Użytkownicy Bankier.pl przeciw podwyżkom dla nauczycieli

Rok 2015 rozpoczął się strajkami i protestami różnych grup zawodowych i społecznych. Po górnikach, rolnikach i frankowcach przychodzi czas na nauczycieli. Bankier.pl przeprowadził wśród 1800 swoich użytkowników badanie ankietowe, z którego wynika, że przeciw podwyżkom dla pracowników oświaty jest 54% pytanych.

Za podniesieniem płac opowiedziało się 43% badanych, 3% nie miało zdania. Wśród osób, które uznały, że nauczyciele powinni dostać podwyżki, ponad 54% chciałoby, by wyniosły one co najmniej 20% wynagrodzenia zasadniczego. Z analizy odpowiedzi wynika, że oczekiwana średnia podwyżka dla nauczycieli powinna wynieść ok. 22%. Tylko 36% pytanych jest za tym, by były one niższe niż 10%.

Z badania Bankier.pl wynika, że przeciętny nauczyciel ma status nauczyciela dyplomowanego, przepracowuje w tygodniu ok. 33 godziny (z tego przeprowadza ok. 18 lekcji), za co otrzymuje wynagrodzenie w kwocie ok. 2422 zł netto (400 zł poniżej średniej krajowej).

86% nauczycieli nie dorabia na korepetycjach

– Dane dotyczące zarobków nauczycieli nie napawają optymizmem. Średnie wynagrodzenie ankietowanej przez nas grupy to tylko 3382 zł brutto, czyli 2422 zł netto. Ponad 78% zarabia mniej niż 4000 zł brutto (2853 zł netto), a tyle obecnie wynosi średnia w sektorze przedsiębiorstw. Zarobki 31% nauczycieli kształtują się w przedziale od 1800 zł brutto (1320 zł netto) do 3000 zł brutto (2156 zł netto). 3% zatrudnionych ankietowanych zarabia mniej niż 1200 zł brutto. Co interesujące, 86% deklaruje, że nie udziela płatnych korepetycji – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Dokładne wyliczenie czasu pracy i zarobków nauczycieli stanowi jedną z głównych osi problemów sektora oświaty. Z naszego badania wynika, że przeciętny nauczyciel w ciągu tygodnia przeprowadza 17,9 lekcji. Do tego dochodzą inne obowiązki, m.in. administracyjne,  dyżury, spotkania z rodzicami, które sprawiają, że średni czas spędzony w szkole przez zapytanych przez nas nauczycieli wynosi ponad 25 godzin. Jednak więcej niż 27 godzin spędza w szkole tylko 40% respondentów.

Tylko co piąty nauczyciel jest za likwidacją Karty Nauczyciela

Co piąty pytany przez nas nauczyciel jest za likwidacją Karty nauczyciela, z czego aż 32% za główny powód podaje fakt, że ten akt prawny kładzie zbyt duży nacisk na ochronę słabych nauczycieli, często kosztem tych lepszych, którym ogranicza rozwój zawodowy i finansowy (21%).

O ile większość pytanych przez nas nauczycieli popiera pomysł podwyżek (84%), o tyle nie jest to tożsame z poparciem dla działań Związku Nauczycielstwa Polskiego. Taką deklarację złożyło tylko 25% naszych respondentów – 45% jest niezadowolonych z pracy ZNP, a 30% nie ma zdania. Równocześnie z działań Ministerstwa Edukacji Narodowej niezadowolonych jest aż 88% ankietowanych.

– Nauczyciel pełni niezwykle ważną funkcję publiczną i społeczną, nie powinniśmy dopuszczać więc do sytuacji, w której profesja ta będzie postrzegana jako gorsza od innych i przez to słabo wynagradzana. Jeżeli rodzice nie mają szacunku do nauczyciela szkoły państwowej, to ich dziecko przypuszczalnie nie będzie miało  szacunku do nikogo. Możemy mieć tylko żal do rządzących, że przez wiele lat nie zrobili nic, by najlepsi nauczyciele zarabiali godnie, a najgorsi tracili etaty – dodaje Łukasz Piechowiak.

Wzrost bezrobocia w styczniu nie oznacza pogorszenia na rynku pracy

Stopa bezrobocia pod koniec stycznia wyniosła 12,1 proc. – szacuje Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Według wstępnych danych liczba bezrobotnych wzrosła o 94 tys. w stosunku do grudnia, a stopa bezrobocia o 0,6 pkt. proc. do poziomu 12,1 proc. Jest to wzrost typowy w danym okresie, a wynika z tzw. zjawiska sezonowości polskiego rynku pracy. Jest efektem ograniczenia aktywności w niektórych sektorach gospodarki. W styczniu skończyło się też część programów rynku pracy finansowanych ze środków na rok poprzedni, a nowe jeszcze nie zostały uruchomione.

Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że pomimo wzrostu liczba bezrobotnych jest o ponad 340 tys. mniejsza niż przed rokiem, a stopa bezrobocia o niemal 2 pkt. proc. niższa. Oznacza to, że choć tempo wzrostu bezrobocia jest najwyższe od 3 miesięcy, to jednak nie można mówić o odwróceniu pozytywnego trendu. Świadczy o tym chociażby fakt, że pracodawcy zgłosili w styczniu do urzędów blisko 71 tys. wolnych miejsc pracy i aktywizacji zawodowej, niemal o 30 proc. więcej niż w grudniu. Wzrost liczby ofert nastąpił we wszystkich województwach. Dobre wyniki gospodarcze, wzrost produkcji przemysłowej i utrzymujący się wysoki poziom zatrudnienia w przemyśle wskazują na utrzymanie optymizmu co do rozwoju sytuacji na rynku pracy. Bezrobocie może jeszcze wzrosnąć w lutym, ale w dalszej części roku należy się spodziewać poprawy.
Konfederacja Lewiatan

Mężczyźni chętniej korzystają z urlopu ojcowskiego

129 tys. świeżo upieczonych ojców postanowiło skorzystać w 2014 r. z prawa do dwutygodniowego urlopu ojcowskiego. Warto wiedzieć, że przysługuje on również mężczyznom wychowującym dzieci adoptowane.

Zainteresowanie urlopem ojcowskim od momentu jego wprowadzenia (2011 r.) systematycznie rośnie. Liczba chętnych przybywa zwłaszcza, od kiedy czas urlopu został wydłużony, czyli od dwóch lat. „Ojcowie mają prawo do dwóch tygodni płatnego urlopu ojcowskiego, niezależnie od tego, czy matka jest w tym czasie na urlopie macierzyńskim, dodatkowym czy rodzicielskim” – wyjaśnia w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl Radosław Milczarski z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. „Urlopu ojcowskiego nie wolno mylić z tacierzyńskim” – dodaje.

Z urlopu ojcowskiego można skorzystać do momentu ukończenia przez dziecko roku. Nie ma żadnego znaczenia, czy ojciec jest w związku formalnym, czy nie. Świadczenie przysługuje też mężczyźnie, który adoptował dziecko, pod warunkiem że nie ukończyło ono siódmego lub – gdy podjęto wobec niego decyzję o odroczeniu obowiązku szkolnego – dziesiątego roku życia.

Aby pójść na urlop ojcowski, mężczyzna musi nie później niż siedem dni przed planowanym wolnym złożyć do pracodawcy wniosek urlopowy wraz ze skróconym aktem urodzenia dziecka – informuje Radosław Milczarski. Podczas urlopu ojciec otrzymuje 100% swojego wynagrodzenia.

115 mln euro na medycynę przyszłości

Najnowszy projekt badawczy Innovative Medicine Initiative pozwoli opracować innowacyjne szczepionki przeciwko krztuścowi. Na walkę z chorobą, która jest jedną z głównych przyczyn zgonów dzieci na całym świecie, IMI przeznaczy aż 115 mln euro. Kwota ta pochodzi w połowie od Komisji Europejskiej, a w połowie od branży farmaceutycznej: spółek należących do Europejskiej Federacji Przemysłu i Stowarzyszeń Farmaceutycznych (EFPIA) oraz innych organizacji i partnerów, takich jak Fundacja Billa i Melindy Gates.

Projekt ulepszenia szczepionek jest kolejną wspólną inicjatywą przemysłu farmaceutycznego oraz Komisji Europejskiej realizowaną w ramach Innovative Medicine Initiative. W pracach nad poprawą jakości profilaktyki krztuśca obie instytucje wspierać będzie fundacja założona przez Billa i Melindę Gates. Jak podkreślali uczestnicy spotkania inicjującego projekt pomimo wypracowania powszechnych programów szczepień krztusiec pozostaje niezwykle niebezpieczną chorobą, która co roku rozpoznawana jest u około 16 mln dzieci na świecie. Ta ostra choroba zakaźna układu oddechowego odznacza się wysokim poziomem śmiertelności. Szacuje się, że rocznie z jej powodu umiera aż 195 tysięcy dzieci co czyni ją jedną z głównych przyczyn zgonów wśród nieletnich.

Również w Polsce krztusiec stanowi istotne wyzwanie dla systemu ochrony zdrowia. W 2012 roku odnotowano najwyższą od 40 lat liczbę nowych zachorowań – 4684 przypadków. Rok później, w 2013 zgłoszonych zostało 2185 zachorowań, jednak wyniki badań przeprowadzanych przez Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego wskazują, że realnie chorych dzieci i dorosłych jest znacznie więcej.

Szczepionki przeciwko krztuścowi w wielu krajach wpisane są do obowiązkowego kalendarza szczepień. Mimo to na całym świecie możemy zaobserwować stale wzrastającą liczbę chorych dzieci. Nowy projekt IMI umożliwi udoskonalenie istniejących rozwiązań, tak by zagwarantować ich większą efektywność. Aplikacje o granty w ramach projektu, który obejmuje również zdalną diagnostykę  chorób czy pracę nad metodami szybszego udostępnienia leków pacjentom, składać mogą instytucje naukowe, ośrodki akademickie, organizacje pozarządowe oraz firmy z całej Europy w tym również z Polski. IMI stanowi dla nich ogromną szansę na włączenie się w paneuropejskie projekty z zakresu biotechnologii, pozyskanie środków finansowych oraz skorzystania z udostępnionych przez firmy farmaceutyczne placówek badawczych. W sumie na wszystkie badania realizowane w ramach najnowszej odsłony IMI przeznaczono aż 115 mln euro. Termin składania aplikacji upływa 25 marca 2015 roku.

Prace nad stworzeniem nowej, skutecznej szczepionki na krztusiec są jednym z przykładów zaangażowania branży farmaceutycznej w rozwiązywanie istotnych, globalnych wyzwań zdrowotnych. Ważnym aspektem realizowanych przez IMI projektów jest także wspótworzenie przez Komisję Europejską i przemysł farmaceutyczny finansowych i logistycznych warunków dla międzynarodowej współpracy między instytucjami naukowymi, ośrodkami badawczymi czy środowiskiem akademickim. Mam nadzieje, że w ramach kolejnych odsłon IMI będziemy mogli mówić o badaniach realizowanych również przez Polskie instytucje. – mówi Paweł Sztwiertnia, Dyrektor Generalny INFARMY.

Inicjatywy IMI wspierają rozwój innowacji i za cel stawiają sobie przyspieszenie procesu powstawania ulepszonych i bezpiecznych dla pacjentów leków. IMI jest publiczno-prywatnym partnerstwem, a do jego powstania przyczyniła się m.in. EFPIA, której członkiem jest INFARMA oraz inne organizacje pozarządowe. Aplikacje mogą składać instytucje badawcze, uczelnie, przedsiębiorstwa i organizacje pozarządowe prowadzące działalność na terenie UE.

„Szybki handel”, mobilność i innowacyjność decyduje o sukcesie światowych sieci detalicznych

Przychody 250 największych detalistów wyniosły w ostatnim roku obrotowym (kończącym się najpóźniej w czerwcu 2014 r.) 4,35 biliona dolarów. Porównując rok do roku był to wzrost na poziomie 4,1 proc. Podobnie jak w poprzednich latach detaliści zawdzięczają ten wzrost głównie ekspansji na rynkach wschodzących. Jak wynika z najnowszej edycji corocznego raportu „2015 Global Powers of Retailing” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte we współpracy ze STORES Media, liderem w tym sektorze pozostaje amerykański gigant Wal-Mart, a największym sprzedawcą e-commerce jest Amazon.com. Aby sprostać rosnącym wymaganiom klientów handel detaliczny musi stać się bardziej mobilny, szybszy i innowacyjny.

Tempo wzrostu przychodów 250 największych detalistów spada nieprzerwanie od roku 2011. Obecny wzrost na poziomie 4,1 proc. wskazuje, że najwięksi detaliści na świecie odczuli słabsze warunki gospodarcze. Rok wcześniej było to 4,9 proc., a dwa lata wcześniej 5,1 proc. Jak wynika z raportu Deloitte średni wzrost w latach 2008-2013 wynosił 4,2 proc. Aby znaleźć się na liście TOP250 spółka musiała w roku obrotowym 2013/2014 osiągnąć przychody w wysokości co najmniej 3,7 mld dolarów (dane ostatniej na liście firmy), a średni ich poziom przypadający na jedną firmę wyniósł 17,4 mld dolarów. Średnia marża zysku netto w branży wyniosła 3,4 proc. (rok wcześniej 3,1 proc.) „Na te wyniki miała wpływ przede wszystkim sytuacja w strefie euro, spowolnienie w Chinach i Brazylii, ale także kryzys w Rosji, która na skutek unijnych sankcji odczuła znaczne ograniczenie możliwości zakupowych swoich obywateli. Prawdopodobnie sytuacja ta nie zmieni się również w tym roku obrotowym” – mówi Magdalena Jończak, Dyrektor w Dziale Konsultingu, ekspert zespołu Consumer Business, Deloitte Polska.

Raport Deloitte wskazuje na główne trendy, które będą rządzić w najbliższych miesiącach światowym handlem detalicznym: turystyka, mobilność, „szybkość”, wrażenia klienta i innowacyjność.

Globalną sprzedaż w dużej mierze będzie napędzać turystyka. Rocznie ponad miliard ludzi wybiera zagraniczne podróże, wydając w tym czasie ponad bilion dolarów. Coraz częściej są to turyści z krajów wschodzących, reprezentujących klasę średnią. Szacuje się, że połowa z 16 mld euro ze sprzedaży francuskich towarów luksusowych jest uzależniona od turystów. Dlatego sieci handlowe muszą inwestować budowanie świadomości swoich marek nawet w krajach, w których nie prowadzą działalności operacyjnej.

Rozwój nowoczesnych technologii i rosnąca popularność smartfonów sprawia, że globalny handel detaliczny musi stawiać również na mobilność. Do 2015 roku 65 proc. populacji na świecie będzie korzystać z telefonu komórkowego, a 83 proc. stron internetowych będzie przeglądanych na tabletach i smartfonach. W czasie kolejnych trzech lat globalna sprzedaż za pośrednictwem urządzeń mobilnych przekroczy 638 mld dolarów, czyli tyle ile jeszcze rok temu wynosiła wartość całego handlu elektronicznego na świecie. Sieci handlowe nie mogą być na to zjawisko obojętne. Muszą w swoich sklepach udostępniać klientom darmowe Wi-Fi oraz dostosowywać swoje strony internetowe do urządzeń mobilnych.

Zdaniem ekspertów Deloitte światowym handlem detalicznym będzie rządziła także „szybkość”, trend który jest na tym rynku obecny od co najmniej dziesięciu lat, ale teraz będzie on jeszcze bardziej widoczny. Obejmuje on:

  • „szybką modę” (jak najszybsze udostępnienie do sprzedaży;
  • trendów prezentowanych na wybiegach);
  • produkty dostępne przez krótki okres czasu, co powoduje, że zakupy dokonywane są natychmiast;
  • sklepy tymczasowe tzw. pop-up, umożliwiające bardzo szybkie wprowadzenie produktów i usług na rynek;
  • budzące zainteresowanie: kasy samoobsługowe skracające lub likwidujące kolejki.

Sieci handlowe muszą maksymalnie skrócić swoje łańcuchy dostaw, aby zaspokoić oczekiwania klientów z pokolenia Y. Tym samym klientom trzeba też dostarczyć wrażeń, dlatego sieci oprócz zakupów coraz częściej proponują im, m.in.: kampanie w mediach społecznościowych, witryny interaktywne czy pokazy mody. Wszystko to ma jeszcze bardziej niż wcześniej zaangażować konsumentów i związać ich z daną marką. „Wymagania klientów nadal będą rosnąć, co stawia przed sieciami handlowymi duże wyzwania związane z wykorzystaniem nowych technologii i innowacyjnych rozwiązań. Obserwujemy na świecie, ale także i w Polsce rosnącą liczbę lokalizacji typu click and collect, wykorzystanie beaconów do zarządzania relacją z klientem, aplikacje i roboty porządkujące półki czy połączone w sieć Internetu Rzeczy sprzęty domowe w ofercie. Największe sieci, takie jak Wal-Mart czy Amazon intensywnie inwestują w laboratoria innowacji, a ich śladem zapewne podążą kolejni gracze na tym rynku” – uważa Magdalena Burnat-Mikosz, Partner, Lider Innovation Consulting w Deloitte.

Pomimo nie najlepszych warunków gospodarczych prawie 80 proc. firm obecnych w zestawieniu zanotowało wzrost przychodów w ostatnim zamkniętym roku obrotowym, a 179 spółek poprawiło swoją rentowność. Amerykańska sieć Wal-Mart nadal pozostaje największym światowym detalistą i generuje roczne przychody 4,5 razy wyższe niż jej najpoważniejszy konkurent. Na drugim miejscu znalazło się Costco, które awansowało o jedną pozycję. Kolejne miejsca zajmują: Carrefour, Schwarz Group, Tesco i Kroger – wszystkie osiągnęły przychody powyżej 98 mld dolarów. Tesco spadło z drugiego na piąte miejsce, zarówno na skutek zmniejszenia sprzedaży, jak i osłabienia kursu funta brytyjskiego względem dolara amerykańskiego. Jak przewidują eksperci Deloitte, zajmujący szóste miejsce Kroger, dzięki przejęciu supermarketów sieci Harris Teeter w styczniu 2014 roku, może w przyszłości znacznie poprawić swoją pozycję.

W ubiegłym roku obrotowym grupa 10 największych sprzedawców detalicznych na świecie rosła wolniej niż całe TOP 250 i zanotowała wzrost przychodów jedynie o 2 proc.

Dziesięciu największych detalistów na świecie/ TOP 10 Global Retailers – wykres poniżej

Prawie jedna czwarta przychodów sieci detalicznych, które znalazły się w TOP 250 pochodziła z działalności prowadzonej w innych krajach niż rodzime. W omawianym okresie detaliści działający na rynkach wschodzących nadal odnosili korzyści z wysokiego popytu wewnętrznego. W odróżnieniu od spółek z branży handlu detalicznego na rynkach rozwiniętych, które zmagały się z nienajlepszą sytuacją ekonomiczną, dobra koniunktura na rynkach wschodzących umożliwiła detalistom kontynuację agresywnego wzrostu. „Stawce przewodzili detaliści z regionu Afryki i Bliskiego Wschodu, których przychody wzrosły o prawie 13 proc., wyprzedzając spółki z sektora konsumpcyjnego Ameryki Południowej (10,4 proc.). Dla porównania wzrost przychodów detalistów operujących w Europie wyniósł jedynie 2,6 proc., a w Ameryce Północnej 3,1 proc. Aż 22 firmy z 90 europejskich spółek obecnych w zestawieniu zanotowały spadek przychodów” – mówi Magdalena Jończak.

Podobnie jak w poprzednim roku sektor FMCG stanowi ponad 50 proc. wszystkich detalistów w zestawieniu. Jednak po dwóch latach dominacji tego sektora, jeżeli chodzi o wzrost przychodów, w tym roku to branże modowa oraz artykułów sportowych i rekreacyjnych zanotowały większy ich wzrost, odpowiednio o 5,8 i 5,3 proc. Dla porównania w przypadku FMCG było to 4 proc. (rok temu 5,3 proc.). Wciąż najbardziej rentownym z handlowych działów jest moda i akcesoria, której średnia marża zysku netto wyniosła 7,6 proc., czyli ponad dwa razy więcej niż w całym TOP250.

Po raz drugi w raporcie Deloitte znalazł się ranking 50 największych na świecie e-sprzedawców. Aż 37 z nich znalazło się także na liście TOP 250, a 39 z nich prowadzi również sprzedaż tradycyjną. Większość spośród 50 czołowych e-detalistów ma siedzibę w Stanach Zjednoczonych (25) i Europie (19). Liderem w tym zestawieniu jest amerykańska grupa Amazon.com ze sprzedażą w 2013 roku na poziomie 61 mld dolarów. Na drugim i trzecim miejscu znajdują się odpowiednio chiński największy sprzedawca internetowy JD.com oraz Wal-Mart.

Aktywność w handlu elektronicznym poddano także analizie dla całej grupy 250 największych globalnych spółek z branży sprzedaży detalicznej. W roku obrotowym 2013 aż 40 firm z TOP 250 nie prowadziło działalności e-commerce. Z analizy Deloitte wynika, że były to głównie supermarkety oraz dyskonty spożywcze

TOP 5: Global e- retailers  – wykres poniżej.

Informacje o publikacji:

Raport „2015 Global Powers of Retailing. Embracing Innovation” przedstawia ranking 250 największych światowych sieci detalicznych oraz 50 największych e-sprzedawców. Opracowanie zawiera również prognozę dla gospodarki światowej, trendy w nadchodzących miesiącach oraz analizę kapitalizacji rynku w branży detalicznej. Ranking firm powstał na podstawie łącznej wielkości przychodów ze sprzedaży detalicznej, a nie tylko samych obrotów.Tegoroczna edycja raportu grupuje firmy na podstawie danych za ostatni zamknięty rok finansowy tj. FY 2013/2014 (obejmujący rok podatkowy kończący się najpóźniej w czerwcu 2014 r.). Dla celów niniejszej analizy w przychodach ze sprzedaży detalicznej uwzględnia się opłaty licencyjne i franszyzowe oraz przychody ze sprzedaży hurtowej do spółek stowarzyszonych/członkowskich lub innych kontrolowanych spółek zajmujących się sprzedażą hurtową lub sklepów w centrach handlowych.

Boruta-Zachem obniża koszty, podejmuje współpracę z zagranicznymi ośrodkami naukowymi oraz planuje akwizycje spółek technologicznych

0

CEO Magazyn Polska

Bydgoska spółka chemiczna Boruta-Zachem, produkująca biosurfaktanty wykorzystywane m.in. w kosmetykach i środkach czyszczących, w najbliższych miesiącach uruchomi nowy system CRM, który obniży koszty o 10 proc. Nie wyklucza także akwizycji firm technologicznych. Równie istotnym krokiem będzie pozyskanie we współpracy z uniwersytetami z Mediolanu i Ulsteru dofinansowania z UE na rozwój nowych produktów, które podwyższą konkurencyjność firmy na światowym rynku wartym 30 mld dolarów. Wyniki konkursu możliwe już w lutym.

– Obecnie cena surfaktyny jest horrendalnie wysoka, my będziemy ją będziemy produkować taniej. W zasadzie jesteśmy pierwszą firmą na świecie, która w tej technologii przemysłowej na tak dużą skalę będzie produkować surfaktynę – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Pawlikowski, wiceprezes zarządu spółki chemicznej Boruta-Zachem produkującej surfaktynę, czyli substancję zmieniającą właściwości cieczy.

Spółka, planując produkcję bardziej konkurencyjnych produktów niż obecne na rynku, musi przeprowadzić szereg działań, choćby akwizycje, optymalizację kosztową, i zainwestować w rozbudowę działu badań i rozwoju, wykorzystując dotacje unijne.

– W 2013 roku pozyskaliśmy dofinansowanie w ramach programu B2B [w ramach POIG 8.2 – red.] na ponad 1,7 mln zł. Obecnie tworzony jest autorski zarządzający system informatyczny, optymalizujący produkcję i przygotowujący firmę do większej skali działalności – tłumaczy Marcin Pawlikowski. – To kompleksowy system CRM połączony z zarządzaniem produkcją i magazynami. Jego zadaniem będzie podejmowanie optymalnych decyzji zarządczych.

W chwili obecnej system został już oddany do testowania pracownikom, do użytku oddany będzie najprawdopodobniej w połowie roku, a już pod koniec 2015 r. Boruta-Zachem powinna odnotować pierwsze efekty w postaci obniżenia kosztów o 10 proc.

– Jednym z naszych celów w strategii na najbliższe lata jest również akwizycja. Dzisiaj trudno jest o tym mówić, ale obserwujemy kilka firm –  mówi Pawlikowski. – W kwestii przejęć naszym celem jest wzrost potencjału technologicznego i pozyskiwanie firm, ekspertów innowacyjnych, którzy widzą nisze rynkowe w pewnych dziedzinach. Mamy w planach przejęcia, wszystko zależy od sytuacji rynkowej i ceny.

Dyrektor zarządu Boruta-Zachem przy akwizycjach nie wyklucza udziału funduszy private equity. Jak jednak zaznacza, ostateczny dobór spółek leży w gestii zarządu, rady nadzorczej i głównych akcjonariuszy. Rola funduszy PE polegałaby na współfinansowaniu takich transakcji i inwestycji.

Boruta-Zachem w ramach funduszy z nowej unijnej perspektywy finansowej w 2014 roku złożyła wniosek o dofinansowanie w wysokości 1,5 mln euro na projekt B+R z zakresu biosurfaktantów.

– W ramach biosurfaktantów kryją się nie tylko substancje, którą my będziemy produkować, czyli surfaktyny, lecz także inne substancje i w ramach naszej instalacji przemysłowej chcemy rozszerzyć nasz asortyment biosurfaktantów. Udało nam się znaleźć za granicą naukowe wsparcie Uniwersytetu w Ulsterze i uczelni w Mediolanie, teraz czekamy tylko na rozstrzygnięcie projektu – podkreśla Marcin Pawlikowski.

Jak przewiduje wiceprezes, wyniki konkursu mogą być znane już w lutym.

Boruta-Zachem 2 lipca 2014 roku zadebiutowała na giełdzie NewConnect. Kapitalizacja spółki wynosi niespełna 70 mln zł, a kurs akcji znajduje się w trendzie spadkowym, choć obecna cena 0,50 zł ma poziom z dnia debiutu na parkiecie. W tym roku Boruta-Zachem zamierza przenieść się na rynek główny GPW.

Atlas szuka nowych rynków. Trwają rozmowy na temat ekspansji w Europie Środkowej

0

CEO Magazyn Polska

Grupa Atlas szykuje się do wzmożonej ekspansji zagranicznej w regionie. Polski producent materiałów budowlanych, który jest już obecny w kilku państwach Europy Środkowej, prowadzi rozmowy z kolejnymi partnerami. Cel to znacząca pozycja nawet na pięciu zagranicznych rynkach.

Obecnie polski potentat jest niekwestionowanym liderem branży na rynku białoruskim. Zajmuje też znaczącą pozycję na Łotwie oraz w Rumunii. To jednak nie jest koniec ambitnych planów spółki, która jeszcze nie ujawnia, który kraj ma na celowniku, ale przyznaje, że rozmowy o już trwają.

Są takie plany, w tej chwili prowadzimy rozmowy z kilkoma spółkami w Polsce i jedną spółką zagraniczną – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Paweł Kisiel, wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu Grupy Atlas. – Atlas głównie chce się rozwijać w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, ponieważ tu jest jeszcze potencjał rozwojowy. Rynki zachodnie są rynkami bardzo ułożonymi, stabilnymi, dlatego widzimy większe szanse na rozwój tutaj.

Na rynkach zachodniej Europy Atlas jest także obecny, jednak głównie dzięki swoim produktom. Obecnym nie tyle w sklepach z materiałami budowalnymi, co na placach budów.

Jesteśmy obecni praktycznie we wszystkich krajach Europy Zachodniej, bo nasi wykonawcy wyjeżdżają, są dzisiaj w wielu krajach Europy opowiada Paweł Kisiel. Tam, gdzie są nasi wykonawcy, tam są nasze produkty. Często też nasi partnerzy handlowi ze ściany zachodniej przygotowują wysyłki towaru pod koniec tygodnia albo przyjeżdżają do nich firmy wykonawcze, które pracują w Niemczech, i ładują w sobotę towar, a w poniedziałek już ten towar jest gdzieś na budowie w Niemczech.

Za granicą Atlas ma dwie spółki produkcyjne oraz trzy spółki handlowe. Sprzedaż eksportowa to obecnie około 20 proc. sprzedaży Grupy.

 W tej chwili naszym największym rynkiem zagranicznym jest Białoruś, gdzie jesteśmy większościowym udziałowcem firmy Taifun podkreśla wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu Grupy Atlas.Mamy tam obecnie trzy zakłady, dwa materiałów chemii budowlanej, jeden zakład perlitu, który został uruchomiony w 2014 roku, a w tym roku, w I kwartale, uruchomimy zakład produkcji papy. Wszystkie te zakłady są zlokalizowane w Grodnie. Firma Taifun jest głównym graczem na rynku chemii budowlanej na Białorusi.

W Rumunii, gdzie Grupa Atlas jest jednym z graczy, jest dużo większa konkurencja, a rynek jest bardzo rozdrobniony. Polski producent może się jednak pochwalić dużą dynamiką na tym rynku. Atlas korzysta tam z doświadczenia zdobytego w sferze marketingowej, sprzedażowej, bo jak podkreśla wiceprezes Paweł Kisiel  sztuką nie jest wyprodukować, lecz efektywnie i dobrze sprzedać. Spółka działa też w Rosji i na Ukrainie. W tej chwili raczej symboliczne, żeby zaznaczyć swe zainteresowanie rynkami tych państw.

Obecnie weryfikujemy swoje podejście do tych rynków, ponieważ sytuacja tam jest mocno niestabilna. Na Ukrainie możemy mówić o regularnej wojnie, w szczególności we jej wschodniej części. Musimy być bardzo ostrożni. Nie chcemy wycofać się z tych rynków, chcemy tam zostać, ale musimy zweryfikować swoją politykę.

Kolejna grupa przestępców paliwowych rozbita – oszustwa na co najmniej 330 mln zł

Funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego Policji wspólnie z policjantami Komendy Wojewódzkiej Policji i Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu oraz Kontrolą Skarbową, przy współdziałaniu z Generalnym Inspektorem Informacji Finansowej, Służbą Celną i Strażą Graniczną, rozbili międzynarodową grupę przestępczą zajmującą się nielegalnym obrotem paliwami na ogromną skalę.

W efekcie przeprowadzonych działań zatrzymano 13 osób ze ścisłego kierownictwa grupy przestępczej. Ponadto przeprowadzono czynności procesowe z udziałem kilkunastu innych osób. Ujawniono i zabezpieczono mienie podlegające zajęciu o łącznej wartości ok. 167 mln złotych.

Prowadzona na szeroką skalę realizacja sprawy, którą przeprowadzało 500 funkcjonariuszy wszystkich służb, przebiegała na terenie 9 województw i objęła ponad 60 lokalizacji. Były to miejsca zamieszkania osób, biura ze zgromadzoną dokumentacją oraz 7 baz paliwowych.

W toku trwającego wiele miesięcy śledztwa, prowadzonego pod nadzorem Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu, funkcjonariusze CBŚP wspólnie z Kontrolą Skarbową ustalili, że grupa wykorzystując mechanizm tzw. „znikającego podatnika” sprowadza do Polski z innych krajów Unii Europejskiej paliwo, nie składając wymaganych przepisami prawa stosownych deklaracji, uchylając się tym samym od uiszczenia należnego podatku VAT. Dostarczane do Polski paliwa wprowadzane były do obrotu przy wykorzystaniu fikcyjnych transakcji wykonywanych w obrębie powiązanych ze sobą i współpracujących podmiotów. Dodatkowo w cały obrót zaangażowane były w charakterze „operatorów finansowych” podmioty działające jako różnego rodzaju stowarzyszenia, które nie mogą prowadzić tego typu działalności. Utrudniano w ten sposób stwierdzenie przestępczego pochodzenia paliwa, jak i uzyskanych z tego procederu środków finansowych. Zyski z nielegalnej działalności inwestowane już były w różnego rodzaju legalne przedsięwzięcia, takie jak budowa osiedli mieszkaniowych oraz biurowców.

Grupa przestępcza mogła sprowadzić do Polski blisko 500 mln litrów paliwa o wartości 2 mld złotych. Szacunkowa wartość uszczupleń Skarbu Państwa wyniosła, co najmniej 330 mln złotych.
Na poczet grożących podejrzanym karom finansowym, dokonano zabezpieczenia składników majątkowych będących własnością podejrzanych m.in. w postaci szeregu nieruchomości, pieniędzy oraz udziałów w spółkach o łącznej wartości 167 milionów złotych.

Osobom zatrzymanym zostały przedstawione zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, przy czym dwie z osób usłyszały zarzut kierowania tą grupą. Ponadto większość z nich usłyszała zarzut ukrywania środków finansowych pochodzących z przestępstwa oraz uchylania się od obowiązków podatkowych, co jest zagrożone karą pozbawienia wolności do lat 8. Wobec 5 osób sąd zastosował środki zapobiegawcze w postaci tymczasowego aresztowania, a wobec pozostałych poręczenia majątkowe w kwotach do 100 tys. złotych.

Przeprowadzenie powyższej realizacji możliwe było dzięki doskonałej współpracy wszystkich zaangażowanych służb.

Altus TFI planuje przejęcia kolejnych firm z branży. Spółka miała w 2014 roku wyższe zyski niż w 2013 roku

0

CEO Magazyn Polska

Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych Altus po przejęciu pod koniec stycznia SKOK TFI zapowiada kolejne fuzje. Firma deklaruje, że jej zyski w zeszłym roku wzrosły, i podkreśla, że inwestorzy Altusa zarobili mimo słabej koniunktury na warszawskim parkiecie.

W zeszłym roku na warszawskiej giełdzie bywały lepsze okresy, kiedy indeksy rosły, ale cały rok wypada raczej słabo. WIG20 stracił w tym czasie 3,54 proc. Mimo to udziały w funduszach Altusa strat nie przyniosły.

– Rok 2014 choć był bardzo trudny, ponieważ spadały płaskie indeksy, było mało zmienności, bardzo źle zachowały się małe i średnie spółki, które spadły w tamtym roku o ponad 16 proc., to pozwolił nam obronić wyniki inwestycyjne i większości funduszy pokazaliśmy niezerowe stopy zwrotu, a w kilku funduszach, szczególnie w funduszach dłużnych, udało nam się zrobić dobre dodatnie stopy zwrotu – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Osiecki, prezes Altus TFI.

Z danych Analiz Online wynika, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy tylko jeden z 17 funduszy Altus miał ujemną stopę zwrotu, a rekordzista wzrósł o 12,7 proc. Aktywa zarządzane przez Altus TFI na koniec stycznia 2015 roku wynosiły 6,33 mld zł.

Właśnie pod koniec stycznia Altus podpisał umowę o przejęciu innego TFI, związanego z Spółdzielczymi Kasami Oszczędnościowo-Kredytowymi. Za warte ok. 15 mln zł towarzystwo zapłaci własnymi akcjami i po uzyskaniu zgód regulatorów rynku, KNF oraz UOKiK, zwiększy sumę zarządzanych aktywów o 1 mld zł, do blisko 7,6 mld. Większą swobodę inwestycyjną Altus TFI zyskał pomyślnie wchodząc w zeszłym roku na GPW.

– Rok 2014 mimo że był trudny, to suma summarum był dla naszej firmy nie najgorszym rokiem – ocenia Piotr Osiecki. – Na pewno to, co nam się udało, to wejść na giełdę i pozyskać kapitał na akwizycję, nad tym bardzo mocno pracujemy i liczymy, że mimo wszystko uda nam się przejąć inne TFI w 2015 roku. Na obecny rok patrzymy z umiarkowanym optymizmem.

 

Dotychczas Altus TFI opublikował wyniki osiągnięte w ciągu trzech pierwszych kwartałów 2014 roku. Wynika z nich, że dla spółki był to znacznie lepszy rok niż poprzedni. Jej przychody w tym czasie były o 11,5 mln zł wyższe i sięgały niemal 58,6 mln zł. Zysk netto Altus TFI był bliski 24 mln zł przy ponad 15 mln osiągniętych podczas trzech kwartałów 2013 roku.

Rzeczywiście ubiegły rok był dla nas dużo lepszy niż 2013 rok – podkreśla prezes Altus TFI. – Przypomnę, że w 2013 roku wypracowaliśmy 37,5 mln zysku netto. Natomiast cały czas się rozwijamy, budujemy aktywa i umiarkowanie optymistycznie patrzymy na 2015 rok, mimo dużej zmienności, której oczekujemy.

Altus TFI prowadzi m.in. tzw. fundusze zamknięte. W przeciwieństwie do funduszy otwartych przedmiotem inwestycji są tu certyfikaty inwestycyjne, które w przeciwieństwie do jednostek uczestnictwa w funduszach otwartych są niepodzielne, a wyjście z inwestycji może nastąpić wyłącznie w określonym momencie. Minimalna kwota inwestycji to 40 tys. euro. Fundusze takie mają większą swobodę inwestowania niż ich otwarte odpowiedniki.

– Fundusze zamknięte, są korzystniejsze i łatwiejsze dla zarządzających do zarządzania – ocenia Piotr Osiecki z Altus TFI. – Ograniczenia inwestycyjne i regulacje dotyczące tych funduszy są mniejsze niż w funduszach otwartych. Z punktu widzenia strategii absolutnej stopy zwrotu i naszych pozycji długich i krótkich longshortów, które budujemy na naszych portfelach, często wygodniej jest zarządzać funduszami zamkniętymi.

Prof. W. Orłowski: Większość postulatów związkowców to populizm. Państwo jako słaby właściciel jest zbyt skore do ustępstw

Zarząd Jastrzębskiej Spółki Węglowej nie może ulegać populistycznym żądaniom związkowców i musi bronić interesu właścicieli – twierdzi prof. Witold Orłowski. Chociaż dialog jest potrzebny, a w niektórych przypadkach postulaty związków zawodowych są uzasadnione, to w obecnej sytuacji w górnictwie protestujący domagają się nierealnych i szkodliwych dla całego społeczeństwa działań. Państwo jest jednak zbyt słabym właścicielem, by egzekwować swój interes.

Można i trzeba o różnych problemach rozmawiać, ale po kolei, w zależności od tego, czy to jest rzeczywiście uzasadnione, czy nie, czy to jest możliwe do realizacji. Natomiast o postulacie „niech wszystkim zostaną podwyższone płace”, nie ma co rozmawiać, podobnie jak o postulacie „niech rząd zakaże importu tańszego węgla z zagranicy”. To jest postulat nie do zrealizowania, więc o tym nie ma co rozmawiać, to jest czysty populizm – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC.

W Jastrzębskiej Spółce Węglowej bezterminowy strajk trwa od 28 stycznia. Negocjacje związkowców z władzami spółki postępują bardzo powoli i na razie doprowadziły jedynie do sporządzenia protokołu rozbieżności. W negocjacjach nie uczestniczy prezes spółki Jarosław Zagórowski, którego odwołania domagają się związkowcy.

Prof. Orłowski podkreśla, że to właśnie zarząd spółki z prezesem na czele odpowiada za wyniki spółki. Choć interes pracowników powinien być uwzględniony przy zarządzaniu firmą, nie mogą oni podejmować decyzji personalnych i strategicznych. Związki zawodowe nie powinny w ocenie eksperta domagać się traktowania równego z zarządem spółki.

Ta struktura jest jednak często zaburzona w spółkach państwowych, bo Skarb Państwa jest zbyt słabym właścicielem – uznaje prof. Orłowski. Problemem jest to, że politycy poza interesem ekonomicznym muszą też myśleć o swoich notowaniach i wyborach, więc bardziej niż prywatny właściciel są skłonni do kompromisu ze związkowcami.

Jeżeli w którymś momencie związki zawodowe mówią, że nie lubią zarządu, nie dlatego, że ten zarząd robi błędy, tylko dlatego, że na przykład jest zbyt twardy i chce egzekwować interes właściciela, to państwo jako ten słaby właściciel nie bardzo potrafi stanąć murem za zarządem, raczej będzie negocjował ze związkami zawodowymi – wyjaśnia prof. Orłowski.

Takie zachowanie państwowego właściciela prowadzi często do zaprzepaszczenia zysków spółki. Nawet jeśli firmy są rentowne, to po nadmiernych kompromisach ze stroną związkową nie realizują w pełni swojego potencjału.

Zyski są rozdrapywane, a nie oddawane temu komu się należą, czyli właścicielowi, państwu, czyli nam wszystkim. Państwo jest długookresowo kiepskim właścicielem, chociażby dlatego że jest bardzo podatne na tego typu naciski – podkreśla prof. Orłowski.

Jego zdaniem łatwo zrozumieć polityków, którzy będąc u władzy, niezależnie od opcji politycznej, są skorzy do ustępstw wobec związkowców. Dlatego obecna sytuacja w JSW nie jest winą zarządu, który ma ograniczone pole manewru między roszczeniowymi pracownikami a słabym i uległym właścicielem.

Jednocześnie obecna sytuacja nie może być pretekstem do tego, by z góry skreślać dialog ze związkowcami. Ich żądania często są uzasadnione, na przykład wtedy, gdy domagają się zmiany formy zatrudnienia z narzucanych pracowników umów o dzieło na umowy o pracę. Strona społeczna pełni też funkcję kontrolną wobec działań władz spółek i może wskazać błędy kierownictwa. Jak jednak przekonuje prof. Orłowski, gdy związkowcy popadają w populizm, właściciel nie może się ugiąć. Żądania ograniczenia dostępu do importowanego węgla (sprzeczne z prawem unijnym) oraz próba wymuszenia zmian personalnych to właśnie tego typu postulaty.

Zarząd odpowiada przede wszystkim przed właścicielem i radą nadzorczą, a nie przed związkami zawodowymi – podkreśla prof. Orłowski. ‒ Związki zawodowe 25 lat spędziły na blokowaniu wszelkich prób prywatyzacji kopalń. Gdyby kopalnie były sprywatyzowane, pracowałoby tam znacznie mniej osób, oczywiście nie byłoby strajków, byłyby dobrze wynagradzane, ale jakby była trudna sytuacja, to dokonywano by redukcji kosztów, a nie jechano z kilofami straszyć polityków, skutecznie wymuszając na nich ustępstwa.

Mazowsze przeznaczy jedną trzecią budżetu na inwestycje. Po raz pierwszy od lat nakłady wzrosną

CEO Magazyn Polska

W tym roku budżet województwa mazowieckiego wyniesie 2,6 mld zł, z czego jedna trzecia zostanie przeznaczona na nowe i trwające inwestycje. Wydatki na ochronę zdrowia, kulturę i oświatę wyniosą po około 200 mln zł. W drugiej połowie roku rozpoczną się pierwsze inwestycje finansowane w ramach nowego okresu oprogramowania funduszy europejskich. Tylko z Regionalnego Programu Operacyjnego Mazowsze otrzyma w sumie 2,83 mld euro.

– Nasze wydatki będziemy dzielić na obszar inwestycyjny i nakłady bieżące, ale po raz pierwszy od wielu lat będzie to budżet, w którym zwiększymy wydatki inwestycyjne – powiedział agencji informacyjnej Newseria Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego. – Na ten cel przeznaczymy prawie jedną trzecią pieniędzy w budżecie.

Przyczyną tak korzystnej sytuacji, jak tłumaczy marszałek, jest zmniejszenie janosikowego, czyli podatku płaconego przez najbogatsze województwa na rzecz najbiedniejszych. W ubiegłym roku Mazowsze zapłaciło z tego tytułu ok. 640 mln zł, na ten rok zobowiązania wynosiły 0,5 mld zł. W marcu ubiegłego roku Trybunał Konstytucyjny orzekł, że podatek jest niekonstytucyjny, bo nie pozostawia samorządom kwot wystarczających do wywiązania się z ich ustawowych obowiązków. Zgodnie z proponowanymi przez rząd zmianami Mazowsze zapłaci ponad 200 mln zł mniej.

Inwestycje będą dotyczyły przede wszystkim infrastruktury drogowej i mostowej – precyzuje Adam Struzik. – Mazowsze ma 3 tys. km dróg wojewódzkich, kilkaset obiektów mostowych inżynieryjnych i w związku z tym musimy przywrócić im finansowanie. Przeznaczymy w br. ponad 300 mln zł tylko na to, żeby utrzymywać infrastrukturę w przyzwoitym stanie.

Jedną z największych inwestycji będzie budowa dróg dojazdowych do nowego mostu w Solcu nad Wisłą.

Drugim ważnym obszarem, który będzie wspierany z budżetu województwa, będą wpłaty na utrzymanie i rozwój połączeń kolejowych. Na koleje trafi ponad 300 mln zł.

Dotację otrzymają Koleje Mazowieckie, którymi obecnie przemieszcza się 63 mln pasażerów, i Warszawska Kolej Dojazdowa mająca ponad 8 mln pasażerów – tłumaczy marszałek Mazowsza. – To bardzo ważne elementy mobilności Mazowsza: pracowników, studentów i wszystkich, którzy chcą dojechać i wyjechać z Warszawy.

Prawie 200 mln zł przeznaczonych zostanie na ochronę zdrowia, a na kulturę i oświatę – ok. 300 mln zł. Pieniądze trafią zarówno w formie inwestycji, jak i w postaci dofinansowania do działalności bieżącej.

W nowej perspektywie unijnej kluczowym projektem województwa będzie „Internet dla Mazowsza”. Zgodnie z jego założeniami wybudowana zostanie światłowodowa sieć szkieletowo-dystrybucyjna oraz dostępowa NGA (FTTB) w 33 miejscowościach. Celem projektu jest zapewnienie wszystkim mieszkańcom Mazowsza dostępu do sieci szerokopasmowej.

To jedna z największych inwestycji tego typu w Europie – przekonuje marszałek Struzik. – W tej chwili wyceniana jest na prawie 0,5 mld zł, z czego województwo przeznaczy na ten cel w tym roku ponad 50 mln zł. Nie jest to nowa inwestycja, ale kontynuowana.

W ramach nowego okresu programowania, jak zapowiada Adam Struzik, pierwsze inwestycje rozpoczną się mniej więcej w połowie br.

Mamy ciągle niedobory w infrastrukturze, ale program przyszłej perspektywy dotyczyć będzie głównie wsparcia przedsiębiorczości, dalszego rozwoju społeczeństwa informacyjnego, gospodarki niskoemisyjnej, czyli realizacji projektów optymalizujących zużycie energii – wymienia Struzik. – Takie projekty już zresztą realizujemy, np. wart ponad 40 mln zł projekt dla 12 szpitali dotyczący wykorzystania odnawialnych źródeł energii, które znacznie obniżą koszty funkcjonowania placówek. To w pewnym sensie kontynuacja rzeczy z zakończonej już perspektywy, która w tym roku będzie rozliczona.

W sumie w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego (RPO) Mazowsze ma otrzymać z funduszy europejskich 2,83 mld euro (obecnie 11,9 mld zł), z programów ogólnokrajowych kolejne 1,7 mld euro.

W 2014 roku zagraniczne firmy sprawdziły 124 tys. partnerów z Polski. Najwięcej zapytań pochodziło z Niemiec

Wywiadownie gospodarcze mają coraz więcej pracy. W 2014 roku zagraniczne firmy sprawdziły w nich 124 tys. partnerów z Polski, to o około 18 proc. więcej niż rok wcześniej – wynika z danych Bisnode Polska. Najwięcej zapytań o kondycję partnera biznesowego pochodziło z mających największy udział w polskim eksporcie Niemiec. Rzadko krajowe firmy sprawdzane były przez kooperantów z Czech i Rosji. Najczęściej zapytania dotyczą firm z branży żywnościowej, produkcji maszyn i różnego rodzaju urządzeń.

Nasze dane dowodzą, że w 2014 roku polskie firmy najczęściej były sprawdzane przez głównych partnerów handlowych zagranicznych naszego kraju. Osiem z 10 krajów, które najczęściej pytały o krajowe firmy, znajduje się na liście głównych partnerów eksportowo-importowych Polski – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Kremser, dyrektor ds. rozwoju Bisnode Polska, firmy zajmującej się zarządzaniem ryzykiem biznesowym. – W sumie zagraniczne firmy sprawdziły 124 tys. polskich kooperantów. Najwięcej zapytań pochodziło z Niemiec – naszego największego, zagranicznego partnera handlowego.

Często o kondycję polskich firm pytali również przedsiębiorcy z Wielkiej Brytanii, USA, krajów Beneluksu i Włoch. Rzadko takie zapytania wystosowywały firmy z Czech i Rosji. W pierwszym przypadku, jak sugeruje Kremser, może to wynikać z niekorzystnego wizerunku, jaki w tym kraju został stworzony wokół polskiej żywności, w drugim – z kłopotów we współpracy gospodarczej związanych z sytuacją polityczną i militarną na Wschodzie.

Zapytania z zagranicy najczęściej dotyczą przedsiębiorstw związanych z produkcją żywności, a także producentów maszyn i różnego rodzaju urządzeń – wskazuje Kremser. – Należy pamiętać o tym, że jesteśmy bardzo dużym producentem wszelkiego typu produktów spożywczych i potężnym ich eksporterem. Nasza współpraca z zagranicą w sektorze produktów żywnościowych jest bardzo znacząca i w związku z tym podmioty działające w tej branży cieszą się największym zainteresowaniem firm zagranicznych.

Dzięki raportom, jak tłumaczy Kremser, zagraniczni kontrahenci mogą poznać sytuację finansową przedsiębiorstwa zarówno z ostatnich dwunastu miesięcy, jak i dłuższego okresu (na przykład kilku lat).

Chodzi nie tylko o podstawowe dane rejestrowe, które pozwalają stwierdzić samo istnienie firmy, lecz także te dotyczące zdarzeń prawnych, zarówno tych pozytywnych, jak i tych negatywnych, oraz wszelkie informacje dotyczące kondycji finansowej i działalności operacyjnej – wyjaśnia Kremser. – Daje to szeroki pogląd na temat sprawdzanego podmiotu. Analiza zakończona jest rekomendacją, ale decyzja o rozpoczęciu lub zaniechaniu współpracy leży w gestii zamawiającego.

Jak podkreśla ekspert, analiza i rekomendacja są bardzo pomocne przy podejmowaniu takiej decyzji. Opracowania dotyczące kondycji w dłuższym okresie pozwalają zaobserwować trendy w rozwoju ewentualnego kontrahenta i zdarzenia, które pomagają wyciągnąć wnioski dotyczące jego prawdopodobnych zachowań w przyszłości.

Możemy wychwycić pewne niepokojące sygnały, takie jak spadek wartości majątku firmy, sprzedaży, nie wspominając już o spadku zysków – twierdzi Kremser. – Dane finansowe dają wiedzę na temat tego, z kim naprawdę mamy do czynienia. Do tego dochodzą informacje związane z moralnością płatniczą, które pozwalają ustalić, jak kontrolowany podmiot rozlicza się ze swoimi kontrahentami. Istotne są także informacje o zdarzeniach prawnych dotyczące na przykład częstotliwości zmian kadrowych na wysokich stanowiskach. Jeśli mają one miejsce bardzo często, jest to z reguły sygnał ostrzegawczy, skłaniający do zastanowienia, czy rzeczywiście jest to właściwy kandydat do współpracy.

W ubiegłym roku podmioty z Niemiec zleciły w Bisnode badanie 35 tys. polskich firm, co w porównaniu z 2013 rokiem stanowi wzrost o blisko 50 proc. Niewiele mniej zlecili przedsiębiorcy z Wielkiej Brytanii, którzy każdego roku zamawiają po ok. 25,6 tys. raportów. Trzecią pozycję zajmują przedsiębiorcy ze Stanów Zjednoczonych, którzy zlecili weryfikację 13,5 tys. podmiotów z Polski. Dalej znajdują się Hiszpanie, Holendrzy, Włosi i Francuzi, którzy w 2014 roku zamówili od 9 do 4,6 tys. raportów.

Pod koniec ubiegłego roku zadłużenie polskich przedsiębiorstw zgłoszone do Krajowego Rejestru Długów wyniosło ok. 4,2 mld zł i w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zwiększyło się o ok. 570 mln zł. Długi polskich firm są obecnie warte prawie cztery razy więcej niż w 2009 roku.

W lutym ponownie ruszą prace przy wieżowcu Złota 44. Odbiór pierwszych mieszkań w II kw. 2016 r.

Niemal 200 mln zł wyda konsorcjum spółki BBI Development i amerykańskiego funduszu Amstar na doprowadzenie inwestycji Złota 44 do stanu deweloperskiego. Prace przy budowie wieżowca w centrum Warszawy zostaną wznowione jeszcze w tym miesiącu. Odbiory zaplanowano na II kwartał 2016 r.

Złota 44 to najwyższy wyłącznie mieszkalny budynek w Unii Europejskiej. Znajduje się tam 38 tys. metrów kwadratowych powierzchni użytkowej, około 270 apartamentów najwyższej klasy – mówi agencji informacyjnej Newseria Michał Skotnicki, prezes zarządu BBI Development. ‒ Planujemy, że doprowadzenie do stanu deweloperskiego będzie kosztować około 180-190 mln zł i taki stan uzyskamy w II kw. przyszłego roku.

Budowa charakterystycznego wieżowca przy ul. Złotej 44 w Warszawie rozpoczęła się już w 2008 r. Budynek zaprojektował światowej sławy architekt Daniel Libeskind. Co prawda w 2013 r. udało się zakończyć budowę bryły budynku, jednak ze względu na problemy finansowe firmy Orco Property Group, inwestora, nie udało się wykończyć wnętrz. W sierpniu 2014 r. budynek kupiło konsorcjum BBI Development i Amstaru.

Prace nad wykończeniem wnętrz mają zostać wznowione jeszcze w lutym.

Zamierzamy zakończyć prace w częściach wspólnych na przełomie I i II kw. przyszłego roku i doprowadzić do odbiorów w połowie przyszłego roku. To jest ambitny plan, ale jak najbardziej do zrealizowania – zapowiada Skotnicki.

Po ukończeniu budowy przy Złotej 44 znajdzie się 266 apartamentów na 52 piętrach. W budynku będzie też 25-metrowy basen, spa, siłownia oraz recepcja z concierge dla mieszkańców. Skotnicki dodaje, że mieszkańcy będą mieli też do dyspozycji prywatną salę kinową oraz piwnicę win. Wnętrza budynku zaprojektowała firma Woods Bagot z Londynu.

Powierzchnia części wspólnych budynku wyniesie 1,4 tys. mkw., a BBI Development podkreśla, że dzięki tej przestrzeni budynek nie będzie miał konkurenta w stolicy Polski.

Planujemy jeszcze wygospodarować na parterze jakieś dobre miejsce na restaurację. Dzięki tym wszystkim atrakcją budynek nie będzie miał konkurenta przez 3-4 lata w trakcie komercjalizacji na rynku warszawskim – zapewnia Skotnicki.

Banki będą zatrudniać więcej ekspertów od e-bankowości i obsługi zamożnych klientów

Wraz z przenoszeniem bankowości do internetu instytucje finansowe będą zmniejszały sieć stacjonarnych placówek. W związku z tym wiele nowych miejsc pracy w tym sektorze będzie związanych z nowoczesnymi technologiami. Poszukiwać pracowników będą też działy zajmujące się zamożnymi klientami. Z kolei branża ubezpieczeniowa będzie poszukiwać wysoko wykwalifikowanych pracowników, którzy pomogą we wdrażaniu unijnej dyrektywy Solvency II.

Sektor bankowości i ubezpieczeń się konsoliduje. Na pewno będzie coraz mniej podstawowych profili agentów, bo większość usług przenosi się do internetu. Wiele nowo tworzonych miejsc pracy będzie wiązało się właśnie z media społecznościowymi i niekonwencjonalnymi metodami dotarcia do klientów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Młynarczyk, dyrektor zarządzający Hays Poland.

Według opracowanego przez Hays Poland „Raportu płacowego 2015” ten rok upłynie w bankowości i instytucjach finansowych pod znakiem rozwoju nowoczesnych technologii. Wraz z upowszechnianiem e-bankowości i zmniejszaniem liczby tradycyjnych oddziałów będzie pojawiać się więcej ofert dla specjalistów tego typu.

Na pewno będą to bardziej dochodowe stanowiska. Będą poszukiwane osoby z dużo większymi kwalifikacjami i tym samym średnio w tym sektorze pensje na osobę będą rosły nawet dwucyfrowo – prognozuje Michał Młynarczyk.

Wzrośnie zapotrzebowanie również na profesjonalnych sprzedawców obsługujących zamożnych klientów i na pracowników zajmujących się pomnażaniem i ochroną ich majątku. Hays ocenia, że poszukiwani będą również eksperci ds. ryzyka rynkowego, operacyjnego oraz kredytowego. W związku z rozwojem praktyk przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy rośnie zapotrzebowanie na ekspertów w tej dziedzinie.

Z kolei na rynek pracy w branży ubezpieczeniowej największy wpływ będzie miał rozwój kanałów dystrybucji i centralizacja większości usług oferowanych przez ubezpieczycieli.

Będzie na pewno dużo ofert dla zawodów analitycznych, tworzących nowe rozwiązania i poszerzających to, co do tej pory w ubezpieczeniach było standardem. Będziemy starali się w tej branży penetrować nowe nisze i proponować je klientom. To jest bardzo konkurencyjny rynek i na pewno będzie na nim dużo przetasowań – mówi Młynarczyk.

Firmy ubezpieczeniowe będą też poszukiwać specjalistów, którzy pomogą w dostosowywaniu przepisów do wymogów unijnej dyrektywy Solvency II, szczególnie aktuariuszy i menadżerów ryzyka. Chodzi m.in. o zmianę procesów biznesowych, opracowanie dokumentacji, przeprowadzenie Własnej Oceny Ryzyka i Wypłacalności, weryfikację jakości danych i systemów IT.

Producenci drobiu liczą na jego większe spożycie w Polsce. Dziś konsumpcja wynosi 27 kg na mieszkańca rocznie

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy produkują znacznie więcej mięsa drobiowego, niż Polacy są gotowi zjeść. Dlatego ok. 30 proc. produkcji trafia na eksport, głównie na rynki UE. Zgodnie z prognozami Komisji Europejskiej spożycie białego mięsa w krajach europejskich wzrośnie o 7 proc. w ciągu kolejnej dekady. Producenci chcą też nakłaniać Polaków, by jedli więcej indyczego mięsa.

Polska już od kilku dobrych lat produkuje więcej, niż jest sama w stanie skonsumować, dlatego eksport sięga w tej chwili około 30 proc. produkcji. Dynamicznie rośnie i się rozwija – mówi agencji informacyjnej Newseria Maciej Sośnicki, dyrektor dywizji surowcowo-mięsnej Indykpolu.

Jak podkreśla, wyroby jego firmy w dużej części trafiają na stoły konsumentów z bogatszej części Europy. Według prognoz Komisji Europejskiej spożycie drobiu w krajach UE wzrośnie w ciągu najbliższych 10 lat o 7 proc. Jedna trzecia polskiej produkcji drobiu jest eksportowana na rynki wspólnoty.

– Głównym kierunkiem eksportu są kraje Unii Europejskiej, czyli Europa Zachodnia. Dynamika eksportu od kilku lat jest powyżej 15 proc. W minionym roku osiągniemy blisko 20 proc. przyrostu eksportu.

Indykpol zapowiada, że przez cztery lata wyda na inwestycje 200 mln zł. W tym czasie zamierza o 40 proc. zwiększyć moce produkcyjne, a w perspektywie 6-7 lat nawet je podwoić.

– Nasze kluczowe decyzje będą zapadać w najbliższych miesiącach. Mamy wiele projektów, które są bardzo interesujące i które dziś jeszcze ze sobą konkurują – deklaruje Maciej Sośnicki.Decyzje zapadną wkrótce.

W ciągu trzech pierwszych kwartałów 2014 roku przychody netto ze sprzedaży Indykpolu przekraczały 838 mln zł i były wyższe niż rok wcześniej o ponad 95 mln. Zysk netto bliski był 14 mln zł przy 2 mln osiągniętych w 2013 roku. Choć branża będzie się konsolidować, Indykpol zamierza rozwijać się w sposób organiczny. Nie zamierza też zajmować się produkcją mięsa czerwonego.

– Jesteśmy producentem i przetwórcą mięsa drobiowego, dlatego teraz chcielibyśmy się skupić na tej działalności – ucina spekulacje dyrektor dywizji surowcowo-mięsnej Indykpolu.

Potwierdza natomiast plany promocji przetworów drobiowych. Już dziś statystyczny Polak spożywa niemal 27 kg mięsa drobiowego i jego przetworów na osobę rocznie. To więcej od unijnej średniej.

Siłą rzeczy promowanie produktów indyczych wpisuje się w naszą strategię. Mięso indycze ma doskonałe walory odżywcze, co za każdym razem staramy się podkreślić, chodzi o unikalność mięsa, mowa tu o filecie czy mięsa z udźca z indyka, o których nie wszyscy konsumenci wiedzą.

Indykpol zamierza przekonywać Polaków do mięsa drobiowego, informując o jego zaletach kalorycznych, smakowych i zdrowotnych. Liczy też, że zyska zaufanie konsumentów tym, jaką wagę przykłada do jakości.

W naszych kampaniach i promocyjnych działaniach podkreślamy również to, że jesteśmy nie tylko ekspertami w produkcji tych wędlin, dzięki czemu gwarantujemy jakość i powtarzalność naszych produktów, lecz także w pewnym sensie firmą unikalną na tle całego rynku, bo kontrolujemy cały proces: od pola do stołu – informuje Maciej Sośnicki.

Zmiany na rynku prezerwatyw. Mniejsi producenci walczą z liderami rynku wartego 180 mln zł

0

Około 180 mln zł rocznie wydają Polacy na prezerwatywy. Rynek jest zdominowany przez firmy Durex i Unimil, które łącznie mają 80 proc. udziału. Dla Polaków najważniejszą cechą jest jednak dobra cena jednostkowa, dlatego mniejsze firmy liczą na odebranie udziału liderom, trudno przecież oczekiwać zwiększenia wartości całego rynku.

W tej chwili rynek zdominowany jest przez dwóch światowych graczy, którzy swoje produkty lokują głównie w kategorii premium. Cały rynek wart jest około 180 mln zł i ci dwaj duzi gracze mają łącznie około 80 proc. rynku – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Olgierd Wejner, dyrektor generalny Abpol Company Poland, producenta prezerwatyw You&Me. ‒ Nasza spółka liczy na dalszy rozwój sprzedaży prezerwatyw, ponieważ jest to rynek, który co prawda w całej swojej masie już nie będzie rósł w najbliższych latach, ale nasze produkty są konkurencyjne w stosunku do liderów rynku.

Liderzy rynku prezerwatyw w Polsce to brytyjski Durex oraz należący do australijskiego koncernu Ansell Limited Unimil. Obydwie marki są dla zamożniejszych klientów – podkreśla Wejner. Dlatego na rynku jest miejsce dla mniejszych producentów, którzy będą w stanie dostarczyć tańsze jednostkowo produkty.

Wejner podkreśla, że to właśnie cena jednostkowa jest dla konsumentów najważniejszym czynnikiem. Abpol zamierza zapewnić niską cenę m.in. dzięki sprzedaży prezerwatyw w większych, 12-sztukowych opakowaniach. Dzięki temu koszt jednej prezerwatywy dla klientów może spaść nawet do 1 zł.

Dodaje, że spółka liczy na doświadczenie ze sprzedażą prezerwatyw marki Rosetex, którymi przez kilka lat rywalizowała z liderami rynku. Do 2010 r. był to jedyny produkt firmy Abpol. Następnie marka ta została sprzedana koncernowi SSL Healthcare International. W 2012 r. marka Rosetex powróciła do Abpolu, ponieważ opiekę nad nią powierzył spółce nowy właściciel marki ‒ koncern Reckitt Benckiser (właściciel Dureksa). W 2013 r. marka Rosetex została ostatecznie sprzedana przez Abpol.

Taka rywalizacja jest bardzo trudna, ponieważ są to światowe koncerny, które mają bardzo duże doświadczenie nie tylko na naszym rynku, lecz także na rynkach światowych. My natomiast mamy bardzo duże doświadczenie w takiej rywalizacji i chcemy je wykorzystać – podkreśla Wejner. Elastyczność w negocjacjach handlowych, odpowiednie warunki handlowe dla sieci i doświadczenie w zdobywaniu miejsca na półce – to są nasze atuty.

Wejner zaznacza, że branża nie liczy na wzrosty całego rynku. To wynika z demografii – liczba młodych Polaków nie zwiększa się, a jak wynika z danych Kinsey Institute, prezerwatywy są stosowane przede wszystkim przez osoby do ok. 35. roku życia.

Dyrektor generalny firmy Abpol dodaje, że spółka liczy na powolne wzrosty również w innych sektorach rynku produktów szybko zbywalnych, w których jest obecna. Firma sprzedaje również produkty marek własnych m.in. plastry oraz kleje szybkoschnące, a pod marką zewnętrzną różnego rodzaju suplementy i preparaty witaminowe.

CDP.pl za trzy lata planuje być liderem sprzedaży online w kategorii kultura i rozrywka. Chce wyprzedzić Empik i Merlina

0

CEO Magazyn Polska

Sprzedająca do niedawna multimedia jedynie w kanale cyfrowej dystrybucji platforma CDP.pl zdecydowała się na sprzedaż również na fizycznych nośnikach. Decyzja wynika stąd, że użytkowników cyfrowych mediów wciąż jest na rynku niewielu, a sprzedaż tradycyjnych form ma się bardzo dobrze. Za 2-3 lata platforma chce osiągnąć pozycję lidera sprzedaży w obszarze kultury i rozrywki i tym samym prześcignąć Empik i Merlina. Klienci bowiem coraz częściej wybierają bardziej specjalistyczne sklepy.

Już od jakiegoś czasu obserwowany jest trend specjalizacji na rynku. Klient odchodzi od kupowania w miejscach, gdzie jest mydło i powidło, i zaczyna interesować się miejscami, które są wyspecjalizowane. Dziś w wielu konkurencyjnych sklepach, kiedy szukam książek, filmów czy gier dostaję zupełnie inną ofertę: hantle, produkty trekkingowi czy spożywcze. To jest uzasadnione atrakcyjnością tych ofert w internecie, ale jest też zaprzeczeniem misji tych miejsc – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Gembicki, dyrektor zarządzający CDP.pl.

Jak podkreśla, platforma CDP.pl ma być miejscem wyłącznie z ofertą z dziedzin rozrywka i kultura. Liczy na to, że w ciągu trzech lat osiągnie pozycję lidera w tych kategoriach.

Za 2-3 lata chcemy być tam, gdzie dziś jest Empik czy Merlin – mówi Gembicki. – Wszystkie nasze plany są skoncentrowane wokół dwóch dużych przedsięwzięć. Jednym z nich jest właśnie zostanie najlepszym polskim sklepem z multimediami i wyprzedzenie naszych największych konkurentów.

Według nowej strategii platforma rozpoczęła sprzedaż wysyłkową multimediów. Do tej pory zajmowała się głównie cyfrową dystrybucją e-booków, gier, audiobooków i komiksów z filmami.

W tej chwili kategorii jest więcej. Dodatkowo – oprócz wszystkich tych produktów na fizycznych nośnikach  oferujemy też produkty hobbystyczne, takie jak gry planszowe, karciane i wybraną ofertę sprzętową – wszystkie urządzenia, na których konsumujemy media, czyli tablety, czytniki i akcesoria dla graczy – wymienia Michał Gembicki.

Jak podkreśla, platforma zdecydowała się na sprzedaż multimediów w formie wysyłkowej, bo mimo rozwoju cyfrowej dystrybucji wciąż stanowi ona niewielką część rynku.

Użytkownik cyfrowych mediów w Polsce jest jeszcze niszowy. To są pionierzy rynku. Natomiast zwiększyła się grupa ludzi, którzy kupują przez internet, produkty fizyczne. Ci ludzie są przekonani do tego, że w internecie można już nabyć wszystko, a nawet więcej niż w sklepach fizycznych, ale ciągle chcą dostać produkt do ręki. Dla nich właśnie otworzyliśmy ten model wysyłkowy, bo w ten sposób możemy dziś zbudować dużo większą bazę klientów, niż opierając się tylko o cyfrową dystrybucję – mówi Gembicki.

W ciągu ostatnich dwóch lat sklep bardzo rozwinął swoją ofertę. Gdy platforma rozpoczynała sprzedaż w 2012 roku, to oferowała 30 cyfrowych artykułów, głównie gier. Dziś ma w ofercie ok. 40 tys. pozycji.

Drugim obszarem, na którego rozwoju skupia się CDP.pl, jest sprzedaż hurtowa. Spółka dystrybuuje produkty takich firm, jak Blizzard czy Disney. Za trzy miesiące w sprzedaży pojawi się trzecia część kultowej gry Wiedźmin.

Z tytułem „Wiedźmin 3: Dziki Gon” wiążemy ogromne nadzieje, bo trudno o coś bardziej oczekiwanego na rynku w tej chwili – mówi dyrektor zarządzający Cdp.pl. – Liczymy na to, że sprzedaż będzie tak dobra, jak naszych największych dotychczasowych hitów, np. „Diablo 3” czy takich hitów rynkowych, jak „GTA”, a może nawet lepsza. „Wiedźmin” ma potencjał tak duży, że jest w stanie zostać najlepiej sprzedającym się tytułem w Polsce.

Sukces Polaków w Rajdzie Dakar zachęci nowych sponsorów. Może wymusić też zmianę strategii obecnych

Sukces Rafała Sonika w tegorocznym Rajdzie Dakar to szansa na popularyzację i przyciągnięcie nowych sponsorów do sportów motorowych w Polsce. Dotychczasowi sponsorzy muszą jednak przemyśleć swoją strategię – sukces w Ameryce Południowej odniosło bowiem dwóch kierowców, których nie wspierają największe polskie koncerny.

Rafał Sonik zwyciężył w Rajdzie Dakar w kategorii quadów, jadąc w barwach swojego własnego zespołu Sonik Team. Z kolei Krzysztof Hołowczyc, który dokonał monumentalnego wyczynu, zajmując trzecie miejsce w kategorii samochodów, jechał w barwach Mini. W tym momencie dla wielkich polskich sponsorów motosportu, jak Orlen, pojawia się bardzo ważne pytanie o zmianę koncepcji czy nawet strategii reklamowej i marketingowej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

Rafał Sonik w tym roku jako pierwszy Polak w historii zwyciężył w Rajdzie Dakar. Startował w kategorii quadów i zwyciężył z niemal 3-godzinną przewagą. W kategorii samochodów trzecie miejsce na rozegranym w pierwszej połowie stycznia w Argentynie, Chile i Boliwii rajdzie zajął Krzysztof Hołowczyc.

Kita podkreśla, że jeszcze kilka lat temu takie sukcesy wydawały się być poza zasięgiem polskich sportowców. Polacy zaistnieli już jednak we wszystkich najbardziej prestiżowych zawodach w różnych dyscyplinach – Robert Kubica ścigał się w Formule 1, a obecnie jest kierowcą rajdowym w najwyższej kategorii WRC, Agnieszka Radwańska odnosi sukcesy na kortach tenisowych, a Marcin Gortat jest cenionym koszykarzem w amerykańskiej lidze NBA.

Ich sukcesy trzeba w pewnym sensie komercjalizować, może nie monetyzować, ale przede wszystkim reklamować, wykorzystywać i promować. W tej chwili duża szansa jest po stronie Polskiego Związku Motorowego, który powinien zauważyć okazję i próbować ją wykorzystać.– twierdzi Kita.

Kita zwraca uwagę na to, że sporty motorowe są szczególnie trudne dla widzów, a przez to mniej atrakcyjne dla sponsorów. Są bardzo kosztowne, a widzowie oglądają tylko niewielką część całego rajdu. Nawet podczas wyścigów na torze fani widzą jedynie fragment zawodów. Duże zainteresowanie mediów i kibiców sukcesem Sonika i Hołowczyca może jednak trwale poprawić sytuację tego sportu. Kita podkreśla jednak, że motosport przyciąga niewielu sponsorów, którzy gotowi są zainwestować duże środki w tę dziedzinę sportu.

Mówię oczywiście o tych największych sponsorach, jak Orlen czy Lotos. Natomiast ostatni Dakar w pewnym sensie być może zrewolucjonizuje podejście marketingowe do kwestii motosportu – prognozuje Kita.

W tym roku sponsorowani przez PKN Orlen kierowcy zajęli dalsze miejsca – w kategorii motocykli najwyższe, 18. miejsce zajął Jacek Przygoński, a wśród kierowców samochodów na 23. lokacie zawody ukończyli Marek Dąbrowski i Mark Powell.

Okazuje się, że ci, którzy najbardziej punktują w Dakarze, pozostają poza sferą sponsoringu czy kampanii reklamowych największych polskich sponsorów. Dla mnie bez wątpienia to jest moment, w którym należy się bardzo głęboko zastanowić nad tym, czy wystarczy sama obecność, czy rzeczywiście trzeba inwestować w tych, którzy mają najwięcej doświadczenia, osiągają największe sukcesy i tak naprawdę są największymi fighterami Dakaru i motosportu – wyjaśnia Kita.

Polska wkracza w trzecią falę transformacji technologicznej, którą napędza Internet Rzeczy

Po erze automatyzacji oraz dynamicznego rozwoju Internetu świat wchodzi w nową epokę transformacji nowoczesnych technologii, w której uwaga producentów koncentruje się na produkcie i jego możliwościach. Rozwój Internetu Rzeczy wpływa na zacieranie się granic pomiędzy przemysłem, handlem a usługami i pociąga za sobą zmiany w tradycyjnym postrzeganiu sektorów. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte, rozwój wielu nowych rozwiązań TMT (technologie, media, telekomunikacja) w najbliższych kilkunastu miesiącach będzie napędzany w dużej mierze przez przedsiębiorstwa, a nie indywidualnych użytkowników. Dotyczy to również dronów czy drukarek 3D, w produkcji których polskie firmy liczą się na świecie. Są jednak dziedziny, które oprą się tej rewolucji. Jedną z nich są książki, które ciągle będą drukowane.

Po erze automatyzacji oraz dynamicznego rozwoju Internetu świat wchodzi w nową epokę transformacji nowoczesnych technologii, w której uwaga producentów koncentruje się na produkcie i jego możliwościach. Rozwój Internetu Rzeczy wpływa na zacieranie się granic pomiędzy przemysłem, handlem a usługami i pociąga za sobą zmiany w tradycyjnym postrzeganiu sektorów. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte, rozwój wielu nowych rozwiązań TMT (technologie, media, telekomunikacja) w najbliższych kilkunastu miesiącach będzie napędzany w dużej mierze przez przedsiębiorstwa, a nie indywidualnych użytkowników. Dotyczy to również dronów czy drukarek 3D, w produkcji których polskie firmy liczą się na świecie. Są jednak dziedziny, które oprą się tej rewolucji. Jedną z nich są książki, które ciągle będą drukowane.

Pierwsza fala transformacji rynku w wyniku rozwoju nowych technologii przypadła na lata 60 i 70 i polegała na automatyzacji procesów. Druga transformacja nastąpiła na skutek pojawienia się Internetu i powiązanych z nim rozwiązań. Internet Rzeczy (IoT) jest przyczyną trzeciej fali zmian. „Inteligentny, skomunikowany produkt wyposażony w sensory i procesory daje producentom dostęp do informacji dotąd dla nich niedostępnych, ale także stawia nowe wyzwania. Inteligentny przedmiot dostarcza mnóstwo wiedzy na temat użytkownika i jego potrzeb. To całkowicie zmienia podejście do prowadzenia biznesu, zaciera granice pomiędzy branżami, producentami i dostawcami usług, a także znacznie zwiększa rynkową konkurencyjność” – wyjaśnia Agnieszka Zielińska, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego, Ekspert TMT w Deloitte.

Zgodnie z corocznym raportem Deloitte „TMT Predictions”, w tym roku dojdzie do dalszego, intensywnego rozwoju Internetu Rzeczy, polegającego na wzajemnej komunikacji urządzeń, która pozwala na wysyłanie i odbieranie danych oraz wykonywanie w związku z tym określonych zadań. W 2015 roku globalna wartość modułów sprzętowych, umożliwiających funkcjonowanie IoT może wynieść 10 mld dolarów, a usług z tym związanych (np. dedykowane plany taryfowe, analizy danych, wdrożenia, itp.) nawet 70 mld dolarów. Rozwój Internetu Rzeczy będzie zależał głównie od przedsiębiorców, którzy nabędą 60 proc. wszystkich urządzeń bezprzewodowych IoT. „Nowe technologie, takie jak Internet Rzeczy wspierają rozwój modeli biznesowych firm oraz mogą wpłynąć na ich wyniki finansowe, efektywność operacyjną czy budowanie relacji z klientami. Już dziś Internet Rzeczy jest wykorzystywany w wielu sektorach, takich jak energetyka czy logistyka, choć czasami nie zdajemy sobie z tego sprawy.” – mówi Jakub Wróbel, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu, Ekspert TMT w Deloitte.

Za pięć lat u aż 80 proc. konsumentów energii w Polsce powinny zostać zamontowane inteligentne liczniki, a już dziś coraz więcej polskich miast inwestuje lub planuje inwestycje w inteligentne systemy sterowania ruchem. Polskie firmy są coraz bardziej liczącymi się graczami na rynku beaconów, systemu czujników potrafiących wymieniać informacje z aplikacjami na telefony komórkowe. „Problemem, który niesie za sobą Internet Rzeczy, to ochrona prywatności. Przesyłane dane muszą być zabezpieczone, a ich transfer kontrolowany” – wskazuje Jakub Wróbel.

Jak będzie kształtował się rynek dronów? Zdaniem Deloitte w tym roku aktywna baza dronów cywilnych, kosztujących 200 dolarów i więcej przekroczy liczbę miliona sztuk, a sprzedaż dronów cywilnych wyniesie ok. 300 tys. sztuk. Niektóre szacunki rynkowe wskazują, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat mogą one stanowić nawet 10 proc. rynku lotniczego. Drony cywilne znajdują zastosowanie w przemyśle filmowym i rozrywkowym, jak również telekomunikacyjnym. Już teraz służą w walce z przestępczością.

Wykorzystanie dronów rozważa m.in. policja w Dąbrowie Górniczej, a PKP Cargo testuje je jako środek do ochrony przed kradzieżą węgla. Biuro Bezpieczeństwa Narodowego także zapowiedziało zakup dronów. Według prognoz Deloitte przychody globalnego rynku dronów wyniosą w tym roku pomiędzy 200 a 400 mln dolarów.

W swoim raporcie Deloitte zwraca także uwagę na dynamiczny rozwój druku 3D. W 2015 roku na świecie zostanie sprzedanych blisko 220 tys. drukarek 3D o łącznej wartości 1,6 mld dolarów. Do roku 2017 około 70 proc. całej sprzedaży trafi do konsumentów prywatnych, będą to jednak jednostki o ograniczonej funkcjonalności. Pod względem wartości sprzedanych drukarek prawie 90 proc. sprzedaży trafi do firm, a 95 proc. przedmiotów wydrukowanych w 3D przypadnie na przedsiębiorstwa (99 proc. pod względem wartości). Barierą dla odbiorców indywidualnych są głównie koszty. Obecne na rynku domowe drukarki 3D kosztują ok. tysiąca dolarów i są w stanie drukować jedynie małe przedmioty o ograniczonej funkcjonalności. Kilogram materiału do druku kosztuje średnio 50 dolarów. Przeszkodą są także skomplikowana obsługa, prędkość drukowania i spójność druku.

Polskie firmy jako jedne z pierwszych wkroczyły na rynek drukarek 3D, co pozwoliło im zająć dobrą pozycję. „W ubiegłym roku sprzedały one około 10 proc. drukarek 3D na świecie. Z polskiej drukarki 3D korzysta m.in. BMW, Audi i Stihl oraz Dell. Obecnie produkty firmy są dostępne w 16 krajach. Jedna z polskich firm w ub. roku podpisała kontrakt wart 100 tys. dolarów z amerykańskim gigantem Amazon.com. Z naszych rozmów z polskimi producentami drukarek 3D wynika, że w najbliższych latach Polska powinna utrzymać swoją znaczącą pozycję” – mówi Agnieszka Zielińska.

Trzecia fala transformacji nowoczesnych technologii ma wpływ także na handel, o czym świadczy rosnąca liczba lokalizacji typu click and collect. W Europie wzrośnie ona w 2015 roku do pół miliona, co stanowi wzrost o 20 proc. w stosunku do roku ubiegłego. System click and collectumożliwia nabywcom odbiór towarów zakupionych przez Internet w miejscach, takich jak wydzielona przestrzeń sklepu, centrum handlowe lub paczkomat zlokalizowany na stacji transportu publicznego. Ta forma handlu dynamicznie rozwija się także w Polsce, gdzie korzystają z niej takie firmy jak np. Tesco, Empik czy Zara. Z badania Deloitte dotyczącego świątecznych zakupów wynika, że 41 proc. polskich konsumentów przy wyszukiwaniu produktów korzysta ze sklepów internetowych, a dodatkowe 32 proc. korzysta zarówno z kanału internetowego, jak i sklepów tradycyjnych. Jednocześnie jednak aż 60 proc. wybiera wciąż zakupy w tradycyjnych sklepach i to z myślą o nich można wróżyć dalszy dynamiczny rozwój systemu „click and collect”.

Eksperci Deloitte zauważają, że jedną z niewielu dziedzin, która opiera się nowoczesnym technologiom, są książki, w tym przede wszystkim literatura piękna. W tym roku osiem na dziesięć sprzedanych na świecie książek będzie drukowane w tradycyjny sposób. Zgodnie z danymi Biblioteki Narodowej, w ubiegłym roku odsetek osób czytających książki w Polsce wyniósł blisko 42 proc. To o 2,5 punkty procentowe więcej niż dwa lata wcześniej, ale w grupie osób młodych wzrost ten wyniósł aż 8 punktów procentowych. Dominującym nośnikiem książek nadal jest papier (95 proc.). Zaledwie co dwudziesty badany czytał ją na komputerze. Sporadycznie wskazywano inne urządzenia mobilne, takie jak smartfon, tablet czy czytnik e-booków. Polscy czytelnicy najczęściej zaopatrują się w książki w tradycyjnych księgarniach, jednak ich udział w całkowitej sprzedaży maleje na korzyść księgarni internetowych, ale to już efekt wcześniejszej, drugiej fali transformacji technologicznej.

96. rocznica utworzenia NIK

7 lutego mija 96. rocznica powstania Najwyższej Izby Kontroli. Z tej okazji w Izbie odbyło się spotkanie poświęcone pamięci prezesów i pracowników, którzy szczególnie zasłużyli się w historii NIK.

Prezes Krzysztof Kwiatkowski wskazał w swoim wystąpieniu m.in. na Józefa Higersbergera – pierwszego Prezesa i budowniczego Najwyższej Izby Kontroli Państwa, generała Jakuba Krzemieńskiego, ostatniego Prezesa przed okupacją niemiecko-sowiecką, Waleriana Pańkę, człowieka Solidarności i pierwszego prezesa po odzyskaniu przez Polskę pełnej suwerenności w 1989 roku oraz Lecha Kaczyńskiego – twórcę zrębów prawnych współczesnej NIK, Prezydenta RP, który zginął tragicznie w katastrofie smoleńskiej. Wspomniany został również zmarły tragicznie pod Smoleńskiem Władysław Stasiak. Niedługo w Izbie odbędzie się uroczystość wręczenia nagrody jego imienia. Odbierze ją osoba, która ponad podziałami politycznymi zmienia rzeczywistość na bardziej przyjazną dla obywateli.

Biorący udział w spotkaniu przedstawiciele rodzin śp. prezesów i pracowników NIK wraz z kierownictwem Izby obejrzeli krótki film o historii tej instytucji i wysłuchali wspomnień dotyczących Józefa Higersbergera, Waldemara Pańki oraz Lecha Kaczyńskiego.

Na zakończenie uroczystości złożono kwiaty w miejscach  upamiętniających zasłużonych prezesów.

Obecna podczas uroczystości poseł Beata Kempa – od 2012 roku pracująca w sejmowej Komisji do Spraw Kontroli Państwowej – podkreśliła, że pracownicy NIK zasługują na najwyższe uznanie za profesjonalizm i propaństwową postawę. – Z dużym szacunkiem odnoszę się do działań Izby zarówno w kraju, jak i kontaktach międzynarodowych. Jesteście też jedyną znaną mi instytucją, która tak pieczołowicie przechowuje pamięć o swoich byłych prezesach. To zasługuje na moje najwyższe uznanie.

Zwolnienia lekarskie już w formie elektronicznej

Od 1 stycznia lekarze mogą wystawiać pacjentom elektroniczne zwolnienia lekarskie. Tradycyjne L4 na razie jeszcze nie znikną, ale mają być honorowane tylko do końca 2017 r.

E-zwolnienia będą przesyłane do ZUS i pracodawców drogą elektroniczną bezpośrednio z gabinetów lekarskich. Ma to usprawnić obieg dokumentów, uprościć procedury oraz oszczędzić pacjentom i lekarzom czasu, który tracili na własnoręczne przekazywanie druków.

Jak zaznacza w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl sekretarz Naczelnej Izby Lekarskiej dr n. med. Konstanty Radziwiłł, „warunkiem wprowadzenia tych innowacji jest przede wszystkim istnienie infrastruktury, która to umożliwi”. Oznacza to konieczność wyposażenia gabinetów lekarskich w komputery, odpowiednie programy i przyłącza, gwarantujące bezpieczne przesyłanie danych pacjentów.

Modernizacja wiąże się ze sporymi nakładami pieniężnymi. Jak zwykle w takiej sytuacji pojawia się pytanie, kto zostanie obciążony kosztami. Konstanty Radziwiłł wskazuje ZUS jako podmiot, który powinien odpowiadać za finansowanie wystawiania L4, i zauważa, że „byłoby niedobrze, gdyby to zakłady opieki zdrowotnej i lekarze musieli wydać kolejne pieniądze, by przystosować się do systemu”.

Z powodu braku odpowiedniej infrastruktury innowacje zostaną na razie wprowadzone tylko tam, gdzie będzie to możliwe. Jednak już nawet te częściowe zmiany powinny znacznie przyśpieszyć obieg dokumentów oraz ułatwić kontrolę nad wykorzystywaniem zwolnień przez pacjentów

 

Trybunał Konstytucyjny rozpatrzy wniosek Lewiatana

0

Wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności z Konstytucją RP niektórych przepisów ustawy o społecznej inspekcji pracy, złożony przez Konfederację Lewiatan, został wpisany na listę spraw rozpatrywanych.

Zdaniem Lewiatana w obecnej ustawie o społecznej inspekcji pracy brak precyzyjnego określenia maksymalnej liczby społecznych inspektorów pracy jaka może funkcjonować w zakładzie pracy, czego efektem jest nieuzasadniona ważnym interesem publicznym ingerencja w wolność gospodarczą pracodawców.

Konfederacja Lewiatan uważa, że niezgodny z Konstytucją RP jest również zapis o zbyt szerokim i ogólnikowym określeniu kompetencji społecznych inspektorów pracy. Prowadzi to do ingerencji w swobodę działalności gospodarczej pracodawców polegającej na umożliwieniu społecznym inspektorom pracy podejmowania działań wykraczających poza cele dla których powołano społeczną inspekcję pracy.

We wniosku do Trybunału Konstytucyjnego za niezgodne z Konstytucją uznano również inne przepisy dotyczące m.in. kwalifikacji wymaganych od społecznych inspektorów pracy, procedur ich wyboru i odwoływania, czy nieprecyzyjnego określenia obciążeń jakie pracodawca powinien ponosić w związku z działaniem społecznych inspektorów pracy.

Konfederacja Lewiatan

Porozmawiajmy o podwyżce

Ilu z nas chciałoby, szczególnie obecnie, usłyszeć od swojego pracodawcy informację o przyznanej podwyżce? Jak wynika z Raportu Pracuj.pl „Podwyżka bez tabu” – aż 75% pracowników oczekuje, że to szef sam zaproponuje podniesienie wynagrodzenia. Tak wyglądają nasze marzenia. A rzeczywistość?

 Wśród Polaków badanych przez TNS na zlecenie Pracuj.pl, tylko 52% odbyło kiedykolwiek rozmowę o podwyżce.  Jak wskazują wyniki, mniej niż połowa respondentów sama zainicjowała taką rozmowę – 38% badanych, a z kolei tylko jedna piąta (19%) została na nią zaproszona przez przełożonego. Pozostałe 48% badanych nigdy nie rozmawiało o podniesieniu wynagrodzenia. Powyższe dane świadczą o tym, że rozmowy o finansach nie są naszą mocna stroną.

 To, że prawie połowa z respondentów nigdy nie uczestniczyła w rozmowie o podwyżce, to zaskakujący wynik. Wśród badanych blisko 80% to osoby w wieku 30 lat lub starsze. Można założyć, że pracują one już od kilku lat, ale w tym okresie nie miały okazji dyskutować o zmianie poziomu zarobków. To zaś sugeruje, że trudno rozmawia się nam o płacach. Na tyle trudno, że znaczna część respondentów w ogóle nie porusza tego tematu– komentuje Maciej Bąk, Ekspert ds. Raportów Wynagrodzeń Grupy Pracuj

Co nas skłania do rozmowy o podwyżce?

 Z przeprowadzonego badania wynika, że do rozmowy o podwyżce motywują Polaków aspekty racjonalne, bezpośrednio związane z wykonywaną pracą zawodową. Najczęstszym impulsem do poruszenia tematu wynagrodzenia jest wzrost zakresu obowiązków – deklaruje tak 54% badanych. Kolejny aspekt to świadomość tego, że osoby na podobnym stanowisku zarabiają więcej. Również sukcesy w pracy przekładają się na większą śmiałość badanych w rozmowach o podniesieniu pensji. Jednak szanse na zmianę wynagrodzenia mamy zawsze, bo w dużej mierze podwyżka zależy od naszego przygotowania i sposobu przeprowadzenia rozmowy z pracodawcą.

Przygotuj się, przyjdź z propozycją

 Rozmowa o podniesieniu wynagrodzenia, to jak każde negocjacje biznesowe. Musimy mieć konkretne argumenty i być przygotowani na różne pytania.

 Do rozmowy o podwyżce powinniśmy się dobrze przygotować. Należy wziąć pod uwagę kilka czynników. Po pierwsze, zanalizujmy przebieg naszej pracy u obecnego pracodawcy. Może znajdziemy zawodowe sukcesy, nawet drobne, które pomogą nam uargumentować naszą prośbę – radzi Maciej Bąk, Ekspert ds. Raportów Wynagrodzeń Pracuj.pl – Pracodawca nie musi pamiętać o wszystkich naszych osiągnięciach, to my powinniśmy mu o tym przypomnieć – dobre relacje z zespołem, zadowolenie klientów, pochwały od przełożonych, to już są argumenty wskazujące na nas, jako na wartościowych pracowników. To nasz pierwszy krok. Po drugie zastanówmy się, jakie mamy dodatkowe kompetencje, których do tej pory nie mieliśmy okazji zaprezentować w pracy. Może doskonale znamy jakiś język obcy, a nie wykorzystywaliśmy do tej pory tej umiejętności? Może mamy predyspozycje pedagogiczne i moglibyśmy szkolić nowych pracowników? Warto zanalizować obecny zakres obowiązków, by wiedzieć o jakie dodatkowe zadania możemy go rozszerzyć. Bo przecież nie zawsze pracodawca musi nam wyznaczać obowiązki – możemy ich zmianę zaproponować sami, z korzyścią dla nas – dodaje Maciej Bąk.

 Jak pokazuje raport Pracuj.pl „Podwyżka bez tabu”, jednym z głównych bodźców do rozmowy o podwyżce jest świadomość tego, że osoby na podobnym stanowisku zarabiają więcej. Aby dowiedzieć się, ile zarabiają pracownicy o podobnym doświadczeniu, zakresie obowiązków i specjalizacji warto skorzystać z  serwisu zarobki.pracuj.pl. Dzięki temu w szybki i bezpłatny sposób zyskamy wiedzę, o jakich stawkach możemy rozmawiać z pracodawcą. Jak podkreślają eksperci, nie tylko nie powinniśmy bać się samej rozmowy o podwyżce, lecz także nie powinniśmy mieć oporów przed określeniem tego, jaka kwota wynagrodzenia nas satysfakcjonuje.

Artur Radziwiłł pełnomocnikiem rządu ds. wspierania reform na Ukrainie

Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Finansów Artur Radziwiłł będzie pełnomocnikiem Rady Ministrów do spraw wspierania reform na Ukrainiepoinformował minister finansów Mateusz Szczurek.

Pełnomocnik będzie umiejscowiony w Ministerstwie Finansów z uwagi na fakt, iż stabilność i bezpieczeństwo Ukrainy są obecnie w dużej mierze uwarunkowane jej sytuacją ekonomiczno-finansową i postępami w integracji europejskiej. To z kolei jest uzależnione od sukcesów w reformowaniu gospodarki. Zadaniem Pełnomocnika będzie identyfikacja priorytetów i potrzeb w bezpośrednim dialogu ze stroną ukraińską.

Ministerstwo jest zaangażowane w realizację projektów wspólnie z naszymi ukraińskimi partnerami. Aktywne są inne ministerstwa, instytucje publiczne. Pomaga oczywiście sektor pozarządowy, tutaj bardzo aktywny. Celem pełnomocnika jest skoordynowanie wszystkich tych działań i nakierowanie w jak najbardziej efektywny sposób na oczekiwania, na realne potrzeby reformatorskiego rządu w Kijowie – podkreślił minister Radziwiłł.

Jak zapowiedział wspólnie z rządem w Kijowie prowadzone są rozmowy o wykorzystaniu finansowego wsparcia udzielonego przez Polskę.

Powstanie ranking banków oraz lista najlepszych praktyk

Bieżący monitoring sektora bankowego dotyczący realizacji zobowiązań względem osób posiadających kredyty we frankach zapowiedział minister finansów Mateusz Szczurek.

Resort wspólnie z Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów będzie weryfikować czy przestrzegane są ustalenia dotyczące m.in. respektowania ujemnych stawek LIBOR. Zobowiązania takie zostały podjęte przez banki, które wyraziły zgodę także na zmniejszenie spreadu walutowego.

Zdecydowaliśmy się wraz z UOKiK wprowadzić stały monitoring banków, aby sprawdzić na ile wywiązują się one ze swoich zobowiązań i deklaracji oraz tego, jak wprowadzają zalecenia Komitetu Stabilności Finansowej – powiedział minister Mateusz Szczurek

Na podstawie cotygodniowych ankiet sporządzany będzie ranking banków uwzględniający ułatwienia oferowane osobom posiadającym kredyty we frankach. Będzie to też lista najlepszych praktyk w odniesieniu do kredytów walutowych.

W sprawozdaniach finansowych trudno odnaleźć informację o rzeczywistej kondycji spółek

Jak co roku Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA) opublikował wytyczne dla sporządzania sprawozdań finansowych przez emitentów. Wśród priorytetów na rok 2014 znalazły się zmiany dotyczące konsolidacji i sporządzania skonsolidowanych sprawozdań finansowych wynikające z nowych standardów MSSF (Międzynarodowe Standardy Sprawozdawczości Finansowej) 10, 11 i 12. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte zmiany te, zwłaszcza dotyczące rozszerzonego zakresu ujawnień wymagane MSSF12, wpłyną pozytywnie na przejrzystość skonsolidowanych sprawozdań finansowych. ESMA zwróciła również uwagę na nadmiar standardowych informacji ujawnianych w sprawozdaniach finansowych, które często nie odzwierciedlają realnej sytuacji finansowej przedsiębiorstw. Organ upomniał także banki, które w swych sprawozdaniach przekazują za mało informacji związanych z kontrolą jakości aktywów oraz zarządzania ryzykiem płynności i kredytowym.

W Polsce obowiązek stosowania MSSF mają instytucje finansowe oraz spółki giełdowe. Wydane przez Radę ds. Międzynarodowych Standardów Rachunkowości (IASB) nowe standardy dotyczące zagadnień konsolidacji MSSF 10,11 i 12, które w Unii Europejskiej zaczęły obowiązywać dla okresów sprawozdawczych rozpoczynających się od 1 styczna 2014 roku, maja wpłynąć na poprawę jakości skonsolidowanych sprawozdań finansowych.

Wprowadzona w MSSF 10 nowa definicja kontroli jak również rozszerzony proces analizy kontroli uwzględniające nie tylko prawa głosu, ale szereg innych ustaleń umownych, mogą w praktyce oznaczać włączenie do konsolidacji tych inwestycji, które do tej pory jej nie podlegały lub odwrotnie. W swoim dokumencie ESMA (European Securities and Markets Authority) przestrzega, że wniosku o istnieniu lub nieistnieniu kontroli nie można wyciągać na podstawie spełnienia pojedynczego wymagania standardu bez uwzględnienia innych aspektów wskazanych w standardzie a mogących wpłynąć na ocenę kontroli.

Może być to szczególnie istotne w przypadku konsolidacji funduszy inwestycyjnych lub struktur sekurytyzacyjnych. ESMA zwraca szczególną uwagę na konieczność ujawnienia subiektywnych osądów i założeń, jakimi kierują się emitenci w celu oceny kontroli nad inną jednostką.

W odniesieniu do jednostek strukturyzowanych należy również zwrócić uwagę na specyficzne obowiązki informacyjne w zakresie charakteru i zmiany ryzyka związanego z udziałami w takich jednostkach. Jeżeli ryzyko to mogłoby mieć istotny wpływ na sprawozdanie finansowe jednostki, wtedy emitenci powinni rozważyć informacje, poziom dezagregacji i specyficzne cechy jednostki mające znaczenie dla użytkowników sprawozdań finansowych.

Kolejny obszar wskazany jako priorytetowy dla sprawozdań sporządzanych za rok 2014, to ujmowanie tzw. wspólnych ustaleń umownych zgodnie z nowym MSSF11. Jego zastosowanie jest istotne przede wszystkim dla inwestorów, którzy wraz z innymi partnerami biznesowymi prowadzą wspólne przedsięwzięcie lub spółkę. Nowy MSSF dopuszcza dwa rodzaje ustaleń umownych: wspólne działania (zastępuje wspólnie kontrolowaną działalność oraz wspólnie kontrolowane aktywa) oraz wspólne przedsięwzięcia (zastępuje wspólnie kontrolowane jednostki) w zależności od praw i obowiązków stron. MSSF 11 likwiduje możliwość ujmowania udziału we wspólnym przedsięwzięciu metodą proporcjonalną pozostawiając rozliczanie takiej inwestycji wyłącznie metodą praw własności.

„Stosowanie MSSF 10 i 11 w sprawozdaniach po raz pierwszy może skutkować zmianami zakresu konsolidacji lub rozliczenia wspólnych ustaleń umownych. ESMA oczekuje, że firmy, których to dotyczy w swoich sprawozdaniach jasno opiszą powody, które doprowadziły do zmiany oceny relacji z daną jednostką oraz przedstawią wpływ tych zmian na ich politykę rachunkowości” – wyjaśnia Monika Jakubczyk, Dyrektor w dziale Audytu Deloitte.

Ostatni z nowych standardów MSSF 12 w całości dotyczy zakresu informacji ujmowanych w notach do sprawozdania finansowego. MSSF 12 wprowadza wymóg, by spółka ujawniła informacje umożliwiające czytelnikom jej sprawozdania finansowego ocenę charakteru i ryzyka inwestycji oraz wpływu inwestycji na sytuację finansową inwestora i przepływy pieniężne. Obowiązkiem stosowania MSSF 12 są objęte wszystkie spółki posiadające spółki zależne, wspólne ustalenia umowne, jednostki stowarzyszone lub nieobjęte konsolidacją jednostki strukturyzowane. „Katalog ujawnień w odniesieniu do jednostek konsolidowanych, niekonsolidowanych jednostek strukturyzowanych, wspólnych przedsięwzięć oraz jednostek stowarzyszonych został znacząco rozszerzony przez nowy standard MSSF 12. Z perspektywy nowych wymogów, istotne jest by emitenci starannie oceniali jakie informacje finansowe są kluczowe dla oceny sytuacji finansowej emitenta i je ujawnili”– mówi Marcin Samolik, Starszy Menedżer w Zespole Technicznym ds. MSSF Deloitte.

W swoim dokumencie europejski organ nadzorczy zwrócił także uwagę na sprawozdania finansowe banków. Zdaniem ESMA sektor bankowy powinien zwracać szczególną uwagę na zmianę wartości szacunkowych, korektę błędu czy monitorowanie i zarządzanie ryzykiem związanym z instrumentami finansowymi. Istotnym powinno być także przekazywanie przez banki wystarczających informacji na temat zmian w poziomie wymaganego kapitału regulacyjnego. „ESMA powołuje się na ubiegłoroczną kompleksową ocenę dokonaną przez Europejski Bank Centralny, który wskazał bankom błędy w ujawnieniach ustalania wartości godziwej, ryzyka płynności oraz zarządzania ryzykiem kredytowym. Biorąc pod uwagę, że sektor bankowy jest teraz pod szczególnym nadzorem instytucji nadzorujących, bezwzględnie powinien zastosować się do tych wytycznych” – mówi Monika Jakubczyk.

Ostatni priorytet, na który nadzorca zwraca uwagę to zagadnienie nie nowe, wydaje się które nie powinno sprawiać znaczących trudności jednostkom, a mianowicie ujmowanie i wycena aktywów z tytułu podatku odroczonego od niewykorzystanych strat podatkowych. Zdaniem ESMA, istnienie nierozliczonych strat podatkowych jest poważnym dowodem na to, że przyszły dochód do opodatkowania może nie zostać osiągnięty. ESMA oczekuje, że emitenci przy ocenie prawdopodobieństwa wystąpienia dochodu do opodatkowania, od którego można odpisać nierozliczone straty podatkowe przedstawią dowody poparte biznesplanami popierającymi ich ujęcie.

Polska atrakcyjnym rynkiem dla funduszy private equity i venture capital

Polska jest atrakcyjnym rynkiem dla funduszy private equity i venture capital. Niemal połowa inwestycji tego typu w Europie Środkowo-Wschodniej przeprowadzana była właśnie u nas. W porównaniu ze średnią europejską zaangażowanie funduszy w stosunku do PKB jest w Polsce jednak dwuipółkrotnie niższe. Za perspektywiczne uważane są branże związane z IT i internetem, ochroną zdrowia oraz usługami.

Jest to bardzo atrakcyjny region z tego powodu, że w ciągu ostatniej dekady dał najwyższe stopy zwrotu z inwestycji – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Michał Karwacki, ekspert międzynarodowej firmy doradczej Squire Patton Boggs. – Wynika to z faktu, że region dogania bardzo szybko świat i w związku z tym tworzy dużo szans inwestycyjnych, których nie ma aż tak wiele na rynkach rozwiniętych. One z kolei celują raczej w bardzo duże transakcje. U nas są to wciąż inwestycje raczej o mniejszej wartości.

Wyniki badań przedstawione w raporcie KPMG pokazują, że w latach 2004-2013 najpopularniejszymi branżami dla inwestorów PE działających w Polsce były technologie informacyjne, media i komunikacja (19 proc.), produkcja przemysłowa (18 proc.), sektor medyczny (13 proc.) oraz handel detaliczny (12 proc.). Wskazane branże odpowiadały za 62 proc. wszystkich inwestycji w spółki portfelowe dokonanych w badanym okresie. Zdaniem Michała Karwackiego najbardziej perspektywiczne obecnie są branże, które się szybko rozwijają.

Do takich zaliczyłbym przede wszystkim te związane z internetem, ochroną zdrowia oraz branżę usługową – uważa Karwacki. – Ale warto inwestować w  spółki, które dają najlepsze stopy zwrotu IRR (z ang. Internal Rate of Return – red.). Trudno mówić wprost o nazwach tych przyszłych targetów (podmiotów, w które lokowany jest kapitał – red.). Natomiast jak spojrzymy na portfolio funduszy private equity w Polsce, to bardzo łatwo znajdziemy przykłady firm, które maja bardzo dobrą IRR.

Spośród firm PE/VC, które zainwestowały w Polsce w dekadzie 2004-2013, aż 71 deklaruje uzyskanie 2-3-krotnego zwrotu z inwestycji. Pozostałe 29 proc. miało średni zwrot na poziomie wyższym niż trzykrotność. Nikt nie zadeklarował średniego zwrotu na poziomie niższym niż dwukrotność inwestycji. A to nie wyczerpuje potencjału.

– Myślę, że rynek ma bardzo duży potencjał. Jeżeli porównamy go z rozwiniętym, zachodnim, to w Polsce udział w PKB inwestycji private equity i venture capital jest będzie trzy razy mniejszy niż w Europie Zachodniej. Zatem trzykrotna potencjalna dynamika wzrostu w tym sektorze i ilości wolumenu jest prawdopodobna.

Według Europejskiego Stowarzyszenia Venture Capital (EVCA) udział inwestycji tego typu w polskim PKB w 2013 r. wyniósł 0,1 proc. Średnia dla Europy to 0,25 proc., a dla krajów naszego regionu ogółem – 0,06 proc. Prawie połowa środków zainwestowanych w CEE trafiła do polskich spółek (380 mln euro). Mimo 20-proc. spadku wartości inwestycji w Polsce liczba sfinansowanych spółek wzrosła o 20 proc., do poziomu 89 (wobec 74 w ubiegłym roku). Polska była też najaktywniejszym rynkiem wyjść z inwestycji PE/VC w 2013 roku. Na polskim rynku  wartość wyjść wzrosła pięciokrotnie, osiągając rekordowy poziom 285 mln euro. Wyjścia z polskich spółek stanowiły 38 proc. ogółu wartości wyjść w regionie.

W rozwoju sektora, jak zauważa Karwacki, bardzo ważną rolę odgrywa ścieżka dotarcia do podmiotów zainteresowanych taką inwestycją.

Można to robić na kilka sposobów – wskazuje Michał Karwacki z firmy Squire Patton Boggs. – Po pierwszeorganizowane są konferencje private equity i venture capital. Jedna z nich, taka największa, odbędzie już niedługo, w tym tygodniu, w Warszawie. Drugim źródłem jest kontrakt z doradcami. Trzecie, bardzo ważne, to bezpośrednie dotarcie do spółek, tzw. targetów. Tajemnicą jest już jednak to, jak przekonać menadżerów, że dany fundusz rzeczywiście jest najlepszy.

Ameryka zmaga się z mocnym dolarem. Część spółek w USA pogorszyła wyniki

CEO Magazyn Polska

Mocny dolar zaskoczył amerykańskie firmy. Wyniki tych spółek, które prowadzą działalność poza USA, są gorsze od oczekiwań. To oraz oczekiwany przez rynek spadek zysków koncernów paliwowych pogorszyło nastroje na amerykańskiej giełdzie.

Tania ropa i mocny dolar położyły się cieniem na wynikach części amerykańskich spółek, które przyciągnęły uwagę inwestorów i komentatorów w tym sezonie wyników. O ile skutki spadku cen surowców były oczekiwane, o tyle gospodarcze efekty wzmocnienia waluty najwyraźniej nie były dla inwestorów oczywiste.

– Sporym zaskoczeniem są wyniki koncernów międzynarodowych, czyli firm, które uzyskują znaczną część przychodów poza granicami Stanów Zjednoczonych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ. – Negatywny wpływ umocnienia się dolara w znaczeniu przejawia się tym, że przychody z tamtych rynków są mniejsze, niż się tego spodziewano. Może nie w aż tak duża skali, ale głównie chodzi o to, co komunikują spółki, jak to może wyglądać w przyszłych okresach, że jeżeli ten dolar będzie na obecnym poziomie, to te wyniki będą znajdowały się pod presją.

 

W rezultacie ostatni miesiąc na Wall Street wypadł raczej słabo. Dow Jones przez kilka sesji zyskiwał, przez kilka tracił, a w rezultacie zachowywał się podobnie, jak będący od lat w trendzie bocznym WIG20. Ostatecznie jest na poziomie zbliżonym do tego z 12 stycznia, czyli sprzed wyników Alcoi, której raport tradycyjnie uważany jest za początek sezonu. Niemiecki DAX natomiast zyskał w tym czasie ponad 11 procent.

– To właśnie jest ten negatywny wpływ dolara i zapewne właśnie dlatego rynek amerykański w ostatnim czasie zachowuje się słabiej niż parkiety w Europie – ocenia Łukasz Bugaj. – Właśnie widać w tym momencie tę różnicę, gdzie słabe euro pomaga spółkom przemysłowym międzynarodowym w Europie i dlatego DAX jest na zdecydowanie wyższym poziomie. A jeżeli chodzi o Wall Street, to tam akcje tych koncernów międzynarodowych są pod presją.

Oczywiście nie wszystkie amerykańskie spółki mają problemy. Bardzo pozytywnie zaskoczyły inwestorów Apple czy Amazon. Pierwsza z tych spółek odnotowała w IV kwartale rekordowy wzrost przychodu w swojej historii – 74,6 mld dolarów, a zarobiła w tym czasie 18 mld dolarów. Z kolei Amazon mimo inwestycji miał przychody w wysokości 29,33 mld dolarów, a zysk netto – 214 mln dolarów. Oznacza to 45 centów na akcję, podczas gdy analitycy oczekiwali zaledwie 18. Komentatorzy wiążą to z ostatnim kwartałem 2014 roku, niezwykle udanym dla branży detalicznej, a szczególnie jej internetowego sektora.

– Ten popyt konsumpcyjny przesuwa się ze sfery realnej w sferę wirtualną, i to choćby wyniki Amazona starają się odzwierciedlać – uważa analityk DM BOŚ i zwraca uwagę na specyficzną strategię spółek na amerykańskim rynku. – Można powiedzieć, że cały czas obserwowana jest w tym sezonie wyników stara gra na Wall Street, czyli najpierw jest obniżanie oczekiwań wyników w przyszłych okresach, żeby potem bić te prognozy. I rzeczywiście, jeżeli spojrzymy na spółki, to cały czas gros spółek publikuje wyniki lepsze od oczekiwań, co nie znaczy, że lepsze niż rok temu, ale lepsze niż tego oczekiwano.

Ta poprawa wyników w mniejszym stopniu dotyczy jednak przychodów, a w większym zysków spółek, zwłaszcza tych, które część swoich produktów sprzedają poza Stanami. To może potwierdzać słabą kondycję gospodarczą świata, gdzie wzrosty PKB już nie są ostatnio tak spektakularne jak wcześniej.

Co gorsza, wiele spółek poobniżało swoje prognozy co do tegorocznych zysków w sposób dosyć istotny i bardziej niż się tego wcześniej spodziewano – zauważa Łukasz Bugaj z DM BOŚ. Pytanie, czy rzeczywiście te widoki są nie tak optymistyczne, jak wcześniej zakładano, czy jest to odzwierciedlenie tej gry, o której wspominałem, czyli obniżamy szacunki sektora prywatnego co do przyszłych zysków po to, żeby później je móc pobić.

Komentarz indeksowy Bossafx 6 lutego 2015 r.

Komentarz indeksowy Bossafx 6 lutego 2015 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Ropa znów powyżej 50 dolarów za baryłkę. Wyższym cenom pomagają informacje o ograniczeniu wydobycia przez światowe koncerny i strajki w USA

CEO Magazyn Polska

Tania ropa nie jest dana kierowcom na zawsze. Analitycy oczekują, że jeszcze w tym roku ceny przestaną spadać, a może nawet zaczną iść w górę. Pierwszy sygnał odwrócenia trendu pojawił się pod koniec stycznia, gdy w ciągu trzech dni ropa podrożała o 10 dolarów na baryłce.

Jeszcze latem 2014 roku cena baryłki ropy Brent przekraczała 110 dolarów, obecnie jej notowania kształtują się między 50 a 60 dolarów. To już więcej niż styczniowe minimum, gdy zarówno europejska Brent, jak i amerykańska Crude spadły dobrze poniżej poziomu 50 dolarów. To efekt sygnałów o zmniejszaniu wydobycia przez światowe koncerny i liczby szybów wiertniczych w Stanach Zjednoczonych. Pomógł też strajk dziewięciu amerykańskich rafinerii. Z ekonomicznego punktu widzenia na świecie jest nadprodukcja tego surowca.

Światowa gospodarka zwalnia i potrzebuje mniej paliw, a producenci ropy sprzedają jej coraz więcej. Taka sytuacja jest korzystna m.in. dla kierowców i gospodarek importujących czarne złoto.

– Świat paliwowy, świat rynku ropy i gazu dzieli się na te spółki, które produkują, i te, które przetwarzają – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wojciech Kozłowski, analityk akcji Ipopema Securities. – Te, które produkują, w naturalny sposób tracą przy spadku ceny ropy, te które przetwarzają, choćby petrochemie i rafinerie, korzystają. Tak że z jednej strony mamy producentów amerykańskich, z drugiej strony mamy przetwórców azjatyckich i europejskich.

Spadki cen tego surowca najmocniej uderzają w politycznych przeciwników USA. Takie kraje jak Wenezuela, Rosja czy Iran swoje budżety mają oparte na dochodach ze sprzedaży ropy naftowej. Niskie ceny to dla nich mniej pieniędzy na zbrojenia i operacje wymierzone w USA czy jej sojuszników. Jednak nawet w Stanach producenci zaczynają odczuwać skutki niskich cen ropy. Stąd zamykanie platform i strajki, a to zmniejsza podaż. Nie można też wykluczyć wpływu innych czynników politycznych.

– Oczywiście konflikt np. na Bliskim Wschodzie czy Afryce lub w innym w regionie, który eksportuje duże wolumeny ropy, przywróciłby bardzo szybko wysokie ceny – zwraca uwagę Wojciech Kozłowski.

Jak podkreśla, cały czas państw, w których interesie jest podwyżka cen, robią wszystko, by zmienić sytuację na rynku. Nie wyklucza, że w II połowie roku uda im się przynajmniej zahamować spadki cen i ustabilizować ceny ropy.

– Tak mi się wydaje. Wystarczy popatrzeć na liczbę nowych odwiertów w Stanach Zjednoczonych, które istotnie spadły w ostatnich miesiącach, co może oznaczać mniejszą podaż ropy. Tutaj należałoby również rozważyć scenariusze, które mogą wejść w życie i mogą te mechanizmy rynkowe w jakimś stopniu zaburzyć. Takie mechanizmy, które spowodowałyby dalsze mocne spadki, to chociażby złamanie oligopolu w ramach OPEC.

Na czerwiec zaplanowany jest szczyt państw OPEC, gdzie część członków tego kartelu będzie zabiegać choćby o zmianę proporcji w wydobyciu i sprzedaży ropy na światowych rynkach. Iran, który dzisiaj produkuje dziennie 2,5 mln baryłek, nie bardzo może zwiększać wydobycie, bo to doprowadziłoby do załamania cen. Chyba że Arabia Saudyjska, która produkuje około 10 mln baryłek dziennie, trochę mu ustąpi.

– Iran miałby zakusy, żeby drastycznie zwiększyć produkcję i eksport ropy – uważa Wojciech Kozłowski z Ipopema Securities. – Już pojawiły się takie dyskusje na łamach prasy pomiędzy Arabia Saudyjską i Iranem, czyli dwoma członkami grupy OPEC, by jeżeli Iran zwiększy swoje wydobycie i swój eksport, Arabia Saudyjska zrezygnowała z części swojego eksportu, żeby tych produktów nie było jeszcze więcej na rynku. Przedtem jednak Stany Zjednoczone i Europa musiałyby znieść embargo na ropę irańską.

Pracodawcy RP: Złożyliśmy zawiadomienie do prokuratury w sprawie działań liderów związków w JSW. Oni demolują kraj

Organizacja Pracodawcy RP złożyła zawiadomienie do Prokuratury Okręgowej w Gliwicach w sprawie złamania ustawy o związkach zawodowych podczas ostatnich wydarzeń wokół Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Zarówno przebieg sporu zbiorowego, referendum, jak i ogłoszenie strajku oraz postawione żądania – według organizacji – odbyły się z naruszeniem prawa. Pracodawcy podkreślają, że liderzy związków demolują kraj, broniąc wyłącznie własnych interesów, nie rzadko nie mając poparcia innych pracowników.

Związkowcy twierdzą, że są reprezentantami wszystkich pracowników. Rozmawiam z pracownikami wielu firm, są tym oburzeni i zdają sobie sprawę z tego, że to są przede wszystkim interesy związkowe, interesy ich liderów. Czas powiedzieć stop tego typu działaniom podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP. – Wzywam władze państwowe i wszystkie instytucje państwowe, które są do tego uprawnione, do tego, by postawiły kres tego typu działaniom. Nie jest to czas na rozbijanie polskiego państwa, nie jest to czas na niszczenie polskiej gospodarki.

Organizacja Pracodawcy RP wspólnie ze Stowarzyszeniem Inwestorów Indywidualnych i Stowarzyszeniem Emitentów Giełdowych złożyły zawiadomienie do Prokuratury Okręgowej w Gliwicach z prośbą o podjęcie czynności w stosunku do ośmiu liderów związkowych działających w JSW.

Naszym zdaniem doszło tam do jawnego złamania prawa przez związkowców. Zarówno przebieg sporu zbiorowego, referendum, jak i ogłoszenie strajku oraz żądania odbyły się niezgodne z ustawą o związkach zawodowych, prawem dotyczącym rozwiązywania sporów zbiorowych i naruszeniem innych przepisów z tym związanych – mówi Andrzej Malinowski

I podkreśla, że liderzy związkowi naruszyli przepisy ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, ustawy o związkach zawodowych, lecz także prawo międzynarodowe.

Zgodnie z art. 36 ustawy o związkach zawodowych w razie stwierdzenia, że organ związku zawodowego prowadzi działalność sprzeczną z ustawą, sąd rejestrowy może orzec nawet (na wniosek ministra sprawiedliwości) o skreśleniu związku z rejestru. Wówczas zobowiązany jest on do zaprzestania działalności, a w terminie najpóźniej trzech miesięcy od uprawomocnienia orzeczenia powinien dokonać likwidacji w sposób przewidziany w statucie.

Związki nie mają prawa łamać zasad korporacyjnych, żądając odwołania prezesa zarządu spółki giełdowej – argumentuje Malinowski. – O jego powołaniu decyduje rada nadzorcza przedsiębiorstwa, to jest jej niezbywalne prawo. Wszystkie inne czynności, które związkowcy podejmują, są naszym zdaniem także bezprawne. Powodują w dodatku bardzo poważne konsekwencje gospodarcze i godzą także w budżet państwa, bo hamując produkcję, zdecydowanie zmniejszają dochody firmy, a tym samym przychody budżetu.

Jak podkreślają Pracodawcy RP, zachowanie związkowców nawet nie przypomina dialogu, bardziej chuligaństwo. Oceniają, że na wczorajszej konferencji liderzy związkowi zapowiedzieli eskalację agresji i żądań, a więc działań destabilizujących państwo.

Apelujemy do władz państwa i prezydent Warszawy, proszę nie zezwalać na destabilizowanie państwa i miasta. Jeżeli będzie taka potrzeba, to zdecyduję się na rozpoczęcie akcji obywatelskiej mieszkańców Warszawy, ażeby nie dopuszczać do tego typu chuligaństwa na ulicach Warszawy – podkreśla Andrzej Malinowski.

Pracodawcy RP oceniają, że potrzebna jest nowelizacja ustawy o związkach zawodowych oraz ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, które dziś wiążą ręce pracodawcom i przedsiębiorcom, niejednokrotnie doprowadzając ich do bankructwa

D. Seliga (PiS): spółki węglowe mogłyby się uczyć restrukturyzacji od branży gazowej

Dzisiejsza sytuacja w górnictwie to efekt wielu lat zaniedbań, do tego doszły jeszcze uwarunkowania rynkowe. To doprowadziło do pracowniczych protestów, które można zrozumieć – ocenia poseł PiS Dariusz Seliga. Pierwszym krokiem zarządu powinno być teraz zażegnanie konfliktu, a potem restrukturyzacja. Wzorem może być PGNiG – inna państwowa spółka z sektora energetycznego, w której restrukturyzacja jest prowadzona bez sporu z pracownikami.

‒ Lata zaniedbań spowodowały, że problemy się nawarstwiały, czego efektem jest wybuch niezadowolenia społecznego. Do tego dochodzi import węgla, głównie z Rosji, który spowodował, że nasz polski węgiel leżał na hałdach. Nastąpiła po prostu kumulacja problemów. Wydaje mi się, że brak odpowiedniej reakcji na czas doprowadził do tego, że dzisiaj górnicy są zmuszeni do tego, żeby działać na ulicach, co nie jest dobre. To nie jest dobre społecznie, to naraża na niebezpieczeństwo i policjantów, i górników ‒ podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Seliga, poseł Prawa i Sprawiedliwości.

Bezterminowy strajk w kopalniach należących do Jastrzębskiej Spółki Węglowej trwa od 28 stycznia. Górnicze związki zawodowe domagają się m.in. anulowania wypowiedzenia trzech zbiorowych układów pracy. Negocjacje postępują bardzo powoli, a w tym tygodniu protesty zakończył się starciami z policją przed siedzibą spółki.

Seliga zaznacza, że trudno winić górników za to, że z taką determinacją walczą o swoje miejsca pracy.

Górnicy walczą o miejsca pracy i byt swoich rodzin. Człowiek wychodzi z domu po to, żeby żonie i dzieciom przynieść chleb do domu, już nie mówię o książkach czy innych rzeczach. Wiemy, jak duże są koszty utrzymanie mieszkania, bo to wszystkich nas dotyczy – podkreśla poseł PiS.

Zwraca uwagę na to, że wicepremier Janusz Piechociński zabiegał o zatrzymanie produkcji samochodów Fiat w Polsce, gdy w grę wchodziła utrata tysiąca miejsc pracy. Górnictwo to jednak branża, gdzie zagrożonych jest nawet kilkanaście tysięcy etatów. Poseł opozycji ocenia, że górnicy na pewno są świadomi tego, co stało się w polskich stoczniach. Pamiętają, że to, że stoczniowcy zgodzili się na odejścia i odprawy, nie wystarczyło, by uratować niektóre ze spółek. Po ich upadku okazało się jednak, że niemieckie stocznie, chronione przez rząd naszego zachodniego sąsiada, przetrwały kryzys i teraz rozwijają działalność i zbierają wiele zamówień.

Seliga ocenia, że teraz najważniejszym działaniem powinno być załagodzenie sporu społecznego. Apeluje o powrót do regularnych rozmów ze związkowcami i naprawienie relacji strony rządowej z pracownikami.

Należałoby się cofnąć i poprawić relacje, opanować nastroje społeczne, a później usiąść do tego, co jest związane ze stroną biznesową – twierdzi Seliga. Przyznaje, że sytuacja rynkowa nie jest łatwa: ‒ Wiemy, jakie są obostrzenia Unii Europejskiej, wiemy, że to, co importujemy z zagranicy, jest teoretycznie tańsze, bo jest dofinansowane przez rząd Rosji.

Mimo tej trudnej sytuacji nie brakuje wzorów skutecznych rozwiązań. Władze spółek węglowych mogą wzorować się chociażby na sektorze węgla brunatnego czy – szczególnie – na PGNiG. Gazowy koncern, choć również działa na trudnym rynku i jest poddawany presji rynkowej, prowadzi głęboką restrukturyzację, unikając sporów społecznych.

W PGNiG potrafiono wcześniej usiąść do stołu i porozmawiać o problemach. To zaowocowało tym, że dzisiaj prowadzona jest restrukturyzacja, a ze strony związkowej nie ma żadnych sygnałów, że dzieje się coś złego. Mam wrażenie, że wszystko idzie tam w dobrym kierunku – wyjaśnia Seliga.

Polski rynek nieruchomości komercyjnych na celowniku inwestorów. W ubiegłym roku wartość transakcji wyniosła 3 mld euro

Ubiegły rok był bardzo korzystny dla rynku nieruchomości komercyjnych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej – wartość transakcji osiągnęła poziom 10,5 mld euro. Obecny może być jeszcze lepszy. Polska jest liderem w regionie – odpowiada za 30 proc. transakcji. A może liczyć na jeszcze większe zainteresowanie inwestorów.

W ubiegłym roku wartość transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej wyniosła 10,5 mld euro – o 0,5 mld euro mniej niż w 2013 roku.

W całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej 2014 rok był dobrym czasem dla rynku nieruchomości. Konflikt między Rosją a Ukrainą miał wpływ przede wszystkim na rynki krajów bałtyckich pod koniec roku, jednak w innych częściach regionu odnotowaliśmy wzrost gospodarczy względem 2013 roku, a co za tym idzie również pozytywne tendencje w inwestycjach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Damian Harrington, dyrektor regionalny działu badań Colliers International na Europę Wschodnią.

Najbardziej dynamicznie w ujęciu rocznym rozwijały się rynki w Rumunii, gdzie wzrosty sięgnęły blisko 300 proc., Bułgarii, która odnotowała 160-proc. wzrost oraz na Węgrzech i Słowacji, gdzie wzrost wyniósł 70-80 proc., podobnie jak w Czechach. Gdy jednak mówimy o wartość transakcji, to Polska była wiodącym rynkiem regionu w ubiegłym roku.

Odpowiadała za około 30 proc. wszystkich transakcji o łącznej wartości 3 mld euro, co było dość zbliżone do wyniku za 2013 rok – wyjaśnia Damian Harrington. – Rosja zajęła drugie miejsce, z 20 proc. udziału w rynku i 2 mld euro wartości transakcji.

Rosyjski rynek wprawdzie skurczył się w porównaniu z 2013 r., ale i tak osiągnięte wyniki były lepsze, niż prognozowano.

Na trzecim miejscu uplasowały się Czechy, w których zrealizowano około 17 proc. transakcji za około 2 mld euro – mówi Harrington.

W tym roku, jak ocenia Colliers International, będziemy obserwować podobne poziomy wartości transakcji. Wzrostowi inwestycji będzie sprzyjać polityka pieniężna w strefie euro – bliskie zera stopy procentowe i zapowiedziany program skupu obligacji. Poza tym na rynek wchodzi coraz więcej graczy – Polska może liczyć na ich szczególną uwagę.

Polska i Czechy różnią się od wszystkich pozostałych rynków – ocenia dyrektor w Colliers International. – Są bardziej międzynarodowe i mają inną grupę inwestorów. Inne rynki wydają się bardziej lokalne i wyspecjalizowane, jeśli chodzi o inwestorów na nich obecnych. Mamy przed sobą jeszcze 2 lub 3 lata tego cyklu inwestycyjnego, potem prawdopodobnie zaczniemy obserwować napływ większego międzynarodowego kapitału nie tylko do Polski i Czech, lecz także pozostałych rynków regionu.

W ostatnim roku można też było dostrzec zmianę zainteresowania inwestorów poszczególnymi segmentami rynku nieruchomości komercyjnych.

Segment biurowy wciąż stanowi około 40 proc. transakcji, ale w ostatnim roku spadł udział powierzchni handlowych z 40 do 28 proc. – mówi Damian Harrington. – W sektorze przemysłowym i logistycznym obserwujemy wzrost. W ubiegłym roku tego typu nieruchomości stanowiły 17 proc. wszystkich transakcji inwestycyjnych, co w porównaniu ze średnią dla regionu Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki wynoszącą ok. 9 proc., pokazuje, jak bardzo ten rynek się rozrasta.

Colliers International jest liderem rynku w regionie zarówno pod względem liczby transakcji, jak i ich wartości – udział firmy wyniósł odpowiednio 30 proc. i 26 proc.

W 2014 roku braliśmy udział w 33 transakcjach i osiągneliśmy o 30 proc. lepszy wynik od naszych konkurentów. Sfinalizowaliśmy również więcej transakcji na większej liczbie rynków – braliśmy udział w transakcjach prowadzonych w 10 różnych krajach – podkreśla Damian Harrington.

Plan restrukturyzacji Przewozów Regionalnych akceptuje już 9 województw. Osiągnięcie porozumienia możliwe do końca lutego

2014 rok był pierwszym od kilku lat, kiedy Przewozy Regionalne osiągnęły zysk operacyjny. To jednak za mało, by firma zakończyła rok na plusie, dlatego niezbędne jest wsparcie ze strony państwa. Dotacja publiczna będzie możliwa dopiero po podpisaniu przez przewoźnika 5-letnich umów na świadczenie usług w poszczególnych województwach oraz ustaleniu warunków obecności ARP jako nowego większościowego udziałowca. Ponadto zarząd spółki kontynuuje działania zmierzające ku restrukturyzacji – plan naprawczy akceptuje już dziewięć samorządów wojewódzkich, reprezentujących niemal 61 proc. udziałów.

Pozostało nam jeszcze siedem województw, z którymi dalej rozmawiamy. Myślę, że w przypadku kilku województw mamy szansę na to, żeby podpisały porozumienie i przystąpiły do zakładanego przez nas planu restrukturyzacji ‒ wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Wojciech Kroskowski, członek zarządu i dyrektor finansowy spółki Przewozy Regionalne.

Jak dodaje, proces negocjacji powinien się zakończyć do końca lutego, by w następnej kolejności rozpocząć faktyczne prace związane z restrukturyzacją. Zmianom w spółce sprzyja lepsza niż przewidywano sytuacja finansowa.

Sytuacja finansowa spółki jest dobra, biorąc pod uwagę uwarunkowania i historyczne problemy spółki. Plan na 2014 rok przewidywał 28 mln zł straty. W tej chwili widzimy, że prawdopodobnie będzie to ona dużo niższa ‒ mówi Kroskowski. ‒ Trwają jeszcze prace związane z zakończeniem roku obrotowego, dlatego dokładny wynik będzie znany pewnie na początku kwietnia.

Zdaniem Kroskowskiego wynik na działalności operacyjnej po raz pierwszy od kilku lat jest pozytywny, a finalną stratę generują koszty finansowe związane z przeterminowanym zadłużeniem.

Podjęliśmy działania zmierzające do poprawy efektywności połączeń, przeanalizowaliśmy najmniej rentowne połączenia, które w trakcie roku udało nam się zredukować.  Zainicjowaliśmy też działania mające zoptymalizować koszty i przeprowadziliśmy renegocjacje części kontraktów, co doprowadziło do obniżenia bazy kosztowej. Mogę powiedzieć, że zarówno od strony przychodowej, jak i od strony kosztowej dobrze wykonaliśmy zadania planowane na 2014 rok ‒ przekonuje dyrektor finansowy spółki Przewozy Regionalne.

Wojciech Kroskowski podkreśla, że skala dotychczasowych zmian nie jest jednak wystarczająca, żeby uzdrowić całą spółkę. Niezbędne jest dodatkowe wsparcie zewnętrzne.

Najważniejsze z punktu widzenia planu restrukturyzacji jest to, żebyśmy uzyskali 5-letnie kontrakty na świadczenie usług przewozowych ‒ tłumaczy członek zarządu. ‒ Do tej pory spółka funkcjonowała raczej w oparciu o kontrakty roczne lub dwuletnie, co znacznie utrudniało zarządzanie finansami.

Chęć podpisania długoletnich kontraktów wynika ze struktury aktywów, które stanowi głównie użytkowany przez wiele lat tabor kolejowy. Część taboru jest kupowana w ramach programów na poziomie województw, pozostałą część kupi spółka. Dlatego zarządzającym Przewozami Regionalnymi będzie zależało na 5-letnich umowach na świadczenie usług z określeniem minimalnej pracy przewozowej na terenie województw. To dopiero będzie baza do przygotowania planu inwestycyjnego.

Kolejną ważną rzeczą będzie uzgodnienie warunków właścicielskich pomiędzy Agencją Rozwoju Przemysłu, która ma być zgodnie z tym planem większościowym udziałowcem spółki, a istniejącymi obecnymi udziałowcami. Jak będziemy mieli te dwa dokumenty uzgodnione, to będziemy mogli zakończyć plan restrukturyzacji, który będzie podstawą do złożenia wniosku do Komisji Europejskiej o zgodę na wsparcie ze środków publicznych ‒ mówi dyrektor finansowy.

Mowa o wsparciu w wysokości minimum 750 mln zł. Zdaniem Kroskowskiego ostateczna kwota będzie zależała od wartości i parametrów wynegocjowanych kontraktów.

Interesy ubezpieczonych będą lepiej chronione. Rozwiązywanie sporów stanie się łatwiejsze

W 2015 roku wejdzie w życie szereg przepisów i zmian, które będą lepiej chroniły interesy ubezpieczonych. Trwają prace m.in. nad wprowadzeniem bezpośredniej likwidacji szkód, dzięki której poszkodowany w wypadku będzie mógł dochodzić swoich roszczeń od swojego ubezpieczyciela, a nie firmy ubezpieczającej sprawcę. Łatwiej będzie również rozwiązywać ewentualne spory z ubezpieczycielem na drodze pozasądowej.

Od kilku lat widać, że konsumenci na rynku usług finansowych, w tym ubezpieczeń, mają coraz mocniejszą pozycję, co nie znaczy, że dobrą. Tak jest zresztą w całej Europie – wszystkie wdrażane regulacje mają wzmocnić tę pozycję i działania instytucji, które się tym zajmują, zmierzają ku temu. Intensywnie włączył się do tego UOKiK – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Aleksandra Wiktorow, Rzecznik Ubezpieczonych.

Trwają prace nad dwoma istotnymi dla ubezpieczonych regulacjami. Pierwsza z nich dotyczy ADR-ów, czyli alternatywnych sposobów rozwiązania sporów. W razie sporu z firmą ubezpieczeniową klient będzie mógł zwrócić się o pomoc do podmiotu oferującego pozasądowe formy sporów konsumenckich. Sąd w tym przypadku zastąpi mediator lub arbiter. W przeciwieństwie do spraw sądowych te metody mają być znacznie tańsze i szybsze, nie będą także wymagać pomocy wyspecjalizowanego prawnika.

Unia Europejska dąży do tego, żeby coraz więcej ludzi taką mediacyjną metodą załatwiało swoje sprawy. Przy czym w swoich rekomendacjach pokazuje, że to również powinno się odbywać niekoniecznie bezpośrednio, ale za pomocą internetu – mówi prof. Wiktorow. – Nie wiemy, czy na pewno w 2015 roku wejdzie to w życie, ale to by było z korzyścią dla klientów, bo rzeczywiście w sądach wszystko trwa latami. Rzecznik Ubezpieczonych jest w tych propozycjach przewidziany jako jeden z podmiotów, który również miałby się tym zajmować.

Kolejna istotną regulacją będzie zmiana ustawy o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej. Założenia do ustawy na początku stycznia przyjął rząd. Zmiany mają przyczynić się do uporządkowania rynku polisolokat. Wprowadzą one możliwość odstępowania od umów ubezpieczenia na życie o charakterze inwestycyjnym, a opłata likwidacyjna ma być nie wyższa niż 4 proc. wartości ubezpieczenia.

Tam również jest przewidziana pomoc mediacyjna. Rzecznik Ubezpieczonych został wyznaczony jako podmiot, który będzie prowadził medjacje między ubezpieczycielem a zainteresowanym. Co ważne, będzie dotyczyło to nie tylko tych, którzy dopiero kupili polisolokatę i jeszcze mogą się wycofać, bo ustawa na to pozwala, lecz także tych, którzy w przeszłości sobie na to pozwolili – mówi Aleksandra Wiktorow.

W tym roku, w ślad za PZU i UNIQA, inne towarzystwa ubezpieczeniowe przymierzają się do wprowadzenia do swej oferty bezpośredniej likwidacji szkody. Takie rozwiązanie oznacza, że właściciel polisy OC, poszkodowany w wypadku, odszkodowanie może uzyskać we własnej firmie ubezpieczeniowej, która potem rozliczy się z towarzystwem sprawcy. To rozwiązanie jest korzystne dla klientów, bo szkody nie likwiduje firma, która za to płaci i jest zainteresowana cięciem kosztów. Ta opcja może jednak wymagać wykupienia nieco droższej polisy.

Nie tylko składka jest ważna – zwraca uwagę Rzecznik Ubezpieczonych. – My się cieszymy, jak płacimy małą składkę, ale potem, jak staramy się odszkodowanie, to okazuje się, że to sprawność procesu likwidacji jest dużo ważniejsza niż niska składka. Wtedy klienci sobie myślą, że wolelibyśmy zapłacić więcej o te 100 zł, a mieć możliwość rzeczywiście dobrego załatwienia wszystkich swoich spraw.

Rzecznik Ubezpieczonych chce też, by Sąd Najwyższy rozstrzygnął, czy ubezpieczyciele mają płacić za prywatną rehabilitację lub leczenie ofiar wypadków. Sądy niższych instancji wydają bowiem różne orzeczenia w podobnych sprawach. Trzeba też – zdaniem prof. Wiktorow – ostatecznie rozstrzygnąć, jakie zadośćuczynienie przysługuje za szkody na osobie, czyli np. przy inwalidztwie ofiary wypadku. Dziś bywa, że towarzystwa proponują ułamki kwot orzekanych przez sądy.

Bardzo ważne jest to, jak miarkować i badać – ocenia prof. Aleksandra Wiktorow. – Myślę, że należy dojść do porozumienia we wspólnym interesie zarówno ubezpieczonych, jak i ubezpieczycieli. Chodzi szczególnie o te zdarzenia, które wydarzyły się w przeszłości. Po kilku latach trudno ocenić, kto i ile wówczas stracił.

Polacy lepiej radzą sobie z długami. W ciągu 3 miesięcy wartość niespłacanych zobowiązań zmniejszyła się o 0,6 mld zł

Na koniec 2014 roku trudności ze spłatą zobowiązań miało prawie 2,4 mln osób, a kwota zadłużenia wyniosła blisko 41 mld zł. Ale mimo że w ujęciu rocznym długów przybyło, to IV kwartał 2014 roku był pierwszym od ponad roku, kiedy zagrożony dług spadł i to o 613 mln zł. Statystyki nieco się poprawiają, choć wciąż zbyt mało osób, które mają problemy ze spłatą zobowiązań, przyznaje się do nich i podejmują próbę ich natychmiastowego rozwiązania.

Z reguły pierwszym powodem niespłacania długów jest utrata pracy. Czasami liczymy na to, że szybko znajdziemy pracę, jednak czasem okazuje się, że znalezienie pracy trwa dłużej niż miesiąc czy dwa. Nie sygnalizujemy tego jednak bankowi, bo liczymy, że praca się znajdzie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Rupieta, radca prawny i ekspertka z FinFix.

Częstym powodem zaległości w spłacie zadłużenia są także nagłe choroby zarówno dłużnika, jak i członka jego rodziny. To oznacza, że najczęściej niespłacane długi nie wynikają ze złej woli dłużnika, tylko z pogorszenia jego sytuacji życiowej. Eksperci radzą, by bez względu na przyczyny problemów, od razu skontaktować się z wierzycielem.

Powinniśmy jak najszybciej skonsultować się z kredytodawcą, czyli głównie z bankiem, i spróbować zrestrukturyzować już na początkowym etapie nasze zadłużenie, np. poprzez rozłożenie długu na mniejsze raty, czyli przez wydłużenie okresu kredytowania – radzi Marta Rupieta.

Innym rozwiązaniem są wakacje kredytowe, czyli zawieszenie rat na pewien czas, np. do momentu znalezienia nowej pracy.

– W takiej sytuacji często banki będą chciały ustanowienia dodatkowego zabezpieczenia, z czym się musimy liczyć. Ale oczywiście warto spróbować. Nie ma nic gorszego niż udawanie, że nic się nie dzieje i niespłacanie długów w terminie – mówi Rupieta.

Jeśli kredytobiorca przegapi moment restrukturyzacji zadłużenia, kolejnym krokiem może być wymówienie umowy przez bank czy inną instytucje finansową, a w konsekwencji postępowanie komornicze. A to – obok normalnego wzrostu zadłużenia – generuje dodatkowe koszty.

BIG Info Monitor oraz Biuro Informacji Kredytowej cyklicznie publikują raporty dotyczące zadłużenia Polaków. Według ostatnich danych na koniec grudnia 2014 roku łączna kwota zaległych płatności podwyższonego ryzyka wśród osób fizycznych wyniosła 40,94 mld zł. Średnie zadłużenie wyniosło 17,21 tys. zł, a problem niespłacanych zobowiązań dotyczy 2,38 mln osób. Przeciętny dłużnik to mieszkaniec województwa mazowieckiego. Najbardziej zadłużonym regionem jest Śląsk (7,64 mld zł), a najmniej – województwo świętokrzyskie (0,58 mld zł).

Firmy będą inwestować w rozwiązania do zarządzania dużą ilością danych, analityki biznesowej oraz internetu rzeczy

Analiza dużych ilości danych, wykorzystanie chmury obliczeniowej i internet rzeczy – to rozwiązania, w które firmy będą inwestować najczęściej. Wokół tych obszarów będzie się więc koncentrować rynek IT w segmencie rozwiązań dla biznesu. Dla firm, które je wdrażają, oznaczają one często redukcję kosztów i lepsze wykorzystanie zasobów.

Na rynku IT najmodniejsze obecnie hasła to big data, analityka biznesowa oraz internet of things, czyli internet rzeczy [komunikacja między urządzeniami – red.] – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Artur Jedynak, prezes zarządu KBJ. – Pojawiają się one w kontekście właściwie każdego nowego systemu, każdej oferty dostawców dużych rozwiązań.

W 2006 roku w światowej pamięci zgromadzone były dane o objętości 0,16 zettabajtów, w 2011 r. wielkość ta wynosiła 1,8 ZB, a na koniec ubiegłego roku – 3,6 ZB. Trzy lata temu na jedno gospodarstwo domowe przechowywało 464 GB, w 2016 r., jak przewidują analitycy, będzie to już 3,3 TB. Zdaniem Artura Jedynaka, patrząc na tempo przyrostu danych, wydaje się, że big data to kierunek, od którego nie ma już odwrotu.

Przyrost danych jest tak duży, że niebawem będą potrzebne nowe rozwiązania do analizy ogromnych wolumenów informacji – zauważa prezes Jedynak.

Kolejną dziedziną, która jest ważna dla branży informatycznej, jest chmura obliczeniowa. Dzięki niej firmy nie muszą inwestować w oprogramowanie, które dostępne jest w formie usługi na oddalonych nieraz o tysiące kilometrów serwerach. Wartość polskiego rynku cloud computing na razie nie jest duża. Firma PMR jego wartość w 2013 roku oszacowała na 300 mln zł, co stanowiło zaledwie ok. 10 proc. outsourcingu usług IT. Za dwa lata wartość tego rynku wyniesie 0,5 mld zł.

To prawdopodobnie jeden z największych przełomów, który odbywa się na naszych oczach – ocenia Artur Jedynak. – Ten trend nie powinien przeminąć, bo zmienia sposób nie tylko korzystania z oprogramowania, lecz także sposób, w jaki firma za nie płaci. Z jednej strony mamy więc uproszczenie modelu, z drugiej – brak jednego dużego nakładu, a szereg mniejszych, łatwiejszych do uregulowania płatności. Do tego dochodzi większa elastyczność. Firmy inwestują więc chętnie w takie rozwiązania.

Dla firm interesujący jest również trend związany z internetem rzeczy i na to również przeznaczają duże środki.

– Korzyści wynikających z różnego rodzaju nowoczesnych systemów jest wiele. Najważniejsze to optymalizacja procesów gospodarczych, czyli podnoszenie rentowności, oraz redukcja kosztów. W przypadku analizy danych chodzi również o efektywność, wyższą marżę ORAZ utrzymanie przewagi konkurencyjnej – przekonuje Artur Jedynak.

Wprawdzie na Zachodzie proces wdrażania nowoczesnych rozwiązań IT w firmach jest bardziej zaawansowany, a nowe technologie przyjmują się tam szybciej, ale polskie przedsiębiorstwa nie odstają od nich znacząco. Co więcej firm, również z sektora publicznego, zaczyna więcej inwestować w najnowocześniejsze systemy.

Jednostki sektora publicznego inwestują w dobre oprogramowanie i zaawansowane systemy, które pokrywają większość procesów gospodarczych firmy. Ten trend rośnie, widzimy coraz większe zapotrzebowanie i coraz więcej przetargów na produkty czy usługi, które dostarczamy. Jest to też bardzo istotna część rynku – twierdzi Artur Jedynak.

Rynek reklamy telewizyjnej rośnie o 5,6 proc. Reklamodawców przyciągają stacje tematyczne

Rośnie rynek reklamy telewizyjnej. W 2014 roku był wart 3,8 mld zł – wynika z danych domu mediowego Starlink. Tradycyjne spoty to wciąż znacząca większość rynku, ale na znaczeniu zyskują sponsoring i lokowanie produktu. Reklama niestandardowa będzie cieszyła się coraz większą popularnością i pomoże stacjom telewizyjnym zniwelować spadek przychodów ze sprzedaży spotów. Reklamodawcy coraz chętniej wybierają też stacje tematyczne.

Rynek reklamy telewizyjnej szacujemy w 2014 roku na 3,8 mld zł, co oznacza wzrost o prawie 6 proc. wobec 2013 roku. Najwięcej warte są tradycyjnie spoty, bo 3,4 mld zł, natomiast sprzedaż specjalna, czyli lokowanie i sponsoring, jest warta ponad 345 mln zł – mówi agencji Newseria Biznes Anna Lembas, analityk mediów w domu mediowym Starlink z Grupy Starcom MediaVest.

Z raportu podsumowującego sytuację na rynku reklamy telewizyjnej wynika, że przychody stacji z reklam wzrosły o ponad 202 mln zł. Reklamodawcy coraz częściej korzystają z reklam niestandardowych. O ile przychody czterech głównych stacji telewizyjnych (TVP1, TVP2, Polsat i TVN) ze spotów spadły o 2,9 proc., o tyle z lokowania produktu i sponsoringu wzrosły o 2,6 proc. Ekspertka podkreśla, że dla reklamodawców to nie tylko sposób na uniknięcie zatłoczenia w blokach reklamowych, lecz także szansa na bardziej atrakcyjne dotarcie do konsumenta. Dlatego też taki trend powinien się utrzymać, zwłaszcza że rosną ceny reklam.

Obserwujemy od kilku kwartałów, że cały dostępny czas antenowy jest wyprzedawany. Rodzi to presję inflacyjną, bo skoro jest popyt, to ceny rosną. W przypadku głównych stacji jest możliwość kształtowania cen za pomocą wzrostu cennika – tłumaczy Lembas.

Wyższe ceny reklam powodują, że większym zainteresowaniem cieszą się kanały tematyczne. Przychody stacji dostępnych w naziemnej telewizji cyfrowej z reklam (poza TVP1, TVP2, Polsatem i TVN) wzrosły o 27,8 proc., a ich udział w rynku wzrósł z 13,6 do 16,3 proc. Większe o 17,5 proc. były też przychody stacji tematycznych dostępnych za pomocą sieci kablowych i satelitarnych (ich udział w przychodach wzrósł do 22 proc.). Łącznie, jak podkreśla ekspertka, stacje tematyczne odpowiadają za 40 proc. przychodów, zaś jeszcze rok temu było to niewiele ponad 30 proc.

Dlatego nie dziwi fakt, że główni nadawcy chcą rozwijać ofertę tematyczną. Pod koniec roku zakończenie działalności ogłosiły Atmedia [broker reklamy telewizyjnej, który kształtował ten rynek – red.] i stacje, które należały do ich portfolio, uzupełniły portfolio pozostałych nadawców – ocenia Anna Lembas.

Stacje tematyczne mają też większą oglądalność (60 proc.), dlatego najwięksi gracze coraz chętniej rozwijają swoją ofertę. W TVN przychody ze stacji tematycznych stanowią niemal tyle samo, ile z głównej anteny.

Wpływ na ożywienie branży reklam telewizyjnych w 2014 roku miały większe wydatki na reklamę 11 z 16 różnych sektorów. Największy wzrost można zauważyć w handlu (o 18 proc.), gdzie liderem był Lidl, a pod koniec roku także Media Expert, oraz w branży farmaceutycznej (o ponad 16 proc.), gdzie największym reklamodawcą był firma Aflofarm Farmacja Polska (150 mln zł). Najsłabiej wypadły sektor finansowy i telekomunikacyjny, przede wszystkim w II połowie roku. Są to jednak branże wrażliwe na wzrosty cen, które szukają oszczędności.

W 2015 roku trendy na rynku reklamy telewizyjnej mają być podobne. Obok rozwoju stacji tematycznych zyskają serwisy VOD, czyli wideo na żądanie i branded content, czyli połączenie reklamy z treścią rozrywkową. Będzie rosło również znaczenie lokowania produktów.

Wzrost rynku jest mocno skorelowany z polską i światową gospodarką, bo wiele koncernów, które reklamują się w Polsce, rekrutuje się z tych globalnych. Początek roku przyniósł trochę zawirowań, dlatego pozostaję ostrożną optymistką i myślę, że wzrost w przyszłym roku będzie oscylował w granicach 4-5 proc. – przewiduje Lembas.

Polskie filmy przyciągają do kin tłumy. W 2014 roku sprzedano rekordowe 40 mln biletów

0

Dane Boxoffice.pl pokazują, że w 2014 roku sprzedano 40,2 mln biletów, czyli 11 proc. więcej niż rok wcześniej. Wszystko dzięki rodzimej kinematografii, bo choć polskie filmy stanowią tylko 27 proc. rynku, to w czołowej dziesiątce najchętniej oglądanych filmów 2014 roku znalazło się ich aż sześć. Eksperci podkreślają, że także 2015 rok powinien być udany dla polskich filmów, jednak największą oglądalność powinny mieć hollywoodzkie superprodukcje.

Był to najlepszy rok od 25 lat. Do kin w Polsce przyszło ponad 40 mln widzów. To dla nas rekord i wszyscy się z tego cieszymy. Mimo że rozwijają się inne formy oglądania filmów, m.in. w serwisach VOD i przez internet, to cały czas rośnie frekwencja w kinach – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Salamon, dyrektor generalny Forum Film Poland, dystrybutora filmów w kinach.

Wzrosły też wpływy ze sprzedaży biletów na polskie filmy (o 9 proc. do 725 mln zł). W Top 10 znalazło się sześć polskich filmów. „Bogowie”, historia o prof. Zbigniewie Relidze i pierwszym w kraju udanym przeszczepie serca przyciągnęła do kin ponad 2 mln osób.

Polskie filmy stanowią 27 proc. rynku. Te 2 mln to naprawdę bardzo dobry wynik. Chętnie oglądany był również „Jack Strong” o pułkowniku Kuklińskim. To jednak zaskakujące, że to właśnie biografie najbardziej podobały się widzom. Mógł się do tego przyczynić nowy, amerykański sposób fotografowania i filmowania tych postaci – ocenia ekspert.

W czołówce najchętniej oglądanych polskich filmów znalazły się też historyczne. „Miasto 44” i „Powstanie Warszawskie” przyciągnęły do kin łącznie 2,2 mln widzów (odpowiednio 1,7 i 0,5 mln). Blisko 1 mln osób obejrzało „Kamienie na szaniec”, podobna liczba zdecydowała się na film „Pod Mocnym Aniołem” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego, na podstawie książki Pilcha pod tym tytułem.

Salamon zaznacza, że także i w tym roku polskie produkcje powinny przyciągnąć dużo widzów, choć zapewne ubiegłoroczny rekord trudno będzie pobić.

Prawdopodobnie w marcu wejdzie do kin „Disco Polo” z Tomaszem Kotem i Joanną Kulig, film z dużą energią, opowiadający o muzyce disco polo. Myślę, że to będzie duży hit. Zobaczymy też, co będzie we wrześniu, po festiwalu w Gdyni, jakie filmy będą tam promowane – mówi dyrektor Forum Film Poland.

Tradycyjnie dużym zainteresowaniem w ubiegłym roku cieszyły się hollywoodzkie produkcje, jednak przyciągnęły mniej osób, niż można było się spodziewać. Wyjątkiem jest ostatnia część Hobbita, którą choć weszła na ekrany tydzień przed końcem roku, obejrzało już 1,3 mln osób. Inne amerykańskie filmy, choć znalazły się w Top 10, wypadły znacznie słabiej niż w USA. Inaczej może być w tym roku.

Mamy przynajmniej trzy hity. Wszyscy czekamy na „Gwiezdne Wojny”, które w grudniu wejdą do kin. Będzie też kolejny film o Bondzie pt. „Spectre”, a w listopadzie zakończenie „Igrzysk Śmierci”. Do tego dojdą „Avengers”, film pojawi się w maju, kolejny sequel. Myślę, że kino amerykańskie w tym roku będzie miało więcej niż połowę rynku – analizuje Salamon.

W ubiegłym roku w czołówce filmów znalazł się tylko jeden dla najmłodszej widowni. „Jak wytresować smoka 2” z milionową widownią znalazł się na 5. miejscu wśród najpopularniejszych produkcji.

„Lego”, hit w Ameryce, choć znalazł się poza dziesiątką, też był dobrze przyjęty. Zaskakujące jest jednak to, że filmy dla dzieci w tym roku nie cieszyły się aż taką dużą popularnością. Myślę, że 2015 rok będzie pod tym względem lepszy – przewiduje Sławomir Salamon.