Windykatorzy mogą pomóc w spłacie długu. Wciąż jednak są negatywnie postrzegani

Polacy często źle zarządzają swoimi finansami. Jednym kredytem spłacają drugi, przez co łatwo wpadają w spiralę zadłużenia. Rośnie za to ich wiedza na temat tego, jak zadłużyć się na duże kwoty i uniknąć spłaty długu – oceniają windykatorzy. Oszukują komorników, a windykatorów straszą policją. Zdaniem eksperta to błąd, bo windykatorzy, choć wciąż są postrzegani negatywnie, mogą pełnić rolę doradcy finansowego i pomóc w spłacie długu. 

Świadomość dłużników w Polsce rośnie, ale w niewłaściwym kierunku. Nie wiedzą, jak zarządzać domowymi portfelami, aby nie doprowadzić rodziny do katastrofy finansowej, ale za to rośnie świadomość, jak kiwać windykatorów i oszukiwać komorników, jak grać na nosie sądom, unikać odpowiedzialności i jak brać duże pieniądze i po prostu nie płacić. To właśnie w tym kierunku rozwija się polski konsument – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Markus Marcinkiewicz, ekspert ds. windykacji, autor książki „Zawodowy windykator”.

Jak podkreśla, Polscy dłużnicy wiedzę czerpią z internetu. Nauczyli się, że windykatorom można zagrozić policją, oskarżyć o stalking, a to daje szansę, że więcej nie zadzwonią. Potrafią też zgłosić skargę do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Podpowiedzi innych dłużników w sieci sprawiają, że coraz więcej osób próbuje oszukać windykatorów i komorników. To błąd, przekonuje Marcinkiewicz i zaznacza, że windykatora nie warto unikać, bo może pomóc.

Nie jesteśmy tymi złymi, którzy wymagają natychmiast spłaty całych kwot. Musimy tylko poznać prawdziwą i najlepiej udokumentowaną historię – mówi ekspert. – Jesteśmy w stanie zaproponować klientowi spore umorzenia. W tej chwili standardem jest 10- 20 proc., znam też takie przypadki, kiedy udało się wynegocjować nawet 50 proc. umorzenia. Proponujemy też spłatę reszty w takich ratach, które umożliwiają konsumentowi wyjście z problemów i uwolnienie go od przyszłego komornika – tłumaczy Marcinkiewicz.

Dłużnicy rzadko postrzegają windykatorów pozytywnie. Widzą w nich raczej osoby, które przemocą wejdą do mieszkania i zabiorą wartościowe przedmioty. Charakter pracy windykatorów jednak się zmienił, bo inne są też oczekiwania dłużników, którzy nie unikają spłaty należności.

Odkąd UOKiK i KNF znormalizowały naszą branżę, windykator nie ma uprawnień komorników i nigdy się tak nie zachowuje. Żaden cywilizowany windykator, który pracuje w porządnej firmie, nie posunie się do takich metod. Trzeba poznać sytuację dłużników i po prostu się dogadać – mówi Marcinkiewicz.

Windykatorzy w Polsce mają coraz więcej pracy. Z roku na rok rośnie bowiem zadłużenie konsumentów. Raport InfoDług spółki BIG InfoMonitor wskazuje, że na koniec 2014 roku łączna kwota zaległych płatności Polaków wyniosła blisko 41 mld zł (o 1 mld zł więcej niż w 2013 roku). Ze spłatą długów problem ma ponad 2,3 mln osób. Coraz większą popularnością cieszą się firmy pożyczkowe (dane Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych szacują jego wartość na blisko 4 mld zł), które dla 7 mln Polaków są jedyną szansą na uzyskanie pożyczki.

Polski dłużnik w większości przypadków pożycza bezmyślnie – podkreśla ekspert ds. windykacji. – Mimo ostrzeżeń, jeżeli konsument będzie chciał wziąć kredyt czy chwilówkę ponad jego stan, i tak to zrobi. Jeżeli odmówi mu bank, pójdzie do firmy pożyczkowej, nawet jeżeli będzie musiał słono przepłacić.

Polacy często korzystają z krótkoterminowych pożyczek oferowanych przez firmy pożyczkowej, aby spłacić inny dług. To prosty sposób na spiralę zadłużenia. Jak podkreśla Marcinkiewicz, problemy ze spłatą zaciągniętych kredytów wynikają ze źle podejmowanych decyzji.

Kiedy konsument mówi, że nie ma pieniędzy, bo musi wykarmić rodzinę, ma chorą matkę czy dzieci, szanuję to, zastanawiam się tylko, gdzie była ta wiedza, kiedy zaciągał kolejne chwilówki albo brał kolejny kredyt – mówi Markus Marcinkiewicz.

Szkocka whisky daje dobry procent. Inwestycje w alkohole bywają znacznie atrakcyjniejsze od bankowych lokat

Szkocka whisky ceniona jest nie tylko przez koneserów, lecz także przez inwestorów. Zyski, jakie osiągają na tym alkoholu, co najmniej trzykrotnie przebijają dochody z bankowych lokat. W niektórych przypadkach możliwy jest zwrot z inwestycji w whisky na poziomie 20-25 proc. rocznie.

Wyróżniamy dwa typy inwestycji w whisky. Pierwszy typ to kupowanie whisky w butelkach, tej która jest przeznaczona do budowania kolekcji. Drugi typ to kupowanie beczek whisky – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Krzysztof Maruszewski, prezes zarządu Stilnovisti, firmy specjalizującej się w inwestycjach alternatywnych.

Jak podkreśla, rzadkie butelki whisky to produkty stricte kolekcjonerskie, podobnie jak dzieła sztuki, znaczki czy autografy. Za niektóre egzemplarze – najlepsze, najstarsze, najbardziej unikatowe – kolekcjonerzy są w stanie zapłacić na aukcjach sześciocyfrowe sumy. Z tego powodu inwestowanie w butelki whisky staje się coraz modniejsze. Walor inwestycyjny posiadają takie marki, jak Macallan, Port Ellen, Dalmore czy Bowmore. Jak wynika z danych Stilnovisti, rynek aukcyjny butelek whisky ocenia się na ponad 7 mln funtów, a ceny tysiąca butelek o największym potencjale inwestycyjnym w ostatnich pięciu latach wzrosły o 160 proc.

Drugi sposób inwestowania w whisky to kupowanie beczek. Ceny tego alkoholu szybko idą w górę, ponieważ beczka niemieszanego trunku typu single malt stanowi składnik sprzedawanych potem w sklepach butelek z whisky typu blended.

W każdej butelce popularnej whisky blended mamy 15 proc. whisky single malt – tak mówi prawo brytyjskie i tego zmienić się nie da. W momencie, kiedy cały rynek na świecie rośnie rocznie od kilku do kilkunastu procent w zależności od roku, mówimy o znacznym niedoborze whisky single malt, które są potrzebne do produkcji blended – wyjaśnia Krzysztof Maruszewski.

Cenniejsze butelki alkoholu oznaczane jako kilku- lub kilkunastoletnie zawierać muszą whisky z równie starej beczki. Tych zaś na rynku jest coraz mniej. Ocenia się, że tylko 15 proc. z około 18 mln beczek, które leżą w Szkocji, to beczki starsze niż 12 lat. Według indeksu Investment Grade Scotch ceny 100 najlepszych destylatów od początku 2008 roku do końca lipca 2014 roku wzrosły średnio o 440 proc.

Są prognozy, że za cztery lata nie będzie dostępnych beczek starszych niż 12 lat. Tym samym wydarzy się to samo, co w segmencie koniaków, czyli wersje wiekowe tego trunku będą zdarzały się bardzo rzadko – tłumaczy Krzysztof Maruszewski. – W sprzedaży znajdują się kilkuletnie whisky, np. Macallana, podczas gdy jakiś czas temu były też 10, 12 czy 15-letnie. Dzisiaj Macallan to wycofuje, dlatego że nie ma starych beczek do produkcji whisky.

Beczki whisky można kupić za pośrednictwem firm specjalizujących się w inwestycjach w alkohole. Stilnovisti, jako jedna z kilku firm na świecie proponuje klientom taką formę lokowania środków. Specjalizuje się w zakupie beczki dla klienta, zorganizowaniu jej przechowywania i ubezpieczenia jej przez określony czas, a następnie odsprzedaniu na terenie Szkocji.

– Jeżeli chodzi o kwotę bazową, od której możemy zacząć inwestycje w whisky, jest to kwota zakupu jednej beczki – mówi prezes zarządu Stilnovisti. – Świeża beczka dzisiaj zalewana kosztuje około 2,4 tys. funtów. Jeżeli chcielibyśmy kupić starszą beczkę, bo taka możliwość też jest, to ceny zaczynają się od kilku do kilkunastu tysięcy funtów.

Na jakość i cenę inwestycyjnej beczki whisky w największy sposób wpływa drewno. Dobra jakość beczki, np. po sherry czy burbonie, znacząco wpływa na smak i aromat trunku. Whisky starzeje się w beczce, a kiedy jest już przelana do butelki, ten proces się kończy.

Podstawą inwestycji w beczki whisky jest możliwość zakupów świeżych beczek, ponieważ wtedy mamy też możliwość doboru drewna – zwraca uwagę prezes zarządu Stilnovisti. – Najbardziej cenionym drewnem w Szkocji jest beczka pierwszy raz używana do starzenia whisky, np. po sherry. Taka beczka (sama pojedyncza) potrafi kosztować nawet 800 funtów za sztukę, jeżeli jest dobrej jakości, i nawet używana po raz drugi czy trzeci raz nadal ma ona dużą wartość.

W 2013 roku sprzedaż whisky na największym rynku, czyli w USA, wzrosła o  6 proc. Scotch Whisky Association szacuje, że tylko od stycznia do czerwca 2014 roku amerykańscy importerzy sprowadzili szkocka wartą 327,7 mln euro. W Polsce, która jest 20. największym importerem tego trunku, w 2013 roku sprzedano 19 mln litrów whisky o wartości 1,8 mld zł. Potencjał wzrostowy tego rynku szacuje się na 8 proc. rocznie. To oznacza przewagę popytu nad podażą, co zwykle jest fundamentem dobrej inwestycji.

Jeżeli chodzi o stopy zwrotu, to pokazujemy naszym inwestorom bardzo bezpiecznie, około trzykrotność lokaty bankowej – mówi Krzysztof Maruszewski. – Oczywiście mamy inwestorów, którzy osiągają konkretne wyniki nawet, 20-25-proc. stopy zwrotu rocznie.

„Po alkoholu nie jadę” – świadomość Polaków się zmienia

Polacy są coraz bardziej negatywnie nastawieni do jazdy pod wpływem alkoholu – to jeden z wielu wniosków płynących z raportu Instytutu Transportu Samochodowego. Niestety, problemem wciąż są zbyt niskie kary dla nietrzeźwych kierowców oraz brak skutecznych rozwiązań wobec recydywistów.

Nie da się całkowicie wyeliminować problemu pijanych kierowców, mimo to ich liczba na drogach systematycznie spada. „Nietrzeźwi stanowią obecnie ok. 1% kierujących. Spowodowali ok. 8% wypadków samochodowych. Zginęło w nich 12,7% wszystkich ofiar wypadków drogowych” – mówi serwisowi infoWire.pl podinsp. Artur Zawadzki z Komendy Głównej Policji.

Do zmniejszenia liczby nietrzeźwych kierowców przyczyniły się częstsze kontrole policyjne, ale także liczne akcje kształtujące wśród Polaków negatywny obraz związku alkohol – ruch drogowy. Szkoda, że działalność pojedynczych instytucji przynosi większe efekty w walce z pijanymi na drogach niż wdrażana skoordynowana polityka zapobiegawcza. W Polsce funkcjonują trzy programy prewencyjne, ale nie ma mechanizmów monitorowania i oceny zastosowanych działań.

Administracyjny i karny system rozliczania nietrzeźwych kierowców ma niewielki wpływ na kształtowanie postaw oraz zachowań społecznych. „Wciąż nie ma skutecznych rozwiązań przewidzianych dla osób uzależnionych od alkoholu oraz recydywistów. Z kolei sądy nadal nie wykorzystują wszystkich możliwych narzędzi karania kierowców adekwatnie do popełnionych przez nich przestępstw” – podkreśla Ilona Buttler z Instytutu Transportu Samochodowego.

Najważniejsze to zmieniać świadomość społeczną i wpajać dobre praktyki już od najmłodszych lat – zaznaczają eksperci. Dzięki temu brak przyzwolenia na jazdę po alkoholu staje się coraz bardziej powszechny.

Ośrodki opieki długoterminowej w świadomości Polaków – opinie i wyzwania

Jak pokazuje badanie przeprowadzone we wrześniu ub. roku przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie firmy MEDI-system, przy podejmowaniu decyzji o wyborze rozwiązania dotyczącego opieki nad niesamodzielnym krewnym na pierwszym miejscu nadal plasuje się opieka rodziny bądź zapewnienie jej w domu. Jednak widoczna jest zmiana w podejściu Polaków do ośrodków opieki. Okazuje się, że 44 proc. respondentów wybrałoby ośrodek opieki dla bliskiej osoby wymagającej stałej troski. Najczęściej wskazywanym argumentem za takim rozwiązaniem (62 proc.) była obawa związana z nieumiejętnością zapewnienia odpowiedniej opieki. Na drugim miejscu (45 proc.) znalazła się opinia, że ośrodek jest w stanie zapewnić najlepszą opiekę, a na trzecim (40 proc.) był brak możliwości pogodzenia obowiązków zawodowych i dotychczasowego trybu życia z opieką nad niesamodzielnym członkiem rodziny. Zaledwie 5 proc. respondentów całkowicie odrzuciło możliwość zdania się na ośrodek opieki długoterminowej w przypadku niesamodzielności bliskiej osoby.

„W miarę jak przypadki opieki długoterminowej stają się częstsze, zwiększa się odsetek akceptujących umieszczenie osoby w tego typu instytucji. Wynika to zapewne nie tylko z lepszej niż dawniej oceny samych placówek, ale i z faktu, że rodzina jest coraz bardziej świadoma tego, że nie może zapewnić należytej opieki świadczonej przez coraz dłuższy okres. Na opinię osób do niedawna pracujących za granicą w sprawie umieszczenia niesamodzielnych członków rodziny w placówce wpływa dodatkowo znacznie większa popularność i akceptacja społeczna dla takich rozwiązań w krajach Europy Zachodniej” – komentuje prof. dr hab. Piotr Błędowski ze Szkoły Głównej Handlowej.

Dr Małgorzata Gałązka-Sobotka z Uczelni Łazarskiego zauważa zaś, że: „Istotną kwestią ograniczającą skłonność do skorzystania z ośrodka opieki jest najczęściej brak wiedzy i niski poziom świadomości społecznej na temat poziomu rozwoju usług w tym zakresie. Deficyt obiektywnych informacji lub prezentacja przez media tylko złych praktyk betonuje utarte schematy myślenia i ogranicza gotowość do rozważenia tej formy opieki.”

Polacy dostrzegają również obowiązki i konsekwencje związane z opieką nad niesamodzielnym bliskim w domu. Z badania wynika, że zaledwie 6 proc. respondentów uważa, że podjęcie się opieki nad bliskim w żaden sposób nie wpływa na komfort dotychczasowego życia. Dla większości ryzyko utraty pracy, obniżenie statusu społecznego czy rezygnacja z dotychczasowego życia jest bolesnym następstwem opieki rodzinnej. „Pomoc dla starszych osób niesamodzielnych powinna być równocześnie wsparciem dla opiekunów rodzinnych. Nie chodzi o ich zastąpienie, tylko pomoc w sprawowaniu przez nich swojej funkcji, ale nie kosztem rezygnacji z życia rodzinnego, ambicji zawodowych i partycypacji w życiu społecznym” – mówi prof. dr hab. Piotr Błędowski ze Szkoły Głównej Handlowej.

„Czas zauważyć, że wybory o pobycie ojca, matki czy dziadków w placówce senioralnej nie są lub nie będą najczęściej podyktowane brakiem miłości w rodzinie, ale są to decyzje mające w swym uzasadnieniu troskę o tę osobę, zapewnienie jej przede wszystkim opieki, bezpieczeństwa oraz towarzystwa, którego dzieci nie mogą zorganizować” – dodaje Marzena Rudnicka, prezes Krajowego Instytutu Gospodarki Senioralnej.

Prawie 2/3 respondentów uznało, że najważniejszym argumentem przemawiającym za wyborem ośrodka opieki długoterminowej dla osoby bliskiej jest dostęp do specjalistycznego leczenia i rehabilitacji. Niewiele mniej głosów akceptacji zyskał przyjazny personel (61 proc.)

„Ośrodek powinien nie tylko zastąpić członków rodziny w opiece nad bliskim, ale dać więcej – fachową opiekę specjalistów przedłużającą okres sprawności lub prowadzącą do jej poprawy. Wybór ośrodka to wybór miejsca, w którym bliski ma być otoczony przyjazną i fachową opieką. Z naszego doświadczenia wynika, że zaproponowanie ciekawych aktywności, uwzględniających oczywiście sprawność i stan zdrowia pacjentów, jest istotnym czynnikiem wyboru i późniejszej oceny zadowolenia pacjenta z pobytu” – mówi Beata Leszczyńska, prezes MEDI-system.

Badanie pokazało również, że zmienia się podejście społeczeństwa do osób, które podjęły decyzję o wyborze ośrodka opieki długoterminowej dla swojego bliskiego. Zaledwie 6 proc. respondentów oceniło je negatywnie, jako dbające wyłącznie o własne potrzeby. Spora część – 42 proc. – ocenę uzależnia od sytuacji i towarzyszących jej indywidualnych uwarunkowań.

Jedną z ważnych kwestii poruszanych w badaniu przeprowadzonym przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie MEDI-system jest stosunek respondentów do wyboru rodzaju opieki dla nich samych w przyszłości. Widać wyraźnie, że osoby (57 proc), które w przeszłości miały do czynienia z ośrodkiem opieki długoterminowej w związku z bliską osobą, chciałyby skorzystać z jego usług osobiście. Co trzeci badany, który nigdy nie stanął przed takim wyborem albo niegdyś zdecydował się na opiekę rodziny bądź pielęgniarki, także skłania się ku opcji ośrodka opieki. „Ostatnio obserwuje się coraz większą skłonność osób dziś jeszcze sprawnych do tego, by w przyszłości nie obarczać rodziny obowiązkiem opieki nad sobą, ale złożyć to zadanie na barki profesjonalnych świadczeniodawców” – komentuje prof. dr hab. Piotr Błędowski.

Ośrodek opieki długoterminowej to forma opieki coraz częściej brana przez Polaków pod uwagę zarówno w kontekście osoby bliskiej, jak również przyszłości badanych osób. „Przeciętna jakość opieki długoterminowej w skali kraju pozostawia wiele do życzenia. Jest to w dużej mierze uzależnione od poziomu finansowania tego sektora. Obecny system opiera się na granicy absolutnego minimum kosztów potrzebnych do zapewnienia bezpieczeństwa i najniezbędniejszych potrzeb” – zauważa Marcin Zawadzki, przewodniczący Rady Nadzorczej MEDI-system. „Polska staje właśnie przed poważnym wyzwaniem, jakim jest sprostanie procesowi starzenia się społeczeństwa, którego istotną kwestią będzie również opieka długoterminowa. To, jakie kroki zostaną podjęte w najbliższym czasie, zadecyduje o naszej kondycji za kilkanaście lat” – dodaje.

Samochód wypożyczony, czyli samochód dla każdego

Choć wypożyczanie samochodów nie jest u nas aż tak popularne jak na Zachodzie, rynek wynajmu aut rozwija się w Polsce w szybkim tempie – 15–20% w skali roku. Zainteresowanie widać zarówno wśród Polaków, jak i gości z zagranicy.

Wypożyczenie pojazdu nie jest skomplikowane. „Wystarczy zadzwonić do naszego biura, ewentualnie wejść na stronę internetową i za pomocą systemu rezerwacyjnego dokonać rezerwacji. Po jej zrobieniu skontaktujemy się z klientem, ustalimy dokładny termin odbioru, dokładny model auta i zostanie ono podstawione” – objaśnia Łukasz Grzelak z Anca Cars.

Wynajem samochodu nie należy do najtańszych usług, lecz dzięki kompleksowości oferty zapewnia użytkownikowi duży komfort. Pojazd jest niemalże nowy, objęty pełnym pakietem ubezpieczeniowym – OC, AC i NNW. Przysługuje mu obsługa serwisowa oraz wymiana opon. Niektóre wypożyczalnie nie pobierają kaucji – dopiero w przypadku kolizji klient partycypuje w kosztach ubezpieczenia i musi zapłacić kwotę uzgodnioną wcześniej przez obie strony, tzw. udział własny. W zależności od potrzeb wynajem może być krótkoterminowy (od dnia do dwóch miesięcy), średnioterminowy (od dwóch do czterech miesięcy) lub długoterminowy (od 24 do 60 miesięcy).

Prognozy dalszego rozwoju usług związanych z wypożyczaniem aut są dobre. Zmiana postawy Polaków (coraz częściej chcemy użytkować samochód, zamiast posiadać) stwarza korzystne warunki do wprowadzania nowych produktów, takich jak np. leasing konsumencki. I choć usługa ta na razie raczkuje na polskim gruncie, prawdopodobnie zostanie spopularyzowana wraz z szybko rozwijającym się rynkiem wynajmu pojazdów.

Prezes TVN: Na rynku reklamowym ceny będą rosły. Dla TVN-u 2015 rok będzie okresem żniw

Koniec kryzysu na rynku medialnym. Ceny telewizyjnych reklam zaczęły rosnąć pod koniec 2014 roku i w tym roku ten trend powinien się utrzymać. Prezes TVN oczekuje zarówno wzrostu przychodów, jak i zysku Grupy.

W zeszłym roku przychody TVN-u sięgały 1,6 mld zł i były o 3,6 proc. wyższe niż rok wcześniej. EBITDA spółki, czyli jej zysk operacyjny przed amortyzacją, wzrosła o 4,9 proc. i sięgnęła 530 mln zł. Jednocześnie zadłużenie spółki spadło o 100 mln, do 2,1 mld zł, a zysk netto sięgnął 195 mln zł.

– W 2015 roku spodziewamy się kontynuacji dobrej końcówki 2014 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Markus Tellenbach, prezes TVN SA. – Ubiegły rok był dla nas okresem zmian na lepsze, osiągnęliśmy wszystkie cele, które sobie założyliśmy. Na ten rok prognozujemy wzrost rynku reklamy telewizyjnej o około 5 proc., a także wysoki, jednocyfrowy wzrost dochodów grupy TVN.

Do Grupy TVN poza głównym kanałem należy 10 kanałów tematycznych. W planach spółka ma utworzenie kolejnych. Obecnie oglądalność stacji sięga 12 proc. widzów w najbardziej cenionym przez reklamodawców przedziale wiekowym, czyli od 16 do 49 lat. W zeszłym roku, jak podaje dom mediowy Starlink, kanały TVN-u miały 44,5 proc. udziału w polskim rynku telewizyjnym.

– W pełni skorzystamy z inwestycji, które przeprowadziliśmy w ostatnich kilku latach – ocenia Markus Tellenbach. – Zdywersyfikowaliśmy nasz portfel, uruchomiliśmy nowe kanały, zainwestowaliśmy w nieliniowe formy odtwarzania produkcji, wprowadziliśmy usługi Premium TV i nową politykę sprzedaży. 2015 rok będzie dla nas okresem żniw.

TVN liczy na to, że obserwowane obecnie ożywienie w polskiej gospodarce bezpośrednio przełoży się na rynek medialny. Tym bardziej że bardzo zmieniły się ostatnio zwyczaje widzów. Oglądalność tradycyjnych, ogólnotematycznych kanałów spada. TVN, który inwestował w kanały tematyczne, liczy, że reklamodawcy to docenią.

Naszym zdaniem jest szansa na wzrost cen, a to wszystko za sprawą rosnącego zapotrzebowania na kanały tematyczne oraz ze względu na ich wyniki – podkreśla prezes TVN SA. Zwiększamy ceny, jeśli chodzi o nasz portfel, kanały reprezentowane w Premium TV. Uważamy, że możliwe jest bardzo nieznaczne dostosowanie cen w głównym kanale, ale trzeba przy tym uwzględnić fakt, że przez ostatnie cztery lata ceny spadały, więc niektóre z podwyżek są uzasadnione.

W ostatnich lata stacje telewizyjne musiały zaciskać pasa, bo wraz z kryzysem malały budżety reklamowe. Obecnie można oczekiwać odbicia na tym rynku. Wskazuje na to ostatni kwartał 2014 roku, gdy przychody z reklamy wzrosły o 5,4 proc.

– Reklamodawcy zdają sobie z tego sprawę, agencje również – zwraca uwagę prezes Markus Tellenbach z TVN SA. Oni skorzystali ze znaczących obniżek podczas kryzysu branży reklamowej, więc częściowo odzyskaliśmy to, co zostało zredukowane w ostatnich latach.

NIK o dotowaniu szkół artystycznych

Od 14 lat kolejni ministrowie kultury za pośrednictwem Centrum Edukacji Artystycznej, przekazywali niepublicznym szkołom artystycznym zaniżone dotacje, konsekwentnie naruszając ustawę o systemie oświaty. W latach 2011-2013 wszystkie szkoły tego rodzaju dostały mniej niż połowę przysługującej im kwoty. Szkoły nie wiedziały czy przyznane im sumy są prawidłowe, bo nie znały podstawy ani wynikających z niej stawek dotacji. Sprawa jest istotna, ponieważ zapotrzebowanie na dotacje rośnie – w ciągu ostatnich dwunastu lat liczba niepublicznych szkół artystycznych o uprawnieniach szkół publicznych wzrosła dwukrotnie.

W latach 2011-2013 niepublicznym szkołom artystycznym o uprawnieniach szkół publicznych przysługiwały dotacje w wysokości blisko 131 mln zł. Tymczasem szkoły te otrzymały zaledwie nieco ponad 62 mln zł, czyli mniej niż połowę należnej im kwoty. Na nieprawidłowości w tym zakresie wskazywały już wcześniejsze kontrole NIK (z lat 2002, 2004, 2009). Wyniki obecnej kontroli potwierdzają, że niezgodne z przepisami zaniżanie dotacji przekazywanych niepublicznym szkołom artystycznym nie tylko nie zostało przerwane, ale nawet się pogłębiło. Od 14 lat niepubliczne szkoły artystyczne otrzymują mniej pieniędzy niż wynikałoby to z przepisów: w różnych okresach te swoiste „niedopłaty” zmieniają się – bywają raz mniejsze, raz większe, jednak zawsze z uszczerbkiem dla szkół. W ostatnich latach (2011-2013) zjawisko zaniżania dotacji (w ujęciu procentowym) jest nawet wyraźniejsze niż we wcześniejszych okresach objętych kontrolami NIK.

NIK zwraca uwagę, że większość dyrektorów i właścicieli szkół nie miała możliwości ubiegania się o rzeczywiście należne im kwoty, ponieważ ich nie znała. Szkoły nie były bowiem informowane o wysokości przysługujących im dotacji na jednego ucznia. Kwotę tę ustala się na podstawie wydatków bieżących prowadzonych przez Ministerstwo Kultury publicznych szkół artystycznych danego typu. Wysokość dotacji wylicza, a później w imieniu Ministra przekazuje, Centrum Edukacji Artystycznej – jednostka sprawująca nadzór pedagogiczny nad szkołami artystycznymi i realizująca zadania organu prowadzącego szkół prowadzonych przez Ministerstwo.

Pomimo niewystarczających środków resort kultury nie wnioskował do resortu finansów o dodatkowe kwoty na dotacje dla niepublicznych szkół artystycznych. Głównym powodem tego zaniechania miało być przekonanie Ministra Kultury, iż w związku z nadmiernym obciążeniem budżetu państwa wypłata należnych środków i tak nie byłaby możliwa.

Na tym wątpliwości dotyczące wysokości dotacji się jednak nie kończą. NIK wskazuje także, że te zaniżone dotacje naliczane były według niejednolitych stawek. Szkoły tego samego typu (np. policealne) otrzymywały więc różne dofinansowania, chociaż zgodnie z przepisami stawka na jednego ucznia powinna być taka sama dla szkół artystycznych danego typu, bez względu na to, jaką dyscypliną sztuki się zajmują. Zdarzało się również, że przekazywano środki na podstawie planowanej, a nie rzeczywistej liczby uczniów – w efekcie w wybranych miesiącach szkoły które przyjęły mniej uczniów, niż planowały otrzymywały więcej pieniędzy niż powinny, a te, które nie doszacowały liczby chętnych – mniej, niż powinny. Kontrolerzy NIK wskazują także przypadki, w których pomimo braku środków na dotacje dla szkół artystycznych posiadających uprawnienia publicznych – udzielono dotacji szkołom, które takich uprawnień nie posiadały: trzy takie szkoły otrzymały (w latach 2011-2013) łącznie milion złotych.

W badanym przez NIK okresie ani Ministerstwo Kultury, ani Centrum Edukacji nie kontrolowały prawidłowości wykorzystania przez szkoły środków z dotacji. Centrum przeprowadziło zaledwie trzy tego typu kontrole, z czego pierwszą dopiero w styczniu 2014 r., na zlecenie Izby. Tymczasem, jak wynika z ustaleń kontroli NIK  w 14 z 16 szkółobjętych kontrolą wystąpiły nieprawidłowości w rozliczeniu dotacji, a w czterech w jej wykorzystaniu. Nieprawidłowości przy rozliczaniu dotacji polegały m.in. na naruszeniu terminów przekazywania rozliczeń, podawaniu w rozliczeniach nieprawdziwej liczby uczniów lub błędnych kwot.

Kontrola NIK wykazała także luki w nadzorze pedagogicznym nad niepublicznymi szkołami artystycznymi, sprawowanym przez Centrum Edukacji. Centrum akceptowało np. kształcenie w systemie zaocznym przez te szkoły, chociaż przepisy nie przewidywały takiego rozwiązania. NIK zauważa, że wpływ na nieprawidłowości w nadzorze pedagogicznym nad artystycznymi szkołami policealnymi i pomaturalnymi miały braki i niespójności w prawie, dot. m.in. nieprzejrzystych zasad klasyfikowania i promowania słuchaczy.

Wnioski NIK

W związku z ustaleniami kontroli NIK skierowała do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego m.in. wnioski o:

  • informowanie niepublicznych szkół artystycznych o podstawie naliczenia dotacji oraz o należnych stawkach dotacji na jednego ucznia;
  • planowanie, we współpracy z Ministrem Finansów, dotacji dla szkół niepublicznych o uprawnieniach szkół publicznych w kwotach zapewniających spełnienie wymogów.

NIK przedstawiła również wnioski de lege ferenda. W ocenie Izby Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego powinien m.in. podjąć, we współpracy z Ministrem Edukacji Narodowej, działania zmierzające do znowelizowania ustawy o systemie oświaty poprzezokreślenie podstawy naliczenia dotacji dla tych niepublicznych szkół artystycznych o uprawnieniach szkół publicznych, które nie mają odpowiednika wśród typów szkół prowadzonych przez ministra kultury (dotyczy to np. szkoły sztuki tańca).

Szkolnictwo artystyczne w Polsce stanowi wyodrębniony system szkolnictwa, za który odpowiada minister kultury. Charakterystyczną jego cechą jest zorganizowanie kształcenia w odmiennych od szkolnictwa powszechnego typach szkół, w szczególności w szkołach muzycznych, plastycznych, baletowych, szkołach sztuki cyrkowej lub pomaturalnych szkołach bibliotekarskich i animatorów kultury. Nadzór pedagogiczny nad szkołami artystycznymi sprawuje Centrum Edukacji Artystycznej.

W systemie szkolnictwa artystycznego realizowane są dwa modele kształcenia, tj. kształcenie wyłącznie artystyczne lub kształcenie artystyczne połączone z kształceniem ogólnym.

W roku szkolnym 2013/2014 funkcjonowały 843 szkoły artystyczne różnych typów, do których uczęszczało 92 757 uczniów. Liczba ta obejmowała 317 szkół niepublicznych ogółem (38%), w których kształciło się 13 043 (14%) uczniów, z czego do 135 szkół niepublicznych o uprawnieniach szkół publicznych uczęszczało 6 465 uczniów (wg danych Centrum Edukacji).

W ostatnich dwunastu latach liczba niepublicznych szkół artystycznych o uprawnieniach szkół publicznych uległa podwojeniu. Liczba tych szkół w 2013 r. (135), w porównaniu do 2001 r. (63), zwiększyła się o 111%.

Niepubliczne szkoły artystyczne o uprawnieniach szkół publicznych korzystają ze środków publicznych w formie dotacji z budżetu państwa, udzielanych przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, za pośrednictwem Centrum Edukacji Artystycznej. W latach 2011, 2012 i 2013 przekazano szkołom odpowiednio: 19 582,1 tys. zł, 20 472,7 tys. zł, 22 685,9 tys. zł.

Piotr Kuczyński (Xelion): Unia i Grecja znajdą tymczasowy kompromis. Jeśli nie, to rynki finansowe się przestraszą

Piątkowy termin na porozumienie się Grecji z Eurolandem wcale nie jest ostateczny uważa Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. Jego zdaniem ryzyko, że obie strony nie zdołają osiągnąć kompromisu, nie jest wielkie, choć na razie jedni i drudzy twardo obstają przy swoim zdaniu.

28 lutego kończy się program pomocowy, w ramach którego Grecja dostaje nowe pożyczki, a w zamian musi wprowadzać reformy gospodarcze. Nowy program powinien być podpisany do piątku, by państwa finansujące Grecję zdążyły go zatwierdzić.

– Nie wiadomo jednak, czy do piątku się to uda. Mówimy o piątku, bo później parlamenty muszą mieć czas na zatwierdzenie programu. Ale wiemy doskonale, że to nie musi być piątek, może być to następny piątek. To jest tylko kwestia tego, żeby „podkręcić” Greków ocenia Piotr Kuczyński.

Jak to ujmuje, Grecy bawią się w tej chwili w dobrego i złego policjanta. Janis Warufakis, grecki minister finansów na zmianę z premierem Aleksisem Ciprasem to dają europejskim politykom nadzieję na kompromis, to utwardzają stanowisko.

– W ten sposób grają na nerwach UE, która też gra twardego policjanta, a jak tak wszyscy grają, to wszystko zmienia się w grę „chicken game”. Dwa samochody jadą naprzeciwko siebie, albo się zderzą, albo któryś stchórzy. Myślę, że w ostatniej chwili oba stchórzą i może otrą się trochę bokami, ale jakoś tam się dogadają. Na tym etapie myślę, że się jeszcze dogadają.

Przez cztery ostatnie lata bankrutująca Grecja dostała od Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego 240 mld euro pożyczki, dzięki której przetrwała kryzys, w który sama się wpędziła, przez lata żyjąc ponad stan. W zamian musiała wprowadzić program reform i oszczędności, m.in. sprzedać część państwowego majątku, zwolnić zbędnych urzędników i ograniczyć płace w budżetówce. Program oszczędnościowy tak bardzo nie spodobał się obywatelom, że wprowadzający go politycy przegrali wybory i władzę zdobyły ugrupowania obiecujące, że zerwą międzynarodowe umowy. Zerwanie tych umów bez wynegocjowania innych oznacza, że Grecja nie dostanie kolejnych pieniędzy i zbankrutuje.

Rynki w tej chwili w ogóle się tego nie boją i to jest lekko niebezpieczne, bo gdyby sytuacja się zaostrzyła, to mogą się wtedy przestraszyć  mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.Nie boją się, bo zakładają to, co ja powiedziałem, że w końcu obie strony muszą się dogadać. Gdyby się nie dogadali, wtedy byłby jakiś problem, ale wydaje mi się, że jest możliwość dogadania się tymczasowego, bo to oczywiście nie będzie docelowe porozumienie.

Ryzyko, że tak się nie stanie, Piotr Kuczyński ocenia na 5, najwyżej 10 proc. Na razie jednak obie strony zajmują stanowiska twarde i nie widać, by były skłonne do ustępstw. Unia nie chce się zgodzić na powrót do tradycyjnej greckiej polityki wydawania pieniędzy publicznych, zwłaszcza że Grecja nie ma już własnych środków na ten cel i jej politykę finansować muszą inni. Grecki rząd złożył zaś obietnice wyborcom i niespełna miesiąc po wyborach nie bardzo ma jak się z nich wycofać.

Nie są to typowi politycy, którzy natychmiast po wyborach zmieniają zdanie i mówią, że to, co obiecali podczas wyborów, się nie liczy uważa główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.Oni przynajmniej na razie starają się nie iść w tym kierunku.

Dystrybuowana przez firma Asbis marka Prestigio ma 7-8 proc. udział w rynku smartfonów i tabletów. Firma po odświeżeniu marki Canyon liczy na zdobycie młodych odbiorców

0

CEO Magazyn Polska

Międzynarodowy dystrybutor sprzętu IT Asbis niedawno przeprowadził rebranding jednej ze swojej marek – Canyon, oferującej sprzęt audio, i liczy na wzrost udziałów w rynku. Asbis odnotowuje także wzrost zainteresowania wideorejestratorami spod szyldu Prestigio – swojej głównej marki, którą sygnowane są tablety i smartfony. Poza tym firma nadal podejmuje walkę o udziały w wartym 40 mln zł rynku e-booków, na którym mierzy się z Kindle&HASH39;em Amazona.

 Jeśli chodzi o markę Canyon, to w ramach rebrandingu stawiamy pierwsze kroki na rynku. Postanowiliśmy zaadresować ją do klienta dynamicznego i młodego, takiego, który nie boi się nowych, kolorowych i ciekawych rozwiązań mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Zalewski, country manager marki Prestigio dystrybuowanej w Polsce przez Asbis.

Odnowiona marka Canyon oferuje akcesoria związane z audio, czyli głośniki i sprzęt słuchawkowy. Nowym wizerunkiem chce zdobyć młodych odbiorców.

Natomiast koronną marką, którą na naszym rynku sprzedaje Asbis, jest Prestigio. Jak mówi Zalewski, na rynku rośnie zainteresowanie wideorejestratorami tej marki.

 Marka Prestigio jest niekwestionowanym liderem rynkowym w segmencie B-brandów. Rynek być może nie jest trudny, ale dla wszystkich wymagający. W minionym roku udało nam się na tzw. open markecie uzyskać 7-8-proc. udział w rynku smartfonów i bardzo porównywalny udział w rynku tabletów –  wyjaśnia country manager marki Prestigio w Polsce.

Według serwisu iMagazine.pl w okresie od maj 2013  do czerwiec 2014 roku w Polsce sprzedano 1,63 mln tabletów, z czego co 14. urządzenie to był produkt marki Prestigio. To dało firmie trzecie miejsce pod względem popularności wśród Polaków.

Z kolei ubiegłoroczne dane firmy Virtualo wskazują na dynamiczny rozwój rynku e-booków, który warty jest już 40 mln zł. Prestigio według cytowanego raportu miało 1,6 proc. udziałów w rynku. Dla porównania monopolista Amazon wraz ze swoim Kindle&HASH39;em kontrolował prawie trzy czwarte polskiego rynku (73 proc.)

 Czytniki e-booków zdecydowanie przyjęły się na polskim rynku. Jest to rynek bardzo wymagający, ponieważ wszystkim nam, także Prestigio, przyszło konkurować z potentatem rynku, czyli Kindle&HASH39;em  tłumaczy Andrzej Zalewski.  Firma oprócz urządzenia oferuje klientom ciekawy system abonamentowy dostarczania kontentu.

Przedstawiciel firmy Asbis uzupełnia jednak, że Prestigio w swoich urządzeniach także posiada pakiet książek i publikacji (obecnie ponad milion, z czego kilkadziesiąt tysięcy w języku polskim).

 Mimo że czytnik Kindle nie ma oficjalnej dystrybucji w Polsce, to jest on bardzo popularny i zyskuje wielu zwolenników   podkreśla Zalewski.

Według niego Polska jest krajem, który podąża za trendami, a moda na czytniki Kindle przyszła do kraju zza zachodniej granicy i mocno się rozprzestrzeniła, na co wpływa także łatwość użytkowania takich czytników. Dystrybutor urządzeń mobilnych Asbis wierzy w swoją przyszłość na rynku.

 Staramy się dostarczać klientowi ciekawe rozwiązania oraz zaawansowane technologicznie urządzenia w bardzo przystępnych cenach. To wyróżnia nas na rynku   podsumowuje Andrzej Zalewski.

Asbis Polska wchodzi w skład Asbis Group, międzynarodowego dystrybutora sprzętu IT (Intel, Seagate, Kingston, NEC i innych) w Europie, na Bliskim Wschodzie i Afryce. Firma jest wyłącznym dystrybutorem marek własnych – Prestigio oraz Canyon.

CEED Institute: Coraz więcej pracujących za granicą Polaków chce wracać do kraju. Potrzebuje ich nasza gospodarka

Rośnie skala migracji powrotnych, ale wciąż nie są one masowe, a bilans wyjazdów i powrotów nadal jest ujemny. Zdecydowana większość pracujących za granicą chce tam zostać. 90 proc. z nich wskazuje, że ich sytuacja materialna znacznie się poprawiła po wyjeździe z Polski. To ważne, bo głównym powodem emigracji nie jest wcale brak pracy w kraju, ale zbyt niskie zarobki – wynika z raportu „Bilet w jedną stronę? Migracje w Europie z perspektywy krajów Europy Środkowo-Wschodniej” przygotowanego przez CEED Institute przy współpracy z Work Service.

Miliony emigrantów, którzy wyruszyli w świat po wyższe zarobki, wykształcenie i szansę na lepsze życie, to siła napędowa globalnej gospodarki. Ich odwaga i przedsiębiorczość sprawiają, że świat coraz szybciej się rozwija. Musimy zrobić wszystko, aby ich zapał i zdobytą wiedzę wykorzystać w Polsce, czyli zrobić coś, by chcieli i mieli do czego wrócić. To właśnie od nich w dużej mierze zależy przyszłość polskiej gospodarki i jej konkurencyjność na świecie – mówi Jan Kulczyk, założyciel CEED Institute.

Z raportu „Bilet w jedną stronę? Migracje w Europie z perspektywy krajów Europy Środkowo-Wschodniej” przygotowanego przez CEED Institute przy współpracy z Work Service wynika, że skala migracji powrotnej jest coraz większa, choć o masowych powrotach nie można na razie mówić. Zachęcić Polaków do powrotu mogłyby poprawa konkurencyjności krajowego rynku pracy, zwiększenie wynagrodzeń, inwestowanie w pracowników i stwarzanie szans rozwoju.

Dobrą informacją jest to, że wzrasta nam liczba powrotów, a liczba Polaków, którzy mieszkają za granicą, wzrasta o wiele wolniej niż w ostatnich latach. Natomiast nadal liczba wyjeżdżających przekracza – choć niewiele – liczbę powracających – mówi dr hab. Maciej Duszczyk, ekspert CEED Institute, wicedyrektor Instytutu Polityki Społecznej UW.

Pracy w bardziej rozwiniętych krajach UE chętnie szukają nie tylko Polacy, lecz także obywatele innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak skala wyjazdów słabnie od trzech lat. Z raportu wynika, że w 2013 roku łączna liczba obywateli tych krajów pracujących poza granicami wzrosła nieznacznie – do 5,737 mln z 5,623 mln w 2012 roku. W tym czasie przybyło 85 tys. emigrantów z Polski (łączna liczba 1,88 mln). Wciąż w grupie nowych państw członkowskich Polska jest druga, po Rumunii, pod względem liczby emigrantów.

W ciągu ostatnich 10 lat wielu Estończyków wyjechało z kraju. Podobny trend obserwowaliśmy we wszystkich krajach Europy Środkowo-Wschodniej, może poza Czechami – mówi agencji Newseria Biznes Indrek Neivelt, członek Rady Programowej CEED Institute. – Główny powód dużej emigracji to oczywiście zarobki. Ludzie wyjeżdżają do Europy Zachodniej, ponieważ ich wynagrodzenia są zbyt niskie, chcą mieć wyższy standard życia.

Najczęściej wskazywanym powodem wyjazdu nie jest wcale brak pracy. W zależności od branży wskazuje na to jedynie od 12 proc. (np. w sektorze budowlanym) do 34 proc. (w sektorze przemysłowym) ankietowanych. Aż trzy czwarte badanych jako główną przyczynę emigracji wskazało zbyt niskie zarobki w Polsce. Wskaźnik ten jest jeszcze wyższy w sektorze usług (84,1 proc.).

Ponad 90 proc. emigrantów jest zadowolonych z decyzji o wyjeździe, a ich sytuacja finansowa poprawiła się dzięki pracy za granicą (91 proc. w branży budowlanej i 98,6 proc. w produkcji). Wielu ankietowanych wskazuje też, że wzrosło poczucie własnej wartości (w usługach – połowa badanych).

Wyraźnie widać, że nakładają się na siebie trendy związane ze wzrostem wynagrodzeń i spadkiem liczby wyjazdów zarobkowych. Polska musi robić wszystko, aby być coraz bardziej konkurencyjna na rynku pracy. W innym wypadku zabraknie nam wykwalifikowanych pracowników, a migracji nie powstrzymamy, bo w Unii Europejskiej to naturalne zjawisko – mówi Tomasz Misiak, prezydent rady nadzorczej Work Service.

Ci, którzy wracają do kraju, najczęściej jako powód podają kwestie rodzinne (30 proc. w usługach i blisko 70 proc. w budowlance). Wielu od początku miało zamiar wyjechania do pracy tylko na kilka lat. Eksperci podkreślają, że na przyszłość dobrze rokuje fakt, że Polacy pracujący za granicą nie mają negatywnej opinii o Polsce.

Poziom zadowolenia z pracy w krajach UE jest wysoki. To wiąże się także ze swobodnym przepływem osób, czyli Polacy pracujący za granicą mają te same prawa, co ludność lokalna. To jest czynnik, który jest absolutnie warunkiem sine qua non dla integracji, mówię tu o równych prawach i równych obowiązkach – mówi Anna Rostocka, dyrektor biura Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji w Polsce.

Co ciekawe, wśród państw regionu Europy Środkowo-Wschodniej Polska jest krajem o najniższej obecności obcokrajowców. Na Litwie i w Estonii w latach 2012-2013 odsetek ten wynosił 16 proc., w Polsce – 0,15 proc. W raporcie CEED Institute opublikowano też ranking, który wskazuje, które kraje regionu mogłyby rywalizować ze starą piętnastką UE o wykwalifikowanych imigrantów. W pierwszej trójce – w oparciu o kryteria socjalno-ekonomiczne – znalazły się Czechy, Słowacja i Estonia. Polska jest tuż za podium. W gronie pozostałych państw najbardziej atrakcyjne dla imigrantów są Szwecja, Luksemburg i Dania. Ranking zamykają Hiszpania, Portugalia i Grecja.

Chiny mogą stać się dużym odbiorcą polskich produktów mleczarskich

Polska jest w stanie wyeksportować znacznie więcej produktów mleczarskich na rynek chiński niż wcześniej do Rosji. By osiągnąć taki poziomu, potrzebujemy jednak 3-4 lat systematycznej promocji polskiej produkcji na tamtejszym rynku. To kierunek bardzo perspektywiczny również w kontekście zniesienia kwot mlecznych przez UE.

Jednym z największych problemów dla eksporterów produktów mlecznych jest w ostatnich miesiącach sytuacja na Wschodzie. Embargo okazało się bardzo dotkliwe, ponieważ odbiorcy w Rosji odpowiadali wcześniej za ok. 20 proc. sprzedaży zagranicznej polskiej branży mleczarskiej. Eksport produktów tego sektora do Rosji sięgał 500 mln zł.

– Ten produkty moglibyśmy spokojnie skierować na rynek chiński, a nawet więcej. Według mnie nie jest to jednak perspektywa tego roku, lecz raczej kolejnych 3-4 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Wcisło, prezes zarządu Kompass Poland, firmy zajmującej się dostarczaniem informacji biznesowej.

Chiny to rynek jeszcze mało znany, ale bardzo ciekawy z uwagi na potencjał. Popularność produktów mlecznych w Państwie Środka rośnie, podobnie jak w innych krajach rozwijających się. Jak podkreśla Wcisło, zauważalna jest korelacja, że wraz ze wzrostem PKB rośnie też spożycie mleka. W Chinach szczególnie popularny staje się ser żółty. Import pochodzi głównie z Nowej Zelandii, Australii, USA, Włoch i Francji. Udział Polski jest na razie niewielki (62 tony w ciągu trzech kwartałów 2014 roku), ale dynamicznie rośnie. Obecność na tym rynku wymaga jednak kilkuletniej promocja.

– Potrzebne są również rozmowy rządowe, na poziomie władz lokalnych, bo tak działa ten rynek. Czyli nie tylko przedsiębiorcy są istotni, lecz także istotna jest bliska współpraca z jednostkami rządowymi – dodaje Wcisło. – Ten kraj jest specyficzny, trzeba nawiązać relacje i zdobyć zaufanie.

Jego zdaniem problemem dla polskich przedsiębiorców może być również tamtejsza kultura biznesowa. Wiele zależy również od formy zaistnienia na tamtejszym rynku.

 Można wejść z własnym brandingiem i to na pewno dłużej potrwa, ale można wejść z produktem, który będzie redystrybuowany, ale z marką lokalną i wtedy jest zupełnie inna sytuacja – mówi Wcisło. – Często będą potrzebne inwestycje związane z wdrożeniem systemów jakościowych produkcji. Przedsiębiorstwa, które to zrobią, będą w stanie zapewnić odpowiednią jakość oczekiwaną na danym rynku i przez to dużo łatwiej będzie im wejść na dany rynek. Pamiętajmy, że konkurujemy z innymi krajami europejskimi.

Europejskich, w tym polskich, producentów mleka czekają w tym roku duże zmiany. Przestaną bowiem obowiązywać kwoty mleczne – dziś na dane państwo nakładana jest roczna kwota skupu, która określa ilość skupowanego od zakładów wytwórczych mleka. Każdy litr, który przewyższa określoną prawnie kwotę, powoduje nałożenie kary przez KE. System ma chronić wytwórców mleka przed nadpodażą, a zatem niskimi cenami skupu.

Unia Europejska wycofuje się z kwotowania od kwietnia, w związku z tym są protesty rolników obawiających się, że ceny skupu mogą znacząco spaść. Jest to na pewno ryzyko. Natomiast Unia Europejska przygotowuje instrumenty, które mogą być wsparciem dla rolników w tej sytuacji, ma pojawić się coś nowego, ale nie wiemy jeszcze, co to będzie – mówi Marek Wcisło.

Z jednej strony będzie więcej możliwości eksportowania, z drugiej wzrośnie też konkurencja na rynkach, czego skutkiem będzie spadek cen.

Trudno prognozować ewentualną skalę obniżek ze względu na wahania kursów walut.

Umocnił się frank szwajcarski, to samo jest z dolarem. Nie chcę w tej chwili podawać, jaka to może być kwota, ale na przykładzie sera można powiedzieć, że 15-proc. spadek eksportu do Rosji spowodował, że na rynku krajowym marża zmniejszyła się o 30 proc. – podkreśla ekspert.

Polska ma najbardziej zanieczyszczone powietrze wśród państw UE. Traci na tym cała gospodarka

Sześć największych miast w Polsce ma cztery razy bardziej zanieczyszczone powietrze niż 15 największych aglomeracji UE. Powodem są benzopireny i pyły pochodzące głównie z transportu i energetyki. Emisję szkodliwych substancji mogłyby zmniejszyć rozwój odnawialnych źródeł energii oraz wsparcie dla kogeneracji, czyli jednoczesnej produkcji energii i ciepła. To o prawie 30 proc. bardziej wydajny system niż osobna produkcja. 

– Polska ma najbardziej zanieczyszczone powietrze wśród państw członkowskich Unii Europejskiej. Większość miast znacząco przekracza jakiekolwiek normy prawne, jakie są w tym zakresie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Zajdler, ekspert Instytutu Sobieskiego. – Dla przykładu sześć największych aglomeracji w Polsce ma czterokrotnie bardziej zanieczyszczone powietrze niż 15 największych aglomeracji w UE. To oznacza, że jakość życia w tych miejscach i w całej Polsce jest dużo niższa.

Zanieczyszczone powietrze to przede wszystkim koszty gospodarcze. Dużo więcej kosztuje wyprodukowanie każdej kolejnej jednostki PKB, a tym samym spada konkurencyjność gospodarki. Innym skutkiem są możliwe problemy ze zdrowiem. Szkodliwe benzopireny i pyły mogą przyczyniać się do chorób płuc, astmy czy nowotworu płuc, a także chorób układu krążenia.

– Komisja Europejska wielokrotnie zwracała uwagę Polsce, że zanieczyszczenia powietrza znacząco przekraczają jakiekolwiek normy unijne. Do tej pory nie podjęto jednak żadnych działań, by to zmienić– mówi Zajdler.

Polska obecnie ma dwa miesiące na przynajmniej rozpoczęcie działań legislacyjnych mających na celu poprawę sytuacji. W innym przypadku Unia Europejska może nałożyć nawet 4 mld zł kary, licząc od 2004 roku.

Do wysokiej emisji szkodliwych substancji przyczyniają się przede wszystkim dwie branże, czyli transport i energetyka. Usprawnienia w tych dwóch obszarach mogłyby nieco zmniejszyć zanieczyszczenie. Tym bardziej że produkcja energii i ciepła jest wspierana ze środków publicznych kwotą na poziomie 1 mld euro. Jak podkreśla Zajdler, są kraje w UE, które przeznaczają na to znacznie większe środki. Dodatkowo w Polsce – w większym stopniu niż w innych państwach – wspierane są technologie, które są bardzo emisyjne.

 W strukturze tego wsparcia publicznego nie uwzględniamy wszystkich kosztów zewnętrznych produkcji energii elektrycznej i ciepła, które wiążą się właśnie z wykorzystywaniem takiego paliwa jak węgiel – mówi ekspert Instytutu Sobieskiego. – Postuluje się przede wszystkim stworzenie jasnego otoczenia prawnego, które zapewni stabilność rozwoju źródeł odnawialnych i kogeneracyjnych, które są najmniej emisyjne. Należy tak ukierunkować wsparcie na technologie kogeneracyjne, żeby zapewnić ich rozwój.

Kogeneracja to proces jednoczesnej produkcji ciepła i energii elektrycznej. W ocenie eksperta rozwojowi takich systemów sprzyja relatywnie chłodny klimat w Polsce.

– Drugim powodem jest to, że kogeneracja jest systemem bardziej efektywnym, a do produkcji ciepła czy energii elektrycznej potrzeba mniej paliwa. Poza tym kogeneracja jest źródłem bardziej elastycznym, czyli łatwiej dostosowuje się do zmienności rynku, do popytu na nim, bo tego rodzaju źródła są bardziej rozproszone – podkreśla Robert Zajdler.

Eksperci szacują, że efektywność energetyczna systemu łączonego, który produkuje razem ciepło i energię, jest nawet 30 proc. wyższa niż produkcja w ramach dwóch odrębnych procesów technologicznych.

– Nacisk regulacyjny powinien być położony przede wszystkim na rozwój źródeł odnawialnych i kogeneracyjnych, na zapewnienie właściwego ich rozwoju. Jeżeli wspieramy z funduszy publicznych sektor energetyki, to róbmy to w taki sposób, żeby uwzględniać zewnętrzne koszty, jakie produkcja energii z danego paliwa w danej technologii rodzi dla całej gospodarki i zdrowia Polaków – podkreśla Zajdler.

Mennica Polska chce zarabiać więcej dzięki monetom korporacyjnym i rynkom zagranicznym

0

Mennica Polska stawia na rozwój segmentu dukatów korporacyjnych. W 2014 r. był to najbardziej dynamicznie rosnący sektor rynku. Nadal ponad 50 proc. przychodów spółki pochodzi z produkcji dla Narodowego Banku Polski. Mennica jednak coraz śmielej spogląda na rynki zagraniczne, myśląc o nich już nie tylko w kontekście monet kolekcjonerskich, lecz także tych obiegowych. 

‒ Rok 2014 był jednym z najlepszych w segmencie dukatów korporacyjnych. Sektor monet zarówno obiegowych, jak i kolekcjonerskich jest w zasadzie dość stabilny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Zambrzycki, prezes zarządu i dyrektor naczelny Mennicy Polskiej. Zastrzega jednak: ‒ Naszym priorytetem jest produkcja dla Narodowego Banku Polskiego. To jest nasz najważniejszy klient.

Mennica bije obiegowe monety o nominałach od 10 groszy do 5 złotych, a NBP zamawia także coraz więcej ciekawych monet kolekcjonerskich. Popularność tego typu numizmatów na rynku rośnie już nie tylko wśród kolekcjonerów. Coraz częściej to interesujący upominek dla osób, które do tej pory nie interesowały się monetami.

Prezes Mennicy Polskiej dodaje, że na współpracę z NBP i wyniki spółki niewielki wpływ miała utrata kontraktu na bicie monet o nominałach 1-, 2- i 5-groszowych. Od kwietnia 2014 r. są one produkowane w brytyjskiej The Royal Mint. Zambrzycki wyjaśnia jednak, że Mennica spodziewała się takiej decyzji NBP i była na nią gotowa.

‒ Narodowy Bank Polski, w ślad za narodowymi bankami innych krajów, już dawno temu sugerował, że produkcja tych drobnych nominałów jest nieekonomiczna, niezasadna i że będzie sugerował, żeby w ogóle jej zaprzestać – przypomina Zambrzycki.

Dodaje, że dla Mennicy Polskiej produkcja tanich, nisko marżowych monet wprawdzie jest opłacalna, ale nie jest najważniejsza. To wysokie zaawansowanie technologiczne Mennicy Polskiej daje tej spółce pozycje i przewagę konkurencyjną.

Mennica Polska jest uważana przez rynek nie tylko polski, lecz także międzynarodowy za jedną z trzech najbardziej technologicznie zaawansowanych mennic świata – wyjaśnia Zambrzycki. ‒ W wielu przypadkach jest to niezwykła przewaga, ale niekiedy bywa słabością, szczególnie jeśli chodzi o produkty niskocenne, ponieważ technologie nas kosztują i są używane przy produkcji tych najdrobniejszych produktów.

By skompensować utratę kontraktu na monety o najniższych nominałach, a także utrzymujące się niskie ceny złota, Mennica Polska upatruje szans m.in. w rynku dukatów korporacyjnych oraz zleceniach poza granicami Polski.

W sektorze żetonów korporacyjnych dużym powodzeniem cieszyły się akcje przeprowadzane z Fundacją TVN oraz PKN Orlen. Pod koniec stycznia br. ruszyła już druga odsłona akcji pod hasłem „Cała reszta to szczęście”, organizowanej z Fundacją TVN „nie jesteś sam”. W jej ramach klienci uczestniczących w inicjatywie sklepów mogą otrzymać resztę lub jej część w specjalnie wybitych dukatach o wartości 5 zł, które zostały zaprojektowane przez gwiazdy TVN. Pieniądze uzyskane w ten sposób trafią na remont kliniki Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi.

Szansą na wzrost sprzedaży są też rynki zagraniczne. Mennica Polska pozyskuje klientów z zagranicy już nie tylko w segmencie monet kolekcjonerskich, lecz także obiegowych.

Od dwóch lat jesteśmy niezwykle aktywni na rynkach zagranicznych, wygrywamy spore przetargi na monety obiegowe dla innych krajów. To są przetargi, które idą w dziesiątki albo nawet setki milionów sztuk monet, więc mają dla nas duże znaczenie – wyjaśnia Zambrzycki.

Na rynku monet kolekcjonerskich najważniejsze rynki to kraje ościenne, zwłaszcza Białoruś, Ukraina i Rosja, a także Nowa Zelandia. Od początku tego roku Mennica wyprodukowała już cztery kolekcjonerskie monety o wartości jednego dolara nowozelandzkiego (ok. 2,7 zł), a także kolekcję czterech monet dla Armenii o wartości 100 dram (ok. 80 groszy).

Zgodnie z ostatnim kwartalnym sprawozdaniem Mennicy Polskiej obejmującym pierwszych dziewięć miesięcy 2014 r. sprzedaż krajowa stanowiła ponad 76 proc. przychodów z segmentu produktów menniczych.

Nowe budynki zużywają o 30 proc. mniej energii. Największe oszczędności możliwe są w biurowcach

CEO Magazyn Polska

W ciągu najbliższych lat Polska będzie musiała wyłączyć ze względów ekologicznych i technologicznych ponad 5 GW mocy elektrycznej. Zapotrzebowanie pokryją nowe inwestycje, równie ważna jest jednak poprawa efektywności energetycznej. Nowe budynki biurowe mogą zużywać nawet o 30 proc. mniej energii niż starsze konstrukcje. Wyzwaniem jest nie tylko samo zapotrzebowanie, lecz także sposób wykorzystania energii. 

Wiele elektrowni czy bloków energetycznych dochodzi do kresu życia i nie spełnia norm ekologicznych. Musimy wywiązać się z zobowiązań dotyczących ekologii, które wzięliśmy na siebie, podpisując umowy z Unią Europejską. Musimy także podnieść efektywność naszej gospodarki, przemysłu i budynków, a zatem inwestować w efektywność energetyczną zarówno przemysłu, jaki i budownictwa mieszkaniowego oraz komercyjnego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Łukaszewski, prezes zarządu Schneider Electric Polska, firmy specjalizującej się w zarządzaniu zużyciem energii.

Polska musi w ciągu w najbliższych lat wyłączyć bloki energetyczne zapewniające ok. 5 GW mocy. Obecnie trwają jednak inwestycje w bloki o łącznej mocy 6 GW, w tym w największy w Europie blok opalany węglem kamiennym w Kozienicach o mocy ponad 1 GW. Jak wynika z obliczeń Urzędu Regulacji Energetyki, do 2028 roku do użytku zostanie oddanych ok. 18 GW nowych mocy, z czego 7,5 GW to energia wiatrowa.

Inwestycje w nowe moce ‒ tradycyjne i OZE ‒ to jednak nie jedyne działanie, które Polska musi podjąć. Równie ważne są inwestycje w poprawę efektywności energetycznej. Nowe budynki zarówno komercyjne, jak i mieszkaniowe są już znacznie bardziej energooszczędne niż starsze konstrukcje, dotyczy to zwłaszcza powierzchni biurowych.

‒ Budynki komercyjne są dużo bardziej efektywne energetycznie, a zatem tańsze w eksploatacji. Możliwości oszczędności zużycia energii są w nich o 20, a czasami nawet o 30 proc. wyższe niż w budynkach powstałych kilkanaście lat temu. Pomaga nam moda na efektywność i zrównoważony rozwój oraz certyfikaty zrównoważonego rozwoju, np. certyfikaty LEED czy BREEAM  większość komercyjnych budynków budowanych w kluczowych miastach w Polsce podlega jednemu z tych certyfikatów – wyjaśnia Łukaszewski.

Dodaje, że Schneider Electric oferuje także systemy zarządzania budynkiem (BMS – Building Management System), które precyzyjnie mierzą zużycie energii i umożliwiają zarządzanie nim.

Nieco mniejsze możliwości inwestycji w efektywność energetyczną są w budownictwie mieszkaniowym, gdzie własność jest rozproszona pomiędzy wielu lokatorów. W lokalach mieszkalnych jednak także można instalować chociażby systemy zarządzania światłami lub ogrzewaniem, które pozwolą na wymierne oszczędności i zużycie mniejszej ilości energii.

To jest kierunek zmian, który widać w naszym kraju. Każdy z tych elementów się rozwija, tzn. gospodarka niskoemisyjna, efektywność energetyczna i OZE – ocenia Łukaszewski.

Łukaszewski zauważa, że wyzwaniem w przyszłości nie będzie tylko samo zapotrzebowanie na moc, lecz także sposób korzystania z energii elektrycznej. Przykładem są samochody elektryczne. Obecnie w Polsce prawie ich nie ma, ale w ciągu kilkunastu lat ich popularność może znacznie wzrosnąć. Nawet kilku- lub kilkunastoprocentowy udział tego typu pojazdów w rynku postawi zupełnie nowe wymagania przed dostawcami energii. Pracownicy przyjeżdżający do pracy samochodami elektrycznymi będą chcieli je ładować w trakcie dnia. Choć już teraz w wielu budynkach jest kilka miejsc parkingowych wyposażonych w punkt ładowania, to popularyzacja tego typu napędu może przekroczyć możliwości obecnej infrastruktury.

Infrastruktura energetyczna budynku biurowego, centrum handlowego czy na ulicach, gdzie są miejsca postojowe, w żaden sposób nie jest przystosowana do przyjęcia więcej niż kilku punktów ładowania. Jeżeli w obiekcie biurowym jest kilkaset miejsc parkingowych, to myślę, że jak zaczniemy instalować punkty do ładowania dla więcej niż paru aut, to będzie to wymagało zupełnie innego podejścia, jeśli chodzi o zapotrzebowanie na moc – przewiduje Łukaszewski.

Polska branża transportowa ma jedną czwartą rynku europejskiego. W tym roku może stracić część udziałów

CEO Magazyn Polska

Ten rok może być trudny dla polskiej branży transportowej. Obowiązek wypłaty niemieckiej płacy minimalnej oraz ryczałtów za nocleg w kabinie, a także spadające przewozy na Wschód oznaczają, że Polska może stracić dotychczasowy udział na poziomie 25 proc. europejskiego rynku. Zagrożonych jest nawet kilkaset tysięcy miejsc pracy.

Plagi dla branży to kolejno: embargo rosyjskie, kwestia uchwały Sądu Najwyższego w sprawie ryczałtów za nocleg, która spowodowała falę pozwów przeciwko pracodawcom branży transportu drogowego, i wreszcie niemiecka ustawa o płacy minimalnej. To wszystko powoduje, że być może za rok 25 proc. rynku, który mamy w europejskich międzynarodowych przewozach, będzie należało do przeszłości – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Wroński, przewodniczący Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska.

Problemy polskiego sektora transportowego rozpoczęły się już w ubiegłym roku. Po nałożeniu embarga na polskie towary przez Rosję wymiana handlowa z tym krajem znacznie się zmniejszyła. Znacznie mniej towarów jest też przewożonych do wschodniej części Ukrainy. To duży problem dla branży transportowej, bo jak wyliczyło Zrzeszenie Międzynarodowych Przewoźników Drogowych, w sierpniu ub.r. na Wschód transporty wykonywało ponad 3 tys. polskich firm z wykorzystaniem ponad 30 tys. pojazdów. Przychody z tego tytułu sięgały 700 mln euro rocznie.

Kolejny problem dotyczy krajowych regulacji. Jeszcze przed wprowadzeniem embarga przez Rosję sędziowie Sądu Najwyższego orzekli, że właściciele firm przewozowych muszą zapewnić kierowcom nocleg. Jeśli więc kierowca spędza noc w kabinie auta, przysługuje mu zatem ryczałtowy zwrot kosztów. Według orzeczenia SN roszczenia za taki nocleg kierowcy mogą zgłaszać nawet do trzech lat wstecz.

W tej chwili w niektórych sądach pracy ponad połowa pozwów to są właśnie pozwy o ryczałty, a przecież nie tylko kierowcy są pracownikami i ta cała sfera jest naprawdę bardzo bogata. Szacujemy, że docelowo w stosunku do przedsiębiorstw transportowych roszczenia mogą sięgać nawet około 2 mld zł – ocenia Wroński. Dodaje: ‒ Porównując z tym, co oferują hotele przy autostradach niskiej klasy, nasze kabiny wyposażone w miejsce do spania są pod tym względem znacznie lepsze.

Wroński zauważa, że z prawnego punktu widzenia przepisy dotyczące ryczałtu wcale nie są jasne. Wątpliwości budzi m.in. to, że interpretacje głównego inspektora pracy, Sądu Najwyższego i prokuratora generalnego nie są jednolite.

Procesy nie toczą się o to, że kierowca nie dostawał pieniędzy, bo niezależnie od sposobu rozliczania tych należności kwota była taka sama. Rynek by na to nie pozwolił. Czyli jeżeli kierowca dostawał kilkadziesiąt euro za podróż służbową za dobę, to teraz występuje o drugie kilkadziesiąt euro tylko dlatego, że pracodawca miał to w inny, niezgodny z uchwałą Sądu Najwyższego sposób zapisane w regulaminach wynagradzania albo w umowach o pracę – tłumaczy Wroński.

Od początku tego roku do utrudnień dla polskiej branży transportowej dołączyły niemieckie przepisy o płacy minimalnej. Zgodnie z pierwotnym planem rządu federalnego Niemiec płaca minimalna (8,50 euro za godzinę) miała być wypłacana wszystkim wykonującym pracę na terenie tego kraju, czyli również polskim kierowcom, zatrudnionym przez polskie firmy, ale przejeżdżającym przez Niemcy. To obciążenie nie tylko finansowe, lecz także biurokratyczne.

Pod koniec stycznia, po intensywnych negocjacjach międzyrządowych, obowiązek ten został zawieszony. Nie wiadomo jednak, na jak długo.

Jeżeli będziemy chcieli się dostosować do niemieckich przepisów, koszty wzrosną nam o 9 proc. Jeżeli w tej chwili rentowność w przewozach jest na poziomie 2 proc., to wniosek jest prosty, że trzeba będzie po prostu do każdego przejazdu dołożyć. Robiliśmy pewne symulacje, z których wynika, że dla firmy, która ma 100 zestawów, koniec roku zakończyłby się stratą w wysokości około 4 mln zł – podkreśla Wroński.

Dodaje, że przy tak niskich poziomach marż i olbrzymiej konkurencyjności rynku transportowego wiele firm może nie wytrzymać nowych obciążeń. Według niego łączny wpływ tych trzech zmian prawnych oznacza, że bardzo dużo spółek może upaść. Zagrożonych jest kilkadziesiąt, a nawet kilkaset tysięcy miejsc pracy.

Blisko połowa Polaków ubarwia swoje CV. Kłamstwa dotyczą głównie znajomości języków obcych i doświadczenia zawodowego

CEO Magazyn Polska

Lepsza niż rzeczywista znajomość języków obcych, bogatsze doświadczenie zawodowe oraz więcej umiejętności dodatkowych – to najczęstsze przekłamania w CV. Z badań wynika, że w procesie rekrutacji z prawdą mija się aż 44 proc. kandydatów. Kłamstwo ma jednak krótkie nogi, poza tym rekruterzy coraz lepiej wiedzą, jak je rozpoznać. Złapanie kandydata na kłamstwie może przesądzić o wyniku rekrutacji.

Z badań naukowców z Craig School of Business w Kalifornii wynika, że od 40 do 70 proc. kandydatów ubarwia swoje CV. Najczęściej kłamią Amerykanie aż 58 proc. tamtejszych pracodawców znalazło nieprawdziwe informacje w życiorysach kandydatów. W Polsce w 2013 roku w procesie rekrutacyjnym swoje kompetencje zawyżyło aż 44 proc. starających się o pracę. 80 proc. wszystkich kłamstw w CV dotyczyło stopnia znajomości języka obcego. 49 proc. kandydatów skłamało odnośnie zakresu obowiązków w poprzednim miejscu pracy, a 36 proc. zawyżyło liczbę obsługiwanych programów. Polacy chętnie dodają sobie tzw. umiejętności dodatkowe, ale też nie podają faktycznej długości stażu pracy.

– Zdarzają się sytuacje, kiedy nawet w obszarach, które bardzo łatwo zweryfikować, ktoś wpisywał nieprawdę w CV, np. kwestia posiadania prawa jazdy – mówi agencji informacyjnej Newseria Agnieszka Bieniak, dyrektor ds. personalnych w Grupie Pracuj. Polakom zależy na pracy. Wciąż bezrobocie jest stosunkowo wysokie, w szczególności w niektórych rejonach Polski, dlatego poszukując pracy, chcemy wypaść jak najlepiej w oczach pracodawcy i stąd wielu osobom wydaje się, że lekkie koloryzowanie rzeczywistości nie wpłynie na ich ocenę w oczach przyszłego pracodawcy.

Eksperci podkreślają, że ubarwianie CV mija się z celem. Może bowiem prowadzić do zdyskredytowania kandydata w oczach potencjalnego pracodawcy, a w skrajnych przypadkach także do odpowiedzialności karnej. Mało który pracodawca zdecyduje się zatrudnić osobę, która okłamuje go jeszcze przed podjęciem pracy. Przypadki, gdy osoba rekrutująca lub pracodawca pozwalają wytłumaczyć przyczynę kłamstw i mimo to zaufać kandydatowi, należą do rzadkości. Doświadczony rekruter bez trudu zweryfikuje informacje zawarte w CV już podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Dotyczy to przede wszystkim tzw. twardych kłamstw rekrutacyjnych, a więc rzeczy, które nie były udziałem kandydata lub w ogóle się nie wydarzyły. Potrafią też obserwować rozmówcę i zbierać informacje ze wszystkich kanałów komunikacji, także niewerbalnych.

– Doświadczony rekruter w trakcie wywiadu bardzo łatwo dostrzeże sytuację, kiedy zmienia się postawa kandydata. Przy pytaniach z obszaru, w którym kandydat skłamał, dostrzegalna jest zmiana tonu głosu, sposobu poruszania się. Na przykład kandydat zaczyna siedzieć coraz bliżej końca krzesła, tak jakby chciał uciec. Trzeba też zwracać uwagę na ruchy gałek ocznych. Patrząc na różne aspekty dotyczące zachowania kandydata na tym spotkaniu, widać, że warto pogłębić dany temat i zadać kilka dodatkowych pytań  mówi Agnieszka Bieniak.

Podczas rozmowy kwalifikacyjnej kandydaci często próbują ukryć różnego rodzaju emocje, które pojawiają się u nich w związku z zadawanymi pytaniami czy koniecznością powrotu do wyjątkowo trudnych lub stresujących projektów. Posiadanie przez rekrutera odpowiednich umiejętności, np. odczytywania mikroekspresji twarzy, sygnałów niewerbalnych, takich jak ton głosu, ruchy oczu, styl mówienia, czy postawa ciała, pomaga w ustaleniu rzeczywistych przyczyn i emocji kandydata. Są to umiejętności trudne, ale możliwe do zdobycia. Z badań Paula Ekmana wynika, że dobre szkolenie w wykrywaniu kłamstwa może podnieść średnią umiejętność wykrywania kłamstwa z poziomu prawie losowego do poziomu 54-90 proc. w ciągu 32 godzin szkolenia.

– Rekruter, jak każdy człowiek, nabywa pewnych umiejętności w miarę zdobywania doświadczenia rekrutacyjnego i po jakimś czasie sam wie, w których momentach powinien pogłębić pytaniami dany obszar i zbadać, dlaczego kandydat zachował się tak, a nie inaczej. Warto też pogłębiać swoją wiedzę w tym zakresie, zarówno jeśli chodzi o mowę ciała, jak i umiejętność zadawania konkretnych pytań, które badają konkretne obszary. To z całą pewnością też będzie służyło wykryciu i szybszemu dotarciu do prawdy – mówi Agnieszka Bieniak.

Temat kłamstw rekrutacyjnych po raz pierwszy w Polsce będzie dyskutowany na konferencji „Wyzwania HR”, która odbędzie się 26 lutego w Warszawie. Gościem specjalnym będzie Cliff Lansley z Paul Ekman International. Opowie on o badaniach nad emocjami i kłamstwem, a także podzieli się swoją wiedzą na temat metod wykrywania kłamstw w rekrutacji i psychologii emocji.

Nieostrożne korzystanie z aplikacji zagraża prywatności użytkowników. Firmy mogą zarabiać na naszych danych

 

Nieczytanie regulaminów serwisów społecznościowych i nieostrożne korzystanie z aplikacji mobilnych może drogo kosztować ich użytkowników. Przede wszystkim jest to zagrożenie dla bezpieczeństwa danych osobowych oraz informacji prywatnych. Twórcy aplikacji pracują więc nad takimi rozwiązaniami, by dane były wykorzystywane tylko z korzyścią dla użytkowników.

Wchodzimy w pewną erę stabilizacji technologii wplecionych w nasze życie. Wiele osób zauważa już problem z prywatnością, ze sprzedawaniem prywatnych danych i inwigilacją przez niektóre firmy – mówi Magdalena Zadara, projektantka aplikacji mobilnych, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Mobilne aplikacje na smartfony i tablety ułatwiają życie, ale jednocześnie zwiększają ryzyko cyberataku. Za ich pośrednictwem internetowi złodzieje mogą wyłudzić zarówno dane osobowe, jak i prywatne informacje dotyczące stanu zdrowia, preferencji muzycznych, sposobu spędzania wolnego czasu. Przykładem są popularne ostatnio aplikacje do zakupu biletów kolejowych, poprzez które właściciel telefonu lub tabletu umożliwia pełny dostęp do informacji zapisanych w telefonicznych kalendarzach. Dzięki zainstalowanym w telefonie lub na tablecie aplikacjom ich administratorzy są w stanie precyzyjnie określić lokalizację właściciela urządzenia, adresata jego SMS-ów lub rozmów telefonicznych. Firmy wykorzystują te dane w celach marketingowych i reklamowych.

Firmy, które te dane zbierają, mogą je sprzedawać osobom trzecim, mogą też nimi handlować na wolnym rynku. Dzięki tym informacjom wiedzą o nas i naszym prywatnym życiu bardzo dużo i mogą to wykorzystywać, np. w ustalaniu stawek ubezpieczeniowych, w przysyłaniu nam różnych produktów reklamowych do domu. To robi się trochę podejrzane – mówi Magdalena Zadara.

Sami twórcy aplikacji zaczynają dbać o to, by nie przesyłały one danych, do których mają dostęp w niezabezpieczony sposób. Tworząc program, wpisują listę uprawnień, której zażąda on przy instalacji. Użytkownik akceptuje je, w przeciwnym razie nie może zainstalować lub skorzystać z programu. Programiści ograniczają także wymagania swojego programu wyłącznie do absolutnie niezbędnych. Nowoczesne aplikacje pozwalają także wyłączyć opcję dzielenia się danymi. Oznacza to, że firma, która pozyskała dane, może w danym momencie przesłać reklamę, ale nie może tych danych przechowywać i rozsyłać dalej. Powstały także bezpłatne aplikacje służące do ochrony kont na Facebooku i Twitterze.

Coraz więcej w środowisku technologicznym mówi się o tym, jak zmieniać technologię, żeby była bardziej przyjazna i żeby mniej ingerowała w naszą prywatność. Żeby była to technologia, która wykorzystuje dane geolokalizacyjne tylko lokalnie i która nie może ich przechowywać  Są różne sposoby na to, żeby korzystać ze zdobyczy technologii i z nowych gadżetów, nie zatracając przy tym zdrowego rozsądku, jeżeli chodzi o prywatność i bezpieczeństwo – mówi Magdalena Zadara.

Także sami użytkownicy coraz bardziej zdają sobie sprawę z tego, że technologia to nie tylko wygoda, lecz także poważne zagrożenie. Jeszcze kilka lat temu internauci korzystali z mediów społecznościowych niezbyt rozsądnie, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Dziś, gdy portale takie Facebook czy Instagram nie są już ekscytującą nowością, Polacy znacznie uważniej czytają regulaminy i nie zezwalają na dostęp każdej możliwej aplikacji.

Warunkiem bezpiecznego korzystania z aplikacji i internetu jest przede wszystkim uważne przeczytanie tego, na co się godzimy i dokładne sprawdzenie, co jest obowiązkowe, a co nie. Zwykle jest tak, że żeby korzystać z aplikacji mamy obowiązek tylko zgodzić się na korzystanie z naszych danych przez daną firmę, a nie musimy absolutnie godzić się na korzystanie przez osoby lub firmy trzecie. To jest kwestia świadomości i poświęcenia 5 minut na to, żeby w uwadze i skupieniu przeczytać to, na co się godzimy – mówi Magdalena Zadara.

Eksperci zalecają także rozważne dzielenie się prywatnymi informacjami na portalach społecznościowych, chodzi tu np. o nieudostępnianie zdjęć swoich dzieci i nieinformowanie o planowanych wyjazdach, gdy zostawia się mieszkanie bez opieki. Doradzają ponadto bardzo dużą ostrożność w zakresie popularnego ostatnio umieszczania plików w tzw. chmurach. Podstawą bezpieczeństwa jest skomplikowane, nieuniwersalne hasło.

Dobry czas dla polskich kin i filmów. W 2014 roku odnotowaliśmy najlepszą od 25 lat frekwencję

0

 

Mimo że ceny biletów do kin nie spadają, Polacy coraz chętniej wybierają tę formę spędzania wolnego czasu. 2014 rok był wyjątkowo dobry dla polskich kin, bo odnotowano rekordowo wysoką frekwencję. Triumfy święcą również rodzime filmy, to one przyciągały najwięcej widzów w ubiegłym roku.

W Stanach Zjednoczonych 2014 rok był okresem spadku zarobków o blisko 4 proc. Tymczasem w Polsce frekwencja w kinach przekroczyła liczbę 40 mln i była wyższa o 11 proc. w stosunku do lat ubiegłych. Liczba widzów rośnie, mimo że ceny biletów nie spadają. Średnio to 18 zł, ale w weekendy, kiedy widzów jest najwięcej, są one znacznie droższe.

Najlepsze wyniki kina zanotowały w czwartym kwartale, gdy na ekrany weszły takie hity, jak „Bogowie” z Tomaszem Kotem w roli głównej i „Hobbit: Bitwa Pięciu Armii”. Film Petera Jacksona tylko w weekend otwarcia przyciągnął blisko 700 tys. widzów na całym rynku.

Z danych dystrybutorów oraz Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej wynika, że na wyjątkową frekwencję w kinach duży wpływ miały polskie produkcje.

 Aż sześć polskich tytułów znalazło się w naszym Top 10. Ten rok należał do filmu „Bogowie”. „Miasto 44”, film Janka Komasy, miał również bardzo wysoką frekwencję. Film „Pod Mocnym Aniołem”, ciężkie, trudne kino Smarzowskiego, wygenerował ponad milionową frekwencję na całym rynku. To jest znakomity wynik. Poza tym „Jack Strong”, „Wkręceni” i „Kamienie na Szaniec” – było sporo dobrego polskiego kina, na które widzowie z wielką ochotą kupowali bilety – mówi Magdalena Wasilewska, dyrektor ds. obsługi klienta w New Age Media, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Polscy twórcy pokazali, że rodzime kino to nie tylko komedie romantyczne, lecz także dobre kino sensacyjne i obyczajowe. Film o Zbigniewie Relidze w reżyserii Łukasza Palkowskiego obejrzało 2,154 mln widzów, a wpływy osiągnęły 38,6 mln zł. Na drugim miejscu uplasował się film Jana Komasy „Miasto 44”, który obejrzało 1,739 mln widzów, a wpływy wyniosły 25,9 mln zł. Dobrze poradził sobie także „Jack Strong” Władysława Pasikowskiego. Obejrzało go 1,175 mln widzów, podczas gdy wpływy wyniosły 20,9 mln zł.

Z danych dystrybutorów wynika, że Polacy bardzo chętnie chodzą do kina na filmy wieloczęściowe, np. „Igrzyska śmierci” (kontynuacja pod koniec 2015 r.) czy „Avengers”.

Wybierając rodzaj kina, Polacy najczęściej decydują się na multipleksy.

Najczęściej są to kina wielosalowe. Chodzi o to, że w kinach tradycyjnych mamy mniej filmów do wyboru. Często są to kina jedno- czy dwusalowe, wiadomo, że w tych kinach do obejrzenia są dwa, trzy, może cztery tytuły w tym samym czasie. W multipleksie w weekendy często mamy do wyboru ponad 20 tytułów filmowych, więc rzeczywiście widz ma więcej możliwości wyboru – mówi Magdalena Wasilewska.

Dystrybutorzy i właściciele kin spodziewają się równie dobrej frekwencji także w 2015 roku. Oczekiwania związane są przede wszystkim z głośnymi premierami, m.in. „Spectre”, czyli 24. z serii filmów o Jamesie Bondzie, „Gwiezdne wojny. Przebudzenie mocy”, „Terminator” czy „Jurassic Park”. Także polskie kino powinno przyciągnąć ludzi do kin. Obecnie na ekranach świetnie radzi sobie „Ziarno prawdy” w reżyserii Borysa Lankosza. Ekranizację drugiego tomu bestsellerowej trylogii Zygmunta Miłoszewskiego w ciągu pierwszych siedmiu dni od premiery obejrzało 116 tys. widzów. Na premierę czeka też „Ciało” Małgorzaty Szumowskiej.

Jednolity Rynek Cyfrowy ważny dla wszystkich sektorów

Technologia cyfrowa i jej coraz większy wpływ na wszystkie sektory gospodarki rodzą potrzebę tworzenia optymalnych regulacji prawnych umożliwiających dostosowanie rozwoju technologicznego do potrzeb ekonomicznych i społecznych. Konfederacja Lewiatan opowiada się za budową Jednolitego Rynku Cyfrowego jako jednego z podstawowych priorytetów dla Polski i Unii Europejskiej w ramach realizacji założeń Agendy Cyfrowej dla Europy.

Zdaniem Konfederacji Lewiatan realizacja założeń Agendy Cyfrowej dla Europy odgrywa kluczową rolę w rozwoju zrzeszonych w Konfederacji firm, niezależnie od branży, w której działają. – Ponieważ nowe technologie przenikają do wszystkich sektorów i często mają fundamentalny wpływ na ich innowacyjność i konkurencyjność, umożliwienie ich jak najpełniejszego wykorzystania jest warunkiem niezbędnym dla rozwoju polskiej i europejskiej gospodarki – mówi Magdalena Piech, ekspert z departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.

Stanowisko Konfederacji zwraca uwagę na konieczność zapewnienia odpowiedniego otoczenia prawnego, pozwalającego na rozwój i wykorzystanie nowych technologii. Przykładowo, upowszechnianie w europejskich przedsiębiorstwach rozwiązań opartych na chmurze obliczeniowej, doprowadzi do sprawniejszej pracy mobilnej, wzrostu jej wydajności i ograniczania kosztów prowadzenia działalności gospodarczej .

Zdaniem przedsiębiorców zmiany ram prawnych są często uzasadnione, konieczne i niezbędne by dać impuls do rozwoju. Prawo musi być jednak zrównoważone tak, by chroniło konsumentów, budowało zaufanie do ponadgranicznego handlu elektronicznego i umożliwiało innowacje. Rozważając nowe ramy prawne cyfrowej Europy, decydenci polityczni powinni zadbać o podejście oparte na jasnych i jednolicie stosowanych regułach. Polityki powinny chronić konsumentów i sprzyjać pobudzaniu innowacji i inwestycji, szczególnie na tak szybko zmieniającym się rynku, jak rynek cyfrowy. Dla rozwoju gospodarki cyfrowej konieczne jest także zapewnienie uczestnikom rynku bezpieczeństwa. Dlatego bardzo ważne jest wprowadzenie rozwiązań, mających na celu ułatwienie zwalczania cyberprzestępczości np. umożliwienie przekazywania pomiędzy przedsiębiorcami informacji o zagrożeniach i atakach na systemy teleinformatyczne.

Dla budowy Jednolitego Rynku Cyfrowego firmy ważne są intensyfikacja działań prowadzących do obniżania kosztów usług cyfrowych, dostosowanie praw autorskich i własności intelektualnej do dynamicznego rozwoju technologii, a także ujednolicenie regulacji umożliwiających ochronę prywatności i danych osobowych w Unii Europejskiej.

Konfederacja Lewiatan

 

Producentom leków nie podobają się zmiany w prawie farmaceutycznym

Poselski projekt ustawy Prawo farmaceutyczne reguluje kwestie nie związane z wywozem z Polski leków, nakłada na producentów i hurtowników obowiązki, które nie są konieczne dla zapobieżenia tzw. odwróconego łańcucha dystrybucji. Propozycje zmian powinny być ograniczone wyłącznie do leków nieposiadających odpowiedników na naszym rynku, bo ich może zabraknąć – uważa Konfederacja Lewiatan.

• Projekt zgodnie z pierwotnym założeniem miał regulować kwestię tzw. odwróconego łańcucha dystrybucji i uniemożliwiać wywóz z Polski tych leków, których brak dla pacjentów w kraju,
• Regulacja prawna w tym zakresie wymaga notyfikacji Komisji Europejskiej ponieważ ingeruje w swobodę przepływu towarów,
• Oznacza to również, że rozwiązania prawne w zakresie odwróconego łańcucha dystrybucji winny być przeprowadzone z „chirurgiczną precyzją” obejmując tylko te kwestie, które będą poprawiały dostępność do leków,
• Obowiązek dostarczania przez producentów informacji o zwolnieniu do sprzedaży każdej serii wytworzonej na polski rynek i jednocześnie dostarczanie informacji o każdej transakcji nie tylko nie jest potrzebny, ale wręcz stanowi niepotrzebne obciążenie dla przedsiębiorców, które będzie generować dodatkowe koszty,
• Obecnie dla uregulowania problemu dotyczącego ok. 30 leków, nakłada się na przedsiębiorców obowiązki dotyczące wszystkich leków i innych produktów refundowanych (wyroby medyczne, środki spożywcze specjalnego przeznaczenia medycznego), których liczba przekracza łącznie 30 tysięcy!
• Regulacja powinna zostać ograniczona wyłącznie do leków nieposiadających odpowiedników na polskim rynku, bo tych może dotyczyć ryzyko braku. W odniesieniu do leków generycznych problem ten nie występuje bowiem jest tu duża konkurencja między producentami, którzy dostarczają i są w stanie dostarczyć ilości przekraczające zapotrzebowanie rynku krajowego,
• Projekt pomija zupełnie fakt, że obowiązki informacyjne w odniesieniu do leków refundowanych już są uregulowane w ustawie, przez co proponowana regulacja jest zbędna, a co gorsza stworzy kolizję między rozwiązaniami ustawy refundacyjnej i Prawa farmaceutycznego w odniesieniu do tej kategorii leków.

Zdaniem Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego przepisy powinny zostać ograniczone do niezbędnego minimum w taki sposób, że:
a) Minister Zdrowia winien otrzymać uprawnienie do określania listy leków, których braki występują na rynku (konieczne określenie precyzyjnych kryteriów).
b) Przedsiębiorcy, którzy są podmiotami odpowiedzialnymi oraz hurtownie farmaceutyczne, które prowadzą obrót lekami umieszczonymi na liście są obowiązani do przekazywania informacji o transakcjach dotyczących tych leków,
c) Zamiar wywozu leków umieszczonych na liście winien być zgłaszany do GIF
d) GIF na podstawie informacji, które będzie uzyskiwał do przedsiębiorców będzie podejmował decyzję o zakazie wywozu leków, które są umieszczone na liście w konkretnym przypadku.

Konfederacja Lewiatan

Pracodawcy proponują zmiany w ustawie o planowaniu

0

18 marca br. sejmowa podkomisja zajmie się zmianami w projekcie ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym oraz prawie budowlanym. Zdaniem Rady OZE przy Konfederacji Lewiatan idą one w dobrym kierunku. Wszystkie większe instalacje OZE mają być lokalizowane w oparciu o miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego. Niektóre nowe zapisy budzą jednak kontrowersje, np. przeniesienie ciężaru roszczeń odszkodowawczych na wnioskodawcę, a więc inwestora.

– Bardzo słusznie projektodawca proponuje również umożliwienie jednoczesnych prac nad zmianami studium i miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, przy zachowaniu rozdzielności wyłożenia tych dokumentów do konsultacji. Takie rozwiązanie może się przyczynić do przyspieszenia prac planistycznych w gminach i zapewnienia spójności tych dokumentów – mówi Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan.

Nowelizacja zawiera także kilka nowych zapisów, budzących kontrowersje. W opinii Lewiatana modyfikacji wymagają następujące propozycje:
• Zapisy które spowodują, że studium uwarunkowań będzie mieć bardzo zbliżony zakres przedmiotowy z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego – w studium miałaby być określona m. in. moc planowanych urządzeń czy przedstawiona prognoza oddziaływania na środowisko,
• Wprowadzenie obowiązku uwzględniania w miejscowym planie strefy wszelkich oddziaływań planowanego przedsięwzięcia. Taki obowiązek miałby wyłącznie dotyczyć inwestycji w energetykę odnawialną powyżej 40 kW, tymczasem gdyby uznać jego zasadność, to nasuwa się pytanie czy nie powinien dotyczyć w równym stopniu wszystkich rodzajów przedsięwzięć, których oddziaływania nie zamykają się w fizycznych granicach samej inwestycji. Przykładowo do takich przedsięwzięć należą kopalnie odkrywkowe piasku, żwiru, kredy jeziornej, które nie zamykają się fizycznie w granicach działki objętej inwestycją, a mogą powodować odwodnienie, spadek poziomu wód gruntowych lub lej depresji czy przedsięwzięcia, którym towarzyszy wydzielanie odoru, który nie zamyka się w granicach działki (np. ferma norek).
• Przeniesienie ciężaru roszczeń odszkodowawczych wynikających ze zmian dokumentów planistycznych na wnioskodawcę, a więc inwestora, choć dokumenty planistyczne uchwalane są wyłącznie przez samorządy. Ten zapis ma w myśl projektu dotyczyć wyłącznie inwestycji w źródła odnawialne.

Konfederacja Lewiatan

Lewiatan chce dalej rozmawiać o dialogu społecznym

Przedstawiona dzisiaj na spotkaniu z partnerami społecznymi odpowiedź resortu pracy i polityki społecznej na projekt zastąpienia Komisji Trójstronnej nową Radą Dialogu Społecznego przygotowany przez pracodawców i związkowców może być podstawą do dalszych rozmów – uważa Konfederacja Lewiatan.

To było dobre spotkanie. Jest szansa na nową ustawę o dialogu społecznym jeszcze przed wakacjami. W interesie rządu, ale i gospodarki jest jak najszybsze powołanie Rady Dialogu Społecznego. Propozycje, które przedstawiło dzisiaj Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, mogą stanowić podstawę do dalszych rozmów. Za dwa tygodnie, na kolejnym spotkaniu będziemy dyskutować o szczegółowych rozwiązaniach. Naszym zdaniem skuteczność Rady Dialogu Społecznego będzie zależała od efektywnego przywództwa. Dlatego powinna nastąpić profesjonalizacja jej prac polegająca na zaangażowaniu fachowców do przewodniczenia poszczególnym zespołom problemowym. Wymaga to powołania profesjonalnego Biura RDS, które zapewni obsługę organizacyjną i merytoryczną.
Należy zadbać też o to, żeby dialog na szczeblu ogólnopolskim wyrażał interesy całego kraju i gospodarki, ale również uwzględniał spojrzenie branżowe, czy regionalne.

Komentarz Henryki Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan

Assistance dla bezpieczeństwa i wygody

Blisko 1,8 mln Polaków skorzystało w 2014 r. z usługi assistance. Co ważne, wzrasta wśród nas świadomość tego, czym ona jest (z 42 do 64%). Z czego wynika zwiększone zainteresowanie pakietem całodobowej pomocy?

Wyręcza w kłopocie, pozwala oszczędzić czas i zapewnia święty spokój – to główne argumenty, które przemawiają za korzystaniem z usługi assistance. „Polacy uważają, że jest ona ważna i potrzebna, ponadto wyróżnia się na tle ofert bankowych, ubezpieczeniowych i komunikacyjnych. W 2014 r. o 650 tys. wzrosła liczba osób korzystających z assistance” – mówi serwisowi infoWire.pl Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance. Nic dziwnego, usługobiorca może skorzystać z pakietu w różnych sytuacjach – poczynając od pomocy w przypadku stłuczki drogowej, przez fachowe wsparcie w razie awarii w domu, po konsultację prawną czy też zamówienie stolika w restauracji.

Według badania „Rynek usług assistance widziany oczami klientów” usługę cenią sobie najczęściej mężczyźni (57%) z wyższym wykształceniem (42%) mieszkający w większym mieście (40%). Bardzo pozytywne jest to, że assistance coraz chętniej doceniają też kobiety, szczególnie usługi domowe i medyczne – zaznacza Szymon Mordasiewicz z Nielsen Polska. Wzrosła także liczba usługobiorców w grupie osób do 30 r.ż. (17%), wśród kadry kierowniczej (24%) oraz w dużych rodzinach (37%).

Świadomość tego, że można skorzystać z całodobowej pomocy, daje poczucie bezpieczeństwa. Assistance pozwala także mądrze gospodarować pieniędzmi, oszczędzać czas i profesjonalnie rozwiązywać problemy

Czy Polska przestrzega praw dziecka?

0

2 lutego podczas Sesji Roboczej Komitetu Praw Dziecka w Genewie polskie organizacje pozarządowe zaprezentowały Raport Alternatywny  do Raportu Rzeczpospolitej Polskiej z realizacji przez nasz kraj zapisów Konwencji o prawach dziecka. W raporcie tym znalazły się uwagi i rekomendacje do stanu przestrzegania praw dziecka w Polsce.

Każdy kraj, który ratyfikował Konwencję o prawach dziecka (Polska zrobiła to w 1991 roku) ma obowiązek co 5 lat przedstawić oficjalny raport z realizacji zapisów tego dokumentu. Poza stroną rządową swój raport z realizacji praw dziecka w danym kraju mogą przygotować organizacje pozarządowe. Tak też stało się w tym przypadku.

Raport Alternatywny, opracowany przez 12 wiodących polskich organizacji pozarządowych odnosi się bezpośrednio do Zaleceń Komitetu Praw Dziecka przygotowanych i przedstawionych Polsce w 2002 roku oraz do Raportu Rzeczpospolitej Polskiej z wykonywania przez nasz kraj zapisów Konwencji o prawach dziecka przedłożonego Komitetowi Praw Dziecka w 2012 roku. Raport Alternatywny został zaprezentowany Komitetowi Praw Dziecka w Genewie 2 lutego b.r.

Na podstawie tych dwóch dokumentów oraz po wysłuchaniu zarówno organizacji pozarządowych, jak i  strony rządowej Komitet Praw Dziecka przygotowuje Zalecenia dla Polski.

Organizacje, które przygotowały Raport Alternatywny zwracają uwagę na to, że duża część Zaleceń Komitetu Praw Dziecka z roku 2002 nie doczekała się realizacji. Podkreślają też, iż ogromnym mankamentem w Polsce jest brak spójnej polityki na rzecz dzieci. Nie mamy więc strategii ani mechanizmu koordynującego działania na rzecz najmłodszych prowadzonych przez poszczególne ministerstwa. Nie jesteśmy w stanie oszacować ile inwestujemy w dzieci, gdyż każdy resort ma swój własny budżet, w którym wydatki na dzieci nie są wydzielone. Nie jest znana efektywność działań prowadzonych przez poszczególne ministerstwa. Brakuje nam też monitoringu sytuacji dzieci opartego na kompleksowym systemie zbierania danych ze wszystkich obszarów życia dziecka.

Raport Alternatywny porusza bardzo wiele kwestii związanych z edukacją, zdrowiem oraz ochroną dzieci przed przemocą i wykorzystywaniem seksualnym. Zwraca też uwagę na szczególne problemy, jakich doświadczają dzieci w pieczy zastępczej, dzieci cudzoziemskie czy też dzieci romskie. Porusza trudny temat ubóstwa i wykluczenia społecznego dzieci  oraz odnosi się do braku poszanowania poglądów dziecka we wszystkich sprawach, które go dotyczą.

W przygotowaniu raportu wzięły udział następujące organizacje: ATD Czwarty Świat, Centrum Edukacji Obywatelskiej, Fundacja Dzieci Niczyje, Fundacja Rozwoju Dzieci im. Komeńskiego, Fundacja Dialog-Pheniben, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Koalicja na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej, La Strada, Polski Komitet EAPN, UNICEF Polska, Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce w Polsce, Stowarzyszenie Interwencji Prawnej. Całość prac koordynował UNICEF Polska.

Słowniczek:

Komitet Praw Dziecka z siedzibą w Genewie – międzynarodowy organ monitorujący wypełnianie przez państwa postanowień Konwencji o prawach dziecka

Raport rządowy – raport opracowywany przez rząd danego kraju, dotyczący  realizacji przez ten kraj zapisów Konwencji o prawach dziecka, przedkładany Komitetowi Praw Dziecka w Genewie

Raport Alternatywny – raport opracowywany przez organizacje pozarządowe, zawierający uwagi do realizacji postanowień Konwencji o prawach dziecka przez dane państwo

Zalecenia Komitetu Praw Dziecka – dokument zawierający zalecenia dla rządu danego kraju dotyczące wypełniania postanowień Konwencji o prawach dziecka opracowywane przez Komitet Praw Dziecka po zakończeniu procesu sprawozdawczego

Macrologic chce wypłacić akcjonariuszom dywidendę. Dobre wyniki spółki pozwolą na jej wzrost do 3 zł na akcję

0

CEO Magazyn Polska

Macrologic korzysta na rosnącej koniunkturze gospodarczej. Spółka zwiększyła zysk w 2014 roku o 13 proc. i zamierza podzielić się nim z akcjonariuszami. Zarząd chce, by wypłacana dywidenda wzrosła w tym roku o 25 gr, czyli do 3 zł na akcję.

Macrologic dostarcza klientom rozwiązania informatyczne wspomagające realizację ich celów biznesowych. Wraz z poprawą kondycji polskiej gospodarki jej produkty i usługi sprzedawały się coraz lepiej. O ile w I kwartale 2014 roku przychody spółki sięgały 12,4 mln zł i były o 100 tys. zł wyższe niż rok wcześniej, o tyle po trzech kwartałach przekraczały już 34,6 mln zł i były o niemal 1,2 mln zł wyższe niż w 2013 roku.

– Grupa Macrologic opublikowała wyniki za 2014 rok, pokazując wzrost przychodów o 3 proc., do 54 mln zł, i wzrost zysku netto do wysokości 6,7 mln zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Patrycja Ptaszek-Strączyńska, dyrektor ds. finansów Macrologic. – To jest wzrost o 13 proc.

Wyniki spółki są bezpośrednio związane z kondycją polskiej gospodarki i innych polskich firm. Gdy one zaczynają inwestować, takie przedsiębiorstwa jak Macrologic mogą liczyć na nowe zamówienia i zarobek.

Zgodnie z danymi GUS wzrost gospodarczy wyniesie w 2014 roku 3,3 proc. i to ma odzwierciedlenie w naszych wynikach – ocenia Patrycja Ptaszek-Strączyńska. Przedsiębiorstwa i organizacje średniej wielkości oraz duże podmioty są bardzo wrażliwe na zmiany w klimacie gospodarczym. Ten wzrost inwestycji, który obserwowaliśmy w ubiegłym roku, przełożył się również na lepsze wyniki naszej organizacji.

Dobre wyniki oznaczają, że Macrologic będzie mógł wypłacić swym akcjonariuszom dywidendę. Spółka jest notowana na warszawskim parkiecie od 2000 roku, a coroczne dywidendy wypłaca od roku 2008. Decyzja dotycząca kolejnej wypłaty z zysku zapadnie na Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy jeszcze w lutym.

24 lutego spotykamy się na walnym zgromadzeniu i to ono zdecyduje o wypłacie dywidendy – podkreśla dyrektor ds. finansów Macrologic. W tej chwili rekomendacja zarządu jest 3 zł na akcję za wyniki z 2014 rok, czyli wzrost z 2,75 w roku 2013. I wydaje mi się, że Macrologic od wielu lat pokazuje, że jeśli generuje zyski, to dzieli się nimi z akcjonariuszami w wysokości od 70 do 90 proc. wypracowanego zysku. Nie podjęliśmy jeszcze decyzji w sprawie wypłat, ale patrząc na historię naszych działań, pokazujemy, że wypłacamy.

Wyniki i decyzja zarządu spółki, który zaproponował skalę tegorocznej dywidendy, najwyraźniej spodobały się inwestorom. Po jej ogłoszeniu kurs papierów Macrologic wzrósł z 36,4 zł do 41,8 zł, by sięgnąć po dwóch sesjach poziomu 42,90.

Nigdy nie kierujemy się procentem zwrotu dywidendy w stosunku do ceny akcji – zaznacza Patrycja Ptaszek-Strączyńska z Macrologic. Patrzymy na nasz biznes taki, jaki jest, na to, na czym się znamy najlepiej, stąd ta wypłata. Od 2 złotych historycznie rzecz ujmując do 3 w chwili obecnej. Przed ogłoszeniem tej decyzji stopa dywidendy, gdybyśmy przyjęli ją na poziomie 2013 roku, wynosiłaby 7 proc. W tej chwili ta dywidenda jest w wysokości około 5 proc., ponieważ kurs po ogłoszeniu poszedł do góry.

Funt kolejnym dolarem?

Na szerokim rynku walutowym dotąd niezmiennie panował dolar. Tymczasem sytuacja zmienia się obecnie na korzyść funta brytyjskiego.

Amerykańska waluta jest w cenie ze względu na bardzo mocną gospodarkę USA i największe szanse na podwyżki stóp procentowych. Większość krajów rozwiniętych nie odnotowuje podobnego wzrostu gospodarczego, jak USA, a ich banki centralne są nastawione na luzowanie polityki monetarnej. Jednak problem dolara polega na tym, że wiele z pozytywnych dla niego informacji jest już zawartych w cenach, dlatego jego potencjał do dalszych wzrostów jest nieco ograniczony, przynajmniej w średnim terminie.

Pozytywne prognozy dla funta brytyjskiego

Poza dolarem, ciekawie wygląda funt brytyjski i to właśnie ta waluta może w kolejnych tygodniach być w centrum uwagi inwestorów. Sytuacja gospodarcza Wielkiej Brytanii jest na tyle dobra, że na obniżki stóp procentowych raczej nie ma co liczyć. W obecnej sytuacji rynkowej, kiedy kolejne banki decydują się na obniżki stóp procentowych, funt stanowi ciekawą propozycję dla graczy interesujących się rynkiem walutowym. Rynek obstawia, że to właśnie Bank Anglii będzie kolejnym po amerykańskiej Rezerwie Federalnej bankiem, który zdecyduje się na podwyżki stóp procentowych. Faktycznie wydaje się być jedynym realnym kandydatem do takiego ruchu.

Wysokość stóp procentowych kluczowa dla rynku walutowego

Działania banków centralnych i przede wszystkim wysokość stóp procentowych mają kluczowy wpływ na rynek walutowy. To właśnie banki centralne poprzez swoje decyzje kreują silne trendy. Tak było choćby w przypadku potężnego osłabienia euro, które było spowodowane oczekiwaniami na dalsze luzowanie polityki monetarnej przez Europejski Bank Centralny. Oczekiwania rynku ostatecznie zmaterializowały się i od tego czasu europejska waluta jest już bardziej stabilna. Podobnie sprawy wyglądają w przypadku dolara – to zakończenie programu QE3 i oczekiwania na pierwszą podwyżkę stóp procentowych wywindowały kurs amerykańskiej waluty.

Nowe prognozy inflacyjne optymistyczne dla brytyjskiej waluty

Moim zdaniem przyszła pora na funta brytyjskiego i kolejne miesiące powinny należeć do tej waluty. Biorąc pod uwagę historię, Bank Anglii lubi naśladować działania FED z pewnym opóźnieniem i teraz powinno być podobnie. To oznacza podwyżki stóp procentowych na Wyspach, może nawet jeszcze w tym roku. Dodatkowo w tym tygodniu poznaliśmy nowe prognozy inflacyjne, które również są pozytywne dla brytyjskiej waluty. Funt przez cały czas pozostawał mocny na szerokim rynku, ale tracił względem dolara, a teraz ta tendencja powoli wygasa. Wzrost kursu GBPUSD może oznaczać, że brytyjska waluta stanie się jeszcze mocniejsza, co z naszej perspektywy oznacza możliwość przekroczenia bariery 6 zł za funta.

 

Autorem wypowiedzi jest Mateusz Adamkiewicz, analityk HFT Brokers

Praca negocjatora telefonicznego w praktyce

O pracy negocjatorów telefonicznych krąży wiele mitów i stereotypowych opinii. Firmy zarządzające wierzytelnościami starają się wyjaśniać na czym polega praca na tym stanowisku i edukują, że jest ona daleka od standardowych obowiązków pracownika call center. Udowadniają też, że może być ona początkiem ciekawej kariery. A jak to wygląda w praktyce? Casus Finanse zapytał o to swoich pracowników.

Czy wykształcenie ma znaczenie?

Większość negocjatorów telefonicznych w Grupie Casus Finanse ma wykształcenie wyższe. Natomiast bardzo niewiele z tych osób skończyło studia z zakresu finansów, które jak się powszechnie wydaje mogą być pomocne przy wykonywaniu tego zawodu. Jak podkreślają osoby zaczynające swoją karierę od pracy na stanowisku negocjatora telefonicznego, wykształcenie nie miało znaczenia przy podjęciu tej pracy. Przydatne są natomiast takie cechy jak otwartość, empatia, chęć działania. To właśnie one mogą przełożyć się na satysfakcjonujące wyniki i przyszłe awanse. Od nich warto zacząć, ponieważ pozostałe umiejętności przydatne w pracy można nabyć już w trakcie jej wykonywania, a także podczas cyklicznych szkoleń i coachingów. Oczywiście, zdobyte wykształcenie może być pomocne. Jak wspomina Joanna – pracownik Grupy Casus Finanse –  pewnego razu okazało się, że w sprawie którą jej powierzono jedna ze stron będzie hiszpańskojęzyczna, a tak się akurat złożyło, że ona sama skończyła filologię hiszpańską. Z uśmiechem na to wspomnienie stwierdza jednak, że są to sporadyczne sytuacje.

Od negocjatora telefonicznego do…

Osoby pracujące jako negocjator telefoniczny mają szanse na rozwój swojej kariery i regularne awanse. Pierwszy możliwy jest już po około pół roku – wówczas można objąć stanowisko Młodszego Specjalisty ds. Wsparcia Windykacji, następnie Specjalisty, aż do Starszego Specjalisty. Kolejnymi etapami na ścieżce kariery są stanowiska Lidera Zespołu ds. Windykacji oraz Kierownika. Ponadto osoby zatrudnione pierwotnie na stanowisku negocjatora telefonicznego mają szanse awansować w całej strukturze Grupy Casus Finanse – o czym świadczy chociażby przypadek Marcina, który już po 2 miesiącach pracy odpowiedział na ogłoszenie rekrutacji wewnętrznej i zasilił zespół działu IT-SVD, zostając Specjalistą ServiceDesk. Dzięki temu pracuje obecnie na stanowisku zgodnym ze swoim wykształceniem – jest inżynierem sieci komputerowych.

Praca, którą da się lubić

Za co pracownicy lubią swoją pracę? Najbardziej za możliwość rozwoju, swobodę w działaniu oraz współpracę z ciekawymi ludźmi. Dodają, że jest to praca, która nie pozwala na rutynę. Każdy dzień negocjatora telefonicznego jest inny i przynosi dużo wyzwań ze względu na różnorodność realizowanych projektów. Ponadto w Grupie panuje zasada, że wszyscy pracownicy mówią do siebie po imieniu, co również spotyka się z dużą aprobatą. Ważnym i docenianym przez pracowników elementem jest także pakiet szkoleń wdrażających.

Praca negocjatora telefonicznego uczy i daje możliwości

Pracownicy, którzy zaczynali swoją karierę jako negocjatorzy telefoniczni, dostrzegają, że wiele nowych kompetencji nabyli właśnie na tym stanowisku. Wśród najważniejszych wymieniają: umiejętność negocjacji, motywowania, perswazji, dążenia do celu oraz zdolności komunikacyjne. Stali się asertywni i zyskali pewność siebie. Negocjatorzy zdobyli też umiejętność współpracy z klientem. Potrafią szybko podejmować decyzje, przy jednoczesnym panowaniu nad stresem i emocjami. Dodają, że praca ta uczy cierpliwości i pozwala na zdobycie wiedzy dotyczącej szerokopojętych procesów windykacyjnych. Zgodnie podkreślają też, że tak jak w ich przypadku, może być początkiem ciekawej kariery.

Rada ECOFIN zapoznała się ze stanem negocjacji ws. utworzenia EFIS

W trakcie posiedzenie Rady ds. Gospodarczych i Finansowych (ECOFIN) z udziałem ministra finansów Mateusza Szczurka, które odbyło się 17 lutego br., ministrowie zapoznali się ze stanem negocjacji rozporządzenia w sprawie utworzenia Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych.

Jest on jednym z filarów ogłoszonego przez Komisję Europejską Planu inwestycyjnego dla Europy. Fundusz ten ma sprzyjać stymulacji wzrostu gospodarczego w Europie poprzez mobilizację środków prywatnych na inwestycje przy wykorzystaniu środków publicznych. W zamierzeniu utworzenie Funduszu ma doprowadzić do wygenerowania inwestycji o wartości co najmniej 315 mld euro w latach 2015-2017. Celem Prezydencji łotewskiej jest uzgodnienie projektu w Radzie UE w marcu br., rozpoczęcie negocjacji z Parlamentem Europejskim i nadanie Funduszowi operacyjności do czerwca br.

Ponadto, w ramach kolejnej edycji Semestru Europejskiego Rada przyjęła konkluzje dotyczące rocznej analizy wzrostu gospodarczego na 2015 r. i raportu w sprawie mechanizmu ostrzegania. W analizie znalazły się propozycje dot. działań i mechanizmów zwiększenia potencjału wzrostu i zrównoważonego rozwoju w UE. Z kolei w raporcie w sprawie mechanizmu ostrzegania KE dokonała oceny równowagi makroekonomicznej w poszczególnych państwach członkowskich UE i postanowiła o przeprowadzeniu bardziej szczegółowej analizy makroekonomicznej (In dept Review, IDR) w stosunku do 16 z nich. Jednocześnie Komisja Europejska uznała, że nie ma potrzeby przeprowadzenia takiej analizy w przypadku Polski.

Rada przyjęła także rekomendację dla Parlamentu Europejskiego ws. udzielenia KE absolutorium z wykonania budżetu UE za 2013 r. oraz przyjęła wytyczne, w oparciu o które zostanie przygotowany projekt budżetu UE na 2016 r. W wytycznych podkreśla się m.in. rolę, jaką budżet UE odgrywa w realizacji celów i polityk UE oraz potrzebę respektowania dotychczas zaciągniętych zobowiązań. To wymaga także dobrej współpracy między Radą UE i Parlamentem Europejskim przy opracowywaniu budżetu na 2016 r.

Ministrowie zapoznali się także z raportem Grupy Wysokiego Szczebla dotyczącym przeglądu systemu środków własnych, przedstawionym przez jej Przewodniczącego Mario Montiego. Ww. Grupa rozpoczęła prace wiosną 2014 r. w wyniku decyzji podjętej w trakcie negocjacji Wieloletnich Ram Finansowych (WRF) 2014-2020, a celem działania grupy jest dokonanie przeglądu i analizy finansowania budżetu UE, w tym systemu środków własnych. Grupa została zobowiązana do przedstawienia do końca 2014 r. raportu ze swoich prac. W raporcie podkreśla się m.in. potrzebę zapewnienia, iż system finansowania budżetu UE będzie bardziej odpowiedzialny, przejrzysty i prosty oraz zapewni sprawiedliwy podział obciążeń między państwami członkowskimi. Grupa będzie kontynuowała prace w latach 2015 – 2016.

Ponadto, Ministrowie zapoznali się z informacją z przebiegu spotkania G20 na szczeblu ministrów finansów i prezesów banków centralnych w dniach 9-10 lutego br., które odbyło się w Stambule. W trakcie spotkania zostały omówione następujące kwestie: światowa gospodarka, strategia G20 na rzecz wzrostu, inwestycje i infrastruktura, międzynarodowa architektura finansowa, regulacje finansowe oraz kwestie podatkowe.

Raiffeisen Polbank: Nawet 3-proc. wzrost produkcji w styczniu byłby dobrym wynikiem. Sprzedaż nominalnie wzrosła nie więcej niż o 2 proc.

0

CEO Magazyn Polska

Styczniowy wzrost produkcji przemysłowej o 3 proc. będzie bardzo dobrym wynikiem, wskazującym, że polska gospodarka jest w lepszej kondycji niż się ocenia, twierdzi Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomistka Raiffeisen Polbanku. Natomiast sprzedaż detaliczna mogła wzrosnąć w tym czasie maksymalnie o 2 proc. To i tak optymistyczne prognozy, bo ze średniej przewidywań wynika wzrost produkcji o nie więcej niż 2 proc. oraz sprzedaży o mniej niż 1 proc.

W grudniu sprzedaż detaliczna wzrosła o niespełna 2 proc. i w ocenie analityków styczniowe wzrosty powinny się kształtować na podobnym poziomie. Będą to jednak dane nominalne, nieuwzględniające deflacji, która od połowy ubiegłego roku obniża w Polsce ceny, a więc i wartość sprzedaży.

– W ujęciu realnym zakładamy, że dynamika popytu konsumpcyjnego będzie się utrzymywała w okolicach 4-5 proc. rok do roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomistka Raiffeisen Polbanku. – Co pozwala liczyć na to, że w perspektywie 2015 roku konsumpcja prywatna i konsumpcja gospodarstw domowych będzie czynnikiem mocno stabilizującym wzrost gospodarczy i stwarzającym podwaliny pod to, by dynamika PKB przyspieszała powyżej 3 proc. rok do roku.

Ukoronowaniem serii danych publikowanych przez Główny Urząd Statystyczny w tym tygodniu będzie odczyt produkcji przemysłowej. Zdaniem Marty Petki-Zagajewskiej jest to ten miesięczny wskaźnik, który z największą precyzją pokazuje, co się dzieje w gospodarce i czego będzie można oczekiwać po odczytach dynamiki wzrostu gospodarczego.

Grudzień stworzył nam tutaj bardzo wysoki pułap oczekiwań, ponieważ dynamika produkcji sięgnęła prawie 8 proc. – zwraca uwagę Marta Petka-Zagajewska. Stąd też będzie trudno powtórzyć aż tak dobry odczyt. Dlaczego? Negatywnie na tych danych będzie ważyło przede wszystkim górnictwo, które ze względu na toczące się strajki może być czynnikiem mocno zaniżającym odczyt, poza tym trudno do końca oszacować, jak bardzo te czynnik może zaniżać dane.

Dlatego  jak ocenia główna ekonomistka Raiffeisen Polbank można oczekiwać niespodzianek i rozbieżności pomiędzy ostatecznym odczytem, który poda GUS, a prognozami analityków, których średnia to niespełna 2 proc.

Natomiast ten negatywny efekt po stronie górnictwa może być równoważony albo kontrolowany przez to, że możemy liczyć na ożywienie w branżach nastawionych na eksport. Już w grudniu tymi branżami, które przede wszystkim pchały do góry odczyt produkcji przemysłowej, były właśnie branże proeksportowe, np. meblarska, produkcja komputerów, wszelkiego rodzaju maszyn i urządzeń.

W ostatnich miesiącach polscy eksporterzy radzą sobie bardzo dobrze. Nie zaszkodziła im sytuacja na Wschodzie, ograniczona przez wojnę sprzedaż na Ukrainę oraz spadek importu z Rosji spowodowany sankcjami. Większość polskich towarów od dawna już wędruje na Zachód, do państw Unii Europejskiej, a te kupują ich coraz więcej. Polskim eksporterom sprzyja poprawa kondycji gospodarczej Niemiec, które dziś są naszym głównym partnerem.

Ostatnie dane, które napływały z Niemiec, napawały optymizmem – ocenia Marta Petka-Zagajewska z Raiffeisen Polbanku. Były zazwyczaj sporo lepsze od oczekiwań. Możemy liczyć na to, że ten potencjalnie wyższy popyt zza naszej zachodniej granicy przełoży się także na ożywienie w tych branżach i może być czynnikiem prowadzącym do pozytywnej niespodzianki. Niemniej jednak dynamika na poziomie około 3 proc. rok do roku w tych danych obrazujących styczeń byłaby dużym zaskoczeniem, ale i tak pokazywałaby spore szanse na to, że w pierwszym kwartale dynamika PKB może także pozytywnie zaskoczyć.

B. Wajszczuk (BNP Paribas): Rynek jest gotów kupić obligacje firm za kilkanaście miliardów złotych

 

Od 1 lipca zacznie obowiązywać nowa ustawa o obligacjach. Zdaniem Błażeja Wajszczuka z banku BNP Paribas jest ona korzystna dla emitentów, przedsiębiorstw i korporacji. Dzięki niej będą oni mogli szukać finansowania nie tylko poprzez kredyt bankowy, lecz także na rynku kapitałowym. Popyt na papiery powinien być duży, bo obligacje korporacyjne zapewniają z reguły wyższe oprocentowanie niż lokaty bankowe i papiery emitowane przez Skarb Państwa przy stosunkowo niskim poziomie ryzyka. 

Rynek się cieszy z podpisania przez prezydenta ustawy i oczekuje na to, co zrobią emitenci – wskazuje Błażej Wajszczuk z banku BNP Paribas. – Nowe prawo jest ukłonem w stronę emitentów, przedsiębiorstw i korporacji, którzy w poszukiwaniu finansowania będą mogli sięgać już nie tylko po kredyt bankowy, lecz także zabiegać o kapitał na rynku.

Celem nowelizacji, jak wynika z założeń noweli, jest wsparcie rynku długoterminowych nieskarbowych papierów dłużnych (obligacje tzw. korporacyjne emitowane głównie przez przedsiębiorstwa oraz samorządy). Zgodnie z uzasadnieniem „chodzi o doprowadzenie do sytuacji, w której emisja będzie pełnić istotną i uzupełniającą, w stosunku do kredytów bankowych, rolę źródła pozyskania kapitału”.

Zbliżamy się do modelu, który funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych, gdzie firmy nie tylko finansują się kredytem, lecz także rynkiem kapitałowym – zauważa Wajszczuk. – Ale na to, czy korporacje odpowiedzą i czy są już w stanie skorzystać z takich możliwości, trzeba poczekać kilka miesięcy, aż nowe emisje spłyną na rynek.

Sądząc po tym, jak się sprzedają obecnie emisje obligacji korporacyjnych w Polsce, jak przekonuje Wajszczuk, popyt powinien być bardzo duży. Ich oprocentowanie – w zależności od ryzyka inwestycyjnego – wynosi od kilku do nawet kilkunastu proc. w skali roku.

Biorąc pod uwagę oprocentowanie obligacji skarbowych, które jest bardzo niskie, każda wyższa rentowność w miarę dobrego emitenta na pewno spotka się z pozytywnym odzewem rynku – przekonuje Wajszczuk. – Tak że rozbudzone zostały spore nadzieje. Teraz czekamy tylko na to, co zrobią emitenci.

Zdaniem Błażeja Wajszczuka wysokość potencjalnego popytu na nowe obligacje korporacyjne można oszacować nawet na kilkanaście miliardów złotych.

Dosyć istotne jest to, jaki dostęp do rynku będą miały banki – twierdzi Wajszczuk. – W tej chwili są ograniczone licencją i nie mogą wykonywać czynności maklerskich na giełdzie. Zmiana prawa w tym zakresie umożliwiłaby im aktywny handel oraz wejście w rolę animatora. Z jednej strony byłaby większa płynność na rynku, większe zainteresowanie i więcej uczestników, z drugiej strony banki zainteresowane są dywersyfikacją portfeli, czyli posiadaniem tzw. płynnego ryzyka kredytowego. A to wymaga jeszcze zmiany prawa w zakresie jednolitej licencji bankowej.

Jak wynika z informacji podawanych przez ośrodki analityczne, w ubiegłym roku do funduszy obligacji i rynków pieniężnych wpłynęło w sumie około 11 mld zł.

Rocznie przez cyberataki duże firmy tracą nawet 575 mld dolarów. Największym problemem są słabo zabezpieczone urządzenia mobilne oraz błędy pracowników

 

Firmy są świadome zagrożeń płynących z cyberataków, ale nie zawsze skutecznie się przed nimi zabezpieczają. Choć wydatki polskich firm na cyberbezpieczeństwo to już ponad 5 proc. budżetów, to urządzenia mobilne pracowników często nie są odpowiednio chronione. W podnoszenie świadomości zagrożeń inwestuje tylko 65 proc. przedsiębiorstw. 

Jak wynika z danych PwC, w 2014 r. polskie firmy wydały średnio 5,5 proc. swojego budżetu na cyberbezpieczeństwo. To dwa razy więcej niż rok wcześniej ‒ w 2013 r. na ten obszar w Polsce wydano 2,7 proc. firmowych budżetów. Polska wyprzedziła już też światową średnią, która wyniosła w 2014 r. 3,5 proc. Aż 90 proc. polskich przedsiębiorstw ponosi wydatki na zabezpieczenie dostępu, a 85 proc. na systemy wykrywania i zapobiegania włamaniom.

‒ W firmach świadomość zabezpieczeń komputerów jest wysoka. Doskonale zdają sobie sprawę z tego, że narażają się na duże ryzyko, jeżeli komputery nie są odpowiednio chronione. Ale sama jakość i sposób wprowadzania tego bezpieczeństwa do firm jest różna i nie zawsze stoi na najwyższym poziomie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Iwan, dyrektor zarządzający F-Secure Polska.

Jak zaznacza Iwan, największym zagrożeniem dla firm jest kradzież danych finansowych. Może to doprowadzić nie tylko do bezpośredniej utraty pieniędzy, lecz także do wycieku wrażliwych danych o numerach kont, transakcjach i kontrahentach. Potwierdzają to badania PwC, według których ponad 60 proc. przedstawicieli biznesu na świecie uważa cyberataki za najpoważniejsze zagrożenie dla firmy. Na świecie duże firmy tracą średnio prawie 11 mln dolarów w efekcie incydentów związanych z cyberbezpieczeństwem. Straty globalnej gospodarki z tego tytułu to nawet 575 mld dolarów.

O ile firmy są świadome potrzeby zabezpieczenia swoich komputerów, o tyle znacznie gorzej wygląda to w przypadku urządzeń mobilnych, z których pracownicy korzystają coraz częściej, w tym także poza miejscem pracy.

Pracownicy, korzystając z urządzeń mobilnych, odbierając na nich pocztę, są narażeni na ryzyko włamania – podkreśla Iwan. ‒ Firmy powinny pamiętać o tym, że pracownik, łącząc się z niezabezpieczonym hotspotem, jest bardzo narażony na to, że informacje, które przez to połączenie przesyła, mogą być przechwycone.

Według niego pierwszym krokiem każdej firmy w kierunku zwiększenia poziomu cyberbezpieczeństwa powinno być ustanowienie restrykcyjnej polityki bezpieczeństwa i jej skuteczne egzekwowanie. Powinna ona obejmować zasady korzystania z sieci przez pracowników, metody i miejsca łączenia z internetem, a także definiować, na jakich urządzeniach zatrudnieni w danej firmie mogą pracować w sieci.

To wszystko wymaga jednak edukacji pracowników. Iwan podkreśla, że to właśnie zachowania użytkowników są najsłabszym ogniwem w systemie ochrony przed cyberatakami. Według PwC aż 70 proc. nadużyć zostało popełnionych przez obecnych lub byłych pracowników, często nieświadomie.

Dlatego pracownik musi mieć bardzo jasno określone zasady postępowania, musi wiedzieć, co mu wolno, a czego nie, musimy jego urządzenie zabezpieczyć w taki sposób, aby mógł korzystać z internetu bezpiecznie. Tak że z jednej strony edukujemy pracowników, z drugiej strony umieszczamy na ich maszynach takie rozwiązania, które gwarantują możliwie najwyższy poziom bezpieczeństwa – wyjaśnia Iwan.

F-Secure czwarty rok z rzędu otrzymał nagrodę Best Protection przyznawaną przez AV-Test.org za najlepsze oprogramowanie antywirusowe dla biznesu. Nagrody przyznawane są na podstawie comiesięcznych testów, które uwzględniają nowe zagrożenia i rozwój produktów chroniących użytkowników sieci. Jak podkreślają przedstawiciele F-Secure, firma od ponad 30 miesięcy osiąga 100-proc. skuteczność detekcji zagrożeń w testach.

Iwan zaznacza, że na rynku systemów i programów zabezpieczających jest bardzo duża konkurencja. Niektóre są darmowe, inne płatne. W tej rywalizacji dla użytkowników bardzo przydatne są niezależne ranking i oceny programów.

Trudno jest firmie czy użytkownikowi indywidualnemu samodzielnie ocenić, czy urządzenie, z którego ma zamiar korzystać, jest mniej czy bardziej bezpieczne od innego. Dlatego najczęściej użytkownicy zdają się na opinię organizacji, które są wyspecjalizowane w badaniu skuteczności oprogramowania antywirusowego – mówi Iwan. ‒ Myślę, że na takich badaniach można polegać i na nich opierać swoje wybory w przyszłości.

Rząd, pracodawcy i związki zawodowe wracają do negocjacji. Dziś kolejna tura rozmów o nowej Radzie Dialogu Społecznego

 

Jest szansa na odnowienie dialogu trójstronnego. Pracodawcy, związki zawodowe i rząd pracują nad nową Radą Dialogu Społecznego. Organizacje przedsiębiorców liczą na to, że związkowcy mimo roku wyborczego będą gotowi faktycznie wrócić do negocjacji w tej formule.

Powrót do rozmów jest potrzebny, żeby zacząć działać racjonalnie. To dużo skuteczniejsze niż manifestacje na ulicach, od których pieniędzy nie przybędzie. Pytanie tylko, czy w roku wyborczym związki zawodowe, które starają się uzyskać jak najwięcej, będą gotowe wrócić do stołu negocjacyjnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Projekt ustawy o Radzie Dialogu Społecznego przygotowali wspólnie pracodawcy i związkowcy. Teraz do ustawy odniesie się resort pracy. Nowy organ ma zastąpić Komisję Trójstronną, która praktycznie przestała funkcjonować prawie dwa lata temu. Związki zawodowe od czerwca 2013 roku nie brały udziału w spotkaniach, podkreślając, że dialog jest pozorny.

Rada Dialogu Społecznego byłaby ciałem bardziej społecznym i bardziej niezależnym od rządu niż Komisja. To, czy osiągnie sukcesy, zależy w dużej mierze od organizacji pracodawców i związków zawodowych – ocenia Mordasewicz.

Radzie nie będzie przewodniczyć przedstawiciel rządu. Na jej czele mają co 2 lata zmieniać się związki zawodowe i organizacje pracodawców. Może to pozwoli na wyrażanie interesów wszystkich grup na szczeblu ogólnopolskim. Rada Dialogu Społecznego ma dysponować własnym budżetem, który ma być przeznaczany na bieżącą działalność i opinie ekspertów.

Bierzemy odpowiedzialność za efektywne wykorzystanie tych środków. A to oznacza, że jeżeli nie wypracujemy dobrych rozwiązań, to będzie to wina związków zawodowych i organizacji pracodawców. Nie będzie można stale obciążać odpowiedzialnością za zły dialog rządu – podkreśla Mordasewicz.

Projekt zakłada, że trudniejsze może być też blokowanie decyzji. Ma zostać wprowadzone głosowanie większościowe, czyli każda uchwała powinna zdobyć 2/3 głosów każdej ze stron. Większa niż w przypadku Komisji Trójstronnej ma być też profesjonalizacja – do prac mają zostać zatrudnieni odpowiedni fachowcy.

Coraz więcej osób zna usługi assistance. Korzysta z nich już 1,8 mln Polaków

Popularność usług assistance rośnie. Liczba osób korzystających ze wsparcia podczas nieoczekiwanych zdarzeń losowych w ciągu ostatnich 12 miesięcy wzrosła o niemal 60 proc. – do prawie 1,8 mln osób. Najczęściej Polacy korzystaj z assistance samochodowego, medycznego i turystycznego.

Coraz więcej Polaków, wie czym jest assistance. W stosunku do zeszłego roku liczba osób, które skorzystały z takich usług wzrosła o blisko 60 proc. – z nieco ponad 1,1 mln do prawie 1,8 mln. To jest gigantyczny wzrost – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Nielsen Polska dla Mondial Assistance, w 2014 r. 93 proc. dorosłych Polaków (ponad 18 mln osób) posiadało produkty ubezpieczeniowe lub bankowe. Spośród nich co dziesiąty, czyli niemal 1,8 mln osób, skorzystało z dołączonego do tych produktów pakietu assistance, czyli usług pomocy podczas nieoczekiwanych zdarzeń losowych. Kolejne 5,6 mln osób jest świadomych, że może z nich skorzystać.

Nadal 10,7 mln osób, czyli ponad 50 proc. ubezpieczonych, nie ma albo nie wie o tym, że ma usługi assistance. Liczba ta jednak spadła o ponad 2 mln w porównaniu z poprzednim badaniem.

Na korzystanie z usług assistance przełożyła się rosnąca świadomość wśród klientów ‒ podkreśla Frączek. ‒ Cenimy sobie te usługi jako dodatek do usług bankowych czy ubezpieczeniowych i głównie z tymi dwoma segmentami rynku finansowego kojarzymy te usługi – wyjaśnia.

W 2014 r. już 64 proc. Polaków wiedziało, czym jest assistance – o 22 pkt proc. więcej niż rok wcześniej.

Niemal wszyscy – 93 proc. użytkowników – skorzystali ze wsparcia w ramach produktów ubezpieczeniowych. Najpopularniejsze obszary wykorzystania tych usług to zdecydowanie ubezpieczenia komunikacyjne i samochodowe (np. holowanie), medyczne (np. domowa wizyta lekarska) i turystyczne (np. leczenie za granicą). Jako usługi o największej wartości wskazuje je po ok. 60 proc. Polaków. Niemal 40 proc. Polaków docenia assistance domowy, np. związany z wizytą fachowca.

Mężczyźni zdecydowanie chętniej korzystają z usług samochodowych oraz ubezpieczeń turystycznych, kobiety preferują usługi domowe. Kiedy mężczyzna nie naprawi kranu, to one same biorą się za organizację usługi domowej. Wizyty medyczne, czyli lekarz do domu, to również w dalszym ciągu bardziej usługa dla kobiet – mówi Frączek.

Jak wynika z badań, 57 proc. posiadaczy ubezpieczenia assistance to mężczyźni. Prawie 40 proc. z nich to osoby z wykształceniem wyższym, mieszkające w dużych miastach. Zmiany w świadomości i ocenie usług assistance widać jednak szczególnie wśród kobiet. W 2014 r. niemal dwukrotnie zwiększył się odsetek kobiet, które doceniały assistance samochodowe (do 56 proc.), turystyczne (do 53 proc.) i domowe (do 44 proc.). Wśród mężczyzn świadomość tego typu usług również rośnie, jednak nie aż tak szybko

Amway rozwija markę napojów energetycznych

0

CEO Magazyn Polska

Amerykańska firma Amway, sprzedająca kosmetyki, środki czystości oraz suplementy diety, będzie rozwijać niedawno kupioną markę napojów energetycznych XS. Według firmy w ciągu kilku lat rynek ten ma wzrosnąć o 13 procent.

Amway ostatnio przejął markę napojów energetycznych XS. Nabyliśmy ją dlatego, że jest to dobra, silna i obiecująca marka, tym samym dołączyliśmy do bardzo szybko rosnącego rynku napojów energetycznych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Anna Pietrzak, dyrektor sprzedaży Amway na region Europy Wschodniej.

Jak dodaje, według badań Euromonitor International rynek napojów energetycznych wzrósł od 1999 roku z ok. 4 mld dolarów do prawie 28 mld dolarów w 2013 roku i w zakłada się jego dalszy rozwój. Ocenia się, że do 2018 roku może się rozwinąć o kolejne 13 procent.

Produkty marki XS sprzedawaliśmy od 2003 roku poprzez kanał sprzedaży bezpośredniej, angażowaliśmy do tego naszych niezależnych przedsiębiorców. Od tego czasu sprzedaż osiągnęła około 150 mln dol. w skali światowej. – wyjaśnia Anna Pietrzak. – Marka jest już obecna na 38 rynkach. W Polsce i krajach bałtyckich napój XS sprzedajemy niecałe dwa lata i już widzę tu duży potencjał.

Według danych przytaczanych przez Annę Pietrzak 36 procent konsumentów napojów energetycznych w Polsce jest otwartych na nowe smaki, a marka XS zamierza wprowadzać wiele różnorodnych smaków.

W Polsce na razie sprzedajemy cztery smaki, czyli owoce tropikalne, owoce leśne, cytrynowy i klasyczny. W tym roku planujemy wprowadzić do sprzedaży nowy smak – różowy grejpfrut – wymienia dyrektor Anna Pietrzak.

Kolejnymi, nowymi produktami pod marką Amway będą kosmetyki pielęgnacyjne oraz kosmetyki kolorowe z linii Artistry. Innym wyzwaniem dla firmy będzie odnowienie marki eSpring, którą sygnowane są specjalne systemy oczyszczania wody.

eSpring to najlepiej sprzedający się produkt tego rodzaju na całym świecie, marka numer jeden. Planujemy jej odnowienie, rebranding, przedłużymy  też gwarancję – podkreśla Pietrzak.

Firma Amway na większości rynków w regionie Europy Wschodniej i Środkowej jest obecna od lat 90. Jak tłumaczy Anna Pietrzak, rynki te są już dojrzałe i znajdują się na podobnym etapie rozwoju.

Są to rynki, które charakteryzują się stabilnym rozwojem, więc nie mamy tutaj spektakularnych wzrostów, ale nie notujemy też szczególnych spadków. Są to rynki przewidywalne, a na takich łatwiej jest prowadzić biznes – ocenia ekspertka.

Jak mówi Anna Pietrzak, rynki te obejmują 125-milionową populację, która jest potencjalną grupą docelową dla Amwaya. Firma sprzedaje produkty codziennego użytku, jak kosmetyki, środki chemii gospodarczej, środki higieny osobistej, suplementy diety i inne produkty codziennego użytku.

– W tym roku planujemy bardziej otworzyć się na klienta zewnętrznego, będziemy starali się swoimi działaniami wesprzeć naszych przedsiębiorców w ich pracy, wykorzystując do tego sprawdzone działania promocyjne, jak np. wystawy produktów, nazywane przez nas Amway Expo  tłumaczy dyrektor Anna Pietrzak. – Amway Expo to impreza otwarta dla wszystkich, na której można zapoznać się z ofertą produktową firmy lub bezpośrednio wypróbować odpowiedni kosmetyk. Kolejną formą eventów, które chcemy zaproponować także na innych rynkach, są Beauty Show – to bardzo ekskluzywne imprezy robione w pięknym otoczeniu, w odpowiedniej oprawie, gdzie panie mogą nie tylko przy pomocy specjalistów dobrać odpowiedni kosmetyk, lecz także np. podarować sobie odrobinę luksusu w postaci profesjonalnego makijażu, w trakcie którego popija się lampkę szampana – wyjaśnia.

Kolejną formą prezentacji marek Amway jest promocja marki suplementów diety Nutrilite poprzez sponsoring imprez sportowych, takich jak biegi (w Warszawie, Budapeszcie, Bukareszcie i Bratysławie), wyścigi rowerowe (w Wilnie i Rydze), piłkę plażową czy siatkówkę śniegową.

Wydarzenia związane z marką Amway i jej brandami produktowymi pozwalają lepiej się z nią zapoznać klientom i zbudować wizerunek firmy pomagającej ludziom lepiej żyć.

Polacy coraz częściej ubezpieczają się na wypadek raka. Sprzedaż polis wzrosła w dwa lata o 84 proc.

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej sięgają po ubezpieczenia na wypadek zachorowania na nowotwór. Jak wynika z danych firmy ubezpieczeniowej AIG, w ciągu dwóch lat zainteresowanie tymi produktami wzrosło o 84 proc. Szacuje się, że obecnie taką polisę posiada ok. 3 mln osób, a w tym roku jej zakup rozważa kolejnych 8 mln. Badania Genworth Customer Focus wskazują, że Polacy są bardziej świadomi kosztów, jakie niesie ze sobą walka z chorobą. Wybierają polisę, kierując się zakresem ochrony, pakietem dodatkowych świadczeń i ceną.

W ciągu ostatnich dwóch lat ponad 80 proc. więcej klientów sięgnęło po nasze polisy rakowe. Dla takich osób ważne jest to, by mieć zabezpieczenie finansowe na wypadek zachorowania – przyznaje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Stępniak, menadżer ds. produktu w AIG

Nowotwory są obok choroby wieńcowej i udaru mózgu jedną z najczęstszych chorób cywilizacyjnych w Polsce. Dane Polskiej Unii Onkologii wskazują, że w 2010 roku na nowotwory złośliwe zachorowało ponad 140 tys. osób, z czego 91 tys. zmarło. Obecnie wykrywanych jest ok. 160 tys. przypadków zachorowań rocznie. Mężczyźni najczęściej chorują na raka płuc (20 proc.) i gruczołu krokowego (13 proc.). U kobiet rak piersi stanowi ponad 20 proc. wszystkich zachorowań, wzrasta też liczba nowotworów jajnika i macicy.

Choć ryzyko choroby rośnie wraz z wiekiem, dane Krajowego Rejestru Nowotworów wskazują, że w ciągu ostatnich 30 lat znacznie wzrosła zachorowalność na nowotwory złośliwe wśród młodych kobiet, w wieku od 22 do 40 lat. Obecnie są one dwukrotnie bardziej narażone na raka niż mężczyźni w tej samej grupie wiekowej. Dlatego też coraz więcej kobiet decyduje się na wykupienie ubezpieczenia.

Wzrost zainteresowania takimi polisami wynika ze wzrostu liczby zachorowań na nowotwory i rosnącej świadomości Polaków na temat tych chorób. Rośnie też sama świadomość ubezpieczeniowa – ocenia ekspertka. – Młode kobiety to jedna z bardziej uświadomionych grup. Po polisy zgłaszają się również osoby, które wiedzą, że są predysponowane genetycznie i miały przypadki zachorowań w rodzinie. Wśród naszych klientów są też osoby, które ze względu na prowadzony tryb życia i duży stres są bardziej narażone na nowotwór.

Polacy, którzy rozważają wykupienie polisy, wybierają te, które zapewnią łatwiejszy dostęp do lekarzy i leczenia. Z badań Genworth Customer Focus wynika, że większość osób przy wyborze ubezpieczenia zwraca uwagę nie tylko na cenę, lecz przede wszystkim na szeroki zakres ochrony, który obejmuje jak najwięcej nowotworów (58 proc.). Istotny jest również pakiet dodatkowych świadczeń, który gwarantuje szybką organizację badań czy pokrycie kosztów operacji. Mniejszą uwagę przywiązuje się do tego, czy odszkodowanie będzie w ratach, czy jednorazowo, ważne by było wypłacone szybko.

Obecnie średnia wartość świadczenia z polis rakowych w naszym towarzystwie wynosi 37,2 tys. zł. To kwota, którą wypłacamy klientowi od razu, w jednej transzy, zaraz po informacji o diagnozie nowotworu złośliwego – zaznacza ekspertka z AIG.

Choć wyniki leczenia nowotworów są wyraźnie lepsze, to w rankingu krajów europejskich oceniającym systemy ochrona zdrowia Polska znajduje się niemal na samym końcu. Wedle najnowszego Europejskiego Konsumenckiego Indeksu Zdrowia nasz kraj zajął 31. miejsce (na 36 państw), zdobył 511 na 1000 możliwych punktów. Niebezpiecznie długi jest czas oczekiwania na leczenie raka. Wciąż niski poziom opieki onkologicznej i rosnąca świadomość Polaków sprawiają, że potencjał rynku ubezpieczeń na wypadek nowotworu jest coraz większy. Dlatego na wprowadzenie takich polis do oferty decyduje się coraz więcej towarzystw ubezpieczeniowych.

W drugiej połowie roku nowe mieszkania w dużych miastach będą drożeć. Najbardziej w Warszawie

Tanie kredyty, Fundusz Mieszkań na Wynajem i zwiększone zakupy inwestycyjne przyczynią się do delikatnego wzrostu cen nowych nieruchomości w najpopularniejszych polskich miastach. Wyraźnie będą one rosły w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu i Trójmieście. Na rynku wtórnym i w mniejszych miastach ceny powinny być stabilne – wynika z prognoz firmy Emmerson Evaluation.

W 2015 roku prognozujemy delikatne wzrosty na rynku nieruchomości – mówi agencji informacyjnej Newseria Dariusz Książak, prezes zarządu Emmerson Evaluation. – Wzrosty będą bardziej widoczne przede wszystkim na rynku pierwotnym. Na rynku wtórnym raczej spodziewamy się stagnacji. Spodziewamy się również, że te wzrosty będą bardziej widoczne w drugiej niż w pierwszej połowie roku.

Według raportu E-VALUER INDEX 2015 firmy Emmerson Evaluation w największych polskich miastach ceny transakcyjne nieruchomości na rynku pierwotnym mogą wzrosnąć o kilka procent

Liderem wzrostu będzie pewnie Warszawa – przewiduje Dariusz Książak. – Kolejne miasta, które również mogą oczekiwać wzrostu cen nieruchomości na rynku pierwotnym, to według nas Kraków, Trójmiasto i Wrocław, czyli te tradycyjnie najbardziej aktywne rynki. W mniejszych miastach spodziewamy się raczej stagnacji na rynku i równowagi pomiędzy podażą a popytem.

Rynek wtórny również ma pozostać stabilny, choć w Warszawie, Gdańsku czy Sopocie widoczny powinien być nieznaczny wzrost cen.

Prognozy na ten rok pozwalają sądzić, że nie należy oczekiwać zmian, jeżeli chodzi o liderów cenowych na polskim rynku. Jeśli chodzi o rynek pierwotny, to najdroższym miastem w Polsce jest Sopot, gdzie za metr kwadratowy płaci się ponad 10 tys. zł, przy niespełna 7 tys. zł za metr kwadratowy w Warszawie. W przypadku mieszkań używanych najdroższym miastem jest Warszawa ze średnimi cenami nieco przekraczającymi 7 tys. zł za metr. Tuż za stolicą plasuje się Sopot, gdzie metr kwadratowy lokalu z drugiej ręki kosztuje średnio 6,7 tys. zł.

W Sopocie jest realizowanych stosunkowo niedużo inwestycji, głównie w jakimś wysokim, apartamentowym standardzie. Dlatego rynek pierwotny wyraźnie, o prawie 30 proc., przebił średnie ceny warszawskie – podkreśla prezes zarządu Emmerson Evaluation. – Natomiast w Warszawie na rynku pierwotnym mamy do czynienia zarówno z mieszkaniami o wyższym, jak i niższym standardzie, jest też dużo mieszkań w segmencie popularnym. Dlatego Warszawa jest w zasadzie jedynym miastem, gdzie mediana dla cen rynku pierwotnego okazała się minimalnie niższa niż mediana cen dla rynku wtórnego.

Eksperci Emmerson Evaluation szacują, że obrót na rynku będzie na podobnym lub wyższym poziomie niż w ubiegłym. Ożywienia oczekiwać można w związku z taniejącymi kredytami. Istnieje bowiem możliwość, że Narodowy Bank Polski jeszcze obniży stopy procentowe, co wyraźnie zasugerował podczas lutowej konferencji prezes Marek Belka. Ekonomiści spodziewają się spadku stóp o łącznie pół punktu procentowego.

To poprawi sytuację na rynku mieszkaniowym – uważa Dariusz Książak. – Po pierwsze, kredyty będą nadal łatwo dostępne, po drugie, niektórzy inwestorów, którzy trzymali pieniądze na lokatach, będą chcieli przenieść je na inny, bardziej zyskowny rynek, w tym również na rynek nieruchomości.

Trzecim powodem, dla którego ceny mogą rosnąć, jest uruchomienie Funduszu Mieszkań na Wynajem, do którego nieruchomości mają być kupowane przez państwo, co zmniejszy podaży na rynku.

Polacy często szukają rad w internecie. To okazja dla firm

Internauci chętnie radzą się innych użytkowników sieci. Pytają o porady przy zakupie kosmetyku czy sprzętu elektronicznego. Radzą się w sprawie wyboru operatora komórkowego, trendów w wystroju wnętrz czy obsługi konkretnego urządzenia. Zwroty typu „czy ktoś mógłby mi pomóc” każdego dnia pojawiają się średnio 1,2 tys. razy, z czego trzy czwarte na Facebooku. To szansa dla marketerów, działów marketingu i obsługi klienta, by radząc internautom, zwrócili ich uwagę na własną firmę czy markę. Marketing human to human coraz częściej będzie zastępował klasyczne relacje na linii biznes konsument.

Każdego dnia Polacy w mediach społecznościowych zamieszczają tysiące pytań na tematy związane praktycznie z każdą dziedziną życia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów z Instytutu Monitorowania Mediów. – Dlatego w Instytucie Monitorowania Mediów we współpracy z magazynem „Marketer Plus” postanowiliśmy sprawdzić, jakie pytania i jakie problemy Polacy artykułują w mediach społecznościowych oraz jakie korzyści firmy i marki mogą z tego dla siebie wyciągnąć.

Jego zdaniem rosnąca liczba pytań i problemów, które Polacy zgłaszają w social mediach, wynika z kilku przyczyn. Pierwszą z nich jest wzrost penetracji usługami dostępu do internetu w Polsce i rosnąca rola tego medium. Według danych IMM w ubiegłym roku w stosunku do 2006 roku o 50 proc. zmalało zainteresowanie treściami publikowanymi w tradycyjnej prasie. Czytelników przejął internet. Szczególnie istotną rolę zaczęły odgrywać social media, w których Polacy poszukują codziennych porad i wskazówek.

Poza tym dochodzi do głosu pokolenie, które właściwie nie pamięta świata bez internetu i mediów społecznościowych. To głównie dla nich internet i social media są kanałem, w którym poszukują rozwiązań swoich codziennych problemów – przekonuje Jadaś.

Internauci często pytają o wskazanie lokalizacji danej firmy czy punktu usługowego. Wpisy typu „gdzie kupię” stanowią już 20 proc. wszystkich zapytań. Natomiast prośby o rozwiązanie problemu z danym produktem to już 17 proc. wpisów. Publikacje typu „czy ktoś mógłby pomóc” dziennie pojawiają się przeciętnie 1,2 tys. razy, z czego trzy czwarte jest zamieszczane na Facebooku. Z kolei zwroty typu „jaka sieć”, „jaki abonament” czy „którego operatora” w 2014 roku ukazały się ponad 45 tys. razy.

Młodsi internauci za pomocą sieci próbują rozwiązać problemy związane z odrabianiem pracy domowej, starsi szukają odpowiedzi na pytanie dotyczące chociażby sprzętu elektronicznego.

Branżą, z którą Polacy mogą mieć najwięcej problemów i problemy te artykułują w social mediach, są nowe technologie i IT. Jej dotyczy ponad 25 proc. wszystkich pytań i wpisów, w których użytkownik zgłasza jakiś napotkany w codziennym życiu problem – zaznacza ekspert z IMM.

Drugim najczęściej poruszanym zagadnieniem są tematy związane z modą i urodą. Na popularnych portalach społecznościowych typu Facebook i Twitter Polacy dyskutują o sposobach ubioru i wyborze kosmetyków. Innymi popularnymi dziedzinami jest sport i kondycja fizyczna, wystrój mieszkania, problemy związane z kultura i sztuką czy poszukiwaniem koncertów bądź przedstawień teatralnych.

Ta nowa rola internetu i mediów społecznościowych to szansa dla firm, żeby potwierdzić swoją pozycję eksperta, a co za tym idzie budować dobry wizerunek marki wśród konsumentów. To może skutkować większym zainteresowaniem klientów oferowanymi przez firmę produktami czy usługami. Jednym z narzędzi potrzebnych przy tzw. marketingu human to human jest monitoring mediów, obejmujący również media społecznościowe i charakterystyczny dla internetu slang. Monitoring social mediów warto w wielu przypadkach skoncentrować na wyszukiwaniu szans i okazji na nawiązanie kontaktu z nadawcą.

W kolejnych miesiącach wzrośnie zapotrzebowanie na specjalistów od budownictwa drogowego. Będzie również rosło zatrudnienie w energetyce

W II kwartale nastąpi zauważalny wzrost zapotrzebowania na specjalistów z zakresu budownictwa drogowego. To efekt przygotowań do stopniowo uruchamianych programów z nowej perspektywy UE. Do tego momentu więcej miejsc pracy generować będzie budownictwo mieszkaniowe. Z kolei w energetyce w najbliższych miesiącach będą poszukiwani specjaliści, którzy pomogą dostosować się firmom do nowych regulacji prawnych, np. związanych z odnawialnymi źródłami energii.

Budownictwo odżywa, szczególnie mieszkaniowe. Widzimy wielu deweloperów, którzy otwierają nowe projekty lub kończą te, które przez długi czas leżały odłogiem – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Młynarczyk, dyrektor zarządzający Hays Poland, firmy doradztwa personalnego. – Niestety, w drogownictwie, kolejnictwie czy budownictwie infrastrukturalnym nie jest tak dobrze, jak jeszcze kilka lat temu wszyscy planowali.

To ma się jednak stopniowo zmieniać. Hays Poland w tegorocznej edycji „Raportu płacowego 2015.Trendy na rynku pracy” wskazuje, że zapotrzebowanie na specjalistów od infrastruktury drogowej będzie w kolejnych miesiącach stopniowo rosło wraz ze startem programów w ramach nowej perspektywy UE.

W długim terminie zobaczymy, że te pieniądze znowu zaczną płynąć, a to przełoży się na wzrost miejsc pracy – zaznacza dyrektor zarządzający Hays Poland. – Teraz to właśnie budownictwo kubaturowe i mieszkaniowe bardziej zasysa pracowników z rynku budowlanego. Natomiast prawdopodobnie za rok lu dwa lata znowu zobaczymy boom infrastrukturalny w Polsce.

Raport Hays wskazuje, że w obszarze infrastruktury drogowej najwięcej rekrutacji w tym roku będzie przeprowadzanych na stanowiska dyrektora kontraktu drogowego czy specjalisty ds. rozliczeń. Z kolei w budownictwie ogólnym będą poszukiwani kierownicy budowy i kierownicy kontraktu.

Nie widać w tej chwili wzrostów płac w sektorze budownictwa ze względu na rozdźwięk pomiędzy tą infrastrukturą i pozostałymi rodzajami budownictwa. Natomiast spodziewamy się, że przez cały 2015 rok obserwować będziemy jednak pozytywny, ale jednocyfrowy wzrost płac w tym sektorze – mówi Młynarczyk.

Z kolei w sektorze energetyki na rynek pracy wpływać będą zmiany w prawodawstwie, czyli liberalizacja rynku gazu oraz regulacje dotyczące odnawialnych źródeł energii. Nowe prawo wymaga od firm energetycznych dostosowania pod względem regulacyjnym i rynkowym, a do tego będą poszukiwani specjaliści.

Rośnie zapotrzebowanie na inżynierów w inwestycjach z wydobyciem ropy naftowej i gazu. Nowych miejsc pracy nie kreuje za to sektor łupkowy.

Polska cały czas będzie inwestowała na poziomie centralnym w uniezależnianie się od dostaw energii z zagranicy. Będziemy inwestować w gazoport, w bardziej efektywne wykorzystanie naszych złóż węgla. Na pewno powstanie też wiele nowych zawodów – prognozuje ekspert.

W sektorze energetycznym poszukiwani będą też specjaliści z międzynarodowym doświadczeniem w projektach związanych z energią atomową.

Do tej pory nie ma w Polsce takich projektów, zatem na wagę złota są wszyscy specjaliści pracujący we Francji, w Rosji i mający dostęp do tych technologii. Jeżeli ktoś taki planuje wrócić do Polski, to na pewno bez problemu znajdzie pracę – przekonuje Michał Młynarczyk.

Szkoły wyższe w Polsce rozpoczynają wprowadzać kierunki studiów związane z kształceniem specjalistów na poczet przyszłej elektrowni jądrowej. W dalszym ciągu jednak na rynku edukacji istnieje zaledwie kilka placówek z taką ofertą kształcenia. Wśród nich jest krakowska AGH, która oferuje kierunek energetyka jądrowa oraz UW z kierunkiem energetyka i chemia jądrowa.

Ekspert podkreśla, że już są tworzone zespoły projektowe w kontekście budowy elektrowni jądrowej w Choczewie bądź Żarnowcu. Równie poszukiwane są osoby do niedługo oddawanego gazoportu w Świnoujściu. Trzecią potrzebną grupą na rynku są fachowcy specjalizujący się w rozruchu klasycznych elektrowni, których aktualnie kilka jest rewitalizowanych i rozbudowywanych (m.in. elektrownie w Ostrołęce, Rybniku i Bełchatowie).

Jeśli chodzi o poziom wynagrodzeń w energetyce, to jest bardzo duża różnica pomiędzy stanowiskami wąsko wyspecjalizowanymi a tymi związanymi z klasycznymi źródłami energii – mówi Młynarczyk. – W górnictwie przy całym procesie prywatyzacji kopalni na pewno nie będziemy widzieli dużych podwyżek, a wręcz zmniejszenie liczby zatrudnionych. W bardzo niszowych specjalizacjach, gdzie tych kandydatów jest niewielu, będziemy jednak widzieli dwucyfrowe wzrosty pensji