Kraje globalnego Południa potrzebują lepszego dostępu do szczepionek na COVID-19. Pandemia jest tam nie tylko problemem zdrowotnym, ale także przyczyną głodu

Najbardziej dokuczliwym skutkiem rozprzestrzeniania się koronawirusa w krajach globalnego Południa jest nie tyle sam COVID-19, co klęska głodu. W wielu krajach pandemia spowodowała zamknięcie lokalnych gospodarek, masowe bezrobocie, przerwanie łańcuchów dostaw i wzrost cen – wymienia Helena Krajewska z Polskiej Akcji Humanitarnej. Dlatego biedne kraje Afryki, Azji czy Ameryki Południowej pilnie potrzebują szczepień przeciwko COVID-19. W ramach programu COVAX do końca tego roku do najbiedniejszych państw ma trafić co najmniej 1,3 mld dawek. To jednak kropla w morzu potrzeb. Pierwsze szczepionki trafiły w ubiegłym tygodniu do Ghany i Wybrzeża Kości Słoniowej.

W takich krajach jak Somalia, Sudan Południowy czy Jemen pandemia oznacza coś zupełnie innego niż w Polsce. W polskiej rzeczywistości zastanawiamy się, czy wystarczy respiratorów, specjalistycznych łóżek albo kiedy dotrą szczepionki dla pracowników akademickich. W krajach globalnego Południa bardzo często nie ma wystarczającej liczby respiratorów. Nie ma też mowy o odpowiednim przygotowaniu szpitali, przeszkoleniu dla osób, które pracują w ochronie zdrowia, brakuje też sprzętu ochrony osobistej dla pracowników służby zdrowia. Ponadto globalne Południe obawia się, że zostanie na końcu wyścigu po szczepionki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Helena Krajewska.

Pandemia nasiliła szereg problemów, z którym te kraje borykały się jeszcze przed jej wybuchem, np. głód. Rok 2020 nie oszczędzał biednych państw również pod kątem katastrof naturalnych i konfliktów zbrojnych. W Jemenie z powodu trwającego od sześciu lat konfliktu i kryzysu gospodarczego sytuacja w służbie zdrowia jest krytyczna. W Al Dhale, położonym 20 km od linii frontu, działa tylko 80 na 200 szpitali, klinik i przychodni, ale kraj walczy z trzema epidemiami – koronawirusa, cholery i malarii.

W 2021 roku w Sudanie Południowym 7,7 mln ludzi może cierpieć z powodu głodu lub niedożywienia. To 60 proc. mieszkańców tego najmłodszego państwa Afryki. Do największego kryzysu żywnościowego w historii kraju przyczyniają się nie tylko skutki pandemii, które przerwały łańcuchy dostaw i zwiększyły bezrobocie i biedę, lecz również trwający od 2013 roku konflikt zbrojny oraz nawiedzające ten kraj w ubiegłym roku powodzie. Przez ten żywioł ucierpiał ponad milion ludzi, fala zatopiła pola i zabiła zwierzęta gospodarskie. W związku z silnymi opadami i powodziami szerzą się choroby, które biorą się ze spożywania zanieczyszczonej wody, czyli czerwonka czy różnego rodzaju biegunki, oraz denga i malaria w związku z namnażaniem się komarów.

– Problemem jest także wyszczepialność dzieci. W związku z tym, że cała służba zdrowia angażuje się w walkę z koronawirusem, to nie ma już czasu, infrastruktury ani pieniędzy na to, aby zaszczepić dzieci na odrę, polio i inne choroby śmiertelne, którym jednak można zapobiec – dodaje ekspertka PAH.

Jak podkreśla, już na początku lutego organizacje międzynarodowe alarmowały, że 75 proc. wyprodukowanych szczepionek na COVID-19 trafiło do 10 najbogatszych krajów świata, a prawie 130 państw nie otrzymało żadnej dawki szczepionki. Problem ten ma rozwiązać program COVAX Światowej Organizacji Zdrowia i sojuszu szczepionkowego GAVI. Jest to największy globalny program szczepień przeciwko koronawirusowi. Jego celem jest dostarczenie 2 mld szczepionek do 145 krajów, z czego co najmniej 1,3 mln trafi do 92 gospodarek o niskich lub średnich dochodach.

To o wiele za mało, bo w samej Afryce jest ponad miliard ludzi, którzy czekają na tę szczepionkę. Dlatego kraje oprócz czekania na te obiecane szczepionki decydują się na to, aby nawiązywać umowy bilateralne także z innymi, bogatszymi krajami, np. porozumiewają się z Rosją lub Chinami – mówi Helena Krajewska.

Przykładem jest Peru, które czeka na szczepionki z Chin, albo kraje afrykańskie, które liczą na szczepionki z Rosji. Swoje rozmowy z producentami prowadzi też Unia Afrykańska.

Pierwsze dostawy w ramach COVAX dotarły już do Ghany i Wybrzeża Kości Słoniowej, które rozpoczęły proces szczepień. W sumie to ponad 1,1 tys. dawek szczepionki Astra Zeneca. Jak poinformował UNICEF, w kolejnych dniach planowane są kolejne dostawy – łącznie 11 mln dawek. WHO zaapelowała do bogatych krajów o sprawiedliwą dystrybucję szczepionek do wszystkich państw. Wśród beneficjentów COVAX są m.in. Korea Północna, Algieria, palestyńska Strefa Gazy, Indie, Pakistan czy Bangladesz, ale na liście znalazły się także bogate państwa, jak Kanada, Monako czy Korea Południowa. Do mechanizmu zgłosiły się także Brazylia, Nowa Zelandia, Katar i Arabia Saudyjska. Dyrektor generalny WHO wezwał także do zawieszenia praw własności intelektualnej szczepionek na koronawirusa po to, by inne kraje mogły zacząć ich szybką produkcję na podstawie patentów globalnych firm farmaceutycznych.

Ekspert: Misja na Księżyc przyspieszy kolonizację Marsa. Już w 2035 roku na Czerwonej Planecie mogą wylądować pierwsi astronauci

Dzięki programowi Artemis NASA do 2024 roku na Księżycu wyląduje pierwsza kobieta i kolejny mężczyzna. Dzięki wykorzystaniu innowacyjnych technologii możliwa ma być eksploracja większej powierzchni Księżyca niż kiedykolwiek wcześniej. Wiedza zdobyta podczas misji na Księżyc zostanie wykorzystana, aby wykonać kolejny gigantyczny skok – wysłanie astronautów na Marsa.  – Po misji na Księżyc będzie taki zakres technologii związanych z lotami w kosmos, zamieszkaniem czy możliwościami produkcyjnymi w kosmosie, że już w 2035–3036 roku spodziewam się pierwszych lotów na Marsa – ocenia Leszek Orzechowski, architekt Space is More.

– Szczęśliwie wszystkie światowe agencje kosmiczne skupiają się na Księżycu. To słuszny krok, bo nie dość, że Księżyc jest tylko trzy dni drogi stąd przy obecnej technologii, to trzeba zbudować taką infrastrukturę, która na pewno by się potem przydała przy chęci załogowych lotów na Marsa, ale przede wszystkim na Księżycu można też przetestować technologię habitatów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Leszek Orzechowski,].

NASA, największe agencje kosmiczne i firmy prywatne wskazują Księżyc jako kolejną granicę eksploracji kosmosu. Zgodnie z programem Artemis już w 2024 roku na satelicie Ziemi ma wylądować pierwsza kobieta i kolejny astronauta. W związku z tym liczne firmy i instytucje, od Japońskiej Agencji Badań Kosmicznych po prywatną firmę Moon Express, dyskutują, jak budować osiedla i maszyny lądowe tak, aby zbudować nową gospodarkę księżycową. Ostatecznym celem NASA jest wykorzystanie doświadczeń zdobytych na Księżycu do rozpoczęcia misji z ludźmi na Marsa.

– To dość bezpośrednio pokazuje połączenie ekonomiczne. Firmy prywatne są Księżycem zainteresowane, przywożeniem dostaw czy tradycyjnymi usługami, np. wydobywczymi czy hotelarskimi, turystycznymi. Właśnie Księżyc może nam pokazać zasadność wielu naszych przekonań i myśli o tym, jak mogłaby działać kolonizacja Marsa – tłumaczy architekt Space is More.

Misja na Księżyc pozwoli też zbadać, jak na ekstremalne warunki reaguje organizm człowieka. Takie testy już trwają w polskim habitacie badawczym Lunares. Warunki, jakie w nim panują, do złudzenia przypominają te, które będą panować w przyszłej bazie na Księżycu czy Marsie. Naukowcy prowadzili już np. badania z wykorzystaniem iluzji czasu. Stworzono też fizjologiczną lampę, która dzięki emitowaniu na odpowiedniej częstotliwości fal UV działa na organizm człowieka podobnie jak Słońce. W bazie testuje się też wpływ diety liofilizowanej podczas misji kosmicznych. W habitacie znalazło się też miejsce do hydroponicznej hodowli roślin z wirówkami do badania wpływu mikrograwitacji na procesy biologiczne.

Takie testy mogą mieć kluczowe znaczenie dla misji kosmicznych. Jeśli sprawdzą się na Księżycu, mogą również okazać się przydatne podczas misji na Marsa.

– Dobrze, że powstają rakiety, załogowe statki kosmiczne, ale jeszcze za bardzo nie wiadomo, czy i w jaki sposób na Marsie wylądować takimi wielotonowymi statkami, ale przede wszystkim, co się stanie z człowiekiem po 250 dniach podróży. Wiemy, ile pomocy lekarzy potrzebują astronauci, którzy wracają po pół roku ze stacji kosmicznej i jak muszą wracać do zdrowia. Wyobraźmy sobie, że po takiej samej wycieczce jeszcze ktoś ląduje na Marsie, musi zrobić całą misję, bazę i jeszcze wrócić. To nie są tematy nie do przeskoczenia – wskazuje ekspert.

Jak przekonuje, to na Księżycu będzie można przetestować różne metody hodowli roślin, systemy oczyszczania wody, produkcji żywności czy wytwarzania tlenu.

– Misja na Księżyc da nam taki zakres technologii w zakresie lotów w kosmos, ale też związanych z zamieszkaniem w kosmosie i w ogóle możliwości produkcyjne, że misja na Marsa jednak się wydarzy szybciej niż wcześniej. W 20352036 roku można się spodziewać, że mógłby ktoś tam wylądować – analizuje architekt Space is More.

Wyścig kosmiczny przyspiesza także w zakresie misji załogowych czy komercyjnych. Elon Musk, Jeff Bezos, Richard Branson mają już na koncie pierwsze sukcesy. Kwestią nawet nie lat, ale miesięcy mogą być pierwsze loty komercyjne.

– Przemysł komercyjny może spowodować pewną gorączkę kosmosu. Jak najbardziej jest możliwość, że za naszego życia będą się pojawiały pewne próby skolonizowania Marsa, może nie miasto na tysiące osób, ale już małe osady po kilkadziesiąt osób jestem sobie w stanie wyobrazić – mówi Leszek Orzechowski.

Blisko 330 warszawskich skrzyżowań automatycznie wykrywa pieszych. Radary i inteligentne czujniki zwiększają bezpieczeństwo i płynność ruchu

W stolicy jest już ponad 330 skrzyżowań wyposażonych w detekcję ruchu pieszych, a każdego roku przybywa ich kilkadziesiąt. Przejścia wyposażone w czujniki ruchu, systemy termowizyjne oraz radary sygnalizują gotowość wejścia pieszych na pasy. Dzięki temu nie muszą czekać na zielone światło, pojawia się ono w momencie, kiedy podchodzą do przejścia. System działa też z korzyścią dla kierowców, ponieważ sygnalizacja dostosowuje się do ruchu w trybie wahadłowym, przez co nie trzeba czekać na zielone światło dla kierujących, kiedy przejście dla pieszych jest puste.

– Przede wszystkim skupiamy się na tym, żeby przejścia dla pieszych były bezpieczne i większość naszych działań jest skierowanych na poprawę bezpieczeństwa. Właśnie skończyliśmy trwający prawie pięć lat audyt wszystkich przejść dla pieszych w Warszawie, który nam mówi o tym, które przejścia są niebezpieczne, dlaczego są niebezpieczne i jak poprawić na nich bezpieczeństwo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Dybalski, rzecznik Zarządu Dróg Miejskich w Warszawie.

W stolicy działa już 338 skrzyżowań, gdzie testowana jest automatyczna detekcja pieszych. Konieczność wprowadzenia tego rozwiązania wymusiło stosowanie tzw. skrzyżowań z sygnalizacją adaptacyjną, czyli uzależnioną od natężenia ruchu drogowego. Nowoczesne, automatyczne rozwiązania okazały się nader przydatne zwłaszcza w czasie pandemii, gdy trzeba było czasowo wyłączyć z użytkowania przyciski do sygnalizowania chęci przejścia przez jezdnię.

– Na skrzyżowaniach i przejściach dla pieszych musimy wykrywać zarówno pieszych, jak i rowerzystów. Możemy to robić na dwa sposoby. Albo ręcznie, tzn. piesi po prostu przyciskają żółte guziki, które wszyscy znamy, albo automatycznie, tzn. na takim skrzyżowaniu, przy takim przejściu dla pieszych jest czujnik czy radar, które sprawdzają, że pieszy podchodzi do przejścia dla pieszych, i w tym momencie najszybciej jak to możliwe zapalają dla niego zielone światło. Za kilka lat już właściwie wszystkie osygnalizowane skrzyżowania, gdzie jest automatyczna detekcja ruchu, będą już samodzielnie wykrywały pieszego – prognozuje Jakub Dybalski.

Technologia wykrywania pieszych kojarzy się przede wszystkim z samochodami autonomicznymi lub samochodami wykorzystującymi pewnego rodzaju rozwiązania do detekcji. Układy automatycznego hamowania awaryjnego AEB wykorzystujące kamery i czujniki znajdują się w wielu modelach aut. Automatyczna detekcja ruchu pieszych i wykrywanie zagrożenia wykorzystywane są choćby w trybie autonomicznym Tesli. Podobne inteligentne czujniki działają także w Warszawie.

– Podchodząc czy podjeżdżając rowerem do takiego skrzyżowania, nie musimy nic robić. Zwykle jak się rozejrzymy, to na słupie, na jakimś pałąku, na którym są światła sygnalizacji, jest też małe urządzenie, czy to radar, czy kamera, które sprawdza, że ktoś do takiego przejścia dla pieszych podchodzi, i w miarę możliwości, najszybciej jak to możliwe, przełącza światło na zielone dla pieszego albo rowerzysty – tłumaczy rzecznik ZDM.

Warszawa już od kilku lat zajmuje wysokie miejsca w rankingach dotyczących rozwoju technologicznego, inteligentnych miast czy inteligentnych systemów transportowych. Według uznanego Indeksu CIMI (City in Motion) stolica Polski zajęła w 2020 roku 54. miejsce na ponad 170 sklasyfikowanych w rankingu miast. Kilkanaście miesięcy temu Zarząd Dróg Miejskich uruchomił m.in. automatyczne e-kontrole, które przy wykorzystaniu samochodów wyposażonych w kamery i lidary miały zwiększyć ściągalność opłat za parkowanie w płatnej strefie. Wykorzystanie innowacyjnych rozwiązań do detekcji pieszych jest kolejnym etapem cyfryzacji systemu transportu w stolicy.

Firma w pandemii: 3 bezpieczne sposoby na zdalne zawieranie umów

Dotychczas najczęściej spotykanym sposobem zawierania umów było złożenie własnoręcznych podpisów na dokumencie z treścią ustaleń obu stron. Dziś, kiedy pracujemy zdalnie, przedsiębiorcy stają przed dylematem w jaki sposób skutecznie podpisać umowę na odległość. Przedstawiamy najważniejsze wskazówki dotyczące zdalnego zawierania umów.

  1. Wymiana podpisanych dokumentów

Podpisanie umowy w zwykłej formie pisemnej nie musi wiązać się z jednoczesnym złożeniem podpisów przez strony pod umową – mogą być one złożone w różnym czasie i miejscach. Oznacza to, że jedna strona może np. podpisać umowę wcześniej w dwóch egzemplarzach i podpisane egzemplarze przesłać drugiej stronie, a druga strona może podpisać umowę później – na tym samym dokumencie i odesłać kontrahentowi jeden egzemplarz. Każda ze stron może również podpisać swój egzemplarz umowy, a następnie strony wymieniają się podpisanymi dokumentami i komplet podpisanych dokumentów będzie dowodem zawarcia umowy określonej treści.

Jeśli podpisy nie są składane jednocześnie, celem uniknięcia wątpliwości przy każdym podpisie powinna pojawić się data, umowa będzie zawarta z datą złożenia ostatniego podpisu. W takim przypadku można też wprost w umowie wskazać datę, od której zaczyna ona obowiązywać.

Jeśli kontrahent naniesie zmiany w treści umowy, to akceptując je warto sporządzić listę zmian do umowy, pod którą obie strony złożą podpisy – wtedy umowa obowiązuje w wersji ze zmianami. Bez jednoznacznego potwierdzenia, w przypadku sporu będziemy dysponować dwoma różnymi wersjami umowy, bez rozstrzygnięcia, która wersja jest wiążąca. Jeśli zmian nie akceptujemy niezwłocznie sprzeciwiamy się włączeniu ich do umowy. Sprzeciw musi być złożony przez osobę uprawnioną do reprezentacji strony umowy, a adresatem musi być osoba uprawniona do reprezentacji drugiej strony. Sprzeciw powinien być złożony przynajmniej w treści wiadomości mailowej. Celem zawarcia umowy należy ustalić jej ostateczną treść akceptowaną przez obie strony.

  1. Podpisanie umowy elektronicznym podpisem kwalifikowanym

Przepisy prawa przewidują możliwość podpisania umowy kwalifikowanym podpisem elektronicznym, który został zrównany z podpisem własnoręcznym.

Odbywa się to w ten sposób, że treść umowy, w postaci elektronicznej, jest podpisywana przez strony przy użyciu kwalifikowanych podpisów elektronicznych (tj. podpisu elektronicznego weryfikowanego za pomocą ważnego kwalifikowanego certyfikatu, zgodnie z art. 131 ustawy z 5 września 2016 r. o usługach zaufania oraz identyfikacji elektronicznej). Należy pamiętać, że opatrzona podpisem musi zostać cała umowa znajdująca się w jednym pliku (np. pdf). Ponadto zasadne jest wskazanie w umowie z imienia i nazwiska osoby uprawnione lub upoważnione do jej podpisania, tak aby można było łatwo porównać te dane z danymi podpisu elektronicznego.

Weryfikacja podpisu elektronicznego, którym dokument został już opatrzony jest możliwa dzięki aplikacjom udostępnianym przez podmioty dostarczające podpisy elektroniczne albo przez innych dostawców usług zaufania wpisanych na listę prowadzoną przez NBP albo instytucję prowadzącą taki rejestr w innym państwie członkowskim Unii Europejskiej. W aplikacji można sprawdzić m.in. dane osoby, która złożyła podpis, rodzaj podpisu (certyfikowany, niecertyfikowany), ważność podpisu oraz to czy dokument nie został zmodyfikowany po podpisaniu.

Rejestr kwalifikowanych dostawców usług zaufania znajduje się na stronie internetowej Narodowego Centrum Certyfikacji (https://www.nccert.pl/uslugi.htm).

Jeśli strony lub przepisy prawa zastrzegają dla zawarcia umowy formę pisemną, pod rygorem nieważności, umowa będzie ważnie zawarta, zarówno jeśli strony złożą własnoręczne podpisy pod umową, jak i w przypadku kiedy opatrzą umowę podpisami kwalifikowanymi.

Nie każdy jednak dysponuje kwalifikowanym podpisem elektronicznym, jednocześnie osoby upoważnione do zawierania umów często pracują w trybie home office, oddalone o wiele kilometrów od siedziby firmy czy też siedziby kontrahenta.  Co zrobić, jeśli nie wszystkie osoby, które powinny podpisać umowę dysponują kwalifikowanym podpisem elektronicznym? Najprostszym rozwiązaniem jest złożenie na umowie podpisów własnoręcznych – przez osoby, które nie posiadają kwalifikowanego podpisu elektronicznego oraz podpisów elektronicznych – przez osoby, które takie podpisy posiadają.

W tym przypadku zawarcie umowy potwierdzają łącznie dwa jej egzemplarze – jeden w formie pisemnej, z własnoręcznymi podpisami osób, które takie podpisy składają oraz drugi egzemplarz w formie elektronicznej (np. pdf) opatrzony kwalifikowanymi podpisami elektronicznymi. Dla zawarcia umowy strony wymieniają się egzemplarzami umów tak aby każda ze stron posiadała egzemplarz opatrzony wszystkimi podpisami, które miały być złożone własnoręcznie i egzemplarz opatrzony wszystkimi podpisami, które miały być złożone elektronicznie. Dopiero komplet wymienionych dokumentów potwierdza zawarcie umowy określonej treści.

Należy pamiętać, że podpisanie egzemplarza umowy podpisem ePUAP nie wywołuje tych samych skutków co złożenie podpisu za pomocą kwalifikowanego podpisu elektronicznego. Podpis ePUAP nie jest zrównany w skutkach ze złożeniem własnoręcznego podpisu, tak jak to jest w przypadku kwalifikowanego podpisu elektronicznego.

  1. Wymiana maili – forma dokumentowa

Skuteczne zawarcie umowy może być dokonane również w wyniku wymiany wiadomości e-mail lub za pośrednictwem komunikatora internetowego, pod warunkiem, że  na podstawie wymienionych wiadomości będzie możliwe ustalenie kto zawarł umowę (dane stron) oraz jakie są istotne postanowienia tej umowy. Mamy wtedy do czynienia z zawarciem umowy w formie dokumentowej.

Dla uniknięcia wątpliwości, po ustaleniu warunków umowy najlepiej załączyć do wiadomości plik, np. w formacie pdf, zawierający treść umowy i poprosić o potwierdzenie od drugiej strony, że wyraża zgodę na zawarcie umowy o treści zgodnej z załącznikiem. Następnie wiadomości mailowe wymieniane w ramach negocjacji oraz dotyczące zawarcia umowy należy zapisać i zachować (lub nawet wydrukować), aby na wypadek sporu posiadać dowód na zawarcie umowy określonej treści. Opisanego sposobu bezwzględnie nie można stosować do zawarcia umowy, dla której przepisy prawa zastrzegają formę pisemną lub inną formę pod rygorem nieważności, a więc do:

  1. a) umowy zawierającej postanowienia dotyczące przeniesienia praw autorskich (spotykane np. w umowach z architektem na wykonanie projektu);
  2. b) umowy o ustanowienie zastawu rejestrowego,
  3. c) umowy leasingu,
  4. d) umowy o przejęcie długu,
  5. e) umowy o zakaz konkurencji w umowie agencyjnej,
  6. a) umowy dotyczącej zbycia lub wydzierżawienia przedsiębiorstwa lub ustanowienia na nim użytkowania wieczystego,
  7. b) umowy o dział spadku w skład, którego wchodzi przedsiębiorstwo,
  8. a) umowy przeniesienia własności nieruchomości,
  9. b) umowy o przedłużenie wieczystego użytkowania,
  10. d) umowy o dział spadku w skład którego wchodzi nieruchomość.

Małgorzata Cieśla, aplikant adwokacki w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci (http://bnadwokaci.pl/). Specjalizuje się w obsłudze korporacyjnej, rozwiązywaniu sporów w procesie budowlanym oraz w windykacji należności i postępowaniu egzekucyjnym.

Komu opłaca się pozostanie w spółce komandytowej?

Objęcie spółki komandytowej opodatkowaniem CIT spowodowało ożywiony ruch „na rynku restrukturyzacji spółek komandytowych”. Wielu wspólników z obawy przed podwójnym opodatkowaniem zysków wypracowanych przez spółkę stara się zrestrukturyzować swoją działalność. Są jednak podatnicy, dla których zmiana przepisów oznacza efektywne obniżenie podatków.

Co się zmienia

Przypomnijmy, że w 2021 r. (można przyjąć, że efektywnie od 1 maja 2021 r.) zmienią się zasady opodatkowania zysków wypracowanych przez spółki komandytowe. Dotychczas najpopularniejszy schemat prowadzenia działalności przez spółkę komandytową zakładał, że komplementariuszem spółki była spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Gwarantowało to, że komandytariusze (zwykle osoby fizyczne), nie ponosili odpowiedzialności za zobowiązania spółki komandytowej. Dodatkowo zysk spółki przypadający na komandytariuszy (zwykle około 99% zysku), podlegał jednokrotnemu opodatkowaniu. Po wejściu w życie nowelizacji, zysk przypadający na komandytariuszy zostanie opodatkowany dwukrotnie: raz na poziomie spółki (9% lub 19% podatkiem CIT), a następnie na poziomie wypłaty dywidendy (19% podatkiem PIT) – z iluzorycznym prawem do obniżenia podatku dla części komandytariuszy.

Jakie alternatywy dla spółki komandytowej?

Wprowadzenie opodatkowania CIT na poziomie samej spółki komandytowej spowodowało duży niepokój wśród wspólników (zwykle rodzimych, średnich przedsiębiorców). Dotychczas prowadzili oni swoje przedsiębiorstwa właśnie w formie transparentnej podatkowo spółki komandytowej, płacąc przeważnie 19% liniowego PIT jako komandytariusze. Wielu przedsiębiorców zdecydowało się na przekształcenie działalności w prostszą w zarządzaniu spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością (również podwójnie opodatkowaną), bądź w spółkę jawną, zapewniającą jednokrotne opodatkowanie, ale obarczone osobistą odpowiedzialnością za zobowiązania spółki. Wreszcie część przedsiębiorców zdecydowała się na zlikwidowanie spółki komandytowej i przeniesienie biznesu do innego podmiotu.

Niższe podatki dla komplementariusza

Należy podkreślić, że zmiany w zakresie opodatkowania działalności prowadzonej przez spółki komandytowe spowodowały zasadnicze pogorszenie sytuacji komandytariuszy, którzy zostali objęci „podwójnym” opodatkowaniem (z iluzorycznym odliczeniem). Z drugiej jednak strony nowelizacja pozornie nie zmieniła sytuacji podatkowej komplementariusza. Dzięki systemowi odliczenia części podatku CIT zapłaconego przez spółkę komandytową – pomimo formalnego podwójnego opodatkowania – co do zasady zapłaci on efektywnie dokładnie taki sam podatek (19%), jak przed wejściem w życie nowelizacji. Co więcej, efektywna stopa 19% PIT będzie odnosić się jedynie do komplementariuszy większych spółek, które nie są uprawnione do zastosowania 9% stawki CIT. W przypadku spółek komandytowych, które będą uprawnione do zastosowania stawki 9% CIT, dzięki systemowi odliczeń, komplementariusz zapłaci efektywnie około 17,3% podatku dochodowego.

Dodatkowo, po objęciu spółek komandytowych CIT, zysk transferowany do osób fizycznych będzie kwalifikowany jako zysk z dywidendy, nie zaś – jak dotychczas – jako zysk z tytułu działalności gospodarczej. Rozróżnienie to jest nie bez znaczenia dla komplementariuszy osiągających rocznie dochody przekraczające 1 mln PLN. Zyski z tytułu działalności gospodarczej doliczane są do podstawy opodatkowania tzw. daniną solidarnościową w wysokości 4% (opodatkowaniu podlega nadwyżka dochodu ponad kwotę 1 mln PLN). Jednocześnie tzw. przychody dywidendowe nie podlegają opodatkowaniu daniną solidarnościową. Oznacza to, że po zmianach przepisów efektywna stopa opodatkowania zysku przypadającego na komplementariusza wyniesie 17,3% lub 19%, zamiast 19% lub 23% (jeśli komplementariusz płacił także daninę solidarnościową). Oczywiście zmiana obciążeń podatkowych zależeć będzie od specyfiki biznesu, a w szczególności poziomu przychodów i marży wypracowanej przez spółkę komandytową. Dla części komplementariuszy nic się nie zmieni i nadal będą płacić efektywnie 19% podatku, natomiast dla niektórych komplementariuszy obciążenia podatkowe mogą zostać zmniejszone nawet o 5,7%.

Z uwagi na przysługujące komplementariuszowi prawo do odliczenia części podatku zapłaconego przez spółkę komandytową znowelizowane przepisy nie tylko nie pogarszają sytuacji podatkowej tej grupie wspólników, lecz wręcz pozwalają na obniżenie obciążeń podatkowych. W konsekwencji, także wielu komandytariuszy zdecydowało się na zmianę swojego statusu i „wejście w buty” komplementariusza. Należy jednak pamiętać, że komplementariusz ponosi pełną odpowiedzialność za zobowiązania spółki komandytowej – także te powstałe przed dniem, gdy stał się komplementariuszem. Zmiana statusu powinna więc być starannie przemyślana.

Benedykt Rubak, radca prawny, doradca podatkowy, Manager w Enodo Advisors. Specjalizuje się w zagadnieniach związanych z restrukturyzacją obciążeń podatkiem dochodowym, ze szczególnym uwzględnieniem podatkowo optymalnych transformacji oraz sprzedaży przedsiębiorstw.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – luty 2021 r.

  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 52,3% rdr do 26,4 mld zł
  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect o 148,0% do 903,2 mln zł
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 7,4% rdr do poziomu 792,0 tys. szt.
  • Wzrost łącznego obrotu obligacjami na TBSP o 120,1% rdr do 37,0 mld zł
  • Wzrost łącznego obrotu produktami strukturyzowanymi o 14,1% rdr do 266,9 mln zł
  • Wzrost łącznego obrotu ETF-ami o 14,5% rdr do 52,8 mln zł
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 27,1% do poziomu 16,9 TWh
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 16,3% rdr do 11,7 TWh

W lutym 2021 r. łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 28,0 mld zł, czyli o 60,4% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła o 52,3% rdr do poziomu 26,4 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła 1 317,6 mln zł, o 52,3% więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec lutego wyniosła 56 970,30 pkt i była o 15,6% wyższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect w lutym odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 149,6% rdr do poziomu 917,2 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect wzrosła o 148,0% rdr i wyniosła 903,2 mln zł.

Łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi w lutym wyniósł 792,0 tys. szt., czyli o 7,4% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy wzrósł o 11,8% rdr do poziomu 453,4 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na akcje wzrósł o 8,1% rdr do 200,2 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na waluty spadł o 1,9% rdr do 112,7 tys. szt., a wolumen obrotu opcjami spadł o 18,8% rdr do 25,7 tys. szt.

W lutym zanotowano wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 14,1% rdr do poziomu 266,9 mln zł oraz wzrost obrotów ETF-ami o 14,5% rdr do 52,8 mln zł.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła na koniec lutego 100,2 mld zł wobec 94,8 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła o 35,1% rdr do poziomu 235,3 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP wyniosła 37,0 mld zł wobec 16,8 mld zł rok wcześniej, co oznacza wzrost o 120,1% rdr.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym wyniósł 16,9 TWh, co oznacza spadek o 27,1% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 14,1% rdr do poziomu 3,2 TWh. Na rynku forward wolumen spadł o 32,8% rdr do poziomu 13,7 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym spadł o 16,3% rdr do 11,7 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu wzrósł o 50,9% do poziomu 3,4 TWh. Na rynku terminowym odnotowano spadek o 29,3% rdr do poziomu 8,3 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł 2,7 TWh, co oznacza wzrost o 13,4% rdr.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł o 48,5% rdr do poziomu 8,6 ktoe[3].

Obrót Gwarancjami Pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej w OZE wzrósł o 21,9% rdr, do wolumenu 2,0 TWh.

Kapitalizacja 383 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku w lutym wyniosła 553,8 mld zł (122,6 mld EUR).

Łączna kapitalizacja 434 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła 1 099,6 mld zł (243,4 mld EUR).

Na Głównym Rynku GPW w lutym zadebiutowały akcje spółki HUUUGE, INC. (wartość oferty: 1,67 mld zł).

Na rynku NewConnect w lutym br. zadebiutowały akcje spółek: Atomic Jelly (wartość oferty: 4,45 mln zł), Simteract (wartość oferty: 4,4 mln zł) oraz Kool2Play (wartość oferty: 2,5 mln zł).

W lutym 2021 r. na GPW odbyło się 20 sesji giełdowych, tyle samo co rok wcześniej.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

[3] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Słabszy odczyt z Niemiec ciąży złotemu

Spadająca sprzedaż detaliczna w Niemczech znacznie mocniej zaszkodziła Niemcom niż Polsce. Wraz z problemami głównej lokomotywy strefy euro inwestorzy woleli wycofać środki z ryzykownych rynków.

Lepsze perspektywy Polski

Wczorajszy odczyt PMI dla przemysłu w Polsce to kolejny odczyt pokazujący, że rodzima gospodarka jest na dobrym torze. Wynik 53,4 pkt jest nie tylko lepszy o 0,7 pkt od oczekiwań, ale przede wszystkim znajduje się coraz dalej od granicy 50 pkt rozdzielającej rozwój od recesji. Pokazuje to, że zarządzający wierzą, że w gospodarce szykuje się odbicie i są skłonni inwestować. Pomimo tych danych złoty zaliczył bardzo słaby początek tygodnia i traci względem głównych walut. Waluta euro wyceniana jest ponad 4,53 zł.

Dane z Europy

Korzystnie wypadł również indeks dla Unii Europejskiej. Tutaj optymizm jest wyjątkowo wysoki i sięga 57,9 pkt. Są to dane, które zwykle występują w trakcie bardzo dobrej koniunktury. Dodatkowo poznaliśmy dobre dane z Niemiec, gdzie inflacja wzrosła do 1,3%. Jest to ten zakres, w którym wzrost inflacji jest odbierany jako zdecydowanie korzystny i świadczący o rozwoju gospodarki. Lepsze dane pokazali również Amerykanie. Rynki odebrały to jako znacznie istotniejszy sygnał zza oceanu i dolar po raz kolejny się umacnia. Dzisiaj nad ranem zeszliśmy do poziomu zaledwie dolara i 20 centów za euro.

Dane z Niemiec

Dzisiaj od rana poznaliśmy słabsze dane na temat sprzedaży detalicznej u naszego zachodniego sąsiada. Analitycy spodziewali się wzrostu w ciągu roku o 1,2%. Odczyt był spadkiem aż o 8,7%. Problemy gospodarki Niemiec często powodują, że bardzo szybko ciągną w dół całą strefę euro. Jest to powód, przez który euro notuje dzisiaj najniższy poziom względem dolara od niemal miesiąca. Słabe dane u naszego zachodniego sąsiada przekładają się również na dalsze osłabianie złotego.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Stanowisko ZPP ws. projektu pakietu Slim VAT 2

Co do zasady, ZPP pozytywnie ocenia każdą formę uproszczenia i zracjonalizowania systemu podatkowego, dlatego z aprobatą przyjmujemy informacje na temat projektu pakietu SLIM VAT 2.

Natomiast wartym uwagi jest fakt, że część z proponowanych regulacji to powrót do rozwiązań wcześniej obowiązujących (jak w przypadku projektowanego art. 86 ust. 10b Ustawy, stanowiącego powrót do zasady obowiązującej przed 01.01.2017), ew. sposób dostosowania przepisów krajowych do orzecznictwa UE (jak w przypadku obowiązujących art. 89a i 89b Ustawy o VAT, które Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej uznał za niezgodne z prawem unijnym). Mając na uwadze powyższe przykłady, trudno jest mówić o nowej jakości polskiego systemu podatkowego. Należy zatem podkreślić, iż proponowany pakiet jest rozwiązaniem dobrym, ale oczywiście niekompletnym, gdyż nie rozwiązuje w pełni problemu, jakim jest poziom skomplikowania podatku VAT.

1. Ustalanie dostawy ruchomej w transakcjach łańcuchowych – art. 22 ust. 2e i 3

Celem projektowanych przepisów jest wprowadzenie regulacji, która w przypadku eksportu towarów lub wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów określałaby wyraźnie, której dostawie należy przypisać wysyłkę lub transport, gdy w transakcji łańcuchowej podmiotem organizującym transport jest – nie nabywca lub podmiot pośredniczący – lecz pierwszy w kolejności dostawca (tj. pierwszy podmiot w łańcuchu). Takie rozwiązanie nie wpłynie na obecnie stosowaną praktykę, jednak zwiększy pewność prawną podmiotów biorących udział w transakcjach łańcuchowych.

Należy zauważyć, że w obecnie obowiązującej ustawie o VAT znajdują się już przepisy dobitnie regulujące sytuacje, w których podmiotem organizującym transport w transakcji łańcuchowej jest podmiot pośredniczącym.

Natomiast nie ma w obowiązujących przepisach, ani w projektowanym akcie regulacji jednoznacznie określających, której dostawie należy przypisać wysyłkę lub transport, gdy w transakcji łańcuchowej podmiotem organizującym transport bezpośrednio od pierwszego dostawcy jest ostatni w kolejności nabywca (tj. ostatni podmiot w łańcuchu).

Proponujemy zatem podjąć dodatkowe działania legislacyjne, mające na celu uregulowanie powyżej wskazanej sfery dot. transakcji łańcuchowych. Jednoznaczne rozstrzygnięcie w postaci przepisów ustawy ułatwiłoby przedsiębiorcom rozliczanie podatku VAT. Obecnie, w razie wątpliwości muszą oni sięgać w tej sprawie po orzecznictwo unijne.

2. Prawo do odliczenia VAT z tytułu importu usług – art. 86 ust. 10b

Zgodnie z projektowanym przepisem przewiduje się rezygnację z konieczności rozliczenia podatku należnego z tytułu importu usług w terminie 3 miesięcy jako warunku do odliczenia VAT naliczonego w tym samym okresie rozliczeniowym co deklarowany VAT należny.

Obecnie podatnicy, którzy nie otrzymają faktury w terminie 3 miesięcy lub nie uwzględnią w terminie 3 miesięcy kwoty podatku należnego z tytułu importu usług w deklaracji podatkowej, w której zobowiązani są rozliczyć ten podatek, są pozbawieni prawa wykazania podatku naliczonego w deklaracji podatkowej, w której rozliczają podatek należny. Jak słusznie zauważono w uzasadnieniu do projektu ustawy, powoduje to dla nich negatywne konsekwencje w postaci konieczności uiszczenia należnego podatku bez prawa do odliczenia w okresie rozliczeniowym, w którym podatek należny został wykazany.

Analogiczna zasada, polegająca na konieczności rozliczenia podatku należnego w terminie zawitym 3 miesięcy obowiązuje w zakresie prawa do odliczenia VAT z tytułu wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów (WNT).

O ile jednak w przypadku importu usług ustawodawca zdecydował się na zniesienie w/w terminu zawitego, o tyle ma on w dalszym ciągu pozostać w obrocie prawnym odnosząc się do transakcji WNT. Być może jeszcze dalej idącym uproszczeniem byłaby rezygnacja z konieczności rozliczenia podatku należnego z tytułu wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów (WNT) w terminie 3 miesięcy jako warunku do odliczenia VAT naliczonego w tym samym okresie rozliczeniowym co deklarowany VAT należny.

3. Korekta po stronie VAT naliczonego – art. 86 ust. 19c

Celem projektowanego art. 86 ust. 19c jest ujednolicenie okresu wykazywania korekt podstawy opodatkowania „in minus” w rozliczeniach VAT zarówno po stronie podatku VAT należnego jak i naliczonego. Należy jednak zauważyć, że przepis, który miałby wprowadzić tę zasadę został już przewidziany (również oznaczony jako art. 86 ust. 19c) w nowelizacji ustawy o VAT zaplanowanej na październik 2021 r., dotyczącej Krajowego Systemu e-Faktur oraz faktur ustrukturyzowanych. W związku z powyższym należy rozważyć, wedle której nowelizacji przepis powinien zostać wprowadzony.

4. Ulga za złe długi – art. 89a i 89b

Na podstawie proponowanych zmian, wydłużeniu ulega termin na skorzystanie z tzw. ulgi za złe długi z 2 do 3 lat od daty wystawienia faktury dokumentującej wierzytelność licząc od końca roku, w którym została ona wystawiona. Jest to korzystna zmiana dla podatników umożliwiająca skorzystanie z ulgi i dokonanie korekty podstawy opodatkowania i podatku VAT w dłuższym czasie.

Z uzasadnienia do projektu wynika, iż motywacją ustawodawcy do wydłużenia przedmiotowego terminu do 3 lat jest skorelowanie tegoż okresu z terminem przedawnienia roszczeń przysługującym osobom prowadzącym działalność gospodarczą i mających związek z prowadzoną przez uprawnionego działalnością gospodarczą, wynikającym z Kodeksu cywilnego.

Proponujemy jednak poddać pod rozwagę, aby termin na skorzystanie z w/w ulgi skorelować z terminem przedawnienia zobowiązania podatkowego, który zgodnie z art. 70 § 1 Ordynacji podatkowej wynosi 5 lat licząc od końca roku kalendarzowego, w którym upłynął termin płatności podatku.

W uzasadnieniu do projektu ustawy napisano: „umożliwia się skorzystanie z tzw. ulgi na złe długi po uprawdopodobnieniu przez wierzyciela istnienia długu analogicznie, jak to ma miejsce w podatkach dochodowych w przypadku niektórych wierzytelności nie uznawanych za koszty uzyskania przychodu, tj. wierzyciel będzie w tym przypadku mógł skorzystać z „ulgi na złe długi”, jeżeli wierzytelność została potwierdzona prawomocnym orzeczeniem sądu i skierowana na drogę postępowania egzekucyjnego.”

Użycie w cytowanym uzasadnieniu spójnika koniunkcji „i” stoi w sprzeczności z projektowanym przepisem art. 89a ust. 2a, w którym użyto spójnika „lub” sugerującego, że wystarczy spełnienie tylko jednej z powyższych przesłanek.

Istotnym jest, aby projektowane przepisy ustawy były jednolite z intencjami ustawodawcy przedstawionymi w przedmiotowym uzasadnieniu. Sprzeczności niewyjaśnione na etapie legislacji mogą negatywnie wpłynąć na późniejsze stosowanie przepisów, powodując konieczność wydawania objaśnień prawnych lub nawet indywidualnych interpretacji podatkowych. Jednocześnie rekomendujemy, aby powyższą wątpliwość rozstrzygnąć zgodnie z literalnym brzmieniem projektowanych przepisów (tj. odwrotnie niż przewidziano w uzasadnieniu), co oznaczałoby wymóg spełnienia tylko jednej z przesłanek w celu możliwości skorzystania z ulgi na złe długi.

Zwracamy uwagę, że choć pakiety SLIM VAT mają pozytywny wpływ na usprawnienie rozliczeń podatku od towaru i usług, to najlepszym sposobem na uproszczenie ustawy o VAT byłoby wprowadzenie jednej, kompleksowej ustawy deregulacyjnej. Nawet konstruktywne i korzystne zmiany – jeśli są wprowadzane z dużą częstotliwością, niewielkimi fragmentami – negatywnie wpływają na stabilność prawa, a także powodują chaos prawny wśród przedsiębiorców.

Warto zauważyć, że polska ustawa o VAT jest nowelizowana kilka razy w każdym roku, a rozliczenie podatków polskiemu przedsiębiorcy zajmuje średnio 334 godzin rocznie. Jest to statystyka negatywnie odbiegająca od średniej OECD, dlatego też nasz system podatkowy jest oceniany jako niezwykle skomplikowany i niespójny. Generalna deregulacja ustawy o VAT mogłaby jednak przynieść wymierne korzyści w postaci większych wpływów z tytułu podatku VAT, gdyż uproszczone procedury przyciągnęłyby do Polski zagraniczne inwestycje, jak i również wzmocniły przedsiębiorczość wśród Polaków, którzy nie decydują się na założenie własnej działalności w obawie przed nadmierną formalizacją systemu podatkowego.

Covid-19 bez wpływu na prywatny kapitał w zakresie inwestycji na rynku nieruchomości w 2020 r.

Covid-19 bez wpływu na kapitał prywatny w zakresie inwestycji globalnych na rynku nieruchomości komercyjnych w roku 2020 – odnotowano 9% wzrost powyżej średniej z ostatnich dziesięciu lat.

Według najnowszego raportu The Wealth Report 2021 – opracowanego przez Knight Frank, pandemia Covid-19 nie wpłynęła na stan kapitału prywatnego, gdzie nadal odnotowywano inwestycje w nieruchomości komercyjne na całym świecie.

Wolumen kapitału prywatnego zainwestowanego na skalę globalną wyniósł ok. 232 mld USD, co daje 9% wzrost powyżej średniej dziesięciorocznej, ale stanowi spadek w stosunku do poziomów osiągniętych w roku 2019.

Patrząc jednak w przyszłość, z ankiety Attitudes Survey, przeprowadzonej przez Knight Frank wynika, że w roku 2021 jedna czwarta najzamożniejszych osób na świecie (ultra-high-net-worth individuals – UHNWI) zamierza inwestować w aktywa nieruchomości komercyjnych. 

Victoria Ormond, partner ds. badań rynków kapitałowych w Knight Frank stwierdziła: „Istnieje szereg czynników, które będą kształtować rynki w roku 2021 – przesunięcie inwestycji do tzw. bezpiecznych przystani – dużych, o stosunkowo znacznej płynności, przejrzystych rynków, które powinny nadal przyciągać inwestycje globalne; ograniczenia w światowym podróżowaniu także stwarzają szansę dla inwestorów prywatnych, żeby inwestować na rynkach lokalnych, które – w zwyczajnych okolicznościach – doświadczyłyby większej konkurencji o aktywa ze strony inwestorów instytucjonalnych; ESG – coś, czego inwestorzy prywatni nie mogą zignorować oraz wzrost liczby centrów danych, gdzie istnieje ogromny potencjał możliwości inwestycyjnych.”

Raport The Wealth Report 2021 ujawnia także kwotę kapitału prywatnego zainwestowanego w nieruchomości w 2020 r. z podziałem na sektory:

Sektor 2020* mld USD 2019* mld USD (dla porównania)
Apartamenty 88,9 124,3
Biura 59,2 89,6
Przemysł i logistyka 34,0 48,7
Handel detaliczny 27,7 43,5
Hotele 13,0 29,5
Budownictwo i opieka senioralna 7,1 8,8
Mieszkania condo 1,9 2,6
Źródło: RCA *dane wstępne

 

Alex James, Partner, Dyrektor Działu Doradztwa Klienta Prywatnego, powiedział: „Nieruchomości komercyjne zapewniają inwestorom stosunkowo stabilny i wysoki zwrot, potencjał dla wzrostu wartości kapitału oraz dywersyfikację. A to są kluczowe czynniki umożliwiające zabezpieczenie majątku dla przyszłych pokoleń oraz ochronę przeciwko wpływowi globalnej pandemii.

 

„Podczas gdy pandemia wpłynęła na nasz sposób życia, pracy i prowadzenia działalności, to w roku 2021 pojawia się ponowny optymizm, że jeśli ograniczenia dotyczące podróżowania zostaną zmniejszone, a wdrożenie programów szczepionkowych przejdzie do etapu zaawansowanego, wtedy kapitał prywatny będzie zwiększać swoją aktywność na znanych sobie rynkach oraz będzie koncentrować się na stabilnych sektorach.”

Stany Zjednoczone (141,7 mld USD), Niemcy (11,1 mld USD) oraz Zjednoczone Królestwo (10,6 mld USD) – to trzej rekordziści pod względem inwestycji kapitału prywatnego w nieruchomości w roku 2020*; większość krajów z czołowej dziesiątki rankingu opierała się na inwestycjach lokalnych, a nie na inwestycjach transgranicznych.

Kraj 2020* mld USD Inwestorzy krajowi Inwestorzy transgraniczni 2019* mld USD (dla porównania)
USA 141,7 97% 3% 227,3
Niemcy 11,1 67% 33% 15,8
Zjednoczone Królestwo 10,6 47% 53% 10,9
Szwecja 8,3 100%  – 6,6
Francja 7,5 95% 5% 11,8
Korea Południowa 6,0 100%  – 4,0
Japonia 5,5 92% 8% 10,6
Kanada 5,4 99% 1% 7,2
Holandia 5,4 83% 17% 5,6
Chiny 3,7 99% 1% 5,8
Źródło: RCA *dane wstępne  

 

Ankieta Attitudes Survey  pokazuje, że przeciętna alokacja aktywów w portfel inwestycji w nieruchomości UHNWI przedstawia się następująco:

Q. Które sektory zyskują zainteresowanie? Średnia regionalna
Sektor prywatnego budownictwa mieszkaniowego na wynajem (PRS) 32%
Logistyka 28%
Grunty inwestycyjne 24%
Biura 18%
Sektor przemysłowy 17%
Sektor opieki zdrowotnej 17%
Sektor domów opieki 14%
Sektor hotelowy 13%
Rolnictwo 12%
Infrastruktura 11%
Centra danych 11%
Handel detaliczny 11%
Domy studenckie 9%
Edukacja 6%

 

Sąd doręczy pismo… mailem. Czy czekają nas kolejne wyroki w sprawach, o których nikt nie wiedział?

Przepisy planowanej nowelizacji Kpc, wprowadzające e-licytację nieruchomości mówią, że przystępując do sporu sądowego w sprawach cywilnych, adwokaci i radcowie prawni będą musieli podać adres e-mailowy. Następnego dnia po wysłaniu pisma z sądu na podaną skrzynkę, zostanie ono uznane za doręczone i to niezależnie od tego, czy pełnomocnik odebrał wiadomość, czy nie. Nowe przepisy budzą opór środowisk prawniczych. Profesjonalni pełnomocnicy boją się, że będą otrzymywać wiadomości również podczas np. urlopów, co sprawi, że staną się „niewolnikami” skrzynek pocztowych. Tymczasem publicznej dyskusji umyka jeszcze jedna, istotna rzecz: mail z sądu może nie dotrzeć do adresata z różnych przyczyn technicznych, często w ogóle przez adresata niezawinionych.  

150 przyczyn niedoręczenia maila

W ocenie projektodawców, dla każdego użytkownika poczty elektronicznej oczywiste jest, że e-maile dochodzą do adresata niemal w czasie rzeczywistym. Czy jednak tak jest na pewno? Każdy doświadczył przecież sytuacji, kiedy wysyłany przez niego e-mail z jakichś powodów do adresata nie dotarł. Informatycy wyróżniają prawie 150 przyczyn takiego stanu rzeczy. Ktoś może zrobić błąd w adresie. Serwer nadawcy może zostać automatycznie uznany za spamujący przez oprogramowanie serwera adresata. Rozmiar wiadomości może przekroczyć określony limit. Skrzynka odbiorcza może być pełna. Serwer pocztowy może być czasowo niedostępny. Adresat może w ogóle zablokować możliwość otrzymywania wiadomości od konkretnego nadawcy. I tak dalej.

Przy wysyłce pozwów konieczna weryfikacja czy mail dotarł

O ile w przypadku doręczeń listów poleconych sąd może bez trudu ustalić, dlaczego list do adresata nie dotarł (listonosz podaje przyczynę na formularzu odbioru – na przykład: „adresat wyprowadził się”), o tyle w przypadku korespondencji mailowej projektowane przepisy takiej procedury w ogóle nie przewidują. Sekretariat sądu wyśle więc po prostu przesyłkę do strony i uzna ją za doręczoną. Pracownik sądu nie będzie miał obowiązku wysyłać jej ponownie, nawet, gdyby sam zauważył jakieś nieprawidłowości. Cała odpowiedzialność za techniczne problemy z doręczeniem wiadomości zostanie przerzucona na adresata. Takie postawienie sprawy miałoby uzasadnienie, gdyby jednocześnie przewidziano dla stron mechanizm weryfikacji, dlaczego dana przesyłka do nich nie dotarła. Strona, która z powodów technicznych maila nie dostała, mogłaby wówczas obalić fikcję, że został jej doręczony twierdząc, że np. jej serwer pocztowy automatycznie uznał serwer sądu za spamujący. W nowej rzeczywistości, strony takiej możliwości jednak mieć nie będą. Nowe przepisy nie przewidują bowiem obowiązku badania logów serwerów pocztowych nadawcy i odbiorcy przez administrację sądu.

Sądy online badają skuteczność doręczeń mailowych

Tymczasem sądy elektroniczne przywiązują dużą wagę do doręczeń mailowych. Nie dość, że uchybienia w tym zakresie mogą pozbawić stronę procesu możliwości obrony, to jeszcze po ludzku wyrządzić jej wielką krzywdę. W Pierwszym Elektronicznym Sądzie Polubownym przy Stowarzyszeniu Notariuszy Rzeczypospolitej Polskiej Ultima Ratio, jeżeli wiadomość nie dociera do adresata, na profilu sprawy pojawia się widoczny dla wszystkich komunikat techniczny. Administrator systemu IT bada też „z urzędu” przyczynę braku doręczenia wiadomości.

Oczom arbitra i stron ukazuje się następujący komunikat (przykład z rzeczywistej sprawy):doęczenie pozwu

Dzięki takiemu raportowi, arbiter może ze spokojnym sumieniem uznać pozew za skutecznie doręczony. Z wyjaśnień administratora IT sądu wynika bowiem, że w umowie stron wskazano nieistniejący adres e-mail, a zatem skutki takiego zaniedbania jednoznacznie obciążają tę stronę, która taki adres wskazała. Co ważne, raport zawiera również szczegółowy komunikat techniczny z serwera pocztowego sądu. Jeżeli w przyszłości okaże się, że pozwany ma pretensje do arbitra o uznanie przesyłki z dnia 22 lutego 2021 roku za doręczoną, będzie mógł podnieść w postępowaniu klauzulowym odpowiedni zarzut. Na profilu sprawy znajdzie pozwany wszelkie niezbędne informacje i dane.

Pozwy mailem w sprawach sądowych tak, ale z możliwością weryfikacji!

Trudno jest podzielić argumenty prawników o tym, że doręczenia mailowe „przykują ich do maila” oraz że nie będą mogli przez nie wziąć urlopu. Jeżeli społeczeństwo chce szybkiego wymiaru sprawiedliwości, moment, kiedy sąd doręcza stronom zarządzenia, pisma czy orzeczenia, nie może zależeć od ich swobodnej woli. Niemniej jednak proponowany sposób dokonania takiej regulacji budzi poważne wątpliwości natury zarówno prawnej jak i informatycznej. W Ultima Ratio odsetek nieprawidłowo doręczanych przesyłek z pozwem to mniej więcej 1%. Na szczęcie, późniejsze doręczenia odbywają się już w systemie IT Sądu. Polegają na publikacji pisma na profilu sprawy, o czym strony są natychmiast informowane m.in. SMS-em oraz powiadomieniem push.

Robert Szczepanek, CEO Causa Finita S.A., producenta systemu IT dla Pierwszego Elektronicznego Sądu Polubownego przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP

Przedsiębiorcy apelują do rządu o wycofanie się z podatku od smartfonów

Apelujemy do rządu o wycofanie się z pomysłu poszerzenia opłaty reprograficznej na nowy sprzęt, w tym smartfony, laptopy i komputery. To rozwiązanie, które uderzy w najbiedniejszych konsumentów oraz w polskich przedsiębiorców – mówił prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik na wtorkowej konferencji w PAP, podczas której zaprezentowano wyniki badań opinii publicznej w sprawie tzw. podatku od smartfonów.
Z badania przeprowadzonego na przełomie stycznia i lutego br. wynika, że aż trzy czwarte respondentów sprzeciwia się nowej opłacie reprograficznej, która ma być doliczana do elektroniki i przeznaczana na artystów. Z sondażu wynika również, że prawie 9 na 10 Polaków uznaje taką opłatę za dodatkowy podatek, a ponad połowa ankietowanych uważa, że państwo powinno obniżyć opodatkowanie elektroniki w czasie pandemii.

„Zwracam się do rządu, by nie wprowadzał żadnych nowych podatków w czasie pandemii, bo to dodatkowo utrudni funkcjonowanie polskich firm z branży IT, które dominują na krajowym rynku. Uważamy ponadto, że nowy podatek ograniczy dostęp do sprzętu najbiedniejszym grupom społecznym” – przekonywał Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Jego zdaniem, skutki podatku od smartfonów najbardziej odczują rodziny wielodzietne, seniorzy i osoby mieszkające na wsi. „To nie uderzy w prezesów banków, ale uderzy w bazę wyborczą partii rządzącej. Co więcej, beneficjantami tego podatku będą osoby zamożne lub bardzo zamożne. Nie rozumiem dlaczego państwo chce zabierać pieniądze najbiedniejszym, by następnie przekazywać je najbogatszym, których stać na wakacje w egzotycznych krajach” – dodał.

Z kolei Michał Kanownik przypomniał, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego szczyci się faktem, że na wsparcie dla kultury rząd przeznaczył rekordowe 6 mld zł, czyli znacznie więcej niż na pomoc innym branżom, które tracą na pandemii. Tymczasem – jak przekonywał – pandemia spowodowała, że wiele rodzin dokupiło nowy sprzęt, by móc zapewnić dzieciom i studentom udział w zajęciach online. Z badania wynika, że ¼ respondentów musiała w ostatnich miesiącach zainwestować w elektronikę, jednocześnie nowy podatek ograniczy te zakupy. 54% Polaków deklaruje, że po wprowadzeniu opłaty będzie kupować sprzęt rzadziej (24%) lub zdecydowanie rzadziej (30%). Negatywne skutki opłaty w największym stopniu odczują osoby starsze (33%), które już dziś narażone są najbardziej na wykluczenie cyfrowe.

„Badanie przynosi dwie kluczowe informacje: po pierwsze Polacy nie dają się nabrać na językowe sztuczki, że jak coś nazwiemy opłatą, a nie podatkiem to nie będzie podwyżek. Podatek od smartfonów oznacza podwyżki elektroniki. Nie ma innego wyjścia. Dziś elektronika jest w Polsce najtańsza, tak wynika z danych Eurostatu, ale po wprowadzeniu podatku będzie najdroższa” – powiedział Andrzej Przybyło, prezes Spółki AB.
Stawka podatku od smartfonów może wynieść nawet 6%, co przełoży się na wzrost cen urządzeń nawet o 300-600 zł. Nad szczegółowymi rozwiązaniami pracuje Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Opłata reprograficzna jest doliczana do ceny sprzętu i przekazywana organizacjom zarządzania zbiorowego prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi, jak np. ZAiKS.

„W badaniu wzięło udział ponad 2200 osób. To bardzo duża próba badawcza, przy której błąd wynosi zaledwie 2%, możemy więc z pełnym przekonaniem powiedzieć, że respondenci nie chcą wprowadzania kolejnej opłaty, która będzie oznaczać podwyżki w sklepach” – powiedział Marek Grabowski, prezes agencji badań opinii publicznej Social Changes.

Badanie przeprowadzono metodą CAWI na panelu Internetowym w dniach 29 stycznia – 2 lutego 2021 roku. Próba ogólnopolska licząca N=2240 osób w wieku od 18 lat wzwyż. Struktura próby dobrana wg reprezentacji w populacji dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania.

Branża cyfrowa V4: Będziemy wspierać rządy naszych państw w projektach cyfrowych Grupy Wyszehradzkiej

Cztery organizacje z branży cyfrowej i nowoczesnych technologii z Polski, Węgier, Czech i Słowacji podpisały się pod wspólnym stanowiskiem popierającym działania rządów z krajów Grupy Wyszehradzkiej mające na celu współpracę przy projektach cyfrowych, m.in. w kwestii cyberbezpieczeństwa, rozwoju robotyki, rozwiązań chmurowych czy podnoszenia kompetencji cyfrowych.

Wspólne stanowisko Digital 4V – inicjatywy organizacji z branży cyfrowej i nowoczesnych technologii krajów Grupy Wyszehradzkiej, której wspólnym celem jest tworzenie polityki wspierającej innowacyjność i cyfryzację w Europie Środkowo-Wschodniej oraz zacieśnianie współpracy politycznej i gospodarczej – ma związek z podpisaną 17 lutego w Krakowie Deklaracją Cyfrową przez premierów Polski, Węgier, Czech i Słowacji o współpracy tych państw w kwestiach cyfrowych.  – Cieszymy się, że rządy naszych państw chcą współpracować przy projektach związanych z cyfryzacją i nowoczesnymi technologiami, bo jest to kluczowe dla rozwoju naszego regionu i budowania nowoczesnych gospodarek – mówi prezes Związku Cyfrowa Polska, który podpisał się pod stanowiskiem Digital V4 Michał Kanownik. I dodaje: – Liczymy, że za tą Deklaracją pójdą konkretne działania, które będą miały na celu m.in. dzielenie się zasobami wiedzy w ramach Grupy Wyszehradzkiej, wspólne promowanie cyfrowych osiągnięć, budowanie legislacji sprzyjającej cyfrowemu wzrostowi w naszych państwach i na arenie unijnej oraz koordynację działań z zakresu nowych technologii cyfrowych.

Związek Cyfrowa Polska, czeski ASE, słowacki ITAS i węgierski IVSZ – organizacje, które podpisały się pod wspólnym stanowiskiem i które tworzą Digital V4 – podkreślają, że współpraca czterech rządów ma szczególne znaczenie dla rozwoju cyfrowych dziedzin, takich jak Big Data, rozwiązania chmurowe, robotyka, uczenie maszynowe, telekomunikacja oraz kompetencji i umiejętności cyfrowych. „Wyrażamy pełną zgodę z sygnatariuszami szczególnie wobec ogromnego znaczenia kwestii cyberbezpieczeństwa, które zajmuje miejsce na samym czele rozwoju XXI wieku i wymaga naszej wspólnej, skupionej aktywności, aby zapewnić bezpieczeństwo społeczeństwa informacyjnego i współczesnego biznesu w Grupie Wyszehradzkiej. Wierzymy również, że cyfrowa infrastruktura i zaawansowane technologie są nieodzowne dla funkcjonującej cyfrowej gospodarki i społeczeństwa. Starania w tym zakresie powinny mieć szczególny wzgląd na znaczenie sztucznej inteligencji, inteligentnych miast i technologicznie zaawansowanych usług, które oferują one swoim mieszkańcom. Te dziedziny rozwoju odegrają kluczową rolę dla wzrostu naszych społeczności w całej Grupie V4” – napisano we wspólnym stanowisku.

Organizacje z Digital V4 zaznaczyły, że w cyfrowej gospodarce państw V4 drzemie niewykorzystany potencjał. Dlatego wspólne starania na rzecz cyfrowego rozwoju pozwolą stawić czoła współczesnym wyzwaniom i zagrożeniom stojącym na drodze cyfrowej gospodarki.

Digital V4 deklaruje też swoje wsparcie dla rządów Polski, Czech, Węgier i Słowacji w pracach nad kwestiami cyfrowymi w regionie. „Zdając sobie sprawę z istotnej roli ścisłej kooperacji nad wspólnymi projektami w zapewnieniu bezpiecznego środowiska cyfrowego, stoimy ramię w ramię z premierami państw Grupy Wyszehradzkiej, podkreślając konieczność zajmowania wspólnych stanowisk wobec kwestii cyfrowych, abyśmy mogli reprezentować nasz wspólny, najlepszy interes na arenie międzynarodowej. Jesteśmy pewni, że wzmożona, bliska współpraca umocni naszą pozycję i sprawi, że nasz głos w kwestiach cyfryzacji zyska na znaczeniu na arenie międzynarodowej z wielką korzyścią dla prawdziwie cyfrowej Grupy Wyszehradzkiej” – dodano.

Szybka pożyczka online – wysokość odsetek

Pożyczki online są w Polsce coraz bardziej popularne – decyduje o tym szybkość uzyskania pieniędzy oraz dogodne warunki spłaty. Pożyczkobiorcy nie zdają sobie jednak sprawy, że w wielu przypadkach muszą zwrócić nie tylko całą pobraną kwotę, ale także i koszty związane z zawarciem umowy, które występują najczęściej w formie odsetek. Jak wysokie mogą być jednak takie odsetki?

Pożyczka – chwilówka

W rzeczywistości pożyczka online może być utożsamiane z chwilówką. Cechą charakterystyczną takich umów jest szybkość przekazania pieniędzy w ręce, a w zasadzie na konto, wnioskodawcy. Umowa pożyczki, której wartość przekracza kwotę 1 000 zł, wymaga zachowania tzw. formy dokumentowej. Zgodnie z treścią art. 772 Kodeksu cywilnego, do zachowania dokumentowej formy czynności prawnej wystarcza złożenie oświadczenia woli w postaci dokumentu, w sposób umożliwiający ustalenie osoby składającej oświadczenie. W praktyce forma dokumentowa nie musi ujawniać się wyłącznie w formie pisemnej (papierowej wersji umowy), ale także w formie elektronicznej (zapisu na czacie lub w wiadomości mailowej) lub telefonicznej (jako zapis rozmowy, podczas której strony oświadczyły, że chcą zawrzeć umowę pożyczki).

Niezależnie jednak od rodzaju pożyczki, zdecydowana większość z nich wiąże się z odsetkami – tj. kwotami stanowiącymi nadwyżkę nad rzeczywiście przyznaną sumą pieniężną. Przyjmuje się, że odsetki są formą wynagrodzenia pożyczkodawcy, szczególnie w przypadku pojawienia się zwłoki w płatnościach ze strony pożyczkobiorcy.

Odsetki

Zgodnie z treścią art. 359 KC, odsetki od sumy pieniężnej należą się tylko wtedy, gdy to wynika z czynności prawnej albo z ustawy, z orzeczenia sądu lub z decyzji innego właściwego organu.

Jeżeli wysokość odsetek nie jest w inny sposób określona, należą się odsetki ustawowe w wysokości równej sumie stopy referencyjnej Narodowego Banku Polskiego i 3,5 punktów procentowych. Maksymalna wysokość odsetek wynikających z czynności prawnej nie może w stosunku rocznym przekraczać dwukrotności wysokości odsetek ustawowych – są to tzw. odsetki maksymalne. Jeżeli wysokość odsetek wynikających z czynności prawnej przekracza wysokość odsetek maksymalnych, należą się odsetki maksymalne.

Pamiętajmy, że postanowienia umowne nie mogą wyłączać ani ograniczać przepisów o odsetkach maksymalnych, także w razie dokonania wyboru prawa obcego. W takim przypadku stosuje się przepisy Kodeksu cywilnego.

Odsetki od pożyczki

Odsetki przy umowach pożyczki są w zasadzie standardem, w rzeczywistości stanowią dodatkowy koszt zaciąganego zobowiązania. Pożyczkobiorca musi zatem oddać nie tylko całość sumy pieniężnej, którą otrzymał od pożyczkodawcy, ale także i dodatkowe pieniądze występujące właśnie pod postacią odsetek.

Przed podpisaniem jakiejkolwiek umowy pożyczki należy dokonać kalkulacji kwoty odsetek, które będą spłacone na rzecz pożyczkodawcy. W tym celu całą sumę, którą zamierzamy pożyczyć, wraz ze wszystkimi doliczonymi do niej dodatkowymi opłatami (np. ubezpieczeniem lub prowizją) pomnożyć przez oprocentowanie oraz ilość rat, na które ma zostać podzielona pożyczka. Wysokość oprocentowania udzielanej pożyczki jest zróżnicowana w każdej firmie – tutaj należy zapoznać się z dokładną ofertą pożyczkodawcy.

W przypadku niewielkich kwot pieniężnych, samodzielne obliczenie odsetek nie powinno stanowić większego problemu. Dużo trudniej może być jednak wtedy, gdy ktoś ubiega się o znacznie większą sumę. W tym przypadku można skorzystać z pomocy doradcy pożyczkowego, pracownika interesującej nas firmy pożyczkowej albo posłużyć się kalkulatorami pożyczkowymi, które dostępne są na szeroką skalę w internecie oraz aplikacjach na smartfona.

Miliardy w automatyzację

Blisko 2 mld dolarów zainwestuje w tym roku biznes w oprogramowanie do automatyzacji procesów stałych. To o jedną piątą więcej niż w 2020, a zdaniem ekspertów to dopiero początek. Hossa potrwa przynajmniej 3 lata.

Automatyzacja procesów stałych jest niczym innym, jak technologicznym odwzorowaniem powtarzalnych czynności wykonywanych przez ludzi.

– Technologia nie może zastąpić człowieka w pracy, ale może go regularnie wyręczać tam, gdzie czynności są żmudne i powtarzalne, wykonywane wedle określonego schematu. – tłumaczy Mateusz Nowak, Konsultant ds. Wdrożeń w BPSC i dodaje – A właśnie na te powtarzalne czynności pracownicy często narzekają. – mówi ekspert ze śląskiej spółki technologicznej.

Zdaniem analityków z instytutu Gartnera, automatyzacja pozwoli zaoszczędzić czas, zasoby i środki. Jak tłumaczy Fabrizio Biscott, wiceprezes ds. badań w Gartnerze.

– Kluczowym czynnikiem napędzającym wdrażanie systemów do automatyzacji jest ich zdolność do poprawy jakości, przyspieszenia działań operacyjnych i podniesienia produktywności. W czasie, gdy przedsiębiorcy starają się sprostać wymaganiom redukcji kosztów, oprogramowanie pozwalające zautomatyzować procesy biznesowe jest najlepszym rozwiązaniem. – kończy Biscott.

Wspomniany ośrodek badawczy zapowiada, że w 2021 roku należy spodziewać się bardzo dużego zainteresowania oprogramowaniem do automatyzacji procesów stałych. Eksperci szacują, że wydatki na takie systemy wzrosną aż o 19,5%. Gartner prognozuje, że skumulowane wydatki na oprogramowanie do automatyzacji procesów stałych w 2021 roku osiągną wartość 1,89 mld USD.

Oprogramowanie do automatyzacji procesów jest w stanie poprawić efektywność operacyjną w każdym sektorze. Sprawdzą się zarówno w sektorze publicznym, bankowym, czy HR, ale także usługach komunalnych, obsłudze klienta oraz logistyce.

– Systemy IT do automatyzacji mogą wprowadzać, wyodrębniać i zarządzać danymi, ale to nie wszystko. Oprogramowanie pozwala automatyzować transfer informacji, dygitalizować fizyczne dokumenty dzięki funkcji OCR, a nawet automatycznie wypełniać formularze, a to i tak tylko niektóre z możliwości, jakie dają. – mówi Mateusz Nowak z BPSC.
Analitycy zapowiadają, że tegoroczny wzrost nie będzie chwilowy, a jest początkiem dłuższego cyklu. Aż do 2024 tempo wzrostu systemów do automatyzacji ma być dwucyfrowe.

Katowice, Gliwice i Jaworzno najlepiej przygotowane na transformację energetyczną

W 7 spośród 16 województw w Polsce produkuje się węgiel kamienny lub brunatny. Skala wydobycia nie jest jednak równomierna – górnictwo węgla koncentruje się głównie w dwóch województwach – śląskim w którym wydobywa się 55 z 64 mln ton węgla kamiennego, oraz łódzkim z którego pochodzi 41 z 53 mln ton węgla brunatnego. Jednocześnie, wyraźnie zauważalne są tendencje w kierunku przyspieszenia przemian przemysłowego krajobrazu regionów górniczych. W latach 2015-2019 zatrudnienie w sektorze górnictwa węgla kamiennego spadło o 9,5 proc. Dużym wyzwaniem dla transformacji energetycznej jest istotne zróżnicowanie gospodarcze i społeczne regionów górniczych. W 2018 r. bezrobocie w przebadanych powiatach wahało się od 1,7 do 15 proc., z kolei w okresie 2010-2017 rozpiętość zmiany PKB per capita wyniosła 10-70 proc. wobec średniej krajowej na poziomie 38 proc. Największą odpornością na transformację wykazują Katowice, Gliwice i Jaworzno – twierdzą autorzy przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny raportu „Wskaźnik wrażliwości regionów górniczych na transformację energetyczną”.

W przygotowanym przez Polski Instytut Ekonomiczny wskaźniku wrażliwości regionów górniczych na transformację nie zatrzymujemy się na poziomie województw, ale przyglądamy się także sytuacji na poziomie podregionów i powiatów. Wskaźnik pozwala na pogłębioną diagnozę różnic na poziomie poszczególnych jednostek samorządu terytorialnego, a w konsekwencji na lepsze zaadresowanie konkretnych wyzwań w ramach polityki publicznej nakierowanej na realizację sprawiedliwej transformacji. W naszym wskaźniku wyodrębniliśmy dwa kluczowe elementy: odporność regionów na szoki zewnętrzne oraz skalę szoku jakim będzie odejście od górnictwa w danym regionie – mówi Aleksander Szpor, kierownik zespołu energii i klimatu Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Zróżnicowane perspektywy transformacji energetycznej

Wydobycie węgla w Polsce koncentruje się w dwunastu podregionach o zróżnicowanej sytuacji gospodarczej. W relatywnie najlepszej sytuacji są podregiony lubelski i katowicki, których poziom PKB wynosi 130 proc. wobec średniej w ich regionach. Z kolei
w najsłabszym położeniu są podregiony jeleniogórski i koniński, dla których ten wskaźnik jest na poziomie 70 proc. średniej dla województwa.

Patrząc z poziomu poszczególnych powiatów, w najtrudniejszej sytuacji w kontekście nadchodzącej transformacji energetycznej znajdują się miasta typowo górnicze: Jastrzębie-Zdrój, Bytom i Zabrze. W przypadku Jastrzębia-Zdroju istotnym czynnikiem jest wysoki poziom zatrudnienia w górnictwie w stosunku do ogółu pracujących. Z kolei
w przypadku Bytomia i Zabrza zagrożenie wiąże się przede wszystkim z czynnikami społecznymi oraz niskim poziomem rozwoju gospodarczego. Jednocześnie, w przypadku wszystkich trzech miast wpływ na pogorszenie wskaźników społeczno-gospodarczych miała dokonana lub rozpoczęta likwidacja kopalni. W trudnej sytuacji znajdują się także Ruda Śląska, Mysłowice, Świętochłowice oraz powiaty wodzisławski, rybnicki, włodawski, chełmski i pszczyński.

Jeżeli chodzi o powiaty, które zaliczono do grupy wyróżniających się pod względem perspektyw związanych z transformacją górnictwa, to należy tu wymienić przede wszystkim Gliwice, Katowice i Jaworzno. Regiony te nie ucierpiały w znaczący sposób na likwidacji kopalń, ich struktura gospodarcza jest zdywersyfikowana, a udział pracowników kopalń w relacji do ogółu pracujących jest relatywnie niewielki. Z podobnych przyczyn, dobrymi perspektywami w kontekście transformacji górnictwa odznaczają się Dąbrowa Górnicza i Tychy, a także powiaty bełchatowski, wadowicki, bolesławiecki, cieszyński, świdnicki oraz krakowski.transformacja energetyczna

Ewolucja roli górnictwa w ostatnich latach przyspiesza

Spadająca rola górnictwa w lokalnym krajobrazie społeczno-gospodarczym jest obserwowana od kilku lat i można ją prześledzić m.in. na przykładzie ewolucji struktury rynku pracy. W latach 2015-2019 największy spadek zatrudnienia wystąpił w grupie wiekowej 46-55 lat (o 20 proc.) oraz 56-65 lat (o 14 proc.), a więc w grupach wiekowych, którym przysługuje prawo do emerytury górniczej. Co ciekawe, jedyną grupą, w której odnotowano wzrost liczby osób aktywnych zawodowo, są emeryci (65+).

Biorąc pod uwagę duże zróżnicowanie w zakresie uwarunkowań społeczno-gospodarczych między poszczególnymi powiatami górniczymi, bardzo ważne będzie przygotowanie „szytych na miarę” rozwiązań odpowiadających na poszczególne wyzwania oraz wykorzystanie obecnej perspektywy finansowej w ramach środków UE. Obok przeznaczonych w co najmniej 37 proc. na zieloną transformację funduszy
w ramach Next Generation EU, do rozdysponowania jest 17,5 mld EUR z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji oraz środki w ramach Funduszu Modernizacyjnego, które także można przeznaczyć na transformację regionów węglowych. Z perspektywy utrzymania ich konkurencyjności, ta dekada będzie decydująca
– mówi Adam Juszczak, analityk zespołu energii i klimatu PIE.

Sztuczna inteligencja bada ruch pieszy w Warszawie

Firma CitiesAI – badająca za pomocą sztucznej inteligencji ruch pieszy w Warszawie – opublikowała raport „People Flow”. Dzięki wykorzystaniu rozwiązań z zakresu machine learning i technologii rozpoznawania obrazu wiemy, jak warszawiacy poruszają się po stolicy i jak bardzo pandemia wpłynęła na ich codzienne aktywności.

Rok 2020 w Warszawie, podobnie jak w wielu miejscach na świecie, upłynął pod znakiem pandemii COVID-19. Ruch pieszy w dużej mierze był determinowany przez obostrzenia lub ich luzowanie. W czasie pierwszego lockdownu – jak pokazują wyniki CitiesAI – liczba pieszych zmalała o około 50% w całej Warszawie. Jesienią, na którą przypadła druga, znacznie dotkliwsza fala pandemii, największe spadki w ruchu pieszych nastąpiły w pierwszej połowie października, kiedy to stolica znalazła się w strefie żółtej, a liczba chorych przekroczyła 1000 osób dziennie. Jeśli chcielibyśmy ująć ubiegły rok liczbowo, to w dwumilionowym mieście w godzinach od 7 do 22 znajdowało się jednocześnie na ulicach 92,3 tysiące osób. Najbardziej „zagęszczoną” dzielnicą było Śródmieście – średnia liczba osób na 100 metrach chodnika wynosiła w centrum Warszawy 2,7. Na drugim miejscu, zapewne za sprawą rozwoju budownictwa mieszkalnego oraz inwestycji biurowych, uplasowała się Wola. Najprawdopodobniej to tutaj rośnie warszawskie City.

Raport „People Flow” jest pierwszym tak kompleksowym i dokładnym opracowaniem przedstawiającym polskie miasto pod kątem ruchu pieszego i aktywności mieszkańców w kontekście handlu, gastronomii i turystyki. Choć raport poświęcono Warszawie, to stojąca za nim technologia jest uniwersalna i możliwa do wdrożenia w każdym mieście na świecie. Inaczej, ale systemowo, ruch pieszy monitoruje m.in. Melbourne, a same dane włodarze tej australijskiej metropolii wykorzystują do lepszego planowania i zarządzania. Między innymi na tej podstawie oceniają infrastrukturę i transport  publiczny, tworzą modele przepływu pieszych i plany reagowania w sytuacjach kryzysowych, monitorują też aktywność handlową i opracowują programy wsparcia przedsiębiorców.

Jak wiemy z najnowszych badań, miasta przyjazne pieszym mają nie tylko zdrowszych i szczęśliwszych obywateli, ale też skuteczniej przyciągają na swoje ulice biznes i handel. W CitiesAI zajmujemy się rozpoznawaniem setek tysięcy zdjęć dziennie pochodzących ze stolicy i jej okolic. Pozwala nam to na analizowanie ruchu pieszego i samochodowego, jak również na badania ilościowe i jakościowe nośników reklamowych – podkreśla Piotr Ejdys, jeden z założycieli technologicznego start-upu.

Aby dane geolokalizacyjne były przydatne, należy dokładnie określić, gdzie znajduje się użytkownik. To wyzwanie, z którym CitiesAI sobie poradziło. Opracowana technologia umożliwia przyporządkowanie pieszych do 30-metrowych odcinków chodnika, co oznacza, że nawet na małych ulicach możliwe jest rozpoznanie, ile osób przechodzi lewym, a ile prawym chodnikiem. Dane CitiesAI odzwierciedlają dynamikę zmian oraz trendy w poruszaniu się ludzi znacznie dokładniej niż inne dostępne na rynku rozwiązania (np. dane z urządzeń mobilnych). Uwzględniają chociażby zmiany wynikające z dynamicznie zmieniającej się infrastruktury miejskiej, ciągów komunikacyjnych, zmian w zabudowie, wydarzeń masowych czy konsekwencji pandemii.

Warszawa silnie odczuła obie fale pandemii koronawirusa. To już nie tylko obostrzenia, zamknięte centra handlowe, limity w sklepach i transporcie publicznym, ale też strach o swoje życie powodował, że pewne miejsca w stolicy po prostu się wyludniły – komentuje Robert Migas-Mazur, jeden z autorów raportu „People Flow”. – Na tej wyludnionej mapie widzimy jednak wyspy, to miejsca, gdzie ruch był większy niż zwykle. Wzrost liczby osób zanotowały okolice parków (Dolinka Służewiecka, Kampinoski Park Narodowy i Las Kabacki) i Wisły.

Jak wynika z danych CitiesAI, w pierwszych tygodniach obostrzeń największe spadki w ruchu pieszych wystąpiły na Służewcu, przy Rondzie Daszyńskiego oraz w Śródmieściu. Dzielnice mieszkalne – Praga Północ, Bemowo i Ursynów – zanotowały około 20% mniej pieszych w porównaniu do okresu przed pierwszym lockdownem. Najszybciej piesi wrócili na ulice Bemowa (już w połowie kwietnia) i Wawra. W czerwcu ruch pieszy wrócił do okresu sprzed pandemii w większości analizowanych dzielnic – najgorzej sytuacja wyglądała na Służewcu. Nawet w czerwcu w tej biurowej dzielnicy Warszawy było około 30-40% mniej ludzi względem stanu sprzed pandemii.

Druga fala nie wpłynęła na ruch pieszych już tak drastycznie jak wiosenny lockdown. Największy spadek odnotowano tuż po objęciu Warszawy żółtą strefą (jednym z obostrzeń wprowadzonych wtedy był nakaz noszenia masek w miejscach publicznych). Potem ruch utrzymywał się na wyższym poziomie niż wiosną. Należy jednak pamiętać o tym, że nie został wówczas wprowadzony zakaz przemieszczania się.

Konsekwencje związane ze spadkiem liczby pieszych dotknęły zwłaszcza handlu – co widać wyraźnie w danych zaprezentowanych w raporcie „People Flow”. W wyniku pandemii wyludniły się między innymi okolice warszawskich centrów handlowych. Ruch zaczął się wokół nich powoli odbudowywać po otwarciu w maju, osiągając największą przewagę nad ruchem w pozostałej części miasta we wrześniu i w październiku, tuż przed wprowadzeniem kolejnych obostrzeń. Gdy 7 listopada 2020 r. ponownie zamknięto centra handlowe, w grudniu – mimo przedświątecznych zakupów – klienci nie wrócili w ich okolice.

Zupełnie odwrotnie pandemia wpłynęła na ruch wokół kościołów. Już od czerwca zaczął on wracać do normy i do końca roku utrzymywał się wyższy niż poza ich okolicami – dodaje Robert Migas-Mazur. – Nawet jesienią, gdy liczba zachorowań na koronawirusa dochodziła do dziesiątek tysięcy, ludzie nie zaprzestali chodzenia do kościołów. Nasze dane pokazują też jak na ruch pieszych wpływają i inne czynniki. Na przykład w zachmurzone weekendy na ulicach Warszawy obserwujemy o 14,2% mniej spacerujących niż w słoneczne.

Raport „People Flow” jest dostępny bezpłatnie na stronie:

https://citiesai.com/pl/raport-peopleflow-warszawa-2021

Dobre prognozy dla warszawskiego rynku hotelowego

Warszawa znacznie łagodniej niż inne główne rynki hotelowe w regionie CEE znosi skutki pandemii COVID-19 i umocniła tym samym swoją pozycję jako najbardziej atrakcyjnego rynku w regionie. Co więcej, według ekspertów Cushman & Wakefield na horyzoncie widoczne jest znaczne ożywienie warszawskiego rynku hotelowego w drugiej połowie 2021 r. – wynika z raportu Marketbeat Warsaw Hospitality H2 2020.

W 2020 wskaźnik RevPAR (przychód na jeden dostępny pokój) w Warszawie spadł o blisko 74%. Niemniej jednak stolica Polski była jednym z najmniej dotkniętych przez COVID-19 głównych rynków w regionie CEE, ze względu na silny popyt krajowy i większą odporność polskiej gospodarki. Podaż na rynku hotelowym w Warszawie wzrosła w 2020 r. o 7,4%. Przewiduje się, że w ciągu najbliższych dwóch lat będzie ona nadal rosnąć, lecz w nieco niższym średniorocznym tempie – ok.6,1%.

Pandemia COVID-19 spowodowała opóźnienia lub nawet anulowanie kilku projektów w regionie CEE / SEE, co może być dobrą wiadomością dla hotelarzy, ponieważ prawdopodobnie ograniczy to wzrost podaży i ułatwi szybsze ożywienie na rynku. Niemniej jednak lista zaplanowanych inwestycji w Warszawie była bardzo obszerna jeszcze przed wybuchem pandemii wirusa. Kilka projektów, które były wówczas w budowie, jak Nobu Warsaw czy Crowne Plaza & Holiday Inn Express Warsaw Hub, zostało otwartych w 2020 roku. Większość realizowanych projektów, takich jak NYX Warsaw, ma opóźnienia, ale są one kontynuowane.

Popyt turystyczny w Warszawie w 2020 roku spadł znacznie mniej widocznie w porównaniu z innymi głównymi rynkami (o około 65% według STR). Stało się tak między innymi dzięki silnemu popytowi krajowemu, który nawet w czasach przed pandemią COVID-19 (2019) stanowił aż 62% noclegów turystycznych. W przyszłości oczekuje się kontynuacji tego obiecującego trendu. Oxford Economics spodziewa się, że popyt w Warszawie osiągnie poziom sprzed kryzysu do 2022 roku.

W 2020 roku w Warszawie, jak i w Polsce, nie odnotowano żadnej większej transakcji hotelowej. Biorąc pod uwagę powagę skutków kryzysu związanego z COVID-19, inwestorzy stosowali strategię „wait and see”, podczas gdy właściciele nie byli skłonni pozbywać się aktywów w tym czasie, zwłaszcza po obniżonej cenie. Powyższe, w połączeniu z ograniczonym dostępem do finansowania przejęć hoteli, spowodowało zamrożenie transakcji hotelowych w Polsce. Po niezwykle trudnym 2020 roku, w najbliższych miesiącach hotelarze staną przed wieloma wyzwaniami operacyjnymi związanymi z poziomem popytu na usługi hotelarskie i konferencyjne. Sytuację komplikuje widmo trzeciej fali COVID-19 oraz dynamicznie zmieniające się ograniczenia. Warszawa charakteryzuje się jednak silnym popytem krajowym i mniejszą zależnością od rynków międzynarodowych w porównaniu z innymi rynkami Europy Środkowo-Wschodniej i Południowo-Wschodniej, co powinno przyspieszyć ożywienie. Miasto ma być jedną z pierwszych stolic, w których nastąpi odbicie popytu do poziomu sprzed pandemii. Podczas gdy niektórzy inwestorzy przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych stosują wciąż strategię „wait and see”, aktywność innych pozostaje wysoka. Z drugiej strony mamy do czynienia z ograniczoną podażą hoteli na sprzedaż, co było również charakterystyczne dla lokalnego rynku w poprzednich latach. Niemniej jednak przewiduje się wzrost aktywności inwestycyjnej na lokalnym rynku hotelowym w 2021 roku, gdzie już w lutym została zamknięta transakcja sprzedaży Regent Warsaw Hotel – komentuje Łukasz Bondyra, Senior Hospitality Advisor, Poland.

Pełna treść raportu do pobrania pod linkiem: https://info.cushmanwakefield.com/l/263412/2021-03-01/3hyb4r/263412/1614595488CVsCQbKu/CW_MarketBeat_HOSPITALITY_Warsaw_2020H2_EN.pdf

Związkowiec na bruku – oświadczenie Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego

  • Po doniesieniach medialnych o nieprawidłowościach Polska Agencja Żeglugi Powietrznej (PAŻP) zwalnia związkowca
  • Związek Zawodowy Kontrolerów Ruchu Lotniczego (ZZKRL) właśnie złożył doniesienie do prokuratury

Polska Agencja Żeglugi Powietrznej (PAŻP) zwolniła chronionego prawem członka Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego (ZZKRL), który alarmował o łamaniu procedur bezpieczeństwa w Agencji. Kontroler z ponad 25-letnim stażem od niemal roku reprezentował ZZKRL w kontaktach z kierownictwem PAŻP.

Zwolniony pracownik w 2012 roku pełnił funkcję Specjalisty ds. Operacyjnego Zarządzania Bezpieczeństwem w Ruchu Lotniczym i uzgadniał analizę bezpieczeństwa dotyczącą pracy na połączonych stanowiskach, o której głośno było w ostatnim czasie w mediach. Gdy PAŻP z początkiem pandemii zaczęła na szeroką skalę stosować SPO (Single Person Operations) wskazywał on na uchybienia, niezgodności z akceptowaną przez siebie w przeszłości analizą i wynikające z tego potencjalne zagrożenia dla bezpieczeństwa ruchu lotniczego. Już w czerwcu 2020 roku p.o. Prezesa PAŻP podjął próbę dyscyplinarnego pozbycia się z firmy kontrolera, jednak po sprzeciwie ZZKRL i formalnej odmowie udzielenia zgody na zwolnienie działacza związkowego, odstąpiono od tego zamiaru.

Już wówczas działające w PAŻP organizacje pracownicze odebrały te działania jako próbę zastraszenia i uciszenia pracowników zaniepokojonych możliwością obniżenia poziomu bezpieczeństwa, w związku ze stosowaniem pracy na połączonych stanowiskach operacyjnych.  Kontrolerzy, czując odpowiedzialność, jaka na nich spoczywa, a także zwyczajnie obawiając się pracy w warunkach w sposób niesprawdzony wymaganymi analizami bezpieczeństwa, nadal starali się zaalarmować swojego pracodawcę i instytucje nadzorcze. Aktywnie wspierał ich w tym swoją ekspercką wiedzą i doświadczeniem wyrzucony w ostatnich dniach z pracy kontroler.

W listopadzie 2020 roku, kiedy w PAŻP problemy z wdrożeniem SPO i liczne nieprawidłowości, które temu towarzyszyły były już wśród pracowników wiedzą powszechną, firma na podstawie  wątpliwych i niepotwierdzonych zarzutów, wręczyła po raz kolejny wypowiedzenie temu samemu działaczowi związkowemu. Przez ostatnie 3 miesiące przedstawiciele pracowników starali się w sposób polubowny odwieść p.o. Prezesa PAŻP od zamiaru bezprawnego rozwiązania stosunku pracy z zasłużonym dla PAŻP kontrolerem. W tym celu związkowcy odbyli szereg rozmów i zainicjowali liczne spotkania z kierownictwem Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej. Podejmowane przez strony negocjacje do ostatniego dnia dawały nadzieję na pozytywne zakończenie, w tym odstąpienie Agencji od zamiaru zwolnienia chronionego pracownika i finalnie powrót będącego na wypowiedzeniu kontrolera do służby. Wszystko zmieniło się, gdy w ostatnich tygodniach, do tej pory nieznane na zewnątrz problemy Agencji, zaczęły wypływać na światło dzienne za sprawą licznych publikacji medialnych. Mamy powody przypuszczać, że nagła zmiana nastawienia pracodawcy, zerwanie rozmów i ostatecznie bezprawne zwolnienie działacza związkowego ma z tym bezpośredni związek.

Od instytucji zapewniającej bezpieczeństwo w ruchu lotniczym mamy prawo oczekiwać poważnego i rzetelnego potraktowania wszystkich informacji, które mogą mieć na to bezpieczeństwo wpływ. Niestety, obecne kierownictwo Agencji zamiast kontynuować dialog z pracownikami i podjąć dalsze starania w celu wyjaśnienia wątpliwości oraz wdrożyć działania naprawcze, decyduje się na bezprawne zwolnienie z pracy jednego ze specjalistów alarmujących w dobrej wierze o zagrożeniach. Jesteśmy dziś świadkami próby zastraszenia i uciszenia pracowników bezpośrednio odpowiedzialnych za bezpieczeństwo operacji lotniczych w Polsce.

Wczoraj (1 marca 2021 roku) ZZKRL złożył doniesienie do prokuratury dot. utrudniania działalności związkowej przez kierownictwo Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej.

Zarząd Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego

Bioceltix opublikował memorandum i rozpoczyna emisję akcji przed debiutem na NewConnect

  • Biotechnologiczny Bioceltix, opracowujący leki biologiczne dla zwierząt towarzyszących, opublikował memorandum informacyjne.
  • Spółka od 1 marca br. prowadzi ofertę publiczną do 360 000 akcji nowej emisji, z której planuje pozyskać do 7,4 mln zł.
  • Środki z emisji zapewnią dalszy rozwój firmy i jej produktów, m.in. umożliwią wprowadzenie leków w zaawansowane fazy badań klinicznych oraz doprowadzą do ich rejestracji przez Europejską Agencję Leków.
  • Bioceltix planuje debiut na NewConnect w II kwartale br.

Bioceltix SA – spółka biotechnologiczna rozwijająca leki biologiczne dla zwierząt towarzyszących – 1 marca rozpoczęła publiczną emisję akcji o wartości do 7,4 mln zł. Pozyskane środki planuje wykorzystać na dalszy rozwój swoich produktów, w tym na finansowanie badań klinicznych. Zapisy na akcje dla inwestorów indywidualnych będą przyjmowane od 5 marca 2021 r.

Naszym celem strategicznym jest wprowadzenie do obrotu w procedurze scentralizowanej (Europejska Agencja Leków) weterynaryjnego produktu leczniczego zawierającego jako substancję czynną komórki macierzyste. W pierwszej kolejności skupiamy się na produkcie stosowanym w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów u psów. Równolegle rozwijamy dwa kolejne produkty oparte na komórkach macierzystych: pierwszy stosowany w leczeniu atopowego zapalenia skóry u psów oraz lek stosowany w leczeniu zapalenia stawów u koni – wyjaśnia Łukasz Bzdzion, prezes zarządu i współzałożyciel Bioceltix SA.

Przełomowa technologia

Przełomowa technologia ALLO-BCLX bazującą na allogenicznych (jeden dawca – wielu biorców) mezenchymalnych komórkach macierzystych (MSC) stanowi platformę dla rozwoju leków dedykowanych w leczeniu chorób o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym.

– MSC modulując środowisko zapalne przywracają stan równowagi immunologicznej wyciszając stan zapalny, co umożliwia uruchomienie naturalnych procesów związanych z regeneracją zniszczonej chorobą tkanki. Opracowana technologia umożliwia seryjną produkcje leku bez konieczności każdorazowego pobierania komórek macierzystych od pacjenta. Dzięki temu nasze leki będą dostępne od ręki i gotowe do podania pacjentowi bezpośrednio po rozmrożeniu – mówi Łukasz Bzdzion.

Docelowy model biznesowy spółki oparty jest na dwóch silnych fundamentach: udziale w przychodach generowanych przez dużego dystrybutora o globalnym zasięgu oraz własnej wytwórni farmaceutycznej. W międzyczasie spółka pracuje nad nawiązaniem współpracy z partnerem branżowym przy dalszym, wspólnym rozwoju produktów, co pociągnie za sobą dodatkowe wpływy z tytułu udzielenia wyłączności i osiągania kolejnych kamieni milowych.

Nowoczesne terapie

Bioceltix posiada własną, objętą zezwoleniem na wytwarzanie, wytwórnię leków na bazie komórek macierzystych. Uzyskanie farmaceutycznego standardu jakości cGMP (ang. Current Good Manufacturing Practice) w zakresie wytwarzania weterynaryjnych leków biologicznych somatycznej terapii komórkowej lokuje Bioceltix w światowej czołówce spółek biotechnologicznych o profilu weterynaryjnym.

Opracowana przez nas technologia, w połączeniu z izolowaną linią produkcyjną i farmaceutycznym standardem jakości, daje nam unikalną przewagę na rodzącym się rynku biotechnologii weterynaryjnej. Nasza infrastruktura produkcyjna pozwala nam na szybkie skalowanie technologii do standardu farmaceutycznego po zakończeniu prac badawczo-rozwojowych. Mając własną, przeskalowaną technologię i certyfikowaną wytwórnię jesteśmy w stanie budować solidy fundament biznesowy w oparciu o produkcję własną. To wyróżnia nas na tle światowych firm biotechnologicznych na porównywalnym etapie rozwoju podkreśla prezes Bioceltix SA.

Nasze dwa produkty BCX-CM-J, stosowany w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów u psów, oraz BCX-CM-AD stosowany w leczeniu atopii u psów znajdują się obecnie w fazie badania bezpieczeństwa, która jest odpowiednikiem I fazy badań klinicznych u ludzi.

Tuż po zakończeniu fazy bezpieczeństwa przejdziemy do badania skuteczności, czyli do właściwej fazy klinicznej będącej odpowiednikiem III fazy badań klinicznych u ludzi. Przygotowujemy się do tej chwili z dużym wyprzedzeniem, zarówno od strony organizacyjnej planując wspólne działania z firmą typu Clinical Research Organization, jak i od strony formalnej, konsultując protokoły kliniczne z Europejską Agencją Leków. Ostatnim etapem będzie uzyskanie od europejskiego regulatora rynku farmaceutycznego pozwolenie na dopuszczenie do obrotu naszego pierwszego leku. Według naszego harmonogramu rejestracja pierwszego produktu planowana jest na 2024 r. dodaje Łukasz Bzdzion.

Perspektywy rynkowe

Według niezależnych analiz, w 2020 r. wartość światowego rynku leków weterynaryjnych wyniosła 29,2 mld USD, a do 2028 r. rynek rosnąć ma w tempie 7,4 proc. rocznie. O potencjale rynku pośrednio świadczy także m.in. warte 245 mln USD przejęcie w 2019 r. notowanej na Nasdaq spółki Aratana Therapeutics przez Elanco Animal Health. Aratana posiadała w swoim portfolio m.in. Galliprant, niesteroidowy lek przeciwzapalny stosowany w leczeniu choroby zwyrodnieniowej stawów u psów. Podobnych transakcji w ostatnich latach było co najmniej kilka.

Duże firmy poszukują nowych, skuteczniejszych terapii na najczęściej występujące choroby zwierząt. Od tego trendu nie ma odwrotu, presja ze strony opiekunów zwierząt na zwiększenie jakości leczenia jest bardzo silna. Stąd np. GST, która jako pierwsza w historii w 2019 r. zarejestrowała lek weterynaryjny na bazie komórek macierzystych, została niemalże natychmiast przejęta przez jednego z liderów branży, Boehringer Ingelheim Animal Health. To tylko potwierdza słuszność naszej strategii wyjaśnia dr Paweł Wielgus, członek zarządu Bioceltix SA i dodaje:

Niewiele dzieli nas od rozpoczęcia komercjalizacji gotowych produktów. Jeśli popatrzymy na pierwszą siódemkę największych firm z branży weterynaryjnej, to jesteśmy po słowie ze wszystkimi, przeszliśmy pierwsze technologiczne due diligence, rozpoczynamy kolejne. Różne firmy mają różne perspektywy i zwracają uwagę na różne produkty i aspekty naszej działalności, ale wszyscy zgadzają się co do jednego: potencjał sprzedaży produktów opracowanych w oparciu o naszą technologię przekracza 100 mln EUR rocznie.

Dla Polaków najważniejsza w zrównoważeniu pracy zdalnej i życia prywatnego jest elastyczność w sposobie wykonywania obowiązków

Pandemia COVID-19 to zapowiedź tego, że częste i nagłe zmiany, a także długotrwałe zakłócenia staną się normą, a organizacje muszą nauczyć się, jak się do nich szybko dostosować. Jak wynika z raportu „Global Human Capital Trends 2021” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, 21 proc. firm na świecie i 12 proc. Polsce nie było przygotowanych na nadejście obecnego kryzysu. Wyjście z kolejnych nieprzewidywalnych sytuacji nie będzie możliwe bez uwzględnienia potrzeb pracowników i przemodelowania ich dotychczasowej pracy. To oni powinni odgrywać znaczącą rolę w tworzeniu i realizacji strategii przedsiębiorstwa. Nieustannie wzrastać będzie również rola zespołów HR. Globalnie 21 proc. menadżerów bardzo wierzy w to, że to właśnie pracownicy działów odpowiedzialnych za kapitał ludzki będą wyznaczać kierunek zmian w organizacji w perspektywie najbliższych 3-5 lat.

W badaniu przeprowadzonym na potrzeby raportu wzięło udział 6 tys. profesjonalistów z różnych sektorów gospodarki z 99 państw, w tym z Polski. Wśród nich 56 proc. stanowi kadra kierownicza zarządzająca obszarami biznesowymi, a pozostali respondenci to menedżerowie HR. Globalnie członkowie zarządów stanowili 5 proc. respondentów, natomiast w Polsce był to prawie dwa razy większy odsetek (9 proc.).

W tegorocznej edycji raportu eksperci Deloitte głębiej przeanalizowali trendy, które wytypowali na 2020 rok. Są to: holistyczny dobrostan pracowników, uwolnienie potencjału zatrudnionych, superzespoły łączące pracę ludzi oraz nowych technologii, nowe strategie zarządzania talentami i szybsze przeprojektowanie modelu pracy.

Życie prywatne i praca pod jednych dachem

Menadżerowie już od dłuższego czasu zdawali sobie sprawę z tego, jak ważny jest well-being, czyli dobrostan pracowników. Jednak dopiero pandemia COVID-19 i powszechna praca zdalna spowodowały, że dla kadry kierowniczej zdrowie psychiczne zatrudnionych mocno zyskało na znaczeniu.

Nasze badanie pokazało, że nie każdy pracownik postrzega działania swojej firmy jako zmierzające do zachowania zdrowego balansu pomiędzy obowiązkami zawodowymi a życiem prywatnym. Globalnie 15 proc., a w Polsce aż 38 proc. menedżerów uważa, że praca zdalna negatywnie wpływa na ich dobre samopoczucie. Coraz trudniej jest ustalać godziny pracy, skoro cały czas mamy dostęp do telefonu i komputera, a na wiadomość możemy odpisać w każdej chwili. Potrzeba jasno wytyczonych reguł dotyczących godzin pracy, ale również ich konsekwentnego egzekwowania – mówi John Guziak, partner, lider zespołu ds. kapitału ludzkiego w Europie Środkowej.

Ankietowanych zapytano również, jakie są najistotniejsze czynniki, które sprawiają, że praca zdalna nie wpływa tak negatywnie na ich dobrostan i życie prywatne. Większość z nich wskazała na rozwiązania z zakresu organizacji pracy. 39 proc. odpowiedziało, że wprowadzenie cyfrowych platform do współpracy, 36 proc. wskazało na dowolność w sposobie wykonywania swoich obowiązków, a 31 proc. na potrzebę stworzenia nowych norm dotyczących planowania i wyznaczania spotkań. Polscy respondenci także wytypowali właśnie te obszary, jednak inaczej rozłożył się ich udział procentowy. Najważniejsza okazała się być dowolność w sposobie wykonywania swoich obowiązków (60 proc.), dalej wprowadzenie cyfrowych platform do współpracy (48 proc.) i w końcu potrzeba stworzenia nowych norm dotyczących planowania i wyznaczania spotkań (32 proc.).

Wszechstronny pracownik w elastycznym zespole

W czasie pandemii liderzy coraz częściej oczekują od pracowników, że ci ostatni będą zwiększać zakres swoich obowiązków i wykonywać zadania w obszarach, gdzie akurat jest na to zapotrzebowanie. Zdaniem ekspertów Deloitte, zatrudnieni w pełni wykorzystują swój potencjał, kiedy mogą połączyć swoje pasje z potrzebami organizacji. Dostrzeżenie tego jest niezbędne, jeśli firma chce rozwijać się w dłuższej perspektywie czasu.

Według raportu, globalnie 72 proc. menedżerów wskazało na umiejętność ich pracowników do adaptacji, przekwalifikowania i przyjmowania nowych ról jako najważniejszy czynnik pomocny w radzeniu sobie z kolejnymi zakłóceniami. Wśród polskich ankietowanych odsetek ten wyniósł 44 proc.

To pandemia uświadomiła menedżerom, jakie cechy i talenty posiadają ich pracownicy. Wyzwaniem dla organizacji jest wypracowanie nowych strategii rozwoju kadr. Celem jest stworzenie takich zespołów, które będą reagować dynamicznie na niespodziewane utrudnienia biznesowe. Należy jednak pamiętać, że musi się to dziać z poszanowaniem zdania pracowników, bo to oni najlepiej potrafią określić swoje potrzeby i wiedzą, jak działa organizacja u samych podstaw – mówi Joanna Świerzyńska, partnerka w dziale doradztwa podatkowego, Talent partnerka, Deloitte.

Ostatnie miesiące pokazały również, jak ważna jest praca zespołowa. Dziś liderzy mają szansę wykorzystać to, czego nauczyli się przez ostatnie miesiące, żeby stworzyć „super-zespoły”, które łączą pracę ludzi z technologią. Jak wskazują eksperci Deloitte, wiele organizacji postrzega technologię jako narzędzie, a nie członka zespołu, co powinno zmienić się w najbliższych latach.

Menadżerów zapytano również o to, jakie działania podejmą w celu transformacji dotychczasowych modeli pracy. Prawie połowa odpowiedziała, że wdroży budowę kultury organizacyjnej, która skupia się na rozwoju, przystosowaniu i elastyczności. Niewiele mniej, bo 42 proc. wskazało na poszerzanie możliwości pracowników poprzez podnoszenie lub zmianę kwalifikacji i mobilność. 35 proc. przejdzie przez proces transformacji dzięki wdrożeniu nowych technologii. Wśród polskich respondentów inicjatywy zyskały odpowiednio: 44 proc, 49 proc. i 39 proc.

Strategia zorientowana na człowieka

Z raportu wynika, że 21 proc. organizacji na świecie nie było przygotowanych na nadejście pandemii. W Polsce ten odsetek był prawie dwa razy mniejszy i wyniósł 12 proc. Menadżerów poproszono również o odpowiedź, w jaki sposób zamierzają przygotowywać się na kolejne niespodziewane sytuacje. 46 proc. wszystkich badanych wskazało na identyfikowanie wielu prawdopodobnych scenariuszy biznesowych i tworzenie wielu planów łagodzenia skutków, 33 proc. na identyfikowanie prawdopodobnych, narastających zdarzeń i tworzenie planów ciągłości działania oraz 17 proc. na identyfikowanie mało prawdopodobnych zdarzeń o dużym wpływie na biznes i tworzenie wielu planów łagodzenia ich skutków.

Eksperci firmy doradczej Deloitte zwracają uwagę na odpowiedzi dotyczące działań koniecznych do osiągnięcia wspomnianej gotowości na zakłócenia. Dopiero na czwartym miejscu globalnie i na szóstym w Polsce znalazło się podnoszenie kwalifikacji zawodowych i rozwój pracowników. Natomiast jako najistotniejsze wskazano zachowanie liderów.

Inwestycje w pracowników powinny być priorytetem w organizacji, bo to właśnie oni w dużej mierze radzić sobie będą z kolejnymi kryzysami na pierwszym froncie. Co więcej, menadżerowie muszą tak przemodelować swoje strategie, żeby to zatrudnieni pełnili w nich kluczową rolę. Dzięki temu liderzy będą mogli podejmować szybsze i lepsze decyzje w oparciu o aktualne informacje na temat tego, do czego są zdolni ich pracownicy i jak postrzegają funkcjonowanie organizacji – mówi Joanna Świerzyńska.

Nowa rola specjalistów ds. HR

COVID-19 wymusił pracę w zupełnie nowych warunkach zarówno jeśli chodzi o pracę zdalną, jak również zachowanie społecznego dystansu w biurze. Wdrożenie tych zmian pozostawało w obowiązkach liderów HR, którzy w rezultacie zyskali w oczach członków zarządu. Wraz z zakończeniem pandemii, działy HR mają możliwość zmienić swoją rolę – z zarządzania procesami do projektowania strategii w firmie.

Co ciekawe, globalnie ponad jedna piąta badanych nie uważa, że zmiany w polityce organizacji, dotyczące takich obszarów jak praca zdalna czy benefity, należały przed pandemią do działów HR. Z kolei wszyscy polscy respondenci zgodzili się, że wchodziło to w zakres obowiązków pracowników human resources.

Z raportu wynika, że według 75 proc. badanych w czasie pandemii działy HR miały wpływ na ochronę zdrowia i bezpieczeństwa pracowników, 58 proc. wskazało na zwiększenie komunikacji z pracownikami, 42 proc. na promowanie dobrego samopoczucia pracowników, a 36 proc. na przeprojektowanie polityk i strategii pracowniczych w krytycznych obszarach, t.j. praca zdalna, świadczenia itp. W Polsce te odsetki wyniosły odpowiednio: 68 proc., 73 proc., 41 proc. i 32 proc. Ankietowanych zapytano, czy w związku z dużym wpływem HR na funkcjonowanie organizacji w czasie kryzysu, są oni pewni, że działy te mogą wyznaczać kierunek zmian w czasie najbliższych 3-5 lat. Globalnie dużą nadzieję pokłada w to 21 proc. menadżerów, natomiast w Polsce tylko 5 proc.

Wyniki naszego badania pokazują, że rola ekspertów HR w organizacji jest kluczowa do jej sprawnego funkcjonowania. Istotne jest ich proaktywne podejście. Przede wszystkim ważne jest jednak, abyśmy przestali tylko mówić o przyszłości pracy, a zaczęli wspierać się dostępnymi danymi, projektowali ją z wykorzystaniem współpracy ludzi i nowych technologii, sztucznej inteligencji, a także z jasnym zrozumieniem tego, w jaki sposób nasi klienci będą chcieli z nami pracować w przyszłości – mówi John Guziak .

Jak podsumowuje ekspert, jednym z priorytetowych wyzwań jest dziś zbudowanie kultury organizacyjnej wokół zespołów. Te z nich, które poradzą sobie dobrze w pracy hybrydowej, w swojej strukturze będą miały określone wyraźne DNA i zestaw wartości.

Izba o Krajowym Planie Odbudowy: popieramy, ale gdzie jest tu miejsce dla przedsiębiorców?

„Oczekujemy większej ilości konkretów” – Północna Izba Gospodarcza o Krajowym Planie Odbudowy

Krajowy Program Odbudowy został zaprezentowany przez Premiera Mateusza Morawieckiego w ubiegły piątek. Jest to zbiór informacji na temat tego, jak wyglądać będzie obudowywanie gospodarki po pandemii COVID-19. Mówimy o redystrybucji środków unijnych, które Polska ma otrzymać w najbliższych latach. Premier Mateusz Morawiecki przedstawił pięć filarów, które prezentują się interesująco, choć na ten moment trudno powiedzieć, by spełniały one oczekiwania przedsiębiorców w zakresie wsparcia po trudach pandemii. – Jestem wielką zwolenniczką rozmów o polskiej gospodarce po COVID-19, to bardzo ważne byśmy poza „tu i teraz” żyli również przyszłością. Trudno jednak komentować propozycję Premiera Morawieckiego pozytywnie lub negatywnie. Najbardziej adekwatny będzie jeden z komentarzy publicystów: póki co to nie jest Krajowy Program Odbudowy, a Krajowy Program Ogólników – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

Prezes Mojsiuk: zabrakło konkretnej informacji jaka jest przewidziana pomoc dla przedsiębiorców

Krajowy Plan Odbudowy to dokument, który będzie podstawą do otrzymania środków z unijnego Instrumentu na Rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności. Wskazuje on przeznaczenie pieniędzy na konkretne reformy, programy i inwestycje. Polska do końca 2026 r. otrzyma: 23,9 mld euro w postaci bezzwrotnych dotacji oraz 34,2 mld euro w formie ewentualnych pożyczek. Premier Mateusz Morawiecki zaprezentował pięć filarów na których ma opierać się program: odbudowa konkurencyjności polskiej gospodarki, cyfryzacja, sprawny sektor zdrowia, mobilna Polska i zmiany w zakresie klimatu.

– Poziom ogólności przedstawionych w piątek postulatów jest tak duży, że trudno jest w tej chwili powiedzieć czy oceniamy Krajowy Program Odbudowy pozytywnie czy negatywnie. Pan Premier omawiając każdy z filarów odnosił go do bieżącej sytuacji gospodarczej. Rzeczywiście sprawna walka z pandemią, inwestycje w zieloną gospodarkę czy dalsza cyfryzacja przedsiębiorstw to ważne wyzwania czasu po pandemii, ale czy w tych postulatach nie zabrakło jasnego sygnału: drodzy przedsiębiorcy, robimy to dla Was i dla Was będą konkretne środki i programy? Moim zdaniem zabrakło takiej informacji – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Przedsiębiorcy bardzo czekają na Krajowy Program Odbudowy jako projekt, który pomoże im wrócić do lepszego funkcjonowania po trudach pandemii: – Wielu przedsiębiorców myśląc o programie odbudowy zapewne spodziewało się zapowiedzi dofinansowań, pożyczek płynnościowych oraz inicjatyw, które będą konkretnie wspierać ich walkę o przetrwanie. Zdajemy sobie sprawę, że to pierwsza zapowiedź i liczymy na to, że kolejne konferencje Premiera Mateusza Morawieckiego przyniosą więcej konkretnych informacji dla przedsiębiorców – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Plusy: priorytet dla konkurencyjności. Minusy: mało informacji o przedsiębiorcach

Jak mówi Dyrektor Biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie dr Piotr Wolny kwoty, którymi dysponować będzie Polska do 2026 roku są znaczące i jest to realna szansa na to, by Krajowy Program Odbudowy stał się kołem zamachowym rozwoju przedsiębiorstw. Czy piątkowa zapowiedź daje taką wizję? Według dyrektora Izby zapowiedzi są jeszcze zbyt mgliste.

– Bardzo podoba mi się zdanie, że priorytetem powinna być odbudowa konkurencyjności polskiej gospodarki. To powinien być nasz priorytet gospodarczy od dekad, widziałbym tu szanse na wsparcie dla przemysłu, dla turystyki oraz dla inteligentnych specjalizacji w których bardzo dobrze poruszają się nasi przedsiębiorcy. Oczekiwałbym, że dla tych branż przygotowany zostanie silny, dedykowany im program wsparcia – mówi dyrektor Piotr Wolny.

– Przedsiębiorcy oczekują konkretnych informacji na jaką bezpośrednią pomoc mogą liczyć. To, że będzie ona potrzebna to sprawa bardziej niż oczywista. Premier w kontekście programu odbudowy mówił np. o Centralnym Porcie Komunikacyjnym czy o przekopie Mierzei Wiślanej. Należy zastanowić się czy są to inicjatywy, które są priorytetem jeżeli chodzi o odbudowywanie gospodarki – dodaje dyrektor Wolny.

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie deklaruje chęć współpracy przy tworzeniu wytycznych kierunkowych dla Krajowego Programu Odbudowy. Uważamy, że do prac nad nim powinny być włączone samorządy oraz organizacje otoczenia biznesu.

Polacy wydają na prywatne leczenie więcej niż Niemcy czy Czesi

  • W Polsce 29% kosztów medycznych pokrywamy z własnej kieszeni. W Czechach to jedynie 17%, a w Niemczech 15%.
  • Po prywatne leczenie sięgamy dlatego, że nie chcemy czekać w kolejce do NFZ. W efekcie już ponad 3 mln Polaków korzysta z dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych.
  • Najpilniejszymi problemami, na których się obecnie skupiamy, są wady kręgosłupa i zdrowie psychiczne. Zainteresowanie pomocą psychologiczną wzrosło 36% r/r.

Po III kwartałach 2020 r. liczba Polaków posiadających prywatne ubezpieczenie zdrowotne wzrosła o 10,6% (r/r), a wartość składki przekroczyła łącznie 665 mln złotych, poinformowała niedawno Polska Izba Ubezpieczeń (PIU). Ponadto, z opublikowanego przez GUS Narodowego Rachunku Zdrowia wynika, że wydatki prywatne Polaków (w tym zakup leków), to prawie 29% wszystkich kosztów medycznych. Kiedy porównamy to z grudniowymi wynikami Eurostat dla całej UE, okazuje się, że w Polsce wydaje się więcej środków prywatnych na zdrowie niż w Czechach (17%) i niemal dwukrotnie więcej niż za naszą zachodnią granicą – w Niemczech tylko 15% kosztów pokrywanych jest z budżetów domowych.

Prywatne ubezpieczenia jako rozwiązanie?

Uznawane za modelowe Czechy wydają na ochronę zdrowia 5,3% PKB, podczas gdy my 3,9%. Zanim nadrobimy tę różnicę, doraźnym rozwiązaniem wydają się wydatki prywatne, w tym dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne, coraz częściej włączane do systemu benefitów przez polskich pracodawców. Według nowych danych PIU posiada je już 3,1 mln Polaków. Łatwa dostępność badań, szybkość konsultacji specjalistycznych i brak obowiązkowych skierowań to w wielu przypadkach korzyści, które bardzo cenią polscy pacjenci. Według ekspertów wielu Polaków szuka pomocy poza systemem publicznym po prostu dlatego, że nie chce lub wręcz nie może czekać w długiej kolejce do świadczeń opłacanych przez NFZ. System publiczny – w ramach którego wciąż odbywa się leczenie większości poważnych problemów – został dotknięty w ub. roku prawdziwą zapaścią. Wychodzenie z niej może zająć znacznie więcej czasu, niż się dziś wydaje. W szczególności dotyczy to wizyt u specjalistów, w kolejce do których możemy czekać wiele miesięcy, o ile nie lat.

To powód numer jeden – łatwy i niemal natychmiastowy dostęp do wysokiej jakości opieki medycznej. Zwłaszcza teraz, gdy dostęp do niej jest dodatkowo ograniczony przez pandemię. Co więcej, mimo wciąż niepewnej sytuacji gospodarczej obserwujemy, że kolejne firmy decydują się na zakup grupowego ubezpieczenia zdrowotnego, który stał się najważniejszym benefitem pracowniczym w ogóle. Wśród pracodawców szczególnie wzrasta poziom zainteresowania dodatkową profilaktyką, m.in. psychologiczną, wad postawy i kardiologiczną. To pokłosie pracy zdalnej, izolacji i dodatkowego stresu – mówi Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia.

Mimo że wracamy do przychodni, to nadal chętnie korzystamy z pomocy zdalnej

W 2020 r. duża część opieki medycznej świadczona była zdalnie, zwłaszcza podczas pierwszej fali pandemii, co spowodowało też, że wiele osób rezygnowało lub odkładało pomoc na później. Jednak po spadkach związanych z lockdownami, od września ub. roku liczby wizyt lekarskich zaczęły znacząco rosnąć, w październiku wracając do poziomów z 2019 r. Nie oznacza to jednak, że telemedycyna poszła w odstawkę. Porady zdalne nadal cieszą się wysokim zainteresowaniem i stanowią ponad 30% konsultacji internistycznych i specjalistycznych – zwłaszcza te mające pomóc ratować złą kondycję psychiczną spowodowaną izolacją. Zainteresowanie poradami psychiatrycznymi i psychologicznymi nadal pozostaje wysokie, wzrosło o 36% r/r. Polacy potrzebują pomocy i chcą się leczyć.

 

O stanie zdrowia Polaków i ich chęci naprawy problemów wynikających z izolacji i braku ruchu, świadczy też liczba badań rezonansu magnetycznego i tomografii kręgosłupa wykonanych w zeszłym roku. W drugiej połowie 2020 r. była ona praktycznie równa z tym samym okresem 2019 r., a w IV kwartale nawet większa. Oznacza to, że większość ludzi zdaje sobie sprawę z konieczności zadbania o ewentualne wady postawy i stara się z nimi walczyć najlepiej jak może w obecnych warunkach – dodaje Xenia Kruszewska z SALTUS Ubezpieczenia.

Źródło: SALTUS Ubezpieczenia

Rok 2021 na rynku nieruchomości – jedna wielka niewiadoma

Obyś żył w ciekawych czasach – brzmi starożytne chińskie przekleństwo. Nie ma wątpliwości, że tym razem zostało wypowiedziane skutecznie. Żyjemy w ciekawych czasach, także na rynku nieruchomości. W minionym roku spodziewano się krachu spowodowanego koronawirusem, a mieszkania nadal drożeją i świetnie się sprzedają. Teraz eksperci prognozują ciąg dalszy hossy i wzrostów cen. Prawda jest jednak taka, że w ciekawych czasach dalszy rozwój sytuacji rynkowej pozostaje po prostu zagadką.

Gdy w marcu 2020 roku koronawiurs uderzył w życie społeczne i gospodarkę prognozowano, że rozgrzany do czerwoności kilkuletnią hossą rynek nieruchomości „odczuje” to boleśnie. Ludzie w obawie o przyszłość mieli wstrzymywać się z kupnem mieszkań i ograniczać kredyty hipoteczne. Spodziewano się głębokiej korekty cen, które dotychczas rosły jak na drożdżach.

I rzeczywiście – wydawało się, że tak właśnie będzie się działo. Marzec, kwiecień, maj – kryzysowy drugi kwartał ubiegłego roku upłynął pod znakiem bardzo mocnego hamowania, nieomal zastopowania obrotu mieszkaniami. W dużych miastach spadki sprzedaży nowych mieszkań sięgały nawet 60 proc.

Spadły też ceny mieszkań, co miało zwiastować głęboką korektę. W Warszawie stawki zmniejszyły kwartał do kwartału o 4 proc. (z 9800 do 9400 zł/mkw.). Wydawało się, że to początek mocnych zjazdów cenowych. Latem 2020 firma doradcza Emmerson prognozowała, że mieszkania będą tanieć przez najbliższe 2,5 roku w tempie 5-7 proc. rocznie.

Spodziewamy się obniżek rzędu 5-7% rocznie. Do końca 2022 r. mogą one sięgnąć do 15-20% względem szczytowego okresu, jaki przypadał na przełom 2019/2020 r. Prognozowane przez nas spadki cen mieszkań będą trwały przez najbliższe 2-2,5 roku. Aby zrównoważyć podaż do popytu, deweloperzy w ciągu tego czasu będą sukcesywnie wyprzedawać obecną dużą ofertę. Równocześnie będą mniej budować, co doprowadzi do istotnego zmniejszenia za ok. 2 lata podaży, w porównaniu z czasami prosperity. Kupujący będą mieli mniejszy wybór. Konsekwencje łatwo przewidzieć – deweloperzy rozpoczną ponowny cykl podwyżek. Oczywiście przy założeniu, że wyjdziemy z kryzysu epidemiologicznego – mówił Dariusz Książek, prezes Emmerson Evaluation.

Letnie odbicie

Przynajmniej na razie te prognozy się nie sprawdziły. Już w trzecim kwartale minionego roku nastąpiło wyraźne odbicie na rynku. Wg Amron-Sarfin (raport za III kw. 2020), spadek popytu wyrażony przez wyniki akcji kredytowej finalnie w pandemicznym 2020 roku może nie być tak głęboki, jak pierwotnie sądzono.

„Wyniki akcji kredytowej po trzech kwartałach, w postaci 151 tysięcy kredytów o łącznej wartości ponad 44 mld zł, pozwalają na oszacowanie wyników zakładających spadek wartości o 6-7 procent oraz spadek liczby nowych kredytów o 11-12 proc. względem rekordowego wyniku roku 2020” – napisano w podsumowaniu raportu.

Duży wpływ na poprawę wyników akcji kredytowej miały same banki, które po początkowym, mocnym zaostrzeniu wymogów kredytowych (m.in. wkład własny do 30 a nawet 40 proc., wstrzymanie finansowania dla przedstawicieli branż narażonych na skutki pandemii i lockdownu), już latem i jesienią mocno złagodziły większość wymogów, dzięki czemu dostęp do finansowania wrócił w dużym stopniu do stanu sprzed pandemii.

W efekcie – już latem nastąpiło mocne odbicie cenowe. W III kwartale 2020 roku stawki na rynku pierwotnym w największych miastach rosły. Wg Amron-Sarfin, średnia cena 1 mkw. nowego mieszkania na sprzedaż w Warszawie była wyższa o 9 proc. od stawek w „niepandemicznym” roku 2019. Wyniosła 9568 zł/mkw.

Takie same wnioski dostarczył nam ostatni raport NBP. W III kw. 2020 roku nie było mowy o taniejących mieszkaniach. Wg informacji banku centralnego, średnio za metr kwadratowy mieszkania w stolicy płaciło się 10184 złote. Stawki z kwartału na kwartał wzrosły o blisko 750 zł, czyli o niecałe 8 proc. Z kolei w porównaniu do tego samego okresu roku poprzedniego, nowe mieszkania w stolicy podrożały o ponad 1000 zł na metrze kwadratowym, czyli o prawie 11 procent.

Mieszkania drożały także w innych dużych miastach. W Krakowie w III kw. 2020 metr kwadratowy nowego mieszkania kosztował 8838 zł. Rok do roku mieszkania na krakowskim rynku podrożały o ponad 1000 zł. W Gdańsku w III kw. 2020 za 1 mkw. płaciło się 9024 zł. Rok wcześniej było to 8534 zł. We Wrocławiu stawka za 1 mkw. nowego mieszkania w III kw. 2020 wynosiła 8100 zł. Rok wcześniej 7661 zł/mkw.

Według danych z bazy CBN PKO BP, w 3q20 na rynku pierwotnym ceny transakcyjne znacząco rosły w Warszawie i mniejszych stolicach wojewódzkich (odpowiednio o ok. 7% k/k i 9% k/k), natomiast w 9 największych miastach (bez Warszawy) wzrost był niewielki. Na rynku wtórnym wzrost cen w wyróżnionych trzech grupach kształtował się w granicach 2-4% k/k – napisano w raporcie PKO BP z rynku mieszkaniowego za III kw. 2020.

Podaż jak na drożdżach

W pandemicznym 2020 roku deweloperzy budowali mieszkania jak szaleni. Jedynie wiosną było wyhamowanie, generalnie jednak w najbardziej kryzysowym od wielu lat roku dla polskiej gospodarki został pobity rekord podaży mieszkań po 1989 roku! W minionych 12 miesiącach oddano do użytku 222 tys. mieszkań wobec 207,4 tys. w 2019. Ostatnio poziom 200 tys. mieszkań przekroczono w 1980, a najwyższy wynik 284 tys. mieszkań został osiągnięty w 1978 i 1979 roku.

Dominującym „budowniczym” w Polsce nie są już prywatni właściciele, a deweloperzy. Oni dostarczyli ponad 64 proc. z rekordowej podaży w minionym roku.

W 2021 oczekujemy kontynuacji wysokiej liczby mieszkań oddawanych do użytku, z roczną produkcją na poziomie ponad 200 tys. mieszkań. Wskazuje na to duży portfel mieszkań w budowie. Jednocześnie, obserwowany spadek liczby rozpoczynanych projektów i wystąpień o pozwolenia na budowę, może oznaczać wolniejszy wzrost produkcji w kolejnych latach – napisali w komentarzu do danych o podaży mieszkań analitycy PKO BP.

Czy więc – w obliczu zarysowanej wcześniej sytuacji, żadnego kryzysu, poza jedynie „wahnięciem” w II kw. 2020 roku, nie widać? Czy mamy do czynienia z ciągle trwającą hossą na rynku mieszkaniowym? Co prawda nie znamy jeszcze pełnych danych dotyczących sprzedaży mieszkań i akcji kredytowej za rok 2020, ale wszystko wskazuje, że będą one przynajmniej nie tak złe, jak można było sądzić jeszcze wiosną.

Wynajem na minusie

Wygląda na to, że mocny popyt na mieszkania utrzymał się w trudnych czasach i to pomimo wyraźnej zadyszki rynku najmu mieszkań. Tu – w przeciwieństwie do sprzedaży nieruchomości – kryzys pandemiczny był mocniej odczuwalny. Brak studentów, turystów, pracowników – wszystko to przełożyło się na wyraźny spadek popytu na mieszkania ze strony najemców i w efekcie na spadek czynszów najmu.

Z raportu Amron-Sarfin za III kw. 2020 wynika, że głęboka korekta czynszów miała miejsce w Krakowie. Spadek średniego poziomu czynszów rok do roku wyniósł ponad 10 procent. Aktualnie średnia cena mieszkania do wynajęcia w Krakowie wynosi 1342 zł. W Warszawie średni czynsz wyniósł nieco ponad 1700 zł. Stawki spadły rok do roku o 8 procent. 6 – procentowy spadek średnich czynszów zanotowano natomiast we Wrocławiu (1492 zł – przeciętna cena najmu). W pozostałych miastach wojewódzkich spadki czynszów były mniejsze 1- 2 procentowe, ale były – co już jest sytuacją wyjątkową.

Co ciekawe – przynajmniej na razie niższa opłacalność inwestycji na wynajem nie uderzyła w sprzedaż mieszkań, co oznacza, że kupujący inwestycyjne dziś kierują się innymi względami niż zarabianie na wynajmie. W dobie rekordowo niskich stóp procentowych i wysokiej inflacji widzą w mieszkaniach po prostu bezpieczną przystań, która ma im zapewnić zachowanie wartości kapitału.

Taniej już było?

Czy w obliczu faktu, że rynek mieszkaniowy najwyraźniej „uciekł spod topora”, w obecnym roku czeka nas dalej utrzymująca się koniunktura i wzrost cen mieszkań?

Tak właśnie prognozują analitycy Credit Agricole. Wg nich, już w 2023 roku średnia cena metra kwadratowego mieszkania w 7 największych miastach Polski wyniesie 11 tysięcy złotych. Ceny mieszkań będą nadal rosły przez kolejne 3 lata. Co prawda tempo wzrostów będzie nieco hamować, ale i tak ma wynieść 6,8 proc. w 2023 roku. Zdaniem analityków Credit Agricole wpływ na zwyżkę cen, oprócz silnego popytu, będzie miało również stopniowe ograniczanie podaży przez deweloperów.

Wygląda więc na to, że przed kupującymi nieciekawa wizja sprowadzająca się do stwierdzenia, że „taniej już było”. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że analitycy, którzy w ciągu jednego tylko roku przenieśli nas z zapowiadanego kryzysu i korekty cen, do utrzymującej się hossy i wzrostu cen, budują swoje prognozy na podstawie sytuacji obecnej, zakładając stabilność pewnych trendów i zapominając, że nie żyjemy w komforcie stabilności zdrowotnej, gospodarczej, społecznej i politycznej.

Karty w tej grze rozdaje pandemia. Nie wiemy, jak gospodarka zniesie rok 2021, czy będziemy mieli do czynienia z kolejnymi lockdownami, co z bezrobociem i innymi wskaźnikami makroekonomicznymi? W bezpiecznych warunkach można przyjmować, że wskaźniki nie będą zmieniać się szybko, ale sytuacja nie jest stabilna, dlatego też na chwilę obecną nie sposób powiedzieć, jaka sytuacja i nastroje będą panowały na rynku nieruchomości na koniec 2021 roku.

Autor: Marcin Moneta , ekspert portalu Gethome.pl

Dane z sądów: Tarcze na razie chronią przed bankructwem. Eksperci: Najgorsze dopiero przed nami

W ub.r. do sądów w całej Polsce wpłynęło prawie 31% mniej wniosków o ogłoszenie upadłości firm w porównaniu z wcześniejszym rokiem. Zdaniem znawców tematu, do tego spadku przyczyniły się miliardy złotych z tarcz antykryzysowych. Dzięki temu wsparciu, a także własnym środkom wiele przedsiębiorstw uniknęło bankructwa. Ponadto działalność sądów była mocno ograniczona. Istotna okazała się również nowelizacja przepisów regulujących upadłość konsumencką. Eksperci prognozują, że w tym roku wzrośnie liczba ww. wniosków, zwłaszcza wśród mikroprzedsiębiorstw i małych firm. Problem najbardziej może być widoczny w woj. małopolskim, mazowieckim i śląskim. 

Jak wynika ze wstępnych danych Ministerstwa Sprawiedliwości, w 2020 roku do sądów w całej Polsce wpłynęło 2860 wniosków o ogłoszenie upadłości firm. To o 1278 mniej niż rok wcześniej, kiedy było ich 4138.

– W pierwszej chwili można pomyśleć, że to paradoks. W kryzysie mamy przecież mniej wniosków o ogłoszenie upadłości firm. Jednak dane nie są zaskakujące, bo dzięki działaniu państwa udało się ograniczyć problem. Miliardy złotych, które zostały przelane przedsiębiorcom w ramach tarcz antykryzysowych, to główny powód spadku – komentuje ekonomista Marek Zuber.

Silna obrona przed bankructwem była zadaniem numer 1 dla wielu przedsiębiorców, co podkreśla prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC i były wiceminister finansów. I dodaje, że pomoc ze strony państwa sprzyjała realizacji tego celu. Ale firmy sięgały również po własne środki, które w ciągu roku znacznie się zmniejszyły. To oznacza przesunięcie zagrożeń na 2021 rok, zwłaszcza w branżach, które najbardziej odczuwają skutki pandemii. Ale ekspert zwraca też uwagę na sytuację w przemyśle i budownictwie, gdzie nastąpiło bardzo duże odbicie w trzecim i czwartym kwartale ub.r.

– Jeśli popatrzymy na wyniki przemysłu, to one nie tylko wróciły do dynamiki sprzed pandemii, ale wręcz były lepsze. Mamy więc pozytywną sytuację. Zobaczymy, co będzie dalej, bo przemysł jest związany z eksportem, a pod koniec roku mieliśmy mocne mrożenie gospodarki w Niemczech. W temacie związanym z upadłościami dochodzi też kwestia ograniczenia działalności sądów. To bardziej mogło opóźniać składanie wniosków w kwietniu czy maju, bo potem już to lepiej funkcjonowało – dodaje Zuber.

Z kolei jak stwierdza Andrzej Głowacki, prezes zarządu DGA Kancelarii Restrukturyzacji i Upadłości, przedsiębiorcy czekali na wsparcie z tarcz antykryzysowych. Ponadto wiedzieli o moratorium na składanie wniosków o upadłość na skutek pandemii, które wynikało z ustawy o COVID-19. Dodatkowo preferowali otwarcie postępowań restrukturyzacyjnych. Do tego ekspert zwraca uwagę na to, że część wniosków o ogłoszenie upadłości jest oddalanych. Najczęściej dzieje się to ze względu na brak środków na koszty postępowania.

– Spadek liczby ww. wniosków był do przewidzenia. To efekt wejścia od 24 marca ub.r. nowelizacji przepisów regulujących upadłość osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej, tj. konsumentów. Obecnie mogą z niej skorzystać również byli przedsiębiorcy. Większość firm jest prowadzona przez osoby fizyczne. Wystarczy wykreślić działalność z CEDiG, aby uzyskać możliwość skorzystania z uproszczonego trybu ogłoszenia upadłości – podkreśla Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny.

Jak prognozuje Marek Zuber, wyraźny wzrost upadłości zobaczymy dopiero w bieżącym roku. Kiedy skończą się otrzymane pieniądze i przedsiębiorcy zaczną rozliczać uzyskane pożyczki. Wtedy też  zapewne wzrośnie bezrobocie, choć nie musi to być niesamowity wysyp upadających firm. W wybranych branżach zmieniono bowiem zasady umorzenia. Ono może być całkowite, a nie do 75%. Może też się okazać, że właśnie dzięki tym środkom i restrukturyzacji część firm stanie na nogi.

– W przemyśle zatrudnienie nie jest ogromne. Inaczej sytuacja wygląda w sektorze usług, gdzie mamy dużo mikrofirm i małych przedsiębiorstw. W związku z tym w 2021 roku można spodziewać się większej liczby bankructw i wzrostu bezrobocia, mimo że PKB nie będzie już spadać. Te negatywne efekty ujawnią się w sektorach najbardziej dotkniętych pandemią – prognozuje prof. Gomułka.

Natomiast mec. Parol przewiduje, że na pewno wzrośnie liczba wniosków o ogłoszenie upadłości osób prawnych. To będzie wiązało się z koniecznością znaczącego zaangażowania syndyków w proces likwidacji masy upadłości, w sprawy sądowe. Oni będą prowadzić upadłości formalnie ogłaszane jako konsumenckie, które w rzeczywistości będą gospodarczymi.

– W Polsce mamy w sumie ok. 2 mln przedsiębiorstw. Przeważnie są to mikrobiznesy i małe firmy, zatrudniające do 50 pracowników. I to one są najbardziej zagrożone upadłością. W tej chwili rząd się wstrzymuje z kontynuacją pomocy na wielką skalę. I mamy sytuację bardzo dramatyczną, np. w szeroko pojętej gastronomii czy hotelarstwie – zaznacza główny ekonomista BCC.

Do tego Adrian Parol nie spodziewa się, że w Polsce wzrośnie liczba wniosków w tej kwestii od osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą. Jednak duże przyrosty mogą być w woj. śląskim, mazowieckim oraz małopolskim. Spowodowane to jest strukturą gospodarczą tych terenów.

– W Małopolsce ten problem będzie dotyczył nie tylko miejscowości górskich, ale również samego Krakowa, który ewidentnie jest nastawiony na turystów, zwłaszcza zagranicznych. W ubiegłym roku wyglądało to katastrofalnie – podsumowuje Marek Zuber.

„Stróżowie” majątków rodzinnych

Mała część zamożnych rodzin w Polsce nie martwi się już o swój majątek samodzielnie. Ich sytuacją i bezpieczeństwem materialnym członków rodziny zarządzają tzw. Family Office, czyli zespoły wykwalifikowanych menedżerów, które mają za zadanie utrzymać, a nawet poprawiać wysoki status swoich klientów. Książkę o tej nowej – w polskich realiach – usłudze napisał zespół naukowców z Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego Uniwersytetu Łódzkiego pod kierownictwem Pani Profesor Małgorzaty Janickiej. Jest to efekt współpracy z firmą LONG TERM MANAGEMENT (LTM), którą zarządza absolwent VIP UŁ, Pan Michał Zawisza.

Opiekunowie majątków

Nic, co jest zdobyte, nie jest na wieczność i w związku z tym o majątek również trzeba dbać. Potrzebni są do tego przede wszystkim specjaliści od inwestycji kapitałowych oraz zarządzania strategicznego, ale także: prawnicy, podatkowcy, audytorzy, księgowi i menedżerowie operacyjni. – Michał Zawisza, prezes zarządu LTM.

Family Office (międzypokoleniowe, kompleksowe zarządzanie majątkiem najzamożniejszych rodzin) jest jednym z najdynamiczniej rozwijających się segmentów rynku usług w krajach wysoko rozwiniętych. Analiza trendów rozwoju polskiej gospodarki na tle gospodarki światowej nie pozostawia wątpliwości, że także na rynku polskim, w ciągu najbliższych lat, należy oczekiwać znaczących zmian w tym zakresie.

– Kluczową sprawą jest zabezpieczenie sukcesji operacyjnej majątku wypracowanego w pokoleniu pierwszych przedsiębiorców, aby kolejne pokolenia mogły czerpać korzyści z tego majątku, utrzymywać lub powiększać jego wartość. Stabilny majątek to nie tylko element komfortu życia, ale przede wszystkim, jeżeli jest mądrze zarządzany, bezpieczeństwo życia. Family Office zapobiega również rozdrobnieniu majątku na skutek jego rozdziału na większą ilość jego beneficjentów w kolejnym pokoleniu (dzieci/wnuki) – mówi prezes LTM, Michał Zawisza.

Nauka i biznes

Efektem współpracy naukowców i menedżerów praktyków jest pierwsza polska monografia naukowa opisująca ten obszar działalności gospodarczej – Family Office. Teoria i praktyka działania na rynkach polskim i międzynarodowym, wydana tuż przed końcem w ubiegłego roku przez Wydawnictwo Naukowe PWN. Książka cieszy się tak dużym zainteresowaniem, że bardzo szybko trzeba było zwiększyć jej nakład.

Autorami są pracownicy Katedry Finansów i Inwestycji Międzynarodowych UŁ – dr hab. Małgorzata Janicka, prof. UŁ; dr Artur Sajnóg oraz dr Tomasz Sosnowski, których zainteresowania naukowe koncentrują się wokół finansów międzynarodowych, finansów korporacji oraz finansów zrównoważonych.

– Opracowanie łączy dwa istotne wątki – teorię i praktykę, naukę i biznes, jest zatem przeznaczona dla szerokiego grona odbiorców. Zawarte w książce treści mogą w szczególności zainteresować osoby prowadzące firmy rodzinne, a także osoby pracujące w podmiotach świadczących usługi na rzecz zamożnych klientów, takich jak firmy consultingowe, banki i inne wyspecjalizowane instytucje finansowe – mówi Pani Prof. Małgorzata Janicka, kierowniczka Katedry Finansów i Inwestycji Międzynarodowych UŁ oraz menedżer Centrum Badań Inwestycji Kapitałowych UŁ (CBIK UŁ).

Pierwsza gra Exit Plan Games zadebiutuje już jutro w Early Access

Pierwsza produkcja ambitnego, doświadczonego studia Exit Plan Games –
Bang-On Balls: Chronicles zadebiutuje już jutro w Early Access na platformie Steam. Gra będzie dostępna w cenie 12.5 EUR/ 15 USD.

Exit Plan Games to studio założone przez Damiena Monniera oraz Jose Teixeirę – doświadczonych gamedeweloperów, którzy pracowali m.in. przy produkcjach CD Projekt RED – Wiedźminie 3 oraz Cyberpunku 2077. Wraz z zespołem tworzą gry, których głównym wyróżnikiem ma być przystępność:

– Chcemy tworzyć gry, w które każdy może zagrać, a przede wszystkim dobrze się bawić. Ludzie mają obecnie coraz mniej czasu, dlatego chcemy tworzyć proste, dynamiczne produkcje, które nie wymagają wielogodzinnych treningów i tłumaczenia niuansów rozgrywki. Te wartości świetnie przedstawia Bang-on Balls: Chronicles, która zadebiutuje już jutro – tłumaczy Jose Teixeira, współzałożyciel i Art Director Exit Plan Games

Gra jest połączeniem trójwymiarowej platformówki z elementami arcade’owej walki, co na myśl przywodzi takie tytuły jak chociażby Crash czy Spyro, a bohaterami gry są tytułowe kulki, reprezentujące poszczególne nacje. Premiera Bang-on Balls: Chronicles odbędzie się we wczesny, który będzie trwał przez około 2 lata – twórcy podkreślają, że długość Early Access, będzie w dużej mierze zależała od feedbacku zebranego od graczy.

Gracze wersji wczesnego dostępu nie zobaczą jeszcze całej gry – obecnie produkcja zawiera około 1/4 docelowej zawartości. W dzień premiery Steam Early Access, w Bang-on Ball: Chronicles będzie dostępny etap osadzony w kulturze wikingów, a co za tym idzie gracze wezmą udział w dynamicznych walkach, korzystając z interesujących przedmiotów – broni, narzędzi użytkowych, czy też elementów wyróżniających avatary użytkowników. – kończy Jose Teixeira

Przypominamy, że spółka jest w trakcie przekształcenia formy prawnej na spółkę akcyjną. Gdy tylko ten proces się zakończy, Exit Plan Games chce rozpocząć proces wejścia na NewConnect, który wg prognoz, powinien zostać zakończony jeszcze w tym roku.

Złoty pozostaje zakładnikiem wahań nastrojów

Apetyt na ryzyko powrócił wczoraj na rynki finansowe, kiedy inwestorzy starali się otrząsnąć z obaw o wpływ wyższych rentowności obligacji. Ale dziś wszystko psują ostrzeżenia chińskiego regulatora przed bańkami na rynkach aktywów. Europa walczy o stabilizację, ale na FX przewagę znów ma dolar.

W poniedziałek sesja na Wall Street zakończyła się najmocniejszymi od prawie dziewięciu miesięcy wzrostami głównych indeksów, ale dziś nic już to nie znaczy. Odbicie, mimo że imponujące, było kruche, a doniesienia z Chin zachwiały pewnością siebie inwestorów. Apetyt na ryzyko wyparował, nawet pomimo tego, że rentowności obligacji skarbowych USA nie rosną (10-latki siedzą na 1,41 proc.). Aktualnie to kwestia uwierzenia, że są podstawy do odbicia ryzykownych aktywów i – co chyba ważniejsze – wyzbycia się obaw, że nie ma zagrożenia jeszcze jednej fali wyprzedaży. Ten drugi warunek został dziś zakwestionowany, choć jedocześnie można zadać sobie pytanie, ile faktycznie zmienia komentarz przedstawiciela chińskiego nadzoru, który powiedział, że „rynki finansowe w USA i Europie są wysoko i w sprzeczności z gospodarką realną”? Mam wrażenie, że Azja rozegrała swoje własne wewnętrzne strachy i poszła w ślad za nerwową reakcją giełd w Chinach. Z perspektywy Europy i USA nie powinniśmy obserwować takiego nerwowego przereagowania. Tzw. „Wtorek Odwrotu” jest do zrealizowania, ale będzie potrzebował pomocy. Takiej na pewno nie dadzą publikacje makro, gdyż inflacja z Eurolandu i PKB z Kanady nie mają prawa wpłynąć na nastroje. Nadzieja w wystąpieniach Brainard i Daly z Fed pod warunkiem, że werbalnie przekonają do utrzymania niskich stóp procentowych w tym roku i doprowadzą do spadku rentowności. Nie będzie to łatwe zadanie. Poza tym można trzymać kciuki za dobre wieści o skuteczności szczepionek.

EUR/USD cofa się do 1,20 i to nigdy nie wysyła pozytywnych wibracji dla walut ryzykownych. Scenariusz świeżego otwarcia owego miesiąca nie realizuje się, a przynajmniej nie zrealizuje się bez nowego impulsu. Dalej sądzę, że na parach z dolarem dominuje mentalność kupowania dołków (sprzedaży USD na górkach) wraz z oczekiwaniami globalnego ożywienia, ale korekta z czasu azjatyckiej części sesji podkopała pewność siebie proryzykownych inwestorów. Przedłużający się okres niepewności w końcu dosięga walut Europ Środkowo-Wschodniej. Polski złoty i węgierski forint są najsłabszymi walutami emerging markets w tym tygodniu, nadganiając presję sprzedaży, jaka wcześniej łaskawie obchodziła się z lokalnym rynkiem. Dziś rano EUR/PLN zahacza o 4,54, ale złoty pozostaje zakładnikiem wahań nastrojów na rynkach zewnętrznych, podczas gdy dobre dane makro i optymistyczne perspektywy gospodarcze nie znaczą obecnie nic.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Trendy w handlu detalicznym. 2021 rokiem wyzwań, ale również nowych możliwości

Ubiegły rok upłynął pod znakiem pandemii i wszystko wskazuje na to, że w perspektywie najbliższych miesięcy nadal będzie ona stanowić kluczowe ogniwo wywierające wpływ na życie społeczno-gospodarcze. Nie jest to jeszcze perspektywa kryzysowa, tym bardziej że handel spożywczy jest mniej narażony na pandemiczne restrykcje czy obostrzenia, ale wymaga od detalistów wysokiej świadomości w zakresie możliwości, które mogą otworzyć się przed nimi w 2021 roku.

Intensywny rozwój technologiczny napędza zmiany w handlu detalicznym. Sama pandemia dodatkowo je przyspieszyła. Wystarczy zwrócić uwagę, że konsumenci poświęcają coraz mniej czasu na codzienne zakupy, a wraz z komfortem oraz wygodą, wiodącą rolę odgrywa także poczucie bezpieczeństwa. Innowacyjne narzędzia orientują się na ułatwianiu poszukiwania zindywidualizowanych produktów dostosowanych do konkretnych potrzeb oraz metodach płatności. Sklepy detaliczne aspirują do miana convenience, co wprost wiąże się z właściwą diagnozą oczekiwań klientów, a nawet ich wyprzedzaniem.

Szybki dostęp do informacji

Nowoczesny konsument docenia zalety korzystania z sąsiedzkich sklepów za rogiem. Warunkiem adaptacji do pandemicznej rzeczywistości jest korzystanie z zaawansowanych narzędzi pozwalających rozwijać biznes w bardzo szerokim zakresie. Dedykowane aplikacje mobilne już teraz zmieniają rynek handlu tradycyjnego, oferując użytkownikom szybki i wygodny dostęp do informacji o najnowszych promocjach w punktach detalicznych znajdujących się w najbliższym otoczeniu. Prezentacja na mapie pozwala im sprawnie znaleźć punkt, w którym można skorzystać z wybranych promocji. Konsumenci mogą też przygotować listę zakupów i wysłać ją bezpośrednio do sklepu, aby skorzystać z usługi „zamów i odbierz” lub zamówić dostawę do domu.

Dotychczas większość nowoczesnych akcji promocyjnych prowadzona była tylko w ramach dużych sieci handlowych i była komunikowana odgórnie. Obecnie, dzięki nowoczesnym rozwiązaniom technologicznym, nawet najmniejsi detaliści sami decydują, kiedy wystartują z nową promocją i indywidualnie wybierają ofertę swojego sklepu. Dzięki temu, są w stanie szybciej reagować na lokalne trendy i skuteczniej przyciągać do sklepu nowych klientów. Jednak komunikacja z konsumentami w tak rozproszonym środowisku wymaga zmiany myślenia i wypracowania bardziej innowacyjnego podejścia. Takiego jak przejście na urządzenia mobilne, za których pomocą właściciele placówek handlowych mogą obsługiwać klientów na odległość oraz sprawniej konkurować ze sklepami sieciowymi, które już od dawna są obecne w kanale mobilnym.

Kto zyska, kto straci?

W tym roku można również spodziewać się stopniowego odwrotu konsumentów od marek premium na rzecz tych tańszych oraz umocnienia się marek popularnych kosztem tych niszowych. Nawyki zakupowe kierują się z jednej strony w stronę produktów podstawowych, co jest efektem kryzysu ekonomicznego wywołanego przez pandemię i zwiększonej obawy konsumentów o stabilność swojej sytuacji finansowej. Z drugiej strony, jest to dobra wiadomość dla marek popularnych i łatwo rozpoznawalnych – w tym także marek własnych w sieciach detalicznych – co jest efektem skrócenia czasu spędzanego na zakupach w obawie o bezpieczeństwo, a co za tym idzie, skrócenia czasu poświęcanego przez konsumentów na eksperymentowanie z nowościami.

Z offline do online

Jednym z największych wyzwań dla branży retail w ubiegłym roku było błyskawiczne przeniesienie handlu z offline do online. Wiele firm musiało dostosować się do nowej rzeczywistości, tym bardziej że nawet po zniesieniu ograniczeń, konsumenci unikali zatłoczonych miejsc, preferując zakupy w Internecie. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie , że dynamiczny wzrost e-commerce zdominuje, a następnie wyeliminuje sklepy stacjonarne. Nic bardziej mylnego. Handel stacjonarny idzie i nadal będzie szedł w parze z internetowym, mimo wielu niesprzyjających okoliczności. Według danych analitycznych, niewiele ponad połowa kupujących online wybiera sprzedawców detalicznych, którzy prowadzą również biznes w modelu tradycyjnym.

Branża spożywcza co prawda ucierpiała na kryzysie, lecz zasadniczo była odporna na większość zawirowań związanych z restrykcjami. Wielu detalistów spożywczych w ostatnich miesiącach uruchomiło nowe formaty, platformy czy witryny www. Wyróżniającym się trendem w szeroko pojętym e-commerce stały się marketplace’y jako komfortowe rozwiązanie, dające szereg możliwości w obszarze sprawnego skalowania oraz elastyczności sprzedaży. Co więcej, marketplace zapewnia konsumentom jeszcze większą wygodę w zakresie realizacji zakupów, szybko i łatwo wyszukując korzystną ofertę produktu lub usługi. Jednak w polskim segmencie spożywczym udział sprzedaży internetowej nadal jest marginalny – w odróżnieniu od krajów z północy i zachodu Europy, Polacy wolą kupować żywność tradycyjnie. Jesteśmy skłonni do zdalnego zakupu u dostawcy z innego kraju czy kontynentu produktów takich jak elektronika, odzież czy środki kosmetyczne, jednak to, co trafi na nasz talerz, wolimy wybrać i obejrzeć osobiście lub zamówić w lokalnym, zaufanym sklepie.

Wzmocnienie pozycji rynku detalicznego

Nowe, cyfrowe platformy usługowe dla detalistów pomagają im oferować promocje dopasowane do potrzeb swoich lokalnych klientów, w tym również do pogody lub ruchu w placówce. Narzędzia technologiczne wzmacniają ich pozycję w relacji do marek sieciowych, a ich powszechną już dostępność należy traktować w kategorii przełomu na rynku detalicznym, a zarazem trendu, który może się umacniać. Właściciel lokalnego, niezależnego sklepu, chcąc być bardziej konkurencyjny, otrzymuje spersonalizowane oferty promocyjne od dystrybutorów i producentów – coś, co dawniej było praktycznie niemożliwe na tak rozdrobnionym oraz niejednolitym rynku. Oferta może być różna w zależności od czasu trwania promocji, konkretnej lokalizacji czy profilu danego sklepu. System rekomenduje najbardziej optymalny podział koszyka zamówień z uwzględnieniem ceny, dostępnych promocji, minimum logistycznego, daty dostawy i salda kredytowego. Właściciel sklepu nie musi już śledzić z ołówkiem w ręku wszystkich promocji oferowanych przez dystrybutorów. To system podpowiada, co należy dodatkowo zamówić i dokupić, aby finalnie mieć atrakcyjną ofertę dla konsumentów i optymalną cenę na całym koszyku. System rekomendacyjny wskazuje, że do konkretnego zamówienia warto dorzucić dodatkowy karton określonego produktu, aby załapać się na promocję dystrybutora, a także pozwala wygenerować gotową listę zakupową, która jest tworzona przez system na podstawie analizy sprzedaży, rotacji towaru i marży w danym sklepie oraz w oparciu o trendy w podobnych sklepach.

System rekomendacyjny bazuje na danych uzyskiwanych z wielu źródeł, nawet danych pogodowych czy informacji o wydarzeniach kulturalnych. Umożliwia też właścicielowi sklepu porównanie zamówień ze sklepów o podobnej wielkości czy charakterze placówki. Narzędzie skutecznie wspomaga proces sprzedażowy. Dzięki właściwie dopasowanej ofercie, takie placówki są w stanie zaoferować konsumentom możliwość skorzystania z promocyjnych ofert równie atrakcyjnych jak w dużych, scentralizowanych sieciach. Klienci otrzymują informacje o promocjach, które mogą być zróżnicowane w zależności od pory dnia, usytuowania sklepu czy charakteru asortymentu, który oferuje. Jeśli dana placówka świadczy usługę „zamów i odbierz”, konsument może odebrać produkty na miejscu lub wybrać dostawę we wskazane przez siebie miejsce.

Małe, tradycyjne placówki handlowe szybko przystosowują się do nowych warunków i umiejętnie wykorzystują przewagi, które otwierają przed nimi nowe technologie, takie jak cyfrowe platformy usługowe, hurtowe portale zakupowe czy aplikacji mobilne dla konsumentów. Uzbrojone w takie narzędzia, wspierające ich tradycyjną siłę jaką jest dobra i wygodna lokalizacja, mogą z ufnością spoglądać w przyszłość i utrzymać się w roli jednego z głównych elementów polskiego krajobrazu ekonomicznego.

Tomasz Jasinkiewicz, Wiceprezes Comp Platforma Usług

Amazon startuje w Polsce

Dziś w sieci pojawiła się polska wersja serwisu Amazon.pl, co oznacza przede wszystkim, że amerykański gigant udostępnienia swoją platformę zakupową polskim sprzedawcom internetowym. Oto jak to wydarzenie komentują przedstawiciele czołowych polskich firm z branży e-commerce.

Marcin Rutkowski, Brand Operations Manager w merce.com

Podzieliłbym wpływ polskiej wersji Amazona na rodzimy rynek e-commerce na dwa aspekty: klienci i sprzedawcy. Jako klienci nauczyliśmy się korzystać z serwisów typu marketplace. Dla kupujący już na Amazonie nie będzie to więc duża zmiana, może nawet niezauważalna. Może okazać się to dość istotna dla osób, które nigdy nie kupowały na tej platformie właśnie ze względu na brak polskiego oddziału. Widoczne było to na przykład w popularności ofert sprzedaży Amazon Kindle na… Allegro. Teraz część z tych klientów wybierze zakup u źródła i to nie tylko czytników.

Klientów będzie ciężko przekonać unikalną ofertą, bo w sytuacji, gdy mamy w Polsce kilkadziesiąt tysięcy sklepów internetowych, Allegro, AliExpress i inne marketplace, czyli powszechny dostępu do produktów, trudno zaproponować coś, czego nie ma już ktoś z konkurencji. Jeff Bezos przed erą potęgi Amazona mawiał, że jego firma zawsze będzie koncentrować się na kliencie. To w e-commerce przekłada się na czas dostawy i obsługę klienta. To głównie tym może do siebie przekonać polskich klientów Amazon. Jednak poprzeczka poziomu obsługi klienta w rodzimym e-commerce zawieszona już jest bardzo wysoko.

Z kolei sprzedawcy do Amazona będą podchodzić z ostrożnością. Z jednej strony to możliwość wejścia na nowe rynki, ale pamiętajmy o wysokości prowizji, które nie odbiegają od innych serwisów, a czasami są nawet wyższe. Amazon to na pewno ciekawa opcja dla producentów, którzy bezpośrednio będą sprzedawali swoje produkty. Wtedy platforma może się stać idealnym miejscem na budowanie nowego brandu czy testowania produktów. W części przypadków będzie to się wziązało z konieczności korzystania z usług logistycznych Amazona, ale taka jest cena za szybką dostawę, którą firma Bezosa chce zapewniać.

Artur Halik, Head of Sales Shoper

Od trzech lat, co pewien czas słyszeliśmy elektryzujące wieści o mającym nastąpić “już za chwilę” pełnym wejściu Amazona do Polski. Pełnym, czyli także dla sprzedawców, bo dla kupujących opcja zamawiania na niemieckim Amazon.de dostępna jest już nawet dłużej. Parokrotne opóźnienie premiery serwisu na naszym rynku może jednak nie wyjść amerykańskiemu gigantowi na dobre, ponieważ w dużych marketplace’ach konkurencja odbywa się przede wszystkim na poziomie cenowym, a polski e-commerce zdążył już powoli wyrosnąć z wojen o to u kogo jest najtaniej. Coraz więcej sprzedawców dba o budowanie swoich marek zwracając uwagę nie tyle na niskie ceny, a wszystkie aspekty doświadczenia zakupowego.

Wejście Amazona z pewnością wpłynie ożywczo na rynek, co z kolei przełożyć się powinno na pozytywne doświadczenia zakupowe konsumentów. Nie spodziewałbym się jednak, iż Amazon będzie głównym rozgrywającym za dwa lata, a każdy kupujący w sieci rozpocznie od razu zakupy poprzez ten serwis. Nie zapominajmy, że na naszym rodzimym rynku istnieje już marketplace, znany od wielu lat, a jednocześnie otwierają się cały czas kolejne sklepy internetowe, cieszące się wielką popularnością i lojalnością klientów, przywiązanych do marki. Jeśli więc właścicielom zależy na budowaniu rozpoznawalnego biznesu i prezentowaniu produktów w indywidualny sposób, powinny inwestować w pierwszej kolejności we własne kanały, pozostałe traktując jako wspierające sprzedaż. Rozpoczęcie sprzedaży na Amazon to dobry krok w dywersyfikacji ryzyka – trzeba pamiętać jednak, że rozgrywającym jesteśmy tylko na swoim boisku. Jeśli właścicielom e-biznesów zależy na budowaniu rozpoznawalnej marki, prezentowaniu produktów w indywidualny sposób, eksponowaniu historii założycieli, powinny inwestować przede wszystkim we własne kanały, takie jak własny sklep internetowy, który może działać niezależnie od marketplace’ów, pozostałe traktując jako wspierające sprzedaż.

Krzysztof Bartnik, założyciel firmy logistycznej Imker

O oficjalnym pojawieniu się Amazon w Polsce była już mowa tyle razy w ostatnich latach, że kiedy wreszcie ten moment nastąpił to raczej nie spotykam się z olbrzymimi zachwytami, tylko z lekkim uśmiechem, że wreszcie można się tam oficjalnie dostać. Dla sklepów internetowych Amazon jest świetnym kanałem sprzedaży i nie mogę doczekać się, kiedy rozpocznie się przeciąganie liny pomiędzy firmą Jeffa Bezosa a Allegro. Oby z korzyścią dla sprzedających, a nie tylko kupujących.

Nie rekomenduję robienia biznesu wyłącznie na samym Amazonie, tak samo jak nie rekomenduję obecności tylko na Allegro. Świadome podmioty z branży e-handlu powinny traktować te miejsca jako dodatkowe – choć często naprawdę spore – źródła zamówień, a główną działalność koncentrować na swoich stronach. Wizja docierania do milionów klientów kusi, ale trzeba pamiętać, że taka sprzedaż jest obarczona wysoką prowizją. Niezależnie od tego, i tak warto przetestować Amazon, by przekonać się, jak wygląda współpraca z tym gigantem i czy w przypadku naszej działalności przełoży się to na efekty.

Robert Stolarczyk, prezes zarządu PromoTraffic, agencji digitalowej wspierającej polski e-commerce w sprzedaży na rynkach zagranicznych

Od dawna przepowiadano, że trzeci największy amerykański inwestor w Polsce, zatrudniający w naszym kraju 18 tysięcy pracowników w końcu wykona ważny ruch w celu oficjalnego otwarcia się na nasz rynek. Co prawda już od kilku lat polski konsument mógł relatywnie wygodnie kupować w spolszczonym Amazon.de, ale uruchomienie polskiej wersji to istotny krok w kierunku przyciągnięcia do platformy także polskich e-sprzedawców.
Allegro strategicznie i taktycznie od dawna przygotowywało się na ten moment. Wydaje się, że pozycja lokalnego lidera jest silna, a sama firma jest przygotowana na rywalizację z globalnym graczem. Wszystkie sygnały wskazują na to, że na końcu zwycięski powinien być polski e-konsument oraz e-biznes. Sprzedaż transgraniczna z naszego kraju musi wzrosnąć, a możliwości globalnego handlu, jakie otwiera przed polskim sprzedawcą Amazon są gigantyczne. W najbliższym roku na pewno wzrośnie popyt na usługi oraz systemy związane ze skalowaniem i optymalizacją sprzedaży na Amazonie.

Wystartował Amazon.pl

  • Klienci z Polski mogą od dziś robić zakupy na Amazon.pl, ciesząc się niskimi cenami ponad 100 milionów produktów z ponad 30 kategorii oraz niezawodną, bezpłatną dostawą przy zamówieniach spełniających określone warunki;
  • Klienci mogą kupować na Amazon.pl od tysięcy europejskich i polskich firm;
  • Urządzenia Amazon, w tym nowe międzynarodowe wersje urządzeń Echo i Echo Dot oraz Kindle Paperwhite, są już dostępne w sprzedaży na Amazon.pl.

Od dziś polscy klienci mogą kupować na Amazon.pl i wybierać spośród ponad 100 milionów produktów, korzystając codziennie z niskich cen i szybkiej, niezawodnej dostawy. Klienci mogą również cieszyć się darmową dostawą dla zamówień powyżej 100 PLN, sprzedawanych i wysyłanych przez Amazon. Amazon.pl oferuje szeroki wybór produktów z ponad 30 kategorii, takich jak książki, elektronika użytkowa, sport i rekreacja, narzędzia i artykuły gospodarstwa domowego, zabawki i produkty dla dzieci. Towary pochodzą od tysięcy europejskich i polskich przedsiębiorstw.

Alex Ootes
Alex Ootes, wiceprezes ds. rozwoju w UE, Amazon

„Jesteśmy podekscytowani uruchomieniem Amazon.pl i możliwością zaoferowania polskim klientom wyboru spośród ponad 100 milionów towarów, w tym dziesiątek tysięcy produktów polskich firm – powiedział Alex Ootes, wiceprezes ds. rozwoju w UE, Amazon. – Dzisiaj ruszamy ze sprzedażą na Amazon.pl. Będziemy nadal ciężko pracować, aby zdobyć zaufanie polskich klientów poprzez zwiększanie wyboru produktów, zapewnienie niskich cen oraz dostarczanie pozytywnych i godnych zaufania doświadczeń zakupowych”.

Polscy klienci mogą wygodnie robić zakupy z dowolnego miejsca, w dowolnym czasie, z łatwym procesem zwrotów i obsługą klienta w języku polskim za pośrednictwem aplikacji Amazon Shopping oraz poprzez przeglądarki internetowe. Mogą również w prosty sposób przeglądać ciągle zwiększającą się ofertę, czytać opinie klientów, wyświetlać spersonalizowane rekomendacje, tworzyć listy życzeń i śledzić swoje zamówienia. Do wyboru mają płatności za pomocą kart Visa, Mastercard oraz za pośrednictwem usług Przelewy24 i BLIK.

Amazon oferuje szeroką gamę produktów pochodzących zarówno od polskich przedsiębiorstw, jak również od dużych, lubianych producentów. Klienci mogą znaleźć produkty w świetnych cenach, oferowane przez polskie marki, takie jak Zelmer, Gerlach, Trefl, Bambino, Krosno, a także międzynarodowe, między innymi ASUS, Mattel, Hasbro, LEGO i Bosch.

Urządzenia Amazon dostępne w Polsce

Od dzisiaj na stronie Amazon.pl będą dostępne dla polskich klientów międzynarodowe wersje urządzeń Echo i Echo Dot. Echo i Echo Dot to głośniki połączone z chmurową usługą Alexa umożliwiającą interakcje za pomocą głosu. Klienci w Polsce mogą korzystać z Alexy w języku angielskim, zyskując teraz głosowy dostęp do Spotify, serwisu wiadomości z RMF FM, lokalnych radiostacji z TuneIn oraz informacji lokalnych, a także do innych popularnych funkcji Alexy, takich jak timery, alarmy, pogoda, inteligentny dom, połączenia Alexa-to-Alexa i wiele innych. Międzynarodowa wersja Echo będzie dostępna od 349,99 zł, a Echo Dot od 199,99 zł i będą one dostępne w wersji Charcoal (kolor czarny). Więcej informacji na stronie amazon.pl/echo and amazon.pl/echodot.

Czytnik książek elektronicznych Kindle Paperwhite jest również od dziś dostępny na Amazon.pl. Kindle Paperwhite jest wodoodporny i posiada przeciwodblaskowy wyświetlacz, na którym można czytać jak na prawdziwym papierze, nawet w pełnym słońcu. Dzięki regulowanemu oświetleniu można korzystać z niego w pomieszczeniach i na zewnątrz, w dzień i w nocy. Wszystkie e-czytniki Kindle są lekkie, przenośne, zapewniają nie godziny, a tygodnie pracy na jednym ładowaniu baterii i mieszczą tysiące książek. Kindle Paperwhite dostępny jest już od 649,99 zł.

Zagrożenia psychospołeczne mają wpływ na efektywność pracy

W 2019 r. co drugi pracownik skarżył się na wpływ stresu na efektywność pracy, a w 2020 r. – co trzeci. Jednocześnie od czasu wybuchu pandemii więcej osób zaczęło doświadczać uczucia niepokoju, lęku (33 proc.), zaburzeń nastroju (31 proc.) oraz zaburzeń lub braku snu (26 proc.) Pandemia koronawirusa, która do Polski dotarła w marcu 2020 roku, naruszyła dotychczasowy model organizacji pracy, a przez to przeorganizowała listę czynników wpływających na jej efektywność oraz nasiliła niektóre towarzyszące jej schorzenia.

W obydwu badaniach Koalicji Bezpieczni w Pracy „Bezpieczeństwo pracy w Polsce” w 2019 i 2020 roku zapytano pracowników o czynniki, które mogą wpływać na efektywność pracy. W 2020 roku na pierwszym miejscu znalazły się czynniki związane z trwaniem pandemii, a więc obawa przed zakażeniem oraz konieczność pracy w maseczce lub przyłbicy ochronnej (obydwie odpowiedzi po 38 proc.). Z kolei w badaniu z 2019 r. najczęściej wskazywano na atmosferę w pracy (53 proc.), na którą rok później zwrócił co trzeci ankietowany.

Porównując odpowiedzi udzielone przez pracowników na pytanie o efektywność pracy, można zaobserwować kilka różnic. Przykładowo, na liczbę obowiązków i przepracowanie w 2019 r. uskarżało się 47 proc. pracowników, a rok później już 27 proc. Można się domyślać, że z jednej strony wiele firm miało niestety dużo mniej pracy, co wpłynęło na mniejsze obciążenie pracowników. Pracujący w trybie „home office” nie byli też poddani dodatkowej, bezpośredniej presji, jaką można spotkać w biurze. Wydaje się więc, że praca zdalna pomaga ograniczać stres wywoływany koniecznością pracy pod presją czasu. Nie sposób również nie wspomnieć o stresie, który w 2019 r. uplasował się na drugim miejscu z wynikiem 49 proc., a podczas pandemii wśród czynników, które mają największy wpływ na efektywność pracy, wskazało go 36 proc. pracowników – mówi Elżbieta Rogowska, Wiceprezes Zarządu ds. Operacyjnych w PW Krystian, ekspertka Koalicji Bezpieczni w Pracy. –  Można by zatem powiedzieć, że obserwujemy zmiany na lepsze, będące efektem nowej organizacji pracy, jednak zauważmy, że wraz z naturalną w tym czasie obawą przed zakażeniem i koniecznością zasłaniania nosa i ust, stres znalazł się bardzo wysoko wśród czynników mających wpływ na pracownika – dodaje Elżbieta Rogowska.

Podczas pandemii najbardziej stresowali się pracownicy biurowi

Analizując to, ile osób w danych kategoriach wskazało na stres jako czynnik wpływający na efektywność pracy, można zauważyć pewne prawidłowości. Częściej stresują się osoby z wyższym wykształceniem niż z zasadniczym zawodowym (5 p.p. różnicy), osoby mieszkające w miastach pow. 500 tys. niż we wsi (9 p.p. różnicy), oraz osoby pracujące umysłowo, niż fizycznie (14 p.p. różnicy). – Ciekawe różnice obserwujemy porównując odpowiedzi na to samo pytanie wśród osób z różnych branż – mówi Ewa Gawrysiak,  Sales and End User Marketing Manager w TenCate Protective Fabrics, ekspertka Koalicji Bezpieczni w Pracy. – Czy najczęściej na stres wskazywały osoby z branży opieki zdrowotnej i pomocy społecznej? Otóż nie – w tej grupie było to zaledwie 20,4 proc. Nie byli to też pracownicy branży hotelarstwa, gastronomii, kultury, rozrywki i rekreacji (23,5 proc.), ani  handlu hurtowego i detalicznego (21,1 proc.). Okazuje się, że najczęściej stresują się pracownicy branży edukacji, nauki i technologii (31,8 proc.). Być może wynika to z zupełnie nowych warunków, w jakich pracują zatrudnieni w tych branżach i niepewność co do skuteczności nowego modelu pracy – dodaje Ewa Gawrysiak.

Co trzeci pracownik zaczął odczuwać niepokój lub lęk od czasu wybuchu pandemii

Nadmierny stres, zła atmosfera w pracy czy przepracowanie – te czynniki psychospołeczne wpływają nie tylko na efektywność pracy, ale również skutkują występowaniem schorzeń. W 2019 r. na pierwszym miejscu w zestawieniu tych schorzeń znalazło się ogólne zmęczenie, którego od momentu zatrudnienia w obecnym miejscu pracy zaczął doświadczać co drugi badany. Na kolejnym miejscu znalazł się ból pleców, kręgosłupa (49 proc.) oraz ból głowy (41 proc.). Problemów zaburzeń nastroju czy zaburzeń lub braku snu zaczął doświadczać co trzeci respondent.

W 2020 roku zestawienie schorzeń, których badani zaczęli doświadczać od czasu wybuchu pandemii, przedstawia się zdecydowanie inaczej. W ogóle nie pojawia się w nim ogólne zmęczenie, które rok temu było wskazywane najczęściej. Na pierwszym miejscu w 2020 roku znalazło się uczucie niepokoju, lęku, do którego przyznała się co trzecia osoba. W dalszej kolejności wymieniano takie schorzenia jak zaburzenia nastroju (31 proc.), zaburzenia snu lub jego brak oraz ból głowy (po 26 proc.).

– Schorzenia, które na większą skalę pojawiły się w 2020 roku pokazują, że pandemia stanowi wyzwanie nie tylko z punktu widzenia gospodarczego i biznesowego, ale również zdrowia fizycznego i psychicznego pracowników. W ubiegłorocznym raporcie skupiliśmy się na temacie mobbingu, depresji i stresu w miejscu pracy – i te problemy dalej istnieją w polskich firmach, ale częściowo w nieco innej formie i zmienionym zakresie. W 2020 roku na zdrowie psychiczne wpływały takie czynniki jak brak kontaktów z ludźmi oraz lęk przed chorobą. Widać to w zwiększonym zainteresowaniu poradami u psychologa oraz zgłaszanymi problemami ze zdrowiem psychicznym – mówi Anna Jabłońska, dyrektor zarządzająca CWS Polska, przewodnicząca Koalicji Bezpieczni w Pracy. – W wąskim rozumieniu, ma to wpływ na spadek efektywności pracowników, w szerokim – odbije to piętno na ich zdrowiu w przyszłości. Z pewnością odpowiedź na te problemy powinno być kierunkiem rozwoju bhp w kolejnych latach – dodaje.

Szkoły powinny przygotować się na nauczanie hybrydowe w dłuższej perspektywie

Rozpoczynając naukę zdalną w marcu zeszłego roku myśleliśmy, że jesteśmy do niej całkiem nieźle przygotowani. Według badań przeprowadzonych przed pandemią, aż 97% gospodarstw domowych zaopatrzonych było w komputer, większość z nich miała również dostęp do internetu. Oznaczało to, że zarówno uczniowie, jak i nauczyciele w znaczącej większości mieli możliwość prowadzenia i otrzymywania nauki w systemie zdalnym. Jednak po roku pandemii widzimy, że optymistyczne prognozy na przebieg nauki zdalnej były błędne. Nowe dane dotyczące dostępności sprzętu pokazują, że w wielu domach problemem było pogodzenie ze sobą kilku toków nauki dla kilkorga dzieci. Wielu uczniów nie miało spokojnego miejsca, w którym mogłoby brać udział w lekcji, a praca zdalna rodziców jeszcze bardziej ograniczała dostęp do komputera i internetu. Okazało się również, że nauczycielom brakuje kompetencji potrzebnych do zdalnej nauki. Jedynie 5% nauczycieli określiło swoje przygotowanie do zdalnych zajęć jako bardzo dobre, a 40% czuło, że są przygotowani w stopniu małym lub umiarkowanym. Jakie będą konsekwencje tej sytuacji?

– Ubiegły rok nauki był znacznie mniej efektywny, niż rok nauki w normalnej szkole. Luka edukacyjna, która w ten sposób powstaje, jest znaczna. Widzimy dużą różnicę między tym, czego uczniowie mogli i powinni się nauczyć w ciągu roku, a czego się faktycznie nauczyli. To będzie oddziaływało na warunki i wiedzę tych młodych ludzi jeszcze przez wiele lat – powiedział serwisowi eNewsroom Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej w PIE. – Warto też zwrócić uwagę na to, że okres pandemii i nauki z domu był znacznie większym obciążeniem dla rodziców. Nawet 39% z nich poświęcało 4 lub więcej godzin dziennie na pomoc w nauce swoim dzieciom. W związku z tym narasta przekonanie, że podstawa programowa powinna zostać dostosowana do nowej sytuacji. To jest jedna z rekomendacji naszego raportu. Aby skutecznie wprowadzić metodę nauczania hybrydowego, należy dostosować materiał podstawy programowej do możliwości, jakie daje nauczanie zdalne. Pojawia się również konieczność wytworzenia w uczniach nowych kompetencji – szukania wiedzy w internecie, oceniania jej i weryfikacji źródeł. Należy również zmienić fundamenty systemu edukacji, którymi są sposoby oceniania i kontroli tego, co robią uczniowie. Ocenianie uczniów, którzy pracują z domu, wymaga innego systemu. Ważniejsza stanie się samoocena ucznia. Chcemy, żeby był w stanie sam ocenić, na ile opanował materiał. W nauczaniu zdalnym mamy mniejsze możliwości kontroli tego, czy uczeń wykonuje daną pracę samodzielnie. W związku z tym trzeba znowelizować system oceniania i w inny sposób wymagać od uczniów opanowania wiedzy – podkreśla Święcicki.

Wzrost rentowności obligacji powodem do niepokoju

W ostatnim tygodniu miał miejsce dynamiczny wzrost rentowności obligacji amerykańskich (najprościej ujmując, wzrósł koszt obsługi długu publicznego), co w konsekwencji przełożyło się na wzrosty rentowności papierów skarbowych w innych krajach. Rentowności 10-letnich amerykańskich obligacji wzrosły od początku lutego z poziomu 1,07% do 1,41% (najwyżej w lutym były na poziomie 1,61%). Katalizatorem do wyprzedaży długu (wzrostu rentowności) był słaby odzew na aukcję 7-letnich amerykańskich papierów skarbowych. Polskie 10-letnie obligacje skarbowe wzrosły w lutym z poziomu 1,16% do 1,61%, co także jest ogromną zmianą. Wzrost rentowności długu na świecie jest o tyle istotny, że zwiększa koszty obsługi długu zarówno na szczeblu państwowym, jak i w konsekwencji korporacyjnym. Zadłużenie na świecie nieprzerwanie rośnie, a królują w tym Amerykanie. Izba Reprezentantów przyjęła w sobotę nowy pakiet stymulacyjny na kwotę 1,9 bln dolarów.

Amerykańskie indeksy zanotowały spadki w ostatnim tygodniu – Nasdaq 100 osunął się 4,95%, a SP 500 spadł 2,45%. WIG zanurkował 3,93%, co było najgorszym tygodniem od 17 stycznia. Powodem do wyprzedaży akcji były między innymi wzrost rentowności obligacji oraz zapowiedź Yellen wzrostu podatków dla firm w USA. Ostatnie lata hossy zawdzięczamy polityce Donalda Trumpa, który zgodnie z zapowiedziami przedwyborczymi mocno obniżył podatki w USA. Joe Biden wraz z Janet Yellen planują stopniowy wzrost podatków, co z pewnością nie jest dobrą informacją dla amerykańskich akcji. Niemniej jednak nie ma to większego wpływu na spółki w innych krajach.

Wyprzedaż na rynkach dosięgnęła także metale szlachetne – złoto spadło 2,81%, srebro 2,28%, a platyna 6,52%. Srebro charakteryzuje się wciąż siłą relatywną w stosunku do złota. Obecna relacja cen złota do srebra wynosi 65, gdzie jeszcze na początku stycznia wynosiła 72. Patrząc historycznie srebro wciąż jest tanie w stosunku do złota, ponieważ przy ostatnich szczytach hossy stosunek ten wynosił poniżej 40.

W środę odbędzie się posiedzenie RPP, rynek nie oczekuje zmian w polityce monetarnej. Wydarzeniem tygodnia będą piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy. Rynek spodziewa się poprawy w stosunku do wcześniejszego miesiąca.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Ile zarabiają pracownicy z branży nieruchomości?

Pomimo pandemii rynek nieruchomości zakończył rok ze wzrostami. Zarówno na rynku nieruchomości mieszkaniowych, jak i komercyjnych – szczególnie w przypadku obiektów magazynowych. Dobrą koniunkturę branży odczuli również pracownicy – blisko połowa z nich otrzymała podwyżkę w 2020 roku – 45%. Czy opłaca się pracować w nieruchomościach? Na jakie zarobki mogą liczyć specjaliści w 2021 roku?

W trakcie ostatnich 12 miesięcy miały miejsce trzy epizody lockdownu, które przełożyły się na masowe ograniczenia w handlu. Z jednej strony stracił sektor dużych nieruchomości handlowych, z drugiej jednak na popularności zyskały mniejsze formaty – takie jak centra typu convenience (do codziennych zakupów) czy parki handlowe. Spowolnienie można było dostrzec również na rynku biurowym ze względu na wprowadzoną pracę zdalną.

Wbrew prognozom i trudnej sytuacji w branży dynamika zatrudnienia nie maleje. Firmy poszukują wykwalifikowanych kandydatów w obszarach chociażby zarządzania nieruchomościami czy utrzymania obiektów komercyjnych. Te stanowiska odgrywają kluczową rolę w kontekście zatrzymania najemców dużych powierzchni komercyjnych – wyjaśnia Wiktoria Bożek, lider zespołu Construction & Property w firmie rekrutacyjnej i outsourcingowej Devire.

W dobrej sytuacji znaleźli się deweloperzy nieruchomości mieszkaniowych oraz obiektów magazynowych. Jak wynika z najnowszych danych JLL – Polska utrzymała trzecie miejsce wśród najbardziej aktywnych rynków w Europie w tym sektorze. Nasz rynek magazynowy odnotował w 2020 roku rekordowy wynik, co po raz kolejny potwierdza jego siłę. Warto podkreślić też rosnącą popularność tzw. logistyki miejskiej, która została dodatkowo wzmocniona przez dynamiczny wzrost sprzedaży e-commerce[i].

Wynagrodzenia w górę

Stałe zapotrzenowanie na specjalistów przełożyły się na płacowy optymizm pracowników. W przypadku niektórych specjalizacji oczekiwania płacowe kandydatów w ostatnich miesiącach wzrosły. Potwierdzają to dane zgromadzone w najnowszym raporcie „Przegląd wynagrodzeń Polska 2021”, z którego wynika, że blisko połowa pracowników z branży nieruchomości otrzymała podwyżkę w ostatnich miesiącach. U co trzeciego pracownika pensja pozostała na stabilnym poziomie. Tylko 25% zatrudnionych otrzymało niższe wynagrodzenie. W większości przypadków były to jednak tymczasowe ograniczenia wprowadzane przez firmy w celu optymalizacji kosztów.

Najlepiej płatne specjalizacje nieruchomościach w 2021 roku

Na atrakcyjne płace mogą liczyć specjaliści zatrudnieni w obszarze logistyczno-magazynowym, który jawi się zdecydowanie jako najbardziej stabilny sektor rynku nieruchomości. Deweloperzy najczęściej zgłaszają zapotrzebowanie na ekspertów od zakupu gruntów, zarządzania projektami i zarządzania nieruchomościami.

Dobrym przykładem zachęcającym do rozwoju kariery w nieruchomościach jest stanowisko Property Managera. Tutaj Junior zarobi nawet od 7-10 tys. zł brutto. A z biegiem lat jako Head of Property Management może liczyć na wynagrodzenie na poziomie nawet 30 tys. zł brutto.

Devire prezentuje listę 10. najczęściej poszukiwanych i najlepiej płatnych stanowisk w branży nieruchomości:

  1. Land Acquisition Manager

Wynagrodzenie: 12.000 – 20.000 PLN brutto

  1. Project Manager (ds. przygotowania i realizacji inwestycji)

Wynagrodzenie: 12.000 – 18.000 PLN brutto

  1. Property Manager

Wynagrodzenie: 11.000 – 16.000 PLN brutto

  1. Asset Manager

Wynagrodzenie: 18.000 – 30.000 PLN brutto

  1. Investment Manager

Wynagrodzenie: 15.000 – 25.000 PLN brutto

  1. Leasing Manager (industrial)

Wynagrodzenie: 15.000 – 30.000 PLN brutto

  1. Development Director

Wynagrodzenie: 20.000 – 28.000 PLN brutto

  1. Technical Portfolio Manager

Wynagrodzenie: 15.000 – 25.000 PLN brutto

  1. Facility Manager

Wynagrodzenie: 10.000 – 15.000 PLN brutto

  1. Lease Administrator (Specjalista ds. zarządzania umowami najmu)

Wynagrodzenie: 6.000 – 9.000 PLN brutto

[i] https://www.jll.pl/pl/trendy-i-analizy/inwestor/polski-rynek-magazynowy-po-raz-kolejny-na-europejskim-podium

Poziom Bałtyku będzie rósł coraz szybciej i powodował ekstremalne zjawiska. Przerwanie Półwyspu Helskiego albo zalanie starówki w Gdańsku możliwe co kilka lat

Wzrost poziomu Morza Bałtyckiego nie będzie zauważalny gołym okiem, ale spowoduje większą częstotliwość ekstremalnych zjawisk. – W okresach letnich na wybrzeżu Bałtyku możemy się spodziewać coraz silniejszych burz, a jesienią i zimą coraz groźniejsze będą wezbrania sztormowe, co będzie powodowało zalania najniżej położonych obszarów – mówi prof. dr hab. Szymon Malinowski, naukowiec z UW i PAN. Powodem wzrostu poziomu wód w morzach i oceanach jest globalne ocieplenie klimatu wywołane przede wszystkim nadmierną emisją gazów cieplarnianych.

Jak wynika z komunikatu interdyscyplinarnego zespołu doradczego do spraw kryzysu klimatycznego PAN, globalny poziom morza – po kilku tysiącach lat względnej stabilizacji – podniósł się od XIX wieku o ponad 20 cm.

Jeszcze niedawno wiadomo było, że średnio poziom morza rośnie o 3 mm rocznie. Taka była średnia długookresowa. Z obserwacji w ostatnich kilku latach wynika, że wzrost poziomu morza wynosi już 5 mm rocznie – wyjaśnia prof. dr hab. Szymon Malinowski, dyrektor Instytutu Geofizyki Uniwersytetu Warszawskiego, przewodniczący Komitetu Geofizyki w Polskiej Akademii Nauk.

Prognozy naukowców mówią o tym, że w kolejnych latach poziom mórz będzie wzrastać zdecydowanie szybciej. Będzie to spowodowane destabilizacją lądolodu Grenlandii i Antarktydy Zachodniej, co spowoduje, że w najbliższych latach coraz więcej lodu będzie topniało albo przemieszczało się do morza z lądu, przez co poziom morza będzie coraz wyższy. Tempo tego zjawiska będzie zależeć od wielkości przyszłych emisji gazów cieplarnianych, dlatego przygotowywane są różne scenariusze, jednak każdy z nich zakłada przyspieszenie. Przytaczany przez zespół PAN raport IPCC wskazuje, że w 2100 roku tempo średniego światowego poziomu morza osiągnie 15 mm rocznie, a w XXII wieku będzie to kilka centymetrów rocznie.

Nasza emisja gazów cieplarnianych jest odpowiedzialna za zmiany klimatyczne w ponad 100 proc. Dlaczego ponad? Dlatego że wszystkie naturalne zjawiska, takie jak zmiany orbitalne czy aktywności słonecznej, prowadzą w tej chwili do powolnego ochłodzenia klimatu. Natomiast my obserwujemy przyspieszające ocieplenie. To przyspieszenie bierze się stąd, że coraz więcej gazów cieplarnianych emitujemy do atmosfery – wyjaśnia ekspert Uniwersytetu Warszawskiego.

Według ekspertów PAN długoterminowy obserwowany trend wzrostu poziomu morza dla Bałtyku jest podobny do trendu globalnego, co potwierdzają pomiary satelitarne. Również prognozy dla polskiego Wybrzeża nie odbiegają znacząco od globalnych przewidywań.

Na dużej części polskiego Wybrzeża wygląda to w sposób zbliżony do średniej. Natomiast część Wybrzeża obniża się względem średniego poziomu morza – są to Żuławy i część Gdańska, więc tam ten względny wzrost poziomu morza jest jeszcze szybszy – mówi prof. dr hab. Szymon Malinowski.

Dane przytaczane przez raport PAN wskazują, że w rejonie Zatoki Gdańskiej Wybrzeże obniża się o 1 mm rocznie, a w rejonie Żuław – o 2 mm. To powoduje dodatkowe 10–20 cm wzrostu poziomu morza na stulecie. Zjawiska te będą skutkowały zwiększeniem zagrożeń na coraz większych obszarach, w tym tak ważnych dla kraju miejscach jak historyczna część Gdańska, Żuławy czy Półwysep Helski.

My sobie źle wyobrażamy ten wzrost poziomu morza, bo to nie jest równy wzrost, tylko chodzi o zdarzenia ekstremalne, czyli m.in. bardzo silne wezbrania sztormowe i wiatry. Takie zdarzenia, które miały miejsce raz na 100 lat, jak np. bardzo duże wezbrania czy praktycznie przerwanie Helu, za kilkadziesiąt lat będą się zdarzać raz w roku. Czyli wyobraźmy sobie taką sytuację, że raz na kilka lat Długi Targ w Gdańsku będzie pod wodą. To są sytuacje możliwe za życia moich dzieci – mówi dyrektor Instytutu Geofizyki UW.

Chociaż prognozy dotyczące przyszłej zwiększonej sztormowości dla naszego regionu wciąż są obarczone niepewnością, to w perspektywie 30 lat prawdopodobnie wezbrania te będą kilkukrotnie częstsze niż w przeszłości.

Przede wszystkim będą się nasilać zjawiska związane z letnimi burzami, jak zresztą w całej Polsce. Kilka lat temu taka burza powaliła Bory Tucholskie, gdzie były ofiary w ludziach, dotarła także do Wybrzeża i w rejony Elbląga. Jesienią i zimą coraz groźniejsze będą wezbrania sztormowe. Więc to są dwa zjawiska, z którymi powinniśmy się na Wybrzeżu liczyć – zauważa prof. dr hab. Szymon Malinowski.

Zespół naukowców działający przy PAN zwraca uwagę, że konieczne są szybkie działania, które dostosują prawodawstwo i infrastrukturę do wyzwań związanych ze wzrostem poziomu Bałtyku. Potrzebne jest opracowanie strategii ochrony Wybrzeża w perspektywie kilkudziesięcioletniej (a nawet stuletniej), opracowanie wymagań dotyczących planowania i projektowania inwestycji infrastrukturalnych oraz wytycznych związanych z gospodarką przestrzenną (w tym wrót powodziowych chroniących polskie miejscowości portowe).

Ponad 250 mln zł na rozwój zielonych innowacji w polskich firmach. Celem m.in. redukcja emisji dwutlenku węgla i ilości odpadów

„Technologie przyjazne środowisku” oraz „Innowacje w obszarze wód morskich lub śródlądowych” – to m.in. na projekty z takich obszarów firmy mogły pozyskać granty w ramach programu realizowanego przy wsparciu Funduszy Norweskich. PARP wyłoniła właśnie 90 najlepszych, które otrzymają dofinansowanie na łączną kwotę 60 mln euro, czyli ponad ćwierć miliarda złotych. Większość z nich dotyczyła właśnie zielonych innowacji. Wyłonione projekty przyczynią się do redukcji emisji dwutlenku węgla i ilości odpadów w środowisku, a jedna trzecia z nich będzie realizowana we współpracy z norweskimi przedsiębiorstwami, uczelniami i jednostkami badawczymi.

– Polscy przedsiębiorcy coraz częściej przejawiają innowacyjne i ekologiczne podejście do rozwoju biznesu. Widzimy to chociażby w popularności programów  finansowanych z Funduszy Norweskich. W konkursie dotyczącym wdrożenia w firmie technologii przyjaznych środowisku oraz innowacji w obszarze wód wpłynęło do nas prawie 250 wniosków o dotacje. Firmy w coraz większym stopniu skupiają się w działalności na takich zagadnieniach jak redukcja emisji CO2, poprawa efektywności energetycznej czy redukcja odpadów. W przyszłości to będzie nowa jakość w rozwoju biznesu w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Czyża, zastępca prezesa PARP, która jest operatorem tych środków.

Fundusze Norweskie oraz EOG (Mechanizm Finansowy Europejskiego Obszaru Gospodarczego) to dwa instrumenty finansowe, które zostały ustanowione przez Norwegię, Islandię i Liechtenstein. To bezzwrotne wsparcie, z którego korzysta kilkanaście państw Europy Środkowej i Południowej oraz kraje bałtyckie, w tym również Polska. W ramach Funduszy Norweskich realizowanych jest kilkanaście programów (w tym największy budżetowo program, którego operatorem jest  PARP), w których dotacje mogą pozyskać projekty związane np. z ochroną środowiska, efektywnością energetyczną czy ograniczaniem nierówności społecznych.

– Program rozwoju działalności gospodarczej i innowacji w Polsce jest największym programem Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Funduszy Norweskich poświęconym MŚP. Udział Funduszy Norweskich wynosi 85 mln euro. Program wspiera ekologiczne innowacje w polskich spółkach, sprawiając, że stają się one bardziej zrównoważone i konkurencyjne – mówi Anders H. Eide, ambasador Królestwa Norwegii w Polsce.

PARP ogłosiła właśnie wyniki konkursu dla dwóch z czterech schematów konkursowych w programie „Rozwój przedsiębiorczości i innowacje”, prowadzonym wspólnie z agencją Innovation Norway. Jego celem jest poprawa konkurencyjności polskiego sektora małych i średnich firm poprzez wdrażanie innowacyjnych technologii, procesów, produktów i usług.

Wsparcie w programie przewidziano w trzech obszarach tematycznych: „Technologie przyjazne środowisku”, „Innowacje w obszarze wód morskich lub śródlądowych” oraz „Technologie poprawiające jakość życia”. Dodatkowo przewidziano osobną pulę środków na realizację projektów w tych obszarach dla firm, których właścicielkami/współwłaścicielkami są kobiety biorące udział w ich procesie decyzyjnym.

W obszarze „Technologie przyjazne środowisku” złożono 219 wniosków, a do dofinansowania wyłoniono ostatecznie 78 projektów. Dotyczą one głównie inwestycji w sektorze produkcji przemysłowej i branży przetwórstwa odpadów oraz działań, które przyczyniają się do podniesienia konkurencyjności firm przy jednoczesnym ograniczeniu ich wpływu na środowisko. Wysokość udzielonego finansowania wyniosła blisko 50 mln euro.

W schemacie konkursowym „Innowacje w obszarze wód morskich lub śródlądowych” 12 projektów (spośród blisko 30 zgłoszonych) otrzymało granty na łączną kwotę sięgająca prawie 10 mln euro. Są to głównie inwestycje w rozwój infrastruktury małych portów, przystani oraz ekologicznych i niskoemisyjnych środków transportu w działalności turystycznej na terenie jezior.

– W ramach schematu „Technologie przyjazne środowisku” maksymalne dofinansowanie to nawet 1 mln euro oraz nawet 2 mln euro w przypadku innowacji w obszarze wód morskich lub śródlądowych. Pieniądze można przeznaczyć na inwestycje, usługi doradcze, prace rozwojowe – wyjaśnia Marcin Czyża. – Dotacje przyznaliśmy dotychczas 90 firmom, na łączną kwotę prawie 60 mln euro, czyli ponad ćwierć miliarda złotych. A niebawem ogłosimy wyniki dla pozostałych obszarów.

Wszystkie wyłonione projekty mają znacząco przyczynić się do osiągnięcia wyższego poziomu ochrony środowiska. – Szacujemy, że ten program przyczyni się do obniżenia emisji CO2 o ok. 95 tys. ton, do zmniejszenia zapotrzebowania na energię elektryczną o ok. 140 GWh oraz zredukowania ilości odpadów o ponad 140 tys. ton  w uzielenionej działalności gospodarczej dofinansowanych projektów – wylicza zastępca prezesa PARP.

– Jednym z celów tego programu jest również wspieranie dwustronnej współpracy pomiędzy Polską a Norwegią. Dlatego aż 1/3 spośród ogłoszonych 90 projektów rekomendowanych do dofinansowania została zgłoszona we współpracy z norweskimi pionierami w dziedzinie innowacji technologicznych, instytutami badawczymi i uczelniami. W najbliższych latach będą one prowadzić wspólne działania, dzielić się wiedzą i doświadczeniem technicznym oraz budować konkurencyjność polskich firm przy zachowaniu podejścia ekologicznego – mówi ambasador Anders H. Eide.

Projekty wyłonione w programie musiały być innowacyjne, przynajmniej w skali firmy, która składała wniosek o dotację. Jednak PARP, która jest operatorem tych środków, zachęcała też do zgłaszania projektów na wyższym poziomie innowacyjności, np. rozwiązań innowacyjnych w skali całego rynku. Jak wskazuje wiceminister Waldemar Buda, Fundusze Norweskie są jednym z kilku źródeł finansowania takich działań, a po liczbie zgłaszanych wniosków widać, że grupa zainteresowanych nimi przedsiębiorców jest coraz liczniejsza.

– Realizujemy konkursy dla przedsiębiorców z różnych źródeł i one cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem. Niemal zawsze mamy deficyt środków względem wniosków czy też zapotrzebowania, które się pojawia w danym konkursie. Środki norweskie cieszą się podobnym zainteresowaniem jak każde inne, które dotyczą rozwoju przedsiębiorczości, co można wyjaśnić tym, że firmy generalnie poszukują środków zewnętrznych do inwestowania – mówi Waldemar Buda, sekretarz stanu w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej. – Te środki są ważne i bardzo skrupulatnie i rozsądnie staramy się je wydatkować. Przyczyniają się one do rozwoju gospodarki w segmencie przedsiębiorczości.

Europosłowie interweniują w sprawie upolityczniania rozwoju 5G. Ostrzegają przed poważnymi międzynarodowymi reperkusjami

Geopolityka nie powinna przeszkadzać w uczciwej konkurencji na rynku UE, zwłaszcza w tak istotnym temacie jak technologia 5G, która może mieć ogromną rolę w odbudowie gospodarki po pandemii – taki jest wydźwięk listu, jaki europosłowie z Włoch i Rumunii wystosowali do unijnych komisarzy. Grupa polityków jest zaniepokojona działaniami m.in. Polski i Szwecji, które planują wykluczenie Huaweia i innych chińskich firm technologicznych z wdrażania sieci 5G. – Chodzi tutaj o interesy samej Unii – podkreśla europoseł Fulvio Martusciello. – Ograniczanie wolnej konkurencji może wywołać poważne międzynarodowe reperkusje.

Grupa europosłów wystosowała 10 lutego br. oficjalny list do unijnej komisarz ds. konkurencji Margrethe Vestager, komisarza ds. rynku wewnętrznego Thierry’ego Bretona oraz wiceszefa Komisji Europejskiej i komisarza ds. handlu Valdisa Dombrovskisa.

– Wykluczenie zagranicznego dostawcy z Unii Europejskiej na podstawie kraju pochodzenia jest dla całego świata złym komunikatem: UE nie jest godnym zaufania partnerem i nie jest bezpiecznym środowiskiem inwestycyjnym – podkreśla w komentarzu przesłanym agencji Newseria Biznes Fulvio Martusciello, włoski europoseł z partii EPP, jeden z autorów listu. – Ten problem dotyka kwestii konkurencyjności, która zasługuje na poważne traktowanie. KE jest odpowiedzialna za monitorowanie sytuacji i podejmowanie wszelkich niezbędnych działań zapewniających przestrzeganie prawa UE. Naszym obowiązkiem jest podkreślenie istoty tych obaw.

Politycy zaniepokojeni działaniami m.in. Polski i Szwecji podkreślają w liście, że geopolityka nie powinna przeszkadzać w uczciwej konkurencji na rynku UE, zwłaszcza w tak istotnym temacie jak technologia 5G.

Jak wskazuje Fulvio Martusciello, UE jest związana wieloma porozumieniami prawnymi i handlowymi, które mogą naruszać przepisy przyjmowane na poziomie państw członkowskich. Te uderzają ponadto w wolną konkurencję i mogą mieć daleko idące konsekwencje gospodarcze dla relacji UE z innymi państwami.

 Dostawcy z rynku UE nie mogą oczekiwać równego traktowania poza Unią Europejską, jeżeli równocześnie dostawcy spoza UE napotykają tutaj pewne ograniczenia wynikające z kraju pochodzenia. Chodzi tutaj o interesy samej Unii. Europa nie poradzi sobie bez zagranicznych inwestycji i rynków eksportowych dla europejskich producentów – wyjaśnia europoseł. – Pod koniec 2020 UE podpisała z Chinami umowę inwestycyjną. Negocjacje trwały przez niemal siedem lat. Równocześnie niektóre państwa UE próbują przeforsować przepisy bezpośrednio wykluczające chińskich dostawców z rynku. Jest to co najmniej dezorientujące i nieuczciwe podejście do relacji międzynarodowych.

W październiku ubiegłego roku Szwecja, jako drugi kraj po Wielkiej Brytanii, wykluczyła chiński koncern technologiczny Huawei z budowy infrastruktury dla sieci 5G. Tamtejszy organ regulacyjny – Urząd ds. Poczty i Telekomunikacji – ogłosił aukcję na częstotliwości dedykowane nowej technologii, przyjmując kryteria uniemożliwiające operatorom telekomunikacyjnym wykorzystanie sprzętu niektórych producentów. Huawei odwołał się do sądu, jednak w drugiej instancji szwedzki sąd apelacyjny Kammarrätten pozwolił na kontynuowanie aukcji 5G na dotychczasowych zasadach, umożliwiających wykluczenie koncernu.

– Szwecja jest państwem członkowskim i może dokonywać wolnych wyborów, o ile przestrzegają zasad gry. Pogodzenie ochrony swoich przedsiębiorstw i otwierania rynku jest zawsze trudnym wyborem. Trudno powiedzieć, czy przyniesie to szkody, lecz może oznaczać to trudny wybór dla obywateli. Chodzi o zapewnienie obywatelom wyboru, nie jego ograniczanie – podkreśla Fulvio Martusciello.

Wprowadzenie podobnych przepisów, które mogą wykluczyć chińskich producentów z rynku, planuje też polski rząd, który pracuje nad nowelizacją ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Ta będzie m.in. określać kryteria wyboru dostawców sprzętu i oprogramowania dla 5G. Zgodnie z rządowym projektem nie będą się one opierać wyłącznie na przesłankach technicznych i technologicznych. Jak ocenia europoseł, może to sugerować działanie zgodne z polityką poprzedniej administracji Stanów Zjednoczonych.

– Regulacje dotyczące cyberbezpieczeństwa w pewnych państwach członkowskich wydają się być inspirowane, a być może nawet narzucane, przez administrację USA. Kraje takie jak Polska zostały zachęcone obietnicą większej obecności amerykańskiej armii na swoich terytoriach, ale powinny zauważyć, że władze w USA już się zmieniły. Wszelkie ustalenia poczynione z poprzednią administracją mogą dzisiaj już nie być wiążące – mówi europoseł z EPP.

Jak wskazuje, UE dysponuje merytorycznymi narzędziami do oceny sprzętu i oprogramowania pod kątem cyberbezpieczeństwa. Służy do tego np. mechanizm NESAS, wypracowany przy udziale unijnych organów regulacyjnych, globalnych operatorów, dostawców i partnerów przemysłowych. W Polsce instytucje branżowe i eksperci rynku telekomunikacyjnego już od przeszło pół roku apelują do rządu o uwzględnienie w projekcie bardziej merytorycznych kryteriów, opartych np. na parametrach technicznych i certyfikatach bezpieczeństwa urządzeń, a nie kraju pochodzenia producenta.

– Jedynym czynnikiem, który musimy uwzględniać przy stwierdzaniu, czy dany sprzęt jest bezpieczny, jest techniczna ocena jego zgodności z europejskimi normami. Jedną z takich norm jest NESAS i nie ma powodu, dlaczego nie mogłaby być stosowana we wszystkich państwach członkowskich – komentuje Fulvio Martusciello.

Jak podkreśla, ograniczanie konkurencji wśród dostawców 5G i wykluczenie z unijnego rynku części firm może spowodować opóźnienia we wdrażaniu tej technologii i spowoduje dodatkowe koszty po stronie operatorów, co z kolei przełoży się na ceny usług dla ich klientów.

– Uruchomienie 5G to duży projekt, na który składają się inwestycje i zaangażowanie wielu partnerów i podwykonawców. Projekt na taką skalę sam w sobie może odegrać ogromną rolę w odbudowie gospodarki po pandemii. Niektóre kraje Europy, np. Niemcy, już uruchomiły sieci 5G na szeroką skalę, a ich firmy, fabryki i start-upy już czerpią z tego korzyści. Mają ogromną przewagę nad innymi krajami, w których wdrożenie technologii 5G jest opóźnione. Bardzo trudno będzie odrobić te straty – mówi europoseł.

Pandemia koronawirusa pogłębiła problemy ukraińskich imigrantek. Wśród nich są trudności ze znalezieniem pracy, brak opieki społecznej czy możliwości nauki języka

Imigrantki z Ukrainy boleśnie odczuły skutki pandemii – wynika z badania Fundacji „Nasz Wybór” przeprowadzonego we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla. Wiele z nich straciło pracę przez zamknięcie gałęzi gospodarek, które chętnie zatrudniają Ukrainki, oraz mniejszy popyt na usługi sprzątania czy opieki nad dziećmi. W efekcie często zostały bez dochodów, dostępu do opieki społecznej i wsparcia rodzin w kraju. Mimo rządowego automatycznego przedłużenia zezwoleń na pobyt wiele osób zmagało się z trudnościami administracyjnymi. Dodatkowymi wyzwaniami są ograniczenie możliwości nauki języka polskiego i trudności związane z trybem zdalnym nauczania ich dzieci.

– Jeszcze przed pandemią jednym z najważniejszych problemów dla cudzoziemców była legalizacja pobytu. To się wiąże z działalnością wojewódzkich urzędów ds. cudzoziemców, które wydają karty pobytu czasowego czy długoterminowego. Niestety sytuacja w tych urzędach była tragiczna jeszcze przed pandemią. W większości spraw, które skontrolował NIK, były naruszenia procedur i terminów wydawania dokumentów. Pandemia jeszcze zaostrzyła tę sytuację – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Myroslava Keryk, prezeska Fundacji „Nasz Wybór”.

W związku z sytuacją epidemiologiczną wszystkie zezwolenia na pobyt zostały przez tarczę antykryzysową przedłużone do 30 dni po ogłoszeniu końca stanu epidemicznego w Polsce. Jak wskazuje raport „Sytuacja ukraińskich migrantek w Polsce w czasie COVID-19” Fundacji „Nasz Wybór” przygotowany we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla, pierwsze tygodnie po ogłoszeniu stanu zagrożenia epidemiologicznego były jednak wyjątkowo trudne.

– Po ogłoszeniu zamknięcia granic okazało się, że dla wielu osób sytuacja zrobiła się niepewna, nie wiedziały, czy będą mogły skorzystać ze służby medycznej, kiedy zachorują na COVID-19, co dalej, jak straciły pracę albo kończą się ich dokumenty legalizacyjne. Pierwszy okres był to czas chaosu, potęgowanego także przez ukraińskie władze, które ogłaszały, że zamykają granice i kasują loty międzynarodowe czy połączenia autobusowe. To spowodowało, że każdego dnia kilka tysięcy osób chciało przekroczyć granicę polsko-ukraińską – mówi Myroslava Keryk.

Początkowo nieokreślony status cudzoziemców, zamknięcie granic, brak informacji i niespodziewane bezrobocie, które pociągnęło za sobą także problemy mieszkaniowe, spowodowały, że około 160 tys. Ukraińców wiosną 2020 roku wyjechało z Polski. Z danych GUS wynika, że w marcu i kwietniu liczba wszystkich cudzoziemców przebywających w kraju zmniejszyła się o 223 tys. (czyli 10 proc. w porównaniu z lutym ub.r.). Dane resortu pracy przytaczane w raporcie wskazują, że w pierwszym półroczu 2020 roku zmniejszyła się także liczba zezwoleń na pracę wydawanych Ukraińcom (z 217 tys. w I połowie 2019 roku do 198 tys.) oraz liczba oświadczeń o powierzeniu im wykonywania pracy (z 846 tys. do 612 tys.). Chociaż spadki te po części wynikają z automatycznego przedłużenia prawa pobytu cudzoziemców, to miało na nie wpływ również zamykanie wielu biznesów podczas lockdownu.

W kolejnych miesiącach do pracy w Polsce przyjeżdżało coraz więcej osób. Zdecydowana większość Ukraińców przebywa tu na podstawie wiz, ruchu bezwizowego lub jest w trakcie ubiegania się o zezwolenie na pobyt. Osoby bez zezwoleń nie posiadają szeregu praw, np. nie kwalifikują się do pomocy opieki społecznej.

 Dla wielu ludzi była i jest to sytuacja trudna. Pozostają w zawieszeniu, np. złożyli dokumenty przed pandemią lub w jej trakcie, a do dzisiaj mogą nie mieć odpowiedzi, co się dzieje z ich dokumentami. To o tyle istotne, że na przykład 500+ na dziecko czy świadczenie dla samotnej matki są uzależnione od karty pobytu – zauważa prezeska Fundacji „Nasz Wybór”.

Dane z ZUS-u na temat cudzoziemców opłacających składki na ubezpieczenie społeczne wskazują, że w czasie kryzysu ponad 40 tys. Ukraińców straciło ubezpieczenie, co może się wiązać z utratą pracy na podstawie umów o pracę lub cywilnoprawnych. Przyczyniło się do tego zamknięcie wielu branż, w których chętnie zatrudniani są cudzoziemcy, m.in. gastronomii, hoteli, handlu czy instytucji kultury. Skala problemu bezrobocia może być jednak znacznie większa, bo w niektórych obszarach, np. usługach sprzątania czy opieki nad dziećmi i osobami starszymi, dominują nieformalne sposoby zatrudnienia.

– Część Ukrainek przez stratę pracy musiała wyjechać na Ukrainę lub szukać nowej pracy, co było bardzo trudne w okresie lockdownu. Jeśli mówimy np. o sektorze opieki lub prac domowych, to też bardzo wielu ludzi bało się wpuszczać kogoś obcego do domu, żeby się nie zarazić. Niestety właśnie te kobiety, które pracowały w opiece czy sprzątały, straciły pracę i zostały bez środków do utrzymania – wskazuje Myroslava Keryk.

Eksperci fundacji podkreślają, że COVID-19 obnażył wady współczesnych stosunków pracy i grozi dalszym pogłębieniem nierówności społecznych.

W związku z pandemią wiele Ukrainek straciło dostęp do służby zdrowia, w dużej mierze ze względu na brak formalnego zatrudnienia i świadomości swoich praw. Ucierpiały ich kontakty społeczne tutaj, a dodatkowo część kobiet straciła kontakt z rodziną w kraju ojczystym. Ograniczone zostały możliwości nauki języka polskiego, a nieznajomość języka stanowi kluczową przeszkodę w wielu aspektach życia ukraińskich migrantek.

– Formalnie Ukrainki mogą skorzystać z różnych ofert pomocy, ale przez barierę językową i brak przygotowanych materiałów w języku ukraińskim myślą, że nie mają wsparcia – mówi prezeska Fundacji „Nasz Wybór”.

Problemem dla pracujących w Polsce imigrantek, które rzadko kiedy mogą pracować zdalnie, z domu, było również zamknięcie szkół. Długie godziny pracy rodziców powodują, że dzieci często pozostawiane są same w czasie dni szkolnych, a opieką zajmuje się starsze rodzeństwo. Problemy w nauczaniu zdalnym mogą wynikać także z braku odpowiednich warunków życia i infrastruktury technologicznej. Trzeba też pamiętać o tym, że szkoła jest dla dzieci imigrantów kluczowym aspektem ich integracji z polskim społeczeństwem.

Dzieci, zwłaszcza starsze, od czwartej klasy, uczą się prawie cały rok w domu, nie integrują się, nie uczą języka. Nawet jeżeli już były zintegrowane, znały język, to teraz mają regres i czują się wyizolowane. To powoduje też psychologiczne problemy. Odczuwają je też polskie dzieci, ale migranckie, które jeszcze do tego mają barierę językową, pochodzą z innego kraju, odczuwają to wszystko jeszcze głębiej – zauważa Myroslava Keryk.

Raport wskazuje, że konieczne są zmiany w polskiej polityce migracyjnej. Dotyczy to przede wszystkim usprawnienia systemu wydawania zezwoleń na pobyt i pracę czy uruchomienia aplikacji online i ulepszenia e-systemu do sprawdzania statusu wniosków. Potrzebne są również mechanizmy, które zapewnią większe bezpieczeństwo i pewność pracującym imigrantom, a zwłaszcza kobietom, które często pracują poniżej swoich kwalifikacji, za niskie wynagrodzenie i przy braku opieki społecznej.

– Widzimy naukę na przyszłość, że jest potrzebna spójna polityka państwa odnośnie do integracji cudzoziemców i zwrócenie uwagi na system edukacji, służbę zdrowia, usprawnienie systemu zatrudniania cudzoziemców. Trzeba wypracowywać mechanizmy, żeby jednak cudzoziemcy pracowali na podstawie umów i byli ubezpieczeni – podkreśla prezeska Fundacji „Nasz Wybór”.

Elektroniczny obieg dokumentów zabezpieczony blockchainem staje się standardem. Technologia wyprzedza jednak normy prawne

Już prawie połowa spraw obsługiwanych przez administrację publiczną odbywa się poprzez elektroniczny obieg dokumentów. Niebawem elektroniczne dyplomy, zabezpieczone z użyciem blockchainu, otrzymają też osoby kończące studia na Politechnice Świętokrzyskiej. Elektroniczny obieg dokumentów staje się także normą w przypadku firm, które korzystają m.in. z platformy opracowanej przez polski start-up. Bezpieczeństwo danych zawartych w dokumentach zapewnia w niej technologia łańcucha bloków.

– Pandemia sprawiła, że dzisiaj zarządzanie dokumentami w formie cyfrowej stało się normą. To nie jest coś, czym firmy mogą się wyróżnić, natomiast wręcz przeciwnie, jeżeli nie ma możliwości podpisania dokumentów w formie cyfrowej, to znaczy, że firma nie rozwija się w rynkowym tempie. Stało się to czymś normalnym i widzimy, że w najbliższych latach ten rynek będzie jeszcze rósł. Tak jak płatności bezdotykowe stały się dla nas czymś normalnym, tak  wydaje się, że zarządzanie dokumentami właśnie w formie cyfrowej w najbliższych latach będzie czymś must have, obligatoryjnym i rynek się do tego po prostu przyzwyczai – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Gabriel Dymowski, współzałożyciel i prezes DoxyChain.

Elektroniczny system zarządzania dokumentacją jest już od 10 lat wdrażany w administracji publicznej. Wynikające z niego oszczędności przekroczyły już kwotę 46 mln zł. W samym tylko pierwszym półroczu 2020 roku, na 2,3 mln spraw załatwianych przez urzędy objęte EZD PUW, niemal 850 tys. odbywało się elektronicznie. W tym czasie tą drogą zostało wysłanych 1,1 mln dokumentów.

– Rynek zrozumiał, że forma papierowa w porównaniu do formy cyfrowej jest po prostu ułomna, ona jest mniej zabezpieczona, mniej efektywna, jest wolniejsza. Możemy więc mówić już o trendzie. Wcześniej można było mówić o zarządzaniu dokumentami w formie cyfrowej w kontekście rewolucji, natomiast na dzień dzisiejszy, gdy obserwujemy rynek, jest to proces pewnego rodzaju ewolucji – wskazuje Gabriel Dymowski.

Elektroniczny obieg dokumentów chętnie wdrażany jest jednak nie tylko na poziomie administracji państwowej, lecz także w prywatnych firmach, a także uczelniach. Jednym z rozwiązań, z jakich mogą korzystać, jest system DoxyChain. Umożliwia on podpisywanie dokumentów za pomocą podpisu elektronicznego. Jego użytkownicy mogą nie tylko podpisywać dokumenty, ale również tworzyć je online, wysyłać czy śledzić już po wysłaniu. Start-up do zabezpieczania dokumentów używa technologii blockchain. Dzięki niej zagwarantowana jest niezmienność ich kształtu.

– Jeżeli mówimy o technologii blockchain, to zdecydowanie wyprzedza ona ustawodawstwo. Na poziomie Unii Europejskiej są już bardzo ambitne plany, w jaki sposób regulować tę technologię. Powstaje szereg grup roboczych działających przy europejskich instytucjach. Wciąż jeszcze nie ma wiążących ram prawnych, w których należałoby się poruszać – podkreśla prezes DoxyChain.

Umowę z firmą Billon Digital Services podpisała niedawno Politechnika Świętokrzyska. W jej ramach absolwenci uczelni, jako pierwsi w Polsce, otrzymają elektroniczne dyplomy ukończenia studiów. Będą to odporne na fałszerstwa kopie dokumentów, przechowywane w systemie blockchain. Co więcej, studenci  w razie potrzeby będą mogli pobrać dyplom w postaci pliku pdf w kilka sekund i przesłać go np. potencjalnemu pracodawcy.

Już dziś o technologii blockchain mówi się też jako o przyszłości polskiego sektora finansowego. Na jej podstawie powstaje np. system raportowania transakcji zawartych na oszczędnościowych obligacjach skarbowych, tworzony przez PKO Bank Polski, Krajową Izbę Rozliczeniową i Ministerstwo Finansów.

– Technologia blockchain właśnie jest zamiennikiem zaufania. W przyszłości będą powstawały nowe projekty, nowe biznesy właśnie na bazie tej technologii, które dzisiaj nie mają prawa bytu, ponieważ nie jest jeszcze tak szeroko rozumiana i respektowana. Świetnym przykładem jest nowy sposób zarządzania dokumentami, gdzie to zaufanie można zdywersyfikować, zdecentralizować i dostarcza je szereg podmiotów, a nie jedna instytucja – wyjaśnia Gabriel Dymowski.

Według MarketsandMarkets światowy rynek technologii blockchain wzrośnie z 3 mld dol. w 2020 roku do 39,7 mld do roku 2025.

Naukowcy opracowali sposób na podwyższenie wydajności ogniw perowskitowych. Już wkrótce będą realną i tańszą alternatywą dla tradycyjnych paneli

Perowskit w połączeniu z dwutlenkiem cyny może posłużyć do zbudowania ogniw o wydajności zbliżonej do tej, którą zapewniają panele krzemowe. Istotną kwestią w potencjalnym wykorzystaniu tego materiału w fotowoltaice pozostaje aspekt praktyczny. – Ogniwa perowskitowe mogą być znacznie lżejsze w porównaniu z krzemowymi – podkreśla Moungi Bawendi z MIT. Mogą też być znacznie tańsze w wytwarzaniu. Opracowana przez naukowców z MIT nowa technologia może zacząć być wykorzystywana w bieżącej produkcji perowskitowych paneli słonecznych, którą planują m.in. Polacy.

– Pokazujemy, że nawet przy pojedynczej aktywnej warstwie perowskitu możemy osiągnąć wydajność zbliżoną do ogniw krzemowych, a także znaleźć się w zasięgu wydajności ogniw zbudowanych w oparciu o arsenek galu. Przy czym obie te technologie istnieją znacznie dłużej niż perowskity – wskazuje dr Jason Yoo z MIT. – Perowskity, przynajmniej na papierze, mogą być znacznie tańszą alternatywą dla tych technologii.

Perowskity są minerałami, z którymi wiązane są ogromne nadzieje w kontekście rozwoju fotowoltaiki. Ich podstawowa zaleta to możliwość zbudowania na nich bardzo cienkich i lekkich ogniw, które można integrować na przykład z fasadą budynku i pokryciem dachu. Dzięki temu, że jest to materiał o dużej elastyczności, można go wykorzystać do tworzenia innowacyjnych źródeł energii, takich jak markizy, rolety czy żaluzje fotowoltaiczne. Nad wykorzystaniem perowskitów do produkcji ogniw pracowała polska fizyk, OIga Malinkiewicz, założycielka firmy Saule Technologies, która ma zbudować pierwszą na świecie linię produkcyjną ogniw perowskitowych.

Naukowcy z MIT odkryli, że połączenie materiału perowskitowego ze specjalnie obrobioną, przewodzącą warstwą dwutlenku cyny może zwiększyć wydajność ogniwa z 20–22 proc. nawet do 25,2 proc. Choć wydaje się to niewiele, w większej skali może oznaczać ogromne korzyści finansowe.

– Nasze spostrzeżenia opisane w artykule w „Nature” i niektóre z podpowiadanych sztuczek mogą potencjalnie być wdrożone do metod obecnie opracowywanych dla wielkoskalowych ogniw perowskitowych, które są już aktualnie produkowane. Tym samym można zwiększyć ich wydajność – podkreśla Moungi Bawendi, profesor chemii im. Lestera Wolfe’a w Massachusetts Institute of Technology.

Z kolei międzynarodowy zespół badawczy, w skład którego weszli naukowcy z Pakistanu, Chin i Arabii Saudyjskiej, opracował perowskitowe ogniwo słoneczne o dużej stabilności termicznej. Wykorzystano do tego specjalne nanorurki stworzone z dwutlenku cezu i tytanu. Dzięki temu udało się zwiększyć sprawność konwersji energii o ponad 22 proc.

Według analityków z Data Bridge Market Research światowy rynek ogniw perowskitowych osiągnie do 2027 roku wycenę na poziomie niemal 3,5 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie 34 proc. Czynnikiem napędzającym rozwój tego rynku ma być przede wszystkim zwiększone zapotrzebowanie na ogniwa fotowoltaiczne, połączone z oczekiwaniem klientów na elastyczne i lekkie ogniwa. Popyt na rozwiązania z zakresu fotowoltaiki ma być uwarunkowany dążeniami do redukcji zjawiska niskiej emisji i konwersji energetyki na odnawialne źródła energii.