Elektronika noszona może stać się atrakcyjna dla reklamodawców

 

Krokomierze, czujniki pulsu, smartwatche – elektroniczne urządzenia do noszenia (tzw. wearables) stały się coraz popularniejsze. Choć rynek wciąż jest nieduży, to marketerzy i firmy uważnie mu się przyglądają. Urządzenia te pozwalają zbierać coraz więcej danych o użytkownikach. Mały ekran ogranicza jednak możliwość wyświetlania reklam.

Na razie rynek tych urządzeń jest dosyć mały. Nie jest to rewolucja, z jaką mieliśmy do czynienia w przypadku smartfonów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ewa Zakrzewska, strateg w agencji Next, należącej do Grupy Starcom MediaVest. ‒ Na razie najpopularniejszymi urządzeniami są te z kategorii fitness, lifestyle i zdrowie, czyli smartwatche, dzięki którym łatwo możemy mierzyć kroki i puls, czy opaski fitness, które mierzą naszą aktywność w ciągu dnia, a w nocy sprawdzają, jak śpimy.

Zakrzewska zwraca uwagę na to, że w Polsce te urządzenia są jeszcze bardzo mało popularne, ale nawet na świecie nie ma ich wiele. Wearables, czyli elektronika ubieralna, nie są produktem masowym, ale zmienić może to ofensywa któregoś z producentów. Rozwój nowych funkcji wearable jest trochę prowokowany przez producentów smartfonów – z jednej strony wbudowują w telefony aktywności, które realizowały do tej pory opaski, ale z drugiej tworzą nowe platformy wymiany danych.

Na razie twórcy reklam i deweloperzy aplikacji są umiarkowanie zainteresowani wearables, nie tylko z powodu niewielkiej ich liczby, lecz także z powodu wymagań, jakie stawiają przed nimi te urządzenia.

Sam wygląd tych urządzeń jest wyzwaniem dla deweloperów i marketerów, dlatego że muszą przyzwyczaić się do tworzenia treści na dużo mniejszy ekran niż smartfon, a to już było dla nich pewnym wyzwaniem – podkreśla Zakrzewska. ‒ Muszą się też nauczyć, jak wykorzystać ten mały ekran, jak do niego tworzyć i jak ten przekaz sformułować, żeby był zrozumiały dla użytkownika.

Na razie urządzenia typu wearables są wykorzystywane przede wszystkim do zbierania danych. Wiele z nich ma zresztą tylko taką funkcję, bo np. opaski fitness nie mają ekranu i zaczynają być funkcjonalne dopiero po sparowaniu ze smartfonem. To również jest szansa dla reklamodawców i marketerów. Zakrzewska tłumaczy, że np. ubezpieczyciele mogą skorzystać z gromadzonych w ten sposób danych o codziennej aktywności klienta, co pozwoli na znacznie lepszą ocenę ryzyka ubezpieczeniowego i wycenę składek.

Na pewno część urządzeń daje takie możliwości, żeby budować aplikacje na produkty i to będzie jedna z możliwych dróg, żeby prowadzić komunikację z użytkownikami, lepszą niż bannery na ekranach takich urządzeń – dodaje Zakrzewska.

Zaznacza, żeby nie wiązać przyszłości wearables z informacją Google’a o zakończeniu projektu Google Glass. Choć było to urządzenie z kategorii wearables, Zakrzewska zwraca uwagę na to, że spełniało inne funkcje niż większość podobnych sprzętów.

Google Glass to urządzenie, które mówi nam o innych. Natomiast smartwatche, opaski czy nawet koszulki, bo są nawet koszulki, które są naszpikowane technologią, monitorują nasz sposób życia, nasze zdrowie i to, jak zachowuje się nasz organizm – wyjaśnia Zakrzewska.

Dodaje, że osoby korzystające z Google Glass często były traktowane nieprzychylnie, a czasem dochodziło nawet do aktów agresji wobec nich. Powodem było to, że okulary te miały docelowo umożliwiać błyskawiczne pozyskanie informacji o oglądanych miejscach oraz osobach, co wielu uważało za naruszenie prywatności.

Klastry szansą na innowacyjność małych i średnich przedsiębiorstw. UE wspiera ich rozwój w tej perspektywie finansowej

Kolejne lata będą sprzyjały zacieśnianiu współpracy między przedsiębiorstwami w ramach jednej gałęzi gospodarki czy regionu. Tworzenie i działalność klastrów wspierać będą również pieniądze z UE przekazywane w ramach programów krajowych i regionalnych. To szansa na zwiększenie innowacyjności małych i średnich firm, które coraz chętniej włączają się w działalność klastrową.

Następuje coraz większe integracja przedsiębiorców klastra. Chodzi o to, żeby skupiska oparte na funkcjonowaniu dużych firm włączały do kooperacji również małe i średnie przedsiębiorstwa i razem tworzyły zaplecza dostępu do nauki, badań, edukacji czy innowacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Dondelewski, ekspert Związku Pracodawców Klastry Polskie. – Ten sposób funkcjonowania klastrów jest coraz częściej bliższy praktyce biznesowej, a dzięki temu wykorzystanie środków unijnych będzie lepsze, bo trafią one do projektów realizowanych w ramach współpracy przedsiębiorstw , a to jest najważniejszy czynnik rozwoju klastrów.

Zarówno krajowe, jak i unijne dokumenty mówią o klastrach jako o specjalizacjach lokalnych i regionalnych, na których powinien opierać się rozwój gospodarczy. W perspektywie na lata 2014-2020 Unia Europejska mocno wspiera ich rozwój.

Klastry to organizacje, do których należą jednocześnie współpracujący i konkurujący ze sobą – na danym obszarze lub w danym segmencie – przedsiębiorcy: producenci, dostawcy, a także różnego typu instytucje. W badanych w ubiegłym roku przez PARP 35 klastrach ponad 80 proc. to przedsiębiorcy (ponad 94 proc. to mikro-, małe i średnie firmy). Dwa lata temu stanowili 74 proc., co świadczy o rosnącym zainteresowaniu uczestnictwem w klastrach. W ciągu dwóch lat liczba członków klastrów wzrosła o ok. 41 proc.

Początkowo klastry kojarzono wyłącznie z branżami wysokich technologii, takimi jak lotnictwo, przemysł biotechnologiczny czy branża informatyczna. Ostatnio zaczyna się to zmieniać.

Ostatnio aktywny jest na przykład sektor rolno-spożywczy. Przetwórstwo rolno-spożywcze w całym łańcuchu kooperacji  od dostawców do eksportu polskich produktów – próbuje współpracować w formule klastrów współpracować – mówi Dondelewski.

Wciąż jednak kojarzą się one z dużą innowacyjnością. Z badania PARP wynika, że ponad połowa przedsiębiorstw należących do klastrów zadeklarowała prowadzenie działalności badawczo-rozwojowej, a 58 proc. zadeklarowało wdrożenie innowacji w ostatnich dwóch latach.

Widzimy klastry, które wkraczają w obszar nowych technologii. Obserwujemy dużą dynamikę na rynku ICT, zawiązywanie klastrów wokół technologii komunikacyjnych i informatycznych, poza tym branża farmaceutyczna, sektor medyczny, sektor biotechnologii. Powstają klastry biotechnologiczne, które realizują pewne procesy i technologie, produkty, które wymagają współpracy z nauką wysokich technologii – wymienia Dondelewski.

Co ważne, powstają też inicjatywy współpracy w obszarach przemysłowych. W kierunku klastrów coraz chętniej zmierzają strefy ekonomiczne. Jak podkreśla ekspert, powstają również inicjatywy o charakterze edukacyjnym, technicznym, ale też klastry w dziedzinach artystycznych, designerskich, jak np. w branży meblowej.

Nowym wyznacznikiem na pewno będzie rozwój eksportu. Klastry są doskonałymi strukturami, w których przedsiębiorcy mogą sami realizować wejście na rynek, konsolidując swoje produkty i sprzedając je w formułach, jakie są dla nich najkorzystniejsze – mówi Dondolewski.

W Polsce istnieje blisko 200 organizacji tego typu, a w całej Europie jest ich niemal dziesięć razy więcej. Realia działania polskich podmiotów różnią się od rzeczywistości w innych państwach europejskich. Dofinansowanie jest tam na zdecydowanie wyższym poziomie. W 2014 roku zakończono konsultacje dotyczące polityki klastrowej i możliwości wsparcia tych inicjatyw. Zgodnie z rekomendacjami Grupy roboczej ds. polityki klastrowej i innymi dokumentami klastry powinny być wspierane m.in. w działalności badawczo-rozwojowej, eksporcie, podnoszeniu kwalifikacji kadr, pobudzaniu współpracy branżowej i powstawania nowych przedsiębiorstw. Pomoc powinna być skierowane szczególnie do klastrów o największym potencjale konkurencyjnym. Ich wybór powinien więc skutkować koncentracją środków publicznych (w tym funduszy z Unii Europejskiej).

Dynamiczny wzrost sprzedaży multimediów w formie cyfrowej. Dystrybutorzy gier podwajają przychody

Sprzedaż multimediów w formie cyfrowej, a szczególnie gier komputerowych i książek, szybko rośnie. Wciąż jednak stanowi kilka procent rynku, podczas gdy w Niemczech czy Skandynawii jej udział sięga 20-30 proc. To świadczy o dużym potencjale wzrostu, dlatego już dziś producenci inwestują w segment tzw. phygital, czyli łączą wersje cyfrowe multimediów z tradycyjnymi.

– Cyfrowa sprzedaż jest dużo bardziej przyszłościowa niż sprzedaż tradycyjna, bo wciąż nasycenie sieciowej dystrybucji sprzedaży jest bardzo małe w stosunku do Niemiec czy północnej Europy, gdzie ta dystrybucja waży w rynku już 20 proc., niekiedy nawet 30 proc., a w Polsce to ciągle zaledwie parę procent – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Gembicki, dyrektor zarządzający CDP.pl, dystrybutora m.in. gier, filmów i książek.

W ocenie Gembickiego dla spółki przychody z cyfrowej dystrybucji mieszczą się w granicach 10-20 proc. Mimo tego ta część biznesu online szybko rośnie. Poza tym w cyfrowej sprzedaży można uzyskać dużo wyższe marże.

– Cyfrowa dystrybucja jest zjawiskiem, które cechuje przede wszystkim bardzo duża dynamika. Mówiąc z perspektywy własnych wyników, przyrost w wypadku gier to 100 proc., czyli dwukrotnie wzrasta nam obrót tej kategorii z roku na rok. Podobnie wygląda to w książce. Natomiast wyjściowo to ciągle mała część obrotu, jaki można uzyskać na rynku – mówi dyrektor zarządzający Cdp.pl.

Jak podkreśla, dlatego właśnie spółka stawia na tzw. phygital, czyli ofertę łączącą produkty fizyczne i cyfrowe. Chodzi np. o jednoczesną sprzedaż e-booka i książki w formie tradycyjnej.

– Dzisiaj klienci, którzy uważają cyfrową dystrybucję za zbyt skomplikowaną, za 2-3 lata przekonają się do niej. My już dzisiaj budujemy bazę przyszłych klientów, którzy dojrzeją do tej dużo atrakcyjniejszej formy sprzedawania mediów, jakim jest bezpośrednia sprzedaż przez internet – zaznacza ekspert.

Tradycyjny kanał dotarcia do klientów nie zniknie jednak całkowicie. Zdaniem Gembickiego sprzedaż tradycyjna w Polsce i na całym świecie faktycznie zaczyna mieć problemy, które wynikają z rosnącej dominacji internetu. Mimo tego na rynku pozostaną kolekcjonerzy pragnący posiadać produkt fizyczny na półce.

– Widać to dosyć wyraźnie w trendzie płyt winylowych, które wracają do łask. Mimo że wszystkiego można słuchać cyfrowo przez iTunes bądź inne aplikacje, to jest duża grupa ludzi, która chce mieć czarne płyty w domu. Wierzę zatem, że ciągle dystrybucja fizyczna pozostanie w sklepach, tylko zmieni swoją funkcję. Sklepy staną się takimi show-roomami, w których będziemy oglądać produkty, dotykać, ale kupować będziemy przez internet – prognozuje Michał Gembicki.

Jego zdaniem rynek gier w Polsce jest już bardzo mocno związany z globalnym rynkiem. Na polskim rynku ciągle największym wyzwaniem jest stosunkowo wysoka cena szczególnie gier, mimo że średnio nadal jest ona niższa niż w Europie Zachodniej. Rynek cyfrowej dystrybucji zdecydowanie rośnie.

– Z kolei drugi segment rynku w postaci sprzedaży fizycznej w sklepach znajduje się na dojrzałym i stabilnym poziomie, na którym nie odnotowywane są już znaczne wzrosty – podsumowuje Gembicki.

Pokolenie Y oczekuje, że biznes będzie rozwiązywał problemy świata

W ciągu najbliższych 10 lat pokolenie Y będzie stanowiło 75 proc. siły roboczej na świecie, a tym samym jego wpływ na kształt biznesu rośnie. Millenialsi dostrzegają ogromną lukę pomiędzy oczekiwaniami wobec firm a ich rzeczywistym działaniem na rzecz społeczności lokalnych. Choć 73 proc. reprezentantów generacji Y wierzy w to, że biznes ma pozytywny wpływ na społeczeństwo, to w ocenie aż 75 proc. badanych skupia się on przede wszystkim na swoich produktach/usługach i zyskach, zamiast przyczyniać się do poprawy dobra ogółu. Dlatego, jak wynika z globalnego badania „The 2015 Deloitte Millennial Survey. Mind the gaps”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, firmy powinny dokonać poważnych zmian w swoim postępowaniu, jeśli chcą przyciągnąć i utrzymać pracowników z pokolenia Y.

W czwartej edycji autorskiego badania firmy Deloitte wzięło udział ponad 7,8 tys. przedstawicieli pokolenia Y, urodzonych po 1982 roku i zamieszkujących 29 krajów świata. Wszyscy respondenci to absolwenci szkół wyższych, zatrudnieni w pełnym wymiarze godzin w prywatnych firmach, w których pracuje ponad sto osób.

Tegoroczne badanie (podtytuł raportu: Mind the gaps) miało na celu zidentyfikowanie różnic w postrzeganiu działalności biznesu oraz wpływu firm na społeczeństwo w porównaniu z wyznawanymi przez młodych ludzi ideałami (oczekiwania pokolenia Y versus stan faktyczny wg. pokolenia Y).

Badanie luk dotyczyło czterech obszarów ocenianych przez Y-ki :

  •  luka intencyjna (intention gap) – świadomy wpływ firm na społeczność a oczekiwania,
  • luka przywódcza (leadership gap) – koncentracja na ludziach a nacisk na wyniki,
  • impact gap czyli luka pomiędzy oczekiwaniami dotyczącymi wpływu biznesu na społeczeństwo, rozwój gospodarczy, ochronę środowiska, rozwiazywanie problemów świata etc, a tym jakie jest rzeczywiste oddziaływanie biznesu,
  • confidence gap – jakie jest indywidualne poczucie komfortu pracownika, czynniki zadowolenia, różnice w definicji satysfakcji w pracy, cele rozwoju zawodowego i awansu; równice pomiędzy mężczyznami a kobietami.

Badanie pokazało wyraźnie, że pokolenie Y nie ma złudzeń, co do zbyt małej roli, którą dziś w życiu społecznym odgrywa biznes. 73 proc. reprezentantów tej generacji wierzy, że ma on pozytywny wpływ na społeczeństwo. Z drugiej strony 75 proc. uważa, że firmy skupiają się przede wszystkim na własnych interesach, zamiast przyczyniać się do poprawy sytuacji ogółu. Co ciekawe, o pozytywnym wpływie biznesu, w większym stopniu przekonani są młodzi ludzie z rynków wschodzących, gdzie taką odpowiedź wybrało 82 proc. badanych. W krajach rozwiniętych było to o 20 p.p. mniej.” –wyjaśnia Jacek Kuchenbeker, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte, a także ekspert w zespole Sustainability Services Central Europe.

Millenialsi co prawda przyznają, że biznes bierze udział w rozwiązywaniu ważnych kwestii społecznych, ale mają wątpliwości co do motywacji tych działań. Jedynie 52 proc. ankietowanych określiło zachowanie środowisk biznesowych, jako etyczne. Opinia młodych mieszkańców krajów rozwiniętych była pod tym względem znacznie bardziej krytyczna niż w krajach rozwijających się (odpowiednio 41 i 61 proc.).

Sześciu na dziesięciu przedstawicieli pokolenia Y twierdzi, że „poczucie celu” (misja/ pozytywny sens pracy) było jednym z powodów, dla którego zdecydowali się pracować w obecnym miejscu zatrudnienia. Ich zdaniem biznes powinien koncentrować się przede wszystkim na: [1]

  • kreowaniu miejsc pracy (36 proc. ankietowanych),
  • generowaniu zysku (34 proc.),
  • poprawie sytuacji lokalnego społeczeństwa (27 proc.),
  • kreowaniu innowacji (26 proc.),
  • umożliwienie postępu i rozwoju gospodarczego (25 proc.).

Jednocześnie tylko 17 proc. ankietowanych uważa, że biznes faktycznie podejmuje działania w kierunku pozytywnej społecznej zmiany. O tym, że skupia się przede wszystkim na generowaniu zysku było przekonanych aż 44 proc. badanych. „Młodzi ludzie nie negują podstawowej roli biznesu, jaką jest zarabianie pieniędzy. Ale jest to pierwsze pokolenie, które na równi z celami finansowymi stawia tworzenie innowacyjnych rozwiązań,  rozwój pracowników i dobrobyt społeczeństwa. Ci liderzy biznesu, którzy zrozumieją to jako pierwsi, nie będą mieli problemu z pozyskaniem i utrzymaniem pracowników z generacji Y. Obserwujemy, że coraz więcej firm buduje swoją markę pracodawcy akcentując nie tylko możliwości rozwoju dla pracowników, ale także pozytywny wpływ na społeczeństwo i świat” – wyjaśnia Natalia Pisarek, Starszy Konsultant w zespole Human Capital, Dział Konsultingu Deloitte.

Tylko 28 proc. przedstawicieli pokolenia Y jest zdania, że ich obecny pracodawca w pełni wykorzystuje ich potencjał. W krajach rozwiniętych jest to zaledwie 23 proc. Najlepiej pod tym względem swoich przełożonych oceniają młodzi Filipińczycy (63 proc.), a najgorzej Japończycy (9 proc.). Ponad połowa (53 proc.) ankietowanych ma ambicje, aby zostać liderem lub pełnić najwyższe funkcje kierownicze w obecnym miejscu pracy. Istnieje jednak duża różnica pomiędzy aspiracjami zawodowymi przedstawicieli pokolenia Y na rynkach wschodzących i w krajach rozwiniętych. Funkcje kierownicze chciałoby sprawować 65 proc. respondentów z rynków wschodzących i jedynie 38 proc. ankietowanych z krajów rozwiniętych. Najczęściej takie ambicje wyrażali Millenialsi z krajów grupy BRICS (70 proc.), a najrzadziej z Europy Zachodniej (37 proc.). Wyższe stanowiska były częściej priorytetem dla mężczyzn (59 proc.) niż kobiet (47 proc.).

Badanie Deloitte pokazało, jak wyraźne rozbieżności Millenialsi dostrzegają w ocenie swoich własnych kompetencji. Respondenci wyrażali opinię, że zdobyte na uczelni wyższej umiejętności jedynie w 37 proc. odpowiadają wymogom stawianym przez pracodawców. Warto podkreślić, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni jednakowo ocenili swój poziom kompetencji zdobytych na studiach, związanych z takimi obszarami jak gospodarka czy finanse. „Jednak kobiety rzadziej niż mężczyźni oceniały własne kompetencje przywódcze na wysokim poziomie (21 proc. w porównaniu z 27 w przypadku mężczyzn). Mimo zmian, które zaszły w społeczeństwie, jest to kolejne pokolenie, w którym pod tym względem kobiety nadal postrzegają siebie gorzej niż mężczyźni. Ostatnio pojawia się coraz więcej programów rozwojowych dedykowanych wyłącznie kobietom, które powinny poprawić ich pewność siebie” – mówi Natalia Pisarek.

Millenialsi uznają umiejętności przywódcze za jedne z najbardziej cennych zdolności, za które biznes jest w stanie dużo zapłacić. Odpowiadając na pytanie, na jakie kwestie zwróciliby uwagę jako liderzy, kobiety częściej niż mężczyźni wymieniały rozwój pracowników (34 proc. wobec 30 proc. mężczyzn). Warto podkreślić, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni z pokolenia Y wskazywali ten obszar jako zaniedbywany w ich miejscu pracy.

Globalne koncerny są znacznie mniej atrakcyjnym miejscem pracy dla pokolenia Y w krajach rozwiniętych (35 proc.) niż na rynkach wschodzących (51 proc.). Respondenci z tej pierwszej grupy krajów są także mniej skłonni do otwarcia własnej firmy (11 proc. w krajach rozwiniętych w porównaniu z 22 proc. na rynkach wschodzących).

„Przedstawiciele pokolenia Y wysyłają światowym liderom biznesu bardzo wyraźny sygnał, że w swojej działalności powinni się kierować nie tylko celami finansowymi, ale również społecznymi. Młodych ludzi w równym stopniu interesuje to, jakie firma osiąga zyski, ale także jak dba o społeczeństwo. Dotyczy to w szczególności rynków rozwiniętych” – podsumowuje Jacek Kuchenbeker.

O raporcie

Raport został opublikowany przez Deloitte USA w styczniu br.

Badaniem objęto następujące kraje (podzielone na dwie grupy: kraje rozwinięte i rozwijające się): Argentyna, Brazylia, Chile, Chiny, Kolumbia, Indie, Indonezja, Meksyk, Malezja, Tajlandia, Singapur, Peru, Filipiny, Rosja, Republika Południowej Afryki, Korea Południowa, Turcja, Australia, Belgia, Kanada, Francja, Niemcy, Włochy, Japonia, Holandia, Hiszpania, Szwajcaria, Wielka Brytania, USA.

[1] Pięć najczęściej wybieranych odpowiedzi, możliwość niejednokrotnego wyboru przez ankietowanego.

Spadkobierco, teraz łatwiej dotrzesz do oszczędności po zmarłym

0

Co się dzieje z kontem osobistym, gdy jego właściciel umiera? Najczęściej rachunek zostaje „uśpiony” do czasu, kiedy przypomną sobie o nim spadkobiercy. Zgodnie z nowelizacją Prawa bankowego ma powstać centralna informacja o rachunkach, która pomoże w odnajdywaniu kont po zmarłych. To jednak tylko jedna z proponowanych zmian.

Wystarczy 90 dni nieużywania konta bankowego, by zostało uznane za nieaktywne. Bank lub spółdzielcza kasa oszczędnościowo-kredytowa nie mają obowiązku ustalać, co się dzieje z właścicielem danego rachunku. O tym, że klient nie żyje, instytucje te dowiadują się najczęściej od spadkobiercy. Ma się to zmienić. Podczas zakładania rachunku banki będą miały obowiązek informować o możliwości wskazania osób uprawnionych do przejęcia konta na wypadek śmierci. Ponadto do dnia uznania rachunku za „uśpiony” będą na nim naliczane odsetki od zgromadzonych pieniędzy, a jeśli po 10 latach żaden spadkobierca się nie zgłosi, środki z nieaktywnego konta trafią do Banku Gospodarstwa Krajowego.

Oprócz tego powstanie centralna informacja o rachunkach. Będzie ona pomagała spadkobiercom ustalać, w których bankach zmarli trzymali oszczędności. Politycy głowią się nad zmianami, tymczasem sektor bankowy już od dłuższego czasu dysponuje narzędziem (system OGNIVO), które będzie służyć do sprawdzania, czy zmarły prowadził jakieś konta bankowe. „System spełnia wszystkie wymagania (które senatorowie przewidzieli w projekcie ustawy) dla rozwiązania takiego jak centralna informacja o rachunkach osób zmarłych” – mówi serwisowi infoWire.pl Justyna Borkiewicz z PKO Banku Polskiego. Niewątpliwą zaletą OGNIVO będzie możliwość natychmiastowego uzyskania pożądanych informacji podczas jednej wizyty w banku.

Ma to działać następująco: Bank – za pośrednictwem systemu OGNIVO – złoży w imieniu spadkobiercy zapytanie do Krajowej Izby Rozliczeniowej. Ta uzyska z baz banków uczestniczących w systemie informację, gdzie zmarły prowadził rachunki, i przekaże ją z powrotem. Dane te będą udostępniane wyłącznie osobom, które mogą wykazać prawo do spadku odpowiednim dokumentem. „Mamy nadzieję, że w przyszłości w systemie zaczną uczestniczyć również fundusze inwestycyjne, fundusze emerytalne i domy maklerskie […]. Wówczas otrzymywane informacje będą jeszcze bardziej kompleksowe” – mówi Justyna Borkiewicz.

Czy za usprawiedliwioną nieobecność w pracy przysługuje wynagrodzenie?

Jeśli pracownik np. z powodu trudnych warunków atmosferycznych lub opóźnień autobusów czy pociągów nie dotarł do pracy, nie należy mu się zapłata. Są jednak pewne sytuacje, w których nieobecność w pracy nie jest przeszkodą w otrzymaniu wynagrodzenia.

„Kodeks pracy przewiduje, że oprócz szczególnych przypadków wynagrodzenie przysługuje tylko za pracę wykonaną” – mówi serwisowi infoWire.pl Rafał Wyziński z kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci. Te szczególne sytuacje to np. wezwanie do sądu, wezwanie przez odpowiednie organa do wykonania jakiejś czynności administracyjnej czy oddawanie krwi w stacji krwiodawstwa.

Jeśli jesteśmy pewni, że w danym dniu nie dotrzemy do pracy np. z powodu obfitych opadów śniegu, a chcemy otrzymać od pracodawcy wynagrodzenie, musimy wystąpić o urlop na żądanie. W każdym roku przysługują nam cztery dni takiego urlopu.

Kiedy wiemy, że z przyczyn niezależnych od nas nie przyjdziemy do pracy lub się spóźnimy, powinniśmy jak najszybciej powiadomić o tym pracodawcę, czy to osobiście, czy przez jakąś inną osobę, np. sekretarkę. Możemy zadzwonić, wysłać esemes lub mejl – nie ma znaczenia, w jaki sposób to zrobimy.

„Jeśli pracodawca odbierze tę wiadomość, a pracownik będzie w stanie wykazać, że go w jakikolwiek sposób powiadomił, to trudno znaleźć uzasadnienie dla radykalnych działań, jak zwolnienie z pracy lub nałożenie kary porządkowej. Gdyby pracodawca się na to zdecydował, pracownik może odwołać się do sądu pracy. Prawdopodobnie każdy sąd uzna taką nieobecność za niezawinioną, a w związku z tym decyzję pracodawcy za nieuprawnioną” – informuje ekspert.

Młodzi na rynku pracy – kariera zaczyna się od stażu

Z roku na rok rośnie zainteresowanie polskich pracodawców stażystami i praktykantami. W 2014 r. portal Pracuj.pl opublikował ponad 7,9 tys. takich ogłoszeń. Najczęściej firmy szukały kandydatów do działów związanych z finansami, handlem i sprzedażą oraz IT. Jak podkreślają przedstawiciele platformy rekrutacyjnej eRecruiter, przyciągnięcie wartościowego stażysty nie jest łatwym zadaniem, dlatego przed polskimi firmami stoi wiele wyzwań w rekrutacji uczestników programów stażowych.

Odpowiedni stażysta to wartościowy pracownik w przyszłości. Wiedzą o tym pracodawcy, którzy coraz częściej sięgają po młodych, oferując im atrakcyjne programy stażowe. Najbardziej ambitnych można przyciągnąć perspektywą zdobycia cennego doświadczenia, które będzie wstępem do rozwoju dalszej kariery zawodowej – ocenia Marta Doraczyńska, Specjalista w Dziale Rekrutacji i Badań Kompetencyjnych, Poczta Polska. Powstaje tylko pytanie, jak rekrutować do współpracy tych najlepszych.

Kierunek – staż 

Rosnąca popularność programów stażowych to doskonała okazja na pozyskanie pracownika, który będzie mógł zapoznać się z funkcjonowaniem firmy i pozna jej specyfikę od przysłowiowej podszewki. Z danych Pracuj.pl wynika, że na programy stażowe najchętniej rekrutują firmy z branży IT, finansów i handlu. Zdolny stażysta to zastrzyk nowej energii i cennych pomysłów na rozwój firmy. Dlatego coraz więcej przedsiębiorstw ceni sobie współpracę z młodymi osobami i coraz chętniej organizuje programy stażowe. Wioleta Wąsik, Talent Manager w Grupie Żywiec, podkreśla, że stażysta daje organizacji świeże spojrzenie na wiele kwestii, również tych biznesowych. Aktualne pokolenie, które rozpoczyna u nas staż, to osoby bardzo ambitne i ciekawe świata, ale również znające doskonale swoją wartość i ceniące realizację własnych pasji.  Korzystamy na tym, że są młodzi i  nie boją się wyzwań, kontaktów z osobami wysoko postawionymi w organizacji, od których sami też chcą czerpać jak najwięcej. Podchodzą do najtrudniejszych zadań z dużą dawką motywacji i optymizmu – mówi przedstawicielka Grupy Żywiec.

Jednak, podobnie jak w rekrutacji pracowników, tak i w obszarze rekrutacji stażystów, na pracodawców czeka wiele wyzwań. Między innymi związanych z odpowiednim przygotowaniem ogłoszenia czy kontaktem z kandydatem na każdym etapie procesu rekrutacyjnego. Dobre przygotowanie do rekrutacji to podstawa, gdyż stanowi ona najczęściej pierwszy kontakt stażysty z firmą. Warto ten potencjał wykorzystać jako wstęp do owocnej współpracy.

Dobry staż zaczyna się od ogłoszenia

Przygotowując ogłoszenie zadbajmy o jego jakość. Oferty pracy, które są czytelne, ciekawie skonstruowane, mają jasny przekaz, a także informacje o korzyściach, jakie będzie miał kandydat z udziału w stażu, z pewnością przyciągną uwagę. Równie istotne jest precyzyjne określenie wymagań wobec stażysty, zakresu obowiązków, czasu trwania stażu i ewentualnego wynagrodzenia. W przypadku studentów i świeżych absolwentów największy akcent należy położyć na perspektywę rozwoju i szanse na zatrudnienie po odbyciu okresu przewidzianego w programie. Kolejny krok to publikacja ogłoszenia w odpowiednich źródłach. Korzystając z platformy rekrutacyjnej takiej jak eRecruiter, jednym kliknięciem publikujemy na wybranych przez siebie stronach, m.in. na portalach rekrutacyjnych, w zakładce „Kariera i Oferty Pracy” na firmowej stronie oraz w wybranych mediach społecznościowych – podkreśla Marcin Sieńczyk, dyrektor zarządzający eRecruitment Solutions.

Nowoczesny pracodawca, dla którego liczy się opinia kandydatów, nie powinien również zapominać o jakości firmowej strony www i zakładki „Kariera”. Jeśli prowadzona jest niedbale, a zamieszczone oferty są nieaktualne, to zapewne kandydat nie wyśle do danej firmy swojej aplikacji. Dobrze, jeśli obok bieżących ofert pracy taka zakładka posiada również część poświęconą stażom i praktykom. To dowód na stałe zainteresowanie firmy taką formą współpracy, a nie tylko sposób na wypełnienie luki etatowej, na przykład w okresie urlopowym.

Student idzie na pierwszą rozmowę

Przedstawicielka Poczty Polskiej podkreśla, że rozmowa kwalifikacyjna powinna przede wszystkim opierać się na sprawdzeniu motywacji, zainteresowań i pomysłów na karierę kandydatów. Właśnie to w dużej mierze determinuje późniejsze odnalezienie się w roli stażysty i skuteczne realizowanie zadań. Ponadto, po tym jak przedstawimy nasze wymagania oraz perspektywy dalszego rozwoju, warto przyszłym stażystom dać możliwość samodzielnego wskazania, jak mogą wykorzystać wiedzę zdobytą podczas studiów. Warto podkreślić, że programy stażowe stanowią dla nas także dodatkową wartość. Stażysta, nawet jeśli ostatecznie nie zostanie u nas w firmie, a będzie miał poczucie dobrze i owocnie spędzonego czasu, może stać się naszym ambasadorem – dodaje przedstawicielka Poczty Polskiej.

Cenny finał stażu

Dobrze zorganizowany staż to również staż właściwie zakończony. Nawet jeśli ostatecznie nie zakończy się zatrudnieniem kandydata, rekruterzy powinni pozostać z nim w stałym kontakcie. Dobrą praktyką jest przesyłanie informacji o tym, co dzieje się w firmie i zapraszanie do nowych rekrutacji. Platformy rekrutacyjne takie zaproszenia generują bez dodatkowych kosztów i niemal automatycznie. CV kandydatów zachowywane jest w bazie i mamy do nich bezpośredni dostęp – podkreśla przedstawiciel eRecruitment Solutions. Cennym źródłem informacji o jakości staży są ankiety on-line, które kandydaci wypełniają po ich odbyciu. To bezcenne źródło wiedzy, na co zwracać uwagę i jak zachęcić przyszłych kandydatów do aplikowania.

Rekrutacja stażystów to nie tylko poszukiwanie najlepszych kandydatów na rynku. Właściwie przeprowadzony proces wyboru kandydatów oznacza z jednej strony troskę firmy o candidate experience, a z drugiej skuteczne narzędzie z obszaru employer branding. Najlepsi stażyści trafią do tych, którzy będą potrafili wyjść naprzeciw oczekiwaniom młodego pokolenia, tworząc atrakcyjne i ciekawe oferty. A tym samym utrwalą wizerunek pracodawcy gwarantującego rozwój kariery, który szanuje kandydata i pracownika na każdym etapie kontaktu i współpracy.

NIK o ściekach z uzdrowisk

Działalność części uzdrowisk – wbrew ich nazwie – zagraża naturze. Wytwarzane po zabiegach ścieki, błędnie traktowane jak komunalne lub bytowe, trafiają do środowiska. Tymczasem eksperci są pewni, że siarczany i chlorki pochodzące z zakładów leczniczych to ścieki przemysłowe, które nieodpowiednio odprowadzane niszczą kanalizację i degradują środowisko. NIK przed sezonem letnim podpowiada, na co warto zwrócić uwagę, aby kuracjusze jeszcze przez wiele lat mogli korzystać nie tylko z zabiegów, ale i z uroków natury.

W Polsce funkcjonuje 45 uzdrowisk. Z roku na rok z ich usług korzysta coraz więcej osób: w 2012 r. było to już ponad 670 tys. kuracjuszy. Po przeprowadzanych zabiegach z wykorzystaniem wód leczniczych powstają tzw. ścieki pokąpielowe, które mogą zawierać szkodliwe dla środowiska związki i substancje chemiczne (w Polsce największą popularnością cieszą się tzw. kąpiele siarczkowe – zabiegi z wykorzystaniem wód leczniczych zawierających związki siarki i chloru). Takie ścieki należy – zdaniem naukowców – kwalifikować jako ścieki przemysłowe, badać ich skład i, w zależności od stopnia inwazyjności, odpowiednio oczyszczać. Część ścieków rzeczywiście będzie można zaliczyć do mało inwazyjnych i w kontrolowany sposób wpuścić do kanalizacji komunalnej, jednak bezpiecznie dla środowiska można to zrobić dopiero po odpowiednim przebadaniu próbek. NIK wskazuje, że są uzdrowiska, które tego nie robią, uznając bezdyskusyjnie i bezproblemowo – bez żadnych ekspertyz – ścieki wypływające z sanatoriów za komunalne.

Najwyższa Izba Kontroli negatywnie ocenia fakt, że skontrolowane gminy uzdrowiskowe i ich przedsiębiorstwa wodociągowo – kanalizacyjne nie dbały kompleksowo o odpowiedni, dostosowany do zawartości i uciążliwości dla środowiska, sposób odprowadzania i pozbywania się ścieków po zabiegach sanatoryjnych. Tylko niektóre gminy podejmowały działania, zmniejszające uciążliwość ścieków dla środowiska.

Zabiegi z wykorzystaniem wód leczniczych, zawierających liczne związki chemiczne (głównie chloru i siarki), które mogą negatywnie wpływać na środowisko, wykonywano we wszystkich skontrolowanych przez NIK sześciu gminach uzdrowiskowych (Ciechocinek, Busko – Zdrój, Solec – Zdrój, Krynica Zdrój, Solina, Jelenia Góra). Tylko w dwóch gminach, w Ciechocinku i w Solcu, zbudowano odrębne sieci kanalizacyjne, doprowadzające ścieki pokąpielowe do oczyszczalni, w których podczyszczano je do parametrów pozwalających na ich wprowadzenie do środowiska naturalnego. Pozostałe gminy błędnie kwalifikowały ścieki pokąpielowe do bytowych i wysyłały je do kanalizacji i oczyszczalni komunalnych. W rezultacie nieoczyszczone ze szkodliwych siarczanów i chlorków wody trafiały do środowiska, powodując jego degradację.

Np. w Busku – Zdroju Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej do jesieni 2013 r. przyjmowało ścieki z uzdrowisk, mimo iż z trzech różnych analiz (przeprowadzanych w latach 2010 – 2013) jasno wynikało, że nie mogą one trafiać do kanalizacji komunalnej. W opiniach wprost napisano, że ścieki pokąpielowe, charakteryzujące się wysokimi stężeniami chlorków i siarczanów, powodują korozje betonu, studzienek żelbetonowych i kanałów miejskiej sieci kanalizacyjnej.

W trzech pozostałych gminach (Krynica Zdrój, Solina i Jelenia Góra) problemu ścieków po zabiegach sanatoryjnych w ogóle nie zauważano. Wszystkie ścieki łącznie, bez badania ich składu i bez analizy wpływu na środowisko były po prostu kanalizacją miejską wprowadzane do oczyszczalni komunalnych, gdzie mieszano je z innymi ściekami. W gminach tych nie planowano żadnych rozwiązań – budowy, rozbudowy, ani modernizacji – które miałyby na celu zorganizowanie gospodarki ściekowej, uwzględniającej oczyszczanie ścieków pokąpielowych.

Schemat niewłaściwego przekazywania ścieków pokąpielowych

Gospodarowanie ściekami „na dokument”

Przed uzyskaniem statusu uzdrowiska gmina zobowiązana jest przygotować odpowiednie dokumenty, w tym  tzw. operat uzdrowiskowy, w którym wskazuje m.in. informacje o ujęciach wody, sieci wodociągowo-kanalizacyjnej, oczyszczalniach ścieków, gospodarce odpadami oraz o ewentualnych zagrożeniach ekologicznych. W dokumentacji trzech gmin: Jelenia Góra, Krynica-Zdrój i Solina, problematyki ścieków po zabiegach sanatoryjnych w ogóle nie uwzględniono. Gminy te potraktowały ścieki z sanatoriów jak wszystkie inne zanieczyszczenie komunalne. Na przykład w operacie uzdrowiskowym gminy Krynica-Zdrój zaznaczono, że ścieki dopływające do oczyszczalni są typowymi ściekami bytowo-gospodarczymi powstającymi w gospodarstwach domowych i obiektach użyteczności publicznej.

Problem ścieków pokapielowych dostrzeżono w dokumentach uzdrowiskowych Ciechocinek, Busko-Zdrój i Solec-Zdrój. Opisano sposób ich odprowadzania i oczyszczania. Np. w gminie Solec-Zdrój ścieki z sanatoriów tłoczono do stawu retencyjnego ścieków pokąpielowych, a następnie po napowietrzeniu i wymieszaniu do stawu sedymentacyjnego ścieków komunalnych, w którym nieczystości opadają na dno. Mieszanina oczyszczonych ścieków komunalnych i pokąpielowych trafiała do rzeki Rzoski. W Ciechocinku natomiast jest dwutorowy system kanalizacji: oprócz kanalizacji sanitarnej, przeznaczonej dla typowych ścieków komunalnych, działa kanalizacja solankowa, która odprowadza solankę z 15 sanatoriów na teren oczyszczalni, gdzie wybudowano specjalny reaktor do jej oczyszczania. Oczyszczone ścieki odprowadzane są bezpośrednio z oczyszczalni do rzeki Wisły.

Natomiast dokumenty gminy Busko – Zdrój zawierały nierzetelne informacje o rozdzieleniu w gminie ścieków po zabiegach od komunalnych. Stwierdzono w nich, że od 1991 r., kiedy została wybudowana oczyszczalnia ścieków pokąpielowych, odseparowano nieczystości z uzdrowisk od komunalnych, pochodzących z miasta. NIK ustaliła jednak, że do 2013 r. gminne przedsiębiorstwo wodociągowo-kanalizacyjne przyjmowało ścieki z sanatoriów. Działo się tak dlatego, że nie wszystkie sanatoria mogły odprowadzać ścieki pokąpielowe do dedykowanej im oczyszczalni, bo nie miały właściwej infrastruktury technicznej. 

Dokładna kontrola tylko dla chętnych

Sprawdzeniu poddawane są także ścieki już wychodzące z oczyszczalni – jakiemu, to zależy obecnie tylko i wyłącznie od deklaracji oczyszczalni. Kontrola NIK wykazała, że jedynie Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w Ciechocinku oraz gmina Solec-Zdrój, we wnioskach o uzyskanie pozwoleń wskazały, że będą odprowadzać do środowiska ścieki pozabiegowe z sanatoriów. Taka deklaracja skutkowała nałożeniem obowiązku kontroli oczyszczonych ścieków minimum raz na dwa miesiące, pod kątem zawartości m.in. chlorków i siarczanów, czyli takiej, jaką przechodzą ścieki przemysłowe.

W pozostałych czterech gminach wnioskowano o wydanie pozwoleń na odprowadzanie do środowiska (czyli np. do rzek) tylko ścieków komunalnych. Oczyszczalnie nie wskazywały, iż będzie to mieszanina ścieków bytowych i ścieków pokąpielowych, pochodzących z sanatoriów. Tym samym źle sklasyfikowane ścieki z zakładów leczniczych zaliczone do nieczystości komunalnych, nie musiały już być kontrolowane pod kątem obecności w nich wielu szkodliwych związków chemicznych.

Część gmin nie przeprowadzała badań ścieków pod kątem zawartości m.in. chlorków i siarczków, bo bezsprzecznie uznawała je za komunalne, a nie za przemysłowe. Na przykład Wójt Gminy Solina, podczas prowadzonej kontroli NIK, stwierdził, iż udział ścieków przemysłowych w ściekach komunalnych odprowadzanych przez poszczególne zakłady lecznicze, jest tak znikomy (średnio ok. 1,5 proc.), że nie ma żadnego wpływu na jakość i stopień oczyszczenia ścieków w oczyszczalni. Jednak zdaniem NIK do kwalifikowania ścieków pokąpielowych jako przemysłowych nie ma znaczenia ich ilość. Wystarczy odrobina ich w ściekach wytwarzanych w uzdrowiskach i już nazywamy je ściekami przemysłowymi, które obowiązkowo trzeba badać pod kątem obecności zawartych w nich związków chemicznych. Podobnego zdania są też poproszeni o opinię eksperci zewnętrzni.

Podwójna strata bez ekspertyz

NIK uważa, że błędne klasyfikowanie ścieków pozabiegowych jako komunalne powoduje, że przedsiębiorstwa zajmujące się ich odprowadzaniem i oczyszczaniem zawierają niewłaściwe umowy z zakładami leczniczymi. Na ich podstawie sanatoria nie mają obowiązku zgłaszania np. składu chemicznego ścieków. Zdaniem NIK obowiązek określenia, jakie ścieki przyjmowane są do kanalizacji, leży po stronie zakładów odbierających. Dlatego powinny one jak najszybciej zakwalifikować ścieki sanatoryjne jako przemysłowe i zagwarantować sobie tym samym możliwość badania ich pod kątem zawartych w nich związków chemicznych. Brak informacji o faktycznej ilości oraz składzie chemicznym ścieków produkowanych przez sanatoria i wprowadzanych do kanalizacji uniemożliwia sprawdzenie ich wpływu na urządzenia kanalizacyjne oraz oczyszczające. A jak pokazały analizy przeprowadzone w Busku – Zdroju, niszczą one m.in. kanalizację. W takiej sytuacji przedsiębiorstwa kanalizacyjne tracą podwójnie. Narażają się na uszkodzenia studzienek i rur, a do tego pobierają mniejsze opłaty za odprowadzanie i oczyszczanie ścieków klasyfikowanych jako komunalne. Odprowadzanie ścieków przemysłowych jest bowiem droższe. Na przykład w 2014 r. w gminie Solec – Zdrój stawka opłat za odprowadzenie 1 m3 ścieków komunalnych wynosiła 7,50 zł, natomiast za 1 m3 ścieków pokąpielowych 17,61 zł.

Wnioski

Zdaniem NIK, aby poprawić gospodarowanie ściekami pokąpielowymi w gminach uzdrowiskowych, niezbędne jest, aby Minister Zdrowia uzależniał wydanie decyzji potwierdzającej możliwość prowadzenia lecznictwa uzdrowiskowego od wykazania właściwie prowadzonej gospodarki ściekami po zabiegach leczniczych.

Sprawę może pomóc unormować także właściwe klasyfikowanie ścieków sanatoryjnych jako przemysłowe. To spowoduje obowiązek analizy ich składu i w zależności od wyników umożliwi dobór odpowiedniego sposobu oczyszczania. Dzięki takiej klasyfikacji gminy będą świadome tego, co na ich – uzdrowiskowym przecież terenie – trafia do oczyszczalni, a następnie do środowiska.

Analiza stwierdzonych nieprawidłowości wskazuje ponadto na potrzebę zmian w obowiązującym prawie. W związku z tym Najwyższa Izba Kontroli wnioskuje o:

  1. Opracowanie przez Ministra Infrastruktury i Rozwoju projektu nowelizacji ustawy o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków, zobowiązującej dostawców ścieków przemysłowych do wykazania przed podpisaniem z przedsiębiorstwem wod-kan. umowy na odprowadzanie ścieków, rodzaju substancji w nich zawartych i uzyskania odpowiedniego pozwolenia w przypadku występowania w ściekach przemysłowych substancji szczególnie szkodliwych dla środowiska wodnego.
  2. Opracowanie przez Ministra Środowiska projektu nowelizacji ustawy Prawo wodne, która zobowiąże instytucje wnioskujące o pozwolenie na odprowadzanie do wód lub do ziemi, ścieków komunalnych stanowiących mieszaninę ścieków bytowych i przemysłowych, do określenia rodzaju i stężenia substancji występujących w odprowadzanych do urządzeń kanalizacyjnych ściekach przemysłowych.

Zdaniem Eksperta

Najwyższa Izba Kontroli zleciła ekspertyzę dotyczącą ścieków pokąpielowych pochodzących z sanatoriów. Zdaniem prof. dr hab. Elżbiety Bezak – Mazur i dr. hab. inż. Mikołaja Sikorskiego z Politechniki Świętokrzyskiej w Kielcach, ścieki pokąpielowe należy bezsprzecznie zaliczyć do ścieków przemysłowych.

Ścieki pokąpielowe, w których obecne są silnie zmineralizowane wody, wykazują wysokie zawartości substancji mineralnych, w tym chlorków i siarczanów. Eksperci zauważają, że tym samym – w  zależności od stężenia – w różny sposób oddziałują na środowisko i żyjące w nim organizmy.

Chlorki obecne w wodach na przykład mogą negatywnie wpływać na kondycję osób chorych na serce, a także mogą powodować (od stężenia 250 mg/l) toksyczne, zarówno dla roślin wodnych jak i podlewanych taką wodą, zasolenie. Poza tym chlorki działają korozyjnie np. na metal i beton.

Natomiast oddziaływanie siarczanów na organizmy żywe uzależnione jest od formy chemicznej. Toksyczne są rozpuszczalne połączenia siarczanów z metalami ciężkimi, niektóre siarczany np. niklu mają działanie rakotwórcze. Przyczyniają się one także do zasolenia gleby. Jony siarczanowe powodują również korozję betonu.

Sfinks Polska chce przyciągnąć klientów nowymi daniami oraz wyszkolonym personelem. Spółka liczy na to, że inwestycja przełoży się na zyski

0

Sfinks Polska zamierza inwestować w szkolenia dla pracowników oraz sukcesywnie uzupełniać menu w restauracjach nowymi potrawami. Spółka liczy na to, że dzięki lepszej ofercie zyska nowych klientów.

Sfinks Polska miał w ubiegłym roku dobre wyniki. Przychody spółki były wprawdzie niższe o prawie 6 mln zł niż rok wcześniej i wyniosły niespełna 170 mln zł. Zysk netto przekraczał jednak 34,5 mln zł przy ponadmilionowej stracie rok wcześniej. Takie korzystne wyliczenia miały jednak charakter wyjątkowy i wynikały ze skorygowania raportu, w którym wcześniej zysk netto nie sięgał  nawet 14 mln zł.

Nową prognozę podaliśmy dlatego, że ze względu na wyniki, badania po czwartym kwartale,  po dyskusjach z audytorem okazało się bowiem, że powinniśmy skorygować wpływ zdarzeń jednorazowych w tym roku na wynik Sfinksa tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska. – W związku z czym ten wynik poprawił się o ponad 20 mln w tym roku. Natomiast te wydarzenia już nie wpłyną w przyszłym roku na wynik Sfinksa.

Notowany na GPW od 2006 roku Sfinks Polska prowadzi w Polsce sieć 108 restauracji. Większość pod marką Sphinx, a poza nią WOOK oraz Chłopskie Jadło. Spółka stawia na jakość obsługi i oferty. Liczy na to, że dzięki zwiększeniu budżetu na szkolenia personelu i wprowadzaniu do menu nowych potraw osiągnie lepsze wyniki.

W Sfinks Polska mieliśmy bardzo pracowity rok  mówi Sylwester Cacek. Po testowaniu wkładek z nowościami w 2013 roku bardzo rozbudowaliśmy tę formę promocji w 2014 roku. Jak widać, przynosiła ona dobre efekty, bo udało nam się uzyskać dosyć duży udział sprzedaży nowości. Wiadomo, że jak nowości, to cena i marża są lepsze, klient jest bardziej zadowolony, a sprzedaż jest większa, to na pewno budowało nasz wynik.

Wśród podejmowanych działań szkoleniowych prezes Sfinks Polska wymienia zarówno te obejmujące personel kuchenny, personel na sali, jak i działających w spółce restauratorów. Dla nich stworzono program „Cook” obejmujący egzaminowanie, certyfikowanie i rozwój zawodowy.

Jeżeli chodzi o szkolenia, to jest mnóstwo zależności między jakością naszej oferty i zadowoleniem klienta. Zależności nie wynikają z samej jakości, ale z oferty, z tego jak ona jest podawana, pokazywana. Z roku na rok przeznaczanym coraz więcej pieniędzy na szkolenia. Wykonujemy bardzo dużo prac od roku, od półtora jeżeli chodzi o szkolenia personelu kuchennego, jest akademia kulinarna, to zaczyna całkiem fajnie wyglądać.

Spółka promuje też pomysły samych pracowników. Dzięki ich inwencji możliwe stało się uzupełnienie oferty sieci.

Coraz więcej kucharzy włącza się w tworzenie nowych dań dla całej sieci, co jeszcze kilka lat temu było praktycznie niemożliwe podkreśla prezes Sylwester Cacek ze Sfinks Polska.Teraz rozpoczął się program pracy z restauratorami w zakresie ich rozwoju zawodowego, ten program będzie kontynuowany. Jeżeli chodzi o resztę personelu, to przygotowaliśmy dla nich długoletni program szkolenia, który jest ciągle modyfikowany i coraz bardziej precyzyjnie układany, dzięki czemu jego poziom nieustannie się podnosi. Zapewniam, że będzie to widać w restauracjach.

Inea chce w tym roku podwoić liczbę indywidualnych abonentów z dostępem do szerokopasmowego internetu

0

CEO Magazyn Polska

Świadcząca usługi dostępu do sieci przez kable światłowodowe spółka Inea od miesiąca prowadzi sprzedaż oferty pozwalającej na komunikację elektroniczną o prędkości do 500 Mb/s. Między innymi dzięki niej firma chce w br. dwukrotnie zwiększyć liczbę korzystających z jej usług abonentów. Spółka rozbudowuje także sieć szerokopasmową, aby coraz większe obszary znajdowały się w jej zasięgu. We współpracy z Play rozwijać będzie również sprzedaż pakietową.

W założeniach oferta FTTH 500 Mb/s, którą w tej chwili wprowadzamy na rynek [z ang. Fiber To The Home – szerokopasmowe usługi teleinformatyczne dla użytkowników indywidualnych – red.], ma na celu zwiększenie możliwości naszych abonentów w dostępie do internetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Janusz Kosiński, prezes zarządu spółki Inea. – W internetowej komunikacji obecnie decydująca z jednej strony staje się prędkość, z drugiej – możliwość jednoczesnej obsługi coraz większej liczby urządzeń. Przeciętna, statystyczna rodzina to 3,5 człowieka, 3,5 telefonu komórkowego, jeden albo dwa tablety i dwa telewizory. Media zdecydowanie poszły w kierunku komunikacji elektronicznej, przez internet. Ściągnięcie na te wszystkie urządzenia obrazów w jakości HD wymaga już setek megabajtów.

W tej chwili z tej nowej oferty spółki, jak informuje jej prezes, może skorzystać 70 tys. abonentów, z których 20 tys. już podpisało umowę.

Natomiast w br. będziemy dalej budować sieci FTTH i chcemy te liczby podwoić – prognozuje Janusz Kosiński. – Planujemy, że pod koniec roku z oferty będzie mogło korzystać 150 tys., z czego 40-50 tys. osób będzie z niej korzystało.

Szybki internet, jak przekonuje Kosiński, daje możliwość bardziej komfortowego korzystania ze wszystkich usług, które mogą za jego pośrednictwem być świadczone.

Abonent indywidualny nie powinien zastanawiać się nad tym, czy może pójść zrobić herbatę podczas meczu, czy ominie go bramka, czy nie, po prostu bierze tablet lub telefon i transmisję ogląda dalej tam, gdzie zamierza się udać – zauważa Kosiński. – Natomiast abonent biznesowy chce mieć doskonałe jakościowo łącze w obie strony: wysyłać i korzystać z dobrodziejstw internetu. Łącze symetryczne to dla niego podstawa. Jedynie światłowód daje obecnie możliwość takiej nieograniczonej komunikacji.

Jako przewodowy operator telekomunikacyjny spółka nie ma własnej infrastruktury mobilnej. Usługi tego rodzaju dostępu do sieci świadczy we współpracy z Play.

Z końcem ubiegłego roku zmieniliśmy partnera, co nam wyszło nam na dobre, bo dzisiaj mamy ofertę, która konkuruje z innymi – wskazuje Kosiński. – Dzisiaj ponad 20 tys. abonentów korzysta z internetu mobilnego, a pięć tys. także z telefonii. Jest, co prawda, pewien rodzaj oporu, ludzie zastanawiają się czy operator telewizji kablowej jest w stanie dostarczyć telefonię mobilną i taki internet. Pytają, czy to będzie działało. Mamy więc do przełamania opór psychologiczny. Natomiast podstawowa bariera, czyli cena, dzięki ofercie i współpracy z Play została złamana i widzimy już duży, dynamiczny wzrost.

Spółka będzie zatem w przyszłości rozwijać ofertę łączoną.

Cieszy się ona dobrym odbiorem ze względu na to, że po pierwsze, abonent otrzymuje jedną fakturę, czyli bez względu na to, czy usług jest pięć, czy dziesięć, wszystkie rozliczane są jednym dokumentem – zapewnia Janusz Kosiński. – Po drugie, z racji tego, że używamy tylko jednej infrastruktury kolejna usługa nie jest już obarczona kosztem korzystania z pierwszej, czyli może być korzystniejsza cenowo. Obecnie wspólnie z Play pracujemy nad ofertą telefonii mobilnej i takiego internetu jako kolejnej usługi w paczce oprócz komunikacji stacjonarnej i telewizji. Na razie jednak nie mogę zdradzać szczegółów.

W świetle publikowanych niedawno na rzecz Komisji Europejskiej raportów Digital Agenda for Europe Polska jest jednym z najmniej zinformatyzowanych krajów Unii Europejskiej. Pod względem penetracji łączy szerokopasmowych (liczba na 100 mieszkańców) znajduje się na przedostatnim miejscu w Europie i wyprzedza tylko Rumunię.

P. Kuczyński (Xelion): Można spodziewać się potwierdzenia niewielkiej podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. W przesłuchaniu szefowej Fed najciekawsze będą jednak pytania

W pierwszej połowie roku oczekiwane jest nieznaczne podniesienie poziomu stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. W dążeniu do podwyżki Rezerwę Federalną może jednak powstrzymywać obawa przed deflacją. Na pewną wstrzemięźliwość członków FOMC w zacieśnianiu polityki pieniężnej wskazywać mogą opublikowane w ubiegłym tygodniu zapiski z posiedzenia komitetu. Wystąpienie szefowej Fed nie będzie niespodzianką, bo jego treść upubliczniana jest wcześniej. Ciekawsza może być sesja pytań, podczas której dziennikarze i analitycy będą chcieli uzyskać sugestie dotyczące skali podwyżki i momentu jej wprowadzenia.

Najbardziej interesująca w przemówieniu szefa Rezerwy Federalnej jest sesja pytań i odpowiedzi, podczas której zawodowcy, analitycy, dziennikarze, starają się uzyskać bardziej konkretne informacje – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Oczywiście wszystkich najbardziej interesuje to, jak szybko nastąpi podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych oraz jaka będzie jej skala. Szefowa Fed na pewno nie powie, kiedy podniesie i o ile. Może jedynie zasugerować, czy stanie się to szybciej, czy wolniej, czy wzrost będzie większy, czy mniejszy.

Zdaniem Piotra Kuczyńskiego wystąpienie szefowej Fed będzie raczej neutralne dla rynków. Jego zdaniem Janet Yellen potwierdzi raczej to, o czym Rezerwa Federalna już wcześniej informowała: że podwyżka nastąpi pod koniec pierwszej połowy roku i będzie nieznaczna.

Do tego wszyscy są już przyzwyczajeni, więc gdyby rzeczywiście zapowiedź taka została powtórzona przez szefową Fed, byłoby to całkowicie neutralne – tłumaczy Kuczyński. – Rynki będą czekały szczególnie na wtorkowe wystąpienie. Środowe prawdopodobnie niewiele będzie się różniło. Chyba że rynki źle odczytają sugestie szefowej Rezerwy Federalnej. Wówczas Janet Yellen będzie mogła następnego dnia doprecyzować swój wcześniejszy komunikat.

Jak pod koniec stycznia podał amerykański Departament Handlu w pierwszym wyliczeniu PKB Stanów Zjednoczonych w czwartym kwartale ubiegłego roku wzrósł o 2,6 proc. (w ujęciu zanualizowanym), mniej niż oczekiwali analitycy, którzy spodziewali się wzrostu o 3 proc. Warto jednak pamiętać o tym, że to odczyt wstępny, a rewizja w przypadku amerykańskich danych może być znacząca. W trzecim kwartale wzrost bowiem wyniósł ostatecznie o 5 proc., tymczasem podczas pierwszego odczytu podano 3,5 proc., a po pierwszej rewizji – 3,9 proc.

Problemem gospodarki amerykańskiej jest to, że rozwija się ona co prawda dosyć szybko, jak na tak olbrzymi organizm, ale ma niską inflację – zauważa Kuczyński. – W Europie jest już deflacja, w Stanach sytuacja coraz bardziej zmierza w kierunku dezinflacji, czyli inflacji bardzo małej, poniżej 1 proc. W Chinach też wskaźnik ten oscyluje poniżej 1 proc., co jest wręcz niespotykane. To może zatrzymać dążenia Fed do podniesienia stóp procentowych. Obawa przed deflacją jest potężna, a bankierzy centralni boją się jej bardziej niż wzrostu cen.

MAC: Do września 140 usług administracji dostępnych online. Głosowanie przez internet na razie niemożliwe

Już na przełomie marca i kwietnia Polacy mają zyskać dostęp online do 30 usług administracji państwowej. Docelowo do września platforma ePUAP ma obejmować 140 usług, dzięki czemu znacznie rzadziej trzeba będzie odwiedzać urzędy. Nie zmieni się jednak sposób głosowania – w najbliższym czasie nie będzie ono możliwe przez internet.

Jest wiele usług, które będą zastępowane, może nie w całości, ale będzie możliwość załatwienia ich także drogą elektroniczną: od wniosku o wydanie dokumentu tożsamości, prawa jazdy, dowodu rejestracyjnego czy dowodu osobistego, po zgłoszenie utraty dokumentu. Do tego będzie służyć platforma cyfrowa ePUAP – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Halicki, minister administracji i cyfryzacji.

Pierwsze 30 usług administracji państwowej będzie udostępnione na przełomie marca i kwietnia. Kolejne będą dodawane w kolejnych miesiącach, ale jeszcze w tym roku. Jak zapowiada Halicki, do września katalog usług w platformie ePUAP ma obejmować 140 funkcji.

Nie będzie wśród nich jednak głosowania przez internet. Halicki zwraca uwagę na to, że ta czynność wymaga szczególnego bezpieczeństwa. Głosowanie przez internet jest możliwe w Estonii, gdzie ta metoda zyskuje na popularności. Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych w 2011 r. przez internet zagłosowało 140 tys. osób (ponad 24 proc. wszystkich głosów), niemal pięciokrotnie więcej niż w 2007 r. Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE w raporcie zauważyło jednak pewne niedociągnięcia prawne oraz związane z przejrzystością tego sposobu głosowania.

W kilku innych europejskich krajach (m.in. w Finlandii i Irlandii) próbowano wprowadzić głosowanie przez internet za pomocą terminali umieszczonych w lokalach wyborczych, ale z uwagi na problemy techniczne i kwestie bezpieczeństwa programy zawieszono.

Głosowanie przez internet na pewno jest przyszłością, ale powiem szczerze, że dzisiaj ‒ chociażby z powodu bezpieczeństwa  pomysłem pewnie raczej nie do zrealizowania na powszechną skalę. Wiedząc o tym, że świat idzie w kierunku cyfryzacji, myślę, że nasze wybory powinny pozostać w tym kształcie, jaki mamy dziś, czyli urna, wrzucenie kartki, trochę więcej uwagi i godności przy tym powinno się ostać – ocenia Halicki.

Minister administracji i cyfryzacji dodaje, że by ePUAP był skutecznie i powszechnie wykorzystywany, musi poprawić się zasięg internetu w Polsce. Jak wynika z danych Eurostatu, w 2014 r. tylko 71 proc. polskich gospodarstw domowych miało dostęp do internetu szerokopasmowego. Unijna średnia to 78 proc., a gorzej niż w Polsce jest tylko w Bułgarii, Rumunii, Portugalii, Grecji, na Litwie, w Chorwacji i na Cyprze.

Do tego niezbędne są inwestycje, a te w dużej mierze zależą od prawa. Przepisy jednak – jak przekonuje Halicki – są coraz bardziej przyjazne.

Prawo zmienia się i mam nadzieję, że jest coraz bardziej przychylne inwestorom, ale oczywiście musimy pamiętać także o bezpieczeństwie i innych aspektach z tym związanych – zastrzega Halicki. ‒ Nieustannie właściwie musimy nowelizować prawo telekomunikacyjne, bo operatorzy chcieliby szybciej i łatwiej dostarczać swoje usługi. To jest kwestia wykorzystywania możliwych obszarów, pasm przydrogowych czy obszarów leśnych pod inwestycje, takie jak właśnie sieci kablowe. Ale to jest także kwestia budowy masztów, jeżeli mówimy o usługach mobilnych.

Szef resortu administracji i cyfryzacji dodaje, że ułatwienia w dostępie do internetu nie mogą jednak postępować zbyt szybko. Równie ważne jest tu bezpieczeństwo rozumiane nie tylko jako bezpieczeństwo inwestycji, lecz także ochrona przed niebezpiecznymi treściami.

Ta wolność wymaga też odpowiedzialności i chociaż sam nie jestem zwolennikiem jakichś restrykcyjnych przepisów, to na pewno jest to również kwestia bezpieczeństwa oraz odpowiedzialnego użytkowania sieci – przekonuje Halicki.

Polskie wojsko buduje system odstraszania. Brakuje jeszcze okrętów podwodnych z pociskami manewrującymi

Nowe okręty podwodne wyposażone w pociski manewrujące wraz z pociskami JASSM w samolotach F-16 i rakietami ziemia-ziemia Homar zmienią potencjał polskiego wojska. Także przekazanie technologii wraz ze sprzętem kupowanym zagranicą polskim zakładom przemysłu obronnego poprawi możliwości militarne kraju, a do tego wpłynie korzystnie na gospodarkę.

‒ Polska już poczyniła pewne kroki, żeby mieć elementy systemu odstraszania. 15 grudnia 2014 r. podpisano porozumienie o pozyskaniu 40 amerykańskich pocisków JASSM do samolotów F-16 o zasięgu 370 km. W planach jest również pozyskanie trzech okrętów podwodnych wyposażonych w pociski manewrujące. Rozpoczęto także realizację programu Homar z udziałem polskich firm, którego celem jest wyprodukowanie w Polsce rakiet ziemia-ziemia o zasięgu 300 km – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. dr hab. Paweł Soroka, koordynator Polskiego Lobby Przemysłowego. ‒ Gdyby się udało w najbliższych dziesięciu, może kilkunastu latach zakończyć te programy, to stworzylibyśmy polską triadę odstraszającą.

W skład polskiego systemu odstraszania, poza pociskami manewrującymi JASSM dla F-16 oraz rakietami ziemia-ziemia Homar, które będą produkowane w Hucie Stalowa Wola na licencji Lockheed Martin, wejdą także pociski manewrujące na okrętach podwodnych. W ramach programu Orka rząd planuje wydać 7,5 mld zł na trzy okręty, które zgodnie ze stanowiskiem MON mają być zakupione razem z pociskami manewrującymi.

Pociski manewrujące umożliwiają atak z okrętu podwodnego na cele naziemne na terytorium wroga nawet kilkaset kilometrów od wybrzeża. Profesor Soroka zwraca uwagę na to, że Polska byłby jedynym państwem Europy Środkowo-Wschodniej o tak silnym potencjale odstraszającym. System ten wzmocniłby także rolę naszego kraju jako państwa granicznego NATO.

Byłoby dobrze, gdybyśmy pozyskując nowe okręty podwodne, jednocześnie nabyli rakiety manewrujące, bo wtedy można wynegocjować lepsze warunki zarówno przemysłowe, jak i finansowe. Poza tym skróciłby się proces nadania okrętom pełnych zdolności bojowych – podkreśla prof. Soroka. ‒ NATO posiada system odstraszania na czele z amerykańskim. Myślę, że z jednej strony powinniśmy być włączeni do systemu odstraszania NATO jako sojusznik, ale z drugiej strony powinniśmy mieć zdolności autonomiczne.

Według niego niezależność w wykorzystaniu systemu odstraszania byłaby szczególnie ważna w sytuacjach kryzysowych, kiedy mogłoby zabraknąć czasu lub możliwości, by polegać na współpracy z NATO.

Profesor dodaje, że nowe okręty podwodne wzmocnią potencjał polskiego wojska także w innych obszarach.

Nowy sprzęt to nowe zdolności, nie mają ich okręty, które posiadamy. Mamy jeszcze pięć okrętów podwodnych. Cztery to Kobbeny, które niebawem  zejdą z wyposażenia. Jest jeszcze stosunkowo nowoczesny „Orzeł” klasy Kilo, ale wszystkie one są uzbrojone tylko w torpedy – podkreśla prof. Soroka. ‒ Wraz z nowym sprzętem pojawią się też inne możliwości, np. desantowanie z okrętów podwodnych oddziałów specjalnych. Mam nadzieję, że to będzie zupełnie nowa generacja okrętów, wyposażona w napęd niezależny od powietrza atmosferycznego. Takie okręty podwodne mogą nie wypływać na powierzchnię nawet przez 2-3 tygodnie.

W postępowaniu, jak przekonuje prof. Soroka, trzeba brać pod uwagę także aspekt polonizacji, czyli transferu technologii do Polski i produkcji przynajmniej części wyposażenia tych okrętów, a może nawet ich montażu w kraju. Dzięki temu co najmniej dwa z trzech okrętów mogłyby powstać w pewnym stopniu w Polsce, a nabyte w ten sposób kompetencje byłyby przydatne podczas 20-30-letniego okresu ich użytkowania.

Ekspert podkreśla, że zdolność samodzielnej obsługi technicznej okrętów i ich remontowania to nie tylko większe bezpieczeństwo, lecz także korzyści dla gospodarki. Dzięki przeniesieniu produkcji i serwisowania do Polski powstaną nowe miejsca pracy, a duża część z wydanych środków pozostanie lub wróci do kraju.

W styczniu przybyło ludzi bez pracy. W 2015 r. możliwy jednak spadek stopy bezrobocia poniżej 10 proc.

Mimo że bezrobocie w styczniu prawdopodobnie wzrosło, będzie to najwyższy odczyt w ciągu całego roku – uważa główna ekonomistka Raiffeisen Polbank. Początek roku zwykle przynosi spadek zatrudnienia, jednak w kolejnych miesiącach można oczekiwać, że stopa bezrobocia spadnie w Polsce poniżej 10 proc.  

W styczniu bez pracy mogło być nawet 12 proc. obecnych na rynku Polaków, o pół punktu procentowego więcej niż w grudniu. To jednak efekt związany z porą roku, który już za miesiąc-dwa powinien zacząć zanikać.

Bezrobocie w styczniu najprawdopodobniej będzie dalej podlegało przede wszystkim sezonowemu wzorcowi, czyli klasycznej zależności, że na przełomie roku, w związku z okresem zimowym i wygaszeniem wielu prac w branżach sezonowych, bezrobocie niestety nam wzrasta. Zakładamy, że odczyt bezrobocia będzie w okolicach 11,9-12 proc.  ocenia Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomistka Raiffeisen Polbank.

Mimo że w tym roku nie ma srogiej zimy, to i tak w takich branżach, jak leśnictwo, rolnictwo, turystyka czy budownictwo spada zapotrzebowanie na pracowników. Poza tym z końcem roku niektórym pracownikom wygasają umowy-zlecenie, umowy terminowe, kończą się staże. Nawet spodziewany wyższy odczyt bezrobocia będzie jednak nadal znacznie niższy niż w styczniu 2014, gdy, jak podawał GUS, wynosiło ono 14 proc.

Zdaniem ekonomistki styczniowe bezrobocie powinno być najwyższe w całym roku. Kondycja polskiej gospodarki jest dobra, a wiele wskazuje na to, że powinna być coraz lepsza. PKB w 2014 roku wzrosło o 3,3 proc. W 2015 r. ten wzrost powinien być jeszcze szybszy.

– Sądzimy, że już luty przyniesie ustabilizowanie odczytu bezrobocia na poziomie z poprzedniego miesiąca [11,5 proc. – red.], natomiast począwszy od marca, będziemy mogli liczyć ponownie na regularne spadki bezrobocia, które będziemy obserwować do jesieni – uważa główna ekonomistka Raiffeisen Polbank.

To oznacza, że na rynku pracy mogą się zacząć powtarzać odczyty stopy bezrobocia z najlepszego 2008 roku, gdy w niektórych miesiącach bez pracy było mniej niż 10 proc. ludzi w Polsce.

– Efekt powinien być taki, że w perspektywie 2015 roku siła spadku stopy bezrobocia sięgnie jakieś 1,5, być może nawet 2 punktów procentowych mówi Marta Petka-Zagajewska.Utrzymanie się dynamiki PKB na poziomie powyżej 3 proc. jest czynnikiem, który bardzo mocno sprzyja redukcji bezrobocia i pozwala liczyć na to, że sytuacja na rynku pracy będzie cały czas ulegała systematycznej poprawie.

Unijne małe i średnie firmy zbyt mało eksportują. Może to zmienić umowa o wolnym handlu UE-USA

CEO Magazyn Polska

Blisko połowa małych i średnich firm w Polsce wstrzymuje rozwój eksportu, bo obawia się regulacji i procedur administracyjnych. Podobne obawy mają również przedsiębiorcy z innych państw UE. Potencjał eksportowy firm z tego sektora jest znacznie większy. Sprzedaż zagraniczną może pobudzić umowa o wolnym handlu między Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi.

Przeprowadziliśmy ankietę wśród małych i średnich przedsiębiorstw, z której wynika, że aż 45 proc. przedsiębiorstw w Polsce jest zaniepokojonych różnego typu regulacjami, które ograniczają możliwości eksportu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Penny Naas, wiceprezes firmy kurierskiej UPS ds. public affairs na region Europy, Środkowego Wschodu i Afryki. – Nawiązaliśmy współpracę z rządami krajów europejskich i Stanów Zjednoczonych, której celem jest usunięcie przeszkód hamujących współpracę. Mamy nadzieje, że regulacje prawne mogą ułatwić handel transgraniczny, szczególnie małym i średnim przedsiębiorstwom.

Z ubiegłorocznego badania „European SME Exporting Insights” wynika, że europejskie firmy z sektora MSP nie wykorzystują w pełni swoich możliwości eksportowych. Większość towarów wysyłanych za granicę trafia do innych krajów UE (w zależności od kraju to od 87 do 100 proc.). To może oznaczać, że przedsiębiorstwa potrzebują wsparcia w ekspansji na dalsze rynki. Główną przyczyną wstrzymywania się z rozwojem eksportu jest obawa o utratę lub uszkodzenie towaru, a także brak informacji o regulacjach i procedurach eksportowych.

To też zostało uznane za najważniejszą przeszkodę w eksporcie do USA. Zdaniem ekspertów porozumienie handlowe negocjowane przez UE i USA pomoże w zniesieniu barier taryfowych i ograniczeniu formalności celnych.

Widzimy znacznie więcej szans i możliwości niż zagrożeń, patrząc na kierunek transatlantycki – twierdzi Penny Naas. – Nasze gospodarki są ze sobą blisko związane. Nie możemy zapominać też o geopolitycznym znaczeniu przygotowywanej umowy o wolnym handlu TTIP [Transatlantic Trade and Investment Partnership, z ang. Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji – red.] i tym, że ścisła współpraca między Stanami Zjednoczonymi i Europą pozwoli zniwelować negatywne efekty, które ewentualnie mogą się pojawić.

Tym bardziej że USA jest najpopularniejszym kierunkiem eksportu, poza państwami europejskimi. Ten rynek wybierają najczęściej firmy z branży high-tech, przemysłu, zdrowia, handlu i motoryzacji.

Wielu eksporterów jednak, jak wynika z badania UPS, ma ograniczoną wiedzę na temat TTIP. Przedsiębiorcy nie wiedzą także, jak ta umowa może pomóc w wejściu na rynek amerykański. Świadomość jest niska na wszystkich badanych rynkach (średnio 21 proc. ankietowanych). Najszersza wiedza cechuje eksporterów niemieckich (47 proc.).

Jak przekonuje Penny Naas, umowa – przez to, że wpłynie na rozwój wymiany handlowej – będzie mieć również wpływ na rynek pracy, również Polski.

W UPS mamy przelicznik, zgodnie z którym po podpisaniu umowy o wolnym handlu na każde 22 dodatkowe przesyłki, które będą efektem tego porozumienia, przypada jedno nowe miejsce pracy – wskazuje Penny Naas. – Kiedy więc rozważamy wady i zalety TTIP, warto pomyśleć o wszystkich możliwościach przyszłego wzrostu, które pojawią dzięki współpracy między USA a Europą. Jedną z nich są właśnie nowe miejsca pracy.

Według Głównego Urzędu Statystycznego eksport Polski w ubiegłym roku wzrósł o 5,2 proc. w stosunku do 2013 roku i wyniósł 163,1 mld euro. Import zaś zwiększył się o 5,5 proc., do 165,6 mld euro. Ujemne saldo wyniosło więc ponad 2,4 mld euro wobec niecałych 2 mld euro w 2013 r.

Obecnie Polska ma zbyt niski wskaźnik eksportu zarówno do krajów europejskich, jak i do Stanów Zjednoczonych – zauważa Penny Naas. – W tym kontekście myślę o dużej liczbie potencjalnych klientów w USA. Im więcej zrobimy, żeby zintensyfikować relacje handlowe pomiędzy Stanami i Europą,  w szczególności Polską, tym więcej korzyści dla pracowników, rolników i firm, również tych małych i średnich.

W badaniu „European SME Exporting Insights” zapytano o opinię na temat regulacji dotyczących sprzedaży zagranicznej właścicieli lub dyrektorów 8144 przedsiębiorstw z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Włoch, Holandii, Francji, Polska i Belgii z branży motoryzacyjnej, medycznej, technologicznej, przemysłowej oraz handlu detalicznego. Ankieta miała na celu sprawdzenie szans rozwoju sprzedaży zagranicznej oraz zidentyfikowanie kluczowych barier i obaw z nią związanych.

Enea obniża koszty finansowania inwestycji. Koncern do 2020 roku chce wydać 20 mld zł i podwoić ilość wytwarzanej energii

0

Enea zdołała ograniczyć koszty finansowania swojego zadłużenia o 270 mln zł. Koncern realizuje zaplanowany na najbliższe pięć lat program inwestycyjny, który jest warty 20 mld zł. Dużą część środków pochłania rozbudowa elektrowni w Kozienicach.

Enea wytwarza ponad 3 tys. MW energii i ma szansę do 2020 roku podwoić tę ilość. Koncern buduje m.in. gigantyczny blok 11 w elektrowni Kozienice, który za dwa lata może dostarczać dodatkowo ponad 1 tys. MW prądu.

– Wiele inwestycji związanych jest z wytwarzaniem i budową bloku 11 – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Zamasz, prezes zarządu Enea. – To jest największy blok w kraju, w Europie, a nawet chyba na świecie. Ta jednostka to ponad 6,5 mld zł. Średniorocznie do roku 2020 około 900 mln zł wydajemy też na inwestycje dystrybucyjne, nowe sieci, nowe przyłącza i nowe stacje transformatorowe.

Enea inwestuje też w energetykę odnawialną, która za pięć lat ma wytwarzać dla niej ok. 500 MW oraz w źródła kogeneracyjne i sieci ciepłownicze, w których powstawać ma 300 MW prądu i 1,5 tys. MW ciepła.

– To powoduje, że grupa poza środkami własnymi, które generuje z przychodu, sprzedaży energii z wytwarzania czy sprzedaży energii elektrycznej, ma duże potrzeby finansowania zewnętrznego – informuje Krzysztof Zamasz. Dlatego uruchomiliśmy kolejny program obligacji. To program związany również z pozyskaniem finansowania na bieżące potrzeby.

Na początku lutego Enea wyemitowała obligacje warte 1 mld zł w ramach pierwszej puli programu emisji obligacji do maksymalnej kwoty 5 mld zł. Jak jednak podkreśla prezes, spółka bardzo pilnuje poziomu wskaźnika zadłużenia do wskaźnika EBITDA. Na koniec III kwartału 2014 r. wskaźnik ten wynosił 0,2; pod koniec cyklu inwestycyjnego w 2020 roku ma sięgać 2,5.

Permanentnie i na bieżąco restrukturyzujemy to zadłużenie, które mamy – podkreśla prezes zarządu Enea. Mamy na tyle komfortową sytuację, że możemy restrukturyzować finansowanie, które pozyskaliśmy wcześniej. Dzięki temu grupa obniżyła koszty finansowania o około 270 mln zł w ostatnim czasie. To są duże pieniądze, dlatego staramy się być bardzo aktywnym uczestnikiem również w obszarze zaciągania finansowania w bardzo przemyślany i mądry sposób.

W swym programie inwestycyjnym koncern może liczyć na pieniądze z Unii Europejskiej. Z ogólnej puli 85 mld euro przewidzianych na lata 2014-2020 na ochronę środowiska i związaną z tym modernizację energetyki trafić ma 9,1 mld euro. Z kolei 10 mld euro trafi na prace nad nowoczesnymi technologiami. Z tej puli, za pośrednictwem Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, czerpać mogą też takie spółki, jak Enea, która ze swej strony deklaruje, że chce na ten cel wydać nawet kilkaset milionów złotych.

Mamy bardzo dużo projektów innowacyjnych na przyszłe lata – zapowiada Krzysztof Zamasz. Dość mocno wchodzimy w R&D [research and development, badania i rozwój – red.], w ramach nowego rozdania i nowych środków, które poprzez NCBiR również będziemy chcieli aplikować, jako konsorcjum kilku podmiotów, zwłaszcza tych największych energetycznych. Widzimy bardzo duże możliwości i przestrzeń do ograniczenia kosztów po stronie naszej grupy oraz naszych klientów.

Polskie wędliny, słodycze i makarony popularne wśród chińskich konsumentów. Sprzedaż żywności na tym rynku ma być łatwiejsza

Rośnie sprzedaż polskiej żywności w Chinach. W gusta Chińczyków trafiają przede wszystkim producenci słodyczy, wędlin i makaronów. W najbliższym czasie ruszyć ma sprzedaż polskich produktów przez internetowe strony dwóch popularnych w Chinach sklepów. To ma ułatwić producentom wchodzenie na ten rynek, bez dodatkowego udziału pośredników, hurtowników i detalistów.

– Wspólnie z partnerem chińskim [LongMarch Partners – red.] przygotowaliśmy projekt, który wykorzystuje dynamiczny wzrost sprzedaży żywności importowanej w kanale e-commerce. W Polsce w ten sposób sprzedawane jest 0,2 proc. żywności, w Chinach – 20 proc. Na tym oparliśmy koncepcję stworzenia platformy Wirtualny Pawilon z Polską Żywnością (VPF) – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Ziemski, prezes Sonall Consulting.

VPF ruszy na przełomie III i IV kw. tego roku. Dzięki obecności na dwóch platformach – JD.com i Taobao.com – dotrze do ok. 300 mln chińskich konsumentów. Projekt nie tylko pomoże zwiększyć sprzedaż polskiej żywności, lecz także będzie dobrą możliwością promocji. To o tyle istotne, że jak podkreśla Ziemski, sprzedaż e-commerce w Chinach dynamicznie rośnie, ok. 50 proc. w skali roku. Dlatego początkowo do VPF mają być zapraszane firmy o dużym potencjale.

Najważniejszą cechą projektu jest to, że produkty polskiego producenta będą adresowane bezpośrednio do chińskiego konsumenta, bez pośrednictwa importera, dystrybutora i detalisty, czyli ze stref wolnocłowych, do których dotrą, będą odbierane przez systemy logistyczne platform chińskich – zapowiada prezes Sonall Consulting.

Wstępnie zainteresowanie wyraziło kilkunastu polskich producentów, ale docelowo miejsce na platformie może znaleźć znacznie więcej, bo ok. 50 firm. Dla firm to duża szansa, zwłaszcza że dla większości małych i średnich przedsiębiorstw samodzielne wejście na chiński rynek jest z powodu wysokich kosztów praktycznie niemożliwe.

Ziemski podkreśla, że partnerzy liczą na wsparcie od państwa, ok. 15 mln zł. Pozwoli to zmniejszyć koszty przystąpienia do wirtualnego pawilonu dla polskich firm, ze 100 do ok. 25 tys. zł. Wsparcie pomoże polskiej platformie konkurować z innymi, które rozpoczynają w Chinach działalność.

Nasza platforma jest jedną z czterech, które instalują się na chińskich portalach. Oprócz nas Nowa Zelandia, Francja i Kanada rozpoczęły już prace, tak że ścigamy się z nimi. Te kraje dostały duże wsparcie rządowe, my też liczymy na nie liczymy – mówi Dariusz Ziemski.

Polska żywność ma szanse zyskać zainteresowanie Chińczyków. Bogacąca się klasa średnia chętnie kupuje zagraniczne produkty spożywcze, szczególnie z Europy, które są znacznie lepszej jakości niż rodzime.

Poszukiwane są polskie wędliny i makarony, świetnie sprzedają się także polskie słodycze. Po trzech latach działalności jeden z polskich producentów sprzedał czekoladę za 50 mld dolarów, a zaczynał od 0,5 mln. To pokazuje dynamikę sprzedaży i rosnące zapotrzebowanie klasy średniej – podkreśla Ziemski.

Klienci poszukują w smartfonach nowych funkcjonalności za niższą cenę

Producenci urządzeń mobilnych pracują nad coraz to nowszymi funkcjonalnościami, bo tego oczekują klienci. Na rynku poszukiwane są też coraz tańsze urządzenia. Mimo to najnowszy iPhone sprzedaje się w Polsce całkiem dobrze. Jednym z beneficjentów tego sukcesu jest Grupa AB, dystrybutor produktów Apple’a w Polsce, Czechach i na Słowacji. Grupa liczy na to, że podobnym sukcesem okażą się również nowe urządzenia.

Zainteresowanie produktami Apple znacząco wzrasta. Jesteśmy jednym z beneficjentów tego sukcesu i sądzimy, że kolejne okresy będą przynosiły dobre informacje, szczególnie, że czekają nas premiery rynkowe urządzeń, które Apple planuje wprowadzić na rynek – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Grzegorz Ochędzan, członek zarządu i dyrektor finansowy AB.

Dystrybucja iPhone’ów to ważny sektor dla spółki. Grupa AB pod koniec ubiegłego roku została jedynym broadline’owym dystrybutorem produktów Apple Polsce, Czechach i na Słowacji i jak podkreśla prezes, jest beneficjentem dużego sukcesu nowego modelu iPhone 6. Produkt Apple&HASH39;a odpowiada na trendy na rynku elektroniki użytkowej. Klienci poszukują bowiem smartfonów, które będą im oferować jak najwięcej funkcjonalności. Coraz częściej jednak wybierają produkty w niższych cenach.

Wszyscy producenci pracują nad tym, aby dostarczać coraz to nowe rozwiązania, więcej nowinek, które będą konsumentów zarówno biznesowych, jak indywidualnych zaskakiwać. Będziemy niebawem świadkami kolejnych nowych rozwiązań, które będą lokomotywą napędzającą sprzedaż smartfonów. Z naszej perspektywy widać pozytywne trendy i oczekujemy wzrostu zainteresowania tymi rozwiązaniami, a także wzrostu ich sprzedaży – prognozuje Ochędzan.

Jego zdaniem smartfon pozostanie najpopularniejszym urządzeniem na rynku ze względu na liczbę funkcji, które łączy. Tym samym popyt na nie nie powinien spadać. Zwraca uwagę na to, że nowymi produktami, których rynek mocno oczekuje, może być tzw. elektronika ubieralna. czyli wearables, jak na przykład iWatch czy inne smartwatche, które już wkrótce mogą stać się znacznie bardziej popularne.

Grupa AB jest w czołówce dystrybutorów IT w Europie Środkowo-Wschodniej. Sektor ten jest najważniejszym segmentem dla Grupy, ale jednocześnie stawia ona na rozwój innych, m.in. sprzedaży zabawek, sprzętu RTV i AGD czy rozwiązań dla firm.

Widzimy wiele szans na rozwój rynkowy i produktowy. W dalszym ciągu będziemy kontynuować rozwój naszych projektów, dotyczących Rekmana, czyli rozwój oferty zabawek. Będziemy dalej rozwijać segment AGD i RTV, także w zakresie enterprise, gdzie bardzo duży nacisk kładziemy na wzrost naszej aktywności rynkowej – zapowiada Grzegorz Ochędzan.

Grupa AB przejęła spółkę Rekman w 2013 r. i od tego czasu stara się zwiększyć swoją obecność na bardzo rozdrobnionym rynku dystrybutorów zabawek. Już teraz jest na nim istotnym graczem, ale zamierza dalej rozwijać ten obszar. Podobnie jest na rynku AGD i RTV, na którym AB działa również od niedawna.

Duże znaczenie dla rozwój rynku urządzeń elektronicznych oraz pokrewnych produktów mają marki własne spółki, czyli grupa TB (TB Print, TB Energy i TB Clean i TB Touch), Triline oraz zakupiona w 2013 r. marka Optimus.

Oczywiście, co jest najważniejsze, rozwój ten realizujemy w sposób racjonalny, maksymalizując efekty ekonomiczne z prowadzonej działalności w tym zakresie – zapewnia Ochędzan.

AB nie zapomina także o sektorze usług. Spółka świadczy bardzo zaawansowane usługi dla firm z sektora e-commerce i zamierza je rozwijać. Chodzi m.in. o usługi przechowywania danych czy logistyczne, np. usługę dropshippingu, czyli przejęcia dostawy towaru. To szczególnie popularne rozwiązanie wśród małych e-sklepów, które nie chcą inwestować w zaopatrzenie magazynów oraz przestrzeń do przechowywania produktów. Dzięki dropshippingowi, to dostawca odbiera towar z hurtowni i rozwozi go do klientów, a sprzedawca jedynie zbiera zamówienia.

Ochędzan podkreśla, że rozwój oferty dla sektora e-commerce to bardzo perspektywiczna działalność. Choć Polacy coraz więcej kupują przez internet, wciąż są pod tym względem daleko za Europą Zachodnią. Dlatego w najbliższych lat dynamika wzrostu tego sektora utrzyma się i będzie wyższa niż ten sam wskaźnik dla bardziej dojrzałych rynków.

Coraz więcej reklam w kinach. Firmy wybierają już nie tylko spoty na ekranach

Reklama w kinach staje się coraz popularniejsza. W ubiegłym roku – według Kantar Media – wydatki reklamodawców sięgnęły 1,6 mld zł i były o 65 proc. wyższe niż w 2013 roku. Najczęściej tę formę promocji wybierają dystrybutorzy filmowi, branża FMCG, firmy telekomunikacyjne, motoryzacyjne i banki. Reklama w kinie to już nie tylko spoty wyświetlane na ekranie, lecz także promocja w salach i holach kinowych czy na biletomatach.

W ubiegłym roku zauważyliśmy trend wchodzenia z reklamą już nie tylko na sam ekran, lecz także robienia różnego rodzaju akcji promocyjnych. Nasi klienci starają się podchodzić trochę bardziej niestandardowo do reklamy kinowej, by dzięki temu wzbudzać w widzach bardzo pozytywne skojarzenia i emocje – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Wasilewska, dyrektor ds. obsługi klienta w firmie New Age Media, domu sprzedaży reklam w kinach. – Ten segment bardzo mocno się rozwija i wydaje mi się, że w przyszłości reklama kinowa to będzie już nie tylko ekran, lecz przede wszystkim akcje okołoekranowe.

Kino daje duże możliwości promocji poza ekranem. Przykładem niestandardowych działań jest sponsoring sal czy całych kin (np. sieć McDonald’s została sponsorem kin IMAX w Polsce). Innym przykładem jest listopadowa akcja Mastercard i sklepu internetowego Showroom. W wydzielonej strefie Cinema City Mokotów dostępna była witryna sklepu, za pośrednictwem której można było dokonać zakupów online, korzystając z platformy płatności internetowych MasterPass.

Inny projekt, sala Škoda 4DX, pozwala widzowi kinowemu jeszcze mocniej przeżywać to, co widzi na ekranie. To już nie jest tylko obraz 3D i fenomenalny dźwięk, lecz jeszcze ruchome fotele, pojawiające się bańki mydlane czy gra świateł – wymienia Wasilewska.

Dla polskich kin ubiegły rok był wyjątkowo dobry – sprzedano ponad 40 mln biletów, o 11 proc. więcej niż w 2013 roku. Z tego jedna trzecia widzów odwiedziła kina w ostatnim kwartale.

Reklama kinowa z roku na rok radzi sobie coraz lepiej – ocenia Magdalena Wasilewska. – Według monitorującej wydatki reklamowe firmy Kantar Media [która pokazuje szacunkowe przychody reklamowe brutto – red.] w 2014 roku ten sektor rynku odnotował bardzo wysoki wzrost w wysokości 65 proc. w stosunku do poprzednich dwunastu miesięcy. Na reklamę kinową w 2014 roku wydano 1,6 mld zł, co jest bardzo dobrym wynikiem.

Z tego rodzaju promocji bardzo chętnie korzystają dystrybutorzy filmowi.

Prym wiedzie Kino Świat, dystrybutor, który w kinach Cinema City pojawia się praktycznie co tydzień ze swoimi trailerami i zapowiedziami nowych propozycji – mówi dyrektor w New Age Media. – Na pewno mocno rozwija wydatki branża FMCG, telekomunikacja, motoryzacja i bankowość. To sektory, które bez kina nie wyobrażają już sobie swojego miksu reklamowego. Zaobserwowaliśmy też większą aktywność farmacji oraz firm kosmetycznych.

Ale nie tylko wielkie koncerny korzystają obecnie z tej formy promocji. Cyfryzacja obrazu dała taką możliwość, jak przekonuje Magdalena Wasilewska, także mniejszym podmiotom.

Myślę np. o dilerach samochodów, deweloperach, a nawet restauracjach, które znajdują się w centrum handlowym, gdzie jest także kino, w którym odbywa się emisja – zauważa Wasilewska. – Tacy klienci także wybierają reklamę kinową jako sposób zaprezentowania się widzowi, który, jak wiadomo, jest bardzo atrakcyjnym konsumentem.

Sprzedaż elektrotechniki wzrosła w zeszłym roku o ok. 10 proc. Rynek napędza budownictwo mieszkaniowe

0

O ok. 10 proc. urósł w 2014 r. rynek artykułów elektrotechnicznych. Napędza go budownictwo mieszkaniowe i małe przemysłowe. Na rynku panuje bardzo duża konkurencja – czołowi sprzedawcy nie mają więcej niż 7 proc. udziału w rynku. Wśród liderów przeważają firmy zagraniczne. Jedyna w czołówce polska firma TIM SA stawia na sprzedaż hurtową i online.

Oceniam, że wzrost sprzedaży elektrotechniki w skali roku wyniósł ok. 10 proc. w całości rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Folta, prezes zarządu TIM SA. ‒ Rośnie głównie budownictwo mieszkaniowe i okołomieszkaniowe, czyli wyposażenie mieszkań i małych firm. Prawie nie mamy w tym wzroście udziału przemysłu i infrastruktury.

Jak przypomina Folta, szczególnie dobry był początek 2014 r. Pierwsze półrocze rozbudziło nadzieje na nawet większy wzrost w skali roku, ale od III kwartału nastąpiło spowolnienie. Jak dodaje Folta, w ciągu 12 miesięcy sprzedaż w sektorze budowlanym wzrosła o ok. 5 proc. Duża aktywność nastąpiła w inwestycjach związanych z modernizacjami, budową mieszkań oraz małych obiektów przemysłowych – znacznie gorzej było w dużym przemyśle i infrastrukturze, gdzie sprzedaż elektrotechniki jest niższa.

Folta dodaje, że jest to rynek bardzo konkurencyjny i rozdrobniony. Czołowi sprzedawcy nie mają więcej niż 7 proc. udziału, a czterech liderów razem ma tylko ok. 25 proc. udziału. Jak jednak zwraca uwagę, w większości są to podmioty zagraniczne. Najwięksi konkurenci tej jedynej w czołówce polskiej spółki to Alfa Elektro należąca do francuskiej grupy Sonepar, Elektroskandia z grupy Rexel (również z Francji) oraz fiński Onninen.

Z pierwszych pięciu firm, jeżeli chodzi o wielkość obrotów w Polsce, cztery firmy to podmioty zagraniczne, my jesteśmy jedynym podmiotem polskim – podkreśla Folta. ‒ Najczęściej spotykamy się z firmami o zasięgu ogólnokrajowym, czyli podobnymi do naszej oraz całą masą konkurentów lokalnych. Może ci konkurenci w skali kraju nie są liczącymi się konkurentami, ale na danym rynku akurat mają swój udział.

Folta zwraca uwagę na to, że TIM zanotował wyższy wzrost sprzedaży niż cały rynek (o ok. 50 proc. po III kwartałach), bo w 2014 r. całkowicie zmienił model działalności. Spółka zlikwidowała oddziały lokalne, w zamian otwierając biura handlowe. Dostawy są realizowane w ciągu 24 godzin z centralnego magazynu w Siechnicach pod Wrocławiem.

Taki model działalności to nowość na polskim rynku elektrotechnicznym. Inne firmy wciąż stawiają na klasyczne oddziały z magazynami. Folta ocenia, że choć jakość obsługi części klientów faktycznie się pogorszyła, to dla całej działalności spółki jest to korzystna zmiana.

Z jednej strony lokalni konkurenci, czy firmy, które posiadają lokalne oddziały, mają przewagę nad nami, ponieważ ich produkty są dostępne od ręki. Z drugiej strony mamy w tej chwili najszerszą ofertę asortymentową w Polsce. Jeżeli spojrzymy na dostępność liczoną w skali 24 godzin, to na pewno nasza oferta jest o wiele większa. W ciągu jednego roku, między grudniem 2013 i grudniem 2014 roku, rozszerzyliśmy naszą ofertę z 17 tys. sztuk asortymentu do 47 tys. To diametralny skok – podkreśla Folta.

TIM stawia też na sprzedaż internetową, która znacznie ułatwia dostęp do produktów spółki. W tej chwili już 60 proc. sprzedaży TIM odbywa się w tym kanale. To dla klientów oznacza nie tylko wygodę całodobowego dostępu do asortymentu, lecz także możliwość podglądu dostępności towarów i atrakcyjniejsze ceny.

Posłowie za zaostrzeniem egzekucji komorniczych

20 lutego br. Sejm znowelizował ustawę o komornikach sądowych i egzekucji. Konfederacja Lewiatan obawia się, że liczba bulwersujących opinię publiczną postępowań komorniczych wzrośnie.

Nowelizacja wprowadza ograniczenie liczby spraw z wyboru, które komornik będzie mógł w ciągu w roku przyjąć. Jeżeli komornik będzie chciał przyjąć 10.000 spraw rocznie to będzie musiał wykazać się 35 proc. skutecznością egzekucji.

Zdaniem Lewiatana tak wysoki, wręcz nierealny do osiągnięcia, wskaźnik skuteczności (przypominamy, że średni roczny wynosi ok. 23 proc.) doprowadzi do zwiększenia bezwzględnie przeprowadzanych egzekucji.

Komornicy, którzy nie są utrzymywani przez państwo, ale żyją z określonego przez prawo procentu tego co wyegzekwują, będą dążyli do zwiększenia liczby prowadzonych spraw (10.000) a ceną za to będzie bezwzględna walka o 35 proc. skuteczności.

– Konfederacja Lewiatan negatywnie ocenia uchwalone przez Sejm zmiany w ustawie o komornikach sądowych i egzekucji. Na wprowadzonych zmianach stracą niestety wszyscy. Dłużnicy będą narażeni na większą bezwzględność podczas egzekucji (podobne jak w przypadku szeroko komentowanego zajęcia traktora), wierzyciele ograniczą liczbę spraw kierowanych do egzekucji wybierając działania polubowne. W rezultacie mniej wniosków egzekucyjnych dostaną komornicy, a Skarb Państwa otrzyma mniejsze wpływy (m.in. mniej egzekucji to mniej zapytań komorniczych kierowanych do ZUS i urzędów skarbowych, za co pobierane są opłaty). Szczególnie przykre jest to, że krytyczne opinie organizacji biznesowych i prawniczych wobec projektu (odnoszące się kompleksowo do wszystkich kwestii) zostały zupełnie zignorowane. Nie wzięto także pod uwagę opinii konstytucjonalistów – uważa Krzysztof Kajda, dyrektor departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.

Liczymy, że Senat wnikliwie przyjrzy się uchwalonym przez Sejm zmianom i wprowadzi do ustawy stosowne korekty.

Konfederacja Lewiatan

Za duże kompetencje Państwowej Inspekcji Pracy

Nie jest wskazane rozszerzanie zadań Państwowej Inspekcji Pracy o kontrolę prowadzonego przez pracodawcę wykazu stanowisk pracy, w szczególnych warunkach lub o szczególnym charakterze – uważa Konfederacja Lewiatan.

Dlatego Lewiatan opowiada się utrzymaniem dotychczasowego stanu prawnego w projekcie ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy oraz ustawy o emeryturach pomostowych.

– Państwowa Inspekcja Pracy nie jest właściwa do rozstrzygania spraw dotyczących wykazywania, czy konkretne stanowisko pracy spełnia wymogi przewidziane przez ustawę o emeryturach pomostowych. W sytuacji spornej właściwym organem do sporządzenia takiej kwalifikacji jest Zakład Ubezpieczeń Społecznych, a następnie sąd powszechny – mówi dr Grażyna Spytek-Bandurska, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

To pracodawca określa wykaz stanowisk pracy, na których w jego firmie wykonywane są prace w szczególnych warunkach lub o szczególnym charakterze. Zaliczenie faktycznie istniejących stanowisk do wykazu nie jest objęte kontrolą Państwowej Inspekcji Pracy. Natomiast w razie nieumieszczenia w ewidencji pracowników wykonujących prace w szczególnych warunkach lub o szczególnym charakterze, za których jest przewidziany obowiązek opłacania składek na Fundusz Emerytur Pomostowych, pracownikowi przysługuje skarga do Państwowej Inspekcji Pracy.

Kompetencja organów Państwowej Inspekcji Pracy do wydania nakazu, powinna ograniczać się do spraw, w których nie jest sporna kwalifikacja pracowników wykonujących prace w szczególnych warunkach lub o szczególnym charakterze.

Konfederacja Lewiatan

Pakiet onkologiczny do trybunału

Środowisko medyczne od samego początku krytycznie ocenia pakiet onkologiczny. Uważa, że jego wprowadzenie doprowadzi do dużej dezorganizacji służby zdrowia i dzielenia pacjentów na lepszych i gorszych. Stąd decyzja Naczelnej Rady Lekarskiej o złożeniu do Trybunału Konstytucyjnego wniosku o sprawdzenie zgodności zapisów pakietu z konstytucją.

Pakiet onkologiczny ma przyspieszyć diagnostykę oraz zapewnić chorym na raka łatwiejszy dostęp do specjalistów i skuteczniejsze leczenie. Wprowadzono tzw. zieloną kartę, którą otrzyma każda osoba z podejrzeniem nowotworu. Dzięki niej pacjent dostanie się na wszystkie wymagane badania bez konieczności czekania w kolejkach i – jeśli choroba się potwierdzi – będzie leczony szybciej.

W teorii wszystko brzmi pięknie. Wprowadzenie ułatwień dla chorych na raka spotkało się jednak ze sporą krytyką ze strony lekarzy: „stworzy to na pewno wielki chaos we wszystkich tych miejscach, w których pacjenci onkologiczni będą konkurowali z nieonkologicznymi, już wcześniej zapisanymi w kolejce i oczekującymi na badania” – mówi serwisowi infoWire.pl sekretarz Naczelnej Izby Lekarskiej dr n. med. Konstanty Radziwiłł. „Jeśli w tę kolejkę zaczną wchodzić osoby z podejrzeniem choroby onkologicznej, to właściwie trudno sobie wyobrazić administrowanie taką kolejką i sytuację pozostałych chorych, którzy przecież – nie dla własnej przyjemności, tylko z potrzeby zdrowotnej – czekają na badania czy konsultacje” – kontynuuje lekarz.

Jak zaznacza rozmówca, środowisko medyczne nie protestuje przeciwko temu, żeby jakość i bezpieczeństwo leczenia chorych na raka uległy poprawie. Zauważa jednak, że osoby te są przyjmowane i leczone stosunkowo szybko, a problem kolejek dotyczy przede wszystkim pacjentów nieonkologicznych.

„Z perspektywy lekarskiej to wszystko nie wygląda zbyt dobrze również od strony etycznej. Lekarz ma obowiązek zajmowania się każdym pacjentem […] w sposób dla niego najlepszy. Trudno sobie wyobrazić, żebyśmy – jak w jakichś wojennych warunkach – selekcjonowali pacjentów na lepszych i gorszych” – dodaje ekspert.

Unia stawia na innowacje. I ma na to pieniądze!

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR) ponownie otwiera dostęp do unijnej kasy. Do 2020 roku przedsiębiorcy będą mogli ubiegać się dofinansowanie z puli blisko 15 miliardów euro! Pierwsze nabory planowane są już na II kwartał 2015 r. Które z rodzajów wsparcia mogą szczególnie zainteresować przedsiębiorców?

Dofinansowanie oferowane przez NCBiR, zgodnie z specyfiką działalności tej instytucji, skierowane jest przede wszystkim na wspieranie badań stosowanych i prac B+R, finansowanie ich komercjalizacji i transferu wyników do gospodarki. Wśród organizowanych przez Centrum konkursów są zarówno kontynuacje cieszących się dużą popularnością w poprzednim rozdaniu programów, jak i całkowicie nowe propozycje, które mają pobudzać innowacyjność w polskiej gospodarce. Chociaż wiele z nich skierowanych jest do naukowców i ośrodków badawczych, to NCBiR podkreśla, że w latach 2014-2020 przedsiębiorcy mają być głównymi beneficjentami funduszy przeznaczonych na projekty badawczo-rozwojowe. Na firmy czeka więc szeroki wachlarz możliwości wsparcia ich inwestycji, które ze względu na swój nowatorski charakter mogą się nieraz wiązać ze znacznymi kosztami i ryzykiem.

Godny następca

Jedną z najciekawszych i skierowanych do najszerszego grona odbiorców biznesowych propozycją NCBiR będzie Działanie 1.1 Programu Operacyjnego Innowacyjny Rozwój (POIR). To kontynuacja bardzo popularnego w zeszłej perspektywie finansowej Działania 1.4 POIG. W ramach tego konkursu rozpatrywane będą projekty obejmujące realizację badań przemysłowych lub prac rozwojowych nad rozwiązaniami technologicznymi i produktami. Celem dofinansowanych inwestycji ma być rozwój prowadzonej działalności firmy i wzmacnianie jej pozycji konkurencyjnej. Pozyskaną dotację można będzie wykorzystać przede wszystkim na wyposażenie niezbędne do prowadzenia prac B+R, w tym m.in. na nowe urządzenia i aparaturę, amortyzację budynków czy wartości niematerialne i prawne. Może ona również zostać przeznaczona na wynagrodzenia pracowników związane z realizacją projektu.

Szybka ścieżka do dużej kasy

Na Program Operacyjny Innowacyjny Rozwój NCBiR planuje przekazać prawie 2 mld euro. Tak duża kwota wynika prawdopodobnie z wysokiego poziomu dofinansowania i dużych dotacji, o jakie będą mogli starać się przedsiębiorcy. Już w poprzednim rozdaniu unijnym intensywność wsparcia w Działaniu 1.4 POIG sięgała nawet 80% kosztów kwalifikowanych, a największa przyznana dotacja dla jednego projektu wyniosła ponad 32 mln złotych. Dlaczego jeszcze przedsiębiorcy powinni zwrócić uwagę na ten program? – Niezwykłym atutem Działania 1.1 POIR będzie zastosowanie tzw. „szybkiej ścieżki”. Pod tym tajemniczym określeniem kryje się innowacyjna metoda aplikacji, która będzie zastosowana w konkursie. To specjalne udogodnienie dla przedsiębiorców będzie polegało na maksymalnym ograniczeniu formalności przy składaniu projektu do oceny oraz skróceniu czasu wydania decyzji o przyznaniu dotacji do maksymalnie 60 dni od momentu złożenia dokumentów. Firmy w ramach „szybkiej ścieżki” będą mogły składać projekty w dowolnej chwili, ponieważ nabory będą prowadzone w sposób ciągły. Ponadto sam wniosek aplikacyjny będzie znacznie uproszczony w pierwszej fazie składania projektu w Centrum – tłumaczy Krzysztof Banasiuk, Starszy specjalista ds. funduszy UE z firmy ECDF. – Centrum o niezbędne dokumenty i załączniki będzie się ubiegało dopiero w momencie podpisywania umowy o dofinansowanie, a nie na etapie składania wniosku, jak to miało miejsce w dotychczasowych naborach – dodaje Matylda Sochacka, Specjalista ds. funduszy UE z ECDF. Co ciekawe, będzie to jeden z niewielu rodzajów wsparcia z UE dostępnych dla dużych firm. Skierowane do nich konkursy rozpoczną się jednak później, bo w IV kwartale 2015 r. (nabór dla MŚP planowany jest na II kwartał 2015 r.), a poziom dofinansowania będzie niższy niż w przypadku mikro, małych i średnich przedsiębiorstw.

Unijne drzwi do globalnych rynków

Innym ciekawym programem NCBiR dedykowanym przedsiębiorcom jest GO_GLOBAL, który cieszył się dużym zainteresowaniem w ubiegłych latach. Głównym jego celem pozostanie zwiększenie skali komercjalizacji na rynkach światowych wyników badań naukowych lub prac rozwojowych rodzimych firm. Jakie koszty można było pokryć z otrzymanej dotacji w poprzedniej edycji? – Przede wszystkim wydatki związane z opracowaniem i wstępną weryfikacją strategii wejścia firmy na rynki światowe. Wśród nich można wymienić m.in. koszty usług doradczych i równorzędnych, nabycia i zużycia materiałów, środków eksploatacyjnych czy wynagrodzenia dla pracowników – mówi Piotr Jankowiak, Specjalista ds. funduszy UE z ECDF. – Firma biorąca udział w tym programie powinna posiadać już innowacyjny produkt lub usługę, które z powodzeniem mogą być oferowane na rynkach zagranicznych – dodaje. O wsparcie z GO_GLOBAL będą mogły ubiegać się innowacyjne mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa działające w sektorze wysokiej i średnio-wysokiej technologii  w przemyśle lub w sektorze usług wysokiej techniki (zgodnie z definicją Eurostat). Warto zwrócić uwagę na specyficzną metodę opiniowania projektów w tym programie. Procedura konkursowa obejmuje ocenę formalną wniosku oraz dwustopniową ocenę merytoryczną. Ostatni etap stanowi prezentacja projektu przed panelem ekspertów i dyskusja z nimi na temat przedstawianego pomysłu. Przewidywany termin rozpoczęcia naborów do GO_GLOBAL przypada na II kwartał 2015 r.

Specjalistyczne konkursy, innowacyjne formuły

Obok konkursów kierowanych do szerokiego grona odbiorców, NCBiR przygotował również propozycje dedykowane ściśle określonym branżom. Wśród nich są kontynuacje programów INNOLOT dla branży lotniczej oraz INNOMED mający na celu opracowywanie rozwiązań z zakresu medycyny innowacyjnej, a także poświęcony wsparciu B+R w obszarze związanym z wydobyciem gazu łupkowego w Polsce program Blue Gas. Jedną z najbardziej nowatorskich w formule propozycji NCBiR będzie z kolei E-pionier. Celem nowej inicjatywy jest pobudzanie potencjału uzdolnionych programistów dla zwiększenia zastosowania rozwiązań cyfrowych w administracji i gospodarce. W ramach działania  zostanie wykorzystana nowatorska na rynku polskim formuła zamówień przedkomercyjnych. Efektem udzielanego wsparcia powinno być wypracowanie prototypu bądź odpowiednich rozwiązań w formie MVP (minimum viable product), czyli produktu lub usługi zawierających przynajmniej podstawowe funkcjonalności odpowiadające na określone wcześniej potrzeby, oraz ich rozwój celem przetestowania przez potencjalnego użytkownika.

Polscy przedsiębiorcy, którzy planują rozwój poprzez prace B+R i wdrażanie innowacji w firmach, dzięki programom opracowanym przez NCBiR będą mieli w najbliższych latach wiele możliwości skorzystania ze wsparcia dla swoich inwestycji. Rozwiązania, które szykuje instytucja, mogą znacznie ułatwić dostęp do dotacji. Warto więc dobrze się przygotować i nie marnować okazji na, być może ostatnie, tak duże wsparcie z UE.

Dobra pensja tuż po studiach? To możliwe

Z danych serwisu zarobki.pracuj.pl wynika, że początek kariery nie zawsze wiąże się z niskimi zarobkami. Nawet osoby z niewielkim doświadczeniem mogą liczyć na przeciętne pensje powyżej 3000 zł netto – jak ma to miejsce np. w przypadku początkujących pracowników odpowiedzialnych za doradztwo i konsulting czy informatyków odpowiedzialnych za rozwój oprogramowania.

Początek kariery zawodowej związany jest z brakiem doświadczenia, a co za tym idzie kojarzy się z niewysokimi zarobkami. I rzeczywiście, w większości przypadków osoby dopiero wchodzące na rynek pracy często nie mogą liczyć na pensje zbliżone lub równe średniej krajowej. Jednak istnieją wyjątki.

O tym na jakie wynagrodzenie możemy liczyć decyduje popyt i stopień naszej specjalizacji. Istnieją specjalności bardzo poszukiwane na rynku pracy. Wtedy decydującym czynnikiem staje się nie nasz staż pracy, a wykształcenie i umiejętności. Nie ma co ukrywać, że na stracie łatwiej mają osoby o wykształceniu ścisłym, związanym z IT, finansami, przetwarzaniem danych komentuje Maciej Bąk, ekspert ds. raportów wynagrodzeń Grupy Pracuj.

IT – dobre na start

Osoby w wieku 26 lat lub młodsze, z doświadczeniem na stanowisku nie przekraczającym roku, największe szanse na wysokie zarobki mają w obszarach związanych z finansami, IT, analizami biznesowymi i finansowymi. Na czele stawki znajduje się doradztwo i  konsulting, początkujący z tego obszaru mogą liczyć na przeciętne wynagrodzenie w wysokości 3 500 zł netto miesięcznie.

Bardzo podobna pensja proponowana jest informatykom odpowiedzialnym za rozwój oprogramowania, a specjalizującym się w zarządzaniu projektem – przeciętne wynagrodzenie dla młodych pracowników wynosi 3 240 zł netto. W obszarze IT przeciętne wynagrodzenia powyżej 2500 zł na rękę mogą otrzymywać także początkujący pracownicy odpowiedzialni za bezpieczeństwo i audyt (2 890 zł netto) oraz ci odpowiedzialni za rozwój oprogramowania w obszarze analiza biznesowa (2 816 zł netto) oraz programowanie (2 678 zł netto).

Przechowywanie i administrowanie danych oraz ich bezpieczeństwo są kluczowymi aspektami w branży IT, dlatego specjaliści wykonujący takie zadania, nawet z niewielkim doświadczeniem, mogą liczyć na relatywnie wysokie wynagrodzenie. Jednak aktualnie to programiści i analitycy są filarami każdego zespołu zajmującego się tworzeniem nowych oraz rozwojem dotychczas stworzonych oprogramowań, co powoduje, że osoby zajmujące takie stanowiska, już na starcie zarabiają bardzo dobre pieniądze. Tym bardziej, że na rynku IT wciąż brakuje specjalistów w tej materii – wyjaśnia Rafał Dąbkowski, Business Unit Director w Connectis.

Osoby planujące karierę w IT, mogą zapoznać się z najnowszym wydaniem „Pracuj w IT 2015”, publikacji, w której 28 firm z branży prezentuje swoje profile pracodawców.  Kolejnym obszarem, z wynagrodzeniami powyżej średniej krajowej, jest bardzo specjalistyczny sektor badań i rozwoju w specjalności związanej z tworzeniem tzw. hurtowni danych oraz Business Intelligence – tutaj zarobki specjalistów o krótkim stażu wynoszą przeciętnie 2 980 zł netto.

Finanse również w cenie

Na dobre wynagrodzenia mogą także liczyć pracownicy związani z finansami. W bankowości najwyżej ceni się początkujących pracowników od bankowości inwestycyjnej oraz analizy ryzyka – z przeciętnymi zarobkami na poziomie 2800 zł netto. Na identyczne wynagrodzenie mogą liczyć młodzi pracownicy z obszaru finanse/ekonomia zajmujący się rynkami kapitałowymi i kontrolingiem. Taka sama pensja proponowana jest tym początkującym specjalistom z obszaru ubezpieczeń, którzy odpowiadają za analizy, ryzyko lub aktuariat.

Wśród młodych pracowników zarabiających w granicach 2 700 – 2 500 zł netto znajdują się inżynierowie motoryzacji i lotnictwa, marketingowcy odpowiedzialni za zarządzanie produktem i marką czy osoby odpowiedzialne za zarządzanie HR.

Nie ma co ukrywać, że większość młodych osób u progu kariery zawodowej nie może liczyć na wysokie zarobki, i że czas oraz doświadczenie wpływają na nasze pensje korzystnie. Jak widać z przytoczonych wyników, istnieją jednak obszary, w których już na początku zarabia się znacznie powyżej średniej. W cenie są wąskie specjalizacje. Takich ekspertów jest mało i to wpływa na oferowane im wynagrodzenie.

 

Źródło danych: portal Zarobki.pracuj.pl Metodologia wyliczania danych: Analiza ponad pół miliona ankiet zgormadzonych w serwisie zarobki.pracuj.pl. Wyodrębniono ankiety osób w wieku do 26 roku życia, z doświadczeniem na stanowisku nie przekraczającym roku. W analizie pokazano wartość mediany netto (50% zarabia mniej, 50% więcej), płacy całkowitej (płaca zasadnicza + premia).

 Pracuj w IT 2015 to publikacja w nakładzie 20 000 egzemplarzy dystrybuowana na 11 największych uczelniach technicznych oraz targach i wydarzeniach kierowanych do branży IT (m.in. Kariera IT, Infoshare, Confitura). Zawiera porady dotyczące rekrutacji, kariery i rynku pracy oraz oferty pracodawców, szukających kandydatów na stanowiska IT. Dostępna online na http://www.pracuj.pl/pracuj-w-it/

Spotkanie z duńską Komisją ds. Finansów

Perspektywy przyjęcia euro oraz przeprowadzane przez Polskę i Danię reformy strukturalne to tematy spotkania ministra finansów Mateusza Szczurka z przedstawicielami Komisji ds. Finansów duńskiego parlamentu, której przewodniczyła Camilla Hersom. W spotkaniu, które odbyło się 18 lutego 2015 r. w Ministerstwie Finansów, uczestniczył także ambasador Królestwa Danii w Polsce Steen Hommel.

Rozmawiano również o sytuacji ekonomicznej w Polsce i Unii Europejskiej. Camilla Hersom wyraziła uznanie dla wyników gospodarczych osiągniętych przez Polskę na tle innych państw regionu w obliczu skutków kryzysu ekonomicznego w Europie. Minister Szczurek podkreślił, że jednym z kluczowych elementów, które przyczyniły się do sukcesu w tym zakresie, była prowadzona przez Polskę zrównoważona polityka fiskalna. Dodał, że warunkiem utrzymania tego trendu w dłuższej perspektywie mogą być zmiany na rynku pracy, w tym zwiększenie produktywności i udziału osób narażonych na wykluczenie oraz wzrost kapitału społecznego. Rozmówcy podkreślili jednocześnie, że obecnie kluczowym elementem przy podejmowaniu decyzji o przyjęciu waluty powinno być dokonanie właściwej oceny korzyści i kosztów w ujęciu ekonomicznym oraz politycznym.

Oprócz spotkania w Ministerstwie Finansów duńscy parlamentarzyści spotkali się m.in. z Komisją ds. Finansów Sejmu RP oraz członkiem Rady Gospodarczej przy Prezesie Rady Ministrów i szefem zespołu doradców politycznych premiera Jackiem Rostowskim.

Związkowcy, nie niszczcie gospodarki

Związkowcy zapowiadają w całym kraju akcje protestacyjne, których celem jest zmuszenie rządu do dialogu. Międzyzwiązkowy Krajowy Komitet Protestacyjno-Strajkowy przekonuje, że rząd niszczy przemysł, wzrost gospodarczy jest konsumowany przez najbogatszych, bezrobocie utrzymuje się na wysokim poziomie , a płace w sferze budżetowej są zamrożone od sześciu lat.

Komentarz Henryki Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan

Związkowcy oskarżają rząd o zniszczenie stoczni i kopalń. Tymczasem to właśnie związki zawodowe są współodpowiedzialne za upadek stoczni i dramatyczną sytuację kopalń. Blokowały niezbędne zmiany i modernizację stoczni. W kopalniach wywalczyły wzrost wynagrodzeń bez wzrostu wydajności pracy uniemożliwiając sfinansowanie koniecznych inwestycji. Dzisiaj walczą o wypłatę nagród, mimo, że kopalnie przynoszą straty.

Związkowcy oskarżają premier Ewę Kopacz o niechęć do dialogu. A przecież to związkowcy szykując jesienne manifestacje w 2013 roku, opuścili Trójstronną Komisję. Pracodawcy również nie byli usatysfakcjonowani efektywnością dialogu, ale jego całkowite zerwanie nie jest wyjściem z sytuacji. Jesteśmy przeciwni, żeby premier jeździła gasić strajkowe pożary. Szanujmy własne państwo i jego instytucje. Przedstawiona na spotkaniu z partnerami społecznymi odpowiedź resortu pracy i polityki społecznej na projekt zastąpienia Komisji Trójstronnej nową Radą Dialogu Społecznego przygotowany przez pracodawców i związkowców może być podstawą do dalszych rozmów. Mamy nadzieję na nową ustawę o dialogu społecznym jeszcze przed wakacjami. Teraz, kiedy wreszcie dochodzimy do porozumienia w sprawie nowej formuły dialogu społecznego, związkowcy robią wszystko, żeby to zaprzepaścić.

Związkowcy, aby podgrzać emocje, nieprawdziwie przedstawiają rzeczywistość.

Ich zdaniem „wzrost gospodarczy jest konsumowany przez najbogatszych”. To nieprawda. Według Eurostatu rozwarstwienie dochodów w Polsce, mierzone współczynnikiem Giniego, zmniejszyło się z 0,36 w 2005 roku do 0,31 w 2013 roku. Według Głównego Urzędu Statystycznego współczynnik Giniego w tym okresie pozostawał na poziomie 0,34. Tak czy inaczej nie można mówić o wzroście rozwarstwienia dochodów, a to znaczy, że wszyscy Polacy korzystają ze wzrostu gospodarczego.

„Bezrobocie utrzymuje się na wysokim poziomie”. Według Eurostatu bezrobocie w Polsce jest najniższe od 5 lat. Średnia stopa bezrobocia w całej Unii Europejskiej wynosi 10 proc., w samej strefie euro 11 proc., a w Polsce 9 proc. Według metodologii GUS w ciągu w roku bezrobocie obniżyło się z ponad 13 proc. do 12 proc. Niesłuszne jest oskarżanie rządu, że bagatelizuje problem bezrobocia.

„Płace w sferze budżetowej są zamrożone od 6 lat”. To nieprawda. Zamrożony jest fundusz wynagrodzeń, a nie wysokość płac. To znaczy, że w przypadku zmniejszenia zatrudnienia w wyniku zwiększenia wydajności pracy można podnosić płace. Związkowcy muszą zaakceptować powiązanie wzrostu wynagrodzeń ze wzrostem wydajności pracy w sektorze publicznym, jak dzieje się to w sektorze prywatnym. Warto tez dodać, że płaca minimalna w Polsce wzrosła z 700 zł w 2000 roku do 1750 zł w 2015 roku.

„Miliony pracowników zmuszono do zatrudniania się na umowach śmieciowych”. Związkowcy do umów śmieciowych niesłusznie zaliczają wszystkie umowy, na przykład, na czas określony. We współczesnej gospodarce elastyczność zatrudnienia i produkcji jest niezbędna. Gdyby związki zawodowe dopuściły do uelastycznienia kodeksowych umów o pracę mielibyśmy bardziej jednorodny rynek pracy.

Konfederacja Lewiatan

Na bankructwie Grecji można zarobić

Z tysiąca złotych postawionych na wyjście Grecji ze strefy euro można zyskać dodatkowe trzy tysiące. Taką ofertę daje co najmniej kilkanaście zagranicznych zakładów bukmacherskich. Jeśli komuś nie odpowiada hazard, może zainwestować w najbardziej przecenione spółki notowane na giełdzie w Atenach, kupić złoto albo zagrać pod umocnienie złotego względem euro – radzą analitycy i ekonomiści w rozmowie z portalem Money.pl.

Grecja złożyła propozycję przedłużenia umowy kredytowej ze strefą euro, ale bez przymusu utrzymywania w dalszym ciągu reform oszczędnościowych. Niemcy już zapowiadają, że odrzucą tę propozycję. Prawdopodobieństwo ogłoszenia niewypłacalności i opuszczenia strefy euro jest coraz większe.

Jak więc zarobić na wyjściu Grecji ze strefy euro? – Najprościej postawić pieniądze u bukmachera – odpowiada Roland Paszkiewicz, główny ekonomista CDM Pekao. – To najprostszy i pewny sposób, jeśli faktycznie do tego dojdzie.

Faktycznie, zagraniczne serwisy internetowe zakładów bukmacherskich dają możliwość obstawienia takiego scenariusza. Bardziej opłacalne jest postawienie na tzw. Grexit. Jak podaje Money.pl, poświęcając tysiąc złotych bukmacher przy naszej wygranej wypłacić 3,5 tysiąca.

Znacznie mniej można zarobić na przeciwnym scenariuszu. Jeśli Grecja utrzyma euro do końca roku, z każdego postawionego tysiąca wypłata wyniesie 1300 złotych. Duża dysproporcja w stawkach zachęca do podejmowania ryzyka. Około 55 procent wszystkich zakładów dotyczy czarnego scenariusza.

Sporo zarobić można też na rynkach finansowych. W tego typu czarnych scenariuszach należy najpierw przewidzieć zachowanie innych inwestorów. – Wbrew pozorom nie jest to oczywiste – podkreśla w rozmowie z Money.pl Roland Paszkiewicz.

Grecja może namieszać też na rynkach akcji. Podczas ostatniego dużego krachu w latach 2007-2008 indeks WIG, grupujący większość spółek z warszawskiego parkietu, zanotował blisko 70-procentowe tąpnięcie. Do tej pory straty te nie zostały nadrobione.

Grę na spadki indeksów giełdowych proponuje Piotr Bujak, główny ekonomista PKO BP. – Można oczekiwać krótkoterminowych spadków na rynkach akcji, także na giełdzie w Stanach Zjednoczonych, gdzie od kilku miesięcy mamy do czynienia z historycznymi rekordami. Mowa o kilku lub kilkunastoprocentowej korekcie. Podkreślam, że w grę wchodzi tylko korekta, a nie wejście w okres bessy – prognozuje w rozmowie z Money.pl.

Paweł Cymcyk z ING TFI największym spekulantom poleca inwestycje w samej Grecji. – Jak wyjdą ze strefy euro to skończy się niepewność. Będzie można skończyć z uciążliwym zaciskaniem pasa i będzie tylko lepiej – uważa. Sugeruje, że największe zyski da giełda, która przez ostatni rok straciła na wartości blisko 50 procent. – Można liczyć w końcu na odbicie. Trzeba przyznać, że taka strategia to już ostra jazda bez trzymanki, ale kiedyś w podobny sposób majątek zbił jeden z największych inwestorów na świecie George Soros czy Warren Buffet.

Monitoring social media: Polacy często szukają rad w internecie.

Jak wynika z monitoringu social media, zwroty typu „czy ktoś mógłby mi pomóc” pojawiają się w sieci średnio 1,2 tys. razy dziennie. To szansa dla marketerów, działów marketingu i obsługi klienta, by radząc internautom, zwrócili ich uwagę na własną firmę.

J. Rzeźniczek (Secus AM): Frank nie powinien wzrosnąć powyżej 4 zł. Eurodolar może zejść poniżej 1,1 i pozostać na tym poziomie przez dłuższy czas

W ostatnich tygodniach na rynkach finansowych obserwowana jest duża zmienność.  Frank szwajcarski zszedł mocno poniżej 4 zł i nie powinien wrócić ponad tę granicę, a euro w relacji do dolara może dalej się osłabiać, nawet poniżej poziomu 1,1. Powodem jest m.in. program luzowania ilościowego EBC. Z kolei w Polsce w marcu rynek oczekuje obniżki stóp procentowych.

 W przypadku franka szwajcarskiego obstawiam, że obszarem konsolidacji w najbliższym czasie będą poziomy poniżej 4 zł w relacji franka do złotego –prognozuje w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Jacek Rzeźniczek, dyrektor Departamentu Zarządzania Portfelami Secus Asset Management. – Tutaj sytuacja już jest całkiem nieprzewidywalna, podobnie jak władze Szwajcarskiego Banku Narodowego. Natomiast sądzę, że władze SNB będą próbowały osłabiać franka i zrobią wszystko, żeby nie poszedł on specjalnie do góry. Zresztą to pokazuje ostatnio rynek, poziomy 4, poniżej 4 są akceptowalne.

W kontekście pary walutowej EUR/USD analityk Secus AM przewiduje kontynuację osłabienia euro w stosunku do dolara do poziomu nawet poniżej 1,1, w którym może nastąpić konsolidacja. To konsekwencja z jednej strony działań umacniających dolarach i wywołanych przez Fed, a z drugiej – wpływ wywiera polityka EBC w zakresie luzowania ilościowego, co osłabia euro. Nie pomagają też przepychanki między Grecją a UE, czy dokładniej Niemcami , w sprawie dalszej pomocy dla Aten.

Jak dodaje Rzeźniczek, obecnie obserwowane odbicie notowań ropy naftowej nie jest jeszcze duże, a rynek potrzebuje czasu, aby się odbudować. W najbliższych miesiącach, a nawet do połowy roku, notowania ropy powinny się konsolidować w stosunkowo niskich wartościach, w granicach 50-55 dolarów za baryłkę.

 Wydaje mi się, że te poziomy, które widzieliśmy na ropie pod koniec stycznia, mimo wszystko są dołkiem cyklu i ropa poniżej 45 dolarów za baryłkę prawdopodobnie już nie zejdzie  uzupełnia ekspert.  Ropa w II półroczu ubiegłego roku zaliczyła bardzo mocny, 60-proc. spadek. I prawdę mówiąc, przez ostatnie 20 lat podobne spadki na ropie zdarzyły się tylko czterokrotnie. Natomiast ten ostatni pod względem dynamiki był porównywalny tylko i wyłącznie ze spadkiem z 2008 roku, kiedy mieliśmy kryzys finansowy związany z upadkiem banku Lehman Brothers.

Wysoka zmienność na rynkach powoduje też, że polska Rada Polityki Pieniężnej będzie ostrożnie podchodziła do wszelkich kroków w swojej polityce. Przedstawiciel Secus AM przewiduje, że już w marcu istnieje duże prawdopodobieństwo obniżki stóp procentowych w Polsce. RPP w tej chwili czeka przed wszystkim na projekcję inflacji i PKB, co w dużym stopniu będzie determinować przyszłe decyzje gremium.

 Z ostatniego komunikatu można wyraźnie wywnioskować, że jeśli perspektywa deflacji będzie się pogłębiać i oddalać, to Rada nie wyklucza dostosowania polityki pieniężnej. Natomiast kolejny czynnik, na który Rada będzie zwracała uwagę, to zmienność na rynkach finansowych – wyjaśnia Jacek Rzeźniczek.

Według niego, jeśli wysoka zmienność na rynkach utrzyma się, to RPP najpierw obniży stopy o 25 punktów i poczeka do następnego posiedzenia na rozwój wydarzeń.

Próchnik zapowiada poprawę wyników w 2015 roku. Pod koniec marca może się pojawić nowa strategia

0

CEO Magazyn Polska

Po słabych wynikach w zeszłym roku Próchnik ma wyjść na prostą. Spółka zaczęła 2015 rok wzrostem sprzedaży o 60 proc. i zapowiada poprawę wyników. Nie wyklucza publikacji nowej strategii, myśli także o eksporcie swoich wyrobów.

W styczniu wzrost sprzedaży odnotowały wszystkie kanały dystrybucyjne spółki. Największa sieć, 38  sklepów z tradycyjną elegancką odzieżą męska działająca pod marką Adam Feliks Próchnik, zwiększyła sprzedaż z niemal 2,1 mln zł w styczniu 2014 do prawie 3 mln. Sieć 12 sklepów Rage Age by Czapul z naddatkiem podwoiła sprzedaż, zwiększając ją z 764 tys. zł do niemal 1,6 mln. Łącznie wszystkie sklepy odnotowały wpływy o 58 proc. wyższe niż przed rokiem.

– Na pewno jest to dla nas ważny instrument probierczy tego, na ile nasze założenia strategiczne na rok 2015 są skuteczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Bauer, prezes zarządu Próchnika. – Natomiast trudno chwalić dzień przed zachodem słońca, rok ma 12 miesięcy, pierwszy miesiąc był bardzo obiecujący, mam nadzieję, że ten trend zdołamy utrzymać.

Ze styczniowych wyników prezes Bauer jest zadowolony. Szczególnie, jak mówi, ponad 100-proc. wzrost przychodów Rage Age pokazuje, jaka może być ta dynamika. Przypomina też, że to marka budowaną od zera przez ostatnie 6 lat.

Teraz dopiero możemy obserwować w pełni efekty synergii dotyczącej wspólnego zaplecza produkcyjnego dwóch marek, w związku z czym realizuje się pewien projekt, na który liczyłem od dawna. Natomiast żyjemy w kraju, w którym wszelkich efektów spodziewamy się bardzo szybko, natomiast praktyka dowodzi, że niestety, trzeba na nie poczekać. Rage Age jest w pewnym sensie dzieckiem moim i Rafała Czapula, w związku z tym długo czekałem na te efekty. Natomiast mam nadzieję, że właśnie w tej chwili będzie można pokazywać rynkowi jak wspaniałe rezultaty można uzyskiwać w czymś, co jest jednocześnie tak kompaktowe.

Za granicą moda z Próchnika nie jest szeroko dostępna. Jeden salon Rage Age działa wprawdzie na Białorusi, a ubrania oferowane przez spółkę kupować można w sklepie internetowym, jednak Polska nie jest postrzegana w świecie jako eksporter mody. Mimo to Próchnik zamierza ponownie spróbować swoich sił w tej dziedzinie.

To jest bardzo trudny rynek, do tego trzeba być odpowiednio przygotowanym – tłumaczy prezes zarządu Próchnika. – W związku z tym na pewno można powiedzieć, że dopiero w 2015 roku uzyskaliśmy taką zdolność, aby rzeczywiście skutecznie obsługiwać dużych klientów zagranicznych. Toteż wznowimy obecność na targach odzieżowych, na których bywaliśmy kiedyś i myślę, że to zaowocuje ciekawymi kontraktami, aczkolwiek jest jeszcze zbyt wcześnie, aby o tym mówić. Myślę, że nasza aktywność w internecie będzie też w znacznym stopniu eksportowa.

Zarząd spółki rozważa też publikację nowej strategii, odkłada ją jednak na czas po ogłoszeniu wyników za cały ubiegły rok, które spółka publikuje 23 marca.

Poważnie się zastanawiamy nad prezentacją nowej strategii, a być może nawet bardziej detalicznych danych odnośnie tego, co się będzie działo w tym roku. Natomiast myślę, że zdarzy się to raczej w okolicach publikacji wyników ubiegłego roku, ponieważ dopiero wtedy jest jakieś tło, którym można waloryzować dalsze posunięcia – zastrzega Rafał Bauer.

W ubiegłym roku wyniki spółki były rozczarowujące. Wprawdzie po trzech pierwszych kwartałach jej przychody ze sprzedaży wzrosły zdecydowanie, o niemal 11 mln złotych, przekraczając 27 mln zł. Wynik netto spółki przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej spadł jednak z ponad miliona złotych zysku do niemal 300 tys. zł straty.

– Zeszły rok był dla nas dość trudny, musieliśmy dokonać poważnych zmian w strategii w oparciu o to, co na rynku zaoferowali konkurenci – ocenia prezes Próchnika. – Niestety, nie udało się zrealizować tych celów, które stawialiśmy sobie na 2014 rok. Natomiast wydaje mi się, że wyciągnęliśmy z tego ważne wnioski, które pozwolą nam poprawić wyniki w roku bieżącym.

TIM SA w tym roku zakłada osiągnięcie zysku operacyjnego dzięki szybszemu niż rynek wzrostowi sprzedaży, rozszerzeniu asortymentu i optymalizacji kosztowej

0

Dystrybutor sprzętu elektrotechnicznego TIM SA spod Wrocławia przyspiesza ekspansję na polskim rynku. Firma dąży do wzrostu przychodów poprzez zwiększenie sprzedaży w kanale internetowym, który docelowo ma odpowiadać za 80 proc. generowanych obrotów. To pozwoli zwiększyć liczbę klientów i obniżyć koszty. Poza tym spółka rozszerza asortyment o 60 proc., czyli do aż 75 tys. produktów. Takie działania w założeniach mają pozwolić spółce w 2015 roku osiągnąć pierwsze od dwóch lat zyski. 

 Chcemy zwiększyć udziały w rynku poprzez wzrost liczby klientów korzystających z naszych usług. Głównie liczymy na wzrost sprzedaży, a ten będzie realizowany dzięki rejestracji nowych klientów naszego sklepu i jego pozycjonowaniu w przeglądarkach internetowych, głównie w Google  mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Krzysztof Folta, prezes zarządu TIM SA, dystrybutora artykułów elektrotechnicznych.

Jak dodaje, firma będzie dążyć do 80-proc. udziału sprzedaży internetowej w strukturze przychodów. Pozostałą część ma stanowić dotychczasowa sprzedaż multikanałowa (kontakt z klientem przez telefon, e-mail bądź wizytę osobistą w placówce firmy).

TIM SA oferuje m.in. aparaturę elektryczną, rozdzielnice, elektronarzędzia, osprzęt łączeniowy, a także narzędzia do domu i ogrodu oraz odzież ochronną. Firma dystrybuuje produkty takich producentów, jak Bosch, Delta Plus, Awex, Hager, Schneider Electric i PCE.

 Mamy założenie, że w 2015 roku powinniśmy osiągnąć pierwsze zyski. 2015 rok jest dla nas bardzo ważny, bo to rok przełamania 2-letniej passy strat, związanych ze zmianą modelu sprzedaży. Myślę, że w 2015 rok powinniśmy wejść z ustabilizowaną wewnętrznie firmą i to powinien być rok, kiedy już nie będzie strat, zarówno na sprzedaży, wyniku operacyjnym, jak i zysku EBITDA – takie są założenia   podkreśla Folta.

Po trzech kwartałach 2014 roku spółka wygenerowała 9,32 mln zł straty operacyjnej (wobec straty 6,7 mln zł rok wcześniej) oraz stratę netto rzędu 7,9 mln zł (5,2 mln zł w analogicznym okresie 2013 roku). Przychody wyniosły 381 mln zł, o 45 proc. więcej niż rok wcześniej i niemal tyle, co w całym 2013 roku.

W 2015 roku TIM SA zakłada trzy podstawowe cele do zrealizowania. Pierwszy z nich dotyczy rozszerzenia asortymentu artykułów elektrotechnicznych o 60 proc. – z 47 tys. do 75 tys. sztuk.

 Drugi dotyczy optymalizacji kosztów, a trzecim osiągnięcia wyższego wzrostu sprzedaży niż rynek. Zakładamy, że powinniśmy rosnąć od 20 do 30 proc. powyżej wzrostu rynku, takie są założenia wymienia prezes zarządu TIM SA.

Folta tłumaczy, że szczególną rolę w strategii odgrywa optymalizacja kosztowa, gdyż w nowym modelu sprzedaży, w większości przez internet, firma przewiduje niską pozycję kosztową.

Kalendarz wyborczy skłania kolejne grupy zawodowe do strajków. W niektórych przypadkach roszczenia są uzasadnione

Rok wyborczy skłania kolejne grupy do podejmowania działań strajkowych. W ostatnim czasie protestowali górnicy i rolnicy, a w najbliższych miesiącach planuje do nich dołączyć środowisko pielęgniarek. Głównym powodem są niskie wynagrodzenia oraz zbyt duże obciążenie pracą. W przypadku zawodów medycznych od wielu lat brakuje specjalistów, co dodatkowo wzmacnia pozycję przetargową przyszłych protestujących uważa Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan.

 O ile górników mamy za dużo i należałoby zmniejszyć liczbę zatrudnionych w górnictwie, o ile mamy za dużo nauczycieli, bo ponad 100 tys., o tyle mało mamy lekarzy i pielęgniarek – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan. – Uważam, że jest miejsce na rzetelną debatę i negocjacje między pracodawcami a związkowcami, a ściślej mówiąc, między pracownikami i pracodawcami, pod warunkiem że obie strony zgodzą się, że wysokość wynagrodzeń powinna być powiązana z wydajnością pracy.

Jak dodaje, dla medycznej grupy zawodowej deficyt specjalistów może być argumentem przemawiającym za wzrostem wynagrodzeń.

Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych domaga się wzrostu płac oraz określenia maksymalnej liczby pacjentów, którymi miałaby się opiekować jedna pielęgniarka. Przedstawiciele ZZPiP w maju planują strajk ostrzegawczy, a jeśli nie przyniesie on pożądanych rezultatów, środowisko we wrześniu przeprowadzi strajk generalny w całej Polsce.

Według danych serwisu Wynagrodzenia.pl, w którym przedstawiciele poszczególnych zawodów w formie ankiety podają wysokości swoich płac, mediana w odniesieniu do pielęgniarek wynosi 2700 zł brutto, co czwarta z nich zarabia poniżej 2236 zł. 25 proc. przedstawicieli zawodu osiąga powyżej 3379 zł. Badanie wykonano na próbie blisko 2 tys. ankietowanych.

– Istnieje błędne przekonanie, że skoro zmniejsza się deficyt w finansach publicznych, to jest co dzielić. Nie mamy czego dzielić, bo deficyt może będzie nieco mniejszy, ale nadal będzie ogromny, przekraczający 40 mld zł – zaznacza Mordasewicz. – W związku z tym musimy powstrzymać swoje apetyty do momentu, kiedy zrównoważymy finanse publiczne.

Niewskazane są także radykalne wzrosty wynagrodzeń. Konieczne jest ich powiązanie z wydajnością pracy. Według eksperta może się to skończyć podobnie, jak w państwach Europy Południowej, gdzie szybsze tempo podnoszenia płac w stosunku do wzrostu wydajności pracy doprowadziło do wyższego bezrobocia (Portugalia, Hiszpania) lub ryzyka bankructwa (Grecja).

Jak dodaje, pracownicy powinni mieć dostęp do danych dotyczących wydajności w spółkach i instytucjach, w których pracują.

– Poza tym obowiązkiem pracodawcy jest wyjaśnienie, w jakich warunkach będzie można podnosić wynagrodzenie – mówi przedstawiciel Konfederacji Lewiatan. – W sektorze prywatnym jest to dość proste, ponieważ mamy bilans firmy i można wytłumaczyć pracownikom, w jakiej sytuacji firma się znajduje. Z reguły pracownicy nie żądają więcej, bo boją się, że w przypadku upadku firmy stracą pracę.

Według Mordasewicza sytuacja wygląda gorzej w sektorze publicznym, gdzie rozmowy są trudniejsze, ale istnieje możliwość obserwacji sytuacji na rynku, a szczególnie liczby zatrudnionych w stosunku do potrzeb danej branży. Jeśli na rynku jest deficyt określonej grupy zawodowej, oznacza to dyskusję o podwyżce wynagrodzeń dla takich osób.

Senacki projekt grozi wywłaszczeniem dawnych właścicieli warszawskich nieruchomości

2 tys. wniosków dekretowych o przyznanie prawa użytkowania wieczystego do nieruchomości w Warszawie nie zostało nigdy rozpatrzonych przez Biuro Gospodarki Nieruchomości stołecznego ratusza. Chodzi o sprawy, w których pomimo skutecznego złożenia wniosków dekretowych w latach 40. XX wieku nie były prowadzone jakiekolwiek czynności administracyjne i nie doszło do wydania jakiekolwiek rozstrzygnięcia złożonego wniosku. Senacki projekt ustawy ma – jak podkreślają inicjatorzy – przyspieszyć proces rozpatrywania tych wniosków i zapobiegać dzikiej reprywatyzacji nieruchomości w stolicy, ale może w praktyce doprowadzić do wywłaszczenia praw dawnych właścicieli – ocenia radca prawny Adam Starczewski.  

Około 2 tys. wniosków dekretowych, zgodnie z informacjami Biura Gospodarki Nieruchomościami, na dziś jest nierozpoznanych. Pojawił się pomysł, aby takie wnioski były rozpatrzone, ale w ten sposób, że jeżeli ktoś nie zgłosi się do Biura, to dane postępowanie zostanie umorzone – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes radca prawny Adam Starczewski, ekspert ds. reprywatyzacji.

Wnioski dekretowe były składane przez przedwojennych właścicieli nieruchomości w Warszawie. Tzw. dekret Bieruta z 1945 r. przekazał własność wszystkich nieruchomości i gruntów w granicach miasta samorządowi. Dawni właściciele mogli w ciągu sześciu miesięcy złożyć wniosek dekretowy i na podstawie udowodnionej własności ubiegać się o prawo wieczystej dzierżawy (obecnie użytkowanie wieczyste).

Jak wynika z informacji podawanych przez warszawski magistrat, złożono ok. 17 tys. wniosków. W większości przypadków władze odmówiły udzielenia prawa wieczystej dzierżawy, a duża część wniosków w ogóle nie została rozpatrzona.

Są przypadki, kiedy zgłoszony został wyłącznie wniosek dekretowy, a później nie były dokonywane żadne czynności. Tak więc od 70 lat taka teczka własnościowa składa się tylko z wniosku dekretowego. Ten wniosek był zapewne złożony w terminie, był złożony ze wszystkimi obwarowaniami prawnymi, był adres osoby, która ten wniosek złożyła, bądź adres jej pełnomocnika prawnego. Natomiast organy przez 70 lat nic nie z tym robiły – podkreśla Starczewski.

Z uwagi na przeciągające się problemy z rozwiązaniem problemu reprywatyzacji w Warszawie działania podjęli parlamentarzyści. Na początku lutego Senat skierował do Sejmu projekt nowelizacji ustawy o gospodarce nieruchomościami, która ma doprowadzić do szybkiego zakończenia procesu reprywatyzacji i do jego uszczelnienia. Senacki projekt powstał w odpowiedzi na apele warszawskiego samorządu. Jeśli przyjmą go posłowie, nowelizacja może zacząć obowiązywać jeszcze w tym roku. Starczewski zwraca jednak uwagę na to, że projekt ma wady.

– Dysponujemy opiniami, które zostały przedstawione Senatowi przez jednostki Skarbu Państwa, przez Ministra Finansów, Ministra Skarbu Państwa, Krajową Radę Sądownictwa, Krajową Radę Notarialną, Naczelny Sąd Administracyjny, miasto stołeczne Warszawy i przez podmioty społeczne, jak stowarzyszenia Dekretowiec. Wszystkie te opinie, oprócz opinii miasta, w sposób negatywny wypowiadają się o pewnych pomysłach, które w gruncie rzeczy zmierzają do wywłaszczenia praw nabytych na podstawie dekretu warszawskiego przez osoby, które złożyły wnioski dekretowe – podkreśla Starczewski. – W opiniach tych podkreślane jest możliwe istotne zwiększenie obciążeń finansowych Skarbu Państwa w sytuacji, gdy projektodawca nie wskazał ich źródła finansowania. Opinie te wskazują również na niezgodność z podstawowymi zasadami dobrej legislacji poprzez odniesienie regulacji wyłącznie do gruntów warszawskich, a zatem dochodzi do niekorzystnego różnicowania osób dotkniętych dekretem Bieruta od innych osób, których dotknęły przepisy nacjonalizacyjne po drugiej wojnie światowej.

Podstawowym problemem jest wygaszanie nierozpatrzonych od 70 lat wniosków. Jeśli w ciągu pół roku od ponowionego wezwania nikt nie odnowi wniosku, miasto w myśl nowych przepisów będzie mogło umorzyć postępowanie. Ekspert dodaje, że wygaszenie wniosków może zostać uznane za niekonstytucyjne, gdyż dochodzi do tworzenia skutków prawnych wywłaszczenia prawa nabytego bez udziału osób zainteresowanych, które ten wniosek złożyły.

Ekspert krytykuje, że projekt nowelizacji nie tylko zadziała jak akt wywłaszczeniowy, lecz także ma inne poważne wady prawne. Jedną z nich jest brak mechanizmu odszkodowawczego. Jak przypomina Starczewski, dekret Bieruta, który nie miał w założeniach charakteru nacjonalizacyjnego, przewidywał samodzielny system odszkodowawczy, który nie został wprowadzony w życie. Ponadto nie wiadomo, jak projektodawca wyobraża sobie sytuacje wydawania decyzji administracyjnej w stosunku do osób, które mogą już nie żyć. Taki sposób zakończenia postępowań może rodzić odpowiedzialność odszkodowawczą Skarbu Państwa w wypadku stwierdzenia nieważności decyzji o umorzeniu postępowania wydanej w stosunku do osoby nieżyjącej.

Ponadto nie wiadomo, w jaki sposób Skarb Państwa miałby sfinansować wykonanie nowych przepisów. Według Starczewskiego może to doprowadzić do sytuacji, w której korzyści w postaci gruntów i nieruchomości trafią do samorządu Warszawy, ale ewentualnymi kosztami zostanie obciążony budżet centralny. Jak podkreśla, Fundusz Reprywatyzacyjny nie jest jednak przeznaczony na takie cele.

Radca prawny krytykuje także prawo pierwokupu nieruchomości przez Skarb Państwa. Dochodzi bowiem do rozszerzenia prawa pierwokupu na nieruchomości zabudowane budynkami stanowiącymi własność dawnych właścicieli. Obecnie prawo pierwokupu na rzecz Skarbu Państwa lub gminy dotyczy wyłącznie nieruchomości niezabudowanych uprzednio należących do Skarbu Państwa lub gminy. Przepisy wprowadzają zróżnicowanie dotyczące obrotu nieruchomościami na terenie m.st. Warszawy od obrotu nieruchomościami w innych częściach kraju. Zaburzona zostaje zatem zasada równego traktowania obywateli. Krajowa Rada Notarialna w swojej opinii zwraca uwagę na niepewność obrotu prawnego nieruchomościami zabudowanymi budynkami wzniesionymi przed datą wejścia w życie dekretu Bieruta.

Niewątpliwie jest to niekorzystny projekt dla dawnych właścicieli także z tego powodu, że jest kilka nowych przesłanek, na podstawie których istnieje możliwość odmowy przez Prezydenta Warszawy przyznania prawa własności czasowej, obecnie prawa użytkowania wieczystego. Takim sposobem jest na przykład cel publiczny. Obecnie w pewnych warunkach prywatny właściciel może wykonywać cel publiczny. Projekt ustawy definitywnie prowadzi do odmowy uwzględnienia wniosku dekretowego również w sytuacji, gdy obecnie nieruchomość jest oddawana w użytkowanie wieczyste – dodaje Starczewski.

Zaznacza, że w myśl projektu nowelizacji powodem przyznania prawa użytkowania wieczystego może być też niemożność podziału działki lub fakt, że nieruchomość w ponad 66 proc. została wyremontowana przez Skarb Państwa. Według Starczewskiego we wszystkich tych sytuacjach można mówić o zabronionym konstytucyjnie wywłaszczeniu dawnych właścicieli.

Mimo że ten budynek był bardzo zniszczony i został przeznaczony do odbudowy, to nadal jest on własnością dawnych właścicieli, natomiast Skarbowi Państwa, tudzież osobom trzecim służy ewentualnie prawo obligacyjne do żądania pewnych nakładów. Natomiast pisanie w ustawie, że w takim wypadku konieczna jest odmowa, to czysta postać wywłaszczenia – podkreśla ekspert. – Takie założenia projektu ustawy bowiem kwestionują dotychczasowy długoletni i ukształtowany dorobek orzecznictwa Sądu Najwyższego oraz Naczelnego Sądu Administracyjnego.

Dodaje, że w projekcie znalazły się także dobre przepisy, jak choćby konieczność potwierdzania transakcji sprzedaży roszczeń do nieruchomości u notariusza. Ma to zapobiec procederowi, w którym handlarze roszczeniami skupują je od dawnych właścicieli, często za bardzo niską kwotę, a potem zarabiają na odzyskanej nieruchomości.

Netia redukuje koszty, by utrzymać swą pozycję na rynku. Spółka stawia na usługi mobilne, chmurę i centra danych

0

Netia zamierza w tym roku rozwijać usługi mobilne – ma to zapewnić nawiązana w lutym współpraca z operatorem sieci Play. W IV kwartale chce zaproponować klientom korporacyjnym m.in. centra danych i chmurę obliczeniową. Spółka liczy, że mimo ostrej konkurencji na rynku uda jej się utrzymać zgromadzoną bazę abonencką. Zamierza też walczyć o klientów z sektora publicznego. By ograniczyć koszty, planuje redukcję zatrudnienia.

Netia zmaga się z typowym problemem tradycyjnych firm telekomunikacyjnych. Klienci w coraz mniejszym stopniu są zainteresowani posiadaniem stacjonarnego telefonu. Dlatego spółka inwestuje w nowe usługi. Chce stworzyć ofertę łączącą usługi stacjonarne z mobilnymi, zamierza inwestować w centra danych, proponuje usługi w chmurze i planuje nowe usługi telewizyjne.

Widzimy trendy rynkowe i w pewien sposób staramy się za nimi walczyć, koncentrując się na utrzymaniu bazy abonenckiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Adam Sawicki, prezes Netii. – Jednocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, że z trendami rynkowymi nie wygramy i te ubytki staramy się zrekompensować usługami w nowych obszarach – głównie telewizja, data center i chmura.

Temu m.in. ma służyć współpraca rozwijana z P4, operatorem sieci Play.

Spółka podkreśla jednak, że obecny rok raczej nie będzie przełomowy. Nowe usługi zostaną wprawdzie zaoferowane klientom w ciągu kilku miesięcy, jednak efekty w postaci wzrostu przychodów będzie można  zobaczyć najwcześniej w 2016 roku.

Na pewno wzrostów spodziewamy się w segmencie telewizji – deklaruje Adam Sawicki. – Pojawią się usługi mobilne, więc to dla nas będzie wzrost usług. Poza tym usługi w chmurze i data center, ale to jest dopiero IV kwartał, oraz usługi dla klientów w segmencie publicznym.

Netia wraz z GTS wygrała przetarg i zbuduje oraz przez cztery lata będzie operatorem sieci transmisji danych, łączącej wszystkie placówki Poczty Polskiej.

W zeszłym roku Netia osiągnęła 1,67 mld zł przychodu, o 200 mln mniej niż rok wcześniej. Jej zysk netto jednak bliski był 175 mln zł przy 46 mln zł w 2013 roku. W tej kwocie uwzględnione jest m.in. ok. 140 mln zł, które spółka otrzymała od Orange w ramach ugody jako wzajemne rozliczenie roszczeń.

To bardzo solidne wyniki finansowe – komentuje prezes Netii. – Stawiają firmę w bardzo dobrej sytuacji, dają możliwość rozwoju, ukształtowania nowego portfela produktów, spojrzenia na stronę akwizycyjną i te projekty, które są na rynku, ale oznaczają też dużo pracy, wyzwań i dalej bardzo wymagający klimat. Widzimy erozję cenową na wszystkich cenach produktowych, ale jednocześnie wiele dobrych tendencji w poszczególnych segmentach.

Nawet dobre wyniki nie chronią firmy przed pewną restrukturyzacją. Spółka wdraża program Netia Lajt 2.0, który ma zoptymalizować koszty m.in. przez zwolnienie części pracowników Początkowo mówiono o 350 osobach, ale prezes Netii zapewnia, że zwolnienia dotkną mniej osób.

Będą dwa efekty programu: skuteczniejsza organizacja, dzięki szybszym decyzjom i większej elastyczność, oraz zmniejszenie bazy kosztowej, dzięki redukcji zatrudnienia – zapowiada  Adam Sawicki. – To buduje nam pewną poduszkę finansową, aby móc inwestować w nowe grupy produktowe.

Nowoczesne systemy IT coraz częściej wspierają pracodawców w zarządzaniu kapitałem ludzkim. Zwroty z inwestycji możliwe już po 2 latach

Zarządzanie kadrami może być tańsze i bardziej efektywne dzięki nowoczesnym systemom IT. Oprogramowanie jest wykorzystywane już nie tylko do zarządzania płacami, urlopami i innymi procesami administracyjnymi, lecz także do badania kompetencji, identyfikacji talentów, wspierania indywidualnego rozwoju pracowników, szkoleń oraz budowania ścieżek kariery. Dla firm to szansa na znacznie bardziej efektywne wydatki.

Widzimy bardzo silne powiązanie między dwoma obszarami: realizacją strategii biznesowej firmy i obszarem HR [zasobów ludzkich – red.] poprzez wybieranie właściwych osób do realizacji właściwych zadań we właściwy sposób, przy zapewnieniu pracownikom właściwego rozwoju. Musimy pamiętać o tym, że największą wartością w firmie są ludzie, to dzięki nim niektóre z firm realizują założone cele i osiągają sukces ‒ przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Beata Bartkiewicz, HCM senior sales executive w SAP Polska. ‒ Obszar HR staje się strategiczną częścią biznesu, gdzie dodatkowym wyzwaniem zarządzanie niekiedy pięcioma generacjami jednocześnie zatrudnionych pracowników. W związku z tym systemy wspierające zarządzanie muszą być przyjazne i dostosowane do potrzeb oraz oczekiwań każdej z nich.

Popularność systemów zapewniających elastyczność w zarządzaniu kadrami jest coraz większa. Jak podkreśla Bartkiewicz, zainteresowane są przede wszystkim duże organizacje posiadające ogólnokrajową sieć sprzedaży i złożoną strukturę organizacyjną. Należą do nich m.in. banki oraz towarzystwa ubezpieczeniowe. Tylko z systemu SAP korzysta w Polsce już ponad milion pracowników, a liczba ta cały czas wzrasta.

Bartkiewicz zwraca uwagę na to, że systemy IT wspierają wszystkie obszary zarządzania kadrami – zarówno obszar twardego HR, czyli procesy związane z administracją pracowniczą, jak i miękkiego HR związanego z komunikacją, szkoleniami, rozwojem indywidualnym, oceną, awansem i nagrodami pracowników. Efektywność działań w tym drugim obszarze jest trudna do zmierzenia, bo niełatwo jest oszacować np. zwrot z inwestycji w szkolenia pracowników. Dzięki zastosowaniu nowoczesnych aplikacji można monitorować postępy i mierzyć efektywność wprowadzanych zmian.

Patrząc na człowieka w organizacji, musimy pamiętać o tym, że jego praca składa się z wielu elementów. Podstawowe to kompetencje, zaangażowanie, motywacja, innowacyjność, adaptacja do zmian, ale to nie wszystko, ważne są także sposoby przekazywania zadań i celów, sposoby ich realizacji, ocena i nagrody. Aby mieć pełen obraz człowieka w organizacji, informacje dotyczące powyższych elementów powinny być zintegrowane w aplikacjach wspierających twardy i miękki HR. Dane powinny być zintegrowane, a systemy powinny umożliwiać generowanie informacji zarządczej i raportów – podkreśla Bartkiewicz.

Podkreśla, że firmy muszą poznać potrzeby, oczekiwania, kompetencje i umiejętności swoich pracowników, by móc efektywnie nimi zarządzać. Te jednak, są zupełnie różne w przypadku bardzo młodych pracowników z generacji milenijnej i tych, którzy od lat pracują w firmie.

Bartkiewicz zwraca uwagę na to, że w przypadku oprogramowania SAP SuccessFactors dużą zaletą jest krótki czas wdrożenia systemu. Aplikacja działa w chmurze obliczeniowej, co zamienia koszt zakupu tradycyjnych licencji i coroczny koszt serwisu, na jedyny koszt po stronie klienta, jakim jest roczny koszt subskrypcji oprogramowania zależny od liczby użytkowników. Roczna subskrypcja jest kosztem operacyjnym i zapewnia elastyczność związaną np. z łatwymi rozszerzeniami wykorzystania aplikacji w miarę rozwoju firmy.

‒ Elastyczność naszej aplikacji pozwala zmieniać ją zgodnie z potrzebami organizacji, a wdrożenie jest szybsze niż w przypadku tradycyjnych rozwiązań. Zwrot z inwestycji jest mierzalny i dużo szybszy. Z doświadczeń naszych klientów wynika, że już po dwóch latach od wdrożenia SuccessFactors możemy zarządowi przekazać twarde cyfry, pokazujące jak zmienia się czas realizacji projektów, wzrost zaangażowania i efektywność organizacji – przekonuje Bartkiewicz.

Wykorzystanie nowych technologii i monitorowanie postępu realizacji przyczynia się do wzrostu efektywności procesu rekrutacji, onboardingu, ustalania celów, ale również planowania zatrudnienia, budowania ścieżek kariery, planowania i realizacji szkoleń. Tym samym zwiększa się wynik finansowy firmy.

Kompleksowe rozwiązania IT wspierają obszar zarządzania kapitałem ludzkim i usprawniają pracę menadżerów zarówno w podstawowych aspektach, jak i w bardziej zaawansowanych obszarach zarządzania kapitałem ludzkim.

W ostatnich latach widzimy wzrost znaczenia roli obszaru HR w organizacjach przy jednoczesnym wzroście zainteresowania zaawansowanymi rozwiązaniami IT wspierającymi ten obszar. Następuje stopniowe odejście od roli podstawowej ‒ sprowadzającej się do obsługi wynagrodzeń i administracji dokumentacji pracowniczej ‒ do roli ważniejszej, czyli budowy zaawansowanych systemów płacowych, identyfikacji kluczowych osób i kompetencji w organizacji, planowania ścieżek kariery, planowania szkoleń zgodnych z kierunkiem rozwoju organizacji, identyfikacji posiadanych kompetencji i dopasowania ich do zadań stawianych przed organizacją. W konsekwencji HR staje się strategiczną częścią biznesu, gdzie dodatkowym wyzwaniem jest obszar zarządzania talentami, który coraz częściej pojawia się w agendzie kadry zarządzającej – wyjaśnia Bartkiewicz.

Spowolnienie inwestycyjne w energetyce wiatrowej. W tym roku przyrost mocy znowu będzie niższy niż w poprzednim

Nowa ustawa o OZE spowolni nieco rozwój energetyki wiatrowej. Branża i tak czeka jednak na uchwalenie prawa i wstrzymuje się z inwestycjami. Widać to w statystykach – w 2014 r. przyłączono do sieci o połowę mniej mocy z energetyki wiatrowej niż w poprzednich latach. 

Mamy nadzieję, że ta sytuacja wyjaśni się w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Niestety, ostrożne szacunki wskazują, że przyrost mocy w energetyce wiatrowej w nowym reżimie prawnym będzie mniejszy niż obecnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Przybylski, dyrektor branży Wind Power w Siemensie.

Jak wynika z danych Europejskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej (EWEA) w 2014 r. w Polsce przyłączono do sieci 444 MW nowych mocy w elektrowniach wiatrowych. To spadek o ok. 50 proc. wobec 894 MW przyłączonych w 2013 r. i wobec 880 MW w 2012 r. Łączna moc elektrowni wiatrowych w Polsce to ok. 3,8 GW.

Przybylski tłumaczy, że spowolnienie inwestycyjne wynika w dużej mierze z niepewności dotyczącej zmian w prawie. Ustawa o odnawialnych źródłach energii, która ma całkowicie zmienić sposób wsparcia tych źródeł (w tym energetyki wiatrowej), czeka teraz na podpis prezydenta. Obecny system zielonych certyfikatów zastąpią aukcje energii. Branża nie wie jeszcze, czego spodziewać się po nowym systemie wsparcia i na razie ostrożnie się na ten temat wypowiada.

Jest bardzo dużo niewiadomych. Nie wiemy, jaki będzie wolumen energii dostępny w danych aukcjach i kiedy te aukcje będą organizowane – tłumaczy Przybylski. ‒ Każdy inwestor, który będzie chciał zainwestować w energetykę wiatrową, będzie musiał przygotować projekt, a ten będzie musiał w etapie prekwalifikacji zostać dopuszczony do aukcji. Następnie dany inwestor będzie brał udział w aukcji, by uzyskać gwarancje ceny na kolejnych 15 lat. Wiemy, że te aukcje będą się odbywały najwcześniej od 2016 roku.

Zaznacza, że poza aukcjami nowa ustawa ma wprowadzić 15-letnią gwarancję ceny, która co roku będzie indeksowana o wskaźnik inflacji.

Przybylski dodaje także, że choć branża czeka na nową ustawę, to nie powinna ona wejść w życie zbyt szybko. Ważne, by administracja pozwoliła na dokończenie inwestycji według starego systemu wsparcia.

Pytanie, czy uda się przekonać administrację do tego, aby wprowadzono tzw. bufor bezpieczeństwa, czyli przesunięcie o co najmniej kwartał momentu wprowadzenia nowej ustawy, by inwestycje, które są w bardzo zaawansowanym stanie, mogły zostać podłączone do sieci i mogły skorzystać jeszcze z obecnego systemu zielonych certyfikatów – przekonuje Przybylski.

Unijne pieniądze wspomogą badania i rozwój. Ciekawe projekty zachęcą do powrotu polskich młodych naukowców

Ten rok może być przełomowy dla polskiej nauki. Programy uruchomione w ramach nowej perspektywy finansowej UE pozwolą na nowe, innowacyjne przedsięwzięcia. Ciekawe projekty powinny przyciągnąć do kraju młodych i zdolnych naukowców, którzy kształcą się lub prowadzą badania za granicą.

Rok 2015 jest przełomowym okresem ze względu na to, że zostaną uruchomione pieniądze strukturalne. I w ramach tych pieniędzy będzie szereg przedsięwzięć, które będą promowały to, co nazywam kulturą jakości nauki – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

W ramach programu Horyzont 2020 na finansowanie badań naukowych i innowacji w UE otrzymamy w sumie 80 mld euro. Dzięki temu możliwe będzie całościowe finansowanie innowacji – od koncepcji naukowej, poprzez etap badań, aż po wdrożenie nowych technologii czy produktów.

Powstaną nowe miejsca pracy dla młodych ludzi. Chcemy, by młodzi uczeni, którzy obecnie pracują za granicą, przyjechali do Polski i albo budowali tu własne zespoły, albo wbudowywali się w już istniejące. Mogą też pracować w międzynarodowych agendach badawczych – przekonuje Żylicz.

Jeszcze w tym roku resort nauki ma ogłosić konkurs na międzynarodowe agendy badawcze (MAB) koordynowane przez Polaków. Skierowany jest on do jednostek naukowych w Polsce, które współpracują z zagranicznym partnerem, prowadzącym badania na najwyższym poziomie. Udział w konkursie będą mogły wziąć wszystkie polskie zespoły, które zgłosiły się do unijnego konkursu Teaming of Excellence w ramach programu ramowego Horyzont 2020. Do drugiego etapu z 19 zespołów przeszły trzy (na 31 w całej UE) – Centrum Innowacyjnych Biomateriałów w Łodzi, Wrocławskie Centrum Doskonałości i CEZAMAT-Environment – które dostały po 500 tys. euro na przygotowanie szczegółowego biznesplanu dotyczącego powstania nowego ośrodka. Mają szansę na otrzymać finansowanie w wysokości do 20 mln euro na okres siedmiu lat. Resort nauki nie chce jednak tracić potencjału tych, którym się nie udało, stąd pomysł na konkurs na MAB. Najlepsze konsorcja będą mogły otrzymać nawet po 50-60 mln zł.

Pieniądze strukturalne są na tyle poważne, że możemy zaproponować młodym ludziom podobne warunki, jakie mają w innych krajach Unii Europejskiej. Stypendia i uposażenie będą bardzo porównywalne ze środkami, jakie mają Niemcy czy Francuzi – ocenia Maciej Żylicz.

Do Polski wróciła już część młodych naukowców. Prowadzony przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej program Homing Plus przyciągnął osoby po doktoracie. Najlepsi otrzymali subsydium badawcze (do 80 tys. zł rocznie) i stypendia naukowe (do 5 tys. zł miesięcznie). Dotychczas wpłynęło 225 wniosków, laureatami zostało 73 naukowców. Fundacja określa współczynnik sukcesu programu na 32 proc., dlatego chce go kontynuować.

Fizyka, chemia materiałów i biotechnologia są w Polsce na dobrym poziomie. Dlatego jeśli będzie otwarty konkurs i będą dobrze ustawione kryteria jakościowe, to przypuszczalnie wygrają właśnie naukowcy z tych środowisk – zaznacza ekspert.

Polska nauka ma stawać się też bardziej efektywna i konkurencyjna. Od tego roku stopniowo zmienia się finansowanie jednostek naukowych. Podstawowym kryterium do ustalenia wysokości dotacji nie będzie już wysokość dofinansowania z poprzedniego roku, a kategoria naukowa, która obrazuje potencjał jednostki. Na zmianach zyskają przede wszystkim innowacyjne jednostki. Resort chce promować najlepszych, stąd też organizowane konkursy i chęć ścisłej współpracy naukowców z przedsiębiorstwami.

Fundacja na rzecz Nauki Polskiej jest największym w Polsce pozabudżetowym źródłem finansowania nauki.

Veolia zainwestuje w Polsce 700 mln zł. Francuski koncern chce budować nowoczesne i oszczędne sieci ciepłownicze

Ponad 700 mln zł wyda w tym roku na inwestycje w Polsce francuski koncern energetyczny Veolia. Firma specjalizująca się w dostarczaniu ciepła i pozyskiwaniu energii ze źródeł odnawialnych chce unowocześniać metody utylizacji odpadów.

– Działamy w trzech obszarach biznesowych: energia, odpady, woda – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Gérard Bourland, dyrektor generalny Veolia Polska. – Główną częścią inwestycji energetycznych w 2015 r., a także w 2016 r., będzie poprawa naszych aktywów, tak żeby ograniczyć emisję dwutlenku węgla. Wydamy w tym roku 700 milionów złotych na projekty, które zredukują emisje. Wiemy, że w segmencie gospodarki odpadami, władze dużych miast mają mnóstwo projektów, a my z chęcią weźmiemy udział w przetargach.

Veolia dotąd prowadziła Polsce działalność wspólnie z innym francuskim koncernem EDF pod marką Dalkia. Po rozdzieleniu przejęła polskie aktywa Dalkii i działalność spółki postanowiła kontynuować pod własną marką. Jej specjalnością są nowoczesne, zautomatyzowane systemy ciepłownicze.

Z nowymi inwestycjami w instalacje produkcyjne firma na razie się wstrzymuje, przynajmniej w perspektywie krótkoterminowej. Jak tłumaczy dyrektor, spółka czeka na nowe ustawodawstwo dotyczące energii, żeby mieć jasny ogląd na kolejne lata. Dopiero gdy nowe prawo zacznie obowiązywać, zdecyduje, gdzie i jak zainwestować. Rozwija natomiast sieć dystrybucyjną.

– Jest to element naszej codziennej działalności: poprawiać wydajność naszych sieci i je rozwijać – informuje Gérard Bourland. Wciąż planujemy szybki rozwój w miastach. W Warszawie poprzez współpracę, którą rozwijamy z PGNiG Termika, możemy razem, jako producent i dystrybutor, zoptymalizować i faktycznie poprawić wydajność sieci.

Veolia Polska działa w 40 miastach, z tych największych – obok Warszawy – także w Poznaniu i Łodzi. W sumie z jej usług korzysta ponad 2 mln Polaków. Spółka nie wyklucza podłączenia do swych sieci kolejnych ośrodków, choć jak zaznacza jej szef, zależy to od decyzji samych władz samorządowych. Veolia planuje też inwestycje w pozyskiwanie energii z odpadów.

Odpady są  tradycyjnym źródłem energii – zaznacza dyrektor generalny Veolia Polska. Władze miejskie muszą sobie poradzić z takimi kwestiami, jak oczyszczalnie ścieków czy odpady, a do wytwarzania energii potrzebne jest paliwo. Mamy pomysł na to,  jak zrealizować najlepsze połączenie tego, co nazywamy lokalnymi paliwami, czyli węglem, biomasą, odpadami, tak by zapewnić tanie i wydajne ciepło dla miast.

Veolia nie wyklucza też inwestycji w pozyskiwanie energii z ogniw fotowoltaicznych. Elektrowniami wiatrowymi jednak koncern nie jest zainteresowany.

– Mamy mały projekt w zakresie energii słonecznej, jednak zawsze jest to tylko dodatek do głównej działalności – podkreśla Gérard Bourland. – Jeśli chodzi o wiatr – naszym zadaniem jest zapewniać inwestycje o wartości dodanej, gdzie wymagany jest profesjonalizm pracowników. W przypadku energii wiatrowej nie jest to tak skomplikowane. Trzeba zainwestować w wiatraki i czekać na wiatr, nie jest to tak naprawdę wartość dodana, dlatego nie planujemy inwestycji w energię wiatrową.