Inflacja straszy rynki finansowe

Dochody gospodarstw domowych będą wyższe niż przed pandemią. To powinno przyspieszyć wzrost cen, które i tak już rosną. Dotyczy to także mieszkań. Czy inflacja wywróci globalne rynki finansowe?

– Nie jest jeszcze tak, że inflacja trzęsie rynkami, ale ten temat zaczyna się pojawiać – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Widać to szczególnie na rynku długu w USA, gdzie rentowność 10-letnich obligacji wzrosła ponad dwukrotnie.

Giełdowa hossa przypomina już bańkę spekulacyjną stworzoną poprzez emisję taniego pieniądza przez banki centralne. Gdy ten tani pieniądz zabierzemy wówczas wszystko co stoi za tą hossą pęknie jak bańka mydlana.

Tani pieniądz to zagrożenie wysoką inflacją. Jeszcze w minionym roku inwestorzy się tym nie przejmowali. Teraz to się zmienia, zwłaszcza że na rynek mają trafić „czeki Bidena”, czyli 1,9 bln USD przekazanych gospodarstwom domowym, aby pobudzić gospodarkę znajdującą się pod presją koronawirusa. Efekt będzie taki, że dochody gospodarstw domowych okażą się wyższe niż przed pandemią.

– Ten tani pieniądz z rynku musiałby zabrać Fed, ale sam z nieprzymuszonej woli tego nie zrobi – komentuje ekspert. – Zmusić może go do tego tylko rosnąca inflacja. Już rosną ceny na giełdach towarowych, dotyczy to już nie tylko ropy naftowej, także żywności.

Dla amerykańskiej inflacji bardzo ważną składową są ceny najmu mieszkań. To odróżnia ją od polskiego „koszyka” inflacji. Zainteresowanie rynkiem nieruchomości jest znów bardzo wysokie w USA, a podaż mieszkań jest względnie mała zważywszy na wielkość rynku nieruchomości.

Czy wyższa inflacja wpłynie na kursy walut? – Zwykle uważa się w przypadku rynków rozwiniętych, że wzrost inflacji jest pozytywny dla waluty, ponieważ zakłada się, że bank centralny podniesie stopy procentowe – dodaje P.Kwiecień. – Gdyby więc Fed podniósł stopy procentowe, to dolar stałby się bardziej atrakcyjny.

Czy panele fotowoltaiczne to najtańsza energia w Polsce?

Fotowoltaika dogania farmy wiatrowe pod względem wytwarzanej energii elektrycznej. Jednak jej dynamiki rozwoju nie uda się utrzymać. Dla obu tych form OZE przyszłością powinno stać się wykorzystanie wodoru.

– Najbardziej efektywne technologie OZE to energetyka wiatrowa na lądzie i fotowoltaika – mówi Irena Gajewska, ekspertka Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej, wiceprezes fundacji RE-Source Poland Hub. – Jeżeli spojrzymy na koszyk aukcyjny, w którym są obie te technologie, to okazuje się, że fotowoltaika goni wiatr.

Mamy już 6 GW zainstalowanej mocy w energetyce wiatrowej, a po aukcjach z lat 2018-2020 powstają aktualnie nowe instalacje o mocy 3 GW.

Elektrownie słoneczne tylko w minionym roku urosły o 160%, z 1,5 GW do niemal 4 GW. Średnio każdego miesiąca ich moc powiększała się o ponad 8%. Gdyby takie tempo rozwoju utrzymało się także przez kolejnych 12 miesięcy, elektrownie słoneczne przekroczyłyby do końca roku 10 GW. Na kontynuację tak dynamicznego trendu (związanego z rządowym programem Mój Prąd) nie ma jednak szans. Jest niemal pewne, że tempo wzrostu zacznie spadać.

Kilka polskich koncernów zaangażowanych jest w energetykę wiatrową na Morzu Bałtyckim. Morskie turbiny bardzo efektywnie pracują, a na Bałtyku są bardzo warunki do rozwoju tej technologii. W ten sposób możemy wyprodukować dużo czystej, zielonej energii.

– W porównaniu do lądowej energetyki wiatrowej koszty inwestowania na Bałtyku są jednak o wiele wyższe, co przekłada się na koszt megawatogodziny, dłuższy jest też proces inwestycyjny – komentuje I.Gajewska w rozmowie w ramach cyklu Instytutu Jagiellońskiego i BiznesAlert.pl (R)ewolucje energetyczne.

Przyszłością w energetyce prawdopodobnie okaże się także „zielony” wodór, jednak ważne jest, aby wytwarzane był poprzez instalacje OZE, słoneczne i wiatrowe.

Istotna jest tzw. ustawa odległościowa, która wprowadziła ograniczenia lokalizacyjne. Realizowane projekty uzyskały zezwolenia jeszcze przed wejściem w życie takich ograniczeń. Dlatego nie są to inwestycje wykorzystujące najbardziej nowoczesne turbiny wiatrowe, o mocy 3 MW, gdy dostępne są już turbiny o 2-krotnie większej mocy, z których energia byłaby zdecydowania tańsza dla odbiorcy krańcowego.

– Potrzebna jest liberalizacja tejże ustawy, jeżeli chcemy wykorzystywać potencjał polskiego wiatru – dodaje I.Gajewska.

Rozwój zielonej energii przyspieszyłoby powstawanie linii przesyłowych, które istniałyby poza ogólnokrajowym systemem przesyłowym, łącząc farmę fotowoltaiczną bądź wiatrową bezpośrednio z zakładem przemysłowym.

Sescom inwestuje w „zielony” startup do obsługi transakcji na rynku energii

Sescom obejmuje 17,4% udziałów w spółce Bankilo, która jest platformą wspierającą prosumentów, umożliwiającą im zawieranie transakcji między sobą. „Bank kilowatów” stanie się również alternatywnym dostawcą energii dla dowolnych konsumentów energii. Innowacyjny model biznesowy gdańskiego startupu wpisuje się w założenia strategii Sescom, w ramach której spółka zamierza rozwijać alternatywne źródła energii – w tym technologie wodorowe oraz integrować rozproszone środowisko małych producentów odnawialnych źródeł energii w jeden ekosystem.

Sescom z uwagą przygląda się rozwiązaniom jakie oferują innowacyjne startupy, szczególnie w sektorze nowych technologii i energii, które firma potencjalnie może przełożyć zarówno na funkcjonowanie swojej organizacji, ale również na biznesy klientów.

Startupy to firmy mocno skupione na osiągnięciu wyznaczonego celu, poddające w wątpliwość rzeczywistość i poszukujące nieszablonowych rozwiązań. Takie podejście jest wartościowe dla rozwoju biznesu i spójne z naszym. Udostępniając platformę transakcyjną i możliwość ofertowania, spółka Bankilo uzupełni nasze działania na rynku energetycznym, wesprze rozproszone inwestycje w wytwarzanie i magazynowanie energii. – Sławomir Halbryt, Prezes Zarządu Sescom S.A.

Bankilo to startup, założony przez przedsiębiorców i specjalistów, głównie z rynku energetycznego i nieruchomościowego, który szybko rozwija koncepcję wsparcia dla prosumentów. Ambicje założycieli są już jasno określone: w przyszłości chcą być spółką obsługującą prosumentów i konsumentów energii, której wartością̨ będzie atrakcyjny cashflow i udział w bardzo dynamicznie rozwijającym się̨ rynku Transactive Energy.

Elektrolizer do produkcji wodoru i bank kilowatów

Firma Sescom od wielu lat skupia swoje zainteresowanie na technologii wodorowej. Jednym z osiągnięć spółki w tej dziedzinie było zaprojektowanie elektrolizera do produkcji wodoru, który zdaniem ekspertów jest szansą na rozwój i dekarbonizację transportu i energetyki grzewczej. Sescom w swojej autorskiej koncepcji HGaaS zamierza za pomocą elektrolizera pozyskiwać wodór podczas nadwyżek energetycznych z odnawialnych źródeł energii. Rozwijając projekt, spółka w styczniu podpisała list intencyjny z miastem Piła, w ramach którego ma przygotować instalację zapewniającą wodór do rozwoju zero emisyjnego transportu publicznego. Ponadto Sescom stworzy ekosystem, który połączy źródła produkcji wodoru, w którym Spółka Bankilo odegra ważną rolę.

Zgodnie ze strategią Spółki Wise Futurist 2030 Zarząd Sescom podjął decyzję o zainwestowaniu 500 tys. zł. w spółkę Bankilo, która uzupełni nasz program wodorowy poprzez agregację i sprzedaż zielonej energii do produkcji zielonego wodoru w naszych elektrolizerach. – Sławomir Halbryt, Prezes Sescom S.A.

Założyciele Bankilo są przekonani, że model biznesowy startupu idealnie wpisuje się w potrzeby projektów wodorowych Sescom oraz wpłynie na rozwój biznesu partnera.

Jesteśmy przekonani, że przyszła energetyka będzie zbudowana na różnorodnych, rozproszonych i odnawialnych źródłach energii oraz jej magazynowaniu, a transparentny rynek energii będzie dostępny dla wszystkich. Sescom widzi synergię swoich zamierzeń strategicznych z koncepcją Bankilo, na przykład w obszarze podnoszenia udziału zielonej energii w zużyciu w zarządzanych obiektach poprzez odbiór nadwyżek z instalacji prosumenckich, a także w obszarze wykorzystania wodoru w rozproszonym magazynowaniu energii. – Mirosław Bieliński, założyciel Bankilo

Innowacyjność platformy wykorzystującej obiecujący rynek energii

Bankilo to jedyna w Polsce platforma informatyczna oferująca wirtualny przepływ energii z miejsca jej wytworzenia do wskazanego miejsca jej zużycia. Oznacza to, że prosument będzie mógł wytworzoną energię sprzedać innym członkom społeczności, wymienić na energię dostępną w innym czasie lub zużyć na własne potrzeby w innym miejscu niż to, w którym została wytworzona. Takie rozwiązania umożliwia europejska dyrektywa RED 2, która znacznie powiększyła liczbę potencjalnych prosumentów, bo określa, że miejsce produkcji energii nie musi być tożsame z miejscem zużycia – w praktyce każdy konsument może być prosumentem, także ten, który nie ma własnego dachu.

W Polsce fotowoltaika per capita znajduje się̨ obecnie poniżej 1/10 poziomu europejskich liderów, u których inwestycje w OZE nadal rosną. Dlatego analizy wskazują, że liczba prosumentów klasycznych w Polsce może dojść z obecnych 400 tys. do 2-3 mln w 2030 roku. Ponadto spośród mieszkańców budynków wielorodzinnych wyłonią się tzw. prosumenci wirtualni, produkujący energię w innym miejscu niż we własnym domu. Szacujemy, że ich liczba w 2030 roku będzie 7-cyfrowa. – Mirosław Bieliński, założyciel Bankilo

Ekspansja zagraniczna szansą dla polskich przedsiębiorców

  • Badanie OECD, przeprowadzone na 500 przedsiębiorcach pod koniec 2020 roku pokazuje, że polskie firmy bardzo dobrze poradziły sobie na rynkach zewnętrznych, pomimo pandemii.
  • Dane Santander Trade wskazują, że w roku 2020 zainteresowanie rynkami zagranicznymi wzrosło czterokrotnie r/r. Polskie firmy najczęściej szukały partnerów biznesowych w Hiszpanii, Czechach, Grecji, Belgii i Wielkiej Brytanii.

Ekspansja na rynki zagraniczne jest, zdaniem ekspertów, ogromną szansą dla polskich przedsiębiorców, a ci wykazują duże zainteresowanie możliwościami, jakie za sobą niesie działalność poza granicami kraju[1]. Co ciekawe, pomimo pandemii, polscy eksporterzy patrzą na rok 2021 z optymizmem. Ponad połowa z nich zakłada, że w 2021 roku liczba sprzedawanych zagranicą produktów nie ulegnie zmianie, a 38% przewiduje nawet jej wzrost[2].

Polskie przedsiębiorstwa dysponują dużymi mocami produkcyjnymi, dla niektórych firm dotychczasowe rynki zbytu czy rynek wewnętrzny nie są już wystarczające. Dlatego wiele polskich firm poszukuje możliwości ekspansji zagranicznej, a umiędzynarodowianie biznesu jest jednym z najsilniej widocznych trendów ostatnich lat. – mówi Romana Klysz-Rakowska, dyrektor Biura Handlu Zagranicznego Santander Bank Polska.

Dane Santander Trade wskazują, że rok 2020, ze względu m.in. na potrzebę poszerzania rynków zbytu oraz zerwanie łańcuchów dostaw, przyniósł intensyfikację poszukiwania partnerów biznesowych w Europie i na świecie. W minionym roku najczęściej możliwości rozwoju za granicą poszukiwały polskie firmy z branży maszyn i urządzeń, środków ochrony osobistej, meblarskiej, kosmetycznej, środków czystości i produktów higienicznych.

Zainteresowanie polskich przedsiębiorców rynkami zagranicznymi w 2020 r. wzrosło o 400% w porównaniu z rokiem poprzednim. Klienci korzystający z portalu Santander Trade, największe zainteresowanie wykazywali rynkiem hiszpańskim, czeskim, brytyjskim oraz belgijskim. W 2019 r. częściej poszukiwano partnerów biznesowych z krajów ameryki południowej, przeważnie Brazylii i Chile. Należy również zwrócić uwagę, że pandemia spowodowała zakłócenia w łańcuchach dostaw. Na skutek tego udział poszukiwania partnerów biznesowych w Europie i na świcie uległ zmianie – w 2019 roku stanowił 31%, zaś w 2020 65% – wskazuje Robert Fedorowicz, ekspert handlu zagranicznego Santander Bank Polska

Dane Santander Trade:

Gdzie polskie firmy najczęściej szukają partnerów biznesowych? TOP 5 krajów

  • 2019: Grecja, Hiszpania, Wielka Brytania, Brazylia, Chile/Meksyk
  • 2020: Hiszpania, Czechy, Grecja, Wielka Brytania, Belgia

Gdzie zagraniczne firmy najczęściej szukają partnerów biznesowych:

  • 2019: Hiszpania, Czechy, RPA, Brazylia, Japonia
  • 2020: Korea Pd., Włochy, Hiszpania, Brazylia, Portugalia

[1] https://www.parp.gov.pl/component/content/article/61228:szansa-dla-firm-dotknietych-skutkami-pandemii-jest-ekspansja-zagraniczna-teraz-mozna-wnioskowac-o-unijne-wsparcie-zwiazane-z-dzialalnoscia-eksportowa

[2] https://www.rp.pl/Opinie/301209873-Ostrozny-optymizm-polskich-przedsiebiorcow.html

Zamieszanie na rynku obligacji osłabiło PLN, wsparło za to USD i EUR

Przez rynek walutowy w zeszłym tygodniu przetoczyła się fala wywołana przez silne zmiany na rynku obligacji. W kolejnych dniach czekamy przede wszystkim na dane o inflacji w strefie euro, amerykański raport non-farm payrolls oraz posiedzenie RPP.

Słaba aukcja skarbowych papierów dłużnych w USA przełożyła się na gwałtowny wzrost ich rentowności. Inwestujących w obligacje wyraźnie wystraszyło połączenie sprzyjającej inflacji polityki pieniężnej i ogromnej podaży uderzającej w rynki związanej z ogromnymi deficytami występującymi niemal wszędzie na świecie. Waluty G10 i rynków wschodzących były wyprzedawane, w oczy rzucały się jednak dwa wyjątki: euro i juan chiński. Juan chiński zachowuje się coraz bardziej podobnie do walut safe haven i zaczyna uchodzić za pewny środek przechowywania wartości w czasach zmienności.

W tym tygodniu uwaga wciąż będzie skupiona na rynkach obligacji. Nieuporządkowana wyprzedaż na tych rynkach jest prawdopodobnie największym zagrożeniem dla naszych optymistycznych prognoz makroekonomicznych. Nadal uważamy ją jednak za mało prawdopodobną. Mimo że oczekujemy, że rentowności zakończą rok znacznie wyżej, na tym etapie zakładamy, że wyprzedaż będzie stopniowa i nie będzie mieć znaczącego wpływu ani na aktywa ryzykowne, ani na wzrost gospodarczy.

W dodatku jest to tydzień obfitujący w dane. We wtorek zostaną opublikowane dane o inflacji w strefie euro w lutym i spodziewamy się, że przewyższą oczekiwania. Ponadto dotyczący tego samego miesiąca amerykański raport non-farm payrolls, który wyjdzie w piątek, powinien być spójny z sytuacją na rynku pracy, który kontynuuje proces zwalczania szkód wyrządzonych przez pandemię.

PLN

W ubiegłym tygodniu polski złoty doświadczył wyraźnego osłabienia. W pierwszej części tygodnia słabość waluty można wyjaśnić pogorszeniem się sytuacji epidemicznej w kraju, gdzie ponownie zaczęto notować więcej nowych zakażeń. Ich 7-dniowa średnia krocząca obecnie zbliżyła się do 10 000. Warto jednak zaznaczyć, że dodatkowe obostrzenia ogłoszone w zeszłym tygodniu nie są znaczne ani nieoczekiwane, co w pewien sposób mogło uspokoić inwestorów. Pod koniec tygodnia złotemu, podobnie jak szerokiemu gronu walut rynków wschodzących, nie sprzyjało z kolei zamieszanie na amerykańskim rynku obligacji, którego konsekwencje przetoczyły się przez globalne rynki finansowe.

W tym tygodniu poznamy dość sporo danych z Polski, jednak swoją istotnością powinny one ustępować informacjom z frontu walki z wirusem. Oprócz tego w środę czeka nas posiedzenie decyzyjne RPP, które zyska na istotności ze względu na to, że przy jego okazji poznamy marcowe projekcje inflacji i PKB Działu Analiz Ekonomicznych NBP.

EUR

W tygodniu, w którym nie było za wielu nowych informacji poza zamętem na rynkach obligacji, euro było zaskakująco odporne. Jest całkiem prawdopodobne, że zostało użyte do finansowania transakcji typu carry trade, w ramach których inwestorzy posiadali krótkie pozycje w euro, kupując waluty nadal oferujące dodatnie stopy procentowe i wycofywali się z nich w obliczu ucieczki od ryzyka. Tego typu wycofywanie się może zapewniać wsparcie wspólnej europejskiej walucie.

W tym tygodniu uwaga skupi się na danych o inflacji. Nadal spodziewamy się, że dynamika cen na świecie będzie zaskakiwać in plus w związku z założeniem, że finanse konsumentów w dobrej kondycji i stłumiony popyt zderzają się z łańcuchami dostaw wciąż cierpiącymi z powodu utrudnień. Wtorkowe dane o inflacji w strefie euro nie powinny być wyjątkiem.

USD

Zeszłotygodniowe drugorzędne wieści ekonomiczne z USA kontynuowały trwający trend pozytywnych zaskoczeń w danych. Szczególnie wyraźnie w oczy rzucały się dobre dane o zamówieniach środków trwałych, będące oznaką, że gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa wykorzystują niezwykle sprzyjające warunki pieniężne i fiskalne. Nie widzimy powodu, aby zmieniać nasze bardzo optymistyczne prognozy dla gospodarki USA, zwłaszcza w obliczu ustępowania ostatniej fali COVID-19 w Ameryce i liczby szczepień przewyższającej tę w większości głównych krajów. Oczy wszystkich zwrócone są teraz ku piątkowemu raportowi non-farm payrolls, który powinien pokazać, że rynek pracy najgorsze ma już za sobą, a obecnie powstają na nim nowe miejsca zatrudnienia i spada bezrobocie.

GBP

Szterling opierał się zamętowi na rynku obligacji lepiej niż inne podobne waluty G10 z wyjątkiem euro i dolara amerykańskiego. Walutę cały czas wspiera to, że Wielka Brytania może pochwalić się najwyższą liczbą szczepień spośród głównych krajów. Co najmniej jedną dawkę szczepionki otrzymało ponad 20 milionów osób na Wyspach (ok. 30% populacji). Rozbudziło to nadzieje, że w Wielkiej Brytanii uda się rozluźnić lockdown szybciej niż w większości podobnych krajów, zwłaszcza tych w Europie. Harmonogram owego rozluźnienia, przedstawiony w poprzedni poniedziałek, jest ostrożny, niemniej dostarczył pewnych konkretów, jakże potrzebnych w takiej sytuacji.

Najważniejszą wiadomością w tym tygodniu będzie ogłoszenie rządowego budżetu w środę. W obecnych warunkach nawet drobne rozluźnienie polityki fiskalnej mogłoby mieć pozytywny wpływ na funta.

CHF

Frank szwajcarskich był w zeszłym tygodniu jedną z walut znajdujących się w centrum uwagi. Ucierpiał na skutek brutalnej wyprzedaży spowodowanej poprawą sentymentu do ryzyka w pierwszej połowie zeszłego tygodnia – jest to nietypowe, biorąc pod uwagę jego zwykłą stabilność. Para EUR/CHF w czwartek niemal osiągnęła poziom 1,11, co jest najwyższym kursem od połowy 2019 r., później jednak oddała część wcześniejszych zysków. To dobra wiadomość dla Szwajcarskiego Banku Narodowego, która może jeszcze bardziej ograniczyć potrzebę jego interwencji na rynku walutowym.

Zeszłotygodniowe dane o nowych zakażeniach koronawirusem nie różniły się znacznie od wcześniejszych. Jest to rozczarowujące, biorąc pod uwagę spadek liczby testów, jak i to, że w poprzednich tygodniach liczba nowych zakażeń systematycznie spadała. 7-dniowa średnia krocząca zgonów z tytułu COVID-19 nadal jednak kierowała się w dół.

Pozytywnie zaskoczyły za to dane ekonomiczne, w szczególności wzrost PKB w czwartym kwartale. Również bardziej aktualne odczyty są dość pozytywne – wyprzedzający indeks KOF odbił się znacznie po spadku w styczniu, co sugeruje prawdopodobną poprawę w sytuacji gospodarczej kraju w pierwszym kwartale.

Ten tydzień będzie szczególnie obfitować w dane ze Szwajcarii, wciąż skupiamy się jednak głównie na wieściach z zewnątrz, ponieważ dla waluty kluczowe okazują się zmiany sentymentu do ryzyka. Niemniej może być warto zwrócić uwagę na środowe dane dotyczące inflacji.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Zdrowie psychiczne Polaków – – jak po roku (nie)radzimy sobie z pandemią COVID-19?

Niemal 80% badanych, po blisko roku trwania pandemii, nadal doświadcza ataków paniki, które trudno im opanować, a 7 na 10 ankietowanych odczuwa więcej stresu, niż przed pandemią. Prawie 40% uczestników badania przyznaje, że czuje się psychicznie gorzej, niż wtedy, gdy pandemia dopiero się zaczęła. Na początku pandemii częściej sięgaliśmy po ruch, teraz po używki – robi to aż 7 na 10 ankietowanych. Mniej dbamy o siebie i czujemy się zmęczeni. W naszym życiu jest więcej irytacji, złości, gniewu, niż spokoju, optymizmu
i nadziei. Dominującymi stanami, które nam towarzyszą są lęk oraz stres.

Jak zmieniały się nasze emocje pod wpływem pandemii od momentu jej wybuchu, aż do teraz? W jakich obszarach jest gorzej, a w jakich lepiej? Na to pytanie odpowiada najnowszy raport Human Power.

Małgorzata Czernecka
Małgorzata Czernecka, psycholożka, ekspertka ds. wellbeing i zarządzania energią, CEO Human Power

– 2020 rok na zawsze zapisze się w naszej pamięci, jako rok bardzo dużej zmiany oraz ogromnej, kolektywnej mobilizacji. Nie było branży, obszaru biznesowego czy stanowiska pracy, które nie odczułoby zmiany w swoim sposobie działania. Niestety, bycie w zmianie bardzo dużo kosztuje, szczególnie jeśli ta trwa nieprzerwanie przez wiele miesięcy. W 2021 rok weszliśmy bardzo zmęczeni, zarówno na poziomie fizycznym, mentalnym, jak
i emocjonalnym. Wraz z zespołem Human Power postanowiliśmy sprawdzić, jak Polacy radzą sobie z pandemią. Wyniki dają do myślenia –
mówi Małgorzata Czernecka, psycholożka, ekspertka ds. wellbeing i zarządzania energią, CEO Human Power.

Strach ma wielkie oczy – problemy ze złością i lękiem

Blisko połowa ankietowanych (46,39%) obserwuje, że trudno im zapanować nad sobą, reagują w sposób niepodobny do nich. Częściej niż co druga badana osoba ma problem
z zastosowaniem jakiejkolwiek techniki radzenia sobie z trudnymi emocjami. 68% badanych po roku trwania pandemii uważa, że obecnie odczuwa więcej stresu (na początku pandemii przyznało to 57,6%). Niemal połowa badanych ma problemy z jakością snu (zasypianiem i częstym budzeniem się w nocy).

Jak można pomóc sobie w przejściu przez ten trudny czas?

Budowanie dobrostanu psychicznego nie może się odbyć bez uwzględnienia aspektu ciała,
w tym snu, ruchu oraz – co może wydawać się zaskakujące – odżywiania. Potwierdzają to najnowsze, światowe badania naukowe z ostatnich lat. Sam ruch jest czynnikiem niezwykle wzmacniającym i rozwijającym nasz układ nerwowy. Trudno znaleźć bardziej efektywny sposób na rozładowywanie napięcia, czy przyspieszanie regeneracji biologicznej niż aktywność fizyczna. W obecnej sytuacji siedzimy zbyt długo i ruszamy się naprawdę mało. Sztywne, napięte i słabo ukrwione ciało wzmacnia intensywność odczuwanych emocji, a co za tym idzie, łatwiej o impulsywne reakcje.
– komentuje Katarzyna Lorkowska, psycholożka, ekspertka ds. zarządzania energią Human Power.

Droga na skróty – sięganie po używki i leki uspokajające

Niepokojące są wyniki dotyczące stosowania środków uspokajających i sięgania po alkohol. Zarówno na początku pandemii, jak i obecnie, bardzo wysokie są odsetki badanych, którzy deklarowali, że posiłkują się nimi, żeby poradzić sobie z lękiem oraz niepokojem. Pod koniec roku 2020 po tego typu metody sięgało minimum 7 na 10 ankietowanych (na początku pandemii 87,4%, obecnie 74%). Co warto zaznaczyć, mimo lockdownu, na początku pandemii częściej sięgaliśmy po ruch, teraz natomiast chętniej sięgamy po używki. Jednym z niewielu pozytywnych aspektów jest to, że po roku trwania pandemii nieco wzrósł odsetek osób, które zaczęły stosować techniki oddechowe oraz relaksacyjne pozwalające na redukcję napięcia i stresu (wzrost z 23,7% do 29,9%).

Inwestowanie w programy Mental Health, webinary, oferowanie indywidualnych konsultacji z psychologiem, prowadzenie kampanii zwiększających świadomość znaczenia stosowania profilaktyki w higienie zdrowia psychicznego oraz szkolenia dla liderów
w obszarze mental health, to obecnie nie tylko dobra praktyka, a wręcz „must have” świadomych, samouczących się firm, które rozumieją sens bardzo aktualnego angielskiego powiedzenia „prevention is better than cure”, czyli lepiej zapobiegać, niż leczyć.

– podsumowuje Ewa Ambroziak, psycholog kliniczny i zdrowia, ekspertka ds. zdrowia psychicznego Human Power.

Informacja o badaniu

Badanie zostało przeprowadzone za pomocą metody CAWI w dwóch edycjach, tj. na początku pandemii (w II kwartale 2020 roku) i na koniec 2020 r. (IV kw.) Łącznie w badaniu wzięło udział 1389 osób.

Raport można pobrać na stronie: https://humanpower.pl/stresodporni-odpornosc-psychiczna-polskich-organizacji-2020/

Rekordowe zyski Grupy Ailleron

Grupa Ailleron zanotowała w 2020 r. rekordowe wyniki finansowe. Skonsolidowane przychody ze sprzedaży osiągnęły ponad 156 mln zł (+11 proc. r/r), EBITDA wzrosła o 91 proc. do 23,8 mln zł a zysk operacyjny wzrósł o 278 proc. do 15,5 mln zł. Skonsolidowany zysk netto osiągnął rekordowe 9,4 mln zł, a bez uwzględniania jednorazowego bezgotówkowego odpisu na transakcji sprzedaży udziałów w Hoteliga w 3Q2020 wyniósłby ok. 11 mln zł, czyli ponad 2100 proc. lepiej r/r.

– Rok 2020 zamykamy mocnym akcentem. Był on dla nas bardzo udany, choć trudny i pełen wyzwań, ze względu na pandemię. Lockdown przyśpieszył transformację cyfrową gospodarki i wymusił na wielu biznesach bardzo szybką adaptację do nowych warunków. To stworzyło dodatkowy popyt na nasze usługi i rozwiązania, które bardzo dobrze odpowiadają na obecne potrzeby rynku, gdzie zdalna obsługa klienta stała się normą. Dość szybko udało nam się dostosować do nowej rzeczywistości bez utraty produktywności czy jakości pracy, głownie z uwagi na fakt, że nasz biznes oparty jest na kompetencjach, wiedzy ludzi i jest w dość łatwy sposób możliwy do realizacji zdalnie. Z tego też względu nasze prognozy na ten rok i kolejne lata wyglądają obiecująco. Chcemy się nadal dynamicznie rozwijać, szybciej niż zakładają prognozy dla rynku IT, mówiące o średniorocznym wzroście o ok. 8 proc.  – powiedział Tomasz Król, członek zarządu Ailleron.

Tradycyjnie największy, bo aż 65-proc. udział w sprzedaży, miał w 2020 r. pion Enterprise Services odpowiedzialny głównie za usługi budowy, rozwoju i utrzymania systemów informatycznych dla branży finansowej i medycznej. Wygenerował on przeszło 17 mln zł wyniku operacyjnego. Pion FinTech skupiający m.in. produkty i usługi dla sektora finansowego oraz systemy wspomagające sprzedaż skomplikowanych produktów finansowych i leasingowych odpowiadał za 31 proc. przychodów, a obszar HotelTech za 2 proc.

Na poziome zysku operacyjnego (EBIT) na uwagę zasługuje FinTech, który  w okresie 12 miesięcy 2020 roku zdecydowanie poprawił swój wynik, osiągając w całym roku 2020 wynik dodatni na poziomie ok. 0,13 mln zł, tym samym  odrabiając stratę z zeszłego roku na poziomie 8,59 mln (poprawa r/r o ponad 8,7 mln zł) przy dynamice przychodów wynoszącej 26%.– W obszarze Enterprise Services zamierzamy rozwijać się organicznie jak i poprzez przejęcia.. Interesują nas podmioty, które będą nas uzupełniały pod kątem geograficznym, ewentualnie wzmacniały w sektorach, w których jesteśmy już mocni. W branży outsourcingu IT skala biznesu ma bowiem bardzo duże znaczenie. Wspólnie z Enterprise Investors, który po zamknięciu transakcji stanie się większościowym udziałowcem naszej spółki zależnej Software Mind, mamy możliwość przeznaczenia na akwizycje między 150 a 200 mln zł. Natomiast jeżeli chodzi o rozwój organiczny to zamierzamy kontynuować ekspansję zagraniczną,  na której osiągamy wyższe marże. – dodał Tomasz Król.

Na bazie trendu związanego z transformacją cyfrową pozyskane przez Ailleron środki ze sprzedaży części udziałów w Sotware Mind pozwolą Spółce na rozwój i realizację wdrażanej strategii w obszarze segmentu FinTech, w ramach zarówno obecnie istniejących linii produktowych jak również dzięki akwizycjom poszerzającym obecną ofertę firmy, zwłaszcza w obszarze zdalnych kanałów obsługi klientów.

Sprzedaż eksportowa Grupy Ailleron wzrosła r/r o 16 proc. do blisko 68 mln zł. Jest to konsekwencją rosnącego udziału biznesu Software Services, który jest w 100% biznesem exportowym, a także rosnącego udziału eksportu w takich produktach jak LB (Livebank), RBT (Ringback Tones) czy SOR (Steering of roaming).

– W 2021 roku głównym kierunkiem naszego rozwoju będzie zagranica, chcemy utrzymać trend wzrostu sprzedaży eksportowej. Wdrażamy nasze rozwiązania już w ponad 30 krajach na pięciu kontynentach. W tym roku chcemy mocniej postawić na ekspansję w krajach niemieckojęzycznych takich jak Niemcy, Austria czy Szwajcaria. Rozwijamy też działalność w Stanach Zjednoczonych, realizując bardzo ciekawe kontrakty i chcemy tam nadal zwiększać swój udział. – powiedział Tomasz Król.

Przedsiębiorcy będą deklarować do ZUS więcej wypadków

W ramach nowelizacji ustawy o ubezpieczeniu społecznym z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych (Dz. U. z 2021 r. poz. 1205 ze zm.) planowane są zmiany dotyczące tzw. wypadków zrównanych. W konsekwencji pracodawca będzie miał obowiązek zgłaszać ich liczbę w informacji ZUS IWA. Projekt nowelizacji jest obecnie na etapie konsultacji.

Zgodnie z art. 3 ust. 2 ustawy z dnia 30 października 2002 r. o ubezpieczeniu społecznym z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych, „wypadkiem na równi z wypadkiem przy pracy, w zakresie uprawnienia do świadczeń określonych w ustawie, jest wypadek, któremu pracownik uległ:

  • w czasie podróży służbowej w okolicznościach innych niż określone w ust. 1, chyba że wypadek spowodowany został postępowaniem pracownika, które nie pozostaje w związku z wykonywaniem powierzonych mu zadań,
  • podczas szkolenia w zakresie powszechnej samoobrony oraz
  • przy wykonywaniu zadań zleconych przez działające u pracodawcy organizacje związkowe”.

Planowane zmiany zakładają usunięcie z definicji wypadków zrównanych zapisu „w zakresie uprawnienia do świadczeń określonych w ustawie”, co rozwiąże liczne wątpliwości interpretacyjne. W odniesieniu do danych zgłaszanych przez płatników w informacji ZUS IWA oznacza to postawienie znaku równości pomiędzy wypadkiem przy pracy a wypadkiem zrównanym.

Więcej wypadków, wyższa składka wypadkowa

Dotychczas wypadek, któremu pracownik uległ podczas wyjazdu integracyjnego (np. zwichnął nogę) lub w podróży służbowej (np. złamał rękę w hotelu) traktowano na równi z wypadkiem przy pracy jedynie dla potrzeb uzyskania świadczeń z tytułu ubezpieczenia wypadkowego. Po wprowadzeniu planowanych zmian dla pracowników nic w tej kwestii się nie zmieni, natomiast mogą wzrosnąć koszty obowiązkowych ubezpieczeń społecznych po stronie pracodawcy. W praktyce będzie on teraz odpowiadał za skutki wypadków, na które sam nie miał wpływu.

Większa liczba wypadków przy pracy zadeklarowana w informacji ZUS IWA wpłynie na ponoszony przez pracodawcę koszt składki na ubezpieczenie wypadkowe. Wypadkowość stanowi jeden z głównych czynników determinujących wysokość zobowiązań z tego tytułu. Konstrukcja algorytmu do obliczania składki wypadkowej powoduje, że dane zadeklarowane w informacji ZUS IWA za jeden rok kalendarzowy wpływają na wysokość zobowiązań przez kolejne trzy lata składkowe. Obowiązek zgłaszania wypadków zrównanych przełoży się zatem na wzrost kosztów pracy ponoszonych w długiej perspektywie czasowej – komentuje Michał Wawrzynowski, ekspert ds. BHP w Obszarze kosztów pracy w Ayming Polska.

Spokojne zamknięcie tygodnia

Piątek nie zaskoczył inwestorów. Dane z Polski podobnie jak dane z USA potwierdzały obserwowane ostatnio na rynkach tendencje, stąd nie mieliśmy gwałtownych zmian kursów walut.

Polska gospodarka bez niespodzianek

Piątkowe dane na temat wzrostu PKB w Polsce nie były zaskoczeniem. Zgodnie z oczekiwaniami w ciągu roku w spadek wyniósł 2,8%. To dużo mniej niż w szczycie pandemii przewidywali analitycy. Z drugiej strony koszty uzyskania tego wyniku dla budżetu i kilku funduszy, z których rząd wydawał pieniądze, by nie pokazać ich w budżecie, były niespotykane. Po tych danych złotówka zyskiwała, jednak do końca dnia znowu powróciła w okolice 4,52 zł za euro.

Wydatki Amerykanów

W piątek poznaliśmy również dane na temat dochodów i wydatków Amerykanów. Dane te są istotne dla gospodarki, bo spadające zakupy prędzej, czy później przekładają się na problemy gospodarki. Z tego też powodu wzrost wydatków o 2,5% cieszy. Imponujący jest wzrost dochodów, ale 10% jest tutaj nie tyle realnym wzrostem, ile odbiciem po gwałtownych spadkach. Parametr ten tylko nieznacznie przekroczył zresztą oczekiwania analityków.

Kolejne dane zza oceanu

Również w piątek poznaliśmy dane z Uniwersytetu Michigan. Uczelnia ta publikuje bardzo ważny dla gospodarki miesięczny raport, w którym publikuje przede wszystkim swój indeks pokazujący, jakie są perspektywy przed gospodarką, ale również oczekiwania krótko i długoterminowej zmiany cen. Spodziewane jest wyraźne przyspieszenie inflacji, nawet powyżej 3%. Z kolei sam indeks zgodnie z oczekiwaniami po ostatnich słabszych danych wyraźnie spadł w lutym, co sugeruje, że perspektywa powrotu do tzw. normalności się wydłuża. Nie zmienia to faktu, że na fali dobrych danych z dochodów i wydatków Amerykanów dolar zakończył tydzień umocnieniem względem większości walut.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na odczyty wskaźników PMI dla głównych gospodarek światowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Kompaktowe mieszkania znowu w cenie. Preferowane typy mieszkań IV kw 2020

Kompaktowe mieszkania znowu w cenie. Nabywcy chcą więcej pokoi, ale maleje metraż minimalny jaki w danym typie mieszkania są w stanie zaakceptować.

Nie można sprzedać czegoś czego się nie zaoferowało. Stąd tylko o krok do wniosku, że gdyby liczba mieszkań trzy, cztero czy pięciopokojowych była w ofercie większa, być może większe byłoby nią zainteresowanie ze strony nabywców. Pandemia, która zamknęła Polaków na długie miesiące w domach, przekształcając je w biuro, salę lekcyjną, siłownię czy miejsce spotkań z najbliższymi, przypomniała wielu z nich o tym, że wprawdzie nasze M własne, ale czasem jednak za ciasne. Tymczasem od lat w ofercie deweloperów królują „dwójki”. Okazuje się jednak, że nie bez przyczyny.Preferowane typy mieszkań IV kw 2020

Z opublikowanego właśnie przez JLL raportu „Preferencje nabywców mieszkań – 2020 r.” wynika, że lokale dwupokojowe były najczęściej poszukiwanym typem mieszkań, i to nie tylko w ostatnim roku, a w całym okresie realizowanego od 2017 r. we współpracy z platformą obido.pl badania. Ponad 40% potencjalnych nabywców, których deklaracje przeanalizowali eksperci JLL, było zainteresowanych tego typu lokalem. Jest to o tyle ciekawe, że ok. 60% poszukujących mieszkania w tym serwisie stanowią rodziny z dziećmi oraz pary (na koniec IV kw. 2020 r. odpowiednio 31% i 30% aktywnych kont). Deklaracje dotyczące wyboru największych mieszkań tj. 5-pokojowych i większych, w całej historii badania nie przekroczyły 3%.

Poszukiwane „dwójki”, zgodnie z deklaracjami nabywców, powinny mieć średnio nie mniej niż ok. 36 mkw., przy czym ci, którzy szukają z myślą o późniejszym wynajmowaniu skłonni byli kupić nawet takie, które miały o ponad metr mniej. Poszukujące dwójek pary celowały natomiast raczej w metraże zbliżone do 38 mkw.. Rodziny wprawdzie od dwójek wolały lokale trzypokojowe, ale minimalny dopuszczany przez nie metraż tych mieszkań (53,5 mkw.) też można nazwać kompaktowym.

Czy Polaków stać na większe mieszkania?

Od 2017 r., w każdym z miast wzrosły deklarowane budżety osób poszukujących mieszkania do zakupu i nie może to dziwić, bo stanowi naturalną odpowiedź na rosnące ceny oferowanych przez deweloperów mieszkań. W 2020 r. największy wzrost przeciętnego budżetu przeznaczanego na zakup mieszkania zanotowano w Trójmieście (o 15%). W Warszawie nabywcy byli gotowi wydać o 11% więcej, a w Krakowie o 10%. Najmniejszy wzrost deklarowanej ceny maksymalnej zanotowano we Wrocławiu (o 5%).

Uspokojenie dynamiki wzrostu cen, które nastąpiło za sprawą pandemii sprawiło, że rozdźwięk pomiędzy wartością lokali oferowanych przez deweloperów, a możliwościami finansowymi nabywców na koniec 2020 r. istotnie się zmniejszył, a jedynym miastem, w którym średni budżet zakupu jest niższy niż cena zakupu przeciętnego mieszkania jest Warszawa. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy może być kurcząca się pula mieszkań oferowanych przez deweloperów i istotna przewaga popytu nad podażą w tym mieście, komentuje Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL.

Przeciętny budżet rodziny z dziećmi, chcącej na koniec 2020 r. kupić mieszkanie w Warszawie, wynosił 754 500 zł. Przy średniej cenie 1 mkw., która w grudniu wynosiła w stolicy 11 000 zł można było za tę kwotę kupić mieszkanie o metrażu 69 m2. Za średni deklarowany budżet wynoszący 621 500 zł rodziny poszukujące mieszkań w Krakowie mogły kupić już tylko 62 mkw. We Wrocławiu, gdzie za metr trzeba było zapłacić 8800 zł, możliwy do nabycia przez rodzinę metraż wynosił 63 mkw., a w Trójmieście, przy cenach ofertowych na poziomie 9900 zł/mkw., zaledwie 61 mkw.

W tej sytuacji nie dziwi niewielkie zainteresowanie największymi mieszkaniami. Trudno sobie wyobrazić wygodne czteropokojowe mieszkanie o powierzchni 61 czy 63 metrów. Polacy są dziś wprawdzie zamożniejsi niż kilka lat temu, a ceny mieszkań w porównaniu do przeciętnych zarobków stabilne, nie zmienia to jednak faktu, że duża część polskich rodzin wciąż mieszka w warunkach, które wg. Eurostatu można uznać za przeludnione, komentuje Aleksandra Gałabuda, Analityk w Zespole Badań Rynku Mieszkaniowego.

Zmiany nie tylko ze względu na pandemię

Dane opublikowane w raporcie pokazują, że zainteresowanie mieszkaniami o większej liczbie pomieszczeń wprawdzie powoli, ale rośnie, a zjawiska tego nie można wiązać wyłącznie z okolicznościami wywołanymi przez COVID-19.

Wśród czterech miast, dla których prowadzone są analizy, zdecydowanie najwięcej chętnych na duże mieszkania jest w Warszawie. Tam zresztą podobnie jak w Krakowie, zainteresowanie lokalami liczącymi cztery lub więcej pokoi podwoiło się w ciągu ostatnich 4 lat. Udział osób zainteresowanych ich zakupem na koniec 2020 r. wzrósł w porównaniu do I kw. 2017 r. z 9% do 18% w Warszawie i z 7% do 16% w Krakowie.

Patrząc na dane wyłącznie za ostatni rok, liczba osób poszukujących mieszkań składających się z czterech lub większej liczby pokoi wzrosła z 14% na koniec 2019 r. do 16% na koniec 2020 r.

Eksperci JLL podkreślają, że nabywcy, którzy zdecydowali się lub rozważają zakup mieszkania w celu poprawy warunków mieszkaniowych byli w ostatnich miesiącach 2020 r. i będą również w 2021 r. jedną z ważniejszych grup popytowych odpowiedzialnych za sprzedaż na rynku pierwotnym. Powinno to, w połączeniu ze spadkiem udziału w popycie zakupów pod wynajem, zaowocować dalszym zwiększaniem udziału w sprzedaży największych lokali.

Zmiana modelu pracy i nauki oraz widmo nawrotu okresów, w których będziemy spędzali w domach całe tygodnie zmieniły sposób w jaki wiele osób patrzy na własne mieszkania i ich najważniejsze cechy. Potrzeba posiadania dodatkowej autonomicznej przestrzeni do pracy jest tak silna, że nabywcy są w stanie na jej rzecz zwiększyć budżet czy zrezygnować z centralnych lokalizacji, komentuje Aleksandra Gałabuda, ekspertka JLL.

Więcej pokoi, ale na mniejszym metrażu

Potrzeba posiadania dodatkowej przestrzeni znalazła odbicie w dwóch zgoła przeciwstawnych zjawiskach. Zmalała minimalna oczekiwana powierzchnia mieszkań większych, a wzrosła minimalna powierzchnia lokali typu studio.

Zmiany te były widoczne przede wszystkim w deklaracjach rodzin i inwestorów. Te pierwsze częściej niż przed rokiem (wzrost o 3 p.p.) decydowały się na wybór mieszkań czteropokojowych ale minimalny metraż tych mieszkań był średnio o 2 mkw. mniejszy niż na koniec 2019 r. Inwestorzy z kolei przy deklaracjach dotyczących minimalnych metraży mieszkań typu studio i dwójek skłonni byli wybierać mieszkania o ok 1 mkw. większe.

Proces poszukiwania mieszkania trwa średnio 5-6 miesięcy i jest bardzo złożony. Nakładają się na niego preferencje kupujących z ich możliwościami budżetowymi. I choć każdy przypadek jest inny, to przekrojowe przyjrzenie się wielu ścieżkom zakupowym pozwala na odkrycie w nich prawidłowości i lepsze zrozumienie tego procesu, komentuje Marian Bruliński, wiceprezes i dyrektor marketingu obido.

Łódź pierwszym partnerem InPost w pakcie dla polskich miast

InPost zawarł z Miastem Łódź porozumienie w sprawie realizacji konceptu „Green City” w ramach którego InPost zaoferuje pakiet nowoczesnych usług. Ten pakt dla polskich miast pozwoli na znaczne ograniczenie emisji CO2 oraz ruchu samochodów w centrach miast. Jest to także realizacja idei zarządzania miastem opartym na założeniach „Smart City”. Mieszkańcy Łodzi wkrótce będą mieli dostęp m.in. do jeszcze szerszej sieci Paczkomatów® InPost – miasto udostępniło 70 nowych lokalizacji, a także do większego wachlarza usług miejskich – m.in. ładowarek do samochodów elektrycznych przy Paczkomatach®. W ramach porozumienia InPost będzie sukcesywnie zwiększał swoją flotę samochodów elektrycznych w Łodzi, tak aby uzyskać pełną zeroemisyjność uzgodnionym z miastem, gwarantowanym terminie.

„Wszyscy wiemy, jak katastrofalna jest jakość powierza zwłaszcza w dużych miastach. Jego poprawa to wymóg chwili obecnej, a nie odległej przyszłości. Dlatego zaproponowaliśmy miastu Łódź, aby było pierwszym w Polsce partnerem naszego programu ‘Green City’. Ma on znacznie ograniczyć emisję zanieczyszczeń wynikającą z rozwoju e-commerce – przez zmniejszenie emisji CO2 i ruchu samochodów w centrach miast, a także wprowadzenie samochodów elektrycznych w miejsce tych o napędzie spalinowym. Paczkomaty® InPost – jako najbardziej ekologiczna forma dostawy przesyłek, która znacząco, bo aż o 75% ogranicza emisję CO2 w porównaniu do tradycyjnych przesyłek kurierskich – od lat wpisują się w ten program. Teraz idziemy krok dalej – w ramach naszego programu wspomagamy także realizację idei ‘smart city’, czyli mobilnego dostępu do szeregu usług miejskich oraz budowę sieci ładowarek elektrycznych umiejscowionych przy Paczkomatach®. Łódź to pierwsze miasto z naszą nową ofertą, ale co ważne – każde miasto lub gmina w Polsce może przystąpić do naszego zielonego paktu i otrzymać pakiet eko razem z ustalonym terminem wymiany floty samochodów kurierskich obsługujących miasto na samochody elektryczne. Także polskie miasta rozumieją problem związany z zanieczyszczeniami środowiska – zainteresowanie projektem przeszło nasze oczekiwania, więc wkrótce planujemy kolejne wdrożenia. Dotychczas żadna firma kurierska na świecie nie zaproponowała podobnego rozwiązania. Środowisko to nasza wspólna odpowiedzialność – my zaczynamy od siebie” – podkreśla Rafał Brzoska, prezes InPost.

„Łódź jest liderem wśród polskich miast jeżeli chodzi o działania zwiększające komfort życia mieszkańców. Zdecydowaliśmy się na współpracę z InPost-em, jednym z liderów innowacyjności w Polsce, bo chcemy aby łodzianie mogli wygodnie odbierać swoje przesyłki jak najbliżej miejsca zamieszkania – bez konieczności dojeżdżania i stania w kolejkach. Obecnie jest to najbardziej ekologiczna z dostępnych form odbioru, a przy tym gwarantuje zmniejszenie natężenia ruchu w mieście i bezpieczeństwo związane z sytuacją epidemiczną. Stawiamy na niskoemisyjne dostawy do Paczkomatów® zamiast tradycyjnych dostaw kurierskich, bo są one wygodne dla łodzian i korzystne dla miasta. Poza tym, obok innych naszych działań proekologicznych, współpraca z InPost-em na pewno przyczyni się do dalszej poprawy stanu środowiska w Łodzi”powiedziała Hanna Zdanowska, prezydent miasta Łódź.

Kalkulator śladu węglowego wskazuje, że gdyby tradycyjne dostawy kurierem do domu były zastąpione dostawą do Paczkomatu®, redukcja emisji CO2 sięgnęłaby nawet 75%[1]. Dostarczenie paczki do maszyny InPost oznacza co najmniej 0,35 kg mniej emisji CO2 do atmosfery na każdą przesyłkę. Tym samym InPost jest najbardziej neutralnym dla środowiska dostawcą usług logistycznych.

W 2020 roku InPost wdrożył nową, rewolucyjną usługę nadawania przesyłek przez aplikację. Nadaje się je w Paczkomatach® InPost – do innego Paczkomatu® lub na wskazany adres domowy. Na paczce nie trzeba naklejać żadnych etykiet – wystarczy wygenerowany elektronicznie QR kod lub kod nadania w aplikacji. Za paczkę można zapłacić kodem BLIK. Kolejne możliwości płatności pojawią się w aplikacji w 2021 roku: karta płatnicza, szybkie przelewy Dotpay, Apple Pay, Google Pay. Status nadanej paczki można śledzić oczywiście w aplikacji, ale także na stronie inpost.pl w sekcji „Śledzenie paczki” oraz przez chatbota, wpisując 24 cyfrowy numer przesyłki. Dzięki aplikacji, przy jednym Paczkomacie® przesyłki może odbierać kilka osób jednocześnie, bez konieczności stania w kolejce. Aplikację InPost Mobile można pobrać ze sklepów Google Play, App Store i Huawei AppGallery. Aplikacja InPost Mobile ma już 5,7 mln aktywnych użytkowników.

Z InPost można skontaktować się także za pomocą Google Asystenta. Rozmowę zaczyna się od wywołania bota o nazwie ChatBot Mat frazą „Porozmawiaj z InPost”. Klienci mogą zapytać m.in. o status przesyłki, najbliższy Paczkomat®, a także nowość – numer do kuriera. Ten sam Bot jest dostępny także na Messengerze, wraz ze wszystkimi swoimi funkcjonalnościami.

InPost wprowadził też usługę „Paczka w Weekend” – z uwagi na rosnące zapotrzebowanie na usługi paczkomatowe. Umożliwia ona dostawy do Paczkomatów® także w soboty i niedziele – koszt usługi to 4,99 zł brutto. W ramach „Paczki w weekend” przesyłki są dostarczane do klientów w weekend, jeśli nadanie (czyli przekazanie paczki do Paczkomatu® lub POP albo złożenie zlecenia na odbiór przez kuriera), nastąpi do soboty do godziny 13:00.

Liczba Paczkomatów® (11.000 urządzeń w Polsce) ponad dwukrotnie przekroczyła skalę placówek własnych Poczty Polskiej (4600[2]). Paczkomaty® InPost dostępne są w Polsce także przy sklepach: Dino, Lidl, Kaufland, sieci sklepów Delikatesy Centrum organizowanych przez Grupę Eurocash, a także w Centrach Handlowych Auchan. InPost podpisał również umowę z siecią sklepów Auchan na dostawę Lodówkomatów. Funkcjonalności maszyn lodówkowych InPost pozwalają na bezpieczne przechowanie i odbiór żywności, napojów oraz mrożonek zamówionych przez Internet w Auchan Direct. Według badań Kantar TNS aż 40% kupujących w sieci chce odbierać zakupy spożywcze w Paczkomatach® InPost.

Ponadto InPost – odpowiadając na zapotrzebowanie rynku – uruchomił Paczkomaty® InDoor, przeznaczone specjalnie do instalacji wewnątrz budynków. Dzięki Paczkomatom® InDoor właściciele nieruchomości zapewniają swoim mieszkańcom i najemcom najkorzystniejszą i najpopularniejszą opcję odbioru zakupów. Jednocześnie przyciągają okolicznych mieszkańców do danej lokalizacji – co pozwala generować dodatkowe zyski sklepom i punktom usługowym.

Według raportu Gemius[3] Paczkomaty® są najczęściej wybieraną formą dostawy – wyprzedziły kurierów. Taki typ dostawy towaru preferuje aż 61% kupujących w Internecie. Oznacza to wzrost popularności usługi wśród internatów aż o 9 punktów procentowych w porównaniu do wyników raportu za 2019 rok. Po raz pierwszy w historii Paczkomaty® pobiły w popularności dostawy kurierem, które wybiera 55% badanych – jest to pierwszy tego typu wynik na świecie. Ponadto, aż 68% badanych deklaruje, że możliwość odbioru zakupów przez urządzenia InPost motywują ich do zakupów w konkretnym sklepie internetowym – jest to wzrost o 7 punktów procentowych więcej z roku na rok.

InPost od 2019 roku jest liderem w wynajmie powierzchni magazynowych w Polsce. W 2019 roku firma wynajęła łącznie 107 950 m² – to 4% całkowitego popytu netto w kraju[4]. InPost był także liderem w branży KEP w zakresie powierzchni oddanej do użytku w 2019 r – w sumie 57 863 m² – wyprzedzając tym samym na podium DHL oraz Pocztę Polską. Lokalizacje uruchomione przez InPost w 2019 roku pozycjonują spółkę w Top 3 najbardziej aktywnych podmiotów e-commerce na rynku logistyki magazynowej – InPost ustępuje pod tym względem jedynie Amazon i Zalando, globalnym gigantom e-sprzedaży.

InPost inwestuje także w ekologiczny transport. Firma rozszerzyła swoją flotę samochodów elektrycznych o 40 nowych Nissanów e-NV200 XL Voltia i zapowiada zakup kolejnych. Samochody zapewniają zasięg do 200 km w mieście, 8m³ przestrzeni ładunkowej oraz ładowność 580 kg.

InPost wprowadza systematycznie nowe usługi – w 2020 roku uruchomił specjalistyczne Paczkomaty® Urząd 24, które przekazał na potrzeby urzędów, m.in. w Toruniu, Gorzowie Wielkopolskim, Gdyni, Krakowie, Kaliszu, Słubicach, Dąbrowie Górniczej, Poświętnem, Izabelinie, Nowym Targu, Wolsztynie, Chojnicach, Pruszkowie, Brodnicy, Gorzowie Wielkopolskim, Wołominie, Koszalinie i Lubaniu. Pozwalają one mieszkańcom załatwiać sprawy urzędowe bez potrzeby wchodzenia do budynku i bezpośredniego kontaktu z urzędnikami. Planowane są kolejne instalacje maszyn przy urzędach w całej Polsce – InPost prowadzi rozmowy z kilkudziesięcioma kolejnymi miastami.

InPost wprowadził także usługę logistyczną InPost Fullfilment, dedykowaną klientom biznesowym. Firma udostępnia infrastrukturę oraz know-how i wspiera klientów na każdym etapie procesów magazynowych. InPost jako partner logistyczny oferuje najwyższą jakość usług i automatyzację całego procesu logistycznego w oparciu o własne doświadczenie. Dzięki usłudze InPost Fulfillment przedsiębiorcy e-commerce mogą się skupić na rozwoju własnego biznesu i nie martwić się o kwestie związane z zapleczem magazynowym, pakowaniem towaru i wysyłką.

[1] Źródło: Kalkulator śladu węglowego InPost B2B, dane własne InPost

[2] Źródło: https://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/1401760,zarzad-poczty-o-podwyzkach-dla-listonoszy.html

[3] Gemius dla e-Commerce Polska, E-commerce w Polsce 2020, N=1544, marzec 2020

[4] Źródło: Cresa Polska, Industrial Research Forum (IRF)

Zmieniający się charakter podnajmów

Skala podnajmów rośnie w bardzo szybkim tempie. Praca zdalna przyczyniła się do opustoszenia biur większości firm, co z kolei zachęciło pracodawców do przyjrzenia się strategiom dla ich nieruchomości. Rynek biurowy oczekiwał, że zmiany wywołane pandemią będą raczej krótkoterminowe, ale coraz wyraźniej widać, że wielu pracodawców rozważa wdrożenie rozwiązań ograniczających obecność pracowników w ich biurach długoterminowo.

Rynek podnajmu

Podnajem powierzchni przed pandemią był zjawiskiem marginalnym. Od marca 2020 roku obserwowaliśmy jednak jego szybkie tempo wzrostu, czego bezpośrednią przyczyną było przejście w tryb pracy zdalnej dużej części firm. Na koniec II kw. 2020 roku w Warszawie zidentyfikowano ok. 60.000 m2 powierzchni biurowej oferowanej jako podnajem. Wliczając to do powierzchni niezajętej przez najemców (czyli do ok. 448.000 m2) oznacza, że 9% istniejącej powierzchni biurowej było oferowane na rynku. Na koniec roku 2020 roku, na stołecznym rynku oferta podnajmu obejmowała już ok. 120.000 m2 biur gotowych do wynajęcia od zaraz.

Zmieniające się środowisko pracy

W połowie roku 2020 roku przeprowadziliśmy ankietę, w której udział wzięło 225 firm. Według jej wyników niemal 60% respondentów było przekonanych, że niezbędna będzie w ich przypadku nowa strategia dotycząca miejsca pracy. Połowa ankietowanych wskazała, że potrzebuje więcej miejsca do współpracy, jednocześnie przewidując, że obłożenie biura będzie mniejsze. Z kolei 41% ankietowanych rozważało włączenie powierzchni elastycznych, tj. biur serwisowanych lub coworkingowych do swojej strategii dotyczącej powierzchni biurowej. Wynika to z opinii ich  pracowników, którzy chcieliby po pandemii utrzymać możliwość łączenia pracy zdalnej z pracą w biurze, z uwagi na aspekty społeczne, takie jak współpraca, czy poczucie bycia częścią zespołu.. Analizując preferencje pracowników, model wyłącznie pracy zdalnej nie jest zrównoważonym rozwiązaniem dla długoterminowych celów biznesowych związanych z kulturą firmy, szkoleniami, rozwojem czy innowacjami. W rezultacie wiele firm, nawet jeśli decyduje się na redukcję wynajmowanej powierzchni biurowej, analizuje nowe modele pracy przy założeniu utrzymania powierzchni biurowej, aby zaoferować pracownikom możliwość korzystania z biura. Proces rewizji strategii nieruchomości cały czas trwa, dlatego nie możemy teraz jednoznacznie ocenić ostatecznego rezultatu. Podnajem jest jedynym możliwym rozwiązaniem bez ponoszenia strat finansowych w trakcie trwania umowy najmu, ale może się spodziewać, że za kilka, kilkanaście miesięcy podnajmowane teraz powierzchnie trafią na rynek podnosząc zapewne współczynnik pustostanów.

Struktura podnajmów

W ofercie podnajmu widzimy coraz więcej powierzchni dużych, przekraczających 2-3 tys. m2. Jest to istotna zmiana, ponieważ jeszcze kilka miesięcy temu większość ofert stanowiły powierzchnie mniejsze, nieprzekraczające 500 m2. Coraz więcej firm dochodzi do wniosku, że praca zdalna, bez względu na jej model, umożliwia wprowadzenie cięć finansowych, a jednym z takim sposobów jest podnajem części obecnie zajmowanej powierzchni biurowej. Oprócz zwiększenia wielkości powierzchni udostępnianej w formule podnajmu przez poszczególne firmy, zmieniły się również terminy oferowanych podnajmów, które teraz osiągają nawet 60 miesięcy. Firmy, które decydują się na odstąpienie zajmowanej przez siebie powierzchni na tak długi termin jednoznacznie sygnalizują rynkowi, że to nie jest rozwiązanie krótkoterminowe.

Karol Grejbus, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, Knight Frank

Przyszłość magazynów w jasnych barwach

WARSZAWA, 1 marca 2021 – Wiele branż boleśnie odczuwa skutki, trwającej już blisko rok, pandemii COVID-19. Sektor magazynowo-przemysłowy jako jeden z nielicznych odnotował przez ten czas znaczące wzrosty. Według szacunków Colliers w 2020 r. popyt na powierzchnie magazynowe, w porównaniu do poprzedniego roku i w zależności od rynku lokalnego, wzrósł w Polsce o 20-30%. Nie jest to jednak wyłącznie skutek pandemii. Od wielu lat prognozy zwiastowały silny rozwój tego sektora.

Chętni na ekspansję

W kilku branżach obserwujemy trend zwiększania liczby mkw. już wynajmowanej przestrzeni magazynowej. Jedną z takich branż jest handel. Doświadczenie ostatnich kilku miesięcy sprawiło, że sieci handlowe zauważyły potrzebę robienia większych zapasów niż w ostatnich latach – ilość towaru przechowywanego w magazynach i gotowego do dystrybucji wzrosła blisko dwukrotnie. Intensywnie rozwija się również branża produkcyjna, m.in. automotive. Wiele firm z tego sektora jest obecnie zainteresowanych wynajęciem powierzchni produkcyjnych do dostarczania komponentów do nowej fabryki Tesli pod Berlinem. Trzecią branżą, rozszerzającą portfel wynajmowanej powierzchni magazynowej, jest szeroko pojęta branża budowlana oraz mebli i artykułów wyposażenia domowego. Z powodu wielu ograniczeń w dostępie do usług i rozrywek, Polacy w trakcie pandemii zajęli się remontami swoich mieszkań i drobnymi naprawami w domach, co przyczyniło się do wzrostu popytu na materiały budowlane i artykuły wnętrzarskie.

Potencjał magazynów zauważyli również inwestorzy spoza rynku magazynowego. Obserwujemy wśród nich wzmożone zainteresowanie rozszerzeniem działalności o ten sektor.

Oczywiście, są także branże działające na rynku magazynowym, które odczuły negatywne skutki pandemii. Są to głównie firmy uzależnione od sektora usług, np. zaopatrujące sektor HoReCa. Zauważamy jednak, że nawet ci najemcy, dosyć szybko adaptują się do nowej sytuacji i również inwestują w powierzchnie magazynowe, szukając oszczędności w logistyce. Dodatkowe koszty związane z tworzeniem nowych centrów logistycznych, czy oddziałów, w efekcie przynoszą im oszczędności. Możemy zatem przewidywać, że również te branże wygenerują ostatecznie nowy popyt na powierzchnie magazynowe.

„Nearshoring” i logistyka ostatniej mili

Innym trendem, który w 2021 r. będzie kształtował rynek magazynowy, jest tzw. „nearshoring”. Firmy zorientowały się, że lokalizacja centrów produkcyjnych głównie w rejonach Azji, w sytuacji takiej, jaką mamy obecnie, skutkuje zaburzeniem płynności dostaw. Coraz więcej przedsiębiorstw decyduje się na przeniesienie produkcji bliżej rynku sprzedaży, czyli do Europy.

Intensywny rozwój rynku magazynowego w granicach aglomeracji warszawskiej, w której obecnie powstaje dwukrotnie więcej nowej powierzchni niż jeszcze rok temu, pokazuje, że na znaczeniu zyskuje logistyka tzw. ostatniej mili, czyli magazyny miejskie obsługujące e-commerce. Przewidujemy, że to właśnie ona będzie przez najbliższe lata kształtować rynek powierzchni magazynowych.

Prognozy i wyzwania na 2021 r.

W 2020 r. wynajęto blisko 5,4 miliona mkw. magazynów, co stanowi rekord w historii polskiego rynku magazynowego. Możemy prognozować, że rynek nie zwolni również w 2021 r., biorąc pod uwagę liczbę transakcji przewidzianych na zamknięcie w pierwszej połowie br.

Wyzwanie mogą stanowić natomiast procedury administracyjne – wstrzymana praca urzędów czy kwestie związane z odbiorami powierzchni, mogą wywoływać wątpliwości i niepewność wśród inwestorów, co do ukończenia inwestycji w założonym terminie. Popyt na magazyny jest obecnie bardzo duży, a obiektów udostępniających duże powierzchnie rzędu 20-40 tys. mkw. zaczyna powoli brakować. Może to skutkować tym, że najemcy, którzy będą potrzebowali szybko wynająć dodatkową przestrzeń, będą musieli na nią poczekać. Taka sytuacja zapewni przewagę firmom, które zdążyły się na tę okoliczność wcześniej przygotować. Wyzwaniem na 2021 r. będzie więc dostarczenie na rynek dodatkowej powierzchni magazynowej.

Komentarz Jana Barbasiewicza, partnera w Dziale Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych Colliers

Boom na mniejsze powierzchnie biurowe w prestiżowych lokalizacjach

Od ponad roku obserwujemy wśród mniejszych firm rosnące zainteresowanie najmem powierzchni biurowej w realizowanych przez nas nowych, warszawskich projektach biurowych. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się SKYSAWA zlokalizowana w jednym w najznakomitszych punktów Centralnego Obszaru Biznesu, tuż przy Rondzie ONZ. Otrzymujemy zdecydowanie więcej zapytań od mniejszych klientów, którzy myślą o wynajmie biura w prestiżowej lokalizacji, ale ich zapotrzebowanie na powierzchnię oscyluje w zakresie 200-300 mkw. Liczba tych zapytań stała się dla nas impulsem, by jeszcze raz przyjrzeć się projektowi, który obecnie jest na półmetku realizacji i znaleźć odpowiedź na to zapotrzebowanie.

Wysokie piętro wieżowe dla dwóch najemców

Po wnikliwej analizie możliwych rozwiązań zdecydowaliśmy się przeprojektować najwyższe kondygnacje SKYSAWA, tak by Ci najbardziej wymagający klienci, poszukujący mniejszych, ale prestiżowych przestrzeni znaleźli je właśnie w naszej inwestycji. Wieża SKYSAWA będzie liczyć ponad 155 metrów wysokości, a całkowita powierzchnia piętra na najwyższych kondygnacjach, między 27. a 37. piętrem to ok. 500 mkw. Tak niewielka powierzchnia piętra wieżowego od początku mocno wyróżnia SKYSAWA na tle innych nowopowstających biurowców w Warszawie. Teraz wyróżnimy się jeszcze mocniej, ponieważ dzięki ostatnim zmianom w projekcie, polegającym na zoptymalizowaniu układu części wspólnych na 11 najwyższych piętrach, zyskaliśmy dodatkowe kilkaset metrów kwadratowych powierzchni biurowej. Wprowadzone modyfikacje pozwalają nam lepiej dostosować wielkość biur do potrzeb konkretnych klientów i gdy zajdzie taka potrzeba, swobodnie dzielić najwyższe piętra SKYSAWA na dwóch najemców. Ponadto nowy układ pięter pozwala klientom na aranżację przestrzeni w sposób wykorzystujący potencjał funkcjonalny każdego metra kwadratowego.

Spektrum różnych możliwości

Równocześnie w ofercie powierzchni biurowych SKYSAWA mamy też przestrzenie dla klientów, którzy szukają dużych metraży. Mogą oni wynająć w SKYSAWA piętra o wielkości prawie 3 tys. mkw. GLA. Jest to możliwe dzięki przewidzianej przez inwestora opcji łączenia w poziomie dwóch kondygnacji  SKYSAWA. Dotyczy to pięter od 2 do 4 z osiągalnym metrażem od 2400 m kw. do prawie 3000 m kw., jak również pięter 5-8, które po połączeniu dają powierzchnię ponad 1700 mkw. Natomiast część budynku zaczynająca się od 10 piętra a kończąca się na 15 piętrze to ok. 750 mkw. powierzchni brutto na każdym piętrze. Tak duża różnorodność dostępnych metraży w SKYSAWA, daje nam możliwość sprostania wymaganiom szerokiemu spektrum klientów.

Komentarz Adriana Bojczuka, Dyrektora Zarządzającego Obszarem Najmu i Nieruchomości PHN S.A.

Piotr Soleniec nowym członkiem zarządu Cloud Technologies

Od 1 marca nowym Członkiem Zarządu Cloud Technologies został Piotr Soleniec. To doświadczony dyrektor finansowy, który jest związany ze spółką i grupą kapitałową Cloud Technologies od ponad 4 lat.

Przed dołączeniem do Cloud Technologies, Piotr Soleniec przez blisko 5 lat pracował w funduszu inwestycyjnym ICENTIS Capital, zajmując się akwizycjami oraz nadzorem nad spółkami portfelowymi. Pełnił również rolę doradcy Zarządu w Sygnity, gdzie m.in. zajmował się przygotowaniem długoterminowej strategii rozwoju oraz akwizycjami. Wcześniej przez 6 lat pracował w spółce Central Europe Trust – Polska, gdzie zajmował się procesami M&A, IPO oraz doradztwem strategicznym. Posiada kwalifikacje ACCA.

Dzięki szerokiemu doświadczeniu na styku finansów, biznesu i inwestycji, zyskał ogromne doświadczenie w zarządzaniu finansami dużych organizacji, modelowaniu finansowym i wycenie spółek.

– Jestem dumny, że mam okazję dołączyć do Zarządu tak dynamicznie rozwijającej się organizacji, w której pracuję przez ostatnie 4 lata. Nasz produkt, autorskie technologie i unikatowy model biznesowy pokazują kierunek, w jakim zmierzają globalne firmy z branży big data. Cieszę się że jako Członek Zarządu będę miał możliwość współtworzenia przyszłości tak innowacyjnej grupy kapitałowej, komentuje Piotr Soleniec, Group CFO i nowy Członek Zarządu Cloud Technologies.

Zgodnie ze strategią rozwoju, firma konsekwentnie wzmacnia swój potencjał w kluczowych obszarach, czyli w segmencie zbioru anonimowych danych o internautach i rozwiązań  do monetyzacji tych informacji. Spółka będzie dalej rozbudowywać międzynarodową sieć dystrybucyjną i rozważa selektywne akwizycje w segmencie dystrybucji danych, przede wszystkim na rynkach zagranicznych. Rozwija też swoją platformę DSP – wykorzystywaną w reklamie online do zakupu powierzchni reklamowej oraz technologię DMP, umożliwiającą gromadzenie i przetwarzanie cyfrowych informacji. Pracuje również nad rozszerzeniem portfolio o nowe produkty, odpowiadające na potrzeby szybko rosnącego rynku reklamy internetowej.

Marcin Klammer nowym prezesem zarządu HB Reavis w Polsce

HB Reavis, międzynarodowa firma specjalizująca się w tworzeniu przestrzeni pracy, powołała Marcina Klammera na stanowisko prezesa zarządu swojego polskiego oddziału.

Marcin Klammer dołączy do HB Reavis w maju tego roku. Jego międzynarodowe doświadczenie w roli lidera firm działających w branży nieruchomości i architektury stanowi cenne wsparcie dla kompetencji HB Reavis i pomoże w realizacji planów rozwoju na polskim rynku.

Marcin Klammer pełnił do tej pory funkcję dyrektora ds. rozwoju w Unibail Rodamco Westfield. Wcześniej był prezesem zarządu BNP Paribas Real Estate w Europie Środkowo-Wschodniej. Przez wiele lat zarządzał firmą Arcadis oraz był w niej dyrektorem jednego z kluczowych sektorów rynku na całą Europę.

Do zadań Marcina Klammera w nowej roli należeć będzie nadzór nad dokończeniem budowy flagowych inwestycji HB Reavis w Warszawie – wieżowca Varso Tower oraz kampusu biurowego Forest, jak również poszukiwaniem okazji do realizacji nowych projektów. W ramach ścisłego kierownictwa polskiego oddziału, Marcin Klammer będzie współpracował z członkami zarządu: Sebastianem Prociem, odpowiedzialnym za akwizycje i działalność deweloperską, Karolem Wyką, nadzorującym procesy wynajmu oraz Maciejem Olczykiem sprawującym pieczę nad budowlanym ramieniem HB Reavis.

Obecny prezes HB Reavis Poland, Peter Pecnik, pozostaje w strukturach Grupy HB Reavis jako jej dyrektor finansowy i wykonawczy odpowiedzialny m.in. za ogólny nadzór nad obecnością firmy w Polsce. W dotychczasowej roli, przez ponad dwa lata z powodzeniem bezpośrednio nadzorował aktywność deweloperską w Warszawie, procesy dezinwestycyjne (w tym sprzedaż biurowca Postępu 14 za ok. 87 mln euro) oraz rozwój usług dla klientów w ramach strategii workspace-as-a-service. Za jego kadencji zakończyła się realizacja budynków Varso 1 i 2 (ponad połowa powierzchni wielofunkcyjnego kompleksu Varso Place), które zostały oddane do użytku w blisko 100% wynajęte, a konstrukcja Varso Tower osiągnęła docelową wysokość. Zgodnie z planem postępuje też budowa i pozyskiwanie najemców kampusu biurowego Forest, którego pierwsza część będzie gotowa w najbliższych tygodniach.

2020 rekordowym rokiem dla ETF-ów z GPW

  • Coraz większym zainteresowaniem inwestorów cieszą się fundusze ETF
  • W 2020 roku ETF-y notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) zanotowały rekordową wartość obrotów
  • Łączny obrót ETF-ami wzrósł o 339,4% rdr do 768,2 mln zł
  • Od lutego 2021 r. na GPW notowany jest ETF na indeks Nasdaq-100 – pierwszy polski fundusz inwestycyjny typu ETF na zagraniczny indeks
  • W dniach 2-4 marca 2021 r. odbędzie się konferencja poświęcona inwestowaniu pasywnemu Warsaw Passive Investment Conference

Inwestowanie pasywne zyskuje coraz większe grono zwolenników na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW). Dla ETF-ów notowanych na warszawskim parkiecie 2020 rok był rokiem rekordowym. Łączna wartość obrotów na tych instrumentach wyniosła w 2020 roku 768,2 mln zł – niemal 3,5 razy więcej niż w 2019 roku. Natomiast liczba zawartych transakcji – 118 tys. – była w minionym roku niewiele mniejsza niż suma transakcji z poprzednich 10 lat.

Od lutego 2021 r. na GPW notowany jest ETF na indeks Nasdaq-100: – Jest to pierwszy polski fundusz inwestycyjny tego typu, który replikuje indeks zagraniczny. Indeks Nasdaq-100 skupia 100 największych amerykańskich spółek z branży technologicznej notowanych na giełdzie Nasdaq w USA. Nowością w tym instrumencie jest wbudowane zabezpieczenie ryzyka kursowego. Oznacza to, że jeżeli kurs złotego do dolara amerykańskiego się zmieni, to nie wpłynie na wartość inwestycji – podkreśla Izabela Olszewska, Członek Zarządu GPW w cotygodniowym „Wideokomentarzu GPW” zamieszczonym na oficjalnym kanale Giełdy w mediach społecznościowych.

Na GPW obecnie notowanych jest osiem ETF-ów, w najbliższym roku GPW spodziewa się poszerzenia oferty tych instrumentów. – Tytuły uczestnictwa funduszy typu ETF notowane są jak akcje – można je kupić i sprzedać na warszawskim parkiecie. Obrót tymi instrumentami wspomagany jest przez animatora rynku. Fundusze ETF precyzyjnie replikują zmiany indeksu, na którym się opierają – dlatego też inwestowanie poprzez fundusze ETF nazywane jest inwestowaniem pasywnym – tłumaczy Izabela Olszewska.

Inwestowaniu pasywnemu poświęcona będzie organizowana już po raz drugi konferencja Warsaw Passive Investment Conference, która potrwa od 2-4 marca 2021 r. W tym roku, ze względu na pandemię koronawirusa, będzie mieć formułę zdalną.  – Podczas paneli dyskusyjnych oraz prezentacji uznanych ekspertów, polskich i zagranicznych, będziemy pokazywać jakie są walory inwestowania pasywnego dla grup inwestorów o różnym poziomie akceptowanego ryzyka – zapowiada Izabela Olszewska, Członek Zarządu GPW.

Powrót nerwowości i cofnięcie w stronę dolara

Spadki rentowności obligacji USA na koniec handlu w piątek stworzyły wrażenie uspokojenia, co pomogło w przywróceniu klasycznego handlu risk-on. W poniedziałek rosną akcje, ryzykowne waluty i ropa naftowa. Ale podłoże pod inwestorami wciąż jest chwiejne.

Za nami szalony tydzień z silnymi ruchami na rynku długu. Inwestorzy są zaniepokojeni, że przyspieszenie globalnego ożywienia prowadzi do wyższej inflacji, co będzie skutkować zaostrzeniem polityki pieniężnej, głównie (ale nie tylko) ze strony Fed. Na łamach tego Komentarza dowodziłem, że wyższe rentowności nie muszą wcale zwiastować rychłego zwrotu w polityce monetarnej, a wzrost oprocentowania może iść w parze z hossą ryzykownych aktywów, o ile zmiany na rynku długu są miarowe. Jednak jeśli tempo będzie skokowe, będzie to wywoływać nerwowość wśród inwestorów, skutkując podwyższoną zmiennością szerszego spektrum aktywów. Dalej oczekuję, że wahania cen obligacji są zjawiskiem przejściowym i wkrótce powrócą warunki przyjazne dla ryzykownych aktywów, nawet jeśli oznacza to wyższe rentowności. Inwestorzy muszą się jednak przyzwyczaić do nowej sytuacji i stać się bardziej obojętni na to, co dzieje się z rentownościami.

W międzyczasie pomocne (lub nie) w stabilizacji nastojów będą wypowiedzi i działania banków centralnych. Do ofensywy przeszedł już Bank Rezerwy Australii, który podwoił planowany na dziś zakup obligacji skarbowych w ramach kontroli krzywej dochodowości. Przed weekendem odważniej o sytuacji na rynku długu wypowiadali się Lane i Schnabel z EBC, sygnalizując „wsparcie”, jeśli rentowności będą szkodzić ożywieniu. Ale wszyscy na rynkach chcą znać stanowisko Fed, gdyż to rynek długu USA jest epicentrum „kryzysu”. W ubiegłym tygodniu członkowie Fed z prezesem Powellem na czele zapewniali, że wzrosty rentowności nie są problemem i świadczą o poprawiającej się kondycji gospodarki. Teraz wygląda na to, że taki przekaz nie wystarcza i Fed będzie musiał zmienić język, by zakotwiczyć oczekiwania dotyczące stóp procentowych. Dziś uwaga skupi się na komentarzach Williamsa, Brainard oraz Bostica, Mester i Kashkariego. W czwartek przemawiać będzie prezes Powell.

Pomimo odbicia ryzykownych walut w nocy, start europejskiej części sesji przenosi powrót nerwowości i cofnięcie w stronę dolara. EUR/USD oddala się do 1,21, a GBP/USD zaprzestał ataku na 1,40. EUR/PLN zaczyna nowy miesiąc ponad 4,51, a złoty zdany jest na wahania nastrojów na rynkach zewnętrznych. Tak długo, jak wątpliwości będą krążyć wokół znaczenia wzrostu rentowności USA i stanowiska Fed, tak długo panować będzie rezerwa względem aktywów rynków wschodzących. Mimo to zmienność na rynku złotego jest dość niska w porównaniu z huśtawką na głównych rynkach, co sugeruje pozytywne postrzeganie waluty. Fundamenty bez wątpienia przemawiają za złotym, o czym dziś rano przypomniał silny wzrost indeksu PMI dla przemysłu (53,4).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dane MS: Sądy coraz rzadziej skazują za niepłacenie alimentów. Spadek jest na poziomie ponad 40%

Do połowy ub.r. sądy pierwszej instancji skazały ponad 13 tys. osób za uchylanie się od obowiązku alimentacyjnego. To o niemal 43% mniej niż w analogicznym okresie roku wcześniejszego. Ministerstwo Sprawiedliwości przekonuje, że skończono z łagodnym traktowaniem osób unikających płacenia alimentów na swoje dzieci. Jednocześnie z danych resortu wynika, że znacznie wzrosła ściągalność tych zobowiązań do państwowego Funduszu Alimentacyjnego. Obawa przed prokuratorem sprawia, że alimenciarze o wiele częściej decydują się regulować tego typu zobowiązania.

Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości za okres od stycznia do czerwca ubiegłego roku wynika, że 13 316 osób zostało skazanych w pierwszej instancji sądów powszechnych za uchylanie się od obowiązku alimentacyjnego. Natomiast w pierwszej połowie roku wcześniejszego było ich 23 260, a w statystykach za cały 2019 rok widzimy – 47 001. Dla porównania, w 2016 roku skazano 8 499 osób, a rok później – 8 654. Natomiast 3 lata temu liczba ta wyniosła 45 104.

– Ministerstwo przywiązuje wielką wagę do sprawy ściągalności alimentów. Skończyliśmy z łagodnym traktowaniem osób, które unikają płacenia na swoje dzieci. Wprowadziliśmy jasne zasady. Każdego, kto zalega na kwotę równą lub przewyższającą trzymiesięczne zobowiązanie, może spotkać kara od grzywny do roku więzienia. I to przyniosło spore efekty – komentuje Agnieszka Borowska, rzecznik Ministra Sprawiedliwości.

Ponadto z danych wynika, że znacznie wzrosła ściągalność alimentów do państwowego Funduszu Alimentacyjnego. W 2015 roku wynosiła 13%, a w 2019 roku – już  41%. Nowe przepisy dały osobom oczekującym na alimenty również o wiele większe możliwości dochodzenia swoich praw w prokuraturze. W 2016 roku wszczęto 17 tys. spraw o niealimentowanie dzieci. Rok później, a więc już po nowelizacji, było ich ponad 38,5 tys. 2 lata temu – 94,5 tysięcy, a w pierwszej połowie ub.r. – ponad 49 tys.

– W 2015 roku do komorników wpłynęło ponad 59 tys. wniosków o egzekucję alimentów. 2 lata później było ich ponad 48,5 tys., a w 2018 roku – prawie 53,7 tys. Widać zatem, że alimenciarze w obawie przed prokuratorem o wiele częściej decydują się regulować tego typu zobowiązania. Gdy wniosek wpłynie do komornika, skuteczność egzekucji jest lepsza niż dawniej. W porównaniu z 2016 rokiem wzrosła o ok. 10%  – dodaje Agnieszka Borowska.

W opinii resortu, to pokazuje, że prawo w tym zakresie dobrze działa. Dzięki nowym rozwiązaniom wiele dzieci otrzymało należne wsparcie alimentacyjne ze strony swoich rodziców. Kontynuacją tych działań są rozwiązania, które m.in. mają przyspieszyć procedurę przyznawania alimentów. To miałoby się odbywać w ciągu kilkunastu dni w postępowaniu nakazowym alimentacyjnym.

Merit Investments ASI SA z planami przejęcia konkurencyjnej do pyszne.pl platformy marketplace wciagnij.to

Inwestorzy dobrze przyjęli podpisanie listu intencyjnego funduszu z właścicielem firmy Grupa ABS, Adrian Sadowski. W lutym br., spółka Merit Investments ASI SA, którego akcje są notowane na rynku NewConnect, kilkukrotnie zwiększyła swoją kapitalizację w porównaniu do stycznia. Jeszcze miesiąc temu można było kupić jedną akcję funduszu nawet za 56 groszy, gdy po raporcie z 22 lutego trzeba było płacić już nawet 2,40 złotego. Dynamicznemu wzrostowi kursu akcji towarzyszyły najwyższe w historii obecności spółki na NewConnect obroty. Tylko w ostatnim tygodniu lutego ponad 300 tysięcy akcji funduszu zmieniło swojego właściciela, a w ciągu całego miesiąca wolumen handlu akcjami przekroczył poziom 400 tysięcy sztuk akcji.

wciągnij toRaport Merit Investments ASI SA ukazał się jeszcze podczas trwania sesji giełdowej w dniu 22 lutego. Fundusz wraz z Adrianem Sadowskim chce założyć nową firmę w formie spółki akcyjnej, w której zamierzają rozwijać trzy projekty. Pierwszy z nich to platforma do zamawiania jedzenia na wynos i promocji restauracji pod nazwą „wciagnij.to”, która co do zasady będzie konkurowała np. ze znanym wszystkim portalem pyszne.pl. Drugi projekt to wirtualny kelner pod nazwą „Easy QR Menu”. Trzeci projekt spina całość pod kątem kompletnego rozwiązania IT dla gastronomii i pozwala zarządzać restauracją i dostawą zamówienia pod drzwi – pod nazwą „ABS POS”. Te trzy projekty mają zastosowanie głównie w branży gastronomicznej, szczególnie jako platforma e-commerce. Kompleksowe wdrożenie projektów w restauracji pozwala wspierać sprzedaż zdalną restauracji i kompleksowo nią zarządzać, zwiększając sprzedaż zamówionych dań na wynos. Platforma do zamawiania jedzenia na wynos „wciagnij.to” już działa w podstawowej funkcjonalności. Przeszła pozytywnie fazę alfa i wkrótce po zawiązaniu nowej spółki będzie komercjalizowana w największych miastach w Polsce, aby docelowo objąć znaczący obszar kraju swoim zasięgiem. Restauratorzy mogą się już zgłaszać do współpracy. Obecnie nie są pobierane żadne prowizje i opłaty od restauracji, a abonament za kompleksowe oprogramowanie jest już dostępny od ceny 1 zł dziennie. Jest to spore wsparcie pomysłodawców projektu dla sektora gastronomicznego, bardzo mocno przecież dotkniętego skutkami pandemii. Fundusz liczy na to, że nawyki Polaków do zamawiania dań z dostawą do domu czy biura pozostaną normą nawet po ustaniu pandemii. Obecnie to jedyna forma zamawiania ulubionych dań przez konsumenta.

Koncepcja pomysłu jest bardzo prosta. Restaurator, który we współpracy z nową spółką pomysłodawców wdroży kompleksowe rozwiązania, otrzyma do dyspozycji komplementarny, nowoczesny i unikatowy na skalę Polski system IT przeznaczony dla gastronomii. Nowoczesna platforma do wsparcia sprzedaży i zarządzania restauracją „wciagnij.to” to zaledwie cześć całego systemu.

W zakładce dla restauracji, możemy przeczytać, że portal to nie tylko dobrze przygotowana platforma marketplace, ale też w dużym stopniu nowość do zamawiania jedzenia online. Ważną kwestią jest fakt, że restaurator korzystając z wciagnij.to nie będzie płacić wysokich prowizji. Będzie mógł samodzielnie panować nad zasięgami dostaw. Do tego może dowolnie i zdalnie zmieniać swoje menu w każdej chwili zależnie od popytu, czy w trakcie godzin lunchtime. Bez prowizji, bez stresu, bez kłopotu, a całość w ramach komplementarnego pakietu projektów IT, które są w dużej mierze gotowe do komercjalizacji.

List intencyjny zakłada, że negocjacje umowy inwestycyjnej Sadowskiego z funduszem potrwają do końca marca, tak aby Zarząd Merit Investments ASI SA miał czas po zawarciu porozumienia inwestycyjnego na zbadanie projektów opisanych w raporcie do dnia 30 czerwca br. Podpisaniem listu intencyjnego fundusz zapewnił sobie długi czas wyłączności do projektów. Przy realizacji pozytywnego scenariusza jeszcze w lipcu br. fundusz zawiąże wspólną spółkę akcyjną z Adrianem Sadowskim w której będą rozwijać i komercjalizować swoje projekty.

W listopadzie zeszłego roku Merit Investments ASI SA podjął decyzję w sprawie wyboru modelu rozwoju i możliwych sposobów działania ASI w latach 2020 – 2025. Kluczowym dla funduszu jest wdrożony i realizowany handel akcjami już notowanymi na giełdzie, gdzie prym wiodą akcje spółek niedoszacowanych i wzrostowych, dla których projekcja zysku osiąganego przez ASI przy zamknięciu pozycji będzie rokować uzyskaniem ponadprzeciętnej stopy zwrotu w krótkim lub w średnim terminie. Do tego zarządzający funduszem przyznaje się do realizacji transakcji o typowo oportunistycznym charakterze nie tylko na giełdzie. Nie wyklucza też transakcji lewarowanych emisją obligacji i pożyczek w celu nabywania aktywów. Prezes Merit Investments ASI SA chce wykorzystywać możliwości współpracy z innymi inwestorami przy dokonywaniu transakcji. Merit Investments ASI SA w IVQ2018 jako druga spółka na polskiej giełdzie została wpisana na listę alternatywnych spółek inwestycyjnych – ASI. Od tego czasu fundusz osiąga coraz lepsze wyniki. W IIIQ2020 fundusz z 24 pozycji swojego portfela akcji notowanych, aż 23 pozycje zamknął z zyskiem. Raport roczny będzie publikowany 19 marca.

Venture INC wygenerował ponad 8 mln PLN zysku netto w 2020 r.

Venture INC, fundusz venture capital notowany na GPW, osiągnął w 2020 roku zysk netto w wysokości 8,1 mln PLN i zainwestował w 5 nowych spółek w ubiegłym roku.

Dzięki przemyślanym inwestycjom, w branże z potencjałem, wygenerowaliśmy blisko 8,1 mln PLN zysku netto. Pandemia, która początkowo wydawała się wyzwaniem, spowodowała widoczny wzrost zainteresowania technologiami, a w efekcie wzrost liczby klientów i przychodów spółek, w które zainwestowaliśmy.  Wyniki niejednokrotnie przewyższyły zakładane prognozy – komentuje Jakub Sitarz, Prezes Venture INC.

W minionym roku w portfelu Venture INC pojawiło się 5 nowych spółek. Fundusz, zdecydował się na wejście w zupełnie nowy obszar inwestycji – gaming, poprzez bezpośrednie inwestycje w Exit Plan Games, Pixel Perfect Dude oraz przez podpisanie umowy inwestycyjnej z Movie Games, w rozwój Pixel Crow. Fundusz zaangażował się również w spółkę z obszaru Software as a Service: Primetric, oraz w rynek Direct to Consumer, poprzez inwestycję w dynamicznie rozwijający się Sundose. Spółka z Lublina, sprzedająca zindywidualizowane suplementy diety, ponad 7 krotnie zwiększyła swoją sprzedaż w 2020 roku i planuje ekspansję zagraniczną w 2021 roku.

W zeszłym roku z sukcesem dokonaliśmy częściowych dezinwestycji m.in: w Infermedica, a TimeCamp, w którym fundusz zwiększył zaangażowanie o kolejne 9%, wypłacił pierwszą w historii dywidendę i spodziewamy się kolejnych dywidend w przyszłości. Łącznie z dezinwestycji wpłynęło do nas prawie 5 mln PLN – dodaje Jakub Sitarz.

W minionym roku Venture INC dokonał również przeglądu portfela i zrestrukturyzował jego część usługową, która nie miała przed sobą perspektywy na ponadprzeciętny wzrost. Takie działanie pozwoli zespołowi skupić się wyłącznie na kluczowych spółkach produktowych, których działania opierają się na skalowalnych rozwiązaniach technologicznych. Fundusz zmienił również siedzibę, wprowadził zmiany organizacyjne, w efekcie których powiększył swój zespół. Co więcej, zainwestowano w narzędzia i rozwiązania, które pozwalają na bardziej efektywne skanowanie rynku w poszukiwaniu nowych projektów z potencjałem.

– Nasze plany rozwoju niezmiennie skierowane są w kierunku inwestycji w perspektywiczne branże. Obszary, na których do tej pory skupialiśmy naszą uwagę, po wybuchu pandemii nabrały jeszcze większego znaczenia i wartości, dlatego chcemy pozostać przy naszej strategii. Dysponujemy kwotą kilkunastu mln złotych, którą zamierzamy ulokować w inwestycje minimum raz na kwartał  – dodaje Jakub Sitarz.

Plany rozwoju spółek portfelowych są równie dynamiczne, m.in. w gamingu – Exit Plan planuje premierę swojej pierwszej gry już w marcu br. Natomiast studio Pixel Perfect Dude konsekwentnie rozwija, pobraną ponad już 10 mln razy grę mobilną #DRIVE, na platformy, takie jak Nintendo Switch, której premiera odbyła się w lutym 2021 br. Z kolei Sundose w 2021 roku kontynuuje ekspansję zagraniczną i prace nad rozwojem produktu. Intelliseq kontynuuje pracę nad platformą IntelliseqFlow oraz rozpoczęcie testów i sprzedaży oprogramowania u potencjalnych odbiorców, a także uruchomienie usług analizy odczytów genomów/transkryptomów w modelu SaaS. Spółka planuje również pierwsze wdrożenie systemu GeneTraps.

Ailleron zrealizuje pionierski kontrakt w Stanach Zjednoczonych w obszarze HotelTech

Czołowy polski dostawca nowoczesnych produktów i usług technologicznych nawiązał współpracę z Charleston Harbor Resort and Marina z Karoliny Południowej. Ailleron wyposaży hotel w system interaktywnej obsługi gości hotelowych iLumio. Historycznie jest to pierwszy kontrakt segmentu HotelTech zawarty na rynku Stanów Zjednoczonych.

Kontrakt dotyczy wdrożenia  aplikacji mobilnej iLumio dostępnej na platformach: iOS i Android, oraz systemu iLumio CMS przeznaczonego dla obsługi hotelowej.

Wysoko oceniamy perspektywy rozwoju w Stanach Zjednoczonych. Podpisany kontrakt to przyczynek do dalszych działań na tamtejszym rynku, który jest jednym z największych na świecie w naszym segmencie. To również dowód, że oferta oraz rozwiązania proponowane przez Ailleron bardzo dobrze wpisują się potrzeby branży, która najbardziej ucierpiała z powodu pandemii i jest obecnie w fazie transformacji.  Oferta Ailleron doskonale odpowiada na najnowsze trendy rynkowe, które są połączeniem rozwiązań interaktywnych oraz zapewniają bezpieczeństwo klientom hoteli.  Nasze wewnętrze analizy wskazują, że najwięcej zapytań dotyczących segmentu HotelTech pochodzi właśnie z USA, następnie z  z obszaru Unii Europejskiej oraz z Bliskiego Wschodu, gdzie mamy wielu klientów. Dlatego też iLumio skupia się z promocją swoich rozwiązań właśnie na tych rynkach.”– wyjaśnia Dawid Ślusarczyk, General Manager BU HotelTech Ailleron.

iLumio to najnowszej generacji system interaktywnej obsługi gości hotelowych. Platforma zapewnia zintegrowaną obsługę wszystkich ekranów prezentujących interaktywne informacje dla gości hotelowych, stały dostęp do multimedialnego centrum rozrywki, aplikacji mobilnej, inteligentne sterowanie urządzeniami w obiektach hotelowych, dokonywanie rezerwacji oraz zwiększa sprzedaż usług dostępnych w ofercie hotelu. iLumio jest wybierane chętnie zarówno przez nowo budowane jak i funkcjonujące na rynku hotele. Rozwiązanie zostało wdrożone między innymi w obiektach takich znanych sieci jak: Hilton, Holiday Inn, Best Western, Puro, VALAMAR, StayCity LUX Collective, Crown and Champa czy Atlantis. System iLumio sprawdza się świetnie w instalacjach obsługujących stadiony sportowe oraz w placówkach medycznych.

Grupa Raben nowym najemcą CitySpace

Grupa Raben otworzyła drugą lokalizację we Wrocławiu. Nowy oddział mieści się w CitySpace Aquarius. Dołączenie firmy do CitySpace jest potwierdzeniem rosnącego zapotrzebowania na biura elastyczne.

CitySpace to ogólnopolski operator kompaktowych biur elastycznych. We Wrocławiu udostępnia je w dwóch budynkach: Aquarius Business House oraz Nobilis Business House. Pierwszą lokalizację upodobała sobie branża logistyczna, reprezentowana tamże przez trzy firmy. Od stycznia pracuje stamtąd także Grupa Raben – firma oferująca kompleksowe usługi TSL, która może pochwalić się 90-letnim stażem na rynku europejskim. – Historia tej firmy sięga pierwszej połowy dwudziestego wieku. Raben posiada ponad 150 własnych oddziałów w 13 krajach Europy. Uruchomienie nowego w naszej przestrzeni jest dla nas dużym wyróżnieniem, a także potwierdzeniem dwóch rzeczy: wysokiego poziomu naszych usług oraz rosnącego zapotrzebowania na powierzchnie elastyczne – mówi Magdalena Śnieżek, Regional Director South Poland w CitySpace. Transakcję pomiędzy CitySpace a Raben koordynowała firma Cushman & Wakefield.

Ogromny rynek logistyczny

Grupa Raben zajmuje się m.in. logistyką kontraktową, transportem drogowym, w tym w temperaturze kontrolowanej, a także morskim i lotniczym. W Polsce ma 53 oddziały i zatrudnia ponad 5300 pracowników m.in. w okolicach Warszawy, Poznania, Gdyni. We Wrocławiu od dawna prowadzi centrum logistyczne przy ul. Bierutowskiej. Dlaczego to właśnie w tym mieście założyła kolejny oddział? – Zdecydowaliśmy się na Wrocław, ponieważ jest to jedno z najszybciej rozwijających się miast w Polsce, z dużym zapleczem studentów po kierunkach logistycznych i jednocześnie ogromny rynek TSL. Dzięki temu, mamy możliwość nie tylko współpracować z wysokiej klasy specjalistami z obszaru logistyki, ale i szersze perspektywy dotarcia do nowych klientów – odpowiada Klaudyna Polanowska-Skrzypek, PR Manager Grupy Raben.

Rozwój w biurach elastycznych

Nowy oddział docelowo będzie składał się z ok. 20 osób. Do jego wyłącznej dyspozycji w CitySpace Aquarius została oddana w pełni wyposażona i umeblowana przestrzeń biurowa z dostępem przez całą dobę. – Zapewnione są nowoczesne rozwiązania w zakresie bezpieczeństwa pracy, monitoringu i kontroli dostępu. CitySpace jest idealną przestrzenią dla naszych nowych pracowników i dynamicznie rozwijającej się firmy – uzasadnia wybór Ilona Raben, Real Estate Director w Grupie Raben. Grupa Raben wybrała biura CitySpace także z powodu sali konferencyjnej na wyłączność oraz dostępu na życzenie do salek spotkań w części wspólnej. Mocnymi argumentami są standard budynku i jego lokalizacja z dobrym dojazdem różnymi środkami transportu: komunikacją miejską, samochodem i rowerem. Liczą się również dodatki. – Pracownicy mają możliwość korzystania z wyśmienicie zaopatrzonej kuchni, ze świeżo parzoną kawą, sokami, wodą, owocami i przekąskami, a w razie potrzeby mogą zawsze liczyć na wsparcie ze strony recepcji – chwali Ilona Raben.

Grupa Raben świadczy usługi logistyczne małym, średnim i dużym przedsiębiorstwom. W ubiegłym roku wśród najczęściej obsługiwanych branż znalazły się: żywność (30%), technologie konsumenckie (21%), automotive (17%), retail (12%) chemia (11%) oraz FMCG non-food (9%).

Będą kolejne centra biurowe

Z kolei CitySpace to marka należąca do grupy Echo Investment. Jest operatorem biur elastycznych we Wrocławiu, Warszawie, Katowicach, Krakowie i Gdańsku. W tych miastach ma łącznie 10 lokalizacji, ale jest w trakcie ekspansji. Do końca tego roku planuje otworzyć ok. 4500 mkw. nowej powierzchni, a liczbę stanowisk pracy zwiększyć o 750. W drugim kwartale 2021 uruchomi nowe centrum biurowe – w biurowcu Face2Face w Katowicach. Będzie to 2. lokalizacja w tym mieście i 11. w Polsce. Na drugą połowę roku planowane jest otwarcie nowego projektu we Wrocławiu. W dłuższej perspektywie CitySpace planuje wejście na zupełnie nowe rynki regionalne.

Każde centrum CitySpace to biura hybrydowe, na które składają się prywatne przestrzenie serwisowane, współdzielone przestrzenie coworkingowe i sale spotkań.

Szef PKOl: Przygotowania sportowców do igrzysk w Tokio w nowej formule. Z powodu pandemii i obostrzeń całe wydarzenie będzie zupełnie inne niż dotychczasowe

Igrzyska olimpijskie w Tokio, które pierwotnie miały się odbyć w 2020 roku, zostały przełożone na tegoroczne lato z powodu pandemii COVID-19. Zgodnie z aktualnym harmonogramem mają się odbywać między 23 lipca a 8 sierpnia br. Przepustki do Tokio wywalczyło już 140 polskich reprezentantów z 17 dyscyplin sportowych, jednak kwalifikacje wciąż trwają. – Tegoroczna olimpiada na pewno będzie specyficzna. Chcemy, żeby sportowcy mogli zdrowi wziąć w niej udział – mówi Andrzej Kraśnicki, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Również przygotowania do największej światowej imprezy toczą się w nietypowych, bo pandemicznych warunkach. W tym procesie polską kadrę wesprze Enea, która dołączyła do grona sponsorów PKOl.

 Igrzyska olimpijskie Tokio 2020, które jednak odbędą się dopiero w tym roku, na pewno będą specyficzne. Zupełnie inne niż te, które odbywały się do tej pory. Mają być bezpieczne, jest to wynik pandemii i wszyscy to rozumieją. Chcemy, żeby sportowcy z całego świata, którzy zakwalifikują się do udziału w tych igrzyskach, mogli zdrowi brać udział w największej światowej imprezie sportowej. To będą na pewno igrzyska wyjątkowe, choć jeszcze trudno powiedzieć, czy przy pełnych trybunach, czy bez publiczności, czy przy jej ograniczonym udziale – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Kraśnicki, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

Choć Japonia odnotowuje ostatnio wzrost zakażeń koronawirusem, szef komitetu organizacyjnego igrzysk Yoshiro Mori zadeklarował na początku lutego, że sportowa impreza odbędzie się bez względu na rozwój sytuacji epidemiologicznej w kraju.

Wyzwaniem jest w tej chwili jednak nie tylko organizacja igrzysk, lecz także kwalifikacje i przygotowania sportowców do udziału w imprezie w restrykcyjnych warunkach reżimu sanitarnego.

 Sportowcy przygotowują się do igrzysk olimpijskich w nowej formule. Pandemia wymusiła zachowanie bezpieczeństwa zdrowotnego. W tej chwili przygotowania odbywają się w dobrych warunkach, z pełną intensywnością i mam nadzieję, że nasi sportowcy na igrzyskach wypadną godnie – ocenia prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

 Przygotowania do igrzysk w ubiegłym roku szły pełną parą aż do 15 marca, kiedy wybuchła pandemia. W jej trakcie największym wyzwaniem było dla nas utrzymanie zawodników w grze, co nie było proste. Organizowaliśmy eventy, które nie były zawodami sportowymi, ale mogły się odbywać w obostrzeniach COVID-owych, żeby zawodnicy mieli motywację do pracy i współzawodnictwa. Przygotowujemy się więc cały czas – dodaje Dariusz Szumacher, prezes Polskiego Związku Tenisa Stołowego.

Do tej pory przepustki do Tokio wywalczyło już 140 polskich reprezentantów z 17 dyscyplin sportowych. Pełny skład polskiej kadry olimpijskiej będzie znany 5 lipca br. (to ostateczna data zgłoszeń dla wszystkich krajowych federacji olimpijskich). Na poprzednich igrzyskach w Rio de Janeiro w 2016 roku Polska zdobyła łącznie 11 medali.

Przygotowania polskich sportowców do IO wspierać będzie koncern energetyczny Enea, który dołączył do grona partnerów i sponsorów Polskiego Komitetu Olimpijskiego oraz polskiej reprezentacji olimpijskiej. Enea wesprze m.in. zawodników tenisa stołowego jako nowy sponsor generalny Polskiego Związku Tenisa Stołowego.

– Wspieramy olimpijczyków z Polskiego Związku Towarzystw Wioślarskich oraz Polskiego Związku Tenisa Stołowego – wskazuje Paweł Szczeszek, prezes Enei. – Zapewnimy wsparcie medialne, reklamowe i przede wszystkim finansowe. W ramach społecznej odpowiedzialności biznesu ciąży na nas odpowiedzialność angażowania się i pomagania naszym sportowcom.

Enea pomoże zawodnikom Polskiego Związku Tenisa Stołowego nie tylko w przygotowaniach do igrzysk w Tokio, lecz także do kolejnych, nadchodzących zawodów na arenie krajowej i międzynarodowej, z których najważniejsze są indywidualne mistrzostwa Europy Liebherr 2021 ITTF European Table Tennis Championships, które odbędą się w dniach 22–27 czerwca tego roku na warszawskim Torwarze. Firma wybrała też reprezentantkę kadry narodowej Natalię Partykę na ambasadorkę swojej marki. Ośmiokrotna medalistka igrzysk paraolimpijskich mocno przyczyniła się do spopularyzowania w Polsce tego sportu.

Wspólnie z koleżankami z drużyny jesteśmy w o tyle komfortowej sytuacji, że mamy już kwalifikację olimpijską. Bardzo mocno trzymamy kciuki za chłopców, aby ją wywalczyli i dołączyli do nas do turnieju w Tokio. Dzisiaj przygotowania wyglądają całkiem dobrze, wszystko idzie w dobrym kierunku – podkreśla Natalia Partyka, członkini kobiecej reprezentacji Polski w tenisie stołowym. – Obiecać medali nie możemy, ale na pewno będziemy się starali je zdobywać.

Enea wspiera polski sport już od lat. Jest m.in. sponsorem tytularnym drużyn siatkarskich i koszykarskich oraz dwóch imprez triathlonowych: Enea Ironman 70.3 Gdynia oraz Enea Bydgoszcz Triathlon. Od czterech lat patronuje też krajowej reprezentacji w wioślarstwie.

Poza sportem olimpijskim finansujemy również koszykówkę. Enea Zastal Zielona Góra to obecny mistrz Polski w koszykówce męskiej. Sponsorujemy też siatkówkę męską i żeńską, angażujemy się w różne dyscypliny sportowe, staramy się być aktywni na tym polu – mówi Paweł Szczeszek.

Prace nad nową ustawą o elektromobilności na finiszu. Wprowadzi obowiązek tworzenia stref czystego transportu w dużych, najbardziej zanieczyszczonych miastach

To, jakie efekty przyniesie wprowadzenie w miastach stref czystego transportu, do których nie będą mogły wjeżdżać auta najbardziej zanieczyszczające powietrze, pokazał przykład wiosennego lockdownu. – W marcu 2020 roku w Warszawie na stacji pomiarów w al. Niepodległości w ciągu trzech tygodni jakość powietrza poprawiła się o jedną czwartą – mówi Piotr Siergiej, rzecznik Polskiego Alarmu Smogowego. Zgodnie z propozycjami Ministerstwa Klimatu i Środowiska takie strefy będą musiały być utworzone w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców w przypadku przekroczenia norm emisji dwutlenku azotu. Projekt jest na etapie prac rządowych.

Strefy czystego transportu to obszary w mieście, do których mogą wjeżdżać określone rodzaje samochodów. Z reguły w strefach funkcjonujących w Europie mogą się poruszać auta określonej klasy emisyjnej: Euro 4, 5 czy 6. To jest bardzo dobre rozwiązanie – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Siergiej.

Strefy niskoemisyjne (LEZ – low emission zone) od lat funkcjonują z powodzeniem w wielu krajach europejskich. Jak podkreśla Ministerstwo Klimatu i Środowiska w ocenie skutków nowej regulacji, zostały one dobrze przyjęte przez lokalne społeczności ze względu na to, że były wprowadzane etapami, które zakładały stopniowe obejmowanie zakazem wjazdu do stref kolejnych rodzajów pojazdów. Najwięcej takich stref powstało we Włoszech oraz w Niemczech. Jak podkreśla resort, jedynie w krajach Europy Wschodniej, w tym w Polsce, i na Bałkanach nie są one tworzone.

Obowiązująca w Polsce ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych z 2018 roku dawała gminom taką możliwość, ale tego nie narzucała. To jednak może się zmienić po przygotowanej nowelizacji. Zgodnie z nią gminy o liczbie mieszkańców powyżej 100 tys. osób, gdzie analiza Głównego Inspektora Ochrony Środowiska stwierdziła przekroczenie dopuszczalnego poziomu stężenia średniorocznego zanieczyszczeń dwutlenkiem azotu, będzie musiała utworzyć strefę czystego transportu w ciągu roku od otrzymania oceny. Pozostałe gminy, niezależnie od liczby mieszkańców i zanieczyszczenia, nadal będą miały w tym zakresie dowolność.

– Pierwsza wersja ustawy mówiła o tym, że samochody napędzane gazem LPG będą miały prawo wjeżdżać do takiej strefy. My to bardzo mocno oprotestowaliśmy. Moglibyśmy wtedy mieć do czynienia z taką sytuacją, w której 20- czy 30-letni samochód napędzany LPG mógłby jeździć po strefie, a nowoczesny dwu-, trzyletni samochód diesel lub benzynowy już nie. To byłoby absurdalne – mówi rzecznik Polskiego Alarmu Smogowego. – Zmiana, którą ministerstwo teraz zaproponowało, jest bardzo dobrym pomysłem, bo oznacza, że nieco mniej tych najstarszych samochodów będzie wjeżdżać do miast.

W nowej wersji ustawy MKiŚ zmodyfikowało katalog pojazdów uprawnionych do wjazdu do strefy. Zostały w nim tylko auta elektryczne, napędzane wodorem lub gazem ziemnym (CNG). Organy gminy będą jednak miały możliwość nadania indywidualnych wyłączeń związanych z ruchem pojazdów w strefach. Będą miały też więcej swobody w określaniu etapów wprowadzania stref, gdyż w najnowszej propozycji resortu nie ma art. 68i, który zakładał odgórny harmonogram. Zgodnie z nim w pierwszym etapie (w latach 2021–2025) w strefach dopuszczony miałby być ruch pojazdów spełniających co najmniej normę Euro 4, a następnie do 2035 roku stopniowo uwzględniane byłyby kolejne normy.

Działanie stref czystego transportu mogliśmy poznać w marcu 2020 roku w Polsce podczas pierwszego lockdownu. Formalnie nie zostały wtedy utworzone żadne strefy, ale w wyniku obostrzeń pandemicznych gwałtownie zmniejszył się ruch samochodowy w miastach. W Warszawie na stacji pomiarowej w al. Niepodległości w ciągu trzech tygodni jakość powietrza poprawiła się o jedną czwartą i to tylko dlatego, że jeździło mniej samochodów. To oznacza, że nawet 20–30-proc. spadek ruchu samochodowego prowadzi do natychmiastowej poprawy jakości powietrza, co mieszkańcy miast odczują prawie od razu – wyjaśnia Piotr Siergiej.

Zgodnie z projektem nowelizacji strefy będą ustanawiane na czas nieokreślony lub określony, ale nie krótszy niż pięć lat. Rada gminy może dopuścić wjazd innych pojazdów do strefy w godzinach 9–17 na okres maksymalnie trzech lat, pod warunkiem uiszczenia opłaty. Ustawa zastrzega, że nie może być ona wyższa niż 2,5 zł za godzinę w przypadku opłaty jednorazowej lub 500 zł w przypadku abonamentu. Wpływy z opłat zasilą budżet danej gminy i będą mogły być wykorzystane na określone potrzeby, m.in. zakup autobusów niskoemisyjnych, tramwajów, programy wsparcia zakupu rowerów wspomaganych elektrycznie czy znakowanie strefy czystego transportu. Za złamanie zakazu wjazdu nieuprawnionym pojazdem grozić będzie kara w wysokości 500 zł.

Auta uprawnione do poruszania się w strefie będą oznakowane nalepką na przedniej szybie pojazdu. Takie rozwiązanie przyjęto również m.in. w Wiedniu. Z kolei np. w Brukseli czy Oksfordzie stosowana jest weryfikacja na podstawie tablic rejestracyjnych.

Strefy czystego transportu w miastach europejskich działają na bardzo różnych zasadach. Wspólną regułą jest to, że wszyscy starają się wyeliminować z ruchu te najstarsze, najmocniej smrodzące, zanieczyszczające powietrze samochody, zwłaszcza z miejsc, w których jest dużo ludzi – wyjaśnia rzecznik Polskiego Alarmu Smogowego.

Właściciele hoteli będą walczyć o odszkodowania od państwa w sądzie. Polska Izba Hotelarzy przekonuje do składania pozwów indywidualnych

– Indywidualne dochodzenie odszkodowania od państwa za straty spowodowane wprowadzeniem ograniczeń w działalności jest zdaniem naszych prawników bardziej skuteczne, choć pozwy zbiorowe są być może bardziej medialne – przekonuje Adam Latek z Polskiej Izby Hotelarzy. Rozmowy z prawnikami PIH prowadzi już 50 hotelarzy, którzy przygotowują się do dochodzenia odszkodowań na drodze sądowej i już złożyli pozwy albo mają taki zamiar. PIH postuluje również o zmniejszenie ograniczeń w hotelach – możliwość udostępnienia gościom 75 proc. pokoi – oraz otwarcie restauracji.

– Hotele są w trudnej sytuacji ekonomicznej. Z uwagi na ograniczenia pandemiczne i brak dochodów muszą wybierać, czy przekładać płatności związane z kosztami stałymi, czy z konserwacją urządzeń, które są wyposażeniem obiektu hotelowego, lub zakup wszelkiego rodzaju środków czystości. O przetrwanie walczą szczególnie małe obiekty hotelowe, ponieważ są to często biznesy, w których pracuje cała rodzina. Jeśli takie obiekty – zwłaszcza położone w górach – nie zarobią w sezonie zimowym, mogą po prostu nie przetrwać i właściciele będą zmuszeni do sprzedaży hotelu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes  Adam Latek, właściciel Latek Hotels i członek zarządu Polskiej Izby Hotelarzy.

Jak zauważa, na rynku nieruchomości jest obecnie dobry czas na zakupy i wielu inwestorów, którzy dotychczas działali w zupełnie innych branżach, interesuje się obiektami hotelowymi czy aparthotelami.

– Żaden z hotelarzy nie sprzeda obiektu za połowę ceny czy z obniżką 20-, 30-proc., bo zdaje sobie sprawę, że ceny nieruchomości podczas pandemii nie poszły w dół, wręcz przeciwnie, niektóre wzrosły o 5–10 proc. od zeszłego roku. Spodziewamy się upadłości w branży hotelowej, ale hotelarze będą się przed tym bronić – dodaje członek zarządu Polskiej Izby Hotelarzy.

Już od 22 grudnia ubiegłego roku PIH informuje hotelarzy o możliwości składania indywidualnych pozwów sądowych o odszkodowanie od państwa za szkody, czyli straty finansowe oraz utracone korzyści, poniesione z tytułu wprowadzania ograniczeń w funkcjonowaniu branży hotelowej w sposób pozbawiony podstaw prawnych.

– Pozwy indywidualne mają większy sens niż pozwy zbiorowe, bo można wnioskować o indywidualne odszkodowanie. W przypadku pozwów zbiorowych jest to mniej skuteczne. Prawnicy Polskiej Izby Hotelarzy już rozmawiają z ponad 50 obiektami hotelowymi, które są na tyle przygotowane, że mają już skrupulatne wyliczenia i z tego, co nam wiadomo, pozwy są już składane. Nasi prawnicy wierzą w niezawisłe sądy. Jeśli widzą zasadność składania pozwów, to widzą także szanse na powodzenie – informuje Adam Latek.

Pierwszy taki pozew został złożony 19 lutego. Prawnicy PIH bazują na przekonaniu, że rząd ogranicza działalność gospodarczą niezgodnie z Konstytucją – wydaje rozporządzenia, zamiast wprowadzać zmiany w drodze ustawy. Ponadto zamiast wprowadzić stan wyjątkowy, reguluje życie gospodarcze rozporządzeniami. Dodatkowo ograniczenia nie dotyczą wszystkich – jednym przedsiębiorcom pozwala działać, np. kasynom, a innym, np. restauracjom czy siłowniom, już nie. Hotelarze będą się domagać konkretnych kwot utraconych korzyści na podstawie przychodów uzyskanych w 2019 roku oraz pokrycia wydatków, które wynikają z ograniczeń wprowadzonych przez rząd. Branża hotelarska apeluje również o luzowanie kolejnych obostrzeń.

– Chcielibyśmy, aby, po pierwsze, swobodnie mogły działać wszystkie restauracje, jak również inne branże, które są powiązane z hotelarstwem, a po drugie, aby hotele mogły udostępniać gościom nie 50 proc., ale 75 proc. pokoi. Jesteśmy przygotowani na funkcjonowanie w reżimie sanitarnym. Polska Izba Hotelarzy we współpracy z wirusologiem opracowała cały szereg procedur dla branży hotelarskiej, aby zapewnić bezpieczeństwo sanitarne w obiektach hotelowych – przekonuje właściciel Latek Hotels.

Na razie jednak – ze względu na duży przyrost liczby zakażeń – zamknięte zostaną obiekty noclegowe w województwie warmińsko-mazurskim, podobnie jak galerie handlowe i instytucje kultury. W pozostałych 15 województwach rząd zdecydował o utrzymaniu 50-proc. limitu miejsc.

PIH przywołuje badania brytyjskiego NHS z października 2020 roku, które wykazały, że hotele w niskim stopniu odpowiadają za przenoszenie się infekcji (1,7 proc. nowych zachorowań), podczas gdy w supermarketach wskaźnik ten wyniósł 12,1 proc.

– Zakażalność i rozprzestrzenianie się wirusa jest cztery razy mniejsze w hotelach niż w galeriach handlowych, bo każdego gościa w hotelu możemy zweryfikować z imienia i nazwiska przy meldunku, każdemu możemy zmierzyć temperaturę. Zdecydowana większość gości, bo ponad 90 proc., poddaje się wszystkim wytycznym, które im stawiamy podczas pobytu w hotelu – zauważa Adam Latek i zachęca, aby skorzystać ze stoków narciarskich i całej infrastruktury hotelowej, dopóki sezon się nie skończył. – Sugerowałbym, aby wybierać te obiekty hotelowe, które są zamknięte od 28 grudnia i wykazały się bardzo dużą cierpliwością w oczekiwaniu na otwarcie.

Prawie dwie trzecie Polaków stara się nie marnować żywności. Nadal jednak przeciętna polska rodzina wyrzuca co roku jedzenie warte ok. 3 tys. zł

Co czwarty Polak zmienił zwyczaje zakupowe artykułów spożywczych w trakcie pandemii. Podczas izolacji zakupy robiliśmy rzadziej, ale były one znacznie bardziej obfite, coraz częściej także zaczęliśmy gotować w domu – wynika z raportu „Gospodarowanie żywnością w trakcie pandemii”. Jednocześnie o 12 pkt proc. wzrósł odsetek osób, które świadomie starają się nie dopuścić do zepsucia się czy zmarnowania produktów spożywczych. Deklaruje to 62 proc. badanych. Wciąż jednak przeciętna czteroosobowa rodzina wyrzuca do kosza jedzenie warte ok. 3 tys. zł rocznie.

– Autoizolacja i praca zdalna spowodowały, że jesteśmy w domu dłużej, a część czasu możemy spożytkować na przygotowywanie wspólnych posiłków z rodziną, korzystać z internetowych porad internetowych gotowania. Więcej Polaków deklaruje, że zaczęło gotować żywność w domu. To, że restauracje są zamknięte, a posiłki serwowane są tylko na wynos, też podtrzymuje ten trend – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dorota Jezierska, wiceprezeska Federacji Polskich Banków Żywności.

Badanie „Gospodarowanie żywnością w trakcie pandemii” przeprowadzone na zlecenie firmy McCormick i Federacji Polskich Banków Żywności wskazuje, że 27 proc. Polaków zmieniło zwyczaje odnośnie do zakupów spożywczych, a te związane z dietą i gotowaniem prawie co piąta osoba (19 proc.). Ponad 80 proc. robi zakupy rzadziej, jednak 52 proc. większe niż przed wybuchem pandemii. Co czwarta osoba zaczęła gotować nowe potrawy, a 21 proc. przygotowywać nowe wypieki, których wcześniej nie robiła. Co istotne, o 12 pkt proc. wzrósł odsetek osób, które starają się nie dopuścić do zepsucia i zmarnowania produktów spożywczych (50 proc. przed pandemią i 62 proc. w jej trakcie).

 Okazuje się, że niestety więcej żywności zmarnowało się poprzez nadmierne zakupy na początku pandemii. Myśleliśmy, że sklepy będą zamknięte, że będą ograniczenia w dostępie do artykułów spożywczych, więc tych zakupów zrobiliśmy bardzo dużo. Później mieliśmy w bankach żywności zapytania, co robić, jak np. mam bardzo dużo makaronu, czy mamy ciekawe przepisy na dania, żeby te produkty spożytkować – mówi Dorota Jezierska.

Zbyt duże zakupy zdarzyło się zrobić w trakcie pandemii większej grupie badanych niż przed nią (29 proc. vs. 19 proc.). Najczęściej wyrzucaliśmy owoce (17 proc.), warzywa (15 proc.) i pieczywo (12 proc.). Jak jednak przekonuje ekspertka, przy ocenie żywności warto pamiętać, że data przydatności do spożycia i zapis „należy spożyć przed” nie są równoznaczne, a nawet w przypadku upływu terminu żywność może wciąż nadawać się do spożycia.

– Data przydatności do spożycia, „należy spożyć do”, umownie możemy nazywać datą bezpieczeństwa. „Najlepiej spożyć przed” to data jakościowa. W pierwszym przypadku producent gwarantuje bezpieczeństwo do tej daty. Jeśli dzisiaj ten termin mija, to zanim wyrzucimy ten produkt, możemy organoleptycznie sprawdzić, czy nadaje się on do spożycia. Jeżeli chodzi o produkty „najlepiej spożyć przed”, to produkt po tym terminie również nadaje się do spożycia, jest bezpieczny, tylko może nie trzymać właściwości jakościowych – tłumaczy wiceprezeska Federacji Polskich Banków Żywności.

Według Boston Consulting Group każdego roku w Unii Europejskiej marnuje się 88 mln ton żywności, średnio 173 kg na osobę. Polska należy do niechlubnej czołówki – przeciętnie wyrzucamy aż 247 kg.

– Uczymy się szanować żywność, ale niestety w dalszym ciągu za 60 proc. marnowanej żywności odpowiadają gospodarstwa domowe – zauważa ekspertka. – W czteroosobowej rodzinie z marnowaną żywnością wyrzucamy co roku 2,5–3 tys. zł.

Wyrzucanie jedzenia ma aspekt nie tylko finansowy, ale i ekologiczny. Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa podaje, że marnowanie żywności odpowiada za 8 proc. gazów cieplarnianych wyemitowanych na skutek działalności człowieka. Na każdy kilogram wyprodukowanej żywności do atmosfery wydziela się 4,5 kg CO2. Wyprodukowanie kilograma wołowiny wymaga zużycia 15 tys. litrów wody, a kilograma chleba – 1,6 tys. litrów wody.

– Jedna kanapka z serem wyrzucona do śmietnika to jest zmarnowane 90 litrów wody. W jaki sposób? Na każdym etapie – uprawy zboża, przygotowania produktów, w transporcie – używana jest woda – mówi Dorota Jezierska.

W skali kraju co roku marnujemy nawet 9 mln ton żywności. Jednocześnie blisko 2 mln osób głoduje.

– Marnowanie żywności, która mogłaby być spożyta przez człowieka, to też problem społeczny i etyczny. Trochę szkoda, że nie pamiętamy o tym, że kiedyś okruszek chleba się podnosiło z ziemi dla poszanowania. Mamy ogromny wybór produktów, co jest oczywiście cudowne, ale wybierajmy z głową, świadomie, nie impulsywnie – apeluje wiceprezeska Federacji Polskich Banków Żywności.

Branża pogrzebowa postuluje podniesienie kwoty zasiłku pogrzebowego. W dużych miastach opłata za miejsce na cmentarzu jest znacznie wyższa niż świadczenie z ZUS

– Kwota 4 tys. zł wystarcza na wszystkie usługi związane z pochówkiem świadczone przez firmę pogrzebową, ale problem pojawia się w przypadku opłaty za miejsce grzebalne. W dużych miastach, takich jak Warszawa, Kraków czy Gdańsk, jest ona kilkukrotnie wyższa niż zasiłek pogrzebowy – mówi Robert Czyżak, prezes Polskiej Izby Branży Pogrzebowej, i zaznacza, że świadczenie z ZUS powinno być mniej więcej dwukrotnie wyższe. Branża apeluje także o zmianę przepisów regulujących jej działalność, nie tylko ze względów bezpieczeństwa, lecz również ekonomicznych. Szara strefa to ok. 900 mln zł strat dla budżetu rocznie.

Jako Polska Izba Branży Pogrzebowej już od ponad trzech lat sugerujemy podniesienie zasiłku pogrzebowego, choćby ze względu na koszty związane z opłatami na cmentarzach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Robert Czyżak.

Jak ocenia prezes PIBP, zasiłek pogrzebowy nie powinien być obecnie niższy niż 6–8 tys. zł. Na podobnym poziomie był jeszcze 10 lat temu. Od marca 2011 roku obniżono go z prawie 6,4 tys. zł (dwukrotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia obowiązującego w dniu śmierci) do 4 tys. zł. Tymczasem, jak wskazuje analiza FPP i CALPE, od stycznia 2015 roku do maja 2020 roku koszty pogrzebów wzrosły o ponad 14 proc.

Według raportu opublikowanego przez Federację Przedsiębiorców Polskich pt. „Branża pogrzebowa w Polsce. Diagnoza i wyzwania” wydatki z tytułu wypłaty zasiłków chorobowych w Polsce wyniosły w 2016 roku 1,89 euro w przeliczeniu na jednego mieszkańca (dane Eurostatu). Tak niska wartość wynika z tego, że uwzględniane w tym zestawieniu są jedynie wydatki na świadczenia przynależne z tytułu zgonu osoby ubezpieczonej (aktywnej zawodowo), nieuwzględniane są zaś świadczenia wypłacane z tytułu zgonu emeryta lub rencisty. Jednak większość krajów UE znalazła się jeszcze niżej w zestawieniu. Najwyższe świadczenia pogrzebowe były wówczas wypłacane we Francji, Grecji i Luksemburgu. W niektórych krajach świadczenia były na minimalnym poziomie, co ma związek m.in. z powiązaniem prawa do zasiłku z wysokością dochodu.

Również samo prawo pogrzebowe obowiązujące w Polsce jest archaiczne. Od dawna nie było istotnych nowelizacji prawa pogrzebowego i jest w nim wiele niedookreśleń – podkreśla prezes PIBP. – Czas pandemii uwypuklił problemy, z którymi branża pogrzebowa mierzy się na co dzień, stąd też nasze sugestie dotyczące zmiany przepisów. Przede wszystkim chodzi o bezpośrednią kontrolę nad firmami pogrzebowymi. Miałaby ona polegać na wydawaniu firmom zezwoleń na prowadzenie działalności gospodarczej, oczywiście z zachowaniem vacatio legis.

Zezwolenie mogłyby otrzymać tylko takie firmy, które posiadałyby odpowiednie zaplecze techniczne, minimum dwa karawany pogrzebowe i co najmniej czterech pracowników. Obecnie na rynku działają firmy jednoosobowe, które nie mają możliwości zorganizowania ceremonii pogrzebowych, a mimo to mają to w swojej ofercie.

Teraz często zdarza się tak, że takie firmy również odbierają zwłoki osób, które zmarły na COVID, nie w szpitalu, ale z domów prywatnych. Ze względu na to, że zatrudniają one przypadkowe osoby do pomocy, często w żaden sposób nieprzeszkolone, niezabezpieczone, transmisja wirusa jest według naszej oceny dużo wyższa i nad tym w tej chwili nikt nie ma kontroli – wyjaśnia Robert Czyżak.

Dodatkowo firmy te często działają w szarej strefie. Z szacunków Polskiej Izby Branży Pogrzebowej i FPP wynika, że w 2019 roku wartość pozafiskalnego obrotu w zakładach pogrzebowych przekraczała 400 mln zł, a w zakładach kamieniarskich – 840 mln zł. Część trumien (o wartości ok. 60 mln zł) produkowana jest z drewna pochodzącego z nielegalnych źródeł.

– Często w tych firmach pracują osoby, które nie są oficjalnie zatrudnione, a to wiąże się ze stratami w budżecie państwa. Jak oceniliśmy, to jest ponad 900 mln zł w skali roku. Te nieuczciwe firmy jednoosobowe rzucają cień na całą branżę – zaznacza prezes PIBP.

Jak wynikało z ubiegłorocznej analizy FPP i CALPE, w ograniczeniu szarej strefy mogłoby pomóc rozszerzenie obowiązku dokumentowania wydatków związanych z pogrzebem na wszystkie osoby, łącznie z członkami rodzin. W sposób automatyczny wyeliminowałoby to nieuczciwe podmioty, ponieważ brak faktur zamykałby drogę do otrzymania zasiłku pogrzebowego wypłacanego przez ZUS czy inne instytucje zabezpieczenia społecznego. To mogłoby przynieść dodatni wpływ do budżetu w kwocie 220 mln zł, co z kolei umożliwiłoby podniesienie kwoty zasiłku do 4,5 tys. zł.

W kryzysie inwestorzy szukają zysków na rynku dzieł sztuki. W ubiegłym roku jego wartość wzrosła o 30 proc.

Osiągnięta na aukcjach wartość dzieł sztuki, które w ubiegłym roku zmieniły właścicieli, była rekordowa, nie tylko w Polsce. Rynek ten okazał się nie tylko odporny na pandemię, ale wręcz się wzmocnił. – Często w czasach kryzysu pojawiają się lepsze obiekty, bo ktoś zmuszony sytuacją finansową musi je odsprzedać – mówi Michał Bolka z Desy Unicum. Pokusa inwestowania w tak wzrostowej branży jest silna, jednak eksperci radzą, by dzieła sztuki stanowiły uzupełnienie portfela, a niedoświadczonym inwestorom zalecają zaczynanie od aukcji o niższych wartościach.

– W czasach niepewności gospodarczej dzieła sztuki są bardzo dobrą inwestycją. Mówiąc kolokwialnie i bardzo prosto, w kryzysie zawsze ktoś ubożeje, a wtedy wysprzedaje dzieła sztuki. Ale też są tacy, którzy na kryzysie się bogacą, więc ruch na rynku sztuki jest – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Bolka. – Dzieła sztuki zawsze będą dobrą inwestycją, bo to są dzieła niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju, które często mają dużą wartość kulturową i historyczną.

Posiadacze oszczędności mają obecnie problem z takim ich ulokowaniem, by przyniosły realny lub choćby nominalny zysk. Stopy procentowe od 29 maja 2020 roku pozostają na minimalnym poziomie, a stopa referencyjna wynosi tylko 0,10 proc. Wciąż jest też przez członków Rady Polityki Pieniężnej podnoszony temat ewentualnej dalszej obniżki stóp. W obecnym składzie rady większość mają „gołębie”, czyli osoby bardziej skłonne obniżać stopy, niż je podnosić. A to oznacza, że niemal zerowe zwroty z depozytów mogą być jeszcze niższe lub banki w ogóle przestaną oferować lokaty.

Niepewna sytuacja na rynkach spowodowana pandemią sprawia, że nie wiadomo, jak potoczą się losy akcji i obligacji. Także tak lubiane przez Polaków nieruchomości są w tej chwili wątpliwą inwestycją, bo ceny mieszkań wciąż są wysokie, a ceny wynajmu spadły. W tej sytuacji wielu inwestorów szuka alternatywnych sposobów inwestowania. Dzieła sztuki to jedna z możliwości.

– To jest wszystko indywidualna kwestia, jakie stopy zwrotu się pojawią. Na rynku sztuki widzimy pewnego rodzaju mody, tendencje. Bywa tak, że rzeczywiście obraz kupiony kilka–kilkanaście lat temu za kilka tysięcy obecnie ma wartość kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych, bo nastąpiła moda na danego artystę – opisuje przedstawiciel Desy Unicum. – Z naszych obserwacji wynika, że od ponad 30 lat, czyli właściwie od początku polskiego rynku sztuki, ceny obrazów cały czas rosną. Polski rynek się rozwija i to w bardzo dużym tempie. Jego wartość w roku 2020 w porównaniu do 2019 wzrosła o prawie 30 proc. Myślę, że jest jeszcze ogromne pole do rozwoju.

Według portalu Artinfo w 2020 roku wartość polskiego rynku sztuki wyniosła 380,4 mln zł wobec 294,9 mln zł w 2019 roku. To wzrost o przeszło 85 mln zł – największy w historii. Przeprowadzono łącznie 467 aukcji, na których wylicytowano niemal 22 tys. obiektów. Najdroższym dziełem sztuki współczesnej i najdroższym w historii polskiego rynku okazał się obraz „M22” Wojciecha Fangora namalowany w 1969 roku. Nabywca zapłacił za niego ponad 7,3 mln zł. Z kolei w segmencie sztuki dawnej rekordzistą okazał się o 97 lat starszy „Portret prof. dr. Karola Gilewskiego” pędzla Jana Matejki, sprzedany za niemal 7 mln zł. „Czytająca I” Tamary Łempickiej z 1951 roku poszła pod młotek za 4,5 mln zł, co uczyniło ja najdroższym polskim obrazem namalowanym przez kobietę. Według Michała Bolki to jednak nie wizja zwrotu z inwestycji powinna być główną motywacją do zakupu.

– Według najnowszych badań, i to moim zdaniem jest podstawą, ponad 70 proc. osób, które biorą czynny udział na rynku sztuki, kupuje dany obraz, bo im się podoba. Myślę, że to jest czynnik, który powinien decydować o tym, czy dany obraz mamy w swojej kolekcji. Obraz przede wszystkim powinien cieszyć oko i sprawiać nam radość. Natomiast kwestie inwestycyjne, choć oczywiście są bardzo ważne, moim zdaniem powinny być drugorzędne – tłumaczy.

Jak w przypadku każdej inwestycji wybór nabytku wymaga doświadczenia i znajomości rynku. Dlatego ekspert odradza początkującym w tej dziedzinie uczestnikom startowanie w aukcjach z najwyższej półki. Wręcz przeciwnie – proponuje naukę na możliwie nisko wycenianych przedmiotach.

– Dzieła sztuki przede wszystkim powinny być jednym z elementów portfela. Najlepszym rozwiązaniem jest przyjrzenie się aukcjom, które mają najmniejszą wartość finansową, czyli aukcje młodej sztuki czy grafiki. Tam ceny wywoławcze z reguły są w okolicach 1 tys. zł i warto się przyjrzeć, jak cały mechanizm rynku sztuki funkcjonuje – radzi przedstawiciel Desy Unicum. – Należy zacząć od niższych progów cenowych, żeby później brać udział w tych najbardziej spektakularnych i najlepszych aukcjach. Aukcje młodej sztuki uczą, jak brać udział w aukcjach, jak te licytacje przebiegają i orientować się, jakie notowania ma dany artysta, w jakich progach czy estymacjach cenowych jego dzieła się sprzedają.

Gigantyczny awans polskiej administracji w światowym rankingu cyfryzacji. Co najmniej 50 proc. urzędów ma już wdrożone e-usługi

Polska w dwa lata wskoczyła z 31. na 9. miejsce w światowym rankingu ONZ w zakresie cyfryzacji administracji. Już dziś dzięki rozwojowi e-usług Polacy mogą bez wychodzenia z domu załatwić wiele spraw, po które do tej pory musieli stać w kolejkach do urzędów. Zaczynając od wysyłania pism, uzyskania odpisu aktu stanu cywilnego, przez zgłoszenie urodzenia dziecka czy sprawy meldunkowe, po uzyskanie dowodu osobistego i zgłoszenie darowizny. Kluczowe jest przeniesienie administracji do chmury, tak aby dokumenty mogły przepływać pomiędzy urzędami bez zakłóceń, a petent nie musiał drukować pism. W ciągu kilku lat tego typu rozwiązania będą standardem.

– Za 5–10 lat petent powinien większość swoich spraw załatwić poprzez swój telefon, smartfon, smartwatch, może przez jakieś inne urządzenie, które będzie wtedy dostępne. To, co się musi zmienić, na co czeka administracja, to to, żeby te dokumenty między urzędami mogły przepływać bez wiedzy urzędników, żebyśmy my składając wniosek, wysłali go jednym kliknięciem do kolejnego urzędu, aby tam został rozpatrzony. To jest przyszłość – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Sławomir Hemerling-Kowalczyk, członek zarządu Sputnik Software, prezes GIAP.

Według najnowszego wskaźnika e-partycypacji, stosowanego przez Organizację Narodów Zjednoczonych, Polska zajmuje dziewiątą pozycję w rankingu, awansując w dwa lata z 31. pozycji. Wskaźnik ten określa poziom dostępu obywateli do informacji i usług publicznych za pośrednictwem technologii cyfrowych i telekomunikacyjnych. Kolejnym krokiem w cyfryzacji administracji będzie Chmura Krajowa, czyli miejsce, do którego cała administracja publiczna na określonych warunkach będzie mogła przekazywać swoje dane i systemy. Rozwiązanie ma być uruchomione pod koniec I kwartału 2021 roku. Pozwoli to uwolnić serwery urzędowe, umożliwiając lepszy przepływ dokumentów i jednocześnie zapewniając odpowiedni poziom bezpieczeństwa danych.

– W tej chwili przez to, że systemy są rozproszone, nie jesteśmy w stanie zapewnić odpowiedniego bezpieczeństwa. To, co będzie najważniejsze w nowej perspektywie, to bezpieczeństwo. Mamy coraz więcej ataków, coraz więcej takich prób, chociażby atak na CD Projekt, jest też więcej prób ataków na jednostki publiczne. Pojedyncze miasto czy jednostka nigdy nie zapewni takiego bezpieczeństwa jak organizacja na poziomie Chmury Krajowej – podkreśla ekspert Sputnik Software.

Polacy pokochali e-administrację, choć nadal jest dużo do zrobienia w tym obszarze. W szczególności w dostępie do cyfrowych kanałów łączności z urzędami przez osoby starsze. Z danych Kancelarii Premiera wynika, że już 9 mln Polaków posiada Profil Zaufany. Jeszcze w 2018 roku dostęp ten posiadało niecałe 1,5 mln osób. Z kolei ponad 2 mln zainstalowało już aplikację mObywatel, pozwalającą m.in. na digitalizację dokumentów osobistych. Tylko w 2020 roku Polacy wysłali do urzędów 1,5 mln elektronicznych pism, a za pośrednictwem e-usługi „Uzyskaj dowód osobisty” wniosek o dokument zgłosiło ponad 333 tys. obywateli. Zainteresowanie e-usługami wynika po części z pandemii koronawirusa.

– Poprzednia perspektywa Unii Europejskiej skupiała się na e-usługach, czyli na tym, żebyśmy mogli zamiast iść do urzędu, nasze sprawy załatwić poprzez internet. Pokazuje to świetnie wzrost liczby Profili Zaufanych, który odnotowujemy w ostatnich latach. Jednak portale czy usługi do tej pory były w niewielkim stopniu wykorzystywane przez obywateli. Tutaj zmianę przyspieszyła pandemia COVID-19, zmobilizowała nas do tego, żebyśmy zaczęli korzystać ze zdalnej formy komunikowania się z urzędem, więc e-usługi zaczęły żyć – tłumaczy Sławomir Hemerling-Kowalczyk.

Ważnym aspektem jest jednak mobilizacja obywateli. Samo posiadanie Profilu Zaufanego czy też aplikacji mObywatel nie oznacza, że będzie się z nich korzystać aktywnie. Kluczową kwestią będzie przepływ dokumentów pomiędzy urzędami, aby Polacy nie musieli wysyłać jednego pisma cyfrowo, a następnie do kolejnego urzędu zanosić go w formie papierowej. Druga kwestia to odpowiednie przygotowanie urzędów na tę cyfrową rewolucję.

– Co najmniej 50 proc. urzędów w Polsce posiada wdrożone niektóre e-usługi. Bardzo duża liczba usług jest realizowana na poziomie centralnym, około 90 proc. czynności, które wykonuje przeciętny obywatel, można dokonać za pomocą krajowych systemów, chociażby ePUAP czy e-Obywatel – wskazuje prezes GIAP.

Roboty chirurgiczne przyszłością kardiochirurgii. Opracowane przez Polaków rozwiązanie wciąż nie doczekało się komercjalizacji

Polski robot chirurgiczny mógłby być kilkakrotnie tańszy niż znany na całym świecie robot Da Vinci. Chociaż powstały już działające prototypy robota Robin Heart, wciąż nie doczekał się on debiutu rynkowego. Tymczasem coraz więcej procedur medycznych może być przeprowadzanych przez roboty. Przyszłością medycyny będą urządzenia w pełni autonomiczne. Już dziś operacje można z powodzeniem przeprowadzać w pełni zdalnie.

– Idea tego, żeby chirurg mógł spokojnie usiąść w konsoli, miał powiększony obraz na monitorze, również przestrzenny, i mógł operować, poruszając zadajnikami ruchu, które powodują odpowiedni efekt ruszania narzędziami, była piękna i użyteczna. Stąd ruszyliśmy w projekt Robin Heart, czyli robot dla serca. To był czas, w którym również na świecie rozpoczynały się te doświadczenia. Zeus i Da Vinci dopiero wtedy raczkowały – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. n. med. Zbigniew Nawrat, profesor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii.

Robot Robin Heart powstał w kilku wersjach: z niezależną podstawą, z dwoma ramionami, sterujący endoskopem, a nawet trójramienny, który może wykonywać pracę za dwóch kardiochirurgów i asystenta kierującego torem wizyjnym.

– Opracowaliśmy taki system, żeby przynajmniej niektóre operacje można było przeprowadzić przy pomocy jednej osoby, która siedzi za konsolą i przełącza odpowiednio funkcje. Co więcej, narzędzia, które są montowane na tym robocie i każdym naszym następnym, były mechatroniczne, które można było ściągnąć i włożyć w uchwyt w dłoni i sterować nimi jak mechatronicznymi narzędziami – dodaje Zbigniew Nawrat.

W założeniu Robin Heart miał być polską, wielokrotnie tańszą alternatywą dla znanego na całym świecie robota Da Vinci. Chociaż sprzęt powstał w kilku wersjach, żadna z nich nie trafiła ostatecznie do sprzedaży. Nie oznacza to jednak, że Polacy zaprzestali rozwijać rozwiązania robotyczne w dziedzinie kardiochirurgii.

– Ciągle liczę na to, że roboty chirurgiczne jednak się pojawią. Prof. Zbigniew Religa pokazywał nam, gdzie ta interwencja mogłaby pomóc lepiej, sprawniej leczyć najtrudniejszych pacjentów. Pierwszym zagadnieniem, które rozwiązaliśmy, oczywiście było sztuczne serce. Powinny powstawać jednak kolejne pompy, działające na innej zasadzie, pozwalające również nadzorować pacjentów w domu. Jesteśmy do tego przygotowani, mamy już opracowaną technologię – zaznacza naukowiec.

Roboty sprawdzają się jednak nie tylko w kardiochirurgii. Chińscy lekarze za pomocą narzędzi stworzonych do przeprowadzania zdalnie zabiegów chirurgicznych wszczepili urządzenie stymulujące do mózgu pacjenta z chorobą Parkinsona. Odległość między operującym lekarzem a pacjentem wynosiła ponad 3 tys. km. Przyszłością medycyny będą natomiast w pełni autonomiczne roboty. Za naukowcami są już pierwsze udane próby przeprowadzone na zwierzętach.

Choć Polakom nie udało się jak na razie osiągnąć wdrożenia robota chirurgicznego, to mamy wiedzę i naukowcami na światowym poziomie. Problemem pozostaje finansowanie projektów.

– Nadzorujemy część projektu europejskiego DIH-HERO: Robotics in Healthcare i widzimy, jakie jest porównanie polskich i zagranicznych zespołów. Naprawdę nie ma się czego wstydzić. Kapitał ludzki i możliwości są, jednak oczywiście mamy mniejsze możliwości finansowe. Jeszcze przez wiele lat będzie nam trudno wejść na rynek i wprowadzić światową markę. Pieniądze cały czas gdzieś są, tylko nie trafiają w te miejsca, w których można byłoby osiągnąć efekt powstania polskiej marki – wskazuje dr hab. Zbigniew Nawrat.

Automatyzacja procesów związanych z przeprowadzaniem interwencji medycznych staje się koniecznością – z jednej strony z uwagi na możliwość wyeliminowania czynników ryzyka, takich jak błąd ludzki, a z drugiej z uwagi na coraz skromniejsze zasoby kadrowe szpitali. Według Association of American Medical Colleges, do 2033 roku w samych tylko Stanach Zjednoczonych wytworzy się luka kadrowa obejmująca nawet około 140 tys. lekarzy.

Jak wybrać najlepszego brokera Forex?

Planujesz wejść na rynek Forex? Zanim zaczniesz zarabiać na handlu walutami, poszukaj odpowiedniego brokera. Sprawdź, jak znaleźć najlepszego brokera Forex i czym powinieneś kierować się przy jego wyborze.

Kim jest broker Forex?

Broker Forex to instytucja finansowa, za której pośrednictwem prywatni inwestorzy mogą inwestować na rynku walutowym. Tylko posiadając odpowiedni rachunek u wybranego brokera będziesz w stanie kupować i sprzedawać aktywa na Forexie.

Co ważne, wyróżnia się 3 rodzaje brokerów Forex. Są to:

  • Market Maker, czyli broker MM,
  • Electronic Communication Network, czyli broker ECN,
  • Straight Through Processing, czyli broker STP.

Czym jest rynek Forex?

Rynek Forex to inaczej rynek walutowy, który służy do sprzedawania, kupowania i wymiany walut. A mówiąc dokładniej, na Forexie dochodzi do handlu parami walutowymi.

Rynek walutowy Forex to rynek OTC, czyli Over the Counter, w którym transakcje przeprowadzane są poza parkietem giełdy. Warto także dodać, że Forex to najbardziej płynny i zarazem największy rynek na świecie. Około 90% przeprowadzanych transakcji ma charakter spekulacyjny, co wiąże się z ciągle zmieniającymi się cenami walut.

Jakie są najważniejsze opłaty w handlu na rynku Forex?

Handel na rynku Forex wiąże się z określonymi opłatami. Są to przede wszystkim:

  • spready,
  • koszty transakcji.

Spread to opłata, która wiąże się z zajęciem pozycji przez tradera. Naliczana jest raz za każda transakcję w obie strony, czyli za zakończoną transakcję kupna i sprzedaży. Wielkość spreadu jest różna w zależności od pary walutowej, a pary główne mają na ogół niższy spread niż pary egzotyczne.

Z kolei pisząc o kosztach transakcji mamy na myśli wszelkie prowizje od dokonanych transkacji, które nalicza broker Forex. Na ogół brokerzy oferują inwestorom jedną z dwóch opcji:

  • wyższy spread i brak prowizji
  • niższy spread i prowizja od każdej transakcji.

Która z nich jest lepsza? To już zależy od indywidualnej sytuacji inwestora, dlatego obie opcje warto dokładnie przeanalizować. Poza tym broker Forex będzie naliczał opłaty za samo posiadanie rachunku do handlu na rynku Forex.

Czym powinien charakteryzować się najlepszy broker forex?

Dobry broker Forex to podstawa zyskownego inwestowania na rynku Forex. A czym należy kierować się przy wyborze brokera? Przede wszystkim handel na rynku Forex powinien być bezpieczny, dlatego wybierz brokera, który posiada odpowiednie licencje i zezwolenia na prowadzenie działalności w Unii Europejskiej. Zwróć także uwagę na wszelkie opłaty i wysokość prowizji, jakie broker Forex zamierza pobierać.

Poza tym warto wybrać brokera Forex, który oferuje szereg dodatkowych usług. Z pewnością przyda się możliwość skorzystania z konta demo, aby przekonać się jak działa dany rachunek maklerski. Do tego dochodzi aplikacja mobilna, która pozwala kontrolować transakcje z dowolnego miejsca i o dowolnej porze.

Ogromnym plusem brokera Forex są także szkolenia i poradniki, z których można uczyć się, aby jak lepiej wykorzystać potencjał rynku Forex. Kluczowy jest także dostęp do nowoczesnych narzędzi analitycznych i licznych raportów. Stanowią one nieocenione źródło danych o świecie finansowym i pomagają podejmować trafniejsze decyzje inwestycyjne.

Gdzie szukać informacji o brokerach forex?

Wybór brokera Forex to niełatwe zadanie, ale jest jeden sposób, aby szybko i wygodnie znaleźć najlepsze rozwiązanie. Jest nim aktualny ranking brokerów forex na stronie kontomaniak.pl, dzięki któremu wygodnie porównasz poszczególne oferty.

Rynek Forex przyciąga coraz większą liczbę inwestorów, a co za tym idzie i brokerów, którzy umożliwiają transakcje na rynku walut. Warto poświecić nieco czasu, aby wybrać najlepszego z nich, dzięki któremu inwestowanie stanie się łatwiejsze, wygodniejsze, a przede wszystkim bardziej zyskowne.

Sytuacja na rynku faktoringu w czasie pandemii

Z perspektywy niezależnej agencji faktoringowej, obsługującej przede wszystkim małe i średnie przedsiębiorstwa, zauważyć należy spore wahania popytu na usługi faktoringowe w ciągu minionego roku 2020 i pierwszych tygodni roku 2021 – komentuje Jarosław Grygiel, Dyrektor krajowy Credstep Poland Sp. z o.o.

Na tradycyjną dla branży sezonowość, skutkującą spadkiem wolumenów sprzedażowych w sezonie letnim, nałożyły się jeszcze miesiące nadpłynności finansowej u wielu przedsiębiorców, którzy mieli możliwość skorzystania z pomocy publicznej i szeregu dotacji przeciwdziałających skutkom pandemii wirusa C-19. Tym niemniej jednak środki pomocowe służyły przedsiębiorcom przede wszystkim do okresowego utrzymania miejsc pracy i zapewnienia ciągłości działalności, co z kolei objawiło się w odradzającym się zapotrzebowaniu na faktoring w 4-ym kwartale roku 2020. Wielu graczy z segmentu finansów B2B, w tym Credstep Poland, odnotowało wówczas rekordy sprzedażowe w związku ze zwiększonym zapotrzebowaniem na zapewnienie ciągłości łańcucha dostaw w warunkach niezakłóconej płynności finansowej. Z kolei początek roku 2021 dał się odczuć jako okres zimowego letargu i postświątecznego spowolnienia obrotów.

 

Wspólny dla całego kraju okres ferii zimowych skutkował oderwaniem wielu przedsiębiorców od rutyny obrotu gospodarczego, zaś zgłaszający się wówczas klienci sygnalizowali zapotrzebowanie przede wszystkim na faktoring zakupowy, związany z potrzebą uzupełnienia zapasów i zatowarowania się na spodziewany okres uwolnienia dystrybucji od dotychczasowych ograniczeń, w postaci otwarcia centrów handlowych. Styczeń 2021 w statystykach to także większy popyt na dyskretną, bo nienotyfikowaną formę faktoringu, co z kolei można wiązać z występującą po stronie przedsiębiorców niechęcią do ujawniania wobec kontrahenta faktu korzystania z usług zewnętrznego dostawcy finansowego.

Podsumowując, perspektywa minionych 12 miesięcy kalendarzowych przyniosła ponad standardowe wahnięcia popytu na usług faktoringowe, zdecydowanie wykraczające poza zwykłą sezonowość, co mogło konsternować wielu faktorów. Tym niemniej nieregularność podaży usług faktoringowych w dobie pandemii zapewne zakończy się w drugim kwartale roku bieżącego, kiedy krajowi przedsiębiorcy będą musieli rozliczyć się z otrzymanej pomocy publicznej. Konieczność zwrotu części otrzymanych środków skieruje wówczas do agencji faktoringowych świadomą ryzyka płynności finansowej część przedsiębiorców.

Trendy, które przeobrażą rynek mieszkaniowy w Polsce

Oto główne trendy, które spowodują konieczność dostosowania się do nowych zasad i znacząco zmienią rynek deweloperski w naszym kraju. Wygranymi zmian będą ich prekursorzy, firmy z wizją i horyzontami, które już dziś przygotowują swoją strategię na nadchodzącą przyszłość.

Demografia – zyska segment premium i modne lokalizacje

W 2040 r. zostanie nas już 35 milionów, a jeśli nie podniesiemy dzietności, to postępujący proces doprowadzi do tego, że za 80 lat będzie nas o 10 mln mniej – wynika z prognoz Eurostatu. Kurczenie się polskiego społeczeństwa spowoduje, że w ciągu najbliższej dekady rozpocznie się rewolucja majątkowa. Już za 20 lat dorobek przeciętnej rodziny wzrośnie do ponad 860 tys. zł. Polacy zaczną się gwałtownie bogacić, a spadki dziedziczone po naszych bliskich będą nawet trzykrotnie większe niż dziś. Łatwo zaobserwować tu postępujący proces wzrostu liczby nieruchomości per capita. Statystyki demograficzne są często pomijanym, ale istotnym czynnikiem, który wpływa na długofalową wycenę i analizę, jakie rodzaje nieruchomości będą atrakcyjne w przyszłości. W kolejnej dekadzie deweloperzy nadal będą mogli liczyć na hossę przy jednoczesnym wzroście znaczenia atrakcyjnych demograficznie lokalizacji, wyższych standardów lokalowych, innowacyjnych technologii i budowania w nowych ekologicznych normach. Obecnie, wg różnych prognoz na rynku wciąż brakuje od 2,3 do 3 milionów mieszkań. Wpływają na to różne czynniki i zaszłości z czasów powojennych i socjalistycznej historii Polski, jednak również zmiany modelu życia, wzrostu standardów metrażowych, imigracja, itd. Dzisiejsze “premium” dla przyszłych pokoleń stawać się będzie normą. Analizując długofalowe trendy widać, że nie warto inwestować w mniejsze miejscowości, które nie przyciągają dobrą infrastrukturą, zapleczem uniwersyteckim czy łatwością zdobycia pracy. Inwestorzy długoterminowi wybierają stolice i inne duże aglomeracje. Nawet jeśli liczba ludności w kraju ogólnie spadnie, wraz z urbanizacją, powinny one nadal dobrze sobie radzić. Na znaczeniu zyska Trójmiasto, ostatnio Gdynia zajęła drugie miejsce w prestiżowym globalnym rankingu “miast przyszłości”- FDI Global Cities of the Future 2021/2022. W najnowszej edycji rankingu przygotowywanego przez FDI związanego z brytyjskim dziennikiem „The Financial Times”, w kategorii „FDI Strategy – Mid-Sized and Small Cities” na piątej pozycji miast z całego świata znalazło się też Trójmiasto.

Zrównoważony rozwój, CSR i PPP – kluczem do rozwoju

Budownictwo odpowiada aż za 39% emisji dwutlenku węgla do atmosfery. Eco CSR w urbanistyce społecznej to jeden z priorytetów przyszłości, z czego najważniejszym jest wspieranie procesów zrównoważonego rozwoju. Ważnym jest dzielenie się doświadczeniami prawnymi, biznesowymi i technologicznymi. Ale także pomaganie w zdobywaniu lepszej edukacji i kształtowaniu wspólnej przestrzeni miejskiej, aby budować ekologicznie i z myślą o ratowaniu naszej planety. CSR staje się obowiązkowym elementem strategii sektora nieruchomości. Branża deweloperska coraz częściej uwzględnia potrzeby otoczenia, w którym planuje inwestycję, dbając tym samym o samopoczucie przyszłych mieszkańców. W ub. roku Komisja Europejska przedstawiła plan obniżenia emisji gazów cieplarnianych w UE o co najmniej 55% do 2030 roku (w stosunku do poziomu z 1990 roku). Celem długofalowej strategii nazywanej Europejskim Zielonym Ładem jest osiągnięcie neutralności klimatycznej już w 2050 roku. Pamiętajmy też o podpisanym przez 189 państw (w tym Polskę) 5 lat temu porozumieniu paryskim. Jego priorytetami są m.in. ograniczenie wzrostu globalnej temperatury oraz osiągnięcie neutralności węglowej do 2050 roku. W/g Banku Światowego partnerstwo publiczno-prywatne (PPP) może być narzędziem zapewniającym lepszą jakość usług infrastrukturalnych dla większej liczby osób. Dobrze zaprojektowane i wdrożone w zrównoważonym środowisku regulacyjnym projekty, PPP mogą zapewnić wzrost wydajności i zrównoważony charakter świadczenia usług publicznych, takich jak energia, transport, telekomunikacja, gospodarka wodna, opieka zdrowotna i edukacja. PPP mogą również umożliwić lepszą alokację ryzyka między podmiotami publicznymi i prywatnymi. Niestety w Polsce, pomimo wielu prób dotąd nie udało się spopularyzować idei partnerstwa publiczno-prywatnego, które w ostatnich latach wynosiło jedynie 1 procent ogólnej wartości zamówień publicznych. Jednak PPP jest niezwykle przyszłościowym narzędziem z dużym potencjałem rozwoju i popularnością w wielu krajach świata. Najbardziej spektakularnym przykładem PPP w Europie była budowa tunelu pod Kanałem La Manche.

Prefabrykacja i wzrost zastosowania drewna

Choć w naszym kraju znów powraca do łask, to kojarzona jest z epoką wielkiej płyty w PRL-u i budowy rekordowych ilości mieszkań ponad 40 lat temu za czasów Edwarda Gierka. Jednak porównanie tego okresu z obecną prefabrykacją, to jak zestawienie Poloneza wyprodukowanego w ówczesnym FSO z dzisiejszą Teslą. Współczesne prefabrykaty są ekologiczne, dają niezwykłą precyzję, wysoką jakość i co ważne oszczędność czasu. Wpływa to na skrócenie cyklu operacyjnego, a więc i wzrost wskaźnika rentowności inwestycji deweloperskich. Budowanie z prefabrykatów wymaga mniejszej liczby pracowników, budowa pochłania dwukrotnie mniej czasu niż tradycyjna technologia i jest dokładniejsza. Również niedobór wykwalifikowanych pracowników budowlanych przy nagromadzeniu inwestycji w gospodarce oraz pełnych portfelach zamówień dla generalnych wykonawców i podwykonawców, a zatem wzrost kosztów produkcji sprawiły, że w ciągu zaledwie kilku lat polski rynek prefabrykacji betonowej podwoił swoją wartość wskazując na jej dalszy rozwój i popularność niczym ta notowana do lat na rynkach Europy Zachodniej. Prefabrykaty to nie tylko budownictwo wielorodzinne, ale i jednorodzinne, a także komercyjne: biurowce, hale magazynowe i produkcyjne, hotele, obiekty użyteczności publicznej, rolnictwo, itp. Wzrasta także popularność prefabrykacji wykorzystywanej do wykończenia wnętrz. Z roku na rok na znaczeniu zyskują także domy montowane z ekologicznych prefabrykatów drewnianych. Nowe technologie rozwiną budowę konstrukcji drewnianych dla wysokościowców, z których już buduje się w wielu miastach świata np. Amsterdamie, Pradze czy Paryżu. Drewniano-hybrydowe budynek mieszkalny i biurowe staną się normą. Liderzy budowlani już mocno inwestują w technologie konstrukcyjne i modułowe oparte na drewnie. Na przykład najważniejszą zaletą drewna CLT jest trwałość, fakt bycia materiałem odnawialnym i jego trwałość a także znaczna poprawa warunków zastosowań budowlanych.

Przejrzystość procedur to zmiany prawne i cyfryzacja

Potrzebujemy reformy systemu planowania i zagospodarowania przestrzennego. Dobre prawo może wpływać na skrócenie długość cyklu operacyjnego inwestorów oraz lepszą dostępność gruntów. Planowanie przestrzenne to coś, dzięki czemu kreowane jest nasze otoczenie. Właśnie w oparciu o ustawę o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym powinny powstawać miejskie plany zagospodarowania przestrzennego. Po reformie, na terenach, dla których nie uchwalono planu zabudowy, mają obowiązywać określone w nowej ustawie standardy urbanistyczne. Podczas opracowywania dokumentów planistycznych, bardzo ważne jest zaangażowanie społeczne mieszkańców. Obecny brak miejscowych planów jest czynnikiem blokującym rozwój inwestycji, a potęgowanym skomplikowanymi i niejasnymi procedurami. Wzrasta też obszar i zakres cyfryzacji formalności budowlanych. Wkrótce o pozwolenie na budowę będzie można ubiegać się online, a to pierwszy etap reformy cyfryzacji formalności. W przyszłości przewiduje on, by inwestorzy prowadzili elektroniczny dziennik budowy – najpierw w wersji webowej, a potem w formie aplikacji na urządzeniach mobilnych. Uruchomione zostaną internetowe konta inwestorów, które umożliwią podgląd, na jakim etapie jest postępowanie czy trzeba przesłać dodatkowe dokumenty, etc.

Fundusze REIT i wzrost znaczenia najmu instytucjonalnego

Polscy inwestorzy, zarówno indywidualni, jak i instytucjonalni wciąż mają bardzo ograniczone możliwości inwestowania i realizowania zysków na rynku nieruchomości. Ten stan może zmienić wprowadzenie systemowych i sprawdzonych rozwiązań, z wielką korzyścią dla polskich inwestorów indywidualnych i naszej gospodarki. Na największym rynku nieruchomości w Europie, czyli w Niemczech, gdzie około połowa zlokalizowanych nieruchomości ma charakter mieszkaniowy, fundusze specjalne i REIT-y zajmują większość udziałów w całości inwestycji mieszkaniowych. Jest to trend, który spowoduje dalszy rozwój wynajmu instytucjonalnego w Polsce. Trwają prace nad ustawą dot. polskich funduszy REIT. W Europie (bez Wielkiej Brytanii) jest ich już 151 o łącznej kapitalizacji rynkowej 420 mld USD, a na Wyspach Brytyjskich 56 o kapitalizacji 89,5 mld USD. REIT-y w USA posiadające łącznie ponad 3,5 bln USD aktywów to popularne na świecie rozwiązanie, które działa też w 40 krajach. W Polsce w posiadaniu zagranicznych REIT-ów są nieruchomości komercyjne o wartości 64 mld euro. Niestety, udział rodzimego kapitału jest mniejszy niż 5 procent. Na zachodzie REIT-y zapewniają konkurencyjne i całkowite stopy zwrotu w oparciu o wysokie, stabilne dochody z dywidend i długoterminowy wzrost wartości kapitału. REIT-y mogą stanowić nową opcję inwestowania w nieruchomości w Polsce, które zmienią dotychczasowe zachowania mniejszych inwestorów indywidualnych, dając im możliwość zarabiania w innej formie niż znany dotychczas zakup nieruchomości i jej odsprzedaż lub wynajem.

Nowe warunki ekonomiczne i procesy demograficzne zmieniającego się otoczenia niosą za sobą przekształcenia w wielu obszarach życia czy gospodarki. Nie bez znaczenia jest też transformacja technologiczna i społeczna. Te wszystkie czynniki spowodują w przyszłości wiele zmian na naszym ryku nieruchomości i wpłyną na transformację naszego otoczenia. Już dziś obserwujemy początki wielu z opisanych w moim materiale procesów.

Autor: Adam Białas, ekspert rynku nieruchomości, dziennikarz biznesowy, menedżer agencji komunikacji i marketingu.

Młode firmy też mogą skorzystać z pomocy

Nowe rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 26 lutego 2021 r. w sprawie wsparcia uczestników obrotu gospodarczego poszkodowanych wskutek pandemii COVID-19 (Dz.U 2021 r. poz.371) daje możliwość porównania spadku przychodów firmy do września 2020 r., czyli do ostatniego miesiąca w którym nie wprowadzono znaczących ograniczeń w prowadzeniu działalności gospodarczej z uwagi na epidemię COVID-19. Postulował o to Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Poprzednie rozporządzenie, choć formalnie dawało możliwość skorzystania z wsparcia młodym firmom, to było w tym względzie dalece niedoskonałe.

– Zostało one skonstruowane tak, że przedsiębiorcy musieli porównywać ze sobą miesiące w którym zakazano im działalności. Większość przedsiębiorców nie było więc w stanie wykazać 40% spadku przychodów – komentuje Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców.

Rzecznik MŚP, niezwłocznie po opublikowaniu poprzedniej wersji rozporządzenia, zwracał uwagę na ten problem. W piśmie do Wicepremiera, Ministra Rozwoju, Pracy i Technologii z dn. 1 lutego 2021 r., zaproponował, aby można było porównywać spadki obrotów do miesiąca września 2020 r.

Nowe rozporządzenie, z dn. 26 lutego 2021 r., daje możliwość porównania obecnych przychodów do września 2020 r., czyli do ostatniego miesiąca, gdy obowiązywały niewielkie obostrzenia epidemiczne. Dzięki temu wiele firm, które powstały dopiero w 2020 roku może liczyć na zwolnienie ze składek ZUS, świadczenie postojowe, czy dopłatę do wynagrodzeń pracowników. Co istotne rozporządzenie daje możliwość uzyskania wsparcia także za grudzień i styczeń. Dzięki nowemu rozwiązaniu także „młode” firmy będą mogły otrzymać rekompensatę za ograniczenia, bądź zamknięcie prowadzonej przez nich działalności gospodarczej, o co walczył Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

– Cieszy nas, że Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii wsłuchało się w głos przedsiębiorców i nasze uwagi zostały uwzględnione – podsumowuje Adam Abramowicz.

Płynność finansowa jako wyzwanie dla krajowego sektora przedsiębiorstw w perspektywie roku 2021

Ostatni raport COFACE opracowany na podstawie publikacji w Monitorze sądowym i Gospodarczym obnażył niewesołe fakty o aktualnej kondycji polskich przedsiębiorstw – chodzi o 75%-owy przyrost niewypłacalności firm względem zeszłego roku i rekord dekady. Aktualna kondycja sektora polskich przedsiębiorstw jest tyle problematyczna, co zróżnicowana i wieloaspektowa. Z jednej strony części krajowych firm udało się pozyskać niemałą pomoc publiczną w ramach tarczy antycovidowej, przez co przez kilka miesięcy korzystały one z komfortu nadpłynności. Ten z kolei komfort mógł być przyczyną grzechu zaniechania: po co rozwijać firmę w niepewnych czasach, skoro w jej kasie jest wystarczająco dużo środków na opłacenie kosztów stałych?

Biznesowy survival, czy przejadanie pomocy?

Inna rzecz, jak pozyskane z zewnątrz fundusze zostały przez beneficjentów tych świadczeń ostatecznie wykorzystane: jako źródło spłaty dotychczasowych zobowiązań, jako bufor płynnościowy na zaś, jako asumpt do inwestycji i przemodelowania profilu firmy, np. poprzez wejście w online’owy kanał dystrybucji, czy też może na konsumpcję w ramach firmy. I w tym ostatnim kontekście zauważmy, że jeszcze w maju br. dealerzy samochodów wyprzedawali wszystko ze swych stocków, wobec bezprecedensowego popytu na nowe auta. Taka fantazja w wydawaniu sporych pieniędzy łatwo pozyskanych przez przedsiębiorców od państwa może odbić się czkawką w perspektywie faktycznego powrotu lock-down’u i dalszego, sięgającego końca roku 2021 wychłodzenia gospodarki, a zwłaszcza niektórych jej branż, jak np. HoReCa, branży eventowej, sportowej, rozrywkowej i turystycznej, czy galerii i centrów handlowych oraz uzależnionych od nich offline’owych sprzedawców-detalistów – komentuje Jarosław Grygiel, Country Manager Credstep Poland – firmy zajmującej się faktoringiem online. Zauważmy przy tym, że pomoc finansowa dla firm w postaci pożyczek udzielonych przez Polski Fundusz Rozwoju (PFR) nie zawsze będzie bezzwrotna. Stwierdzenie braku spełnienia przesłanek do umorzenia przeważającej części tych zobowiązań może przełożyć się na kolejną falę niewypłacalności wśród przedsiębiorstw w 2 kwartale roku 2021.

Znikający kredyt kupiecki, rosnący brak zaufania

Z kolei z perspektywy firmy faktoringowej, czyli tego gracza rynkowego, którego misją jest wspieranie płynności finansowej przedsiębiorstw, zauważyć można inny trend, oprócz wspomnianej już wcześniej sezonowej (i zdecydowanie kończącej się) nadpłynności niektórych graczy, którym skutecznie udało się skorzystać z publicznych programów pomocowych. Tym trendem jest niechęć przedsiębiorców do udzielania kredytu kupieckiego i jego redukowanie. Rezultatem niwelacji kredytu kupieckiego – najtańszej i najbardziej powszechnej formy finansowania obrotu handlowego, jest przerzucenie ryzyka braku płynności finansowej ze sprzedawcy na nabywcę, za czym stoją względy ostrożnościowe i rosnący brak wzajemnego zaufania między kontrahentami.

Nic w tym zaskakującego, skoro wraz z nastaniem pandemii ustawodawca irracjonalnie poluzował normy regulujące możliwość wszczęcia postępowania restrukturyzacyjnego. Wedle opinii wielu praktyków i ekspertów, uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne w Tarczy 4.0 to następny, szkodliwy dla gospodarki ukłon legislatora w stronę dłużników, w tym także tych wolicjonalnych. Zauważmy, że ów naprędce przygotowany i uchwalony pod presją historycznego przesilenia tryb postępowania jest w swym programowym uproszczeniu, odformalizowaniu (ograniczenie roli sądu gospodarczego) i skutkach (m.in. zawieszenie egzekucji komorniczych) pokusą dla graczy bezrefleksyjnie brnących w dalsze zadłużanie przedsiębiorstwa. Dostają oni bowiem od państwa kolejną możliwość przerzucenia ciężaru nieuregulowanych zobowiązań na swoich wierzycieli.

Finanse firmowe w zamkniętym kręgu współzależności

Pośrednim skutkiem sukcesywnie redukowanego przez legislatora systemu ochrony wierzycieli jest to, że podaż klasycznego faktoringu sprzedażowego, pełnego czy niepełnego, siłą rzeczy się kurczy, tak jak i wolumen obrotów handlowych. Łańcuch współzależności gospodarczych jest tu bowiem prosty: obroty handlowe napędza kredyt kupiecki, jako najtańsza i najbardziej popularna forma finansowania B2B, a ten zaś wspomagają i zabezpieczają usługi faktoringowe. System prawa krajowego, wręczający dłużnikowi nowe narzędzie umożliwiające wstrzymanie się z płatnością swoich zobowiązań, a docelowo ich redukcję, skutecznie podważa indeks zaufania między uczestnikami obrotu gospodarczego i redukuje skalę biznesu – z oczywistym skutkiem fiskalnym – dodaje Jarosław Grygiel z Credstep.pl. I nie pomogą tu oderwane od realiów krajowej ekonomii zabiegi w postaci obniżania stóp procentowych przez RPP (i to w obliczu nadchodzącej inflacji), celem wymuszonej redukcji kosztu kredytów bankowych. Dziwne, że decydentom nie przyszło do głowy, że podaży kredytów przez banki może po prostu nie być. Parafrazując niesławny bon-mot z podobnego w naszej historii nowożytnej negatywnego okresu dla polskiej gospodarki: banki się same wyżywią. I to niekoniecznie rozdawając tanie kredyty na animację biznesu, na co zapewne liczył rząd i tracąca swoją niezależność RPP. Obrazu małej apokalipsy polskiej gospodarki dopełniają szkodliwe dla polskiego rynku finansowego i jego klientów marcowe zmiany legislacyjne, dotykające parametrów kredytu konsumenckiego i niwelujące możliwość opłacalnego finansowania osób fizycznych, a także gwałtowne zredukowanie dostępności ubezpieczeń handlowych, przez stanowczo zbyt mały względem skali polskiej gospodarki oligopol ubezpieczycieli.

Faktoring jako remedium na epidemię braku płynności finansowej?

Wracając do praktycznych aspektów prowadzenia biznesu w wyjątkowo niełatwych uwarunkowaniach: nowym remedium na wsparcie płynności finansowej nabywców towarów i usług może stać się faktoring odwrotny – zakupowy, zwany także dłużnym. Ten wyspecjalizowany produkt finansowy, zastępujący kredyt obrotowy, umożliwi odbiorcy dostawy i importerowi rozłożenie kosztów fakturowych w odpowiednio długim czasie. Rozterminowanie i prolongowanie kosztów nabycia towarów i usług przez faktoring odwrotny, to substytut coraz mniej dostępnego bankowego kredytu obrotowego, ale i kredytu kupieckiego, praktycznie niefunkcjonującego w detalicznym handlu zagranicznym. Faktoring zakupowy umożliwi korzystającej z tej usługi firmie bezproblematyczne nabycie towarów lub usług (często ze skontem wynegocjowanym od dostawcy, wskutek natychmiastowej zapłaty za całość dostawy), a także wygenerowanie przychodów w odpowiednio długim czasie, zapewniającym stopniowe uregulowanie kosztów poczynionego zakupu wobec faktora – w zamian za rozsądną prowizję. W ostatnim okresie podaż tego wariantu faktoringu przekroczyła w Credstep Poland wartość zrealizowanych kontraktów faktoringu sprzedażowego.

Reasumując, należy zauważyć, że obecna sytuacja ekonomiczna polskiego sektora MŚP, w dużej mierze kształtowana nie tylko przez okoliczności faktyczne w postaci pandemii COVID-19, ale i przez dyskusyjne zmiany systemowe, znacząco utrudnia podaż usług faktoringowych przez niezależne, niebankowe agencje. Firmy mikrofaktoringowe, takie jak Credstep Poland, wciąż niemające w Polsce odpowiedniej reprezentacji branżowej w postaci dedykowanej im izby gospodarczej czy stowarzyszenia sektorowego, realizują ważną dla gospodarki krajowej misję – demokratyzują świat finansów B2B, dostarczając małym i średnim przedsiębiorcom rozwiązania finansowe dostępne dotąd jedynie dla dużych koncernów i wielkich firm, wystarczająco rozpieszczanych przez banki i bankowych faktorów. Niestety realizacja tej misji, której celem jest wsparcie rozwoju polskiego segmentu SME, nie jest obecnie łatwa.

Wobec perspektywy rychłego skonsumowania całości otrzymanej pomocy ze środków publicznych i marnych widoków na łatwy i szybki powrót do ekonomicznej normalności, przedsiębiorcy mogą ulec pokusie skorzystania z biznesowego ‘opt-out’ w postaci wykorzystania procedur przewidzianych ustawami Prawo upadłościowe i Prawo restrukturyzacyjne, zwłaszcza z nowości w postaci uproszczonego po­stę­po­wa­nia ukła­do­wego, obowiązującej do końca czerwca 2021 r. Na wszystkich biznesmenach, którzy poprzez wyreżyserowaną upadłość lub układ chcą rozwiązać problem swoich zobowiązań na skróty, zarobią wyrastające jak grzyby po deszczu kancelarie restrukturyzacyjne. Tym niemniej jednak stygmat niewypłacalności ciągnący się za interesariuszami upadłego biznesu będzie skuteczną przeszkodą w pozyskaniu finansowania zewnętrznego przez kolejne, nowe otwierane przez nich wehikuły przez kolejne lata, nawet kiedy okres pandemii wreszcie ustanie. Zdaje się, że ten daleko idący skutek uboczny postepowań restrukturyzacyjnych, układowych i upadłościowych często umyka osobom, które inicjują je z myślą o doraźnych korzyściach, ale bez sensownego pomysłu na sprawiedliwe uregulowanie stanu swoich zobowiązań względem wszystkich wierzycieli.

Zauważmy wreszcie, iż w dalszym ciągu w Polsce potrzebna jest racjonalna, systemowa pomoc publiczna, działająca w interesie zarówno animatorów rynku, czyli wierzycieli i kapitałodawców, jak i przedsiębiorców realnie zainteresowanych adaptacją i rynkowym survivalem, a nie tylko przejedzeniem pomocy publicznej i drenażem środków z kasy firmy. To z kolei dałoby również asumpt dla większej, bo korzystającej z większego bezpieczeństwa obrotu gospodarczego, podaży usług faktoringowych, przywracających krążenie bezcennej gotówki w gospodarce przedsiębiorstw.

Autor: Jarosław Grygiel – pełnomocnik szwedzkiej grupy kapitałowej Savelend Credit Group AB na Polskę i dyrektor krajowy fintechowej spółki faktoringowej Credstep Poland (www.credstep.pl) , zapewniającej finansowanie B2B w kanale online.

Za dwa dni mija termin składania wniosków do PFR – rząd nadal nie wydał objaśnień, o które wnioskował Rzecznik MŚP

Za 2 dni, 28 lutego 2021 r., mija termin składania wniosków przez przedsiębiorców do PFR. Muszą oni, pod odpowiedzialnością karną oświadczyć czy nie złamali ograniczeń, nakazów i zakazów związanych z walką z covid-19. Do Rzecznika MŚP wpływają od firm wnioski w sprawie niejasnych przepisów dotyczących tego problemu. Mijają już 3 miesiące, od kiedy Rzecznik MŚP zwrócił się o wydanie objaśnienia prawnego do Premiera i Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii a objaśnienia nadal nie ma.

30 listopada 2020 r. Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zwrócił się z wnioskiem do Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii (MRPIT) o wydanie objaśnień prawnych dotyczących art. 23 ustawy z dnia 28 października 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w związku z przeciwdziałaniem sytuacjom kryzysowym związanym z wystąpieniem COVID-19. Następnie 17 grudnia 2020 r. MRPiT ww. wniosek, przekazał do Ministerstwa Zdrowia (MZ). Pismem z 19 stycznia 2021 r. MZ poinformowało Rzecznika, iż pierwotny wniosek znów zostanie przekazany, tym razem do Szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, ze względu na to, że przepis będący jego przedmiotem znalazł się w ustawie na polecenie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (KPRM).

Przekazanie przedmiotowego wniosku do KPRM budzi zaskoczenie, ponieważ 4 grudnia 2020 r. Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zwrócił się do Pana Premiera Mateusza Morawieckiego, z analogicznym wnioskiem i wówczas KPRM przekazało go pismem z 11 stycznia 2021 r. do MRPiT. Rzecznik kilkukrotnie wysyłał ponaglenia do poszczególnych Ministerstw. Do dzisiaj nie otrzymał żadnej merytorycznej odpowiedzi na przywołane pisma.

24 lutego 2021 r. Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zwrócił się również do Rzecznika Praw Obywatelskich o zajęcie stanowiska, dotyczącego art. 23 ustawy z dnia 28 października 2020 r. Odpowiedź na pismo wpłynęła już 25 lutego 2021 r., gdzie wskazano, że „…ewentualne naruszenie zakazu prowadzenia działalności gospodarczej wprowadzonego rozporządzeniem Rady Ministrów nie będzie naruszeniem obostrzeń „wprowadzonych na podstawie art. 46b” ustawy zakaźnej podlegającym sankcji administracyjnej (art.48a ustawy zakaźnej), czy stanowiącym podstawę odmowy przyznania dofinansowania (art. 23 ustawy z dnia 28 października 2020 r.)”.

– Krytycznie odnosiłem się do tej regulacji już na etapie jej tworzenia opiniując ją zarówno na etapie prac sejmowych jak i senackich. Zwracałem się o wyjaśnienie istotnych wątpliwości, jakie może rodzić praktyka stosowania tego przepisu. Mija już 88 dni, a Ministerstwa z KPRM nadal milczą w tej sprawie. Odnoszę wrażenie, że sprawa przedsiębiorców potraktowana jest jak przysłowiowy „gorący kartofel”, którego najbezpieczniej przerzucić do kogoś innego – komentuje Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

– Ustawa o Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorców zobowiązuje organy, organizacje i instytucje publiczne, do których zwróci się Rzecznik MŚP, do współdziałania i udzielania pomocy. A co więcej do niezwłocznego poinformowania o podjętych działaniach lub zajętym stanowisku. Dlatego też, brak odpowiedzi budzi nasze zaskoczenie, zwłaszcza, że dotyczy sytuacji przedsiębiorców, którzy każdego dnia walczą o utrzymanie swojego biznesu – podkreśla dr n. pr. Marek Woch, Dyrektor Generalny w Biurze Rzecznika MŚP.

Przypomnijmy, zgodnie z art. 23 ust. 1 ustawy z dnia 28 października 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w związku z przeciwdziałaniem sytuacjom kryzysowym związanym z wystąpieniem COVID-19 (Dz. U. z 2020 r. poz. 2112), zwanej potocznie jako „ustawa o dobrym Samarytaninie” naruszenie przez przedsiębiorcę ograniczeń, nakazów i zakazów w zakresie prowadzonej działalności gospodarczej ustanowionych w związku z wystąpieniem stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii, określonych w przepisach wydanych na podstawie art. 46a i art. 46b pkt 1-6 i 8-12 ustawy z dnia 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, stanowi podstawę odmowy udzielenia pomocy publicznej, w szczególności wsparcia finansowego udzielanego na podstawie art. 2a ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych.

Popyt na złoto najniższy od 11 lat, cena złota spada

Inflacja rośnie, a cena złota spada. Nie do tego byliśmy przyzwyczajeni. Przez trzy miesiące złoto potaniało o 5 proc. Kosztuje poniżej 1 800 USD za uncję.

Metale szlachetne miały bardzo dobry okres pomiędzy majem a sierpniem 2020 r.

– Ten dobry czas dla złota już minął, a głównym powodem jest wzrost rentowności długu w USA – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Rosnący koszt pieniądza jest wrogiem metali szlachetnych.

Można to wyjaśnić w taki sposób, że od zgromadzonych sztabek złota nie dostajemy żadnych dywidend, natomiast ponosimy koszty przechowywania. Gdy lokaty i obligacje przynosiły zerowe korzyści, złoto pozostawało alternatywą. Teraz jednak rosną rentowności obligacji. Rentowność amerykańskich 10-latek w sierpniu 2020 r. wynosiła zaledwie 0,55 proc, z końcem lutego br. wzrosła jednak do 1,55 proc.

– Niepewność jest jednak duża, te rentowności mogą mocno wzrosnąć, a ceny obligacji spaść, jeżeli inflacja przyspieszy w USA – wyjaśnia ekspert XTB.

Sytuacja innych metali jest jednak inna niż złota. To dlatego, że inwestowanie w nie stało się ostatnio znacznie bardziej popularne.

– Złoto w długim okresie może być dobrym zabezpieczeniem przed inflacją, ale zaskoczenia inflacyjne są dla tego metalu niebezpieczne, dlatego że inflacja wywołuje wzrost kosztu pieniądza – dodaje P.Kwiecień.

Scenariusz, że cena złota znów przebije 2 000 USD nie dotyczy zwłaszcza prognoz krótkoterminowych. Krótkoterminowo nie należy spodziewać się, że złoto zdrożeje.

Orlen kupuje działające na Pomorzu 3 lądowe farmy wiatrowe

Trzy lądowe farmy wiatrowe o łącznej mocy ok. 90 MW powiększą portfel odnawialnych źródeł energii Grupy ORLEN. Koncern podpisał umowę zakupu działających na Pomorzu farm od hiszpańskich funduszy inwestycyjnych. Po transakcji Grupa ORLEN będzie posiadała w Polsce 353 MW mocy zainstalowanych w energetyce wiatrowej, stając się czwartym co do wielkości graczem na tym rynku.

– Przejmując kolejne farmy stajemy się jednym z największych graczy na polskim rynku lądowej energetyki wiatrowej. Skutecznie realizujemy strategię ORLEN2030, zakładającą rozbudowę portfela odnawialnych źródeł energii, opartego o własne projekty oraz przejęcia innych, perspektywicznych aktywów. Tylko w minionym roku nasza energetyka dostarczyła 3,3 mld zł wyniku EBITDA LIFO i był to najwyższy wynik spośród wszystkich segmentów naszej działalności. Inwestycja na Pomorzu to kolejny krok do budowy nowoczesnego koncernu multienergetycznego i osiągnięcia neutralności emisyjnej w 2050 roku – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Transakcja obejmuje zakup trzech farm wiatrowych zlokalizowanych w miejscowościach Kobylnica (41,4 MW), Subkowy (8 MW) i Nowotna (40 MW) w województwie pomorskim. Warunkiem koniecznym do jej sfinalizowania jest uzyskanie zgody UOKiK. Wszystkie farmy objęte są systemem wsparcia zielonych certyfikatów i znajdują się w obszarze działalności Energa Operator. Ich łączna produkcja energii elektrycznej wynosi ok. 280 GWh rocznie. Na podstawie obecnie zawartych umów farmy wiatrowe mają zagwarantowany odbiór wyprodukowanej energii w perspektywie od roku do dziesięciu lat.

Po przeprowadzonej akwizycji Grupa ORLEN będzie posiadała aktywa energetyczne o łącznej mocy 3,3 GW, w tym 642 MW w źródłach zeroemisyjnych. Obejmą one m.in. 58 elektrowni produkujących energię z odnawialnych źródeł, w tym przede wszystkim elektrownie wodne, farmy fotowoltaiczne i lądowe farmy wiatrowe. Segment energetyki wiatrowej będzie tworzyło 10 farm, których łączna moc zainstalowana wyniesie 353 MW. Ponadto Grupa ORLEN posiada dwa nowoczesne bloki parowo-gazowe w Płocku i Włocławku. Koncern posiada również rozbudowaną sieć linii przesyłowych o łącznej długości ok. 200 tysięcy kilometrów, która zapewnia stałe dostawy energii dla ok. 3 milionów odbiorców.

W perspektywie najbliższej dekady Grupa ORLEN na inwestycje w nisko- i zeroemisyjne źródła energii przeznaczy łącznie 47 mld zł. Koncern będzie inwestował przede wszystkim w morską i lądową energetykę wiatrową oraz fotowoltaikę. Do 2030 roku Grupa ORLEN będzie posiadać portfel odnawialnych źródeł energii o łącznej mocy 2,5 GW (liczonych wg udziałów Grupy ORLEN).

Odszkodowania dla przedsiębiorców za straty poniesione przez lockdown

Rząd jest zdecydowany, aby jak najbardziej utrudnić dochodzenie roszczeń. Senat przedstawił projekt ustawy o odszkodowaniach dla przedsiębiorców, ale prawdopodobnie jedyną drogą do ich uzyskania pozostanie składanie powództw.

Senat przygotował projekt ustawy o wyrównywaniu szkód majątkowych wynikających z ograniczeń, nakazów lub zakazów dotyczących działalności gospodarczej wprowadzonych w związku z ogłoszeniem stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii wywołanych zakażeniami wirusem SARS-CoV-2.

– Mnie osobiście ten projekt się podoba, zwłaszcza że zmienił się w trakcie konsultacji, bo pierwotnie miała być refundowana tylko strata poniesiona przez przedsiębiorcę, w takiej wersji byłaby to jedynie kalka z ustawy o wyrównywaniu strat majątkowych wynikających z ograniczenia w czasie stanu nadzwyczajnego wolności i praw człowiek i obywatela – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Skrzypek, Senior Associate w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Teraz projekt zakłada refundację 70 proc. strat i utraconych korzyści. Ta zmiana jest dobra dla przedsiębiorców. Odszkodowanie w wysokości 70% poniesionej szkody, to więcej niż w przypadku stanów nadzwyczajnych.

Odszkodowanie przysługuje przedsiębiorcy, który poniósł stratę w związku z wprowadzeniem nakazów, zakazów i ograniczeń – szeroka regulacja, obejmuje też branże pośrednio dotknięte przez lockdown (np. pralnie hotelowe, dostawców do restauracji, biura turystyczne itp.)

Według projektu ustawy odszkodowanie wypłaca wojewoda na pisemny wniosek i ma 3 miesiące na podjęcie decyzji. Wypłata odszkodowania powinna nastąpić w terminie 30 dni od jej doręczenia. Uzyskanie odszkodowania uniemożliwia dochodzenie odszkodowania na podstawie przepisów Kodeksu cywilnego.

– Mam jednak wątpliwości co do konstytucyjności projektu, bo jest to znów obejście przepisów o stanach nadzwyczajnych – komentuje M.Skrzypek. – Projekt nie ma raczej szans na wejście w życie, element sporu politycznego, rząd jest zdecydowany, aby jak najbardziej utrudnić dochodzenie roszczeń. Jedyną drogą do uzyskania odszkodowania pozostanie składanie powództw.