróżnić sektory, w których sytuacja jest relatywnie dobra. Najwięcej ofert pracy w ostatnim czasie można znaleźć w branży spożywczej, przetwórstwie spożywczym, produkcji sprzętu RTV i elektronicznego oraz w usługach – dodaje Tomasz Hanczarek.

Poziom wynagrodzeń na przestrzeni ostatniego roku uległ poprawie na poziomie 2,4% i wynosi obecnie 3700,01 zł.

Obserwowany wzrost wynagrodzeń w skali rok do roku jest niemal dwukrotnie niższy od obecnego poziomu inflacji. Oznacza to, że polscy pracownicy realnie zarabiają mniej niż jeszcze 12 miesięcy temu. Dzieje się tak ponieważ, odnotowywany w ostatnich miesiącach wzrost wynagrodzeń nie jest wynikiem podnoszenia wynagrodzeń pracownikom, lecz wyższym wypłatom z tytułu większej ilości godzin świadczonej pracy. Na zahamowanie podwyżek w największym stopniu wpłynęło podniesienie na początku roku stawki rentowej po stronie przedsiębiorców – podsumowuje Tomasz Hanczarek, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Niższe ceny żywności i spadek inflacji w lipcu

W lipcu roczny wskaźnik inflacji obniżył się do 4,0 proc. z 4,3 proc. zanotowanych w czerwcu. W ujęciu miesięcznym ceny konsumenta obniżyły się – w zasadzie zgodnie ze wzorcem sezonowym – o 0,5 proc. – Zasadniczym powodem obniżenia się wskaźnika inflacji były niższe ceny żywności, które odnotowały spadek o 2,2 proc. w skali miesiąca. Spadły przede wszystkim ceny żywności sezonowej, czyli głównie warzyw, o prawie 20 proc., podobnie jak to miało miejsce w Czechach – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku.

Istotne wzrosty zanotowano natomiast w cenach wycieczek zorganizowanych (zagraniczne +9 proc. m/m), co związane było ze zmianami na rynku po serii bankructw biur podróży. – W znakomitej większości kategorii ceny pozostały stabilne. Inflacja bazowa utrzymała się na poziomie z poprzedniego miesiąca, czyli 2,3 proc. w skali roku – wyjaśnia Marcin Mazurek, analityk BRE Banku.

– W kolejnym miesiącu oczekujemy spadku rocznego wskaźnika inflacji do około 3,9 proc. Bardziej istotne spadki inflacji powinny nastąpić dopiero w październiku, kiedy realizować będzie się efekt wysokiej bazy. Obecnie zmiany inflacji powodowane są głównie przez czynniki sezonowe zaś skala spadku inflacji do końca roku ograniczana będzie przez globalnie rosnące ceny żywności – mówi Ernest Pytlarczyk. – Na koniec roku inflacja powinna obniżyć się w okolice 3,0 proc. – dodaje ekonomista.

Dzisiejsze dane przełożyły się na niewielki spadek rynkowych stóp procentowych (o 2 punkty bazowe). Komentarze członków RPP potwierdzają jednak, brak gotowości do natychmiastowego obniżenia stóp procentowych, pomimo dalszego spadku dynamiki PKB. Czynnik ten (kwestie reputacyjne w RPP), seria lepszych danych realnych za lipiec (kolejne publikacje produkcji przemysłowej i sprzedaży detaliczna) oraz realizująca się właśnie w skali globalnej realokacja w stronę bardziej ryzykownych aktywów) to czynniki, które mogą pogłębić wzrostową korektę na rentownościach polskich obligacji i stóp IRS.

Luksus pisany cyrylicą – Rosja w oparach luksusu

Jeszcze 30 lat temu Rosja kojarzyła się nam z zapachem taniego tureckiego tytoniu na bazarze, mięsa zawijanego w gazetę i kartkami na cukier. Obecnie, od momentu otwarcia pierwszych supermarketów, kraj ten oddycha pełną piersią. Moskwa zaś jest kojarzona z miastem, w którym towary luksusowe to chleb powszedni.

Na ten stan rzeczy wpłynął między innymi przełomowy moment, w którym potrzeby społeczne mogły zostać realizowane dzięki kredytom. To właśnie one obniżyły próg dostępności do rynku dóbr luksusowych, co za tym idzie – zaczął się on rozwijać jako odrębna ekonomiczna struktura.

Grupa społeczna nabywająca ekskluzywne towary w Rosji, wbrew pozorom, jest znacznie szersza. Chęć posiadania takiego towaru jest bardziej napędzana przez środowisko zewnętrzne, aniżeli osobiste potrzeby, bo możliwościami finansowymi dysponuje ogromna liczba Rosjan.

Według danych z 2007 r. dochód 2,8 mln mieszkańców Rosji przekracza 5000 $ na osobę w rodzinie miesięcznie. Takich pieniędzy całkowicie wystarczy nie tylko na kupno drogich, markowych ubrań, biżuterii, czy perfum, ale po zaciągnięciu kredytu można sobie pozwolić na kupno czegoś bardziej luksusowego, jak na przykład chociażby jacht lub najnowszej klasy Mercedes.

Na zbędne zakupy Rosjanie przeznaczają rocznie ponad 77$ mld, odpowiednia część przypada na towary luksusowe. Nabywców dóbr ekskluzywnych można podzielić na trzy grupy: tradycyjni, świąteczni i naśladujący. Do pierwszej grupy zaliczają się ludzie o już wyrobionym statusie społecznym, w starszym wieku, dla których najbardziej liczy jakość i tradycja. Ich dochody są bardzo wysokie, więc cena kompletnie się nie liczy w podejmowaniu decyzji o zakupie helikoptera czy jachtu.

„Świąteczni” nabywcy to z kolei dzieci, żony bądź przyjaciółki bogatych ludzi. Dla nich najważniejsze jest ukazanie swojego statusu poprzez markę. Podobnie jest z „naśladującymi”, którzy za cel obierają sobie „etykietkę”.

W odróżnieniu od konsumpcyjnych rynków Europy, USA czy Japonii, rynki krajów rozwijających się nie poddają się kryzysowi ekonomicznemu. Rosja, według ostatnich badań, zajmuje trzecie miejsce, tuż po USA i Niemczech, co do ilości miliarderów. Można ich naliczyć ponad 100 tys. Na ich rękach znajduje się 300$ mld w gotówce. Dziś Moskwa jest Mekką najdroższych towarów, to tam dwa razy do roku odbywają się targi Millionaire Fair. Można znaleźć tam najlepszą biżuterię, najnowsze samochody czy jachty.

Obecnie Rosja jest czwartym co do wielkości krajem dóbr luksusowych, a tempo jego wzrostu jest największe na całym świecie – ok. 30,5% i wciąż rośnie.

Takie tendencje w krajach rozwijających się są spowodowane przede wszystkim szybkim wzrostem ekonomicznym. Umocnienie gospodarcze wpłynęło również na rozszerzenie się klasy średniej, która coraz częściej wykazuje się zainteresowaniem rynkiem towarów luksusowych.

Sprzedaż nowych aut w Polsce na najniższym poziomie od 1,5 roku

Sprzedaż nowych samochodów wciąż spada, zarówno w Polsce, jak i w Europie. W lipcu dealerzy zanotowali najniższy popyt od półtora roku. Zdaniem prezesa Toyota Motor Poland, odpowiadają za to nastroje konsumentów. – Jeżeli będziemy się obawiać, że nastąpi kryzys i będziemy mniej konsumować, to sami ten kryzys wywołamy – przestrzega Jacek Pawlak.

– Sprzedaż samochodów jest bardzo ściśle związana ze współczynnikiem zaufania konsumentów. Jeżeli konsumenci nastawieni są pozytywnie, patrzą w przyszłość z optymizmem, to zazwyczaj kupują więcej aut. Samochody to drogie produkty, więc taka atmosfera zazwyczaj pomaga w podejmowaniu tego typu decyzji – mówi w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Jacek Pawlak.

W lipcu zarejestrowano zaledwie 23 759 nowych pojazdów do 3,5 tony – w tym 20 898 osobowych. To 10 proc. mniej niż w czerwcu lub w lipcu 2011 roku. To najniższa sprzedaż miesięczna od półtora roku.

Ale prognozy nie są najlepsze: prognozy mówiące o rosnącej inflacji, kłopotach firm i wzroście bezrobocia zniechęcają Polaków do podejmowania decyzji tego typu zakupach.

Lipiec był również kolejnym – dziewiątym z rzędu – miesiącem spadków w europejskiej branży motoryzacyjnej. Na zachodzie Europy nie pomagają również liczne akcje promocyjne, w ramach których obniżono ceny nowych modeli nawet o 20 proc. W niektórych krajach, np. we Włoszech czy Hiszpanii spadek sprzedaży wynosi ok. 20 proc.

Według raportu Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów to może być dla sprzedawców w UE najgorszy rok od 17 lat.

– Obawiamy się, że to, co dzieje się w Europie może dotknąć Polskę i potencjalnie wpłynąć na spowolnienie gospodarcze w Polsce – podkreśla prezes Toyota Motor Poland. – Jednak dochodzimy tutaj do kuriozalnej sytuacji, kiedy obawiając się kryzysu, sami możemy go wywołać. Duża część wzrostu dochodu narodowego Polski jest związana z konsumpcją i jeżeli będziemy się obawiać, że nastąpi kryzys i będziemy mniej konsumować, to sami ten kryzys wywołamy. Należy więc na to patrzeć racjonalnie.

Jacek Pawlak podkreśla, że gdyby nie kryzys w strefie euro, o polskich klientów i ich nastroje do nowych zakupów nie trzeba byłoby się martwić.

– Na tle gospodarki europejskiej, która jak wiemy w wielu krajach przechodzi różnego rodzaju turbulencje, polska gospodarka cały czas jest oazą spokoju i cały czas się rozwijamy – mówi Jacek Pawlak. – Zachęcałbym klientów, żeby spojrzeli na zakupy pozytywnie, nie tylko dlatego, że my byśmy chcieli sprzedawać jako producenci, ale dlatego przede wszystkim, że technologia bardzo szybko się rozwija, samochody są coraz nowocześniejsze.

Branża motoryzacyjna jest jedną z najlepiej i najszybciej rozwijających się. Dzisiejsze samochody są naszpikowane elektroniką i wyposażone w dziesiątki instrumentów gwarantujących przede wszystkim większe bezpieczeństwo w podróży.

– Z dużym zdziwieniem patrzę na to, jak bardzo różni się dzisiaj samochód 7-letni od samochodu nowego. Jest mnóstwo elementów gwarantujących bezpieczeństwo czy pomagających nam w sytuacjach ekstremalnych. Dzisiaj 6-9 poduszek to już jest standard. ABS, VSC, systemy stabilizujące, to jest coś, co jest praktycznie w każdym samochodzie – tłumaczy Jacek Pawlak.

Średni wiek samochodu jeżdżącego po polskich drogach to 17 lat.

Pracodawca przerywa nasz urlop. Ma do tego prawo w wyjątkowych okolicznościach

Nagły powrót z urlopu na wezwanie szefa? To możliwe i zgodne z prawem. – W wyjątkowych sytuacjach pracodawca ma takie uprawnienie – przyznaje mecenas Karolina Stawicka, ekspert prawa pracy w Kancelarii Bird & Bird. Musi nam jednak zwrócić pieniądze za koszty podróży lub niewykorzystane wczasy.

Zgodnie z Kodeksem Pracy, nagłe przerwanie urlopu pracownikowi jest możliwe tylko w wyjątkowych okolicznościach, których pracodawca wcześniej nie mógł przewidzieć.

– Może być tak, że pracownik, który wyjechał na urlop jest pracownikiem odpowiedzialnym za kluczowego klienta albo jest architektem odpowiedzialnym za budowę – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria mecenas Karolina Stawicka. – W związku z tym, jeśli się dzieje jakaś awaryjna sytuacja, prawo zezwala na to, żeby pracownik był zawezwany z urlopu.

W takim przypadku, pracownik jest zobowiązany skrócić swój urlop i w możliwie najkrótszym czasie stawić się w miejscu pracy. W przeciwnym razie może mu grozić nawet dyscyplinarne zwolnienie.

– Musi być wystarczające uprzedzenie, które pozwoli pracownikowi na powrót – zastrzega mec. Stawicka. – Niedopuszczalna jest sytuacja i pracownik nie może ponosić za nią odpowiedzialności, kiedy pracodawca wezwie go do pracy na określony dzień np. dając mu 24 godziny na powrót, wiedząc, że sama podróż pracownika do pracy zajmie mu dwa razy tyle.

Ewentualne wyciąganie konsekwencji za spóźnienie jest, w tym przypadku nieuzasadnione, co więcej – prawnie niedopuszczalne.

Pracodawca ponadto musi liczyć się z poniesieniem nakładów finansowych, związanych np. z pokryciem kosztów podróży powrotnej pracownika czy zwrotem pieniędzy za wykupioną wcześniej przez pracownika i niewykorzystaną wycieczkę zagraniczną.

– Pracownik powinien to udokumentować, bo to jest jednak koszt pracodawcy – zwraca uwagę ekspert prawa pracy w Kancelarii Bird & Bird. – W związku z tym niezbędne jest okazanie pracodawcy wszelkich faktur za zakupione bilety lotnicze, za transport, za wszelkie wydatki, jakie pracownik poniósł w związku z tym, żeby wcześniej wrócić z urlopu.

Uzasadnionym kosztem, który pracodawca powinien zwrócić będą również koszty powrotu z urlopu rodziny pracownika, np. dzieci, które pozostają pod jego opieką.

Pracownik, który na wyraźne żądanie szefa wrócił do pracy, skracając swój urlop ma prawo do jego pełnego wykorzystania w innym, dogodnym dla niego terminie.

– Jak tylko zajdą okoliczności, np. zostanie zakończona akcja bądź sytuacja kryzysowa w przedsiębiorstwie, pracodawca nie powinien mieć żadnych przeciwwskazań w udzieleniu uzupełniającego urlopu, który został przerwany przez pracownika – wyjaśnia mecenas Karolina Stawicka.

Zgodnie z przepisami prawa pracy pracownik powinien wykorzystać swój urlop bieżący do końca roku kalendarzowego, natomiast zaległy – do końca września następnego roku.

Dynamika wzrostu zatrudnienia cudzoziemców wyhamowuje

Aktualne dane resortu pracy pozwalają zakładać niższy wzrost zatrudnienia obcokrajowców niż to miało miejsce w latach 2010-2011. Jednocześnie eksperci szacują, że pomimo ogólnego spowolnienia gospodarczego i wysokiej stopy bezrobocia, pracujących cudzoziemców będzie przybywać, w dużym stopniu za sprawą rosnącej liczby zezwoleń na pracę. W 2012 roku wzrośnie ona o nawet 15 procent w porównaniu z rokiem poprzednim – informuje agencja EWL.

Według danych zebranych przez Powiatowe Urzędy Pracy w ciągu pierwszego półrocza 2012 roku, zainteresowanie zatrudnieniem cudzoziemców przełożyło się na zarejestrowanie przez podmioty 160 276 oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom, umożliwiające zatrudnienie obywateli pięciu państw (Ukrainy, Białorusi, Mołdowy, Rosji i Gruzji) na okres do 6 miesięcy w ciągu roku. To o prawie 4 tysiące mniej niż w podobnym okresie poprzedniego roku, kiedy polskie firmy zgłosiły zapotrzebowanie na 163 984 cudzoziemców.
Największym zainteresowaniem w pierwszej połowie 2012 roku cieszyli się, podobnie jak wcześniej, obywatele Ukrainy. Do końca czerwca zarejestrowano prawie 150 tysięcy wniosków o zamiarze zatrudnienia pracownika z Ukrainy, co jednak stanowi spadek o niecałe 4 tysiące w porównaniu z pierwszą połową 2011. Ostatecznie oświadczeń dla Ukraińców zostało zarejestrowanych 149 947.

Na spadek dynamiki może mieć wpływ kilka czynników. Jedną z głównych przyczyn może być bardzo wysoka dynamika zatrudnienia w 1 kwartale 2011, wynikająca z braku odpowiednich procedur pomostowych, ograniczających rejestrowanie oświadczeń pod koniec 2010 roku. W efekcie wielu pracodawców zwlekało do końca roku ze złożeniem wniosku do odpowiedniego urzędu i największy skok dynamiki zatrudnienia miał miejsce w pierwszym kwartale 2011 roku. Innym powodem może być aktualna koniunktura gospodarcza, która w pierwszym kwartale tego roku odnotowała najgorsze wyniki od prawie dwóch lat. Jednocześnie kluczową gałęzią gospodarki, która w tym okresie rozwijała się najdynamiczniej, było budownictwo. Widać to również w wysokości zapotrzebowania na pracę cudzoziemców w tej branży – podmioty z sektora rolnego i budownictwa generują najwięcej wniosków o zamiarze zatrudnienia cudzoziemca – odpowiednio 88 423 i 33 404. O ile zapotrzebowanie na obcokrajowców w rolnictwie spadło o 10 procent, w budownictwie wzrosło o 16 punktów procentowych.

Wyższa efektywność zatrudnienia

Jednocześnie należy zauważyć, że mniejsza liczba zarejestrowanych oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom nie musi przekładać się całkowicie na spadek zainteresowania zatrudnieniem obywateli państw trzecich. Pomimo spadku dynamiki w obszarze zapotrzebowania na cudzoziemców w oparciu o procedurę uproszczoną (oświadczenia), zauważalny jest stabilny wzrost innego kluczowego wskaźnika – liczby rejestrowanych zezwoleń na pracę dla cudzoziemców. W tym przypadku pierwsze półrocze 2012 przyniosło wzrost liczby wniosków o wydanie zezwolenia na pracę w wysokości 13 procent w porównaniu z tym samym okresem 2011 roku. W ciągu pierwszych 6 miesięcy bieżącego roku zarejestrowano w Polsce 21 524 wniosków o zezwolenie, z czego ponad 11 tysięcy przypadało na obywateli Ukrainy. W przypadu tej ostatniej grupy jest to bardzo znaczący wzrost, wynoszący 66 procent w porównaniu do pierwszej połowy 2011, kiedy liczba wniosków o zezwolenie dla Ukraińców wyniosła 6862. Negatywnym aspektem tego wzrostu jest jednak wzrost liczby odmów wydania zezwolenia na pracę, z 218 w pierwszej połowie 2011 do 441 w tym samym okresie 2012 roku.

– „Spadek liczby zarejestrowanych oświadczeń nie jest tożsamy ze spadkiem zainteresowania rekrutacją obcokrajowców.” – wyjaśnia Andrzej Korkus, prezes agencji EWL East West Link. – „Trzeba uwzględnić inne uwarunkowania, w tym ogólną sytuację ekonomiczną, w jakiej Polska się aktualnie znajduje. O stabilności przyrostu zatrudnienia cudzoziemców świadczy w większym stopniu miarodajny wskaźnik liczby zezwoleń na pracę. Zakładając tradycyjnie wyższą dynamikę rejestracji zezwoleń w drugiej połowie roku, można śmiało przyjąć, że w 2012 wzrośnie on o co najmniej 15 procent w porównaniu z rokiem ubiegłym.”

Oznacza to pośrednio wzrost dynamiki zapotrzebowania na pracę obcokrajowców i wzrost efektywności zatrudnienia cudzoziemców z państw objętych uproszczoną procedurą zatrudnienia, gdzie wskaźnik efektywności zatrudnienia oznacza stosunek liczby realnie zatrudnionych cudzoziemców z tych 5 państw do ogólnej liczby zarejestrowanych w danym okresie oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę. Utrzymanie dynamiki wzrostu liczby zezwoleń na pracę i mniejsza liczba oświadczeń mogą również stanowić oznakę zwiększonego zapotrzebowania na wysoko wykwalifikowanych specjalistów z państw trzecich, kosztem zagranicznych pracowników sezonowych.

Wzrost liczby zezwoleń na pracę oznacza także wzrost zadowolenia z pracy wykonywanej przez cudzoziemców objętych procedurą uproszczoną – po upłynięciu przepisowych 6 miesięcy w ciągu roku, coraz więcej pracodawców decyduje się na przedłużenie swoim pracownikom wizy pracowniczej w oparciu o pełne zezwolenie na pracę. Według danych Ministerstwa Pracy za pierwsze półrocze liczba przedłużeń zezwoleń dla obywateli Ukrainy wzrosła o 25% w porównaniu z rokiem poprzednim (o 21% w przypadku wszystkich grup cudzoziemców). Pracownicy z zagranicy mniej rotują, a pracodawcy są skłonni do podtrzymania stosunku pracy z nimi.

Źródło: MPiPS, EWL

Resort finansów chce wprowadzić VAT na dotacje unijne

Mniej pieniędzy w kieszeni podatników, więcej w państwowej kasie. Wszystko za sprawą zmian w ustawie o podatku VAT. Znowelizowane przepisy o podstawie opodatkowania z pozoru powinny zmienić niewiele. Problem w tym, że Ministerstwo Finansów chce rozszerzyć zakres opodatkowania na wszystkie dotacje, subwencje i pomoc unijną – ostrzegają eksperci podatkowi firmy KPMG.

Nowelizacja ustawy o podatku VAT ma wejść w życie 1 stycznia przyszłego roku. Z pozoru zmienia niewiele.

– Jest to niewielka zmiana brzmienia regulacji, które w ten sposób zostaną w sposób pełniejszy dostosowane do przepisów dyrektywy unijnej. Z samego projektu nie wynika jednak, aby mogła ona stanowić podstawę do zmiany obecnie obowiązujących zasad w zakresie ustalania podstawy opodatkowania w związku z otrzymaniem dopłat, subwencji czy dotacji, również tych o charakterze ogólnym – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Andrzej Bernatek, partner w Dziale Podatków firmy doradczej KPMG.

Jak wyjaśnia Ministerstwo Finansów w komunikacie przesłanym Newserii, chodzi o zastąpienie jednego z obowiązujących przepisów o sposobie ustalania podstawy opodatkowania tak, by ściśle odwzorowywał art. 73 unijnej dyrektywy w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej oraz by zmniejszyć wątpliwości podatników w zakresie określania podstawy opodatkowania.

Jednak eksperci wątpliwości mają.

– Niepokoi nas stanowisko ministra finansów wyrażone w uzasadnieniu do tego projektu. Wydaje się, że Ministerstwo Finansów w ten sposób chciałoby istotnie rozszerzyć zakres opodatkowania – tłumaczy Andrzej Bernatek.

Zdaniem eksperta, wydaje się, że Ministerstwu chodzi o objęcie VAT-em wszystkich dotacji, subwencji, funduszy unijnych i innych dopłat, w tym również takich, które mają charakter pomocy ogólnej dla działalności podatników.

– W przepisach obecnie obowiązujących kwoty otrzymanych dotacji mają wpływ na wysokość podstawy opodatkowania wówczas, gdy mają bezpośredni wpływ na cenę (kwotę należną) towarów dostarczanych lub usług świadczonych przez podatnika. W projekcie proponuje się wprowadzenie zamiast sformułowania „bezpośredni wpływ na cenę” sformułowania: „związane bezpośrednio z ceną” – czytamy w uzasadnieniu Ministerstwa Finansów do projektu nowelizacji ustawy.

– Będzie to miało znaczenie np. w przypadku projektów realizowanych ze środków pochodzących z programów pomocowych UE. Obecnie otrzymane kwoty przez beneficjentów w znaczącej większości były traktowane jako „dotacje o charakterze ogólnym”, a zatem nie były uwzględniane w podstawie opodatkowania. Z dniem wejścia w życie proponowanych przepisów, jeżeli finansowanie z tych środków związane jest bezpośrednio z ceną, finansowane w ten sposób czynności będą podlegały opodatkowaniu i powstanie obowiązek rozliczenia podatku od otrzymanych kwot – wyjaśnia ministerstwo.

– Podatnicy skonfrontowani z taką interpretacją tego przepisu, wsparci przez doradców, odwołają się do sądów, a te powinny przychylić się do ich stanowiska w zakresie braku podstaw do opodatkowania VAT dotacji ogólnych – uważa ekspert KPMG.

Tym bardziej, że kwestia ta została już pozytywnie rozstrzygnięta na korzyść podatników przez Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu.

Ministerstwo Finansów zapowiada, że Rada Ministrów ma się zająć projektem zmian w ustawie o podatku VAT jeszcze w tym kwartale.

– Niezależnie od dyskusji na temat podstawy opodatkowania w zakresie dopłat, dotacji czy subwencji, innym zupełnie tematem jest sposób wyliczenia wydatków kwalifikowanych, jako podstawy ubiegania się o pomoc publiczną. Od lat toczy się bowiem dyskusja, czy wydatki takie powinny być kalkulowane jako kwoty brutto czy też netto – mówi Andrzej Bernatek.

Zdaniem ekspertów, jeśli Komisja Europejska zdecyduje, że – inaczej niż jest dziś – podatek VAT nie może być zaliczany do kosztów kwalifikowanych, czyli takich, które dotacją pokrywa Unia Europejską, będzie to oznaczało, że niektórzy beneficjenci, jak samorządy i organizacje pożytku publicznego, będą musieli płacić podatek z własnej kieszeni.

W tym roku upadnie o 60 proc. więcej małych firm niż rok temu

878 firm zakończy działalność w tym roku – prognozuje Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych. W porównaniu z ubiegłym rokiem to 1/5 więcej. Są to głównie duże spółki prawa handlowego, ale coraz częściej na ogłoszenie upadłości decydują się małe, jednoosobowe firmy. Tylko w lipcu upadło 70 przedsiębiorstw.

Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych szacuje, że tempo wzrostu gospodarczego w tym roku obniży się do 2,7 proc., a wskaźnik rentowności obrotu netto firm spadnie do 3,8 proc. Przy takich założeniach, ekonomiści spodziewają się, że w tym roku upadnie więcej przedsiębiorstw niż w 2011.

– Przyrost liczby upadłości firm – w stosunku do tego, co notowaliśmy przed rokiem – nie będzie już tak duży, jak w pierwszej połowie roku. Natomiast mimo wszystko oczekujemy, że firm średnich i dużych upadnie w tym roku 13 proc. więcej niż rok temu, czyli ok. 675 przedsiębiorstw. Tych najmniejszych upadnie około 200 i to będzie około 60-procentowy wzrost – informuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Piotr Soroczyński, główny ekonomista KUKE.

Analitycy twierdzą, że firmy borykają się głównie z problemami finansowymi. Przeterminowane faktury i zatory płatnicze zmuszają do zamknięcia biznesu coraz większą grupę przedsiębiorców. Kłopoty w mniejszym lub większym stopniu dotykają każdej branży: od budownictwa, poligrafii, poprzez hotele, firmy transportowe aż po branżę spożywczą. Wyjątkiem jest tylko sektor farmaceutyczny, w którym od sierpnia 2011 do lipca 2012 roku nie upadła żadna firma.

– Powodów takich problemów może być wiele. Po pierwsze, ktoś mógł nie trafić w biznesplan. Myślał, że interes dopnie, okazało się, że koszty były wyższe, a sprzedaż niższa niż zakładał. Być może ktoś chciał uplasować towar czy usługę do klienta, do którego nie był w stanie dotrzeć. Ale przede wszystkim podstawowym problemem jest to, że mamy zatory płatnicze i firma sama nie otrzymując środków na czas, nie może swoich zobowiązań uregulować – wyjaśnia Piotr Soroczyński.

Z danych KUKE wynika, że w lipcu upadło 70 firm – to wzrost o 2,9 proc. w odniesieniu do poprzedniego miesiąca (68 upadłości) i wzrost o 1,4 proc. w porównaniu do lipca 2011 roku, kiedy upadłość ogłosiło 69 firm.

– Postępowania upadłościowe dotyczą głównie firm dużych i średnich, czyli takich, które prowadzone są jako spółki prawa handlowego. Jednak w tym roku notujemy coraz więcej upadłości firm najmniejszych, tak jakby one coraz chętniej korzystały z tej formy likwidacji działalności. Tutaj przyrosty są bardzo duże w stosunku do roku ubiegłego, ale nadal stanowią one 20-25 proc. wszystkich upadłych firm – tłumaczy przedstawiciel KUKE.

W ostatnim miesiącu najgorzej radziła sobie branża budowlana. Ekonomiści KUKE zwracają uwagę, że w tym przypadku problemem często było niedopasowanie biznes-planu do rzeczywistości oraz zaniżanie cen usług, poniżej kosztów, po to, by zdobyć zamówienie. Prognozy dla budowlanki nie są najlepsze. Z raportu Korporacji wynika, że fala upadłości jeszcze przed nami.

Podobnie jak w turystyce. Zdaniem Piotra Soroczyńskiego kilka przypadków bankructw w lipcu to dopiero początek problemów w branży.

– Myślę, że fala formalnych upadłości w turystyce dopiero nadchodzi. W tej chwili słyszymy o kolejnych składanych wnioskach o upadłość firm, natomiast faktycznie będziemy je widzieli w statystykach za kilka miesięcy, To będzie bardzo poważny problem. Myślę, że w zakresie turystyki w przyszłym sezonie obsługiwać nas będzie znacznie mniej podmiotów niż teraz – prognozuje ekonomista.

Z dużymi problemami mierzy się również branża poligraficzna, gdzie natężenie upadłości w ciągu ostatniego roku wyniosło 3,7 proc., szczególnie w wydawnictwach marketingowych. Zdaniem przedstawiciela KUKE, chociaż wyniki finansowe przedsiębiorstw z tej branży są dobre, duża liczba upadłości to wina małego zróżnicowania świadczonych usług.

– Stosunkowo duża liczba upadłości firm dotyczy najdrobniejszych podmiotów. W momencie, kiedy koniunktura gospodarcza pogarsza się, zmniejsza się liczba zamówień i nie są w stanie zarobić na swój byt. Dzieje się tak, ponieważ firmy te nie są w stanie tego ryzyka rozproszyć przez różne rodzaje działalności – mówi Piotr Soroczyński.

W tym trudnym czasie – według danych KUKE – najlepiej radzą sobie firmy z branży farmaceutycznej, a także producenci samochodów i części do nich (natężenie upadłości wynosi 0,23 proc.), komputerów i wyrobów elektronicznych (0,63 proc.), wyrobów z papierów (0,48 proc.), metali (0,79 proc.) oraz maszyn i urządzeń (0,53 proc.).

Rentowność na rynku wtórnym obligacji 5-letnich najniższa w historii

W piątek (3.08.2012) o godz. 15.30 rentowność obligacji 5-letnich emitowanych w złotych wyniosła 4,25% i osiągnęła najniższy poziom w historii na rynku wtórnym. Poprzednio najniższy poziom miał miejsce 21 września 2005 r. i 28 lutego 2006 r., gdy wynosił 4,28%.

W środę (1.08.2012) rentowność obligacji 5-letnich na rynku pierwotnym osiągnęła najniższy poziom w historii. Natomiast w połowie lipca najniższe rentowności w historii osiągnęły obligacje denominowane w euro, a rentowność obligacji 10-letnich emitowanych w złotych spadła poniżej 5%, osiągając najniższy poziom od marca 2006 r. (w piątek – 4,73%).

Komentarz Ministra Finansów Jacka Rostowskiego:

Inwestorzy doceniają politykę fiskalną prowadzoną przez rząd oraz zdają sobie sprawę, że w kryzysie Polska doznała jednego z najniższych wzrostów zadłużenia w relacji do PKB w całej Unii Europejskiej. Nie dziwię się, że to właśnie rentowność obligacji 5-letnich osiągnęła najniższy poziom. Do końca kadencji parlamentarnej zostały jeszcze ponad 3 lata, a nawet gdyby w 2015 r. do władzy doszła któraś z obecnych partii opozycyjnych i wcieliła w życie swoje nieodpowiedzialne pomysły to i tak w półtora roku nie zdążyłaby popsuć tego, co czego rząd konsekwentnie osiągnął w ciągu dwóch kadencji – stabilnych finansów publicznych.

Kluby Ekstraklasy zarabiają coraz więcej

Kluby Ekstraklasy osiągnęły w ostatnim roku przychody na poziomie ponad 360 mln złotych. Na czele plasuje się Legia Warszawa – z ponad 64 mln zł przychodów. Klub ze stolicy zastąpił Lecha Poznań, który po trzech latach dominacji spadł na trzecie miejsce. Ekstraklasa generuje coraz większe wpływy, ale wciąż daleko jej do europejskich gigantów – wynika z raportu „Piłkarska Liga Finansowa” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

– Na samej górze rankingu są trzy kluby, które mają największe przychody. To jest Legia Warszawa, Wisła Kraków i Lech Poznań – wymienia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Marcin Diakonowicz, partner w Deloitte.

Wpływy Legii Warszawa osiągnęły w ubiegłym roku poziom 64,3 mln zł. W porównaniu z 2010 rokiem to ponad dwukrotny wzrost, który wynika przede wszystkim z udanych występów w europejskich pucharach. Podobnie było w przypadku drugiej w rankingu Wisły Kraków, która poprzedni rok zamknęła przychodami na poziomie ponad 55 mln zł.

Lech Poznań, który nie grał w pucharach UEFA, stracił pozycję lidera rankingu, spadając na trzecie miejsce z przychodami na poziomie 38,7 mln zł. W porównaniu z rokiem 2010 spadły aż o 22 mln zł. Jest to kwota wyższa niż całkowite przychody 10 z 16 klubów piłkarskich Ekstraklasy.

Jak wynika z raportu Deloitte, przychody wszystkich drużyn zwiększyły się w ubiegłym roku w sumie o rekordowe 60 mln zł (do 360 mln zł), czyli o 20 proc. w porównaniu z 2010 rokiem. Wzrosty odnotowano w każdej z trzech kategorii wpływów.

– Po pierwsze, przychody klubów są generowane z tzw. dnia meczu, czyli ze sprzedaży biletów, z cateringu. Drugą kategorią przychodów są te z transmisji telewizyjnych, gdzie wliczamy także pieniądze otrzymane z UEFA z pucharów. Trzecia kategoria to przychody komercyjne, czyli np. umowy sponsoringowe. W przypadku polskich klubów to największa, bo stanowiąca 46 proc., pula przychodów – mówi Marcin Diakonowicz.

W ubiegłym roku przychody z drugiej kategorii wzrosły o 20 mln zł, a z dnia meczu – o 10 mln zł.

Zdaniem Marcina Diakonowicza, partnera w Deloitte, polskie drużyny mają szansę, by podtrzymać w najbliższym czasie rosnący trend. Poprawa wyników sportowych jest podstawowym wyzwaniem, ale nie jedynym.

– To są elementy, które razem powinny zaistnieć. Z jednej strony wynik sportowy, z drugiej niezbędna infrastruktura, ale myślę, że najważniejsze oprócz wyniku, to jest to, żeby kluby zaczęły traktować sport, jako biznes – mówi ekspert Deloitte.

Nowe stadiony i obiekty sportowe, a także sukces organizacyjny czerwcowego Euro 2012 mogą przyczynić się do jeszcze większej popularyzacji piłki nożnej w kraju.

– Do tej pory chodzenie na mecze nie było popularne. Teraz to wszystko się zmienia. W związku z tym, że mamy nową infrastrukturę, na mecze przychodzą rodziny z dziećmi i jest coraz większa frekwencja. To oczywiście dokładnie wpływa na przychody z transmisji czy z dnia meczu – zauważa Marcin Diakonowicz.

W ubiegłym sezonie frekwencja na meczach wzrosła o 4 proc. i sięgnęła 8,8 tys. osób.

Jak podkreśla ekspert, rodzima Ekstraklasa, ani pod względem frekwencji, ani pod względem przychodów, nie może się jeszcze porównywać z ligami europejskimi, nawet z tymi mniejszymi, jak z austriacką, szkocką czy belgijską. Holenderska Eredivisie osiągnęła wpływy pięciokrotnie wyższe niż najwyższa klasa rozgrywek w Polsce.

– Na razie w porównaniu do krajów, gdzie ligi są bardzo rozwinięte, jak Niemcy, Anglia, Włochy, Hiszpania, przychody naszej Ekstraklasy są bardzo niskie. Stanowią mniej niż 10 proc., ok. jednej dwunastej przychodów klubów z największych krajów – mówi partner w Deloitte.

W polskiej Ekstraklasie poprawił się stosunek wydatków na wynagrodzenia i osiąganych przychodów. Jest to średnio 68 proc., czyli poniżej poziomu ostrzegawczego. To głównie efekt wyższych wzrostów przychodów niż podwyżek płac.

– W tym roku po raz pierwszy osiągnięto taki pułap, który się określa „zdrowymi” finansami, czyli poniżej 70 proc. W latach poprzednich wskaźnik ten wynosił 85-90 proc. To była sytuacja niezdrowa, kiedy praktycznie wszystkie pieniądze przeznaczano na wynagrodzenia – podkreśla Marcin Diakonowicz.

Z raportu Deloitte wynika, że najmniej „zdrowa” sytuacja jest w zespołach Korony Kielce i Cracovii, gdzie wskaźnik ten przekracza 100 proc. – odpowiednio 106 proc. i 130 proc.

Według eksperta firmy doradczej, polskie kluby piłkarskie muszą zacząć myśleć o sobie jako o przedsiębiorstwach. To oznacza potrzebę maksymalizacji przychodów i szukania nowych wpływów.

– Tendencją idealną byłoby, gdyby przychody z dnia meczu i z transmisji były jak największe, a w ramach przychodów komercyjnych, żeby umowy nie były podpisywane tylko z jednym sponsorem, żeby klub szukał innych przychodów, np. w postaci sklepów z gadżetami rozsianych po całym kraju, w postaci własnej telewizji, w postaci szkółek futbolowych – mówi Marcin Diakonowicz. – Jest już kilka klubów, które zaczęły taką strategię realizować.

Tegoroczny raport „Piłkarska Liga Finansowa” firmy Deloitte to już szósta edycja. W rankingu wzięły udział wszystkie kluby, które grały w Ekstraklasie w sezonie 2011/2012.

Polacy oddają państwu 1/4 pensji

25 proc. naszej comiesięcznej pensji oddajemy państwu. Głównym obciążeniem naszych dochodów są podatek PIT oraz składka na ubezpieczenie społeczne – wynika z raportu PwC „Opodatkowanie osób fizycznych w Unii Europejskiej”. Nie odbiegamy w tym zakresie od europejskiej średniej. Najwięcej pieniędzy zostaje w kieszeni m.in. Cypryjczyków, Maltańczyków i Słowaków, gdzie podatki są najniższe.

Autorzy raportu przeanalizowali obciążenia podatkowe podatników we wszystkich krajach Unii Europejskiej.

W Polsce średnia pensja po odliczeniu obciążeń podatkowych i składek ubezpieczeniowych wynosi dziś około 75 procent i jest niemal zbieżna z unijną średnią (76 proc.). Lwią część naszych pensji wciąż pochłaniają składki na ubezpieczenie społeczne – 13 procent. Więcej od nas oddają na ten cel Francuzi, Estończycy i Czesi. Najniższe składki w Europie są w Danii.

Na podatek dochodowy od osób fizycznych (PIT) idzie z naszych pensji ok. 11 proc.

– Kraje, które pozwalają swoim obywatelom na zachowanie największej kwoty pensji netto, czyli tego, co otrzymujemy na rękę, to są Cypr i Malta – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Joanna Narkiewicz–Tarłowska, starszy menadżer w dziale prawno-podatkowym PwC. – To są także kraje z podatkiem liniowym, czyli Słowacja, Czechy, Bułgaria, Rumunia, Litwa, Łotwa i Estonia.

W portfelu podatników z tych krajów zostaje około 80 proc. ich comiesięcznego wynagrodzenia. Co warto zaznaczyć, przeciętne wynagrodzenie netto osób zarabiających średnią krajową w krajach, które wprowadziły podatek liniowy jest wyższe – o 5 procent – od średniej, notowanej w krajach z tradycyjną skalą podatkową. W pierwszym przypadku jest to 79 proc., w drugim – 74 proc..

– Podatek liniowy jest z pewnością bardziej korzystny dla podatników, bo wraz ze wzrostem wynagrodzenia wzrasta stawka podatkowa i osoby o wyższych dochodach, które inwestują, prowadzą działalność gospodarczą mogą korzystać z tych niższych stawek – tłumaczy ekspertka PwC.

Z drugiej strony, podatek liniowy może zmniejszyć wpływy do budżetu państwa.

– Wiemy, że np. kraje takie jak Rumunia i Słowacja przymierzają się do zmiany tego modelu na system progresywny w związku z obecną trudną sytuacją gospodarczą – zaznacza Joanna Narkiewicz–Tarłowska.

Wyniki tegorocznego badania zbliżone są do ubiegłorocznych rezultatów. Zmiany w systemach podatkowych wprowadziło kilka państw.

– Węgry na przykład wprowadziły 16-procentowy podatek liniowy i ulgi prorodzinne. Dzięki temu osoby posiadające rodziny, korzystając ze wspólnych rozliczeń z małżonkiem, osiągają wyższe pensje netto. W podobnym kierunku poszła Szwecja, gdzie również daje się zauważyć nieznaczny wzrost wynagrodzeń – wymienia ekspertka.

Można się jednak spodziewać, że dalsza dekoniunktura i idące w ślad za nią problemy budżetowe zmuszą niektóre europejskie rządy do zwiększenia obciążeń podatkowych. Zapowiadają to m.in. Czesi, Portugalczycy i Włosi. Wyjątkiem pod tym względem jest Łotwa, która zamierza obniżyć podatki w najbliższym czasie o 5 pkt procentowych.

W kierunku zwiększania obciążeń poszła już balansująca na granicy bankructwa Grecja. Wprowadziła tzw. podatek solidarnościowy, płacony przez najlepiej zarabiających, co spowodowało, że pensja netto w ujęciu procentowym do pensji brutto spadła.

– W pewnym stopniu kryzys oddziałuje na wynagrodzenia w sensie nominalnym, czyli zarabiamy kwotowo mniej – przyznaje Joanna Narkiewicz–Tarłowska z PwC.

Podobne zjawisko udało się zauważyć w Luksemburgu, który w związku z problemami budżetowymi wprowadził tzw. podatek kryzysowy. Ten jednak w pewnym stopniu został zrekompensowany ulgami prorodzinnymi.

Nie tylko Luksemburg traktuje rodziny w sposób uprzywilejowany. Ulgi rodzinne, możliwość wspólnego rozliczania się z małżonkiem albo z dzieckiem oraz całe prorodzinne systemy odliczeń stosowane są w całej Unii Europejskiej.

– Kraj, który w najbardziej korzystny sposób traktuje rodziny to Francja, która ma specjalny system podziału dochodów przez wszystkich członków rodziny, nie tylko przez małżonków. Podobnie Republika Czeska – wymienia Joanna Narkiewicz–Tarłowska.

Z analiz, przeprowadzonych przez specjalistów PwC wynika, że na zastosowaniu ulg rodzinnych podatnik zyskuje średnio 15 proc. średnich zarobków.

Najczęstszymi sprawcami kradzieży danych są pracownicy

Jak wynika z najnowszego badania firmy doradczej KPMG, 84% przedsiębiorstw postrzega kradzież danych jako istotne zagrożenie dla ich działalności, a 51% spodziewa się, że ryzyko kradzieży danych wzrośnie w ciągu najbliższych trzech lat. Jako sprawców kradzieży danych najczęściej wskazuje się pracowników firmy (64%), a zwłaszcza menedżerów średniego szczebla. Badanie KPMG pokazuje, że pomimo świadomości dużego zagrożenia, środki bezpieczeństwa stosowane w firmach nie są zadowalające, a kwestii ochrony danych wciąż nie poświęca się należytej uwagi.

W celu sprawdzenia, jak postrzegane jest przez przedsiębiorstwa ryzyko kradzieży danych i jakie działania są podejmowane, aby wyeliminować to zagrożenie, Zespół doradczy ds. zarządzania ryzykiem nadużyć w KPMG przeprowadził badanie wśród firm działających na rynku dóbr konsumpcyjnych i w handlu w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Okazuje się, że znaczna większość respondentów badania (84%) uważa kradzież danych za istotne zagrożenie dla własnej działalności, a 39% uważa, że ryzyko kradzieży danych wzrosło w ciągu ostatnich trzech lat. Stosunkowo niewielka liczba przedsiębiorstw przyznała, że padła ofiarą kradzieży danych: tylko 9% z nich wskazało, że posiadali informacje na temat potwierdzonych przypadków kradzieży danych, a 18% wiedziało o przypadkach podejrzenia kradzieży w ciągu ostatnich trzech lat. 52% respondentów prognozuje zaś, że ryzyko kradzieży danych wzrośnie w ciągu najbliższych trzech lat.

Niewielka liczba zgłoszonych przypadków naruszenia bezpieczeństwa danych może oznaczać, że respondenci faktycznie nie zostali dotknięci tym problem, ale również, co jest prawdopodobne, że nie byli skłonni do ujawniania takich przypadków albo, że badane firmy padły ofiarą kradzieży danych, które nie zostały wykryte. Niezależnie od rzeczywistej liczby przypadków kradzieży, z badania jasno wynika, że respondenci postrzegają to zagrożenie jako bardzo istotne – mówi Krzysztof Radziwon, Partner w dziale usług doradczych KPMG.

Chociaż większość relacji dotyczących kradzieży danych koncentruje się na zagrożeniu stwarzanym przez intruzów zewnętrznych, to 64% respondentów badania uznaje, że to pracownicy mogą być najczęstszymi sprawcami kradzieży. W szczególności wymienia się tu menedżerów średniego szczebla, którzy mają szerszy dostęp do kluczowych danych niż pracownicy na niższych stanowiskach.

Jak wynika z badania KPMG, drugim najbardziej prawdopodobnym sprawcą kradzieży danych są konkurencyjne firmy (45%), które mogą odczuwać pokusę uzyskania poufnych danych od pracowników swoich rywali dla uzyskania przewagi rynkowej. Informacje mogą dotyczyć produktów, planów marketingowych, cen i kampanii promocyjnych, specyfikacji produkcyjnych, danych na temat dostawców i klientów, a także planów i strategii biznesowych. Tego typu informacje są zazwyczaj dostępne dla pracowników w czasie wykonywania przez nich normalnych czynności służbowych, przez co mogą stanowić cel szpiegostwa korporacyjnego, prowadzonego przez firmę będącą w zmowie z pracownikami i menedżerami konkurenta.

Zapobieganie ryzyku kradzieży danych przez pracowników firmy wymaga bardziej złożonego podejścia niż w przypadku zagrożeń z innych potencjalnych źródeł. Występują tu bowiem przeciwstawne tendencje, związane z jednej strony z koniecznością udostępniania pracownikom informacji, których potrzebują do wykonywania swej pracy, a z drugiej z ochroną informacji przed ich nieprawidłowym wykorzystaniem
– zauważa Krzysztof Radziwon, Partner w dziale usług doradczych KPMG.

Używanie przenośnych pamięci USB największym ryzykiem
Jak wynika z badania KPMG, jako najbardziej prawdopodobny sposób kradzieży respondenci postrzegają wynoszenie danych na przenośnych nośnikach informacji (61%). Pomimo to, zaledwie 45% badanych podmiotów stosuje oprogramowanie ochronne stacji roboczych w celu zminimalizowania stosowania nośników przenośnych, a zaledwie 16% monitoruje stosowanie takich nośników. Przeważająca większość respondentów wskazuje, że ich firmy stosują zabezpieczenia przed zagrożeniem z zewnątrz – powszechnie używane są programy antywirusowe, zapory ogniowe oraz zabezpieczenia przed złośliwym oprogramowaniem. Z drugiej jednak strony brakuje stosownych środków ochronnych przed zagrożeniami z wewnątrz.

Jedną z branż, która podejmuje udane wysiłki na rzecz zmniejszenia zagrożeń wynikających ze stosowania przenośnych nośników danych jest sektor usług finansowych, a zwłaszcza banki. Takie metody, jak szyfrowanie nośników danych, odłączanie napędów CD/DVD w stacjach roboczych oraz laptopach czy ograniczenie dostępu do sieci dla smartfonów są wciąż rozwijane i stanowią skuteczne zabezpieczenie zapobiegające kradzieży danych
– komentuje Marcin Izbicki, Executive Consultant w Zespole ds. zarządzania ryzykiem nadużyć KPMG.

Dane dotyczące strategii firmy oraz planowania najbardziej narażone na kradzież
Dane dotyczące strategii firmy oraz planowania zostały uznane za najbardziej narażone na kradzież spośród różnych typów informacji. Dodatkowo, firmy działające na rynkach dóbr konsumpcyjnych, poza sprzedawcami detalicznymi, uznały, że zagrożone są również informacje o procesach biznesowych.

Można wyróżnić dwie przyczyny, które powodują, że takie właśnie dane uznawane są za narażone na najwyższe ryzyko: po pierwsze informacje tego typu są postrzegane jako niezwykle cenne dla konkurentów lub partnerów danej firmy, a po drugie dane te nie podlegają tak ścisłej kontroli, jak informacje przechowywane w bardziej ustrukturyzowanych formach, na przykład w systemach ERP
– mówi Krzysztof Radziwon, Partner w dziale usług doradczych KPMG.

Jak wykazało badanie KPMG, producenci działający na rynku dóbr konsumpcyjnych oraz firmy spożywcze są bardziej zaniepokojone działaniami po stronie klientów, natomiast sprzedawcy detaliczni zwracają większą uwagę na działania po stronie dostawców. Jest to spójne ze zwiększonym zaangażowaniem władz antymonopolowych w badanie restrykcyjnych praktyk handlowych oraz z licznymi postępowaniami w związku z nadużywaniem dominującej pozycji na rynku.

Zarządzanie ryzykiem w firmach
Chociaż większość respondentów badania wskazała, że dokonuje oceny ryzyka kradzieży danych w swoich firmach, to wydaje się, iż możliwe są dalsze ulepszenia w tym zakresie. Większość badanych (59%) dokonuje oceny ryzyka nieformalnie i poza procedurami, a połowa z nich czyni to sporadycznie. Jedynie 11% badanych wskazało na korzystanie z usług doradców zewnętrznych, zaś większa liczba respondentów korzysta z usług niezależnych doradców w celu przeprowadzenia testów penetracyjnych (36%) czy w celu dokonania regularnych audytów środków bezpieczeństwa i ochrony danych (43%).

Wyniki badania KPMG odzwierciedlają ogólną tendencję niedoceniania kwestii kradzieży danych. Z jednej strony zjawisko to jest traktowane jako duże zagrożenie, z drugiej zaś nie poświęca się temu należytej uwagi. Ocena ryzyka zgodnie z procedurami i przeprowadzana regularnie lub w sposób ciągły może przynieść firmom znaczące korzyści i pozwolić szybko zidentyfikować zagrożenia
– mówi Marcin Izbicki, Executive Consultant w Zespole ds. zarządzania ryzykiem nadużyć KPMG.

Ministrowie walczą między sobą o pieniądze z handlu emisjami CO2

W rządzie trwa spór o to, na co przeznaczyć pieniądze, które Polska otrzyma ze sprzedaży uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Stawka toczy się o ok. 27 mld zł. Minister finansów chce załatać nimi dziurę budżetową, natomiast szef resortu gospodarki chciałby przeznaczyć je na modernizację sektora energetycznego.

– Nie dziwimy się, że minister finansów, który ma swoje problemy, zadania konstytucyjne, jeśli widzi pokaźną pulę pieniędzy, chciałby z niej skorzystać. To jest naturalny sposób znalezienia źródła finansowania swoich zadań. Myślę, że to nie jest spór, to są negocjacje. I z nich wyjdzie coś dobrego, zarówno dla energetyki, jak i dla budżetu państwa – przekonuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Andrzej Czerwiński, wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Gospodarki.

Od 2013 do 2020 roku polski budżet ma zasilić ponad 27 mld zł. A może i więcej.

– Wiele będzie zależało od tego, ile ostatecznie będą kosztowały pozwolenia na emisję dwutlenku węgla. Dziś mówimy o 6-7 euro za tonę CO2, ale wkrótce stawki mogą wzrosnąć nawet do dwudziestu kilku euro – mówi Andrzej Czerwiński.

Zgodnie z unijną dyrektywą dotyczącą wspólnotowego systemu handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych, od przyszłego roku cześć z tych uprawnień będzie można sprzedawać na aukcji. Do tego czasu każde państwo Unii Europejskiej musi wprowadzić przepisy dyrektywy do swojego prawodawstwa. Decyzja w sprawie podziału środków musi zapaść w tym terminie.

Jak przekonuje poseł Andrzej Czerwiński, nie ma przeszkód, by tak się stało w przypadku Polski. Prace dotyczące trójpaku energetycznego – ustaw regulujących rynek energetyczny – są już na ukończeniu. Tu znajdą się zapisy o tym, na co zostaną przeznaczone fundusze z handlu emisjami. Jeszcze nie zapadła decyzja, jak zostaną rozdysponowane.

– Pieniądze powinny być zachowane w sferze energetycznej. Poddając ten sektor modernizacji uzyskujemy pewien efekt, również środowiskowy, podnosi się sprawność spalania, zmniejsza się emisje. Jeśli porównujemy naszą energetykę z tą europejską, to jest ona trochę zacofana pod względem inwestycyjnym. Aby więc nie obciążać obywateli, odbiorców energii, dodatkowym kosztem modernizacji, te pieniądze powinny być w dużej części skierowane na ten cel – uważa Andrzej Czerwiński.

Zgodnie z unijnymi wytycznymi, co najmniej 50 proc. dochodów ze sprzedaży uprawnień na aukcji ma być przeznaczane na unowocześnienie energetyki, m.in. na rozwój odnawialnych źródeł energii, zapobieganie wylesianiu czy finansowanie badań dotyczących redukcji emisji.

Polskie firmy płacą faktury z coraz większym opóźnieniem

Spowolnienie gospodarcze, spadek konsumpcji i co za tym idzie również zahamowanie produkcji, przekłada się na kondycję polskich firm. Liczba bankructw rośnie z kwartału na kwartał, a przedsiębiorcy mają coraz większe problemy z terminowym regulowaniem swoich płatności. Teraz trwa to średnio tydzień dłużej niż jeszcze przed kilkoma miesiącami.

Z danych Euler Hermes wynika, że w I półroczu tego roku liczba bankructw wśród polskich firm wzrosła o 20 proc. – w tym najwięcej w budownictwie (wzrost o 45 proc.; głównie w woj. mazowieckim). Prognozy dotyczące II połowy roku nie napawają optymizmem. Polska gospodarka wchodzi w etap stagnacji, co w ocenie analityków, może oznaczać kłopoty dla kolejnych firm.

– Żeby przełamać trend słabnącej kondycji niektórych sektorów przedsiębiorstw, gospodarka powinna notować przynajmniej 5-6 proc. wzrost PKB w skali roku. Wtedy liczba upadłości spada, co jest pochodną kondycji gospodarki. Gdy rozwija się w tempie około 3 proc., cała gospodarka ma się jeszcze w miarę nieźle, natomiast są już te sygnały alarmowe z niektórych branż, w których przepływy pieniężne są zbyt niskie – ocenia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria analityk Euler Hermes Grzegorz Błachnio.

Niepokojące dane dobiegają również z takich gałęzi gospodarki jak produkcja czy handel. Wiele firm odnotowuje spadki popytu. A to przekłada się na spłatę zaciągniętych zobowiązań pod inwestycje. Zdaniem analityków niebezpiecznie wydłuża się okres spłaty zobowiązań.

– Polska wypada lepiej pod kątem płatności między przedsiębiorstwami niż kraje Europy Zachodniej. Ale lepiej było trzy lata temu. Teraz termin płatności wydłużył się o tydzień, czyli jednak widać, że dopływ gotówki na rynek jest mniejszy. Instytucje finansujące są bardziej restrykcyjne, a firmy świadomie mniej inwestują – twierdzi Błachnio.

Prognozy dotyczące 2013 roku również nie dają wielkich nadziei na poprawę sytuacji. Zdaniem analityków globalna gospodarka będzie w stanie stagnacji, a w niektórych krajach należy spodziewać się recesji. Eksperci Euler Hermes twierdzą, że w Polsce problemy budownictwa przełożą się na całą gospodarkę i termin płatności firm może wydłużyć się o kolejnych kilka dni.

– O tym nie decyduje tylko budownictwo, ale także pewne zmiany, np. większa koncentracja w dystrybucji artykułów konsumpcyjnych, czyli żywności czy chemikaliów, a w związku z tym wypadanie z rynku niezależnych hurtowni i sklepów. To w pewnym stopniu wpłynie na powstające zaległości płatnicze tych firm, które upadły i może nałożyć się na to jeszcze minimalne wydłużenie terminu płatności – prognozuje analityk Euler Hermes.

Dłuższe terminy płatności niż polskie firmy mają przedsiębiorcy np. z Francji i Beneluksu. Jak wyjaśnia Grzegorz Błachnio, wiąże się to z modelem funkcjonowania naszych przedsiębiorstw. Wiele polskich firm opiera działalność i rozwój o środki własne, a to właśnie ogromne kredyty są dziś balastem ciągnącym firmy na dno.

Problemy na rynkach zachodnioeuropejskich mogą odbić się również na kondycji polskich firm. Główny wpływ dotyczy spadku eksportu. A to w połączeniu ze słabnącym popytem wewnętrznym – bo konsumenci w obawie przed trudnymi czasami liczą każdy grosz – i spadającą produkcją może zahamować wzrost PKB w najbliższych kwartałach.

Deweloperzy pod kontrolą

Rynek mieszkaniowy wyhamowuje. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w czerwcu liczba wydanych pozwoleń na budowę domów mieszkalnych spadła o 3 proc. w porównaniu do maja, a liczba rozpoczętych budów – o ponad 14 procent. Dodatkowo deweloperzy mają problemy z ustawą deweloperską, która weszła w życie pod koniec kwietnia. – To może spowodować, że firmy będą zamykać swoją działalność – prognozuje Jacek Bielecki, prezes Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Ustawa nałożyła na deweloperów m.in. obowiązek prowadzenia rachunków powierniczych, na których klient deponuje środki, przeznaczone na zakup nieruchomości. Prowadzone przez banki rachunki gwarantują klientom zwrot pieniędzy na daną inwestycję w przypadku upadłości dewelopera. W zależności od rodzaju rachunku, deweloper otrzymuje transze pieniędzy po ukończeniu kolejnych etapów budowy lub po jej zupełnym ukończeniu.

Firmy deweloperskie muszą również sporządzać prospekty informacyjne poszczególnych nieruchomości ze szczegółowymi danymi o samej inwestycji, ale i o spółce oraz jej sytuacji finansowej i prawnej.

Nowe obowiązki oznaczają przede wszystkim dodatkowe koszty dla firm.

– Ta ustawa kreuje kolejne ryzyka po stronie dewelopera i myślę, że wiele mniejszych firm będzie musiało zrezygnować z działalności albo przeniesie się w inne branże ze względu na zwiększone koszty i zwiększone ryzyko prowadzenia działalności deweloperskiej – zauważa Jacek Bielecki w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

To spowoduje, że rynek deweloperski może się skurczyć.

– Spodziewam się ograniczenia liczby podmiotów działających na tym rynku. Podkreślam jednak, że w wyniku upadłości albo przejęć, bo takich procesów, na razie przynajmniej, nie widać w perspektywie najbliższych miesięcy – twierdzi prezes Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Jego zdaniem, tylko największe podmioty będą w stanie poradzić sobie ze zobowiązaniami nałożonymi przez ustawodawcę. Z rynku mogą zniknąć małe i średnie firmy. W ten sposób ustawa, która miała chronić interesy klientów, kupujących mieszkania, może ograniczyć ich możliwości wyboru.

– To wcale nie jest dobre dla rynku – mówi Jacek Bielecki. – Niedoskonałość tej ustawy i kreowanie przez nią nowych obciążeń finansowych i ryzyka grozi tym małym i średnim deweloperom. Duzi sobie zawsze poradzą finansowo i z ryzykiem. Oni zatrudniają sztab prawników, którzy zawsze, z każdej sytuacji potrafią znaleźć cztery wyjścia.

Prezydent podpisał specustawę drogową

Prezydent Bronisław Komorowski podpisał ustawę, która umożliwi wypłacanie zaległych należności podwykonawcom za pracę zrealizowane m.in. przy budowie autostrad. Jednocześnie zapowiada, że niektóre przepisy skieruje do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli następczej.

– Prezydent nie kieruje ustawy w całości, ale tylko w tym zakresie, w jakim powoduje ona nierówność podmiotów wobec prawa, w szczególności eliminując możliwość dochodzenia roszczeń ze strony dużych wykonawców oraz dostawców materiałów budowlanych dla podwykonawców – mówi Olgierd Dziekoński, minister w Kancelarii Prezydenta.

Przepisy ustawy umożliwią wypłacenie pieniędzy podwykonawcom, którzy nie otrzymali zapłaty za swoje prace od generalnych wykonawców, działających na zlecenie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

– Prezydent uznał, że ustawa, która rozwiązuje istotne problemy podwykonawców oraz dostawców materiałów budowlanych, pozwoli im wybrnąć z bardzo trudnej sytuacji, kiedy generalni wykonawcy nie przekazują im środków finansowych – informuje Olgierd Dziekoński w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Wątpliwości prezydenta budził przede wszystkim fakt, że przepisy ustawy dotyczą tylko mikro-, małych i średnich firm. O tym, że ustawa może dyskryminować duże podmioty, co godzi w konstytucyjną zasadę równości, mówili w czasie konsultacji społecznych również eksperci i przedsiębiorcy, również z branży budowlanej.

– Prezydent nie kieruje ustawy w całości, ale tylko w tym zakresie, w jakim powoduje ona nierówność podmiotów wobec prawa, w szczególności eliminując możliwość dochodzenia roszczeń ze strony dużych wykonawców oraz dostawców materiałów budowlanych dla podwykonawców – wyjaśnia Olgierd Dziekoński. – Selektywne skierowanie do TK pozwoli usunąć braki tej ustawy, które powstały w trakcie procesu legislacyjnego.

Prezydencki minister tłumaczy, że decyzja została podjęta po przeprowadzeniu licznych ocen nowych przepisów, również pod względem konstytucyjności ustawy.

– Jednocześnie prezydent kierując ustawę do Trybunału, wyraża przekonanie, że rząd powinien usprawnić procesy inwestycyjne w sferze realizacji infrastruktury publicznej w ramach istniejącego prawa. Ta praktyka zarządcza powinna być usprawniona – podkreśla Olgierd Dziekoński.
To może oznaczać np. konieczność zmiany ustawy Prawo zamówień publicznych czy też ustawy o dyscyplinie finansów publicznych.

Zgodnie z podpisaną ustawą, o należne im pieniądze będą mogły ubiegać się firmy, które nie dostały wynagrodzeń z powodu niewypłacalności czy upadłości wykonawców. Również w przypadku, gdy zaleganie z płatnościami lub ogłoszenie upadłości miało miejsce przed wejściem w życie ustawy.

– Roszczenia mogą być zrealizowane tylko do wysokości gwarancji dobrego wykonania budowy, zaproponowanych przez generalnych wykonawców budowy – z reguły to jest ok. 10 proc. wartości kontraktu. Dodatkowo zakłada również, że prawo do tych roszczeń mogą mieć ci podwykonawcy i dostawcy, którzy podsiadają prawomocny wyrok sądowy, określający ich roszczenia wobec generalnego wykonawcy oraz ci, którzy zostali uznani jako uprawnieni wierzyciele w procesie bankructwa firm – wyjaśnia prezydencki minister.

Oprócz wyroku sądowego, roszczeniobiorcy będą musieli udowodnić, że sami nie zalegają z płatnościami u swoich podwykonawców i dostawców.

– Pieniądze będą wypłacane przez GDDKiA po przeprowadzeniu publicznego wezwania do zgłoszenia się ze strony tych, którzy uważają, że takie roszczenia mają. Lista potencjalnych roszczeniobiorców będzie zweryfikowana z wielkością dostępnych środków, wynikającą z tej puli gwarancji – tłumaczy Olgierd Dziekoński.

Pieniądze na ten cel będą pochodziły z Krajowego Funduszu Drogowego, a następnie GDDKiA będzie występowała z roszczeniem wobec generalnego wykonawcy.

Projekt ustawy przygotował resort transportu w reakcji na złą sytuację podwykonawców budujących autostrady, którym generalni wykonawcy przestali płacić za wykonane roboty. Na początku lipca ustawa została przyjęta przez parlament.

Mark Jung w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte Polska

Pochodzący z Kanady, Mark Jung posiada prawie dwudziestoletnie doświadczenie, w tym dwanaście lat pracy w Polsce i dwa lata w Japonii dla jednej z firm z Wielkiej Czwórki. Podczas tego czasu zdobył bogate doświadczenie w świadczeniu usług z zakresu doradztwa transakcyjnego po stronie kupującego, jak i po stronie sprzedającego. Posiada szeroką wiedzę z zakresu analiz due diligence, umów kupna-sprzedaży oraz wsparcia negocjacyjnego dla funduszy private equity i strategicznych klientów z różnych sektorów. Ma również doświadczenie w zakresie audytu śledczego i zwalczaniu korupcji. Mark Jung posiada kanadyjski tytuł biegłego rewidenta i włada kilkoma językami, w tym językiem polskim.

„Polski rynek docenia Marka jako wybitnego specjalistę w dziedzinie transakcji, posiadającego bogate doświadczenie i cieszącego się doskonałą opinią. Jego energia, entuzjazm i bogate doświadczenie niezwykle wzbogaciły zespół Doradztwa Finansowego Deloitte” – powiedział Marek Metrycki, Partner Zarządzający Deloitte w Polsce.

Polacy mają zaufanie do banków… ale coraz mniejsze

Z drugiego Światowego Badania Klientów Banków Detalicznych wynika, że Polacy w wyniku trudnej sytuacji gospodarczej strefy Euro ufają bankom ostrożniej niż przed rokiem, ale i tak chętniej niż reszta Europejczyków. Zdaniem konsumentów w polskich bankach wciąż „kuleje” obsługa klienta.

39% klientów banków w Polsce przyznaje, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy spadło ich zaufanie do sektora bankowego. Jest to… drugi najniższy wskaźnik spadku zaufania w Unii Europejskiej (po Czechach, gdzie wyniósł on 36%). Dla porównania aż 59% Niemców, 65% Brytyjczyków i 72% Włochów ufa bankom mniej niż przed rokiem. Jednocześnie najwięcej w Europie, bo aż 11% klientów w Polsce przyznało, że ich zaufanie do banków wzrosło. Takiego samego zdania jest tylko 5% Niemców, 3% Holendrów i 2% Portugalczyków.

Wśród przyczyn spadku zaufania do banków Polacy najczęściej wymieniają powody makroekonomiczne (np. zmienność na rynkach finansowych, strach przed recesją) – tak twierdzi 58% badanych. Na drugim miejscu znalazło się niezadowolenie z jakości obsługi, doradztwa i oferowanych produktów, o którym wspomniało aż 47% ankietowanych – najwięcej w Europie (ex aequo z Hiszpanią). Wzrost poziomu niezadowolenia z polityki banków dotyczącej wynagradzania kadry zarządzającej w porównaniu z rokiem poprzednim można tłumaczyć docierającymi do polskich konsumentów informacjami o wypłatach wysokich premii w europejskich bankach mimo ich złych wyników finansowych oraz mimo dofinansowywania z budżetów państw. Kategorię tę, jako przyczynę spadku zaufania do banków, wskazało aż 80% Brytyjczyków i 77% Holendrów.

– Jak pokazują wyniki badania, trudna sytuacja, w której znalazła się strefa Euro, nie pozostała bez wpływu na polskiego konsumenta usług bankowych. Można jednak powiedzieć, że w porównaniu z innymi krajami europejskimi Polacy wprost „tryskają optymizmem”. To potwierdza, że polskie banki i regulator względnie dobrze radzą sobie z niepewnością na międzynarodowych rynkach finansowych. Warto też zauważyć, że w Europie średnio 55% klientów banków detalicznych przyznało, że ich zaufanie do sektora bankowego spadło. To aż o 16 pp. więcej niż w Polsce – komentuje wyniki badania Iwona Kozera, Partner Zarządzający Grupą Rynków Finansowych w Ernst & Young.

– Jednocześnie musi zastanawiać fakt, że prawie połowa ankietowanych Polaków jako przyczynę spadku zaufania do sektora bankowego podaje niską jakość obsługi klienta. Z naszego badania wyraźnie widać, że w czasie niepewności na rynkach opłaca się inwestować w jakość kontaktu z klientem i nie dotyczy to wyłącznie sektora finansowego – dodaje Iwona Kozera.

Wśród tych polskich klientów, którzy stwierdzili, że ich zaufanie do banków wzrosło, prawie 70% jako przyczynę takiego stanu rzeczy wskazało to, iż poprawił się sposób komunikacji banku z klientem i szeroko pojęta jakość obsługi.

Zmienić bank? Tak. Za namową znajomego

Badanie Ernst & Young pokazało także kto jest w stanie wywierać największy wpływ na decyzje zakupowe klientów banków detalicznych. Na pytanie o to, z jakich źródeł Polacy najchętniej skorzystaliby, gdyby mieli zasięgnąć informacji przed ewentualną zmianą głównego banku, aż 72% ankietowanych wskazało rodzinę i znajomych. Co ciekawe 70% skorzystałoby w tym celu z Internetu. Nieco ponad połowa zaufałaby doradcom finansowym, a tylko 39% podjęłoby decyzję o zmianie pod wpływem reklamy. Znajomi oraz Internet byli również najczęstszymi wskazaniami ankietowanych w odpowiedziach na pytania o źródła informacji dotyczące nowych produktów bankowych i produktów mogących konkurować z tymi, które klienci posiadają też w innych bankach.

– To, że znajomi i rodzina są dla klientów najważniejszymi źródłami informacji nie powinno dziwić i jednocześnie potwierdza tezę o tym, że bankom opłaci się praca nad poprawą obsługi klienta. Posiadanie miliona klientów przez bank oznacza milion źródeł informacji o nim samym – zauważa Piotr Frankowski, Menedżer w Grupie Rynków Finansowych Ernst & Young. – W deklaracjach klientów zwraca uwagę także niewielkie zaufanie do reklamy tradycyjnej. Z perspektywy banków warto zatem rozważyć nie tyle sens inwestowania w ten kanał komunikacji, co poziom jakości działań reklamowych.

Jak pokazało badanie, wielu klientów zamiast całkowicie zmieniać bank po prostu korzysta z kilku banków jednocześnie, wybierając produkty i usługi danego banku, które najlepiej odpowiadają ich potrzebom. Taka sytuacja dotyczy aż 70% klientów w Polsce i jest to wyższy wskaźnik niż w Europie, gdzie z usług więcej niż jednego banku korzysta 63% ankietowanych – komentuje Piotr Popowski, Dyrektor w Grupie Rynków Finansowych w Ernst & Young.

Polacy chętnie korzystają z programów lojalnościowych

Co ciekawe, Polacy są bardziej zaangażowanymi zwolennikami programów lojalnościowych niż inni Europejczycy. Ponad 40% klientów w Polsce zadeklarowało, że korzysta z programu lojalnościowego w jednym ze swoich banków. Do tego samego przyznał się tylko co dziesiąty Holender, co czwarty Francuz i co piąty Włoch.

– Jedną z najbardziej atrakcyjnych zachęt jest według polskich klientów tzw. cash back. To narzędzie okazuje się bardzo skuteczną nagrodą za lojalność – komentuje Anna Kowal, Ekspert w Grupie Rynków Finansowych Ernst & Young. W Polsce 31% badanych zadeklarowało, że ceni sobie usługę cash back w kartach debetowych i kredytowych. Nie jest to jednak wynik wyjątkowy na tle klientów z innych krajów Europy. Cash back jest bardziej popularny we Francji i Wielkiej Brytanii, gdzie pozytywnie o tego rodzaju usłudze wypowiedziało się odpowiednio 45% i 42% badanych. – Wynika to najprawdopodobniej z większej świadomości istnienia tego typu usług w krajach lepiej rozwiniętych – komentuje Anna Kowal.

Informacje o Światowym Badaniu Klientów Banków Detalicznych Ernst & Young

Firma doradcza Ernst & Young w marcu 2012 roku już po raz drugi przeprowadziła Światowe Badanie Klientów Banków Detalicznych. W tej edycji wzięło udział ponad 28 500 klientów z 35 krajów, w tym reprezentatywna grupa 500 klientów z Polski.

O Ernst & Young

Ernst & Young to jedna z wiodących międzynarodowych korporacji świadczących profesjonalne usługi doradcze. Ernst & Young w Polsce to ponad 1300 ekspertów pracujących w 6 biurach na terenie kraju: w Warszawie, Katowicach, Krakowie, Łodzi, Poznaniu i Wrocławiu.

Ernst & Young jest audytorem prawie 20% przedsiębiorstw znajdujących się na liście 1000 największych światowych firm magazynu Business Week. Jest też światowym liderem w dziedzinie doradztwa podatkowego. Firma świadczy usługi w zakresie: audytu, doradztwa biznesowego, księgowości, doradztwa podatkowego, doradztwa transakcyjnego, ulg i dotacji inwestycyjnych, doradztwa na rynku nieruchomości oraz szkoleń.

www.ey.com.pl

Instytucje parabankowe zagrażają bankom?

Indywidualna obsługa, personalizacja oferty oraz wysoka elastyczność wobec zdolności kredytowych klientów sprawiają, że instytucje finansowe niepodlegające prawu bankowemu (m.in. SKOK, Provident, Kokos.pl) coraz częściej wypierają banki z ich naturalnych obszarów funkcjonowania. Oferta tych firm, a także podmiotów umożliwiających płatności zbliżeniowe i internetowe sprawia, że banki w oczach klientów przestają być potrzebne. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte może to w przyszłości prowadzić do sytuacji, w której banki będą jedynie dostarczycielem gotówki.

„Z badania Deloitte wynika, że obsługa klienta i personalizacja oferty to dziś główne czynniki wpływające na satysfakcję klienta. Banki w tych obszarach wykazują znaczne braki. Instytucje parabankowe są tego świadome, dlatego bazując na tych dwóch atrybutach, mogą osiągnąć zadowalające rezultaty” – uważa Michał Dubno, Dyrektor w Sektorze Instytucji Finansowych Deloitte.

Do tej pory parabanki specjalizowały się przede wszystkim w udzielaniu kredytów i pożyczek, szczególnie tym osobom, które w opinii banków miały znikomą zdolność kredytową lub jej nie posiadały. I pomimo wysokiego oprocentowania wciąż znajdowały nowych klientów. Ich zaletą jest m.in. bezpośredni kontakt przedstawicieli tych firm z osobami chcącymi zaciągnąć pożyczkę, chociażby w ich domach, np. Provident. Natomiast SKOK-i wzmacniają swoją więź z klientami poprzez nadanie im statusu członka spółdzielni i koncentracji na klientach wspierających ideę kas oszczędnościowo-kredytowych. W rezultacie klient identyfikuje się z tą instytucją i wzmacnia się jego poczucie bezpieczeństwa. Wykorzystując te zalety instytucje parabankowe coraz częściej walczą o oszczędności klientów, co jest kolejnym zagrożeniem dla sektora bankowego. Na razie ich udział w rynku kredytów i depozytów jest znikomy, ale nie można go lekceważyć. Aktywa SKOK-ów to zaledwie 1,2% aktywów sektora bankowego w Polsce a Provident można porównać wielkością z bankiem z 4-tej dziesiątki największych banków w Polsce takim jak Polski Bank Przedsiębiorczości, który jest 126 razy mniejszy od największego banku w Polsce – PKO Bank Polski.

Bankom zagrażają również portale internetowe (m.in. Zopa, Prosper, czy polski Kokos.pl), które umożliwiają udzielanie i branie pożyczek od innych użytkowników portalu, z pominięciem sektora bankowego. Stały się one alternatywnym kanałem oferującym atrakcyjniejsze oprocentowanie przy niższych kosztach działania. Amerykański serwis Prosper ma już 1,4 mln użytkowników i umożliwił udzielenie kredytów na sumę 367 m dolarów. Serwis Zopa działający w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i we Włoszech udzielił pożyczek na sumę 150 milionów funtów.

Instytucje zagrażające bankom to nie tylko SKOK-i czy firmy pożyczkowe. Banki przegrywają także na rynku płatności internetowych i mobilnych. Ten obszar został zdominowany przez niezależne platformy (PayPal, Przelewy24). Konkurencja na tym rynku jest niezwykle ostra, a nowi gracze proponują coraz to nowsze rozwiązania. W ostatnim czasie pojawiła się możliwość m.in. wykorzystania telefonu komórkowego w sposób podobny do zbliżeniowych kart płatniczych (Google Wallet, Isis) czy usługa szybkich przelewów międzybankowych (BlueCash). Wirtualną walutą zbliżeniową ma szansę stać się Facebook Credits. Żadna z tych usług nie jest firmowana przez banki. O skali zjawiska mogą świadczyć przychody firm, które zdominowały ten rynek. Globalny PayPal osiągną w 2011 r. przychody w wysokości 4,4 mld USD co stanowi ponad 26 proc. przychodu całego polskiego sektora bankowego.

Z drugiej strony nasze lokalne serwisy też radzą sobie dobrze. Serwis Przelewy 24 to firma osiągającą przychody w wysokości 11,5 mln PLN (w 2010 r.) a Blue Media (działające m.in. jako BlueCash) w ostatnich 4 latach urósł z małej formy do sporej instytucji finansowej, która wygenerowała prawie pół miliarda zł przychodu.

Co powinny zrobić banki, by wzbogacić swoją ofertę? „Niewątpliwie powinniśmy czerpać dobre wzorce z innych krajów, m.in. z USA, ale co ciekawe także z krajów afrykańskich, gdzie niezwykle rozwinął się w ostatnim czasie system bankowości mobilnej” – zauważa Michał Dubno. W niektórych krajach afrykańskich (m.in. w Somalii) banki są jednocześnie operatorami komórkowymi, a wszystkie płatności są wykonywane bezgotówkowo – za pomocą telefonów komórkowych. W związku z tym w wielu regionach systemy płatności telefonami komórkowymi wyparły pieniądz papierowy.

Amerykanie rozwijają zaś Square Up!, polegający na wyposażeniu klienta, np. właściciela małej firmy w zewnętrzny czytnik kart, a także oprogramowanie umożliwiające przekształcenie telefonu lub tabletu w kasę fiskalną. Wśród nowych serwisów działających w USA ciekawych jest kilka rozwiązań pomagających klientom spłacać długi (ReadyFor Zero, Savvy Money), a także poprawić krótkoterminową płynność (BillFloat). W USA działa również Cardlytics, który dzięki wykorzystaniu wiedzy posiadanej przez banki, pomaga spersonalizować ofertę, czyli oferuje to, czego nie robią dziś banki działające w Polsce.

Eksperci Deloitte nie mają wątpliwości, że banki działające na naszym rynku mają wiele do nadrobienia. „Konkurencja spoza sektora bankowego pojawia się we wszystkich kluczowych dla banków obszarach. Banki nie są w stanie konkurować na wszystkich polach jednocześnie, dlatego koncentrując się na wybranych aspektach np. dostarczeniu mobilnych usług finansowych muszą nawiązać współpracę z liderami rynku proponującymi najnowsze rozwiązania technologiczne” – podsumowuje Zbigniew Szczerbetka, lider Sektora Instytucji Finansowych w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte – „Dziś w Polsce mobilne usługi finansowe są jeszcze słabo rozpowszechnione, ale mają ogromny potencjał, którego banki nie powinny lekceważyć”.

Według Intela branża IT będzie jedną z najłatwiejszych w 2013 r.

Sytuacja w gospodarce sprawia, że spada konsumpcja indywidualna. Jednak Tomasz Klekowski, dyrektor Intela na Europę Centralną i Wschodnią jest przekonany, że jego branży nie grozi zapaść. Jego zdaniem w najbliższym czasie rynek IT opierać się będzie głównie na budowie infrastruktury internetowej oraz zakupach dokonywanych przez małe i średnie firmy, które będą generowały dużo większe szanse na sprzedaż produktów firmy.

– Większość ekonomistów jest niestety zgodnych co do tego, że rok 2013 będzie wyjątkowo trudnym rokiem, szczególnie w Europie i być może w Polsce. Natomiast branża IT z pewnością będzie jedną z tych, które będą miały najłatwiej. My funkcjonujemy na rynku, który sam z siebie jest rosnący. Więc nawet jeśli będzie spowolnienie, to dla nas to będzie raczej spowolnienie wzrostu niż spadek obrotów czy sprzedaży – prognozuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Tomasz Klekowski, dyrektor Intela na Europę Centralną i Wschodnią.

Ostatnio amerykański gigant komputerowy zmuszony był do skorygowania kursu. Zdaniem analityków firmy, na horyzoncie pojawiają się trudne czasy i światowe obroty producenta wzrosną o około 3 proc. Mimo że przychód ze sprzedaży w II kwartale roku wyniósł 13,5 mld dolarów i był większy o 5 proc. od poprzedniego kwartału.

– Na tle kilkudziesięciu firm z giełdy amerykańskiej wyniki Intela były jednymi z najlepszych i najbardziej solidnych – podkreśla dyrektor Intela na Europę Centralną i Wschodnią.

II kwartał roku był dla amerykańskiego koncernu bardzo udany. Intel zarobił 13,5 mld dolarów, czyli 5 proc. więcej niż w I kwartale. Dobra kondycja finansowa koncernu pozwoliła mu na wypłacenie w drugim kwartale 1,1 mld dolarów dywidendy.

– My mamy cały czas bardzo wysokie przychody, które rosną. Mamy cały czas wysoką dynamikę wzrostu zysku i generujemy bardzo wysokie zyski – w ostatnim kwartale było to niemal 4 mld dolarów – mówi Tomasz Klekowski.

Prognozy na III kwartał mówią o obrotach na poziomie 14,4 mld dolarów. Korekta prognozy dotyczy wzrostu obrotów z „wysokiego jednoprocentowego tempa” do 3-5 procent.

– Wynika to z sytuacji makroekonomicznej. Jeśli spojrzymy na to, co dzieje się w Europie Zachodniej, że rynek konsumencki nie kupuje tak dużo, jak kupował poprzednio, to będą to główne powody tej obniżki prognoz – wyjaśnia Klekowski.

Jak zapewnia Tomasz Klekowski, dla Intela najważniejszym wyzwaniem przyszłego roku jest upowszechnienie ultrabooków, czyli laptopów o bardzo małej masie, ale przyzwoitych osiągach technicznych. Firma chce również zaangażować się w projekt informatyzacji kraju, który prowadzi Ministerstwo Cyfryzacji i Administracji.

Rośnie zapotrzebowanie na specjalistów i menedżerów

Artur Skiba, dyrektor zarządzający Antal International
Artur Skiba, dyrektor zarządzający Antal International

Ponad połowa firm działających w Polsce zamierza w najbliższym czasie zatrudnić nowych pracowników na stanowiskach specjalistycznych i kierowniczych. W niektórych sektorach odsetek takich firm przekracza 70 proc. Jesteśmy pod tym względem w czołówce państw europejskich – wynika z badania Antal Global Snapshot.

Z kwartału na kwartał zapotrzebowanie na specjalistów i menedżerów w działających w Polsce firmach rośnie.

– Jeśli weźmiemy pod uwagę cały rynek pracy, to aż 58 proc. z 1,5 tys. badanych przez nas firm, deklaruje zatrudnienie na stanowiska specjalistyczne i kierownicze, a tylko 13 proc. deklaruje redukcję – informuje Artur Skiba, dyrektor zarządzający Antal International w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Polski rynek pracy na razie pozostaje „zieloną wyspą” na tle rynków w innych krajach UE.

Podobnie przedstawia się sytuacja, jeśli chodzi o deklarowane rekrutacje lub zwolnienia w III kwartale roku. Pod względem udziału firm, które do końca września zamierzają zatrudnić specjalistów lub menedżerów, Polska jest mniej więcej pośrodku rankingu. Wyprzedzają nas takie kraje, jak Czechy i Szwecja.

– Jeśli chodzi o odsetek firm zwalniających, jesteśmy prymusem, bo u nas jest to 13 proc., a w zdecydowanej większości krajów ten odsetek przekracza 20-30 proc. – mówi Artur Skiba.

Największe zapotrzebowanie na specjalistów i menedżerów jest w centrach usług wspólnych (SSC/BPO). Rekrutację prowadzi blisko 80 proc. firm, natomiast tylko 2 proc. przeprowadza redukcję zatrudnienia. W najbliższym czasie żadna z firm z tego sektora nie zamierza zwalniać pracowników na tych stanowiskach.

– IT to kolejny taki sektor, w którym rekrutuje ponad 60 proc., a zwalnia – kilkanaście procent. Również w bankowości i kancelariach prawnych odsetek firm zatrudniających jest wysoki – wymienia dyrektor Antal International. – Chociaż w dwóch ostatnich przypadkach firmy jednocześnie redukują i zatrudniają. W branżach IT i SSC firmy tylko rekrutują, o zwolnieniach na razie nie ma mowy.

Jak dodaje, nie we wszystkich branżach sytuacja jest tak dobra, choćby w sektorze farmaceutycznym, gdzie zwolnienia w III kwartale deklaruje co piąta firma. Jednak nawet tu odsetek firm, które zamierzają zatrudniać, przekracza 50 proc.

Niezależnie od branży, procesy rekrutacyjne są coraz dłuższe, składają się z wielu różnych etapów i mogą trwać nawet kilka miesięcy.

– Pracodawcy coraz lepiej zdają sobie sprawę z tego, kogo poszukują. Szukają konkretnych kompetencji, konkretnego doświadczenia, np. centra usług wspólnych szukają pracowników ze znajomością konkretnego języka obcego – mówi Artur Skiba.

Jego zdaniem, choć może się wydawać, że pracodawcy stali się bardziej wybredni, z drugiej strony trzeba wziąć pod uwagę, że na polskim rynku pracy wciąż istnieje problem z kształceniem odpowiednich kadr.

– Jeśli chodzi o kandydatów na rynku pracy, ich jakość systematycznie rośnie. Z drugiej strony mamy problem związany z naszym systemem edukacji. Wciąż nasze uczelnie wypuszczają zbyt dużo humanistów, którzy często mają problem ze znalezieniem pracy. Natomiast wciąż jest duże ssanie z rynku na inżynierów i informatyków – przekonuje Skiba.

Z badania Antal Global Snapshot wynika, że na dobre wyniki polskiego rynku pracy wpływają nowe inwestycje zagraniczne, ale też rozwój firm już obecnych na naszym rynku. To zaś efekt kryzysu w Europie Zachodniej, którego w pewnym stopniu jesteśmy „beneficjentami”.

– Sytuacja wygląda nieco inaczej niż w 2008 roku, kiedy centrale firm zagranicznych w Polsce zamrażały procesy rekrutacyjne. Teraz na polski rynek pracy przedsiębiorcy patrzą inaczej. Przeważa pogląd: skoro mamy kryzys, to może warto rozważyć przeniesienie pewnych projektów, które mieliśmy realizować we Francji czy w Niemczech, do Polski. My wciąż jesteśmy trochę tańszym rynkiem pracy, choć ta różnica z roku na rok jest coraz mniejsza – podkreśla dyrektor zarządzający Antal International.

Na polski rynek inwestorów przyciąga również dobrze wykwalifikowana kadra.

– Ostatnie lata pokazały, że polscy specjaliści wcale nie są gorsi od specjalistów z krajów Europy Zachodniej, a często lepsi. Dlatego niemieckie firmy produkcyjne, również w branży motoryzacyjnej, chętnie zatrudniłyby polskich inżynierów i nie dlatego, że są tańsi. Polacy słyną z wysokiego etosu pracy – mówi Skiba.

Swój udział w takim postrzeganiu Polski miał również sukces organizacyjny Mistrzostw Europy w piłce nożnej.

– Dodatkowo Euro 2012 pokazało osobom, które myślały o inwestycjach w Polsce, że Polska jest normalnym krajem, jeśli się różnimy od innych krajów Europy Zachodniej, to na korzyść – przekonuje Artur Skiba.

Ustawa o odnawialnych źródłach energii a UE

Resort gospodarki przedstawił dziś długo oczekiwany projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii. Nadal jednak nie jest pewne, kiedy ustawa zostanie przyjęta. A już dziś za opóźnienia we wdrożeniu unijnego prawa grożą Polsce kary finansowe, zaś w dalszej perspektywie – odcięcie od części dotacji na lata 2014-2020.

Zaprezentowany dziś projekt ustawy ma wdrożyć unijne przepisy dotyczące promocji stosowania odnawialnych źródeł energii. Czas na ich przyjęcie Polska miała do 5 grudnia 2010 roku. Pod koniec ubiegłego roku resort gospodarki przedstawił projekt, który po ostrej krytyce wrócił do dalszych prac ministerialnych.

– Jeśli zapowiemy, że będzie zmiana prawa, ale jej nie ma, w dodatku nie wiemy, w jakim kierunku zmierza i kiedy się o tym dowiemy, to jest najgorszy sygnał dla rynku – mówi w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Grzegorz Wiśniewski, prezes Związku Pracodawców „Forum Energetyki Odnawialnej”.

Zdaniem prezesa spowodowało to zamrożenie inwestycji w odnawialne źródła energii (OZE), a zgodnie z wytycznymi Komisji Europejskiej, kraje członkowskie powinny rozwijać ten sektor. Do 2020 roku każdy z nich ma określony wskaźnik udziału produkcji energii z odnawialnych źródeł. Dla Polski wynosi on 15 proc.

– Każde opóźnienie w tym przypadku przekłada się na ryzyko kary liczonej za każdy dzień [zwłoki w implementacji unijnej dyrektyw dotyczącej OZE – przyp. red.]. Ale też na koszty związane z niewykorzystaniem zasobów finansowych, ludzkich, instytucjonalnych – tłumaczy ekspert.

To zatem także wymierna strata finansowa w postaci utraconych dotacji.

Z raportu Instytutu Energetyki Odnawialnej „Energetyka odnawialna jako dźwignia społeczno-gospodarczego rozwoju województw do 2020 r.” wynika, że polskim samorządom w nowym okresie budżetowym UE przypadnie 10 mld zł na rozwój OZE. Jest to dziewięciokrotnie więcej niż w kończącym się okresie 2007-2013. Te i inne unijne pieniądze mogą jednak nie trafić do Polski.

– Jeżeli w danym obszarze kraj nie wdroży ustawodawstwa unijnego to znaczy, że nie będzie miał prawa do środków. Czyli przeznaczamy na energetykę odnawialną z Funduszu Spójności od 6 do 20 proc. puli w zależności od regionu. Ale jeżeli nie ma ustawodawstwa w danym obszarze, to znaczy, że o tyle albo maleje skala pomocy Unii Europejskiej dla danego kraju, albo opóźnia się do momentu aż prawo zostanie w pełni wdrożone – wyjaśnia Grzegorz Wiśniewski.

Dodaje, że „przetrzymywanie” projektu ustawy o OZE nie miało żadnego racjonalnego uzasadnienia.

– Trudno zrozumieć, dlaczego ta ustawa, która otwiera nowe rynki, buduje przyszłość, jest proinnowacyjna, ma być uwiązana w pakiecie z pozostałymi dwoma ustawami, które dotyczą energetyki konwencjonalnej. To jest nie fair, bo siły starego porządku opóźniają wdrożenie nowych rozwiązań – komentuje prezes.

W jego przekonaniu ten projekt powinien zostać wyłączony z trójpaku energetycznego, zawierającego również ustawy Prawo energetyczne i Prawo gazowe, które miały być procedowane razem z „zieloną ustawą”. Jak zaznacza to jedyny element trójpaku, który jest już gotowy.

– Nie widzę żadnego powodu by ten projekt opierał się na nieistniejącym prawie. Można go z powodzeniem przeprowadzić przez Sejm odwołując się do obowiązującego Prawa energetycznego i gazowego. A potem, jeżeli energetyka konwencjonalna w końcu się porozumie, wówczas można dokonać zmian w przepisach i związać ustawę o OZE z tymi dotyczącymi energetyki konwencjonalnej. W tym przypadku liczy się czas – mówi Grzegorz Wiśniewski.

Podkreśla, że ta ustawa musi zostać uchwalona do końca roku. Wtedy będzie znany ostateczny kształt Funduszu Spójności i Funduszy strukturalnych Unii Europejskiej na lata 2014-2020, gdzie znajdą się środki na energetykę odnawialną.

– Toczą się brutalne negocjacje dotyczące tych funduszy. Jeśli Polska w ciągu najbliższych miesięcy nie wdroży unijnej dyrektywy, niektóre państwa UE mogą zablokować przekazanie Polsce tych środków. Po co mają nam płacić, skoro nie mamy nawet rynku, możliwości wykorzystania tych pieniędzy – tłumaczy Grzegorz Wiśniewski.

Zdaniem prezesa należy więc natychmiast skierować kompletny projekt ustawy do Komitetu Stałego Rady Ministrów jako oddzielny dokument i przekazać w trybie pilnym do Sejmu, aby mógł zająć się nim bezpośrednio po przerwie wakacyjnej. Wiceminister Mieczysław Kasprzak zapowiedział, że projekt trafi do Komitetu jeszcze na przełomie sierpnia i września.

Emisja akcji Grupy o2 SA została odwołana

Oferta publiczna Grupy o2 SA została odwołana z powodu niesatysfakcjonującego popytu, przy akceptowalnej dla spółki cenie, wynikającego z niekorzystnej sytuacji na rynkach finansowych. Zarząd spółki nie wyklucza przeprowadzenia oferty publicznej w przyszłości.

Oferta publiczna Grupy o2 SA obejmowała sprzedaż do 450.000 akcji zwykłych na okaziciela serii A oraz emisję do 1.250.000 akcji zwykłych na okaziciela serii B, stanowiących około 19,3% wszystkich walorów. Pozostała część miała pozostać w rękach założycieli spółki.

Nasza Grupa Kapitałowa została dobrze odebrana przez inwestorów. Niestety, nagromadzenie negatywnych informacji makroekonomicznych w ostatnich dniach uczyniło uplasowanie oferty, przy akceptowalnej dla dotychczasowych akcjonariuszy cenie, niemożliwym. Niewykluczone, że w przypadku poprawy kondycji na rynkach finansowych podejmiemy kolejną próbę upublicznienia akcji spółki – powiedział Jacek Świderski, członek zarządu Grupy o2 SA.

Aneks do prospektu emisyjnego Grupy o2 SA, zatwierdzonego przez Komisję Nadzoru Finansowego w dniu 17 lipca 2012 roku, dotyczący decyzji zarządu Grupy o2 SA o odstąpieniu od oferty publicznej, został opublikowany na stronie internetowej spółki: www.grupao2.pl oraz oferującego: www.dibre.pl.

Grupa o2 SA jest piątym pod względem liczby użytkowników podmiotem internetowym w Polsce. W ramach oferty publicznej spółka zamierzała pozyskać ponad 40 mln zł, które miały być przeznaczone na akwizycje przedsiębiorstw z branży internetowej.

W portfolio Grupy Kapitałowej znajduje się około 70 serwisów informacyjno-rozrywkowych. Do najbardziej popularnych należą o2.pl, Pudelek.pl, Wrzuta.pl, Kafeteria.pl. Wiodącym produktem w portfelu Grupy o2 SA jest bezpłatna poczta elektroniczna Poczta o2. Usługa posiadająca blisko 5 milionów aktywnych użytkowników, każdego dnia rozrasta się o kolejnych kilkanaście tysięcy nowych kont.

Prezydent Poznania: Około 20 mln zł debetu po Euro 2012

Prezydent Miasta Poznania Ryszard Grobelny
Prezydent Miasta Poznania Ryszard Grobelny

Dla Poznania Euro 2012 okazało się bardzo kosztowną imprezą. Prezydent miasta szacuje, że wydatki na organizację mistrzostw sięgnęły 30 milionów złotych, a do miasta wróci maksymalnie 8 mln zł. – Budżet na tej imprezie nie zarobił – podkreśla Ryszard Grobelny.

Prezydent Poznania przyznaje, że miasto ma istotne trudności z domknięciem budżetu, dla którego dodatkowym obciążeniem były Mistrzostwa Europy w piłce nożnej.

– Szacuję, że koszty, które były poniesione na organizacje imprezy, są rzędu 25-30 mln złotych. Pewnie wpływy z tego tytułu będą około 5–8 mln złotych, więc cała reszta to debet na tej imprezie – przyznaje szczerze w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria prezydent miasta i dodaje, że z profitów mogą się dziś cieszyć jedynie restauratorzy, hotelarze czy sklepikarze, którym w okresie turnieju wzrosły obroty.

Władze miasta policzyły, że kibice i turyści wydali w czasie Euro ok. 150 mln zł. Najwięcej – bo ok. 100 mln zł – zostawili Irlandczycy. Przyjechało ich do Poznania 70 tysięcy. Wielkim sukcesem, podobnie jak w innych miastach, okazała się strefa kibica w centrum miasta. Władze Poznania zapewniają, że po zakończeniu turnieju widać w mieście wzmożony ruch turystów.

Dlatego też, mimo większej dziury w budżecie, Ryszard Grobelny uważa, że impreza sportowa przysłużyła się miastu i będzie procentować w przyszłości.

– 94 proc. mieszkańców miasta uważa, że to był bardzo dobry projekt, że pieniądze zostały dobrze wydane i bardzo się cieszą, że tyle zostało w mieście zrobione – mówi Ryszard Grobelny.

Chodzi przede wszystkim o szereg projektów infrastrukturalnych, widocznych dziś gołym okiem. Oprócz nowego stadionu, Poznaniacy mają odnowiony dworzec kolejowy i lotnisko Ławica.

– Ludzie się cieszą, że jest nowa droga, ludzie chcą wyremontowanego chodnika, ludzie chcą nowego boiska, nowego domu kultury – dodaje prezydent Poznania.

I podkreśla, że spośród 600 tys. mieszkańców miasta, tylko ok. tysiąc protestowało przeciw zbyt dużym nakładom na organizację mistrzostw.

Efekt EURO 2012 nie pomógł rynkowi pracy

Za nami Euro 2012, które w tym roku, wraz z pracami sezonowymi, miało w największym stopniu pozytywnie stymulować rynek pracy w Polsce. Niestety najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego wskazują na brak znaczącej poprawy, którą powstrzymuje panująca na rynku duża niepewność gospodarcza.

Skutkiem tego jest rosnąca wewnętrzna efektywność przedsiębiorstw, która z jednej strony wstrzymuje nowe rekrutacje, a z drugiej strony przyczynia się do wzrostu wynagrodzeń zatrudnionych osób.

Najnowsze dane publikowane przez Główny Urząd Statystyczny wskazują na brak istotnej zmiany poziomu zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw. W stosunku do zeszłego miesiąca zatrudnienie wzrosło o niewiele ponad 1,5 tys. osób i wynosi obecnie 5,531 mln osób.

Pomimo wcześniejszego niż w zeszłym roku popytu na pracowników sezonowych, który wystąpił już z końcem maja w wyniku zatrudnień w trakcie EURO 2012, nie odnotowaliśmy poprawy na rynku pracy. Jeżeli w miesiącach wakacyjnych nie dojdzie do drastycznego zwiększenia dynamiki zatrudnienia, to w ostatnim kwartale tego roku dojdzie do znacznego wzrostu bezrobocia w Polsce – komentuje Tomasz Hanczarek, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Wyhamowanie wzrostu zatrudnienia w ostatnich miesiącach jest wynikiem panującej niepewności w światowej gospodarce. W trudnych czasach polscy przedsiębiorcy stawiają na zwiększanie efektywności swoich firm i starają się realizować zamówienia podstawową załogą, co zastopowało dodatkowe rekrutacje – dodaje Tomasz Hanczarek.

Poziom wynagrodzeń na przestrzeni ostatniego roku uległ poprawie na poziomie 4,3% i wynosi obecnie 3754,48 zł.

Wzrost efektywności przedsiębiorstw przekłada się również na wzrost wynagrodzeń. Następuje on jednak dość powoli i wystarcza on tylko na wyrównanie obecnego poziomu inflacji. Z pewnością płace w Polsce rosłyby w tym roku szybciej, gdyby po stronie pracodawców nie wzrosła z początkiem roku składka rentowa – podsumowuje Tomasz Hanczarek, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Do 2020 r. dzięki szerokopasmowemu internetowi gospodarka Polski mogłaby zyskać łącznie blisko 40 mld zł

W 2010 r. dostęp do Internetu miało prawie 9 mln Polaków, a udział Internetu w całym PKB Polski wyniósł zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte 4,8 proc., czyli 68 mld zł. W najbardziej optymistycznym scenariuszu, w 2020 r. może być to już 13,1 proc. PKB, czyli aż 345 mld zł. Dostęp do szybkiego Internetu będzie miało wtedy 28 mln Polaków. Szybkie wdrożenie innowacyjnej technologii mobilnego dostępu do Internetu (spełniającej wymagania Agendy Cyfrowej co do przepustowości powyżej 30 Mb/s) w ciągu najbliższych 8 lat może powiększyć nasze PKB łącznie o 106 mld zł.

Internet jest w tej chwili na początku drugiego etapu swojego rozwoju, który zaczął się wraz z pojawieniem się szerokopasmowej i mobilnej technologii dostępu oraz bardzo szybkim rozwojem urządzeń, które ją wykorzystują (laptopy, smartfony czy tablety).

Eksperci Deloitte, w swoim raporcie przygotowanym na zlecenie Polskiej Telefonii Cyfrowej przedstawili wpływ szerokopasmowego Internetu na gospodarkę polską, biorąc pod uwagę trzy możliwe scenariusze:

  • bazowy, zakładający utrzymanie dotychczasowych trendów w rozwoju Internetu i osiągnięcie zasięgu mobilnego Internetu na poziomie 80 proc. od 2018 r.,
  • dynamiczny, zakładający przyspieszone wdrożenie innowacyjnej technologii szybkiego mobilnego dostępu do Internetu oraz osiągnięcie 85 proc. zasięgu od 2014 r.
  • oraz skoku cyfrowego, zakładający bardzo szybkie wdrożenie innowacyjnej technologii szybkiego mobilnego dostępu do Internetu praktycznie na terenie całego kraju i osiągnięcie 95 proc. zasięgu od 2016 r. (dodatkowe 10 proc. zasięgu w porównaniu ze scenariuszem dynamicznym)

Według ekspertów Deloitte, w scenariuszu bazowym udział Internetu wrośnie do 7,1 proc. PKB w 2015 r. i 9,5 proc. PKB pięć lat później. W wyrażeniu nominalnym przez dekadę 2010-2020 wartość dodana całej gospodarki wzrośnie 1,8-razy, czyli o 1056 mld zł, ale wartość związana z samym Internetem zanotuje wzrost aż 3,7-krotny, czyli o 159 mld zł.

W scenariuszu dynamicznym, w którym następuje niewielki dodatkowy wzrost udziału Internetu w PKB do 7,7 proc. w 2015 r. i 10,2 proc. w 2020 r., w wyrażeniu nominalnym przez dekadę wartość dodana ogółem wzrośnie nieco ponad 1,8-razy, czyli o 1062 mld zł, podczas gdy wartość dodana związana
z Internetem wzrośnie o 176 mld zł (4 razy).

Z dużo szybszym wzrostem udziału Internetu mamy do czynienia w scenariuszu skoku cyfrowego – do 9,1 proc. PKB w 2015 r. i 13,1 proc. PKB w 2020 r. W ciągu dekady 2010-2020 wartość dodana dla całej gospodarki w wyrażeniu nominalnym wzrośnie w tym scenariuszu 1,9-krotnie, tj. o 1083 mld zł. Natomiast wzrost PKB związany z Internetem wyniesie aż 5,1-raza, czyli 246 mld zł. W porównaniu ze scenariuszem bazowym będzie to więc o 86 mld zł więcej.

Powszechniejszy dostęp do Internetu

Podobnie dynamicznie będzie rosnąć liczba osób mających dostęp do Internetu. W 2010 roku dostęp ten miało prawie 9 milionów Polaków, na koniec 2011 r. było ich niecałe 10 mln – „Nasze obliczenia pokazują, że w scenariuszu bazowym łączna liczba użytkowników Internetu może w 2020 r. przekroczyć 18 mln. W scenariuszu dynamicznym może wzrosnąć do blisko 20 mln w 2020 r., natomiast w scenariuszu skoku cyfrowego, z uwagi na tzw. efekt kuli śnieżnej, łączna liczba użytkowników Internetu sięgnie prawie 28 mln w 2020 r.” – wyjaśnia Maciej Klimek, Starszy Menedżer w grupie Technologie, Media i Telekomunikacja w dziale konsultingu Deloitte.

We wszystkich trzech scenariuszach widać wyraźny wzrost liczby użytkowników korzystających z mobilnego Internetu. W 2020 r. w scenariuszu bazowym jest ich 3,5 raza więcej, w dynamicznym – 4 razy a w scenariuszu skoku cyfrowego – aż 7 razy więcej niż w roku 2010. Co to oznacza dla zwykłego użytkownika? Oszczędność czasu, dostęp do większej liczby informacji, a dzięki sprzedaży on-line szerszą ofertę produktów i w rezultacie tańsze zakupy.

Szerokopasmowy Internet w firmach

Na rozwoju szerokopasmowego Internetu w istotny sposób skorzystają także przedsiębiorcy. Według danych GUS większość firm w Polsce posiada dziś dostęp do Internetu. Nie oznacza to jednak, że w jednakowym stopniu wpływa on na strukturę ich przychodów. Raport Deloitte wyznacza 82 kategorie działalności gospodarczej, których funkcjonowanie, a w związku z tym i obroty firm, związane są w znacznym stopniu z Internetem. Są wśród nich m.in. przedsiębiorstwa wytwórcze, transportowe i turystyczne, telekomunikacyjne, ubezpieczeniowe oraz media. Autorzy przedstawiają przykłady konkretnych firm, na których rozwój w sposób znaczący wpłynął Internet. Są wśród nich giganci tacy jak mBank, PKP Intercity czy Leroy Merlin, ale także niewielki sklep internetowy z zabawkami drewniaczek.pl, portal Inwestycje.pl czy firma informatyczna Ericpol Telecom. Łącznie wszystkie zidentyfikowane w raporcie kategorie firm w 2010 r. wytworzyły 31 proc. wartości dodanej polskiej gospodarki. Zdaniem ekspertów Deloitte w 2020 r. ten wskaźnik wyniesie blisko 33 proc. – „Zastosowaliśmy konserwatywną metodologię obliczania udziału Internetu w całym PKB, ze względu na dużą zmienność i nieprzewidywalność niektórych czynników. Dlatego też nasz szacunek udziału Internetu w polskiej gospodarce należałoby uznać za dość ostrożny” – ocenia Maciej Klimek.

Przeprowadzone analizy jednoznacznie wskazują na korelację rozwoju Internetu ze wzrostem PKB. W przypadku scenariusza dynamicznego szacuje się, że do 2020 r. gospodarka Polski mogłaby zyskać łącznie blisko 40 mld zł w stosunku do scenariusza bazowego. Dla scenariusza skoku cyfrowego wartość ta jest jeszcze większa – jego realizacja mogłaby oznaczać korzyść w postaci około 106 mld zł dodatkowego skumulowanego PKB wytworzonego do 2020 r. – „Rozwój Internetu możemy porównać z rozwojem elektryczności, bez której nikt z nas nie jest w stanie funkcjonować. Prawdziwą rewolucję przyniosło jednak nie samo wynalezienie prądu, ale doprowadzenie go nawet do najmniejszego gospodarstwa domowego” – podsumowuje Rafał Antczak, Członek Zarządu Deloitte. – „Tak dzieje się również z Internetem, którego rozwój zależy w podobnym stopniu od sektora prywatnego, jak
i publicznego” – dodaje.

Pełen raport „Wpływ przyspieszonego rozwoju szerokopasmowego dostępu do Internetu na gospodarkę polską” dostępny jest na stronie www.deloitte.com/pl/tmt.

Rynek maszyn budowlanych w Polsce 2012

Dynamicznie zmieniająca się sytuacja na rynku budowlanym bezpośrednio wpływa na strukturę i zyskowność komplementarnego dla budownictwa rynku maszyn. W najbliższych latach analitycy PMR oczekują wysokiego udziału rynkowego koparek i ładowarek, stabilizacji na niskim poziomie w kategorii żurawi wieżowych, a także skurczenia się rynku walców drogowych.

Jak pokazuje opracowany firmę badawczą PMR raport zatytułowany „Rynek maszyn budowlanych w Polsce 2012 – Prognozy rozwoju na lata 2012-2014”, chłonność polskiego rynku maszyn w zaledwie 20% zaspokajana jest poprzez produkcję krajową. W związku z tym sektor budowlany w dużej mierze opierać się musi o urządzenia sprowadzane zza granicy.

Analiza struktury importu netto maszyn budowlanych pokazuje, że głównym obszarem zainteresowań polskich budowlańców od lat pozostają urządzenia uniwersalne, których wykorzystanie możliwe jest przy wielu typach robót budowlanych. Niekwestionowanym liderem pozostają różnego rodzaju koparki i ładowarki, stanowiące od wielu lat solidny trzon floty i odpowiadające za ponad 80% wartości sprowadzanych rok-rocznie urządzeń. Dominują zwłaszcza urządzenia obrotowe, stanowiące w 2011 r. blisko 40% wartości importu.

Na przestrzeni lat 2007-2011 miały miejsce istotne zmiany w zakresie podstawowych urządzeń mających zastosowanie w budownictwie drogowym i kolejowym, które odnotowały wyraźny wzrost. Z dużym prawdopodobieństwem można jednak stwierdzić, że baza sprzętowa w zakresie urządzeń stricte drogowych w kolejnych latach będzie się zmniejszać. Duże obniżenie wydatków inwestycyjnych GDDKiA od 2013 r. spowoduje wstrzymanie inwestycji w kolejne jednostki sprzętowe i korektę struktury parków maszynowych. Dodatkowo, wiele firm zapowiada przeniesienie części swojego potencjału sprzętowego poza granice Polski w kierunku nakreślonym przez wzmożone plany inwestycyjne, np. na teren przygotowującej się do wielu przedsięwzięć sportowych Rosji.

Największe zmiany na przestrzeni ostatnich lat obserwować można było na rynku żurawi wieżowych. Podczas gdy w rewelacyjnym pod względem wartości sprzedanego sprzętu roku 2007 udział żurawi kształtował się na poziomie ok. 8%, w kolejnych latach miały miejsce znaczne spadki. Już w 2010 roku ich udział zmniejszył się czterokrotnie, a w 2011 roku odpowiadały one już tylko za pół procenta wartości sprowadzonych maszyn. Bezpośrednich przyczyn takiego stanu rzeczy upatrywać należy w dużych zmianach, jakie w tym czasie nastąpiły w segmencie budownictwa kubaturowego. Notowane od 2008 r. spowolnienie w budownictwie deweloperskim znacznie ograniczyło popyt na dodatkowe żurawie na rynku. Pomimo obecnego ożywienia w budownictwie deweloperskim, najbliższe lata także nie przyniosą gwałtownych zmian na rynku żurawi. W ocenie analityków PMR, rynek ten jest już na tyle nasycony, że obecna oferta jest wystarczająca w stosunku do potrzeb zgłaszanych przez firmy budowlane.

Jednakże w dłuższej perspektywie podmioty działające na rynku maszyn budowlanych w Polsce nie powinny mieć powodów do obaw, m.in. dzięki oczekiwanemu napływowi środków unijnych w latach 2014-2020, a także z uwagi na konieczność okresowego odnawiania parku maszynowego. Dodatkowo, przeprowadzona analiza sytuacji finansowej największych 35 firm zajmujących się produkcją, dystrybucją lub wynajmem sprzętu budowlanego wskazuje, że po gwałtownym spadku poziomu marż jaki miał miejsce w 2008 roku, od 2009 r. nieprzerwanie następuje powolna poprawa. Ostatnie dostępne dane wskazują, że średnia marża generowana przez segment oscylowała wokół 3% przy odsetku firm wykazujących straty wynoszącym 20% wobec 26% w 2008 r.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek maszyn budowlanych w Polsce 2012 – Prognozy rozwoju na lata 2012-2014”.

Komisja Europejska chce wprowadzić Wspólne Europejskie Prawo Sprzedaży

Zarówno kupujących, jak i sprzedawców do handlu na unijnym rynku zniechęcają wątpliwości co do tego, jaki system prawny ma być stosowany w przypadku ewentualnych sporów czy reklamacji. Komisja Europejska proponuje więc, by wprowadzić neutralne Wspólne Europejskie Prawo Sprzedaży jako alternatywę dla stosowania porządków prawnych poszczególnych krajów. Mogłoby to ożywić handel na unijnym rynku.

Propozycja jest prosta. Jeśli obie strony – kupujący i sprzedający – umawiają się, że korzystają z przepisów Wspólnego Europejskiego Prawa Sprzedaży, cała transakcja powinna być regulowana przez to prawo, zamiast prawa krajowego. Jak przewiduje Komisja Europejska, dzięki temu i konsument, i przedsiębiorca zaoszczędzą czas i pieniądze.

– Przedsiębiorca nie będzie musiał ponosić kosztów związanych z dostosowaniem się do 27 różnych systemów prawnych. Będzie mógł stosować jeden zestaw przepisów, raz dostosować swoją stronę internetową, ogólne warunki swoich umów i swoje sposoby postępowania – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Mikołaj Zaleski, przedstawiciel Dyrekcji Generalnej ds. Sprawiedliwości Komisji Europejskiej.

Wspólne Europejskie Prawo Sprzedaży – zgodnie z założeniami KE – ma istnieć równolegle do prawa krajowego i będzie dobrowolnie stosowane przez zainteresowane strony umowy. Pomysłodawcy oceniają, że to rozwiązanie ma ożywić europejski handel i zwiększyć obroty. Dziś – zdaniem KE – hamują go, między innymi, niejednolite przepisy prawne.

– Polski przedsiębiorca, który oferuje swoje towary konsumentom, np. w Niemczech, musi wziąć pod uwagę, że jeżeli coś będzie z tym towarem nie tak, będzie musiał stosować niemieckie prawo ochrony konsumenta. A co za tym idzie, jeśli będzie chciał oferować swoje towary na rynkach 27 państw-członków UE, będzie się musiał dostosować do 27 różnych reżimów prawnych – tłumaczy Mikołaj Zaleski.

Z ubiegłorocznego badania Eurobarometru wynika, że blisko połowa Europejczyków nie robi zakupów za granicą, ponieważ ma wątpliwości co do przysługujących im praw. Aż 55 proc. przedsiębiorców, którzy zajmują się bądź chcieliby się zajmować handlem transgranicznym, twierdzi, że powstrzymuje ich od tego szereg barier prawnych, głównie różnice w przepisach dotyczących ochrony konsumenta i rozstrzygania ewentualnych sporów.

Polski przedsiębiorca oferujący przez internet buty, wyprodukowane w Czechach konsumentom z Hiszpanii, musi zapoznać się i stosować hiszpańskie prawo ochrony konsumenta. Taka sytuacja jest kosztowna i rodzi wiele obaw przedsiębiorców.

Jak podkreśla Mikołaj Zaleski, w przypadku profesjonalnych transakcji międzynarodowych pomiędzy niewielkimi przedsiębiorcami każdej ze stron zależy na tym, by odbywało się to na podstawie prawa dla nich bardziej korzystnego, co często rodzi konflikty i kosztowne negocjacje. Przyjęcie jednego systemu, z jednolitym prawem sprzedaży, dla całej UE pozwoliłoby – zdaniem przedstawiciela KE – przedsiębiorcom na wymierne oszczędności.

Krytycy tego pomysłu twierdzą, że równoległe funkcjonowanie dwóch porządków prawnych może prowadzić do nieporozumień na rynku i możliwej dezorientacji konsumentów.

– Strony umowy będą wolne, żeby sobie wybrać to prawo, ale nie będą miały takiego obowiązku. Będą to robić tylko, jeśli przepisy będą im odpowiadać, jeśli będą odpowiadać ich potrzebom rynkowym. Tak samo konsument. Będzie miał wolność, nie będzie musiał kupować towarów w oparciu o ten system prawny. Nie chcemy ingerować w system prawny państw członkowskich, celem nie jest ujednolicenie praw krajowych – przypomina przedstawiciel Dyrekcji Generalnej ds. Sprawiedliwości KE.

Projekt Wspólnego Europejskiego Prawa Sprzedaży był jednym z priorytetów ubiegłorocznej polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej. Obecnie toczą się negocjacje pomiędzy państwami członkowskimi i w Parlamencie Europejskim.

– Komisja stara się propagować nową propozycję, stara się wysłuchiwać uwag wszystkich zainteresowanych podmiotów. Projekt jest dość obszerny, wymaga analizy i zastanowienia. Myślę, że przed nami intensywne negocjacje – mówi Mikołaj Zaleski.

W ubiegłym roku wynagrodzenia menedżerów wzrosły o 11 proc

Najbardziej poszukiwani na rynku pracy są technicy, ale humaniści mają większy wybór ofert
Kazimierz Sedlak, prezes firmy doradczej Sedlak & Sedlak

Prezesi polskich spółek giełdowych zarabiali w ubiegłym roku średnio 40 tys. zł miesięcznie – wynika z raportu przygotowanego przez firmę Sedlak & Sedlak. Wynagrodzenia wiceprezesów były tylko nieznacznie niższe. Najwyższe zarobki oferowały banki i ubezpieczyciele notowani na GPW, szczególnie w indeksie WIG20. Co ciekawe, na ich wysokość nie wpływały wyniki finansowe spółki, a tylko jej wielkość.

W porównaniu do 2010 roku w ubiegłym roku wynagrodzenia menedżerów wzrosły o 11 proc.

– Średnie wynagrodzenie roczne menedżera w spółce giełdowej wynosi 550 tys. zł. W przypadku najlepiej opłacanych branż, takich jak ubezpieczenia i bankowość, te wynagrodzenia roczne wynoszą ponad 1,7 mln złotych, czyli są zdecydowanie większe – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Kazimierz Sedlak, prezes firmy doradczej Sedlak & Sedlak.

Na blisko 1,4 tys. menedżerów, uwzględnionych w raporcie, 253 zarobiło w ubiegłym roku ponad milion złotych, a 70 z nich – ponad 2 miliony złotych.

Banki przeznaczyły na wypłatę wynagrodzeń średnio prawie 13 mln zł, najwięcej Bank BPH – 22,5 mln zł. Na kolejnych miejscach pod tym względem znalazły się spółki paliwowe – 4 mln zł oraz energetyczne – 2,8 mln zł.

Rosnące zarobki menedżerów wcale nie świadczą o poprawie sytuacji finansowej w spółkach notowanych na GPW. Jak wskazuje raport firmy Sedlak & Sedlak, wielkość wynagrodzenia nie jest zwykle powiązana z wynikami spółki.

– Wynagrodzenia w polskich spółkach giełdowych są wyraźnie powiązane z wielkością spółki, natomiast w zdecydowanie mniejszym stopniu zależą od zysku netto wypracowanego przez spółki – podkreśla Kazimierz Sedlak.

Potwierdza to analiza danych z głównych indeksów na warszawskiej giełdzie. Zdecydowanie najlepiej wynagradzani są prezesi, wiceprezesi i członkowie zarządów 20 największych spółek z WIG20, które przeznaczają na ten cel po 9,8 mln zł rocznie.

– Średnie roczne wynagrodzenie takiego menedżera wynosi 2,1 mln zł. W przypadku drugiego indeksu, już znacznie mniejszego, czyli WIG40, wynagrodzenie średnie roczne wynosi 1,2 mln złotych. Natomiast w spółkach z indeksu WIG80, czyli jeszcze mniejszych, jest to niewiele ponad milion złotych rocznie – wymienia prezes Sedlak & Sedlak.

Wśród spółek WIG40 i WIG80 na fundusz wynagrodzeń w ubiegłym roku przeznaczano odpowiednio po 4 mln zł i 2,7 mln zł.

Giełdową spółką, która w ubiegłym roku najlepiej wynagrodziła swoich menedżerów, był TVN S.A. Każda z trzech osób z zarządu zarobiła prawie 5 mln zł. Na kolejnych pozycjach znalazły się zarządu TU Europa S.A. (3,8 mln zł), Getin Noble Bank (3,1 mln zł), Cyfrowy Polsat (3,1 mln zł) i BRE Bank (2,7 mln zł).

Rekordzistą ubiegłorocznego zestawienia jest prezes Comarch i główny akcjonariusz tej firmy, Janusz Filipiak, który zarobił blisko 12 mln zł.

– Jest to osoba, która rzeczywiście, jeśli popatrzymy na historię polskiej giełdy, która otrzymała jedno z najwyższych wynagrodzeń przez okres funkcjonowania GPW i okres funkcjonowania spółki na giełdzie – mówi Kazimierz Sedlak.

Tegoroczny raport firmy Sedlak & Sedlak „Wynagrodzenia członków zarządów spółek notowanych na GPW w 2011 roku” to już ósma edycja. Zostały w niej uwzględnione wynagrodzenia blisko 1,4 menedżerów z 333 spółek giełdowych.

Spadki ceny mieszkań w I kwartale 2012 roku

Główny Urząd Statystyczny podaje, że w I. kwartale 2012 roku do użytku oddano o 31, 9% więcej mieszkań niż w tym samym okresie 2 lata temu. Według analityków otoDom.pl w pierwszym półroczu ceny mieszkań na rynkach wtórnym i pierwotnym ustawicznie spadały nawet na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy.

Patrząc na dane rynkowe serwisu otoDom.pl z I poł. 2012 roku dla 5 miast Polski – Warszawy, Gdańska, Krakowa, Wrocławia i Poznania, ceny mieszkań na rynkach wtórnym i pierwotnym ustawicznie spadały nawet na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy. Średnia cena ofertowa metra kwadratowego w okresie styczeń-czerwiec spadła o 350 zł w Warszawie, 150 zł w Poznaniu, 200 zł we Wrocławiu oraz 250 zł w Krakowie i Gdańsku, czyli średnio o 4-5%. We wszystkich branych od uwagę przez analityków otoDom.pl miastach w czerwcu trzeba było zapłacić za metr kwadratowy o średnio kilka procent mniej niż w analogicznym okresie minionego roku.

Półrocze spadków

W pierwszych miesiącach tego roku średnie ceny ofertowe mieszkań 2-pok. w Warszawie plasowały się na poziomie 8400 zł, w Poznaniu taki metraż był dostępny na poziomie 5800 zł, a we Wrocławiu w średniej cenie 6200 zł. Stosunkowo dużym zainteresowaniem ze strony potencjalnych kupujących w tym samym czasie cieszyły się mieszkania z rynku pierwotnego. W styczniu liczba ofert sprzedaży nowych mieszkań była o kilkanaście tysięcy większa r/r. Aktualne ceny są natomiast średnio o 5-10% niższe od ubiegłorocznych.

– Deweloperzy oferowali nowe inwestycje, starając się dopasowywać je do zróżnicowanych wymogów odbiorców. Pojawiły się oferty o niższych cenach, nieco lepiej dopasowane do aktualnych oczekiwań kupujących w zakresie liczby pokoi, metrażu i lokalizacji. Jednocześnie rosło zainteresowanie tańszymi mieszkaniami pochodzącymi z rynku wtórnego. Na rynku warszawskim cały czas sporo było mieszkań, urządzonych w wysokim standardzie, których ceny znacznie przekraczały ceny mieszkań z rynku pierwotnego – mówi Przemysław Kotwicki, Dyrektor serwisu ogłoszeń sprzedaży i wynajmu nieruchomości otoDom.pl.

Spokojniej na rynku wynajmu

Jeżeli chodzi o wynajem nieruchomości na przestrzeni ostatnich 6 miesięcy w największych miastach Polski spadki nie były tak ewidentne. W I. kw. ceny wynajmu mieszkań 2-pok. w Warszawie utrzymywały się na stałym, niemal identycznym do poprzedniego roku poziomie, i wynosiły średnio 2520 zł za miesiąc. Od stycznia ceny wynajmu kawalerek w Warszawie stopniowo malały, utrzymując się obecnie na średnim poziomie 1800 zł. W Gdańsku ceny wynajmu mieszkań 2-pokojowych spadły w przeciągu roku średnio o 120-150 zł, oraz 100 zł w okresie od stycznia do czerwca, czyli ok. 9-10%. Koszt wynajmu kawalerki spadł od stycznia o średnio 200 zł, czyli ok. 16-17%.

W porównaniu do tego samego okresu w 2011 roku, ceny również spadły średnio o 200 zł. W Poznaniu ceny wynajmu mieszkań 2-pok. i kawalerek były niemal identycznie zarówno r/r, jak i w okresie styczeń-czerwiec. We Wrocławiu 2-pok. lokum wynajmiemy dziś średnio o 5% taniej niż w styczniu. Wynajem kawalerki natomiast to dziś średnio o 10% mniejszy koszt niż rok temu. Na rynku nieruchomości krakowskich można było zaobserwować najbardziej stabilną sytuację cenową. Zarówno mieszkania 2-pok., jak i kawalerki wynajmiemy za prawie takie same pieniądze jak w styczniu i marcu tego roku, oraz w analogicznym okresie rok temu.

Prognozy na drugie półrocze

Eksperci otoDom.pl w następnych sześciu miesiącach nie przewidują gwałtownych zmian cen. Jak jednak podkreślają, trudno jest jednoznacznie prognozować jak będzie wyglądała sytuacja na rynku w kolejnych miesiącach. – Biorąc pod uwagę takie czynniki ekonomiczne jak inflacja, wzrost cen paliw oraz towarów i usług, a także już obniżone ceny mieszkań i wynajmu, nie spodziewamy się gwałtownych spadków cen w najbliższej przyszłości. Z drugiej strony zmniejszająca się liczba transakcji na rynku, mniejsza liczba udzielanych kredytów oraz cały czas duża podaż mieszkań zaostrza konkurencję pomiędzy sprzedającymi co przekłada się na obniżki cen transakcyjnych. Taki trend może się utrzymać w drugiej połowie roku – dodaje Przemysław Kotwicki.

Patrząc natomiast na liczbę aktywnych ofert, serwis otoDom.pl odnotował na przestrzeni ostatniego półrocza wyraźny wzrost zamieszczanych ogłoszeń wynajmu w Poznaniu (28%) oraz Krakowie (24%). Liczba Ofert sprzedaży utrzymywała się we wszystkich miastach na tym samym poziomie.

Rząd przekaże urzędom pracy dodatkowe 500 mln zł na pomoc bezrobotnym

Minister finansów zaakceptował pomysł resortu pracy, by zwiększyć tegoroczne wydatki na Fundusz Pracy o 500 mln zł. Pieniądze będą przeznaczone na aktywizację grup bezrobotnych, które wymagają większego wsparcia. – Warto uruchomić te środki na walkę z bezrobociem. Możliwości mamy bardzo dużo – mówi Władysław Kosiniak–Kamysz, szef resortu pracy.

Jak zapowiada minister pracy, 500 mln zł trafi do urzędów pracy, które będą je rozdysponowywać na działania mające aktywizować bezrobotnych, przeciwdziałać bezrobociu i łagodzić jego skutki.

– To są staże, dofinansowanie otwarcia działalności gospodarczej, wyposażenie stanowisk pracy, roboty publiczne, prace interwencyjne. Tych elementów mamy bardzo dużo – przekonuje Władysław Kosiniak-Kamysz w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Warto z nich skorzystać, warto mówić o efektywności. Mam nadzieję, że uda nam się to w tym roku zrealizować.

Złożony na początku lipca wniosek o zwiększenie środków w Funduszu Pracy to efekt niepokojących sygnałów z polskiego rynku pracy. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej szacuje, że w czerwcu bezrobocie spadło o 0,2 pkt. proc. w porównaniu do maja, do poziomu 12,4 proc.

– Czerwiec niewątpliwie był miesiącem, w którym spadek stopy bezrobocia był poniżej naszych oczekiwań. Liczyliśmy, że to będzie bardziej dynamiczny spadek. Stąd ten wniosek i potrzeba interwencji. Chcemy reagować na to, co się dzieje na bieżąco na rynku pracy – zapewnia Władysław Kosiniak-Kamysz.

W ocenie Moniki Kurtek, głównej ekonomistki Banku Pocztowego, dzięki uruchomionym środkom stopa bezrobocia na koniec roku może być w granicach 12,8 proc.

– Wydaje się jednak, że te pieniądze to i tak są środki doraźne. Nie spodziewam się, żeby one w dłuższej perspektywie przyniosły oczekiwany rezultat w postaci trwałego spadku stopy bezrobocia. Jesteśmy wprost uzależnieni od koniunktury. Jeżeli tempo wzrostu gospodarczego w Polsce będzie przyśpieszać, wówczas przedsiębiorcy będą tworzyć nowe miejsca pracy i to bezrobocie trwale nam się będzie obniżać – ocenia Monika Kurtek.

Przychody Funduszu Pracy w tym roku zaplanowano na poziomie 10 mld zł, z czego na zasiłki dla bezrobotnych trafić mają 3 mld zł, a na przeciwdziałanie bezrobociu prawie 3,5 mld zł.

Ministrowie pracy i finansów podczas środowego spotkania uzgodnili również, że podejmą działania, by od 2013 roku do Funduszu Pracy trafiały unijne środki na aktywizację bezrobotnych. W ich opinii pozwoli to na bardziej skuteczne wykorzystanie tych pieniędzy. W tym celu wymagana będzie nowelizacja odpowiednich rozporządzeń.

Mobilne płatności smartfonami Visa payWave

Organizacja Visa Europe poinformowała o udostępnieniu aplikacji mobilnych płatności zbliżeniowych Visa payWave w polskiej wersji językowej.

Smartfonami z mobilną aplikacją zbliżeniową Visa można płacić w tych samych terminalach, które obsługują płatności zbliżeniowymi kartami Visa których jest w Polsce już w ponad 70 tys. Płacić zbliżeniowo można też w transporcie miejskim m.in. we Wrocławiu oraz w Warszawie, gdzie mobilne biletomaty umożliwiają m.in. szybką i wygodną płatność za przejazd za pomocą zbliżeniowej karty Visa oraz smartfonów z aplikacją Visa payWave. Aplikacja umożliwia także śledzenie historii wszystkich transakcji dokonanych telefonem.

„Po ogromnym sukcesie zbliżeniowych kart Visa w Polsce jesteśmy dobrze przygotowani na kolejny, znaczący krok w postaci płatności mobilnych, dokonywanych za pomocą smartfonów” – stwierdził Jakub Kiwior, dyrektor Visa Europe w Polsce.

Upowszechnienie płatności zbliżeniowych i mobilnych jest częścią realizowanej przez organizację Visa Europe wizji przyszłości płatności (Visa Future of Payments), która ma na celu tworzenie konsumentom jak najlepszych warunków dla płatności elektronicznych z użyciem dowolnego urządzenia. Visa Europe przewiduje, że w 2020 r. ponad połowa wszystkich transakcji Visa będzie dokonywana z wykorzystaniem urządzeń mobilnych.

Partnerem Visa w tym przedsięwzięciu, obok jednego z polskich banków członkowskich, jest Orange Polska. Operator, który ma duże doświadczenie we wdrożeniach płatności zbliżeniowych za pośrednictwem telefonów komórkowych, dostarczył usługi telekomunikacyjne oraz karty SIM NFC z preinstalowaną kartą płatniczą banku.

Rynek reklamy online w II kwartale 2012 roku

Reklamodawcy nadal stawiają na tradycyjne formaty reklamowe. Systematycznie na sile zyskują jednak bardziej interaktywne rozwiązania. Największy udział w emisji reklam niezmiennie odnotowują firmy z branży telekomunikacyjnej – wynika z raportu gemiusAdMonitor za II kwartał 2012 roku.

Raport gemiusAdMonitor przygotowano na podstawie danych zgromadzonych w badaniu gemiusDirectEffect. Zrealizowane w II kwartale 2012 roku kampanie online przeanalizowano pod kątem wykorzystywanych form kreacji, osiąganych przez nie wskaźników oraz branż, które były reklamowane.

W II kwartale 2012 roku największy udział, w całkowitej liczbie emisji badanych kampanii, odnotowano w branżach: telekomunikacja (24,1%), finanse, ubezpieczenia, maklerstwo (13%) oraz motoryzacja (9,2%). To znaczące zmiany względem I kwartału bieżącego roku. W okresie od stycznia do marca najaktywniej reklamowali się przedstawiciele następujących branż: telekomunikacja (30,7%), motoryzacja (17,9%) oraz sprzęty domowe, meble i dekoracje (12,4%).

Największym zainteresowaniem internautów w II kwartale 2012 cieszyły się kreacje firm działających w sektorach: żywność (CTR: 1,10%), czas wolny (CTR: 1,06%) oraz podróże, turystyka, hotele i restauracje (CTR: 0,92%).

Mimo że Rich Media mają większy niż tradycyjne formaty potencjał oddziaływania na odbiorców, reklamodawcy nadal stawiają na klasyczne formy reklamy. W II kwartale 2012 roku najczęściej stosowanymi formatami kreacji – we wszystkich zrealizowanych w tym czasie kampaniach – były: Double Billboard (25,8%), Preroll (16,4 %) oraz Toplayer (12,4%). Jak pokazują prowadzone przez Gemius analizy – firmy coraz chętniej sięgają jednak po nowe, bardziej efektywne rozwiązania. Udział formatu Preroll wzrósł o 3%, a Toplayer o 4% względem pierwszych miesięcy 2012 roku.

Wśród najpopularniejszych formatów reklamowych pod względem średniego CTR w II kwartale 2012 roku znalazły się: Toplayer (2,43%), Wideboard 1024×300 (2,03%) oraz Preroll (2,02%). Z kolei najwyższy uCTR – wskaźnik określający jak wielu użytkowników spośród tych, którzy widzieli daną kreację, kliknęło w nią – odnotowano dla formatów: Wideboard 1024×300 (3,85%), Toplayer (3,14%) oraz Wallpaper (2,71%).

W II kwartale 2012 roku wskaźnik CTR liczony dla otwartych maili wyniósł 18,50%, co oznacza spadek o 3,57% względem pierwszych trzech miesięcy bieżącego roku. Odsetek kampanii wykorzystujących tę formę reklamy wyniósł 22,44%.

100 mld euro z funduszu ratunkowego na wsparcie Hiszpanii

Niemiecki Bundestag zgodził się wczoraj na przekazanie Hiszpanii do 100 mld euro z funduszu ratunkowego. Dzięki temu zostanie dokapitalizowany sektor bankowy. – To jedyny pomysł, który pojawił się w ramach Unii Europejskiej, na wyjście z kryzysu – mówi Rafał Antczak, wiceprezes Deloitte Polska.

Europejski Instrument Stabilności Finansowej (EFSF) udziela wsparcia państwom strefy euro. Dotychczas skorzystały z niego kraje znajdujące się w złej kondycji finansowej: Irlandia, Portugalia i Grecja. W przypadku pomocy dla Hiszpanii pojawiły się w Niemczech kontrowersje, że przekazywanie kolejnych funduszy obciąża kraj odpowiedzialnością za długi innych państw.

– Najważniejsze z punktu widzenia funkcjonowania mechanizmu pomocowego jest to, że Niemcy postępują w porządku prawnym, który z ich punktu widzenia nie tylko, jako największego donora całej operacji ratowania krajów grupy PIIGS [Portugalia, Irlandia, Włochy, Grecja i Hiszpania – przyp. red.], ale w ogóle funkcjonowania Unii Europejskiej, ma fundamentalne znaczenie – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Rafał Antczak.

Ostatecznie Niemcy podjęły decyzję o przyznaniu pomocy Hiszpanii. Kryzys w tamtejszym sektorze bankowym zagrażałby stabilności całej strefy euro i niemieckiej gospodarce.

– W strefie euro i w całej UE nie ma innego planu wychodzenia z kryzysu niż plan, który został przygotowany przez rząd Niemiec we współpracy z Europejskim Bankiem Centralnym. Jeżeli byłyby w Unii jakikolwiek pomysł, jak tę sprawę uregulować, to takie plany można by dyskutować. Na razie takich pomysłów i takich planów nie ma – komentuje Rafał Antczak.

Zdaniem ekonomisty, są szanse na to, że pieniądze nie zostaną zmarnotrawione. W dużej mierze dzięki wprowadzeniu pod koniec minionego roku tzw. sześciopaku, zwiększającego dyscyplinę finansów publicznych w krajach UE. Zobowiązuje on państwa członkowskie do tego, by nie dopuściły do sytuacji, w której deficyt sektora finansów publicznych danego kraju przekroczyłby 3 proc. PKB, a dług publiczny 60 proc. PKB.

– Inne kraje nie miały, jak Polska, wpisanego w konstytucję limitu długu. Teraz zaczynają wprowadzać takie regulacje. To jest wszystko, co można zrobić w kraju demokratycznym, żeby spełnić pewne warunki do tego, żeby zasady były przestrzegane. Do tego dochodzi element karania krajów, które nie będą ich przestrzegać – wskazuje przedstawiciel Deloitte Polska.

Ważne będzie zatem egzekwowanie tej finansowej dyscypliny. Jeśli dany kraj dopuści się złamania zasad, wówczas zostanie otwarta tzw. procedura nadmiernego deficytu, mogąca skutkować sankcjami finansowymi. Dotyczą one członków strefy euro, choć pozostałe państwa UE również mogą ponieść konsekwencje.

– Jak wiemy z historii, taką dyscyplinę kryteriów z Maastricht złamały największe kraje strefy euro z Niemcami i Francją na czele. Od tego się zaczął cały problem – przypomina Antczak. – Teraz miejmy nadzieję, że jest to po prostu nauczka, według przysłowia „Mądry Polak po szkodzie”.

Polska gospodarka hamuje a to dopiero początek

– Hamowanie wzrostu gospodarczego w Polsce jest coraz ostrzejsze – mówi Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego, oceniając najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego. Niepokojąca jest przede wszystkim sytuacja w przemyśle i budownictwie. W czerwcu spadek produkcji przemysłowej odnotowano w 16 działach gospodarki.

Według Głównego Urzędu Statystycznego spada produkcja m.in. mebli i wyrobów farmaceutycznych. Wyraźne spowolnienie widać również w motoryzacji i przemyśle wydobywczym. Również branża budowlana odnotowuje hamowanie. W ciągu miesiąca liczba rozpoczętych budów mieszkań spadła o blisko 15 proc.

– Dane GUS-u są dosyć pesymistyczne – ocenia Monika Kurtek, główna ekonomista Banku Pocztowego. – Dużo gorsze niż spodziewał się rynek.

Jej zdaniem, to pierwsze, tak wyraźne symptomy spowolnienia, z którym mamy do czynienia od początku roku. Utrzymanie tempa spadków w kolejnych miesiącach sprawiłoby, że wzrost PKB w II półroczu zatrzymałby się na granicy 2 procent albo i niżej.

– To z kolei wskazywałoby, że osiągnięcie tempa wzrostu gospodarczego w okolicach 3 proc. w całym roku będzie praktycznie niemożliwe – tonuje dobre do tej pory nastroje główna ekonomistka Banku Pocztowego. – Raczej należałoby rewidować prognozy w dół, w okolicy 2,5–3 proc.

W tegorocznej ustawie budżetowe rząd zakładał, że polska gospodarka będzie rozwijać się w tempie 2,5 proc. Jednak wielu ekonomistów podkreślało, że są to założenia zbyt pesymistyczne.

Zdaniem Moniki Kurtek, spadek produkcji w przemyśle to efekt spowolnienia gospodarczego u naszych zagranicznych partnerów. Przede wszystkim w Niemczech.

– Zamówienia z zagranicy są mniejsze i nasi producenci dostosowują swoją produkcję do tych zamówień – tłumaczy ekonomistka.

Na ich decyzję wpływają również sygnały świadczące o tym, że i popyt w kraju maleje.

Znaczną przewagę podaży nad popytem widać również w branży budowlanej. W czerwcu oddano do użytku ponad 11,5 tys. nowych mieszkań, czyli o 1/3 więcej niż przed rokiem i o 15 proc. niż w maju. Coraz mniej wydawanych pozwoleń na budowę oraz rozpoczynanych budów świadczą o tym, że deweloperzy na razie wstrzymują się z inwestycjami.

Według Moniki Kurtek, branża budowlana zaczyna powoli odczuwać efekt Euro 2012. Stopniowo są kończone wszelkie projekty infrastrukturalne, związane z organizacją Mistrzostw Europy w piłce nożnej.

– To był czynnik, który inwestycje w Polsce przez ostatnie lata bardzo wspierał – tłumaczy ekonomistka. – Brak tych inwestycji powoduje, że w tej chwili budownictwo znajduje się praktycznie na minusie. Takie konsekwencje gaśnięcia pozytywnego impulsu na pewno będziemy jeszcze obserwować w kolejnych miesiącach.

Częstochowa dofinansuje in vitro swoim mieszkańcom

W Częstochowie po 3 tys. zł mogą dostać małżeństwa na zabieg in vitro. – Częstochowa jest przodującym miastem, podpisano tam uchwałę i 110 tys. zł z budżetu miasta zostało przeznaczone dla mieszkańców – mówi Marzena Smolińska ze Stowarzyszenia Nasz Bocian i kliniki InviMed. To pierwszy samorząd wspierający w ten sposób bezpłodne pary.

Stowarzyszenie Nasz Bocian brało udział w pracach przygotowawczych uchwały Rady Miasta precyzującej, jakim parom może być przyznana pomoc. Zdecydowano, że dofinansowanie otrzymają wyłącznie małżeństwa. Zostaną zakwalifikowane do leczenia metodą zapłodnienia pozaustrojowego zgodnie z wytycznymi Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu. Małżonkowie muszą przynajmniej przez rok być zameldowani na stałe na terenie Częstochowy. Wówczas mają szansę na jednorazowe wsparcie w wysokości 3 tys. zł.

– To pokryje koszty leków. Myślę, że to znaczne odciążenie dla par – informuje Marzena Smolińska. –Chętnie byśmy widzieli [w ustawie o in vitro – przyp. red.] chociaż częściową refundację, np. leków.

Przedstawicielka InviMed zaznacza, że pary nie będą kierowane do konkretnej kliniki. Same zdecydują, do której placówki się udadzą.

Uchwała Częstochowy to odpowiedź na kolejne nieudane próby uchwalenie ustawy o in vitro.

– Liczymy na to, że uregulowania będą odgórne i wkrótce pojawi się ustawa refundacyjna, co bardzo pomoże pacjentom. Nie zapominajmy, że w Polsce 1,5 mln par boryka się z niepłodnością. Ten odsetek jest duży i cały czas rośnie. Do niedawna co piąta para miała problem z płodnością, już teraz dotyka on co czwartą. Tak jest w Polsce i na świecie – komentuje Marzena Smolińska.

Światowa Organizacja Zdrowia ocenia, że problem bezpłodności dotyczy 60-80 mln par na świecie. W społeczeństwach krajów wysoko rozwiniętych częstość niepłodności jest szacowana na 10–12 proc. populacji.

Na podstawie wielkości populacji Częstochowy mającej 238 tys. mieszkańców, oszacowano liczbę niepłodnych par na ok. 8 tys. Zgodnie z danymi statystycznymi do leczenia metodą in vitro kwalifikuje się 2 proc. niepłodnych par. Wsparcie w tym roku może więc otrzymać ok. 160 z nich.

Zmiany w składzie Zarządu Drewex S.A.

Drewex S.A. – producent mebli i akcesoriów dziecięcych – poinformował o zmianach w Zarządzie, w związku z realizacją umowy inwestycyjnej z inwestorem strategicznym z dnia 11 maja 2012 r. W dniu 17 lipca 2012 roku Andrzej Krakówka złożył rezygnację z funkcji Prezesa Zarządu ze skutkiem na dzień 17 lipca 2012 roku, jednocześnie na ww. stanowisko został powołany Adam Bandach.

Złożenie rezygnacji przez Pana Andrzeja Krakówkę związane było z zakończeniem pierwszego etapu restrukturyzacji Drewex S.A., którego celem była zmiana postępowania upadłościowego-likwidacyjnego na upadłość z możliwością zawarcia układu oraz pozyskanie inwestora strategicznego, który dofinansuje Drewex S.A.

Zgodnie z zwartym porozumieniem z P.P.H.U. AS-GOLD Sp. z o.o. z dnia 11 maja 2012 r. Inwestor zobowiązał się do dokapitalizowania Drewex S.A. w formie gotówkowej, w kwocie niezbędnej do realizacji układu z wierzycielami Spółki.

W chwili obecnej realizowane są kolejne etapy umowy inwestycyjnej P.P.H.U. AS-GOLD Sp. z o.o., dlatego też do Zarządu została powołana osoba powiązana z ww. podmiotem, która zajmie się finalizacją działań układowych oraz rozszerzy i zoptymalizuje dotychczasową działalność operacyjną Spółki.

Rynek odzieży i obuwia w 2011 i 2012 roku

Rok 2011 był dość dobrym dla branży odzieżowo-obuwniczej. Sytuacja makroekonomiczna uległa poprawie, na rynku panowały lepsze nastroje, a skutki kryzysu nie były już tak widoczne. Duży wpływ na sprzedaż miały jednak niesprzyjające warunki pogodowe – w 2011 roku nie było ani upalnego lata, ani mroźnej zimy, wskutek czego nastąpiło ograniczenie popytu na typowo sezonowe artykuły.

W rezultacie, jak wynika z szacunków zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny odzieżą i obuwiem w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”, w 2011 roku sprzedaż odzieży i obuwia wzrosła o 1%, a wartość rynku przekroczyła 27 mld zł.

„Największy wpływ na wartość omawianego rynku ma sytuacja w sieciach odzieżowych i obuwniczych, które odpowiadają już za połowę jego obrotów. Wyniki badania sklepów sieciowych wskazują na pierwszy, od czasu rozpoczęcia badań, spadek liczby placówek w sieciach w 2011 roku, o ok. 200 sklepów. Dotyczyło to zwłaszcza sklepów mniej znanych marek lub znajdujących się w mniejszych miejscowościach. Dodatkowo, duzi gracze również rewidowali swoje sieci zamykając najmniej rentowne salony. Świadczy to o mocnej konkurencji na rynku, wskutek której słabsze marki oraz sklepy nie radzą sobie w sytuacji rosnących ostatnio kosztów i niewzrastających obrotów”, komentuje Patrycja Nalepa, Starszy analityk handlu detalicznego w PMR.

W 2012 rynek wzrośnie bardziej

Na rok 2012 PMR prognozuje wyższy wzrost rynku – na poziomie 2,5%. Z badania przeprowadzonego w maju br. wśród przedstawicieli sieci odzieżowych i obuwniczych wyłania się dwojaki obraz rynku. Więcej firm ocenia obecną sytuacją rynkową jako raczej niekorzystną (38% wobec 21%), natomiast większość dużych firm jest przeciwnego zdania. „Można z tego wyciągnąć wniosek, iż w sytuacji ograniczonych zasobów finansowych klienci wybierają znane marki, które gwarantują im ubrania zgodne z aktualnymi trendami w modzie oraz dobry stosunek jakości do ceny. Są to również firmy, których sklepy obecne są w najlepszych centrach handlowych cieszących się większym zainteresowaniem klientów niż te mniej prestiżowe”, dodaje Patrycja Nalepa.

Duże firmy są również bardziej optymistyczne w przewidywaniach na drugą połowę roku – oczekują poprawy sytuacji lub nie przewidują większych zmian. Biorąc pod uwagę fakt, iż to najwięksi gracze generują zdecydowaną większość obrotów w segmencie sieci, ich dobre wyniki będą odgrywały kluczową rolę we wzroście segmentu, a tym samym całego rynku. Ogółem większość firm (54%) przewiduje, iż ich przychody wzrosną w 2012 roku, a 30% ocenia, że ich wartość się nie zmieni.

Dyskonty rosną najszybciej

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy najdynamiczniejszy rozwój liczby sklepów widoczny był szczególnie w segmencie dyskontów. Ich liczba w skali rocznej wzrosła o 20%, do czego przyczyniły się sieci Pepco i Textilmarket, które w skali roku otworzyły łącznie 115 placówek. O niecałe 8% wzrósł także segment z odzieżą i obuwiem dziecięcym. Pozytywne wzrosty odnotowały także takie segmenty jak casual (5%) czy elegancka odzież damska (3%).
Wielki spadek rzędu 19-20% odnotowały dwa segmenty – młodzieżowy i odzieży eleganckiej męskiej. W przypadku sieci oferujących odzież młodzieżową, mieliśmy do czynienia z pogarszającą się sytuacją w całym segmencie. Jeśli chodzi o elegancką odzież męską, największy wpływ na liczbę całkowitą sklepów miała marka Sunset Suits, która zniknęła z rynku.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny odzieżą i obuwiem w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”.

Euro i telewizja cyfrowa napędzają rynek RTV i AGD

Wyłączenie sygnału analogowego i przejście na sygnał cyfrowy, mistrzostwa Euro 2012 w piłce nożnej oraz rozwój i wymiana technologii są głównymi czynnikami wpływającymi na znaczny wzrost sprzedaży telewizorów w Polsce. Dzięki temu, według szacunków PMR zawartych w raporcie „Handel detaliczny artykułami RTV, AGD i sprzętem elektronicznym w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”, wartość segmentu RTV (liczonego razem ze sprzętem fotograficznym) wzrośnie w tym roku o 8,8%, a cały rynek RTV, AGD i sprzętu elektronicznego o ponad 4%.

Niepewność co do zakończenia kryzysu i docierające złe wiadomości gospodarcze ze świata mają nadal wpływ na klientów, którzy w większym stopniu starają się oszczędzać i powstrzymują się od zakupów. Dodatkowo, zaostrzenie kryteriów przyznawania kredytów konsumenckich i hipotecznych w ostatnich latach ograniczyło możliwości zakupowe konsumentów. Z drugiej jednak strony, sprzęt RTV, AGD i elektroniczny nabywany jest często w formie rekompensaty za brak możliwości dokonania innych większych zakupów, czy wyjazdów urlopowych. Rok 2011 przyniósł też pierwsze odbicie na rynku, które było związane przede wszystkim z niską bazą oraz polepszającymi się nastrojami konsumenckimi.

Impulsem pozytywnym dla branży jest między innymi wygasanie analogowego sygnału telewizyjnego, który wpływa na zakup nowoczesnych telewizorów czy dekoderów. W roku bieżącym nastąpi nasilenie tego trendu, ponieważ według planów całkowita rezygnacja z nadawania antenowego sygnału analogowego ma nastąpić do 31 lipca 2013 roku, a już w tym roku ma to mieć miejsce w kilku województwach. Dodatkowo, na zakup dekoderów miało wpływ zakończenie nadawania satelitarnego przekazu analogowego, które nastąpiło z końcem kwietnia tego roku. Powoduje to wzrost udziału segmentu RTV (liczonego przez nas razem ze sprzętem fotograficznym) w wartości rynku, który według naszych prognoz osiągnie swoje maksimum (ponad 36%) w roku 2012.

Ponadto, na zakup telewizorów mają wpływ mistrzostwa Europy w piłce nożnej, a także Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Tego typu jednorazowe wydarzenia również stymulują szybszą wymianę odbiorników telewizyjnych przez gospodarstwa domowe, czy ich zakup przez małe placówki gastronomiczne.

Kolejnym bardzo ważnym czynnikiem decydującym o wymianie telewizorów jest przejście z technologii kineskopowej na odbiorniki plazmowe i LCD lub LED. Nie bez znaczenia pozostają nowinki typu 3D czy internet w odbiornikach, które dodatkowo wpływają na zwiększenie rotacji sprzętu. Warto zaznaczyć, że mimo bardzo dużej popularności odbiorników telewizyjnych w polskich domach (98,5% użytkowników według GUS), 43% gospodarstw posiada nowocześniejszy odbiornik plazmowy lub ciekłokrystaliczny, zaś w 70% gospodarstw występują wciąż odbiorniki kineskopowe. Badanie PMR Research przeprowadzone na potrzeby raportu pokazuje podobne wartości. 98,2% respondentów badania przeprowadzonego w maju 2011 roku posiadało telewizor w gospodarstwie domowym, z czego prawie 60% przyznało, że posiada telewizor z płaskim ekranem, a prawie 64%, że posiada telewizor kineskopowy. Co więcej, respondenci deklarowali, że w ostatnich latach najczęściej dokonywali zakupu płaskich telewizorów, a wśród planujących zakup telewizor był wymieniany na pierwszym miejscu i dotyczył ponad 60% planów zakupowych. Badanie TNS Pentor z końca 2011 roku pokazuje, że 10% gospodarstw domowych posiada najnowocześniejszy telewizor w technologii LED. Ponadto, szacunki KRRiT dowodzą, że wiele osób nie ma świadomości, czy ich odbiorniki będą odbierały sygnał cyfrowy.

Wymienione czynniki pokazują, że trend zakupu nowoczesnych odbiorników telewizyjnych i dekoderów będzie kontynuowany przynajmniej w najbliższych miesiącach. Będzie on także wzmocniony dzięki wymianie odbiorników na te o większej przekątnej, czy poprzez kupno kompleksowego rozwiązania w postaci mebli zawierających wszystkie elementy domowego kina, np. takich jak wprowadzone na początku tego roku przez IKEA.

Segment RTV i foto dzięki wyżej wymienionym czynnikom odnotuje największy wzrost w stosunku do pozostałych segmentów, czyli dużego i małego AGD oraz komputerów i telefonów. RTV i foto jest drugim co do wielkości segmentem odpowiadającym, według szacunków PMR, za niecałe 35% rynku. Nasze prognozy pokazują, że 2012 rok zakończy się 4,6% wzrostem całego rynku RTV, AGD i sprzętu elektronicznego w Polsce.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny artykułami RTV, AGD i sprzętem elektronicznym w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”.

Życie na kredyt jest lekkie i przyjemne, ale do czasu

Po 20 latach życia na sterydach, czyli na środkach emitowanych przez banki centralne i komercyjne, wchodzimy właśnie w okres kaca – przestrzega Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha. – Pytanie, jak go zwalczymy. Jego zdaniem lekarstwem są wykształceni ludzie, którzy mogą przyciągnąć do kraju nowych inwestorów i nowe miejsca pracy.

– Są powody do niepokoju, że sytuacja, jaka trwała w ciągu ostatnich 20 lat, nie będzie trwać w nieskończoność – ocenia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Robert Gwiazdowski.

Zdaniem prezydenta Centrum im. Adama Smitha, środki finansowe emitowane zarówno przez banki centralne, jak i komercyjne, psują gospodarkę i napędzają spiralę zadłużenia. Gospodarka nie ma pokrycia w rzeczywistości, tylko opiera się na środkach kredytowanych.

– Jak się żyje na sterydach, to jest przyjemnie, lżej, tak samo jak po alkoholu, ale potem przychodzi kac, a my właśnie wchodzimy w okres takiego kaca. Pytanie, co zrobimy? Czy zwalczymy tego kaca, żeby jutro już czuć się dobrze, czy też będziemy zwalczać kaca tzw. klinem, a jak się kończy zwalczanie kaca klinem, wszyscy wiemy – mówi Gwiazdowski.

Prezydent CAS twierdzi, że polska gospodarka i sektor publiczny powinny skorzystać z dwóch czynników, które mogą zdecydować o rozwoju naszego kraju: czyli z potencjału ludzkiego i położenia geopolitycznego. Jak podkreśla, również tereny inwestycyjne dostępne w Polsce, to jeden z największych atutów kraju.

– Leżymy w centrum Europy, na skrzyżowaniu szlaków komunikacyjnych. Mamy ten zasób w postaci młodych ludzi, którzy chcą pracować, więc damy sobie radę – mówi. Jego zdaniem to wielka ekonomiczna szansa. – Tu lokują się firmy logistyczne, dlatego właśnie, że jest to centrum Europy.

Gwiazdowski przypomina, że na rynku pracy mamy pokolenie wyżu demograficznego: dobrze wykształcone, ambitne i kreatywne, które może być siłą napędową gospodarki.

– To są ludzie nieźle wykształceni, którzy chcą pracować, więc należałoby wyeliminować przyczyny, dla których tej pracy dla nich nie ma. To nie jest przyczyna, że państwo czegoś nie robi. Przyczyną jest właśnie to, że państwo coś robi – sugeruje ekonomista. – Nadmiernie opodatkowuje pracę młodych ludzi.

Centrum im. Adama Smitha apeluje o zmniejszenie podatków od dochodów startujących na rynku młodych pracowników. Dziś wszystkie obciążenia nałożone na nie (PIT, składki ubezpieczeniowe, etc.) przekraczają 60 procent zarobionej sumy.

– Nie ma dobrych podatków, są tylko złe, ale wśród tych złych podatków, niektóre są gorsze od innych. Jednym z najgorszych, najgłupszych podatków, są podatki obciążające wynagrodzenia młodych ludzi, wkraczających w wiek produkcyjny i reprodukcyjny – mówi Gwiazdowski.

I przypomina, że to leży u podstaw problemu demograficznego, który przekłada się na kłopoty systemu emerytalnego i finansów publicznych. Prezydent Centrum im. Adama Smitha twierdzi, że państwo, jeżeli musi zwiększać obciążenie podatkowe, to powinno to robić przez zwiększanie podatków na konsumpcję, a nie pracę.