W pandemii fiskus rzadziej kontrolował. Spadek jest na poziomie 25%. Eksperci: Teraz zacznie się nadrabianie

W ub.r. izby administracji skarbowej wszczęły o 25% mniej kontroli podatkowych w porównaniu z 2019 rokiem. Spadki odnotowano we wszystkich województwach. Natomiast najwięcej takich działań rozpoczęła IAS w Warszawie, a najmniej – IAS w Opolu. Ostatnio nieprawidłowości zostały stwierdzone w przeszło 13 tys. przypadków. W minionym roku ustalenia kontroli przekroczyły 3,89 mld zł. Niemal połowa tej kwoty to efekt działań wspomnianej już IAS w Warszawie.

Prześwietlanie firm

Jak wynika z danych Ministerstwa Finansów, w ubiegłym roku izby administracji skarbowej wszczęły 14 903 kontrole podatkowe. To o 5 086 mniej niż w 2019 roku, kiedy takich działań zainicjowano 19 989. Spadki odnotowano we wszystkich województwach.

Prof. Modzelewski
Prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów

– To nie tylko efekt ograniczeń, blokad i kłopotów związanych z prowadzeniem wszelkiego rodzaju czynności bezpośrednich przez władze publiczne w czasach pandemii. Mniejsza aktywność jest uwarunkowana również problemem kadrowym, tzn. znalezieniem przez aparat skarbowy odpowiednio wykwalifikowanych pracowników do tych działań. Czynności kontrolne są przecież wykonywane przez ten pierwszy garnitur ludzi, od których wymagana jest duża fachowość – komentuje prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów.

Z kolei Jerzy Martini, doradca podatkowy, uważa, że pandemia to główny powód mniejszej liczby kontroli. Ekspert jednak przypuszcza, że organy skarbowe podkreśliłyby wzrost efektywności działań prekontrolnych, tzn. bazujących na samych informacjach wynikających np. z JPK-ów. Natomiast Marek Niczyporuk, doradca podatkowy i radca prawny z Kancelarii Ars AEQUI, zaznacza, że organy skarbowe aktywnie uczestniczą w procedurach tzw. tarcz antykryzysowych. Rozpatrują wnioski o ulgi w spłacie zobowiązań podatkowych, a także weryfikują dane do PFR. Jednocześnie pracują zdalnie przy zmniejszonej liczbie kadry.

– Jest jeszcze jeden czynnik, który uważam za pewną cnotę. Władza była raczej powściągliwa niż agresywna w tym trudnym czasie dla większości firm. Nie sądzę, że to będzie trwało długo, bo w najbliższym czasie rozpoczną się kontrole wykorzystania środków tarczowych i jest to zupełnie oczywiste – dodaje prof. Modzelewski.

W minionym roku najwięcej kontroli wszczęła Izba Administracji Skarbowej w Warszawie – 2 464 (rok wcześniej – 3 049). Dalej widzimy IAS we Wrocławiu – 1 624 (2 168) oraz w Katowicach – 1 430 (2 579). Natomiast najmniej takich działań rozpoczęły izby w Opolu – 355 (471), Olsztynie – 398 (549) i Szczecinie – 474 (wcześniej 722). W 2020 roku IAS-y przeprowadziły 15 304 kontrole (20 374). Nieprawidłowości zostały wykazane w 13 135 przypadkach (poprzednio 19 134).

– Działania zakończone w latach 2019-2020 nie muszą wcale dotyczyć tylko tego czasu, ale też czynności rozpoczętych we wcześniejszych okresach. Z tych statystyk wynika, że w 2019 roku w ok. 94% kontroli wykazano nieprawidłowości, a w 2020 roku – ok. 86%. To wciąż duży odsetek, chociaż nie da się nie zauważyć spadku. Może to świadczyć o tym, że podatnicy popełniają coraz mniej błędów w rozliczeniach – analizuje mec. Niczyporuk.

Walka o miliardy

W 2020 roku ustalenia kontroli przekroczyły 3,89 mld zł, a rok wcześniej – 4,78 mld zł. Największy wpływ na te wyniki miały działania IAS w Warszawie, odpowiednio ponad 1,88 mld zł oraz 2,39 mld zł. Jak podkreśla ekspert z Ars AEQUI, to nie przekłada się bezpośrednio na wpływy budżetowe. Co do zasady, same ustalenia z kontroli podatkowych nie mogą stanowić podstawy wystawienia tytułów egzekucyjnych i prowadzenia tego typu działań.

Jerzy Martini, doradca podatkowy, członek prezydium Rady Podatkowej PKPP Lewiatan
Jerzy Martini, doradca podatkowy, członek prezydium Rady Podatkowej PKPP Lewiatan

– Nie przypuszczałem, że ustalenia kontroli IAS w Warszawie będą tak duże w porównaniu z resztą Polski. Bardziej spodziewałbym się wyniku na poziomie ok. 25%, co i tak byłoby dużo. Zapewne połowa PKB nie jest wytwarzana przez woj. mazowieckie. W stolicy jest zlokalizowanych sporo bardzo dużych podmiotów, np. banków czy towarzystw ubezpieczeniowych, co może mieć olbrzymie znaczenie. Ale w grę może wchodzić też wyższy poziom aktywności administracji skarbowej – stwierdza Jerzy Martini.

Natomiast prof. Modzelewski zaznacza, że w większości kontrole władzy publicznej mają z istoty niską efektywność fiskalną. One generują głównie nieściągalne zaległości podatkowe, których jedynym sposobem likwidacji jest przedawnienie. Ktoś kto wierzy, że to kontrole skarbowe bezpośrednio zwiększają dochody budżetowe, nie rozumie tej dziedziny. Aktywność władzy ma tu głównie charakter odstraszający. Przez lata wyłudzanie VAT-u było uznawane w Polsce za działalność bezkarną, którą władza się nie interesowała. Z danych resortu wynika, że w większości województw ustalenia kontroli były w 2020 roku mniejsze niż w 2019 roku. Ale widoczne są też wzrosty. Przykładowo, IAS w Białymstoku podaje przyrost z 47,5 mln zł (2019 rok) do 195,2 mln zł (2020 rok), a IAS w Poznaniu – z 191,8 mln zł do 261,7 mln zł.

– W woj. podlaskim spadła liczba przeprowadzonych kontroli podatkowych, w 2020 roku było ich 529, a rok wcześniej – 704. Wzrosły natomiast uszczuplenia ujawnione w wyniku tych działań. Zadecydowała o tym jedna duża sprawa, bez której ten wzrost także by był, ale o ok. 10%. Kontrole, w których pojawiły się największe ustalenia, były związane z nieprawidłowościami w zakresie podatku VAT. To m.in. udział podmiotu w transakcjach karuzelowych jako tzw. bufor i wystawianie pustych faktur sprzedażowych – informuje Radosław Hancewicz, rzecznik prasowy podlaskiej Krajowej Administracji Skarbowej.

Natomiast w woj. wielkopolskim kluczowe były dwie kontrole, które zakończyły się stwierdzeniem uszczupleń w wysokości ponad 100 mln zł. Jak podkreśla Małgorzata Spychała-Szuszczyńska, rzecznik prasowy IAS w Poznaniu, w pierwszym przypadku było to przeszło 75 mln zł. Nieprawidłowości polegały m.in. na wystawianiu faktur dokumentujących fikcyjne transakcje oraz ich ewidencjonowaniu. Natomiast w drugim przypadku było to ponad 25,7 mln zł. Podmiot prowadził fikcyjną działalność gospodarczą, w rejestrach ujmował zakupy i wystawiał faktury na sprzedaż towarów, która nie miała miejsca.

– To, że ta „wynikowość” kontroli będzie tendencją spadkową, jest czymś nieuchronnym. Po nienormalnych czasach po prostu czujemy się bardziej normalni i postępowanie władzy będzie mieć w istotnym zakresie rutynowy charakter. To, co robi władza, jest w dużo mniejszym zakresie walką z ciężką patologią. Spada ilość takich podmiotów, które można było objąć kontrolami skutkującymi wysokimi przypisami. Natomiast nie chcę być złym prorokiem, ale większe efekty kontroli mogą być po sprawdzeniu uzyskiwania i wydatkowania pieniędzy tarczowych – mówi prof. Modzelewski.

Marek Niczyporuk, radca prawny i doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI
Marek Niczyporuk, radca prawny i doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI

Organy podatkowe w 2021 roku zapowiadają większą aktywność na polu kontroli, co podkreśla Marek Niczyporuk. I dodaje, że planowane jest m.in. wprowadzenie krajowego systemu wystawiania faktur elektronicznych. Ekspert też zaznacza, że przygotowywane są narzędzia do tego, aby kontrolować podatników bardziej, szybciej i skuteczniej.

– Jeśli sytuacja pandemiczna trochę się uspokoi, to prawdopodobnie kontroli będzie dużo więcej. Stan finansów publicznych jest najgorszy od 20-30 lat. Trzeba więc zasypać już nie dziurę budżetową, tylko „Mariański Rów budżetowy”. Zresztą już widać takie przebłyski, że każda złotówka jest cenna – podsumowuje Jerzy Martini.

Kiedy warto wykorzystać tymczasowe ogrodzenia ażurowe?

Regulacje prawne nakładają obowiązek zabezpieczenia terenu placu budowy ogrodzeniem tymczasowym w celu zapewnienia bezpieczeństwa oraz ochrony życia osób postronnych i pracowników budowlanych. 

Jednakże, warto wiedzieć, że konieczność ogrodzenia terenów nie dotyczy tylko placów budowy, ale również obszarów, na których organizowane są imprezy masowe, jak na przykład eventy promocyjne, festyny lub koncerty. 

Co więcej, ogrodzenia przenośne, które można na przykład kupić na https://sonto.pl mogą być również użyteczne w innych okolicznościach. A w jakich dokładnie i jakim cechom zawdzięczają swoją popularność?

Regulacje prawne dotyczące ogrodzeń

Jak już wspomniano, obowiązek ogrodzenia placu budowy jest nałożony prawnie z uwagi na zapewnienie odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa i higieny pracy. Jednakże, zastosowane ogrodzenie powinno spełniać określone kryteria. 

Po pierwsze, należy wybrać takie ogrodzenie, które będzie miało wysokość przynajmniej 1,5 metra. Ponadto, powinno być ustawione w odległości minimum 1/10 wysokości od budynku, jeżeli istnieje ryzyko, że w trakcie prac mogą spadać materiały budowlane lub narzędzia. 

Co więcej, zabezpieczenie placu powinno być również stabilne i bezpieczne dla przechodniów oraz robotników, co można osiągnąć wybierając ogrodzenia tymczasowe budowlane ażurowe, jak na przykład aleogrodzenia.pl/11-ogrodzenia-tymczasowe-budowlane-azurowe

Ogrodzenia takie bowiem zamontowane są na specjalnych stopach betonowych lub z surowca wtórnego, a dodatkowo połączone są trwałymi klamrami, co sprawia, że wyróżniają się dużą stabilnością. 

Właśnie ta trwałość i wysoka jakość wykonania ogrodzenia tymczasowego ażurowego sprawia, że nie tylko świetnie sprawdzi się jako ogrodzenie placu budowy, ale również jako zabezpieczenie terenu imprez masowych, które zapewni uczestnikom wysoki poziom bezpieczeństwa.

Tymczasowe ogrodzenia ażurowe – kiedy warto je zastosować 

Imprezy masowe

Imprezy masowe, jak koncerty, eventy promocyjne, festyny, pokazy i inne, również powinny być zabezpieczone odpowiednim ogrodzeniem. W tym wypadku najczęściej wybieranym zabezpieczeniem są ogrodzenia przenośne lub ogrodzenia tymczasowe, jak tymczasowe ogrodzenia ażurowe. 

Dzięki trwałości i stabilności pozwalają bowiem na oddzielenie uczestników imprezy od przestrzeni publicznej i lepszą kontrolę tłumu. Co więcej, takie zabezpieczenie pozwala na dostosowanie obszaru imprezy do konkretnych warunków oraz umiejscowienie ładunków w miejscach, gdzie jest najmniejsze obciążenie i największa ilość wolnego miejsca. 

Warto również wspomnieć, że tymczasowe ogrodzenia ażurowe charakteryzują się łatwością montażu oraz demontażu, co sprawia, że można je przenosić w zależności od potrzeb i w razie niespodziewanych wypadków, co może być użyteczną cechą na imprezach masowych. 

Magazyny i hale

Ogrodzenia ażurowe sprawdzają się również jako ogrodzenie magazynów. Z uwagi na wytrzymałość mogą stanowić skuteczne zabezpieczenie przestrzeni magazynowej i ułatwić jego kontrolę. 

Co więcej, wydzielenie przestrzeni magazynowej pozwala na podniesienie komfortu pracy pracowników, zapobiega kradzieżom oraz dostaniu się na teren magazynu osób nieuprawnionych. 

Wykorzystanie ogrodzeń tymczasowych do zabezpieczenia magazynów i hal jest również chętnie stosowane z uwagi na szybkość oraz łatwość montażu i demontażu. Taka minimalizacja czasu poświęcanego na rozstawianie elementów bowiem pozwala zoptymalizować działania w firmie, zmniejszając przy tym koszty wynagrodzeń dla pracowników. 

Jak widać, ogrodzenia przenośne lub ogrodzenia tymczasowe ażurowe są świetnym zabezpieczeniem nie tylko dla placów budowy, ale również dla imprez masowych lub jako zabezpieczenie magazynów lub hal. 

Charakteryzują się one nie tylko dużą trwałością i stabilnością, ale również łatwością demontażu i montażu. Warto jednak zawsze wybierać konstrukcje jak najwyższej jakości od sprawdzonych producentów, aby faktycznie stanowiły bezpieczne i mocne zabezpieczenie danego obszaru. 

Raport InfoDług: długi należące do 2,8 mln Polaków przekroczyły 81 mld zł

Na koniec minionego roku ponad 2,8 miliona Polek i Polaków nie radziło sobie z terminową spłatą zobowiązań kredytowych i pozakredytowych. Łączna wartość ich zaległych zobowiązań wyniosła prawie 81,4 mld zł. O ile liczba dłużników zwiększyła się przez rok bardzo nieznacznie, bo o 8,1 tys. (0,3 proc.), to o kwocie zaległości nie można już tego powiedzieć, podwyższyła się bowiem o 3,69 mld zł (4,7 proc.). Jak odbił się Covid-19 na statystykach pokazujących problemy i niesolidność konsumentów m.in. w rozliczeniach z operatorami telekomunikacyjnymi, bankami, firmami pożyczkowymi lub też dostawcami masowych usług czy towarów? Biorąc pod uwagę skalę zniszczeń dokonaną przez pandemię w gospodarce, sytuacja prezentuje się stosunkowo dobrze, niesolidnych dłużników przybyło o ponad 11 tys. mniej niż w 2019 r., a zmiana kwoty zaległości była niemal identyczna jak w roku przed pandemią. Dynamika przyrostu zaległości wyhamowała dzięki zaciskaniu pasa, wakacjom kredytowym i sprzedaży przez wierzycieli portfeli niespłacanych należności.

Mimo pandemii, w 2020 r. utrzymała się, obserwowana po raz pierwszy w 2019 r., niższa dynamika przyrostu liczby niesolidnych dłużników, jak i kwoty zaległości. Stało się tak, choć jak wynika z badań zrealizowanych przez Maison&Partners dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor miniony rok, pod względem finansowym Polacy częściej oceniają źle (42 proc.) niż dobrze (35 proc.). Najwyraźniej negatywne odczucia, a przede wszystkim lęk o przyszłość przełożyły się na wzrost dyscypliny w gospodarowaniu finansami. – W warunkach wzrostu bezrobocia, zamrożenia działalności wielu firm, spadku PKB, w ub.r. w porównaniu do 2019 r. zmalał nieco odsetek osób, którym brakowało pieniędzy na bieżące wydatki i stałe zobowiązania. To najlepiej pokazuje, że zdecydowanie lepiej sprawdzamy się w zarządzaniu budżetami domowymi w warunkach zagrożenia niż gdy jesteśmy przekonani, że wszystko będzie dobrze i z pewnością uda się coś poradzić na piętrzące się wydatki i zobowiązania – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Należy też jednak podkreślić, że z jednej strony zagrożone były dochody, ale z drugiej, ze względu na ograniczenia wynikające z pandemii, ubyło okazji do wydatków m.in. na wyjazdy, w restauracjach, w miejscach kultury i rozrywki. Upowszechnienie pracy zdalnej przełożyło się też na zmniejszenie zakupów odzieży i obuwia – dodaje.

Z badań na temat oceny przez Polaków ich sytuacji finansowej w minionym roku płynie też jeden ważny wniosek. Przede wszystkim warto mieć oszczędności. Osoby, które oceniły swoja sytuację w 2020 r. jako niekorzystną, najczęściej uzasadniały to faktem, że nie udało im się nic odłożyć (50 proc. wskazań). Z kolei osoby, które okazały się zadowolone ze swoich finansów w minionym roku również mówiły o oszczędnościach, ale już jako o sukcesie (43 proc.).

Część osób powaga sytuacji gospodarczej wręcz skłoniła do większej mobilizacji i poprawy jakości spłaty zobowiązań. Aby nie pogłębiać kłopotów, niektórzy zdecydowali się na uregulowanie całości czy części zgromadzonych wcześniej zaległości. W efekcie, niesolidnych dłużników przybyło niewielu, bo niecałe 8,1 tys. Była to m.in. zasługa dwóch najmłodszych pokoleń 18-24 i 25-34 lata, w których dłużników w minionym roku ubyło łącznie o ponad 25 tys. osób. W efekcie odsetek osób z problemami w spłacie kredytów czy bieżących zobowiązań zwiększył się minimalnie. Nadal oscyluje w granicach 9 proc., co oznacza, że na każde 100 pełnoletnich osób 9 nie daje sobie rady z regulowaniem w terminie rachunków czy rat kredytów lub pożyczek.

Poza większą dyscypliną finansową, popadaniu w tarapaty finansowe zapobiegły wakacje kredytowe, z których w porozumieniu z bankami skorzystało w minionym roku 722 tys. konsumentów. Przełożone przez nich raty dotyczyły kredytów o wartości 82 mld zł. Dodatkowo, ok. 17 tys. osób miało w zeszłym roku również ustawowe wakacje kredytowe.

Nie bez znaczenia dla statystyk opóźnionych płatności był też fakt, że część długów swoich klientów zarówno banki jak i przedsiębiorstwa niefinansowe sprzedały do firm windykacyjnych i funduszy sekurytyzacyjnych. Tylko jeden z czołowych graczy na rynku windykacyjnym poinformował o zakupie w 2020 r. portfeli o nominalnej wartości 3,2 mld zł. Nie zawsze dłużnicy, którzy właśnie z tego powodu znikają z bazy BIK, jako opóźniający spłatę kredytów, czy też są skreślani przez dotychczasowego wierzyciela z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, są do BIG ponownie zgłaszani.

Powiększają się przeciętne zaległości

Powiększają się przeciętne zaległości

Pogłębił się trend z poprzednich lat, liczba osób z zaległościami rośnie wolniej niż sama kwota zaległości, co oznacza, że niesolidni dłużnicy wpadają w kłopoty na coraz wyższe sumy. Średnia wartość przeterminowanych zobowiązań w ub.r. wzrosła z 26 632 zł do 27 784 zł (o 4,3 proc.). Kumulowanie nieopłaconych rachunków czy rat kredytów i pożyczek prowadzi do kłopotów, z których niełatwo się wydobyć.

Przybywa głównie osób z długami wynoszącymi co najmniej 10 tys. zł. W ostatnim roku udział takich właśnie niesolidnych dłużników zwiększył się o ponad 70 tys. osób do 1,2 mln. Stanowią oni już 42 proc. ogólnej liczby niesolidnych dłużników widocznych w BIG InfoMonitor i BIK, wobec 40 proc. przed rokiem. Zaległości przekraczające 100 tys. zł ma pawie 157 tys. osób, czyli 5,7 proc.

Na sumę 81,39 mld zł zaległości prezentowanych w Raporcie InfoDług, w większym stopniu składają się zobowiązania pozakredytowe – 44,29 mld zł (54 proc.) niż kredytowe – 37,1 mld zł (46 proc.). Za kwotą 44,29 mld zł niespłaconych przez osoby fizyczne zobowiązań, zgłoszonych do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, stoi 2 252 700 osób, o 25 249 więcej niż przed rokiem. Natomiast widoczne w BIK opóźnione o co najmniej 30 dni raty kredytów o wartości min. 200 zł ma na koniec 2020 r. 1 185 374 osób, czyli o 7219 mniej niż rok wcześniej.

W BIG InfoMonitor zapytano o ponad 7 mln osób

W zeszłym roku BIG InfoMonitor dostarczył sprawdzającym swoich klientów raporty weryfikujące wiarygodność płatniczą ponad 7 mln konsumentów, czyli 22 proc. dorosłej populacji. Pozwala to rejestrowi ostrzegać przed niesolidnymi dłużnikami i utrudniać im zaciąganie kolejnych zobowiązań.

Fakt, że część osób posiada jednocześnie zaległości kredytowe, jak i pozakredytowe, powoduje, że łączna liczba niesolidnych dłużników nie jest prostą sumą dłużników z baz BIK i BIG InfoMonitor i wynosi obecnie 2 804 773 osób. 633 321 dłużników ma jednocześnie kłopoty z regulowaniem rat kredytów, pożyczek i bieżących płatności. Odsetek takich osób podwyższył się przez rok z 22,3 proc. do 22,6 proc.

Indeks Zaległych Płatności Polaków najwyższy w Polsce Zachodniej i Północnej

Większa liczba osób opóźniających płatności rachunków i kredytów przyniosła wzrost Indeksu Zaległych Płatności Polaków. Wskaźnik pokazujący, ile osób na tysiąc dorosłych Polaków ma problemy z terminowym regulowaniem zobowiązań, podniósł się nieznacznie, z 88,9 pkt do 89,1 pkt. Oznacza to, że na 1000 dorosłych Polaków 89 ma problemy finansowe. Zaokrąglając te statystyki, widać, że płatności różnego rodzaju opóźnia niemal 9 na 100 osób. Udział niesolidnych płatników w populacji poszczególnych regionów podkreśla utrzymujące się zróżnicowanie moralności płatniczej w zależności od miejsca zamieszkania. Największy odsetek osób z problemami finansowymi utrzymuje się wśród mieszkańców Polski Zachodniej i Północnej. W woj. lubuskim jest to np. 117 osób na 1000 dorosłych mieszkańców, w zachodniopomorskim 116, a w dolnośląskim 114 osób. Na drugim krańcu skali są woj. podkarpackie, małopolskie i podlaskie, gdzie na każde 1000 dorosłych mieszkańców nie płaci na czas swoich zobowiązań od 49 do 63 osób, czyli około dwukrotnie mniej niż w regionach, gdzie wygląda to najgorzej.

W 2020 r. udział osób nieradzących sobie z finansami zwiększył się w siedmiu województwach: warmińsko-mazurskim, wielkopolskim, łódzkim, mazowieckim, opolskim, podlaskim oraz małopolskim.

Mazowsze i Śląsk na czele

Jeśli chodzi o udział niesolidnych dłużników w dorosłej populacji, to Mazowsze nie wypada najgorzej, bo z wynikiem 84 osób na 1000, znajduje się na 10. pozycji wśród 16 województw. Jednak to na Mazowszu najbardziej powiększyła się kwota zaległości w porównaniu z innymi regionami – o niemal 6 proc., przy średniej dla kraju poniżej 5 proc. Tym samym Mazowsze zachowało najwyższy przeterminowany dług wśród wszystkich województw – powyżej 14,6 mld zł.

Największą liczbę niesolidnych dłużników ma natomiast drugie pod względem liczby mieszkańców województwo w kraju – Śląsk. Choć w minionym roku liczba śląskich niesolidnych dłużników nieznacznie się obniżyła do 386,9 tys. osób, region zachował pozycję lidera. Śląsk od 2018 r. znajduje się w grupie siedmiu regionów, w których co najmniej co dziesiąty dorosły mieszkaniec ma przeterminowane płatności.

Kłopoty mają głównie mężczyźni po 35. roku życia

Jeśli chodzi o wiek niepłacących zobowiązań, to podobnie jak rok wcześniej, największe prawdopodobieństwo spotkania niesolidnego płatnika występuje wśród 35-44 latków oraz 45-54 latków. Problemy ma niemal co ósma osoba w tym wieku. Do nich też należy ponad 55 proc. z 81,39 mld zł zaległości wszystkich niesolidnych dłużników.

Jeśli chodzi o płeć niesolidnych dłużników to na 10 przypada sześciu mężczyzn i cztery kobiety. W przypadku udziału w kwocie zaległości, reprezentacja pań jest jeszcze niższa – 33,5 proc. Przeciętna zaległość kobiety wynosi bowiem 25 214 zł wobec 31 422 zł mężczyzny. W pierwszej 10. najbardziej zadłużonych osób w kraju, tak jak wcześniej są tylko dwie panie.

Kłopoty mają głównie mężczyźni po 35 roku życiaNa koniec grudnia 2020 r. łączna kwota zaległych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych Polaków, odnotowanych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz bazie Biura Informacji Kredytowej wyniosła 81,39 mld zł. W ciągu roku przyrosła o prawie 3,69 mld zł (4,7 proc.), w 2019 wzrost był porównywalny (o 3,73 mld zł), podczas gdy w 2018 r. niemal dwukrotnie wyższy.

Polacy nie radzą sobie ze spłatą bieżących rachunków częściej niż z regulowaniem rat kredytów. Stąd przez rok suma przeterminowanych zobowiązań zgłoszonych do BIG InfoMonitor zwiększyła się o 4,9 proc. (2,1 mld zł), są to przede wszystkim nieuregulowane rachunki za usługi telekomunikacyjne, telewizję kablową, prąd, gaz, czynsz, alimenty, grzywny, koszty sądowe, opłaty karne za jazdę bez biletu i opóźnione raty pożyczek, a także długi windykowane przez firmy windykacyjne. W sumie na koniec ubiegłego roku wyniosły prawie 44,3 mld zł. W przypadku zaległości kredytowych odnotowano wolniejsze tempo wzrostu, zresztą już dwa lata z rzędu – o 4,5 proc. (ponad 1,6 mld zł). Na koniec 2020 r. opóźnienia co najmniej 30-dniowe w spłacie kredytów wyniosły ponad 37,1 mld zł.

zaległe zobowiązaniaLiczba osób nie radzących sobie z terminową spłatą zobowiązań kredytowych oraz pozakredytowych przekroczyła na koniec 2020 r. 2,8 mln. W ciągu roku przybyło 8 066 niesolidnych dłużników (o 0,3 proc.), co daje ponad dwukrotnie niższą dynamikę przyrostu niż w poprzednim roku (o 0,7 proc.) i jeszcze niższą niż w 2018, kiedy to wzrost wyniósł 3,5 proc. Wśród 2,8 mln niesolidnych płatników przeważającą część stanowią pozakredytowi, jest ich powyżej 2,2 mln, podczas gdy kredytowych niecałe 1,2 mln, łącznie daje to ponad 3,4 mln osób, ale z uwagi na fakt, że 22,6 proc. z nich ma jednocześnie zaległości pozakredytowe i kredytowe problemy dotyczą 2,8 mln osób. Kłopoty widoczne w obu bazach ma 633,3 tys. osób o 10 tys. więcej niż na koniec 2019 r.

liczba osób nieregulujących zobowiązańW ciągu minionego roku o 1,1 proc. zwiększyła się tylko liczba dłużników pozakredytowych, przybyło 25 249 osób, które nie radziły sobie ze spłatą codziennych rachunków. To i tak o połowę mniej niż jeszcze rok wcześniej. W przypadku zobowiązań kredytowych liczba osób, które nie radziły sobie ze spłatą rat kredytów spadła o 7219 osób.

zaległę płatności polakówIndeks Zaległych Płatności Polaków, czyli wskaźnik pokazujący, ile osób na tysiąc dorosłych Polaków ma problemy z terminowym regulowaniem zobowiązań, podniósł się w ciągu roku o 0,2 p.p. z 88,9 do 89,1 pkt. Oznacza to, że na 1000 dorosłych Polaków 89 ma problemy finansowe. W 2020 roku najwyższa wartość wskaźnika IZPP została odnotowana na koniec II kw., kiedy to prawie 91 osób na 1000 dorosłych mieszkańców miało problemy finansowe.

Średnia kwota zaległego zobowiązania przypadająca na osobę to już 29 019 zł – wzrosła w 2020 r. o 1235 zł (4,4 proc.), czyli podobnie jak rok wcześniej. Zdecydowanie wyższe średnie zaległości mają jednak osoby, które nie radzą sobie z obsługą kredytów – 31 302 zł na osobę (wzrost przez rok o 1541 zł). Przeciętny dług pozakredytowy wynosi natomiast 19 659 zł i jest to o 709 zł więcej niż na koniec grudnia 2019 r.

Przez rok w największym stopniu, bo o 18 proc., wzrosła średnia wartość zaległości wynikających z prawomocnego wyroku sądowego z tytułem wykonawczym – z 8,9 tys. zł do ponad 10,4 tys. zł. Rok wcześniej w tej kategorii liderem wzrostów były długi alimentacyjne (o 40 proc.). Tym razem przeciętna zaległość alimentacyjna podwyższyła się o 3,2 proc., ale i tak jest to spora kwota, bo 41,2 tys. zł. O 9 proc. wzrosły zaległości dłużników wpisywanych do BIG InfoMonitor przez telekomy, znacząco choć podobnie jak w 2019 r. Nieznacznie spadła natomiast (o 13 zł) średnia dla zaległych kar za jazdę bez biletu, wynosi ona obecnie 668 zł.

zaległę płatności polaków 2Nadal utrzymuje się przewaga mężczyzn wśród osób posiadających zaległe zobowiązania kredytowe i pozakredytowe. Ich udział wynosi 61,5% i jest nieznacznie wyższy niż na koniec 2019 r. Mężczyzn ubyło jednak wśród niesolidnych dłużników pozakredytowych, z 63,2 proc. do 63 proc. Na tym samym poziomie co w 2019 r. utrzymuje się natomiast ich odsetek wśród osób posiadających zaległe zobowiązania kredytowe, bo już kolejny rok wynosi 54,8 proc. Średnia kwota zaległych zobowiązań panów wyniosła na koniec grudnia 2020 r. 31 422 zł, a pań 25 214 zł.

płeć a zagłużenieStatystyczny niesolidny dłużnik to mężczyzna między 35. a 44. rokiem życia. Pochodzi ze Śląska lub Mazowsza, stąd wywodzi się prawie jedna trzecia niesolidnych dłużników tej płci. Średnie zaległe zobowiązanie Ślązaka wynosi 29 710 zł i zwiększyło się w ciągu roku o 879 zł, zaś Mazowszanina – 41 678 zł i wzrosło o 1557 zł. Największy udział mężczyzn z problemami w obsłudze bieżących zobowiązań i kredytów widoczny jest natomiast w województwach: lubuskim (kłopoty ma 15 proc. męskiej populacji tego regionu), zachodniopomorskim (14,8 proc.) oraz dolnośląskim (14,7 proc.).

profil dłużnikaKolejny rok spada udział osób z mniejszymi zaległościami. Niespłacany dług do 5 tys. zł ma obecnie 42,3 proc. z ponad 2,8 mln niesolidnych dłużników, wobec 43,2 proc. przed rokiem. Na tym samym poziomie co w 2019 r. utrzymuje się udział osób z zaległościami od 5 do 10 tys. zł – wynosi 14,8 proc. Z kolei przybyło osób z zaległościami powyżej 10 tys. zł – z 42 do 43 proc. oraz z przekraczającymi 100 tys. zł z 5,2 proc. do 5,6 proc.

podział dłużników zaległości

podział dłużników zaległości pponad 10tysOd kilku lat największa część zaległych zobowiązań Polaków przypadała na osoby w wieku 35-44 lat, tym razem nieznacznie, ale jednak wyprzedziło ich pokolenie 45-55 latków, do których należy teraz 27,7 proc. (22,5 mld zł) z 81,4 mld zł sumy zaległości. W młodszym pokoleniu udział w sumie zaległości obniżył się w porównaniu ze statystykami z grudnia 2019, z 28,5 proc. do 27,6 proc. Podobnie stało się z udziałem w kwocie zaległości 18-24 latków i 25-34 latków. Finansowym wyzwaniom z zeszłego roku najtrudniej było sprostać osobom od 45. roku życia w górę. Przy zwiększonej o 3,7 mld zł do 81,39 mld zł sumie zaległości udział 45-54 latków wzrósł z 27 proc. do 27,7 proc., 55-64 latków pozostał na niezmienionym poziomie (18,6 proc.), a najbardziej podwyższył się w grupie 65+, z 11,5 proc. do 12,4 proc.

grupy wiekowe zaległościJeśli chodzi o niesolidnych dłużników, to tak jak wcześniej przeważają 35-44 latkowie. W tym wieku jest co czwarty z ponad 2,8 mln (25,5 proc.). Nieznacznie wzrosła reprezentacja osób od 45 do 54 lat, z 19,8 proc. do 20,3 proc. Bardziej widoczni stali się też dłużnicy w wieku 65+, jest ich w ogólnej liczbie niesolidnych płatników 13,7 proc., podczas gdy przed rokiem było 13,1 proc. Pozostałe grupy wiekowe mają niższą reprezentację niż na koniec 2019 r.

grupy wiekowe zaległości 2Rekord średniej zaległości – 39 511 zł, należy do osób w wieku między 45. a 54. rokiem życia. Stosunkowo wysokie przeciętne nieopłacone zobowiązania mają również 55-64 latkowie, 34 626 zł. Średnie kwoty zaległych zobowiązań powiększyły się we wszystkich przedziałach wiekowych w porównaniu z danymi z końca 2019 r.

grupy wiekowe przeciętne zaległościPrzez rok zaległe zobowiązania poszły w górę we wszystkich województwach. Najwyższe wzrosty, znacznie powyżej średniej dla kraju, odnotowano w województwach: mazowieckim (o 5,9 proc.), wielkopolskim (o 5,7 proc.), pomorskim (o 5,5 proc.), podkarpackim (o 5,4 proc.), lubelskim, opolskim i podlaskim – po 5,3 proc. oraz świętokrzyskim (4,9 proc.). Najmniej przyrosły zaległości na Śląsku o 3,2 proc. oraz w Zachodniopomorskiem o 3,4 proc.

łączna liczba zaległościNadal rekordowa kwota przypada na Mazowsze, po 2020 r. wynosi już 14,6 mld zł. Na drugiej pozycji uplasowało się woj. śląskie z zaległościami przekraczającymi 10,5 mld zł, a na trzeciej dolnośląskie z kwotą sięgającą prawie 7,4 mld zł. Niewiele mniej zaległych zobowiązań przypada też na Wielkopolskę – ponad 7,2 mld zł.

Najwięcej dłużników zamieszkuje Śląsk – prawie 387 tys. osób, jednak ich liczba, w porównaniu z 2019 rokiem, nieznacznie się zmniejszyła, o 0,2 proc. Poza tym regionem liczba dłużników spadła jeszcze w czterech województwach: o 0,6 proc. w lubelskim, o 0,4 proc. w zachodniopomorskim i po 0,1 proc. w dolnośląskim i kujawsko-pomorskim. Najwyższe wzrosty odnotowano na Podkarpaciu i Podlasiu – po 1,1 proc., a także w Małopolsce – o 1 proc.

Według danych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor i bazie BIK, zachodnia i północna część Polski utrzymuje najwyższy odsetek osób z problemami w obsłudze bieżących płatności i rat kredytów. Najwyższy w kraju udział niesolidnych dłużników w dorosłej populacji mają bowiem województwa lubuskie i zachodniopomorskie. Tuż za nimi są woj. dolnośląskie, kujawsko-pomorskie, warmińsko-mazurskie, śląskie i pomorskie, gdzie liczba dłużników na 1000 dorosłych mieszkańców przekracza 100 osób. W 7 województwach odsetek niesolidnych dłużników przez rok wzrósł, są to: warmińsko-mazurskie, wielkopolskie, łódzkie, mazowieckie, opolskie, podlaskie i małopolskie. W pozostałych od roku utrzymuje się na takim samym poziomie.

województwka liczba zaległościW porównaniu z danymi z grudnia 2019 r. średnia zaległość wzrosła w każdym województwie. Najwyższą średnią zaległość na osobę mają mieszkańcy woj. mazowieckiego – 39 829 zł. Druga pod względem wysokości średnia na osobę przypada na woj. małopolskie – 30 239 zł. Na trzeciej pozycji, jeśli chodzi o średnie zaległości, znajdują się osoby z adresem w woj. pomorskim, przeciętnie 29 855 zł. Wysoka średnia zaległość występuje także w województwach zachodniopomorskim – 29 658 zł i łódzkim – 29 439 zł.

Przeciętne przeterminowane zobowiązanie w kraju to obecnie 29 019 zł – jest o 4,4 proc. wyższe niż przed rokiem.

kwoty zaległościPrzez kilka lat niechlubny spis dłużników–rekordzistów otwierał mieszkaniec woj. lubelskiego. Z końcem grudnia 2020 r. zastąpił go 47-letni mieszkaniec Pomorza z zaległością w wysokości prawie 75,8 mln zł. Dług 64-latka z Lubelszczyzny jest niższy o 1,8 mln zł, co plasuje go teraz na drugiej pozycji niechlubnego rankingu. W wyniku zmian, na trzecie miejsce z drugiego zdegradowany został 38-letni rekordzista z Pomorza z zaległymi zobowiązaniami na kwotę ponad 48 mln zł. Na czwartym miejscu znalazła się jedna z dwóch kobiet TOP 10, 39-latka, która ma do oddania 47,7 mln zł zaległości. Pochodzi z Mazowsza tak jak połowa rekordzistów z pierwszej dziesiątki.

Łączna kwota zaległości 10 najbardziej zadłużonych wynosi już prawie 444 mln zł i niewiele ustępuje zaległościom mieszkańców niemałych miast. Np. w Białymstoku 16 tys. niesolidnych płatników ma razem 450 mln zł długów, w Kielcach prawie 15 tys. osób ma do zwrotu 463 mln zł, a w Radomiu ponad 19 tys. osób – 472 mln zł. Długi rekordzistów podwyższyły się przez rok o jedną szóstą, spadła natomiast ich średnia wieku, z niecałych 57 do 56 lat.

top 10 osób z zaległościami w polscerekordziści zaległości

Rośnie popyt na kredyty mieszkaniowe – luty 2021 r.

Drugi w tym roku, dodatni odczyt BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM) wyniósł 17,1%, co oznacza, że w lutym 2021 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 17,1% w porównaniu z lutym 2020 r. Wartość BIK Indeksu – PKM informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych.

W lutym 2021 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 47,14 tys. potencjalnych kredytobiorców, w porównaniu do 42,87 tys. rok wcześniej – jest to wzrost o +9,9%. W porównaniu do stycznia 2021 r., liczba wnioskujących wzrosła o 25,9%, a w stosunku do minimum z kwietnia 2020 r. wzrosła aż o 69,5%. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w lutym br. wyniosła 311,2 tys. zł i była o 6,6% wyższa niż w lutym 2020 r.

– Na wartość Indeksu pozytywnie wpłynął wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu, która jest rekordowa w całej historii, przy dużej liczbie wnioskodawców. Popyt w ujęciu liczby osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy odbudował się, a nawet jest wyższy od poziomu sprzed pandemii. Po serii ujemnych odczytów z okresu marzec – sierpień 2020 r. oraz listopada 2020 r. mamy już kolejny wysoki dodatni odczyt w tym roku. Wartość Indeksu w porównaniu do odczytu ze stycznia 2021 r. nieznacznie jednak spadła o 1,0 p.p.

– Na szczególną uwagę zasługuje wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu. Odzwierciedla to obecną sytuację na rynku mieszkaniowym, wzrost średniej ceny PUM-u oraz zakup większych nieruchomości. Trzeba również pamiętać, że banki poluzowały wymagania odnośnie wkładu własnego (spadek wymaganego wkładu), co przekłada się na akceptowanie wyższej wartości wskaźnika LtV. Jednak z uwagi na pandemię oraz z jednej strony początek trzeciej fali, jaką mamy w marcu, a z drugiej strony wzrost liczby osób zaszczepionych powodują, że sytuacja na rynku kredytów hipotecznych będzie dynamiczna – trudno więc obecnie prognozować, jaki będzie popyt na kredyty mieszkaniowe w całym 2021 r. Przy optymistycznym scenariuszu, utrzyma się dodatni trend popytu na kredyty mieszkaniowe, jednak może być on labilny w poszczególnych miesiącach – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Trzeba również pamiętać, że Indeks opisuje jedynie stronę popytową rynku kredytów mieszkaniowych i to tylko w wymiarze wartościowym. Wartość akcji kredytowej jest determinowana polityką kredytową banków, która określi poziom akceptacji wniosków kredytowych. W ostatnim okresie trzy na cztery osoby wnioskujące o kredyt mieszkaniowy otrzymuje pozytywną decyzję o przyznaniu kredytu, co oznacza, że poziom akceptacji wniosków o kredyt mieszkaniowy z poziomu wnioskodawcy wynosi ok. 75% – dodaje prof. Rogowski.
popyt na kredyty mieszkaniowe – luty 2021

Metodyka indeksu:

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe
na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.

W kwietniu możliwe duże zmiany w ubezpieczeniach społecznych. Rząd pracuje nad ustawą, która ma usprawnić rozliczenia płatników z ZUS-em

1 kwietnia 2021 roku ma wejść w życie nowelizacja ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, nad którą pracuje Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej. Zgodnie z założeniami projekt ma uporządkować system ubezpieczeń społecznych, wprowadzić jednolite rozwiązania w zakresie przyznawania i wypłaty świadczeń oraz usprawnić rozliczanie płatników z ZUS-em. Część rozwiązań budzi jednak wątpliwości. – Skrócenie do roku możliwości samodzielnego złożenia korekt informacji ZUS IWA, czyli dokumentów, na podstawie których ZUS ustala wysokość składki wypadkowej dla płatnika, zaburza równowagę między przedsiębiorcą a urzędem – komentują eksperci Inventage.

 Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej ogłosiło projekt z dnia 22 stycznia bieżącego roku o zmianie ustawy o ubezpieczeniach społecznych oraz innych ustaw. Projekt ten zakłada zmianę łącznie w dziewięciu ustawach – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Jędruchniewicz, dyrektor Działu Składek ZUS i Bezpieczeństwa Pracy w Inventage.

Projekt zmian został skierowany na początku lutego do konsultacji społecznych. Jego celem jest uporządkowanie systemu ubezpieczeń społecznych, wprowadzenie jednolitych rozwiązań w zakresie przyznawania i wypłaty świadczeń, usprawnienie funkcjonowania ZUS-u w kontekście gospodarki finansowej oraz rozliczeń z płatnikami składek. Projekt eliminuje też wątpliwości interpretacyjne, które pojawiły się na etapie stosowania obowiązujących przepisów.

 W sytuacji, gdy płatnik składek miał odmienne zdanie od decyzji ZUS-u, sprawy były kierowane na drogę sądową. Sprawy te trwały wielokrotnie latami, zaś w konsekwencji i tak sąd przyznawał rację płatnikom składek. Czytając aktualne przepisy, odnosimy wrażenie, że wiele z nich i tak dalej będzie budziło wątpliwości interpretacyjne. Ponadto wiele przepisów ograniczy prawa przedsiębiorców, dodatkowo uderzy to również w finanse spółek – wskazuje Jolanta Rybak, analityk Działu Składek ZUS i Bezpieczeństwa Pracy w Inventage.

Zgodnie z propozycjami zmian ujednolicone zostaną zasady objęcia ubezpieczeniami społecznymi wspólników jednoosobowych spółek z o.o oraz spółki jawnej, partnerskiej lub komandytowej. Od 1 stycznia 2022 roku ma zacząć obowiązywać bezgotówkowa firma wypłaty świadczeń długoterminowych.

Jedna ze zmian, które wejdą w życie już od 1 kwietnia tego roku, będzie dotyczyła skrócenia okresów, w których płatnik może sporządzać korekty informacji ZUS IWA – mówi Rafał Jędruchniewicz.

Jest to składany co roku przez płatnika (zatrudniającego co najmniej dziewięciu pracowników) formularz, na podstawie którego ZUS ustala wysokość składki wypadkowej dla danego przedsiębiorstwa. Ten zapis budzi wątpliwości ekspertów.

– Jeżeli projekt wejdzie w życie w obecnym kształcie, płatnik będzie miał prawo tylko do korekty informacji ZUS IWA jeden rok wstecz. Natomiast ZUS będzie miał prawo do zmieniania tych danych za kilka lat wstecz. To ewidentnie zaburza zasadę równowagi stron – ocenia dyrektor Działu Składek ZUS i Bezpieczeństwa Pracy w Inventage.

– Widzimy tutaj rozbieżność i nierówne traktowanie, ponieważ płatnik będzie miał na korektę tylko rok, zaś ZUS – pięć lat. Niezrozumiałe jest zatem, dlaczego ustawodawca ogranicza tylko jedną ze stron, a ZUS otrzymuje prawo do skontrolowania płatnika i sporządzenia korekt informacji ZUS IWA za pięć lat do tyłu – podkreśla Jolanta Rybak.

Składka wypadkowa jako jedyna spośród składek na ubezpieczenia społeczne jest ruchoma. ZUS ustala ją na podstawie składanych co roku informacji dotyczących m.in. rodzaju działalności gospodarczej, liczby ubezpieczonych, pracowników zatrudnionych w warunkach zagrożenia, a także danych dotyczących liczby osób poszkodowanych w wypadkach przy pracy, jakie miały miejsce w roku, za który jest składany formularz ZUS IWA. Co istotne, do wyliczenia wysokości stopy procentowej na dany okres składkowy bierze się pod uwagę dane z trzech poprzednich informacji ZUS IWA. Zgodnie z projektem, jeśli płatnik zauważy w nich błąd, będzie mógł go skorygować w jednej deklaracji – z ostatniego roku

– Zablokowanie możliwości korekty informacji za lata wstecz będzie miało swoje odzwierciedlenie w tym, że w dokumentach mogą pojawić się na zawsze błędne dane, które mają bezpośrednie przełożenie na to, że płatnik będzie odprowadzał do ZUS-u błędnie ustalone stawki – zauważa Rafał Jędruchniewicz.

Dotychczas przedsiębiorca mógł skontrolować dokumenty, a w przypadku zauważenia nieprawidłowości – do korekty danych. Ograniczenie skorygowania deklaracji tylko do roku wstecz może oznaczać, że płatnik może opłacać wyższe składki, niż powinien.

– Współpracujemy z wieloma przedsiębiorstwami i w ostatnim czasie docierają do nas sygnały, że są bardzo zaniepokojeni nierównym traktowaniem ich przez państwo. Z jednej strony otrzymują wsparcie w postaci tarcz antykryzysowych, natomiast z drugiej strony bezpośrednio uderza się w nich przepisami prawa, które mają na celu zablokowanie ich, aby nie mogli odzyskać nadpłaconych składek z lat poprzednich – mówi ekspert Inventage.

W czasie pandemii Polacy zaczęli korzystać z carsharingu na dłuższe dystanse. Na krótkoterminowy wynajem aut stawia też coraz więcej firm

W czasie kolejnych lockdownów mobilność Polaków była mniejsza, ale z drugiej strony własny samochód stał się jedynym pewnym i bezpiecznym środkiem transportu. Za zmianami wynikającymi z obostrzeń pandemicznych szybko nadążyły też firmy carsharingowe, które wprowadziły do oferty usługę dezynfekcji pojazdu, tak żeby ich użytkowanie było bezpieczne dla zdrowia. Po chwilowym zahamowaniu popytu w ubiegłym roku w kolejnych miesiącach klienci chętniej sięgali po auta na minuty. I to nie tylko na krótkich dystansach, lecz również na dłuższe podróże. – Musieliśmy rozszerzyć naszą ofertę o pakiety dobowe czy tygodniowe i weszliśmy do 100 kolejnych miast – mówi Maciej Panek z PANEK Carsharing. Wynajem aut na minuty – zamiast własnej floty – rozważa też coraz więcej firm.

– Pandemia wpłynęła rozwojowo na polski rynek carsharingowy. W pierwszej fali byliśmy skonsternowani i nie wiedzieliśmy, jak sobie z tym poradzić, ale później nastąpiła decyzja, że wchodzimy w inwestycje. W czasie pandemii liczba lokalizacji, w których byliśmy obecni, wzrosła najpierw do 150, a potem 250 miast. W efekcie jesteśmy teraz obecni we wszystkich miastach w Polsce, które mają powyżej 20 tys. mieszkańców – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Panek, prezes zarządu PANEK Carsharing.

Kolejne lockdowny i restrykcje związane z przemieszczaniem się, obawy przed zakażeniem czy praca zdalna spowodowały, że popyt na usługi carsharingu początkowo zmalał. Z drugiej strony część osób – z obawy przed zakażeniem – zrezygnowała z transportu miejskiego i publicznego, część była do tego zmuszona, bo na czas pandemii niektóre połączenia autobusowe i kolejowe zostały zawieszone. Własny samochód stał się jedynym pewnym i bezpiecznym środkiem transportu. Nie każdy jednak jest posiadaczem auta, dlatego na carsharing zdecydowała się część spośród tych osób, które wcześniej z niego nie korzystały.

Z październikowego raportu Fundacji Digital Poland („Pandemia a współdzielona mobilność”) wynika, że odsetek aktywnych użytkowników carsharingu, korzystających z tej usługi przynajmniej kilka razy w miesiącu, zmniejszył się z 35 do 20 proc., za to zwiększył się (z 11 do 17 proc.) odsetek korzystających kilka razy w tygodniu. 45 proc. użytkowników zadeklarowało, że w kolejnych sześciu miesiącach zamierza korzystać z usługi carsharingu tak samo często jak do tej pory. Co piąty zadeklarował, że będzie korzystać z wynajmu aut na minuty rzadziej, a 14 proc. – że częściej.

– Klienci w czasie pandemii zmienili swoje przyzwyczajenia dotyczące carsharingu. Wcześniej jeździli głównie na minuty, na krótkich dystansach. Natomiast kiedy przyszła pierwsza, a potem druga fala pandemii i rozszerzyliśmy liczbę naszych lokalizacji, klienci zaczęli poruszać się po całej Polsce, dystanse zaczęły być coraz dłuższe. To spowodowało, że zdecydowaliśmy się rozszerzyć naszą ofertę wynajmu aut nie tylko na minuty, ale też na pakiety dobowe czy tygodniowe, które obecnie są bardzo chętnie wykorzystywane przez klientów – wskazuje prezes zarządu PANEK Carsharing.

Pandemia wymusiła też na firmach działających w branży carsharingu konieczność natychmiastowego przystosowania się do nowych realiów rynkowych, w tym m.in. dużo częstszą dezynfekcję pojazdów i zrewidowanie swojego modelu biznesowego. Część z nich nie poradziła sobie z przejściowymi problemami i spadkiem popytu. W efekcie w październiku litewska firma City Bee (oferowała flotę pojazdów dostawczych) poinformowała, że po dwóch latach wycofuje się z Polski. Z kolei na początku lutego Innogy Go! (operator floty samochodów elektrycznych na wynajem) ogłosiło, że w marcu zniknie z warszawskich ulic. Działalność zakończyły również eCar od Taurona oraz GreenGoo. Prezes PANEK Carsharing ocenia jednak, że nie zwiastuje to problemów całej branży.

– Zakończenie działalności jednego z liderów warszawskiej branży carsharingu to dla nas z jednej strony przykra niespodzianka, bo konkurencja zawsze stymuluje do poprawiania jakości. Z drugiej strony przyznam, że nie jest to dla nas zaskoczenie. Carsharing wyłącznie na autach elektrycznych się nie sprawdza, inwestycja tego typu jest nieopłacalna i nierentowna. Natomiast to absolutnie nie oznacza problemów, a tym bardziej końca branży carsharingowej. Na przykładzie naszej firmy widzimy, że liczba klientów jest coraz większa. Notujemy ponad tysiąc nowych klientów dziennie, a obroty cały czas rosną. Dlatego perspektywy rynku na ten i przyszły rok postrzegamy w bardzo dobrych barwach – ocenia prezes największej firmy carsharingowej w Polsce.

W tej chwili PANEK CarSharing, po niespełna czterech latach działalności, ma już ponad 50-proc. udział w polskim rynku, dysponując flotą ok. 2,3 tys. samochodów. Firma skupia się m.in. na rozwijaniu swojej floty, liczącej 30 różnych modeli aut, oraz wprowadzaniu elastycznych pakietów i taryf, jak najbardziej odpowiadających zapotrzebowaniu klientów.

– Z perspektywy klienta kluczowe w carsharingu są przede wszystkim dostępność samochodów oraz elastyczność oferty cenowej, żeby każdy – w zależności od swojego zapotrzebowania – dostał ofertę uszytą na miarę. To też ostatecznie stymuluje wzrost zainteresowania tą usługą – mówi Leszek Leśniak, dyrektor wykonawczy w PANEK Carsharing.

Carsharing już od kilku lat jest – zarówno w Polsce, jak i w Europie – jedną z najbardziej dynamicznie rozwijających się usług w obszarze mobilności. Z ubiegłorocznego, sierpniowego badania przeprowadzonego przez IQS dla Fundacji Digital Poland wynika, że 34 proc. Polaków przynajmniej raz w ciągu poprzedzających 12 miesięcy skorzystało z firmy lub aplikacji do wynajmu aut na minuty. Na ten typ usług przed wybuchem pandemii użytkownicy przeznaczali średnio 133 zł miesięcznie, dostrzegając szereg zalet takich jak wygoda, oszczędność czasu czy brak obowiązków związanych z obsługą pojazdu.

Dyrektor wykonawczy PANEK Carsharing podkreśla, że szansą rozwoju dla branży jest już nie tylko rynek klientów indywidualnych, lecz także firmowych. Wynika to głównie z faktu, że przedsiębiorstwa – w obliczu recesji, spadku przychodów i cięcia kosztów – będą coraz częściej ograniczać albo rezygnować z posiadania własnych flot.

– Usługodawcy carsharingu w Polsce coraz chętniej spoglądają w kierunku ofertowania przedsiębiorstw – mówi Leszek Leśniak. – Okres pandemiczny zmienia optykę przedsiębiorców i ich podejście do zarządzania transportem, podróżami służbowymi i własną flotą, która w dużych firmach często jest mocno rozrośnięta. Tymczasem rozwój zdalnej pracy zmniejszy zapotrzebowanie na podróże służbowe, a carsharing – dzięki elastycznym rozwiązaniom i możliwości naliczania opłat tylko za faktyczny czas wykorzystywania pojazdu – jest znacznie ciekawszą opcją niż utrzymywanie flot kilkuset lub kilku tysięcy aut.

Do końca czerwca Krajowy Plan Odbudowy powinien uzyskać zgodę Komisji Europejskiej. Polska liczy na pierwsze środki już w wakacje

W drugiej połowie tego roku krajową gospodarkę powinny realnie wesprzeć środki przewidziane na realizację Krajowego Planu Odbudowy. Projekt tego dokumentu kilka dni temu trafił do konsultacji. Jego głównymi celami mają być m.in. wzmocnienie konkurencyjności i odbudowa polskiej gospodarki po pandemii, wsparcie ochrony zdrowia i zielonej transformacji. Do rozdysponowania będzie prawie 60 mld euro. – W najbliższych miesiącach będziemy obserwowali boom gospodarczy i rozwojowy, o ile uporamy się z pandemią – mówi wiceminister Waldemar Buda. 

– Krajowy Plan Odbudowy to instrument, który pozwoli nam zassać środki z europejskiego Funduszu Odbudowy. To interwencja pocovidowa, na którą będą przeznaczone ogromne środki, ok. 58 mln euro podzielone na bezzwrotne dotacje i instrumenty pożyczkowe. Ten kapitał pozwoli nam dość sprawnie, punktowo zareagować tam, gdzie COVID sprawił największe trudności – mówi agencji Newseria Biznes Waldemar Buda, sekretarz stanu w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej.

Unijny Fundusz Odbudowy to ponad 750 mld euro na odbudowę europejskich gospodarek po pandemii koronawirusa. Polska będzie czwartym co do wielkości beneficjentem tych środków. Z otrzymanej puli 23,9 mld euro będą stanowić bezzwrotne granty, a 34,2 mld euro trafi na pożyczki. Aby uruchomić te fundusze, każde z państw członkowskich UE musi najpierw opracować swój plan inwestycji i reform na nadchodzące lata, czyli Krajowy Plan Odbudowy (KPO), i przedłożyć go Komisji Europejskiej.

1 marca Polska przekazała już do KE założenia i wstępny projekt swojego KPO. Dokument liczący ponad 230 stron zakłada m.in., że do sierpnia 2026 roku państwo wyda całą pulę bezzwrotnych dotacji, a następnie zostaną uruchomione instrumenty pożyczkowe jako element uzupełniający. Pierwsze środki finansowe przewidziane na realizację krajowego KPO mają popłynąć w połowie tego roku.

– Mam nadzieję, że w wakacje będziemy już mieli pierwszą zaliczkę, bo w ramach Krajowego Planu Odbudowy mamy 13 proc. zaliczki. Później te środki muszą być dystrybuowane w konkursach i programach kierowanych do poszczególnych beneficjentów – mówi wiceminister funduszy i polityki regionalnej. – Równolegle będziemy uruchamiać wiele inwestycji ze środków krajowych, więc mam nadzieję, że jeszcze w 2021 roku zobaczymy te środki w gospodarce.

KPO został oparty na pięciu filarach, na których wsparcie przewidziano konkretne środki. Pierwszym jest wzmocnienie konkurencyjności i odbudowa polskiej gospodarki po pandemii COVID-19, a na inwestycje w tym obszarze zarezerwowano 18,6 mld zł. Kolejne filary KPO to cyfryzacja (13,7 mld zł), wzmocnienie sektora ochrony zdrowia (19,2 mld zł), zielona i inteligentna mobilność (27,4 mld zł) oraz zielona energia i transformacja energetyczna (28,6 mld zł).

– Wyznaczyliśmy pięć najistotniejszych filarów wymagających interwencji i postawiliśmy szczegółowe wytyczne, m.in. 37 proc. inwestycji chcielibyśmy skierować właśnie na klimat i środowisko, a 20 proc. – na cyfryzację. W każdym z tych segmentów mamy od kilkunastu do kilkudziesięciu miliardów i to są duże środki, ale potrafimy je wykorzystać. Jeśli dołożymy do tego plany Nowego Polskiego Ładu, który ma zaangażować bardzo duże środki krajowe w procesy inwestycyjne w różnych sektorach, to pokazuje, że najbliższy czas będzie okresem wielkich inwestycji, które mają pobudzić gospodarkę. Będziemy obserwowali boom gospodarczy i rozwojowy w najbliższych miesiącach, o ile – tutaj stawiam jasny warunek – uporamy się z pandemią – mówi Waldemar Buda.

Jak podkreśla, w tej chwili dynamika inwestycji jest hamowana przez koronawirusa.

– Mamy nadzieję, że w II kwartale tego roku uzyskamy już kontrolę nad pandemią – mówi wiceminister.

Krajowy Plan Odbudowy ma przejść jeszcze proces szerokich konsultacji społecznych, w których udział może wziąć każdy. Konsultacje rozpoczęły się 26 lutego i potrwają do 2 kwietnia, po czym projekt KPO zostanie przekazany do rozpatrzenia Radzie Ministrów. Następnie do końca kwietnia Polska ma czas na przekazanie ostatecznej wersji planu do Komisji Europejskiej, która będzie mieć z kolei dwa miesiące na jego zaakceptowanie.

Efektem pandemii może być fala samobójstw wśród nastolatków. Prawie 40 proc. zmaga się z objawami depresji, a co piąty z nich ma myśli samobójcze

Polska jeszcze przed pandemią COVID-19 była w niechlubnej czołówce państw z najwyższym odsetkiem samobójstw wśród dzieci i młodzieży. W 2019 roku w grupie wiekowej 13–18 lat odnotowano blisko tysiąc prób samobójczych. W ubiegłym roku było ich nieco mniej, ale specjaliści od zdrowia psychicznego obawiają się, że długotrwałym skutkiem pandemii może być fala samobójstw wśród nastolatków. – W grupie nastolatków z objawami depresji, potrzebującej natychmiastowej pomocy psychologa i psychiatry, ok. 18 proc. zmaga się z myślami samobójczymi – alarmuje psycholog dr Beata Rajba. – Nie oznacza to, że te nastolatki popełnią samobójstwo, ale że są w grupie wysokiego ryzyka i potrzebują natychmiastowej pomocy – dodaje. 

Badania przeprowadzone przez PAN pokazują, że pandemia COVID-19 przyczyniła się do pogorszenia stanu zdrowia psychicznego zwłaszcza wśród tych osób, które już wcześniej zmagały się z problemami. Drugą grupą najbardziej narażoną na jej negatywne oddziaływanie są nastolatki i dzieci.

– To nas zaskoczyło, bo wydawało się, że nastolatki wręcz się będą cieszyć. Nie mają szkoły, nie są w grupie ryzyka. Okazało się natomiast, że wręcz przeciwnie – już w czasie pierwszego lockdownu 44 proc. dzieci zmagało się z objawami depresji. W tej chwili ten wynik jest trochę niższy i wynosi 38 proc. Natomiast u tych dzieci, które mają objawy depresji, nastrój się znacznie pogorszył – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Beata Rajba, psycholog z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej.

Polska jeszcze przed pandemią COVID-19 była w niechlubnej czołówce państw z najwyższym odsetkiem samobójstw wśród dzieci i młodzieży. W 2019 roku w grupie wiekowej 13–18 lat odnotowano 905 prób samobójczych, a na przestrzeni poprzednich sześciu lat ich liczba wzrosła dwuipółkrotnie. W ubiegłym roku prób było 814. Mimo nieznacznego spadku specjaliści od zdrowia psychicznego obawiają się, że długotrwałym skutkiem pandemii może być fala samobójstw wśród nastolatków.

W tej skrajnej grupie – potrzebującej pilnej pomocy psychologa i psychiatry – ok. 18 proc. zmaga się z myślami samobójczymi, z czego 11 proc. wręcz ma myśli samobójcze z zamiarem, czyli chciałoby popełnić samobójstwo – alarmuje psycholog.  Nie oznacza to, że 11% nastolatków się zabije, ale że są w grupie wysokiego ryzyka i powinny natychmiastowo uzyskać pomoc. 

Zwłaszcza że sytuacji nie poprawia utrudniony dostęp do lekarzy specjalistów. Według rejestru Naczelnej Izby Lekarskiej w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży aktywnych jest 482 lekarzy.

– Na kilka tysięcy dzieci przypada mniej więcej jeden psychiatra. Trochę lepiej jest w przypadku dorosłych, ale to wciąż za mało. Natomiast jeżeli depresja nie jest bardzo nasilona, to nie musi być psychiatra, bo psycholog lub psychoterapeuta może pomóc równie skutecznie, a ich dostępność jest większa – mówi dr Beata Rajba.

Badania PAN pokazują, że nie tylko dzieci i nastolatki, lecz także dorośli Polacy kiepsko radzą sobie z psychicznymi skutkami pandemii. W tej chwili mniej więcej dwa razy więcej osób niż jeszcze w 2018 roku zmaga się z objawami depresji. Dotyczy to już blisko 40 proc. Polaków, z których przynajmniej kilkanaście procent wymaga natychmiastowej pomocy.

– Pandemia postawiła nas w sytuacji kryzysowej, która rozpisała się w trzy podstawowe fazy. Pierwszą fazą, którą przeżyliśmy w marcu zeszłego roku, była dezorganizacja. Wtedy rzuciliśmy się do sklepów kupować papier toaletowy i makaron. Później nastąpiła dosyć długa faza adaptacji, kiedy jakoś sobie radziliśmy. Przy czym „jakoś” oznacza tak naprawdę „z dużym wysiłkiem”. To doprowadziło nas do trzeciej fazy wyczerpania, w której nawet połowa Polaków zmaga się z problemami psychicznymi, takimi jak bezsenność, depresja czy zaburzenia lękowe – mówi psycholog z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej.

Badanie przeprowadzone dla Human Power na grupie blisko 1,4 tys. osób pokazało, że po roku trwania pandemii ok. 80 proc. doświadcza trudnych do opanowania ataków paniki, a 68 proc. odczuwa więcej stresu. Niemal połowa ma też problemy z jakością snu, a blisko 40 proc. przyznało, że czuje się psychicznie gorzej niż wtedy, kiedy pandemia dopiero się zaczęła. Z sondażu wynika też, że dominującymi stanami, które towarzyszą w tej chwili wielu Polakom, są lęk oraz stres.

Efekty pandemii są też widoczne w rosnącej sprzedaży alkoholu, nasileniu problemu przemocy domowej, rosnącej liczbie rozwodów i osłabieniu kontaktów społecznych, bo funkcjonowanie online przełożyło się na rozluźnienie więzi i samotność.

– Długofalowe skutki pandemii i izolacji to przede wszystkim zwiększenie dystansu. Nie tylko społecznego, ale też emocjonalnego. Nasze relacje się rozluźniają, często ograniczają się do kurtuazyjnych like’ów albo komentarzy na Facebooku. W social mediach zwykle pokazujemy superuśmiech, ale nie pokazujemy tych momentów, kiedy potrzebujemy wsparcia. Poza tym prawdopodobnie życie w jeszcze większym stopniu przeniesie się do sieci, bo już widać, że coraz lepiej radzimy sobie z pracą zdalną, z nauką przez internet i to pewnie będzie coś, co zmieni dotychczasowy sposób pracy i funkcjonowania – mówi dr Beata Rajba.

Ekspertka wskazuje, że Polacy radzą sobie z pandemią na bardzo różne sposoby. Część udaje, że życie wróciło do normy, wirusa już nie ma i bawi się na spontanicznych imprezach w Zakopanem. Część ucieka w spiskowe teorie, negując noszenie maseczek czy istnienie samej pandemii. Jeszcze inni popadają w rezygnację albo starają się po prostu przetrwać ciężki czas, jednak mają przy tym coraz mniej cierpliwości, przez co odczuwają rosnące rozdrażnienie.

 Jak możemy sobie pomóc? Przede wszystkim możemy zadbać o higienę psychiczną, czyli przynajmniej spróbować oddzielić pracę od życia prywatnego, nawet jeśli pracujemy w domu. Możemy zadbać o sen, jedzenie i odpowiednią dawkę ruchu. Oprócz tego, jeżeli zauważymy u siebie pierwsze objawy depresji, nie ma co chować głowy w piasek, nie ma co myśleć, że to przejdzie, i należy pójść do specjalisty – radzi psycholog. – Bardzo optymistycznym wynikiem naszych badań jest to, że angażowanie się w działania prospołeczne chroni naszą psychikę. Osoby, które np. robią zakupy osobom starszym albo wyprowadzają psy na spacer, nie tylko nie doświadczają obniżenia nastroju, ale wręcz często mają ten nastrój coraz lepszy.

 

Sztuczna inteligencja pozwala szybko opracowywać nowe linie leczenia chorób. Przyszłością medycyny mogą być też biokomputery

Wykorzystanie algorytmów uczenia maszynowego umożliwia wprowadzenie badań nad DNA na nieosiągalny dotychczas poziom. Dzięki rozwiązaniom bioinformatycznym można było w mniej niż dwa dni wytypować potencjalne leki na koronawirusa, a także zwiększyć wiedzę o wirusach zasiedlających ludzkie jelita. Naukowcy testują już nawet komputery bazujące na przesyłaniu informacji z wykorzystaniem ludzkich komórek. Światowy rynek bioinformatyki do 2027 roku zwiększy swoją wartość prawie trzykrotnie.

– Bioinformatyka pozwala zbudować model informatyczny czy matematyczny i potem rozwiązywać narzędziami właściwymi dla informatyki różne problemy, takie jak na przykład problem sekwencjonowania DNA. Biochemicy są w stanie poszatkować genom i dostarczyć nam setek jego fragmentów, ale my potrzebujemy ich miliardów. Żeby złożyć ten miliard, potrzebujemy dobrego algorytmu i to jest właśnie bioinformatyka – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Jacek Błażewicz, dyrektor Instytutu Informatyki Politechniki Poznańskiej, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk.

Opierając się na rozwiązaniach bioinformatycznych, naukowcy z Wellcome Sanger Institute oraz EMBL’s European Bioinformatics Institute (EMBL-EBI) zidentyfikowali ponad 140 tys. wirusów zasiedlających ludzkie jelita. Ponad połowa z nich nie była wcześniej znana. Może mieć to kluczowe znaczenie dla rozwoju badań nad przyczynami niektórych chorób. Co szczególnie istotne, jedna z nowo odkrytych gałęzi wirusów jest drugą pod względem stopnia rozpowszechnienia w ludzkich jelitach. Zdaniem ekspertów przy wykorzystaniu tradycyjnych, niewspieranych informatycznie metod tego typu odkrycia najprawdopodobniej nie byłyby możliwe.

– Biolodzy nie poradzą sobie sami. Musimy współpracować. Bioinformatyka to oczywiście sekwencje, ale ważna jest analiza tych sekwencji, zrozumienie, co one przedstawiają. I tu bez sztucznej inteligencji oczywiście się nie obejdzie, bo występuje za dużo kombinacji – wskazuje  dr hab. inż. Jacek Błażewicz.

Uczenie maszynowe w bioinformatyce zostało wykorzystane w poszukiwaniu możliwych leków do walki z koronawirusem. Superkomputer IBM Summit w niespełna dwa dni, wykorzystując symulację uruchomioną kodem bioinformatycznym, przeszukał struktury molekularne związków, które mogłyby zwalczyć ten patogen.

– Oczywiście pandemia ma duży wpływ na rozwój bioinformatyki, bo pokazuje wagę problemów zdrowia, wagę problemów medycyny dla funkcjonowania dzisiejszej społeczności – mówi naukowiec.

Kluczowe w rozwoju bioinformatyki może być wykorzystanie biokomputerów. Przykładem takiego wdrożenia może być urządzenie zbudowane przez naukowców z Politechniki Federalnej w Zurychu oraz Uniwersytetu w Bazylei. Wykorzystując dziewięć populacji ludzkich komórek, zbudowali strukturę działającą jak elektroniczny obwód obliczeniowy. Tak powstał żywy komputer reagujący na przekazywane mu informacje chemiczne i przetwarzający je przez podstawowe bramki logiczne.

– Biokomputer można też rozumieć jako coś, co sprzęga się w nanoprocesor z pewnym elementem wykonawczym i np. wpuszcza się w krwiobieg człowieka, by tam analizował i przesyłał pewne dane – wskazuje dyrektor Instytutu Informatyki Politechniki Poznańskiej. – Ileś lat temu mówiło się o komputerach DNA, które bazowały na przetwarzaniu cząsteczek DNA i wyciąganiu jakichś informacji. Ma to jednak ograniczenia, ponieważ w zasadzie trzeba budować komputer dla konkretnego problemu.

Według Allied Market Research światowy rynek bioinformatyki do 2027 roku osiągnie wartość 24,7 mld dol.

Udział węgla w polskiej energetyce spadł do rekordowo niskich poziomów. Odejście od niego wymaga jednak budowy niskoemisyjnego miksu energetycznego

Choć Unia Europejska przeznaczyła 2 mld euro na pomoc Polsce w dekarbonizacji, to jesteśmy jedynym krajem w Europie, który obecnie zużywa do ogrzewania więcej węgla niż jeszcze w 1990 roku. W wyniku pandemii koronawirusa globalne zapotrzebowanie na energię w całym 2020 roku spadło o kilka procent, jednak wraz z upływem czasu będzie ono znacznie większe. Przyszłością są niskoemisyjne źródła energii – fotowoltaika, farmy wiatrowe i energetyka jądrowa. – Potrzebna jest nie tylko szybka przemiana energetyki w stronę pozyskiwania ze źródeł nieemisyjnych, ale i magazynowanie energii – przekonuje prof. dr hab. Szymon Malinowski, dyrektor Instytutu Geofizyki na Uniwersytecie Warszawskim.

– Nie ma źródeł energii, które są zupełnie neutralne dla środowiska i dla klimatu, więc powinniśmy mówić o niskoemisyjnych źródłach energii. W zasadzie w tej chwili mamy trzy możliwe do zastosowania na większą skalę – fotowoltaikę, energię z wiatru i energię jądrową – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. dr hab. Szymon Malinowski.

Z danych Agencji Rynku Energii wynika, że w 2020 roku spadło zużycie energii elektrycznej w Polsce, już kolejny rok z rzędu. Na znaczeniu nieco traci węgiel – jego udział w miksie energetycznym spadł do rekordowo niskiego poziomu 70 proc. To najmniej w ponad stuletniej historii polskiej elektroenergetyki. Rośnie natomiast energia pozyskiwana z gazu, wiatru i fotowoltaiki. Elektrownie słoneczne dostarczyły o 176 proc. więcej energii r/r, o 20 proc. wzrosło współspalanie biomasy z węglem, blisko 10-proc. wzrost zanotowały biogazownie i elektrownie wodne.

– Pierwszą rzeczą, jaką powinniśmy robić, to korzystać z jak najmniejszej ilości energii, bo ogromną ilość energii marnujemy, np. nie ma powodów, żeby domy, które teraz budujemy, były pasywne, nie emisyjne. Po drugie, potrzebna jest szybka przemiana energetyki w stronę pozyskiwania tej energii ze źródeł nieemisyjnych, czyli tych, które nie emitują długo żyjących gazów cieplarnianych do atmosfery, a w każdym razie emitują je w minimalnej ilości – przekonuje dyrektor Instytutu Geofizyki na Uniwersytecie Warszawskim.

Jak wskazuje, żadna energia niskoemisyjna nie zaspokoi w pełni naszych potrzeb, także energetyka jądrowa. Zgodnie z programem polskiej energetyki jądrowej do 2043 roku w Polsce mają działać już dwie elektrownie atomowe o łącznej mocy od 6 do 9 GW. W latach 2040–2045 około 1/5 krajowej produkcji energii ma już pochodzić z atomu. Z drugiej jednak strony, jak podkreśla ekspert, energia jądrowa wymaga wielkiego cyklu produkcyjnego, kontrowersje budzi też zarządzanie odpadami radioaktywnymi. Z kolei panele fotowoltaicze, tak popularne w Polsce, np. w zimie pełnią ograniczoną funkcję.

– Budując panele fotowoltaiczne, musimy pamiętać, że choć fotowoltaika jest czasami bardzo przydatna jako dodatkowe źródło energii, to bez magazynowania energii, która jest bardzo droga i znowu też kosztuje odpady, nie możemy myśleć, że rozwiąże nasze problemy energetyczne – przekonuje prof. dr hab. Szymon Malinowski.

Także energetyka oparta na gazie, choć mniej emisyjna niż węglowa, nie jest neutralna dla klimatu.

– Gaz to przede wszystkim metan, czyli CH4 – jeden atom węgla, cztery atomy wodoru, i podczas spalania energię dostajemy zarówno z łączenia się węgla z tlenem, jak i wodoru z tlenem. Oczywiście emisyjność jest mniejsza, ale jest tylko o niewielki czynnik mniejsza niż emisyjność z węgla. Metan jest bardzo silnym gazem cieplarnianym i jego część ucieka do atmosfery podczas procesu produkcji i przesyłania gazu – tłumaczy dyrektor Instytutu Geofizyki na Uniwersytecie Warszawskim.

Choć żadne niskoemisyjne źródło energii nie zastąpi całkowicie węgla, to tylko rozwijanie wszystkich proklimatycznych źródeł energii pomoże nam odejść od węgla. Polska, jako jedyny kraj w UE, zużywa do ogrzewania więcej węgla niż jeszcze w 1990 roku. Choć w 2020 roku udział węgla spadł do poziomu 70 proc., wciąż jest znacząco wyższy niż w innych europejskich krajach. Nie pomogło wsparcie Unii, która na dekarbonizację w Polsce przeznaczyła 2 mld euro.

–  Musimy pamiętać, że każdy rodzaj pozyskiwania energii ma niekorzystny wpływ na środowisko. Budując miks energetyczny i zużywając tę energię, musimy pamiętać o tym, żeby jej było, po pierwsze, jak najmniej, czyli energooszczędność, a po drugie, miks energetyczny powinien brać pod uwagę wszystkie dobre i złe strony nieemisyjnych źródeł energii, a nie tylko wybrane – ocenia prof. dr hab. Szymon Malinowski. – Wszystkie te źródła energii mają swoje wady i zalety. Powinniśmy budować miks energetyczny, korzystając z ich zalet tak, żeby wady jak najmniej szkodziły klimatowi i środowisku.

Wyniki finansowe Kuehne+Nagel za 2020 rok

  • Rekordowy zysk operacyjny w 2020 roku
  • Logistyka farmacji i e-commerce napędzają wzrost
  • Zakończenie restrukturyzacji logistyki kontraktowej
  • Wzmocnienie wolnych przepływów pieniężnych
  • Proponowana dywidenda w wysokości 4,50 CHF na akcję*
Grupa
Kuehne+Nagel
CHF mln
FY 2020 FY 2019 Δ Q4 2020 Q4 2019 Δ
Obrót netto 20,382 21,094 -3.4% 5,543 5,256 5.5%
Zysk brutto 7,475 7,981 -6.3% 1,959 1,992 -1.7%
Wynik operacyjny (EBITDA) 1,92 1,829 5.0% 521 488 6.8%
EBIT 1,07 1,061 0.8% 280 267 4.9%
Zysk za okres 789 800 -1.4% 214 202 5.9%
Wolne przepływy pieniężne 1,453 1,138 27.7% 642 521 23.2%

*Propozycja do czasu Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia – 4 maja 2021 r.

Rok 2020 charakteryzował się słabym pierwszym i mocnym drugim półroczem. Firma Kuehne+Nagel osiągnęła dobry wynik w naznaczonym kryzysem środowisku. Zysk operacyjny był wyższy niż rok wcześniej. Jednak łączne zyski netto za 2020 rok w porównaniu do 2019 roku nieznacznie spadły.

Obroty netto w wysokości 20,4 mld CHF za 2020 rok były niższe niż w 2019 ze względu na niższe wolumeny w pierwszej połowie. Z drugiej strony EBIT był o prawie jeden punkt procentowy wyższy i wyniósł 1,1 mld CHF. Wahania kursów walut miały istotny negatywny wpływ – 6% zarówno na obroty netto, jak i na EBIT. Wolne przepływy pieniężne wzrosły o 27,7%.

Dr Detlef Trefzger, dyrektor generalny Kuehne + Nagel International AG, komentuje: „W ubiegłym roku potwierdziliśmy to, co sprawia, że ​​Kuehne+Nagel odnosi sukces: w bardzo krótkim czasie dostosowaliśmy się do dynamicznie zmieniającego się otoczenia rynkowego i byliśmy w stanie utrzymać pozycję wiarygodnego i odpowiedzialnego partnera biznesowego w odniesieniu dla naszych Klientów i dostawców”.

Niezawodny partner w logistyce szczepionek

Kuehne+Nagel zapewnia usługi logistyczne w zakresie światowej dystrybucji szczepionki przeciwko COVID-19. Koncentracja na już wcześniej istniejących usługach logistycznych dla sektora farmaceutycznego była odpowiednia. Obecnie Kuehne+Nagel posiada 240 certyfikowanych lokalizacji na całym świecie i zatrudnia ponad 3000 specjalistów ds. logistyki sektora farmacji. Kuehne+Nagel jest partnerem firmy Moderna w Europie, Azji, Afryce, na Bliskim Wschodzie i w niektórych obszarach obu Ameryk. Firma jest również zaangażowana w transport szczepionek na ostatnim odcinku drogi, m.in. w najbardziej zaludnionym kraju związkowym Niemiec, Nadrenii Północnej-Westfalii oraz w szwajcarskim kantonie Zurych.

Logistyka morska

 

CHF mln

FY 2020 FY 2019 Δ Q4 2020 Q4 2019 Δ
Obrót netto 7,091 7,457 -4.9% 1,928 1.824 5.7%
Zysk brutto 1,417 1,539 -7.9% 366 366
EBIT 423 456 -7.2% 119 99 20.2%

Zyski z działalności logistyki morskiej wzrosły w drugiej połowie 2020 roku w porównaniu do pierwszej połowy roku. Zwłaszcza w IV kwartale poprawa wynikała z ponownego wzrostu popytu ze strony Klientów z sektora MŚP, a także ze wzrostu importu z Azji do Europy i Ameryki Północnej – utrzymanie wzrostowego trendu, który po raz pierwszy zanotowano w III kwartale.

Wolumen przetransportowanych kontenerów w 2020 roku wyniósł 4,5 mln TEU. Obrót netto dywizji wyniósł 7,1 miliarda CHF, a EBIT 423 miliony CHF. Współczynnik konwersji wyniósł 29,9%.

W logistyce morskiej rozwiązanie ograniczające emisję CO2 z transportu zostało dobrze przyjęte przez Klientów. Ponadto dalej rozwijano platformę cyfrową seaexplorer, która oferuje obecnie szczegółowe informacje o pozostawianym śladzie węglowym dla serwisów port-port.

Logistyka lotnicza

 

CHF mln

FY 2020 FY 2019 Δ Q4 2020 Q4 2019 Δ
Obrót netto 5,194 4,653 11.6% 1,491 1,15 29.7%
Zysk brutto 1,331 1,317 1.1% 374 320 16.9%
EBIT* 505 329 53.5% 155 66 134.8%

*W tym dodatni jednorazowy wzrost w wysokości +63 mln CHF w III kwartale 2020 r. oraz jednorazowy ujemny w wysokości -14 mln CHF w IV kwartale 2019 r.

Rozwiązania logistyki lotniczej okazały się być preferowanym rozwiązaniem transportowym w kryzysie spowodowanym pandemią COVID-19. Wysoki popyt na doświadczenie logistyczne Kuehne+Nagel w branży farmaceutycznej i zdrowotnej doprowadził do bardzo dobrych wyników.

W roku 2020 obroty netto dywizji lotniczej wzrosły o 11,6% do 5,2 mld CHF, a EBIT o 53,5% do 505 mln CHF. Współczynnik konwersji wyniósł 37,9%. Wolumen ładunków w transporcie lotniczym w 2020 wyniósł 1,4 mln ton (12,8% mniej niż rok wcześniej), a w samym czwartym kwartale 392 000 ton, czyli o 7,5% mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Za sprawą programu Net Zero Carbon, Kuehne+Nagel stał się pionierem w dostarczaniu przyjaznych dla środowiska rozwiązań logistycznych. Firma od stycznia 2021 r. dla przesyłek lotniczych na trasie z Los Angeles do Amsterdamu wykorzystuje zrównoważone paliwo lotnicze (SAF).

Logistyka drogowa

 

CHF mln

FY 2020 FY 2019 Δ Q4 2020 Q4 2019 Δ
Obrót netto 3,222 3,586 -10.2% 842 904 -6.9%
Zysk brutto 1,089 1,121 -2.9% 277 275 0.7%
EBIT 62 78 -20.5% 24 16 50.0%

W dywizji drogowej IV kwartał 2020 roku charakteryzował się znacznym wzrostem liczby przesyłek w stosunku do poprzedniego kwartału. Popyt na transport krajowy w Europie osiągnął poziom sprzed kryzysu. W Ameryce Północnej popyt na wszystkie segmenty produktów, z wyjątkiem produktów farmaceutycznych i opieki zdrowotnej oraz handlu elektronicznego, był znacznie niższy niż w poprzednim roku. Jednak w ostatnim kwartale można było zauważyć ożywienie na rynku.

Obrót netto jednostki biznesowej w 2020 r. wyniósł 3,2 mld CHF, a EBIT 62 mln CHF.

Platforma cyfrowa Your Easy Brexit Solution, opracowana przez Kuehne+Nagel, umożliwia nieprzerwaną wysyłkę towarów do i z Wielkiej Brytanii. Dzięki platformie Klienci Kuehne+Nagel mogą automatycznie obsługiwać procesy celne, w tym weryfikację dokumentów przed fizycznym transportem towarów.

Logistyka kontraktowa

 

CHF mln

FY 2020 FY 2019 Δ Q4 2020 Q4 2019 Δ
Obrót netto 4,875 5,398 -9.7% 1,282 1,378 -7.0%
Zysk brutto 3,638 4,004 -9.1% 942 1,031 -8.6%
EBIT* 80 198 -59.6% -18 86 -120.9%

*W tym ujemne kwoty jednorazowe netto w wysokości -42 mln CHF w roku 2020 (Q4 2020: -46 mln CHF), m.in. z tytułu zbycia części działalności logistyki kontraktowej w Wielkiej Brytanii. Dane za rok 2019 obejmują dodatnie kwoty jednorazowe w wysokości +66 mln CHF (IV kwartał 2019: +43 mln CHF).

Logistyka kontraktowa osiągnęła wzrost udziału w rynku w branży farmaceutycznej i opieki zdrowotnej oraz w zakresie realizacji handlu elektronicznego, a także zanotowała większą wydajność operacyjną.

W 2020 roku obroty netto jednostki biznesowej osiągnęły 4,9 miliarda CHF, a EBIT 80 milionów CHF. EBIT skorygowany o wydarzenia nadzwyczajne w 2019 i 2020 roku spadł o 7,6%.

W 2020 r. zanotowano duży popyt na zintegrowane usługi logistyczne (4PL). W ośmiu globalnych lokalizacjach, w których znajdują się KN Control Towers, specjaliści opracowują i obsługują rozwiązania zwiększające elastyczność i wydajność łańcuchów dostaw. Umożliwia to Klientom firmy optymalizację kosztów i wydajniejsze zarządzanie zasobami, nawet w niestabilnych czasach.

Wyniki regionalne

  Obrót netto

FY 2020

Udział
w obrotach netto Grupy
EBIT

FY 2020

Udział EBIT Grupy
Europa, Bliski Wschód
i Afryka
12,432 61.0% 444 41.5%
Ameryka Południowa
i Północna
5,457 26.8% 308 28.8%
Region Azji i Pacyfiku 2,493 12.2% 318 29.7%

 

Dywidenda

 

Zarząd proponuje dywidendę w wysokości 4,50 CHF na akcję do czasu Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia, które odbędzie się 4 maja 2021 r.

Komentarz Przewodniczącego Rady Dyrektorów

Dr Joerg Wolle, Prezes Zarządu Kuehne + Nagel International AG, mówi: „Zamknęliśmy rok 2020 rekordowym wynikiem operacyjnym – to świadczy o sile i prężności naszej firmy. Kuehne+Nagel to firma charakteryzująca się  przedsiębiorczością, dynamizmem i wysoce zmotywowanym zespołem, który jest w pełni zaangażowany w obsługę naszych Klientów i partnerów biznesowych. Po pomyślnym zakończeniu restrukturyzacji logistyki kontraktowej jesteśmy teraz bardzo dobrze przygotowani do dalszego rozwoju. Biorąc pod uwagę fakt, że Azja jest najszybszym rozwijającym się regionem gospodarczym na świecie, ogłoszenie nabycia Apex Logistics w lutym 2021 r. to kolejny kamień milowy w rozwoju firmy. Rada Dyrektorów z ufnością spogląda na rok 2021”.

Przez inflację ceny mieszkań będą rosnąć jeszcze mocniej

Rynek mieszkaniowy jest cykliczny, a ceny ciągle rosną, pomimo ogólnogospodarczej recesji. Czy grozi nam powtórzenie sytuacji z 2007 r., gdy na rynku nieruchomości powstała bańka spekulacyjna, która wywołała kryzys na skale światową?

Wzrost cen na rynku nieruchomości niepokoi ostatnio inwestorów w USA, ale w Polsce też jest wysoki: cena 1m2 powierzchni użytkowej budynku mieszkalnego za IV kwartał 2020 r. wg. GUS wyniosła 5012 zł, a ceny mieszkań w III kw. były wyższe o 10,9 proc. r/r.

– Ceny nieruchomości w dwudziestu największych metropoliach USA rosną na poziomie 10 proc. rok do roku, a dla domów jednorodzinnych ta dynamika jest jeszcze większa, osiągnęła 15 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – Natomiast podaż domów spadła do 40 proc. czyli wzrost cen spowodowany jest tym, że domów na sprzedaż jest coraz mniej.

Popyt na domy jest w USA tak wysoki, pomimo kryzysu wywołanego koronawirusem, że gdyby nie budowano nowych domów, to tych na rynku wtórnym wystarczyłoby zaledwie na dwa miesiące.

– Wzrost cen może być jeszcze większy, ze względu na rosnącą inflację w USA, która może przełożyć się na podwyższenie inflacji na całym świecie – komentuje ekspert XTB. – Taka sytuacja sprzyja wzrostowi siły dolara, co może okazać się destabilizujące dla światowej gospodarki.

Wzrost inflacji w USA to bardzo prawdopodobny scenariusz ze względu na podwyższenie płacy minimalnej i przygotowywane dodatkowe transfery finansowe dla gospodarstw domowych (tzw. czeki Bidena) w wysokości 1,9 bln USD.

Pozytywne jest jednak to, że instytucje finansowe są lepiej przygotowane do zagrożeń związanych z bańką na rynku nieruchomości w porównaniu do sytuacji z 2007 r.

Rynek nieruchomości w nowej rzeczywistości – trendy 2021

Zdaniem ekspertów rok 2021 ma być rokiem solidnego odbicia gospodarczego. Dla rynku nieruchomości będzie on czasem dalszych zmian i przeobrażeń, z których część, z pewnością, pozostanie z nami na dłużej. O tym, jak trwająca już rok pandemia zmieniła rynek oraz o kierunkach rozwoju poszczególnych sektorów opowiedzieli eksperci Cushman & Wakefield podczas webinaru, stanowiącego premierę raportu „Trends Radar vol.3”.

W najnowszym raporcie „Trends Radar” analizujemy wpływ pandemii koronawirusa na rynek nieruchomości biurowych, handlowych, magazynowych oraz rynek mieszkaniowy w Polsce, a także wskazujemy główne trendy i prognozy dla każdego sektora rynku nieruchomości, które kształtować będą sytuację w 2021 oraz w latach kolejnych. Wraz z sukcesywnym znoszeniem środków ograniczających rozprzestrzenianie pandemii, polski rynek nieruchomości wchodzi w fazę stopniowego powrotu do normalności. Spodziewamy się ożywienia już w II kwartale 2021 r. – mówi Katarzyna Lipka, Head of Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

Sytuacja makroekonomiczna

W 2020 roku w wyniku pandemii mieliśmy do czynienia z pierwszą od 30 lat recesją w Polsce, a PKB naszego kraju skurczyło się o 2,8%. Według prognoz Moody’s Analytics niekorzystne skutki drugiej fali pandemii wywrą negatywny wpływ na gospodarkę również w I kwartale 2021 roku. Niemniej jednak już w II kwartale 2021 r. spodziewane jest ożywienie, a wzrost gospodarczy w tym roku, według wstępnych szacunków, wyniesie około 4%.

W wyniku pandemii ucierpiała produkcja przemysłowa jednak już w czerwcu wróciła do wyników sprzed kryzysu. W 2021 roku prognozowany jest aż 12%-owy wzrost w tym sektorze.

Stopa bezrobocia pod koniec 2020 roku wyniosła 6,2%, co oznacza wzrost o 1 punkt procentowy w porównaniu do roku poprzedniego. Prognozowany jest dalszy wzrost tego wskaźnika do 6,5% na koniec trzeciego kwartału 2021 roku, niemniej jednak już w czwartym kwartale spodziewany jest spadek stopy bezrobocia o ok. 0,5 pp.

W 2020 roku poziom inflacji był wysoki w porównaniu do lat poprzednich i wyniósł 3,4% w ujęciu rocznym. W 2021 r. prognozowany jest nieco mniejszy wzrost wskaźnika cen na poziomie około 2,6%.

Wskutek pandemii koronawirusa oraz ograniczeń z tym związanych, nastąpił spadek poziomu konsumpcji o około 2,1%. W 2021 roku prognozuje się wzrost tego wskaźnika o około 6%.wskaźnieki makro

Rynek biurowy

Rynek biurowy znalazł się w epicentrum zmian spowodowanych pandemią, która skłoniła wiele firm do przejścia na model pracy zdalnej, trwający do dziś. Ponadto, ze względu na pogarszającą się koniunkturę gospodarczą i niepewność odnośnie przyszłej sytuacji, wielu najemców przyjęło strategię „czekaj i obserwuj”, co znalazło swoje odzwierciedlenie w spadku aktywności na rynku najmu oraz zwiększonym udziale renegocjacji, również tych krótkoterminowych. Na znaczeniu coraz bardziej zyskują powierzchnie typu flex, a dla wielu najemców kluczowym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji o najmie powierzchni staje się elastyczność – mówi Jan Szulborski, Senior Consultant, Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

Rynek handlowy

Rynek handlowy odczuł bardzo mocno negatywne skutki pandemii. W rezultacie trzech lockdownów trwających łącznie 12 tygodni, podczas których obiekty handlowe o powierzchni powyżej 2 000 mkw. mogły funkcjonować w bardzo ograniczonym zakresie, obroty dużych i bardzo dużych obiektów spadły o blisko 28%. Z tego względu, wystąpiła presja na obniżki czynszów, a wiele sieci handlowych podjęło decyzje o restrukturyzacji lub zakończeniu działalności. Pomimo trudnego czasu na rynku handlowym udało się zrealizować budowę aż 33 nowych obiektów. W najbliższym czasie na znaczeniu będzie zyskiwać elastyczne podejście do kwestii dotyczących umów najmu – wzrośnie znaczenie czynszu od obrotu oraz popularność umów krótkookresowych typu „pop-up” – podsumowuje Małgorzata Dziubińska, Associate Director, Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

Rynek magazynowy

Rynek magazynowy przyśpieszył w nowej rzeczywistości – w 2020 roku popyt na powierzchnie przemysłowo-logistyczne osiągnął rekordowy poziom 5 mln mkw., o 24% więcej niż przed rokiem, a wolumen transakcji inwestycyjnych wzrósł aż o 85%. Wśród głównych kierunków rozwoju sektora w kolejnych latach bez wątpienia znajdą się ekologia, automatyzacja i rozwój projektów deweloperskich idący w parze z wysoką dynamiką branży e-commerce. Ponadto, pozytywny wpływ na rynek mogą mieć zmiany w strukturze globalnych łańcuchów dostaw (nearshoring) a także wzrost aktywności firm technologicznych poszukujących w Polsce nowoczesnych powierzchni z przeznaczeniem pod centra danych – mówi Adrian Semaan, Senior Consultant, Industrial & Logistics Agency, Cushman & Wakefield.

Rynek mieszkaniowy

Rynek mieszkaniowy całkiem dobrze poradził sobie ze skutkami pandemii. Po tymczasowym wstrzymaniu aktywności deweloperów w czasie pierwszego lockdownu w marcu i kwietniu, nastąpiło stopniowe odbudowanie i finalnie w 2020 roku w Polsce przekazano do użytkowania o 9% mieszkań więcej niż rok wcześniej. Obserwujemy również wzrost zainteresowania najmem, którego udział w całkowitych zasobach mieszkaniowych aktualnie w Polsce wynosi ok. 15%, co stanowi jedną z najniższych wielkości w Europie. Na dalszy rozwój rynku nieruchomości mieszkaniowych będą wpływać nie tylko czynniki ekonomiczne, ale także zmiany społeczne oraz nowe modele pracy, jak np. praca zdalna – podsumowuje Mira Kantor-Pikus, Partner, Equity, Debt & Alternative Investments, Capital Markets, Cushman & Wakefield.

Rynek inwestycyjny

Rok 2020 dla rynku inwestycyjnego przypominał jazdę kolejką górską. Inwestorzy rozpoczęli go z ogromnym impetem. Wybuch pandemii zadziałał jak zaciągnięcie hamulca ręcznego przy pełnej prędkości, co odczuli wszyscy uczestnicy rynku. Wielkim wygranym w nowej rzeczywistości okazał się rynek magazynowy. Aktywa biurowe nadal przyciągają inwestorów, ale trwająca transformacja sposobu pracy zmusza ich do głębszej analizy nieruchomości pod kątem elastyczności względem najemców oraz zdolności do konkurowania z pracą zdalną. Rynek handlowy w dużej mierze pozostaje znakiem zapytania pod kątem inwestycyjnym – pandemia dołożyła swoje cegiełkę do trwającego już wcześniej spadku transakcji w tym sektorze. Niemniej, rosnąca atrakcyjność stóp kapitalizacji względem innych segmentów rynku może przyciągać inwestorów poszukujących wyższych zwrotów. Obserwujemy również bezprecedensowe zainteresowanie sektorem mieszkań na wynajem, który ugruntowuje swoją pozycję jako alternatywa wobec tradycyjnych aktywów. Nadal widoczna jest niepewność co do implikacji pandemii w długim okresie oraz tego jak szybko szczepienia pozwolą na częściowy powrót do normalności. Z drugiej strony ilość kapitału alokowanego na inwestycje nieruchomościowe jest ogromna i z dużym prawdopodobieństwem wolumen inwestycyjny w 2021 r. przewyższy ubiegłoroczny – mówi Marcin Kocerba, Associate, Capital Markets, Cushman & Wakefield.

Cały raport dostępny jest pod linkiem: https://info.cushmanwakefield.com/l/263412/2021-03-03/3jfsmr

Koniec akcji w formie papierowej. Jak po 1 marca odzyskać prawa akcjonariusza?

Akcjonariusze, którzy nie oddali spółkom papierowych akcji nie tylko stracili po 1 marca prawo do głosowania na walnym zgromadzeniu, ale także mogą nie otrzymać dywidendy.

Od 1 marca 2021 r. nastąpiła obowiązkowa dematerializacja akcji spółek niepublicznych. Akcje będą podlegały, co do zasady, rejestracji w tzw. rejestrze akcjonariuszy prowadzonym przez banki lub domy maklerskie. Rejestr akcjonariuszy będzie prowadzony w postaci elektronicznej. Prowadzący rejestr akcjonariuszy będzie dokonywać wpisu na żądanie spółki lub osoby mającej interes prawny w dokonaniu wpisu. W tym celu będzie badać treść i formę dokumentów uzasadniających dokonanie wpisu.

Proces dematerializacji akcji rozpoczął się już od 1 stycznia 2020 r., ale został zastopowany z powodu epidemii, dlatego w Tarczy 3.0 ustawodawca przesunął terminy w ten sposób, że ostateczny termin podpisania umowy z prowadzącym rejestr został przesunięty z 30 czerwca na 30 września 2020 r.

Termin ten był bardzo istotny dla członków zarządów, ponieważ przed tą datą musieli oni zwołać walne zgromadzenie akcjonariuszy spółki akcyjnej lub komandytowo-akcyjnej, aby uzyskać zgodę na zawarcie umowy z rejestrem prowadzącym rejestr akcjonariuszy. Po uzyskaniu takiej zgody i podpisaniu umowy zarząd musiał ogłosić cykl pięciu wezwań do złożenia dokumentów akcji w spółce, połączonych z umieszczeniem informacji o rozpoczęciu tego cyklu na stronie internetowej, w miejscu przeznaczonym do komunikacji z akcjonariuszami.

Na jakie kłopoty narazili się akcjonariusze spółek akcyjnych i komandytowo-akcyjnych, którzy nie złożyli w spółkach papierowych akcji, aby przeprowadzić ich dematerializację?

– Kłopot takich akcjonariuszy może być rzeczywiście duży, nie wyłączając utraty możliwości głosowania na walnym zgromadzeniu i otrzymania dywidendy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Szumowski, prawnik z Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Nie będziemy więc traktowani jak akcjonariusze, ale akcje te będą nadal miały moc dowodową.

To oznacza, że po 1 marca 2021 r. trzeba zgłosić się do spółki lub bezpośrednio do podmiotu prowadzącego rejestr akcjonariuszy, żeby odzyskać status akcjonariusza.

– Problemem staje się sytuacja, w której akcje się gdzieś zapodziały lub zostały całkowicie zniszczone, bo po 1 marca spółka nie wyda nam duplikatów akcji – wyjaśnia P.Szumowski. – W przypadku akcji imiennych podstawą wpisu do elektronicznego rejestru może być księga akcyjna, którą spółki miały obowiązek prowadzić do 1 marca 2021 r. .

W przypadku akcji na okaziciela problem jest jeszcze bardziej skomplikowany, jedynym rozwiązaniem wydaje się być złożenie wniosku do sądu i dopiero orzeczenie sądu może być podstawą do wpisu do rejestru akcjonariuszy.

Prawdopodobnie pojawią się też inne problemy, związane z wprowadzoną ustawą, w związku z czym potrzebne okaże się uszczegółowienie przepisów. Aby zminimalizować ryzyko powstawania nowych problemów podmioty prowadzące rejestry przygotowują kodeks dobrych praktyk.

Fitch Ratings potwierdza ocenę EFL na poziomie A

Agencja Fitch w wysłanym 1 marca br. komunikacie potwierdziła długoterminowy rating kredytowy dla Europejskiego Funduszu Leasingowego S.A. (EFL) na bardzo wysokim poziomie „A” z perspektywą negatywną. Jest to jedna z najwyższych ocen, jakie posiadają obecnie działające w Polsce instytucje finansowe.

Agencja w uzasadnieniu wysokiej oceny podkreśliła zaangażowanie kapitałowe i kredytowe właściciela Credit Agricole S.A. oraz bardzo wysokie prawdopodobieństwo wsparcia ze strony akcjonariusza. Przynależność EFL do Credit Agricole S.A. zapewnienia stabilność finansową. EFL jest ściśle nadzorowany przez Credit Agricole S.A. . Działając w ramach wspólnej marki jest dobrze zintegrowany z centralnym zarządzaniem i obowiązującą w całej grupie polityką ryzyka.

Europejski Fundusz Leasingowy S.A. jest jednym z największych graczy w branży leasingowej w Polsce. W ciągu 30 lat działalności na polskim rynku firma zdobyła zaufanie ponad 330 tys. klientów, którzy sfinansowali aktywa o łącznej wartości 70 mld. W 2020 roku wartość sfinansowanych przez EFL inwestycji wyniosła 5,7 mld pln.

W rezultacie EFL , w tym trudnym pandemicznym roku , zwiększył udziały rynkowe do 8,1 proc. z 7,3 proc. w roku poprzednim.

Wielki boom na kryptowaluty. Co miliarderzy sądzą o Bitcoinie?

Rynek kryptowalut i aktyw cyfrowych przeżywa największy przyrost w historii. Bitcoin – pierwowzór – w szczytowym okresie przekroczył wartość $57 000, a cena Ethereum w ciągu miesiąca wzrosła o 47%. Zainteresowanie kryptowalutami rośnie również wśród inwestorów na rynku funduszy. Kryptowaluty zaczynają jednak stopniowo zmniejszać wartość – czy bańka pękła? Miliarderzy mają swoje zdanie na ten temat.

Blockchain – czym jest technologia tworząca kryptowaluty?

Aby zrozumieć rynek kryptowalut, trzeba najpierw poznać blockchain, bez którego nie byłoby Bitcoina czy Ethereum. Jest to technologia opisana po raz pierwszy w 1991 r. przez Stuarta Habera i W. Scotta Stornetta – dwóch amerykańskich kryptologów. Wówczas system tyczył się… oznaczania dokumentów znacznikami czasowymi. Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, że technologia ta posłuży do stworzenia wirtualnych monet.

– Blockchain to technologia będąca tak naprawdę bazą danych, która zapisuje i przechowuje informacje związane, na przykład z dokonywaniem transakcji w internecie. Dane kodowane są przez algorytmy kryptograficzne, które nie pozwalają wpaść im w niepowołane ręce. W 2008 r. blockchain posłużył do stworzenia Bitcoina, który rok później został publicznie udostępniony – mówi Marcin Wituś, CEO Geco.one – nowopowstałej platformy giełdowej do handlu aktami cyfrowymi, mającej członkostwo Polsko-Estońskiej Izby Gospodarczej.

Technologia przechowuje dane w formie jednokierunkowych zapisów, nazywanych blokami. Rejestr blockchaina jest zdecentralizowany – nie ma jednego miejsca, w którym przechowywane są zawarte w nim dane. Mimo to technologia jest transparentna i pozwala na przejrzenie informacji w niej zawartych każdemu swojemu użytkownikowi. Dzięki temu uzyskują oni szczegółową wiedzę dot. zawieranych przez nich transakcji.

– Blockchain kojarzony jest głównie z kryptowalutami, a przede wszystkim z Bitcoinem i Ethereum. Mimo to technologia ta może mieć wiele innych zastosowań. Obecnie blockchain wykorzystywany jest m.in. przez włoskie i niemieckie spółki energetyczne do zawierania transakcji. Na rynku powstało wiele przedsiębiorstw, które tworzą produkty oparte o tę technologię. Np. Blockchains LLC, która stworzyła system tożsamości cyfrowej pozwalającej na bezpieczne przechowywanie danych i informacji. O blockchain oparta została również zdecentralizowana aplikacja followmyvote.com, przy pomocy której można weryfikować i zabezpieczać system głosowania cyfrowego. Wzbudziła ona zainteresowanie m.in. doradcy byłego wicepremiera Bułgarii – twierdzi Marcin Wituś.

Bitcoin to jedyna sensowna alternatywa dla złota

Rynek aktyw cyfrowych od listopada 2020 r. zaczynał budzić coraz większe zainteresowanie, by w końcu osiągnąć “nowy szczyt” 21 lutego. Wówczas to wartość Bitcoina osiągnęła $57 489. Teraz cena kryptowalut zaczyna stopniowo spadać, lecz nadal są one wyjątkowo atrakcyjne dla coraz szerszej grupy osób. W tym również największych graczy na rynku funduszy inwestycyjnych i miliarderów. Michael Saylor – CEO MicroStrategy – firmy zajmującej się analizą biznesową i dostarczaniem usług w chmurze i oprogramowania mobilnego, 24 lutego pochwalił się, że jego przedsiębiorstwo zakupiło 19 452 bitcoinów wartych ponad miliard dolarów.

– Michael Saylor jest jednym z największych entuzjastów kryptowalut, a w szczególności Bitcoina. Jego firma na chwilę obecną posiada 90 531 bitcoinów, wartych ok. 4,6 miliardów dolarów. Kryptowaluty to jedna z dwóch części strategii MicroStrategy. Saylor wierzy, że nabywanie bitcoinów za nadwyżkę gotówki, to najlepszy sposób na oszczędzanie i przechowywanie wypracowanej wartości – zaznacza CEO Geco.one.

Jednak nie każdy miliarder od początku wierzył w rynek aktywów cyfrowych. Do Bitcoina przekonał się Ray Dalio – znany inwestorem z Wall Street i właścicielem firmy inwestycyjnej Bridgewater. Jeszcze do niedawna polecał inwestować w złoto, aby zabezpieczyć swoje środki przed inflacją. Teraz w podobny sposób mówi o Bitcoinie. Jak sam podkreśla – nie jest on ekspertem od kryptowalut, ale dostrzega ich zalety. Przeciwników aktyw cyfrowych określa mianem “skulonych w rogu, przerażonych duszyczek”, a Bitcoina nazwał “piekielnym wynalazkiem”.

– Ray Dalio przyznaje, że Bitcoin jest niesamowitym osiągnięciem i obecnie jedyną sensowną alternatywą – również wśród aktywów – dla złota. Jako jego zaletę podkreśla też gwarancję prywatności. Za wadę uważa natomiast problemy z wycenianiem go i braku innych zastosowań poza byciem cyfrową wersją złota o ograniczonej podaży. Mimo to inwestuje w aktywa cyfrowe – dodaje Marcin Wituś, pomysłodawca Geco.one.

Rynek aktywów cyfrowych jest dla ludzi o stalowych nerwach

Do aktywów cyfrowych i rynku kryptowalut przekonał się również Mark Cuban, który jeszcze do niedawna twierdził, że banany są bardziej wartościowe od Bitcoina. Cuban to amerykański miliarder, założyciel MicroSolutions i były udziałowiec Broadcast.com (serwis sprzedał Yahoo). Jest on również właścicielem drużyny koszykarskiej Dallas Mavericks. Cuban na Reddicie przyznał niedawno, że zainwestował w Bitcoin, a także Ethereum, Litecoin, Sushi oraz Aave. Nie zdradził jednak, jak dużą ich ilość posiada. Cuban jest zachwycony rynkiem aktywów cyfrowych i na swoim twitterowym profilu zachwala łatwość w posługiwaniu się nimi. Miliarder podkreśla jednak, że Bitcoin, choć jest dobrym nośnikiem wartości, to wymaga jednak stalowych nerwów przez wzgląd na swoją zmienność. Zaznacza też, że przyszłość dla technologii blockchain i Bitcoina jest nieograniczona.

W świecie wielkiego biznesu są też jednak osoby bardziej sceptyczne do aktywów cyfrowych. Jedną z nich jest założyciel Microsoft – Bill Gates, który nieco zmienił swoje nastawienie z negatywnego na neutralne. Gates w rozmowie z Emily Chang z Bloomberg stwierdził, że jeśli masz mniej pieniędzy niż Elon Musk – prawdopodobnie powinieneś uważać na rynek aktyw cyfrowych. Odniósł się także do wpływu twitterowych wpisów Muska na rynek kryptowalut. Właściciel Tesli napisał niedawno, że Bitcoin i Ethereum są drogie – co błyskawicznie przełożyło się na spadek wartości całego rynku. Zdaniem Gatesa dla przeciętnego inwestora podążanie za ruchami rynkowymi Elona Muska jest błędem i może doprowadzić do porażki. Założyciel Microsoft uważa, że kryptowaluty nie są złe same w sobie, lecz powinny być przejrzyste, odwracalne i scentralizowane.

Co zrobi RPP?

Dzisiejszy dzień mija w oczekiwaniu na decyzję członków RPP. Niby wszyscy wiemy, że należy spodziewać się utrzymania stóp procentowych na niezmienionych poziomach, ale gdzieś z tyłu głowy pozostaje wątpliwość.

Decyzja w sprawie stóp procentowych

Dzisiaj posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Złoty wciąż jest słaby, dzisiaj od rana euro kosztuje ponad 4,54 zł, więc widać, że inwestorzy jednak trochę boją się obniżki stóp na posiedzeniu. Ankietowani analitycy potwierdzają ten scenariusz, z ewentualną możliwą symboliczną redukcją z 0,1% do zera. Gdyby doszło do obniżenia stóp, należałoby się spodziewać dalszej słabości rodzimej waluty. W przypadku braku decyzji powinniśmy pozostać na niezmienionych poziomach. Interesująca będzie oczywiście konferencja prezesa NBP, o ile padną w niej jakieś konkrety, czy to w sprawie polityki monetarnej, czy możliwego zaangażowania NBP w odfrankowienie kredytów.

Lepsze dane z Kanady

Wczoraj poznaliśmy dane na temat wzrostu PKB w Kanadzie. Annualizowany wynik wyniósł 9,6%, aczkolwiek w dobie zawirowań okołopandemicznych podawanie danych w ten sposób traci zupełnie swój sens. Nie można bowiem zakładać, że każdy kolejny kwartał również będzie przynosił odbicie po fatalnym poprzednim. Trzy miesiące temu wynik wyniósł ponad 40% i wynikał ze stabilizacji gospodarki po analogicznym spadku jeszcze kwartał wcześniej. Warto natomiast zwrócić uwagę, że opublikowany rezultat jest wyraźnie powyżej oczekiwań wynoszących 7,2%. Nie powinno zatem dziwić, że po tych danych dolar kanadyjski zyskiwał na wartości.

Korekta cen ropy

Czarne złoto ma ostatnio słabszą passę. Powodem spadków jest między innymi przeszacowanie realnych potrzeb gospodarki. Prognozy były zbyt optymistyczne, gospodarka światowa wraca na stare tory, ale nie tak szybko. Dobrym dowodem jest chociażby wczorajszy odczyt z USA. Wbrew oczekiwaniom po ostatnim wzroście o 1 milion baryłek, zapasy ropy nie spadły teraz o niemal dwa miliony, a wzrosły o ponad 7 milionów baryłek. Nadmiar surowca spowodował, że cena znów spadła i po raz piąty w ostatnich 10 dniach oglądaliśmy nieudaną próbę zejścia cen poniżej 62,5 dolara za baryłkę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:15 – USA – raport na temat zatrudnienia,
16:00 – Polska – konferencja prasowa prezesa NBP,
20:00 – USA – “beżowa księga” – raport dotyczący sytuacji ekonomicznej w USA.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Nadal bez rządowego wsparcia. Firmy około targowe potrzebują pomocy sektorowej i planu odmrażania targów.

Firmy pracujące dla targów pozostają znowu bez rządowego wsparcia. Rozporządzenie, jakie ukazało się w ostatni piątek lutego, ponownie je pomija, mimo że poszerza listę kategorii PKD zakwalifikowanych do otrzymania pomocy branż. Nieliczne, które tak jak organizatorzy targów, znalazły się na liście wsparcia, mają jednak ogromną trudność z wykazaniem strat. – W rocznicę zamknięcia naszej branży otrzymaliśmy w „prezencie” nowe rozporządzenie w sprawie tarczy 8.0. Tarczy, która podobnie jak śnieżny bałwan na wiosnę, roztapia się wraz z jej czytaniem – komentuje Krzysztof Szofer z Komitetu Obrony Branży Targowej, zdaniem którego dziś niezbędna jest sektorowa pomoc dla wszystkich podmiotów branży targowej. – Tylko dzięki niej dotrwamy do końca pandemii – uważa Krzysztof Szofer, wskazując jednocześnie na konieczność opracowania także kompleksowego planu przyszłego odmrażania gospodarki, z uwzględnieniem firm pracujących dla targów.

Wśród PKD branż mających prawo do korzystania z rządowego wsparcia znów brakuje tych, które współpracując z branżowymi targami, zajmują się np. projektowaniem i budową stoisk. Ich PKD to 73.11.Z. Na rządową pomoc liczyć mogą jedynie te, które podlegają pod kod 82.30.Z czyli organizatorzy targów, jednak i one napotykają tym razem na ogromne trudności. – W rocznicę zamknięcia naszej branży otrzymaliśmy w „prezencie” nowe rozporządzenie w sprawie Tarczy 8.0. Tarczy, która podobnie jak śnieżny bałwan na wiosnę, roztapia się wraz z jej czytaniem – komentuje Krzysztof Szofer z Komitetu Obrony Branży Targowej i dodaje: – Rząd deklaruje pomoc dla branż poszkodowanych w tym targowej, jednak zasady jej przyznawania budzą duże kontrowersje.

Jako główny problem Krzysztof Szofer wskazuje tu uzależnienie od spadku obrotów w dotychczasowych tarczach, które odnosiło się do porównania czasów normalnego funkcjonowania branży oraz okresu pandemii. – Tutaj firmy z branży targowej już od lutego odnotowały spadki na poziomie 70 a nawet 95 %, porównując rok 2019 oraz 2020. W najnowszym rozporządzeniu jest zaś swoista innowacja – mamy porównać ze sobą dwa miesiące z okresu pandemii i tutaj odnaleźć spadek na poziomie 40%. Zatem wprowadzamy kryterium „pandemii w pandemii” – tłumaczy Krzysztof Szofer i precyzuje:
– Biorąc pod uwagę, że część firm z naszej branży w miesiącu lutym 2020 oraz wrześniu 2020 odnotowało przychód na poziomie 0 PLN, w kategorii absurdu można spodziewać się wyliczenia dalszego spadku przychodu o 40%. Oczywiście przyjmując logikę, że 40% z O PLN to 0 PLN można wykazać, że nie odnotowując przychodu w lutym 2020 oraz lutym 2021 mamy spadek 40 %, ale i 70 % i ile kto sobie zażyczy… Nie takiego „betonowego” koła ratunkowego oczekiwaliśmy – punktuje mechanizm przyznawania rządowego wsparcia Krzysztof Szofer.

Dotąd firmy współpracujące z targami korzystać mogły jedynie z pomocy na zasadach ogólnych oraz z PFRowskiej Tarczy 2.0. Pozostałe tzw. Tarcze je pomijały, zostawiając przedsiębiorców samych sobie. Wielu z nich zapowiedziało już zwolnienia pracowników i zakończenie działalności. Dla tych, którzy zdecydowali się przetrwać, dziś konieczna jest pomoc sektorowa – taka jak ta, wynosząca 642 miliony Euro, dla przedsiębiorstw targowych w Niemczech, zatwierdzona niedawno przez Komisję Europejską.

– Tylko dzięki niej dotrwamy do końca pandemii, bowiem trudno dziś wyobrazić sobie odblokowywanie na siłę imprez targowych, kiedy codziennie notowana jest coraz większa liczba zachorowań, a prognozy dalekie są od optymizmu – uważa Krzysztof Szofer i przypomina, że w czerwcu 2020 roku rząd pozwolił targom działać, ale decyzja ta zapadła akurat na początku trwającego ponad 2 miesiące martwego sezonu branży, a we wrześniu, organizatorzy zaplanowanych wcześniej imprez zaczęli je masowo odwoływać w obawie o niewystarczającą ilość uczestników. Wtedy to bowiem służby sanitarne odnotowywały codziennie coraz większą liczbę zakażeń koronawirusem.

– Eksperci od chorób zakaźnych określają ten okres jako początek kolejnej fali pandemicznej, bo wtedy dzieci idą do szkół, a ludzie wracają z urlopów, co wskazywać może na większą cyrkulację wirusa, a co za tym idzie, jego większą aktywność – powołuje się na opinię lekarza specjalisty Krzysztof Szofer, wskazując jednocześnie na konieczność opracowania przez rząd kompleksowego planu przyszłego odmrażania gospodarki, z uwzględnieniem firm pracujących dla targów.

– Władzom powinno zależeć na utrzymaniu branży targowej i jej gotowości do działania po zakończeniu pandemii, tym bardziej, że obecnie same korzystają z jej dobrodziejstw, uczestnicząc np. w Targach Mody w Kijowie na początku lutego czy planując udział w Expo w Dubaju – przypuszcza Krzysztof Szofer, sięgając pamięcią do całkiem niedawnych wizyt rządowych na najważniejszych imprezach targowych w Polsce, co wiązało się z wykorzystywaniem takiej właśnie formy promocji rodzimej gospodarki.

– Premier z zaciekawieniem zwiedzał stoiska np. na Poznań Game Arena na terenach Międzynarodowych Targów Poznańskich oraz Targi Książki w Warszawie. Jesteśmy dlatego przekonani, że chce dalej wspierać ten sektor, który może okazać się wkrótce znów bardzo przydatny dla dziesiątek tysięcy polskich przedsiębiorstw – uważa Krzysztof Szofer i – wraz z innymi firmami branży targowej – czeka na oczywiste i odważne działania władzy dla firm pracujących dla targów.

Polki są niezależne finansowo, oszczędzają i kupują świadomie – wynika z badania przeprowadzonego przez Credit Agricole

Aż 80 proc. Polek oszczędza, w tym 42 proc. regularnie odkłada pieniądze. I chociaż w gospodarstwach domowych dominuje model wspólnego budżetu (48 proc.), z którego finansowane są wszystkie wydatki, 71 proc. kobiet czuje się niezależna finansowo, ma własne oszczędności (40 proc.) i nadzoruje budżet domowy (52 proc.).

Aby zbadać podejście kobiet do pieniędzy, kupowania, oszczędzania i gospodarowania domowym budżetem rok po wybuchu pandemii koronawirusa, Credit Agricole przeprowadził wspólnie z Ogólnopolskim Panelem Badawczym Ariadna badanie „Polki a finanse”.

Wyniki wskazały, że 48 proc. Polek ma budżet wspólny z partnerem/ką i to z niego finansowane są wszystkie wydatki. 23 proc. kobiet, poza wspólnym budżetem, dysponuje również własnymi środkami, z których finansuje własne potrzeby. W 52 proc. przypadków to kobiety nadzorują budżet domowy, a w 33 proc. robią to razem z partnerem/ką. Aż 71 proc. Polek czuje się niezależna finansowo – 84 proc. nie czuje kontroli partnera/ki, jeśli chodzi o wydatki, a tylko 6 proc. za każdym razem musi prosić o pieniądze. Okazuje się, że pieniądze aż w 90 proc. gospodarstw domowych nie są tematem tabu i że Polacy w zdecydowanej większości nie kłócą się o pieniądze (78 proc.).

Powszechna teza, że to kobiety trzymają kasę w rodzinie jest prawdziwa tylko częściowo. Owszem, w ponad połowie rodzin tak jest, ale aż w 33 proc. rodzin partnerzy po równo dzielą się tymi obowiązkami. Sytuacja, w której to partner/ka jest domowym księgowym zdarza się zaledwie w jednej na dwadzieścia rodzin. Inaczej wygląda sytuacja, gdy trzeba wziąć kredyt – w ponad 50 proc. gospodarstw domowych, partnerzy podejmują taką decyzję wspólnie, a w 36 proc. decydują kobiety – podkreśla Ewa Deperas-Jarczewska z Biura Komunikacji Korporacyjnej w Credit Agricole.

Jeżeli chodzi o oszczędzanie, z badania wynika, że aż 80 proc. kobiet odkłada pieniądze. 42 proc. robi to regularnie, a 38 proc. kobiet udaje się co jakiś czas zaoszczędzić dodatkowe środki. 54 proc. Polek zadeklarowało, że to one oszczędzają częściej niż ich partnerzy/ki, a 26 proc. uważa, że oszczędzają równie często. 40 proc. kobiet oszczędza samodzielnie (ma własne oszczędności), 30 proc. zarówno samodzielnie, jak i razem z partnerem/ką, a 28 proc, tylko wspólnie. Aż 71 proc. Polek ma ustalony cel oszczędzania.

Wiele z przebadanych kobiet myśli o przyszłości: 20 proc. odkłada pieniądze na tzw. czarną godzinę, a 11 proc. na przyszłość dzieci. Polki odkładają też pieniądze, aby sfinansować bieżące większe wydatki, takie jak remont (17 proc.), wakacje (16 proc.) czy zakup samochodu (9 proc.). – podsumowuje Ewa Deperas-Jarczewska.

Polki zazwyczaj głównie oszczędzały na przyjemnościach (24 proc.), odzieży (20 proc.), podróżach (17 proc.), rachunkach (10 proc.), żywności (9 proc.) oraz na środkach czystości i higieny (5 proc.). Pandemia koronawirusa zmieniła te relacje. I choć nadal na pierwszym miejscu są przyjemności (-1 proc.), to więcej oszczędzamy na podróżach (+5 proc.) i transporcie (+2 proc.), a mniej na żywności (-3 proc.), odzieży (-2 proc.), rachunkach (-2 proc.) i środkach czystości i higieny (-2 proc.).

Bank sprawdził także, jak Polki podchodzą do kupowania. Okazuje się, że aż 79 proc. dokładnie planuje wydatki, 66 proc. rozsądniej niż partner/ka wydaje pieniądze, 63 proc. korzysta z promocji, a jedynie 31 proc. częściej przeznacza budżet na zbytki. Kobiety kupują też świadomie i odpowiedzialnie.

Wyniki naszego badania pod wieloma względami mile nas zaskoczyły. Okazuje się, że Polki są w stanie zapłacić więcej za produkt dobrej jakości (66 proc.) oraz ekologiczny lub fair trade (57 proc.). 65 proc. naszych respondentek zwraca też uwagę na to, czy produkt pochodzi z Polski – komentuje Ewa Deperas-Jarczewska.

Badanie przeprowadził Ogólnopolski Panel Badawczy Ariadna metodą ankiety internetowej CAWI na próbie 538 respondentek w wieku 18-65 lat.

Shecession, czyli jak pandemia Covid-19 wpłynęła na kobiety na rynku pracy

Coraz więcej pracodawców dba o zrównoważony zespół. Jednak w tym temacie globalnie mamy jeszcze wiele do zrobienia. Jak pokazuje raport Global Gender Gap 2020, czas potrzebny do osiągnięcia parytetu płci w biznesie co prawda się skrócił, ale ze 108 lat do… 99,5 roku[1]. Pozytywne trendy zostały zahamowane przez wybuch pandemii, której kobiety stały się milczącymi ofiarami. Międzynarodowa Organizacja Pracy potwierdza, że więcej pań niż panów straciło pracę w wyniku korona-kryzysu. To zjawisko otrzymało już własną nazwę – shecession[2], opisującą spowolnienie gospodarcze, które odczuły najbardziej kobiety.

Jest to podwójnie dotkliwy problem, bo jak pokazuje doświadczenie wielu firm, także w Polsce w pandemicznym 2020 roku, przedsiębiorstwa, które posiadają odpowiedni odsetek kobiet – pracowników w swoich zespołach, szczególnie na kierowniczych stanowiskach, lepiej poradziły sobie w korona-kryzysie. Faktem jest również to, że zespoły i firmy zarządzane przez kobiety odnoszą większe sukcesy. Empatia, wyrozumiałość, troska, biegłość w komunikacji – to cechy posiadane właśnie przez liderki. Są lekarstwem na zmierzch Menedżera-Superbohatera, który był dotychczasowym wzorcem przywództwa. O tym, dlaczego potrzebujemy więcej menedżerek, prezesek i dyrektorek nie tylko w czasach kryzysu, przekonuje Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.

Podwójny lockdown dla kobiet

Pandemia zamknęła kobiety w domu, i nie chodzi w tym przypadku tylko o lockdown. Niedziałające żłobki, przedszkola i szkoły pozostawiły rodziców z problemem zapewniania swoim pociechom opieki przez 24 godziny na dobę. W dużej mierze ten obowiązek spadł na kobiety. Nierówność płacowa, z którą mamy cały czas do czynienia w Polsce, fakt, że kobiety zarabiają po prostu mniej od mężczyzn, ułatwił w niejednej rodzinie podjęcie ważnej decyzji: bardziej opłaca się, aby to mama pożegnała się z pracą i została w domu niż, żeby płacić „obcym” osobom za wielogodzinną opiekę nad dziećmi.

Kryzys gospodarczy, który nastąpił w efekcie pandemii, nie uwzględnił równości płci. Jeżeli chodzi o biznes, skutki pandemii najbardziej odczuły: gastronomia, turystyka i hotelarstwo, szeroko rozumiana rozrywka czy sektor beauty, a to branże zdominowane przez kobiety. Zatem wszelkie doniesienia medialne informujące o zwolnieniach, przymusowych cięciach wynagrodzeń dotyczyły niestety głównie kobiet. Panie pracują także w usługach, prowadząc, chociażby salony fryzjerskie, kosmetyczne i inne tzw. drobne biznesy, stanowiące znaczący odsetek mikro- i małych przedsiębiorstw w Polsce. Jak już wiemy, po roku obecności korona-kryzysu, to właśnie z nimi pandemia obeszła się najgorzej. Wiele firm przestało funkcjonować z dnia na dzień i nie ma szans, aby otworzyły się ponownie. Z badania Mobile Institute wynika, że pracę z powodu pandemii straciło aż 22% Polek[3].

Co więcej, wiele wskazuje na to, że kobiety będą dalej tracić stanowiska. Po kryzysie wiele firm będzie szukać sposobów na oszczędności, dlatego postawi na rozwój automatyzacji pracy. Może nie jest to perspektywa najbliższych miesięcy, ale na stanowiskach biurowych, w administracji czy obsłudze klienta, kobiety będą sukcesywnie zastępowane przez sztuczną inteligencję i staną się wtórnymi ofiarami pandemii
komentuje Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji Intrum.

Koronawirus ograniczył szanse zawodowe kobiet

72% kobiet w naszym kraju deklaruje, że przez pandemię ma mniejsze możliwości zawodowe[4]. To szczególnie zasmucająca statystyka, bo pomimo tego, że coraz więcej pracodawców tworząc zespół, uwzględnia parytet i kolejne szklane sufity pękają, to szczególnie na wyższych, menedżerskich stanowiskach kobiety są nadal zbyt mało widoczne. Na pocieszenie można dodać, że nie jest to tylko problem Polski. Na liście 100 najefektywniejszych prezesów opublikowanej przez Harvard Business Review znalazły się tylko 4 kobiety[5]. Przy czym należy zaznaczyć, że nie chodzi o to, że kobiety nie zasłużyły, by się znaleźć w takim rankingu, a o to, że nadal stanowią mały odsetek kadry kierowniczej. A kobiety mają apetyt na zarządzanie! Blisko 4 na 10 kobiet w naszym kraju przyznaje, że chciałoby pracować na stanowisku kierowniczym. Co więcej, pod tą deklaracją podpisuje się 70 proc. pań, które posiadają dzieci[6].

Dlaczego to takie ważne, by jak najwięcej kobiet obejmowało stanowiska kierownicze, zostawało menedżerkami wysokiego szczebla, CEO, prezeskami, dyrektorkami? Kobiece przywództwo może pomóc rozwiązać wiele kryzysów, które pojawiły się w firmach od czasu wybuchu pandemii, szczególnie w obszarze HR, zarządzania zespołem, itp.

Masz problem w zespole? Zatrudnij kobietę!

Kobiecość jest w naszej kulturze tradycyjnie kojarzona z emocjonalnością, empatią, instynktem opiekuńczym, itp. Kobiety wkraczające w świat biznesu, świadomie odrzucają tę charakterystykę, bo łączy się ona także ze słabością oraz niekoniecznie z kierowaniem się racjonalnym osądem, i w ogóle nie jest kluczem do osiągnięcia sukcesu
w męskim świecie. A jak pokazał trudny 2020 rok, firmom potrzebne są te cechy potrzebują „kobiecego przywództwa”.

 Pandemia przyniosła nową rzeczywistość, w której musieli się znaleźć nie tylko pracownicy, którym w większości do tej pory obcy był model pracy zdalnej, ale również szefowie zespołów. Ci drudzy stanęli przed nowymi wyzwaniami, np. jak zarządzać rozproszonym zespołem, gdy część pracowników zaczęła pełnić swoje obowiązki z domów, a pozostali nadal działali z biur, jak zapanować nad chaosem informacyjnym związanym z pandemią, jak motywować pracowników, którzy wraz z kolejnymi tygodniami trwania korona-kryzysu tracili zapał do pracy? Prawie po roku funkcjonowania w covidowej rzeczywistości, doświadczenie wielu marek pokazało, że z tymi problemami poradziły sobie znacznie lepiej te firmy, w których za strategiczne działania, komunikację, obszar HR odpowiadały kobiety. Wyniki badań analizujących efektywność pracowników w trakcie pandemii pokazują również, że jej poziom nie zmalał, a nierzadko wręcz wzrósł wśród tych zespołów, które były zarządzane przez menedżerki – kobiety zauważa Agnieszka Surowiec Dyrektor HR i Komunikacji.

Skąd te wnioski? Empatia, wyrozumiałość, które są przypisywane kobietom, były i nadal są bardzo pożądanymi cechami osobowości/charakterystykami przywództwa wśród osób, które zajmują stanowiska kierownicze. Każdy szef na co dzień musi rozwiązywać szereg problemów w swoim zespole, a pandemiczny kryzys przyniósł kolejne.

Niektórzy liderzy mieli do czynienia z prawdziwymi ludzkimi dramatami, ponieważ pewna grupa pracowników naprawdę źle zniosła zamknięcie i kompletną zmianę dotychczasowego trybu życia. Do obowiązków szefa należało podniesienie danej osoby na duchu i zmotywowanie do pracy. Nie można ukrywać, że pracownicy najbardziej bali się o swój byt, kiedy kondycja finansowa wielu firm znacznie się pogorszyła. To właśnie do bezpośrednich przełożonych należało przekazanie trudnej decyzji o redukcji wynagrodzenia czy o zwolnieniu. W tych wszystkich sytuacjach niezbędna była empatia, zrozumienie i odpowiednie kompetencje interpersonalne. Komunikacja z pracownikami w czasie pandemii była/jest jedną z najtrudniejszych kwestii, ale kobiety – liderki zdały ten egzamin na 5. Co więcej, od kilku lat obserwujemy tendencję, którą można określić zmierzchem Menedżerów-Superbohaterów. Niewzruszoność, stanowczość na granicy z surowością, „zimne” opanowanie nie są cechami, które są dzisiaj poszukiwane u liderów. Pracownicy wolą „szefa z ludzką twarzą”, przed którym nie będą się bali otworzyć i który zawsze okaże im wsparcie. Emocje czy empatyczność nie są już dłużej postrzegane jako słabość, a jako wartość dodana – zaznacza Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.

To nie znaczy, że wspomniane cechy czy umiejętności są niedostępne dla mężczyzn, albo że kobiety z natury mają większą inteligencję emocjonalną czy potrafią się lepiej komunikować. To kultura wmówiła kobietom, że mają takie być, więc te przez lata wykształciły typowo „kobiecie” cechy. W czasie pandemii „nadmierna” emocjonalność czy empatia zaczęły grać główną rolę i zostały docenione. Można ironicznie stwierdzić, że kobiety w końcu w pełni mogły pokazać swój potencjał.

 

–  W Intrum już od początku pandemii wdrożyliśmy odpowiednią komunikację kryzysową oraz szereg inicjatyw dla pracowników, dzięki którym było łatwiej im przetrwać trudniejszy czas, zdobyć nową dawkę motywacji. To nie przypadek, że autorkami takich akcji w naszej firmie, jak chociażby cykl porad dotyczący wellbeing, czyli dbania
o własny dobrostan, wspólne czytanie bajek dla dzieci pracowników pracujących z konieczności w domach czy odstresowujące sesje jogi, były kobiety, nasze Ambasadorki, a nie mężczyźni
– dodaje Agnieszka Surowiec.

Przedsiębiorco, nie rezygnuj z różnorodności!

Wiele danych potwierdza, że opiekuńcza rola, która jest domeną kobiet i tzw. kobiece cechy osobowości są potrzebne firmom, nie tylko w czasie kryzysu. Zatem wniosek i jednocześnie zalecenie dla pracodawców może być tylko jeden: dbanie o zrównoważony rozwój zespołu, tj. zatrudnianie podobnej liczby kobiet i mężczyzn jest koniecznością! Przywództwo oparte na różnorodności to klucz do sukcesu firmy. Przedsiębiorstwa, które stawiają na takie podejście i utrzymują ten wskaźnik różnorodności powyżej średniej, odnotowują średnio 45 proc. przychodów z innowacyjności. W przypadku wskaźnika, który jest poniżej średniej, odsetek ten spada do 26 proc[7]. Zdaniem Polek piastujących stanowiska menedżerskie, kobiety do stylu zarządzania firmą wnoszą przede wszystkim kompetencje skutecznej komunikacji, efektywnego budowania relacji i dialogu (aż 93% ankietowanych wskazało taką odpowiedź)[8]. Ma to ogromny wpływ na realizację założonej wizji rozwoju przedsiębiorstwa. Firmy, które dążą do konkurencyjności, które chcą nadążać za trendami – powinny stawiać na wspieranie tych właśnie umiejętności.

Jako kobieta na stanowisku menedżerskim jestem szczególnie dumna z celu, jaki wyznaczyliśmy sobie w całej Grupie Intrum, którym jest dążenie do utrzymania struktury zatrudnienia w naszych lokalnych zespołach na poziomie 60 proc. mężczyźni i 40 proc. kobiety. To absolutne minimum, aby działać zgodnie z polityką sustainability. Intrum
w Polsce jest pozytywnym przykładem w tym obszarze. Mimo tego, że działamy w branży finansowej, gdzie kobiety zawsze stanowiły znaczny odsetek naszych pracowników – obecnie jest to 60 proc. Regularnie zwiększamy zatrudnienie kobiet na stanowiskach menedżerskich.
Aktualnie są to aż 24 osoby, czyli 44 proc. – dodaje Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.

Nie chodzi tylko o dążenie do uzyskania parytetu w miejscu pracy. Pracodawcy powinni zadbać o swoich aktualnych pracowników – o kobiety już obecne w firmie, szczególnie te na niższych stanowiskach. Udzielone wsparcie, odpowiedni program szkoleń i mentoring z prawdziwego zdarzenia pomogą „odkryć” nowe talenty w firmie. Wtedy może okazać się, że w danym zespole jest zdecydowanie więcej liderek, niż przypuszczano. Dla pracodawcy to także komfortowa sytuacja – lepiej inwestować w pracownika, który jest już zżyty z firmą, zna jej cele i wartości niż zatrudniać nową osobę, która musiałaby przejść onboarding i wdrożyć się do pracy. Chyba że tym nowym pracownikiem jest kobieta!

Chociaż pracodawcy w naszym kraju mają jeszcze wiele do zrobienia w kwestii zadbania o zrównoważony zespół, jest coraz lepiej, szczególnie gdy spojrzymy na statystyki z USA. 39 proc. wyższej kadry kierowniczej polskich firm stanowią kobiety (średnia dla UE wynosi 30 proc., a dla świata 29 proc.). Ponad 50 proc. polskich przedsiębiorców uważa, że o równouprawnienie w firmach powinien dbać sam biznes, a nie ustalony odgórnie parytet, co jest dodatkowo pocieszającym faktem[9].

Więcej kobiet w biznesie, więcej kobiet w zarządach – tego życzymy wszystkim pracownikom z okazji Dnia Kobiet!

[1]  Publikacja Światowego Forum Ekonomicznego (WEF, Word Economic Forum) Global Gender Gap 2020.

[2] C. Nicole Mason, prezes i dyrektor generalna Institute for Women’s Policy Research.

[3] Mobile Instytut, Siła Kobiet, 2020.

[4] Dane: Fundacja Sukcesu Pisanego Szminką.

[5] Ranking The BestPerforming CEOs in the World, 2019.

[6] Mobile Institute, Siła Kobiet, 2020.

[7] Badania nt. innowacyjności i różnorodności zrealizowane przez firmę doradczą BCG, 2017.

[8] Badania PwC przeprowadzone we współpracy z organizacją Sukces Pisany Szminką „Kobiety menedżerami przyszłości. Wyzwania w skutecznym kształtowaniu liderek, 2015.

[9] Dane: Grant Thornton, Women in Business 2020. Polski biznes otwarty na kobiety.

Masterlease i Automarket na fali wzrostów

  • Grupa Masterlease po przejęciu przez PKO Leasing notuje wynik finansowy na poziomie 28,2 mln zł netto zysku za rok 2020.
  • Spółka zanotowała dodatnie dynamiki wzrostu w zakresie finansowania nowych umów
    (+4 % r/r) oraz w sprzedaży aut pokontraktowych (+24 % r/r)
  • Systematyczny wzrost biznesu i sprzedaży samochodów nowych i używanych raportuje również należąca do PKO Leasing – platforma Automarket.pl

Grupa Masterlease po przejęciu przez PKO Leasing notuje wynik finansowy na poziomie 28,2 mln zł netto zysku za rok 2020. Spółka zanotowała dodatnie dynamiki wzrostu w zakresie finansowania nowych umów (+4% r/r) oraz w sprzedaży aut pokontraktowych (+24% r/r). Systematyczny wzrost biznesu i sprzedaży samochodów nowych i używanych raportuje również należąca do PKO Leasing – platforma Automarket.pl, która może pochwalić się wynikiem ponad 1 000 sztuk sprzedanych pojazdów. Właściciel platformy – PKO Leasing – prognozuje, że w 2021 r. sprzeda 3 000 pojazdów.

 

Zakup Grupy Masterlease oraz uruchomienie platformy Automarket.pl to decyzje, które pokazały swoją rentowność, nawet w warunkach pandemii. Po pierwsze, usługi wynajmu długoterminowego zyskują na znaczeniu, co potwierdzają bardzo dobre wyniki Grupy Masterlease. Poprzedni rok to również czas rozwoju rynku e-commerce – zakupy przez internet cieszą się coraz większym powodzeniem, także w segmencie automotive. Ten trend obserwujemy w wynikach sprzedaży pojazdów na platformie Automarket.powiedział Paweł Pach, prezes Grupy PKO Leasing.

Wyniki Grupy Masterlease na dużym plusie

W 2020 roku Masterlease pogłębiała integrację ze spółkami Grupy PKO Banku Polskiego, działając w jej strukturach jako Centrum Kompetencji „Cars”. Do jej zadań należą m.in. zarządzanie bankową flotą, obsługa klientów Grupy w zakresie CFM czy technologiczne i merytoryczne wsparcie strategicznych projektów związanych z samochodami.

Synergię widać w kilku obszarach. Po pierwsze poprawiliśmy nasz wynik finansowy. Rok 2020 zamknęliśmy na poziomie 28,2 mln zł netto zysku. O 4% wzrosła wartość podpisywanych nowych umów finansowania, a o 24% wzrósł segment sprzedaży samochodów pokontraktowych. To pokazuje nasze kompetencje w trudnym obszarze remarketingu. Drugim ważnym elementem tego połączenia jest wprowadzenie komplementarności usług finansowych dla wszystkich klientów Grupy Kapitałowej.  Dzięki temu klienci otrzymali dostęp do różnorodnych form finansowania swoich pojazdów. Jako Masterlease korzystamy również z obecności w strukturach Grupy Kapitałowej na poziomie kultury organizacyjnej, optymalizacji procesów czy wielokierunkowych transferach know-how – mówi Tomasz Jabłoński, Prezes Zarządu Masterlease.

Masterlease w 2021 rok wchodzi z ambitnymi planami. Zakładany jest dalszy wzrost biznesowy oraz dalsza digitalizacja sprzedaży i obsługi klienta. Grupa planuje sfinansowanie zakupów inwestycyjnych samochodów na rekordowym poziomie wartości ok. 250 mln zł (IH 2021). Rozwijane są nowe programy abonamentowe z importerami, m.in. z Nissanem i Suzuki. Od ponad roku testowana jest usługa carsharingu biznesowego dla jednego z kluczowych klientów Spółki. MasterBenefit, czyli program oferujący samochody w ramach benefitów dla pracowników korporacji, zyskuje na popularności. W 2021 roku Grupa zamierza również mocniej zaznaczyć swoją obecność na rynku wynajmu krótkoterminowego jako MasterRent24.

Automarket.pl stawia w 2021 roku na 3000 pojazdów

Dobre podsumowanie startu platformy Automarket.pl zachęca jej właściciela do coraz silniejszej ekspansji na rynku e-commerce. Plany rozwoju platformy zakładają mocne wsparcie sprzedaży pojazdów dealerskich oraz dalszy rozwój usługi zakupu pojazdu online. Spółka podkreśla, że sprzedaż online w modelu end-to-end systematycznie wzrasta. Obecnie co czwarty pojazd jest sprzedawany na platformie w taki sposób. PKO Leasing prognozuje, że w 2021 za pomocą platformy sprzeda ponad 3000 pojazdów.

– O powodzeniu naszego projektu świadczy kilka czynników. Rosnące zadowolenie rynku dealerskiego. Od startu zwiększyliśmy do 25 liczbę współpracujących z nami dealerów, czego skutkiem jest m.in. podwojenie liczby dostępnych na platformie pojazdów. Co ważne, udało nam się osiągnąć załażony cel, w którym 25% zawartych przez nas umów zostało przeprocesowanych w całości online. To dobry wskaźnik na kolejny rok, który może przełożyć się na jeszcze lepszy wynik sprzedaży niż ten zakładany w obecnych prognozach – podkreśla Tomasz Otto, dyrektor Departamentu Strategii i Rozwoju w PKO Leasing.

Pół roku funkcjonowania platformy daje możliwość pierwszych podsumowań. Automarket.pl, od początku lipca do końca roku, odwiedziło pond 2 mln. użytkowników – 28 % z nich wyświetliło serwis więcej niż raz. 80 % umów została zrealizowana z użyciem finansowania dostarczonego przez Spółki z Grupy Kapitałowej PKO Banku Polskiego, a połowa z nich została zawarta z klientami banku.

Platforma Automarket.pl na bieżąco monitoruje preferencje zakupowe użytkowników. Ze statystyk udostępnionych przez portal wynika, że najpopularniejszymi segmentami wyszukiwanych pojazdów w drugiej połowie 2020 roku były SUV i Kombi, czyli auta rodzinne. Użytkownicy platformy, szukając pojazdów, w pierwszej kolejności filtrują je po marce i modelu. W kolejnym kroku dołączają kryterium ceny, potem rodzaj paliwa i skrzyni biegów.

Automarket jest pierwszą bankową platformą do zakupu samochodów. Jest on zintegrowany z elektronicznymi kanałami banku: serwisem iPKO i aplikacją mobilną IKO. Na platformie dostępne są samochody nowe i używane, które przeszły inspekcję techniczną. Każdy z pojazdów objęty jest minimum roczną gwarancją.

Cisco Webex wprowadza tłumaczenie w czasie rzeczywistym

  • Już teraz klienci Cisco Webex mogą przetestować funkcję tłumaczenia w czasie rzeczywistym z angielskiego na ponad 100 innych języków, w tym polski.
  • Platforma Cisco umożliwia tłumaczenie w czasie rzeczywistym, wykorzystując sztuczną inteligencję, co pozwoli większej liczbie osób z różnych części świata dołączyć do wirtualnych spotkań.

Eliminowanie barier językowych stanowi klucz do skutecznej pracy w środowisku międzynarodowym. Cisco ogłosiło dostęp do przedpremierowej wersji funkcji tłumaczenia w czasie rzeczywistym, jednocześnie znacznie rozbudowując zakres obsługiwanych języków. Pierwotnie platforma Cisco Webex tłumaczyła spotkania na kilkanaście języków, obecnie jest ich ponad 100, w tym polski.

Użytkownicy mogą personalizować swoje doświadczenia podczas współpracy, szybko i łatwo wybierając język, na który chcieliby przetłumaczyć słowa swoich anglojęzycznych rozmówców. Twórcy platformy Webex uwzględnili zarówno najpopularniejsze języki, takie jak niemiecki, francuski, hiszpański, rosyjski, mandaryński i arabski, jak i te mniej znane, w tym duński, hindi, turecki czy wietnamski. Dzięki temu biznes będzie mógł stawić czoła jednemu z największych wyzwań świata globalnej współpracy – barierom językowym. Teraz użytkownicy mogą jeszcze bardziej zaangażować się w spotkania, niezależnie od tego z jakiego kraju pochodzą. Dzięki tłumaczeniu z języka angielskiego na ponad 100 języków, zespoły mogą komunikować się w sposób bardziej efektywny, co stwarza nowe możliwości budowania międzynarodowych zespołów, w których nikt nie będzie czuł się wykluczony.

Nowa funkcja pozwoli firmom pozyskiwać nowych pracowników, niezależnie od tego skąd pochodzą i jaki jest ich język ojczysty. Raport firmy badawczej i konsultingowej Metrigy poświęcony inteligentnym, wirtualnym asystentom wykazał, że niemal 24% respondentów uczetniczy w spotkaniach, w których biorą udział osoby nieanglojęzyczne. Ponad połowa z nich korzysta z zewnętrznych usług, aby przetłumaczyć to, co mówią inne osoby, a średni koszt takiego tłumaczenia to 172 USD na spotkanie. Integracja inteligentnych wirtualnych asystentów spotkań z funkcjami tłumaczenia, pozwala znacznie ograniczyć koszty.

„Nowe funkcje Cisco Webex pomogą stworzyć lepsze środowisko współpracy i równe szanse na wzajemne zrozumienie się dla użytkowników, niezależnie od tego jakim językiem się posługują oraz gdzie się znajdują. Tłumaczenia w czasie rzeczywistym w tak wielu językach to kolejny krok w kierunku budowania przyszłości, w której nikt nie jest wykluczony społecznie oraz ważny element usprawnienia komunikacji i współpracy między zespołami na całym świecie” – powiedział Jeetu Patel, starszy wiceprezes i dyrektor generalny, dział bezpieczeństwa i aplikacji w Cisco. „Sztuczna inteligencja odgrywa w tym procesie rolę kluczową, zapewniając bezproblemową  współpracę, pracę w środowisku hybrydowym oraz wzbogacone doświadczenia klientów”.

Cisco od dawna wprowadza innowacje w środowisku współpracy Webex, które pomagają pracownikom utrzymywać odpowiedni poziom bezpieczeństwa i produktywności niezależnie od miejsca, w którym się znajdują. Od wybuchu pandemii, Webex nie tylko wspiera firmy w ich rozwoju, ale stanowi także integralną platformę umożliwiającą funkcjonowanie rządów, które mogą pracować na odległość. Platforma Cisco jest także wykorzystywana przez lekarzy, którzy mogą prowadzić zdalne konsultacje w bezpieczny sposób oraz przez nauczycieli podczas e-nauczania.

Oczywiste jest, że przyszłość to praca hybrydowa, która będzie obejmować połączenie interakcji zdalnych i tradycyjnych. Cisco już dzisiaj ma przejrzystą wizję tego, w jaki sposób technologie mogą pomóc firmom w urzeczywistnieniu przyszłości pracy, funkcjonowaniu w modelu hybrydowym i kształtowaniu świata otwartego dla wszystkich.

Dostępność

Rozszerzona o nowe języki funkcja tłumaczenia w czasie rzeczywistym będzie dostępna w ramach Cisco Webex w wersji przedpremierowej już od tego miesiąca. Usługa będzie ogólnie dostępna w maju. Nie wszystkie dialekty są uwzględnione w tłumaczeniu.

Giełdy dobrze radzą sobie z sytuacją pandemiczną, która dotyka światowe gospodarki

Pandemiczny rok 2020 zmienił wygląd światowego rynku finansowego. Odbiło się to też na amerykańskiej giełdzie, która zmieniła nieco kurs w porównaniu do ostatnich 10 lat. Od dłuższego czasu hossie przewodził bowiem sektor technologiczny – pozostawiając w tyle wszystkie inne sektory gospodarki: przemysłowy, finansowy, wytwórczy czy wydobywczy. Po trudnym, pandemicznym roku można zauważyć, że inwestorzy chętniej wracają do tych branż, a ich wartość akcji rośnie. Mowa tutaj o spółkach takich, jak banki, przedsiębiorstwa i spółki zajmujące się wydobyciem ropy. W ostatnich kwartałach to na nich skupiła się uwaga amerykańskiej giełdy. Dlaczego?

– Inwestorzy zaczynają wyceniać odbicie gospodarcze, które nastąpi po powrocie gospodarek do normalności. Natomiast nie oznacza to, że nastąpi gwałtowny spadek wartości branży technologicznej i championów internetowych – co mogłoby doprowadzić do załamania się giełdy – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Miliński, zarządzający funduszami Quercus TFI. – Sytuacja, którą obserwujemy obecnie, wynika z wielu czynników. Aktywności banków centralnych, które wspierają swoją płynnością rynki finansowe. Struktury rynku amerykańskiego, gdzie bardzo duża część inwestorów umieszcza swój kapitał bezpośrednio na giełdzie. Do tego dokładają się całkiem dobre, rosnące wyniki spółek, które na bieżąco skupują swoje akcje. Te czynniki wpływają na to, że od wielu lat rynek amerykański rośnie. Nie ma więc istotnych powodów, żeby w najbliższych kwartałach spodziewać się nagłego krachu na giełdzie. Co by mogło ten krach wywołać? Dużo mówi się ostatnio o napięciach na linii Chiny – Tajwan, w które mogłyby zaangażować się Stany Zjednoczone. Drugim powodem może być permanentny charakter wirusa. Jednak ani banki centralne nie chcą się wycofywać ze swojej polityki, ani rządy nie chcą wycofywać wsparcia fiskalnego dla gospodarek, ani inwestorzy nie przechodzą w kierunku bardziej ostrożnego nastawienia. Nie ma więc sygnałów, które świadczyłyby o rychłym krachu na rynku. Scenariuszem bazowym  jest nadal powolny wzrost, który widzieliśmy w ostatnich kwartałach – przewiduje Miliński.

Koszty pakowania i transportu eksportowanych towarów również z 0% stawką VAT

Firmy eksportujące towar poza Unię Europejską mają wątpliwości co do tego, jaką stawkę VAT zastosować do naliczonych dodatkowych opłat związanych z dostawą takich jak opłaty za transport czy koszty pakowania. Dokładniej rzecz biorąc, chodzi o to, czy 0% stawkę VAT z tytułu wywozu towaru przedsiębiorcy mogą stosować również do tych opłat dodatkowych. Przychylną dla firm interpretację dnia 11 stycznia 2021 r. wydał Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej.

Eksport towaru wraz z kosztem pakowania i transportu

Jedna z polskich firm z branży produkcyjnej eksportowała swoje produkty do krajów z Ameryki Północnej oraz do Australii. Z racji wywozu towarów poza terytorium Unii Europejskiej opodatkowuje ich dostawy zerową stawką VAT, zgodnie z art. 41 ust. 4 Ustawy z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług (Dz.U. 2004 nr 54, poz. 535, ze zm.). Na wystawianych klientom fakturach z tytułu sprzedaży towaru firma uwzględnia nie tylko cenę samego produktu, ale również cenę usługi w postaci kosztu wysyłki, na którą składa się pakowanie i transport. Przedsiębiorca wystąpił do organu podatkowego z wnioskiem o wydanie interpretacji, czy słusznie stosuje do tej usługi zerową stawkę VAT, jaka obowiązuje przy eksporcie towaru, skoro usługa ta nie jest samodzielna, lecz ściśle związana ze sprzedażą tego towaru.

Świadczenie główne i pomocnicze

Reprezentujący firmę Robert Nogacki – twórca Kancelarii Prawnej Skarbiec – wskazał organowi, że związane z dostawą towaru poza teren Unii usługi pakowania i wysyłki nie są samodzielnymi usługami świadczonymi przez firmę. Zatem na potrzeby opodatkowania VAT należy rozpoznawać dostawę towaru, jego pakowanie i wysyłkę jako jedną usługę kompleksową, w której dostawa towaru jest świadczeniem głównym, a pakowanie i wysyłka – pomocniczym.

Zgodnie z art. 29a ust. 6 ustawy o VAT podstawa opodatkowania tym podatkiem obejmuje:

1) podatki, cła, opłaty i inne należności o podobnym charakterze, z wyjątkiem kwoty podatku, a także

2) koszty dodatkowe takie jak prowizje, koszty opakowania, transportu i ubezpieczenia, pobierane przez dokonującego dostawy lub usługodawcę od nabywcy lub usługobiorcy.

Skoro więc koszty dodatkowe, o których mowa w pkt 2, podwyższają podstawę opodatkowania VAT dostawy towaru, to firma dokonująca dostawy towaru opodatkowanej 0% stawką VAT w eksporcie ma prawo do zastosowania tej samej stawki VAT także dla pozostałych usług związanych z tą dostawą, a składających się na jedną usługę kompleksową.

Rozpoznający wniosek firmy Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej potwierdził, że jej stanowisko co do objęcia zerową stawką VAT przy eksporcie towaru także kosztów pakowania i wysyłki jest prawidłowe. W wydanej 11 stycznia 2021 r. interpretacji indywidualnej przyznał:

„…w przypadku dostawy towarów za podstawę opodatkowania należy uznać całość świadczenia pieniężnego pobieranego od nabywcy. Oznacza to, że do podstawy opodatkowania należy wliczyć pobieraną przez zbywcę wartość (cenę) towarów, a także wszystkie inne elementy zapłaty, będące częściami składowymi świadczenia zasadniczego (…) Wnioskodawca (…) dokonuje dostawy towarów na rzecz klientów, którzy mają miejsce zamieszkania poza UE. Koszty wysyłki towaru obejmują koszt opakowania i transportu. Zatem należy uznać, że w przedmiotowej sprawie kwota stanowiąca całość świadczenia należnego sprzedawcy obejmie również inne elementy kształtujące kwotę żądaną od nabywcy, wobec tego wszystkie elementy składające się na transakcję, w aspekcie gospodarczym, tworzą jedną całość” (sygn. 0111-KDIB3-3.4012.603.2020.1.MAZ).

Podsumowanie

Opisana interpretacja organu podatkowego stanowi kolejny dowód na to, że przedsiębiorcy dokonujący dostaw towarów lub usług nie muszą stosować różnych stawek opodatkowania VAT dla świadczeń, które zwiększają koszt nabycia dostawy, ale odgrywają jedynie rolę towarzyszącą, pomocniczą względem świadczenia głównego. Ma to znaczenie zwłaszcza dla eksporterów, którzy dzięki możliwości zastosowania zerowej stawki VAT dla całej ceny sprzedaży mogą skuteczniej konkurować z innymi przedsiębiorcami na zagranicznych rynkach.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ponad połowa firm zrezygnowała z inwestycji z uwagi na pandemię. Raport EY: Rok z COVID-19 oczami polskich przedsiębiorców

Po roku od wprowadzenia pierwszego lockdownu gospodarki polscy przedsiębiorcy są podzieleni w kwestii oceny sytuacji swoich firm. Choć większość z nich postrzega swoją sytuację pozytywnie albo neutralnie, wśród mikroprzedsiębiorstw oraz w branżach powiązanych z turystyką dominują oceny negatywne. Ponad połowa firm zrezygnowała z inwestycji ze względu na pandemię. Równocześnie w 2021 r. realizację nowych inwestycji planuje obecnie niecałe 30 proc. przedsiębiorstw. Prawdziwą próbą dla polskich firm będzie rok 2021 – wynika z najnowszego raportu EY „Rok z COVID-19 oczami polskich przedsiębiorców”.

Pomimo spadku przychodów i liczby klientów, zdecydowana większość przedsiębiorstw (69 proc.) utrzymała stan zatrudnienia na tym samym poziomie co przed pandemią, a 8 proc. firm zwiększyło liczbę pracowników. Ponad 3/4 przedsiębiorców (79 proc.) nie zdecydowało się na obniżenie wynagrodzeń, a 91 proc. wypłacało je bez opóźnień.

63 proc. przedsiębiorców ocenia ogólną sytuację swoich firm pozytywnie (33 proc.) albo neutralnie (30 proc.). Z kolei o negatywnej ocenie mówi 36 proc. badanych.
Blisko połowa przedstawicieli przedsiębiorstw średnich (45 proc.) i dużych (48 proc.) pozytywnie ocenia sytuację swojej firmy. Najwięcej optymistycznych deklaracji dotyczy firm produkcyjnych i budowlanych.

Przedsiębiorstwa, które najczęściej źle oceniają swoją obecną sytuację to mikroprzedsiębiorstwa (51 proc.) oraz firmy usługowe i powiązane z turystyką. Aż 95 proc. przedstawicieli branży hotelarskiej i gastronomicznej ocenia sytuację swojej firmy jako złą.
W ocenie przedsiębiorców, w czasie pandemii najwięcej zyskały branże związane z medycyną, farmacją i produkcją środków ochronnych oraz handel internetowy i branża informatyczna. Jako branże, które straciły z powodu pandemii, wskazywane są turystyka i hotele, a także gastronomia, rozrywka i sport.

Jak wynika z badania, rok po wprowadzeniu pierwszego lockdownu polskiej gospodarki przedsiębiorcy oceniają kondycję firm i branż w większości neutralnie lub pozytywnie, mimo że ponad połowa badanych firm (54 proc.) przyznaje, że ich przychody w 2020 r. spadły w porównaniu z 2019 r. o co najmniej 25 proc. Bilans zysków i strat zależy jednak w dużej mierze od wielkości przedsiębiorstwa i branży. W grupie mikroprzedsiębiorstw na spadek przychodów przynajmniej o ¼ lub więcej wskazało 65 proc. badanych.

Rys. 1. Jak w 2020 r. zmieniły się przychody w Pana/i firmie, w porównaniu do 2019 r.?Jak w 2020 r. zmieniły się przychody w firmie, w porównaniu do 2019

Bardziej pesymistyczna jest opinia ankietowanych na temat stanu polskiej gospodarki. Zdaniem 78 proc. obecna sytuacja gospodarcza w kraju, w porównaniu do stanu sprzed pandemii, nie jest sprzyjająca.

Aby dostosować się do sytuacji pandemii, ponad połowa przedsiębiorstw (59 proc.) wykorzystała oszczędności. Część firm po roku pandemii deklarowała problemy z płynnością finansową (29 proc.) lub wzrost zadłużenia firmy (27 proc.). Wśród przyczyn kłopotów z płynnością finansową badani wskazywali zatory płatnicze (64 proc.), brak przychodów z powodu lockdownu (62 proc.), rezygnację z usług przez klientów (59 proc.) oraz wydłużony czas płatności za faktury (44 proc.).

Rys. 2 Jakie obszary prowadzenia działalności są obecnie, w czasie pandemii, najbardziej problematyczne?Jakie obszary prowadzenia działalności są obecnie, w czasie pandemii, najbardziej problematyczne

– Rok 2020 był bardzo trudny dla polskich przedsiębiorców, ale dla wielu z nich negatywne skutki pandemii możemy poznać dopiero w bieżącym roku. Dotyczy to w szczególności niektórych przedsiębiorstw i branż, które dotychczas były silnie wspierane programami rządowymi i korzystały z wcześniejszych oszczędności, a które nie mogą w ten sposób funkcjonować na dłuższą metę. Część z tych firm upadnie, ale jest duża szansa, że zbiegnie się to w czasie z silniejszym ożywieniem w polskiej gospodarce, co pozwoli ograniczyć negatywne skutki dla rynku pracy – mówi Marek Rozkrut, główny ekonomista EY Polska, szef Zespołu Analiz Ekonomicznych EY.

Konsekwencje dla biznesu

Najczęściej wskazywanym przez firmy utrudnieniem w prowadzeniu działalności z powodu pandemii jest spadek liczby klientów (48 proc. wskazań) oraz wysokie koszty bieżącej działalności (44 proc. wskazań). Mimo tego, większość przedsiębiorstw (69 proc.) utrzymała stan zatrudnienia na tym samym poziomie co przed pandemią, a 8 proc. zwiększyła liczbę zatrudnionych. Odsetek firm deklarujących zmniejszenie liczby pracowników był wyższy wśród większych przedsiębiorstw. 42 proc. dużych firm przeprowadziło redukcję zatrudnienia, przy 16 proc. w przypadku mikroprzedsiębiorstw.

Różnice między dużymi a małymi podmiotami dostrzegalne są także w przypadku korzystania z różnych form wsparcia. Przedsiębiorstwa zatrudniające 250 lub więcej pracowników wyraźnie rzadziej niż mniejsze przedsiębiorstwa korzystały z programów pomocowych. Wśród mikro i małych firm relatywnie dużym zainteresowaniem cieszyła się dedykowana im pożyczka ze środków Funduszu Pracy i zwolnienia ze składek ZUS. Większe firmy z kolei częściej wspomagały się Tarczą Finansową PFR czy pożyczką obrotową na finansowanie wynagrodzeń pracowników.

Rys. 3. Czy w Pana/i firmie miały miejsce następujące sytuacje w związku z pandemią Covid-19?miały miejsce następujące sytuacje w związku z pandemią Covid-19

Oczekiwania przedsiębiorców

Zniesienie restrykcji związanych z pandemią (44 proc.), zmiana przepisów podatkowych w taki sposób, że podatek byłby należny jedynie od opłaconych faktur (38 proc.), dotacje (22 proc.) i rekompensaty (16 proc.) to najbardziej oczekiwane przez przedsiębiorców formy wsparcia w okresie pandemii.

Wygrani i przegrani pandemii

Najlepiej swoją sytuację (jako „bardzo dobra” i „raczej dobra”) oceniają średnie (45 proc.) i duże przedsiębiorstwa (48 proc.), a w ujęciu branżowym firmy farmaceutyczne i z ochrony zdrowia (48 proc.) oraz produkcyjne i budowlane, gdzie odpowiednio 38,7 proc. i 38,5 proc. ocenia swoją sytuację jako bardzo dobrą i raczej dobrą w porównaniu z rokiem poprzednim.

Po drugiej stronie są mikroprzedsiębiorstwa, gdzie źle sytuację swojej firmy ocenia 51 proc. badanych. Negatywne deklaracje dotyczą przede wszystkim firm usługowych oraz powiązanych z turystyką. Aż 95 proc. przedstawicieli hoteli i gastronomii ocenia sytuację swojej firmy jako złą.

Rys. 4. Jak ocenia Pan/i obecną sytuację swojej firmy? Czy w porównaniu do stanu sprzed pandemii (2019 r.) jest ona…

kondycja firmyO badaniu
Badanie na zlecenie EY zrealizował IBRIS w styczniu 2021 roku, na próbie 500 firm, w tym 200 mikroprzedsiębiorstw (2-9 zatrudnionych), 150 małych przedsiębiorstw (10-49 zatrudnionych), 100 średnich przedsiębiorstw (50-249 zatrudnionych) oraz 50 dużych przedsiębiorstw (250+ zatrudnionych). W badaniu wzięły udział firmy o zróżnicowanej wielkości i reprezentujące różne branże oraz sektory. Badanie zrealizowane metodą telefonicznych standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI).

Wynajęcie biura instytucji państwowej nie takie łatwe

Wynajęcie powierzchni biurowej instytucji państwowej nie jest łatwym zadaniem. Zazwyczaj wiąże się z udziałem właściciela budynku w przetargu na wybór powierzchni, spełnieniem wielu wymagań formalnych, a czasem nawet renegocjacjami umowy z bankiem w zakresie zabezpieczeń umowy najmu. Czy będąc właścicielem biurowca warto zatem starać się o pozyskanie takiego najemcy?

„Skutkiem panującej pandemii jest spowolnienie na rynku biurowym. Według najnowszych danych w całym 2020 roku w miastach regionalnych podpisano umowy na ponad 580 000 m kw., czyli wynajęto o ponad 100 000 m kw. mniej niż w 2019 roku. Osłabiony popyt i nie w pełni skomercjalizowana nowa podaż wpłynęły na wzrost średniego wskaźnika pustostanów, który na koniec 2020 roku wyniósł 12,7% i był o ponad 3 pp. wyższy niż przed rokiem. Spowolnienie nie było aż tak dotkliwe jak początkowo przewidywano, ale mimo to warto otworzyć się na nowe grupy najemców np. instytucje państwowe. Jest to doskonały moment, ponieważ coraz więcej z nich zaczyna wynajmować powierzchnię poza budynkami będącymi własnością poszczególnych instytucji czy Skarbu Państwa.     – komentuje Monika Sułdecka-Karaś, Partner, Dyrektor Regionalna w Knight Frank.

Zazwyczaj pierwsze kroki w pozyskaniu instytucji państwowej jako najemcy powinny polegać na znalezieniu informacji o przetargu, dostarczenie w wymaganym terminie potrzebnych dokumentów oraz dostosowanie oferty do wymagań przetargowych. Właściciele budynków biurowych powinni liczyć się z tym, że podmioty te inaczej niż spółki prywatne podchodzą do aranżacji powierzchni najmu. Bardzo często chcą wynająć gotową powierzchnię, która nie wymaga wprowadzenia żadnych zmian czy też dopłaty z ich strony z tytułu kosztów prac aranżacyjnych.

„Z naszych obserwacji wynika, że część właścicieli budynków biurowych nie decyduje się na udział w przetargach. Odrzucają możliwość pozyskania wieloletniego i niewątpliwie stabilnego najemcy z powodu niespełnienia kilku kryteriów. Moim zdanie to spory błąd, ponieważ czasem małym nakładem finansowym można dostosować powierzchnię do wymogów przetargowych i pozyskać najemcę nawet na okres 10 lat. Jest to bardzo atrakcyjna perspektywa szczególnie w czasach spowolnienia na rynku nieruchomości biurowych. Zawsze zachęcam właścicieli biurowców do wzięcia udziału w przetargu, a w konsekwencji do zrobienia wyceny ewentualnych modernizacji i dopiero na tej podstawie podjęcia decyzji, czy faktycznie warto zrezygnować,” – komentuje Anna Patrzyk-Sperzyńska, Leasing Manager w Knight Frank.

Kolejnym problemem dla niektórych właścicieli budynków biurowych jest płatność czynszu w złotówkach, a nie euro. Ze względu na umowy kredytowe lub przyjętą politykę wynajmu nie mogą się oni na to zgodzić. „Rozwiązaniem tej sytuacji może być renegocjowanie umowy z bankiem finansującym inwestycję. Bardzo często wpisuje się też do umowy najmu kwotę wyrażoną w euro, a płatności dokonuje się w złotówkach po kursie NBP sprzed dnia wystawienia faktury lub zamrożenie tego kursu,” – dodaje Iwona Kalaga, Negocjator w Knight Frank.

Większą elastycznością w kwestii zmiany płatności czynszu z euro na złotówki z pewnością mogą wykazać się lokalni właściciele obecni na rynku nieruchomości od wielu lat, których budynki są w dużym stopniu wynajęte.

Decydując się na rozmowy z państwowym najemcom trzeba mieć na uwadze brak zgody z jego strony na dodanie do umowy praktykowanych na rynku zabezpieczeń w postaci kaucji, gwarancji bankowej, kar umownych i odsetek czy oświadczenia o poddaniu się egzekucji – art. 777 KC. To wszystko może być bardzo trudne do zaakceptowania z perspektywy banku finansującego.

„Często zauważam, że właścicieli biurowców do startu w procesie pozyskania instytucji państwowej na najemcę budynku zniechęcają liczne formalności, których należy dopełnić. Przy tej okazji chciałabym zwrócić uwagę, że takie działy jak reprezentacja właściciela są między innymi po to, aby poprowadzić właściciela przez cały proces. Powinny zająć się wyszukaniem oferty przetargowej, wypełnieniem dokumentów, doradzeniem w jaki sposób dostosować przestrzeń do wynajęcia, pomóc podjąć ostateczną decyzję o sensowności udziału w przetargu czy też wynajęciu powierzchni,” – mówi Monika Sułdecka-Karaś, Partner, Dyrektor Regionalna w Knight Frank.

Jednym z największych plusów posiadania najemcy państwowego w swoim budynku jest niemożliwość jego bankructwa. W praktyce oznacza to brak problemów z płatnościami zobowiązań wynikających z umowy najmu.

Wolna powierzchnia rośnie. Są jednak dobre informacje

Analitycy REDD, największej bazy danych o rynku biurowym w Polsce, informują, że w Polsce w lutym 2021 zanotowano 559 nowych umów najmu powierzchni biurowej. Umowy obejmują w sumie ponad 155 tys. mkw. Nadal rośnie jednak wolna powierzchnia.

Liczba transakcji w lutym napawa optymizmem. Zanotowano w sumie 559 nowych umów najmu. Dla porównania w styczniu 2021 odnotowano 466 nowych umów, co z kolei potwierdza trend wzrostowy – wylicza Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

Zawarte umowy najmu

Mimo większej liczby podpisanych umów dane pokazują, że dotyczą one mniejszych powierzchni. W całości w lutym 2021 w Polsce wynajęło się ponad 155 tys. mkw. Dla porównania, w styczniu mniejsza liczba transakcji odpowiadała za większą liczbę mkw. powierzchni.

Liczby te potwierdzają zauważalną ostatnio tendencję. Otóż coraz więcej zapytań o biura kierowanych jest od małych firm poszukujących biura w lepszej lokalizacji, ale z mniejszym zapotrzebowaniem na powierzchnię  – ocenia Piotr Smagała  z REDD.Zawarte umowy wg m2

Warszawa: 805,880 m2 powierzchni biurowej do wynajęcia

Po przeanalizowaniu zebranych przez REDD danych od właścicieli warszawskich obiektów biurowych klasy A i B wynika, że obecnie w stolicy znajduje się:

  • 1748 modułów biurowych o łącznej powierzchni 805 tys. m2 dostępnych „natychmiast”
  • 172 moduły biurowe o łącznej powierzchni 142 tys. m2 dostępnych za 1-3miesiące
  • 91 modułów biurowych o łącznej powierzchni 63 tys. m2 będzie dostępny za około pół roku

REDD_wg czasu

Wolne biura: Powierzchnia oddana vs w budowie

Podsumowując sytuację rynkową pod względem wolnej powierzchni biurowej dostępnej do wynajęcia w lutym 2021, widzimy wyrazistą kontynuację trendu wzrostowego.

Według danych na 26.02.2021 w Polsce, w oddanych obiektach znajduje się 1 875 090 mkw. wolnej powierzchni dostępnej do wynajęcia. Oznacza to, że od końca stycznia w oddanych obiektach biurowych przybyło prawie 75 tys. mkw. wolnej powierzchni.

Mówiąc o wolnej powierzchni w obiektach w budowie, od końca stycznia wynajęto ok. 17 tys. mkw.  

Wyniki te mogą sugerować, że najemcy, jeśli decydują się na powierzchnię biurową, to wybierają nowoczesne budynki. To w nich najbardziej zmienia się podejście właścicieli budynków. Już teraz są oni bardziej skłonni do większego pola negocjacji czynszu i długości trwania umowy – zaznacza Piotr Smagała. REDD_wolna powierachnia

Bain&Co.: Fundusze private equity zwiększają aktywność w Polsce pomimo pandemii

W ubiegłym roku liczba przejęć dokonanych przez fundusze private equity wzrosła w Polsce o około jedną trzecią pomimo pandemii i niepewnej sytuacji gospodarczej, wynika z danych zgromadzonych przez firmę doradczą Bain & Company. Ponad połowa transakcji miała miejsce w samym czwartym kwartale, co jest dobrym prognostykiem na ten rok.

W ubiegłym roku fundusze private equity zainwestowały w niemal 40 spółek w Polsce. Łączna wartość inwestycji, dla których kwota transakcji została ujawniona wyniosła około 0,5 mld euro. Oznacza to spadek łącznej wartości rok do roku o prawie 60 proc. i jest spowodowane tym, że w 2020 r. nie było tak dużych pojedynczych przejęć, jakie miały miejsce rok wcześniej.

W minionym roku największym zainteresowaniem funduszy cieszyły się firmy z sektora technologicznego, ochrony zdrowia oraz dóbr konsumenckich. Eksperci Bain & Company, który jest czołowym doradcą funduszy w Polsce i na świecie, oczekują, że wraz ze spodziewaną poprawą koniunktury gospodarczej aktywność funduszy na polskim rynku będzie dalej rosnąć.

Rynek private equity niemal zamarł w pierwszych miesiącach pandemii. Jednak od trzeciego kwartału widzieliśmy już wyraźne ożywienie, a ostatnie miesiące 2020 roku były rekordowe pod względem liczby zawartych transakcji – powiedział Jacek Poświata, Partner Zarządzający Bain & Company Poland/CEE. – Wszystko wskazuje na to, że ten trend utrzyma się w tym roku, głównie za sprawą oczekiwań co do poprawy sytuacji gospodarczej oraz faktu, że fundusze dysponują znacznymi środkami na inwestycje.

Podobnie jak w latach ubiegłych, na polskim rynku private equity nadal więcej było kupujących niż sprzedających. W porównaniu do niemal 40 transakcji kupna, w ubiegłym roku fundusze przeprowadziły kilkanaście transakcji sprzedaży aktywów. Były to jednak zdecydowanie większe transakcje pod względem wartości, jak na przykład sprzedaż akcji platformy e-commerce Allegro na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie przez fundusze Cinven, Permira i Mid Europa Partners; sprzedaż spółki Polskie ePłatności przez Innova Capital, czy też sprzedaż oferującego usługi centrów danych ATM przez MCI Capital.

Jak wynika z Global Private Equity Report 2021 opublikowanego przez Bain & Company w tym tygodniu, łączna pula środków na inwestycje zgromadzonych przez fundusze na świecie wzrosła w ubiegłym roku do rekordowego poziomu $2,9 bln z $2,6 bln w 2019 roku. Ciągły napływ kapitału do funduszy i rosnąca konkurencja między nimi sprawia, że są gotowe płacić więcej za przejmowane spółki. W ubiegłym roku średnia cena, po jakiej fundusze przejmowały spółki w Europie, osiągnęła najwyższy w historii poziom 12,6 razy zysk EBITDA, wynika z analiz ekspertów Bain & Company.

Pomimo zawirowań i niepewności związanej z pandemią kolejny rok rosły wyceny przejmowanych spółek. Widać to było zwłaszcza w przypadku firm technologicznych czy specjalizujących się w płatnościach – powiedział Paweł Szreder, Młodszy Partner w Bain & Company. – Spodziewamy się, że w tym roku fundusze nadal będę interesować się spółkami z sektora technologicznego, jak również spółkami e-commerce, dóbr konsumenckich oraz firmami przemysłowymi z potencjałem ekspansji na rynkach Europy Zachodniej.

Rekordowo wysokie wyceny spółek oznaczają, że funduszom coraz trudniej będzie osiągnąć wysokie stopy zwrotu z inwestycji. W ciągu minionej dekady fundusze były beneficjentami silnego wzrostu cen aktywów. Obecnie, inwestorzy powinni bardziej skupić się na poprawie rentowności spółek portfelowych oraz budowaniu ich wartości.

Według ekspertów Bain & Company, fundusze coraz większą wagę powinny także przykładać do inwestycji zgodnie z zasadami ESG (Environmental, Social, and Governance). Inwestycje w spółki realizujące strategię zrównoważonego rozwoju z poszanowaniem środowiska osiągać będą wyższe stopy zwrotu. Rosnąć będzie również presja na zarządy spółek portfelowych na spełnianie standardów ESG ze strony klientów, pracowników, banków oraz regulatorów.

Pełna wersja Global Private Equity Report 2021 jest dostępna pod linkiem:

https://www.bain.com/globalassets/noindex/2021/bain_report_2021-global-private-equity-report.pdf

Deloitte: Niemal trzy czwarte pracujących w biznesie Polek obawia się o dalszy rozwój kariery

Problemem jest tradycyjne obciążenie kobiet pracą na dwóch etatach: służbowym i prywatnym.

Dla wielu kobiet aktywnych zawodowo pandemia oznaczała całkowite zaburzenie równowagi między pracą a życiem prywatnym. 86 proc. Polek pracujących w pełnym lub prawie pełnym etacie w różnych branżach ocenia, że zmiany wywołane koronawirusem miały negatywny wpływ na ich samopoczucie psychiczne, a 79 proc. deklaruje, że także na fizyczne. Z raportu firmy doradczej Deloitte „Wpływ pandemii na perspektywy rozwoju zawodowego kobiet w biznesie” wynika również, że ponad połowa ankietowanych ma wątpliwości odnośnie kontynuowania rozwoju zawodowego u obecnego pracodawcy. Eksperci Deloitte przedstawiają również rekomendacje dla pracodawców, dotyczące działań, jakie mogą podjąć, by zapewnić kobietom możliwość odnoszenia dalszych sukcesów i awansu w pracy obecnie i w dłuższej perspektywie.

Firma Deloitte sprawdziła ocenę sytuacji życiowej i zawodowej kobiet biznesu w związku z wybuchem pandemii. W tym celu przeprowadziła badanie na grupie kobiet z całego świata, zatrudnionych w różnych branżach, pracujących na pełen, lub prawie pełen etat i zajmujących stanowiska od specjalistki do prezeski. Podobne badanie objęło także grupę ponad 300 kobiet z Polski z małych, średnich i dużych firm, reprezentujących różne sektory.

Wyniki ankiety pokazują, że niemal 82 proc. pytanych kobiet na świecie i niewiele mniej, bo 76 proc. w Polsce uważa, że pandemia wywarła negatywny wpływ na ich życie. 74 proc. Polek z badanej grupy (70 proc. globalnie) obawia się natomiast o dalszy rozwój swojej kariery zawodowej.

– Jesteśmy w punkcie zwrotnym. Najwyższy czas zacząć analizować skutki pandemii odczuwane na poziomie jednostki, społeczeństwa, biznesu czy gospodarki, aby móc wyciągnąć wnioski i odwrócić niekorzystne tendencje, które pojawiły się w ciągu ostatnich dwunastu burzliwych miesięcy czy też wesprzeć trendy pozytywne. Procesy, jakie uruchomiła pandemia w życiu pracujących kobiet, mają i będą miały wpływ na sytuację samych kobiet, rodzin, firm oraz całego społeczeństwa. Pochylenie się nad tym tematem jest konieczne w momencie, gdy opracowujemy nowy model pracy – mówi Iva Georgijew, partnerka, członkini Rady Dyrektorów Deloitte Central Europe, założycielka i liderka Klubu SheXO Deloitte.

Pandemia odcisnęła piętno na życiu kobiet biznesu

Jak wynika z badania Deloitte, aż 78 proc. badanych Polek pracuje w biurze rzadziej niż kiedyś. Przy czym 42 proc. pracowało stacjonarnie przed pandemią przez minimum jeden dzień w tygodniu, a po jej wybuchu przeszło w pełni na pracę z domu. Dziś zdalnie na cały etat funkcjonuje 43 proc. ankietowanych, gdy wcześniej było to zaledwie 4 procent.

Badanie pokazuje przede wszystkim, że pandemia tylko nasiliła tradycyjne obciążenie kobiet pracą na dwóch etatach: służbowym i prywatnym. Aż 67 proc. respondentek zadeklarowało, że jednocześnie intensywnie zajmuje się osobami bliskimi, wykonując co najmniej 75 proc. związanych z tym obowiązków.

Sytuacja Polek nie różni się bardzo od położenia ogółu pracujących kobiet na świecie pod względem deklarowanego wzrostu obciążeń po wybuchu pandemii – uskarża się na to odpowiednio 63 proc. i 65 proc. pytanych. Niepokojące są jednak wyniki pokazujące zwiększenie się liczby stresujących czynników związanych z sytuacją zawodową kobiet w Polsce. Na przykład wzrost obciążenia pracą dotyka 73 proc. z nich, a dla porównania, w skali globalnej odczuwa go tylko jedna trzecia zapytanych. 72 proc. respondentek w Polsce uważa, że ma obecnie mniej czasu dla siebie, 68 proc. ma więcej obowiązków domowych, a ponad połowa ocenia, że ma więcej ogólnych powinności związanych z opieką nad dziećmi (54 proc.) oraz pomocą w zdalnej nauce (53 proc.).

Konieczność sprostania tym zadaniom całkowicie zmieniła rozkład dnia kobiet, co w rezultacie miało negatywny wpływ na ich życie. Najczęściej respondentki uskarżają się na pogorszenie się samopoczucia psychicznego – tak odpowiedziało 86 proc. z nich. Niewiele mniej, 79 proc., mówi o konsekwencjach fizycznych, a 65 proc. ocenia, że nie jest w stanie zrównoważyć pracy z życiem osobistym.

Pomyślmy, jak bardzo zmieni nas cały rok pandemii. Ile pracy trzeba będzie włożyć zarówno w rozwój nowego przywództwa, jak i kulturę organizacyjną. Inną sferą ogromnej pracy i kosztów będzie pomoc pracownikom w odbudowie ich psychicznego komfortu. Wyzwania związane z kosztami psychicznymi w wielu grupach społecznych będą wprost kolosalne – mówi John Guziak, partner, lider ds. kapitału ludzkiego w Deloitte Polska.

Kariera pod znakiem zapytania

Obok znaczących zmian w organizacji życia prywatnego, wymuszonych pandemią, wiele kobiet obawia się, że negatywnie wpłynie ona także na rozwój ich kariery zawodowej. Biorąc pod uwagę obecne wymagania dotyczące awansu, 51 proc. respondentek ma wątpliwości co do sensu kontynuowania kariery w swojej dotychczasowej firmie. Głównymi powodami są: brak równowagi między pracą a życiem prywatnym (53 proc.), brak kultury organizacyjnej (35 proc.), brak elastycznych systemów zatrudnienia (26 proc.), brak świadczeń (26 proc.) czy doświadczenia związane z różnymi formami wykluczenia (25 proc). Pesymizm badanej grupy Polek widać też w spodziewanym przez 53 proc. z nich zwiększeniu w najbliższym czasie liczby obowiązków.

Eksperci Deloitte wskazują też na niepokojące zjawisko, jakim jest poczucie badanych Polek, że w pracy muszą być teraz non stop dyspozycyjne, o czym wspomniało 49 proc. badanych. Taki charakter funkcjonowania online, do tego z własnego domu, powoduje zacieranie się granic między tym, co prywatne a tym, co służbowe. W efekcie 57 proc. pytanych czuje się przytłoczona swoimi obowiązkami zawodowymi. Tego rodzaju zmartwienia i rozterki wyrażają częściej menedżerki wyższego szczebla. W przypadku badanych kobiet, które mają poczucie, że muszą być zawsze dostępne, głównym zmartwieniem jest obawa przed wykluczeniem z udziału w zebraniach i projektach (45 proc.), strach przed negatywnym wpływem sytuacji na rozwój ich kariery (43 proc.), a także obawa przed obarczeniem dodatkowymi zadaniami innych członków zespołu, którzy mogą pracować po godzinach (26 proc.).

Sześć kroków do równowagi

Uczestniczki badania wskazały czynniki, które ich zdaniem mogłyby wesprzeć je w dalszym rozwoju zawodowym w trakcie pandemii, gdy konieczne jest przystosowanie się do zachodzących zmian, ale też w dłuższej perspektywie. Co ciekawe, odpowiedzi Polek miejscami dość istotnie różnią się od tych, których udzieliły kobiety w badaniu międzynarodowym. Kobiety na świecie na pierwszym miejscu wymieniły awans lub podwyżkę – 59 proc. Podobnie odpowiedziało tylko 28 proc. Polek, a czynnik ten znalazł się dopiero na siódmej pozycji. Na drugiej, zdaniem prawie połowy zapytanych na świecie znalazły się bardziej elastyczne formy wykonywania pracy. W Polsce odpowiedziała tak jedna trzecia zapytanych. Natomiast najważniejsza dla polskich respondentek (46 proc.) jest obsada zespołów, która zapewnia niezbędne wsparcie w realizacji celów zawodowych. W skali globalnej zajęła trzecie miejsce.

W ostatnim czasie w biznesie niebywale wzrosło znaczenie czynnika ludzkiego i społeczny wymiar przedsiębiorstw. Dla sukcesu biznesowego firm, które przetrwały kryzys lub wręcz rozwinęły się w trakcie pandemii, decydująca okazała się inicjatywa pracowników, ich samodzielność, odwaga, kreatywność i proaktywne podejście do wyzwań, z którymi się stykali. A także funkcjonowanie w zgranych, silnie zmotywowanych zespołach, odpornych na zawirowania – uważa John Guziak.

Aby to udało się osiągnąć, eksperci Deloitte proponują sześć kroków.

Przede wszystkim, trzeba ponownie zdefiniować pojęcia elastycznego czasu pracy oraz dyspozycyjności w czasach tzw. nowej normalności. Niezbędne jest budowanie kultury umożliwiającej pracownikom czerpanie korzyści z nowych reguł bez obawy o swoją przyszłość zawodową.

Po drugie, podstawą zarządzania powinny być empatia i zaufanie. Empatia liderów pozwala na budowanie otwartej kultury firmowej i w efekcie prowadzi do wzajemnego zaufania oraz samodzielności pracowników, ich wewnętrznej motywacji, proaktywności i sprawnej współpracy.

Po trzecie, prawie jedna trzecia badanych przez Deloitte (w tym niemal 40 proc. członkiń wyższej kadry kierowniczej) wskazywała m.in. mentoring i networking jako czynniki istotne z punktu widzenia rozwoju ich kariery.

Po czwarte, pracodawcy powinni zapewnić elastyczny dostęp do specjalistycznej wiedzy oraz konieczne w danym wypadku wsparcie. Należy jednak zadbać, by dopasować tę ofertę do różnorodnych możliwości technicznych i czasowych poszczególnych pracownic.

Po piąte, ważniejsza niż kiedykolwiek jest eliminacja podświadomych uprzedzeń w ramach procesów przyznawania nagród, podwyżek i awansów, w tym obiektywne podejście do obowiązków opiekuńczych kobiet.

I wreszcie, elementami kultury organizacyjnej każdego przedsiębiorstwa powinny być różnorodność, poszanowanie innych i zapobieganie wykluczeniu. Przeszło 25 proc. kobiet, które poddają w wątpliwość możliwość rozwoju swojej kariery zawodowej, jako przyczynę wymienia zachowania wykluczające, takie jak mikroagresja czy odsunięcie od spotkań i projektów. Wszelkie przypadki tego typu wymagają bezpośredniej, zdecydowanej reakcji, uwzględniającej także jasne komunikaty i szkolenia.

Warto wykorzystać dzisiejszą sytuację jako okazję do przemyśleń na temat budowy nowej kultury organizacyjnej w firmie. To, jak będą postępować w najbliższym roku pracodawcy, czy dołożą starań, aby ułatwić kobietom adaptację do zmienionych warunków życia i pracy oraz realizację ich ambicji zawodowych, ma kluczowe znaczenie dla społecznej i zawodowej przyszłości kobiet. A także dla kultywacji tego, co biznes zyskał dzięki zaangażowaniu pracowników obu płci – mówi Iva Georgijew.

O badaniach

W sierpniu i wrześniu 2020 roku, w imieniu Deloitte Global, Forbes Insights przeprowadził badanie 385 kobiet z całego świata, zatrudnionych w różnych branżach. Badanie objęło Australię, Brazylię, Kanadę, Chiny, Francję, Indie, Japonię, Wielką Brytanię i USA. Wszystkie respondentki pracowały na pełen etat i zajmowały różnorodne stanowiska.

W grudniu 2020 oraz w styczniu 2021 r. firma Deloitte przeprowadziła badanie 335 kobiet z całej Polski, zatrudnionych w małych, średnich i dużych firmach w różnych branżach. Wszystkie pracowały w pełnym lub prawie pełnym wymiarze godzin i zajmowały różnorodne stanowiska – od asystentki do prezeski.

Kobiety doskonale wiedzą, czego chcą w sferze zawodowej. Jakie są ich oczekiwania względem pracodawców?

Jakie czynniki są dla Polek decydujące przy wyborze nowego miejsca pracy? Które benefity pozapłacowe uznają za najbardziej atrakcyjne? Co jest dla nich motywacją do zmiany zatrudnienia i czy możliwe jest zatrzymanie ich w organizacji, gdy podejmą decyzję o odejściu? Z okazji zbliżającego się Dnia Kobiet ManpowerGroup przygotował analizę przedstawiającą oczekiwania pań względem rynku pracy.

Czas pandemii COVID-19 to okres dynamicznych zmian zarówno w gospodarce, jak i na rynku pracy. Wydawałoby się, że nie jest to odpowiedni czas, by dobrowolnie opuszczać zawodową strefę komfortu. Jednak Polki, przy odpowiedniej motywacji, są otwarte na nowe wyzwania. Aż 49% z nich byłoby skłonnych zmienić pracę, gdyby zaproponowano im lepsze warunki finansowe (źródło: raport ManpowerGroup i HRlink „Ocena nowej rzeczywistości rynku pracy − perspektywa pracowników i pracodawców”). Kolejną skuteczną zachętą do podjęcia nowego zatrudnienia jest perspektywa rozwoju zawodowego (19%) oraz ciekawsze obowiązki (6%). Tylko 5% pań zdecydowałoby się przejść do innej firmy ze względu na możliwość objęcia wyższego stanowiska. 4% postanowiłoby zmienić pracę, gdyby realizacja celów i zadań u obecnego pracodawcy była niemożliwa. Bardzo niewiele kobiet (1%) deklaruje, że nie zmieniłoby pracy w czasie pandemii.

Co może zrobić pracodawca w sytuacji, gdy cenna dla organizacji pracownica składa wypowiedzenie? Czy ma szanse zatrzymać ją w firmie? Jakich argumentów powinien użyć, by przekonać ją do kontynuowania współpracy? Przede wszystkim – finansowych. Aż 45% kobiet deklaruje, że podwyżka skłoniłaby je do pozostania w organizacji. Dla 14% ważna jest stabilność obecnego zatrudnienia. 11% pracownic deklaruje, że w obecnej firmie zatrzymałyby je lepsze relacje z przełożonym i dobra atmosfera w zespole. Odpowiednią motywacją dla 10% pań byłby awans w obecnej organizacji. Część pracownic czułaby obawy przed zmianą w dobie pandemii (9%), szczególnie w przypadku braku sprawdzonych informacji dotyczących kondycji finansowej potencjalnego nowego pracodawcy (5%).
Czy pandemia zmieniła oczekiwania pracownic odnośnie benefitów pozapłacowych? 13% pań deklaruje, że w ich przypadku globalne zagrożenie zdrowotne przyczyniło się do przewartościowania benefitów. Respondentki, udzielając odpowiedzi wielokrotnego wyboru na temat najbardziej pożądanych świadczeń, najczęściej wskazywały na prywatną opiekę zdrowotną (64%) oraz szkolenia i rozwój (57%). Mile widziane są również dodatkowe dni wolne (38%), dofinansowanie do nauki języków (35%), a także – deklarowane przez ok. 30% pań – ubezpieczenie na życie oraz karta uprawniająca do korzystania z obiektów sportowych.

Jakiego modelu pracy oczekują Polki w trakcie i po pandemii? 56% uważa, że forma zdalna powinna zostać wprowadzona w firmach na stałe, natomiast przeciwnego zdania jest 30% kobiet. Oznacza to, że ponad połowa pań w Polsce ceni sobie możliwość wyboru oraz elastyczność, jaką zapewnia zdalny model funkcjonowania zawodowego. W grupie będącej „za” pracą zdalną 76% Polek najlepiej odnajdywałoby się w hybrydowym modelu pracy. Model wyłącznie zdalny wybrałoby 15% kobiet. Do biur w pełnym wymiarze chce wrócić 8%.

– Od lat obserwujemy otwartość i gotowość polskich organizacji na wykorzystanie pełnego potencjału zawodowego kobiet. Panie coraz częściej zajmują wysokie, w tym kierownicze i przywódcze stanowiska w firmach. Ten obraz rosnącej roli kobiecej siły w organizacjach zburzyła jednak pandemia koronawirusa, która w największym stopniu dotknęła właśnie sfeminizowanych branż. Handel, przetwórstwo przemysłowe, gastronomia czy hotelarstwo to dziedziny w których kobiety stanowią znaczną grupę zatrudnionych, a zarazem sektory, które najbardziej ucierpiały w wyniku lockdownu. Dodatkowo branże te bardzo szybko się digitalizują, dlatego też panie, aby zapewnić sobie zatrudnialność w przyszłości, muszą intensyfikować swój rozwój zawodowy poprzez stałe podnoszenie, aktualizowanie i nabywanie kompetencji w obszarach związanych z cyfrową transformacją. To również zadanie dla pracodawców, którzy powinni wspierać kobiety w rozwijaniu nowych umiejętności przyczyniając się do zapewnienia równości płci na rynku pracy i ułatwiając sobie przygotowanie do pracy przyszłości – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce.

Z badania ManpowerGroup „The Future for Workers, By Workers: Making the Next Normal Better for All” przeprowadzonego globalnie wśród 8 tys. pracowników wynika, że kobiety są bardziej zagrożone utratą pracy. Panie stanowią liczniejszą grupę pracowników w sektorach najbardziej dotkniętych pandemią COVID-19, takich jak Hotelarstwo/Restauracje (59% pracowników tego sektora na świecie to kobiety) czy Sztuka i Rozrywka (63% ) – potwierdzają dane przygotowane przez International Labor Organization (ILO) w ramach analizy „COVID-19 and the World of Work”. Z kolei zgodnie z informacjami przedstawionymi podczas Światowego Forum Ekonomicznego („Covid-19 Infects More Men than Women”, czerwiec 2020), panie częściej niż panowie będą zmuszone do skorzystania z urlopu lub świadczeń postojowych (12% kobiet vs 10% mężczyzn) oraz będą odczuwać społeczne i ekonomiczne skutki pandemii dłużej niż ich koledzy z pracy. W tej sytuacji otwartość na zmiany oraz nieustanne doszkalanie się są zdecydowanie pożądane.

– Myśląc o stopniu, w jakim pandemia dotknęła kobiety, nie należy zapominać, że w związku z zamknięciem szkół oraz wykonywaniem pracy z domu wiele pań mierzyło się z wyzwaniami jednoczesnego łączenia roli rodzica oraz pracownika. To, jak znaczna jest skala wpływu koronakryzysu na codzienność pań, oddaje powstanie w języku angielskim określenia shecession. Dlatego firmy, które realnie chcą wspierać swoich pracowników powinny strategicznie i kompleksowo pomagać im także w łączeniu życia prywatnego z rolami zawodowymi – dodaje Iwona Janas.

Czy praca ma płeć? Kobiety i mężczyźni o pracy

Sytuacja zawodowa kobiet w Polsce jest dziś lepsza, niż 10 lat temu – uważa większość Polaków uczestniczących w badaniu Pracuj.pl. Jednak panowie i panie różnią się znacznie w ocenie sytuacji zawodowej obu płci – np. równości szans, poziomu napięć zawodowych, obciążenia obowiązkami czy zasadności parytetów. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety wciąż często myślą o sobie stereotypami. Z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet sprawdzamy, jak przedstawiciele obu płci oceniają swoją sytuację na rynku pracy.

Czego dowiesz się z tekstu:

  • Według 61% badanych kobiety są w lepszej sytuacji niż 10 lat temu.
  • Kobiety częściej niż mężczyźni uważają, że mają gorsze szanse na karierę.
  • Parytety płci w zarządach popiera 58% kobiet i 39% mężczyzn.
  • 57% mężczyzn uważa, że w pracy mierzą się ze sprzecznymi oczekiwaniami.

W (równym) środowisku pracy

8 marca przypada 111. rocznica ustanowienia Międzynarodowego Dnia Kobiet. Od samego początku jego ważną intencją było wzmacnianie pozycji pracujących kobiet i przypominanie o równości pracowników bez względu na płeć. Jak obecną sytuację pań na rynku pracy postrzegają aktywni zawodowo Polacy? Z okazji zbliżającego się święta zapytaliśmy o to respondentów uczestniczących w badaniu Pracuj.pl „Polacy w środowisku pracy”. Co ważne, nie zapomnieliśmy też o wyzwaniach zawodowych mężczyzn – również mierzących się z codziennymi trudnościami. Dzięki temu badania przynoszą sporo ciekawych, mniej oczywistych spostrzeżeń dotyczących rynku pracy.

Coraz lepiej, choć daleko do równości

Według badań Pracuj.pl większość Polaków jest zgodna co do opinii, że sytuacja zawodowa kobiet jest dziś lepsza, niż jeszcze dekadę temu – twierdzi tak 6 na 10 badanych. Różnice między opiniami kobiet i mężczyzn są tu bardzo niewielkie. Nieco większy rozdźwięk zaobserwować można w przypadku oceny sytuacji zawodowej panów. O tym, że przez dekadę się poprawiła, wyraźnie częściej przekonane są kobiety (51%) niż mężczyźni (45%).

Lepsza sytuacja zawodowa nie oznacza jednak wciąż równości. Wiele pracujących kobiet uważa, że nie są traktowane w środowisku pracy na równi z mężczyznami. 42% respondentek nie zgodziło się ze stwierdzeniem, że obie płcie mają obecnie równe szanse w życiu zawodowym – to znacznie więcej, niż w przypadku mężczyzn (24%).

Wyniki badań Pracuj.pl pokazują, że wiele kobiet wciąż ma poczucie nierówności na rynku pracy. Tylko 1/3 naszych respondentek uważa, że szanse kobiet i mężczyzn na rynku pracy są równe. Mężczyźni znacznie częściej postrzegają je w ten sposób. Połowa respondentów zadeklarowała, że obie płcie mają w życiu zawodowym takie same szanse. Kiedy schodzimy na poziom bardziej szczegółowy, kobiety i mężczyźni są bardziej zgodni. Około 60% respondentów i respondentek uważa, że bez względu na płeć są tak samo traktowani przez przełożonych i mają takie same szanse na awanse czy podwyżki. Jest jednak 40-procentowa grupa badanych, którzy i które dostrzegają nierówności w swoich miejscach pracy – komentuje Małgorzata Skonieczna, ekspertka ds. badań kandydatów w Grupie Pracuj.

równe szanse kobiet

Parytety – rozwiązanie, które dzieli

Jak zauważa ekspertka, panowie i panie nie różnią się od siebie znacząco w ocenie równego traktowania obu płci przez przełożonych (58% zgadzających się), a także równego dostępu do awansów i podwyżek (54%).równośc w pracy

Niepokojący jest natomiast odsetek osób, które nie zgadzają się ze stwierdzeniami dotyczącymi podobnych szans obu płci. Czy odpowiedzią na te wyzwania mogą być parytety? Tu zaobserwować można znaczące różnice w ocenie ze strony przedstawicieli obu płci. Panie odnoszą się do nich ze znacznie większym entuzjazmem od panów, choć również wśród nich zwolenniczki nie stanowią przeważającej większości. 58% pań popiera parytety płci na stanowiskach kierowniczych, a 48% – w trakcie selekcji kandydatów do pracy. Dla porównania wśród mężczyzn w obu przypadkach jest to mniej niż 4 na 10 badanych.

parytety płciJak zauważa dr Monika Sońta, ekspertka Katedry Zarządzania w Społeczeństwie Sieciowym na Akademii Leona Koźmińskiego, parytety jeszcze przez długi czas będą budzić kontrowersje. Jednak według różnorodnych rynkowych analiz stopniowe wprowadzanie parytetów może przynosić realne korzyści dla firm.

Regularne raporty dotyczące parytetów i wzrostu różnorodności w organizacjach przygotowuje choćby np. Deloitte. Pokazują one, że obecność kobiet w zarządach wpływa pozytywnie na wyniki finansowe firmy oraz na wzrost poziomu innowacyjności w organizacji. Dodając to tego często wdrażany przez menedżerki styl zarządzania oparty na zaufaniu można dostrzec, że włączanie pań w podejmowanie decyzji biznesowych oraz zapraszanie ich do projektowania kolejnych działań w „nowej normalności” jest korzystne dla firm – komentuje dr Monika Sońta.

Stereotypy i sprzeczne oczekiwania

Czy płeć może mieć wpływ na predyspozycje do wykonywanych zawodów? Niewątpliwie kobiety i mężczyźni uzupełniają się kompetencyjnie w miejscach pracy. Jednocześnie jednak twierdzenia o predyspozycjach wynikających z płci bywają nośnikiem stereotypów. Ujawniają także różnice w postrzeganiu sytuacji przez panie i panów. Na przykład, respondentki częściej od panów uważały kompetencje miękkie za domenę kobiet (53%, przy 42% mężczyzn). Respondenci natomiast częściej uważali, że to panowie lepiej nadają się do wykonywania zawodów technicznych (44% mężczyzn i 32% pań).Stereotypy i sprzeczne oczekiwaniaPanie muszą mierzyć się ze stereotypami. W oczach panów z kolei pojawia się inny problem – mierzenie się z trudnymi oczekiwaniami. Część ekspertów i psychologów zwraca uwagę, że zmiany kulturowe nakładają na mężczyzn dodatkową presję, związaną z nowymi rolami i oczekiwaniami społecznymi. Respondenci Pracuj.pl płci męskiej zwracają uwagę na fakt, że w miejscach pracy często oczekuje się od nich jednoczesnej stanowczości i empatii, nieraz w tym samym czasie. Z takim twierdzeniem zgadza się 57% badanych mężczyzn i znacznie mniej, bo 40% kobiet. Dla sporego odsetka panów taka sytuacja sprawia trudność.
oczekiwania kobiet i mężczyzn

Stres i płeć w oczach Polaków

Stres w pracy dotyka wszystkich pracowników – bez względu na płeć. Odmienne są jednak wyobrażenia na temat tego, która płeć lepiej sobie z nim radzi. Co ciekawe, choć najwięcej respondentów nie dostrzega w tym obszarze różnic, przedstawiciele obu płci wskazują często… na samych siebie. Kobiety (35%) częściej niż mężczyźni (14%) uważają, że to one lepiej radzą sobie z nerwami w pracy. Z kolei mężczyźni (33%) częściej niż kobiety (18%) są zdania, że są bardziej odporni na stres w życiu zawodowym.
stres kontra płeć

Temat stresu zyskuje szczególnie na znaczeniu w obliczu pandemii COVID-19. W ostatnim roku najmocniej doskwierała pracującym Polakom myśl o utracie pracy (36%) oraz strach przed pogorszeniem się kondycji firmy (również 36%) – taką opinię wyrazili respondenci w badaniu Pracuj.pl „Polacy w środowisku pracy”. Stresogennymi czynnikami, bez względu na płeć, są także: odmowa przyznania podwyżki lub awansu, trudności z zachowaniem work life-balance czy konflikty z przełożonym i współpracownikami. Jedynie 22% zatrudnionych uznało, że w ich życiu zawodowym nie ma żadnych problemów.

Rodzicielstwo, czyli zawodowe wyzwanie

Pandemia utrudniła życie aktywnych zawodowo rodziców. W badaniu Pracuj.pl przeprowadzonym w II kwartale 2020 roku aż 79% ojców i matek przyznawało, że ma większe trudności z pracą zdalną, niż inni pracownicy. Ich zdaniem osobom bezdzietnym zdecydowanie łatwiej pracuje się na home office.

rola rodzica

Pogodzenie obowiązków zawodowych z obowiązkami domowymi, gdy placówki edukacyjne są zamknięte to nie lada wyzwanie. Również w tym przypadku widzimy, że kobiety i mężczyźni są podzieleni w ocenie obciążenia obu płci obowiązkami rodzicielskimi. Wśród panów podobna liczba uważa, że funkcjonowanie na współczesnym rynku pracy jest dużym wyzwaniem dla matek (59%) i ojców (56%). Z kolei wśród pań dysproporcja pod tym względem jest znacznie większa – 63% dostrzega wyzwania matek, 49% – trudności ojców. Jak zauważa ekspertka, ta dysproporcja może wynikać z obciążenia pań wieloma obowiązkami rodzicielskimi zarówno w minionych latach, jak i w czasie pandemii.
Przez ostatnie trzy dekady w Polsce rosły „techniczne” możliwości podejmowania pracy zarobkowej przez kobiety. Pojawiają się też nowe segmenty opisujące styl życia i pracy Polaków, np. DINKs, czyli pracujące, bezdzietne pary. Widok aktywnej zawodowo mamy dla osób z pokoleń Y czy Z jest codziennością, przyzwyczailiśmy się do tego społecznego obrazka. Pytanie, ile to łączenie ról kosztuje same kobiety. Szczególnie widać to w czasie pandemii, gdy to Panie ponoszą najwyższą cenę pracy z domu lub konsekwencje decyzji o zajęciu się domem i ograniczeniu aktywności zawodowej – komentuje dr Monika Sońta.

Z potencjałem, ale bez przewrotów w świecie HR-u. Jak koronawirus zmienił (i nadal zmienia) nasze podejście do zarządzania kadrami?

Truizmem staje się powiedzenie, że pandemia koronawirusa zmieniła podejście HR-owców do zarządzania kadrami, choć pomimo długiej już kariery pojęć, takich jak “praca zdalna” czy “postcovidowy employer branding”, w powszechnym przekonaniu nadal pokutuje myśl o niechybnej rewolucji. Czy home-office staje się must-have każdej firmy? Jakie działalności najszybciej adaptują się do nowych standardów? Tutaj nie ma jednoznacznych odpowiedzi.

Rzeczywistość jest nieco mniej przewrotowa-na rynku pojawiło się kilka branżowych mitów, a uważni managerowie powinni zwrócić uwagę na ciągłość procesu, jakiego wszyscy jesteśmy świadkami — dopiero ten może nas sporo nauczyć.

Mit I. Wszyscy pracujemy zdalnie

Jeszcze przed wiosennym lockdownem tzw. home-office był raczej ciekawostką niż stałym trendem na rynku pracy. Co prawda niektóre branże (w tym firmy zajmujące się marketingiem czy IT) traktowały pracę zdalną jako dopuszczalny scenariusz zarządzania zespołem, choć taka decyzja była w przeważającej części przypadków benefitem, a nie standardem. Według raportów platformy EPALE Komisji Europejskiej, 33,9 proc. zatrudnionych nigdy wcześniej nie pracowało z domu, a sporadycznie home-office przytrafiał się 43,4 proc. respondentów. Te same badania wykazały, że zaraz po ogłoszeniu pierwszej kwarantanny, aż 85,6 proc. pracowników przeszło na tryb pracy zdalnej, choć i ten odsetek wydaje się sporo na wyrost (dane z kwietnia 2020 roku).

Przyjmując jednak, że ankieta KE odzwierciedla stan nagłego zamknięcia biur, to już Główny Urząd Statystyczny w czerwcu 2020 roku oszacował, że wyłącznie ze względu na sytuację epidemiologiczną, tylko 10,2 proc. badanych pozostaje na home-office. W 3. kwartale ubiegłego roku odsetek zmalał do 5,8 proc. Kolejną różnicą jest zmiana rozkładu sił, jeśli chodzi o poparcie trendu — o ile na początku pandemii zarówno sektor prywatny, jak i państwowy w podobnym stopniu delegował pracowników do pracy zdalnej, to pod koniec września GUS informował już o prawie dwukrotnej przewadze przedsiębiorstw komercyjnych. Co to oznacza dla przyszłości pracy na odległość?

Pierwszym wnioskiem jest trudność w oszacowaniu liczby osób, które pracują zdalnie. Często w raportach pojawiają się sprzeczne sygnały, iż z jednej strony praca zdalna stała się nieodłącznym elementem krajowego rynku pracy, jednak z drugiej — o niewielkiej ciągłości. Duża część badaczy nie bierze pod uwagę cyklicznych powrotów do biur oraz tak samo częstego eksodusu do pracy zdalnej, np. przez obecność jednej osoby zakażonej w zespole. Inną kwestią jest przyjęcie strategii pracy hybrydowej, czego również raporty nie biorą pod uwagę jako odrębnego stylu zarządzania kadrami. Według Komisji Europejskiej aż 40,3 proc. zatrudnionych nawet po pandemii chce postawić na home-office. Jak często? W tej kategorii również brak rewolucji — od 1 do 2 razy w tygodniu.

Mit II. Małe firmy szybciej dostosowują się do zmian

Wydawałoby się, że organizacje o uproszczonej strukturze szybciej adaptowały się do rzeczywistości pandemicznej niż duże korporacje. Za taką tezą przemawiają głównie kwestie komunikacyjne i strukturalne — na pozór łatwiej przecież oddelegować cztery osoby na home-office niż cały dział. Realia malują się jednak w nieco innych barwach, a te z kolei stawiają właśnie większe firmy na podium. Nawet ogólnopolskie raporty w grupach badawczych notowały wyraźną przewagę dużych przedsiębiorstw nad MŚP. Dla przykładu, w dyskusji o pracy zdalnej i większej elastyczności zadaniowej brało udział 73 proc. korporacji. W badaniach m.in. Uniwersytetu SWPS — dokładnie 63 proc. Dlaczego?

Małe organizacje, szczególnie z długim stażem na rynku, często są bardziej konserwatywne, niż debiutujące start-upy, albo międzynarodowe korporacje. W przypadku MŚP dochodzi również brak oddelegowanego zaplecza decyzyjnego i wykonawczego. To powinien być pierwszy sygnał dla HR-owców — wykształcenie specjalnej komórki do delegowania na home-office. Taką filozofię przyjęły duże firmy, o czym zapomniały (lub po prostu nie miały ku temu środków) małe.

Tylko na przykładzie pracy zdalnej można wykazać, iż domeną dużych firm jest właśnie adaptacja do nowej rzeczywistości. Cezurą wydaje się 49 pracowników, ponieważ powyżej tej liczby notowano wyraźny skok w kategorii delegowania zespołu na home-office, a także wprowadzania innych innowacji, m.in. onboardingu online. Pandemia pokazała HR-owcom, że o ile integracja przez internet może zakrawać na śmieszność (choć nie w każdym przypadku jest zdana na porażkę!), to całkiem sprawnie sprawdzają się szkolenia na odległość. Pomijając kwestie sprzętowe, dzięki zdalnym kursom, zespół nie jest zdany wyłącznie na specjalistów z danego miasta, a oferty szkoleniowców nie ogranicza geografia. W tym przypadku to również spora szansa dla mniejszych działalności.

Mit III. Krajowy rynek pracy jest gotowy do postpandemicznej rewolucji

O ile kwestia pracy zdalnej musi jeszcze dojrzeć, małe firmy muszą nieco zmodyfikować zachowawczy styl zarządzania, a korporacje konsekwentnie usprawniać modele wdrożone już podczas lockdownu, to pojawia się jednak kwestia całokształtu krajowego rynku pracy. Czy właściwie jesteśmy gotowi do postępującej digitalizacji etatów? Tak jak już wspominałam — rewolucja to określenie na wyrost. COVID-19 raczej przyspieszył ewolucję w stronę większej elastyczności, ale nie należy się spodziewać nagłego przewrotu, opustoszenia biurowców, czy wybuchu popularności coworkingu.

Bloomberg, The Economist, amerykański Forbes. Największe i najbardziej prestiżowe redakcje już wieszczyły eksodus HR-u w stronę internetu, jednak większość analiz kończyły frazą “to zależy od…”. No właśnie — od czego zależy powodzenie transformacji zarządzania kadrami zarówno w trakcie, jak i po koronawirusie? Można zaryzykować stwierdzenie, że znaczącym bodźcem jest lokalna kultura pracy. Od wieków Polacy byli przywiązani do stałego miejsca, które stawało się synonimem etatu, a relatywnie młode dziedziny, które już teraz stawiają znaczące kroki w stronę wdrażania rozwiązań z okresu pierwszego lockdownu, w Polsce nie mają takiego zaczepienia, jak w Wielkiej Brytanii czy Stanach.

Nietrudno wyobrazić sobie nieco uszczuplone londyńskie City, ponieważ już wcześniej model telepracy wykorzystywany był w przypadku kadry specjalistów. W Polsce z kolei background zarówno kulturowy, jak i technologiczny nie jest jeszcze na tyle rozbudowany, aby dać szansę podobnym rozwiązaniom. Według rankingu “The Digital Economy and Society Index (DESI)” znajdujemy się na 26. miejscu w całej Europie, jeśli chodzi o implementację rozwiązań cyfrowych w miejscach pracy. Przykładowo, z systemów Big Data korzysta tylko 8 proc. przedsiębiorstw (przy średniej unijnej rzędu 12 proc.), a z mediów społecznościowych tylko 14 proc. (gdy średnia UE to 25 proc.). Co za tym idzie — na ten moment tylko co trzeci biznes realnie jest w stanie utrzymać m.in. model pracy zdalnej, czy nawet rekrutację przez internet.

Nie należy jednak załamywać rąk. Wdrażanie doświadczeń z czasów pandemii to proces ciągły, a pomimo sezonowego spadku zainteresowania, polski rynek ma sporo potencjału w kategorii zmiany środowiska pracy. Co ciekawe, większy entuzjazm widać u samych przełożonych, ponieważ według raportu “Bezpieczeństwo pracy w Polsce 2020. Wpływ pandemii koronawirusa na polski rynek pracy”, za utrzymaniem home-office optuje 57 proc. pracodawców i 46 proc. pracowników. Wniosek? Nie ma rewolucji, jest stopniowa ewolucja.

Autorka: Milena Krasuska — Chief Operations Officer w Grupie Assay.

Czy pracownicy fizyczni czują się bezpieczni w czasie pandemii? Raport Trenkwaldera

COVID-19 „wywrócił do góry nogami” życie zawodowe pracowników z różnych branż i na różnych stanowiskach. Podczas gdy pracownicy biurowi w celu podniesienia poziomu bezpieczeństwa otrzymali możliwość wykonywania swojej pracy zdalnie, pracownicy fizyczni nie mieli takiej możliwości i musieli pozostać na swoich miejscach pracy.  Agencja zatrudnienia Trenkwalder Polska przeprowadziła ankietę, w której zbadała czy pracownicy fizyczni, tzw. blue collars, czują się bezpiecznie w czasie pandemii i czy pracodawcy zdali w tym względzie egzamin.

W 2020 cały „biurowy” świat – działy HR, IT i liderzy organizacji – stawał na głowie, aby szybko dostosować firmy do przymusowej pracy zdalnej. Wprowadzano kolejne środki bezpieczeństwa pracy w warunkach pandemicznych, rozwiązania technologiczne, które ją umożliwiały, badano poziom satysfakcji pracowników i opracowywano „cyfrowe” pakiety well-being. Jednak rozwiązań wypracowanych dla pracowników biurowych nie da się jeden do jednego zastosować w przypadku pracowników fizycznych. Czy blue collars czują się bezpiecznie w pracy w czasie pandemii?

Agencja zatrudnienia Trankwalder Polska[1], przeprowadziła badanie ankietowe wśród ponad 470 pracowników fizycznych zatrudnionych na umowę o pracę tymczasową, w takich branżach, jak m.in. branża produkcyjna, logistyczna czy magazynowa.

– „Celem naszego badania było sprawdzenie nastrojów wśród tej grupy pracowniczej – poczucia bezpieczeństwa w pracy i poziomu „zaopiekowania” przez pracodawcę użytkownika i agencję zatrudnienia w czasie trwającej pandemii.” – mówi Ewelina Glińska-Kołodziej, Dyrektor Operacyjny Trenkwalder Polska.

Aż 85% ankietowanych pracowników fizycznych odpowiedziało, że czują się zadbani w czasie zagrożenia COVID-19. 57% zadeklarowało, że czuje się bezpiecznie, ponieważ firma zapewniła swoim pracownikom niezbędne informacje, instrukcje oraz środki ochrony. 47% ma poczucie zaopiekowania – wie, do kogo zwrócić się z pytaniem po informacje czy też po środki ochrony osobistej. Z kolei 4,8% oświadczyło, że nie otrzymało żadnych informacji, instrukcji czy środków ochrony, a 3,2% jest zdezorientowanych i nie wie, do kogo zwracać się z pytaniami.bezpieczeństwo pracy covid

Na pytanie o stały dostęp do środków ochrony osobistej, 77% wskazało środki dezynfekcji.
Na drugim miejscu znalazły się maski. Zaledwie 9,5% wymieniło przyłbice. 9% respondentów przyznało, że ich pracodawca nie zapewnia im żadnych środków ochrony osobistej. Warto zauważyć, że aż 66,5% ankietowanych wskazało, że ich pracodawca dostarczył im instrukcje i informacje dotyczące bezpieczeństwa pracy w sytuacji zagrożenia epidemicznego.bezpieczeństwo pracy covid 19

Kolejnym, istotnym elementem badania, była kwestia wsparcia ze strony koordynatora wyznaczonego ze strony agencji zatrudnienia do kontaktów z pracownikami.

– „Wiele mówi się o tym, jak ważna jest komunikacja z pracownikami w czasach pandemii, kiedy brakuje nam codziennych  i bezpośrednich kontaktów z kolegami z pracy. Najczęściej odnosi się to do pracowników biurowych. Jednak, jak pokazują nasze badania, dla pracowników fizycznych jest to równie istotne. 85% ankietowanych wskazało, że ich poczucie bezpieczeństwa zwiększa fakt, że ze strony koordynatora mogą liczyć na bieżący oraz życzliwy kontakt i na udzielenie pomocy czy odpowiedź na zadawane pytania. To pokazuje, że bez względu na rodzaj wykonywanej przez ich pracowników pracy – biurowej czy fizycznej – pracodawcy powinni zadbać o jeszcze bardziej intensywną, bliską i rzetelną komunikację ze swoimi pracownikami, także z pracownikami tymczasowymi.”  – podkreśla Ewelina Glińska-Kołodziej.

Wyniki badania pokazują, że polskie firmy w większości sprawnie i odpowiedzialnie podeszły do zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom fizycznym. Nie mniej istotny jest wkład agencji zatrudnienia, które monitorując nastroje pracowników i pełniąc często rolę punktu pierwszego kontaktu, wspierają w czasie pandemii pracodawców w komunikacji z pracownikami, w dbaniu o ich poczucie bezpieczeństwa.

[1] Ankieta zrealizowana została w lutym 2021 na próbie 475 fizycznych pracowników tymczasowych.

Kto powinien obawiać się bańki na amerykańskiej giełdzie – milionerzy czy mali inwestorzy?

W drugiej połowie stycznia media branżowe donosiły o potencjalnej bańce spekulacyjnej lub sytuacji bardzo zbliżonej do niekontrolowanej nadaktywności rynku. Jak na razie nie ma mowy o załamaniu lub krachu, ale trzeba przyznać, że środowisko maklerskie już teraz bije na alarm. Stoicki spokój z kolei zachowują inwestorzy z milionowymi rachunkami, choć równolegle dostało się mniejszym graczom (i to o ich przyszłość niejako toczy się gra).

Milionerzy o giełdzie

Rok 2020 zakończył się ogromnymi wzrostami na całej giełdzie amerykańskiej, ponieważ Dow Jones zyskał 7,3 proc., S&P 500 wzrósł o 16,3 proc., a Nasdaq odnotował rekordowe 43,6 proc. Były to najwyższe w historii awanse, a gracze rozpoczęli dyskusję o powodach trendu. Najwięcej zamieszania wśród inwestorów wprowadziła ankieta E-Trade Financial, według której wyłącznie 9 proc. respondentów uznaje widmo bańki za wyjątkowo odległy scenariusz. W opozycji stanęło 16 proc. zwolenników teorii o już dominującej tendencji spekulacyjnej, a 29 proc. uważa, iż do takiego wariantu giełda niechybnie zmierza.

Co ciekawe, największy odsetek, bo 46-proc. ankietowanych sądzi, że styczniowa sytuacja przypomina “coś na kształt bańki”, choć samą bańką nie jest. Kto może wyjść obronną ręką z niepewnej aury? Na trendzie sporo mogą zyskać właśnie milionerzy. Według styczniowych deklaracji 2/3 posiadaczy przynajmniej milionowych rachunków chce grać strategią byka. Najbardziej realnym scenariuszem jest jednak trzymanie aktywów, ponieważ według E-Trade Financial większość milionerów widzi wciąż dynamiczną tendencję wzrostową. Niestety, nie obyło się bez kontrowersji.

Giganci już nie kuszą

Na koniec obecnego kwartału szacunkowy awans ma oscylować w okolicach 5 proc. Przyczyny? Głównie dwie: zaproponowany przez prezydenta Bidena pakiet stymulacyjny o wartości 1,9 bln dolarów, a także program szczepień, który jest w stanie przywrócić względnie stabilną kondycję amerykańskiej gospodarki. Z drugiej zaś strony obserwujemy spore przetasowanie aktywów wśród ponad 30 proc. inwestorów, którzy upatrują większych stóp zwrotu w przypadku mniejszych spółek i sektorów o nagłym, acz znaczącym spadku krótkoterminowym, jak finanse czy energetyka.

Mike Loewengart z E-Trade Financial idzie jeszcze dalej, ponieważ uważa wszystkie inne opcje za bardziej opłacalne, aniżeli długo dominujący big-tech. Schody zaczęły się jednak w lutym, kiedy to szersze grono obserwatorów — w tym osoby niezwiązane wcześniej z giełdą — zaczęło zwracać uwagę na case spółki GameStop. Gdy w sierpniu 2020 roku jednostki kosztowały 4 dolary, nikt nie spodziewał się ośmiokrotnych skoków. Na wzroście zyskiwali przede wszystkim mniejsi inwestorzy, choć w pewnym momencie do gry weszła “elita”.

Giełda kością niezgody?

Giełda to nie przestrzeń dla każdego, a doświadczenia GameStop pokazały, że kiedy w grę wchodzą duże pieniądze, amerykańskie “grube ryby” potrafią zawalczyć o swoje. Spółka w okresie od 21 do 27 stycznia notowała skoki od 43 do blisko 350 dolarów. W pewnym momencie brokerzy mrozili transakcję mniejszych inwestorów, aby znaleźć miejsce dla większych graczy, co obiegło nie tylko środowisko amerykańskiej giełdy, ale również wywołało niemałe zamieszanie w Kongresie. Media zaczęły pytać polityków o potencjalne regulacje giełdy. Odpowiedzi — jak na razie brak.

Doświadczenie GameStop i wyraźny zgrzyt między milionerami a mniejszymi inwestorami wyraźnie spolaryzował podejście do giełdy. Według ostatnich raportów Morning Consult, 70 proc. millenialsów uznaje rynek kapitałowy za miejsce niesprzyjające inwestorom indywidualnym. Potencjalnym regulacjom dla Wall Street z kolei przyklasnęło 45 proc. ankietowanych. Czy na zapowiedziach się skończy? Nie brakuje optymistów – 47 proc. badanych uważa, że sytuacja ze stycznia i lutego może być początkiem ułatwień dla mniejszych inwestorów, którzy chcą gromadzić kapitał po atrakcyjniejszych stopach zwrotu, niż w przypadku tradycyjnych lokat.

Ostatnie miesiące dla giełdy amerykańskiej mogą być początkiem ciekawego zwrotu ku nieco bardziej prokonsumenckiej filozofii Wall Street. Choć na pozór brzmi to, jak naiwna modła ku rewolucji na korzyść osób fizycznych, sama świadomość indywidualnych graczy o prawidłach giełdy napawa optymizmem. Pamiętajmy jednak, że mówimy tu o Amerykanach, którzy giełdę mają niejako w krwiobiegu. Ciekaw jestem, kiedy w Polsce nadejdzie czas na zwiększoną świadomość zarówno mniejszych graczy, jak i prokonkurencyjny charakter większych.

Autor: Grzegorz Szulik, prezes polskiego fintech’u Provema

Małe firmy meblarskie notują duże straty. Zadłużenie producentów mebli rośnie

Skutki pandemii nie ominęły wielu sektorów, w tym branży meblarskiej. W ciągu ostatniego roku zadłużenie producentów mebli wzrosło o 30 proc., a sprzedawców o 19 proc. Łącznie kwota, jaką muszą oni oddać wierzycielom, sięga prawie 100 milionów zł. Zadłużenie to kłopot głównie najmniejszych podmiotów – wskazuje Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej.

Łącznie zadłużenie producentów i sprzedawców mebli sięga 97,6 mln zł. Średnia kwota zadłużenia to 35 tys. zł. Za zdecydowaną większość niespłaconych zobowiązań wśród producentów i sprzedawców mebli w Polsce odpowiadają najmniejsze firmy. Zadłużenie producentów wynosi 65,1 mln zł, z czego 78 proc. to dług jednoosobowych działalności gospodarczych. JDG-i jeszcze większy udział mają wśród zadłużonych sprzedawców mebli. To 27 mln zł czyli 83 proc. całego długu, który wynosi 32,5 mln zł.

Polski biznes meblarski jest zróżnicowany. Są ogromni gracze, którzy urządzają cały świat, ale też mnóstwo małych firm i zakładów, działających lokalnie. To właśnie te najmniejsze podmioty najczęściej popadają w tarapaty finansowe i nie radzą sobie ze spłatą zobowiązań. Są bardziej wrażliwe na wahania koniunktury i zatory płatnicze. Dodatkowo, wielu już zadłużonym firmom pandemia i związane z nią zawirowania na rynku utrudniły spłatę zobowiązań. Od lutego ubiegłego roku liczba dłużników w branży meblarskiej nie zwiększyła się znacząco, ale za to kwota średniego zadłużenia wzrosła o blisko 23 proc. Pandemia pogłębiła więc wcześniejsze problemy finansowe meblarzy – komentuje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Pandemiczny sezon

Firm handlujących meblami w Krajowym Rejestrze Długów jest około 900, a w ciągu roku liczba ta delikatnie spadła. Ich zadłużenie wzrosło o 19 proc. r/r, do kwoty ponad 32,5 mln zł w lutym br.

W KRD jest również wpisanych blisko 2000 firm produkujących meble i to główne one mają największe problemy. Tuż przed pojawieniem się koronawirusa w Polsce, w lutym 2020 r. ich dług wynosił ponad 50 mln zł. Po roku wzrósł o 30 proc., do kwoty 65,1 mln zł.

Jak zaznacza KRD, w latach poprzedzających pandemię wiosna i wczesne lato były okresem, w którym niespłacone zobowiązania producentów mebli głównie malały. To czas, gdy rusza najwięcej remontów i przeprowadzek, dzięki większej liczbie zamówień wiele firm mogło nadrobić zaległości. W 2020 r., w związku z pandemią, sytuacja na rynku odwróciła się. Podczas gdy jeszcze na początku lutego zadłużenie producentów mebli w ujęciu miesiąc do miesiąca zmalało (o 5 proc.), to już w kolejnych miesiącach mocno wzrosło. Największy przyrost (o 8 proc.) niespłaconych zobowiązań na koncie tej branży KRD odnotował w kwietniu. Zadłużenie rosło też w kolejnych miesiącach, wyhamowując dopiero na początku listopada. W efekcie druga połowa 2020 r. okazała się dla branży lepsza niż pierwsza, odwrotnie niż w latach przed pandemią.

Na przełomie 2020 i 2021 r. przez chwilę producentom mebli udało się nawet spłacić część zaległości, ale już na początku lutego br. kwota długu znów poszła w górę.

Początek pandemii był szokiem dla całej gospodarki, w tym także dla rynku meblarskiego. Według szacunków Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli, sprzedaż produkcji w tym czasie zanurkowała o ok. 35 proc. Przerwane zostały łańcuchy dostaw, trudniej było o surowce. Na to nakładały się problemy z dostawcami, przerwy w produkcji oraz brak rąk do pracy związany z odpływem pracowników z Ukrainy. Ucierpiał również handel meblami. Zamknięcie sklepów uniemożliwiło sprzedaż mebli w salonach stacjonarnych. Tak stało się nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie, a trzeba przypomnieć, że 90 proc. krajowej produkcji mebli idzie właśnie na eksport – zaznacza Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Wielkopolska i Mazowsze w czołówce zadłużenia

Na mapie polskich województw pod względem sumy zadłużenia przypadającego na lokalne firmy wytwarzające meble wyróżniają się Wielkopolska, Śląsk i Mazowsze. Produkujące tam zakłady mają do oddania odpowiednio 11,4 mln zł, 7,6 mln zł i 7,5 mln zł. Rekordzistą jest natomiast JDG z województwa kujawsko-pomorskiego z sumą należności ponad 2,8 mln zł, który musi oddać pieniądze głównie funduszowi sekurytyzacyjnemu.

Mazowsze i Wielkopolska są też województwami, gdzie największe zobowiązania mają do spłacenia firmy zajmujące się sprzedażą mebli – odpowiednio 4,8 mln zł i 4,7 mln zł. Niewiele mniejszą sumę do uiszczenia mają sprzedawcy z województwa pomorskiego (4,3 mln zł). Spora część tego długu należy do jednoosobowej działalności gospodarczej z powiatu słupskiego, która zalega wobec banku blisko 1 mln zł.

Największe kwoty do odzyskania od meblarzy mają banki komercyjne i spółdzielcze. Łącznie sprzedawcy i producenci mają im do zapłacenia 34,2 mln zł. Następne w kolejce do nich po zwrot pieniędzy są firmy zarządzające wierzytelnościami (27,3 mln zł), w tym głównie fundusze sekurytyzacyjne. W przypadku samych producentów trzecia najwyższa kwota do spłacenia należy się firmom faktoringowym (3,3 mln zł), dla handlujących meblami jest to ponad 1 mln zł, który muszą zwrócić telekomom. Spore niezapłacone rachunki u operatorów telekomunikacyjnych mają też wytwórcy (1,9 mln zł), ale jeszcze wyższą kwotę do uregulowania mają wobec firm leasingowych (2,9 mln zł).

Nowe realia

Jak zwraca uwagę Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy, współpracującej z KRD, w obliczu pandemii przedsiębiorcy musieli z dnia na dzień zmienić swoje plany i dostosować strategię do nowej rzeczywistości. W przypadku producentów było to niemożliwe, ale handlowcy otworzyli się na kanał sprzedaży online. To sprawiło, że sprzedawcy mebli ponieśli mniejsze straty niż producenci, którzy nie mogli z dnia na dzień wysłać pracowników do domu ani przenieść fabryki do Internetu. Niemniej jednak handel meblami w sieci rodzi również pewne problemy.

Samo założenie sklepu online nie gwarantuje jeszcze sukcesu. Zbudowanie swojej marki w Internecie nie jest proste, szczególnie przy takim produkcie jak meble. Duże wydatki konsumenci robią zwykle ostrożniej, bo to inwestycja na lata. Rzetelność, bezpieczeństwo i pełna informacja o produkcie na stronie sklepu to podstawy, bez których trudno rozwinąć taką sprzedaż. Według badań Rzetelnej Firmy, 71 proc. konsumentów przyznaje, że ważna jest dla nich wiarygodność sklepu internetowego. O to w pierwszej kolejności powinni więc zadbać sprzedawcy, którzy myślą o sprzedaży online – zaznacza ekspert z Rzetelnej Firmy.

Andrzej Kulik zwraca również uwagę, że pandemia wpłynęła na biznes meblarski także w sferze B2B. Zakaz zgromadzeń uniemożliwił uczestnictwo w targach i wydarzeniach branżowych, podczas których meblarze zdobywają nowe kontrakty, zlecenia i partnerów. W dłuższej perspektywie pandemia może spowolnić rozwój firm meblarskich, szczególnie tych o międzynarodowych ambicjach, dodaje ekspert Rzetelnej Firmy.

Bankowość jako platforma – scenariusze rozwoju

Bankowość – dawniej kojarzona przede wszystkim z gromadzeniem oszczędności, czy realizacją przelewów, dzisiaj jest zagadnieniem o wiele bardziej rozbudowanym. Według raportu PRNews[1] już ponad 19 milionów klientów polskich banków korzysta z bankowości elektronicznej i to oni przede wszystkim oczekują, że za pośrednictwem pojedynczej platformy będą mogli nie tylko sprawdzić stan konta, ale również zakupić ubezpieczenie, opłacić parking, czy wymienić walutę. Taka „platformizacja” bankowości jest już faktem – a jaka czeka ją przyszłość? Analizujemy możliwe scenariusze.

Żyjemy w erze platform – zakupowych, społecznościowych, streamingowych. Jak wskazują dane PwC[2], aż 70% konsumentów wyraża chęć dzielenia się swoimi danymi z platformami internetowymi. Nic więc dziwnego, że również branża finansowa ulega „platformizacji”, która nie tylko poszerza katalog oferowanych usług, ale także wpływa na sposób prowadzenia biznesu, zmieniając otoczenie konkurencyjne tradycyjnych banków.

Czym jest bankowość platformowa?

„Platformizacja” bankowości polega przede wszystkim na lepszym zaspokajaniu potrzeb klientów poprzez oferowanie usług poza ograniczonym portfolio finansowym. Konsumenci korzystający z bankowości platformowej zyskują dzięki temu większy wybór produktów, możliwość ich łatwego porównania, potencjalnie lepsze ceny, a przede wszystkim wygodę – dostęp do różnorodnych funkcji za pośrednictwem jednego ekosystemu.

Przykładem rozwoju bankowości platformowej są usługi dodatkowe, udostępniane już dzisiaj przez większą część polskich banków. Jak wynika z badania Deloitte[3], ponad 80 proc. użytkowników bankowości internetowej w Polsce korzysta już z tego typu usług cyfrowych, oferowanych przez banki. Za ich pośrednictwem możemy m.in. zweryfikować swoją tożsamość w sieci. Aby zarejestrować się i zalogować w Profilu Zaufanym większość z nas korzysta właśnie z platformy bankowej, co daje szeroki dostęp do usług publicznych – składania wniosków o świadczenia (np. 500+) czy dokumenty.

Bankowość platformowa wspiera także przedsiębiorców, którzy mogą założyć firmę w sposób znacznie prostszy niż dotychczas. Ponadto, mają możliwość skorzystania z usługi wystawiania faktur, przesłania JPK, a nawet zarządzania księgowością.

Platformy bankowe są też miejscami zakupów. Już teraz za pośrednictwem aplikacji banków możemy kupić ubezpieczenia czy karty podarunkowe. Dodatkowo, opłacimy autostradę i parking.

– Polacy są przyzwyczajeni do wszechobecnej digitalizacji, stąd bank staje się dla nich naturalną platformą zakupową. Jego dobra oferta bazowa, związana z kontem czy kredytem, nie jest już wystarczająca. Widzimy to po dużym zainteresowaniu banków wdrażaniem dodatkowych rozwiązań, takich jak kantor wymiany walut, możliwość zakupu jednostek funduszy, czy kategoryzacja wydatków dostępna w aplikacji. Bankowość ma dzisiaj być punktem styku wielu różnych sfer życia – podkreśla Janusz Konik, Prezes Zarządu Savangard, firmy specjalizującej się w dostarczaniu usług IT, m.in. dla sektora bankowego.

Otwarta bankowość – wyzwanie, ale i szansa

Choć przekształcanie się tradycyjnej bankowości w model platformowy trwa już od pewnego czasu, znaczącym impulsem w rozwoju tego trendu okazała się otwarta bankowość. Mowa tutaj przede wszystkim o otwartych API (interfejsach programowania aplikacji) i dyrektywie PSD2, która umożliwiła podmiotom trzecim budowę rozwiązań, mających dostęp do danych udostępnianych przez instytucje finansowe (np. aplikacje mające wgląd do rachunku bankowego klienta za jego zgodą). Na poziomie międzynarodowym, znacząco zwiększyło to zainteresowanie takimi usługami pośród firm dotychczas niefinansowych, a także pozwoliło na rozkwit fintechów. Platformy bankowe muszą więc obecnie konkurować nie tylko ze sobą, ale także z graczami technologicznymi.

Nie bez przyczyny prawie jedna trzecia europejskich banków badanych przez EIU i Temenos[4] uznaje obecnie zbudowanie strategii open banking za swoje kluczowe wyzwanie. Na rynku zaczynają się pojawiać rozwiązania agregujące dane pochodzące z różnych banków. Umożliwiają one połączenie informacji z posiadanych kont, zarządzanie wydatkami i ich kategoryzację, a także zlecanie przelewów – wszystko w ramach jednej, niebankowej aplikacji. Nie sposób nie wspomnieć też o rozwiązaniach płatniczych, np. Apple Pay czy Google Pay, które mogą być furtką wejściową gigantów do finansowego świata.

Jednak otwarta bankowość to także wiele szans dla tradycyjnych banków, co widoczne jest na polskim rynku. Dotychczas z zalet, jakie przyniosła dyrektywa PSD2 w Polsce korzystają właśnie głównie one, np. udostępniając w swoich aplikacjach wgląd do rachunków posiadanych przez klientów w innych bankach. Zgodnie z badaniami Accenture[5], ci dostawcy bankowi, którzy postawią na otwartą bankowość, mogą podnieść swoje przychody o nawet 20 proc.

Przyszłość bankowości

Jak zatem mogą potoczyć się losy platform bankowych w obliczu otwartej bankowości? Pierwszy scenariusz zakłada ich dalszy rozwój. Rozbudowywanie oferty będzie następowało w oparciu o dane związane z zachowaniem klientów, ich zwyczajami zakupowymi, itp. Precyzyjne określenie potrzeb konsumentów pozwoli na indywidualne podejście i personalizację produktów. Możliwe, że aplikacja bankowa podpowie nam na co warto wybrać się do kina i umożliwi kupno biletu. Choć dziś w Polsce to jeszcze futurologia, za granicą takie działania stają się faktem.

Przykładem może być największy węgierski bank OTP, który stworzył platformę Simple – agreguje ona w jednej aplikacji ponad 40 usług dodatkowych. O sukcesie takiego podejścia świadczy fakt, że aplikacji używa ponad 700 tys. osób – niemal dwukrotnie więcej niż tradycyjnej aplikacji bankowości mobilnej banku OTP. Jeśli również polskie banki obiorą taką strategię, przetrwają te, które staną się platformami łączącymi ekosystemy różnych usług – od finansowych, przez zdrowotne, edukacyjne, aż po rozrywkowe. Ich znaczną przewagą już dzisiaj jest fakt, że cieszą się dużym zaufaniem publicznym – aż  67 proc. Polaków jest zdania, że to właśnie banki potrafią lepiej zadbać o prywatność danych niż firmy technologiczne[6].

W drugim scenariuszu wyścig mogą wygrać fintechy. Dzięki znacznie elastyczniejszemu podejściu, mogą szybciej wykorzystać szanse związane z otwartym API. Jak wskazują badania Deloitte, odpowiednio 75 proc. przedstawicieli generacji Z oraz 67 proc. millenialsów z USA byłoby zainteresowanych posiadaniem aplikacji finansowej agregującej ich wszystkie dane finansowe[7]. Najmłodsze pokolenia nie są bowiem tak przywiązane do tradycyjnej bankowości, a jednocześnie dużo silniej ufają stronom trzecim, np. start-upom. Wykorzystanie tego potencjału być może pozwoli stworzyć silną markę integratora usług bankowych, którego aplikacja umożliwi zarządzanie różnorodnymi kontami, a także zlecanie płatności, czy dostęp do ofert kredytowych i zakupów. Patrząc na sukces platform w innych sektorach, np. hotelowym (AirBnb), czy transportowym (Uber, Lyft), jeśli tylko oferta będzie bardziej interesująca dla klientów niż ta prezentowana przez tradycyjne banki, to właśnie fintechy mogą bardziej przekonać do siebie młodego konsumenta.

A może… przedsiębiorcy?

Istnieje jeszcze trzecia możliwość: zachowanie status quo. Istniejące już platformy bankowe będą skupiały się na usługach finansowych lub okołofinansowych, podczas gdy fintechy rozwijać będą platformy specjalistyczne, czerpiące korzyści z otwartego API, ale nie będące alternatywą, a raczej uzupełnieniem bankowości. Czy wtedy „platformizacja” sektora finansowego będzie nadal postępować?

– Zdecydowanie nie uciekniemy od „platformizacji” – podkreśla Janusz Konik i dodaje: – Jeśli banki nie zdecydują się na stworzenie własnych platform, a fintechy nie zbudują rozwiązań omnibankowych, pałeczkę mogą przejąć przedsiębiorcy. Wdrażając innowacyjne rozwiązania, takie jak Whizzapi, będące agregatorem API, mogą tworzyć własne platformy. Przykładowo, opłacając fakturę za leasing, nie trzeba robić tego klasycznym przelewem, ale bezpośrednio na platformie leasingodawcy. Podobnie w przypadku franczyzy – franczyzodawcy sami mogą zweryfikować potencjalnego franczyzobiorcę, bez udziału banku. Tego typu możliwości są już dostępne i otwierają drogę do budowania przewagi konkurencyjnej przez przedsiębiorców.

Jedno jest pewne: kluczem do zbudowania kompleksowej platformy – bankowej, fintechowej, czy też firmowej – jest precyzyjna odpowiedź na potrzeby klientów. Ostatecznymi zwycięzcami, którzy zyskają na „platformizacji” będą ci, którym uda się zbudować spójny ekosystem, dopasowany do oczekiwań rynku.

[1] Raport „Polska bankowość w liczbach – III kwartał 2020” https://prnews.pl/wp-content/uploads/2020/12/polska_bankowosc_w_liczbach_IIIq2020.pdf

[2] Raport „ „Connected living. Dlaczego ludzie są bardziej digital niż firmy?” https://fashionbusiness.pl/nadeszla-era-platformizacji/

[3] Raport „Czy banki będą utrzymywały się z usług niebankowych?” https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/press-releases/articles/przyszloscia-bankowosci-cyfrowej-sa-vasy-uslugi-dodane.html

[4] „A Whole New World: How Technology Is Driving the Evolution of Intelligent Banking”, https://www.temenos.com/insights/white-papers-reports/eiu-and-temenos-the-evolution-of-intelligent-banking/

[5] „Open APIs in banking services” https://www.accenture.com/gb-en/blogs/blogs-open-apis-reimagining-retail-banking

[6] Raport „Czy banki będą utrzymywały się z usług niebankowych?” https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/press-releases/articles/przyszloscia-bankowosci-cyfrowej-sa-vasy-uslugi-dodane.html

[7] “Platform banking as a new business model” https://www2.deloitte.com/us/en/pages/financial-services/articles/platform-banking-as-a-new-business-model.html

Fed w kontrofensywie

Dochodzi do zmiany tonu pośród mówców z Fed w stronę wyrażania większego niezadowolenia z wysokich rentowności. Oprocentowanie 10-latek USA cofnęło się do 1,40 proc., a USD ponownie słabnie względem ryzykownych walut. Nie liczmy na całkowite zatrzymanie stromienia krzywej dochodowości, ale zjawisko to powinno coraz mniej blokować rajd ryzyka.

Lael Brainard z zarządu Fed powiedziała wczoraj, że „zwraca szczególną uwagę” na rentowności obligacji i „byłaby zaniepokojona, gdyby zobaczyła zacieśnianie [warunków finansowych], które mogłoby spowolnić nasz postęp”. To istotna zmiana, choć jak sugerowałem na początku tygodnia, w tą stronę powinien pójść przekaz z Fed. Dotychczas decydenci komentowali wzrost rentowności jako oznakę rosnącego optymizmu w odniesieniu do siły gospodarki. W ten sposób Fed chciał odwieść inwestorów od spekulacji, że wyższe rentowności nie oznaczają wcześniejszej normalizacji polityki pieniężnej. Teraz widać, że Fed zamierza być bardziej konkretny w odniesieniach do zmian na rynku długu, choć komentarze Brainard nie wskazują, jaki może być kolejny krok Fed. Można jednak oczekiwać wzmożonej werbalnej interwencji mającej na celu uspokoić rynek obligacji. Spodziewam się dodatkowych informacji od prezesa Powella podczas jutrzejszego przemówienia.

Jakkolwiek werbalna interwencja Fed nie oznacza od razu odwrotu w trendach rentowności obligacji skarbowych i ich wzrost prawdopodobnie zostanie podtrzymany (w oparciu o poprawę perspektyw ożywienia), to powinno to w coraz mniejszym stopniu zaburzać trendy reflacyjne wśród ryzykownych aktywów. Spokój powrócił na rynek akcji, a na FX USD i JPY tracą na rzecz walut ryzykownych, jak AUD czy NZD. Mentalność „kupowania dołków” wraca na EUR/USD, który odbija do 1,21.

W Polsce Rada Polityki Pieniężnej powinna pozostawić stopy procentowe bez zmian. W krajowych danych makro jest sporo szumu związanego z covidowymi restrykcjami, ale najprawdopodobniej gospodarka najgorsze ma już za sobą i z optymizmem należy patrzeć na perspektywy ożywienia. Wśród członków Rady pojawiają się zarówno głosy otwartości wobec obniżek, jak i podwyżek stóp procentowych w najbliższych miesiącach, ale scenariuszem bazowym dalej pozostaje brak zmian co najmniej do połowy 2022 r. Dziś otrzymamy suchy komunikat, a na ciekawsze komentarze przyjdzie poczekać do piątku, kiedy podczas wideokonferencji prezes NBP Adam Glapiński będzie odpowiadał na pytania od dziennikarzy. Na razie złoty podąża za nastrojami na rynkach zewnętrznych i ma trudności z powrotem do wcześniejszego pasma konsolidacji 4,47-4,51, ale każdy dzień wygaszania nerwowości związanej z wahaniami rentowności będzie przemawiał na korzyść złotego i innych walut rynków wschodzących.

W Wielkiej Brytanii na pierwszym panie będzie prezentacja budżetu (około południa czasu brytyjskiego). Druga fala wirusa i związane z nią restrykcje oznaczają, że kanclerz nie będzie miał innego wyjścia, jak tylko zwiększyć wydatki w nadchodzącym roku podatkowym. Ale konieczność równoważenia finansów publicznych wymusza poprawę strony przychodowej, co prawdopodobnie objawi się w podwyżkach podatków od przedsiębiorstw. Oznaki restrykcyjności fiskalnej w dobie pandemii mogą zostać negatywnie odebrane przez rynek, co stanowi ryzyko dla GBP. W średnim terminie nie zdusi to jednak czynników stojących za ostatnią siłą GBP: przewodnictwa w procesie szczepień, oczekiwań odbicia gospodarczego i jastrzębiego tonu BoE.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Powstaje projekt wspólnej europejskiej chmury. Ma przyspieszyć wdrażanie takich rozwiązań w polskich firmach

Ze względu na pandemię koronawirusa masowa migracja polskich przedsiębiorstw do chmury jest już nieunikniona. Firmy wciąż mają jednak obawy dotyczące tego procesu. Przykładowo 44 proc. z nich wymaga, aby ich centra danych podlegały unijnej legislacji. Odpowiedzią ma być GAIA-X, czyli koncepcja europejskiej infrastruktury chmurowej, w ramach której usługi będą świadczone przez lokalnych dostawców z Europy. Projekt może być motorem napędowym do szybszego wdrażania rozwiązań chmurowych w polskich firmach, chociaż jak pokazują najnowsze dane GUS, obecnie już prawie 40 proc. średnich oraz 60 proc. dużych firm w Polsce korzysta z płatnych rozwiązań cloud computingu.

– Jeszcze na początku ubiegłego roku wiele firm w Polsce było ostrożnie nastawionych do rozwiązań w chmurze. Pandemia całkowicie zmieniła to nastawienie, ponieważ firmy zostały zmuszone do tego, żeby przejść przyspieszony proces cyfrowej transformacji swoich usług i narzędzi, z których korzystają. Przyczyniła się do tego także konieczność mobilnej pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Zmaczyński, dyrektor marketingu i sprzedaży w Aruba Cloud.

Jak wynika z badania Aruba Cloud („Wykorzystanie usług chmurowych w biznesie. Analiza rynku polskiego, czeskiego i węgierskiego”), jeszcze przed wybuchem pandemii COVID-19 wykorzystanie cloud computingu – przynajmniej w zakresie przechowywania swoich danych w chmurze publicznej – deklarowało 33 proc. średnich i dużych przedsiębiorstw w Polsce. Był to najniższy wynik w porównaniu do pozostałych badanych państw (dla porównania w Czechach z chmury korzystało 49 proc. firm).

Pandemia mocno przyspieszyła jednak wdrażanie rozwiązań chmurowych. Według danych GUS („Społeczeństwo informacyjne w Polsce 2020”) z płatnych rozwiązań chmurowych korzysta w Polsce już prawie 40 proc. średnich oraz 60 proc. dużych firm. Są też branże, w których wykorzystanie cloud computingu w ubiegłym roku wzrosło o co najmniej 50 proc. W sektorze obsługi rynku nieruchomości ten wzrost wyniósł aż 65 proc., w przedsiębiorstwach zajmujących się dostawą wody, gospodarowaniem ściekami i odpadami – 58 proc., a w budownictwie – 56,5 proc. Z kolei w segmencie małych przedsiębiorstw (do 49 osób) wykorzystanie rozwiązań chmurowych w minionym roku wzrosło o niemal połowę (46 proc.) w porównaniu do 2019 roku. Średnie firmy (50–249 osób) odnotowały wzrost o 35 proc.

– To właśnie dzięki chmurze wiele firm mogło po raz pierwszy się przekonać, jak to jest pracować w pełni cyfrowo. Większość aplikacji, które zaczęły wykorzystywać polskie firmy, jest osadzona w środowisku chmury. Dla wielu przedsiębiorstw w Polsce – szczególnie mikro-, małych i średnich – pierwsze zetknięcie ze środowiskiem chmurowym odbyło się poprzez narzędzia do wideokonferencji, pracy zdalnej, zarządzania projektami zdalnymi, trzymania swoich projektów na tzw. dysku wirtualnym, tworzenia systemu backupowego i wielu innych rozwiązań, które zostały niejako wymuszone przez konieczność pracy zdalnej w okresie pandemii – mówi Marcin Zmaczyński.

Jak wynika z badania Aruba Cloud, polskie firmy najczęściej rezygnują lub odkładają migrację zasobów do chmury obliczeniowej ze względu na obawy dotyczące bezpieczeństwa swoich danych. Może to być związane z faktem, że rodzime przedsiębiorstwa są najbardziej skłonne do inwestowania w rozwiązania z zakresu cyberbezpieczeństwa (¼ z nich planuje zakup dodatkowych rozwiązań i udoskonalenie swojej infrastruktury w tym obszarze do końca tego roku, a 20 proc. chce realizować programy szkoleń z zakresu bezpieczeństwa informacji dla swoich pracowników).

Średnio co trzecia firma w Polsce ocenia też, że na transfer do środowiska chmurowego nie pozwalają jej wewnętrzne procedury odnośnie do przechowywania i przetwarzania danych. To najczęściej zgłaszana bariera dla projektów migracji do chmury. Problemem są także regulacje prawne czy niechęć do korzystania z rozwiązań producentów spoza własnego kraju. Na te wyzwania ma odpowiedzieć projekt GAIA-X, czyli koncepcja wspólnej, europejskiej infrastruktury chmurowej, w ramach której usługi będą świadczone przez lokalnych dostawców z Europy, podlegających unijnej legislacji. Ma to m.in. pomóc w utrzymaniu równowagi rynkowej między największymi dostawcami chmury z USA, Chin i Europy (w tej chwili czterech gigantów cloud computingu z USA odpowiada za ponad 50 proc. europejskiego rynku chmury).

– Europa potrzebuje swojej chmury i rozwiązań, które będą w pełni zgodne z naszą legislacją i europejskimi zasadami. GAIA-X to nie tylko kwestia infrastruktury, lecz przede wszystkim połączenie najlepszych umiejętności. To projekt, do którego zostali zaproszeni europejscy dostawcy chmury tacy jak Aruba Cloud, OVH, T-Systems czy Orange, a jednocześnie potężne firmy software’owe, które tworzą narzędzia już działające w chmurze tego typu, takie jak SAP czy Atos. Z połączenia tych sił mogą powstać bardzo uniwersalne i konkurencyjne usługi w porównaniu z tym, co oferują duzi gracze tacy jak Amazon, Microsoft czy Google – mówi ekspert Aruba Cloud.

GAIA-X ma też odpowiedzieć na potrzeby europejskich firm i instytucji w zakresie bezpieczeństwa ich danych i gwarancji pozostania na terenie UE. Dotyczą one też polskich przedsiębiorstw. Jak wynika z badania Aruba Cloud, aż 59 proc. firm z Polski uważa, że kraj pochodzenia dostawcy ma znaczenie przy wyborze usługi. Z kolei 44 proc. chce, aby centra danych podlegały unijnej legislacji.

– W Polsce firmy przykładają ogromną wagę do tego, gdzie trzymane są ich dane. O wiele większą niż np. w Czechach czy na Węgrzech. Jesteśmy bardzo mocno sfokusowani na tym, aby nasze dane były trzymane w centrach danych zlokalizowanych na terytorium Polski, a już na pewno na terytorium Unii Europejskiej – wskazuje Marcin Zmaczyński.

OFE do całkowitej likwidacji. Każda decyzja w sprawie zgromadzonych tam oszczędności będzie oznaczać utratę części środków

1 czerwca ma zacząć obowiązywać nowa ustawa, która ostatecznie zlikwiduje otwarte fundusze emerytalne. Nastąpi to 28 stycznia 2022 roku, a zgromadzone na nich pieniądze zostaną przetransferowane domyślnie na Indywidualne Konta Emerytalne lub na wniosek posiadacza rachunku w OFE do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Wybór przyszłego emeryta w każdym z tych przypadków będzie oznaczał utratę części środków. Przeniesienie środków do IKE wiąże się z pobraniem 15-proc. opłaty przekształceniowej, z kolei do ZUS – z podatkiem od emerytur i niemożnością dziedziczenia środków. – Te zmiany nastąpią bez konsultacji społecznych – mówi ekonomistka WSB w Poznaniu, dr Edyta Wojtyla.

22 lutego 2021 roku Rada Ministrów podjęła odkładaną od miesięcy decyzję o likwidacji otwartych funduszy emerytalnych.

– Już dzisiaj wiemy, że te zmiany nastąpią bez konsultacji społecznych i w czerwcu ustawa wejdzie w życie, a w styczniu w przyszłym roku już będą pierwsze transfery naszych pieniędzy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Edyta Wojtyla, ekonomistka z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. – Dla przeciętnego Kowalskiego zmiany oznaczają utratę części zaoszczędzonych w funduszach środków.

Od kwietnia 2011 roku, decyzją ówczesnego ministra finansów, składka odprowadzana do OFE zmniejszyła się z 7,3 proc. pensji do 2,3 proc. Reszta trafiała na subkonto w ZUS-ie. Teraz opóźniona przez pandemię likwidacja OFE ma dobiec końca. Przyszli emeryci zdecydują, czy chcą, by środki zgromadzone w OFE trafiły na indywidualne konta emerytalne, czy na specjalne konto w ZUS-ie.

– Pierwsza opcja będzie domyślna, czyli jeśli przyszły emeryt nie zrobi nic, cała pula środków zgromadzona w OFE zostanie przetransferowana na IKE. Ta opcja oznacza jednak utratę 15 proc. oszczędności, które będą pobrane w styczniu jako tzw. opłata przekształceniowa – ­wyjaśnia ekonomistka WSB w Poznaniu.

Przekierowanie środków na IKE będzie oznaczać natomiast, że będą mogły być w przyszłości dziedziczone. Po osiągnięciu wieku emerytalnego będzie można je wypłacić w całości lub w ratach.

– W drugiej opcji należy podjąć jakieś kroki i zadeklarować chęć, aby środki zostały przetransferowane na konto ZUS-u. To trochę inne rozwiązanie, bo w tym momencie nie będzie pobrana żadna opłata, ale w przyszłości przy wypłacie świadczeń emerytalnych będą one opodatkowane podatkiem od emerytur. Nie mamy wtedy możliwości wybrania całości środków po osiągnięciu wieku emerytalnego i nie mamy też możliwości zostawienia tej kwoty w spadku swoim bliskim – tłumaczy ekonomistka.

Wybór jest więc trudny, ponieważ w każdym ze scenariuszy fiskus pobiera daninę – albo w wysokości 15-proc. opłaty przekształceniowej, albo w formie podatku od emerytur.

– Aby przygotować się na zmiany, powinniśmy dokładnie przemyśleć, po pierwsze, ile lat nam zostało do emerytury, po drugie, powinniśmy sprawdzić, ile środków mamy do rozdysponowania, i skalkulować, ile nas wyniesie dzisiaj opłata przekształceniowa i ewentualnie przyszłe świadczenie emerytalne z dodatkiem, który będzie obliczony przez podzielenie na kolejne miesiące przyszłej emerytury – tłumaczy dr Edyta Wojtyla.

Dodatkowo nie ma gwarancji, czy cały system emerytalny nie będzie musiał przejść gruntownej reformy ze względu na dramatyczną sytuację demograficzną. Jak podał GUS, w 2020 roku liczba ludności Polski spadła o ok. 115 tys. rok do roku. Złożyły się na to m.in. największa liczba zgonów od drugiej wojny światowej (486 tys.) i najmniej urodzeń od 17 lat (355 tys.).

– Dotychczasowe rozwiązania emerytalne nie dawały nam żadnej gwarancji na to, że w przyszłości będziemy mieli wyższe emerytury. Chociaż każde rozwiązanie jest wprowadzane z myślą o tym, że tak będzie. Zresztą inwestowanie naszych odłożonych pieniędzy na wolnym rynku zależy właśnie od niego. Nie ma więc w tym momencie stuprocentowej gwarancji, że my te środki odzyskamy, nawet pomniejszone o opłatę przekształceniową, a tym bardziej nie ma gwarancji, że będziemy mieli ich więcej ­– podkreśla ekonomistka WSB w Poznaniu.

Allegro chce przejąć część wartego 340 mld zł rynku zakupów firmowych. Na nowej platformie zniżki hurtowe i odroczone płatności cieszą się największym zainteresowaniem

W czasie pandemii duża część wydatków zakupowych Polaków przeniosła się do e-handlu. Do internetowych zakupów przekonały się również firmy. Według szacunków przytaczanych przez Allegro wartość zakupów firmowych w kanale online przekroczyła 340 mld zł w 2020 roku. Znacząca część tego rynku jest do zagospodarowania przez ofertę giganta polskiego e-commerce, w czym ma pomóc uruchomiona na początku lutego nowa platforma Allegro Biznes. Korzyści dla kupujących to m.in. odroczona płatność do 60 dni i rabaty przy dużych zamówieniach oraz cenniki hurtowe. W ofercie są nie tylko produkty odpowiadające na podstawowe, ale jednocześnie szerokie potrzeby wszystkich przedsiębiorców, np. artykuły papiernicze, produkty do sprzątania czy sprzęt IT. Oferta jest również dostosowana do bardzo specyficznych branż, takich jak warsztaty samochodowe, firmy budowlane czy gabinety kosmetyczne.

– Coraz więcej firm, nie tylko tych największych, zaczęło robić zakupy online. Według raportu ekspertów za 2020 rok handel online w kategorii zakupów firmowych wyniósł prawie 340 mld zł – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dagmara Brzezińska, Commercial Category Management Director w Allegro.

W ubiegłym roku niemal połowa polskich firm dokonała przynajmniej jednego zakupu na Allegro. Z myślą o zakupach firmowych platforma uruchomiła w lutym nową ofertę Allegro Biznes, dostępną dla posiadaczy konta Firma.

– Ten segment rynku ma ogromny potencjał. Nasze dane za 2020 rok pokazują, że co miesiąc co czwarta polska firma dokonała zakupów na naszej platformie, wydając średnio 900 zł. To oczywiście średnia. Mamy na Allegro firmy, które kupują u nas profesjonalne, bardzo drogie urządzenia, takie jak np. hafciarka za ponad 20 tys. zł, przycinarki do metalu czy urządzenia do badania gęstości mineralnej kości. W ciągu ostatniego roku jeden z klientów kupił na naszej platformie ponad 23 tys. akcesoriów i urządzeń do salonów urody, z kolei inny kupił ponad 15 tys. akcesoriów basenowych – wymienia Dagmara Brzezińska.

Jak podkreśla, Allegro Biznes powstało na bazie dobrze znanej Polakom platformy konsumenckiej, zachowując wszystkie dotychczasowe funkcjonalności i zyskując nowe narzędzia przydatne zarówno tym firmom, które potrzebują różnych produktów do prowadzenia własnej działalności, jak i tym, które je dostarczają. Platforma – ze 120 mln ofert z cennikami netto od około 100 tys. sprzedawców – to największa oferta business-to-business na polskim rynku. W części ofert kupujący mogą liczyć na zniżki przy zakupach hurtowych lub dużych zamówieniach. Klienci robiący zakupy „na firmę” mogą tak ustawić wyniki wyszukiwania, że zobaczą oferty (jest ich ponad 170 mln) tylko od sprzedawców wystawiających faktury oraz cenniki netto.

– Fakt istnienia cenników hurtowych nie oznacza, że musimy hurtowo dokonywać zakupów. Allegro Biznes jest skierowane również do małych i średnich firm, których mamy zdecydowaną większość na naszej platformie – podkreśla Commercial Category Management Director w Allegro. – Oferujemy np. artykuły papiernicze, sprzęt IT czy produkty do sprzątania. W ofercie mamy jednak również produkty dla bardziej specjalistycznych firm, takich jak warsztaty samochodowe, gabinety urody czy firmy budowlane. Zanim uruchomiliśmy Allegro Biznes, bardzo dokładnie przeanalizowaliśmy już istniejące zakupy na naszej platformie i wiemy, że korzystali z nich przedstawiciele właściwie wszystkich branż.

Jedną z funkcjonalności na platformie są odroczone płatności, które dla większości firm mogą się okazać istotnym elementem. W ponad 30 mln ofert kupujący mają na zapłatę nawet do 60 dni. To dwa razy dłużej niż standardowa oferta rynkowa wynosząca 30 dni.

– Ponadto przez dwa miesiące od uruchomienia platformy Allegro Biznes pierwsze 21 dni odroczonej płatności nie wiąże się z żadnymi dodatkowymi kosztami dla kupującego. Z kolei sprzedającym gwarantujemy brak ryzyka utraty płynności finansowej – dostają oni pieniądze od razu w momencie zawarcia transakcji i nie ponoszą również kosztów ubezpieczenia. Warto dodać, że koszt takiego faktoringu na Allegro to 0,5 proc. versus rynkowe 3 proc. – wyjaśnia Dagmara Brzezińska. – Po dwóch tygodniach od uruchomienia Allegro Biznes zauważyliśmy już, że kupujący bardzo chętnie korzystają z tego rozwiązania. Co więcej, średnia wartość zamówień w takim systemie jest 12-krotnie wyższa od standardowych zakupów na firmę.

Kategorie, w których firmy najchętniej dokonują zakupów z odroczoną płatnością, to elektronika (głównie komputery i telefony), sprzęt/wyposażenie budowlane oraz – co ciekawe – zabawki.

– Cały czas dbamy o to, żeby zwiększać liczbę nowych rozwiązań, funkcjonalności i narzędzi, które możemy przedstawić kupującym i sprzedającym. Bardzo ważne są dla nas ich opinie i potrzeby. Na ich podstawie przygotowujemy najlepsze rozwiązania. Natomiast z naszego doświadczenia już teraz wiemy, że są trzy obszary, na których kupującym zależy najbardziej. To przede wszystkim dostęp do bardzo szerokiej oferty, atrakcyjne ceny oraz szybka i wygodna dostawa. I właśnie na tych trzech obszarach będziemy się skupiać – zapowiada Commercial Category Management Director w Allegro.

W planach jest wprowadzenie m.in. usługi Allegro Smart! dla biznesu w obszarze dostaw ciężkich i wielkogabarytowych, programu zwrotów dopasowanych do potrzeb zakupów firmowych czy nowych metod płatności, np. leasingu.