Podatek można zmniejszyć dzięki darowiznom. Również na rzecz organizacji religijnych

0

CEO Magazyn Polska

Osoby, które jeszcze nie rozliczyły się z fiskusem, powinny pamiętać, że mogą zmniejszyć swój podatek dzięki darowiznom przekazanym w 2013 roku na cele pożytku publicznego. Mowa tu także o darowiznach na cele kultu religijnego. W obu przypadkach obowiązuje limit 6 proc. dochodu. Bez limitu można za to odliczać darowizny na cele charytatywno-opiekuńcze Kościoła.

– Podatnicy mają możliwość odliczenia darowizn, np. na cele kultu religijnego obok innych darowizn na cele społecznie użyteczne. Limit wysokości tej darowizny to 6 proc. dochodu. Tyle możemy odliczyć od naszego dochodu, czyli przychodu po odliczeniu kosztów jego uzyskania, ale przed odliczeniem innych wydatków – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Marczak, partner i szef zespołu ds. PIT z KPMG.

Faktyczny zysk podatnika zależy od progu podatkowego – 18-procentowego (przy dochodach nieprzekraczających 85 528 zł) oraz 32-procentowego (dla osób, których dochód przekracza tę kwotę). Poprzez zmniejszenie kwoty do opodatkowania można sporo zaoszczędzić. Za każda złotówkę przekazaną na cele kultu religijnego można odliczyć 18 lub 32 grosze. Ważne, by dysponować odpowiednimi dokumentami w razie ewentualnej kontroli urzędu skarbowego. 

W przypadku darowizny pieniężnej musi być to przekaz pocztowy albo wpływ na rachunek bankowy obdarowanego. W przypadku darowizny rzeczowej musi być oświadczenie obdarowanego o przyjęciu darowizny i dokument wartościujący kwotę przekazanych rzeczy. W zeznaniu podatkowym takie darowizny wykazujemy w załączniku PIT/O, w którym powinny się znaleźć nie tylko kwoty darowizn, lecz także dane adresowe obdarowanego – mówi Andrzej Marczak.

Przy zwrocie darowizny należy zmienić zeznanie. Obowiązek przekazania do urzędu skarbowego informacji o zwrocie spoczywa na obdarowanym, który ma na to jeden miesiąc od momentu dokonania zwrotu.

Obok darowizn na cele kultu religijnego i na cele pożytku publicznego, gdzie obowiązuje limit kwotowy, istnieje także darowizna bez limitu. 

– W przypadku darowizn na cele charytatywno-opiekuńcze Kościoła możemy odliczyć darowizny, które nie mają limitu kwotowego – w ekstremalnym przypadku nawet 100 procent naszego dochodu. To odliczenie nie funkcjonuje wprost w ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych, ale wynika z ustaw regulujących stosunek państwa do Kościoła, na przykład Kościoła katolickiego czy Kościoła prawosławnego, jak również innych Kościołów – tłumaczy Andrzej Marczak.

Przy tych darowiznach obowiązują specyficzne regulacje dotyczące ich udokumentowania. Podobnie jak przy innych darowiznach, darczyńca powinien posiadać dowód wpłaty na rachunek bankowy obdarowanego. Jeśli zamiast gotówką podatnik zdecydował się wesprzeć daną organizację darowizną rzeczową, to także podlega one uldze. W zeznaniu rocznym należy wpisać ich wartość rynkową, przy czym trzeba dysponować paragonem lub fakturą dokumentującą zakup. Także na obdarowanym spoczywają pewne obowiązki. Przede wszystkim musi darowiznę rozliczyć – przekazać darczyńcy pokwitowanie odbioru oraz sprawozdanie o przeznaczeniu darowizny. Na wydatkowanie i rozliczenie Kościół ma dwa lata. Istotny jest też cel darowizny, gdyż warunkiem wyłączenia z opodatkowania jest jej przekazanie na działalność charytatywno-opiekuńczą, np. na dożywianie czy wspieranie bezdomnych. Oświadczenie składane przez Kościół powinno więc być bardzo szczegółowe.

Ze sprawozdania musi wynikać, że urząd skarbowy będzie mógł weryfikować te kwoty i obdarowanych, czyli środki, które zostały na ten cel wydatkowane. Ważny więc jest nie tylko cel, lecz także kwoty, na rzecz kogo i na jaki cel zostały wydatkowane. W ten sposób sprawozdanie może zbliżać się do sprawozdania finansowego, które składają spółki z tytułu swojej działalności gospodarczej – podsumowuje Andrzej Marczak.

Rośnie popyt na konsultantów ślubnych. Trzeba ich zatrudniać najpóźniej 7-8 miesięcy przed uroczystością

CEO Magazyn Polska

Od lat z usług wedding plannerów, czyli konsultantów ślubnych, masowo korzystają Amerykanie, Anglicy i Chińczycy. W Polsce ten rynek usług dopiero się rozwija. Pary mają jednak już coraz większą świadomość, że skorzystanie z usług eksperta od organizacji ślubu i wesela daje gwarancję bezpieczeństwa podczas wymarzonej uroczystości i pozwala oszczędzić czas. Należy jednak pamiętać, że trzeba go zatrudnić z odpowiednim wyprzedzeniem.

Do zadań profesjonalnego konsultanta ślubnego należy zorganizowanie całego ślubu, czyli m.in. rezerwowanie terminów w Urzędzie Stanu Cywilnego, w kościele, zamawianie sali, ustalanie kwestii związanych z sesją fotograficzną czy oprawą muzyczną, zamawianie menu, dekoracji, nadzór nad finalną uroczystością i pomoc gościom.

Wedding planner zajmuje się organizacją wesela od A do Z. Rozwiązuje wszystkie problemy, np. jeśli w trakcie ślubu dzieje się coś, co nie powinno się wydarzyć. Często państwa młodych nawet o tym nie informuje, żeby po prostu się nie denerwowli. Zdarzają się sytuacje, kiedy na weselu zabraknie lodu, to my wsiadamy w samochód i jedziemy. Jeśli którejś z cioć, pannie młodej czy druhnie obluzuje się czy naderwie sukienka, to my to zszywamy  – tłumaczy Alicja Bartkowiak z firmy Wedding Designers.

Najczęściej z usług wedding plannera korzystają dziś osoby z dużych miast, zapracowane, które nie mają czasu na organizację uroczystości, a także te, które chcą mieć pewność, że ślub będzie taki, jaki sobie wymarzyli. Konsultanta ślubnego zatrudniają obowiązkowo gwiazdy show-biznesu. Wedding plannera miały m.in. Małgorzata Kożuchowska i Dorota Zawadzka.

Korzystanie z konsultanta ślubnego w Polsce nie jest jednak jeszcze tak popularne jak za granicą, np. w Stanach Zjednoczonych, Anglii czy Chinach. Pierwsze agencje, świadczące tego typu usługi, pojawiły się w kraju dopiero w 2000 r., więc rynek dopiero nabiera tempa.

W Polsce ten odsetek jest jeszcze niewielki, aczkolwiek świadomość samego zawodu, jakim jest wedding planner, jest coraz większa. Myślę, że ten boom jest przed nami – uważa Alicja Bartkowska. 

W kraju działa nawet Polskie Stowarzyszenie Konsultantów Ślubnych, które zrzesza wedding plannerów, rekomenduje szkolenia na konsultanta ślubnego, a także bierze czynny udział w pracach sejmowych nad zmianą ustawy dotyczącą możliwości udzielania ślubów cywilnych poza lokalem Urzędu Stanu Cywilnego.

Pary, które decydują się na skorzystanie z usług wedding plannera, powinny zatrudnić go najpóźniej na 7-8 miesięcy przed planowaną uroczystością.

– Taka data daje nam bardzo duże pole manewru, jesteśmy w stanie z dużą swobodą to wszystko zorganizować. Jeśli ślub jest w sezonie ciepłym, zaczynamy najczęściej współpracę z młodymi parami w styczniu, lutym. Jesteśmy też w stanie zrealizować ślub, który się okaże nagle np. w dwa miesiące czy w miesiąc. Wiadomo jednak, że nie będzie to tak przemyślane, jak gdyby był to ślub planowany w ciągu roku, bo terminy u wielu dobrych podwykonawców są zajmowane dużo wcześniej –  mówi Alicja Bartkowiak.

 
Koszt zatrudnienia konsultanta ślubnego zależy od agencji, jaką przyszła para młoda wybierze. Cena waha się w granicach od 7 do 10 tys. Pod uwagę bierze się ilość pracy, jaką musi wykonać konsultant ślubny.

Raport CEED Institute: prawie 2 miliony Polaków przebywa na emigracji zarobkowej w UE

Ponad 5,6 miliona obywateli z 10 krajów Europy Środkowo-Wschodniej należących do Wspólnoty przebywa na emigracji zarobkowej na rynkach starej Unii. Ponad 30 proc. z nich (1,8 mln) to Polacy – wynika z raportu przygotowanego przez CEED Institute, think-tanku założonego przez Jana Kulczyka. Podczas debaty na temat migracji zaproszeni przez CEED Institute eksperci przyznali, że skala zjawiska jest większa niż oczekiwano i wciąż więcej osób wyjeżdża z kraju niż wraca z emigracji. Zmiana tego trendu jest jednym z największych wyzwań stojących przed Polską w najbliższych latach. 

Prawie dwa miliony Polaków zdeterminowanych, przedsiębiorczych, chcących i potrafiących ciężko pracować, to armia, która może być siłą napędową każdej europejskiej gospodarki. Polska, która aspiruje do roli lidera regionu, nie może marnować takiego potencjału. Nasza gospodarka, żeby się rozwijać, musi stawać się coraz bardziej konkurencyjna, również na rynku pracy dla własnych obywateli. Dopiero wtedy, gdy będziemy potrafili wykorzystać i rozwijać własną przedsiębiorczość, kreatywność i know-how, będziemy mogli myśleć o skutecznym konkurowaniu na rynkach UE – przekonuje Jan Kulczyk, globalny przedsiębiorca i założyciel CEED Institute.

Autorzy zaprezentowanego raportu podkreślają, że skala emigracji zarobkowej jest większa od przewidywań.

Raport pokazuje, że liczba osób, które po wejściu Polski do Unii wyemigrowały w celach zarobkowych, jest dużo większa niż się nam wydawało przed rozszerzeniem. Drugi wniosek z raportu jest taki, że powroty, które – jak się spodziewaliśmy – będą następowały po kilku, 2–3, może 5 latach od wyjazdu – są również dużo mniejsze od przewidywanych – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Duszczyk, ekspert CEED Institute i autor raportu „Migracje w XXI wieku z perspektywy krajów Europy Środkowo-Wschodniej – szansa czy zagrożenie?”.

Z raportu CEED Institute wynika, że w 2012 r. ok. 5,6 mln obywateli 10 krajów Europy Środkowo-Wschodniej mieszkało w państwach starej UE. Zdecydowana większość z nich – 4 mln – wyemigrowała po rozszerzeniu wspólnoty w 2004 r. Najwięcej emigrantów pochodzi z Rumunii – 2,4 mln, a Polska (1,8 mln) jest pod względem ilościowym na drugim miejscu. Procentowo największy wzrost zanotowano na Łotwie (450 proc.) Litwie (400 proc.) i w Rumuni (340 proc.). Wzrost emigracji po 2004 roku w najmniejszym stopniu dotknął Słowenii (25 proc.) i Czech (40 proc.). W Polsce wskaźnik ten wyniósł 210 proc.

Zgodnie z raportem CEED Institute z Polski w 2012 r. wyjechały statystycznie 2 osoby na każde 10 tys. mieszkańców. Choć emigrantów wciąż przybywa, to w latach 2009–2011 do Polski rocznie wracało ponad 100 tys. osób, które wcześniej zdecydowały się na wyjazd.

Dane przedstawione w raporcie na pewno nie powodują euforii, ale dają inny obraz tej sytuacji. Nie brakuje dyskusji o emigracji Polaków, ja też bym wolał, żeby większość z nich znalazła pracę tutaj, w Polsce. Ale ważna jest też możliwość swobodnego przemieszczania się – podkreśla Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej.

Duszczyk dodaje, że ekonomicznie zjawisko migracji jest korzystne dla krajów przyjmujących. Sama Wielka Brytania, gdzie niemal 4 proc. populacji to emigranci z innych krajów UE, od 2000 r. zyskała dzięki nim 20 mld funtów. Obywatele innych państw pomagają wypełnić luki na rynku pracy i wspierają wzrost gospodarczy, a ci, którzy pozostają, pozwalają na długoterminowy rozwój kraju emigracji. Ekspert CEED Institute zauważa także, że w krótkiej perspektywie zyskują też kraje, z których ludzie wyjeżdżają za pracą. Głównie dzięki transferom finansowym od emigrantów do ich rodzin, które pozostały w kraju. W 2012 r. do Polski trafiły w ten sposób ponad 3 mld euro, czyli niemal 1 proc. PKB. W innych krajach, takich jak Litwa, Rumunia czy Chorwacja, transfery z krajów UE to nawet blisko 2 proc. PKB.

Jednak ten pozytywny obraz migracji, jeśli chodzi o konsekwencje ekonomiczne, burzy nam się, jeśli nałożymy tak zwany filtr demograficzny. Otóż, jeżeli Polacy i obywatele innych państw Europy Środkowo-Wschodniej nie będą wracali do Polski i do swoich krajów, to czeka nas katastrofa demograficzna – prognozuje Duszczyk.

Eurostat szacuje, że do 2060 r. liczba mieszkańców Polski może spaść poniżej 33 milionów.

Problem emigracji zarobkowej jest olbrzymi, a głównym czynnikiem wpływającym na skalę zjawiska, istotniejszym nawet niż wysokość wynagrodzenia, jest stabilność zatrudnienia – podkreślał podczas dyskusji Michał Boni, były minister pracy i polityki socjalnej. – Wielu młodych ludzi wybiera dzisiaj pracę np. w Wielkiej Brytanii, bo tam łatwiej o start zawodowy, a poczucie bezpieczeństwa w kwestii stabilności jest większe. Najwyższa pora to zmienić.

Wszyscy uczestnicy debaty zgodzili się, że choć nadmierna emigracja zarobkowa jest dla Polski poważnym wyzwaniem i zagrożeniem, zarówno ekonomicznym, jak i demograficznym, to swoboda w przepływie pracowników w ramach Wspólnoty jest kluczową zasadą UE, której nie należy zmieniać.

– Co zrobić, żeby Polacy chcieli zostać, bo to jest bardzo ważne pytanie? Receptą jest przede wszystkim wzrost gospodarczy. Bo jeżeli on będzie, to będą wyższe płace i większa stabilność zatrudnienia – zapewnia Kosiniak-Kamysz. – Zmiany, które wprowadzamy, na przykład w oskładkowaniu umów-zleceń, czyli odchodzenie od tymczasowych form zatrudnienia, czy zmiany w umowach terminowych o pracę, to może być dobry sposób na utrzymanie Polaków w kraju.

Dodaje, że resort pracy wspiera też młodych przedsiębiorców, także już na ostatnim roku studiów. Trwa pilotażowy program „Wsparcie w starcie”, dzięki któremu studenci w trzech województwach mogą ubiegać się o tanią pożyczkę na uruchomienie własnej działalności gospodarczej. Po wejściu w życie reformy urzędów pracy program obejmie cały kraj. Nowi przedsiębiorcy mogą też liczyć na dwuletnią obniżkę składek ZUS.

Z danych CEED Institute wynika, że wyjeżdżają głównie młodzi Polacy, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, w wieku 25-35 lat. Wielu z nich ma wyższe wykształcenie.

W zorganizowanej przez CEED Institute debacie o wyzwaniach związanych ze zjawiskiem migracji wzięli udział: Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej, Michał Boni, były minister pracy i polityki socjalnej, Katarzyna Zajdel-Kurowska, członek zarządu NBP, Janusz Jankowiak, główny ekonomista PRB, Maciej Duszczyk, ekspert CEED Institute i zastępca dyrektora Instytutu Polityki Społecznej UW oraz Tomasz Misiak, przewodniczący rady nadzorczej Work Service i wiceprezydent Pracodawców RP.

ENEA wypłaci 0,57 zł dywidendy na akcję

0

Zgodnie z Uchwałą nr 7 Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia ENEA S.A. Spółka wypłaci 251.622.269,46 zł dywidendy z zysku netto za 2013 r., co oznacza 0,57 zł dywidendy na akcję. Dzień dywidendy ustalony został na 23 lipca 2013 r., a termin jej wypłaty na 12 sierpnia 2013 r.

M. Boni: Polska pomoże Ukrainie w cyfryzacji

CEO Magazyn Polska

Polska pomoże Ukrainie we wdrażaniu europejskich norm dotyczących cyfryzacji i cyberbezpieczeństwa. Nasz wschodni sąsiad mógłby skorzystać z polskich doświadczeń w budowie e-administracji, zasobów kultury i edukacji czy kompetencji cyfrowych w społeczeństwie – uważa Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji. Dzięki wzorcom takim jak nasz program Polska Cyfrowa Ukraina może lepiej wykorzystać potencjał młodego pokolenia do tworzenia rozwiązań wspierających i zabezpieczających wszystkich mieszkańców.

Ukraińcy chcą poważnie i bardzo sprawnie przygotowywać się do wejścia do Unii Europejskiej, szykując swoje rozwiązania w tej cyfrowej dziedzinie już dopasowane do tego, co się dzieje w Unii Europejskiej. Polscy eksperci będą mogli tam pojechać i pomóc im w przygotowaniu takiej wizji rozwiązań po to, by technologię dopasować do tego, co się chce osiągnąć – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji.

Michał Boni w ubiegłym tygodniu spotkał się na Ukrainie z przedstawicielami ministerstw i instytucji publicznych odpowiedzialnymi za cyfryzację tego kraju. Podkreśla, że sytuacja na Ukrainie przypomina tę w Polsce sprzed kilkunastu lat. Brakuje koordynacji i wspólnego działania. Jak podkreśla, Ukraińcy są zainteresowani czerpaniem z polskich doświadczeń w tej dziedzinie.

Szczególnie ciekawe dla Ukraińców są polskie programy „Latarnicy” oraz „Polska Cyfrowa”. Ten pierwszy to program edukacji społecznej osób w wieku powyżej 50 lat, którym brakuje wiedzy i umiejętności do tego, by korzystać z dostępu do internetu. Program operacyjny „Polska Cyfrowa” to jedyny tak szeroko zakrojony program cyfryzacyjny w Unii Europejskiej. Dzięki niemu wszyscy obywatele Polski mają zyskać możliwość załatwiania większej liczby spraw administracyjnych przez internet. Będzie się też koncentrować na budowaniu cyfrowych kompetencji w społeczeństwie.

Będziemy ten program przedstawiać kolegom z Ukrainy, bo to jest dobry sposób, żeby skoordynować wysiłki zmierzające do tego, żeby z jednej strony ludzie mieli dostęp do internetu, z drugiej, żeby państwo oferowało jak najwięcej treści, także tych nowych usług administracyjnych świadczonych drogą elektroniczną. Po trzecie, żeby rozwijał się dostęp do zasobów kultury, edukacji, bo to buduje też tożsamość. I wreszcie, po czwarte, to jest rozwój e-biznesu i budowanie warunków dla świetnych informatyków – wylicza cele cyfryzacji Boni.

Podkreśla, że cyfryzacja to jeden z celów Unii Europejskiej, dlatego Ukraina, po zmianach politycznych zorientowana na integrację ze wspólnotą, musi szybko rozpocząć ten proces. Powinien on jednak być ukierunkowany przede wszystkim na obywateli i dawać im wymierne korzyści. Niezbędne do tego są współpraca między instytucjami państwowymi, uproszczenie procedur administracyjnych, a także branie pod uwagę wymagań UE od początku procesu. Ważna jest integracja różnych platform e-administracji.

Boni zauważa, że Ukraina ma bardzo duży potencjał.

– Moim zdaniem dobra kooperacja między polskimi a ukraińskimi uczelniami zaowocowałaby w taki sposób, że nasi informatycy mogliby pracować tu, w naszych krajach, a także zdobywać różne miejsca pracy w całej Europie. Bo w Europie brakuje ludzi z umiejętnościami programowania – mówi były minister administracji i cyfryzacji.

Duży potencjał wynika nie tylko z bardzo dużej liczby studentów informatyki, lecz także z sprawności w wykorzystywaniu internetu przez młode pokolenie. Widać to w ostatnich miesiącach, również w trakcie trwających od listopada protestów na Majdanie.

– Był Majdan, gdzie ramię w ramię stali obok siebie ludzie, ale był też Majdan w sieci, gdzie ludzie wymieniali się informacjami i kształtowali poglądy na to, co dzieje się na Majdanie. I uważam, że młoda sieć obywatelska na Ukrainie jest bardzo dobrze rozwinięta. Oni rozumieją, że budowanie przejrzystego, nowego państwa po to, żeby razem budować solidarność europejską, musi opierać się o zupełnie nowe zasady. Że państwo służy obywatelom, że wszystko, co państwo robi jest przejrzyste, otwarte – ocenia Boni.

Dodaje, że władze ukraińskie chcą skopiować polskie nastawienie dotyczące odpowiedzialności wobec obywateli i wykorzystać internet do poprawy jakości demokracji. Ma temu służyć m.in. poszerzony dostęp do informacji publicznej, wzorowany na wprowadzanym w Polsce Centralnym Repozytorium Informacji Publicznej.

Niezbędne jest też wprowadzenie nowego prawa dotyczącego ochrony prywatności w sieci. Boni dodaje, że w procesie cyfryzacji nie można zapominać o bezpieczeństwie zarówno obywateli, jak i całej administracji państwowej.

Można powiedzieć, że sieć przejęła część akcji wojennych, związanych z konfliktem i walką o opinię. A także możliwość unieruchomienia funkcjonowania niektórych instytucji publicznych poprzez hakowanie czy poprzez zamrażanie funkcjonowania stron z informacjami, to wszystko jest arsenał walki w świecie cyfrowym i musimy być na to też odporni – podkreśla Boni. – Rozmawialiśmy o tym, że na Ukrainie – tak jak w UE – również są potrzebne grupy specjalistów, które monitorują sytuację, tworzą zabezpieczenia przed ingerencją zewnętrznych sił cyfrowych.

Prywatyzacja Ciechu szansą na zagraniczną ekspansję spółki. Jutro decyzję w tej sprawie podejmą akcjonariusze

0

CEO Magazyn Polska

24 kwietnia akcjonariusze Grupy Ciech zdecydują o przyszłości spółki. To, czy KI Chemistry przejmie 66 procent akcji Ciechu, zależy od Ministra Skarbu Państwa, który kontroluje prawie 38 procent kapitału zakładowego chemicznej spółki. Wzywający do sprzedaży akcji zapowiada budowę międzynarodowej grupy, która będzie obecna m.in. w Afryce. WZA podejmie też decyzję w sprawie podziału zysku za 2013 rok.

– Jesteśmy gotowi współpracować z każdym akcjonariuszem, który będzie ukierunkowany na rozwój firmy. Spółka przeszła przez naprawdę bardzo ciężką, ale skuteczną restrukturyzację – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prezes Grupy Chemicznej Ciech, Dariusz Krawczyk.

Według danych spółki, strategia polegająca na koncentracji działalności w segmentach sodowym i organicznym pozwoliła wypracować prawie 40 mln zł zysku netto w 2013 r., podczas gdy rok wcześniej Ciech zanotował 438 mln zł straty. Przychody w 2013 r. były niższe o 20 proc., jednak koszty własne sprzedaży spadły o 23 proc. W porównaniu do 2012 r. w tym samym okresie zadłużenie netto spółki zmalało o około 18 proc, dzięki czemu wskaźnik dług/znormalizowana EBITDA obniżył się z 3,5 do 2,7.

Dzięki poprawie sytuacji finansowej spółka stała się bardziej atrakcyjna dla inwestorów. 5 marca bieżącego roku kontrolowana przez Kulczyk Investments spółka KI Chemistry wezwała do sprzedaży 66 procent akcji Ciechu. Dotychczasowym akcjonariuszom zaoferowano 29,5 zł za jeden walor. Ministerstwo Skarbu Państwa przekazało w komunikacie, że „Spółka Ciech jest przeznaczona do prywatyzacji. Skarb Państwa z zadowoleniem przyjął informację o zainteresowaniu inwestorów akcjami Ciechu. Ponieważ spółka jest notowana na giełdzie, zbycie udziałów Skarbu Państwa może się odbyć również za pośrednictwem odpowiedzi na wezwanie. MSP będzie analizowało złożoną przez KI Chemistry propozycję”.

Na WZA zwołanym na 24 kwietnia br. akcjonariusze będą także głosować nad uchwałą o przeznaczeniu całości zysku za 2013 r. na kapitał zapasowy. Zarząd rekomenduje niewypłacanie dywidendy, ponieważ chce w dalszym ciągu obniżać zadłużenie spółki.

Polskie banki łączą siły. Chcą wspólnie rozwijać bankowość mobilną

CEO Magazyn Polska

W przyszłym kwartale ruszy działalność operacyjna Polskiego Standardu Płatności – spółki, którą zawiązało sześć dużych banków w celu stworzenia wspólnej platformy do płatności mobilnych. Do końca roku system ma mieć 1 mln użytkowników. Przedstawiciele instytucji finansowych podkreślają, że przyszłość będzie należała do bankowości mobilnej.

Nad wspólną platformą płatności mobilnych pracuje grupa banków: Alior Bank, Bank Millennium, Bank Zachodni WBK, mBank, ING Bank Śląski oraz PKO Bank Polski.

Uruchomienie wspólnej bankowej platformy płatności będzie jednym z najciekawszych wydarzeń w tym roku nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie. Standard powstanie na bazie platformy IKO działającej w PKO BP – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Panowicz, dyrektor marketingu i rozwoju biznesu detalicznego w mBanku.

Już dziś samo IKO ma ponad 125 tys. użytkowników. Panowicz podkreśla, że to z jednej strony innowacyjne rozwiązanie techniczne dla klientów, a z drugiej rzadki przykład współpracy kilku konkurentów. Dzięki wspólnemu standardowi korzyści odniosą i bankowość, i klienci, a Polska będzie jednym z pierwszych rozwiniętych krajów, który umożliwi powszechny dostęp do płatności mobilnych szerokiej rzeszy konsumentów.

Bankowość mobilna jest w tej chwili jednym z najważniejszych czynników rozwoju branży bankowej. Jeszcze 15 lat temu trzeba było korzystać z placówek w określonych porach. Później, dzięki internetowi, można było prowadzić operacje z domu, ale ograniczeniem był komputer stacjonarny. Dziś bankowość można mieć w kieszeni – tłumaczy przedstawiciel mBanku. – W każdej chwili, o każdej porze dnia, co fenomenalnie zwiększa dostęp do usług bankowych.

Podkreśla, że dla banków najważniejsze będzie przełożenie skomplikowanej materii bankowej na niewielkie, 3,5–4-calowe ekrany. Tak, by zapewnić wygodny sposób użycia bez klawiatury i precyzyjnej myszy.

Czyli wszystkie usługi, rachunki, przelewy, kredyty, depozyty trzeba przyciąć do tego małego ekranu i tak zwanego grubego palca – wyjaśnia przedstawiciel mBanku.

Uważa też, że banki muszą przygotować odpowiednio procesy bankowe oraz często przystosować do nowej sytuacji regulaminy, tak, by operacje, do niedawna wykonywane w placówce lub na dużym ekranie komputera, przetransponować na urządzenia kieszonkowe. A to oznacza inwestycje nie tyle w same technologie, ile w procesy wewnętrzne w banku. Samo wytwarzanie aplikacji mobilnych, jak przekonuje dyrektor, jest tańsze od budowy dużych sieci oddziałów czy też przebudowywania bankowości internetowej.

Przygotowanie usług tak, by klient w 30–60 sekund od wyciągnięcia urządzenia mógł przeprowadzić operację, wymaga przebudowy regulaminów, regulacji procesów i opracowania tego, w jaki sposób usługa bankowa jest klientowi dostarczana – twierdzi Michał Panowicz.

Dodaje, że klienci uzyskają niespotykaną wygodę, ale jednocześnie bankom będzie trudniej zaproponować nowe usługi. 

Bankowość mobilna na razie pozostaje na wstępnym etapie i nie jest postrzegana jako źródło istotnych przychodów w bankach. Na razie, jak zaznacza Panowicz, wszyscy, czyli bankowcy i klienci, uczą się nowego kanału komunikacji i usług.

Uczymy się, jak takie usługi oferować. Przejście do sytuacji, w której klient na 2-3 prostych ekranach może zareagować na reklamę, założyć lokatę czy zaplanować inwestycję, to nieodległa, ale jeszcze przyszłość – sądzi Michał Panowicz.

mBank należał do pierwszych banków oferujących aplikację na smartfony, szybko ułatwił klientom korzystanie z aplikacji, tak zmienił interfejs użytkownika, by był ergonomiczny, i dołożył nowe, wartościowe funkcje. Dzięki temu wystarczyło kilka tygodni, by mBank w 20 procentach stał się bankiem mobilnym.

Według analiz firmy Deloitte bankowość mobilna do 2020 roku może prześcignąć internetową. Z danych Związku Banków Polskich wynika, że już w 2013 roku z bankowości internetowej korzystało 12 mln osób w Polsce.

Nowe usługi na platformie Poczty Polskiej Envelo – łatwiejsza wysyłka i odbiór faktur w jednym miejscu

CEO Magazyn Polska

Poczta Polska Usługi Cyfrowe (PPUC) uruchamia coraz więcej usług na platformie Envelo. Klienci biznesowi mogą już za pośrednictwem platformy wysyłać faktury papierowe i elektroniczne, a indywidualni odbierać swoje rachunki. Wkrótce spółka uruchomi opcję odczytywania korespondencji papierowej przez internet oraz wprowadzi e-usługi dla przesyłek rejestrowanych. Funkcjonalności stopniowo są wdrażane także w aplikacji mobilnej.

Uruchomiliśmy nowe usługi na platformie Envelo: neofakturę i neorachunki. Neofaktura to możliwość wysyłania faktury w wersji elektronicznej i papierowej. Usługa jest adresowana głównie do klientów biznesowych. Neorachunki to skrzynka pocztowa, która umożliwia odebranie i gromadzenie w jednym miejscu, w sposób bezpieczny, różnych rachunków. To oferta dla klientów indywidualnych – tłumaczy Grzegorz Świdwiński, prezes zarządu spółki Poczta Polska Usługi Cyfrowe z Grupy Kapitałowej Poczty Polskiej, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Neorachunki są dostępne dla klientów indywidualnych oraz mikroprzedsiębiorstw bezpłatnie i działają jak skrzynka odbiorcza dla faktur wystawianych np. przez dostawców mediów. Natomiast usługa neofaktura to płatna opcja dla przedsiębiorców. Koszt zależy od formy (papierowe faktury są droższe niż elektroniczne) i liczby przesyłek danego klienta. Usługa umożliwia wysyłkę faktur do wielu odbiorców równocześnie, o dowolnej porze i z każdego miejsca. PPUC szacuje, że usługa będzie się cieszyć popularnością, bo w Polsce rocznie wysyła się 700-800 mln faktur, z tego ok. 90 proc. w wersji papierowej. Poczta Polska dostarcza zdecydowaną większość z nich.

Prezes PPUC zapowiada, że na platformie Envelo będą pojawiać się kolejne usługi. Poczta Polska chce zwiększać dostępność swojej oferty właśnie poprzez usługi cyfrowe, skierowane zarówno dla klientów indywidualnych, jak i przedsiębiorców.

Envelo rozwija także wcześniej wdrożone e-usługi, takie jak neoznaczek i neokartka. Przez internet można już kupić znaczki na przesyłki zagraniczne, a także znaczki spersonalizowane, z własną grafiką. Edytor neokartek został zmieniony i, jak podkreśla prezes Świdwiński, oferuje teraz więcej możliwości graficznych, takich jak kolaże czy ramki.

Kartki oferujemy teraz również w mniejszym formacie – to oferta dla klientów biznesowych, którzy chcą robić akcje marketingowe, reklamowe. Dzięki temu obniżają koszty, ponieważ mniejsza kartka jest tańsza. Mamy także kartki w formie karnetów. Neolisty również są skierowane do klientów biznesowych, oprócz tego, że drukujemy je w kolorze, możemy również drukować czarno-białe – wylicza Świdwiński.

Dodaje, że na początku platforma Envelo była przeznaczona głównie dla klientów indywidualnych. Teraz Envelo rozwija usługi dla biznesu, a w przyszłości zamierza wychodzić naprzeciw potrzebom obydwu grup. Świdwiński zapowiada, że dostęp do usług pocztowych ma być równie łatwy i popularny jak prowadzenie konta bankowego przez internet.

Strategicznym pomysłem na przyszłość jest wirtualizacja skrzynki na listy, czyli możliwość odbioru korespondencji tradycyjnej w wersji elektronicznej. Będzie to możliwe dzięki usłudze skanowania.

Realizujemy naszą wizję poczty na biurku i poczty w kieszeni. Mamy jeszcze kilka pomysłów na przyszłość – zapowiada prezes spółki Poczta Polska Usługi Cyfrowe. – W tym roku należy spodziewać się przede wszystkim rozwoju komunikacji elektronicznej. Myślimy o tak zwanym neoliście elektronicznym, jak również o czymś, o co klienci pytają i co jest elementem naszej strategii rozwoju, czyli obsługa przesyłek rejestrowanych.

Świdwiński dodaje, że klienci nie muszą obawiać się o bezpieczeństwo. Usługi cyfrowe są zabezpieczone i szyfrowane, a proces ich obsługi zautomatyzowany. Archiwum przesyłek chronione jest certyfikatami cyfrowymi wysokiej klasy, a faktury przechowywane będą przez nawet 6 lat.

Docelowo wszystkie usługi będą również dostępne poprzez aplikację mobilną.

Aplikacja mobilna rozwija się równolegle do platformy internetowej. Najpierw uruchamiamy usługę na platformie internetowej, za jakiś czas, po jej ustabilizowaniu, wprowadzimy  jej wersję mobilną. W tym momencie aplikacja mobilna oferuje sześć usług. Oprócz neokartki są to usługi tradycyjne, takie jak lokalizacja placówek czy skrzynek pocztowych, możliwość zamówienia kuriera. Za kilka miesięcy damy też dostęp do skrzynki neorachunki, którą uruchomiliśmy na platformie online – zapowiada Świdwiński.

Jedna piąta sprzedaży RTV/AGD odbywa się przez internet

0

CEO Magazyn Polska

Nawet 30 mld zł może być warty polski rynek AGD i RTV. To wciąż znacznie mniej niż w krajach Europy Zachodniej. Już 20 proc. sprzedaży odbywa się poprzez internet. Choć Polacy najczęściej kupują drobne akcesoria, to dzięki popularności m.in. tabletów, smartfonów i sprzętów gospodarstwa domowego średnia wartość koszyka to 1-1,5 tys. zł. Hitem w tym roku mogą być telewizory OLED.

Rynek w Polsce wydaje się duży, jest szacowany na około 28-30 mld zł, co brzmi imponująco. Ale w porównaniu do rozwiniętych krajów Europy Zachodniej jest to stosunkowo mało – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Siedlecki, dyrektor marketingu RTV Euro AGD. – Natomiast rzeczywiście udział internetu w sprzedaży jest spory. Szacuje się, że w Polsce waha się on między 18 a 20 proc., dochodzi w tej chwili do 20 proc.

Dodaje, że przez internet sprzedają się te same produkty, co w sklepach. To przede wszystkim tablety i smartfony, coraz chętniej kupowane przez Polaków. Siedlecki podkreśla, że popularność tych przenośnych urządzeń rośnie, bo są one coraz lepsze – mają bardziej wytrzymałe baterie, są tańsze, a do tego poprawia się zasięg szybkiego internetu w całym kraju.

Duży udział w sprzedaży mają też telewizory oraz sprzęty gospodarstwa domowego. Nie tylko te tradycyjne, takie jak pralki i lodówki – na popularności zyskują też m.in. suszarki do ubrań oraz zmywarki. Te kategorie rozwijają się najszybciej.

Najczęściej klienci kupują różnego rodzaju akcesoria i drobne przedmioty. Te są kupowane po prostu częściej i jest ich więcej. Natomiast średni zakup przeciętnego konsumenta będzie oscylował około 1-1,5 tys. zł, jeżeli spróbujemy ustalić jakąś średnią arytmetyczną, na którą składają się również duże sprzęty, sprzęty gospodarstwa domowego czy elektronika, np. laptopy czy telewizory – mówi Siedlecki.

Nie brakuje też nowości, które w tym roku mogą sprzedawać się bardzo dobrze. Jedną z nich są telewizory z wyświetlaczami OLED (organiczne diody elektroluminescencyjne). Technologia ta była do tej pory stosowana w smartfonach, ale coraz częściej wykorzystywane jest także w telewizorach. Siedlecki przyznaje, że na razie są to drogie urządzenia, kosztujące nawet 10-20 tys. zł. Ale w tym roku może się to zmienić.

Oczekiwania są takie, że jeszcze w tym roku i w przyszłym te produkty staną się znacznie bardziej masowe i trafią na półki cenowe dostępne dla przeciętnego konsumenta – przewiduje Siedlecki.

Technologia OLED pozwala m.in. na tworzenie zagiętych ekranów. Możliwe jest także tworzenie przezroczystych wyświetlaczy.

Zamawianie taksówki przez smartfona będzie możliwe nie tylko w stolicy. MyTaxi planuje rozwój w innych dużych miastach

CEO Magazyn Polska

Mytaxi, darmowa aplikacja do zamawiania taksówek w Warszawie, będzie dostępna również w innych dużych miastach w Polsce. Firma planuje również stworzenie nowej wersji aplikacji, którą będą mogły wykorzystywać korporacje taksówkowe. W sześciu krajach, gdzie działa już aplikacja, z jej usług korzysta 10 mln użytkowników. 40 proc. z nich płaci za kurs bezgotówkowo, przez smartfona.

Aplikacja zyskuje coraz szersze grono użytkowników. Działa w sześciu krajach i ma 10 mln użytkowników. Jest dostępna na platformach IOS, Android i Blackberry 10. W Warszawie Mytaxi działa od ostatniego kwartału 2012 roku.

Innowacyjność naszej aplikacji polega na tym, że pasażer za pomocą smartfona może zamówić taksówkę bezpośrednio, bez dzwonienia na centralę radiotaxi, za pomocą dwóch kliknięć w telefonie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Urban, dyrektor zarządzający Mytaxi Polska.

Z aplikacji korzysta coraz więcej klientów, dlatego w tym roku firma zamierza rozszerzyć działalność na kolejne duże miasta. 

Jednocześnie przygotowujemy wersję naszej aplikacji, która będzie mogła być wykorzystywana przez działające korporacje taxi i pozwoli połączyć dotychczasowe systemy przyjmowania zleceń przez telefon z aplikacja Mytaxi – mówi Urban.

Do tej pory Mytaxi Polska skupiało się na rozwoju usługi w Warszawie. W ubiegłym roku wprowadziło możliwość płatności mobilnych przez aplikację. Jest to usługa zarówno dla firm, jak i dla pasażerów indywidualnych.

40 proc. zamówień realizowanych przez pasażerów Mytaxi jest opłacana w sposób bezgotówkowy, przez smartfona – informuje dyrektor zarządzający Mytaxi. – Pasażerowie indywidualni mogą dokonywać płatności za pomocą usługi płać przez aplikację, która polega na podpięciu konta karty płatniczej, MasterCard, Visa lub konta PayPal.

Firmy mogą zakładać konta firmowe, za pomocą których dostają zbiorczą fakturę za wszystkie kursy w danym miesiącu. Mają także możliwość zarządzania uprawnieniami pracowników przy korzystaniu z aplikacji.

Współpracę z firmą od grudnia 2012 roku nawiązało ok. 600 taksówkarzy, bo jak przekonuje Krzysztof Urban, korzyści z aplikacji odnoszą nie tylko klienci, lecz także kierowcy.

Aplikacja automatycznie lokalizuje pasażera na mapie, po zamówieniu wskazuje, gdzie jest nasz kierowca i pokazuje szacowany czas dojazdu. Pasażer cały czas widzi na mapie, w którym miejscu znajduje się kierowca, poza tym zna jego imię i nazwisko, widzi jego zdjęcie i  jego bezpośredni numer telefonu – wymienia dyrektor Mytaxi Polska.

Kierowcy mają za to możliwość pozyskania dodatkowych kursów. Poza tym Mytaxi pobiera opłaty jedynie za zrealizowane kursy, a nie za samą obecność w bazie.

Od kierowców, którzy chcą z nami współpracować, wymagamy okazania licencji na prowadzenie usług taksówkarskich oraz sprawdzamy jakość i wiek jego auta – mówi Urban. – Taksówkarze często polecają nas sobie wzajemnie, jako źródło dodatkowych kursów.

Został tydzień na rozliczenie się z fiskusem

CEO Magazyn Polska30 kwietnia upływa termin składania zeznań podatkowych. Szybsze złożenie PIT-u pozwoli nie tylko na szybsze uzyskanie ewentualnego zwrotu, lecz także na uniknięcie kary skarbowej.

Im szybciej złożymy zeznanie, tym szybciej otrzymamy zwrot ewentualnej nadpłaty, której maksymalny termin zwrotu to trzy miesiące – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Baraniak, doradca podatkowy z Kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Przekroczenie terminu 30 kwietnia oznacza, że podatnik nie będzie mógł skorzystać z preferencyjnej formy opodatkowania – nie będzie mógł rozliczyć się wspólnie z małżonkiem czy dzieckiem.

Problem może być także z przekazaniem 1 proc. na organizację pożytku publicznego. Można to uczynić w zeznaniu rocznym złożonym w terminie, albo w jego korekcie w ciągu jednego miesiąca – zauważa Baraniak.

Niedotrzymanie terminu może wiązać się także z karami, bo spóźnienie prowadzi do nałożenia mandatu karnego. Do złożonego po terminie formularza PIT podatnik powinien dołączyć tzw. oświadczenie żalu czynnego.

Jeśli wykażemy w nim, że z ważnych powodów czy choćby przez roztargnienie nie złożyliśmy zeznania w terminie, to mamy szansę na uniknięcie grzywny – wyjaśnia Baraniak.

Zeznanie podatkowe należy złożyć w urzędzie skarbowym, do którego podatnik był przypisany na koniec ostatniego roku podatkowego, czyli 31 grudnia 2013 r. bez względu na obecne miejsce zamieszkania. Można to zrobić tradycyjnie w urzędzie skarbowym lub nadać listem poleconym. Ministerstwo Finansów umożliwi także składanie PIT-ów w niektórych urzędach gminy i centrach handlowych. Istnieje także możliwość wysłania zeznania podatkowego przez internet.

W tym celu możemy np. skorzystać z aplikacji internetowej, która jest dostępna na stronie Ministerstwa Finansów – mówi Baraniak. – Możemy ją złożyć nawet bez certyfikowanego podpisu elektronicznego. Podpis zastąpi bowiem wpisanie kwoty przychodu z poprzedniego zeznania podatkowego.

Osoby, które mają niedopłatę podatku, mają także czas do 30 kwietnia na uregulowanie należności wobec państwa. Rozliczyć PIT można wcześniej, a niedopłatę uiścić pod koniec miesiąca. Opóźnienie w tej sprawie wiąże się z koniecznością zapłaty karnych odsetek.

Największe dofinansowanie unijne do kampanii promocyjnych trafiło do polskich organizacji z branży rolnej

CEO Magazyn Polska

Polskie duże organizacje branżowe z rynku rolnego realizują co roku trzy do czterech kampanii promocyjnych, które są finansowane ze środków Unii Europejskiej i budżetu krajowego. Obecnie Polska ma największy udział w tej pomocy spośród wszystkich krajów UE. Kampanie promują eksport do krajów sąsiednich, ale niekiedy także na rynki azjatyckie.

Wartość roczna kampanii sięga 10-12 milionów euro, czyli około 20 proc. całości środków z Unii Europejskiej przeznaczonych na dofinansowanie takich kampanii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Lucjan Zwolak, wiceprezes Agencji Rynku Rolnego. – Praktycznie Polacy mają najwyższy w UE udział w tym finansowaniu. Od kilku lat polskie organizacje branżowe wyprzedziły w tym zakresie organizacje branżowe z Niemiec i Francji – dodaje.

Zazwyczaj działania te dotyczą dofinansowania eksportu na rynki krajów sąsiednich, ale polskie organizacje branżowe promują także swoje produkty na bardziej odległych rynkach.

Jako przykład możemy podać trzyletnią kampanię promocyjną polskich jabłek na rynku Federacji Rosyjskiej i Ukrainy o wartości 4 mln euro, a także kampanię ,,Pokochaj olej rzepakowy na rynku Polski i Łotwy o wartości 1 mln 700 tys. euro – mówi Zwolak. – Można wspomnieć o dwóch dużych kampaniach promocyjnych polskiego mięsa wieprzowego i wołowego na rynki krajów wschodniej Azji, czyli Chin, Wietnamu, Japonii, Hongkongu czy Korei Południowej – wymienia.

W niektórych przypadkach Agencja Rynku Rolnego finansuje też polski eksport w sposób bezpośredni. Przykładem jest udział w branżowym programie promocyjnym, realizowanym przez ARR na zlecenie Ministerstwa Gospodarki.

W tym przypadku bezpośrednio wspieramy przedsiębiorstwa uczestniczące w imprezach targowych, promocyjnych  na sześciu rynkach – mówi Zwolak. – Są to rynki Niemiec, Francji, Rosji, Ukrainy, Chin i Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Program „Promocja polskiej gospodarki na rynkach międzynarodowych” realizowany od czerwca 2012 do maja 2015 r. ma na celu wykreowanie silnych i rozpoznawalnych na świecie polskich marek. Służy temu wspieranie działań promocyjnych polskich przedsiębiorstw. 

Branża krytykuje rządowy projekt ustawy o OZE. Według nich oznacza on nawet kolejne dwa lata zastoju inwestycyjnego

CEO Magazyn Polska

Przyjęty przez rząd i skierowany do Sejmu projekt ustawy o OZE przewiduje zwiększenie popytu na energię ze źródeł odnawialnych. Prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej krytykuje jednak tempo wprowadzania zmian, bo ustawa zakłada zwiększenie limitów dopiero rok po jej wejściu w życie. Licząc razem z czasem potrzebnym na uchwalenie i notyfikację UE, może to oznaczać kolejne dwa lata zastoju inwestycyjnego w obszarze OZE.

– Prace nad tą ustawą trwały bardzo długo i wytworzyła się pewna pustka inwestycyjna. Wielu inwestorów w ostatnim czasie wstrzymało swoje inwestycje w oczekiwani na nowe rozwiązania regulacyjne – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Cetnarski, prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.

Według Wojciecha Cetnarskiego skierowana do Sejmu rządowa ustawa o odnawialnych źródłach energii może spowodować kolejne dwa lata zastoju inwestycyjnego. Chodzi głównie o regulacje dotyczące tzw. świadectw pochodzenia.

Świadectwa pochodzenia to są papiery wartościowe, które otrzymują producenci energii ze źródeł odnawialnych w zamian za każdą wyprodukowaną megawatogodzinę energii. Zapotrzebowanie na nie określa rozporządzenie ministra gospodarki, podając dla każdego roku pewien pułap, do jakiego dystrybutorzy energii dla odbiorców końcowych są zobowiązani skupić te papiery wartościowe. Przez trzy lata w Polsce to zapotrzebowanie było na stałym poziomie, podczas gdy rynek się rozwijał i powstało zjawisko nadpodaży – tłumaczy prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.

Do tej pory w energetykę wiatrową zainwestowano w Polsce ok. 20 mld zł. Ich łączna moc to ok. 3,5 tys. megawatów. Energetyka wiatrowa odpowiada za niecałe 4 proc. (dane GUS za 2011 r.) produkcji energii pierwotnej w Polsce, czyli ok. jedną trzecią całej produkowanej z OZE. Do 2020 r. te inwestycje mogłyby zostać podwojone, jednak tylko wtedy, gdy otrzymają wsparcie ze strony parlamentarzystów.

Parlament ma taką możliwość, aby dokonać modyfikacji zapisów ustawowych tak, aby zmiany dotyczące na przykład rynku świadectw pochodzenia czy zmiany dotyczące morskiej energetyki wiatrowej pojawiły się już w tej wersji ustawy – podkreśla Wojciech Cetnarski. – Sytuacja, która się wytworzyła na rynku świadectw pochodzenia, wymaga zmian ustawowych znacznie wcześniej niż w tej perspektywie, jaką pokazuje projekt ustawy. To, czego w tej ustawie na pewno jeszcze brakuje, to są rozwiązania, które by dotyczyły morskiej energetyki wiatrowej.

Dodaje, że mimo tych braków ustawa o OZE jest ważnym sygnałem, bo pokazuje, że rząd myśli poważnie o miejscu tych źródeł w strategii energetycznej kraju. Nowe regulacje mogą też przekonać banki do większego finansowania inwestycji w odnawialną energię. Na razie jednak prace legislacyjne są na zbyt wczesnym etapie, by dało się odczuć ten efekt.

Banki z zainteresowaniem śledzą kierunki, w których podążają zmiany legislacyjne i pozytywnie opiniują ten kierunek. Natomiast spodziewamy się, że w ramach postępu tego procesu legislacyjnego, kiedy ostateczny kształt legislacji będzie coraz bardziej pewny, pojawią się również instytucje kredytowe, które będą zainteresowane powrotem na rynek finansowania projektów odnawialnych, w tym projektów wiatrowych – przewiduje prezes PSEW.

Podkreśla, że przez stały poziom zapotrzebowania na energię ze źródeł odnawialnych brakowało zachęt dla inwestorów. Nowe instalacje są jednak niezbędne, chociażby ze względu na unijny cel pozyskiwania 20 proc. całej energii ze źródeł odnawialnych do 2020 r. Zgodnie z danymi Eurostatu, w całej UE w 2012 r. 14,1 proc. zużywanej energii pochodziło z OZE. W Polsce było to 11 proc. Polskie rządowe strategie zakładają 15-proc. udział energii odnawialnej w całkowitym zużyciu do 2020 r.

Resort finansów pracuje nad reorganizacją urzędów skarbowych. To element przygotowań do programu e-podatki

0

CEO Magazyn Polska

Wewnętrzna obsługa urzędów skarbowych, czyli np. spraw kadrowych i finansowo-księgowych, prawdopodobnie od przyszłego roku będzie realizowana na poziomie izb skarbowych. To element reorganizacji urzędów skarbowych, nad którą pracuje Ministerstwo Finansów. Wiceminister Jacek Kapica podkreśla, że nie oznacza to zwolnień urzędników, tylko ich przesunięcie do obsługi podatników i innych zadań. Reorganizacja to element przygotowań do wdrożenia programu e-Podatki. Jego pierwsze efekty będą widoczne już w wakacje.

 Sfinalizowaliśmy prace z Rządowym Centrum Legislacji nad zmianą ustawy, która zmierza do koncentracji zadań w obszarze procesów pomocniczych, obsługi urzędów, spraw kadrowych, finansowo-księgowych, rozliczenia podatków, by były one realizowane na poziomie izby skarbowej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Kapica, wiceminister finansów.

Dziś każdy urząd skarbowy ma swoją obsługę kadrową, finansowo-księgową i rachunków podatkowych. Po zmianach obsługa urzędów ma być wspólna. Ministerstwo Finansów chce, by ustawa weszła w życie z końcem roku, więc nowe zasady mogłyby zacząć obowiązywać od początku 2015 roku.

Wiceminister zapewnia, że zmiana przyniesie oszczędności kadrowe w administracji podatkowej. Resort nie przewiduje jednak zwolnień.

Zakładamy raczej lepsze wykorzystywanie ludzi, którzy przejdą z wewnętrznej obsługi do podstawowej obsługi podatnika, do kontroli i egzekucji. Musimy mieć świadomość innych priorytetów i nowych zadań, co wymaga zaangażowania urzędników, i tam zostaną skierowane te zasoby – tłumaczy Jacek Kapica.

Wyjaśnia, że jest to etap przygotowania administracji do pracy z nowym wdrażanym systemem e-podatki, w którym część zautomatyzowanych procesów również będzie realizowana na poziomie izb skarbowych.

Pierwsze produkty programu e-podatki będą już w wakacje tego roku. To jest uruchomienie portalu podatkowego i możliwości obsługi przez program e-podatki deklaracji od spadków i darowizn bądź deklaracji podatku od czynności cywilno-prawnych – informuje wiceminister finansów.

Natomiast z początkiem przyszłego roku, dzięki portalowi podatkowemu, będzie można odebrać wstępnie wypełnione zeznanie, modyfikować je – przy korzystaniu z ulg czy przekazywaniu 1 procentu podatku na organizację użytku publicznego, oraz wysłać do urzędu skarbowego.

Na portalu będzie można uzyskać podstawowe informacje o realizacji swoich obowiązków podatkowych, o rozliczeniach podatkowych, a jednocześnie dokonać płatności elektronicznej, komunikując się ze swoim bankiem – przekonuje wiceminister finansów.

Planowane jest również stworzenie centrów obsługi podatnika – miejsc w urzędzie, gdzie podatnicy, którzy nie mają w domu dostępu do internetu, będą mogli skorzystać z dostępu do portalu podatkowego.

Wprowadzenie programu wymusi prawdopodobnie dalsze zmiany w organizacji pracy urzędów skarbowych. Od tego roku tworzone są sukcesywnie komórki wierzycielskie, które zarządzają długiem podatników. Pozwala to na przypominanie dłużnikowi o zaległościach, zamiast zajmowania jego rachunku bankowego.

– Podatnik najpierw jest uprzedzany i w związku z tym mobilizuje się do zapłaty podatku, zanim zaskoczy go fakt, że urząd skarbowy wszedł mu na rachunek, co również podważa wiarygodność podatnika wobec banku. To przynosi pozytywne efekty, stąd wiedzieliśmy, że warto tego typu model zastosować w całej administracji. Każdy z nas łatwiej i szybciej reaguje na przypomnienie, uprzejmy telefon niż kiedy od razu jest zaskoczony zajęciem rachunku – przekonuje Jacek Kapica.

KGHM schodzi coraz głębiej. W kopalni „Rudna” ruszyła produkcja poniżej 1200 metrów pod ziemią

CEO Magazyn Polska

KGHM rozpoczął wydobycie miedzi i srebra z obszaru Głogów Głęboki-Przemysłowy. To najgłębiej do tej pory znajdujący się oddział wydobywczy spółki – poniżej poziomu 1,2 tys. metrów. Docelowo w 2019 roku szyb będzie jeszcze o ponad 100 metrów głębszy, a produkcja sięgnie 10-11 mln ton rudy rocznie. Nowy obszar zapewni produkcję na nawet 40 lat.

Głogów Głęboki-Przemysłowy pozwoli nam prowadzić do roku 2035 eksploatację na podobnym poziomie wielkości wydobycia. A za Głogowem Głębokim są jeszcze następne rejony – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kędzia, wiceprezes KGHM Polska Miedź SA.

Obszar Głogów Głęboki-Przemysłowy będzie eksploatowany przez dwie działające już kopalnie – „Rudna”, która rozpocznie wydobycie jako pierwsza, a później także „Polkowice-Sieroszowice”. To pierwszy tak głęboko znajdujący się oddział wydobywczy KGHM-u. Na potrzeby wentylacji tego obszaru, w ubiegłym roku rozpoczęto głębienie szybu GG 1 o docelowej głębokości  1,34 tys. metrów.

W tym roku KGHM liczy na produkcję ok. 1 mln ton rudy i ok. 14,5 tys. ton miedzi elektrolitycznej z obszaru Głogowa Głębokiego-Przemysłowego. Uruchomienie eksploatacji zajęło 10 lat – koncern uzyskał koncesję na ten obszar w 2004 roku.

KGHM zainwestował w przygotowanie nowego obszaru łącznie 931 mln zł.  Spółka chce utrzymać roczną produkcję na poziomie 30 mln ton rudy i 2 mln ton koncentratu miedziowego rocznie.

Nowy obszar pozwoli na utrzymanie wydobycia na stałym poziomie i da możliwość utrzymania miejsc pracy – mówi Mirosław Laskowski, dyrektor oddziału Zakłady Górnicze „Rudna”.

Eksploatacja GG-P osiągnie największe natężenie dopiero za ponad 10 lat. KGHM planuje w latach 2028-2035 produkować nawet 10-11 mln ton rudy i 200-220 tys. ton miedzi elektrolitycznej rocznie z tego obszaru. Średnia zawartość miedzi w złożu GG-P sięga 2,5 proc., o niemal 1 pkt proc. więcej niż średnia z innych obszarów.

Spółka zapowiada, że w przyszłości będzie prowadzić więcej prac na dużych głębokościach. To niezbędne, bo choć złoża KGHM-u w Polsce szacuje się jako czwarte pod względem wielkości na świecie, to ich eksploatacja wymaga zejścia głębiej. Według ocen, sam obszar GG-P zawiera jedną czwartą całych zasobów miedzi i jedną trzecią zasobów srebra na obszarach koncesyjnych KGHM-u w kraju.

Jeszcze kilka lat temu koncepcja budowy KGHM zakładała eksploatację do 1000 metrów. Natomiast pokonanie  problemów technicznych pozwoliło na to, że doszliśmy do poziomu 1200 metrów. Dzisiaj już jesteśmy poniżej tego poziomu. Jestem przekonany, że  poprawa organizacji pracy, nowe maszyny, inne systemy eksploatacji – może kombajnem, może metodą ścianową – pozwolą nam sięgnąć jeszcze głębiej – prognozuje Wojciech Kędzia.

Praca na dużej głębokości wiąże się z większymi zagrożeniami, ale nie będzie całkowicie zautomatyzowana. Kędzia podkreśla, że bezpieczeństwo jest priorytetem. Maszyny wykorzystywane na tej głębokości będą podobne do innych, choć będą wymagały nieznacznego dostosowania.

Uruchomienie GG-P było dużym wyzwaniem także od strony technologicznej. Potrzebne były specjalne badania geologiczne, przeprowadzone metodą tomografii sejsmicznej, by sprawdzić zagrożenie gazogeodynamiczne.

Wiele tematów technicznych należało rozwiązać, aby  utworzyć oddział wydobywczy. To m.in, problemy klimatyczne, wentylacyjne, problemy z budową komór maszyn ciężkich, z nową infrastrukturą elektryczną, z odstawą taśmową – wszystkie te rzeczy przez ostatnich kilka lat były obiektem naszego zainteresowania – wylicza Mirosław Laskowski.

Pomimo uruchomienia nowego obszaru, KGHM nie zwiększy zatrudnienia. Laskowski zapowiada jednak, że w sektorach innych niż wydobycie, np. w nowej stacji klimatycznej, niezbędni będą nowi pracownicy. Kędzia dodaje, że KGHM stara się utrzymywać zatrudnienie na stałym poziomie, automatyzując i usprawniając coraz więcej procesów, ale nowe inwestycje mogą wiązać z tworzeniem miejsc pracy.

Enea chce pozyskać z rynku 5 mld zł na OZE i kogenerację. Czeka na okazje rynkowe

CEO Magazyn Polska

Energetyczna grupa razem z bankami pracuje nad programem emisji obligacji, który zapewni środki na inwestycje w odnawialne źródła energii i kogenerację (czyli jednoczesne wytwarzanie energii elektrycznej i cieplnej) oraz na ich aktywizację. Największą tegoroczną inwestycją w segmencie wytwarzania jest budowa bloku węglowego w Kozienicach, która pochłonie 1,39 mld zł.

Ten rok jest bardzo ważny dla inwestycji w Kozienicach. Na razie wszystkie prace, zarówno betonowanie, jak i fundamentowanie, przebiegały zgodnie z planem. Budowa chłodni także idzie zgodnie z planem, wszystkie konstrukcje betonowe są już gotowe – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Kinelski, wiceprezes zarządu ds. handlowych w Enea SA.

Enea poinformowała inwestorów, że ma zapewnione finansowanie na projekt w Kozienicach. W tym celu spółka planuje wyemitować obligacje o wartości 0,5 mld zł. To pierwsza transza z wartego 4 mld zł programu emisji papierów dłużnych, którego gwarantami zostało pięć banków działających na polskim rynku. Enea zleciła także instytucjom finansowym opracowanie kolejnego planu emisji obligacji o wartości 5 mld zł, który ma pokryć wydatki na projekty związane z OZE i kogeneracją. Spółka przygląda się obecnie możliwościom zakupu farm wiatrowych i rozwija własne projekty w tym zakresie. Nie wyklucza także inwestycji w energetykę słoneczną, jednak uzależnia je od kształtu regulacji.

Na razie nie mamy nic na biurku. Natomiast myślimy o tym, chcemy rozwijać się na zasadzie korzystania z pewnych okazji rynkowych, oczekujemy także na rozwiązania prawne w tym zakresie – wyjaśnia Kinelski.

W 2013 r. grupa Enea zanotowała 715,4 mln zł zysku netto przypisanego akcjonariuszom jednostki dominującej, podczas gdy rok wcześniej było to 699,7 mln zł. Przychody w 2013 r. wyniosły 9,15 mld zł, i były o blisko miliard zł niższe niż rok wcześniej (10,09 mld zł). W ubiegłym roku przychody były pod presją spadających cen energii elektrycznej, obecnie widać już pierwsze sygnały ożywienia na tym rynku. Mimo to, według prognoz Enei, marże w segmencie wytwarzania mogą w tym roku spadać.

W tym roku większość kontraktów jest już zawartych, widzimy, że ceny są w takim trendzie bocznym. Niewiele się tu zmienia. Od kilku tygodni obserwujemy drobne wzrosty w cenach energii, to też zależy od tego, jak kształtują się koszty emisji CO2 i pozostałe czynniki, które wpływają na cenę energii – tłumaczy wiceprezes Enei.

Energetyczna grupa zapowiedziała, że w tym roku będzie walczyć o wyższą sprzedaż w segmencie małych i średnich przedsiębiorstw.

Rynek jest wolny, więc od kilku lat obserwujemy już odpływy i przypływy klientów. To zależy od tego, czy konkurencja robi na naszym terenie akcje promocyjne czy też sprzedażowe. To samo dotyczy naszych działań – twierdzi Kinelski.

24 kwietnia WZA Enei zdecyduje o wypłacie dywidendy za 2013 r. Zarząd grupy rekomenduje wypłatę akcjonariuszom 251,62 mln zł, czyli 0,57 zł na akcję. W ubiegłym roku Enea wypłaciła dywidendę w wysokości 158,92 mln zł, co odpowiada kwocie 0,36 zł na akcję. Blisko 581 mln zł zysku netto z 2013 r. ma zwiększyć kapitał rezerwowy spółki w celu finansowania inwestycji.

Mikrofirmy wciąż mają utrudniony dostęp do kredytów. Pożyczki dla firm wypełniają lukę w ofercie banków

0

CEO Magazyn Polska

W Polsce około 2 mln osób prowadzi jednoosobową firmę. Cały sektor małych i średnich firm tworzy 3/4 miejsc pracy i odpowiada za blisko 66 proc. PKB. Mimo to wielu mikroprzedsiębiorców nie ma dostępu do zewnętrznego kapitału i musi polegać na własnych środkach. Analizy Providenta, a także przedstawicieli pracodawców, pokazują, że wynika to z niemożności otrzymania kredytu w banku lub jego wysokich kosztów. Tę lukę zaczyna jednak wypełniać rynek pożyczek dla firm.

Nasze analizy wskazują, że głównym źródłem finansowania mikroprzedsiębiorców są ciągle ich własne kapitały. Wydaje się, że jest to sektor, który strukturalnie ma ograniczony dostęp do finansowania zewnętrznego. Z punktu widzenia bankowego obsługa tego typu klientów wymaga przejścia dokładnie takiego samego procesu, kiedy aplikują o 5 tys. i kiedy aplikują o 50 tys. zł. To złożenie całej dokumentacji, pokazanie wpływów na rachunek, udokumentowanie płatności do urzędu skarbowego, ZUS-u  to coś, co z punktu widzenia przedsiębiorcy, który się stara o niewielką kwotę pożyczki, jest dużą barierą i wyzwaniem – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Szustakiewicz, kierownik ds. rozwoju produktu Provident Polska.

Brak środków finansowych na rozwój to jedna z najważniejszych barier, jaką napotykają polscy przedsiębiorcy. Banki niechętnie udzielają dużych kredytów małym i średnim firmom, bo te często nie mają odpowiednich aktywów, które mogłyby służyć jako zabezpieczenie. Ponadto, niejednorodność grupy mikroprzedsiębiorców sprawia, że bankom trudno jest oszacować ryzyko, jakie wiąże się z udzieleniem kredytu konkretnej osobie fizycznej. To dlatego fakt, że dana firma jest obecnie rentowna, często nie wystarczy do otrzymania kredytu z banku.

Wydaje się, że mimo okresu stagnacji jest to grupa, która cały czas rośnie. Dane Głównego Urzędu Statystycznego wskazują, że jest to grupa, która zazwyczaj nie ma problemu z rentownością swojego biznesu, natomiast ma ciągłą potrzebę dostępu do kapitału pracującego, z którego mogliby finansować rozwój działalności – twierdzi Szustakiewicz.

Szczególnie utrudniony dostęp do kredytów bankowych mają początkujący przedsiębiorcy, którzy nie mogą przedstawić odpowiednich dokumentów dotyczących ich sytuacji na rynku. Zewnętrznie finansowanie jest potrzebne nie tylko do celów inwestycyjnych, lecz także na pokrycie bieżącej działalności.

Popyt na pożyczki ze strony firm wynika m.in. z potrzeby utrzymania płynności, która może być zagrożona przez tzw. zatory płatnicze lub nieprzewidziane okoliczności. Stąd też dla przedsiębiorców często ma znaczenie szybkość, z jaką otrzymają kredyt handlowy lub pożyczkę. Procedury bankowe są niekiedy czasochłonne i wiążą się z dokładnym prześwietlaniem ryzyka kredytowego, dlatego mikrofirmy wolą sięgać po pożyczki w firmach pożyczkowych lub są zmuszone polegać na własnych środkach. Wśród nich przeważają przedsiębiorcy oferujący drobne usługi i działający w branży handlowej.

Dominującym segmentem są rzeczywiście osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, ale nie mam na myśli grup zawodowych, takich jak architekci, lekarze, weterynarze, którzy bez problemu znajdą finansowanie w sektorze bankowym. Mam na myśli mikroprzedsiębiorców, których spotykamy na co dzień, czyli głównie handel. Cieszy rosnąca grupa usług i takich pomysłów na biznes, które są bardziej zaawansowane – uważa kierownik ds. rozwoju produktów Provident Polska.

W odpowiedzi na lukę rynkową, Provident rok temu zaoferował pożyczki dla firm w kwocie do 10 tys. zł. Niewielkie formalności mają zachęcać przedsiębiorców do pożyczania pieniędzy, które będą przeznaczane na rozwój lub regulowanie bieżących zobowiązań.

– Średnia kwota pożyczki to 5 tys. zł. Produkt, który stworzyliśmy, jest to produkt masowy, dostępny na terenie całego kraju ze względu na to, że posiadamy olbrzymią sieć dystrybucji. Znajdujemy się zarówno na terenach wiejskich, jak i w miastach. Sprzedaż 5 tys. pożyczek na kwotę 23 mln zł wskazuje na to, że produkt został właściwie odebrany – ocenia Szustakiewicz.

Drobni przedsiębiorcy bardzo często wykonują wszystkie zadania, jakie wiążą się z prowadzeniem firmy: od pozyskiwania klientów i negocjacji, aż po zamawianie dostaw i rejestrowanie transakcji w celach podatkowych i rachunkowych. Według Pawła Szustakiewicza popyt ze strony małych firm na usługi doradcze i eksperckie będzie rósł, co już znajduje odzwierciedlenie w ofercie Providenta.

Mikroprzedsiębiorca, czyli człowiek orkiestra, który zajmuje się wszystkim, nie ma za sobą zaplecza ekspertów podatkowych, prawnych, księgowych. W ramach naszej oferty stworzyliśmy unikalną usługę assistance, rozszerzoną właśnie o możliwość korzystania z usług doradcy podatkowego, księgowej, prawnika, który pomoże w sprawach gospodarczych – mówi Paweł Szustakiewicz.

Rozliczenia elektroniczne mają już 20 lat. Przyszłością będą przelewy natychmiastowe

0

CEO Magazyn Polska

System płatności elektronicznych ELIXIR, który skończył właśnie 20 lat, przetwarza rocznie ponad  1,5 mld płatności – 3,5 transakcji miesięcznie na każdego mieszkańca Polski. Najnowszym rozwiązaniem z rodziny ELIXIR udostępnionym przez KIR jest Express ELIXIR, system przelewów natychmiastowych, który działa całą dobę i umożliwia rozliczanie płatności w czasie liczonym w sekundach. Właśnie przelewy natychmiastowe mają szansę w przyszłości stać się główną platformą rozliczeniową. Na razie usługę tę oferuje osiem banków.

System ELIXIR wystartował w 1994 r. Był wtedy rewolucją: w ciągu 10 lat całkowicie zastąpił system rozliczeniowy SYBIR, w którym rozliczenia bazowały na obiegu dokumentów papierowych, dostarczanych przez sieć regionalnych oddziałów Krajowej Izby Rozliczeniowej. W ciągu 20 lat w systemie ELIXIR rozliczonych zostało już 14 miliardów transakcji o wartości 50 bilionów złotych. W ciągu ostatnich 12 miesięcy dokonano za jego pośrednictwem ponad 1,5 mld płatności. Dla porównania: w pierwszym roku działalności było to tylko 700 tys. transakcji. Łączna wartość transakcji rozliczonych w dotychczasowej historii systemu ELIXIR kształtuje się na poziomie około 2,5-krotności polskiego PKB wypracowanego w tym samym okresie.

ELIXIR stanowi jeden z kluczowych elementów polskiego systemu finansowego i rozlicza zdecydowaną większość przelewów realizowanych w Polsce. Jego wdrożenie umożliwiło wprowadzenie później takich usług, jak bankowość internetowa czy płatności natychmiastowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Szymański, Wiceprezes Zarządu Krajowej Izby Rozliczeniowej (KIR).

Michał Szymański podkreśla, że Polska należy do liderów w zakresie innowacyjnej technologii płatności natychmiastowych. Wprowadzony przez KIR system Express ELIXIR był drugim, po brytyjskim, tego typu rozwiązaniem w Europie. Express ELIXIR działa całą dobę, bez żadnych przerw, umożliwiając rozliczanie transakcji w kilka sekund niezależnie od pory dnia i nocy. Na razie w systemie uczestniczy osiem banków.

Mamy podpisane umowy z kolejnymi kilkunastoma bankami. Stopniowo, podobnie jak w przypadku usługi ELIXIR, przelewy natychmiastowe zostaną udostępnione wszystkim klientom banków – twierdzi Michał Szymański.

Równocześnie na bieżąco udoskonalany jest starszy system. ELIXIR działa w dni powszednie i prowadzi rozliczenia przelewów międzybankowych w trzech sesjach dziennie.

Rozliczenie zajmuje 2-3 godziny, można więc wyobrazić sobie sytuację, że ktoś zleca przelew przed 9 rano, a pieniądze trafiają na konto odbiorcy już o 11. Rozliczenie następuje praktycznie w ciągu jednego dnia – wyjaśnia Tomasz Jończyk, dyrektor linii biznesowej rozliczenia w Krajowej Izbie Rozliczeniowej.

ELIXIR i Express ELIXIR umożliwiają rozwój bankowości internetowej, wciąż zdobywającej nowych klientów. Jak podkreśla Michał Szymański, to segment, który ma duży potencjał wzrostu.

W porównaniu do innych krajów europejskich liczba transakcji bezgotówkowych na jednego mieszkańca wciąż jest w Polsce niska, a 80 proc. płatności to gotówka – tłumaczy wiceprezes KIR.

Jednak przyszłość należy do płatności natychmiastowych. Według Tomasza Jończyka, już daje się odczuć silna presja ze strony klientów, którzy wiedząc, że SMS czy zdjęcie można przesłać niemal natychmiastowo, oczekują, że podobnie będzie z przelewami.

Hakerzy coraz bardziej skuteczni. W ubiegłym roku wykradli 552 miliony tożsamości

CEO Magazyn Polska552 miliony ujawnionych tożsamości w hakerskich włamaniach do sieci informatycznych dużych firm – to bilans 2013 roku według raportu firmy Symantec. Liczba ataków ukierunkowanych rośnie. Coraz bardziej narażone są nasze telefony i konta na portalach społecznościowych, a użytkownicy wciąż mają problemy z poprawnym zabezpieczaniem swoich osobistych urządzeń.

Liczba i zasięg włamań internetowych rosną w zastraszającym tempie. Atakowane są duże i małe firmy i w każdym przypadku na szwank narażone są osobiste dane ich klientów. Najczęściej łupem cyberprzestępców padają wrażliwe dane – od numerów kart kredytowych po hasła do kont bankowych.

W 2012 roku było jedno włamanie, które ujawniało ponad 10 mln tożsamości użytkowników. W 2013 roku takich włamań było osiem, przy czym trzy z nich ujawniły dane o ponad 100 mln użytkowników. To był rok megawłamań – mówi Jolanta Malak, prezes Symantec Polska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Jak wynika z badania firmy, przestępcy coraz większą wagę przywiązują do jakości przygotowanych ataków, by dotknąć nimi jak największą liczbę osób.

W 2013 roku o 62 proc. w stosunku do roku poprzedniego wzrosła liczba naruszeń danych, co łącznie poskutkowało bezprawnym ujawnieniem 552 milionów tożsamości. Jak zauważa Jolanta Malak, liczba wykradzionych danych dotyczy zarówno podstawowych informacji, jak i wartości intelektualnej.

W stosunku do 2012 roku o 91 proc. wzrosła liczba ataków ukierunkowanych.

W takich atakach wybierano firmy, chociażby z sektora wydobywczego czy instytucje rządowe, i z nich wykradano dane. Ataki były przygotowywane przez dłuższy okres – średnio około 6 miesięcy – szacuje prezes Symantec Polska.

Z badań wynika, że w ukierunkowanych atakach najczęściej ofiarami padają osobiści asystenci oraz eksperci od PR, którzy są dla cyberprzestępców swojego rodzaju furtką do ważniejszych celów.

Należy przeprowadzać szkolenia dla pracowników, ponieważ to człowiek jest najsłabszym ogniwem w funkcjonowaniu zabezpieczeń – zauważa Jolanta Malak.

Według raportu Symantec, w 2013 roku liczba ataków typu ransomware wzrosła ponad pięciokrotnie. To ataki, w których cyberprzestępcy blokują komputery ofiary i wymuszają okup za ich odblokowanie.

Rynek cyberprzestępstw rozwija się niezwykle intensywnie. W 2012 roku wykryto osiem luk typu zero-day, czyli takich, które wcześniej nie były znane. W 2013 roku takich luk było już 23 i wykorzystano je w szczególności do ataków ukierunkowanych.

Po zweryfikowaniu i dokładnym przyjrzeniu się pięciu lukom z 2013 roku, okazało się, że w ciągu 30 dni powstało 175 tys. nowych ataków wykorzystujących te podatności – twierdzi Jolanta Malak.

Częściej atakowani są także użytkownicy sieci społecznościowych – z 61 do 81 proc. wzrosła liczba tego typu ataków. Podobnie sytuacja wygląda z urządzeniami mobilnymi, które coraz częściej pełnią rolę osobistego, przenośnego komputera, ale nie są chronione w odpowiedni sposób.

50 proc. użytkowników w ogóle nie zabezpiecza telefonu przed użyciem go przez osoby trzecie, nie zakłada żadnych haseł. Nie traktuje tego urządzenia jako miejsca, w którym można stracić dane. A przecież mamy tam wszystkie dane osobowe czy dane dotyczące rachunków bankowych – przestrzega Malak.

Zabezpieczanie swoich osobistych urządzeń generalnie stanowi problem, nie tylko w przypadku sprzętu mobilnego.

Cały czas użytkownicy używają haseł prostych, łatwych do zapamiętania. A takie hasła są bardzo łatwe w deszyfrowaniu i rozpoznawaniu przez cyberprzestępców – ostrzega prezes Symantec Polska.

Jolanta Malak radzi, żeby nie tylko używać bardziej skomplikowanych haseł, lecz także nie korzystać z bankowości internetowej, jeśli używamy otwartej sieci Wi-Fi.

Wspólne rozliczenie z dzieckiem możliwe tylko przy terminowym złożeniu PIT

0

CEO Magazyn Polska

Rodzice, którzy faktycznie samotnie wychowują dzieci, mają prawo do wspólnego rozliczenia z nimi, co umożliwia pomniejszenie ich podatku. Prawo do tego przysługuje rodzicom dzieci do 18. roku życia lub do 25. roku, jeśli dziecko się uczy. Rodzic traci do tego prawo, gdy dziecko rozpoczęło już pracę i w ubiegłym roku zarobiło nieco ponad 3 tys. zł.

Rozliczenie odbywa się na tej samej zasadzie, co rozliczenie wspólnie z małżonkiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Marczak, doradca podatkowy i partner w KPMG. – Polega to na tym, że dzielimy dochody na dwa, liczymy podatek i mnożymy wynik podatkowy razy dwa. W efekcie można powiedzieć, że dwukrotnie zyskujemy na kwocie wolnej od podatku – dodaje.

Prawo do wspólnego rozliczenia przysługuje rodzicom, opiekunom prawnym, kawalerom, wdowom, wdowcom i rozwiedzionym, samotnie wychowującym dziecko. Co ważne, musi to być faktycznie samotne wychowywanie dziecka, a nie tylko w sensie prawnym.

Musi to dotyczyć danego roku podatkowego. To nie musi być cały rok  – wystarczy, że jeden dzień w roku podatkowym samotnie wychowywało się dziecko, i zyskuje się prawo do wspólnego rozliczenia – mówi Marczak.  

Prawo precyzuje też wiek dziecka, z którym dorosły może się wspólnie rozliczyć. Chodzi tu o dzieci, które nie ukończyły 18 lat lub 25 lat, jeśli studiują w Polsce bądź za granicą. Wiek dziecka nie ma znaczenia, jeśli otrzymuje ono zasiłek pielęgnacyjny. Wspólne rozliczenie z dzieckiem nie przysługuje ponadto rodzicom, którzy prowadzą działalność gospodarczą i rozliczają swoje dochody podatkiem liniowym, kartą podatkową lub ryczałtem ewidencjonowanym.

Nie możemy się w ten sposób rozliczyć, jeżeli dziecko uzyska dochód opodatkowany skalą podatkową 18 lub 32 proc. w wysokości przekraczającej obowiązek zapłaty podatku, czyli 3 089 złotych – zauważa Marczak. – Wówczas dziecko staje się odrębnym podatnikiem, a my tracimy prawo do wspólnego rozliczenia z nim. Niewielkie zarobki dziecka nie zawsze są opłacalne. Zarobek w wysokości 3 tys. niweczy wspólne opodatkowanie, co per saldo może być niekorzystnym rozwiązaniem finansowym dla rodzica.

Dodatkowym warunkiem skorzystania z tej formy rozliczenia jest terminowe złożenie zeznania w nieprzekraczalnym terminie do 30 kwietnia. Jeśli rodzic po złożeniu zeznania chce zmienić sposób rozliczenia na wspólny z dzieckiem poprzez złożenie korekty zeznania, może to zrobić również jedynie do końca kwietnia.

Efektywność reklam coraz lepiej mierzalna. Pozwala to zwiększyć ich skuteczność

CEO Magazyn Polska

Kampanie marketingowe są coraz lepiej mierzalne, a dzięki temu skuteczniejsze. Dokładna analiza wpływu reklamy na zachowania konsumentów pozwala prowadzić efektywne kampanie przy optymalnych kosztach. Tym bardziej że działy marketingu mogą mieć dostęp do precyzyjnych informacji dotyczących tego, jak na sprzedaż wpływa kampania prowadzona w poszczególnych mediach: internecie, prasie, radio czy telewizji.

– Widzimy świetne kampanie, które były zrealizowane w pojedynczych mediach, jak i takie, które są idealne, kiedy mamy miks różnych kanałów informacji. Albo równolegle mamy kampanie podobne, które nie zadziałały – mówi Bartosz Osiński z GfK Polonia, odpowiedzialny w firmie za panel badania skuteczności mediów Media Efficiency. – Każdorazowo jednak nie ma prostych recept i przy realizacji efektywnych dużych działań reklamowych dla FMCG bardzo wskazana jest bliska współpraca klienta domu mediowego i agencji badawczych, które są w stanie dostarczyć informacji łączących sprzedaż z reklamą.

Do tej pory relacje między sprzedażą a reklamą były analizowane na poziomie bardziej ogólnym. Trudno było odróżnić, które kanały reklamy powodowały wzrost sprzedaży. Nie wiadomo było też, na ile inwestycja w poszczególne media – telewizję, radio, prasę czy internet wpływa na zmianę poziomu sprzedaży.

Jak podkreśla Osiński, dla działów marketingu i sprzedaży dostępne są już narzędzia, które taką szczegółową analizę umożliwiają. Media Efficiency Panel firmy GfK Polonia umożliwia badanie typu single source, czyli jednoźródłowy pomiar, w ramach którego bazę do analiz stanowią połączone informacje na temat odbioru mediów przy jednoczesnej rejestracji dokonywanych przez respondentów zakupów produktów FMCG.

– Mamy bardzo precyzyjne dane na poziomie każdej osoby, którą badamy, widzimy jej zakupy i możemy zmierzyć skuteczność kampanii reklamowych w różnych mediach – wyjaśnia Osiński. – Dzięki temu możemy dostarczyć bardzo precyzyjne dane działom marketingu: które media, w jaki sposób oddziałują na sprzedaż, które są bardziej efektywne, które budują, zwiększając sprzedaż u lojalnych klientów, w szczególności tych nowych.

Wyjaśnia, że niektóre próby pokazują, że internet, prasa i radio są obecnie nieco bardziej efektywne kosztowo w porównaniu do telewizji, ale nie można tego uznać za regułę. Każdorazowo dużą rolę odgrywają takie czynniki, jak przekaz reklamowy, kreacja, sposób doboru kanałów do charakteru kampanii.

Warto każdej kategorii przyjrzeć się osobno, żeby móc wyciągnąć wnioski na różnych poziomach, czyli jak działa to dla detalistów, jak dla producentów pasty do zębów, a jak dla producentów nabiału – mówi Osiński.

Media Efficiency Panel działa w oparciu o panel funkcjonujący od 20 lat. Obecnie jest to 8 tys. reprezentatywnych gospodarstw domowych – łącznie 15 tys. osób. Działa w oparciu o precyzyjny pomiar skanowania kodów kreskowych kupowanych produktów.

– Od tego roku rozpoczęliśmy pomiar konsumpcji mediów. Dzięki temu wiemy dokładnie, precyzyjnie, na poziomie każdego uczestnika naszego panelu, z jakimi mediami ma kontakt, pod wpływem jakich działań reklamowych się znalazł. Składając dane o kontakcie reklamowym z zakupami, jesteśmy w stanie bardzo precyzyjne powiedzieć, w jaki sposób kampania reklamowa przełożyła się na akty zakupu – wyjaśnia ekspert.

Instytut GfK oferuje dane z badania Media Efficiency Panel od 2008 roku, kiedy to po raz pierwszy MEP został wprowadzony na rynku niemieckim. Obecnie jest dostępny na kilkunastu rynkach. Od 2011 r. MEP oferuje także narzędzia do pomiaru efektywności działań na Facebooku.

Nowoczesne rozwiązania technologiczne zrewolucjonizują branżę podróżniczą

CEO Magazyn Polska

Elektroniczny asystent mniejszy od ludzkiego włosa oraz próbki rzeczywistości na stronach internetowych – tak ma wyglądać podróżowanie w przyszłości. Według futurologów już w najbliższej dekadzie wejdzie w inny wymiar organizowania wyjazdów na Ziemi, a być może również poza nią.

Obecnie planowanie urlopu polega zazwyczaj na przejrzeniu ofert biur podróży, wyszukaniu najlepszych połączeń komunikacyjnych czy też zasięgnięciu opinii o interesujących nas kierunkach. Głównym źródłem wiedzy o miejscu, w którym chcemy spędzić urlop, jest internet. Jak jednak przewidują futurolodzy, już niedługo planowanie wakacji będzie wyglądało zupełnie inaczej. Stanie się tak za sprawą m.in. mikroskopijnych elektronicznych asystentów, którzy na podstawie wiedzy o naszych upodobaniach będą przygotowywać spersonalizowaną ofertę podróży.

Już teraz widzimy takie urządzenia, jak chociażby Google Glass, ale w przyszłości będą one zminiaturyzowane, nawet do 1/60 ludzkiego włosa. Dodatkowo będą w stałym dialogu z użytkownikiem i będą mogły asystować mu w trakcie planowania podróży ­– tłumaczy Magdalena Greloff, rzecznik prasowy portalu Skyscanner.

Cyfrowy asystent podróży to coś w rodzaju sztucznej inteligencji. Będzie się go nosić zawsze przy sobie w postaci zegarka lub elementów biżuterii. Asystent będzie się wyświetlał w postaci hologramu, a dodatkowo przyjmie postać ulubionego aktora lub komika danej osoby.

Będzie mógł mieć nawet jego charakter i głos ­– mówi Greloff agencji informacyjnej Newseria.

Tak spersonalizowany asystent będzie zbierał dane na temat swojego właściciela, m.in. informacje o płci, wieku, rodzinie lub jej braku, i na podstawie tych danych doradzi, jaka oferta podróży będzie dla niego najlepsza.

Osoby, które nie chciałyby się zdawać na opinię wirtualnego asystenta, będą mogły w przyszłości jeszcze bardziej samodzielnie i świadomie niż dotychczas decydować o miejscu swojego urlopu. Witryny internetowe będą oferować próbki rzeczywistości, które każdy zainteresowany, nie wychodząc z domu, będzie mógł wypróbować na własnej skórze.

Będziemy mogli ich doświadczać za pomocą wszystkich zmysłów, czyli dotknąć piasku na plaży czy zanurkować w okolicy rafy koralowej po to tylko, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście wybrana destynacja nam pasuje – wyjaśnia rzeczniczka Skyscanner.

To wszystko będzie możliwe przy wykorzystaniu trójwymiarowego obrazu oraz technologii haptycznych, opierających się na zmyśle dotyku.

Już przy obecnych technologiach możemy dotknąć krateru na Księżycu. Zostaną one wykorzystane do tego, aby móc jak najpełniej doświadczyć podróży, jeszcze przed zdecydowaniem się na nią ­– mówi Magdalena Greloff.

Pod znakiem zapytania pozostają jeszcze podróże pozaziemskie. W tej chwili nie wiadomo, czy będą one możliwe już w najbliższej dekadzie. Jak jednak twierdzą futurolodzy, jest szansa, że w przyszłości będzie można zaplanować podróż w okolice Księżyca.

Ruszyły konsultacje w sprawie rządowego podręcznika dla pierwszaków. Wydawcy wytykają błędy

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Edukacji Narodowej rozpoczyna konsultacje zaprezentowanej właśnie pierwszej części rządowego podręcznika dla klas pierwszych. W kolejnych tygodniach gotowe mają być kolejne części. Rząd chce przeznaczyć po 50 zł na każdego ucznia, za które będzie można kupić dodatkowe materiały. Wydawcy argumentują jednak, że za pieniądzmi przeznaczonymi na pośpieszne przygotowanie rządowego podręcznika można by dofinansować zakup tych już wydanych i sprawdzonych w szkole, zachowując możliwość dostosowania podręcznika do potrzeb nauczycieli i uczniów.

Wysyłamy ten podręcznik do zrecenzowania przez recenzentów. Równocześnie wieszamy go na stronie, po to, by ewentualnie Państwo mogli wnosić swoje uwagi i po świętach ten podręcznik będzie również skonsultowany z nauczycielami i uczniami. Chcemy ten proces zamknąć w przeciągu dwóch tygodni – zapowiada Joanna Kluzik-Rostkowska, minister edukacji narodowej.

Darmowy rządowy podręcznik ma trafić do pierwszaków już w najbliższym roku szkolnym. Drukować będzie go Centrum Usług Wspólnych podległe Kancelarii Premiera Rady Ministrów z wykorzystaniem partnerstwa publiczno-publicznego. Poza podręcznikiem MEN będzie też publikował w internecie dodatkowe materiały edukacyjne i ćwiczenia.

Kluzik-Rostkowska podkreśla, że z pierwszą częścią podręcznika udało się zdążyć szybciej niż zakładał plan. Kolejna część zostanie pokazana w najbliższych tygodniach, potem MEN zaprezentuje część trzecią i czwartą.

Przedstawiciele wydawnictw edukacyjnych przyznają, że ekspresowe tempo prac nie sprzyja tworzeniu dobrych podręczników.

Zaprezentowana próbka na pierwszy rzut oka nie jest wolna od błędów. Nie może być, skoro została przygotowana w dwa miesiące zamiast w pół roku. Wszyscy profesjonalni wydawcy, zanim wydadzą podręcznik, muszą przejść przez gęsto sito weryfikacji dokonywanej przez niezależnych ekspertów. To są eksperci powoływani przez MEN. Co najmniej trzech musi przeczytać każdy podręcznik. Ten jeszcze nie był weryfikowany, czy będzie w całości na wrzesień?– mówi Jarosław Matuszewski, przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych w Polskiej Izbie Książki.

Wydawcy popierają pomysł darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów, ale podkreślają, że można było go wybrać spośród istniejącej dziś bogatej oferty sprawdzonych w edukacji książek.

Mamy w Polsce gotowe podręczniki, ćwiczenia, materiały metodyczne, pomoce dla rodziców i nauczycieli i oferujemy je rządowi w takich cenach, jakie wyznaczył dla tego projektu. Rząd na siłę przygotowuje własny projekt. To jest dla nas niezrozumiałe – mówi Jarosław Matuszewski. – Wydawcy mają gotowe rozwiązania. Żeby nie było jednego darmowego podręcznika, tylko żeby były darmowe podręczniki w ogóle. Żeby nauczyciele zachowali wybór i żeby, tak jak do tej pory, mogli, wybierając podręcznik, brać odpowiedzialność za efekt kształcenia.

Minister Kluzik-Rostkowska zapewnia, że prace nad podręcznikiem będą kontynuowane. Resort chce docelowo opracować rządowy, pojedynczy podręcznik do wszystkich trzech klas nauczania wczesnoszkolnego. Jak podkreśla Kluzik-Rostkowska, to logiczna decyzja, bo klasy 1-3 stanowią całość.

Dla uczniów w tych klasach MEN szykuje też ze wsparciem unijnym zbiór zasobów edukacyjnych, z których nauczyciele będą mogli korzystać zgodnie z własnymi preferencjami. Będą to m.in. programy nauczania, gry i zabawy. MEN chce także przeznaczyć 50 zł na zakup ćwiczeń. Za te pieniądze będzie można też kupić dodatkowe materiały po cenach rynkowych. Szkoły będą też mogły wykorzystać pieniądze na zakup sprzętu do druku. Zakup innych podręczników niż rządowy będzie musiał sfinansować organ prowadzący szkołę, np. gmina.

Resort gospodarki spodziewa się szybkich prac w Sejmie nad ustawą o OZE

CEO Magazyn Polska

Przyjęty przez rząd projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii lada moment trafi do Sejmu. Odpowiedzialny za projekt resort gospodarki liczy, że po długich konsultacjach z zainteresowanymi stronami posłowie nie będą mieli wielu wątpliwości i ustawa szybko przejdzie ścieżką legislacyjną. Wiceminister Jerzy Pietrewicz podkreśla, że ustawa jest kompletna, mimo że nie przewiduje wsparcia dla wszystkich technologii OZE.

Branża OZE na nową ustawę czeka już ponad trzy lata. Resort gospodarki jest przekonany, że ścieżka legislacyjna powinna być szybka. Projekt w ubiegłym tygodniu został przyjęty przez rząd i lada moment trafi do Sejmu.

Później będzie już normalna praca sejmowa, pierwsze, drugie czytanie, praca w komisjach. Mam nadzieję, że to przejdziemy szybko, że ten etap dyskusji nad ustawą, który trwał tak długo, pozwolił lepiej poznać argumenty stron, i związku z tym posłowie będą mieli mniej wątpliwości, czy te rozwiązania są dobre, czy złe. Bo są dobre – zapewnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jerzy Pietrewicz, wiceminister gospodarki.

Resort w projekcie proponuje nowy system wsparcia dla OZE oparty o aukcje. Rząd będzie decydował, jakie jest zapotrzebowanie na energię odnawialną i będzie rozpisywał aukcje dla poszczególnych technologii. Gwarancję wsparcia otrzyma ten, kto zaproponuje najniższą cenę.

Nie wszystkie rozwiązania proponowane w ustawie spotykają się z poparciem branży OZE, chociaż większość zgodnie przyznaje, że najważniejsze jest to, że projekt jest już gotowy i regulacje wkrótce wejdą w życie, co oznacza względną stabilność prawa. Na przykład przedstawiciele branży morskich farm wiatrowych obawiają się, że pod reżimem nowej ustawy będzie im się trudno rozwijać – ta technologia wciąż jest zdecydowanie mniej rozwinięta niż pozostałe źródła odnawialne.

Ta ustawa opisuje mechanizmy wsparcia energetyki odnawialnej, opisuje sposób funkcjonowania rynku. W odniesieniu do tego można powiedzieć, że jest kompletna. Natomiast to nie znaczy, że każda technologia musi być wspierana. Są technologie mniej i bardziej efektywne. Siłą rzeczy te mniej efektywne muszą poczekać na swój czas. Dla morskiej energetyki wiatrowej też pewnie ten czas przyjdzie, ale sądzę, że jeszcze nie w najbliższych kilku latach – mówi Jerzy Pietrewicz.

Projekt ustawy utrzymuje istniejący system oparty na zielonych certyfikatach dla instalacji OZE. Mechanizm ten przewiduje, że każdy dystrybutor energii musi osiągnąć określony na każdy rok udział energii pochodzącej z OZE. Jeśli tego nie zrobi, płaci karę. Jeśli dany poziom osiągnie lub przekroczy, otrzymuje od URE zielony certyfikat, który może później sprzedać na Towarowej Giełdzie Energii.

Jednak, według resortu gospodarki, system ten nie jest perspektywiczny, więc nie będzie rozwijany. Kiedy zacznie działać system aukcyjny, dotychczasowi wytwórcy będą mogli wybrać, w którym systemie chcą funkcjonować.

Chcemy utrzymać system zielonych certyfikatów, obniżając  tylko wsparcie dla współspalania czy też dla dużych amortyzowanych elektrowni wodnych. Natomiast część rozwojową chcemy oprzeć na mechanizmach aukcyjnych. Do 2020 roku będą współdziałały obok siebie, a nawet dłużej, bo dajemy tutaj ten 15-letni horyzont funkcjonowania, dwa równoległe systemy – podkreśla wiceminister gospodarki.

Nowy system wsparcia dla odnawialnych źródeł energii ma pomóc w zwiększaniu udziału zielonej energii w bilansie energetycznym kraju. W 2020 roku 15 proc. energii ma być produkowane z odnawialnych źródeł. Dziś jest to ok. 11 proc.

URE: Polacy wciąż nie korzystają z prawa do zmiany dostawcy energii elektrycznej

CEO Magazyn Polska

Niecałe 100 tys. gospodarstw domowych w Polsce zmieniło dostawcę energii elektrycznej od momentu, kiedy pojawiła się taka możliwość. To mniej niż 1 proc. wszystkich odbiorców. Urząd Regulacji Energetyki liczy jednak, że dzięki ruszającej właśnie akcji informacyjnej Polacy zaczną być świadomi swojego prawa do zmiany.

Staramy się wyjaśnić odbiorcom to, że energia elektryczna i gaz są towarem takim samym, jak mleko, cukier czy benzyna. Dzięki temu odbiorcy zrozumieją, że mają konkretne prawa – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Bando, wiceprezes Urzędu Regulacji Energetyki, wykonujący obowiązki prezesa. – Bo to nie jest tak, że jesteśmy przywiązani do jednego dostawcy energii elektrycznej.

Bando przypomina, że prawo do bezpłatnej zmiany sprzedawcy energii elektrycznej ma każdy klient. Zostało ono wprowadzone już w połowie 2007 roku. Tymczasem bardzo niewiele osób o nim wie, a jeszcze mniej korzysta. Do tej pory dostawcę energii elektrycznej zmieniło niecałe 100 tys. gospodarstw domowych – ok. 0,7 proc. spośród 16 mln odbiorców elektryczności.

By to zmienić, Towarzystwo Obrotu Energią ruszyło z dużą akcją informacyjną, którą patronatem objął URE. Kampania ma jednak nie tylko zwiększyć wiedzę o prawach klientów, lecz także uchronić ich przed potencjalnymi nadużyciami. Wiele firm, wykorzystując zwykle niewiedzę osób starszych, przekonywało ich do zmiany dostawcy na bardzo niekorzystnych warunkach.

Z punktu widzenia URE, celem równie ważnym jak zwiększenie świadomości jest doprowadzenie do pełniejszej liberalizacji rynku energii elektrycznej.

Głęboko wierzę, że te cele, które przyświecają naszej akcji, spowodują, że w szybkim tempie, w krótkim czasie co najmniej podwoi się liczba osób, które zmieniają sprzedawcę i wreszcie zbudujemy rynek energii elektrycznej, a w następnym etapie rynek gazu – prognozuje Bando.

Dodaje, że Polacy nie wiedzą także o innych prawach związanych z energią elektryczną. Mało osób jest świadomych, że w skład rachunku wchodzą dwie opłaty – dla dystrybutora energii oraz dla firmy zajmującej się jej przesyłem. Dystrybutor musi nie tylko zapewnić dopływ energii elektrycznej, lecz także jej odpowiednią jakość.

W dzisiejszych czasach, kiedy nasze domy są nasycone nowoczesnym sprzętem elektronicznym, często lekka zmiana napięcia powoduje, że telewizor się wyłącza lub pralka zaczyna się dziwnie zachowywać. To są też prawa jakości dostarczanego towaru – podkreśla Bando.

URE i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów mają swoje punkty informacyjne, w których Polacy mogą dowiedzieć się więcej o przysługujących im prawach. W ramach akcji organizowanej przez TOE do domów konsumentów trafią też dwie broszury – jedna o energii elektrycznej, druga o gazie. O przynależnych nam prawach powinien informować również każdy sprzedawca energii elektrycznej.

Polska jest podzielona na pięć obszarów, a w każdym z nich przesyłem energii zajmuje się jeden operator systemu dystrybucyjnego. Dostawców energii jest jednak znacznie więcej – zwykle ok. 70-80 na obszarze działania jednego operatora sieci.

Decyzje zakupowe Polaków coraz szybsze. Wpłynęła na to sprzedaż w internecie

Dynamiczny rozwój e-handlu zmienił sposób dokonywania zakupów i przyspieszył decyzje klientów. Sprzedaż w sieci dostarcza też dużej ilości danych, których umiejętna analiza pozwala sprzedawcom określić profil każdego kupującego. W Polsce rozdrobniony rynek czeka w przyszłości konsolidacja.

Według Piotra Czapskiego, członka rady nadzorczej funduszu technologicznego MCI Management, firmy e-commerce bazują na własnych pomysłach organizacyjnych i oryginalnych modelach biznesowych, przy czym na rynku wciąż pojawiają się nowe idee.

Łatwo wprowadzać je na rynek i testować, ale bardzo istotny jest fakt, że zmieniają one zachowania konsumentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Czapski.

Jako przykład wskazuje branżę odzieżową, gdzie styl zakupów w internecie i narzucony przezeń cykl życia produktów diametralnie różnią się od tych z tradycyjnego handlu.

Czas trwania jednej kolekcji w sieci to tydzień, a nie sześć miesięcy, tak jak w tradycyjnym biznesie. To wymusza bardzo szybkie zmiany, w tym również zmiany strategiczne – uważa przedstawiciel rady nadzorczej MCI Management.

Czapski wskazuje, że w internecie nie da się budować strategii wieloletniej: wprawdzie trzeba planować na wiele lat, ale jednocześnie być przygotowanym na błyskawiczne zmiany, potrzebę dostosowania do nowych zjawisk i reagowanie na oczekiwania konsumentów.

Temu mają służyć analizy prowadzone na podstawie zachowań klientów.

Wiemy dokładnie, gdzie użytkownik kliknął, w jaki sposób przeszedł do produktu, czym się interesuje. Z drugiej strony ogrom danych powoduje, że wielkie znaczenie ma umiejętność wyciągnięcia odpowiednich wniosków z ich analizy. Dlatego w firmach e-commerce’owych pracują analitycy z wykształceniem matematycznym, którzy są w stanie takie dane przeanalizować i uprościć. – wyjaśnia Piotr Czapski. – Konsument ostatecznie podejmuje decyzję w oparciu o 2-3 zmienne, nie o dwadzieścia pięć. Z jego zachowania podczas kilku minut spędzonych w sklepie internetowym trzeba wyłowić 2-3 cechy kluczowe w podejmowaniu decyzji. To jest wyzwanie tego biznesu – tłumaczy.

W Polsce wiele e-sklepów nie dysponuje jednak tak wyrafinowanymi narzędziami. Nie specjalizują się w e-commerce, często sprzedaż internetową traktują jako uzupełnienie tradycyjnych form. A liczba takich wirtualnych placówek jest ogromna.

Polski rynek e-commerce jest bardzo rozdrobniony w porównaniu do rynków np. w Niemczech czy Anglii. Małych firm nie stać na inwestycje w nowoczesne technologie. Poza liderami większość firm z branży e-commerce działa w sposób dość ograniczony i prymitywny – twierdzi Piotr Czapski.

Uważa, że taka sytuacja musi doprowadzić do konsolidacji rynku i wykreowania liderów.

Nie ma tu dużych sklepów, takich jak na Zachodzie. Jednak jest tylko kwestią czasu, kiedy Polska nadrobi te zaległości – podsumowuje.

Z badania firm PayPal i IPSOS wynika, że wartość rynku e-commerce w Polsce wyniosła w 2013 r. 19,2 mld zł, a wraz z m-commerce, czyli zakupami poprzez urządzenia mobilne – 20,3 mld zł. Według firmy Deloitte, gospodarka internetowa odpowiada za ok. 6 proc. polskiego PKB.

Z powodu niżu demograficznego kurczy się rynek żywności dla niemowląt

CEO Magazyn Polska

Niż demograficzny i konkurencja ze strony domowej, często nieodpowiednio zbilansowanej żywności, powodują kurczenie się rynku żywnością dla niemowląt. Jego lider, firma Nutricia Polska liczy, że uda się jej odwrócić ten trend poprzez akcje edukacyjne dla rodziców. Pole do wzrostów ma zwłaszcza w obszarze kaszek i gotowych posiłków, bo rynek mleka jest już nasycony.

W tej chwili mamy około 53 proc. udziału w rynku w kategorii baby – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Mućko, supply chain director Nutricia Polska. Dodaje: – W ubiegłym roku wartościowo to był jednocyfrowy wzrost około 3 proc., natomiast wolumenowo niestety mieliśmy spadek. W tym roku chcemy, żeby to już się poprawiło, ale nie tylko poprzez zwiększanie udziału w rynku, lecz także poprzez zwiększanie konsumpcji.

Dodaje, że możliwości zwiększenia sprzedaży różnią się w zależności od kategorii produktu. Rynek mleka, które Nutricia sprzedaje głównie pod markami Bebilon i Bebiko, jest już nasycony. Ten produkt to ok. 60 proc. całego wolumenu sprzedaży firmy. Mućko podkreśla, że niemowlęta i małe dzieci spożywają mleko jedynie przez określony czas, którego nie da się wydłużyć. Rynek zależy zatem bezpośrednio tylko od liczby urodzeń i konkurencji z innymi producentami. 

Firma jest zadowolona z poziomu konsumpcji kaszek, sprzedawanych głównie pod marką BoboVita. Inaczej jest w obszarze jedzenia w słoikach. Mućko zapowiada, że to właśnie na tym obszarze skupi się Nutricia, starając się o wzrost sprzedaży.

 – W kategorii posiłków typu obiadki, zupki, deserki jest jeszcze ciągle bardzo duże pole do popisu – podkreśla Mućko. 

Nutricia rywalizuje w tym zakresie nie tyle z innymi producentami, ile z jedzeniem domowym. Choć wielu rodziców uważa, że jest ono zdrowsze, w praktyce nie zawsze tak jest. Mućko podkreśla, że domowe jedzenie często jest przesolone lub przesłodzone. W konsekwencji aż 50 proc. dzieci jest źle odżywianych, a w efekcie – otyłych lub niedożywionych. 

Kolejny błąd, który najczęściej popełniają babcie, to jest dawanie przekąsek. To nie są z reguły marchewki czy owoce, tylko słodycze – podkreśla Mućko. – Bardzo często mamy czy babcie przygotowują jedzenie niezgodnie z wytycznymi, jeżeli chodzi o sposób odżywiania, o prowadzenie diety dla dzieci, jak również o same produkty, ich źródło pochodzenia.

Nutricia Polska, podobnie jak inni producenci na rynku, koncentruje się na walce ze złymi metodami odżywiania dzieci. To metoda na poprawę ich zdrowia, a także zwiększenie konsumpcji produktów tych firm. Pomóc w tym ma kampania „Pierwszych 1000 dni”, w której Nutricia chce ze wsparciem stowarzyszenia i swojej fundacji edukować rodziców, lekarzy i dietetyków, by zwiększać spożycie gotowych, zdrowych pokarmów dla małych dzieci. 

Należąca do koncernu Danone Nutricia ma w Polsce dwie fabryki: w Opolu i Krotoszynie. Ta druga zajmuje się głównie suszeniem mleka, które potem trafia nie tylko do Opola, lecz także do fabryk w Holandii i Niemczech. Fabryka w Opolu – jako jedyna w ramach całego koncernu – zajmuje się wytwarzaniem produktów ze wszystkich kategorii: mleka, kaszki i jedzenie w słoikach, i jest największą tego typu fabryką koncernu Danone. Tylko 30 proc. produkcji trafia do Polski, reszta – do ponad 100 krajów na całym świecie. 

Poza produktami dla dzieci Nutricia ma też oddział Advanced Medical Nutrition zajmujący się wyspecjalizowanymi produktami medycznymi. Wiele z nich jest przeznaczonych dla osób starszych, chorych i z kłopotami z metabolizmem, ale są tam również produkty dla dzieci z alergiami.

Polacy decyzję ws. wyjazdów na długie weekendy podejmują w ostatniej chwili. W tym roku popularne będą wyjazdy w góry i nad morze

CEO Magazyn Polska

Polacy od kilku lat chętnie decydują się na wyjazdy wypoczynkowe w trakcie długich weekendów. Decyzja o wyjeździe na majówkę zazwyczaj podejmowana jest spontanicznie. Popularnością w czasie zbliżającego się długiego weekendu majowego cieszą się zarówno apartamenty nad morzem, jak i w górach.

Decyzje o rezerwacji apartamentów w miejscowościach wypoczynkowych uwarunkowane są najczęściej długością urlopu. Wakacje oraz ferie Polacy planują zazwyczaj z dużym wyprzedzeniem, podczas gdy wyjazdy weekendowe, nawet te długie, często organizowane są spontanicznie.

Decyzje o rezerwacjach długoterminowych zapadają bez względu na pogodę, gdyż najczęściej dokonywane są z dużym, kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Druga grupa rezerwacji, tak zwane długie weekendy, czyli majówka, Boże Ciało, weekend sierpniowy czy też święta: Wielkanoc i Boże Narodzenie, obejmuje krótkie pobyty. Decyzje o rezerwacji podejmowane są z małym wyprzedzeniem, często zaledwie kilkudniowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Regina Juźko z firmy zarządzającej wynajmem luksusowych apartamentów Sun & Snow.

Duży wpływ na zwiększenie liczby rezerwacji w przypadku wyjazdów na długi weekend ma pogoda. Przed weekendem majowym znaczna część klientów podejmuje decyzję na podstawie prognozy pogody na kilka dni przed planowaną wycieczką.

Zainteresowanie wynajęciem apartamentów na majówkę jest podobne jak w przypadku innych długich weekendów. Polacy nauczyli się w ostatnich latach wykorzystywać wszelkie nadarzające się do wypoczynku okazje, dlatego w ich planach majówka jest potencjalnie jednym z wielu krótkich wyjazdów w całym roku – dodaje Regina Juźko.

W weekend majowy Polacy równie chętnie wyjeżdżają w góry, jak i nad morze. Popularnością cieszą się Świnoujście, Kołobrzeg, Władysławowo oraz Trójmiasto. Amatorzy górskich wycieczek będą wypoczywać głównie w Karpaczu, Szklarskiej Porębie, Zakopanem oraz Wiśle.

Koszt wynajmu jednopokojowego apartamentu przy plaży we Władysławowie i Świnoujściu dla dwóch osób wynosi około 230 zł za dobę. W górach ceny są nieco niższe. Za kwotę 240 zł za dobę można wynająć w Zakopanem dwupokojowy apartament dla czterech osób.

NFZ będzie refundował na białaczkę tylko leki generyczne. Tańsze nawet o połowę leki mają zwiększyć dostęp pacjentów do leczenia

CEO Magazyn Polska

Od 1 lipca 2014 r. NFZ nie będzie refundował oryginalnego leku na białaczkę. Glivec zostanie zastąpiony tańszymi lekami generycznymi. Część pacjentów protestuje przeciw tej decyzji, obawiając się, że zamienniki okażą się mniej skuteczne. Przedstawiciele pracodawców przemysłu farmaceutycznego podkreślają jednak, że jest to wprowadzanie chorych w błąd, bo leki generyczne zawierają tę samą substancję co lek oryginalny. A ich nawet o połowę niższe ceny zwiększą dostęp chorych do leczenia.

Jak podkreśla Piotr Błaszczyk, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego, problem ten dotyczy nie tylko leczenia białaczki szpikowej, lecz także każdej innej choroby.

Leki generyczne są tańsze od oryginałów nawet o 50 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Błaszczyk. – Jest to więc znaczne ułatwienie dla pacjentów. W przypadku niektórych terapii fiannsowanych ze środków publicznych leki generyczne pozwalają skorzystać z nich dwukrotnie większej liczbie osób.

Zgodnie z ustawą, ceny leków generycznych muszą być minimum o 25 proc. niższe. W praktyce jednak te różnice są większe.

Skuteczność oryginalnych leków musi zostać udowodniona poprzez kosztowne badania kliniczne przeprowadzane na szeroką skalę. Jeśli potwierdzą one zasadność stosowania leku, to producent otrzymuje wieloletni monopol rynkowy i ochronę patentową. Jest to swego rodzaju wynagrodzenie za koszty, jakie musiał ponieść. 

Monopol rynkowy dochodzi do 10 lat, a ochrona patentowa do 25 lat – mówi Błaszczyk.

Leki generyczne są tańsze, bo zostały zarejestrowane po wygaśnięciu ochrony patentowej, czyli w warunkach silnej konkurencji. Poza tym badania dotyczące ich wprowadzenia na rynek są już znacznie prostsze. Zdaniem pracodawców przemysłu farmaceutycznego, jest to uzasadnione, a kwestionowanie wartości leków generycznych jest wyrazem niewiedzy i niepotrzebnie podważa zaufanie pacjentów do decyzji lekarzy.

Na leku generycznym przeprowadza się jedynie badania kliniczne dotyczące tego, czy działa on w organizmie pacjenta w ten sam sposób co lek oryginalny – wyjaśnia Błaszczyk. – Nie ma potrzeby wykonywać badań dotyczących jego skuteczności, gdyż zostały one przeprowadzone już na pierwowzorze. Generyk to ten sam lek, w tym samym stężeniu i działający w tym samym miejscu. Jest po prostu tańszy i dzięki temu dostępny dla większej liczby pacjentów.

Przeciwko zastąpieniu leku oryginalnego lekami generycznymi protestuje Stowarzyszenie Pomocy Chorym na Przewlekłą Białaczkę Szpikową SPBS. Zdaniem reprezentantów pacjentów, leki generyczne w przypadku leczenia nowotworów przewlekłych wymagają bardziej uważnych badań niż badania zamienników na mniej poważne choroby. Powołują się oni na publikacje naukowe autorów twierdzących, że użycie generyków okazywało się niekorzystne dla pacjentów.

Święta wielkanocne sprzyjają producentom jaj i mięsa. Obydwie branże nastawiają się głównie na eksport

CEO Magazyn Polska

Święta wielkanocne przyniosą ulgę producentom mięsa, którzy tracą nawet 2-3 miliony złotych dziennie z uwagi na rosyjskie embargo na polską wieprzowinę oraz niepokoje na Ukrainie. Poza większą konsumpcją w kraju producenci szukają też nowych rynków. Lepiej sytuacja wygląda na rynku jaj. Eksport to ponad 40 proc. tego rynku, ale wciąż jest szansa na jego zwiększenie.

Eksport odgrywa coraz większą rolę w całej polskiej gospodarce. Jego wartość to już 40 proc. PKB, a do 2020 r. udział ma wzrosnąć do 60 proc. PKB. Jak dodaje Wcisło, w ubiegłym roku Polska zanotowała nadwyżkę handlową, czyli wartość eksportu była wyższa od importu. Już 39 proc. polskich firm jest zainteresowanych rozwojem międzynarodowym, a szczególną szansę na to mają producenci mięsa i jaj.

W 2013 r. każdy Polak statystycznie zjadł 166 jaj, co daje spożycie na poziomie ok. 6 mld sztuk w skali kraju. Tymczasem produkcja jaj spożywczych wyniosła 10 mld (oraz dodatkowy miliard jaj wylęgowych). Oznacza to, że ponad 40 proc. produkcji jaj trafia na eksport, a Polska jest szóstym największym producentem w UE i ma 8 proc. udziału we wspólnotowym rynku.

Polscy producenci spełniają normy Unii Europejskiej, najwięksi producenci są w stanie produkować 5,5 miliona jaj w ciągu doby. W związku z tym oni doskonale wiedzą, jak konkurować na rynkach europejskich. Dostrzegam też dużą szansę w produkcji jaj ekologicznych – mówi Marek Wcisło, dyrektor zarządzający Kompass Poland, firmy dostarczającej informacje biznesowe i bazy danych.

97 proc. eksportu jaj trafia na rynki europejskie. Największymi odbiorcami, do których łącznie trafia 70 proc. eksportowanych jaj, są Niemcy, Holandia i, po dużym wzroście, Włochy (z 3 do 16 proc.). Obiecującym rynkiem jest również Egipt, który rozpoczął import polskich jaj.

Gorsza sytuacja jest w branży mięsnej, bo z powodu embarga na polską wieprzowinę w Rosji, polscy producenci są odcięci od tego ważnego rynku. Z uwagi na niestabilną sytuację zmalał też eksport na Ukrainę. Eksporterzy tracą z tych względów nawet 2-3 miliony złotych dziennie. Wieprzowina to ok. jednej trzeciej mięsa eksportowanego z Polski – większą część stanowi drób.

– Tym bardziej eksporterzy poszukują nowych rynków zbytu, miejsc, gdzie to tej pory nie byli, poszukują nowych baz danych przedsiębiorstw, gdzie mogliby uzyskać nowe kontrakty. Widzimy bardzo dużą aktywność w tej chwili w obszarach do tej pory mniej popularnych. Nawet poza Unią Europejską szuka się odbiorców: Stany Zjednoczone, Turcja i Chiny są popularne, to są duże rynki, w których złapanie 2-3 kontraktów, a nawet jednego w ciągu roku z dobrym partnerem, to może być nawet do 60-80 proc. obrotów danej firmy – podkreśla Wcisło.

Turcja straciła na atrakcyjności po wprowadzeniu zakazu uboju rytualnego, co uniemożliwia eksport mięsa halal dla muzułmanów. Producenci analizują także rynki w Kanadzie i na Tajwanie, a zgodnie z danymi Głównego Inspektoratu Weterynaryjnego kolejne zakłady uzyskały licencje eksportowe na wieprzowiną do Chin, Korei i Stanów Zjednoczonych, a na wołowinę – do Hongkongu.

Ponieważ poszukiwanie nowych rynków zbytu wciąż trwa, podaż jest obecnie wyższa od popytu. Powoduje to niewielki spadek cen, ale wzrost zapotrzebowania na mięso w związku ze świętami wielkanocnymi oraz rozpoczynający się sezon grillowy kompensuje ten spadek.

Wcisło dodaje, że polscy producenci poza poszukiwaniem nowych rynków rozwijają też sektor żywności ekologicznej. Te produkty trafiają przede wszystkim do Europy, a w ich produkcji specjalizuje się Lubelszczyzna.

Polacy marnują ok. 2 mln ton żywności. Zbyt dużo kupują i przygotowują za duże porcje

CEO Magazyn Polska

W Polsce rocznie marnuje się ok. 9 mln ton żywności, za co w większości odpowiedzialny jest sektor produkcji. Jednak konsumenci również mają znaczący udział w statystykach. Polacy wyrzucają ok. 2 mln ton żywności. Zmniejszenie tej skali nie jest trudne – wystarczy zmiana kilku nawyków żywieniowych. 

Do wyrzucania jedzenia przyznaje się blisko 40 proc. dorosłych Polaków (badanie Millward Brown na zlecenie Federacji Polskich Banków Żywności). Najczęściej w koszach lądują takie produkty, jak: wędliny, pieczywo, warzywa, owoce oraz jogurty.

Zmiana tego zależy od nas. Jest to dość złożony proces: zarówno planowanie zakupów, przygotowywanie posiłków, przechowywanie żywności w domu, jak i wykorzystanie żywności, która nam została po posiłku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Borowski, prezes Federacji Polskich Banków Żywności.  

Ankietowani przyznali, że przyczyną najczęściej jest przegapienie terminu przydatności do spożycia. Zmiana nawyków konsumentów pomogłaby zmniejszyć skalę wyrzucania żywności i tym samym przynieść oszczędności w domowych budżetach. Marek Borowski radzi, by nie robić zakupów, kiedy odczuwamy głód, bo wtedy z reguły kupujemy więcej. Ważne jest też przetransportowanie i przechowywanie żywności w odpowiedni sposób – tak, by przez długi czas pozostała świeża.

Kolejna rzecz to planowanie posiłku na konkretną liczbę osób i planowanie porcji surowców, które chcemy spożytkować. Polacy mają tendencję do przygotowywania za dużych porcji, a później część tej żywności, niestety, ląduje w koszu – mówi prezes Federacji Polskich Banków Żywności. – Ważne są również kwestie związane z przygotowaniem żywności: w odpowiednich garnkach, w odpowiedniej ilości wody i na odpowiedniej wielkości palniku. Mówimy tu nie tylko stratach żywności, lecz także o stratach energii i wody, które są bardzo ważne dla naszego środowiska.

Podkreśla, że warto również znaleźć sposób na wykorzystanie pozostałej po gotowaniu żywności czy resztek jedzenia. 

Na stronie banków żywności Niemarnuje.pl jest bardzo dużo przepisów, jak przygotować posiłki z tego, co zostało w lodówce. Często zostaje nam ostatnia papryka, pomidor czy kawałek sera i nie bardzo wiemy, co z tym zrobić, a naprawdę są świetne przepisy, podpowiadające nam, jak tę żywność wykorzystać – dodaje Borowski.

Banki żywności starają się walczyć ze skalą marnotrawienia żywności zarówno wśród konsumentów, jak i w sektorze produkcji – gdzie marnuje się najwięcej, a także w dystrybucji.

Producentom pokazywaliśmy, jak wyglądają straty w całym łańcuchu produkcji i którą żywność można zagospodarować. Banki żywności są naturalnym partnerem dla producentów, bo współpracują z wieloma podmiotami społecznymi, więc gwarantują, że ta żywność nie będzie wykorzystana w celach handlowych, tylko zostanie przekazana na cele społeczne – podkreśla Marek Borowski. – Do dystrybutorów kierowaliśmy programy edukacyjne, pokazujące, w jaki sposób można dobrze gospodarować żywnością i jak informować o tym klientów.

Podsumowanie Radaru Ekonomicznego w Warszawie

Wątek wschodni i jego wpływ na gospodarkę, 10 lat Polski w Unii Europejskiej, OFE i prognozy inwestycyjne – to najważniejsze tematy wtorkowej debaty, która odbyła się w ramach Radaru Ekonomicznego Union Investment TFI.
Uczestnikami dyskusji byli Wiesław Rozłucki (prezes Rady Giełdy), Ryszard Petru (Przewodniczący Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich), prof. UW dr. Hab. Dominika Maison (psycholog) i Zbigniew Jakubowski (wiceprezes Union Investment TFI). Za moderację debaty odpowiadał Krzysztof Berenda, dziennikarz RMF FM. Całe wydarzenie było po raz pierwszy transmitowane na żywo, a oglądający relację on-line za pomocą dedykowanego portalu mogli w trakcie trwania Radaru stale zadawać pytania uczestnikom.

Uczestnicy dyskusji byli zgodni, co do faktu, iż na tym etapie wpływ konfliktu ukraińskiego na polską i międzynarodową gospodarkę jest przeceniany, szczególnie przez media, a sentyment inwestorów – tak profesjonalnych jak i zwykłych przedsiębiorców – nadal będzie podążał przede wszystkim za racjonalną oceną biznesową. Ryszard Petru zwrócił dodatkowo uwagę, że w Unii Europejskiej mówi się dużo rzadziej o działaniach Rosji, a np. media greckie mają pretensje o udzielanie Ukrainie finansowej pomocy, podczas gdy ich kraj potrzebuje jej o wiele bardziej.
W dyskusji o polskiej gospodarce nie mogło zabraknąć wątku reformy emerytalnej, jednak z jej skutkami na kondycję warszawskiej giełdy uczestnicy Radaru radzili wstrzymać się do końca tego roku. Wiesław Rozłucki opisał całą sytuację z OFE cytatem: „Ty jesteś jak zdrowie, ile Cię cenić trzeba, ten tylko się dowie, kto Cię stracił”. Rozmowie przyświecało rozczarowanie, że tak niewielu Polaków postanowiło do tej pory pozostać w funduszach emerytalnych. Dominika Maison tłumaczyła to faktem, że zdecydowana większość naszych rodaków nie orientuje się w całej sytuacji i woli nie podejmować żadnej decyzji, skutkiem czego trafia ostatecznie do ZUS.

10 lat Polski w Unii Europejskiej to najlepsze powojenne lata dla rozwoju naszego kraju, co do tego wątpliwości nie miał nikt. Polska powoli dogania Europę – w momencie akcesji relacja krajowego do uśrednionego unijnego PKB wynosiła 50%, obecnie jest to 66%. W międzyczasie wyprzedziliśmy Węgry, których produkt krajowy brutto wzrósł w ciągu tych samych 10 lat jedynie o 4 pkt. proc. – zauważał Wiesław Rozłucki.

Na koniec dyskusji pozostawiono najbardziej elektryzujące tematy, czyli prognozy inwestycyjne. Goście zgodnie podkreślali, że jeśli zależałoby to od nich to zaczęliby kupować akcje, ponieważ rok 2015 będzie stał pod znakiem widocznych wzrostów tej klasy aktywów. Z kolei Zbigniew Jakubowski z Union Investment TFI sugerował, że warto zwrócić uwagę na spółki średnie, ponieważ mają one duży potencjał. Przestrzegał zarazem przed wypatrywaniem hossy na rynku surowcowym. Według niego sektor ten jest aktualnie zbyt narażony na wahania.

W całym spotkaniu uczestniczyło blisko sto osób ze świata finansów i inwestycji. Kolejny Radar w Warszawie już za rok.

Grupa PZU przejmuje aktywa RSA w Polsce (Link4) oraz krajach bałtyckich

Zawarta 17 kwietnia 2014 roku umowa przewiduje, że PZU SA przejmie w Polsce lidera rynku ubezpieczeń direct – Link4 Towarzystwo Ubezpieczeń S.A. oraz liderów rynków: litewskiego – Lietuvos Draudimas AB oraz łotewskiego – AAS Balta. Przedmiotem umowy jest także przejęcie biznesu estońskiej spółki Codan Forsikring A/S. Transakcje uzależnione są od zgody regulatorów rynków, na których działają przejmowane spółki, a także właściwych urzędów antymonopolowych. Ich łączna wartość to około 360 mln EUR. Ekspansja międzynarodowa PZU jest jednym z kluczowych elementów strategii Grupy.

Strategia PZU 2.0 na lata 2012 – 2014 wskazuje, że celem PZU jest zbudowanie istotnego biznesu poza granicami Polski. Zakup aktywów RSA Insurance Group plc w Polsce i krajach bałtyckich jest zatem realizacją strategicznych celów.

– Cieszę się, że możemy dziś ogłosić realizację kolejnego, tak ważnego elementu strategii PZU. Ta akwizycja plasuje nas na pozycji lidera branży ubezpieczeniowej w naszym regionie – mówi Andrzej Klesyk, prezes zarządu PZU SA. – Zakupione aktywa to spółki o zdrowym biznesie, działające na perspektywicznym, rozwijającym się rynku. Ważny jest też dla nas fakt, iż przejęcia realizujemy w krajach, które od dekady są w Unii Europejskiej. Od przyszłego roku wszystkie trzy kraje nadbałtyckie będą funkcjonowały w strefie Euro. To oznacza dla nas stabilność i przewidywalność.

Przejęcie w Polsce Link4 – lidera rynku direct – oznaczać będzie uzupełnienie strategii PZU. Pozwoli firmie na dotarcie do zupełnie innej grupy klientów, którzy preferują model obsługi bezpośredniej, którego pionierem w Polsce był właśnie Link4.

– Marka Link4 w portfolio PZU pozwoli na skierowanie oferty ubezpieczeniowej adresowanej do innych klientów, niż ma to miejsce w przypadku PZU. Udział w rynku graczy specjalizujących się w ofercie direct w ciągu ostatnich 5 lat zwiększył się dwuipółkrotnie. Budowanie nowej marki od podstaw byłoby trudne, kosztowne, długotrwałe i obarczone ryzykiem. Ta akwizycja pozwoli Grupie PZU na udział we wzroście segmentu direct, w oparciu o znaną wśród Polaków markę. Dzięki temu będziemy liderem rynku ubezpieczeń sprzedawanych w tradycyjnym modelu agencyjnym oraz coraz bardziej popularnym modelu direct – mówi Andrzej Klesyk.

Przejęcie Link4 umożliwi pozyskanie know-how w zakresie funkcjonowania kanału direct, a uzupełniające się kanały dystrybucji to kolejny argument przemawiający za tą transakcją.

Przykłady europejskie wskazują, że wiodący ubezpieczyciele na porównywalnych rynkach często wykorzystują wiele marek do oferowania swoich produktów. W Polsce 3 spośród 6 największych graczy sprzedaje pod więcej niż jedną marką.

Zgodnie z harmonogramem wszystkie akwizycje powinny zostać sfinalizowane do końca 2014 roku.

Podstawowe informacje finansowe o przejmowanych spółkach

Działalność RSA w krajach bałtyckich obejmuje szeroką ofertę produktów ubezpieczeniowych zarówno dla klientów indywidualnych jak i korporacyjnych. Na dzień 31 grudnia 2013 roku wartość aktywów RSA w krajach bałtyckich wyniosła około 309 mln EUR, a jej aktywa netto wyniosły około 106 mln EUR. Zysk brutto w 2013 roku wyniósł około 18 mln EUR. Cena za przejęcie aktywów RSA w krajach bałtyckich wyniosła około 270 mln EUR, włączając dywidendę w wysokości 12 mln EUR dla RSA Insurance Group plc.

Link4 jest wiodącym na rynku, w zakresie operacji typu direct, ubezpieczycielem w Polsce z szeroką gamą produktów ubezpieczeniowych kierowanych zarówno do klientów indywidualnych jak i korporacyjnych.

Na dzień 31 grudnia 2013 roku wartość aktywów Link4 w Polsce wyniosła 662 mln PLN, a jej aktywa netto osiągnęły 134 mln PLN. Zysk brutto w 2013 roku wyniósł 30 mln PLN. Cena za przejęcie aktywów Link4 w Polsce wyniosła około 90 mln EUR.

PZU dziś jest obecny w krajach bałtyckich

W krajach bałtyckich Grupa PZU prowadzi swoją działalność ubezpieczeniową poprzez dwie spółki zarejestrowane na Litwie: PZU Lietuva oraz UAB PZU Lietuva Gyvybës Draudimas.

W 2013 roku PZU Litwa pozyskał składkę przypisaną brutto o wartości 189 mln litów litewskich, tj. o 16,7% wyższą w porównaniu do 2012 roku. W 2013 roku składka pozyskana przez PZU Litwa Życie wyniosła ona 26,1 mln litów litewskich, tj. zwiększyła się o 24%. W 2013 roku PZU Litwa zajmował trzecią pozycję na litewskim rynku ubezpieczeń majątkowych i pozostałych osobowych z udziałem w rynku na poziomie 13,6% (13,3% w 2012 roku). Natomiast udział w rynku ubezpieczeń na życie PZU Litwa Życie wynosił 4,2% (w porównaniu z 3,7% w 2012 roku).

W 2013 roku działalność PZU na Łotwie i Estonii znajdowała się w fazie początkowej. Biuro w Rydze pierwszą polisę sprzedało w grudniu 2012 roku. W 2013 roku biuro przygotowało kolejne produkty (OC i AC), dostosowane do wymogów rynku łotewskiego. Oddział PZU Lietuva został zarejestrowany w dniu 14 listopada 2012 roku. Oddział rozpoczął działalność na przełomie II/III kwartału 2013 roku.

Deloitte Advisory Sp. z o.o.był doradcą finansowym PZU w procesie zakupu aktywów bałtyckich, w ramach którego przeprowadził między innymi wycenę przejmowanego podmiotu, przeprowadził aktuarialne, finansowe oraz podatkowe badanie due diligence. EY był doradcą finansowym PZU w procesie zakupu Link4, w ramach którego przeprowadził wycenę przejmowanego podmiotu, jak również aktuarialne, finansowe oraz podatkowe badanie due diligence. Deutsche Bank był doradcą finansowym, i przedstawił fairness opinion dla Zarządu PZU dla transakcji bałtyckich. Linklaters obsługiwał prawnie całość transakcji przy lokalnym wsparciu kancelarii Sorainen na rynkach bałtyckich.

Inflacja w marcu utrzymała się na poziomie 0,7% r/r

Inflacja (CPI) pozostała w marcu na poziomie 0,7% r/r (0,1% m/m). Dopuszczaliśmy możliwość jej wzrostu do 0,8% r/r. Niskiej inflacji sprzyjał (podobnie jak w lutym) przede wszystkim nietypowy dla marca, niespodziewany spadek cen żywności (-0,4% m/m). Taniały warzywa, dość mocno obniżyły się ceny mięsa wieprzowego – do czego przyczyniło się embargo na jego eksport w kierunku wschodnim. Obniżająco na ogólny wskaźnik cen wpływał także spadek cen towarów i usług w grupie „Mieszkanie”.

Wyraźnego wzrostu cen w grupie „Wyroby tytoniowe i napoje alkoholowe” można było oczekiwać w wyniku wzrostu akcyzy, podobnie jak sezonowego wzrostu cen odzieży i obuwia. Ceny w grupie „Zdrowie”, także wzrosły w marcu w sposób zbliżony do lat poprzednich. Zaskoczeniem był natomiast wzrost opłat związanych z łącznością o 0,6% m/m – efekt nowych ofert usług internetowych. Zauważalnie wzrosły także ceny „Rekreacji i kultury” – tutaj z kolei głównie wskutek wprowadzenia nowych cenników przez operatorów telewizji kablowych i satelitarnych. Poza tymi dwoma przypadkami trudno jednak doszukać się w marcu przejawów presji na wzrost cen. Szereg towarów i usług nawet potaniało. Mimo to, inflacja netto może w marcu nieznacznie wzrosnąć z lutowego poziomu 0,9% r/r

Sprzyjająca pogoda powinna w najbliższych miesiącach sprzyjać niskim cenom owoców i warzyw. Podobny efekt mogą przynieść ograniczenia na eksport polskiej żywności na Wschód. W ostatnich tygodniach można zauważyć pewien wzrost cen żywności na rynkach światowych. Prognozuje się jednak nadal utrzymanie stosunkowo niskich cen paliw. Zakładając nawet, że wzrost popytu zwiększy w II połowie roku pole manewru producentów w kształtowaniu cen – inflacja pozostanie nadal niska. W maju i czerwcu może zbliżyć się na krótko do 1,0% r/r, ale w lipcu zaniknie zeszłoroczny efekt wzrostu cen wywozu śmieci, co może sprowadzić wskaźnik CPI poniżej 0,5% r/r. Dopiero pod koniec roku CPI przekroczy 1,0% r/r. Średnioroczna inflacja w tym roku może być nawet niższa niż w roku 2013 , kiedy wyniosła 0,9%.

Paweł Durjasz
Główny Ekonomista PZU

Budować czy kupować?

Wiele osób stanęło na pewno przed wyborem – kupić dom czy go wybudować. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, co jest lepsze. To trochę tak jakby porównać gotowanie obiadu w domu z wyjściem do restauracji. Jest to indywidualna sprawa każdego człowieka i każdy ma na ten temat inne zdanie. Obie decyzje mają swoje plusy i minusy. Jak wszystko w życiu.

Dom to szeroko pojęte określenie miejsca, w którym mieszkamy. Dla jednych są to ściany i dach nad głową, dla drugich coś więcej. Może to być 300-metrowa willa z basenem, ulokowana w malowniczej okolicy, jak również 30-metrowa kawalerka, z ciemną kuchnią, na 11 piętrze bloku z płyty. Kwestia pieniędzy.

Jeśli patrzymy na dom jedynie jak na miejsce w którym śpimy, to zapewne lepiej jest kupić niż patrzeć na proces jego powstawania. Natomiast osoby, dla których jest to wymarzone miejsce, a obraz mają wyraźnie zarysowany w głowie, wybiorą drogę budowy. Pierwsza i podstawowa różnica w jest cenie. Jeżeli budżet, przeznaczony na inwestycję, zamyka się w kwocie 100 tysięcy, to nie ma o czym myśleć. Natomiast proporcjonalnie do pieniędzy rosną możliwości. Inna kwestia to obowiązki. Jeżeli ktoś musi być w mieście 3-4 razy w ciągu dnia, odwieźć dziecko do szkoły, jechać do pracy, zrobić zakupy czy załatwić coś w urzędzie, wybiera mieszkanie. Budowa czy kupno domu poza miastem mija się z celem.

Warto pamiętać, że do całkowitego kosztu budowy domu należy doliczyć działkę i ewentualne przystosowanie jej. To może powodować największą różnicę. Leszek A. Hardek, Prezydent Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości zaznacza: „Działki, które znajdują się daleko od miasta, mogą być bardzo tanie. Ale jeśli chcemy budować dom na atrakcyjnym terenie, może okazać się, że ta działka stanowi bardzo dużą część całkowitego kosztu. Bez wiedzy na temat cen działek nie można powiedzieć, czy bardziej opłaca się kupno domu czy jego budowa”.

„Jeżeli mamy do czynienia z osobami, które są zajęte zawodowo, być może należy wybrać dom kupiony od dewelopera. W przypadku osób, które znają się na tym i dysponują czasem, część robót może zostać wykonanych samodzielnie, co mocno obniży koszty” – dodaje Leszek A. Hardek.

Sam sposób budowy również wymaga podjęcia trudnej decyzji. Budować w klasyczny sposób czy z wykorzystaniem dostępnych, nowoczesnych technologii. Patrzeć na to jak buduje sąsiad, czy zainteresować się, jak budują na świecie. Mariusz Dębski, dyrektor ds. rozwoju i strategii Z500 wymienia: „Najbardziej znaną i powszechną technologią budowy jest technologia tradycyjna. Mokra, ciężka, z cegły. 80% budynków w Polsce powstaje w taki sposób. Plusem jest solidność, ale taki dom buduje się długo.” Warto pamiętać, że długa budowa powoduje wiele różnych, nieprzewidzianych sytuacji, co może blokować pieniądze i czas. „Druga podstawowa technologia to domy szkieletowe drewniane. Stanowi około 10% rynku, ale jej pozycja będzie rosła. Ściana domu budowanego w tej technologii, przy tej samej grubości, jest cieplejsza jak ściana betonowa. Trzeci rodzaj, to technologie tak zwane szybkie. Są prefabrykowane i przygotowane, tak żeby można było po trzech miesiącach skończyć prace przy budowie domu” – kontynuuje Mariusz Dębski.

Z każdym rokiem dostrzegalny jest rozwój technologii, która pozwala na budowę domu przyjaznego środowisku. „[…] W takich nieruchomościach instaluje się program, który steruje temperaturą w domu podczas naszej nieobecności. Nie ma tradycyjnych kominów, dużych okien, natomiast całe ciepło służące do ogrzania domu jest w 85% odzyskiwane metodą rekuperacji i po raz kolejny trafia do domu. Koszt budowy w takiej technologii nie jest wyższy, ale dzięki odzyskiwaniu energii taki dom jest znacznie tańszy w eksploatacji. To jest przyszłość” – dodaje Mariusz Dębski.

Człowiek, który chce mieć własny dom, stoi przed wieloma wyborami. Musi rozważyć wiele istotnych kwestii. Cisza i spokój za miastem czy hałas i zgiełk, ale jednak w mieście. Kupno mieszkania, a może jednak budowa domu – to sprawa bardzo indywidualna i osobista.

Sprzedaż samochodów osobowych: Polska i Europa nie zdjemują nogi z gazu

Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów (ACEA) wynika, że Europejczycy kupili w marcu br. 1,45 mln nowych samochodów osobowych, czyli o 10,6% więcej niż rok temu. Był to siódmy miesiąc z rzędu, w którym w europejskich salonach samochodowych panował ożywiony ruch. Bardzo dobrym wynikiem mogą pochwalić się Polacy, którzy za sprawą „kratek” zarejestrowali o ponad 40% osobówek więcej niż rok temu. Zdaniem przedstawicieli Exact Systems nowe przepisy obowiązujące od kwietnia br. będą sprzyjały zakupom droższych modeli.

Sprzedaż samochodów osobowych

W polskiej branży motoryzacyjnej pierwszy kwartał tego roku upłynął pod hasłem „auto z kratką”. Pojawienie się okienka derogacyjnego i możliwość odliczenia pełnego VAT wywołały lawinę zamówień na tzw. „kratki”, co przełożyło się na bardzo dobre wyniki sprzedaży samochodów osobowych w naszym kraju – podsumowuje Paweł Gos, prezes Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji.

W marcu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 35 486 tys. nowych samochodów osobowych (wliczając tzw. kratki), czyli o ponad 41% więcej niż w tym samym miesiącu 2013 r. Od początku roku z polskich salonów wyjechało 97 620 osobówek, co oznacza 29% dynamikę rok do roku. Wśród nich było aż 22 tys. „kratek”.

Ożywienie w europejskich salonach, fenomen Wielkiej Brytanii

Do życia budzi się także europejski sektor motoryzacyjny. Marzec, w którym z salonów europejskich wyjechało ponad 1,45 mln nowych osobówek, to siódmy miesiąc z rzędu „na plusie” (+10,6% r/r). Od początku roku w Europie zarejestrowano o ponad 8% więcej aut niż w analogicznym okresie 2013 r. Dane za ostatnie miesiące przedstawiające sprzedaż nowych samochodów osobowych dają nadzieję, że europejska branża motoryzacyjna najgorsze ma już za sobą. Co prawda mamy do czynienia z najniższym wolumenem sprzedaży od kilku lat, to jednak cieszą kolejne rosnące słupki. Ciekawym przypadkiem, któremu przyglądamy się od kilku miesięcy jest rynek brytyjski, który rośnie nieprzerwanie od ponad 2 lat. Tylko w marcu Anglicy kupili więcej samochodów niż Polacy w całym 2013 r. – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems. Większość głównych rynków europejskich odnotowała wzrost rejestracji nowych aut osobowych: Niemcy (+5,4% r/r), Hiszpania (+10% r/r), Włochy (+5% r/r) i Wielka Brytania (+17,7% r/r).

W Polsce i Europie rządzi grupa Volkswagen

Zarówno w marcu jak i całym pierwszym kwartale najchętniej kupowaną marką samochodową w segmencie osobówek w Polsce jest Skoda – w ciągu trzech miesięcy zostało sprzedanych ponad 14 tys. modeli tego producenta. Tuż za nią uplasowały się Volkswagen i Toyota. Polacy nadal najchętniej kupują Skodę Oktavię, Forda Focusa i Skodę Fabię. Nieco inaczej prezentuje się europejska mapa producentów. W Europie najlepiej radzi sobie marka Volkswagen z blisko 160 tys. sprzedanych aut w marcu – mówi Jacek Opala.

2014 rokiem modeli premium?

Od 1 kwietnia zaczną obowiązywać nowe, dla części przedsiębiorców mniej korzystne, przepisy podatkowe dotyczące zakupu samochodów firmowych. W związku z tym dynamika rejestracji nowych osobówek może ulec obniżeniu, ale mam tutaj na myśli głównie grupę marek popularnych. Bowiem w przypadku modeli premium nowe regulacje są korzystniejsze niż te obowiązujące do końca ubiegłego roku i mogą pozytywnie wpłynąć na ten segment rynku – mówi Paweł Gos. I dodaje, że cały rok dla naszej branży motoryzacyjnej będzie lepszy od minionego. Liczba 310–320 tys. nowych rejestracji w tym roku, czyli ok. 5-10% wzrost r/r, jest się moim zdaniem realna – ocenia Paweł Gos.

Orange przegrywa w sądzie z UOKiK

Polska Telefonia Komórkowa Centertel (obecnie Orange Polska) działała niezgodnie z prawem utrudniając konsumentom przeczytanie umowy przed jej zawarciem. Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zgodził się ze stanowiskiem UOKiK

Gdy umowa o świadczenie usług telekomunikacyjnych jest zawierana lub zmieniana na odległość (np. przez telefon lub Internet), operator powinien dostarczyć konsumentowi kontrakt w wersji pisemnej. Postępowanie UOKiK wykazało m.in., że spółka PTK Centertel (obecnie Orange Polska) wywierała na swoich klientów niedopuszczalną presję, wymagając aby podpisywali umowę w obecności kuriera. Zdaniem UOKiK, stosowana przez Orange praktyka utrudniała konsumentom przeczytanie ze zrozumieniem kontraktu przed jego podpisaniem. Tymczasem, zgodnie z prawem, konsument powinien mieć realną możliwość zapoznania się z wzorcem umownym przez złożeniem podpisu tak, aby znał wiążące go postanowienia.

Wyrok sądu dotyczy decyzji Prezes UOKiK z grudnia 2010 r. Sąd podzielił stanowisko UOKiK, jednak obniżył karę pieniężną do 13 937 400 zł. Za okoliczność łagodzącą uznane zostało podjęcie przez PTK Centertel (obecnie Orange Polska) negocjacji ze spółką kurierską w celu zmiany sposobu doręczania przesyłek. Wyrok SOKiK w Warszawie z 2 kwietnia 2013 r. (XVII Ama 51/11) nie jest prawomocny, stronom przysługuje apelacja.

Polski sektor MŚP coraz bardziej mobilny

Małe i średnie firmy w Polsce coraz częściej korzystają z urządzeń przenośnych. W porównaniu do sytuacji sprzed dwóch lat, trend mobilności wyraźnie zyskał na znaczeniu. Wydłużył się również nieznacznie cykl wymian sprzętu.

Rośnie wykorzystanie smartfonów i tabletów

Z badania małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP) przeprowadzonego w I kw. 2014 r. na próbie 800 podmiotów przez firmę badawczą PMR wynika, że średnio jedno przedsiębiorstwo z sektora MŚP w Polsce, zatrudniające od 10 do 249 pracowników, posiada 14 komputerów stacjonarnych, 6 laptopów, 4 smartfony i jeden tablet. Można zaobserwować, że liczba posiadanych urządzeń jest większa w średnich przedsiębiorstwach, w firmach posiadających zagranicznego inwestora oraz mających więcej niż jeden odział. Nasycenie technologiami IT wzrasta także wraz z wielkością przychodów firmy. Oznacza to, że firmy posiadające bardziej sformalizowaną strukturę i działające na większą skalę potrzebują odpowiednich technologii, których funkcjonowanie i wykorzystanie jest uzależnione od posiadania właściwych urządzeń.

W porównaniu do poprzedniej edycji badania sprzed dwóch lat, nie zmieniły się zasadniczo wskaźniki nasycenia sektora MŚP komputerami, jednak wzrosła średnia liczba posiadanych urządzeń. Największy wzrost można zauważyć w liczbie posiadanych smartfonów, które nie są już charakterystyczne dla firm o największych przychodach jak to miało miejsce dwa lata temu. W przypadku smartfonów średnia liczba wykorzystywanych urządzeń w firmach z sektora MŚP wzrosła czterokrotnie w porównaniu do danych z badania z 2012 r.

Minimalnie dłuższy cykl wymian

Analizując średnią liczbę lat, po których wymienia się w polskich firmach sprzęt na nowy, można zauważyć, że zmienne charakteryzujące przedsiębiorstwa nie wpływają zasadniczo na skłonność firm do wymiany sprzętu. Komputery stacjonarne służą średnio pięć lat, przenośne cztery lata, telefony komórkowe (także smartfony) dwa lata. Dwuletni cykl wymiany telefonów komórkowych wiąże się ze standardowym czasem trwania umowy z operatorami telefonii komórkowej. Potwierdza to również analiza odpowiedzi na pytanie o rodzaj płatności, gdzie większość firm ma umowę na abonament, która zazwyczaj daje możliwość wymiany telefonu w cyklu dwuletnim. Z drugiej strony, wzrost popularności ofert ryczałtowych bez telefonu powoduje stopniowe wydłużenie okresu korzystania z telefonów w firmach.

Mimo wspomnianego wzrostu wykorzystania urządzeń przenośnych, nie maleje zainteresowanie MŚP desktopami, które są obecne praktycznie w każdej polskiej firmie zatrudniającej 10-249 pracowników. Średnia liczba lat, po których wymienia się komputer biurkowy w kolejnych edycjach badania nieznacznie wzrasta, co może świadczyć o rosnącej wydajności dostępnego sprzętu, która spełnia oczekiwania użytkowników.

Uwagi metodologiczne na temat badania

Powyższe dane pochodzą z cyklicznego badania polskiego sektora MŚP przeprowadzanego przez firmę badawczą PMR. Najnowsza edycja badania została zrealizowana w I kw. 2014 roku, a jej pełne wyniki są dostępne w raporcie „Oprogramowanie, usługi i infrastruktura ICT w małych i średnich firmach w Polsce 2014”. Zakres badania obejmuje infrastrukturę ICT, oprogramowanie i usługi IT wykorzystywane przez małe i średnie firmy, poziom wydatków na informatykę i telekomunikację, finansowanie i fundusze UE, a także plany zakupowe. Przedmiotem badania była również popularność poszczególnych dostawców i znajomość marek wśród firm z sektora MŚP.

W badaniu wykorzystano losową, warstwową próbę firm zatrudniających 10-49 oraz 50-249 osób. Należy zaznaczyć, że w badaniu nie uwzględniono podmiotów gospodarczych działających w administracji publicznej, samorządowej i edukacji, służb mundurowych oraz stowarzyszeń. W sumie zrealizowano 804 pełnowartościowe wywiady. Wyniki badania mogą być uogólnione na zbiorowość polskich przedsiębiorstw zatrudniających 10-249 osób, działających w następujących branżach:
• handel hurtowy i detaliczny
• produkcja ciągła, produkcja w masie (produkcja napojów, żywności, surowców chemicznych itp.) – określana w raporcie również jako „produkcja procesowa”
• produkcja w sztukach (produkcja maszyn, urządzeń, gotowych wyrobów metalowych, mebli itp.) – w raporcie określana także jako „produkcja dyskretna”
• transport i logistyka
• HoReCa – sektor hoteli, restauracji, barów i kawiarni
• przedsiębiorstwa użyteczności publicznej (elektrociepłownie, oczyszczalnie ścieków, wodociągi etc.)
• finanse i ubezpieczenia
• inne usługi (zaliczono tu m.in. budownictwo, obrót nieruchomościami, służbę zdrowia, a także telekomunikację i informatykę).

Rynek suplementów diety w Polsce napędza sprzedaż poza aptekami

Według najnowszego raportu „Rynek suplementów diety w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018” wartość sprzedaż suplementów diety w 2013 r. wzrosła o 9%, biorąc pod uwagę sprzedaż apteczną, pozaapteczną i przez internet. Motorem wzrostu, tak jak i w roku 2012, była sprzedaż suplementów w kanałach pozaaaptecznych.

Producenci mogą liczyć na wzrost 9-10% również i w latach 2015-2016

W 2012 r., w przeciwieństwie do rynku leków, rynek suplementów diety w Polsce zanotował dodatnią dynamikę sprzedaży, rosnąc o około 2%. Wynikało to z podobnego spadku sprzedaży aptecznej suplementów diety i leków OTC, a jednocześnie z szybszego wzrostu sprzedaży pozaaptecznej tej pierwszej grupy produktów. Dodatkowo, w przypadku suplementów dystrybucja pozaapteczna odgrywa znacznie większą rolę niż na rynku leków OTC, tak więc dynamika tego kanału bardziej wpływa na cały rynek.

Według naszych szacunków, w 2013 r. motorem rynku był ponownie kanał pozaapteczny, w którym sprzedaż wzrosła o około 16%.

Po spodziewanym obniżeniu dynamiki w 2014 r., za sprawą wysokiej bazy i niższej liczby zachorowań, w latach 2015-2018 dynamika wzrośnie do około 9-10% rocznie. Sprzedaż pozaapteczna będzie rosła bardziej dynamicznie niż sprzedaż apteczna ze względu na mniejsze ograniczenia prawne np. obecnie w rozwoju sprzedaży na rynku aptecznym przeszkadza ich zła sytuacja finansowa oraz zakaz reklamy aptek.

Biorąc pod uwagę czynniki makroekonomiczne, w następnych latach należy oczekiwać szybszego wzrostu płac realnych, wraz z postępującym ożywieniem gospodarczym i spadkiem bezrobocia, co pozytywnie wpłynie na tempo wzrostu sprzedaży suplementów diety.