PKB w Polsce ponad 4%

Nastąpiło spore osłabienie złotego, kurs w relacji do większości głównych walut dochodzi do ważnych poziomów technicznych. Powodami tego stanu są przede wszystkim spodziewane działania EBC, podejście RPP i … dzień wolny w naszym kraju. Dzisiaj sytuacja nieco się stabilizuje i obserwujemy delikatne odreagowanie oraz cofnięcie od wspomnianych oporów, ale presja na waluty rynków wschodzących pozostaje ogromna. Niemniej sytuacja gospodarcza Polski jest na tyle dobra, że aż taka wyprzedaż waluty jest nieracjonalna. 

Fala wyprzedaży złotego

Wczorajszy dzień przyniósł istotną falę wyprzedaży krajowej waluty. Czy można być jednak zaskoczonym? Nie do końca, gdyż w przeszłości, kiedy w naszym kraju był dzień wolny (tak jak to miało miejsce wczoraj), a inne ośrodki finansowe, jak Londyn czy Nowy Jork działały, dochodziło do skokowego osłabienia złotego. Szczególnie, że już początek tygodnia, biorąc pod uwagę napiętą sytuację rynkową, zwiastował ciężkie dni dla złotówki. W efekcie testowaliśmy 4,40 na EUR/PLN, najmocniej jednak tracił polski orzeł do dolara, gdzie notowaliśmy już nawet 3,95. Rynki, poza otoczeniem zewnętrznym, obawiają się sytuacji wewnątrz naszego kraju. Chodzi o możliwość poluzowania ilościowego przez RPP naszej krajowej polityki pieniężnej. Do tego dochodzi kwestia kredytów frankowych i ewentualne problemy banków w Polsce. Trzeba jednak dodać, że powodów do tak panicznej wyprzedaży złotego nie ma, sytuacja gospodarcza jest naprawdę dobra.

Jakie działanie podejmie EBC?

Biorąc pod uwagę sytuację na szerokim rynku, wczorajszy dzień przyniósł istotne osłabienie euro w stosunku do dolara. Było to również przyczyną osłabienia złotówki. Kurs EUR/USD zszedł poniżej 1,11. Kolejne wypowiedzi członków EBC wskazują na możliwe bardzo mocne poluzowanie polityki pieniężnej na kolejnym posiedzeniu już we wrześniu. Chodzi o to, że decydenci z banku centralnego strefy euro nie wierzą już w efekt tylko obniżenia stóp procentowych, czy uruchomienia znów QE. I jest to dość ciekawe podejście, ale całkiem zrozumiałe. Zaskakująco dobry efekt przynoszą nowe rozwiązania, a te, które znamy są już w większości wcześniej wkalkulowane przez inwestorów. A działać trzeba, za przykład można przytoczyć wczorajszy odczyt PKB z Niemiec, który wyniósł 0 za II kwartał. Co oznacza, że główna lokomotywa strefy euro stoi w miejscu.

Napięcia na rynkach odbijają się na danych

Na rynkach widać ogromne napięcie. Stąd nie ma się co dziwić, że pierwszym wyborem inwestorów pozostają bezpieczne przystanie, jak frank szwajcarski, czy jen japoński. Świat boi się gwałtownego spowolnienia i trzeba przyznać, że patrząc na krzywe rentowności obligacji, choćby w USA, czy w Wielkiej Brytanii, jest się o co martwić. Nie pomagają już nawet lepsze informacje w wojnie handlowej USA-Chiny, a więc odroczenie ceł przez Trumpa, który zaciekle walczy o reelekcję. Fatalnie wypadają dane ze strefy euro i wydaje się, że bez uruchomienia “drukarek” przez Mario Draghiego na koniec kadencji się nie obędzie. Nie wspominając już o wciąż niestabilnej sytuacji Włoch, możliwego powrotu byłego prezydenta Argentyny, który doprowadził kraj niemal do bankructwa, a także paraliżu Hongkongu i niewykluczonej interwencji, nawet zbrojnej, Chin.

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy Internetowykantor.pl

Błąd w systemie e-biletów British Airways pozwala na wgląd w osobiste dane

Przez lukę w systemie e-biletów brytyjskich linii lotniczych dane klientów mogły być dostępne dla niepowołanych osób. Xopero Software, producent rozwiązań do backupu danych, w obliczu coraz liczniejszych wpadek przewoźników, upomina o skuteczniejszą ochronę danych pasażerów.

Okazuje się, że maile o odprawie online wysyłane przez British Airways do pasażerów zawierają nieszyfrowane linki. Kierują one do automatycznego logowania do konta, w którym znajdują się szczegóły lotu i informacje personalne.

Przez brak szyfrowania adres ten jest bardzo łatwy do przechwycenia. Korzystając z tej samej sieci Wi-Fi – na przykład tej darmowej, dostępnej na lotnisku – możliwe jest przejęcie owego linku. A dzięki automatycznemu logowaniu, można swobodnie przeglądać wszelkie dane, które podała potencjalna ofiara.

Wśród informacji “do wglądu” znalazły się adresy e-mail, numery telefonu, imiona i nazwiska, dane konta w serwisie British Airways oraz szczegółu lotu, takie jak numer rezerwacji czy miejsca.

Problem odkryli badacze z firmy Wandera. Natychmiast powiadomili brytyjskiego przewoźnika. Prace nad usunięciem błędu nie powinny potrwać długo, jako że British Airways jest w ciągłym kontakcie ze specjalistami. Jak twierdzi przedstawiciel koncernu, nawet po zalogowaniu do konta nie ma możliwości dostępu do żadnych danych paszportowych czy informacji o płatności z wykorzystaniem tego sposobu.

Szacuje się, że przez ostatnie sześć miesięcy ok. 2,5 miliona użytkowników skorzystało z wrażliwych linków. Nie ma jednak dowodów na jakiekolwiek wykorzystanie błędu do nielegalnych celów.

– Chociaż nie znaleziono żadnych dowodów, nie można bagatelizować takich spraw. – mówi Bartosz Jurga, dyrektor sprzedaży Xopero Software – Taka marka jak British Airways powinna nie tylko korzystać z szyfrowanych linków, ale również wdrożyć mechanizmy dwupoziomowego uwierzytelniania podczas logowania do kont i odprawy online. Zwłaszcza, że to nie pierwsza tego typu wpadka przewoźnika.

British Airways ma na swoim koncie już kilka przypadków luk w systemach bezpieczeństwa. W październiku 2018 roku przewoźnik poinformował o wycieku danych niemal 400 tysięcy transakcji płatniczych. Później liczba ta zwiększyła się do ponad 0,5 miliona. W lipcu tego roku koncern został ukarany grzywną opiewającą na 230 milionów dolarów.

W lutym wykryto podobne błędy na stronach ośmiu innych przewoźników – Air France, Vueling, Southwest, KLM, Jetstar, Air Europa, Thomas Cook oraz Transavia.

Złoty w stosunku do euro najniżej od ponad roku

Złoty w mijającym krótszym roboczym tygodniu zanotował straty i to w stosunku do dwóch głównych walut. W czwartek jego kurs w relacji do euro wynosił nieco poniżej 4,40 PLN/EUR. To najniższy poziom zanotowany od lipca ubiegłego roku. Na parze walutowej z dolarem amerykańskim złoty tak słaby nie był od kwietnia 2017 r. Złotówka była również w tym tygodniu najsłabszą walutą regionu Europy Środkowej, a jej straty były głównie spowodowane negatywnymi nastrojami na rynkach finansowych.

Osłabienie złotego, na pierwszy rzut oka, może się wydawać nieco paradoksalne, ponieważ dane z polskiej gospodarki są w dalszym ciągu bardzo pozytywne. Wzrost inflacji konsumenckiej został w lipcu potwierdzony na poziomie 2,9% r/r i jest to najszybszy miesięczny wzrost od października 2012 r. W ostatnich latach z pewnością w Polsce nie często obserwowaliśmy inflację przekraczającą cel inflacyjny NBP, tj. ponad 2,5%. Wzrost polskiej gospodarki w 2. kwartale (+0,8% k/k i 4,1% r/r po korekcie sezonowej i kalendarzowej), choć pozostał nieco w tyle za prognozami rynkowymi, to Polska ponownie znalazła się gronie najszybciej rozwijających się krajów UE. Jednak jeśli sytuacja gospodarcza w Niemczech nie poprawi się w najbliższej przyszłości, to spowolnienie polskiej gospodarki w najbliższych kwartałach wydaje się być nieuniknione. Nawet silna konsumpcja polskich gospodarstw w tym wypadku nie uratuje sytuacji.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Ten magiczny dzień w roku

Nie ma to jak trafić z krajowym świętem w najgorsze załamanie rynkowe od co najmniej trzech lat. Złoty osłabił się do niemal 4,40 za euro, ale szybki odwrót sugeruje, że inwestorzy widzą w tym poziomie psychologiczny sufit. Tymczasem na rynkach zewnętrznych trwa dyskusja o arsenale posiadanym przez banki centralne i czy jest on wystarczający?

Nie jest dużym zaskoczeniem, że krajowe święta w Polsce nie są przychylne dla złotego, szczególnie gdy nastroje na rynkach zewnętrzy są złe. Polscy inwestorzy odpowiadają za płynność, a zatem i stabilność kursu, więc ich brak jest zaproszeniem do spekulacyjnego osłabienia waluty. Niedaleko trzeba szukać, gdyż dokładnie rok temu złoty osłabił się o 5 gr ponad 4,34 za euro, kiedy w tle rynki żyły kryzysem finansowym w Turcji. Dwa dni później EUR/PLN był na 4,29 i po całej eskapadzie nie było śladu. To tylko dowodzi, że w takich przypadkach słabość złotego ma podłoże płynnościowe, a nie fundamentalne. Jakkolwiek polska gospodarka będzie doświadczona przez globalne spowolnienie, jak na razie jedyne, co pokazuje, to względną odporność na chociażby fatalną postawę Niemiec. W efekcie tak silne osłabienie waluty jest brutalnym wykorzystywaniem okazji spekulacyjnej niż wyrazem racjonalnej oceny tła makroekonomicznego i nie jest do utrzymania w dłuższym horyzoncie. Wczoraj szarpany handel przy 4,40 ostatecznie zakończył się odejściem niżej, co może sugerować, że w okrągłym poziomie inwestorzy widzą psychologiczną granicę. Albo dla stadnego myślenia innych inwestorów i nasilenia transakcji pod zawrotkę, albo jako poziom skłaniający NBP do stabilizacji wahań kursu (tj. dostarczenia płynności dla wygładzenia wahań, a nie walki z osłabieniem). Ostre spadki EUR/PLN na początku piątkowych notowań w Europie potwierdzają tezę, że wczorajsze poziomy były anomalią. Czy to oznacza, że 4,40 już się nie pojawi? Niestety, przy niepewności wokół licznych czynników politycznych czynników niczego nie można stwierdzić z pewnością. A mijający rok pokazuje, że wszystko jest możliwe.

Wojny handlowe są na ustach wszystkich, a ostatnie dni przyniosły eskalację obaw, co zaburzenia w handlu mogą oznaczać dla globalnej gospodarki (nic dobrego) i jak w takim razie powinny zareagować banki centralne? Czwartek przyniósł dwa interesujące sygnały z Fed i EBC. Szef oddziału Fed w St. Louis James Bullard, zapytany o szanse na obniżkę stóp procentowych o 50 pb we wrześniu, odpowiedział, że nie chce z góry przesądzać o wyniku posiedzenia. Choć to stwierdzenie samo w sobie wygląda dla naturalny unik bankiera centralnego, to trzeba pamiętać, że Bullard na podobne pytanie przed lipcowym posiedzeniem FOMC odpowiedział, że „nie sądzi, aby sytuacja wymagała tak agresywnego ruchu”. Może to być wskazówka, że Fed jest gotowy reagować stanowczo na obecną sytuację. Rynek stopy procentowej dyskontuje 35 pb cięcia we września, więc jeśli kolejne słowa decydentów z Fed potwierdziły otwartość do głębokiego luzowania, USD znajdzie się pod presją.

Ale EUR/USD jest niżej (pod 1,11), gdyż wczoraj większe znaczenie miały słowa członka Rady Prezesów EBC Olliego Rehna. W wywiadzie dla WSJ Rehn zapowiedział „znaczący i wymierny” pakiet luzowania monetarnego, który bank przedstawi po wrześniowym posiedzeniu. Takie działanie jest konieczne w związku ze słabą postawą gospodarki, a zdaniem członka EBC „lepiej jest przeszacować z pakietem niż nie doszacować”. EBC chce udowodnić, że ma amunicję dla ratowania gospodarki, a przez osłabienie EUR rynek pokazał, że nie zamierza powątpiewać w chęci banku centralnego. Mimo to spadek EUR/USD o ok. 0,5 proc. pokazuje, że albo rynek w dużym stopniu jest przygotowany na nowy pakiet EBC, albo nie do końca wierzy w jego skuteczność. Wielokrotnie już pisaliśmy, że zarówno obniżanie stóp procentowych, jak i wznowiony program QE będzie się wiązać z różnorakimi ograniczeniami osłabiającymi jego efektywność. Reakcja szokowa może zepchnąć EUR/USD jeszcze niżej, ale w dłuższym horyzoncie trzeba patrzeć na obie strony kursu. Zbyt silny USD do EUR będzie potęgował niezadowolenie prezydenta Trumpa z nasilającą się krytyką Fed, ale też innymi działaniami Białego Domu na rzecz osłabienia dolara. Dalej powątpiewam w trwałość zjazdu EUR/USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

10-proc. wzrost wniosków o przyznanie statusu uchodźcy w UE

Wnioski o udzielenie ochrony międzynarodowej w krajach UE+ złożyło 337,2 tys. cudzoziemców – wynika z danych Europejskiego Urzędu Wsparcia w dziedzinie Azylu za I półrocze. Jest to o 10 proc. więcej w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Najwięcej osób ubiegających się o ochronę pochodziło z Syrii, Afganistanu i Wenezueli.

Tegoroczny wzrost liczby cudzoziemców ubiegających się o ochronę międzynarodową w Europie jest zmianą w stosunku do trendu spadkowego odnotowanego w 2018 r. Wówczas wnioski złożyło prawie 634,7 tys. osób, czyli o ok. 10 proc. mniej niż w 2017 r. Liczba zarejestrowanych w tym roku spraw jest jednak niższa względem lat 2015-2016.

W I półroczu głównymi krajami pochodzenia wnioskodawców były Syria, Afganistan oraz Wenezuela. Największe wzrosty odnotowano wśród cudzoziemców z krajów Ameryki Południowej. Ponad 25 proc. spraw dotyczyło obywateli państw zwolnionych z obowiązku wizowego. Liczba wniosków składanych po raz kolejny w tym samym państwie członkowskim pozostała na poziomie ok. 10 proc.

Do końca czerwca kraje UE+ wydały w pierwszej instancji 277,7 tys. decyzji ws. ochrony międzynarodowej, w tym 95,3 tys. pozytywnych. W 70 proc. rozstrzygnięć przyznano status uchodźcy, a w 30 proc. ochronę uzupełniającą. Najczęściej ochronę międzynarodową otrzymywali obywatele Syrii i Jemenu (po 86 proc.) oraz Erytrei (80 proc.).

Istotnym wskaźnikiem obrazującym obciążenie urzędów migracyjnych państw członkowskich w zakresie prowadzenia spraw uchodźczych są dane dotyczące trwających postępowań. Według stanu na koniec czerwca, ok. 439 tys. spraw było w trakcie rozpatrywania na etapie pierwszej instancji.

W krajach dotkniętych największą presją migracyjną organizowana jest pomoc koordynowana przez Europejski Urząd Wsparcia w dziedzinie Azylu. Od 2016 r. eksperci Urzędu do Spraw Cudzoziemców odbyli ponad 100 zagranicznych misji wsparcia. Polscy specjaliści wyjeżdżali do Grecji, Włoch oraz na Cypr, gdzie pomagali tamtejszym służbom migracyjnym w prowadzeniu spraw uchodźczych.

W I połowie br. wnioski o udzielenie ochrony międzynarodowej w Polsce złożyło natomiast 1,8 tys. cudzoziemców – o ok. 12 proc. mniej w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r.

Dane dot. UE+ obejmują 28 państw członkowskich oraz Norwegię i Szwajcarię.

Od 2020 roku większa pomoc dla kredytobiorców. W praktyce może jednak pogłębić problemy finansowe

Od 2020 roku większa pomoc dla kredytobiorców. W praktyce może jednak pogłębić problemy finansowe 1

– Nowelizacja ustawy frankowej to tylko powierzchowna zmiana – ocenia ekonomista Sławomir Horbaczewski. Nowe przepisy, które wejdą w życie z początkiem 2020 roku, wydłużają okres i wartość pomocy udzielanej kredytobiorcom, którzy borykają się z trudnościami w ich spłacie. W praktyce mogą jednak pogłębić ich problemy, kiedy – po okresie przejściowym – otrzymaną pomoc finansową trzeba będzie zwrócić. Ekonomista ocenia, że problem kredytów walutowych z czasem rozwiąże się sam, bo ich spłacalność jest bardzo dobra, a kredytobiorcy sami dochodzą do porozumienia z bankami w przypadku problemów.

– Te zmiany, przewidziane w znowelizowanej ustawie, idą w kierunku poprawy już obowiązujących ułatwień dla kredytobiorców. Nie jest to zmiana o charakterze jakościowym, czyli nie są to całkiem nowe rozwiązania, które umożliwiają zastosowanie nowych instrumentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes ekonomista Sławomir Horbaczewski. – Polska gospodarka się rozwija, ludziom żyje się dostatniej, mamy większe zasoby, ale wciąż pojawiają się określonego rodzaju problemy w spłacie kredytów – wszystkich, nie tylko walutowych, w związku z czym należy umożliwić większej liczbie osób skorzystanie z takiej pomocy.

W połowie lipca prezydent podpisał nowelizację ustawy o wsparciu kredytobiorców znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej, którzy zaciągnęli kredyt mieszkaniowy (ustawa frankowa). Zakłada ona rozszerzenie pomocy udzielanej z Funduszu Wsparcia tym posiadaczom kredytów (zarówno walutowych, jak i złotowych), którzy z obiektywnych i nieprzewidzianych przyczyn znaleźli się w trudnej sytuacji i mają problemy ze spłatą rat. W stosunku do pierwotnej ustawy z 2015 roku nowelizacja wydłuża okres pomocy (z 18 do 36 miesięcy) i zwiększa jej wartość (z 1,5 do 2 tys. zł miesięcznie). Wprowadza również możliwość częściowego umorzenia w przypadku terminowego zwrotu części rat z tytułu udzielonego wsparcia. Nowe przepisy mają zacząć obowiązywać z początkiem 2020 roku.

– To zmiana dotychczas obowiązujących przepisów w zakresie pomocy dla osób, które mają problemy ze spłatą kredytów wynikające np. z utraty pracy, trudniejszej sytuacji gospodarczej, obniżenia wynagrodzenia, rozwodu czy zmiany sytuacji życiowej niemożliwej do przewidzenia w momencie zaciągania kredytu – mówi Sławomir Horbaczewski.

Jak podkreśla, jednym z zarzutów w stosunku do nowelizacji ustawy frankowej jest to, że może ona w praktyce pogłębić problemy osób borykających się z trudnościami w spłacie kredytów.

– Jeżeli te osoby skorzystają z ułatwień, to w okresie przejściowym będzie im łatwiej spłacać raty kredytów, ale kiedy minie ten czas i trzeba będzie zwrócić pomoc, wówczas znowu zacznie się problem. On będzie się pogłębiać i wrócimy do punktu wyjścia. Dlatego byłbym ostrożny, jeżeli chodzi o stosowanie tej ustawy – mówi Sławomir Horbaczewski. – Zresztą ustawa o pomocy dla osób mających kłopoty w spłacie kredytów obowiązuje już od kilku lat i do tej pory te rozwiązania są rzadko stosowane. Niewiele osób jest nią zainteresowanych, banki też nie, bo jest to rozwiązanie tymczasowe i nie zmienia sytuacji, a tylko ułatwia przeżycie pewnego okresu.

Problemy kredytów walutowych są w większości na bieżąco rozwiązywane przez samych kredytobiorców, którzy nadpłacają te kredyty albo dogadują się z bankami.

– Problemy kredytów walutowych są również rozwiązywane przez banki. Banki postrzegają to jako kłopot, ponieważ muszą tworzyć większe rezerwy, kredyty walutowe bardziej obciążają banki w sensie sumy bilansowej, różnego rodzaju wskaźników kapitałowych. W związku z tym banki są otwarte, nie zamykają się na rozmowy z kredytobiorcami i próbują wspólnie z nimi szukać jakichś rozwiązań – mówi Sławomir Horbaczewski.

Jak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej, na koniec czerwca br. kredyty mieszkaniowe we frankach szwajcarskich spłacało blisko 800 tys. Polaków. Wartość ich zadłużenia z tego tytułu wynosi prawie 103 mld zł, ale łączna suma zobowiązań frankowiczów – włącznie m.in. z kredytami konsumpcyjnymi czy zadłużeniem na kartach kredytowych – przekracza 131 mld zł. Obecnie prawie co piąty czynny kredyt mieszkaniowy jest nominowany we frankach.

Zarówno liczba, jak i wartość zobowiązań hipotecznych obsługiwanych we frankach stale się zmniejsza. W 2011 roku rekordowe zadłużenie z tego tytułu (w przeliczeniu na złote) wynosiło 162,03 mld zł. Trzy lata temu kredytobiorcy spłacali 520,81 tys. kredytów frankowych, na koniec czerwca br. było ich już 458,8 tys. Kredyty frankowe charakteryzują się dobrą spłacalnością. Odsetek zobowiązań opóźnionych w spłacie powyżej 90 dni wynosi 1,2 proc. (vs 1,4 proc. w przypadku kredytów złotowych).

– Moim zdaniem problem kredytów walutowych rozwiąże się sam, bo one są spłacane, a kredytobiorcy dogadują się z bankami. Różnego rodzaju rozwiązania ustawowe w Polsce nie wchodzą w grę. Dobrze, że te, które zostały przyjęte, dotyczą wszystkich kredytobiorców, zarówno walutowych, jak i złotowych. Czas leczy rany i w Polsce problem kredytów frankowych stał się znacznie mniejszy. To oznacza, że jednak kredyty walutowe w większości przypadków brały osoby, które są lepiej przygotowane do zrozumienia ryzyka finansowego, lepiej sytuowane, mające większe zasoby własne – mówi Sławomir Horbaczewski.

Wyhamowały inwestycje w gospodarstwach rolnych. Z powodu suszy i słabego wykorzystania środków unijnych spada sprzedaż maszyn rolniczych

Wyhamowały inwestycje w gospodarstwach rolnych. Z powodu suszy i słabego wykorzystania środków unijnych spada sprzedaż maszyn rolniczych 2

Sprzedaż ciągników i przyczep rolniczych spada. I półrocze 2019 roku jest pod tym względem najsłabsze od lat. W sumie zarejestrowano nieco ponad 3,9 tys. nowych ciągników i blisko 2,4 tys. nowych przyczep. Rolnicy są mniej skłonni do inwestycji, a każdy zakup jest bardziej przemyślany. – To wynik problemów z suszą, chorobami zwierząt i sytuacji z dotacjami rolniczymi – tłumaczy Michał Spaczyński z Polskiej Izby Gospodarczej Maszyn i Urządzeń Rolniczych.

W latach 2016–2018 indeks zadowolenia menadżerów z branży maszyn i urządzeń rolniczych wzrastał, a więc to zadowolenie z perspektywy rynku się poprawiało. Natomiast na przestrzeni ostatniego roku obserwujemy, że te nastroje się pogarszają. To szczególnie wynik ubiegłorocznej suszy, która bardzo mocno dotknęła polskich rolników. Przewidywania związane z zatrzymaniem inwestycji w gospodarstwach rolnych rzeczywiście mocno napawały pesymizmem menadżerów, którzy zajmują się sprzedażą maszyn rolniczych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Spaczyński, wiceprezes zarządu, dyrektor zarządzający Polskiej Izby Gospodarczej Maszyn i Urządzeń Rolniczych.

Kwietniowy raport PIGMiUR wskazuje, że rośnie odsetek przedsiębiorców, którzy negatywnie oceniają sytuację na rynku maszyn rolniczych – ok. 42 proc. spodziewa się pogorszenia koniunktury (jeszcze w październiku 2018 roku było to ok. 23 proc.), spada natomiast odsetek optymistów. Ponad 36 proc. wskazuje, że sprzedaż w ich firmie będzie poniżej poziomu sprzed roku (20 proc. w październiku 2018 roku).

– Od 2012 roku, ze sprzedażą ciągników rolniczych na poziomie ponad 19 tys., sukcesywnie z roku na rok ta liczba spada. Ubiegły rok kształtował się na poziomie około 9 tys. sztuk i myślimy, że to będzie poziom, który również w tym roku zostanie prawdopodobnie osiągnięty. Aczkolwiek pierwsze miesiące niestety nie napawają zbyt dużym optymizmem – ocenia Michał Spaczyński.

I półrocze 2019 roku było pod tym względem jednym z najsłabszych od lat – w sumie zarejestrowano 3 943 nowych ciągników, o 46 mniej niż w I półroczu 2018 roku oraz o 343 mniej niż w 2017 roku. Kryzys przechodzi też rynek ciągników używanych.

– Podobnie jest z przyczepami. Lata 2012–2013 były bardzo dobre, natomiast później ta sprzedaż sukcesywnie malała do poziomu około 4–5 tys. Wydaje nam się, że rynek będzie wyglądał podobnie w tym roku – prognozuje dyrektor zarządzający PIGMiUR.

Również w tym segmencie pierwsza połowa 2019 roku zamknęła się mniejszą liczbą rejestracji niż w 2018 roku. Zarejestrowano 2 393 nowych przyczep, przy 2 467 rok wcześniej. Oznacza to niewielki, 3-proc., spadek. Także rynek wtórny notuje nieco słabsze wyniki.

Spadek inwestycji to pochodna kilku istotnych kwestii. Poza trudną sytuacja pogodową, która wpływa na dochody rolników i ich skłonność do inwestowania, gospodarstwa rolne zmagają się także z problemem chorób zwierząt, m.in. ASF. Na to nakłada się sytuacja z dotacjami rolniczymi. W połowie roku wykorzystanie środków unijnych było na poziomie 17 proc. w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich.

Poza tym w Polsce mamy ponad 1,2 mln gospodarstw rolnych, które korzystają z dopłat unijnych, a jedynie około 1/4 z nich to są gospodarstwa produkcyjne, a więc takie, które są skłonne do inwestowania oraz mają możliwości, żeby kupować maszyny rolnicze. Te 300 tys. gospodarstw na bardzo nasycony rynek dystrybucji maszyn rolniczych to stosunkowo niewiele – przypomina dyrektor zarządzający PIGMiUR. – Te czynniki powodują, że perspektywy rozwoju dla tego rynku w okresie najbliższych paru lat nie są zbyt optymistyczne.

Dla polskich producentów maszyn rolniczych wyzwaniem jest także obecność w Polsce największych światowych konkurentów, co powoduje, że rynek jest mocno nasycony. Dlatego coraz częściej szukają oni szans za granicą. Tylko w 2017 roku wartość polskiego eksportu maszyn i urządzeń rolniczych wyniosła blisko 1,2 mld euro (ponad 18 proc. wzrost). Pod względem sprzedaży Polska należy do europejskiej czołówki.

Jak popatrzymy na udział w przychodach poszczególnych firm produkujących w Polsce maszyny rolnicze, to coraz większy odsetek zyskuje sprzedaż do innych krajów europejskich. Rolnicy nie tylko w Europie, lecz także w innych częściach świata coraz bardziej doceniają jakość produkowanych w Polsce maszyn rolniczych przy stosunkowo niskiej cenie. Perspektywa rozwoju dla firm produkujących w Polsce jest bardzo dobra – przekonuje Michał Spaczyński.

Blisko 150 największych firm technologicznych zapłaci w UE 3 proc. podatek cyfrowy. To może oznaczać nie tylko koniec rajów podatkowych, lecz także wyższe ceny usług i produktów

Blisko 150 największych firm technologicznych zapłaci w UE 3 proc. podatek cyfrowy. To może oznaczać nie tylko koniec rajów podatkowych, lecz także wyższe ceny usług i produktów 3

Giganci technologiczni, który działają w oparciu o cyfrowe modele biznesowe, monopolizują rynek. Prowadzą działalność, która wyklucza skutecznie pojawianie się innowacyjnych rozwiązań – podkreśla Katarzyna Królak-Wyszyńska, prezes Innovatika. Tylko w 2018 roku aż 60 firm z listy Fortune 500 nie płaciło podatków w USA. Raje podatkowe istnieją także w Unii Europejskiej, to m.in. Cypr czy Malta. Także przepisy w Belgii i Irlandii sprzyjają międzynarodowym firmom w unikaniu płacenia podatków. Wprowadzenie podatku cyfrowego dla m.in. Google’a, Apple’a, Facebooka i Amazona ma zmienić tę sytuację.

– Giganci technologiczni wykupują swoich konkurentów i starają się wszystko mieć pod kontrolą, a to powoduje spore ryzyka. Taki monopolista ma więcej niż tylko siłę rynkową i biznesową, ma siłę równoważną z siłą rządu państwa – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Katarzyna Królak-Wyszyńska, prezes Innovatika.

W Stanach Zjednoczonych w 2018 roku co najmniej 60 firm z listy Fortune 500 zgłosiło, że od dochodów uzyskanych w USA nie zapłaciło nawet dolara (analiza opublikowana przez Institute on Taxation and Economic Policy, think tank z siedzibą w Waszyngtonie). Należą do nich m.in. gigant technologiczny Amazon, serwis streamingowy Netflix czy naftowy Chevron Corp., producent farmaceutyczny Eli Lilly & Co. oraz producent sprzętu rolniczego i handlowego Deere & Co. Firmy, w tym giganci technologiczni jak Amazon czy Netflix, powinny zapłacić 16,4 mld dol. podatku. Zamiast tego otrzymały ulgę podatkową (ponad 4 mld dol.).

– Regulacje podatkowe dotyczą granic geograficznych, natomiast działania biznesów cyfrowych wymykają się poza te granice. Dlatego jeżeli giganci technologiczni, jak Google, Amazon, Facebook, Netflix, Spotify czy Apple, są zarejestrowani w kraju, który jest rajem podatkowym, albo w kraju, gdzie jest im wygodnie prowadzić jakąś działalność, i tam mają swoją główną siedzibę, płacą podatki według stawek, które obowiązują w tych właśnie krajach. Natomiast większość ich przychodów generowana jest dzięki działaniom na zupełnie innych terytoriach – tłumaczy Katarzyna Królak-Wyszyńska.

Raje podatkowe to nie tylko egzotyczne kraje, istnieją także w Unii Europejskiej. Komisja Europejska i OECD określa np. Cypr, Maltę, a od niedawna także Belgię czy Irlandię, jako kraje, które pomagają największym firmom w unikaniu płacenia podatków. Tylko w 2016 roku Komisja Europejska nakazała Belgii odzyskać 700 mln euro od przedsiębiorstw, które skorzystały z ulg, m.in. BASF, Cellio czy obecny Proximus, a Luksemburgowi –  250 mln euro od Amazona. Wprowadzenie 3 proc. podatku cyfrowego dla największych firm technologicznych miałoby raczej symboliczne działanie, ale byłoby pierwszym krokiem do uporządkowania sytuacji.

– Wielkie firmy technologiczne niespecjalnie odczują ciężar tego podatku. Po pierwsze, jego wysokość jest dosyć symboliczna – 3 proc., po drugie, w standardzie każdego biznesu jest przerzucać wszelkie koszty na swoich klientów. W przypadku bigtechów to jesteśmy my, konsumenci, więc jeżeli już ktoś poczuje ciężar, to prawdopodobnie my będziemy płacić trochę więcej za usługi – ocenia ekspertka.

Zgodnie z zapowiedziami KE 150 największych firm internetowych (głównie amerykańskich) o globalnych przychodach wyższych niż 750 mln euro i europejskich wyższych niż 50 mln euro miałyby zapłacić w całej UE 3-proc. podatek od przychodów ze sprzedaży przestrzeni reklamowej w sieci, sprzedaży danych wygenerowanych dzięki informacjom o użytkownikach i od przychodów internetowych pośredników. Wprowadzenie unijnej daniny jednak znacznie się wydłuża. Wiadomo już, że na decyzję KE nie czekały Francja, Hiszpania, Włochy, Wielka Brytania, Austria i Czechy. Własny podatek cyfrowy chce też wprowadzić Polska, która jeszcze czeka na unijną zgodę.

– Ponieważ dyrektywa unijna nie została przyjęta, to poszczególne kraje mogą myśleć o wprowadzeniu pewnych działań czy podatków na swoim terytorium lokalnie. To zrobiła już Francja i zamierza zrobić Polska. Ministerstwo Finansów pracuje nad podatkiem cyfrowym, który ma mieć konstrukcję podobną do tej zaproponowanej przez Komisję Europejską. Plany są takie, żeby od początku 2020 roku obowiązywał 3-proc. podatek – przypomina Katarzyna Królak-Wyszyńska.

Lasy umierają z powodu suszy. Drzewa atakują korniki i rośnie ryzyko pożarowe

Lasy umierają z powodu suszy. Drzewa atakują korniki i rośnie ryzyko pożarowe 4

Obecny rok nie wypada źle pod względem liczby pożarów w lasach. Problemem są jednak susza i ekstremalnie wysokie temperatury, słabo znoszone przez starsze drzewostany – oceniają leśnicy. Apelują przy tym, żeby podczas przebywania w lasach zachować ostrożność, a wszystkie zagrożenia zgłaszać pod numer alarmowy 112. Za 90 proc. pożarów lasów odpowiada właśnie ludzka nieostrożność albo umyślne podpalenia. Odbudowa ekosystemu po pożarze trwa nawet kilkadziesiąt lat.

Dziś mamy w lasach bardzo mało wody i drzewa źle to znoszą. W szczególności dotyczy to starych drzew, które są mniej elastyczne, plastyczne i bardziej wrażliwe na suszę. Jeżeli jest bardzo sucho, to  sosny są bardzo łatwym obiektem ataku ze strony kornika ostrozębnego. To jest taki kornik, który potrafi zabić stare drzewa sosnowe. Oprócz tego, że drzewa umierają na skutek braku wody, susza powoduje też ogromne zagrożenie pożarowe – mówi agencji Newseria Biznes Stefan Traczyk, nadleśniczy Nadleśnictwa Jabłonna.

Warunki pogodowe to główny czynnik, od którego zależy podatność lasów na pożary. Brak opadów wpływa na wilgotność ściółki, której spadek poniżej poziomu 28 proc. znacznie zwiększa ryzyko zapalenia.

Codziennie są robione pomiary i dwa razy – o godzinie 9.00 i 13.00 – mierzy się wilgotność ściółki. Służy do tego profesjonalny sprzęt, więc codziennie mamy nowe informacje o tym, jak duże jest zagrożenie. Wpływa na nie również temperatura powietrza – to są dwa elementy, na podstawie których określa się zagrożenie pożarowe – mówi Stefan Traczyk.

Kiedy wilgotność spada poniżej 10 proc., czyli w granicach wilgotności kartki papieru, to każda nieostrożność człowieka, każdy porzucony niedopałek automatycznie stają się zarzewiem pożaru.

Jak podaje Komenda Główna Państwowej Straży Pożarnej, za ponad 90 proc. pożarów lasów odpowiedzialny jest człowiek. Obok umyślnych podpaleń najczęstszą ich przyczyną są palone ogniska, grille, używanie w lasach otwartego ognia i niedopałki papierosów, także te wyrzucane z przejeżdżających przez tereny leśne samochodów.

W lasach jabłonowskich, gdzie jest bardzo duża penetracja ludzi, bardzo często powstają pożary. Często jest to umyślne podpalenie, ale są też przypadki, kiedy ludzie działają nieumyślnie – zostawiają niedopałki, niedogaszone ognisko czy śmieci, które ulegają samozapłonowi. To stwarza ogromne zagrożenie – mówi Stefan Traczyk. – Oczywiście w lasach mamy cały system monitoringu, obserwacji i alarmowania, ale aktywne społeczeństwo, które pomaga leśnikom, jest bardzo ważnym elementem. Stąd też ogromny apel do ludzi, którzy przebywają, spacerują w lasach, żeby powiadamiać nas o różnych zagrożeniach.

Leśnicy oceniają, że obecny rok nie wypada źle pod względem liczby pożarów.

Na terenie Leśnictwa Kąty Węgierskie w Nadleśnictwie Jabłonna do tej pory miało miejsce 9 pożarów, największy w czerwcu, kiedy płonęło 3,5 ha 10-letniego młodnika. Bywały lata, kiedy pożary wywoływane przez podpalaczy liczone były w setkach. Szczęśliwym był z kolei 2017 rok, kiedy nie odnotowaliśmy żadnego pożaru, ale statystycznie przypada ich mniej więcej ok. 10 rocznie – mówi Gerard Hoja, leśniczy w Leśnictwie Kąty Węgierskie, Nadleśnictwo Jabłonna.

Pożary mają katastrofalne skutki dla ekosystemu.

Pożar i wysokie temperatury zabijają życie biologiczne – roślinne i zwierzęce – na danym terenie, ziemia się praktycznie wyjaławia. Temperatury ponad 500 stopni Celsjusza zabijają również wszelkiego rodzaju życie w glebie. Odbudowa tego trwa kilka, nawet kilkadziesiąt lat – mówi Gerard Hoja.

System ERP dopasowany do branży, w której działasz? Tak, to możliwe!

Business erp gear web computer industrial concept. Enterprise resource planning strategy shopping finance internet plan market shop commerce logistics technologyPrzemysł składa się z wielu gałęzi, które można sklasyfikować pod względem złożoności i liczebności produkcji, rodzajów produktów, asortymentu, skali, czasów wytwarzania, organizacji pracy. Zróżnicowanie przedsiębiorstw produkcyjnych jest ogromne i pewnie zastanawiasz się, czy aby na pewno wdrożenie systemu ERP jest dla Ciebie i Twojej firmy.

Co daje ERP?

ERP (Enterprise Resources Planning) to przede wszystkim oprogramowanie do planowania i zarządzania zasobami przedsiębiorstwa. Ze względu na modułową budowę, wspomaga organizację w gromadzeniu oraz przetwarzaniu danych rejestrowanych w każdym obszarze firmy. Cechą kluczową programów z tej rodziny jest elastyczność, która pozwala na dostosowanie się do potrzeb użytkownika. Zatem niezależnie od profilu biznesu, można wprowadzić jednolity system informatyczny, który usprawni i zoptymalizuje pracę całego przedsiębiorstwa.

Produkujesz? Potrzebujesz dobrego planu!

Planowanie produkcji wymaga zebrania wielu informacji i takiego ich przetworzenia, które pozwoli ustalić plan działań dla całego procesu. Zarządzanie Produkcją to jeden z modułów Streamsoft Prestiż, w którym techniczne przygotowanie produkcji, jej planowanie i zarządzanie, sterowanie zasobami, raportowanie odbywa się w pełni zintegrowany sposób. Skoordynowane działania w zakresie planowania produkcji dają odpowiedź na pytanie: czy moc wytwórcza przedsiębiorstwa jest w stanie wykonać zamówienie w podanym terminie z uwzględnieniem potrzeb materiałowych i produkcyjnych.

ERP w różnych branżach produkcyjnych

Zróżnicowanie firm wytwórczych i zastosowanie w każdej z nich tego samego systemu nie oznacza, że to przedsiębiorstwo ma się dostosować do ram funkcjonalnych oprogramowania. Na etapie wdrożenia specjaliści pracują nad dopasowaniem go do potrzeb przedsiębiorstwa i są zawsze otwarci na modyfikacje względem nakreślonych potrzeb danej firmy. Streamsoft Prestiż jest szyty na miarę biznesu, a za przykład może posłużyć:

  • Branża metalowa – producenci poza wyrobami katalogowymi stawiają również na produkty niestandardowe – na zamówienie klienta, dlatego ważna jest obecność zintegrowanego systemu, który wspiera produkcję na poziomie integracji z maszynami do cięcia, programami typu CAD czy też obsługę procesu kooperacji.
  • Branża odlewnicza – system automatyzuje proces zamówień odlewów i umożliwia klientowi śledzenie realizacji zamówienia online, wspomaga zarządzanie produkcją w odlewni, analizuje i raportuje efektywność procesu.
  • Branża tworzyw sztucznych – system wspomaga firmy przez rejestrację zamówień, konfigurację produktu, generowanie zleceń produkcyjnych, a także zarządzanie odpadem i kolorystyką produktu (obsługuje i rozlicza surowce do ponownego przetworzenia), Zajmuje się wyceną technicznego kosztu wytworzenia półproduktów i wyrobów (TKW), kontroluje i rozlicza dostawy magazynowane w silosach.
  • Branża jachtowa – Streamsoft Prestiż wspomaga import zamówień od dealerów wraz z automatyczną konfiguracją produktu, wydanie surowców na produkcję, kontrolę jakości łodzi prototypowych, planowanie sprzedaży (S&OP) i budowanie głównego planu materiałowego (MRP) oraz automatyzację tworzenia zamówień do dostawców.

Reasumując, nie ma takiej dziedziny przemysłu, która nie dałaby się zinformatyzować. Oprócz modułu Zarządzania Produkcją, Streamsoft Prestiż ma w zanadrzu funkcjonalności o szczególnym znaczeniu dla przedsiębiorstw produkcyjnych: Moduł Handlowo-Magazynowy, Moduł Logistyka, Moduł Finansowo-Księgowy, Moduł Kadrowo-Płacowy i inne. Kwestią jest tylko dopasowanie szczegółów do oczekiwań przedsiębiorców i rozwiązanie ich wymagań związanych z prowadzeniem biznesu.

Dobre lata w gospodarce się kończą. Eksperci przewidują obniżenie tempa wzrostu PKB

Według analiz rynkowych w ostatnich dwóch latach tempo wzrostu gospodarczego w Polsce przekroczyło średnią 3,3%, która obowiązuje od czasu transformacji. Od 2017 roku tempo wzrostu waha się między 4 a 5,5% wartości rynku. To znacznie przekracza polskie trendy. Przyczyn tak dużego wzrostu gospodarczego eksperci dopatrują się w dobrej koniunkturze gospodarczej w Europie, a także w wykorzystaniu rezerw rynkowych – zaoszczędzonych w poprzednich latach. Przed 2017 rokiem tempo wzrostu było bowiem znacząco mniejsze. Pozwoliło to w ostatnich dwóch latach zwiększyć wytwórczość i zatrudnienie – co przełożyło się na wyższy wzrost gospodarczy. Jednak dobre lata się kończą. Eksperci przewidują, że w następnych latach wzrost gospodarczy będzie znacząco niższy.

– Możliwości utrzymania wysokiego tempa wzrostu gospodarczego kończą się. W związku z tym oczekujemy, że w tym roku tempo wzrostu dochodu narodowego zmniejszy się z ponad 5% do około 4%, a w przyszłym będzie się plasować w granicach 2,5 a 3,5% – powiedział serwisowie Newsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista BBC. – Jednym z czynników wpływających na obniżenie tempa jest wyczerpywanie się możliwości po stronie krajowej. Duże znaczenie ma także silne spowolnienie wzrostu gospodarczego w strefie euro. Tempo wzrostu w krajach posługujących się walutą europejską plasuje się w okolicy 1%, zamiast około 3%. To dotknie również naszą gospodarkę. W nadchodzących latach będziemy mieć do czynienia ze znacznym spowolnieniem tempa wzrostu polskiego dochodu narodowego – zapowiada Gomułka.

3 VATy informacji, czyli co elektryzuje podatników (i nie tylko)

Nowy JPK_VAT dość mocno interesuje podatników oraz dostawców rozwiązań informatycznych. Choć zmodyfikowane przepisy zaczną obowiązywać duże firmy dopiero od 1 stycznia 2020r., w świetle innych zmian podatkowych nie wydają się już takie proste. Wszyscy podatnicy z zaciekawieniem śledzą też doniesienia związane z tzw. białą listą podatników, która pojawi się niebawem. Co warto wiedzieć na ten temat?

Jeszcze tylko przez kilka dni (do 16 sierpnia 2019r.) trwają konsultacje podatkowe dotyczące JPK_V7K i JPK_V7M (czyli od stycznia JPK_VAT) dla podatników, którzy rozliczają się miesięcznie i kwartalnie. Są one prowadzone internetowo przez Ministerstwo Finansów. By mieć jasny obraz sytuacji przedsiębiorców, warto pamiętać jednak o wszystkich planowanych zmianach.

Lawina podatkowa czy proces

– Ustawa o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw została podpisana przez Prezydenta na koniec lipca br. Wśród wprowadzonych zmian znalazł się przepis dotyczący zastąpienia deklaracji VAT-7 i VAT-7K nowym przekształconym plikiem JPK_VAT. Podobne rozwiązanie miało być wprowadzone już wcześniej. Przesunięcie można traktować więc jako dodatkowy czas, aby przedsiębiorcy mogli lepiej przygotować się na zmiany – mówi Monika Pupiec, Kierownik Zespołu Wsparcia jHMS Zarządzanie Finansami w firmie Kalasoft. – Z uwagi na lawinowe wdrażanie zmian w systemie podatkowym, nowości wprowadzają jednak zamieszanie – podkreśla Monika Pupiec.

Dodaje ona również: – Wszyscy z niecierpliwością czekają na termin udostępnienia nowych standardów struktur JPK oraz zasad ich wysyłki. Są one nie mniej istotne niż np. okres przejściowy pomiędzy wejściem w życie przepisów a obowiązkiem ich stosowania – mówi specjalistka z Kalasoft.

Rachunek zysków i strat

Ważne są też konsekwencje nowych przepisów. – JPK_VAT daje sporo możliwości w zakresie kontroli i ewentualnych sankcji ze strony fiskusa, jednak oznacza również wiele korzyści dla podatników. Usprawni on wywiązywanie się z obowiązków względem fiskusa. Istotnym uproszczeniem będzie eliminacja załączników wymaganych przy składaniu tradycyjnego rozliczenia podatku VAT (VAT-ZZ, VAT-ZD, VAT-ZT). Przy rozliczeniu nie będą potrzebne też wnioski dołączane do standardowych deklaracji jako odrębne dokumenty. Zostaną one zastąpione polami wyboru w nowym pliku – wyjaśnia Monika Pupiec.

Kierownik Zespołu Wsparcia jHMS Zarządzanie Finansami w firmie Kalasoft dodaje również, że są to przykładowe korzyści wynikające z wprowadzenia JPK_VAT: – Z technologicznego punktu widzenia zmiany nie powinny być zbyt dotkliwe dla podatników. Przyzwyczaili się oni już do tej formy przekazywania informacji fiskusowi. Tak naprawdę zmieni się tylko zakres dostarczanych danych. Łatwiej będzie też je korygować (za sprawą jednego pliku) – wyjaśnia Monika Pupiec.

Szare strony białej listy

Co ciekawe, istnieje jeszcze jedna nowość, która interesuje przedsiębiorców bardziej niż JPK_VAT. To tzw. biała lista podatników. Ten ujednolicony rejestr ma zostać opublikowany przez KAS do 1 września 2019r. Na liście znajdzie się m.in. wykaz rachunków rozliczeniowych kontrahentów. Realizując transakcję o wartości powyżej 15 tys. zł na rachunek bankowy spoza tej listy, przedsiębiorca narazi się na sankcje. Nie będzie mógł m.in. zaliczyć tego wydatku do kosztów podatkowych. Na chwilę obecną nie znamy jeszcze wszystkich szczegółów technicznych odnośnie białej listy podatników. Istnieją jednak rzeczy, które już teraz powinniśmy wiedzieć.

– Dzięki białej liście podatników poszerzeniu ulegnie zakres danych, które będą dostępne do weryfikacji przez podatnika. Znajdziemy tu nie tylko rachunki bankowe kontrahenta, ale również jego dane historyczne. Dotychczas mogliśmy weryfikować dane jedynie według stanu na dzień weryfikacji – podkreśla Monika Pupiec z Kalasoft. Dodaje ona również, że wielu podatników interesuje informacja, w jaki sposób biała lista będzie funkcjonować w praktyce i czy dostawcy oprogramowania skutecznie będą wspierać ich w realizacji obowiązków związanych z dochowaniem należytej staranności w tym zakresie.

Poznanie odpowiedzi na te oraz inne pytania wydaje się kwestią czasu. Obserwując zmiany związane z JPK_VAT i białą listą podatników, warto mieć też na uwadze inne tematy. Obowiązkowy split payment dla branż „wrażliwych”, czy udostępnienie każdemu podatnikowi jednego indywidualnego mikrorachunku bankowego są kolejnymi planowanymi nowościami. Mogą one jeszcze bardziej zmienić sytuację podatników, dlatego warto być jak najlepiej przygotowanym na wszystkie zmiany obowiązujące daną grupę przedsiębiorców.

Frank będzie drogi

Frank znów pokonał granicę 4 zł. Drożeje od maja, kiedy dobił do 3,8 zł, a na początku sierpnia wystrzelił do 3,9 zł. Frankowicze nie powinni spodziewać się poprawy swej sytuacji w bliskich tygodniach.

Po pokonaniu tej granicy we wtorek szwajcarska waluta nieznacznie osłabiła się, ale nadal oscyluje wokół 4 zł.

– Frank jest najdroższy od ponad dwóch lat, co przede wszystkim jest związane z presją na EBC, aby ten bank centralny obniżał stopy procentowe i dalewj luzował politykę pieniężną – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Coraz gorsza sytuacja gospodarcza w Europie oznacza, że EBC jest pod naciskiem z wielu stron.

Natomiast szwajcarski bank centralny, który już utrzymuje bardzo niskie stopy, to rynek finansowy oczekuje, że te różnice w stopach procentowych jeszcze bardziej się zmniejszą. Inwestorzy tym bardziej kupują franki, traktując je jako bezpieczną przystań

Frank cały czas zyskuje wobec euro, a dodatkowo euro zyskuje wobec złotego.

Na dodatek rynki finansowe obawiają się kolejnego kryzysu walutowego w Argentynie, co zniechęca do walut krajów wschodzących.

– Wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie frank będzie drogi – ocenia ekspert XTB.

Tak samo trudno jest kupić „M” jak 15 lat temu

Ostatnio dostępność cenowa mieszkań zaczęła spadać. Sprawdzamy, jak sytuacja wyglądała przez minione 15 lat.

Jedna z niedawnych analiz portalu RynekPierwotny.pl potwierdza, że ostatnio tempo wzrostów cen mieszkań w metropoliach wyprzedziło podwyżki wynagrodzeń. Takie aktualne spostrzeżenia na pewno są ważne. W kontekście oceny sytuacji mieszkaniowej Polaków, bardziej przydatne okazują się jednak analizy dotyczące ostatnich 10 lat – 15 lat. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl pokusili się właśnie o taką długookresową analizę. Prezentuje ona zmiany dostępności cenowej mieszkań z pięciu największych polskich rynków. Wyniki obliczeń analityków RynekPierwotny.pl niestety wskazują, że obecnie zakup „M” na terenie metropolii nie jest łatwiejszy niż 15 lat wcześniej.

Dostępność lokali z dużych miast rosła od 2008 r. do 2017 r.

Sprawdzenie długookresowych zmian dostępności cenowej mieszkań z dużych miast jest utrudnione przez brak spójnych danych. W tym kontekście warto przypomnieć, że Narodowy Bank Polski dopiero od jesieni 2006 r. prezentuje średnie transakcyjne ceny 1 mkw. mieszkań. Ze względu na tę sytuację, eksperci RynekPierwotny.pl do analizy dotyczącej lat 2002 – 2007 wykorzystali inne źródła danych. Dlatego na poniższym wykresie wyniki z 2002 r. – 2007 r. zostały specjalnie wyróżnione. Wspomniany wykres przedstawia zmiany średniej powierzchni mieszkania (nowego i używanego), którą w pięciu największych miastach można było kupić za przeciętne miesięcznie wynagrodzenie netto z sektora przedsiębiorstw.

Wyniki obliczeń widoczne na poniższym wykresie, bardzo dobrze pokazują dwie główne fazy. Pierwsza z nich (patrz lata 2002 – 2007) wiązała się z bardzo wyraźnym spadkiem metrażu dostępnego za przeciętne wynagrodzenie. Taki średni spadek obliczony dla pięciu analizowanych rynków (Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław i Poznań) wyniósł aż 42%. Później trend się odwrócił, co skutkowało wzrostem dostępności cenowej mieszkań od 2008 r. do 2017 r. Na wskutek tej dodatniej zmiany, powierzchnia „M” dostępnego za przeciętne wynagrodzenie netto w sektorze przedsiębiorstw wzrosła z 0,35 mkw. (średnia dla pięciu rynków w 2007 r.) do 0,61 mkw. (średnia dla pięciu rynków w 2017 r.). Oznaczało to powrót do wyników notowanych w 2002 r.

Poniższy wykres sygnalizuje, że zmiany pozytywne dla nabywców mieszkań zakończyły się w 2016 r. (Łódź) albo w 2017 r. (Warszawa, Wrocław i Poznań). Krakowski rynek mieszkaniowy pozostaje wyjątkiem, ponieważ w minionym roku odnotował on wzrost dostępności cenowej metrażu. Warto zwrócić uwagę, że od 2016 r. Kraków pod względem relacji cen lokali i wynagrodzeń prezentuje się lepiej niż Warszawa.

Dostępność cenowa M 15 lat RP wyk.1

Jedynie dziesięcioletnie zmiany prezentują się imponująco …

Poniższa tabela stanowi ciekawe uzupełnienie dla wcześniej prezentowanego wykresu. Przedstawia ona zmiany metrażu dostępnego za przeciętne wynagrodzenie netto w sektorze przedsiębiorstw, które zostały obliczone dla każdego z pięciu miast. Informacje prezentowane w poniższej tabeli potwierdzają, że dostępność cenowa mieszkań nie zmieniła się znacząco przez dwa lata (2016 r. – 2018 r.). W perspektywie pięcioletniej, wyniki poprawiły się natomiast o 5% (Warszawa) – 19% (Kraków). Bardzo duża poprawa dostępności metrażu (o 44% – 78%) jest widoczna jeśli zestawimy wyniki z 2008 r. oraz 2018 r. O wiele mniej optymistycznie wygląda porównanie sytuacji dotyczącej 2003 r. oraz 2018 r. W takim piętnastoletnim ujęciu, nie jest widoczny istotny wzrost dostępności cenowej mieszkań. Co więcej, dla Warszawy odnotowano nawet wyraźny spadek metrażu dostępnego za przeciętne wynagrodzenie (o 19%). Piętnastoletnie porównanie pokazuje nam, że obecna dostępność cenowa mieszkań z metropolii mimo poprawy względem czasów poprzedniego boomu, wcale nie jest zadowalająca.Dostępność cenowa M 15 lat RP tab.1

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Pierwszy duży przetarg kolejowy CPK. Inwentaryzacje przyrodnicze dla 10 „szprych”

Spółka Centralny Port Komunikacyjny ogłosiła przetarg na inwentaryzacje przyrodnicze dla nowych linii kolejowych prowadzących do nowego lotniska i Warszawy. Umowa zostanie podpisana jesienią. Szacowana wartość zamówienia to ponad 26 mln zł 

Inwentaryzacja przyrodnicza ma na celu identyfikację chronionych, rzadkich lub zagrożonych elementów środowiska na terenach przeznaczonych pod przyszłe inwestycje. Wyniki badań terenowych są jedną z części składowych niezbędnych w ramach procedury środowiskowej, która poprzedza wydanie pozwolenia na budowę.

W wyniku trwającego postępowania spółka CPK planuje wybrać sześciu wykonawców, z którymi tej jesieni zawrze umowę ramową na pięć lat. Wyselekcjonowane firmy będą następnie brały udział w organizowanych przez spółkę zamówieniach cząstkowych. O konkretnym zleceniu na inwentaryzację przyrodniczą w ramach Programu Kolejowego CPK będzie decydowała zaproponowana przez firmę cena.

Jak podkreśla pełnomocnik rządu ds. CPK Mikołaj Wild, w pierwszej kolejności inwentaryzacja przyrodnicza zostanie przeprowadzona na terenie, na którym powstanie linia dużych prędkości Warszawa – CPK – Łódź. Później inwentaryzacja będzie wykonywana w zależności od bieżących potrzeb inwestycyjnych (w miarę postępu prac związanych z przygotowaniami do budowy kolejnych odcinków).

–  Inwentaryzacje przyrodnicze to pierwszy przetarg kolejowy realizowany przez spółkę. Naszym celem w ramach tzw. etapu zero, który powinien być gotowy przed otwarciem Portu Lotniczego Solidarność, jest wybudowanie 140 km nowych linii, głównie trasy Warszawa – CPK – Łódź. Docelowo zakładamy budowę 1,6 tys. km nowych linii prowadzących z 10 kierunków do CPK i Warszawy – mówi Piotr Malepszak, pełniący obowiązki prezesa CPK.

Spółka CPK szacuje łączny maksymalny obszar inwentaryzacji przyrodniczych do objęcia umową na 220 tys. ha. Powierzchnia badań w ramach jednego zamówienia cząstkowego nie będzie mniejsza niż 900 ha. Zadania mogą być zlokalizowane na terenie całego kraju. Podczas pierwszego etapu badań wykonawcy przeprowadzą prace studialne, a następnie badania terenowe, których wyniki przedstawią w ekspertyzie przyrodniczej.

Wyniki inwentaryzacji przyrodniczej będzie stanowić załącznik do raportu o oddziaływaniu na środowisko, który wraz z wnioskiem o wydanie decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach zostanie przedłożony odpowiedniemu Regionalnemu Dyrektorowi Ochrony Środowiska (RDOŚ). Kolejnym elementem w ramach przygotowań do inwestycji będzie uzyskanie decyzji lokalizacyjnej, a następnie pozwolenia na budowę.

Każda z 10 kolejowych „szprych”, prowadzących do CPK składać się będzie z nowych odcinków sieci, które wybuduje spółka CPK, oraz z wyremontowanych lub zmodernizowanych fragmentów istniejącej infrastruktury, które znajdują w gestii PKP PLK. 29 kwietnia br. rząd przyjął rozporządzenie, na mocy którego każdy z nowych odcinków torów, którymi pociągi dojadą do CPK i Warszawy, został włączony do wykazu linii kolejowych o znaczeniu państwowym.

Łączna długość linii kolejowych w Polsce wynosi dziś ponad 19 tys. km. Od początku lat 90. zostało zlikwidowanych ponad 5 tys. km linii. Nowe inwestycje są potrzebne, ponieważ od lat 80., kiedy zakończono realizację Linii Hutniczej Szerokotorowej, a wcześniej Centralnej Magistrali Kolejowej, nie budowano w Polsce na dużą skalę szlaków kolejowych. Program CPK to pierwszy całościowy plan budowy nowej infrastruktury kolejowej od tego czasu.

W lipcu decyzją Premiera RP Mateusza Morawieckiego spółka CPK została dofinansowana kwotą 300 mln zł, co jest efektem objęcia nowych udziałów przez Skarb Państwa. Rząd uznał CPK nie tylko za projekt strategiczny dla rozwoju Polski, ale także za opłacalną inwestycję. Według raportu PwC z kwietnia br., polski rynek lotniczy ma jeden z największych potencjałów wzrostu w całej Europie, a budowa hubu pod Warszawą jest uzasadniona m.in. prognozami ruchu i zakładaną stopą zwrotu. Według opracowania Baker McKenzie i Polityki Insight z maja br., powstanie CPK może przynieść Polsce od 4 do 7 proc. wzrostu PKB.

DB Energy SA – wyniki finansowe za rok obrotowy 2018-2019

Rekordowy poziom przychodów przy trzycyfrowych wzrostach sprzedaży, zyski w górę zgodnie z założeniami, portfel zleceń o wartości 10 mln zł do realizacji w 2019/2020.

W mln zł 01.04.2019-30.06.2019 01.04.2018-30.06.2018 Zmiana % 2018/2019 2017/2018 Zmiana %
Przychody ze sprzedaży 8,19 0,55 1389% 16,54 5,05 228%
EBIT 0,39 (0,47) 1,32 0,85 55%
Marża EBIT 4,8%   8% 16,9%  
EBITDA 0,43 (0,43) 1,47 0,98 50%
Marża EBITDA 5,3%   8,9% 19,4%  
Zysk netto 0,32 (0,47) 0,97 0,64 51%

 

Rok obrotowy trwa od 1 lipca 2018 do 30 czerwca 2019, wstępne wyniki

Na koniec roku obrotowego 2018/2019 DB Energy osiągnęła rekordowy poziom przychodów przy trzycyfrowych wzrostach sprzedaży. Skokowy wzrost skali biznesu jest efektem realizacji coraz większej liczby projektów inwestycyjnych z obszaru efektywności energetycznej. Rośnie portfel projektów na kolejny rok, co jest dobrym prognostykiem dla wyników w najbliższych kwartałach, podsumowuje Krzysztof Piontek, Prezes DB Energy SA.

Rekordowy poziom przychodów przy trzycyfrowym wzroście sprzedaży rdr

W IV kw. 2018/2019 r. sprzedaż DB Energy wyniosła 8,19 mln zł wobec 549 tys. zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Narastająco w roku obrotowym 2018/2019 sprzedaż osiągnęła poziom 16,54 mln zł, tj. wzrost o 228% rdr. W omawianym okresie spółka zrealizowała projekt dla Ciech Soda Polska o wartości blisko 10,2 mln zł. W strukturze sprzedaży spółki 68% udziału stanowiły projekty inwestycyjne, w tym w modelu ESCO (Energy Saving Contract – finansowanie długoterminowe), 21% udziału stanowiły natomiast Audyty EEA i pozyskiwanie Białych Certyfikatów.

Zgodnie z przyjętym modelem działalności spółka realizuje coraz więcej projektów inwestycyjnych, co przekłada się na wzrost obrotów przy jednoczesnym stabilizowaniu poziomu rentowności. DB Energy wyszukuje projekty inwestycyjne o wartości od 2 mln do 20 mln zł, o średniej wewnętrznej stopie zwrotu na poziomie nie mniejszym niż 30%. Ze względu na współpracę z renomowanymi podmiotami finansującymi, spółka ma możliwość pozyskania refinansowania gotowych projektów oraz dysponuje wiedzą w zakresie oczekiwanych przez klientów inwestycji i ich okresów zwrotu, wartości, a także sposobu obsługi procesu realizacji. Obecnie spółka ma rozpoznane projekty o wartości ponad 300 mln zł.

W ciągu trzech lat przewiduje się realizację projektów o wartości ok. 30 mln zł. W lipcu br. DB Energy podpisała wstępne porozumienie z międzynarodową instytucją finansową ws. finansowania projektów w modelu ESCO. Porozumienie umożliwi finansowanie projektów o łącznej wartości co najmiej 15 mln euro w ciągu dwóch lat. Na potrzeby tej współpracy spółka zidentyfikowała 30 projektów inwestycyjnych o szacowanej wartości blisko 40 mln euro.

W ciągu 10 lat działalności firma przeprowadziła ponad 1000 audytów efektywności energetycznej generując projekty o wartości ponad 2,4 mld zł, co przełożyło się na redukcję zużycia energii przekraczającą 3,9 TWh i dało rocznie ok. 708 mln zł oszczędności klientom. Spółka złożyła łącznie wnioski na Białe Certyfikaty o wartości ponad 450 mln zł, z czego już ok. 200 mln zł zostało przyznane klientom (tj. 37% całego rynku za lata 2017/2018). Mając na względzie fakt, że dla części klientów usługi związane z pozyskaniem Białych Certyfikatów rozliczane są w oparciu o tzw. success fee (ponad 100 umów), część przychodów spółki została odroczona do czasu przydziału lub sprzedaży (w zależności od warunków umownych) Białych Certyfikatów. Przedłużenie ważności Białych Certyfikatów (kontraktów PMEF) będzie mieć istotny pozytywny wpływ na wyniki finansowe w kolejnych okresach obrachunkowych.

Zyski w górę zgodnie z założeniami

EBITDA spółki w IV kw. 2018/2019 r. wyniosła 431,8 tys. zł, w porównaniu do 432,7 tys. straty w IV kw. 2017/2018. W całym 2018/2019 r. EBITDA ukształtowała się na poziomie 1,47 mln zł, tj. 50% więcej rdr. Marża EBITDA narastająco na koniec 2018/2019 r. wyniosła 8,9%.

W IV kw. 2018/2019 r. spółka odnotowała 393,8 tys. zł zysku operacyjnego, wobec 476,9 tys. zł straty w analogicznym okresie 2017/2018 r. Narastająco w 2018/2019 r. DB Energy osiągnęła zysk operacyjny w wysokości 1,32 mln zł, co oznacza wzrost o 55% rdr.

Koszty operacyjne w całym 2018/2019 r. wyniosły 15,45 mln zł wobec 4,09 mln zł w 2017/2018 r. Jest to głównie pochodna wzrostu kosztów usług obcych (i.a. koszty podwykonawców w projekcie Ciech) do poziomu 10,6 mln zł, tj. 562% rdr, w związku ze zmianą modelu działania na inwestycyjny.

Zysk netto na koniec 2018/2019 r. wyniósł 968,2 tys. zł, tj. 51% wzrostu rdr. Wyniki spółki są zgodne z założeniami i wynikają ze zmiany modelu działalności z doradczej na inwestycyjną.

Na koniec okresu spółka dysponowała gotówką w kwocie 2,56 mln zł, tj. 7% spadku rdr. To również efekt zaangażowania w model inwestycyjny – w całym roku spółka wydatkowała na poziomie operacyjnym 4,4 mln zł. W skali całego roku obrotowego znaczne zwiększenie wydatków operacyjnych zostało pokryte przepływami finansowymi, których głównym źródłem była emisja akcji serii C, z której spółka pozyskała 3,25 mln zł.

Perspektywy dalszych wzrostów w 2019/2020 r.

Na koniec IV kw. 2018/2019 r. spółka miała w portfelu 5 projektów o łącznej wartości 10 mln zł do realizacji na 2019/2020 r. Spóka zawarła aneks rozszerzający zakres realizacji przedsięwzięć służących poprawie efektywności energetycznej w firmie Simoldes Plasticos Polska sp. z o.o.  na szacunkową kwotę ok. 2 mln zł oraz podpisała umowę z Zakładami Górniczo-Hutniczymi „Bolesław” SA z siedzibą w Bukownie, której przedmiotem jest kompleksowa realizacja projektu dotyczącego instalacji odzysku ciepła odpadowego oraz instalacji do przekazania i zagospodarowania ciepła. Wartość umowy to ponad 3,36 mln zł, a przewidywany termin zakończenia realizacji projektu przypada na 21 stycznia 2020 r.

Strategia rozwoju z potencjałem zysków za granicą, diagsys do komercjalizacji

Celem strategicznym spółki jest rozwój w obszarze audytów efektywności energetycznej w Polsce, dywersyfikacja portfela usług i produktów, ze szczególnym uwzględnieniem usług ESCO i usługi diagnostyki napędów oraz rozwój eksportu wraz ze stabilnym wzrostem jego udziału w strukturze przychodów spółki. W marcu br. spółka przeprowadziła ofertę prywatną akcji i pozyskała 3,26 mln zł. Środki z oferty zostały przeznaczone na rozwój usług w modelu ESCO (2 mln zł), utworzenie i rozwój spółki w Niemczech (0,75 mln zł) oraz komercjalizację projektu DiagSys – przeznaczonego do diagnostyki uszkodzeń i stanu pracy silników elektrycznych (0,5 mln zł).

W kolejnym roku Zarząd planuje rozwój sprzedaży zagranicznej, głównie na rynku Europy Zachodniej, w tym w szczególności w Niemczech, gdzie w br. została utworzona spółka Willbee Energy GmbH. Spółka ma zidentyfikowane grono potencjalnych klientów, do których rozpoczęła już ofertowanie. Zarząd ma nadzieję na realizację pierwszych projektów już na początku nowego roku obrotowego. Spółka zamierza wykorzystać istniejącą szeroką bazę klientów, firm o kapitale zagranicznym do rozszerzenia działalności audytowej poza granice Polski. Rozwój zagraniczny może pozwolić na uzyskanie wyższej marży na projekcie. Celem strategicznym jest dynamiczny wzrost przychodów z eksportu w strukturze sprzedaży.

W II poł. 2020 r. spółka planuje zakończenie projektu B+R DiagSys i jego komercjalizację wykorzystując partnerską sieć sprzedaży w ponad 60 krajach na świecie. Na koniec czerwca 2019 r. Zarząd szacuje zaawansowanie projektu na ok. 60%. Projekt B+R, realizowany w ramach INDUSTRY 4.0, obejmuje opracowanie systemu, który umożliwi tańsze i szybsze, zdalne i bezobsługowe wykrywanie zmian uszkodzeniowych w pracy napędów elektrycznych (w tym zużycia elementów eksploatacyjnych, awarii mechanicznych i elektrycznych, nieprawidłowości procesowych oraz przeciążeń), co może przyczyniać się do ograniczenia zużycia energii maszyn procesowych aż o 7,5%. W połączeniu z rozwiązaniami IT z obszaru BIG DATA, system zapewni monitoring procesów przemysłowych, niezbędny do zarządzania inteligentną fabryką.

Trzy czwarte firm wraca z chmury publicznej do prywatnej

To, jak rozwijała się infrastruktura chmur obliczeniowych w ciągu ostatnich 15 lat, jest jednym z fenomenów i najważniejszych w historii przykładów konwergencji rozwiązań obliczeniowych i komunikacyjnych. Dzięki tego typu platformom przedsiębiorstwom zapewniona została niespotykana wcześniej możliwość szybkiego rozwoju oraz podążająca za nim nieblokowana niczym skalowalność zasobów IT, z których mogą korzystać. Natychmiastowy dostęp do informacji wpłynął też na przekształcenie naszej globalnej gospodarki, podobnie jak smartfony i urządzenia IoT.

Postęp związany z tą jedną z najbardziej unikalnych zmian technologicznych w historii nie jest jednak wolny od wątpliwości użytkowników rozwiązań chmurowych. Z ankiety, przeprowadzonej niedawno przez agencję IHS Markit na zlecenie Fortinet, wynika, że menedżerowie cały czas szukają najlepszej oferty zasobów IT w chmurze, a także próbują modyfikować swoje modele biznesowe w celu dostosowania ich do nowych realiów.

Spośród 350 ankietowanych firm, aż 74% dokonało migracji aplikacji do chmury publicznej, a następnie – z różnych powodów i okoliczności – zdecydowało się przenieść ją z powrotem do infrastruktury lokalnej lub prywatnej chmury. Nie oznacza to jednak, że całkowicie zrezygnowali z wdrożenia w infrastrukturze firmy trzeciej.

Dla przykładu, 40% respondentów zauważyło, że w niektórych przypadkach wdrożenia w chmurze, które trafiły z powrotem do lokalnej infrastruktury, miały charakter tymczasowych. Może to wynikać z różnych czynników, takich jak potrzeba przeprowadzenia chwilowej migracji środowiska IT w związku z przejęciem firmy lub jej połączeniem z inną. Istnieje jednak wiele innych wskazywanych przyczyn, jak obawy dotyczące bezpieczeństwa, konieczność zmiany modelu zarządzania kosztami, niska lub nieprzewidywalna wydajność zasobów w chmurze, zmieniające się przepisy, konieczność opracowywania nowych aplikacji i zmian w już użytkowanych.

Niezależnie od planów bądź gotów na zmiany

Jedną z kluczowych cech środowisk chmurowych jest to, że cały czas obserwujemy przepływanie danych między nimi. Ich transfer następuje nie tylko między centrum danych przedsiębiorstwa i chmurą publiczną, ale także między różnymi chmurami publicznymi. Powstają w ten sposób środowiska wielochmurowe, z którymi firmy także muszą nauczyć się sobie radzić. Dotyczy to nie tylko użytkowników, ale też dostawców usług czy twórców aplikacji i ich integratorów. Zarządzanie i bezpieczeństwo – to dwa aspekty, o których nie można zapominać przy podejmowaniu decyzji o migracji do kilku środowisk chmurowych.

Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet
Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet

Aby efektywnie korzystać z najlepszych rozwiązań chmurowych, przedsiębiorstwa muszą upewnić się, że stosowane przez nich narzędzia i technologie zapewniają spójne możliwości, zdolność do automatyzacji operacji i scentralizowane zarządzanie w różnych środowiskach – podkreśla Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet w Polsce. – To oznacza, że narzędzia te ​​powinny móc działać w różnych chmurach publicznych, ale także prywatnych i w lokalnych sieciach fizycznych. Tradycyjnie największym wyzwaniem będzie zapewnienie bezpieczeństwa, z przenoszeniem aplikacji i zapewnianiem usług DevOps branża IT nauczyła się już sobie radzić.

Obowiązkowy split payment

Rząd planuje od września 2019 r. wprowadzić obowiązkowy mechanizm podzielonej płatności (ang. split payment) w niektórych transakcjach. Mechanizm podzielonej płatności funkcjonuje w Polsce od lipca 2018 r. jako dobrowolna metoda regulowania płatności. Zakłada on, że płatności VAT wynikające z wystawianych faktur sprzedaży będą dokonywane na specjalnie wyodrębniony rachunek bankowy, a możliwości dysponowania nimi będą ograniczone. Do tej pory mechanizm działał na zasadzie dobrowolności, tzn. nabywca mógł zdecydować, czy chce płacić w mechanizmie podzielonej płatności, czy nie. Ministerstwo Finansów dostrzegło jednak lukę polegającą na stosunkowo niewielkim wykorzystaniu przez podatników tej metody płatności. Projekt nowych regulacji jest kolejnym krokiem w kierunku wprowadzenia obowiązkowego split paymentu we wszystkich transakcjach. Zmiany przygotowane przez rząd mają charakter kompleksowy, dlatego warto już dziś skontaktować się z doradcą podatkowym, żeby sprawdzić, jak wpłyną one na działalność gospodarczą.

Likwidacja odwrotnego obciążenia

Głównym celem projektowanych zmian jest zastąpienie obowiązującego obecnie szczególnego rozwiązania rozliczania podatku VAT, czyli odwrotnego obciążenia, stosowanym obligatoryjnie mechanizmem podzielonej płatności. To dobra wiadomość dla podwykonawców robót budowlanych, bo nie będą musieli występować ciągle o zwroty VAT za zakupy materiałów budowlanych. Ogranicza się w ten sposób w znacznym stopniu konieczność częstego ubiegania się o zwrot podatku z urzędu skarbowego poprzez dokonywanie tradycyjnego rozliczania i naliczania podatku VAT.

Podobne ułatwienie dotyczyć będzie także innych przedsiębiorców nabywających towary lub usługi zgodnie ze stawką krajową, a dokonujących sprzedaży w odwrotnym obciążeniu (jak np. sprzedawcy elektroniki). Obecnie występują oni o zwrot podatku naliczonego, gdyż nie wykazują VAT należnego. Sytuacja ta ma się zmienić po wejściu w życie nowych regulacji.

Próg 15 tys. złotych

Zgodnie z projektowanymi regulacjami obligatoryjnym stosowaniem mechanizmu podzielonej płatności zostaną objęte towary lub usługi udokumentowane fakturami, których wartość brutto przekracza 15 tys. zł lub równowartość tej kwoty, gdzie wykazano transakcje w zakresie towarów lub usług wymienionych w dodawanym załączniku nr 15. Warto podkreślić, że kwota ta będzie skorelowana z kwotą obowiązkowych płatności przelewem bankowym zgodnie z ustawą z dnia 6 marca 2018 r. – Prawo przedsiębiorców.

Zgodnie z powyższym faktury opiewające na kwoty poniżej 15 tys. zł będą podlegały natomiast rozliczaniu na ogólnych zasadach. W zakresie takich transakcji nabywca może jednak zastosować mechanizm podzielonej płatności na zasadzie dobrowolności.

Modyfikacja w zakresie solidarnej odpowiedzialności

Zmianie ulegną także przesłanki, których spełnienie wyłącza zastosowanie odpowiedzialności solidarnej. W celu uwolnienia się od odpowiedzialności solidarnej wystarczy między innymi skorzystać z dobrowolnego mechanizmu podzielonej płatności. Jest to jedna z korzyści, jaką przedsiębiorcy są motywowani do stosowania mechanizmu podzielonej płatności.

Obowiązkowa informacja na fakturze

W projekcie proponuje się dodanie do katalogu informacji, jakie powinna zawierać faktura, specjalnego oznaczenia w postaci zapisu „mechanizm podzielonej płatności”. Obowiązek zamieszczenia tej informacji będzie dotyczył wyłącznie faktur, w których wartość brutto przekracza 15 tys. zł lub równowartość tej kwoty i faktura taka dokumentuje nabycie towarów lub usług wymienione w dodawanym do ustawy załączniku nr 15. Oznacza to, że nawet w sytuacji, gdy faktura taka zawiera jedną pozycję objętą zakresem wskazanym w załączniku nr 15, podatnik będzie miał obowiązek zamieszczenia na tej fakturze informacji „mechanizm podzielonej płatności”. Nie ma przy tym znaczenia, że wartość towarów lub usług objętych załącznikiem nr 15, wykazanych na danej fakturze, jest niższa niż 15 tys. zł.

Brak informacji na fakturze będzie obarczony sankcją w wysokości 30% kwoty podatku wykazanego na fakturze. Sankcja ta będzie naliczana proporcjonalnie do wartości objętej mechanizmem podzielonej płatności. Sankcja nie będzie dotyczyła transakcji, gdy sprzedawca mimo braku informacji na fakturze otrzyma płatność w split paymencie. Zatem niezbędne jest wdrożenie odpowiednich procesów wystawiania faktury, tak aby na fakturze zawarte zostały wszystkie informacje, a jeżeli ich nie będzie, należy posiadać proces „naprawczy”.

Zaliczki a split payment

Projektowane regulacje przewidują także możliwość płatności zaliczek poprzez split payment. Rozwiązanie to funkcjonowało do tej pory, jednak nie miało podstawy w ustawie. W przypadku zapłaty zaliczki w podzielonej płatności podatnik powinien być w stanie udowodnić, że płacona przez niego zaliczka dotyczy konkretnej faktury.

Płatność split payment za więcej niż jedną fakturę

Nowe regulacje przewidują także możliwość dokonywania jednym komunikatem przelewu zapłaty za więcej niż jedną fakturę. W takim przypadku komunikat przelewu musi obejmować wszystkie faktury wystawione dla podatnika w danym okresie od jednego dostawcy i zawierać całą kwotę podatku VAT wykazanego na tych fakturach. Okres ten nie może być krótszy niż jeden dzień i dłuższy niż jeden miesiąc kalendarzowy.

Płatność innych zobowiązań publiczno-prawnych

Uproszczenie przewidziane w nowych przepisach polega na tym, że środki z rachunku VAT podatnik będzie mógł przeznaczyć nie tylko na zapłatę zobowiązania w podatku VAT (tak jak to ma miejsce obecnie), ale również na zapłatę podatku dochodowego od osób prawnych, podatku dochodowego od osób fizycznych, podatku akcyzowego, należności celnych oraz składek ZUS.

Podsumowanie

Z powyższej analizy wynika, że zmiany mają kompleksowy charakter i mogą wpłynąć na wielu przedsiębiorców, w szczególności tych dokonujących transakcji w ramach odwrotnego obciążenia. Dodatkowo dochodzi jeszcze ograniczenie w zaliczeniu do kosztów podatkowych płatności niedokonanych w split paymencie mimo obowiązku. Wpływ zmian powinien być każdorazowo indywidualnie przeanalizowany u przedsiębiorcy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jak lojalny jest polski klient?

Dostawcy są przekonani, że klienci poszukują nowych możliwości mniej więcej w 50% przypadków. Tymczasem nabywcy deklarują, że sprawdzają inne oferty zdecydowanie częściej. To błędne przeświadczenie o lojalności klientów prowadzi do zaniedbywania bieżących relacji przez sprzedawców i zwiększenia poziomu rotacji konsumentów. Ich zdaniem głównymi motywacjami do zmiany dostawcy są: lepsze rozwiązania konkurencji (78%) oraz większa aktywność i zaangażowanie nowego dostawcy (77% wskazań) – wynika z raportu „Co się naprawdę liczy w sprzedaży B2B”. Eksperci podkreślają, że nadmiernej migracji klientów da się zapobiec m.in. dzięki budowaniu zaangażowania, partnerskiej relacji oraz docenianiu lojalności.

Firmy w Polsce są przekonane, że tylko około połowa klientów zadowolonych z bieżącej współpracy porównuje oferty i jest skłonna przenosić się do konkurencji. A tym samym pozostaje pokaźna grupa wiernych nabywców, o których nie trzeba się starać, bo i tak będą korzystać z usług sprawdzonego dostawcy. Tymczasem ze wskazań samych klientów wynika, że w pełni lojalnych konsumentów jest zdecydowanie mniej, niż wydaje się przedsiębiorcom. Rodzimi nabywcy nie przywiązują się do konkretnej marki. Nie liczy się dla nich nazwa, lecz zakres usług, proaktywne podejście i wartości, które stoją za działalnością danej firmy. Bierność dostawców, wynikająca z przeświadczenia o posiadaniu znacznego grona stałych odbiorców, pogłębia jedynie problem ich rotacji – mówi Michał Kot, New Business Director z Grupy IQS.

Zadowolony klient nadal wymaga atencji

Bezpośrednio po dokonaniu zakupu klient staje się bardziej czujny, obserwuje i szuka potwierdzenia, że dokonał właściwego wyboru. Aby dostarczyć mu wartość długoterminową – utrzymać satysfakcję z faktu posiadania, nie samego zakupu, należy stale trzymać rękę na pulsie i wykazywać zainteresowanie potrzebami nabywcy.

W innym wypadku nawet klienci zadowoleni z zakupu za jakiś czas będą rozglądać się za alternatywnymi możliwościami, co otwiera szansę dla konkurencji na ich przechwycenie. Nabywcy najczęściej decydują się na wybór nowego dostawcy z kilku powodów. Najważniejsze są dwa z nich: nowy dostawca proponuje lepsze rozwiązanie (78% wskazań) oraz jest bardziej aktywny i zaangażowany (77% wskazań). Jak widać kluczem jest proaktywna postawa wobec nabywców, tymczasem duża część sprzedawców nadal uważa, że decydującym czynnikiem jest lepsza cena.

Bierność się nie opłaca

Niezrozumienie przez sprzedawców potrzeb drugiej strony w prostej linii prowadzi do niezadowolenia. A w badaniu „Co się naprawdę liczy w sprzedaży B2B”, aż 28% nabywców zadeklarowało, że zmienia dostawcę zawsze, gdy nie są usatysfakcjonowani jakością współpracy. Momentem krytycznym jest także podniesienie cen (zawsze dla 27% klientów), co dostrzega zaledwie 12% dostawców.

Jak wskazuje ekspert Livespace, aby zapobiec nadmiernej migracji klientów należy trzymać się 3 złotych zasad: być proaktywnym, okazując nabywcy nie mniejsze zainteresowanie niż podczas jego pozyskiwania. Budować dwustronne zaufanie i partnerską relację, poprzez angażowanie klienta w śledzenie zmian w firmie lub produkcie. A także na bieżąco badać satysfakcję oraz potrzeby, aby móc odpowiednio reagować i utrzymywać wysoki poziom zadowolenia. Zarówno w pozyskiwaniu, jak i utrzymaniu klienta niezbędne są odpowiednie narzędzia typu CRM, które umożliwiają gromadzenie wiedzy na temat klienta, jego potrzeb oraz wszelkich kontaktów z firmą.

Łatwiej jest aktywizować klienta, który jest z nami, niż odzyskać zniechęconego lub utraconego. Koszt utrzymania nabywcy w stosunku do kosztu pozyskania zupełnie nowego jest zdecydowanie niższy, a przy tym otwiera możliwości do bycia poleconym dalej jako firma, która dba o klienta. Zadowolony klient to najlepszy ambasador marki. Dlatego warto zadbać o jego potrzeby, wyjść im naprzeciw i w ten sposób wyróżnić się spośród innych dostawców. Niby proste, ale wciąż niewiele przedsiębiorstw to podejście stosuje w praktyce. Zdaniem konsumentów, zaledwie 3% firm wyróżnia się doskonale na tle konkurencji – podsumowuje Łukasz Kupiec, Head of Customer Success w Livespace.

***

Metodologia – badanie „Co się naprawdę liczy w sprzedaży B2B” zostało przeprowadzone na grupie 308 firm, z czego 184 stanowiły firmy dostawców, a 124 – nabywców. W grupie dostawców dominowali mężczyźni (67%). Przedstawiciele tej płci przeważali także wśród nabywców (55%). Wiek badanych wyniósł od 25 do 55 lat. W badaniu uczestniczyły firmy różnej wielkości – od 50 do ponad 1000 osób, zarówno po stronie nabywców, jak i dostawców. Badanie zleciła grupa firm sprzedażowych – Infoteam Sales Process Consulting AG, we współpracy z Livespace, Wydawnictwem Explanator oraz Grupą IQS.

Trudny rok dla polskiego eksportu

Wg najnowszych danych GUS, w pierwszym półroczu 2019 r. polski eksport liczony w euro zanotował wzrost o 4,3% r/r. Jak zauważają eksperci międzynarodowej instytucji płatniczej AKCENTA, to wciąż dobry wynik w obliczu coraz bardziej widocznego spowolnienia gospodarczego w Europie, a przede wszystkim u naszego głównego partnera handlowego, Niemiec. – Poniekąd spadek popytu zza zachodniej granicy widać już w danych, ale eksporterzy rekompensują to sobie częściowo na innych, pozaunijnych kierunkach – wskazuje Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału AKCENTY.

W pierwszym półroczu 2019 r. wartość polskiej sprzedaży zagranicznej towarów wyniosła 115,2 mld euro. To o 7,6 mld euro więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. W 2019 r. wywóz notuje jednak niższą dynamikę. W pierwszej połowie 2018 r. rósł on bowiem w tempie 5,7% r/r, a w roku obecnym 4,3% r/r. Natomiast jeszcze w okresie styczeń-maj br. eksport wykazywał znacznie wyższą dynamikę (6,6% r/r). – Spowolnienia dynamiki wzrostu polskiego eksportu w 2019 r. spodziewano się już od dawna. Głównie z powodu pogarszającej się koniunktury zewnętrznej. Do tego cały czas aktualne pozostaje zagrożenie twardym Brexitem i globalną wojną handlową. Mimo tych niesprzyjających okoliczności eksporterzy potrafili utrzymać rosnący poziom sprzedaży – analizuje szef AKCENTY w Polsce.

Spada udział Niemiec

Największe obawy w kontekście osłabienia koniunktury wywołuje obecnie spowolnienie gospodarcze w Niemczech, które są najważniejszym partnerem handlowym i odbiorcą polskiej sprzedaży zagranicznej. Wg danych GUS eksport na niemiecki rynek w pierwszej połowie br. wzrósł tylko o 1,7% r/r. To jeden z najniższych wyników wśród krajów pierwszej dziesiątki odbiorców towarów z Polski. W porównaniu z pierwszym półroczem 2018 r. mniejszy jest także udział tego kierunku (spadek z 28% do 27,3%). Spore wyhamowanie dynamiki wywozu, do zaledwie 0,4% r/r, odnotowano również w przypadku rynku czeskiego. – Republika Czeska jest jeszcze mocniej niż Polska powiązana gospodarczo z Niemcami. Kraj ten na rynek niemiecki wysyła blisko 1/3 całego swojego eksportu. Słabsza koniunktura w Niemczech odbija się na gospodarkach ważnych odbiorców polskiego eksportu. Jego skutki polski biznes odczuwa więc także pośrednio – zauważa Radosław Jarema.

Eksport spogląda na pozaunijne rynki

Polscy eksporterzy dostrzegają ryzyko, jakie wiąże się z uzależnieniem od koniunktury w UE i coraz mocniej rozwijają sprzedaż poza jej granicami. Najbardziej znaczącymi kierunkami są pod tym względem USA i Rosja. Wartość wywozu do Stanów Zjednoczonych rośnie najszybciej wśród całej dziesiatki najważniejszych odbiorców towarów z Polski – w pierwszym półroczu br. w tempie 15,5% r/r. To prawie dwukrotnie wyższa dynamika niż w pierwszym półroczu 2018 r. W przypadku Rosji również widać wysokie przyrosty (7,7% r/r). Częściowo to właśnie wzrost eksportu na tych kierunkach rekompensuje słabszy popyt z Niemiec i Czech. To przykład tego jak ważna jest dywersyfikacja rynków zbytu, wskazują w swojej analizie eksperci AKCENTY.

Internet inteligentniejszych rzeczy

Dane z raportu Allied Market Research mówią wprost – Internet Rzeczy to przyszłość przemysłu. Z roku na rok, przybywać będzie maszyn, które same będą komunikować się ze sobą. Rosnąca liczba smart urządzeń sprawia, że za 4 lata wartość rynku Przemysłowego Internetu Rzeczy (IIoT), wyniesie blisko 200 mld dolarów. To niemal 50 mld dolarów więcej niż jego obecna wartość.

Według autorów raportu Factories of the Future w 2025 roku na całym świecie działać będzie ponad 75 miliardów podłączonych urządzeń, z których większość znajdzie zastosowanie w sektorze wytwórczym. Firmy produkcyjne wydawać będą coraz większe kwoty na urządzenia i maszyny, które będą ze sobą połączone. Z danych opublikowanych przez analityków z Allied Market Research wynika, że w ciągu zaledwie 4 lat rynek urośnie o 1/3 i będzie wart 196,8 mld dolarów.

Sama maszyna to nie wszystko!

Głównym czynnikiem wpływającymi na szybki rozwój Przemysłowego Internetu Rzeczy
w sektorze wytwórczym będzie postępująca kontrola wszystkich składowych procesu produkcji, która ma wpływać na wzrost wydajności.

Proces ten już się rozpoczął, ale jesteśmy na początku jego drogi. Pierwszym etapem była i nadal jest gruntowna informatyzacja przemysłu, która opiera się na systemach klasy ERP. To właśnie to rozwiązanie informatyczne pozwala przedsiębiorstwu wdrażać nowe technologie, które usprawnią działanie organizacji i przygotują ją na nadchodzące zmiany. – mówi Lucjan Giza Dyrektor ds. Rozwoju w BPSC i dodaje – Ten etap ma za sobą tylko część firm. W Polskich warunkach to odpowiednio: co druga (54%) średnia firma i 80% dużych przedsiębiorstw. – kończy ekspert z firmy dostarczającej rozwiązania IT dla biznesu.

Czy faktycznie jesteśmy na początku drogi prowadzącej do automatycznych fabryk, o której mówi ekspert z BPSC? Najlepiej w tym przypadku polegać na liczbach, które są niezaprzeczalnie obiektywne. McKinsey zapytał menagerów w firmach przemysłowych, czy po wdrożeniu rozwiązań IoT zauważyli zmianę. 60% stwierdziło, że tak i obecnie mają lepszy wgląd w to, co dzieje się w ich firmie. Jednocześnie ponad połowa tej grupy (54%) deklaruje, że wykorzystuje zaledwie dziesiątą część informacji (10%) pochodzącą z maszyn. Oznacza to, że aż 90% danych jest marnotrawionych.

W czym tkwi problem? W znikomym wykorzystaniu sztucznej inteligencji (SI). Ze wspomnianego już wcześniej raportu Factories of the Future dowiadujemy się, że mniej niż jeden na dziesięciu (8%) producentów przemysłowych wykorzystuje w swoim zakładzie technologię opartą na sztucznej inteligencji. Jednak jak wynika z deklaracji kadry kierowniczej biorącej udział w badaniu, do 2020 roku co druga firma z sektora przemysłowego (50%) wdroży rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji.

– Motorem napędowym inwestycji w SI będzie rosnąca ilość danych, z którymi mamy obecnie do czynienia w sektorze produkcyjnym. Zawansowana automatyka przemysłowa, czujniki i sensory w maszynach zbierają ogromne ilości informacji. Te dane są, jak diamenty, które dopiero po oczyszczeniu i obróbce jubilerskiej – staną się bezcennymi brylantami, otaczając blaskiem swojego posiadacza. Odpowiednikiem jubilera jest sztuczna inteligencja. To „ona” pomoże sektorowi produkcyjnemu poradzić sobie z wartkim strumieniem informacji. – kontynuuje Lucjan Giza z BPSC.

Zwrot z awarii

Sztuczna inteligencja jest również niezwykle przydatna do prowadzania konserwacji maszyn i urządzeń. Używając czujników do śledzenia wydajności i warunków produkcji, maszyny same mogą nauczyć się przewidywać awarie i podejmować działania prewencyjne lub naprawcze. Wyeliminowanie przestojów bardzo się opłaca. Specjaliści z Wall Street Journal wyliczyli, że nieplanowane przerwy w pracy kosztują globalny sektor produkcyjny około 50 mld dolarów rocznie, a awaria aktywów jest przyczyną 42% przestojów. Dzięki SI rutynowe kontrole są szybsze i dokładniejsze. Wyeliminowany jest również wymóg kontroli jakości, prowadzony w trakcie procesu przez ludzi, co jest czasochłonne i często obarczone błędem.

Jakość 4.0

Jeżeli w świecie odzieżowym rządzi dziś zjawisko szybkiej mody, to w przemyśle możemy mówić o szybkiej produkcji. Coraz krótsze terminy wprowadzania wyrobów na rynek oraz wzrost ich złożoności sprawia, że przedsiębiorstwom produkcyjnym coraz trudniej jest utrzymać wysoki poziom jakości przy zachowaniu zadowalającej marżowości oraz przestrzeganiu zmieniających się przepisów i norm. Z drugiej strony, klienci oczekują produktów bezbłędnych. Wykorzystanie algorytmów SI, które powiadamiać będą zespoły produkcyjne o pojawiających się anomaliach produkcyjnych jest skutecznym panaceum na problemy z utrzymaniem wysokiej jakości produktu przy minimalizacji kosztów jego wytworzenia.

Internet Inteligentniejszych Rzeczy

Epoka Internetu Rzeczy i sztucznej inteligencji na dobre zmieni istniejący krajobraz przemysłu. Ponieważ automatyzacja i pogłębiona analiza idą w parze. Sztuczna inteligencja sprawia, że aplikacje IoT wykorzystują swój pełny potencjał. Możemy zaryzykować stwierdzenie, że wykorzystanie obu technologii w przedsiębiorstwie produkcyjnym kreuje nową technologię internetu inteligentniejszych rzeczy.

Co warto wiedzieć biorąc kredyt hipoteczny na budowę domu

budowa domu - Co warto wiedzieć biorąc kredyt hipoteczny na budowę domuZakup nowego domu czy… budowa od zera? Każda z tych opcji ma swoje plusy i minusy. Podczas, gdy kupno nieruchomości od dewelopera czy z rynku wtórnego wiąże się z oszczędnością czasu, to właśnie budowa domu daje elastyczność i możliwość dowolnej aranżacji, jednak łączy się z nią sporo formalności i wątpliwości.

Jeśli jesteśmy już szczęśliwymi posiadaczami działki, potrzebujemy kredytu “jedynie” na budowę samego domu. Jednak, jeżeli nie posiadamy żadnego terenu, na którym możemy postawić dom, musimy sfinansować także ten aspekt, co zdecydowanie wpływa na ostateczną wysokość zobowiązania. Czy to jedyna kwestia, którą trzeba wziąć pod uwagę? Lista, niestety, jest znacznie dłuższa, a dopilnowanie wszystkich jej punktów może być czasochłonne i pracochłonne. Z pomocą przychodzi osoba doradcy kredytowego, która ma za sobą kilkaset procedur kredytowych dla klientów, dysponuje zatem odpowiednim doświadczeniem i wiedzą, z której zdecydowanie warto skorzystać przy rozważaniu kredytu hipotecznego na budowę domu.

Kwota kredytu

Przy budowie domu dobranie kwoty kredytu jest nieco cięższe niż przy kupnie mieszkania. W tym drugim przypadku należy wziąć pod uwagę jedynie cenę nieruchomości plus nawiązkę na ewentualny remont czy wykończenie. Skalkulowanie całego kosztu budowy domu na starcie bywa problematyczne, ponieważ bardzo często pojawiają się niespodziewane koszty lub dynamiczne zmiany cen materiałów lub stawek specjalistów budowlanych. Ciężko jest przewidzieć końcową kwotę, dlatego zaleca się, by kwota kredytu była przynajmniej o 10% wyższa od tej, która wyszła nam w wyliczeniach. Jeśli pieniędzy zabraknie, zacznie się robić nieciekawie. Teoretycznie można w trakcie spłacania wnioskować o wyższą kwotę kredytu, jednak wiąże się to z ogromem formalności i nie zawsze bank godzi się na takie rozwiązanie. Lepiej chuchać na zimne.

Razem czy oddzielnie?

Ten problem nie występuje, kiedy jesteśmy już właścicielami działki budowlanej. Jeśli jednak sytuacja wygląda inaczej, musimy ją kupić. Ten zakup może zostać objęty przez kredyt hipoteczny lub możesz wybrać rozwiązanie dwóch odrębnych kredytów. Jak jest najlepiej? Jeden kredyt to minimum formalności. Przyznawanie kredytu to i tak długie tygodnie pełne wycieczek do oddziałów banku, zatem wybierając jedno zobowiązanie finansowe, oszczędzamy mnóstwo czasu i nerwów. Z drugiej jednak strony, kupując najpierw działkę i dopiero po jakimś czasie decydując się na budowę domu, zyskujemy czas na przemyślenie tego, jak ten dom ma wyglądać – w przypadku jednego kredytu bank musi od razu dostać od nas kosztorys budowy i projekt domu.

Który bank wybrać?

Jeśli znamy kwotę kredytu, kamień milowy za nami. Aby mieć pewność, że otrzymamy najlepszą ofertę i rozwiązanie najbardziej dopasowane do naszych możliwości, warto rozważyć konsultacje z doradcą finansowym. Sprawdzony doradca nie tylko dobierze odpowiednie oferty na podstawie wywiadu z klientem, ale i pomoże w formalnościach oraz wnioskowaniu. Dzięki swojej wiedzy i doświadczeniu, służy poradą dotyczącą wyboru banku, wymagań i dokumentacji. Rola doradcy nie kończy się w momencie złożenia podpisu w banku – doradca zostaje z klientem po uruchomieniu kredytu, pozostając do dyspozycji w sprawie kredytu oraz innych rozwiązań finansowych.

Wybór banków jest ważny, ale istotną sprawą, która może zaważyć na wyborze konkretnego banku lub akceptacji naszego wniosku, jest też wkład własny. Banki wymagają minimum 10% wkładu własnego, ale jeśli jesteśmy w posiadaniu 20% lub ponad – tym lepiej. Może to skutkować niższym oprocentowaniem. Im wyższy wkład własny, tym niższa kwota kredytu, odsetki i prowizja. Sprawdźmy też koszty kredytu. Niektóre oferty są na tyle niekorzystne, że klient jest w stanie przepłacić nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Koniecznie zweryfikujmy wysokość raty, oprocentowanie, koszty dodatkowe np. koszty zabezpieczenia przejściowego (okres ich płacenia może trwać nawet kilka lat). Trzeba mieć to wszystko na uwadze, wybierając bank, od którego chcemy pożyczyć niemałe przecież pieniądze. W takich sprawach najlepiej poradzić się doradcy kredytowego, dla którego wnioskowanie o kredyty to codzienność i wie o wszystkich kruczkach, haczykach i niuansach.

Niestety, kruczki bywają bezlitosne. Często wyglądają całkiem niewinnie i mało kto zwraca na nie uwagę. W wielu ofertach banków jest informacja, że jeśli specjalnie na poczet kredytu otworzymy w danym banku konto i zobowiążemy się, że co miesiąc będzie na nie wpływała określona kwota, to dostaniemy znacznie niższe oprocentowanie rat kredytu. Brzmi świetnie? Spójrzmy jednak na to w ten sposób – spłacanie kredytu trwa kilkadziesiąt lat. Może się tak zdarzyć, że w tym czasie będzie jakiś miesiąc, dwa lub trzy, kiedy będziemy bez pracy. Nie jesteśmy wtedy w stanie zapewnić stałych wpływów na konto i może to skutkować wzrostem oprocentowania kredytu. Upewnijmy się, czy istnieje takie ryzyko, a jeśli tak, to jak duże. Może być też taka oferta, że zobowiązujemy się na stałe wpływy na konto jedynie na kilka pierwszych lat. Wszystko zależy od indywidualnej oferty w każdym banku, dlatego tak ważne jest szczegółowe ich przeanalizowanie. Dzięki temu zapewnimy sobie spokojny proces wnioskowania o kredyt i będziemy świadomi ewentualnego ryzyka.

Kto zyska, a kto straci w długi weekend

  • Turystyka i gastronomia to branże, które w długi weekend zyskają, ten rok może przynieść rekordowe przychody z turystyki.
  • Z powodu długiego weekendu ucierpią natomiast firmy produkcyjne, budowlane czy transportowe. Szczególnie małe i średnie z trudem utrzymujące płynność finansową.
  • Jeśli jedynie połowa z nas weźmie w długi weekend zaledwie jeden dodatkowy dzień wolny, polska gospodarka może stracić nawet około 5 mld zł, które tylko w części zrównoważą większe przychody z turystyki.

Zbliżający się długi weekend sierpniowy pozwoli wypocząć. Biorąc jeden dzień wolnego będzie można się relaksować przez 4 dni, przy 4 dniach wolnego można się nie pokazywać w pracy aż 9 dni (jeśli do dni, kiedy weźmiemy urlop doliczymy weekendy i święto). To co cieszy zatrudnionych na umowę, a także restauracje, hotele, pensjonaty i firmy korzystające z turystyki, martwi właścicieli większości pozostałych przedsiębiorstw. Odpoczynek i wolne dni to mniej wykonanych usług czy wyprodukowanych towarów, co może zmniejszyć dochody i pogorszyć płynność.

Turystyka i gastronomia zyska

Z długiego weekendu skorzystają biznesowo właściciele stacji paliw czy małych sklepów spożywczych, ale przede wszystkim ci, obsługujący rekreację i wypoczynek.

Turystyka w Polsce z roku na rok bije rekordy – zarówno jeśli chodzi o liczbę osób przyjeżdżających do kraju jak i przychody. W samym tylko Krakowie w 2018 roku turyści zostawili 6,5 mld zł. Hotelarze, restauratorzy, operatorzy obiektów turystycznych czy wypożyczalni sprzętu sportowego (rowery, kajaki, sprzęt do rekreacji) na długi weekend czekają i na nim zyskają.

Wg GUS w 2018 r. z usług obiektów z co najmniej dziesięcioma miejscami noclegowymi skorzystało 32 mln turystów, czyli o 1,9 mln więcej niż w 2017 r. W 2017 r. o 39,3 proc. wzrosło wykorzystanie miejsc noclegowych, a pokoi w obiektach hotelowych o 48,9 proc.

Trzeba jednak pamiętać, że firmy żyjące z turystyki, które dzięki dobrej pogodzie i długiemu weekendowi zwiększą w tym czasie przychody, ponoszą także dodatkowe koszty np. większego w dni wolne wynagrodzenia dla przewodników, ochrony, sprzątających czy obsługi.

Większość firm straci

Na długim weekendzie straci zdecydowana większość biznesu. Przestoje czekają firmy produkcyjne i wytwórcze, straty będą też liczyć w budowlance czy transporcie. Wolne dni to zamknięte budowy w szczycie sezonu, wtedy kiedy pogoda umożliwia nadgonienie opóźnionych realizacji. To także ograniczenia w możliwości poruszania się ciężkich pojazdów po drogach. Te dwie działalności w ostatnich latach radziły sobie ze zmiennym szczęściem i były szczególnie narażone na opóźnienia w płatnościach.

Biorąc pod uwagę fakt, że polska gospodarka funkcjonuje w modelu odroczonej płatności, a zatory płatnicze są prawdziwą plagą, zbyt długi odpoczynek może tylko pogłębić niekorzystny model rozliczania się pomiędzy sobą w biznesie. Znacząca część biznesu otrzymuje przelewy z opóźnieniem, aż 90% firm w naszym kraju tego doświadcza, w dodatku problem się nasila.

Jeśli jedynie połowa z nas weźmie w długi weekend zaledwie jeden dodatkowy dzień wolny, polska gospodarka może stracić nawet około 5 mld zł.

– Te kilka miliardów, których nie wypracujemy z powodu dodatkowego wolnego nie są tylko księgowym zapisem. Tych pieniędzy rzeczywiście komuś zabraknie. Budowlanka i transport są narażone najbardziej. Jest lato, dobra pogoda, więc powinni pracować, zarabiać i odrabiać ew. opóźnienia, tymczasem muszę czekać. Jeśli nie pracują, później otrzymają zapłatę za swoją pracę. Przedsiębiorcy, którzy potrafią przewidzieć takie zagrożenia i wcześniej zapewnią sobie finansowanie zastępcze mają większe szanse na uratowanie płynności rachunku. Zapewnienie sobie elastycznego finansowania, jakim jest np. faktoring może być kluczowe dla przetrwania. Budowlańcy i firmy transportowe należą do tradycyjnych klientów faktoringu, obsługujemy bardzo dużo takich firm – mówi Anna Konecka – Pająk – Dyrektor Makroregionu Mazowieckiego w eFaktor.

Kilku się cieszy, większość martwi

Długi weekend ma duży wpływ na dane makroekonomiczne, liczba dni pracy oddziałuje np. na wyniki produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Wpływa też na płynność finansową, bo zaburza normalny tygodniowy rytm działania. Obowiązuje tu prosta zasada: nie pracujesz nie zarabiasz. To tym bardziej niepokojące, że zaledwie 1% przedsiębiorców deklaruje, że nigdy nie spotkało się z zaległościami w przelewach środków za swoje towary i usługi.

– Ta statystyka znajduje też potwierdzenie w naszych rozmowach z przedsiębiorcami, którzy jako powód korzystania z faktoringu wskazują właśnie ryzyko długiego oczekiwania na własne środki. Po pierwsze w wyniku odroczonego o dwa, trzy lub więcej miesięcy terminu płatności na fakturze, a po drugie z powodu niedotrzymywania przez kontrahentów nawet tych odległych terminów. Faktoring skraca czas oczekiwania na pieniądze do kilkunastu godzin – mówi Anna Konecka – Pająk z eFaktor.

Biorąc pod uwagę to, że w ubiegłym roku upadło 988 przedsiębiorstw (blisko 100 więcej niż w 2017!), a przewidywania na ten rok wskazują, że ta liczba może być jeszcze większa – jest się czym niepokoić. Duża liczba długich weekendów może się do większej liczby upadłości przyczynić, cieszą się więc nieliczni przedsiębiorcy, większość się martwi.

Nakręca się spirala strachu

Nowe dane z kluczowych gospodarek oraz zachowanie amerykańskiego rynku obligacji sprawiają, że obawy inwestorów nie ustępują.

Ostatnie odczyty z globalnych gospodarek w większości rozczarowywały wskazując na niższą aktywność kluczowych sektorów (szczególnie przemysłu) w najważniejszych gospodarkach świata. M.in. to właśnie nowe informacje pomogły odwrócić się krzywej rentowności w Stanach Zjednoczonych w kluczowym jej fragmencie – w ostatnich godzinach rentowności 2-letnich papierów dłużnych przekroczyły poziom 10-letnich po raz pierwszy od czasu kryzysu finansowego. Analogiczna sytuacja miała miejsce w Wielkiej Brytanii.

W związku z tym, iż historycznie inwersja krzywej rentowności na tym odcinku niejednokrotnie poprzedzała recesje, nie jest zaskoczeniem, że taka sytuacja budzi obawy. W najlepszym przypadku sygnał nie ma znaczenia, w najgorszym – oznacza, że za kilka kwartałów gospodarkę Stanów Zjednoczonych czeka załamanie, które nie pozostanie bez wpływu na sytuację globalną.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,33-4,35. Polski złoty w relacji do euro również dziś radzi sobie słabo. W ostatnich godzinach kurs EUR/PLN przekroczył poziom 4,35, tym samym krajowa waluta osłabiła się do poziomu, jaki ostatni raz obserwowaliśmy w lipcu 2018 roku. Częściowo złotemu szkodzi pogorszenie sytuacji globalnej i utrzymywanie się negatywnego sentymentu na rynku, częściowo natomiast osłabienie krajowej waluty można powiązać z wyraźnym wzrostem oczekiwań rynku względem cięcia stóp procentowych. Wyceny stawek FRA 12×15 na PLN wskazują, że rynek w horyzoncie rocznym oczekuje cięcia stóp procentowych o co najmniej 25 punktów bazowych, co oznacza, że oczekiwania względem luzowania polityki pieniężnej ze strony RPP za rok są najwyższe od około 3 lat.

Kurs EUR/USD zakończył ubiegły dzień na minusie, co miało związek tak z osłabieniem euro, jak i siłą dolara amerykańskiego. Wspólnej europejskiej walucie nie sprzyjały najnowsze dane. Wczorajsze, sierpniowe indeksy ZEW pokazały wyraźny wzrost obaw o perspektywy gospodarek wspólnego bloku. Dzisiejsze dane z Niemiec potwierdzają, że obawy – przynajmniej w części – są uzasadnione. PKB największej gospodarki strefy euro w II kwartale, zgodnie z oczekiwaniami, skurczyło się o 0,1% w relacji do poprzedniego kwartału. Nie wpłynęło to na zmianę odczytu dla strefy euro za ten sam okres. Jednak niedługo po publikacji dla Niemiec rozczarował odczyt produkcji przemysłowej w strefie euro, której dynamika w ujęciu rocznym odnotowała w czerwcu największy spadek od pół roku, wskazując na utrzymującą się słabość sektora.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,66-4,69. Wczorajsze dane z brytyjskiego rynku pracy były względnie dobre, dziś in plus zaskoczyły również dane o inflacji w Zjednoczonym Królestwie. Bazowa inflacja CPI w lipcu niespodziewanie przyspieszyła do poziomu 1,9% w ujęciu rocznym wobec poziomu 1,8% notowanego miesiąc wcześniej, inflacja konsumencka z kolei podskoczyła do 2,1% i ponownie znalazła się powyżej celu inflacyjnego Banku Anglii. Nie oznacza to bynajmniej, że w BoE rozpocznie się dyskusja dotycząca podwyżek stóp procentowych – przed rozwiązaniem kwestii Brexitu trudno wyobrazić sobie zmiany stóp procentowych w Wielkiej Brytanii.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 3,86-3,88. Wczorajsze dane o amerykańskiej inflacji w lipcu pokazały wyższą dynamikę cen niż zakładano. Uwaga rynku skupiła się jednak na innej kwestii, a mianowicie na odsunięciu w czasie ceł na część chińskich dóbr o wartości 300 mld USD. 10-procentowe taryfy mające wejść w życie we wrześniu nie obejmą od razu wybranych towarów, m.in. niektórych sprzętów elektronicznych, zabawek oraz ubrań. Wiadomość ta wsparła dolara amerykańskiego i na pewien czas nieco uspokoiła rynek. Nawet mimo pozytywnej reakcji Chin, niekoniecznie jednak oznacza ocieplenie relacji między mocarstwami. Sugestie Trumpa i lista chińskich dóbr, które jeszcze do 15 grudnia unikną amerykańskich ceł wskazuje na to, że USA odłożyły cła w czasie, aby amerykańscy konsumenci nie przepłacili za mocno za świąteczne zakupy.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

Brak istotnych publikacji w drugiej części dnia

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Inflacja w górę, złotówka traci

Dane GUS pokazują, że inflacja wciąż rośnie. Głównym powodem tego stanu rzeczy są drogie produkty rolne. Nie ma to na razie wpływu na waluty, ale przez ryzyka na rynkach złotówka wciąż jest w odwrocie.

Susza winduje inflację

Główny Urząd Statystyczny podał wartość inflacji w Polsce. W lipcu wyniosła ona 2,9%. Jedną z przyczyn jest wzrost cen żywności, w szczególności warzyw, wywołany między innymi suszą. To wzrost o 0,3% względem czerwca. Warto przypomnieć, że cel inflacyjny ma tolerancję 1%, zatem od górnej granicy wciąż dzieli nas 0,6%. Nie zmienia to faktu, że to najwyższy odczyt od 7 lat. Z drugiej strony, patrząc na sygnały mówiące o możliwym spowolnieniu na zachodzie, nie należy spodziewać się, że parametr ten długotrwale będzie przewyższał cel inflacyjny (o ile w ogóle tam dotrze).

Interwencja Banku Szwajcarii

Wczoraj na rynku widzieliśmy udaną próbę interwencji na parze EURCHF. Jej wynikiem było przesunięcie cen z poziomu 1,084 na 1,092 w bardzo krótkim czasie. Problem w tym, że interwencja ta miała jedynie krótkotrwały efekt. Dzisiaj kurs wrócił już o połowę tego ruchu. Dodatkowo warto zwrócić uwagę, że choć kurs franka do złotego zawrócił wczoraj z granicy 4 zł, to dzisiaj ponownie się tam znalazł i to pomimo niższej relacji euro do franka. Powodem tego jest nagły wzrost euro powyżej granicy 4,35 zł.

Polska w czołówce wzrostu PKB

Opublikowane statystyki wzrostu gospodarczego państw Unii Europejskiej pokazują, że Polska wciąż jest w czołówce. Obecnie mamy trzeci najwyższy wzrost gospodarczy zaraz za Węgrami i Rumunią. Wśród 10 najszybciej rozwijających się krajów spoza Europy Środkowowschodniej znajduje się tylko Cypr i Hiszpania.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

USA odroczą część ceł importowych do 15 grudnia

Decyzja USA o częściowym odroczeniu ceł importowych nakładanych na Chiny była sporą niespodzianką, co w pełni tłumaczy skalę rajdu ulgi ryzykownych aktywów. Jednak co do trwałości odbicia należy mieć wątpliwości. Wczorajsze informacje wcale nie sugerują, aby doszło do postępu w negocjacjach handlowych. Stan alarmowy zostaje podtrzymany.

We wtorek Departament Skarbu USA niespodziewanie poinformował, że w przypadku ok. 60 proc. chińskich towarów jeszcze nieobjętych cłem, termin wprowadzenia nowego podatku zostanie odroczony z 1 września na 15 grudnia. Była to pierwsza pozytywna informacja związana z ostatnią eskalacją sporu handlowego, która całkowicie odstaje od retoryki strony amerykańskiej z ostatnich dni. Wszak jeszcze w weekend prezydent Trump twierdził, że jest mu obojętne, czy dojdzie do kolejnej rundy rozmów z Pekinem. Dla zdestabilizowanych rynków tak zaskakująca informacja stała się silnym pretekstem do ucieczki z pozycji (np. krótkich w akcjach, długich w złocie, JPY, CHF).

Ale tak samo, jak przesadna była dzień wcześniej reakcja na doniesienia z Argentyny i Hong Kongu, tak samo wtorkowy rajd ulgi wydaje się przereagowaniem. Pozostaję ostrożnie sceptyczny co do tego, czy cokolwiek uległo poprawie w relacjach USA-Chiny. Nie wiemy, co było podstawą złagodzenia stanowiska USA, ale wydaje się mało prawdopodobne, że wynika to z przystania Chin na nowe warunki. W tej kwestii raczej nic się nie zmieniło, skoro Pekin rozważa powrót do rozmów z USA za dwa tygodnie, ale tylko przez telekonferencję. Innymi słowy, po co fatygować się w podróż do Waszyngtonu, jeśli nie ma szans na postęp w rozmowach? Zatem poluzowanie polityki celnej prawdopodobnie ma źródło w presji ze strony amerykańskich firm, które obawiały się zatorów importowych w najgorętszym okresie zakupów konsumenckich (Black Friday, święta Bożego Narodzenia). Jakkolwiek nic jeszcze nie wyklucza ostatecznego porozumienia, to jednak implikacje płynące z wczorajszej decyzji nie są tak silne, aby uzasadniać trwały rajd ryzykownych aktywów. Szczególnie, że w tym miesiącu zdążyliśmy się przekonać, że zdanie prezydenta Trumpa może łatwo się zmienić o 180 stopni. Chiny też to wiedzą i dlatego nie odczytają odroczenia jako szczerego wyciagnięcia ręki do powrotu do negocjacji.

Z perspektywy rynków powstał chaos, który wymaga uspokojenia. Sądzę, że podstawy dla podtrzymania rajdu ulgi są zbyt kruche, ale możliwe, że potrzebna jest jeszcze jedna sesja, aby kurz opadł. Z drugiej strony bez jednostronnego toku negatywnych informacji w temacie wojen handlowych już nie jest tak wygodnie porzucać ryzyko i pompować bezpieczne aktywa. Jednakże w ujęciu netto jest bardziej realne, że apetyt m.in. na złoto, JPY i CHF będzie podtrzymany, a na rynku akcji dominować będzie polowanie na sprzedaż górek.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Usługa kompleksowa a faktura VAT

Dyskusja dotycząca świadczeń złożonych (lub inaczej kompleksowych) toczy się między podatnikami, organami i sądami od wielu lat. Są to świadczenia składające się z kilku lub kilkunastu usług lub dostaw towarów, które jednak mają znaczenie dla konkretnego podatnika podatku VAT jako całość, tworząc tym samym jeden byt prawny, objęty tymi samymi zasadami opodatkowania podatkiem VAT. Wskazówki co do pojęcia usługi kompleksowej zawarte są także w stosunkowo bogatym orzecznictwie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Warto podkreślić, że z gospodarczego i ekonomicznego punktu widzenia świadczenia złożone są obecnie bardzo popularne i powszechne. Dlatego tak ważne jest prawidłowe rozliczenie tego rodzaju usług.

Świadczenie główne a pomocnicze

Co do zasady każde świadczenie i każda usługa powinny być uznawane, jako niezależne dla potrzeb stosowania przepisów systemu podatku VAT. Istnieją jednak sytuacje, gdy usługi są ze sobą ściśle związane, tak, że ich rozdzielenie byłoby sztuczne i nieuzasadnione gospodarczo. W takiej sytuacji takie świadczenie powinno być traktowane jako kompleksowe na potrzeby ustawy o VAT i w konsekwencji jednolicie opodatkowane. W takich sytuacjach wyróżnia się świadczenia główne oraz świadczenia pomocnicze do nich, tworzące razem świadczenia złożone (kompleksowe), które dzielą swój byt prawny. W konsekwencji, jeżeli jedno ze świadczeń korzysta ze zwolnienia, towarzysząca mu usługa lub dostawa również będzie zwolniona z opodatkowania. Analogicznie, jeżeli usługa traktowana jako główna korzysta z preferencyjnej stawki podatku VAT, również usługi o charakterze pomocniczym, tworzącym jedność, będą podlegały opodatkowaniu tym podatkiem.

Bardzo istotne jest, aby dwa lub więcej elementów albo dwie lub więcej czynności dokonane przez podatnika były ze sobą tak ściśle związane, że tworzą obiektywnie tylko jedno niepodzielne świadczenie ekonomiczne, którego rozdzielenie miałoby charakter sztuczny. W szczególności świadczenie należy uznać za pomocnicze w stosunku do świadczenia głównego, jeżeli nie stanowi samo w sobie celu, lecz służy skorzystaniu w jak najlepszy sposób ze świadczenia głównego usługodawcy. Przy czym w celu ustalenia, czy świadczenia stanowią kilka niezależnych świadczeń, czy jedno świadczenie należy poszukać elementów charakterystycznych dla danej transakcji.

Ujęcie usługi kompleksowej na fakturze

Biorąc powyższe pod uwagę, w przypadku usług kompleksowych organy podatkowe wypracowały stanowisko, które zostało przyjęte przez praktykę gospodarczą, że faktura dokumentująca usługi kompleksowe powinna zawierać jedną pozycję. Wówczas w ocenie organów niemożliwe jest wyodrębnienie poszczególnych świadczeń i odrębne ich opodatkowanie. Przykładowo w interpretacji podatkowej z 27 stycznia 2017 r. (nr 1462-IPPP3.4512.801.2016.2.IG) Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej wskazał, że oddzielne fakturowanie, jak również odrębna taryfikacja świadczeń oraz zakupy od kilku kontrahentów przemawiają za istnieniem zakupu wielu niezależnych świadczeń, które złożą się na organizowaną imprezę integracyjną. Oznacza to przykładowo, że w przypadku, gdy świadczenie nie przedstawia jednej ceny, ale oddzielną wycenę np. wynajmu sal konferencyjnych, usług konferencyjnych i gastronomicznych, jest mało prawdopodobne, że organy uznają to za dostawę złożoną organizacji konferencji.

Świadczenie kompleksowe a faktura VAT

Powyższe stanowisko organów podatkowych prowadzi do odrębnego traktowania świadczenia w przypadku ujęcia na fakturze jednej pozycji („usługa kompleksowa”) od specyfikacji poszczególnych świadczeń na fakturze. Pomimo iż w art. 106e ust. 1 pkt 7) i 8) ustawy o VAT wskazane jest, że faktura powinna zawierać nazwę (rodzaj) towaru lub usługi oraz miarę i ilość (liczbę) dostarczonych towarów lub zakres wykonanych usług, organy podatkowe twierdzą, że w przypadku specyfikacji świadczeń na fakturze nie mamy do czynienia ze świadczeniem kompleksowym.

Takie rozumowanie organów podatkowych zostało zakwestionowane przez Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie – rozstrzygnięcie z 5 czerwca 2019 r. (sygn. akt I FSK 661/17). Sprawa dotyczyła podatnika z branży metalowej, który świadczył dostawy wyrobów hutniczych objęte odwrotnym obciążeniem wraz z usługami dodatkowymi, które w ocenie podatnika nie stanowiły samoistnych świadczeń, lecz świadczone były w ramach jednego zamówienia dostawy towarów.

Naczelny Sąd Administracyjny zwrócił uwagę, iż ustawa o VAT wymaga od podatnika, aby wystawiana przez niego faktura odzwierciedlała rzeczywisty przebieg transakcji, a więc dokumentowała sprzedaż oraz te elementy, które w ramach tej sprzedaży miały rzeczywiście miejsce. Analizując przepisy ustawy o VAT, można dojść do wniosku, iż podatnik zobowiązany jest do wykazania tego, co w rzeczywistości miało miejsce, a sposobem dokumentacji takiego zdarzenia jest faktura. NSA zakwestionował więc powyższe podejście organów podatkowych, wskazując wręcz, że podatnik powinien wykazać na fakturze to, co w rzeczywistości miało miejsce.

Podsumowanie

Powyższe orzeczenie NSA jest bardzo korzystne dla podatników, zwłaszcza nabywających kompleksowe świadczenia. W szczególności korekty rozliczeń z tytułu VAT mogą dokonać podatnicy, którzy na skutek podejścia fiskusa ponieśli straty związane z niekorzystnym rozliczeniem usługi kompleksowej. Należy jednak pamiętać, że orzeczenie NSA nie jest wiążące dla organów podatkowych, które z pewnością nie będą chciały przyznać się do pomyłki w ocenie świadczeń kompleksowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Zmiany klimatyczne spowodują wzrost cen wody i żywności. To również duże wyzwanie dla energetyki

Zmiany klimatyczne spowodują wzrost cen wody i żywności. To również duże wyzwanie dla energetyki 5

W nachodzących latach susze w rolnictwie przełożą się na wzrost cen żywności i spadek dochodów osób, które utrzymują się z produkcji rolnej. Niedostatek wody spowoduje też, że zabraknie jej do chłodzenia elektrowni, co w połączeniu z coraz częstszymi silnymi wiatrami, wichurami, czy huraganami zrywającymi sieci dystrybucyjne, wpłynie na stabilność dostaw energii, a także jej ceny. – Rozwiązaniem jest rozwój rozproszonej energetyki, ale do tego trzeba odwagi politycznej i zwiększenia udziału prosumentów w całym systemie – mówi Mirosław Proppé, prezes WWF Polska.

Ważnym elementem zmian klimatycznych jest sektor energetyczny. Mamy dziś energetykę opartą o węgiel, z którego wytwarzane jest 84 proc. energii. Znakomita większość naszych elektrowni jest chłodzona wodą. Tej wody w rzekach brakuje, mieliśmy już tego przykład kilka lat temu, kiedy zabrakło jej do chłodzenia bloku w Kozienicach. Latem, kiedy zapotrzebowanie na energię jest coraz wyższe, m.in. ze względu na klimatyzatory, te elektrownie będą coraz częściej wyłączane ze względu na brak wody do ich chłodzenia. Wcale nie będą stabilnym, ale niestabilnym elementem całego systemu elektroenergetycznego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Proppé, prezes Fundacji WWF Polska.

Jak zauważa, dużych ilości wody do chłodzenia potrzebuje też elektrownia jądrowa, której budowa planowana jest w Polsce. Woda w Bałtyku, która cały czas się ociepla i staje się coraz bardziej zanieczyszczona, nie będzie nadawała się do jej chłodzenia.

Jeżeli dodamy do tego nasilające się wichury i burze, które już dzisiaj zrywają sieci transmisyjne i dystrybucyjne, to wszystko będzie powodować, że my, jako gospodarstwa domowe i przemysł, będziemy dotkliwie odczuwać przerwy w dostawie energii. Rozwiązaniem jest tylko i wyłącznie rozwój rozproszonej energetyki, ale do tego trzeba odwagi politycznej i zwiększenia udziału prosumentów w całym systemie – mówi Mirosław Proppé.

Obok konsekwencji technologicznych zmiany klimatyczne pociągną też za sobą problemy społeczne. W nachodzących latach anomalie pogodowe, takie jak susze, będą się zaostrzać. W rolnictwie spowoduje to szkody w uprawach, co przełoży się na ceny żywności i dochody osób, które utrzymują się z produkcji rolnej.

Wzrośnie również cena wody dla mieszkańców miast, bo firmy wodociągowe będą musiały głębiej po tę wodę sięgać. Część z miast, w szczególności w centrum Polski, gdzie to stepowienie postępuje najszybciej, będzie miało coraz większe problemy – mówi Mirosław Proppé.

W ostatnim raporcie  naukowcy z Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) przestrzegają, że jeżeli ludzkość nie zrezygnuje ze spalania węgla do 2050 roku, będzie mieć miejsce klimatyczny kataklizm, który zachwieje podstawami współczesnej cywilizacji. Obecna średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. Jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie zredukowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy 1,5°C w 2040 roku, 2°C w 2065 roku i 4°C na koniec obecnego stulecia.

Efektem będzie m.in. zalanie wysp na Oceanie Spokojnym i terenów zamieszkanych przez połowę ludności świata, 150 tys. zgonów rocznie z powodu upałów w samej Europie i setki miliony zgonów spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza, rozprzestrzenianie się chorób tropikalnych, ograniczony dostęp do żywności i wody pitnej. Ucierpi także rolnictwo – już do 2030 roku poziom światowej produkcji żywności może obniżyć się o 10 proc., a w kolejnym dwudziestoleciu spadnie o ponad 20 proc.

Prezes Fundacji WWF Polska podkreśla, że problemem równie poważnym jak emisja gazów cieplarniach i globalne ocieplenie jest wszechobecne zanieczyszczenie plastikiem. Na przestrzeni ostatnich 60 lat jego produkcja zwiększyła się ponad dwustukrotnie, a każdego roku do mórz i oceanów trafia ok. 8 mln ton plastiku. Według danych Komisji Europejskiej, co roku Europejczycy wytwarzają 25 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych, ale nadal raptem niecałe 30 proc. jest zbieranych i poddanych recyklingowi.

Plastik wymaga zmiany podejścia. I to jest zarówno kwestia nas, konsumentów, ale też producentów plastiku. Część z nich będzie musiała się zupełnie przebranżowić, w szczególności producenci jednorazowego plastiku. Natomiast drugą odsłoną tej sprawy jest kwestia recyklingu. W Polsce przetwarzamy bardzo mało odpadów, w większości je składujemy i miasta pomału zaczynają się zatykać na wysypiskach – mówi Mirosław Proppé. – Musimy znaleźć rozwiązanie na ponowne użycie wyrzucanego plastiku. I to jest jeden z kierunków, w który powinniśmy dzisiaj inwestować.

Od przyszłego roku główny wskaźnik na rynku finansowym w nowym standardzie. Ma gwarantować bezpieczeństwo kredytobiorców i odporność na manipulacje

Od przyszłego roku główny wskaźnik na rynku finansowym w nowym standardzie. Ma gwarantować bezpieczeństwo kredytobiorców i odporność na manipulacje 6

Od początku 2020 roku w umowach i instrumentach finansowych będzie można bez przeszkód stosować WIBOR, czyli kluczowy wskaźnik referencyjny na rynku finansowym. Metoda jego wyznaczania dostosowana do unijnego rozporządzenia BMR ma zapewnić, że wskaźnik ten będzie bardziej przejrzysty i odporny na manipulację, a przy tym, bezpieczniejszy dla rynku i kredytobiorców. W Polsce za nadzór nad metodą opracowywania i administrowanie WIBOR-em odpowiada GPW Benchmark. Spółka przeprowadziła testy proponowanego rozwiązania i do końca tego roku zamierza złożyć do KNF wniosek o rejestrację jako administrator stawek referencyjnych WIBID i WIBOR, zgodnie z wymogami rozporządzenia BMR.

Stawki referencyjne WIBID i WIBOR to w uproszczeniu stopy procentowe, po jakich banki są gotowe udzielać sobie nawzajem pożyczek, ich wysokość jest zmienna i ustalana każdego dnia – to tzw. fixing. WIBOR to stawka kluczowa dla funkcjonowania całego systemu finansowego, bo jest stawką bazową dla obligacji i instrumentów finansowych, kredytów i innych umów finansowych. Ma duże przełożenie na przeciętnego konsumenta, bo występuje de facto w każdej umowie kredytowej w polskiej walucie. Wpływa na wysokość rat kredytów hipotecznych i jest dla banków podstawą do wyznaczania oprocentowania kredytów udzielanych zarówno klientom indywidualnym, jak i przedsiębiorstwom.

– W ciągu ostatnich kilkunastu lat okazało się, że stawkami referencyjnymi da się niestety manipulować. Polska nie była bohaterem tych negatywnych historii, ale wiemy na przykładach rynku londyńskiego czy europejskiego, że niektórym udawało się zmienić poziom takiej stawki. Międzynarodowa społeczność profesjonalnych użytkowników tych stawek i osób zarządzających nimi zdecydowała o tym, żeby wprowadzić specjalne regulacje, stopniowo implementowane do porządków prawnych. W Europie wprowadzono rozporządzenie BMR, które zmienia sposób patrzenia na stawki referencyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksandra Bluj, wiceprezes zarządu GPW Benchmark.

Rozporządzenie BMR ws. wskaźników referencyjnych, które obowiązuje od początku ubiegłego roku, to reakcja m.in. na ujawnienie wieloletnich manipulacji banków stawkami LIBOR i EURIBOR. Wprowadza ono nowy standard wyznaczania i stosowania kluczowych wskaźników referencyjnych, do których został zaliczony WIBOR.

– WIBOR jako najważniejsza ze stawek używanych w polskiej gospodarce ma być bezpieczny dla konsumenta, przejrzysty dla wszystkich, którzy go używają, i odporny na manipulacje. Ma być również taką stawką, która rozwija się wraz z rynkiem. Tego dotąd brakowało i my chcemy zagwarantować właśnie taki rozwój, dostosowując ją do nowych, unijnych wymogów i nowego otoczenia prawnego – mówi Aleksandra Bluj.

Według rozporządzenia BMR WIBOR ma być ustalany nie jak dotychczas na podstawie deklaracji banków, ale wartości faktycznych transakcji rynkowych.

– W sytuacjach, kiedy takiej możliwości nie ma, wykorzystywane będą inne źródła informacji, reprezentowane przez kwotowania wiążące uczestników rynku. Z punktu widzenia konsumentów cały ten proces nie powoduje żadnych zmian, ponieważ został zaprojektowany tak, żeby zapewnić ciągłość pomiaru realiów gospodarczych – mówi Grzegorz Koloch, główny analityk GPW Benchmark.

Jak podkreśla, stawki referencyjne będą też wrażliwe na zmieniającą się sytuację w gospodarce.

– Innymi słowy, metoda, która została wykorzystana w procesie kalkulacji stawek referencyjnych przez administratora, daje możliwość rozwoju w przyszłości, jeżeli będą zachodziły ku temu okoliczności, jeżeli będą się zmieniały warunki, czy makroekonomiczne, czy bardziej charakterystyczne dla polskiej gospodarki – wyjaśnia Grzegorz Koloch. – Jeżeli będą zachodziły okoliczności związane ze wzrostem czy spadkiem transakcyjności poszczególnych rynków, będzie istniała możliwość uwzględniania tych okoliczności.

Regulacja wprowadza też nadzór nad administratorami wskaźników referencyjnych – nową kategorią podmiotów, których zadaniem jest opracowanie nowych wskaźników spełniających wymogi unijnego rozporządzenia i administrowanie nimi. W Polsce tę rolę pełni spółka GPW Benchmark (w której 100 proc. udziałów posiada GPW).

– Zakres obowiązków administratora, czyli GPW Benchmark, wynika bezpośrednio z rozporządzenia BMR, które jest implementowane do polskiego porządku prawnego. Sam proces opracowania metody pomiaru stawek referencyjnych, dostosowanej do wymogów rozporządzenia BMR, to nie koniec. Administrator zobowiązany jest do wdrożenia również procedur związanych z identyfikacją i monitorowaniem podejrzanych kwotowań i transakcji. Te działania spowodują wzrost bezpieczeństwa, stabilności i dalszy, ewolucyjny wzrost jakości wskaźników referencyjnych, co  kolei przełoży się na stabilność rynku i wszystkich podmiotów, które wykorzystują wskaźniki referencyjne – dodaje główny analityk GPW Benchmark.

Metoda wyznaczania stawek referencyjnych musi zyskać akceptację Komisji Nadzoru Finansowego. Spółka GPW Benchmark poinformowała, że przeprowadziła testy proponowanych rozwiązań. Do końca tego roku zamierza złożyć do KNF wniosek o zgodę na pełnienie funkcji administratora tych stawek, aby zapewnić ich ciągłość i móc administrować nimi od początku 2020. Dwuletni okres przejściowy rozporządzenia BMR został wprawdzie przedłużony do końca 2021 roku, ale GPW Benchmark zapowiada, że nie zamierza z tego korzystać.

Z kolei jeszcze w tym roku – zgodnie z wymogami rozporządzenia BMR – spółka ma również przejąć od GPW administrowanie indeksów giełdowych z głównego rynku, NewConnect oraz Treasury BondSpot Poland (TBSP), w tym m.in.: WIG20, mWIG40 oraz sWIG80.

Rządowa chmura obliczeniowa poprawi bezpieczeństwo IT w samorządach. Zachęci też mniejsze firmy do takich rozwiązań

0

Rządowa chmura obliczeniowa poprawi bezpieczeństwo IT w samorządach. Zachęci też mniejsze firmy do takich rozwiązań 7

W Wielkiej Brytanii G-Cloud, czyli rządowa chmura obliczeniowa, obsługuje ponad 1,2 tys. różnego rodzaju podmiotów i cały czas jej portfolio usług i produktów poszerza się. – W tym samym kierunku będzie zmierzać polskie rozwiązanie – mówi Marcin Zmaczyński, ekspert Aruba Cloud. Jak podkreśla, uruchomiona w styczniu przez resort cyfryzacji rządowa chmura obliczeniowa będzie dla przedsiębiorstw jasnym sygnałem, że to bezpieczne i opłacalne rozwiązanie. Zdecydowanie poprawi też bezpieczeństwo w mniejszych jednostkach samorządowych, gdzie lokalne serwerownie są często przestarzałe.

– Rządowa chmura obliczeniowa wzbudza wiele nadziei, ale i kontrowersji związanych ze sposobem jej działania. Obecnie jest już na niej przechowywany m-Obywatel, a także Otwarte Dane dane.gov.pl. Niedługo zostaną także zaproszeni partnerzy, którzy mogą oferować swoje usługi w otwartym market place rządowej chmury obliczeniowej. Tutaj liczymy, że rzeczywiście stworzy to ekosystem dla małych i średnich przedsiębiorstw, który pozwoli im nie tylko na zakup chmury jako infrastruktury, ale także różnego rodzaju platform czy oprogramowania jako usługi, czyli tzw. SaaS – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Zmaczyński, dyrektor marketingu w firmie Aruba Cloud na Europę Środkowo-Wschodnią.

Rządowa chmura obliczeniowa – projekt Ministerstwa Cyfryzacji i Centralnego Ośrodka Informatyki – wystartowała w styczniu br. Dostarcza mocy obliczeniowej (serwerów, oprogramowania, baz danych, sieci, analiz itp.) na potrzeby ważnych z puntu widzenia państwa systemów i rejestrów. Jak na razie w rządowej chmurze działają już mObywatel (rządowa aplikacja, za pośrednictwem której użytkownik ma dostęp do swoich mDokumentów, takich jak mTożsamość i mLegitymacja) i baza Otwarte Dane, ale resort cyfryzacji zapowiada, że wkrótce dołączą kolejne systemy administracji publicznej. Możliwe, że już jesienią samorządy będą mogły kupić pierwsze usługi chmurowe przygotowane specjalnie dla administracji.

Podobne rozwiązania funkcjonują też w innych państwach UE, m.in. we Włoszech, gdzie od kwietnia organy rządowe mają możliwość przenoszenia swoich usług do chmury, albo w Wielkiej Brytanii, gdzie obowiązuje zasada „cloud first”. Oznacza ona, że każdy organ administracji, wdrażając nowe rozwiązanie, powinien wziąć pod uwagę to, czy nie można go oprzeć na cloud computingu. W ten sposób rząd promuje rozwiązania chmurowe i nie ma potrzeby późniejszej kosztownej migracji.

– Mamy bardzo dobre wzorce z innych krajów, gdzie takie chmury już działają. Przykładem jest G-Cloud, czyli brytyjska rządowa chmura obliczeniowa, która działa od 2012 roku. Ma ponad 700 różnego rodzaju dostawców w swoim otwartym market place i w 2014 roku wygenerowała ponad 50 mln funtów. Obsługuje ponad 1,2 tys. różnego rodzaju podmiotów i cały czas jej portfolio usług i produktów się poszerza. Kiedy słuchamy przedstawicieli rządu odpowiedzialnych za rządową chmurę obliczeniową, myślę, że dokładnie w tym samym kierunku będzie zmierzać polskie rozwiązanie – mówi Marcin Zmaczyński.

Chmura rządowa ma ułatwić wdrażanie innowacji technologicznych w urzędach. Jak ocenia ekspert, na pewno poprawi kwestie bezpieczeństwa, szczególnie w jednostkach samorządowych, w małych miejscowościach, gdzie lokalne serwerownie są często przestarzałe. Dodatkowym plusem będzie podniesienie świadomości i edukacji w zakresie rozwiązań chmurowych.

– Kiedy dane samorządowe będą przeniesione do chmury, wszyscy lokalni informatycy będą musieli przejść szkolenia dotyczące zarządzania danymi w nowej infrastrukturze, co także przyczyni się do poprawy bezpieczeństwa – podkreśla Marcin Zmaczyński.

Kolejny plus to spadek kosztu utrzymania infrastruktury IT na trzech poziomach. Samorządy i urzędy nie będą musiały inwestować w nowe rozwiązania i sprzęt, bo to leży w obowiązku dostawcy chmury. Po drugie, nie będą musiały przeprowadzać długotrwałych i skomplikowanych przetargów, a po trzecie, pracownicy do tej pory zajmujący się infrastrukturą IT będą mogli być wykorzystywani do innych zadań.

– Kolejna jest kwestia dostępności. Wyobraźmy sobie, że w danej miejscowości po huraganie następuje awaria i mieszkańcy nie mają dostępu do swoich danych, ponieważ lokalna serwerownia zostaje całkowicie odcięta. W przypadku chmury taka sytuacja nie zaistnieje – dane są zawsze bezpieczne bez względu na sytuację, ponieważ są utrzymywane w profesjonalnie przygotowanych serwerowniach, które mają restore, backup, redundancję danych – wyjaśnia ekspert Aruba Cloud. 

Jak podkreśla, stopień implementacji chmury wśród polskich przedsiębiorstw – zwłaszcza z sektora MŚP – jest wciąż niewielki. Uruchomienie rządowej chmury obliczeniowej to dla nich jasny sygnał, że jest to rozwiązanie bezpieczne. Eksperci podkreślają, że architektura stosowana przez najlepszych dostawców chmury praktycznie uniemożliwia włamanie się do informacji w niej przechowywanych. Dane przechowywane na dyskach są zaszyfrowane, więc i tak potencjalny haker nie zrobi z nich użytku.

– Skoro rząd przenosi swoje wrażliwe dane, nie tylko dużych instytucji, lecz także jednostek samorządowych, do chmury obliczeniowej, to znaczy, że jest to dobry kierunek. To duży pozytyw w budowaniu pewnej wiedzy i świadomości w zakresie chmury obliczeniowej – mówi Marcin Zmaczyński.

Według danych GUS-u w Polsce rozwiązania chmurowe wykorzystuje na razie zaledwie 11,5 proc. przedsiębiorstw, przy czym jedną trzecią (ok. 37 proc.) stanowią wciąż duże firmy zatrudniające powyżej 250 pracowników. Dla porównania, według danych Eurostatu z usług chmurowych korzysta ponad połowa przedsiębiorstw w Szwecji (57 proc.) i Danii (56 proc.), a w Finlandii ten odsetek jest jeszcze wyższy (65 proc.).

Nawet co druga żarówka LED nie spełnia wymogów. Dobrze dobrane oświetlenie pozwala zmniejszyć zużycie energii o kilkadziesiąt procent

Nawet co druga żarówka LED nie spełnia wymogów. Dobrze dobrane oświetlenie pozwala zmniejszyć zużycie energii o kilkadziesiąt procent 8

Blisko połowa lamp LED-owych wprowadzonych na rynek w Polsce nie spełnia wymagań podstawowych przepisów, np. deklarowanego strumienia światła – tak wynika z danych Związku Producentów Sprzętu Oświetleniowego Pol-lighting. Może to zniechęcać konsumentów do zakupu, mimo wielu korzyści z wymiany oświetlenia na LED-owe. Ma ono trzykrotnie większą trwałość niż tradycyjne źródła światła, a skumulowane oszczędności energii mogą sięgnąć kilkudziesięciu procent.

– Na podstawie naszych badań wynika, że z jakością lamp LED-owych jest różnie. Około 50 proc. lamp LED-owych wprowadzonych na rynek w Polsce nie spełnia wymagań podstawowych przepisów. Wprowadzający np. deklaruje, że dana lampa LED-owa daje 806 lumenów światła, a mamy np. 500 lumenów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Waloch, prezes zarządu, dyrektor generalny Związku Producentów Sprzętu Oświetleniowego Pol-lighting.

Z badań przeprowadzonych przez  Związek Producentów Sprzętu Oświetleniowego Pol-lighting wynika, że 29 proc. opraw LED pobranych nie spełniało wymagań normy EMC, związanej z pracą w środowisku elektromagnetycznym. Jeden z badanych produktów przekraczał tę normę o blisko 1,4 tys. proc. Łącznie 43 proc. lamp LED nie spełniało wymagań z rozporządzeń, w tym podstawowego parametru, czyli deklarowanego strumienia świetlnego. W takiej sytuacji spodziewana  ilość światła jest niższa niż ta zadeklarowana przez producenta na opakowaniu.

– Musimy szczególnie zwracać uwagę na cenę, żeby nie była ona rażąco niska w stosunku do cen innych produktów znaczących firm. Jeżeli jedna lampa LED-owa kosztuje 6 zł, a druga, znaczącego producenta, 15–20 zł, to na pewno w tej niższej cenie nie uzyskamy wysokiej jakości i będziemy zniechęceni, bo ona się przepali po kilku miesiącach – przekonuje Michał Waloch.

Zdarza się, że np. lampa LED, która według informacji producenta stanowiła zamiennik żarówki 88W, co najwyżej odpowiadała żarówce 66W.

Jak wynika z danych Pol-lighting, wśród najczęstszy wad niemarkowych lamp LED pojawiają się także nierównomierne rozłożenie światła na skutek braku selekcji diod, nieskuteczny stabilizator natężenia prądu, co może prowadzić do szybkiego zepsucia się lampu przez wahania napięcia w sieci zasilającej, niedostateczne chłodzenie diody LED, co skraca jej trwałość.

Białe diody LED o niskiej jakości emitują także zbyt duże natężenie składowej niebieskiej, to z kolei bezpośrednio wpływa na ludzki wzrok. W przypadku produktów wysokiej jakości nie ma tego problemu, a ewentualne odchylenia od norm są wyłapywane na etapie badań. Oświetlenie LED niskiej jakości może stanowić m.in. zagrożenie dla oczu i skóry promieniowaniem UV, promieniowaniem UV-A, czy zagrożeniem termicznym dla skóry i siatkówki.

Te kwestie mogą sprawić, że rozczarowany konsument zrezygnuje z kolejnego zakupu lampy LED. Tymczasem tego typu oświetlenie oznacza spore oszczędności energii, a co za tym idzie, również jej kosztów.

– Dzięki wymianie oświetlenia ze starych żarówek wolframowych na lampy LED-owe oszczędność prądu wynosi od 20 do 30 proc. Jeżeli mamy dom jednorodzinny i chcielibyśmy zamontować czujniki światła na zewnątrz, ta oszczędność jest nawet do 50 proc. Bardzo opłaca się wymienić oświetlenie na LED-owe, musimy jednak zwracać szczególną uwagę na jego jakość – radzi ekspert.

Żarówki halogenowe pracują ok. 2 tys. godzin, a żywotność świetlówek wynosi ok. 8 tys. godzin, w przypadku lamp LED – żywotność sięga nawet kilkudziesięciu tysięcy godzin. Żarówki LED mogą służyć nawet 10-20 lat, halogeny – ok. 5 lat. Z kolei według obliczeń koalicji organizacji pozarządowych Cool Products, halogeny są ok. 6-krotnie droższe od lamp LED.

– Oświetlenie stanowi 10-20 proc. budżetu domowego, w zależności od tego, jaką mamy kubaturę, czyli jaką mamy powierzchnię miejsca, w którym mieszkamy, ile jest punktów oświetleniowych, czy mamy zamontowane oprawy oświetleniowe, czy mamy zaprojektowane oświetlenie przez projektanta – ocenia Michał Waloch.

Zatrudnienie młodocianych pracowników tylko pod pewnymi warunkami. Nie mogą wykonywać wszystkich obowiązków i pracować w pełnym wymiarze godzin

Zatrudnienie młodocianych pracowników tylko pod pewnymi warunkami. Nie mogą wykonywać wszystkich obowiązków i pracować w pełnym wymiarze godzin 9

Handel, usługi, reklama i sektor rolno-spożywczy, to te branże najczęściej korzystają ze wsparcia młodocianych pracowników w okresie wakacyjnym. Korzyści są obopólne, bo pracodawcy w szczycie sezonu mają do dyspozycji dodatkowe ręce do pracy, a młodzież zdobywa pierwsze doświadczenia na rynku pracy i dodatkowe pieniądze. Zgodnie z przepisami pracę mogą podjąć osoby w wieku 15–18 lat, jednak nie każdą i nie zawsze w pełnym wymiarze godzin – przypomina przedstawiciel Ochotniczych Hufców Pracy w Warszawie.

– Wakacje to okres, kiedy młode osoby szukają miejsc pracy. Szczególnie w regionach atrakcyjnych turystycznie, jak Pomorze, Małopolska, Warmia i Mazury – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Modzelewski, zastępca Komendanta Głównego Ochotniczych Hufców Pracy w Warszawie.

Brak rąk do pracy sprawia, że pracodawcy coraz chętniej zatrudniają osoby bez doświadczenia, w tym także młodzież, która w ten sposób stawia pierwsze kroki na rynku pracy. Prawo zezwala na podejmowanie pracy przez młodocianych, czyli osoby w wieku 15–18 lat, stawia jednak pewne warunki.

– Kodeks Pracy jasno definiuje, na jakiej zasadzie mogą być zatrudniane osoby do 15. roku życia. Mogą one wykonywać tzw. prace lekkie, czyli takie, które nie zagrażają życiu i zdrowiu młodej osoby. Każdy pracodawca, który chce zatrudniać młodocianych, powinien mieć w uzgodnieniu z Inspektorem Pracy wywieszoną listę definiującą, co oznacza praca lekka – przypomina Piotr Modzelewski.

W okresie wakacji i ferii szkolnych wymiar czasu pracy młodocianego nie może przekraczać 7 godzin na dobę i 35 godzin w tygodniu. W przypadku osób poniżej 16 lat – 6 godzin na dobę i 30 godzin w tygodniu. Młodzież, która ma 18 lat i więcej, jest w rozumieniu prawa zwykłym pracownikiem, z 8-godzinnym dniem pracy i 40-godzinnym tygodniem.

Osoby niepełnoletnie, czyli między 15. a 18. rokiem życia, mogą być zatrudniane w oparciu o umowę o pracę. W przypadku pełnoletnich mogą być to różnego rodzaju formy zatrudnienia, czy to umowa o pracę, umowa zlecenie, czy umowa o dzieło – wymienia ekspert.

Niezależnie od rodzaju podpisanej umowy, młodzież ma takie same prawa jak dorośli pracownicy , co oznacza, że obowiązują ich nie tylko takie same stawki minimalne (2250 zł w przypadku umowy o pracę i 14,70 zł stawki godzinowej), lecz także okresy wypowiedzenia.

Ochotnicze Hufce Pracy starają się, żeby ten wachlarz zakresu pracy, które mogą młode osoby znaleźć w okresie wakacyjnym, krótko- czy długoterminowym, był bardzo szeroki. Największym zainteresowaniem młodociani cieszą się w takie gałęziach jak handel, usługa, reklama, ale również gastronomia i cała gałąź rolno-spożywcza – zaznacza Piotr Modzelewski.

Co istotne, przed podpisaniem umowy o pracę, młodociany musi przedstawić świadectwo lekarskie, które potwierdzi, że praca nie zagraża jego zdrowiu. To naruszenie przepisów dotyczących przygotowania młodych do pracy jest jednym z większych uchybień pracodawców – nawet co trzeci pracodawca skontrolowany przez PIP dopuścił do pracy młodocianego bez wstępnych badań lekarskich.

– Jeśli są łamane prawa pracownicze, to młoda osoba może to zgłosić do wszystkich jednostek administracji, które zajmują się weryfikacją i stoją na straży przestrzegania przez pracodawców Kodeksu Pracy. To Państwowa Inspekcja Pracy, inne jednostki administracji, również Ochotnicze Hufce Pracy – wskazuje Piotr Modzelewski.

Polskie firmy VR przodują na liście najlepszych na świecie. Projektują gry i narzędzia biznesowe stosowane globalnie

Polskie firmy VR przodują na liście najlepszych na świecie. Projektują gry i narzędzia biznesowe stosowane globalnie 10

Rozwiązania z zakresu wirtualnej rzeczywistości zyskują w Polsce na popularności. Narzędzia VR coraz częściej wykorzystywane są nie tylko w grach, lecz także w biurach architektonicznych czy firmach meblowych. Polskie firmy eksperymentują z nowatorskimi narzędziami i uczestniczą w realizacji projektów VR, które cieszą się globalną popularnością.

– Polska jest jednym z najważniejszych graczy na rynku VR, dlatego że bardzo szybko zaczęliśmy efektywnie wdrażać te technologie. W Polsce od samego początku tej nowej ery VR-u, która zaczęła się około roku 2013-2014, zaczęły pojawiać się firmy, które robią aplikacje VR i gry. I w tym momencie firmy te są wśród światowych liderów, tworząc aplikacje biznesowe dla największych firm na świecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Baczyński, prezes zarządu Immersion VR.

Polskie firmy VR coraz częściej doceniane są za granicą. Immersion VR zaprojektowało niedawno na zlecenie Smithsonian Channel i we współpracy z NASA aplikację Apollo’s Moon Shot AR z okazji 50. rocznicy lądowania misji Apollo na Księżycu. Oprogramowanie pozwala przenieść się na powierzchnię Księżyca w wirtualnej rzeczywistości, przeprowadzić 11 eksperymentów naukowych i odpalić rakietę Saturn V w rzeczywistości rozszerzonej. Aplikacja pełni także funkcję biblioteki archiwalnych filmów i zdjęć poświęconych misji Apollo. Firma ma też na swoim koncie aplikację T-Rex – The Ultimate Predator opracowaną dla Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku, w której można oglądać Tyranozaura w jego naturalnym środowisku.

Polscy deweloperzy z branży VR skupiają się także na lokalnych produkcjach, które mają wypromować wirtualną rzeczywistość w Polsce. W projekcie Wykreślona Warszawa od Pictureworks, użytkownicy mogą przespacerować się po modernistycznej makiecie Warszawy, stworzonej w oparciu o plany architektoniczne z lat 30.

– Wirtualna rzeczywistość przyjmuje się w Polsce dość dobrze. Są branże, które bardzo dużo zyskują na wykorzystaniu tej technologii. Przede wszystkim te, które potrzebują pokazać swój produkt, swoją ofertę w skali rzeczywistej, w skali 1:1, czyli np. deweloperzy nieruchomości, firmy sprzedające meble, wyposażenie wnętrz. Polskie firmy są często w tych obszarach bardziej zaawansowane niż ich konkurencja z Zachodu – twierdzi ekspert.

W produkcji aplikacji VR dla biznesu wyspecjalizowali się deweloperzy z Cinematic VR. Firma realizuje oprogramowanie VR oraz AR dostosowane do indywidualnych potrzeb klienta. Na swoim koncie ma już m.in. aplikację wizualizacyjną dla The Beds, która pozwala osadzić meble producenta w rzeczywistości rozszerzonej czy film VR opracowany na zlecenie Ośrodka Kształcenia Lotniczego Politechniki Rzeszowskiej, który ma być jednym z elementów szkolenia przyszłych pilotów.

– Do tej pory gogli VR było niewiele na rynku, były dosyć drogie, wymagały specjalistycznego sprzętu i wyszkolonej załogi, żeby je obsługiwać. W związku z tym głównie kierowaliśmy naszą ofertę do firm. W tym momencie to się zmienia. Pojawiają się gogle VR, które są bardzo efektywne, tanie i powszechnie dostępne. Nowe gogle Oculus, dostarczają wszystkiego, czego wymagamy od VR-u, a kosztują około dwóch tysięcy złotych, także bariera wejścia w VR bardzo się zmniejszyła. Z kolei rozszerzona rzeczywistość stała się standardową funkcją praktycznie wszystkich smartfonów i tabletów – przekonuje Piotr Baczyński.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku wirtualnej rzeczywistości w 2018 roku wyniosła 7,9 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie ona do 55,7 dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 33,5 proc.

Technologia 5G zmieni rynek usług telekomunikacyjnych. Przyspieszy przesyłanie danych i ułatwi powstawanie innowacyjnych serwisów

Technologia 5G zmieni rynek usług telekomunikacyjnych. Przyspieszy przesyłanie danych i ułatwi powstawanie innowacyjnych serwisów 11

Ekspansja i upowszechnienie sieci 5G to proces nieunikniony. W ramach sieci komórkowych realizuje się coraz więcej połączeń, co w dłuższej perspektywie może doprowadzić do przeładowania sieci LTE. Wdrożenie nowej infrastruktury przesyłu danych nie tylko uchroni państwa przed blackoutem telekomunikacyjnym, lecz także umożliwi przyspieszenie transferu danych, a co za tym idzie – powstanie nowych usług, które nie mogłyby swobodnie funkcjonować w obrębie sieci 4G.

– Obecnie operatorzy i producenci smartfonów znajdują się w tym samym miejscu, analizując możliwe zastosowania technologii 5G. Wiemy na pewno, że 5G zapewnia większą przepustowość i krótszy czas oczekiwania. Technologia ta znajdzie zastosowanie w wielu różnych obszarach, w tym prawdopodobnie w sektorze gospodarstw domowych, które będą korzystać z usług opartych na technologii 5G m.in. w grach czy na portalach społecznościowych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Wei Luo, wiceprezes ZTE Corporation.

Według badań przeprowadzonych przez ekspertów z Ericsson Consumer Lab wdrożenie technologii 5G umożliwi komunikowanie się z internetem nawet 100 urządzeniom na metr kwadratowy. Znacząca poprawa zasięgu i wydajności sieci komórkowej umożliwi wdrożenie na szeroką skalę projektów inteligentnych miast oraz domów, w ramach których funkcjonuje wiele urządzeń wchodzących w skład Internetu Rzeczy. Z siecią będą łączyć się nasze urządzenia mobilne, inteligentne pojazdy, sprzęt gospodarstwa domowego oraz najróżniejsze czujniki – od tych wykorzystywanych w systemach monitoringu, po urządzenia biometryczne monitorujące stan zdrowia pacjentów.

Podłączenie do internetu tak dużej liczby urządzeń byłoby niemożliwe w ramach sieci LTE. Technologia 5G otworzy się nie tylko na szerszą gamę elektroniki, znacząco przyspieszy także przesył samych danych. Firma ZTE we współpracy ze słowackim operatorem SWAM Mobile przeprowadziła testy wydajnościowe sieci nowej generacji. W ich ramach wykonano pierwszą rozmowę wideo za pośrednictwem 5G oraz dokonano pomiaru maksymalnej przepustowości sieci.

Już na obecnym etapie rozwoju tej technologii można przesyłać dane z prędkością do 1 Gb/s. Tymczasem według czerwcowych badań przeprowadzonych przez UKE średnia prędkość przesyłania danych w ramach polskich sieci komórkowych oscyluje wokół 25 Mb/s. Jest to wynik kilkudziesięciokrotnie niższy niż teoretyczna przepustowość sieci 5G.

Na rynku już pojawiają się pierwsze urządzenia z modułami łączności 5G, jednak infrastruktura wciąż na razie jest jedynie testowana.

– Być może teraz nie jesteśmy na to całkiem gotowi, nie opracowano jeszcze wszystkich aplikacji i zastosowań sieci 5G, ale sadzę, że proces ten będzie bardzo szybki. Być może już za rok lub dwa aplikacje będą gotowe do użytkowania przez konsumentów. Musimy przygotować się na tę chwilę – przekonuje ekspert.

Branża mobilna powoli przygotowuje się do nadejścia nowej infrastruktury komunikacyjnej. Huawei jest pierwszym producentem smartfonów, który wprowadził na polski rynek telefon obsługujący sieć 5G – Mate 20 X. W telefony 5G inwestuje również Samsung, który na początku roku zaprezentował Galaxy S10 5G, telefon który tylko w Korei Południowej sprzedał się w liczbie miliona egzemplarzy. Sprzęt ten był jednak sprzedawany wyłącznie na kilku rynkach, firma chce wypromować technologię 5G na skalę globalną za pośrednictwem modelu Galaxy A90 5G, który zadebiutuje na rynku jeszcze w tym roku.

Według firmy badawczej ResearchsandMarkets wartość globalnego rynku technologii 5G do 2025 roku wzrośnie do 251 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie blisko 97 proc. w skali roku.

Strach z jakiegokolwiek powodu

Nie brakuje ponurych wiadomości, które przywiane z odległych zakątków są w stanie wzniecić obawy inwestorów. Wpływ doniesień z Hong Kongu i Argentyny na główne rynku pokazuje, jak zdestabilizowane są rynki i jak mało potrzeba, by podsycić awersję do ryzyka.

Fakt, że zamknięcie lotniska w Hong Kongu i przegrana prezydenta Argentyny w prawyborach są pretekstami do wzniecenia awersji do ryzyka na rynkach, pokazuje, gdzie jesteśmy w kontekście stabilności sentymentu. Antyrządowe zamieszki w Hong Kongu trwają już dziesiąty tydzień, a kryzys gospodarczy w Argentynie nie jest czymś, co pojawiło się z dnia na dzień, ale trwa już lata. Przegrana przyjaznego rynkom Mauricio Macri w prawyborach w Argentynie stała się powodem do paniki na lokalnym rynku z wtórnymi wstrząsami odczuwalnymi na Wall Street. Można poświęcić sporo miejsca na opisanie sytuacji w Argentynie i dla czego inwestorzy boją się zmiany władzy w kraju. Prowadząca w sondażach opozycja na czele z Alberto Fernandezem rodzi obawy o przywrócenie polityki nacjonalizacji prywatnych aktywów, kontroli przepływu kapitału i wstrzymanie spłaty zagranicznego zadłużenia. Jednak z perspektywy głównych rynków jedyny skutek to straty funduszy zaangażowanych w argentyńskie aktywa. Ale wątpię, czy rzeczywiście ten rynek był tak atrakcyjny, żeby ekspozycja funduszy była tak ogromna, aby zatrząść całym Wall Street? To tylko pokazuje, jak przy obecnym nagromadzeniu negatywnych informacji niewiele trzeba, by wzbudzić popłoch wśród inwestorów. Pozostajemy w klimacie podwyższonej zmienności i poszukiwania bezpieczeństwa.

Bez wątpienia głównym zadaniem dla inwestorów na najbliższe godziny będzie wyłuskiwanie informacji związanych z wojnami handlowymi, sytuacją w Argentynie, Hong Kongu. Do tego jeszcze dołączyć można dyskusję nad sytuacją polityczną we Włoszech (gdzie blisko jest rozwiązania rządu). Wczoraj liderzy klubów parlamentarnych nie byli w stanie uzgodnić terminu głosowania nad wotum zaufania i dziś to zadanie zostało zlecone Senatowi. Wygląda na to, że ewentualne głosowanie prawdopodobnie odbędzie się w przyszły wtorek. Powszechnie oczekuje się, że głosowanie utoruje drogę dla przedterminowych wyborów lub wyznaczenia technokratycznego rządu. Jednak droga do nowych wyborów jest daleka i wyboista. Przeciągający się okres bez wyłonienia rządu może spowodować, że Włochy nie zdążą przedstawić Komisji Europejskiej założeń przyszłorocznego budżetu i konflikt z Brukselą wybuchnie na nowo. Na razie jednak nic nie jest przesądzone. Patrząc na zachowanie EUR i włoskich obligacji wydaje się, że przynajmniej w tym jednym temacie inwestorzy nie zamierzają przesadnie reagować.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak przyspieszyć rozwój transportu elektrycznego i autonomicznego? Potrzebne dobre prawo

Możliwość korzystania z pojazdów autonomicznych, jak i rozwój floty elektrycznej na polskich drogach zależy w dużej mierze od legislacji w państwie i w Europie. Technologia mocno wyprzedza już stan prawny w państwach europejskich, a decyzje na poziomie Unii także w tym temacie zapadają bardzo wolno. Wyprzedziła już nas Kalifornia, Izrael i Chiny, gdzie rozwój rynku autonomicznego jest coraz szybszy. Na dobrej drodze jest też Holandia i Szwecja – lecz Polska wciąż pozostaje w tyle, zarówno pod względem badawczym, jak i legislacyjnym. Mimo, że instytucje chcą rozwijać autonomiczną technologię, brakuje im podstawy prawnej i – co najważniejsze – pieniędzy. W Polsce projekty autonomiczne i elektromobilne mogą być realizowane, ale do działania musi dołączyć państwo.

– Potrzebujemy bardzo dobrego prawa i narzędzi, które to prawo wspierają. Od 22 lutego 2018 roku mamy ustawę o elektromobilności i o paliwach alternatywnych. Mieliśmy więc już jej rocznicę, a cały czas nie widać zmian – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur, dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – Finansowanie projektów ma swoje podwaliny w postaci Funduszu Niskoemisyjnego Transportu – ale cały czas czekamy na rozporządzenia wykonawcze, które pozwolą uruchomić konkursy. Zostały już zapowiedziane dopłaty w wysokości do 30% wartości samochodu, a w przypadku infrastruktury nawet do 50% jej wartości. Ale to są tylko zapowiedzi – bo do chwili obecnej cały czas nie mamy rozporządzenia obowiązującego. Apelujemy do Ministerstwa Energii i do władzy centralnej, by jak najszybciej podejmować decyzje w tym zakresie – podkreśla Mazur.

Grupa Recykl w I połowie roku z ponad 10 mln zł operacyjnych przepływów. Budowa zakładu w Chełmie zbliża się do końca

Grupa Recykl S.A., lider rynku zagospodarowywania odpadów poużytkowych w postaci zużytych opon, odnotował w I półroczu 2019 roku 1,1 mln zł zysku netto przy 25,4 mln zł przychodów i 19 proc. marży EBITDA. Spółka w tym okresie pozyskała z emisji akcji 6 mln zł i realizowała kluczowe etapy budowy zakładu produkcyjnego w Chełmie, który rozpocznie działalność w ciągu kilku miesięcy.

W II kwartale 2019 roku Grupa Recykl osiągnęła 12,9 mln zł przychodów (wobec 12,4 mln zł r/r), przy 2,6 mln zł EBITDA (2,7 mln zł r/r) i 0,6 mln zł zysku netto (0,9 mln zł r/r). Niższe wyniki są spowodowane m.in.: czasowym wstrzymaniem pracy zakładu w Chełmie (spadek przychodów o 0,3 mln zł – w związku z realizowaną inwestycją), przesunięciem sezonu handlowego o kilka miesięcy w obszarze najwyżej marżowych granulatów SBR i wysokim stanem zapasów u odbiorców spółki oraz wzrostem niektórych pozycji kosztowych (głównie energia elektryczna i wynagrodzenia, także wynikające ze wzrostu nominalnej liczby pracowników).

I połowa 2019 roku w ujęciu rynkowym i wewnętrznym była dla Grupy Recykl wymagającym okresem, na który wpłynęło kilka przejściowych czynników, rzutujących na nasze wyniki. Jednakże ostatni okres oceniamy pozytywnie z uwagi na sukcesywną realizację kluczowego projektu inwestycyjnego w Chełmie. Obecnie trwa montaż linii technologicznej o wartości ponad 5 mln EUR oraz mają miejsce prace związane z zagospodarowaniem terenu. Późną jesienią chcemy rozpocząć rozruch zakładu, a z początkiem 2020 roku prowadzić w nowym obiekcie standardową działalność operacyjną – mówi Maciej Jasiewicz, Wiceprezes Grupy Recykl S.A.

Operacyjne przepływy pieniężne w I półroczu 2019 roku były wyższe o ponad 150 proc. wobec analogicznego okresu sprzed roku i przekroczyły 10 mln zł (10,7 vs. 4,2 mln zł r/r), co stanowi zbliżoną wartość do wyniku całego 2018 roku. To pozwoliło w pewnej części realizować budowę nowego zakładu w Chełmie z własnych środków (w I półroczu br. nakłady inwestycyjne przekroczyły 14 mln zł). Dług finansowy netto wzrósł z 19,7 do 27,3 mln zł i stanowił wykorzystanie części środków kredytowych.

Dobra sytuacja płynnościowa umożliwiła nam realizację relatywnie sporej części prac inwestycyjnych ze środków Grupy, choć w bilansie naturalnie widzimy już wzrost zadłużenia kredytowego. W osiągnięciu struktury finansowania pomogła także zakończona pozytywnie emisja akcji, co zaliczamy do sukcesów I półrocza 2019 roku – dodaje Maciej Jasiewicz.

Suma bilansowa Grupy istotnie wzrosła i przekroczyła 110 mln zł (po stronie aktywów zidentyfikowano pozycję środków trwałych w budowie w wys. 35,1 mln zł, po stronie pasywów wzrosła skala zadłużenia finansowego oraz bieżącego – co wynika z nakładów na chełmską inwestycję).

Ostatnie miesiące to także realizacja szeregu istotnych prac przygotowawczych w spółce zależnej Rekoplast Kompozyt. M.in. pracowaliśmy nad dokumentacją produktów (karty techniczne, atesty, badania) i ich recepturami produkcyjnymi oraz polityką cenową. Kontynuowane były także dalsze prace rozwojowe w celu poprawy ich właściwości (podniesienie klasy palności i wzrost samoprzylepności). Dysponujemy już kilkoma własnymi markami, jak Rekosquere, czy Rekoflat HDD – uzupełnia Maciej Jasiewicz.

Rekoplast Kompozyt kieruje swoją ofertę gumowych wyrobów gotowych do takich branż jak transport, drogownictwo, sport i budownictwo. W ich ramach prowadzi indywidualne analizy rynkowe i przeprowadza akcje ofertowe, prowadząc sprzedaż hurtową. Jednocześnie trwa budowa relacji z dystrybutorami detalicznymi i hurtowniami. Intencją właścicieli spółki celowej jest rozpoczęcie z początkiem 2020 roku oczekiwanej działalności operacyjnej projektu.

Rynek powierzchni magazynowych w Polsce na koniec I półrocza 2019

Całkowite zasoby magazynowe w Polsce sięgnęły 16,9 mln mkw. Popyt brutto w I półroczu tego roku przekroczył 1,6 mln mkw., do użytku oddano ponad 1,1 mln mkw. nowej powierzchni, a w budowie pozostaje 2,2 mln mkw.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku powierzchni magazynowych w Polsce na koniec I półrocza 2019.

Popyt

Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych JLL w Polsce
Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych JLL w Polsce

Zapotrzebowanie na powierzchnie magazynowe widoczne było na niemal każdym rynku w Polsce. Popyt brutto przekroczył 1,6 miliona mkw. i – co ciekawe – został wygenerowany przez szereg umów średniej wielkości, a nie przez spektakularne skalą transakcje. Z kolei popyt netto, czyli uwzględniający nowe umowy i ekspansje – sięgnął 1,1 mln mkw.
W pierwszym półroczu zaobserwowaliśmy spadek udziału nowych umów i ekspansji w całkowitym popycie. Natomiast blisko 350 000 mkw. zostało wynajętych w ramach renegocjacji kontraktów. Jednym z czynników tej sytuacji był bez wątpienia kończący się okres umów najmu podpisanych w latach 2013-2014, kiedy rynek przeżywał okres wzmożonego rozwoju. – Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych JLL w Polsce

Maciej Kotowski, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Maciej Kotowski, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Najbardziej aktywnym segmentem najemców byli operatorzy logistyczni, sieci handlowe i lekka produkcja, którzy łącznie odpowiadali za prawie 80% popytu netto w I poł. 2019.
Popyt na powierzchnie magazynowe był widoczny w całym kraju, a największą aktywność najemców zarejestrowaliśmy w Okolicach Warszawy, gdzie podpisano umowy na łącznie 460 000 mkw., we Wrocławiu – 276 000 mkw. oraz Polsce Centralnej – 216 000 mkw. Z kolei na rynkach spoza Wielkiej Piątki popyt brutto sięgnął 240 000 mkw., z czego na nowe umowy przypadło 186 000 mkw. Coraz bardziej widać rozwój Kielc, Podkarpacia czy Białegostoku. Deweloperzy zabezpieczają tam kolejne grunty pod przyszłe projekty. – Maciej Kotowski, Analityk Rynku, JLL

Wybrane transakcje najmu, I półrocze 2019

Najemca Park Powierzchnia (mkw.)
Pantos Logistics Panattoni Park Wrocław XI 60 500
Pepsico P3 Mszczonów 58 500
Gefco Panattoni Wrocław X North Gate 32 500
Raben A2 Warsaw Park Grodzisk 30 100
RTV Euro AGD Goodman Warsaw Logistics Centre 26 400

Źródło: www.magazyny.pl

Podaż – o krok od 17 milionów mkw.

Utrzymujące się od kilku kwartałów wysokie wyniki popytowe znajdują odzwierciedlenie we wzmożonej aktywności na rynku deweloperskim.

Od stycznia do czerwca do użytku oddano ponad 1,1 mln mkw. i było to historycznie najlepsze I półrocze pod względem nowej powierzchni na rynku. W rezultacie, całkowita podaż powierzchni magazynowej w Polsce osiągnęła poziom 16,9 mln mkw. – Maciej Kotowski, Analityk Rynku, JLL

Liderem pod względem wolumenu nowej podaży pozostaje Polska Centralna, gdzie w I poł.2019 ukończono ponad 250 000 mkw. Był to najszybciej rozwijający się rynek w Polsce,którego zasoby przez ostatni rok powiększyły się o ponad 35%.
Na koniec I półrocza w budowie pozostawało 2,2 mln mkw., z czego 86% realizowanychpowierzchni przypadało na największe lokalizacje – Górny Śląsk, Wrocław, Polskę Centralną, Warszawę oraz Poznań. Warto zaznaczyć, że deweloperzy są pewni polskiego rynku, co potwierdza wolumen powierzchni budowanej spekulacyjnie, której udział wyniósł 45%. Jest to szczególnie widoczne w największych aglomeracjach – ponad 270 000 mkw. powstawało spekulacyjnie na Górnym Śląsku, około 175 000 mkw. w Warszawie oraz we Wrocławiu i 140 000 mkw. w Polsce Centralnej. Duże, niezabezpieczone umowami inwestycje znaleźć można także w Trójmieście, Szczecinie, Krakowie i na Kujawach. – Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych JLL w Polsce

Pustostany i czynsze

Wzrost powierzchni budowanej spekulacyjnie doprowadził do nieznacznego wzrostu wskaźnika powierzchni niewynajętej. Średni współczynnik pustostanów w Polsce wyniósł 6,3% na koniec I półrocza (5,7% w I kw.). Sytuacja ta może szybko ulec zmianie, gdyż niewynajęte powierzchnie są na bieżąco wchłaniane dzięki dużemu zapotrzebowaniu ze strony najemców. Dobrym przykładem jest Białystok, gdzie wskaźnik pustostanów spadł z 36% do 22% w okresie jednego kwartału.

W I kw. najemcy mogli zaobserwować stopniowy wzrost czynszów, który nadal ograniczany jest jednak przez dynamiczną nową podaż. Wzrost odczuwalny był szczególnie w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu, Szczecinie oraz w Opolu i w województwie lubuskim. Najwyższy czynsz w strefie Warszawa Okolice wzrósł do poziomu 3,8 euro/mkw./miesiąc. Najdroższym rynkiem pozostaje Warszawa Miasto, gdzie czynsze bazowe wahają się pomiędzy 4,3 a 5,25 euro/mkw./miesiąc. Natomiast najbardziej atrakcyjne czynsze oferowane są w podmiejskich magazynach typu big-box w Polsce Centralnej (2,6 – 3,2 euro/mkw./miesiąc).

Rynek inwestycyjny

Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL
Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Wartość sfinalizowanych w okresie od stycznia do czerwca transakcji kupna/sprzedaży obiektów magazynowych i logistycznych sięgnęła 374 mln euro. To historycznie najlepsze I półrocze pod względem aktywności inwestycyjnej, a uwagę zwraca napływ kapitału azjatyckiego, szczególnie z Korei Południowej. Spodziewamy się utrzymania zainteresowania polskim rynkiem w nadchodzących miesiącach, czego odzwierciedleniem są toczące się transakcje, których przedmiotem są zarówno pojedyncze obiekty, jak portfele nieruchomości. – Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Największe transakcje inwestycyjne w I półroczu to kupno Amazon we Wrocławiu i Eurocash w Koninie przez Hines/Mirae od Blackstone za 130 mln euro, centrum dystrybucyjnego Zalando Lounge przez Hines/IGIS AM od Hillwood (85 mln euro) oraz Castoramy w Strykowie przez Tritax od Panattoni (55 mln euro).

Stopy kapitalizacji dla obiektów magazynowych typu prime wynoszą 6,25% z tendencją spadkową do poziomu poniżej 6%, dla najlepszych, długoterminowo wynajętych projektów znacznie poniżej 5%, a dla obiektów miejskich w Warszawie 5,5%.

Mikropersonalizacja będzie rządzić w świecie PSD2

Już za miesiąc dane dotyczące operacji finansowych klientów polskich banków, po raz pierwszy w historii, opuszczą w majestacie prawa systemy bankowe. Od 14 września 2019 roku pozabankowi dostawcy usług płatniczych, tzw. TPP, za zgodą klientów będą mieli możliwość wglądu w ich rachunki bankowe oraz inicjowania, w ich imieniu, płatności. Zdaniem ekspertów ITMAGINATION sam moment wejścia w życie przepisów dyrektywy PSD2, która to umożliwia, nie przyniesie rewolucji. Niemniej jeszcze w tym roku zobaczymy zmiany na rynku finansowym. ITMAGINATION ocenia, że banki będą w coraz większym stopniu budować swoją konkurencyjność wykorzystując możliwości mikropersonalizacji ofert.

Już za miesiąc, 14 września, banki w Polsce muszą być gotowe do udostępnienia fintechom i innym podmiotom trzecim w pełni funkcjonalne API. Pozabankowi dostawcy usług płatniczych (TPP) będą musieli chronić tajemnicę bankową klientów analogicznie, jak tradycyjne instytucje finansowe. Jest to bezpośredni skutek wymagań drugiej dyrektywy dotyczącej usług płatniczych, PSD2, wymuszającej otwarcie systemu bankowego. Dyrektywa wymaga od banków, aby udostępniały dane na temat rachunków swoich klientów TPP i umożliwiały im złożenie, w imieniu klienta, zlecenia płatniczego.

Czy banki są gotowe do walki o klienta?

Zgodnie z wymogami PSD2 banki w UE do 14 marca 2019 roku miały obowiązek udostępnienia środowiska testowego API. Ze swojego obowiązku wywiązała się większość instytucji działających w Polsce. Niektóre z nich, takie jak Alior Bank, Getin Bank, BNP Paribas czy Bank Pekao SA już w maju i czerwcu udostępniły TPP środowiska produkcyjne. Natomiast ogólnie w Unii panują obawy dotyczące zgodności banków z regulacją. Tink, międzynarodowy agregator usług dostępu do rachunku, podjął próbę zintegrowania 84 interfejsów API reprezentujących 2500 banków na 12 rynkach UE. Mimo, że 69 proc. API produkcyjnych było dostępnych 14 czerwca, to ani jeden interfejs nie okazał się wystarczająco dobrej jakości, aby spełnić standardy regulacyjne wymagane do integracji.

– Ten rok dla banków w Polsce jest wyjątkowo pełen wyzwań. Wejście w życie PSD2 we wrześniu pokaże, które z nich poradziły sobie najlepiej. Nowa regulacja zmusiła banki do szukania nowych partnerstw i pomysłów, co wymagało dużych nakładów pracy. Dobra wiadomość jest taka, że zbliża się moment, kiedy klienci odczują pozytywne aspekty PSD2. Możliwości dla banków widzimy szczególnie w kanałach cyfrowych sektora detalicznego. Dzięki wykorzystaniu takich rozwiązań, jak analityka behawioralna i sztuczna inteligencja, mogą zaopiekować się każdym klientem indywidualnie, co znacznie zwiększy jego lojalność. Nie spodziewam się jednak ani rewolucji, ani nagłego wysypu rozwiązań FinTechowych. Ale jeszcze w tym roku zobaczymy kilka ciekawych projektów – przewiduje Marzena Sokołowska, Banking Services Product Manager w ITMAGINATION.

Korzyści PSD2, których większość nie jest świadoma

Wiedza o otwartej bankowości w Polsce i w krajach Europy nie jest tak powszechna, jak w teorii być powinna. Według wyników ostatniego badania “Finansowy Barometr ING” tylko 36 proc. Polaków i 32 proc. Europejczyków ma świadomość, że banki, na wniosek klienta, muszą udostępnić ich dane zewnętrznemu podmiotowi. Tylko 22 proc. Polaków i 27 proc. mieszkańców Europy wyraziło gotowość na to.

Jak zaznacza ekspertka ITMAGINATION, niewielu konsumentów wie, że dyrektywa PSD2 uregulowała zasady świadczenia usług wymagających dostępu do rachunku bankowego i wyeliminowała metody, które przez nadzór finansowy były uznawane za wysoce ryzykowne. Chodzi o metodę screen scraping, która była i ciągle jeszcze jest stosowana przez podmioty FinTech. Służy ona do zautomatyzowanego pozyskiwania danych (np. historii operacji na rachunku), które inna aplikacja (np. bankowa) przedstawia użytkownikowi na ekranie urządzenia. Problematyczną kwestią jest to, że operacja ta wymaga podania loginu i hasła do konta bankowego zupełnie obcemu podmiotowi. Komisja Nadzoru Finansowego uznała metodę screen scraping za niezgodną z przepisami. W rezultacie większość banków oraz innych instytucji prowadzących rachunki płatnicze zaczęła blokować tę metodę. Po wejściu w życie PSD2 pozabankowi dostawcy usług płatniczych będą mogli pozyskiwać dane o klientach pod nadzorem i w ramach obowiązującej regulacji.

Mikropersonalizacja oferty – trend technologiczny 2019

Ponad połowa badanych przez KPMG i ZBP banków uważa, że regulacja i standaryzacja usług dostępu do rachunków otwiera drzwi do wszystkich rynków UE jednocześnie. To z kolei przyciąga uwagę światowych gigantów technologicznych GAFAA (Google, Amazon, Facebook, Alibaba, Apple). Z tym, że to, co banki i FinTechy dopiero zaczęły dostrzegać, firmy GAFAA już skutecznie wykorzystują na co dzień. Chodzi o dopasowanie oferty do indywidualnych potrzeb klienta i rezygnację z tych szablonowych, skierowanych „do wszystkich”.

Co zatem pomoże bankom spersonalizować ofertę? Odpowiedź jest prosta: analityka danych. Dzięki niej bank może oferować usługi w momencie, kiedy klient tego potrzebuje. Przykład? Oferta 14 dniowego ubezpieczenia AC zaraz po rezerwacji apartamentu wakacyjnego, dla klienta, który porusza się własnym samochodem.

– Za pomocą aplikacji mobilnej bank może ułatwić klientowi proces wnioskowania o kredyt poprzez automatyczną i szybką ocenę jego zdolności kredytowej bez konieczności załączania dodatkowych zaświadczeń od pracodawcy. A spłacanie kredytu może się odbywać z poziomu tej samej aplikacji, automatycznie i bez potrzeby odwiedzania stron innych banków. Dzięki analityce danych bank jest również w stanie wysyłać powiadomienia o zaległościach w tych dniach, kiedy jest największe prawdopodobieństwo spłaty, np. w dniu otrzymania wynagrodzenia. Dlatego na PSD2 mogą zyskać wszyscy: konsumenci, przedsiębiorcy oraz banki. Dzięki nowej regulacji zwiększy się liczba przetwarzanych transakcji, a produkty, takie jak pożyczka czy faktoring, będą jeszcze mniej kosztowne i bardziej dostępne wtedy, kiedy klient ich faktycznie potrzebuje – podsumowuje Marzena Sokołowska.

Podwyżki cen energii mogą postawić pod znakiem zapytania konkurencyjność polskiego przemysłu. Firmy szukają innych źródeł energii

Podwyżki cen energii mogą postawić pod znakiem zapytania konkurencyjność polskiego przemysłu. Firmy szukają innych źródeł energii 12

Przedsiębiorstwa z powodu podwyżek cen energii są zmuszone do szukania własnych źródeł energii i poprawy efektywności energetycznej. Wzrosty najdotkliwiej odczuwa przemysł energochłonny. – W dłuższej perspektywie mogą one zagrozić konkurencyjności polskich firm – uważa Aneta Muskała, wiceprezes International Paper. Jak ocenia, potrzebna jest długoterminowa i spójna strategia, żeby energia dla przemysłu była pewna, stabilna i w konkurencyjnej cenie. Sytuację na rynku mogłyby też ustabilizować kontrakty PPA i uwolnienie importu.

– Dla przemysłu, szczególnie energochłonnego, wzrost cen energii jest znaczący w całej strukturze kosztów. Rosną ceny surowców, uprawnień do emisji CO2, więc podwyżki cen energii końcowej dla konsumenta są uzasadnione. My, jako przemysł, nie mamy możliwości ich zrekompensowania w cenach swoich produktów. Musimy znajdować sposoby na redukowanie kosztów, aby pozostać przy naszych marżach, bo nie zawsze istnieje możliwość podniesienia ceny sprzedaży – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aneta Muskała, wiceprezes zarządu International Paper.

Przemysł energochłonny, czyli m.in. branża chemiczna, wytwarzanie papieru i włókien sztucznych, hutnictwo, cementownie i rafinerie, najdotkliwiej odczuwa w kosztach podwyżki cen energii, windowane m.in. przez uprawnienia do emisji CO2. Zwłaszcza że zapotrzebowanie na energię rośnie. Raport „Koszty energii. Wyzwania i szanse dla przedsiębiorstw” Kantar Millward Brown na zlecenie Ayming Polska pokazuje, że Polska wciąż musi nadrabiać dystans dzielący ją od najbardziej energooszczędnych krajów europejskich, a dla 93 proc. przedsiębiorstw energochłonnych wydatki na energię elektryczną odgrywają istotną rolę w kosztach produkcji.

W sumie przemysł odpowiada za około 1/3 całkowitego zużycia energii w Polsce. Ta jest jednym z głównych czynników wpływających na koszty produkcji, a w efekcie – konkurencyjność przedsiębiorstw.

– Jeżeli ceny energii będą rosły w dłuższej perspektywie, pod znakiem zapytania stanie konkurencyjność firm, które mają zróżnicowany potencjał do redukcji kosztów. Proste sposoby zostały już wykorzystane, dzisiaj musimy sięgać głębiej. Oczekujemy więc, że taki sam proces zajdzie też po stronie producentów energii – mówi Aneta Muskała.

Podwyżki cen energii są czynnikiem, który zmusza przedsiębiorstwa do koncentracji na szukaniu własnych źródeł produkcji i poprawie efektywności energetycznej, ale – jak podkreśla wiceprezes International Paper – nie ma na razie szybkich i łatwo dostępnych rozwiązań, które pozwoliłyby się przed nimi zabezpieczyć. W dłuższej perspektywie mogłoby nim być uwolnienie importu energii. Jak ocenia Instytut Energetyki Odnawialnej (raport „Prognoza cen energii elektrycznej do 2040 roku”), rosnące ceny energii mogą okazać się zachętą do stosowania umów PPA (Power Purchase Agreements) umożliwiających zakup energii elektrycznej bezpośrednio od jej producentów ze źródeł odnawialnych.

– Na dzisiaj nie możemy kupować energii bezpośrednio z importu, a to mógłby być jeden ze sposobów ograniczania kosztów. Na rynku zaczynają się pojawiać kontrakty PPA i myślę, że to jest przyszłość, ale nie na jutro ani pojutrze – mówi Aneta Muskała. – Jest też możliwość własnej produkcji. Nasz sektor generuje większość energii na własne potrzeby, ale i tak stosunkowo dużo kupuje z rynku. Tu potrzebna jest długoterminowa strategia, oparta o racjonalne działania, żeby energia, którą dostajemy od sektora zawodowej energetyki była pewna, stabilna i w konkurencyjnej cenie. Tego byśmy oczekiwali.

Umowa PPA jest zawierana bezpośrednio pomiędzy wytwórcą energii z OZE a jej odbiorcą końcowym, z pominięciem operatora systemu dystrybucyjnego. Stąd głównym wyzwaniem w przypadku tego typu kontraktów jest konieczność bezpośredniego połączenia między producentem i odbiorcą. Umowę PPA zawarł w połowie ubiegłego roku Mercedes-Benz, którego fabryka silników w Jaworze ma być w całości zasilana zieloną energią z oddalonej o kilka kilometrów farmy wiatrowej Taczalin.

Wiceprezes International Paper ocenia, że jak na razie alternatywą dla przedsiębiorstw są inwestycje we własne źródła energii. Sprzyja im ustawa o wspieraniu wysokosprawnej kogeneracji, ponieważ wiele źródeł przemysłowych działa właśnie w oparciu o kogenerację. Ustawa, która zaczęła obowiązywać w tym roku, wprowadziła warunek sprzedaży prądu do sieci, podczas gdy przemysł produkuje przede wszystkim na potrzeby własne.

– Postulujemy, żeby zrewidować ten pogląd na wsparcie wysokosprawnej kogeneracji, bo daje to też inny efekt poza odciążeniem systemu energetycznego – podkreśla Aneta Muskała. – W długim terminie jako przemysł oczekujemy też spójnej polityki przemysłowej, która będzie integrowała kwestie zmian klimatycznych, polityki energetycznej i konkurencyjności przemysłu.

Ceny energii na rynku hurtowym w Polsce należą do jednych z wyższych w Europie i najwyższych w porównaniu z uprzemysłowionymi krajami sąsiednimi. Ustawa o systemie rekompensat dla sektorów i podsektorów energochłonnych pozwoli przyznać rekompensaty finansowe (stanowiące pomoc publiczną) dla około 300 firm z sektora energochłonnego, których rentowność i konkurencyjność obniżyła się w wyniku wzrostu cen energii elektrycznej, spowodowanych unijną polityką klimatyczno-energetyczną (m.in. wzrostem cen zakupu uprawnień do emisji CO2). Rekompensaty będą przyznawane począwszy od tego roku, ale wypłacane dopiero w 2020. Limit środków przeznaczonych na ten cel wyniesie 890 mln zł w tym i tyle samo w przyszłym roku i będzie stanowił nie więcej niż 25 proc. przychodów ze sprzedaży uprawnień do emisji gazów cieplarnianych.