Biały Dom zawiesza cła na samochody z Kanady i Meksyku na miesiąc

Biały Dom ogłosił wprowadzenie 30-dniowej ulgi celną dla samochodów importowanych z Kanady i Meksyku, które spełniają wymogi umowy USMCA. Przez ten okres pojazdy te będą zwolnione z 25-procentowych ceł, co obejmuje nie tylko auta marek takich jak Ford, GM czy Stellantis, ale wszystkie modele spełniające określone kryteria.

Wprowadzenie tej tymczasowej ulgi ma na celu złagodzenie ewentualnego wzrostu cen pojazdów i jednocześnie daje producentom motoryzacyjnym pewną przestrzeń do dostosowania się do nowych warunków. Mimo to, ryzyko podwyższenia kosztów produkcji i sprzedaży pozostaje realne dla konsumentów.

Decyzja ta wpisuje się w szerszą strategię administracji Trumpa, który podkreśla potrzebę „wstrząsu” dla odbudowy amerykańskiego przemysłu. Rząd USA stawia na ochronę miejsc pracy oraz zmniejszenie zależności gospodarki od zagranicznych dostawców. Należy jednak pamiętać, że Biały Dom nie zapowiada dalszych wyjątków – już 2 kwietnia mają wejść w życie taryfy wzajemnościowe.

Reakcje rynku nie pozostają jednak jednoznaczne. Przedstawiciele branży motoryzacyjnej ostrzegają, że planowane cła mogą znacząco zakłócić 30-letnie, starannie budowane sieci dostaw. Rosnące koszty ceł mogą przyczynić się do spadku zysków największych producentów, takich jak GM, co z kolei może skutkować ograniczeniem inwestycji i redukcją miejsc pracy. Dodatkowo, Kanada, Meksyk oraz Chiny zapowiadają wprowadzenie odwetowych taryf, co tylko pogłębia istniejące napięcia handlowe.

Warto również zwrócić uwagę, że cła mają również wymiar polityczny. Administracja Trumpa argumentuje konieczność ich wprowadzenia m.in. brakiem zdecydowanych działań Kanady w kwestii zwalczania fentanylu, choć premier Trudeau stanowczo uważa tę krytykę za nieuzasadnioną.

Podsumowując, miesięczne zwolnienie z ceł stanowi jedynie chwilową ulgę dla producentów aut, a długoterminowe skutki tej decyzji dla rynku motoryzacyjnego pozostają niepewne. Konsumenci mogą być zmuszeni do poniesienia wyższych kosztów zakupu pojazdów, jeśli obowiązywać będą taryfy, a rosnące napięcia handlowe między USA, Kanadą i Meksykiem mogą prowadzić do dalszych zakłóceń gospodarczych.

Krzysztof Kamiński – Oanda TMS

Czego najbardziej boją się Polacy? Najnowszy raport o lękach i obawach

Jak wynika z najnowszej edycji raportu pt. „Bieżące lęki i obawy Polaków”, spośród 53 możliwych czarnych scenariuszy najwięcej rodaków obecnie obawia się chorób najbliższych osób – 37,5%. Na drugiej pozycji jest niepokój o własne zdrowie – 33,6%. Trzecie miejsce w rankingu ma strach przed inflacją i utratą wartości pieniądza – 29,8%. Ponadto w TOP5 widać lęk przed napływem imigrantów – 24,6%, a także atakiem terrorystycznym – 18,7%. Na końcu zestawienia są obawy przed wahaniem cen nieruchomości – 0,3%, zachowaniami mobbingowymi – 0,4%, a także uzależnieniem się od alkoholu lub innych używek bądź działań (np. hazardu, seksu czy zakupów) – 0,4%. Do tego autorzy raportu ostrożne wskazują koszt pracodawców na poziomie ponad 2,2 mld zł, wynikający z 5,7 mln dni absencji chorobowych, związanych z zaburzeniami lękowymi.

Raport pt. „Bieżące lęki i obawy Polaków”, przygotowany na podstawie specjalnego badania opinii publicznej, prowadzonego cyklicznie przez UCE RESEARCH i platformę ePsycholodzy.pl, pokazuje, czego aktualnie najbardziej boją się Polacy. Tym razem na liście były aż 53 możliwe lęki. Ankietowani mogli zaznaczyć maksymalnie 5 pozycji. Zaledwie 1% uczestników badania wskazał, że właściwie niczego się nie obawia. 0,5% respondentów ujawniło, że lęka się czegoś, co nie zostało uwzględnione w ankiecie. Z kolei 4,9% badanych nie potrafiło się określić w tej kwestii.

– Do gabinetów terapeutów i psychiatrów coraz częściej trafiają osoby z zaburzeniami lękowymi. To trzeci, po reakcji na ciężki stres i depresji, powód korzystania z tego typu usług. I nie ma się czemu dziwić. Niepewność ekonomiczna i globalne kryzysy istotnie zwiększyły poczucie zagrożenia w społeczeństwie – komentuje Michał Pajdak, wykładowca akademicki oraz współautor raportu z platformy ePsycholodzy.pl.

Ekspert zauważa też, że większa liczba osób korzystających z psychoterapii oznacza rosnące wydatki na usługi psychologiczne i psychoterapeutyczne. I stanowi obciążenie dla gospodarstw domowych. Ponadto problemy zdrowia psychicznego mogą prowadzić do wyższej absencji chorobowej wśród pracowników. – Osoby zmagające się z lękami mogą potrzebować długotrwałego leczenia, co może wpływać na ich wydajność i obecność w pracy. Ostrożne rachunki wskazują koszt pracodawców na poziomie ponad 2,2 mld zł, wynikający z 5,7 mln dni absencji chorobowych, związanych z zaburzeniami lękowymi – szacuje Michał Pajdak.

Na ww. liście najwięcej osób wskazało lęk przed chorobą najbliższych – 37,5%. Na drugim miejscu w rankingu widać obawę o własne zdrowie – 33,6%. – Takie doświadczenia nie tylko wywołują ból, ale też wpływają na codzienne funkcjonowanie, poczucie bezpieczeństwa i sytuację finansową. Dla wielu osób źródłem lęku mogą być zarówno koszty emocjonalne, jak i finansowe. W obliczu rosnącej liczby zachorowań na choroby cywilizacyjne czy nawet sezonowe, większej świadomości zdrowotnej oraz doświadczeń związanych z pandemią, ludzie mogą też zwracać większą uwagę na dostęp do opieki medycznej – wyjaśnia psycholog Michał Murgrabia, drugi ze współautorów raportu z platformy ePsycholodzy.pl.

Do tego Michał Pajdak dodaje, że wzrost ww. lęków może skutkować rosnącym zainteresowaniem prywatną opieką medyczną i polisami ubezpieczeniowymi. Może też prowadzić do ogólnego zwiększenia wydatków służących zachowaniu zdrowia. – Z politycznego punktu widzenia dostęp do bezpłatnej służby zdrowia to wciąż kluczowy temat. Kwestie takie, jak czas oczekiwania i jakość świadczonych usług, są szeroko komentowane przez Polaków – dodaje ekspert.

Trzecie miejsce w zestawieniu zajmuje lęk przed inflacją i utratą wartości pieniądza – 29,8%. Według Michała Pajdaka, to następstwo niedawnego okresu wysokiej inflacji. W ostatnich latach mocno wzrosły koszty życia Polaków i spadło poczucie stabilności finansowej. Wzrost cen podstawowych produktów, energii i usług sprawił, że wiele osób musiało ograniczyć swoje wydatki lub zmienić nawyki konsumpcyjne. Ludzie nie wiedzą, jak bardzo wzrosną ceny w przyszłości, czy ich pensje będą wystarczające i czy oszczędności nie stracą na wartości. Ta niepewność prowadzi do stresu i niepokoju.

– Inflacja szczególnie mocno uderza w osoby nieposiadające oszczędności, których wynagrodzenia nie rosną w tempie pozwalającym na utrzymanie dotychczasowego standardu życia. To właśnie ta grupa społeczna jest najbardziej narażona na chroniczny stres związany z przyszłością finansową. Warto też do powyższego dodać, że obecnie czynniki ekonomiczne trochę zostały zepchnięte do narożnika – zaznacza psycholog Michał Murgrabia.

Analitycy z UCE RESEARCH przypominają, że jeszcze niedawno inflacja i tematy związane z finansami były na pierwszej pozycji w rankingu lęków i obaw. Fakt, że ostatnio choroby przejęły dwa pierwsze miejsca, eksperci uznają za powrót do normalności. – Lęk o zdrowie ma swoje korzenie w biologii i instynkcie przetrwania. Może być skuteczną motywacją do dbania o siebie, ale jeśli jest zbyt silny, potrafi prowadzić do chronicznego niepokoju, którym warto się zająć. Ponadto w społeczeństwie istnieje duża obawa przed kolejną pandemią, chorobami zakaźnymi i innymi zagrażającymi życiu – stwierdza Michał Murgrabia.

– Choć inflacja jest nadal odczuwalna, wiele osób mogło się już do niej przyzwyczaić lub nauczyć żyć w nowych warunkach. – Wzrost cen stał się częścią codziennego życia. Może to także wskazywać na pewną stabilizację sytuacji gospodarczej w oczach wielu osób. Polacy mogą odczuwać, że temat inflacji, choć jest ważny, nie zmienia się w sposób drastyczny z dnia na dzień – przekonuje Michał Pajdak.

W TOP5 widać też lęk przed napływem imigrantów – 24,6%, a także atakiem terrorystycznym – 18,7%. Jak podkreśla psycholog Michał Murgrabia, wzrost liczby imigrantów może być postrzegany jako zagrożenie dla stabilności zatrudnienia, zwłaszcza w sektorach, w których konkurencja o miejsca pracy jest mocniejsza. Istnieje także obawa, że większa liczba cudzoziemców korzystających z opieki społecznej lub usług publicznych wpłynie na wydłużenie kolejek do lekarzy, spowolni działanie instytucji państwowych lub zwiększy presję na budżet publiczny.

– Bardzo wysoki odczyt w badaniu dotyczy ataków terrorystycznych. Chociaż statystycznie ryzyko śmierci w zamachu jest mniejsze niż w wypadku samochodowym, intensywne relacje medialne sprawiają, że wydaje się ono dużo większe. Terroryzm różni się od innych zagrożeń tym, że uderza nagle i bez ostrzeżenia. Trudno przewidzieć, kiedy i gdzie dojdzie do ataku, co sprawia, że ludzie czują się bezbronni. Rodzi się też lęk przed tzw. wrogiem w ukryciu, który może prowadzić do napięć społecznych – komentuje Michał Pajdak.

Uwzględniając pozycje z ww. listy 53 obaw i lęków, najmniej wskazań uzyskał lęk przed wahaniem cen nieruchomości – 0,3%. – To jest spore zaskoczenie. Wielu mieszkańców Polski dotyczy ten temat. W 2023 roku podpisano ponad 510 tys. aktów notarialnych dotyczących sprzedaży nieruchomości, tj. o 3,8% mniej niż w roku poprzednim. Wśród nich 50,5% stanowiły lokale mieszkalne i usługowe – informuje Michał Pajdak.

Od wielu lat ceny nieruchomości w Polsce rosły, co sprawia, że wiele osób uważa inwestycję w nie za bezpieczną. – Obecne zawirowania związane z cenami są traktowane przez Polaków jako przejściowe. W Polsce, szczególnie w większych miastach, występuje stały niedobór mieszkań. To powoduje, że popyt przewyższa podaż – zwraca uwagę ekspert.

Wyżej na liście znalazły się lęki przed zachowaniami mobbingowymi – 0,4%, uzależnieniem się od alkoholu lub innych używek bądź działań (np. hazardu, seksu czy zakupów) – 0,4%, wypadkiem komunikacyjnym – 0,8%, a także utrudnionym dostępem do leków – 0,8%. – W społeczeństwie dominują lęki o zdrowie czy sprawy finansowe, ponieważ dotyczą wszystkich obywateli. Niektóre problemy są bardziej nagłaśniane, np. inflacja i ceny energii, przez co inne schodzą na dalszy plan. Wypadek, mobbing czy uzależnienie nie dotykają każdego, więc mogą być traktowane jako mało prawdopodobne zagrożenia – podsumowuje Michał Pajdak z platformy ePsycholodzy.pl.

***
Opis metody badawczej

Raport pt. „Bieżące lęki i obawy Polaków. Edycja I. 2025” został przygotowany na kanwie specjalnego sondażu. Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview) przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH oraz platformę psychoterapii online ePsycholodzy.pl na próbie 1010 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat.

Równość płci w pracy? 46% kobiet wskazuje na dyskryminację jako główną przeszkodę

0

Pomimo licznych działań na rzecz wyrównania szans kobiet i mężczyzn na rynku pracy, sytuacja, w jakiej znajdują się profesjonalistki pozostawia wiele do życzenia. W ankiecie przeprowadzonej przez agencję doradztwa personalnego Hays uprzedzenia i dyskryminacja ze względu na płeć ponownie zostały zidentyfikowane jako największa bariera utrudniająca kobietom rozwój oraz aktywny udział w rynku pracy. Jednocześnie 24 proc. respondentów uważa, że na przestrzeni ostatniego roku wśród ich pracodawców zmalało zainteresowanie kwestią równości i różnorodności (DE&I).

Ankieta Hays przeprowadzona w lutym na portalu LinkedIn wśród ponad 3,5 tys. respondentów na świecie pokazuje, że profesjonaliści są świadomi przeszkód, z jakimi muszą sobie radzić kobiety na rynku pracy. Podobnie jak w minionym roku, jako największa bariera zostały zidentyfikowane uprzedzenia i dyskryminacja. W Polsce takiego zdania było 46 proc. respondentów. Na kolejnych miejscach znalazły się: luka płacowa (22%), nieelastyczne zasady pracy (20%) i brak wsparcia w rozwoju (12%).

Jaka jest największa bariera utrudniająca kobietom rozwój i aktywny udział w rynku pracy?

46% Dyskryminacja i uprzedzenia
22% Luka płacowa
20% Nieelastyczne zasady pracy
12% Brak wsparcia w rozwoju

Źródło: sondaż Hays Poland, luty 2025

UPRZEDZENIA – DYSKRYMINACJA, KTÓREJ NIE WIDAĆ

Znajduje to potwierdzenie w badaniu Hays Poland, omawianym na łamach raportu „Kobiety na rynku pracy”. Jak ujawniła edycja z roku 2024, kobiety zdecydowanie częściej od mężczyzn doświadczają przeszkód w karierze wynikających z płci (53 proc. wśród kobiet i 25 proc. wśród mężczyzn). Co więcej, najczęściej wynikają one właśnie ze stereotypowego myślenia i uprzedzeń.

Najczęściej napotykane przez kobiety przeszkody w karierze, wynikające z płci

54% Kierowanie się stereotypami w podejmowaniu decyzji o zatrudnieniu lub awansie
53% Faworyzowanie osób płci innej niż moja
47% Brak zaufania do posiadanych kompetencji
44% Brak wsparcia w budowaniu autorytetu
38% Szklany sufit

Procenty nie sumują się do 100, ponieważ możliwe było zaznaczenie kilku odpowiedzi

Źródło: raport Hays Poland, „Kobiety na rynku pracy 2024”, maj 2024

Badanie wykazało, że profesjonalistki najczęściej mierzą się z sytuacjami, w których decyzja o zatrudnieniu lub awansie bazuje na stereotypach lub jest zależna od osobistych przekonań decydentów. Uprzedzenia – świadome lub też nie – pozostają najbardziej niebezpieczną formą dyskryminacji. Są bowiem nieoczywiste, trudniejsze do wykrycia i eliminacji z procesów decyzyjnych.

Kobiety na rynku pracy mierzą się z różnorodnymi problemami. Natomiast ich źródłem bardzo często są nieuświadomione uprzedzenia, którymi kierują się osoby zaangażowane w procesy decyzyjne, przykładowo związane z rekrutacją czy sukcesją w firmie. Wiele decydentów nie ma świadomości, że w swoim życiu zawodowym kierują się określonymi założeniami dotyczącymi poszczególnych grup społecznych – pracujących matek, pracowników w wieku 50+ czy kobiet na stanowiskach kierowniczych. Wciąż prowadzi to do sytuacji, w których utalentowane i ambitne profesjonalistki nie zawsze mogą w pełni wykorzystać swój potencjał. Jest to niekorzystne nie tylko dla nich samych, ale też dla firm – komentuje Karolina Szyndler, Senior Director w Hays Poland.

DE&I POZA OBSZAREM KONCENTRACJI FIRM

Równanie szans kobiet i mężczyzn w miejscu pracy jest jednym z elementów strategii DE&I (Divesity, Equity & Inclusion), czyli działań na rzecz budowania różnorodnych organizacji, otwartych na wszystkich. Jak wynika z sondażu internetowego Hays Poland, zdaniem 24 proc. specjalistów zaangażowanie ich pracodawców w inicjatywy DE&I zmalało na przestrzeni ostatniego roku. Najwięcej, bo 48 proc. respondentów uznało z kolei, że nie dostrzegają w tym zakresie żadnych zmian.

Jak w ciągu ostatniego roku zmieniło się zainteresowanie obszarem DE&I po stronie Twojego pracodawcy?

24% Zwiększyło się
48% Pozostało bez zmian
24% Zmalało
4% Trudno powiedzieć

Źródło: sondaż Hays Poland, luty 2025

Po okresie bardzo entuzjastycznego podejścia do inicjatyw ukierunkowanych na równanie szans w miejscu pracy, w wielu firmach nadszedł czas weryfikacji skuteczności dotychczasowych działań. Oznacza to, że już wdrożone programy często nie są rozwijane lub koncentracja firm na działaniach DE&I zmalała, podobnie jak inwestycje w ten obszar.

Powód jest często prozaiczny: trudniejsze warunki gospodarcze. Firmy znajdujące się pod większą presją koncentrują się głównie na projektach, które pozwolą im zachować rentowność lub przewagę konkurencyjną. W takim kontekście inicjatywy DE&I czy CSR, czyli te związane ze społeczną odpowiedzialnością biznesu, często ustępują miejsca potrzebie optymalizacji, cięcia kosztów lub inwestowania w nowe produkty i usługi.

Bez względu na aktualne trendy gospodarcze, strategia DE&I powinna być fundamentem wszystkich działań firmy. Tylko wtedy organizacje będą mogły wprowadzać istotne, mierzalne i trwałe zmiany. Dotyczy to bowiem nie tylko rekrutacji czy sprawiedliwego wynagradzania, ale też dostępnych możliwości rozwoju. Wpływa to zatem na kształtowanie zasobów kompetencyjnych firmy w oparciu o merytorykę i fakty, a nie osobiste przekonania osób biorących udział w procesach decyzyjnych – zauważa Karolina Szyndler, Senior Director w Hays Poland.

Liczne pytania dotyczące rezultatów osiąganych dzięki DE&I coraz częściej zmuszają firmy do dokonania analizy, jak duże postępy poczyniły w realizacji swoich celów oraz weryfikacji, czy ich obecne podejście do budowania różnorodnej i inkluzywnej organizacji naprawdę działa. Warto wykorzystać obecny moment do upewnienia się, że strategia DE&I jest prawdziwym fundamentem procesów decyzyjnych, przywództwa i kultury organizacyjnej.

Polki rzadziej się zadłużają, ale ich długi są większe

  • Polki zadłużają się rzadziej niż mężczyźni – stanowią 37 proc. wszystkich dłużników. Pożyczki kobiet są jednak wyższe. Średnie zadłużenie to 11 tys. zł – podaje ERIF BIG.
  • Najwięcej zadłużonych Polek jest w woj. mazowieckim, dolnośląskim
    i wielkopolskim.
  • Kobiety są ostrożniejsze w zaciąganiu pożyczek, mimo luki płacowej
    i niższych emerytur.

Średnie zadłużenie polskich kobiet to 11 tys. zł, przy czym zobowiązań wobec instytucji pożyczkowych może być kilka, a wartość jednego to zwykle 6 tys. zł. To więcej niż w przypadku mężczyzn, którzy przeciętnie mają do spłacenia 10 tys. zł.  Średnia wartość jednego zobowiązania mężczyzn to z kolei 5,4 tys. zł – wynika z danych Biura Informacji Gospodarczej ERIF podsumowujących 2024 r.

Kobiety zadłużają się jednak rzadziej, stanowią 37 proc. wszystkich dłużników. Liczba zadłużonych kobiet jest niższa we wszystkich przedziałach wiekowych oprócz pań w wieku 65 plus. Z kolei mężczyźni w tym wieku postępują odwrotnie – najrzadziej zaciągają pożyczki.

Najwięcej zadłużonych Polek jest w woj. mazowieckim, dolnośląskim i wielkopolskim, najmniej w podlaskim, opolskim i świętokrzyskim.

–  Średnie zobowiązanie kobiet wyższe niż u mężczyzn prawdopodobnie wynika z takich czynników, jak większe wydatki na cele rodzinne czy opiekę zdrowotną. Interesujący jest fakt, że kobiety po 65. roku życia częściej zaciągają długi niż mężczyźni w tym samym wieku. Niewykluczone, że jest to związane z niższymi emeryturami. Również ogólnie wyższe średnie zobowiązanie może wynikać z mniejszych zarobków. Mniejsza w stosunku do mężczyzn liczba zadłużonych Polek sugeruje, że kobiety podchodzą do zaciągania pożyczek z rozwagą i staranniej zarządzają swoimi finansami. Choć może to też być wynik tego, że to mąż lub partner życiowy ma wyższe zarobki i to na niego zaciągane są domowe kredyty i pożyczki – mówi Katarzyna Skrzypczyńska, Kierownik Działu Projektów Biznesowych w ERIF BIG SA.

Luka płacowa wciąż problemem

Średnie wynagrodzenie w gospodarce narodowej w 2024 r. wyniosło 8,1 tys. zł brutto. To oznacza wzrost o 14,3 proc. w stosunku do 2023 r., gdy wynosiło ono 7,1 tys. zł brutto. Wzrost poziomu zarobków nie dla każdego jednak oznacza to samo. Ostatnie dane GUS-u dotyczące różnic w zarobkach kobiet i mężczyzn pochodzą z lipca 2024 r. Kobiety zarabiały wtedy średnio 7769 zł – o 9,7 proc. mniej niż mężczyźni, którzy średnio zarabiali 8605 zł. Nieco mniej różni się mediana zarobków, która dla kobiet wyniosła 6413 zł, a dla mężczyzn 6899 zł, co zmniejsza dysproporcję do 7 proc.

To oznacza, że choć najwyższe zarobki wciąż są zdominowane przez mężczyzn, to w grupie pracowników o przeciętnych dochodach różnice są mniejsze. Niemniej jednak utrzymująca się luka płacowa, nawet jeśli mniejsza w przypadku mediany, jest sygnałem, że nierówności na rynku pracy wciąż istnieją. Dysproporcje płacowe bezpośrednio wpływają na realną możliwość zarządzania swoimi finansami przez panie, w tym na decyzje dotyczące zaciągania pożyczek. Mimo że kobiety, jak wynika z naszych danych, z dużym prawdopodobieństwem podchodzą do zadłużania się z większą rozwagą, niższe zarobki mogą zmuszać je do zaciągania większych pożyczek. Korzystają z wyższych kredytów lub pożyczek, aby pokryć niezbędne domowe wydatki lub zainwestować w rozwój osobisty i zawodowy – komentuje Katarzyna Skrzypczyńska, ekspertka ERIF BIG SA.

Wzrost średnich zarobków Polek, choć obiecujący, nie eliminuje konieczności zaciągania pożyczek. Dla porównania, w 2023 roku średnia wartość jednego zobowiązania wynosiła 5,6 tys. zł, a średnie zadłużenie polskich kobiet – 10,6 tys. zł. Mimo rosnących z roku na rok wynagrodzeń, kwoty pożyczek zaciąganych przez kobiety również wzrastają, co pokazuje, że zewnętrzne źródła finansowania pełnią ważną rolę w realizacji ich potrzeb finansowych.

Deficyt Chin na rekordowym poziomie. Czy Pekinowi uda się pobudzić konsumpcję?

Chiński rząd ogłosił, że dąży do osiągnięcia wzrostu gospodarczego na poziomie około 5% w 2025 roku, co potwierdza determinację Pekinu w utrzymaniu rozwoju mimo spowolnienia koniunktury i rosnących napięć handlowych ze Stanami Zjednoczonymi. Cel ten jest zgodny z wcześniejszymi prognozami i wskazuje na dążenie władz do stabilności wzrostu nawet w trudnym otoczeniu międzynarodowym.

Jednym z kluczowych elementów strategii rządu jest zwiększenie wydatków publicznych w celu pobudzenia popytu wewnętrznego i wzmocnienia rynków. W tym roku deficyt budżetowy został podniesiony do poziomu 4% PKB, co stanowi najwyższą wartość od dekad. Rząd planuje emisję obligacji samorządowych o łącznej wartości 4.4 bln RMB (ok. 600 mld USD) oraz 1.3 bln RMB w specjalnych obligacjach rządowych – nieco mniej, niż wielu analityków oczekiwało.

Aby wesprzeć konsumpcję, przewidziano przeznaczenie 300 mld RMB (ok. 40 mld USD) na subsydia, choć według niektórych ekspertów kwota ta może okazać się niewystarczająca do znaczącego pobudzenia rynku. Dodatkowo cel inflacyjny obniżono do 2%, najniższego poziomu od 2003 roku, co sugeruje obawy przed presją deflacyjną.

Pierwsze reakcje rynkowe były pozytywne – indeks Hang Seng China Enterprises wzrósł o 2.6%, a CSI 300 o 0.4%. Jednak wielu ekonomistów, zwraca uwagę, że samo zwiększenie deficytu nie wystarczy i kluczowe będzie właściwe ukierunkowanie wydatków. Bez głębszych reform strukturalnych ambitny cel 5% wzrostu może być trudny do osiągnięcia. Utrzymanie wysokiego tempa rozwoju komplikuje narastający konflikt handlowy z Waszyngtonem. Stany Zjednoczone nałożyły dodatkowe 20% taryfy na chińskie produkty, na co Pekin odpowiedział restrykcjami, m.in. na import rolny i energetyczny z USA oraz ograniczeniami dla amerykańskich firm. W tym kontekście warto podkreślić, że jedynie nieoczekiwany boom eksportowy mógłby znacząco wesprzeć wzrost, lecz w warunkach rosnącego protekcjonizmu jest to mało prawdopodobne.

Równolegle do działań pobudzających gospodarkę Chiny zwiększyły także wydatki wojskowe. Budżet obronny wzrośnie nominalnie o 7.2% do poziomu 1.78 bln RMB (ok. 250 mld USD), co przewyższa ogólny wzrost wydatków rządowych (6.9%). Niezależni eksperci wskazują, że rzeczywiste wydatki na obronność mogą być nawet o 30–90% wyższe od oficjalnych danych, co podkreśla rosnącą rolę armii w strategii Pekinu.

Chociaż Chiny wykazują silną wolę utrzymania 5% wzrostu gospodarczego, to rosnące napięcia ze Stanami Zjednoczonymi, skromniejsze niż przewidywano środki stymulacyjne oraz brak istotnych reform strukturalnych mogą utrudnić realizację tego celu. Zwiększone wydatki fiskalne mogą zapewnić krótkoterminowe wsparcie gospodarce, lecz długoterminowy sukces zależy od efektywnego wykorzystania funduszy oraz złagodzenia konfliktów handlowych. W obliczu ambitnych planów militarnych i ograniczonego luzowania polityki fiskalnej przyszłość chińskiego wzrostu budzi mieszane opinie.

Krzysztof Kamiński – Oanda TMS

Ekonomia polityczna Trumpa – zwiastun renesansu czy kryzysu?

Rynki, przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe zaczynają wykazywać duże rozczarowanie i w przyszłości mogą stać się silną przeciwwagą dla woluntaryzmu politycznego i gospodarczego, który sam w sobie nigdy nie zapewnia bogactwa narodom.

Pojawienie się w historii myśli ekonomicznej obok ekonomii przymiotnika polityczna było niewątpliwym postępem. Pokazywało, że ludzkość potrafi mądrze gospodarować nie tylko w skali mikro, ale również w skali makro i ekonomia potrafi tę złożoność wyjaśniać. Znacznie gorzej zaczęło się dziać z ekonomią i gospodarkami, gdy w ekonomii politycznej zaczęły się pojawiać dopełnienia w postaci rzeczowników kapitalizmu, socjalizmu, komunizmu itd., w których władza polityczna narzuca gospodarce i ekonomii swoją wolę.

Dużym jednakże sukcesem, pomimo początkowych obaw, zakończyła się ekonomia polityczna Ronalda Reagana – renesans liberalizmu gospodarczego, którego bardzo udanym dzieckiem jest też polska transformacja społeczna, polityczna i gospodarcza.

Ekonomia polityczna obecnego prezydenta USA Donalda Trumpa na razie nie rokuje dobrze. Administracji Ronalda Reagana udało się świetnie zharmonizować cztery podstawowe regulatory gospodarki: władzy politycznej państwa, rynków, przedsiębiorców i gospodarstw domowych. W przypadku Donalda Trumpa rynki, przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe zaczynają wykazywać duże rozczarowanie i w przyszłości mogą stać się silną przeciwwagą dla woluntaryzmu politycznego i gospodarczego, który sam w sobie nigdy nie zapewnia bogactwa narodom. Zwróćmy uwagę na zwiastuny oporu pozostałych regulatorów.

Rynki, szczególnie rynki finansowe, po wyborach przyjęły raczej dość dobrze wybór Donalda Trumpa: na początku roku różnica rentowności pomiędzy obligacjami skarbowymi dziesięcioletnimi a obligacjami dwuletnimi (sławetny spread) wzrosła nawet do ponad 40 małych punktów procentowych (bipsów), rosnąc silnie z poziomu 5 punktów na początku grudnia 2024 roku. Jednakże po miesiącu rządów nowej ekipy różnica ta spadła już do 20 punktów. Nie cieszy to nowej administracji. Wprawdzie ekipa Joe Bidena miała od 2022 roku tę różnicę ujemną, co podręcznikowo uważane jest za zwiastun nadchodzącego kryzysu gospodarczego, ale przed wyborami osiągała już też 20 punktów na plusie, jakkolwiek wciąż z silnymi wahaniami. Sytuacja na rynkach finansowych nadal fatalnie wpływa na inwestycje w USA. Rynki na pewno będą silnym obiektywnym cenzorem poczynań nowej administracji i na pewno tanio jej nie pomogą.

Przedsiębiorcy, szczególnie ci najwięksi, Elon Musk, i inni przedstawiciele broligarchii z GAFAMA czy FAANG, też początkowo entuzjastycznie przyjęli zwycięstwo Donalda Trumpa i manifestują swoją zbieżność interesów z nową administracją. Teorie przedsiębiorczości i zarządzania strategicznego pokazują jednakże, że silnie bratanie się władzy politycznej z biznesem charakteryzuje raczej końcowe fazy cyklu życia produktów i organizacji niż początkowe – innowacyjne i przedsiębiorcze, które zapewniają gospodarkom rozwój. Trudno się spodziewać, aby najbogatsi przedsiębiorcy ze swoimi wielkimi firmami zaczęli prowadzić z nową administracją politykę promowania nowych innowacyjnych wejść na rynek zagrażającym ich pozycjom dominującym. W uznaniowych politycznie pozycjach biznesowych, a nie w rynkowej konkurencji może dochodzić do wielu sprzeczności interesów również między największymi, co odczuwa dzisiaj Nvidia pragnąca nadal utrzymywać swoją potęgę na sprzedaży wyrafinowanych chipów (np. H20) do Chin.

Gospodarstwa domowe przyjęły nowa administrację USA z nadzieją, że pokona ona ich wroga publicznego numer jeden, jakim jest inflacja.

Ta ostatnia stała się główną przyczyną porażki Partii Demokratycznej. Perspektywa zakończenia walki z inflacją jednakże zarówno na świecie, jak i w USA istotnie się oddala. Nie udało się zlikwidować wszystkich wirusowych siedlisk inflacji, albo jak dosadniej powiada John Cochrane z Uniwersytetu Stanforda, wszystkich karaluchów inflacyjnych, które nadal mogą się silnie rozmnażać. Walce z inflacją na pewno nie sprzyjać będą zapowiadane przez Donalda Trumpa nowe cła lub wzrosty taryf celnych. Nie będzie też sprzyjać deportacja imigrantów, ponieważ z jednej strony ci z słabiej wykształceni obniżają koszty w USA, a z drugiej z strony ci dobrze wykształceni przyczyniają się do wzrostu produktywności gospodarki USA.

Niezwykle pikantnym obrazem ekonomii politycznej Donalda Trumpa i wszystkich czterech regulatorów może się okazać dolar USA. Prezydent Trump chciałby zarazem silnego i słabego dolara. Silnego, aby obniżał inflację pobudzaną wysokimi cłami, ale słabego, aby promował amerykański eksport. Tą kwadraturę koła stara się, na razie teoretycznie, rozwiązać jeden z jego doradców ekonomicznych Stephen Miran. Proponuje wręcz nowy Bretton Woods, w którym zagraniczni posiadacze dolarów musieliby kupować amerykańskie bony skarbowe, aby oddzielić popyt i podaż dolara z handlu zagranicznego od popytu i podaży dolara jako waluty rezerwowej świata. Czy okaże się Lafferem Trumpa? Dolar może znaleźć się na rollercoasterze.

Autor: Prof. Adam Noga

Autor pracuje w Akademii Leona Koźmińskiego, członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

Ceny paliw spadają – efekt decyzji OPEC+ i zmian na rynku ropy

W ostatnim tygodniu kierowcy mogli odczuć kolejne spadki cen paliw. Benzyna potaniała o 4 grosze na litrze, a olej napędowy o 3 grosze na litrze. To wynik globalnych zmian na rynku ropy, które mogą wpłynąć na dalsze kształtowanie się cen w najbliższych tygodniach.

Między 21 a 28 lutego 2025 roku cena ropy naftowej obniżyła się o 1,5 dolara za baryłkę. Kolejny poniedziałek przyniósł dalszy spadek o 1,2 dolara, sprowadzając cenę surowca do najniższego poziomu od trzech miesięcy. Tak gwałtowna reakcja rynku nastąpiła po oficjalnym potwierdzeniu przez OPEC+ planu zwiększenia wydobycia – po raz pierwszy od 2022 roku.

Zgodnie z nową decyzją OPEC+, od kwietnia produkcja ropy wzrośnie stopniowo o około 138 000 baryłek dziennie. Organizacja zapowiedziała jednak, że tempo wzrostu wydobycia może być elastyczne i dostosowane do warunków rynkowych w celu utrzymania stabilności cen.

Decyzja ta zapadła w czasie rosnącej presji ze strony prezydenta USA Donalda Trumpa, który ponownie zaapelował o obniżenie cen ropy. Trump naciska na Arabię Saudyjską i jej sojuszników, by zwiększyli podaż surowca, a jego polityka „maksymalnej presji” na irański eksport może stworzyć przestrzeń dla innych członków OPEC+ do przejęcia udziału w rynku.

Decyzja OPEC+ wskazuje, że organizacja staje przed wyzwaniem rosnącej konkurencji. Stany Zjednoczone – największy producent ropy o wysokich kosztach wydobycia – a także Brazylia, Kanada i Gujana zwiększają produkcję szybciej niż rośnie światowy popyt. Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA), mimo obowiązujących ograniczeń, globalna nadwyżka podaży wynosi obecnie 450 000 baryłek dziennie.

Dodatkowym czynnikiem wpływającym na niepewność na rynku są sankcje USA nałożone na Rosję, Iran i Wenezuelę oraz ryzyko globalnej wojny celnej. W odpowiedzi na zmieniające się warunki OPEC+ planuje stopniowe wycofywanie obecnych cięć produkcji – do września 2026 roku redukcja może zmniejszyć się o 2,2 miliona baryłek dziennie.

W nadchodzących dniach ceny benzyny i oleju napędowego mogą nadal lekko się wahać – przewidywane są zmiany rzędu 2-3 groszy na litr w obu kierunkach. Dla firm logistycznych oznacza to konieczność stałego monitorowania rynku i strategicznego planowania tankowania, aby zoptymalizować koszty operacyjne.

Czy trend spadkowy utrzyma się w dłuższej perspektywie? To zależy od reakcji rynku na decyzje OPEC+, sytuacji geopolitycznej oraz kondycji światowej gospodarki. Jedno jest pewne – najbliższe miesiące przyniosą kolejne emocjonujące zmiany na rynku ropy.

Komentarz przygotował Marcin Wawrzkiewicz, Country Manager Malcom Finance w Polsce.

Luka płacowa w Polsce: kobiety zarabiają o 7,8% mniej niż mężczyźni

Mimo postępujących zmian społecznych i prawnych kobiety w Polsce wciąż zarabiają średnio o 7,8% mniej niż mężczyźni. Choć to jeden z niższych wskaźników w Unii Europejskiej, nadal stanowi istotny problem. Eksperci Gi Group Holding podkreślają, że różnice w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn wynikają nie tylko z indywidualnych wyborów zawodowych, ale także z czynników strukturalnych, takich jak segregacja sektorowa, ograniczony dostęp kobiet do awansów oraz przerwy w karierze związane z obowiązkami rodzinnymi.

Polska na tle UE

Luka płacowa, czyli różnica między przeciętnymi wynagrodzeniami brutto kobiet i mężczyzn, jest liczona jako procent średniego wynagrodzenia mężczyzn. Jak wynika z danych Eurostatu, średnia różnica w Polsce wynosi 7,8%, a w Unii Europejskiej ok. 13%. Oznacza to, że na każde 1 euro, które zarabia mężczyzna, przypada 0,87 euro dla kobiety. Choć na tle innych europejskich krajów wypadamy relatywnie dobrze (dziewiąta najmniejsza wartość wśród państw Wspólnoty), plasując się przed Łotwą (19%), Austrią (18,3%) czy Czechami (18%), daleko nam jeszcze do Belgii (0,7%), Włoch (2,2%) czy Rumunii (3,8%). Jedynym krajem, w którym kobiety zarabiają więcej od mężczyzn jest Luksemburg, gdzie według Eurostatu zarobki kobiet są średnio 0,9% wyższe.

Warto podkreślić, że 7,8% jest nieskorygowaną luką płacową. Ta skorygowana, uwzględniająca płace na podobnych stanowiskach i o podobnych kompetencjach, jest znacznie wyższa. Według danych Instytutu Badań Strukturalnych wynosi ona pomiędzy 14% a 24% – podkreśla Agnieszka Mazurek-Szulim, Manager – Manufacturing & Supply Chain w Wyser.

Dlaczego kobiety wciąż zarabiają mniej?

Problem nie dotyczy jedynie statystyk. Kobiety częściej niż mężczyźni pracują w zawodach, w których wynagrodzenia są niższe – takich jak edukacja, opieka zdrowotna czy administracja publiczna. Tymczasem w lepiej płatnych sektorach, takich jak technologie czy finanse, dominują mężczyźni.

Branże, w których dominują kobiety, od lat są niedoszacowane pod względem wynagrodzeń, mimo że wymagają wysokich kwalifikacji i dużej odpowiedzialności. Edukacja, opieka zdrowotna czy administracja publiczna nie generują takich zysków jak sektor technologiczny czy finansowy, co wpływa na niższe płace. Dodatkowo historyczne postrzeganie tych zawodów jako „naturalnych” dla kobiet utrwaliło ich niższą wartość rynkową. Zmiana tej sytuacji wymaga zarówno podniesienia wynagrodzeń, jak i większej różnorodności płciowej w lepiej opłacanych sektorach – komentuje Grzegorz Gojny, Dyrektor Regionalny Gi Group.

Według danych z raportu Bulldogjob „Raport z Badania Społeczności IT 2024” udział kobiet w branży IT, w której zarobki są jednymi z najwyższych, wynosi niecałe 16%, podczas gdy mężczyzn zatrudnionych jest aż 84%. Ograniczona reprezentacja kobiet w tym sektorze pokazuje, że wciąż istnieją bariery w dostępie do zawodów przyszłości, co może mieć długofalowy wpływ na lukę płacową i rozwój kariery zawodowej kobiet.

Same liczby nie pokazują pełnego obrazu problemu. Luka płacowa nie wynika wyłącznie z różnic w wyborze branży czy zawodu. Przeszkody w awansie, przerwy w karierze związane z obowiązkami rodzinnymi oraz ograniczone możliwości negocjowania wynagrodzeń, mają ogromny wpływ na sytuację kobiet na rynku pracy.

– W wielu przypadkach kobiety nie mają tych samych możliwości rozwoju co ich koledzy, mimo podobnych kompetencji i doświadczenia. Często muszą wykazywać się większą determinacją, aby osiągnąć ten sam poziom wynagrodzenia czy awans. Dodatkowo brak przejrzystości wynagrodzeń sprawia, że różnice te mogą pozostawać niezauważone i nieuregulowane przez lata – mówi Joanna Wanatowicz, dyrektor zarządzająca Grafton Recruitment.

Interpretacja luki płacowej: stereotypy

Jednym z najczęściej powtarzanych mitów jest przekonanie, że kobiety zarabiają mniej, ponieważ wybierają zawody o niższych wynagrodzeniach. Choć struktura zatrudnienia ma znaczenie, to dane pokazują, że różnice utrzymują się także na porównywalnych stanowiskach w tych samych branżach. Nawet w sektorach, w których udział kobiet i mężczyzn jest stosunkowo wyrównany, różnice w wynagrodzeniach nadal są widoczne.

Często błędnie zakłada się, że różnice w wynagrodzeniach znikną samoistnie wraz ze wzrostem udziału kobiet w rynku pracy. Tymczasem choć kobiety stanowią prawie połowę zatrudnionych, różnice płacowe wciąż się utrzymują.

Co więcej, udział kobiet na stanowiskach kierowniczych w Polsce wynosi 43% (dane PARP) i jest to drugi najwyższy wynik w UE. Nie oznacza to jednak pełnej równości, gdyż wciąż występują bariery w dostępie do najwyższych szczebli zarządzania, a kobiety na tych samych stanowiskach często otrzymują niższe wynagrodzenia niż mężczyźni. Im wyżej w hierarchii firmy, tym większa przepaść – według danych European Women on Boards kobiety stanowią jedynie 19% członków zarządów największych spółek giełdowych w Polsce. To pokazuje, że choć liczba kobiet na stanowiskach menedżerskich rośnie, dostęp do najwyższych struktur decyzyjnych pozostaje dla nich ograniczony, co przekłada się na różnice w wynagrodzeniach i możliwości dalszego awansu.

– Niska reprezentacja kobiet w zarządach wynika z wielu czynników, które kumulują się na różnych etapach kariery zawodowej. Po pierwsze, kobiety rzadziej awansują na najwyższe stanowiska, co często jest efektem barier systemowych i kulturowych – od stereotypów dotyczących przywództwa, po ograniczone możliwości łączenia kariery z życiem prywatnym. Po drugie, brak przejrzystych kryteriów awansu i sieci kontaktów biznesowych, które ułatwiają mężczyznom dostęp do stanowisk decyzyjnych, dodatkowo pogłębia tę nierówność. Dopóki firmy nie zaczną świadomie inwestować w rozwój liderek i wdrażać realnych działań na rzecz różnorodności, te proporcje będą się zmieniać bardzo powoli – podkreśla Agnieszka Mazurek-Szulim, Manager – Manufacturing & Supply Chain w Wyser.

Dane Eurostatu natomiast pokazują, że w sektorze finansowym i ubezpieczeniowym kobiety w Polsce zarabiają średnio o 27,6% mniej niż mężczyźni. To jedna z największych różnic w wynagrodzeniach, co dowodzi, że problem nie wynika wyłącznie z decyzji zawodowych kobiet, ale także z barier systemowych utrudniających im osiąganie równych płac.

Jak skutecznie zmniejszać lukę płacową?

Zmniejszenie luki płacowej wymaga kompleksowych działań zarówno na poziomie firm, jak i regulacji. Przejrzystość wynagrodzeń jest jednym z kluczowych narzędzi w walce z nierównościami. Publikowanie widełek płacowych ogranicza ryzyko nieświadomej dyskryminacji i sprzyja budowaniu kultury równości w organizacjach.

Wkrótce w Polsce wejdą w życie zmiany wynikające z unijnej dyrektywy o przejrzystości wynagrodzeń, która ma na celu zmniejszenie luki płacowej i zwiększenie równości w dostępie do awansów oraz stanowisk. Do czerwca 2026 roku firmy będą zobowiązane do publikowania widełek płacowych w ofertach pracy, raportowania różnic wynagrodzeń oraz zapewnienia pracownikom dostępu do informacji o strukturze płac w organizacji. Nowe przepisy mogą wpłynąć na poprawę transparentności i ograniczenie nieuzasadnionych różnic płacowych​.

– Nowe przepisy unijne dotyczące przejrzystości wynagrodzeń to krok w dobrym kierunku, jednak same w sobie nie zlikwidują luki płacowej. Obowiązek publikowania widełek płacowych oraz raportowania różnic w wynagrodzeniach zwiększy świadomość i pozwoli wykrywać nieuzasadnione dysproporcje. Kluczowe będzie jednak to, jak firmy wdrożą te zmiany w praktyce – jeśli potraktują je jako impuls do budowy bardziej transparentnych i sprawiedliwych systemów wynagradzania, luka płacowa faktycznie zacznie się zmniejszać – komentuje Grzegorz Gojny, dyrektor regionalny Gi Group Poland.

Równie istotne jest wspieranie rozwoju zawodowego kobiet poprzez programy mentoringowe i szkoleniowe, które zwiększają ich szanse na awans. Coraz więcej firm decyduje się także na audyty wynagrodzeń, co pozwala na wykrywanie i eliminowanie nieuzasadnionych różnic płacowych.

Elastyczne formy zatrudnienia, takie jak praca zdalna, czy skrócony tydzień pracy, umożliwiają kobietom łączenie kariery z życiem prywatnym bez konieczności rezygnowania z rozwoju zawodowego. Świadome działania pracodawców nie tylko eliminują ryzyko dyskryminacji, ale także przyciągają bardziej zróżnicowane i zaangażowane zespoły, co pozytywnie wpływa na wyniki finansowe firm.

Otwarta polityka wynagrodzeń i równe szanse na awans, to fundamenty sprawiedliwego rynku pracy. Firmy, które wdrażają przejrzyste zasady płacowe i inwestują w rozwój pracowników niezależnie od płci, nie tylko redukują lukę płacową, ale także budują silniejsze i bardziej lojalne zespoły. Dodatkowo, kultura organizacyjna oparta na równości i różnorodności przyciąga najlepsze talenty, co w dłuższej perspektywie przekłada się na większą konkurencyjność przedsiębiorstw – dodaje Joanna Wanatowicz, dyrektor zarządzająca Grafton Recruitment.

Indeks strachu na giełdach. Czego boją się rynki finansowe? Podwyżek stóp bardziej niż wojny

Czego boją się rynki finansowe? Podwyżek stóp procentowych i ataków na gazociągi. Te wydarzenia mają dużo większy wpływ na rynki finansowe niż nawet wojna, bo przywołują strach przed recesją – wynika z „indeksu strachu” dla giełd, współtworzonego przez ekonomistę dr. Jana Jakuba Szczygielskiego z Akademii Leona Koźmińskiego. 

Rynki finansowe najbardziej boją się podwyżek stóp procentowych, skoków cen energii i innych nieoczekiwanych kryzysów, które mogą zapowiadać recesję. Tak wynika z analiz badaczy z Akademii Leona Koźmińskiego, dr. Jana Jakuba Szczygielskiego oraz dr hab. Lidii Obojskiej, którzy razem z dr Ailie Charteris z Uniwersytetu Cape Town w RPA oraz dr. Januszem Brzeszczyńskim z Uniwersytetu Łódzkiego opracowali „indeksu strachu” dla giełd. Wyniki zostały opublikowane w czasopiśmie Research in International Business and Finance.

Opracowany przez ekonomistów indeks bada zapytania w wyszukiwarce Google, które dotyczą recesji i ocenia poziom niepokoju na rynkach finansowych. Okazuje się, że niepokój wywołany perspektywą recesji, z okresu od wybuchu wojny w Ukrainie do września 2023 roku, dorównywał poziomowi strachu z czasu wybuchu pandemii COVID-19 w marcu 2020 roku. Jest nawet porównywalny do poziomu strachu obserwowanego podczas globalnego kryzysu finansowego w latach 2008–2009. Takie wnioski przynosi analiza wyszukań terminu “recesja” w wyszukiwarce Google. 

Szczygielski tłumaczy, że strach przed kryzysem gospodarczym ma ogromny wpływ na decyzje inwestorów, ale także decyzje podejmowane przez banki centralne i rządy w kluczowych i powiązanych ze sobą gospodarkach na całym świecie, w tym w krajach grupy G7. – To właśnie strach jest tym niewyczuwalnym czynnikiem stojącym za kluczowymi decyzjami. Im wyższy poziom strachu, tym niższe zwroty z rynku akcji i większa zmienność na rynkach. Gdy inwestorzy się boją, obniżają swoje oczekiwania dotyczące przyszłych przepływów pieniężnych, wzrasta niechęć do ryzyka, co sprawia, że inwestorzy oczekują wyższych zysków, ponieważ rośnie wymagana premia za ryzyko – wyjaśnia ekonomista.  

Te niespełna dwa lata między grudniem 2021 roku a wrześniem 2023 roku były trudne dla gospodarek na całym świecie, ponieważ atak Rosji na Ukrainę przyniósł w efekcie potężny kryzys energetyczny, skok cen energii, wzrost inflacji i w efekcie – podwyżki stóp procentowych na całym świecie. 

Nie wojna, a podwyżki stóp i kryzysy energetyczne powodem strachu na rynkach

Ekonomiści odkryli, że to nie sama wojna wywołała największy strach, ale następne, niespodziewane wydarzenia. Inwestorzy i rynki finansowe najmocniej zareagowały na podwyżki stóp procentowych, zwłaszcza w kluczowych państwach, jak Stany Zjednoczone. Skok obaw przed recesją wywołał też zamach na gazociąg NordStream, do czego przyczyniły się obawy przed ogromnymi podwyżkami cen energii. Dlaczego? Ponieważ te decyzje i wydarzenia mogą zwiastować nadchodzącą recesję i spowolnienie gospodarcze. 

– Zmiana cen energii i podwyżki stóp procentowych miały największy wpływ na wzrost obaw o recesję. To skutkuje spadkiem popytu, te zjawiska zmniejszają realny dochód ludzi – zauważa dr Szczygielski. 

Ekonomista wyjaśnia, że niespodziewane wydarzenia są dużo bardziej stresujące dla inwestorów i skutkują dużo ostrzejszym skokiem strachu przed recesją niż wydarzenia, do których mogli się wcześniej przygotować. – Co więcej, możliwy jest nawet efekt domina, gdy podwyżki w państwie, które jest kluczową gospodarką w regionie, albo na świecie, mogą rozlać strach przed recesją po całym świecie – dodaje badacz z Akademii Leona Koźmińskiego. 

Efekt rozlania: Banki centralne muszą dostosować stopy procentowe do podwyżek w USA by nie wzmacniać kryzys

Ekonomiści z Akademii Leona Koźmińskiego  ostrzegają przed sytuacją rozlania się kryzysu. Taki efekt będzie miał miejsce, jeśli banki centralne podniosą stopy procentowe bez koordynacji tych decyzji. – Jeśli rządy krajów G7 nie skoordynują swojej walki z inflacją, negatywny efekt na globalną gospodarkę może być większy niż przewidywano. Banki centralne powinny się wymieniać informacjami, o ile planują podnosić stopy procentowe – mówi dr Jan Jakub Szczygielski z katedry finansów Akademii Leona Koźmińskiego. 

Badacz tłumaczy to zjawisko na przykładzie. – Gdy USA podnoszą stopy procentowe o 75 pkt. bazowych, a przykładowo Niemcy również to rozważają, nie powinni podnosić ich równie wysoko, bo gospodarka niemiecka będzie już dotknięta przez podniesienie stóp procentowych w USA. Wzrost stóp w Niemczech powinien być więc relatywnie niższy, na przykład o 25 pkt, ponieważ część  efektu będzie już importowana z rynku amerykańskiego – wyjaśnia dr Szczygielski.

Dlatego kluczowym wnioskiem z badania jest potrzeba lepszej koordynacji zacieśniania polityki monetarnej. – Podwyżki stóp procentowych w USA wywierają silny wpływ na rynki międzynarodowe, szczególnie na kraje G7 – Japonię, Wielką Brytanię, Kanadę, Niemcy, Francję i Włochy. Wszystkie te gospodarki zareagowały na wzrost stóp w Stanach Zjednoczonych, podnosząc własne. Efekt rozlania na rynkach globalnych sprawia, że skala zacieśniania polityki monetarnej może być większa, niż pierwotnie zakładano. Nie chodzi jedynie o indywidualne decyzje państw, ale także o ich reakcje na działania USA. Dlatego konieczna jest koordynacja – banki centralne powinny uwzględniać politykę monetarną kluczowych gospodarek, aby uniknąć nadmiernego globalnego, ekonomicznego spowolnienia – wyjaśnia dr Szczygielski. 

Tło gospodarcze. Co się wydarzyło na świecie od 2021 roku?

Naukowcy przeanalizowali reakcje rynków na wydarzenia na świecie od grudnia 2021 roku, gdy Rosja eskalowała swoje żądania wobec Ukrainy, do września 2023 roku. W tym okresie kolejne kryzysy wzmacniały obawy przed recesją, a wstrząsy cen ropy i nagłe zaostrzenie polityki pieniężnej często sygnalizowały nadchodzące spowolnienie gospodarcze. Po inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku ceny ropy gwałtownie wzrosły, a konflikt spowodował skokowy wzrost cen pszenicy, nawozów, metali oraz energii – gaz ziemny i węgiel osiągnęły rekordowe poziomy. W rezultacie inflacja przyspieszyła do niespotykanych dotąd wartości w USA, Europie, Brazylii i Turcji, napędzana spadkiem konsumpcji, niskimi stopami procentowymi, zakłóceniami w łańcuchach dostaw oraz rosnącymi kosztami energii i żywności.

By zahamować inflację, aż 75 banków centralnych zdecydowało się na podwyżki stóp procentowych. Agresywne działania amerykańskiej Rezerwy Federalnej zwiększyły oczekiwania spowolnienia gospodarczego, a za USA poszły banki centralne w Niemczech, Francji i Brazylii, co dodatkowo nasiliło obawy przed globalną recesją. Dodatkowo, negatywny wpływ miało słabe ożywienie gospodarcze w Chinach. W efekcie świat pogrążył się w okresie podwyższonej niepewności, gdzie kryzysy energetyczne, wysoka inflacja i restrykcyjna polityka pieniężna pogłębiały lęk przed recesją.

O samym badaniu:

W badaniu naukowcy przebadali wyniki wyszukiwania Google między grudniem 2021 r. a wrześniem  2023 r. za pomocą istniejącej już metodologii badania internetu. Opracowana metoda działa dla wyników wyszukiwania w języku angielskim, może być zastosowana ponownie, np. dla innych lat, ale nie jest to dziś narzędzie dostępne online. Dla indeksu strachu dotyczącego obaw przed recesją wiarygodne dla wielu rynków są tylko wyniki wyszukiwania w języku angielskim,  ponieważ to angielski jest dziś językiem biznesu na całym świecie. – Korzystając z uczenia maszynowego, opracowujemy dzienny indeks strachu przed recesją ustalany przez agenta ekonomicznego (np. pojedynczą osobę, gospodarstwo domowe, firmy czy instytucje) na podstawie wyszukiwań w Google, który izoluje obawy związane z recesją od ogólnej niepewności na giełdzie. Badamy ewoluujący wpływ niedawnych obaw związanych z recesją na rynki akcji, wykorzystując zaawansowaną metodę statystyczną – kierunkową spójność falkową, która rozróżnia pozytywne i negatywne skojarzenia – wyjaśnia dr Szczygielski.

Wizja Trumpa kontra rzeczywistość – analiza strategii gospodarczej USA

Droga do poprawy dochodów najsłabiej sytuowanych Amerykanów wiedzie przez przygotowanie ich do wymagań współczesnego rynku pracy. Jednak w zapowiedziach prezydenta Trumpa brak programów, które podniosłyby ich kwalifikacje, poprawiły system edukacji i inwestowały w infrastrukturę obszarów najbardziej dotkniętych biedą.

Wieloznaczna czasami fanfaronada w wypowiedziach prezydenta USA Donalda Trumpa może być postrzegana jako arogancja. To grozi niezrozumieniem długookresowych strategicznych celów, które przemykają w jego oświadczeniach. Koncentrując się na szczegółach (drzewa), komentatorom może umknąć szersze tło (las). Skupię się więc na jego myślach przewodnich, które animują długofalowe aspiracje prezydenta w sferze gospodarczej.

Światopogląd ekonomiczny Trumpa opiera się na dwóch tezach: (i) najpilniejszym wyzwaniem gospodarczym Ameryki jest odwrócenie deindustrializacji spowodowanej nierównowagą handlową, która z kolei wynika ze strukturalnie wysokiego kursu dolara; (ii) dolar powinien pozostać podstawowym aktywem rezerwowym świata.

Punktem wyjścia dla prezydenta jest przekonanie, że w ciągu kilku ostatnich dekad Ameryka zbiedniała względem zarówno wysokorozwiniętej Europy, jak i bogacącej się szybko Azji oraz Bliskiego Wschodu. W takiej perspektywie malejący udział wartości dodanej sektora przemysłu w całkowitym dochodzie kraju (w USA ok.10 proc.) wyjaśnia, dlaczego miliony Amerykanów nie zarabiają nawet na poziomie minimum egzystencji. Zubożenie tej części społeczeństwa wynika bezpośrednio z nadmiernego importu, który wypiera krajową produkcję, a więc i dobrze opłacane miejsca pracy. Według takiego zero-jedynkowego spojrzenia, deficyt handlowy (dokładniej: deficyt na rachunku bieżącym bilansu płatniczego) przynosił straty, a nadwyżka przynosiłaby korzyści.

Rozwijając tę myśl konsekwentnie, deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych wynika z nielojalnej polityki monetarnej partnerów handlowych. Dzieje się tak dlatego, że banki centralne krajów trzecich skupując dolary interweniują na rynku walut i tym samym osłabiają kurs własnego pieniądza. Strukturalne niedowartościowanie jena, funta, euro, franka, renminbi i innych walut przyczynia się do taniego importu z tych krajów do Stanów Zjednoczonych, pogłębiając deficyt. Jeśli emitent waluty rezerwowej (Rezerwa Federalna) dostosowuje podaż własnego pieniądza do popytu transakcyjnego, inwestycyjnego i preferencji polityki gospodarczej innych krajów, to traci (w pewnym sensie) suwerenność nad własną polityką gospodarczą.

Valéry Giscard d’Estaing, były prezydent Francji, w swoim czasie narzekał, że USA czerpią „kosmicznie wysokie korzyści” (exorbitant privilege) z emisji własnej jednostki monetarnej jako pieniądza rezerwowego reszty świata. Teraz Donald Trump odpowiada, że ten przywilej to kosmicznie wysoki koszt dla Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie, Trump stanowczo odrzuca możliwość odejścia reszty świata od dolara jako aktywa rezerwowego. Czyli prezydent USA chce mieć dwie rzeczy naraz: atrybut (dolara w roli aktywa rezerwowego) i jego brak (kontrola nad wyceną dolara według własnego uznania).

Jeśli powyższa wykładnia zasadnie oddaje tok myślenia Trumpa, to przeanalizujmy jej spójność ekonomiczną w oparciu o fakty i kontekst historyczny.

Stany Zjednoczone wykazywały ujemne saldo na rachunku bieżącym przez pierwsze 80 lat XIX wieku, potem dodatnie saldo przez następnych 90 lat i ujemne saldo przez ostatnich 50 lat. Dogłębne badania wykazują, że saldo bieżące jest wypadkową wielu czynników, w tym stadium rozwoju (uprzemysłowienia), preferencji nierezydentów do inwestowania w aktywa krajowe i korzyści komparatywnych gospodarki krajowej w stosunku do reszty świata.

W pierwszym stuleciu swego istnienia Stany Zjednoczone importowały wszystko: kapitał (ujemne saldo), ludzi (imigracja) i know-how (absorpcja technologii). To stadium rozwoju (uprzemysłowienie) było silnie skorelowane z deficytem handlowym w historii prawie wszystkich krajów świata. USA nie są tu wyjątkiem.

Obecny deficyt na rachunku bieżącym jest przez ekonomistów wyjaśniany drugim czynnikiem – preferencjami rezydentów do oszczędzania i nierezydentów do inwestowania. Innymi słowy, w dużej mierze bilans na rachunku bieżącym powinien być rozpatrywany raczej pod kątem nierównowagi pomiędzy oszczędnościami i inwestycjami (przepływami finansowymi) niż nierównowagi handlowej (przepływami rzeczowymi dóbr i usług).

Ten niuans wydaje się umykać prezydentowi, ale jego intuicja idzie we właściwym kierunku. Donald Trump jako biznesmen rozumie rachunkowość finansową. Wie, że międzynarodowa pozycja inwestycyjna netto USA pogorszyła się z punktu równowagi w 1990 r. do deficytu 16 bilionów dolarów w 2022 r. (międzynarodowa pozycja finansowa jest różnicą między aktywami zagranicznymi które rezydencji trzymają w swoim portfelu i aktywami krajowymi, które nierezydenci trzymają w swoim portfelu). To oznacza, że nierezydenci kontrolują znaczną cześć gospodarki amerykańskiej i czerpią z tego zyski. Te zyski z punktu widzenia Trumpa-Amerykanina są „stratami” – tak jak „stratą” jest deficyt na rachunku bieżącym. Trump już kilkadziesiąt lat temu ubolewał nad sumą odsetek i dywidend wypłacanych nierezydentom przez firmy i rząd amerykański.

Obawa Trumpa wydaje się w pewnym sensie zasadna. Jeśli dochód rośnie wolniej niż obsługa zadłużenia, to może dojść do kryzysu niewypłacalności. Trump uważa, że negatywna międzynarodowa pozycja inwestycyjna netto USA jest już tak duża, że będzie rosła szybciej niż dochód narodowy. A więc martwi się, że rosnący popyt na aktywa amerykańskie (przyrost negatywnej pozycji międzynarodowej USA) będzie jeszcze bardziej umacniał dolara. Jeśli dobrze rozumiem Trumpa, to jako biznesmen jest on uczulony na spiralę niewypłacalności (według jego własnych słów, występował on o prawną ochronę przed bankructwem cztery razy, według innych było to sześć razy). Trump obawia się, że ewentualna spirala paniki może skończyć się niewypłacalnością kraju. W tym trzeba mu przyznać rację.

Tu dochodzimy do kwestii dolara, która w światopoglądzie prezydenta jest epicentrum problemu. Jak już wspomniałem, według Trumpa „zielony” jest strukturalnie zbyt drogi, a wynika to z jego roli jako aktywa rezerwowego.

Jeśli jednak dolar jest zbyt drogi, to kto powinien ponieść brzemię jego korekty? Trump rozumie, że reżim kursu płynnego nie pozwala na kontrolę nad rynkiem walutowym. Logicznie więc korekta spoczywa w rękach zagranicznych banków centralnych. Jeśli manipulowały one swoimi walutami, to mogą teraz interweniować w odwrotną stronę, niwelując rzekome niedoszacowanie własnego pieniądza.

Droga do zmniejszenia strukturalnego deficytu handlowego i zmniejszenia ujemnego salda międzynarodowej pozycji inwestycyjnej wiedzie między innymi przez poziom stóp procentowych. Tańszy dolar zmniejszy arbitraż stóp procentowych na niekorzyść Stanów Zjednoczonych (osłabi napływ kapitału do USA). Ten sam tańszy dolar również zmniejszy deficyt na rachunku bieżącym.

Takie rozumowanie jest logicznie zasadne, ale odwrócenie trendu będzie trudne do wyegzekwowania z kilku powodów.

Po pierwsze, rezerwy oficjalne jedynie najbogatszych rynków świata opiewają (licząc konserwatywnie) na 8 bilionów dolarów (strefa euro 300 mld dolarów, Szwajcaria 800 mld; Azja 6.5 biliona; Bliski Wschód 500 mld dolarów). To duże sumy i interwencje na taką skalę wstrząsnęłyby rynkami wszystkich aktywów, destabilizując gospodarkę światową. Nawet gdyby Trump władał „kosmicznie wysoką” siłą perswazji, to koszty takiej interwencji mogłyby być dla amerykańskich podatników znaczne.

Po drugie, deficyt na rachunku bieżącym jest we współczesnym świecie bardziej wypadkową poziomu dochodu oraz preferencji do inwestowania i oszczędzania niż poziomu kursu walutowego. Nie jest jasne, czy dramatyczna i długotrwała deprecjacja dolara zbilansowałaby zewnętrzne finanse USA.

I wreszcie po trzecie, tzw. deindustrializacja w moim przekonaniu wynika ze strukturalnego przesunięcia popytu konsumentów z dóbr na usługi. Ten trend obserwujemy na całym świecie, od Niemiec, Polski i Korei, poprzez Chiny a kończąc na krajach jeszcze mniej rozwiniętych. Droga do poprawy dobrobytu najsłabiej sytuowanych wiedzie poprzez przygotowanie ich do wymagań współczesnego rynku pracy. Brakuje jednak w wypowiedziach prezydenta programów, które podniosłyby kwalifikacje Amerykanów, poprawiły system edukacji i inwestowały w infrastrukturę obszarów najbardziej dotkniętych biedą.

W swoich dążeniach do osiągnięcia celów Trump jest świadomy siły, jaką dysponuje. To między innymi groźba nałożenia ceł lub wycofania parasola bezpieczeństwa znad krajów, których politykę chciałby zmienić. Cło jest silnym instrumentem, bo ewentualna wojna celna faworyzuje USA. Kraj ten nakłada jedną z najniższych globalnie stawek celnych (3,4 proc. wg WTO, jedynie Australia i Nowa Zelandia sytuują się nieco poniżej), a jednocześnie jest olbrzymim rynkiem zbytu dla reszty świata. Ta asymetria dodaje prezydentowi animuszu do zastraszania i wywoływania zamieszania wśród potencjalnych negocjatorów.

Jesteśmy w bardzo początkowym stadium daleko i szeroko zakrojonego planu odbudowy ogromnego kraju, który według Trumpa „podupada”. Choć w niektórych aspektach prezydent dobrze rozumie zagrożenia, w wielu innych będzie mu trudno wypełnić obietnice wyborcze biorąc pod uwagę anonsowane plany. Sama skala proponowanych reform jest tak „kosmicznie duża”, że należy wątpić w powszechny sukces.

Dr Krzysztof Błędowski

Autor jest członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich i adiunktem wizytującym w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.

Make trade war again! Kurs dolara poniżej 3,95 zł

Giełdy krwawią pod naporem technik negocjacyjnych prezydenta USA. Paniki nie dostrzeżemy na rynku walutowym, chociaż trwa tam wyprzedaż, tyle że dolara. Korzysta z tego polski złoty, który zawrócił kurs USD/PLN do 3,94 zł. Żadnych obaw nie widzi OPEC+, który spycha cenę ropy do 4-miesięcznych minimów.

Początek wojny celnej

Niektórzy nazywają to technikami negocjacji, inni stylem rządzenia, ale początek nowej globalnej wojny handlowej staje się faktem. Dziś w życie weszły cła na trzech głównych partnerów handlowych USA. Za produkty z Kanady i Meksyku Amerykanie będą musieli zapłacić 25% więcej (z pewnymi wyjątkami). Już wcześniej wprowadzone taryfy na import z Chin zostały podwyższone do 20%. Kanadyjczycy i Chińczycy od razu odpowiedzieli podwyższeniem stawek dla Stanów, ale według analityków zakres i skala tych działań wskazują na chęć dalszych negocjacji z Waszyngtonem. Według zapowiedzi Białego Domu niedługo opłaty celne dotkną też Europę. Po tej stronie Atlantyku negatywne nastroje podbija (wciąż nieoficjalna) informacja o natychmiastowym wstrzymaniu militarnej pomocy Ukrainie ze strony USA.

Czerwona giełdowa gorączka

Rynki kapitałowe reagują skrajnie negatywnie na rosnącą niepewność wokół globalnego handlu czy trwałości sojuszy bezpieczeństwa. Przekłada się to na wyprzedaż na parkietach giełdowych. Azja reagowała jeszcze umiarkowanie, liderem spadków był tam tokijski Nikkei (- 1,2%). O godz. 15 z najważniejszych indeksów europejskich najgorzej radzi sobie Mediolan (-3,2%). Głęboka przecena dotyka Frankfurt (-2,6%), Madryt (-2,2%) i Paryż (-1,8%). Najlepiej broni się Londyn zniżkujący tylko 0,7%. Warszawa nie ma szans w tym układzie, WIG20 spada o 3,5% do 2510 pkt. Wyprzedaż polskich spółek jak na razie nie osłabia złotego, ale nie można jeszcze tego wykluczyć w najbliższej przeszłości. Obecnie PLN korzysta z innej rynkowej wyprzedaży, czyli ucieczki inwestorów od dolara.

USD pod naporem stóp

Giełdy reagują skrajnie negatywnie na wojnę handlową, ponieważ spółki praktycznie natychmiast napotkają ogromne trudności związane z nowymi cłami. Długofalowa perspektywa konfliktu celnego to rosnące ryzyko słabszej gospodarki (było to widać we wczorajszych subindeksach ISM), co przełoży się na mniejsze zyski przedsiębiorstw. Jednak ta sama przyczyna, która powoduje spadki na giełdach, osłabia równocześnie dolara. Rynek walutowy patrzy na aktualną sytuację jak na szansę głębszych obniżek stóp procentowych za oceanem. Cięcia w Europie były już w cenach, dlatego możliwa zmiana polityki monetarnej w USA pchnęła kurs EUR/USD do ważnej strefy oporu powyżej 1,05 $. Znalazł się w tym miejscu pierwszy raz od połowy grudnia. Taki układ szerokiego rynku wpływa pozytywnie na pozycję złotego. Kurs euro balansuje na 4,16 zł, kurs dolara jest blisko 3,95 zł, a kurs franka to 4,44 zł (mocniejszy CHF może być niepokojącą wskazówką dla złotego w krótkim terminie). Mimo obaw o perspektywy gospodarcze w związku z wojną handlową, OPEC+ zdecydował o podniesieniu wydobycia ropy naftowej od kwietnia. Połączenie tych czynników dodało paliwa spadkom ceny surowca. Za baryłkę Brent trzeba było płacić już niewiele powyżej 70 $, czyli najmniej od października.

Autor: Adam Fuchs, analityk walutowy Walutomat.pl

Sztuczna inteligencja oczami Gen Z: więcej szans niż zagrożeń?

Większość (70%) przedstawicieli pokolenia Z twierdzi, że posiada wysoką wiedzę o AI, ale jednocześnie tylko 36% ma świadomość możliwości „halucynacji” ze strony sztucznej inteligencji. Informacje o tej technologii czerpią przede wszystkim z mediów społecznościowych (55%). Tylko 14% ankietowanych wskazało placówki edukacyjne. Wyniki badania pokazują również, że 64% osób z tego pokolenia ma pozytywny stosunek do GenAI, ale równocześnie 43% obawia się, że przyczyni się ona do wzrostu poziomu bezrobocia.

W badaniu EY osoby z generacji Z podzieliły się swoimi przemyśleniami na temat GenAI. W obszarze zalet najczęściej wskazywały na oszczędność czasu przy powtarzalnych zadaniach (58%), analizę dużych zbiorów danych (53%) i minimalizację błędów ludzkich w ważnych procesach (41%). Największymi zagrożeniami, jakie niesie sztuczna inteligencja, są dla nich potencjalna redukcja zatrudnienia i obniżenie ludzkiej kreatywności (obie odpowiedzi po 43% wskazań).

– Oczekiwania Gen Z wobec sztucznej inteligencji są jasne. Dostrzegają w tej technologii ogromny potencjał do zwiększania swojej efektywności. Jednocześnie nie pozostają obojętni na wyzwania. Co szczególnie ważne, swoje opinie formułują na podstawie osobistych doświadczeń, co różni ich od starszych pokoleń obecnych na rynku pracy. Dla przedstawicieli działów HR oznacza to konieczność adaptacji. Obecnie działania skupiają się na zwiększaniu ogólnej świadomości na temat AI wśród pracowników. Pokolenia Z, posiadające już odpowiednią wiedzę, wymusi stosowanie szerszego spektrum działań – mówi Katarzyna Ellis, Partnerka EY Polska i liderka zespołu People Consulting.

Pokolenie Z: duża różnica pomiędzy wiedzą faktyczną a deklarowaną

Blisko co piąty (18%) przedstawiciel pokolenia Z określił swój poziom wiedzy o AI jako „bardzo wysoki”, 52% jako „wysoki”, 27% jako „niezbyt wysoki”, a tylko 3% zaznaczyło, że o sztucznej inteligencji nie wie nic. Zdecydowana większość badanych określiła obszary, w których AI można wykorzystać. Aż 95% wskazało na tłumaczenie w czasie rzeczywistym, 91% – na wykrywanie wzorców w dużych zbiorach danych, a 87% – na edycję zdjęć, aby miały wybrany styl. Jednak pokolenie Z ma dużo mniejszą wiedzę w kwestii zagrożeń. Tylko 29% badanych ma świadomość, że ograniczenia dot. generowanych treści można obejść, zaledwie 36% – że systemy GenAI mogą “halucynować”, a tylko nieco ponad połowa (53%) wiedziała czy twórcy algorytmów AI muszą dostać pozwolenie na wykorzystanie naszych danych do trenowania swojego produktu.

Pytani o sposób edukacji o sztucznej inteligencji, 52% przedstawicieli Gen Z przyznaje, że często spędza czas czytając, słuchając lub oglądając treści poświęcone AI, jednak odbywa się to bez wsparcia szkół czy odpowiedniej wcześniejszej edukacji. Wśród źródeł, z których czerpią informacje, najczęściej wymieniane były media społecznościowe (55%), artykuły (35%), same narzędzia AI (28%) oraz rodzina i znajomi (22%). Najmniej osób zaznaczyło, że odbyło oficjalne szkolenie (14%), dowiedziało się o sztucznej inteligencji w szkole (14%) czy w pracy (12%).

– Badanie pokazało, że pokolenie Z cechuje duża rozbieżność pomiędzy wiedzą faktyczną, a deklarowaną. Jednym z powodów takiej sytuacji może być brak ustrukturyzowanej wiedzy, spowodowany korzystaniem głównie ze źródeł takich jak media społecznościowe. To pokazuje, że edukację w kontekście AI trzeba rozpocząć od bardzo młodego wieku. Rosnące znaczenie sztucznej inteligencji to także coraz więcej zagrożeń powiązanych z tą technologią np. wynikających z coraz bardziej zaawansowanych deepfake-ów. Niska świadomość w tym aspekcie przekłada się bezpośrednio na duże zagrożenie dla cyfrowej odporności, bez względu czy mówimy o kwestiach prywatnych czy służbowych – mówi Piotr Ciepiela, Partner EY, Lider obszaru cyberbezpieczeństwa w regionie EMEIA.

Jakie plany na przyszłość?

Gen Z prezentuje optymistyczne podejście do sztucznej inteligencji – aż 64% osób uznaje AI jako szansę, a nie jako zagrożenie dla ludzkości. Większość (60%) respondentów skłania się w stronę twierdzenia, że ufa osobom i firmom tworzącym GenAI. Dodatkowo 52% sądzi, że tę technologie należy włączyć w program nauczania w szkołach. Co ciekawe, 71%, uważa, że sztuczna inteligencja powinno się rozwijać z minimalną kontrolą regulacyjną.

W związku z pozytywnym nastawieniem nie dziwi fakt, że większość przedstawicieli pokolenia Z przewiduje zwiększenie wykorzystania AI w przyszłości. W przypadku użytku prywatnego tak twierdzi 51% respondentów, a 58% uważa, że częściej będzie stosować tę technologię w pracy. Badane osoby nie mają jednak tak jasnego zdania na temat wpływu sztucznej inteligencji na ich własne życie. Ponad połowa (56%) zgadza się, że narzędzia AI pomagają uczyć się szybciej, 55% – że podniosły one ich wydajność w szkole, a 54% – w pracy. Z drugiej strony, tylko 45% zgadza się ze stwierdzeniem, że osoby, które są lepsze w posługiwaniu się tą technologią mają wyższą szansę na sukces, 44% – że jest optymistycznie nastawiona do wpływu AI na ich karierę, a 43% chciałoby pracować w firmie, która zachęca do używania GenAI.

– Przedstawiciele Gen Z są pierwszym pokoleniem wychowanym w pełni cyfrowym świecie, które wchodzi na rynek pracy. Ich pozytywne nastawienie do AI, połączone z relatywnie wysoką wiedzą na temat sztucznej inteligencji, stanowi olbrzymi kapitał dla firm. Nie można jednak zapominać, że dotychczas stosowali przede wszystkim ogólnodostępne narzędzia. Tymczasem rosnące grono firm posiada własne systemy i procedury bezpieczeństwa. Stąd konieczne jest dopracowanie i unowocześnienie obecnych standardów szkoleniowych, tak aby w pełni korzystać z potencjału jakie niesie za sobą pokolenie Z – podsumowuje Wioletta Marciniak-Mierzwa, starsza menedżerka w zespole People Consulting, EY Polska.

O badaniu
Badanie EY – How can we upskill Gen Z as fast as we train AI? – zostało przeprowadzone w 2024 roku na grupie 5218 respondentów w wieku 17-27 lat, pochodzących z 15 krajów na 5 kontynentach. Wyniki uzupełniono rozległymi badaniami desk research i wywiadami z ekspertami AI w kontekście edukacyjnym i zawodowym.

Dynamiczny rozwój sektora living w Krakowie – inwestorzy nie zwalniają tempa

Kraków jest największym rynkiem prywatnych akademików w Polsce oraz trzecim co do wielkości rynkiem najmu instytucjonalnego. Atrakcyjność inwestycyjna miasta sprawia, że oba sektory rozwijają się bardzo dynamicznie, a inwestorzy nie planują zwalniać tempa.

„Dynamiczny rozwój sektora living, obejmującego prywatne akademiki i najem instytucjonalny, potwierdza rosnące zainteresowanie miastem jako miejscem do życia i pracy. Dogodna lokalizacja, renomowane uczelnie, silne zaplecze biznesowe oraz nowoczesna infrastruktura to tylko niektóre z atutów, które przyciągają inwestycje i umacniają pozycję Krakowa jako jednego z kluczowych ośrodków biznesowych w Polsce” – komentuje Katarzyna Wysocka, Dyrektor Wydziału ds. Przedsiębiorczości i Innowacji w Urzędzie Miasta Krakowa.

Rynek prywatnych akademików (PBSA – Purpose-Built Student Accommodation)

Kraków jest jednym z czołowych ośrodków akademickich w Polsce. W roku akademickim 2023/2024 na 18 uczelniach wyższych studiowało tu ponad 130 000 osób, co stanowiło 10% wszystkich studentów w kraju. Liczba to systematycznie rośnie, również wśród studentów zagranicznych, którzy stanowią obecnie około 7% wszystkich studentów w mieście (około 8 500 osób), a liczba zwiększyła się o 4% w porównaniu do poprzedniego roku akademickiego.

„Silna pozycja Krakowa na akademickiej mapie Polski wpływa na potrzebę rozwoju zaplecza mieszkaniowego. Obecnie w mieście znajduje się 45 akademików (publicznych i prywatnych), które oferują blisko 18 000 łóżek. Wskaźnik dostępności miejsc w akademikach wynosi jedynie 14%, co oznacza, że na każde łóżko przypada ponad 7 studentów. Niski stopień nasycenia akademikami i rosnąca liczba studentów stwarzają dalszy potencjał dla rozwoju rynku prywatnych akademików,” wyjaśnia Dorota Lachowska w Knight Frank.

Obecnie w mieście funkcjonuje 8 prywatnych akademików, w których znajduje się blisko 3 700 łóżek, a w budowie jest kolejnych 1 200, miasto jest tym samym największym rynkiem w Polsce wyprzedzając pod względem liczby łóżek Wrocław, Łódź i Warszawę.

Obecnie największymi operatorami w Krakowie są Student Depot z 22% udziałem w rynku, Base Camp (19%) oraz SHED Living (19%). Innymi znaczącymi operatorami są m.in. Milestone, Zeitraum Student Housing, czy Van der Vorm Living.

Ze względu na wysoki popyty czynsze w prywatnych akademikach w Krakowie notują stały trend wzrostowy i obecnie znajdują się w przedziale od 2 250 do 3 400 PLN/miesiąc za łóżko w pokoju jednoosobowym oraz od 1 500 do 2 100 PLN/miesiąc za łóżko w pokoju dwuosobowym. Dodatkowo, studenci są zobowiązani do pokrycia kosztów administracyjnych, które w zależności od udogodnień oferowanych przez obiekt, znajdują się w szerokim przedziale od 29 do 325 PLN/miesiąc.

Rynek najmu instytucjonalnego (BTR – Build to Rent)

Krakowski rynek najmu instytucjonalnego oferuje około 3 400 mieszkań na wynajem, a ich udział stanowi 16% krajowych zasobów. Pod względem wielkości rynek BTR w Krakowie ustępuje jedynie Warszawie i Wrocławowi.

Aktywność deweloperska w segmencie mieszkań na wynajem w Krakowie pozostaje na wysokim poziomie. Dowodem na to jest rekordowa nowa podaż w 2024 roku, na którą złożyło się 1 200 mieszkań. Na koniec ubiegłego roku w budowie znajdowało się około 1 940 mieszkań, a największą realizowaną inwestycją jest Resi4Rent Romanowicza, która planowo ukończona ma być w pierwszej połowie tego roku i dostarczy na rynek około 860 mieszkań.

„Sektor najmu instytucjonalnego będzie dalej rósł m.in. ze względu na duży deficyt mieszkaniowy. Malejąca siła nabywcza przy dynamicznie rosnących cenach zakupu na rynku mieszkaniowym powodują, że popyt przesuwa się w kierunku najmu, w tym najmu instytucjonalnego. Nie bez znaczenia pozostaje również zmiana pokoleniowa, odzwierciedlająca nowe podejście do zobowiązań długoterminowych,” – dodaje Dorota Lachowska.

Obserwujemy silny popyt na najem instytucjonalny, czego wynikiem jest spadający wskaźnik pustostanów. Pomimo znaczącego przyrostu nowej podaży, na koniec 2024 roku wskaźnik pustostanów wyniósł 3,9%. Zmiana była tym bardziej istotna, że współczynnik na koniec 2023 roku był na poziomie 6,5%. Średnia krajowa na koniec ubiegłego roku wyniosła 4,1%.

Czynsze wykazują tym samym tendencję wzrostową. Na koniec 2024 roku stawki wynajmu kształtowały się od 1 600 PLN do 2 760 PLN miesięcznie za mieszkanie jednopokojowe oraz od 2 060 PLN do 3 690 PLN miesięcznie za mieszkanie dwupokojowe. Ceny wynajmu mieszkań trzypokojowych sięgały nawet 6 260 PLN miesięcznie.

Mieszane dane z USA i rosnąca niepewność. Dolar w odwrocie, złoty pozostaje silny

Wczorajsze dane z amerykańskiego przemysłu, jak i słowa prezydenta USA nie napawają optymizmem. Narastająca niepewność tym razem nie pomogła dolarowi, który osłabia się do unijnej waluty. Niestabilne otoczenie nie jest straszne krajowej walucie. Złoty pozostaje silny na forex.

Mieszane dane z USA

Zachowując kolejność wydarzeń, zacznijmy od wczorajszych odczytów z amerykańskiego przemysłu. Po lepszych od oczekiwań danych PMI ze strefy euro poznaliśmy mieszane odczyty ze Stanów Zjednoczonych. Pierwszą publikacją był wzrost indeksu PMI dla przemysłu z 51,2 pkt do 52,7 pkt. Oznacza to oddalenie się od poziomu 50 pkt, który oddziela rozwój od dekoniunktury. Chwilę później poznaliśmy raport ISM dla przemysłu, któremu amerykanie nadają większą wagę. ISM pozostał w strefie rozwoju, jednak odnotowano zniżkę z 50,9 pkt do 50,3 pkt. Spadek była głębszy od oczekiwanego 50,5 pkt. Rozkładając raport na czynniki pierwsze, zauważamy niepokojący wniosek. Gwałtowny wzrost (z 54,9 pkt aż do 62,4 pkt) odnotowano w indeksie cen płaconych. Spadły natomiast indeksy zatrudnienia (z 50,3 pkt do 47,6 pkt) i nowych zamówień (z 55,1 pkt do 48,6 pkt). Okazuje się, że aktywność amerykańskich fabryk zbliżyła się do stagnacji, ponieważ zamówienia i zatrudnienie spadły. W tym samym czasie wskaźnik cen płaconych za materiały wzrósł do najwyższego poziomu od czerwca 2022 r. Powodem mogą być narastające obawy dotyczące taryf. Wzrost cen połączony ze spowolnieniem to zjawisko, którego każdy chciałby uniknąć.

Jednak weszły

Zgodnie z zapowiedziami, od 4 marca zaczęły obowiązywać cła na Chiny, Kanadę i Meksyk. Kanada ogłosiła szeroki pakiet środków zaradczych w odpowiedzi, a Pekin odpowiedział cłami do 15% na niektóre amerykańskie produkty rolne. Prezydent USA oznajmił wczoraj, że oprócz długo obiecywanych ceł, Stany nałożą taryfy na zagraniczne produkty rolne od 2 kwietnia. Dowiedzieliśmy się także o wstrzymaniu finansowania sprzedaży nowej broni do Kijowa. Skutkiem rosnącej niepewności był spadek amerykańskich akcji. Wyprzedaż rozlała się także na europejskie parkiety, które jeszcze wczorajszego popołudnia rosły z powodu zwyżek akcji spółek obronnych.

Niepokój

Wzrost siły podażowej napędzany geopolityczną niepewnością i narastaniem recesyjnych obaw wokół amerykańskiej gospodarki widać nie tylko na rynkach kapitałowych czy omawianym w pierwszym akapicie raporcie ISM. Spadki widoczne są także na rentownościach amerykańskich obligacji. Dziesięciolatki wyznaczyły lokalne minimum 4,13% (jeszcze wczoraj po południu było to 4,26%). Zniżkują także rentowności obligacji dwuletnich. Wzrost prawdopodobieństwa obniżek stóp procentowych w USA wskazuje także FedWatch Tool. Według najnowszych danych pierwsze cięcia mają pojawić się już w czerwcu, a w tym roku mamy być świadkami aż trzech obniżek. Przekłada się to na odbicie kursu EUR/USD. Główna para walutowa świata we wtorek przed południem rośnie powyżej 1,052 USD, naruszając opór 1,05 USD. Słabość dolara wykorzystuje złoty, który pozostaje silny do głównych walut. W momencie pisania tekstu kurs EUR/PLN to 4,15 PLN, natomiast kurs USD/PLN spada do 3,95 PLN.

Dawid Górny – analityk w InternetowyKantor.pl

Wyprzedaż rocznika – samochody premium. Analiza rynku

Początek roku oznacza wyprzedaże rocznika, a zatem mamy dobry czasem na kupno samochodu. Rabaty potrafią być naprawdę spore, co szczególnie widać po samochodach klasy premium. Czy wyprzedaż rocznika zawsze się opłaca?

Pierwszy kwartał każdego roku jest zwykle czasem promocji i rabatów udzielanych przez poszczególne marki na swoje samochody w związku z wyprzedażą rocznika. Możemy wówczas dostać bogato wyposażony, fabrycznie nowy samochód z ubiegłego rocznika w naprawdę atrakcyjnej cenie. Największe rabaty dają często marki premium, gdzie szczególnie widać różnicę między standardową a promocyjną ofertą. Czy wyprzedaż rocznika niesie ze sobą same korzyści i czy zawsze warto się na nią skusić?Wyprzedaż premium

Popularność samochodów klasy premium w Polsce stale rośnie

Rynek samochodów premium w Polsce nieustannie rośnie. W 2024 roku sprzedano 129 456 samochodów klasy premium, co dało im 23,5 proc. udziału w rynku i oznacza aż 18,36 proc. wzrostu rok do roku. Dominują takie marki jak Audi, Mercedes i BMW, za nimi plasują się Volvo i Lexus, a dopiero potem cała reszta[1].

Wzmożony ruch związany z wyprzedażami rocznika widać też po wynikach za styczeń 2025 roku, kiedy to zarejestrowano 10 017 samochodów klasy premium, czyli o 3,19 proc. więcej niż w styczniu 2024. Przełożyło się to na 22,6 proc. udziału w rynku. W ubiegłym miesiącu najchętniej wybieranymi markami na polskim rynku były – Audi, Lexusa i Mercedesa[2].

– W styczniu wśród naszych klientów decydujących się na samochód klasy premium największym zainteresowaniem cieszyła się marka Mercedes, którą wybrało 38 proc. klientów. Na drugim miejscu – z wynikiem 25 proc. – znalazła się marka BMW, a na trzecim marka Audi, na którą postawiło 15 proc. klientów. Na polskim rynku motoryzacyjnym widać rosnące zainteresowanie samochodami klasy premium. Myślę, że wyprzedaże rocznika, które wiążą się z większymi rabatami, z pewnością są dodatkowym czynnikiem wpływającym na decyzje zakupowe aut z tego segmentu – komentuje Marzena Polaczek-Gierczak, Dyrektor Działu Sprzedaży Samochodów Osobowych Premium w Superauto.pl.

Ile średnio kosztuje samochód klasy premium?

Średnia cena samochodów klasy premium na platformie Superauto.pl w 2024 roku wyniosła 305 504 zł, co stanowi wzrost o 6 proc. rok do roku. Samochody klasy premium są oczywiście wyraźnie droższe od tzw. marek popularnych, jednak przekłada się to też na większe rabaty udzielane w ramach wyprzedaży rocznika.

Główne korzyści wynikające z wyprzedaży rocznika?

Do najważniejszych korzyści wynikających z wyprzedaży rocznika należą:

  • znacznie niższa cena zakupu – dealerzy robią miejsce dla nowych egzemplarzy, dzięki możemy zaoszczędzić nawet kilkadziesiąt tys. zł w postaci rabatu na samochód,
  • bogate wyposażenie w cenie wersji podstawowej – samochody z wyprzedaży kuszą bogatszym wyposażeniem, co w przypadku samochodów klasy premium oznacza wiele drogich pakietów zawartych w danej konfiguracji, które w standardowej specyfikacji znacząco podnosiłyby cenę auta,
  • samochody są nowe, z pełną gwarancją – pamiętajmy też, że samochody z wyprzedaży są fabrycznie nowe, co oznacza, że nadal obowiązuje je pełna gwarancja producenta,
  • większe pole do negocjacji (lepsze finansowanie, dodatkowe akcesoria) – decydując się na starszy rocznikowo model mamy też większe pole do negocjacji, dzięki czemu możemy uzyskać atrakcyjne warunki finansowania czy dodatkowe akcesoria w cenie, jak np. dodatkowy komplet opon,
  • dostępność od ręki – takie samochody są dostępne od ręki, co jest szczególnie istotne, gdy zależy nam na jak najszybszym odbiorze pojazdu.

Ograniczenia związane z wyprzedażą rocznika

Oczywiście musimy pamiętać, że samochody z wyprzedaży rocznika niosą ze sobą także pewne ograniczenia. Często są to bowiem wersje sprzed liftingu lub też nieposiadające pewnych elementów wyposażenia, które oferują najnowsze egzemplarze. Musimy się też liczyć z ograniczonym wyborem, co w praktyce oznacza brak możliwości swobodnej konfiguracji zgodnie z własnymi preferencjami. Wreszcie pamiętajmy o niższej wartości przy odsprzedaży, co wiąże się z faktem, iż dany egzemplarz będzie już rocznikowo starszy.

Rynek premium w obliczu ekspansji chińskich producentów

Pozycja marek premium w kontekście ekspansji chińskich producentów również wydaje się być niezachwiana. O ile na rynku aut popularnych chińskie marki spowodowały presję cenową, o tyle w segmencie premium w ogóle jej nie widać, a sprzedaż chińskich marek premium w Polsce jest śladowa – w 2024 roku zarejestrowano tylko 9 takich aut. Wiąże się to z tym, iż klient kupujący auta premium jest w stanie więcej zapłacić za jakość, sprawdzone rozwiązania, prestiż i renomę, jaką niesie ze sobą ugruntowana marka premium.

Przykłady wyprzedaży rocznika

Przykładem marki premium dającej naprawdę spore rabaty, jest Lexus. Japoński producent na swojego popularnego crossovera UX z 2024 roku daje nawet do 39 000 zł upustu. W ramach specjalnej oferty klienci mogą także skorzystać z promocyjnego Leasingu 104,9 proc. + GAP. Z kolei uczestnicy programu Lexus More zyskują dodatkowy rabat do 3000 zł na opony. W efekcie samochód w odmianie Business z pakietem Tech wychodzi 173 900 zł, co oznacza upust o 38 tys. zł. W standardzie możemy liczyć na reflektory Bi-LED, cyfrowe zegary z 12,3-calowy wyświetlacz cyfrowych zegarów, podgrzewane fotele i kierownicę, indukcyjną ładowarkę, 18-calowe alufelgi i pakiet systemów bezpieczeństwa.

Innym ciekawym przykładem jest oferowane w ramach wyprzedaży rocznika Superauto.pl Volvo XC60, czyli lider rynku premium w Polsce. Samochód w topowej wersji T8 eAWD Ultra Black Edition z 2024 roku wyceniono po upuście sięgającym 15 proc. na 332 900 zł, co oznacza blisko 60 tys. zł różnicy względem ceny katalogowej. Samochód ma bogate wyposażenie, w tym markowe audio Bowers&Wilkins, pakiet Climate (podgrzewana kierownica, podgrzewane przednie fotele, podgrzewane siedziska kanapy), elektrycznie sterowaną klapę bagażnika, elektrycznie sterowane fotele, wyświetlacz head-up, dach panoramiczny, pakiet systemów bezpieczeństwa i 21-calowe alufelgi. W dodatku samochód dostępny jest od ręki i z atrakcyjnym finansowaniem. Dla porównania zupełnie nowe XC60 w podobnej konfiguracji kosztuje ponad 356 tys. zł, czyli o blisko 25 tys. więcej, jednak jest to już egzemplarz po liftingu, z nowymi multimediami i odświeżonym nadwoziem.

Przykładowa kalkulacja leasingu na Superauto.pl

Przedstawiamy przykładową kalkulację leasingu dla przytoczonego powyżej Volvo XC60:

  • Cena katalogowa: 390 600 zł
  • Cena Superauto.pl po rabacie: 332 900 zł.
  • Czas trwania umowy leasingowej: 48 miesięcy
  • Wpłata własna 30% (99 000 zł)
  • Wartość wykupu 20% (65 000 zł).
  • Rata netto: 4189 zł

Volvo XC60 2024 w leasingu – korzyści podatkowe

Ten samochód po uwzględnieniu korzyści podatkowych kosztuje Cię jedynie:

  • w przypadku użytkowania wyłącznie do celów służbowych: 305 905 zł
  • w przypadku użytkowania do celów mieszanych: 327 882 zł

Podsumowanie

Podsumowując, zakup samochodu w ramach wyprzedaży rocznika niesie ze sobą wiele korzyści. Przede wszystkim pozwala zaoszczędzić sporo pieniędzy i dostać bogato wyposażony egzemplarz od ręki w cenie wersji podstawowej. Możemy też wynegocjować atrakcyjne warunki finansowania i dodatkowe akcesoria w cenie. Zanim podejmiemy decyzję, porównajmy jednak ofertę modelu z ubiegłego rocznika i aktualnego, gdyż niekiedy może okazać się, że finalnie różnica okaże się stosunkowo niewielka, a korzyści wynikające z najnowszej wersji przewyższą rabat. Musimy też pogodzić się z tym, że auto będzie rocznikowo starsze, a co za tym idzie szybciej może tracić na wartości i nie będziemy mieli swobody konfiguracji. Krótko mówiąc, bilans zysków i strat zależy od konkretnej oferty i preferencji danego nabywcy.

[1]https://samar.pl/__/3/3.a/122560/Rejestracje-samochod-w-klasy-premium—grudzie–2024-.html?12p.s=887789055.5&12p.a=122560&locale=pl_PL

[2]https://samar.pl/__/3/3.a/123156/Rejestracje-samochod-w-klasy-premium—stycze–2025.html?12p.s=887789055.5&12p.a=123156&locale=pl_PL

Trump zmienia układ sił: zmiany w globalnym bezpieczeństwie

Decyzja Donalda Trumpa o wstrzymaniu 3.85 mld dolarów amerykańskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy ma potencjalnie dalekosiężne konsekwencje – od geopolityki, przez bezpieczeństwo międzynarodowe, aż po globalne rynki finansowe i przemysł zbrojeniowy. Jest to element szerszej strategii nacisku, mającej skłonić Ukrainę do wykazania „dobrej woli” w dążeniu do pokoju. Wstrzymanie wsparcia militarnego zmusza prezydenta Wołodymyra Zełeńskiego do podjęcia bardziej zdecydowanych kroków w negocjacjach, lecz jednocześnie może osłabić pozycję Kijowa wobec Moskwy, zwiększając ryzyko kompromisów niesprzyjających długofalowej stabilizacji regionu.

Decyzja ta negatywnie wpływa na zaufanie między sojusznikami, ponieważ Stany Zjednoczone tradycyjnie odgrywały kluczową rolę we wsparciu Ukrainy, zarówno militarnym, jak i politycznym. W efekcie państwa europejskie są zmuszone do szybkiego opracowania własnych strategii obronnych, co może prowadzić do rozdrobnienia polityki bezpieczeństwa Zachodu. Coraz częściej mówi się o roli Francji i Wielkiej Brytanii w inicjowaniu tymczasowego rozejmu oraz potencjalnym wysłaniu europejskich sił pokojowych. Takie rozwiązanie, choć mogłoby stanowić nową formę zabezpieczenia interesów regionu, wiąże się z wysokimi kosztami i ryzykiem eskalacji konfliktu.

Na globalnym rynku zbrojeniowym już widać efekty tej zmiany – akcje azjatyckich firm zbrojeniowych, takich jak Hanwha Aerospace, Hyundai Rotem czy IHI Corp., odnotowują wzrosty, co sugeruje rosnące zainteresowanie ich produktami. Państwa europejskie mogą zacząć kierować zamówienia do nowych dostawców, co wpłynie na dynamikę przemysłu zbrojeniowego, prowadząc do powstawania nowych sojuszy inwestycyjnych i zmian w strategiach rozwoju technologicznego. W dłuższej perspektywie może to zwiększyć konkurencyjność na światowym rynku obronnym i zmienić tradycyjne układy sił w tym sektorze.

Z ekonomicznego punktu widzenia, wstrzymanie amerykańskiej pomocy wojskowej może wywołać szereg skutków ubocznych. Po pierwsze, osłabienie pozycji Ukrainy na polu militarnym może zwiększyć niepewność inwestycyjną i wpłynąć na przepływy kapitału w regionie. Po drugie, europejskie państwa, zmuszone do zwiększenia wydatków na obronność, mogą ograniczyć finansowanie innych sektorów gospodarki, co wpłynie na deficyty budżetowe i rynek wewnętrzny. Po trzecie, rosnący popyt na uzbrojenie z Azji-Pacyfiku może podnieść globalne ceny sprzętu wojskowego, wpływając zarówno na budżety państw, jak i strategie inwestycyjne.

Wołodymyr Zełeński, choć deklaruje gotowość do dalszych rozmów z przedstawicielami USA, podkreśla, że zakończenie konfliktu pozostaje odległą perspektywą. Presja na szybkie negocjacje pokojowe może prowadzić do ustępstw, które na krótką metę przyniosą ulgę, ale w dłuższej perspektywie osłabią pozycję Ukrainy w obliczu rosyjskiego zagrożenia. Brak pewności co do przyszłych dostaw broni zmusza Kijów do poszukiwania alternatywnych źródeł wsparcia, co dodatkowo wpływa na równowagę sił na arenie międzynarodowej.

Decyzja Trumpa o wstrzymaniu pomocy wojskowej dla Ukrainy to więcej niż tylko polityczny gest – to sygnał, który może zmienić globalną dynamikę bezpieczeństwa i gospodarki. Osłabienie spójności zachodnich sojuszy wymusza na Europie poszukiwanie nowych rozwiązań militarnych i ekonomicznych, podczas gdy rosnąca rola azjatyckich producentów uzbrojenia przekształca układ sił w przemyśle obronnym. W efekcie podjęte działania mogą prowadzić do długofalowych zmian w globalnej równowadze sił, wpływając zarówno na bezpieczeństwo, jak i stabilność ekonomiczną na świecie.

Krzysztof Kamiński – Oanda TMS

Wojna (handlowa) za rogiem – efekt polityki handlowej USA „oko za oko”

Liczą się nie tylko formalne stawki taryfowe – zgodnie z memorandum nowej administracji USA może podnieść efektywną globalną stawkę celną o +13 punktów procentowych (w odniesieniu do obecnego poziomu, nie uwzględniając jeszcze zapowiadanych np. na kwiecień 25% taryf na europejskie farmaceutyki, chipy i samochody).

  • Memorandum amerykańskiej administracji z połowy lutego „o wzajemnych taryfach handlowych i celnych” może podnieść globalną efektywną stawkę celną USA o kolejne +13 punktów procentowych, z czego +8 punktów procentowych wynika z różnicy w stawkach podatku od wartości dodanej, +3 punkty procentowe w celu wyrównania nierównowagi w środkach pozataryfowych i jedynie +2 punkty procentowe z różnicy w stawkach celnych.
  • Oznaczałoby to dalsze podwyżki ceł o +12 punktów procentowych w odniesieniu do Chin i +13 punkty procentowe na produkty z UE, co zbliża nas do scenariusza „pełnoskalowej wojny handlowej”, w efekcie której wzrost PKB w przyszłym, 2026 spadłby o -0,7 punktu procentowego w Chinach i -0,8 punktu procentowego w UE.
  • W krzyżowym ogniu na skutek działań dostosowawczych wspomnianych w memorandum mogą znaleźć się też konkretne produkty i sektory, takie jak motoryzacja, farmaceutyki i chipy.
  • Najbardziej ucierpiałyby (na skutek zapowiadanej polityki wyrównywania wszystkich taryf) niekoniecznie Chiny czy UE ale Argentyna, Indie, Brazylia, Chile i Kenia – w ich przypadku podwyżki efektywnych stawek celnych wyniosłyby od +23 punktów procentowych do +34 punktów procentowych.
  • Podczas gdy niektórzy partnerzy handlowi mogą mieć czas do kwietnia na ustępstwa i próby zawarcia umów z prezydentem Trumpem, inni mogą nie mieć tyle szczęścia i prawdopodobnie podejmą działania odwetowe wobec USA.
  • Szerokie ramy memorandum sugerują, że administracja Trumpa poważnie podchodzi do próby zrównoważenia deficytu handlowego USA. Prawdopodobne są również dalsze działania dotyczące ceł, w szczególności ukierunkowane na niektóre sektory i produkty. Jednak wydłużony okres przeznaczony na dochodzenie sugeruje również, że może być miejsce na negocjacje z niektórymi partnerami handlowymi.
  • Kraje, z którymi USA mają nadwyżkę w handlu usługami, mogą potencjalnie wykorzystać ją jako kartę przetargową. Największe nadwyżki handlowe występują z UE (77 mld USD w 2023 r.), Kanadą (32 mld USD) i Chinami (27 mld USD), choć nie rekompensują one deficytu w handlu towarami.

W dniu 13 lutego Biały Dom wydał memorandum w sprawie „Wzajemnego handlu i taryf”, wzywając do przeprowadzenia dochodzenia w celu ustanowienia bardziej „sprawiedliwych i wzajemnych” stosunków handlowych, biorąc pod uwagę przede wszystkim cła nałożone na amerykański eksport, podatki nałożone przez partnerów handlowych USA (w tym podatek od wartości dodanej), środki pozataryfowe, z którymi boryka się amerykański eksport oraz konkurencyjność cenową (poprzez kurs wymiany i różnice w płacach). Dochodzenie to powinno zakończyć się nie wcześniej niż 1 kwietnia i nie później niż 12 sierpnia. Chociaż nie ma jasnych ram ani wzoru uwzględniającego zapowiedziane kryteria, to analizując wymianę handlową USA z ponad 30 partnerami odpowiadającymi za 98% amerykańskiego importu, Allianz Trade szacuje, że wyrównanie amerykańskich taryf celnych (tylko w górę, a nie w dół) w odniesieniu do tych krajów podniosłoby globalną efektywną stawkę celną USA o +2 punkty procentowe. Ilościowe określenie wpływu środków pozataryfowych jest znacznie trudniejsze, ale szacujemy, że wyrównaniem nierównowagi w środkach pozataryfowych wiązałoby się z podniesieniem globalnej efektywnej stawki celnej USA o kolejne +3 punkty procentowe[1] . Wreszcie, różnica w stawkach podatku od wartości dodanej dodałaby kolejne +8 punktów procentowych.

Wykres 1: Potencjalne zmiany w globalnej efektywnej stawce celnej USA wynikające z memorandum w sprawie wzajemnego handlu i taryf celnych

Potencjalne zmiany w globalnej efektywnej stawce celnej USA

Źródła: WTO, Bank Światowy, US ITC, ITC, Allianz Research

Argentyna, Indie, Brazylia, Chile i Kenia ucierpiałyby najbardziej, a podwyżki efektywnych ceł w ich wypadku wyniosłyby od +23 punktów procentowych do +34 punktów procentowych. Chiny i UE odnotowałyby podwyżki ceł odpowiednio o +12 punktów procentowych i +13 punktów procentowych. W opinii Allianz Trade trzeba przyznać, że duża część tych podwyżek wynikałaby z różnicy w stawkach podatku od wartości dodanej. To, czy można je uznać za barierę w handlu, można kwestionować, ponieważ podatek ten dotyczy zarówno firm zagranicznych, jak i krajowych. Ale nawet biorąc pod uwagę tylko środki związane z handlem zagranicznym (tj. cła i środki pozataryfowe), pięć krajów narażonych na najwyższe podwyżki ceł byłoby tożsame ze wspomnianymi powyżej, z wyjątkiem Australii, która wyprzedziłaby Chile.

Patrząc na Chiny, memorandum może oznaczać kolejny wzrost amerykańskich ceł o +12 punktów procentowych, z czego +8 punktów procentowych pochodziłoby z różnicy w stawkach podatku od wartości dodanej, a +4 punkty procentowe ze środków pozataryfowych (i nic z ceł, ponieważ Chiny faktycznie stosują niższą stawkę celną w stosunku do USA niż na odwrót). Jeśli te podwyżki zostałyby wprowadzone w życie, zbliżyłyby nas do założeń naszego scenariusza „pełnej wojny handlowej”, w którym wzrost PKB Chin spadłby o -0,3 punktu procentowego w 2025 r. i -0,7 punktu procentowego w 2026 r.

UE jako całość mogłaby zostać narażona na wzrost ceł o +13 punktów procentowych (więcej niż +10 punktów procentowych jakie zakładaliśmy w naszym scenariuszu „pełnej wojny handlowej”, w którym jak wyliczyliśmy wzrost PKB UE uległby obniżce o -0,8 punktu procentowego do 2026 r.), z czego +10 punktów procentowych pochodziłoby z uwzględnienia różnicy wpodatku od wartości dodanej, około +2 punkty procentowe ze środków pozataryfowych i tylko około +1 punkt procentowy wynikający z różnicy w stawkach celnych na niekorzyść USA.

Meksyk i Kanada mogą być narażone na podwyżki ceł o odpowiednio +16 punktów procentowych i +15 punktów procentowych (mniej niż +25 punktów procentowych, którymi grożono już wcześniej w tym miesiącu). Na drugim końcu spektrum, partnerzy handlowi, którzy byliby najmniej dotknięci „wyrównaniem”, to Tajwan (mniej niż +1 punkt procentowy), Zjednoczone Emiraty Arabskie (mniej niż +1 punkt procentowy), Szwajcaria (+4 punkty procentowe), Singapur (+5 punktów procentowych) i Kambodża (+6 punktów procentowych).

Wykres 2: Potencjalne zmiany w dwustronnych stawkach celnych USA w związku z memorandum „Wzajemny handel i taryfy celne”

Potencjalne zmiany w dwustronnych stawkach celnych USA

Źródła: WTO, Bank Światowy, US ITC, ITC, Allianz Research

W opinii Allianz Trade rosnące prawdopodobieństwo „pełnoskalowej wojny handlowej” zapewne skłoni niektórych partnerów handlowych USA do ustępstw i zawarcia umów z prezydentem Trumpem, podczas gdy inni mogą nie mieć tyle szczęścia i będą planować odwet. Szerokie ramy memorandum sugerują, że administracja Trumpa poważnie podchodzi do próby zrównoważenia deficytu handlowego USA. Prawdopodobne są również dalsze działania dotyczące ceł, w szczególności ukierunkowane na niektóre sektory i produkty. Jednak wydłużony okres przeznaczony na dochodzenie sugeruje również, że może być miejsce na negocjacje z niektórymi partnerami handlowymi. W tym względzie należy zauważyć, że rząd Indii niedawno zgodził się na rozmowy handlowe i na znak dobrej woli zgodził się już zwiększyć zakupy energii z 15 mld USD do 25 mld USD, a także obniżyć cła na ciężkie motocykle i burbon. 14 lutego Tajwan zobowiązał się do rozmów w sprawie chipów i większych inwestycji, aby zaspokoić żądania USA. Korea Południowa zobowiązała się również do przeglądu swoich barier pozataryfowych w odpowiedzi na groźby Trumpa. Jednocześnie kraj ten zadeklarował około 250 mld USD na pomoc w finansowaniu eksportu dla eksporterów zagrożonych wyższymi cłami. Zarówno Tajlandia, jak i Wietnam również zaproponowały zwiększenie importu produktów rolnych z USA. Na początku lutego Japonia ogłosiła plany zwiększenia inwestycji w USA i zakupu większej ilości LNG z USA. Meksykańscy i amerykańscy urzędnicy spotkają się wkrótce w sprawie ceł na stal i aluminium. Podobne rozmowy zostały zaproponowane przez Brazylię w sprawie cukru i Wielką Brytanię w sprawie stali. Ponadto kraje, z którymi USA mają nadwyżkę w handlu usługami, mogą potencjalnie wykorzystać ją jako kartę przetargową. Największe nadwyżki handlowe występują z UE (77 mld USD w 2023 r.), Kanadą (32 mld USD) i Chinami (27 mld USD), choć nie rekompensują one deficytu w handlu towarami. Dla porównania, kraje takie jak Brazylia (18 mld USD) czy Australia (14 mld USD) mogą mieć większą siłę nacisku, ponieważ Stany Zjednoczone również mają z nimi nadwyżkę towarów.

Wykres 3: Bilans handlowy USA, towary vs. usługi (mld USD) – 15 największych nadwyżek w usługach

Bilans handlowy USA, towary vs. usługi

Źródła: ITC, US BEA, Allianz Research

[1] Do obliczeń wykorzystujemy ekwiwalent ad valorem środków pozataryfowych Banku Światowego, a także szacunki Global Trade Alert dotyczące amerykańskiego eksportu podlegającego interwencjom politycznym na rynkach eksportowych oraz wskaźniki wolności handlu z Heritage Foundation.

Jak AI wpłynie na polską gospodarkę? EY: więcej automatyzacji, wyższe inwestycje i zmiany na rynku pracy

Analiza wykonana przez Zespół Analiz Ekonomicznych EY Polska wskazuje, że w perspektywie najbliższej dekady ok. 2,6% zadań wykonywanych w naszym kraju może zostać poddanych automatyzacji przez narzędzia bazujące na sztucznej inteligencji. To mniej niż w Europie Zachodniej lub USA (ok. 5%), ale więcej niż średnia w regionie Europy Środkowo-Wschodniej (2,2%). Implementacja technologii AI pozwoli na wzrost produktywności, równocześnie będzie wymagała znacznych nakładów finansowych. Sprawi to, że w ciągu najbliższej dekady w Polsce inwestycje w technologie informacyjno-komunikacyjne powinny się niemal podwoić – wzrastając o 0,4 – 0,9% PKB. Szacunki ekspertów EY wskazują również na potencjał dodatkowego wzrostu PKB o 0,7% – do 2,1%. Wdrożenie rozwiązań AI nie pozostanie jednak obojętne dla inflacji (możliwy wzrost o 0,3 pkt. proc.) i stóp procentowych (wzrost o 0,2 – 0,9 pkt. proc).

Analiza wykonana przez ekspertów EY Polska wskazuje, że w perspektywie następnej dekady ok. 2,6% zadań w naszym kraju może zostać poddanych automatyzacji przez narzędzia bazujące na sztucznej inteligencji. To mniej niż w Europie Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych, gdzie eksperci Zespołu Analiz Ekonomicznych EY szacują ten poziom na ok. 5%. W przypadku Europy Środkowo-Wschodniej ten współczynnik wynosi ok. 2,2%, a więc 0,4 pkt. proc. mniej niż w Polsce.

– Skuteczne wykorzystanie narzędzi sztucznej inteligencji będzie punktem zwrotnym nie tylko w biznesie. Powstające modele, sposoby analizy danych dadzą dużą przewagę konkurencyjną. Jesteśmy dopiero na początku tej drogi, ale już widać, że nie jest to sezonowa moda, tylko trwała zmiana, od której nie ma odwrotu. Dotyczy to nie tylko pojedynczych przedsiębiorstw, ale całych gospodarek. To kluczowy moment do działania, również w Polsce. Wdrażanie AI to maraton, a nie sprint. Jednak nawet w biegach długodystansowych zawodnicy, którzy już na początku zostaną z tyłu mają znacznie mniejsze szanse na przebiegnięcie linii mety jako pierwsi – mówi Jacek Kędzior, Partner Zarządzający, EY Polska.

Mniejszy potencjał nad Wisłą – jak również w pozostałych krajach naszego regionu – wynika z niższego poziomu płac niż te obserwowane na Zachodzie. W efekcie korzyści ekonomiczne wynikające z potencjalnego zastąpienia ludzkiej pracy przez sztuczną inteligencję są bardziej ograniczone. Dane Międzynarodowej Organizacji Pracy wskazują, że nawet po uwzględnieniu siły nabywczej, wynagrodzenia w Polsce stanowią ok. 60% tych obserwowanych w USA czy Europie Zachodniej. W przypadku Europy Środkowo-Wschodniej wynik to 40%.

Wykorzystanie AI do automatyzacji wybranych zadań oraz wsparcia w wykonywaniu innych pozwoli na ograniczenie kosztów produkcji, a przez to spowoduje wzrost produktywności w gospodarce. Aby oszacować skalę tego wzrostu należy uwzględnić, za jaką część kosztów w danym państwie odpowiada praca. Polska cechuje się mniejszym udziałem pracy w kosztach produkcji niż średnia dla Europy Środkowo-Wschodniej. Dlatego, pomimo nieznacznie wyższego potencjału automatyzacji i transformacji zadań przez narzędzia bazujące na sztucznej inteligencji, eksperci EY spodziewają się zbliżonej skali wzrostu produktywności. Nad Wisłą wyniesie ona 0,3 – 0,9%, w naszym regionie 0,3 – 0,8%, a w Europie Zachodniej 0,9 – 1,8%.

– Nie ma żadnych wątpliwości, że sztuczna inteligencja z biegiem lat będzie miała coraz większy wpływ na rynek pracy. Dlatego już teraz firmy w obszarach, gdzie jest to możliwe powinny maksymalizować wysiłki na rzecz edukacji pracowników. Posiadanie kadry wyposażonej w kompetencje efektywnego wykorzystania AI będzie stanowiło element budujący przewagę. Automatyzacja nie równa się bowiem z zastąpieniem pracownika, a ułatwieniem jego pracy np. w zakresie analizy danych lub tworzenia treści. Wykorzystanie AI pozwoli na ograniczenie kosztów, a przez to wzrost produktywności w gospodarce – dodaje Jacek Kędzior.

Skala implementacji AI w firmach i powiązane z tym inwestycje

Potencjał automatyzacji zadań będzie miał również przełożenie na skalę implementacji AI w firmach i powiązane z tym inwestycje. Analiza ekspertów Zespołu Analiz Ekonomicznych EY Polska wskazuje, że w ciągu najbliższych 10 lat odsetek firm wykorzystujących technologie AI znacząco wzrośnie. W naszym kraju do 2033 roku pomiędzy 19% a 41% firm zatrudniających 10 lub więcej osób będzie stosować technologie oparte na AI. To więcej niż w Europie Środkowo-Wschodniej (16%-35%), ale mniej niż w Europie Zachodniej (37%-77%). Różnice w znaczącym stopniu wynikają z potencjału automatyzacji zadań na przestrzeni kolejnych lat. Należy również zakładać, że odsetek firm wykorzystujących narzędzia bazujące na sztucznej inteligencji w poszczególnych krajach może różnić się w zależności m.in. od poziomu rządowego wsparcia. W przypadku Polski mogą to być działania wynikające ze Strategii Cyfryzacji do 2035 roku, gdzie poziom wykorzystania AI w firmach został wyznaczony na 50% (analiza EY została wykonana przed zaprezentowaniem dokumentu przez Ministerstwo Cyfryzacji).

Wzrost wykorzystania sztucznej inteligencji wśród ogółu działających nad Wisłą firm będzie wymagał znacznych inwestycji zarówno w sprzęt komputerowy, jak i oprogramowanie. Szacunki ekspertów EY wskazują, że w Polsce, w ciągu najbliższej dekady, inwestycje w technologie informacyjno-komunikacyjne powinny się niemal podwoić – wzrastając od 0,4% do 0,9% PKB – aby umożliwić efektywne wdrożenie AI. Dla regionu Europy Środkowo-Wschodniej przewidywany jest podobny wzrost, oscylujący w przedziale od 0,3% do 0,8% PKB.

AI to wzrost PKB, ale również inflacji i stóp procentowych

Oszacowania nakładów inwestycyjnych niezbędnych do wdrożenia sztucznej inteligencji oraz wynikających z tego wzrostów produktywności pozwalają nakreślić skalę wpływu AI na PKB w najbliższej dekadzie. W przypadku Europy Środkowo-Wschodniej prognozy ekspertów Zespołu Analiz Ekonomicznych EY wskazują na potencjał dodatkowego wzrostu PKB o 1% do 2,3%. W Polsce ten potencjał będzie prawdopodobnie nieznacznie niższy: od 0,7% do 2,1%. Wynika to z faktu, że polska gospodarka jest mniej otwarta niż średnia dla regionu EŚW, a więc mniej podatna na ożywienie popytu związane z implementacją AI w Europie Zachodniej, gdzie wzrost PKB będzie się wahał pomiędzy 1,8% a 3,7%.

– AI będzie oddziaływał zarówno na stronę popytową gospodarki, przede wszystkim poprzez wzrost inwestycji, jak i na jej stronę podażową, czyli potencjał produkcyjny. Przewidujemy, że choć z biegiem czasu proporcje będą się nieco zmieniać, efekt popytowy będzie przez najbliższą dekadę przeciętnie nieco silniejszy niż podażowy. W efekcie presja cenowa wzrośnie, na co zareagują banki centralne utrzymując stopy procentowe na nieco wyższym poziomie. Przedsiębiorcy powinni w swoich strategiach uwzględnić wpływ AI na politykę pieniężną i koszt kapitału – mówi Marek Rozkrut, Partner, szef Zespołu Analiz Ekonomicznych oraz główny ekonomista EY na Europę i Azję Centralną.

W ciągu najbliższej dekady, implementacja AI w większości regionów przyczyni się do umiarkowanego wzrostu inflacji – od 0,1 do 0,25 pkt proc. Jednakże w Europie Środkowo-Wschodniej nierównowaga pomiędzy popytem a podażą będzie głębsza, co przełoży się na większy impuls inflacyjny, sięgający nawet 0,8 pkt procentowego. Polska, ze względu na mniejszą skałę nierównowagi pomiędzy popytem a podażą, wyróżnia się pozytywnie na tle regionu z prognozowanym wzrostem inflacji nieprzekraczającym 0,3 pkt proc.

Stopy procentowe urosną bardziej niż inflacja. Wzrosty będą napędzane przez czynniki cykliczne, takie jak zwiększony popyt i podwyższona inflacja, oraz czynniki strukturalne powiązane z nasilonymi potrzebami inwestycyjnymi czy prognozowanym wzrostem produktywności. Europa Środkowo-Wschodnia doświadczy największej skali dostosowań polityki banków centralnych. Wzrost stóp procentowych będzie w tym regionie napędzany głownie czynnikami cyklicznymi i może sięgać nawet 0,5-1,1 pkt. procentowego. W Polsce, ze względu na mniejszą nierównowagę pomiędzy popytem a podażą, należy się spodziewać nieznacznie mniejszych wyników w przedziale 0,2-0,9 pkt. procentowego.

– W Polsce mamy nieznacznie większy potencjał do zwiększenia inwestycji i produktywności dzięki AI niż średnio w Europie Środkowo-Wschodniej. Prognozowany wpływ na PKB, inflację i stopy procentowe jest jednak nieco słabszy niż średnio w regionie. Wynika to z faktu, że polska gospodarka jest nieco mniej otwarta niż inne kraje regionu. W konsekwencji ożywienie popytu na Zachodzie Europy, związane z implementacją AI, będzie miało mniejszy wpływ na Polskę niż na region jako całość. Dobrą wiadomością jest to, że oznacza to mniejszą nierównowagę między popytem a podażą, co przełoży się na mniejszy wzrost inflacji i stóp procentowych niż średnio w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. – podsumowuje Marek Rozkrut.

Samodzielność prokurenta vs. reprezentacja łączna – co mówią przepisy i sądy?

0

Prokura to skuteczne narzędzie zarządzania przedsiębiorstwem, zapewniające elastyczność i ciągłość działania, a także ratunek w sytuacjach wyjątkowych. Przykładem może być sytuacja, gdy spółka przejściowo nie ma zarządu. „Sąd Najwyższy w wyroku V CZ 26/16 wskazał, że brak zarządu w spółce kapitałowej nie powoduje automatycznego wygaśnięcia prokury. Prokurent nadal może podejmować czynności związane z prowadzeniem przedsiębiorstwa, co ma na celu zapobieganie paraliżowi działalności.” – zauważa Bartosz Kuraś, Partner w Kancelarii Wolf Theiss.

Prokura jest jednym z najważniejszych narzędzi prawnych, które mogą zwiększyć efektywność działań przedsiębiorstwa. Jest to szczególny rodzaj pełnomocnictwa, który został uregulowany w Kodeksie cywilnym (art. 109¹ i nast.). Istotne dla spółek przepisy dotyczące prokury znajdziemy również w Kodeksie spółek handlowych (np. art. 205 czy art. 208 dla sp. z o.o.).

„Zdarza się, że kontrahenci spółek nie wiedzą, czy w danej sytuacji prokurent może reprezentować samodzielnie spółkę, czy powinien to robić z drugim prokurentem albo czy spółka powinna być reprezentowana przez członka zarządu działającego łącznie z prokurentem, bo spółka w KRS ma wpisaną reprezentację łączną. Może to prowadzić do nieporozumień lub niesłusznej odmowy przystąpienia do czynności prawnych dokonanych przez należycie umocowanego prokurenta. Dobrą praktyką jest wyraźne wskazywanie zakresu prokury, w tym również jej prawidłowy opis w KRS, co może ułatwić działanie prokurenta i reprezentacje Spółki w praktyce.” – mówi Bartosz Kuraś.

Jednocześnie przedsiębiorcy często nie zdają sobie sprawy, że zakres umocowania prokurenta nie może być skutecznie ograniczony wobec osób trzecich (art. 109¹ § 2 k.c.), chyba że przepis szczególny stanowi inaczej. Ważne jest więc, aby powierzać prokurę osobom zaufanym i odpowiednio przygotowanym.

„Prokura, jako specjalne pełnomocnictwo, różni się zasadniczo od zwykłego pełnomocnictwa, a jej zastosowanie w kontekście przepisów KSH i KC daje przedsiębiorcom dodatkowe możliwości zarządzania. Warto jednak zrozumieć jej szczegóły, aby z jednej strony dobrze wykorzystać jej potencjał, z drugiej strony nie narazić spółki na ryzyko, gdyż zakres umocowania prokurenta jest bardzo szeroki. W przypadku prokury samoistnej, gdy spółka ma reprezentację łączną, prokurent może przykładowo reprezentować spółkę samodzielnie, a członkowie zarządu jedynie łącznie.” – zaznacza Bartosz Kuraś.

Jak wskazano w orzeczeniu I CSK 512/14, prokurent samoistny może samodzielnie reprezentować spółkę niezależnie od zasad reprezentacji łącznej zarządu. Prokura samoistna daje więc prokurentowi niezależność w zakresie reprezentacji spółki, również wtedy gdy spółka jest reprezentowana standardowo łącznie przez dwóch członków zarządu albo jednego członka zarządu działającego łącznie z prokurentem. W tej sytuacji prokurent samoistny może działać sam, co eliminuje konieczność działania łącznie z innym członkiem zarządu przy reprezentacji mieszanej. Prokurent posiadający prokurę łączną, musiałby działać natomiast zgodnie z udzieloną mu prokurą, tj. łącznie z innym prokurentem lub z innym członkiem zarządu, aby móc skutecznie działać w imieniu spółki.

„W praktyce oznacza to, że decyzje podejmowane przez prokurenta samoistnego, np. podpisanie umowy, są skuteczne i wiążące dla spółki nawet jeśli w umowie spółki przewidziano reprezentację wieloosobową zarządu. Uprawnienia prokurenta samoistnego są więc niezależne od zasad reprezentacji wieloosobowego zarządu, również w przypadku mieszanej reprezentacji łącznej prokurenta z członkiem zarządu.” – tłumaczy Bartosz Kuraś.

W praktyce reprezentowanie spółki przez członka zarządu wraz z prokurentem łącznym, który może działać jedynie z innym prokurentem, sprawia często trudności. W swoim orzeczeniu (V CSK 92/20) Sąd Najwyższy rozstrzygnął zależność między zasadami reprezentacji spółki określonymi w KSH a instytucją prokury łącznej, regulowanej przez KC. Przedmiotem sporu była skuteczność czynności prawnych dokonanych przez członka zarządu wspólnie z prokurentem, gdy prokurent ten może działać jedynie w ramach prokury łącznej. Sąd stwierdził, że Spółka może działać samodzielnie, stosując przepisy dotyczące reprezentacji określone w KSH lub za pośrednictwem pełnomocnika, w tym prokurenta.

„W przypadku prokury łącznej, jeśli spółkę reprezentuje członek zarządu i prokurent, działania są ważne, nawet jeśli prokurent samodzielnie nie mógłby podejmować takich czynności. Oznacza to, że prokura łączna, która wymaga współdziałania kilku prokurentów, nie ogranicza możliwości wspólnego działania prokurenta z członkiem zarządu, co zwiększa efektywność zarządzania spółką. Sąd Najwyższy w orzeczeniu I CSK 512/14 jednoznacznie wskazał, że reprezentacja łączna zarządu nie ogranicza uprawnień prokurenta samoistnego, który może samodzielnie podejmować czynności objęte zakresem prokury. W praktyce oznacza to, że prokura samoistna zapewnia elastyczność działania, o ile mamy zaufanie do jednoosobowego działania prokurenta.” – dodaje Bartosz Kuraś.

W odróżnieniu od zwykłego pełnomocnictwa, prokura zapewnia znacznie szerszy zakres umocowania. Narzędzie to, upoważnia do dokonywania wszelkich czynności sądowych i pozasądowych związanych z prowadzeniem przedsiębiorstwa, jednak z istotnymi wyjątkami. Prokura nie może zostać wykorzystana przy sprzedaży przedsiębiorstwa, oddania go do czasowego korzystania, oraz zbywania lub obciążania nieruchomości, chyba że prokurent uzyska odrębne pełnomocnictwo. W praktyce oznacza to, że prokurent, czyli osoba posiadająca prokurę może reprezentować przedsiębiorstwo w bardzo szerokim zakresie i wielu aspektach jego działalności.

Pożyczki pozabankowe w styczniu 2025 – rekordowa sprzedaż i lepsza spłacalność

Sprzedaż i jakość pożyczek pozabankowych w styczniu 2025 roku.

Polski rynek pożyczek pozabankowych opiera się na dwóch głównych, ale odmiennych segmentach produktowych, posiadających swoje specyficzne cechy.

Pierwszym są pożyczki celowe, które charakteryzują się niską kwotą na jakie są udzielane – średnia wartość nowo udzielonej w styczniu 2025 r. pożyczki celowej wyniosła 644 zł i była o 8,9% niższa od średniej wartości takiej pożyczki udzielonej rok wcześniej. Udzielane są one na finansowanie określonego celu, jakim jest zakup towarów czy usług, nie jest więc bezpośrednio udostępniana klientowi gotówka, którą może dysponować.

W pożyczkach celowych mogą być zarówno niskokwotowe zakupy w internecie na platformach e-Commerce, ale też pożyczki na wyższe kwoty, np. na zakup samochodów używanych czy usługi medyczne, charakteryzujące się wyższymi kwotami. Są one zazwyczaj udzielane na krótkie okresy i bardzo dobrze spłacane. Mają więc cechy „upodabniające” je do bankowych kredytów ratalnych.

Liczba nowo udzielonych w styczniu br. pożyczek celowych wzrosła o +24,9% r/r, a w ujęciu wartościowym wzrost wyniósł +13,8% r/r. To oznacza, że udzielane były głównie pożyczki na niższe kwoty, co znalazło swoje bezpośrednie odzwierciedlenie również w spadku r/r średniej kwoty udzielonej pożyczki.

W styczniu 2024 r. były już raportowane wszystkie udzielone pożyczki celowe co oznacza, że nie występuje już efekt zaniżonej bazy porównawczej wynikający z niepełnego raportowania. Dynamiki uzyskane w styczniu 2025 r. w pełni odzwierciedlają więc obecną sytuację rynkową.

Drugim segmentem na rynku pozabankowym są pożyczki gotówkowe. Są one wypłacane bezpośrednio na konto pożyczkobiorcy i mogą być przez niego wykorzystywane na dowolny cel, w tym podreperowanie budżetu domowego. Cechą charakterystyczną pożyczek gotówkowych jest ich wyższa szkodowość w porównaniu do pożyczek celowych i są one udzielane również na wyższe kwoty.

W segmencie tym można wyróżnić dwie kategorie pożyczek gotówkowych. Pożyczki gotówkowe udzielane na niskie kwoty i krótkie okresy (do 60 dni) – tzw. „chwilówki” oraz na wysokie kwoty i długie, często kilkuletnie okresy. Ten drugi typ pożyczek zbliżony jest do bankowych kredytów gotówkowych.

Średnia wartość pożyczki gotówkowej „chwilówki” udzielonej w styczniu 2025 r. wyniosła 2 487 zł i była o 11,7% wyższa od średniej kwoty udzielonej w styczniu 2024 r. Styczniowa wartość sprzedaży pożyczek gotówkowych („chwilówek) to 1,053 mld zł i była ona wyższa o +35,8% r/r. Dodatnia dynamika r/r (+21,8%) wystąpiła również w ujęciu liczbowym. „Chwilówki” stanowiły 72,3% wartości wszystkich udzielonych
w styczniu 2025 r. pożyczek gotówkowych.

W styczniu 2025 r. pożyczek gotówkowych na okres powyżej 60 dni udzielono łącznie 74 tys. szt. i na wartość 404 mln zł. W porównaniu ze styczniem 2024 r. oznacza to wzrost w ujęciu liczbowym o (+19,1%) i wartościowym o (+39,6%). Średnia wartość pożyczki gotówkowej udzielonej w styczniu 2025 r. na okres dłuższy niż 60 dni wyniosła 5 497 zł i była o 15,5% wyższa do średniej kwoty udzielonej w styczniu 2024 r.

W styczniu 2024 r., podobnie jak w przypadku pożyczek celowych, były już raportowane wszystkie udzielone pożyczki gotówkowe co oznacza, że nie występuje już efekt zaniżonej bazy porównawczej wynikający z niepełnego raportowania, zatem dynamiki uzyskane w styczniu 2025 r. w pełni odzwierciedlają obecną sytuację rynkową.

W styczniu br., podobnie jak w poprzednich miesiącach, w strukturze sprzedaży pożyczek pozabankowych w ujęciu liczbowym dominowały pożyczki celowe, zaś w ujęciu wartościowym pożyczki gotówkowe.

Coraz ważniejszym segmentem polskiego rynku finansowego są transakcje płatności odroczonych (BNPL – Buy Now Pay Later). W styczniu 2025 r. udzielono ich 5,37 mln szt. (+21% r/r) na kwotę 931 mln zł (+25% r/r).

Jakość pożyczek udzielanych przez firmy pożyczkowe

Ważnym aspektem w zakresie zarządzania ryzykiem udzielanych pożyczek jest analiza poziomu opóźnień powyżej 90 dni, popularnie zwanych szkodowością. W sektorze widać znaczącą poprawę roczników (vintage) 2024 i 2023 vs 2022. Taka poprawa jest wynikiem dostosowań sektora do nowych regulacji w zakresie maksymalnej ceny pożyczek oraz obowiązku badania zdolności kredytowej i raportowania danych do BIK.

Najlepszą spłacalnością charakteryzują się pożyczki celowe. Ich poziom szkodowości (1%) zbliżony jest do kredytów ratalnych w sektorze bankowym. Inaczej wygląda sytuacja pożyczek gotówkowych, których jakość różni się w zależności od okresu, na jaki zostały udzielone. Pożyczki gotówkowe zaciągane na okres do dwóch miesięcy spłacają się lepiej (szkodowość 4%) niż pożyczki gotówkowe udzielane na dłuższy czas, powyżej 60 dni (szkodowość 10%). Szkodowość ostatnich jest wyższa od bankowych kredytów gotówkowych.

W ślad za poprawą wskaźnika szkodowości, widoczna jest poprawa wskaźnika NPL, który informuje o strukturze bilansu.

W sektorze poprawia się jakość pożyczek gotówkowych pod względem udziału zobowiązań opóźnionych powyżej 90 dni: pod koniec stycznia 2025 r. wyniósł on 18,2% i był niższy o 6 pkt proc. niż rok wcześniej. W portfelu pożyczek celowych wskaźnik ten jest znacznie niższy i wynosi 4,3%, a w porównaniu ze styczniem 2024 roku nieznacznie wzrósł (o 0,2 pkt proc.).

Wskaźnik NPL zależy między innymi od: szkodowości, tempa wzrostu nowej sprzedaży (przyrostu bilansu), od polityki windykacyjnej firm (sprzedaż wierzytelności vs. windykacja własna) i wielu innych czynników.

Bitcoin spada do 87 000 USD – czy to koniec hossy, czy czas na inwestycje?

Od momentu zaprzysiężenia Donalda Trumpa na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych rynek kryptowalut doświadczył znaczących wahań. Cena Bitcoina spadła o ponad 20% – z blisko 110 000 USD do 87 000 USD. Gwałtowna korekta pociągnęła za sobą przeceny akcji firm powiązanych z sektorem cyfrowych aktywów. W ciągu ostatnich pięciu dni akcje Coinbase Global (COIN) straciły ponad 20% wartości, a papiery Robinhood Markets (HOOD) potaniały o 24%.

Sytuacja na rynku może jednak ulec zmianie w związku z nowym kierownictwem amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC). Stanowisko przewodniczącego objął Paul Atkins, nominowany przez prezydenta Trumpa i postrzegany jako sprzymierzeniec branży krypto. Jednym z pierwszych kluczowych działań SEC pod jego przewodnictwem było zakończenie dochodzeń wobec Coinbase i Robinhood, co eliminuje jedno z największych zagrożeń regulacyjnych ciążących na tych firmach. Nowa administracja może zwiastować koniec polityki „regulacji poprzez egzekwowanie prawa” i stworzyć bardziej sprzyjające warunki dla rozwoju sektora.

Zawirowania na rynku nie ominęły również firm zajmujących się wydobyciem kryptowalut. Na amerykańskim rynku Riot Platforms (RIOT) stracił 6.71%, MARA Holdings (MARA) 10.62%, Core Scientific (CORZ) 1.01%, a CleanSpark (CLSK) 8.43%. W obliczu spadku opłacalności wydobycia wiele z tych firm zdecydowało się na dywersyfikację działalności. Nowym obszarem zainteresowania górników kryptowalut staje się sztuczna inteligencja. Przedsiębiorstwa wydobywcze dysponują zaawansowaną infrastrukturą obliczeniową, obejmującą wysokowydajne centra danych, nowoczesne systemy chłodzenia i dostęp do taniej energii. Te zasoby mogą zostać wykorzystane do obsługi wymagających procesów obliczeniowych związanych z AI, co stanowi potencjalnie nowe źródło przychodów dla firm dotychczas kojarzonych głównie z kryptowalutami.

Dla inwestorów zastanawiających się, czy obecne spadki na rynku kryptowalut stanowią okazję do zakupów, kluczowe jest odpowiednie wyważenie ryzyka i potencjalnych korzyści. Z jednej strony, fundamentalnie silne spółki, takie jak Coinbase, mogą być obecnie atrakcyjnie wycenione, a zmiana podejścia SEC może działać na korzyść branży. Z drugiej strony, sektor wciąż cechuje się dużą zmiennością, a spółki takie jak MicroStrategy, których wyniki są ściśle powiązane z kursem Bitcoina, pozostają szczególnie narażone na wahania cen. Niemniej jednak, dla inwestorów wierzących w długoterminowy wzrost rynku kryptowalut, obecne wyceny mogą stanowić interesującą okazję do wejścia lub zwiększenia zaangażowania.

Krzysztof Kamiński – Oanda TMS

Coraz więcej firm z problemami finansowymi – liczba niesolidnych przedsiębiorstw rośnie mimo wolniejszego wzrostu zaległości

Trend wzrostowy wartości kwoty zaległych zobowiązań firm w ubiegłym roku nieco wyhamował, w przeciwieństwie do liczby niesolidnych przedsiębiorców. Problemy z terminowymi rozliczeniami wobec instytucji finansowych i kontrahentów dotyczą 331,2 tys. firm – o 12,3 tys. więcej niż przed rokiem. Rynek musi się więc mierzyć z coraz większą liczbą klientów podwyższonego ryzyka, szczególnie w sektorze TSL i gospodarce odpadami. Mimo wszystko nadal łączna kwota zaległych zobowiązań przedsiębiorców jest wysoka. Przekroczyła z końcem ubiegłego roku 43,8 mld zł. Najwyższy skok zaległości notuje sektor edukacji, z kolei w budownictwie przybyło najwięcej niesolidnych płatniczo przedsiębiorstw – wynika z danych na temat wiarygodności finansowej firm gromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor i bazie informacji kredytowej BIK.

Przybywa firm z problemami we wzajemnych rozliczeniach, co potwierdzają dane zgromadzone w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor, gdzie trafiają opóźnione w spłacie względem kontrahentów   bieżące rachunki i faktury (zaległości pozakredytowe) oraz w bazie informacji kredytowych BIK, która zawiera  dane o historii kredytowej, ale również niespłaconych na czas zobowiązaniach kredytowych (zaległości kredytowe). Dłużników-firm jest 331,2 tys., co oznacza, że 5 proc. biznesów z różnych sektorów rynku ma problemy finansowe.

Kwota zaległości kredytowych i pozkaredytowych firm opóźnionych powyżej 30 dni i na co najmniej 500 zł na koniec ubiegłego roku przekroczyła 43,8 miliarda złotych. Jednak w ciągu całego 2024 roku łączne zaległości firm z różnych sektorów i branż rosły nieco wolniej niż jeszcze rok wcześniej. Od stycznia do grudnia przybyło o 1,95 mld zł (4,7 proc.) zaległych długów firm, podczas gdy jeszcze w całym 2023 roku wzrost ten wynosił 2,4 mld zł (6 proc.). Mimo że w trend wzrostowy łącznych zaległości nieco wyhamował, to przyspieszył za to przyrost liczby firm z problemami – o 4 proc. w 2024 vs. 2 proc. w porównaniu z 12 miesiącami 2023 roku. W ciągu całego ubiegłego roku wierzyciele dopisali 12 292 nowych firm-dłużników.

– Polskie firmy stoją dziś przed wieloma wyzwaniami. Transformacją energetyczną i cyfrową. Wysokimi cenami energii. Rosnącymi kosztami wynagrodzeń. Wysokimi na tle innych krajów UE stopami procentowymi. Nic więc dziwnego, że jedynie co trzecia firma planuje inwestycje, a tylko co czwarta wzrost zatrudnienia. Dodatkowo miliardy złotych zamrożone w przeterminowanych długach skutecznie chłodzą plany przedsiębiorców i ograniczają ich rozwój. Utrudniają również firmom terminowe regulowanie własnych zobowiązań – wymienia dr hab. Waldemar Rogowski, prof. SGH i główny analityk BIG InfoMonitor.

Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i baza BIK

Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i baza BIK

Handel, przemysł i budownictwo w czołówce sektorów z najwyższymi zaległościami

Nadal na czele sektorów z najwyższymi zaległościami stoi Handel (hurt i detal) – blisko 9 mld zł zaległości, następnie Przemysł – blisko 6,9 mld zł oraz Budownictwo i TSL – kolejno ponad 5,6 mld zł i 3,3 mld zł. Niepokojąca sytuacja jest również w Działalności profesjonalnej, naukowej i technicznej – gdzie zaległe długi dobijają już do 2,8 mld zł. Zaległości powyżej 2 mld zł notuje też Obsługa rynku nieruchomości oraz sektor HoReCa.

Lekką poprawę widać w sektorze Budownictwa, gdzie zaległości w rok stopniały o 421 mln zł (7 proc.)  oraz w Przemyśle, gdzie doszło do spadku zaległego zadłużenia w ciągu poprzedniego roku o prawie 391 mln zł (5,4 proc.). Poprawiło się również w sektorze Górnictwa i wydobycia – o 60,5 mln zł (8 proc.) mniej zaległości i Rolnictwie – tu spadek zaległości o blisko 4,6 mln zł (1 proc.).

– Warto też zaznaczyć, że choć w budownictwie maleje łączna kwota zaległości to znacząco rośnie liczba firm z problemami. Polska branża budowlana, po rekordowych zyskach i wysokich poziomach rentowności osiąganych w ostatnich kilku latach, znalazła się w 2024 r. w okresie spowolnienia, które powinno się jednak już skończyć w bieżącym roku, gdy na dobre ruszą prace budowlane z wykorzystaniem nowej fali funduszy unijnych, co napędzi popyt na roboty budowlano-montażowe – wskazuje dr hab. Waldemar Rogowski, prof. SGH i główny analityk BIG InfoMonitor.

W ciągu całego poprzedniego roku przybyło w budownictwie 2269 nierzetelnych podmiotów i jest już ich blisko 53 tys. Plasuje to ten sektor na drugim miejscu, zaraz za sektorem handlu, gdzie dłużników jest 74,7 tys.

Pozostałe kluczowe sektory notują wzrosty zaległego zadłużenia. Szczególnie działalność edukacyjna –  o 32 proc. do blisko 280 mln zł. Zmiany demograficzne, spadek zainteresowania studiami wzrost kosztów utrzymania infrastruktury to obecnie główne wyzwania dla edukacji.

Następnie jest Wytwarzanie i dostawa energii, gazu i gorącej wody –  o 31 proc. do 173,4 mln zł. Wartościowo z kolei Działalność profesjonalna naukowa i techniczna – o 304,4 mln zł (12,4 proc.), TSL – o 237 mln zł (8 proc.), Finanse i ubezpieczenia –  o 206 mln zł (23 proc.) oraz sektor HoReCa –  o ponad 189 mln zł (10 proc.).

– Ruch w naszych bazach, który obserwujemy potwierdza tylko fakt, że część firm próbuje wychodzić z zaległych długów i spłaca swoje zobowiązania, ale nie wszystkim to się udaje. Wierzyciele korzystają z możliwości dopisywania swoich niesolidnych dłużników do rejestru BIG, stąd pojawiają się nowi niesolidni płatniczo przedsiębiorcy – wskazuje Paweł Szarkowski, prezes BIG InfoMonitor. – Dzięki tej praktyce, firma korzystająca z systemu wymiany informacji gospodarczej może sama zostać ostrzeżona przed oszustami i niewypłacalnymi kontrahentami, ale również ostrzega innych. Przedsiębiorcy z różnych branż zgłaszają swoich dłużników do BIG, dzięki czemu pozostali uczestnicy rynku mają wiedzę, jak ich obecny lub potencjalny partner biznesowy radzi sobie z regulowaniem należności. Poza tym, za pośrednictwem BIG, można uzyskać dostęp do innych baz danych oraz raportów tworzonych przez wywiadownie gospodarcze. Jeśli dana firma posiada wielu klientów-konsumentów z nami sprawdzi ich w takich bazach jak baza PESEL, Rejestr Zastrzeżeń PESEL czy Rejestr Dowodów Osobistych (RDO. Równie cennym źródłem jest Krajowy Rejestr Zadłużonych (KRZ), który dostarcza informacje o restrukturyzacjach, egzekucjach i upadłościach, pomagając unikać ryzykownych transakcji i oceniać wiarygodność partnerów. Weryfikacja w tym rejestrze przyda się, jeśli klientami są zarówno konsumenci, jak i przedsiębiorcy – dodaje Paweł Szarkowski.

Ryzykowni klienci

Najwyższy odsetek firm z problemami na tle wszystkich zarejestrowanych firm w danym sektorze nadal notuje branża TSL, gdzie jest to 9 proc. Oznacza to, że już prawie co dziesiąta firma transportowa ma poważne kłopoty finansowe i istnieje podwyższone ryzyko współpracy z niewypłacalną firmą z tej branży. Kiepsko pod tym względem plasuje się też Górnictwo i wydobycie, gdzie nadal udział firm z problemami utrzymuje się na wysokim poziomie oraz wśród  firm świadczących usługi Dostawy wody, gospodarowania ściekami i odpadami oraz działalności związanej z rekultywacją – po 7,6 proc. Wysoki 6 proc. udział dłużników jest również w sektorze gastronomii i zakwaterowania.

Niepokojąco rośnie też średnia wartość przeterminowanego zadłużenia przypadająca na jedną firmę, i to mimo że przyrost zaległości wyhamował, a wzrósł odsetek firm z problemami. Obecnie na jednego przedsiębiorcę przypada ponad 132 tys. zł zaległości kredytowych jak i pozakredytowych.

 Przed wyborem partnera biznesowego warto prześwietlić jego historię płatniczą oraz wypłacalność. Jeżeli okaże się, że sprawdzana firma ma przeterminowane długi, powinien być to sygnał ostrzegawczy. Przedsiębiorca mając tę wiedzę, może dodatkowo zabezpieczyć swoje interesy. To jeden z kluczowych sposobów na uniknięcie problemów finansowych. Tylko w ubiegłym roku pobranych zostało z BIG InfoMonitor ponad 5 mln raportów sprawdzających wiarygodność płatniczą firm z różnych sektorów gospodarki. W ciągu ostatnich 5 lat liczba pobieranych raportów na ten temat wzrosła o 41 proc., co dowodzi, że ta praktyka staje się coraz ważniejsza w biznesie – podsumowuje Paweł Szarkowski, prezes BIG InfoMonitor.

Niepewność wobec USA napędza europejski sektor zbrojeniowy – miliardy euro na nowe kontrakty

Wczoraj minęła trzecia rocznica agresji Rosji na Ukrainę. Tego samego dnia odbyło się spotkanie Trump-Macron, a w Niemczech ogłoszono wyniki wyborów parlamentarnych. Wydarzenia te nie rozwiały jednak obaw Europejczyków, że bezpieczeństwo naszego kontynentu przestaje być priorytetem dla Stanów Zjednoczonych. Skutkiem tej niepewności są znaczące wzrosty akcji europejskich spółek zbrojeniowych – akcje Rheinmetall od początku roku zyskały już 61 proc. Z każdego euro i złotego przeznaczonego na obronność, około 40 proc., trafia na zakup systemów uzbrojenia.

Obawy związane z mniejszym zaangażowaniem USA w europejską obronę mocno wpłynęły w ostatnich tygodniach na ceny akcji koncernów zbrojeniowych. Niemiecki gigant Rheinmetall odnotował od początku roku wzrost cen akcji o ponad 61 proc. Firma  uchodzi za jednego z głównych beneficjentów zwiększonych wydatków na zbrojenia w Europie, zyskuje także dzięki wynikowi wyborów w Niemczech. Z kolei akcje innej niemieckiej firmy, Hensoldt, wzrosły o ponad 47 proc., szwedzkiego Saaba o 30 proc., włoskiego Leonardo o 39 proc., a francuskiego Thalesa o 37 proc. Tymczasem wyniki amerykańskich spółek zbrojeniowych są zróżnicowane: Lockheed Martin stracił 9 proc., Northrop Grumman 4 proc., natomiast Boeing zyskał 5 proc.

Wzrosty europejskich spółek wynikają bezpośrednio z zapowiedzi zwiększenia wydatków na obronność w Europie. Polska w tym roku osiągnie imponujący poziom 4,7 proc. PKB na cele obronne, a w kolejnych latach planuje podnieść go do 5 proc. Największe zwiększenie nakładów obserwujemy na wschodniej flance NATO – Estonia i Litwa również zadeklarowały wzrost wydatków do 5 proc. Pozostała część Europy wciąż ma w tej kwestii wiele do nadrobienia, ale obecna sytuacja skłania polityków do coraz odważniejszych deklaracji. Większość krajów NATO zbliża się już do minimalnego poziomu 2 proc. PKB na obronność.

Wydatki rosną także w ramach Unii Europejskiej, choć pozostają niższe niż w całym NATO. W latach 2021–2024 łączne nakłady na obronność państw UE wzrosły o ponad 30 proc., osiągając w 2024 roku szacunkowo 326 mld euro, czyli około 1,9 proc. PKB UE. W tym samym roku na zakup sprzętu wojskowego przeznaczono ponad 90 mld euro, co oznacza wzrost o przeszło 50 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Nakłady na badania i rozwój w sektorze obronnym wyniosły 13 mld euro. W 2023 roku europejski przemysł obronny wygenerował obroty rzędu 158,8 mld euro, co stanowi wzrost o 16,9 proc. względem 2022 roku. Obroty te rozłożyły się na sektory: lotniczy (64,8 mld euro), morski (37,9 mld euro) i lądowy (56,2 mld euro), przy czym wzrost w każdym z nich wyniósł odpowiednio 15,8 proc., 17,7 proc. i 17,7 proc.

Z perspektywy Polski i innych krajów UE kluczowe znaczenie ma niewliczanie wydatków na obronność do deficytu finansów publicznych. Dzięki temu Polska uniknie realnego ryzyka objęcia procedurą nadmiernego deficytu. Rozwiązanie to ułatwi także zwiększenie nakładów na obronę państwom zmagającym się z problemami budżetowymi. Interesująca sytuacja może zarysować się w Niemczech, gdzie nowa koalicja CDU/CSU-SPD prawdopodobnie będzie dążyć do podniesienia wydatków obronnych. Kluczowe okażą się jednak reforma budżetowego hamulca wydatkowego lub zwiększenie pozabudżetowego funduszu na Bundeswehrę.

Analizy JPMorgan wskazują, że każdy wzrost europejskich wydatków na obronność o 0,5 proc. PKB generuje rocznie około 115 mld dolarów (ok. 110 mld euro), z których około 40 proc. trafia na zakup systemów uzbrojenia. Z tej puli zaledwie 30 proc. przypada na amerykańskich kontrahentów. W kontekście możliwej wojny handlowej z USA i rosnącej samoświadomości militarnej Europy więcej środków może popłynąć do lokalnego przemysłu zbrojeniowego kosztem firm zza oceanu.

Wyzwaniem dla Europy pozostaje jednak zróżnicowanie sprzętu i problemy z interoperacyjnością. Podczas gdy w siłach zbrojnych USA funkcjonuje 32 systemy uzbrojenia, w Europie jest ich aż 172 – aż pięciokrotnie więcej, jak wynika z analiz McKinsey. Współdziałanie sojuszniczych armii wymaga większej standaryzacji.

Najbliższe miesiące zapowiadają się korzystnie dla europejskiego przemysłu obronnego. Rosnące wydatki przełożą się na wieloletnie kontrakty realizowane przez firmy w perspektywie od kilku do kilkunastu lat. Środki te wesprą rozwój nowych systemów uzbrojenia, kluczowych w dobie postępu technologicznego, oraz odbudowę zdolności produkcyjnych dla prostego, lecz masowo potrzebnego uzbrojenia, jak pociski. Ryzykiem dla sektora zbrojeniowego jest szybka deeskalacja konfliktu na Ukrainie, choć obecnie bardziej prawdopodobne jest jego zamrożenie niż trwałe zakończenie. A to będzie oznaczało ponoszenia dalszych wydatków na obronność.

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Widmo stagflacji nad USA. Inflacja wciąż wysoka, wzrost gospodarczy spowalnia – co zrobi Fed?

Stagflacja, czyli połączenie wysokiej inflacji i spowalniającego wzrostu gospodarczego, ponownie budzi obawy inwestorów. Jeszcze niedawno dominowała narracja o „wyjątkowości” amerykańskiej gospodarki, wspierana solidnymi danymi makroekonomicznymi i istotnymi wydarzeniami politycznymi. Teraz jednak coraz częściej pojawiają się sygnały sugerujące, że optymizm ten może słabnąć.

W ostatnich tygodniach uwagę analityków przykuła relatywnie słabsza kondycja amerykańskich rynków akcji w porównaniu do europejskich. Dow Jones i S&P 500 zanotowały największe tegoroczne spadki, a indeks dolara ICE, mierzący wartość dolara względem koszyka głównych walut, obniżył się o 1,7% od początku roku. Spadek wartości dolara może wskazywać na rosnącą ostrożność inwestorów wobec perspektyw gospodarki USA, przy jednoczesnym dostrzeganiu większej stabilności poza Stanami Zjednoczonymi.

Niepokój rośnie również na rynku długu, gdzie rentowności 2- i 10-letnich obligacji skarbowych USA spadły do najniższych poziomów w 2025 roku. Zwykle niższa rentowność sygnalizuje wzrost popytu na obligacje, co sugeruje ucieczkę kapitału w stronę bezpiecznych aktywów w obliczu niepewnej przyszłości. Taka sytuacja często towarzyszy oczekiwaniom spowolnienia gospodarczego lub nawet recesji.

Główną przyczyną pogorszenia nastrojów pozostaje inflacja, która nadal utrzymuje się powyżej celu. Mimo wcześniejszych agresywnych podwyżek stóp procentowych przez Rezerwę Federalną, tempo spadku inflacji pozostaje niezadowalające. Oczekiwania inflacyjne Amerykanów przekroczyły już poziom 3%, a 5-letnia stopa breakeven wyniosła 2,61%, co jest najwyższym wynikiem od dwóch lat. Dane te sugerują, że uczestnicy rynku nie wierzą w szybki powrót inflacji do celu 2%, co może zwiększać nerwowość i skłaniać do wyprzedaży bardziej ryzykownych aktywów, takich jak akcje.

Najbliższe tygodnie będą kluczowe dla rynków finansowych, głównie ze względu na istotne publikacje makroekonomiczne. Już w piątek poznamy raport PCE, kluczowy wskaźnik inflacyjny dla Fed, którego prognozowany wzrost o 0,3% m/m może potwierdzić utrzymującą się presję cenową. Następnie 7 marca ukażą się dane z rynku pracy, a 12 marca odczyt inflacji CPI. Jeśli inflacja okaże się trudna do zbicia, a jednocześnie widoczne będzie spowolnienie w tworzeniu miejsc pracy i dynamice wynagrodzeń, wizja stagflacji stanie się bardziej realna.

Dla Rezerwy Federalnej sytuacja ta stanowi poważne wyzwanie. Tradycyjnie bank centralny zwalcza wysoką inflację podwyżkami stóp procentowych, ale w warunkach słabnącego wzrostu takie działania mogą zwiększyć ryzyko recesji. Z kolei zbyt łagodne podejście do inflacji grozi jej utrwaleniem, co w dłuższej perspektywie mogłoby zagrozić stabilności gospodarki.

Jeżeli dane makroekonomiczne nie rozwieją obaw inwestorów, pesymistyczne nastroje mogą utrwalić się na rynkach akcji, a płynność finansowa ulec dalszemu pogorszeniu. Obawy przed długotrwałymi wysokimi stopami procentowymi i spadkiem tempa wzrostu mogą skłonić dużych inwestorów instytucjonalnych do dalszej ostrożności. W takich warunkach na znaczeniu mogą zyskać bezpieczne aktywa, takie jak obligacje skarbowe czy złoto, kosztem rynku akcji.

Jeśli gospodarka USA faktycznie wejdzie w fazę stagflacji, konieczna będzie jednoczesna walka z wysoką inflacją i spowolnieniem wzrostu. Dla Fed i uczestników rynków finansowych będzie to wyjątkowo trudny scenariusz, wymagający precyzyjnego balansowania polityki monetarnej i elastycznego reagowania na nowe dane. W efekcie inwestorzy już teraz przygotowują się na wzrost zmienności, oczekując, że najbliższe publikacje makroekonomiczne oraz decyzje Fed będą kluczowe dla przyszłego kierunku rynku.

Krzysztof Kamiński – Oanda TMS

Zmiany w NCBR – większa skuteczność, przejrzystość i wzmocnienie kontroli

Liczne kontrole i audyty przeprowadzane na przestrzeni ostatnich dwóch lat w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju zidentyfikowały problemy i nieprawidłowości, z którymi musiała zmierzyć się instytucja. Dyrekcja NCBR podjęła zdecydowane działania prowadzące do odzyskania dobrego imienia oraz odbudowania zaufania społecznego. Wśród nich – przygotowanie i wdrożenie planu naprawczego oraz opracowanie nowej strategii instytucji. Na 2025 rok zaplanowano też szerokie działania z zakresu wsparcia dla przedsiębiorców i naukowców w realizacji innowacyjnych projektów. 

Pojawiające się w mediach publikacje opisywały wykryte nieprawidłowości i próby wyłudzenia środków. Moją rolą jako szefa instytucji było zaadresowanie wszystkich istniejących problemów oraz wypracowanie trwałych rozwiązań – wskazał prof. dr hab. inż. Jerzy Małachowski, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. – Chciałbym pokazać też drugą stronę medalu – NCBR to instytucja ekspercka, wyspecjalizowana we wspieraniu działalności innowacyjnej, prowadzeniu prac badawczo-rozwojowych przez polskich przedsiębiorców i naukowców. Przez niemal 18 lat działalności zbudowała pozycję, autorytet i wsparła szerokie grono blisko 20 tys. beneficjentów realizujących przyszłościowe projekty. Inwestuje Fundusze Europejskie nieprzerwanie od Perspektywy UE na lata 2007-2013. To konkretna wiedza i doświadczenie ludzi tworzących NCBR.

Podejmowane przez dyrekcję Centrum działania są zgodne z zaleceniami organów kontrolnych oraz Komisji Europejskiej. Kierownictwo ściśle współpracuje z nadzorującym ją Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Ministerstwem Funduszy i Polityki Regionalnej, odpowiedzialnym za wdrażanie w Polsce Funduszy Europejskich.

Plan naprawczy

Głównym celem planu naprawczego NCBR jest usunięcie problemów i nieprawidłowości wskazanych w dotychczasowych kontrolach i audytach oraz zbudowanie mechanizmów minimalizujących ryzyko ponownego ich wystąpienia w przyszłości, w tym naprawa negatywnych zjawisk wskazanych przez instytucje kontrolne. Dokument ma również zapewnić właściwą organizację działalności Narodowego Centrum Badań i Rozwoju pod kątem jego zadań ustawowych. Działania służą eliminacji pola do nadużyć, zapewnieniu prawidłowego funkcjonowania Centrum oraz najwyższych standardów obsługi jego Wnioskodawców i Beneficjentów, tak aby nikt nie miał wątpliwości, że ocena nowatorskich projektów czy wydatkowanie środków odbywa się w sposób uczciwy, rzetelny, bezstronny i transparentny.

Plan naprawczy NCBR implementuje rekomendacje europejskich i krajowych organów kontrolnych. Dokument ma charakter wieloletni i kaskadowy, zakłada realizację działań krótko- i długoterminowych, przywracających zaufanie do instytucji. Przewiduje m.in. uszczelnienie i usprawnienie procedur, transformację cyfrową, a także niezbędne zmiany o charakterze zarządczym, kontrolnym i strukturalnym – tłumaczy Bożena Lublińska-Kasprzak, pierwsza zastępczyni dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Strategia na miarę przyszłości

Strategia Narodowego Centrum Badań i Rozwoju jest odpowiedzią na wyzwania stojące przed instytucją i jej otoczeniem, które przekładają się na konieczność sprawnego dostosowania działalności Centrum do nowych warunków. Ekosystem innowacji uległ istotnym zmianom, zmierzającym w kierunku znaczącego rozproszenia – co sprawiło, że Centrum stało się tylko jednym z jego wielu ogniw. Jasno wytyczone wieloletnie kierunki działań, dzięki przeprowadzeniu zaplanowanych zmian i wykorzystaniu mocnych stron NCBR, przyczynią się do rozwoju polskiej innowacyjności.

Przede wszystkim planujemy skupić się na szerokiej ofercie wsparcia, odpowiadającej na potrzeby interesariuszy i zgodnej ze zmieniającym się otoczeniem. Aby to osiągnąć, musimy zwiększyć naszą skuteczność operacyjną oraz stopień cyfryzacji instytucji. W szerszej perspektywie, poprzez intensyfikację działań w ekosystemie innowacji, zbudujemy liczący się ośrodek wiedzy i kompetencji – powiedziała Magdalena Kołodziejska, druga zastępczyni dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Zakładane kierunki działania NCBR to przede wszystkim:

  • wzmocnienie roli Centrum we wspieraniu realizacji kluczowych dla państwa strategicznych projektów i rozwoju nowoczesnych technologii oraz inicjowanie działań prowadzących do wzrostu innowacyjności;
  • skoncentrowanie na perspektywicznych obszarach i dostosowanie oferty programowej do wyzwań społeczno-ekonomicznych oraz wypracowanie specjalizacji działania, położenie nacisku na komercjalizację wyników finansowanych prac B+I;
  • zbudowanie mocnej pozycji NCBR w ekosystemie innowacji jako centrum kompetencji oraz ścieżek współpracy z innymi organizacjami w celu efektywnego wsparcia beneficjentów i komercjalizacji;
  • wzmacnianie współpracy środowiska naukowego z biznesem;
  • wzrost dojrzałości organizacyjnej;
  • wykorzystanie synergii działań w organizacji w celu efektywnego wsparcia beneficjentów.

Zgodnie z przyjętymi celami, do 2030 roku Narodowe Centrum Badań i Rozwoju stanie się najważniejszą ze względu na skalę działania agencją finansującą prace badawczo-rozwojowe w Polsce, wyławiającą najlepsze pomysły i wspierającą strategiczne rozwiązania przyszłości. Będzie to efektywna instytucja transferu wiedzy oraz środków do polskiej gospodarki i nauki, aktywna także w środowisku międzynarodowym. Jednocześnie, NCBR chce być zaufanym partnerem dla środowisk naukowych i biznesowych. Wykorzystując potencjał swoich ekspertów, NCBR stanie się centrum wiedzy o innowacjach.

Wsparcie przedsiębiorców i naukowców w 2025 roku

2025 rok obfitował będzie w liczne konkursy i inicjatywy skierowane do środowiska naukowego oraz do przedsiębiorców. Na ich wsparcie NCBR przeznaczy łączny budżet 4,5 mld zł w ramach 40 konkursów oraz planuje dodatkowe 1,8 mld zł w ramach nowej inicjatywy STEP.

Ze środków największego programu wsparcia polskich przedsiębiorców – Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki, Centrum zrealizuje dwa nabory w ramach konkursu Ścieżka SMART dla konsorcjów, nabór Ścieżka SMART na projekty na rzecz dostępności oraz ogłosi dwa konkursy Seal of Excellence – środowisko sprzyjające innowacjom. Z kolei w ramach programu Fundusze Europejskie dla Rozwoju Społecznego, którego odbiorcami są uczelnie, NCBR zrealizuje nabory Doskonałość dydaktyczna, Kształcenie na potrzeby gospodarki oraz Wzmocnienie potencjału administracyjnego uczelni.

W tym roku planowana jest realizacja również całkowicie nowej inicjatywy – mechanizmu finansowania STEP (Strategic Technologies for Europe Platform), czyli Platformy na rzecz Technologii Strategicznych dla Europy. To inicjatywa Komisji Europejskiej, by wesprzeć wiodącą pozycję Europy w dziedzinie technologii krytycznych. STEP przeznaczony będzie dla projektów dotyczących rozwoju technologii krytycznych, wytwarzania technologii krytycznych oraz ochrony i wzmacniania łańcuchów wartości. STEP koncentruje się na trzech sektorach: technologie cyfrowe, czyste i zasobooszczędne technologie oraz biotechnologie. Działanie realizowane będzie dzięki środkom z programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki.

Oprócz sprawdzonych formatów programów strategicznych, NCBR planuje również zaktualizowaną formułę programu INFOSTRATEG oraz realizację zupełnie nowych programów jak AGROSTRATEG dla sektora rolno-spożywczego oraz NUKLEOSTARTEG wspierający badania naukowe i prace rozwojowe w sektorze energetyki jądrowej.

Rynek opon wraca na ścieżkę wzrostu. Eksperci komentują wyniki za 2024 rok

W 2024 roku sprzedaż opon na rynek do dystrybutorów notuje coraz bardziej pozytywne trendy: ogółem wzrosła o +8%, podobnie w największym segmencie opon do samochodów osobowych (+7%), a do SUV aż o +23%. Mocne wzrosty notowano również w segmencie przemysłowym o +15%. Zahamowanie negatywnych trendów widać w pozostałych sektorach: opon dostawczych 0%, ciężarowych 0%, rolniczych +1% i motocyklowych +2%.

W czwartym kwartale 2024 wzrostowe trendy widać jeszcze mocniej: sprzedaż opon ogółem wzrosła o +23%, opon do samochodów osobowych o +21%, do SUV aż o +43%, dostawczych +12%, a motocyklowych aż o +54% – co jest związane z wyraźną sezonowością. Opony do maszyn rolniczych notowały mocny sezonowy spadek -60%, przemysłowych -7%, zaś ciężarowych wzrosły o +4%.

Z perspektywy całego europejskiego rynku także zanotowano wzrosty sprzedaży w segmencie konsumenckim, jedynie opony do samochodów ciężarowych i letnie miały ujemną dynamikę.

– Cały rok 2024 pokazał, że negatywne tendencje w sprzedaży opon zatrzymały się. Wprawdzie segmenty opon do samochodów dostawczych, ciężarowych i maszyn rolniczych zamknęły rok z takimi wynikami, jak rok wcześniej – jednak widzimy dobre sygnały na rynku opon do samochodów osobowych, co wiążemy ze wzrostem rejestracji nowych i używanych samochodów oraz opon przemysłowych, co jest pozytywnym sygnałem w inwestycjach – a to bardzo cieszy. Mamy nadzieję, że obecny rok pozwoli na powrót do trendów wzrostowych, także w segmentach opon ciężarowych i rolniczych. Bezpieczeństwo we flotach ciężarowych oraz oszczędność paliwa w dobie rosnącej presji kosztowej to są solidne argumenty dla wielu przedsiębiorców transportowych – wskazał Rafał Spirydon, prezes zarządu Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO).

Członkowie PZPO to najwięksi w Polsce i na świecie producenci opon. Codziennie z ich fabryk w naszym kraju wyjeżdża ponad 140 tys. opon z napisem „made in Poland” do samochodów osobowych, ciężarowych, autobusów czy maszyn rolniczych i przemysłowych.

– Cieszy nas stały trend wyjątkowej dbałości o opony w segmencie SUV – widać, jak bardzo ten segment powiększa udział w całej flocie pojazdów w naszym kraju. Ale patrząc także na sezonowość ogumienia pokazuje, że w tym segmencie myśli się dużo o bezpieczeństwie na drodze. W oponach sezonowych widać stabilizację udziału rynkowego opon całorocznych i mocny wzrost sprzedaży w segmencie opon zimowych. To pokazuje, że kierowcy coraz lepiej rozumieją ideę opon sezonowych oraz poziom bezpieczeństwa, jakie dają opony dedykowane do pogody – zwłaszcza w kontekście słabszych warunków na drogach, niskiej temperatury, mokrych nawierzchni, etc. Nasze testy wyraźnie pokazują, jak istotny wpływ na skrócenie drogi hamowania mają porządne i dobrze dobrane do warunków na drodze opony dodaje Piotr Sarnecki, dyrektor generalny PZPO.

SPRZEDAŻ OPON POLSKA 2024 SPRZEDAŻ OPON POLSKA Q4 2024 SPRZEDAŻ OPON POLSKA Q4 2024 SEZONOWE SPRZEDAŻ OPON POLSKA H2 2024

Europejski rynek opon

W warunkach niepewności gospodarczej i politycznej europejscy producenci pojazdów stawiają czoła wyzwaniom związanym z elektryfikacją. Produkcja lekkich pojazdów (samochodów osobowych i lekkich samochodów dostawczych) spadła w 2024 r., po znacznym wzroście w 2023 r. Produkcja ciężkich pojazdów użytkowych spadła gwałtownie w 2024 roku, po dwóch latach wzrostu. W tym kontekście odnotowano spadki sprzedaży opon na oryginalne wyposażenie zarówno w segmencie konsumenckim, jak i ciężarowym i autobusowym.

W latach 2004-2019 udział pasażerokilometrów przejechanych samochodem nieznacznie spadł w Europie Zachodniej z 84% do 82%, po czym gwałtownie skoczył podczas pandemii Covid. Od tego czasu spadł do tego samego udziału co w 2019 r., chociaż pozostaje powyżej poprzedniego trendu.

Import opon do samochodów osobowych i lekkich ciężarówek (PCLT) do Europy (UE-27 plus Wielka Brytania) wzrósł o 17% w pierwszych jedenastu miesiącach 2024 r. i jest o 27% wyższy niż w tym samym okresie w 2019 r. Wolumeny z Chin wzrosły o 17% rok do roku i wzrosły o ponad 50% od 2019 roku (38 milionów dodatkowych sztuk). Import z Korei osiągnął dobre wyniki w 2024 r., co oznacza wzrost o 32% w porównaniu z 2023 r. W 2024 r. nastąpił dalszy wzrost wolumenów z Indii o 30%: z niskiej bazy ich import wzrósł prawie trzykrotnie od 2019 r. W tym samym okresie Japonia i Tajlandia odnotowały spadek wielkości i udziału w imporcie opon PCLT.

Wzrost importu jest wynikiem zarówno czynników podażowych, jak i popytowych. Od 2019 r. koszty produkcji opon w Europie drastycznie wzrosły w porównaniu z kosztami w Azji, zwłaszcza w przypadku energii, ale także pracy i innych czynników produkcji. Jednocześnie silna presja na budżety gospodarstw domowych (zarówno ze względu na wysoką inflację, jak i wzrost stóp procentowych) skłoniła niektórych konsumentów do rezygnacji z tańszych opon importowanych.SPRZEDAŻ OPON EUROPA Q4 2024 SPRZEDAŻ OPON EUROPA Q4 2024 SEZONOWE SPRZEDAŻ OPON EUROPA 2024

– W czwartym kwartale 2024 r. widzimy pozytywne trendy w porównaniu do 2023 roku we wszystkich liniach produktowych, głównie ze względu na słabe wyniki w IV kwartale 2023. W 2023 roku notowaliśmy istotne spadki sprzedaży – na poziomie -8% w segmencie konsumenckim i -17% w segmencie samochodów ciężarowych. W 2024 roku sprzedaż poprawiła się w przypadku opon konsumenckich – głównie dzięki segmentowi opon całorocznych, ale nadal jest lekko ujemna w przypadku opon ciężarowych. W obu segmentach wciąż jesteśmy daleko od wolumenów sprzed pandemii – porównania wynoszą odpowiednio -3,5% i -10,3% wobec 2019 roku. Zwłaszcza w oponach ciężarowych odczuwamy wpływ importu spoza Unii Europejskiej – pomimo ceł antydumpingowych. Wolumeny sprzedaży w segmencie opon rolniczych były zaś wspierane przez deszczowe warunki pogodowe powiedział Adam McCarthy, sekretarz generalny Europejskiego Związku Producentów Opon i Gumy (ETRMA).

Firmy zapłacą karę za brak oświadczenia o cenach energii. Termin się zbliża

Wraz z początkiem 2025 r. w przypadku mikro, małych i średnich przedsiębiorców przestał obowiązywać mechanizm zamrożenia cen energii elektrycznej. O tym fakcie większość z nich już z pewnością wie. Jednak praktycznie żaden z przedsiębiorców, którzy korzystali w 2024 r. z tej formy pomocy, nie zdaje sobie sprawy z wynikających z tego tytułu obowiązków. Oczywiście nie mają oni również świadomości potencjalnych sankcji za ich niewykonanie.  Za brak oświadczenie firmy będą musiały zwrócić zaoszczędzone środki. Kwota będzie równa różnicy pomiędzy ceną maksymalną, a ceną energii jaka wynikała z zawartej przez niego ze sprzedawcą umowy. Zostanie również powiększona o odsetki. Czy rząd zdąży zmienić te przepisy?- zastania się mecenas Rafał Tulej z kancelarii prawnej Causa Finita Szczepanek i Wspólnicy Sp.K.

Kary dla firm za brak oświadczenia

Ustawą z 27 listopada 2024 r., która weszła w życie już 12 grudnia 2024 r., przedsiębiorców zobowiązano do złożenia informacji o udzielonej im pomocy. Informację o korzystaniu z niższych cen prądu według określonego wzoru muszą złożyć do udzielającego pomocy sprzedawcy energii.

Może ona mieć formę papierową albo elektroniczną. Informacja dotyczyć ma okresu od 1 lipca 2024 r. do 31 grudnia 2024 r. Dane tam zawarte pozwolić mają na weryfikację podstaw udzielenia im pomocy publicznej, w tym pomocy de minimis. Ustawa przewiduje jednak, że powyższy obowiązek ma zostać wykonany w bardzo krótkim terminie – maksymalnie do 28 lutego 2025 r.komentuje mecenas Rafał Tulej z kancelarii prawnej Causa Finita Szczepanek i Wspólnicy Sp.K.

Nie przeszkodziło to jednak ustawodawcy we wprowadzeniu stosownych sankcji finansowych z tytułu nieterminowego złożenia wymaganej informacji. Tymczasem jak alarmuje Rzeczniczka Małych i Średnich Przedsiębiorców, większość przedsiębiorców, którzy skorzystali z pomocy wciąż nie ma świadomości istnienia takiego obowiązku.

Tymczasem przedsiębiorca, który w drugiej połowie 2024 r. nabywał energię elektryczną za cenę maksymalną i nie złoży w terminie wymaganej informacji, zobowiązany będzie do zwrotu określonej kwoty. Będzie ona równa różnicy pomiędzy ceną maksymalną, a ceną energii jaka wynikała z zawartej przez niego ze sprzedawcą umowy. Zostanie również powiększona o odsetki. Taka sama sankcja wystąpi także w przypadku nieusunięcia w wyznaczonym terminie błędów, omyłek pisarskich lub rachunkowych albo braków formalnych w przedłożonej informacji- dodaje mecenas Rafał Tulej z kancelarii prawnej Causa Finita Szczepanek i Wspólnicy Sp.K.

W drugiej połowie 2024 r. maksymalna cena energii elektrycznej dla przedsiębiorców wynosiła 693 zł za 1 MWh (bez VAT i akcyzy). Ceny umowne zależały zaś od wielu czynników i kształtowały się przez to na różnym poziomie. Zwykle były one jednak wyższe niż cena maksymalna. Przykładowo – w przypadku gospodarstw domowych ceny z tytułu samej tylko sprzedaży energii elektrycznej w urzędowo zatwierdzonych taryfach w 2024 r. kształtowały się w okoicach 740 zł za 1 MWh (bez VAT i akcyzy). Ceny te dotyczyły więc lepiej chronionej grupy podmiotów i dodatkowo nie obejmowały kosztów dostawy energii. Mimo to były wyższe od cen maksymalnych dla przedsiębiorców.

Czy rząd zdąży zmienić przepisy?

Ostatecznie, ustawodawca doszedł do wniosku, że wyznaczony termin może okazać się zbyt krótki. Problem postanowiono rozwiązać w typowy sposób – poprzez dodanie nowego przepisu do kolejnego rządowego projektu ustawy. Trafił on już nawet do Sejmu. Nowy termin na złożenie informacji upływać ma 30 czerwca 2025 r.

Kwestią otwartą pozostaje jednak, czy wskazany przepis zostanie uchwalony i zdąży wejść w życie do końca lutego 2025 r. Projekt znajduje się bowiem dopiero na etapie I czytania. Bezpieczniej jest zakładać, że do końca miesiąca aktualny pozostanie pierwotny termin i związana z jego przekroczeniem sankcja. Ustawodawca może zaś starać się dokonywać kolejnych zmian już po fakcie, potęgując tylko chaos… – podsumowuje mecenas Rafał Tulej z kancelarii prawnej Causa Finita Szczepanek i Wspólnicy Sp.K.

Jak rozwiązanie APS 4FACTORY usprawnia planowanie i harmonogramowanie produkcji w branży okiennej?

Firma DSR to obecnie jedno z największych centrów kompetencyjnych dla firm produkcyjnych w Polsce (ponad 80. doświadczonych ekspertów: konsultantów, kierowników projektów, analityków i programistów). Kilkaset projektów wdrożenia systemów informatycznych w polskich i międzynarodowych firmach produkcyjnych, osiągających w sumie ponad 50 mld złotych przychodu, pozwoliły wypracować kompleksowy i szyty na miarę zestaw rozwiązań, którym są oprogramowanie i usługi – DSR 4FACTORY. To portfolio jest stale rozwijane i dopasowywane do potrzeb przedsiębiorstw produkcyjnych, w celu poprawy ich produktywności oraz zwiększenia konkurencyjności, obejmując m.in. takie rozwiązania jak: ERP 4FACTORY, AI 4FACTORY, czy APS 4FACTORY.

Dowiedz się więcej o APS 4FACTORY: https://www.dsr.com.pl/planowanie-produkcji-aps/

Każda potrzeba przedsiębiorstwa produkcyjnego jest rozpatrywana przez DSR indywidualnie, w zależności od wielu czynników, takich jak branża, skala działania i zaawansowanie technologiczne, i do każdego przypadku dobierane jest rozwiązanie optymalizacji procesów produkcyjnych, wybrane według kryteriów poprawy efektywności produkcji i wpływu na lepszy wynik finansowy.

1. Zautomatyzowane planowanie i harmonogramowanie produkcji dzięki APS 4FACTORY

System APS 4FACTORY jest jednym z elementów rozwiązań DSR 4FACTORY, wspierających efektywne zarządzanie firmą produkcyjną i służy do zaawansowanego planowania i harmonogramowania produkcji. W skład rozwiązania APS 4FACTORY wchodzą usługi firmy DSR (m.in.: konsultacje, wdrożenie, opieka serwisowa, oprogramowanie Siemens Opcenter Advanced Planning and Scheduling (dawniej Preactor APS) oraz oprogramowanie integrujące z dowolnym systemem ERP – EIS 4FACTORY.

Więcej o samym rozwiązaniu oraz specyfice branży stolarki otworowej opowiedział ekspert i lider największego w Polsce zespołu konsultantów wdrażających systemy klasy APS (ang. Advanced Planning and Scheduling): Dariusz Lewko – Senior Consultant APS 4FACTORY.

2. Jak APS 4FACTORY może pomóc, aby zaspokoić pojawiające się potrzeby branży okiennej?

Dariusz Lewko: System APS 4FACTORY jest rozwiązaniem pozwalającym na szybką analizę dostępności zasobów i lepszą organizację pracy oraz efektywne planowanie i harmonogramowanie produkcji.

Funkcjonalności, które ułatwiają i usprawniają realizację procesu produkcji w branży okiennej to między innymi:

  • Weryfikacja dostępności materiałów, biorąc pod uwagę zarówno stany magazynowe, jak i zaplanowane ich dostawy oraz standardowy czas realizacji zakupów;
  • Harmonogramowanie zadań z uwzględnieniem indywidualnych dla zlecenia technologii produkcji/marszrut technologicznych;
  • Grupowanie zleceń w harmonogramie, w celu optymalizacji wykorzystania kluczowych materiałów (np. PCV, aluminium) przez ich optymalny rozkrój na potrzeby realizacji zleceń;
  • Translacja listy operacji technologicznych potrzebnych do wykonania konkretnego wyrobu gotowego na chronologiczną i znormalizowaną marszrutę produkcyjną, możliwą do wykorzystania w zautomatyzowanym planowaniu procesu produkcyjnego.

3. Jakie potrzeby najczęściej mają firmy z branży stolarki otworowej?

Dariusz Lewko: Ze względu na dużą możliwość indywidualizacji wyrobów gotowych na potrzeby konkretnych klientów, produkcja jest w znaczącej części produkcją na zamówienie – każde zamówienie może charakteryzować się unikalnym zestawem cech przekładających się na unikalną marszrutę technologiczną i zestaw materiałów potrzebnych do jego wykonania

Wszelkie terminy realizacji zadeklarowane na etapie przyjmowania i potwierdzania zamówienia muszą być restrykcyjnie przestrzegane w kolejnych etapach tworzenia planu produkcyjnego (planowanie zdolności produkcyjnych, harmonogramowanie, realizacja, itd.). Ponadto proces planowania i harmonogramowania musi być silnie sprzężony z planowaniem i realizacją wysyłek wyrobów gotowych.

4. Jakie wskaźniki produkcyjne są badane w tej branży – jakie są wymagania dotyczące monitorowania tych wskaźników?

Dariusz Lewko: Głównie są to trzy podstawowe wskaźniki, które mogą dotyczyć każdej branży, gdzie odbywa się „produkcja na zamówienie”, czyli:

  1. Terminowość realizacji zamówień;
  2. Czas wyprzedzenia produkcji w stosunku do wysyłki w celu minimalizacji wypełnienia magazynów wyrobów gotowych;
  3. Stopień wykorzystania dostępnych mocy produkcyjnych w celu jego maksymalizacji.

5. Czy zawsze wartość magazynów wyrobów gotowych jest ważna dla tej branży?

Dariusz Lewko: Tak. Skrócenie okresu przebywania wyrobów gotowych na magazynie jest również jednym z ważniejszych czynników branych pod uwagę przy przygotowywaniu zaawansowanego planowania i harmonogramowania produkcji. Bieżąca wysyłka towarów gotowych, zgodna z harmonogramem produkcji, oznacza nic innego jak miejsce na kolejne zamówienia, a to jest kluczowym czynnikiem, mającym wpływ na całą bieżącą sprzedaż. Na cały przebieg procesu produkcji.

6. Jaki jest stopień automatyzacji procesów w branży okiennej? Na ile ważnym ograniczeniem są ludzie, a jak inne ograniczenia?

Dariusz Lewko: Ludzie w produkcji to jest jeden z ważniejszych elementów procesu. Nie ma wątpliwości, że jeśli brakuje kadry pracowniczej cała produkcja staje. Zaczynają się przestoje, terminowość realizacji zleceń jest zagrożona, bo nie zawsze da się zastąpić wyszkolonego pracownika z danej linii produkcyjnej inną osobą, która nie przeszła gruntownych szkoleń i nie jest odpowiednio przygotowana do obsługi konkretnego zlecenia. Nasi Klienci są tego świadomi i coraz częściej podają “braki kadrowe” jako jeden z głównych problemów w procesie produkcji. Dlatego też fachowo i rzetelnie skomponowany harmonogram produkcji i planowanie na zaawansowanym poziomie pomagają w pewnym stopniu uniknąć przestojów związanych z niedoborem kadry.

7. Czy spotykamy się z ograniczeniem  dostępności surowców?

Dariusz Lewko: Zakupy kluczowych materiałów są planowane i zoptymalizowane  pod kątem zamówień umieszczonych w planie produkcji. Dla wielu materiałów nietypowych czas realizacji zakupu jest długi. Ponadto nietypowe materiały, ze względu na ich duży koszt i długi czas realizacji, są zamawiane pod konkretne zamówienie, na konkretne daty. Zatem planowanie długoterminowe musi brać pod uwagę standardowe czasy realizacji dostaw materiałów.

8. Jakie najważniejsze korzyści osiągnie firma produkcyjna z branży okiennej, po wdrożeniu APS 4FACTORY?

Dariusz Lewko: Główne korzyści, które wpłyną na całokształt funkcjonowania przedsiębiorstwa oraz poprawią efektywność produkcji, to:

  • redukcja czasu realizacji zamówień poprzez wiarygodne określenie terminu ich realizacji i szczegółowe harmonogramowanie, z uwzględnieniem wszystkich czynników wpływających na możliwość realizacji;
  • automatyzacja procesu planowania i harmonogramowania co powoduje spadek pracochłonności tego procesu;
  • możliwość szybkiej i elastycznej modyfikacji istniejącego harmonogramu produkcji w reakcji na zakłócenia i zmiany priorytetów;
  • poprawa komunikacji związanej z procesem planowania produkcji (logistyka/transport – planowanie produkcji – realizacja produkcji – zakupy);

9. Jakie działania, na postawie dotychczasowych wdrożeń, można podać jako te najbardziej wspierające i eliminujące problemy występujące w branży?

Dariusz Lewko: Odpowiedni harmonogram i uszyty na miarę plan produkcji – oto odpowiedź.  Proces planowania jest rozbity na dwa etapy: planowanie długoterminowe i harmonogramowanie szczegółowe. Na każdym z etapów działa specjalnie sparametryzowana i odpowiednio przygotowana reguła planowania i reguła harmonogramowania. Na poziomie tworzenia długoterminowego planu produkcji następuje dodanie nowych zamówień do planu wraz z określeniem terminu wysyłki do odbiorcy. Podczas określania terminu brane są pod uwagę:

  • Aktualne wypełnienie planu produkcji;
  • Dostępność mocy produkcyjnych;
  • Dostępność materiałów (stan magazynowy, zamówienia, standardowe czasy realizacji zakupów);
  • Obszar wysyłkowy, do którego ma trafić zamówienie;
  • Możliwość wykonania innych pozycji z zamówienia;
  • Dni wysyłek, w których obsługiwany jest obszar wysyłkowy;
  • Urlopu klientów (dni z wyłączoną możliwością dostawy);
  • Marszruta produkcyjna;
  • Skrócenie okresu przebywania towarów w magazynie.

Na poziomie harmonogramowania brane są pod uwagę:

  • Daty dostaw przekazane odbiorcom, wynikające z planu długoterminowego;
  • Dostępność mocy produkcyjnych i wydajność procesów zarządzania produkcją;
  • Dostępność materiałów (stany magazynowe, zamówienia w toku);
  • Grupowanie, np. według kolekcji i koloru.

10. Jakie cele biznesowe są podawane jako te główne, które w stolarce otworowej mogą być punktem wyjścia i założeniem projektu wdrożeniowego?

Dariusz Lewko: Główny cel biznesowy, stawiany przed projektem to zazwyczaj skrócenie standardowego czasu realizacji zamówień – np. o kilka dni (co ma się przełożyć na możliwość zwiększenia sprzedaży), uzyskany dzięki:

  • Redukcji czasu realizacji zleceń produkcyjnych, wynikającej z lepszego sekwencjonowania operacji produkcyjnych, efektywniej wykorzystującego dostępne zasoby produkcyjne; m.in. dążącego do minimalizacji przezbrojeń, grupowania operacji podobnych, itp.;
  • Redukcji buforów pomiędzy poszczególnymi etapami procesu produkcyjnego i wysyłek, możliwej dzięki lepszej synchronizacji wszystkich etapów produkcji.

Dodatkowe cele, które uda się osiągnąć po wdrożeniu projektu APS 4FACTORY, co ponownie ma się przełożyć na zwiększenie sprzedaży:

  • Możliwość szybkiej i elastycznej modyfikacji istniejącego harmonogramu produkcji w reakcji na:
    • Zmiany priorytetów zleceń;
    • Zmiany w dostępności zasobów (awarie, niedobory operatorów);
    • Opóźnione dostawy;
    • Odchylenia od realizacji planu produkcji;
  • Poprawa komunikacji związanej z procesem planowania produkcji, dzięki oparciu się na kompletnym, obejmującym wszystkie etapy produkcji harmonogramie, na bieżąco aktualizowanym o aktualny stan zaawansowania produkcji, udostępnianym dla całej organizacji;
  • Kompleksowa widoczność niewykorzystywanych mocy produkcyjnych, obejmujących zarówno zasoby maszynowe, jak i ludzkie;
  • Możliwość symulowania różnych scenariuszy dla harmonogramu produkcji;
  • Obsługa zapytań o możliwy termin wykonania potencjalnych zamówień klienckich;
  • Przeniesienie procesu układania sekwencji operacji z poziomu hali produkcyjnej (kompetencje i odpowiedzialność kierowników produkcji) na poziom procesów realizowanych w dziale planowania produkcji;
  • Ograniczenia błędów pojawiających się w aktualnie realizowanym procesie planowania.

11. Jakie konkretnie działania są podejmowane podczas wdrożenia w firmie branży okiennej, aby sprostać wszystkim jej oczekiwaniom?

Zdefiniowane cele mają zostać osiągnięte poprzez przygotowanie rozwiązania APS 4FACTORY, zintegrowanego dwukierunkowo z systemami używanymi dotychczas firmie. System APS 4FACTORY pozwala na sporządzanie wykonalnych harmonogramów produkcyjnych w odpowiednim horyzoncie czasowym wynikającym z napływających zamówień produkcyjnych.

Harmonogram jest przygotowywany z uwzględnieniem rzeczywistych mocy produkcyjnych zasobów oraz dostępności materiałów czy wydajności procesów produkcyjnych. Będzie on obejmował w sposób zsynchronizowany większość poziomów w strukturze wyrobu (materiały, półprodukty, wyroby gotowe) oraz wszystkie istotne etapy procesu produkcji, dzięki czemu będzie wiarygodny i spójny.

Objęcie harmonogramem całego zakładu, w całym horyzoncie planowania, pozwala na większą przewidywalność działań, zarówno wydziału produkcyjnego, jak i innych działów (zwłaszcza działu zakupów). Z założenia harmonogram na kilka  kolejnych dni będzie planem zatwierdzonym, a plan na kolejne tygodnie, będzie planem wstępnym. Każdego dnia plan zatwierdzony będzie aktualizowany, a plan wstępny będzie uwzględniał nowe zamówienia odbiorców, w miarę ich rejestrowania w wewnętrznych systemach organizacji.

Aktualizowany na bieżąco harmonogram pozwala na szybszą reakcję na potencjalne problemy i opóźnienia, precyzyjne planowanie dostaw materiałów oraz śledzenie zagrożeń dla terminowości wysyłek do odbiorców. Na podstawie harmonogramu produkcji przygotowywany jest harmonogram wysyłek.

Automatyzacja i standaryzacja procesu tworzenia harmonogramu pozwala na ograniczenie pracochłonności procesu oraz na zminimalizowanie ryzyka popełnienia błędów. Dodatkowo, dzięki automatyzacji, możliwe jest bardziej optymalne układanie operacji na zasobach produkcyjnych, (np. z minimalizacją przezbrojeń, grupowanie według istotnych atrybutów procesu) przy jednoczesnym uwzględnianiu terminów realizacji zleceń produkcyjnych.

Autor tekstu: Dariusz Lewko, Senior Consultant APS 4FACTORY

Raport Nvidii 26 Lutego: Czy Król AI Utrzyma Tron?

  • Wyniki finansowe Nvidii ustalą ton dla akcji związanych ze sztuczną inteligencją, przy czym wysokie oczekiwania pozostawiają niewiele miejsca na błąd.
  • Silny popyt na AI nadal trwa, ale ograniczenia w łańcuchu dostaw oraz rosnąca konkurencja mogą podważyć dominację Nvidii.
  • Spodziewana jest zmienność na rynku. Notowania na rynku opcji wskazują na przewidywany ruch cenowy w granicach 7-8% – inwestorzy powinni przygotować się na intensywne wahania.

Jak komentuje Jacob Falkencrone, główny strateg inwestycyjny w Saxo, rewolucja AI ma swojego króla, a jest nim Nvidia. Czy jednak nadchodzące wyniki finansowe potwierdzą jej prawo do tronu, czy też pojawią się pierwsze pęknięcia? Ze względu na pozycję dominującego gracza w infrastrukturze sztucznej inteligencji, raport finansowy Nvidii z 26 lutego będzie kluczowym momentem – nie tylko dla firmy, ale dla całego sektora sztucznej inteligencji.

Przy bardzo wysokich oczekiwaniach uwzględnionych już w wycenie akcji, Nvidia musi zapewnić ich bezbłędną realizację, aby utrzymać trend wzrostowy. W przypadku potknięcia, może to wywołać fale niepewności zarówno na rynku akcji związanych z AI, jak i szerzej na rynku.

Kluczowe wskaźniki, na które warto zwrócić uwagę

Przewiduje się, że przychody wyniosą 38 mld USD, co oznaczałoby wzrost o 72% rok do roku. Natomiast prognozowany zysk na akcję (EPS) ma wzrosnąć do 0,84 USD, co oznaczałoby skok o 62%.

Inwestorzy będą również zwracać uwagę na marże brutto, które są kluczowym wskaźnikiem rentowności, szczególnie w momencie wprowadzania na rynek kolejnej generacji chipów Blackwell. Chociaż premiery produktów mogą wywierać presję na zysk, Nvidia utrzymuje silny bufor rentowności. W ubiegłym kwartale zaraportowała marżę brutto na poziomie 75%, a prognozy ustalone na nadchodzące kwartały oscylują wokół 73%. Inwestorzy będą oczekiwać zapewnienia, że poziomy te pozostaną nienaruszone pomimo rosnących kosztów produkcji.

Wzrost sektora centrów danych pozostaje głównym czynnikiem napędzającym przychody Nvidii. Wspierany jest przez głównych hyperscalerów, którzy zwiększają inwestycje w infrastrukturę AI. Firma może pochwalić się dobrymi wynikami, przewyższając szacunki Wall Street w 16 z ostatnich 18 kwartałów. Jednak przy obecnych wysokich oczekiwaniach, nawet solidne wyniki mogą nie wystarczyć, aby utrzymać wzrost kursu akcji – dodaje Jakob Falkencrone z Saxo.

Dlaczego wyniki Nvidii mają znaczenie?

Nvidia nie jest już tylko producentem półprzewodników – stała się fundamentem sztucznej inteligencji. Jej układy GPU napędzają modele sztucznej inteligencji, takie jak ChatGPT od OpenAI, inicjatywy AI firmy Meta oraz technologię autonomicznej jazdy Tesli. Przy wycenie przekraczającej 3,3 biliona USD, wyniki finansowe Nvidii mają znaczący wpływ na cały rynek, szczególnie na indeksy technologiczne, takie jak Nasdaq. Ze względu na dominującą pozycję, wszelkie oznaki słabości w raporcie Nvidii mogą znacząco wpłynąć na nastroje inwestorów wobec akcji związanych ze sztuczną inteligencją jako całości.

Wyzwania dla przywództwa Nvidii w zakresie sztucznej inteligencji

Oczekuje się, że wyczekiwana architektura Blackwell Nvidii zapewni ogromny wzrost wydajności w zakresie sztucznej inteligencji, ale wciąż istnieje ryzyko związane z realizacją zleceń. Ograniczenia w łańcuchu dostaw i opóźnienia w produkcji mogą wpłynąć na wielkość dostaw, co z kolei może oddziaływać krótkoterminowo na wzrost przychodów. Inwestorzy będą chcieli dowiedzieć się, czy Nvidia zdoła zaspokoić popyt, czy też klienci będą musieli szukać alternatyw.

Jednocześnie rośnie konkurencja. W styczniu kurs akcji Nvidii spadł o 17% w ciągu jednego dnia po tym, jak chińska firma DeepSeek zajmująca się sztuczną inteligencją oświadczyła, że może trenować modele przy użyciu znacznie mniejszej liczby procesorów graficznych. Chociaż Nvidia szybko odbiła się od tego spadku, epizod ten wzbudził obawy o wzrost wydajności, co może ograniczyć długoterminową trajektorię wzrostu firmy. Dyrektor generalny Jensen Huang odrzucił te obawy, podkreślając, że obciążenia związane ze sztuczną inteligencją stają się coraz bardziej wymagające obliczeniowo. Inwestorzy będą jednak uważnie śledzić wszelkie aktualizacje dotyczące potencjalnych zagrożeń dla wydajności.

Wydatki na sztuczną inteligencję nie zwalniają – ale czy Nvidia zdoła je przechwycić?

Amazon, Google i Microsoft inwestują miliardy w infrastrukturę sztucznej inteligencji, co zapewnia stały popyt na chipy Nvidii. Również Europa zwiększa swoje inwestycje w AI. Francja przeznaczyła znaczne fundusze z sektora prywatnego na infrastrukturę AI, podczas gdy Unia Europejska pracuje nad rozbudową możliwości superkomputerów AI, aby wzmocnić swoją konkurencyjność w globalnym wyścigu tej technologii. Inicjatywy te odzwierciedlają strategiczne dążenie do zmniejszenia zależności od zewnętrznych dostawców technologii.

Jednocześnie Elon Musk dokonał znacznych inwestycji w sprzęt Nvidii, podkreślając kluczową rolę firmy w zasilaniu aplikacji AI nowej generacji. Jednak w obliczu ograniczeń podaży chipów Blackwell i rosnącej konkurencji, Nvidia nie może pozwolić sobie na błędy, aby zaspokoić ten popyt.

Jak inwestorzy powinni przygotować się na zmienność?

Raporty finansowe Nvidii są konsekwentnie jednymi z najbardziej wpływowych wydarzeń na rynku technologicznym i nadchodzący nie jest wyjątkiem. Rynek opcji wycenia ruch na poziomie 7-8% po wynikach, co wskazuje na szeroki zakres możliwych scenariuszy. Ze względu na dominację Nvidii w dziedzinie sztucznej inteligencji, wszelkie odchylenia od oczekiwań – zarówno pozytywne, jak i negatywne – mogą mieć ogromny wpływ na cenę akcji.

Jak mogą zareagować akcje? Oto trzy możliwe scenariusze:

  • Jeśli Nvidia przekroczy oczekiwania i podniesie prognozy: można spodziewać się silnego rajdu, choć realizacja zysków może ograniczyć dalsze wzrosty.
  • Jeśli Nvidia spełni oczekiwania, ale nie podniesie prognoz: akcje mogą pozostać na niezmienionym poziomie lub nawet spaść, ponieważ znaczna część optymizmu jest już uwzględniona w wycenie.
  • Jeśli Nvidia nie sprosta oczekiwaniom lub poinformuje o problemach z łańcuchem dostaw: prawdopodobny jest gwałtowny spadek, ale inwestorzy długoterminowi mogą dostrzec okazję do zakupu.

Biorąc pod uwagę mieszankę inwestorów długoterminowych, krótkoterminowych oraz funduszy hedgingowych posiadających akcje Nvidii, nawet mocny raport może prowadzić do zmienności, ponieważ niektórzy z nich będą realizować zyski. Inwestorzy powinni być przygotowani na gwałtowne ruchy w obu kierunkach.

Inwestorzy powinni szczególnie zwracać uwagę na komentarze zarządu dotyczące:

  • Podaży chipów Blackwell: czy Nvidia będzie w stanie zaspokoić popyt, czy też ograniczenia produkcyjne będą hamować wzrost?
  • Zysku i rentowności: czy Nvidia utrzyma historycznie wysokie marże brutto mimo rosnących kosztów produkcji?
  • Ceł i ryzyka handlowego: czy wyzwania regulacyjne mogą wpłynąć na globalną sprzedaż, zwłaszcza w Chinach?
  • Wydatków na sztuczną inteligencję u hiperscalerów: czy Amazon, Microsoft i Google nadal zwiększają swoje inwestycje w AI?
  • Wytycznych na następny kwartał: czy Nvidia spodziewa się utrzymania silnego wzrostu, czy też pojawiają się oznaki spowolnienia popytu?

Decydujący moment dla akcji związanych ze sztuczną inteligencją

Raport finansowy dotyczy nie tylko Nvidii – chodzi o to, czy rewolucja w dziedzinie sztucznej inteligencji może utrzymać swoje szybkie tempo wzrostu. Jeśli Nvidia osiągnie oczekiwane wyniki, akcje firm związanych ze sztuczną inteligencją mogą wzrosnąć. W przeciwnym razie sektor może stanąć przed koniecznością weryfikacji tempa swojego rozwoju.

Jedno jest pewne, Nvidia wciąż pozostaje siłą napędową rozwoju sztucznej inteligencji, a nadchodzący raport albo potwierdzi jej dominację, albo ujawni słabe strony. Niezależnie od wyniku, inwestorzy powinni przygotować się na emocjonujące dni.

Smartlink Partners dołącza do akcjonariatu DistrictORG Inc, globalnego CampusuAI

Fundusz Smartlink Partners inwestuje w holding DistrictORG Inc., założony przez twórcę CampusAI, wzmacniając pozycję tego innowacyjnego przedsięwzięcia na globalnym rynku rozwiązań AI oraz wspierając rozwój wirtualnej dzielnicy innowacji.

DistrictORG Inc. to globalna spółka holdingowa stojąca za projektem CampusAI – pierwszą na świecie szkołą AI-native, która wykorzystuje technologie znane z gier komputerowych oraz AI do symulowania interaktywnego środowiska edukacyjno-treningowego.

CampusAI, we współpracy z czołowymi naukowcami, opracowało autorską metodę Me+AI, pozwalającą zwiększyć potencjał człowieka o około 40% dzięki wykorzystaniu podstawowych narzędzi AI. W Polsce z tej metody skorzystało już kilkanaście tysięcy osób, ucząc się wyłącznie od cyfrowych awatarów. To innowacyjne podejście umożliwia przeszkolenie milionów ludzi w krótkim czasie i przy niskich kosztach. Misją firmy jest wyrównywanie szans edukacyjnych, tak aby każdy mógł skorzystać z zachodzącej rewolucji technologicznej. Metoda Me+AI jest agnostyczna technologicznie i koncentruje się na etycznym rozwoju kompetencji współpracy z AI, stanowiąc alternatywę dla wszechobecnej automatyzacji.

Edukacja w wirtualnym CampusAI angażuje użytkowników we współtworzenie dzielnicy innowacji, oferując realne możliwości wykorzystania technologii i stanowiąc bezpieczną platformę treningową. Prace zaliczeniowe studentów są promowane w mediach, takich jak hAI Magazine, a najlepsze projekty stają się częścią platformy. Ich autorzy mogą zdobywać punkty, wynagrodzenie, a nawet rozwijać własne pomysły w ramach ekosystemu CampusAI.

– Cieszymy się, że dołączamy do grona wczesnych inwestorów DistrictORG, wspierając internacjonalizację polskiego startupu. Widzimy ogromne zapotrzebowanie na edukację AI i wierzymy w wizję Aureliusza Górskiego. CampusAI oferuje już szeroki wachlarz programów edukacyjnych, z których skorzystało kilkanaście tysięcy osób oraz wiele wiodących firm. Jesteśmy przekonani, że technologia District Engine do tworzenia cyfrowych bliźniaków umożliwi rozwój nowych modeli biznesowych i pokaże, jak AI może być skutecznie wdrażane w organizacjach – komentuje Bartłomiej Kurylak, współzarządzający Smartlink Partners.

CampusAI to dopiero początek. Celem DistrictORG Inc. jest udostępnienie unikalnej technologii cyfrowych bliźniaków zasilanych AI, aby wizualizować procesy współpracy człowieka z AI i umożliwiać interakcję w sposób maksymalnie zbliżony do rzeczywistości. Założona przez Polaka firma ma ambitne plany: do 2030 roku chce podnieść kwalifikacje ponad 50 milionów osób oraz stworzyć lokalne “dystrykty” w 40 krajach, zrzeszające milion aktywnych współtwórców.

Obecnie prowadzimy testy z użytkownikami i już wkrótce uruchomimy pierwszą na świecie wirtualną dzielnicę innowacji. Jej centrum grawitacyjnym będzie wirtualny budynek CampusAI, ale tuż obok niego powstaną kolejne obiekty, które rozwijamy wspólnie z partnerami. Na początek będą tam cyfrowe bliźniaki uczelni, centrów inkubacji dla startupów, huby branżowe oraz wirtualne showroomy znanych marek. Podpisaliśmy już umowy z 11 uniwersytetami w Europie i współpracujemy z firmą deweloperską, aby przenieść wierne repliki budynków do cyfrowej dzielnicy, tworząc w niektórych przypadkach tzw. przestrzeń połączoną – mówi Aureliusz Górski, CEO DistrictORG i założyciel CampusAI.

Inwestycja Smartlink Partners w wysokości 3 mln PLN, wraz z wcześniejszym zaangażowaniem JRH ASI, stanowi kontynuację polskiej rundy pre-seed, ogłoszonej przez CampusAI w czerwcu 2024 roku. W ramach tej inwestycji Bartłomiej Kurylak, zarządzający Smartlink Partners, dołącza do Rady Dyrektorów DistrictORG Inc. jako dyrektor niewykonawczy.

Fundusz Smartlink do tej pory sfinalizował 9 inwestycji i jest w zaawansowanym procesie inwestycyjnym z kolejnymi projektami, w kilku krajach CEE. Smartlink inwestuje w spółki z obszarów SaaS (HRtech, AI), Medtech oraz Deeptech (Spacetech), które nie tylko mają już swoje produkty, ale ich produkty są sprawdzone na rynkach, na których działają i posiadają rosnącą trakcję przychodów, czyli w rundach od seed do rundy A. Oprócz dostarczenia finansowania fundusz bardzo chętnie umożliwia spółkom, w które inwestuje, kontakt z właścicielami firm ze swojego networku (chociażby przedsiębiorcami skupionymi w CC), a Partnerzy funduszu chętnie angażują się we współpracę ze spółkami z portfela również w procesie zbierania kolejnych rund inwestycyjnych.

Wysoki popyt na biura we Wrocławiu: trendy najemców i kluczowe strefy

Według raportu firmy doradczej Newmark Polska „Office Occupier – Rynek biurowy we Wrocławiu”, Wrocław to trzeci pod względem wielkości rynek biurowy w Polsce, zaraz za Warszawą i Krakowem. W 2024 roku aktywność najemców w stolicy Dolnego Śląska utrzymywała się na stabilnym poziomie, przekraczającym średnią z ostatnich 10 lat. Największy udział w strukturze popytu miały firmy z sektora IT, usług dla biznesu i produkcyjnego – sięgnął on prawie 70%. Zarówno podaż nowych biur, jak i aktywność deweloperów pozostawały na niskim poziomie, głównie z powodu znacznej ilości niewynajętej powierzchni w istniejących biurowcach.

Na koniec czwartego kwartału 2024 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej we Wrocławiu wyniosły niemal 1,4 mln mkw., co oznacza wzrost o ok. 2% w ujęciu rocznym. W minionym roku deweloperzy dostarczyli łącznie 38 350 mkw. biur. Na ten wolumen złożyły się tylko trzy budynki biurowe, w tym Quorum Office Park A (18 200 mkw., strefa Północ/Wschód) i B10 (14 100 mkw., Legnicka/Strzegomska).

– Warto zauważyć, że jest to drugi najniższy poziom nowej podaży od 2012 roku, zaraz po 2021 roku, w którym zasoby biurowe stolicy Dolnego Śląska powiększyły się o niecałe 22 000 mkw. Jeżeli wszystkie obecnie planowane inwestycje zostaną ukończone w terminie, nowa podaż w 2025 roku nieznacznie przekroczy 34 000 mkw., co oznacza, że będzie zbliżona do ubiegłorocznej – mówi Karol Wyka, Dyrektor Zarządzający Działu Powierzchni Biurowych, Newmark Polska.

Utrzymujący się niski poziom podaży nowej powierzchni biurowej to efekt spowolnienia aktywności deweloperów. Na koniec grudnia 2024 roku w budowie pozostawało 34 350 mkw., co stanowi spadek o ponad 50% w porównaniu z 2023 rokiem i najniższy wynik w historii wrocławskiego rynku biurowego. W najbliższym czasie nie spodziewamy się znaczącego wzrostu aktywności deweloperów, głównie ze względu na znaczną dostępność wolnej powierzchni biurowej w istniejących budynkach. Deweloperzy jednak uważnie śledzą rozwój sytuacji na wrocławskim rynku i są przygotowani do rozpoczęcia realizacji nowych inwestycji w krótkim czasie.

Wrocław od lat jest atrakcyjną lokalizacją dla wielu międzynarodowych firm, zwłaszcza z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Według danych ABSL w pierwszym kwartale 2024 roku funkcjonowały tu 234 centra nowoczesnych usług dla biznesu, zatrudniające łącznie 66 200 pracowników.

– Duże zainteresowanie stolicą Dolnego Śląska przekłada się na wysoki popyt, który od 2015 roku rokrocznie przekracza 110 000 mkw. W całym 2024 roku aktywność najemców wyniosła ponad 146 450 mkw., co oznacza spadek o 11,5% rok do roku, ale jednocześnie wzrost o ponad 4% w porównaniu ze średnią z ostatnich 10 lat (140 500 mkw.). Największą popularnością wśród najemców niezmiennie cieszą się następujące strefy biurowe: Legnicka/Strzegomska, Dworzec Główny/Powstańców Śląskich oraz Śródmieście i Rynek. W 2024 roku przypadło na nie prawie 75% całkowitego popytu – mówi Anna Domańska, Associate, odpowiedzialna za rejon Dolnego Śląska w Newmark Polska.

Podobnie jak w całej Polsce, również we Wrocławiu w strukturze popytu w 2024 roku dominowały renegocjacje i odnowienia najmu, które stanowiły 57% wszystkich podpisanych umów. Pozostałe 43% przypadło na nowe transakcje (36%), umowy na potrzeby własne (5%) i ekspansje (2%). Warto podkreślić, że za 69% całkowitego wolumenu najmu w ubiegłym roku odpowiadały firmy z sektora IT, usług dla biznesu oraz produkcyjnego, których udział sięgnął odpowiednio 37%, 18% i 14%.

Na koniec grudnia 2024 roku wskaźnik pustostanów we Wrocławiu wyniósł 19,3%, czyli o 0,4 p.p. mniej niż w trzecim kwartale 2024 roku, ale 1,1 p.p. więcej w porównaniu z czwartym kwartałem 2023 roku.

– W kolejnych kwartałach spodziewamy się stopniowego spadku współczynnika pustostanów ze względu na ograniczoną aktywność deweloperów i dalszą absorpcję niewynajętej powierzchni w istniejących biurowcach. Pod koniec ubiegłego roku we Wrocławiu najemcy mogli wybierać spośród prawie 266 000 mkw. biur dostępnych do wynajęcia od zaraz, z czego ponad 80% znajdowało się w trzech głównych strefach biurowych: Legnicka/Strzegomska, Dworzec Główny/Powstańców Śląskich oraz Północ/Wschód – dodaje Anna Domańska.

W czwartym kwartale 2024 roku czynsze bazowe we Wrocławiu wynosiły od 13,00 do 16,50 EUR/mkw./miesiąc. Najwyższe miesięczne stawki za powierzchnię biurową dochodziły do 21,00 EUR za mkw. w strefach centralnych (Rynek i Śródmieście), natomiast w strefach Południe oraz Północ/Wschód niektóre biura oferowane były w cenie poniżej 12,00 EUR/mkw./miesiąc. Według prognoz czynsze bazowe w najbliższych kwartałach pozostaną na dotychczasowym poziomie.

– Nieznaczne wzrosty czynszów są prawdopodobne w przypadku najbardziej poszukiwanych i atrakcyjnych lokalizacji, jak i biurowców oferujących nowoczesne rozwiązania technologiczne i ekologiczne. Wynika to z faktu, że zaledwie 20% dostępnej powierzchni znajduje się w biurowcach o wysokim standardzie ukończonych w ostatnich pięciu latach (niecałe 55 000 mkw.) – mówi Agnieszka Giermakowska, Dyrektor Działu Badań Rynkowych i Doradztwa, Lider ds. ESG, Newmark Polska.

Banki tracą klientów przez słabą obsługę cyfrową – jak tego uniknąć?

Czy wiesz, że prawie 43% klientów jest skłonnych zmienić bank z powodu niskiej jakości cyfrowej obsługi klienta? To uderzające statystyki potwierdzone przez badanie Boston Consulting, które podkreślają kluczową rolę doskonałej obsługi klienta w branży fintech.

Wdrażanie przyjaznych dla użytkownika rozwiązań cyfrowych konsekwentnie prowadzi do poprawy reputacji marki i wzrostu liczby klientów – jest to trend widoczny w całym sektorze fintech.

Jak poprawić obsługę klienta w fintech? Sprawdzone strategie

Pierwsze wrażenie ma znaczenie

Według Forbes klienci wyrabiają sobie opinię o marce lub usłudze w ciągu pierwszych 7 sekund interakcji. Badanie Edelman Trust Barometer wskazuje, że 81% klientów potrzebuje zaufania do marki, zanim podejmie decyzję o zakupie. Brak zaufania może znacząco wpłynąć na zaangażowanie użytkowników w fintech.

Aby skutecznie budować zaufanie od pierwszej interakcji:

  • Wyeksponuj opinie i oceny klientów,
  • Wykorzystuj rekomendacje jako narzędzie budowania wiarygodności,
  • Zapewnij intuicyjny i estetyczny interfejs strony internetowej oraz aplikacji.

Oferuj wsparcie wielokanałowe

Raport Zendesk Benchmark pokazuje, że 49% klientów szuka wsparcia po dokonaniu zakupu. Ponadto badania Microsoftu wskazują, że użytkownicy zwykle korzystają z 3-4 kanałów komunikacji, aby zgłosić problem. Oferowanie tylko jednego kanału może prowadzić do niezadowolenia klientów i ich utraty.

Klienci muszą mieć swobodę wyboru preferowanej metody kontaktu z firmą fintech. W centrum obsługi klienta Simply Contact doskonale rozumiemy specyfikę branży fintech i mamy szerokie doświadczenie w świadczeniu wsparcia omnichannel.

Udostępnij zasoby samoobsługowe

Klienci cenią możliwość znalezienia rozwiązania problemu bez konieczności kontaktu z firmą. Dlatego warto oferować łatwo dostępne zasoby samoobsługowe, które zwiększają zaufanie i pozytywne doświadczenia użytkowników.

Efektywne narzędzia samoobsługi to:

  • FAQ – szybkie odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania,
  • Poradniki i instrukcje – krok po kroku wyjaśniające działania w systemie,
  • Samouczki wideo – wizualne prezentacje funkcji fintech,
  • Bazy wiedzy – obszerne źródło szczegółowych informacji,
  • Asystenci rozwiązywania problemów – interaktywne narzędzia pomagające klientom samodzielnie znaleźć rozwiązania,
  • Fora społecznościowe – umożliwiające wymianę doświadczeń i porad.

Zapewnij dostępność 24/7

Usługi finansowe działają bez przerwy, dlatego wsparcie powinno być dostępne o każdej porze. Zapewnienie całodobowej obsługi klienta daje znaczącą przewagę konkurencyjną.

Badanie Forrester wykazało, że 77% konsumentów uważa oszczędność ich czasu za kluczowy czynnik doskonałej obsługi online. Z kolei raport NewVoiceMedia wskazuje, że 67% klientów jest bardziej skłonnych polecić firmę, która oferuje wyjątkową obsługę, w tym wsparcie 24/7.

Personalizuj interakcje

Personalizowana obsługa klienta w fintech to klucz do sukcesu. Według McKinsey & Company personalizacja może zwiększyć satysfakcję klientów o 10-20%. Klienci czują się docenieni, gdy ich dane finansowe są obsługiwane z należytą uwagą.

Dzięki personalizacji:

  • Budujesz silniejsze relacje z klientami,
  • Usprawniasz procesy cross-sellingu i upsellingu,
  • Przyspieszasz rozwiązywanie problemów poprzez znajomość historii klienta.

Inwestuj w szkolenia i rozwój

Branża fintech rozwija się dynamicznie, dlatego regularne szkolenia pracowników są kluczowe. Dobrze wyszkolony zespół posiada nie tylko szeroką wiedzę o produktach, ale także dba o zgodność z regulacjami, co zwiększa wiarygodność firmy.

Najważniejsze obszary szkoleń:

  • Szkolenia produktowe – regularne aktualizacje o nowych funkcjach i usługach,
  • Szkolenia zgodności – edukacja w zakresie regulacji finansowych (np. GDPR, HIPAA),
  • Rozwój umiejętności miękkich – poprawa komunikacji, empatii i rozwiązywania konfliktów,
  • Warsztaty rozwiązywania problemów – nauka zaawansowanych technik,
  • Symulacje scenariuszowe – odgrywanie ról w celu przygotowania do trudnych sytuacji.

Wykorzystaj dane do optymalizacji obsługi

Efektywne zbieranie i wykorzystywanie danych może znacząco poprawić jakość obsługi klienta i wyróżnić firmę na tle konkurencji.

Dzięki danym możesz:

  • Przewidywać potrzeby klientów,
  • Szybciej rozwiązywać problemy,
  • Monitorować satysfakcję klientów i dostosowywać ofertę.

Najlepsze metody zbierania danych:

  • Systemy CRM – śledzenie interakcji i opinii klientów,
  • Analiza danych – wykorzystanie narzędzi do głębszej analizy preferencji,
  • Ankiety i formularze – zbieranie bezpośrednich opinii klientów,
  • Monitorowanie transakcji – dostosowanie usług do zachowań klientów,
  • Nasłuch mediów społecznościowych – śledzenie opinii w czasie rzeczywistym,
  • Analiza zachowań użytkowników online – zrozumienie nawigacji po stronie.

Podsumowanie

Doskonała obsługa klienta to fundament sukcesu w fintech. Inwestowanie w wielojęzyczny outsourcing obsługi, zapewnienie wsparcia wielokanałowego i dostępności 24/7 zwiększa lojalność klientów i wyróżnia firmę na tle konkurencji.

Jeśli szukasz niezawodnego partnera w obsłudze klienta, odwiedź Simply Contact, aby dowiedzieć się, jak możemy pomóc w rozwoju Twojej firmy!

Specjaliści na rynku pracy 2025: zadowoleni, ale oczekują szacunku i klarownej ścieżki kariery

Rynek pracy w 2025 roku przynosi wyraźne zmiany, ale profesjonaliści, mimo nieco mniejszej aktywności rekrutacyjnej, czują się pewnie w swojej roli i wierzą, że ich kompetencje będą doceniane. Z drugiej strony, eksperci zwracają uwagę na potrzebę jasnej komunikacji i stworzenia przejrzystych ścieżek kariery, aby zatrzymać kluczowych pracowników w organizacjach.

Stabilność i perspektywy na przyszłość

Jak wynika z najnowszego „Raportu płacowego” Hays Poland, 52% specjalistów i menedżerów pozytywnie ocenia swoje perspektywy zawodowe na nadchodzący rok. Mimo że rynek pracy charakteryzuje się większą ostrożnością w zakresie rekrutacji, a firmy rzadziej decydują się na nowe zatrudnienia, specjaliści pozostają optymistyczni. Większość z nich uważa, że ich kompetencje będą odpowiednio doceniane przez pracodawców. Co więcej, nawet jeśli dynamika rekrutacyjna będzie nadal nieco ograniczona, doświadczeni profesjonaliści mogą poszukiwać nowych wyzwań, szczególnie w przypadku, gdy sytuacja rynkowa się poprawi.

– „Dostrzegamy, że doświadczeni eksperci, wykazujący się zaawansowaną wiedzą merytoryczną, znajomością technologii i kompetencjami miękkimi, wciąż czują się bardzo pewnie. Choć w ostatnim czasie nie zawsze chcieli zmieniać miejsce zatrudnienia, to w roku 2025 mogą wyjść na rynek w poszukiwaniu lepszej pracy” – zauważa Agnieszka Kolenda z Hays Poland.

Oczekiwania względem pracodawców

Mimo pozytywnych ocen rynku, pracownicy wyraźnie sygnalizują, że oczekują więcej niż tylko konkurencyjnego wynagrodzenia. W badaniach Hays Poland wskazano, że najważniejszymi aspektami dla specjalistów są: klarowna ścieżka kariery, dobra atmosfera w pracy oraz stabilność zatrudnienia. Aż 64% pracowników podkreśla, że to właśnie te czynniki mają dla nich większe znaczenie niż benefity finansowe.

Dorota Pałysiewicz, Dyrektor ds. HR w Brown-Forman Polska, zwraca uwagę na kluczową rolę transparentnej komunikacji między pracodawcą a pracownikiem: „Rozwiązaniem może być jasne wyrażanie wzajemnych oczekiwań oraz otwarta komunikacja. Pracownicy chcą wiedzieć, czego mogą oczekiwać od swoich pracodawców, jakie cele i wymagania muszą spełnić, aby realizować swój potencjał w satysfakcjonującym środowisku pracy’’.

Potrzeba szacunku i rozwoju zawodowego

Wiele osób na rynku pracy wskazuje, że ich zadowolenie z pracy nie zależy jedynie od finansów, ale także od kultury organizacyjnej i możliwości rozwoju. Eksperci sugerują, że pracodawcy powinni postawić na upskilling oraz promocje wewnętrzne, aby zatrzymać wartościowych pracowników w firmach. Zamiast ograniczać zatrudnienie, przedsiębiorstwa powinny inwestować w rozwój kompetencji swoich pracowników.

– „Doceniający przełożony, który pomoże stworzyć zdrowe, satysfakcjonujące środowisko pracy oraz wysoko funkcjonujący zespół są równie ważnymi czynnikami jak system wynagrodzeń i benefitów. Pracownicy chcą czuć, że mają wpływ na rozwój organizacji i dostają wsparcie w realizacji swoich celów zawodowych” – podkreśla Dorota Pałysiewicz.

Wyzwania na horyzoncie

Pomimo stabilności zatrudnienia i wysokiej pewności siebie specjalistów, wyzwaniem dla rynku pracy pozostaje rosnąca presja na wynagrodzenia oraz oczekiwania kandydatów. Coraz więcej profesjonalistów, szczególnie tych o dużym doświadczeniu, stawia na dobre warunki pracy i stabilność, nie zaś wyłącznie na wyższe pensje. W obliczu tego, pracodawcy borykają się z rosnącymi wymaganiami finansowymi, które często przekraczają założony budżet na rekrutację. Warto jednak zauważyć, że pomimo tej presji, firmy nadal koncentrują się na strategiach długofalowego zatrzymywania talentów, takich jak rozwój wewnętrzny i przesunięcia w strukturze. W 2025 roku to nie tylko wynagrodzenia, ale przede wszystkim jasna komunikacjamożliwości rozwoju i zdrowa atmosfera w pracy będą kluczowymi czynnikami decydującymi o lojalności pracowników. Firmy, które potrafią odpowiedzieć na te potrzeby, mogą liczyć na większe zaangażowanie i mniejsze ryzyko odpływu cennych pracowników.

Warszawski rynek biurowy: Stabilność czynszów przy rosnących wymaganiach najemców

Ograniczona nowa podaż na warszawskim rynku biurowym doprowadziła do spadku pustostanów, które osiągnęły poziom 10,6% w IV kw. 2024 roku. Czynsze pozostają stabilne, jednak rynek staje się coraz bardziej spolaryzowany, a najemcy wykazują rosnące zainteresowanie nieruchomościami zrównoważonymi. Co to dokładnie oznacza w praktyce?

Wskaźnik pustostanów w centralnych strefach Warszawy wyniósł 8,8%, podczas gdy w lokalizacjach poza centrum sięgnął 12%. Różnice te wynikają nie tylko z położenia budynków, ale także z ich wieku. Nowe obiekty, oddane do użytku po 2020 roku, charakteryzują się znacznie niższym poziomem pustostanów na poziomie 5,5%, co potwierdza rosnące zainteresowanie najemców nowoczesnymi biurowcami o wysokim standardzie.

„Wysoka aktywność najemców w biurowcach najwyższej klasy, np. w okolicach Ronda Daszyńskiego, przy jednoczesnym ograniczeniu nowej podaży sprawiają, że firmy chcące zabezpieczyć powierzchnię w najbardziej atrakcyjnych projektach są skłonne zaakceptować wyższe czynsze bazowe, aby zwiększyć swoje szanse na wynajem,” – komentuje Piotr Kalisz, Dyrektor działu reprezentacji najemcy w Knight Frank.

Warszawski rynek biurowy wciąż charakteryzuje się ograniczoną działalnością deweloperów. Co prawda, od początku 2024 roku oddano do użytku ponad 104 000 m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej, co stanowi wzrost o 71% względem 2023 roku, ale wynik ten nadal pozostaje daleki od pięcioletniej rocznej średniej, wynoszącej 219 000 m kw.

„Jak istotny jest wybór lokalizacji lub konkretnego budynku niedawno mieliśmy okazję się przekonać, reprezentując klienta, który chciał podnająć swoja przestrzeń biurową. Transakcja nie generuje jeszcze zysku na samym podnajmie, udało mu się jednak w pełni zredukować koszty najmu, a wszelkie wydatki związane z adaptacją powierzchni zostały pokryte przez podnajemcę,” – dodaje Piotr Kalisz.

Popyt na wysokiej klasy budynki jest również napędzany przez kwestie ESG. Zrównoważone, energooszczędne i przyjazne dla środowiska budynki przyciągają coraz więcej najemców, co sprawia, że dostępność obiektów wysokiej klasy powierzchni jest ograniczona.

W 2024 roku aż 76% wynajętej powierzchni biurowej w Warszawie dotyczyło budynków z zielonymi certyfikatami. Co więcej, 45% z nich to obiekty spełniające najwyższe standardy ekologiczne, posiadające certyfikaty BREEAM Excellent i Outstanding oraz LEED Platinum– wyjaśnia Dorota Lachowska, Dyrektor działu Badań Rynku.

Deregulacja Rafała Brzoski może się nie udać? Prawnik wskazuje na pola niemal niemożliwe do szybkiego przygotowania

Eksperci obawiają się o sukces deregulacji Rafała Brzoski. Prawnik: „dość chaotyczny obraz”.

Z jednej strony zadowolenie, bo nareszcie ktoś zabiera się za zmiany gospodarcze postulowane od lat przez przedsiębiorców, ale z drugiej strony gospodarce towarzyszy przeświadczenie, że jest w tym wszystkim za dużo chaosu, a niektóre rozwiązania szykowane były bez horyzontalnego oglądu na gospodarkę. – Rafał Brzoska działa w sektorze komercyjnym, nie znając do końca zależności w jakich funkcjonuje administracja. Dla przedsiębiorców dynamiczne zmiany są rzeczą naturalną, dla machiny rządowej mogą okazać się szokiem. Efekt? Nie wszystko może okazać się sukcesem – przyznaje mecenas Marek Jarosiewicz, prawnik zajmujący się na co dzień obsługą przedsiębiorców.

Za dużo i za szybko? Deregulacja nie musi się udać, a zmian przedsiębiorcy potrzebują jak kania dżdżu

Eksperci, którzy na co dzień zajmują się pracą z przedsiębiorcami przyznają, że deregulacja jest koniecznością jeżeli chcemy gonić rozwijające się europejskie gospodarki. Biurokracja, kontrole przedsiębiorców, a jednocześnie dynamika zmian w prawie – to coś, co spędza sen z powiek przedsiębiorcom, a pośrednio także prawnikom, księgowym, doradcom finansowym.

Deregulacja to konieczność, ale według planu, a nie „na szybko”.

– To, co mi osobiście rzuca się w oczy po zapoznaniu z pierwszymi postulatami deregulacyjnymi tzw. Zespołu Brzoski to bogactwo dziedzin, które miałyby być dotknięte zmianami – mamy tu przecież propozycje z zakresu prawa podatkowe, prawa pracy, prawa karnego, prawa administracyjnego, czy nawet kwestie zahaczające o ustrój państwa. Wszystko to daje na ten moment dość chaotyczny obraz, w którym brak kilku określonych myśli przewodnich – swego rodzaju ogólnych założeń, którym podporządkowane byłyby następnie rozwiązania szczegółowe – mówi adwokat i ekspert gospodarczy Marek Jarosiewicz.

– Trzeba pamiętać, że takie podejście do deregulacji było już w przeszłości stosowane, m.in. przez tzw. Komisję Palikota, i w mojej ocenie było jedną z głównych przyczyn, dla których Komisja ta nie odnotowała na swym koncie szczególnie znaczących sukcesów – dodaje mecenas Marek Jarosiewicz.

Taki brak rozwiązań systemowych może skutkować tym, że nawet najlepsze przepisy stworzone przez Zespół mogą mieć marginalny wpływ na realia obrotu gospodarczego, ze względu choćby na przedłużające się z roku na rok postępowania sądowe, czy też brak odpowiedniego podejścia po stronie urzędników.

Główne postulaty zespołu deregulacyjnego mało prawdopodobne?

Prawnik dodaje, że jest kilka wątpliwości dotyczących tego, jakie postulaty zawarto w planie Rafała Brzoski.

– Co najmniej kilka spośród przedstawionych propozycji określiłbym jako dość abstrakcyjne. Przykładowo, trudno mi wyobrazić sobie, jak miałaby wyglądać w praktyce realizacja postulatu „zmniejszenia o 50% częstotliwości kontroli działalności gospodarczej”, czy też „zmiany agresywnej praktyki egzekucji komorniczej” albo „ograniczenia nadużyć w stosowaniu aresztów tymczasowych”. W moim przekonaniu, wszystkie te kwestie będzie bardzo trudno uregulować przepisami, wymagają one raczej zmiany w podejściu do obywatela przez organy i instytucje stosujące prawo – mówi mecenas Marek Jarosiewicz.

Bez wątpienia również wiele problemów trafnie zidentyfikowano.

– Mam tu na myśli w szczególności postulat zrównania ważności dokumentacji elektronicznej z papierową, zwiększenia liczby wydawanych interpretacji ogólnych przez ministra finansów, czy integracji istniejących systemów administracyjnych w usługach dla obywateli. Liczę na to, że Zespół poświęci sporo uwagi właśnie kwestii cyfryzacji postepowań z udziałem przedsiębiorców – bo to jest w dzisiejszych czasach oczywista droga do obniżenia ich kosztów oraz ich przyspieszenia, a także pochyli się nad problemami związanymi z AI, które już za chwilę towarzyszyć będą nam wszystkim w codziennym życiu – dodaje prawnik.

– Myślę, że przedsiębiorcy życzyliby sobie również, by Zespół położył duży nacisk na zasadę stabilności prawa gospodarczego – przedsiębiorcy są ludźmi twardo stąpającymi po ziemi, lubią planować z wyprzedzeniem i wiedzieć na czym stoją. Nie powinni być zaskakiwani nagłymi zmianami w prawie, jak to niestety nie raz miało miejsce w latach ubiegłych. Dodatkowo, wprowadzane zmiany powinny mieć okres vacatio legis odpowiedni do wagi wprowadzanych modyfikacji – dodaje Marek Jarosiewicz.

Kserokopiarki i urządzenia wielofunkcyjne laserowe – jak wybrać najlepszy sprzęt do biura?

Nowoczesne biuro nie może funkcjonować bez odpowiedniego sprzętu do obsługi dokumentów. Drukowanie, kopiowanie i skanowanie to codzienne zadania, które wymagają niezawodnych rozwiązań. Kserokopiarki i urządzenia wielofunkcyjne laserowe to jedno z najchętniej wybieranych rozwiązań dla firm, które oczekują wydajności, oszczędności i najwyższej jakości wydruków. Jakie cechy powinien mieć najlepszy sprzęt i na co zwrócić uwagę przy jego wyborze?

Kserokopiarki i urządzenia wielofunkcyjne laserowe – dlaczego warto w nie inwestować?

Tradycyjne drukarki atramentowe coraz częściej ustępują miejsca laserowym urządzeniom, które oferują wyższą wydajność i niższe koszty eksploatacji. Kserokopiarki i urządzenia wielofunkcyjne laserowe wyróżniają się nie tylko doskonałą jakością wydruku, ale także szybkim działaniem, co jest niezwykle ważne w dynamicznym środowisku pracy.

Nowoczesne urządzenia wielofunkcyjne pozwalają na kompleksową obsługę dokumentów – od druku, przez kopiowanie, aż po skanowanie do chmury lub systemów zarządzania dokumentami. Dzięki zastosowaniu laserowej technologii wydruki są precyzyjne, odporne na rozmazywanie i trwałe, co ma znaczenie zwłaszcza w przypadku dokumentów firmowych, ofert czy umów.

Jakie cechy powinny mieć najlepsze kserokopiarki i urządzenia wielofunkcyjne laserowe?

Przy wyborze kserokopiarek i urządzeń wielofunkcyjnych laserowych warto zwrócić uwagę na kilka kluczowych aspektów, które wpływają na komfort i efektywność pracy.

Pierwszym ważnym czynnikiem jest szybkość druku. Modele laserowe potrafią drukować znacznie szybciej niż atramentowe, co ma kluczowe znaczenie w biurach o dużym zapotrzebowaniu na dokumenty. Kolejnym elementem jest jakość wydruku – technologia laserowa pozwala na uzyskanie wyrazistych, profesjonalnych dokumentów o wysokiej rozdzielczości.

Nie bez znaczenia są także funkcje dodatkowe, takie jak druk dwustronny, skanowanie do plików PDF czy możliwość integracji z systemami zarządzania dokumentami. Nowoczesne urządzenia oferują także łączność bezprzewodową, co umożliwia drukowanie z komputerów, smartfonów i tabletów bez konieczności podłączania kabli.

Jakie korzyści przynosi wybór laserowego urządzenia wielofunkcyjnego?

Decydując się na kserokopiarki i urządzenia wielofunkcyjne laserowe, firma może liczyć na większą efektywność i redukcję kosztów. W porównaniu do tradycyjnych drukarek atramentowych, urządzenia laserowe zużywają mniej toneru na stronę, co sprawia, że eksploatacja jest bardziej ekonomiczna.

Dzięki szybkiemu działaniu i możliwości obsługi dużych nakładów dokumentów kserokopiarki i urządzenia wielofunkcyjne laserowe znacząco usprawniają pracę biura. Ich niezawodność i wysoka jakość druku sprawiają, że są idealnym wyborem dla firm, które cenią sobie profesjonalizm, oszczędność czasu i bezproblemową obsługę dokumentacji.

Cena złota bije kolejne rekordy – psychologiczna bariera 3000 USD na horyzoncie

0

Złoto cały czas czerpie korzyści z obecnej niepewności rynkowej. Ceny w ostatnim czasie wielokrotnie osiągały rekordowe poziomy. Granica 3000 USD za uncję trojańską staje się coraz bliższa i istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że zostanie wkrótce osiągnięta. Podczas gdy zainteresowanie inwestorów funduszami ETF replikującymi fizyczny surowiec wydaje się ponownie zwiększać, tradycyjny popyt na biżuterię słabnie. Potwierdza to ostatni spadek importu metali do Chin z Honkongu.

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu granica 3000 tys. USD wydawała się być poziomem, którego osiągnięcie jest mało realne. Teraz ta psychologiczna bariera jest już na wyciągnięcie ręki. Co prawda piątek przyniósł lekką korektę do 2920 USD (co może wynikać z krótkoterminowej realizacji zysków), ale jak na razie brakuje sygnałów odwracających trend. Popyt na złoto jest obecnie napędzany głównie przez zachodnich inwestorów oraz banki centralne.

Inwestorzy ETF wydają się jednak dołączać do trendu. W ciągu ostatnich dni handlowych największy na świecie fundusz ETF oparty na złocie zanotował napływ ponad 20 ton złota. Zasoby złotych ETF-ów śledzonych przez Bloomberg osiągnęły w miniony czwartek najwyższy poziom od stycznia 2024 roku. Rosnące zainteresowanie inwestorów sugeruje, że dalszy wzrost cen złota jest jak najbardziej prawdopodobny.

Dowodem zmiany kierunku popytu na złoto z Azji na Zachód są ostatnie dane opublikowane przez Federalny Urząd Celny Szwajcarii. Kraje ten wyeksportował w styczniu 225 ton metalu z czego większość (aż ponad 190 ton) trafiło na rynek w USA. To tłumaczy wzrost zapasów złota na Comex-ie.

Ruch widać również w Wielkiej Brytanii. Łącznie 14 ton zostało stamtąd zaimportowane co doprowadziło do gwałtownego spadku zapasów w Londynie. Jednocześnie do UK wyeksportowano 9,3 ton, co można tłumaczyć napływami kapitału o tamtejszych ETF-ów.

Z kolei wysokie ceny metalu odbijają się na popycie z Chin oraz Indii, które to kraje zawsze uchodziły za najważniejszych konsumentów.

Łukasz Zembik, Oanda TMS Brokers

Zmiany geopolityczne mogą być kluczowe dla wyborów w Niemczech

0

Trump i jego administracja nadal dominują w nagłówkach w mediach po tym, jak pojawiły się doniesienia o ostrej krytyce Zełenskiego przez Trumpa, który obwinia ukraińskiego prezydenta o rozpoczęcie wojny z Rosją. Dodatkowo, Elon Musk zaproponował rozdanie czeków na 5 000 USD wszystkim Amerykanom w związku z oszczędnościami, jakie DOGE miałby przynieść w wydatkach rządowych.

„W ostatnim czasie uwaga całego świata skupia się w dużej mierze na Donaldzie Trumpie i jego administracji, jednak planując strategie inwestycyjne, nie można pomijać wydarzeń rozgrywających się bliżej naszych granic. Wynik nadchodzących wyborów w Niemczech czy sytuacja na Ukrainie mogą w istotny sposób wpłynąć na nastroje rynkowe i kierunki przepływu kapitału. W takim otoczeniu rozłożenie inwestycji pomiędzy różne regiony oraz aktywa o zróżnicowanej wrażliwości na zmiany rynkowe pozwala lepiej zarządzać ryzykiem i budować portfel odporny na nagłe wahania” – komentuje Marcin Ciechoński, odpowiedzialny za rozwój Saxo w Polsce.

Zaangażowanie USA we wspieranie Ukrainy w ewentualnych negocjacjach  z Rosją jest kluczowe dla prognoz Unii Europejskiej i dla kursu euro. Znaczny wzrost rentowności długoterminowych obligacji UE wskazuje na dużą ekspansję fiskalną w Europie – zwłaszcza w Niemczech, które prawie nie mają deficytu. Tymczasem Francja, zmagająca się z deficytem budżetowym, stoi przed koniecznością zmiany priorytetów, co będzie trudne do zrealizowania w obliczu dysfunkcyjnego tła politycznego w kraju.

Co więcej, Departament Stanu USA niedawno zlekceważył Chiny, usuwając z nazwy kraju określenie „Republika Ludowa”. Jeszcze bardziej prowokacyjnym działaniem było usunięcie z dokumentu dotyczącego relacji z Tajwanem frazy „nie popieramy niepodległości Tajwanu”, co już wywołało reakcję Chin. Trump zapowiedział, że będzie dążył do zawarcia większego i lepszego porozumienia z Chinami, obwiniając Bidena za brak nacisku na ten kraj w kwestii przestrzegania poprzedniej umowy.

Jak zauważa John J. Hardy, główny strateg makroekonomiczny w Saxo, protokół z posiedzenia FOMC ze środy ujawnił dyskusję na temat ograniczenia lub wstrzymania zacieśniania ilościowego (QT), co zatrzymało umacnianie się dolara amerykańskiego, gdyż rentowności nieznacznie spadły. Dyskusja ta nie jest zaskoczeniem, ponieważ powszechnie uważano, że Fed będzie musiał wstrzymać QT z powodu obaw o poziom rezerw, jeśli Kongres nie osiągnie porozumienia w sprawie wydatków, a kwestia pułapu zadłużenia ponownie stanie się istotna.

Spojrzenie w kierunku niemieckich wyborów

Warto uważnie śledzić wybory w najbliższą niedzielę. Sondaże sugerują, że CDU jest gotowa na silny powrót, z możliwym wynikiem około 30% głosów. Jednak biorąc pod uwagę, że AfD (sondaż wskazuje na poparcie około 20%) jest postrzegana jako politycznie nieakceptowalna, CDU będzie musiała sprzymierzyć się z SPD (około 16% w sondażach) lub Zielonymi (ok. 13%), aby utworzyć rząd.

Jedyną inną partią, która z pewnością osiągnie próg 5% umożliwiający reprezentację w Bundestagu, jest Die Linke (z poparciem na poziomie ok. 7%). Warto pamiętać, że procentowy udział mandatów w Bundestagu jest wyższy niż procentowy udział głosów, ponieważ część głosów przypada na partie, które nie przekroczyły 5-procentowego progu. Oznacza to, że partie reprezentowane w parlamencie mogą otrzymać około 12% dodatkowych miejsc, jeśli tyle właśnie głosów przypadnie na ugrupowania, które nie przekroczyły progu.

John J. Hardy z Saxo podkreśla, że bardzo złym scenariuszem byłaby sytuacja, w którym wszystkie trzy partie centrowe (CDU, SPD i Zieloni) muszą się zjednoczyć, aby utrzymać populistyczne partie prawicowe i lewicowe poza rządem. Taki wynik nie przyniósłby satysfakcji niemal nikomu, biorąc pod uwagę to, że głównym celem tych wyborów miało być udzielenie dotkliwej reprymendy obecnemu rządowi SPD/Zieloni – tylko po to, by zobaczyć, jak wracają oni do nowej koalicji rządzącej.

Podwójnie czarnym scenariuszem dla partii centrowych byłaby sytuacja, w której ogromna presja spadnie na nowy rząd, jeśli CDU, SPD i Zieloni osiągną wyniki gorsze o co najmniej 2% w stosunku do sondaży, AfD zbliży się do 25%, a Die Linke zdobędzie 8% lub więcej. Sytuację dodatkowo skomplikuje wejście do Bundestagu populistycznej partii lewicowej BSW, jeśli uda jej się przekroczyć próg 5%.

Reakcje rynku na niemieckie wybory

Niezależnie od wyników politycznych, trudna sytuacja geopolityczna wymusi na Niemczech w nadchodzących latach masową ekspansję fiskalną. W najbliższym czasie kluczowe będzie to, jak szybko Niemcy są skłonne porzucić swój tradycyjny konserwatyzm fiskalny i zasady „hamulca zadłużenia”. Solidne zwycięstwo CDU i możliwość utworzenia rządu z tylko jednym partnerem koalicyjnym (SPD lub Zieloni) dałyby centroprawicowej CDU silniejszy mandat i mogłyby być najbardziej pozytywnym scenariuszem dla euro w poniedziałek. Powyższy „najgorszy” i „podwójnie czarny scenariusz” może być początkowo odczytany jako negatywny dla euro. Jednak w dalszej perspektywie mogłyby one zmusić nowo utworzoną, niechętną trzystronną koalicję do jeszcze bardziej agresywnego poluzowania polityki fiskalnej, aby powstrzymać „populistyczne wilki” przed zdobyciem władzy.

Jednym z interesujących aspektów jest to, czy AfD nie będzie postrzegana jako w jakiś sposób sprzymierzona z administracją Trumpa, biorąc pod uwagę niedawne przemówienie JD Vance’a na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, krytykujące Europę za marginalizowanie partii populistycznych i naruszanie zasad demokracji. Dodatkowo Elon Musk, który ostatnio otwarcie chwalił AfD, mógł przyczynić się do wzmocnienia tego wrażenia.

Wybory w Niemczech: Wielkie obietnice, wielkie koszty – czy gospodarka to udźwignie?

Wszystkie partie złożyły wielkie obietnice, ale czy polityka i wzrost idą w parze? Wszystkie propozycje mają wysoka cenę, deklarując przy tym oszczędności. Przegląd opcji dla Niemiec.

  • Czas obietnic: Niemcy pójdą do urn wyborczych 23 lutego, wszystkie niemieckie partie składają więc wielkie obietnice, w tym cięcia podatków, wyższe inwestycje publiczne i podwyżki emerytur w celu stymulowania wzrostu, ale wiążą się one z dużymi kosztami.
  • Niezbędna luka finansowa może zostać pokryta przez fundusze finansowane długiem lub zwiększone dochody podatkowe, ale poleganie wyłącznie na wzroście jest niewystarczające
  • Propozycje oszczędności podatkowych i planowanie wydatków: Aby zaspokoić potrzeby finansowe (związane z propozycjami), niemiecka gospodarka potrzebowałaby dodatkowych 388-616 mld EUR wzrostu rocznie, co jest trudnym zadaniem, biorąc pod uwagę prognozowaną stagnację w 2025 r. (+0,23% potencjalnego wzrostu w ciągu następnej dekady).
  • Na chwilę obecną żadna z partii nie zaproponowała przekonujących ram budżetowych dla Niemiec. Poza kwestiami fiskalnymi, ryzyko utrzymania status quo przez przyszłą koalicję jest niestety wysokie, podczas gdy niemiecka gospodarka potrzebuje odważnych, wizjonerskich reform i silnego porozumienia między partiami w celu stymulowania i zapewnienia wzrostu.
  • Chociaż pojawiają się pewne obiecujące pomysły, każda koalicja rządowa będzie prawdopodobnie musiała pójść na kompromis prowadzący do bardziej ostrożnych rozwiązań status quo niż odważnych, wizjonerskich reform. Rozwój w przyszłości niemieckiej gospodarki będzie wymagać odważnych kroków i zdecydowanego konsensusu między partiami.

Niemiecka gospodarka jest w złej kondycji, a w 2025 r. czeka nas drugi z rzędu rok jej recesji i stagnacji. Stąd kontrola imigracji ale też ożywienie zmagającej się z trudnościami gospodarki były jak dotąd głównym tematami kampanii wyborczej. W opinii Allianz Trade następny rząd federalny odziedziczy szereg nierozwiązanych kwestii po upadłej „koalicji sygnalizacji świetlnej” (socjaldemokratów, Zielonych i liberałów). Ponieważ niepewność polityczna ma obecnie negatywny wpływ na niemiecki PKB w wysokości -0,3 punktu procentowego (wykres 1), jej usunięcie powinno sprzyjać bardziej pozytywnemu wzrostowi w dalszej części tego roku.

Wykres 1: Wskaźnik niepewności gospodarczej na tle wzrostu realnego PKB w %

Wskaźnik niepewności gospodarczej na tle wzrostu realnego PKB

Źródła: Baker et al. (2016), Allianz Research. Uwaga: 2025 uwzględnia wartości Economic Policy Uncertainty Index (EPU) dostępne do 19 lutego 2025 r. oraz prognozę Allianz Research dotyczącą wzrostu PKB.

Wszystkie partie złożyły wielkie obietnice, ale czy polityka i wzrost idą w parze?

Wszystkie propozycje mają  wysoką cenę. Opierając się tylko na reformach podatkowych, inicjatywach inwestycyjnych, reformach emerytur i dochodów obywateli, program CDU może kosztować 230 mld euro w następnym okresie legislacyjnym, program Zielonych 227 mld euro, a plan SPD 205 mld euro. Biorąc pod uwagę napięty budżet federalny, finansowanie tych inicjatyw wydaje się być wyzwaniem. Jednak patrzenie tylko na koszty bezpośrednie nie wyczerpuje tematu. W opinii Allianz Trade każde wydane euro przyczynić się może do wzrostu gospodarczego i dalszych inwestycji – co w średnim okresie przełoży się na wyższe dochody podatkowe.

CDU/CSU i FDP w celu zmniejszenia obciążeń podatkowych proponują spłaszczenie przedziałów podatku dochodowego i wyeliminowanie dopłaty solidarnościowej, przy jednoczesnym podniesieniu górnego progu podatkowego do 80 000 euro. Z kolei SPD stara się przynieść korzyści 95% podatników poprzez reformę podatku dochodowego, która zakłada podwyżkę podatków dla 1% najzamożniejszych. Zieloni priorytetowo traktują podniesienie podstawowej kwoty wolnej od podatku, aby zmniejszyć obciążenie podatkowe osób o niższych dochodach. Każda z tych propozycji skutkowałaby znacznymi spadkami wpływów podatkowych (wykres 2). Ulgi podatkowe mogłyby jednak stymulować wzrost gospodarczy poprzez zachęcanie do pracy, co z kolei mogłoby zwiększyć zatrudnienie lub napędzać wyższą konsumpcję i inwestycje. W zależności od propozycji, stopa wzrostu PKB mogłaby wzrosnąć od 0,2 do 1,6 punktu procentowego rocznie (wykres 3). Wygenerowane dodatkowe dochody podatkowe mogłyby znacznie zmniejszyć luki w finansowaniu, na przykład o 62 mld EUR w przypadku CDU/CSU i o 20 mld EUR w przypadku SPD. Mogłoby to sprawić, że niektóre (planowane i niezbędne) reformy znalazłyby się w sferze wykonalności.

Wykres 2: Koszty bezpośrednie i dodatkowe wpływy podatkowe wynikające z propozycji programów wyborczych, w mld EUR skumulowane w kadencji legislatury 2025-2029Koszty bezpośrednie i dodatkowe wpływy podatkowe wynikające z propozycji programów wyborczych, w mld EUR skumulowane w kadencji legislatury

Źródła: Institut für Wirtschaft, Dezernat für Zukunft, Allianz Research. Uwagi: Obliczenia oparte na programach wyborczych partii i mnożniku Clemensa i in. (2024). Dolna część osi przycięta dla kosztów podatkowych AfD i FDP.

Aby zachęcić do prywatnych inwestycji, CDU/CSU i FDP proponują obniżenie podatku od osób prawnych z 29,9% do 25%. Z kolei SPD i Zieloni opowiadają się za 10% premią inwestycyjną. Podczas gdy obniżki podatków od osób prawnych zapewniają znaczne ulgi i zwiększają zyski firm, nie ma wyraźnych dowodów sugerujących, że bezpośrednio zwiększą one inwestycje. W opinii Allianz Trade premia inwestycyjna oferuje bardziej ukierunkowane zachęty i może mieć bardziej ukierunkowany wpływ. Premia inwestycyjna mogłaby wygenerować do 28 mld EUR dodatkowych wpływów podatkowych w kolejnym okresie legislacyjnym. Dla porównania, stopniowe obniżanie podatków od osób prawnych w tym samym okresie mogłoby doprowadzić do rocznego wzrostu PKB o 0,06 punktu procentowego i skumulowanych 3 mld EUR dodatkowych wpływów podatkowych. Dodatkową korzyścią z obniżenia stawek podatku dochodowego od osób prawnych może być zwiększenie marż przedsiębiorstw niefinansowych o 1 punkt procentowy, zwiększając je do 39,4% wartości dodanej brutto. Obecnie marże niemieckich przedsiębiorstw niefinansowych znajdują się na najniższym poziomie od czasu pandemii, ponad 2 punkty procentowe poniżej długoterminowej średniej, co podkreśla potencjalny dodatkowy wpływ takiej obniżki.

Wszystkie partie centrowe proponują znaczne zwiększenie inwestycji publicznych. SPD i Zieloni planują w szczególności zwiększenie inwestycji w obszarach takich jak infrastruktura elektryczna, sieci, budownictwo mieszkaniowe i ośrodki opieki dziennej za pośrednictwem „Deutschlandfond”. Niemiecki Fundusz z rocznymi inwestycjami w wysokości 25 mld euro mógłby zwiększyć wzrost gospodarczy o co najmniej 0,8 punktu procentowego rocznie i wygenerować 55 mld euro dodatkowych wpływów podatkowych w latach 2025-2029. Oczekuje się, że wiele z tych inwestycji publicznych zwiększy długoterminowy potencjał wzrostu, co oznacza, że taki impuls inwestycyjny mógłby z czasem stać się samofinansujący. Jednakże, oprócz wymogu większości 2/3 głosów, utworzenie takiego funduszu prawdopodobnie nie zostanie ukończone przed końcem 2025 r., a bez partnerstw prywatno-publicznych szacunkowa kwota 600 mld EUR potrzebna w ciągu następnej dekady na odbudowę samej infrastruktury publicznej pozostaje poza możliwościami budżetowymi.

W opinii Allianz Trade innym kluczowym celem jest rozwiązanie problemu niedoboru siły roboczej, w szczególności poprzez zachęcanie do pracy po przejściu na emeryturę. CDU/CSU proponuje zwolnienie z podatku w wysokości 2000 euro miesięcznie, podczas gdy SPD i Zieloni planują pokrycie składek na ubezpieczenie emerytalne i od bezrobocia dla pracujących emerytów. Liberałowie popierają bardziej elastyczny wiek emerytalny. Oczekiwać można, iż wskaźnik obciążenia demograficznego w Niemczech wzrośnie z 34% do 51% do 2050 r., podczas gdy populacja w wieku produkcyjnym zmniejszy się z 52 mln do 43 mln. Potencjał aktywizacji osób w wieku od 55 do 70 lat szacuje się na 1,36 mln pełnoetatowych miejsc pracy. Zachęty finansowe mają kluczowe znaczenie, ponieważ 33% pracujących emerytów wymienia je jako kluczowy czynnik. Propozycje mogą pobudzić wzrost gospodarczy o 0,06 do 0,2 punktu procentowego rocznie i wygenerować od 2 do 10 mld euro dodatkowych wpływów podatkowych, pomimo potencjalnych strat wynikających z wyższych ulg podatkowych.

Ponadto istnieje powszechna zgoda co do tego, że odbiorcy otrzymujący świadczenie socjalne powinni być zachęcani do większej aktywności na rynku pracy. CDU i FDP koncentrują się na reformie stawek składek emerytalnych i od bezrobocia, zmniejszeniu świadczeń i wprowadzeniu surowszych sankcji. Zieloni również proponują dostosowanie stawek składek obciążających zarobki, podczas gdy SPD nie przedstawiła jeszcze konkretnych reform. Obniżenie stawek składek społecznych – pozwalające odbiorcom na zatrzymanie większej części dochodu – stworzyłoby silniejsze zachęty do pracy. W dłuższej perspektywie może to skutkować wzrostem budżetu o 1 mld euro dzięki wyższym wpływom z podatków i zmniejszonym płatnościom transferowym[1].

Wykres 3: Wpływ propozycji na wzrost gospodarczy, wskaźnik realnego PKB 2022 = 100Wpływ propozycji na wzrost gospodarczy, wskaźnik realnego PKB 2022 = 100

Źródła: programy partyjne, Allianz Research.

Dzisiejsze koszty, jutrzejsze wpływy podatkowe – taki plan nie wystarczy

Propozycje reform w Niemczech mają na celu wprowadzenie zmian strukturalnych i pobudzenie wzrostu gospodarczego. Chociaż istnieje potencjał wyższych dochodów podatkowych, sam wzrost nie wystarczy do pokrycia wydatków. Średnio każde wydane euro może wygenerować 0,8% więcej wzrostu gospodarczego i 0,2% dodatkowych inwestycji. Biorąc jednak pod uwagę wielobiegunowe wyzwania Niemiec, każdy przyszły rząd koalicyjny będzie prawdopodobnie musiał równocześnie nadać priorytet inicjatywom na rzecz wzrostu jak i równoważyć budżet. Ponadto, aby zaradzić niedoborom finansowania, konieczne byłyby opcje przeciwdziałania finansowaniu (np. VAT lub podatki ryczałtowe). Jednak poleganie wyłącznie na wzroście jest nierealistyczne. Bez żadnych dalszych działań, program CDU/CSU musiałby zwiększyć PKB o 616 mld EUR lub +2,9 punktu procentowego dodatkowego wzrostu rocznie, co jest trudnym zadaniem, biorąc pod uwagę prognozowaną stagnację kraju w 2025 r. i potencjalną stopę wzrostu wynoszącą zaledwie +0,23% w ciągu następnej dekady. Obliczenia odnośnie programów SPD i Zielonych ujawniają podobnie nierealistyczne cele wzrostu. W przypadku SPD przekłada się to na impuls gospodarczy w wysokości 388 mld euro lub +1,8 punktu procentowego dodatkowego wzrostu rocznie. Jeśli jednak weźmie się pod uwagę fundusz finansowany długiem, wpływ ten zostanie skutecznie zniweczony. Dla Zielonych wymagany wzrost PKB musiałby wynieść 440 mld EUR lub dodatkowe +2 punkty procentowe rocznego wzrostu, który zmniejszyłby się do +0,2 punktu procentowego w przypadku „Deutschlandfond”. Pomimo zaangażowania w hamulec zadłużenia, lider CDU Friedrich Merz zasygnalizował otwartość na jego reformę pod pewnymi warunkami, zwłaszcza w zakresie inwestycji. Ta zmiana mogłaby zbliżyć CDU/CSU do SPD i Zielonych, którzy popierają modyfikację hamulca zadłużenia w celu finansowania wydatków inwestycyjnych. Jak dotąd, żadna z partii nie przedstawiła przekonującej wizji przyszłego niemieckiego modelu gospodarczego po następnym okresie legislacyjnym.

[1] Wypłaty ze środków publicznych (budżetu), nie związane ze świadczeniem pracy czy usług – emerytury, renty, zasiłki etc.

Kurs dolara traci impet, spadki na Wall Street

Wczorajsza sesja na Wall Street była pod dominacją „sprzedających”. Indeksy lekko oddaliły się od szczytów. To w dużej mierze odzwierciedlenie obaw o wyniki detalisty Wal – Mart. Słabo radziły sobie również europejskie giełdy. To efekt ponownie wygłoszonych grób celny ze strony USA w kierunku Starego Kontynentu. Kurs dolara jak na razie nie ma siły, żeby kontynuować umocnienie. Korekcyjny ruch deprecjacyjny jest kontynuowany.

Dziś uwaga skupi się na wynikach wskaźników PMI. Z danych poznanych o poranku widać lekką poprawę niemieckiego przemysłu oraz zdecydowane osłabienie francuskiego sektora usług. Gorzej one wypadły również dla całej strefy euro. Wspólna waluta zareagowała osłabieniem, ale ruch na parze EURUSD jest umiarkowany, notowania cały czas są w bliskiej relacji z poziomem 1,05. Popołudniu podobne liczby zaprezentują Stany Zjednoczone. Oprócz tego ocenie podlegać będzie rewizja indeksu Uniwersytetu Michigan, który przedstawi kształtowanie się koniunktury konsumenckiej. Nie bez znaczenie będą również ostateczne wyniki oczekiwań inflacyjnych.

W czwartek w Stanach Zjednoczonych trwały rozmowy dotyczące relacji handlowych z Europą, a głównie z Unią Europejską. Przedstawicielem jednej ze stron był komisarz UE ds. handlu Szefczovicz, USA reprezentował H. Lutnick. Konkluzja tego pierwszego zawierała nadzieję, że obydwu gospodarkom uda się uniknąć nakładania wzajemnych taryf celnych. Padły z jego strony propozycje obniżenia ceł (auta, wyroby przemysłowe) oraz jednoczesne wyrównanie bilansu handlowego.

Z polskiej gospodarki otrzymaliśmy paczkę danych. Wynika z niej, że produkcja przemysłowa spadła o 1 proc. Słaby wynik to efekt czynników sezonowych oraz kalendarzowych. Z kolei produkcja budowlano montażowa urosła o 4,3 proc. r/r co mocno kontrastuje ze słabym grudniowym wynikiem (-8 proc. r/r). Dobry rezultat z pewnością poprawił tzw. efekt bazy. Hamuje natomiast wzrost wynagrodzeń w Polsce (9,2 proc.). Istnieje również niskie prawdopodobieństwo, że w kolejnych miesiącach dynamika osiągnie ponownie dwucyfrowe wartości. Wynagrodzenia będą jednak rosły cały czas szybciej od cen konsumpcyjnych. Inflacja producencka z kolei wskazała na proces deflacyjny (PPI – 0,9 proc. r.r). Spadek cen okazał się wyższy od założeń rynkowych.

Łukasz Zembik, Oanda TMS Brokers