Kontrowersyjna decyzja warszawskich urzędników ws. koncesji dla restauratora Artura Jarczyńskiego może oznaczać nawet kilkaset miejsc pracy mniej

Samorządowe Kolegium Odwoławcze zadecyduje, czy Artur Jarczyński, właściciel m.in. restauracji Bazyliszek czy U Szwejka, straci zezwolenie na sprzedaż alkoholu w kilku swoich restauracjach. Chce tego urząd warszawskiej dzielnicy Śródmieście. Wszystko przez sprzedaż cydru o 0,1 proc. słabszego niż wynikało to z pozwolenia producenta. Utrata zezwolenia może oznaczać poważne problemy restauratora, a tym samym zagrozić wielu miejscom pracy. To również szkodliwe dla wizerunku Warszawy jako miejsca przyjaznego przedsiębiorcom.

Bardzo łatwo jest jednym podpisem urzędnika spowodować, że nagle w najbardziej prestiżowej dzielnicy, jaką jest Śródmieście, pracę straci ponad 300 osób – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Opara, samorządowiec i ekspert Narodowego Centrum Studiów Strategicznych. ‒ Sprawa ta może mieć negatywny wpływ na wizerunek miasta, które z założenia powinno być otwarte na przedsiębiorców, powinno ich przyciągać i ułatwiać im działalność.

Na przełomie 2014 i 2015 r. Urząd Dzielnicy Warszawa-Śródmieście w kilku decyzjach cofnął zezwolenia na sprzedaż alkoholu w pięciu lokalach położonych na terenie tej dzielnicy i należących do tego samego przedsiębiorcy – Artura Jarczyńskiego. Chodzi m.in. o popularne restauracje U Szwejka, Der Elefant czy Bazyliszek.

Wątpliwości urzędu dotyczą cydru Joker, produkowanego przez firmę +H2O. Według informacji na etykiecie cydr miał 4,5 proc. zawartości alkoholu, tymczasem producent z okolic Łodzi miał zezwolenie na produkcję napojów o zawartości alkoholu powyżej 4,5 proc.. Według urzędników Jarczyński, kupując ten cydr, miał złamać ustawę o wychowaniu w trzeźwości.

Miasto zakwestionowało sprzedaż cydru i skierowało sprawę do Samorządowego Kolegium Odwoławczego w celu odebrania koncesji na obrót alkoholami, co dla przedsiębiorców jest de facto wyrokiem śmierci – podkreśla Opara. ‒ Podmioty, które legalnie zaopatrywały się w alkohol od legalnie działającego producenta, nie mogą de facto go sprzedawać, ponieważ producent podobno nie dopełnił jakichś formalności. A tak naprawdę chodzi tutaj o 0,1 proc. zawartości alkoholu w cydrze.

Decyzja śródmiejskiego urzędu dziwi tym bardziej, że w innych miastach, a nawet w warszawskiej dzielnicy Targówek, urzędnicy okazali się dużo bardziej wyrozumiali i umarzali postępowania. Opinię prawną, że w tej sytuacji może brakować podstaw do cofnięcia zezwolenia, wydało nawet Biuro Funduszy Europejskich i Rozwoju Gospodarczego Urzędu m.st. Warszawy.

Zlekceważenie opinii Biura Urzędu Miasta, które jest nadrzędne wobec urzędu dzielnicy, jest bardzo kontrowersyjne i kompletnie niezrozumiałe. Opinia ta zawiera niejako wytyczne do działania – ocenia Opara.

Sprawa jest dodatkowo kontrowersyjna, bo w cydrze rzeczywista zawartość alkoholu mogła być wyższa i tym samym mieścić się w pozwoleniu wydanym producentowi. Wskazują na to m.in. wyniki badań przeprowadzonych przez Inspekcję Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. Jako wino jabłkowe cydr jest alkoholem, który fermentuje, a prawo dopuszcza wahania rzeczywistej zawartości alkoholu o nawet 1 proc. w stosunku do wartości podanej na etykiecie.

To właśnie na to, by brać pod uwagę rzeczywistą zawartość alkoholu, zwracała uwagę ekspertyza Biura Funduszy Europejskich i Rozwoju Gospodarczego Urzędu m.st. Warszawy.

Do rozpatrzenia sprawy przez SKO decyzje nie wchodzą w życie.

Na rynku pożyczek pozabankowych rośnie konkurencja. Provident chce walczyć o klientów nową ofertą

Polacy coraz częściej pożyczają w sektorze pozabankowym. Wraz z rozwojem rynku rośnie też na nim konkurencja. Provident Polska chce utrzymać swoją pozycję na rynku, oferując nowe produkty, m.in. pożyczki konsolidacyjne czy kredyty dla małych i średnich firm. Stawia też na sprzedaż online. Rynek już wkrótce ma uporządkować przygotowywana przez resort finansów regulacja.

Rynek pożyczkowy stał się rynkiem bardziej nasyconym, wzrosła aktywność konkurentów. fakt, że pojawia się konkurencja powoduje, że musimy być bardziej innowacyjni. Mimo, że działamy na rynku polskim już prawie 18 lat i mamy tu ugruntowaną pozycję pożyczkodawcy, który jest bezpieczny, cieszy się zaufaniem u naszych klientów, to jednak musimy się otworzyć na nowe oczekiwania grupy klientów – mówi Agnieszka Kłos, dyrektor departamentu finansowego w Provident Polska.

Provident Polska obsłużył w ubiegłym roku 848 tys. klientów w Polsce i na Litwie. Spółka odnotowała 1-proc. wzrost liczby klientów i 3-proc. wzrost udzielonych pożyczek. To przyczyniło się do osiągnięcia o 14-proc. większego zysku przed opodatkowaniem.

Jak podkreślają przedstawiciele Providenta, w ostatnich miesiącach roku warunki rynkowe były trudniejsze niż w pierwszej połowie. Powodem był właśnie wzrost aktywności konkurencji, w szczególności firm udzielających pożyczek chwilówkowych. Spółka spodziewa się coraz większej presji konkurencyjnej, dlatego o utrzymanie pozycji chce walczyć nową ofertą produktów.

Jedną z innowacji produktowych jest pożyczka konsolidacyjna. To odpowiedź na potrzeby naszych klientów, którzy np. u naszej konkurencji zaciągnęli pożyczkę, która miała być za zero złotych, a nie mogli poradzić z jej spłatą i zostali narażeni na dodatkowe koszty opłat karnych lub windykacyjnych bądź za przedłużenie okresu spłaty – wyjaśnia Kłos.

W ubiegłym roku w ofercie znalazła się również pożyczka ze spłatą miesięczną. Do tej pory klienci mogli spłacać raty jedynie w systemie tygodniowym. Jak podkreśla Agnieszka Kłos, oferta ta wychodzi naprzeciw oczekiwaniom klientów, którzy wcześniej korzystali z usług bankowych i do takiego systemu rat są przyzwyczajeni.

Provident Polska wprowadził w tym roku również ofertę dla małych przedsiębiorców.

Oferta ta ma być skierowana do firm, które mają niezbyt długą historię i są prowadzone przez indywidualnego przedsiębiorcę, który nie do końca ma czas, żeby sprostać wszystkim wymogom pożyczek na rynku bankowym. Właśnie takim przedsiębiorcom chcemy wyjść naprzeciw, oferując im małe pożyczki, które wspomogą ich w bieżącej działalności, a nie będą obciążone aż tak dużymi formalnościami jak w sektorze bankowym – wyjaśnia dyrektor departamentu finansowego w Provident Polska.

W ubiegłym roku Provident obsłużył 8 tys. klientów z tego sektora, udzielając im pożyczek o wartości 33 mln zł.

W zdobywaniu nowych klientów ma pomóc również nowy kanał sprzedaży – przez internet. W grudniu ubiegłego roku działalność rozpoczęła spółka Hapi Pożyczki, która umożliwia zaciągnięcie pożyczki od 1,5 tys. do 7,5 tys. zł online.

Rynek pożyczkowy czekają zmiany regulacyjne. Resort finansów kończy prace nad nowymi przepisami, które mają uporządkować rynek i wyeliminować z niego podmioty zagrażające bezpieczeństwu klientów.

W tym momencie na rynku pożyczek pozabankowych działa ogromna rzesza firm, które nie są rejestrowane, nie wiemy, na jakiej zasadzie działają. Klient nawet nie ma gdzie sprawdzić, jak taka firma pożyczkowa działa. Dlatego też uważamy, że taka regulacja, która miejmy nadzieję opuści Ministerstwo Finansów i będzie uchwalona przez Sejm jeszcze w tej kadencji, przyczyni się do poprawy bezpieczeństwa klientów – podkreśla Agnieszka Kłos.

W ubiegłym roku wzrosty zanotował nie tylko Provident Polska, lecz także cała grupa, do której należy. Liczba klientów International Personal Finance i udzielanych przez spółkę kredytów wzrosła odpowiednio o 2 proc. i  5 proc. w ujęciu rocznym. Przychód za rok wzrósł o 13 proc. IPF liczy na jeszcze szybszy wzrost w 2015 roku. Mają w tym pomóc ekspansja geograficzna, nowe kanały sprzedaży oraz produkty. Spółka rozwija działalność na 13 różnych rynkach, m.in. w Meksyku i w Bułgarii. W najbliższym czasie oczekuje zezwolenia na wejście na rynek w Hiszpanii.

Internet LTE i oferta abonamentowa napędzają rynek telefonii komórkowej. Korzysta na tym Play

Rynek telefonii komórkowej w Polsce dynamicznie się rozwija, głównie dzięki usłudze LTE, czyli szybkiego internetu mobilnego, oraz ofercie abonamentowej. Klienci odchodzą od usług prepaidowych, bo coraz częściej w abonamencie mogą liczyć na nielimitowane rozmowy i SMS-y. Na zmianach w trendach korzysta Play, który osiągnął już 21 proc. udziału w rynku.

Rynek usług telefonii komórkowej w Polsce cały czas się rozwija. To jest napędzane przede wszystkim przez 4G LTE, czyli technologię, która daje nam wszystkim w komórkach dostęp do internetu. Widzimy bardzo silny wzrost użycia tej technologii. To nas napawa optymizmem, jeśli chodzi o dalszy wzrost popularności tej usługi i liczby klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Bartosz Dobrzyński, dyrektor ds. marketingu w Play i członek zarządu P4.

Właśnie m.in. dzięki docenionej przez klientów ofercie LTE Play zanotował w 2014 r. duże wzrosty i był, jak podkreśla Dobrzyński, najbardziej dynamicznie rozwijającym się operatorem na polskim rynku telekomunikacji mobilnej. W ubiegłym roku spółka pozyskała ponad 1,5 mln nowych klientów. Oznaczało to wzrost o 14 proc. do 12,3 mln osób.

Spółka ma już ponad milion użytkowników internetu LTE, a zasięg tej usługi obejmuje 73 proc. populacji kraju.

Dzięki nowym klientom udział rynkowy sieci wzrósł o 2,4 pkt proc. do 21,3 proc. Ten wzrost przyczynił się także do poprawy wyników finansowych firmy. Przychody wzrosły o 18 proc. do niemal 4,4 mld zł, a skorygowana EBITDA była w 2014 r. większa o 52 proc. niż rok wcześniej i przekroczyła 1 mld zł.

W tym roku szczególnie widoczna jest pewna zmiana. Mniej osób korzysta z usług na kartę, a więcej osób kupuje oferty abonamentowe. To jest związane z tym, że oferty abonamentowe są bardzo przystępne. To są najczęściej oferty nielimitowane, więc klienci wybierają je bez obaw. Myślę, że jest to pozytywny sygnał, bo pozwala nam stabilnie dostarczać usługi o jak najlepszej jakości – dodaje Dobrzyński.

Udział użytkowników abonamentowych w portfelu klientów Play wzrósł w 2014 r. o 2,9 pkt proc. i wyniósł 47,3 proc. To oznacza, że większość klientów nadal wybiera oferty prepaidowe. Dobrzyński przyznaje, że oferty na kartę nie znikają jeszcze z rynku, ale można spodziewać się dalszego zmniejszania ich znaczenia.

Jak ocenia Dobrzyński, najważniejszą ofertą pozostanie w tym roku internet LTE.

Myślę, że cały czas kwestia dostępu do internetu 4G LTE to temat, który będzie najważniejszym dla nas, dla rynku i dla klientów – prognozuje szef marketingu Play. ‒ Spodziewamy się, że 2015 r. będzie dla nas bardzo dobrym rokiem, ale nie podajemy żadnych konkretnych przewidywań dotyczących wzrostu przychodów i wzrostu marży.

Raiffeisen Polbank: Pod koniec roku tempo wzrostu PKB Polski może się zbliżyć do 4 proc. Przyczyni się do tego konsumpcja wewnętrzna i eksport

CEO Magazyn Polska

W I kwartale na wyniki firm mogą jeszcze wpływać wahania nastrojów konsumenckich, a polska gospodarka może rosnąć poniżej 3 proc. – ocenia Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomistka banku Raiffeisen Polbank. W kolejnych miesiącach powinien jednak rosnąć eksport, konsumpcja i inwestycje. W efekcie wzrost PKB może sięgnąć pod koniec roku 4 proc.

Możemy się obawiać, że w pierwszym kwartale wahania nastroju konsumentów mogą jeszcze negatywnie przełożyć się na wyniki przedsiębiorstw – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomistka banku Raiffeisen Polbank. – Dodatkowo wynikom ciążyć będą bardzo dobre, zaskakująco silne, dane za pierwsze trzy miesiące ubiegłego roku, czyli to, co nazywamy efektem wysokiej bazy. Istnieje więc ryzyko, że wzrost za pierwszy kwartał br. będzie nieznacznie niższy niż 3 proc.

Prognozuje, że w kolejnych kwartałach polska gospodarką będzie nabierać wigoru. Sprzyjać jej będzie poprawiająca się sytuacja gospodarcza Niemiec, które są największym odbiorcą krajowego eksportu (około jednej czwartej polskiej sprzedaży zagranicznej). W wyniku tego tempo wzrostu będzie coraz wyższe i w drugiej połowie roku może się zbliżyć do około 4 proc.

Sprzyjać temu będzie wciąż wysoki popyt konsumpcyjny, wsparty tym, co się dzieje na rynku pracy, oraz słabe euro i bardzo niskie stopy procentowe, które zaczynają pozytywnie wpływać na niemiecką gospodarkę, z czego będą korzystać polscy eksporterzy – tłumaczy Petka-Zagajewska. – Z dużym prawdopodobieństwem można więc stwierdzić, że eksport ponownie być czynnikiem sprzyjającym tworzeniu wzrostu gospodarczego w Polsce.

Kolejnym elementem pobudzającym wzrost będą fundusze europejskie z nowej perspektywy unijnej, które powoli zaczynają napływać do Polski.

Już w przygotowaniach firm do startowania w przetargach powinniśmy widzieć pozytywny efekt tego czynnika na ostateczne dane o wzroście gospodarczym – przekonuje Petka-Zagajewska.

Według Głównego Urzędu Statystycznego PKB w IV kwartale ubiegłego roku wzrósł o 3 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2013 roku. Wynik ten był zbliżony do przewidywań ekspertów. Pełne dane za ten kwartał zostaną opublikowane przez GUS 27 lutego br.

Klienci galerii handlowych atrakcyjną grupą dla reklamodawców. Dzięki digitalom Clear Channel Poland łatwiej do niej dotrą

Klienci odwiedzający galerie handlowe to coraz ważniejsza grupa dla marketingowców. Polacy średnio spędzają w nich już 2 godziny, robiąc zakupy lub tylko spędzając tam wolny czas. Clear Channel Polska chce umożliwić reklamodawcom dotarcie do tej cennej grupy konsumentów, instalując w trzech warszawskich galeriach handlowych innowacyjne nośniki reklamowe z 65-calowymi ekranami cyfrowymi, tzw. digitale. To nowość na polskim rynku.

Cyfrowe ekrany umieszczamy w miejscach, gdzie mają największe szanse dotarcia do wyrobionych odbiorców, czyli w galeriach handlowych. Przeciętny kupujący spędza dwie godziny w galerii handlowej, więc ma czas się rozejrzeć i jest zainteresowany tego typu treściami – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes William Eccleshare, CEO Clear Channel Outdoor Worldwide. Podkreśla: ‒ Polski rynek reklamowy nie różni się od globalnego, następują na nim te same przemiany i postępuje cyfryzacja.

Clear Channel umieścił ekrany cyfrowe w trzech warszawskich galeriach handlowych zarządzanych przez francuski koncern Unibail-Rodamco – Arkadii, Galerii Mokotów oraz CH Wileńska. Digitale to 65-calowe ekrany LCD firmy Samsung osadzone na ponad 2-metrowym totemie. 58 takich nośników zostało umieszczonych w najbardziej ruchliwych miejscach tych centrów.

Galerie handlowe dostarczają unikatowej przestrzeni publicznej, która gromadzi niezwykle wartościową dla komunikacji marketingowej widownię. Jest to widownia bogatsza, bardziej otwarta na nowości, starająca się próbować nowych rzeczy, spędzająca czas wolny w galeriach – argumentuje Kalina Janicka, CEO Clear Channel Poland.

Cyfrowe ekrany umożliwiają prowadzenie nowych, bardziej innowacyjnych i skutecznych kampanii reklamowych. Nośniki dają możliwość emisji innych kampanii w zależności od pory dnia lub pogody, a wyświetlana treść jest dostosowywana automatycznie. Po instalacji czujników ruchu możliwa jest interaktywna kampania.

Jak dodaje Janicka, digitale umożliwiają przekazanie treści o najwyższej, nieoferowanej do tej pory na polskim rynku, jakości obrazu. Jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia twórców kampanii. Jak zapewnia Janicka, takie reklamy są znacznie lepiej zapamiętywane, a przez to – skuteczniejsze.

Digitale umożliwiają również instalację czujników NFC, dzięki którym możliwa jest komunikacja pomiędzy nośnikiem reklamowym a urządzeniami mobilnymi konsumentów. To połączenie dwóch najważniejszych trendów w reklamie zewnętrznej, czyli cyfryzacji i wykorzystania technologii mobilnych – tłumaczy Eccleshare.

Chodzi również o to, co dzieje się na mobilnych ekranach, najróżniejszych urządzeniach, takich jak smartfony, na których treść również może się wyświetlać. Smartfony są już tak inteligentne, że można przez nie kupować dzięki technologii NFC. To jest przyszłość – podkreśla Eccleshare.

Za pomocą takich nośników Clear Channel realizowane były już kampanie m.in. chipsów Walker’s w Londynie, która umożliwiała natychmiastowy zakup chipsów na przystanku autobusowym oraz filmu „Minionki rozrabiają”, podczas której odwiedzający galerie handlowe mogli za pomocą SMS-ów sterować zachowaniem Minionków na ekranie.

Clear Channel na świecie ma już 5 tys. digitali w 19 krajach. Jak podkreśla Janicka, to nośniki o tak dużych możliwościach, że ta liczba zainstalowanych na świecie ekranów cyfrowych ma bardzo duże znaczenie dla marketingowców.

Spółka zamierza rozwijać tę ofertę w Polsce, bo to bardzo obiecujący rynek.

Jesteśmy globalną firmą, mamy przedstawicielstwo w około 30 krajach. Są to zarówno rynki dojrzałe, np. w Zachodniej Europie czy w Stanach, jak i rynki wschodzące. Polska jest jednym z rynków wschodzących, perspektywicznym, chociażby ze względu na wysoki rozwój gospodarczy – mówi Eccleshare.

Janicka zapowiada, że w Polsce jest co najmniej 35 galerii handlowych premium, w których instalacja digitali mogłaby przynieść wymierne korzyści. Na razie spółka nie zdecydowała jednak, czy będzie inwestować w te nośniki głównie w Warszawie, czy również w innych miastach.

Rynek najmu rośnie. Przybywa lokatorów, zwiększa się też liczba udostępnianych mieszkań

Choć w Polsce na wynajem decyduje się zaledwie 4 proc. Polaków, to co roku odsetek ten rośnie. Wpływ na to ma większa mobilność zawodowa i wymagany przez banki coraz wyższy wkład własny do kredytu, co zniechęca do zakupu własnego M. Na rynku rośnie też podaż – inwestycja w nieruchomości na wynajem może być dobrą alternatywą dla bankowych lokat.

O lokatora jest łatwo. Spośród tysiąca mieszkań, którymi zarządzamy w całej Polsce, mamy zaledwie kilka procent tych, które stoją puste. Są to mieszkania mało atrakcyjne. O lokatorów będzie coraz łatwiej, dlatego że jest szereg trendów społecznych, które wpływają na to, że ludzie będą częściej wynajmować, a mniej kupować – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Artur Kaźmierczak, prezes zarządu Mzuri CFI1, spółki zajmującej się grupowym inwestowaniem w nieruchomości.

Z danych Eurostatu wynika, że ok. 4 proc. Polaków mieszka w wynajmowanych mieszkaniach. To wciąż niewiele – średnia w starych krajach UE wynosi ponad 23 proc., a w Niemczech blisko 40 proc. Rynek najmu w Polsce stopniowo jednak rośnie. Jeszcze 5 lat temu na najem decydowało się niewiele ponad 2 proc. osób.

Teraz rynek najmu może zdecydowanie przyspieszyć, bo coraz trudniej jest o kredyt. Od stycznia br. do 10 proc. wzrósł minimalny wkład własny wymagany przez banki przy udzielaniu kredytów na zakup własnego mieszkania. Do 2017 roku wzrośnie do 20 proc.

Ludzie poważniej mogą się zastanawiać nad zakupem również przez efektem psychologicznym wynikającym z niedawnych zaburzeń kursu franka szwajcarskiego, a do tego dochodzi jeszcze szereg innych czynników. Młodzi ludzie coraz mniej czują potrzebę posiadania własnej nieruchomości, zwłaszcza że coraz mniej są przywiązani do mieszkania w miejscu urodzenia – tłumaczy ekspert.

Poza tym młodzi ludzie są bardziej mobilni zawodowo. Większa jest także niepewność związana z życiem osobistym. Rozwodzi się prawie co trzecie małżeństwo (ok. 65 tys. rocznie), a singiel częściej wynajmie, niż zdecyduje się na kredyt na 30 lat. Ci, którzy wyprowadzają się od rodziców, także częściej decydują się na najem niż zakup.

Wszystko to sprawia, że najem staje się coraz popularniejszym sposobem inwestowania. Lokata pozwala na ok. 2-proc. zysk, najem może przynieść zysk na poziomie 6-8 proc.

Najem staje się w naturalny sposób atrakcyjną alternatywą, zwłaszcza kiedy można zakupić usługę obsługi najmu. Jeżeli trzeba się samemu zajmować się mieszkaniem, ściągać płatności, szukać lokatorów, to traci to nieco na atrakcyjności. Natomiast jeżeli można to zlecić wyspecjalizowanej firmie i wciąż zarobić kilka procent, to jest bardzo ciekawa alternatywa dla lokat – mówi Kaźmierczak.

Jak podkreśla ekspert, ceny najmu mieszkań utrzymują się na zbliżonym poziomie. Najwięcej za wynajem trzeba zapłacić w stolicy. Drogo jest też w innych większych miastach, gdzie na najem decydują się studenci.

Ostatnio robiliśmy analizę dla Łodzi i ceny są stabilne. Myślę, że w Warszawie będą lekko rosły – widzimy trend, że rosną ceny nieruchomości, więc w naturalny sposób ceny wynajmu pójdą za nimi. Nie ma jednak dramatycznych ruchów na rynku, jest on całkiem spokojny – podkreśla Kaźmierczak.

Ekspert podkreśla, że na razie nie widać wpływu rządowego programu Mieszkań na Wynajem na sytuację na rynku. Obecnie w ofercie jest 49 mieszkań, wszystkie w jednym bloku w Poznaniu. Zainteresowanie programem jest duże, ale w ocenie Kaźmierczaka rządowa oferta nie jest tak atrakcyjna cenowo, jak można było się spodziewać.

Jeżeli kolejne inwestycje funduszy będą wyglądały podobnie, to myślę, że wpływ na rynek najmu będzie dosyć neutralny – przewiduje prezes Mzuri CFI1.

Blisko połowa pracujących Polaków uważa, że zajmuje stanowisko niedopasowane do swoich umiejętności. To może obniżać efektywność pracy

CEO Magazyn Polska

Wiele osób wykonuje pracę niedostosowaną do swoich umiejętności i kwalifikacji. Tak swoje stanowisko pracy postrzega 42 proc. pracowników – wynika z badania Work Monitor. Lepsze wykorzystanie zasobów ludzkich może wpłynąć na poprawę wyników w firmie. To jednak wymaga od przedsiębiorców inwestycji nie tylko w poszukiwanie nowej kadry, lecz także w rozwój już zatrudnionych osób.

Do tej pory nie stosowano lub stosowano bardzo mało narzędzi, które wspomagają dobre zarządzanie pracownikami. Ze strony przedsiębiorstwa jest to proces, który pozwala skierować pracowników tam, gdzie najlepiej się czują i w czym najlepiej się sprawdzają – mówi agencji Newseria Biznes Ignacy Miedziński, prezes BPSC, firmy zajmującej się tworzeniem oprogramowania wspierającego zarządzanie przedsiębiorstwem i zasobami ludzkimi. – Od wielu lat na Zachodzie stosuje się do tego specjalne oprogramowanie. Tam kierownicy czy dyrektorzy personalni nie zarządzają ludźmi za pomocą papierów i przekazywanych dyspozycji.

Badania wskazują, że wykonywanie obowiązków niedopasowanych do posiadanych umiejętności czy kwalifikacji może obniżać efektywność pracy. A swoje niedopasowanie do zajmowanego stanowiska dostrzega już blisko połowa Polaków.

Na rynku stosowane jest oprogramowanie, które zajmuje się pracownikiem od momentu rekrutacji,poprzez przyjęcie, szkolenia, ocenę jego kwalifikacji, wpisanie go w kierunki, w których może on działać, poprzez ocenę jego działań tworzenie ścieżki kariery. Ono cieszy się coraz większą popularnością, bo lepsze wykorzystanie zasobów ludzkich oznacza zwiększenie wydajności – mówi Miedziński. – Jeśli mówimy o tym, że bardzo dużo pracujemy, a mało efektywnie, to nie dlatego, że ludzie są słabi. Ludzie są bardzo dobrzy, tylko trzeba nimi zarządzać i trzeba dać im szansę.

Niedobór talentów jako poważne wyzwanie traktuje już co piąta firma – wynika z badania HRM Institute. To jeden z powodów, dla których przedsiębiorcy coraz częściej inwestują w employer branding, czyli działania budujące wizerunek firmy jako pracodawcy. Często jednak są to pieniądze wyrzucone w błoto. Eksperci zwracają uwagę na to, że firmy – zamiast dbać o rozwój zatrudnionych – bardziej koncentrują się na szukaniu nowych talentów. To może prowadzić do utraty najcenniejszych pracowników. Z badań wynika, że najczęstszą przyczyną odejścia z pracy – poza zbyt niskimi zarobkami – jest chęć dalszego rozwoju i podejmowania nowych wyzwań. Co piąty badany wskazał rozbieżne oczekiwania pracowników i pracodawców.

Przyjmujemy z rynku ludzi, którzy po pierwsze chcą pracować w takiej firmie jak nasza i mają podstawowe kwalifikacje. Szkolimy ich i oceniamy za pomocą systemu, czy do jakiegoś segmentu naszych działań się bardziej nadają czy mniej. Potem są jeszcze próby i powoli, zmieniając czasami stanowiska, docieramy do momentu, w którym człowiek się dobrze czuje. Czasem to trwa parę lat, ale nagle przychodzi taki moment, że człowiek znajduje się w idealnym środowisku dla siebie – mówi prezes BPSC.

Branża IT, w której działa BPSC, nie jest w tym przypadku wyjątkiem. Jak podkreśla Miedziński, tu dbanie o rozwój pracowników i efektywność ich pracy jest o tyle istotne, że konkurencja na rynku jest silna, zarówno ze strony polskich, jak i zagranicznych koncernów. Poza tym zapotrzebowanie na specjalistów IT rośnie. Już dziś brakuje ok. 50 tys. specjalistów, głównie w zakresie programowania, a wraz z dynamicznym rozwojem tego segmentu ta luka będzie się zwiększać.

Od kilku lat rośnie konsumpcja ryb. Polacy jednak nadal jedzą mniej niż pozostali Europejczycy

W ciągu roku przeciętny Polak spożywa średnio 12,4 kilograma ryb. Co prawda z roku na rok można zaobserwować tendencję wzrostową, ale w skali europejskiej i tak pozostajemy daleko w tyle. Polacy nadal nie mogą się przekonać do tego, by w swojej kuchni mięso zastępować rybami. Problemem są wysokie ceny i trudność ich przygotowania.

W Polsce od kilku lat obserwujemy wzrost konsumpcji ryb. Dużą popularnością cieszą się ryby mrożone, filety, bo lubimy kawałek białego mięsa, w którym nie ma ości i najchętniej taki, który nie będzie miał intensywnego rybnego zapachu. Stąd też m.in. popularność pangi albo tilapii. Spora jest też konsumpcja łososia norweskiego, dorsza, śledzia, mniejsza szproty i makreli – mówi agencji informacyjnej Newseria Grzegorz Łapanowski, prowadzący i juror „Top Chef”.

Rocznie konsumpcje ok. 12,4 kilograma ryb na osobę, czyli dwa razy mniej niż przewiduje to unijna średnia. Zdaniem Łapanowskiego Polaków mogą odstraszać dość wysokie ceny ryb. Choć w ubiegłym roku po raz pierwszy od dawna zanotowano niewielki ich spadek, to w najbliższym czasie mogą one znów podrożeć.

Problem polega też na tym, że trudno jest kupić świeżą rybę, a to jest podstawowe kryterium przygotowania dobrej ryby. Poza tym ryba cały czas uchodzi za produkt spożywczy, który jest trudny do przygotowania. A tak wcale nie jest, bo wystarczy ją ugotować, upiec, udusić albo usmażyć. Większość ryb przygotowuje się naprawdę w bardzo prosty sposób – tłumaczy Grzegorz Łapanowski.

Łapanowski podkreśla, że Polacy wciąż nie są przyzwyczajeni i wystarczająco przekonani do ryb w kuchni. 8 proc. w ogóle nie sięga po nie, a najmniej jedzą ich dzieci i młodzież. W jadłospisie wciąż króluje mięso czerwone lub drób, a przecież ryby dają kucharzom duże pole do popisu.

Niedoceniane są zupy rybne. Robi się je prosto, szybko, są tanie, a w smaku niesamowite. Wystarczą korpusy ryb, ewentualnie oczyszczone głowy, trzeba je gotować około 30 minut, z dodatkiem białego wina, kopru włoskiego, selera naciowego i pora. Do takiego bulionu dodajemy w zależności od upodobań pomidory, śmietanę, grzyby, świeże zioła czy kawałki ryby. To jest coś absolutnie pysznego – twierdzi Grzegorz Łapanowski.

Łapanowski tłumaczy, że ryby świetnie nadają się także na przystawkę. Wykorzystując różne ich rodzaje, można eksperymentować do woli.

Jest bardzo fajna technika, która pochodzi z Ameryki Południowej to ceviche, czyli ryba marynowana w soku z cytryny albo z cytrusów, z odrobiną chili Dzięki temu sokowi ona się ścina. Na przykład sashimi to plasterki ryby najczęściej podawane z sosem sojowym albo z sokiem z cytryny, tatara można doprawić sosem sojowym, maggi, odrobiną soli, pieprzu, świeżych ziół – mówi Grzegorz Łapanowski.

Włączanie ryb do menu zalecają lekarze, dietetycy i promotorzy zdrowia. Zawierają one kwasy omega-3, które sprzyjają wzmocnieniu odporności, łagodzą procesy zapalne, mogą zapobiegać rozwojowi nadciśnienia, miażdżycy i chorób układu krążenia. Badania dowodzą, że jedzenie ryb może być dobrym sposobem profilaktyki antynowotworowej i antyzawałowej. Tłuste ryby są także dobrym źródłem witamin A i D, a także witaminy E, które wpływają na wygląd skóry.

Rata kredytu we frankach najniższa od pół roku

Kiedy w połowie stycznia kurs franka szwajcarskiego nagle poszybował powyżej 4 zł, w dramatycznej sytuacji znalazło się około 950 tys. osób posiadających kredyty w tej walucie. Kilka tygodni temu media rozpisywały się o trudnych losach frankowiczów oraz możliwych scenariuszach rozwiązania problemu. Tymczasem „niewidzialna ręka rynku” zakpiła ze wszystkich – z wyliczeń Comperia.pl wynika, że dziś rata kredytu we frankach jest… najniższa od lipca ubiegłego roku!

Od czasu styczniowego „czarnego czwartku” frankowego wiele się zmieniło – cena franka spadła już do 3,85 zł, banki uwzględniają ujemny LIBOR, który w ostatnim czasie zmalał do -0,90 proc., obniżają także tzw. spread. Dziś kurs, po którym instytucje finansowe przeliczają ratę z franków na złote, jest zdecydowanie bliżej rynkowego niż dotychczas.

Z danych Comperia.pl wynika, że średni kurs sprzedaży franka w bankach spadł już poniżej 4 zł. Przy obecnej stawce LIBOR 3M CHF (-0,90 proc.) lutowa rata modelowego, 30-letniego kredytu na 300 tys. zł zaciągniętego w sierpniu 2008 roku, kiedy kredyty we frankach cieszyły się największym powodzeniem, wynosi 1 914 zł. Miesiąc temu przy kursie bankowym 4,45 zł i LIBOR-ze -0,56 proc. rata była o ponad 300 zł wyższa.

– Dla porównania grudniowa rata, dla wielu kredytobiorców ostatnia przed styczniowym uwolnieniem kursu franka, przeliczona po bankowym kursie 3,67 zł i przy LIBOR-ze rzędu -0,05 proc., wynosiła 1 954 zł. To o 40 zł więcej niż dziś, przy historycznie drogim franku, ale i legendarnie niskiej stopie LIBOR – podsumowuje Mikołaj Fidziński, analityk porównywarki finansowej Comperia.pl.

To oznacza, że rata kredytu frankowego powróciła do stanu sprzed uwolnienia kursu, co więcej, jej wartość jest najniższa od pół roku. Obawy, że frankowcom zabraknie środków na spłatę raty są tera takie same jak przez ostatnich kilka lat. Według danych Biura Informacji Kredytowej udział zobowiązań z przeterminowaniem przekraczającym 90 dni w całości kredytów denominowanych w CHF to ledwie 1,2 proc. (stan na koniec 2014 roku).

Nie można uznać tematu sytuacji frankowiczów za zamknięty. Nadal dramatycznie wygląda poziom ich zadłużenia. Osoby, które w wakacje 2008 roku zaciągały kredyty we frankach przy kursie rzędu 2 zł, są obecnie (w przeliczeniu na złote) winne ok. 70 proc. więcej niż pożyczyły. Przykładowo, z kredyt na równowartość 300 tys. zł, po ponad 6 latach rzetelnej spłaty, zmienił się w dług przekraczający 0,5 mln zł! – zaznacza Mikołaj Fidziński z Comperia.pl.

Lewiatan krytykuje fiskusa za pomysł dociśnięcia firm

Według doniesień medialnych dyrektorzy izb skarbowych oraz naczelnicy urzędów skarbowych otrzymali wytyczne, zgodnie z którymi w 2015 r. 80 proc. kontroli podatkowych powinno zakończyć się domiarem, najlepiej wynoszącym co najmniej 1000 zł. Propozycja zwiększenia skuteczności kontroli, poprzez określenie ilości „pozytywnych” postępowań i wysokości dokonanych domiarów jest nie do zaakceptowania – uważa Konfederacja Lewiatan.

– Konieczność podniesienia skuteczności kontroli podatkowej i lepszego zabezpieczenia wpływów budżetowych, nie budzi naszych wątpliwości. Co więcej, jest postulowana przez przedsiębiorców, którzy ze względu na działalność zorganizowanych grup przestępczych nie są w stanie w niektórych branżach legalnie funkcjonować. Niemniej, propozycja zwiększenia skuteczności kontroli, poprzez określenie ilości „pozytywnych” postępowań i wysokości dokonanych domiarów jest sprzeczna z art. 281 §2 Ordynacji podatkowej, który wyraźnie wskazuje, że celem kontroli podatkowej jest sprawdzenie czy kontrolowani wywiązują się z obowiązków wynikających z przepisów prawa podatkowego – mówi Przemysław Pruszyński, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Z przepisu tego wynika, że kontrolujący udając się do podatnika winien być przekonany o tym, że idzie sprawdzić, czy ten poprawnie prowadzi przewidziane w przepisach podatkowych ewidencje oraz czy rzetelnie zadeklarował wysokość zobowiązania podatkowego. Nie może rozpoczynać kontroli z przeświadczeniem, że w ośmiu na dziesięć spraw musi znaleźć uszczuplenie podatku, na kwotę co najmniej 1000 zł. Spowoduje to jeszcze większą opresyjność kontrolujących i uciążliwość kontroli, które i tak już są wskazywane przez przedsiębiorców jako niezwykle męczące. Nie przyniesie to także zakładanych efektów w postaci wzrostu wpływów budżetowych, ponieważ „szukanie na siłę” jakiegokolwiek uchybienia, w celu wykazania skuteczności kontroli, wydłuży czas pracy kontrolera i w ostatecznym rozrachunku jego efektywność nie wzrośnie.

W ocenie Konfederacji Lewiatan z ujawnionych materiałów oraz z wypowiedzi wiceministra finansów nie wynika, że kontrole podatkowe mają być w mniejszym stopniu skierowane w legalnie działających przedsiębiorców, a w większym w tych, którzy działają w celu popełnienia przestępstwa skarbowego. Dążenie do ujawnienia z góry ustalonej kwoty i liczby nieprawidłowości, właśnie w tych najmniejszych uderzy najbardziej.

Lewiatan apeluje do ministra finansów o stworzenie rzeczywistych narzędzi do walki ze zorganizowanymi grupami przestępczymi, wyłudzającymi z budżetu miliardy złotych, a nie wydawanie wytycznych, które wpłyną na większą opresyjność kontrolujących wobec legalnie działających przedsiębiorców.

Konfederacja Lewiatan

Z sieci korzystamy chętnie, ale i z obawą

Korzystanie z nowych technologii i internetu to nasza codzienność. I choć 76% obywateli Unii Europejskiej twierdzi, że istnieje duże ryzyko stania się ofiarą cyberprzestępczości, to niewielu stara się poprawić swoje bezpieczeństwo w sieci.

Jak wynika z badania Eurobarometru, 48% internautów w ciągu ostatniego roku nie zmieniło żadnego ze swoich haseł internetowych. 12% doświadczyło z kolei włamania na konto poczty elektronicznej lub profil w portalu społecznościowym. Szczególnie martwią oszustwa bankowe lub dotyczące kart kredytowych – ofiarą padło aż 7% badanych.

Internauci obawiają się nieuczciwego wykorzystywania danych osobowych (37%) oraz niebezpieczeństw związanych z płatnościami internetowymi (35%). W związku z tym tylko 50% użytkowników sieci decyduje się na robienie zakupów online czy korzystanie z internetowych usług bankowych. Cieszy fakt, że 87% respondentów wystrzega się ujawniania w internecie informacji osobistych.

Niewątpliwie obawa przed cyberatakiem szkodzi gospodarce cyfrowej oraz społecznej aktywności online. Z kolei brak wiedzy sprzyja nieodpowiedzialnym zachowaniom internautów. „Ważne są działania promujące bezpieczeństwo w internecie, zwłaszcza kiedy liczba spraw, które można załatwić online, wzrasta, tak jak przybywa osób korzystających ze smartfonów czy tabletów” – mówi serwisowi infoWire.pl Andrzej Lewiński, z-ca Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Świadome korzystanie z dobrodziejstw techniki i edukacja z pewnością pozwolą na większą ochronę przed ciemną stroną sieci.

Ważne zmiany dla obywateli

Od 1 marca w dowolnej gminie będzie można wyrobić dowód osobisty oraz odebrać akta stanu cywilnego. Wszystko dzięki uruchomieniu Systemu Rejestrów Państwowych (SRP) – centralnej bazy, która zintegruje rejestry lokalne. A to niejedyne zmiany czekające Polaków.

Z punktu widzenia obywateli najważniejsze jest wprowadzenie nowego wzoru dowodu osobistego. „Na dokumencie nie zobaczymy danych o naszym wzroście ani kolorze oczu. Znikną też skan podpisu i adres zameldowania. Dzięki temu nie trzeba będzie wymieniać dowodu przy każdej zmianie meldunku” – mówi serwisowi infoWire.pl Karolina Grenda, dyrektor Departamentu Spraw Obywatelskich w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych (MSW). Rozmówczyni zaznacza ponadto, że brak informacji o adresie nie powinien być problemem przy odbieraniu przesyłki na poczcie, zaciąganiu kredytu czy otwieraniu konta osobistego. Na dokumencie pojawią się z kolei informacja o obywatelstwie i szereg zabezpieczeń, między innymi powtórzone zdjęcie, tłoczenia i mikrodruki.

Dowodu osobistego nie trzeba wymieniać przed utratą ważności. Jeśli jednak musimy, możemy to zrobić w dowolnym urzędzie na terenie całego kraju. W sposób odmiejscowiony będzie można także uzyskać pewne zaświadczenia i odpisy aktów stanu cywilnego, odtworzyć zagraniczny dokument oraz wpisać go do rejestru stanu cywilnego. Ułatwione zostaną również procedury, np. sprostowanie aktu stanu cywilnego. Do tej pory odbywało się ono w postępowaniu sądowym. Teraz sprostowania będzie można dokonać bezpośrednio przez kierownika urzędu stanu cywilnego.

Mercedes i John? Dzięki zmianom w prawie możliwe stanie się nadawanie dzieciom imion obcego pochodzenia. Rodzice nadal będą mogli wybrać maksymalnie dwa imiona – niezdrobniałe, nieuwłaczające ani nieośmieszające.

Z trzymiesięcznym opóźnieniem zostanie uruchomiony System Rejestrów Państwowych. Przez ten czas udoskonalano go i szkolono urzędników, bo to oni odegrają kluczową rolę w jego wdrażaniu. „To od urzędników, mających bezpośredni kontakt z obywatelem, zależy jakość wdrożenia Systemu w życie. Mam nadzieję, że już w kwietniu wszyscy zapomną o niedogodnościach” – zaznacza Tomasz Szubiela, podsekretarz stanu w MSW.

Unibep przygotowuje się na spowolnienie, jakie czeka rynek za kilka lat. Chce wejść w usługi okołobudowlane

0

CEO Magazyn Polska

Budowlany Unibep miał dobry rok i oczekuje, że obecny będzie jeszcze lepszy. Spółka ma plany na 2015 rok dopięte w 95 proc. i zbiera zamówienia na kolejne 12 miesięcy. Na rynku budowlanym pojawią się bowiem wielkie pieniądze z funduszy unijnych, a część konkurencji wykruszyła się w ostatnich latach. Potem spodziewa się jednak spowolnienia i szykuje się do wprowadzenia nowych usług. Za rok nowa strategia.

Z 82 mld euro, jakie z unijnej kasy trafią do Polski w ciągu najbliższych siedmiu lat, znacząca część pójdzie na inwestycje budowlane. Nie tylko na drogi oraz infrastrukturę, które mają własną część budżetu, lecz także na energetykę, naukę, przedsiębiorczość, wyrównywanie szans czy rozwój uboższych regionów. Tam wszędzie będzie się również za europejskie pieniądze budować.

Chcemy oczywiście wykorzystać te pieniądze, które Polska będzie miała do wydania z Unii w obecnej perspektywie budżetowej mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jan Mikołuszko, przewodniczący rady nadzorczej Unibepu. – Myślę, że nie będzie już takiego szaleństwa cenowego, przetargowego i już troszeczkę widać uspokojenie i racjonalizację. Ci „wariaci” zbankrutowali albo wycofali się z Polski, więc nie ma już ofert za połowę ceny inwestorskiej.

Ubiegły rok był dla spółki korzystny. Po trzech pierwszych kwartałach przychody grupy przekraczały 748 mln zł i były o ponad 57 mln wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto Unibepu wzrósł o ponad 1,6 mln zł,  przekraczając 13,1 mln zł. Ostatni kwartał roku ma być jeszcze lepszy.

Chcemy jeszcze poprawić wyniki deklaruje Jan Mikołuszko, przewodniczący rady nadzorczej Unibepu. 2014 rok koledzy z nowego zarządu zamknęli bardzo ładnie. Po raz pierwszy przekroczyliśmy miliard sprzedaży, mamy bardzo efektywne zyski. Nie mogę mówić o szczegółowych zyskach, bo jesteśmy spółką giełdową, zyski nie są zaś zaudytowane, mogę jednak powiedzieć, że jest dużo lepiej niż w 2013 roku i że taka tendencja będzie trwała, tak myślę.

Spółka opublikuje raport finansowy za ubiegły rok 20 marca.

Unibep opiera się obecnie na pięciu filarach. Są to spółki rosyjska i norweska, budownictwo drogowe, działalność deweloperska (mieszkaniowa i biurowa) oraz budownictwo modułowe, głównie w Skandynawii.

Budujemy firmę organicznie, krok po kroku i tak nam się to świetnie sprawdza ocenia przewodniczący rady nadzorczej Unibepu.Ten miliard, o którym mówiłem, jest taki symboliczny, to nie jest najważniejsza rzecz. Ale chcemy, żeby za te pięć lat firma rozszerzyła swoją paletę produktową, żebyśmy pojawili się w budownictwie konstrukcyjnym, żebyśmy umocnili się na nowych rynkach, a może nawet żebyśmy zaczęli w usługach coś robić wzorem dużym koncernów zachodnich. Chcemy jednak, żeby Unibep, i to jest taka zupełna nowość, był ciągle firmą z polskim kapitałem.

Na polskim rynku najbliższe dwa lata mają być czasem hossy. Jednak Unibep przygotowuje się na chudsze lata, które mogą nadejść później. Spółka stawia więc na wzmocnienie swojej pozycji za granicą i myśli o nowych obszarach działalności. Unibep już w tej chwili jest największym polskim eksporterem usług budowlanych. Generalnym wykonawcą na takich rynkach, jak rosyjski, skandynawski, niemiecki. Szef rady nadzorczej nie wyklucza ogłoszenia za rok nowej strategii.

 2015 rok mamy przygotowany w prawie 95 proc., teraz pracujemy nad 2016 rokiem – zapowiada Jan Mikołuszko z Unibepu. To jest pierwszy cel, czyli dobrze wykorzystać pieniądze inwestycyjne na rynku. Mamy też dłuższy cel, taki strategiczny, żeby przygotować spółkę do spowolnienia rynku krajowego.

Padma Art zyskuje dzięki opomiarowaniu parku maszynowego (case study)

Optymalizacja jakości i zmniejszenie odpadowości, wsparcie dla TPM, obniżenie poziomu prac administracyjnych, wreszcie – dostęp do precyzyjnych, dostarczanych w czasie rzeczywistym informacji o nazwach i liczbie wytwarzanych artykułów oraz stratach i przestojach w procesie produkcyjnym. Padma Art, producent elementów wyposażenia wnętrz dla sieci sklepów IKEA, podsumowuje wyniki osiągnięte w pierwszych miesiącach od wdrożenia systemu opomiarowującego pracę maszyn.

Zgodnie z danymi udostępnionymi przez Ogólnopolską Izbę Gospodarczą Producentów Mebli, wartość eksportu polskich mebli w 2014 roku wyniosła ponad 8 mld euro, plasując nasz kraj na siódmym miejscu w światowym rankingu. Czy dobre wyniki branży to tylko efekt dobrej koniunktury czy również systematycznego rozwoju polskich przedsiębiorstw? Na pewno tak, szczególnie że coraz więcej firm produkcyjnych stawia na innowacyjność, upatrując w technologii drogę do zwiększania własnej konkurencyjności, a co za tym idzie – także obrotów i dochodów.

Polska branża stoi przed nie lada wyzwaniem

Zwiększająca się produkcja i eksport to duże wyzwania dla każdego przedsiębiorstwa dążącego do osiągania coraz lepszej pozycji na rynku oraz realizacji wszystkich ustalonych celów biznesowych – mówią właściciele Padma Art, firmy produkującej elementy wyposażenia wnętrz na potrzeby m.in. sieci sklepów IKEA. Przedsiębiorstwo jest jednym z największych pracodawców w Suwałkach. Firma za priorytet stawia sobie zrównoważony wzrost mocy produkcyjnych pozwalający na oferowanie wysokiej jakości produktów w możliwie konkurencyjnym pułapie cenowym. Jak każdy zakład produkcyjny chcący spełnić taki warunek, Padma Art musiała podjąć konkretne działania ukierunkowane na poprawę własnej efektywności operacyjnej. Do realizacji celu wybrała e-Production, zintegrowany system informatyczny przeznaczony do autonomicznego opomiarowania maszyn. Rozwiązanie zostało wdrożone w II kwartale 2014 roku.

Dlaczego system do opomiarowania środków trwałych parku maszynowego? Jak wiele firm z branży meblarsko-wnętrzarskiej, także Padma Art zmagała się z trudnościami technologicznymi uniemożliwiającymi rozwój organizacji. Wśród głównych barier firma wskazywała:

  • Brak narzędzi pozwalających uzyskiwać dostęp do danych o statusach i wydajnościach poszczególnych maszyn i procesów w czasie rzeczywistym
  • Brak rozwiązań umożliwiających prowadzenie efektywnej komunikacji na różnych poziomach zarządzania oraz wymianę informacji pomiędzy wszystkimi strukturami organizacyjnymi
  • Brak zintegrowanych systemów wspomagających zarządzanie produkcją, jakością, utrzymaniem ruchu, a docelowo również logistyką i planowaniem produkcji

Dążenie do eliminacji tych problemów oraz chęć dalszego rozwoju to dla wielu zakładów produkcyjnych motor napędowy determinujący wprowadzanie zaawansowanych rozwiązań informatycznych opomiarowujących pracę maszyn. Efektem wdrożeń jest bowiem dostęp do narzędzi, które pozwalają na zarządzanie procesami produkcji oraz uzyskiwanie wysokich wolumenów przy wykorzystaniu już posiadanych środków trwałych.

Ręczne pomiary odchodzą do lamusa

System do autonomicznego opomiarowania maszyn produkcyjnych pozwala na optymalizację produkcji oraz zwiększanie wydajności środków trwałych w parku maszynowym. Skutecznie eliminuje problemy ręcznych pomiarów skutkujących zbyt wolnym procesem podejmowania decyzji wpływających na produktywność fabryk. Pozyskiwane informacje pozwalają także zmniejszać straty produkcyjne uniemożliwiające osiąganie wysokich wolumenów. Jak tłumaczy Michał Soloch z firmy informatycznej QSG S.A., taki system to kompleksowe rozwiązanie obejmujące software, hardware oraz system wizualizacji informacji. Przykładem jest e-Production, system który został wdrożony przez QSG S.A. w Padma Art w pierwszej połowie 2014 roku. Po blisko 8 miesiącach od implementacji, fabryka wskazuje na pierwsze wyniki powdrożeniowe. To przede wszystkim:

  • Optymalizacja zarządzania parkiem maszynowym dzięki dostępowi w czasie rzeczywistym i w ramach całej organizacji do precyzyjnych informacji o produktywności i stratach (awarie, przestoje, braki surowców, odpady, itp.)
  • Wzrost efektywności poprzez eliminację strat i postojów oraz zwiększenie dostępności operacyjnej zasobów (maszyn, narzędzi, ludzi)
  • Optymalizacja jakości oraz zmniejszenie poziomu odpadowości
  • Wsparcie metodyki TPM (Total Productive Management)
  • Zmniejszenie obciążenia pracowników pracami biurowymi (np. ręcznym przygotowywaniem raportów)

Dodajmy, że zwrot z inwestycji nastąpił w ciągu ok. 5 miesięcy od wdrożenia, a pierwsze odczuwalne wyniki zostały odnotowane w postaci m.in. zwiększonej produktywności zakładu, motywacji pracowników oraz zmniejszenia poziomu odpadów produkcyjnych. Na obecną chwilę system do autonomicznego opomiarowania maszyn wdrażany jest jeszcze w nowopowstałej, należącej do Padma Art fabryce wieszaków Novigo. Kolejne implementacje obejmą, będącą jeszcze w budowie, fabrykę ram i luster Padma 3.0.

 

Źródło: qsg-company.com

J. Rzeźniczek (Secus Asset Management): Jeżeli Fitch obniży rating Rosji do poziomu śmieciowego, to może odbić się to rykoszetem na Polsce

Polskie aktywa nie skorzystają na obniżce ratingu wiarygodności kredytowej Rosji do poziomu śmieciowego przez agencje Moody’s i Standard & Poor’s, nawet jeśli dołączy do nich ostatnia z wielkiej trójki – agencja Fitch, ponieważ kapitał portfelowy traktuje podobnie Rosję oraz inne rynki Europy Środkowej i Wschodniej. Można oczekiwać raczej, że gdyby inwestorzy kontynuowali wycofywanie się z Moskwy, odbiłoby się to także negatywnie na ich zaangażowaniu w Polsce.

W statutach wielu międzynarodowych funduszy inwestycyjnych istnieją zapisy mówiące o tym, że mogą one inwestować w rządowe papiery wartościowe jedynie na rynkach mających pozytywne rekomendacje agencji ratingowych: S&P, Fitch oraz Moody’s. Tymczasem po styczniowej obniżce ratingu Rosji do poziomu śmieciowego, na taki sam ruch zdecydowała się agencja Moody’s. Jeśli rosyjski rating obniży także Fitch, a wystarczyłaby obniżka o jeden poziom, wiele funduszy będzie musiało wycofać się z inwestycji w rosyjskie obligacje.

Inwestor instytucjonalny zaangażowany w papiery danego kraju, mający taki zapis w statucie, po obniżeniu ratingu do poziomu śmieciowego jest zobowiązany do sprzedaży takiego aktywa – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jacek Rzeźniczek, główny analityk Secus Asset Management SA. – Po obniżce ratingu Rosji znajdzie się na pewno wielu inwestorów, którzy zostaną zmuszeni do tego, by pozbywać się tamtejszych aktywów.

Ale, według Jacka Rzeźniczka, Polska nie skorzysta albo skorzysta w niewielkim stopniu na odpływie kapitału z Rosji.

– To wcale nie znaczy, że będą szukać miejsca odejścia dokładnie w tym samym regionie. Tym bardziej że kapitał portfelowy, jeśli opuszcza jeden z ważnych rynków regionu, to ewakuuje się również z pozostałych na danym obszarze – zauważa Rzeźniczek. – Oczywiście po obniżce ratingu Rosji jakieś przepływy mogą być, ale nie sądzę, by były znaczące.

Pod koniec stycznia Standard & Poor’s obniżył rating Rosji do poziomu BB+ uznawanego już za śmieciowy (bez rekomendacji inwestycyjnej). Utrzymana została także jego negatywna perspektywa, co oznacza, że możliwe są dalsze obniżki. Agencja zmniejsza ocenę wiarygodności kredytowej Rosji już od kwietnia ubiegłego roku. Spada ona zarówno z powodu nałożonych na ten kraj sankcji gospodarczych w związku z konfliktem na Ukrainie, jak i z powodu gwałtownego spadku cen ropy naftowej. Z kolei 20 lutego rating do poziomu śmieciowego obniżyła druga z trzech wielkich agencji – Moody’s. W uzasadnieniu analitycy agencji wskazali na wciąż trwający kryzys ukraiński, niskie ceny ropy oraz kurs rubla, co sprawia, że sytuacja gospodarcza Rosji i jej perspektywy są gorsze niż podczas sporządzania poprzedniej oceny.

Spółka Macrologic będzie się rozwijała w podobnym tempie jak polska gospodarka. Z powodu wyborów spadną jednak przychody z sektora publicznego

0

Spółka Macrologic pozytywnie ocenia perspektywy polskiej gospodarki i zakłada, że ponad 3-proc. wzrost PKB przełoży się na podobne tempo wzrostu jej przychodów. Natomiast wpływy z zamówień z sektora publicznego mogą być niższe z powodu wyborów.

Sądzimy, że tematy, które są związane z efektywnością organizacji, czyli z planowaniem zasobów, planowaniem obiegu dokumentów, większą efektywnością zarządzania zasobami i lepszym planowaniem czasu pracy, tzn. kontrolingiem, obiegiem dokumentów i organizacją, to będą te dziedziny, które będą wpływały na wzrost naszych przychodów i lepszą organizację naszych klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Patrycja Ptaszek-Strączyńska, dyrektor ds. finansów Macrologic.

Stabilne tempo wzrostu polskiej gospodarki związane jest z poprawiającymi się wynikami krajowych firm. Te zaś coraz więcej pieniędzy przeznaczają na inwestycje. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, w 2014 roku inwestycje w Polsce wzrosły o 9,4 proc. Macrologic, spółka zajmująca się dostarczeniem rozwiązań informatycznych, które wspomagających zarządzanie przedsiębiorstwem, liczy na to, że i w obecnym roku część środków firmy przeznaczą na systemy komputerowe.

– W gospodarce planowany jest lekki, ponad 3-proc. wzrost PKB, który będzie napędzał koniunkturę w tym roku – ocenia Patrycja Ptaszek-Strączyńska –Sądzimy, że nasze tempo wzrostu będzie podobne. A to wszystko za sprawą tego, że polskie firmy przejawiają większą śmiałości do inwestycji w ogóle i do inwestycji infrastruktury IT.

60 proc. przychodów spółki to przychody, które są stałe i niezmiennie rosną rok do roku. To oznacza zdaniem dyrektor ds. finansów Macrologic, że firma ma dość stabilną sytuację finansową i przychodową.

Walczymy o nowe projekty od dotychczasowych klientów i nowe projekty od nowych klientów. Ten rok jednak to rok wyborczy, dlatego na pewno przychody z tytułu projektów realizowanych na rzecz administracji rządowej i samorządowej będą mniejsze.

Dla firm z branży informatycznej każdy rok przynosi nowe wyzwania. By liczyć się na rynku, muszą oferować rozwiązania, które dotrzymują tempa technologicznemu rozwojowi świata. W roku 2014 Macrologic zanotował 70 proc. wzrost przychodów z tytułu udostępniania funkcji programów właśnie w chmurze informacyjnej.

Rozwiązania chmurowe to wciąż rozwiązania, które są nowością na rynku i nowością jest także stosowanie ich w aplikacjach biznesowych, które oferujemy – podkreśla Patrycja Ptaszek-Strączyńska z Macrologic. Sądzimy, że te wzrosty w ciągu kilku kolejnych lat będą duże, dwucyfrowe, bo baza jest jeszcze niewielka, a lawinowo wzrasta zainteresowanie klientów takimi rozwiązaniami oraz ich zaufanie do takiego sposobu korzystania z aplikacji i do takiego sposobu przechowywania danych wrażliwych o własnych operacjach i własnych zdarzeniach gospodarczych.

W 2014 roku Macrologic miał 54,33 mln zł przychodów ze sprzedaży, czyli o 3 proc. więcej niż rok wcześniej. Zysk operacyjny wzrósł o 14 proc. do 8,47 mln zł, a zysk netto zamknął się kwotą 6,68 mln zł wobec 5,93 mln zł zysku rok wcześniej.

Węgry kupią rosyjski gaz bardzo tanio. Budapeszt szkodzi unii energetycznej, ale wzmacnia pozycję negocjacyjną PGNiG

Węgry zawarły korzystny kontrakt na zakup gazu z Rosji, tym samym wyłamały się ze wspólnej unijnej polityki wobec tego kraju. W zamian za tani gaz i 12 mld euro kredytu na budowę elektrowni atomowej Budapeszt jest orędownikiem złagodzenia unijnych sankcji wobec Moskwy. Choć taka polityka szkodzi UE i unii energetycznej, jest też szansa na to, że Polska odniesie korzyści.

To jest ewidentnie transakcja wiązana. Z jednej strony Węgrzy budują elektrownię atomową w oparciu o technologię rosyjską oraz kapitał rosyjski, czyli kredyt w wysokości 12 mld euro, a z drugiej strony otrzymują znaczącą obniżkę cen gazu ‒ w sumie do poziomu 260 dol. za tysiąc metrów sześciennych. To jest faktycznie bardzo korzystna cena – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mikołaj Budzanowski, były minister skarbu państwa, obecnie członek zarządu Boryszew SA. ‒ W zamian za to głośno wypowiadają się przeciwko sankcjom nakładanym na Federację Rosyjską.

Węgry już niemal rok temu otrzymały kredyt z rządowego banku rozwoju WEB. 12 mld euro będzie dostępne do 2025 r. Środki posłużą do sfinansowania budowy dwóch nowych bloków energetycznych o mocy 1-1,2 GW w węgierskiej elektrowni atomowej w Paks. Inwestycję zrealizuje firma Rosatom.

W ubiegłym tygodniu premier Viktor Orbán wstępnie porozumiał się z Władimirem Putinem w sprawie obniżki ceny za gaz kupiony przez Węgry z Rosji, a także rezygnacji z zasady bierz lub płać, czyli obowiązku zapłaty za gaz niezależnie od jego wykorzystania. Szef rządu w Budapeszcie zwrócił także uwagę na to, że unijne sankcje nakładane na Rosję w związku ze wspieraniem przez Moskwę separatystów na wchodzie Ukrainy są niepotrzebne.

Podpisanie porozumienia między Węgrami a Federacją Rosyjską dotyczące dostaw gazu jest niepokojące i nie jest to zjawisko, które będzie pomagało w forsowaniu projektu unii energetycznej. Raczej mamy do czynienia z przykładem próby rozbicia całej koncepcji i próby korupcji politycznej związanej z transakcją wiązaną – podkreśla Budzanowski. – Stąd ostre i chłodne stanowisko premiera polskiego rządu, które jest adekwatne do zaistniałej sytuacji.

Były minister skarbu państwa liczy na interwencję Komisji Europejskiej w sprawie węgierskiej umowy o gaz. Bruksela wcześniej wspierała Polskę w walce z wysokimi cenami dyktowanymi przez Gazprom, a także działała przeciwko nadużywaniu monopolistycznej pozycji tej firmy w jej kontaktach z odbiorcami gazu w Europie Środkowo-Wschodniej.

Nasze polskie doświadczenie z interwencją Komisji Europejskiej przy zakupach gazu jest bardzo pozytywne. Gorąco popieram tego typu interwencje oraz nadzór Komisji Europejskiej nad trudnym procesem negocjacji kontraktów gazowych – mówi Budzanowski.

Zauważa jednak, że choć wyłamywanie się Węgier z wspólnej unijnej polityki wobec Rosji jest zjawiskiem negatywnym, to może ono mieć pozytywne skutki dla Polski. Bardzo korzystny kontrakt gazowy pomiędzy Budapesztem a Moskwą wzmacnia bowiem pozycję PGNiG w negocjacjach wieloletniej umowy z Gazpromem, które mogą zakończyć się jeszcze w tym roku.

Jeżeli Rosjanie zaoferowali Węgrom cenę 260 dol. za tys. m sześc., to dlaczego Polska ma płacić znacznie więcej? Podziękujmy panu premierowi Orbanowi za ten prezent i ujawnienie ceny kontraktowej. To realny i ważny dowód na to, że cena może być znacznie niższa niż ta, która dzisiaj jest oferowana w długoletnim kontrakcie dla Polski. Drugi bardzo ważny element ‒ jeżeli strona węgierska otrzymała zwolnienie z zasady bierz lub płać, to jest to podstawa do tego, żeby domagać się zniesienia tej klauzuli również w naszym kontrakcie gazowym – przekonuje Budzanowski.

Unia energetyczna coraz bliżej. KE przedstawi projekt strategii

Komisja Europejska przedstawi założenia unii energetycznej. W części projekt ten ma dotyczyć kwestii infrastruktury – potrzebnej do stworzenia wspólnego rynku energii i gazu, a także kwestii ochrony klimatu. Dla Polski ważne jest, by europejska polityka energetyczna różnicowała krajowe cele redukcji emisji dwutlenku węgla w zależności od ich możliwości zmian w miksie energetycznym.

W polityce energetycznej Unii Europejskiej muszą się znaleźć konsekwencje pakietu klimatyczno-energetycznego, to jest oczywiste. Bardzo potrzebne są również regulacje dotyczące inwestycji, które są niezbędne do budowy konkurencyjnego rynku energii elektrycznej i gazu. Jest to ważne zarówno dla Polski, jak i całej Europy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki.

W Komisji Europejskiej powstał projekt unii energetycznej, czyli działań zmierzających ku stopniowemu uniezależnianiu się od dostaw gazu z Rosji. Eksperci podkreślają, że częścią tej strategii będą działania z dziedziny ochrony klimatu.

Założenia mają odzwierciedlać cele klimatyczne UE. Do 2020 r. kraje należące do wspólnoty mają zredukować emisje gazów cieplarnianych o 20 proc. w stosunku do 1990 r., podnieść udział źródeł odnawialnych do 20 proc. i o 20 proc. zwiększyć efektywność energetyczną. Do 2030 r. ograniczenie emisji ma sięgnąć 40 proc., a udział OZE i efektywność energetyczna ‒ 27 proc.

Jak dodaje Steinhoff, poza tymi wskaźnikami UE musi zwracać uwagę na nowe technologie i zmiany na rynku, przejawiające się m.in. w coraz większym zainteresowaniu modelem prosumenckim, czyli produkcją energii oddawanej częściowo do sieci przez gospodarstwa domowe.

Polska ma specyficzną sytuację w elektroenergetyce. Większość energii elektrycznej produkujemy z paliw stałych, czyli węgla kamiennego i brunatnego. Restrykcyjne przepisy dotyczące emisji dwutlenku węgla uderzają bardzo mocno w polską elektroenergetykę, której nie możemy zmienić w sensie strukturalnym w ciągu 10, 15, czy nawet 20 lat. Będziemy zatem oczekiwać różnych regulacji, które odnoszą się do polskiej specyfiki – podkreśla Steinhoff.

Zaznacza, że Unia Europejska nie może samodzielnie działać na rzecz ograniczenia emisji. Takie działanie może przynieść oczekiwane rezultaty jedynie wtedy, gdy będą współpracować ze sobą wszystkie główne gospodarki świata. Jeśli UE będzie działać na własną rękę, to straci konkurencyjność wobec krajów, które kładą mniejszy nacisk na politykę klimatyczną.

Unia Europejska brnąc w kolejne, jeszcze bardziej restrykcyjne przepisy dotyczące redukcji emisji dwutlenku węgla czy wzrostu udziału odnawialnych źródeł energii, zapomina o tym, że świat nie idzie za nami. Efektem tego może być alokacja części przemysłu z Europy do innych krajów, które nie podjęły tego tematu w taki sposób, a co za tym idzie – utrata konkurencyjności europejskiego przemysłu i miejsc pracy – przestrzega Steinhoff.

Deweloperzy szukają oszczędności przy budowie parkingów podziemnych. Zamiast dwupoziomowych garaży stosują podnoszone platformy parkingowe

Deweloperzy oszczędzają na podziemnych parkingach. Zamiast kosztownych wielopoziomowych parkingów podziemnych niektórzy inwestorzy decydują się na montaż platform parkingowych, które umożliwiają parkowanie jednego samochodu nad drugim. Takie rozwiązania bywają niezbędne, by sprzedać jak najwięcej najpopularniejszych, małych mieszkań z zachowaniem wyznaczonego przez gminę minimum miejsc parkingowych.

 O tym, ile miejsc postojowych powstanie na nowym osiedlu, decyduje miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, czyli gmina. To od tego zależy, ile będzie trzeba tych miejsc zbudować. Deweloperom budującym nowe mieszkania zależy na tym, aby zbudować jak najbardziej kompaktowe lokale i by zbudować ich jak najwięcej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Turek, ekspert rynku nieruchomości z Lion’s Bank. ‒ Z punktu widzenia dewelopera znacznie tańszym rozwiązaniem jest zbudowanie jednego poziomu garaży i uzbrojenie go chociażby w dwupoziomowe miejsca parkingowe.

Jak tłumaczy Turek, najlepiej sprzedającymi się lokalami w Polsce są mieszkania kompaktowe, czyli o niewielkiej powierzchni. Uchwalane przez urzędy gmin miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego wyznaczają jednak minimalną liczbę miejsc parkingowych na lokal niezależnie od jego powierzchni. W zależności od lokalizacji minimum to najczęściej 1 miejsce parkingowego na lokal, jednak w Warszawie – nawet 1,5 miejsca na mieszkanie.

Deweloperzy mogliby pogłębić garaż podziemny i zbudować dwupoziomowy parking, ale to znacznie zwiększyłoby koszt inwestycji. Stąd niektórzy stosują platformy.

Zbudowanie garaży podziemnych często pociąga za sobą koszty odpowiadające kilkunastu procentom kosztów budowy całej inwestycji, a często nawet 20 proc. kosztów – podkreśla Turek.

Tańszym rozwiązaniem jest zbudowanie jednopoziomowego garażu podziemnego i wyposażonego w tzw. systemy parkowania. To piętrowe platformy, które umożliwiają zaparkowanie jednego samochodu nad drugim. W przypadku systemów zależnych znajdujący się na górnej platformie samochód nie może wyjechać, dopóki na dolnym poziomie jest zaparkowane auto. Tym samym miejsca takie nie mogą należeć do obcych sobie osób.

Choć dla deweloperów taki system jest tańszy w budowie, może on powodować dodatkowe obciążenia finansowe i biurokratyczne dla budujących oraz przyszłych właścicieli mieszkań. Wynika to z obowiązków wobec Urzędu Dozoru Technicznego, którego nadzorowi podlegają platformy parkingowe.

Zanim nastąpi przekazanie platformy do użytkowania deweloper czy właściciel tego urządzenia musi je zgłosić do UDT w celu wydania decyzji pozwalającej na eksploatację. Zanim taka decyzja zostanie wydana, musi on przedłożyć dokumentację w UDT, następnie przeprowadza się badanie w miejscu zainstalowania urządzenia oraz wykonuje niezbędne próby i finalnie wystawiany jest protokół z czynności dozoru technicznego, a w konsekwencji – po pozytywnym wyniku badania – wydawana jest decyzja zezwalająca na eksploatację – wyjaśnia Paweł Rajewski z Urzędu Dozoru Technicznego.

Rajewski dodaje, że zależne systemy parkowania wymagają również okresowego sprawdzania przez inspektorów UDT. To podnosi przyszłe koszty utrzymania takich miejsc.

Zasadniczo deweloperzy muszą informować o tym, sprzedając nowe inwestycje ‒ zgodnie z ustawą deweloperską. W prospekcie informacyjnym standardowo znajdują się informacje o miejscach postojowych, o tym, czy są to miejsca postojowe właśnie zależne czy niezależne ‒ mówi Igor Bąkowski, partner zarządzający Kancelarii Radcowskiej Bąkowski. ‒ Klient musi patrzeć na to, jak to działa i prosić o wyjaśnienia. Decyzja należy do niego. Czasami, wybierając mieszkanie w dobrej lokalizacji, gdzie uwarunkowania są takie, że działka jest stosunkowo ciasna, bo jest duże zainteresowanie okolicą, siłą rzeczy musimy stosować takie rozwiązania.

Bąkowski zwraca uwagę na to, że systemy zależne powinny być sprzedawane lokatorom jednego mieszkania, np. członkom tej samej rodziny. Dzięki temu osoby korzystające z platform są w mniejszym stopniu zależne od innych parkujących.

Ważne też, aby były jednoznaczne przepisy regulujące montowanie platform parkingowych, a banki, zapewniające finansowanie inwestycji, stosowały jasne kryteria ich oceny.

Firmy przechowujące dane w chmurze mogą być bezpieczne. Przyznano pierwszy na świecie certyfikat ochrony danych w chmurze

Microsoft został pierwszą na świecie firmą, która uzyskała certyfikat zgodności swoich usług z normą ochrony danych osobowych w chmurze ISO 27018. To potwierdzenie, że dane przechowywane przez klientów spółki w chmurze nie zostaną m.in. wykorzystane bez ich wiedzy w celach marketingowych. Firma liczy, że przełoży się to na zwiększenie zaufania do firm przetwarzających dane. Kwestie bezpieczeństwa do tej pory powstrzymywały je przed korzystaniem z chmur publicznych i hybrydowych.

Nasze dotychczasowe działania rynkowe i feedback od klientów, który otrzymujemy podczas standardowych prac z nimi, pokazały, że kwestie bezpieczeństwa są zwykle jednymi z kluczowych dla tych firm, szczególnie w procesach wyboru technologii – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Zamłyński, dyrektor pionu produktów serwerowych w polskim oddziale Microsoft.

Jak wynika z obserwacji Microsoft, obawa o bezpieczeństwo przechowywanych w chmurze danych powstrzymuje firmy przed korzystaniem z chmur publicznych lub hybrydowych (model pośredni), które częściej decydują się na rozwiązania prywatne (czyli przechowywania danych na własnych serwerach).

Klienci czuli się bardziej bezpieczni, wiedząc, że dane są u nich, w ich serwerowni, a jednocześnie mogli już korzystać z pewnych benefitów, które dawała im chmura. Myślę jednak, że dzięki certyfikacji, którą właśnie uzyskaliśmy, to bezpieczeństwo swobodnie możemy przenosić też na chmurę publiczną – wyjaśnia Zamłyński.

Microsoft jako pierwsza firma uzyskał certyfikat zgodności swoich technologii w chmurze z normą ISO 27018 16 lutego br. Certyfikacja dotyczy produktów Microsoft Azure, Office 365, Dynamics CRM Online oraz Intune.

Wszystkie mechanizmy, które dotychczas wprowadzaliśmy z punktu widzenia ochrony i zabezpieczenia danych uzyskały swoje formalne potwierdzenie i możemy powiedzieć, że jesteśmy jedynym dostawcą, który wdrożył wszystkie mechanizmy opisane normą – mówi Zamłyński.

Norma ISO 27018 została stworzona w celu wprowadzenia globalnych wysokich standardów dotyczących bezpieczeństwa technologii w chmurze. Tego typu technologie są coraz popularniejsze wśród firm i mogą być wykorzystywane m.in. do przechowywania danych, oprogramowania oraz wykonywania skomplikowanych procesów.

– Świadcząc certyfikowane usługi, Microsoft udowadnia, że nie tylko dochowuje staranności, jeśli chodzi o przestrzeganie przepisów prawa czy to lokalnego, czy na poziomie Unii Europejskiej, lecz także robi jeden krok więcej  wdraża procedury i procesy według wytycznych Międzynarodowej Organizacji Standaryzacyjnej. W związku z czym pokazuje konsumentowi, że idzie o jeden krok dalej w zabezpieczeniach jego danych – podkreśla Piotr Marczuk, dyrektor ds. polityki korporacyjnej w polskim oddziale Microsoft.

Zgodnie z normą ISO 27018 dostawca usług gwarantuje, że przetwarzane dane klientów nie mogą być w żaden sposób wykorzystywane w celach marketingowych. Cel przetwarzania danych klienta zostaje określony przez niego i tylko w takim zakresie mogą one być przetwarzane. Norma obejmuje też jasno określone zasady przechowywania, transferu do innych firm oraz zwrotu danych przechowywanych przez klienta. Nakłada także obowiązek informacyjny związany z ewentualnym przetwarzaniem danych przez podwykonawców.

Oprócz tego standard ISO 27018 nakłada na nas obowiązek informowania klienta o tym, kiedy urzędy administracji publicznej chcą uzyskać dostęp do jego danych. I Microsoft zobowiązuje się do informowania w każdym takim wypadku naszych klientów o tym, że uprawnione organy chcą sięgnąć do ich danych. Nie możemy zrobić tego tylko w przypadku, kiedy prawo wyraźnie tego zakazuje – podkreśla Marczuk.

Norma nakazuje też określenie procedur w przypadku naruszenia bezpieczeństwa danych. ISO 27018 wyznacza także standardy związane z ochroną danych dotyczące m.in. ograniczeń w przesyłaniu ich sieciami publicznymi, przechowywaniu ich na nośnikach przenośnych oraz obliguje pracowników spółki do podpisania zobowiązania do zachowania poufności. Co roku Microsoft podda się audytowi, który zweryfikuje zgodność ze standardem ISO 27018.

Piotr Marczuk dodaje, że zgodnie z ISO 27018 Microsoft gwarantuje wysoki poziom bezpieczeństwa oraz szczegółowe procedury dotyczące postępowania w przypadku ataku na dane, a umowy zawierane bezpośrednio z klientami regulują odpowiedzialność, w tym finansową, za ewentualną utratę danych.

Zmiany w przekazywaniu deklaracji podatkowych do urzędów skarbowych. Część osób może je przesyłać wyłącznie w formie elektronicznej

0

Z końcem lutego mija termin na złożenie deklaracji podatkowych przez pracodawców. Od tego roku płatnicy, którzy zatrudniają więcej niż pięć osób, są zobowiązani do złożenia druków do urzędu skarbowego wyłącznie w formie elektronicznej. Podatnikom druki powinny być przekazywane tradycyjnie, czyli w papierowej formie. Eksperci przypominają, że nieotrzymanie od pracodawcy PIT-11 nie zwalnia z obowiązku rocznego rozliczenia podatku.

Do końca lutego płatnicy, którzy sporządzają deklaracje, takie jak PIT-11, PIT-8C czy PIT-8AR, są zobowiązani przesłać je do urzędu skarbowego oraz przekazać podatnikom. Począwszy od rozliczenia za 2014 rok, obowiązują nowe zasady przesyłania takich deklaracji i informacji do urzędów skarbowych płatnicy muszą je przesłać drogą elektroniczną – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dominika Dragan-Berestecka, doradca podatkowy w Kancelarii Chmieliński & Żemantowski.

Każdy płatnik, który zatrudnia więcej niż pięciu pracowników, od tego roku musi złożyć deklaracje do urzędów skarbowych wyłącznie w formie elektronicznej. Uwagę na formę wysyłki deklaracji należy zwrócić przy drukach PIT-11, PIT-R, PIT-8C, PIT-40, IFT-1/FT-1R. Do tej pory płatnik sam decydował, czy wybiera drogę tradycyjną, czy elektroniczną. Wciąż wybór mają ci płatnicy, którzy zatrudniają mniej niż pięć osób, z tym że jeśli wybrali formę papierową, to czas minął do końca stycznia. W przypadku drogi elektronicznej termin ten wydłuża się do końca lutego. W tym roku, jako że ostatni dzień lutego przypada w sobotę, termin upływa 2 marca.

Przekazywanie deklaracji elektronicznie obowiązuje tylko w stosunku do urzędu skarbowego. Podatnikom, czyli pracownikom i zleceniobiorcom, płatnicy przekazują tę informację drogą tradycyjną, papierową – podkreśla ekspertka.

Choć pracodawca ma obowiązek przesłać do podatnika deklarację, to można próbować uzyskać dane w inny sposób.

Jest to oczywiście utrudnienie, ponieważ w PIT-11 są dane dotyczące wysokości przychodu, kosztów uzyskania przychodu i pobranej zaliczki. Dlatego jeśli minął wyznaczony termin na przekazanie takiej informacji podatnikowi, warto zwrócić się z prośbą o ponowne jej przesłanie – podkreśla doradca podatkowy.

Teoretycznie potrzebne do rozliczenia dane można też znaleźć w deklaracjach, które pracodawca przekazuje do ZUS (RMUA), wyciągach bankowych lub paskach wynagrodzeń.

Można też posiłkować się umową o pracę, gdzie zawarta jest informacja o wysokości przychodu, natomiast rzeczywiście nie będzie tam informacji o wysokości pobranych przez płatnika zaliczek. Brak deklaracji nie zwalnia podatnika z obowiązku złożenia deklaracji rocznej – przypomina Dominika Dragan-Berestecka.

O niedopełnieniu obowiązku przez pracodawcę można również powiadomić urząd skarbowy czy urząd kontroli skarbowej.

Nawierzchnie betonowe mogą obniżyć koszty utrzymania dróg

Po ubiegłorocznej nowelizacji Prawa zamówień publicznych betonowe nawierzchnie dróg stały się bardziej atrakcyjne dla inwestorów. Koszt budowy takiej nawierzchni jest już porównywalny z kosztem budowy drogi asfaltowej, ale beton jest nawet dwukrotnie trwalszy. Jest też bardziej przyczepny i wymaga słabszego oświetlenia. To obniża koszty utrzymania drogi, co jest istotne dla zamawiającego.

W zeszłym roku inwestor wprowadził bardzo ważne zmiany w postępowaniach przetargowych, wpisując w koszt całość produktu, czyli drogi. Cała realizacja inwestycji obejmuje koszty utrzymania drogi i jej napraw w określonym czasie, które nie ograniczą się tylko do kosztów budowy. To bardzo ważne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Federico Tonetti, prezes zarządu i dyrektor generalny Lafarge w Polsce.

Ubiegłoroczna nowelizacja Prawa zamówień publicznych miała na celu m.in. odejście od powszechnego stosowania najniższej ceny jako dominującego kryterium. Według nowego prawa zamawiający ma obowiązek wprowadzić co najmniej jedno inne kryterium. Nowe przepisy mają skłonić zamawiających, by nie oceniali ofert wyłącznie pod kątem ceny wykonania, lecz raczej patrzyli na koszt całkowity. Taki koszt uwzględnia m.in. koszty utrzymania oraz koszty wszystkich innych usług niewchodzących w skład oferty.

Przy inwestycjach drogowych takie podejście to szansa na szersze niż do tej pory wykorzystanie nawierzchni betonowej.

Dzisiaj cena dróg betonowych i dróg bitumicznych jest w Polsce porównywalna. Jeżeli jednak dodamy do niej koszt utrzymania, przewagę zdecydowanie ma beton. Dodatkowo trwałość dróg betonowych jest 100-proc. wyższa niż dróg bitumicznych – przekonuje Tonetti. ‒ To bardzo ważne dla inwestora, bo już wkrótce nie będzie miał funduszy unijnych na utrzymanie dróg.

Jak wynika z opracowania Stowarzyszenia Producentów Cementu, przy obecnych wymaganiach technicznych koszt budowy 1 metra sześciennego nawierzchni asfaltowej (tzw. podatnej) dla ruchu lekkiego waha się w zależności od typu nawierzchni od ok. 92 zł do ok. 124 zł. Taka sama powierzchnia nawierzchni betonowej (tzw. sztywnej) kosztuje od ok. 105 zł do ok. 134 zł.

Dla ruchu ciężkiego beton jest nawet tańszy – 1 metr sześcienny nawierzchni sztywnej kosztuje 200-225 zł, a nawierzchni podatnej 244-271 zł.

Nawierzchnie betonowe są do tego znacznie tańsze w utrzymaniu oraz trwalsze. Tonetti mówi o dwukrotnie większej trwałości, a niemieckie badania wskazują nawet na ponadtrzykrotną. Stowarzyszenie Producentów Cementu podkreśla, że w Niemczech po 23 latach tylko 5 proc. dróg betonowych wymaga naprawy, podczas gdy dla asfaltu wskaźnik ten sięga 80-100 proc.

Na drogach betonowych w Niemczech dochodzi też do ponad 30 proc. mniej wypadków, ponieważ beton jest jaśniejszy, dzięki czemu ‒ według danych Polskiego Cementu ‒ jego oświetlenie pochłania o ponad 40 proc. mniej energii.

Technologia betonowa dzisiaj jest inna niż w latach 80., bardziej innowacyjna. Dzisiaj mamy już w Polsce 700 km dróg krajowych i autostrad do realizacji. Jeżeli chodzi o drogi lokalne to nawet więcej – 800 km. To jest możliwość dla wszystkich – mówi Tonetti. ‒ Myślę, że to dobry wybór strategiczny, że inwestor ma dwie alternatywy: beton i asfalt.

Tonetti zwraca uwagę na to, że samo Lafarge bierze obecnie udział w realizacji ponad 100 km nowych dróg w Polsce. Francuski koncern korzysta w naszym kraju z bogatego doświadczenia na całym świecie. Spółka działa od ponad 180 lat i jest obecna na 62 rynkach. Polski oddział funkcjonuje już od 20 lat i obecnie zatrudnia 1,6 tys. osób.

Jak dodaje Tonetti, to właśnie lata doświadczeń przy międzynarodowych inwestycjach oraz znajomość polskiego rynku są dla Lafarge kluczowe podczas budowy nawierzchni betonowych w kraju.

Partnerzy prywatni mogą wesprzeć samorządy w pozyskiwaniu funduszy europejskich. Projekty PPP będą zyskiwać na popularności

W nowej perspektywie UE projekty w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego będą bardziej popularne. Dotychczas środki unijne raczej wypierały rozwiązania w ramach PPP, bo samorządy wolały realizować projekty wyłącznie we własnym zakresie. W nowym okresie programowania dokumentacje programów operacyjnych zezwalają na zaproszenie partnera prywatnego do realizacji. Udział biznesu gwarantuje wsparcie w planowaniu rozwiązań zaawansowanych technologicznie.

Fundusze europejskie są konkurencją dla partnerstwa publiczno-prywatnego – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Barbara Koszułap, członek zarządu specjalizującej się w budowie i eksploatacji instalacji związanych z ochroną środowiska oraz zagospodarowywaniem odpadów i surowców Eneris Polska. – Powodują, że samorządy wolą same realizować projekty i angażować swoje zasoby, które niekoniecznie są adekwatne do potrzeb związanych z prowadzeniem projektu oraz rozwiązań technologicznych.

Dziś do realizacji projektów w ramach PPP zniechęcają partnerów długotrwałe procedury. Jednostka samorządowa musi bowiem wybrać partnera prywatnego w procesie zamówienia publicznego.

To wszystko trwa wiele miesięcy – przekonuje Barbara Koszułap. – W gruncie rzeczy w wielu przepadkach zniechęca to samorządy do szybkiej realizacji inwestycji. Pytanie, jak jesteśmy w stanie ten proces skrócić, by uczynić go bardziej efektywnym, a jednocześnie zapewnić konkurencyjność podmiotów, które w nim aplikują. Myślę, że to jest punkt wyjścia dla usprawnienia rozwoju PPP w naszym kraju.

Zdaniem Barbary Koszułap usprawnienie procedur w ramach PPP spowoduje, że samorządy chętniej i częściej będą sięgać po ten sposób realizacji inwestycji. To z kolei powinno zaowocować zwiększeniem ich liczby i wyboru, jaki mają chętne do ich realizacji firmy. Wówczas zmniejszy się też prawdopodobieństwo odwołań od decyzji przetargowych.

– W sytuacji, kiedy samorządy będą przekonane, że ten instrument działa, przysparza im korzyści, nie tylko te wymierne, ograniczające ilość wydatków, ale również korzyści związanych z wdrożeniem naprawdę nowoczesnych technologii i dysponowanie zasobami na naprawdę najwyższym poziomie, wówczas z pewnością ten proces się przyspieszy, bo tego typu przetargów na partnerstwo publiczno-prywatne będzie dużo, dużo więcej – przekonuje członek zarządu Eneris Polska. – Więcej podmiotów będzie miało okazję na to, żeby startować w tych przetargach i nie będzie takiej ciągłej batalii o ten jeden przetarg, który objawia się skali całego kraju i do niego aplikują wszyscy i potem w procesie procedur odwoławczych ciągle chcą ten przetarg wygrać.

W ostatnim czasie powstało wiele platform wymiany informacji i dyskusji dotyczących PPP. W rozwój partnerstwa bardzo zaangażowane są resorty środowiska, gospodarki oraz infrastruktury i rozwoju, które chciałyby rozwinąć ten instrument finansowania inwestycji. Resort gospodarki pracuje nad założeniami do nowelizacji ustawy o partnerstwie publiczno-prywatnym, która ma usunąć pewne bariery prawne.

Natomiast bardzo trudno powiedzieć czy rzeczywiście pozwoli skrócić czasochłonność tego procesu – zastrzega Barbara Koszułap. – Na pewno kryterium sprzyjającym rozwojowi PPP z punktu widzenia przedsiębiorstw byłaby większa odwaga i otwartość ze strony samorządów. Kiedy będą one przekonane, że ten instrument działa, przysparza korzyści, nie tylko wymierne, ograniczających wydatki, lecz  także te związane z wdrożeniem nowoczesnych technologii i dysponowaniem zasobami na najwyższym poziomie, wówczas proces ten z pewnością byłby szybszy, bo przetargów na PPP byłoby dużo więcej.

W opinii władz rynek projektów PPP rozwija się niewystarczająco szybko. Około 60 inwestycji samorządowych jest prowadzonych w ten sposób. Zmiany mają zachęcić samorządy do PPP, bo ma być ono coraz ważniejsze również przy projektach współfinansowanych przez Unię Europejską. Duży nacisk na PPP kładzie też Unia Europejska, która w rozporządzeniu ogólnym dotyczącym perspektywy finansowej 2014-2020 po raz pierwszy wyszczególniła rozdział poświęcony tego typu projektom.

Tego typu finansowanie może być stosowane przy bardzo różnych inwestycjach: od gospodarki odpadami (tu szczególnie cenne jest wsparcie z programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko), przez infrastrukturę drogową i energetyczną, po budowę szpitali.

Jest pytanie, jak samorządy połączą sytuację, w której chciałyby inwestować w nowoczesne technologie, wymagające wiedzy nie tylko w zakresie budowy, lecz także eksploatacji, z apetytem na środki dotacyjne – mówi przedstawicielka Eneris Polska. – Jeżeli będą w stanie rzeczywiście przygotować dobrze procedurę zamówienia publicznego w postaci wyboru partnera prywatnego, wówczas wygrają, bo będą mogły zarówno pozyskać partnera prywatnego do skomplikowanych rozwiązań technologicznych, jak i pozyskać dotacje na to, żeby koszt wprowadzenia tych rozwiązań był jak najniższy.

Obecnie zagadnienia związane z PPP reguluje ustawa o partnerstwie publiczno-prywatnym z 19 grudnia 2008 roku, która zastąpiła stare prawo z 2005 roku. Według raportu o PPP przygotowanego przez Centrum PPP w pierwszym roku obowiązywania nowych regulacji ukazało się 41 ogłoszeń dotyczących wyboru partnera prywatnego, a rok później – 62. W latach 2009-2012 rzeczywiście (po uwzględnieniu ponawiania niektórych ogłoszeń) ogłoszono 176 tego rodzaju postępowań.

Próchnik będzie rozwijać sprzedaż internetową. Bardziej niż na zwiększanie sieci tradycyjnych sklepów stawia na zwiększanie ich rentowności

Próchnik chce rozwijać sprzedaż internetową. Jak podkreśla prezes spółki, zainteresowanie zakupami odzieży wysokiej klasy przez internet przerosło jego oczekiwania. Rosnąca aktywność konsumpcyjna Polaków pozwala oczekiwać wzrostu sprzedaży. Zamiast na nowe lokalizacje Próchnik chce postawić raczej na wzrost sprzedaży na tej samej powierzchni.

W grudniu sprzedaż detaliczna była wyższa o 1,8 proc. niż przed rokiem. W styczniu, jak podał Główny Urząd Statystyczny, wzrost był już mniejszy, zaledwie 0,1 proc. Zdaniem ekonomistów na wynik wpłynęły spadające ceny paliw, inne towary sprzedawały się znacznie lepiej. W kategorii tekstylia, odzież, obuwie aktywność konsumentów wzrosła o 12,5 proc. rok do roku. Sprzedaż sklepów Próchnika była znacząco wyższa – przekroczyła w styczniu 4,5 mln zł, co oznacza wzrost o 58 proc. w stosunku do stycznia 2014 roku.

Rynek odzieżowy w Polsce cały czas rośnie, jak dowodzą dane makro – mówi agencji informacyjnej Newseria Rafał Bauer, prezes zarządu Próchnika. – Polacy ubierają się coraz lepiej, co mnie bardzo cieszy. Mogę to oceniać z perspektywy 11 lat w tej branży i widać tu skok międzyplanetarny. Jest to bardzo dobry prognostyk na przyszłość, czego probierzem są dane ze stycznia.

Przyzwoite wyniki polskiej gospodarki – a szczególnie rosnąca konsumpcja potwierdzająca dobre nastroje Polaków – są dość zaskakujące, biorąc pod uwagę napięcia na scenie międzynarodowej. Rafał Bauer potwierdza, że w branży odzieżowej wielu graczy notuje bardzo interesujące rezultaty.

– To bardzo szczególna sytuacja. Raptem 1,3 tys. km w linii prostej toczy się regularna wojna, w tym samym czasie w Polsce szereg firm ustanawia rekordowe wyniki sprzedaży – podkreśla Bauer. – Rynek konsumpcyjny w Polsce ma się bardzo dobrze. Niektórzy twierdzą, że lepiej niż kiedykolwiek, na tej podstawie można wyłącznie budować bardzo atrakcyjne prognozy na przyszłość.

O ile dobre styczniowe wyniki tradycyjnych sklepów Próchnika wynikają z realizowanej strategii, o tyle spółkę pozytywnie zaskoczył sukces jej e-sklepu. Tam wprawdzie sprzedaż przekroczyła tylko symboliczne 141 tys. zł, ale od razu na starcie, co jak na debiut jest bardzo dobrym wynikiem.

Jeżeli mogę formułować jakieś zarzuty wobec siebie, to na pewno będą one dotyczyły obszaru internetowego – przyznaje prezes Próchnika. – Przez kilka lat uważałem, że jest to rynek, który jakkolwiek rośnie i ma olbrzymie znaczenie, to w przypadku odzieży męskiej, a w szczególności tej droższej, raczej szybko nie przyniesie interesujących rezultatów. Otwarcie sklepów internetowych Rage Age Próchnika jesienią ubiegłego roku dowiodło, że jednak to założenie należało zweryfikować wcześniej. Te przychody rosną cały czas i myślę, że kanał internetowy w przypadku odzieży jest bardzo ważnym kanałem, dużo ważniejszym, niż uważałem.

Dlatego Próchnik zapowiada, że gros środków marketingowych będzie przeznaczane na rozwój kanału internetowego. Tym bardziej że wielu klientów zanim zrobi zakupy w sklepie fizycznym, wcześniej ogląda produkty w sieci. Prezes Próchnika zaznacza także, że spółka ostrożnie będzie podchodzić do uruchamiania nowych placówek stacjonarnych, inwestując głównie we wzrost wydajności w już istniejących obiektach.

Celem, na którym się koncentrujemy, jest konsekwentne zwiększanie sprzedaży w istniejących sklepach i podnoszenie ich rentowności – deklaruje Rafał Bauer. – Nie oznacza to oczywiście, że nie będziemy otwierać nowych lokalizacji, natomiast będziemy podchodzić do tego bardzo ostrożnie i otwierać wyłącznie te, które rokują najlepiej.

Inwestycje w dzieła sztuki bywają bardzo opłacalne, ale i ryzykowne. Przy niektórych artystach można liczyć nawet na kilka tysięcy procent zysku

Rynek sztuki współczesnej zachęca do inwestowania. W 2014 roku wartość blisko 85 proc. transakcji sprzedaży nie przekroczyła 5 tys. zł, zyski zaś mogą sięgać nawet kilku tysięcy procent. Sztuką jest jednak rozpoznanie talentu artysty, zanim stanie się on sławny.

Na rynku sztuki można mówić o inwestowaniu połączonym z kolekcjonowaniem, ponieważ kupowanie spekulacyjne jest bardzo ryzykowne. Może się zdarzyć, że za parę lat zostaniemy z zakupionymi dziełami sztuki – mówi agencji Newseria Krzysztof Maruszewski, prezes zarządu Stilnovisti, firmy specjalizującej się w inwestycjach alternatywnych. – Oczywiście są tacy artyści, którzy w ostatnich latach zarobili bardzo dużo, i na tych nazwiskach można tworzyć strategie inwestycyjne, jest to jednak rynek trudny – przyznaje.

Prace uznanych polskich artystów mogą być warte kilka milionów złotych. W ubiegłym roku obraz Romana Opałki sprzedano za ponad 2 mln zł – to rekord sztuki współczesnej sprzedanej na aukcji w Polsce. Znacznie tańsze jest jednak inwestowanie w sztukę młodych artystów. Niskie ceny wywoławcze przyciągają nowych odbiorców. W raporcie Rynek Sztuki 2014 podano, że w ubiegłym roku wartość sprzedaży niemal 85 proc. dokonanych transakcji nie przekroczyła 5 tys. zł. Cały rynek aukcyjny w Polsce odnotował w ubiegłym roku obroty rzędu 60,6 mln zł.

Największą sztuką w inwestowaniu w sztukę jest rozpoznanie talentu na samym początku. Jest oczywiście parę czynników, po których można to poznać. To m.in. determinacja artysty i galeria, z którą współpracuje. To kluczowe – galeria, która promuje danego artystę, bezpośrednio wpływa na jego karierę i wycenę jego prac – podkreśla ekspert.

Część polskich artystów już zdobywa zagraniczne rynki, co oznacza, że rosną też ceny ich dzieł. Wysokie ceny osiągają pracę Agnieszki Brzeżańskiej, Przemka Mateckiego czy Radka Szlagi.

Kiedy widzimy, że dany artysta zaczyna osiągać sukces, to jego prace są już w cenie. Na przykład prace Radka Szlagi osiągają już dosyć wysokie ceny i kiedy na rynku pojawiło się przekonanie, że jest to dobry artysta, którego obrazy będą trzymały wartość, to ceny były już konkretne – mówi Maruszewski.

Rynek sztuki przyciąga coraz więcej inwestorów, bo zysk można osiągnąć już po zainwestowaniu kilku tysięcy złotych. Jak podkreśla Maruszewski, klienci Stilnovisti zainteresowani sztuką mają portfele o wartości kilkuset tysięcy złotych.

Jeśli chodzi o stopę zwrotu, to są tacy artyści, których jesteśmy pewni, np. klasycy, których ceny rosną po kilka procent rocznie i jesteśmy pewni, że tak będzie jeszcze przez najbliższe lata. Są też młodzi artyści, których ceny mogą nigdy nie wzrosnąć, ale równie dobrze mogą wzrosnąć o kilka tysięcy procent – tłumaczy prezes Stilnovisti.

Kupuj plotki, sprzedawaj fakty

„Kupuj plotki, sprzedawaj fakty” to jedna z najpopularniejszych reguł handlu walutami, która służy często do wykorzystywania nieprawidłowej wyceny walut na rynku forex. Opiera się ona na psychologicznej zasadzie instynktu stadnego, który charakteryzuje się brakiem indywidualności sprawiającym, że ludzie myślą i zachowują się podobnie. Czasem zjawisko to określane jest także jako zachowania stadne, a w świecie inwestycji jest ono często powodem gwałtownego wzrostu lub spadku cen rynkowych, które mogą osiągać skrajne poziomy.

Najlepszym przykładem wpływu instynktu stadnego na długoterminowe zmiany cen na przestrzeni ostatnich kilku lat jest ekstremalny optymizm dotyczący ceny złota, który przyczynił się do rekordowego wzrostu jego cen. Po osiągnięciu skrajnego poziomu cenowego oraz szczytowego optymizmu na rynku nastąpiło nagłe odwrócenie tendencji zwyżkowej.

Istnieje wiele przykładów tego, w jaki sposób zasada „kupuj plotki, sprzedawaj fakty” wpływa na rynek walutowy każdego dnia. Wiadomości, a szczególnie raporty gospodarcze i doniesienia o wydarzeniach geopolitycznych, są głównymi czynnikami krótkoterminowej zmiany cen na rynku forex. Przed publikacją raportu gospodarczego na rynku kształtuje się określony konsensus dotyczący jego treści. Oczekiwanie na publikację pozytywnych wyników może wywołać optymistyczną reakcję i podnieść cenę waluty. Po opublikowaniu raportu różnica pomiędzy informacjami w nim zawartymi a konsensusem rynkowym może spowodować odwrócenie aktualnego kierunku rynku. Konsensus ten rozumiemy jako plotkę, a raport – jako fakt.

Stosowanie zasady „kupuj plotki, sprzedawaj fakty” wymaga obserwacji i analizy informacji wpływających na aktualne zmiany cen. Równolegle można wykorzystać analizę techniczną. Analitycy techniczni korzystają z szeregu narzędzi służących do mierzenia względnej siły i słabości rynku w celu oceny tego, czy dana waluta jest niedowartościowana, czy też przewartościowana.

Aby ocenić wycenę waluty, analitycy techniczni obserwują często nadwyżkę popytu (overbought) i podaży (oversold) na rynku. Nadwyżka popytu oznacza zwykle gwałtowny wzrost ceny w krótkim czasie, powodujący szybką zmianę jej kierunku. Z nadwyżką podaży mamy do czynienia natomiast, gdy w krótkim czasie występuje gwałtowny spadek ceny. W przypadku nadwyżki popytu analityk techniczny zaleca sprzedaż, a w przypadku nadwyżki podaży – kupno. Wskaźniki siły względnej, oscylatory i średnie kroczące to tylko kilka z narzędzi technicznych, których można użyć do mierzenia nadwyżki popytu i podaży na rynku.

Analitycy techniczni mogą również oceniać skrajne nastroje rynkowe dzięki obserwacji konsensusu inwestorów dotyczącego określonej waluty. Stosuje się na przykład metodę znaną jako „Bullish Consensus” („Konsensus optymizmu”), która pozwala ocenić nastroje rynkowe w skali od 0 do 100. Wynik powyżej 90 oznacza skrajną nadwyżkę popytu, natomiast 20 i mniej oznacza skrajną nadwyżkę podaży.

Uosobieniem zasady „kupuj plotki, sprzedawaj fakty” jest taki inwestor, który postępuje wbrew obiegowym opiniom i próbuje zarabiać wtedy, gdy „stado” jest w błędzie. Inwestor taki wierzy, że zachowania stadne wśród inwestorów prowadzą do przewartościowania lub niedowartościowania waluty i czeka, aż dana waluta osiągnie skrajną cenę w wyniku powszechnego optymizmu lub pesymizmu. Gdy waluta osiąga ekstremalną cenę, inwestor ten będzie próbował zarobić przyjmując przeciwną pozycję na rynku.

Zasadę „kupuj plotki, sprzedawaj fakty” stosuje się w dowolnej perspektywie czasowej: krótko-, średnio- i długoterminowej. Niektóre dane i doniesienia gospodarcze są ważniejsze od innych i mają większy wpływ na ceny rynkowe. Umiejętność właściwej oceny tych czynników wymaga praktyki oraz intensywnej obserwacji atmosfery panującej na rynku.

Andrzej Kiedrowicz, Poland Branch Director, Easy Forex Trading Ltd.

Program pożyczkowy pomaga w otwarciu pierwszego biznesu

Masz pomysł na działalność gospodarczą, ale brakuje ci pieniędzy na jej rozpoczęcie? Jednym z rozwiązań może być nisko oprocentowana pożyczka, oferowana w ramach programu „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie”.

„Jest to instrument rynku pracy wdrażany z inicjatywy Ministra Pracy i Polityki Społecznej […]. Oferujemy dwie formy wsparcia: pożyczkę na podjęcie działalności gospodarczej oraz pożyczkę na tworzenie nowych miejsc pracy” – mówi serwisowi infoWire.pl Anna Gajewska, dyrektor Departamentu Programów Europejskich z Banku Gospodarstwa Krajowego, który odpowiada za realizację programu „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie”.

Z pierwszej formy pomocy mogą skorzystać trzy grupy chętnych: studenci ostatnich lat studiów, absolwenci szkół i uczelni oraz osoby bezrobotne. W przypadku pożyczki na tworzenie nowych miejsc pracy dochodzą do tego niepubliczne szkoły, niepubliczne przedszkola, żłobki, kluby dziecięce i inne podmioty prowadzące działalność gospodarczą.

Osoby otwierające biznes uzyskają wsparcie w wysokości nieprzekraczającej 20-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia – powyżej 75 tys. zł. Ci, którzy chcą wziąć drugi rodzaj pożyczki, otrzymają natomiast maksymalnie równowartość 6-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia – obecnie jest to ponad 22 tys. zł. Oferowane pożyczki mają bardzo niskie oprocentowanie, równe 1/4 stopy redyskonta weksli NBP, a więc – 0,56%.

Okres spłaty nie może być dłuższy niż siedem lat dla pożyczki na podjęcie działalności gospodarczej oraz trzy lata, jeśli chodzi o pożyczkę na tworzenie nowych miejsc pracy. Osoby korzystające z pierwszej formy wsparcia mogą liczyć ponadto na roczną karencję w spłacie rat kapitałowych: „Dajemy czas na tzw. rozruch przedsięwzięcia i w tym okresie pożyczkobiorca spłaca jedynie ratę odsetkową. Jej wysokość podczas karencji wynosi ok. 40 zł” – informuje rozmówczyni.

Dokumenty, które należy złożyć, aby uzyskać pożyczkę, można znaleźć na stronie internetowej programu.

Strajk górników i rolników w Polsce. Czy będą kolejne?

Polskę w 2015 r. czekają zmiany na arenach politycznej i gospodarczej. To może być czas strajków. Uruchomiony został bowiem mechanizm ujawniający społeczne aspiracje, często niepokrywające się z wizjami rządzących. Ukazał on obawy Polaków o przyszłość kraju i stabilność życia.

„Obecne protesty rolników i górników to reakcja na trudną sytuację ekonomiczną oraz sygnał strukturalnych napięć, które wywołuje niedający bezpieczeństwa współczesny model kapitalizmu” – mówi serwisowi infoWire.pl dr hab. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Skala poparcia dla górników i rolników zaskoczyła rząd. Nic dziwnego, że protestować zamierzają inne grupy społeczne i zawodowe.

Czy strajk to skuteczna metoda negocjacji? Trudno ocenić, ponieważ na tle innych europejskich społeczeństw Polacy okazują się bardzo biernym narodem i nie strajkują prawie wcale; mimo że często sympatyzują z protestującymi, to rzadko się do nich przyłączają – wyjaśnia ekspert. Osiąganie porozumienia między rządzącymi a strajkującymi byłoby w Polsce łatwiejsze, gdyby nie brak rozbudowanej sieci instytucji negocjacyjnych, a także dawna „tradycja” przemocy, zarówno ze strony protestujących, jak i państwa. Dlatego też warto byłoby pogłębić mechanizmy dialogu.

Strajki wbrew pozorom nie wybuchają wtedy, gdy sytuacja na rynku gospodarczym jest najgorsza. Mają miejsce raczej albo we wstępnych fazach kryzysu, podczas rodzenia się poczucia zagrożenia, albo na sam koniec konfliktu, kiedy społeczeństwo domaga się rekompensaty. To, jak strajk odbierany jest przez społeczeństwo, zależy od momentu dziejowego, rodzaju strajku oraz podziałów socjopolitycznych.

Chcą przeciwdziałać wywożeniu leków z Polski

Leki onkologiczne, przeciwzakrzepowe, na cukrzycę oraz astmę coraz trudniej jest kupić w polskich aptekach. Powód? Farmaceutyki objęte refundacją są sprzedawane masowo za granicę (wartość eksportu szacuje się na 2,5 mln zł rocznie). Trwają prace nad nowelizacją, która ukróci ten proceder.

Ustawa refundacyjna z 2011 r. przyczyniła się do obniżenia cen leków (obecnie są najniższe w całej Europie), przez co polski rynek stał się źródłem tanich medykamentów dla innych państw. „Ponadto ustawa obniżyła marże w kanale dystrybucji hurtowej (o prawie 50%) i marże detaliczne, które naliczają apteki. Czyli doszło do znaczącego pogorszenia rentowności” – mówi serwisowi infoWire.pl Paweł Sztwiertnia, dyrektor generalny Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA.

Co istotne, coraz więcej krajów przyjmuje regulacje, które ograniczają wywóz leków, a Polska takiego przepisu nie ma. Farmaceutyki sprzedaje się za granicę legalnie z hurtowni oraz nielegalnie: bezpośrednio z aptek bądź z hurtowni, które odkupują leki sprzedane aptekom (tzw. odwrócony łańcuch dystrybucji).

Trwają prace nad projektem nowelizacji prawa farmaceutycznego, która ograniczy wywóz leków z Polski, a przez to zabezpieczy interesy pacjentów. „Minister Zdrowia ma stworzyć listę leków zagrożonych, jeśli chodzi o dostępność. W sytuacji, gdy hurtownia farmaceutyczna chciałaby takie leki sprzedać za granicę, musiałaby powiadomić inspekcję farmaceutyczną, która mogłaby się temu sprzeciwić” – wyjaśnia ekspert. „To dobry pomysł, ale obawiam się problemów podczas procedowania projektu ustawy w Sejmie” – dodaje.

Obecnie projekt jest na etapie przygotowań w podkomisji zdrowia. Potem będzie musiał zostać ratyfikowany przez Komisję Europejską (potrwa to ok. trzech miesięcy). Tymczasem jesienią w Polsce odbywają się wybory parlamentarne – jeśli ustawa nie zostanie uchwalona i podpisana przez prezydenta przed końcem kadencji, to zgodnie z zasadą dyskontynuacji trafi do kosza.

Frank – raty niższe niż przed czarnym czwartkiem?

W ciągu miesiąca od zaskakującej decyzji banku centralnego Szwajcarii frank potaniał o 40 groszy, a wskaźnik LIBOR 3M obniżył się o niemal 0,5 pp. Jak wynika z symulacji Bankier.pl, dla wielu kredytobiorców spłacających zobowiązania walutowe może oznaczać to rychły powrót do poprzedniego poziomu obciążeń, tak jakby nic szczególnego na rynku się nie stało.

Na wysokość raty kredytu frankowego wpływają dwa czynniki – oprocentowanie i kurs szwajcarskiej waluty. Jak wynika z obliczeń Bankier.pl, obciążenia ponoszone przez kredytobiorców zbliżają się do poziomów zanotowanych w grudniu, czyli jeszcze przed gwałtownym umocnieniem się franka.

– Jeśli utrzymają się tendencje widoczne na rynku walutowym w ostatnich dniach, to będzie można powiedzieć, że frankowców po raz drugi ominęły poważniejsze kłopoty – mówi Michał Kisiel, analityk Bankier.pl. Pod koniec 2008 roku, gdy kurs franka poszybował w górę, wzrost rat zahamował spadek wskaźnika LIBOR. Osoby spłacające zobowiązania, w których oprocentowanie ustalano w oparciu o stawki z rynku międzybankowego, odczuły wzrost obciążeń, ale nie był on tak poważny, by zagrozić stabilności domowych finansów większości dłużników.

– Wydarzenia ostatniego miesiąca nieco przypominają tamten epizod. Tym razem jednak na korzyść kredytobiorców działa także drugi czynnik – frank staniał – dodaje Michał Kisiel.

Rata wraca do poziomu z grudnia

Przyjmijmy, że kredytobiorca w grudniu zeszłego roku miał jeszcze do spłaty dług o równowartości 100 tys. franków. Zobowiązanie zostało zaciągnięte na 30 lat, w grudniu 2007 roku. Marża wyniosła 1,5 pp., a oprocentowanie naliczane jest w formule „LIBOR 3M CHF + marża”.

Dla przykładowego kredytu rata z lutego jest tylko o kilka złotych wyższa niż ta z grudnia. Przy cenie franka niższej tylko o 1 grosz, raty grudniowa i lutowa zrównają się ze sobą. – Harmonogramy spłat aktualizowane są przez banki w zróżnicowanym cyklu, np. kwartalnie, dlatego efekty zmian rynkowych wskaźników odczuwalne są z pewnym opóźnieniem – przypomina Michał Kisiel.

– Problemem numer jeden dla frankowców pozostaje jednak nadal wysokość długu w złotych, która blokuje możliwość sprzedaży nieruchomości i nierzadko komplikuje plany życiowe. Jeśli wartość kredytu przewyższa wartość nieruchomości, to kredytobiorca w zasadzie jest z nią nierozerwalnie związany. To duży problem dla młodych ludzi, którzy np. stracili pracę a nowe zatrudnienie znaleźć mogą tylko w innym mieście – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Łagodny wzrost bezrobocia w styczniu

W styczniu br. bez pracy było 12 procent Polaków. Stopa bezrobocia rośnie trzeci miesiąc z rzędu – podał GUS.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Szacunki Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej dotyczące poziomu bezrobocia w styczniu (12,1 proc.) okazały się nieco zawyżone. Stopa bezrobocia osiągnęła poziom 12 proc., czyli wzrosła jedynie o 0,5 pkt. proc. wobec grudnia 2014 r. W stosunku do stycznia 2014 stopa bezrobocia zmniejszyła się o 2 pkt. proc. Liczba bezrobotnych w styczniu zwiększyła się o niecałe 85 tys. os. (ok. 9 tys. mniej niż szacowało MPiPS). Wzrost bezrobocia na początku roku jest typowym zjawiskiem na polskim rynku pracy i wynika z jego tzw. sezonowości. Chodzi głównie o ograniczenie w zimie aktywności w niektórych sektorach gospodarki. Jednak ten rok zaczyna się bardzo umiarkowanym wzrostem bezrobocia, co można z jednej strony tłumaczyć łagodną zimą, a z drugiej oczekiwaną poprawą sytuacji gospodarczej wynikającą głównie ze wzrostu popytu konsumpcyjnego.

Konfederacja Lewiatan

Komentarz indeksowy Bossafx 24 lutego 2015 r.

Komentarz indeksowy Bossafx 24 lutego 2015 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Deklaracja o współpracy

Polska NIK będzie pomagała najwyższym organom kontroli z Ukrainy, Gruzji i Mołdawii w dostosowywaniu się do standardów UE. Polscy kontrolerzy w serii spotkań i seminariów przekażą własne doświadczenia dotyczące kontroli funduszy unijnych, walki z korupcją oraz badania finansów administracji rządowej i samorządowej. Deklaracja o współpracy w tym zakresie została podpisana dzisiaj w Sejmie w obecności Marszałka, Radosława Sikorskiego.

Eksperci z NIK od wielu miesięcy uczestniczą w przygotowywaniu projektów aktów prawnych na Ukrainie, przekazują doświadczenia ukraińskim urzędnikom, zwłaszcza w zakresie relacji między administracją rządową a samorządową.

Na podstawie podpisanej dzisiaj Deklaracji w Polsce i na Ukrainie zostaną zorganizowane szkolenia dla kontrolerów z Ukrainy w zakresie kontroli funduszy unijnych, zwalczania korupcji oraz badania finansów publicznych.

Z kolei w Mołdawii na podstawie zawartego porozumienia polska Najwyższa Izba Kontroli będzie prowadzić, wraz z kontrolerami z Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, szkolenia dotyczące rozliczania projektów unijnych.

W Gruzji podpisana Deklaracja pozwoli na zorganizowanie dodatkowego wsparcia dla procesu dostosowania gruzińskiego Najwyższego Organu Kontroli do standardów unijnych. NIK prowadzi już w tym kraju razem z Niemieckim Najwyższym Organem Kontroli – za pieniądze unijne – projekt mający na celu dostosowanie pracy gruzińskich kontrolerów do standardów UE. Teraz proces ten zostanie wsparty dodatkowymi szkoleniami.

W oparciu o podpisaną dzisiaj deklarację w 2015 roku w Warszawie zostanie zorganizowane międzynarodowe seminarium na temat rozliczania i kontroli środków unijnych oraz standardów niezależności najwyższych organów kontroli. Wezmą w nim udział kontrolerzy z Ukrainy, Mołdawii i Gruzji. Polscy kontrolerzy z NIK będą przedstawiać wraz z przedstawicielami Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, kontrolerami z państw bałtyckich: Łotwy, Litwy i Estonii oraz audytorami z państw Grupy Wyszehradzkiej: Czech, Słowacji i Węgier doświadczenia w zakresie rozliczania i kontroli środków unijnych. Przedmiotem debaty będzie także niezależność Najwyższych Organów Kontroli (NOK). Niezależność Najwyższych Organów Kontroli jest jednym z fundamentów demokracji o czym niedawno przypomniała ONZ w specjalnej rezolucji (69/2014).

Deklarację o współpracy między Najwyższymi Organami Kontroli Polski, Gruzji, Mołdawii i Ukrainy, w obecności Marszałka Sejmu, Radosława Sikorskiego, podpisali:

  • z Najwyższej Izby Kontroli:
    Prezes – Krzysztof Kwiatkowski,
  • z Izby Obrachunkowej Ukrainy:
    Przewodniczący – Roman Maguta,
  • z Urzędu Kontroli Państwowej Gruzji:
    Audytor Generalny – Lasha Tordia,
  • z Trybunału Obrachunkowego Republiki Mołdawii:
    Prezes – Serafim Urechean.

Cloud Technologies przekracza prognozy przychodów o 40 proc. Firma korzysta z Big Data do personalizacji reklamy w internecie

0

CEO Magazyn Polska

Przychody Cloud Technologies, spółki specjalizującej się w analizowaniu i dostarczaniu danych na temat zainteresowań i preferencji zakupowych internautów, wyniosły w ubiegłym roku 17,5 mln zł i były wyższe o około 40 proc. od pierwotnie prognozowanych. Było to możliwe dzięki rosnącemu popytowi na zakup spersonalizowanej reklamy internetowej.

Ubiegły rok był dla nas przełomowy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Prajsnar, założyciel i prezes zarządu Cloud Technologies SA. – Zakończyliśmy ważny etap rozwoju platformy behavioralengine.com, czyli pierwszej i największej w Polsce hurtowni danych dla reklamy internetowej. Udało nam się zakończyć integrację z wiodącymi platformami reklamowymi, takimi jak Google czy Adform, które umożliwiają sprzedaż naszych danych na skalę międzynarodową. Przełożyło się to na wyniki finansowe, które są zdecydowanie lepsze od prognoz. Rok 2014 zakończyliśmy przychodami na poziomie 17,5 mln zł.

Wcześniej spółka prognozowała, że jej ubiegłoroczne przychody wyniosą 12,5 mln zł. Zostały więc przekroczone o ok. 40 proc., natomiast zysk netto okazał się zgodny z wcześniejszymi przewidywaniami i wyniósł 8 mln zł.

Wynika to z tego, że rynek, na którym działamy, cały czas rozwija się bardzo dynamicznie, a my cały czas szukamy nowych szans i angażujemy się w ciekawe przedsięwzięcia – tłumaczy Prajsnar. – Stąd wzrost zarówno przychodów, jak i kosztów. Myślę, że w przyszłości przełoży się to na wynik netto.

To spory skok w porównaniu z 2013 rokiem, gdy przychody przekroczyły 2,6 mln zł, a zysk netto 16,5 tys. zł.

Spółka zajmuje się analizą i dostarczaniem danych o internautach. Są one wykorzystywane m.in. jako paliwo do zakupu reklam w modelu programmatic buying. Oznacza to automatyczny zakup powierzchni reklamowej w momencie odwiedzania witryny przez internautę. Ukazuje się reklama tego oferenta, który za tę powierzchnię zapłacił najwięcej. Reklamodawca bazuje na informacjach dostarczanych m.in. przez Cloud Technologies, wskazujących intencje zakupowe i preferencje użytkownika. Dzięki temu adresuje on komunikat do konkretnych, zainteresowanych danym produktem lub usługą osób i zwiększa skuteczność reklamy. Cały proces odbywa się w czasie rzeczywistym.

– Olbrzymi potencjał danych jest widoczny między innymi na platformie Real Time Bidding [w skrócie RTB, to aukcje powierzchni reklamowej prowadzone w czasie rzeczywistym, które pozwalają znacznie zwiększyć skuteczność zakupu przestrzeni – red.] – tłumaczy Prajsnar. – Mamy około 100 milisekund na przeprowadzenie całej transakcji. Podczas każdej licytacji trzeba zadecydować, ile opłaca się wydać na konkretnego użytkownika. My pełnimy rolę dostawcy informacji, na podstawie których reklamodawca może podjąć lepsze decyzje i tym samym efektywniej wykorzystać budżet reklamowy.

Cloud Technologies jest spółką technologiczną, działającą na rynku reklamy internetowej w zakresie Big Data (analizy dużych zbiorów danych) oraz przetwarzania informacji w chmurze obliczeniowej. Od połowy 2012 roku jej akcje notowane są na rynku NewConnect.

Połowie Polaków grożą w przyszłości minimalne emerytury

Dziś niespełna 1 proc. emerytów otrzymuje minimalne świadczenie. Za 60 lat może być ich nawet 50 proc. Ratunkiem przed obniżeniem poziomu życia może być samodzielne oszczędzanie, np. w ramach III filara. Trwają prace nad tym, jak zachęcić Polaków do odkładania na emeryturę, bo dziś robi to zaledwie 5 proc. dorosłych.

W przyszłości Wysokość emerytury w Polsce będzie na poziomie nie większym niż 40 proc. naszych ostatnich zarobków. To oznacza, że osoba, która dzisiaj zarabia 1 tys. zł na emeryturze będzie dostawać nie więcej niż 400 zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Rusewicz, prezes Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych. – Po drugie, co jest równie ważne, dzisiaj tylko niespełna 1 proc. osób otrzymuje minimalną emeryturę. A za około 60 lat odsetek ten ma wzrosnąć do prawie 50 proc.

Jedynym pewnym sposobem na to, by na emeryturze utrzymać dotychczasowy standard życia, jest oszczędzanie. Ułatwić odkładanie na ten okres miał III filar, jednak dziś na indywidualnych kontach emerytalnych i indywidualnych kontach zabezpieczenia emerytalnego oszczędza niespełna 5 proc. Polaków. Produkty te oferują pewne zachęty, jednak w opinii ekspertów nie są one wystarczająco atrakcyjne.

Odkładający pieniądze w IKE są zwolnieni z podatku Belki od zysków kapitałowych, zaś posiadacze IKZE mogą wprawdzie część składek odpisać od podstawy opodatkowania, jednak to, co zaoszczędzą, zostanie obłożone podatkiem, gdy przejdą na emeryturę.

W styczniu opublikowano raport przygotowany dla Kancelarii Prezydenta, w którym proponuje się dość istotne zmiany w III filarze i jego zdecydowaną popularyzację – informuje Małgorzata Rusewicz. – Te rozwiązania miałyby objąć około 40 proc. wszystkich obywateli. Co ważne, są one kierowane do osób mniej zamożnych, które mniej dzisiaj zarabiają i które nie odkładają na swoją przyszłość emerytalną.

Jak podkreśla, pojawiła się m.in. propozycja, że po przyjęciu do pracy nowy pracownik zostaje automatycznie zapisany do programu emerytalnego. W każdej chwili może z niego wystąpić, ale wtedy musi już podjąć świadomą decyzję i się pod nią podpisać. Składka lub część składki do tego funduszu będzie pochodziła np. z funduszu świadczeń socjalnych.

Wiąże się z tym wiele pytań i problemów – przyznaje prezes IGTE. – Na taką decyzję muszą się zgodzić i związki zawodowe, i pracodawcy. Myślę, że to jest pomysł, który jest dobrym początkiem do dalszej dyskusji.

Taki pomysł nie rozwiąże jednak problemów większości polskich pracowników. W obecnej wersji dotyczy bowiem tylko tych osób, które zatrudnione są w dużych i średnich firmach.

Nie obejmuje on osób pracujących w małych firmach, gdzie nie ma funduszu świadczeń socjalnych – zwraca uwagę Małgorzata Rusewicz. – Nie dotyczy też samozatrudnionych. To jest taka przestrzeń, nad którą trzeba pracować, ale na pewno te propozycje, które się pojawiły, mogą przyczynić się do wzrostu emerytur w przyszłości nawet o 20 proc., a więc na pewno jest to warte rozważenia.

Ustawa o OZE czeka na podpis prezydenta. Nowe regulacje pomogą spełnić wymogi UE

0

Do roku 2030 energia wytwarzana ze źródeł odnawialnych ma stanowić 27 proc. całości energii produkowanej w Unii. Przyjęta w ostatni piątek ustawa o OZE, która czeka na podpis prezydenta, może pomóc Polsce wypełnić te zobowiązania. Dziś z odnawialnych źródeł pochodzi ok. 11 proc. energii.

Jesteśmy zainteresowani rozwojem sektora odnawialnych źródeł energii – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Łukaszewski, prezes zarządu Schneider Electric Polska. – Mam nadzieję, że pakiet wsparcia zaproponowany w ustawie o OZE doprowadzi do istotnego rozwoju tego rynku w Polsce. W naszym kraju energia ze źródeł odnawialnych stanowi około 11 proc. całości.

Zgodnie z pakietem 3×20 do 2020 roku w UE 20 proc. energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych. Dla Polski cel ten to 15,5 proc. Unia Europejska chce, żeby do roku 2030 energia produkowana z odnawialnych źródeł energii (OZE) stanowiła 27 proc. całości energii wytwarzanej w państwach członkowskich.

Polska pod tym względem nie należy do liderów. Zdaniem Łukaszewskiego jest jednak szansa na to, że uchwalona ostatecznie przez Sejm 20 lutego ustawa o OZE przyspieszy rozwój tego rodzaju instalacji w naszym kraju.

Ambicją ustawy jest dojście do 15 proc. – komentuje Jacek Łukaszewski. – Aby to było możliwe, konieczna jest zmiany struktury OZE. Obecnie istotny procent z tego stanowi spalanie biomasy [ulegające biodegradacji frakcje odpadów z produkcji rolnej, leśnej, a także pozostałości przemysłowe i komunalne – red.]. Mam nadzieję, że nowe prawo zmieni także strukturę i energia pochodząca z farm wiatrowych oraz elektrowni fotowoltaicznych będzie stanowić większość.

W Niemczech odnawialne źródła produkują ponad 27 proc. energii, wypierając produkcję opartą o węgiel brunatny. Najwięcej energii Niemcy wytwarzają z wiatru, biomasy i odpadów oraz fotowoltaiki.

Doświadczenia innych krajów wskazują, że bez odpowiedniego pakietu wsparcia i korzystnych regulacji prawnych sektor ten nie rozwija się należycie – wskazuje Łukaszewski. – We wszystkich krajach, w których wprowadzano w życie tego rodzaju rozwiązania, były pakiety wsparcia.

Nowe prawo preferuje prosumentów, czyli osoby indywidualne wytwarzające energię głównie na potrzeby własne, a ewentualne nadwyżki sprzedające do sieci. Zgodnie z ustawą posiadacze przydomowych mikroinstalacji o mocy do 10 kW mają zagwarantowane odkupienie nadwyżek po cenie wyższej niż rynkowa.

Widzimy, że nasz kraj zmierza powoli we właściwym kierunku. Jako dostawca rozwiązań w tym zakresie chcielibyśmy, żeby to się działo szybciej, ale kierunek jest właściwy. Zarówno efektywność energetyczna, modernizacja źródeł wytwarzających energię, jak i odnawialne źródła energii w naszym kraju się rozwijają. Mam nadzieję, że nowa perspektywa budżetowa UE, perspektywa 2040 roku, nowa ustawa o odnawialnych źródłach energii przyspieszą ten proces – mówi prezes Schneider Electric.

W IT, przemyśle i energetyce spodziewane są dwucyfrowe wzrosty płac

CEO Magazyn Polska

Rynek pracy staje się coraz korzystniejszy dla pracowników. Płace idą w górę średnio o ponad 3 proc., w niektórych sektorach wzrosty są dwukrotnie wyższe, szczególnie w bardziej wyspecjalizowanych dziedzinach. W tym roku dysproporcja we wzroście wynagrodzeń będzie również widoczna. Na największe podwyżki, nawet dwucyfrowe, mają szanse pracownicy IT, energetyki i przemysłu.

Rynek pracownika widzimy przede wszystkim w tych branżach, które są związane z rosnącymi trendami, takimi jak globalizacja. Mowa na przykład o tworzeniu globalnych sieci service centers, zarządzaniu łańcuchem dostaw lub tych związanych z coraz większą digitalizacją naszego życia, to pracownicy IT, e-commerce i wszystkiego, co związane z internetem – mówi agencji Newseria Biznes Michał Młynarczyk, dyrektor zarządzający w Hays Poland.

W branży IT brakuje już ok. 50 tys. informatyków, a zapotrzebowanie na nich stale rośnie. Jak wynika z „Raportu płacowego 2014” przygotowanego przez firmę Hays, sektor IT od lat zwiększa zatrudnienie. Poszukiwani są m.in. specjaliści od systemów CRM i programiści.

Rośnie wartość sektorów e-commerce i m-commerce, a to oznacza, że pojawi się więcej miejsc pracy, przede wszystkim dla osób tworzących strategię rozwoju platform tego typu.

Widzimy też, że wraz ze starzejącym się społeczeństwem jest coraz większy nacisk na tworzenie miejsc pracy związanych z dostarczaniem usług dla takiej grupy. Powstają centra opieki, szpitale prywatne i kliniki. Będzie postępowała centralizacja tych usług, więcej firm spoza tego sektora stara się inwestować w prywatną opiekę medyczną i będzie z pewnością duże zapotrzebowanie na tego typu specjalistów – ocenia Młynarczyk.

Dobre lata mają przed sobą rynek turystyczny i rekreacyjny. Jak podkreśla ekspert, oferta turystyczna nie jest jeszcze wystarczająco rozbudowana, a wraz ze wzrostem zamożności społeczeństwa będzie rosło również zainteresowanie rozrywką i rekreacją. Dlatego te sektory mogą notować systematyczny wzrost. Zmienia się też sytuacja w przemyśle, gdzie pojawia się więcej ofert dla wykształconych specjalistów.

Widzimy coraz więcej stanowisk związanych z automatyzacją procesów, ze zmniejszeniem kosztów wytwarzania, czyli dla wysoko wykwalifikowanych inżynierów. Wbrew pozorom to już nie są najprostsze profile, ale osoby po wieloletnim kształceniu kierunkowym – tłumaczy ekspert. – To są również różnej maści specjaliści znający bardzo wąskie wycinki, również od jakości procesu, bezpieczeństwa i higieny pracy.

Poprawa sytuacji na rynku pracy w poszczególnych sektorach przekłada się na wyższe płace. Jak jednak podkreśla ekspert z Hays, zyskają przede wszystkim osoby z wyższym wykształceniem i doświadczeniem, specjaliści w danej dziedzinie. Średnio wynagrodzenie rośnie o ponad 3 proc., jednak w przypadku węższych specjalizacji, gdzie specjalistów jest mniej, zarobki są wyższe o ok. 7 proc. i będą też szybciej rosły.

Nawet dwucyfrowy wzrost pensji będzie można zaobserwować w branży przemysłowej, energetycznej czy związanej ze służbą zdrowia – przyznaje ekspert.

Zdecydowanie najlepsza sytuacja pod względem wynagrodzenia panuje w branży IT, gdzie pensje powoli zrównują się z europejskimi. W ubiegłym roku, jak wynika z raportu Hays, płace wzrosły nawet o 15-20 proc.

Nasi informatycy częściej wybierają samozatrudnienie zamiast pracy na etacie. Praca w elastycznym wymiarze sprawia, że ich pensje rosną nawet dwukrotnie w stosunku do etatu – podkreśla Młynarczyk. – Za kilkanaście lat prawdopodobnie będziemy mówili o tych samych poziomach co w Europie i pracodawcy zaczną patrzeć za naszą wschodnią granicę, aby pozyskać tańszych informatyków.

Coraz większa konkurencja na warszawskim rynku powierzchni biurowych. Biurowców przybywa szybciej niż chętnych na ich wynajem

Warszawski rynek powierzchni biurowych jest coraz bardziej konkurencyjny. Deweloperzy budujący niewyróżniające się biurowce mogą mieć problem ze znalezieniem najemców, podobnie jak właściciele starszych nieruchomości. Popyt cały czas rośnie, przewyższa go jednak podaż.

Popyt na powierzchnie biurowe cały czas jest, jednak w ostatnich dwóch latach znacznie wzrosła podaż. Na Służewcu i przy rondzie Daszyńskiego dużo się buduje. To nie jest tak, że popyt maleje, tylko podaż rośnie szybciej niż popyt. Sądzę, że znalezienie najemców na lokale w budynkach, które już mają kilka lat, oraz na te w budynkach, które niczym się nie wyróżniają, będzie nie lada wyzwaniem – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Michał Skotnicki, prezes zarządu BBI Development.

Według niego warszawski rynek nieruchomości jest już bardzo dojrzały, o czym świadczą stosunkowo niskie marże, a także liczba rozpoczynanych inwestycji mieszkaniowych i biurowych. Transakcje cały czas będą następować, ale inwestorzy i deweloperzy muszą myśleć o działaniach, które pozwolą im się wyróżnić na coraz bardziej konkurencyjnym rynku.

Na rynku powierzchni biurowych problemu ze znalezieniem najemców nie będą mieli właściciele najwyższej klasy budynków w centrum biznesowym miasta. W przypadku innych inwestycji coraz ważniejsze będzie wyróżnienie się lokalizacją, architekturą lub innymi cechami.

Michał Skotnicki podaje przykład Konesera – inwestycji BBI Development na warszawskiej Pradze, która łączy funkcję mieszkalną, handlową, biurową, a nawet muzealną, wykorzystując dawny teren Warszawskiej Wytwórni Wódek „Koneser”.

Ostatni segment rynku to oczywiście handel i centra handlowe – tutaj popyt ze strony sieci jest niezmienny, natomiast nie ma nowych lokalizacji. Od czasu Złotych Tarasów jedyne centrum handlowe uruchomione w granicach Warszawy to Plac Unii – mówi Skotnicki.

Zapowiada, że pomimo wzrostu konkurencyjności rynku warszawskiego BBI Development nadal będzie traktować Warszawę jako swój priorytet. Nie wyklucza inwestycji w innych miastach, choć podkreśla, że stolica na pewno będzie najważniejszym rynkiem dla spółki. BBI Development cały czas szuka nowych szans na pozyskanie odpowiednich terenów inwestycyjnych. Do najważniejszych projektów spółki należą m.in. realizowana Złota 44, a także dwa projekty w przygotowaniu, czyli Roma Tower u zbiegu ulic Emilii Plater i Nowogrodzkiej oraz Centrum Marszałkowska u zbiegu ulic Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej.

Uczelnie prywatne coraz chętniej nawiązują współpracę z biznesem

 

Łatwiejszy proces decyzyjny i większa elastyczność sprawiają, że uczelnie prywatne mają więcej możliwości współpracy z przedsiębiorstwami niż uczelnie publiczne. Obie strony coraz chętniej taką współpracę nawiązują. Dla szkół to szansa na bardziej atrakcyjne kierunki i programy studiów. Dla firm to okazja, by pozyskać dobrze wykształconych pracowników.

Uczelnie prywatne mają większą elastyczność w rozwoju relacji z biznesem niż publiczne ze względu na elastyczność struktur organizacyjnych, łatwiejszy proces decyzyjny w podejmowaniu decyzji o uruchomieniu kierunku – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Centrum Kształcenia Podyplomowego z Uczelni Łazarskiego. – To są najczęściej też mniejsze organizacje niż uniwersytety, które mają bardzo rozbudowane rady wydziału, senat, przez co ten proces jest tam zdecydowanie bardziej skomplikowany.

Jak podkreśla, problemem może też być pokusa, by program – tworzony przy współpracy z biznesem – był realizowany przez kadrę wykładowców na stałe pracujących na danej uczelni. To nie zawsze jest zgodne z tym, czego oczekują pracodawcy, czyli zleceniodawcy.

Oni, mówiąc o współpracy, stawiają, jak to w biznesie jest normą, pewne oczekiwania wobec programu czy sposobu jego realizacji. Żeby mogło dochodzić do tej symbiozy, dwie strony muszą być otwarte na swoje potrzeby i na swoje oczekiwania – podkreśla Gałązka-Sobotka.

Biznes współuczestniczy w tworzeniu oferty Uczelni Łazarskiego. Mowa tu o studiach licencjackich, magisterskich i podyplomowych. Dzięki takiej kooperacji proces nauczania bardziej dostosowany jest do wymagań rynku pracy, a pracodawcy mają dostęp do wykwalifikowanej kadry.

Mamy bardzo dobre doświadczenia ze współpracy z biznesem – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka. – Większość naszych kierunków studiów podyplomowych tworzona jest we współpracy z pracodawcami, przedsiębiorcami, izbami ich zrzeszającymi bądź po prostu przedstawicielami biznesu, którzy w roli kierowników studiów i wykładowców pełnią rolę łącznika pomiędzy środowiskiem biznesu, które ma pewne oczekiwania, a środowiskiem akademickim, które ma z kolei dostęp do najnowszej wiedzy.

Dobre doświadczenia ze współpracy wynikają z modelu współpracy przyjętego przez uczelnię i przedstawicieli biznesu. Jak podkreśla ekspertka, do tego potrzebna jest duża doza zaufania z obu stron.

Pracodawca musi ufać uczelni, powierzając jej swoją wiedzę i angażując pracowników w proces kształcenia czy identyfikowania potrzeb, jakie są przesłanką do budowania programu – mówi dr Gałązka-Sobotka. – Ale także środowisko akademickie powinno chcieć sięgać po tę wiedzę. Jak widzimy z praktyki innych ośrodków naukowych, nie zawsze to się udaje.

Zdaniem dyrektor Centrum Kształcenia Podyplomowego na Uczelni Łazarskiego niepowodzenia kooperacji świata biznesu ze środowiskiem akademickim mogą wynikać z tego, że często uczelnia aż nadto chroni swoją autonomię i w dostatecznym stopniu nie wprowadza zaleceń przedsiębiorców do swoich programów. W związku z tym rekomendacje biznesu często nie znajdują urzeczywistnienia w procesie dydaktycznym.

– Zaproponowaliśmy od samego początku otwartą formułę – tłumaczy dr Gałązka-Sobotka. – Staramy się bardzo krytycznie analizować problem, identyfikować potrzebę, jaka jest na rynku i znaleźć sposób na jej zaspokojenie, nie próbując jednocześnie maksymalizować naszych organizacyjnych potrzeb czy celów.

Wspólnym celem przy współpracy powinno być dostarczenie na rynek pracy wykwalifikowanej kadry, na którą będzie zapotrzebowanie.

Zasadniczą przesłanką biznesu nie jest wcale wizja rozwoju szkolnictwa wyższego, tylko zaspokojenie swojego strategicznego celu, jakim jest poprawa jakości kandydata do pracy – informuje dr Małgorzata Gałązka-Sobotka. – W związku z tym nasze studia to przestrzeń rekrutacyjna, miejsce, w którym podczas studiów można pozyskać jednocześnie pracę. Wśród wykładowców są potencjalni pracodawcy, którzy wsłuchując się i obserwując naszych słuchaczy, mają z tyłu głowy cel, jaki im przyświeca, czyli pozyskanie ciekawych, nowych osób do pracy.

Jak wynika z danych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego na rok akademicki 2014-2015 przyjęto łącznie ponad 462 tys. osób. W uczelniach publicznych będzie kontynuować naukę ponad 256 tys. maturzystów, o 2,1 proc. mniej niż rok wcześniej. W przypadku placówek niepublicznych spadek był większy i wyniósł blisko 10 proc. Na rok akademicki 2014-2015 przyjęto tam blisko 69 tys. osób (rok wcześniej spadek wyniósł 17 proc.). Nowe programy studiów, tworzone przy współpracy z biznesem, uczelnie traktują jako sposób na przyciągnięcie większej liczby studentów.

Polacy chętnie odwiedzają outlety. Przyciągają one też coraz więcej marek

 

Jeszcze kilka lat temu Polacy odwiedzali tego typu centra handlowe 3-4 razy w roku, dziś robią to znacznie częściej. Sieć outletów Factory, należąca do hiszpańskiej firmy Neinver, zanotowała w ubiegłym roku 20-proc. wzrost sprzedaży i 10-proc. wzrost odwiedzalności. W tym roku też liczy na wzrosty. Tym bardziej że na sprzedaż w outletach decyduje się coraz więcej marek.

Spodziewamy się, że w 2015 odnotujemy kolejny wzrost zarówno sprzedaży, jak i liczby odwiedzających nas klientów mówi agencji informacyjnej Newseria Monika Olejnik-Okuniewska, senior marketing & PR manager w Neinver Polska.

Model sprzedaży outletowej, jaki stosuje w swych centrach Neinver, opiera się na znaczących obniżkach cen produktów, głównie ubrań znanych marek. Jak tłumaczy przedstawicielka Neinver Polska, klienci robią dużo większe zakupy, kiedy mogą kupować w cenach obniżonych o 30, a nawet 70 proc. Takie zaś oferowane są w outletach przez cały rok.

Średnio nasi klienci wydają od kilkudziesięciu do kilkuset złotych, to wszystko zależy od sezonu. Oczywiście najwięcej wydają w momencie, kiedy wprowadzone są nowe kolekcje i wtedy, kiedy ludzie naturalnie chodzą na zakupy po nowe rzeczy, czyli wiosną, latem, jesienią i zimą. Duży wzrost średniego paragonu notujemy również w trakcie rozsprzedaży, czyli w czasie, kiedy nasze ceny spadają nawet o 80 proc.

Neinver podkreśla, że cały czas szuka nowych oferty dla klientów. Obecnie negocjuje kilkanaście nowych kontraktów z nowymi markami, zapowiada premiery na polskim rynku outletowym przede wszystkim w sektorze mody oraz odzieży sportowej.

Widzimy, że nasi klienci bardzo lubią wracać do naszych centrów ocenia Monika Olejnik-Okuniewska. Jeszcze kilka lat temu przyjeżdżali do nas średnio 3 czy 4 razy w roku. Liczba wizyt w naszych centrach outletowych jednak co roku rośnie i spodziewamy się, że ten trend będzie zachowany. Ludzie coraz częściej będą wybierali centra outletowe, będą przychodzić do nich zamiast do tradycyjnych centrów handlowych.

Łącznie sklepy w centrach Factory odwiedziło w zeszłym roku 13 mln klientów, o milion więcej niż w 2013 roku. Sieć Factory to w tej chwili 84 tys. mkw. powierzchni handlowej w pięciu centrach w czterech miastach. Neinver oczekuje w 2015 roku ok. 5-proc. wzrostu odwiedzalności i 10-proc. wzrostu sprzedaży w centrach Factory. Zakłada, że w tym roku najbardziej dynamicznie będą się rozwijać najnowsze i tym samym największe obiekty: Factory w Krakowie, które działa od 2011 roku, świeżo zmodernizowane Factory w Warszawie-Ursusie oraz Factory Warszawa Annopol.

Sukces sieci bierze się przede wszystkim z unikalnego konceptu, który na polskim rynku jest obecny już 12 lat ocenia Monika Olejnik-Okuniewska. W tej chwili jest to łącznie 5 centrów outletowych w największych miastach w Polsce. Każde z nich ma kilkanaście tysięcy metrów kwadratowych powierzchni handlowej, czyli nieco mniej niż w regularnych galeriach handlowych. Sukces ten bierze się z tego, że mamy bardzo dużo marek, przede wszystkim modowych, tych najpopularniejszych w Polsce i za granicą.