Polacy chętnie sięgają po suplementy diety. Rośnie ich sprzedaż i ceny

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz częściej i coraz chętniej kupują suplementy diety. Wybierane są przede wszystkim te produkty, które mogą uzupełnić codzienną dietę o niezbędne witaminy i minerały – stanowią połowę sprzedaży w tym segmencie. Konsumenci chętnie sięgają też po specyfiki mające służyć zdrowiu i urodzie. Wartość rynku suplementów diety z roku na rok systematycznie rośnie. W ubiegłym roku na takie produkty Polacy wydali ponad 3 miliardy złotych. 

Suplementy diety stanowią drugą pozycję w sprzedaży odręcznej, zaraz po lekach bez recepty. Cała sprzedaż odręczna szacowana jest na poziomie około 12 mld, w tym leki bez recepty stanowią około 6 mld zł, suplementy diety prawie 3 mld zł, pozostała wartość sprzedaży to wyroby medyczne i kosmetyki apteczne.

Rynek suplementów diety w ubiegłym roku wzrósł o 7 proc. w porównaniu do 2012 roku.

– W przypadku rynku suplementów diety jest wyraźny wzrost dynamiki wartościowej – zauważa Ewa Jankowska, prezes Polski Związek Producentów Leków Bez Recepty PASMI. – W ostatnich trzech latach istotnie wzrosły ceny suplementów diety na rynku.

Dziś jedno opakowanie suplementu diety kosztuje statystycznie 16 zł, czyli o 4 zł więcej od leku dostępnego bez recepty. Jeszcze trzy lata temu sytuacja była odwrotna. To leki były znacznie droższe.

Wśród produktów, po które sięgamy najchętniej, są specyfiki witaminowo-mineralne. Stanowią one ponad połowę wartości rynku sprzedaży.

W ubiegłym roku statystyczny Polak zjadł 133 tabletki produktów witaminowo-mineralnych – mówi agencji informacyjnej Newseria prezes PASMI.

Na drugim miejscu, zarówno jeśli chodzi o spożycie, jak i o sam zakup, są suplementy, które wpływają na urodę: tzw. sektor beauty, czyli produkty do skóry, włosów i paznokci. Polacy chętnie sięgają po produkty wspomagające prawidłowe funkcjonowanie układów pokarmowego, moczowego, kostno-mięśniowego czy odpornościowego.

Nową kategorią, która się pojawiła, to kategoria wspomagania wzroku, zmęczonych oczu, wspomagania ostrości widzenia – wymienia Jankowska. – Niezmienną popularnością cieszą się suplementy, które poprawiają sprawność seksualną. To są kategorie, które istotnie wzrosły w ostatnich trzech latach.

Polacy najczęściej kupują suplementy w aptekach i sklepach. Spora część sprzedaży odbywa się też przez internet. Nie ma ku temu żadnych przeciwwskazań, bowiem suplementy tak jak każdy inny rodzaj żywności mogą być oferowane w sieci.

Oczywiście zdecydowanie lepiej jest, jeśli pacjent, konsument kupuje suplementy diety w sprawdzonych aptekach internetowych, bo wtedy ma gwarancję, z jakiego źródła pochodzą te produkty i jest zdecydowanie mniej narażony na zafałszowanie tych produktów – zaznacza Ewa Jankowska.

Według szacunków roczny obrót suplementami diety w internecie sięga kwoty 200 mln złotych.

Suplementy to jedna z kategorii żywności. Są to produkty, które mają uzupełnić naszą codzienną dietę w elementy, których ta nie ma albo ma, ale w śladowych ilościach. Chodzi m.in. o niedobory witamin i minerałów niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania ludzkiego organizmu. Suplementy, inaczej niż leki, których zadaniem – jako substancji czynnych – jest leczyć chorobę, wspomagają i wzbogacają naszą codzienną dietę.

Rok 2013 najlepszym rokiem w historii SKOK-u Wołomin. W tym wzrost może być mniejszy z powodu dostosowywanie się do wymogów nadzorcy

0

Mimo spowolnienia, zmian legislacyjnych oraz spadku zaufania do sektora SKOK-ów Kasa Oszczędnościowo-Kredytowa w Wołominie zanotowała najlepszy rok w swojej historii. Strategia do roku 2015 zakłada dalszy zrównoważony wzrost poprzez zwiększenie działalności depozytowej i kredytowej, poprawę efektywności i doskonalenie zarządzania ryzykiem. W tym roku Kasa będzie się koncentrowała także na dostosowaniu działalności do wymogów KNF.

– 2013 rok był rokiem dynamicznym, rokiem intensywnej pracy, mającej na celu dostosowanie do nowych warunków prawnych, które nas spotkały. Natomiast jeżeli chodzi o wyniki finansowe, jest to najlepszy rok w historii naszej kasy. Aktywa wzrosły o 46 proc. w stosunku do końca poprzedniego roku i zbliżają się na koniec 2013 roku do 3 mld złotych. Mamy 79 tys. pełnoprawnych członków, czyli zdeklarowanych stałych klientów, kwota pożyczek to jest ponad 2,2 mld złotych, a wynik finansowy 83 mln złotych netto – mówi agencji informacyjnej Newseria Mariusz Gazda, prezes SKOK Wołomin.

Wyniki wyglądają dobrze na tle konkurencyjnych kas, ponieważ w 40 z 52 działających SKOK-ów wszczęto programy naprawcze, a w trzech działa zarząd komisaryczny. Trudna sytuacja sektora sprawia, że KNF szuka sposobu na restrukturyzację kas, które mają problemy. Zmiany regulacyjne oraz niepewność związana z działaniami regulatora wobec kas niekorzystnie wpływały na otoczenie, w którym działał SKOK w Wołominie – napisano w Raporcie Rocznym 2013.

Pod względem wielkości aktywów SKOK w Wołominie jest drugą największą kasą w kraju. Posiada obecnie 102 oddziały na terenie 10 województw. Strategia SKOK-u w Wołominie na lata 2013–2015 zakłada rozwój poprzez doskonalenie zarządzania ryzykiem, zmiany struktury organizacyjnej, dalszy rozwój bazy depozytowej i działalności kredytowej oraz wzrost efektywności funkcjonowania.

– Celem na ten rok jest utrzymanie tempa rozwoju oraz dalsze prace dostosowujące nas do nowego nadzorcy. Zaplanowaliśmy 3,2 mld sumy bilansowej, 92 tys. członków, a wynik  na poziomie 60 mln złotych. Ponadto w planie na ten rok jest sześć nowych placówek, z czego dwie już zostały uruchomione – mówi Gazda.

Od 27 października 2012 r. Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe są nadzorowane przez Komisję Nadzoru Finansowego. To efekt rosnącej skali działalności SKOK-ów, które oferują podobne produkty do banków. Przede wszystkim gromadzą depozyty i obciążają je ryzykiem, udzielając kredytów, co jest tradycyjną działalnością bankową. Nowe regulacje i zalecenia KNF to dodatkowe koszty dla sektora kas. Przykładowo nadzór może żądać zmiany lub rozwiązania umów z firmami zewnętrznymi, jakie zawarły SKOK-i.

– Założyliśmy w tym roku mniejszy wzrost i mniejszy rozwój niż w latach poprzednich, ponieważ musimy dostosować nasze procedury, chociażby systemy monitoringu do zaleceń, do oczekiwań nowego nadzorcy – uważa prezes SKOK Wołomin.

W raporcie rocznym za 2013 wskazano, że SKOK w Wołominie dotychczas pilnował wzrostu kosztów, zwłaszcza związanych z wynagrodzeniami. Zdaniem zarządu, wraz z efektywnym budowaniem relacji ze swoimi klientami, pomogło to utrzymać dobre wyniki w okresie spowolnienia.

– Kasa zawsze miała restrykcyjną politykę kosztową, co przy wejściu gospodarki w gorszą koniunkturę okazało się przewagą. Kasa zawsze była nastawiona na klienta, na członka, bo członek to jest nasz współwłaściciel. Staramy się być dla niego doradcą, dlatego jeżeli nie mamy w jakimś segmencie dobrych produktów, to mówimy o tym, i proponujemy poszukanie czegoś na rynku. Oferujemy tylko to, w czym jesteśmy najlepsi – deklaruje Mariusz Gazda.

Spada sprzedaż ubezpieczeń na życie w bankach. Instytucje finansowe szykują się do Rekomendacji U

CEO Magazyn PolskaW ubiegłym roku spadła sprzedaż ubezpieczeń na życie w bankach, a udział tego kanału sprzedaży w dystrybucji polis życiowych spadł o niemal 7 pkt proc. Część ekspertów ocenia, że może mieć to związek z wchodzącą w życie w listopadzie Rekomendacją U, która ma rozdzielić podwójną rolę, jaką pełnią banki – ubezpieczającego i pośrednika finansowego.

W sektorze ubezpieczeń na życie od lat był zauważalny wzrost przypisu składki z kanału dystrybucji bancassurance. W 2012 roku było to 53,5 procent przypisu składki. Rok później, w 2013 roku, przypis w segmencie życiowym spadł do nieco ponad 46 procent. To istotny spadek. Być może banki zrezygnowały z jakiejś grupy produktów mniej atrakcyjnych zarówno dla nich, jak i dla klientów. Być może jest to jednak próba przygotowywania się do nowego sposobu dystrybucji ubezpieczeń wynikających z Rekomendacji U – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Czublun, partner w Kancelarii Radców Prawnych Czublun Trębacki.

Spadek w sprzedaży ubezpieczeń na życie nie wpłynął jednak negatywnie na inne ubezpieczenia oferowane przez banki. Wręcz przeciwnie. Jak wynika z badań Polskiej Izby Ubezpieczeń, w segmencie ubezpieczeń majątkowych banki zanotowały wzrost udziałów o dwa punkty procentowe do 9,2 procent rynku. To najwyższy wskaźnik w całym przedstawionym przez PIU okresie, czyli od 2009 roku.

Jest to ciekawy trend, zobaczymy, czy się utrzyma i na ile banki, które do tej pory były głównie dystrybutorami produktów życiowych, poradzą sobie z rolą dystrybutora produktów majątkowych, takich jak OC, autocasco komunikacyjne czy produkty mieszkaniowe. Zobaczymy, czy kolejne lata pokażą wzrost sprzedaży tego typu ubezpieczeń w kanale bankowym – mówi Czublun.

Przedstawiona przez Komisję Nadzoru Finansowego Rekomendacja U, która wejdzie w życie w listopadzie, ma zlikwidować podwójną rolę pełnioną przez banki – ubezpieczyciela i sprzedawcy ubezpieczeń. Instytucje, które nie dostosują się do przepisów związanych z działalnością ubezpieczeniową, będą musiały z niej zrezygnować. Zdaniem eksperta, Rekomendacja U może spowodować u części banków znaczące ograniczenie przychodów z tego tytułu.

Rekomendacja, zwłaszcza gdyby była ona uchwalona w tej postaci, zawiera bardzo wiele niekorzystnych rozwiązań. Nawet nie tyle z punktu widzenia banku, ile z optymalnego modelu oferowania produktu bankowego, możliwości zarabiania przez bank na tego typu produktach – zaznacza Czublun.

Wymogi Komisji Nadzoru Finansowego dotyczą m.in. zamiany polis grupowych na indywidualne. Po wejściu w życie rekomendacji banki będą musiały z tego powodu co miesiąc wystawiać 3 miliony polis. Dlatego też istnieje duże ryzyko, że część banków znacznie ograniczy swoje przychody z tytułu sprzedaży ubezpieczeń, choć w niektórych bankach stanowią one znaczący udział w całości przychodów.

Świat nie znosi próżni. Dlatego wydaje mi się, że braki w budżetach banków wynikające stąd, że nie ma składki ubezpieczeniowej, będą zrekompensowane. Być może wyższymi opłatami za inne usługi, być może innymi produktami. Ale jestem przekonany, że rynek sobie poradzi i znajdzie wyjście z sytuacji, bez względu na finalną treść Rekomendacji U – podsumowuje Czublun.

Na nowych zasadach obliczania ulgi na dzieci skorzystają przede wszystkim rodziny wielodzietne

0

CEO Magazyn Polska

Na rozliczenie się z fiskusem zostało zaledwie kilka dni. Podatnicy wychowujący dzieci, którzy nie złożyli jeszcze rozliczenia rocznego, powinni dokładniej przyjrzeć się uldze prorodzinnej. Od tego roku ulga jest obliczana na nowych zasadach. Na zmianach zyskają rodzice i opiekunowie, którzy wychowują troje dzieci lub więcej.

W 2013 roku w sposób dość radykalny zmieniło się uprawnienie do odliczenia ulgi prorodzinnej z tytułu wychowywania dzieci. Przy ocenie, czy podatnik jest uprawniony do korzystania z ulgi i w jakiej wysokości, znaczenie mają zasadniczo trzy wskaźniki. Po pierwsze, czy podatnik pozostaje w związku małżeńskim, po drugie liczba wychowanych dzieci, po trzecie wysokość dochodów – wskazuje Rafał Sidorowicz, doradca podatkowy w spółce Michalik Dłuska Dziedzic i Partnerzy.

Zadowoleni nie będą z pewnością rodzice wychowujący jedno dziecko, którzy przy wysokich zarobkach nie będą mogli liczyć już na ulgę. Uprawnienie będzie przysługiwało tylko w sytuacji, jeśli dochody nie przekroczą 112 tys. zł w przypadku małżeństw i 56 tys. zł w przypadku jednej osoby. Inne przepisy stosowane są dla tych, którzy spełniają warunki do uznania ich za osoby samotnie wychowujące dziecko.

Mowa tu o pozostających w stanie wolnym czy też będących wdową lub wdowcem, przy założeniu, że te osoby rzeczywiście samotnie wychowują małoletnie dziecko. W takim wypadku limit dochodów również wynosi 112 tys. złotych – wyjaśnia Sidorowicz.

Zmiany w żaden sposób nie dotkną rodziców z dwójką dzieci. Nie ma limitu dochodów, po przekroczeniu którego ulga na dzieci nie będzie przysługiwać, nie zmienia się też kwota odpisu. Zmianę w przepisach odczują natomiast wychowujący troje lub więcej dzieci. Będzie to zmiana zdecydowanie dla nich korzystna. Nie ma bowiem kryterium dochodowego, a ponadto wyższa będzie ulga.

W przypadku wychowania trojga dzieci: z tytułu wychowania dwojga pierwszych dzieci ulga wynosi tyle samo, co w roku ubiegłym, natomiast za trzecie dziecko ta ulga jest wyższa o 50 procent. Natomiast w przypadku wychowywania czworga lub większej liczby dzieci, za czwarte i kolejne dziecko ta ulga wynosi 100 procent więcej niż ulga przysługująca w latach ubiegłych – mówi Sidorowicz.

Oznacza to, że rodzice co najmniej trójki dzieci zwiększą odliczaną kwotę za trzecie dziecko o 556,02 zł, natomiast za czwarte i każde kolejne – o 1112,04 zł.

Przy składaniu zeznania nie można zapomnieć o dołączeniu załącznika PIT/O, gdzie należy wskazać dane identyfikacyjne dziecka (wystarczający będzie numer PESEL) oraz podać, czy inny upoważniony podatnik, głównie małżonek, dokonuje rozliczenia ulgi na dzieci. Jeśli władza rodzicielska przysługuje obojgu rodzicom, powinni oni ustalić, które z nich i w jakim zakresie skorzysta z ulgi.

– Ważna jest kwestia dokumentacyjna. Składając zeznania podatkowe, nie musimy dołączać żadnych dokumentów potwierdzających uprawnienia do ulgi. Natomiast w przypadku, kiedy zażąda tego organ podatkowy, możemy być zobowiązani do dostarczenia, po pierwsze, odpisu aktu urodzenia dziecka, po drugie dokumentów szczególnych, na przykład kiedy wychowujemy dziecko przysposobione – zaznacza Rafał Sidorowicz.

Jeszcze inaczej wygląda sytuacja, kiedy z ulgi prorodzinnej chce się skorzystać w stosunku do pełnoletniego dziecka, które nie ukończyło 25 lat. Dziecko takie musi wówczas być na utrzymaniu rodziców, kontynuować naukę oraz nie uzyskiwać w całym roku przychodów wyższych niż kwota wolna od podatku (obecnie 3089 zł). Także wówczas należy jednak pamiętać o zachowaniu odpowiednich dokumentów.

– W przypadku, kiedy korzystamy z odliczenia w zakresie wychowania pełnoletniego dziecka, organ podatkowy może zażądać dodatkowo przedstawienia zaświadczenia dokumentującego kontynuację nauki dziecka w szkole wyższej lub innej placówce edukacyjnej po ukończeniu 18. roku życia – przypomina Sidorowicz.

Polskie firmy nie chronią swoich wynalazków poza granicami kraju

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy zgłosiły w ubiegłym roku blisko 55 razy mniej międzynarodowych wniosków patentowych niż niemieckie. Dystans w innowacyjności między Polską a najbardziej rozwiniętymi krajami pozostaje ogromny. Równocześnie zagraniczne firmy umacniają swoją pozycję konkurencyjną na polskim rynku, ponieważ rośnie liczba obowiązujących nad Wisłą patentów udzielanych przez Europejski Urząd Patentowy. Ich udział w całkowitej liczbie patentów udzielonych w Polsce w 2013 roku sięgnął 72 proc.

– Pomimo rosnącej tendencji do zgłaszania patentów do krajowego Urzędu Patentowego, Polacy stosunkowo rzadko zgłaszają swoje wynalazki poza granicami kraju, nie chroniąc swoich rozwiązań poza Polską. Uzyskiwanie monopolu jedynie na terytorium kraju nie daje należytego zabezpieczenia, jeżeli chcemy prowadzić biznes poza granicami. W zeszłym roku w Polsce było 330 zgłoszeń międzynarodowych w trybie PCT, a dla Niemiec to jest 16 tys. zgłoszeń. To pokazuje dystans dzielący nas od technologicznie zaawansowanych krajów – mówi agencji informacyjnej Newseria Łukasz Czernicki z firmy doradczej Crido Taxand.

W 2013 roku walidowano w Polsce 7236 patentów europejskich, podczas gdy Urząd Patentowy RP (UPRP) udzielił w tym samym czasie 2 804 patenty. To oznacza, że europejskie firmy coraz większą uwagę poświęcają utrzymaniu swojej przewagi technologicznej na polskim rynku. Obok ochrony patentowej na poziomie europejskim, w globalnej gospodarce kluczowe są zgłoszenia patentowe w trybie PCT. Umożliwiają one uzyskanie ochrony patentowej w 148 państwach (łącznie z USA, Japonią i Chinami). Z Polski pochodzi znikoma część zgłoszeń PCT – 0,16 proc. globalnej liczby.

Z raportu firmy Crido Taxand, przygotowanego z okazji Światowego Dnia Ochrony Własności Intelektualnej, wynika, że za małą liczbę wniosków PCT odpowiada polski sektor przedsiębiorstw. W Polsce blisko połowa zgłoszeń pochodzi z instytucji akademickich i naukowych. Firmy odpowiadają za jedynie 34 proc. wniosków o patent w trybie międzynarodowym, podczas gdy na świecie ich udział we wnioskach PCT wynosi 84 proc.

– Polskie przedsiębiorstwa nie dokonują bardzo często zgłoszeń patentowych. Wydaje im się, że wynalazek to powinno być nie wiadomo jakie odkrycie, charakteryzujące się wyjątkową unikalnością czy nowością; ponadto kultura patentowa w Polsce wśród przedsiębiorstw jest stosunkowo niska, widać, że wśród instytucji naukowych i akademickich jest zasadniczo wyższa –  tłumaczy Czernicki.

W wysokorozwiniętych państwach te relacje są odwrotne – na liście podmiotów najczęściej składających wnioski o ochronę patentową dominują transnarodowe korporacje. W 2012 r. na czele listy pod względem zgłoszeń PCT znalazły się ZTE Corporation (3906 zgłoszeń wynalazków), a najwięcej zgłoszeń do Europejskiego Urzędu Patentowego w 2012 r. pochodziło od Samsunga (2289). Tymczasem w Polsce do grona liderów należą państwowe uczelnie wyższe: Politechnika Wrocławska (193 zgłoszenia), AGH (121) i Politechnika Poznańska (111). 

Polska wypada słabo nie tylko w stosunku do państw Europy Zachodniej, lecz także w porównaniu do sąsiadów o podobnym poziomie rozwoju. W przeliczeniu na 1 mln mieszkańców w zeszłym roku zanotowano w Polsce 8,68 zgłoszeń międzynarodowych PCT, podczas gdy w Czechach było to 19, a na Węgrzech – 16. Z raportu Crido Taxand wynika, że Polska ledwo wyprzedziła Rosję, Słowację i Bułgarię (wszystkie osiągnęły ok. 8 zgłoszeń na 1 mln mieszkańców). Na drugim biegunie znajdują się takie kraje, jak Luksemburg i Szwajcaria. W pierwszym z tych krajów na 1 mln mieszkańców (gdyby było ich tylu) przypadłyby 652 wnioski patentowe; w ośmiomilionowej Szwajcarii – 543 wnioski na 1 mln obywateli. Czyli więcej niż cała licząca 38 mln mieszkańców Polska (330 wnioski).

Obok niskiej kultury patentowej przyczyną niskiej liczby patentów mogą być cechy strukturalne polskich firm. Rdzeń polskiej gospodarki stanowią małe i średnie przedsiębiorstwa (MSP), których duża część ma niski potencjał innowacyjny, zwłaszcza w porównaniu do zagranicznych koncernów. Prawdopodobne jest jednak i to, że nawet innowacyjne MSP rezygnują z ochrony swoich wynalazków ze względu na zbyt wysokie koszty.

– Zgłoszenie i przeprowadzenie całej procedury w Polsce to są wydatki rzędu kilku tysięcy złotych maksymalnie. Samo zgłoszenie wniosku patentowego w formie papierowej to jest 550 zł. Porównanie tych samych opłat w Europie, przed Europejskim Urzędem Patentowym bądź w procedurze międzynarodowej, to są kwoty sięgające kilkunastu tysięcy złotych. Niewątpliwie bariera finansowa jest jedną z tych, które powodują, że wynalazki nie są zgłaszane za granicą – uważa Łukasz Czernicki.

Ochrona patentowa jedynie na terenie Polski często nie jest jednak dobrym wyborem. Takie rozwiązanie oznacza, że firma ujawnia swój wynalazek konkurencji, która będzie mogła za darmo skorzystać z niego na zagranicznych rynkach.

– W takim wypadku otrzymamy monopol w Polsce, ale z drugiej strony przed całym światem otwieramy naszą wizję techniczną, nasz know-how, pokazujemy całemu światu nasz pomysł, każdy może z tego korzystać poza granicami Polski bez naszego zezwolenia. Czyli to jest de facto dzielenie się wiedzą za darmo. Czasami lepiej nie chronić jakichś wynalazków, a jeżeli już chronić to na całym świecie – radzi Czernicki.

Dlatego trudno uznać za korzystne statystyki, według których w latach 2007–2013 liczba krajowych zgłoszeń do Urzędu Patentowego RP wzrosła z 2392 do 4237. Zwłaszcza że w tym samym okresie liczba zgłoszeń PCT ze strony polskich podmiotów zwiększyła się zaledwie o 223.

NIK o oznakowaniu dróg

Oznakowanie niezgodne z przyjętą organizacją ruchu, zniszczone znaki drogowe, nieczytelne pasy na jezdni, nagromadzenie znaków utrudniające ich odczytanie, braki w oznakowaniu, reklamy zasłaniające znaki, wreszcie w wielu przypadkach brak przyjętej organizacji ruchu – to wszystko ujawnili na polskich drogach kontrolerzy NIK i działający na zlecenie Izby inspektorzy z Urzędów Wojewódzkich.

Łączna długość wszystkich dróg publicznych w Polsce wynosi ponad 400 tys. km – z tego 55 proc. to drogi gminne (ponad 237 tys. km), 33 proc. powiatowe (prawie 130 tys. km), 7 proc. drogi wojewódzkie (28,5 tys. km), a pozostałe 5 proc. to drogi krajowe, w tym autostrady i ekspresówki (prawie 19 tys. km). NIK przeprowadziła kontrolę jakości oznakowania i organizacji ruchu na wszystkich drogach z wyjątkiem krajowych.

Nieprawidłowości związane z organizacją ruchu

Znaki są źle ustawione, bo dla wielu dróg – szczególnie gminnych i powiatowych – nie zostały opracowane projekty organizacji ruchu lub zostały one zaprojektowane wadliwie. A to właśnie na ich podstawie wprowadza się oznakowanie pionowe i poziome, sygnalizację świetlną i dźwiękową oraz urządzenia bezpieczeństwa ruchu (np. barierki czy progi zwalniające).

Wiele dróg w Polsce nie posiada zatwierdzonej organizacji ruchu drogowego. Dotyczy to najczęściej dróg w gorszym stanie technicznym, czyli gminnych i powiatowych. Wybudowano je bowiem przed 19 sierpnia 1999 roku. Od tego dnia zarządcy dróg mieli obowiązek sporządzać projekty organizacji ruchu tylko dla nowych dróg lub tych fragmentów dróg, które zostały wyremontowane. W pozostałych przypadkach, czyli w stosunku do dróg wybudowanych przed 19 sierpnia 1999 r., zależało to od ich dobrej woli.

Tymczasem to właśnie zatwierdzona organizacja ruchu jest podstawą wprowadzenia znaków pionowych i poziomych, sygnalizacji świetlnej i dźwiękowej oraz urządzeń bezpieczeństwa ruchu. Dlatego NIK postuluje, by dla poszczególnych kategorii dróg samorządowych wyznaczyć ostateczne terminy na wprowadzenie stałych organizacji ruchu.

Samorządy w różnym stopniu wdrożyły na swoim terenie organizację ruchu. Przykładowo żadna ze skontrolowanych dróg na terenie powiatu zgierskiego nie miała opracowanego projektu organizacji ruchu. Podobnie było w gminie Gietrzwałd, gdzie zdarzało się, że znaki ustawiano na polecenie wójta, bez przestrzegania wymogów w tym zakresie. Z kolei na terenie powiatu białostockiego przyjętej organizacji ruchu nie posiadało ponad 40 proc. dróg, a na terenie powiatu jędrzejowskiego blisko 30 proc. dróg gminnych. Przeważająca część dróg wojewódzkich miała zatwierdzoną organizację ruchu.

W większości skontrolowanych dróg organizację ruchu zatwierdzano na podstawie niekompletnych projektów. Nie zawierały one planów orientacyjnych i sytuacyjnych lub sporządzono je w niewłaściwej skali. Stwierdzono także przypadki przedkładania do zatwierdzenia projektów, do których nie zostały dołączone wszystkie wymagane opinie (przede wszystkim policji).

Główną przyczyną tych nieprawidłowości było słabe przygotowanie merytoryczne pracowników odpowiedzialnych za projekty organizacji ruchu. W obecnym stanie prawnym praktycznie każdy może sporządzić taki projekt, bo przepisy nie określają kwalifikacji projektanta.

Organy zarządzające ruchem – starostowie i marszałkowie województw – nie przeprowadzali obligatoryjnych kontroli dróg lub robili to nierzetelnie. Dotyczy to zarówno kontroli technicznych, które przeprowadza się w ciągu
14 dni od wprowadzenia stałej organizacji ruchu na drodze, jak i kontroli znaków, sygnalizacji oraz urządzeń bezpieczeństwa ruchu drogowego. Te ostatnie kontrole należy przeprowadzać na wszystkich drogach raz na pół roku.

Wskaźniki sygnalizują poprawę w branży budowlanej

Wszystko wskazuje na to, że rok 2014 będzie przełomowym okresem dla branży budowlanej. Wahające się pomiędzy plusem i minusem dynamiki w poszczególnych kategoriach budowlanych wraz z biegiem czasu będą się stabilizować i ostatecznie 2014 rok zakończy się jednocyfrowym wzrostem.

Według najnowszego raportu opracowanego przez firmę badawczą PMR zatytułowanego „Sektor budowlany w Polsce, I połowa 2014 − Prognozy rozwoju na lata 2014-2019”, pierwszym dobrym zwiastunem dla budownictwa jest poprawiająca się sytuacja na rynku cementu, którego ożywienie zawsze przekłada się na intensyfikację prac budowlanych. Lata 2012-2013 notowały spore spadki w zakresie produkcji cementu (odpowiednio -16% i -7,5%), co znajdowało przełożenie w malejącym wolumenie sprzedaży produkcji budowlano-montażowej. Obecnie po I kwartale 2014 roku wielkość produkcji podstawowego składnika dla budownictwa zanotowała wzrosty rzędu 53% w ujęciu rocznym oraz ponad 100% w przypadku zużycia. Dla całego roku indeksy te będą zdecydowanie bardziej umiarkowane, jednak na mocnym plusie.

Stabilizuje się także sytuacja finansowa w spółkach budowlanych. Zgodnie z danymi GUS za 2013 rok, rentowność obrotu po opodatkowaniu podniosła się. W przypadku wysokości wskaźnika poziomu kosztów ruch ten odbył się w przeciwną stronę, co jednakowoż oznacza poprawę w stosunku do kryzysowego i nierentownego w ujęciu całościowym wyniku za 2012 rok. Analitycy PMR przewidują, że procesy uzdrawiające portfele zamówień spółek oraz rozsądniejsze i bardziej wyważone podejście do wycen w przypadku nowych przedsięwzięć w 2014 zaowocuje nieco zdrowszym rozłożeniem ryzyk a przez to lepszymi wynikami firm budowlanych.

Dotychczasowa słaba sytuacja finansowa firm miała także przełożenie na obniżające się ceny usług budowlanych. Wiele firm chcąc reperować portfele zleceń nowymi zamówieniami, w obliczu rosnącej konkurencji zmuszone były obniżać ceny, co w konsekwencji tylko pogorszyło sytuacje wielu z nich. Według statystyk, indeks cen produkcji budowlano montażowej obniżył się o 1,8%. Sytuacja ta wraz z niskimi stopami procentowymi wpływa korzystnie na analizy opłacalności ekonomicznej przedsięwzięć – z punktu widzenia inwestora. Dlatego też sektor prywatny zintensyfikował wysiłki inwestycyjne, co widoczne jest przede wszystkim w segmencie niemieszkaniowym. Budowane są nowe biurowce i hotele a także zakłady przemysłowe.

Coraz aktywniej poczynają sobie na rynku również deweloperzy, gdzie z łatwiejszym dostępem do pieniądza zbiegł się okres wdrożenia cieszącego się dużą popularnością programu wspierania zakupu pierwszego mieszkania (MdM) oraz zapowiedzi nawiązania współpracy z sektorem publicznym w związku z Funduszem Mieszkań na Wynajem. Także coraz jaśniej rysuje się przyszłość inwestycji infrastrukturalnych. Dla budownictwa kolejowego nadchodzi okres intensywnego kończenia projektów z poprzedniego budżetu, zaś nowe projekty drogowe obecnie znajdują się w fazie przetargowej i oczekują na rozstrzygnięcie. Budżet unijny wspomoże także niebawem obiekty kubaturowe użyteczności publicznej czy też prace o charakterze hydrotechnicznym.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Sektor budowlany w Polsce, I połowa 2014 − Prognozy rozwoju na lata 2014-2019”.

Stabilny wzrost na rynku prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce

Jak wynika z najnowszego raportu firmy badawczej PMR pt. „Rynek prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”, w 2013 r. wartość rynku prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce wyniosła 35,4 mld zł. Dynamika rynku była nieco wyższa niż w 2012 r., głównie za sprawą zwiększenia dynamiki w kategorii „Wydatki pacjentów na produkty zdrowotne”, na skutek trendu związanego ze stabilizacją tego segmentu. Według szacunków PMR, w roku 2016 wartość rynku prywatnej opieki zdrowotnej przekroczy 40 mld zł.

Wzrost rynku średnio o 5,7 % pomiędzy 2014 a 2018

W 2013 roku wartość rynku prywatnej opieki zdrowotnej wzrosła o 4,6%, co wskazuje na ożywieniu rynku w tym segmencie w porównaniu z rokiem 2012, kiedy to rynek prywatnej opieki zdrowotnej zanotował wzrost na poziomie 4,4%. W latach 2014-2018 rynek prywatnej opieki zdrowotnej będzie się rozwijał w tempie około 5,7% średnio rocznie. Dynamika będzie wzrastać w kolejnych latach, w związku ze stopniową poprawą ogólnej sytuacji ekonomicznej w Polsce. Na rok 2014 przewidywany jest wzrost PKB, o około 3,4%, przy jednoczesnej poprawie na rynku pracy. Dlatego w roku 2014 rynek znów będzie rozwijał się nieco bardziej dynamicznie, niż w dwóch poprzednich latach i ten trend zostanie utrzymany do roku 2018.

Wydatki prywatne a wydatki publiczne

Udział wydatków prywatnych systematycznie wzrasta i stanowi coraz większy udział w całkowitych wydatkach na opiekę zdrowotną w Polsce. Ten trend utrzyma się w kolejnych latach. Będzie to spowodowane faktem, iż w prognozowanym okresie 2014-2018 wydatki publiczne będą wzrastały w tempie 2,1% średnio rocznie, natomiast wydatki prywatne będą w tym okresie rosły w tempie 5,7% średnio rocznie.

Implikacje ustawy refundacyjnej w dwa lata po jej wejściu w życie
Struktura prywatnych wydatków na opiekę zdrowotną pozostała niemal niezmieniona w ciągu ostatnich kilku lat. W 2013 roku udział kategorii: produkty zdrowotne (leki i sprzęt medyczny) zmniejszył się nieznacznie, bo o 0,2 punktu procentowego. W 2012 r. udział tej kategorii zmniejszył się o 1,4 punktu procentowego w porównaniu do sytuacji w roku 2011, co było przede wszystkim wynikiem wejścia w życie od 1 stycznia 2012 r. tzw. ustawy refundacyjnej, która wywołała prawdziwą rewolucję na rynku farmaceutycznym w Polsce. Po dwóch latach od wejścia ustawy refundacyjnej, segment wydatków na leki wyraźnie oswoił się z nowymi uwarunkowaniami i stał się stabilniejszy.

Rynek abonamentów a rynek ubezpieczeń zdrowotnych

W opinii PMR, rynek ubezpieczeń zdrowotnych nie jest obecnie dynamizowany przez żadne istotne czynniki, poza czynnikami makroekonomicznymi i w najbliższych 2-3 latach nie nastąpi znaczne ożywienia rynku w tym segmencie, które byłoby uwarunkowane na przykład zmianami legislacyjnymi. Dopóki rynek ubezpieczeń nie nasyci się, czynniki makroekonomiczne będą miały na niego największy wpływ. Korzystne przewidywania dla poziomu bezrobocia, płac i PKB w latach 2014-2018 będą wpływały najmocniej na rynek ubezpieczeń zdrowotnych do roku 2015. W latach 2016-2018, większe nasycenie rynku ubezpieczeń zdrowotnych spowoduje zahamowanie dynamiki jego wzrostu.

Jeśli chodzi o rynek abonamentów medycznych w Polsce, to jest to już rynek dość stabilny i przewidywalny. Z tego powodu dynamika rynku abonamentów spadła w roku 2013 poniżej 10% i była najniższa od roku 2005. Czynnikiem decydującym o spadku dynamiki było nasycenie rynku przy obecnych warunkach makroekonomicznych, które w roku 2013 nie były korzystne. Rynek abonamentów staje się rynkiem dojrzałym i w opinii PMR, dynamiki rozwoju z początków jego rozwoju nie są już adekwatne dla jego obecnych uwarunkowań.

Wyjaśnienia metodologiczne
Na wartość rynku składają się wydatki na produkty zdrowotne bezpośrednio z kieszeni pacjenta, usługi rehabilitacyjne, badania diagnostyczne i wizyty lekarskie opłacane z własnej kieszeni, abonamenty oferowane przez firmy medyczne wraz z usługami medycyny pracy, ubezpieczenia zdrowotne oferowane przez towarzystwa ubezpieczeniowe, opłaty w szarej strefie, np. „dowody wdzięczności” dla lekarzy oraz inne opłaty ponoszone bezpośrednio z kieszeni pacjenta.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”.

Internauci o stażach i praktykach: 9,5 tys. wzmianek w ciągu miesiąca

Nawet 700 publikacji dziennie pojawia się w Internecie na temat staży i praktyk – wynika z badania przeprowadzonego przez Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami (PSZK) we współpracy z Brand24 w ramach kampanii społecznej „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”.

Prawie 9,5 tys. wzmianek w ciągu miesiąca – od wymiany opinii na temat konkretnych pracodawców, przez komunikaty o poszukiwaniach staży i stażystów, po kwestie formalne, takie jak opodatkowanie przychodów wynikających ze współpracy studentów z firmami, umowa czy prawa i obowiązki stażysty.

Debata na temat staży i praktyk toczy się głównie w mediach społecznościowych. Podstawowym miejscem wymiany opinii jest Facebook – pojawiło się tam 35,5 proc. odnotowanych w analizowanym okresie wzmianek. Po 15 proc. wypowiedzi opublikowanych zostało łącznie na blogach i mikroblogach, tyle samo na forach. Publikacje o charakterze informacyjnym dostępne na portalach internetowych to kolejne 15 proc.

Badania wskazały nie tylko miejsca dyskusji, ale też najaktywniejszych twórców treści i uczestników debat: fanpage’e firm, portale studenckie i rekrutacyjne. Jedną z najbardziej zaangażowanych społecznościowo w kontekście współpracy ze studentami firm jest PZU. – Doceniamy media społecznościowe jako miejsce dyskusji i wymiany informacji o stażach i praktykach. Komunikacja takimi kanałami jest dla nas bardzo ważna w relacjach z młodymi odbiorcami, dlatego prowadzimy fanpage „Grupa PZU Kariera”. Studentom poszukującym staży czy praktyk sugeruję korzystanie ze sprawdzonych, merytorycznych źródeł i dystans wobec anonimowych wypowiedzi znalezionych na forach czy blogach – mówi Maciej Hassa, Kierownik Zespołu Marki Pracodawcy z PZU.

Jak wynika z analizy wydźwięku publikacji przeprowadzonej przez Brand24, wypowiedzi związane ze stażami i praktykami są przede wszystkim neutralne, 10 proc. uznać można za pozytywne, zaledwie 1 proc. to komunikaty o negatywnym wydźwięku.

Badanie przeprowadzone przez Brand24 obrazuje obecność tematu staży i praktyk w internecie w okresie między 16 marca a 15 kwietnia 2014 r. Do szczegółowej analizy wyselekcjonowano niemal 9,5 tys. publikacji.

Kampania społeczna „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”, w ramach której przeprowadzono badanie, ma na celu zwiększenie poziomu edukacji praktycznej ludzi młodych poprzez zachęcenie pracodawców do organizowania staży i praktyk wysokiej jakości. Mecenasami kampanii są: Nestlé, Orange, PZU oraz Siemens. Partnerem merytorycznym kampanii są Wyższe Szkoły Bankowe, z kolei Partnerem Technologicznym – eRecruiter.

R. Burdach, UI TFI: „Rynek turecki wciąż atrakcyjny”

Sytuacja na rynku akcji w Polsce jest spokojna, ale inwestorzy instytucjonalni bacznie przyglądają się skutkom reformy systemu emerytalnego i związanemu z tym zachowaniu OFE.

O sytuacji na rynkach akcji rozmawiamy z Robertem Burdachem, zarządzającym funduszami akcji Union Investment TFI.

To prawda. Teoretycznie na polskiej giełdzie jest teraz dosyć spokojnie, WIG20 oscyluje w granicach 2400–2500 pkt, na horyzoncie nie widać żadnych spektakularnych ofert publicznych. W ciągu najbliższych tygodni rozpocznie się okres publikacji wyników spółek za I kwartał 2014 r.

Pozory mogą jednak mylić, ponieważ wszyscy uważnie śledzą liczbę deklaracji osób chcących pozostać w OFE. Myślę, że z całą pewnością możemy włożyć między bajki pierwotne pozytywne założenia, że ok. 20–30% uprawnionych pozostanie w OFE. Obecnie optymistyczne prognozy mówią o 15–20%, a ostatecznie może to być ok. 10% przyszłych emerytów.

Jednak emeryt emerytowi nierówny. Wybór OFE deklarują osoby bardziej świadome, a zarazem te o wyższych dochodach.
Zgadza się. Pytanie, czy jeśli w OFE zostaną tylko lepiej zarabiające osoby, to czy ich składki wystarczą zarządzającym na sprawne i efektywne inwestowanie, w co wątpię. Może to być bardzo trudne, ponieważ ci, którzy wybiorą fundusze otwarte, musieliby wypełnić lukę po składkach przynajmniej kilku milionów ludzi.

Wciąż trudno dokładnie określić, jak liczba przyszłych emerytów deklarujących pozostanie w OFE przełoży się na skalę sprzedaży przez fundusze dotychczasowych aktywów. OFE zatrudniają bardzo dobrych specjalistów i na pewno opracowują już konkretne scenariusze odpowiedzialnego, sprawnego upłynnienia aktywów na warszawskiej giełdzie. Najprawdopodobniej zarządzający będą szukali większej ekspozycji na spółki zagraniczne.

A jakie są nastroje inwestorów na naszej giełdzie, biorąc pod uwagę konflikt toczący się niedaleko naszych granic?
Mimo wszystko umiarkowanie pozytywne. Wciąż widzimy niesłabnący apetyt inwestorów na ryzyko. Na rynkach finansowych nadal panuje przekonanie, że konflikt Ukraina–Rosja, przynajmniej przy jego obecnym natężeniu, nie wpłynie fundamentalnie na międzynarodową gospodarkę.

A czy sytuacja na Ukrainie nie odbije się na wynikach rodzimych funduszy?
Wszystko zależy od stopnia ekspozycji danych funduszy na spółki rosyjskie czy ukraińskie. Wiadomo, że aktualnie są to aktywa o bardzo podwyższonym ryzyku ze względu na wciąż niestabilną sytuację polityczną. Aktywa te mogą mocno ucierpieć w razie korekty na tamtejszych giełdach.

My wybraliśmy bezpieczniejsze podejście i w ostatnich miesiącach ułożyliśmy portfele w taki sposób, że ekspozycja geograficzna na wspomniane rynki jest bardzo niska. Dzięki temu ewentualne załamanie na tamtejszych giełdach nie powinno wpłynąć na wycenę jednostek naszych funduszy.

Dobrze na tle innych rynków zachowuje się ostatnio giełda turecka. Czy może tutaj zajść jakaś negatywna korelacja z konfliktem wschodnim?
Moim zdaniem wpływ zawirowań ukraińsko-rosyjskich na Turcję może być paradoksalnie pozytywny. Jeśli kapitał będzie uciekał z tamtejszych gospodarek i giełd, to prawdopodobnie będzie szukał ujścia np. w Turcji, gdzie rynek akcji jest obecnie kilka razy płynniejszy niż chociażby w Polsce, czyli kolejnym potencjalnym miejscu do ulokowania kapitału.

Czyli Turcja nadal pozostaje dobrym kierunkiem do inwestowania?
Bez wątpienia. W porównaniu z różnymi problemami, z jakimi zmagają się inne kraje europejskie (wolniejszy wzrost PKB czy negatywna struktura demograficzna), Turcja ma bardzo dobre perspektywy. Jest to kraj odmienny kulturowo i ze stosunkowo mniej stabilną sceną polityczną, ale inwestorzy zdołali się już z tym oswoić, co przekłada się na to, że na informacje stamtąd napływające reagują coraz spokojniej i racjonalniej.
Oczywiście szukanie okazji do inwestowania na giełdzie tureckiej związane jest z podwyższonym ryzykiem, ale naszym zdaniem uzasadniają je potencjalne korzyści wiążące się z tą inwestycją.

K. Izdebski, UI TFI: Okazje inwestycyjne można znaleźć na każdym rynku

O sytuacji na rynku obligacji rozmawiamy z Krzysztofem Izdebskim z Union Investment TFI, zarządzającym subfunduszem UniObligacje Aktywny

Na początku roku oczekiwania związane ze wzrostem rentowności obligacji były duże. Czy po I kwartale 2014 r. można powiedzieć, że się one spełniły?
Na szczęście dla posiadaczy obligacji – nie. Wygrała przewrotna prawidłowość, że jeśli wszyscy czegoś oczekują, to rzeczywistość okazuje się zgoła inna. W zdecydowanej większości rentowności obligacji na świecie wyraźnie spadły. W Polsce obligacje 10-letnie na koniec 2013 r. miały rentowność 4,3%, obecnie zaś ich rentowność wynosi ok. 4,10-4,15%.

Czy taka sytuacja się utrzyma?
Ryzyko wzrostu rentowności obligacji zwiększa się ze względu na długi okres niskich stóp procentowych w gospodarkach rozwiniętych i na dane potwierdzające wzrost gospodarczy – pozytywne wskaźniki PMI oraz lepsze odczyty PKB.

Czy będzie to miało przełożenie na zachowanie inwestorów?
W wypadku gdy rentowność obligacji zacznie wzrastać, funduszom będzie trudniej utrzymać takie zyski jak w poprzedzających miesiącach ze względu na spadki cen tych papierów.

Jakie kroki w tej sytuacji będą więc najlepsze?
Przede wszystkim inwestorzy powinni szukać okazji na takich rynkach, gdzie rentowności obligacji są na tyle wysokie, że odwrócenie globalnego trendu nie będzie dla nich tak bolesne. Za przykład może posłużyć rynek turecki, oferujący wysokie oprocentowanie papierów dłużnych 2–3-letnich – w okolicy 9–10%. Dla porównania na Węgrzech rentowność obligacji 2-letnich wynosi aktualnie 4%, a w Polsce 2,5%.

Czy można jednoznacznie określić, które rynki są perspektywiczne?
Moim zdaniem nie. Każdy rynek należy analizować pod względem fundamentów oraz obserwować globalne trendy na rynkach obligacji – okresy awersji do ryzyka (kiedy inwestorzy preferują bezpieczne, ale nisko rentowne rynki, takie jak niemieckie bundy czy amerykańskie Treasuries) lub zwiększonej akceptacji ryzyka (gdy kapitał szuka wysoko rentownych inwestycji na rynkach wschodzących). W każdym otoczeniu zarządzający poszukuje okazji inwestycyjnych.

Z funduszem na giełdę?

Czy współpraca z funduszem Private Equity / Venture Capital to jedyna droga na giełdę? Oczywiście nie. Jednak spółki znajdujące się w portfelu funduszu, które stoją u progu kolejnego etapu rozwoju, jakim niewątpliwie jest debiut giełdowy mogą liczyć na jego znaczne wsparcie. Dlaczego? Z jednej strony dla funduszu debiut giełdowy to często droga wyjścia z inwestycji. Zespół zrobi więc wszystko, żeby spółka płynnie weszła na parkiet, a tym samym inwestycja jak najlepiej się zwróciła. Z drugiej strony zespół analityczno-menadżerski funduszu zna spółkę, branże, realia rynkowe, instytucje z którymi spółka będzie musiała nawiązać współpracę (jak doradcy autoryzowani doradcy) i jest w stanie wszystko to połączyć w spójną całość. Po trzecie wreszcie przed pierwszym notowaniem akcji konieczne jest uporządkowanie struktur przedsiębiorstwa, zdyscyplinowanie procesów zarządczych, ale też precyzyjna strategia rozwoju biznesu. Fundusz ma więc możliwość odegrać znaczącą rolę w tym procesie.

Niezależnie czy chodzi o główny parkiet, czy o NewConnect w obu przypadkach konieczne jest spełnienie określonych warunków formalnych, – jak przekształcenie stanu prawnego firmy w spółkę akcyjną, podjęcie przez WZ uchwały o ofercie publicznej, wybór biegłego rewidenta i biura maklerskiego, przygotowanie prospektu emisyjnego, czy wreszcie złożenie stosownego wniosku do KNF.

– Spółka, która decyduje się wejść na parkiet musi przygotować się na wprowadzenie pewnych standardów dyscyplinujących oraz regulujących działalność, jak choćby obowiązek raportowania wyników finansowych czy innych ważnych zdarzeń. Fundusz w ramach monitoringu działań nie tylko pomaga zdyscyplinować kadrę zarządzającą do przekazywania okresowych raportów z działalności ale też, a może przede wszystkim, pomaga
w określeniu planu działania. A następnie weryfikuje jego wykonanie i motywuje kadrę do konsekwentnego osiągania kolejnych, założonych w nim celów strategicznych – tłumaczy Krzysztof Wiśniewski, Partner Zarządzający WSI Capital.

Spółka giełdowa aby zasłużyć na zaufanie inwestorów musi działać w sposób transparentny, konsekwentnie realizować strategię i informować o tym. Do tego świetnie przygotowuje współpraca z funduszem. Ponadto fundusz wspiera spółkę w spełnieniu szeregu wymogów formalnych. I choć może wydawać się to mało istotne to tak naprawdę właśnie formalności często przysparzają najwięcej trudności. Doświadczenie zespołu funduszu nieocenione jest również w zakresie przygotowania prospektu emisyjnego. Dokument ten to jedno z ważniejszych źródeł informacji dla inwestorów, dlatego powinien być przygotowany rzetelnie, i tu pole do popisu ma zespół analityczno-managerski funduszu.

– Przejście drogi od decyzji do debiutu to ciężka, często wieloletnia praca. Przedsiębiorcy, którzy decydują się na to pierwszy raz stają więc przed nie lada wyzwaniem. Ale oprócz wskazanych wymogów narzuconych przez GPW, równie ważne jest podjęcie decyzji o tym kiedy najlepiej wejść na parkiet. Najlepiej z punktu widzenia rozwoju spółki, sytuacji na danym rynku czy ogólnie sytuacji gospodarczej kraju i nastrojów panujących na giełdzie. A z tym już różnie bywa i wiele czynników należy brać pod uwagę. I tu również nieocenione będzie wsparcie funduszu i zespołu analitycznego, który pomoże wybrać najwłaściwszy moment – dodaje Krzysztof Wiśniewski.

Sama decyzja i przygotowanie się na formalności związane z debiutem nie wystarczą aby skutecznie prowadzić biznes notowany na giełdzie. Dla chcących się rozwijać przedsiębiorców dobrym rozwiązaniem jest więc współpraca z funduszem VC, który nie tylko dokapitalizuje firmę ale wchodząc w jej struktury wskaże właściwa ścieżkę rozwoju, uzupełni potrzeby merytoryczne, czy networkingowe i pomoże wskazać moment, w którym najlepiej wejść na parkiet.

Duży awans Firmy Oponiarskiej Dębica S.A. w rankingu przedsiębiorstw „Lista 500” Rzeczpospolitej

Firma Oponiarska Dębica S.A., z wielkością eksportu wynoszącą ponad 88 proc. całości wartości sprzedaży w 2013 roku, należy do grona największych polskich eksporterów, według rankingu „Lista 500” przygotowanego przez dziennik „Rzeczpospolita”. Spółka w ostatnich czterech lat awansowała również w zestawieniu ogólnym największych polskich przedsiębiorstw aż o 50 miejsc, z 213. pozycji w 2009 roku na miejsce 163. w 2013 roku.

„Tak duży skok w ciągu ostatnich czterech lat na ‘Liście 500’ najlepszych przedsiębiorstw w Polsce nasza Spółka wykonała dzięki wdrożonym w tym okresie inwestycjom, których wartość przekroczyła ponad 200 mln złotych. Sprawiły one, że Firma Oponiarska Dębica S.A. jest jednym z najnowocześniejszych na świecie producentów opon. Z kolei wysoka pozycja naszej firmy wśród polskich eksporterów została osiągnięta przede wszystkim dzięki ścisłej współpracy z naszym strategicznym udziałowcem, firmą Goodyear, której spółki, obecne na wszystkich kontynentach, zaopatrują się w opony produkowane w Dębicy” – powiedział Jacek Pryczek, Prezes Zarządu Firmy Oponiarskiej Dębica S.A.

Firma Oponiarska Dębica S.A., zajmując 163. pozycję na „Liście 500”, wyprzedziła takie przedsiębiorstwa, jak Henkel Polska, Amica Wronki S.A., Deutsche Bank Polska, Grupa Fakro, czy Telewizja Polska S.A. Jedyny producent opon oprócz Firmy Oponiarskiej Dębica S.A., który znalazł się „Liście 500” – Continental Opony Sp. z o.o., zajął 275. miejsce.

Wysoka pozycja w rankingu „Rzeczpospolitej” jest następną w kolekcji nagród i wyróżnień Spółki, które otrzymała ostatnio. W 2014 roku po raz kolejny T.C. Dębica S.A., wraz z innymi spółkami z Grupy Goodyear Polska, otrzymała certyfikat Top Employers, przyznawany co roku przez międzynarodowy Top Employers Institute tym firmom, które prowadzą najlepszą politykę personalną.

Z kolei w 2013 roku marka Dębica zajęła 5. pozycję wśród najczęściej wybieranych marek w Polsce i 14. miejsce wśród najmocniejszych marek produktów niespożywczych oraz pierwszą wśród producentów opon w Polsce w ‘X rankingu Polskich Marek’ dziennika „Rzeczpospolita”.

Także w ubiegłym roku Firma Oponiarska Dębica S.A. znalazła się na 54. miejscu rankingu 100 najszybciej rozwijających się spółek giełdowych, prestiżowego magazynu ekonomicznego „Forbes”. Spółka otrzymała także wyróżnienie konsumentów. Opony marki Dębica zdobyły najwyższą liczbę wskazań w ogólnopolskim badaniu postaw i preferencji konsumenckich „Dobry Produkt 2012”. Badanie przeprowadziła Redakcja ‘Forum Biznesu’ – dodatku do ‘Dziennika Gazety Prawnej’.

Firma Oponiarska Dębica S.A. została ponadto liderem eksportu w zestawieniu Największych Przedsiębiorstw Podkarpacia. W dorocznym Rankingu ,,Złotej Setki”, dębicki producent opon zdobył również wyróżnienia w kategoriach: zysk netto, udział eksportu w sprzedaży, wielkość zatrudnienia oraz najwyższa kapitalizacja giełdowa. To kolejny rok z rzędu, gdy wyróżnienie zostało przyznane Firmie Oponiarskiej Dębica S.A. W 2013 roku Spółka zajęła także 46. pozycję wśród 400 największych przedsiębiorstw w Polsce, które zostały wytypowane do Rankingu firm przemysłowych, który został przygotowany wspólnie przez wywiadownię gospodarczą Bisnode D&B Polska oraz tygodnik „Gazeta Finansowa”. Podstawowym kryterium zestawienia były przychody przedsiębiorstw osiągnięte w 2012 roku.

Sejm przyjął nowe prawo antymonopolowe

0

Eliminowanie praktyk niekorzystnych dla gospodarki, przedsiębiorców i konsumentów – to główne cele nowej ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. Nowelizacja została przyjęta dzisiaj przez Sejm

Opracowując nowe regulacje, UOKiK zainicjował szerokie konsultacje społeczne. Ostatecznie, wychodząc naprzeciw postulatom biznesu, Urząd wprowadził wiele proprzedsiębiorczych zmian do projektu ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, który dziś przyjął Sejm. Prace nad ustawą są prowadzone od ponad dwóch lat.

Ustawa wprowadza m.in. dwuetapową procedurę analizowania wniosków w sprawie fuzji i przejęć – proste sprawy rozpatrywane będą w ciągu miesiąca, natomiast bardziej złożone przez dodatkowe cztery miesiące. Takie rozwiązanie stosuje Komisja Europejska oraz wiele krajowych urzędów. Przedsiębiorca jeszcze w toku trwającego postępowania pozna przewidywany kierunek rozstrzygnięcia, w tym zastrzeżenia Urzędu. Podczas prowadzonego postępowania będzie mógł odnieść się do nich, a nawet zmodyfikować zakres koncentracji, tak aby uniknąć decyzji zakazującej transakcji.

Pozytywne z punktu widzenia profesjonalnych uczestników rynku są również tzw. środki zaradcze (ang. remedies). W decyzji kończącej postępowanie UOKiK będzie miał możliwość wskazania przedsiębiorcy, jakie działania ma podjąć w celu usunięcia skutków naruszenia lub zaprzestania niedozwolonej praktyki.

Korzystne dla przedsiębiorców będą również zmiany w programie łagodzenia kar leniency, który umożliwia uczestnikowi niedozwolonego porozumienia uniknięcie lub obniżenie sankcji finansowej w zamian za współpracę z Urzędem i dostarczenie informacji na temat zmowy. Obecnie tylko podmiot, który jako pierwszy poinformuje Urząd o niedozwolonych praktykach, może liczyć na całkowite zwolnienie z kary – pozostali na obniżenie sankcji. Wprowadzone rozwiązanie, tzw. leniency plus umożliwi przedsiębiorcy, który złoży wniosek jako drugi lub kolejny, uzyskanie dodatkowego obniżenia kary o 30 proc, jeśli poinformuje Urząd o innej zmowie, której również był uczestnikiem. W tej drugiej sprawie będzie miał status pierwszego wnioskodawcy i uniknie w niej kary finansowej.

Ustawa wprowadza również istotną zmianę dotyczącą ochrony konsumentów. Prezes UOKiK będzie miał możliwość publicznego ostrzegania o praktykach naruszających zbiorowe interesy konsumentów, które mogą narazić ich na poważne straty finansowe.

Ustawa trafi pod obrady Senatu.

M. Boni: dobrym pomysłem byłoby powołanie rządowego koordynatora ds. ochrony własności intelektualnej. Mógłby promować korzystanie z legalnych treści

CEO Magazyn PolskaBranża audiowizualna postuluje powołanie rządowego koordynatora odpowiedzialnego za ochronę własności intelektualnej. Zdaniem Michała Boniego taka instytucja miałaby sens, jeśli jej głównym zadaniem nie byłoby kontrolowanie internautów i ograniczanie im dostępu do treści w internecie, tylko edukowanie społeczeństwa i promowanie legalnego korzystania z tych treści.

 Jeżeli koordynator dbałby o promocję legalnego korzystania z różnych treści, używałby do tego sił, struktur i osób z różnych resortów, to myślę, że taka funkcja by się przydała – mówi były minister administracji i cyfryzacji agencji informacyjnej Newseria Biznes.  Wtedy może byłaby też dobra koordynacja różnych prac rządowych w tej dziedzinie i dobry kontakt z partnerami społecznymi.

Z raportu PwC wynika, że straty z samej tylko nielegalnej dystrybucji treści wideo w internecie wyceniane są w Polsce na nawet 700 milionów złotych, a w ciągu kolejnych czterech lat ubytek w PKB może sięgnąć nawet 6 mld zł.

 Nie chodzi o to, żeby teraz wprowadzić policjanta, który będzie śledził każdego użytkownika tych treści, które gdzieś rozsiewają się po sieci, tylko o to, żeby promować legalne użytkowanie, i stworzyć takie sposoby korzystania, które będą tworzyły wymóg legalnego korzystania – uważa Boni.

Podkreśla, że nie chodzi tu o ściganie końcowych użytkowników, oglądających w internecie filmy, ale tych, którzy je nielegalnie udostępniają. Argumentuje, że powszechny dostęp to istota internetu i nie można go ograniczać. Jednak jednocześnie musi to być dostęp legalny.

 Musimy stworzyć takie rozwiązania, które z jednej strony będą ludziom dawały dostęp do różnych treści, a z drugiej strony będą zwiększały poziom przestrzegania legalności ich dostępu, wtedy te straty będą mniejsze  zaznacza Michał Boni.

Boni tłumaczy, że chodzi o stworzenie takiego mechanizmu, który ograniczy piractwo na początku istnienia danego produktu na rynku – żeby producentom i dystrybutorom opłacała się ich działalność. Po pewnym czasie film czy płyta powinny być dostępne legalnie dla wszystkich, dostępne również finansowo.

 Branży filmowej też zależy na tym, żeby jak najwięcej ludzi obejrzało dany film – mówi były minister.  Tylko problem polega na tym, że dystrybutor określonego filmu wie, ile dni on powinien być tylko w kinach, po to, żeby koszty się zwróciły. Żaden z dystrybutorów i producentów filmowych nie chce przecież, żeby później to dzieło było bardzo trudno dostępne. Ale na pewno efektem tych działań nie może zmniejszenie oferty dla użytkowników, bo to byłoby rzeczywiście strzelanie sobie w stopę.

Promocji korzystania z legalnych treści służy też obchodzony od 2001 roku Światowy Dzień Własności Intelektualnej – w tym roku przypada w najbliższą sobotę, 26 kwietnia.

Resort gospodarki wspiera kobiety przedsiębiorców. Oferuje pożyczki na start firmy oraz misje promujące eksport

CEO Magazyn Polska

Od 20 do nawet 40 tys. zł pożyczki dla kobiet, które prowadzą własną działalność gospodarczą, proponuje Ministerstwo Gospodarki. Fundusze będą przyznawane pilotażowo na razie jedynie tam, gdzie bezrobocie kobiet jest najwyższe. Resort pracuje nad ostateczną listą województw. Docelowo fundusz może otrzymać nawet 100 mln euro z środków unijnych. Ministerstwo chce też wspierać działalność gospodarczą kobiet na rynkach zagranicznych, w tym arabskich i azjatyckich.

Resort gospodarki chce ułatwiać firmom prowadzonym przez kobiety ekspansję na rynki zagraniczne. Zwłaszcza tam, gdzie kobietom przedsiębiorcom trudniej pokonać bariery administracyjne i kulturowe, np. w krajach arabskich.

Sądzimy, że trzeba kobietom pokazywać, że eksport jest jednym z elementów, które pomogą im na dłuższą metę zarabiać więcej na swoich produktach i usługach. Mamy już zaplanowany cykl misji, które będą typowo misjami kobiecymi – dla kobiet przedsiębiorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Ilona Antoniszyn-Klik, wiceminister gospodarki.

W trzecim kwartale tego roku resort planuje taką właśnie misję do Dubaju. O ile znajdą się chętne z gotowymi do eksportu projektami, jeszcze w 2014 r. możliwe są misje do Wietnamu i Japonii. Ministerstwo jest otwarte na propozycje krajów, z którymi można nawiązać współpracę i zachęca kobiety przedsiębiorców do zgłaszania pomysłów. Antoniszyn-Klik dodaje, że w tym roku możliwa jest jeszcze wizyt w jednym z krajów afrykańskich, a na początku przyszłego roku planowane są misje do Malezji i Tajlandii. Wśród interesujących obszarów, na których ministerstwo skoncentruje się w 2015 roku, jest też Ameryka Południowa.

Resort proponuje kobietom wsparcie również w kraju w rozpoczynaniu i rozwijaniu swojej działalności gospodarczej.

Kobiety z terenów, na którym bezrobocie kobiet jest stosunkowo duże, mają możliwość uzyskania pożyczki pomiędzy 20 tys. a 40 tys. złotych w ramach wsparcia z Ministerstwa Gospodarki. Ten fundusz będzie operowany przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. Pilotaż ma nam pokazać, czy jest zainteresowanie wśród kobiet, jakiego rodzaju projekty kobiety planują, i z tego mamy zrobić instrument, który na 5-10 lat powinien być instrumentem stałym – tłumaczy wiceminister gospodarki.

Na pilotaż programu pożyczek dla kobiet ministerstwo chce przeznaczyć 25 mln zł. Docelowo program ma jednak objąć cały kraj. Unijne dofinansowanie może sięgnąć nawet 100 mln euro.

Skierowane do kobiet pożyczki mają zapewnić im środki na start w biznesie. Nie będą one obciążone marżą, a oprocentowanie będzie stałe, na poziomie 2 proc. Do tego wkład własny będzie na niskim poziomie 5 proc. Resort stawia jednak warunki: pożyczka nie będzie mogła być przeznaczona na finansowanie bieżącej działalności firmy, a jedynie na rozwój lub rozruch.

Będzie można też, jeżeli sytuacja będzie w firmie trudna, na 12 miesięcy przerwać spłacanie – dodaje Antoniszyn-Klik. – Będzie to ułatwiona, prostsza procedura uzyskania pomocy na rozwój bądź otwarcie swojej działalności. Ale musi być już ta firma zarejestrowana.

Maksymalny czas spłaty pożyczki to 5 lat. Nie wiadomo, w których województwach ruszy pilotaż, bo wciąż trwają prace nad odpowiednim rozporządzeniem. Będą to jednak obszary o najwyższym bezrobociu kobiet, w tym na pewno zachodniopomorskie i prawdopodobnie świętokrzyskie.

Od stycznia mają zacząć obowiązywać nowe prawa konsumentów. Będą jednakowe w całej UE

CEO Magazyn PolskaPrawdopodobnie nie za dwa miesiące jak planowano, a dopiero od stycznia 2015 roku zaczną obowiązywać na polskim rynku nowe prawa konsumentów, również tych kupujących w sieci. Taką poprawkę do ustawy poparła wczoraj sejmowa komisja gospodarki. Nowe przepisy zakładają, że właściciele sklepów internetowych będą zobowiązani do informowania klientów o przysługujących im prawach. Kierunek zmian narzuca unijna dyrektywa. W ten sposób przepisy dotyczące e-handlu będą jednolite w całej Unii Europejskiej.

Poprawkę o wprowadzeniu półrocznego vacatio legis zaproponował Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Poparła ją sejmowa komisja gospodarki. Teraz projekt ustawy trafi do drugiego czytania. Według resortu sprawiedliwości, który projekt przygotował, ustawa powinna wejść w życie zgodnie z wymogami UE, czyli w czerwcu br. W innym przypadku grożą nam kary. Rządowy projekt ma bowiem implementować do polskiego prawa przepisy dyrektywy unijnej.

 – Bez względu na to, czy będziemy kupowali coś w Polsce czy za granicą, będziemy mieć takie same prawa jako konsumenci. Oczywiście najważniejszą rolę odgrywają obowiązki informacyjne, jakie spoczywają na przedsiębiorcach wobec konsumentów. Konsument musi być informowany dużo obszerniej, rzetelniej o wielu aspektach, które dotyczą zarówno towaru, jak i przysługujących mu praw – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Wójcik, dyrektor ds. korporacyjnych MIH Allegro Group.

Po wejściu w życie ustawy konsumenci będą mogli łatwiej zwracać towary. Poprawi się sytuacja osób kupujących, zwłaszcza tych kupujących przez internet. Będą oni mieli 14 dni na odstąpienie od zakupu (dziś w Polsce jest to 10 dni).

Ale jeżeli sprzedawca nie poinformuje konsumenta rzetelnie o wszystkich obowiązujących w ustawie prawach, to prawo do zwrotu może się wydłużyć aż do roku. Konsument, który się zorientuje, że nie był właściwie poinformowany, może parę miesięcy później po prostu, bez żadnych dodatkowych kosztów oddać towar na koszt sprzedawcy – podkreśla Wójcik.

Sprzedawcy zgodnie z nowym prawem będą musieli informować nie tylko o prawie do odstąpienia od zakupu, lecz także podawać więcej danych swojej firmy oraz szczegółów dotyczących towaru i jego ceny. Wójcik podkreśla, że z uwagi na surowe prawo przedsiębiorcy muszą dostosować swoją ofertę do nowych przepisów. Również w przypadku sprzedawców korzystających z platformy Allegro to na nich, a nie na Allegro, ciąży obowiązek udzielenia klientom wymaganych prawem informacji.

Nie zawsze w przypadku zwrotu towaru klient będzie mógł jednak liczyć na całkowity zwrot kosztów. Wójcik zwraca uwagę, że ustawa wprowadzi możliwość pomniejszenia wartości towaru, choć dokładny sposób, w jaki będzie się to odbywało, pozostaje niejasny.

Przedsiębiorca będzie mógł dochodzić pomniejszenia wartości towaru, więc ten zwrot potencjalnie będzie mniejszy niż kwoty, które były wpłacone. Od razu narzuca się pytanie, czy tego typu pomniejszenie wartości towaru to jest prosta sprawa – nie jest. Dlatego, że nie ma żadnych wytycznych co do tego, w jaki sposób dla różnych kategorii asortymentowych tego typu wartość pomniejszenia szacować, a więc to będzie kwestia uznaniowa – ocenia Wójcik.

Dodaje, że możliwości rozwiązania tej kwestii jest kilka. Oceną pomniejszenia wartości mogą zająć się rzecznicy praw konsumentów, sądy lub też może to zostać pozostawione polubownym porozumieniom stron. W każdym wypadku rozwiązanie to powinno jednak pomóc przedsiębiorcom walczyć z nieuczciwymi konsumentami, którzy kupują towar, a potem zwracają go w stanie niepełnowartościowym.

Wójcik ocenia, że nowe przepisy są najgroźniejsze dla sprzedawców w tych branżach, gdzie marże są niskie. Większa liczba zwrotów może nawet zagrozić ich płynności finansowej.

Dla tych podmiotów, które sprzedają przy bardzo niskiej marży, a jest silna presja i konkurencja cenowa, może dochodzić do sytuacji, w której w wyniku zwrotów sprzedaż staje się nierentowna. Odpracowanie takiego kosztu będzie musiało być skompensowane dużo większą skalą sprzedaży, co oczywiście proste nie jest – podkreśla Wójcik. – Są branże, dla których to nie ma większego znaczenia, głównie takie, w których na danym towarze marża jest większa.

Podkreśla jednak, że pomimo pewnych zagrożeń nowe przepisy będą obowiązywały w bardzo zbliżonej formie w całej Europie. To zwiększy konkurencję między sprzedawcami z różnych państw.

McDonald’s oferuje zatrudnienie młodym ludziom w Polsce. Kolejny tysiąc miejsc pracy w bieżącym roku

CEO Magazyn Polska

Sieć restauracji McDonald’s, w której pracuje w Polsce 16,5 tys. osób, zamierza co roku zwiększać zatrudnienie o kolejne tysiąc osób. Związane jest to z rozrostem sieci o kilkadziesiąt restauracji rocznie. Większość pracowników McDonald’s to ludzie młodzi. Sieć wystartowała właśnie z kampanią medialną „McDonald’s wierzy w młodych ludzi w Polsce”, która ma promować zatrudnianie tej grupy wiekowej.

McDonald’s naprawdę wierzy w młodych. Na fali toczącej się obecnie dyskusji o trudnej sytuacji młodych ludzi i na fali tego, że mówi się o nich jako o straconym pokoleniu – my mówimy zdecydowane nie. Nasz biznes prowadzą przede wszystkim młodzi. Blisko 4 tysiące menadżerów w całej Polsce to w większości ludzie, którzy zaczynali pracę w naszych restauracjach naprawdę jako bardzo młodzi ludzie – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Kłapa, dyrektor ds. korporacyjnych w McDonald’s Polska.

Liczba pracowników będzie dynamicznie rosła. Sieć posiada obecnie ponad 330 restauracji w Polsce i co roku pojawiać się będzie kolejnych kilkadziesiąt. 

Dynamiczny rozwój powoduje, że co roku oferujemy ponad tysiąc nowych miejsc pracy. W ramach tych miejsc pracy oczywiście część to pozycje menadżerskie. To jest oferta dla już pracujących, żeby właśnie mogli pójść wyżej, rozwinąć się – przekonuje Krzysztof Kłapa.

McDonald’s zachęca do pracy nie tylko młodych. Restauracja otwarta jest na każdego. Zatrudniane są także osoby starsze, a w okresie przede wszystkim wakacyjnym – młodociani, między 16. a 18. rokiem życia. Sieć oferuje pełny pakiet socjalny.

– W naszym rozumieniu jest to naprawdę podstawa, że jest umowa o pracę, nie są to żadne umowy śmieciowe, to że są zapewnione podstawowe pakiety socjalne, to że płacimy na czas, że dbamy o higienę i bezpieczeństwo. To są rzeczy w McDonald’s oczywiste – podkreśla.

Firma, chcąc podkreślić zalety, jakie niesie ze sobą praca w McDonald’s, rozpoczęła kampanię medialną. Potrwa ona do 11 maja i prezentuje przedstawicieli młodego pokolenia, którzy dzięki pracy w tej sieci restauracji osiągnęli sukces zawodowy. Kampania została zrealizowana nie z udziałem aktorów, lecz pracowników McDonald’s. Wystartowała także nowa strona internetowa, gdzie można znaleźć informacje dotyczące możliwości zatrudnienia i kariery. 

W sieci zatrudnionych jest ponad 16,5 tysiąca osób (wliczając także tych, którzy pracują w restauracjach franczyzowych), z czego blisko jedna czwarta to kadra menadżerska, która nadzoruje pracę lokali czy personel biurowy.

Poczta Polska wydała ponad 1,5 mln znaczków z okazji kanonizacji Jana Pawła II

0

Z okazji niedzielnej kanonizacji Jana Pawła II Poczta Polska wydała serię znaczków. To wspólne przedsięwzięcie z Pocztą Watykańską, która wydała identyczne znaczki z napisami po włosku. Projekt powstał w Polsce i ma upamiętniać nie tylko postać polskiego papieża, ale przede wszystkim jego nauczanie.

Poczta Polska od wielu lat wspierała ideę upamiętniania myśli Jana Pawła II. Od 1979 roku wydaliśmy ponad 30 emisji, z czego ta obecna jest wspólną inicjatywą Poczty Polskiej i Poczty Watykańskiej. Zaprojektowaliśmy aureolę, w którą włączyliśmy 35 zawołań z okresu pontyfikatu, najpiękniejszych zdań, najpiękniejszych przesłań, które towarzyszyły Janowi Pawłowi II, a które są też pewnego rodzaju krokami milowymi w jego nauczaniu – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Agnieszka Kłoda-Dębska, zastępca dyrektora Biura Marketingu i Filatelistyki Poczty Polskiej.

W serii upamiętniającej kanonizację polskiego papieża są trzy wydawnictwa. Poczta Polska wypuściła na rynek arkusz sześciu znaczków o wartości 2,35 zł każdy, znaczek w bloku o wartości 5 zł oraz wykonany techniką stalorytu znaczek o wartości 8,50 zł. Znaczków za 2,35 zł wydrukowanych zostało 1,5 mln sztuk, droższych w blokach – po 200 tys. sztuk.

Wspólnym elementem wszystkich znaczków jest wizerunek Jana Pawła II otoczonego aureolą, która składa się z 35 jego przesłań. W wersji watykańskiej jest o jedno hasło mniej.

Kłoda-Dębska wspomina, że początkowo nie była planowana seria trzech wydawnictw, jednak podczas powstawania projektu się to zmieniło.

Znaczek z Janem Pawłem II w bloku był w tym roku również wyrytowany. Mieliśmy ten ryt połączyć z offsetem i miał to być głęboki, piękny znaczek – taka nowa forma wydawnicza. Okazało się, że ryt sam w sobie był tak piękny, że w formie wyrytowanego znaczka Intalio wydaliśmy drugą formę wydawniczą – na białym tle znaczek wydrukowany w szarościach również ze złotymi napisami w aureoli – opisuje Kłoda-Dębska.

Dodaje, że Polacy chętnie kupują znaczki z papieżem. Do tego Poczta Polska przywróciła też do sprzedaży znaczki z poprzednich emisji związane z Janem Pawłem II. Było ich łącznie ponad 30, a w seriach tych wydanych zostało ponad 100 różnych znaczków. Były drukowane m.in. z okazji wizyt papieża w Polsce, rocznic czy Światowych Dni Młodzieży.

Poczta wydawała miliony znaczków przez te lata dla Jana Pawła II. Dzisiaj jest ich dużo mniej, ale może jeszcze ucieszą kolekcjonerów – mówi Kłoda-Dębska. – Nasze emisje – polska i watykańska – będą towarzyszyły wielu wydarzeniom, które się odbędą i w Polsce, i w Rzymie. W Polsce ten znaczek będzie od piątku do zakończenia niedzieli promowany w całym kraju przy okazji różnych wydarzeń, szczególnie podczas czuwania od piątku do niedzieli, kiedy wierni w Polsce będą oczekiwali na kanonizację.

W Rzymie znaczek będzie promowany m.in. przy okazji koncertu „Tryptyk rzymski” Stanisława Sojki w kościele Chiesa Nuova. Będzie także promowany podczas wydarzeń dla Polonii – niedzielnego spotkania prezydenta Bronisława Komorowskiego z Polakami z zagranicy oraz poniedziałkowego koncertu Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk i Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze w kościele Santa Maria Maggiore.

Poczta Polska wydała też podwójny znaczek z wizerunkami obydwu kanonizowanych papieży – Jana Pawła II i Jana XXIII. Wszystkie znaczki są dostępne w sprzedaży od 2 kwietnia. Poczta wydała także książkę, w której poza wizerunkami wszystkich znaczków związanych z Janem Pawłem II są też jego wypowiedzi. Kłoda-Dębska podkreśla jednak, że nie są to nauczania, lecz wypowiedzi papieża związane z polską historią, sztuką i przyrodą.

Rekordy na rynku powierzchni biurowej w Polsce. Rośnie podaż i popyt, ale mocniejszą pozycję mają najemcy

CEO Magazyn Polska

W Polsce powstaje prawie 1,2 mln mkw. powierzchni biurowej – wynika z danych firmy JLL. Najwięcej buduje się w Warszawie, zaraz za nią są Kraków i Wrocław. Nieustannie rośnie popyt, ale najemcy mają szereg ciekawych opcji do wyboru. Stawki za najlepsze biura w centrum Warszawy to 22-24 euro za mkw. miesięcznie. Poza stolicą czynsze nie przekraczają 15,5 euro. W Lublinie wystarczy 11-12 euro.

Rynek powierzchni biurowej w Warszawie rozwija się bardzo dynamiczne. W tym roku w stolicy będziemy mieć najwyższą podaż od 14 lat – ponad 320 tys. mkw. w nowoczesnych biurowcach klasy A. Warto zauważyć, że w ciągu ostatnich dwóch lat przekraczała ona poziom 250 tys. mkw. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Lis, dyrektor w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych w JLL.

Rośnie nie tylko wartość powierzchni biurowej, lecz także popyt na nią.

W zeszłym roku zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe w Warszawie wyniosło ponad 600 tys. metrów kwadratowych. To najwyższy poziom od czasów, kiedy rejestrujemy dane. Takie wzrosty cieszą inwestorów i zachęcają do kolejnych projektów – uważa dyrektor z JLL.

Dynamicznie rozwijają się także rynki regionalne. Tuż za Warszawą lokują się Kraków i Wrocław, w których deweloperzy realizują szereg nowych, ciekawych inwestycji. Nowoczesne biurowce powstają też w Trójmieście, Katowicach i Poznaniu. W miastach regionalnych budowane jest aktualnie 570 tys. metrów kwadratowych biur.

Rośnie również aktywność deweloperów w Szczecinie i Lublinie. Powstaje tam coraz więcej nowoczesnej powierzchni biurowej klasy A. Dużo miast już awansuje z trzeciej do drugiej ligi, a nawet z drugiej do pierwszej – tłumaczy Michał Lis. – Łączna podaż w regionach to 3 mln metrów kwadratowych. Porównanie tej liczby do powierzchni budowanej pokazuje, jak mocno wzrosła dynamika rozwoju rynku biurowego w kraju.

W niektórych miastach regionalnych wskaźnik pustostanów jest znacznie niższy niż w Warszawie. Na przykład w Krakowie czy Katowicach jest ok. 5-6 proc. w porównaniu do 12 proc. w stolicy. Zdaniem Michała Lisa, poza Gdańskiem, czy ogólniej Trójmiastem, gdzie czynnik niewynajętych powierzchni rośnie, w pozostałych miastach ustabilizował się lub lekko spada.

Duża konkurencja na rynku wywiera presję na wynajmujących, by obniżali czynsze.

Najemcy mają w tej chwili w czym wybierać i deweloperzy są tego świadomi. Zwłaszcza że wiele projektów jest położonych bardzo blisko siebie, praktycznie w tej samej lokalizacji – stwierdza dyrektor.

Podkreśla, że w takiej sytuacji deweloperzy muszą się dostosować do oczekiwań rynku – choć popyt systematycznie rośnie, wysoka podaż wciąż sprzyja najemcom. Michał Lis dodaje, że nie należy spodziewać się dużych obniżek czynszów, które już od pewnego czasu ustabilizowały się na stosunkowo niskim poziomie.

W Polsce jest czterokrotnie mniej transakcji kartą niż średnio w UE. Popularne stają się płatności zbliżeniowe

CEO Magazyn PolskaPolacy przyzwyczaili się do kart zbliżeniowych i chętnie z nich korzystają. Z 35 mln wydanych kart płatniczych blisko 60 proc. ma funkcję bezstykową. Ten rodzaj płatności będzie się upowszechniał wraz z rozwojem sieci terminali. A ten z kolei ma nastąpić po obniżeniu opłaty interchange, czyli prowizji pobieranej za transakcje kartowe. Do końca 2016 roku wszystkie terminale mają umożliwiać płatność bezstykową.

– Jak porównujemy naszą transakcyjność do Skandynawii, krajów nadbałtyckich, Anglii czy Francji, to nadal jesteśmy słabi. Mamy parę tysięcy transakcji na terminal na rok, podczas gdy w Europie średnia jest cztery razy większa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Diemko, prezes zarządu First Data.

Według danych NBP, w szybkim tempie rośnie liczba transakcji dokonywanych przy użyciu kart zbliżeniowych, a co za tym idzie wzrasta również wartość transakcji. Okazuje się, że tempo to jest wyższe od tradycyjnych transakcji dokonywanych zwykłymi kartami debetowymi. Już dziś z 35 mln kart wydanych w Polsce prawie 57 proc., czyli niemal 20 mln ma funkcję zbliżeniową.

Transakcyjność Polaków będzie rosła wraz z rozwojem sieci terminali płatniczych. Jeśli kartą, i to w dodatku bezstykowo, będzie można zapłacić nawet w małym sklepie lub kiosku, to więcej osób będzie z tej możliwości korzystać. Dziś funkcję zbliżeniową ma mniej więcej połowa terminali. Do końca 2016 roku wszystkie nowe urządzenia będą umożliwiały takie transakcje, a stare zostaną wymienione. Jak podkreśla Janusz Diemko, w ten sposób Polska będzie pierwszym krajem, który będzie w 100 proc. bezstykowy.

Impet spadku interchange będzie miał jakiś wpływ na zwiększenie liczby terminali, również na wejście na rynek mobilnych POS-ów [point of sale, terminali – red.], które są prostsze i tańsze. Z badania widzimy, że jest około 1,5 mln punktów, które mają różne systemy i kasy fiskalne, oraz paręset tysięcy terminali. Więc możemy założyć, że z tego jedna trzecia, do połowy, może przejść na terminale, ale według mnie zajmie to pięć lat – przekonuje prezes First Data Polska.

Wartość transakcji zbliżeniowych nie jest na razie duża. Wynika to z faktu, że bezstykowo zwykle klienci płacą za drobne zakupy w kawiarni czy w małych punktach handlowych, również za parking czy bilet.

Diemko przekonuje, że Polska jest unikalna również pod tym względem, że rozwijanych jest tu więcej systemów płatności mobilnych, np. IKO czy iKasa.

Jeżeli sześć największych banków w Polsce stworzy spółkę [Polski Standard Płatności – red.] i w nią zainwestuje, to takie transakcje w 70-80 proc. kart czy rachunków będą możliwe. Będziemy albo w terminalu skanowali kod, albo będziemy wpisywali kod, który telefon nam wygeneruje, albo będziemy dotykali telefon z tym kodem, on przeniknie z telefonu do terminala, w ogóle nie będziemy musieli mieć karty. Będziemy mieli przy sobie tylko telefon, a pieniądze z naszego rachunku będą przelewane na rachunek punktu – wyjaśnia Janusz Diemko.

Z badania First Data wynika również, że w Polsce nie widać większej liczby transakcji oszukańczych na kartach zbliżeniowych niż na pozostałych. Takie przypadki należą do rzadkości.

Podatek można zmniejszyć dzięki darowiznom. Również na rzecz organizacji religijnych

0

CEO Magazyn Polska

Osoby, które jeszcze nie rozliczyły się z fiskusem, powinny pamiętać, że mogą zmniejszyć swój podatek dzięki darowiznom przekazanym w 2013 roku na cele pożytku publicznego. Mowa tu także o darowiznach na cele kultu religijnego. W obu przypadkach obowiązuje limit 6 proc. dochodu. Bez limitu można za to odliczać darowizny na cele charytatywno-opiekuńcze Kościoła.

– Podatnicy mają możliwość odliczenia darowizn, np. na cele kultu religijnego obok innych darowizn na cele społecznie użyteczne. Limit wysokości tej darowizny to 6 proc. dochodu. Tyle możemy odliczyć od naszego dochodu, czyli przychodu po odliczeniu kosztów jego uzyskania, ale przed odliczeniem innych wydatków – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Marczak, partner i szef zespołu ds. PIT z KPMG.

Faktyczny zysk podatnika zależy od progu podatkowego – 18-procentowego (przy dochodach nieprzekraczających 85 528 zł) oraz 32-procentowego (dla osób, których dochód przekracza tę kwotę). Poprzez zmniejszenie kwoty do opodatkowania można sporo zaoszczędzić. Za każda złotówkę przekazaną na cele kultu religijnego można odliczyć 18 lub 32 grosze. Ważne, by dysponować odpowiednimi dokumentami w razie ewentualnej kontroli urzędu skarbowego. 

W przypadku darowizny pieniężnej musi być to przekaz pocztowy albo wpływ na rachunek bankowy obdarowanego. W przypadku darowizny rzeczowej musi być oświadczenie obdarowanego o przyjęciu darowizny i dokument wartościujący kwotę przekazanych rzeczy. W zeznaniu podatkowym takie darowizny wykazujemy w załączniku PIT/O, w którym powinny się znaleźć nie tylko kwoty darowizn, lecz także dane adresowe obdarowanego – mówi Andrzej Marczak.

Przy zwrocie darowizny należy zmienić zeznanie. Obowiązek przekazania do urzędu skarbowego informacji o zwrocie spoczywa na obdarowanym, który ma na to jeden miesiąc od momentu dokonania zwrotu.

Obok darowizn na cele kultu religijnego i na cele pożytku publicznego, gdzie obowiązuje limit kwotowy, istnieje także darowizna bez limitu. 

– W przypadku darowizn na cele charytatywno-opiekuńcze Kościoła możemy odliczyć darowizny, które nie mają limitu kwotowego – w ekstremalnym przypadku nawet 100 procent naszego dochodu. To odliczenie nie funkcjonuje wprost w ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych, ale wynika z ustaw regulujących stosunek państwa do Kościoła, na przykład Kościoła katolickiego czy Kościoła prawosławnego, jak również innych Kościołów – tłumaczy Andrzej Marczak.

Przy tych darowiznach obowiązują specyficzne regulacje dotyczące ich udokumentowania. Podobnie jak przy innych darowiznach, darczyńca powinien posiadać dowód wpłaty na rachunek bankowy obdarowanego. Jeśli zamiast gotówką podatnik zdecydował się wesprzeć daną organizację darowizną rzeczową, to także podlega one uldze. W zeznaniu rocznym należy wpisać ich wartość rynkową, przy czym trzeba dysponować paragonem lub fakturą dokumentującą zakup. Także na obdarowanym spoczywają pewne obowiązki. Przede wszystkim musi darowiznę rozliczyć – przekazać darczyńcy pokwitowanie odbioru oraz sprawozdanie o przeznaczeniu darowizny. Na wydatkowanie i rozliczenie Kościół ma dwa lata. Istotny jest też cel darowizny, gdyż warunkiem wyłączenia z opodatkowania jest jej przekazanie na działalność charytatywno-opiekuńczą, np. na dożywianie czy wspieranie bezdomnych. Oświadczenie składane przez Kościół powinno więc być bardzo szczegółowe.

Ze sprawozdania musi wynikać, że urząd skarbowy będzie mógł weryfikować te kwoty i obdarowanych, czyli środki, które zostały na ten cel wydatkowane. Ważny więc jest nie tylko cel, lecz także kwoty, na rzecz kogo i na jaki cel zostały wydatkowane. W ten sposób sprawozdanie może zbliżać się do sprawozdania finansowego, które składają spółki z tytułu swojej działalności gospodarczej – podsumowuje Andrzej Marczak.

Rośnie popyt na konsultantów ślubnych. Trzeba ich zatrudniać najpóźniej 7-8 miesięcy przed uroczystością

CEO Magazyn Polska

Od lat z usług wedding plannerów, czyli konsultantów ślubnych, masowo korzystają Amerykanie, Anglicy i Chińczycy. W Polsce ten rynek usług dopiero się rozwija. Pary mają jednak już coraz większą świadomość, że skorzystanie z usług eksperta od organizacji ślubu i wesela daje gwarancję bezpieczeństwa podczas wymarzonej uroczystości i pozwala oszczędzić czas. Należy jednak pamiętać, że trzeba go zatrudnić z odpowiednim wyprzedzeniem.

Do zadań profesjonalnego konsultanta ślubnego należy zorganizowanie całego ślubu, czyli m.in. rezerwowanie terminów w Urzędzie Stanu Cywilnego, w kościele, zamawianie sali, ustalanie kwestii związanych z sesją fotograficzną czy oprawą muzyczną, zamawianie menu, dekoracji, nadzór nad finalną uroczystością i pomoc gościom.

Wedding planner zajmuje się organizacją wesela od A do Z. Rozwiązuje wszystkie problemy, np. jeśli w trakcie ślubu dzieje się coś, co nie powinno się wydarzyć. Często państwa młodych nawet o tym nie informuje, żeby po prostu się nie denerwowli. Zdarzają się sytuacje, kiedy na weselu zabraknie lodu, to my wsiadamy w samochód i jedziemy. Jeśli którejś z cioć, pannie młodej czy druhnie obluzuje się czy naderwie sukienka, to my to zszywamy  – tłumaczy Alicja Bartkowiak z firmy Wedding Designers.

Najczęściej z usług wedding plannera korzystają dziś osoby z dużych miast, zapracowane, które nie mają czasu na organizację uroczystości, a także te, które chcą mieć pewność, że ślub będzie taki, jaki sobie wymarzyli. Konsultanta ślubnego zatrudniają obowiązkowo gwiazdy show-biznesu. Wedding plannera miały m.in. Małgorzata Kożuchowska i Dorota Zawadzka.

Korzystanie z konsultanta ślubnego w Polsce nie jest jednak jeszcze tak popularne jak za granicą, np. w Stanach Zjednoczonych, Anglii czy Chinach. Pierwsze agencje, świadczące tego typu usługi, pojawiły się w kraju dopiero w 2000 r., więc rynek dopiero nabiera tempa.

W Polsce ten odsetek jest jeszcze niewielki, aczkolwiek świadomość samego zawodu, jakim jest wedding planner, jest coraz większa. Myślę, że ten boom jest przed nami – uważa Alicja Bartkowska. 

W kraju działa nawet Polskie Stowarzyszenie Konsultantów Ślubnych, które zrzesza wedding plannerów, rekomenduje szkolenia na konsultanta ślubnego, a także bierze czynny udział w pracach sejmowych nad zmianą ustawy dotyczącą możliwości udzielania ślubów cywilnych poza lokalem Urzędu Stanu Cywilnego.

Pary, które decydują się na skorzystanie z usług wedding plannera, powinny zatrudnić go najpóźniej na 7-8 miesięcy przed planowaną uroczystością.

– Taka data daje nam bardzo duże pole manewru, jesteśmy w stanie z dużą swobodą to wszystko zorganizować. Jeśli ślub jest w sezonie ciepłym, zaczynamy najczęściej współpracę z młodymi parami w styczniu, lutym. Jesteśmy też w stanie zrealizować ślub, który się okaże nagle np. w dwa miesiące czy w miesiąc. Wiadomo jednak, że nie będzie to tak przemyślane, jak gdyby był to ślub planowany w ciągu roku, bo terminy u wielu dobrych podwykonawców są zajmowane dużo wcześniej –  mówi Alicja Bartkowiak.

 
Koszt zatrudnienia konsultanta ślubnego zależy od agencji, jaką przyszła para młoda wybierze. Cena waha się w granicach od 7 do 10 tys. Pod uwagę bierze się ilość pracy, jaką musi wykonać konsultant ślubny.

Raport CEED Institute: prawie 2 miliony Polaków przebywa na emigracji zarobkowej w UE

Ponad 5,6 miliona obywateli z 10 krajów Europy Środkowo-Wschodniej należących do Wspólnoty przebywa na emigracji zarobkowej na rynkach starej Unii. Ponad 30 proc. z nich (1,8 mln) to Polacy – wynika z raportu przygotowanego przez CEED Institute, think-tanku założonego przez Jana Kulczyka. Podczas debaty na temat migracji zaproszeni przez CEED Institute eksperci przyznali, że skala zjawiska jest większa niż oczekiwano i wciąż więcej osób wyjeżdża z kraju niż wraca z emigracji. Zmiana tego trendu jest jednym z największych wyzwań stojących przed Polską w najbliższych latach. 

Prawie dwa miliony Polaków zdeterminowanych, przedsiębiorczych, chcących i potrafiących ciężko pracować, to armia, która może być siłą napędową każdej europejskiej gospodarki. Polska, która aspiruje do roli lidera regionu, nie może marnować takiego potencjału. Nasza gospodarka, żeby się rozwijać, musi stawać się coraz bardziej konkurencyjna, również na rynku pracy dla własnych obywateli. Dopiero wtedy, gdy będziemy potrafili wykorzystać i rozwijać własną przedsiębiorczość, kreatywność i know-how, będziemy mogli myśleć o skutecznym konkurowaniu na rynkach UE – przekonuje Jan Kulczyk, globalny przedsiębiorca i założyciel CEED Institute.

Autorzy zaprezentowanego raportu podkreślają, że skala emigracji zarobkowej jest większa od przewidywań.

Raport pokazuje, że liczba osób, które po wejściu Polski do Unii wyemigrowały w celach zarobkowych, jest dużo większa niż się nam wydawało przed rozszerzeniem. Drugi wniosek z raportu jest taki, że powroty, które – jak się spodziewaliśmy – będą następowały po kilku, 2–3, może 5 latach od wyjazdu – są również dużo mniejsze od przewidywanych – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Duszczyk, ekspert CEED Institute i autor raportu „Migracje w XXI wieku z perspektywy krajów Europy Środkowo-Wschodniej – szansa czy zagrożenie?”.

Z raportu CEED Institute wynika, że w 2012 r. ok. 5,6 mln obywateli 10 krajów Europy Środkowo-Wschodniej mieszkało w państwach starej UE. Zdecydowana większość z nich – 4 mln – wyemigrowała po rozszerzeniu wspólnoty w 2004 r. Najwięcej emigrantów pochodzi z Rumunii – 2,4 mln, a Polska (1,8 mln) jest pod względem ilościowym na drugim miejscu. Procentowo największy wzrost zanotowano na Łotwie (450 proc.) Litwie (400 proc.) i w Rumuni (340 proc.). Wzrost emigracji po 2004 roku w najmniejszym stopniu dotknął Słowenii (25 proc.) i Czech (40 proc.). W Polsce wskaźnik ten wyniósł 210 proc.

Zgodnie z raportem CEED Institute z Polski w 2012 r. wyjechały statystycznie 2 osoby na każde 10 tys. mieszkańców. Choć emigrantów wciąż przybywa, to w latach 2009–2011 do Polski rocznie wracało ponad 100 tys. osób, które wcześniej zdecydowały się na wyjazd.

Dane przedstawione w raporcie na pewno nie powodują euforii, ale dają inny obraz tej sytuacji. Nie brakuje dyskusji o emigracji Polaków, ja też bym wolał, żeby większość z nich znalazła pracę tutaj, w Polsce. Ale ważna jest też możliwość swobodnego przemieszczania się – podkreśla Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej.

Duszczyk dodaje, że ekonomicznie zjawisko migracji jest korzystne dla krajów przyjmujących. Sama Wielka Brytania, gdzie niemal 4 proc. populacji to emigranci z innych krajów UE, od 2000 r. zyskała dzięki nim 20 mld funtów. Obywatele innych państw pomagają wypełnić luki na rynku pracy i wspierają wzrost gospodarczy, a ci, którzy pozostają, pozwalają na długoterminowy rozwój kraju emigracji. Ekspert CEED Institute zauważa także, że w krótkiej perspektywie zyskują też kraje, z których ludzie wyjeżdżają za pracą. Głównie dzięki transferom finansowym od emigrantów do ich rodzin, które pozostały w kraju. W 2012 r. do Polski trafiły w ten sposób ponad 3 mld euro, czyli niemal 1 proc. PKB. W innych krajach, takich jak Litwa, Rumunia czy Chorwacja, transfery z krajów UE to nawet blisko 2 proc. PKB.

Jednak ten pozytywny obraz migracji, jeśli chodzi o konsekwencje ekonomiczne, burzy nam się, jeśli nałożymy tak zwany filtr demograficzny. Otóż, jeżeli Polacy i obywatele innych państw Europy Środkowo-Wschodniej nie będą wracali do Polski i do swoich krajów, to czeka nas katastrofa demograficzna – prognozuje Duszczyk.

Eurostat szacuje, że do 2060 r. liczba mieszkańców Polski może spaść poniżej 33 milionów.

Problem emigracji zarobkowej jest olbrzymi, a głównym czynnikiem wpływającym na skalę zjawiska, istotniejszym nawet niż wysokość wynagrodzenia, jest stabilność zatrudnienia – podkreślał podczas dyskusji Michał Boni, były minister pracy i polityki socjalnej. – Wielu młodych ludzi wybiera dzisiaj pracę np. w Wielkiej Brytanii, bo tam łatwiej o start zawodowy, a poczucie bezpieczeństwa w kwestii stabilności jest większe. Najwyższa pora to zmienić.

Wszyscy uczestnicy debaty zgodzili się, że choć nadmierna emigracja zarobkowa jest dla Polski poważnym wyzwaniem i zagrożeniem, zarówno ekonomicznym, jak i demograficznym, to swoboda w przepływie pracowników w ramach Wspólnoty jest kluczową zasadą UE, której nie należy zmieniać.

– Co zrobić, żeby Polacy chcieli zostać, bo to jest bardzo ważne pytanie? Receptą jest przede wszystkim wzrost gospodarczy. Bo jeżeli on będzie, to będą wyższe płace i większa stabilność zatrudnienia – zapewnia Kosiniak-Kamysz. – Zmiany, które wprowadzamy, na przykład w oskładkowaniu umów-zleceń, czyli odchodzenie od tymczasowych form zatrudnienia, czy zmiany w umowach terminowych o pracę, to może być dobry sposób na utrzymanie Polaków w kraju.

Dodaje, że resort pracy wspiera też młodych przedsiębiorców, także już na ostatnim roku studiów. Trwa pilotażowy program „Wsparcie w starcie”, dzięki któremu studenci w trzech województwach mogą ubiegać się o tanią pożyczkę na uruchomienie własnej działalności gospodarczej. Po wejściu w życie reformy urzędów pracy program obejmie cały kraj. Nowi przedsiębiorcy mogą też liczyć na dwuletnią obniżkę składek ZUS.

Z danych CEED Institute wynika, że wyjeżdżają głównie młodzi Polacy, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, w wieku 25-35 lat. Wielu z nich ma wyższe wykształcenie.

W zorganizowanej przez CEED Institute debacie o wyzwaniach związanych ze zjawiskiem migracji wzięli udział: Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej, Michał Boni, były minister pracy i polityki socjalnej, Katarzyna Zajdel-Kurowska, członek zarządu NBP, Janusz Jankowiak, główny ekonomista PRB, Maciej Duszczyk, ekspert CEED Institute i zastępca dyrektora Instytutu Polityki Społecznej UW oraz Tomasz Misiak, przewodniczący rady nadzorczej Work Service i wiceprezydent Pracodawców RP.

ENEA wypłaci 0,57 zł dywidendy na akcję

0

Zgodnie z Uchwałą nr 7 Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia ENEA S.A. Spółka wypłaci 251.622.269,46 zł dywidendy z zysku netto za 2013 r., co oznacza 0,57 zł dywidendy na akcję. Dzień dywidendy ustalony został na 23 lipca 2013 r., a termin jej wypłaty na 12 sierpnia 2013 r.

M. Boni: Polska pomoże Ukrainie w cyfryzacji

CEO Magazyn Polska

Polska pomoże Ukrainie we wdrażaniu europejskich norm dotyczących cyfryzacji i cyberbezpieczeństwa. Nasz wschodni sąsiad mógłby skorzystać z polskich doświadczeń w budowie e-administracji, zasobów kultury i edukacji czy kompetencji cyfrowych w społeczeństwie – uważa Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji. Dzięki wzorcom takim jak nasz program Polska Cyfrowa Ukraina może lepiej wykorzystać potencjał młodego pokolenia do tworzenia rozwiązań wspierających i zabezpieczających wszystkich mieszkańców.

Ukraińcy chcą poważnie i bardzo sprawnie przygotowywać się do wejścia do Unii Europejskiej, szykując swoje rozwiązania w tej cyfrowej dziedzinie już dopasowane do tego, co się dzieje w Unii Europejskiej. Polscy eksperci będą mogli tam pojechać i pomóc im w przygotowaniu takiej wizji rozwiązań po to, by technologię dopasować do tego, co się chce osiągnąć – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji.

Michał Boni w ubiegłym tygodniu spotkał się na Ukrainie z przedstawicielami ministerstw i instytucji publicznych odpowiedzialnymi za cyfryzację tego kraju. Podkreśla, że sytuacja na Ukrainie przypomina tę w Polsce sprzed kilkunastu lat. Brakuje koordynacji i wspólnego działania. Jak podkreśla, Ukraińcy są zainteresowani czerpaniem z polskich doświadczeń w tej dziedzinie.

Szczególnie ciekawe dla Ukraińców są polskie programy „Latarnicy” oraz „Polska Cyfrowa”. Ten pierwszy to program edukacji społecznej osób w wieku powyżej 50 lat, którym brakuje wiedzy i umiejętności do tego, by korzystać z dostępu do internetu. Program operacyjny „Polska Cyfrowa” to jedyny tak szeroko zakrojony program cyfryzacyjny w Unii Europejskiej. Dzięki niemu wszyscy obywatele Polski mają zyskać możliwość załatwiania większej liczby spraw administracyjnych przez internet. Będzie się też koncentrować na budowaniu cyfrowych kompetencji w społeczeństwie.

Będziemy ten program przedstawiać kolegom z Ukrainy, bo to jest dobry sposób, żeby skoordynować wysiłki zmierzające do tego, żeby z jednej strony ludzie mieli dostęp do internetu, z drugiej, żeby państwo oferowało jak najwięcej treści, także tych nowych usług administracyjnych świadczonych drogą elektroniczną. Po trzecie, żeby rozwijał się dostęp do zasobów kultury, edukacji, bo to buduje też tożsamość. I wreszcie, po czwarte, to jest rozwój e-biznesu i budowanie warunków dla świetnych informatyków – wylicza cele cyfryzacji Boni.

Podkreśla, że cyfryzacja to jeden z celów Unii Europejskiej, dlatego Ukraina, po zmianach politycznych zorientowana na integrację ze wspólnotą, musi szybko rozpocząć ten proces. Powinien on jednak być ukierunkowany przede wszystkim na obywateli i dawać im wymierne korzyści. Niezbędne do tego są współpraca między instytucjami państwowymi, uproszczenie procedur administracyjnych, a także branie pod uwagę wymagań UE od początku procesu. Ważna jest integracja różnych platform e-administracji.

Boni zauważa, że Ukraina ma bardzo duży potencjał.

– Moim zdaniem dobra kooperacja między polskimi a ukraińskimi uczelniami zaowocowałaby w taki sposób, że nasi informatycy mogliby pracować tu, w naszych krajach, a także zdobywać różne miejsca pracy w całej Europie. Bo w Europie brakuje ludzi z umiejętnościami programowania – mówi były minister administracji i cyfryzacji.

Duży potencjał wynika nie tylko z bardzo dużej liczby studentów informatyki, lecz także z sprawności w wykorzystywaniu internetu przez młode pokolenie. Widać to w ostatnich miesiącach, również w trakcie trwających od listopada protestów na Majdanie.

– Był Majdan, gdzie ramię w ramię stali obok siebie ludzie, ale był też Majdan w sieci, gdzie ludzie wymieniali się informacjami i kształtowali poglądy na to, co dzieje się na Majdanie. I uważam, że młoda sieć obywatelska na Ukrainie jest bardzo dobrze rozwinięta. Oni rozumieją, że budowanie przejrzystego, nowego państwa po to, żeby razem budować solidarność europejską, musi opierać się o zupełnie nowe zasady. Że państwo służy obywatelom, że wszystko, co państwo robi jest przejrzyste, otwarte – ocenia Boni.

Dodaje, że władze ukraińskie chcą skopiować polskie nastawienie dotyczące odpowiedzialności wobec obywateli i wykorzystać internet do poprawy jakości demokracji. Ma temu służyć m.in. poszerzony dostęp do informacji publicznej, wzorowany na wprowadzanym w Polsce Centralnym Repozytorium Informacji Publicznej.

Niezbędne jest też wprowadzenie nowego prawa dotyczącego ochrony prywatności w sieci. Boni dodaje, że w procesie cyfryzacji nie można zapominać o bezpieczeństwie zarówno obywateli, jak i całej administracji państwowej.

Można powiedzieć, że sieć przejęła część akcji wojennych, związanych z konfliktem i walką o opinię. A także możliwość unieruchomienia funkcjonowania niektórych instytucji publicznych poprzez hakowanie czy poprzez zamrażanie funkcjonowania stron z informacjami, to wszystko jest arsenał walki w świecie cyfrowym i musimy być na to też odporni – podkreśla Boni. – Rozmawialiśmy o tym, że na Ukrainie – tak jak w UE – również są potrzebne grupy specjalistów, które monitorują sytuację, tworzą zabezpieczenia przed ingerencją zewnętrznych sił cyfrowych.

Prywatyzacja Ciechu szansą na zagraniczną ekspansję spółki. Jutro decyzję w tej sprawie podejmą akcjonariusze

0

CEO Magazyn Polska

24 kwietnia akcjonariusze Grupy Ciech zdecydują o przyszłości spółki. To, czy KI Chemistry przejmie 66 procent akcji Ciechu, zależy od Ministra Skarbu Państwa, który kontroluje prawie 38 procent kapitału zakładowego chemicznej spółki. Wzywający do sprzedaży akcji zapowiada budowę międzynarodowej grupy, która będzie obecna m.in. w Afryce. WZA podejmie też decyzję w sprawie podziału zysku za 2013 rok.

– Jesteśmy gotowi współpracować z każdym akcjonariuszem, który będzie ukierunkowany na rozwój firmy. Spółka przeszła przez naprawdę bardzo ciężką, ale skuteczną restrukturyzację – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prezes Grupy Chemicznej Ciech, Dariusz Krawczyk.

Według danych spółki, strategia polegająca na koncentracji działalności w segmentach sodowym i organicznym pozwoliła wypracować prawie 40 mln zł zysku netto w 2013 r., podczas gdy rok wcześniej Ciech zanotował 438 mln zł straty. Przychody w 2013 r. były niższe o 20 proc., jednak koszty własne sprzedaży spadły o 23 proc. W porównaniu do 2012 r. w tym samym okresie zadłużenie netto spółki zmalało o około 18 proc, dzięki czemu wskaźnik dług/znormalizowana EBITDA obniżył się z 3,5 do 2,7.

Dzięki poprawie sytuacji finansowej spółka stała się bardziej atrakcyjna dla inwestorów. 5 marca bieżącego roku kontrolowana przez Kulczyk Investments spółka KI Chemistry wezwała do sprzedaży 66 procent akcji Ciechu. Dotychczasowym akcjonariuszom zaoferowano 29,5 zł za jeden walor. Ministerstwo Skarbu Państwa przekazało w komunikacie, że „Spółka Ciech jest przeznaczona do prywatyzacji. Skarb Państwa z zadowoleniem przyjął informację o zainteresowaniu inwestorów akcjami Ciechu. Ponieważ spółka jest notowana na giełdzie, zbycie udziałów Skarbu Państwa może się odbyć również za pośrednictwem odpowiedzi na wezwanie. MSP będzie analizowało złożoną przez KI Chemistry propozycję”.

Na WZA zwołanym na 24 kwietnia br. akcjonariusze będą także głosować nad uchwałą o przeznaczeniu całości zysku za 2013 r. na kapitał zapasowy. Zarząd rekomenduje niewypłacanie dywidendy, ponieważ chce w dalszym ciągu obniżać zadłużenie spółki.

Polskie banki łączą siły. Chcą wspólnie rozwijać bankowość mobilną

CEO Magazyn Polska

W przyszłym kwartale ruszy działalność operacyjna Polskiego Standardu Płatności – spółki, którą zawiązało sześć dużych banków w celu stworzenia wspólnej platformy do płatności mobilnych. Do końca roku system ma mieć 1 mln użytkowników. Przedstawiciele instytucji finansowych podkreślają, że przyszłość będzie należała do bankowości mobilnej.

Nad wspólną platformą płatności mobilnych pracuje grupa banków: Alior Bank, Bank Millennium, Bank Zachodni WBK, mBank, ING Bank Śląski oraz PKO Bank Polski.

Uruchomienie wspólnej bankowej platformy płatności będzie jednym z najciekawszych wydarzeń w tym roku nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie. Standard powstanie na bazie platformy IKO działającej w PKO BP – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Panowicz, dyrektor marketingu i rozwoju biznesu detalicznego w mBanku.

Już dziś samo IKO ma ponad 125 tys. użytkowników. Panowicz podkreśla, że to z jednej strony innowacyjne rozwiązanie techniczne dla klientów, a z drugiej rzadki przykład współpracy kilku konkurentów. Dzięki wspólnemu standardowi korzyści odniosą i bankowość, i klienci, a Polska będzie jednym z pierwszych rozwiniętych krajów, który umożliwi powszechny dostęp do płatności mobilnych szerokiej rzeszy konsumentów.

Bankowość mobilna jest w tej chwili jednym z najważniejszych czynników rozwoju branży bankowej. Jeszcze 15 lat temu trzeba było korzystać z placówek w określonych porach. Później, dzięki internetowi, można było prowadzić operacje z domu, ale ograniczeniem był komputer stacjonarny. Dziś bankowość można mieć w kieszeni – tłumaczy przedstawiciel mBanku. – W każdej chwili, o każdej porze dnia, co fenomenalnie zwiększa dostęp do usług bankowych.

Podkreśla, że dla banków najważniejsze będzie przełożenie skomplikowanej materii bankowej na niewielkie, 3,5–4-calowe ekrany. Tak, by zapewnić wygodny sposób użycia bez klawiatury i precyzyjnej myszy.

Czyli wszystkie usługi, rachunki, przelewy, kredyty, depozyty trzeba przyciąć do tego małego ekranu i tak zwanego grubego palca – wyjaśnia przedstawiciel mBanku.

Uważa też, że banki muszą przygotować odpowiednio procesy bankowe oraz często przystosować do nowej sytuacji regulaminy, tak, by operacje, do niedawna wykonywane w placówce lub na dużym ekranie komputera, przetransponować na urządzenia kieszonkowe. A to oznacza inwestycje nie tyle w same technologie, ile w procesy wewnętrzne w banku. Samo wytwarzanie aplikacji mobilnych, jak przekonuje dyrektor, jest tańsze od budowy dużych sieci oddziałów czy też przebudowywania bankowości internetowej.

Przygotowanie usług tak, by klient w 30–60 sekund od wyciągnięcia urządzenia mógł przeprowadzić operację, wymaga przebudowy regulaminów, regulacji procesów i opracowania tego, w jaki sposób usługa bankowa jest klientowi dostarczana – twierdzi Michał Panowicz.

Dodaje, że klienci uzyskają niespotykaną wygodę, ale jednocześnie bankom będzie trudniej zaproponować nowe usługi. 

Bankowość mobilna na razie pozostaje na wstępnym etapie i nie jest postrzegana jako źródło istotnych przychodów w bankach. Na razie, jak zaznacza Panowicz, wszyscy, czyli bankowcy i klienci, uczą się nowego kanału komunikacji i usług.

Uczymy się, jak takie usługi oferować. Przejście do sytuacji, w której klient na 2-3 prostych ekranach może zareagować na reklamę, założyć lokatę czy zaplanować inwestycję, to nieodległa, ale jeszcze przyszłość – sądzi Michał Panowicz.

mBank należał do pierwszych banków oferujących aplikację na smartfony, szybko ułatwił klientom korzystanie z aplikacji, tak zmienił interfejs użytkownika, by był ergonomiczny, i dołożył nowe, wartościowe funkcje. Dzięki temu wystarczyło kilka tygodni, by mBank w 20 procentach stał się bankiem mobilnym.

Według analiz firmy Deloitte bankowość mobilna do 2020 roku może prześcignąć internetową. Z danych Związku Banków Polskich wynika, że już w 2013 roku z bankowości internetowej korzystało 12 mln osób w Polsce.

Nowe usługi na platformie Poczty Polskiej Envelo – łatwiejsza wysyłka i odbiór faktur w jednym miejscu

CEO Magazyn Polska

Poczta Polska Usługi Cyfrowe (PPUC) uruchamia coraz więcej usług na platformie Envelo. Klienci biznesowi mogą już za pośrednictwem platformy wysyłać faktury papierowe i elektroniczne, a indywidualni odbierać swoje rachunki. Wkrótce spółka uruchomi opcję odczytywania korespondencji papierowej przez internet oraz wprowadzi e-usługi dla przesyłek rejestrowanych. Funkcjonalności stopniowo są wdrażane także w aplikacji mobilnej.

Uruchomiliśmy nowe usługi na platformie Envelo: neofakturę i neorachunki. Neofaktura to możliwość wysyłania faktury w wersji elektronicznej i papierowej. Usługa jest adresowana głównie do klientów biznesowych. Neorachunki to skrzynka pocztowa, która umożliwia odebranie i gromadzenie w jednym miejscu, w sposób bezpieczny, różnych rachunków. To oferta dla klientów indywidualnych – tłumaczy Grzegorz Świdwiński, prezes zarządu spółki Poczta Polska Usługi Cyfrowe z Grupy Kapitałowej Poczty Polskiej, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Neorachunki są dostępne dla klientów indywidualnych oraz mikroprzedsiębiorstw bezpłatnie i działają jak skrzynka odbiorcza dla faktur wystawianych np. przez dostawców mediów. Natomiast usługa neofaktura to płatna opcja dla przedsiębiorców. Koszt zależy od formy (papierowe faktury są droższe niż elektroniczne) i liczby przesyłek danego klienta. Usługa umożliwia wysyłkę faktur do wielu odbiorców równocześnie, o dowolnej porze i z każdego miejsca. PPUC szacuje, że usługa będzie się cieszyć popularnością, bo w Polsce rocznie wysyła się 700-800 mln faktur, z tego ok. 90 proc. w wersji papierowej. Poczta Polska dostarcza zdecydowaną większość z nich.

Prezes PPUC zapowiada, że na platformie Envelo będą pojawiać się kolejne usługi. Poczta Polska chce zwiększać dostępność swojej oferty właśnie poprzez usługi cyfrowe, skierowane zarówno dla klientów indywidualnych, jak i przedsiębiorców.

Envelo rozwija także wcześniej wdrożone e-usługi, takie jak neoznaczek i neokartka. Przez internet można już kupić znaczki na przesyłki zagraniczne, a także znaczki spersonalizowane, z własną grafiką. Edytor neokartek został zmieniony i, jak podkreśla prezes Świdwiński, oferuje teraz więcej możliwości graficznych, takich jak kolaże czy ramki.

Kartki oferujemy teraz również w mniejszym formacie – to oferta dla klientów biznesowych, którzy chcą robić akcje marketingowe, reklamowe. Dzięki temu obniżają koszty, ponieważ mniejsza kartka jest tańsza. Mamy także kartki w formie karnetów. Neolisty również są skierowane do klientów biznesowych, oprócz tego, że drukujemy je w kolorze, możemy również drukować czarno-białe – wylicza Świdwiński.

Dodaje, że na początku platforma Envelo była przeznaczona głównie dla klientów indywidualnych. Teraz Envelo rozwija usługi dla biznesu, a w przyszłości zamierza wychodzić naprzeciw potrzebom obydwu grup. Świdwiński zapowiada, że dostęp do usług pocztowych ma być równie łatwy i popularny jak prowadzenie konta bankowego przez internet.

Strategicznym pomysłem na przyszłość jest wirtualizacja skrzynki na listy, czyli możliwość odbioru korespondencji tradycyjnej w wersji elektronicznej. Będzie to możliwe dzięki usłudze skanowania.

Realizujemy naszą wizję poczty na biurku i poczty w kieszeni. Mamy jeszcze kilka pomysłów na przyszłość – zapowiada prezes spółki Poczta Polska Usługi Cyfrowe. – W tym roku należy spodziewać się przede wszystkim rozwoju komunikacji elektronicznej. Myślimy o tak zwanym neoliście elektronicznym, jak również o czymś, o co klienci pytają i co jest elementem naszej strategii rozwoju, czyli obsługa przesyłek rejestrowanych.

Świdwiński dodaje, że klienci nie muszą obawiać się o bezpieczeństwo. Usługi cyfrowe są zabezpieczone i szyfrowane, a proces ich obsługi zautomatyzowany. Archiwum przesyłek chronione jest certyfikatami cyfrowymi wysokiej klasy, a faktury przechowywane będą przez nawet 6 lat.

Docelowo wszystkie usługi będą również dostępne poprzez aplikację mobilną.

Aplikacja mobilna rozwija się równolegle do platformy internetowej. Najpierw uruchamiamy usługę na platformie internetowej, za jakiś czas, po jej ustabilizowaniu, wprowadzimy  jej wersję mobilną. W tym momencie aplikacja mobilna oferuje sześć usług. Oprócz neokartki są to usługi tradycyjne, takie jak lokalizacja placówek czy skrzynek pocztowych, możliwość zamówienia kuriera. Za kilka miesięcy damy też dostęp do skrzynki neorachunki, którą uruchomiliśmy na platformie online – zapowiada Świdwiński.

Jedna piąta sprzedaży RTV/AGD odbywa się przez internet

0

CEO Magazyn Polska

Nawet 30 mld zł może być warty polski rynek AGD i RTV. To wciąż znacznie mniej niż w krajach Europy Zachodniej. Już 20 proc. sprzedaży odbywa się poprzez internet. Choć Polacy najczęściej kupują drobne akcesoria, to dzięki popularności m.in. tabletów, smartfonów i sprzętów gospodarstwa domowego średnia wartość koszyka to 1-1,5 tys. zł. Hitem w tym roku mogą być telewizory OLED.

Rynek w Polsce wydaje się duży, jest szacowany na około 28-30 mld zł, co brzmi imponująco. Ale w porównaniu do rozwiniętych krajów Europy Zachodniej jest to stosunkowo mało – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Siedlecki, dyrektor marketingu RTV Euro AGD. – Natomiast rzeczywiście udział internetu w sprzedaży jest spory. Szacuje się, że w Polsce waha się on między 18 a 20 proc., dochodzi w tej chwili do 20 proc.

Dodaje, że przez internet sprzedają się te same produkty, co w sklepach. To przede wszystkim tablety i smartfony, coraz chętniej kupowane przez Polaków. Siedlecki podkreśla, że popularność tych przenośnych urządzeń rośnie, bo są one coraz lepsze – mają bardziej wytrzymałe baterie, są tańsze, a do tego poprawia się zasięg szybkiego internetu w całym kraju.

Duży udział w sprzedaży mają też telewizory oraz sprzęty gospodarstwa domowego. Nie tylko te tradycyjne, takie jak pralki i lodówki – na popularności zyskują też m.in. suszarki do ubrań oraz zmywarki. Te kategorie rozwijają się najszybciej.

Najczęściej klienci kupują różnego rodzaju akcesoria i drobne przedmioty. Te są kupowane po prostu częściej i jest ich więcej. Natomiast średni zakup przeciętnego konsumenta będzie oscylował około 1-1,5 tys. zł, jeżeli spróbujemy ustalić jakąś średnią arytmetyczną, na którą składają się również duże sprzęty, sprzęty gospodarstwa domowego czy elektronika, np. laptopy czy telewizory – mówi Siedlecki.

Nie brakuje też nowości, które w tym roku mogą sprzedawać się bardzo dobrze. Jedną z nich są telewizory z wyświetlaczami OLED (organiczne diody elektroluminescencyjne). Technologia ta była do tej pory stosowana w smartfonach, ale coraz częściej wykorzystywane jest także w telewizorach. Siedlecki przyznaje, że na razie są to drogie urządzenia, kosztujące nawet 10-20 tys. zł. Ale w tym roku może się to zmienić.

Oczekiwania są takie, że jeszcze w tym roku i w przyszłym te produkty staną się znacznie bardziej masowe i trafią na półki cenowe dostępne dla przeciętnego konsumenta – przewiduje Siedlecki.

Technologia OLED pozwala m.in. na tworzenie zagiętych ekranów. Możliwe jest także tworzenie przezroczystych wyświetlaczy.

Zamawianie taksówki przez smartfona będzie możliwe nie tylko w stolicy. MyTaxi planuje rozwój w innych dużych miastach

CEO Magazyn Polska

Mytaxi, darmowa aplikacja do zamawiania taksówek w Warszawie, będzie dostępna również w innych dużych miastach w Polsce. Firma planuje również stworzenie nowej wersji aplikacji, którą będą mogły wykorzystywać korporacje taksówkowe. W sześciu krajach, gdzie działa już aplikacja, z jej usług korzysta 10 mln użytkowników. 40 proc. z nich płaci za kurs bezgotówkowo, przez smartfona.

Aplikacja zyskuje coraz szersze grono użytkowników. Działa w sześciu krajach i ma 10 mln użytkowników. Jest dostępna na platformach IOS, Android i Blackberry 10. W Warszawie Mytaxi działa od ostatniego kwartału 2012 roku.

Innowacyjność naszej aplikacji polega na tym, że pasażer za pomocą smartfona może zamówić taksówkę bezpośrednio, bez dzwonienia na centralę radiotaxi, za pomocą dwóch kliknięć w telefonie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Urban, dyrektor zarządzający Mytaxi Polska.

Z aplikacji korzysta coraz więcej klientów, dlatego w tym roku firma zamierza rozszerzyć działalność na kolejne duże miasta. 

Jednocześnie przygotowujemy wersję naszej aplikacji, która będzie mogła być wykorzystywana przez działające korporacje taxi i pozwoli połączyć dotychczasowe systemy przyjmowania zleceń przez telefon z aplikacja Mytaxi – mówi Urban.

Do tej pory Mytaxi Polska skupiało się na rozwoju usługi w Warszawie. W ubiegłym roku wprowadziło możliwość płatności mobilnych przez aplikację. Jest to usługa zarówno dla firm, jak i dla pasażerów indywidualnych.

40 proc. zamówień realizowanych przez pasażerów Mytaxi jest opłacana w sposób bezgotówkowy, przez smartfona – informuje dyrektor zarządzający Mytaxi. – Pasażerowie indywidualni mogą dokonywać płatności za pomocą usługi płać przez aplikację, która polega na podpięciu konta karty płatniczej, MasterCard, Visa lub konta PayPal.

Firmy mogą zakładać konta firmowe, za pomocą których dostają zbiorczą fakturę za wszystkie kursy w danym miesiącu. Mają także możliwość zarządzania uprawnieniami pracowników przy korzystaniu z aplikacji.

Współpracę z firmą od grudnia 2012 roku nawiązało ok. 600 taksówkarzy, bo jak przekonuje Krzysztof Urban, korzyści z aplikacji odnoszą nie tylko klienci, lecz także kierowcy.

Aplikacja automatycznie lokalizuje pasażera na mapie, po zamówieniu wskazuje, gdzie jest nasz kierowca i pokazuje szacowany czas dojazdu. Pasażer cały czas widzi na mapie, w którym miejscu znajduje się kierowca, poza tym zna jego imię i nazwisko, widzi jego zdjęcie i  jego bezpośredni numer telefonu – wymienia dyrektor Mytaxi Polska.

Kierowcy mają za to możliwość pozyskania dodatkowych kursów. Poza tym Mytaxi pobiera opłaty jedynie za zrealizowane kursy, a nie za samą obecność w bazie.

Od kierowców, którzy chcą z nami współpracować, wymagamy okazania licencji na prowadzenie usług taksówkarskich oraz sprawdzamy jakość i wiek jego auta – mówi Urban. – Taksówkarze często polecają nas sobie wzajemnie, jako źródło dodatkowych kursów.

Został tydzień na rozliczenie się z fiskusem

CEO Magazyn Polska30 kwietnia upływa termin składania zeznań podatkowych. Szybsze złożenie PIT-u pozwoli nie tylko na szybsze uzyskanie ewentualnego zwrotu, lecz także na uniknięcie kary skarbowej.

Im szybciej złożymy zeznanie, tym szybciej otrzymamy zwrot ewentualnej nadpłaty, której maksymalny termin zwrotu to trzy miesiące – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Baraniak, doradca podatkowy z Kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Przekroczenie terminu 30 kwietnia oznacza, że podatnik nie będzie mógł skorzystać z preferencyjnej formy opodatkowania – nie będzie mógł rozliczyć się wspólnie z małżonkiem czy dzieckiem.

Problem może być także z przekazaniem 1 proc. na organizację pożytku publicznego. Można to uczynić w zeznaniu rocznym złożonym w terminie, albo w jego korekcie w ciągu jednego miesiąca – zauważa Baraniak.

Niedotrzymanie terminu może wiązać się także z karami, bo spóźnienie prowadzi do nałożenia mandatu karnego. Do złożonego po terminie formularza PIT podatnik powinien dołączyć tzw. oświadczenie żalu czynnego.

Jeśli wykażemy w nim, że z ważnych powodów czy choćby przez roztargnienie nie złożyliśmy zeznania w terminie, to mamy szansę na uniknięcie grzywny – wyjaśnia Baraniak.

Zeznanie podatkowe należy złożyć w urzędzie skarbowym, do którego podatnik był przypisany na koniec ostatniego roku podatkowego, czyli 31 grudnia 2013 r. bez względu na obecne miejsce zamieszkania. Można to zrobić tradycyjnie w urzędzie skarbowym lub nadać listem poleconym. Ministerstwo Finansów umożliwi także składanie PIT-ów w niektórych urzędach gminy i centrach handlowych. Istnieje także możliwość wysłania zeznania podatkowego przez internet.

W tym celu możemy np. skorzystać z aplikacji internetowej, która jest dostępna na stronie Ministerstwa Finansów – mówi Baraniak. – Możemy ją złożyć nawet bez certyfikowanego podpisu elektronicznego. Podpis zastąpi bowiem wpisanie kwoty przychodu z poprzedniego zeznania podatkowego.

Osoby, które mają niedopłatę podatku, mają także czas do 30 kwietnia na uregulowanie należności wobec państwa. Rozliczyć PIT można wcześniej, a niedopłatę uiścić pod koniec miesiąca. Opóźnienie w tej sprawie wiąże się z koniecznością zapłaty karnych odsetek.

Największe dofinansowanie unijne do kampanii promocyjnych trafiło do polskich organizacji z branży rolnej

CEO Magazyn Polska

Polskie duże organizacje branżowe z rynku rolnego realizują co roku trzy do czterech kampanii promocyjnych, które są finansowane ze środków Unii Europejskiej i budżetu krajowego. Obecnie Polska ma największy udział w tej pomocy spośród wszystkich krajów UE. Kampanie promują eksport do krajów sąsiednich, ale niekiedy także na rynki azjatyckie.

Wartość roczna kampanii sięga 10-12 milionów euro, czyli około 20 proc. całości środków z Unii Europejskiej przeznaczonych na dofinansowanie takich kampanii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Lucjan Zwolak, wiceprezes Agencji Rynku Rolnego. – Praktycznie Polacy mają najwyższy w UE udział w tym finansowaniu. Od kilku lat polskie organizacje branżowe wyprzedziły w tym zakresie organizacje branżowe z Niemiec i Francji – dodaje.

Zazwyczaj działania te dotyczą dofinansowania eksportu na rynki krajów sąsiednich, ale polskie organizacje branżowe promują także swoje produkty na bardziej odległych rynkach.

Jako przykład możemy podać trzyletnią kampanię promocyjną polskich jabłek na rynku Federacji Rosyjskiej i Ukrainy o wartości 4 mln euro, a także kampanię ,,Pokochaj olej rzepakowy na rynku Polski i Łotwy o wartości 1 mln 700 tys. euro – mówi Zwolak. – Można wspomnieć o dwóch dużych kampaniach promocyjnych polskiego mięsa wieprzowego i wołowego na rynki krajów wschodniej Azji, czyli Chin, Wietnamu, Japonii, Hongkongu czy Korei Południowej – wymienia.

W niektórych przypadkach Agencja Rynku Rolnego finansuje też polski eksport w sposób bezpośredni. Przykładem jest udział w branżowym programie promocyjnym, realizowanym przez ARR na zlecenie Ministerstwa Gospodarki.

W tym przypadku bezpośrednio wspieramy przedsiębiorstwa uczestniczące w imprezach targowych, promocyjnych  na sześciu rynkach – mówi Zwolak. – Są to rynki Niemiec, Francji, Rosji, Ukrainy, Chin i Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Program „Promocja polskiej gospodarki na rynkach międzynarodowych” realizowany od czerwca 2012 do maja 2015 r. ma na celu wykreowanie silnych i rozpoznawalnych na świecie polskich marek. Służy temu wspieranie działań promocyjnych polskich przedsiębiorstw. 

Branża krytykuje rządowy projekt ustawy o OZE. Według nich oznacza on nawet kolejne dwa lata zastoju inwestycyjnego

CEO Magazyn Polska

Przyjęty przez rząd i skierowany do Sejmu projekt ustawy o OZE przewiduje zwiększenie popytu na energię ze źródeł odnawialnych. Prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej krytykuje jednak tempo wprowadzania zmian, bo ustawa zakłada zwiększenie limitów dopiero rok po jej wejściu w życie. Licząc razem z czasem potrzebnym na uchwalenie i notyfikację UE, może to oznaczać kolejne dwa lata zastoju inwestycyjnego w obszarze OZE.

– Prace nad tą ustawą trwały bardzo długo i wytworzyła się pewna pustka inwestycyjna. Wielu inwestorów w ostatnim czasie wstrzymało swoje inwestycje w oczekiwani na nowe rozwiązania regulacyjne – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Cetnarski, prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.

Według Wojciecha Cetnarskiego skierowana do Sejmu rządowa ustawa o odnawialnych źródłach energii może spowodować kolejne dwa lata zastoju inwestycyjnego. Chodzi głównie o regulacje dotyczące tzw. świadectw pochodzenia.

Świadectwa pochodzenia to są papiery wartościowe, które otrzymują producenci energii ze źródeł odnawialnych w zamian za każdą wyprodukowaną megawatogodzinę energii. Zapotrzebowanie na nie określa rozporządzenie ministra gospodarki, podając dla każdego roku pewien pułap, do jakiego dystrybutorzy energii dla odbiorców końcowych są zobowiązani skupić te papiery wartościowe. Przez trzy lata w Polsce to zapotrzebowanie było na stałym poziomie, podczas gdy rynek się rozwijał i powstało zjawisko nadpodaży – tłumaczy prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.

Do tej pory w energetykę wiatrową zainwestowano w Polsce ok. 20 mld zł. Ich łączna moc to ok. 3,5 tys. megawatów. Energetyka wiatrowa odpowiada za niecałe 4 proc. (dane GUS za 2011 r.) produkcji energii pierwotnej w Polsce, czyli ok. jedną trzecią całej produkowanej z OZE. Do 2020 r. te inwestycje mogłyby zostać podwojone, jednak tylko wtedy, gdy otrzymają wsparcie ze strony parlamentarzystów.

Parlament ma taką możliwość, aby dokonać modyfikacji zapisów ustawowych tak, aby zmiany dotyczące na przykład rynku świadectw pochodzenia czy zmiany dotyczące morskiej energetyki wiatrowej pojawiły się już w tej wersji ustawy – podkreśla Wojciech Cetnarski. – Sytuacja, która się wytworzyła na rynku świadectw pochodzenia, wymaga zmian ustawowych znacznie wcześniej niż w tej perspektywie, jaką pokazuje projekt ustawy. To, czego w tej ustawie na pewno jeszcze brakuje, to są rozwiązania, które by dotyczyły morskiej energetyki wiatrowej.

Dodaje, że mimo tych braków ustawa o OZE jest ważnym sygnałem, bo pokazuje, że rząd myśli poważnie o miejscu tych źródeł w strategii energetycznej kraju. Nowe regulacje mogą też przekonać banki do większego finansowania inwestycji w odnawialną energię. Na razie jednak prace legislacyjne są na zbyt wczesnym etapie, by dało się odczuć ten efekt.

Banki z zainteresowaniem śledzą kierunki, w których podążają zmiany legislacyjne i pozytywnie opiniują ten kierunek. Natomiast spodziewamy się, że w ramach postępu tego procesu legislacyjnego, kiedy ostateczny kształt legislacji będzie coraz bardziej pewny, pojawią się również instytucje kredytowe, które będą zainteresowane powrotem na rynek finansowania projektów odnawialnych, w tym projektów wiatrowych – przewiduje prezes PSEW.

Podkreśla, że przez stały poziom zapotrzebowania na energię ze źródeł odnawialnych brakowało zachęt dla inwestorów. Nowe instalacje są jednak niezbędne, chociażby ze względu na unijny cel pozyskiwania 20 proc. całej energii ze źródeł odnawialnych do 2020 r. Zgodnie z danymi Eurostatu, w całej UE w 2012 r. 14,1 proc. zużywanej energii pochodziło z OZE. W Polsce było to 11 proc. Polskie rządowe strategie zakładają 15-proc. udział energii odnawialnej w całkowitym zużyciu do 2020 r.

Resort finansów pracuje nad reorganizacją urzędów skarbowych. To element przygotowań do programu e-podatki

0

CEO Magazyn Polska

Wewnętrzna obsługa urzędów skarbowych, czyli np. spraw kadrowych i finansowo-księgowych, prawdopodobnie od przyszłego roku będzie realizowana na poziomie izb skarbowych. To element reorganizacji urzędów skarbowych, nad którą pracuje Ministerstwo Finansów. Wiceminister Jacek Kapica podkreśla, że nie oznacza to zwolnień urzędników, tylko ich przesunięcie do obsługi podatników i innych zadań. Reorganizacja to element przygotowań do wdrożenia programu e-Podatki. Jego pierwsze efekty będą widoczne już w wakacje.

 Sfinalizowaliśmy prace z Rządowym Centrum Legislacji nad zmianą ustawy, która zmierza do koncentracji zadań w obszarze procesów pomocniczych, obsługi urzędów, spraw kadrowych, finansowo-księgowych, rozliczenia podatków, by były one realizowane na poziomie izby skarbowej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Kapica, wiceminister finansów.

Dziś każdy urząd skarbowy ma swoją obsługę kadrową, finansowo-księgową i rachunków podatkowych. Po zmianach obsługa urzędów ma być wspólna. Ministerstwo Finansów chce, by ustawa weszła w życie z końcem roku, więc nowe zasady mogłyby zacząć obowiązywać od początku 2015 roku.

Wiceminister zapewnia, że zmiana przyniesie oszczędności kadrowe w administracji podatkowej. Resort nie przewiduje jednak zwolnień.

Zakładamy raczej lepsze wykorzystywanie ludzi, którzy przejdą z wewnętrznej obsługi do podstawowej obsługi podatnika, do kontroli i egzekucji. Musimy mieć świadomość innych priorytetów i nowych zadań, co wymaga zaangażowania urzędników, i tam zostaną skierowane te zasoby – tłumaczy Jacek Kapica.

Wyjaśnia, że jest to etap przygotowania administracji do pracy z nowym wdrażanym systemem e-podatki, w którym część zautomatyzowanych procesów również będzie realizowana na poziomie izb skarbowych.

Pierwsze produkty programu e-podatki będą już w wakacje tego roku. To jest uruchomienie portalu podatkowego i możliwości obsługi przez program e-podatki deklaracji od spadków i darowizn bądź deklaracji podatku od czynności cywilno-prawnych – informuje wiceminister finansów.

Natomiast z początkiem przyszłego roku, dzięki portalowi podatkowemu, będzie można odebrać wstępnie wypełnione zeznanie, modyfikować je – przy korzystaniu z ulg czy przekazywaniu 1 procentu podatku na organizację użytku publicznego, oraz wysłać do urzędu skarbowego.

Na portalu będzie można uzyskać podstawowe informacje o realizacji swoich obowiązków podatkowych, o rozliczeniach podatkowych, a jednocześnie dokonać płatności elektronicznej, komunikując się ze swoim bankiem – przekonuje wiceminister finansów.

Planowane jest również stworzenie centrów obsługi podatnika – miejsc w urzędzie, gdzie podatnicy, którzy nie mają w domu dostępu do internetu, będą mogli skorzystać z dostępu do portalu podatkowego.

Wprowadzenie programu wymusi prawdopodobnie dalsze zmiany w organizacji pracy urzędów skarbowych. Od tego roku tworzone są sukcesywnie komórki wierzycielskie, które zarządzają długiem podatników. Pozwala to na przypominanie dłużnikowi o zaległościach, zamiast zajmowania jego rachunku bankowego.

– Podatnik najpierw jest uprzedzany i w związku z tym mobilizuje się do zapłaty podatku, zanim zaskoczy go fakt, że urząd skarbowy wszedł mu na rachunek, co również podważa wiarygodność podatnika wobec banku. To przynosi pozytywne efekty, stąd wiedzieliśmy, że warto tego typu model zastosować w całej administracji. Każdy z nas łatwiej i szybciej reaguje na przypomnienie, uprzejmy telefon niż kiedy od razu jest zaskoczony zajęciem rachunku – przekonuje Jacek Kapica.

KGHM schodzi coraz głębiej. W kopalni „Rudna” ruszyła produkcja poniżej 1200 metrów pod ziemią

CEO Magazyn Polska

KGHM rozpoczął wydobycie miedzi i srebra z obszaru Głogów Głęboki-Przemysłowy. To najgłębiej do tej pory znajdujący się oddział wydobywczy spółki – poniżej poziomu 1,2 tys. metrów. Docelowo w 2019 roku szyb będzie jeszcze o ponad 100 metrów głębszy, a produkcja sięgnie 10-11 mln ton rudy rocznie. Nowy obszar zapewni produkcję na nawet 40 lat.

Głogów Głęboki-Przemysłowy pozwoli nam prowadzić do roku 2035 eksploatację na podobnym poziomie wielkości wydobycia. A za Głogowem Głębokim są jeszcze następne rejony – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kędzia, wiceprezes KGHM Polska Miedź SA.

Obszar Głogów Głęboki-Przemysłowy będzie eksploatowany przez dwie działające już kopalnie – „Rudna”, która rozpocznie wydobycie jako pierwsza, a później także „Polkowice-Sieroszowice”. To pierwszy tak głęboko znajdujący się oddział wydobywczy KGHM-u. Na potrzeby wentylacji tego obszaru, w ubiegłym roku rozpoczęto głębienie szybu GG 1 o docelowej głębokości  1,34 tys. metrów.

W tym roku KGHM liczy na produkcję ok. 1 mln ton rudy i ok. 14,5 tys. ton miedzi elektrolitycznej z obszaru Głogowa Głębokiego-Przemysłowego. Uruchomienie eksploatacji zajęło 10 lat – koncern uzyskał koncesję na ten obszar w 2004 roku.

KGHM zainwestował w przygotowanie nowego obszaru łącznie 931 mln zł.  Spółka chce utrzymać roczną produkcję na poziomie 30 mln ton rudy i 2 mln ton koncentratu miedziowego rocznie.

Nowy obszar pozwoli na utrzymanie wydobycia na stałym poziomie i da możliwość utrzymania miejsc pracy – mówi Mirosław Laskowski, dyrektor oddziału Zakłady Górnicze „Rudna”.

Eksploatacja GG-P osiągnie największe natężenie dopiero za ponad 10 lat. KGHM planuje w latach 2028-2035 produkować nawet 10-11 mln ton rudy i 200-220 tys. ton miedzi elektrolitycznej rocznie z tego obszaru. Średnia zawartość miedzi w złożu GG-P sięga 2,5 proc., o niemal 1 pkt proc. więcej niż średnia z innych obszarów.

Spółka zapowiada, że w przyszłości będzie prowadzić więcej prac na dużych głębokościach. To niezbędne, bo choć złoża KGHM-u w Polsce szacuje się jako czwarte pod względem wielkości na świecie, to ich eksploatacja wymaga zejścia głębiej. Według ocen, sam obszar GG-P zawiera jedną czwartą całych zasobów miedzi i jedną trzecią zasobów srebra na obszarach koncesyjnych KGHM-u w kraju.

Jeszcze kilka lat temu koncepcja budowy KGHM zakładała eksploatację do 1000 metrów. Natomiast pokonanie  problemów technicznych pozwoliło na to, że doszliśmy do poziomu 1200 metrów. Dzisiaj już jesteśmy poniżej tego poziomu. Jestem przekonany, że  poprawa organizacji pracy, nowe maszyny, inne systemy eksploatacji – może kombajnem, może metodą ścianową – pozwolą nam sięgnąć jeszcze głębiej – prognozuje Wojciech Kędzia.

Praca na dużej głębokości wiąże się z większymi zagrożeniami, ale nie będzie całkowicie zautomatyzowana. Kędzia podkreśla, że bezpieczeństwo jest priorytetem. Maszyny wykorzystywane na tej głębokości będą podobne do innych, choć będą wymagały nieznacznego dostosowania.

Uruchomienie GG-P było dużym wyzwaniem także od strony technologicznej. Potrzebne były specjalne badania geologiczne, przeprowadzone metodą tomografii sejsmicznej, by sprawdzić zagrożenie gazogeodynamiczne.

Wiele tematów technicznych należało rozwiązać, aby  utworzyć oddział wydobywczy. To m.in, problemy klimatyczne, wentylacyjne, problemy z budową komór maszyn ciężkich, z nową infrastrukturą elektryczną, z odstawą taśmową – wszystkie te rzeczy przez ostatnich kilka lat były obiektem naszego zainteresowania – wylicza Mirosław Laskowski.

Pomimo uruchomienia nowego obszaru, KGHM nie zwiększy zatrudnienia. Laskowski zapowiada jednak, że w sektorach innych niż wydobycie, np. w nowej stacji klimatycznej, niezbędni będą nowi pracownicy. Kędzia dodaje, że KGHM stara się utrzymywać zatrudnienie na stałym poziomie, automatyzując i usprawniając coraz więcej procesów, ale nowe inwestycje mogą wiązać z tworzeniem miejsc pracy.

Enea chce pozyskać z rynku 5 mld zł na OZE i kogenerację. Czeka na okazje rynkowe

CEO Magazyn Polska

Energetyczna grupa razem z bankami pracuje nad programem emisji obligacji, który zapewni środki na inwestycje w odnawialne źródła energii i kogenerację (czyli jednoczesne wytwarzanie energii elektrycznej i cieplnej) oraz na ich aktywizację. Największą tegoroczną inwestycją w segmencie wytwarzania jest budowa bloku węglowego w Kozienicach, która pochłonie 1,39 mld zł.

Ten rok jest bardzo ważny dla inwestycji w Kozienicach. Na razie wszystkie prace, zarówno betonowanie, jak i fundamentowanie, przebiegały zgodnie z planem. Budowa chłodni także idzie zgodnie z planem, wszystkie konstrukcje betonowe są już gotowe – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Kinelski, wiceprezes zarządu ds. handlowych w Enea SA.

Enea poinformowała inwestorów, że ma zapewnione finansowanie na projekt w Kozienicach. W tym celu spółka planuje wyemitować obligacje o wartości 0,5 mld zł. To pierwsza transza z wartego 4 mld zł programu emisji papierów dłużnych, którego gwarantami zostało pięć banków działających na polskim rynku. Enea zleciła także instytucjom finansowym opracowanie kolejnego planu emisji obligacji o wartości 5 mld zł, który ma pokryć wydatki na projekty związane z OZE i kogeneracją. Spółka przygląda się obecnie możliwościom zakupu farm wiatrowych i rozwija własne projekty w tym zakresie. Nie wyklucza także inwestycji w energetykę słoneczną, jednak uzależnia je od kształtu regulacji.

Na razie nie mamy nic na biurku. Natomiast myślimy o tym, chcemy rozwijać się na zasadzie korzystania z pewnych okazji rynkowych, oczekujemy także na rozwiązania prawne w tym zakresie – wyjaśnia Kinelski.

W 2013 r. grupa Enea zanotowała 715,4 mln zł zysku netto przypisanego akcjonariuszom jednostki dominującej, podczas gdy rok wcześniej było to 699,7 mln zł. Przychody w 2013 r. wyniosły 9,15 mld zł, i były o blisko miliard zł niższe niż rok wcześniej (10,09 mld zł). W ubiegłym roku przychody były pod presją spadających cen energii elektrycznej, obecnie widać już pierwsze sygnały ożywienia na tym rynku. Mimo to, według prognoz Enei, marże w segmencie wytwarzania mogą w tym roku spadać.

W tym roku większość kontraktów jest już zawartych, widzimy, że ceny są w takim trendzie bocznym. Niewiele się tu zmienia. Od kilku tygodni obserwujemy drobne wzrosty w cenach energii, to też zależy od tego, jak kształtują się koszty emisji CO2 i pozostałe czynniki, które wpływają na cenę energii – tłumaczy wiceprezes Enei.

Energetyczna grupa zapowiedziała, że w tym roku będzie walczyć o wyższą sprzedaż w segmencie małych i średnich przedsiębiorstw.

Rynek jest wolny, więc od kilku lat obserwujemy już odpływy i przypływy klientów. To zależy od tego, czy konkurencja robi na naszym terenie akcje promocyjne czy też sprzedażowe. To samo dotyczy naszych działań – twierdzi Kinelski.

24 kwietnia WZA Enei zdecyduje o wypłacie dywidendy za 2013 r. Zarząd grupy rekomenduje wypłatę akcjonariuszom 251,62 mln zł, czyli 0,57 zł na akcję. W ubiegłym roku Enea wypłaciła dywidendę w wysokości 158,92 mln zł, co odpowiada kwocie 0,36 zł na akcję. Blisko 581 mln zł zysku netto z 2013 r. ma zwiększyć kapitał rezerwowy spółki w celu finansowania inwestycji.

Mikrofirmy wciąż mają utrudniony dostęp do kredytów. Pożyczki dla firm wypełniają lukę w ofercie banków

0

CEO Magazyn Polska

W Polsce około 2 mln osób prowadzi jednoosobową firmę. Cały sektor małych i średnich firm tworzy 3/4 miejsc pracy i odpowiada za blisko 66 proc. PKB. Mimo to wielu mikroprzedsiębiorców nie ma dostępu do zewnętrznego kapitału i musi polegać na własnych środkach. Analizy Providenta, a także przedstawicieli pracodawców, pokazują, że wynika to z niemożności otrzymania kredytu w banku lub jego wysokich kosztów. Tę lukę zaczyna jednak wypełniać rynek pożyczek dla firm.

Nasze analizy wskazują, że głównym źródłem finansowania mikroprzedsiębiorców są ciągle ich własne kapitały. Wydaje się, że jest to sektor, który strukturalnie ma ograniczony dostęp do finansowania zewnętrznego. Z punktu widzenia bankowego obsługa tego typu klientów wymaga przejścia dokładnie takiego samego procesu, kiedy aplikują o 5 tys. i kiedy aplikują o 50 tys. zł. To złożenie całej dokumentacji, pokazanie wpływów na rachunek, udokumentowanie płatności do urzędu skarbowego, ZUS-u  to coś, co z punktu widzenia przedsiębiorcy, który się stara o niewielką kwotę pożyczki, jest dużą barierą i wyzwaniem – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Szustakiewicz, kierownik ds. rozwoju produktu Provident Polska.

Brak środków finansowych na rozwój to jedna z najważniejszych barier, jaką napotykają polscy przedsiębiorcy. Banki niechętnie udzielają dużych kredytów małym i średnim firmom, bo te często nie mają odpowiednich aktywów, które mogłyby służyć jako zabezpieczenie. Ponadto, niejednorodność grupy mikroprzedsiębiorców sprawia, że bankom trudno jest oszacować ryzyko, jakie wiąże się z udzieleniem kredytu konkretnej osobie fizycznej. To dlatego fakt, że dana firma jest obecnie rentowna, często nie wystarczy do otrzymania kredytu z banku.

Wydaje się, że mimo okresu stagnacji jest to grupa, która cały czas rośnie. Dane Głównego Urzędu Statystycznego wskazują, że jest to grupa, która zazwyczaj nie ma problemu z rentownością swojego biznesu, natomiast ma ciągłą potrzebę dostępu do kapitału pracującego, z którego mogliby finansować rozwój działalności – twierdzi Szustakiewicz.

Szczególnie utrudniony dostęp do kredytów bankowych mają początkujący przedsiębiorcy, którzy nie mogą przedstawić odpowiednich dokumentów dotyczących ich sytuacji na rynku. Zewnętrznie finansowanie jest potrzebne nie tylko do celów inwestycyjnych, lecz także na pokrycie bieżącej działalności.

Popyt na pożyczki ze strony firm wynika m.in. z potrzeby utrzymania płynności, która może być zagrożona przez tzw. zatory płatnicze lub nieprzewidziane okoliczności. Stąd też dla przedsiębiorców często ma znaczenie szybkość, z jaką otrzymają kredyt handlowy lub pożyczkę. Procedury bankowe są niekiedy czasochłonne i wiążą się z dokładnym prześwietlaniem ryzyka kredytowego, dlatego mikrofirmy wolą sięgać po pożyczki w firmach pożyczkowych lub są zmuszone polegać na własnych środkach. Wśród nich przeważają przedsiębiorcy oferujący drobne usługi i działający w branży handlowej.

Dominującym segmentem są rzeczywiście osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, ale nie mam na myśli grup zawodowych, takich jak architekci, lekarze, weterynarze, którzy bez problemu znajdą finansowanie w sektorze bankowym. Mam na myśli mikroprzedsiębiorców, których spotykamy na co dzień, czyli głównie handel. Cieszy rosnąca grupa usług i takich pomysłów na biznes, które są bardziej zaawansowane – uważa kierownik ds. rozwoju produktów Provident Polska.

W odpowiedzi na lukę rynkową, Provident rok temu zaoferował pożyczki dla firm w kwocie do 10 tys. zł. Niewielkie formalności mają zachęcać przedsiębiorców do pożyczania pieniędzy, które będą przeznaczane na rozwój lub regulowanie bieżących zobowiązań.

– Średnia kwota pożyczki to 5 tys. zł. Produkt, który stworzyliśmy, jest to produkt masowy, dostępny na terenie całego kraju ze względu na to, że posiadamy olbrzymią sieć dystrybucji. Znajdujemy się zarówno na terenach wiejskich, jak i w miastach. Sprzedaż 5 tys. pożyczek na kwotę 23 mln zł wskazuje na to, że produkt został właściwie odebrany – ocenia Szustakiewicz.

Drobni przedsiębiorcy bardzo często wykonują wszystkie zadania, jakie wiążą się z prowadzeniem firmy: od pozyskiwania klientów i negocjacji, aż po zamawianie dostaw i rejestrowanie transakcji w celach podatkowych i rachunkowych. Według Pawła Szustakiewicza popyt ze strony małych firm na usługi doradcze i eksperckie będzie rósł, co już znajduje odzwierciedlenie w ofercie Providenta.

Mikroprzedsiębiorca, czyli człowiek orkiestra, który zajmuje się wszystkim, nie ma za sobą zaplecza ekspertów podatkowych, prawnych, księgowych. W ramach naszej oferty stworzyliśmy unikalną usługę assistance, rozszerzoną właśnie o możliwość korzystania z usług doradcy podatkowego, księgowej, prawnika, który pomoże w sprawach gospodarczych – mówi Paweł Szustakiewicz.

Rozliczenia elektroniczne mają już 20 lat. Przyszłością będą przelewy natychmiastowe

0

CEO Magazyn Polska

System płatności elektronicznych ELIXIR, który skończył właśnie 20 lat, przetwarza rocznie ponad  1,5 mld płatności – 3,5 transakcji miesięcznie na każdego mieszkańca Polski. Najnowszym rozwiązaniem z rodziny ELIXIR udostępnionym przez KIR jest Express ELIXIR, system przelewów natychmiastowych, który działa całą dobę i umożliwia rozliczanie płatności w czasie liczonym w sekundach. Właśnie przelewy natychmiastowe mają szansę w przyszłości stać się główną platformą rozliczeniową. Na razie usługę tę oferuje osiem banków.

System ELIXIR wystartował w 1994 r. Był wtedy rewolucją: w ciągu 10 lat całkowicie zastąpił system rozliczeniowy SYBIR, w którym rozliczenia bazowały na obiegu dokumentów papierowych, dostarczanych przez sieć regionalnych oddziałów Krajowej Izby Rozliczeniowej. W ciągu 20 lat w systemie ELIXIR rozliczonych zostało już 14 miliardów transakcji o wartości 50 bilionów złotych. W ciągu ostatnich 12 miesięcy dokonano za jego pośrednictwem ponad 1,5 mld płatności. Dla porównania: w pierwszym roku działalności było to tylko 700 tys. transakcji. Łączna wartość transakcji rozliczonych w dotychczasowej historii systemu ELIXIR kształtuje się na poziomie około 2,5-krotności polskiego PKB wypracowanego w tym samym okresie.

ELIXIR stanowi jeden z kluczowych elementów polskiego systemu finansowego i rozlicza zdecydowaną większość przelewów realizowanych w Polsce. Jego wdrożenie umożliwiło wprowadzenie później takich usług, jak bankowość internetowa czy płatności natychmiastowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Szymański, Wiceprezes Zarządu Krajowej Izby Rozliczeniowej (KIR).

Michał Szymański podkreśla, że Polska należy do liderów w zakresie innowacyjnej technologii płatności natychmiastowych. Wprowadzony przez KIR system Express ELIXIR był drugim, po brytyjskim, tego typu rozwiązaniem w Europie. Express ELIXIR działa całą dobę, bez żadnych przerw, umożliwiając rozliczanie transakcji w kilka sekund niezależnie od pory dnia i nocy. Na razie w systemie uczestniczy osiem banków.

Mamy podpisane umowy z kolejnymi kilkunastoma bankami. Stopniowo, podobnie jak w przypadku usługi ELIXIR, przelewy natychmiastowe zostaną udostępnione wszystkim klientom banków – twierdzi Michał Szymański.

Równocześnie na bieżąco udoskonalany jest starszy system. ELIXIR działa w dni powszednie i prowadzi rozliczenia przelewów międzybankowych w trzech sesjach dziennie.

Rozliczenie zajmuje 2-3 godziny, można więc wyobrazić sobie sytuację, że ktoś zleca przelew przed 9 rano, a pieniądze trafiają na konto odbiorcy już o 11. Rozliczenie następuje praktycznie w ciągu jednego dnia – wyjaśnia Tomasz Jończyk, dyrektor linii biznesowej rozliczenia w Krajowej Izbie Rozliczeniowej.

ELIXIR i Express ELIXIR umożliwiają rozwój bankowości internetowej, wciąż zdobywającej nowych klientów. Jak podkreśla Michał Szymański, to segment, który ma duży potencjał wzrostu.

W porównaniu do innych krajów europejskich liczba transakcji bezgotówkowych na jednego mieszkańca wciąż jest w Polsce niska, a 80 proc. płatności to gotówka – tłumaczy wiceprezes KIR.

Jednak przyszłość należy do płatności natychmiastowych. Według Tomasza Jończyka, już daje się odczuć silna presja ze strony klientów, którzy wiedząc, że SMS czy zdjęcie można przesłać niemal natychmiastowo, oczekują, że podobnie będzie z przelewami.