Polacy nadal jedzą mało ryb. Szanse na znaczący wzrost spożycia są niewielkie

CEO Magazyn Polska

W ubiegłym roku o 7 procent wzrosła w Polsce konsumpcja ryb. Statystyczny Polak zjada nieco ponad 12 kg rocznie. Dla porównania, statystyczny Norweg zjada rocznie 46 kg ryb, a Portugalczyk – niemal 60 kg. Zdaniem ekspertów z powodu zmniejszających się światowych zasobów i rosnących cen perspektywy dla polskiego rynku nie są najlepsze

 W 2013 r. mieliśmy 7-procentowy wzrost spożycia ryb w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Hryszko z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej w Warszawie. 

W latach 2008-2012 spożycie ryb spadło z 13,5 kg do 11,7 kg na osobę. W ubiegłym roku wrosło do ponad 12 kg. To mniej więcej połowa średniej unijnej. Zdaniem eksperta ubiegłoroczny wzrost konsumpcji ryb nie musi świadczyć o długotrwałej zmianie tego trendu.

Główny powód problemów rynku rybnego to ceny na rynku światowym. Mają one spory wpływ na konsumpcję w Polsce, gdyż nasz rynek jest w trzech czwartych zaopatrywany w importowane ryby. 

 – Dużo ryb sprowadzamy z Norwegii, Islandii, krajów UE, a także Chin i Tajlandii. Dlatego ceny w Polsce są wrażliwe na zmiany cen na innych rynkach – wyjaśnia Hryszko. – Wzrostowi konsumpcji ryb nie sprzyja także fakt, że są one drogie w porównaniu do innych źródeł białka zwierzęcego, zwłaszcza mięsa wieprzowego i drobiowego – dodaje.

Z szacunków IERiGŻ-PIB wynika, że spożycie wieprzowiny w ubiegłym roku wyniosło 39,2 kg na mieszkańca, natomiast drobiu – 27 kg.

Według eksperta, przyszłość rynku ryb nie będzie łatwa.

 – Zasoby na świecie systematycznie się kurczą. Zmniejszane są limity połowowe, co sprzyja wzrostowi cen. Wprawdzie rosnące dochody Polaków mogą sprzyjać większej popularności ryb, jednak nigdy nie osiągniemy statusu kraju o dużym spożyciu, czyli np. 20 kg na mieszkańca – mówi Hryszko. 

Na polskich stołach od lat króluje mintaj, którego spożycie wynosi ok. 2,7 kg na mieszkańca. Na drugim miejscu są śledzie, choć odnotowuje się tu tendencję spadkową. 

 – W 2013 r. po raz pierwszy w historii ich spożycie spadło poniżej 2 kg. Na trzecim miejscu mimo niekorzystnego PR-u pozostaje panga. Na dalszych pozycjach są łososie, makrele, szproty i dorsze – wymienia Krzysztof Hryszko. – Polacy przeważnie kupują ryby mrożone, głównie filety. W tej postaci spożywają mintaje, pangi i tilapie. Rybek ryb świeżych, choć się rozwija, nadal pozostaje w tyle.

Staż studencki to idealny sposób na rozpoczęcie kariery zawodowej

CEO Magazyn Polska

O karierę zawodową warto zatroszczyć się już podczas studiów. Dobrym rozwiązaniem dla studentów są wolontariaty i staże. Nie wymagają one pełnej dyspozycyjności czasowej, a pozwalają zdobyć doświadczenie zawodowe, mile widziane przez przyszłych pracodawców.

Pracodawcy wymagają dziś od absolwentów nie tylko wiedzy teoretycznej, zdobytej podczas studiów, lecz także umiejętności praktycznych. Dlatego coraz więcej studentów decyduje się na odbycie praktyk lub staży już na pierwszym roku studiów. Na większości polskich uczelni jest to nawet warunek zaliczenia roku nauki. Staże odbywane są najczęściej w niepełnym wymiarze godzin, dlatego można je pogodzić z zajęciami na uczelni.

 – Stażystami w Polsce są najczęściej studenci, ponieważ mają najwięcej czasu, żeby takie praktyki czy staże odbyć. Wykorzystują czas poza zajęciami lub korzystają z praktyk wakacyjnych, które organizowane są przez różnego rodzaju przedsiębiorstwa – wyjaśnia Marcin Kotus, z Feender.pl, portalu gromadzącego informacje o praktykach i stażach, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Niektórzy pracodawcy oferują ponadto staże online. Dotyczy to głównie firm działających w branży marketingu internetowego, social mediów oraz nowych technologii. Coraz większą popularność wśród polskich studentów zdobywają staże zagraniczne. Oferują je głównie te kraje Unii Europejskiej, w których bezrobocie utrzymuje się na najniższym poziomie.

 – Są to głównie: Niemcy, Wielka Brytania, kraje skandynawskie oraz Austria. Dlatego też najwięcej osób tam stara się taki staż dostać. Często też studenci wybierają destynacje, które wiążą się na przykład z możliwością podróżowania czy korzystania z ciekawego klimatu, jak Malta czy chociażby Cypr – dodaje Marcin Kotus.

Dla firm programy stażowe są sposobem na znalezienie najzdolniejszych potencjalnych pracowników i przeszkolenie ich pod katem zajmowanego w przyszłości stanowiska. Dla studentów stanowią one okazję do nabycia praktycznych umiejętności zawodowych oraz umiejętności społecznych, przydatnych z punktu widzenia przyszłej pracy.

 – Pracodawca, widząc, że student odbywał takie staże podczas studiów, ma przekonanie, że nabrał jakichś umiejętności dodatkowych. Poza tym świadczą one o jego pracowitości, zaangażowaniu, a także o tym, że poznał standardy, które obowiązują w miejscu pracy, od takich prozaicznych jak punktualność, do bardziej zaawansowanych typu praca zespołowa czy samodzielna realizacja zadań – podkreśla Marcin Kotus w rozmowie z agencją Newseria Lifestyle.

Praca w ramach staży studenckich wykonywana jest, najczęściej, bezpłatnie lub za minimalną stawkę. Zdarza się jednak, że to student musi płacić pracodawcy za możliwość odbycia praktyki w jego firmie. Zdaniem Marcina Kotusa, taka sytuacja jest dopuszczalna tylko w wyjątkowych przypadkach.

 – Trzeba by się było zastanowić, czy taki staż ma polegać na jakimś szkoleniu, warsztacie czy przygotowaniu praktycznym z jakichś umiejętności, na przykład studiów podyplomowych, kursów z zakresu Excela czy kursu kadrowo-księgowego. Wówczas wyobrażam sobie, żeby taki staż był płatny. Natomiast, jeżeli mówimy o stażu, który ma być tylko na zastępstwo jakiejś osoby i polegać na podstawowych pracach biurowych, wówczas ta odpłatność wydaje się przesadą – uważa Marcin Kotus.

Informacji o stażach studenci powinni szukać w biurach karier i praktyk, które działają na większości polskich uczelni. Warto jednak pamiętać, że staże przeznaczone są nie tylko dla osób uczących się. Mogą z nich korzystać także absolwenci i bezrobotni pragnący podnieść swoje kwalifikacje zawodowe.  Te osoby powinny szukać ofert staży bezpośrednio u firm, które je organizują lub w lokalnych urzędach pracy. 

Kolejne nowości w bankowości mobilnej Banku Zachodniego WBK

Możliwość wygodnego zakupu biletów komunikacji miejskiej w 26. miastach Polski, Lokata mobilna oraz dostęp do usługi BZWBK24 Mini Firma – to wybrane nowości w BZWBK24 mobile. Dalszy dynamiczny rozwój bankowości mobilnej jest jednym z kluczowych elementów strategii Banku Zachodniego WBK.

Bankowość mobilna Banku Zachodniego WBK jest coraz popularniejsza. Między styczniem a październikiem 2013 r. liczba aktywnych klientów tego kanału wzrosła aż o 30 proc.

a w lutym 2014 r. z BZWBK24 mobile korzystało ponad 250 tys. osób. Spodziewamy się, że w najbliższych latach grono użytkowników BZWBK24 mobile będzie dynamicznie rosnąć. Klienci cenią sobie wygodę i szybkość operacji, które zapewnia bank w smartfonie, dlatego rozwój usług mobilnych jest jednym z najważniejszych długoterminowych celów strategicznych banku. Mamy ambicję, aby do końca 2015 r. liczba aktywnych klientów naszej bankowości mobilnej wzrosła do 1 miliona i aby co najmniej połowa tej grupy przez BZWBK24 mobile realizowała transakcje – podkreśla Tomasz Niewiedział, dyrektor Obszaru Bankowości Mobilnej i Internetowej Banku Zachodniego WBK.

Bank Zachodni WBK regularnie wprowadza do swojej bankowości mobilnej kolejne nowości a zakres dostępnych funkcji jest coraz bogatszy. Jedną z najnowszych opcji jest możliwość zakupu biletów komunikacji miejskiej aż w 26. miastach w Polsce. Proces zakupu biletów przez BZWBK24 mobile jest szybki i wygodny, usługa jest dostępna całą dobę. Wraz
z naszymi partnerami, firmami eLeader i SkyCash, będziemy konsekwentnie rozwijać kolejne usługi ułatwiające codzienne życie klientów – zapowiada Tomasz Niewiedział.

W minionym roku jedną z najchętniej wykonywanych operacji w BZWBK24 mobile było zakładanie lokat – założono ich ok. 8000. Stąd też w banku nowa, specjalna Lokata Mobilna. Jest ona dostępna tylko i wyłącznie dla użytkowników aplikacji BZWBK24 mobile i daje możliwość zysku na poziomie 4 proc. w skali roku. Lokatę można otworzyć
z dowolnego konta osobistego lub oszczędnościowego prowadzonego w Banku Zachodnim WBK w złotówkach. Kwota Lokaty Mobilnej to minimum 1000 PLN a maksimum aż 10 000 PLN. Lokata jest nieodnawialna, obowiązuje przez 12 miesięcy. Odsetki zostaną zapisane na koncie po upływie tego okresu.

Na fali sukcesów BZWBK24 mobile dla osób indywidualnych, Bank Zachodni WBK dynamicznie rozwija również swoją mobilną bankowość dla firm BZWBK24 Mini Firma. Teraz, oprócz dostępu przez przeglądarkę, klienci firmowi skorzystają z naszej bankowości mobilnej przez aplikacje dla systemów iOS, Android i Windows Phone – mówi Tomasz Niewiedział. Oprócz standardowych funkcjonalności obsługi rachunków i transakcji, klienci BZWBK24 Mini Firma zyskali dostęp do innowacyjnych funkcjonalności „Zakupów Mobilnych” oraz skanowania faktur z QR kodem w celu wykonania płatności. W kanale mobilnym klienci Mini Firmy mogą także wygodnie zakupić ubezpieczenie turystyczne.

W związku z rozwojem BZWBK24 mobile, wśród opcji dostępnych dla osób indywidualnych pojawiła się bezpłatna usługa mySafety mobile, obejmująca ochronę trzech urządzeń mobilnych na wypadek kradzieży lub zgubienia, która chroni nie tylko sprzęt, ale również zapisane na nim dane. W ramach usługi klienci otrzymają darmowy serwis Emergency Concierge pozwalający na rejestrację ID telefonów i tabletów, geolokalizację oraz ich blokadę. Rozwiązanie mySafety mobile zapewni także zdalne wysłanie na urządzenie komunikatu z instrukcją dla znalazcy o treści: „Ten telefon jest chroniony”. Dla klientów banku usługa będzie darmowa do końca 2014 r. Dodatkowo, poprzez BZWBK24 mobile będzie można na preferencyjnych warunkach dokupić inne usługi mySafety, m.in. ochronę karty płatniczej, kluczy czy dokumentów tożsamości.

W ramach pozostałych udoskonaleń BZWBK24 mobile uproszczono wszystkie zakupy
o wartości do 50 zł, których teraz można dokonywać bez konieczności wprowadzania NIK i hasła PIN. Wprowadzono również kopiowanie przelewów, dzięki czemu klienci nie muszą od nowa wypełniać wszystkich danych, aby wykonać kolejny przelew dla tego samego odbiorcy. Inne nowości to m.in. nadawanie nazw własnych rachunkom, wyszukiwanie historii po kwocie oraz przeglądanie informacji o dyspozycjach przelewów i dyspozycjach płatności mobilnych.

W 2013 r. użytkownicy BZWBK24 mobile wykonali przez swoje smartfony 581 tys. transakcji, z czego ok. 20 proc. stanowiły doładowania telefonów gsm. Nasi mobilni klienci, oprócz tego, że mogą w prosty sposób zarządzać swoimi finansami, w równie prosty sposób mogą pomagać potrzebującym. Właśnie po to wprowadziliśmy możliwość przekazania poprzez BZWBK24 mobile choćby symbolicznej złotówki dla podopiecznych Fundacji Siepomaga – zachęca Tomasz Niewiedział.

Bankowość mobilna BZWBK24 mobile Banku Zachodniego WBK zajęła 1. miejsce
w konkursie Mobile Trends Awards oraz została uznana przez internautów za najlepszą aplikację 2013 r.

Finansowanie NFZ kluczowe dla szpitali niepublicznych w Polsce

Zdecydowana większość szpitali niepublicznych w Polsce oferuje świadczenia w ramach kontraktów z NFZ. W Polsce wciąż niewielu pacjentów stać na opłacanie drogich świadczeń szpitalnych z własnej kieszeni, stąd podpisanie kontraktu z NFZ jest dla placówki niepublicznej gwarantem pewnego pułapu przychodów i pewnej liczby pacjentów. Dlatego też nawet szpitale prywatne, które początkowo nastawiały się wyłącznie na pacjentów komercyjnych, decydują się na podpisywanie kontraktów z NFZ na część oferowanych świadczeń, wynika z najnowszego raportu firmy badawczej PMR pt. „Rynek szpitali niepublicznych w Polsce 2014. Analiza porównawcza województw i perspektywy rozwoju”.

Dziewięć na dziesięć szpitali posiada kontrakt z NFZ
Spośród szpitali przeanalizowanych według przyjętego przez PMR kryterium, w 2013 r. tylko około 15% nie miało podpisanego kontraktu z NFZ na leczenie szpitalne. Odsetek szpitali posiadających kontrakt z NFZ wahał się od 71% w województwie wielkopolskim do 97% w województwie łódzkim i 95-96% w województwach kujawsko-pomorskim, warmińsko-mazurskim i dolnośląskim. Najwyższe kontrakty miały podpisane placówki w województwach mazowieckim i pomorskim.
Średnio, jak wynika z badania PMR, w szpitalach niepublicznych około 85% przychodów generowanych jest przez kontrakt z NFZ, a w połowie szpitali jest to więcej niż 92%

Spośród szpitali niepublicznych najwyższy kontrakt z NFZ na leczenie szpitalne w 2013 r. miał podpisany Wielospecjalistyczny Szpital Wojewódzki w Gorzowie Wielkopolskim. Jest to również największy szpital niepubliczny pod względem liczby łóżek.

Nowe zasady kontraktowania NFZ niekorzystne dla małych szpitali
Od 1 stycznia 2014 r. obowiązuje nowe zarządzenie prezesa NFZ w sprawie określenia kryteriów oceny ofert w postępowaniu w sprawie zawarcia umów na udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej. Oceny ofert dokonuje się według następujących kryteriów (każde kryterium ma przypisaną wagę jednostkową i liczbę punktów skalujących): jakość, kompleksowość, dostępność, ciągłość i cena.

„Taka konstrukcja oceny ofert przez NFZ premiuje duże podmioty wielospecjalistyczne, które uruchomią komplementarne usługi. W ciągu najbliższych dwóch okresów kontraktowania prawdopodobnie nastąpi więc przesunięcie w kierunku dużych publicznych podmiotów. Małe prywatne szpitale będą zmuszone do konsolidacji” mówi Agnieszka Skonieczna, starszy analityk rynku farmaceutycznego i ochrony zdrowia PMR i współautorka raportu.

Finansowanie z NFZ szansą, ale i barierą rozwoju
Jak wynika z badania PMR przeprowadzonego wśród szpitali niepublicznych w Polsce w styczniu 2014 r. , kontrakty z NFZ są dla tych placówek największym czynnikiem rozwoju. Na ten czynnik wskazywało trzykrotnie więcej respondentów niż w poprzedniej edycji badania z 2012 r. Wynikało to głównie z faktu, że zarządzający szpitalami niepublicznymi w obliczu przedłużającego się osłabienia koniunktury gospodarczej są coraz bardziej zależni od kontraktów z NFZ. Co ciekawe, kontrakty z NFZ odgrywają jednakową rolę jako czynnik rozwoju dla szpitali po przekształceniu i szpitali prywatnych.

Jednocześnie, zdecydowana większość respondentów (ponad 70%) wskazuje jako główną barierę rozwoju trudności we współpracy z NFZ. Placówki wymieniają tu takie problemy, jak nierówne traktowanie podmiotów publicznych i prywatnych, brak jasnych reguł przy podpisywaniu umów, niepłacenie za zabiegi przez NFZ w terminie, niestabilność (niepewność) kontraktu, limity, jak również obniżanie wartości procedur medycznych, trudności z wejściem w system (uczestnictwo po raz pierwszy w konkursie) oraz brak możliwości negocjacji z NFZ.

Szpitale publiczne i niepubliczne traktowane na równi?
Pomimo iż w pytaniu o największe bariery działalności pojawiło się kilka głosów o nierównym traktowaniu podmiotów publicznych i niepublicznych przy podpisywaniu kontraktów z NFZ, analiza wyników badania z edycji 2012 i edycji 2014 wskazuje na poprawę sytuacji na korzyść podmiotów niepublicznych. „Może to wynikać z powolnego zmniejszania się oporu wobec komercjalizacji/prywatyzacji, jak i faktu większego odsetka szpitali przekształconych w badanej grupie – kontynuują one zwykle działalność, jaką prowadziły jako podmioty publiczne i dostają łatwiej kontrakty” mówi Monika Stefańczyk, główny analityk rynku farmaceutycznego i ochrony zdrowia PMR i współautorka raportu.

W przypadku analizy odpowiedzi na to pytanie zauważa się znaczące różnice w opiniach w zależności od typu własności szpitala. Większość przedstawicieli szpitali prywatnych uważa, że szpitalom niepublicznym jest dużo trudniej podpisać kontrakt z NFZ niż szpitalom publicznym. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że szpitale niepubliczne po przekształceniu najczęściej w przeszłości (jeszcze jako placówki publiczne) działały już w ramach kontraktów z NFZ i po przekształceniu kontynuują tę działalność.

Uwagi metodologiczne:
W raporcie uwzględniono szpitale prywatne oraz szpitale niepubliczne powstałe po przekształceniach SP ZOZ. Pominięto placówki o charakterze wyłącznie uzdrowiskowym, rehabilitacyjnym, nefrologicznym, sanatoryjnym, opiekuńczym, leczenia uzależnień itp.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek szpitali niepublicznych w Polsce 2014. Analiza porównawcza województw i perspektywy rozwoju”.

Euler Hermes zwiększa pakiet akcji w greckiej spółce

0

Euler Hermes, po uzyskaniu zgody Banku Grecji zwiększył swój pakiet akcji w Euler Hermes Hellas (Grecja) z 80% do 100%. Pakiety mniejszościowe należały uprzednio do Groupama i Alfa Bank.

Nagroda Global Banking and Finance Review dla Euler Hermes

0

Global Banking and Finance Review uznało Euler Hermes za „Najszybciej rozwijające się towarzystwo oferujące ubezpieczenie kredytu handlowego w regionie Rady Współpracy Zatoki Perskiej” w 2014 roku, czyli drugi rok z rzędu. Nagroda stanowi wyróżnienie dla firm w uznaniu ich doświadczenia w branży bankowości i finansów, a także wyraz uznania dla Euler Hermes za ciągłe starania w celu dostarczania wysokiej jakości produktów i usług.

Generali PPF Fundusz Dywidendowy Obligacji Korporacyjnych wypłacił dywidendę za rok 2013 w wysokości 5,3 %

Generali PPF Fundusz Dywidendowy Obligacji Korporacyjnych wypłacił akcjonariuszom już drugi rok z rzędu udziały z przychodów funduszu. Tegoroczna dywidenda w wysokości 5,3 % znacznie pokonuje inflację w Polsce i potwierdza, że fundusz już drugi rok doskonale chroni klientów przed dewaluacją ich oszczędności. Wysokość dywidendy przekracza średnią wypłatę dywidendy w polskim indeksie dwudziestu największych spółek notowanych na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych (WIG20) za rok 2012. W porównaniu do stopy dywidendy najszerszego amerykańskiego indeksu S&P 500, Generali PPF Fundusz Dywidendowy Obligacji Korporacyjnych jest absolutnym zwycięzcą. Fundusz jest dystrybuowany przez spółkę ČP INVEST.

Pomimo trudnych warunków na rynku obligacji, na który miała wpływ polityka niskich stóp procentowych banków centralnych, obligacje korporacyjne były w stanie pokonać inflację i zapewnić inwestorom znaczny zysk. Generali PPF Fundusz Dywidendowy Obligacji Korporacyjnych wypłacił inwestorom dywidendę w wysokości 5,3 %, głównie
w wyniku celnego wyboru obligacji i aktywnego zarządzania zdywersyfikowanym portfelem obligacji. Uczestnikom Funduszu wypłacono dywidendę już drugi rok z rzędu, w ubiegłym roku fundusz wypłacił dywidendę w wysokości 6 %.

Rynek obligacji w ubiegłym roku był pod silnym wpływem niskich lub zerowych stóp procentowych banków centralnych. Niemniej jednak, starannie szukaliśmy możliwości dla naszych klientów na rynku obligacji korporacyjnych, a wypłata ponad pięcioprocentowej dywidendy jest dowodem, że nasza strategia była słuszna”, mówi główny strateg inwestycyjny Generali PPF Invest Michał Valentík.

Generali PPF Fundusz Dywidendowy Obligacji Korporacyjnych jest idealnym rozwiązaniem dla inwestorów, którzy chcą, aby ich pieniądze były nie tylko chronione przed inflacją, ale również rozsądnie pomnożone. „Będziemy nadal poszukiwać atrakcyjnych obligacji, jak również aktywnie zarządzać funduszem tak, aby ciągu najbliższych lat naszym klientom wypłacić dywidendę w interesującej wysokości,” stwierdza Valentík.

Peter Oppenheimer, dyrektor finansowy (CFO) Apple, przechodzi na emeryturę z końcem września

Peter Oppenheimer, starszy wiceprezes i dyrektor finansowy (CFO) Apple, przejdzie na emeryturę z końcem września. Na stanowisku CFO, podlegającym bezpośrednio dyrektorowi generalnemu Apple, Timowi Cookowi, zastąpi go Luca Maestri, obecnie wiceprezes Apple ds. finansów i kontroler finansowy spółki. Peter przekaże Luce stanowisko CFO w czerwcu, a w okresie pozostałym do września nastąpi stopniowe, kontrolowane przejmowanie obowiązków.

„Peter był naszym dyrektorem finansowym w minionej dekadzie, w której roczne przychody Apple zwiększyły się z 8 miliardów do 171 miliardów dolarów, a nasza działalność stała się zdecydowanie bardziej globalna. Jego przywództwo, cenne wskazówki, wiedza i doświadczenie miały kluczowe znaczenie dla sukcesu Apple — i to nie tylko w dziedzinie finansowej, jako że Peter angażował się również w wiele innych obszarów działalności firmy. Jego wkład i rzetelność jako dyrektora finansowego wyznacza nowy standard wśród spółek publicznych”, powiedział Tim Cook, dyrektor generalny Apple. „Peter jest także przyjacielem, na którego zawsze mogę liczyć. Choć żałuję, że nas opuszcza, cieszę się, że będzie miał więcej czasu dla siebie i rodziny. Jak można się było spodziewać po prawdziwym profesjonaliście, Peter opracował szczegółowy plan przejęcia obowiązków, który zagwarantuje niezakłócone funkcjonowanie naszej spółki”.

„Luca ma ponad 25 lat doświadczenia na wysokich szczeblach zarządzania finansowego w skali globalnej, w tym na stanowisku dyrektora finansowego (CFO) spółki publicznej. Jestem przekonany, że również w Apple doskonale sprawdzi się w tej roli”, dodał Tim. „Poszukując kontrolera finansowego dla naszej spółki, spotkaliśmy Lucę i od razu wiedzieliśmy, że zostanie następcą Petera. Luca zdążył już wnieść istotny wkład w działalność Apple i szybko zdobył szacunek kolegów w firmie”.

„Kocham Apple i ludzi, z którymi miałem zaszczyt pracować tutaj przez 18 lat. Pora jednak, abym znalazł więcej czasu dla siebie i mojej rodziny”, powiedział Peter Oppenheimer. „Od dawna chcę zamieszkać na środkowym wybrzeżu Kalifornii i bardziej zaangażować się w działalność na Cal Poly, mojej macierzystej uczelni; spędzać więcej czasu z żoną i synami; podróżować w ciekawe zakątki świata; a także — po latach marzeń — zdobyć wreszcie licencję pilota”.

Peterowi, jako dyrektorowi finansowemu, podlegają funkcje kontrolingu, skarbu, relacji inwestorskich, podatków, systemów informacyjnych, audytu wewnętrznego i infrastruktury. Pracę w Apple rozpoczął w roku 1996 jako kontroler finansowy regionu Ameryk, w 1997 roku awansował na wiceprezesa i kontrolera finansowego sprzedaży globalnej, a następnie na kontrolera finansowego spółki i wreszcie na dyrektora finansowego (CFO). W trakcie kadencji Petera roczne przychody Apple wzrosły ponad dwudziestokrotnie. W tym czasie Peter sprawował pieczę nad rozwojem globalnej strategii finansowej, systemów i procedur oraz nadzorował bardzo długie i skomplikowane zestawienia bilansowe. Pod jego kierunkiem w Apple powstał zespół finansowy najwyższej klasy światowej. Peter zarządzał także rozbudową infrastruktury, w tym uruchomieniem czterech centrów danych i nowego kampusu Apple w Cupertino. Wszystkie te placówki będą zasilane energią ze źródeł odnawialnych.

Peter niedawno dołączył do Zarządu banku Goldman Sachs.

Luca może pochwalić się dogłębną znajomością różnych aspektów zarządzania finansowego. Od ponad 25 lat zbiera doświadczenia w budowaniu zespołów finansowych i kierowaniu nimi w spółkach globalnych prowadzących działalność o dużej skali i złożoności. Przed rozpoczęciem pracy w Apple Luca był dyrektorem finansowym (CFO) w firmach Nokia Siemens Networks i Xerox. Od marca 2013 roku Luca z sukcesami zarządza większością funkcji finansowych Apple, a jednocześnie ściśle współpracuje z zarządem spółki.

Luca rozpoczął karierę zawodową w General Motors i przez 20 lat pracował na stanowiskach finansowych i operacyjnych w Amerykach, regionie Azji i Pacyfiku oraz Europie. Podczas pracy w GM Luca zrealizował szereg znaczących projektów rozwojowych i operacyjnych. Należał do zespołu zakładającego regionalne struktury operacyjne GM w regionie Azji i Pacyfiku, m.in. nadzorującego inwestycje w zakłady produkcyjne w Chinach i Tajlandii. Następnie był dyrektorem finansowym zespołu odpowiedzialnego za udaną restrukturyzację działalności w Brazylii i Argentynie. Jego ostatnim stanowiskiem w GM była funkcja dyrektora finansowego (CFO) całej struktury operacyjnej GM w Europie obejmującej ponad 45 krajów i generującej roczne przychody na poziomie około 40 miliardów USD.

Luca ma wyjątkowo bogate doświadczenie międzynarodowe. Mieszkał i pracował we Włoszech, w Polsce, Irlandii, Szwajcarii, Singapurze, Tajlandii, Brazylii i Niemczech oraz w USA.

Luca jest absolwentem Uniwersytetu Luiss w Rzymie i ma tytuł licencjata ekonomii, zaś na Uniwersytecie Bostońskim uzyskał tytuł magistra zarządzania.

KPMG podsumowuje 2013 roku w motoryzacji

W 2013 roku produkcja sprzedana polskiego przemysłu motoryzacyjnego osiągnęła wartość 109,2 mld zł. To nominalnie o 6,3% więcej niż w 2012 roku. Za wzrost odpowiada produkcja samochodów użytkowych oraz części i akcesoriów motoryzacyjnych. Wzrost odnotował także polski rynek pojazdów samochodowych. Do 289,9 tys. sztuk (o 6,3% r/r) zwiększyła się liczba rejestracji nowych samochodów osobowych. Rejestracje samochodów użytkowych wzrosły w jeszcze większym stopniu, do czego przyczyniło się nadchodzące wdrożenie normy EURO VI. Takie wnioski płyną z pierwszego z serii raportów kwartalnych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego oraz firmy audytorsko-doradczej KPMG w Polsce, podsumowującego wyniki rynku i przemysłu motoryzacyjnego, a także motoryzacyjnych usług finansowych w 2013 roku.

Rynek motoryzacyjny

Otoczenie rynkowe polepsza się, jednak sytuacja gospodarcza wciąż nie sprzyja sprzedaży pojazdów

Po słabej I połowie 2013 roku, kiedy wzrost gospodarczy wyhamował niemal do zera, w II połowie roku nastąpiło pewne odbicie. W III kwartale polski PKB wzrósł o 1,9% r/r (rok do roku), zaś w IV kwartale szacunkowo o 2,7%.

Poprawa sytuacji gospodarczej wpłynęła na nastroje przedsiębiorstw oraz konsumentów indywidualnych, które stopniowo poprawiały się przez cały 2013 rok. Wskaźniki koniunktury w obu sektorach nabywców są jednak wciąż negatywne, co przekłada się na niską skłonność do ponoszenia istotnych wydatków inwestycyjnych – w tym na środki transportu. Ożywienie popytu na pojazdy wymaga jednak silniejszych bodźców ekonomicznych – mówi Mirosław Michna, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Szef Zespołu Doradców dla Branży Motoryzacyjnej, KPMG w Polsce.

Na rynek pojazdów w końcu 2013 roku wpływały także istotne zmiany o charakterze regulacyjnym.

Część nabywców instytucjonalnych, którzy planowali zakup samochodów osobowych, w końcu roku wstrzymała oddech w oczekiwaniu na potencjalny powrót „kratki” i związane z nią oszczędności podatkowe. Na szczęście w skali całego rynku zakupy nabywców firmowych mimo to wzrosły. W segmencie pojazdów użytkowych nadchodzące wdrożenie normy EURO VI podbudowało sprzedaż. Związane z tym przewidywanie wzrostu cen, skłoniło przedsiębiorców do przyspieszenia zakupów w IV kwartale roku – komentuje Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Dobra II poł. 2013 roku ratuje wyniki w sprzedaży samochodów osobowych

II połowa 2013 roku przyniosła wzrost rejestracji nowych samochodów osobowych o 14,9% r/r, co przełożyło się na poprawę całorocznych wyników. Ogółem w 2013 roku zarejestrowano 289,9 tys. nowych samochodów osobowych, czyli o 6,3% więcej niż w 2012 roku.

Wzrost wypracowali niemal w całości nabywcy instytucjonalni, którzy w 2013 roku zwiększyli zakupy samochodów osobowych o 10,2%. Wśród nabywców indywidualnych poprawa popytu była minimalna (wzrost 1,4%). Niski popyt ze strony osób prywatnych jest jedną z największych słabości tego segmentu rynku w Polsce. W sytuacji, gdy w 2013 roku sprowadzono do Polski 712 tys. używanych samochodów osobowych, nie dziwi fakt, że osoby prywatne (w tym indywidualni przedsiębiorcy!) kupiły jedynie 121 tys. nowych pojazdów – komentuje Mirosław Michna, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Szef Zespołu Doradców dla Branży Motoryzacyjnej, KPMG w Polsce.

W 2013 roku marki popularne stanowiły blisko 91% rejestracji nowych samochodów osobowych w Polsce (262,8 tys. sztuk). Liczba rejestracji w tym segmencie wzrosła o 6,1% r/r. Widoczny jest przy tym wzrost koncentracji rynku. Marki o większym udziale w rynku radzą sobie generalnie lepiej – spośród dziesięciu marek popularnych o największym wolumenie rejestracji w Polsce, osiem odnotowało minimum dziesięcioprocentowy wzrost r/r.

Nieznacznie lepsze wyniki odnotowały marki premium+, których rejestracje wzrosły o 6,9% do 27,2 tys. szt. Także w tym segmencie trzy największe marki (BMW, Audi, Mercedes-Benz) odnotowały wzrosty rzędu 9-14% r/r, czyli znacznie przekraczające średnią dla rynku. Volvo zajmujące czwarte miejsce zwiększyło liczbę rejestracji o 6%. Jest to o tyle istotne, że cztery opisane marki mają 82% udziału w rejestracjach segmentu premium+. Rośnie popyt na średniej wielkości pojazdy. Największy wzrost rejestracji odnotowały – pierwsza i trzecia grupa pod względem liczebności – samochody z segmentu C (tzw. kompakty) oraz małe/średnie SUV-y i crossovery. Dynamicznie rozwijały się też mniej liczne segmenty – małe/średnie MPV i kombivany, czyli także auta średniej wielkości. Nie odnotowano wzrostu w klasie najmniejszych oraz największych aut (z wyjątkiem dużych SUV-ów i crossoverów). Istotny spadek rejestracji widać tylko w jednym segmencie rynku, tj. klasie D, czyli średnio-dużych autach rodzinnych.

Znaczne ożywienie rynku samochodów użytkowych w końcu 2013 roku, brak jednak trwałych podstaw wzrostu

Końcówka roku przyniosła znaczne ożywienie zakupów wszystkich typów samochodów użytkowych. W 2013 roku zarejestrowano 42,2 tys. nowych samochodów dostawczych (o DMC<=3,5t), czyli o 7,1% więcej niż rok wcześniej. Wciąż jednak są to słabsze wyniki niż w 2011 roku. Prawdziwe ożywienie widać było na rynku samochodów ciężarowych (o DMC>3,5t). W skali roku liczba rejestracji wzrosła aż o 20%, do 19,7 tys. O 9% wzrosła także liczba rejestracji nowych autobusów (DMC>3,5t). Ogółem w 2013 roku zarejestrowano ich 1,38 tys. sztuk.

We wszystkich segmentach rynku samochodów użytkowych mieliśmy do czynienia ze znacznym ożywieniem popytu w IV kwartale, ponieważ przedsiębiorcy „rzucili się” na zakupy, aby zdążyć przed wejściem w życie normy EURO VI. W segmencie samochodów ciężarowych mieliśmy w IV kwartale wzrost rejestracji o 2/3 w porównaniu z poprzednim rokiem. Nie należy jednak oczekiwać utrwalenia się trendu wzrostowego w 2014 roku. Nawet biorąc pod uwagę poprawę sytuacji ekonomicznej, trudno będzie powtórzyć te wyniki – komentuje Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Spadki w segmencie jednośladów postępują

Trudności przeżywa rynek nowych motocykli. W 2013 roku liczba rejestracji zmalała w tym segmencie o 4,6% r/r i wyniosła 7,4 tys. szt. Konkurencja ze strony używanych pojazdów jest bardzo silna – w tym samym okresie liczba pierwszych rejestracji używanych motocykli wzrosła o 2,5% i sięgnęła 38,7 tys. Gorsza jest sytuacja w segmencie motorowerów. W 2013 roku zarejestrowano ich 48,8 tys., o 18,7% mniej niż rok wcześniej. Do spadku przyczyniło się zaostrzenie przepisów dotyczących uprawnień do kierowania tego typu pojazdami.

Usługi finansowe

W 2013 roku przekazano w leasing 160,2 tys. pojazdów samochodowych oraz przyczep i naczep, czyli o 13,5% więcej niż w 2012 roku (dane dotyczą członków ZLP). Wartość netto aktywów motoryzacyjnych przekazanych w leasing na całym rynku szacuje się na 20,7 mld zł.

Maleje z kolei zainteresowanie kredytami samochodowymi pomimo rekordowo niskich stóp procentowych i tym samym niskich kosztów kredytu. Na koniec 2013 roku wartość portfolio kredytów samochodowych wyniosła 12,46 mld zł, tj. o 7,7 % mniej niż rok wcześniej. Maleje w szczególności wartość kredytów osób prywatnych.

Nie są jeszcze dostępne dane pozwalające na ocenę rynku ubezpieczeń komunikacyjnych w skali całego 2013 roku, jednak sytuacja po trzech kwartałach nie była najlepsza. Liczba polis OC wzrosła do 18,63 mln (o 1,7% r/r), zaś w ciągu trzech pierwszych kwartałów 2013 roku składki przypisane brutto zmalały o 5,6% r/r. Suma wypłaconych odszkodowań przy tym praktycznie nie zmalała.

Z kolei liczba polis AC jest od trzech lat zasadniczo niezmienna i wynosi 5,03 mln. W ciągu trzech pierwszych kwartałów 2013 roku składki przypisane brutto związane z AC zmalały o 6,5% r/r przy rosnącej wartości wypłacanych odszkodowań (+1,5% r/r).

Przemysł motoryzacyjny

Słaby popyt ze strony rynków Unii Europejskiej

Produkcja zlokalizowanych w Polsce fabryk pojazdów oraz zakładów produkcyjnych części i podzespołów finalnie niemal w całości jest przeznaczana na eksport. Dlatego kondycja polskiego przemysłu motoryzacyjnego jest silnie uzależniona od popytu na docelowych rynkach zagranicznych, w tym przede wszystkim zachodnioeuropejskich.

Tymczasem w Unii Europejskiej widoczne są dopiero pierwsze oznaki ożywienia gospodarczego. Zgodnie ze wstępnymi szacunkami, strefa euro po siedmiu kwartałach spadków wypracowała w IV kwartale 2013 roku niewielki wzrost PKB (o 0,5% r/r). W całej UE wzrost wyniósł 1%. To wciąż zbyt mało, by pobudzić popyt na nowe pojazdy – mówi Mirosław Michna, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Szef Zespołu Doradców dla Branży Motoryzacyjnej, KPMG w Polsce.

Unijny rynek samochodów osobowych skurczył się w 2013 roku o 1,6% (do 11,86 mln sztuk), zaś samochodów dostawczych o 0,4% (do 1,37 mln sztuk). Wzrosła z kolei liczba rejestracji samochodów ciężarowych i autobusów (odpowiednio o 6,3 i 4,5%), przy czym podobnie jak w Polsce jest to wzrost tymczasowy, związany z EURO VI. Pozytywnym zjawiskiem jest wzrost popytu na części i akcesoria na kilku istotnych z punktu widzeniach Polski rynkach docelowych: w Niemczech, w Hiszpanii i we Włoszech – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Samochody użytkowe oraz części i podzespoły napędzają polski przemysł motoryzacyjny

W 2013 roku wyprodukowano w Polsce 590,3 tys. pojazdów silnikowych – o 8,9% mniej niż rok wcześniej i ponad jedną trzecią mniej niż w 2008 roku (dane nie obejmują pojazdów specjalnych). Za spadek odpowiada segment samochodów osobowych. W 2013 roku wyprodukowano ich 475,1 tys., tj. o 12% mniej niż rok wcześniej.

Odmienna sytuacja ma miejsce w segmencie samochodów dostawczych i ciężarowych, który od pięciu lat notuje systematyczny wzrost i powrócił już w pełni do równowagi po kryzysie. W całym 2013 roku wyprodukowano ich 111,1 tys. szt. – o 6,9% r/r więcej niż w 2012 roku. Wzrosła także produkcja autobusów do 4,2 tys. sztuk (o 4,8% r/r).

Dobre wyniki – lepsze niż zapowiadały to dane dostępne w połowie 2013 roku – osiągnęli także producenci szeroko rozumianych części i akcesoriów motoryzacyjnych (w tym szyb i akumulatorów) oraz opon. W ciągu trzech kwartałów 2013 roku ich eksport wzrósł (licząc w euro) odpowiednio o 6,7% oraz 6,4% r/r.

Ogółem w 2013 roku produkcja sprzedana polskiego przemysłu motoryzacyjnego osiągnęła wartość 109,2 mld zł. To nominalnie o 6,3% więcej niż w 2012 roku.

PGNiG przenosi inwestycje z poszukiwania i wydobycia na rozwój sieci gazowniczej

CEO Magazyn Polska

Nowy zarząd PGNiG zapewnia akcjonariuszy, że będzie stabilnie – Andrzej Szczęśniak w ten sposób komentuje plany spółki na ten rok. Koncern zmieni nieco priorytety. Mniej niż przed rokiem przeznaczy na poszukiwanie i wydobycie surowców, a więcej na rozwój sieci gazowniczej i rozbudowę magazynów gazu. – To dobre posunięcie, które może zwiększyć dostawy PGNiG na nowe rynki – podkreśla ekspert. Koncern zamierza zainwestować w tym roku prawie 4,5 mld zł.

 – Opublikowane plany to jest powiedzenie akcjonariuszom, że będzie stabilnie. Poziom, który osiągnęło PGNiG w 2013 roku, a tu był znaczący skok, będzie utrzymany. Podstawowe parametry mieszczą się praktycznie w parametrach z 2013 roku. Inwestycje w wysokości 4,5 mld zł to są praktycznie takie same nakłady, z tym, że jest tu bardzo ciekawe przesunięcie, ponieważ znacznie mniejsze będą inwestycje w poszukiwanie i wydobycie – analizuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku gazu i paliw.

Według ogłoszonej w piątek wieczorem strategii, PGNiG chce w tym roku zainwestować 4,5 mld zł, o ok. 400 mln zł mniej niż wynosił plan na 2013 r. Znacznie spadną wydatki na poszukiwanie i wydobycie. Rok temu było to 2,4 mld zł, a w 2014 r. PGNiG planuje przeznaczyć na ten cel 1,9 mld zł. Najwięcej z tej kwoty, bo 0,9 mld zł, zostanie przeznaczonych na poszukiwania, w tym na 33 otwory wiertnicze w Polsce. Wśród nich 10 odwiertów będzie związanych z gazem łupkowym.

Znacznie, bo aż o 170 proc., wzrosną nakłady inwestycyjne na wytwarzanie energii cieplnej i elektrycznej. 1,2 mld zł trafi na rozwój i modernizację sieci gazowniczej, a 0,7 mld zł na rozbudowę podziemnych magazynów gazu.

Szczęśniak ocenia, że przesunięcie w tym roku środków inwestycyjnych na infrastrukturę to dobra decyzja spółki.

 – Źle się dzieje, kiedy nie można rozwijać pewnych rynków, np. w południowo-wschodniej Polsce, ponieważ przesył i dystrybucja szwankują. W związku z tym to jest dobre posunięcie, żeby zwiększyć siłę wewnętrzną PGNiG, czyli siłę dostaw na pewne rynki. W tym przypadku może być również pomocna nowa specustawa, o ile przejdzie, ponieważ pozwoli przesyłać gaz w nowe regiony, zwłaszcza do Polski południowo-wschodniej i północno-wschodniej – podkreśla Szczęśniak.

Dzięki poprawie jakości sieci gazowniczej, PGNiG powinno poprawić sprzedaż, choć zmiana będzie zauważalna dopiero w perspektywie kolejnego roku lub dwóch lat.

 – Spółka ma osiągnąć wewnętrzną stabilność i poprawić pewne wewnętrzne parametry – to zarząd obiecuje. Pytanie, jak się ułożą czynniki zewnętrzne, bo rzeczywiście zagrożenie narasta. Ryzykiem jest m.in. rozwój wydarzeń na Ukrainie – ocenia Szczęśniak.

Powołany z końcem grudnia zarząd PGNiG musi też zmagać się z obligiem giełdowym. Przepisy nakazują spółce sprzedawać gaz poprzez Towarową Giełdę Energii. W ubiegłym roku (obligo obowiązuje od września) miało to być minimum 30 proc. produkcji, czyli ok. 1,6 mld m3. W tym – aż 40 proc., czyli nawet 6 mld m3. W 2013 r. PGNiG nie wypełniło obliga, bo na TGE nie ma wystarczającego popytu. Większość dużych odbiorców jest związanych kontraktami długoterminowymi. Szczęśniak podkreśla, że poziom obliga jest zbyt wysoki, a teraz spółce grozi kara od URE.

 – Spółka nie wypełniła w 2013 roku swojego zobowiązania, które moim zdaniem było nierealistyczne, i dzisiaj też nie wypełnia. Jeżeli państwo nie zdecyduje się na pewne zmiany przepisów, to nad spółką będzie wisiała groźba kary za niewykonanie tego zobowiązania – ocenia Szczęśniak.

Nowy zarząd PGNiG przygotowuje się również do trudnych negocjacji z Qatargasem na dostawę płynnego gazu LNG do budowanego gazoportu w Świnoujściu. Zdaniem Andrzeja Szczęśniaka, priorytetem powinno być przesunięcie terminu pierwszych dostaw, a nie renegocjacja cen surowca. Wiadomo, że gazoport nie zostanie uruchomiony zgodnie z planem pod koniec czerwca tego roku, a to wtedy miały ruszyć dostawy z Kataru.

 – Na dzisiaj podstawowym problemem PGNiG jest nowy harmonogramu dostaw. Spółka powinna, moim zdaniem, odsunąć pierwsze dostawy z lipca 2014 na lipiec 2015 roku, bo to jest pół roku opóźnienia – z pewnym zapasem na błąd i uruchomienie gazoportu. Wymaganie od firmy, żeby w tym samym czasie negocjowała ceny, jest nieporozumieniem. Nie wierzę, żeby w tej sytuacji można było wynegocjować obniżenie cen przed rozpoczęciem dostaw – uważa Szczęśniak.

Mazowsze dostanie 1,5 mld euro mniej z UE. Przez janosikowe może mieć problem ze zdobyciem wkładu własnego

CEO Magazyn Polska

Mazowsze otrzyma do 2020 r. niemal 1,5 mld euro mniej środków unijnych niż w latach 2007-2013. To wynik tego, że województwo ma produkt krajowy brutto przekraczający 90 proc. unijnej średniej. Jednak z powodu problemów budżetowych Mazowsza, samorządy w regionie mogą mieć problem z pozyskaniem wkładu własnego na inwestycje.

 – Dostaniemy w tej perspektywie budżetowej 60 proc. mniej niż z perspektywy na lata 2007-2013. Z dwóch funduszy, Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego i Europejskiego Funduszu Społecznego w tej perspektywie, mieliśmy 2,8 mld euro, a będziemy mieli niecałe 2,085 mld euro, czyli około 700 mln euro mniej. Proporcjonalnie, ponad 400 mln mniej z Europejskiego Funduszu Społecznego i około 300 mln mniej w tych twardych projektach – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego.

Oznacza to, że łącznie województwo mazowieckie dostanie ok. 1,4 mld euro (5,8 mld zł) mniej środków niż w poprzednim unijnym budżecie. Wtedy województwo otrzymało niemal 3,3 mld euro. Mimo tego Polska pozostanie największym beneficjentem unijnych środków – może liczyć na ponad 77 mld euro w ramach polityki spójności, czyli ok. 22 proc. wszystkich funduszy.

Powodem zmniejszenia finansowania dla Mazowsza są zasady rozdzielania funduszy w ramach polityki spójności. Na największe wsparcie mogą liczyć te regiony, których PKB nie przekracza 75 proc. unijnej średniej. W Polsce oznacza to wszystkie województwa z wyjątkiem mazowieckiego. Podobnie jest w niektórych innych nowych krajach UE – na Węgrzech na mniejsze dofinansowanie może liczyć rejon Budapesztu, w Rumunii – Bukareszt, w Czechach – Praga, a na Słowacji – Bratysława. Mniej dostaną regiony z dochodem ponad 90 proc. unijnej średniej.

PKB Mazowsza zgodnie z najnowszymi dostępnymi danymi Eurostatu, pochodzącymi z 2011 r., wynosi 107 proc. unijnej średniej. Województwo wytwarza ponad 22 proc. polskiego PKB. Blisko progu są jeszcze województwa dolnośląskie (74 proc.), śląskie (70 proc.) oraz wielkopolskie (68 proc.).

 – To spowodowało, że na początku dyskusji byliśmy traktowani jako region lepiej rozwinięty. Dzięki licznym zabiegom i ze strony rządu polskiego, i ze strony władz województwa, władz landów niemieckich oraz części regionów hiszpańskich udało się utworzyć nową kategorię,  tzw. regiony przejściowe – transition regions, i dzięki temu mamy pewne gwarancje – mówi Struzik.

Status regionu przejściowego wiąże się też z innym przeznaczeniem unijnych środków.

 – Regiony lepiej rozwinięte mają narzuconą z góry konieczność koncentracji funduszy na określonych celach, które zawarte są w strategii Europa 2020. Pieniądze będą głównie koncentrowane na stworzeniu odpowiedniego wsparcia sfery badawczo-rozwojowej, innowacyjności, rozwoju gospodarki niskoemisyjnej i efektywnej energetycznie, oraz dla warstwy społecznej – tłumaczy Struzik. – Dodatkowo wprowadzono nowy instrument, tzw. instrumenty terytorialne. Musimy zarezerwować określoną pulę środków, około 165 mln euro, i znaleźć dobre projekty, lecz już nie punktowe, tylko zintegrowane dla całej przestrzeni.

Lepsze wyniki Mazowsza mogą spowodować problemy z pozyskaniem wkładu własnego. Budżet województwa jest w bardzo złym stanie, głównie przez wysokie janosikowe, a UE wymaga od regionów przejściowych minimum 20-proc. wkładu własnego. Struzik podkreśla, że to jednak nie tylko problem samorządu województwa, bo zgodnie z przepisami każda instytucja lub organizacja uzyskująca dofinansowanie musi sama zdobyć wkład własny. Dotyczy to także m.in.: gmin, powiatów czy organizacji pozarządowych.

Więcej z własnych środków będą też musieli wyłożyć przedsiębiorcy. W samej Warszawie mogą ubiegać się o dofinansowanie wynoszące 15 proc. do 2017 r., a potem tylko o 10 proc. W biedniejszych regionach województwa, np. w okolicach Radomia lub Płocka, dofinansowanie może sięgnąć 35 proc. W skali kraju na największe wsparcie z UE – nawet 50 proc. – mogą liczyć przedsiębiorcy z województw wschodnich oraz warmińsko-mazurskiego.

 – Województwo mazowieckie musi płacić olbrzymie daniny na rzecz innych regionów. Jako województwo, ale też jako powiaty podwraszawskie i niektóre miasta, napotykamy barierę udziału własnego. Dlatego apelujemy, żeby tę politykę wyrównywania rozwoju skoncentrować na pieniądzach europejskich, bo po to właśnie jest polityka spójności – wzywa Struzik.

Bliski Wschód atrakcyjny dla polskich przedsiębiorców. Co trzeci chce tam szukać kontrahentów

CEO Magazyn Polska

37 proc. polskich eksporterów zamierza szukać partnerów handlowych w krajach arabskich – wynika z raportu firmy Akcenta. Przyciągają ich tam chłonne rynki i stabilny wzrost gospodarczy, a także przygotowywania do światowych imprezz  Expo czy mistrzostwa świata w piłce nożnej.

Z danych GUS wynika, że w trzech pierwszych kwartałach minionego roku sprzedaż polskich towarów w Zjednoczonych Emiratach wzrosła o 76 proc., a w Arabii Saudyjskiej o 32 proc. Eksport do ZEA był większy niż do niektórych państw UE, np. Grecji czy Portugalii.

 – Trend ten potwierdzają również nasze badania, które przeprowadziliśmy pod koniec ubiegłego roku wśród importerów i eksporterów, oraz dane naszych klientów, dla których realizujemy płatności zagraniczne. Obrót między 2012 a 2013 rokiem wzrósł o ponad 50 proc. – podaje Radosław Jarema, dyrektor zarządzający firmy Akcenta w Polsce.

Prognozuje, że w tym roku wzrost sięgnie kolejnych 25-30 proc., a liczba tych transakcji wzrośnie o jedną piątą.

Z badania przeprowadzonego przez firmę Akcenta wynika, że 37 proc. ankietowanych szefów firm deklaruje, że, szukając partnerów handlowych na nowych rynkach, będzie wybierać kraje arabskie. To oznacza, że region ten staje się najpopularniejszym kierunkiem ekspansji polskich przedsiębiorców.

 – Te kraje mają stabilny wzrost gospodarczy. W ciągu ostatnich 10 lat wzrost PKB był średnio powyżej 5 proc. Inwestorów przyciągają też duże imprezy, które przygotowuje się w tamtym regionie: światowa wystawa Expo w roku 2020 w Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w Katarze dwa lata później – zwraca uwagę Radosław Jarema.

Rynki te cieszą się również popularnością wśród importerów 55 proc. z nich deklaruje, że chce nawiązać współpracę z państwami arabskimi.

Dominującą walutą, w której dokonuje się transakcji w tym regionie, jest dolar amerykański (92 proc. płatności). Choć Jarema zauważa, że regionalne waluty (rial saudyjski i katarski oraz dirham) są na tyle stabilne, że można byłoby się w nich rozliczać.

 – Cały czas pojawia się możliwość przyjmowania i przesyłania płatności w walutach tamtejszych, i je również realizujemy dla naszych klientów. To jest odpowiedź na chęć przedsiębiorców do handlowania z tamtym regionem – mówi Newserii Biznes Radosław Jarema.

Akcenta zajmuje się obsługą transakcji walutowych przedsiębiorstw i instytucji: wymianą walut, płatnościami zagranicznymi i zabezpieczeniem transakcjami przed ryzykiem kursowym. Świadczy usługi finansowe na rynkach Czech, Słowacji, Polski i Węgrzech, gdzie obsługuje ponad 20 tys. klientów. 

Polacy wcześnie rezerwują wakacje nad polskim morzem. Popularny jest krótkoterminowy wynajem apartamentów

CEO Magazyn Polska

Coraz częściej zamiast hoteli czy prywatnych kwater Polacy na wakacje wynajmują apartamenty. Najlepsze lokalizacje rezerwowane są nawet z półrocznym wyprzedzeniem. Firmy zajmujące się wynajmem zapewniają jednak, że nawet podejmując decyzje o wyjeździe z dnia na dzień, można znaleźć atrakcyjną ofertę.

 – Widzimy wyraźną tendencję wzrostową w wynajmie apartamentów wakacyjnych w Polsce. Największą popularnością cieszą się apartamenty nad morzem, w miejscowościach takich, jak: Świnoujście, Międzyzdroje, Kołobrzeg, a także Trójmiasto i Władysławowo – mówi agencji informacyjnej Newseria Regina Juźko z działu rezerwacji Sun & Snow.

Prognozy Sun & Snow na tegoroczny sezon wakacyjny są optymistyczne. Wiele apartamentów zostało zarezerwowanych już kilka miesięcy temu, chociaż – jak podkreśla Regina Juźko – nawet tuż przed sezonem klienci będą jeszcze mogli znaleźć coś dla siebie.

 – Największym powodzeniem cieszą się apartamenty trzypokojowe. Rezerwowane są stosunkowo wcześnie – już jesienią i na początku zimy, i to najczęściej przez tzw. klientów powracających. Nadal są miejsca w apartamentach dwupokojowych, także na majówkę i na czerwiec – zapewnia Regina Juźko. – W przeciwieństwie do biur podróży, nie stosujemy ofert first minute. Patrząc na lata ubiegłe, wiemy, że nie ma takiej potrzeby, i cała oferta letnia zostanie sprzedana.

W przypadku kurortów klienci najczęściej decydują się na tygodniowy pobyt, ale w okresie wakacji częste są również dłuższe, 3- i 4-tygodniowe rezerwacje. Apartamenty miejskie, np. w Gdańsku czy Warszawie, są rezerwowane na kilka dni i często są to pobyty biznesowe.

 – W miejscowościach nadmorskich cena wynajęcia apartamentu trzypokojowego dla sześciu osób to koszt rzędu 400-500 zł za dobę w lipcu-sierpniu, natomiast w sezonie okołoletnim, czyli w czerwcu i wrześniu – 300 zł. Apartamenty dwupokojowe dla czterech osób to w sezonie koszt 300-400 zł za dobę, a w czerwcu i wrześniu –240 zł. Najczęściej są to apartamenty położone bardzo blisko plaży, często z widokiem na morze. Dla porównania za dwupokojowy apartament w górach zapłacimy w wakacje 200 zł za dobę, co przy czterech osobach daje 50 zł za osobę dziennie – informuje Regina Juźko.

W Polsce marnowane są warzywa i owoce, które nie spełniają drobiazgowych norm handlowych

CEO Magazyn Polska

Niektóre owoce i warzywa, które trafiają na sklepowe półki, muszą spełniać normy handlowe, takie jak odpowiedni kształt czy kolor. Z tego względu wiele z nich jest odrzucanych i chociaż nadają się do spożycia, w efekcie marnują się.

W 2009 roku weszło rozporządzenie Komisji Europejskiej, które uchyliło względem wielu owoców i warzyw szczegółową normę handlową. Na sklepowe półki mogły więc trafić niekształtne ogórki czy marchew. Drobiazgowe standardy zostały zachowane jednak dla dziesięciu rodzajów owoców i warzyw – jabłek, cytrusów, kiwi, sałaty, brzoskwiń, nektarynek, gruszek, truskawek, papryki, winogron i pomidorów, które stanowią aż 75 proc. rynku.

Rozporządzenie z 2011 roku podtrzymuje szczegółowe normy handlowe dla tych owoców i warzyw. Z tego względu produkty, które ich nie spełniają, zwyczajnie się marnują.

 – Rolnicy podpisują kontrakty np. na 100 ton warzyw czy owoców, ale zawsze muszą myśleć o tym, żeby produkcja była na 120 ton. Wiedzą bowiem, że część tych produktów nie będzie spełniała norm i będą je musieli oddać np. dla zwierząt, ale i tak im się tych 20 ton nie uda oddać, więc one po prostu zalegają – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Wieleżyński ze sklepu internetowego Skrzynka z Pola.

Piotr Wieleżyński zauważa również, że gdyby nie szczegółowe normy, produkty te mogłyby trafiać na stoły konsumentów.

 – Jedzenie po prostu się psuje, a są to świetne, jadalne warzywa i owoce. Widziałem ostatnio pomidor na targu, który był w kształcie serca. W supermarkecie nigdy tego nie zobaczymy, bo ma nieodpowiedni kształt – stwierdza Wieleżyński.

Drobiazgowe normy, które muszą spełnić np. jabłka, to m.in.: określona minimalna powierzchnia wybarwienia charakterystycznego dla danej odmiany.

Polacy kupują coraz więcej aut premium i luksusowych. Samochody te kupują głównie firmy

CEO Magazyn Polska

W ciągu trzech kwartałów ubiegłego roku o 86 proc. wzrosła liczba nowych rejestracji samochodów z segmentu luksusowego – wynika z badań KPMG. Odbicie widocznie było również w segmencie premium. Największe wzrosty odnotowały marki: Lexus, BMW i Mercedes. W całym 2013 roku Mercedes sprzedał dwa razy więcej sportowych modeli AMG niż w 2012 roku, dlatego jest spokojny o popyt na kolejne modele dla najbogatszych klientów.

Mimo zawirowań na rynku motoryzacyjnym aut osobowych, rejestracje pojazdów z najwyższej półki w ostatnich latach rosły. Po trzech kwartałach 2013 roku w segmencie premium odnotowano wzrost o 7,7 proc. – największy w Lexusie, BMW i Mercedesie. W segmencie luksusowym rejestracje wzrosły aż o 86 proc., szczególnie marek Ferrari, Maserati i Bentley. 

 – Patrząc na sprzedaż w segmencie premium, widać, że Polakom żyje się dostatniej. W 2013 roku o 100 proc. zwiększyliśmy sprzedaż pojazdów typu AMG, czyli supersportowych aut. Sprzedaliśmy 140 sztuk – mówi Ewa Łabno-Falęcka, dyrektor ds. PR w Mercedes-Benz Polska. – Trend jest bardzo zdecydowany w kierunku pojazdów zindywidualizowanych, bo AMG to znaczy „one man one engine”. Jeżeli chodzi o klasę G, to sprzedaliśmy też 2-3 razy więcej niż w roku 2012.

Analitycy KPMG szacują, że wartość sprzedaży w segmencie aut luksusowych i premium w ubiegłym roku mogła przekroczyć 4,5 mld zł.

 – Trudno mówić o określonym profilu klienta w segmencie premium. 70-80 proc. samochodów jest sprzedawanych osobom prowadzącym działalność gospodarczą. Są to przeważnie auta kupowane przez nasz bank albo przez leasing – powiedziała Ewa Łabno-Falęcka agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Badania KPMG wskazały, że 52 proc. to klienci korporacyjni. Zdecydowana większość nabywców indywidualnych to osoby powyżej 35. roku życia.

Zdanie dyrektor PR w Mercedes-Benz Polska wyniki sprzedaży w ubiegłym roku dobrze prognozują na kolejny rok. Kilka dni temu koncern zorganizował testy nowego modelu GLA – najmniejszego SUV-a. Koncern w marcu chce pokazać nową klasę C, która – jak podkreśla Łabno-Falęcka – ma wiele rozwiązań z najwyższej półki, na wzór klasy S, która debiutowała w ubiegłym roku.

 – Pod koniec drugiego lub na początku trzeciego kwartału, wejdzie na rynek jeden z najpiękniejszych samochodów osobowych, czyli klasa S coupe. To jest też auto, które będzie sukcesem, o tym jesteśmy przekonani – podkreśla Ewa Łabno–Falęcka.

W 2013 roku Mercedes-Benz Polska odnotował zarówno wzrost sprzedaży, jak i obrotów we wszystkich trzech segmentach aut: osobowych (prawie 13 proc.), dostawczych i ciężarowych.

Mniej niż 1 proc. sal lekcyjnych spełnia wymogi dotyczące poziomu hałasu

Akustyka w szkole to nie tylko wszechobecny na korytarzach hałas. Mało popularnym zagadnieniem jest temat akustyki sal lekcyjnych, które bardzo często są nieprzystosowane do potrzeb uczniów. Zbyt długi czas pogłosu sprawia, że dzieci mogą mieć problemy ze zrozumieniem nauczyciela i koncentracją. Według badań Centralnego Instytutu Ochrony Pracy, mniej niż 1 proc. pracowni szkolnych spełnia wymogi dotyczące poziomu hałasu.

Problem stanowi zbyt długi czas pogłosu, który wpływa negatywnie na koncentrację ucznia i sprawia, że nauczyciel musi mówić głośniej.

Pogłos to zjawisko, które powstaje wtedy, kiedy do słuchacza oprócz dźwięku bezpośredniego docierają dźwięki wielokrotnie odbite od ścian i sufitu. Normy określają, że czas wybrzmiewania dźwięków w sali lekcyjnej nie powinien być dłuższy niż 0,6 sekundy. Kiedy Centralny Instytut Ochrony Pracy mierzył czas pogłosu w salach lekcyjnych w podstawówkach w Warszawie, okazało się, że mniej niż 1 proc. klas lekcyjnych spełnia te wymagania – mówi agencji informacyjnej Newseria Mikołaj Jarosz z firmy Ecophon Saint-Gobain.

Zła akustyka przejawiająca się długim czasem pogłosu skutkuje głównie kłopotami ze zrozumieniem osób mówiących w salach lekcyjnych. Uczniowie  siedzący w tylnych rzędach mogą mieć problem ze zrozumieniem nauczyciela, który pracuje przy tablicy. Ten problem dotyczy głównie dzieci w wieku wczesnoszkolnym, uczących się nowych wyrazów oraz języków obcych.

Jeżeli sale lekcyjne są wykończone bardzo twardymi materiałami, w pomieszczeniach jest głośniej. Hałasujące w trakcie lekcji dzieci budują wysoki poziom tak zwanego tła akustycznego, przez które nauczyciel musi się przebić. Musi po prostu mówić głośniej. Badania CIOP-u pokazały, że jeżeli sale lekcyjne są w odpowiedni sposób adaptowane akustycznie, nauczyciele mogą mówić o sześć decybeli ciszej – mówi Mikołaj Jarosz.

Długotrwałe przebywanie w hałasie powoduje zmęczenie, znużenie i problemy z koncentracją. Oprócz pogłosu w sali lekcyjnej dzieci stykają się z ekstremalnym hałasem podczas przerw. W niektórych szkołach poziom hałasu na korytarzach dochodzi do 90 decybeli, przez co dzieci po powrocie na lekcje przez kilkanaście minut gorzej słyszą i głośniej się zachowują.

O prawidłową akustykę najłatwiej zadbać zanim szkoła zostanie wybudowana. Kiedy powstaje projekt architektoniczny, można wprowadzić odpowiednie rozwiązania techniczne bez ponoszenia zbędnych kosztów. Natomiast w pomieszczeniu istniejącym należy zainstalować materiały dźwiękochłonne.

Materiały dźwiękochłonne nie odbijają dźwięku, tylko go pochłaniają. Zwykle są to sufity podwieszane lub okładziny sufitów, ponieważ stanowią one największą wolną powierzchnię w sali lekcyjnej. Można też na fragmentach ścian zainstalować dźwiękochłonne panele ścienne. Wtedy czas pogłosu może skrócić się z dwóch sekund do 0,5-0,6 sekundy, co już jest spełnieniem wymogów większości norm – mówi Mikołaj Jarosz.

Ilość materiału dźwiękochłonnego należy dopasować do pomieszczenia. W przypadku sali do nauczania początkowego, w której znajduje się dużo zabawek, dywanów, zasłon i gazetek ściennych, wystarczy stosunkowo niewielka ilość materiałów dźwiękochłonnych na suficie i ścianach. Pracownie dla dzieci starszych, które są zwykle skromnie umeblowane, będą wymagały gruntowniejszych zmian i większej ilości materiałów.

Polski Holding Nieruchomości inwestuje w magazyny i logistykę. W ofercie pojawią się też mieszkania

CEO Magazyn Polska

Rynek powierzchni biurowych, które stanowią większość portfela Polskiego Holdingu Nieruchomości, staje się coraz bardziej wymagający. Dlatego spółka stawia także na inwestycje w magazyny i logistykę. W ofercie mogą również pojawić się powierzchnie mieszkaniowe.

Rok po debiucie na warszawskim parkiecie PHN chce nadal umacniać pozycję na rynku nowoczesnych nieruchomości komercyjnych.
 
Z perspektywy trzech ostatnich lat, kiedy PHN powstał i budował swoją pozycję na rynku, możemy ocenić ten czas bardzo pozytywnie. Jesteśmy istotnym graczem, którego marka jest rozpoznawana. Potwierdza to liczba nowych projektów, które mamy w naszym portfelu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Laskowski-Fabisiewicz, wiceprezes zarządu Polskiego Holdingu Nieruchomości SA.
 
PHN w swojej strategii stawia na obecność przede wszystkim w trzech segmentach nieruchomości komercyjnych: biurowych, handlowych oraz logistycznych. Główne przychody generowane są z segmentu biurowego, który odpowiada ponad połowie powierzchni GLA w portfelu grupy.  W przypadku handlu jest to 17 proc., a logistyki – 22 proc. (stan na 31 grudnia 2013 r.).
 
Wśród najważniejszych inwestycji logistycznych PHN znajduje się Segro Industrial Park we Wrocławiu. Chodzi o  centrum logistyczno-produkcyjne o powierzchni użytkowej szacowanej na prawie 40 tys. mkw., budowane wraz z brytyjskim deweloperem.
 
Podpisaliśmy również list intencyjny z kolejnym uznanym podmiotem w segmencie powierzchni magazynowych. I ten projekt w okolicach Warszawy chcemy wspólnie zrealizować w najbliższym czasie – zapowiada Paweł Laskowski-Fabisiewicz.  
 
Mowa o parku logistycznym w Parzniewie, który ma powstać w okolicy Pruszkowa. Największym atutem inwestycji będzie jej lokalizacja – w pobliżu ważnych węzłów autostradowych Konotopa i Pruszków, co ma kluczowe znaczenie dla tego rodzaju obiektów. 

W segmencie biurowym, z uwagi na wzrastającą podaż i presję na czynsze konkurencja zaostrza się. Klienci stają się coraz bardziej wymagający, co stawia przed Grupą PHN dodatkowe wyzwania, by utrzymać dotychczasowych najemców i przyciągnąć nowych.
 
Trzeba brać pod uwagę przyrost metrów kwadratowych, które są dostarczane na rynek. Obecnie musimy oferować więcej za tyle samo, czyli każdy kolejny budynek, który będzie dostarczany na rynek, powinien być lepszy, bardziej efektywny, bardziej przyjazny najemcom – wyjaśnia prezes PHN.
 
Polski Holding Nieruchomości dotąd ograniczał działalność w segmencie mieszkaniowym. Czasami jednak – m.in. na skutek zmiany otoczenia danego projektu – bierze pod uwagę wprowadzenie elementu mieszkaniowego, jak w przypadku inwestycji na terenie Molo Rybackiego w Gdyni, w pobliżu gdyńskiego portu. Będzie to w przeważającej części projekt mieszkaniowy. Zgodnie z Miejscowym Planem Zagospodarowania Przestrzennego, w tym miejscu może powstać ok. 70 tys. mkw. GLA powierzchni komercyjnej i ok. 120 tys. mkw. powierzchni mieszkaniowej. 12 lutego Dalmor podpisał list intencyjny dotyczący realizacji tego kompleksu. Dokument określa wstępne warunki oraz zasady współpracy Dalmoru z deweloperem. Spółka zakłada, że ruszy z budową już w przyszłym roku.
 
Podpisaliśmy list intencyjny z partnerem na realizację pierwszej fazy projektu w Gdyni. Ze względu na miejscowy plan zagospodarowania terenu i samą charakterystykę tego projektu, planujemy realizację projektu mieszkaniowego, ale wraz z funkcją usługowo-biurową. Jest to projekt długoletni, obliczony na kolejne 10-15 lat – mówi Paweł Laskowski-Fabisiewicz.
 
Polski Holding Nieruchomości jest spółką holdingową, do której należą m.in.: Warszawski Holding Nieruchomości, Intraco, Agroman, Budexpo, Dalmor i Wrocławskie Centrum Prasowe. PHN zadebiutował na warszawskiej giełdzie w lutym 2013 r. Jest jednym z największych (pod względem wycenionej wartości rynkowej portfela nieruchomości) podmiotów posiadających nieruchomości komercyjne i zarządzających nimi w Polsce.

Rosną ceny złota od początku roku. Prognozy nie są jednak najlepsze

CEO Magazyn Polska

Od początku roku złoto podrożało o ponad 100 dolarów za uncję, czyli o ok. 10 proc. Wprawdzie w ostatnim tygodniu notowania nieco spadały, ale i tak są bliskie poziomów z października zeszłego roku. Analitycy oceniają jednak, że kolejne miesiące nie będą już tak korzystne dla złota i innych metali szlachetnych.

Drożejące od początku roku złoto to m.in. efekt kryzysu politycznego i ekonomicznego na Ukrainie, w Wenezueli i Bangkoku. 

 – Dodatkowo mamy słabsze dane z gospodarki amerykańskiej, prawdopodobnie przez ostrą zimę. Silne wzrosty to również efekt tego, że duża część inwestorów zaczyna grać pod to, że być może nowa szefowa nie ograniczy QE3 w marcu – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Kordala, analityk XTB Brokers.

Rynek czeka na dane gospodarcze z Ameryki i jeśli te będą się poprawiać, złoto może spaść nawet o kilkanaście procent w najbliższych miesiącach. Kluczowa wydaje się tu decyzja amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Duży wpływ na notowania złota będą miały w najbliższych tygodniach także Indie. Ministerstwo Handlu tego kraju zapowiedziało zmniejszenie restrykcji, nałożonych na import i zakup złota.

Według ekspertów, kruszec kupują inwestorzy krótkoterminowi, a to nie jest dobry znak do wzrostów w długim terminie. Kordala prognozuje, że 2014 rok będzie słabym rokiem dla złota i pomimo odbicia w pierwszych miesiącach, cały rok zamknie się na niższych lub porównywalnych poziomach jak 2013 rok.

 – Nie widzę długoterminowych fundamentów w perspektywie kolejnych lat na kupowanie złota. Widać jeszcze, że długoterminowi gracze w USA, którzy odpowiadają za 10-letnią hossę na rynku złota, jeszcze w dużej części nie zrealizowali zysków. Więc jest perspektywa, że oni po takich krótkoterminowych wzrostach zaczną mocniej sprzedawać złoto, i ceny ponownie spadną – komentuje analityk.

Na rynku innych metali szlachetnych również widać odbicie: za złotem wzrosty odnotowały m.in. srebro (8 proc. od początku stycznia) i platyna (ponad 5,4 proc.). Podobnie jak na rynku złota, to może być tylko krótkoterminowe odbicie, i zdaniem ekspertów w dłuższym okresie także i te surowce powinny powrócić do trendu spadkowego. Podobnie jak ropa – w związku z rosnącym wydobyciem w USA i w innych częściach świata.

Inaczej jest w przypadku surowców rolnych.

 – Najciekawszą alternatywą do kupowaniasą surowce rolne – ich ceny są bardzo niskie, bliskie kosztom produkcji, więc można pokusić się o kupowanie – przekonuje Paweł Kordala. – Miedź i inne metale przemysłowe w ostatnich tygodniach spadają i prawdopodobnie ten trend utrzyma się do końca roku. Tu najważniejszym graczem są Chiny, a tamtejsza gospodarka nieco spowalnia i jest coraz więcej wątpliwości na rynku nieruchomości.

Bez systemu ulg podatkowych Polska pozostanie jednym z krajów unijnych z najniższym poziomem nakładów na B+R

Wydatki na badania i rozwój w 2012 roku w krajach OECD wzrosły o prawie 3 proc. w porównaniu do 2011. Po latach kryzysu świat ponownie zaczął inwestować w innowacje. Na tym tle wyróżniają się Chiny, które w 2012 roku wydały na działalność B+R niemal 2 proc. swojego PKB, czyli tyle samo co średnia krajów UE. Tymczasem Polska w tym samym czasie przeznaczyła na ten cel niespełna 1 proc. PKB i w porównaniu z np. Czechami i Węgrami wciąż wypada bardzo słabo. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte, przedsiębiorcy w Polsce potrzebują większej motywacji do inwestowania w innowacyjność. Bez modyfikacji systemu wsparcia dla finansowania działalności B+R, wprowadzającego ulgi podatkowe, trudno będzie dogonić świat.

„Jak wskazują ostatnie szacunki międzynarodowej Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) rok 2012 był drugim z rzędu, w którym zanotowano łączny wzrost wydatków na B+R w 34 krajach OECD1. Poziom ten był nawet wyższy niż w latach przed kryzysem. „Istotnym jest, że wzrost napędzany był przede wszystkim przez biznes, który w 2012 roku przeznaczył na działalność badawczo-rozwojową o 3,5 proc. więcej niż rok wcześniej. W przypadku uczelni wyższych i ośrodków badawczych było to o 1,4 proc. więcej, a w sektorze rządowym odnotowano wzrost o 0,9 proc. Wydatki na B+R w ostatnich latach wyraźnie pokazują, że ich poziom jest ściśle skorelowany z cyklem koniunktury gospodarczej” – wyjaśnia Magdalena Burnat-Mikosz, Partner, Lider działu R&D and Government Incentives w Europie Środkowej, Deloitte.

W 2012 roku, po raz pierwszy wskaźnik GERD dla Chin (poziom nakładów na B+R w stosunku do PKB) był na tym samym poziomie, co wyniki dla krajów Unii Europejskiej. W obu przypadkach było to blisko 2 proc. PKB. W liczbach bezwzględnych obecny poziom chińskiego wskaźnika GERD odpowiada 72 proc. unijnego. Za poprawą chińskiego wyniku stoją głównie tamtejsi przedsiębiorcy. Równie szybki i duży wzrost zanotowała Korea Południowa, która według danych OECD jest obecnie krajem o najwyższym wskaźniku GERD wśród 34 państw należących do tej organizacji (blisko 4,5 proc.) i zajęła ona miejsce dotychczasowego lidera, czyli Izraela. Podobnie jak w Chinach również w Korei za poprawę wskaźnika odpowiedzialny był głównie sektor prywatny.

W świetle rosnących azjatyckich nakładów na działalność naukowo-badawczą, Unia Europejska ma niewiele powodów do zadowolenia. W 28 krajach unijnych wzrost wydatków na B+R w 2012 roku wyniósł tylko 0,6 proc. w porównaniu do roku 2011. Takie kraje jak Francja czy Niemcy zwiększyły swoje wydatki, ale przykładowo Wielka Brytania zmniejszyła je aż o 3,1 proc. Raport OECD chwali kraje naszego regionu za zwiększające się nakłady, wskazując jednocześnie na to, że średni poziom wydatków obniżają państwa południa Europy, takie jak Hiszpania czy Portugalia, które wciąż zmagają się ze skutkami kryzysu.

Szacunki OECD pokazały wyraźnie, że pod względem nakładów na badania i rozwój Polska pozostaje w tyle nie tylko za światowymi liderami, ale również ustępuje miejsca swoim sąsiadom. „W 2012 nasz poziom wydatków na działalność badawczo-rozwojową wynosił 0,9 proc. PKB. Dla porównania w Czechach było to 1,88 proc., a na Węgrzech 1,3 proc. To pokazuje, że ucieka nam nie tylko czołówka światowa, ale także kraje sąsiadujące, funkcjonujące przecież w podobnych do Polski warunkach gospodarczych”, – mówi Magdalena Burnat-Mikosz.

Z danych GUS wynika, że w 2012 roku na 14,5 mld złotych nakładów na B+R w Polsce, niepochodzących ze źródeł zewnętrznych, zaledwie 4,6 mld złotych stanowiły wydatki sektora prywatnego. Według ostatnich zapowiedzi polskiego rządu, celem jest zwiększenie nakładów na B+R tak, aby w 2023 roku osiągnąć poziom 2 proc. PKB. Już w 2020 roku ma to być 1,7 proc. PKB, przy czym połowa ma pochodzić ze środków prywatnych.

Jest to również warunek wypełnienia założenia strategii „EUROPA 2020”. W całej Unii Europejskiej poziom wydatków na B+R ma sięgnąć średnio 3 proc. Już teraz w Unii ponad 55 proc. środków przeznaczanych na badania i rozwój pochodzi od przedsiębiorców. Kraje Europy Środkowej, takie jak Czechy czy Węgry, są bliżej unijnej średniej niż Polska – z wydatkami przedsiębiorstw na B+R na poziomie odpowiednio 46,9 proc. i 47,5 proc. Zdaniem ekspertów Deloitte osiągnięcie takiego wyniku nie będzie możliwe bez zmiany strategii w zakresie finansowania działalności badawczo-rozwojowej, która obecnie opiera się w zasadzie wyłącznie na unijnych dotacjach.

Dostępne dla polskich przedsiębiorstw ulgi podatkowe mają mocno ograniczony zakres. Firmy mogą obecnie:

odliczyć od podstawy opodatkowania 50 proc. wydatków jedynie na zakup nowej innowacyjnej technologii (nie ma możliwości uwzględnienia kosztów prowadzenia prac B+R) oraz
dokonywać comiesięcznych odpisów od podstawy opodatkowania w wysokości do 20 proc. przychodów z tytułu działalności B+R, pod warunkiem jednak, że firma posiada status Centrum Badawczo-Rozwojowego (w tej chwili w Polsce jest 28 takich przedsiębiorstw).
Od dłuższego czasu trwają prace nad wprowadzeniem ulgi podatkowej dla przedsiębiorców prowadzących działalność B+R. Ministerstwo Gospodarki planowało wprowadzić ulgę już od początku tego roku. Zaproponowane rozwiązania wymagają jednak ciągle dopracowania. Światowe doświadczenia wskazują, iż najbardziej efektywnym systemem wspierania wzrostu wydatków na B+R jest system mieszany, w którym ulgi podatkowe uzupełniają dotacje. Pozwala to myśleć przedsiębiorcom o inwestowaniu w innowacyjność w sposób bardziej planowy i długofalowy, niezależnie od dostępności funduszy strukturalnych.

„Wsparcie konkretnych projektów badawczych ze środków UE jest ważne, ale niewystarczające dla istotnego pobudzenia nakładów prywatnych na ten cel. Dotacje udzielane są w trybie konkursów i w zasadzie do momentu ich rozstrzygnięcia firma nie może zakładać, że otrzyma finansowanie. Trudno także uzyskać pożyczkę w banku na realizację projektów obarczonych dużym ryzykiem niepowodzenia. Zachęty podatkowe wypełniają tę lukę. Przy stabilnym systemie podatkowym, dają podstawę do planowej oszczędności, niezależnie od powodzenia projektu badawczego oraz rozstrzygnięcia konkursu. ” – podsumowuje Magdalena Burnat-Mikosz.

Wypalenie zawodowe może czaić się tuż za rogiem

Raporty na temat rynku pracy w Polsce od dłuższego już czasu ukazują pewną prawidłowość: pracujemy zdecydowanie za dużo, wyprzedzając pod tym względem wiele innych nacji europejskich. Z tego powodu cierpi nie tylko nasze życie rodzinne, ale i zdrowie, a trwanie w takiej sytuacji prędzej czy później doprowadzić nas może do wypalenia zawodowego. Co zatem zrobić, by uniknąć aż tak czarnego scenariusza?

Niezwykle rzadko się zdarza, że nasza praca nagle i nieoczekiwanie przestaje sprawiać nam jakąkolwiek satysfakcję. Najczęściej mamy tu do czynienia ze złożonym i długotrwałym procesem, podczas którego nakłada się na siebie wiele różnych czynników. Początki wypalenia zawodowego nigdy jednak nie wyglądają groźnie:

– Przeważnie zaczyna się dość prozaicznie. Najpierw spędzamy w biurze nieco więcej czasu, wyrabiając tzw. nadgodziny. Później dochodzi do tego praca w weekendy czy też w święta. Następnie zaś coraz częściej zabieramy obowiązki do domu, minimalizując przy tym ilość czasu przeznaczanego na sen – opisuje Grzegorz Frątczak, specjalista zarządzania czasem.

Przyjmowanie na siebie zbyt dużej liczby zajęć to jednak nie wszystko. Do tego dodać należy zarówno stale rosnącą presję otoczenia na osiąganie coraz lepszych wyników, jak i stawianie sobie zbyt wysokich wymagań, przy jednoczesnym niedostosowaniu czasu i środków niezbędnych do ich realizacji.

A jeśli dodatkowo dotknie nas rutyna w pracy wynikająca np. z braku możliwości kreacji czy wykazania się ze względu na obowiązujące w firmie procedury, możemy być niemal pewni, że połączenie to prędzej czy później skutkować będzie właśnie wypaleniem zawodowym.

Uwaga na pierwsze symptomy

Jak wspomnieliśmy, syndrom ten nie pojawia się jednak nagle. Warto zatem poznać pierwsze symptomy, które mogą sugerować nam rychłe pojawienie się większego problemu.

Osoby dotknięte omawianą przypadłością często w pierwszej kolejności zmagają się z problemami z koncentracją. Później zaczynają obwiniać się za zbyt długie przebywanie w pracy, co skutkuje wyczerpaniem zarówno psychicznym, jak i fizycznym.

– Wypalenie nierzadko powoduje też huśtawki nastrojów, cynizm w kontaktach z innymi lub izolowanie się od otoczenia, brak życia prywatnego, nadużywanie alkoholu, zwiększoną ilość dni spędzanych na zwolnieniu lekarskim, a także problemy ze snem – dodaje Frątczak.

Wypalenie pracownika słono kosztuje

W tym miejscu warto uświadomić sobie, że wypalenie zawodowe to niemały kłopot nie tylko samego pracownika, ale i dla jego pracodawcy. Koszty utrzymywania osoby dotkniętej omawianym syndromem nie przestają bowiem rosnąć do czasu znalezienia skutecznego rozwiązania problemu.

Początkowo zwykle mamy do czynienia ze znacznym spadkiem efektywności, co przekłada się na straty finansowe. Potem nie jest niestety wcale lepiej – częstsze nieobecności w pracy, brak realizacji obowiązków lub konieczność znalezienia zastępstwa.

– Jeśli w porę nie zareagujemy, kilka chwil później prawdopodobnie zmuszeni będziemy rozpocząć kosztowny przecież proces rekrutacji. Niezadowolony pracownik odejdzie bowiem sam, szukając dla siebie lepszego miejsca lub też konieczne stanie się zwolnienie go – opisuje właściciel CEO Solutions.

A o tym, jak ogromną stratą dla przedsiębiorstwa może być odejście wartościowego pracownika, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki, warto zatem reagować już po pierwszych symptomach – tak będzie z całą pewnością taniej.

Zarządzanie czasem w firmie

Co zatem zrobić, by zminimalizować ryzyko pojawienia się wypalenia zawodowego? Z punktu widzenia pracownika, w pierwszej kolejności należy poprawić zarządzanie swoim czasem w firmie. Niezbędne przy tym jest ścisłe trzymanie się godzin pracy tak, by po niej znalazło się odpowiednio dużo czasu na regenerację.

– Wypoczęty pracownik to bez wątpienia efektywny pracownik, który wszystkie swoje obowiązki wykona w 6 czy 8 zamiast w 12 godzin. Jeśli widzimy więc, że zbyt często zdarza nam się zostawać „po godzinach”, przyczyn warto poszukać w tym, jak i ile odpoczywamy – mówi Frątczak.

Na obniżenie naszej produktywności ogromny wpływ ma także kiepska organizacja pracy.

Żonglowanie kilkoma wykonywanymi na raz zadaniami, częste przerywanie ich z powodu rozmów telefonicznych, brak umiejętności delegowania obowiązków – wszystko to sprawia, że nasza uwaga jest rozproszona, co znacznie wydłuża wykonywane przez nas czynności.

Minimalizujemy stres, zwalczamy wypalenie

Niekiedy poprzez brak umiejętności projektowania czasu swoich pracowników to pracodawcy wprowadzają niepotrzebne zamieszanie i przyczyniają się do podnoszenia poziomu stresu w miejscu pracy:

– Przyczyną takiego stanu rzeczy mogą być często występujące „pożary” – nagły wysyp zadań do zrobienia w jak najkrótszym czasie. I choć nie zawsze da się je całkowicie wyeliminować, to bez wątpienia jednoznaczne określenie celów, rozdzielenie obowiązków i wyznaczenie realnych terminów ich realizacji przyczyni się do zwiększenia wydajności całego zespołu – dodaje na koniec specjalista zarządzania czasem.

Kluczem do sukcesu będzie zatem odpowiednia współpraca pracodawcy i pracownika w zakresie racjonalnej organizacji czasu pracy. Wyłącznie wspólnymi siłami można bowiem przyczynić się do poprawy efektywności i pojawienia się satysfakcji z wykonywanych działań, co bezpośrednio przełoży się na zwalczenie wypalenia zawodowego już w zalążku.

Prawne aspekty organizowania konkursów na Facebooku

Dobrze zorganizowany konkurs na Facebooku potrafi być niezwykle skutecznym narzędziem w rękach marketera. Podejmując się takiego przedsięwzięcia musisz jednak pamiętać, że jako organizator ponosisz pełną odpowiedzialność za jego zgodność z prawem. Poniżej znajdziesz kilka rad gdzie szukać informacji na ten temat oraz na jakie kwestie powinieneś zwrócić szczególną uwagę.

Chcąc uzyskać wskazówki jak prawidłowo zorganizować konkurs na Facebooku pierwsze kroki powinniśmy skierować na stronę regulaminu usługi Strona na Facebooku. Tam, w zakładce zatytułowanej „Promocje” znajdziemy najważniejsze zasady dotyczące organizacji tego typu przedsięwzięć. Aby organizowany przez nas konkurs spełniał wymogi narzucane przez prawo należy także zapoznać się z przepisami prawa powszechnie obowiązującego, a w szczególności z regulacjami prawa autorskiego, prawa własności przemysłowej (ochrona znaków towarowych) oraz ustawy o grach hazardowych.

Regulamin to podstawa

Każdy konkurs powinien posiadać oficjalny regulamin, do którego każdy uczestnik może w każdej chwili uzyskać dostęp. Osoby biorące udział w konkursie powinny być także poinformowane szczegółowo o warunkach udziału oraz sposobie wyłonienia zwycięzcy.

Czy to konkurs czy loteria?

Należy pamiętać, że konkurs i loteria to w świetle prawa dwa różne pojęcia. Wiadomo, że zarówno w jednym jak i drugim przypadku nagrodami mogą być wygrane pieniężne lub rzeczowe. Oba przedsięwzięcia będą wymagały odrębnego regulaminu. Konkurs i jego zasady można dowolnie organizować i ustalać. Jeżeli natomiast zamierzamy zorganizować grę opierającą się czynnikach losowych (loterię), konieczne będzie uzyskanie odpowiednich zezwoleń, o których mowa w ustawie o grach hazardowych. Zgodnie z tą ustawą, grą losową jest taka gra, w której wygrana jest pieniężna lub rzeczowa, jej wynik zależy od przypadku, a jej warunki określa regulamin. Za urządzenie gier losowych bez wymaganych prawem zezwoleń ustawa przewiduje karę pieniężna:

„art. 89. Karze pieniężnej podlega:[…] urządzający gry hazardowe bez koncesji lub zezwolenia, bez dokonania zgłoszenia, lub bez wymaganej rejestracji automatu lub urządzenia do gry;[…] 2. Wysokość kary pieniężnej wymierzanej wynosi 100% przychodu uzyskanego z urządzanej gry.”

Uczestnikom takich gier grozi z kolei kara pieniężna w wysokości 100 proc. wygranej.

Jeżeli pragniemy uniknąć ewentualnego zarzutu, że organizowany przez nas konkurs nosi cechy loterii, powinniśmy wyraźnie określić jakie są kryteria wyboru zwycięzców i podać taką informację do wiadomości uczestników- radzi Dominika Strupiechowska Junior PR Specialist GRUPA 365 NET

Nowe zasady organizacji konkursów na Facebooku

Od dłuższego czasu na Facebooku możliwe jest organizowanie konkursów bez konieczności przygotowywania do tego celu dedykowanej aplikacji. Organizator konkursu ma do dyspozycji funkcje natywne Facebooka takie jak przycisk „Lubię to!” oraz system komentarzy. Należy jednak pamiętać, że przy prowadzeniu konkursów nie można wykorzystywać prywatnych osi czasu (niedozwolone jest stosowanie rozwiązań typu „udostępnij na swojej osi czasu” lub „udostępnij na osi czasu znajomego”) .

Ochrona danych osobowych

Przy organizowaniu loterii, konkursu lub innej gry musimy zadbać o bezpieczeństwo danych osobowych ich uczestników. Niewykluczone, że w związku z organizowanym przez nas konkursem powstanie po naszej stronie obowiązek rejestracji zbioru danych ich uczestników. W sekcji II Regulaminu Stron na Facebooku czytamy, że:

„W przypadku zbierania bezpośrednio od użytkowników informacji ich dotyczących i treści należących do nich administrator strony ma obowiązek wyraźnego poinformowania, że to on (a nie serwis Facebook) gromadzi te dane, opublikowania informacji na temat zbieranych informacji i treści oraz uzyskania zgody użytkowników na gromadzenie i wykorzystywanie tych danych. Bez względu na sposób uzyskiwania informacji o użytkownikach i treści należących do użytkowników administrator musi pozyskać odpowiednie zezwolenia na dalsze wykorzystanie tych danych.”

Tworząc regulamin konkursu należy koniecznie poinformować uczestników o dwóch kwestiach. Po pierwsze: na jakich zasadach dane osobowe są gromadzone i wykorzystywane przez organizatora, po drugie: w jakim celu są one zbierane. Akceptując regulamin, uczestnik konkursu wyraża zgodę na udostępnienie swoich danych i ich następne wykorzystanie w ramach konkursu. Jeżeli będziemy chcieli wykorzystywać dane uczestników w innych celach niż podane w regulaminie, konieczne będzie uzyskanie kolejnej zgody- dodaje Dominika Strupiechowska.

Nie zawsze jednak tworzenie i zgłaszanie bazy danych osobowych będzie konieczne. Przy organizowaniu konkursów, w których przewidziane nagrody mają niewielką, symboliczną wręcz wartość, można powołać się na przepisy ustawy o ochronie danych osobowych, zwalniające z obowiązku zgłoszenia zbioru danych do rejestracji Generalnemu Inspektorowi Danych Osobowych. Kwestię tę reguluje art. 43 ust. 1 ustawy o ochronie danych osobowych, który stanowi, że stanowi bowiem, że „z obowiązku rejestracji zbioru danych zwolnieni są administratorzy danych przetwarzanych w zakresie drobnych bieżących spraw życia codziennego.”

Blisko 6,5 tys. złotych – tyle statystyczny Polak odda fiskusowi w 2014 roku

Aby państwo mogło funkcjonować, jego obywatele muszą płacić podatki. Szkopuł w tym, że w Polsce zobowiązania wobec państwa pożerają znaczą część dochodów. Zabierane są one w formie PIT, składek ZUS, VAT-u czy akcyzy. Niestety – niewielu Polaków wie, a nawet zastanawia się, ile tak naprawdę oddaje do budżetu państwa. Według planów rządu w 2014 roku danina podatkowa oddana przez statystycznego Polaka będzie o 229 złotych większa niż rok wcześniej.

Do tzw. Dnia Wolności Podatkowej – w Polsce przypada w okolicach drugiej połowy czerwca – każdy obywatel, który płaci podatki, pracuje na rzecz państwa. W Dniu Wolności Podatkowej łączny dochód od początku roku zrównuje się z przewidywanymi zobowiązaniami podatkowymi na rok obecny. Od tego dnia symbolicznie obywatele przestają płacić państwu, a zaczynają zarabiać na siebie Ale tylko symbolicznie – bo rzeczywistość pokazuje, że jest inaczej. Daninę fiskusowi oddajemy przez cały rok.

Niewielu Polaków zastanawia się, jak wysoką kwotę wpłaca rocznie do budżetu państwa. A warto to wiedzieć, bo na przykład: w 2012 roku wynosiła ona 6.445,34 złotych na osobę, a w 2013 – 6.213,31 złotych. Obciążenia nakładane przez rząd na obywateli niestety mogą w obecnym roku wzrosnąć. Jak podkreśla Marek Kutarba, redaktor naczelny „Tygodnika Biznes i Prawo” „Rząd zaplanował sobie, że statystyczny Polak, ale taki statystyczny, czyli każdy z nas – od niemowlęcia aż do osób w bardzo podeszłym wieku – zapłaci do budżetu państwa średnio o jakieś 229 złotych więcej niż w roku poprzednim.” W sumie 6.442,71 złotych.

Co prawda obywatelom może się wydawać, że oddamy mniej, bo nie dotknie to bezpośrednio rozliczeń PIT-owych – stawki w zasadzie pozostały takie same. Należy jednak pamiętać, że w tę pulę wchodzą różne podatki. „[…] Jest to akcyza zapłacona na stacji benzynowej, jest to VAT płacony przy kasie w sklepie, kiedy kupujemy nawet te podstawowe produkty żywnościowe. Także tych podatków oddajemy w różnej postaci w ciągu roku dość sporo” – wyjaśnia Marek Kutarba.

Dlaczego zatem, mimo braku wzrostu podatków, w 2014 roku oddamy fiskusowi więcej pieniędzy? To wynika nie tylko z tego, że jest inflacja, wzrosło wynagrodzenie i ceny. Rząd sięgnie głębiej do kieszeni obywateli chociażby poprzez likwidację lub ograniczenie różnego rodzaju ulg. Okazuje się, że więcej fiskusowi oddadzą małżeństwa z jednym dzieckiem, twórcy, korzystający z Internetu oraz właściciele domów i mieszkań.

Jak statystyczny Kowalski powinien podejść do tej informacji? Z jednej strony może się cieszyć, że – bez wzrostu zobowiązań podatkowych – oddaje więcej do kasy państwa, w którym przecież mieszka i korzysta z przysługujących mu przywilejów. Oddaje więcej, bo lepiej zarabia, więc stać go na większe wydatki, co powinno być pozytywnie odebrane. A jednak z drugiej strony martwić powinno to, że pieniądze oddawane do budżetu państwa nie do końca są racjonalnie wydawane, co widzimy na przykładzie chociażby wielu inwestycji.

Jak zaznacza Roman Namysłowski, Dyrektor Zarządzania Wiedzą Podatkową w Dziale Doradztwa Podatkowego EY, wzrost oddawanej sumy bolałby zapewne mniej, gdyby zabierane pieniądze i proces ich późniejszej dystrybucji był efektywniejszy. „[…] Państwo to nie przedsiębiorstwo, które optymalizuje swoje wydatki, ale raczej dobry wujek, który stara się zachować pozory racjonalności. Koniec końców – i tak kupuje niepotrzebne dzieciom cukierki. Warto zatem zastanowić się, a raczej – żeby zrobili to rządzący – w którym kierunku nasze finanse publiczne powinny podążać.”

Czy rządzący podejdą racjonalnie do sięgania po pieniądze Polaków? Jak zaznaczają eksperci podatkowi, wszystko wskazuje na to, że do budżetu państwa z roku na rok będziemy oddawać coraz więcej. Szczególnie poprzez podatek VAT. Polacy nie powinni się łudzić, że zostanie obniżony, gdyż jest on bardzo istotny. Ponad 50% wpływów do budżetu państwa z tytułu podatków pochodzi właśnie z VAT.

Dobre relacje w zespole – zadanie dla pracodawcy

Utrzymanie dobrej atmosfery w zespole to nie tylko kwestia dobrej woli. To obowiązek spoczywający zarówno na pracodawcy i kadrze kierowniczej, jak też na każdym z zatrudnionych. Zgodnie z Kodeksem Pracy to jednak na tym pierwszym ciąży główna odpowiedzialność za kształtowanie zasad współżycia społecznego w miejscu pracy.

Dobre relacje to obowiązek

Przepisy prawa nakładają na pracodawcę szereg obowiązków w zakresie przeciwdziałania jakimkolwiek formom dyskryminacji, nękania, molestowania czy mobbingu oraz kształtowania w miejscu pracy zasad współżycia społecznego. Obowiązek budowania dobrych relacji dotyczy nie tylko stosunków między pracodawcą a podwładnymi, ale także wzajemnych relacji między pracownikami (np. w zakresie rozwiązywania konfliktów czy monitorowania sytuacji mogących wskazywać na ryzyko mobbingu).

Zadaniem menedżerów jest kształtowanie właściwej atmosfery w podległym zespole. Przykład idzie z góry, więc najważniejsze jest prezentowanie własnych odpowiednich zachowań wobec podwładnych. Niezbędne jest też monitorowanie sytuacji w zespole oraz interwencja w sytuacji konfliktów obniżających efektywność pracy. – W przypadku stwierdzenia dyskryminacji, mobbingu bądź poważnego naruszenia zasad współżycia społecznego w ramach danego działu, pracodawca ma prawo wyciągnąć stosowne konsekwencje wobec menedżera tego zespołu, który nie dostrzegł i nie zapobiegł wystąpieniu nieakceptowanych działań swoich podwładnych – mówi Agnieszka Janowska, dyrektor Departamentu Prawa Pracy w TGC Corporate Lawyers. – Natomiast jeśli to kierownik dopuści się niewłaściwego postępowania, jego zachowanie zostanie ocenione w świetle przepisów prawa znacznie bardziej surowo niż miałoby to miejsce w przypadku zwykłego pracownika – dodaje ekspert.

Każdy członek załogi jest zobowiązany do równego traktowania innych pracowników oraz przeciwstawiania się wszelkim praktykom dyskryminacji, molestowania czy mobbingu. W przypadku zauważenia takich niepożądanych działań, mamy obowiązek zgłosić je swoim przełożonym. W przypadku, gdy to bezpośredni przełożony dopuszcza się nagannego postępowania – należy powiedzieć o tym zwierzchnikom wyższego szczebla lub dyrektorowi personalnemu. Pracownik nigdy nie powinien obawiać się jakichkolwiek negatywnych konsekwencji czy działań odwetowych w stosunku do siebie.

7 sposobów na zapobieganie konfliktom w zespole

Równy podział zadań i obciążenie pracą
Pomoc i wsparcie dla współpracowników w miarę potrzeb i możliwości
Poszanowanie wspólnej przestrzeni (np. dbanie o komfort pracy innych, przestrzeganie
zakazu palenia, utrzymywanie czystości w miejscu pracy)
Współpraca ze wszystkimi kolegami, nawet tymi, których nie lubimy
Poszanowanie cudzej prywatności
Powstrzymywanie się od publicznej krytyki kolegów
Nietolerowanie obmawiania kolegów wobec przełożonych

Kiedy mediować?

Menedżer zawsze musi być gotowy do interwencji w konflikt między pracownikami. Zwłaszcza gdy zaczyna on negatywnie wpływać na pracę zespołu. – W pierwszej kolejności kierownik może zaoferować podwładnym pomoc w wyjaśnieniu sytuacji i osiągnięciu porozumienia. Warto pamiętać także o narzędziu jakim jest mediacja prewencyjna stosowana we wczesnej fazie konfliktu- mówi Dorota Strzelec, psycholog pracy i dyrektor firmy doradczej StaffPoland Sp. z o.o. – Głównym zadaniem szefa-mediatora nie jest rozstrzyganie, po czyjej stronie leży wina za powstanie sporu, lecz pomoc w jego konstruktywnym rozwiązaniu – dodaje ekspert.

W takiej sytuacji menedżer pełni jednak podwójną rolę: przełożonego oraz mediatora. Funkcja mediatora wymaga neutralności i obiektywizmu, jak również podstawowej wiedzy nt. mechanizmów rządzących konfliktem. Stąd nie każdy menedżer i nie w każdej sytuacji jest w stanie podjąć się mediacji w sporze wewnątrz zespołu.

Trudny charakter powodem zwolnienia?

Często źródłem napięć i konfliktów w zespole jest tylko jeden pracownik – określany jako „konfliktowy”. Menedżerowie nie zawsze wiedzą jak sobie radzić z dyscyplinowaniem takiej osoby – zarówno na poziomie psychologii zarządzania jak i prawa pracy.

– Należy przede wszystkim pamiętać, że sama „niezgodność charakterów” między pracownikiem a jego przełożonym nie może przesądzać o zastosowaniu wobec niego jakichkolwiek sankcji czy też być powodem rozwiązania stosunku pracy – mówi Agnieszka Janowska z TGC Corporate Lawyers. Jeśli jednak konfliktowość czy niewłaściwe relacje dezorganizują pracę zespołu, przełożony powinien przeanalizować przyczyny takiego zachowania i podjąć odpowiednie kroki. Niezawiniony przez pracownika brak umiejętności funkcjonowania w zespole może stanowić uzasadnioną przyczynę wypowiedzenia umowy o pracę, zwłaszcza jeśli taka kompetencja jest niezbędna do prawidłowego wykonywania zadań przez pracownika i cały zespół. Dzieje się tak niezależnie od stażu pracy oraz stanowiska, jakie zajmuje pracownik.
W przypadku kadry zarządzającej zdolności interpersonalne są tak samo ważne jak kompetencje zawodowe. Brak odpowiednich umiejętności w zakresie organizacji pracy podległego zespołu oraz zarządzania relacjami stanowić będzie uzasadnioną przyczynę wypowiedzenia menedżerowi umowy o pracę, nawet mimo wysokiej oceny jego kwalifikacji.

Wyjaśnienie to podstawa

W przypadku formalnego zgłoszenia przez pracownika (czy to w formie pisemnej czy ustnej) jakiegokolwiek przypadku niewłaściwych relacji w miejscu pracy, pracodawca powinien wyjaśnić je i przekazać podwładnemu informację zwrotną. Natomiast w razie zgłoszenia uprawdopodobnionych przypadków dyskryminacji, molestowania, molestowania seksualnego czy mobbingu, pracodawca ma obowiązek przeprowadzić postępowanie wyjaśniające. W razie braku wewnętrznej procedury w tym zakresie, toczy się ono w oparciu o powszechnie obowiązujące przepisy prawa.

Postępowanie wyjaśniające może być prowadzone przez powołaną przez pracodawcę wewnętrzną komisję bądź – w celu zapewnienia pełnego obiektywizmu i poufności (szczególnie w przypadku zarzutów kierowanych pod adresem najwyższej kadry kierowniczej lub członków zarządu) – powierzone wyspecjalizowanej firmie zewnętrznej. Sporządzony przez niezależny zespół ekspertów raport z postępowania wyjaśniającego będzie ważnym dowodem w przypadku wyciągania konsekwencji wobec pracowników winnych naruszenia przepisów Kodeksu pracy.

Niezwłoczne przeprowadzenie wewnętrznego postępowania wyjaśniającego wskazane jest także po otrzymaniu z Sądu Pracy kopii pozwu byłego pracownika jako poszkodowanego z powodu dyskryminacji, molestowania, molestowania seksualnego czy mobbingu. – W trakcie procesu sądowego pracodawca będzie musiał wykazać, że podjął faktyczne i skuteczne działania mające na celu przeciwdziałanie niewłaściwym relacjom w firmie, dostosowując środki zapobiegawcze do danej firmy i środowiska pracy – mówi Dorota Strzelec, dyrektor StaffPoland Sp. z o.o.

Holendrzy, Duńczycy i Luksemburczycy inwestują w nieruchomości rolne w Polsce

Cudzoziemcy stają się posiadaczami gruntów rolnych w Polsce w drodze nabycia udziałów w polskich spółkach, które są właścicielem ziemi. MSW nie posiada jednak pełnych danych, o skali nabywania polskich gruntów przez cudzoziemców. Dane resortu są 3-4 krotnie niższe od stanu rzeczywistego. Wynika to z luki w przepisach, które nie zobowiązują spółek kontrolowanych przez obcokrajowców do składania informacji o posiadanych gruntach. Odpowiedzialna za sprzedaż państwowej ziemi Agencja Nieruchomości Rolnych nie monitoruje występujących na rynku wtórnym procesów koncentracji gruntów w rękach jednej osoby.

Najwyższa Izba Kontroli skontrolowała sprzedaż ziemi należącej do Skarbu Państwa w latach 2011 – 2013 (do 30.04) w trzech oddziałach Agencji Nieruchomości Rolnych (w Szczecinie, Warszawie i Wrocławiu).

Ustalenia kontroli

ANR zgodnie z obowiązującymi przepisami ogłasza i przeprowadza postępowania dotyczące sprzedaży nieruchomości, a także w prawidłowy sposób zabezpiecza interesy Skarbu Państwa. Oddziały agencji rzadko korzystały z prawa pierwokupu gruntów na rynku wtórnym. Przyczyn było kilka: Agencja na danym terenie posiadała nierozdysponowaną jeszcze ziemię, cena transakcyjna nieruchomości była zbyt wysoka, często zdarzało się, że ziemia była obciążona hipotekami, umowami dzierżawy i pożyczek.

Podjęta przez NIK kontrola miała odpowiedzieć między innymi na pytanie, czy sprzedawane przez ANR grunty trafiają do podstawionych osób (tzw. metoda na „słupa”), działających na zlecenie zagranicznych inwestorów, z którymi polscy rolnicy nie są w stanie konkurować. Najwyższa Izba Kontroli nie stwierdziła jednak przypadku zakupu przez cudzoziemców nieruchomości od rolników, którzy nabyli je od Agencji w przetargu ograniczonym.

Głównym mechanizmem przejęcia przez cudzoziemców z Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG) praw do gruntów rolnych w Polsce było nabycie udziałów w spółkach z kapitałem polskim, które były właścicielami ziemi. Na tę czynność cudzoziemcy nie muszą mieć zezwolenia MSW. Wszystkie transakcje odbywały się legalnie, na prywatnoprawnym rynku obrotu gruntami. Cudzoziemcy najczęściej reprezentowali kapitał holenderski, duński i luksemburski.

W okresie objętym kontrolą w szczecińskim Oddziale ANR obcokrajowcy kupili bezpośrednio od Agencji jedynie 23 ha ziemi, z kolei spółki z mniejszościowym udziałem kapitału zagranicznego nabyły w przetargach nieograniczonych aż 2.995 ha. Oprócz tego cudzoziemcy, po nieskorzystaniu przez Odział z prawa pierwokupu, nabyli udziały spółek, które były właścicielami łącznie 4.577 ha ziemi.

Zgodnie z prawem cudzoziemcy, także z EOG, którzy chcą kupić grunty rolne i leśne w Polsce muszą uzyskać zezwolenie od MSW (ustawa o nabywaniu nieruchomości przez cudzoziemców). Dopiero po 1 maja 2016 r. kończy się wynegocjowany przez Polskę i zawarty w Traktacie Akcesyjnym okres przejściowy na zakup bez ograniczeń nieruchomości rolnych przez cudzoziemców. Każde nabycie udziałów i akcji w spółkach musi być zgłoszone do Krajowego Rejestru Sądowego. Takie same wymogi są w przypadku, gdy zmienia się status spółki na spółkę kontrolowaną przez cudzoziemców (powyżej 50 proc. głosów na zgromadzeniu wspólników lub walnym zgromadzeniu). Spółka kontrolowana przez obcy kapitał nie ma jednak obowiązku przekazywania do rejestrów sądowych informacji o posiadanych gruntach rolnych. Z tego powodu KRS nie przekazywał do MSW danych niezbędnych do ewidencjonowania transakcji z udziałem cudzoziemców.

Na skutek luki w przepisach MSW nie miało pełnych danych o tym, ile ziemi w Polsce kupili cudzoziemcy. Z danych ministerstwa wynikało, że w latach 2011-2012 w woj. dolnośląskim obcokrajowcy nabyli 397 ha, a w zachodniopomorskim – prawie 1.506 ha. NIK w toku kontroli ustaliła jednak, że w tym okresie cudzoziemcy kupili w rzeczywistości trzy, cztery razy więcej ziemi. Powierzchnia gruntów, należących do spółek przez nich kontrolowanych wyniosła na terenie woj. dolnośląskiego – 1.578 ha, a w woj. zachodniopomorskim – 4.577 ha.

Nieprawidłowości stwierdzone w toku kontroli

Agencja nierzetelnie wykonywała zadania dotyczące poprawy struktury obszarowej gospodarstw rolnych. Oddziały nie znały struktury obszarowej gospodarstw rolnych w poszczególnych gminach, choć należy brać je pod uwagę przy sprzedaży nieruchomości. Oferty sprzedaży przygotowywano przede wszystkim na podstawie doświadczenia pracowników Agencji oraz ogłaszanej przez Prezesa Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa średniej powierzchni gospodarstw w województwie, która i tak różniła się od danych publikowanych przez urzędy statystyczne.

Ponadto ANR nie monitorowała procesów na wtórnym rynku obrotu gruntami rolnymi, choć jest to istotne ze względu na przeciwdziałanie nadmiernej koncentracji gruntów (mówią o tym założenia polityki rolnej państwa). W trakcie kontroli ustalono, że w latach 2011-2012 w woj. zachodniopomorskim 2,3 proc. nabywców (12 z 509 kupców) nabyło aż 33,7 proc. powierzchni oferowanych gruntów, tj. 9.835 ha.

NIK stwierdziła również brak przejrzystych procedur typowania nieruchomości rolnych do sprzedaży, a także ich powierzchni. Wybór gruntów nie był też poprzedzony żadną udokumentowaną analizą. Taka praktyka urzędników grozi dowolnością postępowania i sprzyja powstawaniu mechanizmów korupcjogennych.

Obowiązujący system kwalifikacji uczestników przetargów umożliwiał udział w nich rolnikom, którzy kupowali grunty w innym celu, niż na powiększenie własnego gospodarstwa rodzinnego. Dopiero na początku 2013 r. Prezes ANR wprowadził zapisy w procedurach wewnętrznych ograniczające takie postępowanie, ale zdaniem NIK przyjęte zasady powinny być uregulowane ustawowo.

Wyniki KGHM po IV kwartale 2013 roku

0

Stabilna produkcja przy zdecydowanej dyscyplinie kosztów i skutecznym niwelowaniu niekorzystnego wpływu warunków makroekonomicznych pozwoliły osiągnąć zysk netto na poziomie bliskim prognozy. KGHM zgodnie z planem realizuje najważniejsze projekty rozwojowe.

Modowe Święta polskich projektantów – Cannes Shopping Festival

Od 18 do 21 kwietnia Cannes stanie się światową stolicą mody. W tych dniach odbędzie się XI edycja Cannes Shopping Festival.

W tym roku kilku polskich projektantów weźmie udział w pokazach, które odbędą się 21-go kwietnia (poniedziałek wielkanocny) w słynnym Palais des Festivals. To historyczny moment na który tak długo czekaliśmy i do którego wszystkie firmy i wszyscy projektanci, którzy liczą się na polskiej scenie modowej długo się przygotowywali.

Zaproszenie polskich projektantów to dowód, że moda w Polsce się rozwija i ma się dobrze. To również dowód na to, że mamy zdolnych projektantów i duży popyt na niszowe marki.

Na tegorocznym wydarzeniu pojawi się wiele znanych i obiecujących polskich marek tj.

antbag by ania – projektancka marka ekskluzywnych torebek, wykonywanych z najwyższej jakości włoskich skór. Produkty tej marki doceniło szereg zarówno polskich jak i zagranicznych gwiazd w tym: Serena Williams, Kelly Rowland, Marta Żmuda-Trzebiatowska, Margaret, Kinga Rusin, Joanna Moro i wiele innych.

Sylwia Romaniuk – projektantka unikatowych sukni wieczorowych oraz sukni koktajlowych na każda okazję. W jej kreacjach pojawiają się między innymi takie gwiazdy jak: Edyta Górniak czy Justyna Steczkowska.

Justyna Mariotti – marka specjalizująca się w wyrobach ze skór egzotycznych (pyton, anakonda czy aligator).

Dressi – kobiece kreacje wykonane z wygodnych tkanin docenione m.in. przez: Marinę Łuczenko, Monikę Mrozowską i Karinę Kunkiewicz.

Banki mogą stracić 2,5 mld zł przychodów. Na dostosowanie się do Rekomendacji U mają tylko 8 miesięcy

CEO Magazyn Polska

2,5 mld zł – takie przychody bankom przynosi rocznie sprzedaż produktów ubezpieczeniowych. Zgodnie z wchodzącą w życie w listopadzie Rekomendacją U te instytucje, które nie dostosują się do nowych wymogów formalnych związanych z działalnością ubezpieczeniową, będą musiały z niej zrezygnować. A na to polskie banki nie mogą sobie pozwolić. Dlatego te, które szybko dostosują się do nowych realiów, wyprzedzą konkurencję.

Głównym celem Rekomendacji U jest rozdzielenie podwójnej roli banku jako ubezpieczającego i sprzedawcy ubezpieczenia.

  W 2012 roku banki osiągnęły 2,5 mld zł przychodów ze sprzedaży ubezpieczeń. Dla niektórych z nich był to na tyle istotny zarobek, że gdyby go brakło, to nagle okazałoby się, że przestają być dochodowe, co odbiłoby się również na wycenie giełdowej ich akcji mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Bucoń, menedżer odpowiedzialny za ubezpieczenia życiowe i bancassurance w firmie doradczej Sollers Consulting.

Ponieważ banki nie mogą szukać przychodów poza działalnością bankową, rezygnacja z zysków ze sprzedaży ubezpieczeń oznaczałaby konieczność podniesienia pobieranych od klientów opłat.

 – Musiałyby podnieść marże kredytów, opłaty za korzystanie z konta bankowego czy karty płatniczej. Jeśli to by nie pomogło, alternatywą byłoby cięcie kosztów, a to oznacza zwolnienia pracowników – dodaje Bucoń.

Dlatego, zdaniem eksperta, większość banków zdecyduje się na spełnienie wymogów Komisji Nadzoru Finansowego związanych z prowadzeniem działalności ubezpieczeniowej. Dotyczą one m.in. zmiany polis grupowych na indywidualne.

 – Dziś co miesiąc obejmowanych ubezpieczeniem grupowym w bankach jest ponad 3 mln klientów, indywidualnych polis właściwie się nie wystawia – mówi Bucoń. – Po wejściu rekomendacji w życie, co miesiąc banki będą musiały wystawić 3 mln indywidualnych polis. KNF wymaga też, aby pracownicy, którzy będą to robić, przeszli odpowiednie przeszkolenie, wymagane dziś od agentów ubezpieczeniowych.

Zdaniem eksperta Sollers Consulting, w bankach brakuje również odpowiednich narzędzi do wystawiania polis, a zmiany w systemach instytucji finansowych są długotrwałym procesem.

 – Nagle pojawia się istotna potrzeba zbudowania platformy online, na której można dokonać sprzedaży ubezpieczenia w banku i, co ważne, która będzie mogła funkcjonować w każdym banku, niezależna od systemów bankowych, i będzie się z nimi łatwo integrowała – wyjaśnia Jarosław Bucoń. – Jest to całkiem spory projekt. Ci, którzy będą chcieli nadal czerpać korzyści z bancassurance, mają przed sobą sporo pracy, a czasu jest niezwykle mało, zaledwie 8 miesięcy.

Wygrać mogą ci, którzy już rozpoczęli proces dostosowania się do nowych realiów. Dzięki temu po 1 listopada mogą przejąć spory kawałek tego rynku od konkurentów, którzy nie zdążyli ze zmianami. Ekspert podkreśla, że gra jest warta świeczki, bo w ostatnich kilku latach bancassurance intensywnie się rozwijał, głównie w segmencie ubezpieczeń na życie, dodawanych do kredytów (ok. 3 mln osób miesięcznie). 

 – Wydaje się, że jesteśmy dziś średnio dojrzałym rynkiem, który za chwilę, w wyniku zmiany wprowadzonej przez Rekomendację U albo stanie się skarlałym potworkiem, który nie będzie w stanie sobie poradzić, albo też przerodzi się w bardzo dojrzały rynek, przodujący pod tym względem w Europie – mówi Jarosław Bucoń.

W Wielkiej Brytanii FSA, odpowiednik KNF, zakazała bankom sprzedaży produktów ubezpieczeniowych przez 7 dni od sprzedaży produktu typowo bankowego, co spowodowało praktycznie likwidację rynku. Przychody banków spadły, ale po pewnym czasie – dzięki wyższym marżom i opłatom pobieranym od klientów – wróciły do poprzednich poziomów.

 – Klienci zostali pozbawieni ochrony ubezpieczeniowej. Z kolei ci, którym na niej zależy, muszą płacić dużo wyższe składki, ponieważ to oni idą do ubezpieczyciela i deklarują chęć zakupu ubezpieczenia. Takich klientów ubezpieczyciele nie cenią zbyt wysoko, obawiając się silnej antyselekcji – zjawiska polegającego na tym, że ubezpieczenia kupują tylko ci, którym prawdopodobnie trzeba będzie wypłacić świadczenia. – reasumuje Bucoń.

Polska mogłaby reprezentować Ukrainę i Turcję w rozmowach z UE

CEO Magazyn Polska

Polska chce się zaangażować w rozwijanie współpracy Unii Europejskiej z Ukrainą i Turcją. Mimo niestabilnej sytuacji u naszych wschodnich sąsiadów nie powinna zmieniać długofalowego celu, jakim jest uporządkowanie relacji gospodarczych z Ukrainą – uważa Jacek Janiszewski, przewodniczący rady programowej Stowarzyszenia „Integracja i Współpraca”. Może zaangażować się za to w pomoc w rozwiązywaniu konfliktu.

 – Ten, kto uporządkuje współpracę z Ukrainą, będzie pierwszy na rynku. Nie widzę żadnych przeciwwskazań, żeby tym pierwszym była właśnie Polska z podobną mentalnością, wspólną, choć burzliwą historią. To jest niezwykle ważne i każda inicjatywa, która poprawi możliwości, mimo trudnych warunków współpracy z takimi krajami, jak Ukraina czy Białoruś, jest dobra – mówi Jacek Janiszewski, przewodniczący rady programowej Stowarzyszenia „Integracja i Współpraca”. 

Niedawno Marek Sawicki, wiceprzewodniczący sejmowej komisji rolnictwa i były minister rolnictwa, w rozmowie z serwisem portalspozywczy.pl zapowiedział utworzenie funduszu wspierającego ekspansję polskich przedsiębiorców na Ukrainie. Dzięki temu polska obecność na tym rynku byłaby ugruntowana w momencie otwarcia granic z UE.

Według danych GUS polsko-ukraińskie obroty towarowe w 2012 roku wyniosły 7,83 mld dolarów i były o 5 proc. wyższe niż w 2011 r. (w 2011 r. wzrost obrotów wyniósł 30,3 proc.). Ukraina zajęła 13. miejsce wśród najważniejszych partnerów handlowych Polski. Po trzech kwartałach 2013 roku polski eksport na Ukrainę wzrósł o 8 proc., natomiast import towarów z Ukrainy spadł o ponad 20 proc. W strukturze polskiego eksportu na Ukrainę w okresie I-IX 2013 r. najważniejszą pozycję zajęły wyroby przemysłu elektromaszynowego (29 proc. całego eksportu), wyroby przemysłu chemicznego (18 proc.), produkty mineralne (10,8 proc.), artykuły rolno-spożywcze  (10,6 proc.).

Zacieśnianie stosunków handlowych i gospodarczych z Ukrainą to długofalowy cel, na który nie powinna wpłynąć niestabilna sytuacja polityczna wschodniego sąsiada.

 – Niewątpliwie Polska z punktu widzenia współpracy Europy z Ukrainą i Turcją ma niezwykle poważne zadanie i musimy temu podołać – zapewnia Jacek Janiszewski. – Ten proces będzie trwał, cokolwiek by się nie stało na Ukrainie, cokolwiek by się nie stało w Polsce czy w Turcji. Musimy współpracować, rozmawiać i kształtować pewne przyszłościowe rozwiązania.

Pogłębieniu trójstronnej współpracy ma służyć też XXI Forum Gospodarcze, które odbędzie się na początku marca w Toruniu i będzie w dużej mierze poświęcone wschodniemu sąsiadowi. 

 – Chcemy zderzyć ze sobą trzy gospodarki, trzy światy, trzy kultury. I stąd od tego roku rozpoczynamy debatę w ramach trójkąta: Polska-Ukraina-Turcja – zapowiada tematykę forum Jacek Janiszewski.

Najbliższe dwa lata czasem przyspieszenia dla polskiej gospodarki. Będzie też ubywać bezrobotnych

CEO Magazyn Polska

GUS poda dziś, o ile wzrosła polska gospodarka w czwartym kwartale, i jakie czynniki były kołami zamachowymi tego wzrostu. Ze wstępnych danych wynika, że PKB w ostatnim kwartale ub.r. wzrosło o 2,7 proc. W kolejnych kwartałach wynik ten powinien być coraz wyższy, a wraz z nim postępować będzie spadek bezrobocia.

 – Realizacja prognoz w IV kwartale zaskoczyła negatywnie. Natomiast I kwartał powinien być stosunkowo dobry. Wskazują na to dane realne i koniunkturalne, na przykład indeks PMI [obrazujący koniunkturę w przemyśle – red.], który był na początku roku na historycznie bardzo wysokich poziomach – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Popławski, analityk Banku Gospodarki Żywnościowej.

W kolejnych kwartałach gospodarka powinna wyraźnie przyspieszyć, a dynamika wzrostu PKB na poziomie 3,5 proc. w całym 2014 r. wydaje się realnym scenariuszem.

 – Ożywienie będzie trwało w zasadzie do końca przyszłego roku. Potem pewnie trochę spowolni, biorąc pod uwagę tempo, w jakim przyspieszenie następuje teraz – prognozuje analityk.

W styczniu stopa bezrobocia wyniosła 14 proc. wobec 13,4 proc. na koniec 2013 roku. Jednak początek roku to zwykle najtrudniejszy okres na rynku pracy, a dodatkowo najniższe temperatury tej zimy odnotowano właśnie w tygodniach styczniowych.

 – Bezrobocie jak na grudzień, w ogóle jak na początek roku jest bardzo niskie, co wynika z wyjątkowo dobrej pogody, jaką mieliśmy tej zimy, czyli mało śniegu i dość wysokie temperatury – tłumaczy analityk. – Do tego dochodzi jeszcze duża skala interwencji ministerstwa pracy na rynku. Można się spierać co do tego, czy to ma długoterminowe efekty, natomiast w krótkim terminie powoduje wyłączenie części osób z ewidencji bezrobotnych.

Tradycyjnie bezrobocie może być jeszcze nieco wyższe w lutym, ale od marca powinno zacząć spadać. Popławski podkreśla jednak, że w porównaniu do poziomu bezrobocia sprzed kryzysu, dzisiejsze wciąż jest znacznie wyższe.

Rosnąca liczba bezrobotnych ma też przełożenie na sprzedaż detaliczną. W styczniu, zgodnie z danymi GUS, wzrosła o 4,8 proc. rok do roku i odnotowała ponad 21-proc. spadek w porównaniu do grudnia. Zdaniem analityka, wyniki te negatywnie zaskoczyły rynek, który spodziewał się wyraźnych wzrostów dzięki preferencyjnym warunkom odliczania VAT od zakupionych samochodów z kratką.

 – W odróżnieniu od Eurostatu, GUS wlicza do sprzedaży detalicznej sprzedaż samochodów osobowych. One są bardzo często kupowane przez firmy leasingowe, co powoduje, że sama wielkość jest nieco zafałszowana – tłumaczy Piotr Popławski. – Myślę, że w lutym sprzedaż może być stosunkowo wysoka, co będzie efektem danych o sprzedaży samochodów. Potem możemy zanotować dwumiesięczne spowolnienie, ale w całym roku spodziewam się wyraźnej poprawy wraz z ożywieniem na rynku pracy.

Biedronka zapowiada dalszą ekspansję. W kolejnych miesiącach otworzy 300 nowych sklepów i 2 centra dystrybucyjne

CEO Magazyn Polska

Największa sieć detaliczna w Polsce w 2014 roku powiększy się o 300 nowych sklepów. Powstaną również dwa kolejne centra dystrybucyjne. Plany ekspansji wiążą się również ze zwiększaniem zatrudnienia – w tym roku Biedronka przyjmie 5 tys. nowych pracowników. Dziś zatrudnia 47 tys. osób.

Rok 2014 będzie następnym rokiem naszej intensywnej ekspansji. Zamierzamy otworzyć około 300 sklepów oraz pierwszy raz w naszej historii trzy centra dystrybucyjne – zapowiada Tomasz Suchański, dyrektor generalny sieci sklepów Biedronka. – W lutym już jedno centrum otworzyliśmy w Modlnicy pod Krakowem, które będzie obsługiwać aglomerację krakowską.

W nowych sklepach i centrach zatrudnienie znajdzie 5 tys. nowych pracowników. Łączna liczba zatrudnionych wzrośnie do 52 tys. osób.

W 2013 roku Biedronka umocniła swoją pozycję na rynku artykułów spożywczych. Przyczyniły się do tego otwarcie 280 nowych sklepów i dwóch centrów dystrybucyjnych (w Gdańsku i Lubartowie). Nakłady inwestycyjne w 2013 roku wyniosły 1,7 mld złotych. Celem spółki jest sieć 3,2 tysięcy placówek do końca 2016 roku.

W 2013 r. Biedronce udało się wypracować 382 mln euro zysku netto (wzrost o 8 proc.) przy sprzedaży na poziomie 7,7 mld euro (wzrost o 15 proc.). Swoje wyniki sieć sklepów uznała za satysfakcjonujące, tym bardziej że otoczenie rynkowe nie było w tym czasie sprzyjające dla firm handlowych.

Ubiegły rok był bardzo trudny dla firm handlowych. Sprzedaż detaliczna zanotowała najniższy wzrost w ciągu ostatnich kilku lat – 2,6 proc. Na tym tle wypadamy bardzo dobrze. Osiągnęliśmy 15-proc. wzrost sprzedaży i prawie 32 mld zł obrotu. Nasze zyski również wzrosły o ponad 8 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Suchański.

Do dobrych wyników sprzedażowych przyczyniły się również intensywne akcje promocyjne i oferty rabatowe. Jak zapewnia dyrektor generalny sieci, obniżki cen w ramach akcji MEGA RABATY i TAK, TYLKO, które wciąż są obecne w sklepach, zostały pozytywnie odebrane przez klientów i znacząco zwiększyły sprzedaż.

Zmieniliśmy naszą ofertę, wymieniliśmy prawie 30 proc. produktów, wprowadziliśmy 500 nowych opakowań i zaproponowaliśmy nowe rozwiązania, jak na przykład wypiek świeżego pieczywa w sklepach – teraz 1,7 tys. sklepów ma codziennie wypiekane na miejscu świeże pieczywo. Daliśmy też naszym klientom możliwość płacenia przez telefon komórkowy – wymienia dyrektor generalny sieci sklepów Biedronka.

Dziś Biedronka posiada 2393 sklepy i pozostaje największym prywatnym pracodawcą w Polsce, zatrudniając 47 tys. pracowników. Tylko w ubiegłym roku zatrudnienie w sieci znalazło 7 tys. osób.

Polska branża teleinformatyczna będzie rozwijać się najszybciej w regionie

CEO Magazyn Polska

Polski rynek teleinformatyczny (ICT) może być warty nawet 80 mld zł. Ma też największy potencjał w regionie. Inwestycje w informatykę w Polsce dorównują tym w Austrii, a do tego nasz kraj przoduje w wykorzystaniu technologii chmur obliczeniowych. Korzystają na tym kraje firmy z branży oraz międzynarodowe korporacje, które ze względu na zasoby wykwalifikowanej kadry programistów w Polsce lokują swoje centra rozwojowe.

 – Ocenia się, że rynek informatyczny to jest teraz powyżej 40 mld zł w Polsce. Rynek telekomunikacyjny to jest podobna wartość. Ponieważ te rynki bardzo się wymieniają, łączą ze sobą, to tę sumę przyjmowałbym jako głębokość rynku teleinformatycznego w Polsce – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Roman Durka, prezes Kapsch Sp. z o.o. Dodaje: – Branża rzeczywiście rozwija się cały czas. Chociaż kilka lat temu notowaliśmy spowolnienie kryzysowe. Pamiętamy straszny dołek na rynku IT, branża to przeżyła i teraz rozwija się nie najgorzej.

Kapsch przeprowadził badania w siedmiu krajach – Austrii, Czechach, Polsce, Rumunii, Słowacji, Turcji i Węgrzech – z których wynika, że to właśnie w Polsce sektor ICT ma najlepsze perspektywy. Pod względem potencjału zajęliśmy pierwsze miejsce, a w ocenie gotowości rynku ICT, odzwierciedlającego bieżącą sytuacją, drugie.

Według Durki rynki informatyczny i telekomunikacyjny są już tak zintegrowane, że należy je traktować jako jeden. Podkreśla jednak, że wbrew przewidywaniom to informatyka ma dominującą rolę. Coraz więcej osób wykorzystuje internet do telefonowania i innych usług, które dawniej były świadczone przez firmy telekomunikacyjne.

Durka podkreśla, że świetne perspektywy dla Polski wynikają w dużej mierze z planowanych i spodziewanych wydatków na informatykę. W ciągu ostatnich trzech lat aż 35 proc. polskich firm zwiększyło swoje wydatki na IT, a przez kolejne trzy lata odsetek ten będzie najprawdopodobniej niewiele niższy.

 – Pojawiają się nowe inwestycje, nie tylko polskie, lecz także zagraniczne. To wszystko wymaga rozwiązań informatycznych. Informatyka jako taka zmienia się ciągle i to też jest powodem tego, że inwestycje informatyczne ciągle mają miejsce. Dzisiaj w zasadzie kupuje się rozwiązania. Dziś świat przesuwa się w kierunku chmury, i Polska też – podkreśla Durka.

Polska wśród badanych krajów zajęła pierwsze miejsce pod względem wykorzystania chmur obliczeniowych. 31 proc. analizowanych firm – o 4 punkty proc. więcej niż średnia – już z nich korzysta. 30 proc. planuje przenieść część działu IT do chmury w ciągu najbliższych trzech lat. Jedynym krajem, w którym wskaźniki te są równie wysokie, jest Turcja.

Według Durki silną stroną Polski są dobrze wykształceni programiści. To dzięki nim międzynarodowe koncerny lokują swoje centra rozwojowe w naszym kraju.

 – Polska jest potentatem. My już jesteśmy kopalnią programistów, Polska robi software dla całego świata. Wiele dużych firm ma w Polsce centra rozwojowe. Więc my już jesteśmy potęgą. Inwestując w nowoczesną infrastrukturę, możemy nasz przemysł i instytucje doprowadzić do takiego poziomu, jakim świat już w niektórych obszarach dysponuje – prognozuje Durka.

Wskazuje, że drugim poza rozwojem chmur obliczeniowych kierunkiem inwestycji powinien być outsourcing. Coraz więcej dużych firm rezygnuje z własnych zasobów IT, wybierając w zamian dzieloną infrastrukturę oferowaną przez wyspecjalizowanego dostawcę zewnętrznego. W Polsce outsourcing jest na średnim poziomie – korzysta z niego 45 proc. ankietowanych firm (o 1 punkt proc. więcej niż średnia z badania).

Rozwój outsourcingu i chmur obliczeniowych nie jest już blokowany jakością sieci, ale nadal wymaga inwestycji. Durka podkreśla, że istniejące technologie muszą być coraz lepiej wykorzystywane.

 – Outsourcing i chmura powodują, że można dzielić koszty, czyli w ostatecznym rozrachunku okaże się, że taniej jest kupować usługi od specjalistów zamiast inwestować w teleinformatykę. To się dzisiaj bardzo standaryzuje, nawet aplikacje w wielu obszarach są dziś dość standardowe i można po prostu zakupić możliwość korzystania z aplikacji u poddostawcy. To jest szansa na rozwój – zwraca uwagę Durka.

Kopex szuka bardziej perspektywicznych rynków niż Polska. Utworzy dwie nowe spółki w Chinach i Rosji

CEO Magazyn Polska

Kopex zapowiada powołanie nowych spółek na rynkach rosyjskim i chińskim, które uważa za najbardziej perspektywiczne dla rozwoju grupy. Nowe podmioty mają ułatwić udział w przetargach na dostawę specjalistycznych maszyn i urządzeń w Państwie Środka oraz zapewnić sprawny serwis w Rosji. Polski rynek nie gwarantuje już zbytu z powodu prognozowanych spadków wydobycia surowca. 

 – Zagraniczna ekspansja firmy Kopex jest związana nie tylko z produktami hitowymi, jakimi obecnie są kompleks Mikrus czy ściana automatyczna, którą prowadzimy od ponad dwóch lat w kopalni Pniówek, lecz także z samą strategią grupy i z sytuacją w polskim górnictwie węgla kamiennego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Józef Wolski, prezes Grupy Kopex.

Prognozy dla branży mówią o tym, że wydobycie polskiego węgla będzie spadać, co przełoży się na zmniejszone zapotrzebowanie na maszyny i urządzenia dla górnictwa podziemnego. Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej zużycie węgla będzie maleć nie tylko w Polsce, lecz także w całej Unii Europejskiej w związku z polityką klimatyczną, której głównym celem jest redukcja emisji CO2. W całej UE będzie to spadek o 2,5 proc. rocznie, który w 2035 roku osiągnie 200 mln ton. Jednocześnie konsumpcja tego surowca na świecie rośnie, przede wszystkim w Chinach.

 – W najbliższym czasie zostanie powołana do życia kolejna spółka – Kopex Taian w prowincji Shandong. Zwiększyliśmy nasze zaangażowanie w naszej spółce joint venture w Tagao i dzięki temu będziemy mogli startować w przetargach na dostawy maszyn i urządzeń dla całego chińskiego górnictwa. Chiny odpowiadają za ponad 50 proc. światowej produkcji węgla  w roku ubiegłym wydobyły ponad 3,6 mld ton – podkreśla Józef Wolski.

Oprócz Chin, głównym kierunkiem ekspansji pozostaje Rosja, gdzie Kopex także jest już obecny. Żeby utrzymać dotychczasowy poziom sprzedaży, grupa inwestuje w budowę centrów serwisowych, które mają zapewnić odpowiednią obsługę maszyn.  

 – W roku 2012 sprzedaliśmy tam maszyn i urządzeń za prawie 250 mln złotych – mówi Józef Wolski. – Stworzymy na rynku rosyjskim w najbliższym czasie nową spółkę, będzie to związane z Zagłębiem Peczorskim. Rozbudowujemy też naszą bazę w Zagłębiu Kuźnieckim, którą powinniśmy zakończyć w pierwszym kwartale 2015 roku. Koszt tej inwestycji to kilkadziesiąt milionów złotych.

Grupa Kopex jest producentem maszyn i urządzeń dla górnictwa węgla kamiennego. Zajmuje się specjalistycznymi usługami dla górnictwa i dostarcza maszyny i urządzenia. Obsługuje inwestycje w przemyśle wydobywczym w Polsce i Europie oraz na największych rynkach górniczych świata: Australii, Chinach, RPA.

Jest szansa na kolejne miejsca pracy w branży motoryzacyjnej. Już teraz zatrudnionych jest w niej 650 tys. osób

Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego

Sprzedaż w branży motoryzacyjnej w ubiegłym roku wyniosła 109 mld złotych, a 15 proc. produkcji trafiło na eksport. Firmy motoryzacyjnej zatrudniają już 650 tys. osób. Powstający właśnie projekt platformy motoryzacyjnej daje szansę na kolejne miejsca pracy.

 – Szeroko pojęty segment motoryzacyjny daje około 650 tysięcy miejsc pracy. Co najmniej połowa z nich to stanowiska pracy w przemyśle. Nie ulega wątpliwości, że motoryzacja stała się jedną z najważniejszych branż dla polskiej gospodarki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. 

Zdaniem Farysia impulsem do dalszego rozwoju branży i przyciągnięcia zagranicznych inwestycji może być uruchomiony właśnie przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju projekt platformy motoryzacyjnej. Jego zadaniem ma być nawiązanie współpracy pomiędzy ośrodkami badawczo-rozwojowymi, uczelniami oraz przedstawicielami przemysłu. W efekcie powstać mają nowe produkty i projekty inwestycyjne.

 – Mam nadzieję, że we współpracy z ośrodkami badawczo-rozwojowymi i uczelniami, ten program stanie się rzeczywistością i za obopólną korzyścią, czyli przemysłu i nauki, rozwinie się i będziemy mieli tego bardzo wyraźne efekty w postaci uruchomienia nowych produktów i nowych projektów inwestycyjnych – mówi prezes PZPM. – Te projekty zgłaszają poszczególni producenci. Są to sumy rzędu setek milionów złotych. Wszystko zależy od tego, jak dużo projektów i o jakiej wartości zgłosi część przemysłowa.

Z raportu przygotowanego przez PZPM i KPMG wynika, że sprzedaż w całej branży w ubiegłym roku sięgnęła 109 mld złotych i była o przeszło 6 proc. wyższa niż rok wcześniej. Stało się tak mimo słabego pierwszego kwartału i wciąż nieodrodzonego jeszcze popytu na auta w Europie Zachodniej. Branży pomogło m.in. większe zapotrzebowanie na części i komponenty z pogrążonych wcześniej w kryzysie rynków Europy Południowej. Te same kraje konkurują jednak z Polską o pozyskanie nowych inwestycji.

 – W tej chwili w Europie jest bardzo duża konkurencja między poszczególnymi krajami, każde z państw chciałoby przyciągnąć inwestycje z branży motoryzacyjnej – tłumaczy Faryś. – Po pierwsze, jedno miejsce w zakładzie bezpośrednio produkującym samochody generuje co najmniej kilka miejsc pracy w otoczeniu, mam na myśli producentów części, podzespołów, logistykę i bardzo wiele innych dziedzin gospodarki. A z drugiej strony, jest to transfer nowych technologii – po prostu uczymy się nowych rzeczy.

W niedzielę 86. oscarowa gala. Faworytami są „American Hustle” i „Zniewolony. 12 Years a Slave”

Najgorętsza filmowa noc w roku prawdopodobnie przebiegnie bez większych niespodzianek. Eksperci przewidują, że najwięcej statuetek otrzymają filmy „Zniewolony. 12 Years a Slave” Steve’a McQueena oraz „American Hustle” Davida O. Russella.

W tym roku najwięcej, bo aż 10 nominacji do Oscara zdobyły „Grawitacja” Alfonso Cuaróna i „American Hustle” Davida O. Russella. Tuż za nimi plasuje się  „Zniewolony. 12 Years a Slave” (dziewięć nominacji). Po sześć nominacji zdobyły filmy „Kapitan Phillips”, „Witaj w klubie” i „Nebraska”.

 – Myślę, że tegoroczne Oscary nie zaskoczą. O statuetkę dla najlepszego filmu będą konkurowały dwa dzieła, czyli „American Hustle” i „Zniewolony. 12 Years Slave”. Mam nadzieję, że 86. ceremonia rozdania Oscarów przejdzie do historii jako gala, podczas której nagrodę dla najlepszego reżysera odbierze po raz pierwszy czarnoskóry filmowiec, czyli Steve McQueen – mówi agencji informacyjnej Newseria Patrycja Paczyńska, filmoznawca, redaktor www.facebook.com/setoci.okinie.

Zaciekła rywalizacja zapowiada się w kategorii najlepszy aktor pierwszoplanowy. Dziwi brak nominacji dla Toma Hanksa za kreację w „Kapitanie Phillipsie”. Walka w tej kategorii jest bardzo wyrównana. Wśród nominowanych znaleźli się: Christian Bale („American Hustle”), Leonardo DiCaprio („Wilk z Wall Street”), Bruce Dern („Nebraska”), Matthew McConaughey („Witaj w klubie”) i Chiwetel Ejiofor („Zniewolony. 12 Years Slave”). Faworytem Paczyńskiej jest wielokrotnie pomijany przez Akademię Leonardo DiCaprio, nominowany w tym roku za rolę Jordana Belforta w „Wilku z Wall Street”.

 – Ostatnio powstał fanpage „Ekspert do spraw nieotrzymywania Oscara przez Leonardo DiCaprio”. Nawet stacja CNN wyemitowała materiał na ten temat, ponieważ pojawiła się oscarowa tabliczka z jego nazwiskiem. Czy jest to przypadek, czy żart? Zobaczymy. Bardzo mocnym kandydatem jest Matthew McConaughey za film „Witaj w klubie”. Aktor znany do tej pory z komedii romantycznych jest obecnie w życiowej formie. Do roli miłośnika rodeo chorego na AIDS schudł prawie 20 kilogramów i myślę, że Akademia może to docenić, bo już wcześniej nagradzała aktorów, którzy przeszli dla roli metamorfozę – ocenia Paczyńska.

W kategorii „\najlepsza aktorka pierwszoplanowa bezkonkurencyjna jest Cate Blanchett, która zagrała główną rolę w „Blue Jasmine” Woody’ego Allena. Aktorka otrzymała za swoją rolę szereg nagród, w tym Złotego Globa oraz nagrodę BAFTA.

 – Jeżeli chodzi o role drugoplanowe, myślę, że bezkonkurencyjna będzie 23-letnia Jennifer Lawrence („American Hustle”), która w tym roku jest najbardziej dochodową aktorką w Hollywood. W tamtym roku zwyciężyła w starciu o Oscara za rolę pierwszoplanową w „Poradniku pozytywnego myślenia”. W kategorii męskiej stawiam na Jareda Leto za film „Witaj w klubie”, podobnie jak Matthew McConaughey bardzo schudł, przygotowując się do roli – przewiduje Paczyńska.

Na największego przegranego eksperci typują nominowaną w 10 kategoriach „Grawitację”. Film Alfonso Cuaróna ma jedynie duże szanse na statuetkę za najlepsze efekty specjalne, zdjęcia i być może reżyserię.

Według Paczyńskiej najbardziej niepewną kategorią jest najlepszy film nieanglojęzyczny.

 – W tym roku wśród pięciu nominacji znalazły się bardzo istotne cztery dzieła: palestyński dramat polityczno-społeczny „Omar”, duński film „Polowanie” z rewelacyjną kreacją Madsa Mikkelsena, który z dnia na dzień traci pozycję poprzez niewinne kłamstwo swojej uczennicy, oraz „W kręgu miłości” – dramat belgijsko-holenderski o miłości dwojga muzyków, kobiety i mężczyzny, których rozdziela historia i choroba córki. Swoistą wisienką na torcie jest „Wielkie piękno”, włoski film Sorrentino, porównywany do „Osiem i pół” Felliniego. Przepiękne, melancholijne dzieło o przemijaniu i zapomnianej miłości. Bardzo trudny wybór w tej kategorii, nie chciałabym być na miejscu jury – podsumowuje filmoznawczyni.

86. gala rozdania nagród Akademii Filmowej odbędzie się 2 marca w Los Angeles.

Kurorty górskie cierpią z powodu ciepłej zimy. Za to ruch w biurach podróży rośnie

CEO Magazyn Polska

Z powodu łagodnej i bezśnieżnej zimy znacząco ucierpieli przedsiębiorcy związani z turystyką górską. Korzystają za to touroperatorzy, którzy w ostatnich tygodniach odnotowywali ponad 20-proc. wzrost sprzedaży oferty zimowej. Rosnąca liczba rezerwacji na sezon letni pozwala im mieć nadzieję, że ten rok w turystyce będzie zdecydowanie lepszy niż 2013. Podobnie jak przed rokiem w tym sezonie turyści nie powinni obawiać się bankructw biur podróży – ocenia Polska Izba Turystyki.

 – Ta zima nie sprzyjała przede wszystkim przedsiębiorcom, którzy prowadzą swój biznes w górach, właścicielom ośrodków czy wyciągów. Miejmy nadzieję, że kolejna zima będzie trochę ostrzejsza, trochę bardziej zimowa w górach. Przedsiębiorcy potrzebują na pewno zmianie w prawodawstwie, ponieważ ciągle czkawką odbija się brak tzw. ustawy śniegowej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Rosset, sekretarz generalny Polskiej Izby Turystyki.

Ustawa śniegowa (Prawo górskie) miałaby określić zasady korzystania z cudzych gruntów w związku z przeprowadzeniem przez nie tras narciarskich. Dyskusje nad tym aktem prawnym toczą się już od kilku lat, ale obecnie prace legislacyjne nie są prowadzone. Ponieważ brakuje systemowego rozwiązania, lokalne konflikty mogą niweczyć plany budowy lub rozwoju ośrodków narciarskich. To z kolei przekłada się na odpływ turystów z górskich kurortów.

Rosset podkreśla, że wprowadzenie takiego prawa bardzo pomogłoby branży turystycznej w zimie. Na nowym prawie skorzystaliby nie tylko właściciele hoteli czy wyciągów, ale także posiadacze gruntów w górach.

Ferie za granicą

Część turystów, zamiast ferii w górach, wybrała zagraniczny wyjazd na narty. Inni w ogóle zrezygnowali z zimowych sportów i wybrali wypoczynek w ciepłych krajach. Obie grupy turystów poprawiły sprzedaż w biurach podróży. Zgodnie z raportami Polskiego Związku Organizatorów Turystyki, w ostatnich tygodniach sprzedaż oferty zimowej (sezon 2013/2014) rosła ponad 20 proc. rok do roku.

Znacznie większym powodzeniem cieszą się już oferty Lata 2014 – biura podróży sprzedają nawet ponad 50 proc. więcej wycieczek niż w analogicznych okresach poprzedniego roku. Dlatego prognozy branży na cały sezon są bardzo optymistyczne.

 – Po rzeczywiście trudnym 2012 roku, zwłaszcza lecie, rok 2013 jawił się dosyć niepokojąco. Okazało się, że był jednak diametralnie różny. Myślę, że i tym razem nie sprawdzą się żadne czarne scenariusze – mówi Rosset.

Dodaje, że Polacy po licznych bankructwach biur podróży, zwłaszcza w 2012 r., gdy upadło 15 podmiotów, nauczyli się lepiej wybierać oferty. Nie dają się już skusić najniższej cenie, lecz wybierają rozsądny koszt i gwarancję bezpieczeństwa. Podobnie działają biura, które planują ofertę znacznie ostrożniej i nie starają się za wszelką cenę obniżyć ceny. Przez to jest drożej, a klienci rzadziej mogą korzystać z ofert typu last minute, ale za to bezpieczniej. 

 – Klienci mają już świadomość tego, że supertanie oferty niosą z sobą potencjalnie pewne niebezpieczeństwo. I stąd starannie prześwietlają propozycje touroperatorów. Na rynku już nie ma miejsca dla nieuczciwych przedsiębiorców z ofertą, która ma na celu ściągnąć pieniądze z rynku i zniknąć. Oni zostali wyeliminowani, i to nie dzięki ograniczeniom czy zapisom prawnym. Wyeliminował ich rynek i myślę, że to jest najskuteczniejsze – podkreśla Rosset.

Dodaje, że nie można wykluczyć problemów niektórych biur podróży, zwłaszcza, że ustawodawca nie zdąży przed wakacjami doprowadzić do powstania i wejścia w życie Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego. Ewentualne kłopoty nie będą jednak związane z nieuczciwą działalnością, lecz z kondycją gospodarki i ryzykiem związanym z prowadzeniem jakiegokolwiek przedsięwzięcia biznesowego.

LW BOGDANKA S.A najlepszą kopalnią 2013 r.

Spółka Lubelski Węgiel BOGDANKA S.A., najnowocześniejsza i najbardziej efektywna kopalnia węgla kamiennego w Polsce oraz krajowy lider rynku producentów węgla energetycznego, zdobyła I miejsce w kategorii „Najlepsza w roku 2013” w konkursie „Kopalnia Roku” organizowanym przez Górniczą Izbę Przemysłowo-Handlową i Szkołę Eksploatacji Podziemnej.

Nieobecność OFE podnosi wyceny obligacji korporacyjnych

„Nieobecność OFE podnosi wyceny obligacji korporacyjnych” – o sytuacji na rynku obligacji rozmawiamy z Dariuszem Laskiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. papierów dłużnych

Ostatnio poznaliśmy nowe dane makroekonomiczne. W jakiej kondycji jest polska gospodarka?

Zasadniczo w niezłej. Dla przykładu produkcja przemysłowa wzrosła w styczniu o 4,1% w porównaniu z rokiem poprzednim. Z drugiej strony ze wstępnych szacunków GUS wynika, że dynamika polskiego PKB za IV kwartał 2013 r. jest nieco gorsza od oczekiwań.

Co to oznacza?

Pod znakiem zapytania stoi odczyt PKB w Polsce za cały 2013 r. O ile obecnie zakłada się, że będzie to 1,6%, to ostatnie dane pokazują, że odczyt może oscylować raczej w okolicach 1,5%. Na szczęście rynek jest skupiony na przyszłości, a ta maluje się w całkiem jasnych barwach.

Co, poza wzrostem produkcji przemysłowej, przemawia za takim scenariuszem?
M.in. dynamika konsumpcji wewnętrznej czy polskiego eksportu. Wskaźniki wyprzedzające wskazują na coraz bardziej pozytywne postrzeganie procesów gospodarczych – zarówno przez przedsiębiorców oraz menedżerów, jak i konsumentów. Obserwujemy również wyhamowywanie negatywnych trendów na rynku pracy. Wszystko to pozwala z optymizmem patrzeć na zachowanie PKB w tym roku, a jednocześnie pokazuje, że dane makroekonomiczne cały czas bardziej sprzyjają akcjom.

Czy zaostrzenie sytuacji na Ukrainie w minionym tygodniu miało przełożenie na polski rynek obligacji lub naszą walutę?
Pomimo trudnej sytuacji, w jakiej społecznie, politycznie i gospodarczo znalazła się Ukraina, analizując sytuację chłodnym okiem, nie dostrzegam wpływu wydarzeń u naszego wschodniego sąsiada na polski rynek kapitałowy, a tym bardziej na obligacyjny. Podobnie jak w przeszłości nie widać również żadnego przełożenia zachowania ukraińskiej hrywny na polską walutę. Jestem zdania, że czynnik ukraiński nie jest obecnie najważniejszy dla polskiego rynku długu.

Jaki zatem czynnik jest teraz istotniejszy?
W kontekście rynku obligacji korporacyjnych – z pewnością OFE. Od momentu reformy fundusze emerytalne nie uczestniczą w żadnych emisjach papierów korporacyjnych. Wobec drastycznie zmniejszonego popytu domknięcie jakiejkolwiek oferty na satysfakcjonujących przedsiębiorstwo warunkach jest więc dosyć trudne. W rezultacie firmy niejednokrotnie są zmuszone do tego, by zaoferować inwestorom obejmującym emisje wyższe odsetki od pożyczonego kapitału.

To chyba dobrze z punktu widzenia inwestorów instytucjonalnych, np. TFI?
Generalnie tak. Inwestor instytucjonalny, jako uczestnik przetargów, ma bowiem szansę na wynegocjowanie lepszych warunków, także w przypadku dużych, wiarygodnych emitentów. Zwiększa się tym samym rentowność portfela, a w konsekwencji poprawia się wynik funduszu. Pamiętajmy przy tym, że brak OFE na rynku obligacji korporacyjnych oznacza także mniejszą niż dotąd płynność obrotu.

Co z obligacjami skarbowymi? Co obecnie determinuje sentyment inwestorów?
Niskie odczyty inflacji i wyraźne stanowisko Rady Polityki Pieniężnej o utrzymaniu niezmienionych stóp procentowych do końca pierwszego półrocza wspierają wyceny papierów skarbowych. Inwestorzy uważnie przysłuchują się retoryce członków RPP, którzy jednak nie dają przesłanek do oczekiwania z ich strony nagłych czy niestandardowych decyzji. Polska gospodarka w sposób zrównoważony wychodzi z okresu spowolnienia i w tym momencie cyklu gospodarczego nie ma potrzeby ostrego zacieśniania polityki pieniężnej. Jeśli chodzi o sam rynek papierów skarbowych, to należy pamiętać, że w związku z reformą OFE znacząco zwiększył się w nim udział inwestorów zagranicznych, a jednocześnie ubyło stabilizującego popytu funduszy emerytalnych. Nagłe zawirowania na rynkach krajów rozwijających się mogą skutkować zwiększoną zmiennością długoterminowych polskich obligacji skarbowych. W tym kontekście stabilizująco na rynek działa informacja o wysokiej realizacji potrzeb pożyczkowych zaplanowanych na 2014 r. przez Ministerstwo Finansów. W sytuacji kryzysowej ministerstwo może na pewien czas ograniczyć podaż papierów na przetargach, przyczyniając się do przywrócenia równowagi rynkowej.

„Spółki meldują, Ukraina walczy” – rozmowa z Ryszardem Rusakiem (UI TFI)

„Spółki meldują, Ukraina walczy” – o sytuacji na rynkach akcji rozmawiamy z Ryszardem Rusakiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. akcji Union Investment TFI

Trwa okres publikacji wyników spółek za ostatni kwartał 2013 r. Jaki obraz się z nich wyłania?

Dane finansowe za IV kwartał 2013 r. zaraportowane dotąd przez spółki z warszawskiej giełdy są jak dotychczas zgodne z oczekiwaniami. Lekko negatywnie zaskoczyła spółka Orange Polska, która ponadto poinformowała, że wypłacona dywidenda będzie niższa, niż wcześniej szacowano. Banki zanotowały wyniki neutralne, zgodne z konsensusem, a stopa dywidendy dla sektora bankowego powinna oscylować w tym roku w okolicach 4–5%. Wypłatę sowitej dywidendy zapowiedziała też Netia.

Czy rynek w istotny sposób reaguje na te informacje?
Inwestorzy są skupieni na perspektywach na 2014 r. Dużo uważniej patrzą w przyszłość – na prognozy zysków spółek i prawdopodobieństwo ich realizacji.

W kontekście przyszłości trudno nie zapytać o Ukrainę. W porównaniu z zeszłym tygodniem sytuacja nieco się ustabilizowała, jednak wciąż trudno mówić o powrocie do normalności…
Prawdą jest, że w regionie panuje pewna nerwowość, jednak bezpośrednie związki handlowe Polski z Ukrainą, szczególnie w przypadku spółek giełdowych, nie są duże.

Jednak są.
Tak. Na Ukrainie jest zaangażowanych kapitałowo kilka polskich firm notowanych na warszawskiej giełdzie. Największy udział posiada Getin Holding, którego ukraińskie aktywa stanowią ok. 10% całości. Na tym rynku operuje także PKO BP, jednak w stosunku do ok. 200 mld zł aktywów polskiego banku należący do niego KREDOBANK stanowi bardzo niewielki udział. Można też wskazać spółki, które mają na Ukrainie fabryki lub eksportują tam sporo towarów, np. Śnieżka czy Rovese. Jednak w skali całego polskiego rynku akcji skutki wydarzeń na Ukrainie są znikome.

A jak zachowuje się nieco zapomniany przez inwestorów rynek rosyjski?
Zawierucha na rynkach wschodzących nie ominęła także Rosji. Traciły więc nie tylko turecka lira i węgierski forint, ale również rubel. Przecena rosyjskiej waluty wpłynęła z kolei negatywnie na wycenę spółek notowanych na moskiewskiej giełdzie, na przykład spółki handlowej Magnit, posiadającej sieć super- i hipermarketów. Swoje przychody spółka osiąga w rublu i większość kosztów ponosi w tej walucie. Jednak notowania GDR-ów na jej akcje (certyfikatów stosowanych przy obrocie akcjami zamiast klasycznych akcji) są wyceniane w dolarze. Jeśli więc rubel się osłabia, to zyski spółki w przeliczeniu na dolary są mniej warte. To zaś wpływa na końcową wycenę, oczywiście negatywnie. Podobny problem dotyka większej liczby rosyjskich spółek, co w zestawieniu z gorszym zachowaniem cen surowców i brakiem reform strukturalnych rzutuje na obraz rosyjskiego rynku.

Globalna zawierucha uderzyła nie tylko w rubla, ale także we wspomnianą już walutę turecką. Czy widać symptomy zatrzymania tendencji spadkowej?
W ostatnim czasie lira nieco się ustabilizowała. Pod tym względem drastyczna podwyżka stóp procentowych przez turecki bank centralny chociaż częściowo przyniosła zamierzony skutek. We wtorek nastąpił jednak ciąg dalszy odkrytej jakiś czas temu afery korupcyjnej w tureckim rządzie. W wyniku ujawnienia taśm kompromitujących premiera Recepa Tayyipa Erdoğana waluta ponownie zaczęła się osłabiać.

Traciły także indeksy giełdy w Stambule.
Spadki na giełdzie w obliczu takich informacji są całkiem naturalne. Inwestorzy mierzą się bowiem z czynnikiem, który może istotnie zmienić układ sił na scenie politycznej, a w dalszej kolejności także wpłynąć na gospodarkę. Niezależnie od tego, czy nagranie z udziałem premiera Erdoğana jest autentyczne czy to tylko element gry politycznej przed marcowymi wyborami samorządowymi w Turcji, jedno wydaje się pewne – do momentu rozstrzygnięcia wyborów takich sytuacji może wydarzyć się więcej.

A czy po marcowych wyborach istnieją szanse na poprawę sentymentu?
Akcje spółek notowanych nad Bosforem są mocno przecenione i pod względem wycen prezentują się całkiem nieźle. Trudno jednak oczekiwać, że odbicie i przejście do trendu wzrostowego przybierze kształt litery „V”. „Udeptywanie dna” może trwać jeszcze parę miesięcy, a z uwagi na sytuację polityczną można spodziewać się podwyższonej zmienności.
Wróćmy do Polski. Mamy wyjątkowo łagodną zimę. Czy to dobrze dla firm i całej gospodarki?
Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bo aura panująca na zewnątrz jednym spółkom pomaga, innym nie. Ciepła zima zdecydowanie sprzyja branży budowlanej i deweloperskiej, ponieważ prace mogą być prowadzone w zasadzie bez przestojów, oraz producentom materiałów budowlanych. Z pewnością odetchną także miasta i gminy – z uwagi na mniejsze wydatki m.in. na odśnieżanie.

Zapewne jest też druga strona medalu…?
Owszem. Łagodna zima wpływa niekorzystnie m.in. na firmy operujące w branży handlu detalicznego. Kolekcja zimowa nie sprzedaje się zgodnie z oczekiwaniami, co zmusza niektóre spółki do wcześniejszych przecen i obniżek marży. Ciepła zima to także krótszy sezon grzewczy, co jest złą informacją dla dostawców gazu (PGNiG), węgla czy energii elektrycznej. Jednakże w przypadku spółek energetycznych poprawiająca się koniunktura gospodarcza i wzrost zapotrzebowania na energię ze strony przemysłu powinny zniwelować efekt niekorzystnej pogody. Biorąc jednak pod uwagę plusy i minusy, bilans ciepłej zimy jest raczej pozytywny dla spółek giełdowych.

Wydatki na służbę zdrowia na całym świecie będą stanowiły 10,5 proc. globalnego PKB

W ciągu najbliższych czterech lat globalne wydatki na służbę zdrowia wzrosną o 5,3 proc. rocznie. Jednocześnie jednak branża ta wciąż boryka się z problemem rosnących kosztów, a także coraz trudniejszym dostępem do usług medycznych. Sytuacji nie poprawia przewidywana perspektywa starzejącego się społeczeństwa. W 2050 roku na świecie będzie 2 mld osób powyżej 60. roku życia. Zdaniem autorów raportu „Global health care outlook: Shared challenges, shared opportunities” firmy doradczej Deloitte, wiele problemów służby zdrowia jest wspólnych dla całego świata. Część z nich musi być rozwiązywana w skali globalnej.

W 2014 roku wydatki na służbę zdrowia na świecie będą stanowić 10,5 proc. globalnego PKB. W Ameryce Północnej w tym roku na służbę zdrowia zostanie przeznaczone aż 17,4 proc. PKB, w Europie Zachodniej będzie to 10,7 proc., ale już w Azji i Australii jedynie 6,6 proc. W Polsce będzie to 7,6 proc.2

Według raportu Deloitte najważniejszymi czynnikami wzrostu w branży na całym świecie są: rosnące wydatki na ochronę zdrowia (także na rynkach wschodzących, takich jak Chiny, Indie, Indonezja, Rosja i Meksyk), spodziewany wzrost liczby ludności, bogacenie się społeczeństw oraz programy rządowe (mające na celu poprawę dostępu do służby zdrowia).

Z drugiej strony w 2014 roku sektor ten będzie musiał stawić czoła czterem poważnym wyzwaniom, które będą miały charakter zarówno lokalny i globalny, tj.:

skutkom starzenia się społeczeństwa oraz rosnącej liczbie chorób przewlekłych,
wysokim kosztom i jakości świadczonych usług,
dostępowi do opieki medycznej w krajach rozwiniętych i na rynkach wschodzących,
a także wykorzystaniu technologii medycznych oraz procesów zarządzania danymi.

Starzenie się społeczeństwa i wzrost liczby osób cierpiących na choroby przewlekłe to trwały trend, który w najbliższych latach będzie kształtować popyt na usługi opieki medycznej zarówno w krajach rozwiniętych, jak i na rynkach wschodzących. Do 2050 roku liczba osób powyżej 60. roku życia potroi się i wyniesie 2 mld w skali globalnej. W Europie aż 37 proc. ludności w tym czasie będzie mieć powyżej 60 lat, dla porównania w Afryce – 10 proc. Już za trzy lata w Europie Zachodniej odsetek osób powyżej 65. roku życia wyniesie 20 proc., a w Japonii nawet 27 proc.

Starzejące się społeczeństwo obciąży systemy opieki medycznej w wielu krajach. Wysokie koszty leczenia chorób przewlekłych, które obecnie są przyczyną 63 proc. zgonów, sprawią, że rządy oraz sami lekarze będą musieli skupić się na profilaktyce i propagowaniu wiedzy o zdrowiu, a jednocześnie firmy farmaceutyczne będą nadal intensywnie pracować nad odkrywaniem nowych leków.

Problem starzejącego się społeczeństwa skutkuje między innymi tym, że systemy finansowania publicznej i prywatnej służby zdrowia są coraz bardziej obciążone, a rosnące koszty ochrony zdrowia stają się niemożliwe do udźwignięcia.

„W 2013 roku globalne wydatki na służbę zdrowia wzrosły o 2,6 proc. w stosunku do poprzedniego roku. W latach 2014-2017 szacuje się szybszy wzrost na poziomie 5 proc. rocznie. Z uwagi na zwiększający się popyt na świadczenia medyczne (starzejące się społeczeństwa) rosnące nakłady nie zawsze przekładają się na lepsze wyniki lub na wyższą jakość opieki medycznej” – mówi Bartosz Krawczyk, menedżer w dziale Konsultingu, Deloitte.

W krajach rozwiniętych wydatki na służbę zdrowia są drugą co do wielkości kategorią kosztów w budżetach narodowych. Jednak, jak dowodzą eksperci Deloitte część środków jest nieefektywnie wykorzystana, a wielu wydatków można uniknąć. Takim problemem są chociażby występujące zakażenia szpitalne, które w samych Stanach Zjednoczonych pochłaniają 30 mld dolarów rocznie. Osobnym zagadnieniem pozostaje to, że część ludzi nie stać na opiekę medyczną. W USA 23 proc. dorosłych obywateli, a we Francji 13 proc. ma poważne problemy z zapłaceniem rachunków za leczenie lub w ogóle nie jest w stanie ich pokryć.

Lepszy dostęp do opieki medycznej stał się jednym z najważniejszych celów rządów państw na całym świecie i punktem centralnym wielu reform. Tak jest również w Polsce. Raport Deloitte wskazuje, że lepszy dostęp do opieki medycznej jest słusznym i ważnym celem. Jednak większa liczba potencjalnych pacjentów oznacza tym samym większy popyt na usługi, z którymi wiele krajów może sobie nie poradzić z powodu braków kadrowych, odległości do pacjentów, problemów infrastrukturalnych oraz rosnących kosztów. Ponad miliard ludzi na całym świecie nie ma dziś dostępu do opieki medycznej, tym bardziej, że mimo rosnącego popytu, liczba lekarzy przypadających na 1000 mieszkańców w latach 2012-2015 będzie dokładnie taka sama. Sama Wielka Brytania dwa lata temu borykała się z niedoborem 40 tys. pielęgniarek. Według Komisji Europejskiej w niedalekiej przyszłości cały kontynent europejski będzie cierpiał z powodu braku aż 230 tys. lekarzy.

Nieodłączny w rozwiązywaniu tych wszystkich problemów jest postęp technologiczny, który pomaga wprowadzać innowacyjne rozwiązania w diagnostyce oraz leczeniu pacjentów.

„Systemy informacyjne, wspierające podmioty i instytucje jak i poszczególnych lekarzy i ich pacjentów stają przed trudnymi wyzwaniami w zakresie restrukturyzacji modeli ochrony zdrowia i promowania bardziej efektywnego wykorzystania zasobów. Oczekiwaniem jest skuteczne i bezpieczne funkcjonowanie IT przy jednoczesnym wprowadzaniu nowych zastosowań, np. telemedycyny i integracji wielu innowacyjnych rozwiązań wyłaniających się dopiero standardów” – argumentuje Krzysztof Jakubowski, Starszy Menedżer w dziale Konsultingu, Deloitte.

Dodatkowo zaawansowany technologicznie system ochrony zdrowia będzie wytwarzał ogromne ilości informacji i danych, w związku z tym bardzo istotnym zadaniem będzie ich interpretacja i wykorzystanie, ale także odpowiednie zabezpieczenie.

„Nowym zjawiskiem w służbie zdrowia jest niewątpliwie glokalizacja, czyli adaptacja globalnych rozwiązań (np. produktów/ usług) do potrzeb lokalnych rynków. Główne problemy branży są globalne, mimo że w większości ochrona zdrowia jest świadczona lokalnie. W obliczu postępujących zmian i innowacji (m.in. technologiczne, medyczne), umiejętność mądrego korzystania z doświadczeń innych krajów akurat w sektorze zdrowotnym może okazać się bezcenna” – podsumowuje Bartosz Krawczyk.

Sprzedaż suplementów diety w krajach CIS osiągnie niedługo 1 mld €

Według najnowszego raportu PMR “Dietary supplements in CIS countries 2014. Development forecasts for 2014-2018” wartość sprzedaży suplementów diety w krajach CIS (Rosja, Ukraina, Kazachstan, wartość w cenach hurtowych) wyniosła 888 mln € w roku 2013, osiągając dynamikę wzrostu na poziomie 23%.

Kazachstański rynek: znaczący udział

Na analizowanym rynku CIS najwyższy udział ma rynek rosyjski – 70%. Dość duży udział, niewspółmierny do liczby mieszkańców, reprezentuje Kazachstan – wynosi on 10%. Wynika to z faktu, iż na rynku kazachstańskim zaznacza się dość duży udział firm zagranicznych (koncernów o międzynarodowym zasięgu), których produkty są zwykle dużo droższe niż produkty lokalnych firm. Wiąże się to przede wszystkim z faktem, iż przemysł produkcyjny nie jest w tym kraju zbyt rozwinięty (w zasadzie nie istnieją znaczący lokalni producenci suplementów diety). Inne przyczyny to większa siła nabywcza mieszkańców Kazachstanu. W porównaniu do, przykładowo, Ukrainy średnia pensja jest tu dwukrotnie wyższa.

Reklama suplementów diety w krajach CIS słabo uregulowana

W maju 2013 r. w Kijowie odbyło się spotkanie Rady Koordynującej ds. Reklamy przy Międzynarodowej Radzie Polityki Antymonopolowej dla krajów CIS (ICAP), gdzie dyskutowano sprawę reklamy suplementów diety. Generalnie rzecz biorąc, obecna praktyka i stan prawny odbiegają znacząco od przepisów np. Unii Europejskiej. W Rosji niedawno wprowadzono nowelizację prawa reklamowego – dokument został podpisany w lipcu 2013 r. Przykładowo, wprowadzono wtedy zasadę mówiącą, że każda reklama powinna zawierać ostrzeżenie, że dany suplement diety nie jest lekiem. Na Ukrainie przepisy są zadowalające, jeśli chodzi o standardy tylko w niektórych aspektach – przykładowo istnieje zasada, że treść reklamy musi zostać zaakceptowana przez odpowiednie ciało administracyjne, jednocześnie jednak nie ma powszechnie obowiązujących i zunifikowanych zasad postępowania przy takiej decyzji.

Na rynkach ukraińskim i kazachstańskim istnieją poza tym przepisy mówiące, że reklama suplementów diety nie powinna wprowadzać konsumenta w błąd, to znaczy m.in. sugerować, że mamy do czynienia z lekiem. Jednakowoż, zupełnie inną kwestią jest egzekwowanie ich w praktyce. Podczas Dnia Konkurencji, jaki odbył się w Inkrutsku 9 września 2013 r. orzeczono, że krajom CIS wciąż brakuje odpowiednich przepisów dotyczących rejestracji i obrotu suplementami diety, co dotyczy również reklamy. W opinii uczestników konferencji istnieje niedostatek badań naukowych na temat suplementów diety i ich bezpieczeństwa. Podkreślali oni również fakt istnienia różnych wykroczeń na analizowanym rynku m.in. wprowadzanie konsumentów w błąd, jeśli chodzi o skuteczność, co powoduje, że suplementy diety niesłusznie stają się produktami konkurującym i z lekami OTC (wydawanymi bez recepty). Przedstawiciele rosyjskiej instytucji antymonopolowej (FAS, Federal Antimonopoly Service) podkreślali, że cały region powinien wprowadzić procedury ułatwiające kontrolę suplementów diety w zakresie podawania nieprawdziwych informacji, jak również zabronić rejestracji produktów o takim samym składzie jak lek jako suplement diety (przepis ten obowiązuje w Unii Europejskiej). Region powinien również wprowadzić procedurę sprawdzania jakości, skuteczności i bezpieczeństwa produktu przed rejestracją (notyfikacją), obowiązek zachowania podobnych standardów jakości przy produkcji suplementów jak przy produkcji leków, obowiązek informowania przez farmaceutów przy zakupie o fakcie, że suplement diety nie jest lekiem, jak również przeprowadzania kontroli etykiet. Na koniec, uczestnicy spotkania podkreślali brak kontroli obrotu suplementami diety na każdym stadium – od produkcji po obrót na rynku. Jeśli takie kontrole są przeprowadzane, to tylko na dużych producentach, podczas, gdy mniej znane firmy oszukują podając nieprawdziwe informacje.

Niniejszy artykuł został przygotowany na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. “Dietary supplements in CIS countries 2014. Development forecasts for 2014-2018”.