Nord Stream 2 na ukończeniu mimo sankcji. Polska bez realnego, bezpośredniego wpływu na postępy projektu

Wciąż nie wiadomo, czy administracja Joe Bidena zdecyduje się rozszerzyć sankcje wobec projektu Nord Stream 2. Nieoficjalnie mówi się, że taka decyzja może zapaść w połowie maja. W tej chwili budowę gazociągu kontynuuje rosyjska barka Fortuna, a niedługo ma do niej dołączyć także Akademik Czerski, który ułoży na dnie morza brakujący odcinek w wyłącznej strefie ekonomicznej Danii. Gazprom informował już, że stopień gotowości projektu przekracza 90 proc. – Strona polska de facto nie ma dzisiaj możliwości oddziaływania na przyszłość Nord Stream 2 – mówi ekspert ds. rynków energetycznych Mateusz Kubiak. Jak podkreśla, jego ukończenie będzie mieć daleko idące konsekwencje gospodarcze, ale i polityczne dla całego regionu.

– Ewentualny sukces Nord Stream 2 będzie oznaczał, że Ukraina straci swoje znaczenie tranzytowe. Można domniemywać, że przez to z biegiem lat zainteresowanie sprawą ukraińską na zachodzie Europy będzie malało. Ponadto budowa Nord Stream 2 wpływa na relacje transatlantyckie oraz wewnątrz samej Unii Europejskiej. To jest sprawa głęboko dzieląca sojuszników i taką pozostanie. Z kolei jeżeli dojdzie do fiaska tego projektu, może to doprowadzić do dodatkowych zatargów pomiędzy sojusznikami po obu stronach Atlantyku. Zresztą sporów między państwami możemy się spodziewać, nawet jeśli projekt odniesie sukces – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Kubiak, ekspert ds. rynków energetycznych w Esperis Consulting.

Dwunitkowy gazociąg Nord Stream 2, o przepustowości 55 mld m3 rocznie, ma transportować rosyjski gaz do Niemiec po dnie Morza Bałtyckiego z pominięciem Ukrainy. Będzie przebiegać przez wody terytorialne lub wyłączne strefy ekonomiczne Finlandii, Szwecji i Danii. Wart 10 mld euro projekt infrastrukturalny na ponad rok wstrzymały amerykańskie sankcje, ponieważ USA – podobnie jak m.in. Polska, Ukraina, Łotwa i Litwa – są przeciwne inwestycji, wskazując na jej polityczny charakter. Może ona bowiem zwiększyć zależność od rosyjskiego gazu, a przy okazji zwiększyć wpływ Kremla w Europie i naruszyć jej bezpieczeństwo energetyczne.

– W przypadku oddania do użytku Nord Stream 2 zmianie ulegnie cała architektura przepływów gazu w regionie. Przesył przez Ukrainę i Słowację zostanie ograniczony, a w zamian rosyjski gaz będzie płynął na zachód od Polski i niejako oplatał Europę Środkowo-Wschodnią. Skutkiem będzie też zacementowanie roli Rosjan jako dominującego dostawcy gazu w regionie. Zyskają oni dodatkową elastyczność i będą mogli w większym stopniu oddziaływać na regionalny rynek – wymienia ekspert Esperis Consulting.

Rosja jest zdeterminowana, żeby przy poparciu Niemiec i Austrii dokończyć budowę gazociągu, którą w lutym tego roku, po ponad rocznej przerwie, wznowiła własnymi siłami. Ze względu na sankcje i naciski amerykańskiej administracji Rosjanie nie mają bowiem możliwości współpracy z zagranicznymi wykonawcami i spółkami inżynieryjnymi.

W tej chwili rosyjska barka Fortuna kontynuuje prace na jednej z dwóch nitek gazociągu (linia B). Do ułożenia pozostaje jeszcze odcinek w wyłącznej strefie ekonomicznej Danii. Do prac na linii A ma wkrótce dołączyć rosyjska układarka Akademik Czerski. Zgodnie z harmonogramem budowa obu nitek gazociągu ma potrwać do końca III kwartału br., więc magistrala powinna być gotowa pod koniec września. Gazprom informował już, że stopień gotowości projektu przekracza 90 proc.

Sekretarz stanu USA Antony Blinken poinformował w wywiadzie dla CNN, że prezydent Joe Biden uważa projekt Nord Stream 2 za „zły pomysł”, który podkopuje europejskie bezpieczeństwo energetyczne i narusza interesy Ukrainy czy Polski. Blinken przekazał tę informację również szefowi niemieckiego MSZ Heiko Maasowi, ostrzegając przy tym, że zaangażowanie w budowę gazociągu jest zagrożone amerykańskimi sankcjami. Wciąż jednak nie wiadomo, czy nowa administracja zdecyduje się je rozszerzyć.

Jak dotąd spory wokół Nord Stream 2 nie zdołały na dobre zatrzymać budowy gazociągu, ale nawet jeśli Rosji uda się go ukończyć, problematyczna pozostaje kwestia jego certyfikacji, zatwierdzenia zgodności z projektem technicznym i oddania do użytku. W tej chwili takie usługi podpadają pod amerykańskie sankcje. Kolejny problem stanowi też zgodność z regulacjami UE i znowelizowaną dyrektywą gazową, zgodnie z którą część przepustowości nowego gazociągu będzie musiała zostać udostępniona podmiotom trzecim z terenu UE, a rosyjski koncern energetyczny Gazprom nie będzie mógł m.in. sam zarządzać gazociągiem, który jednocześnie zaopatruje w surowiec.

– Na razie nie wiemy, w jakim trybie gazociąg Nord Stream 2 miałby zostać uruchomiony, ze względu na wątpliwości dotyczące unijnych regulacji. Nie wiemy też, ile tego gazu będzie przesyłane i przez kogo – mówi Mateusz Kubiak.

W październiku ubiegłego roku UOKiK nałożył ponad 29 mld zł kary na rosyjski koncern energetyczny Gazprom oraz ponad 234 mln zł na pięć pozostałych spółek uczestniczących w projekcie Nord Stream 2 (francuski Engie Energy, niemiecki Uniper, austriacki OMV, holendersko-brytyjski Shell oraz niemiecki Wintershall) i nakazał rozwiązać umowy zawarte na finansowanie budowy gazociągu. Rosjanie zaskarżyli tę decyzję, ale – jak ocenia ekspert – toczące się postępowanie też nie będzie miało większego wpływu na postępującą realizację tego projektu.

– Ta decyzja w żaden sposób nie przełożyła się na jakiekolwiek wiążące decyzje inwestorów w odniesieniu do samego projektu. Decyzja UOKiK została zaskarżona przez Rosjan i inne spółki europejskie, które współfinansują gazociąg, a sprawa zapewne będzie toczyła się latami przed poszczególnymi instancjami. Mimo to nie wpływa ona na fizycznie postępującą budowę – mówi ekspert.

Jak ocenia, na dziś Polska de facto nie ma większych możliwości oddziaływania na postępy tego projektu.

– Głównym obszarem, w którym Polska mogłaby w jakiś sposób oddziaływać na tę inwestycję, byłoby dołączenie do rozmów pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Niemcami, o których się teraz spekuluje. W świetle zapewnień amerykańskiej administracji – jako istotny sojusznik Stanów Zjednoczonych – my także powinniśmy uczestniczyć w tych konsultacjach. Natomiast to są rozmowy prowadzone zakulisowo, nie wiemy, do jakiego stopnia i czy w ogóle Polska jest przy nich obecna. Ale to nasz jedyny, pośredni sposób oddziaływania na projekt Nord Stream 2 – ocenia Mateusz Kubiak.

W ubiegłym tygodniu wiceminister infrastruktury Grzegorz Witkowski poinformował, że przy budowie Nord Stream 2 współpracują dwa statki, które są własnością niemieckiego armatora, ale pływają pod polską banderą i zostały zarejestrowane w Izbie Morskiej w Gdańsku. Obie jednostki zostały już zakwalifikowane jako łamiące sankcje i wszczęto wobec nich procedurę wyrejestrowania ich spod polskiej bandery. Jak poinformował wiceminister, w przypadku pojawienia się na polskich wodach jednostki zostaną zatrzymane w celu przeprowadzenia inspekcji.

Kolejne instytucje obniżają prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski. Pomimo dużej niepewności nie grozi nam jednak spadek PKB

Zamknięcie gospodarki wiosną 2020 roku przełożyło się na pierwszy od 30 lat spadek produktu krajowego brutto wobec poprzedniego roku. Na obecny rok instytucje krajowe i międzynarodowe przewidują wyraźne odbicie, jednak wraz z kolejnymi tygodniami lockdownu rewidują one swoje prognozy w dół. Zdaniem dra Bohdana Wyżnikiewicza nawet w czarnym scenariuszu nie grozi nam jednak kolejny rok recesji, a PKB powinien być lekko wyższy niż w 2019 roku. Wsparciem dla gospodarki będą przemysł i eksport oraz fakt, że przedsiębiorcy nauczyli się już funkcjonować w warunkach obostrzeń.

Prognozy gospodarcze na rok 2021 są raczej dobre. Nikt nie prognozuje spadku PKB w stosunku do roku 2020, kiedy mieliśmy niecałe 3 proc. obniżenia wartości PKB, czyli nastąpi odbicie. Konsensus prognoz wynosi w granicach 3–4 proc. wzrostu PKB, aczkolwiek kolejny lockdown i niepewność w związku z jego konsekwencjami spowoduje prawdopodobnie obniżanie przez ośrodki prognostyczne prognoz na ten rok. Myślę, że ten optymizm będzie trochę mniejszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Bohdan Wyżnikiewicz, prezes Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych.

Ostatni dzień marca i I kwartału 2021 roku okazał się dniem obniżania kolejnych prognoz gospodarczych dla Polski. Najpierw Bank Światowy ściął ją z 3,5 proc. do 3,3 proc., potem agencja ratingowa Standard & Poor’s zmniejszyła swoje przewidywania z 3,8 proc. do 3,4 proc. Nawet analitycy PKO BP – choć generalnie prognozują poziomy dużo wyższe niż międzynarodowe instytucje – również obniżyły oczekiwania z 5,1 proc. do 4,7 proc. Pierwszy kwartał br. ma być według największego polskiego banku ostatnim – i czwartym z rzędu – na minusie w ujęciu rocznym. Tu też jednak nastąpiła obniżka z -0,5 proc. do -1,5 proc. Z drugiej strony zarówno Bank Światowy, jak i agencja S&P podwyższyły prognozy na 2022 rok, odpowiednio z 3,4 proc. do 4,2 proc. oraz z 4,2 proc. do 4,4 proc.

Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że o ile w roku 2020 lockdown był nowością i kraj trwał w bezruchu, o tyle dzięki tym doświadczeniom przedsiębiorcy nauczyli się działać w warunkach ograniczeń. To szczególnie jest widoczne w przypadku przemysłu, który co prawda eksportuje trochę mniej, ale nie dramatycznie mniej – podkreśla dr Bohdan Wyżnikiewicz. – To dostosowanie się do warunków pandemicznych pomoże polskiej gospodarce stosunkowo dobrze zachować się w roku 2021, chociaż jest jeszcze za wcześnie, żeby prognozy były łatwo sprawdzalne. W dalszym ciągu mamy duże wątpliwości i niepewność, ale myślę, że rok będzie lepszy niż poprzedni, ale tylko niewiele uda nam się przekroczyć poziom rozwoju gospodarczego czy produkcji z roku 2019.

W 2019 roku wartość polskiego PKB wzrosła o 4,5 proc. względem 2018 roku i wyniosła niespełna 2,3 bln zł. W 2020 roku według wstępnych szacunków GUS-u kwota ta zmniejszyła się o 2,8 proc. Najgorszy był II kwartał, gdy gospodarka skurczyła się o 8 proc. rok do roku. Wiele krajów, zwłaszcza południa Europy, miało jednak znacznie większe spadki – Hiszpania o ponad 20 proc., Francja i Włochy – o niemal 20 proc

– Za granicą również są lockdowny, nawet bardziej dotkliwe niż w Polsce, u naszych zachodnich sąsiadów, w Danii, Holandii czy Wielkiej Brytanii, z którą już mniej handlujemy, ale w dalszym ciągu to jest dla nas partner handlowy – mówi prezes Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych. – Tutaj mogą skorzystać nasi eksporterzy, tak jak w ubiegłym roku to miało miejsce, i uzupełniać braki na tamtejszych rynkach. Ta szansa wynika z tych lockdownów i z tego, że nasze produkty cieszą się dobrą renomą i nie są specjalnie drogie.

Nastroje w przemyśle, mierzone nastawieniem menedżerów odpowiedzialnych za zakupy w firmach producenckich, z miesiąca na miesiąc się dotychczas poprawiały. W lutym PMI wzrósł ze styczniowego poziomu 51,9 do 53,4, a to trzeci wzrost z rzędu oraz najbardziej znacząca poprawa w polskim sektorze wytwórczym od czerwca 2018 roku. Obecny trend zwyżkowy utrzymuje się w sektorze od ośmiu miesięcy. Nasilenie popytu sprawiło, że poziom nowych zamówień podniósł się w najszybszym tempie od lipca i jest to druga najwyższa wartość od dwóch i pół roku. Wzmożony napływ nowych zleceń opierał się na eksporcie, który wzrósł w największym stopniu od września 2017 roku – komentuje Markit Economics. 1 kwietnia poznamy dane za marzec – prognoza przewiduje kolejny wzrost, tym razem do poziomu 55,6.

Jeżeli lockdown zostanie przesunięty na kolejne miesiące, to myślę, że wtedy będzie potrzebna bardziej zdecydowana pomoc ze strony państwa i również trzeba liczyć na to, że będziemy mieli na ten cel odpowiednie fundusze z Unii Europejskiej w programie odbudowy – przewiduje dr Bohdan Wyżnikiewicz. – Będziemy musieli bardzo uważnie obserwować doniesienia z gospodarki. Myślę, że nigdy to nie było takie znaczące. Przy tej niepewności jednak należy wyrazić opinię, że nie zanotujemy spadku produktu krajowego brutto w porównaniu z rokiem ubiegłym. Przy czarnym scenariuszu mniej więcej utrzymamy się na zbliżonym poziomie, bo gospodarka się dostosowuje do tych trudnych warunków.

Organizacja masowych szczepień dużym wyzwaniem dla pracodawców. Pilnie potrzebne jest rozszerzenie listy zawodów kwalifikujących do szczepienia

Organizacja szczepień w zakładach pracy może znacząco przyspieszyć cały proces, ale będzie to duże wyzwanie dla pracodawców. – Nie uda się go zrealizować bez dodatkowych zasobów ludzkich, czyli szerszych uprawnień dla grup medycznych do kwalifikacji i wykonywania szczepień – mówi Monika Tomaszewska, ekspert ds. zdrowia Pracodawców RP. Według zasad proponowanych przez rząd kwalifikację do szczepień, oprócz lekarza, ratownika medycznego czy pielęgniarki, mógłby przeprowadzać diagnosta laboratoryjny, farmaceuta, fizjoterapeuta oraz student ostatniego roku medycyny.

Do końca II kwartału, zgodnie z planem rządu, zaszczepionych zostanie 20 mln osób, a do końca sierpnia – wszyscy chętni. Przyspieszenie procesu szczepień będzie możliwe dzięki rozszerzeniu miejsc, gdzie będzie można zgłosić się po szczepionkę. Narodowy Program Szczepień przewiduje uruchomienie punktów szczepień przeciwko COVID-19 w zakładach pracy, w których będzie co najmniej 500 osób chętnych na szczepienie.

Dla części pracodawców będzie to zadanie mniej kłopotliwe, bo posiadają już gabinety lekarsko-zabiegowe, więc dostosowanie ich do potrzeb realizacji szczepień będzie zdecydowanie mniejszym wyzwaniem. Co innego w przypadku zakładów pracy, które takich gabinetów nie posiadają – mówi agencji Newseria Biznes Monika Tomaszewska.

Zorganizowanie punktu szczepień w firmie to przede wszystkim koszty oraz spore wyzwanie logistyczne dla pracodawców. Będą oni zobowiązani m.in. zorganizować miejsce do przechowywania szczepionek, ponieważ wymagają one właściwych temperatur i ich stałego monitorowania.

– Druga istotna kwestia to system zamawiania szczepionek, co też będzie po stronie pracodawcy. Nie mówię o tak przyziemnych rzeczach jak dostęp do aplikacji Centrum e-Zdrowia, ale już same szkolenia i przygotowanie do składania zamówień będą dużym wyzwaniem. Bez wsparcia podmiotu leczniczego pracodawcom będzie bardzo trudno uruchomić punkt szczepień – ocenia ekspertka Pracodawców RP.

Do tego potrzebnych jest jednak szereg zmian w prawie, chociażby dotyczących tego, kto może kwalifikować do szczepienia i kto je może wykonać.

– Nie ma innej możliwości, żeby zrealizować tak masowe szczepienia bez dodatkowych zasobów ludzkich, czyli dodatkowych uprawnień dla innych grup medycznych – podkreśla Monika Tomaszewska.

Według zapowiedzi rządu w najbliższym czasie zmienią się zasady kwalifikacji do szczepień. Będzie mógł je prowadzić lekarz, stomatolog, felczer, pielęgniarka, położna, ratownik medyczny, diagnosta laboratoryjny, farmaceuta, fizjoterapeuta i student ostatniego roku studiów medycznych. Minister Michał Dworczyk zapowiedział także, że w II kwartale rząd wprowadzi możliwość szczepienia przez pojedynczych ratowników medycznych czy pielęgniarki – do tej pory szczepić mogły wyłącznie podmioty prowadzące działalność leczniczą.

Rozwiązania wprowadzane w Polsce mają bazować na tym, co jest w Stanach Zjednoczonych. Kwalifikacja do szczepienia odbywa się poprzez wypełnienie ankiety i jeśli pacjent nie ma przeciwwskazań, to jest kwalifikowany automatycznie. Trudno nam dziś zrozumieć ten mechanizm, bo w przypadku szczepień populacyjnych konieczne jest badanie kwalifikacyjne w Gabinet.gov.pl. Kolejna wątpliwość pojawia się w przypadku odpowiedzi na „tak” w badaniu, np. na pytanie o alergie. Istnieje prawdopodobieństwo, że jeśli padną takie odpowiedzi, będzie potrzebna kwalifikacja lekarza. To wymaga wyjaśnienia. Zakładam, że zostanie to doprecyzowane w przepisach – dodaje ekspertka.

Pomimo rozszerzenia kwalifikacji zorganizowanie zespołu szczepień i kadry do niego może być poważnym wyzwaniem w obecnej sytuacji epidemiologicznej.

Nie wszyscy medycy są jeszcze zaszczepieni. Z drugiej strony duża grupa osób pracuje w szpitalach covidowych poza stałym miejscem pracy, a model opieki ambulatoryjnej, POZ-y czy gabinety prywatne są też bardzo dociążone wizytami pacjentów – mówi  Monika Tomaszewska.

Pracodawcy RP wystosowali list otwarty do Michała Dworczyka i ministra zdrowia Adama Niedzielskiego z apelem o organizację szczepień w dwóch wariantach: u świadczeniodawców w ramach uzgodnionych z pracodawcą grafików (podobnie jak w modelu szczepień nauczycieli) oraz  na terenie danych zakładów pracy. Proponują także, aby przedsiębiorcy mogli ujmować w koszty nakłady poniesione na zorganizowanie punktu lub akcji szczepień.

Trwają prace nad stworzeniem jednego, obowiązującego na całym świecie paszportu szczepionkowego. Pomóc może m.in. technologia blockchain

Nadchodzi era paszportów szczepionkowych. Wszystko wskazuje na to, że by móc swobodnie podróżować i odwiedzać miejsca rozrywki, konieczne będzie przedstawienie zaświadczenia o zaszczepieniu przeciwko SARS-CoV-2. Grupa firm z sektora opieki zdrowotnej łączy siły, aby stworzyć cyfrowe karty identyfikacyjne szczepionek, które weryfikują status szczepień przeciwko koronawirusowi. Tak zwane szczepionkowe paszporty można przechowywać na smartfonach i innych urządzeniach cyfrowych. Pierwsze pilotaże z takimi aplikacjami już trwają – korzystają z nich pasażerowie Air France i mieszkańcy Nowego Jorku. Własne rozwiązania opracowują też agencja lotnicza IATA, Chiny czy Islandia.

Już wkrótce, żeby przyjść np. na koncert, trzeba będzie okazać nie tylko bilet gotowy do zeskanowania, lecz także dowód przyjęcia szczepionki. Grupa firm z sektora opieki zdrowotnej łączy siły, aby stworzyć cyfrowe karty identyfikacyjne, które weryfikują status szczepień na COVID-19. Vaccination Credential Initiative planuje stworzyć dostępny i bezpieczny sposób jego udowodnienia. Karty zdrowia będą zaszyfrowanymi danymi dotyczącymi szczepionek, które można przechowywać w dowolnym portfelu cyfrowym.

– W miarę gdy zwiększa się liczba zaszczepionych osób, niektórzy mogą wymagać posiadania dowodu, że są zaszczepieni. Sektor prywatny i koalicje non-profit już zaczynają nad tym pracować. Naszą rolą jest dopilnowanie, aby wszelkie rozwiązania w tej dziedzinie były proste, bezpłatne, otwarte, dostępne dla ludzi zarówno w wersji cyfrowej, jak i papierowej, i od początku zaprojektowane tak, aby chronić prywatność ludzi – podkreśla Jeffrey Zients, doradca prezydenta USA, koordynator ds. reagowania na koronawirusa w Białym Domu.

W przyszłości karty, które można przechowywać na smartfonach i innych urządzeniach cyfrowych, mogą być wymagane, aby uzyskać dostęp do restauracji, barów, szkół i samolotów. To krok, który może być konieczny, aby jak najszybciej ponownie otworzyć światową gospodarkę.

– Celem Vaccination Credential Initiative jest zapewnienie osobom fizycznym cyfrowego dostępu do ich danych o szczepieniach, tak aby mogły używać narzędzi takich jak CommonPass do bezpiecznych podróży czy powrotu do pracy, szkoły i życia, przy jednoczesnej ochronie prywatności danych – tłumaczy Paul Meyer, dyrektor generalny The Commons Project Foundation.

Obecnie już co najmniej 17 grup pracuje nad własnymi wersjami paszportów szczepionkowych. Nie tylko koalicja Vaccination Credential Initiative (VCI), lecz także Światowa Organizacja Zdrowia i Międzynarodowe Stowarzyszenie Transportu Lotniczego przygotowują własne aplikacje. Stan Nowy Jork zaczął już korzystać z przepustki cyfrowej opracowanej przez IBM. Może pokazywać status szczepień lub wyniki testu COVID-19, a część miejsc publicznych, jak Madison Square Garden, już zapowiedziała, że wykorzystają takie szczepionkowe paszporty jako przepustkę.

Nad swoim pomysłem pracują też Chiny. Potwierdzenia szczepienia elektroniczną aplikacją wprowadziła już Islandia, a w Izraelu obowiązuje karta Green Pass. Obecnie trwa pilotaż, w ramach którego pasażerowie linii Air France mogą skorzystać z aplikacji na smartfony potwierdzającej szczepienie lub nabycie odporności przeciw koronawirusowi. Unia Europejska zapowiedziała z kolei, że swój paszport szczepionkowy chce wprowadzić jeszcze w czerwcu tego roku.

Jeśli jednak system paszportów potwierdzających szczepienia lub nabycie odporności ma się sprawdzić, konieczne jest stworzenie jednego systemu integrującego różne rozwiązania. Tylko to pomoże zapewnić bezpieczeństwo danych.

– Standardy opracowywane przez Vaccination Credential Initiative, w połączeniu z dostępnością niedrogich, szybkich testów na smartfony, które FDA zaczyna autoryzować do użytku domowego, umożliwią twórcom aplikacji tworzenie rozwiązań do weryfikacji stanu zdrowia z zachowaniem prywatności, które można bezproblemowo zintegrować w istniejących systemach biletowych – wskazuje Ken Mayer, założyciel i dyrektor generalny Safe Health.

Programy poświadczające będą musiały mieć solidną ochronę prywatności i być odporne na włamania i fałszerstwa. Zwłaszcza że w dark necie już teraz można kupić nie tylko dawki szczepionek, ale też sfałszowane negatywne wyniki testów na koronawirusa czy właśnie podrobione paszporty szczepionek. Pomóc mogłoby wprowadzenie znaku wodnego do paszportu, nadanie unikalnego kodu QR lub wykorzystanie technologii blockchain.

– Safe Health pracuje obecnie z firmą Hedera nad opracowaniem rozwiązania zapewniającego bezpieczeństwo dla tłumu z wykorzystaniem technologii blockchain. Wykorzystujemy przy tym standardy VCI, które mają pomóc ponownie otworzyć koncerty i wydarzenia sportowe – zapowiada Ken Mayer.

Pandemia przeorała polską służbę zdrowia. FPP proponuje dofinansowanie z wyższych składek, a nie parapodatków

Pandemia koronawirusa przetestowała wszystkie instytucje, działające w państwach na całym świecie. Jedną z nich – która wszędzie przyjęła mocne uderzenie i często pod tym uderzeniem się załamała – jest służba zdrowia. Polski NFZ nie jest wyjątkiem. Tak, jak w wielu krajach na całym świecie, pandemia zweryfikowała moce przerobowe, mechanizmy i systemy, działające w naszej opiece zdrowotnej. Pokazała, że są one niewydolne – a przepustowość i możliwości szpitali oraz innych placówek zdrowotnych nie są w stanie sprostać sytuacji pandemicznej. Bardzo możliwe jest również, że środki przeznaczone na polską służbę zdrowia nie wystarczą, by podnieść ją na nogi po zakończeniu pandemii. Federacja Przedsiębiorców Polskich zaapelowała w tej sprawie do polskiego sejmu.

– Mamy świadomość tego, że obecne zasoby polskiej służby zdrowia są niewystarczające. Nie pokryją wszystkich wydatków – zarówno tych, jakie do tej pory zostały wygenerowane, jak również przyszłych. Dlatego dwa tygodnie temu wystąpiliśmy do partii politycznych z apelem o podniesienie składki zdrowotnej o 0,25 punktu procentowego w ciągu 4 lat – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Takie rozwiązanie nie obciąży pracodawców i przedsiębiorców w sposób bardzo gwałtowny, a systemowo pozwoli rozwiązać problemy służby zdrowia. Uważamy, że jest to jedyny kierunek, jaki w obecnej sytuacji można przyjąć. Wówczas system będzie czytelny. Nie będzie podnoszenia podatków cukrowych, reklamowych, czy innych, które miałyby wspierać służbę zdrowia. Lepiej jest to oprzeć o bardzo jasne i czytelne przesłanki – jaką jest podniesienie składki zdrowotnej o 0,25 punktu procentowego – apeluje Kowalski.

Aż 40 proc. Polaków zamierza sięgnąć po oszczędności, by sfinansować świąteczne i wiosenne wydatki

Tegoroczne zakupy wielkanocne będą oszczędne – deklarują Polacy. Mimo to aż 40 proc. z nas zamierza sięgnąć po oszczędności, by sfinansować świąteczne i wiosenne wydatki. Co piąty Polak chciałby odroczyć płatność za wielkanocne wydatki na po świętach,  gdyby było to możliwe bez dodatkowych kosztów – wynika z badania IBRIS przeprowadzonego na zlecenie Twisto. Z płatności odroczonych najchętniej korzystają osoby lepiej zarabiające.

Tegoroczne święta wielkanocne ponownie będą przebiegać pod znakiem pandemii. Dla wielu osób jest to sygnał, by oszczędzać i ograniczać wydatki. Ponad połowa respondentów biorących udział w badaniu przeprowadzonym przez IBRIS na zlecenie Twisto, planuje przeznaczyć na organizację Wielkanocy podobną kwotę jak w ubiegłym roku (52 proc.), a 21 proc. zamierza wydać mniej. Jedynie 8 proc. ankietowanych chce wydać na tegoroczne  święta wielkanocne więcej niż w ubiegłym roku. Żadnych dodatkowych wydatków na święta nie planuje 11 proc. Polaków.

Z badania wynika, że blisko 23 proc. ankietowanych planuje na wiosnę remonty i porządki w ogrodach. W tej grupie dominują przede wszystkim trzydziestolatkowie (40 proc. wskazań). 7 proc. badanych planuje remont lub naprawę auta po zimie. Jednak aż 58 proc. respondentów nie chce ponosić wiosną dodatkowych wydatków.

Święta teraz, wydatki później

Polacy deklarują, że wiosenne wydatki sfinansują w dużej mierze z oszczędności (40 proc.) lub z bieżącej pensji (46 proc.). Po zewnętrzne źródło finansowania, np. pożyczkę lub kartę kredytową, sięgnie jedynie 11 proc. Polaków. Jednocześnie aż 20 proc. Polaków deklaruje, że chętnie odroczyłoby wydatki związane ze świętami na później, gdyby nie wiązało się to z dodatkowym kosztem.

  • Płatności odroczone większości osób kojarzą się przede wszystkim z wydatkami na odzież. Wynika to z faktu, że tę formę płatności najczęściej oferują sklepy odzieżowe, które starają się przenieść doświadczenie ze sklepu tradycyjnego do internetowego. Płatności odroczone dają kupującemu możliwość przymierzenia odzieży przed opłaceniem zamówienia. Obserwujemy jednak rosnące zainteresowanie płatnościami odroczonymi wśród e-sklepów spożywczych i branży food delivery. Na wdrożenie Twisto zdecydowała się jedna z największych sieci supermarketów w Polsce POLOmarket, cieszymy się, że udało się to zrobić przed Świętami. To dobry sposób, aby zaoszczędzić. Dodatkowo oferujemy cashback na wydatki spożywcze, który sięga aż 5 proc. To dobry sposób, by ograniczyć koszty przygotowania Świąt Wielkiej Nocy Już wkrótce Twisto pojawi się u innych popularnych merchantów z tej branży – mówi Adam Miziołek, country manager Twisto w Polsce.

Odraczają zamożniejsi

Polacy coraz więcej kupują online i coraz lepiej orientują się w nowoczesnych formach finansowania zakupów. Jak wynika z badania zleconego przez Twisto aż 60 proc. ankietowanych słyszało o płatnościach odroczonych. Ta forma płatności jest dobrze znana przede wszystkim w grupie trzydziesto i czterdziestolatków, zwłaszcza lepiej zarabiających. W przedziale wiekowym 30-39 lat o płatnościach odroczonych słyszało 65 proc. badanych, z kolei w przedziale 40-49 lat – aż 74 proc. respondentów. W przedziale zarobków od 3000 do 3999 zł netto miesięcznie, znajomość płatności odroczonych wskazało 76 proc. badanych, przy zarobkach od 4000 do 4999 zł – 68 proc., a przy zarobkach powyżej 5 tys. zł – aż 78 proc. respondentów.

Kto chciałby skorzystać z płatności odroczonych? Wykorzystaniem tego rozwiązania do sfinansowania świątecznych wydatków zainteresowanych jest 26 proc. osób w wieku 30-39 lat, 24 proc. w wieku 40-49 lat. Najczęściej skłonność do skorzystania z płatności odroczonych wykazywały osoby o wyższych dochodach. Z tego rozwiązania byłoby skłonne skorzystać 27 proc. zarabiających powyżej 5 tys. zł. 14 proc. osób o dochodach powyżej 5 tys. zł deklaruje, że zdarzyło im się już odroczyć płatność.

  • Na podstawie badań możemy powiedzieć, że typowy profil klienta, który wybiera płatności odroczone jako metodę zapłaty to osoby powyżej 30 roku życia, które zamieszkują duże miasta oraz zarabiają powyżej średniej krajowej. Podobnie wygląda profil klienta Twisto. Nie powinno to dziwić – są to osoby z grupy early adopters, które chętnie poznają nowe rozwiązania, ale też świadomie zarządzają swoimi finansami. Cieszy nas jednak upowszechnienie rozwiązania Buy Now Pay Later także wśród innych grup demograficznych – mówi Adam Miziołek, country manager Twisto w Polsce.

Badanie zrealizowane przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych IBRiS na zlecenie Twisto Polska, metodą telefonicznych, standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI) na reprezentatywnej próbie N=1100 osób w dniach 19-20.03.2021 r.

Trendy w usługach FM

  • Zdaniem ekspertów CBRE GWS jednym z trendów branży FM spowodowanym pandemią będzie konsolidacja rynku.
  • W obliczu negatywnych skutków pandemii małe i średnie podmioty mogą szukać stabilnych partnerów o różnorodnych portfelach klientów.
  • Pierwszy kwartał 2021 roku potwierdza zeszłoroczne trendy w FM: digitalizację obsługi kontraktów, działanie w modelu on demand, spadek rotacji wśród pracowników i wzrost znaczenia kompleksowości usług.

Pandemia koronawirusa może zdynamizować procesy konsolidacyjne na polskim rynku FM. Aby się rozwijać, a w skrajnych przypadkach przetrwać, małe i średnie podmioty z branży potrzebują finansowej i operacyjnej stabilności. Przeważnie nie osiągną jej samodzielnie. Dla wielu z nich jedynym rozwiązaniem jest znalezienie większego partnera.

Myślę, że kryzysowy 2020 rok z całą mocą ujawnił, a I kwartał tego roku potwierdził, jak ważne w branży FM są: stabilność finansowa, „silny” cashflow i zdywersyfikowany portfel klientów. Wąska specjalizacja w dotkniętych kryzysem segmentach rynku nieruchomości, a także brak korporacyjnego zaplecza okazały się dla wielu mniejszych podmiotów zabójcze. Inne jakoś sobie w pandemicznej sytuacji radzą, choć konieczność przetrwania kolejnych trudnych miesięcy to dla nich ekstremalne zadanie. Dlatego uważam, że naturalną konsekwencją kryzysu w niektórych sektorach branży nieruchomości jest konsolidacja rynku FM. W CBRE GWS jesteśmy jak najbardziej gotowi na ten trend– mówi Rafał Baranowski, Country Manager w CBRE Global WorkPlace Solutions.

Ekspert podkreśla, że firma nie odczuła negatywnych skutków pandemii, choć rok temu w marcu korekta zakładanego przychodu wydawała się konieczna.

Przynależność do międzynarodowego koncernu sprawia, że nie musimy bać się o płynność finansową. Nawet jeśli klienci mieliby trudności finansowe, nie wstrzymalibyśmy prac. Poza tym lepszą sytuację mają firmy, które bazują na międzynarodowych kontraktach, tak jak jest to u nas – 80% umów realizujemy dla globalnych koncernów, stabilnych w kryzysie. Dodatkowym atutem jest też różnorodność branż. Jesteśmy obecni w sektorach: biurowym, produkcyjnym, magazynowym czy bankowym – dodaje Rafał Baranowski.

Na podstawie dotychczasowych doświadczeń z okresu pandemii CBRE GWS prognozuje, że poza konsolidacją na rynku FM panować będą 3 główne trendy.

Rozwój technologii wspierającej zdalną obsługę kontraktów

Branża FM digitalizuje się od lat, ale w pandemii stosowanie technologii nabrało dodatkowego znaczenia. Z jednej strony ważny stał się dostęp do innowacji, takich jak kamery termowizyjne do badania temperatury na wejściu do budynku. Z drugiej kluczowe stały się systemy wspomagające realizację kontraktów w zakresie: kontaktu z klientem, dokumentacji i analityki, która pozwala na bieżąco monitorować funkcjonowanie obiektu.

To bardzo ważne, bo klienci ze względów bezpieczeństwa coraz częściej rezygnują ze stałej obecności naszego zespołu w obiekcie. W zamian oczekują zdalnej kontroli budynku i błyskawicznej reakcji w modelu on demand, czyli na żądanie, gdy konieczna jest interwencja. Taki tryb działania dla pewnej grupy klientów nabierze znaczenia w tym roku. Część firm świadomych tego trendu może, z powodu niechęci do inwestycji w niepewnym obecnie czasie, odłożyć digitalizację na czas „po pandemii”. Od tego kierunku nie ma jednak odwrotu – zauważa Rafał Baranowski.

Mniejsza rotacja pracowników

Przed rozpoczęciem pandemii rotacja w branży FM na stanowisku techników była bardzo duża. W 2020 roku pracownicy stali się mniej skłonni do zmiany miejsca zatrudnienia, co stanowi problem dla mniejszych firm. Technicy oczekują od pracodawcy stabilnego zatrudnienia i ciągłości działania biznesu pomimo trwającej pandemii. Ważne jest dla nich również podejście do kwestii bezpieczeństwa, m.in. minimalizacja ryzyka zakażenia się Covid-19 poprzez właściwe zabezpieczenie środków ochrony osobistej.

Wzrost znaczenia usług związanych z czystością i dezynfekcją

W zeszłym roku znaczenia nabrały też zintegrowane usługi FM. Przed pandemią część podmiotów skupiała się na świadczeniu wyłącznie usług technicznych, rezygnując z takich elementów oferty jak ochrona, recepcja czy sprzątanie. Zdaniem CBRE GWS zwłaszcza usługi czystościowe nabrały w pandemii kolosalnego znaczenia i z pozycji dodatku do obsługi technicznej stały się integralnym elementem każdej oferty. Oznacza to, że firmy muszą stawiać na kompleksowy zakres swoich usług, zwłaszcza że nie cena jest dla klientów istotna, a standard m.in. w zakresie jonizacji czy dezynfekcji.

Niepewność dotycząca czasu trwania i intensywności pandemii sprawia, że prognozowanie sytuacji w dalszej części 2021 roku obarczone jest sporym ryzykiem błędu. Jednak nasze obserwacje pozwalają o powyższych trendach mówić z przekonaniem. Wiele innych, ważnych kwestii pozostaje oczywiście otwartych. To m.in. termin i zakres powrotu pracowników do biur. Największe firmy są zgodne, że nie należy spodziewać się tego wcześniej, niż w II połowie bieżącego roku. Część już teraz wie, że w pełnym wymiarze pracy to nie będzie możliwe przed 2022 rokiem. Póki co trudno wypowiadać się na ten temat precyzyjniepodsumowuje Rafał Baranowski z CBRE Global WorkPlace Solutions.

Źródło: CBRE GWS

Koniec 2020 r. na polskich drogach był tragiczny

Główny Urząd Statystyczny opublikował niedawno dokładne dane na temat bezpieczeństwa drogowego w 2020 r. Jak pandemia wpłynęła na sytuację na drogach w Polsce?

Dotychczas dysponowaliśmy jedynie ogólnymi informacjami na temat bezpieczeństwa ruchu drogowego w 2020 roku. Niedawno Główny Urząd Statystyczny opublikował jednak bardziej szczegółowe dane, które uwzględniają zmiany w poszczególnych kwartałach.

Eksperci porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl przyjrzeli się tym statystykom, sprawdzając między innymi, czy wiosenny lockdown faktycznie skutkował wzrostem bezpieczeństwa na drogach.

Wypadki drogowe częste w III kw. 2020 roku

Ogólne dane Głównego Urzędu Statystycznego wskazują, że w minionym roku liczba wypadków drogowych, czyli stłuczek skutkujących szkodami osobowymi wyniosła 23 540. Oznacza to spadek o 22% względem wyniku z 2019 r.

Udział poszczególnych kwartałów w łącznej liczbie wypadków przedstawiał się natomiast następująco:

  • I kw. 2020 r.: 22%
  • II kw. 2020 r.: 22%
  • III kw. 2020 r.: 33%
  • IV kw. 2020 r.: 23%

W świetle powyższych informacji trzeci kwartał minionego roku okazuje się szczególnie niebezpiecznym na krajowych drogach.

„Miało to prawdopodobnie związek m.in. z tłumnymi wyjazdami na urlopy w obrębie Polski” – przypuszcza Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Czy kolizje drogowe były częste w 2020 r.?

Jeżeli zaś chodzi o kolizje drogowe, to ich liczba w minionym roku spadła o 16% (do 382 046). Roczny spadek mógłby być większy, gdyby nie pogorszenie sytuacji na drogach w III kw. 2020 r.

„Ta negatywna zmiana jest bardzo dobrze widoczna w poniższym zestawieniu” – dodaje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

bezpieczenstwo drogowe

Najbardziej tragiczna była jednak końcówka 2020 r.

Zestawienie przygotowane przez ekspertów Ubea.pl uwzględnia także liczbę osób zabitych i rannych na drogach (odpowiednio: 2491 oraz 26 463 w całym 2020 r.).

Pod względem takich statystyk dotyczących ofiar wypadków również mieliśmy do czynienia z rocznym spadkiem (zabici – 14%, ranni – 25%). Jeżeli natomiast chodzi o wyniki z poszczególnych kwartałów, to wyglądały one następująco:

  • I kw. 2020 r.: 23% liczby zabitych / 22% liczby rannych
  • II kw. 2020 r.: 21% / 22%
  • III kw. 2020 r.: 27% / 33%
  • IV kw. 2020 r.: 29% / 23%

Powyższe statystyki wskazują, że III kw. 2020 r. był, zgodnie z przypuszczeniami, najbardziej tragiczny pod względem liczby osób rannych na drogach. Okazuje się jednak, że roczny rekord dotyczący ofiar śmiertelnych wypadków odnotowano od października do grudnia 2020 r.

„Wzrost śmiertelności wypadków aż o jedną czwartą w IV kw. 2020 r. (względem rocznej średniej na 100 wypadków) mógł się wiązać np. z niesprzyjającą aurą” – podsumowuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Ceny OC wciąż spadają, kto płacił najwięcej? – raport za I kw. 2021

W pierwszym kwartale 2021 roku średnia cena OC wyniosła 617 zł i była niższa o 3,7% niż we wcześniejszym kwartale. Porównując jednak ten wynik, do analogicznego okresu 2020 roku spadek wyniósł 10,2%. Tak dużego spadku cen nie obserwowano od 2017 roku.

Ostatni raz cena OC była na tak niskim poziomie w 2016 roku. W raporcie RanKING – rynek i ceny ubezpieczeń komunikacyjnych eksperci porównywarki rankomat.pl przeanalizowali, jak kształtowały się średnie składki obowiązkowych polis w minionym kwartale i sprawdzają, w których regionach Polski kierowcy mogli liczyć na najkorzystniejsze oferty ubezpieczycieli.

Jaka była średnia cena OC w I kwartale 2021 roku?

Średnia cena OC w pierwszym kwartale 2021 roku była niższa o 24 zł w stosunku do ostatniego kwartału 2020 roku. Jednak biorąc pod uwagę średnią cenę polisy w I kwartale zeszłego roku, obniżka wyniosła aż 70 zł.Średnia cena ubezpieczenia OC

W 2020 roku ceny OC utrzymywały się na względnie stałym poziomie, a roczny spadek wysokości składki nie przekroczył 6%. Po I kwartale 2021 r. odnotowaliśmy kolejną nieznaczną obniżkę. Średnia składka OC wyniosła 617 złotych i była niższa niż w ostatnim kwartale ubiegłego roku o 3,7%. To także najniższa odnotowana średnia cena polisy od 2016 roku, co z pewnością jest dobrą informacja dla kierowców, którzy w ostatnim czasie odczuli negatywny wpływ koronawirusa na finanse swoich gospodarstw domowych – mówi Tomasz Masajło, prezes zarządu rankomat.pl.Zmiany średnich cen OC

Najdrożej na Pomorzu i Dolnym Śląsku

Najwięcej za ubezpieczenie OC płacili kierowcy z województw: pomorskiego (706 zł), dolnośląskiego (670 zł) i mazowieckiego (668 zł). Na najniższe składki mogli natomiast liczyć kierowcy z województw: opolskiego (513 zł), podkarpackiego (521 zł) i świętokrzyskiego (541 zł).

Ceny ubezpieczenia OC były niższe niż przed rokiem we wszystkich województwach. Obniżki w poszczególnych regionach wyniosły od -8% (woj. podkarpackie, lubuskie i świętokrzyskie) do -12,1% (woj. dolnośląskie). Największe odchylenie od średniej krajowej ceny OC w I kwartale 2021 r. odnotowano dla województw, których mieszkańcy otrzymywali najtańsze propozycje obowiązkowego ubezpieczenia: opolskiego (-16,9%) i podkarpackiego (-15,6%).

Najwięcej za OC płacili natomiast kierowcy z woj. pomorskiego. Odchylenie od przeciętnej składki OC w całym kraju wyniosło w ich przypadku +14,4.Gdzie płaciliśmy najwięcej za OC

Kto płacił najwięcej?

Najdroższym miastem wojewódzkim był Wrocław. Tutaj za polisę kierowcy płacili średnio 841 zł. Na drugim biegunie znalazło się Opole, gdzie płacono 552 zł. W dalszym ciągu za OC najwięcej płacą najmłodsi kierowcy – 19-latkowie płacili średnio 2174 zł. Największe obniżki otrzymują zaś 63-latkowie (492 zł). Najtańsze w ubezpieczeniu były samochody marki Toyota (555 zł), najdroższe BMW (759 zł). Panny i kawalerowie płacili 885 zł, natomiast małżeństwa 541 zł.Najwyższe i najniższe ceny OC w 2021 r.

Analiza powstała w ramach raportu RanKING – rynek i ceny ubezpieczeń komunikacyjnych. Jego pełna treść jest dostępna pod adresem:

https://rankomat.pl/files/raport-ranking-i-kwarta-2021.pdf

Raport jest podsumowaniem trendów kształtujących średnie składki obowiązkowych polis w minionym roku. RanKING opiera się na największej bazie kalkulacji cen OC w Polsce. Dzięki temu może analizować zmiany z największą dokładnością ze wszystkich porównywarek ubezpieczeń. To jedyna tego typu publikacja w Polsce.

Polskie fundacje rodzinne od 2022 r. – na jakich zasadach?

Trwają konsultacje dotyczące ustawy o fundacjach rodzinnych, która ma wejść w życie od stycznia 2022 r. Największym mankamentem projektu są rozwiązania dotyczące zachowku, mogą doprowadzić do tego, że firma nie przetrwa okresu przeprowadzania sukcesji.

Rozwiązanie, jakim jest fundacja rodzinna, nie było dotąd dostępne na mocy polskiego prawa. Największym plusem proponowanej ustawy jest to, że się pojawiła, pomimo, że jej niektóre zapisy powodują zbędne ryzyko, w różnych obszarach.

– Jak dotąd sukcesję w polskich firmach rodzinnych trzeba było planować z wykorzystaniem prawa spadkowego, prawa cywilnego bądź Kodeksu spółek handlowych, alternatywą było korzystanie z prawnych rozwiązań zagranicznych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Katarzyna Karpiuk, radca prawny, ekspertka ds. sukcesji, Kancelaria Ożóg Tomczykowski.

Wprowadzenie fundacji rodzinnej zapewnia możliwość funkcjonowania przedsiębiorstwa przez kolejne pokolenia, bez ryzyka podziału w związku z postępowaniami spadkowymi. Wyeliminuje ryzyko sprzedaży firmy zewnętrznym inwestorom, także zagranicznym.

Pozytywem jest też, że krąg potencjalnych beneficjentów fundacji nie został zawężony do grona najbliższej rodziny. Beneficjentem może zostać osoba fizyczna, niezależnie od stopnia pokrewieństwa z fundatorem bądź też organizacja pożytku publicznego.

– Beneficjentem może być też partnerka czy partner pozostający w związku nieformalnym – wyjaśnia K.Karpiuk. – Co więcej, może to być przyjaciel rodziny lub zaufany pracownik.

Gdy przedsiębiorstwo prowadzone jest np. przez rodzeństwo, także z udziałem dodatkowych pracowników, możliwe byłoby ustanowienie fundacji przez kilku fundatorów.

Według założeń ustawy fundację rodzinną można ustanowić także poprzez testament, wówczas fundacja zakładana jest przez jednego fundatora.

– Z dziedziczeniem wiąże się jednak największe ryzyko i rozczarowanie dotyczące aktualnego projektu – dodaje K.Karpiuk z Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Związane jest z uprawnieniami do zachowku, ponieważ spadkobierca fundatora będzie miał prawo ubiegać się o roszczenie zachowkowe odnoszące się do fundacji.

Wprawdzie zostanie to ograniczone, bo każda wypłacona kwota będzie pomniejszała następne świadczenia takiego beneficjenta, to jednak w sytuacji, gdy głównym składnikiem dziedziczenia jest przedsiębiorstwo, niejednokrotnie o bardzo dużej wartości, ciężko będzie – bez ryzyka uszczerbku finansowego dla fundacji – wypłacić roszczenie zachowkowe.

Jednak fundacja będzie mogła żądać obniżenia zachowku bądź odroczenia jego płatności lub rozłożenia na raty (na okres 5 lat, z możliwością jego wydłużenia przez sąd). Taka konstrukcja prawna jest już znana w przypadku dziedziczenia gospodarstw rolnych.

Rozczarowaniem dla firm rodzinnych jest także sposób potraktowania darowizny (także wniesienia majątku) dla fundacji. Są one w propozycji ustawy traktowane w taki sam sposób jak wszystkie darowizny na rzecz przyszłych spadkobierców i mających prawo do zachowku. To oznacza, że cały majątek zostanie przy dziedziczeniu uwzględniony w masie spadkowej. Nie ma więc ustalonego okresu czasowego i niezależnie od tego, jaki okres upłynie od czasu utworzenia fundacji do śmierci fundatora majątek wniesiony do fundacji każdorazowo w całości zostanie zaliczony do masy spadkowej. Na etapie prac nad ustawą firmy rodzinne postulowały, aby wzorem rozwiązań zagranicznych okres ten został ograniczony do 2-3 lat. Takie rozwiązanie zachęcałoby polskich przedsiębiorców do zaplanowania sukcesji z rozsądnym wyprzedzeniem.

Jak będą wyglądały tegoroczne wakacje? Plany wyjazdowe Polaków na 2021 rok

Sezon letni zbliża się wielkimi krokami. Coraz częściej myślimy o wakacjach i planujemy urlopy. Gdzie w 2021 roku wyjadą Polacy? Na jak długo? By dowiedzieć się więcej na temat planów wyjazdowych Polaków w 2021 roku, Nocowanie.pl zleciło badania wśród użytkowników portalu Wirtualna Polska. Co z nich wynika? Jakie informacje udało się uzyskać? Wiemy już gdzie polscy turyści planują spędzić letni urlop oraz jak długo będzie on trwał.

Jak będą wyglądały tegoroczne wakacje? Jakie plany wyjazdowe mają Polacy?

Turyści zazwyczaj już na początku roku planują swój urlop. Obecna sytuacja sprawia, że wszystko przesuwa się w czasie. Niektórzy zwlekają z dokonywaniem rezerwacji, jednak ci turyści, którzy są zdecydowani na konkretną miejscowość i termin, czasem nawet na konkretny obiekt noclegowy – ślą zapytania i rezerwują.

Z przeprowadzonych na zlecenie Nocowanie.pl badań, jasno wynika, że blisko 50% Polaków ma plany wyjazdowe na 2021 rok. Dokładnie 57% badanych planuje wypoczynek w Polsce. Z badań dowiadujemy się też, że wyjazdy indywidualne cieszą się większym powodzeniem (70%) niż te zorganizowane (20%).

Jak długie wyjazdy w 2021 roku planują Polacy?

Według zebranych przez nas informacji aż 42% Polaków planuje wyjechać na 7-10 dni. Na dłuższej niż 10 dni wyjedzie 32%, natomiast tylko 11% planuje wypoczynek dłuższy niż 2 tygodnie. – mówi Kamila Miciuła z portalu Nocowanie.pl.

Lato 2021. Jakie obiekty noclegowe cieszą się największą popularnością?

Zapytań i rezerwacji na wakacje 2021 wciąż przybywa. Turyści są nadal ostrożni, jednak zdają sobie sprawę z tego, że z tygodnia na tydzień obiektów noclegowych wolnych w szczycie sezonu letniego będzie coraz mniej. Dlatego mimo tej niepewności ciągle pojawiają się nowe zapytania o dostępność i rezerwacje.

– Z naszych danych jasno wynika, że najchętniej rezerwowane są domki, apartamenty oraz kwatery i pokoje.- dodaje przedstawicielka Nocowanie.pl.

Wakacje 2021. Jakie kierunki są najbardziej popularne wśród polskich turystów?

Polscy turyści już teraz zaczynają planować letni wypoczynek. Codziennie pojawiają się nowe zapytania i rezerwacje. Gdzie Polacy spędzą wakacje? Zdecydowana większość w Polsce! W obecnej sytuacji związanej z trwającą epidemią, podróże zagraniczne stały się jeszcze bardziej niepewne niż te krajowe. Spore znaczenie ma też na pewno bezpieczeństwo – bezpieczniej czujemy się jednak w Polsce.

Wśród najchętniej wybieranych miejscowości na lato znalazły się m.in. Łeba, Sarbinowo, Władysławowo, Pobierowo, Ustronie Morskie, Rewal, Ustka czy Jastarnia. Dominuje tradycyjnie morze. Jednak nie brakuje też zapytań o polskie góry: Zakopane, Polańczyk czy Karpacz – te kurorty również cieszą się sporym zainteresowaniem wśród turystów. I to właśnie te dwa kierunki podróży: morze i góry, będą najbardziej oblegane w najbliższe wakacje.

Autor: Katarzyna Stępień

Co dalej z kursem dolara?

Analitycy, którzy wieszczyli osłabienie USD, srogo się pomylili. Dolar umacniał się nie tylko w stosunku do złotego, ale też do euro.

Ostatni raz dolar kosztował 4 zł w czasie pierwszego lockdownu wiosną 2020 r. Teraz znów zbliżył się do tej psychologicznej bariery, co wskazuje na obawy inwestorów o kondycję polskiej inflacji, przy utrzymywanych niskich stopach procentowych. Ale to problem również dla konsumentów, bo w dolarach notowana jest ropa naftowa, a mocny dolar przekłada się na wyższą inflację z powodu droższej benzyny.

Nie potwierdziły się wyobrażenia inwestorów, że dolar będzie coraz słabszy.

– Zadziwiające było, że pomiędzy trzecim i czwartym kwartałem 2020 r. większość analiz i rekomendacji była tak jednokierunkowa – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. – Dolar miał być wyprzedawany, euro miało rosnąć w siłę.

Największy kapitał spekulacyjny jest jednak ulokowany w dolarach. W USA są spółki, które są najciekawsze dla inwestorów. I to już wówczas Stany Zjednoczone miały być liderem wśród krajów wychodzących z pandemii. Dolara nie osłabiają też czynniki takie jak inflacja w USA, „drukowanie pieniędzy” rozdawanych Amerykanom w postaci tzw. czeków Bidena czy „gołębia” postawa Fed. Podobne zjawiska widać bowiem w innych częściach świata.

Wzmacnianie się euro wobec dolara nie trwało długo. Para EUR/USD jest na poziomie 1,17. W ciągu miesiąca euro osłabiło się o 3 proc. – Do dzisiaj wszystko sprzyjało dolarowi amerykańskiemu. Naturalnie większa awersja sprzyja USD, ale mamy hossę na niemieckim Daxie i nowe szczyty wielu akcji w USA, a dolar jest coraz mocniejszy – komentuje ekspert CMC Markets.

Jeśli chodzi o kurs USD/PLN, to przebił trend spadkowy, który budował się od szczytu paniki wiosną zeszłego roku, a następnie wzrosty kursu dolara przyspieszyły. – Dziś ceny dolara biją kolejne rekordy. Widać to w szczególności w relacji do zniżkującego złotego, którego słabość wobec euro jest największa od wielu lat. Jeśli ta tendencja się utrzyma, za parę miesięcy USD/PLN może być o wiele wyżej niż dziś – prognozuje Łukasz Wardyn.

Jeżeli byki chcą przynajmniej krótkoterminowo odwrócić złą passe złotego, to teraz jest na to najlepszy i może ostatni moment. W okolicach 3,97 jest kluczowy średnioterminowy poziom oporu. Podobnie sytuacja wygląda na koszyku złotego, dodaje Ł.Wardyn.

Rada Przedsiębiorczości broni tarcz finansowych Polskiego Funduszu Rozwoju

Polski Fundusz Rozwoju, obok Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, od wielu miesięcy aktywnie wspiera polskich przedsiębiorców. Jest instytucją, która w czasie pandemii Covid-19 najszybciej i najlepiej zareagowała na dramatyczną potrzebę pomocy dla firm i ich pracowników. Sprawnie wypłaca pieniądze z kolejnych tarcz finansowych dla przedsiębiorstw dotkniętych skutkami obostrzeń.

Jednocześnie odpowiada też za wiele innych, ważnych dla rządu i biznesu projektów. Zautomatyzowany system wsparcia biznesu stosowany przez PFR, oparty jest na jasnych, transparentnych kryteriach oraz na deklaracjach przedsiębiorców, co jest najlepszym rozwiązaniem w sytuacji potrzeby szybkiego udzielenia pomocy tysiącom zagrożonych firm. Przedsiębiorcy ubiegający się o wsparcie z Tarczy PFR każdorazowo potwierdzają, iż wszystkie przedstawione przez nich informacje są zgodne ze stanem faktycznym, pod groźbą odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych oświadczeń. Kontrola prawidłowości tych danych musi mieć charakter następczy – w przeciwnym razie firmy pozbawione źródeł przychodów musiałaby przez wiele miesięcy oczekiwać na otrzymanie wsparcia.

Oczywiście, mogło się zdarzyć, że sporadycznie pomoc trafiła do firm, których sytuacja nie była aż tak dramatyczna, a w skrajnych przypadkach doszło nawet do nadużyć, które dopiero dzisiaj wychodzą na światło dzienne. Takie przypadki powinny być bezwzględnie wykrywane i surowo karane. To zadanie dla odpowiednich organów. Nie można jednak na podstawie pojedynczych przypadków rzeczywiście ewidentnych nadużyć oskarżać PFR o słabą ochronę przed wyłudzaniem pieniędzy z tarcz finansowych.

Rada Przedsiębiorczości podtrzymuje swoją wysoką ocenę organizacji przyznawania i wypłat środków z dotychczasowych tarcz finansowych PFR. Jednocześnie chce stanowczo podkreślić, że podważanie publicznego zaufania do tej instytucji w czasie trzeciej fali pandemii i kolejnego lockdownu, który wymaga szybkiej i sprawnej organizacji nowych programów pomocowych, jest postępowaniem skrajnie nieodpowiedzialnym i wymierzonym przeciwko przedsiębiorcom.

Za rozdawane pieniądze trzeba będzie zapłacić. Inflacja i nowe podatki są nieuniknione

Rząd wydaje pieniądze, a bank centralny skupuje rządowe obligacje. Ta polityka jest nie do utrzymania. Płacimy za nią wyższą inflacją, ale to nie wystarczy. W USA trwa już dyskusja o wyższych podatkach, u nas też będzie nieunikniona.

Były wypłaty Trumpa, są czeki Bidena. Dług publiczny USA przekracza 120 proc. PKB. Gdy Trump obejmował władzę, było to 105 proc. Na ponad pół roku przed wygranymi przez siebie wyborami, w rozmowie z „The Washington Post” Trump zapowiedział, że w ciągu ośmiu lat spłaci amerykański dług publiczny (dzięki renegocjacji umów handlowych i pobudzeniu wzrostu gospodarczego).

Już przed pandemią nie było dobrze. Dane OECD wskazują, że łączny dług kredytowy Amerykanów w 2018/2019 r. stanowił 105% ich dochodu dyspozycyjnego netto. Warto porównać ten wynik z informacjami dotyczącymi np. Polski (63%), Niemiec (96%), Japonii (107%), Francji (122%), Wielkiej Brytanii (142%), Szwecji (188%), Australii (210%), Szwajcarii (221%), Holandii (236%), Norwegii (239%) oraz Danii (257%).

Pandemia koronawirusa wymusiła bezprecedensowe działania rządów. Gospodarce światowej to pomogło, ale dzieje się to na kredyt, którego data spłacania nie została wyznaczona. Zadłużenie państw szacuje się już na rekordowe 78 bilionów dolarów.

– Fed i inne banki centralne sugerują, że mogliśmy sobie na to pozwolić, bo te pieniądze można dowolnie kreować, ale tak nie jest bo pojawia się ukryty podatek w postaci inflacji – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – I to jest także poważny transfer majątku pomiędzy różnymi klasami społecznymi.

Za długi trzeba będzie zapłacić. W USA trwa dyskusja o podwyżce podatku dochodowego, obniżonego przez Trumpa. Możliwe, że wyższy będzie podatek od zysków kapitałowych.

W takich krajach strefy euro, jak Włochy, Hiszpania czy Portugalia obecny stan finansów publicznych byłby nie do utrzymania, gdyby nie polityka EBC.

– To jest pułapka, a pozostaje pytanie w jakim stopniu deficyty budżetowe będą finansowane ukrytym podatkiem przez politykę monetarną, a na ile poprzez oficjalne podniesienie podatków – komentuje ekspert XTB. – W USA jest przynajmniej świadomość tego, że jeżeli wzrośnie inflacja, to Fed nie będzie miał mandatu, aby nadal na taka skalę skupować obligacje rządowe.

Europa jest w innej, gorszej sytuacji. Tutaj koniunktura gospodarcza może nie ulec poprawie na tyle, aby inflacja zmusiła EBC do wycofywania się ze skupu obligacji. Ta polityka EBC jest nastawiona tak, aby rządy mogły coraz łatwiej się zadłużać.

Polska nie jest w strefie euro, ale zachowuje się podobnie. Mamy swoje problemy ze wzrostem cen. Inflacja w marcu br. wyniosła 3,2% r/r oraz 1% m/m, wobec 2,4% w ujęciu rocznym w lutym. To bardzo duży skok cen po ostatnich wartościach zbliżonych do celu inflacyjnego.

– Rządy nadal wydają pieniądze tak, jakby ważne było tylko to, co dzieje się dziś i nigdy nie byłoby jutra – dodaje P.Kwiecień.

Cyfrowa Polska z Centrum GovTech będą współpracować przy projektach podnoszących kompetencje cyfrowe

Związek Cyfrowa Polska podpisał z Centrum GovTech Polska list intencyjny dotyczący współpracy przy projektach realizowanych w łódzkim Centrum Kreatywności Fabryka, które będą miały na celu podnoszenie kompetencji sektora publicznego dotyczących innowacyjności oraz popularyzacji dobrych praktyk.

Współpraca będzie skupiała się na rozwoju pracowników polskiej administracji, a także startup-ów poprzez organizację warsztatów, konferencji, konkursów oraz wszelkiej działalności związanej z podnoszeniem kompetencji cyfrowych. Zgodnie z podpisaną w środę umową, Centrum Kreatywności Fabryka w Łodzi, prowadzone przez Cyfrową Polskę, będzie funkcjonować pod patronatem honorowym Centrum GovTech. – Będziemy wspólnie podejmowali wszelkie inicjatywy, które związane będą m.in. z udoskonalaniem, poszerzaniem oraz nabywaniem nowych umiejętności cyfrowych. Chcemy pokazywać, jak wykorzystując nowoczesne narzędzia można stworzyć nową jakość usług cyfrowych – mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik.

­– Centrum GovTech to przede wszystkim innowacyjne podejście do administracji. Współpraca z podmiotami takimi jak Związek Cyfrowa Polska pozwala nam czerpać wiedzę i doświadczenie od ekspertów w tej dziedzinie. Dzięki temu nasze inicjatywy mają szansę być przygotowane w najlepszy możliwy sposób. Mam nadzieję, że już niebawem będziemy mogli zaprosić na wspólnie organizowane wydarzenia – dodaje Justyna Orłowska, Pełnomocnik Prezesa Rady Ministrów do spraw GovTech.

Fabryka pomaga w aktywizowaniu polskiej przedsiębiorczości

Centrum Kreatywności Fabryka to projekt Związku Cyfrowa Polska, który powstał przy współpracy z Łódzką Specjalną Strefą Ekonomiczną. Miejsce istnieje na mapie Łodzi od stycznia 2019 r. Mieści się na terenie Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej w zabytkowym budynku Hydroforni, który został odpowiednio zrewitalizowany, odnowiony i dostosowany do kreatywnej pracy. CK Fabryka to pierwsze miejsce w Polsce, które ma na celu aktywizowanie, inspirowanie oraz edukowanie przedsiębiorczych ludzi do podejmowania nowych działalność i inicjatyw z wykorzystaniem technologii cyfrowych.

Nowoczesne bramki płatności ratalnych. Czy są bezpieczne?

Z różnych metod płatności konsumenci mają możliwość korzystania już od dłuższego czasu. Przedsiębiorcy coraz chętniej eksploatują technologiczne nowości, a firmy, które jeszcze nie zdecydowały się na implementacje np. bramek płatności ratalnych najczęściej zastanawiają się, czy są one zwyczajnie bezpieczne. Dobrze przygotowany i skonfigurowany system płatności ratalnych jest gwarancją bezpieczeństwa. Do tej pory bramki były używane przez większość witryn e-commerce, zarówno dużych, jak i małych, ale nowe rozwiązania oferują integrację już w prawie każdym kanale sprzedaży.

Co to są bramki płatności ratalnych?

Bramki takie jak LoanByLink – proste raty są w dużym uproszczeniu pośrednikiem między sprzedawcą (sklep internetowy, sklep stacjonarny, media społecznościowe), a konsumentami. Bramka ułatwia dokonanie transakcji (w tym przypadku finansowania zakupów na raty), ale zapewnia też szyfrowanie transakcji, czyli najwyższy poziom bezpieczeństwa.

Czy warto integrować się z bramką płatności ratalnych?

Bez wątpienia dużą zaletą jest ich dostępność (24h/7 dni w tygodniu). Szczególnie w sklepach e-commerce czy mediach społecznościowych ważny jest proces udzielania finansowania, czyli czy wniosek jest intuicyjny, czy proces jest całkowicie on-line i oczywiście czy decyzja dotycząca finansowania zakupów jest wydawana sprawnie. Dla przykładu bramka płatności LoanByLink wszystkie procesy oferuje on-line, nawet w sklepie stacjonarnym. Sztuczna inteligencja zastosowana w tej bramce pozwala na przetwarzanie ponad 20 000 wniosków jednocześnie i często cały proces trwa jedynie 4 minuty. Zdecydowanie ogromną zaletą bramek takich jak LoanByLink jest wielokanałowość, czyli decydujemy się na zawarcie umowy z jednym partnerem, w zamian z panelu dostępu generujemy odpowiednią wtyczkę dla strony internetowej bez funkcji sklepu, sklepu internetowego, czy ustawiamy koszyk dla generatora linku płatności, który wysyłamy/wstawimy w media społecznościowe (świetne rozwiązanie w social selling). Bramki płatności wiążą się także z mniejszą liczbą formalności, panel partnera jest wyposażony w raporty, które dostarczają aktualizacji stanu płatności wraz z historią wszystkich transakcji (udzielone finansowania ratalne lub też nie). Jest to w związku z tym bardziej wydajna i sprawniejsza metoda rozliczania płatności.

Bezpieczeństwo na pierwszym miejscu

Każdy system musi zapewnić najwyższy poziom bezpieczeństwa. Zabezpieczenie transakcji nie powinno kończyć się na ich szyfrowaniu. Bramki płatności ratalnych również stosują podwójne standardy często uzupełniając wymogi formalno-prawne, know-how danej spółki, czyli dodatkowe systemy scoringowe, monitorowanie lokalizacji, identyfikacja konsumenta np. usługą Idenfy. To tylko niektóre przykłady możliwych zabezpieczeń. Cyfrowe podpisy, dynamiczne adresy IP to dzisiaj podstawowe narzędzia, które w bramkach płatności ratalnych muszą być wykorzystywane.

Autor: Małgorzata Szulik, Business Project Manager w Provema.

Google przeanalizował polskie strony mobilne. Zaledwie 27% z nich jest na tyle szybka, aby zapewnić użytkownikom optymalne doświadczenie

Komu z nas nie zdarzyło się zrezygnować z odwiedzenia strony internetowej, gdy za długo ładowała się na naszym smartfonie? Kto przypadkiem trafił na niewłaściwą stronę, gdy link raptem się przesunął podczas jej ładowania? Google postanowiło przeanalizować najpopularniejsze witryny wśród polskich internautów pod kątem szybkości ich ładowania, interaktywności oraz stabilności wizualnej i wskazać te, które, pomimo rozbudowanej formy, są najbardziej przyjazne dla użytkowników.

Pierwszego wrażenia marka wcale nie robi atrakcyjną wizualnie mobilną stroną główną, lecz… czasem jej ładowania. Podczas badania Google oraz Civic Research aż 54% użytkowników twierdziło, że im wolniejsza strona, tym większa jest ich frustracja. Znaczenie mają milisekundy, które decydują o tym, czy porzucimy stronę, zanim zdąży się załadować.

Mobilna galeria sław

Google postanowiło zbadać wiodące witryny mobilne w branży e-commerce oraz finansowej. Wyniki rankingu najszybszych stron w tych kategoriach, opracowane przez Google we współpracy z IAB Europe i MMA Europe, wskazują serwisy z najlepszymi wynikami Core Web Vitals, czyli które zarówno błyskawicznie się ładują, jak i szybko reagują na akcje użytkownika oraz zapewniają mu optymalne doświadczenie. W galerii mobilnych sław w kategorii e-commerce znalazły się Allegro, Ceneo czy Apart, zaś w branży finansowej m.in. Bank Spółdzielczy Brodnica, Credit Agricole lub Ergo Hestia.

‒ Fakt znalezienia się w tym zestawieniu daje nam wielką satysfakcję i jest potwierdzeniem słuszności wysiłków, które wkładamy w to, aby doświadczenia internautów korzystających z Ceneo.pl były jak najlepsze. To efekt pracy nad wieloma technicznymi i biznesowymi metrykami witryny, między innymi Core Web Vitals, których optymalizacja pozwala nam podnosić zadowolenie naszych użytkowników ‒ mówi Paweł Kowalski, dyrektor IT w  Ceneo.pl.

‒ Praca nad szybkością stron Allegro to nieustanny proces. Każdego dnia staramy się znaleźć nowe sposoby na poprawienie doświadczeń naszych użytkowników, szczególnie tych odwiedzających nas na urządzeniach mobilnych. Dla osiągnięcia dobrej wydajności strony monitorujemy wiele miar. Chcemy mieć pewność, że strona ładuje się szybko a interfejs reaguje płynnie na działania użytkownika ‒ mówi Tomasz Gospodarczyk, lider zespołu Webperf  w Allegro. ‒ Z grupy entuzjastów rozrzuconych po różnych zespołach powstał zespół odpowiedzialny za monitorowanie, optymalizowanie oraz szkolenie developerów i ludzi biznesu. Dbanie o wydajność stało się allegrową codziennością i powstało to, do czego dążyliśmy od samego początku – kultura web performance. Nasze wyniki są tak naprawdę sukcesem wszystkich naszych inżynierów.

Infografika_Google_Mobile Hall of Fame

Nie tylko prędkość

Szybkość witryny mobilnej jest również powiązana z jej użytecznością. Dlatego Google wprowadziło w 2020 roku trzy nowe metryki, które oceniają szybkość ładowania oraz działania witryny mobilnej pod kątem optymalnego doświadczenia użytkownika. Do zbudowanie powyższego zestawienia posłużyły tzw.  Podstawowe Wskaźniki Internetowe (ang. Core Web Vitals), które obejmują:

  • LCP (Largest Contentful Paint), mierząca czas do pojawienia się największego widocznego elementu

LCP wskazuje czas, w jakim ładuje się największy obiekt na stronie (np. zdjęcie produktu). Witryna ma dobre LCP, jeśli ładowanie takiego elementu nie zajmuje więcej niż 2,5 sekundy.

  • FID (First Input Delay), mierząca czas reakcji witryny na akcje użytkownika

FID określa jak szybko elementy, takie jak linki lub przyciski, reagują na akcje użytkownika, takie jak np. dotknięcie ich palcem. Determinuje więc czas, po jakim użytkownik jest w stanie rozpocząć sensowne korzystanie ze strony. Jeśli FID wyniesie poniżej 100 ms, możemy stwierdzić, że strona jest zoptymalizowana w tym zakresie.

  • CLS (Cumulative Layout Shift), mierząca stabilność wizualną elementów strony

CLS informuje nas o tym, jak duże są przesunięcia elementów podczas podczas ładowania się strony. Określa więc jak bardzo może zmienić się wygląd strony i pomaga wyeliminować sytuacje, w których np. przyciski zmieniają pozycję w momencie, gdy chcemy je dotknąć palcem. Jeśli CLS nie jest wyższe niż 0,1 strona jest poprawnie skonstruowana.

Jedynie 27% polskich witryn internetowych osiąga dobre wyniki w zakresie Podstawowych Wskaźników Internetowych. Chociaż stawia to polskie strony w lepszej pozycji niż  konkurentów z USA czy Francji, nadal jednak wynik ten można poprawić, gdyż ponad dwie trzecie witryn mobilnych wymaga optymalizacji pod kątem łatwości obsługi.

‒ Z danych zebranych dla polskiego rynku wynika, że aż dwa Podstawowe Wskaźniki Internetowe wymagają poprawy. Są to LCP (czas do pojawienia się największego widocznego elementu) oraz CLS (stabilność wizualną elementów strony w trakcie ładowania). Jeżeli musimy długo czekać, aż załaduje się zdjęcie produktu, albo w trakcie zakupu ucieknie nam spod palca przycisk “Złóż zamówienie” i zamiast niego usuniemy sobie produkt z koszyka, wzrasta niestety szansa na to, że klient porzuci całkowicie proces zakupu i skorzysta z oferty konkurencyjnej firmy ‒ komentuje polskie zestawienie Piotr Kowalski, Senior Analytical Consultant, ekspert Google w zakresie rozwiązań mobilnych dla biznesu. ‒ Warto także wspomnieć, że od maja 2021 roku powyższe metryki będą również uwzględniane w kalkulacji rankingu przez algorytm wyszukiwarki Google ‒ przypomina Piotr Kowalski. 

Czy więc czas to pieniądz?

Okazuje się jednak, że fakt, iż strona ładuje się szybko to współcześnie jednak wciąż za mało. Równie ważne jest doświadczenie użytkownika z korzystania ze strony. 70% klientów stron mobilnych rezygnuje z zakupu, jeśli wydaje się to dla nich zbyt trudne lub denerwujące.[1]Ponadto, jeżeli chodzi o postrzeganie marki, doświadczenie użytkownika ma takie samo znaczenie jak przedstawiona na stronie oferta. 83% osób, które robi zakupu przy pomocy smartfona, przywiązuje taką samą wagę do doświadczenia na stronie internetowej, jak do produktów lub usług firmy.[2]  Ekran smartfona jest mniej więcej 6 razy mniejszy niż przeciętny monitor komputera, dlatego niezwykle istotne jest dobre zaprojektowanie serwisu mobilnego w taki sposób, aby zapewnić jak najlepszą użyteczność podczas jego przeglądania na małym ekranie smartfona. Odpowiednia prezentacja zdjęć produktu, jego opisu czy też formularzy pozwala na przekonanie klienta do zakupu oraz na uniknięcie błędów przy podawaniu np. adresu dostawy.

Co zrobić, żeby strona mobilna była szybsza?

  1. Badanie: Sprawdź, czy Twoja witryna spełnia kryteria jakości Podstawowych Wskaźników  Internetowych na stronie na stronie https://web.dev/vitals/  i ilu odwiedzających nie ma jeszcze wystarczająco dobrych doświadczeń użytkownika.
  2. Optymalizuj i mierz wydajność swojej sieci w sposób ciągły. Jeżeli możesz, zbuduj zespół, który będzie monitorować Podstawowe Wskaźniki Internetowe i dbać o to, aby strona była na bieżąco pod te wskaźniki optymalizowana.
  3. Podczas optymalizacji zwróć szczególną uwagę na czas ładowania najważniejszych elementów witryny, interaktywność elementów klikalnych oraz stabilność wizualną strony – zoptymalizuj kod JavaScript, który potrafi bardzo obciążyć mobilną przeglądarkę.

Metodologia badania Mobile Hall of Fame:

Na podstawie danych SimilarWeb (grudzień 2020 r., Mobile Web Traffic) zidentyfikowano 50 najczęściej odwiedzanych witryn mobilnych w wybranych branżach (e-commerce i finanse) w Polsce. Bazując na danych Chrome User Experience Report (CrUX) (grudzień 2020 r.) dla Polski, strony te zostały ocenione (przy korzystaniu z połączenia internetowego 3G/ 4G). CrUX mapuje anonimowe i zagregowane doświadczenia użytkowników Chrome w popularnych domenach. Badanie The Core Web Vitals Hall of Fame wykorzystuje trzy zorientowane na doświadczenie użytkownika metryki: LCP (czas do pojawienia się największego widocznego elementu, FID (czas reakcji witryny na akcje użytkownika) oraz CLS (mierząca stabilność wizualną elementów strony). Witryny, które osiągają dobre wyniki we wszystkich trzech wskaźnikach, w 75 percentyla mierzonego czasu, są wymieniane w zestawieniu Mobile Hall of Fame.

Strony internetowe są uporządkowane na grafikach alfabetycznie. Należy zauważyć, że porównania z innymi zestawami danych, metrykami lub narzędziami, takimi jak Lighthouse lub TestMySite, prowadzą do różnych wyników ze względu na różne środowiska testowe, okresy lub konfiguracje testów.

[1] Google/Deloitte/55, Milliseconds Make Millions, 2020

[2] Google/Deloitte/55, Milliseconds Make Millions, 2020

30 milionów osób na całym świecie zdobywa umiejętności cyfrowe podczas pandemii COVID-19

Microsoft i LinkedIn uruchamiają kolejny etap inicjatywy pomagającej osobom poszukującym pracy oraz pracodawcom przejść do gospodarki zorientowanej na umiejętności

Microsoft pomógł ponad 30 milionom ludzi w 249 krajach uzyskać dostęp do umiejętności cyfrowych. Firma przekroczyła swój początkowy cel z czerwca zeszłego roku, zakładający objęcie inicjatywą 25 milionów osób. Dodatkowo, w 2021 roku Microsoft zobowiązuje się wesprzeć 250 000 firm w obsadzaniu miejsc pracy na podstawie umiejętności kandydatów.

Od zwolnionych pracowników fabryk po sprzedawców detalicznych i kierowców ciężarówek – miliony osób skorzystały w czasie pandemii z kursów online od GitHub, LinkedIn i Microsoft, przygotowujących do ubiegania się o najbardziej poszukiwane stanowiska, w tym obsługę klienta, zarządzanie projektami i analizę danych.

Szczegółowy plan działań jest kontynuacją globalnej inicjatywy na rzecz rozwoju kompetencji cyfrowych. Zakłada on przedłużenie na cały rok 2021 cyklu bezpłatnych kursów LinkedIn Learning i Microsoft Learn oraz przystępnej cenowo certyfikacji umiejętności, pożądanych w 10 zawodach, na które jest największe zapotrzebowanie. Kolejny etap projektu wyznacza nowe sposoby realizacji gospodarki opartej na wiedzy, oddając w ręce kandydatów i pracodawców zestaw narzędzi oraz platform, które pomogą im się połączyć.

“Przez ostatni rok, obserwowaliśmy, że najwyższe koszty pandemii ponoszą ci, których najmniej na nie stać” – mówi Brad Smith, Prezes Microsoft. „Wspólnie z LinkedIn podwajamy wysiłki, aby wspierać rynek pracy zorientowany na umiejętności, który nie wyklucza, stwarza więcej możliwości i jest elastyczny. Otwieramy kolejne ścieżki nauczania, prowadzące do nowych miejsc pracy”.

LinkedIn planuje w tym roku pomóc 250 000 firm w zatrudnianiu na podstawie umiejętności, wykorzystując nowe lub istniejące projekty rekrutacyjne. Firma zapewni zarówno rozwiązania dla osób poszukujących pracy, służące lepszej prezentacji profilu zawodowego, jak i narzędzia, z których mogą skorzystać pracodawcy, by połączyć się z kandydatami o określonych umiejętnościach. Wśród nich znajdą się:

Pilotażowy program LinkedIn SkillsPath, nowy sposób na pomoc firmom w zatrudnianiu pod kątem umiejętności. Skills Path łączy kursy LinkedIn Learning z ocenami umiejętności, aby pomóc rekruterom w pozyskiwaniu kandydatów na równych zasadach, w oparciu o ich udokumentowane umiejętności. W pilotażu LinkedIn wezmą udział różne firmy, w tym BlackRock, Gap Inc. i TaskRabbit, które chcą rozszerzyć swoje praktyki rekrutacyjne, aby lepiej uwzględniały kandydatów z różnorodnym doświadczeniem.

Nowe ekspresyjne, inkluzywne i indywidualne funkcje profilu LinkedInpomogą użytkownikom dzielić się większą ilością informacji o sobie, karierze i celach. Film „Cover Story” umożliwi osobom poszukującym pracy pokazanie ich miękkich umiejętności przed rekruterami. 75% osób zatrudniających pracowników uważa, że standardowy życiorys jest niewystarczający w ocenie umiejętności miękkich kandydata, a prawie 80% twierdzi, że nagranie wideo stało się ważniejsze w przypadku weryfikacji kandydatów.

Rozszerzony dostęp do narzędzia SkillsGraph pomoże stworzyć wspólny język umiejętności dla osób prywatnych, pracodawców, instytucji edukacyjnych i agencji rządowych, aby ulepszyć planowanie zatrudnienia, zatrudnianie oraz programy rozwojowe.
Microsoft łączy wysiłki, aby uzupełnić działania LinkedIn w celu promowania możliwości w zakresie umiejętności cyfrowych, m.in. z pomocą Career Coach, aplikacji edukacyjnej w Microsoft Teams, współdziałającej z LinkedIn, dostarczającej spersonalizowanych wskazówek dla studentów szkół wyższych, by ułatwić im nawigację po ścieżce kariery. Career Coach oferuje instytucjom edukacyjnym ujednolicone rozwiązanie do planowania kariery dla studentów. Pomaga ono odkryć cele, zainteresowania i umiejętności za pomocą opartego na sztucznej inteligencji identyfikatora umiejętności oraz integracji z serwisem LinkedIn. Pozwala on dostosować profil studenta do trendów na rynku pracy, a także pomaga rozwijać umiejętności oraz nawiązywać kontakty z mentorami i rówieśnikami – wszystko to w jednym miejscu.

“Przez długi czas sposób, w jaki ludzie byli zatrudniani, opierał się wyłącznie na pracy, którą wykonywali, dyplomie, który zdobyli lub ludziach, których znali. Obecnie zaczyna się to zmieniać. Pracownicy lepiej rozumieją i komunikują umiejętności, jakie posiadają oraz jakich potrzebują. Firmy zwracają uwagę nie tylko na tradycyjnie postrzegane kwalifikacje, ale również na umiejętności, dzięki którym pracownicy z często pomijanych społeczności mogą coś osiągnąć. Chcemy przyspieszyć tę zmianę” – powiedział Ryan Roslansky, dyrektor generalny LinkedIn. “Od czerwca ubiegłego roku Microsoft i LinkedIn pomogły ponad 30 milionom ludzi na całym świecie uzyskać dostęp do umiejętności cyfrowych, a dziś rozszerzamy nasze zaangażowanie, wspierając 250 000 firm w tym, by w 2021 roku zatrudniały pracowników na podstawie ich umiejętności”.

W ramach inicjatywy Microsoft ściśle współpracował ze swoimi partnerami non-profit, aby zapewnić kompleksowe wsparcie w postaci coachingu, mentoringu i networkingu prawie 6 milionom osób zainteresowanych rozwojem swojej ścieżki edukacyjnej. Microsoft planuje wykorzystać to doświadczenie szerzej w ramach nowej usługi internetowej Career Connector, która ma w ciągu najbliższych trzech lat pomóc w obsadzeniu 50 000 stanowisk technicznych osobami poszukującymi pracy. Skupi się ona na uczniach, którzy zdobyli umiejętności dzięki partnerom Microsoftu z sektora non-profit i nauki. Usługa uwzględnia w szczególności potrzeby kobiet i mniejszości niedostatecznie reprezentowanych w branży technologicznej.

*Metodologia badania: Censuswide przeprowadził badania online w imieniu LinkedIn, w okresie 25 lutego – 2 marca 2021 r., wśród 1 009 menedżerów ds. zatrudnienia i 2 101 osób poszukujących pracy, w wieku od 18 do 69 lat w Stanach Zjednoczonych.

Stanowisko ZPP ws. projektu Krajowego Planu Odbudowy

Przedstawiony do konsultacji projekt Krajowego Planu Odbudowy dzieli większość klasycznych cech polskich dokumentów programowych – zawiera w dużej mierze trafne (choć niekiedy martwiące) diagnozy, ma logiczną strukturę i wyznacza ambitne cele. Zdecydowanie pozytywnie należy ocenić widoczną w dokumencie koncentrację (nieco wymuszoną przez strukturę krajowych planów odbudowy opisaną w stosownym rozporządzeniu PE i Rady) na kwestiach związanych z cyfryzacją. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców od początku pandemii podkreślał, że powinien być to absolutnie priorytetowy kierunek polityki w ciągu najbliższych lat.

Problematyczne wydają się zawarte w KPO propozycje reform, spośród których znaczną część należy ocenić pozytywnie, lecz w przypadku innych uwagę zwraca nadmierna ogólność, brak strategicznej spójności i bezpośredniego powiązania z zakładanymi celami. ZPP dostrzega walory przedstawionego do konsultacji dokumentu, przedstawiając równolegle szereg krytycznych komentarzy dot. jego zawartości, bliżej opisanych w następujących akapitach.

Tytułem uwagi porządkowej należy wskazać, że KPO jest dokumentem umożliwiającym ubieganie się o wsparcie w europejskiego Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększenia Odporności, a jego struktura i założenia oparte są w dużej mierze na treści rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2021/241z dn. 12 lutego 2021 r. ustanawiającego rzeczony Instrument. Wydaje się, że skala wpływu postanowień zawartych w tym rozporządzeniu na kształt KPO jest w debacie publicznej niedoceniana, zwłaszcza w kontekście pojawiających się w niektórych stanowiskach uwag dot. horyzontu czasowego KPO (koniec sierpnia 2026 roku jako punkt graniczny), który wynika wszakże wprost z art. 18 ust. 4 lit. i rozporządzenia. Rozporządzenie określa również zakres stosowania Instrumentu, wskazując na sześć filarów, które powinny zostać uwzględnione we wszystkich planach odbudowy:

i) zielona transformacja;

ii) transformacja cyfrowa;

iii) inteligentny, zrównoważony wzrost gospodarczy sprzyjający włączeniu społecznemu, w tym spójność gospodarcza, miejsca pracy, produktywność, konkurencyjność, badania naukowe, rozwój i innowacje, a także dobrze funkcjonujący rynek wewnętrzny z silnymi MŚP;

iv) spójność społeczna i terytorialna;

v) opieka zdrowotna oraz odporność gospodarcza, społeczna i instytucjonalna, w celu m.in. zwiększenia gotowości na sytuacje kryzysowe i zdolności reagowania kryzysowego;

vi) polityki na rzecz następnego pokolenia, dzieci i młodzieży, takie jak edukacja i umiejętności.

Wprost z rozporządzenia wynika zatem zarówno horyzont czasowy proponowanych reform, jak i obszary tematyczne, których powinny one dotyczyć. Co więcej, w ramach wspomnianych obszarów, rozporządzenie w jasny sposób wskazuje priorytety, poprzez określenie, że co najmniej 37% alokacji środków w ramach planu odbudowy i zwiększania odporności ma być przeznaczone na działania przyczyniające się do zielonej transformacji, a 20% – na działania służące transformacji cyfrowej. Postanowienia aktu prawnego ustanawiającego europejski Instrument na rzecz Odbudowy i Zwiększenia Odporności wytyczyły zatem generalny kierunek prac nad poszczególnymi planami krajowymi.

Punktem wyjścia dla projektu KPO jest diagnoza wskazująca na gospodarcze skutki pandemii COVID-19 oraz kluczowe wyzwania rozwojowe dla Polski. Jak zaznaczono w pierwszym akapicie niniejszego stanowiska, diagnozę tę należy generalnie podzielić, choć da się zauważyć w jej ramach przestrzeń do pewnych uzupełnień. Całkowicie słusznie wskazano na gigantyczne wyzwanie związane z wciąż niską innowacyjnością polskiej gospodarki, zagrożeniami środowiskowymi, czy też pewną degenerację miast średnich.

Pominięto jednak (lub w niewystarczającym stopniu wskazano), jak się wydaje, dalece problematyczną sytuację demograficzną, czy znane powszechnie słabości instytucji publicznych, wyjątkowo zdawkowo odniesiono się również do kwestii przewidywalności i jakości regulacji.

Ten ostatni fragment jest ponadto zaskakujący, ponieważ wskazuje, że od momentu, w którym Komisja po raz pierwszy powiązała pewność prawa, zaufanie do jakości i przewidywalności regulacji z klimatem inwestycyjnym, do czasu kryzysu zw. z COVID-19, Polska odnotowała kilkuletni wzrost inwestycji. Należy w tym kontekście zaznaczyć jednak, że problem braku przewidywalności i stabilności otoczenia regulacyjnego pozostawał w okresie „przedpandemicznym” aktualny i ZPP jednoznacznie wskazywał, że może być on jedną z przyczyn niezadowalającej wysokości inwestycji w Polsce (mimo ich nominalnego wzrostu, stopa inwestycji w relacji do PKB wciąż pozostaje daleko od zakładanego w Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju poziomu 25 proc.).

W trakcie lektury generalnych założeń KPO trudno nie zwrócić również uwagi na pewien recykling wątków i koncepcji poruszanych m.in. na łamach Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, liczne odniesienia do innego rodzaju dokumentów strategicznych (takich jak powstająca Nowa Polityka Przemysłowa Polski), czy też uwzględnianie w ramach opisów reform zawartych w KPO już procedowanych projektów legislacyjnych.

Oczywiście, spójność z dotychczas realizowanymi inicjatywami jest jedną z obowiązkowych cech planu, jednak wydaje się, że przynajmniej w niektórych aspektach wykorzystanie KPO do stosunkowo prostego przedłużenia koncepcji już opisanych w SOR może budzić pewien niedosyt. Zwłaszcza wziąwszy pod uwagę to, jak powszechnie podkreśla się wyjątkowość czasu epidemicznego i potencjalną skalę przemian gospodarczych, których jesteśmy i będziemy świadkami. Pewien duch gospodarczej zmiany niewątpliwie obecny w przestrzeni publicznej od co najmniej roku, w połączeniu z gigantycznymi dodatkowymi środkami, które będziemy mieli do dyspozycji, mogłyby stanowić nowy impuls dla myślenia strategicznego o gospodarczej roli Polski w regionie i na świecie oraz o pojawiających się na horyzoncie szansach.

Kluczowe propozycje reform gospodarczych opisane są w komponencie A KPO, zatytułowanym „Odporność i konkurencyjność gospodarki”. Pierwsza z zaplanowanych w jego ramach reform nazwana została obiecująco: „Stabilne warunki do inwestowania”. Trudno nie zgodzić się z jej generalnym celem, tj. wypracowaniem nowego modelu planowania przestrzennego w celu zwiększenia transparentności zasad dotyczących możliwości przeznaczania gruntów pod prowadzenie określonych rodzajów działalności gospodarczych. Oczywiście obecna czasochłonność i poziom skomplikowania procedur w tym zakresie stanowią istotną barierę inwestycyjną, wydaje się jednak że autorzy KPO w niewystarczającym stopniu uzasadnili, dlaczego akurat ten aspekt został uznany za kluczowy z punktu widzenia zapewnienia stabilnych warunków do inwestowania.

Abstrahując od kwestii przyjętych priorytetów i przejrzystości przesłanek, na podstawie których je wybrano, uwagę zwraca bardzo długi czas realizacji reformy – prace nad regulacją miałyby zostać zakończone dopiero w I kwartale 2023 roku, czyli w ciągu najbliższych dwóch lat, przy czym w dokumencie wyraźnie zaznaczono, że istnieje ryzyko przedłużania się prac legislacyjnych. Mając na uwadze fakt, że projekty o analogicznym poziomie skomplikowania i wymagające co najmniej podobnego nakładu pracy powstawały niejednokrotnie w znacznie szybszym tempie, za wskazane należałoby uznać skrócenie tego terminu i przyjęcie za deadline I kwartału 2022 roku.

Uwagę przykuwa również Inwestycja A1.1.1., tj. „Wsparcie inwestycji w przedsiębiorstwach”. Autorzy proponują przeznaczyć na nią 300 mln euro, a zamierzonym celem miałaby być zmiana bądź rozszerzenie profilu działalności podmiotów gospodarczych (szczególnie tych z sektorów najbardziej poszkodowanych przez pandemię COVID-19) przez inwestycje w bazę produkcyjną i kwalifikacje pracowników. Wydaje się, że zarówno działanie, jak i jego adresaci zostali opisani słusznie, wątpliwości budzi jedynie zakres oferowanego wsparcia. Dywersyfikacja prowadzonej działalności, czy też przebranżowienie, nie muszą być jedynymi ścieżkami zwiększenia odporności przedsiębiorstw na kolejne kryzysy. Być może zasadne byłoby przeznaczenie środków również na inwestycje w optymalizację prowadzonej działalności i skalowanie jej, tak by możliwe stało się zbudowanie odpowiedniego zaplecza kapitałowego umożliwiającego firmom przetrwanie mimo przejściowych trudności.

Bardzo konkretna inwestycja A1.1.3., tj. skracanie łańcucha dostaw w przetwórstwie rolno-spożywczym, została opisana solidnie i na tyle szczegółowo, na ile pozwala przekrojowy charakter dokumentu. Zwracamy jedynie uwagę na fakt, iż ograniczenie wsparcia w jej zakresie wyłącznie do firm z sektora MŚP może doprowadzić do niezrealizowania jej podstawowych celów (choćby w zakresie wsparcia inwestycyjnego wykorzystania surowców białkowych niemodyfikowanych genetycznie do produkcji pasz). Tym samym, należałoby poszerzyć katalog potencjalnych beneficjentów o duże podmioty, zwłaszcza że byłoby to podejście spójne z rekomendacjami Komitetu Monitorującego PROW. W zakresie przemysłu spożywczego zresztą wydaje się, że wartością dodaną byłoby uwzględnienie w KPO wątków dotyczących lokalnej, jakościowej produkcji żywności – od kwestii związanych z promocją rodzimego mięsa, po odniesienie do lokalnych tradycji masarskich, piekarskich, czy cukierniczych.

O ile za zasadne należy uznać uwzględnione w innych fragmentach tego komponentu cele związane m.in. ze zwiększeniem nakładów na badania i rozwój, czy też z rynkiem pracy, o tyle logika proponowanych w tym zakresie rozwiązań budzi wątpliwości. Model stymulowania innowacyjności przez szereg ulg podatkowych został już w Polsce w ostatnim czasie przetestowany i wydaje się, że – mimo faktycznie obserwowalnego zwiększenia nakładów na badania i rozwój – nie doprowadził do przełomu. Z dorobku ekonomii behawioralnej wynika, że ludzie generalnie preferują unikanie strat ponad obietnicę zysku. Prosta konkluzja jest taka, że w celu zwiększenia nakładów na inwestycje i innowacje, należy skupić się na minimalizowaniu ryzyka strat z przyczyn pozarynkowych (przede wszystkim regulacyjnych), a nie na projektowaniu preferencji fiskalnych. Podejście takie wydają się potwierdzać badania, w których przedsiębiorcy niestabilność otoczenia prawnego wskazują jako kluczową barierę dla prowadzenia biznesu i realizowania inwestycji.

Jeśli chodzi o rynek pracy zaś, w obszarze kadr dla nowoczesnej gospodarki zaproponowano dużo rozwiązań miękkich, o charakterze ogólnym (związanych np. z promocją doradztwa zawodowego, czy organizacją konkursów) – wydaje się, że to narzędzia o zbyt niesprecyzowanym stopniu oddziaływania, by uznać że wyczerpują one możliwe drogi odpowiedzi na wyzwania związane z zapotrzebowaniem na wysoko wykwalifikowanych pracowników. Jeśli chodzi o instytucje zatrudnienia, kierunek cyfryzacji i upraszczania procedur zasługuje na pełne wsparcie. Brakuje jednak pogłębionej refleksji nad strukturą tych instytucji – punktem wyjścia powinien być ich przegląd, prawdopodobnie redukcja ich liczby, a następnie określenie na nowo ich funkcji i zakresu działalności.

W zakresie energetyki należy zaznaczyć, że uwzględnione w dokumencie założenia są generalnie zbieżne z celami Komisji Europejskiej. Trzonem inwestycji w tym obszarze powinny być lądowe oraz morskie farmy wiatrowe, wraz z wielkoskalową energetyką solarną. Mające istotne znaczenie w dokumencie (choć opisane zostały zbyt przekrojowo i za mało konkretnie, np. bez uwzględnienia potencjału sektora przemysłowego) technologie wodorowe pełne zastosowanie znajdą w stosunkowo odległej przyszłości, zaś inwestycje biogazowe nie zapewnią całkowitego zbilansowania energetyki odnawialnej (powinny być zaś wspierane w ramach programu rozwoju energetyki rozproszonej). Skutecznym uzupełnieniem źródeł odnawialnych mogłaby być (przynajmniej przejściowo) energetyka gazowa, nie oznaczać to powinno jednak rezygnacji z energetyki jądrowej. W tym kontekście kluczowe będzie podjęcie trafnych decyzji w zakresie wyboru partnera inwestycyjnego.

KPO wydaje się nie uwzględniać potencjału lokalnych, opartych na OZE obszarów energetycznych skupionych wokół zakładów przemysłowych. Jest to o tyle niekorzystne, że modele takie mogą ułatwić osiągnięcie celów redukcyjnych sektora energetycznego i dekarbonizację przemysłu. W tym zakresie potrzebne byłyby zmiany prawne umożliwiające rozwój m.in. instalacji OZE położonych na terenie zakładów, czy elastycznych rozwiązań sieciowych.

Odnosząc się do wątku energetycznego, nie sposób nie wspomnieć o górnictwie. Wspomniana w dokumencie komplementarność KPO z mechanizmem sprawiedliwej transformacji powinna (w kontekście negatywnych skutków społecznych „zielonej transformacji”) bezpośrednio odnosić się do funkcjonowania tegoż mechanizmu również w regionach sąsiadujących z regionami z dużym udziałem energetyki zawodowej i przemysłu wydobywczego. Regiony te mogą samodzielnie nie być w stanie wygenerować liczby miejsc pracy wynikającej ze skali zatrudnienia w kopalniach.

Ostatecznie, za wskazane uznać należałoby zwiększenie alokacji środków na poprawę efektywności energetycznej przedsiębiorstw. Skromna alokacja może znacznie ograniczyć wymierne efekty w tym zakresie.

Komponent dotyczący transformacji cyfrowej wydaje się być skonstruowany przejrzyście i uwzględniać rozmaite aspekty tejże transformacji. Autorzy odnoszą się nie tylko do kwestii infrastrukturalnych i sprzętowych, lecz również do rozwoju kompetencji cyfrowych, które wydają się być absolutnie kluczowe z punktu widzenia budowania społeczeństwa informacyjnego i rozwijania e-usług publicznych. Dzięki temu udało się stosunkowo kompleksowo opisać wyzwania związane z procesem cyfryzacji poszczególnych aspektów funkcjonowania państwa i obywateli. Dla jasności planu cyfryzacji przydatne byłoby jedynie choćby kierunkowe wskazanie projektów realizowanych w ramach rozwoju e-usług w administracji publicznej.

W obszarze zdrowia z pewnością cieszy wysoki priorytet e-zdrowia, jako że ostatnie wdrożenia w zakresie cyfryzacji opieki zdrowotnej można z pewnością uznać za sukcesy. Kierunkowo, wydaje się że należałoby pójść znacznie dalej niż wprowadzenie e-recepty i e-skierowania, i stworzyć spójny model przepływu informacji medycznym, który z jednej strony zapewniłby pacjentom dostęp do własnych informacji w czasie rzeczywistym, a z drugiej zagwarantowałby służbom medycznym odpowiedni czas na reakcję. Naturalnie, w tym zakresie istotną rolę odgrywać powinien również rozwój telemedycyny , zdalnych aplikacji i urządzeń typu POCT (point of care testing), czyli diagnostyki w miejscu świadczenia usług. Naturalnie priorytet należy nadać również kwestii rozwoju kadr w systemie opieki zdrowotnej. Wydaje się, że zasadnym kierunkiem byłoby również włączenie prywatnych świadczeniodawców do systemu realizacji inwestycji w infrastrukturę publiczną, na bazie planów regionalnych i map potrzeb zdrowotnych. Zastanawiająca i niepokojąca w kontekście doniesień o planowanej centralizacji szpitali jest z kolei zawarta w KPO krytyczna uwaga odnosząca się do rozproszonego zarządzania w ochronie zdrowia. Nieco anachroniczne wydaje się być również postrzeganie rynku medycznego przez pryzmat fizycznych placówek publicznych (budynków).

W obszarze zdrowia naturalnie odnieść należy się również do kwestii produkcji leków i wyrobów medycznych. W pierwszej kolejności wydaje się, że zasadne byłoby zwiększenie alokacji środków finansowych na komponent „Stworzenie sprzyjających warunków dla rozwoju sektora leków i wyrobów medycznych”. Planowana w tej chwili kwota 193 mln euro pozwoliłaby na wprowadzenie 3 – 4 nowych technologicznie rozwiązań produkcyjnych, podczas gdy zarówno ambicje decydentów (dotyczące stworzenia silnego rodzimego przemysłu farmaceutycznego), jak i potencjał sektora, sugerują znacznie większe zapotrzebowanie z jednej strony – i możliwości z drugiej.

Zwracamy w tym miejscu również uwagę na fakt, iż wykorzystywanie standardowych mechanizmów ujętych w rozporządzeniu Komisji (UE) 651/2014 na potrzeby osiągnięcia kluczowego celu KPO, tj. odbudowy i stworzenia odporności społeczno-gospodarczej po kryzysie wywołanym pandemią COVID-19, wydaje się być nieefektywne. Być może potrzebny byłby w tym zakresie osobny, elastyczny mechanizm regulujący zasady przekazywania pomocy publicznej – w przeciwnym wypadku możliwe będzie, że potencjalne wsparcie nie będzie wystarczającą zachętą dla tworzenia infrastruktury rozwijającej potencjał produkcyjny substancji czynnych.

Tytułem uwagi szczegółowej – należałoby zastanowić się również nad opisanym na str. 188 dokumentu ograniczeniem możliwości uzyskania środków przez producentów na projekty B+R wyłącznie do obszaru i produkcji API. Być może zasadne byłoby poszerzenie go również o projekty badawczo-rozwojowe w zakresie rozwoju generycznych produktów leczniczych i leków biopodobnych, z uwagi choćby na możliwość wprowadzenia określonych innowacji procesowych pozwalających optymalizować produkcję.

W przekrojowym obszarze infrastrukturalnym zwracamy uwagę na negatywne zjawisko wyłączenia możliwości dofinansowania dla większych ośrodków miejskich (m.in. w zakresie zazieleniania miast). Wydaje się to być niespójne z kluczowym założeniem KPO, jako że duże miasta zostały w szczególny sposób dotknięte negatywnymi skutkami epidemii COVID-19. Analogicznie wątpliwości budzi wyłączenie z zakresu dofinansowania takich środków transportu publicznego, jak tramwaje, czy metro. Uwagę zwraca przy tym fakt, że dokument – mimo powoływania się na szereg funkcjonujących już (bądź projektowanych) programów i strategii – całkowicie pomija wieloletni Program Inwestycyjny Centralny Port Komunikacyjny, którego generalne cele wydają się zbieżne z deklarowanymi celami KPO (zwłaszcza w zakresie przeniesienia akcentu z inwestycji drogowych na inwestycje kolejowe). Transport kolejowy można byłoby również szerzej uwzględnić w projektach niejako międzykomponentowych, związanych m.in. z rozwojem technologii wodorowych, czy transformacją energetyczną.

W odniesieniu do elektromobilności i neutralności technologicznej w transporcie, nie podważając oczywiście tych celów, należy zwrócić uwagę na czasochłonność i charakter tego procesu. Wydaje się, że wspierać należy rozmaite rozwiązania zmierzające do redukcji emisji. Komplementarnie należałoby również odnieść się do zwiększenia bezpieczeństwa łańcucha dostaw w branży motoryzacyjnej (w tym zakresie kryzys COVID-19 uwydatnił istotne niedobory).

Reasumując, przedstawiony projekt KPO to dokument zawierający trafne diagnozy i szereg słusznych instrumentów, jednak wymagający – jeśli ma spełnić swoje podstawowe założenia – pewnych korekt. Należy je jednak oczywiście wprowadzić możliwie najszybciej – tak by równie szybko dostępne stały się środki z unijnego Instrumentu.

Odpowiedzialność solidarna osoby trzeciej za odsetki za opóźnienie w zapłacie VAT

Regulacje z zakresu opodatkowania VAT przewidują solidarną odpowiedzialność za zapłatę tego podatku przez przedsiębiorców uczestniczących w transakcji, a nawet solidarną odpowiedzialność osób trzecich. W wydanej 14 stycznia 2021 r. opinii Rzecznik Generalny Trybunału Sprawiedliwości UE odniósł się do granic możliwości obarczenia osoby trzeciej taką odpowiedzialnością za odsetki powstałe w wyniku opóźnienia w zapłacie VAT.

Art. 205 Dyrektywy Rady 2006/112/WE z dnia 28 listopada 2006 r. w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej (Dz.Urz. UE L 347/1 z 11 grudnia 2006 r.) stanowi, że w niektórych przypadkach państwa członkowskie mogą postanowić, że osoba inna niż osoba zobowiązana do zapłaty VAT będzie solidarnie odpowiedzialna za zapłatę VAT.

Sprzedawca wykazał VAT, pobrał go od nabywcy, ale do skarbówki go nie odprowadził

Jedna z bułgarskich spółek z o.o. (zwana dalej „przedsiębiorcą”) w kwietniu i maju 2014 r. nabyła od innej spółki pojazdy i maszyny rolnicze. Sprzedający wystawił przedsiębiorcy faktury z odrębnie wykazanym VAT, a przedsiębiorca dokonał należnej zapłaty i skorzystał z prawa do odliczenia VAT naliczonego. Sprzedający (również spółka z Bułgarii) sam nabył przedmiotowe towary od firmy z Wielkiej Brytanii. Wskutek przeprowadzonej u niego kontroli podatkowej w czerwcu 2016 r. organy skarbowe stwierdziły, że choć sprzedający wykazał swoje zobowiązanie w VAT, to podatek w większości nie został odprowadzony. Organy wydały decyzję, mocą której domagały się zapłaty VAT wraz z odsetkami za opóźnienie, liczonymi od kwietnia 2014 r.

Fiskus zażądał pokrycia VAT przez kontrahenta nierzetelnego podatnika łącznie z odsetkami

W związku z zaistniałą sytuacją kontrolę podatkową zarządzono również u przedsiębiorcy, jako nabywcy towaru. W lutym 2018 r. organy zażądały od niego, jako dłużnika solidarnego, realizacji zobowiązania w VAT, niespełnionego przez sprzedawcę. Oprócz wykazanego przez sprzedającego na fakturze VAT, którego nie zapłacił, fiskus domagał się od przedsiębiorcy także odsetek za opóźnienie w jego zapłacie.

Co z tymi odsetkami?

Zaskarżenia przez przedsiębiorcę tej decyzji nie uwzględnił organ II instancji ani sąd administracyjny. Dlatego spółka z o.o. wniosła skargę kasacyjną do Varhoven – najwyższego sądu administracyjnego w Bułgarii. Dopiero ten sąd wystąpił do Trybunału Sprawiedliwości UE z pytaniem prejudycjalnym, czy art. 205 unijnej dyrektywy VAT oraz zasadę neutralności tego podatku należy interpretować w ten sposób, że solidarna odpowiedzialność odbiorcy dostawy za niezapłacony przez dostawcę VAT obejmuje również odsetki za opóźnienie w jego zapłacie?

Nieproporcjonalne, podwójne obarczanie przedsiębiorcy zobowiązaniem w VAT

Odpowiedź – a w zasadzie opinię – w tej sprawie 14 stycznia 2021 r. wydała Rzecznik Generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Juliane Kokott. Stwierdziła w niej, że odbiorca świadczenia, którym w rozpoznawanej sprawie jest przedsiębiorca/spółka z o.o., poniósł już koszt należnego podatku VAT, płacąc go w cenie nabycia towaru. Obarczenie go dalszą, dodatkową odpowiedzialnością za ten podatek wymaga więc szczególnego usprawiedliwienia, zwłaszcza w świetle fundamentalnej zasady proporcjonalności VAT. Bo przepisy państwa członkowskiego, które nakładają na podatnika bezwzględną odpowiedzialność solidarną za zobowiązania w VAT, szczególnie w sytuacji, gdy uregulował on już VAT osobie zobowiązanej do jego zapłaty, wykraczają poza to, co jest konieczne dla ochrony interesu Skarbu Państwa.

W opinii Rzecznik brak umożliwienia takiemu podatnikowi zrzucenia z siebie ciężaru tej odpowiedzialności poprzez wykazanie, że nie można mu przypisać związku z niewłaściwym działaniem osoby zobowiązanej do zapłaty podatku stoi w sprzeczności z regułą proporcjonalności VAT. Bowiem przypisywanie takiemu podatnikowi wyłącznej winy i odpowiedzialności za utratę przez Skarb Państwa dochodów podatkowych w sytuacji, gdy winę tę ponoszą osoby trzecie, a na ich zachowanie nie miał wpływu podatnik, byłoby jawnie nieproporcjonalne.

Odsetki za opóźnienie realizacji zobowiązań VAT przez osobę trzecią nie mogą zwiększać zakresu odpowiedzialności solidarnej

Mając na uwadze powyższe, Rzecznik Trybunału Sprawiedliwości UE stwierdziła: „Artykuł 205 dyrektywy 2006/112/WE w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej należy interpretować w ten sposób, że stoi on na przeszkodzie włączeniu do zakresu odpowiedzialności solidarnej osoby trzeciej odsetek za opóźnienie należnych od osoby zobowiązanej do zapłaty VAT z tytułu opóźnienia w zapłacie VAT” (sprawa C‑4/20 „ALTI” OOD przeciwko Direktor na Direktsia „Obzhalvane i danachno-osiguritelna praktika” – Plovdiv pri Tsentralno upravlenie na Natsionalnata agentsia za prihodite).

Podsumowanie

Wydana przez Rzecznika Generalnego TSUE opinia to bodziec do zrewidowania przez firmy rozstrzygnięć wydanych wobec nich przez polskie organy podatkowe, jako wobec dłużników solidarnie zobowiązanych za należności VAT w ramach transakcji dokonanych z kontrahentami, którzy sami tych należności nie uregulowali. Jak wynika z przywołanej opinii TSUE, organy mogły się bowiem domagać tylko solidarnego pokrycia samej kwoty należnego VAT, bez odsetek za opóźnienie w jego zapłacie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Inflacja w Polsce przyspiesza

Pomimo trudnej sytuacji gospodarczej ceny w dalszym ciągu idą w górę. Obecny poziom ma jeszcze zapas względem górnego limitu celu inflacyjnego, ale jesteśmy coraz bliżej tej bariery.

Inflacja znów przyspiesza

Po trzech miesiącach, kiedy inflacja znajdowała się niemal dokładnie w środku celu inflacyjnego, doszło do wybicia w górę. Dzisiejszy odczyt 3,2% nie przekracza celu, ale znajduje się blisko górnej granicy wynoszącej 3,5%. Jeżeli inflacja będzie dalej rosła, to wzrastać będzie również presja na podwyżkę stóp procentowych. To z kolei będzie tworzyć presję na umacnianie się złotego. Gdy rosną stopy procentowe, waluta zyskuje na wartości, bo atrakcyjniejsze stają się inwestycje oparte o stopę procentową.

Lepsze dane z Wysp

Dzisiaj nad ranem poznaliśmy dane na temat wzrostu PKB w czwartym kwartale. O ile w ujęciu kwartalnym mamy wzrost, o tyle w ujęciu rocznym jest to spadek o 7,3% wobec oczekiwań o 0,5% gorszych. Jest to zatem kolejny sygnał płynący z Wysp Brytyjskich, który pomimo brexitu wypada znacznie lepiej, niż przewidywano. To właśnie dlatego funt brytyjski po opuszczeniu Unii Europejskiej ma bardzo dobrą passę. Dzieje się tak mimo tego, że wyjście ze struktur unijnych jest raczej negatywnym bodźcem dla brytyjskiej gospodarki, a co za tym idzie funta.

Korekta na dolarze

Dzisiaj od rana wraz z kolejnymi szczytami na europejskich głównych parkietach widzimy powrót inwestorów z USA do Europy. Główny indeks Niemiecki DAX osiągnął wczoraj po raz pierwszy w historii poziom 15 000 punktów, uzyskując kolejne historyczne maksimum dla tego instrumentu. Dzisiejsze otwarcie nie rozpoczęło się korektą, co spowodowało optymizm na rynku walutowym. W rezultacie, od rana euro umacnia się względem złotego.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:15 – USA – raport ADP,
14:30 – Kanada – miesięczne PKB,
15:45 – USA – indeks Chicago PMI.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

PKN ORLEN sfinalizował przejęcie spółki OTP

PKN ORLEN nabył 100 proc. udziałów spółki transportowej OTP, największego przewoźnika drogowego paliw płynnych w Polsce. Transakcja umożliwi dynamiczny rozwój i optymalizację procesów logistycznych. Odbudowa własnych mocy transportowych w strukturach Koncernu oraz planowana centralizacja zarządzania logistyką drogową korzystnie przełożą się również na wyniki Grupy Kapitałowej ORLEN. W ten sposób Koncern zdecydowanie umocni swoją pozycję na rynku przewozów drogowych. 

Przejęcie doświadczonego podmiotu z wysokimi kompetencjami w obszarze przewozów drogowych poprzedziła wnikliwa analiza branży transportowej i zachodzących w niej zmian w ostatnich latach. Spółka OTP powstała na bazie aktywów ORLEN Transport, o którego sprzedaży do Grupy Trans Polonia zdecydowano w 2015 roku.

 

– Inwestujemy w rozwój obszarów, które wzmocnią pozycję Grupy ORLEN i przełożą się na wzrost zysków w długiej perspektywie. Zakup spółki OTP oraz centralizacja kompetencji transportowych pozwoli na osiągnięcie oszczędności na poziomie nawet 25 milionów zł rocznie. Dlatego zdecydowaliśmy się na odzyskanie perspektywicznych aktywów transportowych, co do których decyzja o sprzedaży zapadła w 2015 r. Przyjęty kierunek rozwoju stwarza również przestrzeń do współpracy z polską branżą transportową. Centralne zarządzanie logistyką drogową wymaga bowiem dodatkowo zbudowania silnego i stabilnego portfolio firm zewnętrznych, które w sposób niezawodny i optymalny kosztowo będą uzupełniały przewozy dla Grupy ORLEN – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.​​

Obecnie wolumen przewozów drogowych w Grupie ORLEN wynosi ok. 12 mln ton rocznie. Docelowy model procesów logistycznych w Grupie ORLEN zakłada dywersyfikację mocy transportowych i osiągnięcie optymalnego poziomu struktury floty własnej w stosunku do floty zewnętrznej. Zgodnie z przyjętą strategią, przewozy ok. 7 mln ton produktów, w tym benzyny, diesla, paliw JET i LPG będą realizowane z wykorzystaniem własnych zasobów. Pozostałe 5 mln ton będzie obsługiwane przez przewoźników zewnętrznych. Będą to głównie przewozy produktów chemicznych i petrochemicznych, zarówno krajowe, jak i międzynarodowe. Transport tych produktów ma inną specyfikę niż transport paliw, dlatego w tym segmencie, PKN ORLEN będzie współpracował z podmiotami zewnętrznymi.

Rozbudowa własnych zasobów transportowych pozwoli na zachowanie pełnej kontroli nad produktem w całym łańcuchu logistycznym. Pozwoli też uzyskać wysoką elastyczność operacyjną w zależności od sytuacji podażowo-popytowej na rynku. Uzyskany efekt skali umożliwi zwiększenie synergii w segmencie transportu drogowego pomiędzy spółkami z Grupy ORLEN. Ograniczone zostaną także koszty transportu poprzez wzrost utylizacji floty, a marża na przewozach drogowych zatrzymana zostanie w grupie.

Własne kompetencje transportowe w Grupie ORLEN umożliwią również elastyczną reakcję na zmiany zachodzące na rynku paliw, w tym rozwój paliw alternatywnych – wodoru, LNG, czy CNG. Zabezpieczenie zasobów i struktur transportowych ułatwi szybkie wejście na rynek przewozu tych produktów.

Budowa własnych kompetencji przewozowych ułatwi też politykę kadrową w tym obszarze. Obecnie branża transportowa napotyka trudności związane z deficytem kierowców autocystern na rynku pracy. Aż 40 proc. kierowców jest w wieku przedemerytalnym.

Dodatkowym potencjałem dla rozwoju transportu drogowego w koncernie są procesy akwizycyjne, szczególnie przejęcie Grupy Lotos oraz nowe wolumeny związane z projektami rozwojowymi PKN ORLEN. Połączona baza logistyczna w przypadku realizacji procesu będzie wymagała dużo większej elastyczności po stronie Grupy ORLEN, którą może zapewnić właśnie własna flota. Docelowo PKN ORLEN planuje konsolidację transportu drogowego w ramach jednego wyspecjalizowanego podmiotu.

Przejecie spółki OTP, jest pierwszym elementem długoterminowej strategii dla logistyki drogowej Grupy Kapitałowej ORLEN. Kolejnym krokiem będzie centralizacja procesów logistycznych w ramach Koncernu, która rozpocznie się w czerwcu 2021 r. i w pierwszym etapie obejmie paliwa tradycyjne, a później produkty chemiczne i petrochemiczne. Cały proces powinien zakończyć się do 2023 r.

Posiadanie własnej floty oraz centralizacja procesów logistycznych, oprócz optymalizacji kosztów, znacznie ułatwi realizację strategii GK ORLEN w zakresie digitalizacji procesów. PKN ORLEN zakłada rozwój narzędzi IT oraz systemów związanych z obsługą procesów transportowych – digitalizację komunikacji poprzez wprowadzenie komputerów pokładowych, zabezpieczenie ładunków systemem elektronicznego plombowania oraz systemem wideo monitoringu. System digitalizacji pozwoli także na zwiększenie kontroli nad procesami i ich automatyzację, co przełoży się na ograniczenie udziału pracowników stacji paliw w procesie dostaw.

OTP (dotychczas w Grupie Trans Polonia) jest jednym z największych w Polsce dostawców usług transportu drogowego. W 2019 r. spółka przewiozła prawie 6 mln m3 paliw, paliw lotniczych oraz LPG. Dysponuje nowoczesną flotą ponad 200 zestawów do przewozu towarów niebezpiecznych ADR klasy II i III. Zatrudnia blisko 700 pracowników, w tym ponad 550 kierowców. Przychody spółki w 2019 r. wyniosły 160,6 mln zł, EBITDA 36,1 mln zł, a zysk netto 13,3 mln zł. Przychody OTP generowane są głównie w oparciu o długoterminowe umowy z Grupą ORLEN i innymi koncernami paliwowymi. Spółka OTP od czasu wejścia do Grupy Trans Polonia była intensywnie rozwijana, zdobywając większe doświadczenie i rozszerzając kompetencje w obszarze transportu drogowego.

Podatek handlowy dla e-sklepów byłby bardzo szkodliwy dla gospodarki i samych konsumentów

W przestrzeni publicznej pojawił się ostatnio pomysł objęcia e-handlu dodatkowym podatkiem, który płacą już tradycyjne duże sklepy. Jednak eksperci mają sporo obaw co do słuszności tego rozwiązania. Jak relacjonują, wprowadzenie tej koncepcji w życie mogłoby zaszkodzić nie tylko samej branży, ale też całej gospodarce. Przede wszystkim wypadłyby z rynku małe i średnie e-sklepy. Dodatkowe obciążenie z pewnością zepsułoby też rynek pracy i zniechęciłoby dużą część firm do prowadzenia działalności w Polsce. Ci, którzy by zostali, byliby zmuszeni podnieść ceny, na czym z kolei straciliby konsumenci.

Ostatnio w mediach głośna stała się koncepcja szefa handlowej „Solidarności”, który stwierdził, że podatek od sprzedaży detalicznej, jakim są już obłożone duże tradycyjne sklepy, powinien obejmować również handel w Internecie.

– Cały handel, w tym internetowy, płaci już wiele podatków, często w mało sprawiedliwy sposób. To nie pomaga branży ani gospodarce. Wprowadzenie jeszcze dodatkowego obciążenia mogłoby dosłownie zabić sporą część e-sklepów, szczególnie tych średnich i najmniejszych – komentuje Maciej Tygielski, wieloletni ekspert rynku e-commerce, Dyrektor Generalny spółki Modern Commerce.

Można wnioskować, że propagatorowi objęcia nową daniną e-handlu właśnie zależy na wyrównywaniu szans konkurencyjnych pomiędzy wielkimi sieciami i małymi sklepami. Jak zauważył w jednym z komunikatów, w czasie pandemii wielkie sieci rozbudowały swoje kanały handlu w Internecie i nie ma powodu, aby ten segment był wyłączony z podatku handlowego. Jednak inni eksperci twierdzą, że efekt może być wprost odwrotny do założonego.

– Niektórzy zapewne uważają, że nowy podatek powinny płacić sklepy internetowe z sektora dużego handlu, tj. dyskonty czy hipermarkety. Jednak to odbiłoby się na całym e-commerce. Nie można przecież dzielić podmiotów w obrocie na lepsze i gorsze, tylko dlatego, że należą do większego rynkowego organizmu. Dla wszystkich musi obowiązywać to samo prawo – podkreśla ekspert z Modern Commerce.

Trzeba też dodać, że e-handel, który w ub.r. odnotował wiele historycznych wzrostów, obecnie mierzy się z nowymi wyzwaniami. Sklepy mocno ze sobą rywalizują o utrzymanie klientów. Według ekspertów, niektóre podmioty przeznaczają już nawet połowę marży na podnoszenie sprzedaży. Do tego prognozuje się, że jeszcze w tym roku wydatki na reklamę i promocję mogą wzrosnąć o blisko 25%.

– Wiele podmiotów musi teraz mocno zredukować swoje plany sprzedażowe. Z całej ubiegłorocznej nadwyżki tylko 30% może mieć trwałą wartość. Dopiero 3-4 kwartały po zakończeniu pandemii okaże się, kto w branży faktycznie osiągnął długoterminowy sukces. Po ewentualnym wprowadzeniu nowego podatku znaczna część graczy na rynku nie wytrzymałaby tego – ostrzega Maciej Tygielski.

Należy również pamiętać o tym, że e-sprzedaż głównie opiera się na dość niskich marżach. Dodatkowa danina zmniejszałaby jeszcze bardziej ograniczone już zyski. Nałożenie jej postawiłoby gospodarkę w niezwykle trudnej sytuacji, bo z rynku zaczęłyby znikać e-sklepy.

– Należałoby raczej iść w drugą stronę, czyli zachęcać Polaków do zakładania nowych e-biznesów, np. poprzez redukcję podatków i wielu niepotrzebnych obowiązków, którymi objęci są przedsiębiorcy. Wówczas cyfrowa gospodarka dynamiczniej rosłaby w siłę. Przecież pandemia dobitnie pokazała, że słaba e-gospodarka musi być poważniej rozwijana – zwraca uwagę ekspert.

Warto też dodać, że wprowadzenie proponowanego podatku mogłoby negatywnie wpłynąć na rynek pracy i zahamować przedsiębiorczość w Polsce. Już dziś wielu młodych właścicieli biznesów rozważa ich zamknięcie z uwagi na niepewną atmosferę, nie tylko związaną z pandemią. Osoby rozpoczynające działalność boją się zmian w przepisach, podatków i nowych zobowiązań. Dodatkowe obciążenia mogą jeszcze bardziej spotęgować ich lęki.

– Wątpliwości budzi też kwestia samego technicznego opodatkowania, np. zagranicznych sklepów. Przecież niektóre podmioty mogłyby być rejestrowane w innym kraju. Dla klientów nie byłoby to żadnym problemem, ale państwo sporo by na tym traciło. Oczywiście podatek od sprzedaży detalicznej można pobierać od działających w Polsce firm kurierskich, ale byłoby to dość trudnym zadaniem, angażującym kolejną branżę, zresztą zupełnie niepotrzebnie – analizuje ekspert z Modern Commerce.

Mogłoby dojść także do tego, że wielu przedsiębiorców ograniczyłoby swoją obecność w naszym kraju. Zapewne niektóre podmioty i tak pozostałyby na rynku, nawet w przypadku nałożenia nowej daniny, ale byłyby zmuszone do podniesienia cen. Z okrojonej marży nie byłyby przecież w stanie się utrzymać, a tym bardziej rozwijać. Oczywiście finalnie uderzyłoby to w samych konsumentów. I jak podsumowuje Maciej Tygielski, nic dobrego by z tego nie wyszło dla branży, konsumentów i samego państwa.

Czy rząd stymuluje inflację?

tymulowanie inflacji przez państwo może podwyższyć wpływy do budżetu. Wraz ze wzrostem cen produktów i usług zwiększa się dochód państwa z podatku VAT i akcyzy, które są naliczane procentowo. Nie oznacza to jednak, że ten większy dochód jest czystym zyskiem skarbu państwa. Wiele elementów budżetu – czyli wydatków państwa – jest waloryzowane do aktualnej inflacji. Czyli może i więcej wpływa do skarbu, ale też więcej z niego wypływa. Eksperci nie spodziewają się więc tego, że rząd zdecyduje się stymulować inflację w celu zwiększeniu wpływów budżetowych. To dobra wiadomość – bo w ostatnim roku ceny bardzo wzrosły, szczególnie w sektorze usług. Wynika to niestety również z działań państwa, które chcąc nie chcąc tę inflację stymuluje.

– Faktycznie państwo w kilku dosyć istotnych miejscach napędza inflację. Dotyczy to kwestii parapodatkowych – czyli dodatkowych kosztów wytwarzania czy konsumpcji. Koszty są też napędzane przez taką a nie inną politykę dotyczącą płacy minimalnej. Jeżeli na początku roku 2020 płaca minimalna wzrosła o 16%, przy wzroście średniej płacy o niecałe 7%, był to na pewno istotny element w procesie wzrostu cen – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Bardzo duża część pracy, opłacana stawką zbliżoną do minimalnej, to jest praca w usługach. Jeżeli popatrzymy na strukturę cen w ubiegłym roku, to przeciętna inflacja wynosiła około 3,4%. Ale ceny towarów prawie wcale nie wzrosły. Natomiast usługi zdrożały aż o 7%. Widać, że to rozwarstwienie cen jest napędzane między innymi takimi decyzjami. Płaca minimalna na początku 2021 roku znowu istotnie wzrosła – mimo, że jesteśmy w tym roku mocno poobijani po kryzysie. Jest to duży kłopot, który utrudnia wykonywanie działań dla sektora usług i handlu. W wyniku tego będzie również rosnąć inflacja – wyjaśnia Soroczyński.

W 2022 roku 46% wszystkich produktów i usług sprzedawanych przez przedsiębiorstwa na świecie będzie cyfrowych lub dostarczanych cyfrowo

Wiele polskich firm wciąż boryka się z wpływem pandemii COVID-19, jednocześnie wdrażają nowe technologie, by ich operacje mogły być bardziej elastyczne i przygotowane na potencjalny wzrost.

Equinix, Inc. (Nasdaq: EQIX), globalny dostawca infrastruktury cyfrowej™ ogłosił wyniki raportu zleconego firmie IDC, który przewiduje, że w 2022 roku 46% wszystkich produktów i usług sprzedawanych przez przedsiębiorstwa na całym świecie będzie cyfrowych lub dostarczanych cyfrowo. Jest to możliwe dzięki ciągłej transformacji cyfrowej (DX) organizacji komercyjnych i publicznych we wszystkich branżach i segmentach.

Raport „Cyfrowy biznes wymaga cyfrowej platformy” bada trendy cyfryzacyjne w Polsce i zwraca uwagę na rozwiązania, które powinny przyjąć firmy, żeby dostosować swój proces transformacji cyfrowej i infrastrukturę do nowych wyzwań w świetle pandemii COVID-19.

Pandemia spowodowała opóźnienia w wydatkach w obszarze IT, a wiele polskich firm musiało dostosować swoje strategie, aby osiągnąć cele biznesowe. Z poprzednich badań IDC z listopada 2020 roku wynika, że prawie 69% polskich firm mocno wierzy we wdrażanie zaawansowanych technologii i zmian cyfrowych. Wskazuje to, że firmy w Polsce są bardziej optymistycznie nastawione do rozwiązań cyfrowych niż wskazywałaby na to średnia europejska, która wyniosła 62%.

Jak wspomniano w raporcie, firmy w Polsce są otwarte na różne modele dostarczania przy tworzeniu nowych platform cyfrowych. Obejmuje to dedykowane zasoby w zewnętrznych centrach danych i chmurze publicznej w różnych lokalizacjach, od rdzenia po brzeg sieci (ang. edge). Pomimo ekonomicznych wyzwań związanych z pandemią większość firm planuje utrzymać lub nawet zwiększyć budżety IT przeznaczone na chmurę publiczną lub prywatną, usługi zarządzane i usługi centrów danych.

Dane z badania Equinix „The Global Interconnection Index (GXI) Volume 4″ wskazują na to, że przedsiębiorstwa posiadające infrastrukturę cyfrową zwiększą swoją przewagę konkurencyjną i będą nadal szybko się rozwijać. Raport GXI vol. 4 pokazuje również, że przedsiębiorstwa, które nie dysponują taką infrastrukturą cyfrową, będą się zmagać z problemami i będą uzależnione od dostawców usług, jeśli chodzi o transformację swoich modeli biznesowych.

Innymi czynnikami napędzającymi potrzebę nowej infrastruktury cyfrowej wymienionymi w raporcie IDC „Cyfrowy biznes wymaga cyfrowej platfromy” jest szybko rosnąca ilość danych gromadzonych przez organizacje, coraz większa złożoność przepisów prawnych oraz rosnąca częstotliwość i złożoność cyberataków. Aby odpowiedzieć na te wyzwania, organizacje powinny przyjąć najskuteczniejsze strategie dotyczące cyfrowego rdzenia, brzegu sieci i wymiany danych.

 

Ponadto, raport identyfikuje sześć kluczowych czynników wpływających na adopcję chmury w Polsce, takich jak: potrzeba innowacji, elastyczność i odporność, luki kompetencyjne, brak odpowiedniej wiedzy, aktualne inwestycje, obawy przed podatnościami i utratą kontroli danych.

Więcej informacji w raporcie IDC: „Cyfrowy biznes wymaga cyfrowej platfromy” zleconym przez firmę Equinix.

Cytaty:

  • Robert Busz, Managing Director, Poland, Equinix:

„Raport IDC podkreśla, jak szybko pandemia zmieniła priorytety polskiego biznesu. I chociaż wiele polskich firm już wcześniej było zaangażowanych w prace nad przyspieszeniem cyfrowej transformacji swoich organizacji, nadal stoją przed poważnym wyzwaniem dostosowania infrastruktury IT do nowych realiów biznesowych. Jak pokazuje raport, ponad dwie trzecie polskich firm mocno wierzy we wdrażanie zaawansowanych technologii, co stanowi wyższy wynik niż średnia dla Europy. To obrazuje rosnącą presję, z jaką zmagają się polskie zespoły IT w obliczu wysokich oczekiwań do wyników, pomimo wyzwań związanych z pandemią COVID-19. Nasz rozwój na rynku polskim, w tym otwarcie centrum danych WA3 w Warszawie w zeszłym roku, sprawia, że Equinix jeszcze lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, pomaga klientom i wspiera ich w realizacji inicjatyw cyfrowych, szybko, bezpiecznie i na dużą skalę, nawet w trudnych okolicznościach.” 

  • Ewa Zborowska, Research Director, IDC:

“Procesy cyfrowej transformacji wymagają głębokich zmian organizacyjnych i technologicznych, których efektem powinno być stworzenie platformy cyfrowej wspierającej nowe modele biznesowe. Polscy CIO i ich zespoły IT stoją w obliczu rosnącej presji i oczekiwań dotyczących ich pracy. Platformy cyfrowe to nowe podejście do architektury IT, która ma przyśpieszać transformację. Celem jest stworzenie elastycznej, hybrydowej platformy sprzętowej, która efektywnie wspiera potrzeby biznesowe i lokalizuje aplikacje w najlepiej dopasowanych środowiskach, od rdzenia, zwykle zlokalizowanego w środowiskach on-prem, przez zewnętrzne centra danych, po chmurę i „edge”. Takie podejście musi również umożliwiać wybór preferowanych płatności, od tradycyjnych opartych o CAPEX, poprzez subskrypcje, aż po płatności oparte na wynikach, a także modeli własności: dedykowany vs współdzielony. Istotnym elementem jest integracja z szerokim ekosystemem partnerów biznesowych i technologicznych.”

Możliwość szczepienia pracowników w firmach powinna być jeszcze bardziej dostępna. Izba apeluje o zmniejszenie liczby chętnych z 500 do 200 osób

We wtorek Michał Dworczyk, Pełnomocnik Rządu ds. Szczepień zaprezentował imponujący program przyspieszenia programu szczepień w II kwartale roku 2020. Z punktu widzenia przedsiębiorców daje on nadzieje na szybszy powrót do normalności oraz na to, że niebawem niektóre branże będą mogły powrócić do płynnej i nieprzerywanej lockdownami działalności.  – Przyznam szczerze, że byliśmy delikatnie niespokojni o proces szczepień w Polsce. Pierwsze miesiące roku 2021 były w tym zakresie mało dynamiczne. Zapowiedź szczepienia powszechnego oraz możliwości organizowania punktów szczepień w zakładach pracy to doskonała wiadomość. Jako Północna Izba Gospodarcza postulujemy, by zapowiedziany przez Ministra Dworczyka program poszerzyć – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk. – Uważamy, że sektor MŚP również powinien mieć możliwość organizowania punktów szczepień. Zdajemy sobie sprawę, że logistyka nakazuje rozsądek, ale dlaczego nie pozwolić na szczepienia w miejscach pracy, gdzie 200 osób zadeklarowało chęć zaszczepienia się? – dodaje Prezes Hanna Mojsiuk.

Nie 500, a 200 osób zgłoszonych do szczepienia – Izba chce poszerzenia możliwości organizowania punktów szczepień w zakładach pracy

Plan zezwolenia na prowadzenie szczepień w zakładach pracy, gdzie chęć szczepienia zadeklarowało powyżej 500 osób ogłosił we wtorek minister Michał Dworczyk.  Całość odpowiedzialności za organizację szczepień będzie spoczywała na pracodawcy, będzie musiał on podpisać umowę z chętnymi osobami, zorganizować i zabezpieczyć miejsce oraz złożyć zamówienie na dostarczenie szczepionek w Agencji Rezerw Strategicznych. Koncepcja przyspieszenia procesu szczepień została przyjęta przez przedsiębiorców bardzo pozytywnie. Termin zaszczepienia wszystkich chętnych do końca sierpnia wydaje się być przesadnie optymistyczny, ale fakt przyspieszenia należy docenić i odpowiedzieć na apel Rządu o to, by promować ideę szczepień. Północna Izba Gospodarcza stoi na stanowisku, że należy zrobić wszystko, by powrót do normalności był możliwy jak najszybciej.

– Apelujemy do Premiera Mateusza Morawieckiego i Rządu RP, by obniżyć limit osób deklarujących chęć zaszczepienia jako wyznacznik do tego, by możliwe było zorganizowanie punktu szczepień w zakładzie pracy. Uważamy, że jeżeli w danej firmie chętnych będzie nawet 200 osób, a pracodawca będzie chciał zorganizować taki punkt i wziąć za niego odpowiedzialność, to powinno mu się to umożliwić – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk. – Sektor MŚP nie chce być pomijany w uproszczonej procedurze dostępu do szczepień. Chcemy wracać do normalności. Przedsiębiorcy pokładają w szczepieniach wielkie nadzieje. Uważam, że proces szczepienia powinien być tak mocno zdynamizowany jak tylko jest to możliwe. Deklarujemy chęć pomocy – dodaje Prezes Mojsiuk.

Zachodniopomorscy przedsiębiorcy ambasadorami szczepień? „Należy uwiarygodnić szczepienia wśród pracowników”

Północna Izba Gospodarcza stoi na stanowisku, że szczepienia powinny być możliwie szeroko promowane wśród pracowników przez przedsiębiorców. Takie kampanie powinny odbywać się jak najszybciej, bo gdy proces szczepień ruszy to może zabraknąć czasu na przekonywanie nieprzekonanych.

– Naszym obowiązkiem jest zachęcanie pracodawców do promowania idei szczepień, a obowiązkiem pracodawców jest przekonywanie pracowników, by wierzyli w naukę, a nie w teorie spiskowe. Nie ma lepszego narzędzia walki z koronawirusem niż szczepionka, a jej skuteczność jest niepodważalna. Po 13 miesiącach walki z pandemią, po fali bankructw w wielu sektorach gospodarki i po mocnym uderzeniu w światową gospodarkę, musimy wszyscy zdać sobie sprawę, że szybki powrót do normalności jest w interesie wszystkich ludzi – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Mamy w planach przygotowanie kampanii zachęcającej przedsiębiorców z regionu do promocji szczepień. Chcemy zaprosić rozpoznawalne twarze zachodniopomorskiej gospodarki do tego, by stały się ambasadorami szczepień i by uwiarygodniły je przed swoimi pracownikami. Jestem przekonany, że przedsiębiorcy dadzą się namówić do takiej akcji bez problemu – mówi dr Piotr Wolny.

W Polsce tymczasem trwa trzeci lockdown – póki co do 9 kwietnia. To również powinno być argumentem za tym, by szczepienia postępowały możliwie szybko.

Program szczepień i unijny Fundusz Odbudowy pomogą polskiej gospodarce dojść do pocovidowej równowagi

– Gdy na początku marca ubiegłego roku, opublikowaliśmy Deloitte Economic Statement dot. nadciągającego nowego wirusa SARS-CoV-2, zastanawialiśmy się, czy będziemy mieć do czynienia z szybko przemijającą infekcją, czy może jednak z chorobą przewlekłą. Dzisiaj już wiemy, że wirus nie odpuszcza, a to zmusza nas do zastosowania specjalnych środków, pozwalających na dostosowanie się do nowej rzeczywistości.

Przez rok pandemii byliśmy świadkami wielu, jak dotąd niespotykanych wcześniej sytuacji. W kwietniu 2020 r. cena ropy naftowej spadła poniżej zera. Z wielu miast na długie tygodnie zniknęły korki. Samoloty przestały latać, a w weneckich kanałach pojawiły się delfiny. Równocześnie w czasie krótszym niż 12 miesięcy wynaleziono kilka szczepionek, które przeszły pełen proces oceny wniosków na poziomie Europejskiej Agencji Leków, przy jednoczesnym zapewnieniu wymaganych opinii naukowych i spełnieniu wszystkich kryteriów w zakresie jakości, bezpieczeństwa i skuteczności.

Prognozy gospodarcze na kolejne kwartały zmieniały się z tygodnia na tydzień. W zasadzie jakiekolwiek planowanie było obarczone tak dużym ryzykiem błędu, że równie dobrze można było wróżyć z fusów. Kryzys zdrowotny bezpośrednio odzwierciedlał sytuację gospodarczą, a przewidywanie dalszego rozwoju pandemii na dalej niż kilka tygodni w przód, było wręcz niemożliwe. Na przełomie I i II kwartału oraz na początku III kwartału 2020 r. nastąpiło wyraźne obniżenie projekcji PKB spowodowane pogarszaniem się sytuacji epidemicznej oraz zamrożeniem wielu gałęzi gospodarki. Od połowy II kwartału 2020 r. widoczny był wzrost optymizmu związany ze znoszeniem restrykcji. Pesymistyczne nastroje powróciły w połowie lata w związku z doniesieniami o początkach drugiej fali pandemii na świecie. Pod koniec roku, pomimo pogorszenia się sytuacji epidemicznej, prognozy PKB ustabilizowały się na poziomie ok. -3,5 proc. r/r.

Polska gospodarka, pomimo wielu ograniczeń administracyjnych całkiem dobrze, w porównaniu do innych europejskich krajów, zakończyła 2020 rok. Spadek PKB o 2,8 proc. r/r, przy prognozach dochodzących w najbardziej krytycznych momentach do nawet -5,7 proc. r/r wydaje się być znów zjawiskiem zielonej wyspy. Pomogła niewątpliwie struktura rodzimej gospodarki oparta w dużej części na przemyśle oraz eksport, który pomimo pandemii wzrósł o około 1 punkt procentowy. Ponadto duch przedsiębiorczości i konieczność szybkiego dostosowywania się ujawniły się jako pozytywne cechy Polaków. Przesunięte kanały sprzedaży, zmienione mechanizmy konsumpcji, ale także hojne programy osłonowe pozwoliły na osiągnięcie, mimo wszystko, całkiem dobrego wyniku.

Obecny rok, choć wciąż pandemiczny, wydaje się być rokiem przejściowym, zmierzającym w kierunku normalności. Z jednej strony w dużej mierze przedsiębiorstwa i konsumenci dostosowali się do nowych warunków, z drugiej program szczepień przy ograniczonych dostawach szczepionek funkcjonuje w miarę sprawnie. Dodatkowo zapowiedź 100 mld złotych z instrumentu Next Generation EU daje nadzieję na inwestycje, których w ostatnich latach było w kraju zbyt mało. Ważne jednak, abyśmy mądrze zagospodarowali te środki.

Julia Patorska, liderka zespołu ds. analiz ekonomicznych, Sustainability & Economics, Deloitte.

Ekspert: Zaskakujące dane z niemieckiej gospodarki przełożą się na większy popyt na pracowników zagranicznych w Polsce

Marcowy odczyt indeksu PMI dla niemieckiego przemysłu jest najlepszy od kilku dekad, ożywienie jest także obserwowane w branży usługowej Niemiec. Jak podaje portal Money.pl, informacje te należy traktować jako zapowiedź zbliżającego się przebudzenia największego europejskiego rynku.

Dane te są nie bez znaczenia dla polskich przedsiębiorców oraz pracowników tymczasowych ze Wschodu, gdyż sytuacja na rynku niemieckim ma duży wpływ na polską gospodarkę. Odczytujemy je jako zapowiedź ożywienia także na rynku polskim oraz nadchodzącego zapotrzebowania na pracowników, w tym zagranicznych – uważa Michał Wierzchowski, dyrektor sprzedaży EWL Group.

“Z dużą nadzieją i optymizmem odbieramy informacje napływające z rynku niemieckiego, a także francuskiego – podkreśla ekspert.  – Spodziewamy się, że gdy w Niemczech oraz całej Europie pandemia zwolni, pojawią się rekordowe zamówienia w polskich zakładach, które będą musiały nadrobić zmniejszone zamówienia z pierwszego kwartału roku. Co z kolei będzie oznaczało dalszy wzrost zapotrzebowania na pracowników zagranicznych”.

Przypomnijmy, że w marcu odczyt indeksu PMI dla niemieckiego przemysłu, pokazującego aktualną sytuację w gospodarce, przewyższył średnie oczekiwania ekonomistów o prawie 6 pkt. Okazał się on być najlepszym od połowy lat 90-ch, osiągając wynik 66,6 pkt. Zdaniem analityków mBanku, jest to “prawdziwa eksplozja”. Ekonomistów zaskoczył również wskaźnik PMI dla usług w Niemczech, który w lutym osiągnął się powyżej 50 pkt., co oznacza wzrost aktywności.

Jak powstrzymać rosnący deficyt kierowców?

Jeśli deficyt kierowców w Polsce już dziś jest sześciocyfrowy, a najbliższe lata nie zwiastują odbicia trendu, to nie jest dobrze. Wręcz przeciwnie – wszystko wskazuje na to, że jedynkę z przodu mogą zastąpić kolejne cyfry: najpierw dwójka, a potem trójka. Złożoność i trudność sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, wymaga podjęcia skoordynowanych i zaawansowanych działań, zwłaszcza tych systemowych.

Według danych Międzynarodowej Unii Transportu (IRA) w 2019 roku deficyt kierowców zawodowych w Polsce wynosił 22 proc. W raporcie, opublikowanym w marcu 2020 roku, wysnuto prognozę, zgodnie z którą deficyt wzrośnie aż o 15 punktów procentowych, w związku z czym już blisko 40 proc. miejsc pracy dla kierowców będą stanowić wakaty. Prognozy są nieubłagane – według PwC deficyt już w 2022 roku sięgnie 200 tysięcy, a wspomniana już IRA szacuje, że w 2025 roku niedobór kierowców dotrze do pułapu 300 tysięcy.

Ciężka praca i trudne warunki

Warto zacząć od kwestii podstawowej i skonstatować rzecz oczywistą: praca kierowcy zawodowego jest ciężka, stresująca, niezwykle wymagająca i zdecydowanie nie dla każdego. Ma też swoje ograniczenia. To często konieczność wielodniowej albo i wielotygodniowej rozłąki z rodziną i specyficzny tryb pracy, w którym nie każdy się odnajdzie.

Jest jeszcze jedno: choć to branża, w której pracują setki tysięcy osób, to – paradoksalnie – jest to środowisko niesamowicie hermetyczne. Kierowcy są doskonale zorientowani w realiach branży, znają obowiązujące stawki i nie boją się o nich rozmawiać z innymi kierowcami, którzy są przecież potencjalnymi konkurentami na rynku. W konsekwencji takich rozmów może więc pojawić się frustracja, wynikająca z niezadowalającej stawki, a to sprzyja rotacjom i odejściom kolejnych pracowników.

Kolejnym czynnikiem, który dodatkowo skomplikował sytuację przewoźników, jest wejście w życie Pakietu Mobilności. Dla wielu polskich przedsiębiorców transportowych utrzymanie kierowców podróżujących trasach międzynarodowych stało się nisko opłacalne, a wielu z nich zaczęło szukać pracy u zagranicznych przewoźników – tam, gdzie mogli liczyć na lepsze warunki finansowe.

Oczywiście można szukać winnych i obarczać odpowiedzialnością za obecny stan rzeczy przedsiębiorców, to ustawodawcę, to unijnych urzędników, a to jeszcze samych kierowców, ale sytuacja jest zbyt poważna i złożona, by szukać uproszczonych wyjaśnień i wyciągać pochopne wnioski. Zdecydowanie lepiej jest zadać sobie pytanie: co zrobić, by deficyt malał, a nie rósł?

Zaktywizujmy młodszych kierowców i kobiety

Każdy kandydat musi ukończyć 21 lat, by wyrobić sobie uprawnienia kierowcy zawodowego i wyjechać w pierwszą trasę. Co z tymi, którzy ukończyli 18, 19 i 20 lat i dlaczego nie powinni uzyskiwać uprawnień wcześniej? Obawa o potencjalne niebezpieczeństwo na drodze jest oparta na krzywdzącym stereotypie, a deregulacja mogłaby spowolnić niekorzystny trend. Nawet gdyby istniała uzasadniona obawa o bezpieczeństwo i doświadczenie takich kierowców, nie można załamywać rąk. Można ich przecież objąć dodatkowymi szkoleniami, które niejako zniwelowałyby potencjalne ryzyko dla najmniej doświadczonych – i duża w tym rola ustawodawcy. Z drugiej strony warto zachęcić przedsiębiorców, którzy niezbyt chętnie zapatrują się na zatrudnianie młodych, niedoświadczonych kierowców, na przykład poprzez programy dofinansowania. Nie bez znaczenia jest też zmiana podejścia pracodawców, uprzedzonych do pracowników bez stażu. To oczywiste, że każdy chciałby zatrudniać doświadczonych kierowców, ale w warunkach, jakie mamy, nie możemy sobie pozwolić na kapryśność.

Dokładnie w ten sposób można zagospodarować „niszę”, jaką stanowią kobiety. W tym wypadku nie chodzi jednak o deregulację czy zmianę przepisów. Warto jednak spróbować zaktywizować je zawodowo, zachęcając do przebranżowienia się i premiując ich zatrudnienie. Cytowana już IRA wykazała w raporcie, że zaledwie 2 proc. wszystkich kierowców zawodowych w Polsce stanowią kobiety. Wobec odsetka ok. 20 proc. kobiet pracujących w całej branży TSL w Polsce, wspomniane 2 proc. to zdecydowanie za mało. I tu znów pojawia się krzywdzący stereotyp, zgodnie z którym kobieta nie nadaje się do pracy kierowcy, bo to ciężka i wymagająca profesja. I tylko dlatego kobieta miałaby sobie nie poradzić? Wystarczy na przykład…

… poprawić warunki pracy

Żaden przewoźnik nie przyciągnie i nie utrzyma kierowcy bez godnych i konkurencyjnych warunków pracy. To bardzo pojemne określenie, pod którym kryje się wiele istotnych elementów: wynagrodzenie i jego regularność, stan techniczny pojazdu czy wreszcie – wsparcie po stronie pracodawcy, stały kontakt i dobre relacje. To absolutne podstawy, które definiują wartość pracodawcy. Sprawiają, że nie tylko staje się on pożądanym partnerem do współpracy, ale również o wiele łatwiej identyfikować się z przedsiębiorstwem, które nie tylko podąża za dobrymi standardami w branży, ale sama je dyktuje i kreuje.

Autonomiczne auta?

Na horyzoncie jest jeszcze jedno rozwiązanie problemu deficytu kierowców: autonomiczne samochody ciężarowe. Jednym z najczęściej wymienianych terminów ich wyjechania na drogi jest 2025 rok, ale trudno oczekiwać, by nastąpiło to inaczej niż powoli, stopniowo, na niewielkiej skali działania, w wybranych krajach Unii Europejskiej i wreszcie – z maksymalną ostrożnością. Do tego czasu warto szukać innych, konwencjonalnych rozwiązań, które mogą stanowić próbę powstrzymania wzrostu deficytu.

Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics

Boom na fotowoltaikę – aż 67% właścicieli domów jednorodzinnych planuje inwestycje w energię słoneczną w ciągu najbliższych 3 lat

Badanie zrealizowane przez ASM – Centrum Badań i Analiz Rynku dla Sunday Polska jasno wskazuje wysokie zainteresowanie technologią fotowoltaiczną wśród właścicieli domów jednorodzinnych w Polsce. 60% z nich motywuje decyzję inwestycyjną przyszłymi oszczędnościami finansowymi, a jedna czwarta względami ekologicznymi. Odbiór fotowoltaiki jest w Polsce bardzo pozytywny, 77% posiadaczy dobrze lub bardzo dobrze ocenia działanie domowej elektrowni słonecznej.

Kluczowe dane

Badania wykazały, że:

  • 67% właścicieli domów jednorodzinnych, nie posiadających fotowoltaiki, planuje inwestycje w domową elektrownię słoneczną w ciągu najbliższych trzech lat
  • 60% przyszłych inwestorów, argumentuje swoje plany spodziewanymi oszczędnościami finansowymi
  • 57% właścicieli domów jednorodzinnych, przy wyborze dostawcy technologii fotowoltaicznej, kieruje się jakością komponentów
  • Dla 54,4% przyszłych posiadaczy fotowoltaiki, poważne wyzwanie stanowią koszty inwestycji
  • 77% posiadaczy paneli fotowoltaicznych dobrze lub bardzo dobrze ocenia funkcjonowanie własnej elektrowni słonecznej;
  • Według badanych, dzięki fotowoltaice wysokość rachunków za energię elektryczną spadła średnio aż o 65%

Boom na fotowoltaikę infografika67% właścicieli domów jednorodzinnych planuje inwestycję w fotowoltaikę

Niemal 7 na 10 zapytanych w badaniu Sunday Polska właścicieli domów jednorodzinnych, którzy nie posiadają instalacji fotowoltaicznej, zadeklarowało chęć zamontowania paneli fotowoltaicznych w okresie do trzech lat. Tylko niespełna 9% badanych nie planuje takiej inwestycji, są to głównie osoby do 29 roku życia.

Główną motywacją, przyszłych właścicieli instalacji fotowoltaicznej, są oszczędności finansowe – dla 60% z nich – to kluczowy czynnik, zachęcający do zainwestowania w energię słoneczną. Pozytywny wpływ fotowoltaiki na domowe finanse potwierdzają rachunki za prąd.  Według ankietowanych, posiadających instalacje fotowoltaiczne, koszty energii elektrycznej spadają średnio o 65%. Nie dziwi zatem, wysoki współczynnik zadowolenia z inwestycji, kształtujący się na poziomie 77%.

Czym kierują się Polacy przy wyborze dostawcy technologii?

W badaniu Sunday Polska zapytaliśmy respondentów o czynniki determinujące wybór dostawcy paneli fotowoltaicznych. Zdecydowana większość, bo aż 57% badanych, wskazała jakość jako najważniejsze kryterium doboru dostawcy technologii.

Innymi ważnymi czynnikami wyboru firmy instalującej fotowoltaikę były między innymi: dobre opinie o firmie – ważne dla 49% ankietowanych, wsparcie w uzyskaniu dofinansowania –   istotne dla 46% respondentów oraz czas realizacji zlecenia – czynnik wskazany przez 45% badanych. Co ciekawe, tylko 1 na 5 przyszłych inwestorów, przy wyborze dostawcy technologii PV,  kieruje się długością okresu gwarancyjnego.

Wybór firmy dostarczającej instalację fotowoltaiczną jest kluczowym elementem budowy domowej elektrowni słonecznej. Jest to decyzja na lata, dlatego nie jesteśmy zdziwieni, że to właśnie jakość odgrywa tutaj kluczową rolę. Jako renomowany dostawca zarówno usług, jak i  technologii skupiamy się przede wszystkim na jakości naszej oferty, wspieramy cały proces inwestycyjny, od początku do końca. Naszym atutem jest pomoc w uzyskaniu dofinansowania oraz szybka realizacja zleceń. Dzięki temu spełniamy oczekiwania naszych klientów – Lidia Kłosowska, Dyrektor Komunikacji, Marketingu i Wsparcia Sprzedaży w Sunday Polska

Koszty instalacji największym wyzwaniem dla inwestorów

Przyszli inwestorzy w zieloną energię dość jednoznacznie – 54% ankietowanych – wskazali, że to właśnie koszty są dla nich największym wyzwaniem, a zarazem barierą powstrzymującą ich przed instalacją paneli fotowoltaicznych. Jednakże warto zauważyć, że dla niemal połowy ankietowanych – 45,1% – istotną zachętę stanowią ulgi i dotacje.

– Odpowiedzi badanych właścicieli domów jednorodzinnych jasno pokazują trwający obecnie boom na fotowoltaikę. Dwóch na trzech właścicieli domów jednorodzinnych deklaruje gotowość do inwestycji w ciągu najbliższych trzech lat. Jest to dla nas bardzo dobry prognostyk, świadczący o potencjale i dynamicznym rozwoju rynku słonecznej energii w Polsce. Jestem przekonana, że szereg programów wsparcia i dofinansowania rozwoju domowych elektrowni jest w stanie zniwelować barierę, jaką są koszty inwestycji w fotowoltaikę. Tym bardziej, że  w drugiej połowie roku rusza trzecia edycja Programu „Mój Prąd” –  dodaje Lidia Kłosowska.

Szczegóły badania:

Badanie zostało zrealizowane przez ASM – Centrum Badań i Analiz Rynku Sp. z o.o. dla Sunday Polska w terminie 1-12 luty 2021 na próbie N = 1 044 dorosłych Polaków remontujących własne domy jednorodzinne. Badanie miało zasięg ogólnopolski i zostało przeprowadzone techniką CAWI (ankieta internetowa).

Miniony rok był rekordowy na rynku działek budowlanych

Wbrew pozorom, ubiegły rok nie przebiegał pod znakiem kryzysu na rynku działek budowlanych. Potwierdzają to dane resortu sprawiedliwości mówiące o rekordach.

Pesymistyczne prognozy sprzed około roku ostrzegały, że rodzima „mieszkaniówka” bardzo mocno ucierpi na skutek pandemii. Okazało się jednak, że liczba zawartych umów deweloperskich spadła tylko o 9% względem 2019 r. Co więcej, prywatni inwestorzy budujący domy wcale nie ograniczyli swojej aktywności. Wg ekspertów portalu RynekPierwotny.pl wiele wskazuje, że to właśnie plany budowy nowych domów skutkowały pobiciem rekordu dotyczącego liczby sprzedanych działek budowlanych. Informacje o wspomnianym rekordzie wynikają z danych Ministerstwa Sprawiedliwości.

Wstępne statystyki, które wzięli pod uwagę analitycy portalu RynekPierwotny.pl, dotyczą liczby aktów notarialnych dokumentujących sprzedaż działek budowlanych przez inne podmioty niż Skarb Państwa i samorządy. Liczba takich aktów przez ostatnie lata zmieniała się następująco:

Tab.1 Sprzedaż działek budowlanych

Powyższe wyniki można powiększyć o liczbę działek pod inwestycje budowlane, które nabywcy kupili od Skarbu Państwa i jednostek samorządu terytorialnego. Liczba aktów notarialnych dokumentujących takie transakcje wyglądała następująco:Tab.2 Działki pod inwestycje budowlane

Jak nietrudno zauważyć, ubiegłoroczny rekord był widoczny również w przypadku gruntowych transakcji z udziałem samorządów i Skarbu Państwa. Warto pamiętać, że wszystkie powyższe wyniki dotyczą nie tylko zakupów gruntu pod inwestycje mieszkaniowe. Wydaje się jednak, że aktywność inwestorów mieszkaniowych (zwłaszcza prywatnych) miała duże znaczenie w kontekście ostrożnych planów inwestycyjnych krajowych firm.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Dolar się umacnia, złoty pozostaje słaby

Inwestorzy wyczekują prezentacji kolejnego planu fiskalnego prezydenta Bidena i w tym klimacie rosną rentowności obligacji skarbowych USA, a w ślad za nimi umacnia się dolar. USD/JPY podchodzi do 111 i jest najwyżej od roku, cena złota została zepchnięta pod 1700 USD za uncję. EUR jest pod presją z powodu obaw o tempo szczepień w Europie.

Oczekiwania dodatkowego wsparcia ożywienia gospodarczego w USA ze strony polityki fiskalnej ciągną w górę rentowności obligacji USA, co pomaga dolarowi. Administracja Bidena ma przejść do kolejnego etapu naprawy gospodarki i szykuje kolejny bilionowy pakiet fiskalny. Tym razem zamiast bezpośredniej pomocy finansowej poszkodowanym przez pandemię, celem mają być głównie inwestycje infrastrukturalne, ale też wydatki socjalne czy związane z ochroną klimatu. Według ostatnich doniesień prasowych suma wydatków opiewa na 2,25 bln USD, czyli nieco mniej od wcześniej sugerowanych 3 bln USD. Jednak wielkość programu nie jest tu najważniejsza, ale sposób finansowania wydatków, a tutaj dominują podwyżki podatków. Biorąc pod uwagę pokryzysowy stan gospodarki, to na wydatkach najpierw skupi się realizacja nowego pakietu, a dopiero później zwiększeniu ulegną obciążenia podatkowe. Ta druga część spotka się z największym oporem Republikanów, ale też co bardziej konserwatywnych kongresmenów Partii Demokratycznej. Jeśli próby przegłosowania w Kongresie podwyżek podatków zakończą się porażką, USD grozi przyspieszenie wzrostu zadłużenia. Ostatni wzrost rentowności obligacji skarbowych (10-latki na 1,77 proc.) może częściowo odzwierciedlać rosnące ryzyka fiskalne. Taki powód dla wyższych rentowności nie jest pozytywny dla USD. Na razie jednak inwestorzy patrzą na sytuację przez pryzmat dodatkowego wsparcia dla gospodarki, umacniając wyjątkowość ożywienia USA. Sytuacja ta jednak może się łatwo odmienić, jeśli narracja obróci się w kierunku obaw o rosnące zadłużenie.

Nie ma aktualnie dobrej prasy wokół strefy euro, na czym cierpi unijna waluta. EUR/USD w nocy zbliżył się do 1,17, a presja bierze się z oporów wobec wykorzystania szczepionki na COVID-19 od AstraZeneca. Wczoraj kanclerz Niemiec Angela Merkel poinformowała, że Niemcy wstrzymają użycie szczepionki od AZ dla osób poniżej 60 roku życia w reakcji na nowe przypadki zakrzepicy zatok żylnych u zaszczepionych osób. Pomimo tego, że Europejska Agencja Leków uznała szczepionkę za bezpieczną, decyzja Niemiec prawdopodobnie obniży zaufanie do szczepionki na całym kontynencie i może spowolnić proces szczepień. Łącząc wątpliwości wokół szczepień, rozwój trzeciej fali zachorowań w Europie oraz wzrost rentowności obligacji USA, w krótkim terminie ryzyka wokół EUR/USD przeważają na korzyść spadków. W dalszym horyzoncie jestem bardziej optymistycznie nastawiony dla odbicia, zakładając przejściowy charakter obaw covidowych i pozytywną reakcję EUR/USD na odbicie globalnego ożywienia doganiającego tempo wzrostu USA.

Na krajowym podwórku bez zmian i złoty jest słaby tak, jak był (EUR/PLN 4,66). Dziś GUS poda dane o inflacji CPI za marzec. My i konsensus spodziewamy się przyspieszenia inflacji do 2,8 proc. r/r z 2,4 proc. w lutym. Tym samym inflacja wróci powyżej celu inflacyjnego NBP, choć jeszcze pozostaje w granicach dopuszczalnych odchyleń (1,5-3,5 proc.). Jeszcze, gdyż w kolejnych miesiącach jest bardzo prawdopodobne, że górna granica odchyleń zostanie naruszona z powodu wpływu czynników związanych z pandemią. Przyspieszenie inflacji będzie nasilać oczekiwania na jastrzębi zwrot w polityce monetarnej NBP, do czego jednak prawdopodobnie nie dojdzie, biorąc pod uwagę siłę obozu gołębi w Radzie Polityki Pieniężnej. W efekcie zaskoczenia wyższym odczytem inflacji mogą mieć negatywne odbicie w złotym, gdyż będą przypominać o głęboko ujemnych realnych stopach procentowych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rekordowy marzec 2021. Dobry I kw. na rynku biurowym

Analitycy REDD, największej bazy danych o rynku biurowym w Polsce, informują, że w Polsce w marcu 2021 odnotowano 601 nowych umów najmu powierzchni biurowej. Umowy obejmują w sumie prawie 170 tys. m kw. Marzec okazał się najlepszym jak dotąd miesiącem 2021 roku.

W marcu zarejestrowaliśmy 601 transakcji — jest to najwyższy wynik zanotowany w 2021 roku. Dane REDD wskazują, że z początkiem 2021 widzimy formowanie stabilnego trendu wzrostowego, jeśli chodzi o zawieranie nowych umów najmu na polskim rynku nieruchomości biurowych – wylicza Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

Dla porównania, w lutym 2021 podpisano 562 umowy najmu, w sumie na 155 tys. m kw.REDD2 REDD3

Polska: Dostępne moduły biurowe. Koniec I kwartału 2021

Według danych REDD, w ofercie wynajmu jest obecnie ponad 5598 modułów biurowych, które oczekują na nowych najemców.

Od początku 2021 roku notowaliśmy trend wzrostowy względem liczby dostępnych modułów biurowych. Jednak jak wynika z danych REDD przedstawionych poniżej, z początkiem marca 2021 doszło do krótkoterminowego spadku dotychczasowego trendu wzrostowego  – wylicza Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD. REDD1

easyCALL.pl S.A. podpisał Term Sheet z SatRevolution S.A.

easyCALL.pl S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2011 r., podpisała Term Sheet z SatRevolution S.A. dotyczący planowanej transakcji przejęcia SatRevolution S.A. (SatRev) przez Spółkę. Celem transakcji jest powstanie Grupy Kapitałowej działającej w branży kosmicznej ze Spółką jako podmiotem dominującym.

Zgodnie z podpisanym przez Spółki porozumieniem o podstawowych warunkach transakcji (Term Sheet) rozważane są dwa sposoby przeprowadzenia transakcji. Pierwszym z nich jest wymiana akcji pomiędzy akcjonariuszami SatRev i easyCALL.pl S.A. – aport akcji SatRev na podwyższony kapitał zakładowy Spółki oraz dalsze przejęcie od SatRev komercyjnej części jej działalności (w szczególności realizacji zawartych umów na sprzedaż danych pozyskanych z nanosatelitów SatRev), a także nabycie przez Spółkę od SatRev akcji SatRevolution Global S.A. z siedzibą we Wrocławiu oraz udziałów SatRevolution LTD będących spółkami zależnymi SatRev. Drugim ze sposobów jest połączenie Spółki przez przejęcie z SatRev Global, która uprzednio stanie się spółką dominującą wobec SatRev i SatRev LTD oraz przejmie komercyjną część działalności SatRev. Spółki ustaliły, że w terminie nie dłuższym niż 30 dni od zawarcia Term Sheet rozpoczęty zostanie proces due diligence, który zakończy się oświadczeniem SatRev o przystąpieniu do realizacji zamierzonych działań albo o odstąpieniu od nich. Następnie Strony dokonają wyboru optymalnego sposobu na realizację Transakcji. W przypadku wyboru drugiego wariantu spółki ustaliły, że plan połączenia zostanie uzgodniony i podpisany do dnia 30 września 2021 roku, a Transakcja powinna w całości zostać przeprowadzona do dnia 31 grudnia 2021 roku. Zarząd easyCALL.pl szacuje, że przejęcie SatRevolution S.A. i rozpoczęcie budowy Grupy Kapitałowej w segmencie kosmicznym przyczyni się do wzrostu wartości Spółki.

„Udało nam się wypracować wspólnie dwa warianty potencjalnego przejęcia SatRevolution S.A. Rozpoczynamy teraz prace nad wyborem optymalnego wariantu, który będzie realizowany. Naszym głównym celem jest zbudowanie Grupy Kapitałowej działającej w branży kosmicznej ze Spółką jako podmiotem dominującym. Rozwój jej działalności będzie prowadzony przede wszystkim poprzez budowę na orbitach okołoziemskich własnej konstelacji nanosatelitów obserwacyjnych zbierających dane optyczne w celu komercyjnego wykorzystania pozyskiwanych danych oraz poprzez współpracę z międzynarodowymi partnerami przy projektach kosmicznych. Ma to pozwolić na osiągnięcie pozycji międzynarodowego lidera w tworzeniu nanosatelitów oraz pozyskiwaniu za ich pomocą danych.” wyjaśnia Łukasz Górski, Prezes Zarządu Spółki easyCALL.pl S.A.

„Aby skutecznie konkurować na globalnym rynku usług kosmicznych, SatRevolution potrzebuje stać się częścią silnej grupy kapitałowej. Negocjowana opcja przejęcia lub połączenia SatRevolution z easyCALL.pl jest konsekwencją realizowanej strategii rozwoju przedsiębiorstwa, która nastawiona jest na dużą dynamikę wzrostu. W zeszłym roku nasza firma zrobiła znaczący postęp technologiczny, osiągając najwyższy poziom gotowości technologicznej TRL9 wg NASA. Równocześnie dostosowaliśmy swój model biznesowy do potrzeb klientów, oferując im produkt platformy satelitarnej, usługę organizacji misji orbitalnej oraz rozwiązania oparte na danych satelitarnych. Obecnie realizowane przez SatRevolution projekty i inwestycje pozwolą nam skutecznie skalować nasz model i konkurować o rynek obserwacji Ziemi, który już dziś według szacunków wynosi nawet 15 miliardów USD, a w przeciągu 5 lat może urosnąć nawet czterokrotnie.” – dodaje Grzegorz Zwoliński, Prezes Zarządu Spółki SatRevolution S.A.

W tym roku ceny żywności będą rosły w podobnym tempie jak wynagrodzenia. Wielkanocny koszyk nie będzie jednak znacząco droższy niż przed rokiem

Przerwane łańcuchy dostaw przed rokiem i zakupy „na zapas” spowodowały chwilowy brak niektórych produktów, a w niektórych wypadkach wzrost ich cen. Nie jest to jednak znacząca skala podwyżek. Przykładowo wielkanocny koszyk będzie kosztował mniej więcej tyle samo co w ubiegłym roku. Choć niektóre czynniki, takie jak ceny nawozów czy energii elektrycznej, mogą w kolejnych tygodniach podbijać ceny żywności, to dosyć mroźna w porównaniu z ostatnimi latami zima powinna działać na nie hamująco. Także wzrost wynagrodzeń będzie rekompensował zwyżki cen.

 Święta Wielkanocne zawsze są, jeżeli mogę tak określić, świętami drugiego wyboru, jednak początkują rok i powodują wzrost koniunktury – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Chołost, general manager w Food Research Institute. – W tamtym roku nasz koszyk wydatków wahał się od 200 do 500 zł. W tym roku wydamy tyle samo, a wręcz może i mniej, ponieważ przy obecnym lockdownie zmniejszy się liczba osób kupujących w sklepie, ale będziemy kupować jednorazowo więcej.

Według przewidywań banku BNP Paribas w tym roku ceny żywności będą wyższe o ok. 1,5 proc. niż przed rokiem. W ubiegłym roku Wielkanoc była o prawie 8 proc. droższa niż w 2019 roku. Tym razem tańsze będą jaja, wieprzowina i drób. Wędliny powinny pozostać na cenowym poziomie sprzed roku, droższe będą twarogi i sery (o ok. 2,5 proc.), a także mleko (o ok. 3,5 proc.). Mocno potanieją ziemniaki i cebula – odpowiednio o ok. 35 proc. i 19 proc., droższe natomiast będą marchew (o 3 proc.), jabłka (0,5 proc.) oraz owoce cytrusowe (ok. 3,5 proc.). Wyraźnie więcej będzie trzeba płacić za pieczywo (nawet o 7 proc.). Wypieki i owoce były najmocniej drożejącymi produktami już w ubiegłym roku.

W czasie pandemii był moment, kiedy łańcuchy dostaw żywności się zatrzymały, ale obecnie możemy mówić o stabilizacji. Oczywiście są też czynniki chwilowe na rynku, które częściowo wpływają na wzrost żywności, ale nie o 50 czy 60 proc. – mówi Dariusz Chołost. – Ceny w sklepach czy na targowiskach zawsze wzrastały o 2–3 proc. Było to uzależnione również od pogody.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w lutym 2021 roku produkty żywnościowe i napoje bezalkoholowe były droższe niż rok wcześniej o 0,6 proc., zaś samej żywności – o 0,1 proc. To niewiele, zważywszy na to, że jeszcze w pierwszej połowie 2020 roku żywność drożała zdecydowanie mocniej niż średnie ceny towarów i usług. Obecnie tempo to jest wyraźnie niższe: inflacja ogółem wyniosła w lutym 2021 roku 2,4 proc. Najmocniej podrożały wody mineralne i źródlane (o 7,6 proc.) oraz ryż (o 7,0 proc.). Wyraźnie widać także wzrost cen pieczywa (5,8 proc.) oraz mąki (4,5 proc.). Tańsze było natomiast mięso wieprzowe (o 12,4 proc.), drobiowe (o 0,5 proc.) czy warzywa ogółem (o 3,0 proc.).

Myślę, że w tym roku ceny żywności nie będą rosły, mieliśmy mroźną zimę, co jest też dosyć ważne pod względem rolnictwa, czyli producentów. Z pogodą mamy różnie, na pewno nas zaskoczy susza, ale wydaje mi się, że mroźna zima też wpłynie na to, że te ceny nie będą miały pretekstu do wzrostów. Rosną ceny zboża, co jest dosyć ciekawe, co może się odbić na branży spożywczej, ale nie możemy mówić o tym, że wszędzie będą podwyżki. Jeżeli ceny będą rosły, to będzie to na poziomie wzrostu naszych wynagrodzeń – podkreśla ekspert Food Research Institute.

Warto zaznaczyć, że przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 osób (to około jednej trzeciej wszystkich zatrudnionych w Polsce) było w lutym 2021 roku wyższe o 4,5 proc. niż w ostatnim przedpandemicznym miesiącu – lutym 2020 roku i wyniosło 5568,82 złotych brutto.

Jak wynika z badania Food Research Institute, w ciągu ostatnich 12 miesięcy dziewięć na 10 firm spożywczych odnotowało wzrost kosztów. W większości był on wyraźny lub bardzo wyraźny. Wynikał on przede wszystkim z ogólnego wzrostu kosztów produkcji w przemyśle, ale też kosztów dostosowania branży do reżimu sanitarnego.

Rolnictwo jest już coraz bardziej zorganizowane, koszty produkcji są mniej odczuwalne wśród rolników, a bardziej wśród przetwórców, ponieważ oni potrzebują najwięcej energii elektrycznej do przetworzenia produktów. Ale wydaje mi się, że jesteśmy też na etapie marketingu ekologicznego i firmy, które przetwarzają produkty, coraz bardziej komunikują już nie same produkty, ale to, że są coraz bardziej ekologiczne w produkcji czy opakowaniach – przekonuje Dariusz Chołost.

Z badania firm wynika także, że więcej niż co trzecia odnotowała wzrost przychodów w ujęciu rocznym. 21 proc. menedżerów wskazało na niższe przychody. Opłacalność produkcji poprawiła się w 37 proc. przedsiębiorstw.

Polska projektantka Dorota Goldpoint chce podbić arabski rynek mody. Jej kolekcja wkrótce trafi do sklepów w Zjednoczonych Emiratach Arabskich

0

Polska projektantka Dorota Goldpoint ponownie zachwyciła gości zgromadzonych podczas International Fashion Week w Dubaju. Tym razem zaproponowała specjalną kolekcję bogato zdobionych sukni wieczorowych zaprojektowanych w komplecie z abajami. Tym samym chciała pokazać, jak wygląda świat arabskiej mody widziany oczami Polki. Projektantka zdobyła prestiżową nagrodę i szybko posypały się propozycje współpracy. Niewykluczone, że wkrótce jej ubrania trafią do sprzedaży w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Podczas poprzedniej, 10. edycji International Fashion Week w Dubaju Dorota Goldpoint zaprezentowała kolekcję złotych kreacji wieczorowych, która spotkała się z dużym uznaniem krytyków i klientek. Kreatywność i oryginalność projektantki zostały uhonorowane wyróżnieniem Best Ready to Wear Designer 2020. Tym razem, podczas 11. edycji International Fashion Week, Polka zaprezentowała kolejne modowe perełki, które zostały uszyte w zgodzie z kulturą arabską i jej zdaniem są wręcz stworzone dla mieszkanek tamtej części świata.

International Fashion Week w Dubaju jest wyjściową platformą do tego, żeby zacząć rozpoznawać rynek i pokazać się na nim potencjalnym partnerom. Było to więc dla mnie ważne wydarzenie i możliwość pokazania czegoś zupełnie nowego, oryginalnego na rynku, który jest mi bardzo bliski. Wszystkie kolekcje, które prezentuję, są idealne na Dubaj. Naturalne tkaniny, piękne wzory i printy, zwiewne suknie to jest to, co Arabki kochają – mówi agencji Newseria Dorota Goldpoint, projektantka mody.

Z Dubaju wróciła z bardzo prestiżową nagrodą. Projektantka nie kryje satysfakcji z tego, że jej kreatywność została doceniona.

– Dostałam nagrodę za najlepsze europejskie abaje pokazane w Dubaju od głównego patrona tego wydarzenia. Był zachwycony moimi abajami i jednocześnie zdziwiony, skąd czerpałam wiedzę o tym, jak je szyć. To prestiżowe wyróżnienie, szczególnie że pochodzi właśnie od lokalnego mieszkańca i ważnej postaci na tamtejszym rynku – mówi Dorota Goldpoint.

Jak podkreśla, wraz z całym swoim zespołem włożyła dużo trudu w przygotowanie tej kolekcji. Wszystko było wykonane z największą starannością i dopracowane w każdym detalu.

To jest duża satysfakcja dla całej mojej firmy i pań, które wkładały całe serce w uszycie tych strojów. Przez ostatnie dwa miesiące pracowałyśmy bardzo intensywnie, żeby tę całą kolekcję przygotować. Ona wymagała bardzo dużych nakładów pracy i zaangażowania. To jest nagroda dla nas wszystkich za ten trud i ogrom pracy, ale też za odwagę, żeby stworzyć taką kolekcję – mówi projektantka.

Dorota Goldpoint planuje dalszy podbój Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Obecność na targach w Dubaju przyniosła kilka ciekawych propozycji współpracy. Na razie projektantka nie chce mówić o szczegółach, ale niewykluczone, że już wkrótce jej prace trafią na tamtejszy rynek.

Na ten moment mogę powiedzieć tylko tyle, że mam kilka bardzo konkretnych propozycji i będę je rozważała. Byłam nawet zdziwiona tym, że aż tyle różnych firm się zgłosiło z propozycją współpracy i to w bardzo różnym zakresie. Niebawem będę na stałe sprzedawać tam swoją kolekcję. Na razie trwają rozmowy i jesteśmy w trakcie różnych ustaleń, domawiania szczegółów, więc nie do końca wiem, z którym partnerem tę współpracę ostatecznie nawiążę. Chciałabym bardziej znacząco zaistnieć na tym rynku niż tylko z kolekcją w butiku multibrandowym – mówi.

Efektem wizyty projektantki w Dubaju jest również nietypowe zamówienie, które jest właśnie w fazie realizacji.

Podpisałam kontrakt na pewną kolekcję, ale właściciel marki prosił, żeby jeszcze nie mówić o szczegółach. Odszyliśmy już próbną kolekcję, która bardzo się podobała, i w tej chwili ją poszerzamy. Będziemy szyć jeszcze więcej modeli i wzorów. Ze względu na tajemnicę handlową mogę tylko powiedzieć, że jest to sportowa kolekcja i dotyczy dyscypliny, która jest tam uwielbiana. Bardzo się cieszę, bo będą to naprawdę ciekawe realizacje – mówi Dorota Goldpoint.

Projektantka nie ukrywa, że chciałaby w szczególny sposób zaznaczyć obecność polskiej marki na rynkach międzynarodowych. Chętnie uczestniczy więc w tygodniach mody w różnych krajach, bo to okazja do nawiązania i budowania relacji biznesowych.

Jest to okazja do spotkania mnóstwa ciekawych ludzi, których w normalnym życiu właściwie nie miałabym możliwości spotkać. Na przykład poznałam człowieka, który zarządza całą siecią Buddha Bar. Poznałam też wiele osób z dużego biznesu, którzy zajmują się naprawdę olbrzymimi projektami. Przede wszystkim przywiozłam z Dubaju ogrom dobrej energii od ludzi, którzy chcą mi pomóc wejść na tamtejszy rynek i ze mną współpracować – podkreśla.

Zakupy firmowe wciąż mało zdigitalizowane. To może się zmienić przez pandemię

Ponad połowa firm prowadzących sprzedaż B2B, czyli do klienta biznesowego, nie ma opracowanej strategii transformacji cyfrowej – wynika z raportu Unity Group. Co prawda pandemia i lockdown również w tym obszarze przyspieszyły rozwój handlu online, ale nie na taką skalę jak w segmencie B2C, czyli do klienta indywidualnego. Różnica w digitalizacji obu tych obszarów to mniej więcej dwa lata – oceniają eksperci Unity Group. 80 proc. badanych firm prowadzi sprzedaż w internecie, ale wciąż ok. 70 proc. za kluczowe kanały sprzedaży uznaje przedstawicieli handlowych, partnerów i oddziały terenowe.

Pandemia spowodowała większy udział internetu w handlu, ale jest to zróżnicowane w segmentach B2C i B2B. W sprzedaży konsumenckiej dużo łatwiej wprowadzić zmiany. W tym segmencie działa wiele firm zagranicznych, wykorzystujących w Polsce te same rozwiązania, co na swoich rodzimych rynkach. W związku z tym poziom konkurencji jest wyższy i wszyscy się do niego dostosowują. W segmencie B2C nie odbiegamy od Europy, a nawet są takie obszary, w których polskie firmy są liderami, np. systemy płatności lub dystrybucji – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Rudno-Rudziński, partner zarządzający Unity Group.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w bardziej zamkniętym segmencie B2B. Firmy działające w tym obszarze uważają, że w prowadzeniu biznesu wciąż istotny, wręcz krytyczny, jest kontakt osobisty. To podejście zmienia pandemia COVID-19, przez którą wiele firm rozpoczęło już inwestycje w technologię. Jak wynika z badania Unity Group „Polski rynek B2B vs. Cyfrowy Megatrend. Sytuacja branży post COVID-19”, ponad połowa firm odnotowuje wpływ pandemii na digitalizację sprzedaży. Dla firm o obrotach powyżej 50 mln zł odsetek ten wynosi ponad 60 proc., a wśród firm z obrotami do 50 mln zł jest on mniejszy – zbliżony do 40 proc.

– Z badań, które zostały wykonane w 2020 roku na nasze zlecenie na próbie 500 firm handlujących B2B, wynika, że o ile w internecie obecnie sprzedaje już 82 proc. firm, o tyle jednocześnie aż 79 proc. respondentów deklaruje, że ich obrót realizowany w e-commerce wynosi poniżej 10 proc. Więc raczej są to próby rozpoznania nowego kanału albo nie do końca zrealizowane pomysły, a zmiana na wielu poziomach dopiero następuje – ocenia Grzegorz Rudno-Rudziński.

Z badań wynika, że 54 proc. firm nie ma strategii transformacji. Z pozostałej grupy tylko 19 proc. zadeklarowało w sposób zdecydowany, że taką strategię posiada, a 18 proc. – że prowadzi transformację cyfrową. Pomimo trudnych warunków pandemii blisko 40 proc. respondentów nie planuje inwestycji w e-commerce oraz business intelligence. To jednak będzie musiało się zmienić pod wpływem zjawiska konsumeryzacji B2B. Oznacza ono, że klienci przyzwyczajeni do handlu internetowego w segmencie B2C będą oczekiwali takich samych standardów również w obszarze zakupów biznesowych. Tym bardziej że coraz częściej w firmach będą za niego odpowiadać przedstawiciele młodszych pokoleń.

 Według wyników badań przedstawiciele młodszych pokoleń, które od zawsze kupują w internecie, mają mniejszą potrzebę kontaktu osobistego. A ci uczący się zdalnie w dobie COVID-19, pewnie nawet nie będą mieli tej potrzeby i umiejętności – zaznacza partner zarządzający Unity Group.

Jego zdaniem segment B2B czeka teraz wiele pracy i zmian. Pierwszym krokiem powinno być określenie strategii cyfrowej i kultury firmy, bo wiele podmiotów z tej branży to przedsiębiorstwa rodzinne działające od lat 90. ubiegłego wieku.

To jest olbrzymie wyzwanie dla tych właścicieli, menedżerów. Tym cięższe, że to czasami jest inwestycja wieloletnia, a w pierwszym czy drugim roku są tylko koszty, a dopiero potem zwiększone przychody powodują, że mamy przekroczony break even point i to się nam zaczyna opłacać. To olbrzymie wyzwanie mentalne, dotrzymać do momentu, gdy są korzyści – podkreśla Grzegorz Rudno-Rudziński.

Drugi krok to pozyskanie ekspertów z obszaru e-commerce, a także przekonanie do zmian strategii dotychczasowych pracowników. Wielu z nich obawia się, że technologie pozbawią ich miejsc pracy, więc są niechętni transformacji cyfrowej.

Jeżeli nie będziemy mieli ludzi, którzy wierzą w tę transformację, to ten proces się nie uda. To ludzie, którzy są nieraz z firmą od lat, mają olbrzymią wartość, bo rozumieją firmę i jej klientów, więc nauczenie ich nowych kompetencji jest kluczowe dla rozwoju. A za tym idzie to, co my robimy na co dzień, czyli automatyzacja, zbudowanie infrastruktury i dobieranie rozwiązań IT adekwatnych do strategii klienta – mówi partner zarządzający Unity Group.

Jak podkreśla, wzrost znaczenia obszaru online spowoduje też większą konkurencję na rynku sprzedaży B2B.

Obecnie wiele firm produkcyjnych rozważa przejście na model D2C, czyli direct-to-consumer. Polega to na stworzeniu systemów, w których zostaną pominięci tradycyjni dystrybutorzy, a klienci będą mogli zamówić towar bezpośrednio na produkcji – mówi Grzegorz Rudno-Rudziński. – To może być game changerem w handlu B2B w kolejnych latach.

Na całym świecie liczba pośredników w procesie sprzedaży maleje wraz z digitalizacją i globalizacją. Analitycy Unity Group przewidują, że nowe modele biznesowe takie jak np. D2C zmienią radykalnie oblicze wielu branż. Jeśli producenci będą wykorzystywali kanały cyfrowe nie tylko w komunikacji, ale też w transakcjach i procesach posprzedażowych, to dystrybutorzy przestaną być potrzebni. A jeśli dystrybutor nie stworzy kanałów cyfrowej sprzedaży i nie zwiąże swoich obecnych klientów usługami cyfrowymi, budując silne relacje partnerskie, to nie wykorzysta potencjału logistycznego do dostarczania usług konsolidacji i serwisów posprzedażnych na poziomie wyższym niż producent. Producenci, którzy samodzielnie zaczną przeprowadzać transformację cyfrową, będą wypierać pośredników (firmy handlowe B2B) z rynku.

Na świecie operacje wykonuje już niemal 6 tys. robotów chirurgicznych. W Polsce do dyspozycji jest tylko 14, jednak z roku na rok ich przybywa

– W Polsce jest zainstalowanych 14 robotów chirurgicznych, które pracują i czynnie wykonują operacje – mówi dr Joanna Bubak-Dawidziuk z warszawskiego Szpitala Medicover. Statystyki pokazują, że to wciąż o wiele mniej niż europejska średnia, jednak takich urządzeń w polskich szpitalach i placówkach medycznych przybywa z każdym rokiem. Także lekarze korzystają z nich coraz chętniej, m.in. ze względu na większe bezpieczeństwo, precyzję i mniejsze ryzyko powikłań pooperacyjnych. Lista zastosowań robotów da Vinci jest bardzo szeroka szczególnie w ginekologii, a w ostatnich latach zyskują one dużą popularność zwłaszcza w leczeniu endometriozy, która dotyka szacunkowo nawet co dziesiątą kobietę.

– Najwięcej robotów chirurgicznych pracuje w Stanach Zjednoczonych, gdzie jest ich ok. 4 tys. W Europie mamy około tysiąca robotów, które przeprowadzają operacje. W Polsce jest ich 14 i do Niemiec, które mają ich ok. 140, wciąż trochę nam brakuje. Natomiast rynek robotyki cały czas się rozwija i z każdym rokiem będzie podłączanych coraz więcej robotów, w asyście których można będzie przeprowadzać coraz bardziej skomplikowane operacje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Joanna Bubak-Dawidziuk, lekarz ginekolog i certyfikowany operator robota da Vinci w warszawskim Szpitalu Medicover.

Robot chirurgiczny da Vinci jest w tej chwili najbardziej rozpowszechnionym urządzeniem tego typu. Jest wykorzystywany przede wszystkim w chirurgii ogólnej, urologii i ginekologii, choć lista jego zastosowań jest dłuższa (może być wykorzystywany w ok. 170 typach zabiegów). Jak wynika z szacunków amerykańskiego producenta Intuitive Surgical, statystycznie na świecie średnio co 26 sekund jest przeprowadzany zabieg z wykorzystaniem robota da Vinci.

– Pierwsze operacje robot da Vinci wykonywał już 20 lat temu, po zatwierdzeniu przez amerykańską FDA [Agencja Żywności i Leków – red.]. Od tego czasu lista jego zastosowań rozszerza się o coraz liczniejsze specjalizacje. Obecnie zarówno urolodzy, jak i chirurdzy, ginekolodzy, kardiolodzy czy laryngolodzy wykonują coraz więcej operacji w jego asyście. Szacuje się, że tylko w dziedzinie ginekologii jest ponad 20 typów takich operacji – wskazuje lekarz ginekolog.

Jak wynika z raportu „Rynek robotyki chirurgicznej w Polsce 2020” PMR i Upper Finance, do tej pory na całym świecie zainstalowano około 5,7 tys. robotów da Vinci, za pomocą których wykonano ponad 7,2 mln operacji. Najwięcej w Stanach Zjednoczonych, gdzie jeden taki aparat przypada na około 90 tys. mieszkańców. W Europie jeden przypada na 749 tys. osób, natomiast w Polsce – na 3,4 mln. To jednak i tak duży wzrost względem 2019 roku, bo liczba takich urządzeń w polskich szpitalach i placówkach medycznych rośnie z każdym rokiem.

– Jednym z tych miejsc, gdzie możemy wykonywać bardzo złożone operacje w asyście robota da Vinci, jest Szpital Medicover. Dzięki niemu mamy możliwość nowoczesnego, szybkiego leczenia pacjentek z problemami ginekologicznymi i urologicznymi – wskazuje dr Joanna Bubak-Dawidziuk.

Jak podkreśla, zabiegi przeprowadzane w asyście robota chirurgicznego wiążą się z całym szeregiem korzyści zarówno po stronie lekarzy, jak i pacjentek. Takie operacje są krótsze i bezpieczniejsze, a pacjent traci mniej krwi i jest w mniejszym stopniu narażony na powikłania.

– W ginekologii są to zabiegi mało inwazyjne, które wykonujemy przez niewielkie otwory w obrębie jamy brzusznej. To są około jednocentymetrowe nacięcia w powłokach, a więc mamy mały uraz tkanek i mniejsze blizny pooperacyjne. Pacjentka dużo szybciej może wrócić do normalnego funkcjonowania po operacji. Poza tym obserwujemy niewielkie śródoperacyjne utraty krwi, a tym samym szybsze gojenie związane z mniejszym poziomem niedokrwistości. Takie zabiegi są na dodatek bardzo precyzyjne, bo dzięki 10-krotnemu powiększeniu możemy bardzo dokładnie oglądać i preparować struktury. Mówimy tu już nawet o mikrochirurgii – podkreśla lekarz ginekolog z warszawskiego Szpitala Medicover.

W ginekologii lista zastosowań robotów chirurgicznych da Vinci jest bardzo szeroka. W ich asyście można przeprowadzać zarówno mało inwazyjne zabiegi w łagodnych schorzeniach, jak również w poważniejszych chorobach nowotworowych.

– W szpitalu operujemy m.in. mięśniaki macicy, możemy wyłuszczać torbiele, wycinać macicę – czyli przeprowadzić histerektomię. Da Vinci jest pomocny także w przypadku chorób onkologicznych, np. jeżeli chcemy leczyć raka trzonu macicy. Korzyści jego wykorzystania obserwowane są szczególnie przy zabiegach u pacjentek z dużym BMI, nawet ze skrajną otyłością, które również szybko wracają do zdrowia – mówi dr Joanna Bubak-Dawidziuk.

W ostatnich latach roboty da Vinci zyskują też dużą popularność w leczeniu endometriozy, która szacunkowo dotyka nawet co 10. kobietę. To choroba bardzo bolesna, która przysparza kobietom bólu głównie przed miesiączkami i w ich trakcie. Wśród pacjentek leczonych z powodu niepłodności w około 50–60 proc. przypadków diagnozuje się właśnie endometriozę.

 Endometrioza to choroba, która wiąże się z obecnością błony śluzowej macicy poza nią. Najczęściej ta błona osiada w jamie brzusznej i tam te komórki endometrium zaczynają rosnąć i powodować problemy, głównie bólowe, zlokalizowane np. w okolicy nerwów więzadeł krzyżowych. Z czasem choroba zaczyna się rozwijać. W zaawansowanych przypadkach narządy wewnątrz jamy brzusznej wyglądają tak, jakby w jej środku wszystko zaczęło się ze sobą sklejać. Dlatego tak liczne są dolegliwości zgłaszane przez pacjentki – począwszy od narządu rodnego po przewód pokarmowy, gdzie mogą być np. zrośnięte pętle jelita, które powodują niedrożność – wyjaśnia lekarz ginekolog.

Robot da Vinci, m.in. dzięki wysokiej precyzji i kamerze 3D o wysokiej rozdzielczości, pozwala bardzo dokładnie zobaczyć i zoperować chore narządy, usuwając ogniska endometriozy przy zachowaniu pełnego bezpieczeństwa pacjentki. Umożliwia operowanie w 10-krotnym powiększeniu, podczas gdy klasyczna laparoskopia oferuje czterokrotne.

 Dzięki dużemu powiększeniu możemy obserwować zmiany endometrialne z bardzo dużą dokładnością i mamy lepszą możliwość ich usunięcia. Robot, działając bardzo precyzyjnie, pozwala nam rozdzielić drobne zrosty. Jeżeli mamy np. zrośnięte pętle jelitowe, bardzo ważne jest oddzielenie w granicach zdrowych tkanek bez uszkodzenia sąsiadujących narządów – mówi certyfikowany operator robota da Vinci w warszawskim Szpitalu Medicover. – Bardzo precyzyjnie możemy również uwalniać nerwy miednicy mniejszej od choroby, co pozwala nam uwolnić pacjentkę od bólu. 

Nowe badania amerykańskiej agencji rządowej potwierdzają skuteczność szczepionek mRNA w realnym użyciu. Nawet 80 proc. ochrony już po pierwszej dawce

Szczepionki mRNA zapewniają 90-proc. ochronę przed zakażeniem koronawirusem po przyjęciu dwóch dawek i 80-proc. ochronę po przyjęciu tylko jednej dawki – wynika z badań przeprowadzonych na personelu medycznym przez amerykańską agencję Centers for Disease Control and Prevention. Ochrona rozpoczyna się dwa tygodnie po otrzymaniu zastrzyku.  – Autoryzowane szczepionki są kluczowym narzędziem, które pomoże zakończyć tę niszczycielską pandemię – podkreśla dr Rochelle P. Walensky, dyrektor CDC.

W badaniu przeprowadzonym przez amerykańską agencję rządową, wchodzącą w skład Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej, wzięło udział 3950 osób szczepionych preparatami Pfizer i Moderna. Okres obserwacyjny obejmował 13 tygodni w okresie od 14 grudnia 2020 roku do 13 marca 2021 roku. Wyniki wskazują na to, że po drugiej dawce szczepionki ryzyko zakażenia zmniejszyło się o 90 proc. co najmniej dwa tygodnie od jej przyjęcia. Po podaniu pojedynczej dawki ryzyko zakażenia SARS-CoV-2 przez uczestników zmniejszyło się w tym okresie o 80 proc. Po podaniu każdej dawki szczepionki organizm potrzebował około dwóch tygodni, aby wytworzyć przeciwciała chroniące przed infekcją.

– Nasze badanie pokazuje, że podejmowane wysiłki w zakresie szczepień przynoszą efekty. Autoryzowane szczepionki mRNA przeciwko COVID-19 zapewniły rzeczywistą ochronę przed infekcją personelu medycznego, ratowników i innych podstawowych pracowników pierwszej linii walczących z koronawirusem – podkreśla dr Rochelle P. Walensky, dyrektor amerykańskiej agencji rządowej Centers for Disease Control and Prevention (CDC).

Ustalenia CDC stanowią potwierdzenie wyników badań klinicznych III fazy, które zostały przeprowadzone na szczepionkach, jeszcze zanim otrzymały zezwolenie na użycie od amerykańskiej FDA. Warto zauważyć, że badania kliniczne oceniały skuteczność szczepionki przeciwko chorobie COVID-19. Badanie przeprowadzone przez CDC dało odpowiedź na pytanie o skuteczność szczepionki przeciwko infekcjom koronawirusem, również takim, które przebiegały bezobjawowo. Uczestnicy co tydzień samodzielnie pobierali wymazy do testów laboratoryjnych RT-PCR. Bezobjawowe zakażenie SARS-CoV-2 zostało stwierdzone u 10,7 proc. obserwowanych.

– Potwierdzenie skuteczności szczepionek w realnych warunkach powinno dać nadzieję milionom ludzi, którzy każdego dnia otrzymują szczepionki przeciwko COVID-19. Powinno też dodać otuchy tym, którzy będą mieli okazję zaszczepić się w nadchodzących tygodniach. Autoryzowane szczepionki są kluczowym narzędziem, które pomoże zakończyć tę niszczycielską pandemię – twierdzi dr Rochelle P. Walensky.

Według danych opublikowanych przez Our World in Data w Stanach Zjednoczonych podano dotychczas 146 mln dawek szczepionki przeciw SARS-CoV-2. Pełne szczepienie przeszło 52,6 mln ludzi, co stanowi 16 proc. populacji tego kraju.

W Polsce pełnemu szczepieniu poddanych zostało dotąd 2 mln ludzi, czyli 5,25 proc. populacji. To wynik zbliżony do poziomu wyszczepienia Brytyjczyków, Hiszpanów i Włochów.

W ciągu tygodnia do organizmu człowieka przedostaje się nawet 21 gramów mikroplastiku. Wykryto go już nawet w powietrzu czy butelkowanej wodzie

Morski Instytut Rybacki podaje, że ok. 10 proc. odpadów przemysłowych i komunalnych trafia bezpośrednio do ekosystemów morskich. Obecnie ocenia się, że jednym z najpoważniejszych zagrożeń dla środowiska są mikroplastiki produkowane jako dodatek do kosmetyków i środków czystości czy powstające w efekcie destrukcji i rozdrobnienia tworzyw sztucznych. Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że mikroplastik został wykryty w wodzie morskiej, słodkiej, ściekach, żywności, powietrzu czy butelkowanej wodzie pitnej, a to nie pozostaje bez konsekwencji na zdrowie człowieka.

– Szacuje się, że do 2017 roku wyprodukowaliśmy około 8,3 mld ton plastiku, a w ciągu ostatnich 40 lat jego produkcja wzrosła 40-krotnie i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić. Nie pozostaje to bez wpływu na środowisko naturalne, a w konsekwencji również  człowieka. Liczne raporty naukowców z całego świata potwierdzają powszechną obecność niewielkich fragmentów plastiku, tzw. mikroplastiku, przede wszystkim w ekosystemach morskich. Przyczyną tego stanu rzeczy jest m.in. niewłaściwe zagospodarowanie odpadów – rocznie aż 6,5 mln ton tworzyw sztucznych wyrzuca się ze statków do mórz i oceanów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr inż. Krystian Szczepański, dyrektor Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego.

Nie bez znaczenia dla naszego zdrowia jest również mikroplastik pochodzący z gospodarstw domowych, którego źródłem są produkty chemii gospodarczej i kosmetyki. Pozostałości kosmetyków są spłukiwane wodą, następnie trafiają do wód ściekowych, a stamtąd do systemów oczyszczania ścieków. Jeżeli system oczyszczania nie jest w stanie ich wyłapać, system uzdatniania wody też nie zapewnia pełnej filtracji tego typu mikrocząstek, przez co trafia również do naszych kranów. Jednak mikroplastik pochodzący z kosmetyków stanowi jedynie 2 proc.

– Mikroplastiki stanowią poważne zagrożenie, ponieważ ich niewielkie rozmiary czynią je dostępnymi dla wielu organizmów, począwszy od drobnych jak plankton, przez małże, ryby, a skończywszy na wodnych ssakach. Dlatego jedząc ryby, owoce morza, sól morską, lecz także miód, a nawet pijąc wodę butelkowaną, dostarczamy mikroplastiki do swojego organizmu – mówi Krystian Szczepański

Do innych istotnych źródeł mikroplastiku należy także pranie syntetycznych ubrań (35 proc.), ścieranie opon samochodowych podczas jazdy (28 proc.) oraz pył miejski (24 proc.). Ostatnie badania IOŚ-PIB pokazują, że mikroplastiki są obecne nie tylko w ekosystemach morskich, lecz także w znacznych ilościach w powietrzu. Każdego roku wdychamy nawet dziesiątki tysięcy maleńkich kawałków tworzyw sztucznych. Według badania World Wildlife Fund ludzie konsumują około 5 g plastiku tygodniowo, z kolei według badań niemieckiego oddziału WWF w Hamburgu z 2019 roku w ciągu tygodnia do organizmu człowieka przedostaje się go ok. 21 g.

– W IOŚ-PIB prowadziliśmy analizę filtrów z poborników określających zanieczyszczenie powietrza oraz kolektory opadu. Na podstawie zebranego materiału  zidentyfikowano szereg cząstek, które sklasyfikowano jako syntetyczny polimer. Musimy pamiętać, że to wszystko jest ze sobą  powiązane. To, że zmyjemy to w naszych kranach, nie znaczy, że to gdzieś znika. Wszystko krąży w środowisku i potem znowu wraca do nas, do naszych organizmów i staje się bardzo dużym zagrożeniem dla naszego zdrowia – tłumaczy dyrektor IOŚ-PIB.

O tym, że mikroplastik unosi się w powietrzu, może świadczyć fakt, że naukowcy odkryli go w próbkach śniegu z Arktyki. Żeby tam trafić, musiał być przenoszony w powietrzu. W 2019 roku krakowscy naukowcy w specjalnych pojemnikach na dachu Uniwersytetu Pedagogicznego umieścili szklane naczynia, w których osiadały zanieczyszczenia powietrza. Podczas analizy okazało się, że pośród zanieczyszczeń dużo było również mikrowłókien plastiku.

ONZ już kilka lat temu ostrzegała, że wkrótce w oceanach może być więcej plastiku niż ryb. W 2016 roku Morski Instytut Rybacki zbadał próbki osadów piasku polskiego Wybrzeża. Okazało się, że średnio w piasku znajdowało się 55 drobin/50 cm3 osadu. Największą liczbę mikrocząstek odnotowano w klasie wielkości 200-500 µm. Zidentyfikowane w próbkach piasku plaż drobiny mikroplastików można zaliczyć przede wszystkim do wtórnej grupy, powstałej w wyniku degradacji zdecydowanie większych obiektów.

Tymczasem mikroplastik ma niekorzystny wpływ na nasze zdrowie.

– Im mniejsze substancje, tym łatwiej dostają się poprzez nasz układ pokarmowy czy oddechowy do naszych organizmów. Mikroplastik ulega akumulacji w organach człowieka i wchodzi do krwiobiegu. Należy tu także wspomnieć o roli mikroplastiku jako nośnika zanieczyszczeń. Efekt toksyczny może, ale nie musi wynikać z działania samych cząstek mikroplastików, lecz właśnie z obecności na jego powierzchni zanieczyszczeń, które wykazują właściwości genotoksyczne oraz kancerogenne – wskazuje ekspert.

Aby zmniejszyć ilość plastiku krążącą w środowisku, Unia Europejska zakazała m.in. obrotu jednorazowymi produktami, czyli talerzami, sztućcami czy słomkami. Dyrektywa plastikowa zakłada też, że od 2025 roku producenci muszą zrezygnować z plastikowych słomek przytwierdzonych do kartonowych pojemników, z rynku mają zniknąć plastikowe butelki z nakrętkami luzem. Dodatkowo plastikowe butelki będą musiały być wykonane w minimum 25 proc. z materiału pochodzącego z recyklingu (od 2030 roku w 30 proc.).

–  Unia Europejska w zakresie klimatu i odpadów jest pewnego rodzaju liderem i pokazuje, w jaki sposób tego typu problemy wynikające z egzystencji człowieka powinny być rozwiązywane. Jednak musimy myśleć także o tym, jak inne części świata powinny radzić sobie z tego typu wyzwaniami. Nawet jeśli w całej UE ograniczymy wyroby z tworzyw sztucznych i emisje mikroplastików do środowiska, ale pozostałe kraje nie zmienią swojej polityki w tym zakresie, to mikroplastik obecny chociażby w ekosystemach morskich będzie dla nas zagrożeniem – twierdzi dr inż. Krystian Szczepański.

Szacuje się, że tylko niespełna 10 proc. światowego plastiku podlega recyklingowi. Ponad 30 proc. jest składowana, a około jedna trzecia trafia do oceanów. Z kolei według danych Eurostatu w krajach członkowskich Unii Europejskiej zbierane odpady z tworzyw sztucznych podlegają w 39 proc. spalaniu, w 31 proc. składowaniu, zaś w 30 proc. recyklingowi. Jednak popyt na tworzywa sztuczne pochodzące z recyklingu stanowi zaledwie 6 proc. zapotrzebowania na tworzywa sztuczne w Europie, co powoduje, że połowę tworzyw sztucznych zebranych w celu recyklingu wywozi się do innych krajów spoza UE.