Początek 2025 roku na rynku nieruchomości – powrót do przeciętności

GUS-owskie statystyki budownictwa mieszkaniowego w styczniu zazwyczaj sygnalizują mniejsze lub większe osłabienie aktywności inwestycyjnej. Zgodnie z tą regułą w roku bieżącym wyraźne załamanie wolumenu wystąpiło w przypadku mieszkań oddanych do użytkowania i nowych pozwoleń na budowę. Z kolei, jak zauważają eksperci portalu RynekPierwotny.pl, w kategorii mieszkań rozpoczętych GUS zakomunikował widoczne odreagowanie tąpnięcia danych z dwóch ostatnich miesięcy ub. roku.

Styczeń pod znakiem powrotu do przeciętności

Początek bieżącego roku pomimo dość dużej zmienności statystyk w relacji miesiąc do miesiąca nie przyniósł przełomu w dość wyraźnie utrwalonej w minionych miesiącach koniunkturze danych budownictwa mieszkaniowego. Jak wskazują eksperci portalu RynekPierwotny.pl raczej zasygnalizował perspektywę ich utrzymania w przewidywalnej przyszłości na przeciętnych poziomach, do których styczniowe statystyki wyraźnie się przybliżyły. Nawet dość silnie korekcyjny charakter danych nowych pozwoleń na budowę i mieszkań oddanych nie powinien niepokoić, będąc ruchem w kierunku długoterminowej średniej.Tab.1 - Statystyki GUS inwestycji mieszkaniowych w Polsce

Najlepszym tego przykładem są lokale oddane do użytkowania, które choć nie mają fundamentalnego znaczenia dla oceny stanu bieżącej koniunktury, to są ważnym elementem kondycji rynku mieszkaniowego. Osiągnięty w tej kategorii danych styczniowy wynik na poziomie 15,5 tys. ogółem jest dość dokładnym odwzorowaniem średnich wyników z całego 2024 roku. Trudno więc w zdecydowanie negatywny sposób interpretować blisko 27-proc. spadek w relacji mdm przy 4-proc. wzroście w relacji rdr.

Taki rezultat statystyk mieszkań oddanych jest w głównej mierze zasługą deweloperów, których wynik styczniowy na poziomie zaledwie 9,4 tys. lokali, o jedną trzecią słabszy niż w grudniu ub. roku, jest bliski rekordowo niskim statystykom z ostatnich lat. Wygląda na to, że deweloperzy w końcówce ubiegłego roku mocno przyśpieszyli prace nad oddawaniem lokali do użytkowania, co w pierwszych miesiącach tego roku może spowodować pewne hamowanie dynamiki przedmiotowych danych.

Mieszkania rozpoczęte z odreagowaniem ostatnich spadków

W przypadku budownictwa mieszkaniowego, niezależnie od stanu koniunktury rynkowej, dość mocno utrwaloną od lat tradycją było widoczne hamowanie aktywności inwestycyjnej w pierwszych tygodniach każdego roku. W efekcie miesiąc styczeń bywa od lat regularnie i niezawodnie najsłabszym miesiącem w mieszkaniówce pod względem statystyk nowo rozpoczynanych budów. Ich wolumen w pierwszym miesiącu roku jest zazwyczaj znacząco niższy od średniej całorocznej, wyznaczając tym samym dołek, od którego w kolejnych okresach następuje odbicie.

Tymczasem w tegorocznym styczniu rozpoczęto ogółem budowę 17,2 tys. mieszkań, co jest wynikiem lepszym licząc rok do roku o blisko jedną dziesiątą, natomiast w relacji miesiąc do miesiąca aż o 37 proc.

Z kolei sami deweloperzy ruszyli z budową 12,6 tys. lokali, co w stosunku do stycznia 2024 r. oznacza kilkuprocentowy wzrost, natomiast do poprzedzającego grudnia poprawa danych przekroczyła wyraźnie poziom 50 proc. Niestety, jak wskazują eksperci portalu RynekPierwotny.pl tej skali progres nie oznacza nic poza powrotem aktywności inwestycyjnej do dość przeciętnych poziomów, będąc wynikiem rekordowo niskiej bazy z końcówki ub. roku, kiedy to ta kategoria danych uległa silnemu tąpnięciu. Jednak sam fakt utrzymania poziomu rozpoczynanych inwestycji deweloperskich w styczniu na względnie zadowalającym poziomie w okolicach średniej z ostatnich miesięcy, należy uznać za umiarkowanie optymistyczny prognostyk w perspektywie tego roku.

Nowe pozwolenia ze spadkowym odreagowaniem

Z kolei w przypadku statystyk nowych pozwoleń na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym, styczeń zaowocował dość mocno spadkowym rozstrzygnięciem. GUS doliczył się ich ogółem w ubiegłym miesiącu 19,6 tys., czyli o ponad 15 proc. mniej w stosunku do grudnia 2024 r. i niespełna 5 proc. poniżej wyniku rok do roku.

Jak wiadomo statystyki nowych pozwoleń na budowę wciąż pozostają relatywnie wiarygodnym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów. Warto więc odnotować ich wynik styczniowy na poziomie nieco ponad 13 tys. jednostek, słabszy zarówno względem grudnia jak i stycznia ub. roku odpowiednio o 23 i 10 proc.

Tego typu sytuacja wygląda na korektę przedmiotowych danych, które cały ubiegły rok wykazywały ponadprzeciętne wartości, będące najprawdopodobniej efektem ubiegłorocznej dość radykalnej zmiany warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie. Trudno więc styczniowy spadek deweloperskich pozwoleń na budowę interpretować inaczej, niż jako oczekiwany powrót do normalności, czyli przeciętnych wartości z ostatnich dwóch lat.

Koniunktura inwestycyjna rynku pierwotnego w najbliższych miesiącach będzie dość mocno determinowana przez ostateczne decyzje rządowe dotyczące nowego programu dopłat do kredytów mieszkaniowych, a także sytuacją geopolityczną i perspektywą zakończenia wojny w Ukrainie.

Nieoczekiwanie lokale deweloperskie mają zostać wykluczone z nowego programu subsydiowania kredytów mieszkaniowych, co przy utrzymującej się nadpodaży nowych lokali może wpłynąć na osłabienie dynamiki nowych budów w kolejnych miesiącach. Z kolei ewentualne zakończenie wojny za naszą wschodnią granicą może wywołać pewne perturbacje na krajowym rynku budowlanym. W sumie perspektywy inwestycyjnego segmentu rodzimej mieszkaniówki w kolejnych miesiącach br. wydają się stać pod dość dużym znakiem zapytania.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Kolejny europejski kraj skraca czas pracy, o polskim projekcie na razie brak nowych informacji

Hiszpański rząd przyjął projekt ustawy o skróceniu tygodniowego czasu pracy, który może wejść w życie już w przyszłym roku. Polska również rozważa podobne rozwiązanie, biorąc pod uwagę dwa modele: 4 dni pracy po 8 godzin lub 5 dni pracy po 7 godzin. Aż 68 proc. Polaków preferuje pierwszą opcję. Skrócenie czasu pracy mogłoby pomóc rozwiązać problem wypalenia zawodowego, który w mniejszym lub większym stopniu dotyka już 78,3 proc. z nas. Kluczem do zachowania lub nawet zwiększenia efektywności pracy mimo skrócenia jej czasu są nowe technologie, w tym sztuczna inteligencja, która jednak nie budzi zaufania Polaków. 

Hiszpański rząd przyjął projekt ustawy o skróceniu tygodniowego wymiaru czasu pracy z 38,5 do 37,5 godziny. Jeśli uda się przegłosować go w parlamencie, to prawdopodobnie będzie mógł wejść w życie w przyszłym roku. W ostatnich latach coraz więcej krajów decyduje się na podobny krok – np. we Francji tygodniowy wymiar pracy w pełnym wymiarze wynosi 35 godzin, w Danii 37, a w Belgii 38.

Polskie Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej mniej więcej rok temu poinformowało, że również pracuje nad projektem skrócenia czasu pracy, który miałby wejść w życie jeszcze w kadencji obecnego rządu. Resort bierze pod uwagę dwie możliwości – 4 dni pracy po 8 godzin lub 5 dni pracy po 7 godzin. Jak wynika z badania polskiej platformy webinarowej ClickMeeting, 68 proc. Polaków wolałoby tę pierwszą opcję, a wśród osób w wieku od 18 do 27 lat, czyli w pokoleniu, które będzie kształtować przyszły rynek pracy, odsetek ten wzrasta do 71 proc.

Prawie 80 proc. Polaków odczuwa symptomy wypalenia zawodowego

Według dostępnych danych odsetek aktywnych zawodowo Polaków dostrzegających u siebie co najmniej jeden z symptomów wypalenia zawodowego wzrósł o 13 p.p. w zaledwie trzy lata i wynosi już 78,3 proc. Najczęściej wskazywanym objawem jest poczucie zmęczenia lub wyczerpania i braku energii (43,4 proc. badanych), drugi w kolejności jest brak satysfakcji z pracy i motywacji do działania (25,2 proc.). Aktualne badania wskazują, że skrócenie godzin pracy pozytywnie wpływa na zdrowie psychiczne i fizyczne oraz podnosi poziom satysfakcji z wykonywanych obowiązków. Korzystają na tym również firmy, które odnotowują poprawę retencji zatrudnienia czy zmniejszenie kosztów i problemów wynikających z przebywania pracowników na zwolnieniach lekarskich.

43 proc. pracowników wierzy, że 4-dniowy tydzień pracy zwiększy efektywność

Polscy przedsiębiorcy są jednak sceptyczni wobec możliwości skrócenia czasu pracy – 51 proc. uważa, że w ich branży wprowadzenie takiego rozwiązania jest niemożliwe. Obawy pracodawców budzą spodziewane problemy z organizacją pracy oraz spadek wydajności pracowników, którzy nie będą w stanie wykonać tych samych zadań w krótszym czasie.

Jednak dotychczasowe wyniki pilotażowych programów skrócenia czasu pracy z różnych krajów i firm wykazały, że wydajność wcale nie spadła. W badaniu ClickMeeting 29 proc. ankietowanych wyraziło przekonanie, że wprowadzenie 4-dniowego tygodnia pracy nie wpłynęłoby na ich efektywność, a 43 proc. jest zdania, że nawet by ją zwiększyło. Najbardziej są o tym przekonani młodsi badani. Wśród ankietowanych w wieku od 18 do 27 lat 54 proc. uważa, że 4-dniowy model pracy spowodowałby zwiększenie efektywności, a 19 proc., że pozostałaby ona bez zmian. Wśród osób w wieku od 28 do 44 lat odsetki te wynoszą odpowiednio 45 proc. i 27 proc., w grupie od 45 do 59 lat – 35 proc. i 34 proc., a wśród najstarszych badanych, w wieku powyżej 60 lat – 30 proc. i 38 proc.

Nowa strategia przemysłowa Unii Europejskiej – ekologia i konkurencyjność to dwie strony tej samej monety

Zielony przemysł jest jednocześnie bardziej konkurencyjny w skali globalnej – zarzucenie zmian w tym kierunku da tylko chwilowe korzyści. Nowe technologie są niezbędne nie tylko w ograniczeniu śladu węglowego, ale także w powrotowi do konkurencyjności produkcji w Europie – a tym samym zachowaniu jej, co daje strategicznie ważną niezależność i społecznie istotne zatrudnienie.

  • Europa nie może zrezygnować z kluczowych gałęzi przemysłu, które są jednocześnie największymi emitentami CO2, jak i konsumentami energii (mowa o produkcji: aluminium, amoniaku, stali i cementu). Odegrają one kluczową rolę w transformacji Europy – ku zielonemu, i bardziej konkurencyjnemu przemysłowi.
  • Dekarbonizacja i globalna konkurencyjność to dwie strony tego samego medalu: Europa może, a nawet musi osiągnąć te dwa cele łącznie. Tania energia i produkcja wiążą się z nowymi technologiami – w dotychczasowych, „brudnych” nasz kontynent i tak nie wygra z Chinami (szerzej – Azją), USA czy z Rosją
  • Aluminium: rezygnacja z produkcji „opalanej” węglem: europejski przemysł aluminiowy może wdrożyć redukcję śladu węglowego, która będzie jednocześnie opłacalna i dzięki temu utrzyma globalną konkurencyjność naszego kontynentu, a nawet wyprzedzi on w tym względzie inne regiony
  • Amoniak: od szarego do zielonego: niezbędny w zapewnieniu samodzielności europejskiego rolnictwa (70% amoniaku wykorzystywane jest w nawozach), ale też nowych technologii redukcji zanieczyszczeń w transporcie i w innych sektorach przemysłowych. Dzięki postawieniu w jego produkcji na zielony wodór UE może zbliżyć się konkurencyjnie do innych rynków (chociaż niekoniecznie wygra z powodu warunków naturalnych – np. ilości energii słonecznej w porównaniu z Am. Południową)
  • Stal: ponowne użycie, recykling – jest niezbędna i nie do zastąpienia (m.in. 52% jej produkcji wykorzystuje się w budownictwie i infrastrukturze); produkcja stali na bazie złomu przy użyciu technologii elektrycznego pieca łukowego (EAF) jest najbardziej opłacalnym rozwiązaniem, z globalnym kosztem na poziomie 440 USD za tonę i 439 USD za tonę w Europie, co czyni region konkurencyjnym
  • Cement i beton: ograniczenie popiołów i żużli może znacznie zmniejszyć emisje, jednocześnie obniżając koszty operacyjne o 2,50-11 USD na tonę cementu

Cztery gałęzie przemysłu, których wkład (w gospodarkę) trudno byłoby ograniczyć i z niego zrezygnować (aluminium, amoniak, stal i cement) w opinii Allianz Trade odegrają kluczową rolę w zielonej transformacji Europy. Po pierwsze, są one głównymi konsumentami energii i emitentami dwutlenku węgla. Podczas gdy sektor przemysłowy jako całość odpowiadał za 25% końcowego zużycia energii w UE-27 w 2023 r. i 19% emisji gazów cieplarnianych (GHG), same te cztery branże odpowiadają za 7,7% zużycia energii i 9,7% emisji. Po drugie, są one dostawcami niezbędnych surowców dla ekologicznych gałęzi przemysłu, takich jak panele słoneczne i turbiny wiatrowe. Dlatego też ich dekarbonizacja ma kluczowe znaczenie nie tylko dla osiągnięcia celów klimatycznych UE, ale także dla zapewnienia strategicznej niezależności. UE nie może sobie pozwolić na utratę tej bazy przemysłowej.

Allianz Trade uważa, że dekarbonizacja i globalna konkurencyjność to dwie strony tego samego medalu. UE może osiągnąć oba cele jednocześnie, nawet w branżach których produkcję trudno ograniczyć (ze względu na ich kluczową rolę), jeśli spełnione zostaną dwa warunki: niezawodny i wydajny system energetyczny oparty na odnawialnych źródłach energii oraz funkcjonujący Mechanizm Transgranicznego Dostosowania Emisji CO2. Pierwszy z nich jest niezbędny do zaspokojenia zapotrzebowania na energię w tych branżach przy zerowej emisji, a drugi do zabezpieczenia miliardowych inwestycji potrzebnych podczas transformacji.

Aluminium: Rezygnacja z produkcji „opalanej” węglem. Aluminium jest najczęściej stosowanym metalem nieżelaznym i ma kluczowe znaczenie dla zrównoważonych gałęzi przemysłu, takich jak transport, budownictwo i energia odnawialna. Jego lekkość i możliwość recyklingu sprawiają, że jest niezbędne w pojazdach elektrycznych, panelach słonecznych i turbinach wiatrowych. Przewidujemy, że do 2030 r. popyt na nie znacznie wzrośnie, przy czym największy wzrost odnotuje transport (+60%) i sprzęt elektryczny (+50%). Produkcja aluminium pozostaje jednak wysoce energochłonna, odpowiadając za 2% globalnej emisji gazów cieplarnianych. Najbardziej krytycznym etapem zmniejszenia w nim emisji związków węgla jest przejście na ekologiczną energię elektryczną, ponieważ 65% emisji aluminium pochodzi z energii opartej na paliwach kopalnych. Inną ważną strategią jest wdrażanie technologii o niemal zerowej emisji, takich jak zastąpienie anod węglowych anodami obojętnymi, które eliminują emisje procesowe i zmniejszają koszty operacyjne o 10% w czasie. Łącząc te dwie strategie, europejski przemysł aluminiowy może wdrożyć dekarbonizację, która będzie jednocześnie opłacalna i dzięki temu utrzymać globalną konkurencyjność. Koszty na poziomie około 2500 USD za tonę byłyby niższe niż na wielu innych rynkach, takich jak Kanada, Ameryka Południowa i Rosja, choć niekoniecznie w porównaniu z USA i Chinami.

Amoniak: Od szarego do zielonego. Produkcja amoniaku ma kluczowe znaczenie dla globalnego rolnictwa, ponieważ 70% jego produkcji wykorzystuje się w nawozach. Produkcja amoniaku jest jednak drugim najbardziej wysokoemisyjnym procesem wśród gałęzi przemysłu, z których trudno zrezygnować, generując 1% emisji gazów cieplarnianych w UE-27. Ponieważ produkcja wodoru jest najbardziej wysokoemisyjnym etapem, zielony wodór, zasilany zmiennymi odnawialnymi źródłami energii (VRES), ma kluczowe znaczenie dla produkcji zielonego amoniaku. Jest to również najbardziej opłacalny sposób, z wyrównanym kosztem 370 USD za tonę (globalnie). Jednak Europa pozostanie w niekorzystnej sytuacji kosztowej, z przewidywanymi kosztami produkcji na poziomie 412 USD za tonę w porównaniu do USA i Chin, które mają niższe koszty na poziomie 343 USD i 403 USD za tonę, podczas gdy Brazylia jest najbardziej konkurencyjna na poziomie 292 USD za tonę, korzystając z obfitości odnawialnych źródeł energii i magazynowania wodoru offshore (na morzu).

Stal: Ponowne użycie, recykling. Stal jest również niezbędna i nie do zastąpienia, ponieważ 52% z niej wykorzystuje się w budownictwie i infrastrukturze, 16% w sprzęcie mechanicznym i 12% w sektorze motoryzacyjnym. Produkcja stali jest jednak jednym z najbardziej wysokoemisyjnych procesów przemysłowych, przyczyniając się do 7% emisji gazów cieplarnianych. Promując obieg zamknięty, tj. produkcję stali na bazie złomu i zmniejszając ogólne zużycie stali, można zminimalizować zależność od zasobów, takich jak ruda żelaza i energia. Postęp technologiczny ma również kluczowe znaczenie dla zmniejszenia jej śladu węglowego. Przykładowo, Bio-based Pulverized Coal Injection (BIO-PCI) wykorzystuje bio-węgiel w celu zmniejszenia intensywności emisji dwutlenku węgla w wielkich piecach, podczas gdy bio-metan z odpadów organicznych może zastąpić gaz ziemny w produkcji bezpośrednio redukowanego żelaza (DRI). Zielony wodór ma największy potencjał transformacyjny, umożliwiając produkcję stali o niemal zerowej emisji dwutlenku węgla poprzez zastąpienie węgla jako czynnika redukującego. Na chwilę obecną produkcja stali na bazie złomu przy użyciu technologii elektrycznego pieca łukowego (EAF) jest najbardziej opłacalnym rozwiązaniem, z globalnym kosztem na poziomie 440 USD za tonę i 439 USD za tonę w Europie, co czyni region konkurencyjnym.

Cement i beton: Ograniczenie emisji popiołów i żużli. Produkcja cementu i betonu odpowiada za kolejne 7% globalnej emisji CO2, co sprawia, że dekarbonizacja jest kluczowym wyzwaniem. Emisje w sektorze wynikają głównie z produkcji żużlu i innych kamiennych pozostałości spalania, odpowiedzialnego za 88% emisji w całym sektorze, przy czym największy udział (53% całości) przypisuje się procesowi kalcynacji wapienia. Aby zmniejszyć ślad węglowy sektora cementowego, niezbędne jest połączenie strategii: zastąpienie kamiennych pozostałości spalania (jak żużle i popioły) dodatkowymi materiałami cementowymi (SCM), co może znacznie zmniejszyć emisje, jednocześnie obniżając koszty operacyjne o 2,50-11 USD na tonę cementu. Zamiana dotychczas używanych paliw na te pochodzące z odpadów (np. biometan) zapewnia opłacalne alternatywne źródło energii, podczas gdy wodór i elektryfikacja procesu ogrzewania oferują obiecujące długoterminowe redukcje emisji. Jednak nawet przy zastosowaniu tych środków, nie pozbędziemy się całości emisji i spora jej część pozostanie, co sprawia, że wychwytywanie, utylizacja i składowanie dwutlenku węgla (CCUS) jest kluczową technologią mogącą zmniejszyć o 35% emisję pochodnych węgla przez sektor.

Finansowanie inwestycji w ekologię i konkurencyjność

Spośród czterech wspomnianych kluczowych, niezastępowalnych sektorów, to produkcja stal i amoniaku ma największe luki w dostępie do finansowaniu (na rzecz ekologicznych inwestycji). W ciągu ostatnich pięciu lat nakłady inwestycyjne rosły w średnim rocznym tempie zaledwie +3% globalnie, co jest nie wystarczające do dekarbonizacji trzech ze wspomnianych czterech sektorów. Przemysł stalowy i amoniakalny musiałyby zainwestować odpowiednio 2 191 mld USD i 1 205 mld USD, aby osiągnąć swoje ekologiczne cele. Aby je spełnić, nakłady inwestycyjne muszą rosnąć odpowiednio o +8% i +11% rocznie do 2050 roku.

Dla przeciwwagi: luka w finansowaniu (niezbędnych inwestycji) w przemyśle aluminiowym jest mniejsza (317 mld USD), a (aktualny) poziom inwestycji w sektorze cementowym byłby wystarczający, aby firmy były na dobrej drodze do samodzielnego osiągnięcia celu ograniczenia śladu węglowego (i jak wspomnieliśmy – ograniczenia jednocześnie swoich kosztów), oczywiście przy założeniu, że całe nakłady inwestycyjne sektora zostaną skierowane na wysiłki z tym związane, co jeszcze nie jest powszechne. To ukazuje, dlaczego działania rządów mają tak kluczowe znaczenie. Współpraca publiczno-prywatna jest niezbędna, aby przyspieszyć zmiany i pomóc tym branżom osiągnąć cel UE na 2050 rok, stając się jednocześnie bardziej konkurencyjnymi globalnie. Rządy powinny zapewnić dotacje, zachęty podatkowe i ramy polityczne, aby zmniejszyć obciążenie finansowe transformujących się firm. Bez zwiększenia już teraz ich inwestycji, droga do zerowej emisji netto i jednocześnie do konkurencyjności stanie się jeszcze trudniejsza i bardziej kosztowna w przyszłości.

Przemysł – waga ciężka. Trochę danych

Allianz Trade zwraca uwagę, że w Unii Europejskiej sektor przemysłowy pozostaje główną siłą napędową zużycia energii, odpowiadając za 25% końcowego zużycia energii w UE-27 w 2023 r., jak pokazano na wykresie 1. To znaczące zużycie energii jest ściśle powiązane z wysokimi emisjami dwutlenku węgla, w szczególności z procesów „trudnych do zlikwidowania”, które w dużym stopniu opierają się na paliwach kopalnych. Przykładowo, sam sektor produkcyjny przyczynił się do emisji 486,6 mln ton CO2, co czyni go czwartym co do wielkości źródłem emisji w UE-27 (14%, patrz wykres 2). Kolejne miejsca zajmują transport (31%), wytwarzanie energii (21%) i rolnictwo (15%). Liczby te podkreślają pilną potrzebę podjęcia ukierunkowanych działań w sektorze przemysłowym. Dekarbonizacja przemysłu wymaga wieloaspektowego podejścia. Obecne wysiłki koncentrują się na poprawie efektywności energetycznej, zwiększeniu wykorzystania energii odnawialnej i rozwoju innowacyjnych rozwiązań, takich jak procesy oparte na wodorze i elektryfikacja. Technologie te oferują możliwości znacznego ograniczenia emisji z działalności przemysłowej. Wyzwanie wykracza jednak poza redukcję emisji. Wiąże się ono również z zapewnieniem konkurencyjności europejskiego przemysłu w globalnej gospodarce, która w coraz większym stopniu opiera się na priorytetach niskoemisyjnych.

Wykres 1: Końcowe zużycie energii według sektorów w UE-27, 2023 r.

Końcowe zużycie energii według sektorów w UE-27

Źródła: Eurostat, Allianz Research

Wykres 2: Emisje CO2 według sektorów w UE-27, 2024 rEmisje CO2 według sektorów w UE-27, 2024

Źródła: Climate Trace, Allianz Research

Znaczne zapotrzebowanie na energię w sektorze przemysłowym w UE-27 jest ściśle powiązane z rodzajami wykorzystywanych źródeł energii, jak pokazano na wykresie 3. Dominującym źródłem energii jest energia elektryczna, której zużycie w 2023 r. wyniesie 2 945 PJ. Podkreśla to jej kluczową rolę w napędzaniu maszyn i procesów przemysłowych, w tym operacji w produkcji , automatyzacji i zaawansowanych technologiach. Oczekuje się, że w miarę jak branże będą wdrażać coraz bardziej zelektryfikowane procesy, energia elektryczna utrzyma swoją wiodącą pozycję, zwłaszcza przy przewidywanym przejściu na wytwarzanie energii ze źródeł odnawialnych.

Wykres 3: Końcowe zużycie energii w przemyśle UE-27 według źródła na rok 2023, PJKońcowe zużycie energii w przemyśle UE-27 według źródła na rok 2023

Źródła: Eurostat, Allianz Research

Gaz ziemny plasuje się tuż za nim, dostarczając 2 832 PJ, co odzwierciedla jego ugruntowaną pozycję w branżach zależnych od wysokotemperaturowych procesów termicznych, takich jak produkcja amoniaku. Jednak duże uzależnienie od gazu ziemnego stwarza poważne zagrożenia, szczególnie ze względu na wahania cen, co zaobserwowano po wojnie rosyjsko-ukraińskiej. Co więcej, pomimo niższej intensywności emisji dwutlenku węgla w porównaniu z węglem i ropą naftową, gaz ziemny pozostaje paliwem kopalnym, co sprawia, że jego zastąpienie czystszymi alternatywami jest priorytetem dla osiągnięcia celów klimatycznych. Przy 1017 PJ, ropa naftowa i produkty ropopochodne nadal odgrywają znaczącą rolę, szczególnie w branżach wymagających paliw płynnych, takich jak transport. Jednak rosnące wykorzystanie odnawialnych źródeł energii i biopaliw, które łącznie osiągnęły 1011 PJ, oznacza postęp w zmniejszaniu zależności od tradycyjnych paliw kopalnych. Te odnawialne źródła energii są coraz częściej włączane do przemysłowych systemów energetycznych, umożliwiając przejście na bardziej zrównoważone działania. Ten podział źródeł energii podkreśla podwójne wyzwanie stojące przed UE-27: zmniejszenie zależności od paliw kopalnych przy jednoczesnym zapewnieniu niezawodnych i skalowalnych dostaw czystej energii dla procesów przemysłowych. W połączeniu z wzorcami konsumpcji widocznymi na wykresie 3, staje się jasne, że dekarbonizacja wymaga wieloaspektowej strategii. Obejmuje ona przyspieszenie wdrażania elektryfikacji, zwiększenie wykorzystania odnawialnych źródeł energii oraz wspieranie innowacji w zakresie magazynowania energii i technologii wodorowych.

Wykres 4 przedstawia bliższe spojrzenie na energochłonność i intensywność emisji dwutlenku węgla w czterech trudnych do dekarbonizacji, ale też kluczowych branżach przemysłowych: aluminium, amoniaku, stali i cementu. Branże te charakteryzują się wysoką energochłonnością, znacznymi emisjami dwutlenku węgla i głęboką integracją z globalnym łańcuchem dostaw, co sprawia, że zmniejszenie ich śladu węglowego (przy jednoczesnym zachowaniu a nawet zwiększeniu konkurencyjności) jest kluczowym elementem osiągnięcia celów klimatycznych. Sektor aluminium wyróżnia się najwyższą energochłonnością, przekraczającą 70 GJ na tonę produkcji. Wynika to w dużej mierze z energochłonnego procesu elektrolizy stosowanego w wytopie aluminium, który w dużym stopniu opiera się na energii elektrycznej. Oprócz znacznego zapotrzebowania na energię, produkcja aluminium wykazuje wysoką intensywność emisji (16 tCO2 na tonę aluminium), co odzwierciedla ciągłą zależność od energii opartej na paliwach kopalnych w wielu regionach, tj. produkcję aluminium opartą na węglu w Chinach. Przejście na odnawialną energię elektryczną i badanie innowacyjnych metod, takich jak technologia anod obojętnych, ma zasadnicze znaczenie dla zmniejszenia śladu węglowego sektora. Produkcja amoniaku, kluczowa dla nawozów (70% amoniaku), charakteryzuje się energochłonnością powyżej 40 GJ na tonę. Intensywność emisji jest również znacząca, głównie ze względu na wykorzystanie gazu ziemnego zarówno jako surowca, jak i źródła energii w procesie Haber-Bosch, co prowadzi do wytworzenia 2,4 tony CO2 na tonę produkcji. Przyjęcie zielonego wodoru jako surowca stanowi obiecującą drogę do dekarbonizacji tego sektora. Przemysł stalowy, o energochłonności około 20 GJ na tonę surowej stali, pozostaje znaczącym emitentem ze względu na zależność od wielkich pieców węglowych. Przejście na procesy bezpośredniej redukcji żelaza (DRI) zasilane wodorem i stalą wtórną opartą na złomie jest kluczem do obniżenia zarówno zużycia energii, jak i intensywności emisji. Sektor cementowy, choć wykazuje stosunkowo niską energochłonność w porównaniu z pozostałymi trzema (około 3 GJ na tonę produkcji), nadal przyczynia się do znacznych emisji ze względu na proces kalcynacji i spalanie paliw. Innowacyjne rozwiązania, takie jak wychwytywanie i składowanie dwutlenku węgla (CCS) oraz alternatywne materiały (zamiast popiołów i żużli), będą miały kluczowe znaczenie dla jego dekarbonizacji.

Wykres 4: Intensywność zużycia energii i emisji dwutlenku węgla w sektorach trudnych do zlikwidowaniaIntensywność zużycia energii i emisji dwutlenku węgla w sektorach trudnych do zlikwidowania

Źródła: IEA, Allianz Research

Tomasz Starus, prezes Zarządu Allianz Trade w Polsce
Tomasz Starus, prezes Zarządu Allianz Trade w Polsce

W opinii Tomasza Starusa, prezesa Zarządu Allianz Trade w Polsce: „Wysokie ceny energii (i spadające zapasy gazu) oraz wyborczy rok w Europie sprzyjają radykalizacji nastrojów i haseł, nie dziwi więc presja na odejście lub zawieszenie celów ekologicznych, jakie wyznaczyła sobie Unia Europejska. Może to być zrozumiałe w odniesieniu do kosztów, jakie ponoszą konsumenci. Tymczasem firmy – przemysł wyboru nie mają! Nowe technologie, jakich wymaga redukcja zanieczyszczeń pozwalają jednocześnie na tyle obniżyć koszty, aby nawiązać równą walkę konkurencyjną lub ją wygrać (!) z innymi regionami, mającymi źródła tańszej energii czy surowców (USA, Chiny). Europejski przemysł nie wygra w globalnej konkurencji przy starych, brudnych technologiach – zawsze będą regiony na świecie robiące to bardziej bezkompromisowo i mające tańsze surowce naturalne. Chcąc zachować konkurencyjność, a nawet generalnie – strategiczną niezależność europejskich kluczowych branż przemysłowych oraz utrzymać miejsca pracy postawić trzeba na szybkie unowocześnienie ich procesów produkcyjnych, co podpowiada zdrowy rozsadek i potwierdzają także analizy, w tym omawiana autorstwa Działu Badań Ekonomicznych Allianz Trade”.

FED trzyma kurs. Płace w Polsce nadal rosną, ale zatrudnienie spada

Kolejny już miesiąc z rzędu mamy sytuację w Polsce, kiedy płace rosną szybciej niż ceny. Odrabiamy więc, jako społeczeństwo, straty wysokiej inflacji sprzed dwóch lat. W tle zapiski z posiedzeń FED umacniają dolara, a Nowa Zelandia obniża stopy procentowe.

Płace nadal rosną

Poznaliśmy dzisiaj dane na temat wzrostu wynagrodzeń. Średnia płaca w styczniu wyniosła 8482,47 zł brutto. Mowa o segmencie przedsiębiorstw zatrudniających ponad 9 pracowników. Z jednej strony to spadek o 340 zł od grudnia, co mogłoby niepokoić. Warto jednak pamiętać, że grudzień ma swoją specyfikę. Premie w tym miesiącu zaburzają w górę wynik. Jeżeli spojrzymy na porównanie stycznia 2025 do stycznia 2024 – mamy 9,2% wzrostu. Rynek oczekiwał 9,3%, jest to zatem realnie wynik niemal dokładnie zgodny z oczekiwaniami. Mamy zatem niemal 4 punkty procentowe więcej wzrostu płac niż wzrostu cen (dla przypomnienia inflacja konsumencka wyskoczyła do 5,3% w ujęciu rocznym). Jest to zatem korzystna sytuacja, kiedy średnie płace rosną nawet po uwzględnieniu inflacji. Pewnym ostrzeżeniem jest natomiast zatrudnienie. W ciągu roku był to spadek o 0,9%. Część obserwatorów wskazuje, że pracę tracą osoby z najniższymi kwalifikacjami, co może częściowo wpływać na tak wysoki wzrost średniej płacy. Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to decydujący wpływ.

Stenogramy z posiedzeń FED

Wczoraj opublikowano zapiski z rozmów ze spotkania Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. Jest to część FED odpowiedzialna za decyzję w sprawie polityki monetarnej. Widzimy tam obraz oczekiwania stóp procentowych na obecnym poziomie. Powodem jest utrzymująca się lekko podwyższona inflacja i wpływ, który na gospodarkę mogą mieć cła importowe w USA. Rynek wciąż nie jest pewny, czy ma w tym roku dojść do jednej, czy dwóch obniżek stóp procentowych. Patrząc na notowania kontraktów terminowych, szanse na obydwa te scenariusze są mniej więcej równe. Zapiski z posiedzenia spowodowały lekkie umocnienie dolara względem euro.

Nowa Zelandia tnie stopy

Wczoraj poznaliśmy decyzję Królewskiego Banku Nowej Zelandii o obniżeniu głównej stopy procentowej o 0,5%. W rezultacie wynosi ona teraz 3,75%. To właśnie taka decyzja była przewidywana przez wielu analityków. Z jednej strony wspierały ją dane. Dla przypomnienia w trzecim i czwartym kwartale inflacja wynosiła zaledwie 2,2%. Z drugiej strony szef tamtejszego banku centralnego – Pan Adrian Orr – komunikuje się w bardzo transparentny sposób z rynkiem. Po samej decyzji na konferencji zapowiedział jeszcze dwie redukcje stóp procentowych w tym półroczu. Obie po 0,25% w kwietniu i maju. Zwrócił oczywiście uwagę na negatywny wpływ amerykańskiej wojny celnej, który może spowolnić globalny wzrost gospodarczy. W kwestii cen pojawiło się zastrzeżenie, że osłabiający się dolar nowozelandzki może spowodować tymczasowe podniesienie wskaźnika inflacji.

Maciej Przygórzewskigłówny analityk w InternetowyKantor.pl

Kraków i Poznań liderami styczniowego ożywienia na rynku nieruchomości

Początek 2025 r. przyniósł wyraźne ożywienie po grudniowym zastoju na rynkach mieszkaniowych największych metropolii. Wygląda na to, że wśród potencjalnych nabywców nowych mieszkań powoli dojrzewa przekonanie, że dalsze odkładanie decyzji zakupowej przestaje mieć sens.

W styczniu deweloperzy sprzedali więcej nowych mieszkań niż w grudniu. Jednak jest jeszcze za wcześnie, by stwierdzić, że popyt na nie jest już na fali wznoszącej – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl wynika, że w styczniu deweloperzy działający w siedmiu największych metropoliach znaleźli chętnych na łącznie ok. 3,8 tys. mieszkań, czyli aż o 37% więcej niż w grudniu. Ten wynik wygląda znacznie mniej imponująco – tylko 5% na plusie – na tle średniej miesięcznej sprzedaży z trzech ostatnich miesięcy ubiegłego roku, która wyniosła nieco ponad 3,6 tys. lokali. W całym 2024 r. deweloperzy sprzedawali ich średnio w ciągu miesiąca przeszło 4,1 tys.  W tym porównaniu styczniowa sprzedaż jest więc na 8% minusie.

Należy zwrócić  jednak uwagę na lokalne różnice. Np. o ożywieniu popytu na nowe mieszkania można na razie mówić tylko w przypadku Krakowa i Poznania. Z lekkim optymizmem mogą patrzyć w przyszłość również deweloperzy w Trójmieście i w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii, bo i tam styczniowa sprzedaż była wyraźnie wyższa od średniej miesięcznej z czwartego kwartału 2024 r. Natomiast w Warszawie i Wrocławiu mamy do czynienia ze stagnacją, zaś w biurach sprzedaży wielu łódzkich firm deweloperskich najpewniej włączył się dzwonek alarmowy.

– Rynek łódzki jest w bardzo dużym stopniu uzależniony od dostępności kredytów, a ta poprawiała się do tej pory głównie na papierze. Pamiętajmy, że zdolność kredytową potencjalnych nabywców mieszkań mocno ograniczają rosnące koszty życia. Według GUS, np. ceny energii elektrycznej były w grudniu aż o 21% wyższe niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Za wodę płaciliśmy o ponad 13% więcej, a nie każdy może liczyć na podwyżkę pensji – komentuje ekspert RynekPierwotny.pl.

Równocześnie przyznaje, że z rynku kredytów hipotecznych wyszedł sygnał, że ten rok może być lepszy od ubiegłego. Z najnowszych danych Biura Informacji Kredytowej (BIK) wynika, że styczeń przyniósł wzrost liczby chętnych na kredyty mieszkaniowe po dwóch miesiącach spadków. Odpowiedni wniosek złożyło do banków 28,3 tys. osób, czyli o 9%  więcej niż w grudniu, ale też mniej więcej tyle samo, ile wynosiła średnia miesięczna w całym 2024 r.Wyk.1 - Kredyty mieszkaniowe

Część potencjalnych nabywców mieszkań wstrzymywała się z zakupem mieszkania w oczekiwaniu na nowy program wsparcia kredytobiorców. Niezdecydowanie rządu w tej kwestii najpewniej przypomniało wielu stare ludowe porzekadło: „Umiesz liczyć? Licz na siebie”. W tej sytuacji prawdopodobnie coraz więcej osób dojdzie do wniosku, że nie ma sensu dłużeć zwlekać z decyzją zakupową, skoro wybór mieszkań jeszcze nigdy nie był tak duży, a deweloperzy kuszą różnego rodzaju bonusami i nawet kilkuprocentowymi obniżkami cen – mówi ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Ceny transakcyjne z pewnością są niższe od ofertowych. O ile? Firmy deweloperskie nie dzielą się taką wiedzą. Natomiast, jeśli chodzi o średnią cenę metra kwadratowego oferowanych przez nie mieszkań, to styczeń był kolejnym miesiącem stabilizacji. Z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl. wynika, że drugi miesiąc z rzędu nie wzrosła średnia cena metra kwadratowego mieszkań oferowanych przez deweloperów we Wrocławiu (14,7 tys. zł/m kw.), Trójmieście (15,9 tys. zł/m kw.) i w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (ok. 11,2 tys. zł/m kw.). W Łodzi (ok. 11,5 tys. zł/m kw.) seria bez podwyżek trwa już czwarty miesiąc, a piąty – w Warszawie (17,7 tys. zł/m kw.) i Krakowie (16,6 tys. zł/m kw.). Jedynie w Poznaniu (13,4 tys. zł/m kw.) średnia poszła w styczniu w górę o 1% po trwającej cztery miesiące stabilizacji. Oczywiście to jeszcze nie przesądza, że ten niekorzystny dla kupujących trend utrzyma się w kolejnych miesiącach. W stolicy Wielkopolski pojawiła się duża pula drogich – jak na ten rynek – mieszkań (średnio po 16,3 tys. zł/m kw.). Przypomnijmy, że w listopadzie z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia w Trójmieście.Wyk.2 - Średnie ceny mieszkań

Co ważne, mimo iż aktywność inwestycyjna deweloperów nie jest już tak duża, jak w pierwszej połowie ubiegłego roku, to także w styczniu dostarczyli oni na rynek więcej mieszkań niż sprzedali. W efekcie oferta mieszkań urosła w niektórych miastach do rekordowych rozmiarów. W Warszawie pod koniec stycznia w ofercie firm deweloperskich było ponad 16,1 tys. lokali, w Krakowie – ponad 9,6 tys., Wrocławiu – blisko 9,3 tys.,  Trójmieście – blisko 7,3 tys.,  Łodzi – ponad 9,9 tys., Poznaniu – ponad 7,8 tys., a w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii – niemal 9,6 tys. Marek Wielgo zwraca uwagę, że Łódź w ciągu trzech lat podwoiła liczbę mieszkań w ofercie deweloperów, stając się drugim po Warszawie rynkiem w Polsce.Wyk.3 - Oferta nowych mieszkań

Co ważne, w ostatnich 12 miesiącach zwiększył się wybór mieszkań na kieszeń przeciętnego kredytobiorcy. Z danych BIK wynika, że w ubiegłym roku przeciętny nabywca mieszkania pożyczył w banku ok. 420 tys. zł. Zakładając, że wymagany był wkład własny, to sprawdziliśmy, ile mieszkań z ceną do 500 tys. zł oferowali deweloperzy? Z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl.  wynika, że najwięcej takich lokali jest w Łodzi i w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii, a najmniej w Krakowie i Warszawie.Wyk.4 - Mieszkania z ceną poniżej 500 tys. zł

Warto zwrócić uwagę, że niemal we wszystkich metropoliach rok 2023 przyniósł potężny spadek liczby mieszkań i domów z ceną poniżej 500 tys. zł. Oczywiście było to efektem pojawienia się w ofercie banków „Bezpiecznego Kredytu 2%”. Pozytywnym wyjątkiem była Łódź, w której deweloperzy wprowadzili wówczas na rynek więcej mieszkań niż sprzedali. Na szczęście nie tylko w tym mieście, ale także w pozostałych metropoliach deweloperzy odbudowywali ofertę „na przeciętną kieszeń”. Szczególnie widoczne jest to we Wrocławiu, Trójmieście i Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. W tej ostatniej takich lokali jest nawet więcej niż dwa lata temu.

Dla kupujących nowe mieszkania w Warszawie i Krakowie pocieszeniem może być fakt, że w ofercie deweloperów pojawiało się coraz więcej mieszkań w segmencie popularnym. W obu aglomeracjach do tego segmentu można zaliczyć mieszkania z ceną poniżej 15 tys. zł za metr kwadratowy. W stolicy rok temu kupujący mieli do wyboru tylko ok. 3,2 tys. takich mieszkań, a obecnie jest ich na rynku blisko 5 tys. Z kolei w Krakowie pula mieszkań w przedziale cenowym do 15 tys. zł za metr kwadratowy wzrosła w tym okresie z ok. 2,1 tys. do 2,8 tys.

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Niemcy przed wyborami: Gospodarka w kryzysie, ale DAX bije rekordy

Już w niedzielę czekają nas wybory parlamentarne w Niemczech. To nasz najważniejszy partner ekonomiczny, z którym polską gospodarkę łączą nierozerwalne więzi. Co prawda w okresie deglobalizacji Polska zaczęła częściowo korzystać z pewnych słabości niemieckiej gospodarki, jednak nadal koniunktura w wielu polskich branżach jest ściśle powiązana z sytuacją w przemyśle niemieckim. Warto więc zastanowić się, jak wyniki wyborów w Niemczech wpłyną na naszą gospodarkę i portfele. Tym bardziej, że choć niemiecki model gospodarczy ma poważne problemy, to indeks DAX osiąga ostatnio kolejne rekordy wszechczasów.

W przypadku Niemiec mamy do czynienia z paradoksem: nie brakuje im zasobów ekonomicznych ani know-how, ale wyczerpujący się model gospodarczy i niepewność hamują wzrost oraz utrudniają wyjście z kryzysu. Aby powrócić na ścieżkę rozwoju, Niemcy potrzebują pilnego programu naprawy gospodarczej. Niestety, sondaże pokazują, że wyborcy kolejny raz mogą wybrać status quo, a do przeprowadzenia prawdziwych reform może zabraknąć odpowiedniej większości w nowym Bundestagu.

Z punktu widzenia rynków finansowych wybory do Bundestagu w 2025 roku są już w dużej mierze uwzględnione w obecnych wycenach akcji. Inwestorzy od miesięcy śledzą wydarzenia polityczne, a rynki reagują z wyprzedzeniem, nie czekając na sam dzień głosowania. Zgodnie z sondażami CDU/CSU wyraźnie prowadzi, podczas gdy na drugie miejsce może zająć AfD. SPD z Zielonymi walczą o trzecią pozycję. Liberalna FDP, Lewica i BSW walczą natomiast o przekroczenie progu 5 proc.

W kontekście powyższego kluczowe będą trzy kwestie: jak dobrze wypadnie CDU/CSU, z kim partia ta utworzy koalicję oraz czy jeden koalicjant wystarczy do sformowania rządu. Ponieważ Friedrich Merz wyklucza współpracę z AfD, prawdziwie ekscytujące mogą być dopiero kolejne wybory – zwłaszcza jeśli poparcie dla AfD będzie dalej rosło. W krótkiej perspektywie największy wpływ na rynki wywołałby niespodziewany wynik wyborów lub przedłużające się negocjacje koalicyjne. W dłuższej perspektywie jednak większe znaczenie mają czynniki makroekonomiczne, takie jak stopy procentowe, inflacja i globalna koniunktura.

W tygodniu poprzedzającym wybory do Bundestagu indeks DAX bije rekord za rekordem, podczas gdy niemiecka gospodarka wciąż tkwi w recesji. Ta rozbieżność wynika z faktu, że spółki wchodzące w skład indeksu DAX generują lwią część przychodów za granicą – na rynkach, gdzie sytuacja gospodarcza (np. w USA, Chinach, Francji czy Polsce) jest lepsza niż w Niemczech. Globalne koncerny, takie jak SAP, Siemens czy Infineon, korzystają z megatrendów w obszarach digitalizacji, automatyzacji i odnawialnych źródeł energii.

Bardziej miarodajny obraz kondycji niemieckiej gospodarki dają indeksy MDAX i SDAX, w których skład wchodzą głównie średnie przedsiębiorstwa – mocniej powiązane z rynkiem krajowym. To właśnie tam znacznie wyraźniej widać słabość gospodarki. Oba indeksy notowane są dużo poniżej historycznych szczytów i w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy osiągnęły jedynie ułamek stóp zwrotu zanotowanych przez DAX.

Jednocześnie należy podkreślić, że Niemcy – w porównaniu z innymi dużymi gospodarkami światowymi – pozostają relatywnie nisko zadłużone. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Japonia, Włochy, Francja i Kanada zmagają się z długiem publicznym przekraczającym 100 proc. PKB. Tymczasem zadłużenie Niemiec ma w tym roku wynieść 62,7 proc. PKB, a w przyszłym roku spaść do 61 proc. To tylko nieznacznie więcej niż w Polsce, gdzie na koniec 2024 roku dług publiczny kształtował się na poziomie około 55 proc. PKB.

W efekcie Niemcy wyróżniają się na tle innych krajów stosunkowo niskim poziomem długu, a co więcej są jedynym państwem w naszym porównaniu, w którym zadłużenie państwa spada w ciągu ostatnich 20 lat. Stanowi to bufor bezpieczeństwa i daje możliwość pobudzenia gospodarki. Nie chodzi jednak o niekontrolowany wzrost długu, lecz o przemyślane wykorzystanie środków, co może zapewnić trwały wzrost. Dużym wyzwaniem dla Niemiec jest starzejąca się infrastruktura. Do 2030 roku tylko na drogi, mosty i kolej potrzeba około 372 miliardów euro. Tego typu inwestycje wspierają wzrost, tworzą miejsca pracy i zwiększają atrakcyjność Niemiec jako miejsca lokowania biznesu.

Polscy inwestorzy powinni z uwagą przyglądać się wynikom wyborów w Niemczech, zwłaszcza jeśli okażą się one znacząco inne od sondażowych prognoz. Obecne wskazują na najbardziej prawdopodobny scenariusz w postaci wyraźnego zwycięstwa CDU/CSU i koalicyjnego rządu tej partii z SPD. Niemcy mają już długą historię takich koalicji, które jednak rzadko prowadzą do głębokich reform. Po wyborach możemy się też spodziewać długiego okresu negocjacji i formowania programu rządu – co również warto obserwować. Kluczowe pozostaje też pytanie, czy Niemcy nadal będą stawiać wyłącznie na odnawialne źródła energii, czy też zmienią politykę wobec energetyki jądrowej. Wysokie ceny energii wciąż stanowią bowiem poważne obciążenie dla niemieckiego przemysłu.

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Sztuczna inteligencja szybko zmienia rynek pracy – zarządzający obawiają się, czy pracownicy nadążą za zmianami

Wyniki badania EY wskazują, że tempo biznesowych zmian stanowi największe wyzwanie w zakresie zarządzania talentami dla organizacji działających w Polsce. Niemal połowa (48%) ankietowanych przedsiębiorstw wskazała odpowiedni rozwój kompetencji pracowników i dopasowanie ich do wymogów np. w zakresie technologii jako najważniejsze zagadnienie do rozwiązania w perspektywie najbliższych lat. Jednak firmy proces dynamizacji innowacji takich jak AI postrzegają nie tylko jako barierę, ale również szansę. Dla aż 53% przedsiębiorstw szybsze tempo automatyzacji pracy i wykorzystanie sztucznej inteligencji będzie stanowiło najczęstszą reakcję na deficyt pracowników spowodowany zmianami demograficznymi. Firmy przewidują również, że elastyczne modele pracy (32%) i autentyczna kultura organizacyjna (30%) będą decydujące w skutecznym przyciąganiu oraz zatrzymywaniu talentów.

Wyniki badania EY Polska – 3R w HR: Rekrutacja, Rozwój, Retencja – potwierdzają, że obawy dotyczące kierunku rozwoju m.in. technologii obejmują nie tylko pracowników, ale również pracodawców. Niemal połowa (48%) ankietowanych firm wskazała rozwój kompetencji zatrudnionych osób, a także dopasowanie ich do tempa i zakresu zmian biznesowych oraz rozwoju innowacji jako swoje największe wyzwanie w perspektywie najbliższych lat. Kluczowe dotychczas aspekty z obszaru zarządzania pracownikami, takie jak utrzymywanie talentów w organizacji (30%) i pozyskiwanie nowych kandydatów (19%), uzyskały niższe rezultaty, aczkolwiek wciąż istotne. Najrzadziej (3%) wskazywane były inne kwestie np. związane z rotacją osób z generacji Z.

Nie może więc dziwić, że to właśnie rozwój kompetencji cyfrowych – w tym zdobywanie wiedzy i umiejętności wykorzystywania AI – staje się głównym (41%) kierunkiem strategii rozwoju pracodawców. Dużą popularnością będą się cieszyć również inwestycje w programy upskillingowe i reskillingowe (27%), a także budowa zindywidualizowanych ścieżek kariery (19%).

– Rozwój sztucznej inteligencji to dla biznesu rewolucja nie tylko w obszarze technologicznym, ale również ludzkim. Firmy muszą bowiem włożyć bardzo dużo wysiłku, aby ich pracownicy nie tylko zaakceptowali nowe rozwiązania, ale również z własnej woli chcieli się ich uczyć i wykorzystywać je w codziennej pracy. W przeciwieństwie do typowych technologicznych i narzędziowych procesów transformacji cyfrowej np. wdrażania chmury, ten proces nie może zostać narzucony z góry. W efekcie na znaczeniu zyskują angażujący dialog i działanie na zasadach partnerstwa. Nowym podejściem jest też bardzo ścisła współpraca pomiędzy obszarem IT a HR. Kluczowi są i pozostaną ludzie. Pracownicy mogą dostrzec w sztucznej inteligencji szansę na realizację nowych zadań poprzez możliwość delegowania powtarzalnych czynności albo uważać że stanowi ona dla nich zagrożenie i robić wiele, aby mu przeciwdziałać. Nie ma wątpliwości, że firmy pozostające przy starym, silosowym modelu funkcjonowania i braku włączającej, transparentnej komunikacji zmian mogą nie osiągnąć celów, które zakładały inwestując w AI – mówi Katarzyna Ellis, Partnerka EY Polska i liderka zespołu People Consulting.

Zmiany demograficzne powodują, że już dzisiaj rosnące grono firm w Polsce mierzy się z niedoborami pracowników oraz kompetencji lub znacznie utrudnionymi procesami rekrutacyjnymi. Z biegiem lat to zjawisko będzie się z dużym prawdopodobieństwem pogłębiać. W efekcie coraz więcej organizacji znaczące nadzieje wiąże z rozwojem technologicznym. To właśnie szybsze tempo automatyzacji pracy i wykorzystania AI będą stanowić najczęstszą (53%) reakcję pracodawców na deficyt pracowników. Na dalszych miejscach znalazło się zatrudnienie cudzoziemców (24%) oraz osób w wieku 50+ (19%).

– Większość firm toczy walkę o talenty z puli najmłodszych pokoleń, tymczasem na rynku pracy są niezagospodarowani dojrzali kandydaci i kandydatki oraz spora grupa nieaktywnych zawodowo kobiet. Wykorzystanie tego potencjału społecznego wymaga większego wysiłku ze strony liderów i HR i często niestereotypowego otwarcia się na nowe źródła talentów, może jednak przynieść korzyść w postaci np. potencjału dotarcia do starzejącego się rynku konsumenta – dodaje Katarzyna Ellis, Partnerka EY Polska i liderka zespołu People Consulting.

Pracodawca przyszłości to pracodawca transparentny i autentyczny

Wyniki badania jasno wskazują, że pracodawcy w Polsce zamierzają wzmacniać działania budujące ich wizerunek jako stabilnej, odpowiedzialnej i prowadzącej dialog z pracownikami organizacji. W opinii ankietowanych przedsiębiorstw to właśnie elastyczne modele pracy wspierające dobrostan (32%), silna i autentyczna kultura organizacyjna (30%) oraz transparentna polityka wynagrodzeń (25%) mają stanowić główne atrybuty pracodawcy decydujące w przyszłości o skutecznym przyciąganiu i utrzymywaniu talentów.

W efekcie modyfikacji ulegną również główne kierunki strategii retencyjnych. Przede wszystkim (43%) zwiększony zostanie wysiłek pracodawców w budowaniu pozytywnych i różnorodnych doświadczeń pracowników, a także kultury organizacyjnej wzmacniającej ich zaangażowanie. Na dalszych miejscach znalazły się elastyczne modele pracy (32%) oraz zwiększenie budżetów na podwyżki (20%). Co ciekawe rozbudowa i personalizacja benefitów została wskazana jedynie przez 4% badanych firm. Tak mocno podkreślana przez pracodawców perspektywa dążenia do operacyjnej zwinności może docelowo przełożyć się na pożądane zmiany legislacyjne. To właśnie elementy uelastycznienia rynku pracy -rozumianego nie tylko jako hybrydowy lub zdalny model pracy, ale także pracę na szerszą skalę w niepełnym wymiarze czasu pracy, czy budzący wciąż wiele kontrowersji krótszy tydzień pracy – były najczęściej (38%) wskazywane jako kluczowa modyfikacja w prawie, która w największym stopniu odpowiadałaby na wyzwania pracodawców w aspekcie rekrutacji, rozwoju i retencji pracowników.

– Chociaż biznes w Polsce od lat znajduje się w procesie nieustannej zmiany to jasno widać, że niezmienne pozostają wartości stanowiące fundament decyzji, czy ktoś w danej organizacji chce pozostać lub do niej aplikować. Ludzie chcą pracować w firmach, które traktują ich jak partnerów, a nie tylko jak narzędzia do osiągania celów. Pragną być częścią społeczności dającej im poczucie przynależności, sprawczości i sensu działań, dbającej o ich zdrowie, dobrostan i równowagę. Długotrwałe zaangażowanie i lojalność pracowników to dziś efekt połączenia silnej kultury organizacyjnej, angażującego, inspirującego przywództwa oraz solidnych fundamentów środowiska pracy, opartego na sprawnych narzędziach, przyjaznych procesach wewnętrznych i zrozumiałych procedurach. Jeśli dodamy do tego autentyczność liderów, którzy dbają na co dzień o rozwój pracowników, uznanie i docenianie to stworzymy doskonały przepis na mistrzowską rozgrywkę o talenty z wymagającym przeciwnikiem: zmianą demograficzną, technologiczną i kulturową na rynku pracy. Co więcej, należy się spodziewać, że aspekty takie jak transparentność np. w zakresie jawności i równości wynagradzania i otwartość na dialog z pracownikami oraz włączanie ich do procesów decyzyjnych, będą robiły coraz większą różnicę w przyciąganiu i utrzymywaniu najlepszych pracowników, co w bezpośredni sposób będzie się przekładało na osiągane przez firmę wyniki – podsumowuje Wioletta Marciniak-Mierzwa, Senior Manager w zespole People Consulting, EY Polska.

O badaniu
Badanie – 3R w HR: Rekrutacja, Rozwój i Retencja – zostało zrealizowane przez EY Polska w ostatnim kwartale 2024 roku. Objęło ono 208 respondentów zatrudnionych w średnich i dużych przedsiębiorstwach działających w Polsce.

Brak podwyżek, więcej obowiązków – coraz więcej specjalistów myśli o zmianie pracy

  • Jak wynika z Raportu płacowego Hays Poland, w 2025 roku tylko 62 proc. specjalistów i menedżerów jest zadowolonych z aktualnej pracy. W skali roku odsetek ten odnotował spadek o 7 pkt proc.
  • Na malejące zadowolenie z pracy może mieć wpływ m.in. również mniejsza satysfakcja z wynagrodzenia, którą w tym roku deklaruje zaledwie 41 proc. profesjonalistów. Potencjalnym powodem jest także brak możliwości rozwoju, które w obecnym miejscu pracy ma tylko połowa pracowników.
  • Pogorszenie satysfakcji z obecnej pracy i poprawa sytuacji rynkowej mogą zachęcić pracowników do zmiany miejsca zatrudnienia. Taki krok już teraz rozważa 51 proc. specjalistów i menedżerów. Większość z nich sądzi, że perspektywy zawodowe w 2025 będą dla nich sprzyjające.

Globalna niepewność, niejednoznaczna sytuacja gospodarcza oraz konieczność optymalizacji mają wyraźny wpływ na sytuację tak firm, jak i pracowników. Z jednej strony organizacje zmuszone są do przyjęcia elastycznej postawy przy jednoczesnym rozważnym podejściu do rozwoju biznesu, podwyżek czy rekrutacji. Z drugiej zaś działania te negatywnie odbijają się na specjalistach i menedżerach, którzy tracą motywację i zadowolenie z pracy.

W ostatnim czasie specjaliści i menedżerowie wnikliwie analizowali rozwój sytuacji na rynku pracy, starając się określić, jak może on wpłynąć na ich karierę zawodową. Z uwagi na ogólną niepewność, wielu z nich kierowało się ostrożnością i raczej niechętnie podchodziło do zmiany miejsca pracy.

Przyjęcie wyczekującej postawy i pozostanie w dotychczasowym miejscu zatrudnienia dla niektórych stało się jednak źródłem frustracji. Kontynuacja takiej postawy w roku 2025 dla wielu specjalistów i menedżerów przestaje być korzystnym rozwiązaniem. Wielu może to skłonić do wyjścia na rynek w poszukiwaniu lepszych możliwości zawodowych.

CORAZ MNIEJ PROFESJONALISTÓW ZADOWOLONYCH Z PRACY

Sytuację na rynku pracy na przełomie lat 2023/2024 oraz 2024/2025 można określić jako podobną, a na pewno w zbliżonym stopniu niejednoznaczną. Z jednej strony redukcje zatrudnienia sprawiały, że na rynku pojawiało się więcej kandydatów aktywnie poszukujących pracy, a liczba aplikacji na ogłoszenia rekrutacyjne rosła. Z drugiej natomiast osoby, które nie musiały szukać zatrudnienia, odkładały swoje plany zawodowe na później, czekając na bardziej sprzyjające okoliczności.

Po blisko dwóch latach stagnacji, wielu profesjonalistów dochodzi jednak do przysłowiowej ściany. Z początkiem roku 2025 widać pogorszenie nastrojów po stronie profesjonalistów. Niesatysfakcjonujące podwyżki lub ich brak, ograniczone możliwości rozwoju czy niekorzystne w ich perspektywie zmiany pozafinansowych elementów współpracy zaczynają im doskwierać na tyle mocno, że tracą zadowolenie z aktualnej pracy.

Hays wykres 1

Źródło: Raport płacowy Hays Poland 2025, styczeń 2025

Jak wynika z „Raportu płacowego 2025”, opracowanego przez agencję doradztwa personalnego Hays Poland, satysfakcję z obecnej pracy deklaruje tylko 62 proc. specjalistów i menedżerów, a więc o 7 pkt proc. mniej niż przed rokiem.

Zgodnie z wynikami badania i obserwacjami ekspertów Hays, może to wynikać z czynnika finansowego, zakresu obowiązków i presji, a także z dostępnych możliwości rozwoju. Tym samym profesjonaliści zauważają, że aktualna oferta pracodawcy niekorzystanie różni się od tej dostępnej za czasów ożywienia gospodarczego, np. w 2021 roku.

ZBYT NISKIE WYNAGRODZENIE, ZA DUŻO PRACY I BRAK MOŻLIWOŚCI ROZWOJU

W 2025 roku o 8 pkt proc. do poziomu 41 proc. spadł odsetek profesjonalistów zadowolonych z otrzymywanego wynagrodzenia. Co więcej, 48 proc. respondentów badania Hays jest zdania, że ich zarobki są nieadekwatne do zakresu obowiązków, który w ostatnim czasie bywał rozszerzany z uwagi na ograniczoną dynamikę tworzenia i wypełniania wakatów. Może się okazać, że na większe zmiany w tym zakresie trzeba będzie jeszcze poczekać. Jak zauważa bowiem Agnieszka Kolenda, Executive Director w Hays Poland, obecnie firmy we wszystkich decyzjach kierują się szczególną ostrożnością.

W wielu firmach wciąż obowiązuje dyscyplina kosztowa, a pracodawcy są mniej skłonni do zwiększania zaplanowanego wynagrodzenia pod wpływem presji płacowej. Podobnie rekrutacje – uruchamiane są po wnikliwej analizie potrzeb i cechują się dużą precyzyjnością. Tymczasem długotrwały brak poczucia docenienia i przeciążenie pracą silnie oddziałują na motywację pracowników i stopniowo zmniejszają poziom satysfakcji z pracy – komentuje ekspertka Hays.

Podobna korelacja może zachodzić również w przypadku braku możliwości rozwoju. Jak wynika z badania, tylko połowa profesjonalistów deklaruje, że ma szansę na rozwój kariery w obecnym miejscu zatrudnienia. Tymczasem jest to tuż po zarobkach najważniejszy powód rozważania zmiany pracy. Pracownicy, którzy mają szansę na podnoszenie swoich kwalifikacji i zdobywanie nowych umiejętności będą nie tylko odczuwali większy dobrostan, ale również mogą wykazywać się dużą lojalnością wobec pracodawcy.

ROK ZMIAN?

Czy brak satysfakcji z aktualnej sytuacji zawodowej sprawi, że specjaliści i menedżerowie wyruszą na poszukiwania nowej pracy? Zgodnie z Raportem płacowym Hays, co drugi profesjonalista (51 proc.) rozważa taki krok w nadchodzących miesiącach. Niektórzy nie chcą dłużej zwlekać ze zmianą pracodawcy, czując się wypaleni i niedocenieni w obecnej firmie. Pomimo niejednoznacznej sytuacji na rynku pracy, nie brakuje bowiem osób, które wciąż czują się pewnie na rynku pracy.

Eksperci doświadczeni w swoich dziedzinach, wykazujący się zaawansowaną wiedzą merytoryczną, znajomością technologii i rozwiniętymi kompetencjami miękkimi wierzą, że ich kompetencje zostaną dostrzeżone i odpowiednio docenione. Zgodnie z naszym badaniem, zaledwie co dziesiąty profesjonalista negatywnie ocenia swoje perspektywy zawodowe na rok 2025 – komentuje Agnieszka Kolenda z Hays.

Hays wykres 2

Źródło: Raport płacowy Hays Poland 2025, styczeń 2025

Zwiększyć pewność siebie profesjonalistów może moment nawet niewielkiego ożywienia na rynku pracy. Jeżeli w najbliższym czasie koniunktura będzie bardziej sprzyjająca, to z pewnością może to poskutkować zwiększoną rotacją w firmach. Wyzwaniem dla pracodawców będzie wówczas umiejętne połączenie procesów przyciągania i zatrzymywania najcenniejszych pracowników.

Buffett zwiększa rezerwy gotówkowe do 325 mld USD i czeka na okazje inwestycyjne

  • Buffett zaprzestał sprzedaży akcji Apple po roku redukcji, pozostawiając 300 milionów akcji, oraz zainicjował inwestycję w Constellation Brands o wartości 1,2 miliarda USD, co podkreśla wiarę w zdolność sektora alkoholowego do utrzymywania wysokich cen i stabilnego popytu.
  • Rezerwy gotówkowe Berkshire Hathaway wzrosły do niemal 325 miliardów USD, czerpiąc korzyści z wysokich stóp procentowych, podczas gdy Buffett pozostaje cierpliwy w oczekiwaniu na atrakcyjne możliwości inwestycyjne.
  • Znaczące cięcia w Citigroup (-73%) i Bank of America (-14,7%) odzwierciedlają zmniejszony entuzjazm Buffetta dla dużych banków, podczas gdy całkowite wycofanie się z ETF-ów S&P 500 sugeruje ostrożność względem wycen na szerokim rynku.

Berkshire Hathaway, należąca do Warrena Buffetta, opublikowała raport 13F za IV kwartał 2024 r., pokazując najnowsze zakupy i sprzedaże Wyroczni z Omaha. W tym okresie Buffett wstrzymał sprzedaż akcji Apple po roku redukcji, zainwestował w Constellation Brands i w dalszym ciągu zmniejszał udziały w sektorze finansowym. Tymczasem legendarny już „stos” gotówki Berkshire zbliża się do imponujących 325 miliardów dolarów.

Kluczowe decyzje Buffetta: Co dodał, co zredukował, a z czego całkowicie zrezygnował?

Nowe inwestycje:

Nowe inwestycje Buffetta

Warte uwagi:

  • Nowa inwestycja w Constellation Brands (STZ): Inwestycja 1,2 miliarda USD w czołową markę alkoholową, cenioną za silną pozycję cenową i stabilną dywidendę na poziomie 1,5%.
  • Zwiększona ekspozycja na energię: Dodano akcje Occidental Petroleum, osiągając łącznie 264,2 miliona akcji (13,05 miliarda USD), co odzwierciedla długoterminowe optymistyczne nastawienie do sektora ropy i gazu.

Redukcje:

Redukcje Buffetta

Warte uwagi:

  • Największa redukcja: Citigroup -73% – największe cięcie finansowe Buffetta
    w IV kwartale 2024 r., które wskazuje na wyraźne wycofanie się z dużych banków.
  • Dalsza sprzedaż Bank of America: -14,7% – kontynuacja sprzedaży z III kwartału, co daje łącznie 23,7% redukcji w ciągu dwóch kwartałów.

Całkowicie zlikwidowane pozycje:

  • Ultra Beauty: Całkowita sprzedaż po krótkotrwałej inwestycji.
  • SPY (S&P 500 ETF) i VOO (Vanguard S&P 500 ETF): Całkowite wycofanie z obu funduszy ETF S&P 500, co prawdopodobnie sygnalizuje obawy o wysokie wyceny rynkowe i podkreśla znaczenie aktywnego inwestowania.

Kluczowe wnioski z IV kwartału 2024 r.:

Imponujący wzrost rezerw gotówkowych

  • Rezerwy Buffetta osiągnęły niemal 325 miliardów dolarów, co jest imponującym skokiem w porównaniu do 150 miliardów sprzed 18 miesięcy.
  • Dzięki wysokim stopom procentowym gotówka generuje znaczne dochody, podczas gdy Buffett cierpliwie czeka na kolejne wielkie okazje inwestycyjne.

Wstrzymanie sprzedaży Apple

  • Po roku redukcji Buffett wstrzymał sprzedaż akcji Apple, utrzymując 300 milionów akcji o wartości 75,1 miliarda USD.
  • Buffett wcześniej sugerował, że sprzedaż ta była spowodowana „celami podatkowymi”, a nie brakiem zaufania do długoterminowych perspektyw Apple.

Nowa pozycja na rynku alkoholi: Constellation Brands – inwestycja w silne marki i przepływy pieniężne

  • Buffett zainwestował 1,2 miliarda USD w Constellation Brands, wierząc w siłę ich marek i stabilny popyt.
  • Spółka ma stopę dywidendy na poziomie 1,5%, a jej marka Modelo jest obecnie piwem nr 1 w Stanach Zjednoczonych, co czyni ją potencjalnym długoterminowym aktywem wzrostowym.

Ostrożność w kwestii sektora finansowego

  • Znacząca redukcja udziałów w Citigroup (-73%) oraz dalsza redukcja pozycji w Bank of America (-14,7%) podkreślają malejący entuzjazm Buffetta wobec dużych banków – komentuje Charu Chanana.
  • Finanse i technologia nadal stanowią 65,68% portfela Berkshire, ale Buffett wyraźnie zawęża swoją ekspozycję, eliminując słabszych graczy.

Strategiczne wycofanie z ETF-ów S&P 500 – sygnał dotyczący wycen rynkowych?

  • Podczas gdy pozycje w SPY i VOO były niewielkie, ich całkowita sprzedaż może odzwierciedlać pogląd Buffetta, że uważa wyceny szerokiego rynku za zawyżone.
  • Wskaźnik P/E dla indeksu S&P 500 jest znacznie powyżej jego historycznej średniej, co może sprawiać, że jest on mniej atrakcyjny niż starannie wybierane indywidualne akcje.

Miłość do dywidend

Buffet niezmiennie koncentruje się na firmach wypłacających dywidendy. Dziewięć z jego dziesięciu największych spółek oferuje dywidendy, co podkreśla jego strategię inwestycyjną – komentuje Charu Chanana. Poniżej znajdują się 12-miesięczne stopy zwrotu z dywidend jego najważniejszych spółek:

  • Apple: 0,41%
  • American Express: 0,90%
  • Bank of America: 2,13%
  • Coca-Cola: 2,82%
  • Occidental Petroleum: 1,83%
  • Moody’s: 0,65%
  • Kraft Heinz: 5,53%
  • Chubb: 1,36%

Końcowe wnioski: Prognozy Buffetta na 2025 rok

Charu Chanana, Główna Strateg Inwestycyjna w Saxo wskazuje 4 obszary w zakresie inwestycji, na które warto zwrócić uwagę:

  • Cierpliwość jako klucz do sukcesu: Z rezerwami gotówkowymi bliskimi 325 miliardów USD, Buffett wyraźnie czeka na większe i bardziej znaczące okazje inwestycyjne.
  • Selektywne inwestycje: Zakup Constellation Brands pokazuje jego zaufanie do produktów konsumenckich o silnej pozycji cenowej, co wskazuje na strategiczne podejście do inwestycji.
  • Ostrożność wobec wyceny rynkowej: Całkowite wycofanie się z ETF-ów S&P 500 sugeruje sceptycyzm Buffetta wobec szerokich wycen rynkowych i podkreśla jego ostrożne podejście.
  • Wierność jakości: Apple pozostaje kluczowym elementem jego portfela, a dywidendy nadal stanowią fundament jego strategii inwestycyjnej.

Rejestracje samochodów elektrycznych w styczniu 2025 roku wzrosły o 11% r/r

Według danych z końca stycznia 2025 r., w Polsce było zarejestrowane łącznie 82 508 osobowych i użytkowych samochodów całkowicie elektrycznych (BEV). W styczniu ich liczba zwiększyła się o 1 808 szt., czyli o 11% więcej niż w analogicznym okresie 2024 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PZPM i PSNM.

Pod koniec stycznia 2025 r. po polskich drogach jeździły 146 133 samochody osobowe z napędem elektrycznym. Flota w pełni elektrycznych, osobowych aut (BEV, ang. battery electric vehicles) liczyła 74 225 szt., a park hybryd typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 71 908 szt. Liczba samochodów dostawczych i ciężarowych z napędem elektrycznym wynosiła 8 316 szt. Stale rośnie też flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec stycznia składała się z 23 674 szt., jak również liczba osobowych i dostawczych aut hybrydowych, która powiększyła się do 988 187 szt. Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów zeroemisyjnych w Polsce wzrósł do 1506 szt. (z czego pojazdy całkowicie elektryczne stanowiły 1417 szt., zaś wodorowe 89 szt.).

Równolegle do floty pojazdów z napędem elektrycznym rozwija się infrastruktura ładowania. Pod koniec stycznia 2025 r. w Polsce funkcjonowało 8 899 ogólnodostępnych punktów ładowania pojazdów elektrycznych. 31% z nich stanowiły szybkie punkty ładowania prądem stałym (DC), a 69% – wolne punkty prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW.

Styczniowe dane wskazują, że rejestracje zarówno nowych jak i używanych pojazdów elektrycznych utrzymują się na poziomie grudnia zeszłego roku. Jeśli weźmiemy pod uwagę rejestracje nowych i używanych samochodów BEV i PHEV, to w porównaniu ze styczniem ub. roku, wzrost rejestracji wyniósł 33%. Jednakże, o ile BEV-ów zarejestrowano nieco powyżej 150 szt. więcej, to już PHEV-ów o 820 szt. więcej. Ten rezultat z całą pewnością wynika z faktu przygotowania przez producentów bardzo dobrej oferty cenowej dla nabywców PHEV-ów. Pojazdy te mają bowiem bardzo niską emisję CO2, a więc ich sprzedaż jest niezwykle istotna dla osiągnięcia celu emisyjnego roku 2025. Warto również odnotować, że prawie o 20% wzrosła ilość rejestracji pojazdów dostawczych i ciężarowych, a o blisko 30% – autobusów oraz elektrycznych motocykli i motorowerów. Biorąc pod uwagę liczbę pojazdów hybrydowych w parku, wszystko wskazuje na to, że już niedługo przekroczymy 1 milion sztuk – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.

Mimo że Polska posiada największą flotę pojazdów ciężkich w Unii Europejskiej, to pod względem rejestracji eHDV w 2024 r. znaleźliśmy się dopiero na 10 miejscu wśród państw członkowskich UE. W Hiszpanii na drogi wyjechało prawie 4 razy więcej elektrycznych ciężarówek niż u nas, w Holandii 7 raz więcej a w Niemczech aż 35 razy więcej. Jeżeli w przyszłości chcemy utrzymać wiodącą pozycję w europejskim sektorze transportu ciężkiego, musimy zacząć nadrabiać ten dystans. Sytuację mogą poprawić trzy nowe programy NFOŚIGW, od uruchomienia których dzielą nas już tylko tygodnie. Subsydia są niezbędne, ale nie wystarczą do wybudowania w terminie odpowiedniej liczby stref ładowania, zgodnej z wymogami unijnego rozporządzenia AFIR. W tym celu niezbędne jest równoległe wprowadzenie zmian systemowych, nie tylko legislacyjnych, ale również związanych z wewnętrznymi procedurami Operatorów Systemu Dystrybucyjnego czy warunkami przetargów Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad – mówi Jan Wiśniewski, dyrektor Centrum Badań i Analiz PSNM.

Koniec śnieżnych zim? Prognozy dla różnych regionów Polski

Ferie zimowe trwają w najlepsze, natomiast zimowa aura coraz mniej przypomina klasyczną zimę. Zachęcamy do zapoznania się z analizami dotyczącymi trendów zmian obecności śniegu przygotowanymi przez Zakład Modelowania Atmosfery i Klimatu Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego.

Zmiany klimatu będą miały istotny wpływ na pokrywę śnieżną w Polsce. Analizy wskazują, że zarówno liczba dni ze śniegiem, jak i jego grubość ulegną znacznemu zmniejszeniu, zwłaszcza pod koniec XXI wieku.

Badania uwzględniają dwa  scenariusze rozwoju gospodarczego i socjo-ekonomicznego:

  • 5 – umiarkowany scenariusz, zakładający ograniczenie emisji
  • 5 – scenariusz „business as usual”, czyli brak działań na rzecz redukcji emisji

Spadek liczby dni z pokrywą śnieżną

Porównanie dekad 2011-2020 i 2091-2100 wskazuje na znaczące zmniejszenie liczby dni ze śniegiem w całym kraju.

W scenariuszu RCP4.5 największa redukcja – od 40 do 44 dni – prognozowana jest na północy i wschodzie kraju, w regionie wybrzeża, centralnym, północno-wschodnim i lokalnie na krańcu strefy zachodniej. 15-19 dni to najmniejsza zmiana, jaka jest przewidywana.

W scenariuszu RCP8.5 różnice będą jeszcze większe. W górach i na północnym wschodzie liczba dni z pokrywą śnieżną może zmniejszyć się nawet o 67 dni. W całym kraju spadek wyniesie średnio od 50 do 60 dni, natomiast najmniejsze zmiany (20-24 dni mniej) wystąpią na północy kraju.Pokrywa śnieżna w Polsce do końca XXI wieku – prognozy zmian

Zmniejszenie grubości pokrywy śnieżnej

Analizy wskazują na systematyczny spadek średniej grubości pokrywy śnieżnej.

  • Do lat 30. XXI wieku grubość śniegu pozostanie na zbliżonym poziomie w obu scenariuszach.
  • Po tym okresie nastąpi dynamiczny spadek, szczególnie w scenariuszu RCP8.5.
  • Pod koniec wieku w wielu regionach pokrywa śnieżna niemal całkowicie zaniknie.

Przewidywane grubości pokrywy śnieżnej w różnych regionach Polski:

Region RCP 4.5

(ostatnia dekada XXI w.)

RCP 8.5

(ostatnia dekada XXI w.)

Wybrzeże blisko 0 cm blisko 0 cm
Północno-wschodni 1,1 cm 0,4 cm
Zachodni 0,4 cm 0 cm
Centralny 0,8 cm 0,1 cm
Wschodni 0,9 cm 0,2 cm
Górski 2 cm 0,8 cm

Pokrywa śnieżna w Polsce do końca XXI wieku Pokrywa śnieżna w Polsce do końca XXI wieku Największe zmiany będą widoczne w regionach górskich, gdzie pokrywa śnieżna ulegnie znacznemu zmniejszeniu. W scenariuszu RCP8.5 pod koniec wieku jej grubość może spaść do 0,8 cm.

Konsekwencje zmian

Zmniejszająca się pokrywa śnieżna i skracający się sezon zimowy będą miały bezpośredni wpływ na warunki zimowe w Polsce. Oczekuje się, że naturalny śnieg w górach stanie się coraz rzadszym zjawiskiem, co utrudni funkcjonowanie ośrodków narciarskich. Wiele z nich będzie musiało polegać głównie na sztucznym naśnieżaniu, co wiąże się z dodatkowymi kosztami i zwiększonym zużyciem wody.

Zmiany te wpłyną także na przyrodę i gospodarkę. Wahania w ilości opadów śniegu mogą zaburzać retencję wody w glebie, co wpłynie na rolnictwo oraz dostępność zasobów wodnych. Lokalne ekosystemy, przystosowane do śnieżnych zim, będą musiały dostosować się do nowych warunków, co może prowadzić do zmian w składzie gatunkowym fauny i flory.

Inwestycje biurowe w Warszawie – analiza i trendy po końcówce 2024 roku

Warszawski rynek biurowy w IV kwartale 2024 roku kontynuował trend stabilnego popytu przy jednoczesnym ograniczeniu nowej podaży. Najemcy szukają przestrzeni w centrum, oczekując zrównoważonych rozwiązań – takie wnioski płyną z raportu „At a Glance. Rynek biurowy w Warszawie” za IV kwartał 2024 roku od BNP Paribas Real Estate Poland.

Niska nowa podaż w 2024 roku

W IV kwartale oddano jedynie 11 tys. m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej w ramach jednego projektu – The Form w strefie Centrum Zachód. Oznacza to, że w całym 2024 roku na warszawski rynek biurowy dostarczono niewiele ponad 104 tys. m kw. nowej powierzchni, co stanowi drugi najniższy roczny wynik w historii.

Pomiędzy styczniem a grudniem najwięcej powierzchni dostarczono w lokalizacjach centralnych – łącznie ponad 86 tys. m kw., co stanowi prawie 83% całkowitej nowej podaży dostarczonej w stolicy w ciągu 2024 roku. Podobnie będzie w 2025 roku, ponieważ około 90% wolumenu nowej powierzchni w budowie, z terminem ukończenia do końca 2025 roku powstaje właśnie w centrum Warszawy – podkreśla Małgorzata Fibakiewicz, Starsza Dyrektorka Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Poland.

Warto zauważyć, że ograniczona dostępność atrakcyjnych gruntów w centrum może być czynnikiem utrudniającym większą aktywność deweloperów w tej części miasta. Z kolei warunkiem do rozpoczęcia budowy poza centrum, jest pozyskanie najemców w ramach umów przednajmu.

Potrzeba większych powierzchni?

Całkowity popyt brutto w IV kwartale wyniósł 244 tys. m kw., co oznacza wzrost o 35% w stosunku do III kwartału, ale spadek o 4% w ujęciu rocznym. Centrum Warszawy pozostaje najpopularniejszą lokalizacją – podpisano tu ponad 54% umów najmu.

Po raz kolejny przewaga popytu nad nową podażą wpłynęła na niewielki spadek wskaźnika pustostanów w tym kwartale. Na koniec IV kwartału 2024 r. wskaźnik pustostanów wyniósł 10,6%, co oznacza nieznaczny spadek w porównaniu do poprzedniego kwartału. W centrum miasta poziom pustostanów był niższy (8,8%), natomiast poza centrum osiągnął poziom 12%.

Jak wskazują analitycy BNP Paribas Real Estate Poland, mimo że na koniec roku dostępność powierzchni biurowej wynosiła 664 tys. m kw., niewynajęte powierzchnie są rozproszone i często podzielone są na mniejsze moduły. Najemcy poszukujący dużych, otwartych powierzchni mogą mieć trudności ze znalezieniem odpowiedniego budynku. Na koniec IV kwartału na warszawskim rynku biurowym jedynie 5 projektów oferowało wolną powierzchnią większą niż 10 tys. m kw.

Zielone biurowce i nowe wyzwania rynkowe

Najemcy coraz częściej poszukują biur spełniających standardy ESG, co wpływa na strategię deweloperów.

Branża nieruchomości ma ogromny wpływ na środowisko, badania pokazują, że budynki odpowiadają aż za ok. 40% globalnego zużycia energii oraz 30% emisji gazów cieplarnianych. W związku z tym, dążenie do zrównoważonego rozwoju w sektorze nieruchomości stało się priorytetem nie tylko dla firm deweloperskich, inwestorów, ale również najemców, którzy oczekują od właścicieli budynków biurowych minimalizacji negatywnego wpływu na środowisko. – podkreśla Dorota Mielke, Zastępca Dyrektora, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych BNP Paribas Real Estate Poland.

Wzrasta tym samym zainteresowanie budynkami z certyfikatami ekologicznymi, takimi jak BREEAM i LEED, a zastosowanie energooszczędnych technologii stawać się będzie kluczowym czynnikiem dla przyszłości rynku biurowego. Zmieniające się przepisy i nacisk na odpowiedzialność społeczną i środowiskową będą niewątpliwie wywierać dalszy wpływ na kształt rynku w tym temacie. Ważną kwestią jest również dynamicznie zmieniające się środowisko pracy.

Klienci coraz częściej analizują zależność między designem a budżetem, oczekując kompleksowych rozwiązań, które uwzględniają trendy takie jak rewitalizacja przestrzeni czy optymalizacja, przy jednoczesnym zwiększeniu funkcjonalności. Projektowanie biur staje się coraz bardziej złożone, a odpowiedzialne planowanie jest niezbędne do minimalizacji ryzyka, szczególnie zmienności w czasie w kontekście długoterminowych umów najmu – podkreśla Jan Pawlik, Workplace Management Director, ISS.

Trump, Rosja i Ukraina – rynki obstawiają sukces Rosji

Wiadomości o negocjacjach pokojowych na wschodzie Europy są co najmniej zaskakujące. Prorosyjskość stanowiska prezydenta USA jest znacznie większa, niż sądzono. Rynki już grają pod sukces Rosji. W tle dobre dane za oceanem i niespodziewane umocnienie funta.

Rynek czeka na Rosję

To, co się dzieje w kontekście negocjacji pokojowych za naszą wschodnią granicą, może budzić zdziwienie. Ostatnie słowa Donalda Trumpa o braku udziału Ukrainy w rozmowach to coś, co długo będzie mu wypominane w niektórych środowiskach. Z polskiej perspektywy tak skrajnie prorosyjskie stanowisko budzi olbrzymie zdziwienie. Z drugiej strony rynki wyglądają na znacznie bardziej pragmatyczne niż komentatorzy polityczni. Zamiast rozpaczania rozpoczęły się zakupy rosyjskich aktywów. Od początku roku główny indeks giełdowy w Rosji (RTS) poszedł w górę ponad 25%. Z kolei rubel podskoczył o 17% względem złotego. W tym samym czasie hrywna ukraińska notuje spadki.

Dane z Ameryki Północnej

Wczoraj poznaliśmy dane na temat inflacji w Kanadzie. Z jednej strony mamy wzrost o 0,1% w styczniu. Z drugiej był on zgodny z oczekiwaniami i do poziomu 1,9%. Nie są to okolice, które budzą niepokój analityków. Im wyższa jednak inflacja, tym mniejsza szansa na dalsze obniżki stóp procentowych, a to umacnia walutę. W tym samym czasie w USA opublikowano lepszy od prognoz indeks NY Empire State. W rezultacie wczoraj widzieliśmy przepływ kapitału za ocean. Zarówno dolar amerykański, jak i kanadyjski zyskiwały na wartości względem kursu euro.

Niespodziewana siła funta

Wczoraj zobaczyliśmy dane na temat brytyjskiego rynku pracy. Stopa bezrobocia wbrew oczekiwaniom nie wzrosła z 4,4% do 4,5% tylko pozostała na niezmienionym poziomie. Z racji tego, że w lutym mieliśmy piątą rocznicę Brexitu, bardzo częstym zabiegiem jest porównywanie obecnych poziomych do tych sprzed wyjścia. Pięć lat temu owszem mieliśmy bezrobocie na poziomie 3,9%, co pokazuje pogorszenie sytuacji o pół punktu procentowego. Warto jednak pamiętać, że te 3,9% było najniższą wartością od drugiej połowy lat 70-tych, więc to porównanie nie jest do końca uczciwe. Jest jednak realnie zła wiadomość i jest to liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Wzrosła ona w styczniu o 22 tysiące. Rynek jednak uznał, że to łącznie dobre dane dla brytyjskiej waluty. W rezultacie kurs funta umacniał się względem euro.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – rozpoczęte budowy domów,
  • 14:30 – USA – pozwolenia na budowę domów,
  • 20:00 – USA – protokół z posiedzenia FOMC.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Przyszłość rynku pracy do 2030 roku – jakie zawody zyskają, a które znikną?

Zmiany technologiczne, niepewność gospodarcza, zmiany demograficzne i zielona transformacja to główne czynniki, które będą kształtować rynek pracy do 2030 roku. Jak przygotować się na nadchodzące zmiany? Które umiejętności będą kluczowe? Jakie zawody zyskają na znaczeniu, a jakie znikną w ciągu najbliższych lat? Sprawdź i zyskaj przewagę na rynku pracy.

Rok 2024 był rokiem możliwości dla kandydatów, którzy wykazywali się zaangażowaniem, otwartością do nauki i zmiany oraz doświadczeniem i wiedzą w konkretnych dziedzinach. – Niskie bezrobocie, niedobory talentów, odpływ pracowników z Ukrainy, ograniczenia w pozyskiwaniu i zatrudnianiu pracowników z Dalekiego Wschodu, a także zmiany ekologiczne, społeczne i technologiczne kreują wiele możliwości na rynku pracy. – podkreśla Ewelina Glińska-Kołodziej, Dyrektor Operacyjny agencji zatrudnienia Trenkwalder.

A jak będzie wyglądać rynek pracy w ciągu najbliższych pięciu lat? Według raportu „Przyszłość miejsc pracy 2025” (Future of Jobs Report 2025”) Światowego Forum Ekonomicznego , rynek pracy będzie zdeterminowany przez takie makrotrendy, jak zmiany technologiczne, niepewność gospodarcza, zmiany demograficzne i zielona transformacja. Trendy te wpłyną na miejsca pracy, pożądane umiejętności kandydatów oraz strategie zatrudnienia, jakie pracodawcy będą wprowadzać, aby dostosować się do nadchodzących zmian.

TRENDY, KTÓRE ZMIENIĄ RYNEK PRACY

Najbardziej transformacyjnym globalnym trendem będzie zwiększenie dostępu do technologii cyfrowych – zarówno w obszarze sztucznej inteligencji i przetwarzania informacji, robotyce i automatyzacji, jak i w wytwarzaniu, magazynowaniu i dystrybucji energii. Nasz rynek także będzie musiał dostosować się do tych trendów i… nadrobić zaległości. Według raportu Międzynarodowej Federacji Robotyki, gęstość robotyzacji w Polsce wynosi 78 przy średniej światowej wynoszącej 162.

– Dotychczasowe niskie koszty pracy nie wymuszały szybkiego tempa automatyzacji, jednak wzrost płacy minimalnej i łącznych kosztów pracowników w Polsce powoduje, że trend ten będzie się odwracał nie tylko w przypadku procesów produkcyjnych. Według analiz rynkowych płace urosły w ubiegłym roku o ok. 10 proc., co było podyktowane w głównej mierze wysokim wzrostem płacy minimalnej. W 2025 roku również można się spodziewać podwyżek, jednak z pewnością niższych. Prognozujemy, że będzie to średni wzrost o ok. 7 proc. – mówi Ewelina Glińska-Kołodziej.

Z kolei napięcia geopolityczne, wzrost ograniczeń w handlu i inwestycjach, zwłaszcza ze Stanami Zjednoczonymi czy Chinami mogą bardziej skłaniać pracodawców do outsourcingu czy reshoringu swoich operacji. Łagodzenie zmian klimatycznych to kolejny ważny trend transformacyjny, który zwiększy nacisk na zarządzanie środowiskowe i napędzi zapotrzebowanie na zawody związane z tym obszarem. Jesteśmy także świadkami starzenia się społeczeństwa i spadku liczby osób w wieku produkcyjnym, głównie w krajach o wyższych dochodach (trend widoczny także w Polsce) z jednej strony i wzrostu liczby osób w wieku produkcyjnym, głównie w krajach o niższych dochodach. To spowoduje wzrost zapotrzebowania na kadry w sektorze zdrowia/opieki społecznej w krajach wysoko rozwiniętych, a w sektorze edukacji w krajach mniej rozwiniętych. Spowolnienie gospodarcze i inflacja mają wpłynąć na przekształcenie działalności w 42 proc. badanych w raporcie firm i związane z tym redukcje etatów. Przewiduje się, że w wyniku transformacji strukturalnej rynku pracy zniknie ok. 92 mln miejsc pracy, ale też powstanie ok. 170 mln nowych miejsc pracy, co daje wzrost netto globalnego zatrudnienia o 7 proc.

KOMPETENCJE NA WAGĘ ZŁOTA

Rozwój technologii cyfrowych, w tym AI i big data, sprawia, że najszybciej rośnie zapotrzebowanie na umiejętności związane z technologią, m.in. w obszarze programowania, cyberbezpieczeństwa i analizy danych. Sytuacja geopolityczna i niepewność gospodarcza promuje kompetencje, takie jak kreatywne myślenie, odporność na stres, myślenie analityczne, elastyczność i umiejętność szybkiego dostosowania się do zmian – te umiejętności będą niezbędne na dynamicznie zmieniającym się rynku pracy. Z kolei starzejące się społeczeństwo i luka kompetencyjna na rynku pracy, powodują wzrost zapotrzebowania na umiejętności związane z zarządzaniem talentami, nauczaniem i mentoringiem, a także motywacją i samoświadomością.

Transformacja rynku pracy, której jesteśmy świadkami, sprawia że pracodawcy będą zwracać większą uwagę na wszechstronność kompetencji kandydatów do pracy i ich gotowość do zmian.

– Twarde umiejętności i wiedza to nie wszystko. Coraz częściej wskazuje się takie kompetencje, jak analiza problemów, podejmowanie decyzji, planowanie strategiczne czy wszelkie kompetencje interpersonalne. A tych niestety brakuje wśród pracowników. – mówi Ewelina Glińska – Kołodziej.

Ekspertka z agencji Trenkwalder wskazuje też, że miękkie umiejętności będą się coraz bardziej liczyć wśród kadry zarządzającej:

– Możemy być pewni, że w kolejnych latach pracodawcy będą przykładać jeszcze większą wagę do właściwego doboru liderów. To właśnie w ich rękach będzie trudna rola pozyskiwania i utrzymywania pracowników w firmie. To oni będą się mierzyć z niskim bezrobociem, rosnącymi kosztami pracy, wysoką konkurencją, międzypokoleniowymi zespołami, niedoborem talentów, odpowiedzią na dynamikę zmian technologicznych, gospodarczych i legislacyjnych. – podkreśla Ewelina – Glińska Kołodziej, Dyrektor Operacyjny agencji zatrudnienia Trenkwalder.

ZAWODY Z PRZYSZŁOŚCIĄ I ZNIKAJĄCE Z RYNKU

Postęp technologiczny zmienia na naszych oczach strukturę rynku pracy. Zawody związane z technologią są najszybciej rosnącymi zawodami pod względem procentowym. Na znaczeniu zyskują specjaliści ds. big data, inżynierowie fintech, specjaliści ds. AI i uczenia maszynowego oraz programiści i twórcy aplikacji, a także specjaliści digitalizacji i automatyzacji.

Zwiększać się będzie rola pracowników na tzw. pierwszej linii frontu, m.in. pracowników budowlanych i w gospodarstwach rolnych, pracowników logistyki, w tym kurierów, sprzedawców oraz pracowników przemysłu spożywczego. Zawody związane z opieką, takie jak pielęgniarki/-rze, pracownicy socjalni i doradcy zawodowi oraz opiekunowie osób starszych, również mają znacząco wzrosnąć w ciągu najbliższych pięciu lat, obok zawodów edukacyjnych, takich jak nauczyciele szkół wyższych i średnich.

Zawody związane z zieloną i energetyczną transformacją, takie jak specjaliści ds. pojazdów autonomicznych i elektrycznych, inżynierowie ochrony środowiska oraz inżynierowie energii odnawialnej, także znajdują się wśród zawodów zyskujących na znaczeniu.

Rozwój nowych technologii, digitalizacja i przenoszenie kolejnych obszarów naszego życia do sfery online, wpływa z kolei na zanikanie takich zawodów, jak pracownicy obsługi biletowej, asystenci administracyjni, telemarketerzy, przedstawiciele handlowi, pracownicy sprzedaży obwoźnej, pracownicy kiosków czy uliczni sprzedawcy, pracownicy ewidencji materiałowej i magazynowej. Te zawody mają odnotować największy spadek w liczbach bezwzględnych. Podobnie, firmy spodziewają się, że najszybciej zanikające zawody to urzędnicy pocztowi, kasjerzy bankowi i pracownicy wprowadzający dane. Rozwój AI już zagraża także takim zawodom kreatywnym jak graficy.

Transformacja rynku pracy jest nieuchronna. Technologie, zmiany demograficzne, kryzys klimatyczny – te wszystkie czynniki będą miały wpływ na to, jak będą wyglądały nasze kariery. Inwestowanie w rozwój kompetencji, zwłaszcza w obszarze technologii i umiejętności miękkich będą kluczowe.

– Rok 2025 będzie na pewno dynamiczny, podobnie jak kolejne lata. Do tej dynamiki warto się przyzwyczaić, bo z perspektywy kandydatów gotowość do zmian i ciągłego kształcenia to wartość i sposób na pozyskanie satysfakcjonującego zatrudnienia. – podkreśla Ewelina Glińska-Kołodziej, Dyrektor Operacyjny agencji zatrudnienia Trenkwalder.

Monika Sypczuk obejmuje stanowisko CEO w firmie BIDads

Monika Sypczuk, doświadczona ekspertka w obszarze zarządzania złożonymi procesami sprzedażowymi w segmencie B2B, objęła stanowisko Prezesa Zarządu w firmie BIDads, specjalizującej się w body leasingu oraz wspieraniu projektów rekrutacyjnych pracodawców z branży digital marketingu.

Monika Sypczuk wnosi do firmy BIDads – specjalizującej się w body leasingu oraz wspieraniu projektów rekrutacyjnych dla pracodawców z branży digital marketingu – ponad 20-letnie doświadczenie w zarządzaniu złożonymi procesami sprzedażowymi w segmencie B2B. Pracowała w firmach technologicznych (IT, Telco) oraz realizowała projekty w branży e-commerce. Była również zaangażowana w rozwój startupu technologicznego, oferującego innowacyjne rozwiązania dla rynku mediów cyfrowych.

Nowa prezes zarządu to także dyplomowana mentorka i coach akredytowany przez EMCC/European Mentoring and Coaching Council. Aktywnie wspiera rozwój kobiet w biznesie jako członkini Klubu Mentorek Fundacji Sieć Przedsiębiorczych Kobiet. Jest również częścią społeczności e-biznesu Digital Bridge Club Alumni, współtworzącej programy mentoringowe dla branży e-commerce.

W dobie rosnącego zapotrzebowania na wykwalifikowanych specjalistów firmy coraz częściej mierzą się z niedoborem talentów oraz potrzebą elastycznych form zatrudnienia. Odpowiedzią na te wyzwania w branży digital marketingu jest body leasing – model współpracy, który pozwala organizacjom szybko i skutecznie pozyskiwać ekspertów z takich dziedzin jak SEO, SEM, Paid Social, czy Programmatic. Firma BIDads pomaga firmom w pełni wykorzystać potencjał tego rozwiązania, zapewniając dostęp do najlepszych specjalistów oraz elastyczność w zarządzaniu zasobami ludzkimi. Moim celem jest dalsze umacnianie pozycji BIDads na rynku oraz budowanie trwałych, opartych na zaufaniu i otwartości relacji biznesowych w branży digital marketingu. Jestem przekonana, że moje doświadczenie pozwoli mi skutecznie rozwijać organizację i wspierać jej wzrost – mówi Monika Sypczuk, CEO BIDads.

Po trzech latach działalności firma BIDads może pochwalić się portfolio kilkunastu stałych klientów, wśród których znajdują się domy mediowe, agencje marketingowe oraz działy marketingu firm reprezentujących różne branże. Kluczowym atutem BIDads jest zespół doświadczonych rekruterów, doskonale rozumiejących specyfikę biddable media. Dzięki dogłębnej wiedzy branżowej oraz umiejętności precyzyjnej weryfikacji kandydatów, firma skutecznie łączy pracodawców z najlepszymi ekspertami na rynku.

Komunikat POLSA w sprawie niekontrolowanego wejścia w atmosferę członu rakiety nośnej

Polska Agencja Kosmiczna (POLSA), Zespół Departamentu Bezpieczeństwa Kosmicznego (DBK) potwierdza, że w nocy w godz. 04:46 – 04:48, 19 lutego 2025 r. doszło nad terytorium Polski do niekontrolowanego wejścia w atmosferę członu rakiety nośnej FALCON 9 R/B – obiektu o numerze NORAD / COSPAR ID 62878 / 2025-022Y.

Człon rakiety o masie około 4 ton pochodził z misji SpaceX Starlink Group 11-4, która wystartowała z bazy lotniczej Vandenberg w Kalifornii 1 lutego 2025 r.

Trajektoria lotu tego obiektu była znana POLSA i europejskim służbom monitorującym ryzyko wejścia w atmosferę Ziemi sztucznych obiektów kosmicznych (EUSST, www.eusst.eu).

Monitorowanie zagrożeń kosmicznych przez POLSA

POLSA DBK stale monitoruje i analizuje zagrożenia w przestrzeni kosmicznej pochodzące od sztucznych obiektów, m.in. rakiet kosmicznych. Agencja informuje o aktualnej sytuacji w przestrzeni kosmicznej oraz wykrytych zagrożeniach odpowiednie służby i instytucje w kraju.

Raporty sytuacyjne dotyczące przewidywania wejścia w atmosferę i kolizji satelitów na orbicie są systematycznie dostarczane m.in. do:

  • Ministerstwa Rozwoju i Technologii,
  • Ministerstwa Obrony Narodowej,
  • Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji,
  • Ministerstwa Infrastruktury,
  • Rządowego Centrum Bezpieczeństwa.

Czas na reformę hipoteki odwróconej

Od ponad dekady eksperci podkreślają, że trzeba zreformować obecne przepisy dotyczące branży hipoteki odwróconej i rent dożywotnich. Związek Przedsiębiorstw Finansowych oraz największe fundusze hipoteczne w Polsce apelują do rządu o podjęcie działań w sprawie Ustawy o Dożywotnim Świadczeniu Pieniężnym, która zapewni transparentność i ochronę konsumentów. Warto tu przytoczyć dane Ministerstwa Sprawiedliwości, z których wynika, że w ostatnich latach zawierano ok. 14 tys. umów o dożywocie rocznie. Część z tych kontraktów była nieprofesjonalna, co prowadzi do nadużyć. Proceder wciąż trwa.  

Pod koniec stycznia br. opublikowano raport ZUS-u pt.: „Dobrowolne ubóstwo. O konsekwencjach dobrowolnego ZUS dla samozatrudnionych”. Wynika z niego, że aż 99,18 proc. osób prowadzących własną działalność gospodarczą opłaca minimalne składki na ubezpieczenie społeczne.[1] Taka praktyka prowadzi do sytuacji, w której wielu samozatrudnionych, zwłaszcza kobiet, jest narażonych na emerytalne ubóstwo, otrzymując w przyszłości jedynie minimalne świadczenia. W efekcie państwo będzie musiało dopłacać do minimalnych emerytur dla wielu z nich.

Dodatkowo, badania przeprowadzone na zlecenie Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych (IGTE) ukazują niski poziom świadomości emerytalnej wśród młodych Polaków. Aż 87 proc. respondentów spodziewa się wyższej emerytury, niż prognozuje ZUS, podczas gdy tylko 6 proc. aktywnie poszukuje wiedzy na temat systemu emerytalnego.[2] Ten brak świadomości skutkuje brakiem działań mających na celu zabezpieczenie finansowe na starość.

W obliczu różnych wyzwań ekonomicznych i demograficznych, hipoteka odwrócona mogłaby stanowić istotne wsparcie dla seniorów, umożliwiając im uzyskanie dodatkowych środków finansowych, jednak niewystarczające regulacje prawne w tym zakresie narażają emerytów na ryzyko nieuczciwych praktyk i utratę dorobku życia.

–  Niedawno przeczytałem w Newsweeku poruszający artykuł Pani Małgorzaty Święchowicz na temat umów o dożywocie zawieranych pomiędzy osobami prywatnymi np. rodzicami i dzieckiem. Niestety tekst był pełen przykładów seniorów (podawanych z imienia i nazwiska), którzy dzięki nieprofesjonalnym kontraktom stracili dorobek całego życia oraz dach nad głową i po dzień dzisiejszy sądzą się z własnymi dziećmi, a szczęśliwego końca nie widać. Jako profesjonalna instytucja zrzeszona w Związku Przedsiębiorstw Finansowych, która stworzyła normy etyczne dla całej branży, przeżywamy każdy taki artykuł. Staramy się też edukować seniorów, przygotowujemy mnóstwo materiałów edukacyjnych o aspektach prawnych i zapisach w umowach, na które trzeba uważać. To jednak stanowczo za mało. Dopóki rząd nie zreformuje już istniejących przepisów wciąż będziemy czytać o nadużyciach, a przecież skala takich oszustw jest o wiele większa niż to, o czym pisze się w mediach – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Były już próby stworzenia przepisów, ale spełzły na niczym

Przypomnijmy, że hipoteka odwrócona działa w Polsce w dwóch modelach. Pierwszy model to odwrócony kredyt hipoteczny, który mogłyby seniorom oferować banki, gdyby chciały. Aby uregulować rynek „usługi bankowej” w 2014 roku parlament uchwalił, a prezydent podpisałustawę o odwróconym kredycie hipotecznym, która na niewiele się zdała, bo do dziś żaden bank nie ma w ofercie tego produktu. Drugi model to renta dożywotnia, hipoteka odwrócona w modelu sprzedażowym, czyli usługa oferowana m.in. przez fundusze hipoteczne, które działają w Polsce od 2008 roku.

–  Od ponad 10 lat postulujemy odpowiednie przepisy, które wprowadziłyby na rynek jakość, etykę i bezpieczeństwo obowiązujące wszystkich, którzy chcą na tym rynku działać – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM, który od roku 2008, czyli od początku istnienia, wypłacił seniorom ponad 28 mln świadczeń. Majkowski przypomina, że profesjonalne fundusze hipoteczne uczestniczyły od 2013 roku w pracach nad projektem Ustawy o dożywotnim świadczeniu pieniężnym, ale niestety projekt Ustawy został wycofany z procesu legislacyjnego. Profesjonalna branża próbowała wielokrotnie zainteresować rządzących hipoteką odwróconą, opublikowała listy otwarte w 2015, 2016 i 2018 roku przytaczając słowa KNF, UOKiK czy Rzecznika Praw Obywatelskich o konieczności uregulowania rynku, wydała kilka folderów edukacyjnych etc.

Branża jest otwarta na dialog

Z raportu Ernst&Young przygotowanego we współpracy z European Pensions and Property Asset Release Group (EPPARG) wynika, że już dziś wartość środków uwalnianych, dzięki tej usłudze, przekracza rocznie 15 mld dolarów w skali świata. Do 2031 roku liczba ta zwiększy się do 50 mld dolarów rocznie. Eksperci prognozują, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat globalny rynek urośnie trzykrotnie.[3]  Dziś do najbardziej rozwiniętych rynków na świecie należą przede wszystkim Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Australia. W każdym z tych krajów, dzięki usłudze hipoteki odwróconej, seniorzy corocznie uwalniają ponad 2 miliardy dolarów kapitału, a liczba firm oferujących takie produkty waha się, w poszczególnych krajach, pomiędzy kilkoma a nawet kilkuset podmiotami, jak ma to miejsce w Wielkiej Brytanii. Do rynków wysoce rozwiniętych należy zaliczyć też m.in. Kanadę, Norwegię, Szwecję i Holandię.

– Warto podkreślić, że w najbardziej rozwiniętych krajach hipoteka odwrócona funkcjonuje od ponad trzydziestu lat, ale dynamiczny rozwój rozpoczął się w ostatniej dekadzie. Bardzo ważną rolę w tym procesie odegrał wzrost standardów oferowania usługi i reputacji usługodawców. Polski rynek, gdyby spojrzeć na niego przez pryzmat globalny, wciąż jest rynkiem młodym, czekającym, a wręcz domagającym się stosownych regulacji. Mam nadzieję, że nowy Rząd przyjrzy się ponownie hipotece odwróconej. Jesteśmy otwarci na rozmowy. Działając w tym obszarze od blisko dwudziestu lat chętnie podzielimy się swoją wiedzą i doświadczeniem – podsumowuje Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM, który jednocześnie pełni funkcję Członka Zarządu EPPARG.

[1] https://wiadomosci.wp.pl/tajny-raport-zus-to-tykajaca-bomba-7117388360055584a oraz https://www.fakt.pl/pieniadze/zus-ujawnil-tajny-raport-alarmujace-dane-o-emeryturach-polakow-dlaczego-to-ukrywali/k6fsw8g

[2] https://www.money.pl/emerytury/maja-luki-w-placeniu-skladek-40-latkowie-drza-o-swoje-emerytury-7111985017142016a.html

[3] Raport „Global Equity Release Roundtable 2020”, przygotowany przez EY i EPPARG, opublikowany 28.01.2021.
Link: http://epparg.org/news/global-equity-release-market-forecast-to-more-than-treble-by-2031/

Piotr Ruszowski przechodzi z Mondial Assistance do zarządów TUiR Allianz Polska i TU Allianz Życie

0

Piotr Ruszowski, obecnie dyrektor generalny Mondial Assistance, zostanie powołany do zarządów TUiR Allianz Polska S.A. oraz TU Allianz Życie Polska S.A. Będzie odpowiedzialny za sprzedaż przez zewnętrzne kanały dystrybucji.

Od początku 2025 roku w Allianz Polska obowiązuje nowy model zarządzania sprzedażą, polegający na rozdzieleniu kanałów własnych i zewnętrznych. Za zarządzanie kanałami własnymi (agenci wyłączni oraz direct) odpowiada Monika Kulińska. Z kolei za sprzedaż przez kanały zewnętrzne odpowiada obecnie Marcin Kulawik, i tę rolę w kwietniu przejmie od niego Piotr Ruszowski. Jego domeną będą dealerzy, multiagencje, pośrednicy finansowi, partnerzy strategiczni i bankowi (z wyjątkiem Santander Allianz) oraz brokerzy życiowi.

Piotr Ruszowski jest związany z Mondial Assistance (marka Allianz Partners) od 2011 roku, na początku jako kierownik działu marketingu i komunikacji, potem jako dyrektor pionu sprzedaży i marketingu, a od 2022 roku jako dyrektor generalny w Polsce. W trakcie swojej kariery w Mondial Assistance pełnił także funkcję dyrektora sprzedaży i marketingu regionu Europy Środkowo-Wschodniej oraz odpowiadał za współpracę z kluczowymi partnerami na wybranych europejskich rynkach. Wcześniej pracował m. in. w PwC oraz Nationale-Nederlanden. Pochodzi z Gdańska, jest absolwentem Uniwersytetu Gdańskiego, The Chartered Institute of Marketing oraz London School of Public Relations.

Po zakończeniu procesu oceny odpowiedniości (fit & proper), planowane jest powołanie Piotra Ruszowskiego na członka zarządów TUiR Allianz Polska S.A. oraz TU Allianz Życie Polska S.A. przez Rady Nadzorcze obu spółek.

Dzięki transferowi w ramach grupy Allianz pozyskujemy bardzo doświadczonego menedżera, współpracującego od lat również z Allianz Polska, a więc dobrze znającego specyfikę naszego biznesu. Piotr Ruszowski ma też znakomite rozeznanie jeśli chodzi o dystrybutorów ubezpieczeń i usług assistance. Jest znany i ceniony na rynku, będzie więc dużym wzmocnieniem naszej firmy. Życzę mu wielu sukcesów w nowej roli – mówi Marcin Kulawik, prezes TUiR Allianz Polska S.A. oraz TU Allianz Życie Polska S.A.

– Po niespełna 15 latach spędzonych w Mondial Assistance zmieniam okręt i ruszam w dalszą zawodową podróż, będąc przekonanym, że przede mną kolejne ciekawe i pasjonujące lata. Dziękuję Marcinowi Kulawikowi za propozycję, abyśmy w tę podróż ruszyli wspólnie. Chciałbym również bardzo serdecznie podziękować wszystkim tym, z którymi pracowałem i współpracowałem tworząc Mondiala – pracownikom i naszym podwykonawcom, partnerom i klientom. Duch assistance, otwartości i niesienia pomocy na pewno pozostanie ze mną, bo jest on częścią mojego DNA. Do zobaczenia na nowej łodzi! – mówi Piotr Ruszowski.

Bezpieczeństwo i obronność bez przedstawiciela Prezydenta? Nowy projekt ustawy

18 lutego 2025 r. w porządku obrad Rady Ministrów znalazł się projekt ustawy o zmianie ustawy o Radzie Ministrów oraz niektórych innych ustaw (UD130), którego wnioskodawcą jest Minister – Członek Rady Ministrów Maciej Berek, a jedną ze zmian jest wyeliminowanie przedstawiciela Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z posiedzeń stałego komitetu, komitetu Rady Ministrów oraz Rady Ministrów, na którym rozpatrywane są sprawy dotyczące bezpieczeństwa i obronności państwa – Dr n. pr. Marek Woch Ekspert Centrum Legislacji Federacji Przedsiebiorcy.pl

Co zaproponowano:

Zdaniem wnioskodawcy proponowane zmiany w art. 12 ust. 3 i art. 22 ust. 1b ustawy o Radzie Ministrów mają na celu „uelastycznienie” udziału przedstawiciela Prezydenta RP w rządowym procesie legislacyjnym.

Art. 12 ust. 3:

  • Uchylenie: Proponuje się uchylenie tego ustępu, który stanowi obecnie:
    „W posiedzeniu stałego komitetu lub komitetu Rady Ministrów, na którym rozpatrywane są sprawy dotyczące bezpieczeństwa i obronności państwa, bierze udział przedstawiciel Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”.

Art. 22 ust. 1b:

  • Zmiana: Zamiast obowiązkowego udziału przedstawiciela Prezydenta RP, proponuje się możliwość zapraszania go na posiedzenia Rady Ministrów.

Uzasadnienie zmian według wnioskodawcy:

  • Zasada podziału władz: Podkreśla się, że zasada ta odnosi się do relacji między władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, a nie do relacji między organami w ramach jednej władzy, (np. Sejmem i Senatem). Współpraca między Radą Ministrów a Prezydentem RP nie jest objęta zakresem art. 10 Konstytucji.
  • Kompetencje Prezydenta: Konstytucja nie przyznaje Prezydentowi RP prawa do udziału w posiedzeniach Rady Ministrów, stałego komitetu i komitetów Rady Ministrów (art. 144 ust. 3).
  • Współpraca w ramach władzy wykonawczej: Konstytucja przewiduje inne formy współpracy, takie jak Rada Gabinetowa (art. 141 ust. 1) oraz możliwość powoływania przez Prezydenta osób z administracji rządowej do Rady Bezpieczeństwa Narodowego.
  • Odpowiedzialność polityczna: Rada Ministrów ponosi odpowiedzialność polityczną przed Sejmem, w przeciwieństwie do Prezydenta.

Zmiany:

Obecnie brzmienie: art. 12 ust. 3 ustawy z dnia 8 sierpnia 1996 r. o Radzie Ministrów
„W posiedzeniu stałego komitetu lub komitetu Rady Ministrów, na którym rozpatrywane są sprawy dotyczące bezpieczeństwa i obronności państwa, bierze udział przedstawiciel Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”.

Proponowane brzmienie art. 12 ust. 3 ustawy z dnia 8 sierpnia 1996 r. o Radzie Ministrów.
Proponuje się uchylenie tego ustępu, ponieważ możliwość udziału przedstawicieli różnych organów, w tym Prezydenta RP.

Obecnie brzmienie: art. 22 ust. 1b. ustawy z dnia 8 sierpnia 1996 r. o Radzie Ministrów
„1.b. W posiedzeniu Rady Ministrów, na którym rozpatrywane są sprawy dotyczące bezpieczeństwa i obronności państwa, bierze udział przedstawiciel Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”.

Proponowane brzmienie: 22 ust. 1b. ustawy z dnia 8 sierpnia 1996 r. o Radzie Ministrów
„1b. Prezes Rady Ministrów może zapraszać przedstawiciela Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej do udziału w posiedzeniu Rady Ministrów, na którym są rozpatrywane sprawy dotyczące bezpieczeństwa i obronności państwa”.

Podsumowanie:

Zdaniem wnioskodawcy proponowane zmiany mają na celu „uelastycznienie” udziału Prezydenta RP w rządowym procesie legislacyjnym, uwzględniając zasadę podziału władz, kompetencje Prezydenta oraz formy współpracy przewidziane w Konstytucji.

Należy zauważyć, że nie jest to pierwszy raz, kiedy rząd zamierza ograniczyć rolę Prezydenta RP. Szerzej: Pominięcie w informowaniu Prezydenta RP oraz Biura Bezpieczeństwa Narodowego przez Premiera. Czy rząd polski przewiduje powszechną mobilizację wojskową?

92% kierowców samochodów elektrycznych nie wróci do spalinówek

  • 92% kierowców samochodów elektrycznych na świecie i 85% w Polsce, ponownie zdecyduje się na zakup elektryka. Jedynie 1% respondentów chce powrócić do pojazdów spalinowych.
  • Wśród największych „hamulców” pojazdów elektrycznych, respondenci z całego świata wskazują słabo rozwiniętą sieć szybkiego ładowania (23%), długi czas ładowania (19%) oraz niewystarczający zasięg pojazdu (15%). To niemal pokrywa się z wynikami dla Polski, gdzie jako główną barierę wskazano długie ładowanie (44%), niewystarczającą sieć ładowarek (38%) oraz konieczność planowania podróży (30%).
  • W badaniu EV Klub Polska wraz z Global EV Drivers’ Alliance, zrzeszającym ponad 320 tysięcy realnych użytkowników samochodów elektrycznych na całym świecie, udzielono ponad 23 tysiące odpowiedzi.
  • EV Klub Polska zrzesza ponad 10 tysięcy członków i aktywnie wspiera rozwój elektromobilności poprzez działania edukacyjne, organizację wydarzeń oraz oferowanie atrakcyjnych benefitów dostępnych w dedykowanej aplikacji mobilnej.

Popularność pojazdów elektrycznych z każdym rokiem się zwiększa. Potwierdzają to wyniki badania Global EV Driver Survey 2024, wykonanego przez EV Klub Polska, największej w Polsce i regionie Środowo-Wschodniej Europy, organizacji łączącej użytkowników samochodów elektrycznych oraz 63 kluby z innych państw, zrzeszonych w ramach Global EV Drivers’ Alliance.

– Wyniki analizy 23 tysięcy ankiet, w tym niemal tysiąca z Polski, nie pozostawią wątpliwości. 92% kierowców samochodów elektrycznych na świecie, planuje ponowny zakup pojazdu o napędzie elektrycznym. W naszym kraju odsetek ten jest nieznacznie niższy – 85%. Warto jednak zwrócić uwagę, że w skali globalnej jedynie 1% użytkowników „elektryków” zadeklarowało powrót do pojazdu spalinowego, a w Polsce tylko 2%. Z kolei zadowolenie z korzystania z BEV wskazało aż 98% pytanych (94% w Polsce). To jasno pokazuje, że przesiadając się raz na auto elektryczne, użytkownicy nie chcą już wracać do aut spalinowych – wskazuje Łukasz Lewandowski, CEO Fundacji EV Klub Polska.

Użytkownikowi musi się to opłacać

Wśród wielu walorów samochodów elektrycznych głównym czynnikiem w Polsce przemawiającym za jego zakupem są przede wszystkim korzyści finansowe. Niższe koszty eksploatacji (47%) i niskie koszty utrzymania (35%) zostały wskazane jako główny argument za e-pojazdami. Równie istotnym elementem są przywileje dla pojazdów elektrycznych (33%) i komfort podróżowania (25%).

– Pod wieloma względami polski rynek EV nie odbiega od globalnych trendów. Zdecydowana różnica jest w przypadku argumentu środowiskowego, który względem globalnego wyniku różni się o 23 p.p. Przyczyn takiego stanu rzeczy upatrywać można przede wszystkim w pragmatycznym podejściu do pojazdów. Głównym motywatorem są mniejsze koszty utrzymania oraz szereg przywilejów, jak darmowe parkowanie w strefie płatnego parkowania, które również wpływają na oszczędności finansowe. Nie można pominąć również faktu, że rozwój polskiego rynku elektromobilności jest na wcześniejszym poziomie adopcji niż w wielu europejskich krajach. Z badania jasno wynika, że aż 45% respondentów w naszym kraju, samochód elektryczny eksploatuje je krócej niż rok lub rok (23%). Względem ankietowanych z różnych krajów świata jest to znacząca różnica, gdyż najliczniejszą grupą użytkowników samochodów elektrycznych są osoby z minimum 2 letnim (17%), 3 letnim (15%) oraz większym niż 7 lat (16%) doświadczeniem – mówi Łukasz Lewandowski.

Infrastruktura to problem globalny

Badanie wykazało również największe bariery dotyczące elektromobilności. Na każdym analizowanym rynku użytkownicy jasno podkreślali konieczność rozbudowy ogólnodostępnej infrastruktury ładowania dużych mocy. Dostępność szybkich ładowarek dla 47% ankietowanych na świecie jest ważniejsze niż cena ładowania. Brak dobrze rozbudowanej (wielostanowiskowe huby do ładowania zamiast pojedynczych stacji) ultra-szybkiej infrastruktury ładowania przekłada się na wydłużony czas oczekiwania na naładowanie pojazdu. Ten problem zauważalny jest zwłaszcza w Polsce, gdzie 46% badanych zadeklarowało, że czasami zdarzają się kolejki pod stacjami ładowania. Z kolei 35% ankietowanych twierdzi, że rzadko czekają na ładowanie. Mimo że infrastruktury do ładowania przybywa to by przekonać użytkowników aut spalinowych do przesiadki na „elektryka” najpierw musi być dobrze rozwinięta sieć ładowania.

Kluczowe kierunki rozwoju

Badanie EV Klub Polska oraz GEVA jasno wskazało jakie są rynkowe potrzeby, które mogą przyczynić się do zdynamizowania rozwoju sektora elektromobilności na świcie. Główny elementem jest przede wszystkim infrastruktura ładowania, która musi zostać znacząco rozwinięta. Kluczowe jest budowanie hubów ładowania dużych mocy przy głównych szlakach komunikacyjnych oraz rozwój sieci ładowania w miastach.

Kolejnym istotnym elementem jest dążenie do obniżenia kosztów związanych z posiadaniem i eksploatacją pojazdu elektrycznego. Wraz z takimi czynnikami jak wygoda, możliwość taniego ładowania w domu oraz aspektami proekologicznymi, stanowią one kluczowe argumenty dla podjęcia decyzji o pozostaniu lub przesiadce na pojazd elektryczny.

–  Ekonomiczna opłacalność użytkowania samochodu elektrycznego jest niepodważalna i stanowi jeden z kluczowych argumentów przemawiających za wyborem tej technologii. Dlatego, oprócz ceny zakupu konkurencyjnej wobec spalinowych odpowiedników, niezbędne jest zapewnienie użytkownikom EV dostępu do taniego ładowania – zarówno w domu, jak i korzystając z publicznej infrastruktury. W związku z tym powinny zostać wprowadzone specjalne taryfy energetyczne dedykowane posiadaczom samochodów elektrycznych oraz operatorom stacji ładowania. Takie rozwiązania mogłyby znacząco przyspieszyć rozwój elektromobilności w Polsce – podsumowuje Łukasz Lewandowski, CEO EV Klub Polska.

EV Klub Polska to największy klub w Polsce i regionie Europy Środkowo-Wschodniej zrzeszający użytkowników samochodów elektrycznych. Organizacja liczy ponad 10 tysięcy członków i aktywnie wspiera rozwój elektromobilności poprzez działania edukacyjne, organizację wydarzeń (zlotów) oraz oferowanie atrakcyjnych benefitów dostępnych w dedykowanej aplikacji mobilnej. Członkowie klubu mogą korzystać z licznych przywilejów, w tym zniżek na ładowanie pojazdów elektrycznych, rabatów na usługi serwisowe oraz specjalnych ofert partnerów wspierających rozwój zeroemisyjnego transportu. EV Klub Polska jest jednym z założycieli organizacji międzynarodowej organizacji zrzeszającej kluby użytkowników EV z całego świata GEVA.

Stres, elastyczność, AI – jak będzie wyglądać rynek pracy w 2025 roku?

Przyszłość rynku pracy rysuje się w dynamicznych barwach – błyskawiczna cyfryzacja miejsc pracy, presja na nowe umiejętności i konieczność strategicznego planowania kariery to tylko niektóre z trendów, które zdominują 2025 rok. Wnioski te płyną z opublikowanego dziś „Raportu Trendów 2025. Wynagrodzenia i rynek pracy – przyspieszenie adaptacji”, przygotowanego przez Manpower. Publikacja identyfikuje 16 kluczowych zmian, które ukształtują świat pracy z perspektywy zarówno pracowników, jak i kandydatów. Partnerem raportu jest portal pracy rocketjobs.pl.

Zestresowany jak menedżer

Według publikacji „Raport Trendów 2025. Wynagrodzenia i rynek pracy – przyspieszenie adaptacji”, znaczna część Millenialsów, czyli osób w wieku 28-43 lata, zajmuje stanowisko menedżera zarządzając pracą co najmniej jednej osoby. Mnogość obowiązków zarówno prywatnych, jak i zawodowych, a do tego dochodząca presja sprawiają, że 53% liderów średniego szczebla na świecie codziennie zmaga się ze stresem. Dlatego między innymi u swoich pracodawców cenią sobie dbałość o work-life balance, etyczne przywództwo oraz transparentne zarządzanie organizacją.

– Świat pracy ewoluuje niezwykle dynamicznie, przez co oczekiwania rynku, a przede wszystkim zespołów oraz talentów z którymi codziennie współpracują współcześni managerowie, zmieniają się błyskawicznie. To sprawia, że także ich rola staje się bardzo wymagająca – mówi Katarzyna Pączkowska, dyrektor zatrudnienia stałego w Manpower. – Z jednej strony liderzy stają przed wymaganiami biznesowymi, są bowiem osobami odpowiedzialnymi za efekty pracy wielu zespołów. Zmagają się również z różnymi oczekiwaniami ze strony zatrudnionych osób, potrzebami indywidualnego podejścia do każdego z pracowników, presją płacową, ale także różnymi stylami koordynacji działań, czy zarządzania. Ta niełatwa rola, zwłaszcza w świecie rozproszonych zespołów, potrzebuje wyjątkowego połączenia kompetencji miękkich, świetnej komunikacji, wraz z umiejętnościami współpracy, analizy, odporności na stres – dodaje ekspertka.

Tomasz Walenczak, dyrektor generalny ManpowerGroup w Polsce podkreśla, że dla pracodawców obecny rok upłynie pod znakiem różnorodności zespołów oraz zmian pokoleniowych. – Jak pokazują dane z raportu, znaczna część firm traktuje działania na rzecz równości, inkluzywności i poczucia przynależności jako jeden z priorytetów w swoich strategiach HR. Zauważalne będzie również wypracowanie nowych modeli pracy oraz efekty dynamicznej transformacji cyfrowej. Elastyczność w miejscu pracy nabrała nowego znaczenia – pracodawcy coraz częściej oczekują, że zespoły będą wykonywać swoje obowiązki głównie z biura. Tymczasem dla pracowników wciąż kluczowa jest możliwość pracy w modelu hybrydowym, z przewagą dni spędzonych w home office – mówi Tomasz Walenczak.

Elastyczność inna, niż wszystkie

Jeszcze w 2020 roku obecność w biurach na świecie spadła o 90%, co zapoczątkowało globalną rewolucję modelu pracy. Jednak większa elastyczność dla jednych zespołów może być demotywująca dla pracowników, którzy są zobowiązani do pracy stacjonarnej. Dziś 76% osób pracujących hybrydowo twierdzi, że elastyczność pozytywnie wpływa na ich dobrostan i równowagę między życiem zawodowym a prywatnym (źródło: ManpowerGroup). Z kolei w grupie osób pracujących stacjonarnie przyznaje to 57%.

– Stabilność zatrudnienia, konkurencyjne wynagrodzenie, transparentność ofert, szczególnie w zakresie widełek finansowych, zyskują na znaczeniu w obliczu niepewności gospodarczej i trend z pewnością utrzyma się w 2025 roku. Jednym z priorytetów dla kandydatów jest też hybrydowy model pracy, a najchętniej również w elastycznych godzinach i choć wiele organizacji powraca do biur to możliwość pracy na home office wciąż jest pożądana przez aplikujących. W dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości coraz ważniejsze dla pracowników stają się też komfort psychiczny i niski poziom stresu, przede wszystkim dla najmłodszego pokolenia kandydatów. Generacja Z zwraca także uwagę na sposób komunikacji w ogłoszeniach, liczy się jasność przekazu, inkluzywny język oraz równowaga między wymaganiami a ofertą dla kandydata – mówi Piotr Nowosielski, CEO portali pracy Just Join IT i rocketjobs.pl.

AI zwiększa presję na produktywność

Badanie ManpowerGroup wskazuje, że prawie połowa pracodawców (48%) na całym świecie już teraz korzysta z narzędzi generatywnej sztucznej inteligencji, a kolejne 21% planuje je wdrożyć w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Analizy MIT mówią o tym, że najnowsze technologie mogą zwiększyć wydajność wysoko wykwalifikowanych pracowników nawet o 40% w porównaniu do tych, którzy jej nie używają. Choć nowe technologie z pewnością ułatwiają pracę, to z drugiej strony niemal połowa (47%) pracowników na świecie korzystających z AI twierdzi, że nie ma pomysłu na to, jak zwiększyć swoją produktywność, której oczekują ich przełożeni. Natomiast 77% uważa, że narzędzia sztucznej inteligencji paradoksalnie zmniejszyły ich produktywność i zwiększyły obciążenie pracą (źródło: Upwork).

– Implementacja sztucznej inteligencji w niemal każdej branży ma swoje dwa oblicza. Z jednej strony usprawnia wiele procesów, ułatwia pracę i rozwój, a w dobie niedoboru talentów ma szansę na uzupełnienie tej luki w codziennych działaniach pracowników. Z drugiej jednak wymusza na talentach sztuczne generowanie nowej jakości, nienaturalnego wzrostu produktywności, co w dłuższej perspektywie może prowadzić do wypalenia zawodowego czy przedwczesnej zmiany ścieżki kariery – podkreśla Tomasz Walenczak.

W dobie codziennego wykorzystania zaawansowanych rozwiązań technologicznych nie należy zapominać o cyberbezpieczeństwie. Znalezienie pracowników IT o pożądanym profilu jest ważne jak nigdy dotąd. W 2024 roku niedobór specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa na świecie osiągnął 4 miliony. Pomimo globalnej niepewności gospodarczej, w tym samym roku aż 76% pracodawców z branży IT wciąż zmagało się z trudnościami w zatrudnieniu odpowiednio wykwalifikowanych pracowników nowych technologii.

Kariera w obliczu zmian, czyli czas na plan B, C i D

W najbliższych latach na całym świecie powstanie 69 milionów nowych miejsc pracy, a 83 miliony zostaną zlikwidowane (źródło: WEF). Eksperci przewidują również, że w porównaniu do 2016 roku wymagane umiejętności zmienią się o połowę w ciągu najbliższych kilku lat, a generatywna sztuczna inteligencja ma jeszcze bardziej przyspieszyć tę ewolucję (źródło: Microsoft). Większość osób przechodzi przez ten okres zmian zawodowych bez przygotowania i strategii. 7 na 10 liderów uważa, że ich zespoły mają plan na swoje kariery, z drugiej jednak strony tylko 27% pracowników się z tym zgadza. To sprawia, że rozwój zawodowy będzie stawać się jeszcze bardziej istotny, tak samo jak zdobywanie umiejętności, nowej wiedzy oraz odpowiednie podejście, które sprzyja zaangażowaniu, czy produktywności.

Zielona transformacja biznesu

Rosnąca presja ze strony konsumentów, inwestorów, ale także rządów w kwestii działań na rzecz zmian klimatycznych, nieuchronnie przyspiesza zieloną transformację biznesu. Wszystko to sprawia, że według WEF, do 2030 roku powstanie nawet 30 milionów nowych miejsc pracy. W przypadku kluczowych branż, takich jak produkcja, IT czy operacje, pracodawcy szacują, że nawet 57% umiejętności będzie musiało ulec zmianie, aby dostosować się do wymagań zrównoważonego rozwoju (źródło: ManpowerGroup). Niestety, znaczna część organizacji na świecie alarmuje o wyzwaniu, jakim jest niedobór talentów z pożądanymi kwalifikacjami, oraz jego przełożeniu na osiągnięcie przez firmy deklarowanych celów zrównoważonego rozwoju.

Jak zauważa Tomasz Walenczak, zielona transformacja biznesu, w związku z nowymi regulacjami unijnymi, zwiększonymi wymaganiami ze strony rynku, pracowników, ale także biznesu staje się coraz bardziej istotna. – Kandydaci w procesach rekrutacyjnych coraz częściej zwracają uwagę na działania potencjalnych pracodawców względem ESG, zrównoważonego rozwoju, a wprowadzane przepisy prawa generują zapotrzebowanie na nowe, związane z tym obszarem miejsca pracy, dlatego eksperci z odpowiednią wiedzą w zakresie zrównoważonego rozwoju, nowoczesnych zielonych rozwiązań, raportowania czy monitorowania tego typu działań mogą liczyć na wiele ciekawych ofert pracy – podsumowuje szef ManpowerGroup w Polsce.

USA i Rosja kształtują nowy porządek. Unia Europejska bez wspólnej strategii

Europa wielokrotnie udowodniła, że potrafi działać wspólnie w obliczu kryzysów, czego dowiodły reakcje na pandemię COVID-19, rosyjską inwazję na Ukrainę w 2022 roku czy negocjacje dotyczące brexitu. Obecnie jednak Unia zmaga się z nowym wyzwaniem – amerykańskimi próbami zakończenia konfliktu w Ukrainie poprzez bezpośrednie rozmowy z Rosją, prowadzone poza unijnymi strukturami. Brak spójnej strategii i wyraźnego przywództwa stał się szczególnie widoczny podczas spotkania w Arabii Saudyjskiej, gdzie negocjacje z Moskwą odbywały się bez udziału kluczowych polityków państw UE.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełeński wielokrotnie podkreślał, że rozmowy prowadzone bez udziału Kijowa nie przyniosą oczekiwanych rezultatów. Tymczasem unijni dyplomaci, mimo prób uzyskania informacji od amerykańskiego wysłannika ds. Ukrainy Keitha Kellogga, nie otrzymali jasnych wyjaśnień co do stanowiska Stanów Zjednoczonych. Sytuację dodatkowo komplikują wewnętrzne podziały w Europie. Wyraźnym sygnałem braku jedności stało się opuszczenie przez kanclerza Niemiec Olafa Scholza spotkania w Paryżu, zorganizowanego przez prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Mimo zapowiedzi dalszych konsultacji, zbliżające się wybory (m.in. w Niemczech) utrudniają podejmowanie zdecydowanych kroków, co osłabia zdolność UE do przedstawienia wspólnej wizji.

Kluczowym problemem pozostaje ograniczony charakter europejskiej integracji w kwestiach bezpieczeństwa i polityki zagranicznej. O ile państwa członkowskie potrafią działać razem w obszarach handlu i regulacji, o tyle w sprawach obronności często pojawiają się rozbieżności i sprzeczne interesy. Choć Unia potrafiła zjednoczyć się w odpowiedzi na rosyjską agresję w 2022 roku, istnieją liczne przykłady braku porozumienia, jak chociażby kryzys strefy euro czy kwestia wojny w Iraku sprzed 20 lat. Obecnie Stany Zjednoczone naciskają na Europę, by zwiększyła wydatki militarne na wsparcie Ukrainy, a wśród pojawiających się propozycji jest międzynarodowa misja pokojowa, popierana przez premiera Wielkiej Brytanii Keira Starmera. Jednak część przywódców, odnosi się do tej idei sceptycznie, obawiając się eskalacji konfliktu.

Nie pozostaje to bez wpływu na gospodarkę. Rosnąca presja na zwiększenie wydatków zbrojeniowych może ograniczyć finansowanie innych kluczowych sektorów, takich jak edukacja, infrastruktura czy ochrona zdrowia. Jednocześnie większe inwestycje w europejski przemysł obronny mogłyby pobudzić rozwój gospodarczy, tworzyć miejsca pracy i wspierać innowacje. Jednak trwający konflikt, sankcje nałożone na Rosję oraz zakłócenia w łańcuchach dostaw potęgują niepewność na rynkach finansowych i surowcowych, wzmagając presję inflacyjną i wpływając na codzienne życie obywateli UE. Coraz częściej pojawiają się głosy, że wsparcie Ukrainy nie powinno pochłaniać wszystkich zasobów i że konieczne jest znalezienie równowagi między bezpieczeństwem wschodnich granic a rozwiązaniem wewnętrznych problemów gospodarczych i społecznych.

Kluczowe znaczenie będzie miał kompromis między francuską wizją „strategicznej autonomii” a niemieckim przywiązaniem do relacji transatlantyckich. Emmanuel Macron opowiada się za uniezależnieniem Europy od Stanów Zjednoczonych i budową własnego systemu bezpieczeństwa, podczas gdy Niemcy obawiają się osłabienia więzi z NATO. Tymczasem w Waszyngtonie rosną oczekiwania, by UE jednoznacznie zadeklarowała większe zaangażowanie w obronność regionu. Amerykański sekretarz stanu Marco Rubio otwarcie zapytał europejskich przywódców o ich gotowość do poniesienia kosztów wojskowych i finansowych, co stawia Unię w trudnym położeniu, zwłaszcza że wielu liderów stoi przed nie popularnymi decyzjami w przededniu wyborów.

W rezultacie to Stany Zjednoczone i Rosja kształtują obecnie ramy negocjacji dotyczących przyszłości Ukrainy, podczas gdy Europa wciąż nie potrafi zdefiniować swojego stanowiska. Unijni politycy, przytłoczeni wewnętrznymi sporami i napiętymi harmonogramami wyborczymi, ryzykują znalezienie się w sytuacji, w której kluczowe decyzje zapadają bez ich udziału. Brak jednoznacznych rozwiązań zwiększa ryzyko zarówno dla stabilności politycznej i bezpieczeństwa, jak i dla dalszego wzrostu gospodarczego.

Krzysztof Kamiński – Oanda TMS

Agnieszka Krupa nowym dyrektorem zarządzającym Allianz Partners Polska

0

Agnieszka Krupa zastąpi Piotra Ruszowskiego na stanowisku dyrektora zarządzającego Allianz Partners Polska (działającego również pod marką Mondial Assistance). Jej 25-letnie doświadczenie managerskie ma pomóc firmie we wdrażaniu kolejnych zmian rozwojowych.

Agnieszka Krupa przejmie stery lidera na rynku usług assistance w Polsce od 1 kwietnia br. Będzie to dla niej powrót do organizacji, którą współtworzyła od podstaw. Obecnie do końca marca br. pełnić będzie rolę Global Head of Underwriting and Products w obszarze turystyki Allianz Partners. Wcześniej przez wiele lat zajmowała stanowiska kierownicze w Allianz Partners, w tym: dyrektor zarządzającej Allianz Partners Czech Republic & Slovakia, dyrektor Centrum Kompetencyjnego Travel i dyrektor Zarządzania Rynkiem, dyrektor sprzedaży i marketingu w Mondial Assistance oraz dyrektor finansowej w Mondial Assistance/ Elvia Travel Insurance Polska.

– Z radością wracam do Allianz Partners Polska – dzisiaj już silnej części międzynarodowej grupy ubezpieczeniowej – podkreśla Agnieszka Krupa. Od kwietnia będę mogła kontynuować ten sukces z dotychczasowym zespołem, którego mocna reprezentacja w strukturach międzynarodowych Grupy Allianz Partners jest najlepszym potwierdzeniem wartości naszych ekspertów. To właśnie przede wszystkim na ludziach będę dalej opierać naszą przewagę konkurencyjną, ponieważ mamy ogromny know-how w zespole, który nadal jest głodny sukcesów. Gdy do tego dołożymy wsparcie i kulturę organizacyjną Allianz Partners, z optymizmem patrzę w przyszłość i możliwość realizacji założonych celów – dodaje Agnieszka Krupa.

Gratuluję Agnieszce nowej roli, w której będzie nadzorować rozwój i strategię rynkową naszego polskiego biznesu – mówi Jolanty Karny, regionalna dyrektor zarządzająca na Europę w Allianz Partners. Chcemy wykorzystać jej doświadczenie w zarządzaniu i wdrażaniu zmian, co w połączeniu z mocnym zespołem może przynieść bardzo dobre wyniki. Jednocześnie chcę serdecznie podziękować Piotrowi Ruszowskiemu, który zostawia firmę w świetnej kondycji i jednocześnie pogratulować Grupie Allianz w Polsce, która zyskuje świetnego managera. Poprzeczka w kontekście wyników i stylu, w jakim je osiągał, jest zawieszona bardzo wysoko, dlatego tym bardziej cieszę się, że jego następczynią będzie tak doświadczona managerka a dodatkowo osoba z wewnątrz naszej organizacji – podsumowuje Jolanta Karny.

– Po niespełna 15 latach spędzonych w Mondial Assistance rozpoczynam nowy etap zawodowej podróży. Chciałbym bardzo serdecznie podziękować wszystkim tym, z którymi pracowałem i współpracowałem tworząc Mondiala – pracownikom i naszym podwykonawcom, partnerom i klientom. Duch assistance, otwartości i niesienia pomocy na pewno pozostanie ze mną, bo jest on częścią mojego DNA. Pozostawiam firmę w dobrych rękach Agnieszki Krupy i życzę mojemu dotychczasowemu zespołowi pod jej wodzą wielu sukcesów na drodze dalszego rozwoju – mówi Piotr Ruszowski.

Agnieszka Krupa przez ponad 25 lat w Grupie Allianz Partners znacząco przyczyniła się do jej rozwoju. Przekształciła funkcję underwritingową i produktową w obszarze ubezpieczeń turystycznych w całkowicie nowy (pionowy) model operacyjny; wspierała reorganizację biznesu turystycznego Allianz Partners po pandemii COVID-19, napędzając silny wzrost i wdrażając strategiczne działania naprawcze; z powodzeniem kierowała wdrażaniem produktów zapewniając konkurencyjną, zrównoważoną ofertę produktową.

Piotr Ruszowski od 1 kwietnia br. przenosi się do Grupy Allianz, gdzie jako członek zarządu TUiR Allianz Polska S.A. oraz TU Allianz Życie Polska S.A. będzie odpowiedzialny za obszar sprzedaży przez kanały zewnętrzne. Jego domeną będą dealerzy, multiagencje, pośrednicy finansowi, partnerzy strategiczni i bankowi (z wyjątkiem Santander Allianz) oraz brokerzy życiowi.

Dzień Prezydenta w USA: Spokój na rynkach i moc dolara

Święta w USA mają cudowną moc uspokajania rynków. Biorąc pod uwagę ilość zapowiedzi generowaną przez administrację nowego prezydenta, taki dzień im źle nie zrobi. W nocy Australia zgodnie z oczekiwaniami obniżyła stopy procentowe.

Dzień Prezydenta w USA 

Wczoraj w USA mieliśmy Dzień Prezydenta. Teoretycznie jest to rocznica urodzin George’a Washingtona, ale Amerykanie przenieśli uroczystość ze stałej daty na 3 poniedziałek lutego, by zawsze tworzyć długi weekend, a nie dzielić tygodnia świętem na dwie części. Dzień wolny za oceanem to jednak również mniejsza płynność na rynkach. Tak też było w poniedziałek. Na rynkach światowych generalnie wiało nudą. Dolar się trochę umocnił względem euro, bo rosną szanse, że nie zobaczymy więcej niż jednej obniżki stóp procentowych za oceanem w tym roku. Z drugiej strony wciąż byliśmy w okolicach kursu 1,05 na głównej parze walutowej – czyli raczej słabego dolara, patrząc na ostatnie tygodnie.

Australia obniża stopy procentowe

W nocy doszło do obniżek stóp procentowych w Australii. Główna stopa spadła z 4,35% na 4,1%, co było zgodne z oczekiwaniami analityków. Jednym z powodów cięć jest spadek inflacji. Ceny w czwartym kwartale w Australii rosły o 2,4%. Był to najniższy wynik od pierwszego kwartału 2021 roku. Decyzja ta nie miała wpływu na notowania dolara australijskiego, gdyż była ona prognozowana przez inwestorów. Warto zwrócić uwagę, że prezes RBA zaznaczył, że decyzja ta, wbrew oczekiwaniom niektórych analityków nie oznacza rozpoczęcia cyklu obniżek, a ewentualne decyzje będą podejmowane w zależności od rozwoju sytuacji.

Sprytny plan pokojowy dla Ukrainy

Administracja Donalda Trumpa ma duże ambicje zakończyć rosyjską agresję na Ukrainę. Analiza, że stanowisko Rosji wydaje się mniej elastyczne, niż Ukrainy wydaje się słuszna. Problem w tym, że wniosek, że to jej postulatom należy przyznać całkowitą rację, jest bardzo ryzykowny. Obecna propozycja polegająca na oddaniu Rosjanom zdobyczy terytorialnych i przejęciu przez USA udziałów na Ukrainie, by odzyskać zaangażowanie finansowe w pomoc wojenną, była dużym zaskoczeniem. Rynki powoli się już uczą, że nową administrację Amerykanów należy ją oceniać dopiero po czynach, a nie słowach. Strategia USA przewiduje bowiem, że deklaruje się bardzo dużo, a jak się nie uda, to trzeba się wycofywać z określonych elementów. Obecnie rynki, w tym walutowe, wciąż wierzą w to, że konflikt zmierza ku końcowi. Widać to chociażby po wciąż wyjątkowo dobrej dyspozycji polskiego złotego względem euro. Nawet hrywna, mimo słabej passy od początku tygodnia odbiła odrobinę w górę.

Maciej Przygórzewskigłówny analityk w InternetowyKantor.pl

Cło na import chińskiego e-commerce wyśle logistykę na morze i do magazynów

W 2024 r. UE zaimportowała 4,6 mld tanich paczek zwolnionych z cła. W USA wolumen takich przesyłek osiągnął 1,36 mld. Większość to zamówienia e-commerce z Chin, w Unii to 91%, w USA 60,8%, ale nadchodzi koniec zasady de minimis w imporcie i będzie to rewolucja w e‑handlu i logistyce. Choć bilans zysków i strat nie jest jeszcze dokładnie znany, to najpewniej straci lotnictwo, zyska logistyka kontraktowa, ale podrożeją e-zakupy, nawet o 62 euro rocznie. Oznacza to, że wyczekiwana stabilizacja nie nastąpi, należy się raczej przygotować na dynamiczne zwroty akcji i historie, jak ta o zwycięstwie chińskich paczek nad amerykańskimi celnikami.

W styczniowym prospekcie ekonomicznym Bank Światowy zakładał, że w 2025 r. będziemy obserwować wzrost globalnego handlu na poziomie 3,1% oraz 3,2% w 2026 r. PKB ma się powiększać w tempie 2,7% w tym i kolejnym roku, co miałoby potwierdzać, że wkraczamy w dłuższy okres wolniejszego, ale stabilnego wzrostu gospodarczego. Stabilizacja, a w zasadzie jej potrzeba, to jednocześnie słowo klucz, które pojawia się nie tylko w tej prognozie, ale również w dokumentach Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Światowego Forum Ekonomicznego. Tuż obok zapewnienia pewności warunków dla rozwoju i prowadzenia biznesu wymieniane są jednak sankcje, wojny celne, protekcjonizm, napięcia geopolityczne, nasilająca się niepewność i sprawy się komplikują.

W tym kontekście symulacje Banku Światowego pokazują, że wzrost taryf celnych o 10 pp., które nowa administracja USA nałożyłaby na wszystkich partnerów handlowych ma potencjał do zmniejszenia globalnego wzrostu gospodarczego o 0,2 pp. Taki ubytek nie uwzględnia jednak działań odwetowych ze strony partnerów, a jeśli takie działania zostałyby podjęte, to światowe PKB spadłoby o 0,3 pp. do poziomu 2,4%. To osłabiłoby potencjał wielu sektorów gospodarki i z pewnością ucierpiałby również transport i logistyka, wyjątkowo zależne od dynamiki w handlu, który przecież obsługują.

Cła uderzyły już w chiński import, w tym w branżę e-commerce, ale tylko na chwilę

Wydarzenia ostatnich tygodni pokazały, że zapowiedziana polityka celna USA będzie realizowana, czego przykładem jest 25% stawka na stal i aluminium, która zacznie obowiązywać od 12 marca. Cła w wysokości 10% zostały już skutecznie nałożone na cały import chińskich towarów. Przy okazji 1 lutego br. zawieszono zwolnienie de minimis dla paczek o niskiej wartości, czyli nieprzekraczających 800 dol. Przesyłki de minimis nie są objęte cłami i nie przechodzą przez standardową odprawę celną, co znacznie ułatwia ich procesowanie i obsługę logistyczną. To z tej luki korzystają chińskie platformy e-commerce, które szturmem zdobyły amerykański rynek i to właśnie w nie wymierzona była likwidacja wykluczenia. Ostatecznie wysokość opłat celnych wraz z wcześniej nałożonymi daninami i innymi opłatami wzrosła z dnia na dzień do nawet 38%. Bardzo szybko okazało się jednak, że służby celne nie są w stanie procesować tak gigantycznych wolumenów towarów i nieoclone paczki z Chin zaczęły piętrzyć się na lotniskach paraliżując odprawy. W ciągu 4 dni chiński e-commerce pokonał amerykańskich celników, bo zwolnienie de minimis ponownie aktywowano do czasu wypracowania zdolności operacyjnych pozwalających obsłużyć potok przesyłek liczonych w milionach dziennie.

Ile zatem potrzeba chińskich paczek, aby sparaliżować odprawę celną w USA?

Wyliczenia amerykańskiej Służby Celnej i Ochrony Granic (CBP), które pojawiły się w zaktualizowanym w lutym br. raporcie Congressional Research Service (CRS) wskazują, że w latach 2018 – 2021 aż 67,4% całego importu w ramach zwolnienia de minimis pochodziło z Chin. To towary wyceniane na 228,3 mld dol., a celnicy szacują, że tylko w 2023 r. w do USA zaimportowano miliard takich przesyłek o łącznej wartości 54,4 mld dol. Strona chińska deklaruje jednocześnie, że w tym samym okresie eksport do USA w reżimie de minimis wyniósł 18,4 mld dol., co stanowi zaledwie jedną trzecią całkowitego importu objętego ulgą celną, który podają amerykańskie służby. Choć CBP nie rozróżnia, jaki procent tego importu to przesyłki internetowe, to Komisja ds. Handlu Międzynarodowego szacuje, że tylko w 2022 r. aż 83% całkowitego importu zamówień e-commerce stanowiły przesyłki o niskiej wartości. CBP wylicza jednak, że w ciągu 10 lat wolumen de minimis wrósł o ponad 600% z 139 mln w 2015 r. do 1,36 mld w 2024 r., co oznacza towary o wartości 64,6 mld dol. Aż 60,8% wolumenu pochodziło z Chin, a 1,1 mld szt., czyli 80,9% całego importu tanich przesyłek do USA służono na lotniskach.

Czy Unii Europejskiej udałoby się okiełznać taki potok chińskiego e-commerce?

Jest to pytanie o tyle zasadne, że likwidacja zwolnienia de minimis jest już zapisana w strategii celnej Wspólnoty. Na mocy obowiązujących obecnie przepisów paczki o wartości do 150 euro, które są wysyłane bezpośrednio z państwa trzeciego do odbiorcy w UE są zwolnione z należności celnych. Likwidacja de minimis ma być częścią ambitnej i kompleksowej reformy celnej zaproponowanej przez Komisję Europejską w 2023 r., a zwolnienie dla importowanego e‑commerce ma przestać obowiązywać z dniem 1 marca 2028 r. Powodów wykonania takiego kroku jest kilka, z bezpieczeństwem konsumentów, walką z nieuczciwą konkurencją i oszustwami włącznie. W oficjalnych unijnych dokumentach przewija się nawet statystyka, że 65% przesyłek przekraczających granice Unii jest umyślnie niedoszacowanych, aby uniknąć ceł importowych. Zmiany mają się oczywiście Unii opłacać, bo zgodnie z oceną skutków reformy, dodatkowe należności celne pochodzące z importowanego handlu elektronicznego oszacowano na około 1 mld euro rocznie, a w dłuższej perspektywie 13 mld euro w ciągu 15 lat.

Zniesienie zwolnienia de minimis może nastąpić szybciej niż w 2028 r.

Takie plany zapowiedział już unijny komisarz ds. handlu i bezpieczeństwa gospodarczego, dla którego reforma Unijnego Kodeksu Celnego ma być priorytetem i będzie on dążył do implementacji zmian już w 2026 r. Szybsze wdrożenie ma służyć europejskim przedsiębiorcom i wyrównać szanse wobec platform e-commerce z państw trzecich.

O jakiej skali napływu de minimis do UE mowa?

Z informacji Komisji Europejskiej wynika, że w 2024 r. na rynek UE trafiło ok. 4,6 mld przesyłek o niskiej wartości, a 91% z nich pochodziło z Chin. To ponad 12,6 mln paczek dziennie, z czego prawie 11,5 mln z Państwa Środka. To dwa razy więcej niż w 2023 r. i trzy razy więcej niż rok wcześniej. Jednocześnie tylko sześć państw członkowskich odpowiadało z zeszłym roku za obsługę 89% importu generowanego przez sprzedaż online. KE zaznacza, że coraz większą presję odczuwają unijne organy celne, gdyż produkty e-commerce stanowią już ponad 97% wszystkich unijnych deklaracji celnych.WOLUMEN IMPORTU PRZESYŁEK O NISKIEJ WARTOŚCI DO UE27 I USA W 2024 ROKU

Likwidacja de minimis odbije się na dynamice logistyki e-commerce

Według szacunków Transport Intelligence (Ti) globalna wartość usług logistycznych realizowanych na rzecz e‑commerce miała w 2024 r. osiągnąć wzrost 10,5% z ponad 449,3 mld euro w 2023 r. Oznacza to, że zeszłoroczne usługi logistyczne wyceniono na ponad 496,5 mld euro, a średnie tempo wzrostu na poziomie 10% miało się utrzymać aż do 2028 r. Oczywiście przy założeniu wzrostów w handlu, PKB oraz uspokojeniu napięć geopolitycznych i makroekonomicznych. Planowane, tak znaczące zmiany w globalnych przepływach e-commerce są zaprzeczeniem tych założeń, a w związku z tym mogą poważnie obniżyć perspektywy wzrostowe dla branży funkcjonującej w atmosferze ciągłej niepewności. Z silnego rozwoju e-handlu korzystał do tej pory także rynek przesyłek ekspresowych i paczek. Według danych z grudnia urósł on realnie w 2024 r. o 5,1%. Taki wzrost. zaowocował przychodami sięgającymi 544,7 mld euro i przełożył się na średnioroczny wzrost od 2020 r. wynoszący 5%. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że dobre zeszłoroczne wyniki były także zasługą azjatyckich sprzedawców oraz produktów o niskiej wartości wprowadzanych, obsługiwanych i sprzedawanych na bogatych zachodnich rynkach.

Zmiany w cle i procedurach natychmiast odczuje e-handel i konsumenci

Z perspektywy konsumentów i platform likwidacja zwolnienia de minimis w Unii szybko wywołałaby cztery podstawowe efekty: wzrost cen i biurokracji, nasilenie outsourcingu procesów celnych oraz wydłużenie dostaw. Po pierwsze i najbardziej oczywiste, jeśli dojdzie do naliczenia cła to podrożeją zagraniczne e-zakupy. Planowane stawki mają się różnić w zależności od kwalifikacji produktu do tzw. koszyków, których ma być pięć w zakresie danin od 0% do 17%. Jeśli jednoczenie w życie wejdzie zmiana dotycząca tzw. uznanego importera, to za pobór i przekazanie opłat do urzędu celnego będzie odpowiadała platforma sprzedażowa. Dla serwisów oznacza to znaczące obciążenie biurokratyczne i większą odpowiedzialność, ponieważ poza rozliczeniami trzeba będzie wyegzekwować i przekazać także inne informacje, np. dokładniejszą charakterystykę towaru, certyfikaty środowiskowe i bezpieczeństwa.

Większa biurokracja to oczywiście większy koszt, więcej oddelegowanych zasobów i nakładu pracy. To z kolei może wywołać wzmożony outsourcing procedur importowych do agentów celnych – przynajmniej w początkowym okresie. Jest to jednocześnie dobra wiadomość operatorów logistycznych, którzy oferują tego typu usługi oraz dysponują zaktualizowaną i specjalistyczną wiedzą. Niestety nie ucieszą się konsumenci, ponieważ serwis agencyjny jest płatny, a koszt obsługi wraz z cłem w większym lub mniejszym stopniu wpłynie na cenę ich zamówienia. Ostatnią ważną konsekwencją przyszłorocznej likwidacji de minimis jest prawdopodobieństwo wydłużenia odpraw, zwłaszcza w szczytach transportowych. Paraliż obserwowany w USA raczej nie nastąpi, ponieważ UE przygotowuje już odpowiednie zaplecze informatyczne. Z drugiej strony, jeśli koniec zwolnienia ma nastąpić już za rok, a nie za trzy i nie wydarzy się to równolegle z uruchomieniem centralnej bazy danych celnych, tzw. Data Hub, to ryzyko chaosu wyraźnie wzrośnie, ponieważ administrację celną zaleje fala dodatkowych 12,6 mln przesyłek dziennie, które trzeba będzie obsłużyć bez zapowiadanego instrumentarium IT. W USA wystarczyły niecałe 4 mln, aby system się załamał.

Zmianie ulegnie struktura międzynarodowej logistyki handlu elektronicznego

W szerszej perspektywie likwidacja zwolnienia de minimis na drugim i trzecim rynku e-commerce świata wywoła głębokie zmiany w międzynarodowej logistyce zamówień internetowych. Nie obędzie się bez ofiar, ale będą także wygrani.

Największym poszkodowanym będzie lotnictwo towarowe, z którego w zdecydowanej większości korzystają chińskie platformy wysyłające tanie zamówienia bezpośrednio do klientów w Europie i USA. Połącznia Azja ‑ Ameryka Płn. i Azja – Europa to dwa najważniejsze szalki dla frachtu lotniczego na świecie. Natomiast w zeszłym roku przewoźnicy z trzech regionalnych rynków; Azji i Pacyfiku, Ameryki Płn. oraz Europy odpowiadali łącznie za 81,5% pracy przewozowej wykonanej w globalnym lotnictwie towarowym.

Opublikowane niedawno dane Międzynarodowego Zrzeszenia Przewoźników Powietrznych (IATA) pokazują, że popyt na przewozy lotnicze liczone w tonokilometrach cargo (CTK) wzrósł w 2024 r. o imponujące 11,3%, co jest nowym rekordem. Wskaźnik CTK na trasach międzynarodowych wzrósł jeszcze bardziej, bo o 12,2%. IATA wprost wskazuje, że odpowiadały za to dwa podstawie czynniki, tj. utrzymujące się utrudnienia w żegludze oraz e-commerce, a zwłaszcza popyt na azjatyckie towary wysyłane do Europy i USA. Tylko w grudniu 2024 r. udział szlaków Azja – Ameryka Płn. i Azja – Europa w całym rynku cargo wyniósł 45% i wzrósł o odpowiednio 8% i 10,3%.

Kluczowy czynnik wzrostu może przerodzić się w poważne ryzyko

To za sprawą e-commerce zainteresowanie przesyłkami lotniczymi jest tak duże, że w największych chińskich portach zaciera się granica pomiędzy operacjami realizowanymi w szczycie przewozów i poza min. W zeszłym roku Boeing szacował nawet, że utrzymujący się na obecnym poziomie rozwój chińskiego e-handlu zmusi tamtejszych przewodników do powiększenia floty frachtowej o dodatkowe 190 maszyn do 2042 r, co będzie stanowić 20% wszystkich samolotów tego typu na świecie.

Imponujące wskaźniki i prognozy może jednak pogrzebać likwidacja zwolnienia celnego na chińskie produkty o niskiej wartości. Po wyjątkowo krótkim epizodzie z de minimis w USA platforma do rezerwacji frachtu Freightos poinformowała, że wycofanie przesyłek e-commerce z transportu lotniczego mogłoby spowodować obniżenie stawek na trasie z Chin do USA o 30% (z 5,09 do 3,65 dol./kg). Na rynku pojawi się nadpodaż przestrzeni ładunkowej, której nie będzie czym wypełnić, a znaczące spadki cen mogą się rozlać na inne regiony. Będzie to bardzo bolesny coś wymierzony w lotnicze cargo, a w takim scenariuszu nie ma większych szans na realizację prognozy IATA, która na 2025 r. przewiduje wzrost rynku na poziomie 5,8%. Według organizacji nie ma jednak wątpliwości, że branża będzie musiała dostosować się do nadchodzących zmian geopolitycznych, a początek roku w wydaniu nowej administracji w USA pokazał już jej silne zainteresowanie wykorzystaniem taryf celnych, które mogą uderzyć w dynamikę cargo także przez zwiększenie inflacji i obniżenie handlu.

Chiński e-commerce popłynie statkiem, ale żegluga kontenerowa odczuje to w niewielkim stopniu

Wydaje się, że racjonalnym scenariuszem w przypadku utraty opłacalności przewozów lotniczych dla pojedynczych zamówień internetowych jest przeniesienie wolumenów na oceny. Oznaczałoby to zauważalny odwrót od ekspresowych dostaw lotniczych i powrót do tradycyjnego modelu importowego, w którym towar jest kumulowany i wysyłany zbiorczo do centrów dystrybucji znajdujących się możliwie blisko rynków zbytu. Znacząco wydłużyłby się jednak tranzyt, ale pozwoliłoby to utrzymać niższe ceny produktów. Owszem, zwiększyłby się popyt na transport morski, a ze względu na nierównowagę w wymianie handlowej pomiędzy rynkami mogłoby nawet dojść do chwilowego zachwiania równowagi w dostępności kontenerów, jednak wpływ na ceny byłby relatywnie niewielki, ponieważ wolumen kilkunastu milionów małych paczek to nic spektakularnego w żegludze kontenerowej.

Jeśli za punkt wyjścia obrać dane opublikowane niedawno przez analityków z Rotate, mówiące o 2,3 mln ton lotniczego cargo zaimportowanego w zeszłym roku z Chin do USA, z czego 1,2 mln ton stanowiły paczki e-commerce o niskiej wartości, to niewiele wskazuje na to, aby przeniesienie nawet całego importu lotniczego z Chin do USA na statki dramatycznie wpłynęło na stawki i kondycję w transporcie oceanicznym. Jeśli bowiem w uroszczonej kalkulacji przyjąć średnią ładowność kontenera 20‑stopowego na 25 t, to import ten wymagałby 92 tys. kontenerów, które do wybrzeży USA mogłyby dostarczyć zaledwie 4 kontenerowce klasy ULCV (Ultra Large Container Vessel). Jednorazowo są one w stanie przemieścić nawet 24 346 TEU (TEU – ekwiwalent kontenera 20-stopowego). Natomiast jeśli na ocean miałyby trafić tylko chińskie przesyłki o niskiej wartości, to ich masa odpowiadałby 48 tys. TEU, które zmieściłyby się na dwóch takich statkach. Na 3 jednostki ULCV wszedłby z kolei cały zeszłoroczny import lotniczy z Unii Europejskiej do USA, który według Rotate wyniósł 1,4 mln ton. Warto jednak pamiętać, że w rzeczywistości transport towarów byłby rozłożony w czasie, dlatego skautki w żegludze byłyby rozmyte i przez to mniej odczuwalne.IMPORT FRACHTU LOTNICZEGO DO USA Z CHIN I EU27 W 2024 ROKU W MILIONACH TON

Zmiana modelu importowego otworzyłaby możliwości dla logistyki kontraktowej i centrów fulfilment

Mało prawdopodobnym jest, aby chińskie platformy e-commerce porzuciły bogaty rynek w Europie i USA tylko dlatego, że zwolnienie z cła dla produktów o niskiej wartości przestanie obowiązywać. O nadchodzącej likwidacji zasady de minimis mówi się od dawna, zarówno w Unii, jak i za oceanem, a azjatyckie serwisy wskazują, że przygotowują się na taki scenariusz. Od kilku lat obserwujemy budowanie zdolności logistycznych wewnątrz rynków docelowych lub w ich pobliżu. Wiele azjatyckich serwisów e‑commerce ma już swoje centra dystrybucyjne w Niemczech, ale także w Czechach, w Polsce czy np. w Turcji. Przewidujemy, że ten proces będzie dalej postępował, na czym skorzysta sektor magazynowy, logistyka kontraktowa i centra dystrybucyjne. Powrót do bardziej standardowego schematu importowego pomoże także sektorowi transportowemu. Prawdziwymi wygranymi będą natomiast operatorzy, którzy będą potrafili zagwarantować niezawodny i kompleksowy pakiet rozwiązań, od usług agencyjnych, przez transport, magazynowanie, zarządzanie zapasami, fulfilment, aż po obsługę zwrotów. Może to być wyjątkowo pozytywny impuls dla logistyki e-commerce, zwłaszcza że dynamika wzrostowa w e-handlu osłabła, czy to z powodu dojrzałości rynków, czy z uwagi na zmiany nastrojów konsumenckich. Mogliśmy to już obserwować w końcówce 2024 r. w Polsce, gdzie wiele prognoz sprzedażowych nie zostało zrealizowanych, a z danych GUS wynika, że listopadowy udział e-commerce w całym handlu detalicznym pierwszy raz w 5-letniej historii pomiarów nie przekroczył 11%. Zazwyczaj listopad to najlepszy miesiąc w roku pod względem udziału. Na końcu warto także pamiętać, że popularność chińskich platform nie wzięła się znikąd. Klienci detaliczni po prostu są zainteresowani takimi ofertami i nie chcą z nich rezygnować, choć za zakupy będą musieli zapłacić odpowiednio więcej – mówi Marcin Smoła, dyrektor operacyjny w spółce ID Logistics Polska, świadczącej kompleksowe rozwiązania logistyczne i transportowe, obsługę e-commerce oraz zarządzanie łańcuchem dostaw w 18 krajach.

Europejski konsument zapłaci nawet dodatkowe 62 euro i to każdego roku

Według zeszłorocznych szacunków analityków z Copenhagen Economics, likwidacja zwolnienia celnego de minimis i potrzeba dostosowania się przedsiębiorców, platform, operatorów logistycznych i organów celnych do nowych przepisów będzie oznaczać wydatek sięgający 2,3 mld euro rocznie, z czego 2 mld zapłacą prywatne firmy i sektor handlowy, a na końcu również konsumenci. Kwota ta zakłada jednocześnie, że żadne inne czynniki nie ulegną zmianie, np. nie zostaną nałożone kolejne cła na import. Prędzej czy później podwyżki spadną jednak na klientów, co poskutkuje potencjalnym rocznym wzrostem cen o 62 euro na każdego indywidualnego konsumenta, którego zakupy internetowe są importowane do Unii. Średnie podwyżki mogą się wahać w przedziale od 10,6 do 19,1 euro na mieszkańca rocznie i jest to kwota wynikająca tylko dodatkowych opłat celnych. Jeśli natomiast wziąć pod uwagę dodatkowe koszty administracyjne wynikające z konieczności dostosowania się przedsiębiorstw, operatorów i handlu, to wzrastają one do przedziału 34,4 – 62,1 euro rocznie. Analitycy wyliczają np. ze para importowanych butów, która do tej pory kosztowała konsumenta 100 euro podrożeje o 17% plus ewentualne koszty obsługi logistycznej.

Klienci w USA i Europie chcą kupować towary z Chin

Propozycje w zakresie de minimis wydają się nie brać pod uwagę jednego fundamentalnego faktu, że zarówno w Europie, jak i w USA konsumenci robiący zagraniczne zakupy w sieci nie chcą rezygnować z tanich produktów z Chin, które zdominowały nawet rodzime platformy sprzedażowe. Dobrze pokazuje to zeszłoroczne badanie przeprowadzenie przez Jungle Scout, według którego, aż 71% wszystkich artykułów sprzedawanych zarówno przez hurtowników, jak i detalistów w serwisie Amazon zostało wyprodukowanych w Chinach. Sprzedawcy zapytani o to, z jakich krajów pochodzą oferowane przez nich towary, najczęściej wskazywali właśnie Państwo Środka, a Stany Zjednoczone z wynikiem 30% znalazły się na drugim miejscu. Podium zamknęły Indie z udziałem 14%. Towary wytwarzane w innych pojedynczych krajach nie przekroczyły poziomu 10%. To świetnie pokazuje, jak strategiczne znacznie nawet dla amerykańskiego giganta ma współpraca z chińskimi producentami i sprzedawcami. Amazon wręcz zabiega o azjatyckich sprzedawców. Otworzył nawet biuro w Shenzhen, gdzie organizuje spotkania dla producentów, umożliwiając im wejście na platformę. To w dużej mierze dzięki produktom z Chin firma osiągnęła w 2024 r. wzrost sprzedaży internetowej o 7,1% do poziomu 75,5 mld dol.

Dokładnie to samo dzieje się w Europie, czego przykładem jest Allegro, które również wpuściło chińskie przedsiębiorstwa na swoje strony. Z kolei według analiz francuskiej wywiadowni konsumenckiej Foxintelligence monitorującej rynek e-commerce w 10 europejskich krajach, w pierwszym półroczu 2024 r. aż 34% całkowitej sprzedaży e-commerce w Hiszpanii należało do serwisów Alibaba, Shein i Temu. We Włoszech było to 13%, we Francji 9%, w Niemczech 7% i 6% w Wielkiej Brytanii. Inne analizy Foxintelligence wskazują także, że chińskie Temu jest w tych państwach niemal zawsze na podium zakupowym w kategorii dom i kuchnia, odzież, uroda, narzędzia i majsterkowanie, gry i zabawy, komputery i elektronika, zdrowie oraz motoryzacja.

Polacy także bardzo dobrze przyjęli chińskie platformy, a np. Temu jest na najlepszej drodze do tego, aby stać się najczęściej odwiedzanym serwisem e-commerce nad Wisłą. Z grudniowego badania Mediapanel wynika, że odwiedziło go 18,24 mln osób, co odpowiada 61,3% internautów w Polsce. Pozostające na pozycji lidera Allegro przyciągnęło 18,96 mln użytkowników, czyli 63,7% internautów. Zmiana na czele stawki jest tym bardziej prawdopodobna, że Temu po raz kolejny pobiło własny rekord odwiedzin i dynamicznie rośnie. Dla porównania w grudniu 2023 r. różnica pomiędzy platformami wynosiła 5,73 mln użytkowników, a teraz dzieli je dokładnie 719 442 internautów.

Krzysztof Oflakowski

Wojna o surowce – Grenlandia, Ukraina, Kongo i globalna walka o minerały ziem rzadkich

0
  • Nowa linia frontu to surowce mineralne, zwłaszcza ziem rzadkich – kolejne odsłony tego konfliktu to: roszczenia prezydenta Trumpa dotyczące bogatej w minerały Grenlandii, propozycja umowy dotyczącej metali ziem rzadkich z Ukrainą ale także nasileniu walk w Demokratycznej Republice Konga, gdzie znajdują się największe na świecie rezerwy koltanu, kobaltu i tantalu
  • W tym kontekście nasilają się także spekulacje na niektórych metalach (lit, miedź, złoto)
  • Rekordowo wysokie ceny nie zniechęciły inwestorów do kupowania złota. Chiny zezwoliły niedawno lokalnym firmom ubezpieczeniowym na inwestowanie do 1% swoich aktywów w złoto, co jak szacujemy może o około 15% zwiększyć presję na wzrost jego cen
  • Banki centralne również kupują złoto, ponieważ poszczególne kraje starają się budować swoją odporność na bezpośrednie lub pośrednie cła lub sankcje ze strony USA. Szacujemy, że gdyby Chiny miały sprzedać 10% z posiadanych amerykańskich obligacji skarbowych, aby środki te przeznaczyć na złoto, mogłoby to zwiększyć rentowność amerykańskich obligacji o blisko 10 pb.

Co wspólnego mają Grenlandia i Goma?

Minerały i zasoby stały się kluczowym polem bitwy w wojennej ekonomii. Od dłuższego czasu przodują w tym wyścigu Chiny, inwestujące w regionach takich jak Ameryka Łacińska i Afryka, aby zabezpieczyć kluczowe surowce dla swojego przemysłu wytwórczego.

Ale obecnie także Stany Zjednoczone zwracają uwagę na krytyczne surowce mineralne, co widać w roszczeniach prezydenta Trumpa dotyczących Grenlandii. Zależne od Danii terytorium jest nie tylko bogate w potencjalne zasoby ropy i gazu, ale także w 1,5 mln ton metrycznych minerałów ziem rzadkich (8 co do wielkości rezerwy na świecie), a także duże ilości uranu i innych minerałów. Podczas gdy Grenlandia raczej nie stanie się terytorium USA, to amerykańskie firmy prawdopodobnie zwiększą tam projekty wydobywcze, a duński rząd już wykazał wolę do otwarcia wyspy na szerszą współpracę, zarówno w zakresie wydobycia, jak i poprzez zwiększoną obecność amerykańskiego wojska.

Jednocześnie administracja prezydenta Trumpa zażądała od Ukrainy metali ziem rzadkich o wartości 500 mld USD w zamian za dalsze amerykańskie wsparcie w działaniach wojennych przeciwko Rosji. Ukraina posiada największe zasoby metali ziem rzadkich i krytycznych minerałów na kontynencie europejskim poza Rosją. Obejmuje to około 500 000 ton litu (10% światowych rezerw), 137 mln ton grafitu (20% światowych rezerw) i około 2% światowych rezerw uranu. Jednak wiele z tych kopalni i złóż znajduje się obecnie na terytorium kontrolowanym przez Rosję, co skomplikowałoby potencjalne porozumienie.

W opinii Allianz Trade kolejnym polem bitwy w globalnym wyścigu o minerały jest Afryka. Bogaty w niewykorzystane zasoby kontynent przyciągnął głównych graczy. Chiny dominują dzięki przewadze jaką zdobyły pierwsze wchodząc do gry i obecnie kontrolują całe łańcuchy dostaw, podczas gdy Stany Zjednoczone rozszerzają swoje wpływy, w szczególności poprzez korytarz Lobito, aby uzyskać dostęp do pasa miedzi w Zambii i Angoli. Francja wcześniej kontrolowała dostawy uranu z Nigru, a Maroko kontroluje Saharę Zachodnią ze względu na zasoby mineralne. Również UE podpisała umowy z kilkoma krajami afrykańskimi w celu zabezpieczenia dostaw minerałów, chociaż niektóre z nich, takie jak umowa z Rwandą, są kontrowersyjne. Rzeczywiście, od 2022 r. powiązana z Rwandą grupa proxy M23 podsycała konflikt w bogatej w minerały sąsiedniej Demokratycznej Republice Konga (DRK), oficjalnie powołując się na obawy o bezpieczeństwo… ale zbiegło się to w czasie z gwałtownym wzrostem eksportu minerałów z Rwandy. DRK posiada największe na świecie rezerwy koltanu, kobaltu i tantalu, niezbędne do transformacji energetycznej.

Rośnie spekulacja na niektórych metalach

W opinii Allianz Trade można oczekiwać wzrostu cen metali, ponieważ w ciągu najbliższych kilku kwartałów pojawią się napięcia w ich podaży. Od początku listopada 2024 r. ceny aluminium wzrosły o + 1%; ceny litu wzrosły o+ 6%, ale znacznie poniżej historycznych maksimów z końca 2022 r., podczas gdy ceny niklu spadły o -1%, a ceny kobaltu spadły o -11%. Sugeruje to, że inwestorzy na rynkach metali przede wszystkim uwzględniają niższy popyt na towary przemysłowe, takie jak samochody i wiatraki, a nie brali pod uwagę premii za ryzyko geopolityczne. Obserwujemy, że pozycjonowanie spekulacyjne jednak powoli rośnie – mierzone indeksem T Working, który ocenia równowagę między interesami handlowymi i finansowymi na rynku kontraktów terminowych (wysoki indeks oznacza nadwyżkę pozycjonowania finansowego w stosunku do potrzeb hedgingowych). Indeks spekulacyjny rośnie dla litu, miedzi i złota, ale nie dla kobaltu (wykres 1).

Rysunek 1: Wskaźnik T Workinga dla wybranych metali

Wskaźnik T Workinga dla wybranych metali

Źródła: CFTC, Allianz Research

Wszystko, co się świeci, to złoto

W obliczu niepewności i ryzyka bardziej protekcjonistycznej administracji USA, zarówno inwestorzy, jak i banki centralne kupują rekordowo dużo złota. Podczas gdy amerykański dolar pozostaje na szczycie systemu finansowego, złoto pomimo jego rekordowo wysokich cen zyskuje na popularności jako bezpieczna przystań nie tylko dla inwestorów, ale także dla krajów, którym grożą cła lub sankcje. Zakupy złota przez inwestorów i banki centralne osiągnęły szczyt w IV kwartale 2024 r. (wykres 3). W ciągu ostatnich 15 lat wolumeny zakupów były wyższe tylko podczas wyprzedaży rynkowej i obaw o recesję na początku 2016 r. oraz podczas pandemii. Zainteresowanie złotem w najbliższej przyszłości prawdopodobnie utrzyma się, ponieważ wiele krajów wschodzących, z Chinami na czele, będzie próbowało zbudować odporność na bezpośrednią lub pośrednią politykę Stanów Zjednoczonych, która może im zaszkodzić. W listopadzie 2024 r. Bank Ludowy Chin (PBoC) zakupił 5 ton złota, a w grudniu 2024 r. dołożył kolejne 10 ton. Chiny zezwoliły również niedawno swoim krajowym firmom ubezpieczeniowym na inwestowanie do 1% swoich aktywów w złoto, przeznaczając na to docelowo do 27 mld USD. Przy obecnych cenach odpowiadałoby to około 290 tonom złota i mogłoby zwiększyć dalszą presję na wzrost cen złota o około 15%. Można się spodziewać, że uruchomienie nowych kopalni w ciągu najbliższych 5 lat zwiększy globalną podaż tego kruszcu o 3 do 4%, czyli o około 3 do 4 mln uncji rocznie do 2030 r. Projekty te będą realizowane głównie w Australii, Afryce Zachodniej, Pakistanie i Kanadzie. Podczas gdy w 2024 r. budżety na poszukiwania złota uległy zmniejszeniu, to w bieżącym 2025 r. mają już wzrosnąć o ponad 5%.

W opinii Allianz Trade Chiny już od 10 lat dywersyfikują swój portfel amerykańskich obligacjach skarbowych– w marcu 2013 r. posiadały one 23% tych wyemitowanych a pod koniec 2024 r. już (jedynie) około 9%. Nie sądzimy jednak, by Chiny w pełni przestawiły się z amerykańskich obligacji skarbowych na złoto, ponieważ byłoby to dość trudne z operacyjnego punktu widzenia. Co więcej, mogłoby to również równać się ze sprzedażą przez PBoC (Bank Ludowy Chin) obligacji amerykańskich UST z dyskontem przy jednoczesnym zakupie złota po zawyżonych cenach. Na podstawie ostatnich rynkowych przetasowań szacujemy, że gdyby Chiny sprzedały 10% swoich obecnych aktywów (o wartości około 70 mld USD) w celu przestawienia się na złoto, mogłoby to spowodować wzrost rentowności amerykańskich obligacji skarbowych o około 10 pb.

Wykres 2: Zakup złota przez inwestorów i banki centralne (w tonach)

Zakup złota przez inwestorów i banki centralne

Źródła: Światowa Rada Złota, Allianz Researc

Jak skutecznie pakować przesyłki? Optymalizacja opakowań i materiałów ochronnych

Pakowanie przesyłek to jeden z najważniejszych elementów procesu logistycznego. Dobre opakowanie zapewnia nie tylko bezpieczeństwo przesyłanych towarów, ale także wpływa na koszty transportu. W tym artykule przedstawiamy najskuteczniejsze rozwiązania w zakresie opakowań, kartonów na dokumenty oraz folii stretch, które pomagają zapewnić odpowiednią ochronę i jednocześnie zminimalizować wydatki związane z wysyłką.

Jakie opakowanie wybrać do przesyłki?

Wybór odpowiedniego opakowania to pierwszy krok do zabezpieczenia przesyłki. W zależności od tego, co wysyłasz, możesz potrzebować różnych materiałów, które będą odpowiednio chronić towary i sprawią, że proces transportu będzie przebiegał bez problemów.

Wybór opakowania na podstawie rodzaju towaru

Zanim zdecydujesz się na konkretne opakowanie, warto zastanowić się nad rodzajem przesyłki. Delikatne przedmioty, takie jak elektronika, szkło czy biżuteria, wymagają bardziej zaawansowanego zabezpieczenia. W tym przypadku najlepiej sprawdzają się opakowania, które oferują dodatkową amortyzację, takie jak kartony z wypełnieniem ochronnym czy koperty bąbelkowe. Z kolei mniej wrażliwe produkty, takie jak książki, odzież czy zabawki, można zapakować w standardowe kartony, które zapewnią wystarczającą ochronę.

Dopasowanie rozmiaru opakowania

Pamiętaj, że rozmiar opakowania ma ogromne znaczenie. Zbyt duże opakowanie oznacza niepotrzebne wydatki na transport, a zbyt małe może prowadzić do uszkodzeń towaru. Dlatego warto wybierać opakowania, które są idealnie dopasowane do rozmiarów przesyłki – minimalizując puste przestrzenie i niepotrzebny nadmiar materiału.

Jeśli szukasz odpowiednich opakowań do wysyłki, sprawdź ofertę na stronie https://biuropaczka.pl/artykuly-biurowe/pakowanie-i-wysylka/kartony 

Kartony na dokumenty – jak wybrać odpowiednie?

Wysokiej jakości kartony na dokumenty to niezbędny element w każdej firmie, która musi przechowywać lub transportować dokumentację. Odpowiednie kartony zapewniają bezpieczeństwo akt, które mogą być szczególnie wrażliwe na uszkodzenia, zagięcia czy wilgoć.

Dlaczego warto postawić na kartony na dokumenty?

Kartony na dokumenty charakteryzują się wytrzymałością i odpowiednią pojemnością, dzięki czemu skutecznie chronią papiery przed uszkodzeniami. Ich solidna konstrukcja sprawia, że są one odporne na zagięcia i wilgoć. Dodatkowo, wiele kartonów na dokumenty ma system zamykania, co zapewnia dodatkowe bezpieczeństwo podczas transportu.

Kobieta menedżerka korzysta z tabletu, monitorując pracę w magazynie, podczas gdy pracownik ładuje kartony do ciężarówki

Kartony te pozwalają również na łatwą organizację dokumentów, co jest szczególnie ważne w przypadku przechowywania dużych ilości papierów w firmie. Pozwalają na ich uporządkowanie w sposób, który ułatwia późniejszy dostęp.

Jeśli potrzebujesz kartonów na dokumenty, sprawdź ofertę na stronie https://biuropaczka.pl/artykuly-biurowe/organizacja-dokumentow/pudelka-archiwizacyjne 

Folia stretch – skuteczna ochrona i stabilizacja przesyłek

Folia stretch to materiał, który od lat cieszy się popularnością wśród firm zajmujących się transportem towarów. Jej właściwości sprawiają, że jest niezastąpiona w procesie pakowania – szczególnie przy zabezpieczaniu ładunków na paletach czy transportowaniu dużych przesyłek.

Zastosowanie folii stretch w logistyce

Folia stretch wykazuje szereg cech, które sprawiają, że jest jednym z najbardziej wszechstronnych materiałów ochronnych. Oto jej kluczowe zalety:

  • Stabilizacja ładunków: Folia stretch skutecznie utrzymuje towary na paletach, zapobiegając ich przesuwaniu się podczas transportu. Dzięki temu towar dociera do celu w jednym kawałku, bez ryzyka uszkodzenia.
  • Ochrona przed wilgocią i zabrudzeniami: Folia stretch chroni produkty przed zanieczyszczeniami, kurzem, deszczem i wilgocią, co ma szczególne znaczenie przy transportowaniu produktów wrażliwych na tego typu czynniki.
  • Łatwość aplikacji: Folia stretch jest elastyczna, co pozwala na łatwe dopasowanie jej do różnych kształtów przesyłek. Jest również lekka, co pozwala na obniżenie kosztów wysyłki.

Jeśli potrzebujesz folii stretch do zabezpieczania przesyłek, sprawdź ofertę na stronie https://biuropaczka.pl/artykuly-biurowe/pakowanie-i-wysylka/folia-stretch 

Zasady skutecznego pakowania przesyłek

Aby proces pakowania był maksymalnie efektywny, warto przestrzegać kilku zasad, które pomogą zminimalizować ryzyko uszkodzenia towaru i obniżyć koszty transportu. Oto kilka wskazówek:

  1. Dobierz opakowanie do charakterystyki towaru – delikatne przedmioty wymagają specjalistycznych materiałów ochronnych, takich jak folie bąbelkowe, podczas gdy mniej wrażliwe produkty mogą być pakowane w standardowe kartony.
  2. Optymalizuj rozmiar opakowania – unikaj pustych przestrzeni w paczkach, aby zmniejszyć koszty transportu.
  3. Wykorzystuj materiały ochronne – folia stretch, wypełnienia kartonów, folie bąbelkowe – te materiały pomogą w zabezpieczeniu przesyłek przed uszkodzeniami.
  4. Szybkość pakowania – wybieraj materiały, które pozwalają na szybkie pakowanie, jednocześnie zapewniając odpowiednią ochronę przesyłek.

Odpowiednie opakowanie to klucz do sukcesu w procesie wysyłki. Dzięki odpowiednim materiałom pakującym możesz zminimalizować ryzyko uszkodzeń i obniżyć koszty transportu.

Ubezpieczenia W&I zyskują na popularności w polskich transakcjach M&A

Ubezpieczenia na wypadek nieprawdziwości oświadczeń i zapewnień (W&I –warranty and indemnity insurance) są coraz częściej stosowane w transakcjach fuzji i przejęć w Polsce, stając się dla stron istotnym narzędziem w zarządzaniu ryzykiem – zauważają prawnicy międzynarodowej kancelarii DLA Piper. Z ubezpieczenia W&I częściej korzystają inwestorzy profesjonalni.

Aż 25 proc. transakcji fuzji i przejęć obsługiwanych przez DLA Piper w Polsce w 2024 r. było objętych ubezpieczeniem W&I. To wynik znacząco wyższy niż europejska średnia, która – jak wynika z raportu „DLA Piper Global M&A Intelligence Report 2023” – w ostatnich latach wynosiła około 15 proc. Po ubezpieczenia sięgają chętniej strony dużych transakcji – aż 71 proc. projektów zrealizowanych przez warszawski zespół DLA Piper, w których występowało ubezpieczenie W&I, przekraczało wartość 100 mln złotych. Według rankingu Mergermarket 2024, kancelaria DLA Piper obsłużyła w ubiegłym roku największą liczbę transakcji M&A w Polsce.

Ubezpieczenie W&I wchodzi do kanonu kluczowych narzędzi zabezpieczających interesy stron w coraz większej liczbie transakcji fuzji i przejęć z udziałem polskich podmiotów. Usprawnia ono i znacząco przyspiesza proces negocjacji, a także pozytywnie wpływa na relacje stron – podkreśla Izabela Gębal, Counsel w zespole prawa handlowego, spółek oraz fuzji i przejęć w DLA Piper w Polsce.Dotyczy to szczególnie sytuacji, gdy zarząd lub sprzedawca pozostają zaangażowani w działalność spółki po transakcji. Polski rynek transakcyjny jest zdecydowanie coraz bardziej otwarty na ten rodzaj ochrony, co potwierdza jego rosnące znaczenie.

Ubezpieczenie W&I chroni strony transakcji przed potencjalnymi stratami finansowymi wynikającymi z naruszenia oświadczeń i zapewnień złożonych kupującemu przez sprzedawcę na gruncie dokumentacji transakcyjnej. Ułatwia ono przeprowadzenie transakcji, gwarantując kupującemu skuteczne zabezpieczenie na wypadek, gdyby te oświadczenia i zapewnienia okazały się nieprawdziwe. W efekcie ryzyko finansowe zostaje przeniesione ze stron transakcji na ubezpieczyciela. Podobnie jak inne mechanizmy wykorzystywane w transakcjach M&A, ubezpieczenie W&I zostało zaczerpnięte z praktyki krajów anglosaskich oraz Europy Zachodniej, gdzie funkcjonuje od wielu lat. Standardowo stosowane jest w Wielkiej Brytanii, gdzie aż 40 proc. transakcji w 2024 r. podlegało temu zabezpieczeniu.

Na rynku M&A obserwujemy globalny trend upraszczania i automatyzowania złożonych procesów transakcyjnych. Ubezpieczenia W&I wpisują się w ten kierunek, wspierając przejrzystość, efektywność i bezpieczeństwo transakcji – dodaje Jakub Marcinkowski, Partner współzarządzający zespołem prawa handlowego, spółek oraz fuzji i przejęć w DLA Piper w Polsce.

Z analizy DLA Piper wynika, że z ubezpieczenia W&I najczęściej korzystali inwestorzy profesjonalni, co pozostaje w zgodzie z globalnymi trendami i wpisuje się w genezę tego instrumentu, który pierwotnie rozwijał się w głównej mierze w odpowiedzi na ich potrzeby. Wśród podmiotów, które skorzystały z ubezpieczenia W&I w transakcjach realizowanych ze wsparciem DLA Piper, znalazły się również osoby fizyczne (założyciele spółek, zarządzający), inwestorzy strategiczni i spółki Skarbu Państwa.

Wszystkie ubezpieczenia W&I towarzyszące transakcjom, przy których doradzała kancelaria DLA Piper w Polsce, były polisami na rzecz kupującego (buy-side policy), tj. takimi, gdzie w przypadku stwierdzenia, że złożone przez sprzedawcę zapewnienie jest nieprawdziwe, kupujący może dochodzić ekwiwalentu finansowego bezpośrednio od ubezpieczyciela, z pominięciem sprzedawcy.

Choć formalnym beneficjentem ubezpieczenia W&I zasadniczo pozostają kupujący, sprzedawcy często partycypują w jego kosztach. W transakcjach przeprowadzonych przez zespół M&A kancelarii DLA Piper w 2024 r., strona sprzedająca uczestniczyła w kosztach polisy w 40 proc. przypadków, a udział finansowy wahał się od 30 do 100 proc. Podział kosztów wydaje się naturalny, ponieważ z punktu widzenia sprzedawcy, ubezpieczenie zdejmuje z niego potencjalny ciężar finansowy, który w braku ubezpieczenia musiałby ponieść samodzielnie, gdyby roszczenie kupującego okazało się zasadne.

Transakcje dotyczące polskich spółek były przeważnie obsługiwane przez brokerów i ubezpieczycieli mających polskich przedstawicieli. To pokazuje, że znajomość lokalnych uwarunkowań prawnych, biznesowych i kulturowych jest bardzo istotna, a podmioty inwestujące w rozwój polskich biur lub współpracę z lokalnymi specjalistami zyskują przewagę konkurencyjną.

Wpływy z podatku Belki rosną. Tylko w niecały rok Polacy oddali fiskusowi ponad 10 mld zł

Według najnowszych danych Ministerstwa Finansów, od stycznia do listopada 2024 roku wpływy z tzw. podatku Belki wyniosły 10,095 mld zł. To o 11,3% więcej niż w całym 2023 roku, kiedy kwota sięgnęła 9,069 mld zł. Z kolei w porównaniu z całym 2022 rokiem, ostatnio nastąpił wzrost aż o 75,5%. Wówczas wpływy z tego tytułu wyniosły 5,752 mld zł. Do tego trzeba dodać, że prognoza przychodów z ww. podatku przedstawiona w nowelizacji ustawy budżetowej na 2024 rok zakładała wpływy w wysokości 9,160 mld zł. Widać zatem, że już po jedenastu miesiącach ub.r. wpływy były wyższe od prognozowanych. Natomiast pełne dane za cały 2024 rok resort udostępni w marcu.

Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że od stycznia do listopada 2024 roku wpływy z podatku od zysków kapitałowych, zwanego popularnie podatkiem Belki, wyniosły 10,095 mld zł. Natomiast pełne zestawienie za zeszły rok będzie dostępne w marcu. Już jest oczywiste, że wpływy z pierwszych jedenastu miesięcy były o 11,3% wyższe niż w całym 2023 roku, kiedy wyniosły 9,069 mld zł. Do tego w ciągu jedenastu miesięcy zeszłego roku budżet państwa został wzmocniony z tytułu tego podatku kwotą o 75,5% wyższą niż w całym 2022 roku. Zdaniem radcy prawnego i doradcy podatkowego Marka Niczyporuka z kancelarii Ars Aequi, za wzrost wpływów odpowiada tryb życia Polaków, którzy ograniczają bieżące wydatki i trzymają pieniądze na kontach i lokatach. To właśnie zyski z tych między innymi źródeł opodatkowane są omawianą daniną.

– Taka sytuacja nie dziwi. W pandemii Polacy inwestowali wolne środki w obronie przed inflacją. Być może rok 2024 r. był takim czasem, w którym realizacja zysków miała większy wymiar. Wysoka inflacja w 2023 r. zachęcała Polaków do lokowania oszczędności w produkty chroniące wartość kapitału, m.in. w lokaty, obligacje czy fundusze inwestycyjne. Skoro w pierwszych jedenastu miesiącach 2024 r. wpływy wyniosły 10,095 mld zł, to na grudzień przypadnie dodatkowa część dochodów. Przyjmując ostrożne założenie, wpływy za ostatni miesiąc powinny stanowić ok. 7-10% rocznej sumy, a zatem łącznie mogą wynieść około 11 mld zł – prognozuje mec. Niczyporuk.

Z kolei dr Kamil Zubelewicz, wykładowca Collegium Civitas, członek Rady Polityki Pieniężnej (RPP) w latach 2016-2022, dodaje, że przyrosty agregatów monetarnych (czyli suma wartości gotówki w obiegu oraz depozytów bankowych o różnym stopniu płynności) sięgnęły 10%, czyli były wyraźnie szybsze niż w ostatnich latach. Ekonomiści obserwują stopniowy powrót tej dynamiki do poziomów sprzed pandemii.

– Równocześnie po stronie czynników kreacji pieniądza odnotowujemy prawie 20% przyrosty aktywów zagranicznych netto. Połączenie tych czynników z generalnie wyższymi nominalnymi stopami procentowymi pozwoliło na wzrosty wpływów z tzw. podatku Belki. W 2023 roku podwyżki cen były na tyle wysokie, że wyprzedzały tempo wzrostów agregatów pieniężnych. Pokazuje to stosunkową inercję zjawisk inflacyjnych w Polsce. Pamiętajmy jednak, że podatek Belki odnosi się do dochodów kapitałowych, a nie dochodów z sektora dóbr konsumpcyjnych – wyjaśnia były członek RPP.

Zdaniem dr. Zubelewicza, wpływy z omawianego podatku za cały 2024 rok mogą sięgnąć 10,5 mld zł. – Dane za jedenaście miesięcy 2024 roku mogły zaskoczyć, bo prawdopodobnie w Ministerstwie Finansów nie zakładano takich wzrostów podaży pieniądza. Nie należy jednak przeceniać znaczenia wpływów z podatku Belki dla stanu finansów państwa, bo stanowią one około 1,5% dochodów budżetu – dodaje ekspert z Collegium Civitas.

Udostępnione przez Ministerstwo Finansów dane zawierają rozbicie wpływów na zyski z poszczególnych produktów oszczędnościowych i inwestycyjnych. W omawianych jedenastu miesiącach 2024 roku zryczałtowany podatek dochodowy od przychodów z odsetek lub innych przychodów od środków pieniężnych, zgromadzonych na rachunku podatnika lub w innych formach oszczędzania, przechowywania lub inwestowania, wyniósł 6,909 mld zł. Aż 3,186 mld zł dał budżetowi podatek od dochodów z odpłatnego zbycia papierów wartościowych lub pochodnych instrumentów finansowych, w tym z realizacji praw wynikających z tych instrumentów, z odpłatnego zbycia udziałów (akcji) oraz z tytułu objęcia udziałów (akcji) za wkład niepieniężny w postaci innej niż przedsiębiorstwo lub jego zorganizowana część.

– Po okresie wysokiej inflacji w latach 2022-2023 wiele osób szukało sposobów na ochronę kapitału. Wzrost oprocentowania lokat i popularność obligacji skarbowych indeksowanych inflacją sprawiły, że więcej osób gromadziło oszczędności w takich instrumentach, co przełożyło się na wyższe wpływy podatkowe – komentuje mec. Marek Niczyporuk.

Od lat kolejne rządy zapowiadają likwidację podatku od zysków kapitałowych. Taka zapowiedź pojawiła się również w „100 konkretach”, czyli w programie wyborczym Koalicji Obywatelskiej. W styczniu 2025 roku Ministerstwo Finansów przyznało w odpowiedzi na interpelację poselską, że projekt zmian w podatku jest po uzgodnieniach wewnętrznych, ale „na obecnym etapie prac wskazanie terminu ich zakończenia nie jest możliwe do określenia”. Dr Kamil Zubelewicz przyznaje, że polski system danin publicznych wymaga istotnych zmian, bo nadmiernie uderza w pracujących.

– Podmiot osiągający dochody jest najpierw obciążony podatkiem dochodowym, a potem pozostałą ich część może skonsumować lub oszczędzić. Konsumpcję obciąża VAT i akcyza, więc dla wielu gospodarstw niegenerujących oszczędności ich dochód jest podwójnie opodatkowany – najpierw PIT, potem VAT. Jeżeli jednak gospodarstwo domowe ma oszczędności pieniężne, to dotknie je podatek Belki, de facto majątkowy. Ale jeśli ktoś ma oszczędności niepieniężne, to podatku nie zapłaci. Wszystko dodatkowo komplikuje opodatkowanie gospodarstw domowych części przedsiębiorców, którzy często odliczają VAT i PIT od prywatnej konsumpcji. Równolegle wpływy z CIT w wielu korporacjach są dobrowolne lub symboliczne. W efekcie niektóre grupy są bardzo pokrzywdzone podatkami, inne względem nich uprzywilejowane – uważa dr Zubelewicz.

W ocenie eksperta z Collegium Civitas, skoro konsumpcja już jest objęta podatkiem VAT, to dla uniknięcia podwójnego opodatkowania dochodu podatki dochodowe można by właściwie znieść, o ile oszczędności pieniężne i niepieniężne (majątek) objęłaby jednolita danina. – Danina majątkowa zamiast podatku dochodowego byłaby ciekawym rozwiązaniem. Póki to nie nastąpi, utrzymywanie podatku Belki będzie niestety wybiórczo stosowaną karą za utrzymywanie oszczędności w pieniądzu, tym dotkliwszą, im wyższa inflacja i podążające za nią stopy procentowe – mówi dr Kamil Zubelewicz.

Z kolei ekspert z kancelarii Ars Aequi uważa, że podatek od zysków kapitałowych może zniechęcać Polaków do oszczędzania. Może nawet zostać uznany za niesprawiedliwy ze względu na to, że obciąża podatników, którzy inwestują wcześniej zarobione, a zatem i opodatkowane, przychody. Do tego mec. Marek Niczyporuk dodaje, że z pewnością należy rozważyć, czy wolimy mieć więcej pieniędzy w obrocie i inwestycjach, czy utrzymywać opodatkowanie zysków kapitałowych, co zmniejsza ilość pieniędzy na rynku.

Nowa dekada, nowe ryzyka – 59% prezesów polskich firm mówi o konieczności zmiany modelu biznesowego

  • 63% polskich prezesów oczekuje wzrostu globalnego PKB w najbliższych 12 miesiącach, na świecie to 58%.
  • Aż 59% polskich liderów obawia się, że w dłuższej perspektywie czasu – najbliższej dekady – ich firmy mogą nie przetrwać bez zmiany modelu biznesowego. To wyraźnie więcej niż średnia globalna, wynosząca 42%.
  • Polscy prezesi patrząc na rodzimy rynek znacznie lepiej oceniają perspektywy wzrostu (83% wskazań) w najbliższym roku. Jednocześnie zapytani o swoją firmę w perspektywie ponad 10 lat, to globalni prezesi są nastawieni bardziej pozytywnie – 55% wobec 41% w Polsce.
  • Prawie 50% prezesów na świecie oczekuje, że projekty AI zwiększą zyski firmy już w najbliższych 12 miesiącach. Natomiast w Polsce jedynie 15% prezesów wyraża zaufanie do sztucznej inteligencji jako narzędzia wspierającego rozwój ich firm.
  • W najbliższych 10 latach największy wpływ na świecie na poszukiwanie nowych rozwiązań biznesowych mają: zmiany w środowisku regulacyjnym (42%), rosnące koszty produktów i usług (32%) oraz wysoka konkurencyjność (28%).
  • Zainteresowanie zwiększeniem zatrudnienia w najbliższych 12 miesiącach deklaruje 39% polskich szefów firm wobec 42% średniej na świecie. Zwalniać pracowników planuje 20% polskich prezesów wobec 17% globalnie.
  • Aż 47% polskich prezesów wskazuje na trudności z pozyskaniem odpowiednich talentów jako jedno z podstawowych wyzwań, podczas gdy globalnie ten odsetek jest niższy i wynosi 38%.
  • Kluczową barierą w Polsce w inicjowaniu inwestycji sprzyjających klimatowi wciąż pozostaje ograniczone finansowanie (28%), zaś na świecie barierą jest przede wszystkim przeregulowanie (24%).

Z polskiej edycji 28. badania CEO Survey “Czas koniecznych przemian” wynika, że pomimo licznych wyzwań, biznes z coraz większym optymizmem patrzy na perspektywy globalnego wzrostu gospodarczego. Jednocześnie zastanawia dystans polskich prezesów do innowacji technologicznych co może spowolnić rodzime ambicje.

Polscy prezesi widzą potrzebę i konieczność fundamentalnych zmian. Musimy przyspieszyć naszą przemianę, lepiej wykorzystywać nowe technologie, jeszcze bardziej aktywnie poszukiwać nowych rozwiązań produktowych, usługowych czy nowych rynków. Szefowie firm w Polsce niewątpliwie chcą być liderami wykraczającymi poza aktualne biznesowe status quo. Jednocześnie w badaniu wybija się ograniczone zaufanie do nowych technologii, takich jak narzędzia wspierane przez sztuczną inteligencję. Pokazuje to pewien paradoks, w którym optymizm co do przyszłości gospodarki globalnej i otwartość na zmiany współistnieje u nas z większą ostrożnością. Na poziomie globalnym zaufanie i wiara w pozytywny wpływ sztucznej inteligencji na biznes jest jednoznaczna. Jednak realizowane projekty AI są dosyć świeżymi inicjatywami i aktualnie obserwujemy dopiero ich pierwsze rezultaty. Pomimo tego, w deklaracjach szefów firm na świecie panuje spory optymizm w tej kwestii, prawie 50% prezesów oczekuje, że projekty AI zwiększą zyski firmy już w najbliższych 12 miesiącach– mówi Michał Mastalerz, prezes PwC Polska.

Szefowie firm na świecie są znacznie mniej skłonni niż rok temu do prognozowania spadku globalnego wzrostu gospodarczego, a bardziej do oczekiwania, że tempo wzrostu gospodarki poprawi się w 2025 roku (58% w porównaniu do 38% w zeszłym roku). Nie oznacza to, że dyrektorzy są przesadnymi optymistami: część z nich wciąż spodziewa się, że globalna gospodarka skurczy się w 2025 roku. Optymizm co do zwyżki PKB rośnie w Polsce i na świecie, natomiast polscy prezesi są bardziej pozytywnie nastawieni do przyszłości rodzimej gospodarki. Ta znacząca różnica naszych krajowych menedżerów (83%), a ich światowych odpowiedników (57%) (a np. w Niemczech odsetek ten jest jeszcze niższy i wynosi tylko 16%, co jest odzwierciedleniem nastrojów recesyjnych w tamtejszej gospodarce) może mieć przyczynę w rosnących nadziejach na odbicie koniunktury nad Wisłą, wraz z napływem środków unijnych z Krajowego Planu Odbudowy.​

“Firmy stoją przed wyzwaniem równoważenia działań krótkoterminowych z koniecznością wdrażania długoterminowych zmian. Z jednej strony, inflacja, rosnące koszty energii, niepewność makroekonomiczna, wymuszają skupienie na bieżącej kontroli wydatków. Z drugiej strony, małe inwestycje w transformację technologiczną i działania proekologiczne może wpłynąć na utratę konkurencyjności w dłuższej perspektywie. Kluczowym kierunkiem dla firm powinno być przyspieszenie rozwoju poprzez rozwój elastycznych modeli operacyjnych, wykorzystanie danych i nowoczesnych technologii w procesach biznesowych. Automatyzacja, generatywna sztuczna inteligencja, rozwiązania chmurowe, wdrożenia nowoczesnych systemów CRM, ERP, to są dziś narzędzia niezbędne do efektywnej transformacji biznesu”  – mówi Mariusz Dziurdzia, partner PwC Polska, członek zarządu ds. klientów i rynku.

Rynek pracy w Polsce staje się coraz bardziej wymagający, co szczególnie dotyka sektorów technologicznych oraz branż wymagających wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Aż 47% polskich prezesów wskazuje na trudności z pozyskaniem odpowiednich talentów jako jedno z kluczowych wyzwań, podczas gdy globalnie ten odsetek jest niższy i wynosi 38%. Równocześnie mimo wciąż utrzymującej się relatywnie niższej dynamice wzrostu gospodarczego szefowie firm zamierzają rekrutować więcej niż zwalniać.

“To wymaga od polskich firm nie tylko dostosowania modeli pracy do oczekiwań młodszych pokoleń, ale także zmiany podejścia do zarządzania zespołami. Działania związane z kapitałem ludzkim, które mają wpływ na skuteczną strategię rozwoju to także efektywne skorzystanie z doświadczeń pokolenia X, które wspiera fundamenty firmy i jest gotowe do ciągłego zwiększania swoich umiejętności. Elastyczność pracy, inwestycje w rozwój zawodowy oraz budowanie inkluzywnej kultury organizacyjnej stają się kluczowymi elementami, które mogą pomóc firmom przyciągnąć i utrzymać najlepszych pracowników każdego pokolenia” – twierdzi Katarzyna Podgórna, partnerka ds. kapitału ludzkiego, członkini zarządu PwC Polska.

Polskie firmy osiągają gorsze rezultaty związane z wdrażaniem sztucznej inteligencji w porównaniu do globalnych odpowiedników. Widać to niemal w każdej analizowanej kategorii. Jedynie 46% prezesów w Polsce deklaruje znaczącą poprawę efektywności w wykorzystaniu czasu pracowników oraz swojego własnego dzięki AI, wobec odpowiednio 56% i 53% na świecie. Podobnie ma się sprawa z wpływem na wzrost przychodów – 27% polskich prezesów dostrzega w tym udział sztucznej inteligencji, na świecie ten odsetek wynosi 32%. Widać też wyraźne luki w adopcji sztucznej inteligencji w Polsce w porównaniu do światowych praktyk. Polskie firmy muszą skoncentrować się na rozwoju data governance, edukacji liderów i pracowników oraz budowie kompetencji technologicznych tak, żeby skutecznie wykorzystać potencjał AI.

“Inwestycje w sztuczną inteligencję są koniecznością, ale muszą być poprzedzone budową solidnych fundamentów w zakresie zarządzania danymi (data governance), ale też zadbaniem o zgodność rozwiązań z najnowszymi regulacjami, jak AI Act. Polskie firmy, które już wdrażają AI, często nie osiągają oczekiwanych wyników. Brak odpowiedniej jakości danych oraz niedostateczne standardy zarządzania nimi stanowią główne bariery. Sztuczna Inteligencja jest tak skuteczna, jak dane, na których się opiera – organizacje muszą najpierw zapewnić spójność, kompletność i bezpieczeństwo swoich zbiorów danych, zanim zaczną inwestować w zaawansowane algorytmy” – mówi Marcin Makusak, partner PwC Polska, lider obszaru technology risk assurance i usług dla dyrektorów finansowych.

O badaniu

Badanie zostało przeprowadzone wśród 4701 światowych szefów firm, w tym 41 w Polsce i 153 w Europie Środkowo-Wschodniej na przełomie października i listopada 2024 roku.

Nie wszystkie procenty w wykresach sumują się do 100%, co wynika z ich zaokrąglania, możliwości wielokrotnego wyboru odpowiedzi oraz rezygnacji z wyświetlania niektórych odpowiedzi (takich jak „inny”, „żaden z powyższych” i „nie wiem”).

Złoty trzyma się mocno – kurs dolara odbija, ale bez większego wpływu na PLN

Poprzedni tydzień to dominacja euro nad dolarem, co zostało zwieńczone piątkowymi danymi o spadku sprzedaży detalicznej w USA. W tym otoczeniu zyskiwał złoty, który pozostaje silny także w poniedziałek, mimo delikatnego umocnienia amerykańskiej waluty. 

Mieszane dane ze Stanów

W piątkowe popołudnie poznaliśmy mieszane dane z amerykańskiej gospodarki. Sprzedaż detaliczna wzrosła o 4,2% r/r. Był to jednak spadek względem poprzedniego odczytu na poziomie 4,4% r/r. W ujęciu miesięcznym również odnotowano zniżkę o 0,9%, która była głębsza od prognoz na poziomie -0,1%. Lepsze okazały się za to wyniki produkcji przemysłowej. W ujęciu rocznym odnotowano wzrost o 2% (poprzednio 0,5%). W ujęciu miesięcznym zwyżka o 0,5% była powyżej konsensusu 0,3%. Ostatecznie inwestorzy większą rangę nadali pogorszeniu sprzedaży, co osłabiło amerykańską walutę. W Walentynki kurs EUR/USD wzrósł z 1,045 USD do 1,051 USD. Był to jednocześnie powrót głównej pary walutowej świata do tegorocznych szczytów z końca stycznia.

Brak Amerykanów nie osłabia ani dolara, ani złotego

W poniedziałek na eurodolarze obserwujemy odreagowanie piątkowych strat USD. Kurs EUR/USD po godzinie 14:30 spadł do 1,047 USD. Co ciekawe, dolar broni się mimo dzisiejszego braku Amerykanów, spowodowanego obchodzonym w USA Dniem Prezydenta. Po weekendzie na rynku pozostaje echo zakończonej konferencji bezpieczeństwa w Monachium. Z zapowiedzi USA wynika, że kraj ten chce samodzielnie prowadzić negocjacje z Rosją na temat konfliktu w Ukrainie, pomijając tym samym naszego wschodniego sąsiada, jak i marginalizując pozycję reszty Europy. W tym otoczeniu nieźle radzi sobie złoty, który pokazuje, że łatwo nie odda zysków z poprzedniego tygodnia. Mimo poniedziałkowego umocnienia dolara, krajowa waluta o godzinie 14:30 utrzymuje poziom 4,16 PLN na wykresie EUR/PLN. Kurs USD/PLN to 3,97 PLN, GBP/PLN to równe 5 PLN, a notowania CHF/PLN to 4,40 PLN. Złotego wspiera nie tylko perspektywa zakończenia wojny, ale utrzymujące się jastrzębie stanowisko RPP, mówiące o braku obniżek kosztu pieniądza w Polsce w najbliższych miesiącach. Teza została wsparta piątkowym odczytem inflacji konsumenckiej. Jej skok do 5,3% r/r przekroczył nawet wzrostowe oczekiwania na poziomie 5%.

Spokojny początek tygodnia

W dzisiejszym kalendarzu makroekonomicznym brakuje istotnych danych. Do najciekawszych możemy zaliczyć wzrost PKB w Japonii, przy jednoczesnym spadku produkcji przemysłowej. Ciekawej zrobi się w drugiej połowie tygodnia. Już w środę – dane inflacyjne z Wielkiej Brytanii oraz protokół z posiedzenia FOMC. W czwartek, oprócz pakietu danych z krajowej gospodarki, poznamy decyzję w sprawie stóp procentowych w Chinach. W piątek kalendarz zostanie uzupełniony najnowszymi odczytami indeksów PMI dla przemysłu i usług, zarówno z gospodarek europejskich, jak i USA. Jeżeli jutrzejszy powrót Amerykanów do gry nie zwiększy zmienności na rynku, to z pewnością przyczynią się do tego liczne publikacje w drugiej połowie tygodnia.

Autor: Dawid Górny, analityk walutowy Walutomat.pl

Pierwsze propozycje deregulacji dla biznesu przedstawione premierowi Tuskowi

Business Centre Club wszedł w skład zespołu „SprawdzaMy” pod przewodnictwem Rafała Brzoski, który, zgodnie z zapowiedzią premiera Donalda Tuska, opracował już pierwsze propozycje deregulacji mających na celu poprawy funkcjonowanie polskich firm.

Nowe otwarcie w kwestiach ułatwień dla przedsiębiorców

W miniony piątek odbyło się pierwsze spotkanie premiera Donalda Tuska z zespołem do spraw deregulacji pod przewodnictwem Rafała Brzoski.

To było dobre spotkanie – ocenili szef rządu i przedstawiciele biznesu.

Cieszy nas fakt, że to przedsiębiorca będzie przewodniczył zespołowi ds. deregulacji, gdyż tylko taka osoba najlepiej zrozumie problemy i wyzwania jakie stoją przed naszym środowiskiem” – powiedział prezes Business Centre Club dr Jacek Goliszewski.

  • Dołączenie do zespołu ds. deregulacji kierowanego przez Rafała Brzoskę to naturalny krok w naszych działaniach na rzecz poprawy warunków prowadzenia biznesu w Polsce. – dodał prezes organizacji.
  • Cieszymy się, że doświadczenie i zaangażowanie naszych ekspertów będzie służyć w procesie tworzenia bardziej efektywnego i przejrzystego otoczenia prawnego dla polskich przedsiębiorcó Deklarujemy w tym zakresie pełną współpracę z panem Brzoską i wszystkimi organizacjami, które weszły w skład zespołu. – powiedział dr Łukasz Bernatowicz, prezes Związku Pracodawców BCC, wiceprezes Business Centre Club.

Rafał Brzoska przedstawił pierwsze propozycje

Naszą inicjatywę nazwaliśmy „sprawdzaMY”, aby podkreślić, że sprawdzamy, co możemy zmienić na lepsze (…) Tworzymy społeczną inicjatywę deregulacyjną, w której każdy może zgłosić swój pomysł na prostsze, lepsze prawo.” – twierdzi Rafał Brzoska.

Po 7 dniach Rafał Brzoska przedstawił pierwsze postulaty. Wśród nic znalazły się m.in.: zwiększenie liczby wydawanych interpretacji ogólnych przez Ministra Finansów, zmiany w wymogach raportowania ESG, ograniczenie nadużyć Urzedów Skarbowych w tym zmniejszenie liczby sporów podatkowych, niekaranie za niecelowe błędy i pomyłki, ograniczenie stosowania kar w VAT a także mniej agresywna praktyka egzekucji komorniczej i wykorzystanie potencjał sztucznej inteligencji.

Jesteśmy członkami tej inicjatywy i podpisujemy się pod każdym prezentowanym postulatem. Wiele z nich przedstawialiśmy w formie Dużej Reformy Podatkowej BCC podczas spotkania z Ministrem Finansów pół roku temu. Mnogość tych propozycji może przytłaczać, ale to właśnie doskonale pokazuje w jak skomplikowanym systemie poruszają się na co dzień polscy przedsiębiorcy. Nasz system podatkowy nigdy nie należał do najprostszych, a po pamiętnej, fatalnej reformie, zwanej „Polskim Ładem” poziom absurdów i utrudnień zaczął osiągać potężne rozmiary. Negocjacje z premierem Tuskiem skupią się najpewniej wokół hierarchizacji postulatów i usystematyzowania, które z nich powinny być realizowane w pierwszej kolejności. Materiał, jaki otrzyma rząd jest doskonałym narzędziem do stworzenia spójnego, przyjaznego biznesowi środowiska i przekazania impulsu gospodarce. Mamy nadzieję, że politycy skorzystają z niego jak najszerzej. – mówi Sandra Żywiecka – Szul, Dyrektor ds. Analiz i Inicjatyw Gospodarczych.

CPK jako projekt wyłącznie państwowy – czy to właściwa droga?

Nie dyskutując nad koniecznością budowy CPK, martwi mnie sposób, w jaki ta inwestycja ma być wdrażana. Nie tylko może on zagrażać jej realizacji, ale też  odzwierciedla niebezpieczne dla rozwoju polskiej gospodarki trzymanie się recept kapitalizmu państwowego odziedziczonych po poprzedniej koalicji rządzącej.

14 lutego „Rzeczpospolita” opublikowała entuzjastyczny wywiad z wiceministrem infrastruktury Maciejem Laskiem dotyczący budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego i towarzyszącej mu infrastruktury kolejowej. Nie zamierzam odnosić się do celowości i realizmu tej inwestycji, mimo że jeszcze dwa-trzy lata temu Donald Tusk nazywał ją „pomnikiem arogancji i ignorancji”, że „z punktu widzenia komunikacyjnego Polski to nie ma większego sensu” i że opieszałość PiSu w jej realizacji, na szczęście, umożliwi jej zablokowanie. Tak czy inaczej, po pewnych korektach, m.in. nieco ograniczających ten projekt i wydłużający jego realizację, CPK znowu znalazł się na sztandarach decydentów.

Chcę odnieść się do czegoś innego: decyzji rządu o tym, że wspomniana inwestycja będzie w 100% państwowa. Minister Lasek wymienia źródła finansowania: środki spółki Skarbu Państwa CPK, do której jako inwestor mniejszościowy dołączy inna spółka Skarbu Państwa – Polskie Porty Lotnicze (która zresztą od września 2023 r. w całości należy do CPK), obligacje Skarbu Państwa i kredyty. Rząd poprzedniej koalicji chciał dokooptować kapitał prywatny, zagraniczny – francuski i australijski, ale nowa władza z takiego pomysłu zrezygnowała; co więcej, obecnie wyklucza udział w inwestycji jakiegokolwiek kapitału prywatnego – nawet rodzimego. Na zadane wprost przez dziennikarza pytanie o potencjalny udział kapitału prywatnego minister Lasek także odpowiedział wprost: „Program wieloletni dzisiaj tego nie przewiduje”.

Równocześnie premier Donald Tusk w wystąpieniu na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych 10 lutego najczęściej używał dwóch wyrazów: „deregulacja” i „inwestycje”. I te dwa wyrazy mają zostać kluczem zapewniającym przełom w funkcjonowaniu polskiej gospodarki, awans naszego kraju do ligi najbardziej rozwiniętych gospodarek świata. Tyle że prawdziwa deregulacja, zwłaszcza z perspektywy spadku, który dostaliśmy od koalicji PiS, to nie tylko likwidacja barier biurokratycznych, uproszczenie prawa, obniżenie obciążeń podatkowych itp., to także likwidacja wielu barier dla przedsiębiorczości prywatnej w dostępie do sektorów zdominowanych przez państwo. Te bariery mnożyły się za poprzedniej koalicji, która prowadziła politykę selektywnego upaństwawiania gospodarki i wypierania kapitału prywatnego (w tym niekiedy również krajowego) z rynku. Ograniczało to wykorzystanie potencjału przedsiębiorczości prywatnej, w tym jej potencjału inwestycyjnego.

Tymczasem coraz więcej wskazuje na to, że nowa koalicja nie zamierza schodzić z tej ścieżki. Nie oznacza to oczywiście, że państwo nie powinno inwestować – jak najbardziej powinno, tyle że bez „rozpychania się” na rynku kapitałowym, bez tworzenia nieuzasadnionych barier dla kapitału prywatnego. Państwo powinno inwestować przede wszystkim w obszarach najbardziej istotnych dla rozwoju społeczno-gospodarczego, które nie są wystarczająco atrakcyjne dla kapitału prywatnego bądź kiedy kapitał prywatny nie jest w stanie zapewnić istotnych społecznie parametrów dóbr w tych obszarach produkowanych. Ale i w takim przypadku całkowita, programowa (jak w przypadku CPK) rezygnacja z udziału (nawet mniejszościowego, czyli bez utraty kontroli państwa nad realizacją całości inwestycji) kapitału prywatnego wydaje się marnowaniem istniejących zasobów: niepełnym wykorzystaniem prywatnych i osłabieniem możliwości inwestycyjnych państwa – kiedy uwolnione środki publiczne mogłyby być skierowane na realizację szerszego wachlarza społecznie istotnych projektów.

Nie wolno bagatelizować także problemu upolitycznienia własności państwowej, podatności spółek Skarbu Państwa na wykorzystanie przez wąskie grupy interesu powiązane z obecnie urzędującymi opcjami politycznymi kosztem realizacji interesu ogólnospołecznego – co szczególnie rozkwitło za rządów PiS. Brak partycypacji kapitału prywatnego taki proceder tylko ułatwia. Niestety, mimo całej retoryki zmiany, nie widzę żadnego przełomu w podejściu obecnie rządzącej koalicji do roli państwa w polskiej gospodarce – widzę natomiast kontynuację wprowadzonego przez PiS paradygmatu kapitalizmu państwowego – potężnego państwa-przedsiębiorcy, właściciela i inwestora, głównej siły zapewniającej rozwój społeczno-gospodarczy.

Źródła:
https://www.rp.pl/transport/art41802121-maciej-lasek-nie-ma-odwrotu-od-cpk-i-szybkich-kolei
https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2022-08-02/mikolow-donald-tusk-spotkal-sie-z-przeciwnikami-cpk-to-doprowadzi-do-wielu-tragedii/
https://www.money.pl/gospodarka/chory-pomysl-donald-tusk-o-budowie-cpk-6943564091349760a.html

Piotr Kozarzewski
—————–

Autor jest członkiem TEP, profesorem na Wydziale Ekonomicznym UMCS w Lublinie, i członkiem Rady Fundacji CASE – Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. Zajmuje się problematyką roli państwa w gospodarce, w szczególności w sektorze przedsiębiorstw. Opublikował m.in. monografie Polityka właścicielska państwa w okresie transformacji systemowej. Próba syntezy (UMCS, 2019) i State Corporate Control in Transition: Poland in a Comparative Perspective (Palgrave Macmillan, 2021).

Słabnące „Trump trades” – dolar i kryptowaluty tracą impet

W ostatnim czasie można zaobserwować wyraźne osłabienie inwestycji nazywanych „Trump trades”, które dotychczas cieszyły się rosnącą popularnością po wygranej Donalda Trumpa. Dotyczy to przede wszystkim dolara amerykańskiego i kryptowalut, które po początkowych silnych wzrostach obecnie tracą impet. Podobny spadkowy trend widać w notowaniach niektórych spółek powiązanych z polityką Trumpa, takich jak prywatne więzienia Geo Group czy Trump Media & Technology Group. Dodatkowo indeks S&P 500 od trzech tygodni nie osiągnął nowego szczytu, co budzi obawy części inwestorów o kondycję rynku akcji w USA.

Zgoła inaczej wygląda sytuacja na rynkach chińskich i europejskich. Indeks Hang Seng w Hongkongu zyskał blisko 13% od początku roku, a Euro Stoxx 50 przebił historyczny rekord pierwszy raz od 25 lat. Szczególnie mocno wyróżniają się chińskie spółki technologiczne: notowania Alibaba Group wzrosły o ponad 45%. Za taki stan rzeczy odpowiadają między innymi innowacje prezentowane przez tamtejsze firmy. Demonstracja sztucznej inteligencji DeepSeek pozytywnie wpłynęła na nastawienie inwestorów do chińskiego sektora nowych technologii, a wdrożenie systemu „God’s Eye” w samochodach elektrycznych BYD Co. dodatkowo wzmocniło wiarę w potencjał chińskich producentów.

Na amerykańskim rynku jedną z głównych obaw stanowi niepewność co do dalszych działań administracji prezydenta Trumpa. Brak wyraźnych decyzji w sprawie ceł oraz możliwość obniżenia rentowności obligacji skarbowych mogą w przyszłości dodatkowo osłabić dolara. W efekcie inwestorzy wykazują większą ostrożność w podejmowaniu decyzji, obserwując jednocześnie rozwój sytuacji politycznej i gospodarczej w USA.

Mimo to większość analityków studzi obawy o szybki koniec dobrej passy na Wall Street. Według nich obecne wahania to typowy przykład realizacji strategii „kupuj plotki, sprzedawaj fakty”. Fundamenty gospodarki amerykańskiej pozostają mocne, a tempo jej wzrostu nadal przewyższa dynamikę notowaną w strefie euro. Dlatego eksperci zgodnie podkreślają, że perspektywa trwałej hossy w Stanach Zjednoczonych nie jest poważnie zagrożona.

Krzysztof Kamiński – Oanda TMS

Kurs dolara słabnie, euro w opałach – wpływ ceł i polityki Trumpa

Saga dotycząca polityki handlowej Donalda Trumpa trwa. Informacje te w pewien sposób kładą cień na publikacje danych makro. Stanowią one w tym momencie jedynie tło głównych wydarzeń. Wczorajsza konferencja prasowa nowego prezydenta była dość interesująca. Nakazał on swojej administracji rozważyć taryfy wzajemne wobec dużej liczby partnerów handlowych a także nałożyć cła na każdy kraj indywidualnie, w zależności od poniesionych strat.

W czasie trwania kampanii wyborczej mogliśmy usłyszeć z ust Trumpa o cłach jednakowych na wszystkie kraje. Polityka jest konsekwentnie realizowana ale w nieco odmiennym kształcie. Teraz większość państw zostanie nimi objęta ale w różnym stopniu, w zależności od poziomu rzeczywistej lub postrzeganej nierówności handlowej. Dobitnie zostały wykluczone wyjątki i wyraźnie zostało podkreślone, że taryfy na import samochodów mogą zostać wprowadzone wkrótce (na wyższych poziomach niż cła wzajemne). Na celowniku znalazła się Unia Europejska.

Pomimo tych komentarzy dolar amerykański osłabił się a główna para walutowa osiągnęła wczoraj swoje lokalne maksima w okolicy 1,0470. Dolara również nie umocniły środowe dane CPI oraz czwartkowe PPI.

Rynek koncentruje się aktualnie na fakcie, że każdy kraj będzie indywidualnie oceniany przed nałożeniem taryf. Brak aprecjacyjnego ruchu może świadczyć, że wiele już z tego zostało zdyskontowanych w cenach USD i kolejne doniesienia nie stanowią na ten moment czynnika umacniającego.

Patrząc na spekulacyjne pozycje netto raportowane przez CFTC widać ekstremalnie dodatnie pozycjonowanie się inwestorów spekulacyjnych . Zdecydowana przewaga „długich” pozycji mogła na ten moment osiągnąć swoje maksima, przynajmniej w krótkim terminie. Widać, że pozycja netto jest na podobnym poziomie jak w 2018 roku. Ten fakt może ograniczać w najbliższym czasie aprecjację USD. Istnieje ryzyko, że część „długich” pozycji będzie zamykana z powodu realizacji zysków. Nie oznacza to od razu zmianę trendu. Do tego musielibyśmy otrzymać wzrost „krótkich” pozycji, a ten proces nie będzie zmianą z dnia na dzień. Może to implikować zatem nieco większa korektę wzrostową na głównej parze walutowej, przynajmniej w okolice 1,06 lub 1,07. Zmiany trendu jednak na EURUSD nie oczekuję. Euro będzie wciąż osłabiane perspektywą luźnej polityki pieniężnej EBC a dodatkowo tracić będzie na skutek możliwych działań skierowanych przez Trumpa.

Ryzyko nałożenia znacznych ceł na import z UE jest wysokie a to będzie implikować deprecjację wspólnej waluty. Jednocześnie prawdopodobnie podniesie inflację w USA. Jednocześnie w świetle ostatnich komentarzy z Fed oraz zaskakująco wysokiej inflacji w Stanach Zjednoczonych na początku roku, dalsze obniżki stóp procentowych w USA stają się coraz mniej realne. W średnim terminie dolar powinien zatem wciąż czerpać przewagę względem euro.

Nastawienie do dolara może się zmienić dopiero wówczas, kiedy Fed radykalnie zmieni swoje podejście. Inwestorzy będą odwracać się od USD wtedy, kiedy zostanie zainicjowany ruch o 180 stopniu w komunikacji banku centralnego.

Łukasz Zembik, Oanda TMS Brokers

Niemcy wybierają nowy rząd – czy kurs euro czeka punkt zwrotny?

Podczas gdy pod względem politycznym uwaga skupiona jest obecnie na Donaldzie Trumpie, już 23.02 w Niemczech wybierany będzie nowy rząd. Będzie to dla euro punkt zwrotny czy też presja spadkowa jedynie ulegnie wzmocnieniu?

Kluczowe punkty:

  • Przedterminowe wybory w Niemczech odbędą się 23.02.
  • W sondażach prowadzą Unia i AfD.
  • Najbardziej prawdopodobna wydaje się Wielka Koalicja.
  • Najbardziej prawdopodobne wyniki raczej nie wywołają zamieszania na rynkach.
  • Rynki będą uważne na poparcie dla radykalnych partii i rozmowy koalicyjne.

Rośnie społeczne niezadowolenie z powodu stagnacji gospodarczej w największej gospodarce Europy. Mimo że gospodarka doświadczyła ożywienia się po spowolnieniu spowodowanym pandemią, w ciągu ostatnich dwóch lat jej PKB skurczył się w skali roku o 0,3% i 0,2%. Sprawia to, że wielkość gospodarki kraju, która niegdyś była stawiana za wzór, jest mniej więcej taka sama jak pięć lat temu.

Oczekuje się, że niemiecka gospodarka pozostanie hamulcowym wspólnego bloku w przewidywalnej przyszłości. Słabość przemysłu, szczególnie w sektorze motoryzacyjnym, jest jednym z głównych czynników, wadzą kryzys energetyczny i rywalizacja Chin. Projekcje dynamiki PKB Bundesbanku zostały w grudniu zrewidowane w dół – obecnie spodziewa się on wzrostu o zaledwie 0,2% w 2025 r. i poniżej 1% w kolejnych dwóch latach.

1. Indeks realnego PKB Niemiec (2009 – 2024)

Czy czynniki wstrzymujące gospodarkę są raczej strukturalne, czy cykliczne, jest przedmiotem dyskusji, ale jej słabe wyniki przyczyniły się do istotnej zmiany krajobrazu politycznego kraju. W ostatnich latach obserwowaliśmy wzrost poparcia dla prawicowych polityków, a populistyczna, eurosceptyczna i antyimigracyjna Alternatywa dla Niemiec (AfD) notuje w sondażach wyniki rzędu 20% – dwa razy więcej niż w wyborach w 2021 r. Centro-prawicowa Unia (CDU/CSU), która historycznie dominuje w niemieckiej polityce, odnotowała podobny wzrost i obecnie ma ok. 30% względem 24% w 2021 r.

Przegranymi są Socjaliści (SPD) oraz liberałowie z Wolnej Partii Demokratycznej (FDP) – członkowie koalicji Świateł drogowych, która rozpadła się w listopadzie w wyniku konfliktu między kanclerzem Scholzem (SPD) i ministrem finansów Linderem (FDP). SPD uzyskuje w sondażach poparcie o 10 pp. mniejsze niż w 2021 r. (25,7%). FDP, która cztery lata temu zdobyła 10% głosów, teraz w sondażach ma ich zaledwie ok. 4% i grozi jej niewejście do kolejnego Bundestagu (partia musi uzyskać co najmniej 5% w wyborach i wygrać w co najmniej trzech okręgach wyborczych, by być reprezentowaną). Zieloni, ostatni członek koalicji Świateł drogowych, są na podobnym poziomie co w 2021 r., kiedy otrzymali ok. 15% głosów.

Poparcie dla Lewicy (Die Linke) również nie uległo większej zmianie (w 2021 r. otrzymała 4,9% głosów, ale dostała się do Bundestagu). Co ciekawe, po lewej stronie pojawiła się nowa partia. Na początku 2024 r. powstał antyimigracyjny, populistyczny i eurosceptyczny Sojusz Sahry Wagenknecht (BSW), którego poparcie wynosi w sondażach ok. 5%.

2. Przedwyborczy sondaż Forsy (11.02.2025)

Jakie kwestie są najważniejsze?

Zgodnie z ankietą ARD-Deutschlandtrend z 9.01 najważniejsze dla głosujących kwestie to imigracja i gospodarka – pierwszą z nich jako kluczową uznało 37% respondentów (+14 pp. w ciągu miesiąca), drugą 34% (-11 pp.). AfD i BSW prezentują w owym względzie skrajne poglądy, zwrot ku bardziej restrykcyjnej kontroli jest jednak widoczny w szerokiej sferze politycznej. Bardziej restrykcyjną postawę przyjęła w szczególności Unia, przy polityce otwartości obstają zaś Zieloni i Lewica.

W ostatnich ankietach gospodarka tylko nieznacznie ustępuje pierwszemu miejscu. Wyjście ze stagnacji będzie dla głosujących bardzo istotne; jak można się spodziewać, strategie w tej kwestii różnią się diametralnie. Lewica, SPD i Zieloni opowiadają się za reformą hamulca zadłużenia (Schuldenbremse), która ogranicza roczny strukturalny deficyt budżetowy do 0,35% PKB. Ostrożniej do istotnych zmian w owym względzie wydaje się podchodzić Unia. Jej lider i prawdopodobnie kolejny kanclerz, Friedrich Merz, zasygnalizował jednak podczas niedawnej debaty telewizyjnej pewną otwartość na jego reformę. Warto również zauważyć, że Unia chce stymulować gospodarkę poprzez cięcia podatkowe, które nie znalazłyby pokrycia. Liberałowie i AfD sprzeciwiają się rozluźnieniu fiskalnych reguł.

Jedną z głównych przyczyn problemów niemieckiej gospodarki są wysokie ceny energii. Główne partie (Unia, SPD, Zieloni) ogólnie popierają dalszy rozwój energii odnawialnej. AfD opowiada się zaś za rozluźnienie restrykcji energetycznych i powrotem do atomu. Pomysł ten zdobył również uwagę Unii, ale sprzeciwiają mu się pozostałe dwie główne partie.

We wspomnianej ankiecie trzecie miejsce zajmują kwestie dotyczące polityki zagranicznej związane z konfliktami zbrojnymi i pokojem, a partie różnią się swoim podejściem do wojny rosyjsko-ukraińskiej. AfD i BSW chciałyby przestać zbroić Ukrainę i zacieśnić relacje z Rosją. Unia, Zieloni i FDP są po przeciwnej stronie, a SPD do owej kwestii podchodzi ze znaczną rezerwą.

3. Najważniejsze kwestie dla wyborców wg ARD-DeutschlandTREND (09.01.2025)

Jakie mogą być wyniki wyborów?

Niemiecki system wyborczy jest mieszany. Wyborcy oddają dwa głosy na jednej karcie: na kandydata w swoim okręgu i na listę kandydatów partii w kraju związkowym. Drugi głos jest istotniejszy, ponieważ determinuje rozkład miejsc w parlamencie, a w 2025 r. jest jeszcze ważniejszy. Od tego roku parlament będzie liczył dokładnie 630 miejsc, czyli o ok. 100 mniej niż obecnie.

Niemal pewne jest, że żadna partia nie zdobędzie większości głosów potrzebnych do samodzielnego rządzenia, uwaga skupi się więc na potencjalnych koalicjach. Dla wszelkich dyskusji centralna będzie zapewne Unia (CDU/CSU), która zdecydowanie prowadzi w sondażach. Ze względu na swoje radykalne poglądy, które główne partie odrzucają, częścią żadnej koalicji nie będzie za to zapewne AfD, która także cieszy się sporym poparciem. Mało prawdopodobne jest również, by w skład takowej weszły lewicowe Die Linke oraz BSW, nawet jeśli zdołają dostać się do Bundestagu, co wcale nie jest pewne.

Najbardziej prawdopodobna wydaje się Wielka koalicja Unii i SPD. Czarno-zielona koalicja (Unia i Zieloni) również jest możliwa, nie będzie jednak raczej pierwszym wyborem Unii, pomysł krytykować będą bowiem liczni wysoko postawieni politycy – w tym lider CSU, Markus Söder. Na podstawie sondaży obie dwublokowe koalicje wydają się możliwe, podobnie jak trzyblokowa koalicja z FDP. Ostatecznie ideologicznie partia ta jest najbliżej Unii. Niemniej nie jest to szczególnie prawdopodobne, biorąc pod uwagę obecne poparcie dla FDP. Co więcej, połączenie w koalicji FDP i SPD może być trudne pod względem politycznym, biorąc pod uwagę konflikt między liderami partii – Scholzem i Linderem.

Jak może zareagować euro?

Wpływ wyborów w Niemczech na rynki finansowe jest jak na razie ograniczony. Inwestorów zajmują inne kwestie, szczególnie początek drugiej kadencji Trumpa, a zmienność kursu EUR/USD podyktowana jest głównie wiadomościami dotyczącymi ceł.

Najbardziej prawdopodobne wyniki wyborów w Niemczech wydają się nie zagrażać istotnie euro. Możliwe koalicje zapewniłyby kompromis między konserwatywno-liberalnym podejściem kładącym nacisk na deregulację i niższe podatki, a środowiskowo-socjalistycznym opowiadającym się za wyższymi wydatkami. Choć w pewnych aspektach taki balans może działać, może nie być tak korzystny dla zapewnienia jakże potrzebnych zmian starych polityk, które doprowadziły do rosnącej niezgody w niemieckim społeczeństwie.

Jako że nie dojdzie do uformowania rządu większościowego, największym zagrożeniem dla rynków finansowych może być przedłużanie się rozmów koalicyjnych, które mogą zająć tygodnie albo i miesiące. W 2017 r. Wielka koalicja uformowała się po blisko sześciu miesiącach po tym, jak fiaskiem zakończyły się rozmowy koalicyjne między CDU/CSU, Zielonymi i Wolnymi Demokratami. Po ostatnich wyborach w 2021 r. koalicyjny rząd Świateł drogowych powstał po 73 dniach. Rynki nie reagują dobrze na niepewność, a przedłużający się okres politycznej niepewności może ciążyć euro, jako że opóźniłby wprowadzenie reform niezbędnych, by pomóc niemieckiej gospodarce wyjść z kryzysu.

Zupełnie innym zagrożeniem może być silny wyniki prawicowej i eurosceptycznej AfD. Jeśli partia znacznie przebije sondaże, może dojść do zamieszania na rynkach, inwestorzy mogą przygotowywać się bowiem na wzrost siły ruchów populistycznych w Europie. Dobry wynik lewicy, szczególnie radykalnego BSW, również może zostać odebrany jako negatywny. Rosnąca fragmentacja polityczna może utrudnić stworzenie rządzącej koalicji, a silny BSW może zwiększyć przekonanie o rosnącym populizmie w sercu Europy.

Autorzy: Roman Ziruk – starszy analityk Ebury

UE na celowniku Trumpa. Kurs dolara i euro w cieniu polityki handlowej USA

Saga dotycząca polityki handlowej Donalda Trampa trwa. Informacje te w pewien sposób kładą cień na publikacje danych makro. Stanowią one w tym momencie jedynie tło głównych wydarzeń. Wczorajsza konferencja prasowa nowego prezydenta była dość interesująca. Nakazał on swojej administracji rozważyć taryfy wzajemne wobec dużej liczby partnerów handlowych a także nałożyć cła na każdy kraj indywidualnie, w zależności od poniesionych strat.

W czasie trwania kampanii wyborczej mogliśmy usłyszeć z ust Trumpa o cłach jednakowych na wszystkie kraje. Polityka jest konsekwentnie realizowana ale w nieco odmiennym kształcie. Teraz większość państw zostanie nimi objęta ale w różnym stopniu, w zależności od poziomu rzeczywistej lub postrzeganej nierówności handlowej. Dobitnie zostały wykluczone wyjątki i wyraźnie zostało podkreślone, że taryfy na import samochodów mogą zostać wprowadzone wkrótce (na wyższych poziomach niż cła wzajemne). Na celowniku znalazła się Unia Europejska.

Pomimo tych komentarzy dolar amerykański osłabił się a główna para walutowa osiągnęła wczoraj swoje lokalne maksima w okolicy 1,0470. Dolara również nie umocniły środowe dane CPI oraz czwartkowe PPI.

Rynek koncentruje się aktualnie na fakcie, że każdy kraj będzie indywidualnie oceniany przed nałożeniem taryf. Brak aprecjacyjnego ruchu może świadczyć, że wiele już z tego zostało zdyskontowanych w cenach USD i kolejne doniesienia nie stanowią na ten moment czynnika umacniającego.

Patrząc na spekulacyjne pozycje netto raportowane przez CFTC widać ekstremalnie dodatnie pozycjonowanie się inwestorów spekulacyjnych . Zdecydowana przewaga „długich” pozycji mogła na ten moment osiągnąć swoje maksima, przynajmniej w krótkim terminie. Widać, że pozycja netto jest na podobnym poziomie jak w 2018 roku. Ten fakt może ograniczać w najbliższym czasie aprecjację USD. Istnieje ryzyko, że część „długich” pozycji będzie zamykana z powodu realizacji zysków. Nie oznacza to od razu zmianę trendu. Do tego musielibyśmy otrzymać wzrost „krótkich” pozycji, a ten proces nie będzie zmianą z dnia na dzień. Może to implikować zatem nieco większa korektę wzrostową na głównej parze walutowej, przynajmniej w okolice 1,06 lub 1,07. Zmiany trendu jednak na EURUSD nie oczekuję. Euro będzie wciąż osłabiane perspektywą luźnej polityki pieniężnej EBC a dodatkowo tracić będzie na skutek możliwych działań skierowanych przez Trumpa.

Ryzyko nałożenia znacznych ceł na import z UE jest wysokie a to będzie implikować deprecjację wspólnej waluty. Jednocześnie prawdopodobnie podniesie inflację w USA. Jednocześnie w świetle ostatnich komentarzy z Fed oraz zaskakująco wysokiej inflacji w Stanach Zjednoczonych na początku roku, dalsze obniżki stóp procentowych w USA stają się coraz mniej realne. W średnim terminie dolar powinien zatem wciąż czerpać przewagę względem euro.

Nastawienie do dolara może się zmienić dopiero wówczas, kiedy Fed radykalnie zmieni swoje podejście. Inwestorzy będą odwracać się od USD wtedy, kiedy zostanie zainicjowany ruch o 180 stopniu w komunikacji banku centralnego.

Łukasz Zembik, Oanda TMS Brokers

Turystyka bije rekordy – akcje Airbnb o 14 proc. w górę

Po ogłoszeniu znacznie wyższych od oczekiwań analityków wyników za czwarty kwartał kurs akcji Airbnb w handlu pozasesyjnym poszybował o ponad 14 proc., przebijając granicę 1600 dolarów. Ten sukces pokazuje, jak bardzo branża turystyczna odżyła po pandemicznym zastoju: w ubiegłym roku na europejskich lotniskach obsłużono rekordowe 2,5 mld pasażerów – o 1,8 proc. więcej niż w 2019 roku, ostatnim pełnym sezonie przed pandemią. Korzystają na tym firmy związane z sektorem turystycznym, w tym właśnie Airbnb. Mimo imponującego wzrostu notowań spółka stoi jednak przed poważnymi wyzwaniami – szczególnie w kontekście konkurencji ze strony Booking, który może się pochwalić niemal dwukrotnie wyższą marżą. Booking zaprezentuje swoje wyniki w przyszłym tygodniu.

Wczoraj Airbnb – platforma wynajmu mieszkań – opublikowała swoje wyniki finansowe za czwarty kwartał. Firma, niegdyś ikona ekonomii współdzielenia i pionier rewolucji w branży turystycznej, ma za sobą bardzo dobry okres, do czego przyczyniła się sprzyjająca koniunktura w światowej turystyce. Po ogłoszeniu wyników w handlu posesyjnym akcje Airbnb wzrosły o 15 proc. – był to wyraźny sygnał ożywienia po wcześniejszym okresie stagnacji. Zysk na akcję wyniósł 0,73 dolara, podczas gdy analitycy spodziewali się 0,63 dolara. Z kolei przychody wzrosły o 12 proc., do 2,48 mld dolarów (prognozy analityków wskazywały na 2,42 mld dolarów). Szczególnie dobrze rynek odebrał poprawę efektywności, choć jednocześnie należy zauważyć, że firma ma przed sobą wiele wyzwań.

Marża Airbnb wzrosła w czwartym kwartale do 19 proc. (z wcześniejszego poziomu 15 proc.), co pozwoliło firmie osiągnąć średni wynik w branży, wynoszący 18,6 proc. (dla pięciu największych firm z sektora internetowych usług turystycznych). Jednak konkurencja radzi sobie w tym zakresie znacznie lepiej. W przypadku Booking marża wynosi aż 31,2 proc., a Airbnb trudno zbliżyć się do tego poziomu. Wyniki Bookingu za czwarty kwartał poznamy w przyszłym tygodniu. Szacuje się, że w 2024 roku firma osiągnie przychody na poziomie 23,43 mld dolarów (wzrost z 21,37 mld dolarów w 2023 r.), a zysk na akcję (EPS) może wzrosnąć z 118,68 dol. w 2023 r. do 182,77 dol. w 2024 r. Jednak tutaj też nie można wykluczyć niespodzianki, bowiem branża turystyczna jest ostatnio rozgrzana do czerwoności.

Airbnb w 2024 roku pośredniczyła w rezerwacjach 491 mln noclegów i atrakcji, których łączna wartość wyniosła rekordowe 82 mld dolarów. Warto przy tym zaznaczyć, że firma obecnie nie raportuje osobno liczby noclegów, lecz prezentuje łączne dane dotyczące noclegów i innych oferowanych aktywności. Jest to celowy zabieg, który ma skłonić inwestorów, by nie skupiali się wyłącznie na liczbie noclegów, lecz spojrzeli szerzej na model biznesowy firmy. Należy jednak pamiętać, że nieco zaciemnia to pełny obraz działalności spółki. Podobnie zresztą niedawno postąpił Netflix, który przestał publikować dane o liczbie subskrybentów.

Inwestorzy pozytywnie ocenili ostatni kwartał działalności Airbnb, choć w kolejnych okresach firma zmierzy się z wieloma wyzwaniami i potencjalnymi ryzykami. Przede wszystkim musi radzić sobie z problemem „nadmiernej turystyki” („overtourism”) i coraz bardziej zacierającymi się różnicami pomiędzy nią a konkurencją (m.in. Booking). Dodatkowo, zaostrzone regulacje w różnych krajach mogą niekorzystnie wpłynąć na dalszy rozwój firmy, zwłaszcza jeśli władze będą ograniczać krótkoterminowy wynajem. Przepełnione turystami miasta, takie jak Wenecja, Dubrownik czy Barcelona, już teraz zmagają się z przeciążeniem infrastruktury i degradacją środowiska.

Z punktu widzenia inwestorów kluczowe znaczenie mają ryzyko regulacyjne, dalsza ekspansja oraz rozwój nowych produktów i usług. Coraz surowsze przepisy dotyczące wynajmu krótkoterminowego – wprowadzone już w wielu amerykańskich miastach oraz m.in. w Grecji i Hiszpanii – mogą znacząco ograniczyć działalność Airbnb. Firma pokłada jednak nadzieję w rozwoju w Ameryce Łacińskiej i Azji, które w dłuższej perspektywie mogą okazać się najważniejszymi źródłami wzrostu.

Nie ma wątpliwości, że wyniki Airbnb to efekt boomu na rynku turystycznym – podróże stają się coraz popularniejsze i znacznie przekraczają poziomy sprzed pandemii. Teraz wszystko zależy od menedżerów firmy – otwarte pozostaje pytanie, czy Airbnb będzie w stanie na stałe zwiększać przychody z pojedynczej rezerwacji. Poprawa marży w minionym kwartale daje w tym obszarze spore nadzieje. Może w tym pomóc dalsze udoskonalanie algorytmów dopasowywania i ustalania cen, co korzystnie wpłynęłoby na rentowność. Niemniej jednak dystans między Airbnb a Booking wciąż jest znaczący. Kluczowym motorem wzrostu może okazać się rosnący trend długoterminowych pobytów (30+ dni), związany z coraz większą liczbą cyfrowych nomadów. Już teraz rezerwacje dłuższe niż 30 dni stanowią 17 proc. całego biznesu Airbnb, a wszystko wskazuje na to, że odsetek ten może dalej rosnąć. Tymczasem konkurencja pomiędzy Airbnb a Booking (do której mogą się również włączyć międzynarodowe sieci hotelowe) zapowiada się niezwykle ciekawie i skłania do dyskusji o przyszłości podróżowania.

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Cinkciarz.pl – czy upadłość to dobre rozwiązanie dla wierzycieli?

Do sądu w Zielonej Górze wpłynął wniosek o ogłoszenie upadłości kantoru Cinkciarz.pl złożony przez klienta, który oczekuje na wypłatę swoich środków. Taką decyzję wierzyciela spowodowała nieudana interwencja komornika. Czy w tej sytuacji wniosek upadłościowy jest dobrym sposobem na odzyskanie pieniędzy? Sprawę komentuje Przemysław Furmanek z kancelarii Lege Restrukturyzacje.

Generalnie restrukturyzacja firmy – dłużnika jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem dla wierzycieli niż jej upadłość. W postępowaniach upadłościowych często poziom zaspokojenia wierzycieli jest niewielki – 1-20 procent. Z kolei w ramach restrukturyzacji można liczyć na układ, który zakłada spłatę przynajmniej połowy zobowiązań.

Bardzo dobrym rozwiązaniem w przypadku Cinkciarz.pl będzie postępowanie sanacyjne. Oprócz restrukturyzacji zadłużenia, daje ono możliwość pozbawienia zarządu nad spółką aktualnych władz i ustanowienia w to miejsce doradcy restrukturyzacyjnego. Postępowanie sanacyjne sprzyja porozumieniu z wierzycielami i jednocześnie pozwala na zewnętrzny nadzór nad sytuacją spółki przez ogół wierzycieli.

Postępowanie sanacyjne zazwyczaj zwiększa szanse na spłatę wierzytelności. W przeciwieństwie do postępowania upadłościowego, nie opiera się jedynie na sprzedaży majątku spółki lub całego przedsiębiorstwa. Jego celem jest także kontynuowanie działalności zadłużonej firmy, dzięki czemu bieżące dochody mogą być przeznaczane na spłatę wierzycieli.

Ze względu na renomę Cinkciarz.pl i skalę jego działalności, warto rozważyć alternatywne rozwiązania wobec upadłości. Firma, która jeszcze niedawno sponsorowała reprezentację Polski w piłce nożnej, mogłaby skorzystać z restrukturyzacji pod nadzorem zarządcy i Sądu. Takie rozwiązanie pozwoliłoby na dalsze funkcjonowanie firmy i zwiększenie szans na lepszą spłatę wierzycieli w porównaniu do likwidacyjnej sprzedaży majątku.

Przemysław Furmanek – kancelaria Lege Restrukturyzacje

Premier zapowiada deregulację, przedsiębiorcy krytykują nową ustawę o cudzoziemcach

Podczas poniedziałkowej konferencji rządu premier Donald Tusk przedstawił plan gospodarczy, w którym zwrócono szczególną uwagę na kluczowe inwestycje oraz konkurencyjność polskiego biznesu. Premier zapowiedział przyspieszenie prac nad tzw. ustawą deregulacyjną. Tymczasem pracodawcy od kilku miesięcy walczą z poprawkami do ustawy o warunkach dopuszczalności powierzania pracy cudzoziemcom na terytorium RP, sabotującej konkurencyjność polskiego biznesu. Niestety wygląda na to, że nikt z rządu przedsiębiorców nie chce wysłuchać. W tym temacie wypowiedzieli się przedstawiciele Pracodawców RP, Polskiego Forum HR, Federacji Przedsiębiorców Polskich, Konfederacji Lewiatan oraz Europejskiego Instytutu Mobilności Pracy.

Projekt ustawy o warunkach dopuszczalności powierzania pracy cudzoziemcom na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej przygotowany przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w zamierzeniu miał chronić cudzoziemców przed wyzyskiem, a w rzeczywistości uniemożliwi polskim przedsiębiorcom zatrudnianie pracowników cudzoziemskich w wielu branżach i nowoczesnych usługach.

Obecnie trwają prace sejmowe nad projektem ustawy o warunkach dopuszczalności powierzania pracy cudzoziemcom na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Projekt wywołał liczne kontrowersje i sprzeciw przedsiębiorców z uwagi na to, że dodano do niego przepisy o obligatoryjnym zatrudnianiu cudzoziemców na podstawie umowy o pracę – mówi Szymon Witkowski, główny legislator Pracodawcy RP.

Po interwencjach przedsiębiorców rząd obiecał złagodzenie jej zapisów, jednak ustawa wciąż pozostaje niezgodna z przepisami unijnymi i zawiera regulacje znacznie ograniczające konkurencyjność i elastyczność polskich firm. Dotyczy to w szczególności zmian w artykule 6 ust. 1 oraz art. 13 ust. 1 pkt 7. W obecnym brzmieniu przepisy ustawy o zatrudnianiu cudzoziemców są dyskryminujące, naruszają swobodę świadczenia usług i zagrażają elastyczności rynku pracy. Bez uwzględnienia zmian postulowanych przez organizacje pracodawców liczba dostępnych pracowników drastycznie się skurczy, co w wielu deficytowych zawodach może mieć poważne konsekwencje dla polskiej gospodarki.

Słowo deregulacja padło wielokrotnie na poniedziałkowej konferencji prasowej Premiera Donalda Tuska, tymczasem procedowane są przepisy, które nie mają nic wspólnego z tym kierunkiem. W ciągu najbliższej dekady, w wyniku zmian demograficznych, zniknie nam ponad 2 mln pracowników. Przy najniższym w Europie niewykorzystanym potencjale rynku pracy, obecność cudzoziemców na naszym rynku to konieczność. Tymczasem na ubiegłotygodniowych posiedzeniach sejmowej Komisji Nadzwyczajnej rozpatrującej rządowy projekt ustawy dotyczący legalizacji zatrudnienia cudzoziemców, żaden z posłów nie był głosem pracodawców zainteresowany. Rząd zapewniał, że odszedł od pomysłu ograniczenia wydawania zezwoleń na pracę i rejestracji oświadczeń tylko w przypadku osób zatrudnionych na umowy o pracę, ale nie do końca tak się stało. Bariera ta pozostała nadal w przypadku pracowników tymczasowych. Przypomnę tylko, że agencje pracy tymczasowej zatrudniają co roku około 350 tys. obywateli państw trzecich, wspierając firmy w Polsce potrzebujące elastycznych rozwiązań w zatrudnieniu, pomagając cudzoziemcom nie tylko w ich życiu zawodowym, ale też codziennym. Nie widzę powodu, aby tak dyskryminujący przepis został utrzymany, w jego konsekwencji forma umowy będzie zależała nie od natury wykonywanych zadań, ale od narodowości. To nie tylko nierówne traktowanie, ale i cios w konkurencyjność polskiej gospodarki – komentuje Anna Wicha, Prezes Polskiego Forum HR.

WYMÓG UMOWY O PRACĘ ORAZ PRACA NA RZECZ OSOBY TRZECIEJ – CIOS W KONKURENCYJNOŚĆ

Pomimo deklaracji złożonych na posiedzeniu Rady Ministrów 18 grudnia 2024 roku dotyczących usunięcia skrajnie niekorzystnych i krytykowanych przez przedsiębiorców zapisów obligujących do zatrudniania cudzoziemców wyłącznie na umowy o pracę, w trakcie prac sejmowej Komisji Nadzwyczajnej nie uwzględniono poprawek, które Premier Tusk obiecał przedsiębiorcom.

Na szczęście w grudniu 2024 r. Premier zapowiedział rezygnację z tego wymogu, na skutek czego usunięto kontrowersyjne przepisy. Niestety nie wszystkie, wciąż obligatoryjnie na podstawie umowy o pracę cudzoziemców mają zatrudniać agencje pracy tymczasowej, które mają istotny udział w rynku. Wpłynie to znacząco na koszty przedsiębiorców, a więc również na cenę i dostępność usług. W projekcie znajdują się również inne niedociągnięcia, ale co do zasady jest tam cały szereg bardzo dobrych i pożądanych przez rynek rozwiązań, jak elektronizacja postępowań dotyczących zatrudniania obcokrajowców, czy rezygnacja z testu rynku pracy. Szkoda, że dobre rozwiązania zostały przyćmione przez te szkodliwe dla rynku – dodaje Szymon Witkowski.

Przedsiębiorcy wnoszą o usunięcie z art. 6 wymogu zatrudnienia na podstawie umowy o pracę.

W związku z trwającymi w Sejmie pracami legislacyjnymi nad rządowym projektem ustawy o warunkach dopuszczalności powierzania pracy cudzoziemcom na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej (druk nr 949), Federacja Przedsiębiorców Polskich zgłosiła negatywne stanowisko do proponowanego zapisu art. 6 projektu dotyczącego wydawania zezwolenia na pracę. Zapis ten jest nie do przyjęcia ze względu na bezzasadne różnicowanie sytuacji cudzoziemców w zależności od przyjętej formuły zatrudnienia. Nie ma uzasadnionych podstaw do wyłączenia możliwości współpracy agencji z cudzoziemcem na podstawie umowy cywilnoprawnej. Odmienne traktowanie tej kategorii pracujących nie wynika z posiadanych cech szczególnych, rodzaju powierzanych prac czy oferowanych warunków. Przeciwnie, zapotrzebowanie rynkowe ze względu na rodzaj świadczonych usług wymaga dopuszczenia wszelkich elastycznych form pracy. Zarówno umowy o pracę, jak i umowy cywilne są przewidziane w polskim systemie prawnym i mogą być stosowane w zależności od okoliczności oraz charakteru więzi łączącej strony. Niezrozumiałe jest stanowisko projektodawcy zakłócające racjonalne gospodarowanie personelem, zwłaszcza w obliczu jego deficytu, wysokich kosztów pracy i zmienności zapotrzebowania na pracę – komentuje Grażyna Spytek-Bandurska, ekspertka ds. prawa pracy, Federacja Przedsiębiorców Polskich.

Cudzoziemcy od lat wypełniają luki w strategicznych sektorach polskiej gospodarki, w których brak pracowników bezpośrednio ogranicza konkurencyjność polskich firm. Zapotrzebowanie na pracowników z zagranicy będzie nadal rosło ze względu na pogłębiającą się lukę podażową na rynku pracy oraz negatywne zjawiska demograficzne. Powinniśmy zatem dyskutować nie nad tym, czy dopuszczać cudzoziemców do polskiego rynku pracy, ale jak stworzyć sprawny, skuteczny i transparentny system legalizacji pobytu oraz zatrudnienia, który umożliwi skuteczną rekrutację zarówno do prac prostych, jak i specjalistycznych. Tymczasem niektóre rozwiązania zaproponowane w projekcie ustawy o warunkach dopuszczalności powierzania pracy cudzoziemcom na terytorium RP mogą utrudniać zatrudnianie obywateli państw trzecich, co negatywnie wpłynie na konkurencyjność polskich przedsiębiorstw. Mimo usunięcia z projektu krytykowanego przez pracodawców ograniczenia możliwości zatrudniania cudzoziemców wyłącznie na podstawie umów o pracę, przepisy nadal wymagają, aby agencje pracy tymczasowej zawierały z cudzoziemcami wyłącznie umowy o pracę, wykluczając współpracę na podstawie umów cywilnoprawnych – uważa Nadia Winiarska, ekspertka ds. Zatrudnienia, Departament Pracy, Konfederacja Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan wniosła także swoje poprawki do art. 13 ust. 1, ponieważ w projekcie brakuje doprecyzowania, że praca cudzoziemca byłaby wykonywana na rzecz i pod kierownictwem osoby trzeciej.

Legalizacja zatrudnienia cudzoziemców nie będzie możliwa w przypadku wykonywania pracy na rzecz osoby trzeciej. W takim kształcie przepis ten ogranicza możliwość świadczenia usług dla klientów pracodawcy – na przykład w branży sprzątającej, gdzie pracownicy wykonują usługi w biurach klientów, czy w sektorze IT, w którym specjaliści serwisują systemy informatyczne w siedzibach klientów – dodaje Nadia Winiarska.

Procedowanie ustawy w tym kształcie dziwi, tym bardziej że stoi ona w sprzeczności z wcześniej ogłaszaną strategią migracyjną rządu.

PRZEPISY TEJ USTAWY SĄ TAKŻE NIEZGODNE Z PRAWEM UNII EUROPEJSKIEJ

Według Europejskiego Instytutu Mobilności Pracy przepisy projektu omawianej ustawy są także sprzeczne z prawem Unii Europejskiej, a konkretnie z art. 56 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej, ponieważ prowadzą do zablokowania możliwości delegowania pracowników będących obywatelami państw trzecich z i do Polski tworząc tym samym niedozwoloną barierę ograniczającą przedsiębiorstwom korzystanie z europejskiej swobody świadczenia usług.

Przyczyna tkwi w błędnej interpretacji przez Projektodawcę przepisów o delegowaniu pracowników, który traktuje je jako wynikające ze swobody przemieszczania się osób, a nie – zgodnie z prawem UE – ze swobody świadczenia usług. Projekt ustawy, wbrew prawu UE, uznaje takiego pracownika za osobę, która „nie podjęła pracy na terytorium RP”, co prowadzi do odmowy wydania zezwolenia na pracę. Tymczasem cudzoziemiec, który jest zatrudniony w Polsce i delegowany przez swojego pracodawcę do innego państwa członkowskiego, pozostaje uczestnikiem polskiego rynku pracy. Nieuwzględnienie w projekcie ustawy procedury uzyskiwania zezwolenia na pracę dla cudzoziemców zatrudnianych w celu czasowego delegowania do innych państw członkowskich UE spowoduje brak możliwości legalnego świadczenia usług przez polskich przedsiębiorców na terytorium tych państw – stwierdza dr Marcin Kiełbasa, radca prawny Europejskiego Instytutu Mobilności Pracy.

Przedstawiciele ELMI zwracają uwagę, że projekt nie został w ogóle zweryfikowany pod kątem zgodności z art. 56 TFUE przez Ministra ds. Unii Europejskiej, co potwierdzają dostępne na stronie Rządowego Centrum Legislacji tabele zgodności z prawem UE. Również ich uwagami nikt z posłów się nie zainteresował.